Początek 2020 roku zostanie zapamiętany jako okres globalnej walki z wirusem, który przez swoją zjadliwość i praktycznie nieskrępowaną mobilność ludzkości rozprzestrzenił się na niespotykaną dotąd skalę. Można szacować, że w najbliższych dniach liczba osób zainfekowanych przekroczy zapewne 200 tys. osób na całym świecie. W skali całej populacji może się to wydawać niewiele, ale praktycznie wszystkie rządy na świecie podejmują działania, by ta liczba nie zwiększyła się w znaczący sposób. Oznacza to jednak bezprecedensowe skutki dla przyjętego dotychczas modelu życia, jak i całej gospodarki.
Walka z wirusem
Bezpośrednim skutkiem walki z pandemią jest i będzie bezprecedensowy w ostatnich latach spadek międzynarodowej wymiany gospodarczej. Z uwagi na zamknięcie granic, centrów handlowych, restauracji, obiektów kulturalnych w najbliższych miesiącach drastycznie spadnie konsumpcja prywatna. Część sektorów gospodarczych, jak branża rozrywkowa, restauracyjna, a przede wszystkim branża turystyczna i transportowa musi przygotować się na gwałtowne spowolnienie. Na chwilę obecną poza Azją, gdzie drakońskie ograniczenia w mobilności mieszkańców zaczęły przynosić wymierne skutki, trudno jest mówić o wygranej z wirusem, za wcześnie więc jest szacować całą skalę problemu.
Wpływ na gospodarkę globalną
Pandemia COVID-19 ma swoją genezę w Chinach, gdzie do dziś mieszka najwięcej osób dotkniętych chorobą. Podjęte przez rząd chiński działania zapobiegawcze wyłączyły jednak dużą część chińskich mocy produkcyjnych, co będzie miało bezprecedensowy wpływ na globalne łańcuchy dostaw. Cześć komponentów, jak zaawansowana elektronika czy odzież są produkowane w dużej mierze właśnie w Azji Południowo – Wschodniej. Przedsiębiorstwa z innych regionów świata, też już dotknięte skutkami pandemii, będą musiały sobie poradzić bez tych czynników produkcji. Podsumowując, sytuacja w znaczący sposób spowolni globalną gospodarkę, przynajmniej w pierwszym półroczu bieżącego roku.
Wpływ na gospodarkę krajową
Najwcześniej wpływ koronawirusa dotknął w Polsce branże eventową i turystyczną. Zamknięcie galerii handlowych spowolni cały sektor sprzedaży detalicznej. Odczują to zarówno poszczególne przedsiębiorstwa, jak i krajowy budżet, który zostanie pozbawiony znaczącej wartości wpływów podatkowych. Wszystko będzie zależało od czasu trwania pandemii, ale należy przygotować się na krótkotrwałe spowolnienie gospodarcze, bądź nawet krótkoterminową recesję. Skutki społeczne będą zapewne ogromne, część osób straci swoje źródła utrzymania, może czekać nas także fala bankructw części przedsiębiorstw.
Wpływ na giełdę
W najbardziej czytelny sposób wpływ pandemii widać, jeśli spojrzymy na giełdowe indeksy. Indeks WIG20 spadł do poziomów obserwowalnych ostatnio podczas kryzysu finansowego z 2008r. Dzienny spadek indeksu potrafił osiągnąć wartość ponad 13%. Niewiele lepiej zachowywały się indeksy globalne, konsumując cały wzrost wygenerowany w ostatnich dwóch latach.
Działania wspomagające gospodarkę
W najbliższych miesiącach możemy spodziewać się bezprecedensowych działań ze strony polityki monetarnej i fiskalnej. Stopy procentowe niemal na pewno zostaną obniżone, wprowadzona zostanie stymulacja monetarna. Jeszcze mocniejszy efekt zobaczymy ze strony polityki fiskalnej, gdzie rządy będą musiały przeciwdziałać negatywnym skutkom dla gospodarki. Prawdopodobnie poluzowane zostaną kryteria fiskalne dotyczące zadłużenia. Wprowadzone zostaną obniżki podatków oraz subwencje dla najsilniej dotkniętych kryzysem sektorów gospodarczych.
Szanse dla gospodarki
Być może rozwój zasięgu wirusa będzie katalizatorem dla odważniejszych zmian w strukturze międzynarodowych stosunków gospodarczych, jak i samym sposobie pracy. Tak jak epidemia dżumy z XIV w., która poza ogromnym spustoszeniem demograficznym Europy Zachodniej, stała za zmianą stosowanych od lat czynników produkcji, rozwojem manufaktur i wzrostem zamożności europejskiego społeczeństwa w kolejnych wiekach. W obecnej sytuacji głównym problemem, oczywiście znanym od dawna, jest koncentracja niektórych środków produkcji w Chinach. Pomimo świadomości problemu, wcześniej brakowało impulsów do zdecydowanych zmian. Być może obecny model globalizacji gospodarki za kilka lat będzie wyglądać zupełnie inaczej. Niektóre projekty już się toczą. Kolejnym czynnikiem może być intensyfikacja istniejących trendów, jak dalszy rozwój handlu na odległość, w coraz bardziej zaawansowanych formach, czy zmiana systemu pracy ludzi (wzrost znaczenia pracy zdalnej, stworzenie nowych efektywnych rozwiązań wspierających te trendy). Możliwości można wymieniać w nieskończoność. Jest też w tym duża szansa dla Polski, jeśli oczywiście odpowiednio szybko poradzimy sobie ze skutkami pandemii.
Szanse dla rynków
Po ostatnich przecenach wiele spółek na krajowej giełdzie stało się śmiesznie tanich. Nie sugeruję oczywiście wchodzenie na ślepo na rynek, gdyż nie wiemy, jak długo potrwają spadki. Jednak taki niski poziom wycen jest idealnym momentem na stopniową akumulację zaangażowania w akcje, z myślą o perspektywie 3 do 5 lat. Wybierać należy branże, które dostały rykoszetem przy globalnej wyprzedaży.
Co robić obecnie
Przede wszystkim zachować spokój. Nawet jeśli dotkną nas skutki pandemii, nie musi to oznaczać najgorszego scenariusza. Jeśli zostaliśmy zmuszenia do pozostania w domu, można ten czas wykorzystać na rozwój oraz poświęcić go rodzinie. W dłuższym terminie gospodarki odbiją, a dynamiczny wzrost zawsze daje więcej szans niż zagrożeń. Nawet jeśli obecnie jest trudno, należy to ze spokojem przeczekać i z optymizmem patrzyć w przyszłość. Być może będzie ona inna niż przed pojawieniem się COVID-19, ale wierzę, że przyniesie ona nie tylko złe, ale też dużo dobrych zmian.
Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A Vienna Insurance Group.
Fed podjął zdecydowanie działania i m.in. ściął stopy procentowe do zera oraz wznowił program skupu aktywów. Inne banki centralne robią, co mogą na polu luzowania polityki. Obawy o kryzys finansowy powinny zostać osłabione, ale wciąż pozostaje strach przed skutkami gospodarczymi postępującej pandemii. Powinniśmy widzieć więcej luzowania monetarnego i fiskalnego, ale nie liczmy na szybką poprawę nastrojów na rynkach. Obaw o zdrowie nie ukoi się niższymi stopami procentowymi.
Fed nie czekał do regularnego posiedzenia we wtorek i środę i jeszcze przed startem handlu na rynkach w tym tygodniu zdecydował o cięciu stóp procentowych o 100 pb do 0-0,25 proc. Jednocześnie zapowiedział skup aktywów za 700 mld USD w ciągu „najbliższych miesięcy” oraz obniżkę stopy rezerw obowiązkowych do zera. Bankom komercyjnym obniżono o 150 pb do 0,25 proc. stopę dla pożyczek na 90 dni z ukierunkowanie w dostarczanie pieniędzy dla potrzebujących firm. Jest to potężna ofensywa mająca na celu uspokojenie rynków finansowych od strony obaw o płynność i pozyskiwanie finansowania. Choć obecny kryzys ma inne podstawy niż GFC z 2008 r., to bez reakcji władz monetarnych bardzo łatwo może się w podobny przerodzić. Widać, że tym razem banki centralne nie zamierzają zwlekać z reakcją. Równocześnie z decyzją Fed poinformowano, że Fed, BoC, BoE, BoJ, EBC i SNB uruchamiają linie swapowe płynności w USD, by zapewnić beztarciowe funkcjonowanie rynków pieniężnych. Kolejne obniżki stóp procentowych ogłosiły Bank Kanady (pt) i RBNZ (dziś). Bank Japonii skupuję więcej aktywów.
Jakkolwiek podjęte decyzje są znaczące, nie będą w stanie w pełni zneutralizować rynkowej paniki. Jak pisałem w piątek, strach inwestorów opiera się na trzech filarach i banki centralne mogą złamać tylko jeden z nich (płynnościowy). Szok gospodarczy, wstrzymanie aktywności gospodarczej, zamknięcie granic – na to wszystko musi odpowiedzieć śmiała polityka fiskalna, nie bacząc na limity zadłużenia. Pokrzepiające sygnały gotowości do wydatkowania nadeszły już z USA i Niemiec. Na dzisiejszym posiedzeniu ministrów finansów Eurolandu powinny zostać podjęte decyzje o narzędziach dla wsparcia przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Im więcej, tym lepiej, ale wciąż pozostaje problem wirusa w gospodarkach rozwiniętych, gdzie jego zasięga wciąż się powiększa. To nie pozwoli rynkom w pełni „cieszyć” się posunięciami banków centralnych i podtrzyma nerwowość i awersję do ryzyka.
Dyskusja o luzowaniu polityki jest coraz głośniejsza w Radzie Polityki Pieniężnej. W piątek prezes NBP Adam Glapiński powiedział, że w obecnej sytuacji będzie proponował obniżenie stóp procentowych. Czterech innych członków (Kochalski, Sura, Łon i Żyżyński) nie wykluczyło poparcia wniosku, co daje prezesowi wystarczającą liczbę do przeforsowania obniżek. Ale też czterech innych (Hardt, Zubelewicz, Kropiwnicki i Gatnar) jasno opowiedziało się przeciw. Sądzę, że obniżka niewiele (jeśli w ogóle) pomoże w walce z obecnymi wyzwaniami dla gospodarki. Jeśli dojdzie do wprowadzenia z inicjatywy prezydenta Dudy wakacji kredytowych dla gospodarstw domowych i firm, obniżka nie będzie miał wpływu innego, jak tylko na obniżenie oprocentowania lokat. Bank centralny prędzej powinien skupić się na niestandardowych narzędziach wspierających politykę rządu, tj. współpracując z bankami komercyjnymi nad zapewnieniem płynności dla firm. RPP jest w zupełnie innym położeniu niż EBC, aby spotkać się z silną krytyką braku obniżki i kwestionowaniem wiarygodności. Jedyny powód dla cięcia teraz leży po stronie wysłania sygnału, że NBP robi wszystko, co może w walce z kryzysem. Obniżka nie powinna być szkodliwa dla złotego, gdyż rynek już od pewnego czasu dyskontuje taki kierunek polityki, a decyzja jest przyjmowana jako naturalne podążanie za globalnym trenem w polityce monetarnej. Ale przy utrzymywanej niepewności rynkowej jest bardziej prawdopodobne, że w kolejnych dniach poziomy EUR/PLN pozostaną podwyższone.
Czy najemcy centrów handlowych mogą nie płacić czynszu? Czy można odbierać przesyłki kupione w internecie? Jak wynagradzać pracowników? Które lokale muszą zostać zamknięte?
14 marca 2020 r. weszło w życie Rozporządzenia Ministra Zdrowia ograniczające między innymi handel w centrach handlowych z uwagi na epidemię koronawirusa. Czy wszystkie centra zostały nim objęte? Kto musi zamknąć sklep, a kto może nadal prowadzić handel? Czy za czas trwania ograniczeń należy się czynsz najmu? Co z pracownikami sklepu? Na te pytania odpowiada mec. Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita.
Czy ograniczenia dotyczą wszystkich centrów handlowych?
Nie. Zgodnie z §5 ustęp 2 Rozporządzenia czasowe ograniczenie handlu detalicznego obejmuje obiekty handlowe o powierzchni sprzedaży powyżej 2.000 metrów kwadratowych. Mogą to być zarówno sklepy wolnostojące, jak i centra czy parki handlowe. W przypadku tych dwóch ostatnich kategorii, powierzchnię sprzedaży sumuje się z powierzchni poszczególnych lokali a także poszczególnych budynków, jeżeli tworzą całość techniczno – użytkową.
Czy w lokalu można nadal prowadzić punkt odbioru zamówień internetowych, o ile klienci nie będą wchodzić do sklepu?
Nie. Ograniczenie wprowadzono po to, by ludzie nie gromadzili się w takich miejscach jak centra handlowe. Stąd kategoryczne brzmienie przepisów rozporządzenia, mówiące o całkowitym zakazie prowadzenia wymienionych w nim działalności (§6 ustęp 2 Rozporządzenia).
Które lokale powinny zostać zamknięte?
Ograniczenia dotyczą najemców powierzchni handlowej, których przeważająca działalność polega na handlu:
wyrobami tekstylnymi,
wyrobami odzieżowymi,
obuwiem i wyrobami skórzanymi,
meblami i sprzętem oświetleniowym,
sprzętem radiowo-telewizyjnym lub sprzętem gospodarstwa domowego
artykułami piśmiennymi i księgarskimi;
Rozporządzenie wymaga także zamknięcia restauracji, barów, klubów tanecznych, basenów, siłowni, klubów fitness oraz kin.
Co ciekawe, ograniczenia powyższe nie dotyczą salonów jubilerskich, sklepów z zabawkami dla dzieci oraz salonów optycznych. Należy to jednak potraktować jako niedopatrzenie.
Co z czynszami najmu za ten okres?
Ponieważ adresatem ograniczeń w handlu są najemcy powierzchni handlowej, kodeks cywilny nie zawiera co do zasady możliwości uchylenia się przez nich od czynszu, i to nawet pomimo koronawirusa. Wynajmujący mogą więc oświadczyć, że oto udostępniają najemcom lokale, a to, że Rząd nie pozwala im ich otworzyć, to już nie ich zmartwienie.
Dzieje się tak dlatego, że nie występuje tutaj tak zwana „niezawiniona niemożliwość świadczenia” (art. 495 K.c.), która umożliwiłaby obydwu stronom uchylenie się od wzajemnych obowiązków z powodu nadzwyczajnych okoliczności. Innymi słowy, rządowy zakaz obiektywnie nie przeszkadza wynajmującemu spełnić jego świadczenia, czyli wydać najemcy lokalu, ani najemcy – zapłacić czynszu. Spełnienie świadczenia przez najemcę może być jedynie – z powodu narzuconych ograniczeń – znacznie utrudnione.
Niemniej, ryzyko to, zgodnie z prawem, obciąża najemcę. Kodeks cywilny nie przewiduje w tym wypadku tak zwanej małej klauzuli: „rebus sic stantibus”, upoważniającej najemcę do żądania obniżenia czynszu, jeżeli z obiektywnych powodów nie może on czerpać pożytków z rzeczy – tak, jak to ma na przykład miejsce w przypadku umowy dzierżawy – art. 700 K.c.
Szczęśliwie jednak dla najemców, wiele standardowych projektów umów najmu lokali w centrach handlowych zostało do naszego kraju „przywiezionych” przez prawników zza granicy. Tam zaś chętnie wpisuje się do umów najmu okoliczności tak zwanej „siły wyższej”, które zwalniają strony z obowiązków umownych w razie wystąpienia niezależnych od nich okoliczności. Umowy te zostały w konsekwencji „z dobrodziejstwem inwentarza” wdrożone w wielu centrach handlowych w Polsce. Wielu najemców może teraz żądać na ich podstawie zwolnienia z czynszu za czas trwania ograniczeń w handlu. Trzeba jednak wcześniej sprawdzić, co konkretnie mówi na ten temat dana umowa najmu.
Na koniec kolejna ciekawostka: zakaz, o którym tutaj mowa, kierowany jest do najemców powierzchni handlowej. Nie obejmuje więc sprzedaży w sklepach własnych (tzn. takich, których sieci są właścicielami, a nie najemcami).
Co z pracownikami sklepów?
Nie można wysyłać pracowników na przymusowy urlop. Można natomiast proponować pracownikom, aby wykorzystali urlop wypoczynkowy. Chętnym nie można też odmówić wzięcia urlopu bezpłatnego. Konieczność zamknięcia sklepu z uwagi na fakt ograniczenia w handlu powinna być traktowana jako przerwa w wykonywaniu pracy z przyczyn niezależnych od pracownika. Jest to sytuacja zbliżona do przestoju i wymaga analogicznego postępowania. Pracownikowi trzeba zatem za okres zamknięcia sklepu zapłacić tak zwane „wynagrodzenie przestojowe”.
Na niedosłuch i inne problemy ze słuchem cierpi ok. 1,5 mld ludzi. W Polsce schorzenie to dotyczy 6 proc. populacji. Według ekspertów w 2050 roku będzie to już 9 proc. Choć kłopoty ze słuchem dotyczą przede wszystkim osób starszych, to coraz częściej problem mają też młodsi – to efekt życia w coraz większym hałasie czy zbyt głośnego słuchania muzyki przez słuchawki. Choć aparaty słuchowe poprawiają jakość życia, to z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że 83 proc. osób na świecie, które powinny używać aparatów słuchowych, nie korzysta z nich. – Konieczna jest wyższa refundacja aparatów słuchowych – przekonuje dr hab. Roman Gołębiewski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Protetyków Słuchu.
Jak podaje WHO, obecnie niedosłuch dotyczy pół miliarda osób na świecie. Dodatkowo miliard ludzi ma problemy ze słuchem, które wpływają na ich komunikację ze światem.
– Na niedosłuch cierpi szacunkowo 6 proc. osób na świecie. Te statystyki nie są różne dla Polski, w związku z tym przyjmując, że mamy 38 mln ludności, byłoby to 2,8 mln osób – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Mariola Śliwińska-Kowalska, konsultant krajowy w dziedzinie audiologii i foniatrii.
– Niedosłuch jest problemem cywilizacyjnym, nie dotyczy tylko i wyłącznie Polski, ale wszystkich krajów. Coraz częściej jesteśmy narażeni na hałas, nieumiejętnie korzystamy z najnowszych technologii, jak np. smartfony – dodaje dr hab. Roman Gołębiewski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Protetyków Słuchu, prof. UAM.
Problem ten dotyczy przede wszystkim osób starszych, u których wraz z wiekiem słuch się pogarsza, jednak coraz częściej występuje także u młodych. Już w 2008 roku raport Komisji Europejskiej („Scientific Commitee on Emerging and Newly Identified Hazards and Risk”) wskazywał, że ryzyko uszkodzenia słuchu w związku ze słuchaniem muzyki przez słuchawki występuje u 5–10 proc. nastolatków i młodych dorosłych.
– Według badania EuroTrak w Polsce odsetek dzieci, które zgłaszają problemy ze słuchem, jest największy w Europie i wydaje się rosnąć – mówi prof. Mariola Śliwińska-Kowalska.
– Polacy żyją dłużej niż jeszcze 20 czy 30 lat temu, ale w związku z tym bardzo wielu z nich potrzebuje wsparcia, aby zwalczyć niedosłuch, aby móc normalnie komunikować się ze światem – tłumaczy Jan Filip Libicki, senator, przewodniczący Senackiej Komisji Rodziny, Polityki Senioralnej i Społecznej.
Podstawowe badanie słuchu trwa zaledwie kilka minut i pozwala ocenić jego ubytek. Standardowo robi się je u noworodków. Istotne jest, by zgłaszać się do lekarza, jeśli pojawiają się problemy ze słuchem. Zwłaszcza że niedosłuch wpływa na jakość życia, ma też związek z pojawianiem się kolejnych schorzeń, zwłaszcza u seniorów.
– Powoduje on bardzo poważne, niedoszacowane skutki, takie jak izolacja, rozwój demencji, przyspieszony rozwój choroby Alzheimera. Uszkodzenie słuchu spowodowane wiekiem jest skojarzone z innymi różnymi chorobami, tzw. inflammaging, czyli zapaleniem toczącym się w różnych narządach – tłumaczy prof. Mariola Śliwińska-Kowalska.
Aparaty słuchowe znacząco poprawiają jakość życia. Jednak, jak wynika z danych WHO, średnio 83 proc. osób na świecie, które powinny używać aparatów słuchowych, nie korzysta z nich. Badanie EuroTrak Polska 2019 wskazuje, że tylko co trzecia osoba z ubytkami słuchu korzysta z aparatów słuchowych. Jednocześnie 70 proc. wskazuje, że powinny otrzymać aparat słuchowy znacznie wcześniej.
– Dostępność na terenie Polski najnowszych technologii w obszarze aparatów słuchowych jest bardzo wysoko oceniana. Największym problemem jest kwestia refundacji. Aparaty słuchowe kosztują nawet do kilkunastu tysięcy złotych, natomiast koszt refundacji jest rzędu kilkuset złotych. Dla wielu osób to realna bariera – ocenia dr hab. Roman Gołębiewski.
– Procedura wszczepienia implantu ślimakowego jest dużo droższa, ale jest w pełni refundowana, natomiast aparat słuchowy jest refundowany tylko w części. W zależności od tego, czy rozmawiamy o osobie starszej, czy o dziecku, te kwoty są różne, ale nie ma pełnego dofinansowania – dodaje Jan Filip Libicki.
Refundacje dla dzieci i osób do 26. roku życia przyznawane są raz na trzy lata, natomiast dla osób powyżej 26. roku życia raz na pięć lat. Refundowane są dwa aparaty słuchowe dla każdej osoby z niedosłuchem, pod warunkiem że wartość utraty słuchu przekracza 30 dB HL u dziecka i osoby dorosłej do 26. roku życia oraz 40 dB HL u osoby dorosłej powyżej 26. roku życia. Refundacja obejmuje kwotę 2 tys. zł na jeden aparat słuchowy u młodszych osób i 700 zł u osób po 26. roku życia.
– Wyższa refundacja na pewno zwiększyłaby dostępność i ludzie chętniej by korzystali z takich urządzeń. W tej chwili niestety używają złych rozwiązań dostępnych za kilkadziesiąt złotych – podkreśla dr hab. Roman Gołębiewski. – Praca, którą musimy wykonać, to przede wszystkim zapewnienie ich większej dostępności, następnie upowszechnienie informacji na temat niedosłuchu.
Według wyliczeń Polskiego Instytutu Ekonomicznego epidemia koronawirusa w scenariuszu podstawowym obniży wzrost PKB Polski o 0,4 proc., zaś w scenariuszu pesymistycznym o 1,3 proc. Dla mniejszych firm jego dalsze rozprzestrzenianie się może zaś znacznie utrudnić dalszą działalność. Bank Gospodarstwa Krajowego szykuje dodatkowe wsparcie dla polskich przedsiębiorstw. Prawdopodobnie już w tym tygodniu maksymalna wysokość gwarancji de minimis wzrośnie z 60 do 80 proc. kwoty kredytu. Bank zapowiada też wprowadzenie mechanizmu dopłat do oprocentowania kredytów.
Gospodarcze skutki pandemii koronawirusa są trudne do oszacowania. Według najnowszych wyliczeń Polskiego Instytutu Ekonomicznego w scenariuszu podstawowym obniży ona wzrost PKB Polski o 0,4 proc., zaś w scenariuszu pesymistycznym wzrost PKB obniży się o 1,3 proc. do około 2,0 proc. Jak twierdzi PIE, podobnej skali spowolnienie gospodarcze obserwowaliśmy już w poprzednich kryzysowych latach: 2009, 2012 oraz 2013. W trudnej sytuacji są zwłaszcza mali i średni przedsiębiorcy. To właśnie z myślą o nich Bank Gospodarstwa Krajowego zapowiada wprowadzenie nowych rozwiązań.
– Pracujemy nad rozwiązaniami, które będą wspierać przedsiębiorców. Zależy nam, żeby mogli przetrwać ten wyjątkowy czas, którego nie byli w stanie przewidzieć. Dlatego też pracujemy nad wprowadzeniem dwóch bardzo ważnych instrumentów: rozszerzeniem gwarancji de minimis oraz wykorzystaniem mechanizmu dopłat do odsetek od kredytów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.
BGK zapowiada, że już prawdopodobnie w tym tygodniu zwiększy maksymalną wysokość gwarancji de minimis z 60 do 80 proc. kwoty kredytu. Nie zmieni się natomiast maksymalna wysokość gwarancji – 3,5 mln zł. Dodatkowo bank zrezygnuje z prowizji pobieranej przy udzieleniu gwarancji, która obecnie wynosi 0,5 proc. jej wartości. Na rozwiązaniu skorzystają mikro-, mali i średni przedsiębiorcy, niezależnie od branży. Gwarancje de minimis ułatwią zaciągnięcie kredytu obrotowego lub inwestycyjnego w jednym z 20 banków współpracujących z BGK. Zgodę na zmiany w programie ma wydać Komisja Nadzoru Finansowego.
– Jesteśmy gotowi, żeby już teraz rozpocząć wspólnie z bankami udzielanie tych gwarancji przedsiębiorcom, którzy najbardziej odczuli skutki koronawirusa – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka. – Apeluję do banków o jak najszybsze wspólne działania, aby mogły już stosować rozszerzony zakres zabezpieczenia gwarancją de minimis.
Bank Gospodarstwa Krajowego pracuje też nad mechanizmem dopłat do oprocentowania kredytów, których udziela przedsiębiorcom sektor bankowy.
– Ten mechanizm chcemy zastosować dla przedsiębiorców, których dotknął kryzys związany z koronawirusem. Pracujemy nad tym, potrzebne są specjalne rozwiązania legislacyjne, jesteśmy we współpracy z Ministerstwem Rozwoju i być może w pakiecie rozwiązań ustawowych związanych z koronawirusem będzie również zawarte rozwiązanie dopłat do oprocentowania kredytów – wskazuje prezes BGK.
Wszystkie zaangażowane instytucje działają w trybie nadzwyczajnym, banki komercyjne i spółdzielcze już rozważają możliwość odroczenia spłat kredytów przedsiębiorcom, którzy mają kłopoty w związku z pandemią koronawirusa.
