Jarosław Jaworski, został nowym Przewodniczącym Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów

Jarosław Jaworski, Country Manager Coface w Polsce, został nowym Przewodniczącym Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. Wyboru dokonali jednomyślnie członkowie KW.

Walne Zgromadzenie Członków PZF 8 maja 2020 r. powołało Jarosława Jaworskiego, dotychczasowego Członka Komisji Rewizyjnej, do składu Komitetu Wykonawczego. Głosowanie odbyło się w związku z końcem kadencji Sebastiana Grabka, dotychczasowego Przewodniczącego.

Następnie Komitet Wykonawczy na posiedzeniu 15 maja 2020 r. wybrał Jarosława Jaworskiego na Przewodniczącego.

Jarosław Jaworski nadzoruje rozwój wszystkich obszarów działalności grupy Coface w Polsce: ubezpieczenia należności, faktoringu, informacji gospodarczej oraz windykacji B2B.

Do Coface dołączył w 2006 roku, biorąc na siebie odpowiedzialność za wprowadzenie na polski rynek spółki faktoringowej Coface, która obecnie jest jednym z liczących się graczy na rynku i największym faktorem niebankowym w Polsce. Przez wiele lat był Członkiem Komitetu Wykonawczego i Komisji Rewizyjnej PZF.

Obecnie Komitet Wykonawczy PZF działa w składzie: Jarosław Jaworski – Przewodniczący, Jerzy Dąbrowski – Wiceprzewodniczący, Konrad Klimek – Wiceprzewodniczący i Andrzej Żbikowski – Wiceprzewodniczący.

W związku z przejściem Jarosława Jaworskiego z Komisji Rewizyjnej do Komitetu Wykonawczego, Walne Zgromadzenie Członków PZF uzupełniło skład Komisji. Wybrało do niej Macieja Wituckiego, Prezesa Zarządu BPS Faktor S.A.

Obecnie Komisja Rewizyjna działa w składzie: Stanisław Atanasow, Paweł Kacprzak, Maciej Witucki.

Psychologia i informatyka, czyli humanizowanie technologii

Nowy kierunek Psychologia i informatyka jest odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku pracy, w którym poszukiwani są specjaliści łączący kompetencje analityczne i informatyczne z umiejętnościami społecznymi oraz rozumiejący procesy społeczne i psychologiczne.

Uniwersytet SWPS od października 2020 roku uruchamia nowy kierunek Psychologia i informatyka, który jest odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku pracy. Obecnie poszukiwani są specjaliści łączący kompetencje analityczne i informatyczne z umiejętnościami społecznymi oraz rozumiejący procesy społeczne i psychologiczne. To autorski program studiów, w trakcie którego zdobywa się praktyczną wiedzę z bardzo różnych dziedzin, jak psychologia i informatyka. Psychologia stała się dziedziną nauki nierozerwalnie związaną ze światem AI. Podczas zajęć student pozna szczegóły funkcjonowania mózgu, dowie się w jaki sposób przebiega proces uczenia się i zapamiętywania oraz dlaczego ludzie różnią się między sobą i jakie mają potrzeby. Natomiast wiedza o programowaniu, sieciach neuronowych, tworzeniu aplikacji, automatycznej analizie obrazu, technikach i narzędziach uczenia maszynowego oraz nowoczesnych technologiach jest niezbędna, żeby zacząć się poruszać w środowisku sztucznej inteligencji. Dzięki temu można projektować praktyczne zastosowania AI, trenować sztuczną inteligencję, zarządzać nią oraz dokonywać skomplikowanych analiz, testów i badań, co jest kluczowe w pracy w sektorze zaawansowanych technologii. Firmy muszą nadążać za oczekiwaniami konsumentów. Dzięki takiemu podejściu do projektu powstają systemy, maszyny czy aplikacje spełniające oczekiwania biznesowe i społeczne.

Artificial Intelligence – psychologia sztucznej inteligencji

Psychologia sztucznej inteligencji (AI) to studia, które wprowadzają zarówno w świat mechanizmów funkcjonowania ludzkiej psychiki, jak i AI, Data Science czy Machine Learning. Stanowią początek niezwykłej podróży, podczas której poznaje się proces tworzenia produktu z wykorzystaniem technologii AI – produktu, który powstaje z myślą o człowieku i jego potrzebach. Humanizowanie technologii pozwoli na projektowanie modeli zachowań inteligentnych, dzięki którym roboty są zdolne do podejmowania decyzji, uczenia się i rozumowania abstrakcyjnego. Student tego kierunku dowie się, jak robić research, współpracować z programistami, wdrażać i modyfikować przygotowany algorytm. Rozpocznie przygodę z tworzeniem innowacyjnych i odpowiedzialnych społecznie rozwiązań technologicznych, które podnoszą jakość ludzkiego życia.

Psychologia sztucznej inteligencji jest efektem naturalnego zainteresowania psychologów fascynującymi się rezultatami praktyków AI w domenach tradycyjnie kojarzonych z tą dziedziną wiedzy. Te obszary to: język naturalny, procesy uczenia się, spostrzeganie, rozumowanie i pamięć. Moim zdaniem obie dziedziny wiedzy i praktyki biznesowej silnie się przenikają, a nowy kierunek jest odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku na specjalistów, którzy łączą wiedzę z tych obszarów – mówi dr Marcin Jaworski, psycholog, współtwórca kierunku Psychologia sztucznej inteligencji.

Po studiach AI można zostać trenerem sztucznej inteligencji, Junior Python Developer albo specjalistą ds. Machine Learning.

UX Research & Design – analityka i projektowanie interfejsów

Ścieżka UX research & design to projektowanie usług i produktów cyfrowych tak, aby odpowiadały na potrzeby użytkowników i wzbudzały pozytywne uczucia, a korzystanie z nich było intuicyjne i przyjemne. Na naszych studiach można poznać najnowsze trendy w projektowaniu User Experience. Przejść całą ścieżkę tworzenia produktu, począwszy od zbadania potrzeb, zrobienia researchu i przeprowadzenia wywiadów z potencjalnymi użytkownikami, poprzez projektowanie rozwiązań, makietowanie i prototypowanie, kończąc na projekcie interfejsu.

Po studiach z analityki i projektowania interfejsów można zostać UX Strategist, UX Researcher lub UX Designer.

Oba programy można realizować w trybie studiów stacjonarnych przez 3,5 roku. Wykształcony na naszym kierunku specjalista będzie potrafił zidentyfikować i zbadać potrzeby przyszłych użytkowników i zaimplementować uzyskane wyniki, tworząc nowy produkt lub usługę. Będzie również świadomy szerszego kontekstu społeczno-kulturowego i konsekwencji, jakie niesie za sobą stworzenie unikatowego produktu informatycznego (odpowiedzialność społeczna). Kierunek oparty jest o silne standardy etyczne, głębokie rozumienie współczesnych problemów cywilizacyjnych i zagrożeń globalnych oraz związków tych kwestii z nowymi technologiami i rosnącymi potrzebami użytkowników.

Elastyczność i patriotyczne współdziałanie – logistyka w dobie koronawirusa

Dopasowanie usług do nowych zachowań konsumentów, analiza bieżących potrzeb producentów świeżej żywności, dostosowanie do innego funkcjonowania sklepów – to wyzwania, z jakimi musiała zmierzyć się logistyka z powodu COVID-19. Teraz powinniśmy skoncentrować się na wzmacnianiu lokalnego łańcucha dostaw – mówi Piotr Pietrzykowski, prezes firmy Green Factory Logistics.

Koronawirus w ciągu kilku chwil całkowicie zmienił sposób funkcjonowania wielu branż. Jak wyglądało to w przypadku logistyki świeżych produktów spożywczych?

Piotr Pietrzykowski, prezes Green Factory Logistics: Podobnie jak dla innych firm, ta sytuacja wymagała od nas całkowitego przeorganizowania naszej pracy. Nie mieliśmy na to wiele czasu, decyzje musieliśmy podejmować praktycznie natychmiast, ponieważ logistyka nigdy się nie zatrzymuje. Działamy 7 dni w tygodniu 24 godziny na dobę, tak aby każdego dnia konsumenci znajdowali na półkach swoje ulubione produkty, których nie da się dostarczyć na zapas chociażby dlatego, że mają krótki termin przydatności. Nasza dyspozycyjność okazała się ważna zwłaszcza w dobie epidemii, bo od tego zależało bezpieczeństwo żywnościowe wielu Polaków. Dlatego wszystkie regulacje wprowadzaliśmy praktycznie od ręki. Najważniejszą kwestią na początku było oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa naszym pracownikom, którzy musieli być na miejscu, aby ciągłość dostaw nie została zakłócona. Wzmocniliśmy standardy higieniczne, m.in. zapewniliśmy zespołom maseczki, przyłbice, rękawiczki, wprowadziliśmy dezynfekcję przy wejściu oraz wyjściu z magazynów, zarządziliśmy półgodzinne przerwy między zmianami. Wprowadziliśmy ozonowanie pomieszczeń, zwiększyliśmy częstotliwość mycia naczep chłodniczych, zabroniliśmy wstępu do magazynów osobom, które nie są bezpośrednio związane z tym miejscem pracy. Zadbaliśmy o to, aby przewozy wymagały jak najmniejszej liczby załadunków i rozładunków towaru oraz jeszcze bardziej rygorystycznie kontrolowaliśmy temperaturę na każdym etapie dostawy. Można śmiało powiedzieć, że pracownicy logistyki okazali się ukrytymi bohaterami, którzy ani na chwilę nie zaniechali swoich obowiązków, mających wpływ na komfort całego społeczeństwa i udowodnili, że na nich zawsze można liczyć.

Co okazało się najważniejsze, żeby dostosować się do nowych wymogów rynku?

Niewątpliwie była to elastyczność. To cecha, która pozwoliła przetrwać wielu firmom. Ci, którzy szybko dopasowali się do nowej rzeczywistości i nie zostali objęci odgórnymi zakazami funkcjonowania, mieli większą szasnę, aby zminimalizować straty. Procesy logistyczne zazwyczaj planujemy w oparciu o historyczne dane. Wiemy na przykład, na jakie produkty zwiększa się zapotrzebowanie w okresie Wielkanocy, majówki, czy gdy na dworze robi się coraz cieplej. Koronawirus sprawił, że wszystkie te doświadczenia straciły na znaczeniu. Nie mieliśmy do czego się odnieść, bo ludzkość od dawna nie była poddana podobnej próbie. To wszystko sprawiło, że koszyk zakupowy zmienił się z dnia na dzień. Ludzie częściej kupowali na przykład mięso, ponieważ wielu Polaków zostało odesłanych na home office, restauracje zostały zamknięte i nawet osoby, które wcześniej tego nie robiły, zaczęły gotować w domu. Limity wprowadzone do sieci spożywczych sprawiły, iż chodziliśmy do sklepów rzadziej, ale wychodziliśmy z pełnymi siatkami, żeby codziennie nie stać w kolejkach. I do tych nowych konsumenckich zachowań musieliśmy się dostosować. Tym samym czasem mieliśmy ogromne piki w dostawach, a czasem musieliśmy rozkładać je w czasie.

To chyba oznaczało każdego dnia planowanie pracy zupełnie od nowa?

Przede wszystkim sytuacja wymagała rozmowy z każdym naszym biznesowym partnerem i opracowywania naprawdę indywidualnych rozwiązań. Także nasi klienci analizowali, jak dopasować dystrybucję swoich towarów do nowych trendów. Warto podkreślić, że nasza otwartość na zmiany była ważna, ponieważ przekładała się bezpośrednio nie tylko na nasze ekonomiczne bezpieczeństwo, ale też na zysk polskich producentów żywności. Ułatwialiśmy im zachowanie ciągłości sprzedaży i dotarcie do odbiorców w sposób najbardziej optymalny dla odbiorcy końcowego, który decyduje czy dany towar znajdzie się w jego koszyku.

Epidemia sprawiła, że wiele firm musiało odłożyć w czasie swoje plany inwestycyjne. Jak to wygląda w przypadku branży logistycznej?

Wprost przeciwnie. Dostaliśmy kolejny dowód na to, że tylko rozwój pozwoli nam przygotować się na to, co nieprzewidywalne, a coraz częstsze w naszej rzeczywistości. Należy pamiętać, że na nasze otoczenie wpływ mają chociażby zmiany klimatyczne i to one będą kształtować przyszłość, w której będziemy musieli się odnaleźć. Dlatego planujemy rozbudowywać naszą siatkę dystrybucji oraz specjalistyczną flotę. Budujemy także nowy magazyn do obsługi procesów stokowych w Błoniach koło Warszawy. Ma zostać oddany do użytku jeszcze w czerwcu. To pozwoli nam zapewnić jeszcze większe bezpieczeństwo i sprawność realizowanych przez nas usług.

Proponuje pan firmom, aby włączyły się do zainicjowanej przez pana akcji „Świat na zakręcie: solidarni w biznesie”. Jej głównym przesłaniem jest promowanie patriotyzmu ekonomicznego. Czy pana zdaniem jest to metoda na wyjście z recesji?

Otwarta gospodarka oraz swobodny przepływ towarów i usług jest niewątpliwie ogromną wartością naszych czasów. Jednak koronawirus boleśnie doświadczył pod względem ekonomicznym niemal wszystkie kraje. Bardzo szybko załamał też globalny łańcuch dostaw: przewożenie produktów z różnych zakątków okazało się utrudnione, podobnie jak proces kontroli. Konsumenci szybko zaczęli oceniać to, co lokalne jako pewniejsze, lepiej sprawdzone. Badania pokazują, że za sprawą COVID-19 na wartości znacznie zyskały takie wartości jak jedność i współpraca.
W tej sytuacji wiele rządów zdecydowało się na promowanie rodzimych podmiotów, np. Francja, czy Japonia. Trudno się dziwić, bo w tych okolicznościach to jak najbardziej zrozumiałe i sensowne działanie. Także w Polsce warto wspierać rodzimych partnerów. Koronawirus to trudne wyzwanie nie tylko dla firm, ale dla wszystkich Polaków, dlatego musimy grać do jednej bramki. Chcemy wspierać polski łańcuch dostaw, bo chcemy ratować polskie miejsca pracy. Myślimy globalnie – o wielkich celach i optymalnych korzyściach, ale działamy lokalnie, bo zatrudniamy tutejszych ludzi, tu płacimy podatki.

Jak ta współpraca między firmami miałaby wyglądać na co dzień?

Chcemy zachęcić do szerokiej dyskusji na ten temat. Na pewno bardzo ważne jest zapewnienie partnerom bezpieczeństwa: zagwarantowanie im, że nie zostawimy ich z dnia na dzień w trudnej sytuacji tylko razem będziemy pracować nad jej sensownym rozwiązaniem. COVID-19 pokazał, że problem jednego podmiotu pociąga za sobą problemy innych. Inna istotna kwestia to uczciwe warunki płacowe oraz optymalizacja kosztów – tak aby marże pozwalały na godny zysk obu stronom. Dopasowywanie się do realnych potrzeb partnerów i wyznaczanie wspólnych społecznych celów, które można zrealizować w danym obszarze, łącząc siły, to kolejne propozycje. Mam nadzieję, że uda nam się wypracować zasady, które będą stawiać właśnie na wspomniane już współdziałanie.

Prof. dr hab. Grzegorz Mazurek rektorem Akademii Leona Koźmińskiego

18 maja br. Rada Powiernicza Akademii Leona Koźmińskiego, której przewodniczy założyciel uczelni i jej pierwszy rektor, prof. Andrzej K. Koźmiński, wybrała na przyszłego rektora Akademii Leona Koźmińskiego prof. dr hab. Grzegorza Mazurka (43 l.), wcześniej wyłonionego jako elekt w tajnym głosowaniu senatu uczelni. 1 września 2020 r. obejmie on funkcję rektora w miejsce prof. Witolda T. Bieleckiego.

– Oddajemy najlepszą polską uczelnię biznesową w ręce prawdopodobnie najmłodszego rektora w Polsce i jednego z najmłodszych profesorów tytularnych. To znak czasów
i kierunek, jaki obrały najlepsze szkoły wyższe na Zachodzie. W mojej ocenie, ze względu
na dotychczasowe dokonania prof. dr hab. Grzegorza Mazurka, problematykę transformacji cyfrowej jaką zajmuje się zawodowo od wielu lat oraz szerokie doświadczenie biznesowe,
to słuszna i perspektywiczna decyzja – uzasadnił wybór Rady prof. Andrzej Koźmiński.

– Mamy mocne fundamenty, na które składa się kultura organizacyjna, etyka pracy i uznana marka uczelni. Teraz potrzebujemy zmiany pokoleniowej, która potwierdzi nowoczesność naszych studiów, światowy poziom prowadzonych badań i umocni naszą pozycję na rynku międzynarodowym. Profesor Grzegorz Mazurek spełnia wszelkie warunki, by stać się doskonałym rektorem na nowe czasy po koronawirusie – mówi prof. Witold T. Bielecki, odchodzący po 9 latach pełnienia funkcji rektor ALK, który związany jest z uczelnią
od samego początku.

Rada Powiernicza podziękowała rektorowi Bieleckiemu za dwie udane kadencje słowami: „uczynił Akademię Leona Koźmińskiego antykruchą”, co oznacza, że dobrze ją przygotował także na kryzys, który teraz przeżywamy w związku z COVID-19. Uczelnia pracuje w trybie online od pierwszego dnia izolacji, wszystkie zajęcia, obrony prac dyplomowych i wydarzenia akademickie odbywają się zdalnie. Uczelnia szeroko angażuje się też w działalność społeczną i charytatywną. Pierwszy semestr nauki w roku akademickim 2020/2021 jest zaplanowany jako „online ready”, choć wszyscy mamy nadzieję, że zajęcia będą mogły odbywać się już w normalnym trybie, stacjonarnie.

Prof. dr hab. Grzegorz Mazurek jako rektor ALK będzie zarządzał ponad 10-tysięczną społecznością akademicką, z czego 9 tys. to studenci i doktoranci. Uczelnia jest najlepszą prywatną instytucją akademicką w Polsce i należy do czołówki uczelni biznesowych
w Europie. W ostatnim rankingu „Financial Times” ALK znalazła się na 48. Miejscu
na kontynencie, równocześnie po raz kolejny potwierdzając pozycję lidera regionu środkowo-wschodniej Europy. Jako jedyna szkoła biznesu w Polsce i całym regionie
ma potrójną międzynarodową akredytację AACSB, EQUIS i AMBA, podkreślającą jakość kształcenia i prestiż uczelni. ALK ma też duże osiągnięcia w umiędzynarodowieniu – poza światowym poziomem badań naukowych, studiuje tu 1,5 tys. obcokrajowców z 80 krajów. Wiele programów studiów realizuje się w języku angielskim. Przykładowo, studia magisterskie z finansów „Financial Times” uznał w 2018 roku za 17. studia na świecie,
a studia magisterskie z zarządzania w 2019 za 42. na świecie.

– Objęcie stanowiska rektora Akademii Leona Koźmińskiego i szerokie wsparcie społeczności Akademii dla mojej kandydatury traktuję jako wielki zaszczyt i wyraz zaufania
dla zaproponowanej wizji budowania uczelni nowoczesnej, rozumiejącej współczesny świat, odpowiedzialnej za rozwój swoich studentów. Uczelni, która poprzez swoją pozycję na arenie międzynarodowej, innowacyjne programy studiów, światowej klasy badania naukowe i ścisłą współpracę ze środowiskiem instytucjonalnym i gospodarczym ma realny wpływ na rzeczywistość. W mojej wizji Koźmiński jest wyjątkową uczelnią na wyjątkowe czasy – mówi prof. dr hab. Grzegorz Mazurek.

Rektor-elekt jest związany z uczelnią od 15 lat, a od 8 lat pełni rolę prorektora ds. współpracy z zagranicą. Do jego osiągnięć organizacyjnych należy m.in. doprowadzenie do strategicznego aliansu ALK z najstarszą uczelnią biznesową w Europie – ESCP Business School, skuteczne wdrożenie nowych kierunków studiów związanych z wirtualizacją zarządzania (www.internet.kozminski.edu.pl ). Angażuje się w działania na rzecz całego środowiska akademickiego działając m.in. w KRASP, EFMD, SEM Forum i NAWA. Jest prezydentem International Advisory Board francuskiej uczelni biznesowej ISC Paris. W latach 2016-18 doradzał Ministrowi Cyfryzacji.

W pracy badawczej specjalizuje się w tematyce transformacji cyfrowej organizacji, e-handlu
i marketingu cyfrowego. Szczególnie interesuje się zmianami, jakie procesy digitalizacji wywołują w sektorze szkolnictwa wyższego. Jest autorem licznych publikacji i książek na ten temat, jego pełny dorobek naukowy jest dostępny m.in. w Google Scholar i Research Gate. Jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu i Uniwersytetu w Tilburgu (Holandia), doktorat obronił w SGH w 2005 r., habilitację i tytuł profesora uczelnianego  Akademii Leona Koźmińskiego uzyskał w 2012 roku, a 11 maja br. Prezydent RP nadał
mu tytuł profesora nauk społecznych.

Prof. dr hab. Grzegorz Mazurek był wielokrotnie nagradzany za osiągnięcia publikacyjne
i naukowe. W 2014 roku uzyskał medal Komisji Edukacji Narodowej za szczególne zasługi
dla oświaty i wychowania. W 2015 roku wyróżniono go statuetką LUMEN, wręczaną dla liderów zarządzania uczelnią (kategoria: umiędzynarodowienie). W 2017 roku otrzymał statuetkę Eduinspirator (FRSE) dla osób, które działają aktywnie w obszarze edukacji, przyczyniając się do pozytywnych zmian w otoczeniu. W 2020 roku wyróżniono go nagrodą Gwiazda Umiędzynarodowienia w kategorii Badania naukowe, przyznawaną przez fundację „Perspektywy”. W trakcie kadencji prof. dr hab. Grzegorza Mazurka, Akademia Leona Koźmińskiego była wielokrotnie uznawana za najbardziej umiędzynarodowioną szkołę wyższą w Polsce.

Prof. Grzegorz Mazurek urodził się 27 grudnia 1976 r. w Przemyślu. Jest żonaty, ma trójkę dzieci. Jest zapalonym biegaczem i wspina się w górach. Słucha rocka lat 60. i jazzu. Jako miłośnik motoryzacji jest uzależniony od dźwięku harleya i mocnych silników benzynowych napędzających tzw. muscle cars. W wolnym czasie planuje podjąć studia z archeologii śródziemnomorskiej i szlifować jego zdaniem najpiękniejszy – poza polskim – język: portugalski (witryna internetowa rektora elekta: www.gmazurek.pl).

Auxilia S.A. miała ponad 2,26 mln zł zysku netto w 1 kw. 2020 roku

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, wypracowała ponad 2,26 mln zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 1 kw. 2020 r. przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 4,83 mln zł. Był to bardzo udany okres dla Grupy, co potwierdzają osiągnięte wyniki finansowe i ich bardzo duża progresja w ujęciu rdr.

Auxilia S.A. zanotowała w 1 kw. 2020 r. ponad 2.265 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym wobec 1.204 tys. zł w analogicznym okresie 2019 r przy wzroście przychodów netto ze sprzedaży do 4.830 tys. zł z 3.618 rok wcześniej. Spółka osiągnęła zatem ponad 88% wzrost zysku netto w ujęciu rdr. oraz zwiększyła przychody o ponad 33%. Najistotniejszym czynnikiem poprawy wyników finansowych jest realizacja umowy ramowej z PHI Wierzytelności S.A., której efektem jest quasi-sekurytyzacyjny model monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu służący skróceniu cyklu konwersji gotówki. Zarząd Auxilia S.A. jest bardzo zadowolony z osiągniętych wyników finansowych w 1 kw. 2020 r.

„Nasze wyniki finansowe w pierwszym kwartale 2020 roku wykazały ogromną dynamikę wzrostu wobec analogicznego okresu 2019 roku. Jest to między innymi efekt realizacji umowy ramowej z PHI Wierzytelności S.A. oraz prowadzenia efektywnych działań sprzedażowych, mających na celu wzrost wartości zakontraktowanych roszczeń odszkodowawczych. Naszym głównym celem jest dalszy rozwój Spółki i wzrost jej wartości.” – komentuje Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

 

W pierwszym kwartale 2020 r. Spółka skoncentrowała się działaniach mających na celu wzmocnienie pozytywnego wizerunku marki w Internecie oraz podniesienie poziomu zaufania do marki przez potencjalnych Klientów poprzez rozbudowanie strony internetowej. Realizowane były także działania mające za zadanie dostosowanie informatyczne oraz organizacyjne Grupy Kapitałowej do wymogów związanych z przejściem, w tych obszarach w których było to możliwe do wdrożenia, na system pracy zdalnej w związku z pandemią choroby COVID-19. Z kolei w obszarze sprzedażowym w I kwartale 2020 r. Grupa Kapitałowa Auxilia S.A. prowadziła procesy rekrutacyjne mające na cel zasilenie struktur sprzedażowych zarówno w obszarze odszkodowań komunikacyjnych, odszkodowań dla biznesu, jak i usługi abonamentowej.

„Wszystkie nasze działania biznesowe, rozwojowe i organizacyjne mają na celu rozszerzanie oferty, docieranie do nowych klientów, a także umacnianie wizerunku naszej marki. Bardzo dobrze oceniamy współpracę z PHI Wierzytelności S.A., która pozwala nam generować wysokie kwoty transakcji. W minionym kwartale musieliśmy się zmierzyć z pandemią COVID-19, która dotknęła wszystkie przedsiębiorstwa. Udało nam się wypracować procesy pozwalające na przejście na system pracy zdalnej. Prowadziliśmy również działania rekrutacyjne, aby móc wzmocnić struktury sprzedażowe.” – zakończyła Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

W dniu 19.05.2020 r. Auxilia S.A. poinformowała o otrzymaniu przez Spółkę decyzji z Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. w sprawie udzielenia jej subwencji finansowej w kwocie 684.836,00 zł. Powyższa subwencja przyznana została Spółce w ramach pomocy publicznej, przeznaczonej na realizację rządowego programu wsparcia finansowego przedsiębiorców w celu minimalizacji negatywnych skutków gospodarczych pandemii COVID-19.

Auxilia S.A. nadal prowadzi nawiązaną współpracę z PHI Wierzytelności S.A. opartą na ramowej umowie o współpracy w ramach quasi-sekurytyzacyjnego modelu monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu, co służy skróceniu cyklu konwersji gotówki w sprawach, w których nie występuje element wypłaty odszkodowania na etapie polubownym.

Na początku 2019 r. Spółka zaktualizowała strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie się ona koncentrowała na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

Przed nami redukcje etatów i spadek popytu na usługi public relations

58% badanych reprezentantów branży public relations uważa, że wkrótce nastąpi istotna redukcja zatrudnienia, a 37% twierdzi, iż spadnie popyt na usługi PR. Badania, którym patronuje Polskie Stowarzyszenie Public Relations dowodzą, że przed branżą PR pojawiły się poważne wyzwania, które są konsekwencją epidemii.

69% respondentów uznało, iż zmieni się tryb pracy specjalistów zajmujących się komunikacją. To wynik konieczności dostosowania się do nowych realiów, szczególnie w zakresie metod i technik komunikowania z uwzględnieniem ograniczonego kontaktu bezpośredniego. Tryb pracy może się zmienić również dlatego, że konieczne będzie zwiększenie intensywności zaangażowania zespołów w obsługę projektów. 37% uczestników badania prognozuje, że pojawią się zatory na poziomie popytu na usługi firm z branży PR. Najmocniej z taką tezą zgadzają się naukowcy z uczelni wyższych i ośrodków badawczych (47%).

Branża pełna obaw

Aż dwóch na pięciu badanych PR-owców (38%) widzi przyszłość swojej branży w ciemnych barwach, w porównaniu z sytuacją, jaka miała miejsce przed ogłoszeniem pandemii koronawirusa. Pandemia według badanych doprowadzi do innych zmian na rynku PR, które w związku z prognozowanym spadkiem popytu na usługi specjalistyczne, wywoła konieczność przebranżowienia się (12% ankietowanych przyznało, że będzie zmuszonych poszukiwać pracy w innej branży niż PR). Najmocniej z taką tezą zgadzają się freelencerzy (19%). –  Jednym z kluczowych wyzwań jakie stają przed naszą branżą jest konieczność zmiany podejścia do oferty proponowanych klientom usług. Coraz większe znaczenie odgrywać będzie specjalistyczne doradztwo z uwzględnieniem zarządzania kryzysowego, a także komunikacji wewnętrznej, włącznie z zabezpieczeniem organizacji przed potencjalnymi zdarzeniami negatywnymi dla wizerunku – ­­podsumowuje dr hab. prof. UW Dariusz Tworzydło, Prezes Zarządu EXACTO z zespołu badawczego, który zrealizował badanie.

Prognozy dotyczące sytuacji w branży po opanowaniu pandemii

Przewidywania badanych w zakresie przyszłości branży PR mają charakter umiarkowany z lekkim odchyleniem w kierunku negatywnym. 63% PR-owców zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji związanej z oddziaływaniem sytuacji epidemicznej na efekty ekonomiczne w skali makro czy mikro. Nie popadają oni jednak w skrajności, przez co ich opinie są zbalansowane. Wśród ankietowanych można wyodrębnić jednak grupę tzw. pesymistów (24%), którzy kreślą przeważnie czarne scenariusze dotyczące kondycji branży PR. Podkreślają oni szczególnie mocno, że popyt na usługi firm z branży PR spadnie, a także biorą pod uwagę konieczność szukania pracy –  nawet w innym zawodzie. Są również optymiści, aczkolwiek jest ich tylko 13%. Ich zdaniem pandemia nie powinna być przeszkodą w rozwoju kariery zawodowej, a wpływ kryzysu na branżę PR nie będzie destabilizujący.

Światło w tunelu

Pomimo wielu obaw, a także świadomości trudności jakie stają przed branżą, aż 43% badanych uznaje pandemię koronawirusa bardziej za szansę biznesową dla agencji PR niż zagrożenie. Najmniej z tą tezą zgadzają się jednak sami przedstawiciele agencji public relations oraz freelancerzy i osoby prowadzące działalność gospodarczą. Co ciekawe, światło w tunelu dostrzegają nawet pesymiści (10% z nich jest skłonnych zgodzić się z tezą że pandemia stwarza szanse biznesowe).EXACTO_BADANIA_20052020_1 EXACTO_BADANIA_20052020_2 EXACTO_BADANIA_20052020_3

Wyniki powyższych analiz pochodzą z projektu badawczego, który przeprowadził zespół Exacto. Celem badań było poznanie wpływu pandemii koronawirusa na branżę PR oraz zebranie opinii w zakresie przyszłości branży po opanowaniu sytuacji związanej z COVID-19. Dane były zbierane na przełomie kwietnia i maja 2020 roku. Ostatecznie w badaniu udział wzięło 242 specjalistów branży PR.

