Koniec świata w mieszkaniówce na razie odwołany. Ceny mieszkań z rynku wtórnego – lipiec 2020

Lipiec nie przyniósł żadnych zaskoczeń na rynku mieszkaniowym. Kolejny raz potwierdziła się teza, że w miesiącach wakacyjnych nie obserwuje się znacznych wahań, przede wszystkim, gdy bierzemy pod uwagę ceny mieszkań. Po pierwszym pandemicznym szoku rynek wtórny radzi sobie nieco lepiej niż rynek pierwotny[1].

Spokojne wakacje

Na rynku wtórnym w lipcu ceny ofertowe mieszkań zmieniły się symbolicznie. Jedynymi miastami, w których zmiana wyniosła blisko 1% były Warszawa i Kraków. W stolicy średnia cena 1m2 używanego mieszkania wzrosła o 0,8%, a w Krakowie spadła o 0,9% w porównaniu do poprzedniego miesiąca. W Warszawie sprzedający przeciętnie określali wstępną wartość metra kwadratowego swojego mieszkania na 10 773 zł, natomiast w stolicy małopolski na 9 211 zł. W pozostałych miastach zmiany cen były jeszcze niższe (od 0,1% do 0,7%), dlatego możemy uznać, że na badanych sześciu rynkach ceny mieszkań w lipcu pozostały na stałym poziomie. – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości w SonarHome.pl

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w lipcu 2020 r.

Średnie ceny ofertowe mieszkań z rynku wtórnego w lipcu 2020źródło: SonarHome.pl

Poziom cen z lipca nadal jednak jest niższy niż ten jaki notowany był w marcu na początku pandemii. Największą zmianę można zauważyć w Gdańsku, gdzie ceny ofertowe spadły o 3,5%. W Krakowie i Warszawie ceny mieszkań w ofertach są niższe o 1,5%, natomiast w Gdyni, Poznaniu i Wrocławiu spadek cen w porównaniu do marca jest już niższy niż 1%.

Zmiana średnich cen ofertowych mieszkań z rynku wtórnego – porównanie lipiec vs marzec 2020

Warszawa -1,5%
Kraków -1,5%
Gdańsk -3,2%
Gdynia -0,9%
Poznań -0,8%
Wrocław -0,9%

źródło: SonarHome.pl

Ofert nie brakuje

Przyglądając się liczbie nowych ofert można zauważyć, że pierwszy szok spowodowany pandemią już minął. Biorąc pod lupę Warszawę, rzeczywiście od połowy marca liczba najświeższych ofert zamieszczanych na portalach mocno spadła. Przyjmując jako punkt wyjściowy 1 marca 2020 roku największy spadek liczby nowych ofert odnotowano na przełomie kwietnia i maja, wtedy liczba nowych ogłoszeń spadła o 20%. Podaż szybko jednak zaczęła odrabiać spadki i już pod koniec maja była nieco wyższa niż na początku marca. Obecnie ofert jest już więcej o 13% (porównanie stanu z początku sierpnia do 1 marca 2020). Właściciele mieszkań nie rezygnują zatem ze sprzedaży. Być może niektórzy z nich nie wahają się dlatego, że przecież wciąż nie mamy pewności co do przyszłych zmian cen mieszkań i gdyby prognozy dotyczące ich spadku miały się ziścić, lepiej sprzedać mieszkanie teraz. Nie wiemy też jaki odsetek w odbudowanej podaży mogą stanowić mieszkania, które do tej pory służyły, bądź miały służyć jako inwestycja np. w formie najmu krótkoterminowego.

Procentowa zmiana liczby nowych ofert* w Warszawie (okres bazowy 01.03.2020 =0%)Procentowa zmiana liczby nowych ofert w Warszawie

źródło: SonarHome.pl *mieszkania będące w ofercie do 45 dni, począwszy od daty publikacji

Trzeci kwartał sprzyja mieszkaniówce

Trzeba przyznać, że obecnie, niemal w połowie trzeciego kwartału, ogólny klimat na wtórnym rynku mieszkaniowym nie jest zły. Rynkiem wtórnym wciąż interesują się inwestorzy. Mimo tego, że pojawiły się dodatkowe czynniki ryzyka takiej inwestycji, nie wszyscy są chętni na inwestycje na rynku kapitałowym i te osoby trafiają na rynek mieszkań. Jednym z nowych istotnych czynników ryzyka jest stojący pod znakiem zapytania powrót studentów na uczelnie. Nie wiemy jeszcze w jakiej skali nauka będzie kontynuowana w formule online. Niektóre uczelnie już wydały komunikat, że w zbliżającym się semestrze zimowym 2020/2021 zajęcia dydaktyczne będą prowadzone jak dotychczas, czyli w formie kształcenia na odległość. Część studentów podejmujących pracę w trakcie studiów może jednak wciąż pozostać na rynku najmu. Poza tym rynek najmu ma różnych odbiorców, są to również osoby pracujące. Część osób, która wstrzymała się z decyzją zakupu mieszkania lub otrzymała negatywną decyzję kredytową wciąż pozostanie na rynku. Dlatego kupując mieszkanie na wynajem najlepiej z góry określić grupę docelową, czyli profil osób dla jakich będziemy chcieli takie mieszkanie dostosować.

Odchodząc jednak od kwestii inwestycyjnych, rynkowi wtórnemu sprzyjały jeszcze inne czynniki. Po kwietniowym, drastycznym spadku nastrojów konsumenckich kolejny miesiąc z rzędu obserwowaliśmy poprawę (badanie GUS[2]). Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej w lipcu wzrósł o 6 punktów procentowych w porównaniu do czerwca. Poprawie uległa też część składowa wskaźnika BWUK, a dokładniej skłonność konsumentów do dokonywania ważnych zakupów (wzrost o 5,6 pp.).

Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej prowadzony przez GUS i jego części składowe [pkt]Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej prowadzony przez GUS i jego części składowe

źródło: SonarHome.pl na podstawie danych GUS

Optymizm widać również w przypadku liczby wniosków o kredyt mieszkaniowy składanych do banków. Najnowsze dostępne na ten moment dane BIK (10.08.2020r.) wskazują, że w czerwcu 2020 roku o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 36,1 tys. klientów, natomiast w czerwcu 2019 liczba klientów wyniosła 35,2 tys., co oznacza wzrost w skali roku o 2,6%. Liczba wnioskujących w porównaniu do kwietnia 2020 wzrosła natomiast o prawie 30%. Trzeba jednak pamiętać, że część wniosków o kredyt zostaje odrzucona.
Dla osób starających się o kredyt w III kw. 2020 roku widać jednak światełko w tunelu. Z najnowszej ankiety NBP skierowanej do przewodniczących komitetów kredytowych w bankach wynika, że w III kwartale banki spodziewają się złagodzenia polityki kredytowej oraz nieznacznego wzrostu popytu na kredyty mieszkaniowe. Jak podaje NBP, na dotychczasowe zaostrzenie kryteriów udzielania kredytów największy wpływ miało pogorszenie się prognoz sytuacji gospodarczej w kraju i na rynku mieszkaniowym.

Podsumowując, klimat na wtórnym rynku mieszkaniowym jest na pewno lepszy niż jeszcze 2-3 miesiące temu. Jeśli sytuacja się utrzyma to III kw. 2020 powinien przynieść większą liczbę przeprowadzonych transakcji niż we wcześniejszym kwartale. Wzrost aktywność powinien dotyczyć zarówno rynku pierwotnego, jak i wtórnego. Oczywiście wciąż pod znakiem zapytania stoi końcówka roku i często poruszany temat drugiej fali zachorowań, zwiększania restrykcji oraz pogorszenia ogólnej koniunktury gospodarczej w kraju.

[1] Jak podaje JLL na sześciu głównych rynkach w II kw. deweloperzy sprzedali 6,9 tys. mieszkań, 64 proc. mniej kdk

[2] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/koniunktura/koniunktura/koniunktura-konsumencka-lipiec-2020-roku,1,89.html#:~:text=W%20lipcu%202020%20r.,proc.

Jarosław Wikaliński – Prezes IPOPEMA TFI kupuje pakiet 9,99 proc. IPOPEMA Securities

Podmiot powiązany z prezesem IPOPEMA Securities S.A. Jackiem Lewandowskim realizuje dwie umowy z końca 2019 roku, na podstawie których sprzedaje łącznie 9,99 proc. akcji spółki po cenie 1,50 zł za walor. Kupującym jest Jarosław Wikaliński, prezes IPOPEMA TFI oraz jego żona, Małgorzata Wikalińska.

Sprzedaż pakietu jest konsekwencją umowy wstępnej, zawartej pod koniec 2019 roku, w ramach której strony uzgodniły jednostkową cenę akcji spółki na 1,50 zł.

Transakcja, która została uzgodniona pod koniec ubiegłego roku i zrealizowana dziś, była obliczona na podzielenie się w ramach kadry menedżerskiej wartością, ale również odpowiedzialnością za rozwój Grupy IPOPEMA. Jarosław Wikaliński pełni funkcję prezesa IPOPEMA TFI od 2007 roku. Rola IPOPEMA TFI w ramach Grupy znacząco wzrosła w ciągu ostatnich miesięcy m.in. w konsekwencji pozyskania istotnych aktywów pod zarządzaniem.

– Jestem bardzo zadowolony, że miałem możliwość dołączenia do długoterminowych, strategicznych inwestorów w Ipopemie – mówi Jarosław Wikalinski – i tak też podchodzę do inwestycji w akcje naszej firmy. Nie zamierzam zbywać akcji w przewidywalnej perspektywie. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa, ale głęboko wierzę, że IPOPEMA TFI i cała Grupa IPOPEMA spełni długoterminowe oczekiwania pokładane przez naszych akcjonariuszy. Zarządzamy pieniędzmi najbardziej renomowanych klientów instytucjonalnych, codziennie powiększamy grupę klientów indywidualnych, które zaufały naszej organizacji. Jesteśmy z tego dumni, ale odczuwamy ogromną odpowiedzialność – podkreśla prezes IPOPEMA TFI.

Potwierdza to Jacek Lewandowski – Dzisiejsza transakcja nie zmienia liczby akcji w posiadaniu kadry menedżerskiej Ipopemy. IPOPEMA TFI jest obecnie największą firmą zarządzającą funduszami rynku niepublicznego w Polsce z 58 mld zł. Cieszy mnie, że rola IPOPEMA stabilnie rośnie na polskim rynku oferując profesjonalne usługi dla rosnącej bazy klientów – mówi Jacek Lewandowski.

Jacek Lewandowski założył Dom Inwestycyjny IPOPEMA w maju 2003 roku, a w 2005 zbudował Dom Maklerski IPOPEMA, który w 2006 r. przejął kompetencje Domu Inwestycyjnego. Od marca 2005 r. pełni funkcję prezesa IPOPEMA Securities S.A.

Sezon letni z droższym piwem. Polacy zapłacą średnio o 14 groszy więcej niż rok temu

Z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX wynika, że średnio o 5,5% podrożały najczęściej promowane piwa w sklepach. W tegorocznym sezonie letnim statystyczna cena półlitrowego napoju wyniosła 2,61 zł. Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku trzeba było zapłacić o 14 groszy mniej. Jednocześnie sieci handlowe zwiększyły liczbę promocji o 8%.

O 5,5% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych piw w sklepach. Koszty zakupu były obserwowane od początku maja do końca lipca br. i zostały porównane z wynikami z analogicznych trzech miesięcy ub.r. Wówczas ten napój w półlitrowej puszcze lub butelce kosztował statystycznie 2,47 zł, a ostatnio – 2,61 zł.

– Od dłuższego czasu obserwujemy tendencję wzrostową średniej ceny piwa na polskim rynku. Jest to przede wszystkim związane z presją wyższych kosztów produkcji, zwłaszcza surowców. Wynika to także z rosnących wydatków na energię, opakowania, logistykę i transport. Znaczenie ma też drożejące zatrudnienie. W bieżącym roku na wzrost średniej ceny piwa wpływ mogła mieć podwyżka akcyzy, która obowiązuje od początku 2020 roku – komentuje Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Jak podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich (SRBP), wzrost cen był nieunikniony. Przesądziła o tym nie tylko podwyżka akcyzy. Z powodu pandemii browary były zmuszone wycofać z rynku HoReCa sporo piwa rozlanego do tzw. kegów. Z kolei Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland stwierdza, że znaczenie miało raczej niwelowanie rosnących kosztów prowadzenia działalności. Jednak należy też wziąć pod uwagę takie czynniki jak inflację oraz suszę, która wpłynęła na ceny surowców potrzebnych do produkcji piwa.

– Czas pandemii mógł chwilowo zahamować przed wakacjami popyt na piwo. Chcąc nadrobić zysk ze sprzedaży tych produktów, sieci handlowe zdecydowały się na lekkie podniesienie cen. Z danych opublikowanych przez GUS wynika, że w czerwcu tego roku ceny żywności wzrosły o 6,1% w porównaniu z ubiegłym rokiem. To może oznaczać, że finalnie koszt zakupu piwa jest niższy niż średnie podwyżki obejmujące jedzenie i napoje alkoholowe – mówi Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX.

W porównaniu z poprzednim sezonem, sieci handlowe zwiększyły o 8% liczbę promocji najczęściej promowanych piw. Według Huberta Majkowskiego z Hiper-Com Poland, duży wpływ na to miało częściowe wstrzymanie promocji w związku z pandemią, zwłaszcza że akurat przypadło to na okres wiosenny i częściowo letni. Wówczas sprzedaż tego rodzaju asortymentu jest największa w związku z imprezami na świeżym powietrzu i popularną formą wypoczynku w postaci grillowania.

– Większa ilość promocji pokazuje, że sieciom handlowym zależało na mocniejszej sprzedaży tych produktów. Napoje alkoholowe są w wakacje bardzo ważne, a miejsc na półkach czy modułach w gazetkach promocyjnych nie przybywa. Zdecydowanie wybiły się promocje komunikujące piwo jako dobry dodatek do wakacyjnego grillowania. Popularne również były zniżki na wielopaki, które pomogły sieciom sprzedać nadmiar zalegających w magazynach produktów. Sklepy zamówiły je wcześniej, przygotowując się na zapowiadane upalne lato, które okazało się jednak nie aż tak gorące – zaznacza Marcin Lenkiewicz.

Zdaniem Andrzeja Olkowskiego, prognozowanie dalszych cen piwa w trakcie rozwijającej się pandemii jest jak wróżenie z fusów. Na wiele aspektów browary nie będą miały wpływu. Jednak prezes SRBP raczej nie spodziewa się żadnych korekt w dół.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano wyniki 10 najczęściej promowanych marek piw (500 ml w puszkach i butelkach) z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 11 tys. promocji z gazetek handlowych.

Postpandemiczna rzeczywistość to elastyczność pracy i kultura zaufania

Pandemia wpłynęła na upowszechnienie się elastycznych form pracy, również w organizacjach, które nie miały w planach rezygnowania z obecności pracowników w biurze. Jak, w obliczu tej zmiany, zmieniły się oczekiwania pracowników? Dla kogo praca zdalna jest największym wyzwaniem? I dlaczego zaufanie wychodzi na pierwszy plan w relacji pracodawca-pracownik? Odpowiedzi można znaleźć w raporcie Cushman & Wakefield i Antal: „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany”.

  • Obecnie już 78% badanych oczekuje, że przynajmniej 3 lub więcej dni w miesiącu będzie pracowało zdalnie.
  • Ankietowani cieszą się dużą elastycznością godzin pracy – tylko co dziesiąty badany ma sztywne godziny pracy bez wyjątków.
  • W czasie pracy zdalnej 43% pracowników ocenia poziom zaufania ze strony pracodawcy bardzo dobrze, a 40% – dobrze.

Elastyczność miejsca i czasu pracy

Przed pandemią co trzeci badany nie miał możliwości pracy zdalnej w swojej organizacji. Jednak 70% ankietowanych w mniejszym lub większym stopniu korzystało z tego rozwiązania. Badani mieli możliwość wykorzystania średnio 5 dni w miesiącu w ramach pracy zdalnej, jednak nie wykorzystywali ich w pełni. Z badania wynika, że najmłodsze pokolenie, pokolenie Z, w najmniejszym stopniu korzystało z możliwości pracy zdalnej. Wynikało to z braku odpowiedniego doświadczenia i wiedzy oraz czerpania największych korzyści z pracy wśród bardziej doświadczonych współpracowników.

Podczas trwania epidemii w Polsce 54% specjalistów i menedżerów pracowało w pełni zdalnie, zaś 25% w przeważającej części zdalnie, jednak bywając od czasu do czasu w biurze. Upowszechnienie się pracy zdalnej podczas pandemii wpłynęło również na prognozowany wzrost takich możliwości w przyszłości. 46% badanych sądzi, że wymiar pracy zdalnej w ich organizacjach zwiększy się w przyszłości, a jedynie 14% zdecydowanie wyklucza taką możliwość. Zmieniły się również oczekiwania pracowników. Już 78% badanych oczekuje przynajmniej 3 lub więcej dni w miesiącu pracy zdalnej (średnio 5 dni). Największe potrzeby zwiększenia wymiaru pracy zdalnej mają pracownicy kancelarii prawnych, energetyki oraz branży SSC/BPO (oczekują średnio 6 dni pracy zdalnej w miesiącu).

Ankietowani wskazali, że dysponują również elastycznością czasu pracy w swoich miejscach zatrudnienia. Tylko co dziesiąty ankietowany ma sztywne godziny pracy bez wyjątku, co piąty natomiast ma możliwość zmiany godzin pracy w wyjątkowych sytuacjach. Jednak 35% specjalistów i menedżerów może rozpoczynać i kończyć pracę w określonym przedziale godzin, a 20% jest rozliczanych wyłącznie zadaniowo.

Jednym z możliwych scenariuszy dalszego rozwoju obecnej sytuacji może być większe zainteresowanie organizacji rozwojem zdalnych form pracy. Warto jednak zaznaczyć, że decyzje dotyczące zwiększania liczby dni pracy zdalnej w dłuższej perspektywie będą zależeć przede wszystkim od wyników efektywności w poszczególnych organizacjach. Niemniej jednak, obecna sytuacja daje firmom ogromną szansę do wdrożenia innowacyjnych strategii wykorzystania przestrzeni w modelu hybrydowym łączącym pracę w tradycyjnym biurze, biurze elastycznym oraz przy wykorzystaniu pracy zdalnej. Nowa rzeczywistość, w którą wejdziemy wraz z zakończeniem pandemii, może sprawić, że ulegnie zmianie główny cel wykorzystania przestrzeni biurowej, jakim jest fizyczne miejsce pracy na rzecz miejsca, które dodatkowo będzie inspirować, pobudzać kreatywność i innowacyjność oraz będzie zachęcać do budowania mocniejszych więzi między współpracownikami i klientami – mówi Joanna Blumert, Associate, dział wynajmu powierzchni biurowych – reprezentacja najemcy, Cushman & Wakefield.

Kultura zaufania

Znaczna większość specjalistów i menedżerów deklaruje, że są w stanie bez przeszkód pracować zdalnie (93%). Respondenci oceniają wysoko również efektywność wykonywania zadań w ramach pracy zdalnej – bardzo dobrze lub raczej dobrze ocenia ją 89% specjalistów i menedżerów. Wpływają na nią w znacznym stopniu wykorzystywane narzędzia, wśród których najczęściej wymieniane są wciąż tradycyjne sposoby komunikacji, jak e-mail i telefon, ale rośnie także popularność narzędzi do wideo konferencji.

Pracy zdalnej sprzyja z pewnością zaufanie pracodawcy do pracowników w zakresie zaangażowania w wykonywane obowiązki, a ten aspekt został oceniony pozytywnie przez znaczącą większość respondentów– bardzo dobrze przez 43%, a dobrze przez 40% ankietowanych. Styl monitorowania pracy zarządzających odzwierciedla ten trend – 45% badanych wskazuje na wykorzystanie przez przełożonych w celu monitoringu regularnych tele- i wideo konferencji, a 30% ankietowanych w ogóle nie odczuwa kontroli ze strony przełożonych.

Dominująca rola pracy zdalnej zarówno zwiększa poziom monitorowania działań i aktywności całych zespołów, jak również pomaga zwiększać zaufanie. W większości przypadków organizacje wybrały model zarządzania poprzez cele. Stawiane cele powinny być mierzalne, możliwe do osiągniecia i realne, a także dopasowane do możliwości ich wykonania. W większości przypadków taki model zarządzania w ramach pracy zdalnej bardzo się sprawdza. Elastyczne podejście do czasu wykonywania obowiązków w systemie oceny wyników wręcz podnosi efektywność działań. Mniejsza kontrola i większa swoboda działań sprzyja zaangażowaniu. Takie rozwiązanie z pewnością jednak jest łatwiejsze do wdrożenia krótkoterminowo i wśród pracowników z większym stażem – mówi Roman Zabłocki, Business Unit Director, Antal .

O badaniu

Badanie Antal oraz Cushman & Wakefield „Elastyczność specjalistów i menedżerów w dobie zmiany” zostało zrealizowane metodą CAWI na próbie 1069 specjalistów i menedżerów w dniach 16 kwietnia – 16 maja 2020 roku.

W jakich branżach najłatwiej znaleźć pracę tymczasową? – raport OTTO Work Force

Branżą, która intensywnie się rozwija w czasie pandemii jest e-commerce, co generuje dodatkowy popyt na pracowników logistyki i usług kurierskich. Według raportu OTTO Work Force aż 72% nowych pracowników tymczasowych znalazło pracę w tych właśnie obszarach.

W wyniku pandemii koronawirusa mocno ucierpiały takie branże jak gastronomiczna, eventowa czy produkcja przemysłowa. Kryzys gospodarczy sprawił, że wiele firm z tych sektorów zdecydowało się na redukcję zatrudnienia lub obniżkę wynagrodzenia. W efekcie, niemal z dnia na dzień, zatrudnienie straciła rzesza pracowników. Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w czerwcu 2020 stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 6,1%, a liczba bezrobotnych wzrosła do 1 027,1 tys. osób.

“W poprzednich latach, w czasie wakacji, można było obserwować wzrost zapotrzebowania na pracowników sezonowych w branży produkcyjnej. Obecnie, ze względu na Covid-19, liczba wakatów w tym sektorze jest mniejsza. W tym roku nie ma również zamówień z branży związanej z eventami i imprezami masowymi, w której co roku zatrudnienie znajdowali głównie młodzi pracownicy sezonowi” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

W jakich branżach można znaleźć zatrudnienie

Znaczna część przedsiębiorstw nadal liczy straty spowodowane pandemią, ale są także takie branże, które w tym trudnym czasie umocniły swoją pozycję i intensywnie się rozwiają jak np. e-commerce. W tych firmach nastąpił wzrost zapotrzebowania na pracowników tymczasowych. Na zatrudnienie można więc liczyć także w powiązanych z e-commerce branżach jak usługi kurierskie i logistyczne. Potrzebują one nowych pracowników tymczasowych do centr logistycznych, biur, magazynów, sortowni czy do pracy w terenie.

72% nowych pracowników znalazło pracę w usługach kurierskich i logistyce

“W nowej rzeczywistości rynkowej w niektórych branżach pojawiło się większe niż dotychczas zapotrzebowanie na personel. Spośród naszych nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych niemal połowa znalazła zatrudnienie w usługach kurierskich, a 25% w logistyce. Jest to związane głównie ze wzrostem pozycji branży e-commerce, która w czasach pandemii odnotowała bardzo duży przyrost klientów” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Według raportu OTTO Work Force , spośród nowych pracowników tymczasowych zatrudnionych w czasach Covid-19  niemal połowa, bo 47%, znalazła pracę w branży usług kurierskich. 25% zostało zatrudnionych w logistyce, 23% w produkcji, a 5% w branży spożywczej.

Czy warto się przekwalifikować?

Nowa sytuacja rynkowa zmusiła wiele osób do przekwalifikowania się i podjęcia pracy tymczasowej. W badaniu OTTO Work Force Polska 68% nowo zatrudnionych pracowników tymczasowych wskazało, że w wyniku pandemii musiało podjąć pracę w zupełnie innej branży niż dotychczas. Mimo wszystko aż 70% respondentów wskazało, że nie zamierza wrócić do poprzedniej branży nawet jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie poprawie. 21% badanych rozważa taką możliwość, a 9% jeszcze nie podjęło decyzji.

Mam 15 tysięcy i nie wiem w co zainwestować? Obligacje korporacyjne?

Czym są obligacje korporacyjne? Niezależnie od tego czy jesteś poczatkującym inwestorem czy poszukujesz odpowiedniej opcji do dywersyfikacji portfela warto zainteresować się głębiej tym zagadnieniem. To tak zwane dłużne papiery wartościowe. Emituje je konkretne przedsiębiorstwo, które chce pozyskać środki finansowe np. na rozwój swojej działalności. Obligacja oznacza, że emitent zaciągnął dług u nabywcy, czyli inwestora, i wyznaczonym terminie (zwanym terminem zapadalności obligacji) musi ową należność spłacić, zwracając cały kapitał wraz z odsetkami.

Konstrukcja tego rozwiązania nie jest skomplikowana. Firma dokonująca emisji jest zobligowana szczegółowo ją opisać. Jest to niemal obowiązkowa lektura zanim podejmiemy decyzję dotyczącą ulokowania swojego kapitału. W warunkach znajdziemy m.in. oznaczenie emitenta, cele i wielkość emisji, wartość nominalną oraz cenę emisyjną obligacji, wysokość i rodzaj oprocentowania, częstotliwość wypłaty odsetek, termin wykupu obligacji. Takie informacje pomagają we wstępnej ocenie firmy szczególnie kiedy nie jest ona jeszcze na giełdzie ale oferuje atrakcyjną stopę zwrotu.

Z całą pewnością należy zwrócić uwagę na oferowane oprocentowanie. Oferty różnią się chociażby wysokością naliczanych odsetek i też sposobem ich naliczania. Są i takie, które nie oferują żadnych odsetek. Określane są zerokuponowymi czyli obligacje z pewnym z góry ustalonym dyskontem tzn. płacąc za nie cenę niższą od ich wartości nominalnej. W przypadku jej wykupu otrzymuje kwotę równą wartości nominalnej takiej obligacji. Nie są również wypłacane odsetki po okresie kapitalizacji. Jaki zysk ma z tego inwestor? Jedynym zyskiem jest różnica wynikająca z ceny zakupu a ceny nominalnej.

