„Tarcze Antykryzysowe” powstawały niestety zbyt długo i nie zdążyły osłonić w marcu rynku pracy przed zwolnieniami, których skala jest niespotykana w Polsce od lat – wynika z danych GUS dotyczących pierwszego miesiąca pandemii. Tylko w tym okresie w firmach zatrudniających więcej niż dziewięć osób zlikwidowano 34 tysiące etatów. Takiej redukcji nie było nawet po wybuchu kryzysu w 2008 roku.
Niepokojące dane GUS potwierdzają to, o czym wcześniej alarmowali Pracodawcy RP. Z przeprowadzonej w ostatnich dniach marca przez organizację ankiety członkowskiej wynikało, że sytuacja wywołana pandemią zmusza wielu przedsiębiorców do redukcji zatrudnienia. 31 proc. ankietowanych odpowiedziało, że już ją przeprowadziło, a 66,5 proc. zadeklarowało takie działanie w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Niestety, aktualne dane GUS to potwierdzają.
„Rozwiązania przewidziane w pierwszej ‘Tarczy’ nie były dla przedsiębiorców wystarczające. Część firm nie była w stanie dłużej czekać na przyznanie pomocy, innych przedsiębiorców niektóre instrumenty wsparcia w ogóle nie objęły” – komentuje Katarzyna Siemienkiewicz, ekspertka Pracodawców RP ds. prawa pracy. Jak wyjaśnia, koszty zatrudnienia stanowią znaczną część kosztów prowadzenia firmy – szczególnie w branżach, w których koronawirus dokonał największego spustoszenia. „Przedsiębiorcy gubili się w meandrach dokumentacji i skomplikowanych wniosków o dofinansowanie. Do tego doszły niejasne zapowiedzi zmian w pomocy i w rezultacie przedsiębiorcy poczuli się zmuszeni do radykalnych kroków. Niestety, przedsiębiorcy nadal negatywnie oceniają kondycję swoich firm” – tłumaczy Siemienkiewicz.
Według najnowszego badania ankietowego Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej (CMSG), które tworzą m.in. główni ekonomiści organizacji skupionych w Radzie Przedsiębiorczości, w kwietniu stan zatrudnienia może ulec dalszemu pogorszeniu. Około 88 proc. ankietowanych firm oczekuje zmniejszenia zatrudnienia, średnia deklarowana redukcja zatrudnienia (bez względu na wielkość firmy) to 15,5 proc. Duże firmy w mniejszym stopniu oczekują zmniejszenia zatrudnienia – średnio o 7 proc., podczas gdy w mikrofirmach to 16,6 proc. Duży spadek, bo o 15,3 proc., zakładają też średnie firmy (50-249 zatrudnionych). Ten segment stanowi duże zagrożenie dla gospodarki, gdyż dla średnich firm zakres instrumentów pomocowych jest dużo mniejszy i zwolnienia w takiej skali, jak oczekiwane, odbiłyby się dużym wzrostem bezrobocia.
Zdaniem ekspertów Pracodawców RP, jest jednak pewna ewentualność dająca nadzieję, że sytuacja może być nieco lepsza niż wynika to ze statystyk. „Po stronie osób pracujących nie uwzględniono rodziców dzieci pobierających zasiłek opiekuńczy, którzy po otwarciu szkół znowu podejmą pracę. To tę statystykę nieco poprawi” – wyjaśnia Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspertka Pracodawców RP ds. prawa pracy. „Można się też spodziewać, że nowe instrumenty wsparcia firm i pracowników przyniosą wreszcie pożądane efekty. Do przedsiębiorców ma trafić ponad 100 mld złotych pomocy – liczymy na sprawne rozdysponowanie tej kwoty i rozwianie wątpliwości, bowiem nadal brakuje konkretów oraz samego projektu tzw. Tarczy finansowej” – dodaje Żukowska-Czaplicka.
Zdaniem Żukowskiej-Czaplickiej, podobnie jest z zapowiedziami z wtorkowej konferencji premiera o pomocy dla przedsiębiorców. Uelastycznienie kryteriów przy instrumentach pomocowych, zmiany w prawie pracy i w zamówieniach publicznych czy dopłaty do odsetek kredytów BGK – to dobre rozwiązania, ale przedsiębiorcy czekają na konkrety. „Nadal nie wiedzą, kiedy będą mogli skorzystać z tych regulacji i kiedy zostaną zdjęte nałożone restrykcje. Dalsza niepewność może niestety wzmagać decyzje o ograniczeniu zatrudnienia” – mówi ekspertka Pracodawców RP – „Pamiętajmy też, że w ‘Tarczy 2.0’ przewidziano rozwiązania zmierzające do redukcji etatów w administracji. Cięcia w urzędach są nieuniknione, a ich skala wpłynie na sytuację na rynku pracy. Na redukcję zatrudnienia decydują się więc nie tylko przedsiębiorcy, ale i państwo”.
Postęp technologiczny, zwiększony popyt na usługi cyfrowe, w końcu trwałe zmiany w życiu społeczno-gospodarczym wywołane pandemią koronawirusa – to główne okoliczności wpływające na to, że 5G jest dla Polski nie tylko szansą na przyspieszenie tempa rozwoju gospodarczego, lecz wręcz koniecznością. Żeby w pełni wykorzystać dostępne możliwości, musimy tę technologię uruchomić skutecznie, szybko i bezpiecznie – to podstawowe wnioski z raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców dot. szans i perspektyw związanych z wdrożeniem 5G w Polsce.
Nie ulega wątpliwości, że do Internetu przenosi się coraz większa część aktywności społecznej i gospodarczej. Spośród 4,5 miliarda ludzi będących online, 300 milionów po raz pierwszy skorzystało z sieci w ciągu ostatniego roku – ruch staje się zatem coraz bardziej gęsty. Zmieniają się również modele korzystania z Sieci. O ile w 2010 roku zaledwie niespełna 40 proc. użytkowników telefonów komórkowych w Stanach Zjednoczonych wykorzystywała je do przeglądania Internetu, o tyle szacuje się że w 2025 roku 75 proc. użytkowników Internetu będzie korzystało z niego wyłącznie za pośrednictwem smartfonów. W obliczu tak dynamicznie zwiększającego się popytu, trudno dziwić się że obecnie dostępne technologie powoli wyczerpują swoje możliwości. Dodatkowo, użytkownicy Internetu oczekują coraz nowszych i powszechniej dostępnych usług, a przemysł bezustannie zmierza w kierunku digitalizacji i automatyzacji. Ostatecznie, pandemia koronawirusa spowodowała zmiany, zarówno w modelach świadczenia pracy, jak i w sposobie spędzania wolnego czasu, co dodatkowo przyczyniło się do zwiększenia ruchu w sieci. Odpowiedzią na wszystkie powyższe wyzwania wydaje się być wdrożenie standardu 5G.
– Koronawirus sprawił, że zdecydowanie więcej czasu spędzamy w domu – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Niezależnie od tego, czy oglądamy w tym czasie seriale, czy uczestniczymy w służbowych wideokonferencjach, przyczyniamy się do wzrostu ruchu w Sieci.
Dzięki swoim parametrom, sieć 5G umożliwi rozwój nowych usług i produktów, które w istotnym stopniu zmienią życie gospodarcze w Polsce. Pojazdy autonomiczne, internet rzeczy, rozszerzona lub wirtualna rzeczywistość, zdalne zarządzanie produkcją – powszechne wykorzystanie tych możliwości, które składają się na sygnalizowane już w przeszłości koncepcje Przemysłu 4.0, czy „czwartej rewolucji przemysłowej” byłyby niemożliwe bez przepustowości gwarantowanej przez 5G.
– Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju to dokument, w którym bardzo wyraźnie zakreślono pożądany kierunek rozwoju polskiej gospodarki – mówi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Ma się ona stać gospodarką opartą na wiedzy i wysokiej wartości dodanej. Osiągnięcie tego celu bez sprawnego wdrożenia sieci 5G wydaje się być niemożliwe.
Eksperci Związku podkreślają w raporcie, że konieczne jest szybkie działanie. Inne państwa (zarówno europejskie, jak i azjatyckie) już podejmują istotne kroki. Wyścig o 5G ma charakter globalny. Powinniśmy zatem skupić się na wdrożeniu tego standardu w sposób skuteczny, szybki i bezpieczny. Zdaniem autorów raportu, aby to osiągnąć potrzebne jest zapewnienie swobodnej konkurencji w ramach wyboru dostawców infrastruktury, określenie restrykcyjnych technicznych standardów bezpieczeństwa oraz zabezpieczenie systemu przed zależnością od jednego dostawcy.
– Oczywiste jest, że 5G to bardzo duża szansa, ale w obecnej sytuacji szybkie uruchomienie tego standardu to już konieczność. Powszechny dostęp do szybkiego Internetu i umożliwienie przedsiębiorcom oraz konsumentom korzystania z usług opartych na najnowszych technologiach to warunek naszego rozwoju – konkluduje Cezary Kaźmierczak.
Trzy czwarte Polaków deklaruje, że chętnie segreguje odpady, ale blisko co drugi ma problem, aby zamienić samochód na transport publiczny – wynika z badania w ramach projektu EKOBAROMETR, którego inicjatorem i pomysłodawcą jest Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research.
Pięćdziesiąt lat temu zaczęto obchodzić Międzynarodowy Dzień Ziemi. Ideą święta jest zwrócenie uwagi na naszą planetę i otaczające ją problemy. Każdego roku obchody Dnia Ziemi koncentrują się wokół konkretnego tematu przewodniego. W poprzednich latach były to między innymi hasła związane z promocją odnawialnych źródeł energii czy ochroną znikających gatunków. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Działanie na rzecz klimatu” i właśnie ten temat podejmuje najnowsza fala cyklicznego badania EKOBAROMETR.
W badaniu zapytano respondentów, czy częściej zdarza im się podejmować działanie pro-ekologiczne czy raczej anty-ekologiczne w odniesieniu do różnych sfer życia. Polacy najchętniej (74% wskazań) przyznają się do segregacji śmieci, do czego istotnie mogły przyczynić się najnowsze regulacje dotyczące gospodarki odpadami komunalnymi. W drugiej kolejności (67%) częściej wybieramy pranie automatyczne w trybie ECO niż ręczne, jednak to może wynikać z wygody takiego rozwiązania. Niechętnie (14%) przyznajemy się do wyrzucania resztek po posiłkach, co z kolei może wynikać z nabytych zasad w naszym wychowaniu – posiłków „nie wypada marnować”.
O tym, jak ważne jest powszechne obchodzenie dat poświęconych dobru naszej planety, świadczą wyniki najnowszego badania EKOBAROMETR. Polacy obecnie nie są na takim etapie, aby w pełni zdawać sobie sprawę z szerokiej gamy możliwości zachowań pro-ekologicznych w codziennym życiu. Wiele niekorzystnych ekologicznie działań zakorzeniło się w naszych nawykach, a jeżeli już podejmujemy się tych korzystnych to nierzadko są one motywowane innymi czynnikami, np. ustawowymi (np. segregacja odpadów), ekonomicznymi (np. program prania czy zmywania ekologicznego) czy kulturowymi (np. niechęć do marnowania posiłków). – komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes SW Research.
Zdecydowanie najtrudniej jest nam rozstać się z konsumpcją mięsnych posiłków – co czwarty badany deklaruje, że częściej w swoim jadłospisie wybiera mięso niż opcję vege. Z kolei podróżując blisko 20% Polaków chętniej wsiada do swojego auta zamiast do komunikacji publicznej. Podium najbardziej anty-ekologicznych zachowań zamyka ręczne zmywanie naczyń w miejsce zmywarki w trybie ECO – częściej na to pierwsze decyduje się 11% badanych.
Na środowisko naturalne można patrzeć przez pryzmat pewnego rodzaju dobra wspólnego. Nie ma nic złego w tym, jeżeli jakieś działanie pro-ekologiczne wynika z innych zachęt np. prawa, wygody, chęci oszczędzania czy mówiąc ogólnie norm społeczno-kulturowych, których zadaniem właśnie jest stworzenie systemu kar czy nagród sprzyjających z jednej strony postępowi cywilizacyjnemu, a z drugiej – poszanowaniu wspólnego dobra, jakim jest środowisko naturalne – zwraca uwagę Piotr Zimolzak. Realny problem pojawia się wówczas, gdy wizja uzyskania indywidualnych korzyści (wynikających np. z własnego komfortu, lenistwa czy niezdrowych nawyków) jest bardziej opłacalna niż kara za brak poczucia współodpowiedzialności za negatywne skutki dla całej zbiorowości. Naturalnym odruchem jest wprowadzenie sankcji – np. opłat za brak segregacji, wjazd lub parkowanie w centrum miasta, foliowe torebki w sklepach itp. Z drugiej strony mamy ekspozycję korzyści – np. dopłaty do e-samochodów czy ogniw fotowoltaicznych. Wydaje się zatem, że przejście na „zieloną stronę mocy” jest możliwe, ale wymaga konsekwencji i czasu.
Metodologia badania
Badanie zostało zrealizowane w dniach 17-24.03.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 1476 ankiet z reprezentatywną grupą Polaków. Projekt ma charakter cykliczny, realizacja kolejnej fali planowana jest na przełom czerwca i lipca 2020 r.
Drutex S.A. nie zwalnia tempa i kontynuuje wsparcie walki z koronawirusem. Po przekazaniu pomocy w wysokości 1,5 miliona złotych, bytowska spółka rozpoczęła produkcję profesjonalnego sprzętu ochronnego. Pierwsza partia przyłbic trafiła już do medyków z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Janusza Korczaka w Słupsku. Ze sprzętu korzystają również pracownicy firmy.
– Czas pandemii COVID-19 to dla nas wszystkich sprawdzian. Mamy świadomość ogromu wyzwań stojących przed całym społeczeństwem, a w szczególności personelem medycznym, który odgrywa kluczową rolę w walce z koronawirusem.
– podkreśla Leszek Gierszewski, prezes Drutex S.A. – Czujemy potrzebę i obowiązek niesienia pomocy. Chcemy być blisko lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych – prawdziwych bohaterów walki z koronawirusem. Doskonale zdajemy sobie sprawę z ogromnego zapotrzebowania na sprzęt ochronny, stąd decyzja o rozpoczęciu produkcji profesjonalnych przyłbic. Na ten moment planujemy produkcję kilkudziesięciu tysięcy sztuk. Wytwarzamy je na własnych, nowoczesnych maszynach, zgodnie z wytycznymi medyków. Tak, by jak najlepiej spełniały ich oczekiwania, Działamy i pomagamy dalej. To nie jest nasze ostatnie słowo – dodaje.
Produkcję przyłbic ochronnych Drutex uruchomił we współpracy ze swoimi partnerami – firmami Wadim-Plast, Alexander i Trefl.
To kolejna forma pomocy szpitalom ze strony bytowskiej spółki. W marcu Drutex przekazał specjalistyczny sprzęt i pieniądze na remont i doposażenie czterech pomorskich szpitali, inicjując akcję „Jesteśmy Razem. Pomagamy”. Dotychczas do przedsięwzięcia, którego pomysłodawcą był Leszek Gierszewski, dołączyło kilkudziesięciu partnerów – firm z różnych branż – a łącznie pomoc osiągnęła wartość ponad 23 milionów złotych. Do szpitali trafia między innymi sprzęt medyczny i ochronny.
Drutex nie zapomina również o swoich pracownikach. Na czas epidemii wprowadzone zostały w spółce wewnętrzne procedury bezpieczeństwa, pozwalające na zminimalizowanie ryzyka zakażenia, przy zachowaniu ciągłości procesów produkcyjnych i administracyjnych.
Globalne ocieplenie, deficyty wody czy nadmierna produkcja odpadów to wyzwania, których nie można ignorować. Inaczej Ziemia będzie dla kolejnych pokoleń bardzo nieprzyjaznym miejscem do życia. Co istotne, przeciwdziałać negatywnym trendom może każdy. Obchodzony 22 kwietnia Światowy Dzień Ziemi to dobra okazja, aby zmienić swoje złe przyzwyczajenia i żyć z poszanowaniem natury.
Wyzwaniem wymagającym szczególnego zainteresowania – nie tylko światowych liderów, lecz także nas samych – jest globalne ocieplenie. Aż 19 z 20 najcieplejszych okresów w historii pomiarów (od 1880 r.) miało miejsce w latach 2001-2019[1]. Wraz z rosnącą temperaturą topnieją arktyczne i antarktyczne lodowce. Zakładając negatywny scenariusz[2], w perspektywie 2100 roku globalny poziom mórz i oceanów wzrośnie o 84-110 cm. Problem dotyczy zarówno odległych wysp pacyficznych, jak i naszego kraju. Należy pamiętać, że znaczna część Żuław Wiślanych to obszar depresyjny, który w niedalekim horyzoncie czasowym może zostać zalany.
Jak pomóc naturze?
Globalne ocieplenie wywoływane jest przez czynniki naturalne, takie jak aktywność słoneczna czy wulkaniczna oraz działalność człowieka, czyli nadmierna emisja gazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla. Właśnie z tego powodu eksperci i naukowcy apelują, by każdy z nas zadbał o ograniczenie swojego śladu węglowego. Statystyczny Europejczyk w 2018 roku wyemitował bowiem aż 7 ton gazów cieplarnianych do atmosfery (w przeliczeniu na CO2)[3]. A szkodliwe związki chemiczne to nie tylko efekt funkcjonowania przemysłu energetycznego, ale także codziennej jazdy samochodem i… zakupu kolejnej pary butów czy nowego sprzętu elektronicznego. – Na nasz ślad węglowy wpływają różne czynniki. Musimy pamiętać, że do wyprodukowania każdego sprzętu potrzebna jest odpowiednia ilość energii. Kupując zbędne rzeczy, przyczyniamy się do nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery – podkreśla Radosław Żuk, prezes Fundacji BOŚ.
Ważne jest zatem m.in. oszczędzanie energii w domu, zarówno tej cieplnej, jak i elektrycznej. Dlatego istotnym działaniem jest np. niepozostawianie telewizora czy konsoli do gier w trybie czuwania i odłączanie sprzętu RTV od kontaktu podczas dłuższej nieobecności. Należy bowiem pamiętać, że w przeciwnym wypadku tego rodzaju urządzenia i tak będą pobierać energię.
Dobrym pomysłem, wpływającym na zmniejszenie udziału konwencjonalnych źródeł energii w produkcji prądu i ciepła, jest wyposażenie własnego domu w instalację fotowoltaiczną. Może ona polepszyć jakość powietrza w okolicy (mniejszy udział węgla w wytwarzaniu energii) i pozytywnie wpłynąć na zasobność naszego portfela – poza poniesieniem kosztów początkowych, późniejsze użytkowanie w zasadzie nie generuje wydatków. W ten sposób wyprodukowaną energię można zużywać na własne potrzeby, a nadwyżkę oddawać do sieci, by w okresie mniejszego nasłonecznienia (zima) również cieszyć się niższymi rachunkami.
Emisja gazów to niejedyny problem
Oprócz ograniczania śladu węglowego ważne jest również zwrócenie uwagi na inne problemy związane ze zmianami klimatycznymi. W tym kontekście należy spojrzeć na wodę. Polska to jedno z uboższych państw Europy pod względem jej zasobów. Coraz częściej mamy do czynienia ze zjawiskiem suszy atmosferycznej i rolniczej. – Woda jestnajważniejsza dla człowieka, bez niej życie nie jest możliwe. Tymczasem, powtarzające się okresy niewielkich opadów nie napawają optymizmem. Dlatego tak istotne jest jej oszczędzanie. Łatwym i tanim sposobem jest montaż perlatorów na kranach w łazience i kuchni. To specjalna nakładka napowietrzająca strumień. W ten sposób zużycie wody można zmniejszyć nawet o kilkadziesiąt procent. Warto również gromadzić deszczówkę w przydomowym zbiorniku retencyjnym, wykorzystując ją później do podlewania ogrodu czy mycia samochodu – mówi Radosław Żuk.
Właściwego podejścia w dzisiejszych czasach wymaga również gospodarka odpadami. Jak wynika z danych GUS, przeciętny Polak co roku wytwarza 325 kg śmieci. To prawie kilogram każdego dnia. Co jednak ważne, ilość produkowanych odpadów w dużej mierze zależy od nas samych i łatwo ją ograniczyć. Wystarczy zrezygnować z używania plastikowych toreb zakupowych, nie wybierać artykułów znajdujących się w nieprzyjaznych środowisku opakowaniach czy odpowiednio segregować odpady, dbając o ich późniejsze, powtórne wykorzystanie.
[2] Special Report on the Ocean and Cryosphere in a Changing Climate, IPCC, s. 328, <www.ipcc.ch/site/assets/uploads/sites/3/2019/11/08_SROCC_Ch04_FINAL.pdf>
W sytuacji zagrożenia społeczeństwa, zwłaszcza te mniej przywiązane do demokracji, mają tendencję do skupiania się wokół silnego przywódcy. Tę sytuację wykorzystuje prezydent Rosji Władimir Putin, by wprowadzić w konstytucji zmiany, które umożliwią mu kandydowanie na kolejną kadencję. Jednak z powodu szybkiego rozwoju pandemii głosowanie w tej sprawie, które miało się odbyć 22 kwietnia, zostało przesunięte.
– Podczas gdy cały świat obserwuje sytuację związaną z koronawirusem, w Rosji tematem numer jeden od stycznia tego roku były zmiany konstytucji zaproponowane przez Władimira Putina. Dawałyby mu one prawo do kandydowania w kolejnych wyborach prezydenckich na już piątą jego kadencję w 2024 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Legucka, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – W marcu, kiedy zaczęła rozwijać się już pandemia w Rosji, wprowadzono poprawkę, która daje Putinowi taką możliwość.
Obecna kadencja prezydencka Władimira Putina upłynie w 2024 roku. Zgodnie z obecnie obowiązującą ustawą zasadniczą nie mógłby on kandydować na to stanowisko po raz kolejny. Dlatego już w połowie stycznia grupa skupionych wokół niego znanych osób zgłosiła szereg poprawek do konstytucji, które umożliwiłyby rosyjskiemu prezydentowi rządzenie z Kremla przez następne 12 lat. W dniach 10–11 marca przegłosował je parlament, a kilka dni później Putin podpisał dekret o rozpisaniu ogólnokrajowego głosowania nad zmianami, by otrzymać dla nich zielone światło. Referendum miało się odbyć 22 kwietnia, jednak szybki rozwój pandemii koronawirusa skłonił rosyjskie władze do przeniesienia terminu na później – bez podania konkretnej daty.
– Oczywiście te zmiany konstytucyjne będą wymagały głosowania w ogólnonarodowym referendum, ale nie sądzę, żeby też Rosjanie gremialnie na nie obecnie poszli – uważa przedstawicielka PISM. – Poparcie dla zmian według Centrum im. Jurija Lewady wynosi 48 proc., a 47 proc. ankietowanych jest przeciwnych zmianom konstytucyjnym, a więc wszystko zależy od tego, jak długo będzie rozwijać się pandemia, jak mocno uderzy ona w społeczeństwo rosyjskie pod względem ekonomicznym, a także społecznym.
W Rosji na koronawirusa choruje ponad 42 tys. osób, z czego więcej niż połowa w Moskwie, bo w regionach rozwój pandemii jest spóźniony wobec stolicy o dwa–trzy tygodnie. Z powodu pandemii przesunięto nie tylko głosowanie w sprawie zmian w konstytucji, ale i uroczystą paradę z okazji zakończenia II wojny światowej, zwanej w Rosji wielką wojną ojczyźnianą, która co roku, 9 maja odbywa się na placu Czerwonym. W tym roku obchody miały być szczególnie huczne z powodu okrągłej, 75. rocznicy kapitulacji hitlerowskiej Rzeszy.
– Od tego, w jaki sposób władze, a w szczególności Władimir Putin, będą zarządzać kryzysem, zależy to, czy obywatele zgodzą się na takie rozwiązanie, czy też nie – mówi Agnieszka Legucka. – Stąd też prezydent Rosji, co jest bez precedensu, już kilkukrotnie wystąpił przed narodem, przekazując informację o tym, w jaki sposób radzi sobie z pandemią w kraju, ale jednocześnie dał jasny sygnał, że głównymi odpowiedzialnymi za zarządzanie kryzysem są władze regionalne i lokalne. Postawił się trochę w drugim rzędzie jako osoba, której później obywatele nie powinni winić za negatywny rozwój sytuacji gospodarczej i społecznej.
