Polacy pracują nad hełmem mającym pomóc osobom z niewydolnością oddechową. Będzie stosowany także w leczeniu chorych na COVID-19

Polscy naukowcy pracują nad hełmami do wentylacji nieinwazyjnej, które pomogą  pacjentom z COVID-19. Mogą być zastosowane we wczesnym stadium niewydolności oddechowej. Dzięki hełmom można podać tlen w wyższym stężeniu i pod ciśnieniem do pęcherzyków płucnych, co pozwoli pacjentom na skuteczniejszą wymianę gazową. Badania wykazują, że zastosowanie tego rodzaju hełmów może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających intubacji i prowadzenia wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora.

– Działanie hełmu do wentylacji nieinwazyjnej polega na tym, że tworzymy wokół głowy pacjenta pod ciśnieniem mieszaninę powietrza i tlenu. Pozwala to choremu na łatwiejsze nabieranie powietrza, a jednocześnie pokonywanie ciśnienia na wydechu w pewien sposób pomaga leczyć zapalenie płuc. Taką metodę możemy zastosować u pacjentów chorujących na COVID-19, kiedy dodatkowo zależy nam na ograniczeniu kontaktu z wydychanym przez nich powietrzem – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Warszawski Uniwersytet Medyczny z pomocą Wojskowej Akademii Technicznej i Politechniki Warszawskiej oraz we współpracy z Wydziałem Wzornictwa Przemysłowego Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie pracuje nad hełmami do wentylacji. Dotychczas podobne hełmy były w Polsce rzadko stosowane, przede wszystkim ze względu na dość wysoką cenę. Nowo opracowane modele mogą być znacznie tańsze, w dużej mierze ze względu na drukowanie w 3D części materiałów.

– Hełm do wentylacji jest prostą torbą, workiem foliowym, który jest dopasowany do średniej wielkości głowy pacjenta. Kluczowe jest jego dno, którego zadaniem jest doszczelnienie się wokół szyi pod wpływem ciśnienia. Istotne są połączenia z otoczeniem zewnętrznym, czyli zastawka i elementy wlotowe i wylotowe, które w tej chwili są drukowane metodą 3D i wgrzewane w hełm – tłumaczy Łukasz Wróblewski.

Obecnie naukowcy koncentrują się na kontrolowaniu poziomu tlenu i dwutlenku węgla wewnątrz hełmu oraz utrzymywaniu akceptowalnego poziomu hałasu generowanego przez wdmuchiwaną mieszaninę powietrza i tlenu. Dotychczas powstały pierwsze prototypowe urządzenia, ale jeśli wejdą na rynek, mogą ułatwić leczenie pacjentów z niewydolnością oddechową w przebiegu COVID-19, kiedy to w pęcherzykach płucnych gromadzi się płyn.

– Terapia polegająca na podawaniu mieszaniny tlenu i powietrza pod ciśnieniem do tych pęcherzyków pozwala pacjentom utrzymać wentylację, wymianę gazową. Przy COVID-19 analogicznie do innych ostrych niewydolności oddechowych użycie tej metody jest uzasadnione. W swoim mechanizmie podwyższonego ciśnienia umożliwia ona pacjentom utrzymanie optymalnej wymiany gazowej i daje szansę na uniknięcie podłączenia do respiratora – wskazuje ekspert.

Już w 2016 roku naukowcy z University of Chicago Medicine przeprowadzili badanie wykazujące, że używanie tego typu hełmów pomaga krytycznie chorym pacjentom z niewydolnością oddechową i może zapobiec konieczności intubacji i wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora. Pacjenci, u których zastosowano hełmy, wymagali krótszego pobytu na oddziale intensywnej terapii.

– Wstępne doniesienia z Włoch i Stanów Zjednoczonych pokazują, że pacjenci z umiarkowaną niewydolnością oddechową rzeczywiście odnoszą korzyść ze wsparcia oddechowego, które możemy im zaproponować, używając hełmu do wentylacji – wskazuje Łukasz Wróblewski. – Wierzę, że jeżeli rozpropagujemy tę metodę wśród anestezjologów i pulmonologów, znajdzie ona zastosowanie jak każda inna metoda, którą stosujemy w leczeniu tego rodzaju chorób.

Pandemia przyspiesza cyfryzację sektora finansowego. Sztuczna inteligencja i systemy chmurowe unowocześnią bankowość

Pandemia koronawirusa przyspieszyła cyfryzację sektora finansowego. Z najnowszego raportu „Forging new frontiers: advanced technologies will revolutionize banking” opracowanego przez firmę analityczną Economist Intelligence Unit wynika, że aż 45 proc. banków przymierza się do przejścia na w pełni cyfrowy model zarządzania oraz zintegrowania własnego systemu informatycznego z rozwiązaniami firm trzecich. Jednym z motorów napędowych bankowości przyszłości mają być rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, które ułatwią wymianę informacji z klientem.

– Banki już znajdowały się pod ogromną presją nowych konkurentów, bieżących regulacji i spowolnienia wzrostu zysków, co nasiliło się w wyniku pandemii. Nasz raport podkreśla, że ​​kadra kierownicza wyższego szczebla uważa, że ​​nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, będą miały największy wpływ na bankowość w nadchodzących latach. W miarę postępującej cyfryzacji bankowości te nowe technologie mogą pomóc bankom w walce z fintechową konkurencją i uzyskaniu przewagi konkurencyjnej – przekonuje Max Chuard, prezes zarządu Temenos.

Z badań przeprowadzonych na potrzeby raportu Temenos wynika, że aż 77 proc. przedstawicieli sektora finansowego uzależnia przetrwanie banków w dobie koronawirusa od wdrożenia rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. 66 proc. menedżerów twierdzi, że wzrost zainteresowania technologią uczenia maszynowego utrzyma się na rynku co najmniej do 2025 roku i to sztuczna inteligencja będzie głównym motorem napędowym tego sektora gospodarki.

Według 32 proc. ankietowanych technologia SI sprawdzi się przede wszystkim do poprawy relacji z klientem. Z kolei 31 proc. respondentów widzi w niej potencjał do stworzenia skuteczniejszych narzędzi marketingowych oraz przekonania klientów do przejścia z fizycznych do cyfrowych kanałów komunikacji.

Aby przeprowadzić cyfrową rewolucję w bankowości na szeroką skalę, konieczne będzie zainwestowanie w rozwiązania chmurowe. To one według 84 proc. badanych pozwolą na skuteczną transformację tego sektora gospodarki.

– Zaawansowana w chmurze technologia SI i wzbogacona funkcjonalność bankowości mogą pomóc bankom w dostarczaniu w najbliższym czasie wartości dodanej swoim klientom i przyspieszyć ich cyfrową transformację w celu zapewnienia zrównoważonego wzrostu w przyszłości. Tendencje w zakresie bankowości cyfrowej, chmury i modeli SaaS (oprogramowania jako usługi – przyp.red.) będą bardziej wyraźne – w nowych realiach zapotrzebowanie na nowoczesne technologie bankowe będzie większe niż kiedykolwiek – twierdzi Max Chuard.

Na rynku widoczne są już pierwsze oznaki inteligentnej rewolucji w bankowości. Z narzędzi SI skorzystał m.in. bank PKO, który wdrożył do swojej aplikacji mobilnej asystenta głosowego automatyzującego proces komunikacji z klientem. Narzędzie wyszkolono za pośrednictwem technologii uczenia maszynowego, dzięki czemu jest w stanie zrozumieć ok. 90 tys. zwrotów. Za pośrednictwem asystenta można złożyć dyspozycję przelewu, sprawdzić stan konta, historię wydatków, zapłacić BLIK-iem czy doładować telefon.

Z kolei Wojciech Sobieraj, założyciel Alior Banku, uruchomił w Belgii pierwszy bank napędzany sztuczną inteligencją. W Aion Banku klasycznych konsultantów zastąpiły chatboty, dostęp do konta opłacany jest w modelu subskrypcyjnym, a za zarządzanie finansami odpowiada MoneyMax – inteligentne narzędzie wyszukujące najlepsze lokaty czy oferty promocyjne na najczęściej wybierane produkty.

Potencjał sztucznej inteligencji docenili także inżynierowie z firmy Provema, którzy zaprojektowali zautomatyzowane narzędzie do oceny ryzyka finansowego. Oprogramowanie gromadzi i dogłębnie analizuje dokumenty przedstawione przez klienta, skracając proces wydania decyzji kredytowej z kilku minut do kilku sekund.

– Banki detaliczne, korporacyjne i prywatne były już pod presją, aby szybko wdrażać nowe technologie, by móc konkurować z tzw. big techami i fintechami i dostarczać klientom nowe doznania cyfrowe. Teraz, gdy bankowość cyfrowa rośnie w wyniku kryzysu koronawirusa, zadanie to jest bardziej palące niż kiedykolwiek – przekonuje Pete Swabey z Economist Intelligence Unit, które przygotowało raport na zlecenie Temenos.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Fed dolał paliwa do wzrostów. Netflix z rekomendacją kupna

Po wczorajszym spadku na Wall Street dziś rynki akcji wyraźnie wzrosły, zyskując od ponad 2 do prawie 3 proc. Nowe zapowiedzi ze strony Fedu, w szczególności uruchomienie planu zakupu obligacji korporacyjnych, zdecydowanie podniosły morale inwestorów.

Pomimo utrzymujących się obaw przed drugą falą zakażeń koronawirusem w Stanach Zjednoczonych i Chinach, rynki akcji wzrosły po tym, jak amerykański bank centralny powiedział, że zacznie kupować obligacje korporacyjne we wtorek za pośrednictwem Mechanizmu Kredytów Korporacyjnych na rynku wtórnym (SMCCF). Jest to jeden z wielu programów ratunkowych uruchomionych niedawno w celu ochrony rynków przed wpływem kryzysu wywołanego epidemią COVID-19. Ponadto Fed uruchomił proces rejestracji dla banków, które chcą wziąć udział w programie pożyczek o wartości 600 miliardów dolarów, przeznaczonym dla firm zatrudniających mniej niż 500 pracowników.

W ramach programu SMCCF Fed zacznie teraz kupować na dużą skalę zdywersyfikowany portfel obligacji korporacyjnych w celu promowania płynności na tym rynku i wspierania dostępności kredytu dla dużych pracodawców. Dodatkowo może interweniować w przypadku długu korporacyjnego o ratingu inwestycyjnym. Jednocześnie SMCCF będzie nadal kupował ETF-y obligacji wysokodochodowych.

Z punktu widzenia poszczególnych spółek pojawiła się rekomendacja firmy SunTrust dla Netflixa. Według analityków SunTrust wzrost liczby subskrybentów popularnej platformy streamingowej jest o wiele lepszy, niż zakłada to konsensus za drugi kwartał. Wnioski są wyciągane na podstawie danych z wyszukiwarek internetowych oraz z dynamiki i ilości pobrań aplikacji. Dopiero w trzecim kwartale w relacji kwartał do kwartału może dojść do zmniejszenia dynamiki wzrostu nowych subskrybentów. Wyniki NFLX za drugi kwartał są oczekiwane w połowie lipca. SunTrust ma rekomendację kupna z ceną docelową na poziomie 475 USD. Na nowojorskiej giełdzie obecnie trzeba zapłacić za jedną akcję spółki około 434 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Kolejne posiedzenie RPP

Poznamy dzisiaj wynik jednodniowego posiedzenia Rady. Analitycy są w większości spokojni o zmiany stóp procentowych, aczkolwiek to nie jedyne narzędzie, które może być wykorzystane.

Nadchodzi decyzja RPP

Dzisiaj kolejne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. W przeszłości jednodniowe posiedzenia uważane były za mniej istotne. Powodem tego był fakt, że rzadziej na nich podejmowane były ważne decyzje. Obecne czasy nie są jednak zwyczajne. Mimo to analitycy ze względu na bardzo niski poziom stóp procentowych nie spodziewają się ich zmiany. Dyskusja trwa natomiast nad tym, jak i w jakiej skali NBP powinien kupować aktywa na rynku. W tym kontekście pojawia się często pomysł: tzw. druk pieniądza. Nie jest to oczywiście drukowanie dosłowne, ale jest to w pewnym sensie niebezpieczny proceder tworzenia czegoś z niczego. Proces ten jest jednak dość powszechny na świecie, więc nie należy się spodziewać silnej reakcji rynków.

Dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy dwa ważne odczyty od naszego zachodniego sąsiada. O 8:00 rano opublikowano inflację, finalne dane za maj. W ujęciu rocznym jest ona dalej dodatnia. Wynosi dokładnie 0,6% w skali roku. To dobra wiadomość dla rynków. Zbyt niska inflacja świadczy o problemach gospodarki. 0,6% nie jest dobrym wynikiem, ale jest jeszcze daleko od paniki. Lepiej od oczekiwań wypadł indeks Instytutu ZEW. Widać po nim, że nastroje za Odrą nadal nie są dobre, ale się poprawiają i optymizm przedsiębiorców rośnie. Dane te spowodowały trochę zamieszania na parze EURUSD, ale pomimo kilku gwałtownych skoków nie zmieniła znacząco swojej wartości a euro jest dalej bardzo silne względem dolara.

Odbicie na rynkach

Po kilku słabszych dniach wyraźnych korekt na rynki wraca optymizm. Od wczorajszych dołków ropa naftowa podrożała już 2,5 dolara za baryłkę ponownie przebijając poziom 40 dolarów. Europejskie pakiety idą dzisiaj w górę około 2,5% wzrostem względem wczorajszego zamknięcia. Optymizm jeszcze rano pojawiał się na parze EURCHF, gdzie euro od kilku dni zyskiwało względem franka, dzisiaj jednak na razie ruch ten nie jest kontynuowany. Optymizm nie przełożył się jednak na złotego, który od rana traci na wartości około 0,5%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ładowanie elektryków w 10 minut – nowy projekt Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i MIT

Samochód elektryczny ładowany w 10 minut? To ideał, który staje się coraz bardziej realny – dzięki sztucznej inteligencji. Toyota opracowała nową metodę projektowania baterii, która skraca czas ich testowania z wielu miesięcy do kilku dni. W ten sposób znalezienie idealnej konstrukcji baterii nastąpi znacznie szybciej, Oparty na algorytmie uczenia maszynowego program umożliwi opracowanie baterii nowej generacji oraz najlepszej procedury jej ładowania, dzięki której samochód będzie gotowy do dalszej jazdy szybciej, niż jego właściciel zrobi drobne zakupy.

Na każdym etapie opracowywania baterii nowe rozwiązania muszą zostać poddane testom, co zajmuje miesiące lub nawet lata. Naukowcy z Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i Massachusetts Institute of Technology opracowali nową metodę opartą na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, które skraca ten czas o 98%. Zespół skupiający naukowców z trzech ośrodków stworzył algorytm uczenia maszynowego, który na podstawie kilku testowych cyklów ładowania baterii pozwala przewidzieć, jak dana bateria będzie reagować na różne sposoby ładowania, oraz ocenić jej żywotność. Głównym celem projektu Toyoty i partnerów jest opracowanie optymalnej procedury ładowania baterii, która pozwoli naładować samochód elektryczny w 10 minut przy zachowaniu maksymalnej żywotności ogniw.

Kiedy baterie są ładowane szybkimi ładowarkami, przyspiesza to ich zużycie i skraca żywotność. Dlatego na całym świecie trwają prace nad nowymi generacjami ogniw. Wąskim gardłem prac nad bateriami do samochodów elektrycznych jest długotrwałość testów. Etap przejściowy między opracowaniem technologii w laboratorium a jego wdrożeniem do komercyjnego użytku może trwać lata.

Jak w kilka dni sprawdzić, ile lat wytrzyma bateria?

Początkowo naukowcy skupili się na skróceniu czasu testowania baterii, a następnie przyspieszyli cały proces generowania procedur testowych i podejmowania decyzji, które z nich są przydatne i warte przeprowadzenia. Zamiast więc sprawdzać setki, tysiące, a czasem nawet miliony różnych kombinacji, zespół faktycznie realizuje tylko kilka z nich, a potem wykorzystuje algorytm uczenia maszynowego, by obliczyć, jakie byłyby wyniki pozostałych testów. Ta metoda jest uniwersalna i można ją zastosować w wielu innych dziedzinach, które wiążą się z czasochłonnymi eksperymentami.

„Najpierw napisaliśmy program, który na podstawie kilku cyklów ładowania ocenił przewidywaną długość życia baterii, a w kolejnym kroku opracowaliśmy algorytm obliczający, które procedury ładowania mamy przetestować” – powiedział Aditya Grover, jeden z uczestników projektu z Uniwersytetu Stanforda.

Między poszczególnymi prototypami baterii istnieją ogromne różnice w działaniu, dlatego zastosowanie do nich tradycyjnych metod optymalizacji to mozolny proces. Jednak odpowiednie algorytmy uczenia maszynowego, które zostały opracowane z myślą o problemach tego rodzaju, mogą to zadanie radykalnie ułatwić. Metoda ta pozwala zdefiniować nowatorskie procedury ładowania, z których istnienia nie zdawano sobie wcześniej sprawy. Okazało się, że dzięki nim ładowanie baterii może przebiegać znacznie szybciej i efektywniej. Dla przykładu, algorytm ustalił, że dostarczenie najwyższego natężenia prądu w środku procesu ładowania przekłada się na najdłuższą żywotność baterii.

Jak zbudować baterie ładowane w 10 minut?

Jednym z głównych powodów, dla których nie korzystano wcześniej z tej metody, jest fakt, że wymaga ona szerokiej współpracy specjalistów wielu dyscyplin, zarówno ze świata sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, jak i technologii baterii. Jest to jednak lepszy sposób na uprawianie nauki w dzisiejszych czasach, kiedy badania naukowe generują coraz więcej danych. Dzięki temu można opracowywać dane zbierane podczas eksperymentów naukowych znacznie bardziej wydajnie, a w konsekwencji lepiej zrozumieć zachodzące w testowanym urządzeniu procesy fizyczne.

Kolejnym etapem projektu Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i MIT jest zastosowanie metody opartej na uczeniu maszynowym do jeszcze bardziej skomplikowanych problemów, takich jak masowa produkcja baterii czy ich stosowanie w świecie rzeczywistym. Chodzi na przykład o uwzględnienie, kiedy baterie są ładowane przez użytkowników czy też jak długo są podłączone do ładowarki.

2019.10.25
2019.10.29

Instytut naukowy Toyoty

Toyota Research Institute to firma badawcza założona przez Toyotę w 2015 roku, która koncentruje się na rozwoju autonomicznych samochodów, sztucznej inteligencji i robotyki oraz opracowywaniu nowych materiałów przy użyciu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. CEO firmy jest dr Gill Pratt, specjalista w dziedzinie robotyki z Massachusetts Institute of Technology. Toyota Research Institute mieści się w Stanach Zjednoczonych w trzech lokalizacjach – Los Altos w Kalifornii, Cambridge w Massachusetts oraz Ann Arbor w Michigan.

Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce

Coraz większa liczba wskaźników w gospodarce wskazuje na zakończenie „stanu wyjątkowego” w gospodarce i powolne przechodzenie do tak zwanej „nowej normalności”. Na giełdach widać to w zmniejszających się różnicach między indeksami technologicznymi a głównymi, zatem optymizm nie dotyczy jedynie nowych technologii, ale zaczyna obejmować cały parkiet – piszą autorzy trzeciego wydania „Monitoringu Gospodarki Cyfrowej” Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Po raz pierwszy w analizie uwzględniono także sektor e-commerce.

Na jednej z najpopularniejszych polskich platform e-commerce liczba aktywnie działających sklepów zwiększyła się od początku roku o niemal 15 proc., co oznacza ponad 11 tysięcy nowych aktywnych sprzedających. Na podstawie dostępnych danych widać wyraźnie, jak raptownie zwiększyło się zainteresowanie otwieraniem internetowego kanału sprzedaży po 23 marca. Od tego momentu aż do początków maja w każdym tygodniu (poza świątecznym) liczba aktywnych sprzedawców zwiększała się o więcej niż 1 proc., podczas gdy w pierwszych dwóch miesiącach tego roku wartość ta oscylowała wokół 0,4 proc. – wyjaśnia Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

„Nowa normalność” ruchu w sieci

Ruch w sieciach telekomunikacyjnych utrzymuje się na poziomie wyższym o około 10-30 proc. w dni robocze. Natomiast w weekendy, po jednorazowym wzroście w dniach 16-17 maja (opisywanym w poprzedniej edycji „Monitoringu”), wrócił do poziomu jedynie ok. 13 proc. wyższego niż przed pandemią. Wprawdzie w pierwszym tygodniu czerwca wielkość ruchu była najniższa od początków kwietnia oraz wykazywała trend spadkowy, jednak jest jeszcze zbyt wcześnie, by określić, czy jest to efekt poluzowania obostrzeń gospodarczych (np. otwarcia przedszkoli czy możliwości powrotu młodszych dzieci do szkół) – tłumaczy Ignacy Święcicki.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce

Polska sieć wciąż nie zwalnia

Wzmożony ruch w bardzo zróżnicowany sposób przyczynił się w poszczególnych krajach do pogorszenia prędkości przesyłu danych do użytkownika. Największe spadki odnotowano w Wenezueli (ponad 40 proc.), Peru i Maroko (ponad 30 proc.). W Europie największy spadek prędkości zanotowały sieci stacjonarne w Mołdawii i Turcji (odpowiednio 25 proc. i 18 proc.), a na terenie Unii Europejskiej – we Włoszech (15 proc.). W Polsce spowolnienie w sieci wyniosło maksymalnie 6,9 proc., co stawia nas na 40. miejscu spośród 84 analizowanych krajów.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce 2

Spółki technologiczne coraz bliżej giełdowej normy

W poprzedniej edycji „Monitoringu” przywoływano dane, według których CAC Tech odnotował wartości na poziomie 82 proc. tegorocznych wartości maksymalnych, podczas gdy CAC 40 – na poziomie 73 proc. Od tamtego czasu do 12 czerwca CAC40 wzrósł o 6 pkt. proc., do 79 proc. wartości maksymalnych osiągniętych w I kwartale 2020 r. Z kolei francuski indeks technologiczny wzrósł o 5 pkt. proc. i wynosi 87 proc. wartości z I kwartału. Tym samym różnica między indeksem technologicznym a CAC40 wynosi 8 pkt. proc. na korzyść tego pierwszego.

Najbardziej znaczące zmniejszenie różnicy od tamtego czasu w porównaniu do maksymalnych wartości z I kwartału zanotowano na parkiecie niemieckim. Główny indeks DAX wzrósł od 19 maja do 12 czerwca o 7 pkt. proc. do 87 proc. Z kolei indeks technologiczny zachował wartości na poziomie 93 proc. maksymalnych wartości z I kwartału. Oznacza to, że różnica między indeksem blue chipów a TecDAX wynosi już tylko 6 pkt. proc. w porównaniu do 13 pkt. proc. w połowie maja – mówi Filip Leśniewicz z zespołu gospodarki cyfrowej PIE.

Nieco mniejsze niż na parkiecie niemieckim, choć również znaczące zmiany zanotowały indeksy w Polsce. Indeks dwudziestu największych spółek notowanych na GPW wzrósł w porównaniu do maksymalnych wyników osiągniętych w I kwartale 2020 r. o 6 pkt. proc., do 81 proc. W tym samym czasie WIG Tech wzrósł jedynie o 2 pkt. proc. do 107 proc. Mimo że indeks technologiczny wciąż operuje powyżej wyników z I kwartału, to różnica między nim a WIG20 nie wynosi już 30 pkt. proc., jak podczas poprzedniej edycji monitoringu, a 26 pkt. proc.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce 3

Sklepy online wychodzą z pandemii obronną ręką

Odmrażanie gospodarki i życia społecznego wyraźnie widać w statystykach wyszukiwań w sieci. Zainteresowanie najpopularniejszymi komunikatorami jest obecnie dwukrotnie wyższe niż przed pandemią, a trend spadkowy trwa niezmiennie od końca kwietnia. Wyszukiwania haseł związanych z rozrywką od połowy maja pozostają na poziomie zbliżonym do tego sprzed pandemii, podobnie jak wyszukiwania związane z handlem i gastronomią. Spadek zainteresowania wszystkimi kategoriami wykazuje także analiza wyszukiwania haseł w dni weekendowe.

Choć hasło „sklepy online” nie zanotowało tak dużego wzrostu zainteresowania jak „zakupy online” na początku pandemii, to i tak wychodzi z lockdownu wzmocnione – w ostatnich tygodniach widać stabilizację wyszukiwań na poziomie ok. 30 proc. wyższym niż w lutym i styczniu. Można zatem zakładać, że e-commerce zyskało nowych, stałych klientów w trakcie pandemii – wyjaśnia Jacek Grzeszak, analityk z zespołu gospodarki cyfrowej.

Poprawa nastrojów

Po ponurym poniedziałku na rynkach finansowych nie ma już śladu, a obawy o drugą falę zachorowań zostały uciszone przez informacje o nowych działaniach na polu polityki fiskalnej i monetarnej USA. Inwestorom przypomniano, że nigdy nie będzie już tak źle, jak w marcu, ale też nie musi być tak dobrze, jak się jeszcze niedawno wydawało.

Rynki z zadowoleniem przyjęły start programu skupu obligacji korporacyjnych na rynku wtórnym przez Fed oraz doniesienia, że administracja Trumpa rozważa przeznaczenie 1 bln USD na wydatki infrastrukturalne. W trakcie azjatyckiej części sesji swoją cegiełkę do poprawy nastrojów dołożył Bank Japonii, który zwiększył program ratunkowych pożyczek dla przedsiębiorstw niefinansowych z 75 bln JPY do 110 bln JPY. Rynki finansowe dostały jasny sygnał, że nie ma miejsca na dramatyczny wzrost awersji do ryzyka, kiedy banki centralne i rządy wykładają ogromne ilości gotówki.

Szybkość zwrotu nastrojów wspiera tezę, że siła ostatniej korekty była podsycana chęcią do realizacji krótkoterminowych zysków niż wynikała z wyraźnej zmiany oczekiwań. Potwierdziło się też założenie, że wchodzimy w fazę podwyższonej zmienności w obu kierunkach. Tak samo, jak uwaga na ryzyka będzie większa, tak też świadomość wsparcia fiskalno/monetarnego będzie większa i pomimo korekt jest mało prawdopodobne powtórzenie marcowych dołków. Odbicie ożywienia gospodarczego i ponowne rozkręcanie aktywności gospodarczej będzie następować, nawet jeśli nie będzie tak silne, jak można byłoby wnioskować z dotychczasowego tempa rajdu indeksów. O ryzykach i niepewności w prognozowaniu przyszłości w dobie kryzysu zdrowotnego przypomni dziś w Kongresie prezes Fed Jerome Powell podczas sprawozdania z pracy banku centralnego. Tym razem pesymizm Fed nie powinien być tak przytłaczający, jak to było na zakończenie zeszłotygodniowego posiedzenia FOMC. Teraz istotniejsze powinno być, że Fed pomaga ożywieniu i będzie to robił przez wiele kwartałów. Przekaz pozytywny dla apetytu na ryzyko.