– Na naszej stronie bgk.pl będziemy informować o wszystkich aktualnych pomocach i pakietach, które przygotowujemy zarówno z ministerstwami, jak również z bankami komercyjnymi i spółdzielczymi. Zapraszamy też do korzystania ze strony biznes.gov.pl, gdzie znajdują się bieżące informacje ze wszystkich ministerstw o rozwiązaniach dla przedsiębiorców dostępnych w tej nadzwyczajnej sytuacji – przypomina Beata Daszyńska-Muzyczka
Z danych Worldometer wynika, że koronawirus dotknął już 148,6 tys. osób w 149 krajach. Dotychczas zmarło nieco ponad 5,5 tys. (7 proc. zarażonych SARS-CoV-2). Australijski Uniwersytet Narodowy, bazując na doświadczeniu związanym z epidemią SARS, ocenia, że globalne straty PKB mogą sięgnąć 2,4 bln dol. w najbardziej optymistycznym wariancie. W najgorszym przypadku mogą przekroczyć nawet 9 bln dol.
Cały rynek z niecierpliwością czeka na nowelizację ustawy o prawie energetycznym, która powinna pojawić się już za poprzedniej kadencji Sejmu. Niedawno powstał jednak rządowy projekt zmian w prawie energetycznym. Zapowiedzi ministerialne dają nadzieję na to, że wspomniana nowelizacja wejdzie w życie jeszcze w tym półroczu. Ważnym elementem, którego mają dotknąć zmiany, są magazyny energii. Dzisiaj otoczenie prawne ewidentnie nie nadąża za rozwojem technologii, oczekiwaniami całego rynku oraz tym, co obecnie oferują przedsiębiorcy. To zmiany oczekiwane w branży z wielu powodów.
– Nowe przepisy mają uelastycznić rynek energii, przede wszystkim dzięki wprowadzeniu operatora informacji pomiarowych. To zaś przyczyni się do wdrożenia szeregu innowacyjnych rozwiązań w zakresie rozliczeń z odbiorcami oraz rozwoju energetyki rozproszonej – powiedział serwisowi eNewsroomMaciej Szambelańczyk, Partner, WKB Lawyers. – Teraz magazyn energii w momencie jej pobierania jest traktowany jako odbiorca energii, z nałożeniem wszystkich obciążeń z tego tytułu. Kiedy zaś energia jest oddawana do systemu, czyli mowa o działaniu na jego rzecz, magazyn ten uznawany jest za wytwórcę. W ten sposób drożeją wszelkiego rodzaju opłaty. Z kolei z punktu widzenia operatorów systemu dystrybucyjnego, magazyn jest wytwórcą. Z tym zaś wiążą się rygorystyczne zapisy ujęte w instrukcji ruchu. Zmiany dotyczące powyższych zagadnień, zwolnienie z pewnych obciążeń publiczno-prawnych, opłat przesyłowych i dystrybucyjnych, ale także uporządkowanie rynku przez nałożenie pewnych obowiązków rejestracyjnych i koncesyjnych – takie działania dałyby duży rozwój w sektorze magazynowania energii w Polsce – analizuje Szambelańczyk.
Odwołane zlecenia, problemy z płynnością finansową i co najmniej kilka tysięcy osób bez pracy – to skutki pandemii koronawirusa dla branży targowo-wystawienniczej, która odczuła je jako jedna z pierwszych. Zakaz organizowania imprez masowych, choć formalnie nie dotyczył targów, sprawił, że firmy stanęły z dnia na dzień. Ich problemy pociągną za sobą również kłopoty w powiązanych sektorach, jak np. transport czy hotelarstwo. Na skutek obecnych przestojów i problemów z płynnością branży targowo-wystawienniczej trudno będzie wrócić na pełne obroty nawet po zakończeniu pandemii i cofnięciu zakazu imprez. W związku z tym jej przedstawiciele podkreślają, że bez wsparcia ze strony rządu, banków i firm leasingowych działalność kilku tysięcy przedsiębiorstw znajdzie się pod znakiem zapytania.
Zgodnie z najnowszymi statystykami WHO liczba zarażonych koronawirusem SARS-CoV-2 na całym świecie wzrosła już do ponad 132 tys. przypadków w 123 krajach, a liczba zgonów sięga blisko 5 tys. W Polsce potwierdzono jak dotąd 61 przypadków, a w tym tygodniu w całym kraju zostały zamknięte m.in. szkoły i placówki oświatowe, teatry, muzea i kina. Decyzją rządu odwołano również wszystkie imprezy masowe, ale już wcześniej część organizatorów sama podjęła taką decyzję po tym, jak Główny Inspektor Sanitarny rekomendował przełożenie wszystkich wydarzeń i imprez powyżej 1 tys. osób. To oznacza, że nie odbędą się targi, turnieje, koncerty, odwoływane są także mecze piłkarskie.
Formalnie targi nie podlegają ustawie o imprezach masowych, lecz w sytuacji zagrożenia koronawirusem przestaje to mieć znaczenie, gdy wystawcy wycofują się z udziału w targach, a takie sytuacje miały miejsce w przypadku wszystkich imprez targowych.
– Jesteśmy najbardziej poszkodowaną branżą, jako pierwsi odczuliśmy na własnej skórze epidemię koronawirusa, zostaliśmy zatrzymani w biegu. Firmy zostały praktycznie zatrzymane w szczycie sezonu, który przypada akurat teraz. W połowie lutego zostały odwołane pierwsze imprezy targowe, co spowodowało zatrzymanie całego cyklu produkcyjnego, właściwie wszystkie działy w naszych firmach zaprzestały pracy, zatrzymały się działy projektowe, zostaliśmy praktycznie bez pracy – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Szofer z firmy Abyss, członek rady Polskiej Izby Przemysłu Targowego.
– Z dnia na dzień zostaliśmy totalnie odcięci od wszystkiego. Nie mamy zleceń, zamknięto wszystkie targi, wystawy i eventy, na których mogliśmy zaistnieć i zarabiać pieniądze. Nie wiemy, jak długo to potrwa. Nie wiemy, czy będziemy mogli znowu funkcjonować w ciągu kilku miesięcy, pół roku czy może roku. Nasze firmy mogą tego nie przetrwać, możemy ponieść totalną klęskę i zostać z długami. Każda z firm wystawienniczych ma leasingi, kredyty i na dziś nie da się inaczej działać, aniżeli posiłkując się finansowaniem zewnętrznym – dodaje Włodzimierz Słomiński, prezes BWS EXPO.
Branża targowo-wystawiennicza jest jedną z tych, które w największym stopniu odczuwają skutki globalnej pandemii. Brak wydarzeń przez trzy–cztery miesiące oznacza brak zleceń i wpływów. Mniejsze firmy będą próbowały utrzymać płynność finansową poprzez redukcję kosztów – w tym zwalnianie pracowników. Część już teraz została zmuszona do zredukowania zatrudnienia, a większość deklaruje, że jeżeli nie odbędą się imprezy zaplanowane w marcu, kwietniu i maju – będą zwalniać pracowników. Poziom przewidywanych redukcji to nawet 60 proc. etatów.
– Najważniejszy problem na dzisiaj jest związany z płynnością finansową, to pierwsze, co uderza w tę branżę – mówi Grzegorz Słyszyk, prezes Expo XXI. – Trudno jeszcze mówić o szacowaniu strat, na pewno to będzie miało wpływ na naszą działalność. Akurat w naszym obiekcie stosunkowo wcześnie podjęliśmy działania i wyszliśmy naprzeciw wszystkim klientom, żeby znaleźć terminy i żeby wydarzenia się odbyły. Jednak w jakim zakresie poniesiemy straty, to okaże się w dłuższym okresie.
Polski rynek targowy ma solidną, mocną pozycję w Europie i odgrywa znaczącą rolę w polskiej gospodarce. Według statystyk PIPT i Centrex (Międzynarodowego Związku Statystyk Targowych) w 2018 roku zorganizowano w Polsce ponad 200 targów z udziałem 1,62 mln zwiedzających i blisko 27,4 tys. wystawców, a branża rokrocznie notuje kilkuprocentowe wzrosty.
Polskie firmy projektujące i budujące stoiska, oprócz zleceń krajowych, wykonują zlecenia poza Polską, co w przypadku niektórych stanowi prawie 100 proc. zleceń. Rodzimi wystawcy, wystawiający się w Europie, korzystają wyłącznie z usług polskich firm targowych. Spora część wystawców zagranicznych i zagranicznych agencji reklamowych korzysta z usług polskich firm budujących stoiska.
Członkowie Polskiej Izby Przemysłu Targowego szacują, że odwołanie targów i eventów w miesiącach marzec–maj spowoduje szacowane straty finansowe na poziomie sięgającym nawet 250 mln zł. Z kolei w przypadku całej branży targowo-wystawienniczej w Polsce ta kwota ma być nawet dwukrotnie wyższa (ok. 500 mln zł). Bez wsparcia ze strony rządu, banków i firm leasingowych – działalność kilku tysięcy przedsiębiorstw znajdzie się pod znakiem zapytania.
– Polskie firmy wystawiennicze są potentatami w Europie. Jesteśmy największym dostawcą usług targowych na jej terenie i jeśli nie dostaniemy wsparcia zewnętrznego – dla niektórych firm przetrwanie będzie wręcz niemożliwe – mówi Krzysztof Szofer. – Sezonowość naszej pracy, czyli podział na sezon wiosenny i jesienny, powoduje, że mamy dwie długie przerwy. To są cztery miesiące w roku, kiedy nie mamy pracy na pełnych obrotach, a pozostałe sezony mają nam zapewnić środki na utrzymanie właśnie w tych okresach. W tej chwili sezon został zatrzymany i po półtora miesiąca pracy zostaliśmy w trudnej sytuacji, niektórzy wręcz w tragicznej.
– Nasza branża przynosi dochody do budżetu. Wszystkie pieniądze dla naszych podwykonawców, pieniądze z eksportu, wszystkie materiały są kupowane w Polsce, zostają w kraju. Stąd wydaje się, że wspomożenie naszej branży zwróci się państwu z nawiązką – dodaje Włodzimierz Słomiński. – Ta pomoc może być różna, np. poprzez zmniejszenie podatków, zmniejszenie składek ZUS-u albo ich refundowanie. W przypadku podatków od nieruchomości – kiedy nie zarabiamy, to nie mamy ich z czego płacić. Potrzebujemy pomocy i wsparcia od rządu.
Problemy z płynnością finansową i odwoływaniem zleceń, które już w tej chwili odczuwają firmy z branży targowo-wystawienniczej, pociągną za sobą również kłopoty w wielu innych, powiązanych z nimi sektorach. W największym stopniu może ucierpieć m.in. transport, którego rola w krajowej gospodarce też jest znacząca.
– W samym Poznaniu, który jest mekką wystaw, na rzecz targów pracuje kilka tysięcy osób, które nagle zostały bez pracy, a mają rodziny. I mówimy tu tylko o pracownikach, którzy bezpośrednio zajmują się tworzeniem tych targów. Jednak branż pośrednich, związanych z targami, jest bardzo wiele: drzewna, szklarska, chemiczna – wymienia Włodzimierz Słomiński, prezes BWS EXPO. –Na dziś wszystkie one nie mają zleceń. Z kolei branżą, która ucierpi najbardziej – zaraz po naszej – jest transport. Szereg firm, z którymi mamy podpisane umowy i zobowiązania, zawierzyło nam, że będą mieli od nas pracę. Oni pod nas kupili samochody, pod nas zatrudnili ludzi. Teraz nie mają co robić.
Według danych POT branża targowo-wystawiennicza przynosi polskiej gospodarce ok. 1,5 mld zł i tworzy ponad 30 tys. miejsc pracy w skali całego kraju. Dzięki organizacji targów i konferencji rosną też firmy i całe sektory gospodarki, którym takie imprezy pomagają się spopularyzować. Jest to widoczne m.in. na przykładzie branży kosmetyczno-fryzjerskiej czy motoryzacyjnej.
– Targi to papierek lakmusowy gospodarki. Możemy na nich zobaczyć, jakie w tej chwili panują trendy, jak rozwija się przemysł, to jest miejsce spotkań. Bez takiej bezpośredniej możliwości spotkania pomiędzy klientem a dostawcą usług czy produktów trudno będzie gospodarce funkcjonować – przekonuje Krzysztof Szofer.
W tej chwili część konferencji, wystaw i imprez targowych jest przenoszona na maj i czerwiec, natomiast pozostałe są przekładane już na wrzesień i okres jesienny. Problem w tym, że we wrześniu – kiedy w kalendarzu imprez zaplanowane są już nowe wydarzenia – trudno będzie podołać ich nagromadzeniu i mogą pojawić się kolejne problemy. Ponadto wrzesień to miesiąc największej kumulacji imprez targowych w Polsce i w Europie. Nie będzie można obsłużyć jednocześnie wystawców z imprez przeniesionych i z imprez z kalendarza. Niektórzy pozostaną bez stoisk, a część firm z branży budowy stoisk nie przetrwa blisko półrocznego przestoju. To może się przełożyć na wzrost cen w branży.
– W obecnej sytuacji branża targowa się zjednoczyła, postępuje jednomyślnie i imprezy są przenoszone. Regułą jest ich przenoszenie na dogodne terminy. Część organizatorów decyduje się na terminy majowo-czerwcowe, a część już na okres jesienny – mówi Grzegorz Słyszyk, prezes Expo XXI.
– Nie przewidujemy, że proces przesuwania i odwoływania imprez targowych zakończy się szybko. Optymistyczne warianty wskazują okolice połowy maja, pesymistyczne mówią, że wszystko ruszy dopiero we wrześniu. Problem jest taki, że we wrześniu pojawią się już nowe imprezy targowe i nie będzie komu ich obsłużyć – dodaje Krzysztof Szofer.
Rośnie liczba firm, które cierpią na tzw. cyberzmęczenie i zrezygnowały już z walki o to, żeby być cały czas o krok przed hakerami. Problemem jest dla nich zabezpieczenie skomplikowanego środowiska IT, na które składają się usługi i urządzenia pochodzące od wielu dostawców. Kolejny stanowią pracownicy, bo aż 74 proc. z nich umyślnie obchodzi firmowe systemy bezpieczeństwa – wynika z nowej edycji „CISO Benchmark Study 2020” firmy Cisco. Raport pokazuje też, że hakerzy są coraz śmielsi i nawet już nie zadają sobie trudu, żeby ukryć własną tożsamość. Zarówno atakujący, jak i atakowani coraz częściej wykorzystują też automatykę, której znaczenie w obszarze cyberbezpieczeństwa jest coraz większe.
– Na przestrzeni ostatnich 9–12 miesięcy widzimy, że atakujący przestali się chować. Nie mają problemu z tym, że atrybucja wskaże ich pochodzenie, w jaki sposób działają, skąd są, z jakimi organizacjami są związani. Drugim dużym wyzwaniem dla cyberbezpieczeństwa jest fakt, że atakujący wiedzą o nas coraz więcej przed atakiem. W efekcie te ataki stają się coraz skuteczniejsze i docierają nawet do dobrze wyedukowanych pracowników firm – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bromirski, dyrektor rozwiązań bezpieczeństwa w Cisco Systems.
Jak wynika z szóstej edycji raportu „CISO Benchmark Study 2020” – dla 89 proc. liderów organizacji cyberbezpieczeństwo wciąż ma bardzo wysoki priorytet, choć ten odsetek spadł o 7 proc. w ciągu ostatniego roku. Z drugiej strony – rośnie też liczba organizacji, które cierpią na tzw. cyberzmęczenie i zrezygnowały już z walki o to, żeby być cały czas o krok przed hakerami. Rok temu deklarowała je co trzecia, a obecnie już 42 proc. organizacji porzuciło proaktywne działania na rzecz ochrony przed zagrożeniami, co wiąże się z przesytem informacji na temat cyberbezpieczeństwa.
Kolejny problem dla specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa stanowi rosnąca mobilność pracowników i wykorzystywanie przez nich urządzeń osobistych – ponad połowa (52 proc.) stwierdziła, że urządzenia mobilne są w tej chwili bardzo trudne do obrony przed atakami. Na ryzyko naraża firmy również niefrasobliwość i brak świadomości samych pracowników. W Polsce aż 74 proc. z nich twierdzi, że musi obchodzić systemy bezpieczeństwa w swoich firmach, żeby móc dobrze wykonywać swoją pracę (77 proc. w regionie EMEAR). Badanie Cisco pokazało, że częściej dotyczy to młodszych generacji pracowników.
– Problem związany z tym, że pracownicy obchodzą systemy zabezpieczeń stawiane przez działy IT – które mają chronić firmę przed zagrożeniami – staje się coraz większy. Mamy w Polsce bardzo świadomych użytkowników, którzy lubią kontrolować swoje środowisko pracy. Mają różne przyzwyczajenia co do narzędzi, którymi się posługują, do dzielenia plikami, do dzielenia mailami. I z badań ewidentnie wynika, że jest to rosnące zagrożenie – mówi Łukasz Bromirski.
Coraz większym wyzwaniem jest też zabezpieczenie środowisk IT złożonych z usług i urządzeń pochodzących od wielu dostawców. Jak wynika z raportu Cisco, statystyczna firma wykorzystuje w tej chwili średnio ponad 20 technologii z zakresu bezpieczeństwa, a 86 proc. organizacji korzysta z rozwiązań pochodzących od 1 do 20 dostawców (4 proc. ma ponad 50 dostawców technologii).
Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa uważają, że zarządzanie środowiskiem, na które składają się rozwiązania pochodzące od wielu dostawców, stanowi dla nich duże wyzwanie. Żeby mu sprostać, zwiększają inwestycje w automatyzację w celu uproszczenia i przyspieszenia czasu reakcji w ramach ekosystemów bezpieczeństwa. Jak wynika z badania Cisco, 77 proc. respondentów planuje w najbliższym czasie zwiększyć poziom automatyzacji w obszarze cyberbezpieczeństwa.
– Automatyka jest coraz istotniejszym zagadnieniem – zarówno po stronie atakowanych, jak i atakujących. Ci pierwsi używają nowoczesnych narzędzi, takich jak uczenie maszynowe, żeby odpierać ataki. Z reguły jest ich mniej niż atakujących i muszą ochronić całe funkcjonowanie firmy w świecie cyfrowym. Z drugiej strony atakujący, widząc, jakie trendy pojawiają się na rynku technologicznym, też coraz częściej posługują się tymi narzędziami. Nie tylko po to, aby automatyzować sam atak, ale również przeprowadzić ekstrakcję danych, jej analizę, a następnie przygotować sobie dobre informacje przed przeprowadzeniem rzeczywistego ataku, czyli np. przed wykradzeniem danych albo skompromitowaniem danej osoby – mówi Łukasz Bromirski.
Niedociągnięcia w obszarze cyberbezpieczeństwa są dla firm kosztowne. Jak wynika z „CISO Benchmark Study 2020”, blisko połowa firm (45 proc.) po przeprowadzonym ataku nie miała dostępu do swoich systemów od 5 do nawet 16 godzin. Z kolei 13 proc. odnotowało co najmniej 16-godzinny przestój.
– Niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa widzimy, że wiele ataków nie wymaga od atakującego nawet wiedzy technicznej. Wystarczy, że wykorzysta skompromitowane hasło użytkownika. Stąd naszym zaleceniem jest wykorzystanie dwóch składników uwierzytelnienia. Tego, który użytkownik zna – czyli hasła, oraz tego, co użytkownik ma – czyli np. telefonu komórkowego bądź tokenu. Dopiero dwa składniki uwierzytelniania posłużą do tego, aby uzyskać dostęp do systemu informatycznego w sposób bezpieczny – mówi Mateusz Pastewski, dyrektor ds. sprzedaży rozwiązań cyberbezpieczeństwa w Cisco Systems Polska.
Dla firm jednym z kluczowych wyzwań na ten rok jest też fakt, że 46 proc. organizacji – w porównaniu z 30 proc. w zeszłym roku – odnotowało przynajmniej jeden incydent spowodowany niezałataną podatnością. Z badań Cisco wynika, że w ubiegłym roku 68 proc. tych, które doświadczyły naruszenia danych z powodu niezałatanej podatności, poniosło straty co najmniej 10 tys. rekordów danych.
Pozytywną zmianą jest za to fakt, że coraz częściej firmy decydują się na upublicznienie informacji o wycieku danych i nie ukrywają, że ich systemy informatyczne zostały zhakowane. Badanie Cisco pokazuje, że już 61 proc. firm dobrowolnie i publicznie ujawnia informacje o tym, że padło ofiarą ataku.
– Ta zmiana jest niezmiernie istotna z perspektywy bezpieczeństwa nas wszystkich, ponieważ firma, która została skompromitowana, może podzielić się swoimi doświadczeniami i informacjami. Innym przedsiębiorstwom z tego samego sektora pozwala to z kolei na lepsze zabezpieczenie się przed potencjalnymi atakami – podkreśla Mateusz Pastewski.
Pierwszą terapię komórkową i genową zatwierdziły Stany Zjednoczone w 2017 roku. Obecnie, jak wynika z raportu PhRMA, w fazie badań klinicznych znajduje się ponad 360 genowych terapii. Jak dotąd tylko sześć chorób jest leczonych terapią genową lub komórkową, m.in. jeden z nowotworów, choroby oczu i rzadkie choroby dziedziczne. Dzięki metodzie CRISPR można z kolei wyciąć z genomu nieprawidłowe informacje genetyczne i zastąpić je nowymi. Także w Polsce powstaje coraz więcej firm, które prowadzą tego typu badania.
– Mamy dwa obszary, jeśli chodzi o innowacje w genetyce. Jeden to diagnostyka genetyczna i pod tym względem faktycznie jesteśmy bardzo zaawansowani. Drugi obszar to leczenie celowane w chorobach genetycznych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Kazior, członek rady nadzorczej Zdrowegeny.pl.
Badania genetyczne i terapie celowane rewolucjonizują medycynę. Obecnie dzięki tym pierwszym można sprawdzić predyspozycje, upodobania czy nawet charakter. Mogą być one także przełomowe dla chorych – sprawdzą nasze predyspozycje na dane choroby, ewentualne uszkodzone geny i prawdopodobieństwo chorób.
– Firma 23andMe skupia się na badaniu, które pokazuje nam, skąd pochodzimy my i nasi przodkowie, ale też pokazuje różnego rodzaju cechy, tendencje genetyczne, jak również korelacje danego genu z występowaniem danej choroby albo nietolerancją pewnych potraw – wskazuje Katarzyna Kazior.
Wykonanie badań genetycznych pozwala zidentyfikować zmiany w naszym DNA związane z podwyższonym ryzykiem zachorowania na nowotwory czy sprawdzić nasz mikrobiom, czyli bakterie w przewodzie pokarmowym.
Pod względem badań genetycznych Polska należy do światowej czołówki, na swoim koncie mamy opracowanie metody badań, która jest kilkudziesięciokrotnie tańsza niż te powszechnie proponowane, a przy tym bardzo skuteczna. Przykładem może być program Badamy Geny, który pozwala ocenić ryzyko zachorowania na nowotwory dziedziczne. Program Zdrowe Geny umożliwia zaś np. sprawdzenie prawdopodobieństwa zachorowania na raka trzustki.
– Tego typu celowana diagnostyka, jeśli chodzi o weryfikację prawdopodobieństwa wystąpienia dziedzicznej choroby, jest w Polsce już dosyć szeroko dostępna – przekonuje ekspertka.
O ile badania genetyczne pozwalają przygotować się do wystąpienia choroby, o tyle terapie genowe umożliwiają skuteczną walkę ze schorzeniami, na które dotychczas nie znaleziono leków. Już w 2012 roku Unia Europejska zatwierdziła pierwszą terapię ukierunkowaną na konkretny zmutowany gen, który powoduje chorobę wątroby. Pięć lat później, w 2017 roku, w USA zatwierdzono genetyczne leczenie chorób wzroku. Trwają badania kliniczne terapii genowych dla setek innych chorób.
Raport opublikowany przez Pharmaceutical Research and Manufacturers of America (PhRMA) wskazuje, że obecnie w fazie rozwoju klinicznego znajdują się 362 terapie komórkowe i genowe. Oznacza to wzrost o 20 proc. od 2018 roku.
– Największą obietnicą jest firma CRISPR. Wykorzystuje ona działanie wirusów, które tną geny danego człowieka i w miejsce wadliwego genu podstawiają poprawny albo ten, którego byśmy sobie życzyli. Jednak te działania nie są jeszcze w takiej fazie, żebyśmy mogli z nich szeroko korzystać – ocenia Katarzyna Kazior.
Zakładając, że nie będzie dalszego dramatycznego rozwoju pandemii COVID-19 – podkreślam jeszcze raz, jeśli naprawdę czarny (z epidemiologicznego punktu widzenia) scenariusz się nie ziści i w ciągu 1-2 miesięcy sytuacja zacznie się uspokajać – to efekty ogólnogospodarcze będą poważne, ale nie katastrofalne. Już obecnie mamy poważnie zakłócone łańcuchy tworzenia wartości i dostaw, bo żyjemy w zglobalizowanej gospodarce.
Skala powiązań handlowych i produkcyjnych między głównymi gospodarkami a Chinami jest tak duża, że zakłócenia zobaczymy w wielu obszarach, nawet tam gdzie się ich w ogóle nie spodziewamy. Efekty po stronie spadku produkcji i ich wpływ na światowy PKB będą oczywiście istotne. Póki co nie wiadomo, czy dojdzie do globalnej recesji, ale recesja w Europie jest bardzo prawdopodobna.
Ile to będzie kosztować taki kraj jak Polska? Dziś nie sposób tego precyzyjnie oszacować. Trzeba pamiętać, że mieliśmy już poważne symptomy spowalniającej gospodarki przed pojawieniem się efektu COVID-19. Nie zdziwiłbym się więc, że przy negatywnym scenariuszu moglibyśmy wylądować na koniec tego roku z dynamiką PKB rzędu 0 proc.
Spowolnienie gospodarcze dotknie całą Europę – bo kraje europejskie mają bardzo silne powiązania z Chinami. Jeśli główny europejski eksporter – Niemcy – ma się gorzej – ma to wpływ na cały kontynent. Tak zwana recesja przemysłowa, czyli spadek produkcji pojawi się w Polsce zapewne dopiero od marca, mocne spadki w kolejnych miesiącach. Najważniejsze jest dziś pytanie czy w II połowie roku nastąpi uspokojenie nastrojów i gospodarcze odbicie. Jeśli tak, spodziewam się, że w Polsce dojdzie do bardzo silnego spowolnienia, ale nie do głębokiej recesji.
Prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce
13 marca 2020 polski rząd wydał rozporządzenie, zgodnie z którym od godziny 0:00 w niedzielę 15 marca w Polsce zostały zamknięte granice kraju dla cudzoziemców na 10 dni. Zawieszono międzynarodowe połączenia lotnicze i kolejowe, natomiast transport kołowy działa bez zmian. Ograniczenia dotyczą jedynie ruchu wjazdowego do kraju. Polacy mogą nadal swobodnie wyjeżdżać z kraju.
Ograniczenie ruchu międzynarodowego
W dniu 13 marca rząd polski ogłosił stan zagrożenia epidemiologicznego. Oznacza to zamknięcie granic dla cudzoziemców na 10 dni z możliwością przedłużenia o kolejne 20 dni. Wstrzymane zostały międzynarodowe połączenia lotnicze i kolejowe, ale transport kołowy i drogowy będzie zachowany – busy, autokary, samochody osobowe będą mogły wjeżdżać i wyjeżdżać z Polski. Polacy powracający do kraju oraz cudzoziemcy, których nie obowiązuje zakaz wjazdu do kraju, będą objęci 14-dniową domową kwarantanną. Zamknięcie granic oznacza zakaz wjazdu do kraju, ale Polacy nadal mogą swobodnie wyjeżdżać z Polski np. w celach zarobkowych. Polskę można opuścić samochodem, busem lub autobusem rejsowym. Kołowe środki transportu działają bez zakłóceń.
Kogo nie obowiązuje kwarantanna
Obowiązkowa kwarantanna nie dotyczy zawodowych kierowców transportu towarowego i osobowego wykonujących swoje obowiązki, dlatego kierowca autobusu rejsowego swobodnie opuści granice z pasażerami i wróci do kraju bez kwarantanny. Ograniczenia nie dotyczą również osób z obszarów przygranicznych, które mieszkają w Polsce, ale pracują na co dzień w kraju sąsiednim i które przekraczają granicę regularnie.
Sytuacja w Polsce
Polski rząd zachował swobodny transport towarów, a wszystkie sklepy spożywcze, apteki, drogerie, punkty usługowe i banki pozostają otwarte. Zamknięte natomiast zostały galerie handlowe, kluby, puby czy inne miejsca skupisk. Rząd ograniczył też zgromadzenia do 50 osób, także w przypadku uroczystości religijnych. Ograniczenia związane z gromadzeniem się potrwają minimum 14 dni lub do odwołania.
Środowisko pracodawców i przedsiębiorców z niepokojem przyjęło informację o braku kworum w Senacie podczas głosowania nad wprowadzeniem do porządku obrad projektu zmian w regulaminie izby. Zmiany te miały umożliwić szybkie zaproponowanie przez Senat nowelizacji specustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem i zwalczaniem COVID-19, przyjętej 2 marca br. Ustawa ta wymaga pilnej nowelizacji, ponieważ zawiera błędy i nie uwzględnia specyfiki funkcjonowania niektórych sektorów.
Przystąpiliśmy z pełnym zaangażowaniem do prac nad projektem nowelizacji, które rozpoczęły się w Senacie, niemal natychmiast po wejściu w życie specustawy. Senat zdołał zaangażować do tych prac szeroką reprezentację różnych środowisk. Jako organizacje pracodawców i przedsiębiorców deklarujemy współpracę z każdym kto podejmie inicjatywę w tej sprawie. W przygotowywanych zmianach przepisów znalazły się takie, których wprowadzenie jest konieczne dla zdrowia obywateli, m.in. dotyczące zapewnienia dostępu do lekarstw i wyrobów medycznych. Są tam też rozwiązania zabezpieczające pracowników przed utratą dochodu, na wypadek trudności z funkcjonowaniem firmy. Ustawa przewiduje także działania zabezpieczające funkcjonowanie ważnych sektorów gospodarki. W ramach tych prac podjęto nadzwyczajne wysiłki dla wypracowania i skonsultowania rozwiązań niezbędnych na ten trudny dla naszego kraju czas.
Apelujemy do wszystkich środowisk politycznych o podjęcie dialogu oraz natychmiastowe przystąpienie do szybkich i konstruktywnych prac legislacyjnych. Każda zwłoka to marnowanie naszego wysiłku i przekreślenie szansy na wprowadzenie dobrych rozwiązań, które pozwolą zapobiec wielu dramatycznym sytuacjom.
Równolegle Ministerstwo Rozwoju prowadzi prace nad kolejną specustawą wprowadzającą działania osłonowe dla przedsiębiorstw i miejsc pracy. Tym razem oczekujmy przeprowadzenia konsultacji z partnerami społecznymi, nawet jeżeli termin na przekazanie opinii miałby być nadzwyczajnie skrócony. Zapewniamy, że jesteśmy do tych konsultacji przygotowani i pozostajemy w nadzwyczajnej mobilizacji i w bliskim bieżącym kontakcie z szerokim gronem naszych firm członkowskich. Firmy na te regulacje bardzo liczą. Dlatego należy zadbać, żeby tym razem doprowadzić do uchwalenia ustawy, która natychmiast zacznie skutecznie działać i nie będzie wymagała kolejnych nowelizacji.
Apel wystosowany dziś do środowisk politycznych przez przez Pracodawców RP, Konfederację Lewiatan, Business Centre Club, Federację Przedsiębiorców Polskich, Polską Radę Biznesu i Krajową Izbę Gospodarczą apel o szybką nowelizację specustawy dotyczącej COVID-19.
Choć mamy piątek trzynastego, to dzisiejsza sesja nie jest pechowa dla inwestorów na Wall Street, którzy zostali wsparci przez ogromne działania Fed dotyczące dostarczenia płynności dla sektora finansowego. Rezerwa Federalna w ramach operacji repo zdecydowała się wystawić na rynek płynność wynoszącą do 1,5 bln USD w transzach po 500 mld USD. Takie działanie ma uspokoić instytucje finansowe, które również zostały poturbowane przez załamanie się sektora łupkowego w USA po rozpadzie OPEC+.
Kontrakty na amerykańskie indeksy zwyżkują o ponad 3 proc., a technologiczny Nasdaq 100 zwyżkuje o prawie 4 proc. Apple, które otworzyło już swoje sklepy w Chinach, rośnie o ponad 4 proc. Microsoft zwyżkuje o prawie 4 proc. Podobne wzrosty odnotowują operatorzy płatności jak Visa i Mastercard. PayPal rośnie z kolei o ponad 5,5 proc. Gwiazdą dzisiejszej sesji jest jednak spółka Adobe, która drożeje o około 9 proc.
Adobe osiągnęło rekordowy kwartalny przychód w wysokości 3,09 miliarda USD w pierwszym kwartale roku obrotowego 2020, co stanowi wzrost o 19 procent rok do roku. Jeśli chodzi o drugi kwartał, to spółka oczekuje dalszego wzrostu przychodów do około 3,18 miliarda USD. W tej prognozie zostały już zawarte wszelkie spodziewane skutki epidemii Covid-19 w tym to, że przedsiębiorstwa odłożą decyzje dotyczące zakupów, opóźnią usługi konsultingowe, zmniejszą wydatki marketingowe. Firma spodziewa się również mniejszego wpływu z krajów i branż najbardziej dotkniętych epidemią.
Spółka Adobe, po publikacji wyników, dostała od J.P. Morgan podwyższenie rekomendacji z neutralnej na przeważaj, wraz z podniesieniem ceny docelowej na 325 USD. Średnia cena docelowa na Wall Street to 355,50 USD. Adobe ma 21 rekomendacji kupna, 10 trzymaj i 0 sprzedawaj.
Zdaniem analityka firmy Rosenblatt Securities Apple może rozważyć zakup Walt Disney Co. po tym, jak cena akcji spółki spadła o 34 proc., a parki rozrywki zostały zamknięte. Apple ma na tyle dużo wolnej gotówki, że może zdecydować się na takie przejęcie. Argumentem za takim zakupem miałaby być platforma Disney+, która mogłaby rozwiązać problemy Apple TV, które startuje, ale bardzo wolno. Disney ma wartość rynkową około 165 mld USD, a Apple ma prawie 110 mld USD w gotówce i innych płynnych aktywach.
Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.
Pandemia COVID-19 jest olbrzymim wyzwaniem dla gospodarki, a jej skutki najprawdopodobniej będziemy odczuwali przez kilka najbliższych lat. Warto przypomnieć, że poprzednia epidemia, która rozpoczęła się w Państwie Środka (SARS w latach 2002 i 2003) miała miejsce w zupełnie innych uwarunkowaniach polityczno-gospodarczych, również dla Polski. Chiński udział w globalnej gospodarce był zdecydowanie niższy, a zagrożenie epidemią ograniczało się do Azji.
Niecałe 20 lat później Chiny stały się potężnym globalnym graczem, a handel z nimi jest jednym z motorów polskiej i światowej gospodarki. Nie można zapominać, że w 2019 r. wartość importu z Chin do Polski wyniosła 29 mld EUR (ok 5,5% PKB), a niemiecki przemysł motoryzacyjny jest z azjatyckim rynkiem powiązany kapitałowo i organizacyjnie jak nigdy wcześniej w historii. Na chwilowe zerwanie łańcuchów dystrybucji dóbr, w tym także niezbędnych do produkcji dla polskich przedsiębiorstw, należy nałożyć znaczną liczbę zachorowań w Europie i zachowania społeczne będące na granicy paniki.
Dlatego też niezwykle istotnym jest, aby władze podjęły rzeczywiste działania na rzecz stabilizacji gospodarki krajowej i współdziałały z Komisją Europejską w celu uspokojenia nastrojów społecznych i zachowania możliwości produkcyjnych przedsiębiorstw, szczególnie z sektora MSP.
Odnosząc się do możliwych do podjęcia działań na rynku krajowym, Krajowa Izba Gospodarcza z uznaniem odnotowała propozycje poprawy płynności przedsiębiorców polegające na przesunięciu wejścia w życie niektórych dodatkowych obciążeń administracyjnych oraz zapowiadanych preferencji dotyczących opłacania danin publicznoprawnych.
Zwracamy jednak uwagę, że powyższe rozwiązania, choć niezwykle istotne w krótkookresowej perspektywie, mogą okazać się niewystarczające. Musimy przygotować polską gospodarkę na kilkanaście miesięcy działania w warunkach ograniczonego popytu i ograniczonej podaży. W tym celu Krajowa Izba Gospodarcza wskazuje poniżej kilka możliwych do wdrożenia rozwiązań.
Postulujemy zawieszenie wejścia w życie wszelkich ustaw w okresie vacatio legis, które nakładają na przedsiębiorców dodatkowe obowiązki administracyjne. Równocześnie wnioskujemy o zawieszenie prac nad projektami ustaw, takimi jak tzw. podatek cukrowy oraz uchyleniem, a co najmniej czasowym zawieszeniem zakazu handlu w niedzielę. Obecnie przedsiębiorcy powinni się skoncentrować na zapewnieniu ciągłości dostaw i kanałów dystrybucji, a nie na kolejnych działaniach związanych z dostosowywaniem swoich operacji biznesowych do nowej rzeczywistości prawno-gospodarczej. Powyższe dotyczy zarówno nakładania nowych danin publicznoprawnych, jak i nowych obowiązków administracyjnych.
Równolegle wskazujemy na dużą liczbę podmiotów, które w dobie faktycznego zablokowania możliwości prowadzenia działalności napotkają na problemy z realizacją projektów współfinansowanych ze środków UE. Beneficjentom pomocy grozi niewykonanie harmonogramów, chociażby ze względu na brak wystarczającej liczby uczestników projektów. Dlatego ważne jest, aby niezwłocznie uprościć krajowe procedury rozliczania funduszy tak, aby przedsiębiorcy mogli elastycznie i efektywnie, choć z opóźnieniem, realizować zawarte z instytucjami finansującymi umowy. Równolegle rząd powinien zainicjować ogólnoeuropejską debatę w sprawie realizacji projektów w obecnej i nadchodzącej perspektywie finansowej, uwzględniając opóźnienia realizacyjne, które na pewno wystąpią.
Jednym z doraźnych rozwiązań, które przedsiębiorcy mogą zastosować w obliczu konieczności zamknięcia zakładu pracy jest wypłacanie wynagrodzenia za przestój w pracy. To rozwiązanie dotychczas stosowane rzadko i w ograniczonym zakresie, może okazać się niezbędną codziennością. Należy zastanowić się na ile, wzorem niemieckich rozwiązań, pracodawca, pracownik i państwo powinni partycypować w kosztach przymusowego, (narzucanego przepisami albo decyzjami administracyjnymi) przestoju. W szczególności dla mikro przedsiębiorców wypłata wynagrodzenia za przestój w kwocie nie mniejszej niż najniższe wynagrodzenie za pracę (2600 zł brutto), może okazać się destrukcyjne. Jeżeli w perspektywie dwóch kolejnych lat nie chcemy doświadczyć masowej likwidacji firm rodzinnych, będących podstawą naszej gospodarki, musimy podjąć realne działania już teraz.
Równocześnie należy wprowadzić działania osłonowe dla mikroprzedsiębiorców. Samozatrudnieni i podmioty zatrudniające nie więcej niż kilku pracowników nie są w stanie efektywnie wykorzystać finansowania długiem, choćby było ono bezodsetkowe. Wynika to z faktu, że specyfika ich działalności nie pozwoli odrobić poniesionych strat. Każda niewykonana sprzedaż obniży wynik finansowy, ponieważ mikroprzedsiębiorca nie dysponuje rezerwami, aby zwiększyć wydajność w przyszłości; jego praca opiera się głównie na własnym zaangażowaniu, wiedzy i doświadczeniu. Jako przykłady można tu wskazać branżę szkoleniową, targową, usługi rehabilitacyjne, kosmetyczne, rzemieślników, mechaników, usługi remontowe i wykończeniowe oraz wiele innych zawodów, gdzie praca własna jest oczywistą podstawą prowadzonej działalności.
Jednym ze stosowanych rozwiązań mogłaby tu być pomoc kredytowa dla zagrożonych branż wprost na finansowanie bieżącej działalności i ponoszenie kosztów w wysokości znaczącego procentu przeciętnie osiąganych w kilku ostatnich latach przychodów. Takie rozwiązania są znane i regularnie stosowane dla rolników i przetwórców żywności w przypadku klęsk żywiołowych, ale również dla nowych inwestycji. Tam okres kredytowania wynosił od 8 do 20 lat, z uwzględnieniem 2 – 3 letniej karencji.
Instrumenty dłużne, chwilowo poprawią płynność przedsiębiorców. Muszą być jednak spłacone. W tym celu proponujemy swoistą umowę społeczną, która pozwoliłaby przedsiębiorcom otrzymującym pomoc od państwa spłacić ją na zasadzie, co najmniej częściowego barteru. Zarówno dla gospodarki jak i dla administracji korzystne byłoby spłacanie otrzymanych kredytów pomocowych przez świadczenie usług na rzecz sektora publicznego. Mogłyby to być zarówno dostawy sprzętu i usług, jak również szkolenia miękkie, czy opracowanie innowacyjnych usług A2B jak i e-administracji dla obywateli. Przyniosłoby to korzyść obu stron, pozwoliłoby również na wprowadzenie do administracji publicznej procesów i produktów stosowanych przez przedsiębiorców. Aby takie rozwiązanie mogło funkcjonować niezbędna jest modyfikacja przepisów o zamówieniach publicznych.
Równie ważne jest uspokojenie nastrojów społecznych i pomoc dla pracowników, którzy stają w obliczu spadku wysokości wynagrodzeń a nierzadko również utraty pracy. Krajowa Izba Gospodarcza przychyla się do prezydenckich propozycji prolongaty spłaty rat kredytów hipotecznych. Istotne jest to, że przystąpienie banków do takich programów miałoby być dobrowolne. Obecnie zaangażowanie państwa w sektor bankowy jest na tyle istotne, że samo działanie banków z udziałem skarbu państwa powinno upowszechnić ten mechanizm na zasadach samoregulacji.
Rozwiązania chroniące i wspierające firmy, które mogą mieć w najbliższej przyszłości problem ze ściągnięciem należności. Dotyczy to tak ochrony na rynku krajowym jak i zagranicznym. Być może rozwiązaniem byłby tu silnie wsparty gwarancjami państwowymi produkt ubezpieczeniowy, natychmiast i powszechnie rozdystrybuowany przez między innymi KUKE, ale również inne zakłady ubezpieczeń specjalizujące się w ochronie należności.
Rozwiązania chroniące i wspierające firmy w sytuacji wystąpienia ryzyka produkcji tj. sytuacji, w której kontrahent/odbiorca anuluje kontrakt i odmówi odebrania towaru na etapie przygotowania dostaw. Dotyczy to tak ochrony na rynku krajowym jak i zagranicznym. Rozwiązaniem byłby tu silnie wsparty gwarancjami państwowymi produkt skonstruowany na takich samych zasadach, jak opisano w akapicie powyżej.
Składki związane z obydwoma powyższymi produktami ubezpieczeniowymi można by częściowo finansować z budżetu pożyczką dla firm (zwłaszcza dla małych i średnich). Stanowiłaby to zachętę zwłaszcza w przypadku przedsiębiorstw, które do tej pory z takich zabezpieczeń nie korzystały.
Budowanie systemu bezpieczeństwa na poziomie europejskim i krajowym
Aktualny obraz sytuacji i ocena tego, co może się wydarzyć w perspektywie najbliższych kwartałów obnaża głębokie braki w dotychczas prowadzonej polityce gospodarczej Unii Europejskiej. Jest ona prowadzona lekkomyślnie, w szczególności w zakresie tolerowania zbyt wysokiego poziomu ryzyka utraty ciągłości działania. Uczestnicząc w globalnej gospodarce nie można zapominać o zabezpieczeniu dostępu do dóbr strategicznych takich jak leki, sprzęt medyczny i sprzęt ochronny.
W dłuższej perspektywie należy opracować przepisy dotyczące obowiązku wytwarzania leków dostarczanych na europejski rynek, co najmniej częściowo na terenie UE. Nie możemy dopuścić do sytuacji, że jedna z największych światowych gospodarek nie jest samowystarczalna w obszarze produkcji leków i wytwarzania substancji czynnych. Podobnie jak z surowcami energetycznymi, tak również w sektorze farmaceutycznym niezbędna jest dywersyfikacja, z zapewnieniem środków produkcji na terytorium Unii.
Równolegle należy przełamać polityczną niemoc dotyczącą organizacji Obrony Cywilnej Kraju. Najwyższa Izba Kontroli od szeregu lat alarmuje, że system jest całkowicie niewydolny i nieskoordynowany na poziomie regionalnym. Nie pozwala to na efektywną walkę z jakimkolwiek zagrożeniem, w tym epidemiologicznym. Należy albo gruntownie zreformować Obronę Cywilną tak, aby zyskała stałe i adekwatne do zadań finansowanie. Jej funkcjonowanie powinno opierać się w dużej mierze na pracy dobrze przeszkolonych i zaopatrzonych w odpowiedni sprzęt wolontariuszy. Równolegle niewykorzystany zostaje potencjał Wojsk Obrony Terytorialnej. Skoncentrowano się na budowaniu zdolności bojowej formacji złożonej z ochotników, pominięto tymczasem możliwość wystąpienia bardziej realnych zagrożeń. Zarówno OCK jak i WOT powinny być dysponentem strategicznych rezerw materiałowych na czas epidemii i klęsk żywiołowych. Takie działania powinny być prowadzone we współpracy z Agencją Rezerw Materiałowych.
Podsumowując, potrzebujemy krajowego i europejskiego systemu zabezpieczającego na wypadek klęsk żywiołowych i epidemii.
Posunięcia dla postulowanej od kilku lat reindustrializacji UE
Należy poważnie rozważyć zobowiązanie producentów/dystrybutorów do systematycznego zwiększania tzw. udziału krajowego w towarach i usługach kierowanych na rynek UE (udziału krajowego rozumianego, jako wytworzonego na terenie UE (a definiowanego jak w przepisach przyjętych w zabezpieczaniu transakcji eksportowych chronionych przez agencję ds. ubezpieczeń kredytów eksportowych). Mogłoby to z jednej strony zachęcać europejskich producentów do poszukiwania poddostawców na terenie UE, lub w przypadku towarów importowanych powiększać ich cenę poprzez konieczny wtedy wzrost marży realizowanej przez dystrybutora, chroniąc towary rodzime przed dumpingiem.
Należy poważnie rozważyć zobowiązanie producentów pracujących na rynku europejskim do dywersyfikacji źródeł dostaw materiałów i komponentów używanych w procesie produkcji. W przypadku dostaw masowych – dostawców powinno być nie mniej niż trzech, z czego przynajmniej dwóch z terenu UE. Podzielenie dostaw, choć zwiększy jednostkową cenę nabycia komponentów, zmniejszy też presję konkurencyjną ze strony hurtowych dostaw od często monopolizujących obecnie rynki dużych dostawców z odległych lokalizacji. Pozwoli to równolegle na zaistnienie i umocnienie pozycji rynkowej dostawców z terenu Unii.
Należy stworzyć listę podstawowych/krytycznych towarów gotowych oraz komponentów, (jakie są niezbędne do produkcji w najważniejszych branżach Unii) – wytwarzanych wyłącznie poza obszarem UE. Następnie należy zaprojektować i wdrożyć program zachęt do wytwarzania tych towarów na terenie UE.
Należy stworzyć listę surowców krytycznych dla funkcjonowania UE oraz listę dostępnych zasobów (tak na terenie UE, jaki poza nią, ale w rękach podmiotów UE). Następnie należy zaprojektować i wdrożyć program pozwalający na uzupełnianie luk – tj. pozyskiwanie złóż i kontroli nad nimi przez podmioty z UE (lub wręcz wyspecjalizowaną agencję UE).
Należy poważnie rozważyć możliwość modyfikacji lub przesunięcia terminu realizacji części polityki UE tak by wyasygnować zasoby niezbędne do znaczącego podniesienia bezpieczeństwa gospodarczego (autonomiczność i ciągłość działania gospodarki UE).
Spowolnienie gospodarcze jest naturalnym hamulcem inflacji. Wstrzymanie biegu wielu procesów ekonomicznych w związku z kryzysem COVID19 będzie mieć jeszcze bardziej odczuwalny wpływ na jej wysokość.
Statystyka publiczna nie poddaje się koronawirusowi. W świetle dzisiejszego komunikatu GUS, inflacja w lutym br. wyniosła 4,7% r/r i 0,7% m/m. Ceny usług wzrosły szybciej aniżeli dóbr. Największy wzrost odnotowały ceny żywności (7,5% r/r i 2,7% m/m), użytkowanie mieszkania i nośniki energii (7,3% r/r i 4,5% m/m). Ponadprzeciętne wzrosty dotknęły usługi zdrowotne i edukacyjne, o długofalowo rosnącym popycie, oraz usługi gastronomiczne, gdzie ceny są funkcją cen żywności i poziomu płac.
Wśród cen żywności widzimy kontynuację znanych nam trendów: wysoka dynamika dotyczy mąki i pieczywa, mięsa wieprzowego i wędlin, owoców, warzyw i cukru. Dane GUS potwierdzają spadki cen tłuszczów, ale ogólna tendencja jest silnie wzrostowa. Tym bardziej niekorzystna, że to dobra reprezentujące znaczną część diety Polaków.
Warto dla porządku dodać, że tradycyjnie w lutym GUS zmienia udział wag w koszyku. Zmiany są jednak relatywnie niewielkie. Wprawdzie obejmują m.in. wzrost udziału żywności w koszyku, ale wynika to z jednej strony z długookresowego wzrostu cen żywności oraz najprawdopodobniej zastępowania dobrami innymi lub o wyższej jakości. Spada natomiast udział kosztów użytkowania mieszkania i nośników energii.
Powyższe dane właściwie mają teraz niewielkie znaczenie. Przy normalnej aktywności gospodarczej byłby to powód do niepokoju na miarę tego styczniowego – jesteśmy daleko powyżej celu inflacyjnego, i RPP jest tego w pełni świadoma. W praktyce, o ile spowolnienie jest naturalnym hamulcem inflacji, wstrzymanie biegu wielu procesów ekonomicznych będzie mieć jeszcze bardziej odczuwalny efekt.
Wskutek pandemii COVID-19 notujemy bowiem spadek popytu na znakomitą część dóbr i usług konsumenckich. Usługi turystyczne, kulturalne, czy większość segmentów gastronomii – o ile w ogóle funkcjonuje – ma podaż wyraźnie przekraczającą popyt, a zatem nie ma bodźców do podnoszenia cen. Popyt spada także dlatego, że pandemia oznacza niepewność dla gospodarstw domowych, czyli odraczanie zakupów dóbr trwałych, ograniczanie obecności w centrach handlowych, zakupów spontanicznych i tych, które są naturalną konsekwencją uczestnictwa w życiu społecznym. Proporcja segmentów, w których popyt rośnie do pozostałych (np. gastronomii z dowozem, usług kurierskich pobudzonych przestawieniem się na e-commerce, a także produktów higienicznych czy leczniczych oraz usług medycznych, a być może również edukacyjnych) jest relatywnie niewielka. Niektóre dobra i usługi zastępują inne, a nie stanowią ich uzupełnienia (gastronomia traci na rzecz przetwórstwa spożywczego). Ostatecznie, zakupy na zapas musimy zużyć, co automatycznie ogranicza zapotrzebowanie na kolejne. Warto pamiętać, że komunikaty GUS nie uwzględnią handlu spekulacyjnego. Spadek inflacji to również zasługa geopolityki, w przypadku której wbrew spowolnieniu gospodarczemu, zwiększa się globalne wydobycie ropy naftowej.
Dane za marzec będą w dużym stopniu zależeć od tego, jak bardzo aktywność ekonomiczna zostanie w najbliższych dniach w Polsce wygaszona – ta produkcyjna, i ta, od której zależą procesy (np. administracja publiczna). Dla wielu firm okres zamrożenia aktywności gospodarczej będzie wyzwaniem, bo zobowiązaniom nie towarzyszy zdolność do generowania dochodu. Stąd też działania na rzecz zwiększania płynności firm, i rozpatrywanie rozsądnej skali pakietu osłonowego, są bardzo zasadne – pozwalają uniknąć efektu domina, kiedy to upadek jednego przedsiębiorstwa pociąga za sobą kolejne, a zatem zwolnień i kurczenia bazy podatkowej.