Naukowcy testują już kilkaset leków lub szczepionek, które mają pomóc w walce z koronawirusem. Większość z nich to leki, które mają łagodzić objawy, jednak nie uwzględniają podstawowej przyczyny COVID-19, czyli wirusa. Coraz więcej firm biotechnologicznych opracowuje jednak preparaty, które bezpośrednio blokują SARS-CoV-2 przed replikacją w płucach. W walkę z koronawirusem włączyła się m.in. firma biotechnologiczna Amgen, która we współpracy z Adaptive Biotechnologies opracowuje terapię zapobiegającą lub leczącą COVID-19.
Na świecie w fazie badań klinicznych znajduje się już kilkaset całkowicie nowych leków, które mają pomóc walczyć z chorobą, a nawet jej zapobiegać.
– Walka z COVID-19 stanowi ogromne wyzwanie dla obywateli, rządów i systemów opieki zdrowotnej na całym świecie. To także sprawdzian dla międzynarodowych firm farmaceutycznych, które muszą zapewnić ciągłość łańcucha dostaw i dostępność do swoich leków mimo utrudnień w ruchu granicznym. Obecnie liczy się przede wszystkim powstrzymanie narastającej fali zachorowań i ograniczenie skutków pandemii – podkreśla Gábor Sztaniszláv, dyrektor generalny Amgenu w Polsce.
Liczba zakażonych koronawirusem sięga już ok. 2,5 mln osób, a ofiar – ponad 171 tys. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła niedawno globalne badanie SOLIDARITY, które ma pomóc w skutecznej walce z COVID-19. Badania wspierane przez WHO koncentrują się na lekach, które mają bezpośrednio blokować SARS-CoV-2 przed replikacją w płucach. Remdesivir to lek opracowany do walki z ebolą, może jednak okazać się skuteczny także w leczeniu koronawirusa. Podobnie jak lopinavir, czyli kombinacja leków stosowana przeciwko wirusom takim jak HIV. Chlorochina i hydroksychlorochina są stosowane w leczeniu malarii, mogą też blokować wirusy.
Badania nad lekarstwem rozpoczął też Amgen wspólnie z Adaptive Biotechnologies. Firmy przy pracy nad lekiem wykorzystują zaawansowaną genetykę tak, by jak najlepiej zrozumieć chorobę, etapy jej rozwoju i możliwości skutecznej walki. Chcą wytworzyć neutralizujące wirusa przeciwciała, które bronią zdrowe komórki, jednocześnie zakłócając funkcję biologiczną atakującego wirusa. Przeciwciała te mogą być stosowane terapeutycznie w leczeniu osób walczących z chorobą i mogą być podawane osobom, które mają podwyższone ryzyko narażenia na SARS-CoV-2, takim jak pracownicy służby zdrowia.
– Po sprawnym pozyskaniu wirusowych sekwencji genowych od setek pacjentów postanowiliśmy wykorzystać i zestawić te dane z naszymi możliwościami opracowywania i wytwarzania leków. Współpraca z Adaptive Biotechnologies i wykorzystanie platformy przeciwciał neutralizujących wirusy przyspieszy naszą zdolność do jak najszybszego wprowadzenia obiecującego nowego leku do badań klinicznych – zapowiada Robert A. Bradway, prezes i dyrektor generalny Amgenu.
– Mamy ogromną nadzieję, że nasze doświadczenie pomoże w wygraniu tej nierównej jak dotąd walki – dodaje Gábor Sztaniszláv.
Biotechnologiczny gigant Amgen angażuje się w walkę z koronawirusem i skutkami pandemii także w inny sposób, wspierając placówki medyczne i najbardziej potrzebujące grupy pacjentów. Globalnie na ten cel przeznaczył już 12,5 mln dol.
– Istotne jest wsparcie pacjentów przewlekle chorych, zwłaszcza tych z grup wysokiego ryzyka. Dlatego podjęliśmy decyzję, że polski oddział Amgenu wesprze finansowo 14 szpitali oraz dwie organizacje pozarządowe, które pomagają najbardziej potrzebującym – seniorom oraz dzieciom z chorobami onkologicznymi – zapowiada dyrektor generalny Amgenu w Polsce.
Łącznie polski oddział Amgenu przekaże 0,5 mln zł 14 specjalistycznym szpitalom, m.in. w Warszawie, Łodzi, Szczecinie, Gliwicach, Krakowie, Gdańsku czy Poznaniu. Wsparcie trafi do Stowarzyszenia mali bracia Ubogich wspierającego osoby starsze i samotne oraz do Fundacji ISKIERKA, która wspiera dzieci z chorobą nowotworową oraz ich rodziny. Globalna organizacja Amgen Foundation uruchomiła z kolei program, w ramach którego dokłada taką samą kwotę do darowizny przekazywanej indywidualnie przez swoich pracowników. W Polsce to wsparcie trafia do Polskiego Czerwonego Krzyża i Fundacji Siepomaga.
24 kwietnia maturzyści zakończą rok szkolny. Jednak wciąż nie wiadomo, kiedy będą mogli przystąpić do egzaminu maturalnego. Minister edukacji narodowej zapowiada, że jeśli sytuacja epidemiologiczna się uspokoi, zarówno matury, jak i egzamin ósmoklasisty będzie można przeprowadzić w czerwcu. Rozważana jest jednak rezygnacja z egzaminów ustnych. MEN stara się również przygotować na ewentualne kontynuowanie nauki zdalnej od września w razie drugiej fali zachorowań.
– Są już przygotowane arkusze zarówno na egzamin ósmoklasisty, jak i egzamin maturalny. Teraz została tylko kwestia dystrybucji i dania wyraźnego sygnału, kiedy te egzaminy mają się odbyć. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest do tego już przygotowana – mówi Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej. – Podobnie przygotowane są już zespoły nadzorujące przebieg egzaminu pisemnego zarówno w szkole podstawowej, jak i średniej. Wiadomo, że uczeń idący na egzamin, czy to maturalny, czy ósmoklasisty, będzie musiał zabrać ze sobą długopis, linijkę czy ekierkę, natomiast o tym, czy będzie musiał przyjść w maseczce, zadecyduje już minister zdrowia i Główny Inspektor Sanitarny, którzy wydadzą odpowiednie decyzje w tej sprawie.
Od wskazań ministra zdrowia będzie także zależało, jaką formę przybiorą egzaminy. Jednym z rozważanych wariantów jest rezygnacja z egzaminów ustnych, które i tak nie mają znaczenia przy rekrutacji na wyższe uczelnie. Ponieważ egzaminy odbędą się najwcześniej w czerwcu, oryginały świadectw i zaświadczenia o zdanym egzaminie mogłyby być przekazywane na przełomie lipca i sierpnia etapami, by duże grupy uczniów i rodziców nie stykały się ze sobą. Jest także propozycja, by na życzenie rodzica móc wystawiać świadectwa w formie elektronicznej.
– Na razie chcemy doprowadzić do tego, aby takie egzaminy się odbyły. Według nas i wielu specjalistów nie ma w tej chwili lepszej metody niż egzamin zewnętrzny, czy to egzamin maturalny, czy egzamin ósmoklasisty, żeby sprawdzić przynajmniej część wiedzy i umiejętności uczniów. Taki egzamin daje najbardziej porównywalne wyniki, które mogą być obiektywnym sposobem weryfikacji umiejętności uczniów i mogą decydować o przyjęciu do szkół czy to wyższych, czy średnich – tłumaczy Dariusz Piontkowski. – Gdyby natomiast warunki epidemiczne nie pozwoliły na to, aby przeprowadzić egzaminy, wówczas bierzemy pod uwagę także inne warianty.
Ponieważ nie wiadomo, według jakiego scenariusza przebiegać będzie pandemia, i wystąpienie drugiej fali zachorowań jesienią jest uważane za prawdopodobne, resort liczy się z ewentualnością kontynuowania nauki zdalnej także w nowym roku szkolnym. Minister edukacji narodowej podkreśla, że platforma epodręczniki.pl, z której mogą korzystać nauczyciele, będzie wzbogacana o nowe narzędzia, w tym specjalnie stworzone komunikatory czy dodatkowe materiały dydaktyczne zarówno do nauczania ogólnokształcącego, jak i zawodowego. Część konkursów na tworzenie tych materiałów jest już rozpisana, inne będą rozpisywane w najbliższym czasie.
– Dziś jesteśmy po pierwszym, najtrudniejszym okresie, kiedy wszyscy musieli poznać nowe techniki kontaktu na odległość i ustalić zasady pracy. Po pierwszych trudnościach dziś można powiedzieć, że nauczanie na odległość jest całkiem dobrze zorganizowane – ocenia Dariusz Piontkowski. – Gdyby więc była konieczność wznowienia takiego nauczania w nowym roku szkolnym, gdyby sytuacja epidemiologiczna nie pozwalała na powrót do tradycyjnych zajęć, to będziemy po prostu kontynuowali tę formę, która funkcjonuje od ponad miesiąca.
Ograniczenie aktywności firm i produkcji wpływa na mniejsze zużycie prądu, podobnie jak rzadsze przemieszczanie się sprawia, że mniejsza jest emisja zanieczyszczeń z sektora transportu. Na stan środowiska i zasobów naturalnych wpływają także nasze codzienne nawyki domowe. Eksperci z okazji Międzynarodowego Dnia Ziemi apelują o rozsądne korzystanie z wody podczas mycia rąk oraz staranną segregację odpadów takich jak maseczki ochronne i jednorazowe rękawiczki.
Pobór energii elektrycznej w domach nie powinien znacząco wzrosnąć z uwagi na akcję HASHzostańwdomu oraz konieczność odbywania kwarantanny. Urządzenia elektroniczne są energooszczędne i nie stanowią istotnego udziału w zużyciu energii elektrycznej w gospodarstwach domowych. Co innego zapotrzebowanie na energię w segmencie odbiorców instytucjonalnych, czyli ze strony szkół, uczelni, centrów handlowych i zakładów przemysłowych. Jednak wiele zależy od temperatury i nasłonecznienia, a te różnią się w stosunku do ubiegłorocznych i poprzednich tygodni. Te czynniki również mogą mieć wpływ na ogólne zużycie.
– Z informacji Polskich Sieci Energetycznych wynika, że pandemia wpłynęła na zmniejszenie o około 12 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną. Podstawowym czynnikiem jest zmiana naszych zachowań. Więcej osób przebywa w domu, nie podróżujemy, zamknięte są szkoły, instytucje oraz firmy, bo część pracowników przeszło na pracę zdalną. To może się przekładać lokalnie na poprawę jakości powietrza. Ale pamiętajmy, że na nią generalnie wpływają działania długoterminowe, związane z wymianą pieców, lepszą jakością paliwa, ze zmianą paliwa na mniej emisyjne – mówi dr inż. Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego.
Zmiana w aktywności Polaków związana z pandemią koronawirusa może istotnie zmniejszyć poziom emisji szkodliwych zanieczyszczeń z sektora transportu i poprawić jakość powietrza, szczególnie w centrach miast, gdzie ruch samochodowy jest największy. Stacje pomiarowe Głównego Inspektora Ochrony Środowiska zlokalizowane w pobliżu tras tranzytowych rejestrują 30-proc. spadek zanieczyszczeń pochodzących z ruchu samochodowego. Inaczej jest na obszarach o zabudowie jednorodzinnej, gdzie za emisję zanieczyszczeń odpowiada głównie sektor bytowo-komunalny, czyli spalanie paliw wykorzystywanych do odgrzewania domów – tu należy się spodziewać wzrostu emisji.
Pandemia koronawirusa wpłynęła również na zużycie wody. Obowiązuje wprawdzie zalecenie częstego mycia rąk, ale przedsiębiorstwa wodociągowe raportują mniejsze zapotrzebowanie na wodę, co zbiegło się z okresem suszy, która w wielu miejscach staje się problemem.
– Gospodarstwa domowe nie są w największym stopniu odpowiedzialne za zużycie wody, stąd ich niewielki wpływ na całkowite zużycie – wyjaśnia dr inż. Krystian Szczepański. – Od kilku tygodni nie notujemy w Polsce opadów deszczu i w związku z tym kwestia zasobów wodnych może wpływać na nasz potencjał wodny i w miesiącach letnich mogą występować lokalne problemy z dostępnością wody. Koronawirus nie wpływa obecnie na kwestie zasobności w wodę, natomiast konieczne jest jej racjonalne wykorzystanie.
Dyrektor IOŚ – PIB zwraca uwagę, aby podczas częstego mycia rąk pamiętać o zakręcaniu kranu podczas mydlenia. To na pewno zmniejszy zużycie, a jednocześnie zapewni odpowiednią higienę. Zachęca do stosowania tej zasady również podczas szczotkowania zębów.
Odpowiedzialna postawa jest również niezbędna w podejściu do segregacji odpadów. Epidemia powoduje większe zużycie jednorazowych rękawiczek i maseczek oraz opakowań do żywności z tworzyw sztucznych.
– Nie możemy zapomnieć o segregacji, gdyż ze względów epidemiologicznych i sanitarnych lepiej kupić żywność zapakowaną w jednorazowe opakowanie. Jest ono na pewno bardziej higieniczne – zauważa dr inż. Krystian Szczepański. – W przypadku utylizacji środków ochrony, np. ze szpitali i placówek zdrowotnych, posiadamy odpowiednie instalacje do odpowiedniego unieszkodliwiania takich odpadów. Z kolei środki zwykłej ochrony dla ludzi, czyli rękawiczki i maseczki, to odpady komunalne i powinny trafić do śmieci zmieszanych.
Przemysł i systemy automatyki przemysłowej nie są przygotowane na cyberzagrożenia, chociaż ataki hakerskie właśnie na ten rodzaj infrastruktury mogą doprowadzić do największych szkód. Wdrożona dwa lata temu ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa sprawiła, że przedsiębiorstwa zaczęły już dostrzegać problem, ale zaadresowanie go wymaga z ich strony wielomilionowych inwestycji. To jednak konieczne, bo – jak podkreślają eksperci – bez tego nie będzie możliwy rozwój koncepcji Przemysłu 4.0. Tymczasem pandemia koronawirusa sprawiła, że wszelkie inwestycje mogą zostać odłożone w czasie.
– Nie możemy myśleć o rozwoju Przemysłu 4.0 bez zabezpieczeń cybernetycznych. Trudno wyobrazić sobie tę koncepcję, która polega de facto na integracji danych z różnych źródeł i ich wykorzystywaniu, bez odpowiednich zabezpieczeń. Jeżeli chcemy budować Przemysł 4.0 i gospodarkę opartą na danych, to musimy budować cyberbezpieczeństwo automatyki, całych środowisk OT – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Józef Sulwiński, prezes zarządu SEQRED.
Systemy automatyki przemysłowej OT (operational technology) monitorują m.in. działanie linii produkcyjnych, bloków energetycznych czy stacji uzdatniania wody oraz sterują nimi. Są powszechnie wykorzystywane w firmach produkcyjnych, energetyce, górnictwie czy usługach użyteczności publicznej. Zależy od nich nie tylko ciągłość działania przemysłu, lecz również krajowej infrastruktury krytycznej. Tymczasem, jak szacuje firma doradcza PwC, ok. 40 proc. takich systemów jest narażonych na ataki hakerskie.
– Gdy spojrzymy na publikacje Forum Ekonomicznego ze stycznia tego roku, cyberzagrożenia weszły już do ekstraklasy zagrożeń dla cywilizowanego świata, co oznacza, że musimy się zacząć do nich przygotowywać. Świat przemysłu i automatyki nie jest na to przygotowany, natomiast ataki właśnie na ten rodzaj infrastruktury mogą doprowadzić do największych szkód fizycznych. Odczujemy je jako obywatele, majątek znacznej wartości zostanie zniszczony, być może pewne usługi publiczne zostaną zatrzymane – alarmuje Józef Sulwiński.
Jak ocenia, o ile systemy IT w polskich firmach – zwłaszcza w sektorze bankowym – są już bardzo dobrze zabezpieczone pod kątem cyberzagrożeń, o tyle w przemyśle i automatyce przemysłowej sytuacja wygląda dużo gorzej.
Wynika to po pierwsze z faktu, że w tym obszarze standardy dotyczące bezpieczeństwa zaczęły wchodzić później. Po drugie, firmy i instytucje mają problem z monitorowaniem systemów automatyki przemysłowej i odseparowaniem ich od biurowych systemów IT, które mogą stanowić dla hakerów „furtkę” do ataku. Pozytywem jest za to fakt, że przedsiębiorstwa zaczęły już dostrzegać problem, ale zaadresowanie go wymaga z ich strony wielomilionowych inwestycji. Te w dobie panującej pandemii koronawirusa mogą zostać zaś wstrzymane na jakiś czas.
– Można zauważyć, że faktycznie zaczynamy o tym mówić i działać w tym kierunku. Sprzyja temu również ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, wprowadzona jakiś czas temu – mówi prezes SEQRED. – Czekają nas natomiast inwestycje rzędu miliardów złotych, które trzeba wpompować w rynek i doprowadzić do zabezpieczenia tej infrastruktury.
Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa została wdrożona w 2018 roku. To pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru, wdrażający do polskiego prawa europejską dyrektywę NIS. Dzięki temu stworzono ramy dla całego krajowego ekosystemu cyberbezpieczeństwa. Ustawa objęła m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną, na które zostały nałożone nowe obowiązki raportowania do krajowych Zespołów Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (tzw. CSIRT-ów) incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin.
Józef Sulwiński podkreśla, że bez zadbania o cyberbezpieczeństwo systemów automatyki przemysłowej nie będzie w ogóle mowy o rozwoju koncepcji Przemysłu 4.0, która opiera się na robotyzacji i wykorzystaniu danych.
– Szybki rozwój automatyki, napędzany Przemysłem 4.0, powoduje, że nie mamy czasu kompleksowo pomyśleć o zagrożeniach, nie jesteśmy ich – co oznacza też, że infrastruktura, którą budujemy, jest niebezpieczna. Z drugiej strony na rynku Internet of Things pojawiają się nowi gracze, którzy chcą dostarczać rozwiązania w tzw. modelu zwinnym i one niestety nie są całościowo przetestowane. Dlatego też nie wszystkie te rozwiązania są bezpieczne, mają wiele błędów, na które trzeba zwracać uwagę i być świadomym ich istnienia, bo dopiero wtedy możemy coś z tym zrobić – mówi prezes SEQRED.
Decydując się na zabezpieczenie miejsca pracy, pierwsza myśl najczęściej dotyczy monitoringu. To jednak dopiero początek trudnego wyboru, jakim jest dopasowanie odpowiedniego monitoringu do biura. Kluczowym aspektem jest zwrócenie uwagi na technologię przesyłu danych.
Wybór monitoringu do biura
Obecnie rynek zabezpieczeń jest na tyle rozwinięty, że wybór odpowiednich wideorejestratorów wymaga pewnej podstawowej wiedzy. Można bowiem znaleźć wiele rozmaitych modeli, jednak będą się one różniły pod kątem licznych parametrów.
Dobry monitoring to kamery, które przede wszystkim obsługują wysoką rozdzielczość. Im wyższa rozdzielczość, tym więcej szczegółów można zobaczyć na nagrywanym obrazie. W trakcie powiększania grafiki wciąż wyraźne będą szczegóły takie jak np. numer tablicy rejestracyjnej lub detale twarzy.
Do zastosowań biurowych należy szukać monitoringu wewnętrznego. Jego budowa pozwala na bezproblemową rejestrację przestrzeni wewnątrz budynku. Do polecanych rodzajów wideorejestratorów należą między innymi kamery obrotowe, walcowe oraz kopułowe (kopułkowe). Te ostatnie charakteryzują się tym, że z zewnątrz nie jest możliwe określenie, w którym kierunku zorientowany jest obiektyw kamery.
Kamery do monitoringu a sposób transmisji danych
Wszystkie powyżej wymienione parametry są bardzo istotne przy wyborze dobrego monitoringu – zarówno do biura, jak i do domu. Innym często pomijanym, a bardzo ważnym czynnikiem jest sposób, w jaki zachodzi transmisja danych.
Kamera do monitoringu rejestruje obraz, a następnie transmituje go do centrali głównej połączonej z dyskiem twardym. Na tym ostatnim urządzeniu gromadzone są pliki, które później można odtworzyć. Istnieje kilka technologii przesyłu danych. Różnice między nimi wpływają na funkcjonalność systemu zabezpieczeń.
Po pierwsze, można wyróżnić tradycyjne kamery analogowe. To najstarsze rozwiązanie, które wciąż cieszy się dużą popularnością, ale głównie w zastosowaniach przemysłowych. Kamery analogowe – zgodnie z nazwą – podłączone są za pomocą kabli analogowych. Te zaś „transportują” dane do urządzenia magazynowego. Technologia często stosowana jest w przypadku większych pomieszczeń w systemach CCTV – w podziemnych halach parkingowych, dużych metrażowo hotelach czy w halach produkcyjnych.
Drugim wariantem, na który można się zdecydować, jest zakup kamer Wi-Fi/IP. Pracują one w obrębie sieci internetowej i to właśnie przez nie, przy użyciu chmury, przesyłają dane. Na uwagę zasługuje przede wszystkim technologia IP, ponieważ umożliwia uzyskanie bieżącego podglądu do wideorejestratorów z jakiegokolwiek miejsca na świecie. Wystarczy tylko telefon z odpowiednim oprogramowaniem, zazwyczaj dostarczonym przez producenta, i dostęp do internetu.
Ostatnią i jednocześnie najnowszą technologią jest Power over Ethernet. W tym przypadku różnica dotyczy także zasilania. Monitoring PoE nie wymaga doprowadzenia dodatkowego kabla analogowego. Zasilanie i dane dostarczane są poprzez kabel ethernetowy.
Inflacja w marcu była wysoka, wyniosła 4,6 proc. Tym bardziej zaskakująca może się wydawać niedawna wypowiedź prezesa NBP o scenariuszu, w którym wracamy do deflacji. Co musiałoby się zdarzyć, aby ceny bardzo spadły?
Obawy o to co dalej z rynkiem pracy nie wpłynęły jeszcze na inflację, a sytuacja związana z kwarantanną powodowała, że ludzie robili masowe zapasy i handel nie odczuwał presji na obniżki cen. I widzimy tego skutki bo ceny żywności wzrosły aż o 8 proc. r/r.
– Niespodzianką był niski spadek cen na stacjach paliw w porównaniu do drastycznej przeceny ropy naftowej na światowych rynkach, paliwa potaniały zaledwie o ok. 3 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Teraz wiele zależeć będzie od PKN Orlen i innych rafinerii, po marcu dowiemy się czy oddały konsumentom część swej marży.
Inflacja będzie spadać w kolejnych miesiącach. Nawet wówczas, gdy dojdzie do odmrożenia gospodarki, nastroje konsumenckie będą już inne, wiele rodzin ograniczy swe zakupy do artykułów pierwszej potrzeby.
– Wiosną przyszłego roku inflacja spadnie do 2 proc. – ocenia ekspert XTB.
Ekspert nie przewiduje jednak powrotu deflacji, tym bardziej, że ceny owoców i warzyw mogą bardzo wzrosnąć z powodu zapowiadanej letniej suszy.
Co musiałoby stać się, aby wróciła deflacja?
– Deflację mogę sobie wyobrażać, gdy w przyszłym roku będzie wysoki urodzaj, po tegorocznym wysokim wzroście cen owoców i warzyw dojdzie do dużego spadku ich cen, a nasza gospodarka będzie nadal słaba z dużym tego wpływem na konsumpcję gospodarstw domowych – mówi dr P.Kwiecień.
Wydobywanie węgla kamiennego stało się bardzo niebezpieczne ze względu na koronawirusa. Kopalnie można zamknąć, a skutków tego gospodarka nie odczuje przez pół roku.
Ze względu na bezpieczeństwo w okresie epidemii wydobycie węgla jest tym bardziej utrudnione skoro na każdej kopalni mamy tylko 1-2 szyby transportowe, tymi windami na każdą zmianę pod ziemię zjeżdżało kilkaset osób.
Zarządy kopalń wprowadziły wiele obostrzeń z powodu pandemii, a wydobywanie węgla jest tym bardziej mało opłacalne.
– Energetyka i kopalnie mają zgromadzone 15 mln ton węgla na zwałach, kopalnie moglibyśmy zatrzymać na pół roku, a w Polsce nie zabrakłoby węgla – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Zamknięcie kopalń na czas epidemii jest scenariuszem do rozważenie, zwłaszcza, że cześć kopalń wydobywając węgiel już wcześniej ponosiła straty finansowe.
Eksport też górnictwa nie uratuje, bo do każdej sprzedanej tony węgla trzeba dopłacać 100-150 zł.
Przybywa wolnych biur. Od początku kwietnia przybyło w sumie 100 tys. m kw. – wynika z danych firmy REDD, aktualizowanych 24/7. Jest to najwyższy wynik w ostatnich miesiącach. Rekordowo długo biura pozostają także puste – średnio aż 224 dni.