Poprawa nastrojów pomogła złotemu umocnić się do 4,41 za euro, ale silne odbicie dziś rano udowadnia, że każdy taki moment siły będzie wykorzystywany do taktycznej sprzedaży, gdyż fundamenty nie wspierają dalszej aprecjacji polskiej waluty. Dziś zostanie to przypomniane w postaci odczytu majowej inflacji bazowej (prog. 3,7 proc. r/r), która pozostaje znacznie powyżej stopy referencyjnej NBP (0,1 proc.). Jakkolwiek w kolejnych miesiącach luka ta będzie się zmniejszać, to nie zostanie całkowicie zniwelowana, gdyż zakładane odbicie gospodarcze w Polsce i na świecie wyklucza deflacyjny scenariusz. Jednocześnie wydaje się mało realne, aby RPP miała szybko zmienić kierunek w polityce monetarnej. Oczekujemy, że główna stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc. przynajmniej do końca obecnej kadencji RPP, tj. do czerwca 2022 r. Program skupu obligacji może zostać wygaszony wcześniej, pod warunkiem że nie pojawi się podwyższona premia za ryzyko z tytułu zwiększonych potrzeb pożyczkowych rządu. To będzie kulą u nogi złotego w relacji do innych walut ryków wschodzących.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

E- sąd wchodzi w nowy segment rynku. Ultima Ratio będzie rozstrzygał sprawy sądowe dla pierwszych wspólnot mieszkaniowych

Trzy wspólnoty mieszkaniowe z Wrocławia zdecydowały się korzystać z Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, Ultima Ratio. Zgodnie z prawem wspólnoty mieszkaniowe, jako tzw. ułomne osoby prawne, mają możliwość korzystania z sądów polubownych, w tym elektronicznych jak Ultima Ratio, w celu dochodzenia roszczeń od swoich członków a także kontrahentów – z tytułu niedotrzymanych umów obejmujących np. usługi remontowe czy ochroniarskie. To pierwsi klienci z tego segmentu w portfolio e-sądu.

Ultima Ratio rozszerza portfolio swoich klientów. Trzy wrocławskie wspólnoty będą mogły wpisywać Ultima Ratio jako sąd rozstrzygający spory powstałe w skutek niedotrzymania przez wykonawców warunków umów dotyczących takich usług jak: remontowe, konserwatorskie czy ochroniarskie. Dodatkowo arbitraż online będzie również orzekał w sprawach związanych z zaskarżaniem uchwał wspólnot mieszkaniowych, a także tych, związanych z dochodzeniem od właścicieli lokali zaliczek na utrzymanie części wspólnych nieruchomości.

Współpraca ze wspólnotami mieszkaniowymi to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, ale jak pokazuje praktyka dobrze radzimy sobie w nowych segmentach. Dobrym przykładem, może być niedawno podpisana umowa z Umownikiem – platformą, umożliwiającą na podstawie systemu formularzy online, proste i szybkie przygotowywanie umów cywilnoprawnych, w tym tych zawierających zapis na sąd arbitrażowy Ultima Ratio. Już teraz, w zaledwie kilka miesięcy od rozpoczęcia współpracy, połowa nowotworzonych za pośrednictwem platformy umów ma w swoich zapisach nasz arbitraż. To właśnie ten swoisty efekt kuli śnieżnej sprawia, że jesteśmy niemal pewni, że w najbliższych miesiącach do podmiotów korzystających z naszych usług dołączą kolejne wspólnoty mieszkaniowe” mówi Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.

Pierwsza wspólnoty, która zdecydowały się na skorzystanie z Ultima Ratio to wspólnoty mieszkaniowe nieruchomości we Wrocławiu przy Gajowej 18, Targowiska 51 oraz Kołłątaja 22.

„Organizacja sądów powszechnych oraz skrajne sformalizowanie procesu powodują, że sprawy sporne pomiędzy nami a naszymi kontrahentami trwają latami. Zapis na sąd polubowny Ultima Ratio wpisuje się w proces cyfryzacji zarządzania, jaki realizuje moja firma. Wdrożyliśmy między innymi aplikację „Wspólnota Online” do komunikacji oraz elektronicznego głosowania uchwał. Właściciele lokali entuzjastycznie przyjmują skuteczne i sprawne działanie zarządcy, a cyfryzacja zdecydowanie to ułatwia. Pomysł elektronicznego sądu arbitrażowego uważam za bardzo trafiony – wyrok w trzy tygodnie to standard nieosiągalny w sądach powszechnych” mówi Seweryn Chwałek z firmy Expert Dom, zarządzający między innymi wspólnotą przy Kołłątaja 22 we Wrocławiu.

Zgodnie z prawem wspólnota mieszkaniowa jest zrzeszeniem właścicieli lokali w danej nieruchomości, zarówno tych, na które składają się lokale mieszkaniowe, jak i tych, w których znajdują się wyłącznie biura, restauracje, sklepy, warsztaty i inne zakłady użytkowe. Jej celem jest sprawowanie nadzoru nad elementami wspólnymi nieruchomości. Dotyczy to gruntów (pod budynkiem, terenów zielonych, placów zabaw, parkingów), części wspólnych budynków (klatka schodowa, winda, kotłownia, schowki, zsyp, strych), elementów zewnętrznych (dach, elewacja, śmietnik) oraz instalacji i urządzeń (centralne ogrzewanie, instalacje wodno-kanalizacyjne, gazowe, kominy). Wspólnota, jako całość, płaci za naprawę, użytkowanie i renowacje tych części wspólnych. Członkowie wspólnoty obciążani są tymi kosztami proporcjonalnie do powierzchni swojego lokalu.

Co ważne, jako tzw. ułomna osoba prawna, wspólnota mieszkaniowa ma zdolność zaciągać zobowiązań, nabywania praw czy dochodzenia swoich roszczeń przed sądem, w tym sądem polubownym. Zgodnie z art. 18 ustęp 1 Ustawy o własności lokali, zapis na sąd polubowny – taki jak Ultima Ratio – należy zawrzeć w notarialnej umowie o ustanowienie odrębnej własności lokalu lub później, w stosownej uchwale wspólnoty. Wspólnota może wpisywać sąd arbitrażowy do rozmaitych umów takich jak te związane z usługami remontowymi, sprzątaniem, pracami konserwatorskimi, inwestycjami czy usługami ochroniarskimi. Sąd polubowny, taki jak Ultima Ratio, może być również arbitrem w sprawie dotyczącej niezapłaconego przez członków wspólnoty czynszu.

„Mimo że sądy powszechne już powoli wznawiają swoją działalność, zawieszoną na kilkanaście tygodni z powodu COVID-19, do normalności jeszcze daleko – na już wcześniej „zatłoczonej” wokandzie zrobił się teraz jeszcze większy korek. Upatrujemy w tym szansy – Ultima Ratio to przecież w świetle prawa taki sam sąd jak te powszechne. Z tygodnia na tydzień obserwujemy rosnące zainteresowanie naszym arbitrażem. Jestem przekonany, że w niedługim czasie elektroniczny arbitraż stanie się nieodłącznym elementem polskiego wymiaru sprawiedliwości” podkreśla Robert Szczepanek z Ultima Ratio.

Ruszyły konsultacje dodatkowego regulaminu dotyczącego sporów uchwałowych

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie rozpoczął prace nad projektem przepisów służących rozwiązywaniu sporów o zaskarżanie uchwał spółek kapitałowych. W tym celu w Sądzie powstał projekt regulaminu dodatkowego dotyczącego sporów uchwałowych. Sąd Arbitrażowy przy KIG zachęca praktyków oraz  teoretyków prawa arbitrażowego do zgłaszania opinii na temat przygotowanego dokumentu.

Toczące się w SA KIG prace są wynikiem nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego w zakresie sądownictwa polubownego, która weszła w życie we wrześniu ub. roku. Nowelizacja daje silny impuls do umocnienia polskiego arbitrażu, znosi bowiem wątpliwości, które mogły pojawiać się po stronie przedsiębiorców przy dokonywaniu zapisów na sądy polubowne.

„Wprowadzone zmiany rozwiązują najistotniejsze problemy w debacie nad arbitrażowością sporów uchwałowych. Nowelizacja prawa arbitrażowego otwiera więc drogę do stopniowego rozwoju w Polsce arbitrażu w sporach uchwałowych” – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalny, Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Znowelizowane przepisy wprowadzają co najmniej dwie istotne zmiany, o które zabiegało środowisko arbitrażowe:

  • przesądzono, że zdatność ugodowa sporu, jako przesłanka jego zdatności arbitrażowej, dotyczy tylko i wyłącznie sporów o prawa niemajątkowe (art. 1157 k.p.c.);
  • rozszerzono zakres podmiotowy zapisu na sąd polubowny umieszczonego w umowie (statucie) spółki na organy spółki i ich członków (art. 1163 § 1 k.p.c.), co połączono z ustanowieniem procedury konwokacyjnej w sporach uchwałowych, która umożliwia przystąpienie do sporu wszystkim zainteresowanym wspólnikom albo akcjonariuszom spółki (art. 1163 § 2 zd. 1-2 k.p.c.).

W naszej ocenie kluczowym dla sukcesu projektu, jak i rozstrzygania sporów uchwałowych przez polskie sądy polubowne, jest dotarcie do jak najszerszego grona praktyków oraz  teoretyków prawa arbitrażowego i uzyskanie ich opinii co do treści proponowanych rozwiązań i pojawiających się wątpliwości. Liczymy na to, że wspólnie uda nam się wypracować taki model regulacji, który nie będzie budził wątpliwości po stronie judykatury, a tym samym zapewni trwałość orzeczeń sądów arbitrażowych w zakresie sporów uchwałowych” – podkreśla mec. Marek Furtek, przewodniczący Rady Arbitrażowej Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

Uwagi do projektu dodatkowego regulaminu Sądu Arbitrażowego przy KIG dotyczącego sporów uchwałowych można przesyłać do końca lipca br. na adres [email protected]

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie to najbardziej uznany i renomowany stały sąd polubowny w Polsce, a jego popularność w tej części Europy wciąż rośnie. Na liście arbitrów SA KIG, oprócz najlepszych polskich prawników, figurują także zagraniczni specjaliści od arbitrażu. Sąd administruje również postępowania ad hoc stosownie do Regulaminu Arbitrażowego UNCITRAL, prowadzi mediacje, zajmuje się też promocją idei arbitrażu w środowiskach akademickich i gospodarczych.

SA KIG zawarł szereg porozumień o współpracy ze znanymi na świecie instytucjami arbitrażowymi, np. z jedną z kluczowych stałych instytucji arbitrażowych świata – Chińską Międzynarodową Komisją Arbitrażu Gospodarczego i Handlowego (CIETAC). SA KIG jest członkiem  i jednym z założycieli Międzynarodowej Federacji Instytucji Arbitrażu Handlowego, członkiem Międzynarodowej Rady do Spraw Arbitrażu Handlowego, członkiem Europejskiej Grupy Arbitrażowej, Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) w Paryżu oraz Komitetu Specjalnego przy Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie.

Agnieszka Durlik, dyrektor generalny, Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie

Aport wnoszony przez osobę prawną do spółki jawnej – skutki podatkowe

Według Encyklopedii Zarządzania aport to niefinansowy wkład wspólnika w majątek spółki. Może mieć on postać wartości materialnych (budynki, maszyny) lub niematerialnych (know-how, znak handlowy, patent). Aport mogą stanowić takie prawa majątkowe, co do których nie ma problemu z określeniem ich wartości, wyceną, zbywalnością, określeniem przydatności i dostępności dla spółki oraz zdolności do wejścia w skład masy upadłościowej.

Skutki podatkowe w CIT

Aport stanowi zatem objęcie udziałów w spółce w zamian za wkład niepieniężny (wspólnik przenosi lub obciąża własność rzeczy lub praw), a przenosząc to na grunt omawianego przypadku, zamiast udziałów, które są domeną spółek kapitałowych, wspólnik przejmie ich odpowiednik w spółkach osobowych, czyli ogół praw i obowiązków przypadających na niego.

Wniesienie do spółki jawnej wkładu niepieniężnego nie stanowi przychodu. Tak wynika z treści art. 12 ust. 4 pkt 3c ustawy o CIT (Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86, tj. Dz.U. z 2019 r. poz. 865 z późn. zm.), w którym ustawodawca wskazał wyraźnie, że do przychodów osoby prawnej nie zalicza się przychodów z tytułu przeniesienia własności składników majątku będących przedmiotem wkładu niepieniężnego, wnoszonych do spółki niebędącej osobą prawną, tj. np. do spółki jawnej.

Skutki podatkowe w VAT

Inaczej sprawa ma się w zakresie podatku VAT. W tym przypadku znaczenie ma już to, co dokładnie wchodzi w skład aportu. Co do zasady czynność wniesienia aportu będzie wykonaniem czynności opodatkowanej, czy to dostawy towaru, czy też świadczenia usługi. Jednakże, jeżeli przedmiotem wkładu będzie przedsiębiorstwo lub zorganizowana jego część, wtedy w ogóle ustawa o VAT nie będzie miała zastosowania.

Tak wynika z treści art. 6 ustawy o VAT (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, tj. Dz.U. z 2020 r. poz. 106 z późn. zm.), w którym ustawodawca wskazał, że przepisów ustawy nie stosuje się do transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej jego części.

Zgodnie z art. 55 Kodeksu cywilnego (Dz.U. 1964 nr 16 poz. 93, tj. Dz.U. z 2019 r. poz. 1145) przedsiębiorstwo jest zorganizowanym zespołem składników niematerialnych i materialnych, przeznaczonym do prowadzenia działalności gospodarczej. Obejmuje ono w szczególności:

  1. oznaczenie indywidualizujące przedsiębiorstwo lub jego wyodrębnione części (nazwa przedsiębiorstwa);
  2. własność nieruchomości lub ruchomości, w tym urządzeń, materiałów, towarów i wyrobów, oraz inne prawa rzeczowe do nieruchomości lub ruchomości;
  3. prawa wynikające z umów najmu i dzierżawy nieruchomości lub ruchomości oraz prawa do korzystania z nieruchomości lub ruchomości wynikające z innych stosunków prawnych;
  4. wierzytelności, prawa z papierów wartościowych i środki pieniężne;
  5. koncesje, licencje i zezwolenia;
  6. patenty i inne prawa własności przemysłowej;
  7. majątkowe prawa autorskie i majątkowe prawa pokrewne;
  8. tajemnice przedsiębiorstwa;
  9. księgi i dokumenty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Zgodnie zaś z treścią art. 2 pkt 27e ustawy o VAT przez zorganizowaną część przedsiębiorstwa rozumie się organizacyjnie i finansowo wyodrębniony w istniejącym przedsiębiorstwie zespół składników materialnych i niematerialnych, w tym zobowiązania, przeznaczonych do realizacji określonych zadań gospodarczych, który zarazem mógłby stanowić niezależne przedsiębiorstwo samodzielnie realizujące te zadania.

Warto nadmienić także, że nawet jeśli wniesienie wkładu niepieniężnego stanowić będzie czynność opodatkowaną VAT, to możliwe będzie skorzystanie ze zwolnień przedmiotowych wymienionych w art. 43 ustawy o VAT w odniesieniu do tej czynności. Dla przykładu w odniesieniu do aportu nieruchomości zastosowanie może znaleźć konkretny punkt z szeregu zwolnień podatkowych, z których wynika, że zwalnia się od podatku np.:

  1. dostawę budynków, budowli lub ich części, z wyjątkiem gdy:
  2. a) dostawa jest dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim,
  3. b) pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą budynku, budowli lub ich części upłynął okres krótszy niż dwa lata;
  4. a) dostawę budynków, budowli lub ich części nieobjętą zwolnieniem, o którym mowa w pkt 10, pod warunkiem, że:
  5. a) w stosunku do tych obiektów nie przysługiwało dokonującemu ich dostawy prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego,
  6. b) dokonujący ich dostawy nie ponosił wydatków na ich ulepszenie, w stosunku do których miał prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, a jeżeli ponosił takie wydatki, to były one niższe niż 30% wartości początkowej tych obiektów.

Skutki podatkowe w PCC

Na gruncie ustawy o PCC (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959; tj. Dz.U. z 2020 r. poz. 815) podatkowi podlegają m.in. umowy spółki (art. 1 ust. 1 pkt 1k), np. spółki jawnej, jak również zmiany tych umów, jeżeli powodują one podwyższenie podstawy opodatkowania podatkiem od czynności cywilnoprawnych (art. 1 ust. 2). W przypadku umowy spółki za zmianę umowy uważa się przy spółce osobowej (np. spółce jawnej) wniesienie lub podwyższenie wkładu, którego wartość powoduje zwiększenie majątku spółki (art. 1 ust. 3 pkt 1). Zatem wniesienie aportu powoduje konieczność zmiany umowy spółki jawnej oraz dodatkowo obowiązek podatkowy w PCC, jeżeli wartość aportu zwiększyła majątek spółki.

Przy czym warto pamiętać, że dla aportu nie znajdzie zastosowania często stosowane zwolnienie przedmiotowe opisane w treści art. 2 pkt 4 ustawy o PCC. Przepis ten wskazuje, że podatkowi nie podlegają czynności cywilnoprawne w zakresie, w jakim są opodatkowane podatkiem od towarów i usług, jeżeli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona od podatku od towarów i usług z tytułu dokonania tej czynności, bowiem przepis ten nie dotyczy umów spółek oraz ich zmian.

Podsumowanie

Kwestie rozliczenia aportu wnoszonego przez osobę prawną do spółki jawnej w CIT są jasne. Jednakże w podatku VAT i PCC w praktyce może pojawić się szereg wątpliwości. Właśnie dlatego należy bardzo dokładnie przeanalizować konsekwencje podatkowe wniesienia aportu pod kątem tych dwóch podatków, zwłaszcza podatku VAT. Udział doświadczonego radcy prawnego czy doradcy podatkowego przy planowaniu oraz realizacji wnoszenia aportu wydaje się zatem pożądany.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koszty pozyskania kapitału. Jak skalkulować opłacalność różnych form finansowania?

W obecnych czasach priorytetem dla wielu firm stało się utrzymanie płynności finansowej. Sytuacja związana z pandemią COVID-19 uzmysłowiła jak ważna jest odpowiednia struktura finansowania, zapewniająca bezpieczeństwo firmy. Małe podmioty na wczesnym etapie bardzo często finansują rozwój ze środków własnych, ale w pewnym momencie okazują się one niewystarczające i kapitału trzeba szukać na zewnątrz. Możliwości jest wiele, a konkretne rozwiązania oferują zarówno banki, jak i sektor pozabankowy. Każda forma długu ma jednak swoją cenę. Wysokość oprocentowania często jest tylko jedną ze składowych ostatecznego kosztu. Jak więc odpowiednio dobrać strukturę finansowania, która będzie najbardziej opłacalna dla danego biznesu?

Wysokość kosztów pozyskania kapitału zależy od poziomu ryzyka, które jest uzależnione od wielu czynników. Wśród nich można wymienić: wielkość firmy, branżę w jakiej funkcjonuje, a także okres obecności na rynku. Do czynników ryzyka, dziś dołączyły także te związane z pandemią koronawirusa. Zaostrzeniu uległy przez nie m.in. kryteria bankowego kredytowania przedsiębiorstw, zwłaszcza tych z sektora MŚP. Niezależnie od sytuacji, istotnymi elementami ocenianymi przez instytucje finansujące działalność biznesową są także: dotychczasowa historia kredytowa, wysokość przychodów i rentowność przedsiębiorstwa, jego majątek i poziom zadłużenia oraz posiadane zabezpieczenia. Brana pod uwagę bywa także struktura kontrahentów, ponieważ duże uzależnienie od jednego klienta zwiększa ryzyko finasowania firmy. Ze względu na to, że każda firma posiada swoją specyfikę, której nie da się ująć jedną, konkretną kategorią, rodzaj finansowania najlepiej jest dobierać indywidualnie. Tak, jak w innych dziedzinach i tutaj najlepszym rozwiązaniem będzie to uszyte na miarę.

Ile faktycznie kosztuje finansowanie?

Zastanawiając się nad wyborem optymalnej dla danego biznesu struktury finansowania, warto przeanalizować dostępne opcje, ich wady i zalety oraz rzeczywiste koszty jakie się z nimi wiążą. Nie zawsze są to jedynie koszty finansowe, a czasem korzystna, może okazać się również opcja, która wcale nie jest najtańsza. Dla firm z sektora MŚP atrakcyjną formą finansowania celów obrotowych jest kredyt w rachunku bieżącym. Przyznawany jest on na podstawie dotychczasowej historii działalności oraz poziomu wpływów na rachunek bankowy, a jego oprocentowanie mieści się zwykle w przedziale 3 – 6 proc. Oprócz oprocentowania należy zwrócić uwagę również na wysokość prowizji oraz inne opłaty, w tym koszty ustanowienia zabezpieczeń. Atrakcyjną formą zabezpieczenia są gwarancje de minimis udzielane przez BGK, które są dla firmy nieodpłatne. W obecnej sytuacji wywołanej pandemią, kryteria kredytowania przez banki uległy jednak znacznemu zaostrzeniu, przez co pozyskanie w ten sposób kapitału może być dużo trudniejsze. Jak podaje raport „Sytuacja na rynku kredytowym”, opublikowany przez NBP – w drugim kwartale 2020 roku banki przewidują jeszcze mocniejsze zaostrzenie polityki kredytowej w segmencie krótko- i długoterminowych kredytów dla dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, o skali największej od połowy 2009 r. Trzykrotne obniżenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy nie oznacza, że firmy, zwłaszcza z sektora MŚP, będą miały większy dostęp do taniego kredytu.

Forma finansowania Koszt w skali roku dla MŚP
Kredyt 3 – 6 proc.
Faktoring 4 – 12 proc.
Leasing 4 – 7 proc.
Private debt 8 – 13 proc.
Obligacje korporacyjne 5 – 8 proc.

(plus koszty emisji)

Opracowanie własne PFK

W odniesieniu do kredytów bankowych w rachunku bieżącym, należy pamiętać, aby nie finansować w ten sposób wydatków inwestycyjnych. Było to dotychczas częstym błędem popełnianym przez małe firmy, gdyż przedsiębiorstwo ma pełną dowolność w wykorzystaniu tych środków. Zasadniczo kwota kredytu powinna być w całości wykorzystywana na finansowanie celów obrotowych, a optymalnie limit powinien być równy średniomiesięcznym przychodom ze sprzedaży – tłumaczy Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym. Jak dodaje Krystyna Kalinowska, po upływie pierwszego okresu kredytowego, który wynosi najczęściej 12 miesięcy, polityka banku może stać się znacznie bardziej restrykcyjna. Pogorszeniu mogą też ulec wyniki firmy, a tym samym jej zdolność kredytowa. W takim przypadku może się okazać, że nowy limit jest dużo niższy lub nie jest odnowiony wcale. Wówczas całość zadłużenia należy spłacić jednorazowo, co może negatywnie wpłynąć na płynność finansową przedsiębiorstwa.

Jeżeli chodzi o finansowanie środków trwałych, korzystną propozycją dla wielu firm może być leasing. Zwłaszcza kiedy dotyczy on pojazdów firmowych, na które najłatwiej jest znaleźć atrakcyjną ofertę. Faktoring może być z kolei dobrym rozwiązaniem dla firm borykających się z długimi okresami płatności. Koszty leasingu mieszczą się zwykle w przedziale 4 – 7 proc., natomiast oferta faktoringu jest bardzo różnorodna i w przypadku niektórych ofert koszty mogą dochodzić nawet do kilkunastu proc. w skali roku. Na koszt faktoringu, oprócz odsetek, składają się prowizje od wykupu i opłaty dodatkowe, co często utrudnia przedsiębiorcy wyliczenie rzeczywistego kosztu i porównanie dostępnych ofert. W przypadku obligacji korporacyjnych, do wysokości oprocentowania należy doliczyć koszty emisji, które zwiększyły się po ubiegłorocznej zmianie przepisów, dotyczącej obowiązku rejestracji w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Trzeba też pamiętać, że ta forma finansowania jest obecnie trudno dostępna jeżeli chodzi o firmy z sektora MŚP.

Nawet firmy na bardzo wczesnym etapie rozwoju, mogą skorzystać z preferencyjnych pożyczek na rozwój działalności z dofinansowaniem unijnym. Brak historii działalności często nie jest przeszkodą dla uzyskania finansowania, ale w zamian za to trzeba przedstawić odpowiednie zabezpieczenia, takie jak poręczenie osób fizycznych czy hipoteka na nieruchomości. Startujące firmy, zwłaszcza te z branży technologicznej, mogą szukać finansowania wśród aniołów biznesu, a także funduszy typu venture capital. Pozyskanie inwestora finansowego wiąże się jednak nie tylko z objęciem przez niego części udziałów, czyli z koniecznością podzielenia się przyszłym zyskiem, ale również utratą pełnej kontroli nad firmą. Pomimo braku oprocentowania, koszt takiego finansowania będzie zawsze dla firmy relatywnie wyższy w stosunku do różnych form kapitału dłużnego.

Większość funduszy venture capital stawia na inwestycje w spółki technologiczne, co zamyka drogę do pozyskania inwestora finansowego małym, ale szybko rosnącym firmom, które nie działają w preferowanych przez fundusze VC sektorach rynku. Wartym rozważenia rozwiązaniem pośrednim między długiem, a pozyskaniem kapitału udziałowego jest finansowanie dłużne typu private debt. Może ono przybierać różne formy (senior debt, mezzanine). Najczęściej jest ono pozyskiwane dla wzmocnienia kapitału obrotowego w okresie szybkiego wzrostu biznesu, ale celem finansowania mogą być również inwestycje, a nawet fuzje i przejęcia. – Rozpatrując koszt finansowania w skali roku, private debt jest formą finansowania stosunkowo drogą, jednak pozwala firmie na osiągnięcie dodatkowych przychodów, których w inny sposób, nie byłaby w stanie wygenerować. W tym wypadku, oceniając koszt takiego finansowania, należy przede wszystkim odnieść się do tego, jakie cele dzięki temu firma będzie mogła zrealizować i w powiązaniu z tym ocenić czy w danej sytuacji jest to opłacalne – mówi Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Oprocentowanie finansowania private debt wynosi ok. 7%, a całkowity koszt mieści się zwykle w przedziale 8 – 13 proc. w skali roku, w zależności od poziomu ryzyka, lecz jest to rozwiązanie dające bardzo dużą elastyczność. Mogą z niego korzystać na przykład firmy, które mają duży udział zakupów realizowanych w formie przedpłaty. Dostęp do dodatkowego finansowania, obok tradycyjnych produktów, takich jak kredyt, leasing czy faktoring, daje wówczas szansę na jeszcze szybszy wzrost i wypracowanie dodatkowego zysku.