W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Polsce, rząd rozpoczął prace nad tzw. pakietem osłonowym dla przedsiębiorców. Instrumenty zaproponowane w ramach wsparcia mają objąć szereg rozwiązań, które pozwolą przedsiębiorcom sprostać trudnej sytuacji gospodarczej wynikającej z epidemii.
Propozycje zmian legislacyjnych mają wesprzeć firmy, m.in. poprzez: ulgi w należnościach, poprawę płynności finansowej firm oraz ochronę i wsparcie rynku pracy. Przedstawiamy wykaz planowanych zmian rządowych.
Planowane rozwiązania legislacyjne mają zagwarantować przedsiębiorcom:
1. Uproszczenia w wybranych obowiązkach podatkowych, m. in:
Przesunięcie wejścia w życie przepisów dotyczących nowych deklaracji VAT (JPK_V7K) dla „dużych przedsiębiorców” o trzy miesiące, tj. na 1. lipca 2020. Zmiana ta jest oczekiwana przez znaczną część przedsiębiorców, ze względu na trudności w terminowym przygotowaniu do nowych regulacji. Obecna sytuacja, związana z zagrożeniem epidemiologicznym, z pewnością dodatkowo utrudnia przygotowania do tych obowiązków w dotychczasowym terminie. Z opublikowanych informacji nie wynika jednak, aby planowane było przesunięcie terminu wejścia w życie powyższych regulacji również dla pozostałych przedsiębiorców (obecnie mają zostać objęci tym obowiązkiem od lipca tego roku).
Ułatwienia w zakresie obowiązkowego stosowania metody podzielonej płatności, wcześniejszego zwrotu VAT, jak i wprowadzenie możliwości uregulowania podatku po terminie, bez ponoszenia kosztu odsetek. Na tę chwilę brak jest jednak bardziej szczegółowych informacji w tym zakresie i trudno ocenić, na ile te uproszczenia będą w praktyce pomocne dla podatników.
Przesunięcie z 1 kwietnia na lipiec 2020 r. terminu obowiązku wpisywania się firm do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych (ustawa o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy).
Ułatwienia w zawieszeniu prowadzenia działalności gospodarczej.
Możliwość zaliczenia do kosztów podatkowych wydatków związanych z anulowaniem wycieczek (dotyczyć będzie branż dotkniętych skutkami kryzysu).
Zmiana schematu pomocy publicznej, w tym rozszerzenie dla MŚP i dużych firm.
2. Poprawę płynności finansowej dzięki:
Uldze we wpłacie zobowiązań podatkowych.
Możliwości odliczenia „wstecz” straty od dochodu (tj. straty z 2020 od 2019), która umożliwia odjęcie straty poniesionej z działalności gospodarczej w danym roku od dochodu osiągniętego w ciągu następnych pięciu lat.
Wsparciu gwarancyjnemu oraz dopłacie do kredytów – działania BGK.
Możliwości uzyskania pomocy w ramach pomocy de minimis. Obecnie kwota udzielanych przez BGK gwarancji de minimis nie może stanowić więcej niż 60% kwoty kredytu i przekroczyć kwoty 3,5 mln zł (jednostkowa gwarancja) – postulat zwiększenia gwarancji do 80% kwoty kredytu.
Dopłatom do oprocentowania kredytów poprzez rozszerzenie zakresu funduszu klęskowego o epidemię.
3. Ochronę i wsparcie rynku pracy poprzez:
Nowelizację ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z ochroną miejsc pracy polegającą na skróceniu – z 6 do 3 miesięcy – okresu kryzysu, czyli spadku obrotów gospodarczych, sprzedaży towarów lub usług o 15%, który uprawnia do objęcia wsparciem pracodawcy polegającym na finansowaniu utrzymania miejsc pracy.
Zasiłki chorobowe i opiekuńcze, które przysługują przedsiębiorcom w przypadku braku możliwości wykonywania pracy w związku z koronawirusem.
Ulgi w spłacie lub umorzenia należności z tytułu składek do ZUS.
Wskazana wyżej paleta rozwiązań zaproponowanych wstępnie przez rząd ma za zadanie złagodzenie skutków kryzysu epidemiologicznego dla przedsiębiorcy. Identyfikujemy jednak szereg dodatkowych rozwiązań, które mogłyby pomóc firmom przetrwać ten trudny okres i zminimalizować jego negatywne skutki, np.:
ograniczenie stosowania nowych rozwiązań mających za zadanie przeciwdziałanie zatorom płatniczym (niestosowanie kar finansowych za nadmierne opóźnienia w płatnościach przez UOKIK);
okresowe zwiększenie uprawnień pracodawcy wobec pracowników (możliwość okresowego skierowania do innej pracy, w tym na innych warunkach; polecenie skorzystania z urlopu, możliwość skierowania na dodatkowe badania przed powrotem do pracy);
odroczenie obowiązku wdrożenia PPK w firmach zatrudniających między 50-249 osób;
okresowe opóźnienie wszelkich podatkowych obowiązków sprawozdawczych, a zatem nie tylko w zakresie sprawozdawczości CIT i PIT (zeznania roczne) czy VAT, ale również w odniesieniu, np. do kwestii związanych z raportowaniem schematów podatkowych (MDR);
rozciągnięcie rozwiązań płynnościowych (ulg w spłacie zobowiązań) na podatki lokalne, w tym w szczególności na podatek od nieruchomości (jest to istotne z perspektywy branż szczególnie narażonych takich jak np. branża hotelowa);
umożliwienie rozliczenia straty, powstałej w wyniku kryzysu epidemiologicznego, w przypadku przejęcia przedsiębiorstwa przez inną spółkę (przejęcie przez inny podmiot może być w niektórych przypadkach jedyną możliwością uratowania ciągłości działania przedsiębiorstwa);
wprowadzenie uproszczonego trybu ubiegania się o rozłożenie zaległości podatkowych na raty;
wprowadzenie możliwości rozliczenia straty podatkowej przez firmy działające na terenie specjalnych stref ekonomicznych, powstałej w okresie kryzysu epidemiologicznego;
wprowadzenie uproszczonej procedury w zakresie odroczenia, rozłożenia płatności podatku;
zawieszenie stosowania 15c CIT w stosunku do kredytowania „awaryjnego” związanego z bieżącą sytuacją.
Panika rynkowa z ostatnich dni ucieleśnia obawy inwestorów o brak zdecydowanych działań władz przede wszystkim w powstrzymaniu wirusa, a dopiero na dalszym miejscu liczy się dbanie o stabilność finansową. Luzowanie polityki monetarnej nie jest lekiem na całe zło, ale jego brak będzie wprowadzał dodatkowy chaos. Decyzja Fed jest wydarzeniem tygodnia obok nadziei na silną odpowiedź rządów na kryzys. Dane makro tylko potwierdzą szok, w jakim znajduje się globalna gospodarka.
Przyszły tydzień: FOMC, indeksy koniunktury z USA, spotkanie Eurogrupy, ZEW z Niemiec, SNB, Norges Bank, BoJ, produkcja/sprzedaż z Chin i Kanady, rynek pracy z Australii
USA
Fed nie ma wyjścia, jak obniżyć stopy procentowe o co najmniej 75 pb (wt-śr), inaczej musi się liczyć z podobnym rozczarowaniem, jakie w ostatni czwartek zapewniło EBC. Biorąc pod uwagę zdecydowanie Fed, nie do wykluczenia jest cięcie o 100 pb do 0-0,25 proc., by zdusić wszelkie wątpliwości co do determinacji banku w walce z kryzysem. Przewidujemy, że usłyszymy więcej o programie skupu obligacji skarbowych, który nieformalnie został przywrócony w tym tygodniu. Na konferencji prasowej prezes Powell prawdopodobnie podkreśli gotowość do działania w przyszłości w obliczu niepewnych perspektyw gospodarczych, co utrzyma oczekiwania na dalsze luzowanie. Poza tym rozprzestrzenianie się koronawirusa po USA znajdzie odbicie w indeksach koniunktury: NY Empire State (pon) i Philly Fed (czw). Twarde dane z gospodarki za luty – sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa (wt) – jeszcze pokażą solidne podstawy gospodarki, w które COVID-19 dopiero uderzy.
Strefa euro
W poniedziałek odbędzie się spotkanie ministrów finansów strefy euro, gdzie dojdzie do dyskusji nad skoordynowanymi działaniami dla wsparcia gospodarki. Od wyników spotkania może zależeć, czy rynki będą miały cień szansy na uspokojenie. Niemiecki indeks ZW (wt) bez wątpienia pokaże silne pogorszenie nastrojów. Sądzimy, że bliska przyszłość EUR jest silnie powiązana z postrzeganiem atrakcyjności USD jako bezpiecznej przystani – mniej zaufania w stosunku do dolara i USA będzie nasilać aprecjację EUR i vice versa.
Wielka Brytania
BoE jest już po interwencji, a brytyjski rząd po prezentacji budżetu. Dane z rynku pracy przejdą bez echa, a negocjacje brexitowe z UE zostały wstrzymane. GBP jest zdany na trendy na rynkach zewnętrznych, gdzie jednak traci w relacji do bezpiecznych przystani.
Szwajcaria i Norwegia
W przyszłym tygodniu Norges Bank i Szwajcarski Bank Narodowy będą podejmować decyzje (czw). Biorąc pod uwagę nadzwyczajne cięcie NB o 50 pb w piątek 13 marca oraz brak presji na SNB z tytułu braku obniżki EBC, nie spodziewamy się kolejnych obniżek już teraz, choć oba banki zadeklarują gotowość do poluzowanie polityki monetarnej, jeśli będzie to konieczne. SNB pozostanie skupiony na interwencjach na rynku walutowym z podkreśleniem znacznego przewartościowania franka. Wątpimy jednak, aby te słowa mogły zahamować popyt na CHF.
Polska
Jest mało prawdopodobne, aby w obecnych warunkach seria danych z Polski mogła przykuć uwagę. Wątpimy też, aby Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na nadzwyczajne posiedzenie w celu obniżenia stóp procentowych. Ostatnie komentarze członków RPP, w tym prezesa Glapińskiego, sugerują, że RPP da sobie czas do kwietnia na ocenę sytuacji gospodarczej, ale pozostanie do dyspozycji rządu w przypadku konieczności skoordynowanej polityki ratunkowej. Przy utrzymywanej niepewności rynkowej jest bardziej prawdopodobne, że w kolejnych dniach poziomy EUR/PLN pozostaną podwyższone.
Japonia
Bank Japonii już zadeklarował wsparcie dla płynności na rynku międzybankowym i jest aktywny na polu skupowania ETF opartych na japońskim rynku akcji. Mimo to na posiedzeniu w przyszłym tygodniu (śr-czw) należy oczekiwać sformalizowania nowej polityki skupu aktywów i wsparcia płynności z możliwym dalszym rozszerzeniem narzędzi o programy nakierowane na pożyczki dla przedsiębiorstw. Obniżka stopy procentowej dalej w ujemne poziomy wydaje się mało prawdopodobna, biorąc pod uwagę, jak bardzo w ostatnich latach BoJ unikał tego rozwiązania. Wydaje się, że cięcie wchodziłoby w grę w przypadku znacznych spadków USD/JPY, choć na koniec tygodnia widzimy powrót siły dolara.
Chiny
Dane z Chin za styczeń-luty (pon) zapewne wykażą rekordowe załamanie aktywności gospodarczej na początku roku w związku z wybuchem epidemii koronawirusa. Dwucyfrowe spadki produkcji i sprzedaży nie są wykluczone, ale rynek jest na to przygotowany i już jest skupiony na działaniach Pekinu w kierunku ożywienia gospodarki.
Australia i Nowa Zelandia
W Australii już doszło do obniżki stopy kasowej oraz zapowiedzi pakietu fiskalnego. Ale wzrost stopy bezrobocia (czw) może skłaniać RBA dodatkowego luzowania, tworząc dodatkowe ryzyko dla AUD. W Nowej Zelandii, biorąc pod uwagę mnogość decyzji o luzowaniu polityki pieniężnej, cięcie o 50 pb ze strony RBNZ jest prawdopodobne w każdym momencie.
Kanada
Styczniowe produkcja przemysłowa (wt) i sprzedaż detaliczna (pt) z Kanady mogą już pokazywać pierwsze oznaki zaburzeń w łańcuchach dostaw i większe rozczarowania na tym etapie wzmocnią oczekiwania na szybsze luzowanie polityki BoC. Rynek już zakłada cięcie o 37 pb na następnym posiedzeniu w połowie kwietnia, ale trzeba się liczyć, że agresywne luzowanie Fed może przynieść wcześniejsze nadzwyczajne łagodzenie ze strony BoC.
Firmy dotknięte trudną sytuacją związaną z koronawirusem będą mogły skorzystać ze specjalnych rozwiązań, które przygotowuje Bank Gospodarstwa Krajowego. Pomoc polegać będzie m.in. na zwiększeniu dostępu do kredytów w bankach komercyjnych i spółdzielczych.
Bank Gospodarstwa Krajowego aktywnie włączył się w wypracowanie systemowych rozwiązań, które pomogą przedsiębiorcom przetrwać w trudnym okresie spowodowanym przez koronawirusa. Bank przygotowuje dwa rozwiązania, które zapowiedziała minister rozwoju Jadwiga Emilewicz ogłaszając pakiet pomocowy dla firm.
Pierwsze rozwiązanie polega na zwiększeniu maksymalnej wysokości gwarancji de minimis do 80 proc. kwoty kredytu. Obecnie jest to do 60 proc. kwoty kredytu i maksymalnie 3,5 mln zł, przy czym ta druga wartość nie zmieni się. Dodatkowo BGK zrezygnuje z prowizji pobieranej przy udzieleniu gwarancji, która dzisiaj wynosi 0,5 proc. wartości gwarancji.
– We współpracy z Ministerstwem Finansów przygotowujemy rozporządzenie zwiększające pomoc w programie gwarancji de minimis do 80 proc., czyli do poziomu niewymagającego notyfikacji Komisji Europejskiej. Zrezygnujemy także z prowizji, którą pobieramy od udzielonych gwarancji. Od kilku dni wszystkie instytucje, od których zależą decyzje dotyczące rozwiązań dla przedsiębiorców, pracują w trybie nadzwyczajnym. O udostępnieniu programu przedsiębiorcom będziemy informować na naszej stronie internetowej. Robimy wszystko, aby nastąpiło to jak najszybciej – wyjaśnia Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu BGK.
Od strony proceduralnej zgodę na zmiany w programie wydaje Komisja Nadzoru Finansowego. Wdrożenie zmian wymaga też zaangażowania banków kredytujących, z którymi BGK na bieżąco współpracuje, choćby ze względu na dostosowanie parametrów w systemach IT.
Ze zwiększonych gwarancji będzie mogła skorzystać każda firma sektora MŚP, która dotychczas spełniała kryteria określone w programie gwarancji de minimis, niezależnie od branży.
Gwarancje de minimis ułatwiają zaciągnięcie kredytu obrotowego lub inwestycyjnego w jednym z dwudziestu banków współpracujących z BGK. Zmiana w programie gwarancji de minimis obejmie tylko wysokość gwarancji, pozostałe zasady uzyskania gwarancji nie zmienią się.
BGK tworzy i proponuje rozwiązania systemowe dla sektora bankowego. Już dziś gwarancje de minimis umożliwiają bankom kredytującym zaakceptowanie wyższego ryzyka przy udzielaniu kredytu przedsiębiorcy. Zwiększenie wysokości gwarancji do 80 proc. kwoty kredytu powinno wpłynąć na jeszcze większą dostępność kredytów dla sektora MŚP
Dwucyfrowe spadki na parkietach giełdowych i zyskujący ponownie na wartości dolar negatywnie odbijają się na złotym. Dalsze osłabienie polskiej waluty jest możliwe, jeżeli wpływ wirusa na gospodarkę okaże się istotny. Czy za euro, franka i dolara będziemy wkrótce płacić więcej niż 5 zł?
Silny wzrost awersji do ryzyka przyczynia się do silnych spadków na rynkach finansowych. Główne indeksy giełdowe traciły zarówno w USA, jak i w Europie ponad 10 proc. Przecena nie dotknęła nawet drogocennych kruszców – złota czy srebra.
Bank ogłasza program zaradczy
W czwartek wydarzeniem dnia był komunikat i konferencja prasowa Europejskiego Banku Centralnego (ECB), na której ogłoszono pakiet stymulacji systemu finansowego, by ograniczyć negatywny wpływ koronawirusa.
Główna stopa referencyjna pozostała na poziomie minus 0,5 proc., choć przed publikacją decyzji spekulowano o możliwym cięciu. ECB zmniejszył za to warunki dla programu TLTRO III od czerwca 2020 do czerwca 2021 r., a także dodał 120 mld euro skupu aktywów. Pakiet stymulacyjny wykracza poza oczekiwania, zapewniając więcej płynności na rynku i zmniejszając restrykcję dla banków. Jednak bezpośrednia reakcja nie była pozytywna. Z jednej strony na rynku dominują obawy o wpływ koronawirusa na gospodarki i wyniki spółek, a z drugiej strony „piłka” jest obecnie po stronie polityki fiskalnej.
Pozytywny sygnał skoordynowanej polityki fiskalnej i monetarnej widzieliśmy przed trzema dniami w Wielkiej Brytanii. Jednak w 19 państwach strefy euro jest to o wiele trudniejsze do przeprowadzenia. A to właśnie polityka fiskalna w przypadku pandemii koronawirusa może mieć potencjalnie dużo większy wpływ na ograniczenie negatywnych jego skutków i pomoc gospodarkom w wyjściu ze spowolnienia, kiedy zagrożenie zacznie ustępować. Krokiem w dobrą stronę wydaje się informacja, że kanclerz Niemiec Angela Merkel jest gotowa porzucić zbilansowany budżet, by walczyć z wirusem – coś, co zasugerowała na konferencji prasowej przed kilkoma dniami.
Świat boi się ryzyka, dolar w cenie
Działania banków centralnych nie wywierają obecnie wielkiego wrażenia na rynku finansowym. Silną awersję do ryzyka w ostatnich dniach dodatkowo podkręca gwałtownie zyskujący dolar. Indeks amerykańskiej waluty wg Bloomberga wzrósł wczoraj po południu do ok. 1224 pkt, czyli do najwyższego poziomu od listopada 2017 r. Główna para walutowa EUR/USD spadła z kolei z nieco ponad 1,13 (wczoraj przed południem) do 1,11 podczas konferencji prasowej szefowej ECB.
Zwiększona awersja do ryzyka i istotny wzrost popytu na dolara wywierały dużą presję na waluty krajów wschodzących, w tym także na złotego. Notowania USD/PLN wzrosły do blisko 3,97, EUR/PLN powyżej 4,39 – pierwszy raz od września 2019 r., a kurs CHF/PLN przekraczał 4,16, osiągając najwyższy poziom od stycznia 2017 r. To może jednak nie być koniec spadków polskiej waluty.
Czy padną rekordy słabości złotego?
Szczyt pandemii koronawirusa najprawdopodobniej jeszcze przed nami, a twarde dane makroekonomiczne, które zaczną napływać w kolejnych tygodniach i miesiącach, mogą jeszcze zwiększyć presję na polską walutę.
Aktualne wydarzenia na rynku przybliżają nieco scenariusz przekroczenia ostatnich rekordów słabości złotego względem głównych walut, tj. ok. 4,93 zł za euro (luty 2009 r., kryzys finansowy), 4,28 zł za dolara (grudzień 2016 r., triumf Donalda Trumpa w wyborach) i prawie 5 zł za franka (styczeń 2015 r., uwolnienie wartości franka od euro przez SNB).
Zważywszy na obecny szok zarówno podażowy (zaburzone łańcuchy dostaw), jak i popytowy (strach przed wirusem) nie można wykluczyć, że w najbliższych miesiącach za dolara, euro i franka będziemy płacić ponad 5 zł. Może się tak stać w przypadku realizacji negatywnego scenariusza – istotnego wpływu koronawirusa na gospodarkę Polski i Europy (recesji lub technicznej recesji w br.).
Umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania nie pozwalała fiskusowi opodatkować dochodów uzyskiwanych przez polskiego pracownika w norweskiej firmie. Ale organ podatkowy robił wszystko, co w jego mocy, by móc je opodatkować. W obronie podatnika stanęły sądy, z Naczelnym Sądem Administracyjnym na czele, uznając działania fiskusa za „Niemające jakiegokolwiek oparcia we wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej, a zatem oderwane od realiów tej sprawy…” (wyrok NSA z 13 grudnia 2019 r., sygn. II FSK 214/18).
Wynagrodzenia, jak i świadczenia podobne uzyskiwane z pracy w morskiej strefie przybrzeżnej Norwegii przez mającego miejsce zamieszkania na terytorium RP Polaka podlegają opodatkowaniu w Norwegii. Jeśli jednak norweski pracodawca nie posiada miejsca zamieszkania ani siedziby w tym kraju, wówczas świadczenia te będą podlegać opodatkowaniu wyłącznie w Polsce – tak wynika z uregulowań przepisu art. 20 ust. 6 Konwencji zawartej 9 września 2009 r. w Warszawie pomiędzy Polską a Norwegią w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu oraz Protokół do tej Konwencji (Dz.U. 2010 nr 134 poz. 899).
Norweska spółka z siedzibą na Wyspie Man
W grudniu 2016 r. mieszkający na co dzień w Polsce podatnik złożył do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej wniosek, w którym przedstawił następujący stan faktyczny. W latach 2014-2016, będąc zatrudnionym u zagranicznego pracodawcy, pracował na statkach pływających pod banderą Wysp Bahama po obszarach morskich różnych państw, m.in. Brazylii, Namibii, Kanady. Ale zatrudniająca go spółka notowana jest na norweskiej giełdzie, centrum zarządzania firmy znajduje się w Norwegii, z tego też kraju otrzymuje wynagrodzenie oraz wszelką związaną z nim korespondencję. Choć spółka ma statutową siedzibę na podległej Koronie Brytyjskiej Wyspie Man, pracodawca polskiego pracownika jest przedsiębiorstwem norweskim, posiadającym centrum zarządzania na terenie Norwegii.
W związku z powyższym pracownik wystąpił do polskiego organu podatkowego z wnioskiem o potwierdzenie, że w oparciu o przepisy polsko-norweskiej Konwencji w sprawie unikania podwójnego opodatkowania jego dochody podlegać będą opodatkowaniu na zasadach określonych w tej Konwencji, a więc wyłącznie w Norwegii. Powołał się m.in. na treść art. 14 ust. 3 tej Konwencji, zgodnie z którą:
„…wynagrodzenie uzyskane w związku z wykonywaniem pracy najemnej na pokładzie statku morskiego eksploatowanego (…) przez przedsiębiorstwo Umawiającego się Państwa, może być opodatkowane w tym Umawiającym się Państwie. Jednakże, jeżeli wynagrodzenie zostało uzyskane w związku z wykonywaniem pracy najemnej na pokładzie statku morskiego zarejestrowanego w Norweskim Międzynarodowym Rejestrze Statków (N.I.S.), wynagrodzenie to podlega opodatkowaniu tylko w tym Umawiającym się Państwie, w którym odbiorca wynagrodzenia ma miejsce zamieszkania”.
Wskazane w zdaniu drugim tego artykułu wyłączenie nie miało mieć zastosowania, bowiem statek norweskiego pracodawcy nie był zarejestrowany w N.I.S.-ie, a na Wyspie Man.
Fiskus chciał wyłączności na opodatkowanie dochodów
Organ podatkowy, dokonując analizy umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, wysnuł wniosek, że wynagrodzenia pracownika mającego miejsce zamieszkania w Polsce są opodatkowane wyłącznie w Polsce, chyba że pracę wykonuje się na terytorium należącym do państwa sygnatariusza umowy. A zdaniem organu w zakresie dochodów wskazanych we wniosku o wydanie interpretacji pracownik świadczył pracę dla pracodawcy niemającego siedziby na terytorium Norwegii, a na Wyspie Man, stąd jego dochody będą podlegać opodatkowaniu w Polsce.
„…z uwagi na wykonywanie przez Wnioskodawcę pracy najemnej w morskiej strefie przybrzeżnej Norwegii dla pracodawcy nieposiadającego miejsca zamieszkania ani siedziby w Norwegii, Jego dochody z tej pracy podlegają opodatkowaniu – stosownie do art. 20 ust. 6 lit. a ww. Konwencji – wyłącznie w Polsce” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 10 kwietnia 2017 r., sygn. 0461-ITPB2.4511.1061.2016.4.IB).
Organ był ślepy na jasne i dobitne wskazania podatnika
Polski pracownik wniósł skargę na takie rozstrzygnięcie Dyrektora KIS. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Rzeszowie w wyroku z 5 października 2017 r. przychylił się do niej, wytykając błędy interpretacyjne organu. Stwierdził, że organ wykroczył poza granice interpretacji wytyczone stanem faktycznym ujawnionym we wniosku o jej wydanie. Ponadto, wyrażając swoje stanowisko, pominął on część elementów tego stanu, przyjmując za ustalone elementy niemające z nim nic wspólnego. Dla celów podatkowych organ zawęził pojęcie „miejsca zamieszkania lub siedziby” wskazane w art. 20 ust. 6 lit. a zd. 2 Konwencji, podczas gdy zasadnie podnosił w skardze reprezentujący pracownika doradca podatkowy, że art. 4 tej Konwencji klarownie wyjaśnia, iż odnosi się ono do każdej osoby, która podlega w Norwegii opodatkowaniu ze względu m.in. na siedzibę zarządu albo inne podobne kryterium. Wskazuje to, że dla uznana posiadania przez norweską firmę siedziby w Norwegii nie jest wymagane posiadanie wyłącznie siedziby statutowej na jej terytorium.
„Skarżący bowiem jasno i dobitnie wskazał, że zatrudniające go przedsiębiorstwo, pomimo posiadania statutowej siedziby na wyspie Man (…) posiada faktyczny zarząd na terenie Norwegii (…) organ interpretacyjny bez odniesienia się do tych elementów wniosku, mogących mieć wpływ na ustalenie rezydencji podatkowej przedsiębiorstwa zatrudniającego Skarżącego, bezpodstawnie uznał, kierując się li tylko łącznikiem formalnoprawnym (miejscem siedziby statutowej), że przedsiębiorstwo to nie jest rezydentem norweskim…” (sygn. akt I SA/Rz 515/17).