Postępujący od początku kwietnia przyrost wolnej powierzchni do wynajęcia z końcem zeszłego tygodnia przebił granicę 100 tys. m kw., które zasiliły stronę podażową w tym miesiącu. Aktualne zasoby wolnej powierzchni w całym kraju wynoszą ponad 2.35 mln m kw. i jest to najwyższy wynik w ostatnich miesiącach.
– Na tym tle korzystniej wygląda warszawski rynek, na którym nie obserwujemy zwolnień powierzchni biurowej, które nie zostałyby zaabsorbowane przez popyt. Aktualne zasoby wolnej powierzchni biurowej w Warszawie od początku kwietnia nieprzerwanie poruszają się w przedziale 1.01 — 1.02 mln m kw. – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.
REDD Index
Biura stoją puste coraz dłużej. Jak pokazuje REDD Index – wskaźnik pokazujący jak długo powierzchnie dostępne do wynajęcia pozostają puste – biura stoją puste średnio przez 224 dni. To wzrost o 33 dni w porównaniu z początkiem marca.
Najdłużej powierzchnie biurowe wynajmują się w Warszawie. Tutaj moduły do wynajęcia pozostają puste średnio przez 248 dni, to wzrost od początku marca o 46 dni.
REDD Index to średnia czasu potrzebnego na wynajęcie powierzchni biurowej liczona na podstawie ostatnich 90 dni dla każdego dnia miesiąca.
Tygodniowe dane REDD
W zeszłym tygodniu wynajęto 39 modułów biurowych
Na rynek wprowadzono 154 nowe biura do wynajęcia
Właściciele dodali aktualne informacje o dostępności 917 modułów
Wtorkowa sesja na Wall Street przynosi korektę notowań głównych amerykańskich indeksów giełdowych, co może być konsekwencją kolejnego załamania na rynku ropy naftowej. Wiąże się to z bardzo trudną sytuacją firm wydobywczych oraz instytucji, które te firmy finansowały, w tym banków oraz podmiotów kupujących obligacje o relatywnie wysokim oprocentowaniu. Ujemne ceny ropy zrobiły wrażenie na inwestorach, jednak należy pamiętać, że na amerykańskich rynku jest do wyboru mnóstwo spółek, w tym i takie, które mogą zyskiwać w okresie epidemii i załamania w innych segmentach gospodarki.
Już 30 kwietnia poznamy wyniki spółki Amazon, która dzięki profilowi swojej działalności zdecydowanie zyskała wraz z zamknięciem ludzi w domach. Do tego czasu notowania akcji zdołały już wzrosnąć na nowy historyczny szczyt i zdaniem analityków Jefferies to jeszcze nie koniec. Firma podniosła cel dla Amazon.com Inc. do 2800 USD z 2300 USD, utrzymując rekomendację kupna. Obecnie akcje Amazon można kupić na giełdzie za nieco ponad 2300 USD. Na Wall Street średnia cena docelowa dla spółki Jeffa Bezosa wynosi 2 438,78 USD. Amazon ma 52 rekomendacje kup, 4 trzymaj i 0 sprzedaj. W dłuższym terminie, około 3 lat, cena akcji Amazon może wzrosnąć nawet do 4000 USD — podsumowano w opinii na temat spółki i wydanej rekomendacji.
Z kolei spółka, której współzałożycielem był Elon Musk, czyli PayPal, poda wyniki dopiero 6 maja. Jednak już dziś analitycy Deutsche Bank podnoszą poziom ceny docelowej ze 127 do 147 USD. Oznaczać to może potencjał do wzrostu o około 30 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Jest to rekomendacja powyżej średniej wynoszącej 124,35 USD.
Za nami również publikacja wyników Coca-Coli. W pierwszym kwartale producent napojów gazowanych odnotował lepsze niż oczekiwano przychody i zyski oraz oświadczył, że oczekuje poprawy warunków od połowy roku. W pierwszym kwartale zakończonym 27 marca przychody netto spadły o 1% do 8,6 mld USD. Analitycy spodziewali się 8,28 miliarda dolarów. KO zarobiła 51 centów na akcję, pokonując rynkowe oczekiwania na poziomie 44 centów. Jednak mimo tego, że wyniki za pierwszy kwartał były lepsze niż się obawiano, to jeszcze przed Coca-Colą wiele wyzwań.
Zarząd Giełdy zdecydował o odstąpieniu od zawieszania notowań i nakładania kar regulaminowych w przypadku opóźnienia w publikacji raportów za 2019 r. i I kw. 2020 r. przez spółki notowane na rynkach NewConnect i Catalyst
Warunkiem jest opublikowanie przez emitentów Alternatywnego Systemu Obrotu (ASO) sprawozdań za 2019 r. w ciągu dwóch miesięcy, a raportów za I kw. 2020 r. – w okresie 45 dni od upływu regulaminowego terminu
Obowiązujące obecnie w ASO terminy publikacji raportów okresowych pozostają bez zmian
Decyzja GPW wynika z trwającego stanu epidemii, w tym obostrzeń w poruszaniu się, komunikowaniu i swobodnym świadczeniu usług
Zarząd Giełdy podjął decyzję o czasowym odstąpieniu od dotychczasowej praktyki nakładania kar regulaminowych oraz stosowania innych regulaminowych środków dyscyplinujących, w tym zawieszenia obrotu papierami wartościowymi emitentów notowanych w ASO, którzy nie opublikują w regulaminowym terminie raportu okresowego. Warunkiem niestosowania narzędzi dyscyplinujących jest opublikowanie przez spółki raportu rocznego w ciągu 2 miesięcy od maksymalnego terminu publikacji określonego w Regulaminie ASO, a w przypadku raportu kwartalnego – analogicznie nie później niż w ciągu 45 dni.
– Powodem naszej decyzji o złagodzeniu podejścia do emitentów na rynkach NewConnect i Catalyst w sprawie publikacji raportów okresowych jest panująca pandemia koronawirusa, która spowodowała wiele ograniczeń w działalności spółek. Odstąpienie od dotychczasowej praktyki nakładania sankcji, zamiast wydłużenia terminów publikacji raportów okresowych z jednej strony pozwala emitentom dostosować się do nowych warunków rynkowych, a z drugiej uwzględnia interesy inwestorów, którym zależy na jak najszybszym uzyskaniu dostępu do wyników finansowych spółek, w które zainwestowali. Z tego powodu od emitentów oczekujemy niezwłocznego przekazywania do publicznej wiadomości istotnych informacji o ich bieżącej sytuacji – mówi Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.
Podjęta przez Zarząd Giełdy decyzja nie zwalnia notowanych w ASO spółek od obowiązków wynikających z rozporządzenia MAR, w tym obowiązków dotyczących publikacji informacji poufnych powstałych w związku z niespodziewanymi zdarzeniami mającymi istotny wpływ na wyniki finansowe emitenta.
W interesie inwestorów emitenci – w przypadku braku możliwości publikacji raportu okresowego w regulaminowym terminie – powinni jak najszybciej przekazać raport bieżący wskazujący nowe przewidywane daty przekazania do publicznej wiadomości właściwego raportu okresowego.
Emitenci powinni mieć na względzie interes inwestorów i dokładać starań, by pomimo panującej sytuacji jak najszybciej publikować raporty okresowe. Sprawozdawczość okresowa stanowi dla inwestorów jedno z podstawowych źródeł informacji na temat sytuacji finansowej emitentów, które są brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych.
Polscy przedsiębiorcy oczekują na wprowadzenie technologii 5G, ale jednocześnie obawiają się o bezpieczeństwo. 51,3% średniej wielkości przedsiębiorstw jako główne bariery wdrożenia 5G wskazała obawy związane z bezpieczeństwem i kontrolą danych – wynika z badania Ericsson Polska zrealizowanego we współpracy z Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną oraz Skandynawsko-Polską Izbą Gospodarczą. Tymczasem do 15 maja Polska ma określić zasady bezpieczeństwa zgodne z unijnymi wytycznymi, zawartymi w tzw. 5G Toolbox.
5G znacznie różni się od poprzednich standardów łączności mobilnej. To technologia, która ma stanowić krytyczną infrastrukturę, ułatwiającą cyfryzację, automatyzację oraz łączność z maszynami, robotami i nowoczesnymi rozwiązaniami transportowymi, jak np. pojazdy autonomiczne. Przy miliardach podłączonych urządzeń i nowych typach aplikacji, sieci muszą być bardziej wytrzymałe, bezpieczne i lepiej chronić prawo jednostki do prywatności.
„Obawy zarówno przedsiębiorców jak i społeczeństwa są zrozumiałe, gdyż mamy do czynienia z technologią, która zrewolucjonizuje wiele aspektów naszego życia, a jednocześnie stopień zaawansowania technologicznego utrudnia powszechne zrozumienie jej funkcjonowania. Natomiast 5G wyznacza również początek nowej ery bezpieczeństwa sieciowego, między innymi np. poprzez wprowadzeniem szyfrowania IMSI. Wszystkie dane o ruchu przesyłane przez sieć radiową 5G są zaszyfrowane, chronione przed utratą integralności i podlegają wzajemnemu uwierzytelnianiu. A to tylko mała część standardów cyberbezpieczeństwa, jakie są wdrażane wraz z rozwojem 5G” – mówi Marcin Sugak, ekspert Ericsson Polska.
4 filary bezpieczeństwa sieci
Bezpieczeństwo sieci telekomunikacyjnej opiera się na 4 głównych filarach – standaryzacji, projektowaniu sieci, jej konfiguracji oraz sposobie wdrożenia i funkcjonowania. Budowanie bezpiecznego 5G wymaga kompleksowego spojrzenia, a nie tylko skupienia się na poszczególnych elementach technicznych. Na przykład, interakcje między uwierzytelnianiem użytkowników, szyfrowaniem ruchu, mobilnością, sytuacjami przeciążenia i aspektami odporności sieci muszą być rozpatrywane łącznie. „Ważne jest również, aby zrozumieć istotne zagrożenia i odpowiednio do nich podejść. Biorąc pod uwagę wzajemną zależność między różnymi obszarami, niezbędne jest zapewnienie skoordynowanego i kompleksowego wdrożenia środków bezpieczeństwa we wspólnym zestawie narzędzi i wdrożenia ich na poziomie światowym, krajowym i lokalnym. Od lat współtworzymy zasady bezpieczeństwa 5G w oparciu o odpowiednie standardy i najlepsze praktyki branżowe, takie jak 3GPP, GSMA, ETSI i IETF, a także przy rekomendowanym przez UE zestawie narzędzi, czyli 5G Toolbox” – tłumaczy Marcin Sugak.
Do 15 maja Polska jak i inne kraje członkowskie Unii Europejskiej mają czas na podjęcie odpowiednich działań wdrażających zalecenia zawarte w unijnym 5G Toolbox. Dokument ten określa zestawy środków bezpieczeństwa, zarówno od strony czysto technicznej jak i strategicznej. Definiuje jakie działania powinny być podjęte na lokalnych rynkach telekomunikacyjnych w celu ograniczenia ryzyk cybernetycznych w sieciach 5G.
Polska u progu technologii 5G
Ericsson jako pierwszy wdrożył komercyjne sieci 5G na czterech kontynentach. Obecnie ma ponad 89 podpisanych umów na 5G z czego 31 sieci już funkcjonuje. W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Od 2015 r. Ericsson zainstalował niemal 5 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel. Wiosną planowane jest uruchomienie badawczej sieci 5G firmy Ericsson na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.
***
Badanie “Technologia 5G w polskich przedsiębiorstwach” zostało zrealizowane w terminie 11.2019-02.2020 na zlecenie Ericsson Polska przez agencję SW Research metodą wywiadów on-line (CAWI)na grupie 109 przedstawicieli wyższej kadry zarządzającej firm polskich lub posiadających przedstawicielstwo w Polsce.
„Nowe wymogi sanitarne, jak np. obowiązek mierzenia temperatury pasażerom zapewne długo jeszcze pozostanie standardem na lotniskach” – mówi Radosław Włoszek, prezes zarządu Kraków Airport. Przypomina również, że krakowskie lotnisko jest współużytkowane przez wojsko i operuje na nim Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, dlatego utrzymywane jest w pełnej gotowości. Część pracowników, wspólnie ze spółkami zależnymi, MPLSerives i Kraków Aiport Hotel, pomaga też w dostarczaniu cateringu do szpitali.
FOTO: PAP/Radosław Włoszek, prezes zarządu Kraków Airport
PAP: jak teraz funkcjonuje lotnisko?
Zgodnie z decyzjami polskiego rządu, jak i rządów wielu innych państw, organizacji lotniczych i samych przewoźników, ruch lotniczy na świecie został zminimalizowany lub całkowicie wstrzymany. Odbywają się tylko loty ratunkowe, cargo albo, tak jak w przypadku krakowskiego lotniska współużytkowanego z wojskiem i Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym, loty w służbie obrony Rzeczpospolitej oraz ratujące życie. Terminal pasażerski jest zamknięty. Nie ma typowych obrazków, jakie widzieliśmy na każdym lotnisku, nie ma łez na pożegnanie, nie ma uśmiechu na powitanie, nie ma spieszących się na spotkania ludzi biznesu. Jest pustka.
PAP: jak Pan się czuje na wymarłym lotnisku?
Nikt nie przypuszczał, że taki widok może się pojawić. Wszyscy marzymy, by się to jak najszybciej skończyło, chociaż zdajemy sobie sprawę, że obserwujemy największy kryzys w historii branży. Dzisiaj, kiedy najważniejsze jest życie i zdrowie ludzi nie wiadomo, jaka będzie jego skala, na ile zmienią się trendy związane z podróżowaniem. Na przykład czy popularne do tej pory „city-breaki”, kilkudniowe wypady połączone ze zwiedzaniem miasta, nadal będą cieszyły się zainteresowaniem turystów. Kraków to właśnie popularna destynacja tego typu. Nie wiadomo też dokładnie, jakie kolejne obostrzenia spadną na porty lotnicze, jak i na przewoźników.
PAP: o jakich zmianach w procedurach się mówi?
Trwa dyskusja o koniecznych zmianach w realiach „świata po koronawirusie”, od tych najbardziej podstawowych, jak mierzenie temperatury u osób wchodzących i wychodzących z pokładu samolotu, po bardziej ukierunkowane na specyfikę branży. Dyskusja toczy się zarówno wśród zarządzających lotniskami, jak i przewoźników.
PAP: ludzie będą mniej latać?
Sytuacja gospodarcza w dobie epidemii COVID-19 spowoduje prawdopodobnie zmniejszenie budżetów gospodarstw domowych oraz wielu podmiotów gospodarczych. W związku z tym latanie, jako narzędzie pracy w dobie telekonferencji, czy jako środek transportu na wakacje, być może przez pewien czas nie będzie pierwszym wyborem konsumentów.
Tymczasem turystyka i branża lotnicza były pierwszymi branżami, które gwałtownie odczuły ograniczenia związane z podróżowaniem. Trzeba też zakładać, że z kryzysu będą wychodzić jako ostatnie. Zdajemy sobie sprawę, że naszym zadaniem będzie wtedy odbudowanie nawyku latania, a także odbudowa zaufania do latania i podróży.
Teraz ogromnym wyzwaniem jakie stoi przed portami lotniczymi, jest utrzymanie płynności finansowej spółek. Lotniska są specyficznymi podmiotami gospodarczymi. Na skutek wstrzymania ruchu pasażerskiego w jednej chwili utraciły przychody, a koszty utrzymania infrastruktury są poważne. Lotnisko współużytkowane przez wojsko nie może zostać zamknięte, musi utrzymać operacyjność, czyli być gotowe do pełnej obsługi statków powietrznych.
PAP: to, że jesteście lotniskiem wojskowym was ratuje?
Utrzymanie operacyjności lotniska to koszty. Strona cywilna zarabia przyjmując i obsługując pasażerów, których teraz nie ma. Ale krakowskie lotnisko to strategiczny element infrastruktury transportowej kraju, od początku lotnisko wojskowe, od wielu lat także współużytkowane przez Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. To współpraca na dobre i złe. Teraz razem musimy przezwyciężyć kryzys, nie rezygnując z ważnych dla wszystkich planów inwestycyjnych, jakim jest choćby budowa nowej drogi startowej i dalsza modernizacja lotniska. Wierzę, że w trudnym procesie powrotu do normalności całej branży lotniczej wsparciem będą programy pomocowe, zarówno lokalne, małopolskie, jak i rządowa tarcza antykryzysowa.
Dzisiaj, dla spółki zarządzającej lotniskiem najważniejsze jest zdrowie i bezpieczeństwo naszych pracowników. Każdy otrzymał maseczkę, wszędzie są środki dezynfekujące i kamery termowizyjne w przejściach. Chcemy, żebyśmy wszyscy pozostali zdrowi. Ale w tych trudnych momentach myślimy nie tylko o naszych pracownikach, ale także i o pomocy dla innych. Nasze spółki-córki, zarządzające hotelem i gastronomią w terminalu, dostarczają catering do Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego czy Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.
PAP: w 2019 roku Kraków Airport przyjął ponad osiem milionów pasażerów. Jak mógłby wyglądać optymalny scenariusz powrotu do takiej normalności?
Powrót do tej liczby pasażerów będzie długi. Najpierw musi być decyzja administracyjna, że możemy wznowić ruch pasażerski. Trzeba zakładać, że w pierwszej kolejności wróci ruch krajowy oraz w strefie Schengen, czyli europejskiej. Dopiero potem przyjdzie czas na nawiązanie kontaktów z poszczególnymi kontynentami. Śledzimy na bieżąco to, co się dzieje w branży. Już dziś widzimy, że na uruchomionych właśnie przez przewoźników pojedynczych lotach wprowadzono bardzo restrykcyjne regulacje. Mamy świadomość, że niezależnie od tego, kiedy i w jakiej formie ruch lotniczy zostanie przywrócony, restrykcje, które pojawiły się przed jego wstrzymaniem, czyli badanie temperatury, czy karty lokalizacyjne dla pasażerów prawdopodobnie zostaną z nami, jeśli nie na zawsze, to na bardzo długo. I to tego się przygotowujemy, bo na krakowskim lotnisku samoloty już czekają na podróżnych.
Telewizja, komórka czy może komputer? Czy i w jaki sposób stan epidemii wpłynął na zachowania Polaków jeśli chodzi o korzystanie z mediów? Odpowiedzi na te pytania dostarcza analiza Gemius, przygotowana na bazie cross-mediowych danych z gemiusAdReal oraz informacji o oglądalności witryn z badania Gemius/PBI.
Zbiorcze zestawienie liczby kontaktów reklamowych i użytkowników we wszystkich kanałach mediowych mierzonych przez Gemius (telewizja, radio, internet) wyraźnie wskazuje na wzrost aktywności w drugiej połowie marca – zarówno po stronie twórców komunikatów reklamowych, jak i ich odbiorców. Różnica w liczbie reklam, z którymi zetknęli się konsumenci w pierwszym tygodniu lutego i ostatnim tygodniu marca wynosi 14%, co przekłada się na zwiększenie liczby kontaktów reklamowych o ok. 3,7. Gwałtowny wzrost rozpoczął się w tygodniu, w którym rząd wprowadził ograniczenia związane z epidemią.
– Liczba użytkowników, którzy stykają się z przekazem marketingowym, nie uległa w omawianym okresie dużej zmianie. – komentuje Michał Włodarczyk, Dyrektor Zarządzający, Gemius Polska – Skąd więc znaczący wzrost liczby kontaktów z reklamą? Z jednej strony wynikać to może z intensywniejszych działań marketerów w niektórych branżach, z drugiej strony – ze zmiany naszych przyzwyczajeń w zakresie konsumpcji mediów. Odejście od codziennej rutyny w naturalny sposób przełożyło się na to, że Polacy zaczęli więcej czasu spędzać z komórką w ręku, przy włączonym komputerze czy telewizorze, a intensyfikacja w konsumpcji mediów idzie w parze ze zwiększoną ekspozycją na przekaz reklamowy.
Jak wynika z danych, wzrost ogólnej liczby odnotowanych kontaktów reklamowych pomiędzy pierwszym tygodniem lutego a ostatnim tygodniem marca widoczny jest zarówno na kanałach digital (18% w przypadku komputerów stacjonarnych i laptopów oraz aż 32% w przypadku urządzeń mobilnych), jak i w telewizji (8%).
– Przeanalizowaliśmy intensywność kontaktów reklamowych w telewizji, wyodrębniając poszczególne grupy tematyczne kanałów – komentuje Włodarczyk – Okazało się, że największy wzrost przypadł w udziale stacjom informacyjnym, a duży spadek odnotowały kanały sportowe. Zwiększona popularność anten newsowych wynika z naturalnego zapotrzebowania odbiorców na rzetelne informacje w czasie kryzysu. Spadek odnotowany w przypadku stacji sportowych może być natomiast następstwem odwołania większości imprez sportowych w okresie pandemii.
W przypadku kanałów informacyjnych w analizowanym okresie obserwujemy istotny wzrost liczby kontaktów reklamowych (72%) oraz realnych użytkowników, którzy widzieli reklamy (38%).
Liczba kontaktów reklamowych na kanałach sportowych spadła o 82%, a liczba realnych użytkowników, którzy widzieli reklamy – o ponad połowę.
Zwiększone zainteresowanie publicystyką i informacjami widoczne jest również w internecie. Jak wynika z danych badania Gemius/PBI, liczba odsłon wygenerowanych na witrynach z tej kategorii wzrosła w analizowanym okresie (pierwszy tydzień lutego vs ostatni tydzień marca) o 60%, przy jednoczesnym zwiększeniu liczby użytkowników o 9%. Najistotniejsze zmiany w liczbie odsłon zaobserwować można w przypadku urządzeń mobilnych – tu wskaźnik ten zwyżkował aż o 67%. Najwięcej użytkowników przybyło natomiast na platformie PC: liczba ta zwiększyła się w omawianym przedziale czasowym o 21%.Podobnie, jak w przypadku telewizji, również w internecie spadła popularność serwisów poświęconych sportowi. O ile liczba użytkowników nie zmieniła się znacząco, o tyle wolumen wygenerowanych odsłon spadł na każdej z platform: odpowiednio o 33% (wszystkie urządzenia), 46% (komputery stacjonarne i laptopy) i 24% (urządzenia mobilne).
– Zmiana w sposobie konsumpcji mediów na przestrzeni dwóch ostatnich miesięcy jest wyraźnie zauważalna. Z pewnością muszą ją brać pod uwagę marketerzy, planujący kampanie w tym niecodziennym okresie. Szczególną uwagę warto zwrócić na coraz większy clutter reklamowy. Taka sytuacja wymusza poszukiwania skutecznego sposobu na wyróżnienie się na tle konkurencji, aby być w stanie zawalczyć o uwagę odbiorców. To z pewnością niemałe wyzwanie, ale też okazja na zaprezentowanie zupełnie nowej jakości. Cieszę się, że kilku dużych reklamodawców podjęło już rękawicę i, często w bardzo kreatywny sposób, zmodyfikowało swój przekaz reklamowy, aby dostosować się do obecnej sytuacji w kraju. – konkluduje Michał Włodarczyk.
Chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Właśnie nastały czasy, w których firmy powinny dokonać gruntownego przeglądu swojego biznesowego arsenału. Nie tylko po to, by ograniczyć straty i przygotować się na walkę o przetrwanie, ale i po to, by w przyszłości móc dokonywać śmiałych, rynkowych ataków. Właściwa ocena bieżącej sytuacji oraz posiadanych zasobów są kluczowe do tego, by w kryzysowym momencie działać precyzyjnie, zamiast strzelać kulą w płot. Wszelkie tarcze będą mało skuteczne jeśli nie wiemy czego mają bronić, dlatego tak ważna dla każdej firmy powinna być rzetelna ocena własnej kondycji biznesowej. Można dokonać jej na drodze wewnętrznego audytu, który pozwoli zrewidować podejmowane działania oraz określić nowe cele i kierunki rozwoju. Firmy nie powinny bowiem myśleć tylko o tym, jak przetrwać kryzys, ale też o tym, co będzie po nim.
Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym radzi jak ocenić kondycję biznesową firmy oraz przygotować się na odbudowę jej pozycji w czasie wychodzenia z kryzysu.