Czy opłacalność różnych form finansowania można obliczyć?

Każda firma ma swoją unikalną specyfikę, grupy interesariuszy oraz dostępne dla niej źródła finansowania. Te czynniki powodują, że oszacowanie opłacalności poszczególnych opcji finansowania jest skomplikowanym zadaniem nawet dla wytrawnego analityka. Opierając się na określonych kryteriach oraz stosując odpowiednią metodologię można jednak dosyć dokładnie skalkulować opłacalność różnych form finansowania z punktu widzenia grupy interesariuszy.

Oceniając koszt finansowania od strony udziałowca firmy, należy oszacować wartość posiadanych udziałów przy różnych formach finansowania. Pozyskując finansowanie udziałowe, z jednej strony rozwadniam swoje udziały, jednak z drugiej pozyskuję kapitał bezzwrotny, który zwiększa wartość biznesu. Dla udziałowca najbardziej istotny jest wzrost wartości w czasie posiadanych przez niego udziałów – mówi Krzysztof Janik, Partner Zarządzający w Enterprise Startup. – Do oszacowania najbardziej korzystnej formy finansowania w takiej sytuacji najlepiej wykorzystać metodę DCF, która dokona wyceny biznesu przy różnych formach jego finansowania. Reasumując, w tym wariancie kieruję się wartością bezwzględną oceny opłacalności. Z kolei oceniając koszt finansowania z punktu widzenia managera, główna koncentracja sprowadza się do oceny względnej kosztów finansowania. W tym wariancie najbardziej korzystne jest finansowanie, które ma najniższe oprocentowanie w ujęciu rocznym – dodaje Krzysztof Janik.

Finanse są tą dziedziną, która nie pozostawia wątpliwości, jakie podjąć decyzje, o ile opieramy się na konkretnych danych liczbowych. Niezależnie od wielkości firmy, branży w jakiej działa, tego czy ma długą historię funkcjonowania czy też jest start-upem, zawsze można dokładnie określić, jaka struktura finansowania biznesu będzie najbardziej korzystna. Należy jednak pamiętać, aby rozpatrywać te kwestie wielowymiarowo, przede wszystkim pod kątem długoterminowych celów, z uwzględnieniem rezerwy na nieprzewidziane zdarzenia. Źródła finansowania powinny być zdywersyfikowane, przy optymalnym koszcie z perspektywy aktualnej sytuacji firmy.

Microsoft i SAS nawiązują współpracę

Większa integracja AI i analityki SAS w Microsoft Azure. Microsoft zaoferuje swoim klientom rozwiązania SAS działające w oparciu o chmurę.

(16 czerwca 2020 r.) – Microsoft i SAS ogłosiły rozpoczęcie szeroko zakrojonej współpracy strategicznej w zakresie technologii i promocji nowych rozwiązań. Firmy umożliwią klientom łatwą pracę z systemami SAS w chmurze, rozbudowując w ten sposób swoje portfolio biznesowe i tworząc nową wartość poprzez wykorzystanie inicjatyw z zakresu cyfrowej transformacji. W ramach współpracy firmy przeprowadzą migrację produktów analitycznych i rozwiązań branżowych SAS do platformy Microsoft Azure. Rozwiązania branżowe i wiedza specjalistyczna ekspertów SAS zapewnią również wartość dodaną klientom Microsoft z sektora opieki zdrowotnej, usług finansowych i wielu innych. Współpraca jest efektem integracji SAS ze wszystkimi rozwiązaniami Microsoft opartymi na Azure, Dynamics 365, Microsoft 365 i Power Platform oraz wpisuje się we wspólną wizję firm, dotyczącą dalszej demokratyzacji sztucznej inteligencji i analityki.

„Dzięki współpracy Microsoft i SAS, nasi klienci będą mogli rozwijać się szybciej i odkryją nowe sposoby pobudzania innowacji. Takie możliwość stworzy kompleksowa oferta rozwiązań SAS Analytics w Microsoft Azure” – powiedział Scott Guthrie, wiceprezes wykonawczy ds. chmury i sztucznej inteligencji w Microsoft. „SAS ma duże doświadczenie w dziedzinie analityki, przetwarzania danych i uczenia maszynowego i jest strategicznym partnerem Microsoft. Razem pomożemy klientom z kilkudziesięciu sektorów stawić czoła najważniejszym i najbardziej złożonym wyzwaniom analitycznym”.

Organizacje na całym świecie przechodzą na rozwiązania oparte na chmurze, aby wdrażać innowacje i szybciej realizować swoje cele biznesowe. W ramach tej transformacji wielu klientów, takich jak sieć placówek medycznych Mercy z główną siedzibą w St. Louis, migruje swoje zadania analityczne SAS na platformę Azure, aby zwiększyć wydajność i ograniczyć koszty.

„Mercy skupia się na nieustannym podnoszeniu jakości opieki nad pacjentami oraz zwiększaniu jej skuteczności. Zdajemy sobie sprawę ze znaczenia analizy danych i uczenia maszynowego dla realizacji naszych celów. Współpracując z SAS i Microsoft, możemy zastosować oprogramowanie analityczne i platformę chmurową Azure, aby lepiej wykorzystywać dane ze świata rzeczywistego w celu poprawy wyników i zapewniania lepiej dobranej opieki” – powiedział Curtis Dudley, wiceprezes ds. analizy danych w Mercy. „Cieszymy się z możliwości zwiększenia prędkości działania, większej skalowalności i większego wyboru rozwiązań analitycznych, jakie zapewnia współpraca SAS i Microsoft, co pomaga nam świadczyć usługi opieki zdrowotnej w nowym modelu.”

SAS i Microsoft współpracują ze sobą, aby zapewnić skuteczność wdrożeń oraz sprawne działanie produktów SAS na platformie Azure, umożliwiając ich bezproblemową obsługę i pomagając organizacjom przyspieszyć przejście na rozwiązania oparte na chmurze.

„SAS i Microsoft chcą pomóc klientom przyspieszyć wdrożenia z obszaru cyfrowej transformacji. Obie firmy dobrze rozumieją, że celem jest zwiększenie dostępności do różnorodnych danych oraz poprawa jakości życia, dzięki podejmowaniu lepszych decyzji” – powiedział Oliver Schabenberger, dyrektor ds. technologii i dyrektor operacyjny w SAS. „Współpraca z Microsoft umożliwia klientom płynniejsze przejście na chmurę, zapewniając szybszy, bardziej wszechstronny i łatwiejszy dostęp do rozwiązań SAS, a także pozwala podejmować pewniejsze decyzje dzięki wynikom analiz, które każdy – niezależnie od poziomu umiejętności – jest w stanie zrozumieć”.

Współpraca obejmuje optymalizację SAS® Viya®, najnowszej wersji rozwiązania opartego na chmurze pod kątem platformy Azure, a także integrację szerokiej gamy rozwiązań branżowych SAS – od przeciwdziałania nadużyciom, poprzez zarządzanie ryzykiem, po sprzedaży detaliczną w Azure Marketplace, aby zwiększyć produktywność i zapewnić klientom lepsze wyniki biznesowe.

„Współpraca między SAS, będącym liderem w dziedzinie analityki a Microsoft, liderem w zakresie rozwiązań opartych na chmurze to interesujący sojusz strategiczny. Planowane integracje SAS w obrębie całego portfolio usług Microsoft opartych na chmurze (Azure, Microsoft 365, Dynamics 365 i Power BI), stwarzają wiele nowych możliwości” – powiedział Steve White, wiceprezes programu ds. partnerów i współpracy w IDC.

W ramach współpracy Microsoft i SAS przeanalizują możliwość integracji narzędzi analitycznych SAS, w tym modeli branżowych, w Azure i Dynamics 365 oraz zbudują nowe, gotowe do wprowadzenia na rynek wspólne rozwiązania dla klientów, znajdujące zastosowanie w wielu sektorach. Dalsza integracja umożliwi klientom SAS wykorzystanie skalowalności i elastyczności chmury w kontekście analityki i wykorzystania sztucznej inteligencji. Na przykład, Microsoft i SAS już zapewniają klientom rozwiązania, które pozwalają czerpać duże korzyści z ogromnej ilości danych generowanych przez Internet Rzeczy (IoT). Łączą one zalety platformy Azure IoT firmy Microsoft z analityką IoT SAS. Obejmują zarówno brzeg sieci jak i chmurę oraz rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję. Obecnie miasto Cary w stanie Północna Karolina korzysta ze zintegrowanego rozwiązania IoT firmy Microsoft i SAS, które pozwala prognozować ryzyko wystąpienia powodzi.

„Powodzie są problemem każdej społeczności, a nasza nie jest wyjątkiem” – powiedziała Nicole Raimundo, CIO w Cary. „Korzystając z czujników, danych pogodowych, analityki IoT SAS oraz platformy IoT Azure, dysponujemy pełniejszą wiedzą o bieżącej sytuacji, monitorując poziom wody w strumieniach i przewidując, gdzie może nastąpić powódź. W ten sposób, poprzez automatyzację, będziemy w stanie usprawnić prowadzone działania na wypadek powodzi. Cary udostępnia również powyższe dane sąsiednim społecznościom, aby pomóc im lepiej zadbać o potrzeby mieszkańców”.

Dodatkowe produkty i rozwiązania SAS będą wprowadzane na rynek jeszcze w tym roku, w czym mają pomóc organizowane wspólnie działania promocyjne i sprzedażowe. Pozwoli to klientom SAS i Microsoft uporać się z niektórymi z ich najważniejszych i najbardziej złożonych wyzwań analitycznych, przy jednoczesnym nieustannym wspieraniu innowacji. SAS będzie również korzystać z Microsoft 365 i Dynamics 365 w swoich wewnętrznych procesach.

Najbardziej atrakcyjne spektakle udostępniane w sieci gromadzą gigantyczną publiczność. To dla środowiska teatralnego szansa na zdobycie nowej widowni

0

Wybuch pandemii spowodował, że instytucje kulturalne zostały zamknięte na kilka miesięcy. Teatry nie zrezygnowały jednak całkowicie ze swojej działalności. Większość z nich zdecydowała się przenieść dotychczasową aktywność do internetu. Spektakle udostępniane online cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Zdaniem dyrektor Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego Elżbiety Wrotnowskiej-Gmyz, chociaż obecnie życie kulturalne powoli wraca do normy, doświadczenia zdobyte podczas kryzysu przyczynią się do rozwoju teatrów.

Zgodnie z nowymi rozporządzeniami, które obowiązują od 6 czerwca, podczas wydarzeń  kulturalnych organizowanych w zamkniętych przestrzeniach z miejscami siedzącymi udostępniona może być najwyżej połowa miejsc. W konsekwencji tylko niektóre kina i teatry wznawiają działalność artystyczną. Nie zaprzestają jednak internetowych transmisji, które bardzo spodobały się widowni.

– Życie teatralne jeszcze przez pewien czas będzie przebiegać równolegle, zarówno w internecie, jak i na żywo. Wybuch pandemii uzmysłowił nam, jak wielkie są zasoby teatralne oraz jak ogromna jest mobilność środowiska teatralnego, które bardzo szybko i skutecznie potrafiło przystosować się do nowych warunków – mówi w rozmowie z Agencją Newseria Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Wiele teatrów zdecydowało się w czasie zawieszenia tradycyjnej działalności udostępniać spektakle online i w ten sposób nie tracić regularnego kontaktu z widownią. Z możliwości tej skorzystał między innymi Teatr Dramatyczny. Po emisji niektórych przedstawień oferował również możliwość wysłuchania konferencji na żywo, w której udział brali aktorzy wraz z reżyserem. Tego typu internetowe wydarzenia pozytywnie wpłynęły na wizerunek instytucji kulturalnych, a także wzmocniły więź z publicznością. Nowa forma spotkań okazała się bowiem niezwykle atrakcyjna dla widowni.

– Odkurzone zostały archiwa teatrów. Wiele spektakli – zarówno tych starszych, jak i całkiem nowych – możemy obecnie oglądać online. Liczymy na to, że dotychczasowa oferta w jakimś stopniu będzie dostępna również po zniesieniu wszystkich obostrzeń. Najbardziej atrakcyjne przedstawienia udostępniane w sieci gromadziły gigantyczną, jak na standardy teatralne, widownię – tłumaczy.

Dowodem na to, że internetowa działalność teatrów okazała się wyjątkowo skuteczna, jest liczba wyświetleń poszczególnych spektakli. Dla przykładu przedstawienie pod tytułem „Szalone nożyczki. Reżim sanitarny”, transmitowane online na żywo przez Teatr Kwadrat, zgromadziło przed komputerami ponad 10 tys. widzów. Rekordowa frekwencja pokazuje, jak duża część społeczeństwa zainteresowana jest życiem kulturalnym.

– Zaletą internetu jest jego szeroka dostępność, która sprawiła, że oferta teatralna miała szansę dotrzeć do nowej publiczności. Wiele osób z mniejszych miejscowości rzadko przyjeżdża do wielkich miast, by obejrzeć spektakl. Internet sprawił, że mogli oni uczestniczyć w przedstawieniu online. Środowisko teatralne powinno za wszelką cenę starać się tych ludzi zatrzymać przy sobie – zaznacza.

Mimo wielu pozytywnych aspektów, które przyniosła internetowa działalność teatrów, pracownicy instytucji cieszą się, że życie kulturalne powoli wraca do normalności. Elżbieta Wrotnowska-Gmyz tłumaczy, że obecnie instytucje zajmują się głównie planowaniem oferty artystycznej na nowy sezon oraz organizacją prób przyszłych premier.

– Tęsknimy za tradycyjnymi spotkaniami. Wielu artystów oraz widzów ma poczucie, że internetowe transmisje to jedynie namiastka teatru. Życie koncertowe, baletowe, muzyczne i teatralne prowadzone w sieci nigdy nie będzie dostarczało tak wielu emocji jak podczas spotkań na żywo. Liczymy na to, że chęć i pragnienie przeżywania teatru w jego klasycznej formie zostaną niedługo w pełni zrealizowane – mówi.

Pacjenci w Polsce przekonują się do zdalnych wizyt u dermatologa. Co trzeci zamierza je kontynuować po ustaniu pandemii

Aż 61 proc. osób cierpiących na przewlekłe choroby skóry w trakcie izolacji społecznej korzystało z konsultacji lub wizyty u dermatologa. Zdecydowana większość z nich odbyła się zdalnie: 41 proc. online, a 36 proc. – przez telefon. Po początkowych problemach część pacjentów przekonała się do zdalnych konsultacji z lekarzem i zamierza z nich korzystać także po zakończeniu pandemii. To jednak alternatywa tylko dla tych pacjentów, którzy są w trakcie wielomiesięcznego, stałego leczenia, a choroba jest pod kontrolą. W przypadku cięższych chorób dermatologicznych, o zaostrzonym przebiegu, konieczny jest jednak bezpośredni kontakt z lekarzem i dokładne obejrzenie zmian skórnych.

Nie robiliśmy wcześniej konsultacji online, więc trzeba było od początku nauczyć się je prowadzić. Początkowo nie było to proste. Niełatwo było też przekonać pacjentów, że konsultacja online jest tak samo wartościowa jak tradycyjna forma kontaktu z lekarzem – mówi agencji Newseria Biznes dr Ivana Stanković, dermatolog-wenerolog z Kliniki Dermea, członek Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research dla Galderma na przełomie maja i czerwca, 61 proc. osób cierpiących na przewlekłe choroby skóry w trakcie izolacji społecznej korzystało z konsultacji lub wizyty u dermatologa. 41 proc. z nich odbyło się online, a 36 proc. – przez telefon. Jak podkreśla dermatolog, wizyty zdalne w tym trudnym epidemiologicznie okresie były koniecznością, bo niektóre problemy dermatologiczne wymagają natychmiastowej konsultacji lekarza, a jeszcze inne wymagają kontynuacji leczenia. Zainicjowana właśnie przez Galdermę kampania HASHWłączLeczenie będzie uświadamiać pacjentów, dlaczego w przewlekłych chorobach skóry niewskazane jest przerywanie terapii.

 To są choroby nawracające, a nieleczone lub leczone nieprawidłowo mogą trwać latami – podkreśla dr Ivana Stanković. – Dla przykładu nieleczony trądzik młodzieńczy może trwać wiele lat i pozostawić blizny potrądzikowe, które będą nie do usunięcia. Z kolei w przypadku trądziku różowatego, który jest chorobą nawracającą, brak leczenia może spowodować, że stan będzie się pogarszał i na późniejszych etapach terapia będzie już bardzo trudna.

Zdalne wizyty sprawdzają się także w przypadku pacjentów, którzy potrzebują tylko odnowić receptę na dotychczas stosowane leki i preparaty.

– To, że mamy możliwość wystawiania e-recept, bardzo pomogło w zdalnej pracy – mówi specjalistka z Kliniki Dermea. – Przy dobrej kamerze i jakości połączenia można dokładnie obejrzeć zmiany skórne i bez problemu je ocenić, o ile nie wymagają np. dermatoskopii. Czasami jeszcze przed taką konsultacją pacjenci sami się do niej przygotowują i wysyłają zdjęcia, które oglądam i porównuję podczas wideokonsultacji. To się naprawdę sprawdza.

Zdalne konsultacje z lekarzem nie są jednak alternatywą dla wszystkich. W przypadku cięższych chorób dermatologicznych, o zaostrzonym przebiegu, konieczny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i dokładne obejrzenie zmian skórnych.

– Czasami muszę zbadać pacjenta i obejrzeć zmiany pod dermatoskopem, a czasem pobrać wycinek – mówi dr Ivana Stanković. – Na Zachodzie teledermatologia jest uskuteczniana od lat. U nas dopiero pandemia spowodowała, że przyjęło się to rozwiązanie.

Część pacjentów przekonała się do zdalnych konsultacji z lekarzem i zamierza z nich korzystać także po zakończeniu pandemii. Nie wszystkie przypadki wymagają bowiem bezpośredniego kontaktu, a konsultacje online lub przez telefon są wygodniejsze i mniej czasochłonne. Jak wynika z badania SW Research, chęć korzystania ze zdalnych konsultacji dermatologicznych po ustaniu pandemii jednoznacznie deklaruje 34 proc. pacjentów (taki sam jest odsetek wciąż  niezdecydowanych).

Jak wynika z badania SW Research, do skorzystania ze zdalnej wizyty pacjentów przekonuje głównie znajomość z lekarzem i zaufanie do niego (dermatolog znał stan skóry pacjenta). 4 na 10 chorych wybrało tę formę, ponieważ była jedyną dostępną opcją konsultacji z dermatologiem. Trzecim najczęstszym powodem była pilna potrzeba uzyskania e-recepty na kontynuację leczenia, bez potrzeby bezpośredniego kontaktu z lekarzem.

Taka forma kontaktu z lekarzem może być też bardzo pomocna dla pacjentów z chorobami skóry, którzy mają trwałe zmiany np. w obrębie twarzy i ze względów psychologicznych niechętnie wychodzą z domu.

– Zwłaszcza w przypadku takich chorób jak trądzik różowaty jest udowodnione znaczenie aspektu psychologicznego. Ludzie przestają wychodzić z domu, ponieważ mają zmiany trądzikowe. Dla tych pacjentów przyjście do kliniki, przeprawa przez centrum miasta czy choćby przejście przez recepcję było dużym problemem. Jednak podczas konsultacji online jest tylko kontakt z lekarzem, który ich ogląda i to przez kamerę, a nie bezpośrednio – mówi specjalistka z Kliniki Dermea.

Badanie pokazuje też, że 1/3 pacjentów jest zadowolona ze zdalnych wizyt i uznała ten kontakt z lekarzem za wystarczający. Połowie natomiast brakowało jednak możliwości kontaktu „twarzą w twarz”. Trzech na czterech z tej grupy pacjentów uważa, że w trakcie bezpośredniej wizyty lekarz może dokładniej przyjrzeć się skórze i lepiej zdiagnozować problem. 60 proc. docenia tradycyjne wizyty za dokładniejszy wywiad medyczny i możliwość wykonywania przy okazji badań laboratoryjnych.

Brak kontaktu „face to face” i możliwości porozmawiania z lekarzem to największa trudność dla pacjentów. Cenimy jednak możliwość omówienia wszystkiego osobiście. Problemem – choć nie w przypadku młodszych pacjentów – bywa też brak odpowiednich aplikacji i umiejętności obsługi Skype’a, WhatsAppa czy FaceTime’a. Dla pewnej grupy to jest duża przeszkoda – mówi dr Ivana Stanković.

WHO: Istnieje związek między objawami COVID-19 a ilością wirusa w organizmie. Osoby bezobjawowe nie napędzają pandemii w poszczególnych krajach

Na całym świecie zakażonych SARS-CoV-2 zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Według informacji, którymi dysponuje WHO, od 6 do nawet 40 proc. chorych przechodzi jednak infekcję łagodnie lub bez objawów. Wciąż trwają badania, które mają wykazać, na ile tacy pacjenci przyczyniają się do rozprzestrzeniania koronawirusa. – Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – podkreśla ekspertka WHO Paloma Cuchi.

Koronawirus pojawił się zaledwie kilka miesięcy temu, więc wielu rzeczy na jego temat dopiero się dowiadujemy. Jedną z nich jest informacja, że są osoby, które nie mają żadnych objawów albo znajdują się w przedklinicznej fazie choroby, określanej jako bardzo łagodna, która wiąże się jedynie z gorszym samopoczuciem. Nie wiemy jeszcze, jaki jest wkład tych pacjentów bezobjawowych w rozprzestrzenianie się infekcji, ta kwestia jest przedmiotem ciągłych badań – mówi Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Jak wskazuje, według obecnej wiedzy nowe zakażenia wirusem SARS-CoV-2 przypisuje się wyłącznie tym pacjentom, którzy wykazują objawy choroby. We wszystkich krajach trwają obecnie badania dotyczące tego, w jakim stopniu osoby, które przechodzą infekcję łagodnie lub bezobjawowo, przyczyniają się do jej rozprzestrzeniania.

Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – mówi ekspertka.

Zgodnie z mapą WHO na całym świecie zakażonych koronawirusem zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Największymi ogniskami choroby są w tej chwili Stany Zjednoczone (na które przypada już prawie 30 proc. dotychczasowych zakażeń), Rosja i Brazylia. Gwałtownie rośnie też liczba nowych zakażeń w Indiach, które wyprzedziły Wielką Brytanię i są w tej chwili na czwartym miejscu pod względem liczby zachorowań na COVID-19.

W Polsce zakażonych koronawirusem zostało dotąd blisko 30 tys. osób, a bilans ofiar to 1256 pacjentów. Według danych Ministerstwa Zdrowia w tej chwili w szpitalach hospitalizowanych jest 1736 pacjentów z COVID-19, a 78 z nich korzysta z respiratorów. Dotychczas wyzdrowiało blisko 14,4 tys. osób. Kwarantanną jest objętych ponad 94,5 tys., a prawie 18 tys. podlega nadzorowi sanitarno-epidemiologicznemu. Najwięcej nowych zachorowań przybywa na Śląsku, ale lokalne ogniska COVID-19 pojawiają się w całej Polsce.

Choroba wywołana przez wirus SARS-CoV-2 najczęściej objawia się gorączką, kaszlem, dusznościami, bólami mięśni i zmęczeniem. Wirus może jednak powodować nieswoiste objawy, jak np. zaburzenia smaku i węchu. Szczególnie niebezpieczny jest dla osób starszych, z osłabioną odpornością i cierpiących na inne, przewlekłe schorzenia, takie jak np. cukrzyca, nadciśnienie, choroby płuc i układu sercowo-krążeniowego. Z kolei wśród młodych i zdrowych osób choroba w wielu przypadkach przebiega łagodnie lub całkowicie bezobjawowo.

Jest niewiele informacji na temat osób, które nie mają żadnych objawów i ilości wirusa w ich organizmach. Nie wiemy też, jakie jest prawdopodobieństwo przeniesienia przez nie infekcji na inną osobę. Nie mamy jeszcze danych liczbowych, ponieważ są to dopiero szacunki, a ich zakres jest zbyt duży. Pojawiają się nowe badania, więc dopiero po przeprowadzeniu ich większej liczby będziemy w stanie określić, ile jest takich osób i w jakim stopniu zarażają one innych. Z całą pewnością można jednak stwierdzić, że osoby bezobjawowe nie przyczyniają się do rozwoju pandemii w poszczególnych krajach – mówi Paloma Cuchi.

Wskazuje, że szacunki dotyczące liczby osób, które przechodzą COVID-19 bezobjawowo, wahają się od 6 do nawet 40 proc., więc zakres danych z poszczególnych państw jest na razie bardzo duży. Wynika to z faktu, że badania identyfikujące osoby przechodzące koronawirusa bezobjawowo są bardzo rzadkie.

Wiemy, że osoby, które nie mają objawów, w pewnym stopniu przyczyniają się do nowych zakażeń, ale nie znamy dokładnych wartości. Dlatego jeżeli ktoś znajduje się w miejscu, w którym nie może zachować dystansu fizycznego ponad 1 m, powinien używać maski. Są również osoby doświadczające łagodnych objawów, takich jak ogólne złe samopoczucie czy zaburzenia węchu, oraz pacjenci z pełnymi objawami, o których wiemy, że mają dużą ilość wirusa w organizmie i na pewno mogą zarażać innych. Jednak nadal nie wiemy, jaka jest możliwość zarażenia się od osób, u których objawy są łagodne lub nie ma ich wcale. Ta kwestia wciąż pozostaje otwarta – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

Jak podkreśla, środki bezpieczeństwa takie jak utrzymywanie bezpiecznej odległości, częste mycie rąk, wykonywanie testów u osób, które mają objawy, identyfikacja tych, które miały z nimi kontakt, oraz izolacja i kwarantanna pozwalają zachować kontrolę nad pandemią. To, że w populacji występują również osoby przechodzące infekcję łagodnie lub bezobjawowo, nie powinno mieć wpływu na te środki bezpieczeństwa i tym bardziej nie zwalnia z ich stosowania.