Zakładamy jednak, że oczekujemy większego zysku niż wspomniana różnica. Stawiamy wtedy na oferty o stałym lub zmiennym oprocentowaniu. Stałe oprocentowanie gwarantuje naliczanie i wypłacanie odsetek w tej samej wysokości bez względu na warunki ekonomiczne. Bez problemu można przewiedzieć zysk z inwestycji. Zmienne oprocentowanie najczęściej oparte jest na danym parametrze który decyduje o oprocentowaniu obligacji. Najczęściej jest to WIBOR albo inflacja + z góry ustalona marża. Wybór powinien opierać się na sytuacji rynkowej. Jeżeli stopy procentowe lub inflacja idą w górę warto zdecydować się na zmienne oprocentowanie. Kiedy jednak spodziewany jest spadek inflacji i stóp procentowych dobry posunięciem jest lokowanie kapitału w oferty o stałej stopie zwrotu. Oczywiście na względzie trzeba mieć, że jak to z rynkiem bywa może być dynamiczny i rozwojowy.

Obligacje korporacyjne możemy zakupić zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Co więcej, na rynku pierwotnym możemy zakupić je zarówno w ofercie publicznej, jak i prywatnej. Jak nazwa wskazuje na rynku pierwotnym dokonujemy zakupu nowo wyemitowanych obligacji. Na rynku wtórnym odkupujemy obligacje od pierwotnego nabywcy, który z jakiś powodów nie może czekać do końca terminu na jaki zostały wyemitowane.

Czy warto ulokować wolne środki w obligacje korporacyjne? Tak warto. Inwestujemy stosunkowo bezpiecznie z niemałym zyskiem. Należy pamiętać, że stawiając pierwsze kroki musimy postępować ostrożnie i dokładnie sprawdzić emitenta. Jego sytuację rynkową i proponowane zabezpieczenia. Jeżeli pójdziemy taką ścieżką szansę na powodzenie są ogromne.

Grzegorz Szulik, prezes zarządu polskiego fintechu Provema

Kwarantanna na Ukrainie to dobra wiadomość dla polskiego rynku pracy

Wzrost liczby zakażeń koronawirusem na Ukrainie nie pozostał bez wpływu na decyzje tamtejszych władz. Od sierpnia wprowadzono nowy system kwarantanny adaptacyjnej, który będzie obowiązywał do końca miesiąca – obejmuje on m.in. konieczność przejścia dwutygodniowej kwarantanny po powrocie do kraju. Zdaniem ekspertów Personnel Service, może być to dobra informacja dla polskiego rynku pracy, który ma szansę zatrzymać na dłużej część kadry ze Wschodu.

Na Ukrainie odnotowano już ponad 62 tys. przypadków zakażenia koronawirusem. Rząd, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się COVID-19, w miejscach, gdzie jest najwięcej osób zakażonych, od początku sierpnia wprowadził nowy system kwarantanny adaptacyjnej, który będzie obowiązywał do końca lata. Zgodnie z jego założeniami, w zależności od sytuacji epidemicznej w danym regionie wprowadza się „zielony”, „żółty”, „pomarańczowy” lub „czerwony” poziom zagrożenia. Najwyższy, czerwony stopień, wiąże się z takimi samymi obostrzeniami, jak na początku kwarantanny, m.in. zawiesza się połączenia transportowe, zamknięte zostają punkty gastronomiczne, centra handlowe, sklepy czy jednostki edukacyjne.

Z perspektywy polskiego rynku pracy, wprowadzenie kwarantanny na Ukrainie to dobra informacja i wcale nie chodzi o samo ograniczanie ryzyka zakażeniem. Wielu pracowników z Ukrainy zatrudnionych w Polsce nie będzie chciało wracać teraz do swojego kraju, bo będzie się to wiązało z koniecznością odbycia dwutygodniowej kwarantanny. Zdecydowanie bardziej opłacalne, i to dosłownie, będzie wydłużenie pobytu w Polsce i kontynuowanie pracy – zaznacza Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Automatyczne wydłużenie pobytu w Polsce możliwe od kilku miesięcy

Zdaniem eksperta, nowe zasady kwarantanny na Ukrainie nie powinny wpłynąć na decyzję tych, którzy mają już wizy i chcą do Polski przyjechać. Sprzyjają temu nowe przepisy dotyczące ewentualnego wydłużenia wygasającego pozwolenia na pracę. Od marca, czyli od samego początku wprowadzania obostrzeń związanych z koronawirusem w Polsce, Personnel Service i stowarzyszenie Pracodawcy RP postulowali o zmiany w prawie prowadzące do automatycznego wydłużania pobytu w Polsce tym Ukraińcom, którym kończyły się pozwolenia na pracę w naszym kraju. Miało to ograniczyć odpływ pracowników ze Wschodu i zapewnić stabilność polskiemu rynkowi pracy. Rząd przychylił się do tych postulatów i uwzględnił je jeszcze w marcu, w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

Z perspektywy czasu widać, że jest to jedna z naprawdę ważnych zmian w ramach tego narzędzia. Cieszymy się, że nasza sugestia została wówczas zrealizowana. Dzięki temu pracownicy z Ukrainy mogli dalej pracować w naszym kraju, bez konieczności ponownego ubiegania się o pozwolenie na pracę w ramach standardowych procedur – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Czy złoto to już bańka? Inwestycje w złoto i kruszce szlachetne biją rekordy

Czy czeka nas inwestycyjna gorączka złota? Kruszec jest silny jak nigdy, ale Polacy nie bardzo mu ufają

Światowe rynki inwestycyjne oszalały na punkcie inwestycji w złoto i w srebro. Cena uncji jeszcze nigdy nie była tak wysoka jak dzisiaj i analitycy w inwestycjach w złoto upatrują szansę na zarobek oraz na utrzymanie wartości aktywów w czasie, kiedy lokaty bankowe nie generują zysków (a nawet często generują straty). Wiele wskazuje na to, że najbliższe tygodnie pokażą jaka jest realna siła złota i czy rzeczywiście warto w nie inwestować. Polacy – póki co – są ostrożni. – O inwestycje w złoto pytają albo Ci ciekawscy albo Ci, którzy znają ten rynek i wiedzą jak inwestować w kruszce. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Polacy złotu nie ufają i powodów takiej sytuacji jest kilka – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradczego Kiżuk & Michalska.

Inwestorzy traktują złoto jako ciekawostkę, a nie realną szansę na zarobek

Czy Polacy pokochają inwestowanie w złoto? Zdania są podzielone. Wielu analityków już teraz wskazuje, że sytuacja i wzmocnienie złóota na rynku amerykańskim już za jakiś czas spowoduje trend w Europie, by swoje wolne środki lokować właśnie w kruszcach. Nie brakuje jednak sceptyków, twierdzących, że zaufanie do złota jest za małe, żebyśmy mówili o tym, że regularni inwestorzy będą lokowali w nie swój wolny kapitał. Obecnie złoto jest najdroższe w historii. W ubiegłym tygodniu został pobity rekord z 2011 roku. Cena uncji zbliża się do 2000 dolarów, a w ciągu roku wartość złota zwiększyła się o 25%.

– Złoto i srebro jako kruszec zyskujący na wartości budzi ciekawość naszych klientów, ale musimy przyznać, że póki co inwestorzy się przyglądają, zastanawiają, ewentualnie decydują się na dywersyfikację środków np. część inwestują w złoto, a część w nieruchomości. Nie mają jeszcze przekonania, że złoto jest kruszcem, który da im długofalowy zysk – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy. – Widzimy, że złoto bije rekordy wartości. To w dużej mierze kwestia sytuacji geopolitycznej, dodrukiem pieniądza oraz kryzysem gospodarczym związanym z pandemią koronawirusa. Uczciwie należy przyznać, że złoto wydaje się być dzisiaj „bezpieczną przystanią” dla inwestorów, gwarancją, że inflacja nie zje ich oszczędności. Trochę jest jednak tak, że polski inwestor nadal złoto bierze pod uwagę inwestycje w złoto nie jako pierwszą myśl – dodaje Filip Kiżuk.

„Królewski metal” sprzedaje się w Polsce w dużych ilościach, ale… biorąc pod uwagę jego wartość można było się spodziewać większych wzrostów

Jak należy inwestować w złoto? Specjaliści z Centrum Gospodarczego Kiżuk & Michalska zwracają uwagę, że po pierwsze należy to robić bezpiecznie. W Internecie nie brakuje ofert inwestycyjnych, które nie są bezpośrednio inwestycjami w złoto, a w fundusze, obligacje lub papiery wartościowe. Obecny trend rosnący widoczny jest od kilku tygodni: – Zachęcamy klientów do dywersyfikowania portfela inwestycyjnego. Złoto jest ciekawym urozmaiceniem gwarantującym pewną ochronę kapitału, a niekoniecznie wielkie zyski. Zachęcamy do zakupu kruszca, a nie funduszy, które zajmują się obrotem kruszcem – mówi Katarzyna Michalska, Doradca Gospodarczy.

Popyt na „królewski metal” może rosnąć wraz z zainteresowaniem klientów inwestycjami w złoto. Warto jednak wspomnieć, że dostępność żywego złota wcale nie jest łatwa, szczególnie w czasie pandemii koronawirusa. Jak więc mówią specjaliści należy rozsądnie dobierać sobie współpracowników i bardzo świadomie czytać umowy inwestycyjne. Może okazać się bowiem tak, że inwestując „w złoto” faktycznie będziemy inwestować w fundusze obracające surowcami i kruszcami. – W ostatnim kwartale w Polsce sprzedano więcej ton złota inwestycyjnego niż w całym roku 2019. Mam jednak wrażenie, że to wciąż mniejsze zainteresowanie niż można byłoby się spodziewać analizując sytuację na rynkach światowych – dodaje Filip Kiżuk.

Mali inwestorzy nie czują „gorączki złota”. Inwestycja w złoto kojarzy im się z… Amber Gold.

Doświadczenia Polaków ze złotem nie są najlepsze. Wielcy inwestorzy nie ulegają modom i trendom i raczej inwestują według określonych planów. Faktem jest, że zostały one mocno zweryfikowane przez pandemię koronawirusa i np. wielu zrezygnowało z lokat bankowych, ale tutaj inwestycje w złoto wciąż należy traktować jako ewentualny element strategii. Modom ulegają zazwyczaj mali inwestorzy, którzy nadwyżkę finansową chcą ulokować w bezpiecznej przestrzeni. Tak, by nie tracić, ale i mieć czyste sumienie, że pieniądze nie tracą wartości. Okazuje się, że Polacy pamiętają aferę Amber Gold i niektórzy reagują alergicznie ma myśl o „inwestycjach w złoto”

– W przypadku afery Amber Gold mieliśmy inwestycje w lokaty opierające się na złocie. Fizycznie nie było takiej ilości sztabek, by wyrównać ilość wpłaconych przez Polaków pieniędzy. Jest tak, że Polacy pamiętają i nie zawsze ufają inwestycjom w złoto. Musimy tutaj mówić wprost: nie proponujemy funduszy czy lokat, a proponujemy zakup kruszca – mówi Filip Kiżuk. – Nikt nie powinien nam oferować pośrednictwa w zakupie złota, ale jeżeli będzie ono deponowane gdzieś w skarbcach w Austrii czy w Szwajcarii. Ważne żebyśmy sprawdzili podmiot przez który będziemy zakupywali sztabki złota. Nasz rynek jest młody, a wzrost zainteresowania złotem może prowokować nieuczciwych pośredników – dodaje Katarzyna Michalska.

Standard Chartered otworzył nową przestrzeń do pracy dla swoich pracowników na najwyższych piętrach The Warsaw Hub

Standard Chartered, wiodący bank międzynarodowy, otworzył nową przestrzeń do pracy dla swoich pracowników na najwyższych piętrach jednego z najnowocześniejszych kompleksów biurowych w Polsce, The Warsaw Hub przy Rondzie Daszyńskiego. W sumie prawie 7,000 m2 nowoczesnej, funkcjonalnej i bezpiecznej powierzchni do pracy dla zespołu liczącego nawet 1000 osób.

10 sierpnia ruszyły dwa pierwsze z czterech pięter, których oddanie zaplanowano na ten rok. Kolejne dwa zostaną uruchomione przed końcem września, a uroczyste otwarcie zaplanowano na początek października. Oddanie piątego piętra zaplanowano w przyszłym roku. Od zarejestrowania polskiej spółki Standard Chartered w czerwcu 2018 roku, siedziba firmy znajdowała się w odrestaurowanych wnętrzach budynku biurowego z 1998 roku, przy ul. Towarowej 25a.

ʺDotychczasowe biuro dobrze spełniło swoją rolę jako tymczasowa lokalizacja, czas jednak na przeprowadzkę do docelowej siedziby. Nowe biuro nie tylko oferuje wyższe standardy funkcjonalne, ale jest również lepiej dopasowane do profilu naszej działalności w Polsce.
W ciągu dwóch lat stworzyliśmy w Warszawie zespół ponad 600 doświadczonych ekspertów, świadczących wysoce specjalistyczne usługi na rzecz innych spółek z Grupy Standard Chartered. Wiele zadań, które realizują nasi pracownicy, ma związek z zaawansowanymi technologiami i procesami, co koresponduje z charakterem kompleksu The Warsaw Hubʺ, mówi Rowena Everson, dyrektor zarządzająca Standard Chartered GBS Poland.

ʺThe Warsaw HUB to najnowocześniejszy i zarazem najbardziej funkcjonalny budynek, jaki dotychczas zrealizowaliśmy, który wykracza daleko poza ramy zwykłego kompleksu biurowców. Projektując go, zależało nam, aby był to obiekt samowystarczalny, gdzie pod jednym dachem znajdą się wszystkie funkcje i usługi potrzebne do funkcjonowania nowoczesnego biznesu. Bardzo się cieszymy, że te atuty dostrzegł wiodący międzynarodowy bank, jakim jest Standard Chartered i wybrał na swoją polską siedzibę The Warsaw HUBʺ, mówi Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland.

Nowoczesna, inkluzywna i bezpieczna przestrzeń

Nowa przestrzeń biurowa Standard Chartered została zaprojektowana zgodnie z globalnymi standardami banku przez biuro architektoniczne M Moser Associates, z uwzględnieniem elementów podkreślających jej lokalizację w Polsce. Obraz autorstwa polskiej malarki, Marty Zawadzkiej, zdobi recepcję, a kolory wykorzystane w innych częściach biura nawiązują do wyjątkowych miejsc na mapie Polski, takich jak Słowiński Park Narodowy, Puszcza Białowieska, Zielony Staw czy Jaskinia Raj. Najbardziej imponującym lokalnym elementem nowego biura banku jest jednak spektakularny widok na panoramę Warszawy.

ʺNaszym celem było przede wszystkim stworzenie w tym nowoczesnym budynku w centrum miasta przestrzeni wspierającej zarówno bardziej tradycyjne, jak i bardziej przyszłościowe formy pracy oraz dostosowanej do potrzeb osób o różnym stopniu sprawności i różnych preferencjach dotyczących sposobu pracy. Siedziba takiej spółki, jak nasza, powinna uwzględniać zarówno miejsca sprzyjające pracy indywidualnej, jak i zespołowej, oraz tworzeniu nowych pomysłów. Analizując efekty, uważam, że cel ten udało się osiągnąć, niemniej jednak kluczowe będą opinie naszych pracowników, którzy stopniowo i dobrowolnie wracają do pracy w biurze po kilkumiesięcznej pracy zdalnej. W trakcie pandemii podjęliśmy szereg działań wspierających naszych pracowników, m.in. dostarczając im dodatkowy sprzęt do domu czy umożliwiając tym z nich, którzy tego potrzebowali, korzystanie z biura w odpowiednio dostosowanej do wymogów sanitarnych przestrzeni. Nasze nowe biuro oferuje rozwiązania dodatkowo zwiększające bezpieczeństwo w trakcie pandemii, zaprojektowane i wdrożone przez Ghelamcoʺ, dodaje Rowena Everson.

Świetna lokalizacja w centrum rozwijającej się dzielnicy biznesowej, doskonałe skomunikowanie z innymi częściami miasta, w tym bezpośredni łącznik między budynkiem
a stacją metra Rondo Daszyńskiego, oraz dostęp do punktów handlowych i usługowych to atuty dodatkowo podnoszące atrakcyjność nowego biura, a przez to atrakcyjność Standard Chartered jako pracodawcy w oczach obecnych i przyszłych pracowników.

ʺZ naszych badań wynika, że lokalizacja i standard powierzchni biurowej nadal odgrywają znaczącą rolę w oczekiwaniach polskich pracowników. Nowa siedziba firmy Standard Chartered spełnia w tej kwestii najwyższe standardy. Kilkupoziomowe funkcjonalne biuro
w budynku The Warsaw Hub zlokalizowane jest w nowym centrum biznesowym stolicy,
z bezpośrednim dostępem do stacji metra oraz szerokiej oferty usług. Dbałość naszego klienta o komfort i zadowolenie pracowników, zawsze była i niezmiennie jest priorytetem. Cieszymy się, że bank zaufał nam, powierzając nam prowadzeniu całego procesu, oraz docenia nasze zaangażowanie w opiece poprocesowejʺ, mówi Karolina Dobrowolska, starszy konsultant, CBRE, firmy reprezentującej Standard Chartered
w transakcji najmu powierzchni biurowej.

W swoim warszawskim globalnym centrum usług biznesowych bank zatrudnia specjalistów  w obszarze przeciwdziałania przestępczości finansowej, cyberbezpieczeństwa, zarządzania ryzykiem płynności, zarządzania międzynarodowymi projektami HR czy negocjowania umów na instrumenty pochodne z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymi i innych. Istniejące zespoły są na bieżąco rozwijane, powstają też nowe obszary kompetencji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Standard Chartered stworzył w Polsce m.in. zespoły odpowiedzialne za:

  • ochronę danych (Data Privacy),
  • zaawansowaną analizę danych (Data Analytics),
  • analizę transakcji i przepływu informacji pod kątem wykrywania nadużyć (Trade & Communication Surveillance),
  • edukacje w zakresie cyberbezpieczenstwa (Cyber Awareness),
  • współpracę między ofensywnymi i defensywnymi obszarami cyberbezpieczeństwa (Purple Team).

W polskiej spółce Standard Chartered jest obecnie 80 aktywnych projektów rekrutacyjnych,
a proces wyboru kandydatów i wdrażania nowych pracowników jest prowadzony w sposób zdalny w trosce o bezpieczeństwo wszystkich zaangażowanych stron.

Dolar próbuje rozdawać karty

Piątkowe dane z rynku pracy za lipiec rozwiały obawy dotyczące kondycji gospodarki w kontekście jej wolniejszego niż zakładano odmrażania. Raport Departamentu Pracy pomógł dolarowi zakończyć tydzień mocniejszym akcentem, ale jeszcze nie przesądził, że rozpoczęła się głębsza korekta.

EUR/USD zamknął tydzień poniżej 1,18. Start handlu w poniedziałek to również umocnienie dolara. W kontekście potężnej przeceny z lipca (najgorszy dla USD miesiąc od dekady), skala odreagowania wciąż jest znikoma. Zejście pod 1,17 otwierałoby drogę do pogłębienia zniżki. Na mocniejszego dolara szczególnie wrażliwe są waluty Antypodów. Sytuacja epidemiczna w Australii będzie skutkować wolniejszym wychodzeniem z gospodarczej zapaści a kurs jest kilak procent wyżej niż gdy USA i Chiny podpisywały pierwszą część umowy handlową na początku 2020 roku. Na razie nastroje na rynkach towarów i akcji pozostają jednoznacznie pozytywne, co sprawia, że rynek może przez palce patrzeć na fundamentalne słabości i zagrożenia. W takim otoczeniu naszym preferowanym kanałem próby wykorzystania potencjału dolara do krótkoterminowego odbicia jest USD/JPY. Jen jako bezpieczna przystań nie przyciąga kapitału tak mocno jak AUD, NZD czy SEK w epizodach słabości dolara.

Dla amerykańskiej waluty i szerzej – notowań na rynku walutowym – w najbliższych dniach kluczowe będą trzy czynniki: seria danych makro ze sprzedażą detaliczną na czele oraz kwestie polityczne i geopolityczne. W pierwszym katalogu wyróżnić należy postęp negocjacji dotyczących IV fazy pakietu stymulacji fiskalnej. W drugim: relacje USA – Chiny po nałożeniu sankcji na spółki technologiczne z państwa środka.

Fundamentem ostatnich przetasowań (słabości dolara, rajdu indeksów giełdowych, obligacji korporacyjnych, wzrostów cen metali szlachetnych), jest silna wiara inwestorów, że ujemne realne stopy procentowe będą utrzymywać się przez bardzo długi okres a płynność i finansowanie w dolarze będą bardzo łatwo dostępne. To sytuacja, w której preferowane są dane „letnie”: dobre na tyle by nie dawać powodu do obaw i przerwania sielanki na rynkach akcji, słabe na tyle by nie dawać podstaw władzom monetarnym by sygnalizowały bliskość zmierzchu ery ultrałagodnej polityki. Takie nastawienie łatwo nie będzie ulegać odmianie, ale dla dolara pozytywne byłoby zarówno pogorszenie globalnej koniunktury, jak również seria dobrych danych z amerykańskiej gospodarki. Bilans ryzyk przemawia zatem po stronie korekty słabości USD.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Firmy „około targowe” pominięte przez rząd?

Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się do Jadwigi Emilewicz – wicepremier i minister rozwoju, aby planowaną pomocą sektorową objęła również 2 kategorie przedsiębiorstw pracujących dla targów branżowych. Chodzi o podmioty projektujące i wykonujące stoiska targowe, a także o transportowe i zajmujące się spedycją targową. Z relacji uczestników spotkania przedstawicieli ministerstwa z kilkoma liczącymi na rządowe wsparcie sektorowe branżami wynika, że spośród współpracujących z imprezami targowymi firm, pomoc dostać ma tylko jedna kategoria przedsiębiorstw – organizatorzy targów, wystaw i kongresów (PKD: 82.30.Z), pomimo wniosku, aby rząd wsparł w sumie 3 kategorie firm pracujących dla imprez targowych.

  • Pracujące dla branżowych targów firmy obawiają się, że rząd może je ostatecznie pominąć przy udzielaniu wsparcia sektorowego na kolejne miesiące. Chodzi przede wszystkim o zwolnienie je z obowiązkowych składek ZUS.
  • Pomimo, iż decydować ma o tym przynależność do danej branży – w tym przypadku mocno poszkodowanej przez kryzys – targowej, a także spadek obrotów co najmniej 80 procent, to według nieoficjalnych informacji, o pominięciu takich firm miałby zdecydować numer wiodący PKD czyli oznaczenie działalności w ewidencji gospodarczej.
  • Przedsiębiorstwa projektujące i budujące targowe powierzchnie wystawiennicze, a także zajmujące się promocją wyłącznie targów należą do tej samej kategorii – firm reklamowych. Tych jednak rząd miał nie uwzględnić w programie wsparcia sektorowego. Identycznie miał potraktować podmioty zajmujące się transportem i spedycją targową.

PKD firm, które zajmują się wykonywaniem zabudowy stoisk targowych to 73.11.Z, a świadczących usługi transportu i spedycji targowej – 52.29.C. 21 lipca, na spotkaniu przedstawicieli liczących na pomoc rządu branż (poza targową także m.in. turystyczna czy tzw. przemysłu spotkań zw. turystyką biznesową – MICE) z ministerstwem rozwoju, jego przedstawiciele mieli zaproponować skreślenie PKD 73.11.Z i 52.29.C. W pierwszym przypadku, oprócz działalności dotyczącej zabudowy stoisk targowych, obejmuje on również agencje reklamowe, a te zdaniem przedstawicieli resortu nie ucierpiały w tak dużym stopniu na skutek epidemii. Taki sam los ma spotkać współpracujące z targami przedsiębiorstwa transportowe i spedycyjne.

– Pomimo decyzji Rządu o odmrożeniu targów w Polsce z dniem 6 czerwca br., targi w kraju praktycznie nadal nie odbywają się, podobnie jak targi na innych rynkach targowych Europy, w związku z czym firmy świadczące ww. usługi dla targów i żyjące jedynie z tych usług kompletnie nie mają zleceń i przychodów, a co za tym idzie – tysiące osób zatrudnionych w firmach budujących stoiska targowe oraz pracujących w transporcie i spedycji targowej od kilku miesięcy jest w tragicznej sytuacji materialnej – czytamy w skierowanym przez Polską Izbę Przemysłu Targowego (PIPT) do wicepremier Jadwigi Emilewicz piśmie. Jego autorzy zwracają się do szefowej resortu rozwoju o ponowne rozpatrzenie wniosku, aby proponowaną przez rząd dalszą pomocą sektorową objąć firmy oznaczone PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa).

– Pozytywna decyzja pani premier (…) stanowiłaby nieocenioną pomoc dla tych przedsiębiorstw i ich pracowników, a także zapewne w dużej mierze uchroniłaby je od fali bankructw, co z kolei daje jakiekolwiek szanse na ich powrót do biznesu w przyszłości i odbudowę polskiego przemysłu targowego – konkluduje Polska Izba Przemysłu Targowego. Dodaje, że będzie niezwykle wdzięczna za objęcie pomocą tych 2 kategorii – pod warunkiem, że każda z nich podlegać będzie dodatkowo pod segment „targowy” czyli oznaczony sygnaturą PKD 82.30.Z. Oznacza to, że o udzieleniu wsparcia sektorowego przez rząd przesądzałaby przynależność do segmentu przedsiębiorstw działających na rzecz branżowych targów. Oprócz wiodącej kategorii PKD istotna stała by się pomocnicza – wskazująca na współpracę z organizatorami targów.

Prawdopodobne pominięcie firm transportowo spedycyjnych i projektujących powierzchnie wystawiennicze w oparciu o niejako „automatyczną” przynależność do stałych kategorii branżowych (PKD) byłoby zatem ogromnym kłopotem dla wielu przedsiębiorstw, co zwłaszcza w przypadku tych drugich porównać by można do swoistego tsunami.