Obecna sytuacja związana z pandemią koronawirusa boleśnie dotknęła wiele firm. Branże takie jak turystyka, gastronomia, usługi fryzjerskie czy kosmetyczne z dnia na dzień zostały pozbawione możliwości generowania przychodów. Kryzys, początkowo o charakterze zdrowotnym i społecznym, zaczyna przeradzać się w poważne spowolnienie gospodarcze. W zasadzie, poza nielicznymi wyjątkami, większość branż w mniejszym lub większym stopniu odczuje negatywne efekty tej sytuacji. Jak podają wyniki badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego, 62 proc. firm deklaruje zmniejszenie popytu na ich usługi lub produkty, a 32 proc. respondentów uważa, że kryzysowy stan utrzyma się do końca roku[1]. Dla wielu pracodawców pierwszym sposobem na ratowanie sytuacji stała się redukcja zatrudnienia lub obniżki wynagrodzeń. Taka decyzja może jednak okazać się zbyt pochopna, a w przyszłości utrudniać dalszy rozwój. Wszelkie oszczędności trzeba kalkulować nie tylko pod kątem ich bieżącej opłacalności, ale też przyszłych konsekwencji. To, gdzie odjąć, a gdzie dołożyć powinno wynikać z dokładnie przeprowadzonej analizy.
Na co zwrócić szczególną uwagę?
Ocena kondycji firmy obejmuje zarówno analizę zasobów wewnętrznych, jak i wpływ czynników otoczenia zewnętrznego. Standardowo badanym elementem jest rentowność prowadzonej działalności. W sytuacji nagłego kryzysu, jaką mamy obecnie, ważniejsza jeszcze bardziej niż zwykle staje się jednak płynność finansowa. Niespodziewane turbulencje mogą bowiem poważnie zachwiać przepływami pieniężnymi doprowadzając do sytuacji zagrażającej dalszemu działaniu. Krótkoterminowo należy więc skupić się na starannej prognozie cash flow i szczegółowym monitoringu należności, mając na uwadze również kondycję finansową odbiorców. Analizując sytuację firmy nie tylko na potrzeby bieżące, ale też z myślą o przyszłości, dobrze jest zwrócić uwagę również na takie elementy jak:
Przegląd procedur i ocena procesów wewnętrznych – weryfikacja procedur w celu zapewnienia bezpieczeństwa pracowników, ocena procesów pod kątem utrzymania ciągłości działania, dbanie o odpowiedni przepływ informacji w warunkach oddelegowania części pracowników do pracy zdalnej, ocena elastyczności i szybkości reagowania organizacji w obliczu dynamicznie zmieniającego się otoczenia;
Ustalenie obszarów strategicznych z punktu widzenia działalności firmy – rozważenie outsourcingu najmniej rentownych segmentów działalności, albo zamknięcie tych, które nie rokują na przyszłość, a w tak zwanych „lepszych czasach” mogły być finansowane z zysków na działalności podstawowej; Szczegółowa analiza kosztów w połączeniu z optymalizacją procesów (zmiana polityki zakupowej, ograniczenie zapasów) i poprawą wydajności. Identyfikacja szans i perspektywicznych kierunków, które ujawniły się w zmienionym otoczeniu, na przykład nowe kanały dystrybucji, bądź zróżnicowanie grup odbiorców, tak aby w przyszłości zmniejszyć ekspozycję na ryzyko drastycznego spadku przychodów i ograniczyć straty. Opracowanie modelu organizacyjnego, który jest elastyczny, zdywersyfikowany i bardziej odporny na nagłe kryzysy;
Ocena zasobów ludzkich – lepiej efektywniej wykorzystać kompetencje zawodowe pracowników, niż redukować koszty przez pochopną redukcję zatrudnienia. Kompetentna i doświadczona kadra to jeden z najważniejszych zasobów firmy. Kluczowe talenty będą niezbędne, aby zapewnić odpowiednią jakość kiedy powróci dobra koniunktura;
Bezpieczeństwo łańcucha dostaw – identyfikacja potencjalnych zagrożeń związanych z ograniczeniami w dostępności materiałów i surowców. Obok ceny zakupu równie ważna jest także ciągłość dostaw. Warto zapewnić dywersyfikację geograficzną w celu budowy łańcucha dostaw bardziej odpornego na sytuacje nadzwyczajne pojawiające się w różnych regionach świata;
Przegląd zawartych umów z kontrahentami – weryfikacja pod kątem zdolności do wywiązania się z ich realizacji – negocjacje warunków i wydłużenie terminów tam gdzie to możliwe w celu uniknięcia potencjalnych kar umownych;
Struktura finansowania i dostęp do kapitału – w okresie kryzysu dostęp do kredytowania bankowego może być utrudniony, tymczasem, jak podają wyniki badań PIE, niemal co piąte przedsiębiorstwo w Polsce nie posiada rezerw finansowych, a 30 proc. posiada zapasy finansowe tylko na miesiąc lub dwa[1]. W obliczu takiej sytuacji warto wyciągnąć lekcję na przyszłość i zadbać o odpowiednią dywersyfikację źródeł finansowania (faktoring, private debt), tak aby zapewnić odpowiedni bufor bezpieczeństwa na wypadek nagłych zawirowań. Niewłaściwa relacja zobowiązań długo- i krótkoterminowych może okazać się w takiej sytuacji destrukcyjna;[1] tamże
Analiza wariantowa – obecnej sytuacji towarzyszy duża doza niepewności, w związku z tym warto przeprowadzić analizę możliwych scenariuszy rozwoju wypadków i ich wpływ na kluczowe aspekty z punktu widzenia funkcjonowania firmy. Lepiej być z góry przygotowanym na najbardziej pesymistyczny wariant, nawet jeżeli w praktyce do niego nie dojdzie.
Zagrożenia i szanse
Rozwijający się kryzys gospodarczy niesie ze sobą wiele zagrożeń, na które firmy powinny być przygotowane. Spadek popytu, utrata kluczowych dostawców lub odbiorców, zatory płatnicze, wzrost inflacji czy osłabienie waluty krajowej to tylko niektóre z nich. Wychodząc im naprzeciw, firma musi w pierwszej kolejności skupić się na tym, jak przetrwać oraz zapewnić sobie stabilność działania. Kiedy jednak uda się już złapać oddech, priorytetem powinno być przebudowanie biznesu w taki sposób, aby jak najlepiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości po wygaśnięciu pandemii.
Rzetelny przegląd kluczowych aspektów z punktu widzenia strategii działania firmy umożliwia określenie najbardziej perspektywicznych segmentów działalności oraz identyfikację szans i potencjalnych kierunków rozwoju w nowej sytuacji. Jest dobrą podstawą do tego, by pomyśleć o przeprojektowaniu modelu biznesowego np. poprzez rozwinięcie sprzedaży internetowej, rozszerzenie asortymentu, skupienie się na produktach szybkorotujących czy wysokomarżowych. Właściwa analiza posiadanych przez firmę zasobów oraz mocnych i słabych stron daje wiedzę, która jest cenna w każdej sytuacji. W czasie kryzysu wiedza ta tylko zyskuje na wartości. Dzięki niej można uniknąć pochopnych decyzji i nieprzemyślanego, radykalnego cięcia kosztów. Można natomiast poprawić efektywność działania przedsiębiorstwa, dzięki czemu łatwiej będzie przetrwać trudny czas i szybciej odbudować się po powrocie do normalności.
Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że na rynkach dojdzie do pewnej stabilizacji. Nic takiego się nie wydarzyło, wczorajsze zamieszanie na ropie naftowej to być może tylko przedsmak tego, co przyjdzie nam zobaczyć.
Dane z Polski
W marcu w Polsce produkcja przemysłowa spadła na razie zaledwie o 2,3%. Piszemy zaledwie, gdyż patrząc na prognozy wpływu epidemii spadki mogą być w kolejnych miesiącach większe. Pamiętajmy, że miesiąc temu był to wzrost o niemal 5%, w rezultacie spadek jest większy, niż by się mogło wydawać, patrząc na wspomniane 2.3%. Od rana złoty jest w odwrocie, jednakże warto zwrócić uwagę, że może to mieć związek przede wszystkim ze wzrostem ryzyk na rynkach.
Gwałtowne spadki ropy naftowej
Wczorajszy kontrakt na ropę naftową w USA zakończył się ujemną ceną surowca. Powodem były problemy z magazynowaniem, czyli w rezultacie niemożliwość racjonalnego wykonania kontraktu. Dzisiaj, kiedy kwotowany jest już nowy kontrakt, od rana widzimy bardzo silne spadki. Przecena na ropie notowanej w USA sięga obecnie już ponad 6 dolarów do rana i patrząc na siłę spadków wartość ta może ulec zmianie. Podobna skala przeceny jest na giełdzie w Londynie. Jak widać ograniczenia wydobycia zaproponowane przez OPEC nie rozwiązują problemu. W ślad za czarnym złotem gwałtownie spada również rubel rosyjski i korona norweska.
Frank dalej blisko minimów
Frank szwajcarski znajduje się obecnie blisko swoich wieloletnich minimów względem euro. W rezultacie obserwujemy bardzo wysokie poziomy franka wobec złotego. Powodem tak drogiego franka jest strach na rynkach. Frank uchodzi za bezpieczną lokatę kapitału. Co ciekawe, złoto przestaje pełnić tą funkcję. W dalszym ciągu jest na wysokich poziomach, aczkolwiek dzisiejszy dzień ten kruszec przypłacił niemal 1,5% przeceną.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Koniec marca i pierwsza połowa kwietnia upłynęły pod znakiem silnego odreagowania po panicznej wyprzedaży w połowie ubiegłego miesiąca. Jednak, jeśli wcześniejsze spadki dyskontowały gwałtowne hamowanie gospodarki, to wzrosty, które po nich nastąpiły, nie mają w mojej ocenie twardych fundamentów. Ich powodem jest przede wszystkim psychologiczne odbicie po wcześniejszej, drastycznej wyprzedaży oraz ogromne pakiety stymulacyjne wdrożone przez poszczególne rządy i banki centralne. W ostatnich dniach do wcześniejszych czynników dołączyły pierwsze oznaki poprawy sytuacji związanej z pandemią COVID-19 i zapowiedzi o stopniowym otwieraniu się gospodarek w wybranych krajach. Można mieć jednak wrażenie, że inwestorzy zapomnieli o jednym prostym fakcie. Jeśli administracyjne zamknięcie gospodarki światowej (w różnych okresach w poszczególnych państwach) nastąpiłoby nagle, to powrót do normalności nawet jeśli zniesione byłyby równocześnie wszystkie restrykcje, co jest mało prawdopodobne, nie będzie taki prosty i szybki.
Po pierwsze, chwilowo w Europie Zachodniej udało się opanować dynamikę wzrostu nowych przypadków, ale do pełnego pokonania pandemii jest jeszcze daleko. Stany Zjednoczone znajdują się prawdopodobnie przed szczytem zachorowań. Po drugie, pozrywane łańcuchy dostaw oraz działania podjęte przez część przedsiębiorstw związane z koniecznością redukcji kosztów, w tym osobowych, na czas pandemii nie pozwolą gospodarkom od razu wrócić na poprzednią ścieżkę wzrostu. Cześć przedsiębiorstw po prostu nie przetrwa. I po trzecie, pandemia zmieni prawdopodobnie część nawyków konsumpcyjnych społeczeństw, powrócimy więc do zupełnie nowej rzeczywistości. Patrząc też na sam aspekt rynkowy, inwestorzy, którzy zakupi akcje pod koniec tragicznej sesji z 12 marca, bądź na podobnych poziomach, mają już w portfelach pokaźne zyski, które być może będą chcieli zrealizować.
Trudno znaleźć silne fundamenty
Patrząc na rynki w połowie miesiąca, naprawdę trudno jest znaleźć silne fundamenty pod kontynuacje fali wzrostowej, która jednak w dalszym ciągu postępuje. Publikowane dotychczas wyniki amerykańskich spółek za I kwartał nie napawają optymizmem, biorąc pod uwagę długą tradycję bardzo konserwatywnych oczekiwań amerykańskich analityków. Fala zwolnień na amerykańskim rynku pracy postępuje, chociaż już w nieco wolniejszym tempie, ostatnia zaraportowana wartość wyniosła 5,2 mln nowych wniosków o status bezrobotnego, co łącznie daje wartość 22 mln nowych bezrobotnych w czasie trwającej pandemii. Żeby lepiej zrozumieć tę wartość, wystarczy wspomnieć, że od połowy 2009 roku w amerykańskiej gospodarce stworzonych zostało 21,5 mln nowych miejsc pracy. Podobnych danych i analogii można wymieniać tysiące, te wartości jednak najlepiej działają na wyobraźnię.
Jaka jest więc perspektywa na przyszłość dla zwykłego inwestora?
Przede wszystkim zachować chłodną głowę i pozostać ostrożnym. Patrząc na stopy zwrotu wybranych spółek od marcowego dołka, można mieć wrażenie, że okazja już nam uciekła. Wzrosty o ponad 300% w przypadku rekordzistów na GPW dają do myślenia. Jeśli miesiąc temu można było stwierdzić, że jest to dobry okres do akumulacji akcji na dłuższy termin, obecnie pozostawałbym ostrożnym, utrzymując gotówkę w oczekiwaniu na okazje inwestycyjne. Oczywiście z rosnącym rynkiem trudno dyskutować, ale trudno również nie oprzeć się wrażeniu, że obecna fala wzrostowa może zostać zastąpiona przez kolejną korektę. Na razie dane realne nie robią dużego wrażenia na inwestorach, ale faktem jest, że prawdziwe gospodarcze skutki pandemii są dopiero przed nami, w szczególności w Europie Zachodniej i w Polsce. Jeśli okaże się, że zamknięcie gospodarek się przedłuży, co przy obecnym etapie epidemii jest trudne do wykluczenia, reakcja inwestorów może być gwałtowna. W dłuższym terminie wierzę, że obecna sytuacja przyniesie szereg pozytywnych skutków dla gospodarek, przyspieszając cyfrową transformację, ale w krótkim i średnim terminie może się okazać, że czeka nas jeszcze kilka nerwowych momentów. I korzystając na trwających obecnie rynkowych wzrostach, nawet przy najlepszym podejściu i warsztacie inwestycyjnym, nie można o tym zapominać.
Autor komentarza: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group
Żaden bank nie ma w swoich kasach tyle środków, żeby w krótkim czasie wypłacić swoim klientom ich wszystkie depozyty. Płynność finansowa banków może być zachwiana dość łatwo, szczególnie w ciężkich czasach. Obecnie, w czasie zamrożenia gospodarki, bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której znaczna ilość kredytobiorców przestaje spłacać swoje zobowiązania. Dla każdego banku jest to recepta na poważne i natychmiastowe problemy. Dawniej dość często miały miejsce sytuacje, w których utrata płynności przez banki prowadziła do utraty oszczędności przez ich klientów. Czy mamy się czego obawiać?
Obecnie władze administracyjne i monetarne robią wszystko, żeby nie dopuszczać do takich sytuacji. W razie problemów banki komercyjne mogą zwrócić się do banku centralnego, który jako emitent waluty ma bardzo duże możliwości zapewnienia im płynności. Narodowy Bank Polski może zastosować kilka środków, na przykład: obniżenie stóp procentowych, obniżenie rezerwy obowiązkowej, operacje repo, skup obligacji skarbu państwa czy kredyt wekslowy.
Stopy procentowe NBP są obecnie najniższe w historii. Najważniejsza z nich – stopa referencyjna, odnosząca się do operacji otwartego rynku, wynosi 0,50%. Stopa depozytowa, czyli stopa oprocentowania wkładów banków komercyjnych w NBP wynosi 0%. Tak niskie stopy w założeniu mają pomóc osiągnąć dwa cele. Po pierwsze umożliwić bankom łatwiejsze zaciąganie pożyczek w NBP, po drugie zniechęcić do deponowania w nim środków. Jedno i drugie ma z kolei zachęcić banki do udzielania kredytów przedsiębiorstwom. Dzięki temu mają one mieć zapewnioną płynność finansową w czasie kryzysu.
NBP w kwietniu 2020 roku obniżył podstawową stopę rezerw obowiązkowych z 3,5% do 0,5%, zamierza też wspomagać płynność sektora bankowego dzięki tak zwanym operacjom repo. Jest to skrót od anglojęzycznego terminu „repurchase agreement”. Oznacza on możliwość udzielenia bankom komercyjnym krótkoterminowych pożyczek pod zastaw papierów wartościowych. Bank centralny planuje też skup papierów wartościowych gwarantowanych przez skarb państwa na rynku wtórnym. Te operacje z pewnością zwiększą ilość gotówki w sektorze bankowym, tym bardziej, że NBP dodatkowo zaoferował bankom kredyt wekslowy. Będzie udzielać pożyczek pod zastaw weksli, które banki otrzymały jako zabezpieczenie kredytów od swoich klientów.
Wszystkie te działania oznaczają, że polskie banki są obecnie dość bezpieczne i nie zabraknie im gotówki. Ryzyko upadku istotnego polskiego banku należy w tej chwili traktować jako niewielkie. Innym problemem natomiast jest to, czy płynność banków przełoży się na ich zwiększoną skłonność do kredytowania przedsiębiorstw. Należy pamiętać, że NBP nie bierze na siebie ryzyka kredytowego a ono bardzo poważnie wzrasta w związku z kryzysem gospodarczym.
Doświadczenie z amerykańskiego kryzysu finansowego z roku 2008 pokazuje, że banki mogą nie rozszerzyć akcji kredytowej. Ogromne środki, jakimi Rezerwa Federalna wtedy zasiliła system bankowy w znacznej części w ogóle go nie opuściły. Banki bały się ryzyka a konsumenci nie mieli ochoty się zadłużać w trudnych czasach.
A więc prawdopodobnie wadą operacji otwartego rynku prowadzonych przez Narodowy Bank Polski będzie to, że nie rozruszają gospodarki. Zaletą z kolei będzie to, że dzięki nim nie musimy się martwić o bezpieczeństwo naszych wkładów w bankach. Prawdopodobnie nie wzrośnie też inflacja mimo znacznego zwiększenia ilości pieniądza w obiegu.
Niestety odmienne mogą być skutki działania tarczy antykryzysowej. Szczegóły tej operacji nie są jeszcze znane, wymaga ona też akceptacji ze strony Komisji Europejskiej. Jeżeli jednak prawdą jest, że NBP chce zwiększyć bazę monetarną o 100 miliardów złotych, to jest o około 12% oraz że te środki trafią bezpośrednio do przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, możemy spodziewać się istotnego impulsu inflacyjnego. Koszty operacji poniosą posiadacze oszczędności. Wysoka inflacja w porównaniu ze skokowym wzrostem podaży pieniądza i zerowymi stopami procentowymi to dla nich bardzo niebezpieczna kombinacja.
Firmy pożyczkowe wyraźnie ograniczyły akcję kredytową w drugiej połowie marca oraz na początku kwietnia – wynika z danych CRIF oraz BIK, przeanalizowanych przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego. Załamanie na rynku nastąpiło już w drugiej połowie marca tj. jeszcze przed wprowadzeniem tarczy antykryzysowej, w ramach której obniżono limit kosztów pozaodsetkowych dla nowych pożyczek. Wejście ustawy w życie dodatkowo pogłębiło kryzys w branży.
Jednym z zapisów tarczy antykryzysowej jest drastyczne ograniczenie kosztów pozaodsetkowych do 21 proc. dla pożyczek na czas dłuższy niż 30 dni i 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni. Efektem zmian jest ostre ograniczenie akcji kredytowej przez firmy pożyczkowe.
Spada liczba wniosków o pożyczkę
Z danych CRIF[1] wynika, że liczba złożonych aplikacji o udzielenie pożyczki była w marcu 2020 r. o 5% niższa niż liczba aplikacji z marca 2019 r. oraz o 13% niższa niż w lutym 2020 r. Liczba unikalnych klientów aplikujących (niektórzy klienci składają aplikację do kilku firm jednocześnie) była natomiast niższa o 14% w stosunku do marca 2019 r. oraz 15% niższa w stosunku do miesiąca wcześniejszego tj. lutego 2020 r.
Spada wartość i liczba udzielonych pożyczek
Branża odnotowuje spadki w zakresie wartości i liczby udzielonych pożyczek. W marcu 2020 r. wartość udzielonych pożyczek była o 33% niższa niż w marcu 2019 r., natomiast liczba udzielonych pożyczek była o 23% niższa. W porównaniu do miesiąca poprzedniego tj. lutego 2020 r. spadek wartości udzielonych pożyczek wyniósł 19%, a liczby – 17%. Oznacza to, że istotnie spadła zarówno łączna wartość pożyczek, jak i wartość pojedynczej pożyczki, szczególnie w ujęciu do marca 2019 r. (spadek wartości pojedynczej pożyczki o 13%, z 3480 zł w marcu 2019 r. do 3032 zł w marcu 2020 r.).
Jednocześnie rośnie liczba odrzuconych wniosków, co świadczy o stopniowym zaostrzaniu wymogów kredytowych przez firmy pożyczkowe. Liczba odrzuconych wniosków w 3. tygodniu marca wyniosła 66%, a w 4. tygodniu marca 68%, podczas gdy w średnim tygodniu marca 2019 wynosiła 51%, a w średnim tygodniu lutego 2020 r. – 58%.
Kwietniowe załamanie na rynku pożyczek – rynek skurczył się niemal o 2/3
Zgodnie z danymi BIK[2] początek kwietnia i wprowadzenie nowych przepisów drastycznie obniżających koszty pozaodsetkowe przyniosły zupełne załamanie na rynku pożyczek. Liczba wniosków, które trafiły do bazy BIK w tygodniu 30 marca-5 kwietnia (przepisy zmieniły się 31.03.2020 r.) spadła o 57,5% w ujęciu rok do roku oraz 41,3% w stosunku do ostatniego pełnego tygodnia marca, wynosząc około 30 tysięcy. W drugim tygodniu kwietnia odnotowano dalszy spadek aplikacji o nowe pożyczki tj. o 64,7% w ujęciu r/r i dalsze 25,5% w ujęciu do tygodnia z przełomu marca i kwietnia, a liczba wniosków wyniosła nieco ponad 20 tysięcy. Dla porównania, w lutym br. do bazy BIK trafiało średnio tygodniowo ok. 63 tys. wniosków, a więc w stosunku do lutego spadek wynosi około 66%. Spadek ten wynika z faktu, że duża część firm wstrzymała się z przyjmowaniem nowych wniosków, a pozostałe zaostrzyły kryteria kredytowe.
Wraz z początkiem kwietnia wyraźnie spadła także wartość udzielonych pożyczek. Wartość pożyczek, których dane trafiły do bazy BIK dla tygodnia 30.03-05.04.2020 r. spadła o 64% w ujęciu r/r i wyniosła ok. 42 mln zł. Dla porównania w przeciętnym tygodniu lutego wartość udzielonych pożyczek w bazie BIK wynosiła ok. 125 mln zł.
Pierwsze dane ilustrujące wpływ pandemii koronawirusa oraz istotne obniżenie pozaodsetkowych kosztów kredytu, jednoznacznie wskazują na spadki w branży i złą kondycję sektora. Według pierwszych danych z okresu po 1 kwietnia, rynek skurczył się nawet o około 2/3.
„Przetrwanie większości firm z branży pożyczkowej w ciągu najbliższego roku, stoi dziś pod dużym znakiem zapytania. Przewidujemy, że kryzys sektora się dodatkowo pogłębi wraz z problemem pozyskiwania finansowania działalności. Branża finansuje się dziś, poza kapitałem własnym, głównie długiem w postaci obligacji korporacyjnych, którego koszt często wynosi z reguły powyżej 10%. Możliwości refinansowania obligacji w obecnej sytuacji, w której fundusze inwestycyjne spotykają się z ogromną falą odpływów, są dziś nikłe. Wygląda więc na to, że sektor, zatrudniający ponad 30 tysięcy osób, który udziela finansowania ponad 2 mln Polakom, może zostać w najbliższych miesiącach zupełnie pogrzebany. Tym samym może dojść do istotnego rozrostu szarej strefy, gdyż popyt na pożyczki, przy ograniczonej podaży na legalnym rynku, będzie musiał być zaspokajany poza nim” – komentuje Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
[1] Aby zapewnić porównywalność danych, z bazy CRIF wzięto pod uwagę wyłącznie firmy działające zarówno w pierwszym kwartale 2020 r. jak i całym 2019 r. Dane w bazie CRIF pochodzą bezpośrednio od firm sektora pożyczkowego i obejmują zdecydowaną większość firm pożyczkowych działających na polskim rynku.
[2] Dane CRIF są agregowane są w interwałach miesięcznych, w związku z czym nie obrazują sytuacji sektora na początku kwietnia br. Pierwsze dane dla kwietnia opublikował już natomiast BIK. Dane w obu bazach różnią się ze względu na fakt, że pokrycie obydwu baz nie jest tożsame.
Którym pracownikom należy się dofinansowanie wynagrodzeń i jakie warunki trzeba spełnić, aby je otrzymać? Czy w czasie pandemii pracodawcy mogą zlecać nadgodziny lub zmieniać system pracy? Czym są świadczenia postojowe? Te pytania zadaje sobie niejeden polski pracodawca.Eksperci firmyADP Polska postanowili udzielić odpowiedzi na najistotniejsze kwestie nurtujące polskich przedsiębiorców.