Wiele krajów wykonuje obecnie badania na obecność przeciwciał, które dadzą nam więcej informacji na temat tego, kto jest zakażony, choć nie wystąpiły u niego objawy. Jeśli natomiast chodzi o przenoszenie wirusa  potrzebujemy więcej informacji. Podejmowane działania pozostają bez zmian. Im więcej krajów prowadzi testy, tym bardziej skuteczna kontrola pandemii. Badania muszą być jednak odpowiednio ukierunkowane: należy zidentyfikować odpowiednie osoby i wykonać testy zarówno u nich, jak i u osób, z którymi miały kontakt – podkreśla Paloma Cuchi.

Superkomputery pomogą w walce z koronawirusem. Gigantyczna moc obliczeniowa przyspieszy prace nad lekami i szczepionką

Superkomputery i technologia obliczeniowa o wysokiej wydajności pomogą walczyć z koronawirusem. Ostatnie tygodnie to szereg inicjatyw, które mają na celu pozyskanie danych i wykorzystanie algorytmów SI, superkomputerów i wiedzy specjalistycznej w walce z trudną sytuacją epidemiologiczną. Przykładem mogą być kompletne, wydajne systemy obliczeniowe AMD, które trafią do trzech amerykańskich uniwersytetów i zapewnią ponad siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do walki z COVID-19.

Szybsze przetwarzanie i analizowanie większej liczby danych może zapobiec rozprzestrzenianiu się przyszłych pandemii, pomoże w zaprojektowaniu skutecznych metod leczenia i opracowaniu skutecznych szczepionek. Superkomputery – wydajne, dysponujące ogromną mocą – mogą pomóc w wynalezieniu skutecznego lekarstwa czy szczepionki. Ze względu na pojawienie się COVID-19 powstaje coraz więcej globalnych inicjatyw, które mają pomóc w walce z pandemią.

Już blisko milion osób dodało swoje komputery domowe do rozległej sieci, która tworzy wirtualny superkomputer o nazwie Folding@home. Projekt wykorzystuje crowdsourcingową moc obliczeniową, żeby przeanalizować białka znalezione w koronawirusie. Korzystając z symulacji komputerowych, badacze mapują białka koronawirusa i szukają luk, które mogą zostać zaatakowane nowymi lekami. Im więcej wolontariuszy – tym większa moc komputera.

– Duża moc obliczeniowa odgrywa kluczową rolę we współczesnych badaniach nad wirusami, pogłębiając nasze zrozumienie działania określonych wirusów i ostatecznie przyspieszając rozwój potencjalnych leków i szczepionek – podkreśla Lisa Su, prezes i dyrektor generalny AMD. – AMD i nasi partnerzy technologiczni zapewniają naukowcom z całego świata nowe systemy, które zwiększą możliwości obliczeniowe dostępne do walki z COVID-19 i będą wspierać przyszłe badania medyczne.

Konsorcjum Digital Transformation Institute ogłosiło z kolei projekt „Techniki SI w celu złagodzenia pandemii”. Najlepsi, oprócz nagród pieniężnych, otrzymają dostęp do superkomputera czy oprogramowania SI. Wszystko po to, by opracować skuteczną metodę walki z pandemią. Z kolei amerykańskie uczelnie –  New York University, Massachusetts Institute of Technology oraz Rice University – otrzymały wydajne systemy obliczeniowe zasilane przez AMD.

Docelowo uczelnie mają wykorzystać siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do opracowania szczepionek, ale też lepszego poznania koronawirusa.

– Pandemia COVID-19 wywarła głęboki wpływ na badania w szkolnictwie wyższym, zarówno w zakresie ich kierunku, jak i potrzeby natychmiastowych rezultatów – mówi Russel Caflisch, dyrektor Instytutu Nauk Matematycznych im. Richarda Couranta na Uniwersytecie Nowojorskim. – Zasoby obliczeniowe przekazane przez AMD zostaną wykorzystane przez badaczy z NYU z wielu różnych dyscyplin w projektach dotyczących wielu ważnych aspektów kryzysu związanego z koronawirusem, w tym: odkrycia leków na COVID-19 i przyszłe mutacje wirusa SARS, wyszukiwania odpowiednich wyników badań z obszernej literatury biomedycznej czy analizy obrazowania medycznego do badań przesiewowych pacjentów.

Działania AMD to niejedyny przykład udostępniania superkomputera naukowcom. Konsorcjum HPC (COVID-19 High Performance Computing) zapewnia szeroki dostęp do ponad 30 superkomputerów z 402 petaflopsami mocy. IBM udostępnia zasoby superkomputerowe, repozytoria danych w chmurze i narzędzia wyszukiwania oparte na sztucznej inteligencji. Exscalate4CoV (E4C), koalicja badaczy z siedmiu krajów europejskich (w tym z Polski), współpracuje w celu zwalczania rozprzestrzeniania się koronawirusa. Koordynowany przez włoską firmę farmaceutyczną Dompé, dysponujący trzema potężnymi ośrodkami obliczeniowymi o wysokiej wydajności w Bolonii, Barcelonie i Jülich, poszukuje potencjalnych leków do walki z COVID-19.

Wodór zmieni oblicze transportu. Do użytku trafiły już pociągi pasażerskie i autobusy napędzane tym paliwem

Napęd wodorowy może być zieloną alternatywą dla silników Diesla stosowanych w transporcie kolejowym. Już teraz po Europie jeżdżą pociągi pasażerskie zasilane właśnie tym paliwem. Firmy specjalizujące się w budowie pociągów i infrastruktury wodorowej podpisały właśnie porozumienie, którego efektem będzie konwersja włoskiej kolei na wodór. – Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – mówi Marco  Alverà, prezes spółki Snam. Tymczasem pierwiastek ten zyskuje coraz bardziej na znaczeniu również w transporcie osobowym.

– Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór stanie się konkurencyjny w stosunku do paliw kopalnych i odegra kluczową rolę w transformacji energetycznej, szczególnie w przemyśle, sektorze grzewczym i transporcie ciężkim. Będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – podkreśla Marco Alverà.

Włoska firma Snam, działająca w branży infrastruktury energetycznej, podpisała niedawno z przedsiębiorstwem Alstom umowę na produkcję wodorowych pociągów. Mają je obsługiwać włoskie linie kolejowe. W maju w niemieckiej Dolnej Saksonii dwa wodorowe pociągi od Alstom ukończyły trwające 530 dni testy, w czasie których przejeździły na liniach pasażerskich 180 tys. km. Docelowo do 2022 roku 14 takich pociągów ma zastąpić lokomotywy zasilane silnikami Diesla.

– Wierzymy w wodór. Coradia iLint, pierwszy na świecie pociąg wodorowy, już obsługuje linię pasażerską między miastami Cuxhaven, Bremerhaven, Bremervörde i Buxtehude w Niemczech. Mamy nadzieję, że pociągi wodorowe Coradia iLint wkrótce staną się rzeczywistością także we Włoszech – dodaje Michele Viale, dyrektor zarządzający Alstomu na Włochy i Szwajcarię.

Zgodnie z podpisaną na początku czerwca umową Alstom wyprodukuje nowe lub dostosuje do zasilania wodorem pociągi z napędem spalinowym  i obejmie je obsługą serwisową. Snam ma z kolei zapewnić stronę infrastrukturalną: stacje tankowania i punkty serwisowe oraz stanowiska zarządzania.

– Snam inwestuje i wprowadza innowacje, które dostosują sieć do technologii wodorowej, aby przyczynić się do rozwoju nowych technologii i budowy włoskiego łańcucha dostaw. Nasz kraj może dołączyć do światowych liderów tego sektora, czerpiąc ogromne korzyści środowiskowe i gospodarcze – przekonuje Marco Alverà.

Tymczasem transport wodorowy może być przyszłością nie tylko dla kolei. Do 12 czerwca, w ramach testów, do floty wiedeńskiego przewoźnika Wiener Linien, będącego jednym z europejskich gigantów transportu zbiorowego, zostały włączone wodorowe Solarisy Urbino 12. Pierwsze testy modelu od polskiego producenta były jednak prowadzone już rok temu. Po nich do firmy wpłynęły zamówienia na 57 autobusów od klientów z Holandii, Niemiec i Włoch.

Według analityków Global Market Insights rynek wytwarzania wodoru osiągnie do 2026 roku wartość blisko 160 mld dol., przy średniorocznym wzroście na poziomie 6 proc.

Kurs akcji Tesli szybuje w górę niczym rakieta Elona Muska

Elon Musk jest najskuteczniejszym na świecie sprzedawcą marzeń. Po sukcesie z wystrzeleniem rakiety Falcon 9 rośnie kurs akcji należącej do niego Tesli. Inwestorzy ignorują fatalny stan branży motoryzacyjnej.

– Przedsięwzięcia Elona Muska nie muszą przynosić zysku, aby rosła ich wartość, co najlepiej widać po kursie akcji Tesli – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Jeszcze rok temu kurs akcji Tesli wynosił 117 USD. W czerwcu 2020 r., po udanym wystrzeleniu w kosmos rakiety Falcon 9 produkcji koncernu SpaceX, również należącego do Elona Muska, przekroczył on już jednak 1 000 USD, a w ostatnich dniach oscyluje wokół tej psychologicznej bariery.

Po poprzednim szczycie, przypadającym na okres styczeń-luty, Tesla bardzo straciła, bo inwestorzy spanikowali, gdy rozpoczęła się pandemia. To wówczas kurs akcji spadł poniżej poziomu 400 USD. Jednak od tego czasu mamy do czynienia z szybkim rajdem Tesli.

Przemysł motoryzacyjny jest w tarapatach, a jednak Tesla traktowana jest inaczej. Inwestorzy skupiają się wyłącznie na pozytywnych informacjach o spółce. Takich jak ta, że pomiędzy kwietniem i majem sprzedaż samochodów Tesli w Chinach odbiła i wzrosła trzykrotnie. Nie martwi ich natomiast, że Tesla ma w Państwie Środka nowego konkurenta, firmę NIO, który wprawdzie ponosi straty finansowe, ale jego kurs akcji rośnie szybko.

– Kształt wykresów Nasdaq i Tesli wygląda ostatnio bardzo podobnie – wyjaśnia ekspert CMC Markets. – Inwestorzy oceniają, że gdyby Tesla musiała przeprowadzić kolejną emisję akcji, aby pozyskać kapitał, to po sukcesie SpaceX byłoby to dla Elona Muska łatwiejsze do przeprowadzenia.

Dwie twarze inflacji

Według danych GUS łączna inflacja spada, jednak w odczuciu gospodarstw domowych pozostanie ona nadal wysoka. Wpływ na to ma drożejąca żywność, której ceny mogą jeszcze bardziej wzrosnąć przez grożącą Polsce suszę.

GUS potwierdził szacunek łącznej inflacji w maju. Pozornie informacje podane przez urząd powinny cieszyć. Wzrost cen spowolnił bowiem do 2,9 proc. r/r wobec wzrostu 3,4 proc. r/r przed miesiącem, czy 4,7 proc. w lutym.

Jednak z punktu widzenia konsumentów ten spadek jest w zasadzie niezauważalny. Obecny kryzys to bowiem kombinacja negatywnego szoku podażowego i negatywnego szoku popytowego.

Słaby popyt będzie ciągnął ceny w dół. Jest to już widoczne w cenach odzieży i obuwia, środków transportu, paliw, wyposażenia mieszkania i urządzeń gospodarstwa domowego. Niestety rosną ceny żywności (wzrost o 6,2 proc. r/r). W przypadku, żywności popyt nie jest elastyczny i o trendach cenowych decydują czynniki podażowe, pogodowe i trendy na rynkach rolnych. A tutaj jest jeszcze przed nami ryzyko suszy.

Ograniczenia podażowe silnie wpłynęły również na usługi dla ludności. Mimo, że już otwarto zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, to nadal w tej branży istnieją ograniczenia. W rezultacie ceny tych usług były w maju wyższe aż o 11,4 proc. niż przed rokiem.

Na uwagę zasługuje wzrost cen w grupie „hotele i restauracje” o 6 proc.  r/r w maju. Ceny w branży turystycznej i hotelarskiej będą wypadkową czynników podażowych i popytowych. Już ostatni długi weekend związany ze świętem Bożego Ciała pokazał, że w wielu polskich ośrodkach turystycznych presja na wzrost cen będzie wysoka.

Sumując te wszystkie czynniki konsumenci w trakcie codziennych zakupów towarów i usług pierwszej potrzeby będą odczuwać wzrost cen. Będą też spodziewać się dalszego ich wzrostu. Warto przy tym zauważyć, że w Polsce wzrost cen jest nadal dużo wyższy niż w całej UE czy strefie Euro, w której majowa inflacja jest bliska zeru.

Pracodawcy RP

Na rynek wrócił niepokój

Inwestorzy przestali patrzeć na sytuację przez różowe okulary. Wzrost liczby zakażeń w wybranych stanach w USA oraz mieszane informacje z innych państw sprawiły, że nad rynkami ponownie zgromadziły się czarne chmury.

Miniony tydzień przypominał lustrzane odbicie poprzedniego. Akcje doświadczyły wyprzedaży, zyskiwały natomiast obligacje i inne aktywa uznawane za bezpieczne. Co ciekawe, bardziej ryzykowne obligacje krajów peryferyjnych strefy euro zakończyły tydzień na niemal niezmienionym poziomie pomimo wzrostu awersji do ryzyka rynku. Zdaje się to sugerować, że obecna polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego działa. Euro w zeszłym tygodniu również nie doświadczyło silniejszej wyprzedaży i radziło sobie dość dobrze w relacji do innych głównych walut.

W najbliższych dniach warto zwrócić uwagę na negocjacje ws. Brexitu i sygnały płynące ze strony Rady Europejskiej dotyczące wieloletniego budżetu UE oraz funduszu odbudowy po pandemii COVID-19. Oprócz tego, uwaga rynku skupi się na spotkaniu Banku Szwajcarii i Banku Anglii. Od tego ostatniego zarówno my, jak i rynek oczekujemy rozszerzenia skupu aktywów. Oprócz powyższych kwestii, będziemy też uważnie obserwować informacje z frontu walki z koronawirusem, szczególnie w USA, gdzie wybrane stany, m.in. Kalifornia, Teksas i Floryda w ostatnich dniach notowały wzrost liczby nowych zakażeń.

PLN

W minionym tygodniu polski złoty doświadczył niewielkiego osłabienia. Z jednej strony można je powiązać z ogólnym pogorszeniem sentymentu względem aktywów ryzykownych. Z drugiej natomiast wygląda to na dalsze odreagowanie po wcześniejszych wzrostach. W czwartek, kiedy przez rynki akcji przetoczyła się fala spadków, a który w Polsce był też dniem wolnym, kurs EUR/PLN dobił do najwyższego w tym miesiącu poziomu. Ostatecznie jednak złoty odrabił czwartkowe straty przed końcem tygodnia.

Wśród informacji krajowych w tym tygodniu na pierwszy plan, obok danych o inflacji i produkcji przemysłowej wysunie się wtorkowe spotkanie decyzyjne RPP. Nie oczekujemy po nim żadnych zmian parametrów polityki monetarnej. Liczymy natomiast na lepszą komunikację ze strony Rady niż ta z ostatnich miesięcy.

EUR
W minionym tygodniu kurs EUR/USD reagował na zmiany rynkowego sentymentu, początkowo rosnąc do najwyższego poziomu od trzech miesięcy, aby w drugiej połowie tygodnia spaść do okolic poziomu 1,12 w związku z pogorszeniem sentymentu m.in. na fali obaw o możliwą drugą falę zakażeń koronawirusem.

Podobnie jak poprzedni, tak i ten tydzień nie przyniesie nam wielu istotnych odczytów makro ze strefy euro – w środę opublikowana zostanie jedynie rewizja odczytu inflacji w maju. W kontekście zachowania euro warto natomiast zwrócić uwagę na negocjacje brexitowe oraz piątkową wideokonferencję członków Rady Europejskiej, w trakcie której podjęta zostanie kwestia wieloletniego budżetu UE oraz funduszu odbudowy w odpowiedzi na kryzys powstały w wyniku pandemii COVID-19.

USD

Sygnały płynące z Rezerwy Federalnej po czerwcowym spotkaniu można jednoznacznie określić mianem “gołębich”. Decydenci skupili się na zapewnieniu rynków, że stopy procentowe pozostaną na niezmienionym poziomie przez lata, a ekstremalnie ekspansywna polityka pieniężna będzie kontynuowana. Wydźwięk spotkania w połączeniu z niepokojącymi oznakami wzrostu tempa zakażeń w części amerykańskich stanów sprawiły, że dolar radził sobie wyraźnie gorzej niż inne waluty safe haven.

Oczekiwane w tym tygodniu dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej w USA w maju pomogą oszacować skalę odbicia amerykańskiej gospodarki. Tradycyjnie najbardziej bieżącymi z istotnych danych, na które warto zwrócić uwagę, będą te o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych, które poznamy w czwartek.

GBP

Kwietniowe dane o PKB pokazały naprawdę ponury obraz stanu gospodarki w najgorszym momencie lockowndu. Brytyjska gospodarka skurczyła się o 20,4% w ujęciu miesięcznym, notując przy okazji ogromne spadki produkcji przemysłowej i budownictwa. Rynki jednak zdały się traktować te dane jako przestarzałe, które kontrastują z bardziej bieżącymi odczytami dającymi nadzieję na poprawę sytuacji gospodarczej, a funt brytyjski, pomimo negatywnego sentymentu do aktywów ryzykownych, doświadczył mimo wszystko dość umiarkowanych strat.

Najbliższe dni przyniosą sporo informacji istotnych w kontekście zachowania funta brytyjskiego. Uwagę skupią na sobie spotkanie pomiędzy Borisem Johnsonem a oficjelami z drugiej strony brexitowych negocjacji oraz czwartkowa decyzja Banku Anglii ws. polityki pieniężnej. Sądzimy, że bardzo prawdopodobne jest, że BoE rozszerzy program skupu aktywów o 100 mld funtów. Biorąc pod uwagę, że podobnego scenariusza oczekują uczestnicy rynku, uważamy, że kluczowa dla funta brytyjskiego będzie retoryka decydentów, zwłaszcza w kontekście możliwości obniżenia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii poniżej zera.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu był jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut, umacniając się w relacji do każdej waluty G10 poza jenem japońskim. Umocnienie franka szwajcarskiego nadeszło w kontekście pogorszenia globalnego sentymentu względem ryzyka, które skłoniło inwestorów do ucieczki w bezpieczne aktywa.

W zeszłym tygodniu poznaliśmy dane ze szwajcarskiego rynku pracy. Pomimo tego, że stopa bezrobocia w maju wzrosła tam do 3,4%, należy je interpretować pozytywnie – wzrost był bowiem nieznaczny i mniejszy od oczekiwanego. Dane te nie miały jednak istotnego wpływu na rynek walutowy.

Kluczowym wydarzeniem w Szwajcarii w tym tygodniu będzie spotkanie SNB. Jest bardzo mało prawdopodobne, że tamtejszy bank centralny obetnie stopy procentowe, jednak warto będzie zwrócić na ocenę SNB w kontekście perspektyw gospodarczych kraju i prognozę inflacji banku centralnego. Istotna będzie również retoryka dotycząca siły waluty i działań SNB w tym kontekście. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, warto zauważyć, że wartość depozytów na żądanie spadała w ostatnich dwóch tygodniach, co sugeruje, że potrzeba przeprowadzania znaczących interwencji na rynku walutowym istotnie zmalała od szczytu paniki rynkowej, jaką obserwowaliśmy w okresie marzec-maj.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Adobe z najwyższą ceną docelową na Wall Street mimo obaw o drugą falę COVID-19

Obawy przed drugą falą infekcji COVID-19 wywołały w poniedziałek spadki na światowych rynkach akcji. Kilka dzielnic w stolicy Chin, Pekinie, zamknęło szkoły i zleciło przeprowadzenie badań po nieoczekiwanym wzroście liczby infekcji. Te najnowsze dane wraz z rosnącymi infekcjami i hospitalizacjami w kilku stanach USA, skłoniły inwestorów do ponownej oceny szans na szybkie odbicie w gospodarce. Trzeba jednak pamiętać, że obecne cofnięcie na giełdzie ma miejsce po ogromnym rajdzie indeksów włącznie z nowymi historycznymi szczytami indeksu Nasdaq.

Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy wskazywały na negatywne otwarcie sesji w poniedziałek. I tak też futures na S&P 500 spadł o 2 proc., na Nasdaq 100 o 1,23 proc., a na indeks Dow Jones Industrial Average o niecałe 2,5 proc. Na tę chwilę krótkoterminowy odwrót na rynkach ma miejsce, po silnej zwyżce od końca marca, napędzanej przez banki centralne oraz bodźce fiskalne i optymizm co do gospodarek krajów stopniowo znoszących restrykcje wywołane epidemią.

Rynek prawdopodobnie wyceniał odbicie w gospodarce w kształcie litery V. Jednak jeśli rzeczywiście pojawiła się obecnie druga fala, najlepszy scenariusz dla gospodarki może mieć kształt litery U. To z kolei może wciąż promować firmy internetowe, spółki typu „stay at home trade” czy świadczące rozwiązania dla firm w chmurze i pracy zdalnej.

Trzeba pamiętać, że w czasie pandemii i jej nawrotów i nawet możliwej drugiej fali zachorowań nie brakuje okazji inwestycyjnych czy lepszego spojrzenia na poszczególne spółki. Jedną z takich spółek jest ponownie Adobe, która była w ubiegłym tygodniu notowana na rekordowo wysokich poziomach. Firma Argus Research Corp podniosła poziom ceny docelowej dla spółki z 368 do 474 USD, pozostawiając rekomendację kupuj. Nowy poziom docelowy może oznaczać wzrost o około 17 proc. od ostatniego zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla popularnego producenta m.in. oprogramowania do obróbki grafiki i filmów wynosi 421,26 USD. Rekomendacja Argus Research ma najwyższą cenę na Wall Street, a spółka łącznie posiada 20 rekomendacji kupna, 9 trzymaj i 1 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Koronawirus jako katalizator zmian na rynku pracy

Większość z nas miała styczność z home officem przed pandemią, ale dotąd tylko 1/3 często wykonywała tak obowiązki służbowe. W efekcie niemal połowa osób, które wskutek lockdownu przeszły na pracę zdalną, nie potrafi oddzielić życia prywatnego od zawodowego, a 36 proc. ma wrażenie, że jest w pracy cały dzień. Z drugiej strony w nowym porządku wydajność większości zatrudnionych nie zmalała lub nawet wzrosła.

Pandemia COVID-19 sparaliżowała wiele dziedzin i aspektów życia. Wymusiła zamknięcie wielu instytucji i przedsiębiorstw, a inne firmy skłoniła do zmiany modelu funkcjonowania.

Praca zdalna w Polsce przed i w trakcie pandemii COVID-19

Tam, gdzie było to możliwe, czyli głównie w szeroko rozumianej branży biurowej i usługowej, wdrożono pracę w trybie zdalnym. Z danych GUS wynika, że w I kwartale pracowało tak 6,4 proc. zatrudnionych, czyli o 1/3 więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Jednak w ostatnich dwóch tygodniach marca wskaźnik ten wzrósł do 14,2 proc. Niemal 3/4 osób, które przeszły na home office, zrobiły to z powodu ograniczeń wywołanych koronawirusem.

Przed lockdownem to panie częściej wykonywały swoje obowiązki zdalnie. Zresztą tak samo było w całej UE, co potwierdzają dane Eurostatu z 2018 r. (5,5 vs 5 proc. na korzyść kobiet). Pandemia niczego tu nie zmieniła.

Na początku roku pracowało tak 6,9 proc. z nich. Dla porównania wśród panów grupa pracujących w ten sposób obejmowała 6 proc. zatrudnionych. Przed rokiem było to odpowiednio 5,4 oraz 4,4 proc. W drugiej połowie marca pracę z domu wykonywało już 16,5 proc. zatrudnionych kobiet oraz 12,3 proc. pracujących mężczyzn.

Ciekawe zmiany na rynku pracy zaszły, gdy spojrzymy na telepracowników przez pryzmat miejsca ich zamieszkania. O ile przed pandemią częściej w trybie home office zadania wykonywali mieszkańcy wsi (6,8 vs 6,1 proc. w I kwartale br. oraz 5,9 vs 4,1 proc. rok temu), tak w połowie marca szala zdecydowanie przechyliła się na stronę osób na stałe przebywających w miastach (16,9 vs 10,2 proc.).

Z ubiegłorocznego badania portalu rekrutacyjnego Homejob przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie wynika, że najczęściej zdalnie lub w modelu mieszanym mogły pracować osoby młode. W grupie 18-24 lata ten odsetek wynosił 52 proc., a 25-34 lata – 44 proc. Średnio taką możliwość miało 36 proc. ankietowanych, a korzystało z niej 3/4 respondentów.

Czego potrzebujemy, żeby pracować w trybie zdalnym? Zdecydowanej większości z nas wystarczy laptop z dostępem do internetu. Za to nie każdy potrzebuje biurka, na które wskazała niecała połowa badanych przez firmę konsultingową CBRE. Wyżej na liście niezbędników znajduje się komunikator online.

Oczywiście infrastruktura biurowa jest bardziej wydajna i bogatsza niż ta domowa. Nie dziwi więc fakt, że dla największej grupy telepracowników (40 proc.) główną trudność stanowi zbyt wolne łącze internetowe.

Elastyczne godziny pracy zwiększają wydajność?

Generalnie Polacy są zaznajomieni z pracą zdalną. Z badania CBRE „Working from home survey 2020” wynika, że w ten sposób swoich obowiązków nie wykonywało dotychczas 16 proc. ankietowanych.

To drugi po Słowacji (15 proc.) najniższy wynik spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dla porównania najbardziej zaskoczeni są nią Węgrzy, spośród których 2/3 nie miało do czynienia z home office.

Jednak z drugiej strony połowa Polaków robiła to okazjonalnie, a jedynie mniejszość – często lub cały czas (łącznie 34 proc.). Stąd biorą się trudności w organizacji czasu pracy sporej grupy osób, które przeszły na telepracę.

Ze wspomnianego raportu CBRE wynika, że 34 proc. osób ma wrażenie, iż pracuje zdalnie przez cały dzień, ponieważ nie ma narzuconych ram czasowych. 30 proc. wykonuje obowiązki służbowe w takich samych godzinach jak wcześniej w biurze.