– Taki właśnie numer PKD (73.11.Z) mają setki firm stanowiących poważną gałąź przemysłu targowego w Polsce i za granicą W klasyfikacji odpowiada on faktycznie prowadzonej przez nie działalności gospodarczej. Świadczą one bowiem usługi pomocnicze dla targów, zaś sami organizatorzy targów (np. spółki targowe z targami w nazwie) posiadają inne oznaczenie PKD – zwraca uwagę Krzysztof Szofer z firmy Abyss, która zajmuje się właśnie projektowaniem i wznoszeniem stoisk na targach. Wraz z kilkuset innymi przedsiębiorcami reprezentującymi ten segment martwi się o dalszy jego los i chce zainteresować nim rządzących i parlamentarzystów. Przypomina, że kooperujące z targami firmy to poważna cześć rynku targowego. Działa ona także dla zleceniodawców organizujących branżowe imprezy w Europie Zachodniej. Polskie przedsiębiorstwa np. budujące stoiska mają tam od dawna bardzo mocną pozycje i zaangażowane są w tworzenie przestrzeni targowych na największych targach na naszym kontynencie, a w wielu przypadkach także na świecie.

– Żadna z naszych firm nie miała wpływu na konstruowanie klasyfikacji PKD. Niemal każda z nich jest całkowicie uzależniona od możliwości organizacji targów. Nasz segment jako pierwszy ucierpiał w największym stopniu wskutek zamrożenia rynku targowego. Jest też na końcu całego łańcucha wykonawców, gdyż jako ostatni otrzyma wynagrodzenie za wykonanie swojej pracy – po zakończeniu z powodzeniem przeprowadzonych targów – opisuje sytuacje własnej i innych podobnych firm Krzysztof Szofer. Jego zdaniem, w sytuacji, gdy organizatorzy kolejno odwołują lub przekładają na inny termin zaplanowane na ten rok imprezy targowe, jest bardzo prawdopodobne, że wiele z nich w ogóle w tym roku nie dojdzie do skutku.

– Czym kierowały się nasze władze, skazując de facto na śmierć setki przedsiębiorstw będących do niedawana liderami na skalę europejską w swojej branży? – pyta Krzysztof Szofer. Wskazuje, że brak pomocy sektorowej dla tej grupy przedsiębiorstw oznacza, że już wkrótce nie będzie można przeprowadzić w ogóle większych imprez targowych w Polsce oraz Europie, ponieważ nie będzie komu zaprojektować i budować stoiska na targach. – Czy można wyobrazić sobie imprezy targowe bez powierzchni wystawienniczych? – zastanawia się Krzysztof Szofer i przyznaje, że nie było dotąd takiego przypadku, a nawet gdyby był, to byłoby to bardzo dziwne.

Zarówno dla niego, jak i jego kolegów oraz koleżanek zarządzających takimi firmami kompletnie niezrozumiała jest argumentacja przedstawicieli ministerstwa, którzy mieliby ograniczać listę przedsiębiorstw targowych tylko do organizatorów targów, skoro proponowane jest dość surowe kryterium – 80% spadku obrotów. – Nawet, jeśli któraś z agencji reklamowych kwalifikowałaby się do tej kategorii, oznaczałoby to, że również ucierpiała na skutek zamrożenia rynku targowego. Pozostałe agencje nie spełniające tego kryterium nie kwalifikują się na ten rodzaj pomocy – twierdzi Krzysztof Szofer. Według niego trzeba dziś, i to jak najszybciej, uzupełnić projekt przygotowywanej przez resort rozwoju ustawy o branżę targową, ale tę ujętą w PKD 73.11.Z – Jest to niezbędne dla wzmocnienia całego tzw. Przemysłu Targowego – w koniunkcji z PKD 83.20. Z. Pominięta kategoria obejmuje kilkaset ważnych dla gospodarki przedsiębiorstw, będących do tego często eksporterem usług za granicę i stanowiących tam wizytówkę polskiej gospodarki – postuluje w imieniu całego „około targowego” segmentu Krzysztof Szofer. Według niego, a także innych przedstawicieli branży targowej, o pomocy sektorowej mogłaby decydować przynależność do organizacji samorządu gospodarczego – w tym przypadku do PIPT. – Organizację tę tworzą przecież firmy w 100% związane z rynkiem targowym, bez względu na klasyfikację PKD – przypomina Krzysztof Szofer.

Firmy dostarczające tzw. „usługi targowe”, a więc np. wznoszące przestrzenie wystawiennicze, spedycyjne, informatyczne czy zajmujące się promocją targów, pozostają w „zamrożeniu” od początku marca 2020. Zatrudnienie w tym sektorze szacuje się na kilkadziesiąt tysięcy osób.

To najczęściej przedsiębiorstwa, które do niedawna były liderami w swoich sektorach na rynkach europejskich. Są, jak wskazuje Krzysztof Szofer, idealnymi z punktu widzenia finansów państwa płatnikami. Zarabiają, świadcząc usługi za granicą, a wydają je w kraju. – Trudno tym wysoce wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom o zróżnicowanej strukturze zatrudnienia, od firm rodzinnych po kilkuset osobowe zespoły, dokonać błyskawicznego przebranżowienia, w dodatku bez żadnych gwarancji powodzenia w przyszłym funkcjonowaniu. Bez pomocy sektorowej możemy spodziewać się kolejnych upadków firm, a w konsekwencji pozycję tych firm zajmą podmioty zagraniczne otrzymujące znacznie większe środki pomocowe niż nasze krajowe – podsumowuje Krzysztof Szofer, mając na uwadze realizację zleceń nie tylko w innych krajach Europy, ale także w Polsce.

Rząd miał przekazać projekt ustawy o sektorowej pomocy sejmowi tuż po zorganizowanym 21 lipca spotkaniu. Na posiedzeniu w piątek 24 lipca parlament nie zajął się tą sprawą. Kolejne, ostatnie już przed wakacjami, ma być 14 sierpnia. Zarówno przedstawiciele branż związanych z branżowymi targami, jak i turystycznej, „spotkaniowej” (MICE) czy organizatorów występów estradowych, czekają na ostateczną odpowiedź ze strony rządu co do przyznania sektorowego wsparcia.

Jesteśmy zaprzyjaźnieni z ryzykiem – wywiad z Bartoszem Tomczykiem (Provema)

Provema to dynamicznie rozwijająca się polska spółka z sektora nowoczesnych technologii finansowych. Z przewodniczącym rady nadzorczej Bartoszem Tomczykiem rozmawiamy o rozwoju rynku pożyczek konsumenckich w Polsce i w Europie.

Jak wygląda rozwój Provemy w konkretnych liczbach?

Rok 2019 zamknęliśmy wzrostem ilości udzielonych pożyczek na poziomie 151% w stosunku do roku 2018. Obecnie, mimo kryzysu, nie obserwujemy spadku zainteresowania naszymi produktami wśród klientów. Nasza strategia od początku istnienia firmy polega na udzielaniu niewielkich pożyczek na krótkie okresy. Dzięki temu jesteśmy w stanie ograniczyć ryzyko.

Dynamiczny rozwój jest efektem udanej inwestycji w oprogramowanie służące do automatycznej analizy ryzyka kredytowego. Nasz algorytm, oparty na sztucznej inteligencji, podejmuje decyzję kredytową w kilka sekund. Według naszych obliczeń, średni czas jaki upływa od wejścia klienta na naszą stronę internetową do udzielenia pożyczki nie przekracza sześciu minut.

Jak branża finansowa i pożyczkowa radzą sobie z obecnym kryzysem? Jak znacznie wzrosło ryzyko kredytowe? Czy w waszym przypadku wzrosła szkodowość udzielonych pożyczek?

Nasz produkt ma taką specyfikę, że zapotrzebowanie na niego wzrasta w okresie kryzysów gospodarczych. Jednak wtedy jednocześnie wzrasta ryzyko kredytowe. Przy wzroście bezrobocia i obniżeniu poziomu dochodów, klienci mogą mieć kłopoty z regulowaniem swoich zobowiązań. Banki tradycyjnie zaostrzają wtedy swoje wymagania w stosunku do potencjalnych kredytobiorców. A to oznacza, że wielu z nich trafia do nas.

Nie zmienia to faktu, że również my musieliśmy dostosować swoje wymagania dla kredytobiorców po wybuchu kryzysu. Od początku wiedzieliśmy, że obecny kryzys będzie ostatecznym testem dla naszego oprogramowania oceniającego zdolność kredytową klientów. Radykalna zmiana sytuacji gospodarczej i warunków funkcjonowania przedsiębiorstw jest zawsze wydarzeniem ryzykownym. Jednak dziś z satysfakcją mogę powiedzieć, że nie odnotowaliśmy wzrostu szkodowości. W przeciwieństwie do tradycyjnych banków jesteśmy w stanie stabilnie funkcjonować w warunkach podwyższonego ryzyka. Można powiedzieć, że jesteśmy z ryzykiem zaprzyjaźnieni.

Czy polskie władze w wystarczający sposób wspierają krajowe przedsiębiorstwa rozwijające nowoczesne technologie finansowe?

Branża fintech otrzymuje dość ograniczoną pomoc państwa. Fintechy nie posiadają z reguły licencji bankowych, a więc nie gromadzą oszczędności obywateli. Niebezpieczeństwo strat wśród klientów banków było podstawową motywacją, jaka skłoniła rząd i Narodowy Bank Polski do stworzenia bardzo szerokiego pakietu wsparcia instytucji finansowych. Nas ten problem nie dotyczy.

Oprócz wsparcia płynności banki otrzymują również możliwość uczestniczenia w dystrybucji pomocy publicznej przeznaczonej dla konsumentów i przedsiębiorstw. Uważam, że chcąc wesprzeć sektor nowoczesnych technologii, władze powinny włączyć w ten proces również technologiczne przedsiębiorstwa finansowe, w tym firmy pożyczkowe. Tak dzieje się w Stanach zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii i innych państwach.

Czy polskie przedsiębiorstwa z branży fintech mają szansę na ekspansję międzynarodową? Jakie są szanse i problemy z tym związane?

Polskie startupy technologiczne rzadko inwestują za granicą. Tymczasem, z punktu widzenia firmy technologicznej, odpuszczanie rynku międzynarodowego jest bardzo złą strategią. Polski rynek jest zbyt duży, żeby umrzeć, ale zbyt mały, aby żyć. Rynki w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej są bardziej zasobne, ale jednocześnie bardziej konkurencyjne. Polskie startupy, aby inwestować za granicą muszą pokonać barierę mentalną. Jest jednak coraz więcej przedsiębiorców, którzy nie mają z tym problemu.

Istnieje natomiast jeszcze jedna bariera. Badania pokazują, że polskie startupy technologiczne mają do dyspozycji bardzo mało kapitału. Okazuje się, że z jednej strony jesteśmy cały czas krajem zbyt egzotycznym dla poważnych zachodnich inwestorów, z drugiej polscy inwestorzy nie potrafią inwestować w przedsięwzięcia o wyższym ryzyku, jakimi są fintechy. Takie strategie inwestycyjne wymagają doświadczenia i rozbudowanego zaplecza analitycznego.

Jedak Provema zdecydowała się na ekspansję zagraniczną.

Tak, działamy już na dwóch rynkach zagranicznych. W Hiszpanii i na Litwie. Charakterystyczne jest to, że w naszej branży ekspansja geograficzna nie wymaga budowania lokalnych struktur. Wszystkie procesy biznesowe jesteśmy w stanie kontrolować z naszej centrali w Katowicach. Dla przedsiębiorstw działających w internecie, brak granic jest zjawiskiem naturalnym, przelewy międzynarodowe są dziś tanie i szybkie, nie ma też ograniczeń w przepływie kapitału.

W ostatnich latach klienci prawie zupełnie przestali chodzić do banków i zaczęli korzystać z finansowych aplikacji mobilnych. Jakich rozwiązań technologicznych możemy się spodziewać w przyszłości?

Już od dawna stawiamy sobie to pytanie. Niewykluczone, że aplikacje bankowe działające w obecnej formie przestaną być klientom potrzebne. Pewne jest natomiast że ich rola będzie ewoluować. Usługi bankowe staną się dostępne na przykład przez komunikatory internetowe. Przyszłość leży też w nowoczesnych narzędziach służących do obsługi sektora e-commerce, na przykład takich jak nasz innowacyjny produkt Loan-By-link, który uruchomiliśmy na początku tego roku. Jest to narzędzie, które pozwoli na szybką zamianę dowolnej strony internetowej w sklep online. Rzecz jasna, będzie on połączony z naszym systemem pożyczkowym.

Jak Provema będzie wyglądać za 10 lat, jakie są wasze strategiczne cele biznesowe?

Konsekwentnie chcemy się stawać coraz bardziej istotną instytucją finansową. Naszym marzeniem jest stać się najnowocześniejszym i najbardziej innowacyjnym bankiem w Europie.

Pierwszym krokiem na tej drodze było uzyskanie przez nas w lutym tego roku statusu małej instytucji płatniczej. Ta licencja, udzielona nam przez Komisję Nadzoru Finansowego, między innymi oznacza, że mamy możliwość wydawania kart płatniczych. Nasz kolejny cel to status krajowej instytucji płatniczej a w dalszej perspektywie zamierzamy starać się o pełną licencję bankową.

Sektor bankowy w Polsce a także w całej Europie jest bardzo konkurencyjny. Wymagania kapitałowe oraz bariery wejścia są bardzo duże. Na czym może polegać wasza przewaga konkurencyjna na tym rynku?

Obecna sytuacja tradycyjnego sektora bankowego jest dość skomplikowana. Na jego niekorzyść wpływa polityka niskich lub zerowych stóp procentowych prowadzona przez światowe banki centralne. Z tego powodu banki mają kłopot z zaoferowaniem swoim klientom atrakcyjnych produktów inwestycyjnych, jednocześnie trudno im finansować startupy technologiczne, które stają się coraz bardziej istotną gałęzią gospodarki. Wymagania władz regulacyjnych oraz oczekiwania depozytariuszy nie pozwalają im angażować się w przedsięwzięcia o bardzo wysokim ryzyku.

Tam, gdzie działanie tradycyjnych banków jest utrudnione, coraz częściej pojawiają się dynamiczne przedsiębiorstwa sektora technologii finansowych. Jesteśmy w tej chwili jednym z nich. Niestety, też mamy swoje problemy a największym z nich jest ograniczona dostępność kapitału, nawet przy wysokiej zyskowności.

Dlatego uważam, że przyszłość rynków finansowych należy do przedsiębiorstw, które będą łączyły w sobie zalety tradycyjnych banków i startupów z branży fintech. Aby osiągnąć sukces potrzebny będzie wachlarz produktów doskonale dostosowanych do potrzeb klienta oraz dostęp do kapitału.

Najlepsze miasta do studiowania w Polsce – ranking 2020

W tym tygodniu tegoroczni maturzyści otrzymają wyniki swojego egzaminu dojrzałości. Aby ułatwić im decyzje o tym, gdzie aplikować na studia, stworzyliśmy Ranking Najlepszych miast do studiowania 2020. Porównaliśmy w nim koszty życia, poziom nauczania, a także ewentualne szanse na szybkie znalezienie pracy. Które miasta zasługują zatem na miano najlepszych do życia dla studentów?

Łącznie przeanalizowaliśmy ofertę 18 miast – pod uwagę wzięliśmy wszystkie miasta, będące stolicą województw, a także w przypadku woj. lubuskiego i kujawsko-pomorskiego – ośrodki pełniące podobne role. W raporcie  uwzględniliśmy takie kategorie jak: edukacja, koszty życia, perspektywy ekonomiczne. W raporcie znajdują się m.in. dane dotyczące bezrobocia, poziomu wynagrodzeń, średniej ceny wynajęcia mieszkania, pokoju lub miejsca w  akademiku, a także informacje o cenach miesięcznych biletów komunikacji miejskiej.

Najlepsze miasta do studiowania 2020 – rankingNajlepsze miasta do studiowania 2020_grafika

Zwycięzcą ostatecznej klasyfikacji okazała się Warszawa, łącznie zdobywając 148 punktów. Jednak po piętach depcze jej Kraków, który stracił do zwycięzcy tylko jeden punkt! Pierwsza dwójka rankingu iKalkulator.pl zdeklasowała inne miasta, uzyskując nad nimi przewagę ponad czterdziestopunktową. Na trzecim miejscu znalazł się Poznań, na czwartym – Wrocław, a na piątym Gdańsk. To jedyne miasta, które zdobyły powyżej 100 punktów.

Z kolei najmniej punktów w Rankingu Najlepsze miasta do studiowania 2020 iKalkulator.pl zdobył Białystok (61 punktów). Tuż za nim uplasowały się Kielce (68 punktów), a następnie Rzeszów i Lublin (po 73 punkty).

Średnia dla rankingu wyniosła 90 punktów. Widać zatem duże odchylenia od średniej – zarówno w przypadku najwyższych, jak i najniższych miejsc zestawienia.

Edukacja

O pozycji w rankingu w dużej mierze decydował poziom edukacji – który jest kluczowym czynnikiem przy wyborze danej uczelni.  W rankingu iKalkulator.pl skuliliśmy się na uczelniach publicznych. W tej kategorii przyznaliśmy punkty tym ośrodkom edukacyjnym, które znalazły się w ogólnopolskim Rankingu Szkół Wyższych Perspektywy 2020. Liczba punktów była zależna od pozycji konkretnej uczelni w zestawieniu. Dodatkowo, przyznaliśmy dodatkowe punkty uczelniom, które znalazły się w rankingu najlepszych szkół wyższych na świecie – The World University Rankings 2020. W liczącym 1 400 uczelni zestawieniu znalazło się też 15 placówek z Polski. Najwięcej uczelni, które znalazły się w tym prestiżowym rankingu, znajduje się w Krakowie (3). Po dwie placówki wyróżnione w zestawieniu ma Warszawa (w tym sklasyfikowany najwyżej z polskich uczelni Uniwersytet Warszawski), Łódź, Poznań, Wrocław i Gdańsk, a po jednej – Toruń i Gliwice.

W kategorii edukacja pierwsze miejsce zajęła Warszawa, która znacząco uciekła swoim rywalom – prześcigając drugi Kraków o 8 punktów. Na trzecim miejscu znalazł się Poznań, który do Warszawy stracił aż 40 punktów. Na końcu zestawienia znalazły się: Gorzów Wielkopolski, Zielona Góra i Olsztyn.

 

Miejsce Miasto Suma
1 Warszawa 87
2 Kraków 79
3 Poznań 47
4 Gdańsk 46
5 Wrocław 44
6 Łódź 40
7 Szczecin 19
8 Lublin 17
9 Toruń 15
10 Katowice 12
11 Białystok 9
12 Opole 6
12 Rzeszów 6
12 Kielce 6
12 Bydgoszcz 6
13 Olsztyn 3
13 Zielona Góra 3
13 Gorzów Wielkopolski 3

 

Koszty życia

Nie każdy może sobie pozwolić na beztroskie studiowanie, bez konieczności pilnowania każdej złotówki. Dlatego sprawdziliśmy, ile w danych miastach student musi zapłacić za lokum. Na warsztat wzięliśmy ceny akademików, ale także średni koszt wynajmu pokoju i mieszkania dwupokojowego. Dodatkowo, iKalkulator.pl sprawdził ceny biletów miesięcznych komunikacji miejskiej. Gdzie zatem studiowanie jest najtańsze? Najlepszym do życia dla studentów miastem, pod względem kosztów, jest Gorzów Wielkopolski, który zdobył 68 punktów. 9 punktów mniej zebrała Zielona Góra, a 10 mniej – Olsztyn. Z kolei najdroższym miastem zestawienia zdecydowanie jest Warszawa, która zdobyła jedynie 16 punktów. Za nią uplasował się Wrocław, Poznań i Gdańsk.

Miejsce Miasto Suma
1 Gorzów Wlkp. 68
2 Zielona Góra 59
3 Olsztyn 58
4 Toruń 57
5 Opole 55
6 Kielce 51
6 Bydgoszcz 51
7 Rzeszów 49
8 Białystok 41
9 Lublin 36
10 Katowice 34
11 Szczecin 33
12 Łódź 31
13 Kraków 28
14 Gdańsk 24
14 Poznań 24
15 Wrocław 21
16 Warszawa 16

Perspektywy rozwoju

Poza wyborem kierunku studiów i uczelni, ważne jest również to, jakie perspektywy rozwojowe zapewni nam miasto akademickie. Część studentów decyduje się na płatne praktyki lub pracę zarobkową, choćby dorywczą, już w czasie nauki. Dlatego iKalkulator.pl zweryfikował miasta pod względem poziomu bezrobocia, wysokości średniego wynagrodzenia, a także tego, gdzie jest najwięcej absolwentów multimilionerów – z dorobkiem min. 100 mln euro. W którym mieście student ma najlepszą przyszłość?

Kolejny raz na najwyższym stopniu podium znalazła się Warszawa. Z niewielką stratą do niej na drugim miejscu uplasował się Kraków, a na trzecim – Wrocław i Katowice. W ścisłej czołówce znalazły się też Poznań i Gdańsk, które uzyskały powyżej 30 punktów.

Na drugim końcu zestawienia uplasował się Białystok, Kielce i Gorzów Wielkopolski, które w tej kategorii zebrały najmniejszą liczbę punktów.

Lp. Miasto Suma punktów
1 Warszawa 45
2 Kraków 40
3 Wrocław 38
3 Katowice 38
4 Poznań 37
5 Gdańsk 31
6 Szczecin 24
7 Łódź 23
8 Opole 21
9 Bydgoszcz 20
9 Lublin 20
10 Rzeszów 18
11 Zielona Góra 17
12 Toruń 16
13 Olsztyn 13
14 Gorzów Wielkopolski 12
15 Kielce 11
15 Białystok 11

 

Metodologia

Ranking iKalkulator.pl został opracowany na podstawie dostępnych danych: GUS, Ministerstwa Edukacji Narodowej, uczelni wyższych w danym mieście, urzędów pracy, a także zestawień przygotowanych przez Perspektywy.pl, Quacquarelli Symonds czy Pracownię Ekonomiczną 2033.

Kategorie zostały podzielone na podkategorie. Zazwyczaj w każdej maksymalnie można było uzyskać 18 pkt., a minimalnie – 1 pkt lub 0 – w przypadku, gdy miasto nie spełniało żadnego z warunków.  Inaczej oceniana była kategoria Edukacja – gdzie ze względu na liczbę zmiennych, punktowane było miejsce w danym rankingu. Uznaliśmy tą kategorię za kluczową, dlatego tutaj do rankingu głównego wliczana była uzyskana suma punktów z każdej podkategorii.

W przypadku znalezienia się uczelni publicznych z danego miasta w Rankingu Szkół Wyższych Perspektywy 2020, liczba punktów była zależna od pozycji konkretnej uczelni w zestawieniu. I tak, pierwsze trzy miejsca były punktowane odpowiednio po: 18,17, 16 pkt., miejsca 4-10 po 10 pkt, 11-20 po 5 pkt, a 21-100 po 3 pkt.

W przypadku znalezienia się uczelni z danego miasta w Ranking najlepszych szkół wyższych The World University Rankings 2021 – otrzymywało ono 10 punktów.

Dodatkowo, w kategorii Perspektywy ekonomiczne, przyznano ekstra punkty miastom, które znalazły się w zestawieniu ośrodków z największą liczbą absolwentów z majątkiem min. 100 mln euro. Przyznano od 10 do 5 pkt – w zależności od miejsca w rankingu. Suma wszystkich punktów z każdej podkategorii dała nam ostateczne wyniki. Tak powstał ranking Najlepsze miasta do studiowania 2020.

Dobre wyniki sektora magazynowego w Polsce w pierwszej połowie roku

Rynek magazynowy w Polsce nadal rozwija się dynamicznie. Zarówno popyt, jak i podaż w pierwszej połowie 2020 roku utrzymywały się na wysokim poziomie – podkreślają eksperci z międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield, która podsumowała pierwsze półrocze 2020 roku na rynku magazynowym w Polsce.

Pomimo dobrych wyników ostrożnie podchodzimy do stwierdzenia, że ten rok będzie rekordowy dla rynku magazynowego. Sektory takie jak motoryzacja czy produkcja, które odgrywają ważną rolę dla polskiej gospodarki, mocno ucierpiały z powodu pandemii. Ostatnie miesiące pokazały jednak pozytywne tendencje do stopniowego powrotu firm do normalnej działalności gospodarczej wraz z dalszym łagodzeniem obostrzeń. Niektóre firmy negocjują lub finalizują już nowe projekty i spodziewamy się, że cały sektor będzie lepiej przygotowany na potencjalne ryzyko wystąpienia drugiej fali epidemii – mówi Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Popyt

W drugim kwartale 2020 roku wynajęto 1,3 mln mkw. powierzchni magazynowej, a od początku 2020 roku blisko 2,3 mln mkw. Bardzo dobry wynik odnotowano po stronie popytu netto obejmującego nowe umowy i ekspansje. W pierwszym półroczu wyniósł on prawie 1,7 mln mkw., co stanowiło 74% całkowitego popytu, natomiast na przedłużenia umów przypadło pozostałe 26% (tj. 582 tys. mkw.) wolumenu transakcji najmu. W ujęciu regionalnym największa aktywność najemców obserwowana była na trzech największych rynkach: Warszawa –okolice, Górny Śląsk i Polska Centralna. Na tych rynkach zawarto transakcje najmu na łączną powierzchnię 1,2 mln mkw., co stanowiło ponad 50% całkowitego popytu odnotowanego w okresie styczeń-czerwiec 2020 roku.

Statystyki te wskazywałyby na rekordowy poziom aktywności najemców w warunkach rynkowych innych niż pandemiczne, jednak należy zwrócić szczególną uwagę na fakt, że część popytu została wygenerowana przez transakcje najmu lub przedłużenia, które obejmowały preferencyjne warunki oferowane najemcom w związku z COVID 19. Moglibyśmy oczekiwać, że niektóre transakcje zostaną sfinalizowane w późniejszych latach, jednakże ze względu na wyjątkową sytuację, zaistniały przesłanki do wcześniejszej renegocjacji warunków najmu. Firmy, które najbardziej odczuły negatywne konsekwencje pandemii, zwróciły się do wynajmujących o wsparcie polegające najczęściej na odroczeniu lub tymczasowym obniżeniu kosztów w zamian za przedłużenie umowy najmu – dodaje Joanna Sinkiewicz.

W strukturze branżowej popytu dominowały firmy logistyczne (28% całkowitego wolumenu transakcji w pierwszej połowie 2020 roku), sieci sklepów (16%), e-commerce (14%) oraz lekkiej produkcji (12%). Aktywne były również firmy z branż takich jak budowlana (6%), kurierska (4%) i spożywcza (4%).