Dofinansowanie do wynagrodzeń – komu się należą?
– Dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników może być przyznane przedsiębiorcom, zatrudniającym pracowników oraz osoby fizyczne na podstawie umów cywilnoprawnych,. O dopłaty z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (FGŚP) mogą ubiegać się te firmy, które nie mają zaległości w ZUS, podatkach do III kwartału 2019 r. oraz nie mają przesłanek do ogłoszenia upadłości. Przysługuje ono w momencie przestoju ekonomicznego firmy, czyli w sytuacji, gdy nastąpił spadek obrotów. Dodatkowo pracodawca otrzymuje również środki na opłatę składek na ubezpieczenie społeczne pracowników. Świadczenia te przysługują przez 3 miesiące od podpisania umowy.
– Możliwe jest także dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników i kosztów prowadzenia działalności samozatrudnionych. Jest ono przyznawane przedsiębiorcom, na wniosek, obejmujący okres maksymalnie do 3 miesięcy. Warunkiem otrzymania takiej dopłaty jest odnotowanie spadków w obrotach w ciągu 2 miesięcy – liczonych od 1 stycznia tego roku w stosunku do analogicznego okresu z roku poprzedniego – mówi Marcin Mika, Director Growth & Client Success z ADP Polska.
Zmiany w czasie pracy – czy pracodawca może zlecić nadgodziny?
W czasie epidemii pracodawcy zyskują możliwość skrócenia odpoczynku dobowego z 11 do 8 godzin oraz tygodniowego z 35 do 32 godzin. Co ważne, takie skrócenie musi zostać zrównoważone odpowiednio wydłużonym odpoczynkiem w okresie kolejnych 8 tygodni. Pracodawca może również m.in. zawrzeć z reprezentacją związkową, bądź przedstawicielami pracowników porozumienie o wprowadzeniu tzw. równoważnego systemu czasu pracy, bądź też o stosowaniu mniej korzystnych warunków zatrudnienia pracowników, niż wynikające z umów o pracę w zakresie i przez czas ustalony w porozumieniu. Dzięki temu możliwe swego rodzaju uelastycznienie relacji między pracodawcą a pracownikiem, pozwalające pracodawcom z jednej strony na utrzymanie miejsc pracy, a z drugiej strony na wprowadzenie mniej korzystnych dla pracowników zasad bez konieczności stosowania długotrwałej procedury. Wśród pomysłów, które pojawiają się w przestrzeni publicznej warto również odnotować pomysły dot. wprowadzenia kont czasu pracy, niemniej ani w tarczy 1.0 ani też w tarczy 2.0 takie pomysły nie zostały przekute w obowiązujące przepisy – mówi Tomasz Czerkies radca prawny w ADP Polska.
Świadczenie postojowe – ile wynosi i kto może się o nie ubiegać?
– Ze świadczeń postojowych mogą skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą,
a także osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Świadczenie takie, co do zasady, jest wypłacane w wysokości 80 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia w 2020 r., co daje ok. 2080 zł miesięcznie. Co ważne, nie podlega ona oskładkowaniu i opodatkowaniu. Wnioski są rozpatrywane przez ZUS, jednak należy podkreślić, że te osoby, które są zatrudnione na umowach cywilno-prawnych, składają wnioski za pośrednictwem swojego szefa lub osoby, która zamawia wykonanie pracy. Takie osoby mają prawo do świadczenia postojowego, jeśli umowa została zawarta przed 1 kwietnia 2020 r. i jeśli przełożony nie otrzymał innej pomocy na wypłatę wynagrodzeń w ramach tarczy antykryzysowej – mówi Marcin Mika, Director Growth & Client Success z ADP Polska.
Epidemia koronawirusa zmienia oblicze rynku pracy. Na wezwania rządów pracodawcy oferują swoim podwładnym możliwość pracy zdalnej. Czy pandemia wpłynie też na rozwój innych benefitów, których od zatrudniających będą oczekiwać pracownicy?
Z badań grupy Extensis, która doradza firmom w zakresie HR, w 2020 roku z puli pięciu trendów związanych z benefitami pracowniczymi, aż dwa z nich dotyczą zdrowia pracowników. Jak podaje Extensis pracownicy oczekują od firm szeroko rozumianego doradztwa medycznego. Dodatkowo w ciągu najbliższych dziesięciu lat na znaczeniu będą zyskiwać i tak już w tej chwili istotne benefity związane z zapewnieniem prywatnej opieki medycznej[1].
Epidemia testuje moce przerobowe służby zdrowia. Priorytet stanowi walka z koronawirusem. Zamykane są szpitale i przesuwane planowane zabiegi. Utrudniony dostęp do służby zdrowia mogą mieć też ci pacjenci, którzy zmagają się z innymi dolegliwościami, a dla których spotkanie z lekarzem jest równie ważne. Pakiety medyczne oferują możliwość zapisania się na wizytę do centrum medycznego, ale często pomijają możliwość zaaranżowania wizyty domowej. Nie wszyscy dostawcy z branży healthcare są na tyle elastyczni, choć część z nich oferuje usługę assistance medycznego. Korzystają z niego pracodawcy, którzy muszą zadbać o benefity realnie realizujące oczekiwania pracowników, żeby zatrzymać w firmie talenty. W ramach assistance medycznego, oprócz konsultacji telefonicznej albo on-line z lekarzem specjalistą lub pielęgniarką, chory może liczyć także na zorganizowanie profesjonalnego transport medycznego do szpitala. Co ważne, podczas hospitalizacji firmy organizujące usługę assistance zaaranżują opiekę nad niesamodzielnymi członkami rodziny, a także nad zwierzętami. To problem dostrzegany przez osoby przebywające w domowej kwarantannie, które nie mogą wyprowadzać na spacery swoich pupili.
– Przewidujemy, że popularność rozszerzonego benefitu prywatnej opieki medycznej, czyli usługi assistance medycznego, będzie w następnych latach rosła. Z jednej strony będzie miało na to wpływ wejście na rynek młodego pokolenia, dla którego ważna jest „opiekuńcza” strona pracodawcy, a z drugiej pewien precedens, którego obecnie jesteśmy świadkiem, czyli rosnąca potrzeba zdalnego konsultowania się z personelem medycznym – komentuje Joanna Nadzikiewicz, Dyrektor Marketingu i Sprzedaży APRIL. – Co więcej, dzięki ostatnim zmianom w polskiej służbie zdrowia, lekarz może wystawić e-receptę już po telefonicznej konsultacji. A jeżeli pacjent nie może wyjść z domu, żeby ją wykupić, może zamówić dostawę leków w ramach usługi assistance medycznego – dodaje.
Żeby zadowolić pracowników konieczne są zmiany w ofercie
Eksperci APRIL podkreślają, że usługi assistance medycznego będą się zmieniać, tak jak i będą zmieniać się oczekiwania klientów, czyli pracowników firm, które korzystają z takiej oferty benefitów. Wskazują, że przed wyzwaniami stoi zarówno branża assistance, jak i medyczna.
– Choć liczba lekarzy w Polsce rośnie, to wciąż widoczna jest luka kadrowa, która sprawia, że specjalistów z prawem do wykonywania zawodu mamy wciąż za mało. Dane OECD pokazują, że mamy najniższy wskaźnik liczby lekarzy na 1000 pacjentów. To powoduje, że już w tym momencie umówienie dla klienta domowej wizyty bywa wyzwaniem – dodaje Nadzikiewicz.
Rozwiązaniem może być zmiana infrastruktury medycznej, rozwój sieci medycznej i łatwiejszy dostęp do e-usług. Krótko mówiąc, liczyć się będzie to, jak szybko będziemy w stanie skontaktować się z lekarzem. Co równie ważne, dla dostawców usług assistance w równym stopniu liczyć będzie się to, czy wizyta będzie mogła odbyć się w języku innym niż polski – a to ze względu na wielokulturowy charakter korporacji, które najczęściej wykupują dla swoich pracowników takie pakiety.
Wzrost PKB Chin obniżył się gwałtownie do -6,8% r/r w pierwszym kwartale 2020 r., z poziomu +6,0% w poprzednim kwartale. Jest to pierwszy spadek od początku publikowania kwartalnego PKB w 1992 r. i gorszy niż oczekiwania konsensusu (-6,0%), chociaż lepszy niż nasza prognoza (-9,0%).
Dane z marca sugerują, że wznowienie działalności postępuje stopniowo, ale powinno być trudniejsze dla firm powiązanych z konsumentami i handlem. Produkcja przemysłowa zaskoczyła pozytywnie, spadając zaledwie o -1,1% r/r w marcu, po -13,5% w okresie styczeń-luty. Inwestycje w aktywa trwałe również spadały wolniej (-16,1% r/r narastająco w marcu z -24,5%), wspierane przez wydatki na infrastrukturę. Sprzedaż detaliczna rozczarowała, spadając o -15,8% r/r (wobec -20,5% w okresie styczeń-luty i konsensusie na poziomie -10%).
Wybiegając w przyszłość, ryzyko drugiej fali zakażeń może odwlec ożywienie. Od około miesiąca odnotowano bardzo niewielką liczbę potwierdzonych krajowych przypadków Covid-19, ale ryzyko teraz pochodzi od przypadków importowanych i przypadków asymptomatycznych. 1 kwietnia, mobilność ponownie została poddana kontroli w powiecie Jia w prowincji Henan (około 600000 mieszkańców). Z niepotwierdzonych źródeł wynika, że ograniczenia są zdejmowane bardzo ostrożnie (lub niekiedy zaostrzane) w niektórych miastach.
Obecnie w Allianz i Euler Hermes spodziewamy się, że pełne wznowienie chińskiej gospodarki nastąpi dopiero w czerwcu, opóźnione ze względu na presje zarówno popytu krajowego, jak i zewnętrznego. To dwa miesiące później niż nasza poprzednia ocena. Dane wysokiej częstotliwości sugerują, że produkcja nadal plasuje się 15-20% poniżej zwykłych poziomów i jest nawet niższa dla konsumpcji (np. wydatki na dobra trwałe prawdopodobnie na około 65% normalnych poziomów). Wydaje się, że ożywienie uległo zatrzymaniu w kwietniu, zapewne w wyniku niższego popytu zewnętrznego ze względu na ograniczenia wprowadzone u partnerów handlowych Chin. Dystans społeczny i cios w dochód do dyspozycji w I kw. powinny także ograniczyć konsumpcję prywatną w kraju. Chociaż dane chińskie generalnie zaskakują pozytywnie w marcu, istnieje ryzyko, że rozczarowanie może nastąpić w kilku nadchodzących miesiącach.
Ożywienie chińskiej gospodarki powinno stać się bardziej widoczne w drugiej połowie roku, wspartej przez akomodacyjną pozycję polityki, zwłaszcza po stronie fiskalnej. Spodziewamy się wspierających środków budżetowych wynoszących 6,5% PKB w 2020 r. Budżetowe środki stymulujące głównie obejmują inwestycje publiczne (w infrastrukturę, zdrowie, polityki w zakresie ochrony środowiska, technologie i inne projekty) oraz cięcia podatków korporacyjnych i opłat.
Po stronie monetarnej Ludowy Bank Chin dał zastrzyk płynności o wartości 2,8% nominalnego PKB, ze szczególnym uwzględnieniem sektora MŚP. Spodziewamy się dalszych zastrzyków o wartości co najmniej 1% PKB. Warunki kredytowe także powinny zostać bardziej poluzowane dla firm, z podstawową stopą procentową obniżoną o dalsze 30 bp (punkty bazowe), po 10 bp od początku roku.
Ogólnie rzecz biorąc, obniżamy naszą prognozę dla wzrostu PKB Chin w 2020 r. do +1,8%, z +4,0% poprzednio (po +6,1% w 2019 r.). Ożywienie gospodarcze w kształcie litery U wchodzące w 2021 r. powinno doprowadzić do wzrostu PKB sięgającego +8,5% w 2021 r. (wyższego niż nasza poprzednia prognoza +5,8%).
Co mogłoby pójść nie tak? Główne czynniki, które mogłyby spowodować dalsze korekty w dół naszych prognoz, to 1/ nowe ogniska epidemii Covid-19 (w Chinach i/lub u partnerów handlowych), 2/ niewystarczająca transmisja polityki, która nie poluzuje warunków finansowych dla aktorów gospodarczych znajdujących się w potrzebie, i 3/ kurs polityki niepoluzowany wystarczająco lub zaostrzony zbyt wcześnie, ponieważ władze chińskie zachowują daleko idącą ostrożność w odniesieniu do strukturalnych podatności kraju.
FRANÇOISE HUANG
Starszy Ekonomista, Euler Hermes, Allianz Research
Ponure nastroje ogarnęły rynki finansowe przy uwadze skupionej na ujemnych cenach ropy naftowej. Mimo to przecena na rynku akcji i wśród głównych walut o 3 proc. lub mniej w obecnych warunkach wygląda na intrygująco niski wymiar kary mówiący wiele o tym, jak inwestorzy aktualnie podchodzą do ryzyka reakcji łańcuchowej pomiędzy różnymi klasami aktywów.
Nikogo nie powinna dziwić wyprzedaż RUB, CAD i NOK w obliczu załamania cen ropy naftowej. W poniedziałek w pewnym momencie cena wygasającego dziś kontraktu na majową dostawę WTI spadała do -40 USD/b, gdyż nikt nie chciał zostać w ręku z zobowiązaniem fizycznego odbioru surowca w czasach, kiedy podaż ropy drastycznie przewyższa popyt. Jednak osłabienie walut naftowych sięgało 0,8-1,5 proc., co świadczy o tym, że inwestorzy starają się odsiewać informacje. Nie mamy dodatkowego podsycania paniki strachem przed brakiem płynności – o to zadbały banki centralne, które po marcowym załamaniu całych rynków finansowych przeszły do działań mających na celu zagwarantować płynność. I to prawie wszędzie. Rynek ropy naftowej rządzi się swoimi prawami i banki centralne nie zamierzają budować obok swoich siedzib wielkich zbiorników na ropę. Jednak wczoraj w jakimś sensie wygrało przekonanie, że jakkolwiek sektor naftowy może być w dramatycznej sytuacji, tak ryzyko zarażenia innych segmentów jest ograniczone, o ile władze monetarne (ale i fiskalne) będą podejmować właściwe decyzje. W całym tym uspokajającym wywodzie jest jednak jedne niepokojący element. Spadek cen ropy poniżej zera uświadamia, że nic na rynkach nie jest do wykluczenia. O ile znajdzie się zakątek, który nie jest „pilnowany” przez odpowiednich decydentów, zawsze będzie istnieć potencjał eksplozji tego rynku.
Pod tym kątem uwagę zwraca EUR/CHF, który nie jest tak daleko, by pierwszy raz do 2015 r. znaleźć się pod 1,05. Awersja do ryzyka i popyt na franka ściągają kurs niżej, ale Szwajcarski Bank Narodowy robi wszystko, by krajowa waluta nie była za droga. Trudno oprzeć się wrażeniu, że 1,05 jest nowym 1,20 z przełomu 2014/2015. Wówczas SNB zdecydował się porzucić obronę minimalnego poziomu EUR/CHF w obawie przed niechcianym rozrostem bilansu. Obecnie jednak rozdmuchiwanie bilansów banków centralnych stało się trendem i nie towarzyszy mu taki stygmat, jak jeszcze 5 lat temu. Różnica w przypadku SNB jest taka, że przeznacza on środki na powiększanie rezerw walutowych zamiast zapewniać pożyczkowe wsparcie dla realnej gospodarki. Z punktu widzenia szwajcarskich eksporterów środki kredytowe na podtrzymanie działalności mogą być bez znaczenia, jeśli utracona zostanie konkurencyjność, więc oba aspekty polityki monetarnej są równie ważne. Jakkolwiek 1,05 EUR/CHF może nić betonową podłogą i SNB może pozwolić na jej naruszenie, tak wydaje się mało prawdopodobne, aby polityka obrony kursu została całkowicie porzucona.
Zamknięte od czasu wybuchu pandemii fabryki, ograniczenia w transporcie lotniczym i samochodowym oraz ogólne spowolnienie produkcji przyczyniły się do poprawy jakości powietrza. Zmiany, które widać nawet na zdjęciach satelitarnych, są niejako pozytywnym skutkiem ubocznym sytuacji związanej z epidemią COVID-19. Jeszcze przed wybuchem pandemii liderzy biznesu zaczęli dostrzegać wagę działań na rzecz ochrony środowiska, co potwierdzają autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Climate check: Business’ views on environmental sustainability”. Aż 77 proc. członków kadry kierowniczej stwierdziło, że ich zarządy są bardzo zaniepokojone zmianami klimatu i ich wpływem na biznes. Jednak zmiany klimatu, w obliczu walki z koronawirusem SARS-CoV-2, odeszły na dalszy plan. Czy po pandemii wrócimy do szkodliwych nawyków? To pytanie warto zadać w czasie jutrzejszego Światowego Dnia Ziemi.
W 2009 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło 22 kwietnia Międzynarodowym Dniem Ziemi. Ma on nam nie tylko przypominać o tym, jak kruchy jest otaczający nas świat, lecz też promować ekologiczne postawy wśród ludzi, firm i instytucji. Jest to również doskonała okazja, aby sprawdzić postawy liderów biznesu w zakresie ochrony środowiska, przyjrzeć się aktualnie podejmowanym przez nich działaniom oraz istniejącym brakom z tym związanym. Przeprowadzone przy współpracy z Forbes Insights badanie Deloitte objęło 350 członków kadr kierowniczych na całym świecie i dotyczyło reakcji biznesu na zachodzące zmiany klimatyczne, jeszcze zanim koronawirus SARS-CoV-2 osiągnął poziom pandemii.
Źródła motywacji biznesu
Większa liczba ekstremalnych zjawisk pogodowych w ostatnich latach odbija się nie tylko na środowisku, lecz też na postrzeganiu kwestii ekologicznych przez przedsiębiorstwa na całym świecie. Jak wynika z raportu Deloitte, aż 77 proc. badanych uważa, że zarząd i rady nadzorcze ich firm są bardzo zaniepokojone zachodzącymi zmianami klimatycznymi. Ponadto aż 91 proc. członków kadry kierowniczej potwierdziło, że przedsiębiorstwa już teraz zauważają ich wpływ na funkcjonowanie biznesu. Wśród czynników motywujących do działań na rzecz zrównoważonego rozwoju w kontekście ochrony środowiska znalazły się m.in. potrzeba nadrobienia braku wsparcia ze strony rządu (37 proc.), presja inwestorów/akcjonariuszy (35 proc.) czy też poczucie odpowiedzialności za realizację publicznie ogłoszonych celów (34 proc.). Co ciekawe, o nadrobieniu wsparcia ze strony władz częściej wspominają managerowie z Ameryki Północnej, niż Europy czy Azji. Wiąże się to prawdopodobnie z wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z porozumienia klimatycznego zawartego w Paryżu w 2015 r. i złagodzeniem przez ten kraj przepisów dotyczących ochrony środowiska.
– Przedsiębiorstwa na całym świecie działają obecnie w wyjątkowych warunkach. Rozpowszechnienie się SARS-CoV-2, konieczność cięcia kosztów, bez wątpienia może mieć wpływ na sposób ich działań w zakresie zrównoważenia środowiskowego, a to z kolei może mieć niekorzystne konsekwencje dla nas wszystkich. Firmy będą musiały nie tylko na nowo spojrzeć na własne budżety, lecz też prawdopodobnie zmienić priorytety i cele funkcjonowania. Ważne, aby w procesie odbudowy nie zapominać o wyzwaniach, które wydają się nieco bardziej odsunięte w czasie, ale których skutki są i będą odczuwalne w przyszłości. Może to być doskonałą okazją do innowacji i wprowadzania rozwiązań, które trwale wpiszą się w sposób prowadzenia biznesu (np. znaczące ograniczenie podróży służbowych, działania z zakresu efektywności energetycznej, wszędzie tam gdzie rachunek ekonomiczny i ekologiczny może iść w parze) – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.
Wciąż za mało
Z badania Deloitte wynika, że do działań najczęściej podejmowanych przez organizacje, a związanych z ochroną klimatu należy m.in. stosowanie bardziej przyjaznych dla środowiska materiałów (43 proc.), wdrożenie polityki promującej zrównoważony rozwój (39 proc.), zachęcanie pracowników do proekologicznych postaw (37 proc.) czy też tworzenie zachęt dla tych, którzy już włączyli się w popularyzowanie takich praktyk (35 proc.). Jak twierdzą eksperci firmy doradczej, podejmowane kroki należą do szerokiego wachlarza „miękkich” czynności. Jednak już przed pandemią brakowało działań, które są trudniejsze do zrealizowania, ale mogą przynieść wymierne rezultaty, takie jak opracowanie produktów promujących ideę gospodarki w obiegu zamkniętym czy też oferowania tzw. zielonych obligacji, z których finansowane są inwestycje ograniczające negatywny wpływ na środowisko.
– Trochę tak jest, że za sprawą koronawirusa Ziemia złapała oddech. Ograniczenie działalności gospodarczej i przemysłowej przyczyniło się do niezwykle dużego spadku emisji dwutlenku węgla, szczególnie w Chinach, gdzie w okresie lutego i marca emisje spadły o 18%. Pozwoliło to uniknąć emisji do atmosfery 250 milionów ton CO2 [1]. To nieco ponad połowa wielkości rocznych emisji Wielkiej Brytanii. Chociaż ten widoczny, pozytywny wpływ ma jedynie charakter tymczasowy, to możemy z tego wyciągnąć lekcje, co zrobić by podczas powrotu do stanu zdrowia po pandemii była szansa na głębokie, systemowe przejście do bardziej zrównoważonej gospodarki, która będzie dobra zarówno dla ludzi, jak i dla planety – mówi Rafał Rudzki, Partner Associate w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.
W obliczu ograniczeń związanych z emisją CO2 ciekawe wydaje się, że przed pandemią tylko 35 proc. respondentów twierdziło, że ich organizacje już postawiły sobie cele w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla. 69 proc. uważało, że publikowanie postępów w zakresie działań na rzecz zrównoważenia środowiskowego musi stać się obowiązkowe dla wszystkich przedsiębiorstw. Z kolei 90 proc. badanych stwierdziło, że firmy powinny ponosić wymierne konsekwencje w sytuacji, gdyby założenia te nie zostały zrealizowane w odpowiednim czasie.
Pozytywny aspekt
Aktywność w obszarze zrównoważonego rozwoju działa korzystnie na pracowników i klientów, lecz pozytywnie też wpływa na sytuację finansową firmy. Aż 59 proc. badanych przez Deloitte oceniło, że podjęte wysiłki przyczyniły się do wzrostu przychodów, a 51 proc. zauważyło poprawę rentowności. Ponadto, 48 proc. zadeklarowało, że działania te spełniły oczekiwania ich klientów. Miało to też pozytywny wpływ na rekrutację pracowników, co potwierdziło 38 proc. członków kadry zarządzającej.
– Trzeba powiedzieć, że przedsiębiorstwa dostrzegły zalety działań na rzecz zrównoważonego rozwoju i z pewnością to wykorzystywały. Widzimy jednak, że nie wszystkie podejmowane przez nie kroki są monitorowane, raportowane i można wskazać na pożądane efekty dla samego środowiska. Tylko niecałe 40 proc. badanych potwierdziło mierzalny wpływ tych działań na klimat, jak na przykład ograniczenie emisji dwutlenku węgla – dodaje Rafał Rudzki.
Świadomość i zaangażowanie
W działania na rzecz ochrony klimatu włączają się nie tylko zarządy przedsiębiorstw, lecz także ich pracownicy. Jak wynika z raportu Deloitte, aż 61 proc. badanych zachęca swoich współpracowników, a także rodzinę i przyjaciół do proekologicznego stylu życia. Z kolei 56 proc. zaangażowało się w działania mające na celu ochronę środowiska. Ponadto, dla 49 proc. respondentów idea zrównoważonego rozwoju stała się wyznacznikiem ich osobistych decyzji zakupowych. Pretekstem do zaangażowania pracowników w różnorodne inicjatywy proekologiczne może stać się chociażby Dzień Ziemi, kiedy to cały świat podejmuje się działań z myślą o klimacie takich jak sadzenie drzew czy też sprzątanie parków.
Podejście przedsiębiorstw do realizacji działań na rzecz ochrony środowiska zależy od wielu czynników. Przed podjęciem bardziej zdecydowanych kroków w kontekście zmian klimatycznych najczęściej liderów powstrzymuje opinia klientów i pracowników – uważa tak aż 42 proc. ankietowanych – ale także brak poparcia ze strony dyrektorów (CEO) oraz kierowników wyższego szczebla (38 proc.) i trudności w opracowaniu skutecznej strategii (32 proc.).