Epidemia COVID-19 jako przypadek siły wyższej

Sytuacja powstała w związku pandemią COVID-19 dokonała zasadniczej zmiany otaczającej nas rzeczywistości. Nie sposób na obecnym etapie ocenić charakteru i zakresu wszystkich jej skutków, niewątpliwie jednak będzie ona miała przełożenie na sferę stosunków prawnych, w tym także na relacje umowne.

Zapewne wielu przedsiębiorców doświadcza lub wkrótce doświadczy sytuacji, w której wykonanie zobowiązań kontraktowych stanie się bardzo trudne lub nawet niemożliwe. Należy wówczas zastanowić się nad zastosowaniem rozwiązań dostępnych na gruncie obowiązujących przepisów prawa.

Klauzula siły wyższej

W praktyce obrotu handlowego standardowym postanowieniem powszechnie włączanym do różnego rodzaju umów jest tzw. klauzula siły wyższej (vis maior, force majeure). Zazwyczaj zawiera ona definicję przypadku siły wyższej (np. jako wydarzenia nadzwyczajnego, zewnętrznego, trudnego do przewidzenia, którego skutkom nie można zapobiec nawet przy dołożeniu maksymalnej staranności) uzupełnioną o otwarty bądź zamknięty katalog konkretnych stanów i sytuacji, które w ocenie stron umowy spełniają przesłanki definicji. Istotą klauzuli siły wyższej jest zastrzeżenie, że strona nie odpowiada za niewykonanie bądź nienależyte wykonanie umowy, które zostało spowodowane działaniem siły wyższej lub w inny sposób ogranicza jej odpowiedzialność kontraktową w tym zakresie.

Epidemia jako przypadek siły wyższej

Należy zastanowić się, czy epidemia COVID-19 spełniać będzie przesłanki definicji siły wyższej zawartej w umowie. Z dużą dozą pewności można zakładać, że tak, aczkolwiek decydujące znaczenie ma brzmienie analizowanego postanowienia. Jeśli wyraźnie wskazano w nim na epidemię jako jeden z przykładów siły wyższej, wówczas sytuacja wydaje się dość prosta. Zgodnie art. 2 punktem 9 ustawy z dnia 5 grudnia 2008 roku o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych przez epidemię rozumieć należy wystąpienie na danym obszarze zakażeń lub zachorowań na chorobę zakaźną w liczbie wyraźnie większej niż we wcześniejszym okresie albo wystąpienie zakażeń lub chorób zakaźnych dotychczas niewystępujących. O ile w okresie od 14 marca do dnia 19 marca 2020 roku, a więc w czasie oficjalnego ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego, można byłoby się ewentualnie zastanawiać, czy już mamy do czynienia z epidemią, czy jeszcze „tylko” z ryzykiem jej wystąpienia, o tyle oficjalne ogłoszenie stanu epidemii począwszy od dnia 20 marca 2020 roku rozwiewa w tym zakresie wszelkie wątpliwości. Stan epidemii wywołuje szereg daleko idących, bezpośrednich konsekwencji prawnych, lecz równocześnie w istotny sposób wzmacnia legitymację do powołania się na zawartą w umowie klauzulę siły wyższej.

Inne przypadki siły wyższej

Obecnie sytuacja jest jednak bardziej złożona, rozprzestrzenianie się COVID-19 uruchomiło szereg reakcji i procesów, których kierunek rozwoju, a przede wszystkim skutki trudno na obecnym etapie przewidzieć. Wiele z nich może być potencjalnie postrzeganych w kategoriach siły wyższej, co można odnieść także do działań organów administracji publicznej i podjętych już czynności mających w celu zwalczanie zagrożenia epidemicznego. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 2 maja 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii wprowadza – podobnie jak wcześniejsze rozporządzenia w tym zakresie – szereg restrykcji bardzo bezpośrednio przekładających się na prowadzenie działalności gospodarczej.

Obecnie obostrzenia te obejmują m.in. ograniczenie lub całkowity zakaz prowadzenia określonych rodzajów działalności (np. działalności polegającej na organizowaniu imprez, związanej z konsumpcją i podawaniem napojów, działalności związanej ze sportem, rozrywkowej i rekreacyjnej), ograniczenia określonego sposobu przemieszczania się, czy też ograniczenia w zakresie obrotu określonymi przedmiotami. Postrzeganie działalności władczej państwa (tzw. imperium) w kategoriach siły wyższej budzi co prawda pewne kontrowersje w literaturze prawniczej, tym niemniej uznać należy, że swoboda stron w kształtowaniu relacji umownej sięga na tyle daleko, aby tego rodzaju urzędowe obostrzenia mogły zostać objęte ustaloną przez strony definicją siły wyższej. Decydujące znaczenie w tym zakresie będzie więc miała treść umowy.

Co, jeśli w umowie nie została przewidziana klauzula siły wyższej?

Podobny problem może się pojawić również wtedy, gdy co prawda strony takie postanowienie przewidziały w umowie, aczkolwiek z uwagi na jego wąski zakres nie będzie ono mogło zostać zastosowane, np. gdy jego treść została zredukowana wyłącznie do wyczerpującego wyliczenia określonych sytuacji, które akurat nie obejmują ani epidemii, ani działań władczych państwa.

Siła wyższa jest pojęciem używanym na gruncie polskiego prawa, nie ma jednakże ogólnego przepisu w Kodeksie cywilnym, który przewidywałby ograniczenie odpowiedzialności umownej z uwagi na działanie siły wyższej. W takiej sytuacji należałoby się zastanowić nad alternatywnymi instrumentami, w tym w pierwszym rzędzie nad tzw. klauzulą rebus sic stantibus z art. 3571 Kodeksu cywilnego, która jakiś czas temu przeżyła prawdziwy renesans popularności w związku z publiczną dyskusją w kwestii możliwości jej zastosowania do kredytów denominowanych oraz indeksowanych frankiem szwajcarskim (CHF). Przepis ten pozwala na zmianę sposobu wykonania świadczenia, jego wysokości lub nawet rozwiązanie umowy, jeśli spełnienie świadczenia byłoby połączone z nadmiernymi trudnościami albo groziłoby jednej ze stron rażącą stratą z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków, czego strony nie przewidywały przy zawarciu umowy. Podobne mechanizmy zostały przez ustawodawcę przewidziane dla niektórych konkretnych rodzajów umów (np. podwyższenie wynagrodzenia ryczałtowego lub rozwiązanie umów o dzieło zgodnie z art. 632 Kodeksu cywilnego, czy obniżenie czynszu dzierżawnego na podstawie art. 700 Kodeksu cywilnego).

Warto w tym kontekście pamiętać także o tym, że odpowiedzialność za należyte wykonanie opiera się na zasadzie winy, przy czym dłużnik jest co do zasady zobowiązany do dochowania należytej staranności. Atrakcyjność wskazanych wyżej rozwiązań istotnie obniża jednak fakt, że o zmianie stosunku umownego (lub nawet jego rozwiązaniu) orzeka sąd, co oznacza, że efektywne rozwiązanie problemu niemożności wykonania umowy odwlecze się w czasie, w szczególności mając na uwadze obecną sytuację. Już teraz, o ile problem nie zostanie uprzednio uregulowany systemowo przez ustawodawcę, należy liczyć się z nadzwyczajnymi opóźnieniami w pracy sądów.

Jakie działania podjąć w chwili obecnej?

Zazwyczaj postanowienia umowne regulujące siłę wyższą przewidują też odpowiednią procedurę działania, której początkiem jest powiadomienie drugiej strony, że jej kontrahent handlowy został dotknięty przypadkiem siły wyższej i że może to wpłynąć na wykonywanie przez niego obowiązków umownych. Należy to zrobić zgodnie z przewidzianym umową trybem komunikacji, w każdym jednakże razie w sposób, który odpowiednio udokumentuje spełnienie tego obowiązku informacyjnego. Kolejnym etapem może być podjęcie przez strony, w dobrej wierze, negocjacji w celu odpowiedniej zmiany stosunku umownego. Ostatecznie w razie przedłużającego się działania siły wyższej (np. dłużej niż 90 dni), każdej ze stron może przysługiwać prawo do jednostronnego rozwiązania umowy.

Wiele zależy od okoliczności konkretnej sprawy – w tym przede wszystkim od brzmienia umowy. Wydaje się jednak, że w obecnej chwili jest jeszcze za wcześnie na wyciąganie daleko idących wniosków i przede wszystkim należałoby poczekać na dalszy rozwój sytuacji. Bez wątpienia podjęcie komunikacji z kontrahentem handlowym i przygotowanie go na ewentualne perturbacje w zakresie wykonania umowy jest jak najbardziej wskazane. Co istotne, dotyczy to zarówno umów, w których siła wyższa została wyraźnie uregulowana, jak i tych, w których brak jest tego typu regulacji. Rozpoczęcie rozmów na wczesnym etapie działania siły wyższej może ograniczyć rozmiar ewentualnych szkód, a być może także zwiększyć szansę na utrzymanie relacji kontraktowej.

Autor: Przemysław Walasek, adwokat, partner w Taylor Wessing w Warszawie

Niniejszy artykuł został przygotowany wyłącznie jako informacja ogólna. Nie ma on na celu udzielania porad prawnych ani nie może zastąpić porady prawnej.

Niepewność i izolacja odbijają się na zdrowiu psychicznym społeczeństwa. U 40 proc. Polaków pojawiają się objawy stresu pourazowego

Niepewność i izolacja odbijają się na zdrowiu psychicznym społeczeństwa. U 40 proc. Polaków pojawiają się objawy <a title=stresu pourazowego" title="Niepewność i izolacja odbijają się na zdrowiu psychicznym społeczeństwa. U 40 proc. Polaków pojawiają się objawy stresu pourazowego" />

Lęk o zdrowie swoje i bliskich, niepewna sytuacja finansowa, obawa o pracę i niemożność planowania przyszłości – negatywne emocje towarzyszące Polakom w czasie pandemii mogą powodować traumę. Do tego dochodzi przymusowa izolacja, również obciążająca dla psychiki. Badanie przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego wskazuje, że u 75 proc. Polaków pandemia wywołuje stres. Ponad połowa wskazuje na załamanie funkcjonowania i wykonywania codziennych obowiązków, a niemal 40 proc. zgłasza nasilone objawy depresyjne. Podobny odsetek mówi o objawach zespołu stresu pourazowego.

Raport wstępny z badania „Zdrowie psychiczne w czasie pandemii Covid-19”, przygotowany przez zespół kierowany przez dr hab. Małgorzatę Dragan z Uniwersytetu Warszawskiego, wskazuje, że pandemia koronawirusa ma ogromny wpływ na stan naszego zdrowia psychicznego. Stres wywołany przez niepewność związaną z sytuacją epidemiologiczną, społeczna izolacja, a często także rozłąka z najbliższą rodziną sprawiają, że nie wszyscy radzą sobie z nową sytuacją.

 – Najczęściej wskazywanym stresorem jest aktualna pandemia koronawirusa – 75 proc. próby określa ją jako stresujące wydarzenie. W dalszej kolejności relacjonowano zbyt dużą lub małą ilość pracy (73 proc.). Z kolei 70 proc. badanych wskazuje na presję czasu związaną z terminowym wywiązywaniem się z zadań. Potwierdza to przypuszczenia, że sytuacja zawodowa jest głównym znaczącym stresorem towarzyszącym pandemii – wskazują naukowcy z UW.

Z badania wynika, że ponad połowa osób zgłasza objawy wskazujące na załamanie funkcjonowania i wykonywania codziennych obowiązków. Niemal 40 proc. ma nasilone objawy depresyjne, a ponad 60 proc. – nasilone objawy lęku uogólnionego. Badani podkreślają, że odczuwają stały lęk, co wpływa na ich życie codzienne. Co istotne, pandemia wywołuje u 37 proc. objawy stresu pourazowego. To zaś może świadczyć, że dla części osób jest ona zdarzeniem traumatycznym, związanym z zagrożeniem życia i zdrowia. Blisko 70 proc. narzeka zaś na nasilony stres i zaburzenia adaptacyjne.

 Badanie pokazuje, że sytuacja pandemii SARS-CoV-2 wiąże się dla znacznej większości osób ze stanem nasilonego stresu. Ważne jest to, że nie jesteśmy sami, że inni znajdują się w podobnej sytuacji. W tym trudnym czasie warto mieć na uwadze hasło kampanii społecznej Mind the Gap: tak dla dystansu fizycznego i solidarności społecznej, nie dla dystansu społecznego i izolacji społecznej. Dbajmy o zdrowie psychiczne swoje i innych ludzi – podkreśla dr hab. Małgorzata Dragan z Wydziału Psychologii UW, kierująca pracami zespołu badawczego.

O zajęcie się kwestią zdrowia psychicznego Polaków w dobie koronawirusa apelują także autorzy Alertu Społecznego, czyli inicjatywy think tanku Open Eyes Economy i Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Eksperci rekomendują jak najszybsze – aczkolwiek uzależnione od sytuacji epidemiologicznej – zmniejszanie ograniczeń w swobodnym przemieszczaniu się, a także dofinansowanie i uruchomienie zawieszonych instytucji kultury ze względu na kluczową rolę sztuki dla psychoterapii społecznej. Kolejnym krokiem powinno być uruchomienie różnego rodzaju lokalnych programów społecznych, pomocy i opieki psychologicznej w miejscach pracy, ale także w szkołach, bo to właśnie dzieci i młodzież są szczególnie dotknięte obecną sytuacją.

Eksperci zwracają uwagę, że bardzo groźnym zjawiskiem jest wzrost frustracji i agresji spowodowany społeczną izolacją i długotrwałym stresem.

Specjaliści zajmujący się pomocą osobom z uzależnieniami i ofiarom przemocy alarmują, że znacząco zwiększyła się liczba próśb o interwencję. Pracownicy telefonu zaufania w Centrum Praw Kobiet odnotowali 50-proc. wzrost liczby połączeń w marcu w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Znacząco wzrosła także liczba osób dzwoniących na Niebieską Linię czy infolinię Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę – alarmują eksperci w Alercie Społecznym.

Koronawirus może na stałe uelastycznić podejście do nauki. Ułatwi też dostęp do kursów i szkoleń

Bardziej elastyczne podejście do nauki i łatwiejszy dostęp do szkoleń i kursów – to dwie zmiany, które doświadczenia z czasu pandemii i nauczania zdalnego wniosą na stałe do systemu edukacji. Systemu, który siłą rzeczy, w ciągu kilku tygodni, musiał stać się bardziej zdigitalizowany, na co nie były gotowe zarówno szkoły i nauczyciele, jak i uczniowie i studenci. – To jednak pokazuje, jak dużo musimy jeszcze inwestować w edtech, czyli połączenie technologii i edukacji – podkreśla Joanna Koper, koordynatorka konferencji Perspektywy Women in Tech Summit.

Wiele szkół planowało wdrożyć automatyzację i digitalizację do edukacji oraz organizacji zajęć, ale dopiero w przyszłości, a obecna sytuacja znacznie przyspieszyła ten proces.

W dalszym ciągu cały system edukacji jest wystawiony na dosyć mocną próbę, ale bardzo ważną. Okazało się, że jesteśmy w stanie wykorzystywać narzędzia technologiczne do tego, żeby efektywnie się ze sobą komunikować. Narzędzia używane od czasu do czasu, takie jak MOOC, czyli masowe, otwarte kursy organizowane dla nieograniczonej liczby uczestników, obecnie stały się standardem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Koper, ekspertka edukacyjna, koordynatorka konferencji Perspektywy Women in Tech Summit.

Część uczelni i szkół bardzo dobrze poradziła sobie z przeniesieniem działalności do sieci. Jednak stanowiły one mniejszość.

– Nauczyciele, a często także sami uczniowie wciąż boją się korzystać z nowych technologii, często ze względu na swoje bezpieczeństwo, ryzyko wycieku danych etc. – mówi ekspertka. – Zarówno my, jak i cały świat nie byliśmy na to przygotowani i teraz próbujemy projektować procesy na bieżąco. To pokazuje, jak bardzo jeszcze musimy inwestować w edukację powiązaną z technologią. Branża edtech to obszar, który będzie się teraz bardzo mocno rozwijał.

Nowoczesne narzędzia wymagają dodatkowych kompetencji zarówno od nauczycieli, jak i od uczniów czy studentów. Stwarzają jednak równocześnie szereg możliwości – odpowiednio dobrane rozwiązania mogą sprawić, że czas przeznaczony na naukę będzie wykorzystany bardziej efektywnie.

Ponadto nauka zdalna przyczynia się do egalitaryzacji edukacji. Osoby, które wcześniej nie mogły sobie pozwolić na udział w kursach prowadzonych tylko stacjonarnie, teraz będą mogły z nich skorzystać. I możliwe, że kursy online będą tańsze, ponieważ udostępnienie platformy szkoleniowej może mniej kosztować niż wynajęcie sali szkoleniowej – zauważa Joanna Koper.

Jak podkreśla, nie są to jedyne korzyści. Również tak prozaiczna kwestia jak zaoszczędzony na dojazdach do szkoły czas może mieć przełożenie na edukację.

Jest to dobra okazja do tego, aby zatrzymać się i zastanowić nad kluczowymi sprawami – radzi ekspertka. – Polecam to zarówno licealistom, jak i dorosłym. Często nie zadajemy sobie ważnych, życiowych pytań, bo nie mamy na nie czasu. Nie zastanawiamy się, co chcemy zmienić w swoim życiu, jakie studia wybrać, w jaki sposób pracować, a z pewnością warto to zrobić. Poza tym ludzie zamknięci w domach mają potrzebę, żeby skupić się na sobie i nauczyć się nowych rzeczy.

Przez pandemię SARS-CoV-2 w II kwartale przybędzie sporo dłużników. Polacy mają już 80 mld zł niespłaconych zobowiązań

Blisko 80 mld zł – tyle wynosiło łączne zadłużenie Polaków na koniec marca br. z tytułu niezapłaconych na czas rat kredytów, rachunków, czynszów czy alimentów. Tylko od stycznia kwota ta urosła o ponad 2 mld zł, a bazy powiększyły się o 37 tys. dłużników. Jak podkreśla prezes BIG InfoMonitor, z powodu koronawirusa już co trzeci Polak stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Dlatego też w kolejnych miesiącach widoczny w statystykach przyrost liczby dłużników będzie coraz szybszy.

– W kryzys wkraczamy w nie najlepszej  sytuacji, ponieważ w I kwartale nasze przeterminowane zadłużenie zwiększyło się o 2 mld zł – do prawie 80 mld zł. Są to długi kredytowe albo pozakredytowe, związane np. z niepłaceniem rachunków, czynszów czy alimentów – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków wzrosła w I kwartale o 449,5 mln zł (1,1 proc.), a nieregulowanych w terminie kredytów – o 1,6 mld zł (4,5 proc.). W statystykach przeważają długi pozakredytowe, które stanowią przeszło 42,5 mld zł. Średnia zaległość z tytułu nieopłaconych rachunków, alimentów i czynszów przekracza 19 tys. zł na osobę i jest o 109 zł wyższa niż trzy miesiące wcześniej. Z kolei przeciętna zaległość z tytułu niespłacanego na czas kredytu to nieco ponad 30,1 tys. zł (wzrost o 537 zł).

Liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o prawie 37 tys. osób, a nieopłacone w terminie zobowiązanie albo opóźnioną o 30 dni ratę kredytu ma już ponad 2,83 mln Polaków. Średnio na osobę przypada ponad 28,1 tys. zł długu.

W gronie dłużników niezmiennie dominują mężczyźni, którzy stanowią 61,4 proc. Jednocześnie mają oni wyższe zaległości niż kobiety – należy do nich 66,7 proc. sumy przeterminowanych zobowiązań.

– Polacy podają różne powody, dla których nie płacą w terminie. Zwykle tłumaczenia krążą wokół utraty pracy czy części dochodów. Około 60 proc. z nich  znajduje jakiś powód i zwykle dotyczy on właśnie pogorszenia sytuacji finansowej. Tylko około 40 proc. Polaków deklaruje, że nie ma usprawiedliwienia dla takich zaległości i jeśli zaciąga się kredyt czy inne zobowiązanie, to należy je spłacić – mówi Sławomir Grzelczak.

Co istotne, pandemia koronawirusa i związane z nią problemy gospodarcze nie są jeszcze widoczne w statystykach BIG InfoMonitor. Przyrost zaległości o ponad 2 mld zł od stycznia do marca br. to głównie efekt bożonarodzeniowych zakupów i grudniowych promocji. Zawirowania na rynku pracy, zwolnienia i zamknięcia firm będą widoczne w zaległościach najwcześniej w danych za kwiecień.

– Niespłacone kredyty lub rachunki rzutują na naszą sytuację finansową około dwa–trzy miesiące później, bo wierzyciel nie może wpisać dłużnika do BIG InfoMonitor od razu. Może to zrobić po odpowiednim wezwaniu i upływie 30 dni od terminu płatności – wyjaśnia ekspert.

Niestety sytuacja ta pociągnie za sobą wiele nieopłaconych rat, rachunków i innych zobowiązań. Tym bardziej że sześciu na dziesięciu badanych jest zdania, że można usprawiedliwić niespłacanie zobowiązań. Dla niemal połowy osób, które tak uważają, niepłacenie uzasadnia właśnie utrata pracy lub części dochodów

Indeks Zaległych Płatności Polaków, który pokazuje, ile osób z problemami finansowymi przypada na 1 tys. dorosłych mieszkańców w kraju, wzrósł w minionym kwartale z 88,9 do 90 pkt.

–  Są jednak województwa, w których dłużników jest więcej niż przeciętnie. To m.in. Lubuskie czy Zachodniopomorskie, gdzie na 1 tys. dorosłych osób przypada 118 dłużników. Nie najlepiej jest też na Dolnym Śląsku – wskazuje prezes BIG InfoMonitor.

Jak wynika z badania oceny sytuacji finansowej, zrealizowanego przez Maison & Partners dla BIG InfoMonitor, co trzeci Polak z powodu koronawirusa stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Pandemia zmniejszyła zarobki głównie osób między 25. a 34. rokiem życia oraz 45–54-latków. W największym stopniu dotknęła jednak młodych, którzy często zostali całkowicie pozbawieni możliwości zarabiania.

– Ta sytuacja z pewnością wpłynie na przyrost długów w rejestrach BIK i BIG InfoMonitor w najbliższych miesiącach. Można się też spodziewać, że zaległości będzie przybywało szybciej niż do tej pory – mówi Sławomir Grzelczak.

W ostatnim kwartale do blisko 390 mln zł zwiększyły się długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju. Na czele listy jest mieszkaniec Lubelszczyzny – 63-latek ma już ponad 73,2 mln zł zaległości. Na drugim miejscu jest 37-letni mężczyzna z Pomorza z kwotą 48 mln zł. Na trzeciej pozycji znalazła się jedna z dwóch kobiet w pierwszej 10. To 38-letnia mieszkanka Mazowsza, która ma ponad 44,6 mln zł niespłaconych zobowiązań. Z Mazowsza pochodzi też połowa z 10 rekordzistów, co odbija się na kwocie zaległości całego województwa.

Dotkniętą kryzysem branżę transportową czeka kolejne wyzwanie. Parlament Europejski będzie w lipcu głosować nad pakietem mobilności

Pandemia SARS-CoV-2 wpływa na pogorszenie kondycji sektora transportu drogowego, a przewoźnicy będą odczuwać jej skutki jeszcze w nadchodzących miesiącach. Kolejne obciążenie pojawi się już niedługo w postaci tzw. pakietu mobilności. Parlament Europejski będzie głosować nad nowymi przepisami w lipcu, a w ciągu 20 dni od ich przyjęcia zaczną obowiązywać pierwsze zmiany. Firmy transportowe mają więc raptem kilka tygodni, żeby się do nich przygotować.

Rodzimi przewoźnicy podczas zbliżających się wakacji będą nie tylko starali się wychodzić z trudnej sytuacji spowodowanej koronawirusem, lecz także napotkają kolejne przeszkody. Jedną z nich będą zmiany w przepisach dotyczących czasu pracy związane z pakietem mobilności – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Włoch, ekspert ds. rozwoju i szkoleń INELO.

Transport to jedna z branż, w którą pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia uderzyły najmocniej. W związku z sytuacją epidemiologiczną międzynarodowy transport pasażerski zamarł niemal całkowicie. Z kolei sytuację przewoźników towarów pogarszały wzmożone kontrole na granicach, wielokilometrowe korki oraz zamknięte fabryki i zakłady produkcyjne. Pandemia SARS-CoV-2 wpłynęła więc na pogorszenie kondycji sektora transportu drogowego, a przewoźnicy będą odczuwać jej skutki jeszcze w nadchodzących miesiącach. Kolejne obciążenie pojawi się już za kilka miesięcy w postaci pakietu mobilności, który Rada UE oficjalnie zatwierdziła w drugim tygodniu kwietnia.

Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza już na przełomie lipca i sierpnia wejdą w życie pierwsze zmiany związane z pakietem mobilności. Będzie to m.in. obowiązkowy powrót kierowcy do siedziby firmy lub do domu na przynajmniej 45 godzin co cztery albo – w szczególnych sytuacjach – co trzy tygodnie. Dodatkowo wprowadzane przepisy nie są precyzyjne i pozwalają na wiele różnych interpretacji przez służby kontrolne, co nie wpływa dobrze na gwarancję bezpieczeństwa prowadzenia firmy w takiej sytuacji – mówi Mateusz Włoch.

Ministrowie transportu Polski, Litwy, Łotwy, Węgier, Bułgarii, Rumunii oraz Malty i Cypru apelowali o wstrzymanie prac nad pakietem, argumentując, że obecna sytuacja różni się od realiów z 2015 roku, kiedy rozpoczęto prace nad nowymi przepisami, a założenia pakietu będą wymagać zmian po zakończeniu obecnego kryzysu.

Mimo apeli branży i państw członkowskich Rada UE przegłosowała jednak nowe przepisy w pierwszym czytaniu (przy sprzeciwie dziewięciu państw, w tym Polski). Teraz pakiet musi zostać przyjęty przez Parlament Europejski w drugim czytaniu.

Najprawdopodobniej ostatnie głosowanie dotyczące Pakietu Mobilności w Parlamencie Europejskim odbędzie się w lipcu tego roku – mówi ekspert INELO.

Jeżeli PE przyjmie jakiekolwiek poprawki do pakietu mobilności, wróci on do dalszych prac w Radzie UE, a państwa członkowskie będą mieć na nie trzy miesiące. Jednak jeśli europosłowie przyjmą nowe przepisy bez poprawek, wówczas procedura legislacyjna zostanie zakończona. Po 20 dniach od opublikowania aktów prawnych wejdą w życie pierwsze przepisy, dotyczące m.in. czasu prowadzenia pojazdu i odpoczynku kierowców (z wyjątkiem specjalnych terminów dla tachografów). Dla rozporządzenia o dostępie do rynku i dyrektywy o delegowaniu kierowców przewidziano półtoraroczny okres przejściowy.

– To oznacza, że po 18 miesiącach od wejścia w życie przepisów pakietu mobilności zacznie też obowiązywać ogromna zmiana dotycząca obowiązkowego powrotu ciężarówki do kraju co osiem tygodni. Zaostrzone zostaną również zasady kabotażu oraz wprowadzone zostaną nowe, duże zmiany w zasadach delegowania kierowców – mówi Mateusz Włoch.

Budzi to kontrowersje wśród przewoźników, którzy wskazują, że – jeśli regulacje wejdą w życie w obecnym kształcie – spowoduje to wzrost kosztów i obciążeń administracyjnych, a po UE będą jeździć puste ciężarówki bez ładunków, niepotrzebnie emitując CO2. Nowym regulacjom od początku sprzeciwiają się państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska.

Nowe przepisy będą problematyczne dla przewoźników, a w połączeniu z gospodarczymi konsekwencjami pandemii SARS-CoV-2 mogą obniżyć konkurencyjność branży. Ekspert INELO podkreśla, że firmy transportowe mają raptem kilka miesięcy, żeby przygotować się do tych zmian.

Jednym słowem będzie dużo trudniej prowadzić działalność w zakresie transportu międzynarodowego. Dlatego już teraz warto zacząć przygotowania i reorganizację przedsiębiorstw, żeby wyjść obronną ręką z zamieszania, które powstanie po przyjęciu pakietu mobilności, i żeby polskie firmy nie straciły znaczenia na europejskim rynku przewozów międzynarodowych – mówi Mateusz Włoch.

Według portalu Statista („Size of the road freight market in Europe from 2010 to 2019”) europejski rynek towarowego transportu drogowego w 2018 roku był wart 341,5 mld euro, a w 2019 roku miał urosnąć do 355,1 mld euro. Polska miała największy udział w całkowitej liczbie tonokilometrów drogowego transportu towarowego przypadający na państwa członkowskie UE w 2017 roku, a wkład branży transportowej w polską gospodarkę sięga ok. 7 proc. Według prognoz w Polsce przychody branży transportu drogowego towarów mają wzrosnąć z 32,5 mld dol. w 2018 roku do 37,7 mld dol. w 2023 roku (Statista, „Industry revenue of freight transport by road in Poland from 2011 to 2023”).

Drożdże piwowarskie pomogą naukowcom wynaleźć lek na COVID-19

To może być przełom w walce z koronawirusem. Naukowcy wygenerowali pełnej długości klon nowego genomu SARS-CoV-2 przy użyciu sztucznych chromosomów w drożdżach piwowarskich. Odtworzenie wirusa pomoże w walce z pandemią. W ten sposób naukowcy będą mogli dokładnie poznać jego budowę, metody zakażenia i replikacji, lecz także leków, które mogą działać przeciwko koronawirusowi, i potencjalnych szczepionek.

Naukowcy z Instytutu Wirusologii i Immunologii Uniwersytetu w Bernie w Szwajcarii stworzyli syntetyczne klony SARS-CoV-2. Co istotne, pełnej długości klon nowego genomu koronawirusa wygenerowali przy użyciu sztucznych chromosomów w drożdżach piwowarskich. Dotychczas najczęściej stosowaną metodą klonowania genomów wirusowych było „zszywanie” fragmentów DNA i wprowadzanie ich do bakterii E. coli w celu replikacji.

W przypadku koronawirusów, które mają duże genomy, byłoby to jednak trudne. Komórki drożdży są większe niż bakterie, mogą więc pracować z większymi kawałkami DNA, mają też zdolność do składania fragmentów DNA w jedną dużą cząsteczkę.

– Udało nam się zreplikować wirusa w ciągu tygodnia – podkreśla prof. Volker Thiel z Instytutu Wirusologii i Immunologii Uniwersytetu w Bernie. – Wykorzystaliśmy nasz modelowy system na bazie komórek drożdży, który – jak się okazało – idealnie nadaje się do rekonstrukcji koronawirusów i innych wirusów.

Zespół naukowców wygenerował 14 fragmentów DNA reprezentujących cały genom wirusa. Każdy fragment podzielono tak, aby komórka drożdży mogła zidentyfikować, które końce do siebie pasują. Ogółem w ciągu tygodnia udało się uzyskać idealną replikację wirusa. Autorzy wykorzystali tę technikę także do sklonowania innych wirusów, w tym MERS i Zika, choć obecnie priorytetem jest SARS-CoV-2.