Należy podkreślić że całkowity wpływ sektora e-commerce na polski rynek magazynowy jest większy niż pokazują to „czyste” dane statystyczne – te obejmują wyłącznie firmy wyspecjalizowane w sprzedaży online jak sklepy i platformy internetowe. Natomiast wiele innych firm reprezentujących różne branże rozwija dynamicznie strategię omnichannel w związku z czym generuje dodatkowy popyt na usługi logistyczne, kurierskie i finalnie na powierzchnię magazynową. Warto także wspomnieć o relatywnie nowym źródle popytu w Polsce, jakim stają się firmy z branży IT poszukujące nowoczesnej powierzchni magazynowej z przeznaczeniem pod obiekty typu „data center”. W pierwszym półroczu zawarto dwie transakcje tego typu na rynku warszawskim o łącznej powierzchni 28,5 tys. mkw. a kolejne projekty są w fazie rozwoju – mówi Adrian Semaan, Senior Research Consultant, Cushman & Wakefield.

Podaż

Od początku roku deweloperzy oddali do użytku ponad 1 mln mkw. powierzchni magazynowej, z czego 600 tys. mkw. w drugim kwartale. Około 70% nowej podaży zostało dostarczone na trzy rynki regionalne: Warszawa – okolice, Wrocław i Górny Śląsk.

Łączne zasoby magazynowe w Polsce wkrótce przekroczą 20 mln mkw. W czerwcu w budowie znajdowało się 1,9 mln mkw. powierzchni przemysłowej, co świadczy o wysokiej aktywności deweloperskiej, choć jest to wynik nieco słabszy w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku (2,2 mln mkw.). Deweloperzy są najbardziej aktywni na rynkach regionalnych: Górny Śląsk (435 000 mkw.), Warszawa – okolice (324 000 mkw.), Polska Zachodnia (256 000 mkw. z czego 80% w ramach projektu typu BTS (Build To Suit) zlokalizowanego w Świebodzinie w pobliżu granicy polsko-niemieckiej) oraz Trójmiasto (237 000 mkw.) i Wrocław (158 000 mkw.).

W związku z wyższym ryzykiem rynkowym spowodowanym pandemią COVID-19 deweloperzy będą bardziej wstrzemięźliwi w uruchomianiu kolejnych projektów o charakterze spekulacyjnym. Będzie to szczególnie widoczne w wybranych lokalizacjach charakteryzujących się obecnie relatywnie wysokim odsetkiem dostępnej powierzchni magazynowej w istniejących i realizowanych projektach m.in. na rynkach takich jak Wrocław czy Górny Śląsk.

Czynsze

Czynsze bazowe utrzymują się na stabilnym poziomie w 2020 roku i wynoszą od 2,50-3,80 EUR/mkw./miesiąc w przypadku większych modułów magazynowych typu BIG-BOX do około 4,00-5,25 EUR/mkw./miesiąc w przypadku miejskich projektów tzw. Small Business Units (SBU) zlokalizowanych w największych aglomeracjach.

Konkurencja na rynku deweloperskim jest nadal wysoka, co powoduje, że skala zachęt finansowych oferowanych najemcom pozostanie atrakcyjna, szczególnie w przypadku dużych powierzchni zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu – mówi Adrian Semaan.

Stawki czynszów efektywnych wahają się obecnie w przedziale 2,00-3,20 EUR/mkw./miesiąc dla jednostek typu BIG-BOX oraz 3,00-4,50 EUR/mkw./miesiąc za moduły typu SBU.

Powierzchnie niewynajęte

Na koniec czerwca 2020 roku prawie 1,4 mln mkw. powierzchni stanowiły pustostany, co odpowiada 7% całkowitych zasobów magazynów w Polsce. Stopa pustostanów spadła o 0,4 p.p. w porównaniu do poprzedniego kwartału, ale nadal jest wyraźnie wyższa niż rok temu. Największy spadek dostępności powierzchni magazynowej odnotowano w Polsce Centralnej (z 10,1% do 6,8%) i Krakowie (z 7,5% do 5,2%), natomiast niewielki wzrost odnotowano na rynku Warszawa- okolice (z 5,3% do 6,8%). W przypadku pozostałych rynków regionalnych wskaźnik pustostanów utrzymywał się w ciągu ostatnich trzech miesięcy na stabilnym poziomie.

Prognozy

Sektor e-commerce pozostaje głównym motorem dynamicznego rozwoju rynku magazynowego w Polsce. W okresie pandemii obserwowaliśmy jego przyspieszony wzrost, o czym świadczy dwucyfrowy udział sprzedaży internetowej w całkowitych obrotach detalicznych. Obecnie jednak wskaźnik ten stopniowo powraca do poziomów sprzed pandemii, choć jego organiczny, długofalowy wzrost będzie korzystny dla sektora logistycznego, a docelowo dla całego sektora magazynowego w Polsce, który z powodzeniem funkcjonuje zarówno w dystrybucji krajowej, jak i transgranicznej – mówi Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Rezygnacja z zaliczek uproszczonych na podatek dochodowy w trakcie roku – szczególne rozwiązanie na czas pandemii

Pandemia COVID-19 oraz kilkumiesięczny lockdown okazały się poważnym problemem dla przedsiębiorców. Brak możliwości prowadzenia biznesu lub znaczne ograniczenia w tym zakresie sprawiły, że dla zachowania miejsc pracy oraz utrzymania działalności konieczna stała się pomoc państwa. Oprócz pomocy czysto finansowej przewidziano także rozwiązania prawne, które modyfikują niektóre obowiązki podatkowe. Jednym z nich jest możliwość rezygnacji przez małych podatników w trakcie roku z płacenia uproszczonych zaliczek na podatek dochodowy oraz przejście na rozliczenia oparte na faktycznym dochodzie.

Zaliczki na podatek dochodowy

Podatki dochodowe są podatkami rocznymi. To oznacza, że ostateczne ustalenie ich wysokości następuje już po zakończeniu roku. Przez cały rok konieczne jest natomiast płacenie zaliczek, które następnie uwzględnia się w ostatecznym rozliczeniu za dany rok. Ich wysokość można określać na dwa sposoby – jako zaliczki obliczane za każdy miesiąc w wysokości odpowiadającej przychodom i kosztom podatnika w danym okresie lub jako tzw. zaliczki uproszczone – wpłacane w równej wysokości w ciągu całego roku podatkowego.

Zaliczki uproszczone

Wysokość zaliczek uproszczonych płatnych co miesiąc ustala się na podstawie zeznania podatkowego złożonego w poprzednim roku podatkowym. To oznacza, że zaliczki płacone w roku 2020 określane są na podstawie zeznania za rok 2018 – to bowiem zostało złożone w roku poprzednim (2019). Dokładne zasady jego obliczenia nieco różnią się w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podatku dochodowego od osób prawnych.

W przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych wysokość zaliczki oblicza się na podstawie dochodu wykazanego w danej deklaracji podatkowej oraz skali podatkowej lub stawki liniowej 19% – w zależności od zasad dokonywania rozliczeń w danym roku. Tak obliczony podatek dzieli się następnie na 12 równych części i określa wysokość zaliczki płaconej w każdym miesiącu roku podatkowego. Dodatkowo kwota ta jest pomniejszana o składkę na ubezpieczenie zdrowotne zapłaconą przez przedsiębiorcę w danym miesiącu (która jednak nie może przekroczyć 7,75% podstawy wymiaru).

W przypadku podatku dochodowego od osób prawnych wysokość zaliczki określa się jako 1/12 podatku należnego wykazanego w zeznaniu podatkowym złożonym w roku poprzednim.

Tym samym, jeżeli przedsiębiorca za rok 2018 zapłacił podatek w wysokości 12 000 zł, w roku 2020 jest zobowiązany do płacenia miesięcznych zaliczek uproszczonych w wysokości 1 000 zł.

Warunki stosowania

Aby stosować zaliczki uproszczone, konieczna jest możliwość określenia wysokości zaliczki według opisanych wyżej zasad. Ponadto zaliczka ta musi być wyższa niż 0 zł. Rozwiązanie nie jest więc możliwe do zastosowania przez podatników, którzy w poprzednim roku podatkowym nie złożyli zeznania podatkowego.

Podobnie w przypadku podatników, którzy w ostatnich latach nie płacili podatku dochodowego. W przypadku, gdy podatnik podatku CIT nie wykazał podatku do zapłaty w zeznaniu złożonym w roku poprzednim oraz podatnik podatku PIT w tym roku nie osiągnął dochodów powyżej 3 091 zł (kwota wolna od podatku), nie jest możliwe określenie zaliczki na tej podstawie. Wówczas wartość tę można określić na podstawie zeznania z roku wcześniejszego (2017). Jeśli jednak także w tym roku ustalenie zaliczki nie jest możliwe, przedsiębiorca musi płacić zaliczki obliczane według zasad ogólnych.

Rezygnacja z zaliczek uproszczonych

Możliwość regulowania zaliczek uproszczonych jest przywilejem podatnika – może on z niego skorzystać, ale na swój wyraźny wybór. Zasadą pozostają bowiem zaliczki określane na podstawie osiąganych na bieżąco dochodów. Nie oznacza to jednak, że możliwe są zmiany tej formy w ciągu roku – w przypadku wyboru zaliczek uproszczonych zasadniczo konieczne jest płacenie zaliczek w równej wysokości przez cały rok podatkowy. Jedynie wyjątkowo można zwrócić się do organu podatkowego o zmniejszenie tej kwoty w trakcie roku w sytuacji, gdyby ich wysokość była niewspółmiernie wysoka do przewidywanego podatku należnego (zgodnie z art. 22 §2a Ordynacji podatkowej).

Szczególne rozwiązanie na czas pandemii

Taka wyjątkowa sytuacja nastąpiła w 2020 r. w stosunku do bardzo dużej liczby przedsiębiorców, którzy w związku z pandemią COVID-19 i „zamrożeniem” gospodarki znaleźli się w poważnych trudnościach finansowych. Zgodnie ze specjalnymi regulacjami przyjętymi w ramach tzw. tarczy antykryzysowej mali podatnicy stosujący dotychczas tę formę regulowania zaliczek mogą za miesiące od marca do grudnia 2020 r. opłacać zaliczki obliczane według zasad ogólnych. Przy ich obliczaniu uwzględnia się wysokość zaliczek zapłaconych dotychczas w formie uproszczonej. Warunkiem zastosowania tej regulacji, poza statusem małego podatnika, jest poniesienie negatywnych konsekwencji finansowych pandemii, co jednak nie zostało zdefiniowane w ustawie. Zatem można tak traktować w istocie wszystkie trudności w prowadzeniu biznesu.

Zastosowanie tego rozwiązania nie wymaga spełnienia żadnych warunków formalnych – wystarczające jest wskazanie tego faktu w deklaracji podatkowej za rok 2020.

Korzyści związane z rezygnacją

Zaliczki uproszczone korzystne są zwłaszcza dla tych przedsiębiorców, którzy w związku z dynamicznym wzrostem co roku osiągają wyższe dochody i w konsekwencji są zobowiązani do zapłaty wyższego podatku. Wówczas przez cały rok nie muszą opłacać wysokich zaliczek. Dzięki temu więcej środków pozostaje na prowadzenie biznesu i dalsze inwestycje, a dopiero wraz z rozliczeniem podatku za dany rok dochodzi do uregulowania pełnej kwoty podatku.

Rozwiązanie to jest jednak także problematyczne, gdy dochody okazują się niższe niż przewidywano. Wówczas bowiem, niezależnie od okoliczności, nawet w przypadku braku jakichkolwiek przychodów konieczne jest regulowanie zaliczki w pełnej wysokości. Możliwość rezygnacji z tego obowiązku mogła okazać się więc bardzo pomocna dla wielu przedsiębiorców, którzy boleśnie odczuli skutki pandemii.

Rozwiązanie dla wąskiej grupy podatników

Trudno jednak nie zauważyć, że zakres stosowania tego rozwiązania został określony bardzo wąsko. Mali podatnicy (ci, którzy w poprzednim roku osiągnęli przychody ze sprzedaży poniżej 2 mln euro) to grupa przedsiębiorców, którzy mogli najboleśniej odczuć skutki pandemii. Olbrzymia część przedsiębiorców, także tych o niewielkiej skali działalności, z rozwiązania nie może skorzystać. Oni więc przez cały rok są zmuszeni do finasowania budżetu państwa często nieproporcjonalnie wysokimi w stosunku do zysków zaliczkami. Tym przedsiębiorcom pozostaje jedynie wnioskowanie o zmniejszenie zaliczek, do czego jednak konieczny jest wniosek i pozytywna decyzja organu, na którą obecnie trzeba czekać dłużej niż zwykle.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy polscy pracodawcy nadal potrzebują pracowników z Ukrainy?

Zamrożenie polskiej gospodarki na skutek COVID-19 wywarło duży wpływ na nasz rynek pracy. Spadło zapotrzebowanie na pracowników, co w pierwszej kolejności odczuli Ukraińcy pracujący w Polsce. W efekcie około 250 tysięcy Ukraińców wyjechało do swojego kraju. Czy wraz z odmrażaniem gospodarki wraca zainteresowane polskich pracodawców pracownikami zza wschodniej granicy?

Paradoksalnie, pomimo wzrostu bezrobocia w Polsce w ostatnich miesiącach (to wzrost o 0,8% r/r – z 5,3% w 06.2019 do 6,1% w 06.2020[1]), nie obserwujemy spadku zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy w polskich firmach.

Początkowo stopniowe odmrażanie gospodarki zbiegło się z sezonem prac tymczasowych w rolnictwie, więc osoby, które utraciły pracę w przemyśle, szybko znalazły tam nowe zatrudnienie. Wzrost zainteresowania Ukraińcami dotyczy nie tylko branży rolnej. Zapotrzebowanie zgłaszają nam firmy logistyczne, budowlane oraz coraz więcej firm produkcyjnych, również tych z branży automotive. Obecnie notujemy średnio o 70% więcej zamówień na rekrutację obcokrajowców w porównaniu do poprzednich miesięcy. – mówi Ewelina Glińska–Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Na czym polega fenomen utrzymującej się popularności Ukraińców na polskim rynku pracy?

PRACOWNIK Z UKRAINY BARDZIEJ MOBILNY I ELASTYCZNY

Redukcja zatrudnienia związana z pandemią dotknęła wielu polskich pracowników, zwłaszcza pracowników tymczasowych. Jednak Polacy w przeciwieństwie do Ukraińców, nie są gotowi na poszukiwanie pracy poza swoim miejscem zamieszkania.

Pracownicy z Ukrainy są bardziej elastyczni i skłonni do przemieszczania się za pracą, jeśli otrzymają atrakcyjną dla nich ofertę oraz bezpłatne lub tanie zakwaterowanie. I chociaż wydawać by się mogło, że zakwaterowanie jest dodatkowym kosztem, to dla polskich pracodawców ma to pewien plus  – podnosi lojalność zagranicznego pracownika. –  mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Ponadto polskie firmy cenią gotowość do realizacji dodatkowych zleceń oraz pracy w nadgodzinach, gdy pojawi się taka potrzeba. Ukraińcy również chętniej wybierają takich pracodawców. Cel zarobkowy stawiają na pierwszym miejscu.

POLSKA NADAL ATRAKCYJNA DLA UKRAIŃCÓW

Pomimo kryzysu i wciąż rosnącej liczby zakażeń koronawirusem, Polska nadal jest atrakcyjnym rynkiem pracy dla Ukraińców – zarówno dla doświadczonych, jak i początkujących pracowników. Nasz kraj oferuje możliwość poprawy jakości życia lub gromadzenia oszczędności. Jako przewagę nad innymi państwami UE, Ukraińcy w dalszym ciągu wskazują bliskość geograficzną, językową i kulturową. Dlatego, pomimo niepewności na polskim rynku pracy, pracownicy z Ukrainy nadal są najliczniejszą grupą cudzoziemców, która przyczynia się do rozwoju polskiej gospodarki.

„PANDEMICZNE” WARUNKI ZATRUDNIENIA

Pakiety antykryzysowe wprowadziły szczególne rozwiązania dla cudzoziemców przebywających na terytorium naszego kraju, szereg regulacji prawnych ułatwiających im pracę i pobyt. Mowa chociażby o przedłużeniu ważności zezwoleń na pracę oraz oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi, czy też okresów ważności kart pobytu. Ważność dokumentów jest przedłużona do 30 dni następujących po dniu odwołania stanu epidemii.

Pracownicy z Ukrainy, po przyjeździe do Polski nadal muszą przejść dwutygodniową kwarantannę. To wpływa na podjęcie decyzji o przyjeździe do pracy do Polski. Dla wielu Ukraińców ogromnym problemem jest pozyskanie środków na utrzymanie się przez 14 dni w Polsce. Dodatkowo, pierwsze wynagrodzenie otrzymają dopiero po miesiącu pracy. Wyjątkiem jest praca sezonowa, gdzie cudzoziemiec odbywając kwarantannę w gospodarstwie rolnym ma  możliwość świadczenia pracy – z zastrzeżeniem, że obowiązuje go całkowity zakaz opuszczania gospodarstwa w okresie odbywania kwarantanny i ograniczony kontakt z osobami zamieszkującymi dane gospodarstwo. Z tego względu prace sezonowe w rolnictwie cieszą się dużym zainteresowaniem wśród obcokrajowców.

Z powodu sytuacji epidemicznej i związanych z nią restrykcji, rekrutacja cudzoziemców ogranicza się obecnie głównie do pracowników z Ukrainy, Mołdawii, Białorusi i Gruzji. Gruzini jako jedni z nielicznych narodowości nie muszą odbywać kwarantanny. Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

PRACA ZA NAJNIŻSZĄ KRAJOWĄ?

Pomimo pogorszenia koniunktury na polskim rynku pracy, oczekiwania płacowe Ukraińców nie spadły. Jeśli polscy przedsiębiorcy liczą, że w dobie kryzysu będzie zainteresowanie pracą za najniższą stawkę krajową, to może ich czekać rozczarowanie. I to nie tylko ze strony polskich pracowników. Ukraińcy przyzwyczaili się do wyższych stawek przed koronawirusem, a głównym motywatorem ich przyjazdu do Polski jest zarobek.

SAMODZIELNIE CZY PRZEZ AGENCJĘ?

Jak najlepiej rekrutować obcokrajowców podczas pandemii? W czasach niepewności gospodarczej i gąszczu nowych przepisów dotyczących zatrudnienia, optymalnym rozwiązaniem dla pracodawców jest skorzystanie z agencji pracy w celu uzupełnienia braków kadrowych. Korzyści z tego płynące to m. in. optymalizacja kosztów stałych, rekrutacji oraz selekcji pracowników, krótkie okresy wypowiedzeń pracowników tymczasowych, brak odpowiedzialności kadrowo-płacowej oraz pozbycie się całej procedury związanej z legalizacją pracy obcokrajowców. Zwłaszcza, że kary związane z nielegalnym zatrudnieniem lub nieprzedłożeniem dokumentów w wyznaczonym terminie mogą być bardzo bolesne – nawet do 30 tysięcy złotych. Trzeba się też liczyć z ewentualnością nałożenia sankcji w postaci braku możliwości zatrudniania cudzoziemców.

Od 7 lat zajmujemy się rekrutacją Ukraińców oraz legalizacją ich pobytu i zatrudnienia w Polsce. Z doświadczenia wiemy, że rekrutacja obcokrajowców jest bardziej złożona i czasochłonna niż zatrudnienie Polaków, nawet jeśli są to osoby już przebywające na terenie naszego kraju. Dzisiaj, w warunkach pandemii, rekrutacja Ukraińców jest jeszcze bardziej kosztowna ze względu na wymóg obowiązkowej kwarantanny – koszty ponosi najczęściej pracodawca. My, jako agencja, pomagamy natomiast naszym klientom
w całej organizacji pobytu cudzoziemców podczas kwarantanny.
mówi Ewelina Glińska–Kołodziej, Dyrektor Operacyjny agencji zatrudnienia Trenkwalder.

[1] Źródło – GUS – bezrobocie rejestrowane.

Bezrobocie w USA jednak spada

Ostatni tydzień upłynął pod dyktando danych z amerykańskiego rynku pracy. Po bardzo słabych danych na temat nowo utworzonych miejsc pracy nastroje były bardzo słabe. Szybko jednak się okazało, że wcale nie jest tak źle, jak wcześniej sądzono.

Znów amerykański rynek pracy

Pomimo wyraźnie niezadowalających danych na temat nowych miejsc pracy bezrobocie w piątkowych danych niespodziewanie spadło do 10,2%. Nie jest to absolutnie dobry wynik, ale spadek o 0,9% w ciągu miesiąca pokazuje, że możliwe jest do końca roku przywrócenie go w okolice szeroko pojętej normy. Rynki przyjęły tę informację bardzo pozytywnie. W piątek dolar miał bardzo dobrą passę od rana, umacniając się o pół centa względem euro. Po tych danych umocnił się jednak w krótkim czasie o kolejne pół.

Wybory na Białorusi

W weekend odbyły się wybory na Białorusi. O stylu, w jakim się odbyły można powiedzieć wiele, ale nie to jest tematem tego tekstu. Wynik wyborów mocno odbiega zarówno od sondaży, jak i od badań exit poll. Ogłoszone zwycięstwo dotychczasowego prezydenta Łukaszenki nie jest niespodzianką. Wynik 80%, z którym miał je uzyskać, już jednak jest. Jest on równie mało wiarygodny, co opozycja podająca jego “realne” poparcie na poziomie 1-3%. Niemniej protesty za naszą wschodnią granicą w tej skali są czymś nowym. Rynki na razie nie reagują, ale zmiana władzy, szczególnie w tym klimacie może spowodować spore zawirowania na rynkach. Białoruś nie jest na tyle istotnym partnerem handlowym, by miało to duży wpływ na złotego, o ile oczywiście pozostanie w miarę stabilnym krajem.

Bezrobocie w Szwajcarii

Szwajcaria pokazała dzisiaj wyniki w ramach stopy bezrobocia. Wydawać by się mogło, że 3,2% to bardzo dobry wynik. Wiele państw nie jest się w stanie do niego zbliżyć normalnie, a co dopiero w trakcie pandemii. Warto jednak przypomnieć, że jeszcze rok temu kraj ten chwalił się osiągnięciem pułapu 2,1%. Dzieje się to wszystko pomimo silnego umocnienia franka względem euro, co nie wpływa korzystnie na opłacalność szwajcarskiego eksportu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Pandemia to gorący okres dla fachowców. Remontujemy 31% więcej niż rok tremu

Chwilowe spowolnienie gospodarki, które miało miejsce wiosną, spowodowało, że tego lata fachowców od remontów poszukujemy jeszcze intensywniej niż zwykle – wynika z raportu Oferteo.pl. Najwięcej zleceń otrzymują specjaliści od malowania, montażu płyt gipsowo-kartonowych oraz instalacji elektrycznych.

Wiosna inna niż dotychczas

Początek roku i lato to zwykle czas, w którym Polacy najchętniej zabierają się za organizację prac remontowych w swoim domu. Tegoroczna wiosna bardzo różniła się od tych z lat ubiegłych. Jak te zmiany wpłynęły na plany remontowe Polaków?

Od maja remontujemy na potęgę

Od maja remontujemy na potęgęDane zgromadzone przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, pozwalają porównać zapotrzebowanie na usługi remontowe w Polsce w pierwszej połowie 2019 i 2020 roku. Na ich podstawie widać, że w 2019 roku działania związane z remontem rozpoczynano wraz z przyjściem wiosny. W marcu 2019 złożono aż 19% wszystkich zapytań z pierwszej połowy tego roku. Sytuacja w pozostałych miesiącach wyglądała wówczas dość podobnie, a różnice były kilkuprocentowe.

Przyglądając się danym z 2020 roku, widać znaczne wyhamowanie popytu na usługi remontowe na samym początku kwarantanny. W marcu tego roku usług fachowców szukano niemal o połowę rzadziej niż rok wcześniej. Znaczny spadek popytu wyraźny jest także w kwietniu. Natomiast już od maja zainteresowanie wzrosło aż dwukrotnie w stosunku do poprzedniego miesiąca. Ten trend utrzymywał się także w czerwcu, z którego pochodziła niemal ¼ wszystkich zapytań o fachowców z pierwszego półrocza 2020 roku.

Jak remontować, to kompleksowo

Jak remontować, to kompleksowoMimo że terminy rozpoczęcia prac w dużej mierze zmieniły się, to nasze zamiłowanie do dużych przedsięwzięć nie. Polacy, podejmując się remontu, zwykle chcą wprowadzić gruntowne zmiany w wielu pomieszczeniach. Jak pokazuje statystyka, najczęściej prace obejmują 4–5 pomieszczeń, co w praktyce oznacza często całe mieszkanie.

Nie zmieniły się także najchętniej wybierane do remontu pomieszczenia. Najczęściej (w 78% przypadków) były to pokoje dzienne oraz sypialnie, na drugim miejscu z wynikiem 67% znalazł się przedpokój, a dalej kuchnia i łazienka – z popularnością na poziomie 64% każda.

Szeroki zakres prac

Szeroki zakres pracAnalizując dokładny zakres prac, które były wykonywane w polskich domach, można zauważyć, że jest on rozległy. Fachowcom zwykle zlecamy kilka czynności. Najczęściej jest to malowanie (74%) oraz montaż płyt gipsowo-kartonowych (51%). Na brak zajęcia nie mogą narzekać specjaliści od instalacji elektrycznych (46%), tynkowania (47%), a także układający glazurę lub terakotę (48%).

Pandemia nie zmieniła w znaczący sposób rodzaju usług, jakich poszukują Polacy.

Remont należy to tych przedsięwzięć, które chętnie planujemy na czas letni. Specjaliści większość zleceń otrzymują na przestrzeni kilku miesięcy wiosną, latem i wczesną jesienią, w tym czasie kolejki do nich są więc najdłuższe. W tym roku sytuacja jest wyjątkowa, ponieważ zapytań o usługi remontowe było aż o 31% więcej niż rok wcześniej. Mamy więc do czynienia z kumulacją wstrzymanych wcześniej zleceń. Jeśli w takich okolicznościach nie rozpoczniemy poszukiwań wykonawcy odpowiednio wcześnie, możemy zostać odesłani do długiej kolejki oczekujących, co w konsekwencji opóźni remont o kolejne tygodnie, a nawet miesiąceradzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 13 tysięcy zapytań ofertowych złożonych w serwisie Oferteo.pl w pierwszej połowie 2019 i 2020 roku przez osoby poszukujące wykonawców usług remontowych.