NSA oddalił skargę kasacyjną
Dyrektor KIS, mimo wyraźnego przekazu zawartego w wyroku rzeszowskiego sądu, postanowił jednak powalczyć o możliwość wyłącznego opodatkowania polskiego pracownika. Wniósł więc do Naczelnego Sądu Administracyjnego skargę kasacyjną. Ale w wydanym 13 grudnia 2019 r. wyroku NSA całkowicie poparł ustalenia poczynione przez sąd pierwszej instancji i oddalił skargę. Orzekł, że w nieuprawniony sposób organ zawęził rozumienie zawartych w Konwencji pojęć, uprawniających do nieobejmowania polskiego podatnika opodatkowaniem. NSA wskazał, że fakt posiadania przez norweską spółkę statutowej siedziby na Wyspie Man nie oznacza, że nie posiada ona siedziby w Norwegii. W świetle Konwencji za taką siedzibę można uznać jasno wskazane we wniosku o wydanie interpretacji położone na terenie Norwegii centrum zarządzania.
„…błędny jest wywód autora skargi kasacyjnej, w myśl którego „zadeklarowanie, iż Spółka posiada faktyczny zarząd na terenie Norwegii i tam znajduje się centrum zarządzania tego przedsiębiorstwa, w ocenie organu jest niewystarczające dla uznania, że w świetle Konwencji Spółka taka będzie rezydentem podatkowym Norwegii…” (wyrok z 13 grudnia 2019 r., sygn. akt II FSK 214/18).
Podatnicy mogą korzystać z dobrodziejstw zagranicznych jurysdykcji
Prawo poszczególnych państw daje przedsiębiorcom na całym świecie możliwość rozwoju i ekspansji swojego biznesu, jak i czerpania z korzystnych dla nich rozwiązań, także ze względów podatkowych. I tak jak norweski przedsiębiorca korzystał z zalet rejestracji eksploatowanego statku na Wyspie Man, również polscy przedsiębiorcy mogą korzystać z niosących ogromne dla ich działalności zalety rejestracji statków, jachtów pod zagraniczną banderą czy jurysdykcją bądź też prowadzenia firmy z wykorzystaniem transgranicznych struktur. Bo choć może to być fiskusowi nie w smak, to musi się on pogodzić z regułą, że tak, jak podatnicy zobowiązani są realizować nałożone na nich prawem ciężary, tak w granicach tego samego prawa mogą szukać sposobów ich zmniejszenia.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W okresie kwarantanny w kwestiach wynagrodzenia obowiązują takie same zasady jak w przypadku choroby. W pierwszym okresie koszty ponosi pracodawca, a od 34 dnia zwolnienia wynagrodzenie wypłaca Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Warunkiem jest jednak uzyskanie od lekarza zaświadczenia, czyli popularnego L4.
Pracownikom nieobecnym z powodu kwarantanny przysługuje wynagrodzenie za czas choroby. Obowiązują tutaj takie same zasady jak w pozostałych przypadkach wypłaty tego świadczenia – przez pierwsze 33 dni koszty pokrywa pracodawca, następnie zaś Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Czyli w przypadku kwarantanny trwającej 14 dni, pełny koszt pokrywa pracodawca, płatnik składek. W przypadku, pomimo braku objawów chcemy profilaktycznie zostać w domu, a lekarz nie widzi podstaw do wystawiania zwolnienia, nie przysługują nam żadne świadczenia, ani ze strony pracodawcy, ani ze strony Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. ZUS pokrywa również koszty zasiłku dla rodziców, którzy opiekują się dziećmi do 8 roku życia w związku z 14-sto dniową przerwą w funkcjonowaniu szkół, żłobków i przedszkoli.
Możliwe jest również alternatywne rozwiązanie, czyli praca zdalna. Tą formę pracy wprowadza wielu pracodawców jako rodzaj benefitu. W okresie zagrożenie epidemiologicznego jest to bardzo popularne rozwiązanie. Ma to miejsce szczególnie w międzynarodowych korporacjach, które cechują się pracą na tzw. open space, będących dużym skupiskiem osób, co podnosi ryzyko zarażenia. W czasie pracy zdalnej zaakceptowanej przez przełożonego, wynagrodzenie powinno zostać wypłacone w niezmienionej wysokości. Jednak nie wszystkie firmy mogą sobie na ten przywilej pozwolić – niektóre zawody wiążą się w pracą w określonym miejscu lub w terenie i pracownik nie może wykonać jej efektywnie z domu. Takie firmy prawdopodobnie zostaną narażone na straty w wyniku szerzącej się epidemii wirusa.
Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST
Rynek nieruchomości mieszkaniowych reaguje z opóźnieniem na każde zmiany makroekonomiczne. Dlatego na początku rozprzestrzeniania się epidemii w Polsce nie widzieliśmy reakcji ze strony podażowej (czyli sprzedających mieszkania) ani popytowej. Prawdopodobnie z biegiem czasu się to zmieni. Jeśli epidemia będzie miała trwały charakter i wywrze wpływ na gospodarkę ogółem, odbije się to również na rynku nieruchomości. Jest zbyt wcześnie aby przewidywać skutki epidemii dla rozgrzanego dotychczas rynku, jednak ocena zachowań konsumenckich jest jak najbardziej możliwa.
Styczeń i luty 2020 bez zmian
Zmiany na rynku mieszkań są raportowane najczęściej kwartalnie. Wpływ koronawirusa na polski rynek mieszkaniowy najlepiej będzie można ocenić po II kw. 2020 r. Od stycznia do lutego, czyli zanim wirus pojawił się w Polsce, rynek wtórny nie reagował na wiadomości ze światowych rynków. Transakcje kupna-sprzedaży mieszkań przebiegały płynnie, ceny wciąż lekko rosły, oferta pozostawała na stabilnym poziomie. Pierwsze dwa miesiące bieżącego roku były również czasem niskiej skłonności negocjacyjnej ze strony sprzedających i mocnego wzrostu cen ofertowych mieszkań. W Warszawie przeciętna cena ofertowa w lutym zbliżyła się do poziomu 11 tys. zł/m2. Również komunikaty płynące ze spółek deweloperskich przy okazji omawiania wyników finansowych za poprzedni rok były pozytywne. Deweloperzy komunikowali, że początek roku wskazuje na stabilną sprzedaż mieszkań. W przypadku rynku pierwotnego zachowania konsumenckie będzie można najlepiej rozpoznać po pierwszej połowie roku. Być może jednak w wynikach pierwszego kwartału będziemy mogli zauważyć, czy marzec przyniósł niższą liczbę odwiedzin klientów w biurach sprzedażowych.
Żeby ocenić możliwe konsekwencje dla rynku polskiego możemy posłużyć się przykładem gospodarek, w których wirus rozprzestrzenił się wcześniej. Jednak chiński, czy włoski rynek nieruchomości różni się od polskiego, dlatego w prognozach musimy zwrócić uwagę na nasz lokalny charakter rynku.
Jak to wyglądało w Chinach?
Rynek chiński wygląda zupełnie inaczej niż rynek polski. Nieruchomości kupuje się dużo częściej w celach inwestycyjnych, jednak dla przeciętnego mieszkańca Chin są one bardzo drogie i nierzadko na zakup składają się całe rodziny, bądź kupują je majętni inwestorzy. Wpływ epidemii na rynek mieszkaniowy najlepiej był widoczny w danych dotyczących chińskich deweloperów. Sprzedaż w lutym spadła o 38% w skali roku (w porównaniu z lutym 2019)[1]. W ujęciu miesiąc do miesiąca sprzedaż w lutym spadła nawet o 44% (luty vs styczeń 2020). Najbardziej paraliż rynkowy dotknął mniejsze firmy, jednak wszystkie ucierpiały po tym jak lokalne samorządy nakazały zamknięcie biur sprzedaży.
Reakcją chińskiego rynku nieruchomości był totalny paraliż obrotu. Oznacza to, że prawie całkowicie wyhamowane zostały transakcje kupna-sprzedaży. W wyniku czego nie można było mówić ani o spadku, ani o wzroście cen, ponieważ obrót praktycznie nie istniał. Trudno się dziwić tej reakcji w wyniku kwarantanny oraz zamknięcia biur sprzedaży, w których dochodzi do negocjacji i podpisywania umów. W związku z powyższym wiele firm przeniosło sprzedaż do Internetu. Szacuje się, że 92 ze 100 największych firm działa sprzedając nieruchomości w przestrzeni online[2].
Reakcje deweloperów w dobie epidemii
Tylko jednemu z większych chińskich deweloperów udało się w lutym zwiększyć sprzedaż w skali roku (w porównaniu do lutego 2019r.). Jednak stało się to dopiero po ogłoszeniu kampanii marketingowej, w której firma oferowała 25% zniżki na 613 nieruchomości, które posiadała w ofercie. W przypadku innych spółek pojawiły się oferty promocyjne trzech apartamentów w cenie dwóch, przy czym kupujący mogli anulować umowę w ciągu 30 dni, a deweloper zwracał im depozyt plus odsetki. – mówi Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości w SonarHome.
Chińscy deweloperzy w pułapce finansowej
Sytuacja chińskich deweloperów jest odmienna od naszych polskich spółek. Sposób finansowania jest inny od ich polskich odpowiedników ponieważ w dużej mierze finansują się oni bieżącymi wpłatami klientów. W polskich warunkach z uwagi na obecność rachunków powierniczych ta sytuacja nie ma miejsca.
Prawie połowa finansowania chińskich deweloperów to bieżąca sprzedaż nieruchomości. Dlatego wyhamowanie sprzedaży, zamknięcie biur i brak transakcji tak bardzo wpływa na płynność finansową firm, nie dysponują one bowiem zapasem gotówki ani na bieżącą działalność ani na spłatę długu. Analiza agencji ratingowej S&P co prawda wykazała, że większość spółek powinna przetrwać problemy płynnościowe, jednak około 1/3 z nich będzie miała problemy.
Źródło:, Bloomberg, National Statistics Bureau
Dwa scenariusze dla Chin według S&P Global Ratings
Scenariusz optymistyczny agencji zakłada, że szczyt zachorowań w Chinach przypadnie na połowę marca. Od tego czasu stopniowo będzie wznawiana praca biur sprzedaży. Połowa roku ma przynieść normalizowanie sytuacji rynkowej do poziomów z 2019 roku. Finalnie suma zawieranych transakcji na chińskim rynku mieszkaniowym ma spaść o 5-10% w skali roku. Skutkiem tego sprzedaż gruntów pod zabudowę spadnie o 20%.
Pesymistyczna wizja według S&P mówi o przedłużeniu epidemii koronawirusa o do połowy kwietnia, co może wywołać skutki podobne do tych sprzed 12 lat (2008 rok), czyli spadek sprzedaży nieruchomości o 20% i spadek inwestycji w grunty o 30%.
Na pomoc gospodarce
Już nie tylko w Chinach rządy i samorządy lokalne deklarują pomoc finansową dla poszczególnych gałęzi gospodarki. O takich ruchach słyszymy również w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Włoszech, Wielkiej Brytanii. Deklarację taką złożyła również Komisja Europejska. W Chinach władze lokalne wprowadziły regulacje na poziomie administracyjnym, podatkowym i inwestycyjnym, które mają wpłynąć na złagodzenie problemów rynku nieruchomości. Inne kraje planują pakiety stymulacyjne, przykładowo Wielka Brytania zadeklarowała 30 mld funtów dla wzmocnienia gospodarki. Prezydent Donald Trump zapowiedział wniosek o wprowadzenie znacznych ulg w podatku dochodowym. Rząd Włoch natomiast przeznaczył 25 miliardów euro na walkę ze skutkami epidemii. Polska Agencja Prasowa podaje, że Prezydent Polski również ma wyjść z inicjatywą wypracowania rozwiązań łagodzących skutki spłaty zobowiązań kredytowych. Wszelka pomoc może jedynie złagodzić straty gospodarcze, jednak nie ulega wątpliwości, że wpływ na wzrost PKB większości gospodarek będzie negatywny.
Co z polskim rynkiem mieszkaniowym
Jesteśmy dopiero na początku rozwoju epidemii w Polsce. Zarażenia w naszym kraju na chwilę obecną trwają zaledwie tydzień. Obserwując nowe raportowane infekcje w krajach, gdzie epidemia była już na poziomie zaawansowanym, do wyhamowania wzrostu nowej liczby zakażeń dochodziło dopiero w okolicach 12 -14 tygodnia trwania epidemii[1]. Co nie oznacza oczywiście jej końca, jednak oznacza to, że liczba nowo zakażonych osób będzie malała. Zakładając, że sytuacja w Polsce przedstawiałaby się podobnie, wzrost liczby zarażonych będzie postępował aż do czerwca 2020 roku, paraliżując w ten sposób rynki.
Jakie zmiany mogą czekać polską mieszkaniówkę
Trudno przewidzieć dokładne skutki i czas w jakim wirus będzie wpływał na naszą gospodarkę. Możemy więc jedynie pokusić się o prognozowanie zachowań konsumenckich w obliczu zmian. Im dłużej będzie trwała epidemia, tym bardziej napięte będą relacje gospodarcze. Zastój w eksporcie i imporcie, możliwe wyhamowanie produkcji, straty w handlu to wszystko prędzej czy później przełoży się na nastroje konsumenckie, które jak wnioskujemy już spadają.
Czarny łabędź na rynku mieszkaniowym
Jeszcze niedawno najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla rynku mieszkaniowego była kontynuacja wzrostów cen mieszkań oraz utrzymujący się popyt. To właśnie ten popyt składający się z kupujących na własne potrzeby, jak i inwestycyjnie, napędzał rynek nieruchomości. Teraz na rynku pojawił się czarny łabędź, czyli wydarzenie, które ma miejsce nagle, odciska duże piętno i jest praktycznie nie do przewidzenia[2].
Zakładając zmiany w polskiej mieszkaniówce, bierzemy pod uwagę krótkotrwały i długotrwały wpływ wirusa na polską gospodarkę, a co za tym idzie na zachowania konsumentów. W sytuacji gwałtownego pogarszania się perspektyw dla gospodarki światowej zmianie ulegają również prognozy dla Polski. Ekonomiści dokonują rewizji swoich szacunków. Obecne prognozy wskazują, że tempo wzrostu PKB dla Polski w bieżącym roku może wynieść od 2,7%, do nawet poniżej 2% w scenariuszu negatywnym. Choć jest to skala trudna do oszacowana ze względu na dynamikę zmian. W takiej perspektywie powyższe zmiany będą musiały odbić się również na popycie w sektorze mieszkaniowym. Retoryka RPP w sprawie pozostawienia stóp na stabilnym poziomie się nie zmieniła. Choć pojawiają się sygnały, że w obliczu trudnej sytuacji Rada Polityki Pieniężnej może obniżyć stopy procentowe, aby wspomóc gospodarkę. Może to jednak nie wystarczyć do tego, aby nastroje konsumenckie wróciły na dotychczasowy wysoki poziom.
Popyt w erze wirusa
Skala wpływu epidemii koronawirusa na polski rynek mieszkaniowy będzie zależała od czasu jej trwania. Zakładamy, że pierwszą reakcją na naszym rynku będzie wyhamowanie sprzedaży. W sytuacji, gdy konsumenci skupiają się na tym, aby mieć dostęp do artykułów potrzebnych do codziennej egzystencji, będziemy obserwować mniejsze zainteresowanie poszukiwaniem nieruchomości. Wiele firm już wprowadziło rekomendację pracy zdalnej oraz ograniczenie przebywania w większych skupiskach ludzkich: miejscach publicznych, komunikacji miejskiej itp. Co za tym idzie dojdzie do spadku liczby prezentacji mieszkań, czy wizyt w biurach sprzedaży. Osoby, które nie są zmuszone do zakupu nieruchomości, oddalą tę decyzję w czasie.
Pierwszą reakcją na epidemię najprawdopodobniej będzie zmniejszony obrót na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Gdy rynek będzie hamował, ceny nie muszą od razu spadać. Zakładamy, że w początkowym stadium wyhamowania wolumenu sprzedaży, będziemy obserwować stabilizację, bądź ograniczenie wzrostu cen mieszkań do minimum. Nie wykluczamy jednak przejściowego spadku cen mieszkań spowodowanego zastojami transakcyjnymi w niektórych segmentach rynku. – ocenia Mateusz Romanowski założyciel SonarHome.
W scenariuszu optymistycznym szybkie działania prewencyjne rządu mogą pomóc w skróceniu skutków epidemii. Istnieje możliwość, że wyhamowanie obrotu potrwa zaledwie 2-3 miesiące. Przy czym będziemy obserwować niższą liczbę transakcji i stabilizację cen mieszkań. Po stopniowym wygaszaniu epidemii, mogłoby dojść również do odbicia wolumenu transakcji w drugiej połowie roku, bądź w ostatnim kwartale, szczególnie gdy wcześniejszemu obniżeniu uległaby stopa referencyjna NBP.
Obecna sytuacja wymusza zmiany w obsłudze rynku nieruchomości, co oznacza, że digitalizacja procesu sprzedaży w dobie koronawirusa, jest odpowiedzią na zapotrzebowanie strony sprzedającej. Od początku naszej działalności chcieliśmy być przygotowani do działania zarówno na rozgrzanym rynku jak i w czasie pogorszenia koniunktury, choć nie mogliśmy wiedzieć, że ten moment przyjdzie tak szybko, przygotowaliśmy strategię i na taką okoliczność. Zainwestowaliśmy w narzędzie do automatycznej wyceny online oraz stworzyliśmy nowy proces sprzedaży, ograniczając w ten sposób liczbę spotkań i skracając formalności do minimum. Dlatego na odwrócenie trendu i obsługę sprzedających jesteśmy gotowi – mówi Mateusz Romanowski CEO SonarHome – pierwszego ibuyera w Polsce.
W scenariuszu pesymistycznym światowa i krajowa gospodarka zwolni na tyle, że odbije się to w dużej skali na zachowaniach konsumenckich, a skutki epidemii będziemy odczuwać dużo dłużej niż trzy miesiące. Spadek nastrojów będzie się objawiał w niechęci do ponoszenia wysokich wydatków przez społeczeństwo, taką kapitałochłonną inwestycją jest np. kupno mieszkania. Czarny scenariusz kwarantanny całych miast może odbić się na poczuciu niepewności w społeczeństwie, co za tym idzie zatrzymaniu popytu. W takim wypadku średni czas sprzedaży mieszkania ulegnie wydłużeniu, co oznacza, że sprzedający mieszkania dłużej będą czekali na znalezienie kupującego i finalizację transakcji. Ci, których sytuacja życiowa zmusza do sprzedaży nieruchomości będą mogli zatem podjąć decyzję o obniżeniu ceny ofertowej, a ich otwartość na negocjacje będzie większa. Obecnie ciężko jest wyobrazić sobie sytuację spadku cen mieszkań. Jednak w przypadku tych lokali, na które popyt nawet w sytuacji dużego rozgrzania rynkowego był niższy (czyli np. lokale o większej powierzchni 70 m2 i więcej) istnieje prawdopodobieństwo korekty cenowej. To znaczy, że ten segment powierzchniowy odczuje zmiany jako pierwszy. W pesymistycznym scenariuszu nie wykluczamy spadku cen mieszkań w skali roku, jednak na chwilę obecną zakładamy, że mógłby on wynieść kilka procent (2-4%).
Czy widzimy coś w obecnych nastrojach rynkowych? Jako wskaźnik możemy przyjąć koniunkturę konsumencką.
Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej w lutym spadł do 1,3 pkt z 3,7 pkt w miesiącu poprzednim. W porównaniu ze styczniem spadek wyniósł 2,4 pkt. proc. W porównaniu do lutego 2019 roku spadek nastrojów konsumenckich wyniósł już 4,2 pkt. proc. Analizując historyczne wyniki z lutego, do największego spadku nastrojów konsumenckich doszło w poprzednim kryzysie gospodarczym, gdy w lutym 2009 roku wskaźnik spadł aż o 21,3 pkt. proc w skali roku. Jednak jak wskazuje poniższy wykres poziom nastrojów wciąż nie jest zły, nie mamy jednak jeszcze danych za marzec, gdy COVID-19 pojawił się w Polsce.
źródło: GUS
Prognozy zmian w nastrojach pokazuje wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK) w lutym 2020 r. Zgodnie z definicją GUS wskaźnik opisuje oczekiwane w najbliższych miesiącach tendencje konsumpcji indywidualnej. W lutym odnotowano spadek nastrojów o 1,6 pkt. proc.
źródło :GUS
Najsłabiej konsumenci oceniają zmiany ogólnej sytuacji ekonomicznej kraju (-8,4 pkt) oraz oszczędzanie pieniędzy (-2,0 pkt)[1]
Ponieważ sytuacja na rynkach światowych i na rynku krajowym jest dynamiczna, planujemy systematycznie aktualizować informacje na temat rynków zagranicznych oraz rynku krajowego. Większość danych o reakcjach rynkowych jeszcze nie jest dostępna, dlatego sytuację będziemy monitorować na bieżąco, tym bardziej, że skutki obecnej sytuacji są trudne do przewidzenia.
[1] Na podstawie 100 największych firm w kraju opracowane przez CRIC
[4] Zjawiska określone mianem „Czarny Łabędź” zostało opisane przez autora książki (o tym samym tytule) Nassima Nicholasa Taleba. Wydarzenia spełniające definicje czarnego łabędzia to np. zamach z 11 września 2001 roku lub kryzys finansowy w 2008 roku.
[5] * Obydwa wskaźniki ufności konsumenckiej (bieżący i wyprzedzający) mogą przyjmować wartości od –100 do +100. Wartość dodatnia oznacza przewagę liczebną konsumentów nastawionych optymistycznie nad konsumentami nastawionymi pesymistycznie, natomiast wartość ujemna oznacza przewagę liczebną konsumentów nastawionych pesymistycznie nad konsumentami nastawionymi optymistycznie. W lutym 2020 r. przeprowadzono 1206 wywiadów w okresie 03-12.02.2020 r. (w tym 68 metodą CATI – wywiadu telefonicznego wspomaganego komputerowo).
Światowa gospodarka mierzy się obecnie z tąpnięciem, którego nie było od czasu globalnego kryzysu finansowego w latach 2007-2009. Giełdy zanotowały największe spadki od dekady, a Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD, obniżyła prognozowany wskaźnik wzrostu z 2,9 na 2,4 proc. w 2020 roku. Wszystko przez koronawirusa, który uderza w ekonomie niemal wszystkich krajów na świecie. Branżami najbardziej odczuwającymi kryzys są turystyka oraz przewóz pasażerski, który według ostatni danych Ministerstwa Rozwoju stracił ponad 90 proc. zamówień. W międzynarodowym transporcie rzeczy też nie jest łatwo, a polscy przewoźnicy mówią o przyszłości na razie bez paniki, ale bardzo ostrożnie.
Koronawirus na świecie – mapa
OECD w skróconym raporcie wydanym z powodu koronawirusa obniżyła o 0,5 proc. przewidywany wzrost gospodarczy na świecie z prognozowanego 2,9 proc. Czarny scenariusz zakłada, że spadek może być jeszcze większy, bo do 1,5 proc. w 2020 roku. Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF) potwierdza, że globalny wskaźnik DGP będzie znacznie poniżej 2,6 proc., czyli wyniku z 2019 roku. Po niełatwym okresie wojen handlowych, perturbacjach po brexicie, osłabieniu struktur UE oraz tąpnięciu w gospodarce i przemyśle niemieckim – ekonomia światowa miała się powoli wzmacniać. Koronawirus przekreśla na razie również plany gospodarcze państw w Europie. Jak ta sytuacja odbije się na kondycji przedsiębiorców w Polsce i na świecie?
Zdecydowanie w największych kłopotach biznesowych są branże związane z przewozem osób zarówno drogą morską, lotniczą, jak i lądową oraz sektor turystyki. Jednak na baczności muszą się mieć też przedsiębiorstwa związane z logistyką oraz transportem rzeczy. Dlaczego? Według firmy badawczej McKinsey globalny rynek logistyczny z transportem, magazynami, spedycją oraz wszystkimi elementami łańcucha dostaw stanowi około 12 proc. GDP na świecie, a obszar Azji i Pacyfiku to największa część sektora logistyki i stanowi szacunkowo 45 proc. całkowitego dochodu na świecie – wyjaśnia Bartosz Najman, wiceprezes Inelo i OCRK. – Trudno teraz przewidzieć, jak sytuacja będzie się rozwijać. Zmiennych jest zbyt wiele, ale z pewnością przedsiębiorcy mierzą się obecnie z chaosem i niepewnością spowodowaną spadkiem w zamówieniach towarów z Chin, zmianami w łańcuchach dostaw. The Wall Street Journal określa tę sytuację jako pandemię z minimalnymi długofalowymi skutkami ekonomicznymi i miejmy nadzieję, że tak będzie, gdyż obroty polskich firm, w tym transportowych, zależą w dużej mierze od wymiany handlowej z Azją i Pacyfikiem i potrzebami konsumpcyjnymi Europejczyków.
Koronawirus w Polsce
Polscy przewoźnicy drogowi, świadczący usługi przewozu osób, mają obecnie przymusowy urlop. Jak podaje Ministerstwo Rozwoju ponad 90 proc. zamówień transportu pasażerskiego zostało odwołanych na najbliższe trzy miesiące. Międzynarodowy transport towarów, póki co, nie jest zagrożony, ale przedsiębiorcy przyznają, że czują się niepewnie.
Przewoźnicy rzeczy w Polsce już notują spadek liczby frachtów do Włoch, co powoduje poszukiwanie zleceń na innych rynkach europejskich i konkurowanie stawkami. Ponadto wymiana handlowa z Chinami jest mocno ograniczona, a co za tym idzie ruch kontenerowy, więc polskie porty nie mają pracy. Mimo iż transport drogowy rzeczy odbywa się na trasach międzynarodowych i obsługiwany jest przez rodzimych przewoźników, to przedsiębiorcy ograniczają inwestycje i bardzo ostrożnie obserwują rynek, ponieważ odczuwają pierwsze symptomy spowolnienia. Sytuacji nie sprzyja również chaos informacyjny i decyzje władz krajów europejskich, które są nie do przewidzenia – komentuje Bartosz Najman.