Stawiamy na przyszłość
Najwięcej wśród badanych, czyli 34 proc. uważa, że negatywny wpływ na funkcjonowanie ich firmy zmotywowałby ich do wzmożenia wysiłków na rzecz zrównoważonego rozwoju. Dla 33 proc. czynnikiem motywującym do działania byłby nacisk inwestorów czy też akcjonariuszy. Co ciekawe, dużą rolę odegrałoby też zwrócenie większej uwagi na tę kwestię przez Organizację Narodów Zjednoczonych lub media.
– Powodzenie podjętych działań zależy również od wyboru odpowiednich osób, które będą je realizować w poszczególnych przedsiębiorstwach. Najbardziej skuteczni w osiąganiu celów w zakresie zrównoważonego rozwoju okazali się być liderzy biznesu, organizacje pozarządowe oraz przywódcy polityczni. To od nich też będzie zależało w dużej mierze jak bardzo pandemia zniszczy dotychczasowe wysiłki na rzecz ochrony klimatu, a na ile stanie się poważnym ostrzeżeniem, przed czymś znacznie większym i groźniejszym w skutkach, do czego trzeba zacząć się przygotować już teraz, aby ewentualne konsekwencje były jak najmniej odczuwalne dla biznesu, społeczeństwa i planety – podsumowuje Irena Pichola.
Rządy całego świata wprowadzają ograniczenia w wolnościach i prawach obywateli, tłumacząc swoje postępowanie walką z koronawirusem. Jednym z najgorliwiej dbających o dobro ogółu kosztem swobód jednostki jest polski rząd. Obecnie już przy samym wjeździe do RP dana osoba musi podać swoje dane, numer telefonu, a także miejsce, do którego się kieruje celem odbycia dwutygodniowej kwarantanny. Później jest zobowiązana stale informować władze o swoim położeniu, umożliwić jego śledzenie. A to tylko potwierdzenie trendu działań władzy państwowej, który, postępując w takim tempie, wkrótce będzie mógł całkowicie śledzić i kontrolować każdy krok jednostki, a zatem i całych rodzin, organizacji i firm.
Każdy ruch jednostki…
Na mocy art. 7e Ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (Dz.U. 2020, poz. 567) osoba poddana kwarantannie, a więc nie tylko podejrzewana o zakażenie koronawirusem, ale również zdrowa osoba, tyle że przyjeżdżająca w okresie epidemii do Polski, zobowiązana jest zainstalować na swoim urządzeniu mobilnym rządową aplikację „Kwarantanna domowa”, za pośrednictwem której informować będzie władze o swoim stanie zdrowia i realizacji obowiązków wynikających z poddania się kwarantannie, czyli o tym, gdzie przebywa. System wyposażony jest w geolokalizację, zatem może śledzić każdy ruch osoby, zarówno w domu, jak i poza nim.
…i nie tylko jej
Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 31 marca 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz.U. 2020, poz. 566 i 577) sprecyzowano, że osoba poddana kwarantannie odbywa ją razem z osobami wspólnie zamieszkującymi lub gospodarującymi. Zobowiązana jest przekazać organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej informacje o imieniu i nazwisku oraz numerze PESEL tych osób (§ 4 ust. 1). Zaledwie 7 dni później, rozporządzeniem zmieniającym z 7 kwietnia 2020 r. (Dz.U. 2020, poz. 624), ta sama Rada Ministrów rozszerzyła inwigilację o dane tychże osób, a także nadała Policji dostęp do nich. Co więcej, rozszerzyła zakres udostępnianych informacji o numer telefonu tych osób. A jak wiadomo, posiadanie numeru telefonu pozwala dziś w łatwy sposób namierzyć i śledzić jego właściciela.
Złamanie nakazu przesyłania za pośrednictwem aplikacji informacji o swoim miejscu pobytu może pociągać za sobą karą pieniężną w wysokości nawet 30 000 zł. Ale w pierwszej kolejności skutkować będzie nalotem służb policyjnych i przeszukaniem przez nie mieszkania czy domu.
Wgląd w struktury przedsiębiorstwa
Tworzone naprędce przepisy „epidemiczne” pozwalają odpowiednim służbom kontrolować nie tylko mieszkania prywatne. Zgodnie ze wskazanym wyżej rozporządzeniem rządu ograniczona lub całkowicie zamknięta została działalność przedsiębiorców z niektórych branż, głównie usługowych. Tym przedsiębiorcom, którym pozwolono nadal prosperować, narzucono jednak pewne wymogi, takie jak: zapewnienia pracownikom, niezależnie od podstawy zatrudnienia, rękawiczek jednorazowych lub środków do dezynfekcji rąk czy zorganizowania stanowisk pracy tak, aby odległość między nimi wynosiła co najmniej 1,5 m. Z oczywistych względów przedsiębiorcy muszą również przestrzegać zakazu wywozu i sprzedaży określonych towarów za granicę. Chodzi tu głównie o środki dezynfekujące oraz środki ochrony i ratowania zdrowia, w tym odzież ochronną, taką jak maseczki i kombinezony.
Słowem wszystkie zakazy i nakazy nałożone na przedsiębiorców w imię walki z epidemią koronawirusa legitymują odpowiednie służby do wkroczenia na teren firmy w celu sprawdzania stanu ich przestrzegania.
Służby mogą inwigilować wszystko i wszędzie
Uzasadniane walką z epidemią działania ograniczające obywatelską prywatność czy tajemnicę przedsiębiorstwa to, jak wspomniano na wstępie, tylko potwierdzenie trendu, w jakim władza podąża od dawna. Chęć uzyskania niemal całkowitej kontroli nad jednostką wyraża najdobitniej Ustawa z dnia 15 stycznia 2016 r. o zmianie ustawy o Policji oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2016, poz. 147). Wprowadziła ona zapis stanowiący, że kontrola operacyjna prowadzona jest niejawnie i polega na uzyskiwaniu i utrwalaniu:
1) treści rozmów;
2) obrazu lub dźwięku osób z wszelkich miejsc, także prywatnych;
3) treści korespondencji;
4) danych zawartych w informatycznych nośnikach danych;
5) uzyskiwaniu dostępu i kontroli zawartości przesyłek (art. 19 ust. 6 ustawy o Policji).
Ustawa ta zwana jest potocznie ustawą inwigilacyjną.
Przedsiębiorcy pod zaostrzonym rygorem
To, kto znajduje się pod szczególnym, zaostrzonym nadzorem, nigdy nie było tajemnicą. Już samo hasło rządowej polityki uszczelniania systemu VAT jest dowodem na to, że polityka ta nakierowana jest na tych, którzy tym VAT-em obracają, a więc przedsiębiorców. Każdego roku osoby prowadzące działalność gospodarczą poddawane są coraz to nowym ograniczeniom i obostrzeniom, a tym samym zwiększany jest nadzór, kontrola i inwigilacja.
Mowa tu chociażby o obowiązku ścisłego informowania władz przez firmę na temat przeprowadzanych transakcji, kontrahentów, swoich struktur właścicielskich, i wielu, wielu innych działań, jak np. obowiązek składania odpowiednim organom sprawozdań finansowych. Z każdym rokiem celem objęcia przedsiębiorców coraz większym nadzorem wytaczane są coraz cięższe działa, takie jak STIR – System Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej, gromadzący informacje na temat rachunków rozliczeniowych przedsiębiorstw, Split payment – kontrolujący dokonywane przez firmy płatności, czy też MDR – inwigilujący przeprowadzane przez firmę działania.
Panujący stan epidemii to niebezpieczny z punktu widzenia ochrony prywatności jednostki czy tajemnicy przedsiębiorstwa stan. Jeśli władze państwowe pozwalały sobie dotąd na dużo, to w okresie epidemii mogą pozwolić sobie w tym obszarze na jeszcze więcej. Wszystko pod płaszczem konieczności ochrony dobra ogółu. Słynne już unijne rozporządzenie RODO, które chroni „podstawowe prawa i wolności osób fizycznych, w szczególności ich prawo do ochrony danych osobowych” (art. 1 pkt 2 rozporządzenia 2016/679, Dz.Urz. UE L 119 z 4 maja 2016 r.), w art. 2 ust. 2 pkt d zaznacza, że nie ma ono zastosowania do przetwarzania danych osobowych przez właściwe organy celem wykrywania i ścigania czynów zabronionych i wykonywania kar, w tym ochrony przed zagrożeniami dla bezpieczeństwa publicznego i zapobiegania takim zagrożeniom.
Zatem, czy osoba, firma, organizacja lub inny podmiot poddany inwigilacji nie może się przed nią bronić? Nie może. To znaczy, w zależności od władzy państwa i jurysdykcji, pod jaką się znajduje. Są bowiem takie jurysdykcje, gdzie ochrona prywatności, poufność danych ich rezydentów jest wciąż dobrem najwyższym. Ale są też takie, które wychodzą z założenia, że nie na darmo władza nosi swoją nazwę. Wydając władcze prawo, może wdrażać instrumenty nadzoru silnie ingerujące w sferę wolności i praw jednostki. Nie oznacza to jednak, że jednostka ta nie może sama również kontrolować i nadzorować podejmowanych wobec niej działań tej władzy. Każdy może korzystać z pomocy i ochrony prawnej w tym zakresie. Wciąż najważniejszym aktem prawnym w tym kraju jest Konstytucja, a ta w art. 31, choć dopuszcza ograniczenia wolności i praw dla bezpieczeństwa państwa czy ochrony zdrowia, to zaznacza, że w demokratycznym państwie prawa ograniczenia te nie mogą naruszać istoty tych wolności i praw.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Jeszcze przed pandemią możliwość pracy zdalnej decydowała o większej atrakcyjności zatrudnienia. Dziś wielu przekonuje się jak pracuje się w domu, nie dlatego, że tego chce, ale dlatego, że musi. Głównie ze względu na obawy o zarażenie koornawirusem pełny lub częściowy home office ma co trzeci Polak – wynika z badania wykonanego na zlecenie BIG InfoMonitor. Czy rzeczywiście jest to praca marzeń? Jak sobie radzą pracownicy zdalni w sytuacji, gdy cała rodzina też działa z domu? Czy firmy w poszukiwaniu oszczędności zaczną korzystać z tego rozwiązania?
Według badań zleconych przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, jeszcze przed kwarantanną, możliwość pracy zdalnej pojawiała się w pierwszej dziesiątce najważniejszych czynników wpływających na satysfakcję z zatrudnienia. Obok wysokich zarobków (56 proc.), zgranego zespołu oraz dobrej atmosfery (po 53 proc. wskazań), dobrego szefa (31 proc.), czy dogodnego dojazdu do pracy (22 proc.), na potrzebę pracy zdalnej wskazywało 14 proc. ankietowanych. Do tego stopnia, że w poszukiwaniu home office co ósmy ankietowany (13 proc.) przymierzał się do zmiany firmy na bardziej elastyczną*. Niewykluczone, że już nie będą musieli, bo pandemia może na dobre zmienić podejście zarówno pracodawców jak i pracowników do zdalnego zatrudnienia. Oczywiście tam, gdzie jest to możliwe. Z badania** przeprowadzonego przez 4P dla BIG InfoMonitor wynika bowiem, że co drugiej osobie nie pozwala na to charakter pracy. A co z drugą połową? Mogłaby przejść na home office, ale 15 procentom zatrudnionych pracodawca nie daje takiej możliwości. Wśród pozostałych – co siódmy (14 proc.) łączy obecnie pracę zdalną z pracą w siedzibie firmy, a co piąty (19 proc.) może w pełni poza firmą realizować obowiązki zawodowe. Jedna trzecia, kolejny już tydzień doświadcza, więc pracy w domowych warunkach. Wśród pracujących zdalnie jest więcej kobiet (39 proc.) oraz osób zamieszkujący peryferia dużych miast (53 proc.), mieszkańców regionu mazowieckiego (46 proc.) oraz małżeństw/par z dziećmi (41 proc.).
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Ponad 80 proc. zadowolonych
– W ostatnich tygodniach znaczenie pracy zdalnej istotnie wzrosło i nabrało innego sensu niż wcześniej. Niektóre firmy były już wcześniej przygotowane do wysłania pracowników do domów, inne sukcesywnie dołączały i wprowadzały rozwiązania umożliwiające pracę zdalną dla jak największej części pracowników, po to by ograniczyć ryzyko potencjalnego zakażenia. Dzięki temu wsparły rekomendacje rządu, organów sanitarnych i medycznych, dotyczące ograniczania spędzania czasu w dużych grupach poza domem – zaznacza Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. I podkreśla, że w efekcie, mamy do czynienia, ze sprawdzianem gotowości firm i pracowników do tej formy pracy, na niespotykaną do tej pory skalę. – Test wypadł dobrze, bo opinie Polaków sugerują niemal pełne poparcie dla zdalnego wykonywania obowiązków zawodowych. To ważne, bo zmniejszenie powierzchni biurowej może być jednym ze sposobów na cięcie kosztów, a tych wiele firm będzie teraz usilnie poszukiwać. Niewykluczone, że nie obędzie się też bez obniżek płac zatrudnionych. W przypadku pracowników przechodzących na pracę zdalną przynajmniej częściowo udałoby im się to zrównoważyć oszczędnościami na dojazdach – mówi Sławomir Grzelczak. Z danych BIG InfoMonitor i BIK wynika, że w okres kryzysu wywołanego pandemią ponad 307 tys. firm (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) weszło już z kwotą ponad 32,5 mld zł zaległości wobec banków i kontrahentów.
Zdecydowana większość badanych, bo 82 proc. pozostających na home office, ocenia, że rozwiązanie w ich przypadku się sprawdziło. I to mimo, że w wielu domach wypełnianie zawodowych obowiązków odbywa się w mocno utrudnionych warunkach, bo razem z dziećmi, małżonkiem czy partnerem, którzy też pracują zdalnie. A tego akurat marzenia o zdalnej pracy nie obejmowały.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Bo jest bezpieczniej, a dla co piątego mężczyzny też bardziej wydajnie
Wśród powodów dobrej oceny pracy zdalnej, respondenci najwyżej wymieniali poczucie bezpieczeństwa jakie daje ona w warunkach pandemii (73 proc.). Druga istotna przyczyna to więcej czasu dla rodziny (42 proc.). Ankietowani doceniają również dłuższy sen, na który mogą sobie pozwolić w momencie, gdy odpada im droga do pracy i codzienne przygotowania. Ten akurat aspekt częściej wskazywali panowie – 44 proc. niż panie – 30 proc. Mężczyźni dwa razy częściej niż kobiety podkreślają też wzrost produktywności w czasie pracy z domu, w porównaniu z wydajnością w firmie. Lepsze wyniki widzi u siebie 22 proc. mężczyzn, wobec 11 proc. kobiet. Pewnie dlatego, choć wśród pracujących zdalnie przeważają panie (40 proc. wobec 29 proc. panów ), to jednak więcej zwolenników ma ona wśród mężczyzn – 84 proc. niż wśród kobiet – 79 proc. Zwolennicy pracy z domu cenią sobie także elastyczność czasu pracy jaki im daje to rozwiązanie, oszczędności na dojazdach i poczucie wolności.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Niezadowolonym przeszkadza spadek produktywności i brak sprzętu
Ale nie każdy jest szczęśliwy pracując w salonie czy sypialni. Praca poza firmą, na którą wielu trafiło, ze względu na pandemię, nie podoba się 13 proc. ankietowanych. Źle ją oceniają przede wszystkim ze względu na niższą produktywność (56 proc.) i brak odpowiedniego sprzętu (31 proc.). Co piąty badany skarży się też, że w domowych warunkach ma problemy ze skupieniem, podobny odsetek zaznacza, że dla niego praca w domu przekłada się na niższe wynagrodzenie. Dopiero na dalszych pozycjach znalazły się takie przeszkody jak za małe mieszkanie (17 proc.) i rozpraszające dzieci (12 proc.). Tyle średnia dla ogółu badanych, ale trudno mówić o przeszkadzaniu przez dzieci gdy się ich nie ma. Dlatego w przypadku pracujących zdalnie rodziców jednego lub kilkorga dzieci, wyniki wyglądają nieco inaczej. Mniej wskazań pada na mniejszą produktywność – 47 proc. Natomiast pozostałe utrudnienia takie jak: brak sprzętu, kłopot z zebraniem myśli, zbyt małe M, niższe wynagrodzenie i odrywanie od pracy przez dzieci zdobyły po około 25 proc. wskazań.
Źródło: Badanie 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor
Elastyczny pracodawca mile widziany
Bez względu na to czy pracujący w domach lubią to rozwiązanie czy nie, dużo mniej boją się utraty zatrudnienia niż ci, którym pracodawcy nie dają takiej możliwości m.in. ze względu na wykonywane obowiązki.
Zarówno BIG InfoMonitor, jak i BIK (Grupa BIK) podjęły szereg działań umożliwiających swoim pracownikom pracę zdalną. Od marca na home office przebywa 98 proc. pracowników Grupy BIK. Model ten sprawdził się i żadne z działań biznesowych nie zostały przerwane.
* Badanie zrealizowane przez Quality Watch techniką komputerowo wspomaganych wywiadów internetowych (CAWI) na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019 r.
** Badanie przeprowadzone przez 4P, omnibus CAWI, na reprezentatywnej próbie 1010 Polaków w wieku 18-75 lat, w dniach 25-27 marca 2020 r.
Pandemia koronawirusa sprawiła, że wszyscy musimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości, także przedsiębiorcy. Zamknięcie wielu sklepów czy lokali usługowych, konieczność przestrzegania nowych, rygorystycznych zasad bezpieczeństwa i permanentny niepokój o zdrowie i życie bliskich to codzienność. O tym, czy da się sprawnie prowadzić firmę i jednocześnie zadbać o pracowników, pisze prof. Olaf Żylicz, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS.
Sport, mimo rywalizacji i czasami kibolskich wybryków, zwykle łączy ludzi. Jego gwiazdy zarabiają krocie, ale i tak mamy – chcemy mieć – przekonanie, że piękno sportowych zmagań dominuje. Futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów. Czasy pandemii obnażyły pazerność właścicieli klubów m.in. angielskiej ligi. Póki sytuacja nie stała się dramatyczna, nakazywano piłkarzom grać niemal do połowy marca. Działo się to długo po tym, kiedy stało się jasne, że to masowy udział kibiców w meczu Atalanty Bergamo z Valencią w Lidze Mistrzów w lutym miał kluczowe znaczenie dla rozprzestrzeniania się pandemii.
Biznes czy zdrowie pracowników?
Teraz sytuacja geograficznie znacznie nam bliższa. W drugiej połowie marca ograniczono swobodę poruszania się i spotykania. Tak jak na niemal całym świecie uczymy się, czym jest social distancing.
W centrum Warszawy firma budująca gigantyczne wieżowce – reprezentant właściciela obchodzi całą budowę z jej kierownikiem. Wokół dziesiątki robotników. Trwa to bardzo długo. Zadaje mnóstwo pytań. Jest pełen obaw o dotrzymanie terminów wobec firmy, która ma wynajmować budynek. Mówi o tym wielokrotnie. Żadnego pytania o stan zdrowia i zabezpieczenia przed zarażeniem podwykonawców na budowie.
Życie i zdrowie ludzi powinno być najważniejsze. Jednocześnie wielką wartością jest utrzymanie miejsc pracy i egzystencji firm. Firmy turystyczne, eventowe, artystyczne, usługowe po wprowadzeniu ograniczeń wpadły w funkcjonalną, a część także w finansową zapaść. Inne, z których byliśmy tak dumni, produkujące i masowo eksportujące meble czy części samochodowe zastanawiają się, ile jeszcze utrzymają się przed bankructwem. W ciągu tygodnia w USA po zasiłki dla bezrobotnych udało się o sześć milionów ludzi więcej niż w poprzednim tygodniu. W Polsce też czeka nas taka sytuacja. Szacunki – chociaż często są bliższe wróżeniu – mówią o być może dodatkowym milionie bezrobotnych w tym roku i głębokiej recesji, pierwszej takiej od trzydziestu lat. To będzie oznaczało obniżenie lub wręcz załamanie się poziomu życia milionów Polaków. Może i musi pomóc rząd, ale poziom skonfliktowania narodu i życia politycznego, za które współodpowiada, bardzo tę misję komplikuje.
Pandemia zmieni sposób zarządzania biznesem?
Jest nadzieja, że rodzi się coraz więcej przestrzeni dla ekonomii wartości, postulowanej przez Jerzego Hausnera, w której ważna jest nie tylko rentowność organizacji, ale również jej otoczenie gospodarcze i społeczne. Financial Times, dotychczas ostoja dominującego myślenia ekonomicznego, wzywa rządy do wielkiego redefiniowania podejścia neoliberalnego. W Polsce bez zmiany paradygmatu prostego i często bezwzględnego konkurowania, bez rzeczywistej wielopoziomowej solidarności będzie nam trudno poradzić sobie z zapadającą się gospodarką.
Nie czekając na władze państwa i dużych podmiotów gospodarczych, wiele dzieje się oddolnie. Są oczywiście głosy, które mówią, np.: co mnie obchodzi żłobek mojego dziecka. Nie ma zajęć. Nie płacę. Niech upadają, ich sprawa. Zdecydowanie pojawia się więcej działań solidarnościowych, które warto nagłaśniać, np.: wykupywanie voucherów na rzecz restauracji czy usługodawców (do zrealizowania w przyszłości), przekazywanie darowizn czy sprzedawanie po kosztach maseczek. Nie niesie to za sobą automatycznej systemowej zmiany, ale uświadamia, jak konieczne jest jakościowo inne funkcjonowanie między podmiotami gospodarczymi w organizacjach. Uwagę zwracają działania właścicieli małej sieci restauracji na Wybrzeżu. Nie czekali, aż państwo im pomoże, ani nie popadli w desperację, jak wielu przedsiębiorców. Od pierwszego dnia ograniczeń poruszania się, rozwinęli system dowożenia jedzenia. Wykazali cechy antykruchości, wedle terminologii Nassima Taleba, szukając dla siebie szans w tej trudnej sytuacji. Najważniejsze zdarzyło się jednak na zapleczu. Właściciele zebrali całą załogę i poinformowali, że aby utrzymać restaurację, muszą zwolnić znaczną część pracowników. Zrobili to wspólnie z nimi. Szukali razem takich osób, dla których utrata pracy będzie najmniej bolesna. Nigdy wcześniej tak nie postępowali, ale to doświadczenie z czasów epidemii z pewnością zmieni ich sposób zarządzania biznesem i relacje z ich zespołem pracowniczym: z typowych transakcyjnych (ja ci płacę, a ty robisz) na integrujące to, co biznesowo zdrowe z tym, co głęboko ludzkie.
prof. Olaf Żylicz, psycholog biznesu, Uniwersytet SWPS
Wydarzenia ostatniego czasu prowadzą do licznych trudności w sferze pracowniczej oraz biznesowo–gospodarczej. To czas poszukiwania rozwiązań pozwalających przetrwać problemy gospodarcze wywołane pandemią. Jednym ze sposobów zmniejszenia kosztów przedsiębiorstwa jest redukcja zatrudnienia w drodze likwidacji stanowisk pracy. Szczególnym przypadkiem są zwolnienia grupowe1.
Przyczynami leżącymi po stronie pracodawcy, uzasadniającymi zwolnienia grupowe mogą być kwestie ekonomiczne, technologiczne, mogą też wynikać z upadłości lub likwidacji zakładu pracy.
Przyczyną ekonomiczną może być zła kondycja finansowa pracodawcy – przejawiająca się nie tylko zagrożeniem upadłością, ale również realnym zagrożeniem utraty płynności finansowej w najbliższej przyszłości – wskutek np. braku obrotów wywołanych pandemią. Nie będzie taką przyczyną jednakże przejściowe zachwianie płynności spowodowane jednorazowym dużym wydatkiem (np. zakupem maszyny).
Pracodawca zamiar przeprowadzenia grupowego zwolnienia obowiązany jest skonsultować z zakładowymi organizacjami związkowymi. Procedura zwolnienia grupowego wymaga ze strony pracodawcy:
zawiadomienia związków zawodowych na piśmie o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych (jeżeli związki zawodowe nie działają, pracodawca zawiadamia przedstawicieli pracowników)
przeprowadzenia konsultacji zwolnień ze związkami zawodowymi bądź z przedstawicielami pracowników (gdy nie ma związków zawodowych)
pisemnego powiadomienia właściwego powiatowego urzędu pracy o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych.