Rozwój telewizji hybrydowej pozytywnie wpłynie na rynek telewizorów

Pandemia koronawirusa na krótko wpłynęła na spadek produkcji i  sprzedaży telewizorów w Polsce. Najgorszymi miesiącami był marzec i kwiecień. Jednak już od maja sytuacja zaczęła się poprawiać. Eksperci Związku Cyfrowa Polska w najnowszym raporcie na temat rynku telewizorów szacują, że
w 2021 r. nastąpi szybkie odbicie. Będzie to miało związek m.in. z rozwojem telewizji hybrydowej w Polsce oraz odbywającymi się Igrzyskami Olimpijskimi w Tokio.

Jak wynika z najnowszego raportu Związku Cyfrowa Polska „Telewizory i monitory przyszłości. Rozwój rynku w Polsce na tle światowym i europejskim” średnia sprzedaż telewizorów w Polsce w ostatnich pięciu latach wahała się w przedziale 2,1 – 2,4 mln sztuk. Co ciekawe, gros z tego stanowiły odbiorniki wyposażone w technologię smart. W 2019 r. było to ponad 1,5 mln sztuk. Jak podaje Związek Polska jest szóstym rynkiem w Europie w kolejności pod względem sprzedaży odbiorników. Więcej od nas kupują m.in. Niemcy, Anglicy i Francuzi.

Wpływ pandemii na rynek telewizorów

Producenci telewizorów przyznają, że pandemia koronawirusa miała wpływ na ich rynek. Z raportu wynika, że najgorszymi miesiącami w sprzedaży telewizorów w tym roku były marzec i kwiecień, kiedy handel elektroniką momentami prawie całkiem stanął z uwagi na zamknięcie sieci handlowych. W pierwszym kwartale 2020 r. w Polsce sprzedano ponad 437 tys. sztuk telewizorów, czyli o prawie 10 proc. mniej niż w tym samym okresie w roku poprzednim. Natomiast z obserwacji branży wynika, że spadek ten był tylko czasowy. Według handlowców i producentów, w maju 2020 r. wyraźne było ożywienie i wzrosty sprzedaży.

Producenci wręcz spodziewają się w najbliższym czasie pewnego wzrostu popytu na odbiorniki telewizyjne w Polsce, ponieważ mija 7 lat od ostatniego dużego wzrostu, który miał miejsce w latach 2012/2013 i był spowodowany wyłączeniem telewizji analogowej na rzecz telewizji cyfrowej. Jednocześnie kolejny etap cyfryzacji telewizji naziemnej (DVB-T2), który jest wdrażany w Polsce, powinien zachęcić konsumentów do wymiany odbiorników na nowe – prognozuje Cyfrowa Polska. Eksperci Związku przewidują, że 2021 r. będzie zwyżkowy w sprzedaż z uwagi na odbywające się w tym roku dwie imprezy sportowe – Euro oraz Igrzyska Olimpijskie.

Trendy sprzedaży w Polsce

Raport Cyfrowej Polski wskazuje również na zmieniające się trendy zakupowe Polaków. Polscy konsumenci coraz rzadziej wybierają tanie modele telewizorów, za to wolą sprzęt nowocześniejszy, typu smart, z dobrą jakością dźwięku i obrazu. – Niemal co roku pojawiają się nowe modele odbiorników z coraz to lepszą jakością obrazu i dźwięku, wyposażone w kolejne nowe technologie, a producenci prześcigają się w dodawaniu nowych funkcjonalności, które jeszcze bardziej mają przekonać konsumentów do zakupu – komentuje prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I podkreśla: – Dziś dla konsumentów telewizor to nie tylko narzędzie do odbioru kanałów telewizyjnych, jak to było dawniej, ale dzięki podłączeniu do internetu stał się on prawdziwym centrum rozrywki i edukacji w każdym domu.

Wejście technologii DVB-T2 i HbbTV

Eksperci zauważają, że na polski rynek telewizorów w najbliższym czasie wpływ będzie mieć też kolejny etap cyfryzacji telewizji – wprowadzenia technologii DVB-T2 oraz HbbTV. Jak podaje Cyfrowa Polska w 2019 r. 62 proc. wszystkich polskich gospodarstw domowych posiadało co najmniej jeden telewizor wyposażony w moduł pozwalający odbierać naziemną telewizję cyfrową w standardzie DVB-T2. Jednocześnie prognozuje się, że w tym roku ten poziom sięgnie 77 proc., a w 2021 r.– nawet 91 proc. Kolejnym impulsem rozwoju rynku telewizorów będzie telewizja hybrydowa. – To kolejny krok w rozwoju telewizji. HbbTV dostarczy widzom możliwość korzystania z zupełnie nowych usług, aplikacji i innowacyjnych rozwiązań. Jesteśmy na ostatnim etapie prac legislacyjnych nad przepisami, które wprowqadzają nowe wymagania dla producentów telewizorów – mówi wiceminister cyfryzacji Wanda Buk.

Znaczenie dla gospodarki w Polsce

Eksperci podkreślają, że utrzymujący się stabilny popyt na telewizory oraz dobre perspektywy rozwojowe dla tego rynku ma ogromne znaczenie także dla polskiej gospodarki.  – My jako Polska możemy poszczycić się tym, że jesteśmy jednym z największych ich producentów w Europie i ich jednocześnie największym esksporterem. Producenci chcą u nas montować telewizory i pracować nad innowacyjnymi rozwiązaniami, co świadczy, że jesteśmy atrakcyjnym miejscem dla nich do inwestowania – ocenia Wanda Buk.

Jak podaje Związek Cyfrowa Polska produkcja odbioróników telewizyjnych w Polsce sięga średnio 20 mln sztuk rocznie, które powstają w 7 zakładach produkcyjnych znajdujących się w naszym kraju. 90 proc. z wyprodukowanych telewizorów nich trafia na rynki zachodnie, głównie do Niemiec. – Także w Polsce inżynierowie pracują nad innowacyjnymi rozwiązaniami i technologiami, które później znajdują zastosowanie w nowoczesnych odbiornikach telewizyjnych – zauważa Michał Kanownik.

Polacy pracują nawet na urlopie – wyniki badania Devire

Polacy nie potrafią być off-line nawet przez chwilę. Tylko 1 proc. z nas spędza wakacje bez telefonu czy laptopa. Co więcej, ponad połowie rodaków zdarzyło się pracować podczas urlopu – 57 proc. ankietowanych w badaniu przeprowadzanym przez Devire.  

Rola cyfryzacji w naszym życiu osiągnęła nowy poziom, zwłaszcza, że po wybuchu pandemii znacznie częściej używamy urządzeń mobilnych i komputerów. Na 37,8 mln ludzi w Polsce, z Internetu korzysta prawie 31 mln, czyli o milion więcej niż przed rokiem. Z czego blisko 29 mln osób robi to mobilnie, względem 26 mln użytkowników w 2019 roku.

W lipcu br. roku firma rekrutacyjna i outsourcingowa Devire, postanowiła zapytać Polaków o to, czy spędzają wakacje „podłączeni do sieci”. Okazuje się, że tylko 1 proc. ankietowanych jest off-line w trakcie wypoczynku.

Jedziemy na urlop, ale ze sprzętem służbowym

Choć liczba zachorowań na koronawirusa znów rośnie, to przeszło połowa Polaków deklaruje chęć wyjazdu na urlop. 70 proc. ankietowanych zdecyduje się na wypoczynek w kraju, przy czym 19 proc. wyruszy poza granice – wynika z badania Devire. Tylko co czwarty Polak zrezygnował z wyjazdu.

57 proc. respondentów przyznaje, że dotychczas pracowało podczas urlopu. Taki sam procent badanych zabierze ze sobą urządzenia służbowe na najbliższe wakacje. Co ciekawe 82 proc. osób deklaruje, że nie zamierza wykonywać obowiązków zawodowych.

To znaczy, że odbieranie maili czy korzystanie z telefonu służbowego podczas urlopu, nie traktujemy już jako wykonywanie obowiązków służbowych. Może to wynikać z faktu, że postępujący trend pracy zdalnej i work-life integration zatarły granicę między pracą, a życiem prywatnym.

Praca zdalna, z którą w tempie ekspresowym musiała się oswoić znaczna część Polaków ma nie tylko blaski, ale i cienie. Wielu pracodawców odchodząc od sztywno wyznaczonego czasu pracy zaczęło oczekiwać dostępności swoich pracowników pod telefonem 24/7. Pracownicy uzyskując większą elastyczność w normalnych godzinach pracy, również stali się na to bardziej otwarci. Zacieranie się granicy między życiem prywatnym, a zawodowym potwierdzają wyniki badania. Nawet jeśli nie chcemy pracować podczas urlopu, to nadal sprawdzamy pocztę służbową lub odbieramy telefon – komentuje Michał Młynarczyk, Prezes Devire i Członek Zarządu Polskiego Forum HR. 

Dlaczego pracujemy w trakcie urlopu?

Główną przyczyną pracy podczas urlopu jest charakter wykonywanych obowiązków – 59 proc. osób przyznaje, że ich stanowisko wymaga, aby być stale w kontakcie. Co trzeci badany czuje się zobligowany względem swojego pracodawcy (32 proc.). Z kolei 18 proc. z nas nie potrafi zapomnieć o pracy podczas wakacji.

Najczęściej sprawdzamy pocztę służbową (69 proc. z nas) i odbieramy służbowy telefon – 63 proc. Do wykonywania standardowych obowiązków przyznaje się 10 proc. badanych.

***

Metodyka

Badanie “On-line czy off-line? Jak Polacy spędzają wakacje?” zostało przeprowadzone metodą CAWI w lipcu 2020 roku. Odpowiedzi udzieliło 278 respondentów: 15% z nich stanowili młodsi specjaliści, 44% to specjaliści, 27% managerowie, 9% przedstawiciele kadry kierowniczej, a pozostałe 5% – studenci, wolni strzelcy i osoby poszukujące pracy.

Jak zaoszczędzić jak najwięcej na przesyłce kurierskiej?

Kto z nas nie lubi oszczędzać? Szczególnie wtedy, gdy jest to naprawdę proste! Oszczędności mogą przydać się w wielu sytuacjach. Zamiast przepłacać za różne usługi, lepiej płacić mniej i zbierać fundusze np. na wymarzone wakacje! Dziś zajmiemy się oszczędzaniem na kurierze. Pokażemy Wam wszystkie dostępne opcje, które pozwolą zapłacić jak najmniej za wysyłkę przesyłki kurierskiej. Zainteresowani? Zapraszamy do lektury naszego artykułu! Zacznij oszczędzać najwięcej, jak się da!

Jak znaleźć najtańszego kuriera?

Na polskim rynku dostępnych jest wiele firm kurierskich, które są znane i sprawdzone. Trzeba pamiętać, że cena to nie jedyny aspekt, który bierzemy pod uwagę przy wyborze kuriera. Czas dostawy, wygoda oraz obsługa klienta to równie ważne elementy. Dlatego jeśli już interesuje nas najtańszy kurier, to wybierajmy spośród sprawdzonych firm. Najlepiej zrobić to za pośrednictwem porównywarki cen kurierów. Są tam zgromadzone wszystkie znane i pewne firmy kurierskie. Wystarczy podać wymiary oraz wagę przesyłki, kraj wysyłki oraz ewentualne dane dodatkowe. Po przejściu dalej zobaczymy najlepsze cenowo oferty dostosowane właśnie do naszej przesyłki!

Jak zaoszczędzić na kurierze?

Oprócz tego, że znajdziemy najtańszego kuriera, możemy wykonać kilka dodatkowych rzeczy, które jeszcze obniżą jego cenę. Przede wszystkim musimy zadbać o to, aby nasza paczka była traktowana jako przesyłka standardowa. Chodzi tu o jej opakowanie, które powinno być kartonowe, o regularnych kształtach. Takie przesyłki są najtańsze. Dopłacić będziemy musieli za paczki w folii strecz, o nieregularnych kształtach oraz o dużych gabarytach.

Kolejna kwestia dotyczy formy odbioru przesyłki przez kuriera od nadawcy. Warto postawić na samodzielne dostarczenie paczki do punktu nadawczego. Zaoszczędzimy na tym, gdyż kurier nie będzie musiał przyjeżdżać specjalnie pod nas adres! Praktycznie każda firma oferuje taką opcję. Dodatkowo, kurier InPost ma opcję nadawania i dostarczania przesyłek do paczkomatów. To jedna z najtańszych dostępnych opcji na rynku!

Wysyłaj tanio i oszczędzaj!

W tych kilku prostych krokach możesz zaoszczędzić na kurierze nawet kilkanaście złotych! Nawet przy przesyłkach zagranicznych uda Ci się całkiem sporo obniżyć cenę. Dlatego zawsze stosuj się do powyższych porad, aby zawsze mieć pewność, że nie przepłacasz. Oczywiście przesyłki kurierskie maja różne formy. Tutaj przedstawiliśmy tę najbardziej podstawową. Jednak tyczy się ona praktycznie wszystkich innych wersji. Także tych pobraniowych czy z dodatkowymi opcjami do wykupienia.

Tani kurier dla Ciebie

To już wszystko w naszym artykule. Możesz już łatwo, szybko i tanio zamówić taniego kuriera. Bez zbędnego szukania i wybierania! Nasze porady są uniwersalne i stosują się do każdej firmy kurierskiej. Jeśli więc już znasz podstawy oszczędzania na kurierze, nic więcej Cię nie zaskoczy!

Co trzeci klient banków chce, aby przelewy natychmiastowe były standardem

Zmiany zwyczajów zakupowych i oczekiwań klientów wpływają również na ich podejście do usług świadczonych przez instytucje finansowe. Polacy – niezależnie od wieku – nie chcą czekać na pojawienie się pieniędzy na koncie. Jak wynika z badania Kantar dla KIR i ZBP*, prawie jedna trzecia klientów banków uważa, że przelewy natychmiastowe powinny być standardem. Dowodem popularności tego typu usług jest stale rosnąca liczba i wartość transakcji rozliczanych w systemie płatności natychmiastowych Express Elixir.

Konsumenci, w szczególności ci z młodszych pokoleń, wychowani w cyfrowym świecie, są przyzwyczajeni do usług świadczonych od ręki, bez czekania. Takie samo jest ich podejście do kwestii finansowych, w szczególności do płacenia czy przelewania środków – mówi Grzegorz Leńkowski, dyrektor Linii biznesowej płatności natychmiastowe w KIR, instytucji obsługującej system Express Elixir, który umożliwia realizację przelewów natychmiastowych oraz przelewów na numer telefonu pomiędzy indywidualnymi użytkownikami systemu BLIK.

W jakich sytuacjach najczęściej klienci wybierają przelewy natychmiastowe? Dla 35 proc. badanych ważna jest pewność, że druga osoba od razu otrzyma pieniądze, podczas, gdy 31 proc. uznaje to za przydatną opcję przy płaceniu rachunków za energię elektryczną, wodę, gaz, itp. w ostatniej chwili.Co trzeci klient banków chce, aby przelewy natychmiastowe były standardem

31 proc. badanych uważa, że natychmiastowy transfer jest potrzebny przy uiszczaniu ważnych i pilnych płatności na rzecz administracji publicznej, np. podatków, opłat administracyjnych i sądowych, mandatów, itp. To także opcja uznawana za użyteczną przy spłacie raty kredytu, pożyczki, karty kredytowej (18 proc.) lub transakcjach na duże kwoty, np. przy zakupie samochodu, kiedy warto  uniknąć noszenia znacznej ilości gotówki (14 proc.).

– Powody wyboru przelewów natychmiastowych przez konsumentów są różne, ale trend ich upowszechniania  jest wyraźny. Widać, że coraz bardziej zależy nam na całodobowej dostępności do systemów płatności i możliwości operowania własnymi środkami w sposób elastyczny – dodaje Grzegorz Leńkowski.

Jak pokazują dane KIR, liczba transakcji rozliczanych w sposób natychmiastowy rośnie dynamicznie. W  lipcu br. klienci banków skorzystali z funkcjonalności Express Elixir 5,27 mln razy, a wartość zleconych przez nich  transakcji wyniosła 5,53 mld zł. Dla porównania, w lipcu 2019 r. w systemie zrealizowano 2,3 mln takich transakcji o wartości 3,9 mld zł. W skali roku oznacza to wzrost liczby transakcji o 129 proc., a wartości o 41 proc.

*) Badanie zrealizowane w marcu 2020 r. przez Kantar na ogólnopolskiej próbie osób w wieku 15+, w tym pracowników banków. Liczebność próby N=1009

Pracownicy odczuli presję na powrót do biura

Aż 47 proc. europejskich pracowników odczuło presję ze strony pracodawców, aby wrócić do pracy stacjonarnej – wynika z badania firmy ADP „Workforce view 2020”.

Pandemia koronawirusa spowodowała, że firmy musiały – często w krótkim czasie
– przeorganizować dotychczasowy tryb swojej pracy. Wiele przedsiębiorstw było zmuszonych do przeniesienia niemal wszystkich zespołów w tryb pracy z domu i to bez odpowiedniego, wcześniejszego przygotowania. Choć coraz więcej firm zaczyna  otwierać swoje biura, to wciąż wielu pracowników pozostaje w trybie pracy zdalnej. Jak wynika z danych ADP, nie wszyscy pracodawcy są z tego powodu zadowoleni, co przekłada się na wywieranie presji na pracowników, aby do biura powrócić.

Naciski szefów na powrót do biura

W większości krajów, w momencie nasilenia epidemii, zostały wydane rządowe rekomendacje, aby w miarę możliwości przedsiębiorstwa przeniosły się w tryb pracy zdalnej. Jak się okazuje, pracodawcy największą presję na powrót do biura pracowników wywierali w początkowej fazie pandemii, gdy sytuacja wielu firm była najbardziej niepewna – deklaruje tak ponad 18 proc. europejskich pracowników. Co ciekawe, ponad 15 proc. odczuwało ją jednak przez cały czas pandemii.

Niepokojący jest fakt, że wielu szefów na całym świecie próbowało zignorować odgórne zalecenia i namawiało pracowników, aby zrezygnowali z tzw. home office na rzecz pracy w biurze. Takie zachowanie może wynikać z nieprzygotowania na tak szybkie i radykalne przejście w tryb pracy zdalnej. Wiele firm nie miało wdrożonych i przećwiczonych procedur, nie posiadało odpowiednich narzędzi i musiało wprowadzać zmiany na ostatnią chwilę, bez przekonania o ich skuteczności. Firmy, które przed pandemią nie stosowały nawet częściowo rozwiązań pracy zdalnej, mogły mieć także duże wątpliwości co do efektywności swoich pracowników – komentuje Anna Barbachowska, HR business partner z ADP Polska.

Młodsi pracownicy pod największą presją

Jak wynika z danych ADP, największą presję odczuli młodsi pracownicy. Ponad 62 proc. osób w wieku 18-24 lat przyznaje, że w którymś momencie pandemii pracodawcy naciskali na ich powrót do biura. Podobne odczucie miało 61 proc. z grupy wiekowej 25-34 lata. Z kolei „tylko” 24 proc. pracowników powyżej 50. roku życia twierdzi, że poczuło presję przełożonych, aby wrócili do stacjonarnego trybu pracy.

Instytucje ochrony zdrowia już od początku pandemii ostrzegały, że koronawirus stanowi największe zagrożenie dla starszych osób. To mogło być powodem nacisków ze strony pracodawców na powrót młodszych pracowników. Interesująco przedstawiają się też różnice regionalne. Podczas, gdy w Europie, tak jak w Stanach Zjednoczonych, blisko co drugi pracownik odczuł naciski pracodawcy, to w przypadku Indii z taką sytuacją spotkało się trzech na czterech zatrudnionych, a w przypadku Chin aż dziewięciu na dziesięciu – mówi Anna Barbachowska.

Co ciekawe, duże różnice w podejściu pracodawców występują także w zależności od wielkości firmy. W przypadku sektora MŚP, odsetek osób, które nie odczuły nacisków wynosi 31 proc., podczas gdy w przypadku firm powyżej 1000 zatrudnionych to 45 proc.

Turystyka w Polsce paradoksalnie może skorzystać na koronawirusie. Potrzebna lepsza promocja regionów i lokalnych atrakcji

Tegoroczny sezon z uwagi na pandemię koronawirusa stwarza nowe szanse dla lokalnej turystyki. Polacy wciąż obawiają się zarażenia, ale nie chcą rezygnować z wypoczynku. – To jest szansa dla biur podróży, które zwykle oferują wycieczki po Polsce klientom z zagranicy. Teraz powinny wykorzystać okazję i zachęcać Polaków do zwiedzania własnego kraju, a nawet miasta – ocenia Jacek Studziński, planer strategiczny w agencji Isobar Polska.

– Badania pokazują, że na plany wakacyjne Polaków mają wpływ dwie tendencje: ogromny dyskomfort związany z kilkumiesięcznym zamknięciem w domu i brakiem możliwości podróżowania, swobody i wolności osobistej, a z drugiej strony naturalna obawa przed zarażeniem się koronawirusem – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Studziński.

Jak wynika z badania „Polacy w czasach kryzysu koronawirusa” wykonanego na zlecenie Dentsu Aegis Network Polska, dla 62 proc. respondentów (najwięcej wskazań) możliwość przebywania na świeżym powietrzu to najbardziej doceniany efekt poluzowania ograniczeń i zniesienia lockdownu. Z kolei plany wakacyjne Polaków koncentrują się na wypoczynku w kraju. 49 proc. badanych wskazało, że planuje krótszy lub dłuższy pobyt w Polsce. Dość duża grupa osób nie rezygnuje z planów urlopowych, jednak nie ma jeszcze ani sprecyzowanego celu, ani długości wyjazdu wakacyjnego. Zdaniem badaczy ta grupa przygląda się obecnej sytuacji epidemiologicznej i w ostatniej chwili zdecyduje o miejscu i terminie swojego wypoczynku. To z myślą o nich przedstawiciele lokalnych firm turystycznych, właściciele hoteli, pensjonatów i lokalnych atrakcji powinni skoncentrować swoje wysiłki.

– Sezon turystyczny w pełni, zatem pojawia się szansa dla polskiej branży turystycznej, aby zrekompensować sobie straty związane z zamknięciem gospodarki w początkowej fazie pandemii. Z kolei dla samorządów to ogromna szansa, żeby wypromować swój region. Nie spotkałem się na razie z takim podejściem, ale pandemia się jeszcze nie kończy, więc jest to wciąż wyzwanie – zauważa ekspert Isobar Polska.

Jego zdaniem to samorządy – zarówno na poziomie województwa, miasta, jak i gminy – powinny zintensyfikować swoje działania promocyjne, aby przyciągnąć turystów. Jeśli większe grono Polaków planuje wakacje w Polsce, to należy stworzyć ofertę, która pozwoli im poznać swój kraj na nowo.

– Polacy szukają miejsc bezpiecznych i oczekują zachowania higieny, ale jednak ich główną motywacją jest odpoczynek: chcą posiedzieć nad jeziorem, odetchnąć leśnym powietrzem, pozwolić dzieciom się wybiegać – wskazuje Jacek Studziński. – Dlatego strategia promocji regionu powinna uwzględniać nie tylko kwestie bezpieczeństwa, ale główną motywację Polaków do lokalnych wyjazdów, czyli chęć wyrwania się z domu.

Wzrost zainteresowania lokalnymi atrakcjami i krótkimi wyjazdami krajoznawczymi powinny wykorzystać biura podróży, które rozwinęły skrzydła dzięki ofercie wyjazdów zagranicznych, ale zostały one podcięte przez zamknięcie granic.

– Jest to logiczny i bardzo wskazany zwrot w kierunku turystyki krajowej. Wycieczki, z których korzystali zwykle turyści zagraniczni, mogą być oferowane Polakom. Nie każdy z nas jest przewodnikiem po Warszawie i wielu mogłoby czerpać przyjemność z poznawania Polski, podobnie jak podczas wizyty w innym kraju – ocenia specjalista Isobar Polska. – Jednak biura podróży nie powinny całkowicie zaprzestać promocji wyjazdów zagranicznych, a jedynie zastanowić się, który region lub kraj budzi najlepsze skojarzenia w umyśle konsumentów. Turystyka międzynarodowa jest biznesem długofalowym, więc można przerwać na pewien czas lub osłabić działania promocyjne, natomiast ich zupełne zawieszenie jest niewskazane.

Polskie banki zaakceptowały ponad 1 mln wniosków o wakacje kredytowe. Zdecydowana większość to klienci indywidualni

Do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów. Około 115 tys. z nich złożyli przedsiębiorcy, resztę w większości klienci indywidualni. Ci od 24 czerwca mają też możliwość wnioskowania o wakacje kredytowe także w trybie ustawowym, w ramach tarczy antykryzysowej 4.0. Jak informuje prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszkiewicz – w skali całej Polski zgłoszono ich dotąd raptem kilkaset.

– Kilka tygodni temu mieliśmy do czynienia ze szczytem składania wniosków o wakacje kredytowe. My nazywamy to moratorium kredytowym. Obecnie mamy jego dwa rodzaje: ustawowe i pozaustawowe. To drugie zostało wdrożone przez banki już 16 marca – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz. – Dostęp był elektroniczny, a rozpatrywanie i decyzje szybkie .

W związku z pandemią SARS-CoV-2 polskie banki już w połowie marca umożliwiły klientom składanie wniosków o tzw. wakacje kredytowe i zawieszenie na trzy miesiące spłaty rat kredytów mieszkaniowych, konsumpcyjnych oraz kredytów dla przedsiębiorców. Łączny okres spłaty kredytu był automatycznie wydłużany, a banki rozpatrywały wnioski na maksymalnie uproszczonych zasadach, żeby przyspieszyć pomoc. Według danych ZBP od połowy marca do 3 kwietnia klienci indywidualni złożyli aż 543 tys. wniosków o zawieszenie spłat. Do 20 maja było ich już ponad 855 tys., a poziom pozytywnie rozpatrywanych wniosków był wysoki i utrzymywał się na stałym poziomie (86 proc.)

W sumie do końca lipca polskie banki pozytywnie rozpatrzyły ponad 1 mln wniosków o odroczenie spłaty kredytów.