Transportowcy bardzo uważnie monitorują rynek europejski także pod kątem podróży kierowców do miejsc szczególnie opanowanych epidemią koronawirusa takich jak Włochy, Niemcy, Francja czy Hiszpania.
Zagrożenie płynie z dwóch stron. Z jednej ewentualne restrykcyjne ograniczenia dla transportowców przy przekraczaniu granicy na przykład z Włochami czy Austrią oraz obawy kierujących ciężarówkami o własne zdrowie. Z drugiej strony zaś możliwy jest całkowity zastój dla tych przewoźników, którzy jeżdżą na stałe we współpracy z jedną dużą firmą produkcyjną. Jeśli koronawirus spowoduje przymusową kwarantannę większości pracowników przedsiębiorstwa produkującego na przykład sprzęt AGD, to fabryka będzie musiała zmierzyć się z brakiem rąk do pracy, a przewoźnik z brakiem zleceń stanowiących główne źródło dochodu jego biznesu – wyjaśnia Łukasz Włoch, ekspert OCRK, Grupa Inelo. – Należy mieć na uwadze, że taki scenariusz jest skrajny i prawdopodobieństwo jego wystąpienia nie jest duże. Co nie zmienia faktu, że przewoźnicy, z którymi rozmawiam czują się niepewnie, a branża określana jest jako potencjalnie zagrożona kryzysem – dodaje ekspert.
Ograniczenia dla polskich kierowców w związku z koronawirusem, a telematyka
Dekrety wydawane przez różne kraje europejskie, nakazujące zamykanie granic z państwami objętymi wzmożoną epidemią koronawirusa nie obejmują międzynarodowego transportu drogowego rzeczy. Jednak kontrole graniczne i ogólny chaos informacyjny mogą spowodować zatory na drogach i głównych przejściach granicznych, co już odczuwają przewoźnicy.
Spotykamy się na przykład z przypadkami nadmiernego ruchu lub całkowitego braku przejazdu w niektórych miejscach, co widoczne jest na naszych mapach. Mamy informacje od klientów, że pojawiają się punkty na trasach, szczególnie na granicy z Austrią lub Włochami, których przepustowość jest marginalna. Przedsiębiorcy, korzystający z telematyki, która pozwala monitorować wszystkie zmienne dane na bieżąco, mogą reagować w czasie rzeczywistym. Dzięki czemu spedytor lub właściciel firmy przewozowej może zmienić trasę dojazdu i omijać alternatywy nieoptymalne dla kierowcy – mówi Mirosław Tirak, ekspert GBOX, dostawcy zaawansowanych rozwiązań IT dla sektora TSL.
– Sytuacja w krajach europejskich związana z epidemią koronawirusa jest bezprecedensowa, co przekłada się na wszystkie aspekty związane z działalnością przedsiębiorstw, w tym transporotowych. Będą one nadal zaopatrywać różne kraje w towary, jednak ryzyko występowania restrykcyjnych ograniczeń w systemie międzynarodowego ruchu drogowego jest bardzo możliwe. Dlatego koniecznie jest śledzenie informacji w czasie rzeczywistym i reagowanie na wszelkie zmiany. W takiej sytuacji naszym przewoźnikom po prostu pomaga telematyka.
Jednorazowych maseczek, rękawiczek, fartuchów i okularów można produkować w Polsce więcej, ale rząd musi wesprzeć przedsiębiorców – uważają Pracodawcy RP. W apelu skierowanym wczoraj do Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz wskazują, co można zrobić, aby zwiększyć produkcję deficytowych jednorazowych środków ochronnych.
– W celu pilnego uzupełnienia niedoborów wyposażenia ochronnego apelujemy o podjęcie przez Ministerstwo Rozwoju rozmów z przedsiębiorcami z branży tekstylnej i wytwórczej, w zakresie możliwości dostosowania przez nich linii produkcyjnych do produkcji środków ochrony osobistej na potrzeby służby zdrowia – pisze w apelu Wiceprezydent Pracodawców RP Piotr Kamiński.
– Istotne jest, aby Rząd zaproponował tym przedsiębiorcom również odpowiednie wsparcie w postaci środków pieniężnych i ulg w daninach publicznoprawnych, które pozwolą na dostosowanie produkcji(…) – dodaje.
Pracodawcy RP deklarują pomoc w rozmowach tak, by były one najbardziej efektywne i szybkie.
Jeszcze niedawno pisaliśmy o gwałtownych spadkach na giełdach i surowcach energetycznych. Panika jednak trzymała się relatywnie daleko od rynków walutowych. Widać było zwiększoną zmienność, ale realne zmiany zaczęły się dopiero wczoraj, biorąc pod uwagę nadchodzące zawieszenie handlu w weekend można spodziewać się dużych emocji.
Euro prawie po 4,40
Wczoraj pisaliśmy o rekordach na franku. Czwartek był jednak dniem, kiedy złoty stracił niemal 2% na wartości docierając do 4,39 zł względem euro. W rezultacie wszystkie główne waluty mają dzisiaj wyraźnie wyższe ceny. Najmniej podrożał wspomniany już frank przez korektę na parze euro do franka. Nie zmienia to faktu, że przez dłuższą chwilę oglądaliśmy poziomy powyżej 4,15 zł. Najsilniejsze zmiany widzieliśmy jednak na dolarze, w ciągu jednego dnia kurs wzrósł z 3,83 zł nawet powyżej 3,95 zł. Tutaj znów pomogły zmiany na rynkach globalnych gdzie dolar zyskiwał względem euro.
Kryptowaluty wychodzą z mody?
Ostatnie dwa dni muszą być koszmarem dla posiadaczy kryptowalut. Po tym jak jeszcze wtorkowej nocy bitcoin kosztował 8000 dolarów dzisiaj przez moment odbił się od poziomu 4000. Obserwatorzy zwracają uwagę na udział w rynku zleceń automatycznych. Jeżeli rynek jest lewarowany, a tak się dzieje w przypadku kryptowalut automatyczne zlecenia ochronne tylko napędzają takie procesy. Patrząc na intensywność spadków najgwałtowniejsze ruchy były właśnie efektem aktywowania się progów bezpieczeństwa i zamykania zleceń po każdej cenie. Te same zlecenia automatycznej sprzedaży na tradycyjnych rynkach ze względu na znacznie mniejszą zmienność tych rynków nie niosą aż takich ryzyk.
Funt w odwrocie
Inwestorzy patrzą coraz bardziej podejrzliwie na brytyjską walutę. Nie bez znaczenia jest tutaj gwałtowna obniżka stóp procentowych. Warto natomiast zwrócić, że Brytyjczycy mieli miejsce na obniżkę stóp procentowych. Europejski Bank Centralny wczoraj musiał zadowolić się podnoszeniem skali programu skupu aktywów. Działanie to okazało się skuteczne w przypadku dolara, co ciekawe euro zyskało zarówno względem funta jak i franka szwajcarskiego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, w związku z pogarszającą się płynnością finansową firm spowodowaną sytuacją epidemiologiczną, skierował do Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego list z apelem o wprowadzenie dobrowolności opłacania składek na ubezpieczenia społeczne dla przedsiębiorców na okres 6 miesięcy, przy pozostawieniu obowiązku opłacania składki zdrowotnej.
Jak obecna sytuacja epidemiologiczna wpływa na branżę nieruchomości? Czy Polacy wciąż są zainteresowani zakupem mieszkania i domu? Jakie środki są stosowane, aby zapewnić bezpieczeństwo osób poszukujących własnego M?
Eksperci portalu GetHome.pl zapytali przedstawicieli 72 renomowanych biur pośrednictwa w obrocie nieruchomościami, jaki wpływ na branżę nieruchomości ma COVID-19.
Zakup nieruchomości a koronawirus
Co prawda jest jeszcze zbyt wcześnie na wyciąganie wniosków, dotyczących wpływu pandemii na rodzimy rynek, jednak już zauważalne są pewne tendencje. Ponad 70% pośredników zauważyło wyraźny spadek zainteresowania tematem zakupu mieszkania i domu, czego konsekwencją jest mniejsza liczba telefonów i prezentacji lokali. Z kolei blisko 30% agentów nie dostrzega zmian w dotychczasowych tendencjach zakupowych konsumentów.
Źródło danych: Ankieta portalu GetHome dla agentów nieruchomości z dnia 12.03.2020 r.
Przebieg transakcji
Aktualna sytuacja epidemiologiczna – w przeważającej większości – nie przekłada się na terminowość realizowanych transakcji zakupu nieruchomości. Ponad 60% z nich odbywa się zgodnie z planem. Agencje dokładają wszelkich starań, aby zapewnić bezpieczeństwo wszystkim osobom zainteresowanym zakupem mieszkania czy domu i maksymalnie zminimalizować ryzyko zagrożenia.
Źródło danych: Ankieta portalu GetHome dla agentów nieruchomości z dnia 12.03.2020 r.
Bezpieczeństwo przede wszystkim
Kluczową kwestią jest bezpieczeństwo zarówno osób poszukujących własnego M, jak i pośredników. Agencje dokładają wszelkich starań, aby maksymalnie zminimalizować ryzyko zagrożenia. Jakie działania są podejmowane? W większości przypadków, zgodnie z sugestią przedstawicieli rządu, ograniczany do niezbędnego minimum jest bezpośredni kontakt z klientem, a praca odbywa się w systemie zdalnym.
Tak, jak w większości instytucji wprowadziliśmy kilka rozwiązań, których celem jest bezpieczeństwo klientów oraz agentów. Przede wszystkim z rozsądkiem podchodzimy do grupowych spotkań zespołu, które na czas dwóch tygodni wstrzymaliśmy. Agenci mogą dużą część swojej pracy wykonywać zdalnie, bez konieczności bezpośredniego kontaktu – deklaruje Joanna Starnawska, współwłaścicielka agencji Starnawska&Boleńska Nieruchomości.
Co istotne i warte podkreślenia, praca w systemie zdalnym nie wpływa negatywnie na przebieg transakcji. Jak przekonuje Adam Wiśniewski, specjalista ds. sprzedaży i wynajmu nieruchomości agencji Nowodworski Estates, (…) kiedy to możliwe, bezpośredni kontakt z Klientami zamieniamy na telefoniczny. Staramy się jednak pracować z takim samym oddaniem, jak do tej pory, zachowując oczywiście podstawowe zasady higieny i stosując się do zaleceń Ministerstwa Zdrowia. Klienci nadal interesują się nieruchomościami, a my niezmiennie służymy im pomocą.
Ponadto organizowane są specjalne dyżury, dzięki czemu klienci zainteresowani zakupem nieruchomości mogą uzyskać wszelkie niezbędne informacje. Przygotowujemy się do zdalnych kontaktów włącznie z przekierowaniem rozmów telefonicznych z biura na telefony komórkowe. Wprowadzamy dodatkowe dyżury – zapewnia Zbigniew Foryś, pełnomocnik wspólnika biura Galiszkiewicz i Foryś.
W celu zapewnienia maksymalnego komfortu i bezpieczeństwa, organizowane są wirtualne spacery po nieruchomości. Agencji odbywają również dedykowane szkolenia, dzięki którym bezpośredni kontakt z klientem odbywa się przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności.
Na wszelki wypadek uruchamiamy możliwość zdalnego udziału agentów w szkoleniach i namawiamy do regularnego rejestrowania ewentualnych objawów, regularnego mierzenia temperatury (…) Bezpieczeństwo agentów zwiększa bezpieczeństwo klientów – tłumaczy Agata Stradomska z agencji Keller Williams.
Rynek nieruchomości a koronawirus – podsumowanie
Aktualna sytuacja epidemiologiczna, związana z rozprzestrzenianiem pandemii COVID-19, ma wpływ na zmianę dotychczasowych zachowań konsumenckich. Zauważalny jest wyraźny spadek zainteresowania zakupem nieruchomości, jednak transakcje odbywają się planowo, z zachowaniem maksymalnych środków bezpieczeństwa. Nie ma więc powodów do obaw.
Materiał przygotowany przez eksperta portalu GetHome.
8 marca weszła w życie specustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. Trzy dni później Światowa Organizacja Zdrowia podczas konferencji ogłosiła, że powodowana przez koronawirusa SARS-CoV-2 choroba COVID-19 została uznana za pandemię. Coraz więcej pracodawców wysyła pracowników na tzw. „home office” – co na to przepisy bhp?
11 marca rząd podjął decyzję o zamknięciu wszystkich placówek oświatowych i szkół wyższych na okres dwóch tygodni. Oznacza to, że ponad 2 mln dzieci poniżej 8. roku życia zostanie w domu. Ich rodzice dzięki specustawie zyskali prawo do 14 dni dodatkowego płatnego wolnego. Wolne przysługuje też rodzicom do 14. roku życia, którzy mają prawo do zasiłku opiekuńczego równego 80 proc. wynagrodzenia. Oznacza to, że na masową skalę pracownicy będą brać wolne. Albo wybiorą możliwość pracy zdalnej.
Wiążące polecenie pracy zdalnej
Zgodnie z ustawą o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych, od 8 marca br. pracodawcy mogą wydawać wiążące polecenia pracy zdalnej (i w razie niedostosowania się do nich rozwiązać umowę o pracę). – Taki zapis jest zgodny z Kodeksem pracy, który podaje, że to pracodawca ponosi odpowiedzialność za stan bezpieczeństwa i higieny pracy w zakładzie pracy (art. 207 par. 1), a pracownik ma obowiązek dostosowania się do wiążących poleceń pracodawcy – mówi Anna Jabłońska, dyrektor zarządzająca CWS, przewodnicząca Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Jednocześnie praca zdalna czy też telepraca wymaga zgodnego oświadczenia woli stron, pracownika i pracodawcy, jednak na podstawie najnowszej ustawy jednostronne polecenie będzie wiążące – dodaje Anna Jabłońska.
Praca zdalna a telepraca
„Home office” często jest mylony z telepracą. Ta druga forma zgodnie z Kodeksem pracy polega na stałym wykonywaniu pracy poza firmą, gdzie pracownik przekazuje pracodawcy wyniki pracy, w szczególności za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej. Jeżeli praca jest wykonywana w domu telepracownika, pracodawca realizuje wobec niego, w zakresie wynikającym z rodzaju i warunków wykonywanej pracy, obowiązki określone w dziale dziesiątym Kodeksu pracy „Bezpieczeństwo i higiena pracy”. Wyłączeniem jest obowiązek dbałości o bezpieczny i higieniczny stan pomieszczeń pracy i zapewnienia odpowiednich urządzeń higieniczno-sanitarnych. – Podobnie jest w wypadku wykonywania pracy w trybie „home office”. Jako że ta forma pracy nie jest określona w powszechnie obowiązującym prawie, z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć jeszcze swobodniejszą interpretację odnośnie do obowiązków pracodawcy wobec pracowników pracujących zdalnie – mówi Marek Maszewski, Dyrektor Działu Nadzoru SEKA S.A., ekspert Koalicji Bezpieczni w Pracy.
Wypadek podczas pracy w domu
Definicję wypadku przy pracy zawiera ustawa z dnia 30 października 2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych. Zgodnie z art. 3 powołanej ustawy za wypadek przy pracy uważa się nagłe zdarzenie wywołane przyczyną zewnętrzną powodujące uraz lub śmierć, które nastąpiło w związku z pracą. Okoliczność, że wypadek zdarzył się w czasie przeznaczonym na pracę (związek czasowy) i w miejscu pracy (związek miejscowy), stwarza domniemanie związku przyczynowego z pracą, chyba że zachodzą okoliczności wykluczające istnienie takiego związku. – Z podanych wcześniej powodów Kodeks pracy nie wskazuje wprost, jak należy postępować, kiedy do wypadku dojdzie podczas pracy zdalnej – mówi Marek Maszewski. – Pojawia się zatem pytanie, jak zakwalifikować np. przypadki oparzenia kawą, upadku ze schodów czy poślizgnięcia się w kuchni? Niestety pracownik musi mieć świadomość, że tego typu zdarzenia nie zawsze będą kwalifikowane jako wypadek przy pracy. Uznanie za taki danego przypadku będzie wymagało przeprowadzenia szczegółowego postępowania, w czasie którego będzie ustalany związek zaistniałego zdarzenia z wykonywaną pracą. Do celów ewentualnego postępowania rekomenduję wcześniejsze precyzyjne opisanie zakresu i sposobu wykonywania zadań przez każdego pracownika zdalnego.
– Przed wysłaniem pracowników na pracę zdalną, warto wcześniej zadbać o poinformowanie pracownika na temat zachowywania zasad bhp, choćby organizując odpowiednie szkolenia. Po ich zakończeniu pracownik może podpisać oświadczenie, że będzie ją wykonywał w sposób bezpieczny – mówi Anna Jabłońska.
Wraz z rozwojem sytuacji w sprawie koronawirusa coraz bardziej zastanawiamy się jaki to będzie miało wpływ na szerzej pojęte otoczenie. Zakupy żywności i środków higieny to nie wszystko. Nadal trzeba pracować i myśleć o stałych pozycjach w naszych wydatkach. Kredyty, rynek walutowy, gospodarka… Jak koronawirus wpływa na te aspekty?
Wielu z nas kupiło swoje mieszkania czy dom na kredyt. W tym kontekście pojawiają się dwie kwestie: po pierwsze co stanie się z kredytami?; po drugie: jak reagują waluty? Temat ten nie interesuje co prawda wszystkich kredytobiorców, ale pamiętając jak kryzys w 2008 odbił się na portfelach posiadaczy hipotek walutowych, obawy są bardzo racjonalne.
Obniżone stopy procentowe to mniejsze raty kredytów
W przypadku samych kredytów perspektywy nie są złe. Trudna sytuacja w gospodarce powoduje przeważnie w pewnej perspektywie spadek inflacji. Na razie go nie widzimy, bo w panice kupujemy co się da. Spowolnienie wzrostu gospodarczego powinno jednak ograniczać ilość pieniądza, a to z kolei wzrost cen. W rezultacie można się spodziewać, że kolejne banki centralne pójdą drogą Rezerwy Federalnej w USA czy Banku Anglii w Wielkiej Brytanii i obniżą stopy procentowe. To z kolei powinno przełożyć się na spadek rat kredytów. Składają się one bowiem z części odsetkowej i kapitałowej. Część odsetkowa, przez niższe oprocentowanie, powinna spaść. Nie od razu oczywiście bo, oprocentowanie aktualizowane jest w cyklach kilkumiesięcznych.
Kursy walut ciążą kredytobiorcom
W przypadku kredytów walutowych zmianę kursu waluty odczujemy jednak od razu, nie po kilku miesiącach. Nie wiadomo jak zachowają się kursy walut, ale patrząc na historyczne wydarzenia oraz ostatnie dni spodziewanie się osłabienia złotego w przypadku eskalacji problemów wydaje się bardzo zasadne. Warto przypomnieć, że szansa, że spadek oprocentowania zrekompensuje nam straty na walucie nie jest duża, gdyż stopy procentowe, zarówno w strefie euro, jak i w Szwajcarii są obecnie już rekordowo niskie. Co można zatem zrobić by wzrost rat nie był uciążliwy? W banku w dalszym ciągu, o ile ktoś tego jeszcze nie zrobił, można podpisać umowę na spłatę kredytu bezpośrednio w walucie. W ten sposób unikniemy dodatkowego kosztu przewalutowania w banku, który przeważnie znajduje się wyraźnie powyżej marż rynkowych. Dzięki wymianie w internetowym kantorze można zaoszczędzić na każdej racie nawet 3-5% i to bez wychodzenia z domu co nie jest obecnie bez znaczenia.
Wysoki kurs sprzyja zarabiającym w walucie
To co złe dla kredytobiorców, jest z kolei dobre dla zarabiających w walutach obcych. Słabszy złoty powoduje, że każde zarobione euro czy funt daje nam znacznie więcej złotówek. Zyskują oczywiście również eksporterzy, o ile ograniczenia w logistyce im na to oczywiście pozwalają. Skoro waluty są na dawno niewidzianych poziomach, wiele firm i osób postanawia wymienić na złotówki swoje rezerwy walutowe. W tym przypadku również warto rozejrzeć się za korzystniejszym kursem wymiany niż standardowy w banku.
Branży wymiany walut pomaga obecnie również duża zmienność kursów. Jeżeli ktoś chce zarabiać na samym handlu walutowym jest to bardzo dobry moment, by się uaktywnić. Ostatnie dni pokazują, że ruchy, które nie zawsze miały miejsce w ciągu jednego tygodnia teraz występują niemal codziennie. Większe zainteresowanie wymianą walut widać nawet w wymianie stacjonarnej. Kolejki przed kantorami powodują jednak wśród wielu osób pewien niepokój co do bezpieczeństwa tego procesu. Sam kontakt z pieniądzem nieznanego pochodzenia też w ostatnich tygodniach przestał być uważany za 100% bezpieczny.
Bezpieczniej wymieniać waluty online
Nieprzypadkowo wiele instytucji zachęca do płatności zbliżeniowych zamiast gotówkowych. Na sytuacji tej szczególnie zyskują kantory internetowe. Pozwalają one sprzedać lub kupić walutę bez wychodzenia z domu po cenach korzystniejszych nie tylko od banków, ale również swoich stacjonarnych konkurentów. Sieć rachunków bankowych w większości dużych banków powoduje, że walutę można szybciej przelać do kantoru internetowego niż jechać z nią do kantoru stacjonarnego i to pomimo niemal braku korków w ostatnich dniach. Wypłatę na konto również zobaczymy w większości scenariuszy szybciej niż zdążymy wrócić.
Ostatni dni są szczególnie dobre dla branży internetowej wymiany walut. Widać to zarówno po wzroście samych wymian, jak i odwiedzin stron. Okazuje się, że korzystając z home office, mamy czas by nadrobić kwestie, które z niewiadomych powodów dotychczas odkładaliśmy na później. Jedną z nich jest jak widać nie przepłacanie na wymianie walut. Zakupy w dobie kryzysu koronawirusa, także walutowe, przeniosły się do internetu.
Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Walutomat.pl i Internetowykantor.pl
Nie ma wątpliwości co do tego, że inwestorzy nie są przygotowani merytorycznie do radzenia sobie z problemami powodowanymi przez epidemię koronawirusa. Poziom ryzyka na rynkach finansowych i kapitałowych wzrósł radykalnie a zachodzące na nich zjawiska są coraz trudniejsze do przewidzenia. Wiadomo, że ucierpią linie lotnicze i sieci hoteli, których akcje już zanurkowały na światowych giełdach o kilkadziesiąt procent. Wpływ na branże spożywczą i gastronomiczną będzie zróżnicowany. Mniej konsumentów będzie przychodzić do restauracji i dużych sklepów spożywczych ale z pewnością nie przestaną jeść. Stwarza to nieoczekiwane szanse dla całej branży e-commerce, w tym dla firm dostarczających posiłki i zakupy.
Ustawa w sprawie szczególnych rozwiązań związanych z koronawirusem wprowadza szereg rozwiązań takich jak możliwość pracy zdalnej, wypłatę różnego rodzaju zasiłków, zmiany w prawie budowlanym a nawet dotyczącym ochrony zabytków. Weszło w życie dużo rozwiązań dotyczących regulacji pracy służby zdrowia i branży farmaceutycznej. W ustawie nie ma natomiast ani słowa o sektorze finansowym.
Tymczasem to właśnie banki są szczególnie narażone na konsekwencje obecnej sytuacji. Zakłócenia w łańcuchach dostaw oraz ewentualna konieczność zawieszenia działalności przez wiele przedsiębiorstw wpłynie na ich sytuację finansową i możliwość regulowania zobowiązań. W razie potrzeby Narodowy Bank Polski będzie musiał zapewnić płynność bankom komercyjnym poprzez operacje rynku pieniężnego.
Wpływ epidemii na szeroko pojętą branżę Fintech też jest wyceniany przez inwestorów negatywnie. W ciągu ostatniego miesiąca akcje dwóch gigantów – firm Visa i Mastercard potaniały odpowiednio o 25 i 30%. Klienci tych firm szczególnie często płacili kartami za podróże. Spadek przychodów z tego tytułu prawdopodobnie zostanie jednak skompensowany poprzez wzrost wpływów ze sprzedaży online. Płatności kartami mają w tym segmencie szczególnie wysoki udział. Patrząc długoterminowo, najważniejszym czynnikiem, jakiego mogą się obawiać firmy finansowe jest spowolnienie gospodarki jako całości.
Podobnie, ale nieco inaczej, będzie wyglądać sytuacja na rynku drobnych pożyczek konsumenckich. Spowolnienie gospodarcze nie musi wpłynąć na spadek popytu na kredyty. Może być wręcz odwrotnie, klienci mogą być częściej zmuszeni do korzystania z rozwiązań pozabankowych. Jednak z całą pewnością można spodziewać się pogorszenia wskaźników dotyczących szkodowości. Inwestorzy widzą te problemy. Na przykład cena akcji amerykańskiego giganta Curo Group spadła w ostatnich dniach o ponad 40%. Jednak takie podejście inwestorów wydaje się być okazją rynkową.
Firmy pożyczkowe prawdopodobnie wyjdą z obecnej sytuacji bez szwanku. W porównaniu z bankami, mają znacznie większą zdolność do radzenia sobie w sytuacjach związanych z podwyższonym ryzykiem. Na przykład zastosowanie algorytmów używających sztucznej inteligencji do oceny ryzyka kredytowego ogranicza koszty administracyjne i skokowo obniża ilość niespłacanych kredytów. Niewielkie zatrudnienie oraz automatyzacja kluczowych procesów umożliwiają technologicznym firmom finansowym korzystanie ze zdalnej pracy oraz kontakt z klientami za pomocą internetu. Niewątpliwie obniża to ryzyko działalności w okresie epidemii. Tymczasem tradycyjny sektor bankowy boryka się z wieloma problemami. Dalsze cięcie stóp procentowych przez banki centralne może tylko te problemy pogłębić. Wyceny banków na giełdach prawdopodobnie będą spadać. Na tym tle inwestycja w walory nowoczesnych i dynamicznych firm pożyczkowych może być ciekawą alternatywą.