– Zoptymalizowaliśmy nasz system, aby umożliwić szybkie klonowanie koronawirusów i innych wirusów – dodaje prof. Jörg Jores z Instytutu Bakteriologii Weterynaryjnej Uniwersytetu w Bernie.

Klony koronawirusa można wykorzystać do jego dokładnego zbadania, zrozumienia jego funkcjonowania i budowy. Możliwe, że w ten sposób uda się szybciej opracować dokładne testy diagnostyczne, leki czy szczepionki. Ponadto firmy farmaceutyczne czy szpitale nie będą musiały sprowadzać próbek wirusów, bo będą mogły łatwo pozyskać próbki kliniczne. Zwiększy to bezpieczeństwo, a jednocześnie przyspieszy prace nad opanowaniem pandemii.

Facebook z usługą “sklepów” może zdominować rynek e-commerce

Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy świecą się dziś po południu na zielono. Futures na indeks S&P 500 rośnie o ponad 1 proc. do 2948,75 pkt. Kontrakt na Nasdaq 100 zyskuje prawie 1 proc., zwyżkując do 9390,75 pkt, a z kolei futures na Dow Jones Industrial Average drożeje o ponad 1 proc. do 24434 pkt. Inwestorów w Stanach Zjednoczonych nie wystraszyły w żaden sposób wczorajsze negatywne informacje dotyczące szczepionki na COVID-19 od Moderny.

Podczas wczorajszej sesji, zwłaszcza w jej końcówce, spadki w Stanach Zjednoczonych przyspieszyły, gdy okazało się, że STAT News zakwestionował skuteczność szczepionki na koronawirusa w pierwszym testach prowadzonych przez spółkę Moderna. Jej akcje spadły w następstwie tych wiadomości o ponad 10 proc. Jednak pesymizm na Wall Street, jak widać obecnie, trwał tylko przez chwilę i dziś nie ma po nim za bardzo śladu. Inwestorzy z kolei pokładają duże nadzieje na szybkie otwarcie gospodarki i powrót do normalności. Optymizm jest także wspierany przez kolejne wyniki spółek.

W handlu przed sesją akcje Lowe’s wzrosły o 7 proc. Amerykańska sieć hipermarketów powstała w 1946 w North Wilkesboro zajmująca się sprzedażą materiałów budowlanych, narzędzi itp. pokazała raport, w którym sprzedaż i zysk były znacznie powyżej oczekiwań rynku. LOW poinformował w środę, że zysk za pierwszy kwartał wyniósł 1,34 miliarda USD. Firma z Karoliny Północnej poinformowała, że dochód netto wyniósł 1,76 USD na akcję. Wyniki przerosły oczekiwania Wall Street. Średni szacunek 12 analityków ankietowanych przez Zacks Investment Research szacował zysk w wysokości 1,29 USD na akcję. Spółka odnotowała w tym okresie przychody w wysokości 19,68 miliarda USD, co również przewyższyło prognozy. Dziewięciu analityków ankietowanych przez Zacks oczekiwało 18,26 miliarda dolarów.

Zdaniem firmy JMP nowy produkt Facebooka, czyli możliwość tworzenia sklepów internetowych, przyspieszy handel społecznościowy i może znacznie zwiększyć największy pion reklamowy firmy, ponieważ coraz więcej użytkowników korzysta z Instagrama i Facebooka w celu zapoznania się z produktem. Co miesiąc ponad 3 mld użytkowników Facebooka ma szerszy dostęp do ponad 160 milionów małych i średnich firm w serwisie, a sklepy są dalej zintegrowane z FB, Messengerem i WhatsApp. Dodatkowo e-handel rośnie wraz z epidemią, a codzienna sprzedaż e-commerce w USA wzrosła o 49 proc. od 1-11 marca do 1-23 kwietnia, PayPal poinformował, że 1 maja był największym dniem zakupów w historii, wyprzedzając Black Friday i Cyber Monday. Handel w sieci może stanowić około 18,5 proc. całkowitej sprzedaży detalicznej w USA do 2025 r. w porównaniu z 11 proc. w 2018 r. Według JMP są to konserwatywne wyliczenia.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Sztuczna inteligencja pozwoli uratować pszczoły

Dziś przypada, ustanowiony przez ONZ, Światowy Dzień Pszczół. Spadek populacji tych owadów stanowi poważny problem dla całej ludzkości. Według danych Greenpeace Polska pszczoły miodne i dziko żyjące odpowiadają za zapylanie roślin, które stanowią ponad 1/3 naszej codziennej diety. Firma SAS wykorzystuje sztuczną inteligencję, analitykę oraz Internet rzeczy, aby monitorować, chronić i ratować te niezwykle pożyteczne owady.

W samych Stanach Zjednoczonych liczba uli spada o ponad 40% rocznie. Chcąc zapobiec temu negatywnemu zjawisku, analitycy SAS opracowali nieinwazyjny sposób monitorowania w czasie rzeczywistym warunków panujących w ulach za pomocą danych akustycznych i algorytmów uczenia maszynowego. Zebrane informacje są wysyłane bezpośrednio do chmury obliczeniowej, co pozwala na stałe pomiary punktów danych w ulu i jego otoczeniu. Analizowane są dane dotyczące wagi, temperatury, wilgotności czy aktywności pszczół co pozwala na ocenę stanu ich zdrowia, poziomu stresu czy statusu królowej.

Wsłuchiwanie się w dźwięki z ula

Jedną z technologii wykorzystywanych do ratowania pszczół jest analiza akustyczna dźwięków zebranych przez mikrofony ulowe. Dzięki niej pszczelarze mogą lepiej zrozumieć procesy, które zachodzą w ulach, bez konieczności przeprowadzania czasochłonnych i zakłócających życie owadów kontroli manualnych. Technologia ta pozwala m.in. wykrywać problemy ze zdrowiem królowej, która jest kluczowa dla istnienia ula. Jej śmierć jest przyczyną pustoszenia uli w 25 do 40% przypadków. Dzięki analizie typu Robust Principal Component Analysis (RPCA) i uczeniu maszynowemu możliwe jest odróżnienie nieistotnych dźwięków od tych wydawanych przez pszczoły.

Analitycy z działu Internetu Rzeczy w SAS pracują nad bioakustycznym systemem monitorującym stan pszczół w ulu, wykorzystującym przetwarzanie sygnałów cyfrowych oraz algorytmów uczenia maszynowego. Dzięki temu pszczelarze mogą lepiej zrozumieć i przewidywać problemy oraz zmiany dotyczące kolonii, takie jak pojawienie się nowej królowej – coś czego nie byliby w stanie wykryć bez pomocy technologii. Projekt działa w oparciu o środowisko SAS Event Stream Processing oraz oprogramowanie SAS Viya. Obecnie projekt jest testowany w czterech ulach wchodzących w skład Bee Downtown w siedzibie SAS w Cary, w Północnej Karolinie.

Zrób zdjęcie pszczole

SAS współpracuje z Centrum Badań Analitycznych i Edukacji na uniwersytecie Appalachian State przy ogólnoświatowym projekcie World Bee Count. Uczestnicy są zachęcani do robienia zdjęć owadom i umieszczania ich w sieci za pomocą specjalnej aplikacji. Celem inicjatywy jest stworzenie jednej z największych i najbardziej kompletnych baz danych na temat pszczół. Informacje te są następnie zestawiane z danymi dotyczącymi plonów, opadów atmosferycznych i innych czynników mających wpływ na zdrowie pszczół, co stanowi pierwszy krok na drodze do poznania powodów dramatycznego spadku ich populacji. Dziś ogłoszono powstanie cyfrowej mapy, wykorzystującej technologię SAS Visual Analytics, przedstawiającej zdjęcia nadesłane przez uczestników akcji oraz rozmieszczenie geograficzne pszczół i innych zapylaczy co pozwala na analizę stanu ich populacji.

Analiza „tańca pszczół” pozwoli określić, gdzie zakładać ule

Głównym powodem spadku liczebności populacji pszczół jest brak dostępu do żywności ze względu na wzrost monokultury w rolnictwie. Problemem tym zajmuje się firma Amesto NextBridge, zwycięzca konkursu 2020 SAS EMEA Hackathon, którego uczestnicy mieli za zadanie prezentację projektu na rzecz zrównoważonego rozwoju wykorzystującego platformę SAS Viya. Przy współpracy z Beefutures zespół skutecznie wdrożył system automatycznie wykrywający tzw. taniec pszczół. Kiedy pszczoły znajdują dobre źródło pożywienia, wracają do ula, aby przekazać jego dokładną lokalizację. W tym celu wykonują określone ruchy zwane „tańcem pszczół” (ang. waggle dance). Dla ludzkiego oka zaobserwowanie ich jest praktycznie niemożliwe. System analizuje materiały wideo, a technologia uczenia maszynowego pozwala określić które ruchy stanowią waggle dance. Ta wiedza umożliwia pszczelarzom lepsze zrozumienie skąd pszczoły biorą pożywienie, a następnie uwzględnienie tego w procesie rozmieszczania nowych uli.

Ceny energii spadły w Japonii prawie do zera – to efekt koronawirusa i inwestycji w OZE

Ceny energii spadły w Japonii prawie do zera – już w lutym po raz pierwszy kwota za kilowatogodzinę osiągnęła poziom poniżej 1 jena, a w kwietniu ta tendencja tylko się wzmocniła. Przyczyną jest zmniejszone przez pandemię zapotrzebowanie gospodarcze na prąd, ale też fakt, że Kraj Kwitnącej Wiśni coraz częściej czerpie energię ze słońca. Niemcy także doszli do wniosku, że zielona energia się opłaca i dlatego burzą kolejne elektrownie jądrowe.

Ceny energii w Japonii osiągnęły niespotykanie niski próg – już w lutym zaczęły gwałtownie spadać, osiągając po raz pierwszy poziom 0,01 jena za 1 kWh. W kwietniu, po wprowadzeniu przez rząd stanu wyjątkowego, spowodowanego pandemią koronawirusa, ta sytuacja zaczęła się powtarzać coraz częściej, bo spowolniony przemysł zużywał mniej energii. To jednak nie jedyna przyczyna. Za wyjątkowo niskie ceny odpowiadają także odnawialne źródła energii, z których Japończycy coraz intensywniej korzystają.

Japonia: energia słoneczna drastycznie obniża ceny za prąd

Japonia jest jednym z krajów, które najmocniej inwestują w fotowoltaikę. Plan ogłoszony przez rząd zakłada zwiększenie udziału energii odnawialnej do 24 proc. do 2030 r., czyli ponad dwukrotnie więcej niż w tej chwili. Korzystna polityka cenowa doprowadziła do tego, że w 2018 r. udział tylko energii słonecznej w koszyku energetycznym osiągnął poziom 6,5 proc.

Powodów wspierania rozwoju OZE przez władze Japonii można doszukiwać się zarówno w tym, że kraj chce zmniejszyć swoje uzależnienie od dostaw energii z zagranicy oraz w tym, że Japonia, stawiająca do niedawna na energię jądrową, po katastrofie z 2011 r. w Fukushimie, chce sukcesywnie zmniejszać pozyskiwanie energii w ten sposób na rzecz bezpieczniejszych źródeł.

– Przykład Japonii pokazuje, że inwestowanie w OZE jest opłacalne, bo pozyskiwana w ten sposób energia jest po prostu tania. Kto z nas nie chciałby dostawać miesięcznych rachunków za prąd w wysokości 1 zł? Jak widać to możliwe. Według danych Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii ponad 3/4 lądowego wiatru i 4/5 mocy elektrowni fotowoltaicznych, które zaczną działać w tym roku ma zagwarantować energię elektryczną tańszą, niż najtańsze źródła na węgiel lub gaz, naturalnie i stopniowo eliminując je z rynku. Energia uzyskiwana z OZE jest tańsza przede wszystkim dlatego, że uniezależnia od dostawców surowca, a co za tym idzie, pozwala odcinać wiele dodatkowych kosztów związanych z jego zakupem. Nie trzeba także ponosić kosztów związanych z wytwarzanymi zanieczyszczeniami, tak jak ma to miejsce w przypadku elektrowni węglowych. Ponadto, technologia cały czas rozwija się, co pozwala budować instalacje słoneczne coraz niższym kosztem, za to z ich dłuższą gwarancją żywotności. – Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska

Niemcy: spektakularny upadek atomu na rzecz OZE

W OZE intensywnie inwestują także nasi zachodni sąsiedzi. Jeśli brać pod uwagę całą energię, jaką produkują Niemcy, również tę, którą eksportują zagranicę, to udział OZE liczy w tym kraju już 49 proc. ogółu produkcji energetycznej. Niemcy chwalą się także okresami, gdy 100 proc. zapotrzebowania państwa na energię pokrywane jest z odnawialnych źródeł. Ostatnie takie wydarzenie miało miejsce 19 kwietnia. Jeszcze bardziej spektakularne są ich pożegnania z energią jądrową. Na tę decyzję, podobnie jak w Japonii, także wpłynęła tragedia w Fukushimie z 2011 r. Najnowszy przykład takiego wyburzenia miał miejsce na początku maja tego roku. Zlikwidowano w tej sposób dwie wieże zakładu w Philippsburgu, którego podwoje zostały zamknięte już w 2011 r. Niemcy deklarują, że do 2022 r. całkowicie zrezygnują z energii jądrowej.

– Na świecie nie brakuje głosów, że Niemcy nie dadzą rady zrekompensować sobie braku energii jądrowej energią ze źródeł odnawialnych, a co za tym idzie, będą musieli nadrabiać elektrowniami węglowymi. Takie działanie przyniosłoby oczywiście skutek odwrotny od zamierzonego – ilość gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery wzrosłaby, zamiast ulec redukcji. Władze niemieckie nie podzielają jednak tych obaw i konsekwentnie rezygnują z zakładów jądrowych, stojąc na straży stanowiska, że takie zmiany opłacą się nie tylko zdrowotnie, ale także gospodarczo, bo OZE to nowe miejsca pracy i energia w lepszej cenie. Tym tropem powinna iść także Polska, nie tylko dlatego, że to zadanie, jakie stawia przed nami członkostwo w Unii, ale także dla własnych ambicji wzrostu gospodarczego i pozycji na arenie międzynarodowej. – Sebastian Biela, wiceprezes firmy Energia Polska

Wynajem w kryzysie – podziel mieszkanie na mikroapartamenty

Czy wiecie na jakie mieszkania zapotrzebowanie jest ZAWSZE? Na kawalerki. Potrzebują ich studenci, ludzie przyjeżdżający do pracy tymczasowej, a także osoby pracujące w danym mieście przez kilka dni w miesiącu, np. wykładowcy, menedżerowie.

Mieszkania do 25 metrów to odpowiedź na potrzeby naszych czasów. Te malutkie mieszkania robią prawdziwą furorę. Wielu deweloperów specjalizuje się w budowie lub transformacji obiektów, w których powstają mikro-mieszkania. Jest tylko jeden problem. Najmniejsze lokale na rynku pierwotnym są bardzo drogie w stosunku do oferowanego metrażu.

– Znacznie bardziej opłacalny może okazać się zakup większego mieszkania na rynku wtórnym i podzielenie go na dwa mikroapartamenty. Np. niedawno z powodzeniem wykonaliśmy metamorfozę polegającą na podziale 48-metrowego mieszkania na dwa lokale – podpowiada Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, która przygotowuje nieruchomości na wynajem na zlecenie klientów.

Mikrotrendy w wielkim mieście

W Polsce nie doczekaliśmy się jednoznacznej definicji apartamentu (zazwyczaj uznaje się, że jest to mieszkanie o wysokim standardzie, o pow. powyżej 100 m2), a „garsoniera” budzi zdecydowanie negatywne skojarzenia. Dlatego dla określenia malutkich mieszkań, o powierzchni zaledwie kilku czy kilkunastu metrów kwadratowych, ale wykończonych dobrej jakości materiałami, używa się nazwy mikroapartamenty.

Pierwszy projekt mikroapartamentów pojawił się około 2013 roku – we Wrocławiu powstała inwestycja „Starter”. Był to przerobiony na mieszkania dawny hotel akademicki. Inwestor stworzył tam 150 kawalerek o powierzchni od 12 do 27 m2. Minimieszkania wykonane „pod klucz” kosztowały od 90 do 220 tys. zł netto i wyprzedały się wciągu roku. Obecnie w naszym kraju mikroapartamenty można znaleźć w największych miastach, przede wszystkim w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście i Wrocławiu.

Produkt jest przeznaczony głównie dla singli i studentów, którzy traktują mieszkanie jak hotel, żyjąc głównie „na mieście”. To jednak nie oznacza, że lokal nie posiada wszystkich potrzebnych sprzętów. Znajdziemy tam w pełni wyposażoną kuchnię, łazienkę i dużo miejsca do przechowywania.

Drugą istotną cechą takiego mikromieszkania jest zazwyczaj sąsiedztwo centrum miasta. Z lokalu musi być blisko do pracy, uczelni i wszelkich atrakcji. Coraz więcej osób nie chce tracić czasu na dojazdy. Zarobki wielkomiejskiego singla bardzo często pozwalają żywić się  na mieście, korzystać z kin, zaplecza sportowego i rozrywkowego. A o takie atrakcje trudniej w bardziej odległych dzielnicach. Co ciekawe, małymi mieszkaniami w dobrej lokalizacji zaczynają interesować się również aktywni seniorzy – oni także chcą mieć łatwy dostęp do rozmaitych udogodnień. Wyraźnie rysuje się już tendencja powrotu mieszkańców do centrów miast, która z pewnością będzie przybierać na sile.

Ceny z górnej półki

Typowe mikroapartamenty usytuowane są zazwyczaj w budynkach znanych jako aparthotele lub condohotele i zarządzane są przez wyspecjalizowane firmy. Coraz częściej budowane są też specjalne bloki, przeznaczone na ten cel, a nawet kilka budynków w obrębie ulicy. W Polsce kupują je przede wszystkim inwestorzy, których zachęca niski próg wejścia oraz obietnica wysokich zysków. W Krakowie za 12-metrowe mieszkanie zapłacimy około 175 tys. zł, w Warszawie za 20-metrową kawalerkę już ok. 200 tys. zł. W zależności od miasta i lokalizacji – bywa mniej lub więcej. Zasadniczo jednak – ceny mikroapartamentów są wysokie.

Z drugiej strony, kawalerki to mieszkania najbardziej poszukiwane, które wynajmą się zawsze. Można je dostosować zarówno do najmu krótkoterminowego, jak i długoterminowego. Ostatnio pojawił się też nowy trend – wynajem na średni termin, np. na kilka miesięcy, ze względu na okresową pracę w innym mieście.

Jedno mieszkanie – dwa apartamenty

Na szczęście istnieje jedno, sprytne wyjście – rynek wtórny. Nie chodzi jednak o poszukiwanie używanych mikroapartamentów, czy kawalerek, bo takie lokale również mogą okazać się niezwykle kosztowne. Inną, zazwyczaj bardziej opłacalną opcją, jest zakup większego lokalu i dokonanie podziału na dwa mniejsze.

– Nasi klienci często decydują się na takie właśnie metamorfozy.  Jest to jednak możliwe tylko pod warunkiem, że oryginalny plan mieszkania na to pozwala – zwraca uwagę przedstawicielka firmy Baransu. – Zanim dokonamy zakupu mieszkania na taki cel, musimy się upewnić, że podłącza wodne, kanalizacyjne i wentylacje, umożliwiają taką zmianę – podkreśla.

Kupując średniej wielkości mieszkanie z myślą o jego podziale, mamy większe możliwości negocjacji ceny, co wynika z podaży tego typu nieruchomości na rynku. W ofertach można naprawdę wybierać, tym bardziej, że obecnie część osób chce pozbyć się gotówki zamrożonej chociażby w pustostanach. Duże mieszkanie trudniej wynająć, jeśli więc ktoś chce się go pozbyć, może być skłonny do obniżenia cena. Z kolei sprytny nabywca może kupić jedno mieszkanie, a zarabiać na dwóch.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że taka transformacja to dość spora inwestycja, szczególnie na początku. Pod uwagę należy wziąć nowe przyłącza, układ elektryczny, zastąpienie jednego licznika prądu – dwoma, a najlepiej także wyposażenie dwóch niezależnych mieszkań w sprzęt AGD oraz pełne umeblowanie. Oznacza to, że w takim przypadku musimy się liczyć z większymi kosztami, niż tylko cena zakupu nieruchomości. Ponieważ chodzi o coś więcej, niż tylko o „odświeżenie” mieszkania, warto skorzystać z pomocy firm, które mają już doświadczenie w podobnych przebudowach.

Metamorfoza na miarę oczekiwań

Chętni do zamieszkania w mikroapartamentach mają bardzo sprecyzowane wymagania co do mieszkania. Na pierwszy plan wysuwa się funkcjonalność i maksymalne wykorzystanie każdego skrawka przestrzeni. Już na etapie projektowania warto wiedzieć, kim będzie nasz klient docelowy. Trzeba wziąć pod uwagę jak może wyglądać jego rozkład dnia, w jaki sposób korzystać będzie z przestrzeni i sprzętów domowych, czy posiłki je w domu, czy na mieście, gdzie spędza wieczory, czy odwiedzają go znajomi. Mając taką wiedzę, łatwo ustalimy, jaki będzie najlepszy rozkład mieszkania oraz w jakie sprzęty musimy je wyposażyć.

– Mieszkanie musi być łatwe do utrzymania w czystości, a wyposażenie powinno umożliwiać szybką wymianę. Nie zapominajmy także o estetyce, szczególnie jeśli nasze mikroapartamenty chcemy uczynić lokalami klasy premium, co będzie istotne np. dla pracowników korporacji – mówi Marta Bocheńska-Pachuta.

Takie podejście wymaga sporych nakładów finansowych. Jednak w dłuższej perspektywie, przekształcając większy lokal w dwa mniejsze, otrzymamy zdecydowanie wyższy zwrot z inwestycji w przeliczeniu na metr kwadratowy. Dodatkowym atutem podziału nieruchomości może być również możliwość wynajmowania dwóch osobnych mieszkań (singlom lub parom), zamiast najmu „na pokoje” – popularnego zwłaszcza wśród studentów.

Komfortowy lokal w centrum receptą na kryzys

Na przestrzeni lat zmienia się obraz tego, czym jest komfortowe mieszkanie. Do niedawna oznaczało ono lokal o dużym metrażu, położony z dala od zgiełku miasta. Jednak rozrastające się aglomeracje i konieczność spędzania po kilka godzin dziennie w korkach, zmieniają tę wizję. W centrach miast pojawiają się strefy ekologiczne i ograniczenia w parkowaniu, więc coraz trudniej tam dojechać. Z kolei późniejszy wiek zakładania rodzin sprawia, że potrzeba większego mieszkania pojawia się w starszym wieku. Dziś więc komfort bardzo często oznacza małe mieszkanko, ale w samym centrum – tam, gdzie bije serce miasta.

Trend na powrót do centrów miast i chęć spędzania większej ilości czasu wolnego z przyjaciółmi w licznych lokalach, zdobywania nowych kompetencji, czy korzystania z obiektów sportowych sprawiają, że wiele osób decyduje się mieszkać na niewielkiej przestrzeni. Nie spędzają w niej  dużo czasu, ponieważ w dobrej lokalizacji mają łatwy dostęp do kultury, edukacji  i rozrywki. To właśnie tym wszystkim osobom dedykowane są mikroapartamenty. Oceniając szybkość sprzedaży takich inwestycji, z powodzeniem można wskazać, że takie rozwiązania będą w najbliższym czasie zyskiwały na popularności.

Inwestycja w najmniejsze mieszkania należy do tych najbezpieczniejszych. Wymagania kapitałowe dla takiej inwestycji są stosunkowo małe. Mały lokal może być wynajmowany na różne sposoby – zarówno długoterminowo (dla par, singli, studentów), średnioterminowo (dla pracowników tymczasowych), jak i krótkoterminowo (dla turystów, czy pracowników w delegacji). Dodatkowo, posiadając dwa lub trzy lokale na wynajem, możemy dywersyfikować portfel nieruchomości pod kątem różnych grup docelowych. To zaś sprawi, że nasza oferta będzie mniej podatna na kryzysy.

Polska na szarym końcu w regulacjach e-handlu w UE

Polska jest jedynym krajem w Unii Europejskiej, która nie dopuszcza zakupu alkoholu przez internet. Jest to ostatni sektor spożywczy objęty takim zakazem. E-handel jest dozwolony w większości krajów Europy, natomiast w Polsce obowiązuje przestarzała ustawa o wychowaniu w trzeźwości, która została uchwalona w czasach stanu wojennego, gdy nikt nie był w stanie przewidzieć dynamicznego rozwoju sprzedaży online. Zdaniem branży władze powinny jak najszybciej uregulować te zagadnienia, co pozwoli dodatkowo na zatrzymanie spadku wpływów z tytułu akcyzy do budżetu państwa, z powodu wyhamowania sprzedaży wyrobów spirytusowych do restauracji, barów i klubów, ze względu na pandemię COVID-19.

2. Alkohol_Internet_Infografika_white_GRAY_600px 1. Alkohol_Internet_Infografika_white_GRAY_600px „Moim zdaniem nie ma bardziej bezpiecznego sposobu sprzedaży alkoholu jak internet. Takie zakupy musimy wcześniej zaplanować, natomiast gdy przechodzimy obok sklepu może zadziałać impuls i wstąpimy po piwo. Na imprezę sprzedawca online też nie przywiezie alkoholu w 15 minut.

Nabywców w sieci można bardzo dokładnie prześwietlić. Skoro w całej Europie jest taka możliwość dlaczego my pozostajemy w ogonie. ? Nawet Szwecja z państwowym monopolem na alkohol zezwoliła na sprzedaż internetową. Ostatnio na taki krok zdecydowała się Łotwa – właśnie z powodu pandemii.

 „Sprzedaż artykułów spożywczych przeniosła się do sieci,  do domu zamawiamy kompletne posiłki i jeżeli ktoś chciałby do takiego obiadu lub kolacji napić się lampki wina, drinku  czy kufla piwa to i tak musi wyjść do sklepu. To sztuczna bariera, która nie powinna istnieć. To nie wszystko – przez dwa miesiące nie pracowała cała gastronomia – to 15 proc. obrotów całej branży alkoholowej. Sprzedaż internetowa może przynajmniej częściowo uzupełnić straty państwa z powodu niezpłaconej akcyzy. Warto podkreślić – nigdzie sprzedaż internetowa nie spowodowała dużegoi wzrostu konsumpcji”, zwraca uwagę Witold Włodarczyk, Prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

W większości krajów UE istnieją jasne zasady handlem internetowym alkoholem. Każdy kraj członkowski ma własne regulacje, ale zasada jest jasna – można handlować legalnym produktami przez legalny kanał dystrybucji.  Ostatnio na takie rozwiązanie zdecydowała się Łotwa w obliczu epidemii. Niezależnie od rozprzestrzeniania się COVID-19 e-handel alkoholem jest również dostępny m. in. we Francji, Hiszpanii, Niemczech, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Włoszech, a poza Europą w Australii, Brazylii, Chinach, Japonii i w Stanach Zjednoczonych. Polska jako jedyna w UE nie ma uregulowanej tej kwestii.

Także dla pogrążonej w kryzysie branży gastronomicznej uwolnienie handlu alkoholem przez internet pozwoliłby na zwiększenie przychodów i utrzymanie zatrudnienia – poszerzenie ich oferty o możliwość dostarczania napojów alkoholowych do domów klientów, wpłynęłoby na poprawę ich sytuacji finansowej.

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości powstała w stanie wojennym, gdy nie było oczywiście mowy o internecie. Legislator musi przyznać, że internet istnieje i jest znaczącym kanałem dystrybucji. To co nazywamy nieodpowiedzialnym spożyciem jest marginesem. Alkohol jest, był i będzie ważnym elementem handlu, tak samo jak internet.

Obecna sytuacja temu sprzyja, widzimy to we wzroście e-handlu FMCG w pierwszej fazie pandemii. Oczywiście, sprzedając alkohol musimy kontrolować nabywców. W sklepie internetowym, by założyć konto trzeba powiązać z nim kartę kredytową, co mogą zrobić jedynie pełnoletni. Ponadto wystarczy przy odbiorze wprowadzić kontrolę dowodu tożsamości przez kuriera. Takie bezpieczne rozwiązania w branży online już istnieją”, podkreśla Maciej Ptaszyński, prezes Polskiej Izby Handlu.

„Nie mam najmniejszych wątpliwości, że alkohol powinien być dostępny przez internet. Zdaję sobie sprawę, jest to produkt „specjalnej troski”, ale blokowanie jednego kanału dostępu do niego jest niezrozumiałe. Przy sprzedaży zdalnej można dochować wszelkich warunków bezpieczeństwa społecznego i moralnego, wynikającego z zagrożeń z niekontrolowanym spożyciem.

 Trzeba powrócić do ugruntowanej tradycji polskiego stołu, którego alkohol jest nieodłącznym elementem, tak jak we Francji czy w Hiszpanii. Pokazujmy, że alkohol może być elementem dobrego obyczaju i etykiety. Nawiążmy do tego co jest w polskiej kulturze biesiadnej najlepsze. Tak jak Francuzi, Anglicy szczycą się swoimi trunkami, tak i my powinniśmy polskie alkohole łączyć z naszą tożsamością”, podkreśla Maria Andrzej Faliński, prezes stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Zezwolenie na handel w internecie jest szansą na zwiększenie rozpoznawalności naszych producentów za granicą. Największym rynkiem e-commerce alkoholu w Europie jest Wielka Brytania, która z powodzeniem wykorzystuje ten kanał dystrybucji do sprzedaży whisky za granicę, co doskonale wpisuje się w promocję marki „szkocka whisky”.

„Moja niewielka firma produkująca ekskluzywne, leżakujące nalewki dramatycznie odczuła skutki epidemii. Naszym odbiorcom są restauracje i hotele, które na wiele tygodni zostały zamknięte. Nasza sprzedaż zamarła. Jak na razie utrzymuję zatrudnienie i czekam na lepszy czas. A co będzie dalej? Lokale gastronomiczne są już otwarte, ale nie spodziewam się wielkiego powrotu klientów i znaczącego wzrostu przychodów. Gdyby sprzedaż internetowa była dozwolona, mógłbym trafiłbym do nowej grupy odbiorców, także za granicą”, dodaje Karol Majewski, właściciel rodzinnej firmy Nalewki Staropolskie.

Wyroby spirytusowe z Polski są znane i doceniane na całym świecie – umożliwienie handlu przez internet może wpłynąć na wzrost ich eksportu, poprawę sytuacji finansowej producentów, zwiększenie wpływów do budżetu oraz rozsławienie na świecie polskich marek wyrobów spirytusowych. Z takiej formuły mogliby korzystać turyści odwiedzający nasz kraj, którzy po powrocie do siebie zechcieliby kupić alkohole „made in Poland”.