36 proc. pracuje online w godzinach innych niż do tej pory. Jednak w tym przypadku to przesunięcie jest dobrowolnym wyborem pracowników i efektem elastyczności ich pracodawców.

Zdaniem autorów badania to wskazówka dla menedżerów i dyrektorów personalnych, jak poprawić wydajność zespołów i jednocześnie zwiększyć komfort podwładnych. W miarę możliwości należy umożliwiać im dopasowanie godzin pracy do swoich potrzeb, gdyż szczyt wydajności każdego z nas przypada na inną porę. I nie musi to wynikać z naszych cech psychologicznych, tylko np. obowiązków rodzinnych (opieka nad dzieckiem).

Nagła zmiana zaburza balans między pracą i życiem prywatnym

Telepraca ma niepodważalną zaletę w postaci oszczędności czasu na dojazdy, ale nie jest wolna od słabości. Do największych należy niemożność oddzielenia życia prywatnego od zawodowego. Może to wynikać z wielu czynników, np. z braku wydzielonego miejsca do pracy w domu czy konieczności ciągłej dostępności dla przełożonych.

Przyczyna może tkwić również w nagłym przejściu na taki model wykonywania obowiązków służbowych. Nie byliśmy do tej zmiany przygotowani, więc jeszcze nie do końca potrafimy zachować balans między sferą prywatną i zawodową naszego życia.

W opinii 46 proc. ankietowanych szala przechyla się w stronę obowiązków służbowych. To efekt tempa i warunków, w jakich przyszło nam zmierzyć się z pracą na odległość – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE.

W tym kontekście jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących rodziców. Zdaniem 55 proc. z nich są oni teraz bardziej zmęczeni po dniu pracy, niż gdy wykonywali swoje obowiązki w biurze. Do tego 42 proc. z nich tęskni za wyraźnym oddzieleniem sfery zawodowej i prywatnej.

Cytowane badanie potwierdza też społeczny aspekt chodzenia do pracy w biurze. Gdy przebywamy w domu, nie mamy z kim porozmawiać, wymienić się pomysłami czy wejść w interakcję w postaci np. wymiany spojrzeń. To przecież podczas rozmów przy kawie czy posiłku w firmowej kuchni rodzi się wiele pomysłów na nowy produkt, kampanię, innowację czy inną inicjatywę, która finalnie przynosi pracodawcy szeroko pojęte korzyści.

Home office nie obniża efektywności pracowników

Jednak sytuacja zdaje się poprawiać. Taką hipotezę uprawdopodobniają wyniki dwóch badań firm rekrutacyjnych Grafton Recruitment oraz GI Group z końca marca i połowy kwietnia.

W tym pierwszym 44 proc. osób zadeklarowało, że ich wydajność po przejściu na pracę zdalną się nie zmieniła. W przypadku 17 proc. wzrosła. Na nieznaczny lub znaczący spadek produktywności wskazało łącznie 28 proc. badanych.

W kwietniu utrzymanie lub wzrost efektywności zadeklarowało łącznie 66 proc. ankietowanych (+5 pkt). Jej zmniejszenie zaobserwowało 24 proc. badanych (-4 pkt).

Nie dziwi więc fakt, że wiele firm z różnych branż i różnej wielkości rozważa pozostanie przy tym modelu funkcjonowania na stałe. Formalnie zakomunikował to m.in. Idea Bank, w którym obecnie 90 proc. osób zatrudnionych w centrali i jednostkach zdalnej sprzedaży wykonuje swoje obowiązki służbowe, będąc w domu. Docelowo ma to być 40 proc.

Zdaliśmy egzamin z pracy zdalnej. Odnotowaliśmy wzrost efektywności w niektórych obszarach, co może wynikać z bardziej zadaniowego charakteru funkcjonowania w tym trybie – informuje biuro prasowe organizacji zarządzanej przez Jerzego Pruskiego.

Również inne banki i instytucje finansowe planują w większym niż dotychczas zakresie wykorzystywać pracę zdalną. Mastercard podał, że po zniesieniu zagrożenia epidemicznego przy tym modelu może pozostać nawet 20 tys. jego pracowników na całym świecie. Podobną zmianę zapowiedział prezes Barclays Jess Staley, w którego siedzibie głównej pracuje 7 tys. osób.

Oszczędności małe i duże – nie zawsze możliwe

Zmiana sposobu organizacji pracy to niejedyny skutek wdrożenia przez firmę modelu home office. Drugim są uzyskiwane dzięki temu oszczędności, np. na przyborach biurowych, cateringu, wyjazdach.

Z wyliczeń Macieja Bednarka z bloga Subiektywnie o Finansach wynika, że w zależności od wielkości przedsiębiorstwa mierzonego liczbą zatrudnionych wahają się one od 11 tys. zł (podmiot z 10 pracownikami) do 130 tys. zł miesięcznie (250 osób). Wyliczenia nie obejmowały kosztów najmu powierzchni biurowej.

Wspomniany Idea Bank szacuje oszczędności z tytułu wdrożenia telepracy wstępnie na 1 mln zł. Być może będą one jeszcze większe.

Należy jednak zaznaczyć, że redukcja kosztów najmu powierzchni biurowej wcale nie jest pewna. Dlaczego? Nie wszystkie zespoły i nie w każdym przedsiębiorstwie mogą pracować zdalnie. Zatem zamknięcie siedziby nie w każdym przypadku wchodzi w rachubę.

Również zamiana biura na mniejsze nie jest oczywista. Obostrzenia dotyczące utrzymania większego dystansu między stanowiskami mogą zostać utrzymane. Wówczas w tym samym pomieszczeniu będzie pracować mniej osób, a reszta pozostanie na telepracy lub w systemie mieszanym.

Niewykluczone, że z tego powodu część podmiotów będzie musiała przenieść się do większych biur. Konieczne będą też inwestycje w przesłony.

Praca w biurze po nowemu

Niektórzy twierdzą, że nowe rozwiązanie w organizacji przestrzeni biurowej pójdą jeszcze dalej. Na Zachodzie pojawiają się głosy o końcu ery pomieszczeń typu open space.

Większe i bogatsze przedsiębiorstwa mogą postawić na pracę w modelu rozproszonym. Zamiast w jednej i zatłoczonej centrali pracownicy zostaną przydzieleni do wielu mniejszych biur, które będą zlokalizowane bliżej ich miejsca zamieszkania. Ma to również zmniejszyć ryzyko zarażenia się w transporcie publicznym.

Małe grupy osób pracujących wspólnie to z jednej strony zaspokojenie potrzeby kontaktów społecznych, co pozwoli pracownikom zachować zdrowie psychiczne, z drugiej eliminowanie ryzyka, że jedna osoba zaraża się wirusem, a wszyscy inni muszą się izolować – mówi architekt Amanda Stanaway ze studia projektowego Woods Bagot w Sydney.

W wielu firmach standardem może stać się system rotacyjny albo praca zmianowa. Już po wprowadzeniu przez polski rząd ścisłych restrykcji i zaleceń dotyczących koronawirusa wiele organizacji wprowadziło model polegający na tym, że w jednym tygodniu do biura przychodzi zespół A, a w drugim – zespół B. W pozostałym okresie ich członkowie pozostają na pracy zdalnej, uczestnicząc m.in. w szkoleniach online. Do dziś funkcjonuje tak wiele oddziałów PKO Banku Polskiego.

Bezdotykowe biura

Zmienić mają się również materiały używane do wystroju wnętrz. Na popularności zyskają trwalsze elementy, które wytrzymują czyszczenie substancjami żrącymi.

Będziemy odchodzić od porowatych powierzchni, takich jak naturalne olejowane drewno, na rzecz kamienia lub laminatów – uważa Brent Capron z nowojorskiej pracowni Perkins i Will.

Jego zdaniem na podłogach zaczną pojawiać się barwione dywany z podkładami izolującymi wilgoć. Dzięki temu będą one wytrzymywać intensywne czyszczenie profesjonalnymi szamponami, na co najemcy mają zwracać jeszcze większą uwagę niż dotąd. Wzrośnie też zainteresowanie systemami filtrów powietrza wykorzystujących światło ultrafioletowe.

Pojawiają się także bardziej futurystyczne koncepcje funkcjonowania biur po pandemii. Bazują one na internecie rzeczy. Sprowadza się to do tego, że wszystkie dyspozycje dotyczące obsługi urządzeń (winda, oświetlenie, ekspres do kawy, klimatyzacja, toaleta, ekrany, nagłośnienie) będziemy wydawać słownie lub na smartfonie.

By zminimalizować ryzyko zachorowań, niektóre firmy mogą zacząć bardziej opresyjnie monitorować chorych pracowników. W tym celu będą instalować pod blatami biurek czujniki temperatury ciała. Jednak ze względu na ingerowanie w prywatność takie rozwiązanie wzbudza kontrowersje natury prawnej i etycznej, więc nie musi być wdrażane jawnie. Inna opcja to skaner ciała przy wejściu.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Terminy materialne i procesowe w postępowaniu administracyjnym w okresie stanu epidemii COVID-19

Na podstawie ustawy z 31 marca 2020 r a więc dobrze znanej Tarczy Antykryzysowej 1.0 w okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii we wszelkich postępowaniach administracyjnych (przed organami administracji rządowej i samorządowej) jak i postępowaniach sądowo-administracyjnych zawieszono bieg już rozpoczętych terminów procesowych (wynikających z ustawy) i sądowych (zarządzonych przez organ procesowy).

Z kolei rozpoczęcie biegu nowych terminów w tych postępowaniach, mających się rozpocząć po wejściu w życie ustawy, został z określonymi wyjątkami wstrzymany na czas nieokreślony.

Przez terminy w postępowaniu administracyjnym należy rozumieć nie tylko terminy procesowe, ale także terminy prawa materialnego.

Problematyczną niestety kwestią, nie rozstrzygniętą wprost przez ustawodawcę jest to, czy zawieszenie oraz wstrzymanie terminów należy liczyć od daty 14 marca 2020 roku, kiedy to ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, czy dopiero od dnia 31 marca 2020 roku, stanowiącego datę wejścia w życie ustawy Tarcza 1.0.

Zgodnie z przyjętą interpretacją, uznano, że wspomniane wyżej zawieszenie oraz wstrzymanie biegu obejmuje także terminy na załatwienie sprawy administracyjnej.

Niezależnie od tego Ustawodawca – osobnym przepisem – zawiesił bieg terminów do wniesienia środków odwoławczych do organu administracji lub sądu administracyjnego. Odrębny przepis zawiesił bieg terminów na tzw. milczące załatwienie sprawy przez organ jak również na zajęcie przez organ administracji stanowiska lub wydanie rozstrzygnięcia.

Pierwsza Tarcza Antykryzysowa zawierała zastrzeżenie mające na celu zabezpieczające interesów prawnych uczestników postępowań, przed podważaniem czynności dokonywanych w trybie pilnym, wskazując, że czynności dokonane przez którąkolwiek ze stron postępowania w okresie zawieszenia (wstrzymania) są ważne i skutecznie.

Z punktu widzenia obywatela zarówno w sprawach administracyjnych jak i sądowo-administracyjnych uległy „wstrzymaniu” albo nie zaczęły biec terminy do wykonania czynności, składania pism procesowych, wnoszenia środków odwoławczych takich jak zażalenia, odwołania, skargi etc. wyznaczone prawem (przepisem kodeksu postępowania administracyjnego lub przepisem szczególnym), wstrzymaniu uległy także terminy dla organów administracyjnych do prowadzenia określonych czynności procesowych, (w tym dowodowych), wydania decyzji i postanowień, prowadzenia rozpraw sądowo-administracyjnych

Z drugiej strony zawieszenie terminów nie oznacza  zawieszenia samych postępowań administracyjnych (i sądowych). Tym samym wszelkie postępowania rozpoczęte przed wejściem w życie ustawy Tarcza 1.0 toczą się w dalszym ciągu i mogą być wszczynane kolejne, są  wydawane decyzje i orzeczenia – z wyłączeniem jednak stosowania terminów ciążących na podmiotach je prowadzących.

Ustawodawca przewidział zwłaszcza specjalny tryb dla wydawania decyzji „z urzędu” które uwzględniają całość żądania strony, jak też prawo do uzyskiwania przez strony postępowania stanowiska organu administracji i interpretacji indywidualnych (przy czym nie dotyczy to interpretacji podatkowych albowiem w tym zakresie tarcza wydłużyła  termin na ich wydanie do 6 miesięcy)

Kolejna tarcza antykryzysowa czyli 2.0 zawarta w ustawie z dnia 16 kwietnia 2020 r. wprowadziła szereg modyfikacji do kwestii biegu terminów postępowania administracyjnego, które to zmiany, ostatecznie po kilku tygodniach, okazały się wyłącznie przejściowe albowiem tarcza 3.0 z dnia 16 maja 2020 r. uchyliła przepisy o zawieszeniu i wstrzymaniu biegu terminów administracyjnych i sądowo-administracyjnych.

Inne ważne modyfikacje zawarte w tarczy 2.0 pozwoliły organom administracji odstąpić w okresie stanu zagrożenia epidemicznego (stanu epidemii) od realizacji prawa stron do czynnego udziału w postępowaniu, gdy wszystkie strony zrzekły się swego prawa, jak również może udostępnić stronie akta sprawy w formie elektronicznej (o ile je posiada w takiej formie). Powyższe rozwiązanie ma charakter ściśle praktyczny albowiem umożliwia w razie potrzeby organowi i stronom szybkie zakończenie sprawy, która w innym wypadku w ogóle nie mogłaby się zakończyć np. z powodu wstrzymania biegu terminu zapoznania się z dokumentacją przez uczestników.

Wspomniana wyżej tarcza 3.0 uchwalona ustawą z dnia 14 maja 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2; Dz. U z 15 maja 2020 r. poz.875). przewiduje – jako najważniejszy element w zakresie postępowań administracyjnych i sądowo-administracyjnych – uruchomienie biegu terminów w tych postępowaniach po upływie 7 dni od daty jej wejścia w życie. Datą wejścia w życie jest dzień 16 maja 2020 roku.

Tak więc – od 24 maja 2020 r. rozpoczęły swój bieg i zaczęły biec dalej wszelkie terminy w postępowaniach administracyjnych oraz sądowo-administracyjnych zawieszone tarczą 1.0. przykładowo są to: terminy na wniesienie odwołania od decyzji, wniesienia zażalenia od postanowienia wydanego w postępowaniu administracyjnym, usunięcia braków formalnych podania, złożenia wniosku o wznowienie postępowania, wniesienia skargi do wojewódzkiego sądu administracyjnego.

Trzecia Tarcza umożliwiła prowadzenie rozpraw przez sądy administracyjne, za taką oto  modyfikacją, że w okresie obowiązywania stanu epidemii (zagrożenia epidemicznego) oraz przez następny rok od odwołania obu tych stanów rozprawy będą zasadniczo prowadzone w formie transmisji video (zwykłej rozprawy będą prowadzone jedynie warunkowo) zaś wiele spraw może być rozstrzyganych w ramach posiedzeń niejawnych.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Blaski i cienie Tarczy 4.0

Najnowsza Tarcza antykryzysowa 4.0 pokazuje, że rząd z każdą nową edycją tarczy popełnia coraz mniej błędów. W Tarczy 4.0 wciąż jednak brakuje wielu koniecznych rozwiązań jak np. pomocy finansowej dla samorządów. Z kolei umieszczone w nazwie ustawy dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych będą mieć jedynie… symboliczne znaczenie.

Tarcza 4.0 nosi nazwę „Ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19”. Banki komercyjne będą bowiem udzielać kredytów przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19, a Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) dopłacać do odsetek. Dopłaty będą wypłacane za okres nie dłuższy niż 12 miesięcy od zawarcia umowy kredytu z dopłatą. W ciągu dwóch lat wyniosą one łącznie do 600 mln zł. Zdaniem Pracodawców RP to niewielka kwota, której wpływ na gospodarkę będzie minimalny. Maksymalna pomoc dla przedsiębiorcy z tego instrumentu, czyli dopłata, którą może uzyskać, nie może przekroczyć wyrażonej w złotych równowartości 800 tysięcy euro brutto.

Poprzez przyjętą ustawę Ministerstwo Rozwoju wprost przyznaje, że porozumienie Prezydenta Andrzeja Dudy z sektorem bankowym na temat wakacji kredytowych okazało się nieskuteczne. W ustawie proponuje się bowiem rozwiązania, które mają pozwolić przedsiębiorcom na realne wakacje kredytowe oraz wspiera się w ich w spłacie kredytów. Stracono zatem czas, bo te przepisy powinny znaleźć się we wcześniejszych „tarczach”.

Podobnie rzecz ma się z karami umownymi w zamówieniach publicznych – przepisy z poprzednich „tarcz” okazały się niewystarczające (dotyczyły odstąpienia od nakładania kar umownych przez zamawiających). Teraz proponuje się więc ograniczenie potrącania kar umownych z wynagrodzenia wykonawcy. To zmiany korzystne, lecz powinny być wprowadzone wcześniej.

Ustawa nie przewiduje jednak żadnej realnej pomocy dla samorządów. Jedynym śladem tego problemu jest zobowiązanie administracji centralnej do szybszej wypłaty subwencji. “Trudno uznać takie przyspieszenie za istotne działanie poprawiające kondycję finansową samorządów. Subwencja nie została bowiem zwiększona, tymczasem samorządy odnotowały znaczące spadki wpływów także w wyniku działań niezwiązanych z epidemią koronawirusa. Obniżenie stawki PIT do 17 proc. i zwolnienie z opodatkowania osób do 26. roku życia – czyli działania zaproponowane, a zrealizowane na potrzeby wyborcze, już wyraźnie wpłynęły na budżety samorządów” – mówi Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP.

W Tarczy 4.0 znalazły się korzystne dla gospodarki rozwiązania, o które pracodawcy od dawna apelowali. To zmiany prawa pracy. „Ograniczają one koszty po stronie firm, przez co mogą przyczynić się do ochrony miejsc pracy. Niemniej jednak niektóre regulacje są niejasne lub zbyt skomplikowane. To może utrudnić pracodawcom skorzystanie z tych instrumentów pomocowych. Intencja ustawodawcy i kierunek działania są jednak dobre” – ocenia Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspert ds. regulacji Pracodawców RP.

Uregulowano wreszcie m.in. warunki wykonywania pracy zdalnej. Może ona być zlecona jeśli pracownik ma umiejętności i możliwości techniczne oraz lokalowe do jej wykonywania i pozwala na to rodzaj pracy. W szczególności praca zdalna może być wykonywana przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość lub dotyczyć wykonywania części wytwórczych lub usług materialnych. Potwierdzono możliwość korzystania przez pracownika z własnego sprzętu pod warunkiem zapewnienia ochrony danych.

Zdaniem Pracodawców RP niejasne pozostają jednak sformułowania „możliwości techniczne i lokalowe” po stronie pracownika czy „środki pracy” i „obsługa logistyczna”, które ma zapewnić pracodawca. Nadal nie rozstrzygnięto kwestii ekwiwalentu oraz odpowiedzialności w zakresie BHP, co może rodzić problemy w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników. Potrzebne jest też wyraźne doprecyzowanie, czy przepisy o pracy zdalnej będą czasowe czy też wejdą na stałe do porządku prawnego. „Naszym zdaniem praca zdalna powinna zostać dodana do Kodeksu pracy jako forma organizacji pracy. To przyszłość rozwoju rynku pracy co było widoczne już na długo przed pandemią, która tylko przyspieszyła tempo zmian” – mówi Katarzyna Siemienkiewicz, ekspert ds. prawa pracy Pracodawców RP. „Istotne będzie również ustalenie relacji tej regulacji w odniesieniu do aktualnych przepisów dotyczących telepracy, obowiązujących już w Kodeksie” – dodaje.

W ustawie przewidziano możliwość udzielenia pracownikowi zaległego urlopu wypoczynkowego w wymiarze do 30 dni, w terminie wskazanym przez pracodawcę i bez uzyskania zgody pracownika. Pracodawcy RP zwracają jednak uwagę na to, że takie rozwiązanie już de facto obowiązuje. Dlatego należy poszerzyć przepis tak, aby pracodawca mógł skierować pracownika na cały przysługujący mu zaległy urlop. Są bowiem pracownicy, którzy mają więcej niż 30 dni urlopu zaległego. Dodatkowo należy zaznaczyć, że regulacja ta ma mieć charakter czasowy.

Zdaniem Pracodawców RP poważne wątpliwości wzbudzają propozycje dotyczące kontroli inwestycji dla podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Mogą one utrudnić inwestycje w przypadku przedsiębiorców ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii czy Republiki Korei, czyli ważnych dla naszego kraju partnerów gospodarczych. Dlatego należy poszerzyć grupę państw nie podlegających kontroli przez umożliwienie inwestowania bez zgody UOKiK firmom z obszaru OECD. Konieczne jest także skrócenie czasu obowiązywania mechanizmu kontrolnego z 24 do 12 miesięcy od wejścia w życie ustawy.

W ustawie zabrakło rozwiązań podatkowych. Wciąż nie ma regulacji, które pozwoliłyby na szybsze dokonywanie zwrotów VAT. Ministerstwo Finansów wydało co prawda rekomendacje skierowane do organów podatkowych, jednakże przedsiębiorcy zwracają uwagę, iż nie dostrzegają wyraźnego przyspieszenia w rozpatrywaniu wniosków o dokonanie zwrotu.

Aukcja kolekcji dzieł sztuki mBanku. Wyjątkowa okazja na polskim rynku sztuki

Takie okazje na polskim rynku sztuki pojawiają się niezwykle rzadko. Budowana latami kolekcja dzieł sztuki mBanku pójdzie pod młotek 25 czerwca. Już od 5 czerwca wszystkie prace można oglądać na wystawie w DESA Unicum. Józef Brandt, Włodzimierz Tetmajer, Stanisław Witkiewicz, Alfred Wierusz-Kowalski i ponad dwudziestu innych artystów to kluczowi dla polskiej sztuki twórcy. Ich dzieła to obiekty klasy muzealnej, a całość składa się na niezwykłą opowieść o rodzimej twórczości artystycznej.

Kolekcje dzieł sztuki tworzone przez banki należą do jednych z najlepszych. Instytucje finansowe mogą sobie pozwolić na pozyskiwanie dzieł naprawdę wybitnych i… drogich. Swoje kolekcje sztuki posiadają między innymi USB czy Bank of America. Prawdziwym wydarzeniem są ich licytacje, jak to miało miejsce w przypadku imponujących zbiorów niemieckiego Deutsche Banku czy włoskiego Unicredit. Każda kolejna, tworzona latami, kolekcja pojawiająca się na rynku sztuki to spektakularne wydarzenie. Tym bardziej, że aukcja będzie początkiem dla powstającego właśnie funduszu mBanku „M jak malarstwo”, który ma wspierać młodych polskich artystów i artystki.

W przypadku mBanku mamy do czynienia z jedną z ciekawszych firmowych kolekcji w Polsce – prace tej rangi nie trafiają na aukcje często. W 2018 roku podczas pierwszej w historii stacjonarnej aukcji dzieł sztuki dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rekordowe 1,5 mln złotych zapłacono za pracę Józefa Brandta „Jarmark w Bałcie na Podolu” pochodzącą właśnie ze zbiorów banku. Teraz znów pod młotek pójdzie inne dzieło tego artysty – „Pospolite ruszenie u brodu”. Praca została kupiona w 1997 roku. Wtedy jej wartość wynosiła 375 tys. zł. Dziś jest szacowana na kwotę wielokrotnie wyższą – od 800 tys. zł do nawet 1,4 mln. zł. Nic dziwnego, bowiem artysta stanowił czołową postać środowiska artystycznego Monachium. Postrzegany był jako ceniony malarz, pedagog, bywalec salonów, a także celebryta. Liczne, międzynarodowe sukcesy Brandta zaowocowały tym, że po śmierci Jana Matejki został on zaproszony do objęcia stanowiska dyrektora w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Mimo, że artysta nie przyjął tej propozycji, krytyka wielokrotnie podkreślała patriotyzm i wielkość malarza. Józef Brandt stale poruszał się w tematyce zaczerpniętej z historii dawnej Rzeczpospolitej. Pracując w Monachium swoje obrazy podpisywał „Józef Brandt z Warszawy”.

Inny słynny twórca, którego obraz pójdzie pod młotek podczas aukcji kolekcji to Włodzimierz Tetmajer. Artysta związał swoje życie ze wsią, a w 1890 pojął za żonę chłopkę, Annę Mikołajczykównę i osiedlił się wraz z nią w podkrakowskich Bronowicach. Ten mezalians wstrząsnął inteligenckim środowiskiem Krakowa oraz wywołał skandal i oburzenie mieszczaństwa. Jednocześnie artysta swym wyborem wyznaczył nowy, niespotykany dotąd trend oparty na fascynacji wsią. Swoje obserwacje prowincji przekładał również na twórczość. Dowodem na to jest prezentowany na aukcji obraz „Król chłopów” o szacunkowej wartości 70 000-100 tys zł. W 1995 roku jego cena wyniosła ok. 40 tys. zł. Pod młotek pójdzie również wyjątkowe dzieło Alfreda Wierusza-Kowalskiego „Niespodziewana śnieżyca” wyceniane nawet na 800 tys. zł. Pojawi się także obraz Stanisława Witkiewicza „Jarmark w miasteczku”. Wartość prac tego artysty na rynku rośnie niezwykle szybko. Dwie dekady temu podobne dzieła kosztowały od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych, teraz górna estymacja dzieła prezentowanego na aukcji to aż 140 tys. zł.

W kolekcji znalazły się także prace wybitnych twórców współczesnych, m.in. Jana Tarasina. Prezentowana praca pochodzi z późnego okresu jego twórczości. Obraz został namalowany już po przejściu Tarasina na emeryturę. Właśnie w tym czasie tworzył swoje najciekawsze kompozycje, będące wynikiem wielu lat badań i przemyśleń. „Sytuacje” to jedna z najbardziej znanych i najwybitniejszych serii artysty. Właśnie z niej pochodzi obraz „Zapisy”. Na wystawie oraz aukcji pojawią się również wyjątkowe dzieła innych twórców takich jak: Juliusz Kossak, Józef Rapacki czy Ryszard Pasikowski.