– W niektórych przypadkach klienci zgłosili po kilka wniosków, bo mieli kilka kredytów i w związku z tym to było po prostu zwielokrotnione. Po paru tygodniach okazało się, że część kredytobiorców postanowiła wycofać swoje wnioski, dlatego że okazało się, że ich sytuacja nie jest tak zła, jak wcześniej przewidywali. Ponadto, w niektórych przypadkach uzyskali wsparcie w innej formie, które pozwoliło im po prostu spokojnie myśleć o rozwoju – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Jak wskazuje, wśród miliona wniosków o tzw. wakacje kredytowe kilka tysięcy zostało złożonych przez rolników i przedsiębiorstwa rolne, a ok. 115 tys. przez przedsiębiorców. Łączna wartość odroczonych kredytów dla przedsiębiorców sięgnęła kilkudziesięciu miliardów złotych. Dynamika składania nowych wniosków o tzw. wakacje kredytowe jest już jednak niska, w większości banków są to już pojedyncze przypadki. Taką możliwość klienci mają jednak jeszcze do końca III kwartału br.

– Przedsiębiorcom, którzy mieli dobrą sytuację finansową w 2019 roku, zwłaszcza w listopadzie i grudniu, to moratorium pozwoliło w bardzo prosty sposób uzyskać dodatkowy kredyt obrotowy. To umożliwiło im pewien oddech i przygotowywanie planów rozwojowych w trudniejszej sytuacji – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz. – W międzyczasie na wniosek rządu zostało wprowadzone moratorium ustawowe. Do tej pory zgłoszono jedynie kilkaset wniosków w skali całego kraju.

Tarcza antykryzysowa 4.0, która ustawowo wprowadziła taką możliwość, weszła w życie 24 czerwca. Zgodnie z nowymi przepisami klient może wnioskować o zawieszenie spłaty kredytu hipotecznego i konsumpcyjnego na trzy miesiące (zarówno części kapitałowej, jak i odsetkowej kredytu), a okres kredytowania zostanie odpowiednio wydłużony. Taką możliwość mają osoby, które po 13 marca br. straciły pracę lub inne główne źródło dochodu. Jeżeli w umowie kredytowej funkcjonuje np. małżeństwo, wystarczy, że ten warunek spełnia jedno z nich.

Jak podkreśla prezes Związku Banków Polskich, dla klientów indywidualnych i przedsiębiorców tzw. wakacje kredytowe okazały się dobrym i potrzebnym rozwiązaniem, które pomogło im w zachowaniu finansowej płynności. Zgoła odmiennie odbiły się jednak na kondycji banków.

– Wakacje kredytowe stanowiły i wciąż stanowią wysiłek dla banków, bo sposób zarządzania płynnością się zmienia i konsekwencją są zmniejszone dochody sektora bankowego. Jednak największy wpływ na jego kondycję i stabilność mają dwa czynniki: spadek dochodów wskutek intensywnego obniżenia stóp procentowych NBP i zmniejszone zainteresowanie kredytami w różnych segmentach rynku. To właśnie głównie te czynniki wpływają na obniżenie rentowności i dochodowości – mówi prezes Związku Banków Polskich.

Dla sektora bankowego wakacje kredytowe w połączeniu z innymi czynnikami mogą przyczynić się do zachwiania jego stabilności, co z kolei może odbić się szerszych echem w całej gospodarce.

– Niedobre jest to, że zmniejsza się przez to tempo budowania siły polskich banków, która jest niezbędna do finansowania rozwoju w kolejnych miesiącach i kwartałach. Ta siła polskich banków jest potrzebna chociażby do tego, żeby mogły finansować programy rozwojowe uzgodnione przez polski rząd i zaplanowane w projektach unijnych – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Biznes zamierza walczyć ze zmianami klimatu nawet w trakcie pandemii. Na odwrócenie negatywnych tendencji mamy tylko 12 lat

ONZ ostrzega, że zostało nam już tylko 12 lat, aby zapobiec nieodwracalnym szkodom spowodowanym zmianami klimatycznymi. Może w tym pomóc biznes, m.in. poprzez kreowanie innowacyjnych rozwiązań dla klimatu, które walczą ze smogiem, poprawiają efektywność energetyczną i wykorzystują recykling. – Pandemia SARS-CoV-2 uwypukla krytyczną rolę, jaką nauka i biznes pełnią w rozwiązywaniu globalnych wyzwań – podkreśla Mike Roman, przewodniczący rady nadzorczej i prezes zarządu 3M.

 Wyzwania związane z klimatem, środowiskiem i zdrowiem publicznym, przed którymi stoi świat, mogą wydawać się przerażające, ale nie są nie do pokonania, zwłaszcza jeśli podejdziemy do nich, opierając się na współpracy, celach i nauce – wskazuje Mike Roman w globalnym raporcie na temat zrównoważonego rozwoju.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzega, że do powstrzymania nieodwracalnych szkód spowodowanych zmianami klimatycznymi pozostała nam już tylko dekada. Opracowane Cele Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) wskazują m.in., że w wyniku rosnącej populacji będziemy potrzebować trzykrotnie więcej surowców naturalnych niż obecne zasoby planety. Do 2050 roku w miastach będzie żyło ok. 60 proc. ludzi na świecie. Urbanizacja będzie oznaczać większe zapotrzebowanie na wodę, żywność i energię. Tymczasem już teraz metropolie odpowiadają  za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. Żeby sprostać tym wyzwaniom, potrzeba ścisłej współpracy między rządami, naukowcami a biznesem.

Firma 3M w swoim tegorocznym „Raporcie Zrównoważonego Rozwoju” podkreśla, że pandemia koronawirusa spowodowała jeszcze silniejszy wzrost oczekiwań społecznych odnośnie do transparentności działań międzynarodowych liderów oraz ich zaangażowania w poprawę stanu klimatu.

– Pierwsza połowa tego roku pokazała, że angażowanie się w poprawę stanu klimatu na świecie to już nie tylko przywilej nauki, ale wręcz jej obowiązek. Wiemy, że zaangażowanie w troskę o klimat jest istotne także dla naszych klientów oraz konsumentów korzystających z produktów 3M – podkreśla Alain Simonnet, dyrektor zarządzający 3M na region Europy Wschodniej oraz ambasador 3M w zakresie zrównoważonego rozwoju.

Coraz więcej firm wdraża działania proekologiczne – w produkcji ogranicza wodę, zużycie energii, bazuje na recyklingu. Przykładem służą zwłaszcza światowi giganci. W ciągu ostatnich dwóch dekad 3M zmniejszyło emisję gazów cieplarnianych o 68 proc. (przy jednoczesnym podwojeniu swoich dochodów), a co trzeci zakład spółki podczas produkcji nie marnuje żadnego materiału. Już teraz główna siedziba firmy w Minnesocie jest w 100 proc. zasilana z energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Strategia 3M zakłada, że do 2025 roku aż połowa energii wykorzystywanej przez nią na całym świecie będzie pozyskiwana właśnie w ten sposób.

Istotne jest też kreowanie innowacyjnych rozwiązań, które pomogą chronić klimat.

 Według Światowej Organizacji Zdrowia każdego roku ponad 7 mln ludzi umiera przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza – wskazuje Gayle Schueller, wiceprezes 3M ds. zrównoważonego rozwoju. – Rozszerzyliśmy o komercyjne zastosowanie jedno z naszych najbardziej innowacyjnych rozwiązań klimatycznych do tej pory – nanoszone na dachy domów granulki Cool Roofing Granulesobniżające temperaturę wewnątrz budynku i poprawiające wydajność energetyczną.

Podobne zastosowanie ma specjalna powłoka 3M Scotchkote RG 700 Solar Heat Reflective Coating, zastosowana m.in. w pociągach w Indiach. Tworząc izolację, obniża temperaturę wewnątrz pociągów o ok. 15 proc., dzięki czemu o 20 proc. można zredukować zużycie energii potrzebnej do klimatyzacji pociągu. Firma tworzy też rozwiązania do walki ze smogiem – Smog-reducing Granules dzięki energii słonecznej przekształcają tlenki azotu w jony, które rozpuszczają się w wodzie. W efekcie cząsteczki smogu spływają wraz z deszczem. Innym przykładem może być stosowany w kurtkach materiał Thinsulate Featherless, który wpisuje się w ideę zero waste. Zastępuje puch, a wytwarzany jest z włókna pochodzącego w 100 proc. z recyklingu, dokładnie – z plastikowych butelek.

 Jako 3M chcemy nie tylko dawać dobry przykład, ale także inspirować pozostałych liderów biznesu, aby dołączyli do grona firm, które działają na rzecz ochrony klimatu i skutecznego wdrożenia zasad nowego zielonego porządku – dla dobra nas i przyszłych pokoleń, w każdym miejscu, gdzie obecne jest 3M, oraz na całym świecie – podkreśla Alain Simonnet.

Pandemia SARS-CoV-2 na dwa miesiące wstrzymała leczenie niepłodności. Teraz leczenie powinno być kontynuowane

Sytuacja epidemiologiczna związana z koronawirusem spotęgowała stres, obawy i frustrację par bezskutecznie starających się o dziecko. W trosce o zdrowie i bezpieczeństwo pacjentów wszystkie terapie i procedury związane z leczeniem niepłodności zostały bowiem na jakiś czas wstrzymane. Lekarze jednak podkreślają, że w wielu przypadkach terapia nie może być odraczana, bo jej skuteczność zależy od tego, jak szybko zostanie rozpoczęte leczenie. Czas działa tu na niekorzyść, a wraz z jego upływem zmniejszają się szanse na poczęcie dziecka.

– Dla par niepłodnych pandemia koronawirusa była przekleństwem. Proszę pamiętać, że to jest leczenie czasowrażliwe. My leczymy pacjentów, dla których czas liczy się w kwartałach – to nie są lata, to nie są półrocza, to są kwartały albo miesiące. Często mówimy tu o kobietach z obniżającą się rezerwą jajnikową albo o mężczyznach, u których dochodzi do bardzo sukcesywnego pogarszania się jakości nasienia. W wielu przypadkach tego leczenia nie mogliśmy odkładać na później, wręcz było to niezwykle niekorzystne – mówi agencji Newseria dr Janusz Pałaszewski, ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

Niestety pandemia koronawirusa spowodowała, że medycyna zamarła. Wszystkie terapie automatycznie zostały odłożone w czasie. Lekarze specjalizujący się w leczeniu niepłodności wspominają, że na początku nie mieli żadnych wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia co do tego, jak postępować w takiej sytuacji.

– Europejskie Towarzystwo Rozrodu Człowieka i Embriologii, jak i nasze Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii nie miały żadnych danych. Nigdy nie zdarzyła się podobna sytuacja, dlatego nie wiadomo było, jaka powinna być reakcja. Pierwszą reakcją było zatrzymanie naszych działań. Zalecano, żeby w ogóle zaprzestać leczenia niepłodności, jednak bardzo szybko zorientowano się, że nie jest to zbyt akceptowalne rozwiązanie – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Zapadła więc decyzja o działaniu w bardzo ograniczonym stopniu.

– Powiedziano nam, że możemy popróbować stymulacji, możemy uzyskiwać komórki jajowe, zarodki, ale żebyśmy nie robili transferów. Zatem w okresie, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki jest wpływ koronawirusa na organizm, szczególnie organizm w ciąży czy na samą ciążę, unikajmy tego rodzaju zagrożeń. Dość szybko okazało się, że to zagrożenie nie jest na szczęście aż tak ogromne, dlatego mniej więcej po około dwóch miesiącach towarzystwa naukowe zaczęły już wydawać zalecenia powrotu do leczenia – mówi ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

Jedyne ograniczenie, jakie teraz dotyczy leczenia niepłodności, obejmuje pacjentki z problemami immunologicznymi, ponieważ prowadzone terapie nieco osłabiają odporność. W konsekwencji może to nasilić dynamikę infekcji. Lekarze zapewniają też, że zaostrzyli wszelkie środki ostrożności.

– Już na samym wstępie staramy się zorientować, czy pacjent niesie dla nas jakieś zagrożenie, dlatego też jego pierwszy kontakt z kliniką kończy się pobraniem krwi na obecność przeciwciał przeciwko koronawirusowi. Z kolei później, w trakcie leczenia, przed wszystkimi najważniejszymi wydarzeniami typu pobranie komórek jajowych, transfer czy inseminacja nasi pacjenci mają wykonywane badania, ale polegają one już na poszukiwaniu materiału genetycznego wirusa, czyli to są wymazy z gardła. Badania są dość precyzyjne i szybko mówią o tym, czy jest infekcja, czy nie – mówi dr Janusz Pałaszewski.

Parom starającym się o dziecko lekarze radzą, by długo nie zastanawiały się nad tym, czy jest to dobry moment na rozpoczęcie leczenia. Jeżeli w organizmie zachodzą istotne zmiany, a czas ucieka, to nie warto czekać do końca pandemii.

– Jeżeli rezerwa jajnikowa się pogarsza, pogarsza się jakość komórek jajowych, zmniejsza się liczba i pogarsza jakość plemników, to nie można czekać. Ci pacjenci są w sytuacji bez wyjścia. My musimy być dla nich i dlatego nie powinno się teraz zwracać uwagi na pewnego rodzaju ograniczenia, bo w sytuacjach niepłodności w wielu przypadkach czas gra decydującą rolę. Są dwa podstawowe parametry, od których zależy skuteczność naszego leczenia – to jest wiek pacjentów i to jest ich rezerwa jajnikowa. Jedno i drugie nie jest nam dane na zawsze – mówi ekspert.

Pandemia koronawirusa sparaliżowała pracę wielu przychodni, szpitalnych oddziałów i laboratoriów. Pacjenci mieli ograniczony kontakt ze specjalistami, w związku z czym zostali pozbawieni stałej opieki medycznej, dostępu do badań kontrolnych i możliwości sprawdzenia stanu swojego zdrowia.

– Generalnie medycyna zamarła i odepchnęła swoich pacjentów w momencie, kiedy jest im najbardziej potrzebna. Myślę, że akurat najmniej dotknęło to dziedzinę niepłodności, bo my i nasze kliniki we wszystkich lokalizacjach nie przerwaliśmy pracy nawet na jeden dzień. Owszem, były ograniczenia, były obostrzenia, były bardzo ostre reżimy sanitarne, ale nie przerwaliśmy pracy – mówi ordynator Oddziału Szpitalnego Jednodniowego w Klinice INVICTA w Warszawie.

W kontekście zagrożenia koronawirusem we wszystkich klinikach INVICTA zostały wdrożone działania prewencyjne, m.in. kontrola stanu zdrowia pacjentów i pracowników każdej zmiany (ankiety, pomiar temperatury), dodatkowe punkty dezynfekcji czy też uruchomienie dodatkowych oczyszczaczy powietrza z systemem filtrów, jonizacji i lampami UV niwelujących wirusy, bakterie i inne drobnoustroje. W sytuacji, gdy nie jest absolutnie niezbędna fizyczna obecność w klinice, lekarze rekomendują korzystanie z wizyt online, czyli wideokonsultacji z lekarzem.

Druk 3D zmienia oblicze branży rozrywkowej. Na polskich urządzeniach powstają m.in. kostiumy na potrzeby gry Cyberpunk 2077

Niemal każde studio filmowe posiada już drukarkę 3D. Rekwizytorzy, filmowcy i projektanci kostiumów wykorzystują tę technologię na różnych poziomach. Drukowanie w 3D pozwoliło stworzyć repliki kości dinozaurów na potrzeby filmu „Jurassic World”. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za kostiumy stworzone właśnie na drukarkach 3D. Polskie maszyny z kolei wykorzystywane są przy najbardziej uznanych grach komputerowych, w tym nadchodzącym hicie CD Projekt RED Cyberpunk 2077.

– Druk 3D może zostać wykorzystany w branży rozrywkowej, np. w sektorze filmowym, gamingowym bądź w sektorze odpowiedzialnym za efekty specjalne, ponieważ świetnie sprawdza się tam, gdzie potrzebne są niestandardowe i kreatywne rozwiązania. Ta technologia jest szeroko stosowana w przemyśle filmowym, wykorzystuje się ją np. do tworzenia rekwizytów czy makiet, które później używane są w animacjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, Head of Marketing w Zortrax.

Technologia druku 3D zmienia prawie każdą dziedzinę życia. Znajduje zastosowanie w medycynie, motoryzacji, architekturze, a także w przemyśle filmowym. Druk 3D umożliwia tworzenie rekwizytów czy kostiumów w szybki i precyzyjny sposób. Aaron Sims Creative, firma zajmująca się produkcją filmów, wykorzystała go do opracowania projektu Demogorgona z serialu Netfliksa „Stranger Things”. Skanowanie i drukowanie 3D zostały wykorzystane do stworzenia replik dinozaurów do filmu „Jurassic World” poprzez skanowanie oryginalnych kości i skamieniałości w celu stworzenia modeli do druku. Film „Czarna Pantera” dostał Oscara za najlepsze kostiumy, przy projektowaniu których wykorzystano druk 3D.

–  Również branża gamingowa korzysta z rozwiązań, jakie oferuje technologia druku 3D, np. decydując się na współpracę z projektantami zajmującymi się cosplayami. Takim przykładem jest Lightning Cosplay – jedna z czołowych firm, która na co dzień tworzy kostiumy i elementy strojów inspirowanych postaciami z gier komputerowych takich producentów jak Bethesda i THQ Nordic czy CD Projekt. Lightning Cosplay tworzy projekty, korzystając z pomocy dwóch drukarek od Zortrax – Inkspire i M200 – wskazuje Natalia Jusiak.

Druk 3D stał się niezbędnym narzędziem dla cosplayerów, którzy wcielają się w postaci ze świata fantasy. Umożliwia tworzenie autentycznych replik nawet najbardziej złożonych rekwizytów ze świata science fiction. Druk 3D zdecydowanie przyczynił się do rozwoju branży zajmującej się tworzeniem cosplayów. Wykwalifikowani twórcy projektują i tworzą niestandardowe projekty dla innych, jak np. Lightning Cosplay. Wiernie odtwarzają kostiumy postaci z gier, części ekwipunku, z dbałością o najmniejsze detale. Tak powstały elementy o wysokości warstwy 0,025 mm, gdzie finalny wydruk jest mniejszy niż 2 cm.

– Żywicowa drukarka Inkspire, jakiej używają w swojej pracowni Laura i Ralf z Lightning Cosplay, pozwala drukować elementy grubości kilku milimetrów. Znajdują one swoje zastosowanie np. w mniejszych detalach kostiumu. Można tworzyć na niej również przedmioty o delikatnej strukturze, np. imitację biżuterii, modele czaszek, fantazyjnych zwierząt czy karabiny bądź małe detale na mieczach – wskazuje ekspertka.

Obecnie Lightning Cosplay tworzy na potrzeby CD Projekt RED modele z gry Cyberpunk 2077 – Mantis Blade, czyli broń montowaną w przedramieniu, czy pistolet Achilles. Modele pokazano na ostatnim Gamescomie, a premiera gry zapowiadana jest na wrzesień 2020 roku.

– Godziny przygotowań i studiowanie fragmentów screenów z gry pozwalają wybrać technikę, w jakiej powstaje dany element, a w przypadku wydruków na drukarce 3D – wybrać odpowiedni materiał, który ma być wykorzystany w urządzeniu, lub również zdecydować się na technologię, czy np. ma być to bardziej precyzyjna technologia UV LCD, czy dedykowana do większych gabarytów technologia LPD bądź LPD+ – tłumaczy Natalia Jusiak.

Druk 3D jest znacznie tańszy niż dotychczas stosowane techniki tworzenia replik, pozwala też na wykonanie potrzebnych rekwizytów w krótkim czasie. Po wydrukowaniu elementów w drukarce 3D wystarczy przemodelować projekt cyfrowo w programie graficznym, zamiast spędzać godziny na tworzeniu nowego modelu.

– Przy masowej produkcji zabawek druk 3D służy często jako narzędzie do szybkiego prototypowania, wprowadzania różnych zmian w produkcie finalnym. Na drukarkach powstaje model, który po zatwierdzeniu przez grono projektowe jest wzorem dla całej kolejnej partii produkcyjnej. Ta odbywa się już za pomocą standardowych metod – zaznacza specjalistka Zortrax.

Przełom w zakresie interfejsów mózg–komputer. O 90 proc. obniżono pobór energii implantów, co pozwoli znacznie wydłużyć ich pracę

Naukowcy dokonali dużego skoku technologicznego w zakresie zasilania interfejsów mózg–komputer. Opracowano metodę zmniejszenia poboru mocy implantu przy jednoczesnym zwiększeniu jego dokładności w przesyłaniu sygnałów elektrycznych. To pozwoli opracować długowieczne implanty mózgowe, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– Obecnie interpretowanie sygnałów mózgowych w czyichś zamiarach wymaga komputerów tak wysokich jak ludzie i dużej ilości energii elektrycznej – o wartości kilku akumulatorów samochodowych – podkreśla Samuel Nason, doktorant w Laboratorium Protetyki Nerwu Korowego na Uniwersytecie Michigan.

Zespół z Uniwersytetu Michigan o 90 proc. obniżył zapotrzebowanie prototypowego interfejsu mózg–komputer, przy okazji zauważalnie poprawiając niezawodność przepływu danych. Udało się to uzyskać poprzez zastosowanie autorskiego systemu kompresji sygnałów mózgowych. Większość przewodowych interfejsów mózg–komputer przetwarza aż do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, przez co implant musi pobierać dużo energii. Nowa metoda zakłada badanie sygnałów SBP, czyli zespołu częstotliwości emitowanych przez wiele neuronów w zakresie od 300 do 1000 Hz.

Współczesne interfejsy mózg–komputer funkcjonujące w formie implantów doczaszkowych muszą analizować nawet do 20 tys. impulsów nerwowych na sekundę, aby zapewnić płynny i precyzyjny przepływ danych pomiędzy mózgiem a zewnętrznym komputerem. Stosując metodę opracowaną na Uniwersytecie Michigan, można zaprojektować implant, który zapewni podobną bądź wyższą precyzję pomiaru, analizując zaledwie 2 tys. impulsów nerwowych na sekundę. Dzięki temu implanty kolejnej generacji będą mogły pobierać nawet do 90 proc. mniej energii.

– Zmniejszenie ilości energii elektrycznej o rząd wielkości pozwoli w końcu na stworzenie interfejsów mózg–maszyna w domu – przekonuje Samuel Nason. – Już istniejące obwody, wykorzystujące tę samą szerokość pasma i moc, mogą mieć teraz zastosowanie do całego szeregu interfejsów mózgmaszyna. 

Jednym z pionierów na rynku miniaturyzacji technologii interfejsów mózg–komputer jest Neuralink, które pracuje nad prototypowymi rozwiązaniami tego typu. Firma Elona Muska zaprezentowała już wyspecjalizowaną maszynę do szycia, która pozwoli w pełni automatycznie wwiercić się w czaszkę pacjenta i zaszyć w mózgu wiązki elektrod służących do przesyłania impulsów nerwowych do zewnętrznego komputera.

Neuralink jest obecnie w fazie wczesnych testów laboratoryjnych na szczurach, które mają potwierdzić możliwość nawiązania wysokoprzepustowego połączenia między mózgiem a maszyną. Według obecnych założeń 28 sierpnia 2020 roku firma ujawni stan prac nad projektem, a w 2021 roku będzie gotowa do wszczepienia implantów pierwszym pacjentom. Pozwolą one obejść rdzeń kręgowy i nawiązać bezpośrednie połączenie pomiędzy centralnym układem nerwowym a kończynami, tym samym przywracając ich sprawność.

Odkrycie naukowców z Michigan może z kolei prowadzić do powstania długotrwałych implantów mózgowych, które mogą zarówno leczyć choroby neurologiczne, jak i umożliwiać sterowanie za pomocą mózgu protezami kończyn, a nawet maszynami.

– To duży krok naprzód – podkreśla Cynthia Chestek, profesor nadzwyczajny inżynierii biomedycznej na Uniwersytecie Michigan. – Uzyskanie sygnałów o dużej przepustowości, których obecnie potrzebujemy do bezprzewodowych interfejsów maszyna–mózg, byłoby całkowicie niemożliwe, biorąc pod uwagę zasilanie istniejących urządzeń, takich jak rozrusznik.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer w 2019 roku wyniosła 1,36 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 3,85 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,3 proc.

Przybywa centrów usług wspólnych w mniejszych miastach. Dla inwestorów najważniejsze są kompetencje pracowników

Warszawa, Kraków i Wrocław to nadal najbardziej atrakcyjne lokalizacje w Polsce dla nowoczesnych centrów usług dla biznesu. O wysokiej pozycji tych miast decydują m.in. dobra komunikacja, dostępność wykształconych pracowników oraz powierzchni biurowych. Jednak w czołówce są także inne miasta regionalne, np. Poznań, Łódź i Gdańsk, a także Bydgoszcz, Lublin, Częstochowa, Kielce i Rzeszów. – Są to lokalizacje, które zaledwie od kilku lat funkcjonują na mapie centrów usług wspólnych, ale właśnie tam dynamika przyrostu nowych projektów jest znacznie wyższa – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.

– W Polsce będą powstawać przede wszystkim centra o specjalizacji finansowo-księgowej, badawczo-rozwojowej oraz informatycznej. Prężnie rozwijają się centra o profilach: finanse, rachunkowość, wsparcie prawne, marketingowe oraz sprzedażowe. Coraz mniej jest takich, które działają jak typowe call-contact center. Jest to obecnie silny trend, który się utrzymuje, i spodziewam się, że zostanie on zachowany w kolejnych miesiącach – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Doktór.

Inwestorzy od wielu lat wybierają Polskę na lokalizację inwestycji typu Business Support Services z uwagi na kilka powodów. Po pierwsze, argumentem, który przemawia na rzecz naszego kraju, jest znajomość języków pracowników, którzy są dostępni na rynku pracy. To w dobie globalnych centrów usługowych, które obsługują nie jeden, ale wiele rynków zagranicznych, jest bardzo istotne. Jak wynika z raportu ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych, w jednym centrum pracownicy posługują się średnio ośmioma językami, a w rekordowym przypadku było ich 38. Po drugie, Polska jest stabilnym gospodarczo rynkiem. Motywy inwestorów zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat, bo kiedyś to głównie niższe niż na Zachodzie koszty pracy były dla nich decydujące przy wyborze lokalizacji nad Wisłą.

