Alfa Romeo Racing ORLEN w Warszawie

​​Team Formuły 1, Alfa Romeo Racing ORLEN, zaprezentował dziś w Warszawie bolid w malowaniu na sezon 2020. Biało-czerwony samochód, na którym znalazło się 10 logotypów sponsora tytularnego zespołu, PKN ORLEN, pokazano w warszawskim biurze spółki.


Zaangażowanie PKN ORLEN w sponsoring sportowy, również w Formułę 1 i współpraca z Robertem Kubicą ma przede wszystkim wymiar biznesowy. Już w ubiegłym roku udało nam się znacząco zwiększyć rozpoznawalność marki ORLEN na świecie. Jest to ważne biorąc pod uwagę fakt, że 60 procent przychodów koncernu pochodzi z zagranicy, a nasze produkty są obecne w ponad 100 krajach. W tym roku jesteśmy sponsorem tytularnym Alfa Romeo Racing ORLEN, zespołu, w którym Robert Kubica zdobył swoje pierwsze pole position i wygrał pierwszy wyścig w Formule 1. Ta współpraca  ma również duże znaczenie w kontekście dalszego rozwoju sieci detalicznej za granicą i planów dotyczących rebrandingu naszych stacji w Niemczech, Czechach i na Słowacji – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

PKN ORLEN jako największy mecenas sportu w Polsce wprowadza sponsoring sportowy na nowy, wyższy poziom, również poza granicami kraju. Dzięki temu zaangażowaniu mamy dziś biało-czerwony bolid w najwyższej serii wyścigowej świata, polskiego kierowcę w zespole i polską młodzież w Akademii Kartingowej prowadzonej przez utytułowany zespół Formuły 1. Można śmiało powiedzieć, że PKN ORLEN jest swojego rodzaju ambasadorem Polski i jej produktów na arenie międzynarodowej. Spółka podchodzi do tego przede wszystkim biznesowo, jednak przy okazji daje nam wszystkim wartości niewymierne – dumę i radość kibicowania  – powiedział Jacek Sasin, Wicepremier i Minister Aktywów Państwowych.

C39, tegoroczny bolid Alfa Romeo Racing ORLEN, ma już za sobą pierwszą rundę testów przedsezonowych, który odbyły się w zeszłym tygodniu w Barcelonie. Pierwszego dnia za kierownicą bolidu zasiadł Robert Kubica, który przejechał 59 okrążeń uzyskując czas 1.18.386.

Jestem naprawdę zadowolony z moich pierwszych okrążeń w C39: ten bolid jest naprawdę dobry i od początku dał mi pewność siebie. Cały zespół Alfa Romeo Racing ORLEN powitał mnie życzliwie i przyczynił się do stworzenia tak dobrej atmosfery do pracy. Mamy przed sobą wiele pracy podczas testów i w późniejszym czasie, ale jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Poznajemy nasz nowy bolid, odkrywamy, co należy poprawić i pracujemy nad tym. Bolidy Formuły 1 będą w tym roku szybsze i powinien to być bardzo ekscytujący sezon  – powiedział Robert Kubica, kierowca rezerwowy Alfa Romeo Racing ORLEN.

PKN ORLEN w tym roku jest  sponsorem tytularnym Alfa Romeo Racing ORLEN, gdzie Robert Kubica został kierowcą rezerwowym. Oznacza to nie tylko jazdę w przedsezonowych testach, ale również w sesjach treningowych przed niektórymi wyścigami, a także pracę nad rozwojem bolidu w symulatorze. Logotypy ORLENU widoczne są m.in. na bolidzie, kombinezonach i kaskach zawodników, strojach członków ekipy, w garażu i motorhome. Dodatkowo kierowcy Alfa Romeo Racing ORLEN będą brali udział  w wybranych organizowanych przez Koncern wydarzeniach.

Nasza współpraca z PKN ORLEN rozpoczęła się w najlepszy możliwy sposób – od udanego uruchomienia nowego bolidu C39 i od dzisiejszej imprezy. Cieszymy się na pracę z nimi – ich podejście cechuje dokładność, metodyczność i profesjonalizm, a to sprawia, że ich sposób pracy jest bardzo podobny do naszego. Robert to również bardzo silny atut zespołu: już od pierwszego testu udzielał cennych informacji zwrotnych naszym inżynierom. To jest rodzaj wkładu, który pomaga nam rozwijać bolid– powiedział Frédéric Vasseur, szef zespołu Alfa Romeo Racing ORLEN.