Ze zwolnieniami grupowymi mamy do czynienia wówczas, gdy pracodawca zatrudniający co najmniej 20 pracowników, w okresie nieprzekraczającym 30 dni, rozwiązuje umowy o pracę z:
co najmniej 10 pracownikami, przy zatrudnieniu mniejszym niż 100 pracowników
co najmniej 10% pracowników, przy zatrudnieniu co najmniej 100 pracowników
co najmniej 30 pracownikami, gdy zatrudnia co najmniej 300 pracowników
Kiedy istnieje obowiązek wypłaty odprawy?
Pracownikowi, z którym pracodawca rozwiązał stosunek pracy w ramach grupowego zwolnienia, przysługuje odprawa – jej wysokość uzależniona jest od stażu pracy pracownika u danego pracodawcy. I tak:
1-miesięczne wynagrodzenie – jeśli pracownik był zatrudniony u danego pracodawcy krócej niż 2 lata
2-miesięczne wynagrodzenie – jeśli był zatrudniony od 2 do 8 lat
3-miesięczne wynagrodzenie – jeśli był zatrudniony ponad 8 lat
Odprawę pracodawca zobowiązany jest również uiścić wówczas, gdy rozwiąże stosunek pracy z mniejszą liczbą pracowników niż wskazano wyżej z przyczyn niedotyczących pracowników – a przyczyny te stanowią wyłączny powód rozwiązania stosunku pracy. Zwolnienia dotyczące mniejszej liczby pracowników muszą nastąpić również w okresie nieprzekraczającym 30 dni, u pracodawcy zatrudniającego co najmniej 20 pracowników.
Kiedy odprawa nie przysługuje?
Na pracodawcach zatrudniających mniej niż 20 pracowników nie ciąży obowiązek wypłaty odprawy. Ustawowe zasady dotyczące zwolnień grupowych znajdują zastosowanie jedynie do tzw. większych pracodawców, czyli zatrudniających 20 lub więcej pracowników.
Jak przeprowadzić zmniejszenie zatrudnienia w małych przedsiębiorstwach?
W przypadku zatrudniania przez pracodawcę mniej niż 20 pracowników, ich zwolnienie następować będzie zgodnie z zasadami ogólnymi określonymi w kodeksie pracy. W konsekwencji zwalnia to pracodawcę z obowiązku prowadzenia konsultacji społecznych z przedstawicielami pracowników oraz wypłaty odprawy. Pracodawca musi jednak pamiętać o zachowaniu kryteriów doboru pracowników do zwolnienia przy likwidacji jednego z wielu takich samych stanowisk. Kryteria te powinny być obiektywne i sprawiedliwe, muszą np. uwzględniać staż pracy, wykształcenie oraz doświadczenie.
W mniejszych przedsiębiorstwach zwalnianym pracownikom nie przysługuje odprawa, ale na zasadach ogólnych mają oni prawo do wynagrodzenia za okres wypowiedzenia.
Czym są zwolnienie grupowe i kogo dotyczą?
Zgodnie z ustawą o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników – zwolnieniem grupowym jest rozwiązanie stosunków pracy przez pracodawcę zatrudniającego co najmniej 20 pracowników. Takie rozwiązanie umów o pracę dochodzi do skutku na mocy wypowiedzenia złożonego przez pracodawcę bądź porozumienia stron. Przyczyny rozwiązania umów nie dotyczą pracowników. Mogą one leżeć po stronie pracodawcy i muszą mieć charakter obiektywny, jak np. kryzys gospodarczy wywołany pandemią.
Do liczby zatrudnionych pracowników wlicza się osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę na okres próbny, na czas określony, nieokreślony, na czas wykonywania określonej pracy. Nie ma tu obowiązku przeliczania pracowników na etaty. Oznacza to, że każdy zatrudniony niezależnie od wymiaru etatu jest liczony jako pracownik, także zatrudniony w niepełnym wymiarze czasu pracy (np. na pół etatu). Ustalając liczbę pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy bierze się również pod uwagę pracowników nie świadczących pracy w danej chwili – np. przebywających na zwolnieniu lekarskim, urlopie bezpłatnym, itp. W konsekwencji pracownik zatrudniony u pracodawcy na dwóch etatach, mający dwa stanowiska pracy, jest liczony jako 1 osoba.
Inaczej jest jednak, gdy umowy o pracę uległy rozwiązaniu skutek upływu czasu, na który były zawarte. W takiej sytuacji tych pracowników nie wlicza się do liczby pracowników, od których zależy zastosowanie przepisów o zwolnieniach grupowych.
Autorem artykułu jest radca prawny Iwona Smolak z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni
1 Ustawa z dnia 13.03.2003r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników” z dnia 3.10.2018r. (Dz.U. z 2018 poz 1969)
Grupa Mostostal Warszawa w 2019 r. osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 1,3 mld zł. Zysk brutto w wysokości 8,1 mln zł, a także wysoki poziom pozycji gotówkowej, połączony z zachowanym, mimo pandemii koronawirusa, silnym potencjałem produkcyjnym dają dobre perspektywy na najbliższe miesiące.
Mniejsze ryzyko obecnie realizowanych projektów
W okresie 12 miesięcy 2019 r. Grupa Kapitałowa Mostostal Warszawa zawarła nowe kontrakty o łącznej wartości 1.650 mln zł. Wartość portfela Grupy na koniec 2019 r. wyniósł 1.925 mln zł, co zapewnia uzyskiwanie przychodów w kolejnych 2 latach na poziomie zbliżonym do 2019 r. Portfel jest coraz bardziej zróżnicowany, ponieważ wypełniają go kontrakty z sektora ogólnobudowlanego w 41%, infrastrukturalnego w 42% oraz przemysłowego i energetycznego w 17%. Grupa powiększyła w ostatnich latach zespoły ofertowe i zdywersyfikowała portfel, dlatego teraz jest przygotowana na dalszy rozwój. W tym roku liczba zawartych umów wzrosła czwarty raz z rzędu.
Wyzwania ubiegłych lat, stojące przed sektorem budowlanym, do których zaliczyć należy: rosnące koszty materiałów budowlanych i usług podwykonawców, wzrastające koszty pracy, na tle wciąż długo trwających postępowań przetargowych, w których okres pomiędzy złożeniem oferty a rozstrzygnięciem sięga często wielu miesięcy – wciąż są odczuwalne dla branży. Grupa w 2019 r. realizowała jeszcze projekty pozyskane w latach poprzednich, które były podatne na w wyżej wymienione czynniki. Jednakże sytuacja ze wzrostem cen usług i materiałów ustabilizowała się w roku 2019 i bieżące projekty nie są już narażone w takim stopniu na fluktuację cen jak te pozyskane w latach poprzednich.
Pozycja gotówkowa Grupy Kapitałowej na koniec roku wyniosła 274 mln PLN. Grupa była w stanie wygenerować gotówkę z działalności operacyjnej na wysokim poziomie w tak trudnych czasach, co pozwoliło na spłatę części pożyczek korporacyjnych.
Na dzień 31 grudnia 2019 r. kapitał własny ogółem Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa wyniósł 50 mln zł. Zatrudnienie osiągnęło poziom 1.454 pracowników, utrzymując się na zbliżonym poziomie w porównaniu do stanu na koniec 2018 r.
Mimo pandemii Grupa Kapitałowa Mostostal Warszawa zachowuje potencjał produkcyjny
Wyzwaniem dla Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa na najbliższy rok będą skutki zagrożenia epidemicznego wywołanego koronawirusem SARS-CoV-2, jednak wszystkie spółki z Grupy zachowały ciągłość działalności. Budowy, zakłady i biura pracują, swoje obowiązki wykonują pracownicy Grupy, jak i firm podwykonawczych. Utrudnienia w funkcjonowaniu łańcucha dostaw, jak dotychczas, nie wpływają w sposób znaczący na działalność operacyjną. Również w sposób nieprzerwany realizowane są funkcje wsparcia produkcji, obejmujące m.in. aspekty zarządzania zasobami ludzkimi, aspekty prawne, bezpieczeństwo pracy, administrację, IT, zarządzanie ryzykiem, relacje inwestorskie.
Grupa identyfikuje i podejmuje działania mitygujące w zakresie ryzyk opóźnień ze względu na czynniki o charakterze siły wyższej, tj. brak zachowania ciągłości w łańcuchach dostaw, zakłócenia ze strony podwykonawców, absencje pracowników spowodowane sytuacją epidemiczną, ograniczenia w funkcjonowaniu władzy publicznej, decyzje zmawiającego lub administracji państwowej o zawieszeniu prac, dalsze możliwe ograniczenia wprowadzane przez administrację państwową czy instytucje unijne.
Powyższe ryzyka, zostały zidentyfikowane wcześniej i aktualnie nie wpływają w znaczny sposób na działalność Mostostalu.
Pomimo zidentyfikowanych zagrożeń celem Grupy na rok 2020 jest dalszy wzrost portfela zamówień i utrzymanie, a nawet poprawa wyników finansowych.
Sprawozdanie finansowe Grupy Kapitałowej Mostostal Warszawa za 2019 roku dostępne jest na stronie internetowej Mostostalu Warszawa SA w zakładce Raporty Okresowe.
3,6 punktu na 10 możliwych – tak polskie firmy oceniają swoją obecną kondycję, jak wynika z badania zrealizowanego przez Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej w pierwszej połowie kwietnia br. na grupie 500 firm. Ponad trzy czwarte ankietowanych przedsiębiorstw ma bufory płynnościowe na co najwyżej trzy miesiące. Prawie 70 proc. badanych firm uważa, że przepisy w zakresie instrumentów pomocowych są niejasne, ponad połowa wskazuje też na nadmiar biurokracji, a 42 proc. na brak wsparcia ze strony urzędników.
Kluczowe wnioski z badania:
55,2 proc. respondentów negatywnie ocenia kondycję swoich firm (w skali 0-10 średnia ocen to 3,6)
Firmy przewidują średni spadek przychodów o ok. 55 proc., a zatrudnienia – o ok. 15,5 proc.
Małe, usługowe firmy mają bardzo duże problemy z płynnością finansową
Przepisy zawarte w tzw. tarczy antykryzysowej są skomplikowane i biurokratyczne
Kwestia terminu otwarcia gospodarki budzi ogromną niepewność polskiego biznesu
Respondenci oceniają kondycję swoich firm w skali od 0 do 10 na 3,6. Łącznie negatywne oceny sformułowało 55,2 proc. (oceny od 0 do 4). Z tego aż 16,4 proc. firm ocenia kondycję swojej firmy bardzo źle (0). Ale są również pozytywne oceny, łącznie to 18,9 proc. (oceny w przedziale od 6 do 10). Jedynie (lub aż) 1,1 proc. dało najwyższą ocenę (10, bardzo dobrze). Są więc branże i firmy, które w obecnej sytuacji radzą sobie całkiem dobrze, ale te firmy są w mniejszości.
Samozatrudnieni i mikro firmy gorzej oceniają kondycję swojej firmy, odpowiednio 2,9 i 3,4. W dużych firmach (zatrudniających powyżej 250 osób) średnia ocen jest nawet po stronie pozytywnej (5,3).
Spośród branż najgorsza kondycja jest w usługach dla ludności (kosmetyczne, fryzjerskie) – 2,2 i w turystyce, gastronomii – 1,7. Lepsze oceny są w handlu – 4,6, produkcji – 4,3 i budownictwie – 5,1.
Firmy gorzej od własnej sytuacji oceniają stan branży, czy całej gospodarki, tutaj ocena w skali 0-10 wyniosła odpowiednio: 3,0 i 2,9.
Zgodnie z oczekiwaniami, obecna kondycja firm jest zdeterminowana koronakryzysem. Aż 76,1 proc. respondentów uważa, że epidemia koronawirusa negatywnie wpłynęła na ich biznes. Średnia ocena w skali 0-10 to 2,4.
Większość firm (94 proc.) oczekuje spadku przychodów w kwietniu, średni (nie ważony) spadek ok. 55 proc. Ok. 88 oczekuje zmniejszenia zatrudnienia, średnia deklarowana redukcja zatrudnienia to 15,5 proc.
Największe spadki przychodów są oczekiwane w małych firmach (72 proc. dla samozatrudnionych wobec 33 proc. w dużych firmach). Podobnie jest w przypadku redukcji zatrudnienia. Duże firmy średnio taka redukcję oczekują 7 proc., podczas gdy w mikrofirmach to 16,6 proc. Duży spadek zakładają też średnie firmy (50-249 zatrudnionych), tj. 15,3 proc. Ten segment stanowi duże zagrożenie dla gospodarki, gdyż dla średnich firm zakres instrumentów pomocowych jest dużo mniejszy i zwolnienia w takiej skali, jak oczekiwane, odbiłyby się dużym wzrostem bezrobocia.
Oczekiwany średni spadek zatrudnienia w maju to 18,5 proc. r/r, a dla przychodów to ok. 56 proc.
Najczęściej wskazywaną przyczyną złej sytuacji firm jest spadek popytu, dopiero na drugim miejscu jest zamknięcie gospodarki. Na trzecim miejscu jest są zatory płatnicze, co wskazuje, jak ważnym problemem jest płynność firm.
Ponad 3/4 firm ma bufory płynnościowe tylko co najwyżej na 3 miesiące, przy czym połowa z nich (tj. 38,3 proc. ogółu) nie przetrwa miesiąca. Ok. 10 proc. już utraciła płynność, 7 proc. przetrwa 2 tygodnie, a 21,1 proc. maksymalnie miesiąc. Ok. 8 proc. ma bufory na więcej niż pół roku.
Im mniejsza firma, tym większe problemy z płynnością. Wśród dużych firm ok. 59 proc. deklaruje bufory na ponad 3 miesiące. W przypadku samozatrudnionych i mikrofirm jest to tylko ok. 15 proc. W przypadku samozatrudnionych 27 proc. już utraciło płynność, a ok. 12 proc. nie przetrwa miesiąca. 46 proc. deklaruje, że może przetrwać od 1 do 3 miesięcy.
Najmniejsze bufory płynnościowe mają firmy z branży usług dla ludności, tj. kosmetyczne i fryzjerskie. Te firmy w planie otwierania gospodarki są na końcu, ale należy zakładać, że te firmy tak długo nie przetrwają. Podobnie jest z turystyką i gastronomią.
Najlepiej ocenianym instrumentem pomocowym jest umorzenie ze składek ubezpieczeniowych (81 proc. respondentów wskazało ten instrument). Kolejne są już rzadziej wskazywane. Ok. 44 proc. respondentów wskazuje na dopłaty do wynagrodzeń, a ok. 37 proc. na odroczenie zaliczek PIT.
Ponad 69 proc. wskazuje na niejasność przepisów w zakresie instrumentów pomocowych. Tarcza antykryzysowa jest zbyt skomplikowana. 56 proc. firm wskazuje też na nadmiar biurokracji, a 42 proc. na brak wsparcia ze strony urzędników.
Spośród instrumentów nie wprowadzonych przez rząd, a postulowanych przez organizacje pracodawców, firmy chcą uwolnienia VAT na split-payment, szerszego zakresu dopłat do wynagrodzeń i szerszego umorzenia składek na ubezpieczenia.
Firmy są zdezorientowane w zakresie daty powrotu sytuacji do normalności. Prawie 38 proc. nie wie, kiedy nastąpi otwarcie gospodarki. Ponad 26 proc. twierdzi, że będzie to później niż na początku lipca. Jest to raczej wyrazem rezygnacji, gdyż tak długie zamknięcie gospodarki może wywołać głęboką recesję. Jedynie ok. 5 proc. wskazuje na maj, 15 proc. na czerwiec, a 16 proc. na lipiec.
CMSG tworzą główni ekonomiści organizacji tworzących Radę Przedsiębiorczości, dodatkowo grupa współpracuje z Instytutem Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, a także z ekonomistami z fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz firmy Capital Strategy. Opinie CMSG i wyniki badań grupy są przekazywane Radzie Przedsiębiorczości. Opinie CMSG są niezależnymi opiniami eksperckimi i nie muszą pokrywać się ze stanowiskami podmiotów reprezentowanych przez ekonomistów skupionych w Radzie.
Eksperci CMSG:
prof. Elżbieta Adamowicz z Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH,
dr Mirosław Bieszki – Doradca Ekonomiczny Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce,
dr Sonia Buchholtz – ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan,
prof. Stanisław Gomułka – Główny Ekonomista Business Centre Clubu,
dr Janusz Jankowiak – Główny Ekonomista Polskiej Rady Biznesu,
Stefan Kawalec – Capital Strategy,
Łukasz Kozłowski – Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich,
dr Aleksander Łaszek – Główny Ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju,
Piotr Soroczyński – Główny Ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej,
dr Sławomir Dudek – Główny Ekonomista Pracodawców RP i koordynator grupy.
Badanie przeprowadzono w dn. 9-17.04.2020 r. metodą CAWI. N=500 (w tym kompletnych ankiet N’=447). Kwestionariusz rozesłano do firm członkowskich i współpracujących z organizacjami zrzeszonymi i współpracującymi z Radą Przedsiębiorczości. Przy opracowaniu wyników badania współpracowali także dr hab. Marcin Kawiński i dr Robert Marczak z SGH w Warszawie.
Przez pandemię COVID-19, dla wielu przedsiębiorstw wyzwaniami stały się m.in. niestabilność popytu i nietypowe warunki organizacji pracy. Aktualnie firmy mierzą się m.in. z przejściem na tryb pracy #zdomu pracowników, koordynacją działań wielu osób i zespołów w rozproszonych lokalizacjach. Wiele biznesów zmuszonych jest także do szybkiego przystosowania się do niestandardowych zmian zachowań konsumenckich. W jaki sposób zaplanować działania? Jakie narzędzia mogą pomóc zarządzającym w sprostaniu wyzwaniom? W jaki sposób dostosować produkcję do tak zmiennego popytu?
Jak wynika z badania GFK Polonia, 17 proc. respondentów w ramach akcji #zostańwdomu lub indywidualnej decyzji pracodawcy przeszło na zdalny tryb pracy, zaś 16 proc. w ogóle nie jest aktywna zawodowo ze względu na panującą pandemię. Prognozy wskazują, że statystyki te jeszcze mogą się pogłębić. W związku z tak niestandardową sytuacją nasuwają się dwa podstawowe obszary do optymalizacji działań:
Przedsiębiorstwa muszą przystosować się do nowych warunków pracy. Należy zadać sobie pytanie jak firma jest przygotowana na takie zmiany, czy wyposażona jest w narzędzia i systemy, które umożliwią pracownikom wykonywanie swoich obowiązków #zdomu?
Drugi z obszarów dotyczy zmian nastrojów konsumenckich, co oznacza, że dynamicznie może zmieniać się popyt rynku na poszczególne produkty. W tym przypadku należy odpowiedzieć sobie na pytanie czy przedsiębiorstwo jest przygotowane na dynamiczny wzrost zainteresowania wyrobami lub wręcz przeciwnie – czy jest gotowe unieść chwilowy zastój rynkowy? Można także zweryfikować ilość posiadanych zapasów, być może uda się ją zoptymalizować.
W poszukiwaniu klucza do sukcesu
Kluczem do sprawnego funkcjonowania biznesu, nie tylko w czasie kryzysu, jest szereg czynników, w skład których wchodzą m. in.: dobry plan, analiza i widoczność w całym łańcuchu dostaw, kontrola oraz dobrze dostosowane – do potrzeb firmy i pracowników – narzędzia. Rozwiązanie, które zapewnia wsparcie w podejmowaniu decyzji poprzedzając to dogłębną analizą danych, a także propozycją różnych ścieżek działania, jest atrybutem inteligentnych przedsiębiorstw. Współczesne systemy wspierające biznesy tworzone są w oparciu o te elementy, a ich głównym celem jest zapewnienie firmie zdolności do podjęcia odpowiednich działań we właściwym czasie.
Dla koordynacji produkcji, transportu, komponentów oraz zapasów ogromne znaczenie ma proces planowania. Przedsiębiorstwo może działać w pełni wydajnie i bez przeszkód tylko dzięki dobrze skomponowanemu i następnie precyzyjnie wdrożonemu planowaniu. Połączenie systemu sprzedaży i operacji poprzez planowanie popytu, reakcji i podaży wspiera możliwości zharmonizowania działań w obrębie przedsiębiorstwa, a także poza nim. Stworzenie takiego zestawienia działań wymaga szerokiej dostępności do aktualnej informacji i analizy istotnych czynników.
Obecnie dokładnych analiz parametrów dokonują inteligentne systemy. Są to działania przynoszące korzyść także na etapie sprzedaży, gdyż możliwość szybkiej reakcji na wszelkie nieprawidłowości pozwala je wykryć i wdrożyć odpowiedni plan naprawczy, dzięki czemu przedsiębiorstwo minimalizuje koszty ewentualnych strat.
Nieodzowną korzyścią dla firm wykorzystujących takie narzędzia jest możliwość prostego dostosowania planów sprzedażowych do strategii korporacyjnych, co w efekcie zwiększania przychody, udziały w rynku i wspiera osiągania celów finansowych. Ponadto – mimo, że tego typu narzędzia są złożone, wykorzystują zaawansowaną technologię, to mogą być umieszczone w chmurze. Takie rozwiązania w pełni odpowiadają potrzebom pracowniczym – m. in. elastyczności pracy – zapewniając możliwość jej wykonywania #zdomu.
Zintegrowane planowanie biznesowe
Wykorzystanie takiego zintegrowanego planowania biznesowego to wsparcie sprzedaży, operacji, planowania popytu, reakcji i dostaw. Przyczynia się ono także do optymalizowania zapasów przedsiębiorstwa. Jednym z takich narzędzi jest oparte na platformie SAP HANA – Integrated Business Planning (IBP). SAP IBP zostało trzykrotnie uznane liderem przez firmę Gartner w zakresie systemów różnicowania w planowaniu sprzedaży i operacji.
Obecnie jedną z najistotniejszych funkcji dla wielu przedsiębiorstw w ramach korzystania z takich narzędzi, jak np. IBP, jest możliwość prognozowania krótko-, średnio- lub długoterminowego popytu. Dynamika zmian w zakresie zapotrzebowania na poszczególne produkty, zwłaszcza w ostatnim czasie, może być dla wielu firm trudna do dostosowania parametrów produkcji i zarządzania zasobami.
Dzięki prognozom statystycznym przedsiębiorcy mogą szybciej podejmować działania mające na celu dostosowanie się do aktualnych potrzeb rynkowych. Zintegrowanie tego typu narzędzia z innymi systemami wykorzystywanymi przez firmę dodatkowo udoskonali prognozy, dzięki czemu przedsiębiorstwo otrzymuje możliwość optymalizacji działań.
Ewentualne ryzyko popełnienia błędu również zostaje zminimalizowane, gdyż systemy biznesowego planowania mogą zostać udoskonalone o analizę prognozującą podjęcie konkretnych ścieżek postępowania. Zarządzający wówczas otrzymują ewentualne scenariusze i dzięki temu mogą z większym spokojem podejmować odpowiednie działania.
System, który wspiera liderów
Użytkownikiem rozwiązania IBP jest marka Syngenta. Światowy lider branży rolniczej w zakresie dostarczania nasion, preparatów i substancji chemicznych wspierających uprawy roślinne. Marka jest obecna na ponad 90 rynkach i zatrudnia ponad 28 tys. osób. Po dostrzeżeniu problemu wynikającego z umieszczenia niedostosowanej do popytu ilości produktów na określonych rynkach, Syngenta zdecydowała się na wdrożenie Integrated Business Planning.
Używamy SAP IBP, aby usprawnić nasze procesy prognozowania popytu. Uczenie maszynowe pozwala nam łączyć dane dotyczące sprzedaży z innymi niezależnymi zmiennymi, takimi jak wskaźniki ekonomiczne, by lepiej przewidywać zapotrzebowanie danego rynku. Dostrzegamy poprawę precyzji prognoz nawet o 10 proc. W efekcie produkujemy odpowiednią ilość produktów we właściwym czasie. Dzięki SAP możemy poprawiać komfort obsługi milionów rolników na całym świecie – Matt McCall, Head of Global Integrated Business Planning w Syngenta.
Wśród korzyści, które Syngenta dostrzega po wdrożeniu inteligentnego wsparcia planowania biznesowego znajduje się także zredukowanie „ręcznego” tworzenia prognoz i zminimalizowanie ryzyka błędu. Jakość przewidywań popytu została podniesiona, dzięki czemu marka mogła skoncentrować się na wynikach sprzedaży. Zapasy Syngenty są teraz tworzone w sposób zrównoważony, a poziom obsługi klientów znacznie się poprawił. Co także istotne dzięki zaimplementowaniu rozwiązania firma mogła obniżyć koszty własne IT o ponad 28 lokalnych systemów służących do prognozowania popytu.