– Koszty rosną na całym świecie, natomiast przede wszystkim ważne są kompetencje personelu, który jest dostępny na danym rynku. Ten czynnik pozwala Polsce być nadal atrakcyjnym miejscem na lokowanie nowych projektów – dodaje prezes Fundacji Pro Progressio. – Ponadto inwestorzy mogą liczyć na wsparcie, które oferowane jest głównie przez centra obsługi inwestora oraz przez agencje rozwoju regionalnego obecne w polskich miastach. To one zarówno opiekują się nowymi inwestycjami, jak i współpracują z tymi inwestorami, którzy już działają w Polsce. 

Z danych ABSL wynika, że cały sektor usług biznesowych składa się dziś z ponad 1,5 tys. centrów obsługi procesów biznesowych, usług wspólnych, IT oraz badawczo-rozwojowych. W ostatnich latach zatrudnienie rośnie o ok. 10 proc. rocznie i dziś sięga 338 tys. osób. To pod względem liczby miejsc pracy druga gałąź gospodarki w Polsce.

Sektor jest postrzegany jako atrakcyjny pracodawca. Powodów jest wiele: np. programy benefitowe dla pracowników, które są elementem polityki działów employer brandingowych i komórek wspierających indywidualne ścieżki kariery. Pandemia koronawirusa i upowszechnienie modelu pracy zdalnej wpłynęły na sposób realizacji tych programów, ale wciąż spełniają one swoje zadania.

– Strategie employer brandingowe w centrach usług wspólnych przechodzą obecnie rewolucję, bo zupełnie inną strategię należy realizować w czasach, kiedy praca odbywa się w biurze, a inną, kiedy pracuje się w domach. Centra starają się dostosować do nowych realiów – dodaje Wiktor Doktór. – Uważam, że nadal będzie to bardzo dobry i atrakcyjny pracodawca. Tym bardziej że rośnie liczba inwestycji typu BSS w coraz mniejszych miastach regionalnych.

Od połowy roku 2018 Fundacja Pro Progressio we współpracy z Polską Agencją Inwestycji i Handlu publikuje „BSS Index” obrazujący liczbę nowych inwestycji Business Support Services w polskich miastach. Według danych z „BSS Index” w 2019 roku powstało 27 nowych centrów operacyjnych, a przede wszystkim były to projekty typu IT i ITO. Prawdopodobnie w 2020 roku poziom inwestycji będzie podobny do ubiegłorocznego. Co ciekawe, w 2018 roku było ich znacznie więcej, bo aż 61, w 2017 roku  – 58, a w 2016 roku – 88 inwestycji. Według analityków Pro Progressio powodem tego spadku jest zmieniający się profil inwestora: centra tworzą coraz częściej nie duże korporacje, tylko organizacje średniej wielkości, którym proces wyboru lokalizacji zajmuje więcej czasu.

W dobie koronawirusa wzrosła produkcja opakowań dla przemysłu spożywczego i farmacji. Zmniejszyły się dostawy dla przemysłu, AGD i RTV

Silny związek z branżą spożywczą, która nie ucierpiała w czasie pandemii, pozwolił firmom opakowaniowym przetrwać kryzys spowodowany koronawirusem bez większych strat.  – 65 proc. opakowań jest produkowanych do żywności i napojów. Przestoje odczuły głównie te firmy, które dostarczają do producentów mebli lub firm motoryzacyjnych – mówi Beata Pyś-Skrońska, zastępca dyrektora Polskiej Izby Opakowań. Zagrożeniem dla branży może być pogorszenie koniunktury spowodowane kolejną falą pandemii, a także nowe przepisy związane z unijnymi regulacjami.

– Koronawirus pozwolił uświadomić wielu ludziom znaczenie branży opakowań w gospodarce, bo wszyscy wiemy, że potrzebna jest żywność, leki, środki czystości, szczególnie w sytuacji pandemii. Jednak do tej pory niewiele osób zastanawiało się nad tym, że te produkty trzeba w czymś dostarczyć i do tego niezbędne jest opakowanie – zauważa w rozmowie z agencją Newseria Biznes Beata Pyś-Skrońska.

Z danych Polskiej Izby Opakowań wynika, że w dobie koronawirusa o 10–12 proc. wzrósł udział w rynku opakowań dla przemysłu spożywczego, o 3 proc. dla farmacji oraz o 2 proc. dla przemysłu kosmetycznego i środków higieny i ochrony osobistej. Z drugiej strony odnotowano ok. 15-proc. zmniejszenie udziału w sprzedaży opakowań wyrobów przemysłowych (AGD, RTV, farby i chemia gospodarcza), które wynika z wstrzymania produkcji przez te działy gospodarki.

– Branża odczuła koronawirusa, ale głównie w tych segmentach, które produkowały opakowania do mebli czy dla sektora motoryzacji. Z kolei producenci opakowań do żywności – niespecjalnie. Nawet jeżeli niektóre segmenty, jak np. opakowania luksusowe, odnotowały znaczący spadek, to producenci odbili to sobie na opakowaniach produktów podstawowych – podkreśla ekspertka z Polskiej Izby Opakowań.

Po pełnym odmrożeniu gospodarki i powrocie koniunktury sytuacja powinna jednak wrócić do normy. Polska Izba Opakowań szacuje, że rynek opakowań w Polsce jest wart 45 mld zł. Stanowi on ok. 1 proc. światowego rynku, natomiast na tle innych notuje wyraźne wzrosty. W 2019 roku było to ok. 6 proc.

Dane za 2020 rok będą na całym świecie zaburzone z uwagi na kryzys wywołany koronawirusem. Tendencja wzrostowa na poziomie 5–7 proc., która utrzymywała się do tej pory, zapewne ulegnie zahamowaniu. Jednak z naszych obserwacji wynika, że gospodarka powoli się odmraża, konsumpcja zaczyna rosnąć, więc i zapotrzebowanie na opakowania, które są silnie z tym powiązane, wraca już do normy. Tym bardziej że 85–90 proc. produktów, które są wytwarzane, wymaga zapakowania – dodaje Beata Pyś-Skrońska.

Prognozy dla branży opakowań są dobre, ale wszystko zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja związana z koronawirusem. Jeżeli jesienią przyjdzie druga fala i ponownie gospodarka zostanie zamrożona, na pewno będzie to miało wpływ na firmy z tego sektora.

Z naszych rozmów z analitykami wynika, że rynek się odbija, zarówno polski, jak i europejski – informuje ekspertka. – Widzimy wzrost eksportu towarów do Niemiec i innych krajów europejskich, a co za tym idzie także większe zapotrzebowanie na eksport opakowań.

Dane PB Forecast Opakowania, na które powołuje się PIO, wskazują, że w pierwszych dwóch miesiącach roku Niemcy wykazywały duży popyt zwłaszcza na opakowania papierowe oraz lekkie opakowania metalowe. Z kolei w przypadku opakowań z tworzyw sztucznych eksport do Austrii, Słowacji i Rosji rósł najszybciej, a w przypadku opakowań szklanych – do Czech, Łotwy, Rosji i Węgier.

Koronawirus to niejedyna niewiadoma, która może w niedalekiej przyszłości wpłynąć na branżę opakowań. Duże znaczenie dla działalności firm mają także unijne regulacje dotyczące Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, które Polska powinna wdrożyć jeszcze w tym roku. Zakładają one, że podmiotem odpowiedzialnym i finansującym gospodarowanie odpadami opakowaniowymi ma być producent, który wprowadza opakowanie na rynek. Dziś płacą za to przede wszystkim mieszkańcy gmin. Do tego dochodzą również regulacje dotyczące wykorzystania opakowań oraz produktów jednorazowego użytku z plastiku, a także gospodarki w obiegu zamkniętym.

Polska ma obecnie jedną z najniższych opłat produktowych w Europie i niezależnie od tego, jak Ministerstwo Klimatu sformułuje nową Rozszerzoną Odpowiedzialność Producenta, na pewno ceny pójdą w górę. Firmy, które wprowadzają na rynek wyroby w opakowaniach, będą zapewne dążyć do zrekompensowania wyższych cen kosztem klientów albo producentów opakowań. To będzie miało na nas duży wpływ – przewiduje Beata Pyś-Skrońska. – Również nowe rozporządzenia, dotyczące np. poziomów recyklingu czy udziału recyklatu w materiale opakowaniowym, będą wymagały dostosowania się branży do tych przepisów.

Biznes coraz chętniej inwestuje w energię ze słońca. Własne mikroelektrownie powoli stają się rynkowym standardem

– Korzyści dla firm z inwestowania w odnawialne źródła energii są duże. To m.in. optymalizacja kosztów, samowystarczalność energetyczna i pewność zasilania – wskazuje Dorota Zawadzka-Stępniak z Konfederacji Lewiatan. W ostatnich latach biznes coraz chętniej inwestuje we własne mikroźródła odnawialnej energii. Efektem jest w Polsce boom na energetykę słoneczną. Na koniec tego roku moc zainstalowana w fotowoltaice ma wzrosnąć do 2,5 GW, głównie dzięki aktywności prosumentów indywidualnych i biznesowych. Do tych ostatnich dołączył DHL Parcel Polska. Logistyczna firma zamierza do końca 2021 roku zamontować panele PV we wszystkich swoich lokalizacjach w całym kraju.

– Są trzy obszary, w których firmy logistyczne mogą poprawiać swoją działalność, żeby była bardziej ekologiczna. Pierwszy to samochody elektryczne albo wykorzystanie floty samochodowej tak, żeby zużywać mniej paliwa. Drugi to poprawa standardu energetycznego budynków, wykorzystanie wody deszczowej, montowanie oświetlenia LED czy świetlików w halach magazynowych, żeby nie korzystać z energii w trakcie dnia. Trzecim obszarem są odnawialne źródła energii i jest to głównie fotowoltaika, czyli energia ze słońca albo energia wiatrowa – mówi agencji Newseria Biznes Jerzy Staszelis, wiceprezes ds. finansów i administracji w DHL Parcel Polska.

– Inwestycje w instalacje OZE są w Polsce ostatnimi czasy bardzo popularne. Przykładem są ogniwa fotowoltaiczne, gdzie popyt znacznie przewyższa podaż. Tak duże zainteresowanie inwestycjami w odnawialne źródła energii – zarówno wśród gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorców – może doprowadzić do średniorocznego wzrostu liczby inwestycji prosumenckich na poziomie co najmniej 1 GW. Jednak – aby tak się stało – potrzebne są działania w kierunku poprawy samowystarczalności energetycznej przedsiębiorców – podkreśla Dorota Zawadzka-Stępniak, dyrektor Departamentu Energii i Zmian Klimatu, Konfederacja Lewiatan.

W Polsce już od kilku lat fotowoltaika jest głównym obszarem inwestycji w elektroenergetyce odnawialnej. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki – jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w kilka lat wzrost wyniósł aż 9 tys. proc. Pod względem rocznego przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych Polska plasuje się na piątym miejscu w UE. Instytut Energetyki Odnawialnej prognozuje, że na koniec tego roku moc zainstalowana może wzrosnąć już do 2,5 GW (już w maju br. zbliżyła się do 2 GW, notując 176 proc. wzrostu rok do roku), natomiast w 2025 roku osiągnąć nawet 7,8 GW (raport „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”).

Boom na rynku fotowoltaiki napędziły, zwłaszcza w ostatnich latach, m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd. Szybki, rynkowy wzrost w ostatnich latach to właśnie zasługa mikro- i małych instalacji (ponad 70 proc. całkowitej mocy zainstalowanej w polskiej fotowoltaice), co oznacza dużą aktywność prosumentów indywidualnych i biznesowych. Według IEO także tegoroczne inwestycje będą skupione w tym segmencie. W instalacje PV coraz chętniej inwestują firmy. Dla tych przedsiębiorstw, które decydują się na fotowoltaikę, korzyścią są m.in. niższe rachunki, większe bezpieczeństwo energetyczne i bardziej proekologiczny wizerunek.

– Uniezależnienie się od tradycyjnych dostaw energii, zero obaw dotyczących sprawności sieci przesyłowej, pełna kontrola i optymalizacja kosztów to marzenie wielu przedsiębiorstw. Ono staje się rzeczywistością dzięki zastosowaniu odnawialnych źródeł energii na potrzeby własne. W przedsiębiorstwie, które ma wysokie zużycie energii, systemy fotowoltaiczne obniżają koszty operacyjne, pozwalają osiągnąć samowystarczalność energetyczną i niezależność zasilania – mówi Dorota Zawadzka-Stępniak.

Opłaty za energię elektryczną to jedna z głównych składowych kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw. W Polsce ceny energii już teraz należą do najwyższych w Europie, a jesienią – kiedy na rachunkach pojawi się nowa pozycja w postaci tzw. opłaty mocowej – firmy mogą spodziewać się kolejnej podwyżki. To – w połączeniu z koronawirusem, który mocno odbił się na finansach przedsiębiorstw – skłania je do szukania optymalizacji i obniżania kosztów. Taką możliwość stwarza właśnie inwestycja we własną elektrownię słoneczną. Instalacja PV np. na dachu siedziby pozwala produkować energię na własne potrzeby i obniżyć wysokość rachunków.

Ustawa o OZE i jej ubiegłoroczna nowelizacja umożliwiła wytwórcom energii w mikroinstalacjach skorzystanie z systemu upustów i rozliczeń z firmami energetycznymi. To oznacza, że firma może wytworzyć energię z OZE na potrzeby własne, a jej nadwyżkę zmagazynować w sieci i następnie odebrać później, w czasie zwiększonego zapotrzebowania czy niższej produkcji (na przykład w nocy lub podczas silnego zachmurzenia).

– Wykorzystanie odnawialnych źródeł energii nie jest jeszcze na rynku standardem, a szkoda. OZE pozytywnie wpływają na środowisko, a po drugie, są efektywne kosztowo – mówi wiceprezes ds. finansów w DHL Parcel Jerzy Staszelis.

Logistyczny potentat zamontował przygotowaną przez Foton Technik instalację PV w swoim terminalu w Słupsku. Kolejnym etapem będzie podłączenie ich właśnie do zewnętrznej sieci elektroenergetycznej. Przyczynkiem do tej inwestycji był nie tylko element prokosztowy, lecz także strategia zrównoważonego rozwoju Go Green, która zakłada całkowitą redukcję emisji CO2 do roku 2050.

– W Słupsku zamontowaliśmy 153 panele fotowoltaiczne o mocy ponad 50 MWh rocznie, co zaspokoi ok. 25 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną. To oznacza, że przez trzy miesiące w roku nie będziemy generować emisji CO2, do atmosfery nie trafią 52 tony dwutlenku węgla – wylicza Jerzy Staszelis

Jeszcze w tym roku kolejne instalacje PV mają pojawić się w terminalach DHL Parcel we Włocławku, Kielcach, Bydgoszczy, Bielsku-Białej, Ciechanowie i Gdańsku. Na 2021 rok natomiast są planowane kolejne inwestycje i montaż mikroelektrowni słonecznych w lokalizacjach w całym kraju.

– Instalacje w Słupsku to pierwszy krok – mówi wiceprezes ds. finansów w DHL. – W ciągu kolejnych kilku lat będziemy mieć takie instalacje we wszystkich naszych lokalizacjach.

– Dzięki odnawialnym źródłom energii zmniejsza się zapotrzebowanie na energię i powstają nowe, zielone miejsca pracy. Rośnie bezpieczeństwo energetyczne regionów, minimalizujemy import surowców energetycznych i tworzymy nowoczesną energetykę zgodnie z Europejskim Zielonym Ładem – dodaje Dorota Zawadzka-Stępniak. – Odnawialne źródła energii cieszą się też największym poparciem Polaków. Społeczeństwo widzi korzyści ekonomiczne, społeczne i środowiskowe z przechodzenia na OZE.

Potwierdza to m.in. marcowe „Badanie opinii Polaków na temat różnych źródeł energii” CBM Indicator, z którego wynika, że fotowoltaika i energia ze słońca cieszą się największym poparciem Polaków. Blisko 2/3 wskazało, że OZE mogą się przyczynić do obniżki kosztów generowania energii elektrycznej, przeciwdziałać zmianom klimatu (czterech na pięciu respondentów) i ograniczyć zależność od importu energii (70 proc.). Podobny odsetek (65 proc.) twierdzi, że OZE przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc pracy. Wśród najistotniejszych zalet OZE Polacy wymieniają też zmniejszenie emisji zanieczyszczeń (79 proc.), wykorzystanie powszechnie dostępnych i  naturalnych źródeł energii (65 proc.) oraz zmniejszenie zużycia nieodnawialnych źródeł (58 proc.).

Dla 2/3 Polaków cena jest najważniejszym kryterium przy planowaniu tegorocznego urlopu. Co drugi skarży się też na wysokie ceny w kurortach

Cena to kluczowy czynnik, który Polacy uwzględniają przy planowaniu tegorocznych wakacji. Prawie połowa bierze też pod uwagę pogodę, bo dla 60 proc. urlopowiczów niekorzystna aura oznacza całkowicie zepsuty letni wypoczynek. Na kolejnych miejscach znalazły się wysokie ceny w turystycznych kurortach, na które skarży się co drugi Polak, dokuczliwe komary i hałaśliwi wczasowicze – wynika z lipcowej edycji badania „Barometr Providenta”.

– Jesteśmy na półmetku wakacji, dlatego zapytaliśmy Polaków, jakimi kryteriami kierują się, wybierając miejsce wypoczynku, co najskuteczniej potrafi popsuć im urlop i jaka długość urlopu jest dla nich wystarczająca, żeby wrócić z niego wypoczętym i pełnym energii – mówi agencji Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska. – Z poprzedniego badania wiemy, że wakacje w dobie pandemii są wyjątkowe i kryterium bezpieczeństwa i zachowania reżimu sanitarnego jest obecnie priorytetem. Z kolei najnowsze badanie pokazuje, że także cena jest podstawowym kryterium przy wyborze miejsca wypoczynku.

Najnowszy, lipcowy „Barometr Providenta” pokazuje, jakie kryteria Polacy najczęściej biorą pod uwagę przy planowaniu urlopu. Jak wynika z badania,dla prawie 2/3 jednym z głównych czynników jest cena, na którą większą uwagę zwracają kobiety. Blisko 70 proc z nich wskazało, że koszty wypoczynku są istotnym kryterium. Badanie pokazuje także, że Polacy na wakacjach nie szukają luksusów, a czynniki takie jak standard ośrodka czy wyżywienia mają dla nich drugorzędne znaczenie.

– Chcemy, żeby cena była adekwatna do naszego stanu majątkowego, do naszej pensji – podkreśla Magda Maślana.

Z badania zleconego przez Polską Izbę Turystyczną wynika, że w tym roku aż 87 proc. Polaków, którzy planują letni wypoczynek, zamierza spędzić go w kraju – najczęściej w górach (34 proc.), nad morzem (27 proc.) lub nad jeziorem (16 proc.). Urlopowicze muszą się jednak liczyć z dość wysokimi cenami. Jak wynika z lipcowej analizy serwisu Rankomat – w tym roku nocleg w hotelu nad Bałtykiem jest średnio aż o 64 proc. droższy niż za granicą. Za siedem noclegów w trzygwiazdkowym hotelu nad morzem trzeba zapłacić  blisko 3 tys. zł. W tej samej cenie można zaplanować całą podróż – włącznie z przelotem, noclegami, wyżywieniem i atrakcjami – np. w Grecji czy Bułgarii.

– Oprócz ceny sprawdzamy również odległość atrakcji turystycznych oraz dostępne terminy – to kolejne dwa kryteria, które bierzemy pod uwagę. Kolejnym jest pogoda. Wiemy, że potrafi być kapryśna i zepsuć wspomnienia z urlopu. To właśnie pogoda najczęściej pojawiała się w odpowiedzi na pytanie o to, co najskuteczniej psuje nam urlop – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska.

Pogodę jako istotny czynnik przy wyborze wakacyjnej destynacji uwzględnia 43 proc. Polaków. To nie dziwi o tyle, że dla prawie 60 proc. to właśnie złe warunki meteorologiczne są powodem, który najbardziej przeszkadza w letnim wypoczynku i potrafi zepsuć urlop.

– Częstym problemem są też insekty. Prawie połowie Polaków komary i niebezpieczne kleszcze w tym roku mocno dają się we znaki. Nasi respondenci skarżyli się również na wysokie ceny w kurortach (prawie 50 proc.) oraz na hałaśliwych wczasowiczów (38 proc.) – mówi Magda Maślana.

Co ciekawe, z „Barometru Providenta” wynika, że prawie każda z tych niedogodności jest bardziej uciążliwa dla kobiet. Jedynym aspektem, który bardziej przeszkadzał mężczyznom, było przebywanie z tymi samymi osobami przez cały dzień.

Lipcowe badanie pokazuje też, że to mężczyźni są bardziej zapominalscy i tylko co czwarty zazwyczaj pamięta, żeby spakować wszystko, co potrzebne na wakacyjny wyjazd. Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety zapominają też spakować dokumenty, pieniądze czy portfel. Z kolei kobietom częściej zdarza się zapomnieć o ubraniach na deszczową pogodę.

– Czasem sami nieumyślnie psujemy swój urlop, zapominając rzeczy, które są podczas niego niezbędne. Tylko 1/3 respondentów zawsze pamięta o zabraniu wszystkich potrzebnych akcesoriów wakacyjnych. Najczęściej zapominamy ubrań na deszczową pogodę. Co pozytywne, dość dobrze pilnujemy swoich dokumentów, portfela, pieniędzy i raczej nie zapominamy zabrać ich na wakacyjny wypoczynek – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska.

Z lipcowego badania wynika też, że tylko niecała połowa Polaków wykorzystuje w ciągu roku cały należny urlop. Co 10. wskazuje, że zostaje mu kilkanaście dni urlopu na następny rok. Nieco ponad 5 proc. wciąż ma zaległe urlopy z poprzednich lat.

– Zapytaliśmy Polaków także: jaka długość urlopu wystarcza, żeby wrócić wypoczętym i pełnym energii. Tutaj jesteśmy podzieleni: połowa przyznaje, że musi raz do roku odbyć jeden długi, przynajmniej dwutygodniowy urlop, żeby czuć się wypoczętym i gotowym do pracy. Z kolei 1/3 Polaków wskazuje, że takiego wypoczynku potrzebuje znacznie częściej, ale za to krócej, czyli mniej więcej tydzień wolnego dwa–trzy razy w roku to dla nich optymalny wypoczynek – wskazuje Magda Maślana.

Stres pracowników wywołany przez pandemię wpływa na obniżenie poziomu cyberbezpieczeństwa firm. Eksperci są zgodni: potrzebne są szkolenia [DEPESZA]

Pandemia koronawirusa przyczynia się do natężenia problemu stresu w pracy. W rezultacie pracownicy częściej popełniają błędy, w wyniku których zachwiane zostaje cyberbezpieczeństwo całej firmy. Dodatkowo hakerzy wykorzystują w swoich atakach niepokój społeczny związany z pandemią. – Firmy muszą uczyć pracowników, w jaki sposób haker może wykorzystać ich stres w trudnych chwilach – przekonuje Jeff Hancock, profesor na Uniwersytecie Stanforda.

– Zrozumienie wpływu stresu na zachowanie ma kluczowe znaczenie dla poprawy cyberbezpieczeństwa. Sytuacja z pandemią oznacza, że ludzie muszą radzić sobie z niezwykle stresującymi sytuacjami i wieloma zmianami. A kiedy ludzie są zestresowani, popełniają błędy lub podejmują decyzje, których później żałują. Niestety hakerzy żerują na tej luce – tłumaczy Jeff Hancock, profesor na Uniwersytecie Stanforda.

Stres, z jakim borykają się pracownicy, może być związany z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Według Menlo Security w okresie od 25 lutego do 25 marca 2020 roku nastąpił 25-proc. wzrost liczby osób klikających w złośliwe adresy URL z nazwami domen odnoszącymi się do COVID-19 lub koronawirusa. Z kolei z informacji opublikowanych przez Stały Komitet Międzyagencyjny (IASC) sytuacja związana z pandemią wywołuje szereg skutków społecznych, do których zalicza się poczucie smutku, zmartwienia, dezorientacji, strachu czy złości.

Z raportu sporządzonego przez firmę Tessian wynika, że błędy skutkujące zagrożeniem dla cyberbezpieczeństwa popełnia aż 43 proc. pracowników. Aż 52 proc. respondentów przyznało, że incydenty te były wynikiem stresu, u 43 proc. badanych było to zmęczenie, a u 36 proc. zbyt szybkie tempo pracy.

– Firmy muszą uczyć pracowników, w jaki sposób haker może wykorzystać ich stres w trudnych chwilach, a także o incydentach związanych z bezpieczeństwem, które mogą być spowodowane błędem ludzkim – wskazuje profesor na Uniwersytecie Stanforda.

IASC wydał szereg porad skierowanych do chorych i ich rodzin, osób starszych czy personelu medycznego. Tymczasem brakuje porad na temat tego, jak ze stresem wywołanym pandemią mogą sobie radzić pracownicy korzystający z narzędzi informatycznych. Rozwiązaniem mogą być częstsze szkolenia pracowników.

– Szkolenie z zakresu cyberbezpieczeństwa musi odzwierciedlać fakt, że różne pokolenia dorastały z technologią na różne sposoby. Nie można oczekiwać, że każdy pracownik wykryje oszustwo lub podejmie właściwą decyzję w zakresie cyberbezpieczeństwa w 100 proc. przypadków – twierdzi Tim Sadler, dyrektor generalny i współzałożyciel firmy Tessian.

Z raportu Tessian wynika, że w grupie osób najczęściej popełniających błędy zagrażające cyberbezpieczeństwu znajdują się pracownicy młodzi – w wieku od 18 do 30 lat i od 31 do 50 lat. 70 proc. pracowników, którzy przyznali się do kliknięcia wiadomości phishingowej, ma od 18 do 40 lat. Dla porównania podobny błąd popełniło zaledwie 8 proc. osób powyżej 51. roku życia. Ponadto 65 proc. pracowników w wieku od 18 do 30 lat wysłało e-mail na niewłaściwy adres. W grupie powyżej 51. roku życia odsetek ten sięgał 34 proc.

– Aby proste błędy nie przekształciły się w poważne incydenty bezpieczeństwa, firmy muszą nadać priorytet cyberbezpieczeństwu na poziomie ludzkim. Wymaga to zrozumienia zachowań poszczególnych pracowników i wykorzystania tej wiedzy do dostosowania szkoleń i zasad, aby bezpieczne praktyki w zakresie cyberbezpieczeństwa odbiły się szerokim echem – tłumaczy Tim Sadler.