Aukcja dzieł sztuki z naszej kolekcji ma jeden cel: sfinansować fundusz „M jak malarstwo”, który powstał w banku, żeby wspierać młodych polskich malarzy. Rozumiemy, że takie wsparcie jest im niezbędne, szczególnie w okresie pandemii. Chcemy stworzyć niezwykłą kolekcję, która z czasem powiększy swą wartość i… wspomoże kolejnych młodych artystów. Wierzę, że dzięki pracy wybitnych specjalistów w komisji zakupowej funduszu, uda nam się osiągnąć ten cel – mówi Prezes mBanku, Cezary Stypułkowski.

Tworzenie kolekcji sztuki przez firmy jest coraz częstszym sposobem na lokowanie kapitału i działania z obszarów kultury czy społecznej odpowiedzialności biznesu. 25 czerwca wszystkie obiekty zostaną zlicytowane w największym polskim domu aukcyjnym DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A. Licytować można będzie online, przez aplikację oraz telefonicznie i przez zlecenie stałe. Aukcja transmitowana będzie na żywo w kanałach społecznościowych DESA Unicum.

Wystawa Kolekcji Sztuki mBanku: 525 czerwca 2020, godz. 11-19 (poniedziałek-piątek) i godz. 11-16 (sobota), Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny

Aukcja Kolekcji Sztuki mBanku: 25 czerwca 2020, godz. 19.00, Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa

https://desa.pl/pl/aukcje/aukcja-kolekcji-mbanku/

Postepowanie cywilne a kolejne tarcze antykryzysowe ery COVID

Wstępnie należy przypomnieć, iż począwszy od dnia  14 marca 2020 r. na wprowadzono na obszarze kraju najpierw stan zagrożenia epidemicznego, a to w związku z masowym pojawieniem się nowego wirusa SARS-CoV-2 (rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 13 marca 2020 r. w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu zagrożenia epidemicznego (Dz. U. poz. 433)). QW kolejnym kroku wobec narastania zagrożenia epidemiologicznego 20 marca 2020 r. ogłoszono na terenie kraju stan epidemii (rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 marca 2020 r. w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu epidemii (Dz. U. poz. 491)).

W kolejnych dniach jak wszyscy wiemy, pojawiały się uchwalane w trybie pilnym kolejne ustawy zwane tarczami antykryzysowymi, oczywiście odpowiednio numerowane.

I tak pierwszą tarczą stała się ustawa z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 568).

Ustawa ta, w swej istocie niezwykle skomplikowana i zawierająca szereg prawodawczych niekonsekwencji zawiera między innymi przepisy dotyczące kwestii cywilistycznych wprost modyfikujących zasady procesu cywilnego (art. 14a, art. 15 zzs, art. 15 zzt i art. 15 zzu).

Poza innymi istotnymi zagadnieniami związanymi z ograniczeniami ery COVID jak np. formujących katalog spraw pilnych, rozpoznawanych przez sądy pomimo ograniczeń ich funkcjonowania, uregulowania te wprowadziły zasadę zawieszenia terminów procesowych obowiązujących wedle zasad kodeksu postępowania cywilnego a także terminów „sądowych” czyli tych określonych przez sąd w danej sprawie dla uporządkowania jej biegu.

Szczególne znaczenie dla omawianej problematyki posiada art. 15zzs ust. 1 pierwszej tarczy antykryzysowej statuujący ogólną zasadę, iż w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID bieg terminów procesowych i sądowych w postępowaniu cywilnym nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu na ten okres.

Przepis ten objął dwa odrębne typy terminów znanych w postępowaniu cywilnym, a więc termin ustawowy, którego bieg „startuje” z chwilą wskazaną w ustawie, i termin sądowy biegnący od daty ogłoszenia lub doręczenia orzeczenia sądowego które oznacza konkretny termin.

Przepis ten reguluje więc kwestię biegu terminów już rozpoczętych – które ulegają zawieszeniu z dniem 31 marca 2020 roku, i terminów przyszłych. Ustawodawca rozróżnił zatem terminy których bieg rozpoczął się nie zakończył w dniu wejścia w życie ustawy, podlegających zawieszeniu na czas epidemii oraz terminy, których bieg się nie zaczął w dniu wejścia w życie ustawy a więc wstrzymanych. Terminy te zaczną biec dopiero z chwilą ustania stanu epidemii.

Art. 15zzs ust. 1 ustawy anty-COVID wskazuje na zakres obowiązywania albowiem wymienia terminy procesowe wynikające z postępowań sądowych a to pkt 1 i postępowań egzekucyjnych a to pkt 2.

Interpretacja odnośnego przepisu zgodnie z dotychczasową linią orzecznictwa pozwala na uznanie, obejmuje on zarówno terminy do dokonania przez organ procesowy czynności procesowej jak terminy do dokonania czynności procesowej przez uczestników postępowania a nadto terminy upływające pomiędzy zawiadomieniem o czynności procesowej a takowej przyszłej czynności przeprowadzanej przez organ procesowy.

Omawiana ustawa nie określiła końca zawieszenia terminów procesowych. Zostało to ustalone kolejną tarczą antykryzysową nr 3 tj. ustawą z dnia 15 maja 2020 roku o mianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Ustawa ta weszła w życie w dniu kolejnym tj. 16 maja 2020 roku a więc w sobotę.

Warto jednak podkreślić, że zanim pojawiła się tarcza 3.0 18 kwietnia 2020 roku wcześniej uchwalona weszła w życie tarcza 2.0 gdzie znajdujemy kolejną modyfikację przejściową – zawartą w art. 15 zzs ust. 4, statuującym możliwość dla sądu (innego organu) prowadzącego postępowanie wyznaczenia stronie termin do dokonania czynności lub zarządzenia bieg terminu określonego ustawą (z możliwością określenia go na czas dłuższy, niż przewidziany ustawą), jeżeli wymaga tego interes publiczny lub ważny interes strony albo kontrolowanego. Owa możliwość stanowi więc fakultatywny (zależny od potrzeb) tryb odwieszenia zawieszonych terminów i ustalenia ich odrębnego trwania.

Wracając do tarczy 3.0 należy podkreślić, że ustawodawca poza szeregiem modyfikacji tarcz poprzedzających uchylił istotny dla nas art. 15zzs, czyli podstawę zawieszenia wyżej opisanych terminów kpc. Co istotne – samo odwieszenie nie weszło w życie wraz z cała ustawą ale dopiero po kolejnych 7 dniach – o czym zadecydował odrębny dla tej kwestii art. 68 nowelizacji. Spowodowało to pewne (kolejne już) zamieszanie interpretacyjne albowiem dniem 7 od daty wejścia w życie ustawy stała się niedziela 24 maja 2020 roku.

Ustawa uchyliła przepisy o zawieszeniu terminów, obecne w poprzednich regulacjach specjalnych, których bieg uległ wstrzymaniu lub zawieszeniu.

W praktyce oznacza to, że jeśli zawieszony bieg terminu rozpoczął się przed wejściem w życie art. 15 zzs tarczy to – a w związku z jego odwieszeniem zacznie swój dalszy bieg biegł po 7 dniach od dnia 16 maja 2020 r. czyli od 23 maja 2020 r. a do wykorzystania pozostanie tyle dni ilu brakowało do upływu terminu w dniu 31 marca 2020 r. Termin którego bieg się nie rozpoczął w związku z pierwszą tarczą to bieg rozpoczyna się do 23 maja 2020 roku.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Ekonomicznie i ekologicznie – do 2030 roku połowa energii ma pochodzić z OZE

Już w 2030 r. ponad połowa energii elektrycznej zużywanej w Polsce może być wytwarzana z OZE. Nie powinniśmy budować elektrowni atomowej. W przypadku budownictwa mieszkalnego, główną opcją będą pompy ciepła.

Jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego „Łączenie sektorów zielonej energii. Co to oznacza dla Polski?”, dominującymi źródłami wytwarzania energii elektrycznej będą źródła wykorzystujące energię słońca oraz lądowe i morskie elektrownie wiatrowe.

– Źródłem dla pomp ciepła w budownictwie mieszkalnym będzie tania, niskoemisyjna energia elektryczna, a związana jest z tym także digitalizacja polskiej energetyki – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Christian Schnell, ekspert Instytutu Jagiellońskiego, radca prawny i wykładowca SGH.

Łączenie sektorów zielonej energii i digitalizacja polskiej energetyki jest tym bardziej istotne, że jedną z prawdopodobnych implikacji Europejskiego Zielonego Ładu jest m.in. wzrost celu redukcji emisji gazów cieplarnianych na rok 2030 z obecnego poziomu 40 proc. do ok. 55 proc. względem roku 1990.

Zasadniczą cechą i jednocześnie wyzwaniem systemu, w którym dostawa energii elektrycznej oparta jest na energetyce wiatrowej i słonecznej, jest z jednej strony rozproszenie przestrzenne (decentralizacja), a z drugiej strony zmienność i nieregularność wytwarzania warunkowana czynnikami pogodowymi. Rozwiązaniem są odpowiednie technologie wytwarzania i magazynowania – np. turbiny gazowe, wykorzystujące biogaz lub wodór w cyklu prostym, czy magazynowanie energii w bateriach, ale również odpowiednich technologii cyfrowych (digitalizacja) umożliwiających komunikację urządzeń i agregację – np. internet rzeczy czy sztuczna inteligencja oraz rozwiązań rynkowych – np. zarządzanie popytem (DSM) w celu chwilowej redukcji zapotrzebowania, czy odpowiednia konstrukcja tzw. usług systemowych, zapewniających utrzymanie częstotliwości i napięcia.

Jak wynika z raportu, jednym z kluczowych koncepcji łączenia sektorów jest sektor transportowy. Zgodnie z prognozą bezpośrednia elektryfikacja może pochłonąć ponad połowę zużycia energii w transporcie do 2050 r., głównie dzięki pojazdom drogowym i pojazdom szynowym. Samochody osobowe i transportery elektryczne staną się w pełni konkurencyjne w pierwszej już połowie tej dekady. Technologia V2g (ang. vehicle-to-grid) zakłada wykorzystanie pojazdów elektrycznych jako rozproszonych magazynów energii elektrycznej z dwukierunkowym przepływem energii między pojazdem a siecią elektroenergetyczną. W tym kontekście, pojazdy elektryczne mogą stać się bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na zrównoważenie systemu elektroenergetycznego.

Ale największy wkład do koncepcji łączenia sektorów ma sektor ciepłownictwa i ogrzewnictwa. W przypadku budownictwa mieszkalnego, główną opcją będą pompy ciepła.

W kontekście powyższych dążeń, kluczową koncepcją wydaje się tzw. łączenie sektorów energii, tj. energetyki, transportu, przemysłu, ciepłownictwa systemowego i ogrzewania budynków. Kierunek ten zakłada znaczny wzrost wykorzystania energii elektrycznej, pochodzącej z najtańszej formy jej pozyskiwania, tj. elektrowni wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych.

Wprawdzie elektrownie atomowe są zeroemisyjnym źródłem ciepła, ale Polska nie powinna ich budować.

– Z elektrowniami jądrowymi związany jest problem składowania niebezpiecznych odpadów, a to jest sprzeczne z regułami tzw. taksonomii, stosowna dyrektywa unijna już obowiązuje i finansowanie takich inwestycji przez instytucje finansowe nie jest dozwolone w UE – wyjaśnia ekspert Instytutu Jagiellońskiego dr Christian Schnell. – Jeden blok energetyczny w elektrowni jądrowej kosztowałby ok. 30 mld zł, czyli jest niemożliwy do sfinansowania z środków wewnętrznych.

Od dzisiaj ruszają dotacje dla średnich firm, które odnotowały spadek obrotów

  • Dzisiaj startuje konkurs Dotacje na kapitał obrotowy dla średnich firm, które odnotowały spadek obrotów co najmniej o 30% w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca lub analogicznego miesiąca ubiegłego roku.
  • Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przeznaczy na ten cel 2,5 mld zł, przy czym firmy z Mazowsza mogą liczyć na 400 mln zł.

Firmy mikro i małe dostaną analogiczne wsparcie, w oparciu o podobne zasady, w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, czyli w swoich województwach. Prace nad tymi konkursami są finalizowane.

– Nabór kończy się 31 lipca 2020 r. Jest on prowadzony w trybie ciągłym. O przyznaniu dofinansowania może decydować kolejność złożenia wniosku. Biorąc pod uwagę warunki konkursu, w szczególności prosty wniosek, w którym przedsiębiorca musi podać wartość spadku obrotów oraz wyliczyć zatrudnienie (w przeliczeniu na pełne etaty) i w zasadzie automatyczny charakter wsparcia, nie warto czekać na ostatnią chwilę. PARP może skrócić nabór, jeśli wartość złożonych wniosków przekroczy budżet – mówi Marzena Chmielewska, dyrektorka departamentu funduszy europejskich, zastępczyni dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.

Wsparcie jest przeznaczone dla średnich przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 r. nie znajdowali się w trudnej sytuacji oraz w dniu udzielenia pomocy odnotowali spadek obrotów co najmniej o 30% w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r.:

• w porównaniu do poprzedniego miesiąca
• w porównaniu do analogicznego miesiąca ubiegłego roku.

To oznacza, że w konkursie mogą brać udział firmy, które prowadziły działalność na dzień 31 grudnia 2019 r.

Dofinansowanie można przeznaczyć na koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa, opłacenie mediów, najem powierzchni, zakup towarów czy ubezpieczenie działalności. Żeby rozliczyć dotację, nie będzie trzeba zbierać ani przedstawiać dokumentów finansowych, jednak warunkiem zatwierdzenia wniosku o płatność rozliczającego jest osiągnięcie wskaźnika rezultatu: „Liczba miesięcy utrzymania działalności przedsiębiorstwa” zgodnie z deklaracją we wniosku o dofinansowanie oraz pozytywne zweryfikowanie wniosku o płatność.

Wartość wsparcia zależy od liczby etatów firmie (chodzi o pełne etaty, a nie liczbę zatrudnionych). Kwota dofinansowania stanowi iloczyn stawki jednostkowej dla określonego poziomu zatrudnienia i liczby miesięcy, w których firma potrzebuje wsparcia, przy czym wnioskodawca może ubiegać się o finansowanie kapitału obrotowego na okres maksymalnie trzech miesięcy. W praktyce średnia firma, która ubiega się o wsparcie na trzy miesiące w zależności od liczby etatów, może dostać od 18 744 zł do 429 827,49 zł.

Przedsiębiorcy muszą przy tym pamiętać, że maksymalny limit wsparcia dla jednej firmy, możliwy do uzyskania z różnych źródeł wynosi 800 tys. euro. Określa to rozporządzenie Ministra Funduszy i Polityki Rozwoju z 28 kwietnia 2020 r. w sprawie udzielania pomocy w formie dotacji lub pomocy zwrotnej w ramach programów operacyjnych na lata 2014-2020 w celu wspierania polskiej gospodarki w związku z wystąpieniem pandemii COVID-19 (Dz. U. poz. 773).

Średnie przedsiębiorstwo, czyli podmiot, który ma siedzibę lub oddział na terenie Polski, ma zatrudniać co najmniej 50, lecz mniej niż 250 pracowników (kryterium zatrudnienia), a jego roczny obrót nie przekracza 50 mln euro lub roczna suma bilansowa nie przekracza 43 mln euro (kryterium finansowe). Ustalając czy przedsiębiorca spełnia te warunki trzeba wziąć pod uwagę powiązania łączące przedsiębiorcę z innymi podmiotami.

Uwaga: Liczbę zatrudnionych na potrzeby ustalenia wielkości firmy liczy się inaczej niż liczbę pełnych etatów na potrzeby ustalenia wartości wsparcia.

Rynek gazetek promocyjnych w Polsce

W całej Europie drukowane gazetki wciąż są istotne, pomimo cyfryzacji i rosnących kosztów dystrybucji. W Polsce nie zaszkodził im nawet zakaz handlu w niedziele, choć liczba papierowych publikacji sukcesywnie się zmniejsza. Po zakończeniu pandemii ich nakład może wzrosnąć, aby przyciągnąć ludzi do sklepów stacjonarnych. Obecnie najbardziej zagrażają im aplikacje mobilne. Tutejszy rynek rozwija się we właściwym kierunkuJednak retailerzy jeszcze nie do końca mają przygotowane długofalowe strategie. Takie wnioski wyciąga francuz Yves Frerot, prezes międzynarodowej agencji analityczno-badawczej Hiper-Com, zajmującej się m.in. monitoringiem danych pochodzących z gazetek handlowych.

Jak obecnie ocenia Pan rynek gazetek promocyjnych w Polsce?

Yves Frerot: Zacznę od tego, że od wielu lat działam w 11 krajach, głównie europejskich, ale nie tylko, co pozwala mi porównywać występujące w nich zjawiska i trendy. Z moich obserwacji wynika, że polski rynek jest bardzo silny i dość konkurencyjny na tle innych państw. Nawet rosnące koszty druku czy ograniczenia związane z zakazem handlu w niedziele nie zdołały mu zaszkodzić. Bariera cyfrowa w dalszym ciągu powoduje, że głównym kanałem komunikowania promocji pozostają papierowe gazetki. W czasie obecnego kryzysu, wywołanego pandemią koronawirusa, prawdopodobnie formy drukowane przez jakiś czas zostaną ograniczone. Natomiast po jego zakończeniu wrócą do poprzedniego poziomu lub ich nakład nawet zostanie zwiększony tylko po to, żeby zachęcić ludzi do powrotu do sklepów stacjonarnych.

Czy na tym rynku może jeszcze wydarzyć się coś, co go zupełnie zmieni?

Yves Frerot: Każdy rynek wyróżnia się inną dynamiką, na którą wpływa wiele czynników. W tym przypadku kluczową rolę odgrywają nowe technologie. Istotne znacznie ma również drożejący papier. Retailerzy kładą coraz większy nacisk na dystrybucję cyfrową. Gazetki są publikowane na stronach sieci, w kanałach społecznościowych, a także łączone z programami lojalnościowymi. Aplikacje mobilne mają największą szansę na to, aby zrewolucjonizować ten rynek. W końcu każdy konsument ma telefon. Obecna sytuacja wymusza na wielu użytkownikach poszukiwanie promocji z tego typu źródeł. To jest bardzo dobry okres do promowania takich rozwiązań. To jest duża szansa na spopularyzowanie ich. Dzięki temu ich udział będzie rósł w szybszym tempie.

Czy przemiany na polskim rynku są tożsame z tymi, które zachodzą w innych krajach?

Yves Frerot: Wspólnym mianownikiem jest siła gazetek drukowanych. Pomimo cyfryzacji, cały czas są one istotne na wszystkich rynkach europejskich. Stanowią skuteczne źródło zwiększania przychodów sieci handlowych. Według badania, przeprowadzonego w ub.r. we Francji przez firmę Kantar, ponad 60% klientów korzysta z tego typu publikacji. Tam też sieci E. Leclerc i Auchan zapowiedziały, że zrezygnują z gazetek. Natomiast cały czas zwlekają z wyegzekwowaniem swoich zapowiedzi, obawiając się, że może to być dla nich niebezpieczny krok. Ostatecznie jeszcze nikt się na to nie zdecydował. I w tej chwili nie możemy jeszcze mówić o żadnych większych zmianach w związku z pandemią. Oczywiście pojawiają się ograniczenia, ale one są czasowe. Należy poczekać na rozwój sytuacji.

Nasz rynek gazetek promocyjnych odstaje w jakiś sposób od zagranicznych?

Yves Frerot: Sieci działające w państwach zachodnich, m.in. we Francji czy we Włoszech, przeznaczają więcej miejsca w gazetkach na produkty krajowe, regionalne i specjalne, np. dedykowane dla wegan lub bezglutenowe. Mocniej też promują żywność ekologiczną. W Polsce te trendy także istnieją, ale nie są jeszcze tak bardzo widoczne. Ponadto w niektórych krajach są regulacje, które poniekąd wpływają na publikowane treści. Przykładem tego jest francuskie prawo Egalim, które narzuca sieciom poziom zniżek na wybrane produkty – maksymalnie 34%. Dzięki temu mali dostawcy nie są wykorzystywani przez duże firmy, a na rynek trafiają zdrowe, miejscowe towary.

Zagraniczni konsumenci tak samo postrzegają gazetki promocyjne jak Polacy?

Yves Frerot: Pomimo różnic kulturowych, większość Europejczyków dość podobnie podchodzi do drukowanych gazetek. W przypadku, gdyby pandemia trwała bardzo długo, to na pewno byłby to dobry bodziec do zmian w podejściu do tego kanału. Natomiast cały czas uważam, że pozostaną one istotnym źródłem informacji dla części społeczeństwa. Są one szczególnie ważne dla osób starszych i mniej zaznajomionych z technologią. Na Zachodzie takie publikacje są też traktowane jako wiarygodne i zawsze dostępne źródło rzetelnych informacji o produktach. Tak więc tutaj nie widać praktycznie żadnych różnic.

Pana zdaniem, polski rynek gazetek promocyjnych idzie w dobrym kierunku? 

Yves Frerot: Zdecydowanie tak. Pod wpływem firm z krajów zachodnich dość szybko przejmuje tamtejsze trendy. Sieci silnie ze sobą rywalizują, na czym zyskują konsumenci. Jednak wydaje się, że nie do końca mają przygotowane długofalowe strategie związane m.in. z widocznością produktów i oferowanych zniżek w gazetkach. Udział kategorii i marek w publikacjach też bywa niekonsekwentny. Koncerny raczej reagują na siebie wzajemnie niż planują działania długoterminowo.

Uważa Pan, że nasz rynek powinien coś zaadoptować ze wzorców zachodnich?

Yves Frerot: Działające tu sieci handlowe mogą przenieść pewne schematy na swój grunt, aby odnosić większe sukcesy. Na pewno warto lepiej prezentować produkty w gazetkach. Dla przykładu, na pojedynczych stronach zachodnich publikacjach znajduje się 5-8 artykułów wraz z cenami lub jasno przedstawionym mechanizmem promocyjnym. Konsumentom łatwiej jest wtedy zrozumieć zasady działania obniżek, a przez to traktują takie publikacje jako bardzo wiarygodne źródło danych.

Inflacja hamuje. Usługi drożeją znacznie bardziej niż towary

Dzisiejszy komunikat GUS dostarcza szczegółowego zestawienia cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju br. Inflacja wyniosła 2,9% r/r (w kwietniu 3,4%) – a zatem mieści się w określonych przez Radę Polityki Pieniężnej przedziałach. Na przestrzeni miesiąca ceny spadły o 0,2%.

O ile w horyzoncie miesięcznym ceny dóbr i usług rosły w zbliżonym tempie, o tyle w horyzoncie rocznym wciąż widać ponad pięciokrotnie wyższe tempo wzrostu usług względem towarów: 7,1% vs. 1,4%.

Potwierdzenie znajdują dane flash, w których inflację in plus windowały ceny żywności (6,5% r/r, 0,1% m/m) oraz użytkowania mieszkania i nośniki energii (7,5% r/r, 0,1% m/m). W tej pierwszej kategorii niezmiennie wysokie wzrosty dotyczą produktów zbożowych, zwłaszcza ryżu (7,8% r/r, 2,7% m/m), mąki (5,7% r/r, 1,8% m/m) i pieczywa (8,9% r/r, 0,5% m/m) – zła wiadomość jest taka, że zboża na światowych rynkach drożeją. Inne czynniki wpływają na ceny najpopularniejszych gatunków mięs – wieprzowiny (-5,2%) oraz drobiu (-4,3% m/m, tu również spadek roczny o -3,7%).

To skutek braku popytu ze strony krajowych odbiorców z sektora gastronomii i klientów zagranicznych. Spadek miesięczny dotyczył też cen warzyw (-1,8%). Pozostałe kategorie w maju zdrożały: nabiał i jaja (o 0,7% m/m, 3,8% r/r), tłuszcze (0,7% m/m, spadek w ujęciu rocznym -0,7%). Bardzo silny wzrost odnotowały owoce (27,9% r/r, 6,7% m/m) – pobieżne analizy wskazują, że wskutek niekorzystnych czynników pogodowych spadki powinny być odczuwalne najwcześniej w czerwcu. Trudno jednak powiedzieć, co stanie się z owocami i warzywami, które dotychczas były zbierane przez migrantów. Efekt ich braku może przynieść wzrosty cen produktów krajowych, jak i zagranicznych (słynny przypadek szparagów).

W przypadku użytkowania mieszkań ujawnia się efekt koronawirusa – czynsze w ujęciu miesięcznym nieznacznie spadają: -0,2% m/m. Tradycyjnie drożeją natomiast inne kategorie, w tym wywóz śmieci (fala systematycznych wzrostów opłat w samorządach), zaopatrywanie w wodę i kanalizację. Pewną ulgę kieszeniom Polaków przynoszą wciąż niskie ceny paliw – warto jednak podkreślić, że surowiec zaczyna drożeć na rynku globalnym, a więc i klienci detaliczni powinni spodziewać się trendu wzrostowego – zwłaszcza że sezon wakacyjny (w tym roku mocno faworyzujący transport samochodowy) sprzyja utrzymywaniu nieco wyższych cen. O mieszanym efekcie spadku cen i popytu możemy mówić w przypadku usług transportowych – tu utrzymywanie się ryzyk zdrowotnych z pewnością nie pomoże wrócić do zapotrzebowania sprzed epidemii.

W maju wyraźny wzrost odnotowały usługi fryzjerskie i kosmetyczne (11,4% r/r, 4,3% m/m) oraz stomatologiczne (14,3% r/r, 7,8% m/m) – efekt dużego, odroczonego popytu przy stałej podaży, kosztów wdrażania reżimu sanitarnego, być może również premii za ryzyko zachorowania.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Polska utrzymuje inflację

Poznaliśmy dzisiaj poziom zmian cen w Polsce. Rosną one w ciągu roku o 2,9%, co jest zgodne z oczekiwaniami analityków. Wskazana wartość nie pokrywa się jednak z odczuciami wielu z nas, to częsta wada konstrukcji koszyka inflacyjnego.

Inflacja zgodna z oczekiwaniami

Ceny w Polsce rosną o 2,9% w ujęciu rocznym,  zgodnie z oczekiwaniami analityków. Jest to dobra wiadomość dla złotego. Przeważnie spadająca inflacja oznacza problemy gospodarki. Spadające ceny informują o problemach z popytem przy ich wcześniejszym poziomie. Zaraz po tych danych złoty umocnił się o około grosz względem euro i innych walut. Warto zwrócić uwagę, że niemal 3% inflacji to nie jest coś, czego należy się bać. Z drugiej strony to koszyk inflacyjny, sam fakt, że parametr wynosi tyle, nie znaczy, iż wszystkie ceny rosną równo (o czym często przekonujemy się podczas zakupów spożywczych).