Jak COVID-19 wpłynie na ceny mieszkań? Deweloperzy odpowiadają

Czy ceny mieszkań spadną? Czy deweloperzy wprowadzają promocje? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Nie należy spodziewać się obniżek cen mieszkań. Sprzedaż mocno wyhamowała, ale nie oznacza to, że klienci zrezygnują z zakupu mieszkań, bo ceny z dnia na dzień okazały się dla nich zbyt wysokie. Sprzedaż wyhamowała, ponieważ utrudnione jest prowadzenie niemal każdej działalności gospodarczej. Wszyscy obawiają się o przyszłość i wstrzymują z decyzjami, które nie dotyczą najważniejszych potrzeb. Kiedy sytuacja zacznie się stabilizować, sprzedaż mieszkań ponownie ruszy. Pomimo obecnej sytuacji, odnotowujemy dużą liczbę kontaktów i ruch na stronie internetowej. Potwierdzają to zresztą ankiety portali z ogłoszeniami mieszkań, z których wynika, że blisko 80 proc. zainteresowanych zakupem mieszkania podtrzymuje swoją decyzję o zakupie, dopuszczając myśl, iż transakcja może przesunąć się w czasie lub zakup będzie dotyczył innego mieszkania niż pierwotnie zakładano, tj. mniejszego i tańszego.

Należy też zaznaczyć, że po ostatnim kryzysie w 2008 roku, ceny przez dłuższy czas były na stałym poziomie, a w niektórych miastach, np. we Wrocławiu nie spadły, a wręcz wzrosły. Spadki cen nastąpiły w momencie dużej nadpodaży i udziału gotowych mieszkań w ofercie na poziomie blisko 30 proc. Obecnie mamy rekordowo niską ofertę mieszkań na rynku, a gotowych lokali praktycznie brak. Należy się też spodziewać, że w kolejnych miesiącach podaż spadnie, co związane będzie z wstrzymywaniem przez deweloperów nowych inwestycji, jak i problemami związanymi z uzyskiwaniem pozwoleń na budowę.

Jednocześnie chciałbym zwrócić uwagę, że obecnie mamy zupełnie inną sytuację niż przeszło dekadę temu. Zdolność nabywcza Polaków jest dwukrotnie wyższa. A inaczej rzecz ujmując, stać ich na dwa razy większe mieszkanie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Trudno powiedzieć, czy ceny mieszkań się zmienią, ponieważ nie wiemy, co wydarzy się kiedy zniesione zostaną ograniczenia w poruszaniu i przywrócone normalne tempo pracy i funkcjonowania gospodarki. Popyt został „sztucznie” uśpiony i dopiero najbliższe miesiące pokażą, jak bardzo i czy w ogóle zmniejszy się w porównaniu do podaży. Pamiętajmy, że wiele firm deweloperskich wstrzymało się z realizacją inwestycji lub kolejnych etapów projektów, co istotnie zmniejszy podaż. Alternatywa dla inwestowania w nieruchomości również nie przedstawia się zbyt ciekawie. Inwestowanie w akcje, fundusze, obligacje jest dziś pozbawione sensu, a oprocentowanie lokat jest znikome. Do tego dochodzi inflacja, która w lutym i w marcu br. przekroczyła 4 proc.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Pierwszą reakcją klientów na epidemię było chwilowe zmniejszenie zainteresowania zakupem mieszkań z uwagi na sytuację związaną z zagrożeniem zdrowia oraz restrykcjami nałożonymi przez rząd. W związku z tym, odczuwalny był zmniejszony obrót na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Nie oznacza to jednak, że ceny będą spadać, ponieważ definiuje je szereg czynników.

Z uwagi na kryzys deweloperzy wstrzymali większość planowanych inwestycji, co spowoduje, że spadnie podaż mieszkań. A zatem przy znacznie mniejszej podaży popyt może ulec jedynie czasowemu zahamowaniu. Zwłaszcza, że dotychczasowa hossa na rynku mieszkaniowym wynikała bardziej ze wzrostu zamożności Polaków i realnego niedoboru mieszkań. W czasach koronawirusa mieszkania są nadal atrakcyjną formą inwestycji wobec niskooprocentowanych lokat bankowych, przy rosnącej inflacji. Istotnych spadków cen mieszkań, w szczególności w segmencie premium, raczej nie można się spodziewać z uwagi na wysokie ceny materiałów, ziemi, robocizny.

W inwestycji Hanza Tower w Szczecinie wytypowaliśmy apartamenty, które można kupić z 5 proc. rabatem. Wybrane mieszkania w Osiedlu Tysiąclecie w Katowicach można kupić bez VAT, czyli o 8 proc. taniej. Najtańszy lokal kosztuje 248 tys. zł brutto. Kupując ostatnie, gotowe apartamenty inwestycyjne w Bliskiej Woli na warszawskiej Woli klienci zapłacą nawet do 60 tys. zł mniej. W luksusowym, podmiejskim osiedlu Villa Campina w Ożarowie Mazowieckim można natomiast nabyć szeregowe domy ekologiczne w technologii drewnianej. To atrakcyjny wybór dla wielu osób, które doszły do wniosku, że w obecnej sytuacji bezpieczniej i wygodniej jest mieszkać we własnym domu.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Trudno przewidzieć wszystkie możliwe skutki i czas, w jakim pandemia będzie wpływała na znajdujący się wcześniej w wysokiej fazie aktywności rynek nieruchomości. Skutki obecnej sytuacji widoczne są we wszystkich sektorach gospodarki, co dodatkowo utrudnia prognozowanie ewentualnych zmian w branży nieruchomości. Na tę chwilę jednak sytuację z koronawirusem postrzegamy jako zjawisko, które w długiej perspektywie nie powinno mieć znaczącego wpływu na rynek pierwotny, w tym także na ceny nowych mieszkań.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży w Lokum Deweloper

Sytuacja spowodowana epidemią jest trudna dla wszystkich uczestników rynku nieruchomości, dlatego staramy się wychodzić naprzeciw potrzebom klientów i wprowadzać różnego rodzaju udogodnienia przy zakupie mieszkań. Takie, jak przesuwanie terminów płatności, czy harmonogram płatności 10/90. W kilku inwestycjach obniżyliśmy ceny wybranych mieszkań, dzięki czemu są jeszcze bardziej atrakcyjne.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Sytuacja jest dynamiczna, a jej skutki trudne do przewidzenia, jednak rynek pod kątem cen zachowuje się dosyć stabilnie. Myślę, że na chwilę obecną na pewno możemy mówić o zahamowaniu wzrostu cen mieszkań, co jest korzystną sytuacją dla osób planujących zakup nowego lokum.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Popyt na mieszkania nadal jest ogromny. Jeśli więc gospodarka względnie szybko zostanie „odmrożona”, nie należy sądzić, że średni poziom cen w znaczący sposób obniży się. Wiele zależy od tego, jak zachowają się banki i na ile skuteczne okażą się rozwiązania zawarte w tarczy antykryzysowej. Na obecną chwilę nie należy jednak spodziewać się spadków cen w najbliższej perspektywie.
Wzrasta natomiast popyt na domy i mieszkania z ogrodami. Mając do dyspozycji choćby tylko kawałek ogródka, izolacja jest bardziej komfortowa. Niepewność związana z wyjazdami wypoczynkowymi przyniosła refleksję dotyczącą jakości czasu spędzanego w domu. To nasze wnioski z zapytań dotyczących gotowych domów i budowanych mieszkań, które mamy w ofercie Osiedla Księżnej Dąbrówki.
Co do promocji, realizujemy je w tym samym rytmie, który obowiązywał przed epidemią. Oferty specjalne pojawiają się cyklicznie, w zależności od tego, na jakim etapie budowy jest dana inwestycja. Pod tym względem nic się nie zmieniło.

Jarosław Kozak, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Sytuacja spowodowała, że niektórzy klienci czasowo zaniechali podejmowania decyzji o zakupie mieszkania. Poza tym, należy pamiętać o ograniczeniach pracy banków, urzędów, czy sądów. Wydawane przez te instytucje dokumenty i decyzje są często niezbędne do sfinalizowania procesu zakupowego. Jednak moim zdaniem, Polacy w obliczu powszechnej niepewności i spadającego oprocentowania lokat, to właśnie nieruchomości będą postrzegali jako zabezpieczenie swoich oszczędności. W związku z tym, nie powinniśmy odczuć spadku cen, ale ewentualnie chwilowe zahamowanie wzrostu popytu. Nasi klienci zawsze mogą liczyć na promocje w postaci rabatów i innych zachęt.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Nie wiemy, ile będzie trwała sytuacja związana z COVID-19, ani czy będzie druga faza zachorowań. A także, kiedy gospodarki wrócą na dawne tory i jak zadziałają pakiety stymulujące, więc wszelkie prognozy obarczone są wysoką niepewnością. Pierwsze wskaźniki z gospodarek azjatyckich pokazują prawdopodobieństwo dynamicznego odbicia. Zakładając, że gospodarki w Europie podąża tą samą drogą, można przypuszczać, że obecne ceny mieszkań mogą utrzymywać się na tym samym poziomie.

Mamy promocję, która została wprowadzona do oferty jeszcze przed wybuchem epidemii. W Osiedlu Łomianki antresole można nabyć w cenie od 3000 zł/mkw. Są to mieszkania o większych metrażach, dwukondygnacyjne, przestrzenne i znakomite do aranżacji. Wyróżniają się energooszczędnością i niskim kosztami użytkowania. Całość dopełnia pakiet Aria Smart Home – system inteligentnego domu oraz panele fotowoltaiczne, piękna przyroda dorzecza Wisły i Kampinoskiego Parku Narodowego oraz dogodny dojazd do Warszawy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Obecna sytuacja nie powinna znacząco wpłynąć na ceny mieszkań. Osoby, które liczą na drastyczny spadek cen, mogą się rozczarować. Na pewno pojawią się dodatkowe promocje na wybrane lokale, ale takie zdarzały się też wcześniej. Należy podkreślić, że podaż będzie spadać ze względu na wstrzymanie przez inwestorów niektórych inwestycji, wkrótce będzie więc mniej mieszkań na rynku. Natomiast popyt będzie stopniowo wzrastał po czasowym wstrzymaniu się przez klientów z decyzjami o zakupie.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Po raz kolejny wprowadziliśmy wiosenną promocję. W naszych inwestycjach oferujemy atrakcyjne rabaty na wybrane mieszkania. Dla przykładu, czteropokojowe mieszkanie o powierzchni ponad 72 mkw. w osiedlu Nowe Rokitki można kupić za 357 tys. zł, o blisko 15 tys. zł taniej niż wcześniej. W inwestycji Grano Residence w Gdańsku rabat może wynieść nawet 60 tys. zł. Promocje obejmują także Osiedle Pastelowe, Osiedle Foresta, Osiedle Zielone oraz Młodą Morenę Park II. Rabaty w tych projektach sięgają kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

W obecnej chwili trudno przewidywać, co stanie się z cenami mieszkań, ponieważ ich poziom zależy od wielu niepewnych czynników m.in. od długości trwania epidemii i kwarantanny społecznej. Można się jednak spodziewać, że wzrost cen sprzed epidemii wyhamuje. Z myślą o naszych klientach nie rezygnujemy z ofert specjalnych. Dlatego bez zmian są dostępne promocje na wybrane inwestycje i mieszkania. Warto też zaznaczyć, że nasze budowy prowadzone są zgodnie z harmonogramem i nie wstrzymujemy wprowadzenia nowych inwestycji. Niedawno do sprzedaży trafiła inwestycja Perspective – Wille Miejskie przy ulicy Kwidzyńskiej we Wrocławiu, a w Warszawie rozpoczęliśmy przedsprzedaż mieszkań w nowym osiedlu Lumea, zlokalizowanym przy ulcy Batalionów Chłopskich.

Autor: Dompress

Jak pandemia koronawirusa wpływa na ruch sieciowy?

Wprowadzona przez kraje Europy i Azji strategia dystansowania społecznego i przymusowego zamknięcia w domach w walce z pandemią koronawirusa, zmusiła wiele firm do pracy zdalnej i wywołała duży wzrost zainteresowania treściami oferowanymi online. To znacznie wpłynęło na praktycznie natychmiastowe natężenie ruchu w sieci. Czy infrastruktura internetowa w poszczególnych krajach sobie z tym radzi?

Praca? Najlepiej zdalnie

Aby zachować bezpieczeństwo i nie narażać się na zakażenie, w czasie pandemii koronawirusa większość osób otrzymała wytyczne przejścia na pracę zdalną. Wyraźnie zwiększa to natężenie ruchu sieciowego przy korzystaniu z domowych połączeń internetowych.

Popularność wideokonferencji w biznesie znacząco wzrosła. Wiele spotkań zastąpiono połączeniami wideo. Mnóstwo nowych serwisów do zdalnej pracy oferuje nawet 8 godzin ciągłego przesyłu danych wideo, przez co pracując w domu trudno poczuć się samotnym. Oznacza to jednak duży i nagły wzrost wykorzystania przepustowości sieci, a co gorsza oznacza, że jest on taki sam na poziomie całego kontynentu, więc nie ma zrównoważenia między poszczególnymi regionami – ocenia Dmitriy Akulov, przedsiębiorca, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr.

A co z czasem wolnym?

Rozrywka w czterech ścianach

W obliczu braku alternatywy po zamknięciu służbowego laptopa większość z nas zostaje w domu i korzysta z rozrywki (filmy, gry), czy zakupów online.

Dane wskazują, że nawet o 20% wzrosła ostatnio oglądalność filmów i seriali w serwisach streamingowych, takich jak Netflix, HBO Go, Hulu, Amazon Prime czy Disney+. W ostatnich dniach platforma Steam, zajmująca się cyfrową dystrybucją gier, bije rekordy w liczbie zalogowanych w tym samym czasie użytkowników. Niemal codziennie wyniki przekraczają 20 milionów osób.

Skoki dotyczą także serwisów, na których użytkownicy mogą nadawać własne treści wideo. O 10 procent wzrósł ruch na znanym wśród miłośników gier komputerowych serwisie Twitch. O 15 procent większa jest oglądalność filmów publikowanych przez videoblogerów na YouTube.

Do sklepu online

Inną kwestią jest widoczna zmiana sposobu zachowania konsumentów, która powoduje skokowy wzrost znaczenia e-commerce.

Eksperci Cushman & Wakefield (C&W) przywołują cytaty z prasowych komunikatów firm przyznających, że w pierwszym kwartale 2020 roku udział e-commerce w sprzedaży będzie tak wysoki, jak nigdy dotąd. Dobrym przykładem może być sklep Frisco.pl, który tygodniowo notuje obecnie sprzedaż na poziomie miesięcznej sprzed pandemii. Rosnące zainteresowanie zakupami w internecie wskazują statystyki Google. W ostatnim czasie wg. Google Trends popularność frazy „zakupy online” w Polsce wzrosła 20-krotnie.

Jest niemal pewne, że konsumenci, którzy aby uniknąć ryzyka zarażenia pozostają w domach i kupują online, także po wygaszeniu pandemii będą chętniej patrzeć na e-commerce – przyznaje Dmitriy Akulov.

Czy sieć to wytrzyma?

Większość dostawców usług internetowych nie jest gotowa na tak duże natężenie ruchu w sieci. Jednocześnie pozwalają swoim działom marketingu na odważne stwierdzenia co do zalet oferty, aby zdobyć więcej klientów. Firmy często sprzedają połączenia o prędkości 1GB, natomiast oczekują, że z reguły każdy użytkownik będzie używał tylko niewielkiego procentu tej przepustowości i to nie w ciągu dnia, kiedy każdy z zasady pracuje poza miejscem zamieszkania.

Tak jak ludzie potrafią jednocześnie szturmować banki, by wypłacać duże sumy pieniędzy, tak teraz wszyscy użytkownicy oczekują nagle dużej przepustowości łącza w tym samym czasie, tymczasem dostawcy usług internetowych nie mają zasobów, żeby spełnić ich wymagania. Konieczna wydaje się więc modernizacja sieci i infrastruktury zaplecza, ale to zajmie wiele miesięcy i będzie kosztować dużo pieniędzy. Po raz pierwszy w historii tak wiele osób próbuje pracować zdalnie. Uważam, że wiele z nich pozostanie w trybie zdalnym i nie wróci szybko do biur, pozostawiając spore wyzwanie dostawcom usług sieciowych. Będą oni zmuszeni, by coś zrobić lub zaryzykują utratę wielu klientów – dodaje Dmitriy Akulov.

Wszystkie zdalne aktywności sprawiają, że pojawiają się generalne obawy o gigantyczne przeciążanie internetu. Należy przewidywać, że czeka nas prawdopodobny spadek prędkości przesyłu danych. Jak odbije się to na codziennym życiu, dowiemy się już wkrótce.

Dobre dane zza Odry

Indeks instytutu ZEW okazał się wyjątkowo optymistyczny. Wyniósł niemal 20 punktów powyżej oczekiwań, a dodatkowo był to najlepszy odczyt od ponad 5 lat.

Dobre dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy odczyt instytutu ZEW. Indeks wyniósł 51 pkt wobec oczekiwanych 32 pkt. Oznacza to, że niemieccy przedsiębiorcy podchodzą znacznie bardziej optymistycznie do sytuacji, niż sądzono. Jest to najlepszy wynik od ponad 5 lat świadczący o tym, że nasi zachodni sąsiedzi spodziewają się poprawy koniunktury w nadchodzących dwóch kwartałach. To (plus zapowiadany duży program pomocowy) jest również bardzo dobrą wiadomością dla Polski, która zwyczajowo korzysta na dobrej koniunkturze u głównego partnera handlowego. Euro reagowało umacnianiem się względem dolara.

Lepsze dane z budowlanki w USA

Wczoraj poznaliśmy dane na temat budowy domów za oceanem. Jak nietrudno się domyślić oczekiwania analityków były raczej pesymistyczne, zarówno pod kątem pozwoleń na budowę jak i rozpoczętych budów. Dane nie były aż takie słabe, ale są wyraźnie słabsze od standardowych poziomów. Wynika to ze wspomnień jak silny cios sektor nieruchomości otrzymał w trakcie poprzedniego kryzysu.

Chińczycy nie zmieniają stóp procentowych

Dzisiaj rano poznaliśmy decyzję Ludowego Banku Chin w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na niezmienionym poziomie 3,85%. Warto zwrócić uwagę, że w przypadku Chin realnym problemem jest zadłużenie zarówno gospodarki jak i społeczeństwa, stąd stopy procentowe utrzymywane są tam na relatywnie bardzo wysokim poziomie, biorąc pod uwagę inne państwa o zbliżonym poziomie PKB na mieszkańca.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Chiny bliskie wprowadzenia suwerennej cyberwaluty

Wielu ekspertów spodziewało się, że Chiny w odpowiedzi na amerykańskie oskarżenia o przyczynienie się do rozwoju pandemii koronawirusa, zaczną wobec USA reagować symetrycznie, oskarżając je również o „stworzenie koronawirusa” i załamanie światowej gospodarki. Jednak eksperci ci zapomnieli, że osobliwością chińskiej myśli politycznej jest to, że Chiny rzadko „grają na polu, które do nich nie należy” i gdzie są zmuszane do gry zgodnie z regułami ustanowionymi przez innych. I tym razem Chiny, wykorzystały swoją starą strategię, w myśl której „głos słychać ze Wschodu, a cios dochodzi z Zachodu”. Okazuje się, że w czasach nadchodzącego, poważnego kryzysu gospodarczego, w czasach informacyjnych i ekonomicznych wojen ze Stanami Zjednoczonymi, działając niespodziewanie i nieprzewidywalnie, Pekin rozpoczął ofensywę na rynkach finansowych przez testowanie nowej waluty elektronicznej, która może wreszcie ostatecznie „uwolnić” go od dolara.

Sam problem – pozostawanie w strefie dolarowej, w ramach płatności międzynarodowych – od dawna stanowił dla Chin poważne obciążenie, a pomysł uczynienia z juana waluty swobodnie wymienialnej, dyskutowany był od początku XXI w. Ale takie rozwiązanie jeszcze bardziej wiązałoby Chiny ze starym, światowym systemem wymiany walut i co najważniejsze, zmuszało Chiny do korzystania z przestarzałego, chociaż jak dotąd ciągle bardzo wiarygodnego, systemu rozliczeniowego.

Chiński system rozliczeniowy

Chiny starają się doprowadzić do tego, aby ich system rozliczeniowy, był przede wszystkim korzystny dla samych Chin, a po drugie, aby był ukierunkowany na przyszłość, a nie na stosowanie starych metod rozliczeniowych. Początkowo lansowano opcję przejścia na rozliczenia wyłącznie w walutach krajowych, „z pominięciem” dolara. W ramach takiego rozwiązania, aktywnie wdrażane są rozliczenia z Rosją. Jednak takie rozliczenia i tak w dalszym ciągu częściowo zależą od „gospodarki dolarowej”.

Poza tym przez długi czas chińskie władze dążyły do realizacji długoterminowego celu, jakim jest maksymalne wprowadzenie juana[1] do płatności międzynarodowych. Zdaniem Pekinu, udział chińskiej waluty w tych transakcjach, powinien odzwierciedlać znaczenie chińskiej gospodarki w światowych procesach gospodarczych. Głównym celem tych działań było zwiększenie wpływu juana, jako międzynarodowej waluty handlowej i inwestycyjnej. Udział juana (RMB) w płatnościach globalnych w latach 2017–2019 wzrósł o 28 punktów bazowych, o czym świadczy raport SWIFT (ang. Society for Worldwide Interbank Financial Telecommunication). Według stanu na sierpień 2019 r. udział juana (renminbi), jako globalnej waluty transakcyjnej wynosił 2,2%. Dla porównania, w lipcu 2011 r., wartość ta nie przekraczała 0,5%. Jeśli chodzi o liczbę instytucji finansowych używających juana do rozliczeń, to do lipca 2019 r. wzrosła ona o 11,31% w porównaniu do lipca 2017 r., co oznacza całkowity wzrost od 1989 r. do wartości 2 214⁠. I chociaż można to uznać za bardzo znaczący wzrost, nadal nie możemy mówić o poważnej obecności juana w płatnościach światowych.

I to w tym obszarze najbardziej zauważalny jest brak równowagi. Jeśli udział Chin w światowym PKB w 2019 r. wyniósł nieco ponad 19,24%, to udział juana w międzynarodowych przepływach płatniczych w sierpniu 2019 r. wyniósł zaledwie 2,2%. Tak więc przepaść między rolą renminbi, a rolą samych Chin w światowej gospodarce jest ogromna.

Dominacja walut USA i UE

Tymczasem sytuacja dolara amerykańskiego i euro jest diametralnie różna. Udział USA w światowym PKB w 2019 r. wyniósł 15,1%, UE nieco ponad 16,05%. Jednocześnie dolar amerykański pozostaje najczęściej używaną walutą w światowych płatnościach na świecie, a jego udział w światowej wymianie finansowej wynosi ponad 39%, a udział następnego w kolejności euro – około 34%. Jako waluta, w płatnościach transgranicznych juan zajmuje obecnie piąte miejsce (za dolarem amerykańskim, euro, funtem szterlingiem i jenem japońskim).

Sytuacja ta wynika nie tylko z obaw o stabilność finansową w Chinach, ale również z powodu ograniczeń przepływów kapitałowych. Formalnie rola juana rzeczywiście rosła z roku na rok, ale nie był to żaden przełom na międzynarodowych rynkach finansowych. W rzeczywistości juan nie był „wpuszczany” na te rynki, a poza tym chińska waluta nie mogła fizycznie przebić „ściany”, stworzonej przez inny system finansowy. Dla wejścia na zachodnie rynki, juanowi zaproponowano wiele wymagań, w tym liberalizację gospodarki, swobodny handel juanem, brak ingerencji państwa w kurs waluty krajowej, i tak dalej.

Pójść własną drogą

Dlatego ChRL postanowiła pójść inną drogą. Nie próbować wchodzić w istniejący już system walutowy, ale stworzyć swój własny i podjąć jeszcze bardziej radykalny krok w celu oderwania go od dolara: rozpocząć aktywne wprowadzanie swojej cyfrowej suwerennej waluty. Waluty, która faktycznie była testowana od kilku lat.

I chociaż nie ma oficjalnego harmonogramu wdrażania nowej waluty, to w okresie, od kwietnia do maja 2020 r., Centralny Bank Chin przyspieszył rozwój elektronicznego juana, który powinien stać się pierwszą cyfrową walutą stworzoną i zarządzaną przez państwo, i to państwo będące jedną z największych gospodarek na świecie, a nie – jak dotąd było z kryptowalutami – przez prywatną korporacją.

Implementacja pierwszej zarządzanej przez państwo kryptowaluty

Czas aktywnej implementacji nie został wybrany przypadkowo. Uznano, że w związku z rosnącą popularnością cyfrowych platform płatniczych, w czasach, kiedy przy rozliczeniach, ludzie zaczynają unikać fizycznych kontaktów z powodu pandemii koronawirusa, cyberwaluta dostarczana przez państwo może stać się bardzo popularna. Jest przy tym ważny niuans: jeśli zdecydowana większość kryptowalut ma zapewnić anonimowość ich posiadaczy, co często wykorzystywane jest do nielegalnych operacji, chińska cyberwaluta powinna być przejrzysta dla krajowego systemu finansowego.

Dla Chin suwerenna waluta cyfrowa jest funkcjonalną alternatywą dla systemu rozliczeń w dolarach, zabezpieczającą płatności przed konsekwencjami wszelkich sankcji lub zagrożeń, zarówno na poziomie krajowym, jak i na poziomie poszczególnych przedsiębiorstw.

Bank centralny rozpoczął testowanie swojej e-waluty w kilku miastach, w tym w Shenzhen, Suzhou, Chengdu, a także w nowej specjalnej strefie ekonomicznej na południe od Pekinu, Xiong’an. Cyberyuan prawdopodobnie zostanie przetestowany również w regionach, w których odbędą się niektóre imprezy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2022 r. I tak, Cyberyuan w Suzhou zostanie wykorzystany do subsydiowania transportu, a w Xiong’an skupi się na płaceniu za żywność i sprzedaż detaliczną.

Podsumowanie

Na pierwszy rzut oka nie ma tu żadnej szczególnej innowacji, rozliczenia elektroniczne są już od dawna wprowadzane w Chinach i stały się dość powszechne dla prawie każdego Chińczyka. Jednak wcześniej nie zamierzano zastępować obecnej waluty – juana, a tego typu płatności były i są po prostu wygodnymi w powszechnym stosowaniu. Ponadto, ponieważ dane dotyczące operacji w ramach istniejących platform płatniczych były rozproszone w kilku, niepołączonych ze sobą systemach, Bank Centralny nie mógł kontrolować przepływu gotówki w czasie rzeczywistym. Tym razem najwyraźniej mowa jest o pełnej, scentralizowanej „digitalizacji” narzędzi rozliczeniowych.

Oficjalne chińskie media wyjaśniają, dlaczego przyspieszenie suwerennej waluty cyfrowej jest teraz tak ważne.

Pierwszym powodem jest przekształcenie przez Stany Zjednoczone dolara w „broń” amerykańskiej polityki zagranicznej. USA osiągają to poprzez wprowadzanie jednostronnych sankcji karnych, z groźbą wykluczenia firm z systemu rozliczeniowego SWIFT. Amerykańskie groźby zostały już zrealizowane i wprowadzone w życie, np. w odniesieniu do Iranu i Wenezueli. Innym przykładem wykorzystania dolara, jako broni, jest wg chińskich mediów przykład z Australii. Rząd tego kraju został zmuszony do odstąpienia od umowy z Huawei, w sprawie obsługi nowej sieci kolejowej, między innymi z powodu trudności z przeprowadzeniem transferów finansowych.

Po drugie, istnieje potrzeba działań Chin, mających na celu przeciwdziałanie szantażowi ze strony dolara, a tym samym zapewnienie inwestorom i przedsiębiorstwom, możliwości wyboru waluty rozliczeniowej. Jest to propozycja dalszego rozwoju systemu transakcji finansowych opartych na juanie, jako alternatywy dla rozliczeń w dolarach.

Po trzecie, chodzi również o perspektywy ekspansji juana. Na pytanie, gdzie w najbliższej przyszłości „cyfrowy juan” będzie wykorzystywany w rozliczeniach międzynarodowych, odpowiedź nasuwa się sama. Będą to oczywiście głównie kraje, które przystąpiły do chińskiej Inicjatywy Pasa i Drogi (Nowego Jedwabnego Szlaku).

Co więcej, w kontekście stagnacji handlu światowego, wprowadzenie nowego systemu płatności może znacznie ożywić handel, dając chińskiej „miękkiej sile” jeszcze większe szanse na powodzenie. A ponieważ posiadaczem i emitentem nowej waluty, będą Chiny, to użytkownicy „cyfrowego juana” będą jeszcze bardziej włączani w chiński system finansowy.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

[1] Formalna nazwa chińskiej waluty to renminbi, co oznacza „waluta ludowa”, jednak powszechnie używa się nazwy „juan”, będącej nazwą jednostki waluty ChRL. Chińska waluta posiada dwa odrębne rynki: wewnętrzny dla rezydentów oraz zewnętrzny. Na rynku wewnętrznym obowiązującą walutą jest tzw. onshore renminbi (CNY), a na rynku zewnętrznym (zagranicznym) tzw. offshore renminbi. Na rynku zagranicznym waluty oznaczone są różnymi skrótami: w Hongkongu – CNH, Tajwanie – CNT, Singapurze – CNS. W Hongkongu w myśl zasady jeden kraj, dwa systemy używana jest odrębna waluta, dolar hongkoński (HKD). RMB pozostaje tam drugą pod względem popularności walutą, a jego rola stale rośnie w związku z ożywioną wymianą handlową z kontynentem. Banki w Hongkongu prowadzą dla klientów konta w RMB. Podobna sytuacja panuje w Makau, gdzie chociaż lokalną walutą pozostaje pataca, to miejscowe banki wydają karty płatnicze umożliwiające płatności w RMB. Nie są one jednak dopuszczane w miejscowych kasynach.

Rekrutacja przejdzie do online nie tylko na czas pandemii?

Aktualna sytuacja sprawiła, że rekrutacje przenoszą się do online. W szczególności kolejne kroki po aplikacji, czyli sprawdzenie umiejętności czy rozmowy kandydatów z działem HR. Universality proponuje pominięcie tych etapów dzięki łączeniu firm z dokładnie dopasowanymi, już sprawdzonymi kandydatami. Cały proces rekrutacji staje się w efekcie znacznie szybszy. Z rozwiązania polskiej firmy skorzystało już blisko 20 tys. osób.

Poprawna ocena umiejętności kandydatów będzie w czasie recesji trudniejsza w zwykłym postępowaniu rekrutacyjnym ze względu na rosnącą liczbę osób poszukujących nowego zajęcia i zmniejszenie liczby ofert pracy (tylko w kwietniu o 28 proc. miesiąc do miesiąca). Na znaczeniu mogą zyskać nowe, wirtualne procedury rekrutacji. Opracowane na przykład przez Universality.