Mówi się, że firmę tworzą ludzie, a o sile i pozycji danej marki świadczą osoby, które dla niej pracują. To prawda, ale pod pewnym warunkiem – na czele każdego zespołu musi stać lider, który będzie odpowiednio prowadzić swoich pracowników. Dobry manager powinien umieć motywować, być wsparciem dla swojego teamu w każdej sytuacji. Jest to ważne szczególnie teraz. Epidemia COVID-19 wymusiła zmianę sposobu funkcjonowania wielu firm, także w Polsce. Nie wszyscy potrafią odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, którą jest konieczność pracy zdalnej. Obecna sytuacja jest źródłem stresu dla niejednego pracownika. Ci martwiąc się o przyszłość i zdrowie swoich najbliższych, nie mogą zaangażować się pełni w wykonywanie swoich obowiązków. To tylko początek listy problemów, przed którymi stoją teraz HR-owcy i osoby odpowiedzialne za zdalne zarządzanie zespołem. Doświadczenie kilku ostatnich tygodni pokazało, że nie każdy szef zdaje ten egzamin na piątkę, a bycie uważanym za dobrego lidera nie gwarantuje sukcesu w czasach kryzysu. Jak zatem wspierać pracowników i organizować pracę, by odnieść sukces? Podpowiada Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum
Nowe wyzwanie na nowe czasy, czyli zdalne zarządzanie zespołem
Każdy dobry manager, który podchodzi odpowiedzialnie do swojej pracy, korzysta z wielu narzędzi i rozwiązań oferowanych przez employer branding A.D. 2020. Jak jednak szybko się okazało, w czasie kryzysu są one niewystarczające lub czasem zupełnie nie przystają do obecnej rzeczywistości. Pierwszym i jak się wydaje, najważniejszym problemem jest zdalne zarządzanie zespołem. Niektórzy z dnia na dzień stanęli przed koniecznością kierowania nie 20, 30 pracownikami, a zespołami jednocześnie Dlaczego? Bo każda osoba pracująca na zasadach home office stanowi oddzielny „byt”, staje się jednoosobowym oddziałem firmy, który ma swoje problemy, które trzeba rozwiązać. Aby lider mógł w takiej sytuacji pomóc swoim pracownikom, najpierw musi pozwolić pomóc sobie. Warto zacząć od poznania kilku zasad mówiących o tym, jak zarządzać pracownikami pracującymi zdalnie
i organizować pracę zespołu w czasie kryzysu, nawet wtedy, kiedy nasza firma już jakiś czas temu przeszła na home office. Może bowiem okazać się, że zrobienie takiego kroku „wstecz” przyniesie wszystkim wiele korzyści.
Jak być dobrym liderem, czyli bądź człowiekiem, a nie tylko managerem
Wyrozumiałość i empatia to cechy, które powinny charakteryzować dobrego szefa nie tylko w czasie kryzysu, ale obecnie są ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas codziennych kontaktów z pracownikami nie ograniczaj się tylko do delegowania zadań. Nie zapominaj o tym, że nie każdy ma „idealne” warunki do pracy zdalnej. Otaczaj członków zespołu opieką, pytaj o to, jak można ich wesprzeć w wykonywaniu obowiązków w nowej rzeczywistości. Spraw, by mimo niełatwej sytuacji, nadal czuli się ważną częścią firmy. Ta kwestia związana jest z następną wskazówką:
Cechy dobrego managera, czyli walcz z izolacją w zespole…
Im większy jest zespół, tym manager ma mniejsze szanse na kontakt ze wszystkimi swoimi podwładnymi w ciągu dnia. Zazwyczaj wtedy wyznaczeni kierownicy poszczególnych projektów kierują mniejszymi „podzespołami” i dbają o realizację zadań. Tak jeszcze niedawno wyglądała organizacja pracy w wielu, szczególnie większych firmach. Mimo iż zdawała egzamin, to jednak teraz takie podejście należy zmienić. Dlaczego? Przed wybuchem epidemii praca zdalna wydawała się wielu osobom czymś atrakcyjnym, wręcz pożądanym. Stosunkowo szybko okazało się, że home office to jednak nie bajka. Pracownicy zamknięci w swoich domach teoretycznie mają komfortowe warunki do realizacji zadań, ale czują się wyobcowani i nie wszyscy potrafią czerpać korzyści z komunikacji online.
– Dlatego dobry lider powinien walczyć z izolacją w swoim zespole. Powinien dokonywać regularnego update’u i być w stałym kontakcie nawet z tymi osobami, które nie podlegają mu bezpośrednio. Posiadanie wiedzy o tym, czym zajmuje się każdy pracownik w zespole to podstawa, nie tylko w obecnej sytuacji, ale ważne jest także bardziej aktywne podejście. Planujmy pracę w taki sposób, aby w bieżące projekty i zadania włączać jak najwięcej osób
z teamu, nawet jeżeli teoretycznie nie jest to potrzebne. Niech każdy ma udział we wspólnym projekcie, nawet w minimalnym stopniu. Kiedy większość albo cały zespół pracuje zdalnie, trzeba zadbać o to, by wszyscy czuli się jedną drużyną i mieli przed sobą wspólny cel, do którego dążą – zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR
i Komunikacji w Intrum.
… i utrzymuj regularny kontakt z członkami swojej „drużyny”
Aby „walczyć” z izolacją czy wykluczeniem, które mogą być negatywnym skutkiem pracy w trybie zdalnym, dobry lider, który stoi na czele zespołu, powinien pozostawać w stałym kontakcie ze swoimi pracownikami.
Aby ułatwić im odnalezienie się w nowej rzeczywistości i stworzyć namiastkę „normalności”, spróbujmy przenieść do komunikacji online dotychczasową formę organizacji pracy i przyjęty sposób wymiany informacji. –Zachowanie codziennego rytmu dnia pracy sprawi, że pracownicy będą mogli poczuć się bezpiecznie w obecnej, stresującej sytuacji. Pomoże im to również w planowaniu zadań. W praktyce jest to bardzo proste. Jeżeli każdego dnia przykładowo o godz. 10 organizowaliśmy dla zespołu tzw. odprawki lub spotykaliśmy się ze wszystkimi w zakładowej kuchni na porannej kawie, to przenieśmy ten zwyczaj do świata wirtualnego i odbywajmy takie spotkania, chociażby na Skype – podpowiada Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Zwróćmy również uwagę na częstotliwość komunikacji. Z jednej strony, kanał online powoduje pewne problemy, które nie występują w kontakcie bezpośrednim w „cztery oczy”, ale z drugiej strony, daje możliwość „skontrolowania” pracownika w każdym momencie. Wystarczy tylko kilka kliknięć. Dobry manager nie powinien nadużywać takiej możliwości i powinien uważać, na to, żeby kontakt z członkami jego zespołu nie był zbyt częsty i natarczywy. Szanujmy swój czas i przede wszystkim czas naszych pracowników. Pamiętajmy, że niektóre osoby podczas home office muszą godzić pracę zawodową z wykonywaniem innych obowiązków, takich jak, chociażby zajmowanie się dziećmi, które też zostały w domu.
A jak się komunikować online? Które narzędzie wybrać dla swojego zespołu?
Wprowadź odpowiednie narzędzia do komunikacji online i pracy zespołowej
Na szczęście, jeżeli chodzi o ten aspekt organizowania pracy i zdalne zarządzanie zespołem, nowoczesne technologie bardzo pomagają. Dostępnych jest wiele narzędzi, aplikacji, platform, które umożliwiają prowadzenie wideorozmów czy grupową pracę online, dzielenie obowiązków między członków zespołu, itp.
Ważne, aby pamiętać o tym, by narzędzie wybrane przez managera było intuicyjne. Chodzi o to, aby nauka jego obsługi nie zajęła zbyt wiele czasu pracownikom. Powinno być zarazem nieskomplikowane i kompleksowe, czyli oferować kilka funkcji. Te podstawowe, to możliwość prowadzenie telekonferencji i grupowych konwersacji – czatów. Nie warto mnożyć bytów i korzystać kilku programów jednocześnie, który każdy z nich będzie spełniał inną funkcję. To z pewnością nie ułatwi pracy.
Warto też przyjrzeć się rozwiązaniom, które funkcjonują w naszym biurze. Prawdopodobne jest bowiem, że ktoś w firmie korzysta już z podobnych programów lub funkcjonują tutoriale, które pozwolą nam szybko zapoznać się z zasadami działania danego programu, który umożliwia pracę zdalną i pozostawanie z zespołem w stałym kontakcie online.
Powyższe wskazówki – cechy dobrego managera – na pierwszy rzut oka mogą wydawać się banalne, jednak biorąc pod uwagę, chociażby liczbę szkoleń online czy webinariów mówiących o tym jak być dobrym liderem, których regularnie przybywa w sieci, można przypuszczać, że wielu managerów cały czas próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Potrzebują podpowiedzi, jak mają organizować pracę i zdalne zarządzanie zespołem. Zastosowanie powyższych rad w praktyce pozwoli uniknąć problemów na dalszym etapie, Jest to o tyle ważne, że dziś nikt nie jest w stanie określić, ile jeszcze potrwa obecna sytuacja i kiedy pracownicy będą mogli powrócić do swoich biur.
Aby uniknąć problemów i dodatkowego kryzysu wynikającego z błędów w komunikacji, każdy dobry manager powinien wiedzieć, czego nie robić, zarządzając zespołem w czasie epidemii.
Nie skupiaj się na mikrozarządzaniu – postaw na rezultaty
Są managerzy, których interesuje jedynie to, żeby „robota została zrobiona” i nie angażują się w wykonywanie zadań przez swoich pracowników. Jeżeli taki układ pasuje obu stronom, nie ma w tym nic złego. Niektórzy szefowie lubią kontrolować pracę w swoim zespole albo wymaga od nich tego istota realizacji danego projektu. Ten drugi „typ” musi wiedzieć o tym, że obecnie należy porzucić takie podejście.
–Kiedy członkowie zespołu pracują zdalnie, mikrozarządzanie jest problematyczne i jest źródłem kolejnych frustracji. W wielu przypadkach nie będzie również możliwe ze względów technicznych. To z kolei może powodować stres u lidera. W zamian warto skupić się na rezultacie końcowym i dowiezieniu tego, czego od naszej firmy wymagają klienci i wspierać zespół w realizacji tego celu. Rzeczywistość prowadzenia biznesu zmieniła się dla wszystkich. Dlatego nikt nie będzie się dziwić, jeżeli nasza firma zmieni dotychczasowy sposób funkcjonowania czy kontaktu z podmiotami zewnętrznymi. Dobry manager, który kieruje zespołem pracującym na zasadach home office, powinien w obecnej sytuacji okazywać mu wiele zaufania. Udowadniać na każdym kroku swoim zachowaniem, że jest spokojny o to, iż jego pracownicy dokładnie wiedzą, jakie obowiązki do nich należą. Pamiętajmy, że nadmierna kontrola przeważnie jest źle odbierana przez pracowników – uważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.
Nie rozwiązuj konfliktów poprzez maile!
Prawda jest taka, że nawet, gdy będzie się bardzo starać, żaden manager czy dobry lider, nie uniknie konfliktu
w swoim zespole, bo zazwyczaj, wcześniej czy później w każdej grupie pojawiają się spięcia. Szef musi być przygotowany na to, że będzie ich prawdopodobnie więcej, gdy w grę wchodzi zdalne zarządzanie zespołem. Jak więc podchodzić obecnie do rozwiązywania konfliktów w teamie?
Każdy konflikt w zespole rozwiązujmy „face to face”, co aktualnie oznacza – w trakcie wideorozmowy z zaangażowanym w sytuację pracownikiem czy pracownikami. Całkowicie niedopuszczalne jest, aby manager zarządzał spornymi kwestiami drogą mailową. Praca na zasadach home office nie może być wymówką do spłycenia kontaktu z pracownikami. Nikt nie chce czuć się lekceważony i uważać, że jego szef unika bezpośredniej konfrontacji
i rozwiązywania problemów. Nie twórzmy więc okazji, aby nasi pracownicy mogli myśleć w ten sposób.
Co się nie powinno zmieniać nawet w obecnej sytuacji – dobry manager powinien rozwiązywać każdy konflikt w momencie, kiedy się o nim dowie, nie powinien dopuścić do tego, by przerodził się w problem, który będzie rzutować na pracę całego zespołu.
Warto również przyglądać się regularnie nastrojom, jakie panują w naszym zespole. To, że nie było w nim konfliktów w czasach przed epidemią, nie znaczy, że nie pojawią się teraz. Nowe warunki pracy, nowe formy komunikacji – czynników potencjalnie kryzysogennych jest wiele. Rolą lidera jest dbanie o to, by nie przerodziły się w realne problemy.
Związek Cyfrowa Polska zaapelował do prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych o liberalizację przepisów o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz prawa telekomunikacyjnego, które wymagają zgody odbiorców komunikacji elektronicznej w instytucjach publicznych na przesłanie im ofert handlowych. Powód: dzisiejsze prawo utrudnia firmom w dotarciu z informacją handlową do urzędników.
Jak zauważa w Związek Cyfrowa Polska w liście, który trafił również do wiadomości wicepremier, minister rozwoju Jadwigii Emilewicz, epidemia choroby wywoływanej przez wirusa SARS-CoV-2 zasadniczo zmieniła sposób pracy zarówno podmiotów prywatnych jak i publicznych. Urzędy są niedostępne dla petentów, co w tych okolicznościach korespondencja pisemna, doręczana do podmiotów publicznych za pośrednictwem ich kancelarii podawczych lub operatorów pocztowych, stała się utrudniona czy wręcz niemożliwa. Jednocześnie znaczenie komunikacji elektronicznej gwałtownie wzrosło.
Cyfrowa Polska zauważa, że komunikacja elektroniczna z instytucjami publicznymi wciąż napotyka na swojej drodze ograniczenia natury prawnej. Dotyczy to w szczególności elektronicznej komunikacji zawierającej oferty towarów lub usług dla sektora publicznego. „Pomimo epidemii podmioty publiczne w dalszym ciągu potrzebują dla swojego sprawnego działania rozmaitych towarów i usług, a przedsiębiorcy potrzebują dotrzeć do tych podmiotów ze swoją ofertą. Interesy podmiotów publicznych i przedsiębiorców są zgodne” – zauważa prezes Związku Michał Kanownik w liście do prezesa UODO. Dlatego – jak tłumaczy -konieczna jest doraźna liberalizacja przepisów ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz Prawa telekomunikacyjnego.
Propozycja zmiany
Dziś dozwolona jest elektroniczna komunikacja marketingowa kierowana na ogólne dane kontaktowe podmiotu (np. na adres poczty elektronicznej [email protected]) i nie wymaga zgody. Jednak istnieją już spory interpretacyjne, czy zawsze elektroniczna komunikacja marketingowa kierowana na dane kontaktowe skierowana do oznaczonych odbiorców (np. [email protected], [email protected]) wymaga ich zgody.
Związek proponuje uporządkowanie przepisów i wnosi, by istniała możliwość przesyłania ofert handlowych do urzędników zatrudnionych w instytucjach publicznych bez ich zgody w sytuacji, gdy firma uzyskała ich bezpośredni adres poczty elektronicznej z publicznie dostępnych źródeł, który jest udostępniony przez podmiot publiczny (np. poprzez stronę internetową urzędu lub Biuletyn Informcji Publicznej). Podobne regulacje miałyby mieć zastosowanie w wykorzystywaniu przez firmy marketingu bezpośredniego. Za każdym razem jednak odbiorcy tych treści mieliby prawo do wniesienia sprzeciwu dalszego otrzymywania ofert handlowych.
Konsumenci częściej zwracają uwagę na pochodzenie produktów i chętniej wybierają te krajowe. Chcą w ten sposób pomóc polskim firmom i wesprzeć gospodarkę. Skłonność ta wynika także z przekonania o większym bezpieczeństwie krajowych artykułów – wynika z badań przeprowadzonych przez ARC Rynek i Opinia dla polskiego producenta lodów, firmę PPL Koral.
– Już od kilku lat Polacy chętnie kupują polskie produkty, zwracają uwagę na pochodzenie produktów i usług, ale sytuacja przed pandemią koronawirusa i w jej trakcie ma nieco inną skalę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olga Walentynowicz z firmy PPL Koral. – Wydawać by się mogło, że Polacy w tym czasie zachowają się nieco egoistycznie, czyli skupią się na sobie, własnej rodzinie i zdrowiu, tymczasem w społeczeństwie zrodziła się chęć pomocy i wsparcia dla siebie nawzajem. Ten patriotyzm zakupowy Polaków nigdy nie miał takiej skali jak teraz.
Jak wynika z badania wykonanego w kwietniu dla marki Koral przez ARC Rynek i Opinia, przed wybuchem pandemii około połowa Polaków w czasie codziennych zakupów zwracała uwagę na pochodzenie produktów, a szczególnie uwrażliwieni na tę kwestię byli konsumenci powyżej 45. roku życia, wśród których odsetek ten sięgał 60 proc. Z kolei połowa pytanych zadeklarowała, że po zamknięciu szkół, restauracji i większości sklepów w galeriach handlowych oraz wprowadzeniu ograniczeń w przebywaniu poza domem zwraca większą uwagę na kraj pochodzenia produktów niż wcześniej. Częściej są to kobiety (57 proc.) niż mężczyźni (45 proc.).
– Ponad 60 proc. Polaków deklaruje chęć pomocy polskim firmom w czasie pandemii koronawirusa, a 90 proc. z nich ma już sposób na to, jak chce to zrobić, a mianowicie częściej kupować polskie produkty – mówi Olga Walentynowicz. – Tak duża deklaracja chęci pomocy świadczy o dojrzałości i świadomości społecznej. Można powiedzieć, że Polacy przeszli przyspieszoną lekcję dojrzałości społecznej, szczególnie ludzie w wieku 45+ i lepiej wykształceni chętniej decydują się na takie wsparcie dla firm, bo mają świadomość, że ich wybory decydują też o naszym wspólnym losie, o poprawie gospodarki naszego kraju.
Podstawową przyczyną bardziej masowego zwrotu w stronę lokalnych wyrobów jest chęć wsparcia polskich producentów, jednak to niejedyny motyw. Drugim jest bezpieczeństwo produktów. Połowa ankietowanych jest przekonana, że polskie produkty, zwłaszcza podczas trwania pandemii, są bezpieczniejsze od importowanych. Jednak zdaniem ekspertki nie powinno to zaszkodzić sprzedaży wyrobów z importu, mimo iż nawyki powstałe podczas przymusowej izolacji nie znikną po jej zakończeniu.
– Pandemia koronawirusa na pewno nie opuści nas tak szybko, a na pewno szybko nie znikną skutki zamrożenia niektórych gałęzi biznesu czy naszej izolacji domowej. Dlatego wydaje mi się, że postawy, które teraz kształtują się w społeczeństwie, zostaną z nami na dłużej. Nawet po zniesieniu wszystkich ograniczeń będziemy musieli mocno wspierać wiele gałęzi biznesu i myślę, że Polacy przy swoich wyborach zostaną – ocenia przedstawicielka PPL Koral. – Nie zagraża to jednak produktom importowanym, bo wciąż takich prawdziwych producentów na rynku mamy bardzo mało, a w koszyku Polaka miejsce zawsze się znajdzie dla każdego, więc produkty importowane nie muszą czuć się zagrożone.
Problemy finansowe firm spowodowane koronawirusem mogą zatrzymać, a przynajmniej poważnie zahamować ich plany inwestycyjne. Te podmioty, które będą miały środki na inwestycje, będą je inaczej planować. – Po szoku, który przeżywa w tej chwili gospodarka, firmy będą analizować każdą inwestycję wielokrotnie pod kątem tego, czy aby na pewno jest odporna na powtórkę obecnej sytuacji – mówi Szymon Włochowicz, dyrektor operacyjny firmy Hicron. To powoduje zwiększone zainteresowanie wdrażaniem usług zdalnych i automatyzacji procesów biznesowych. Branża IT może w tym pomóc, dlatego w najbliższych miesiącach może ją czekać okres prosperity.
– Według wszelkich przewidywań nasza gospodarka znajdzie się w recesji. Zarówno od strony inwestycyjnej, jak i od strony popytowej najbliższe miesiące będą bardzo słabe. To w sposób naturalny spowoduje zatrzymanie inwestycji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Włochowicz, dyrektor operacyjny w firmie Hicron.
Jak prognozuje, po pandemii wiele firm będzie wstrzymywać inwestycje: jedne z powodu utraty części rynków, a inne dlatego, że prowadzone przez nie projekty inwestycyjne dotyczyły procesów realizowanych „po staremu”, w sposób nieprzystający do obecnej sytuacji. W ich miejsce pojawią się jednak nowe inwestycje i nowe sposoby prowadzenia biznesu. Zmienić się też będą musiały narzędzia, usługi czy oferta. Dlatego mimo czarnych przewidywań branża IT może wyjść z tej sytuacji obronną ręką.
– Będzie to wynikać z faktu, że firmy muszą dostosować się do bieżącej sytuacji i przygotować na podobne zdarzenia w przyszłości. Będziemy więc obserwować bardzo duży wzrost inwestycji w IT, przede wszystkim związanych z wykonywaniem pracy zdalnie, bez kontaktu z człowiekiem. Procesy biznesowe będą przemodelowywane tak, aby wykonywać je przy użyciu urządzeń elektronicznych – telefonu, komputera czy tabletu. W tym celu potrzebne będzie jednak wsparcie od strony systemów informatycznych, co wygeneruje inwestycje – prognozuje Szymon Włochowicz.
Zmiana modelu działania firm i sposobu świadczenia usług, ukierunkowana na obsługę bezdotykową, będzie wymagać rozbudowy infrastruktury i odpowiednich systemów IT: szybkich łączy internetowych, VPN-ów, systemów pracy zdalnej i rozwiązań cloudowych, które pozwolą firmom i pracownikom wykonywać zadania z dowolnego miejsca. Inwestycje w te obszary powinny w nadchodzących miesiącach i latach wyraźnie przyspieszyć.
– Na pewno będziemy obserwować rosnące znaczenie handlu cyfrowego przez internet i smartfony oraz automatyzację wszystkich procesów, które umożliwiają bezdotykowe załatwianie spraw – od przesłania dokumentów mailowo zamiast w tradycyjnej formie, przez odbiór przesyłek przez kurierów bez składania podpisów, aż po otwieranie paczkomatów bezdotykowo za pomocą aplikacji. Modele biznesowe, podobnie jak sposoby świadczenia usług, zmienią się w kierunku rozwiązań bezdotykowych, niewymagających bezpośrednich, interpersonalnych kontaktów – mówi dyrektor operacyjny w Hicronie.
Zmieni się także sam proces planowania i realizacji inwestycji w obszarze IT. Jak podkreślają eksperci Hicron, technologiczna strategia antykryzysowa w biznesie może przybrać formę jednego z trzech wariantów. Firmy mogą zdecydować się na realizację mniejszych projektów IT, które jednak przyniosą znaczące usprawnienia i oszczędności. Mogą również postawić na strategiczne projekty i całkowicie zmienić biznes w kierunku cyfrowym. Trzeci wariant to wykorzystanie tego czasu na uporządkowanie mniej priorytetowych do tej pory obszarów technologicznych firmy.
– Każda inwestycja powinna być obejrzana wielokrotnie i z każdej strony pod kątem tego, czy obroni się w świecie, w którym może wystąpić kolejna pandemia. Firmy będą chciały rozwiązań odpornych na takie sytuacje – mówi Szymon Włochowicz. – Pokazuje to przykład branży automotive, która próbuje wykorzystywać wideorozmowy do prezentacji samochodów. Rozwiązanie, które wcześniej było nie do pomyślenia, dzisiaj jest wykorzystywane przez niejedną markę, żeby dalej świadczyć usługi i ograniczyć przy tym kontakt potencjalnego klienta z pracownikami salonu.
Sytuacja wymusi także zmiany w podejściu branży IT. Jej nowa oferta – dostosowana do kryzysowych czasów – powinna być bardziej elastyczna, skalowalna i zakładać krótsze terminy kontraktów. W sytuacji, kiedy firmy ograniczają zatrudnienie, muszą mieć zapewniony dostęp do zewnętrznych specjalistów z zakresu IT, którzy zaplanują i wdrożą konieczne zmiany.
Dzięki digitalizacji procesów branża IT pomoże w odbudowie gospodarki dotkniętej recesją i przystosowaniu jej do nowych realiów.
– Z drugiej strony będą to inwestycje nie tylko w IT, lecz także w struktury wewnętrzne przedsiębiorstw. Czasami konieczna będzie reorganizacja pewnych procesów, która na przykład umożliwi pracę zdalną w rozproszonych zespołach. Stąd właśnie potrzeba nowych narzędzi – nie tylko informatycznych, ale też organizacyjnych, pozwalających na sprawne zarządzanie projektami – mówi ekspert.