Dane z Chin

W nocy poznaliśmy indeksy z Chin. Produkcja przemysłowa rośnie rok do roku o 4,4%. To mniej niż oczekiwane 5%, aczkolwiek patrząc na to, że w wielu krajach ten wskaźnik spada, jest to bardzo dobry rezultat. Sprzedaż detaliczna spada o 2,8%, ponownie są to gorsze dane niż oczekiwania, ale wciąż pokazujące, że chińska gospodarka ma się dobrze. Co ciekawe rosną ceny nieruchomości, co dziwi większość analityków wskazujących na bańkę na rynku nieruchomości w Państwie Środka.

Odwrót na kryptowalutach

Kolejny atak bitcoina na pułap 10 000 dolarów zakończył się istotnym odbiciem od tej bariery. Jeszcze zarówno w środę jak i w czwartek brakowało po kilkadziesiąt dolarów do tej bariery. Po spadkach trwających od czwartku obserwujemy jednak poziom poniżej 9000 dolarów. Po raz kolejny okazuje się, że bitcoin przedstawiany jako alternatywa dla złota, reaguje w sposób znacznie bardziej zbliżony do rynku akcji. Pokazuje to, że wciąż jest on raczej aktywem inwestycyjnym/spekulacyjnym niż środkiem do przechowywania wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zmierzch ery cyfryzacji w handlu? Odpływ pokażę, które firmy pływają nago

Firma Accenture wysnuła tezę, że era digitalizacji biznesu dobiegła końca. Specjaliści twierdzą, że skoro wszyscy robią to samo, musimy przestać, nazywać to wyjątkowym. Czy rewolucja cyfrowa podzieliła los elektryczności, która stała się tak popularna, że jej obecność jest dziś oczywista? Czym w takim razie jest “the next big thing” w biznesie? 

Otworzyć dziś własną firmę to żaden problem. Dzięki rozwojowi technologii i rozbudowanym platformom sprzedażowym, które pełnią funkcję wirtualnych centrów handlowych z tysiącami cyfrowych butików, stało się to w miarę prostym zadaniem. Nawet z naprawdę małym kapitałem, przy odrobinie wysiłku i chęci, damy sobie radę. I nie będziemy pierwsi, którzy podjęli ryzyko i na tym zyskali. Konto na Amazonie posiada już 5 mln sprzedawców, z czego około 1,5 mln jest aktywnych, a tylko na amerykańskim rynku, ponad 140 tys. sprzedawców może pochwalić się rocznymi obrotami na poziomie co najmniej 100 tys. USD. Jak widać, chcieć to móc.

Również posiadanie własnej witryny internetowej jest dziś tańsze i łatwiejsze w obsłudze niż kiedykolwiek wcześniej. Co więcej, nie musimy nawet posiadać specjalistycznej wiedzy by takową zbudować. Sieć pełna jest darmowych kreatorów, które pozwalają na stworzenie prostej strony www, zawierającej podstawowe informacje. Nic więc dziwnego, że 60% małych firm posiada już własną stronę internetową – podaje Visual Objects.

Nadchodzi nowe

Czy posiadanie własnej witryny bądź fanpage’a na Facebooku jest czymś wyjątkowym? Niespecjalnie. Wobec tego określenie naszej rzeczywistości mianem “ery post-cyfrowej” wydaje się być całkiem zasadne. Nie oznacza to jednak, że firmy mogą spocząć na laurach. Nowe technologie nadal mogą stanowić źródło przewagi nad konkurencją, pod warunkiem, że są naprawdę nowe. Prowadzenie nowoczesnego biznesu przypomina drogę samuraja, której celem nie jest finał, a trwanie w procesie – niekończącej się wędrówce.

Z ponad 6 tysięcy ankietowanych biznesmenów i dyrektorów IT biorących udział w badaniu Accenture Technology Vision 2019, zaledwie 6 na 100 twierdzi, że innowacje technologiczne nie zmieniają położenia ich firm. Wszystko więc wskazuje na to, że biznes na dobre zanurzył się w oceanie możliwości jakie oferuje cyfrowa transformacja. Jednak – jak mawiał Warren Buffet – dopiero podczas odpływu okazuje się, kto pływał nago. Co to oznacza? Firma, która chce budować swoją potęgę, nie może pozostać obojętna na nowoczesne rozwiązania i trendy, gdyż w czasie drastycznych zmian lub kryzysu, wszystkie braki zostaną obnażone.

Czekając na cud nad Wisłą

Dzięki analityce dużych zbiorów danych Amazon stał się jedną z najpotężniejszych firm na świecie. Czemu z tej wiedzy i możliwości nie mają skorzystać polskie firmy? Nad Wisłą o Big Data mówi się od dobrych kilku lat. Zainteresowanie tematem najlepiej pokazują statystyki Google, z których jasno wynika, że od 2011 r. liczba wyszukiwań tego terminu systematycznie rośnie.

Od 2016 roku eksperci Eurostatu zaczęli badać rynek Big Data. Sprawdzili czy i w jakim stopniu europejskie firmy wykorzystują analizę dużych zbiorów informacji do rozwoju swojego biznesu.  Niestety nie mamy powodów do dumy – Polska nie jest nawet europejskim średniakiem (12%). Zdecydowanie bliżej nam do klasyfikowanego w rankingu na samym końcu Cypru (5%) niż do prymusa, czyli Malty (24%). Zaledwie 8% polskich firm wykorzystuje analitykę wielkich zbiorów danych, co i tak jest lepszym wynikiem, niż jeszcze 2 lata temu, kiedy wskaźnik ten wyniósł zaledwie 6%.

Pływając pod jedną banderą

Sztuczna inteligencja, hiperpersonalizacja, big data – to nie tylko modne buzzwordy, ale przede wszystkim rozwiązania, których wdrożenie wiąże się z dużymi wydatkami. Nawet jeżeli mamy na to środki finansowe, może zabraknąć nam czasu lub kompetencji. Tymczasem dzięki wysiłkom takich gigantów, jak Amazon, Google czy Facebook, sprzedawcy internetowi mogą swobodnie z nich korzystać. Dzięki uczeniu maszynowemu Amazon przewiduje, które produkty klient nachętchniej umieści w koszyku. Szacuje się, że silnik rekomendacji giganta e-commerce napędza 35% całkowitej sprzedaży. Czy istnieje na świecie firma, która nie chciałaby podwyższyć swoich obrotów o ponad ⅓?

Podobne możliwości oferuje Clipperon, autorski system Nethansy, wykorzystywany do optymalizacji procesu sprzedaży. Jego inteligentne algorytmy potrafią bardzo skutecznie przewidzieć trendy cenowe, wykorzystując dane zgromadzone przez Amazon. System umożliwia tworzenie analiz zawierających m.in. prognozę obrotu oraz estymację zysku, informację o konkurencji oraz ranking sprzedaży produktu w swojej kategorii.

Technologia to jedno, ale równie ważne, jak nowoczesne oprogramowanie, jest posiadanie  doświadczenia i wiedzy o tym jak poruszać się w świecie wirtualnego handlu. Chociaż miejsce ekspozycji naszych towarów jest “niefizyczne”, to klient i produkt już jak najbardziej. Dlatego należy pamiętać, że żaden system nie napędzi sprzedaży samodzielnie.

Tylko łącząc odpowiednio te dwa elementy, wypracujemy skuteczny model sprzedaży, który pozwoli nam osiągnąć sukces. Potwierdzają to dane zebrane przez naszą spółkę. Monitorując wyniki firm, które zdecydowały się na podjęcie z nami współpracy, zauważyliśmy, że konta polskich i niemieckich firm na Amazonie, którymi zarządzamy, generują średnio 600.000 EUR rocznego obrotu. Są to dane sprzed wybuchu pandemii koronawirusa. W roku 2020 spodziewamy się rekordowych wyników, gdyż jak wiadomo ecommerce sporo zyskał na globalnym lockdownie.

W XXI wieku wirtualna sieć stała się czymś więcej niż miejscem rozrywki. Dzisiaj to niemal drugi, w pełni funkcjonalny świat, posiadający swoich mieszkańców, prawa i reguły. Wraz z rozwojem technologii stało się jasne, że nie ma od niego ucieczki, a pojawienie się pandemii COVID-19 tylko przyspieszyło proces migracji biznesu do internetu.

Każda firma, która poważnie myśli o swojej przyszłości powinna skupić się na rozwoju kompetencji cyfrowych i głębokiej integracji swojej działalności z internetem. Pielęgnując cyfrowe doświadczenia klientów, przedsiębiorcy mogą odnieść sukces, a zaniedbując tę sferę – odejść w niepamięć. Działanie firmy w internecie przestało być miłym dodatkiem do strategii, a stało się jej trzonem.

O autorze

Sascha Stockem to założyciel i CEO firmy Nethansa świadczącej usługi zwiększające sprzedaż na platformie Amazon, przy pomocy której wprowadza polskie i niemieckie firmy na nowe, perspektywiczne rynki. Sascha ma ponad sześć lat doświadczenia w profesjonalnej sprzedaży na Amazonie, gdzie wraz ze swoim zespołem wygenerował w sumie ponad 200 mln zł obrotu. Jest prelegentem na wielu europejskich konferencjach, ekspertem branży e-commerce i pomysłodawcą systemu Clipperon, wykorzystującego sztuczną inteligencję do optymalizacji sprzedaży na Amazonie.  Wcześniej przez blisko osiem lat rozwijał własną sieć detaliczną i zajmował się handlem hurtowym z takimi sieciami, jak: TK Maxx, Obi, Kik, Tedi, Orlen, Jawoll & Woolworth.

79% Polaków czuje się bezpiecznie w galeriach handlowych

Klienci chętnie wracają do zakupów stacjonarnych i czują się podczas nich bezpiecznie – takie wnioski płyną z najnowszego badania nastrojów konsumenckich agencji badawczej Inquiry. O odpowiedzialne zachowanie podczas wizyty w galeriach handlowych, u fryzjera, na siłowni, restauracji i kinie apeluje branża centrów handlowych w kampanii społecznej “Bezpieczeństwo – kupuję to!”.

Minął już ponad miesiąc od ponownego, szerszego otwarcia obiektów handlowych na nowych zasadach. Właściciele, zarządcy i sieci handlowe mieli zaledwie kilka dni na dostosowanie się do nowych regulacji, jednak sprostali zadaniu, dzięki czemu klienci bez obaw kupują ulubione produkty. Jak wynika z badania „Powrót do zakupów po epidemii: Tracking postaw Polaków”, zaprezentowanego przez agencję badawczą Inquiry wraz z Polską Radą Centrów Handlowych (PRCH), 61% respondentów odwiedziło centra handlowe w ciągu pierwszego tygodnia czerwca, a co najważniejsze ponad ¾ z nich bez obaw o zdrowie zrobiło zakupy.

Wciąż ponad połowa badanych (52%) deklaruje, że udaje się do galerii po konkretne produkty. 53% osób ogranicza wydatki tylko do najpotrzebniejszych rzeczy. Co piąty ankietowany wybiera się do centrum handlowego, żeby zobaczyć co się dzieje na mieście, a co trzeci w poszukiwaniu ciekawych promocji.

Kolejne tygodnie przynoszą zmiany zachowań oraz potrzeb konsumentów, dlatego właściciele nieruchomości oraz przedstawiciele sieci handlowych i usługowych powinni uważnie śledzić bieżące trendy, by poznać oczekiwania klientów i wyjść im naprzeciw. W pierwszym tygodniu czerwca Polacy udali się do galerii głównie po odzież, obuwie i bieliznę, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych – mówi Agnieszka Górnicka, Prezes Zarządu Inquiry Sp. z o.o.

To już 4 fala badania, zrealizowana w dniach 1-5 czerwca na próbie 500 osób.

Z prezentowanych danych dowiadujemy się, że kolejne etapy znoszenia obostrzeń, związanych z COVID-19, przekładają się na zwiększony ruch w galeriach handlowych, dlatego klienci i pracownicy tym bardziej powinni zwracać uwagę na zasady bezpieczeństwa. Przed pójściem na zakupy, do kina, na siłownię czy na plac zabaw z dzieckiem, warto zajrzeć na profile społecznościowe kampanii #kupujebezpiecznie, gdzie znajduje się mnóstwo sprawdzonych, rzetelnych porad i sugestii dotyczących bezpieczeństwa. Chcemy, by każdy, kto zdecyduje się na zakupy w obiekcie handlowym, czuł się komfortowo, jednak czy rzeczywiście tak będzie, zależy od nas wszystkich – mówi Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager, PRCH.

Regulacje dot. procedur zachowania bezpieczeństwa zmieniają się dynamicznie wraz ze znoszeniem kolejnych obostrzeń, dlatego łatwo się w nich pogubić. Drogowskazem do właściwego postępowania jest hashtag #kupujebezpiecznie, którym oznaczane są treści w ramach kampanii “Bezpieczeństwo – kupuję to!”. Jej inicjatorem jest Polska Rada Centrów Handlowych. Kampania została objęta patronatem honorowym Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Rozwoju, a wśród partnerów są takie organizacje jak: Polska Izba Handlu, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji czy Związek Pracodawców Hoteli, Restauracji i Cateringu oraz Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego.

Transport towarów w rozumieniu ustawy o podatku VAT – miejsca świadczenia i zasady opodatkowania

Ustawa o podatku od towarów i usług precyzuje zasady opodatkowania transportu towarów przez podatnika VAT. Szczególnie skomplikowane są regulacje w zakresie miejsca opodatkowania usługi oraz stosowanej stawki podatku od towarów i usług. Zrozumienie zasad w tym zakresie jest warunkiem prawidłowego rozliczenia się z zobowiązań podatkowych. Może też wpływać na ostateczną wartość świadczonych usług. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że transport towarów jest monitorowany, tj. powstają dokumenty transportowe (np. CMR czy komunikaty wywozowe), na podstawie których organy podatkowe mogą w prosty sposób ustalić zasady opodatkowania wykonanych usług.

Miejsce opodatkowania – B2B

Jednym z kluczowych elementów prawidłowego opodatkowania usług transportu jest ustalenie, dla jakiego podmiotu świadczone są usługi oraz miejsca, w jakim odbywa się transport. Co do zasady w sytuacji, gdy usługa transportu towarów jest świadczona pomiędzy dwoma podatnikami, zastosowanie znajdą ogólne zasady zawarte w art. 28b ustawy o VAT, tj. opodatkowanie nastąpi w kraju siedziby usługobiorcy. Istnieją jednak wyjątki od tej zasady, a szczegółowe uregulowania tego tematu można znaleźć w art. 28f ustawy o VAT.

Jeżeli kontrahent, na rzecz którego dokonywany jest transport, jest podatnikiem VAT posiadającym siedzibę lub stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej na terytorium Rzeczypospolitej Polski, a transport wykonywany jest poza terytorium Unii Europejskiej, wtedy miejscem świadczenia usługi transportu towarów jest terytorium poza Unią Europejską. Należy podkreślić, że przypadek ten dotyczy jedynie transportu wykonywanego w całości poza Unią Europejską. Jeżeli więc przykładowo rosyjska firma transportowa dokona na rzecz polskiego podatnika transportu towarów z Moskwy do Rygi, to powyższa zasada nie znajdzie zastosowania.

Z kolei, jeżeli podatnik, na rzecz którego wykonywany jest transport, posiada siedzibę lub stałe miejsce prowadzenia działalności, na rzecz którego wykonywany jest transport, poza terytorium Rzeczypospolitej Polski, a transport wykonywany jest na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy usługa transportu towarów opodatkowana jest na terytorium kraju. Przykładowo więc, jeżeli polski przewoźnik dokona transportu na trasie Warszawa-Gdańsk na rzecz rosyjskiego podatnika, wtedy taka transakcja będzie opodatkowana w Polsce. Istotne jest, aby transport w całości był wykonany na terytorium Polski.

Miejsce opodatkowania – B2C

Inne zasady znajdują zastosowanie w przypadku świadczenia usług transportu towarów na rzecz „niepodatników”. W przypadku świadczenia usług transportu towarów na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT np. osób fizycznych należy je opodatkować w miejscu, gdzie odbywa się transport z uwzględnieniem pokonanych odległości, przy założeniu, że nie jest to transport wewnątrzwspólnotowy towarów. Oznacza to, że w przypadku transportu towarów z terytorium Polski na Białoruś będzie on opodatkowany w Polsce, polskim podatkiem od towarów i usług do granicy, a od granicy nie będzie już opodatkowany polskim podatkiem.

Ponadto w sytuacji, gdy transport wewnątrzwspólnotowy rozpoczyna się i kończy na terytorium dwóch państw członkowskich, miejscem opodatkowania usługi transportu towarów jest miejsce, gdzie transport się faktycznie rozpoczyna, niezależnie od pokonanej odległości do miejsca, gdzie znajdują się towary. Uproszczenie w tym zakresie wynika z potrzeby zwolnienia podatników z konieczności rejestrowania się w każdym kraju, przez który przechodzi transport.

Stawka podatku – B2B

Powyższe zasady dotyczące miejsca opodatkowania transportu towarów przekładają się na stosowane stawki. Należy więc uwzględnić nie tylko status podatkowy nabywcy usługi, lecz także rodzaj transportu.

W przypadku transportu krajowego towarów zastosowanie znajdzie stawka 23% lub 0% (§ 6 ust. 1 pkt 1 rozporządzenia w sprawie stawek). Nawet jeżeli usługobiorca posiada siedzibę na terytorium państwa trzeciego, to transport wykonywany jedynie na terytorium kraju powinien być rozliczony wg stawki 23% lub 0% (krajowej).

W sytuacji, gdy transport jest w całości wykonywany na terytorium kraju trzeciego, nie będzie on opodatkowany w Polsce i zastosowanie znajdzie odpowiednia stawka z kraju trzeciego.

W przypadku transportu międzynarodowego, tj. rozpoczynającego się w jednym z krajów UE, a kończącego się w kraju trzecim, zastosowanie znajdzie co do zasady stawka 0% w sytuacji, gdy nabywca jest podatnikiem z Polski oraz brak będzie opodatkowania w przypadku nabywcy z innego państwa.

Stawka podatku – B2C

Z kolei w przypadku „niepodatników” możemy mieć do czynienia z następującymi konfiguracjami:

  • transport krajowy – możliwe stawki 0% i 23%;
  • transport międzynarodowy – 0% w Polsce i brak opodatkowania poza Polską;
  • transport wewnątrzwspólnotowy – 0% i 23%, jeżeli rozpoczyna się w Polsce albo brak opodatkowania, jeżeli rozpoczyna się poza Polską;
  • transport poza terytorium Polski – zasadniczo nie podlega opodatkowaniu w Polsce.

Podsumowanie

Powyższe regulacje w zakresie miejsca opodatkowania oraz stawki są stosunkowo skomplikowane i mogą prowadzić do powstawania nieprawidłowości. Dlatego przed rozpoczęciem świadczenia usług transportu warto dokładnie przeanalizować, jak ma wyglądać biznes oraz skontaktować się z doradcą podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zakupy online kwitną w czasie epidemii

Każdy kryzys zawsze stanowi szansę dla wielu przedsiębiorstw niezależnie od proponowanych usług. Zdecydowana większość kluczowych sektorów światowej gospodarki w ostatnich miesiącach musi mierzyć się z pandemią wirusa, jednocześnie odczuwając jej skutki biznesowe. To, co dla jednych stało się poważnym, wielopłaszczyznowym zagrożeniem, inni wykorzystali jako możliwość do rozwoju. Na pandemii bezsprzecznie skorzystał rynek e-commerce. Zakupy online już dawno wpisały się w konsumencki ekosystem, lecz nikt nie mógł spodziewać się, że wirus jeszcze przyspieszy zauważalny i dynamicznie rosnący trend.

Sytuacja kryzysowa dotknęła bardzo wiele firm, ale również wymusiła poszukiwanie nowych, innowacyjnych rozwiązań, których implementacja została drastycznie przyspieszona. Na naszym lokalnym rynku nie brakuje jednak podmiotów, które otwarcie przyznały, że w pierwszym kwartale 2020 roku udział e-commerce w sprzedaży był najwyższy w ich historii. Jednym z największych beneficjentów restrykcji związanych z pandemią jest zdecydowanie Frisco.pl. W drugiej połowie marca supermarket online tygodniowo generował takie zyski, jak przez cały miesiąc pracy przed kryzysem.

Amerykański know-how

W obliczu światowego zagrożenia koronawirusem, gdy dotarł on już do Europy, a rządy państw wprowadziły lub zamierzały wprowadzić społeczne restrykcje, firma Stackline przygotowała raport prezentujący listę 100 najszybciej i najwolniej rozwijających się kategorii w segmencie e-commerce na amerykańskim rynku z perspektywy marca 2020. Konsumenci nie tylko realizowali więcej zakupów internetowych, ale przede wszystkim do ich koszyków trafiały produkty, które wcześniej były w tym obszarze pomijane. Dynamiczne zmiany ich zachowań były oczywiście efektem wybuchu pandemii, który sprawił, że chętniej sięgali po towary nie znajdujące się w ich obszarze zainteresowań w poprzednich miesiącach. Źródeł w ewolucji koszyka zakupowego należy zatem szukać w skutkach niestabilnej, kryzysowej sytuacji, która wprost wywarła wpływ na konsumenckie priorytety.

Listę najszybciej rosnących kategorii produktowych branży e-commerce otworzyły jednorazowe rękawiczki (+670%). Na drugiej pozycji znalazły się maszyny do pieczenia chleba (+652%), a podium zamknęły leki na przeziębienie (+535%). Na dalszych miejscach znalazły się zupy (+397%), kasze i ryże (+386%), gotowe jedzenie pakowane (+377%), kubki ze świeżymi owocami (+326%), przyrządy do ćwiczeń (+307%), nabiał (+279%) oraz płyny do mycia naczyń (+275%). Wśród produktów pierwszej kategorii znalazły się zatem te służące do walki z wirusem. Nie dziwi również zainteresowanie żywnością, szczególnie długoterminową. Zamknięcie siłowni czy obiektów sportowych przełożyło się z kolei na popularność sprzętu, służącego do treningu w domu.

Zauważalne spadki

Wśród najszybciej spadających kategorii w kanale e-commerce znalazły się między innymi bagaże i walizki (-77%), aktówki, teczki (-77%), sprzęt fotograficzny (-66%), suknie ślubne (-63%) czy garnitury (-62%). Spadki w relacji do wzrostów nie są drastyczne, ale jednoznacznie wynikają ze wstrzymania ruchu turystycznego czy zakazu zgromadzeń, które z kolei przełożyły się na „zamrożenie” biznesu ślubnego.

Priorytety konsumenckie będą stabilizować się wraz z „oswajaniem” koronawirusa. Zmiany zostaną jednak z nami na dłużej, tym bardziej że wiele osób zdało sobie sprawę, że przez Internet można nabywać również produkty pierwszej potrzeby, a na przykład ubrań wcale nie trzeba przymierzać przed zakupem. Inne wyzwania dotyczą samych firm, które w trybie przyspieszonym musiały zaadaptować się do nowych konsumenckich nawyków nie tylko w zakresie zatowarowania czy działań z obszaru społecznej odpowiedzialności, ale także w obszarze zmiany biznesowych akcentów ze szczególnym naciskiem na rozwój oferty online.

Michał Czechowski, Dyrektor zarządzający SwipBox Polska

Nasz przepis na kawę – Łukasz Wichłacz (CEO Coffeedesk)

Coffeedesk (All Good SA) – jedna z najszybciej rozwijających się firm w Europie według Financial Times (FT 1000) – niedawno przekroczyła milion z crowdfundingowej emisji akcji. W tym samym czasie wypuściła także informację dotyczącą wyników finansowych za pierwszy kwartał 2020, w których ogłasza 34% wzrost przychodów.

Na temat crowdfundingu w dobie pandemii, budowie kawowego imperium i ekspansji zagranicznej rozmawiamy z Łukaszem Wichłaczem, CEO Coffedesk.

Dlaczego zdecydowaliście się na rozpoczęcie akcji crowdfundingowej w samym środku pandemii? Nie baliście się?

Kampanię crowdfundingową mieliśmy zaplanowaną na długo przed pandemią. Nie chcieliśmy z tego rezygnować. Byliśmy świadomi tego, że koronawirus bardzo mocno uderzy w wiele sektorów gospodarki, w tym w HoReCa, jednak z drugiej strony znamy nasz biznes lepiej niż ktokolwiek inny i wierzyliśmy, że nam się uda.

Skąd ta pewność?

Coffeedesk to nie jest typowa firma sprzedająca kawę. Naszą mocną stroną jest model biznesowy ze zdywersyfikowaną grupą odbiorców i opierający się na sprzedaży omnichannel, z przewagą e-commerce, który radzi sobie bardzo dobrze podczas lock downu. W pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy 34% wzrost przychodów (do 14,99 mln PLN). Generalnie, w segmencie B2B skutki lockdownu zostały zrównoważone sprzedażą naszych produktów do innych e-commerce’ów oraz B2C, która szczególnie teraz stanowi sporą część naszych przychodów. Poza kawą, sprzedajemy też akcesoria do parzenia jej w domu, gdzie wszyscy spędzamy przez ostatnie kilka miesięcy ogromną ilość czasu. Nie opieramy się więc na jednym segmencie i to jest naszą mocną stroną.

Kiedy ktoś pyta Cię dlaczego warto zainwestować w Coffeedesk, to co mówisz?

Cały świat pije kawę! Rynek kawy cały czas rośnie, a w 2020 roku ma osiągnąć wartość niemal 450 mld dolarów. Za tę dynamikę odpowiada głównie obszar naszego działania, czyli Europa. Stary Kontynent zajmuje 1/3 całkowitej wartości rynku kawy, z prognozowanym wzrostem do 40% w ciągu najbliższych 5 lat i już teraz jest największym importerem zielonego ziarna. Gałąź handlu jaką głównie się zajmujemy, czyli e-commerce, również ma się w Polsce świetnie i cały czas rośnie.

Coffeedesk to dziecko moje, Jacka i Marcina. Dziś jest to prężnie działający biznes, który w 2019 osiągnął przychód wysokości 54,5 mln PLN i który stale rozwijamy. W tym roku przewidujemy 70 mln PLN. Do tej pory, zrealizowaliśmy już kilkaset tysięcy zamówień dla klientów indywidualnych i biznesowych, a nasze paczki trafiły już do 69 krajów – w tym do każdego kraju w Europie.