Testowanie kompetencji

Universality – firma z Krakowa – udostępnia darmową platformę, na której dostępne są zadania współtworzone we współpracy z firmami i dotyczące realnych problemów. Obecnie z Universality korzystają przede wszystkim studenci informatyki i młodzi programiści. Mogą budować swój profil, potwierdzać kompetencje, a do szlifowania umiejętności zachęca ich wprowadzony na platformie mechanizm grywalizacji. Wykładowcy mogą z kolei przygotować swoich studentów do rozwiązywania praktycznych zadań, z którymi zetkną się w firmach.

Platforma korzysta z mechanizmu opartego o sztuczną inteligencję, który umożliwia m.in. rekomendowanie konkretnych ścieżek rozwoju.

– Widzimy duże zainteresowanie naszym rozwiązaniem. W tym momencie korzysta z niego dwa tysiące prowadzących i 17 tysięcy studentów. Ta liczba podwaja się co semestr. Dzięki bazie kilku tysięcy praktycznych zadań student bez problemu może starać się o pracę mimo braku doświadczenia w branży IT, a pracodawca ma pewność, że informacja o umiejętnościach to nie tylko deklaracje – wskazuje Jerzy Czepiel, założyciel Universality.

Sprawdzanie predyspozycji

Firmy zyskują dostęp do bazy najbardziej dopasowanych kompetencyjnie kandydatów. – Firmy nie muszą angażować swoich doświadczonych pracowników w proces rekrutacji. Wszystkie umiejętności są już potwierdzone na etapie kontaktu z kandydatami. Ci ostatni też zyskują, bo w trakcie pierwszej rozmowy z potencjalnym pracodawcą wiedzą, że posiadają dokładnie te umiejętności, których on oczekuje. Połączenie ze sobą właściwych osób skraca do minimum czas wdrażania nowego pracownika – dodaje Jakub Folczak, menedżer ds. rozwoju Universality.

Ekspansja zagraniczna

Universality współpracuje obecnie między innymi z Uniwersytetem Jagiellońskim, Uniwersytetem Łódzkim, Uniwersytetem Śląskim, Politechniką Świętokrzyską czy Uniwersytetem Ekonomicznym we Wrocławiu. Firma rozpoczęła również współpracę za granicą. Wymieniła listy intencyjne m.in. z Gujarat Technological University w Indiach, gdzie studiuje 380 tys. osób, z Ministerstwem Edukacji Narodowej w Kirgistanie oraz podpisała umowę z rektorem Uniwersytetu w Równem na Ukrainie.

Nowe zastosowania platformy

Na ten moment Universality skupia się na rozwijaniu narzędzia do rekrutacji programistów i bazy zadań z zakresu IT. – Kolejnym krokiem będzie poszerzenie wachlarza materiałów o inne powiązane branże, np. finanse, bankowość, analitykę czy projektowanie gier – komentuje Jerzy Czepiel, założyciel Universality.

Upraktycznienie polskiej edukacji

Często można się spotkać z opinią, że polskie szkoły wyższe, szczególnie w zestawieniu z zachodnimi, nie przygotowują do tego, z czym studenci zetkną się po opuszczeniu uczelni i wejściu na rynek pracy. Czy tak jest – można toczyć długie akademickie dysputy. Bezspornym faktem jest, że Universality choć w części ten rozdźwięk między praktycznymi potrzebami rynku, a przesytem teorii w czasie studiów może zasypać, zderzając przyszłych pracowników z autentycznymi zadaniami, z którymi spotkają się w firmach.

W czasach pandemii wzrosły oczekiwania hoteli wobec dostawców środków czystości. Liczą się tylko kompleksowe rozwiązania

Branża hotelarska robi wszystko, aby przystosować się do nowej rzeczywistości i wrócić do kondycji sprzed pandemii. Kolejne obiekty noclegowe informują o wdrożeniu wymaganych procedur bezpieczeństwa i otwarciu swoich drzwi dla gości. Coraz więcej hoteli wprowadza też własne rygorystyczne standardy czystości, w opracowaniu których często pomagają eksperci z firm dostarczających profesjonalne środki czystości. Wszystko po to, aby zagwarantować maksymalne bezpieczeństwo gościom i pracownikom. Nikt nie ma bowiem wątpliwości, że czynnikiem decydującym o wyborze obiektu noclegowego stała się gwarancja zachowania reżimu sanitarnego.

Choć hotele i pensjonaty mogą być otwarte od 4 maja, część z nich potrzebuje więcej czasu na przystosowanie się do nowej rzeczywistości oraz wdrożenie wszystkich wytycznych Ministerstwa Rozwoju i Głównego Inspektora Sanitarnego. Inne pozostawały zamknięte, czekając na decyzję rządu o możliwości wznowienia działalności hotelowych restauracji. Jedno jest pewne – obecna sytuacja wymaga podjęcia wzmożonych środków bezpieczeństwa, a żaden hotel nie może sobie pozwolić, aby jego gość lub członek załogi został zarażony na terenie obiektu. To byłaby ogromna strata wizerunkowa dla hotelu, a nawet dla całej sieci. Z drugiej strony miejsca, które dotychczas cieszyły się pozytywnymi opiniami klientów odnośnie wysokich standardów czystości, po wdrożeniu dodatkowych procedur sanitarnych mogą zyskać na tle konkurencji. Wsparcie w tym zakresie często oferują firmy dostarczające do obiektów noclegowych profesjonalne środki czystości. Niektórzy producenci, jak np. Ecolab, w ramach współpracy oferują kompleksowe programy pomagające hotelom przystosować się do nowej rzeczywistości. Z takiej możliwości skorzystał m.in. Hotel Sheraton w Sopocie.

Przy współpracy z firmą Ecolab wprowadziliśmy Specjalny Protokół Czystości. Zgodnie z tym protokołem, wspieranym przez najwyższe standardy sieci Marriott, dbałość o czystość i skuteczna dezynfekcja hotelowych pokoi, obszarów publicznych oraz zaplecza w pełni pokrywa się ze wszystkimi wytycznymi Ministerstwa Rozwoju wydanymi dla branży hotelarskiej. Zdrowie oraz bezpieczeństwo gości i pracowników zawsze było i jest dla nas najważniejsze. Jesteśmy gotowi na nową rzeczywistość, ale podkreślamy – nasze podejście do gości i misja, by przyjąć ich tak, by pobyt zapamiętali na długo, pozostają niezmienne – mówi Artur Zawadzki, dyrektor Hotelu Sheraton w Sopocie.

Pomoc w przygotowaniu wewnętrznych protokołów bezpieczeństwa, opracowaniu planów higieny i dezynfekcji czy list kontrolnych dla poszczególnych stref to tylko część obszarów, w których warto skorzystać z doświadczenia ekspertów z branży czystości. Co jeszcze oferują dostawcy i producenci chemii hotelowej?

Nasza rola nigdy nie ograniczała się do dostarczenia skutecznych i wydajnych środków czystości. Producent chemii profesjonalnej ma za zadanie obsłużyć hotel w sposób kompleksowy, dostarczyć technologicznego know how i pełną obsługę serwisową, mającą na celu kontrolę zużycia produktów i poprawę efektywności. Od zawsze stawialiśmy też na szkolenia, ponieważ odpowiednio wykwalifikowanemu personelowi łatwiej jest wdrożyć właściwe procesy i procedury postępowania – mówi Aneta Krupa, Marketing Manager w Ecolab Polska. – Korzystając z ponad 25-letniego doświadczenia, postanowiliśmy pomóc naszym partnerom przystosować obiekty do funkcjonowania w nowej rzeczywistości. Opracowaliśmy specjalny program dla hoteli, obejmujący nie tylko szereg szkoleń, webinarów oraz wsparcie w opracowaniu procedur i planów higieny, ale też np. pakiet instrukcji graficznych, plansz ściennych i broszur edukacyjnych związanych z pandemią Covid-19. Pomagamy oczywiście również w doborze środków czystości o potwierdzonym działaniu przeciw koronawirusowi SARS-CoV-2 czy we właściwym rozmieszczeniu bezdotykowych dozowników z mydłem i środkiem dezynfekującym – dodaje Aneta Krupa.

Wdrożenie odpowiednich procedur i środków bezpieczeństwa jest równie ważne, jak poinformowanie o tym klientów. O wszystkich – zarówno obowiązkowych, jak i nadprogramowych – działaniach podjętych przez hotel warto napisać na stronie internetowej czy w newsletterze. Z kolei w widocznym miejscu przed wejściem do hotelu i w recepcji, oprócz obowiązkowej informacji o maksymalnej liczbie klientów mogących jednocześnie przebywać w danej części obiektu, warto zamieścić ocenę, jaką klienci wydali hotelowi na popularnych portalach czy w serwisach rezerwacyjnych.

Optymizm wyraźnie zmalał. Brak dowodów na skuteczność leku na COVID-19

Sceptyczne raporty dotyczące ostatnich rewelacji w badaniach nad szczepionką na COVID-19 utemperowały rynkowy entuzjazm, przywracając niepewność o tempo odbicia gospodarczego jako motyw przewodni dla rynków. Indeksy są pod presją, na FX widać odwrót od ryzykownych walut. Łatwo przyszło, łatwo poszło.

W takich sytuacjach nie jest przyjemnym stwierdzać „A nie mówiłem!” i szczerze sam jestem zaskoczony, że powód do zgaszenia entuzjazmu przyszedł tak szybko. Według doniesień STAT News prace firmy badawczej Moderna nad szczepionką na COVID-19 nie przyniosły krytycznych dowodów na skuteczność leku. W raporcie stwierdzono, że „naprawdę nie ma sposobu, aby wiedzieć, jak imponująca może być szczepionka”, a jeden lekarz z Instytutu Johna Hopkinsa dodał, że „nie wiemy, czy te przeciwciała są trwałe”. Schemat jest taki sam, jak poprzednimi razami: firma medyczna ogłasza zdumiewające wyniki badań, rynek szaleje, pojawia się raport sugerujący, że jeszcze za wcześnie, by mówić o faktycznym przełomie, na rynki przychodzi rozczarowanie. To smutne, że potrzeba inwestorów do uczepienia się najmniejszej pozytywnej informacji jest tak brzydko wykorzystywana do zyskania rozgłosu (a może i czegoś więcej, gdyż Moderna jest spółką publiczną). Pozostaje tylko szukać pozytywnych aspektów w tym, że prace nad lekarstwem trwają i w końcu otrzymamy dowody skutecznej szczepionki. Ale, jak pisałem wczoraj, nie można zapominać, że od pierwszych pomyślnych wyników badań do powszechnego użycia lekarstwa minie wiele miesięcy. Cokolwiek rynki uznają za warte dyskontowania teraz, nie będzie się mogło utrzymać przez cały ten czas. Nie rezygnujmy z optymizmu i nadziei, ale tak samo bądźmy wierni zleceniom stop loss.

Rynek akcji może przystopować swój rajd na pewien czas, czekając na kolejny impuls. Najbliższy widzę w odczytach PMI, przede wszystkim z Eurolandu w piątek. Na rynku walutowym presja wraca na waluty ryzykowne AUD, CAD, NOK. Dwie ostatnie mogą przyspieszyć korektę, jeśli dostaną dodatkowe paliwo z rynku ropy naftowej. Nadzieje na szczepionkę są skorelowane z oczekiwaniami co do tempa odbicia gospodarczego, więc ostudzenie pierwszego implikuje ukrócenie rajdu cen ropy naftowej. NZD stara się pośrednio wybronić zmianą w postrzeganiu perspektyw polityki monetarnej RBNZ po tym, jak w nocy prezes banku Orr wykluczył rychłe cięcia stóp procentowych poniżej zera. EUR/USD stara utrzymać się ponad 1,09, czekając na PMI, ale też znajdując wsparcie w oczekiwaniach na obiecujący pakiet fiskalny UE. Osobiście nie mam przekonania, aby te oczekiwania zostały spełnione, co w przyszłym tygodniu (prezentacja projektu pakietu przez KE) podniosłoby ryzyka wokół EUR po negatywnej stronie. Złoty dalej pozostaje słabo skorelowany z nastrojami na rynkach zewnętrznych, nawet jeśli wczorajsze umocnienie i dzisiejszy odwrót wpisywałyby się w wahania sentymentu. Jednak w poprzednich dniach tego związku nie było kompletnie widać, co nakazuje mi trzymać się dotychczasowej opinii, że złoty jest poza uwagą globalnych inwestorów i został porzucony w dryfie 4,51-4,57 za euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska przyciąga coraz większą uwagę specjalistycznych funduszy restrukturyzacyjnych

Kłopoty płynnościowe polskich firm wywołane pandemią koronawirusa przyciągają coraz większą uwagę zagranicznych funduszy typu specialty finance, które oferują niestandardowe formy finansowania w sytuacjach, gdy zagrożone jest istnienie spółki, uważają eksperci firmy doradczej Saski Partners.

Na rynku europejskim i amerykańskim od wielu lat działają wyspecjalizowane fundusze oferujące prywatne źródła finansowania, takie jak strukturyzowane finansowanie dłużne, finansowanie mezzanine, pożyczki konwertowane na udziały, czy też finansowanie kapitału obrotowego. Choć polska gospodarka, uznawana za rynek dojrzały, była na radarze tych instytucji już od kilku lat, to transakcji tego typu było dotychczas niewiele.

Z naszych rozmów z inwestorami wynika, że krajowemu rynkowi coraz bardziej przyglądają się wyspecjalizowane fundusze oferujące przedsiębiorstwom dostęp do kapitału w formie różnego rodzaju długu i finansowania hybrydowego łączącego cechy finansowania dłużnego i kapitałowego – powiedział Dominik Olszewski, partner zarządzający Saski Partners w Warszawie.

Na rynkach zagranicznych doszło w ostatnich tygodniach do kilku niestandardowych transakcji finansowania. W połowie marca amerykański fundusz HPS Investment Partners, specjalizujący się w finansowaniu dłużnym, udzielił specjalnej pożyczki ratunkowej borykającej się z kłopotami płynnościowymi sieci restauracji Pizza Express. Pożyczka będzie miała pierwszeństwo spłaty przed innym długiem w przypadku niewypłacalności spółki. Natomiast fundusze Cinven, CPPIB oraz EQT, które do tej pory inwestowały głównie w kapitał udziałowy, zdecydowały się wesprzeć swoją spółką portfelową Hotelbeds pożyczką w wysokości 400 mln euro, aby pomóc jej przetrwać.

­Tego rodzaju źródła kapitału są bardzo elastyczne i umożliwiają dostosowywanie struktury do konkretnej sytuacji, tak aby z jednej strony zabezpieczyć ryzyko podmiotu finansującego, jednocześnie zapewniając mu adekwatną stopę zwrotu, a z drugiej strony dostosować profil przepływów finansowych danej struktury finansowania do potrzeb i możliwości finansowych firmy – powiedział Dominik Olszewski. – Będzie to kapitał droższy niż finansowanie bankowe, bo najczęściej ma charakter podporządkowany. Dzięki niemu możliwe jest zapewnienie ciągłości działania przedsiębiorstwa lub zrealizowania przedsięwzięcia, które sfinansowanie z innych źródeł nie byłoby możliwe.

Według ekspertów Saski uwaga tych inwestorów skupi się na firmach najbardziej dotkniętych zamknięciem gospodarki z takich branż jak turystyka, handel detaliczny, usługi, czy transport. Firmy te najczęściej nie były przygotowane na gwałtowne zaburzenia płynności, ponieważ znajdowały się w fazie dynamicznego wzrostu i ekspansji zagranicznej. Tymczasem, gwałtowny spadek przychodów wywołany zamrożeniem gospodarki ma negatywny wpływ na warunki zawartych wcześniej umów kredytowych w bankach. W pierwszej kolejności wzrasta ryzyko niespełniania przez przedsiębiorców kowenantów finansowych, co w skrajnym scenariuszu może oznaczać nawet wypowiedzenie przez bank umowy i konieczność natychmiastowej spłaty długu.

Dla firm, które znalazły się w takiej sytuacji pierwszym krokiem jest poszukiwanie porozumienia z dotychczasowymi wierzycielami. Jednak skłonność banków do zwiększenia zaangażowania jest skromna. Pozabankowy rynek finansowania dłużnego w Polsce jest ograniczony do pojedynczych instytucji, podczas gdy na rynkach dojrzałych istnieje cały rynek instytucji i instrumentów finansowych, które w czasach kryzysu gotowe są do inwestowania i finansowania przedsiębiorstw – powiedział Błażej Lepczyński, ekspert Saski Partners.

Sytuacja polskich przedsiębiorstw po lockdownie

Jeszcze pod koniec marca 71 proc. przedsiębiorstw zgłaszało spadek nowych zamówień, w tej chwili ten problem dotyczy 41 proc. Sytuacja na rynku pracy wciąż jest relatywnie stabilna, a nastroje przedsiębiorców się uspokajają. 8 proc. przedsiębiorców planuje dalszą redukcję zatrudnienia, podczas gdy pod koniec marca zwolnienia planowało 28 proc. firm. Z kolei 7 proc. chce zwiększyć liczbę pracowników – takie wnioski płyną z IV fali badania kondycji przedsiębiorstw, przeprowadzonego przez Polski Instytut Ekonomiczny i Polski Fundusz Rozwoju.

Masowych zwolnień nie będzie, ale co piąta firma wciąż chce obniżyć wynagrodzenia

W porównaniu do deklaracji z końca kwietnia, odsetek przedsiębiorstw planujących redukcję zatrudnienia spadł o 4 pkt. proc., zaś w porównaniu do deklaracji z końca marca – o 20 pkt. proc.

Odsetek firm deklarujących utrzymanie obecnego poziomu zatrudnienia wzrósł o 12 pkt. proc. Jednocześnie z 2 proc. na koniec marca do 7 proc. na początku maja wzrósł odsetek firm, które deklarują zwiększenie liczby pracowników.Sytuacja polskich przedsiębiorstw po lockdownie

O ile pod koniec marca obniżenie wynagrodzeń pracowników planowało 50 proc. firm, to na początku maja takich przedsiębiorstw jest 21 proc., przy czym 19 proc. zamierza obciąć pensje całej załogi, a 2 proc. ograniczy się do kadry zarządzającej.Sytuacja polskich przedsiębiorstw po lockdownie 2Sytuacja polskich przedsiębiorstw po lockdownie 3

– Wejście w etap odmrażania gospodarki zmienia sytuację na rynku pracy. Po dotychczasowym wyraźnym zahamowaniu zaczynamy obserwować systematyczny spadek odsetka firm planujących redukcję poziomu zatrudnienia. W końcu marca takich przedsiębiorstw było 28 proc., teraz jest ich 8 proc. Równie istotną kwestią jest ograniczona skłonność pracodawców do obniżania wynagrodzeń. 66 proc. planuje bowiem utrzymanie ich obecnego poziomu. To wynik o 30 pkt. proc. wyższy niż pod koniec marca. Niestety wśród małych firm ten odsetek wzrósł o 10 pkt proc, co może świadczyć o rosnących różnicach w odporności na kryzys – twierdzi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora PIE ds. badań i analiz.

Spadek sprzedaży wyhamował

Na początku maja odsetek firm doświadczających spadku sprzedaży zmalał z 67 proc. do 49 proc., czyli o 18 pkt. proc. w porównaniu z końcem kwietnia, co oznacza zahamowanie dotychczasowego trendu wzrostowego. Na taki obraz wpłynęła przede wszystkim poprawa sytuacji mikro oraz małych firm, wśród których odsetek firm ze spadkiem sprzedaży w stosunku do danych z końca marca zmniejszył się odpowiednio o 28 pkt. proc. oraz o 9 pkt. proc.

Zróżnicowana sytuacja występuje w obszarze zamówień, gdzie 41 proc. przedsiębiorstw doświadczyło spadku w porównaniu do ilości z połowy kwietnia, tyle samo nie odnotowało zmian, a 13 proc. zanotowało wzrost. Najbardziej wyraźne ożywienie wystąpiło w handlu i usługach, gdzie odpowiednio 17 proc. oraz 15 proc. firm odnotowało wzrost liczby nowych zamówień.

Firmy w gorszej kondycji chętniej sięgają po pomoc państwa

Subiektywna ocena płynności finansowej przedsiębiorstw nie zmieniła się w porównaniu z końcem kwietnia. 42 proc. firm ocenia swoją płynność jako dostateczną, by przetrwać powyżej 3 miesięcy, tyle samo deklaruje zdolność przetrwania przez maksymalnie 3 miesiące, zaś 9 proc. firm nie ma żadnych rezerw finansowych. O skorzystanie z co najmniej jednego instrumentu Tarczy Antykryzysowej lub Tarczy Finansowej ubiegało się 61 proc. przedsiębiorstw, najczęściej mikro i małe, odpowiednio 80 proc. oraz 76 proc. Najchętniej z pomocy korzystają ci, dla których jest ona niezbędna aby przetrwać.Firmy w gorszej kondycji chętniej sięgają po pomoc państwa

– Wytrzymałość w warunkach kryzysowych mniejszych podmiotów jest ograniczona i to się potwierdza. Istotną rolę w ratowaniu będących w najtrudniejszym położeniu odgrywa wsparcie w ramach Tarcz Antykryzysowej i Finansowej. W badaniach ujawnił się fakt, że aż 89 proc. firm oceniających swoje zasoby finansowe jako niedostateczne by funkcjonować choćby miesiąc, skorzystało z rządowego wsparcia. Wśród firm zdolnych przetrwać przez miesiąc wskaźnik korzystających wynosi niemal 76 proc., zaś wśród zdolnych do funkcjonowania dłużej niż kwartał nieco ponad 45 proc. Nasze badania pokazują, że wsparcie finansowe w czasach kryzysu najchętniej jest podejmowane w grupach firm o najmniejszych zapasach finansowych. To dobry sygnał, bo pokazuje, że pieniądze na ratowanie polskiej gospodarki są wycelowane tam, gdzie znajdują się największe potrzeby  – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zatory płatnicze wciąż dużym problemem

Trudności w regulowaniu własnych zobowiązań dotyka 25 proc. firm, zaś 74 proc. nie zgłasza takich trudności. W porównaniu z deklaracjami sprzed miesiąca, odsetek firm doświadczających zatorów płatniczych wzrósł o 2 pkt. proc. W najmniejszym stopniu tymi trudnościami dotknięci są właściciele dużych firm (22 proc.). Istotnym problemem jest to, że w przypadku 33 proc. firm nieopłacone faktury stanowią od 25 proc. do 50 proc. wszystkich ich należności wobec kontrahentów i w porównaniu z sytuacją z połowy kwietnia nastąpił wzrost o 7 pkt. proc. Duża część przedsiębiorstw (43 proc.) przyznaje, że ma trudności z egzekwowaniem należności od kontrahentów.

Nota metodologiczna:

Badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego oraz Polskiego Funduszu Rozwoju przeprowadzone przez IBRiS w dniach 12-14 maja 2020 r. wśród właścicieli firm lub osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach na temat ich sytuacji i planów po nastaniu w Polsce epidemii koronawirusa. Badanie przeprowadzono za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) na próbie losowo-kwotowej obejmującej 405 firm, w 4 kategoriach wielkości i 3 sektorach branżowych. Na podstawie tej próby możemy przeprowadzić wnioskowanie o populacji polskich przedsiębiorstw przy poziomie ufności 0,95, a błąd szacunku wskaźników struktury wyniesie 5 proc.

Pandemia kurczy czarny rynek usług opiekuńczych w Niemczech. Skorzystać mogą polskie firmy

Sekcja Agencji Opieki SAZ: zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze w Niemczech nie zmniejsza się, a nawet zwiększa – na opiekę legalną. Zagrożenie koronawirusem i jego skutki bardzo ograniczyły szarą strefę. Z powodu pandemii polskie agencje muszą jednak mierzyć się z nowymi wyzwaniami: wyższymi kosztami organizowania pracy za granicą i faktem, że Polki (szczególnie 50+) dużo ostrożniej podchodzą do tego typu pracy.

– Zapotrzebowanie w branży opiekuńczej w Niemczech jest nadal duże. To szansa dla polskich pracowników w tym sektorze na dobre zarobki w euro, którego kurs jest w tej chwili bardzo korzystny – mówi Krzysztof Jakubowski, wiceprezes działającej w ramach Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), Sekcji Agencji Opieki (SAO) i agencji InterKadra.

Jego zdaniem Polacy mogą dodatkowo zapełnić lukę, jaka powstała na tym rynku po pracownikach ze wschodu, którzy funkcjonowali w Niemczech legalnie, ale też w dużej skali na zasadach pseudo-delegowania i na czarno. Uszczelnienie granic UE i poszczególnych krajów członkowskich z powodu epidemii koronawirusa spowodowało, że ludzie ci w dużej części wrócili za wschodnią granicę Polski, a nowi potencjalni opiekunowie mają bardzo utrudniony wjazd do UE i najprawdopodobniej nie pojawią się na tym rynku jeszcze przez kilka miesięcy, bo na Ukrainie dopiero rozpoczyna się walka z wirusem.

Kelnerki i fryzjerzy chcą się opiekować

Sekcja Agencji Opieki SAZ, która zrzesza firmy specjalizujące się w usługach opiekuńczych zbadała też niedawno nastroje wśród swoich członków. Wnioski? Choć pandemia wywołała na tym rynku wiele zmian, to z pewnością nie wszystkie są negatywne. Aż 67% agencji, które wzięły udział w ankiecie dotyczącej wpływu koronawirusa na rynek usług opiekuńczych deklaruje, że liczba zatrudnianych przez nie osób pozostała bez zmian, 33% uważa, że rynek zmieni się „na lepsze”, 33% – że „na lepsze i na gorsze”, a tylko po 17% że rynek będzie gorszy lub nie zmieni się.

– Zauważalne jest rosnące zainteresowanie pracą w charakterze opiekunki młodszych Polek, które w ostatnim czasie straciły pracę, np. w gastronomii – mówi Marta Bitner koordynatorka SAO. – Nasze firmy mają też dużo telefonów od pań, które do tej pory pracowały za granicą na czarno. Chcą podjąć legalną pracę z kilku powodów: w dobie COVID-19 boją się pracować bez ubezpieczenia zdrowotnego, trudności związanych z przekraczaniem granicy bez potwierdzonego zatrudnienia, bez zaświadczenia o wykonywaniu czynności zawodowych za granicą powrót do Polski wiązałby się każdorazowo z obowiązkową kwarantanną. Natomiast rośnie też zainteresowanie po stronie niemieckiej. Osoby pracujące zawodowo nie chcąc narażać starszych bliskich na zarażenie, rezygnują z ich odwiedzania, ale chcą zapewnić im stałą opiekę. Część Niemców nie chce także oddać bliskich do domów opieki, ponieważ w Niemczech zarażonych jest znacznie więcej. Najlepszym rozwiązaniem, minimalizującym ryzyko, wydaje się więc zapewnienie stałej opieki z zamieszkaniem.

Anna Pustelnik, prezes wrocławskiej firmy Medipe zrzeszonej w SAO komentuje: – Mamy sporo telefonów od pań, które pracowały w Niemczech „prywatnie”. W poprzednim miesiącu pojawiały się też kandydatury z raczej nietypowych w naszej branży zawodów, jak fryzjerzy czy kelnerki. Na większą skalę pracę w opiece podejmowali fizjoterapeuci, którzy mają swoje gabinety, ale nie mogli w nich przyjmować pacjentów.

Dodaje, że duże znaczenie zaczęło mieć ubezpieczenie zdrowotne, które w przypadku zachorowania pozwala na korzystanie ze świetnej niemieckiej opieki zdrowotnej, a także legalne pozwolenie na pracę, bez którego w czasie pandemii po prostu nie da się przekroczyć granicy.

– Wiele osób zdało sobie dobitnie sprawę z tego, że praca na czarno to niebyt w systemie opieki zdrowotnej w Niemczech. I nie mówię tylko o pracownikach, ale też o tych, którzy taką pracę oferują. To często pomijany aspekt. Wiemy na pewno, że część rodzin niemieckich unormowała teraz status prawny swoich opiekunek – dodaje Grzegorz Kalla, właściciel agencji Care Work.

Maciej Kopaczyński, prezes SAO i szef agencji Laxo Care, dodaje, że jego zdaniem początkowa reakcja na pandemię, kiedy część Niemców zaopiekowała się swoimi rodzicami samodzielnie i zrezygnowała z profesjonalnej opieki już mija. – Teraz pojawia się raczej zainteresowanie opieką osób, które wcześniej o tym nie myślały. Pytanie czy ten trend się utrzyma – mówi Kopaczyński.

Szefowie agencji dodają, że praca w charakterze opiekuna / opiekunki może być remedium dla osób, które straciły lub stracą w najbliższym czasie pracę w Polsce. Początkujący opiekunowie są delegowani do mniej wymagających osób, więc często, żeby wyjechać wystarczy przejść podstawowy kurs językowy i szkolenie z opieki.

Graniczny chaos za nami?

Dużym wyzwaniem od początku kryzysu koronawirusowego była kwestia przekraczania granicy przez opiekunki, które zgodnie z przepisami mieściły się w grupie do tego uprawnionej (jako personel opiekuńczy, a więc okołomedyczny). W praktyce jednak było różnie.

– Teoretycznie opiekunki mogły przekraczać granicę, ale w praktyce polskie służby celne zachowywały się nieprzewidywalnie. Na jednych przejściach przepuszczali opiekunki, na innych zatrzymywali mimo posiadania wszystkich niezbędnych dokumentów – mówi Jakubowski.

Anna Pustelnik dodaje, że zdarzało się, że na tym samym przejściu granicznym odbywała się swoista „loteria”. – Tego samego dnia transport funkcjonował normalnie, po czym, po zmianie obsady celników nagle zatrzymano nam busa z ośmioma osobami – opowiada Anna Pustelnik.

Dodaje, że w tej chwili choć niepewność pozostała, to sytuacja wydaje się być już unormowana, a agencje mogą skupiać się na dbaniu o bezpieczeństwo opiekunek i ich podopiecznych – zabezpieczeniu dodatkowych środków higieny, maseczek, rękawiczek oraz szkoleń.

Po całych tygodniach niepewności, organizowania pracy w trybie home office, częstych zmianach prawnych zarówno po stronie polskiej, jak niemieckiej, wyzwaniem są dziś m.in. ceny przejazdu, podniesione przez przewoźników zobligowanych nowymi zasadami wymagającymi wprowadzenia wielu ograniczeń. Wyjazd do Niemiec jest dziś droższy o około 300 euro. Koszt ten przekłada się z kolei na stawki usług opiekuńczych.

Zdaniem Grzegorza Kalli zmieniła się jeszcze jedna ważna rzecz, którą teraz udaje się dostrzec: – Nie jest tajemnicą, że firmy zajmujące się organizacją pracy w opiece w Niemczech bywają mocno krytykowane przez opiekunki i opiekunów osób starszych. Jestem pozytywnie zaskoczony niesamowicie dobrą współpracą jaka teraz, w warunkach pandemii nawiązała się na linii opiekun – firma – klient. Nawet jeżeli trzeba było podjąć ciężkie decyzje to zarówno opiekunowie, jak i klienci i pracownicy firmy zachowali się w najtrudniejszych momentach po prostu wspaniale. I taka atmosfera nadal trwa. To duża i pozytywna zmiana – mówi szef Care Work.

Wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy znajduje się w fazie wyczekiwania na wyklarowanie sytuacji. Dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od postępów walki z pandemią i szybkości odmrażania gospodarki. Na dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz to stabilizacja cen nieruchomości, spadek popytu konsumpcyjnego i jeszcze większa skala zakupów za gotówkę.

Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią następstwa sprawiły, że na rynku mieszkaniowym nastał czas niepewności, wyczekiwania. Dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie o dalszy rozwój sytuacji, ponieważ nie brakuje argumentów za każdym z trzech możliwych scenariuszy: wzrostu, spadku i stabilizacji cen mieszkań.

Pierwsze dane wskazują, że – obecnie – najbardziej prawdopodobny jest ten ostatni. Ale ta teza może zostać zrewidowana w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. Wszystko zależy od tego, jak długo utrzymają się wywołane przez COVID-19 reperkusje, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze, jak mocne odbicie po tym nastąpi i jak długo świat będzie wracać do normalności.

Koronawirus zatrzymał kupujących i sprzedających

Aktualny krajobraz wygląda tak, że deweloperzy pracują na 70-80 proc. swoich możliwości, ale nie powoduje to obsunięć terminów w już realizowanych przedsięwzięciach. Zdarzają się opóźnienia w dostawie elementów wykończeniowych z zagranicy, np. klimatyzacji.

Większy problem stanowią nowe projekty. Te nie są rozpoczynane lub przedsiębiorstwa budowlane znacząco je ograniczają, co potwierdzają dane GUS-u. W marcu liczba rozpoczętych realizacji mieszkaniowych zmniejszyła się o 15 proc. rok do roku (przy czym w styczniu i lutym wynik był jeszcze dodatni). Jeszcze głębszy, bo sięgający 25 proc., spadek nastąpił w segmencie budownictwa indywidualnego. Po części wynika to z trudności administracyjnych (niedostępność urzędów), po części – z obaw o przyszłość (wzrost bezrobocia, niższe zarobki).

Oprócz tego znacząco spadła podaż nowych mieszkań. Jak wynika z danych JLL, w I kwartale firmy wprowadziły do sprzedaży 3 540 mieszkań. To o 40 proc. mniej od średniej kilkuletniej dla tego okresu.

Jak tłumaczy Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL, układ kalendarza to tylko jeden z powodów. Drugim okazał się lockdown. W marcu, gdy branża zwyczajowo budzi się do życia (targi, akcje promocyjne w siedzibach deweloperów), wybuchła epidemia, a rząd ogłosił obostrzenia w życiu społecznym i gospodarczym.

Z powodu koronawirusa spadła liczba transakcji. Szacunki mówią o 50 proc. Dotknęło to zwłaszcza rynek wtórny, ponieważ deweloperzy przenieśli część procesu sprzedaży do internetu. Proponowali wirtualne spacery i zawieranie umów rezerwacyjnych online. Z tym że ich finalizacja i tak wymagała stawienia się u notariusza, którego usługi stały się mniej dostępne. Część urzędników zamknęła bowiem swoje kancelarie, a pozostali skrócili godziny pracy.

Szybkie znoszenie restrykcji w życiu społecznym i gospodarczym będzie sprzyjać powrotowi obu stron na rynek. Zresztą sugerują to dane z serwisów ogłoszeniowych oraz wyszukiwarki Google. Zdaniem analityka Bartosza Turka z HRE Investments zainteresowani nie zrezygnowali z zakupów, tylko je odroczyli.

Informacje JLL wskazują, że sprzedaż w metropoliach idzie bardzo dobrze. Średni stan zakontraktowania projektów, które zakończą się w perspektywie 12-24 miesięcy, wynosi nieco ok. 50 proc. (tutaj odstaje Łódź z wynikiem 41 proc.). To najlepszy rezultat w historii.

Dmuchanie na zimne czy początek kłopotów?

Z drugiej strony ostatni list Polskiego Związku Firm Deweloperskich do rządu o interwencyjny skup obligacji korporacyjnych zapadających w tym i przyszłym roku może sugerować, że kondycja branży jest w rzeczywistości gorsza, niż ona sama ją przedstawia. Wg danych Domu Maklerskiego Navigator może chodzić o warte 2 mld zł papiery notowane na Catalyst, które wyemitowało pięć firm.

Nasz apel ma charakter raczej prewencyjny niż interwencyjny – uspokaja w rozmowie z „Parkietem” Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD. – Obecnie nie notujemy istotnych przypadków braku wykupu obligacji. Lecz zachowanie spokoju jest konieczne, żeby zapobiec nerwowym ruchom, które mogłyby wywołać efekt domina – tłumaczy.

PZFD proponuje też inne rozwiązania poprawiające płynność sektora. Chodzi o przesunięcie terminu wykupu obligacji przy zachowaniu obsługi odsetek albo preferencyjne pożyczki z państwowych agend (np. BGK, PFR) na zrolowanie zapadających papierów.

Ceny mieszkań nie spadną

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Firmy budowlane niechętnie redukują swoje oczekiwania. Co najwyżej proponują bonusy, ale te – póki co – mają bardziej charakter marketingowych chwytów niż rzeczywistych korzyści.

Na zredukowanie cen decydują się jedynie pojedynczy deweloperzy, potrzebujący płynności. Na ewentualne ustępstwa mogą liczyć też klienci płacący gotówką.

Długoterminowo nie dojdzie do spadków cen mieszkań, ponieważ rosną koszty robocizny i ceny materiałów. Stanieć mogą jedynie grunty – uważa w rozmowie z Parkiet TV Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Przeciw znaczącym spadkom cen nieruchomości mieszkaniowych będzie działać również mała skala zakupów spekulacyjnych w naszym kraju. HRE Think Tank szacuje ją na kilka procent.

To właśnie spekulanci mogą być teraz ważną grupą, która będzie dostarczać okazji inwestycyjnych – uważa Bartosz Turek z HRE Investments.

Zwraca on również uwagę, że inwestorzy, którzy wskutek pandemicznego kryzysu znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, mogą wystąpić o wakacje kredytowe (3-6 miesięcy) oraz pomoc w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Ten oferuje nawet 72 tys. zł przez trzy lata z opcją umorzenia części rat w późniejszym terminie w razie ich wzorowej spłaty.

Popyt na mieszkania mogą podtrzymać fundusze inwestycyjne. Dotyczy to zwłaszcza zagranicznych podmiotów operujących w formule REIT-ów, dla których Polska to wciąż tani rynek z atrakcyjnymi stopami zwrotu.

Co prawda po kryzysie finansowym 2008 r. ceny mieszkań stopniały średnio o 15-20 proc., ale wtedy rynek nieruchomości miał kruche fundamenty. Wówczas z uwagi na wyższe niż dziś stopy procentowe przy inflacji na poziomie zbliżonym do obecnego dominowały raczej zakupy z myślą o odsprzedaży po wzroście wartości lokalu. Banki udzielały kredytów na kwoty przekraczające wartość zabezpieczenia (LTV>100%) i do tego robiły to w obcej walucie. Dostępność mieszkań mierzona relacją zarobków do średniej ceny metra kwadratowego była zdecydowanie mniejsza.

Wśród ekspertów i przedstawicieli środowiska deweloperskiego dominuje przekonanie, że tym razem to się nie powtórzy. Ich zdaniem w krótkim i średnim horyzoncie czasowym dojdzie jedynie do wyhamowania wzrostu cen i ich stabilizacji.

Po zniesieniu restrykcji związanych z pandemią i ustąpieniu efektów psychologicznych wywołanych koronawirusem rynek wróci do wzrostów, bo jest fundamentalnie zdrowy – uważa Artur Kaźmierczak, partner w grupie Mzuri.

Gotówkowcy przejęli rynek mieszkaniowy

Dziś pewne jest to, że w obliczu zaostrzenia polityki kredytowej przez banki oraz niepewności na rynku pracy wzrosną zakupy gotówkowe, czyli spadnie popyt konsumpcyjny (na własne potrzeby), a wzrośnie inwestycyjny. Za takim scenariuszem przemawiają:

  • duża zmienność na giełdzie,
  • drogie złoto fizyczne,
  • spadek atrakcyjności detalicznych obligacji skarbowych,
  • fatalne oprocentowanie lokat i
  • wysoka inflacja.

Wskutek suszy i działań ratunkowych rządu (co wyraża się skupem obligacji przez bank centralny) wskaźnik wzrostu cen wcale nie musi spaść w okolice celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. +/- 1 pkt proc.

To wszystko spowoduje, że zamożniejsi i bardziej przedsiębiorczy Polacy jeszcze bardziej zwrócą się ku nieruchomościom jako klasie aktywów, która chroni kapitał przed utratą siły nabywczej. W naszym kraju ten sentyment ma jeszcze podłoże historyczne, sięgające PRL-u. Wtedy własne lokum, na które czekało się latami, stanowiło jedyną namacalną wartość w krajobrazie marazmu społecznego, słabej złotówki i chronicznych niedoborów podstawowych artykułów.

Takie osoby mają spore oszczędności i nie chcą, by leżały one bezczynnie w bankach. To powoduje, że klienci mogą sobie pozwolić zarówno na wstrzymanie się z zakupami w oczekiwaniu na ustabilizowanie sytuacji czy korektę cen, jak i kilkumiesięczne przestoje w wynajmie jednego czy dwóch mieszkań ze swojego portfela.

Zresztą trend zakupów bez wsparcia pieniędzmi z banku nasilił się już pod koniec zeszłego roku. Z szacunków NBP za ostatni kwartał 2019 r. wynika, że 2/3 nowych lokali w sześciu największych aglomeracjach klienci nabyli za gotówkę. Przeznaczyli na to rekordowe 5,5 mld zł. Doliczając wkład własny z transakcji kredytowanych, udział gotówki w finansowaniu zakupów mieszkań na rynku pierwotnym wzrósł do 75 proc.

W kwietniu udział nabywców, którzy kupili mieszkania bez finansowania bankowego przekroczył u nas poziom 50 proc., w poprzednich latach było to znacznie mniej, w 2017 roku tego typu transakcje stanowiły poniżej 40 proc. sprzedaży. –dr Iwona Sroka, członek zarządu Murapol.

Jednocześnie BIK zaraportował ostatnio zmniejszony popyt na kredyty hipoteczne. O ile w marcu spadek liczby wniosków był relatywnie nieduży (7,6 proc.), to i tak przerwał on półroczny trend wzrostowy. Natomiast w kwietniu o kredyt mieszkaniowy wystąpiło już o 35 proc. mniej klientów niż przed rokiem. Redukcja indeksu mierzącego zapotrzebowanie na finansowanie hipoteczne (-27,6 proc.) okazała się jedną z największych w historii badania BIK-u.

Co ciekawe nadal rośnie średnia wnioskowana kwota. W kwietniu po raz pierwszy przekroczyła ona próg 300 tys. zł. Może to sugerować, że o kredyt na mieszkanie występowały głównie osoby w lepszej sytuacji finansowej, które kupowały duże nieruchomości lub o ponadprzeciętnym standardzie.

Trudniej o kredyt na mieszkanie

Oczywiście za omawiany spadek popytu na kredyty hipoteczne w pewnym stopniu odpowiada lockdown. Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się wywołały trudności ze zdobyciem oraz złożeniem dokumentów potrzebnych do uzyskania finansowania. Jednak stopniowe odmrażanie gospodarki nie musi oznaczać szybkiego odbudowania zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Dlaczego?

Rządowe obostrzenia zatrzymały funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Część z nich upadło, a ludzie stracili pracę. Inni dostali ultimatum w postaci braku podwyżki czy nawet obniżki pensji. Nastroje konsumentów się pogorszyły i ich poprawa zależeć będzie od tego, jak szybko gospodarka stanie na nogi oraz ich indywidualna sytuacja się ustabilizuje.

W ostatnich tygodniach kilka banków (PKO BP, Bank Pekao, ING Bank Śląski, BOŚ) podniosło minimalny wkład własny. Dziś standardem jest już 20 proc. Przy niskich stopach procentowych instytucje finansowe podniosły marże. Poza tym bardziej rygorystycznie liczą zdolność kredytową. Nieprzychylnie patrzą na mniej stabilne źródła wynagrodzenia (umowy cywilnoprawne, działalność gospodarcza) oraz miejsce zatrudnienia (branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii).

W cokwartalnej ankiecie NBP zdecydowana większość kredytodawców planuje dalsze zaostrzenie warunków i kryteriów przyznawania finansowania, a 3/4 z nich przewiduje spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że z reguły oczekiwania banków w tym zakresie nie pokrywają się z faktycznym wykonaniem.

Problemów z uzyskaniem kredytu nie będą mieć osoby ze stabilną sytuację finansową. One zachęcone ultraniskimi stopami procentowymi, które nie wzrosną przynajmniej do końca bieżącej kadencji RPP (2022 r.), a być może jeszcze spadną, będą szukać okazji. Obecna sytuacja sprzyja bowiem spokojnej analizie. Nie ma ryzyka, że ktoś sprzątnie nam sprzed nosa upatrzone lokum.

Rynek najmu znów urośnie

Mniejsza dostępność kredytów hipotecznych powinna przełożyć się na większe zainteresowanie najmem. Tutaj też jest widoczny spadek popytu wywołany wyjazdem studentów, imigrantów ze Wschodu oraz powrotem części pracowników w rodzinne strony.

W niektórych lokalizacjach nastąpiło obniżenie czynszów. Na spadek komornego wpłynął nie tylko mniejszy popyt i trudności zarobkowe najemców. Załamanie sektora turystycznego oraz eventowego sprawiło, że właściciele lokali wynajmowanych dotąd na krótki termin zdecydowali się zasilić nimi pulę nieruchomości dostępnych na długi okres.

W skali całego rynku czynsze nie powinny znacząco spaść i raczej szybko wrócą do trendu wzrostowego. Wskazują na to analogie historyczne z USA i Polski.

W latach 2007-2011 ceny domów w największych amerykańskich miastach spadły o prawie 1/4, a czynsze urosły o ponad 8 proc. Z 36 do 43 mln zwiększyła się też liczba najemców.

Gdy banki zakręcają kurki z kredytami, a na rynku pracy sytuacja się pogarsza, to dla coraz większego grona osób właśnie najem staje się rozwiązaniem pierwszego wyboru – argumentuje Bartosz Turek z HRE Investments.

Nad Wisłą sytuacja w ostatnim kryzysie potoczyła się nieco inaczej. W krótkim okresie stawki spadły o 10-15 proc., ale wkrótce zaczęły rosnąć. Pod koniec 2012 r. trend był już wyraźny. Natomiast odsetek najemców w latach 2009-2012 podwoił się z 2 do 4 proc.

Czas próby charakterów

Jakie jeszcze następstwa dla branży nieruchomości wywoła SARS-CoV-2? Wycofają się z niego mniej doświadczeni inwestorzy indywidualni, którzy przecenili swoje możliwości albo pojawili się na nim niedawno, gdy już panowała drożyzna. W ich przypadku emocje spowodowane zbyt długim brakiem najemcy, zbyt dużym odsetkiem pustostanów i koniecznością regulowania niemałych rat wezmą górę. Takie osoby zrewidują swoje plany i będą chciały pozbyć się przynajmniej części nieruchomości, by nie dopłacać do interesu.

Mniejszy popyt zmusi do zawieszenia działalności część tzw. flipperów i osób zajmujących się podnajmem. Zainteresowanie kwaterami powinno wzrosnąć wraz z otwarciem granic i powrotem studentów na uczelnie. Jednak nie wszyscy pracownicy, którzy teraz wykonują swoje obowiązki w systemie home office, mogą chcieć wrócić do wcześniejszego modelu życia.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak, 4 Business Services

Część hoteli nie przetrwa kryzysu wywołanego przez pandemię. Branży pomóc mogą szybsze otwarcie granic i decyzje Polaków o wyborze wakacji w kraju

Stworzenie europejskiej turystyki regionalnej mogłoby pomóc złagodzić skutki kryzysu w branży wywołanego przez pandemię koronawirusa – podkreśla Polska Izba Hotelarstwa. Organizacja postuluje otwarcie granic dla turystów z europejskich krajów, aby mogli korzystać z wypoczynku w polskich hotelach. – Dzięki temu moglibyśmy promować się na rynkach ościennych: w Skandynawii i krajach nadbałtyckich, Niemczech i w państwach Grupy Wyszehradzkiej – mówi Marek Łuczyński, prezes PIH.

Decyzją rządu od 4 maja hotele mogą przyjmować gości. Nie oznacza to, że klienci masowo zaczęli rezerwować noclegi. Tym bardziej że wciąż nie mogły działać hotelowe restauracje, bary i strefy wellness and SPA. To zmieniło się od ostatniego poniedziałku. Wciąż jednak zamknięte pozostają baseny. Można już korzystać z usług kosmetyczek, ale masaże jeszcze nie wróciły do oferty. Z tych powodów wielu klientów postawiło na ofertę apart- i kondohoteli.

Następne miesiące będą bardzo trudne dla branży, będzie to walka o utrzymanie podaży. Na pewno dojdzie do wojny cenowej pomiędzy hotelarzami oraz właścicielami bazy noclegowej. Nie wszystkie hotele przetrwają, musimy to powiedzieć bardzo stanowczo – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarstwa. – Klienci mogą oczekiwać, że kwestie bezpieczeństwa sanitarnego będą teraz bardzo istotne. Najważniejsze jest przełamanie bariery psychicznej, żebyśmy na nowo mogli sobie zaufać jako hotelarze i goście hotelowi.

Jak podkreśla, hotele będą próbowały na wszystkie sposoby zachęcić klientów do przyjazdu. Jednym z nich może być certyfikacja bezpieczeństwa sanitarnego. Jednak zdaniem eksperta znacznie ważniejsze będzie postawienie na odpowiednie przeszkolenie personelu hotelowego.

– Polska Izba Hotelarstwa wyjdzie z konkretnymi programami szkoleniowymi dla kelnerów, barmanów, osób pracujących w hotelach, bo trzeba zmienić ich podejście. Sam certyfikat nas nie uchroni, to ludzie swoim odpowiedzialnym zachowaniem mogą uchronić swoich gości od nieprzyjemności – podkreśla prezes PIH.

Branża liczy, że szybko uda się odbudować zaufanie gości do oferty hoteli. Bez tego trudno myśleć o wyjściu hotelarzy z kryzysu.

– Niezależnie od rozwoju pandemii w Polsce apeluję o odpowiedzialność społeczną – zostańmy w Polsce, aby wesprzeć polską branżę turystyczną, która wypracowuje 7–8 proc. PKB w skali roku. Bez tego może dojść do dramatów rodzinnych, bo hotele to często biznesy rodzinne. Ich właściciele są związani z tym zawodem od wielu lat i nie mają innych źródeł dochodów – mówi Marek Łuczyński. – Branża hotelarska i turystyczna jest tzw. branżą FILO, czyli first in, last out, co oznacza, że jako pierwsi bardzo mocno odczuliśmy pandemię koronawirusa i niestety jako jedni z ostatnich będziemy wychodzić z tego kryzysu. Miną około dwatrzy lata, zanim dojdziemy do stanu, który mieliśmy jeszcze kilka tygodni temu.

Według danych GUS w marcu z noclegów w obiektach turystycznych (posiadających 10 lub więcej miejsc) skorzystało ok. 935 tys. turystów (w tym 165 tys. zagranicznych). To o 65 proc. mniej niż w marcu 2019 roku. Ma to związek z wprowadzeniem od 14 marca stanu zagrożenia epidemicznego. Mimo że działalność hoteli została ograniczona od 1 kwietnia, turyści już w marcu w obawie przed zakażeniem i zamknięciem granic rezygnowali z zarezerwowanych noclegów.

Według danych GUS za I kwartał 2020 roku wydatki związane z turystyką, zarówno ruchem wewnętrznym, jak i zewnętrznym, spadły w naszym kraju o 17 proc. Zestawienie za II kwartał będzie jeszcze bardziej porażające i dramatyczne dla branży. W samym kwietniu uważa się, że branża hotelarsko-gastronomiczna straciła około 1 mld zł na kryzysie związanym z COVID-19 – podkreśla ekspert.

Jak podkreśla, dla poprawy sytuacji branży potrzebne jest również otwarcie granic dla turystów z zagranicy. Polska Izba Hotelarstwa wyszła z inicjatywą stworzenia europejskiej turystyki regionalnej na wzór Australijczyków i Nowozelandczyków, którzy planują stworzyć tzw. bańkę turystyczną w regionie Pacyfiku.

Polska i inne kraje europejskie powinny połączyć się we wspólnym ruchu turystycznym bez odbywania obowiązkowej kwarantanny – wyjaśnia prezes PIH. – Wtedy byłaby możliwa promocja polskich marek turystycznych poza granicami kraju, aby zbudować silną pozycję polskiej turystyki w regionie europejskim. 

Chorzy z nowotworami krwi coraz częściej leczeni zgodnie z europejskimi standardami. Wciąż pozostaje grupa pacjentów czekających na skuteczną terapię

W Polsce w ostatnich latach dokonał się znaczący postęp w leczeniu mielofibrozy – jednego z najrzadziej występujących nowotworów szpiku. Polscy pacjenci z tą chorobą mogą obecnie otrzymać terapię zgodną z europejskimi i międzynarodowymi standardami. Zupełnie inaczej wygląda za to sytuacja chorych na inną chorobę hematologiczną – małopłytkowość immunologiczną. Postęp, jaki dokonał się w ostatnich latach w leczeniu pacjentów hematologicznych, oraz nowe wyzwania diagnostyczne i terapeutyczne to główny temat konferencji Hematology Experts Forum. Tegoroczna, IX edycja cyklicznego wydarzenia zgromadziła blisko 200 hematologów z całej Polski.

Mielofibroza to rzadko występujący nowotwór szpiku kostnego, który powoduje jego włóknienie. Choroba ta ma podłoże genetyczne i jest bardzo trudna w diagnozowaniu, ponieważ daje niecharakterystyczne objawy, takie jak m.in. osłabienie, przewlekłe zmęczenie, duszności po wysiłku, kołatanie serca, uczucie ciężkości w brzuchu czy brak apetytu, które mogą być związane z wieloma innymi schorzeniami. Stąd często pozostaje niezdiagnozowana aż do zaawansowanego etapu. Tymczasem rozwój tej choroby prowadzi m.in. do podatności na zakażenia, uszkodzenia narządów wewnętrznych, a w przypadkach o ostrym przebiegu – może doprowadzić nawet do śmierci chorego.

– To choroba, która charakteryzuje się najniższą jakością życia na tle innych mieloproliferacji [grupa chorób cechujących się nadprodukcją jednego lub kilku składników krwi – przyp. red.]. Ci pacjenci mają mnóstwo objawów, związanych m.in. z niedokrwistością, małopłytkowością czy niedoborem odporności – wyjaśnia dr hab. n. med. Tomasz Sacha, profesor w Katedrze i Klinice Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Kiedy mielofibroza postępuje, z czasem inne organy próbują zastąpić szpik kostny w wytwarzaniu krwi. Najczęściej tę funkcję przejmuje śledziona, która w efekcie znacznie się powiększa . Podczas gdy u zdrowej osoby waży ok. 150 gramów, u pacjentów z mielofibrozą może ważyć nawet do kilku kilogramów.

Mielofibroza jest jednym z najrzadziej występujących nowotworów szpiku. Liczba nowych zachorowań waha się od 0,5 do 1,5 przypadków rocznie na każde 100 tys. osób. Występuje najczęściej wśród osób między 60. a 65. rokiem życia. Warto jednak podkreślić, że do rozwoju mielofibrozy może dojść w każdym wieku. U ok. 10 proc. pacjentów choroba jest rozpoznawana poniżej 45. roku życia.

– Jedyną metodą dającą szanse na trwałe wyleczenie jest transplantacja szpiku, która najlepiej się sprawdza u pacjentów młodszych, nieobciążonych dodatkowymi schorzeniami zwiększającymi ryzyko powikłań po przeszczepie – mówi dr hab. n. med. Tomasz Sacha. – Od dwóch–trzech lat mamy dostępny inhibitor kinazy JAK2, który został wymyślony specjalnie po to, żeby leczyć chorych z mieloproliferacjami. Jest to lek skutecznie niwelujący większość objawów, który potrafi poprawić jakość życia, zmniejszyć wielkość śledziony, a u pewnego odsetka pacjentów również przedłużyć przeżycie – dodaje dr hab. n. med. Tomasz Sacha.

– W Polsce dokonał się duży postęp w dostępności pacjentów z mielofibrozą do terapii. Co najważniejsze, mamy dostęp do ruxolitinibu. Bardzo długo walczyliśmy o program z tym lekiem, potem z kolei kryterium wyłączenia pacjentów z tego programu po sześciu miesiącach leczenia było dość restrykcyjne. W efekcie wielu pacjentów, u których śledziona nie zmniejszyła się wystarczająco, niestety nie mogło kontynuować leczenia. Na szczęście to kryterium zostało znacznie złagodzone i obecnie mielofibroza jest leczona zgodnie ze standardem europejskim – podkreśla prof. dr hab. Joanna Góra-Tybor z Kliniki Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Wciąż zgoła inaczej wygląda za to sytuacja chorych na małopłytkowość immunologiczną, kolejną chorobę hematoonkologiczną, której leczenie w Polsce nadal odbiega od europejskich standardów. Pierwotna małopłytkowość immunologiczna (ITP) to choroba, w której dochodzi do niewyjaśnionego innymi przyczynami spadku liczby płytek krwi we krwi obwodowej (poniżej 100 tys./ul). W efekcie pojawiają się objawy krwotoczne, charakterystyczne dla małopłytkowości. W Polsce rocznie rozpoznaje się 3,5 nowych przypadków na 100 tys.

– Pierwotna małopłytkowość immunologiczna, nazywana dawniej samoistną plamicą małopłytkową, jest wynikiem niszczenia płytek krwi przez przeciwciała przeciwpłytkowe i zmniejszenia produkcji płytek krwi w szpiku kostnym. Czy polscy pacjenci są leczeni prawidłowo? Tak i nie, ponieważ na całym świecie pierwsza linia leczenia to kortykosteroidy, ale w innych krajach jako drugą linię stosuje się leki pobudzające receptor dla trombopoetyny, co skutkuje szybszym dojrzewaniem i produkcją płytek krwi. U nas to leczenie jest na razie zarezerwowane dla chorych, którym po usunięciu śledziony nawróciła małopłytkowość. Tu się wciąż różnimy – mówi prof. dr hab. Maria Podolak-Dawidziak z Katedry i Kliniki Hematologii, Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Częstym problemem jest też błędne rozpoznanie tej choroby, gdyż rozpoznanie ustala się po wykluczeniu innych chorób przebiegających z małopłytkowością, jak m.in. zakażenie Helicobacter pylori, wirusowe zapalenie wątroby, a u osób  powyżej 60. roku życia zespołu mielodysplastycznego.

Jak podkreśla, dlatego diagnostyka wymaga m.in. specjalistycznych badań szpiku. Równie problematyczne jest jej leczenie, które powinno być dobierane indywidualnie dla konkretnego pacjenta i fazy choroby.

– Niestety duża część pacjentów niewystarczająco odpowiada na leczenie początkowe i w dalszej fazie potrzebuje zmiany leczenia. Mamy wówczas dwie możliwości. Albo usunięcie śledziony, od czego się w tej chwili odchodzi, albo leczenie farmakologiczne. Staramy się leczyć pacjentów w ten drugi sposób. Leki o najlepiej udokumentowanej skuteczności, a jednocześnie mało toksyczne, są trudno dostępne w Polsce. Agoniści receptora trombopoetyny w ramach programu terapeutycznego są dostępne dla osób poniżej 18 roku życia. Z kolei dla osób dorosłych ta grupa leków jest dostępna tylko po splenektomii, czyli w przypadkach opornych na usunięcie śledziony. Możliwości stosowania agonistów receptora trombopoetyny powinny być rozszerzone. Ideałem na przyszłość byłoby, aby te leki były dostępne również jako druga linia leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Krzysztof Chojnowski, Zakład Zaburzeń Hemostazy Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Postęp, jaki dokonał się w ostatnich latach w leczeniu pacjentów hematologicznych, oraz nowe wyzwania diagnostyczne i terapeutyczne w takich obszarach jak przewlekła białaczka szpikowa, pierwotna małopłytkowość immunologiczna, mielofibroza, ostra białaczka szpikowa oraz mastocytoza to główny temat konferencji Hematology Experts Forum (HEF), która w tym roku odbyła się w Warszawie po raz dziewiąty. Każdego roku HEF gromadzi wybitnych ekspertów z dziedziny hematologii z całej Polski i gości ze świata. Podczas tegorocznej edycji szeroko dyskutowano m.in. o terapii komórkowej CAR-T, czyli wyczekiwanej przez hematologów nowej opcji terapeutycznej, która stanowi nadzieję dla pacjentów hematologicznych zmagających się z agresywnymi nowotworami krwi.

ŹRÓDŁA:

Jest szansa dla chorych na mielofibrozę, Hematoonkologia.pl, https://hematoonkologia.pl/aktualnosci/news/id/1266-jest-szansa-dla-chorych-na-mielofibroze (dostęp 11.03)

Joanna Góra-Tybor, Pierwotna mielofibroza, Zalecenia postępowania diagnostyczno-terapeutycznego w nowotworach złośliwych, Tom II, 2013

Krystyna Zawilska, Pierwotna małopłytkowość immunologiczna (ITP) – początek ery agonistów receptora trombopoetyny, Postępy Nauk Medycznych, 2011, t. XXIV, nr 7

Papierosy mentolowe znikają ze sklepów. Może to spowodować wzrost szarej strefy i duże straty dla mniejszych sklepów i rolników

Dziś wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych oraz z kapsułką. Tymczasem ponad połowa konsumentów wciąż nie wie o tej zmianie, a co piąty deklaruje, że będzie szukać ich w szarej strefie. Jej udział w polskim rynku spadł w ostatniej dekadzie z 19 do 10 proc., ale zbliżający się zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może odwrócić ten trend. Eksperci podkreślają, że uderzy również w rolników oraz małe i średnie sklepy, w których papierosy mentolowe odpowiadają za 15 do nawet 40 proc. obrotów. Legalne pozostaną jednak alternatywy, takie jak podgrzewacze tytoniu.

– Papierosy mentolowe stanowią ok. 30 proc. wszystkich papierosów sprzedawanych w Polsce, co jest jednym z wyższych wskaźników w Europie. Można przyjąć, że wycofaniu podlega produkt, który przynosi od 5 do ok. 15 proc. obrotów w małych sklepach czy kioskach. Dlatego ta zmiana jest bardzo ważna dla polskiego rynku i konsumentów – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, wiceprezes zarządu Polskiej Izby Handlu.

W Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych. Ta kategoria produktów generuje rocznie ok. 25 mld zł przychodów budżetowych z podatków, z czego ok. 7–9 mld zł pochodzi właśnie ze sprzedaży papierosów mentolowych. Pod względem ich konsumpcji nasz kraj wyróżnia się na tle innych państw UE. Jednak od dziś konsumenci nie znajdą ich już na sklepowych półkach.

– Wchodzi w życie zakaz sprzedaży papierosów mentolowych, z kapsułką mentolową oraz tytoniu do samodzielnego skręcania o aromacie mentolowym. Jest to część implementacji dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej, którą do polskiego prawa wdraża ustawa polskiego parlamentu. Zakładała ona okres przejściowy, który upływa właśnie dzisiaj – mówi Maciej Ptaszyński.

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/40/UE z kwietnia 2014 roku w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Obowiązuje nie tylko w Polsce, lecz w całej UE. Do polskiego prawodawstwa wdrożyła ją ustawa z lipca 2016 roku o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Wprowadzony zakaz obejmuje wyroby tytoniowe o aromacie mentolowym: papierosy tradycyjne i te z kapsułką w filtrze oraz tytoń do samodzielnego skręcania. Wyjątkiem są cygara i cygaretki, papierosy elektroniczne oraz coraz bardziej popularne podgrzewacze tytoniu, które pozostaną w sprzedaży.

Polska jest liderem w konsumpcji papierosów mentolowych. Do niedawna także w USA korzystało z nich – według różnych badań rynkowych – od 40 do nawet 48 proc. wszystkich palaczy. Dopiero od niedawna są tam dostępne alternatywy w postaci podgrzewaczy tytoniu. Rok temu amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) wydała zgodę na rozpoczęcie sprzedaży podgrzewacza tytoniu IQOS. Po dwóch latach weryfikacji badań nad tym produktem FDA uznała, że jest to produkt właściwy dla ochrony zdrowia publicznego, ponieważ wytwarza on potencjalnie mniej określonych toksyn w mniejszych dawkach niż papierosy tradycyjne.

– Potężnym wzrostem akcyzy zostały objęte także nowatorskie wyroby tytoniowe, co jest niezrozumiałe, ponieważ stanowią one alternatywę, która jest mniej szkodliwa dla zdrowia. Dodatkowo zostały one obarczone brakiem możliwości informowania o zmniejszonej szkodliwości – mówi Jacek Podgórski. – Podgrzewacze tytoniu są produktami legalnymi, opodatkowanymi, popartymi szerokimi badaniami, więc nie widzę powodu, żeby trzymać w tajemnicy przed społeczeństwem, że istnieje pewna alternatywa.

W Polsce brakuje regulacji dotyczących możliwości informowania o alternatywnych produktach tytoniowych. Z tego powodu specjaliści obawiają się wzrostu szarej strefy i spadku sprzedaży w sklepach także innych towarów.

– Brak papierosów mentolowych w związku z zakazem z pewnością przełoży się na obroty w sklepach. Ponad 100 tys. punktów detalicznych sprzedaje taki towar. Według różnych szacunków ten asortyment stanowi od 15 do 40 proc. ich obrotów, więc zdecydowanie przełoży się to na spadki – mówi Paweł Tracz, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Mikroprzedsiębiorców i Franczyzobiorców.

Jak wskazuje, klienci – wchodząc do sklepu po papierosy mentolowe – przy okazji kupują także inne produkty, co dodatkowo zwiększa obroty małych i średnich sklepów. Dlatego też po wycofaniu ich ze sprzedaży te punkty handlowe będą musiały liczyć się nawet z większymi spadkami.

– Klienci będą poszukiwali czegoś, czego nie będzie w naszej ofercie. Zniknie więc także sprzedaż innych towarów, które były kupowane przy okazji. W tym wypadku spadki obrotów po stronie detalistów będą dość spore, szacunki mówią o 15–30 proc. – dodaje Paweł Tracz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego w marcu tego roku na zlecenie Forum Konsumentów, papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Ponad połowa Polaków (51 proc.) wciąż jednak nie ma świadomości zakazu i nie wie, że nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Jednocześnie prawie 20 proc. deklaruje, że w przypadku ich braku są gotowi sięgnąć po papierosy mentolowe z czarnego rynku.

– Bardzo obawiamy się wzrostu szarej strefy w związku z wycofaniem papierosów mentolowych ze sprzedaży. Około 20 proc. konsumentów jest gotowych zwrócić się w jej stronę, jeżeli nie będą one dostępne. Po pierwsze, jesteśmy krajem granicznym o najdłuższej granicy lądowej Unii Europejskiej, to jest około 1 tys. kilometrów, a za naszą wschodnią granicą bez problemu można kupić papierosy mentolowe. Po drugie, znajdują się tam duże fabryki, które również produkują papierosy z założenia przeznaczone na przemyt. Nie mówimy więc o sytuacji, w której typowa tzw. mrówka przygraniczna przenosi jedną–dwie paczki pod kurtką czy schowane w samochodzie, ale o ogromnych ilościach papierosów, które z założenia są produkowane na przemyt – alarmuje Maciej Ptaszyński.

W ciągu ostatniej dekady udział nielegalnych papierosów na polskim rynku udało się obniżyć z 19 do ok. 10 proc. Zakaz sprzedaży wyrobów mentolowych może jednak odwrócić ten trend. To realne ryzyko, zwłaszcza że – oprócz zakazu sprzedaży mentoli – są też inne czynniki, które mogą powodować zawirowania na legalnym rynku wyrobów tytoniowych. To m.in. wprowadzenie 10-proc. podwyżki akcyzy, która obowiązuje od stycznia tego roku, oraz objęcie podatkiem akcyzowym płynów do e-papierosów i wyrobów tytoniowych do podgrzewania. Eksperci podkreślają, że odpływ konsumentów do szarej strefy spowoduje realne straty zarówno dla handlu, budżetu państwa, jak i sektora rolnictwa.

– Mówimy o ogromnym kryzysie, przed jakim może stanąć polskie rolnictwo, ponieważ plantacje tytoniu to w naszym kraju duża gałąź biznesu rolnego. Polska jest drugim w Europie i trzecim na świecie producentem wyrobów tytoniowych. Nowe regulacje bezpośrednio uderzą właśnie w polskich rolników, którzy w innym wypadku mieliby szansę rozwinąć się i pójść w kierunku nowoczesnego trendu nakreślanego przez branżę tytoniową, czyli np. systemów podgrzewania tytoniu, w których mentol ciągle pozostanie dostępny. Jest to fatalna w skutkach decyzja, zwłaszcza biorąc pod uwagę m.in. potężny wzrost akcyzy, którym w ostatnich miesiącach zostały objęte nowatorskie wyroby tytoniowe – mówi Jacek Podgórski, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej.

Polska Izba Handlu zwróciła się do Ministerstwa Finansów i służb państwowych z prośbą o działania, które nie dopuszczą do zalania polskiego rynku mentolowymi papierosami zza wschodniej granicy. Apeluje również do konsumentów o niekorzystanie z wyrobów z szarej strefy, które są wytwarzane bez żadnego nadzoru, nie spełniają norm jakości i mogą zawierać substancje niewiadomego pochodzenia, stwarzające realne zagrożenie dla zdrowia.

Rozmowy telefoniczne podczas pandemii częstsze i wyraźnie dłuższe. W weekendy wzrosty sięgają nawet 60 proc.

Komunikacja zdalna w czasie pandemii zastąpiła spotkania twarzą w twarz. Rozmowy telefoniczne stały się częstsze i zdecydowanie dłuższe. Sieć T-Mobile odnotowała średni wzrost wykorzystania usług głosowych o 40 proc., a w weekendy nawet o 60 proc. Z kolei transmisja danych w sieci wzrosła o ok. 1/4. Wykorzystujemy ją nie tylko do kontaktów z bliskimi, lecz także do nauki i rozrywki. – Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy już, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi rzeczniczka operatora Małgorzata Rybak-Dowżyk i podkreśla, że pandemia wyraźnie przyspieszyła zmiany zachodzące na rynku telekomunikacyjnym. Od 18 maja T-Mobile szeroko je komentuje na nowym blogu.

Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się sprawiły, że stosowanie cyfrowych narzędzi stało się koniecznością. Instytucje publiczne i urzędy zachęcają do korzystania z e-usług, placówki kulturalne czy usługi przeniosły działalność do internetu, a w szkołach powszechnie wdrożono e-learning. Ta nowa rzeczywistość zmieniła też zachowania Polaków i sposób, w jaki korzystają oni z usług telekomunikacyjnych.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że Polacy przeszli przyspieszony kurs cyfryzacji. Okazało się, że łączność jest podstawą funkcjonowania wielu rodzin od początku do końca dnia – dotyczy to zarówno edukacji, rozrywki, jak i wykonywania obowiązków służbowych – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Rybak-Dowżyk, dyrektor Departamentu Komunikacji Korporacyjnej T-Mobile.

Jeszcze na początku marca sieć T-Mobile odnotowywała największą aktywność użytkowników w porze porannej i wieczornej w dni powszednie, czyli w momentach wyjazdu do pracy (6.00–8.00) i powrotów do domu. Z kolei w weekendy przed pandemią – w odróżnieniu od dni roboczych – nie występowały piki mobilności rano i wieczorem. Użytkownicy rozpoczynali aktywność rano i kontynuowali ją w ciągu całego dnia. Miesiąc później, kiedy już obowiązywały ograniczenia związane z koronawirusem, zachowania abonentów operatora wyraźnie się zmieniły, a cały tydzień upodobnił się do schematu weekendowego.

– Transmisja danych w sieci wzrosła o 25 proc., korzystanie z usług głosowych średnio o ok. 40 proc. W weekendy jest to nawet ponad 60 proc. w stosunku do staniu sprzed pandemii – mówi rzeczniczka operatora. – Zmieniły się godziny, w których najczęściej korzystamy z usług telekomunikacyjnych. Moment, w którym obserwujemy największy wzrost transmisji danych, to godziny między 10.00 a 11.00 rano. Ogółem największy ruch w sieci telekomunikacyjnej utrzymuje się średnio pomiędzy 9.00 a 15.00, wtedy nasi klienci są w najczęstszym kontakcie.

Pandemia SARS-CoV-2 stała się katalizatorem, który wymusił otwarcie na nowe technologie również w biznesie. Pracodawcy i pracownicy z dnia na dzień musieli wdrożyć system pracy zdalnej. Jeszcze w 2018 roku tylko 1/3 pracowników deklarowała, że ich firma daje taką możliwość, a 76 proc. korzystało z niej tylko raz na jakiś czas. Jedynie co trzeci pracował zdalnie do pięciu dni w miesiącu (badanie „The Remote Future. Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników”).

Teraz te proporcje się odwróciły, bo pracownicy zostali oddelegowani na home office. W efekcie zaczęły się częstsze rozmowy telefoniczne, telekonferencje z klientami i czaty wideo ze współpracownikami. Microsoft Teams w ciągu kilku dni zanotował wzrost użytkowników o 37,5 proc., a wzrost ruchu w sieci notują też operatorzy telekomunikacyjni.

– Od samego początku, kiedy dochodziły do nas sygnały o rozprzestrzenianiu się wirusa, nastąpiła zauważalna zmiana w sposobie, w jaki klienci konsumują usługi telekomunikacyjne. Przez ostatnie lata połączeń głosowych było coraz mniej, ludzie korzystali raczej z komunikatorów i internetu. Teraz, kiedy zostaliśmy poddani kwarantannie i izolacji, połączenia głosowe stały się istotnym elementem życia codziennego – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Rozmowy telefoniczne stały się częstsze, ale i wyraźnie dłuższe. Ich średni czas wzrósł ze 170 do 210 sekund (3,5 minuty) w dni powszednie, zaś w weekendy z 210 do 330 sekund (5,5 minuty). Użytkownicy wykonują też więcej połączeń głosowych w godzinach pracy, pomiędzy 9.00 a 15.00, co potwierdza, że stały kontakt ze współpracownikami z firmy stał się niezbędny w trybie home office. Podobnie jak możliwość przesyłania informacji i danych poprzez maile, zamieszczania materiałów na dyski online bądź platformy do transferu plików. Widoczna jest też zmiana profilu ruchu transmisji danych – większy wolumen przesyłany jest w godzinach 8.00–14.00.

– Największym wyzwaniem, przed którym stanęliśmy jako telekom w związku z pandemią, było zapewnienie jakości i ciągłości usług telekomunikacyjnych – zarówno głosowych, jak i transmisji danych. To jak na zatłoczonej autostradzie: kiedy aut jest więcej, trzeba poprawić przepustowość. Nasi inżynierowie pracują dzień i noc, żeby jakość usług była jak najwyższa. Klienci nie doświadczali żadnych problemów technicznych – zapewnia rzeczniczka T-Mobile Polska.

Jak podkreśla, pandemia SARS-CoV-2 i związane z nią zapotrzebowanie na usługi komunikacyjne jasno potwierdziły też konieczność szybkiego wdrożenia nowego standardu 5G.

– Po tym kilkutygodniowym doświadczeniu widzimy, że usługi transmisji danych dają nie tylko rozrywkę. Zapewniają też ciągłość w naszym codziennym życiu, edukacji, umożliwiają swobodne wykonywanie pracy z każdego miejsca i dostęp do wiedzy. Sytuacja, która wynika z pandemii i zmiany naszego stylu życia – zarówno osobistego, jak i zawodowego – pokazuje, że sieć piątej generacji jest absolutnie niezbędna – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

W porównaniu z obecnie wykorzystywanym standardem LTE 5G zapewni większą pojemność sieci, umożliwi przesył danych z prędkością sięgającą kilku gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund. Pozwoli to m.in. na rozwój internetu rzeczy na masową skalę i upowszechnienie m.in. e-learningu czy telemedycyny.

– Sieć piątej generacji będzie istotna dla rozwoju nowych gałęzi usług medycznych. To np. operacje zdalne, które lekarz będzie mógł wykonywać nawet z innego miasta, za pośrednictwem robota, dzięki czemu nie będzie narażony na zakażenie. To również drony, które mogą służyć do transportu przesyłek, ale i ratowania ludzkiego życia, bo w krótkim czasie mogą przetransportować krew albo organ do przeszczepu. Bez sieci piątej generacji takie usługi miałyby dużo mniejszy potencjał rozwoju. Dlatego zdecydowanie jej potrzebujemy w życiu prywatnym, zawodowym, ale też dla naszego bezpieczeństwa, zdrowia i komfortu życia – wskazuje rzeczniczka T-Mobile Polska.

O trendach i zmianach, jakie zachodzą na rynku telekomunikacyjnym, T-Mobile będzie informować na nowej stronie covid19.t-mobile.pl, która wystartowała 18 maja. Na portalu znajdują się analizy, raporty, infografiki i interaktywne wykresy, stanowiące rzetelne źródło wiedzy o cyfrowej transformacji. Własnymi wnioskami operator postanowił podzielić się tym razem nie w formie pojedynczego raportu, ale specjalnego bloga z przekrojowymi danymi na temat zmian, jakie zachodzą obecnie na telekomunikacyjnym rynku, także w kontekście pandemii koronawirusa.

– Trudno powiedzieć, czy nasz styl życia i podejście do pracy czy edukacji wrócą do normy sprzed pandemii, czy społeczeństwo będzie dalej tak samo używać usług głosowych czy usług transmisji danych. Przez ostatnie tygodnie wszyscy dostaliśmy nowe możliwości i nowe narzędzia, z których sprawnie korzystamy. Z pewnością to, czego doświadczyliśmy na przestrzeni ostatnich tygodni, zostanie z nami. Wiele z tych rozwiązań przyjmie się też w naszej nowej rzeczywistości – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk.

Komisja Europejska w walce z koronawirusem. Rozszerza pulę dotacji finansowych programu Horyzont 2020 przeznaczonych na badania związane z walką z SARS-CoV-2 [DEPESZA]

Komisja Europejska zobowiązała się przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z pandemią koronawirusa. 122 mln euro z tej kwoty trafi do puli programu Horyzont 2020. O dodatkowe środki mogą się ubiegać naukowcy i przedsiębiorcy pracujący nad innowacyjnymi metodami diagnostyki, leczenia oraz produkcji szczepionek na SARS-CoV-2.

– W czasach kryzysu musimy zadbać o to, aby zasoby były ukierunkowane na szybkie dostarczanie wyników. Wsparcie finansowe zostanie zwiększone i wypłacone szybciej tym, którzy pracują nad najbardziej obiecującymi odpowiedziami na trudne pytania postawione przez COVID-19. Dzięki inicjatywie reagowania kryzysowego EIT innowatorzy w Unii Europejskiej skorzystają z dodatkowego wsparcia, które pomoże im przezwyciężyć tę niespotykaną dotąd sytuację i nadal dostarczać innowacyjne rozwiązania dla Europy i jej obywateli – podkreśla Mariya Gabriel, komisarz ds. innowacji, badań, kultury, edukacji i młodzieży.

Komisja Europejska planuje przeznaczyć 1,4 mld euro na walkę z koronawirusem. Dodatkowe środki w wysokości 122 mln euro trafią do puli programu Horyzont 2020. W zakresie zainteresowań komisji grantowej opiniującej projekty w ramach dodatkowej transzy Horyzontu 2020 znajdą się rozwiązania eksploatujące technologie z zakresu telemedycyny, przetwarzania zasobów Big Data, robotyki, sztucznej inteligencji oraz fotoniki, które pozwolą usprawnić walkę z pandemią.

Komisja Europejska planuje wyłonić projekty, które umożliwią błyskawiczną produkcję narzędzi oraz technologii przyspieszających wykrywanie oraz monitorowanie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Aby wybrać te najbardziej zaawansowane, skrócono czas na przygotowanie oraz ocenę wniosków grantowych – proces ich przyjmowania zakończy się 11 czerwca 2020 roku.

Ponadto wszystkie zespoły naukowe zainteresowane partycypacją w podziale nowych środków muszą podpisać klauzulę zobowiązującą do szybkiego udostępnienia wyników pracy badawczej, aby w ten sposób przyspieszyć wdrożenie innowacyjnych rozwiązań do walki z koronawirusem.

Komisja Europejska zarysowała pięć obszarów, w ramach których można ubiegać się o dofinansowanie: produkcja i wytwarzanie środków medycznych, technologie analityczne do poprawy nadzoru i opieki nad pacjentami, projekty badające skutki reakcji na pandemię, ogólnoeuropejskie badania kohortowe oraz współpraca w ramach istniejących badań kohortowych.

– Musimy połączyć wiedzę fachową oraz zasoby sektora publicznego i prywatnego w celu pokonania pandemii i przygotowania się na ewentualne ogniska choroby w przyszłości. Za pomocą finansowania z programu Horyzont 2020 oraz naszych partnerów branżowych i pozabranżowych przyspieszamy rozwój diagnostyki i leczenia koronawirusa, tworząc niezbędne narzędzia, które pozwolą nam stawić czoła światowemu kryzysowi –  wskazuje Mariya Gabriel.

W ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego powołano z kolei do życia Szybką Ścieżkę Koronawirusy, w ramach której dofinansowane zostaną polskie projekty i technologie związane z pandemią. Zespoły badawcze mogą liczyć na łączne dofinansowanie z tego programu kwotą 200 mln zł. Do walki z koronawirusem włączyła się także Agencja Badań Medycznych, która powołała program grantowy. Można w nim pozyskać do 5 mln zł wsparcia na rzecz rozwoju technologii medycznych zapobiegających rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Agencja zadeklarowała, że zgłoszenia mają przechodzić błyskawiczną weryfikację – wstępna ocena przydatności projektów ma trwać nie więcej niż 72 godziny.

– Mobilizujemy wszelkie dostępne środki do walki z tą pandemią, przeprowadzając testy, stosując odpowiednie leczenie i wprowadzając środki zapobiegawcze. Aby jednak odnieść sukces w walce z koronawirusem, musimy również zrozumieć, w jaki sposób oddziałuje on na nasze społeczeństwo i jak najskuteczniej zastosować wspomniane narzędzia w błyskawiczny sposób. Musimy poszukać rozwiązań technologicznych, które umożliwią szybszą produkcję sprzętu medycznego i środków medycznych, monitorowanie i zapobieganie rozprzestrzenianiu się tej choroby, a także lepszą opiekę nad pacjentami – wymienia Mariya Gabriel.

Jakie powinno być dobre przywództwo podczas Covid-19?

Jakie powinno być dobre przywództwo podczas Covid-19? Szczere porady od właścicieli takich firm jak Dobra Kaloria, Victorinox, Auchan czy COBI S.A. – Trwa Family Business Week.

Kryzys, którego nikt z nas się nie spodziewał wymaga redefinicji już nie tylko modelu biznesowego. W parze ze zmianami w firmie, ramie w ramie idą zmiany w modelu przywództwa.

– Decyzje, które podejmujemy obecnie, stanowią o tym, jaką kulturę organizacyjną będziemy mieli po wyjściu z tej sytuacji. Jak weryfikuje się nasze przywództwo, jakim zespołem jesteśmy, jak kształtujemy podwaliny pod zarządzanie przez wartości. Firmy, które potrafią pozostać wierne swoim wartościom tworzą podwaliny pod pokoleniowe dziedzictwa. – komentuje dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego, otwierając drugi dzień Family Business Week.

O przywództwie w dużym stopniu opowiadał dzisiaj Roman Wieczorek, były v-ce Prezes Zarządu światowego Grupy Skanska. W moderowanych przez niego rozmowach o przywództwie w czasach Covid-19 poruszonych zostało wiele konkretnych zagadnień w obszarze.

Robert Podleś, Założyciel i CEO COBI S.A., największego producenta klocków konstrukcyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej na Family Business Week:

– Gdy wybuchła epidemia Covid-19 poczułem straszną samotność w decyzjach. Napisałem list do załogi, długi list. Został przyjęty bardzo dobrze. Wtedy podjęliśmy decyzję, że idziemy tą drogą. Mamy znowu wzrosty. – komentuje Robert Podleś. Choć kwiecień był bardzo trudnym miesiącem, to maj będzie już lepszy. W liście do załogi, przedstawiłem bardzo personalny komunikat, w którą stronę będzie zmierzała firma. Wyliczyłem, że jesteśmy w stanie funkcjonować przez ok. 3,5 miesiąca, bez żadnego przychodu i zwalniania nikogo. Podjąłem ryzyko, że funkcjonujemy, licząc na to, że będą napływać do nas przychody zza granicy. W Polsce jak tylko rozpoczęła się epidemia – kontrahenci natychmiast przestali płacić. Płacili za to Czesi, Wielka Brytania, USA, co pozwoliło nam odetchnąć. W kwietniu wzrósł nam eksport. – dodaje Robert Podleś.

W swoich decyzjach właściciel polskiego potentata zabawek czuł się bardzo osamotniony, niepewność kryzysu była jedną z najtrudniejszych chwil w zawodowej karierze.  – Poczułem konieczność otwarcia się przed wszystkimi moimi pracownikami, przedstawiłem swój punkt widzenia na przyszłość firmy. Była niepewność. Jednak zespół poszedł za mną. To się sprawdziło. Gdy pracownicy są lojalni wobec firmy – firma musi być lojalna wobec nich. Wychodzimy na prostą, a kryzys nas wzmocnił. – kończy opowieść Robert Podleś.

Jak przewodzić w kryzysie, gdy trzeba myśleć o przyszłości? Dwa pokolenia rodziny Kubara, właścicieli marki Dobra Kaloria w przywództwie w czasie kryzysy podczas Family Business Week.

Panika, która zapanowała w mediach, które przez 24 na dobę nie mówiły o niczym innym, niż koronawirus przez połowę marca i sporą część kwietnia nie była optymistyczna dla Marka Kubara, którego rodzinna firma zatrudnia kilkadziesiąt osób. – Zagrożenie było duże, wystarczyłoby, że jeden z naszych pracowników by zachorował i firma nagle stanęłaby na okres dwóch tygodni. Podobnie w przypadku, gdyby jeden z naszych dostawców miał taką sytuację. Wstrzymane byłyby dostawy, a my musielibyśmy stanąć z produkcją. Straszne chwile – mówi Marek Kubara, nestor firmy Kubara sp. z o.o. właściciela marki Dobra Kaloria.

– Miewałem już w swojej karierze kryzysy. Z dnia na dzień straciłem 70% rynku. Przeżyłem. Miałem wokół siebie grupę ludzi, którzy mnie wtedy wpierali. Dziś mam poczucie, że mam mocny zarząd, więc tym bardziej wierzę w to, że sobie poradzimy. Życie przynosi nam momenty, które nas weryfikują. Zweryfikowaliśmy siebie w zarządzie i nasze relacje z pracownikami. Po tym kryzysie wiem, że z takim zespołem, nasza firma jest w stanie przetrwać wiele. – kończy Marek Kubara.

Swoimi przemyśleniami i mechanizmami antykryzysowymi, które zastosowane zostały w firmach, podzielili się dzisiaj z gośćmi Family Business Week m.in. Ewald Raben, CEO Raben Group, Antoine Mayaud i Vianney Mulliez z AFM (rodzina właścicielska takich firm jak Auchan, Decathlon czy Leroy Merlin) oraz Carl Elsener jr, CEO i właściciel szwajcarskiej firmy VICTORINOX.

Każdy dzień z Tygodnia Przedsiębiorczości Rodzinnej poświęcony jest innemu obszarowi funkcjonowania i dylematów jakie stoją teraz przed rodzinami biznesowymi. Pierwszy dzień to kontekst Firmy, drugi Przywództwa, trzeci Majątku, czwarty Rodziny i Własności, a piąty to Globalne Otoczenie Firmy Rodzinnej. – W każdej z tych perspektyw zawarte są inne dylematy, o zweryfikowanie których powinien zatroszczyć się właściciel biznesu by maksymalnie zniwelować skutki kryzysu w swojej firmie, a nawet poszukać nowych dróg rozwoju. Family Business Week to tydzień, który w pełni poświęcamy przyszłości firm rodzinnych. – kończy wypowiedź Adrianna Lewandowska.

Family Business Week organizowany jest przez Instytut Biznesu Rodzinnego, Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych. Partnerem Strategicznym wydarzenia jest BNP Paribas – Bank zmieniającego się świata. W wydarzeniu, które całkowicie odbywa się on-line, bierze udział ok. 2000 gości.

Dzisiaj, we wtorek 19 maja, rozmawiamy o Przywództwie, jutro w ramach Family Business Week będziemy rozmawiać w gronie właścicieli największych firm z Polski i Europy oraz ekspertami z całego świata o Majątku.

Szczegółowy program wydarzenia, rejestracja, zakresy dyskusji oraz potwierdzeni goście dostępne na stronie: www.familybusinessweek.pl

Tematy poruszone w obszarze PRZYWÓDZTWA:

  • Czy w dobie kryzysu potrzebny mi generał, czy raczej zgrany zespół?
  • Jak poradzić sobie z uczuciem samotności i opuszczenia? Sam podejmuję decyzję, sam jestem odpowiedzialny za pracowników, za ich rodziny, za rozwój i przetrwanie firmy?
  • Czy wdrożyłem wszystkie opcje cyfrowe, abyśmy mogli nadal prowadzić firmę (zarządzanie z domu, praca zdalna, ochrona danych, spotkania online, rzeczywistość wirtualna itp.)?
  • W jaki sposób promuję zachowania prozespołowe, „solidarnościowe” i godne pośród naszych pracowników? Jak budować poczucie odpowiedzialności za firmę? Czy wiem, ze to właśnie TERAZ kształtuje się kultura organizacyjna mojej firmy?
  • Jak dbam o komunikację z pracownikami i troszczę się o ich emocje? Jak uzyskać zrozumienie trudnych decyzji biznesowych wśród pracowników?
  • Jak mam utrzymać reputację naszej rodziny biznesowej, która musiała zwalniać pracowników w małej miejscowości?
  • Jak mam zwalniać dziś pracowników, którzy jeszcze wczoraj byli niezbędni/niezastąpieni, by nie zamykać sobie drogi do re-rekrutacji w przyszłości?
  • Co robić, by podejmowane przeze mnie niezbędne działania wobec sytuacji bieżącej i minimalizujące kryzys, były zgodne z naszymi wartościami?
  • Rola managera zewnętrznego w firmie rodzinnej w czasach COVID-19: jakie decyzje podejmować, jak komunikować się z właścicielami, gdy zarządzasz „nie swoim”?
  • Jak w ogóle włączyć do zarządzania managerów zewnętrznych, jeśli dotąd nie mieli strategicznej decyzyjności? Jaka może lub powinna być rola osób z zewnątrz?

Turystyka w nowym reżimie sanitarnym. Nowe technologie ratunkiem dla hotelarzy

Od 4 maja ponownie można przyjmować gości w hotelach i pensjonatach. Jak ich właściciele radzą sobie z nowymi restrykcyjnymi sanitarnymi wytycznymi? Coraz więcej z hoteli i pensjonatów, by sprostać wymaganiom decyduje się na automatyzację sprzątania – informują eksperci branży czystości.

Zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom oraz gościom – to główny cel wytycznych, opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju i Główny Inspektorat Sanitarny. Na liście zaleceń znalazły się informacje dotyczące sprzątania hoteli oraz procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia zakażenia koronawirusem wśród obsługi lub klientów.

Hotelarze powinni między innymi zadbać o zwiększenie odległości między pracownikami, przygotować w hotelu pomieszczenie do czasowej izolacji osoby z objawami COVID-19, a także zapewnić środki ochrony osobistej. Nie mniej ważne są zasady wietrzenia, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń. Według resortu co najmniej raz na godzinę powinno się dezynfekować pomieszczenia ogólnodostępne, takie jak toalety, windy czy recepcję. Należy zwracać szczególną uwagę na elementy dotykane przez gości oraz obsługę: klamki, blat recepcji, poręcze, urządzenia elektroniczne, przyciski w windzie.

Technologia suchej pary pomoże w odkażaniu powierzchni

Jak zauważają dostawcy sprzętu czyszczącego w Polsce, szczególnie w tym okresie nowoczesne technologie są w stanie wyręczyć hotelarzy z części żmudnej pracy.  I coraz więcej z nich się na to decyduje. – Przy ogólnym sprzątaniu, zwłaszcza hotelowych ciągów komunikacyjnych, możemy sobie pomóc wykorzystaniem nowoczesnych maszyn. Urządzenia takie jak automaty szorująco-zbierające czy ekstraktory do wykładzin nie tylko skracają czas sprzątania, ale i znacząco zwiększają jego skuteczność – mówi Damian Roman, Regionalny Kierownik Sprzedaży Nilfisk Polska, producenta urządzeń czyszczących. – Trzeba jednak wyraźnie odróżnić sprzątanie od dezynfekcji – podkreśla.

Zaleconą przez specjalistów dezynfekcję na wielu powierzchniach najlepiej przeprowadzać przy użyciu preparatu odkażającego. Jednak i w tym zakresie technologia może pomóc. Damian Roman zaleca wykorzystanie profesjonalnej parownicy – dzięki zastosowaniu technologii suchej pary wraz z systemem zasysania brudu, takie urządzenia usuwają nawet 99,999 proc. wszystkich mikroorganizmów.