Google notuje codziennie 240 mln wiadomości spamowych o tematyce związanej z koronawirusem. Od lutego liczba ataków phishingowych wzrosła o 667 proc. i nadal rośnie.

Telewizja coraz chętniej wykorzystuje kamery z możliwością sterowania w czasie rzeczywistym i rozszerzoną rzeczywistość. Pandemia przyspieszyła ich rozwój

Choć branża medialna i rozrywkowa sporo straciła na pandemii, to koronawirus pozytywnie wpłynął na rozwój innowacji, zwłaszcza w wydarzeniach transmitowanych na żywo. Producenci telewizyjnego sportu przetestowali nowinki technologiczne, m.in. nagrania z drona czy umieszczenie kamery na strojach sędziów. Przyszłością jest też połączenie elementów rzeczywistych z wirtualnymi i zastosowanie kamer sterowanych na żywo, które pozwolą uchwycić emocje zawodników, a widzom umożliwią bezpośredni udział w wydarzeniu.

– Branża nadawcza bardzo ucierpiała z powodu koronawirusa, bo niewiele dużych wydarzeń mogło się odbyć ze względu na ograniczenie zgromadzeń. Ten czas był również swego rodzaju szansą, aby popracować nad wieloma innowacjami i skupić się na nowych rozwiązaniach, ponieważ nie musieliśmy angażować się w codzienną działalność. Dlatego z punktu widzenia innowacji ten czas był dobry – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Felix Werremeier ze Spidercam.

Przed pandemią istniała technologia umożliwiająca zdalną produkcję, edycję wideo w chmurze i dystrybucję do kanałów mediów społecznościowych. Kiedy fani byli na każdym meczu lub oglądali swoje ulubione drużyny w telewizji, był to bonus. Obecnie jest to już wymóg. Branża rozrywkowa musiała wdrożyć innowacyjne rozwiązania, dotyczące przede wszystkim transmisji z wydarzeń na żywo. Aby wzbogacić doświadczenia fanów, zwłaszcza w sportowym świecie, w trakcie pandemii, transmisje na żywo muszą być znacznie bardziej kreatywne niż dotychczas – producenci planują np. wprowadzenie kamer do szatni zawodników czy uchwycenie w czasie rzeczywistym emocji.

W znacznie szerszym zakresie można też wykorzystać kamery sterowane na żywo.

– W naszym systemie wszystko zawieszone jest na czterech linach, wzdłuż których rozciągnięte są przewody. Kamera wisi na linach, więc na dachu stadionu musimy zainstalować cztery punkty mocowania, które zawsze muszą znajdować się wysoko. System jest obsługiwany przez dwóch operatorów. Jeden steruje pozycją kamery w przestrzeni za pomoc dwóch joysticków, a drugi samą kamerą zainstalowaną w punkcie, gdzie liny zbiegają się ze sobą – tłumaczy Felix Werremeier.

Spidercam wykorzystuje najnowocześniejszą kamerę zawieszoną na czterech przewodach – po jednym w każdym rogu – do śledzenia akcji. Może obracać się o 360 stopni, ma funkcję powiększania i stabilizatory obrazu. Operator steruje nachyleniem kamery, aby nagrywać akcję z lotu ptaka.

Sygnały wideo przemieszczają się wzdłuż lin zawieszenia, które są połączone linią światłowodową w celu szybkiej transmisji danych. Korzystanie z tego przewodowego podejścia zamiast transmisji bezprzewodowej oznacza większą niezawodność. Wszystko to łączy się z centralnym komputerem sterującym, który przyjmuje sygnały od pilota kontrolującego tor lotu kamery, a także operatora kamery, który ustawia jej ostrość i upewnia się, że podąża ona za akcją i nie wyświetla przypadkowych ujęć.

– Roboty przynoszą nowe możliwości w dziedzinie broadcastingu, ale miejsce dla człowieka jak najbardziej jest, szczególnie w przypadku wydarzeń sportowych, gdzie nie da się do końca przewidzieć, co za chwilę się wydarzy, do jakich interakcji dojdzie między zawodnikami czy uczestnikami widowiska. Dlatego bardzo ważna jest możliwość sterowania kamerą na żywo. Z drugiej strony są takie widowiska, na przykład koncerty, gdzie wszystko jest montowane na komputerze. W tym przypadku można kontrolować ruchy kamery, które będą wcześniej zaprogramowane – przekonuje ekspert.

Część producentów rozważa użycie Spidercam do przeprowadzenia wywiadu z graczem na żywo. Będzie przechwytywać emocje w czasie rzeczywistym i sprawi, że transmisja będzie o wiele bardziej interesująca i interaktywna, same wywiady miałyby zaś być przeprowadzane w kilku językach.

Pandemia wymusiła na producentach nie tylko zastosowanie nowego sprzętu, lecz także sprawiła, że częściej stosowali w transmisjach elementy rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości. Rozwiązało to np. problem pustych trybun. Jak jednak przekonują eksperci, to dopiero początek.

– Technologia transmisyjna rozwija się dynamicznie, szczególnie zaprogramowane ruchy i interakcje z grafiką generowaną komputerowo i elementami wirtualnymi stopniowo stają się standardem w środowisku studyjnym i widowiskach. Takie interakcje zapewniają duże korzyści poprzez łączenie elementów rzeczywistych z wirtualnymi i choćby dlatego ta technologia wyraźnie zyskuje na znaczeniu – podkreśla Felix Werremeier.

Cushman & Wakefield: Pandemia przyspiesza zmiany na polskim rynku powierzchni handlowych

0

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała II kwartał 2020 r. na rynku powierzchni handlowych w Polsce.

  • W II kwartale 2020 roku do użytku oddano prawie 90 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, dominowały małe parki i centra handlowe.
  • Połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej zostanie dostarczona na rynki mniejszych miast.
  • Najemcy oczekują przejściowych obniżek czynszów o około 20% dla lokali w centrach handlowych.
  • Odwiedzalność w centrach handlowych wynosi obecnie około 80% ubiegłorocznych wyników.
  • Udział sprzedaży przez Internet spadł z 9,1% w maju br. do 7,7% w czerwcu br.

Podaż

W II kwartale 2020 roku do użytku zostało oddane prawie 90 000 mkw. powierzchni handlowej w ramach wszystkich formatów. W pierwszym półroczu tego roku nowa podaż wyniosła łącznie
165 000 mkw., z czego prawie 40% stanowiły otwarcia w miastach poniżej 100 000 mieszkańców. Wielkość oddanych obiektów nie przekroczyła 20 000 mkw., co ma związek z dojrzałością i nasyceniem rynku handlowego.

Ponad 420 000 mkw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy z terminem otwarcia zaplanowanym na  lata 2020-2021. Największymi obiektami w budowie są obecnie: wielofunkcyjny obiekt Fabryka Norblina w Warszawie, centrum handlowe Karuzela w Kołobrzegu oraz centrum handlowe Color Park w Nowym Targu. Połowa budowanej powierzchni handlowej zostanie dostarczona na rynki mniejszych miast o populacji poniżej 100 000 mieszkańców.

W dalszym ciągu będziemy obserwować proces uzupełniania istniejącej podaży mniejszymi obiektami typu „convenience” oraz małymi parkami handlowymi. Średnia powierzchnia wszystkich budowanych obiektów to 12 000 mkw. Pandemia może również przyspieszyć decyzję o przebudowie, modernizacji lub zmianie funkcji tych centrów handlowych, które nie radziły sobie już przed jej wybuchem – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Czynsze

Przed pandemią czynsze w najlepszych centrach handlowych utrzymały się na stabilnym poziomie, z niewielką tendencją wzrostową. Najdroższym rynkiem pozostawała Warszawa, gdzie czynsze „prime” za lokale o powierzchni 100 mkw. w najlepszych centrach handlowych oscylowały w granicach 120-130 EUR/mkw./miesiąc. W pozostałych głównych miastach stawki dla podobnych lokali wahały się na poziomie 40-52 EUR/mkw./miesiąc.

W związku z wybuchem pandemii wielu najemców centrów handlowych renegocjowało warunki umów najmu, wykazując również większą ostrożność przy zawieraniu długoterminowych umów. Pierwsze sygnały z rynku wskazują, że najemcy oczekują przejściowych (do końca 2020 roku) obniżek czynszów o ok. 20% dla lokali w centrach handlowych, co wiąże się z przedłużeniem najmu średnio o 12-18 miesięcy – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Cushman & Wakefield.

Odwiedzalność centrów handlowych

Zgodnie z danymi PRCH odwiedzalność w centrach handlowych od 4 maja (kiedy nastąpiło ponowne ich otwarcie) systematycznie rośnie, a w tygodniu 13-19 lipca osiągnęło poziom 80-87% ubiegłorocznych wartości. Pierwsze dane o obrotach (PRCH Turnover Index) pokazują, że poziom sprzedaży w maju 2020 roku był niższy o 33% rok do roku w przypadku obiektów dużych (powyżej 40 000 mkw.) i o 26% w przypadku obiektów mniejszych. Największe spadki obrotów w stosunku do ubiegłego roku zanotowano w przypadku najemców z kategorii „rozrywka” (-97%) i „usługi” (-86%).

Sprzedaż internetowa

Od majowego ponownego otwarcia centrów handlowych można zaobserwować systematyczny spadek udziału sprzedaży przez Internet, który w czerwcu br. wyniósł 7,7%, podczas gdy jeszcze miesiąc wcześniej wynosił 9,1%, a przed pandemią oscylował w granicach 5-6%. Spadek wykazały m.in. przedsiębiorstwa zaklasyfikowane do grupy „tekstylia, odzież, obuwie” (z 26,8% przed miesiącem do 19,5%), a także podmioty z grup „prasa, książki, pozostała sprzedaż w wyspecjalizowanych sklepach” (odpowiednio z 25,2% do 21,8%) oraz „meble, rtv, agd” (z 15,6% do 14,1%).

Jednocześnie sprzedaż detaliczna ogółem w czerwcu 2020 roku była niższa niż przed rokiem o 1,3%. Jednak w porównaniu z majem 2020 roku miał miejsce wzrost sprzedaży detalicznej o 8,4%.

Pełna wersja raportu pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2020-08-05/2t4s4p

Deweloperzy znów budują mniejsze mieszkania?

0

W 2018 r. spadła średnia powierzchnia lokalu oddawanego do użytku przez polskich deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy rok temu była widoczna podobna zmiana. 

Już od długiego czasu, przeciętne mieszkanie oddawane do użytku przez polskich deweloperów liczy sobie około 50 mkw. Można jednak zauważyć ciekawe zmiany średniego metrażu nowych „M”. Eksperci RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, czy w minionym roku były widoczne duże spadki lub wzrosty analizowanego wskaźnika. Portal RynekPierwotny.pl oprócz lokali mieszkalnych wziął pod uwagę domy oddawane do użytku przez deweloperów i prywatne domy jednorodzinne. 

W pierwszej kolejności warto przyjrzeć się wynikom, które dotyczą lokali mieszkalnych. Zgodnie z danymi GUS i wynikami obliczeń RynekPierwotny.pl, średni metraż takich lokali ukończonych przez deweloperów kształtował się następująco: 

  • 2013 r. – 56,5 mkw.
  • 2014 r. – 54,9 mkw.
  • 2015 r. – 53,6 mkw.
  • 2016 r. – 53,4 mkw.
  • 2017 r. – 54,0 mkw.
  • 2018 r. – 53,2 mkw.
  • 2019 r. – 53,2 mkw.

Jak nietrudno zauważyć, w 2019 r. nie odnotowano kolejnego spadku, a wynik był bardzo zbliżony do wartości z 2015 roku oraz 2016 roku. Jeżeli natomiast chodzi o przeciętną powierzchnię nowych domów ukończonych przez deweloperów, to jej zmiany są widoczne poniżej:

  • 2013 r. – 115,2 mkw.
  • 2014 r. – 114,2 mkw.
  • 2015 r. – 107,0 mkw.
  • 2016 r. – 106,7 mkw.
  • 2017 r. – 104,7 mkw.
  • 2018 r. – 102,1 mkw.
  • 2019 r. – 103,6 mkw. 

Niewielki ubiegłoroczny wzrost wcale nie musi być zapowiedzią dłuższego trendu – tym bardziej, że niewielkie segmenty stają się popularne. O wiele większe są prywatne domy, których średni metraż zmieniał się następująco:

  • 2013 r. – 150,1 mkw.
  • 2014 r. – 149,0 mkw.
  • 2015 r. – 147,5 mkw.
  • 2016 r. – 147,3 mkw.
  • 2017 r. – 146,2 mkw.
  • 2018 r. – 145,3 mkw.
  • 2019 r. – 144,5 mkw. 

Długoterminowy spadek średniej powierzchni ukończonych prywatnych domów to trend, który wynika przede wszystkim z przyczyn demograficznych.

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dofinansowanie na uzyskanie dotacji, czyli program Bon na dotację

0

Pozyskanie dofinansowania ze środków UE wymaga odpowiedniego zaplanowania i przygotowania obszernego wniosku. Na pomoc w tym zakresie przychodzi przedsiębiorcom Wrocławski Park Technologiczny realizujący autorski mechanizm Bon na dotację. Na czym on polega i kto może wziąć w nim udział?

Bon na dotację to autorski mechanizm Wrocławskiego Parku Technologicznego, w ramach którego przedsiębiorca może uzyskać bezzwrotne wsparcie, pozwalające na sfinansowanie do 100% kosztów przygotowania dokumentacji niezbędnej do aplikowania o dofinansowania ze środków UE na realizację projektów badawczo-rozwojowych. Program ma charakter otwarty. – Z naszego wsparcia mogą z skorzystać nie tylko rezydenci WPT, ale również inne osoby czy firmy, które w realizacji swoich projektów badawczo-rozwojowych zakładają wykorzystanie zaplecza laboratoryjnego i biznesowego Wrocławskiego Parku Technologicznego. Co do zasady refundujemy do 10 tys. zł kosztów przygotowania wniosku o dotację z UE – wyjaśnia Justyna Pater-Synówka, kierownik Oddziału ds. Rozwoju Nowych Rynków w WPT.

Na czym to polega?

Środki finansowe na przygotowanie aplikacji o dotację unijną pozyskane w ramach mechanizmu WPT Bon na dotację mogą zostać przeznaczone przez przedsiębiorcę na pokrycie kosztów własnych, poniesionych w ramach prowadzonej działalności lub na wynagrodzenie dla wyspecjalizowanej firmy konsultingowej. Mechanizm programu Bon na dotację polega na refundacji poniesionych kosztów stałych przygotowania wniosku o dofinansowanie po jego złożeniu.

Bon na dotację WPT = projekty warte 280 milionów złotych

Pierwsza edycja programu Bon na dotację ruszyła w 2016 roku. Od tego czasu, do końca 2019 roku, dzięki skorzystaniu z Bonu na dotację w celu opracowania wniosku, dofinansowanie otrzymało 30 projektów o łącznej wartości ponad 280 milionów złotych! Z programu korzystają firmy działające w różnej skali – od startupów po rozwinięte firmy z sektora MŚP. Skorzystały z niego przedsiębiorstwa takie jak QNA Technology, które pozyskało środki na prace nad fluorescencyjnym tuszem bazującym na półprzewodnikowych kropkach kwantowych, czy biotechnologiczna spółka BIOTTS, która dzięki dotacji rozwija innowacyjny lek dla cukrzyków aplikowany przez skórę. Nie jest ona jednak jedyną firmą działającą w obszarze medycyny i biotechnologii, która pozyskała środki na rozwój dzięki programowi Bon na dotację – są wśród nich również przedsiębiorstwa takie jak: WPD Pharmaceuticals, Sovigo, STEMCELLS czy Captor Therapeutics, które rozwijają m.in. innowacyjne terapie lekowe. Z programu Bon na dotację skorzystały też firmy z innych sektorów np. branży space-tech, inżynierii i przemysłu. Przykładem są spółki Scanway, Saule Technologies, SkyTronic, Agronotech czy Pagero. – Bon na dotację to program, który pozwala zwiększyć szanse przedsiębiorstwa na zdobycie funduszy dostępnych w ramach unijnych projektów. Dobry, innowacyjny pomysł może nie wystarczyć do ich pozyskania – na etapie aplikacji podstawą jest odpowiednie przygotowanie dokumentacji. Nasz mechanizm optymalizuje ten proces i stwarza realne szanse na zdobycie dofinansowania – podsumowuje Pater-Synówka.

Jak pozyskać środki w ramach programu Bon na Dotację od WPT?

Wrocławski Park Technologiczny prowadzi aktualnie otwarty nabór do programu Bon na dotację. Możliwe jest pozyskanie środków na przygotowanie aplikacji m.in. w ramach:

  • konkursów organizowanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, czyli Szybka Ścieżka oraz Szybka Ścieżka Koronawirusy;
  • konkursu Banku Gospodarstwa Krajowego – Kredyt na innowacje technologiczne;
  • konkursów Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości takich jak Design dla przedsiębiorców Dostępność Plus oraz Bony na innowacje dla przedsiębiorców.

Aktualne informacje o przebiegu naboru można znaleźć również www.technologpark.pl

Bezrobocie w USA – sytuacja na rynku walutowym

0

Dane z amerykańskiego rynku pracy po raz kolejny sprawiły bardzo niemiłą niespodziankę. Nowych miejsc pracy powstało wielokrotnie mniej, niż sądzono. Jest to słaba informacja nie tylko dla walczącego o reelekcję Donalda Trumpa, ale i dolara.

Niespodzianka w USA

Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku pracy mocno zaskoczyły inwestorów. Spodziewano się w zależności od wersji 1,2 lub 1,5 mln nowych miejsc pracy. Jednak powstało ich w lipcu zaledwie 167 tysięcy. Pokazuje to, że tamtejsze bezrobocie będzie spadać znacznie wolniej niż dotychczas sądzono. Być może jeszcze przez kilka miesięcy czeka nas dwucyfrowa stopa bezrobocia. Dolar nie przyjął dobrze tych danych. Ponownie zbliżył się do najsłabszych poziomów względem euro od początku 2018 roku. Względem złotego spadł cenowo poniżej 3,70 zł przez moment.

Rumunia tnie stopy procentowe

Na wczorajszym posiedzeniu Banku Narodowego Rumunii niespodziewanie doszło do obniżki głównej stopy procentowej. Wynosi ona obecnie 1,5%, co jest obecnie i tak relatywnie wysokim wynikiem w tej części świata. Rumuńska leja przyjęła jednak tę informację bez większych wahnięć.

Bank Anglii bez zmian

Posiedzenie Banku Anglii nie przyniosło niespodzianek. Stopy procentowe pozostały na niezmienionym poziomie. Za tą decyzją głosowało wszystkich 9 członków. Patrząc na obecną sytuację wątpliwe jest, by przed brexitem podejmowano jakieś istotne decyzje w sprawie stóp procentowych, nie wiedząc, co będzie dalej. Komunikat mówił o mniejszym wpływie pandemii, niż sądzono. To z kolei zasugerowało inwestorom, że to dobry moment na zakup funta. Od rana brytyjska waluta podrożała 3 grosze.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

2 tygodnie – tyle wystarczyło do stworzenia aplikacji, która może uratować tysiące żyć w czasie pandemii koronawirusa

0

Aplikacja mobilna skuteczną bronią w walce z kryzysem spowodowanym chorobą COVID-19? Okazuje się, że innowacyjna technologia może być niezwykle efektywna w zażegnywaniu zagrożeń związanych z pandemią koronawirusa – firma Startup Development House jest tego najlepszym przykładem. Wdrożenie aplikacji do powszechnego użytku wcale nie musi generować ogromnych kosztów, a czas oczekiwania na gotowy produkt może zamknąć się w zaledwie kilkunastu dniach. Jak to możliwe? Odpowiedzią jest agile maanagement.

Aplikacja w 2 tygodnie – niemożliwe staje się możliwe

Wszystko zaczęło się od Grace Lake Partners – nigeryjskiego przedsiębiorstwa działającego na rynku inwestycyjno-doradczym, które odezwało się do Startup Development House z prośbą o zaprojektowanie innowacyjnej aplikacji mobilnej zdolnej do minimalizowania negatywnych skutków szalejącej pandemii. Z uwagi na stosunkowo wysoki współczynnik reprodukcji koronawirusa SARS-CoV-2 bardzo łatwo jest się nim zarazić, zwłaszcza przebywając w większych skupiskach ludzi. Aplikacja SocialHealth pozwala ograniczyć ekspozycję na koronawirusa – za jej pośrednictwem można bezproblemowo umówić wizytę u lekarza, przeprowadzić wideo-rozmowę ze specjalistą czy też wystawić receptę w formie elektronicznej. Jest to pierwsza tego typu aplikacja mobilna w historii Nigerii, która w dodatku została wdrożona do produkcji w nie więcej niż 2 tygodnie od przyjęcia zlecenia.

Wysoka skuteczność i elastyczność

W dalszym ciągu pozostaje pytanie, jak można stworzyć i wdrożyć do powszechnego użytku w pełni sprawną aplikację mobilną dysponując tak ograniczonym czasem? Wszystko dzięki wieloletniemu doświadczeniu w inicjowaniu rozwiązań IT specjalnie na potrzeby startupów. Przy tak krótkim czasie realizacji projektu nie ma czasu na eksperymentowanie czy planowanie każdego etapu inwestycji z osobna. Polscy specjaliści stawiają w pierwszej kolejności na analizę rzeczywistych potrzeb klientów, ekspresowe prototypowanie i dostosowanie nowoczesnych rozwiązań technologicznych zgodnie z docelowym przeznaczeniem projektu. Koncentracja na najważniejszych aspektach technologicznych pozwala zaoszczędzić mnóstwo cennego czasu, który można spożytkować na nieustanne usprawnianie już istniejących pomysłów. Z tego też względu aplikacja zlecona przez nigeryjską firmę GLP może nie jest designerskim majstersztykiem, ale za to czas dostarczenia gotowego produktu do klienta i zakres jego dostępności dla przeciętnych obywateli Nigerii stoją na najwyższym, światowym poziomie.

Szybko, sprawnie i bezpiecznie

Jedną z największych zalet innowacyjnej aplikacji przeznaczonej na rynek nigeryjski jest jest uniwersalny charakter. Jest to aplikacja z rodzaju Progressive Web App (PWA), co oznacza, że do jej obsługi wystarczy dostęp do zwykłej przeglądarki internetowej. Interfejs programu jest na tyle uproszczony, aby korzystanie z aplikacji przebiegało w sposób sprawny nawet w przypadku osób o ograniczonych umiejętnościach posługiwania się aplikacjami mobilnymi. Programistom z Startup Development House zależało również na tym, aby cały proces umawiania zdalnych wizyt lekarskich, począwszy od rejestracji pacjentów i lekarzy, opisywania symptomów, przepisywania leków aż po wystawianie e-recept nie budził najmniejszych obaw u użytkowników. Wszystkie dane są szyfrowane, a aplikacja działa nawet przy niskiej prędkości łączy internetowych.

Nowoczesne technologie w czasie pandemii

Innowacyjne rozwiązania pomagają przeciwdziałać eskalacji negatywnych skutków pandemii koronawirusa, ale nie tylko, ponieważ w Nigerii wielu pacjentów cierpi z powodu innych chorób zakaźnych. To sprawia, że ich obecność w przychodniach zdrowia staje się zagrożeniem dla innych osób, dlatego też tak ważna jest wstępna, zdalna diagnoza i sprawne działanie. Co więcej, trudna sytuacja pandemiczna na świecie nie pozostaje bez wpływu na inne sektory gospodarki, które w dużej mierze radzą sobie dzięki przeprowadzonej wcześniejszej transformacji cyfrowej. Przedsiębiorcy, którzy nie podjęli działań mających na celu usprawnienie czy wdrożenie nowych rozwiązań IT przed wybuchem epidemii powinni to zrobić jak najszybciej, gdyż od tego może zależeć ich „być albo nie być”.

Jak wybrać partnera IT?

Nikogo nie trzeba przekonywać, że wybór odpowiedniej firmy z branży IT często decyduje o powodzeniu przedsięwzięcia, zwłaszcza, gdy w perspektywie widnieją długofalowe projekty wymagające dłuższej współpracy. Zatem na co zwrócić uwagę przy wyborze partnera technologicznego?

Doświadczenie krajowe i międzynarodowe

Zrealizowane projekty i zadowolenie Klientów stanowi najlepszą wizytówkę, co dotyczy nie tylko branży IT. Zawartość portfolio partnera technologicznego pozwala wstępnie oszacować, czy jego doświadczenie pozwoli na rozwój przedsiębiorstwa. Warto stawiać na firmy mające styczność nie tylko ze startupami, ale i większymi markami, co świadczy o ich elastyczności i wysokich kompetencjach. Co więcej, świetną rekomendacją okazuje się również doświadczenie w pracy z zagranicznymi podmiotami – umiejętność pracy zdalnej i ponadprzeciętne predyspozycje komunikacyjne to dobry prognostyk zwłaszcza dla tych, którzy cenią sobie efektywną współpracę na odległość.

Zarządzanie projektami

Sprawowanie kontroli nad poszczególnymi projektami pozwala zachować elastyczność i indywidualne podejście do Klienta. Specyfika pracy z podmiotami o zróżnicowanych budżetach, zasięgach czy ograniczeniach czasowych wymaga umiejętności szybkiego reagowania i dostosowywania metod zarządzania w zależności od potrzeb. Znajomość skutecznych technik menadżerskich takich jak Agile czy Scrum może okazać się kluczowa dla powodzenia technologicznej inwestycji.

Kompleksowe usługi i znajomość nowych technologii

Podczas wyboru partnera IT należy zwrócić uwagę na kadrę pracowniczą oraz kompetencje, jakimi się wykazuje. Zgrany zespół specjalistów, w których skład powinni wchodzić m.in.  developerzy, stratedzy produktowi, product designerzy, project managerowie czy testerzy Quality Assurance to klucz do owocnej współpracy i szybkiego prototypowania. Rozwiązania technologiczne i ich umiejętna adaptacja w dynamicznie zmieniającym się środowisku są ogromnie ważne, jednak to czynnik ludzki ostatecznie decyduje o powodzeniu przedsięwzięcia.