Według naszych prognoz, przy takim trendzie na rynku oraz rosnących przychodach, wycena spółki również będzie rosnąć. Każdy kto weźmie udział w crowdfundingowym zakupie akcji, stanie się współwłaścicielem nie tylko sklepu internetowego oraz dwóch platform sprzedażowych skierowanych do biznesu, ale także butikowej sieci kawiarni! To jeden z powodów, dla którego tak szybko pozyskaliśmy liczne grono inwestorów, a nasza kampania crowdfundingowa cieszy się tak dużą popularnością.

Na co dokładnie planujecie przeznaczyć pieniądze z emisji akcji?

Przede wszystkim chcielibyśmy wdrożyć platformę e-commerce skierowaną do klientów indywidualnych oraz wejść na nowe rynku zagraniczne. Aby z sukcesem zdobywać klientów na nowych rynkach potrzebna jest nam platforma dostosowana do obecnych standardów UX/UI i z rozbudowaną wersją mobile. To sposób na skalowanie naszego biznesu, dlatego sukcesywnie chcemy wprowadzać platformę w lokalnych wersjach do kolejnych krajów EU.

Nasz drugi cel to rozwój platformy sprzedażowej B2B. Dzięki wdrożeniu nowych funkcjonalności, dostosowaniu platformy do obecnych standardów UX/UI, a także wprowadzeniu nowych modeli płatności chcemy uczynić kupowanie kawy przyjaźniejszym i bardziej zautomatyzowanym. Również w przypadku segmentu B2B planujemy ekspansję na rynki zagraniczne, aby dotrzeć do klientów ze Skandynawii, ale także na innych, szybko rozwijających się kawowych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej.

Następnie chcemy wdrożyć u siebie usługę subskrypcji kawy jako zupełnie nowy model biznesowy. Dzięki niemu możliwe stanie się zamawianie dowolnej liczby paczek kawy, w tym kaw stworzonych przez Coffeedesk – co będzie absolutną nowością – w regularnych odstępach czasu – nawet co dwa tygodnie. W pierwszej fazie projektu, chcemy wyjść z ofertą do klientów indywidualnych, w drugiej – do biur, dając ich pracownikom możliwość wyboru kawy wypijanej w pracy, a pracodawcom – dodatkowy benefit oraz opcję integracji pracowników przez głosowanie na ulubione kawy i wspólną zabawę. Dzięki subskrypcji wzmocnimy nasz kanał sprzedażowy, zwiększymy retencję obecnych klientów i będziemy w stanie dotrzeć do nowych segmentów rynku. Stworzenie kaw własnych w ramach subskrypcji pozwoli również na wzmocnienie brandu Coffeedesk jako lidera kawy specialty w Polsce i zwiększenie średniej marży ze sprzedaży w ramach tego projektu.

No i nasz czwarty, ostatni cel, to inwestycja w trzeci showroom. Nie będzie on jednak tylko kolejną kawiarnią speciality, ale także przestrzenią szkoleniową, która umożliwi prowadzenie profesjonalnych cuppingów, prezentacji sprzętu i akcesoriów, szkoleń z udziałem certyfikowanych trenerów SCA oraz kawowych eventów. Dzięki takiemu zagospodarowaniu przestrzeni, będziemy mogli z większą skutecznością edukować o kawie naszych klientów biznesowych i indywidualnych. W realizacji tego celu wesprze nas dodatkowo projekt platformy edukacyjnej dla uczestników warsztatów.

Wróćmy na chwilę do początków. Jak narodził się pomysł na Coffeedesk?

Wiesz co, to jest historia, która sięga roku 2011. Wraz z Jackiem i Marcinem chcieliśmy stworzyć wspólny biznes, który będzie zgodny z naszymi wartościami i tym, co kochamy robić w życiu. Zawsze zależało nam na tym, by stworzyć miejsce, w którym każdy pracownik, klient czy partner biznesowy będzie się czuł dobrze – relacje, szacunek i życzliwe podejście do drugiego człowieka zawsze były dla nas najważniejsze. A, że do tego kochamy dobre jedzenie i dobrą kawę, to decyzja padła bardzo szybko. Po szybkiej analizie rynku postanowiliśmy, że będziemy sprzedawać kawę! Zaczynaliśmy w garażu pracując po godzinach – początki nie były łatwe, ale wierzyliśmy, że jesteśmy w stanie zawojować rynek! W 2012 narodziła się marka Coffeedesk, powołaliśmy do życia spółkę All Good SA i wszystko nabrało rozpędu. W 2013 zostaliśmy oficjalnym dystrybutorem marek Johan&Nyström i AeroPress, w 2014 rozpoczęliśmy dystrybucję japońskiej marki Hario. Rok później otworzyliśmy już pierwszą kawiarnię w naszym ukochanym Kołobrzegu, a w 2017 kolejną, w Warszawie na ul. Wilczej. Zbudowaliśmy fantastyczny zespół, który razem z nami pracuje na sukces Coffeedesk – i który stale powiększamy!

Co jest według Ciebie największą siłą firmy?

To, co uważamy za naszą ogromną siłę to ludzie, który wierzą w Coffeedesk i od lat od nas kupują oraz ci, którzy wraz z nami ten biznes tworzą, czyli nasi pracownicy. Ten czynnik ludzki jest dla nas bardzo ważny. Z tego naszego przywiązania do ludzi wzięła się jedna z naszych głównych wartości – Supreme Service, czyli wyjątkowa obsługa, wykraczająca poza oczekiwania klientów. Każde realizowane przez nas zamówienie to więcej niż kawa – wysyłamy paczki, które wywołują uśmiech i potrafią zrobić komuś dzień. Nasze podejście doceniają nie tylko klienci, ale także eksperci, którzy wielokrotnie nagrodzili nas za znakomitą obsługę, efektywną komunikację i dynamiczny rozwój biznesu.

Drugim bardzo ważnym elementem jest nasz model sprzedaży omnichannel. To w dużej mierze on odpowiada za to, że nie odczuliśmy skutków pandemii na własnej skórze.

Pozwala nam bowiem na zdywersyfikowanie naszych działań i poszukiwanie zysków w wielu obszarach, dlatego nawet jeśli pojawia się kryzys – jesteśmy w stanie go przetrwać. Co dodatkowo ważne, oba wyżej wymienione elementy skutkują tym, że nigdy nie osiadamy na laurach – połączenie zaangażowanego zespołu z tak wieloma możliwościami rozwoju daje nam ogromną przewagę, bo możemy się stale rozwijać i robimy to w zawrotnym tempie.

Północna Izba Gospodarcza i Agencja Rozwoju Przemysłu będą współpracować

 – Jednym z podstawowych celów jakie stawia przed sobą Agencja Rozwoju Przemysłu SA, jest kompleksowa obsługa klientów z sektora MŚP. Na poziomie lokalnym realizujemy ten cel dzięki działalności Centrów Obsługi Przedsiębiorców, które powołaliśmy do życia w zeszłym roku. Jak dotąd w Polsce funkcjonuje sześć takich centrów – mówi Andrzej Rosiek, dyrektor Agencji Rozwoju Przemysłu w Poznaniu.  – Są to miejsca, w których przedsiębiorcy z różnych regionów mogą zapoznać się z ofertą ARP S.A. dla MŚP, w tym z ofertą pożyczkową, leasingową, a także wsparciem dla działalności eksportowej. Poznański COP, którego jestem dyrektorem, wspiera firmy z trzech województw – wielkopolskiego, zachodniopomorskiego i lubuskiego – dodaje Andrzej Rosiek.

Agencja Rozwoju Przemysłu rozpoczęła współpracę z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie. Celem jest informowanie zachodniopomorskich przedsiębiorców o możliwości wspierania ich działalności ze środków oferowanych przez ARP. Planowany jest szereg spotkań i webinarów. Nasi przedsiębiorcy mogą także korzystać z indywidualnego poradnictwa, które może poskutkować otrzymaniem cennego wsparcia finansowego.

Jakie wsparcie oferuje ARP przedsiębiorcom?

Współpraca Agencji Rozwoju Przemysłu i Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie otwiera przed przedsiębiorcami możliwość szerokiego dostępu do środków pomocowych oferowanych przedsiębiorcom przez ARP: Nasza oferta pożyczkowa jest bardzo szeroka. Znajdują się w niej pożyczki inwestycyjne, obrotowe w tym w ramach Tarczy Antykryzysowej 2.0, restrukturyzacyjne, na sfinansowanie kontraktów oraz pożyczki zapewniające płynność przedsiębiorcom. Drugi filar COP to oferta leasingowa. ARP S.A. udostępnia przedsiębiorcom specjalistyczne wyposażenie, maszyny i urządzenia, czyli przedmioty, które instytucje bankowe i te z nimi powiązane zaliczają do problematycznych oraz trudnych do uzyskania w leasingu – mówi Andrzej Rosiek, Dyrektor Centrum Obsługi Przedsiębiorców Agencji Rozwoju Przemysłu w Poznaniu.

– ARP SA wspiera wszystkie branże z wyłączeniem rolnictwa i działalności deweloperskiej. Finansujemy firmy z obszaru MŚP, które prowadzą działalność minimum przez 12 miesięcy, prowadzą rachunkowość na zasadach pełnej księgowości, osiągnęły przychody ze sprzedaży za 2019 r. na poziomie min. 4 mln zł. oraz zakończyły ostatni rok dodatnim wynikiem EBITDA i zyskiem netto. Chcemy być blisko naszych klientów, dlatego planujemy aktywne uczestnictwo w lokalnych wydarzeniach i inicjatywach – dodaje dyrektor Rosiek.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy poszkodowani koronawirusem z szansą na ważne wsparcie

Pandemia koronawirusa spowodowała, że działalność Agencji Rozwoju Przemysłu jest jeszcze mocniej nakierowana na wspieranie przedsiębiorców: – Wiemy, jak istotne jest utrzymanie płynności finansowej firm oraz dbanie o kadrę pracowniczą, dlatego udostępniliśmy dwie nowe pożyczki – na sfinansowanie deficytu w kapitale obrotowym i na sfinansowanie wypłaty wynagrodzeń dla pracowników. Dodatkowo wiedząc, że jedną z branż najbardziej dotkniętą tą trudną sytuacją jest branża transportowa, utworzyliśmy razem z ARP Leasing specjalnie dedykowany dla tej grupy klientów mowy Leasing operacyjny przeznaczony na refinansowanie posiadanych leasingów w komercyjnych spółkach i towarzystwach leasingowych. Wdrożyliśmy nowy system pozwalający na szybkie, proste          i bezpieczne składanie wniosków drogą internetową – mówi Andrzej Rosiek.

Pod adresem www.arp-tarcza.pl działa Portal Klienta, w którym znajdują się wszystkie niezbędne informacje na temat produktów oferowanych  w ramach Tarczy Antykryzysowej. Proces składania wniosku odbywa się z wykorzystaniem Profilu Zaufanego do uwierzytelnienia oraz elektronicznego podpisywania wniosku.

Prezes Tarczyński: „Każdą formę wsparcia należy docenić”

Współpraca pomiędzy Agencją Rozwoju Przemysłu, a Północną Izbą Gospodarczą to świetna informacja dla zachodniopomorskich przedsiębiorców: – Jesteśmy świadomi bardzo trudnej sytuacji w jakiej znalazło się wiele firm w naszym regionie. Każdą formę wsparcia – zarówno finansową jak i merytoryczną należy docenić. Działalność Agencji Rozwoju Przemysłu w czasie pandemii jest bardzo widoczna, a oferowane przez nią wsparcie bardzo atrakcyjne. Będziemy gorąco zachęcać przedsiębiorców do aktywnego korzystania z instrumentów jakie oferuje ARP SA – mówi Jarosław Tarczyński, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Bardzo liczymy na współpracę i wspólną realizację wielu ciekawych przedsięwzięć z tak ważną w kraju instytucją wspierającą przedsiębiorców. Ponadto dzięki współpracy firmy zrzeszone w Izbie będą miały szybki dostęp do rzetelnych informacji o rządowych instrumentach wsparcia w ramach grupy PFR, w ramach której działa ARP SA. Należy również przypomnieć, że od kilku miesięcy członkiem Izby jest inny podmiot z grupy, czyli Bank Gospodarstwa Krajowego SA – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor Biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Za ubezpieczenie mieszkania łatwo dwukrotnie przepłacić…

  • Ceny ubezpieczeń tego samego mieszkania różnią się w zależności od ubezpieczyciela nawet o kilkaset złotych – oszacowała multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia.
  • W Warszawie cena najdroższego ubezpieczenia dla przykładowej nieruchomości jest o 94% wyższa w porównaniu z najtańszą polisą, a w Gdańsku różnica wynosi aż 134%.
  • Od wysokości składki ważniejszy jest zakres ochrony mieszkania, ale dane pokazują, że nawet identyczne polisy można kupić w skrajnie różnych cenach.

Raport przygotowany przez multiagencję Superpolisa Ubezpieczenia zawiera porównanie ofert kilkunastu ubezpieczycieli. Zestawienie pokazuje, ile kosztuje ubezpieczenie przykładowej nieruchomości: mieszkania wybudowanego w 2015 r., które znajduje się na kondygnacji pośredniej, posiada podstawowe zabezpieczenia antywłamaniowe – jego wartość to 300 tys. zł, a znajdujących się w nim tzw. ruchomości domowych 30 tys. zł. Wyceniana polisa obejmuje ryzyko pożaru i innych zdarzeń losowych, kradzież z włamaniem, OC w życiu prywatnym, dewastację, przepięcia i podstawowy wariant assistance.

Sprawdziliśmy ceny ubezpieczeń maksymalnie zbliżonych do siebie pod względem zakresu ochrony. Ustaliliśmy, że identyczne polisy mogą znacząco różnić się od siebie składką w zależności od ubezpieczyciela. Trzeba podkreślić, że to trend charakterystyczny nie tylko dla tej konkretnej, ale dla wszystkich bez wyjątku nieruchomości. Oznacza to, że właściciele mieszkań taką samą ochronę kupią zarówno tanio, jak i drogo. Nie przepłacą, jeśli przed zakupem zestawią ze sobą oferty różnych zakładów ubezpieczeń – tłumaczy Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Najdroższe polisy o ponad 100% droższe od najtańszych

Kalkulacje cen przeprowadzono w kilku wybranych miastach wojewódzkich. W każdym przypadku powtarza się ten sam schemat – najtańsze i najdroższe ubezpieczenia, porównywalne pod względem zakresu ochrony, bardzo wyraźnie różnią się cenami.

W Warszawie najtańsza polisa kosztuje 288 zł, a najdroższa 560 zł – to 272 zł różnicy i wzrost ceny o 94%. Rozpiętości potrafią być jeszcze większe. Przykładem Gdańsk, w którym właściciel nie ubezpieczy mieszkania z przykładu poniżej 284 zł. Na drugim końcu cenowej stawki czeka na niego oferta za 675 zł, czyli o 391 zł i 137% droższa. Różnicę ponad 100% pomiędzy najtańszą a najniższą składką widać również we Wrocławiu i Krakowie.

CENY UBEZPIECZEŃ MIESZKAŃ W WYBRANYCH MIASTACH
Nieruchomość:
· mieszkanie własnościowe,
· rok budowy 2015,
· kondygnacja pośrednia,
· sprawny domofon,
· atestowany zamek w drzwiach,
· drzwi antywłamaniowe,
· liczba domowników: 2.
Ubezpieczenie:
· ryzyko pożaru i zdarzeń losowych: mury do 300 tys. zł oraz mienie ruchome do 30 tys. zł,
· kradzież z włamaniem: mienie ruchome do 30 tys. zł
· OC w życiu prywatnym do 100 tys. zł,
· dewastacja i wandalizm do 10 tys. zł,
· przepięcia do 10 tys. zł,
· assistance: wariant podstawowy.
Miasto Najniższa Najwyższa Wzrost najniższa vs. najwyższa cena
Warszawa 288 zł 560 zł 272 zł (+94%)
Gdańsk 284 zł 675 zł 391 zł (+137%)
Wrocław 295 zł 659 zł 364 zł (+123%)
Kraków 282 zł 601 zł 319 zł (+113%)
Lublin 282 zł 547 zł 265 zł (+94%)
Białystok 278 zł 547 zł 269 zł (+97%)
dane: Superpolisa Ubezpieczenia

 

Zakres ochrony ma pierwszeństwo przed ceną

Kalkulacje pokazują, że wyższa składka nie zawsze jest uzasadniona szerszym zakresem ochrony. Czasem wynika po prostu z polityki cenowej firmy. Nie należy jednak z góry odrzucać droższego ubezpieczenia. Kluczowe jest zawsze poznanie elementów, z których składa się ochrona.

Oszczędności należy szukać tylko w obrębie tych polis, które spełniają nasze wymagania. W pierwszej kolejności trzeba więc zwracać uwagę na zakres ochrony, a dopiero potem na cenę. Ona ma olbrzymie znaczenie, ale najważniejsze to zadbać, aby wypłacone odszkodowanie pozwoliło na przywrócenie stanu nieruchomości sprzed szkody – mówi Jakub Nowiński.

Planując ubezpieczenie trzeba przede wszystkim skoncentrować się na ustaleniu realnych zagrożeń, na jakie narażona jest nasza nieruchomość. Każda polisa powinna obejmować zwłaszcza ryzyko pożaru, a w miarę potrzeb także np. powodzi. Warto rozważyć ubezpieczenia dodatkowe w rodzaju assistance (wsparcie hydraulika, ślusarza, lekarza) czy OC w życiu prywatnym (wsparcie finansowe za szkody wyrządzone na mieniu osób trzecich). Istotne przy wyborze ubezpieczenia jest precyzyjne określenie sumy ubezpieczenia samej nieruchomości oraz znajdujących się w niej przedmiotów. Suma nie powinna być niższa od rzeczywistej wartości mienia.

Monitoring pojazdów: zawsze wiesz, gdzie jest Twój pracownik!

Zarządzanie flotą samochodową wymaga umiejętności. Warto wesprzeć się profesjonalnym narzędziem! Wiedziałeś, że istnieje monitoring pojazdów oraz kierowców, dzięki któremu wiesz, gdzie jest i jak jeździ Twój pracownik? Firma Lincor przygotowała dla Ciebie kilka interesujących faktów na temat lokalizatorów GPS!

Gotowy na wyższy poziom zarządzania?

Monitoring pojazdów i kierowców: zarządzaj flotą z Lincor

Nowoczesne systemy do telemetrii to narzędzia, którymi powinien zainteresować się każdy, kto zarządza flotą samochodową. Nieważne, o jakim biznesie mówimy: wszędzie przyda Ci się profesjonalny monitoring pojazdów oraz monitoring kierowców. Zarówno w przypadku aut osobowych, jak i ciężarowych, czy maszyn pracujących w terenie.

Firma Lincor od ponad 25 lat dostarcza innowacyjne metody monitorowania GPS. Na przestrzeni lat wypracowaliśmy wiele praktycznych i autorskich narzędzi. Należą do nich m.in.:

  • System TruckOnline – oprogramowanie do monitoringu i zarządzania flotą.
  • System Carsharing – urządzenie telemetryczne z platformą software i aplikacją mobilną.
  • Aplikacja TruckOnline MoneyCare – system GPS.

Co się jednak kryje za tymi tajemniczo brzmiącymi nazwami?

Lokalizator GPS

To jedno z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych rozwiązań. Lokalizator GPS EasyGO wymaga zaledwie wyjęcie urządzenia z opakowania i wpięcia go w złącze OBD. Następnie wystarczy skorzystać z naszej aplikacji i gotowe! Lokalizator GPS EasyGO specjalnie dla Ciebie zmierzy:

  • Dokładną pozycję pojazdu.
  • Prędkość, stan licznika i obroty silnika.
  • Poziom paliwa i dane akcelerometru 3D.

Co więcej, lokalizator GPS gwarantuje bezpieczeństwo kierowcom. Za jego pomocą z łatwością wykryjesz nawet wypadek lub kolizję! Nie chodzi bowiem tylko o kontrolę, ale i o spokojną jazdę dla Twojego pracownika.

Monitoring GPS: oferta na miarę Twoich potrzeb

Lincor zna Twoje potrzeby. Od 25 lat skrupulatnie budujemy ofertę, przeznaczoną do potrzeb każdego klienta. W ten sposób posiadamy lokalizatory GPS możliwe do zainstalowania osobiście, jak i te instalowane wyłącznie przez specjalistów. Oferta dotyczy nie tylko monitoringu pojazdów i kierowców dla zarządzających dużą flotą. Nasze rozwiązania sprawdzą się również dla klientów prywatnych, dbających o bezpieczeństwo swoich dzieci i bliskich.

Lokalizatory GPS od Lincor różnią się:

  • Sposobem instalacji,
  • Ceną.
  • Ilością danych, pozyskiwanych z pojazdu.
  • Demontażem.
  • Ilością posiadanych funkcji.

W przypadku trudności oszacowania kosztów, możesz skorzystać z przygotowanego dla Ciebie kalkulatora, w którym wyliczysz, ile będzie Cię kosztował profesjonalny monitoring pojazdów i monitoring kierowców.

A skoro o nim mowa…

Rywalizacja kierowców o najlepsze miejsce we flocie. Kto jeździ lepiej?!

Dostawcy systemu monitorowania GPS prześcigają się w tworzeniu nowych funkcji, zachęcających do bezpieczniejszej i lepszej jazdy. Jednym z najnowszych rozwiązań jest zastosowanie elementów grywalizacji w postaci rankingu kierowców.

Rywalizacja kierowców o najlepsze miejsce we flocie przebiega na zasadzie jasno określonych kryteriów. Pod uwagę są brane między innymi takie zachowania jak:

  • Obciążenie silnika.
  • Poziom nacisku na pedał gazu.
  • Stan pedału hamulca.
  • Prędkość.
  • Obroty silnika.
  • Stan licznika.
  • Tempomat.

Każdy kierowca jest „badany” na podstawie powyższych wytycznych. Im lepsze wyniki on osiąga, tym wyżej w zestawieniu kierowców się znajduje. W ten sposób zyskujesz zmotywowanych pracowników, a kierowcy otrzymują szansę na pokazanie się w strukturach firmy. Rywalizacja kierowców to sposób na efektywniejsze eksploatowanie floty samochodowej i rozwój dla całego zespołu.

Monitoring kierowców: obserwuj jak zawodowiec

Lincor to firma o światowej renomie. Już teraz możesz skorzystać z naszych usług. Tylko do Ciebie należy decyzja. Chcesz zarządzać flotą samochodową jak zawodowiec? Czy nadal masz zamiar się frustrować na wadliwy system i niesumiennych pracowników? Monitoring kierowców to sposób na doskonały biznes, prowadzony w miłej atmosferze. Przekonaj się o jego zaletach na własnej skórze!

Z rynków wyparowuje wcześniejszy entuzjazm, wraca strach

Weekend przyniósł kilka raportów podnoszących ryzyko wystąpienia drugiej fali zachorowań na COVID-19 z główną uwagą na wzrost przypadków w USA i Chinach. Z rynków wyparowuje wcześniejszy entuzjazm, a wychodzi lekkomyślność rajdu ryzykownych aktywów. Teraz musi dojść do rewaluacji ryzyk, ale powrót do pułapu startowego ostatniej fali wzrostowej jest mało prawdopodobny.

Strach przed wystąpieniem drugiej fali zachorowań i związanych z tym konsekwencjami ekonomicznymi jest duży, ale nie na tyle, aby zaprzepaścić wszystko, co stało za trwającym od połowy maja rajdem ryzykownych aktywów. Nowe ogniska zachorowań nie zaczęły nagle się pojawiać od tego weekendu. Wystarczy nadmienić sytuację na Śląsku. Co innego, że wzrost zachorowań w USA czy Chinach skupia większą uwagę mediów, szczególnie zamknięcie targu warzyw i owoców w Pekinie przywołuje porównania do Wuhan. Największe obawy dotyczą powrotu lockdownu i nieodwracalnych szkód gospodarczych. Ale Pekin zamierza opanować sytuację w zarodku (lockdown dzielnic powiązanych z targiem), a w USA, jeśli wierzyć słowom sekretarza skarbu Mnuchina, do kolejnego ogólnokrajowego lockdownu nie dojdzie. Dlaczego zatem reakcja rynków jest tak ostra? Rynki zapędziły się za bardzo i w zbyt szybkim tempie, kompletnie nie zważając na czynniki ryzyka. Przy zakupach w stylu „jakby jutra miało nie być” nie potrzeba dużo, by wywołać spiralę wyprzedaży. A najbardziej chwytliwe tematy, jak druga wala zachorowań, przemawiają do najszerszej grupy inwestorów, skutkując masowym zamykaniem długich pozycji.

Jeśli teraz inwestorzy zaczną uważniej przyglądać się ryzykom, perspektywy odbicia globalnej gospodarki przestaną być tak optymistyczne, ale wciąż będzie lepiej. Do kolejnego całkowitego paraliżu gospodarek nie dojdzie (rządu się na to nie odważą, obawiając się kosztów ekonomicznych), służby medyczne są lepiej przygotowane, a rynki mają już uruchomione wsparcie ze strony banków centralnych. Co może się zmienić, to świadomość co do dwustronnego charakteru zmian cen aktywów, skutkując wyższą zmiennością przy większej wrażliwości na pozytywne i negatywne informacje. W krótkim terminie szukanie dna dla korekty może być bolesnym etapem dla wszystkich tych, którzy na hossę załapali się najpóźniej.

Kontrakt futures na S&P500 traci dziś w podobnym stylu, co indeksy w Europie, w rezultacie jest mało realne, aby dziś nastroje miałyby się cudownie poprawić. Dla FX oznacza to nie tyle ucieczkę w USD, co redukowanie krótkich pozycji w dolarze, które narosły podczas rajdu ryzykownych aktywów. Nie sądzę, aby rynek teraz przywiązywał uwagę do tego, co jest bezpieczną przystanią, a co nie – prędzej inwestorzy chcą ratować zyski, gdzie jeszcze mogą. Najsilniejsze przeceny AUD i NOK dotyczą walut, które wcześniej zyskały najwięcej.

Złoty dziś rano nie odczuwa nasilenia presji wyprzedaży i wygląda na to, że główne uderzenie przewinęło się przez rynek PLN w świąteczny czwartek. Na EUR/PLN 4,48 okazało się wstępnym celem dla taktycznej sprzedaży złotego, ale przy powiewie pesymizmu z rynków zewnętrznych pozostaje ryzyko podciągnięcia kursu bliżej psychologicznego poziomu 4,50. Pod tym „sufitem” spodziewałbym się ustanowienia nowego przedziału wahań dla EUR/PLN z dolną bandą w okolicach 4,43.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.