Autor: Bartosz Tomczyk – Przewodniczący Rady Nadzorczej w firmie Provema
Według raportu World Economic Forum (WEF) cyberataki to jedno z pięciu największych zagrożeń w 2020 roku.[1] Dotyczy to również firm: według badań aż 44% przedsiębiorstw ponosi z tego powodu straty finansowe.[2] Jednocześnie w Polsce w ubiegłym roku tylko 35% podmiotów komercyjnych posiadało strategię ochrony przed cyberzagrożeniami.[3] Kwestie te nabierają znaczenia zwłaszcza teraz, gdy duża część kadry, z obawy o zdrowie, pracuje z domu. Przedsiębiorcy powinni pamiętać o trzech elementach: ryzyku, reputacji oraz ransomware.
Co grozi polskim firmom?
Rosnąca liczba urządzeń podłączonych do internetu i wymierzonych w nie ataków oraz popularyzacja rozwiązań chmurowych czy pracy zdalnej to dla firm nowe źródłaryzyka. Według raportu CERT największym spośród cyberzagrożeń dla polskich firm jest ransomware[4] – złośliwe oprogramowanie blokujące dostęp do systemu komputerowego lub szyfrujące zapisane w nim dane, a następnie żądające okupu za ich przywrócenie. Może to na długo sparaliżować wszelką działalność przedsiębiorstwa.
Straty nie tylko finansowe
Firmy mają obowiązek starannego zabezpieczenia wrażliwych danych, szczególnie osobowych. Ich wyciek może skutkować odpowiedzialnością prawną i karami lub stratami finansowymi. Koszty cyberataków ponoszone przez firmy w 2019 roku wzrosły do 4,6 mln dolarów.[5] Według przewidywań WEF do 2021 roku cyberprzestępczość będzie kosztować gospodarki światowe już 6 mld dolarów.[6] Straty powodowane są nie tylko przestojami i zakłóceniami w funkcjonowaniu firm. Znaczenie ma również utratareputacji i wizerunku, a więc zaufania oraz lojalności klientów czy kontrahentów, kluczowych dla funkcjonowania każdego biznesu.
Minimalizowanie ryzyka
Każde przedsiębiorstwo powinno umożliwiać pracownikom bezpieczne łączenie się z systemami i zasobami firmy przez sieć VPN[7] oraz kontrolować udostępniane zasoby. Kluczowym elementem ochrony jest ocena ryzyka i jego minimalizowanie. Dlatego firmy powinny mieć jasny plan działania na wypadek ataku czy naruszenia poufności danych. Pozwoli to na szybkie zareagowanie i zminimalizowanie strat. Ważna jest też edukacja kadry w zakresie środków ostrożności i podejrzanych działań, a szczególnie wiadomości email, które powinny wzbudzić ich czujność.
– W związku z zagrożeniem epidemią koronawirusa i zaleceniami rządowymi wiele osób przechodzi na pracę zdalną. Dla firm ważna staje się więc kwestia cyberbezpieczeństwa – zasoby muszą być dostępne dla pracujących z domu, ale jednocześnie dobrze chronione. Ryzyko wzrasta, gdy brakuje zabezpieczeń, ale też gdy te istniejące są niedopasowane. Dlatego ważne jest wprowadzenie rozwiązań dostosowanych do zasobów i możliwości firmy. Wbrew powszechnej opinii nie muszą one dużo kosztować, nie wymagają też całego sztabu pracowników IT. Dobry dostawca zapewni przy tym doradztwo, serwis czy całodobowe zdalne wsparcie techniczne i proaktywne monitorowanie infrastruktury. Pozwoli to na zmniejszenie ryzyka, szybką reakcję i niwelowanie negatywnych skutków ataków – wskazuje Mateusz Macierzyński, IT Services Portfolio Manager w firmie Konica Minolta.
[1] Raport World Economic Forum: http://www3.weforum.org/docs/WEF_Global_Risk_Report_2020.pdf
[2] Raport PwC „Ruletka po Polsku”: https://www.pwc.pl/pl/pdf/publikacje/2018/cyber-ruletka-po-polsku-raport-pwc-gsiss-2018.pdf
[3] Raport Instytutu Kościuszki „Wyzwania w cyberprzestrzeni”: https://ik.org.pl/wp-content/uploads/wyzwania-w-cyberprzestrzeni.-przyklady-rozwiazan-zagrozenia-regulacje.pdf
[4] Raport CERT „Krajobraz bezpieczeństwa polskiego internetu”: https://www.cert.pl/wp-content/uploads/2019/05/Raport_CP_2018.pdf
[5] Raport PwC „Ruletka po Polsku”: https://www.pwc.pl/pl/pdf/publikacje/2018/cyber-ruletka-po-polsku-raport-pwc-gsiss-2018.pdf
[6] Raport World Economic Forum: http://www3.weforum.org/docs/WEF_Global_Risk_Report_2020.pdf
[7] Wirtualna sieć prywatna, (ang. virtual private network), która szyfruje dane przesyłane między komputerem a siecią.
Przez cały czas rośnie liczba wniosków do Ministerstwa Finansów z prośbą o wydanie indywidualnej interpretacji przepisów prawa podatkowego w zakresie IP Box. Od początku stycznia do końca lutego 2020 roku wydano więcej interpretacji niż w całym roku 2019. Większość z nich była prawidłowa.
Z danych zawartych w elektronicznym Systemie Informacji Podatkowej (https://sip.mf.gov.pl/) wynika, że w styczniu 2020 roku Ministerstwo Finansów wydało już 148 interpretacji podatkowych w zakresie IP Box, natomiast od 1 do 29 lutego interpretacji tych wydano 166, co daje razem 314 interpretacji, podczas gdy w całym roku 2019 było ich 224. Największa liczba wniosków dotyczy zapytań związanych z oprogramowaniem komputerowym.
IP Box polega na opodatkowania dochodów uzyskanych z wytworzonych lub ulepszonych kwalifikowanych praw własności intelektualnej w wysokości 5%.Ulgi typu IP Box obowiązują w wielu krajach (m.in. w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Holandii, Francji). Podatnicy pytają w interpretacjach czy w ich sytuacji możliwe jest zastosowanie stawki opodatkowania 5% podstawy opodatkowania od osiągniętego w ramach pozarolniczej działalności gospodarczej kwalifikowanego dochodu z kwalifikowanych praw własności intelektualnej lub czy już w zeznaniu rocznym za rok 2019 mogą rozliczyć dochód uzyskany ze sprzedaży kwalifikowanego prawa własności intelektualnej (autorskiego prawa do programu komputerowego) z uwzględnieniem stawki podatku dochodowego wynoszącej 5%, a następnie od początku roku 2020 odprowadzać zaliczki na podatek dochodowy od osób fizycznych od dochodu uzyskiwanego ze sprzedaży kwalifikowanego prawa własności intelektualnej (autorskiego prawa do programu komputerowego) z uwzględnieniem stawki podatku dochodowego wynoszącej 5%.
Ponad 80% wniosków rozpatrzonych prawidłowo
Większość ze złożonych wniosków zostaje rozpatrzona prawidłowo, a interpretacji ocenionych negatywnie było w styczniu i lutym ok. 16-20%. W pierwszym miesiącu roku 2020 na wydanych 148 interpretacji 30 stanowiska podatników były nieprawidłowe lub częściowo nieprawidłowe, natomiast w lutym na 166 interpretacji Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej nie zgodził się z podatnikami 28 razy.
Do najczęstszych powodów uznania stanowiska podatnika za nieprawidłowe jest niespełnianie wymogów formalnych oraz brak prowadzonej osobnej ewidencji zdarzeń gospodarczych lub nie prowadzenie jej na bieżąco. Jak wyjaśnia adwokat Jarosław Ziobrowski z kancelarii Ziobrowski Tax&Law „podatnicy mają obowiązek prowadzenia wyodrębnionej ewidencji dla wszystkich operacji finansowych związanych z uzyskiwaniem dochodów z kwalifikowanego IP. Przepisy o IP Box nie narzucają jednak podatnikom konkretnej formy ewidencjonowania zdarzeń. Mimo wszystko dla celów obliczenia dochodu z kwalifikowanego IP istotne jest, by ewidencja ta była prowadzona w sposób należyty. Musi ona umożliwiać wykazanie w rocznym zeznaniu podatkowym łącznej sumy przychodów, kosztów podatkowych, dochodów, strat, dochodów podlegających opodatkowaniu stawką 5% oraz dochodów, które w tym przypadku nie podlegają preferencyjnemu opodatkowaniu”.
Zasady działania ulgi IP Box
Ulga podatkowa IP Box dotyczy podatników prowadzących działalność badawczo-rozwojową. Uprawnieni podatnicy prowadzący tego typu działalności mogą skorzystać z preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskanych z wytworzonych lub ulepszonych kwalifikowanych praw własności intelektualnej i płacić podatek PIT i CIT w wysokości 5%. Żeby jednak uzyskać ulgę, oprócz prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej, podatnik musi spełnić kilka wymagań:
wytworzyć kwalifikowane IP w ramach prowadzonej działalności;
prowadzić odrębną ewidencję zdarzeń gospodarczych, w tym wszystkich operacji finansowych związanych z dochodami z kwalifikowanych IP;
osiągać dochód z kwalifikowanego IP podlegający opodatkowaniu w Polsce;
ponieść koszty w związku z wytworzeniem, rozwijaniem lub ulepszaniem kwalifikowanego IP.
Prawidłowa interpretacja – przykład
Nawet w przypadku spełnienie powyższych wymogów warto uzyskać indywidualną interpretację podatkową. Zalecenie wystąpienia z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej znalazło się w broszurze informacyjnej dotyczącej IP Box wydatnej przez Ministerstwo Finansów.
Jedną z pozytywnych interpretacji uprawniających do skorzystania z niższej stawki podatkowej otrzymał podatnik, który wystąpił z prośbą o stanowisko w sprawie zastosowania ulgi IP Box w przypadku wytwarzania oprogramowania klasy enterprise dla klientów z branży budowlanej. Podatnik wykazał, iż nie ma ograniczonego obowiązku podatkowego w Polsce, prowadzi właściwą ewidencję operacji finansowych (inną niż księga przychodów i rozchodów) pozwalającą wyodrębnić poszczególne kwalifikowane prawa własności intelektualnej, a w ramach prowadzonej działalności ponosi koszty i osiąga dochody. Po dokładnym rozpatrzeniu charakteru działalności gospodarczej prowadzonej przez podatnika organ podatkowy uznał, iż działalność ta ma charakter badawczo-rozwojowy i spełnia wszystkie wymogi prawne do skorzystania z ulgi IP Box.
Jak dodaje adwokat Jarosław Ziobrowski „podatnicy nieprowadzący ksiąg rachunkowych powinni dysponować wyodrębnionymi ewidencjami dla projektów dotyczących kwalifikowanego IP, sporządzonymi np. w formie arkuszy kalkulacyjnych i potwierdzającymi wydatki dotyczące projektu kwalifikowanego IP na koniec każdego miesiąca, a nie na koniec roku, gdyż taka dokumentacja nie zostanie uznana przez organ podatkowy”.
Informatycy i programiści stanowią duży odsetek podatników uprawnionych do skorzystania z 5% PIT i CIT, dlatego że w wielu przypadkach wytwarzają utwory podlegające ochronie prawnej w myśl art. 74 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r. Preferencja IP Box dotyczy jednak tylko przedsiębiorców – nie mogą z niej skorzystać twórcy oprogramowania, wzorów czy patentów zatrudnieni na podstawie umów o pracę.
W ostatnim kwartale 2019 r. Grupa Agora ponownie zwiększyła przychody. Istotnie wzrosły jej wpływy reklamowe, zwłaszcza w internecie i z reklamy zewnętrznej, a także przychody ze sprzedaży wydawnictw. Świetne wyniki odnotowała też działalność kinowa, dzięki konsekwentnej rozbudowie sieci Helios. Rok 2019 Grupa Agora zakończyła nie tylko z sukcesami w rozwoju oferty premium i perspektywicznymi akwizycjami, ale też z rekordowymi przychodami kin Helios, biznesu filmowego oraz spółek Yieldbird i HRlink.
Na wyniki Grupy Agora w 2019 r. istotnie wpłynęło wejście w życie standardu MSSF 16. W celu zachowania porównywalności danych niniejsza informacja przedstawia dane bez uwzględnienia wpływu MSSF 16. Więcej o efektach wdrożenia MSSF 16 przez Grupę Agora można znaleźć w sprawozdaniu finansowym.
W 4. kw. 2019 r. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 378,2 mln zł i były wyższe o ponad 9% w porównaniu z analogicznym okresem 2018 r. Zwiększyły się przede wszystkim wpływy reklamowe Grupy – o niemal 14% do 187,9 mln zł dzięki wzrostowi tej kategorii przychodów w spółce Yieldbird, a także w segmentach Reklama Zewnętrza – za sprawą rozwoju oferty Premium Citylight i Digital (w tym nośników zakupionej w lipcu 2019 r. platformy Move TV) oraz Film i Książka – głównie w sieci kin Helios. Spadek wpływów reklamowych odnotowały jedynie Prasa i Radio, odpowiednio z uwagi na trendy rynkowe i ograniczenie liczby wydawanych tytułów oraz niższe przychody ze sprzedaży czasu antenowego w stacjach innych nadawców.
W sieci Helios nieznacznie niższe były przychody ze sprzedaży biletów do kin w kwocie 79,1 mln zł, natomiast zwiększyły się wpływy ze sprzedaży barowej. W 4. kw. 2019 r., zgodnie z danymi Boxoffice.pl, w multipleksach Heliosa zakupiono blisko 4,3 mln biletów, czyli niemal tyle samo, co przed rokiem1.
W ostatnim kwartale 2019 r. wzrosły też wpływy Agory ze sprzedaży wydawnictw, zwłaszcza publikacji Wydawnictwa Agora oraz subskrypcji treści w serwisie Wyborcza.pl. Na koniec 2019 r. liczba prenumerat cyfrowych „Gazety Wyborczej” wyniosła już blisko 218 tys. Grupa odnotowała również wyższe przychody z pozostałej sprzedaży, głównie za sprawą szybko rozwijającej się działalności gastronomicznej, a także istotny wzrost wpływów z działalności filmowej, związany z większą liczbą nowych tytułów w dystrybucji kinowej. Oprócz tego w omawianym okresie zmniejszyły się przychody ze sprzedaży usług poligraficznych Grupy Agora – w efekcie zamknięcia w połowie 2019 r. 2 z 3 drukarni oraz spadku wolumenu zamówień.
W 2019 r. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 1 249,7 mln zł i były o 9,5% wyższe od tych odnotowanych w 2018 r.
Koszty operacyjne netto Grupy Agora w 4. kw. 2019 r. zwiększyły się o ponad 7% do 355,1 mln zł. Ich wzrost związany był z działalnością rozwojową i dotyczył segmentów notujących wyższe przychody – Internet, Film i Książka oraz Reklama Zewnętrzna. Spadek wydatków operacyjnych nastąpił natomiast w biznesach o niższych wpływach – w Prasie (która od 3. kw. 2019 r. obejmuje także zrestrukturyzowaną działalność poligraficzną) i Radiu. Ograniczenia te zostały wprowadzone w trosce o pozytywny wynik tych segmentów lub w reakcji na trendy rynkowe. Dzięki tak pojętej dyscyplinie kosztowej Grupa Agora dba o poziom swoich wyników operacyjnych. W całym 2019 r. koszty operacyjne Grupy były wyższe o 8,1% i stanowiły 1 232,3 mln zł.
Dzięki rezultatom wypracowanym w 4. kw. 2019 r.2 zysk Grupy Agora na poziomie EBITDA wzrósł o 14,7% do kwoty 54,5 mln zł, a w całym 2019 r. był on wyższy o 16,7% i wyniósł 114,8 mln zł. Jednocześnie w obu okresach Grupa odnotowała zysk na poziomie EBIT – w 4. kw. 2019 r. na poziomie 23,1 mln zł oraz 17,4 mln zł w całym 2019 r., a także zysk netto – odpowiednio w kwocie 12,2 mln zł i 9,6 mln zł. Natomiast zysk netto przypadający na akcjonariuszy jednostki dominującej wyniósł 11,5 mln zł w ostatnim kwartale 2019 r. oraz 6,9 mln zł w 2019 r.3. Co istotne, rok 2019 był najlepszym w historii pod względem przychodów i wyniku na poziomie EBITDA dla działalności kinowej Heliosa i spółki Yieldbird. Rekordowe wpływy odnotowały w nim też HRlink i NEXT FILM, a zysk na poziomie EBITDA – segment Reklama Zewnętrzna oraz pion Gazeta.pl.
Grupa Agora intensywnie pracuje nad realizacją założeń strategicznych na lata 2018-2022, w szczególności nad przyspieszeniem rozwoju i wzrost skali grupy kapitałowej. Jednym z tych działań był zakup w lutym 2019 r. 40% udziałów w Eurozet Sp. z o.o., nadawcy drugiego pod względem zasięgu programu radiowego w Polsce i zagwarantowanie spółce możliwości objęcia 100% udziałów, w przypadku gdyby okazało się to korzystne. W październiku Agora złożyła wniosek do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o wyrażenie zgody na nabycie pozostałych 60% udziałów spółki Eurozet i czeka na decyzję w tej sprawie. Transakcja ta może zmienić pozycję Grupy Agora na rynku nadawców radiowych – byłaby to największa akwizycja medialna w historii spółki. Agora dokonała także inwestycji w segmencie rozwiązań B2B, kupując w 2019 r. kolejne udziały w czeskiej spółce ROI Hunter i zostając większościowym udziałowcem HRlink Sp. z o.o.
Kolejnymi ważnymi kierunkami rozwoju w perspektywie strategicznej Grupy Agora są cyfryzacja oraz rozwój usług i produktów premium. Dzięki zakupowi udziałów w Piano Group Sp. z o.o. rozwijającej platformę Move TV, AMS zrobił kolejny krok w budowie portfolio cyfrowych nośników i usług oraz wzmocnił swoją pozycję w perspektywicznym obszarze DOOH. Ofertę subskrypcyjną z kolejnymi sukcesami rozbudowują „Gazeta Wyborcza” i Radio TOK FM. Na koniec 2019 r. liczba subskrypcji treści Wyborcza.pl sięgnęła blisko 218 tys. (wzrost o prawie 28% w stosunku do końca 2018 r.), wskaźnik ARPU wyniósł 14 zł4 (wzrost o 37% r/r), a udział przychodów cyfrowych „Gazety Wyborczej” wzrósł do 24,0%. Jednocześnie segment Prasa ogranicza portfolio wydawnictw papierowych5, co jest odzwierciedleniem intensywnego rozwoju koncepcji digital first i skupienia się na cyfryzacji w tym obszarze. Zwiększyła się także liczba sprzedanych dostępów Premium TOK FM – na koniec grudnia 2019 r. przekroczyła ona 20 tys. To wzrost o 20% od marca 2019 r., a przez ostatnie 2 lata baza subskrybentów podcastów stacji zwiększyła się o 100%.
Warto pamiętać, że pomimo intensywnych działań rozwojowych i akwizycji dokonanych przez Agorę w 2019 r., spółka podzieliła się zyskiem ze swoimi akcjonariuszami – wypłata dywidendy w kwocie prawie 23,3 mln zł nastąpiła na początku sierpnia ub.r.
Źródło danych: skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 4 kw. i cały 2019 r.
Przypisy:
1 Dane w ujęciu Boxoffice.pl – w 4. kw. 2019 r. liczba biletów sprzedanych w kinach sieci Helios wyniosła blisko 4,3 mln, co oznacza ich spadek o 0,1% w porównaniu z 4. kw. 2018 r. Liczba biletów sprzedanych w polskich kinach w omawianym okresie zmniejszyła się o 2,2% w porównaniu z ub.r. i wyniosła blisko 18,5 mln biletów. W ujęciu kalendarzowym w 4. kw. 2019 r. liczba biletów sprzedanych w kinach sieci Helios w wyniosła 4,3 mln, co oznacza spadek o 4,4% w porównaniu z 4. kw. 2018 r. Więcej informacji – skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 4 kw. i cały 2019 r.
2 Warto pamiętać, że w 4. kw. 2019 r. wyniki Grupy obciążył odpis aktualizujący wartość aktywów, związany z segmentem Internet – jego wpływ na wynik netto Agory S.A. to około 12,7 mln zł, na skonsolidowany wynik netto Grupy Agora to około 6,5 mln zł, a na skonsolidowany wynik operacyjny na poziomie EBIT to ok. 7,4 mln zł. W analogicznym okresie 2018 r. Agora również dokonała odpisów aktualizujących wartość aktywów (w segmencie Internet – 7,5 mln zł i w segmencie Prasa – 2,3 mln zł) oraz odpisu należności od RUCH S.A. objętych przyspieszonym postępowaniem układowym (w wysokości 4,0 mln zł) – łączny wpływ tych odpisów na skonsolidowany wynik operacyjny stanowił 14,1 mln zł. Dodatkowo, w 2018 r. pozytywny wpływ na wynik Grupy na poziomie EBIT miał zysk ze sprzedaży nieruchomości w Gdańsku i w Warszawie w wysokości 13,9 mln zł, a na wynik netto zysk ze sprzedaży udziałów spółki Stopklatka S.A. w wysokości 26,7 mln zł. Negatywnie zaś na poziom wyniku netto wpłynął odpis na przeterminowane należności od RUCH S.A. zagrożone prawdopodobieństwem nieściągalności w wysokości 20,3 mln zł, odpis aktualizujący wartość aktywów spółki GoldenLine w wysokości 6,9 mln zł oraz odpisy aktualizujące wartość czasopism w wysokości 2,3 mln zł.
3 W 2019 r. EBITDA Grupy prezentowana zgodnie ze standardem MSSF 16 wyniosła 190,2 mln zł, a w 4. kw. 2019 r. 74,8 mln zł. Grupa odnotowała zysk na poziomie EBIT zarówno w 4. kw. 2019 r., jak i w całym 2019 r., który wyniósł odpowiednio – 25,1 mln zł oraz 24,7 mln zł. Zysk netto stanowił 19,1 mln zł w 4. kw. 2019 r., a w całym 2019 r. 6,0 mln zł. Pozytywny wpływ na wynik netto Grupy prezentowany w tym ujęciu miały różnice kursowe wynikające z zastosowania standardu MSSF 16.
4 Dotyczy prenumerat sprzedawanych bezpośrednio w serwisie Wyborcza.pl.
5 W 2019 r. Spółka podjęła decyzję o zaprzestaniu regularnego wydawania tytułów „Opiekun” oraz „Kuchnia”.
Negatywny wpływ na wzrost gospodarczy rośnie wraz z pozostawaniem cen ropy poniżej 45 USD za baryłkę. W szczególności ucierpią na tym gospodarki eksportujące ropę naftową (zob. Rysunek 1), przy czym Euler Hermes prognozuje, że Ekwador i Kolumbia stracą ponad -1 p.p. wzrostu realnego PKB ze względu na spadek cen ropy na poziomie 10 USD za baryłkę. Natomiast Meksyk, Rosja i Zjednoczone Emiraty Arabskie stracą ponad -0.5 p.p. Wpływ niższych cen ropy na Arabię Saudyjską będzie bardziej ograniczony, na poziomie -0.2 p.p. przy cenach ropy spadających o 10 USD za baryłkę z powodu wyższych wolumenów eksportu i zapasów, co w dużym stopniu zrównoważy negatywne skutki obniżonych dochodów i pewnych oszczędności budżetowych. Odwrotnie importerzy energii, zwłaszcza kraje Strefy Euro, USA, Indie, Chiny lub Brazylia – one skorzystają z niższych cen ropy, ponieważ to stymuluje realną siłę nabywczą gospodarstw domowych, chociaż efekt ten może być częściowo osłabiony przez skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania, znaczącą w niektórych z tych krajów, zwłaszcza w kontekście wysokiej niepewności.
Niższe ceny ropy powodują również pogorszenie bilansów budżetowych oraz bilansów obrotów bieżących głównych eksporterów ropy: tylko Rosja i Zjednoczone Emiraty Arabskie mają próg opłacalności eksportu ropy przy cenie na poziomie około 30 USD za baryłkę.
Dziewięć głównych krajów eksportujących ropę naftową z regionu Zatoki Perskiej i Wspólnoty Niepodległych Państw ma fiskalny próg rentowności eksportu ropy powyżej 45 USD za baryłkę (zob. Rysunek 2). Tylko Rosja i Zjednoczone Emiraty Arabskie mają rentowność sprzedaży ropy do poziomu około 30 USD za baryłkę. Z tego powodu, jeżeli ceny ropy pozostaną na dłużej poniżej 45 USD za baryłkę, to zwłaszcza Bahrajn i Oman – które już odnotowują duże, bliźniaczo podobne deficyty od spadku cen ropy w 2014 r. – a także Kazachstan, mogą odnotować wzrost swoich deficytów do poziomów, które mogą wytrącić z równowagi inwestorów i spowodować presję na wyprzedaż ich walut. Bahrajn i Oman prawdopodobnie w razie potrzeby otrzymają pomoc finansową od innych krajów Zatoki Perskiej w celu obrony powiązania swoich walut z USD, ponieważ bogatsi sąsiedzi będą starać się uniknąć efektu domina, uderzającego także w powiązanie ich walut z USD. Kazachstan ponownie może zostać zmuszony przez rynki do istotnej dewaluacji, jak to się stało w 2015 r. W tym przypadku, efekt domina może rozprzestrzenić się na Azerbejdżan – który również odnotował ogromną dewaluację w 2015 r. – chociaż dzisiaj jest w lepszej pozycji wyjściowej niż wtedy. W większości krajów Zatoki Perskiej i w Rosji, bilans fiskalny oraz bilans zewnętrzny pozostaną pod kontrolą przez następne 12 miesięcy ze względu na wystarczające aktywa w swoich odpowiednich PFM – państwowych funduszach majątkowych (inwestycyjnych). Rosja może jednak doświadczyć deprecjacji rubla o 10-15% już w 2020 r., jeżeli średnia cena ropy spadnie poniżej 45 USD za baryłkę.