Niemal wszystkie powierzchnie w hotelu nadają się do czyszczenia przy pomocy parownicy przemysłowej. W pokojach mogą to być meble, zasłony, dywany, materace, ściany i sufity. W łazienkach: zarówno płytki i fugi, jak i armatura łazienkowa – krany, uchwyty, brodziki, wanny, drzwi prysznicowe. Parownice zdają egzamin także w kuchniach oraz w przypadku użycia na oknach i lustrach. Nie można natomiast korzystać z parownicy do „odświeżenia” pościeli lub ręczników – tego typu materiały muszą być prane co najmniej w 60 stopniach Celsjusza z dodatkiem odpowiedniego detergentu.

– Warto podkreślić, że korzystanie z parownicy zwiększa bezpieczeństwo gości i pracowników także w okresie bez zagrożenia epidemicznego. Testy mikrobiologiczne dowiodły, że wykorzystanie suchej pary skutecznie pozbywa się bakterii gronkowca złocistego, salmonelli, wirusów grypy i innych szkodliwych drobnoustrojów. Dlatego parownice rekomendujemy nie tylko branży turystycznej, ale także biurom, dworcom i lotniskom, a nawet szpitalom do wsparcia procesów dezynfekcji na salach operacyjnych – dodaje ekspert Nilfisk Polska.

Do zewnętrznych powierzchni warto natomiast wykorzystać gorącowodną myjkę ciśnieniową. Efekt gorącej wody – jak pokazują badania – wykazuje znaczące działanie nie tylko biobójcze, ale również skraca czas czyszczenia i znacząco poprawia jego efekt w stosunku do rozwiązań zimnowodnych. Takie urządzenie doskonale sprawdzi się na przykład na tarasach, w garażach czy na parkingach i placach.

Podstawa dla hotelu? Automat szorująco-zbierający

Zwłaszcza w czasie epidemii trudno wyobrazić sobie ciągłe operowanie tradycyjnym mopem na dużych powierzchniach hotelowych korytarzy. Dlatego, prócz urządzeń wspomagających dezynfekcję, niezbędne w każdym pensjonacie powinny być automaty szorująco-zbierające. Producenci oferują wiele różnych rodzajów takich urządzeń: od niewielkich maszyn wykorzystywanych w trudno dostępnych miejscach, po duże agregaty samojezdne.

Zasada działania automatu szorująco-zbierającego opiera się na trzech etapach czyszczenia. Przednie szczotki urządzenia zbierają zalegające na podłodze luźne elementy (na przykład okruchy czy kurz). Następnie podłoga podlega dokładnemu myciu – zawsze przy użyciu czystej wody lub wody z detergentem. Następnie maszyna zbiera wodę brudną do oddzielnego zbiornika, eliminując ryzyko poślizgnięcia się na mokrej powierzchni. Wszystko to w jednym przejeździe.

Gdzie wykorzystać taką maszynę w hotelu? Odpowiedź jest prosta – na wszystkich podłogach nie przykrytych dywanami lub wykładzinami. Zastosowanie automatów szorująco-zbierających jest naprawdę szerokie, dlatego urządzenia tego typu znalazły swe zastosowanie także w innych branżach. Szeroko wykorzystuje się je w galeriach handlowych, kinach, szkołach i przedszkolach, szpitalach oraz w gastronomii.

– W maszynach zainstalowanych jest szereg specjalnych systemów, dzięki którym wykorzystanie automatu szorująco-zbierającego staje się prostsze i tańsze – zauważa Damian Roman. – Mam na myśli przede wszystkim technologię, która znacznie obniża poziom hałasu generowanego przez maszynę. Dzięki temu rozwiązaniu sprzątanie staje się możliwe także w obecności klientów. Warto także zwrócić uwagę na technologię dostosowującą zużycie detergentu do stopnia zabrudzenia podłoża, dzięki czemu użycie tego typu maszyny jest przyjazne środowisku. A w szczególnie kłopotliwych miejscach maszyna inteligentnie wzmacnia nacisk szczotki na podłoże, jednocześnie zwiększając przepływ środka czyszczącego. Tam, gdzie zabrudzenia są mniejsze, wykorzystuje się mniej chemii i wody. To rozwiązanie bardzo skuteczne, a przy okazji oszczędne i ekologiczne – mówi specjalista Nilfisk Polska.

Ekstraktory – mechaniczni eksperci od wykładzin

Informacja o sprawnym sprzątaniu hotelu byłaby niepełna bez rozwiązania do skutecznego czyszczenia wykładzin i dywanów. Zdaniem eksperta, w tym zakresie najlepiej sprawdzą się ekstraktory.

Damian Roman podkreśla, że nowoczesne ekstraktory nie tylko usuwają brud i zalegającą wilgoć, ale też pielęgnują wykładziny, zapewniając im o wiele dłuższą żywotność. – Nowa generacja tego typu urządzeń kładzie nacisk także na wygodę użytkownika. Zwiększona pojemność zbiorników pomaga wyczyścić większą niż dawniej powierzchnię bez zbędnych przerw na wylanie wody czy dodanie większej ilości detergentu. Użytkownicy chwalą także dobrą skrętność ekstraktorów, szybkie przełączanie między trybami czyszczenia oraz technologię pływającej szczotki, która sama dostosowuje się do czyszczonej powierzchni – wylicza ekspert.

Warto znać procedury!

Specjaliści przekonują, że, niezależnie od koronawirusowych obostrzeń, automatyzacja sprzątania w hotelu to podstawa. Należy jednak pamiętać o tym, że sprzątanie i dezynfekcja stanowią jedynie część epidemicznych obostrzeń. Równie istotne powinna być znajomość procedur wdrażanych w przypadku podejrzenia zakażenia koronawirusem u obsługi lub klientów hotelu.

Dlatego warto zapoznać się ze szczegółowymi zaleceniami, zamieszczonymi na stronie https://www.gov.pl/web/rozwoj/hotele-i-inne-miejsca-noclegowe.

Rentowności obligacji południa Europy w dół, północy w górę

Europejskie, w tym włoskie obligacje rządowe, kontynuowały we wtorek wzrosty wraz ze spadkiem ich rentowności ze względu na francusko-niemiecki plan dotyczący unijnego funduszu na rzecz walki z ekonomicznymi skutkami epidemii o wartości 500 miliardów euro.

Po znacznym spadku kosztów pożyczek we Włoszech, we wtorek na czele pod kątem zmniejszenia rentowności znalazły się Hiszpania i Portugalia. Ekonomiści Morgan Stanley nazwali francusko-niemiecką propozycję potężną wspólną reakcją, która pomoże złagodzić ryzyko załamania gospodarczego na południu Europy.

Rentowności hiszpańskich 10-letnich obligacji spadły o 9 punktów bazowych do 0,715 proc. czyli do najniższego poziomu od początku kwietnia, portugalskie rentowności osiągnęły najniższe wartości od końca marca, wynosząc 0,78 proc., a włoskie spadły poniżej 1,6 proc. w pewnym momencie sesji na rynku wtórnym.

Polska, ze swoimi problemami wewnątrz kraju, ma obiekcje co do powyższego planu, a rentowności obligacji naszego kraju podniosły się z rekordowo niskiego poziomu. Jeszcze pod koniec ubiegłego tygodnia 10-letnie obligacje Polski były na poziomie 1,233, aby dziś wrócić do 1,370 proc.

To jednak minimalnie wpłynęło na zmianę spreadu względem obligacji Niemiec, który nadal znajduje się w rejonie 180 p.b., ponieważ rentowności obligacji naszego zachodniego sąsiada także wzrosły od początku tygodnia. Zapowiedzi szefa Rezerwy Federalnej USA, Jerome’a Powella, skuteczne utrzymują z kolei rentowności amerykańskich obligacji na niskich poziomach, co z kolei powoduje, że spread naszych papierów znajduje się wciąż w rejonie 60 p.b.

Krzywa rentowności w Polsce stała się jednak odwrócona na bardzo krótkim końcu, co może odzwierciedlać problemy ekonomiczne oraz problemy z inflacją w najbliższych dwóch kwartałach. Może to także wskazywać na wzrost szans na cięcie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Decyzję w tej sprawie poznamy już w czwartek 28 maja.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

COVID-19 Risks Outlook: największe zagrożenia dla świata i biznesu w perspektywie następnych 18. miesięcy

Raport COVID-19 Risks Outlook: A Preliminary Mapping and Its Implications, opracowany przez Światowe Forum Gospodarcze we współpracy z Marsh & McLennan Companies podsumowuje opinie blisko 350 specjalistów ds. ryzyka, którzy wskazali największe ich zdaniem zagrożenia (pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia i skali oddziaływania) dla świata i biznesu w perspektywie następnych 18. miesięcy.

Natychmiastowe skutki gospodarcze spowodowane COVID-19 zdominowały krajobraz ryzyk większości firm – wśród kluczowych eksperci wymieniają m.in.: przedłużającą się recesję w obliczu słabnącej koniunktury światowych gospodarek, zaostrzenie ograniczeń w transgranicznym przepływie towarów i osób oraz upadek głównych rynków wschodzących.

Analizując wzajemne powiązania, raport podkreśla, że światowi liderzy muszą podjąć natychmiastowe działania, które przeciwdziałają lawinie przyszłych kryzysów – takich, jak kryzys klimatyczny, turbulencje geopolityczne, rosnące nierówności ekonomiczne, pogorszenie stanu zdrowia psychicznego obywateli, luki w zarządzaniu technologią, czy systemów opieki zdrowotnej, będących pod nieustanną presją.

Poniżej przedstawiamy kluczowe wnioski z raportu:

  • „Długotrwała globalna recesja”, „wysokie bezrobocie”, „widmo wybuchu kolejnej epidemii choroby zakaźnej” oraz protekcjonizm to najważniejsze wyzwania dla firm w najbliższym czasie.
  • Świat nie jest gotowy na efekt domina dla ryzyk środowiskowych, społecznych i technologicznych.
  • „Zielone ożywienie” i wyróżniające się większą odpornością na ryzyko „spójne, integracyjne i równe społeczeństwa” mają szansę zaistnieć, jeżeli światowi liderzy zaczną działać.

John Doyle, President and CEO, Marsh komentuje wyniki raportu: „Jeszcze przed wybuchem kryzysu związanego z pandemią COVID-19, organizacje zmagały się z wysoce złożonym, globalnym krajobrazem ryzyk. Od zagrożeń cybernetycznych po łańcuchy dostaw, jak również dbanie o dobrostan pracowników – firmy teraz muszą ponownie przemyśleć swoje strategie, na których dotychczas się opierały. W celu stworzenia odpowiednich warunków do przyspieszenia ożywienia gospodarczego i zwiększenia odporności na ryzyko w przyszłości, rządy i sektor prywatny powinni prowadzić jeszcze bardziej efektywną współpracę. Poza wzrostem inwestycji w poprawę systemów opieki zdrowotnej, infrastruktury i technologii, jednym z rezultatów tego kryzysu będzie większa odporność społeczeństw na przyszłe pandemie oraz inne, poważne kryzysy”.

Wlodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. Kluczowych Klientów w Marsh Polska podkreśla: „Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że raporty takie jak COVID-19 Risks Outlook: A Preliminary Mapping and Its Implications, opracowany przez Światowe Forum Gospodarcze we współpracy z Marsh & McLennan Companies nie są jedynie zbiorem futurologiczno-teoretycznych rozważań. Okazuje się, że dostrzegane trendy w skali makro znajdują bezpośrednie przełożenie na prowadzenie biznesu przez poszczególne firmy oraz na życie nas wszystkich.

Dzisiaj już wiemy, że pojawiające się przez wiele lat w podobnych raportach ryzyko „pandemii” oznacza bardzo konkretne wyzwania: problemy finansowe sektorów gospodarki opartych na przepływie towarów i usług (np.: transport lotniczy, turystyka, aby wymienić te oczywiste), zaburzenia łańcucha dostaw do przemysłu, utrata pracy. Od strony branży ubezpieczeniowej należy wskazać na fakt dość sprawnego dostosowania się do nowej sytuacji, wydaje się, że nie zanotowano poważniejszych problemów ubezpieczycieli z przestawieniem się na nowe „zdalne” metody prowadzenia działalności. Oczywiście teraz zarówno ubezpieczyciele, jak i każda inna firma, przygotowują się na „trudne czasy” poprzez m.in. poszukiwanie oszczędności, ale też rewizję dochodowych lub bardziej ryzykownych projektów. W przypadku działalności ubezpieczeniowej oznaczać to może podnoszenie cen – przykładowo, ceny ubezpieczeń korporacyjnych na świecie wzrosły w pierwszym kwartale o 14%, ale już np.: ceny D&O na rynku londyńskim (z którego korzysta wiele polskich firm) – o 46%; czy też ograniczanie tzw. pojemności ubezpieczeniowej (tj. obniżanie maksymalnego zaangażowania w określone ryzyko/klienta), co może stanowić problem dla dużych klientów korporacyjnych, szczególnie w ubezpieczeniach odpowiedzialności cywilnej i D&O.

Spowolnienie gospodarcze, problemy finansowe i zwiększona liczba bankructw firm oznacza zawsze zwiększone zainteresowanie ubezpieczeniami Odpowiedzialności Członków Władz spółek. Jest to bowiem znany mechanizm poszukiwania „winnych” zaistniałej, złej sytuacji w firmie i znajdowania ich w osobach członków władz spółki. Tym bardziej, że sytuacja kryzysu związanego z COVID-19, przygotowania do niego, konieczność podejmowania szybkich decyzji w stanie dużej niepewności, przejście firmy na nowy sposób prowadzenia działalności faktycznie wiążą się z ryzykiem zarzutów braku podjęcia określonych decyzji lub tego, że podjęte decyzje po czasie okażą się błędne.

Należy także wspomnieć o tym, że kryzys związany z COVID-19 wymusił wzrost zainteresowania wszelkiego rodzaju rozwiązaniami informatycznymi, zdalnymi, online itp., a w ślad za tym, uświadomił powszechnie istnienie cyber ryzyk. Myślę, że tak jak narzędzia informatyczne pozostaną z nami już na zawsze, tak też w nowej rzeczywistości ryzyka cybernetyczne znajdują się coraz wyżej na liście zagrożeń każdej firmy. A ponieważ są one w sumie ryzykami dość podobnymi do innych – można nimi zarządzać, choćby poprzez ubezpieczenia”.

Raport jest dostępny tutaj: http://www3.weforum.org/docs/WEF_COVID_19_Risks_Outlook_Special_Edition_Pages.pdf

Korzyści z PR w Employer Branding, czyli jak skutecznie budować silną markę pracodawcy

Tak jak pozytywny wizerunek marki pomaga promować sprzedaż, tak pozytywny employer branding pomaga przyciągać i zatrzymywać bardziej wykwalifikowanych pracowników. Firmy z pozytywnym wizerunkiem zatrudnienia otrzymują więcej aplikacji od wykwalifikowanych kandydatów, zatrzymują najlepszych pracowników i wydają mniej pieniędzy na ich zatrudnienie, a pracownicy są bardziej produktywni i częściej stają się ambasadorami marki oraz pomagają promować organizację.

Firmy mogą poprawić swoją reputację jako pracodawców, angażując specjalistów PR i komunikacji korporacyjnej w budowanie swojego wizerunku wśród kandydatów do pracy. Podczas gdy HR ogólnie zarządza funkcją, branding pracodawcy jest bardziej skuteczny przy zaangażowaniu PR. W miarę jak rekrutacja najlepszych talentów staje się bardziej konkurencyjna, ścisła współpraca między PR i HR będzie coraz ważniejsza.

PR (public relations) jest przydatny do rozważenia z perspektywy marki pracodawcy ze względu na to, co profesjonaliści PR chcą osiągnąć. W PR sukces często mierzy się na podstawie świadomości brandu lub liczby trafnych miejsc docelowych w mediach i wyświetleń, które można uzyskać dzięki danej kampanii. W rezultacie, jeśli chcemy zwiększyć świadomość marki pracodawcy, PR może być świetnym sposobem na osiągnięcie tego celu.

PR to dziedzina, która często jest źle rozumiana, ponieważ wiele kanałów pokrywa się obecnie ze zwykłymi kanałami marketingu cyfrowego. Ponadto ludzie często mylą PR z tradycyjną komunikacją kryzysową lub relacjami medialnymi. Inni mylnie uważają, że PR jest zbyt drogi.

Jednak PR jest dziedziną odrębną od marketingu cyfrowego i większą niż sama komunikacja kryzysowa lub relacje z mediami.

Według Public Relations Society of America (PRSA) PR jest „strategicznym procesem komunikacji, który buduje wzajemnie korzystne relacje między organizacjami i ich społeczeństwem”.

Jest to dość ogólna definicja, ale jeśli sprowadzimy ją do podstaw, dobry PR to tak naprawdę efektywne opowiadanie historii, które podnosi świadomość docelowych odbiorców i / lub kształtuje ich postrzeganie. Aby to osiągnąć, specjaliści od PR koncentrują się na opracowywaniu i rozpowszechnianiu newsów w formie urzekających historii, które przyciągają uwagę i lokalizują miejsca w odpowiednich spotach medialnych.  Historie te można przekazywać za pomocą różnych strategii i kanałów, w tym poprzez miejsca docelowe dla mediów i influencerów, media społecznościowe i content marketing, markowe wydarzenia i wiele innych. Na całym świecie pracodawcom trudniej jest przyciągnąć dobrych pracowników. Jednym ze sposobów, aby nasza organizacja była „na bieżąco” z potencjalnymi kandydatami do pracy, jest stworzenie dobrej marki pracodawcy.

Top brandy, które dobrze wykorzystują PR w budowaniu marki pracodawcy to:

  • Google
  • Starbucks
  • Cisco
  • Apple
  • Hubspot
  • Shopify
  • Microsoft
  • Netflix

Budowanie brandu pracodawcy polega na budowaniu wizerunku organizacji w oczach pracowników i perspektywach zatrudnienia. Jest to postrzeganie oparte na założeniach, których pracownicy mogą oczekiwać od pracodawcy, a korzystny efekt ciężko osiągnąć bez PR.

Reputacja  firmy i postrzeganie jej liderów może wpłynąć na zdolność marki do zdobycia i zatrzymania najlepszych talentów.

Ustanawianie pozytywnej i atrakcyjnej reputacji zaczyna się od wewnątrz gdzie, mamy większą kontrolę nad wynikiem, niż nam się wydaje. W erze mediów cyfrowych i sieci kluczowe jest, aby marki posiadały i sterowały swoją opinią publiczną. Internetowe serwisy i witryny z opiniami o pracy ułatwiają potencjalnym talentom obserwowanie informacji zwrotnych na temat kultury firmy, dumy pracowników, korzyści, a nawet aprobaty dyrektora generalnego, zanim rozważą ubieganie się o stanowisko.  Jasny obraz organizacji pomoże tylko zachęcić najlepszych kandydatów do kontaktu.  Firmy ze słabą marką pracodawcy wydają co najmniej 10 procent więcej na zatrudnienie – wskazuje Harvard Business Review. Pozytywny brand pracodawcy powinien być przedmiotem codziennej uwagi, ponieważ jest również korzystny, gdy duże organizacje muszą bardzo szybko dokonać wielokrotnego zatrudnienia jak np. Amazon czy Foxconn.

Korzystanie z PR, aby zbudować markę pracodawcy

Na rynku pracy kandydatów o specjalistycznych umiejętnościach, marka pracodawców bardziej zyskała na znaczeniu, szczególnie w okresie transformacji do pracy zdalnej.

Tradycyjnie działy zasobów ludzkich (HR), które nadzorują rekrutację, zarządzające „employer brandingiem”, to już za mało. Obecnie wielu ekspertów ds. komunikacji twierdzi, że dział HR powinien współpracować z komunikacją korporacyjną lub PR przy opracowywaniu marki pracodawcy i zarządzaniu nią.

Stosowanie tradycyjnych metod rekrutacji w celu promowania zatrudnienia nie są już wystarczająco skuteczne, aby stworzyć silną markę pracodawcy. Pracownicy mają ogromny wpływ na wizerunek swojej firmy za pośrednictwem mediów społecznościowych i stron z recenzjami pracodawców. Kandydaci do pracy badają firmy online i zwykle wierzą w opinie pracowników i byłych pracowników, a nie w reklamy firmowe lub inne komunikaty promocyjne.

Agencja Core PR nie raz mierzyła się z sytuacją bardzo pozytywnego wizerunku produktu a jednocześnie negatywnego obrazu pracodawcy. Dzieje się tak ponieważ zespoły HR mogą nie chcieć dodawać tego aspektu marketingu społecznościowego do swoich obowiązków. Chociaż 70 procent menedżerów HR planuje wykorzystać media społecznościowe do budowania marek pracodawców, tylko jedna trzecia ma osobę dedykowaną social media. Marki pracodawców powinny być analizowane i mierzone tak samo, jak wizerunki marek korporacyjnych skierowane do konsumentów. A to jest jest zadaniem odpowiednim dla profesjonalistów ds. komunikacji.

Współpraca między PR a HR (audyt i rekomendacje)

Gdy firma cierpi z powodu niskiej jakości kandydatów do pracy, ma ciągłą rotację i doświadcza niskiego zaangażowania pracowników. Połączenie najlepszej komunikacji korporacyjnej (opowiadanie historii, kreatywność, dyscyplina wiadomości i targetowanie odbiorców) z najlepszą kadrą (rekrutacja, zarządzanie talentami, zaangażowanie pracowników i szkolenia) prowadzi do wypracowania pozytywnej reputacji, która pomaga przyciągać, angażować i zatrzymywać najbardziej oddane i utalentowane osoby. 

Pierwszym krokiem powinna być dogłębna analiza tego, jak obecni i byli pracownicy i/ lub kandydaci postrzegają firmę. Komunikacja korporacyjna i HR powinny współpracować, aby dowiedzieć się, czego poszukują najlepsze talenty i zidentyfikować luki między percepcją kandydatów do pracy a tym, co firma naprawdę oferuje jako pracodawca.

Autor: Adam Białas – dziennikarz / manager w Core PR. Od ponad dwóch dekad skutecznie działa w obszarze PR i e-marketingu. Ekspert i autor wielu autorskich projektów PR, e-marketing, i w ostatnich latach dedykowanych programów partnerskich w modelach efektywnościowych. Posiada wieloletnie doświadczenie w kampaniach i budowaniu wizerunku brandu B2B i B2C. CORE PR obsłużyła ponad 600 kampanii. Specjalizuje się w sektorze finansowym, HR, deweloperskim, HoReCa, MICE i gamingowym.

W tym roku na Dniu Dziecka głównie zarobią dyskonty. Ale zakupy raczej będą skromne

W tym roku z okazji Dnia Dziecka niemal połowa Polaków wyda na prezent średnio od 50 do 100 zł. Ponad 20 proc. deklaruje kwotę 100-150 zł. Mniej więcej tyle samo osób przeznaczy na to do 50 zł. Z kolei kilkanaście proc. badanych wyłoży na ten cel więcej niż 150 zł. 46 proc. zrobi zakupy stacjonarnie, a 32 procent – online. Upominki będą kupowane głównie w dyskontach. I najczęściej będą to klocki. Popularne będą również gry planszowe i książki. Według ankietowanych, tegoroczny prezent musi być praktyczny i edukacyjny. Liczyć się też będzie promocyjna cena.

Z badania, przeprowadzonego przez analityków z aplikacji BLIX, wynika, że 43 proc. Polaków przeznaczy w tym roku na prezent z okazji Dnia Dziecka od 50 do 100 zł. 23 proc. wyda na upominek 100-150 zł. Z kolei 20 proc. podaje kwotę do 50 zł. Sumę między 150 a 200 zł przygotuje 8 proc. ankietowanych, a od 200 do 300 zł – 6 proc. Dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia „Forum Dialogu Gospodarczego” uważa, że wskazane przedziały wyraźnie odzwierciedlają proporcje osób odczuwających zagrożenie spowodowane kryzysem. Zdecydowana większość wykazuje oszczędność. I jak dodaje ekspert, można się spodziewać, że tegoroczne upominki będą raczej skromne i symboliczne.

– Planowane wydatki dotyczą zakupu prezentu dla jednego dziecka i wydają się racjonalne. Zabawki prezentowane w promocjach sieci handlowych bardzo często mieszczą się we wskazanych przedziałach cenowych. Dlatego konsumenci są przekonani, że wymieniane przez nich kwoty w tym roku wystarczą, aby je nabyć – wyjaśnia Marcin Lenkiewicz z aplikacji BLIX.

Aż 46 proc. ankietowanych kupi prezent stacjonarnie. 32 proc. nabędzie go online. 14 proc. jeszcze tego nie wie. Dla 8 proc. nie ma to znaczenia. – Sklepy stacjonarne nadal są preferowanym miejscem zakupów Polaków. To kwestia przyzwyczajenia, zwłaszcza starszych osób. Jednak Internet daje możliwość przejrzenia szerszego asortymentu i lepszego porównania cen, o czym już przekonuje się ok. 30 proc. badanych. Przewiduję, że ten odsetek będzie się powiększał w kolejnych latach – mówi Lenkiewicz.

Prezenty najczęściej będą kupowane w dyskontach – 39 proc. Na drugim miejscu badani wskazują e-sklepy – 19 proc. Z kolei 18 proc. jeszcze tego nie wie, gdzie nabędzie upominek. 15 proc. stawia na sklepy z zabawkami, a 8 procent – na hipermarkety. Dr Faliński stwierdza, że dyskonty są głównym wyborem ze względu na oszczędność czasu i pieniędzy. Niedrogie podarunki będą kupowane przy okazji. Sklepy z zabawkami wymagają osobnej wyprawy i więcej środków, a przy obecnym stanie może to być trudnym zadaniem. Natomiast produkty w hipermarketach czasem bywają tańsze niż w dyskontach, ale zakupy zajmują więcej czasu.

– Spory odsetek niezdecydowanych konsumentów może wynikać z ogólnie panującej niepewności w czasie pandemii. Dotyczy ona m.in. wpuszczania określonej liczby klientów do sklepów. Polacy na bieżąco obserwują zmiany zachodzące w procesie odmrażania gospodarki i jeszcze nie wiedzą, gdzie ostatecznie kupią prezenty – zwraca uwagę ekspert z aplikacji BLIX.

Najczęściej kupowane będą klocki – 39 proc. Prawie tak samo popularne będą gry planszowe – 34 proc. Dalej badani wymieniają książki – 27 procent, słodycze – 26, a także ubrania – 23 proc. – Kalkulacja zakupu obejmuje chęć odniesienia wszechstronnych korzyści. Dlatego dominują zabawki skłaniające dziecko do myślenia. To tzw. wartość dodana, istotna zwłaszcza w poczuciu zagrożenia kryzysem. Konsumenci powstrzymują się przed wydawaniem pieniędzy na czystą zabawę – tłumaczy dr Faliński.
Dla 34 proc. ankietowanych upominek musi być praktyczny lub edukacyjny. 27 proc. wskazuje na promocyjną cenę jako główne kryterium zakupu. Natomiast 16 proc. koncentruje się na tym, co chce dostać dziecko. – Polacy starają się, aby kupowane przez nich zabawki pomagały najmłodszym w rozwoju. I z tego wynika najczęstsze wskazanie. Jednak ostatecznie udziały rynkowe poszczególnych producentów pokażą, na jakie zakupy finalnie zdecydowali się konsumenci – podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

Badanie metodą CAWI zostało przeprowadzone w dniach 30.04-02.05.2020 r. na próbie 1367 dorosłych Polaków.

Wieści pozytywne, ale na jak długo wystarczą?

Gorączka spowodowana informacjami o postępach w pracach nad szczepionką na koronawirusa podsycała przesiadkę na ryzykowne aktywa, ciągnąc w górę indeksy giełdowe i ropę naftową, podczas gdy na FX domykano długie pozycje w USD i JPY. EUR znalazło dodatkowy impuls we wspólnych staraniach Francji i Niemiec o utworzenie funduszu odbudowy finansowanego emisją euroobligacji.

Jednostronne pozycjonowanie na rynku walutowym się zemściło. Wcześniej pisałem, że niezdecydowanie stało się kulą u nogi dla sentymentu i podtrzymuje ruch boczny a wątpliwości będą podnosić ryzyko wzrostu awersji do ryzyka. To przeświadczenie stało się motywem przewodnim dla części inwestorów przy otwieraniu defensywnych pozycji. Wczoraj jednak zostali oni zaskoczeni lawiną pozytywnych informacji, na których zaczęto budować rajd ryzykownych aktywów. Doniesienia o postępach w wypracowaniu szczepionki, zapewnienia Fed, że jego arsenał się nie wyczerpie oraz sygnały z UE o możliwym pakiecie fiskalnym finansowanym emisją wspólnego długu. To sporo pozytywnych impulsów, jak na jeden dzień i reakcja rynków mogła być tylko jedna. Tutaj muszę jednak wrócić z moją postawą Smerfa Marudy i zadać pytanie: na ile tym razem starczy nadziei na poprawę w oparciu o lek, którego ostateczne wypuszczenie do powszechnego obiegu może zająć rok lub dłużej? Pieniądze drukowane przez Fed może i są korzystne dla pompowania wycen akcji, ale nie pomogą w ponownym otwieraniu działalności gospodarczej czy zachęcą Amerykanów do swobodnego wychodzenia z domu. Obawiam się, że wczorajszy skok oparty jest na złudnych nadziejach, ale teraz nie jest moment, by stawać na przeciw rozpędzonego pociągu. Należy jednak być czujnym i wypatrywać sygnału odwrotu sentymentu, bo ten nadejdzie.

Z zadowoleniem przyjmuje wspólną inicjatywę Francji i Niemiec dla utworzenia funduszu odbudowy w wysokości 500 mld EUR wraz z jego ambitnymi założeniami. Najważniejsze we wczorajszym przekazie było podkreślenie obrony europejskiej wspólnoty i prace nad rozwiązaniem ponad różnicami zdań państw członkowskich. Przywrócenie idei euroobligacji, które w przyszłości będą spłacane w ramach realizacji budżetu unijnego, jest krokiem w dobrą stronę. Fakt, że propozycja wyszła od Francji i Niemiec zmniejsza ryzyko, że zostanie odrzucona podczas okołounijnych prac, choć protesty rządów państw z północy Eurolandu mimo wszystko wystąpią. Austria już wyraziła swoją krytyczną ocenę, a opór może być szerszy i w konsekwencji doprowadzić do tego, że finalny kształt funduszu może być rozczarowujący względem tego, na co od wczoraj urosły nadzieje. EUR/USD wciąż jest poniżej szczytów z 1 maja, co sugeruje, że co najwyżej został wywindowany głównie na domykaniu krótkich pozycji narosłych od tamtego czasu. Dopóki Komisja Europejska nie przedstawi właściwego projektu funduszu (ma czas do 27 maja), rynek może zachować dozę sceptycyzmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.