Rządzący lub firmy w Bahrajnie, Omanie i Kazachstanie wkrótce mogą zmierzyć się z problemami w obsłudze swojego zadłużenia
Ogólne zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne jest zdefiniowane jako suma bilansu obrotów bieżących i wymagalnego zadłużenia zewnętrznego w ciągu następnych 12 miesięcy. W Bahrajnie ta suma wynosi 180% wszystkich aktywów FX (walutowych) posiadanych przez bank centralny i PFM (zob. Rysunek 3), co oznacza, że władze lub firmy mogą szybko napotkać problemy w obsłudze zadłużenia w przypadku, gdy finansowanie zewnętrzne stanie się trudniej dostępne. W Omanie i Kazachstanie odpowiednie wskaźniki wyglądają bardziej komfortowo, na poziomie około 50%. Należy jednak zauważyć, że aktywa zagraniczne Kazachstanu obejmują tylko 10 mld USD w oficjalnych rezerwach FX i 61 mld USD w posiadaniu PFM. W przeszłości, kraj niechętnie korzystał z aktywów PFM w celu ratowania sektora bankowego znajdującego się w trudnej sytuacji. Dlatego istnieje także ryzyko, że rolowanie zadłużenia zewnętrznego stanie się trudne zwłaszcza dla firm z sektora prywatnego w Kazachstanie.
Rysunek 1. Wpływ trwałego (po roku) spadku ceny ropy o 10 USD za baryłkę na wzrost GDP
Źródło: Euler Hermes
Rysunek 2. Ceny ropy potrzebne do zbilansowania rachunku fiskalnego i rachunku obrotów bieżących (USD za baryłkę)
Źródła: IMF, Allianz Research
Rysunek 3. Ogólne potrzeby finansowania zewnętrznego (% rezerw walutowych i aktywów w posiadaniu państwowych funduszy inwestycyjnych)
Źródła: IMF, Allianz Research
Autorzy analizy:
Ana Boata, Szef Badań Makroekonomicznych Euler Hermes
W Japonii telewizja NHK ogłosiła, że część igrzysk olimpijskich w Tokio będzie transmitować w rozdzielczości 8K. Także w Polsce coraz więcej nadawców przygotowuje się do transmisji 8K, standardem są programy realizowane w 4K. – Nasz kraj jest bardzo rozwiniętym i nowoczesnym rynkiem telewizyjnym. Mamy usługi telewizyjne absolutnie na światowym poziomie pod względem jakości obrazu czy standardu HDTV – przekonuje Jarosław Kordalewski, wiceprezes zarządu Platformy Canal+.
– Rynek telewizyjny w Polsce bardzo się zmienia w ostatnich latach, zmienia się technologia, pojawiają się nowi gracze, nowy sposób prezentacji treści. W Polsce to jest przede wszystkim wejście telewizji 4K dzięki Canal+, czyli duża technologiczna i rynkowa zmiana, ale także coraz więcej treści audio-wizualnych, telewizyjnych w internecie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Kordalewski.
Przeciętny Polak przed telewizorem spędza około czterech godzin dziennie. Odbiornik telewizyjny znajduje się w niemal 95 proc. domów. Z raportu Grabyo „Value of Video Report 2020″ wynika, że połowa badanych płaci abonament telewizyjny, nieco więcej osób – za usługi streamingowe. Choć coraz częściej telewizję zastępują urządzenia mobilne czy komputer, to telewizja wciąż trzyma się mocno. W dużej mierze dzięki wprowadzanym nowinkom technologicznym.
– Polska należy do liderów technologicznych na świecie, zarówno jeśli chodzi o jakość obrazu, jak i o standard HDTV. Nawet jeżeli porównamy się z krajami regionu, Rumunią, Węgrami, Słowacją czy Czechami, to polski rynek się wyróżnia. Mamy bardzo wysoki procent kanałów nadawanych w HDTV względem SD – wskazuje Jarosław Kordalewski.
Pod koniec 2019 roku na świecie, jak wynika ze statystyk Eutelsatu, dostępnych było ok. 190 kanałów 4K Ultra HD (wzrost o 20 proc. w ciągu roku). Ponad 90 z nich można oglądać drogą satelitarną, 95 zaś w formie telewizji internetowej lub kablowej. Drogą naziemną transmitowane są dwa kanały 4K UHD. Liderem jest Europa z 86 kanałami w 33 językach, także w języku polskim. Na świecie coraz więcej wydarzeń jest transmitowanych w rozdzielczości 8K, już wiadomo, że jedna z japońskich telewizji będzie tak transmitować igrzyska. Do nowej technologii przygotowuje się też coraz więcej polskich nadawców.
– Również w porównaniu z Europą Zachodnią jesteśmy na tym samym poziomie. Struktura rynku jest w niej trochę inna, w Niemczech jest np. więcej kanałów kablowych, telewizja satelitarna jest raczej typu free-to-air, a nie płatna. Ale z punktu widzenia technologii nie ma znaczących różnic pomiędzy Polską a innymi rynkami europejskimi – przekonuje ekspert.
Telewizję zmieniają nie tylko nowe technologie, ale i zmieniające się upodobania widzów, którzy coraz częściej wybierają krótkie formy, podobne do tych oglądanych w internecie. Za tymi zmianami muszą też podążyć nadawcy.
– Dzisiaj mamy z jednej strony właśnie te krótkie formy telewizyjne, takie jak właśnie w mediach społecznościowych, ale też z drugiej strony formaty typu talk show, produkcje sportowe na żywo, ale ze studiem, z publicznością, tak jak program „Liga+ Extra” – mówi wiceprezes zarządu Platformy Canal+.
Z telewizją coraz mocniej konkurują też serwisy VoD. Z badania Mindshare Polska wynika, że codziennie lub prawie codziennie korzysta z nich blisko 40 proc. polskich internautów, a co trzeci płaci za dostęp do platform.
– Zarówno VoD, jak i telewizja działają na tym samym rynku, konkurujemy o ten sam czas widza. W tym sensie jesteśmy po tej samej stronie barykady. Tak że jakość naszych usług, produkcji telewizyjnej i programów nas wszystkich działających na tym rynku wpływa na to, żeby czas oglądalności rósł i żeby telewizja i treści audiowizualne były ciągle atrakcyjną formą spędzania wolnego czasu. Z tego punktu widzenia bardziej współpracujemy ze sobą, niż konkurujemy – podkreśla Jarosław Kordalewski.
Od sześciu lat problemem polskiego rolnictwa jest afrykański pomór świń wśród dzików. Od początku roku zanotowano tysiąc takich przypadków. Teraz kłopoty branży może pogłębić pandemia koronawirusa, która skutkuje wstrzymaniem transportu. Branża zachęca do kupowania mięsa z certyfikatem. Mięso z systemem jakości może pochodzić również od drobnych producentów. Musi tylko być pozyskiwane z hodowli ras znanych w Polsce przed 1956 rokiem i karmione paszami bez GMO.
– Jakość polskiej wieprzowiny jest doskonała. Tę jakość powinny oczywiście potwierdzać certyfikaty jakości. Mamy już i unijne, i krajowe systemy jakości żywności, w których mogą uczestniczyć producenci. Są to jakości i certyfikaty weryfikowane przez sprawdzone jednostki certyfikujące, a nie znaki uznaniowe, jakimi są zapewnienia, że jest to najlepszej jakości wieprzowina, a konsument nie ma żadnej gwarancji, czy tak jest – mówi Izabela Byszewska, prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.
Unia Europejska premiuje żywność wysokiej jakości od 1992 r., ale dopuszcza też tworzenie krajowych systemów jakości, notyfikowanych jako takie przez Komisję Europejską. W Polsce są dwa takie systemy: Integrowana Produkcja, która jest bardziej zbliżona do rolnictwa ekologicznego niż do produktów regionalnych i tradycyjnych oraz system jakości „Jakość Tradycja” Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego oraz Związku Województw RP.
– „Jakość Tradycja” to jedyny krajowy system certyfikujący produkty regionalne i tradycyjne. Konsument kupujący wieprzowinę z jego certyfikatem ma gwarancję, że kupuje produkt najwyższej jakości. Jednostka certyfikująca sprawdza bowiem cały proces produkcji, mówiąc potocznie – od pola do stołu, czyli sprawdza surowiec, sprawdza warunki hodowli – podkreśla Izabela Byszewska
„Od pola do stołu – kujawsko-pomorska wieprzowina. Tucz bez GMO” jest też projektem producentów północnej Polski. Producenci wieprzowiny założyli również organizację Wieprz Polski, która ma pomóc w promowaniu produktów tradycyjnych najwyższej jakości.
– W naszym systemie produkty wieprzowe pochodzą z najlepszego surowca wytwarzanego w sposób tradycyjny, w niewielkich gospodarstwach. Świnie są żywione tradycyjnie, receptury na wyroby wędliniarskie są sprawdzone, wielowiekowe i oczywiście zgodnie z regulaminem naszego systemu. Nie ma w nich żadnej chemii, polepszaczy, konserwantów. Naszym zdaniem to jest właśnie gwarancją jakości – podkreśla prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.
Hodowcy obawiają się teraz, w związku z epidemią koronawirusa, dostępności do rynków, na które wieprzowina była eksportowana, a w związku z ASF kupowania jej w Polsce.
– Uważamy, że nie trzeba ulegać panice i nie jeść mięsa wieprzowego. Mamy polską wieprzowinę dobrej jakości. Są też inne systemy krajowe jakości i systemy unijne, które też tę jakość potwierdzają, nie tylko „Jakość Tradycja”. Zależy nam więc na tym, żeby przekonać konsumentów, żeby nie bali się wieprzowiny, ponieważ nasza wieprzowina jest naprawdę bardzo dobra – zapewnia Izabela Byszewska.
Bezzasadna jest też panika związana z afrykańskim pomorem świń. Wprawdzie epidemia wśród dzików trwa już szósty rok, ale u świń ryzyko choroby jest już ograniczone.
– Ostatnio minister rolnictwa potwierdził, że od października nie było w Polsce żadnego zachorowania na ASF, więc nie jest to taki straszny problem. Nie należy więc się obawiać, kupowani produktów wieprzowych. Wręcz przeciwnie, zachęcamy do kupowania. Jest to kampania finansowana przez Fundusz Promocji Mięsa Wieprzowego. Na ten fundusz promocji składają się wszyscy producenci mięsa wieprzowego właśnie po to, żeby wykorzystać te fundusze na promowanie dobrej polskiej wieprzowiny wśród konsumentów – tłumaczy ekspertka.
Zapewnia też, że w systemie „Jakość Tradycja” jest prawie 400 produktów ze znakiem, w tym bardzo duża część, około 200 produktów, wyrobów z wieprzowiny.
– Certyfikowane produkty stanowią bardzo duży procent. Do tego musimy dodać produkty, które są certyfikowane w systemach ekologicznych, bo też jest bardzo dużo wyrobów wędliniarskich, wyrobów mięsnych, wyrobów wieprzowych, które mają certyfikat ekologiczny – wylicza Izabela Byszewska. – Oczywiście są to nasze sztandarowe produkty zarejestrowane w Unii Europejskiej jako chronione oznaczenie geograficzne i chroniona nazwa pochodzenia oraz gwarantowana tradycyjna specjalność. Tam mamy wyroby wieprzowe, kabanosy, kiełbasę myśliwską, kiełbasę piaszczańską, kiełbasę lisiecką, więc mamy znakomitej jakości wyroby. Chciałabym uczulić konsumentów na to, żeby patrzyli na certyfikaty, bo certyfikat jest gwarancją jakości – dodaje prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.
Zachęca też producentów mięsa do certyfikowania swoich wyrobów, bo nie jest to trudne.
– Rolnik aplikujący do systemu „Jakość Tradycja” lub przetwórca aplikujący do tego systemu, musi przede wszystkim wykazać, że surowiec jest z ras hodowanych u nas przed 1956 rokiem. Hodowla jest też tradycyjna, czyli tradycyjne żywienie, bez pasz zawierających GMO. To wszystko jest sprawdzane przez inspektorów jednostki certyfikującej – tłumaczy Izabela Byszewska.
Sprawdzana jest też receptura, czyli sam wyrób. W systemie biorą udział wyłącznie produkty cechujące się tradycyjnym składem lub tradycyjnym sposobem wytwarzania, a za produkt tradycyjny uważa się taki, który cechuje co najmniej 50-letnia historia produkcji. Nie ma więc mowy o dodatkach, chemii, polepszaczach, ani dodatkach pasz z GMO.
– Proces sprawdzania nie trwa długo. Każdy producent indywidualnie umawia się z inspektorami jednostek certyfikujących. Mamy zarejestrowanych i uznanych przez ministra rolnictwa pięć jednostek certyfikujących, które sprawdzają żywność i trwa to nie więcej niż miesiąc od momentu aplikowania do systemu i certyfikowania produktu – zapewnia Izabela Byszewska, prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.
System „Jakość Tradycja” Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi uznał za krajowy system jakości żywności w 2007 r.
Choć coraz większa liczba firm przestawia się w Polsce na energię z odnawialnych źródeł, to muszą się one mierzyć z licznymi wyzwaniami. Dostęp do OZE na polskim rynku nadal jest ograniczony, a cena zielonej energii wyższa. Jednak w dłuższej perspektywie przejście na OZE jest opłacalne –zarówno ze względów środowiskowych, jak i finansowych, bo firma zyskuje gwarancję stałych dostaw zielonej energii po określonej cenie. Na taki krok zdecydował się właśnie Wedel, który od marca korzysta w 100 proc. z energii wiatrowej dostarczanej przez TAURON.
– Przedsiębiorstwa muszą zastanowić się nad tym, w jaki sposób jak najszybciej, w związku ze zmianami klimatu, przejść na energię odnawialną. W Polsce mamy ograniczony dostęp do takiego rodzaju energii, więc jest to pierwsze duże wyzwanie. Drugim są finanse, bo energia z OZE jest w tej chwili droższa od konwencjonalnej. Z kolei zagrożenia środowiskowe, przed którymi stoimy wszyscy, nie pozostawiają wątpliwości. Nie powinniśmy już rozpatrywać tego w kategorii wyzwań, ale w kategorii „być albo nie być” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Herman, dyrektor zarządzający LOTTE Wedel.
Zmiany klimatyczne oraz poczucie odpowiedzialności społecznej i środowiskowej sprawiają, że coraz więcej firm chce mieć wpływ na to, z jakich źródeł pochodzi wykorzystywana przez nie energia. Dlatego też w ostatnim czasie sporo przedsiębiorstw zobowiązało się zwiększyć udział energii z OZE. Należą do nich m.in. PepsiCo, CanPack, 3M, Browary KP, McDonald’s, a na odnawialne źródła przesiadają się nawet koncerny motoryzacyjne –BMW Group, General Motors i Mercedes. Teraz dołączył do nich także LOTTE Wedel – legendarne czekoladowe przedsiębiorstwo przestawia się na energię pochodzącą w 100 proc. z wiatru.
– Efekt cieplarniany wywołuje produkcja energii ze źródeł konwencjonalnych. Decydując się na korzystanie z energii odnawialnej, chcemy dołożyć swoją cegiełkę w minimalizowaniu zmian klimatycznych – mówi Maciej Herman. – Nie ukrywam, że nie ma tutaj korzyści finansowych – wręcz przeciwnie, ta energia w tej chwili jeszcze jest w Polsce droższa od energii konwencjonalnej. Jednak nie możemy stosować tutaj wyłącznie perspektywy finansowej, ale również kryteria ogólnospołeczne, które akurat w tym przypadku są najważniejsze – podkreśla Maciej Herman.
W długiej perspektywie przesiadka na OZE jest jednak dla firm opłacalna. Nie tylko ze względu na korzyści środowiskowe i wizerunkowe, lecz także na finansowe. Cena energii – zwłaszcza dla przedsiębiorstw produkcyjnych – jest kluczowym elementem działalności i głównym kosztem. Jej wzrost nawet o kilka procent jest mocno odczuwalny. W kontekście aktualnych turbulencji na rynku energii, rosnących cen prądu i uprawnień do emisji CO2 – firma zyskuje więc gwarancję stałych dostaw zielonej energii po określonej cenie.
Wedel, na mocy zawartej właśnie umowy, przez kolejne trzy lata będzie korzystać z zielonej energii dostarczanej przez TAURON Sprzedaż w ramach oferty EKO Premium. Do końca 2022 roku spółka dostarczy 51 GWh energii ze źródeł odnawialnych do warszawskiej siedziby Wedla, co zagwarantuje ciągłość produkcji.
Oferta EKO Premium od 2010 roku – czyli od momentu włączenia jej do portfolio – cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem klientów biznesowych TAURON-a.
– Rokrocznie mamy coraz większe zapotrzebowanie, w ubiegłym roku sprzedaliśmy niemal całą produkcję z własnych źródeł odnawialnych do klientów końcowych. W tym roku spodziewamy się podwoić tę ilość. To tylko potwierdza zasadność i konieczność Zielonego Zwrotu TAURON-a – mówi Tomasz Lender, wiceprezes zarządu TAURON Sprzedaż ds. sprzedaży na rynku biznesowym.
W ramach EKO Premium spółka oferuje certyfikowaną energię, która pochodzi wyłącznie z OZE – przede wszystkim z elektrowni wodnych i farm wiatrowych Grupy TAURON.
– Dajemy pełną dowolność co do wyboru źródła energii i jego lokalizacji. Każdy z klientów może samodzielnie zadecydować, skąd ma pochodzić zużywana przez niego energia – mówi Tomasz Lender.
– Grupa TAURON zaoferowała nam bardzo atrakcyjny, ekologiczny produkt, który daje nam pewność, że energia, której używamy w naszej fabryce, będzie w 100 proc. pochodzić właśnie ze źródeł odnawialnych– podkreśla Maciej Herman.
Polski rząd aktywnie wspiera przeszło 300 firm i start-upów uczestniczących w rozwoju sektora kosmicznego. Pomóc ma w tym m.in. wdrożenie programu Horyzont Europa na lata 2021–2027, który ma ułatwić specjalistom z Europy Wschodniej uczestnictwo w europejskich programach kosmicznych. Dużą rolę odgrywają także dotacje rynkowe – rząd przeznaczy 250 mln zł na składkę do Europejskiej Agencji Kosmicznej, a Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zainwestuje w obiecujące projekty z sektora kosmicznego. – Przemysł kosmiczny staje się jednym z głównych kół zamachowych rozwoju cywilizacyjnego – mówi wicepremier Jarosław Gowin.
– NCBR zainwestowało w innowacyjne produkty z sektora kosmicznego, co wkrótce powinno się przełożyć na konkretne produkty o równie dużej skuteczności jak te, którymi sektor kosmiczny w Polsce może się już poszczycić. Przypomnę chociażby fakt, że amerykański łazik, który wylądował na Marsie, wyposażony jest w polską aparaturę, podobnie jak chiński sputnik, który bada ciemną stronę Księżyca – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów, minister nauki i szkolnictwa wyższego.
W ramach konkursu Szybka Ścieżka „Technologie kosmiczne” organizowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przyznano 15 nagród pieniężnych o łącznej wartości przeszło 143 mln zł. Jego nadrzędnym celem było wyłonienie firm, które będą godnie reprezentować polską myśl technologiczną na arenie międzynarodowej, m.in. w ramach Europejskiej Agencji Kosmicznej. Uczestnicy konkursu musieli opracować programy badawczo-rozwojowe oraz plany wdrożeniowe nowych technologii, m.in. z zakresu satelitarnej obserwacji Ziemi, infrastruktury satelitarnej czy robotyki kosmicznej.
Wyróżnione firmy otrzymały na realizację swoich zadań od 1,5 do ponad 33 mln zł, a najwyższe świadczenie pozyskało konsorcjum SatRevolution i Politechniki Wrocławskiej, które przeznaczy je na rozwój systemu obrazowania Ziemi przy wykorzystaniu konstelacji satelitów REC.
– Mamy kilka silnych ośrodków naukowych, jeżeli chodzi o badania nad kosmosem. Teraz ważne jest, żeby zbudować pomost między nimi a firmami – wskazuje Jarosław Gowin.
Działania na rzecz zdynamizowania rozwoju polskiego sektora kosmicznego prowadzi także Polska Agencja Kosmiczna, która pod koniec 2019 roku podpisała z NASA porozumienie o współpracy przy rozwoju projektów skupionych wokół eksploracji kosmosu. Elementem współpracy będzie m.in. wymiana doświadczeń z dziedziny robotyki kosmicznej czy wsparcie przy wdrażaniu rynkowych rozwiązań opartych na technologii kosmicznej.
– Przemysł kosmiczny wszędzie na świecie, i wierzę, że również w Polsce, staje się jednym z głównych kół zamachowych rozwoju cywilizacyjnego – przekonuje wicepremier.
Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.
Szefowa EBC Christine Lagarde wyszła wczoraj do walki, w której z góry była skazana na przegraną, ale i tak mogła zaprezentować się dużo lepiej. Rynki kurczowo trzymały się oczekiwań niemożliwego, a kombinacja rozczarowania i obaw związanych z koronawirusem przyniósł najgorszy dzień dla giełd od dziesięcioleci lub w ogóle w historii. Wciąż jest miejsce na śmiałe działania fiskalne i monetarne, ale pieniądze nie mogą zatrzymać ryzyka. Czynnik strachu wciąż jest obecny.
Nie można powiedzieć, że EBC nieodpowiednio odpowiada na ryzyka dla płynności w europejskim systemie finansowym. Otrzymaliśmy ogromny pakiet nakierowany na zwiększenie akcji kredytowej poprzez rozszerzenie mechanizmu długoterminowego finansowania po bardzo niskim „koszcie” (oprocentowanie do -0,75 proc.) oraz zwiększenie skupu aktywów skupionego na obligacjach korporacyjnych. Ale od strony zadbania o ustabilizowanie nastrojów rynkowych decyzja EBC była porażką. Bank zaniechał obniżki stóp procentowych i niezależnie jak bardzo bezużyteczne byłoby cięcie stopy depozytowej o 10 pb (konsensus), brak obniżki wzbudził oczekiwania, że EBC jest u kresu swoich możliwości. Obecna sytuacja wymaga pokazania przez najważniejsze instytucje, że ich zasoby są nieskończone i w ten sposób nie pozostawiać nawet najmniejszego pola do wątpliwości, które lawinowo mogą przynieść krwawą rzeź na rynki. Brak zdecydowania w decyzji EBC, ale też przekazie prezes Lagarde podczas konferencji prasowej tylko dołożyły się do nerwowości rynkowej.
Uważam, że EBC nie zrozumiał zadania, jakie miał wczoraj przed sobą. I choć można pójść w stronę argumentacji, że oferując zbyt wiele EBC pozwoliłby na dalszą opieszałość europejskich rządów, to taki hazard na nastrojach rynkowych jest nieodpowiedzialny. Wczorajsza interwencja Fed w postaci zaoferowania do 1,5 bln USD płynności w operacjach repo w tym tygodniu i do 1 bln w każdym kolejnym tygodniu jest synonimem „wszystko muszę robić sam”.
Szukając jednak tej połowy szklanki, w której jest woda, stwierdzam, że dobrze, że decydenci robią cokolwiek. Dzisiejsze decyzje RBA, Norges Banku i Banku Japonii pokazują (choć trochę za późno), że banki czuwają. To wciąż za mało i należy oczekiwać aktywizacji po stronie polityki fiskalnej, by chociaż zminimalizować obawy o trwałość szkód wyrządzonych przez szok podażowy w gospodarce realnej. Panika rynkowa opiera się na trzech nogach: płynnościowej, ekonomicznej i biologicznej. Banki centralne łamią pierwszą i pomagają nadkruszyć drugą (programy pożyczkowe), ale tutaj potrzeba więcej po stronie bezpośrednich wydatków budżetowych. ZA to trzecia pozostaje nietknięta, biorąc pod uwagę na jak wczesnym stadium epidemii są Europa i USA.
Z perspektywy rynku akcji po każdym silnym tąpnięciu przychodzi moment odbicia, ale ostrożnie z polowaniem na dołki, gdyż aktualizacje dotyczące wpływu i zasięgu koronawirusa jeszcze nie raz mogą zachwiać nastrojami. Awersja do ryzyka pozostaje, choć wkroczyliśmy w fazę niepewności, gdzie nie ma prostych odpowiedzi, co jest bezpieczne, a co nie. Najmocniej przekonuje się o tym złoto, gdzie ważniejsze od utrzymywania kruszcu w portfelach jest odzyskiwanie płynności pod uzupełninie depozytów zabezpieczających na pozycjach na innych instrumentach. Na rynku walutowym perspektywy ścieżki stóp procentowych przestają mieć znaczenie, za to liczy się wielkość rynku. USD wraca do łask jako bezpieczna przystań nr 1, nawet jeśli za tydzień Fed dokona kolejnej obniżki stóp procentowych o co najmniej 75 pb. Popyt na EUR, JPY i CHF pozostanie kosztem ryzykownych walut surowcowych i rynków wschodzących. Wczorajszy skok EUR/PLN pod 4,40 dowodzi, że niechęć do ryzyka i presja na luzowanie polityki monetarnej nie omija już nikogo.
W odpowiedzi na pandemię COVID-19, która hamuje już i tak mocno nadwyrężony wzrost gospodarczy, m.in. poprzez zerwanie łańcuchów dostaw i zahamowanie aktywności gospodarczej, Europejski Bank Centralny wprowadza zestaw nadzwyczajnych środków.
Nadzwyczajne środki obejmują: dodatkowy program długookresowych operacji refinansujących, z czego część z nich po bardzo preferencyjnej stopie procentowej, oraz dodatkowy program skupu papierów wartościowych. Są to działania służące zwiększeniu płynności w strefie euro, a więc umożliwiające prowadzenie stymulacji fiskalnej przez kraje. Narzędzia te – chociaż nie są ukierunkowane na polski rynek – mogą pomóc przedsiębiorstwom, w których łańcuchu dostaw znajdują się polskie firmy.
Prezeska ECB, Christine Lagarde jednoznacznie wskazała na konieczność wspólnych działań na świecie, na naturalny priorytet impulsu fiskalnego, ale nie rozstrzygając o kierunkach interwencji. Kraje spoza strefy euro powinny monitorować i analizować konsekwencje oraz oceniać na własną rękę, które z obszarów gospodarki będą potrzebować szczególnego wsparcia. Kongres USA pracuje nad pakietem wsparcia dla gospodarki, ale dokładny zestaw instrumentów nie jest jeszcze znany.
Na polskim rynku z kolei sygnalizuje się, że spowolnienie będzie sprzyjać obniżeniu inflacji (m.in. z powodu spadku popytu na wiele rodzajów usług oraz spadku cen paliw) i wzrostu, ale jednocześnie prezes NBP jednoznacznie wskazuje, że perspektywy wzrostu trochę się pogorszą, ale nie obawia się recesji.