Tygodnie poprzedzające pierwszy wyścig są zawsze ekscytujące, a w tym roku nawet bardziej niż zwykle. Fakt że jest z nami ORLEN to duży zastrzyk pewności siebie dla wszystkich członków zespołu. Chcemy odwdzięczyć się za okazaną wiarę w nasze możliwości. Jeśli chodzi o Roberta, przez lata jeździłem z nim na wspólnym torze i nie mam wątpliwości, że wniesie duży wkład do naszego zespołu. Ma duże doświadczenie, a jego niesamowity powrót do zdrowia i powrót na tor pokazują, jak wielki jest jeszcze jego apetyt na ten sport– powiedział Kimi Räikkönen, kierowca Alfa Romeo Racing ORLEN oraz mistrz świata Formuły 1 z 2007 roku.

Widok tak wielu kibiców na trybunach, machających polskimi flagami i kibicujących drużynie Roberta, był jednym ze wspaniałych momentów ostatniego sezonu. Polscy kibice z całą swoją pasją przypominają mi bardzo Włochów i mam nadzieję, że w tym sezonie będą także kibicować Kimiemu i mnie. Jesteśmy bardzo podekscytowani rozpoczęciem roku w Melbourne i tym że ORLEN jest z nami – powiedział Antonio Giovinazzi, kierowca Alfa Romeo Racing ORLEN.

Marka ORLEN w Formule 1 pojawiła się w 2019 roku razem z wracającym do padoku Robertem Kubicą, znana jest jednak od dawna kibicom motorsportu na całym świecie. Koncern wspiera polskich i niemieckich zawodników startujących w Rajdzie Dakar i innych seriach wyścigowych. W tym sezonie zespół ORLEN Team ART wystartuje w niemieckiej serii DTM, a za kierownicą zasiądzie Robert Kubica.

PKN ORLEN jest również sponsorem m.in. reprezentacji Polski w siatkówce oraz czołowych polskich lekkoatletów, w tym multimedalistów olimpijskich.

Alfa Romeo Racing ORLEN to jeden z dziesięciu zespołów startujących w tegorocznym sezonie Formuły 1. Team wcześniej nosił nazwę Sauber, w jego bolidzie 6 sierpnia 2006 roku na Węgrzech Robert Kubica debiutował w Formule 1, 5 kwietnia 2008 w Bahrajnie zdobył pierwsze pole position, a 8 czerwca 2008 roku wygrał wyścig – Grand Prix Kanady. Obecna nazwa teamu nawiązuje do słynnej marki, która przyczyniła się do budowy królowej motorsportu. Nino Farina w bolidzie Alfa Romeo wygrał historyczny, pierwszy wyścig Formuły 1 w 1950 roku i został pierwszym mistrzem świata. W kolejnym sezonie jego sukces powtórzył Juan Manuel Fangio, też za kierownicą Alfy Romeo.

Polskie spółki IT głodne pieniędzy na rozwój

Ubiegły rok zakończył się dla firm eksportujących usługi IT przekroczeniem psychologicznej bariery. Jak wskazują dane z GUS suma nadwyżek eksportu nad importem usług IT po raz pierwszy była wyższa niż nadwyżka z usług transportowych[i]. Szybkie tempo wzrostu, niejednokrotnie przekraczające kilkadziesiąt procent rok do roku, wysoka marżowość i duży poziom elastyczności w działaniu zapewniający bezpieczeństwo to charakterystyka polskiej branży małych i średnich spółek IT.

Aktywa  wychodzące

Chęć rozwoju spowodowana globalną koniunkturą na rynkach technologicznych jest jednak hamowana z powodu trudności z finansowaniem w branży. Firmy IT mimo tego, że mają niespotykaną w innych branżach dynamikę wzrostu, nie posiadają jednak aktywów mogących stanowić zabezpieczenie dla kredytodawcy, a w dodatku bazują na kontraktach krótkoterminowych, co de facto eliminuje je z większości form finansowania bankowego. – Grupa Kapitałowa TenderHut jest jedną z najszybciej rozwijających się firm IT w Europie. Mamy jednak pewien problem – nasze aktywa wychodzą co wieczór do domu i wracają rano następnego dnia, a to bankom nie bardzo się podoba – żartuje Robert Strzelecki, prezes zarządu GK TenderHut. – Mimo stałego wzrostu przychodów, gamy skalowalnych produktów własnych i zagranicznej sieci sprzedaży nadal mamy spory problem z finansowaniem wzrostu przy pomocy finansowania bankowego, co zmusza nas do rozważania finansowania się z innych źródeł, takich jak rynek obligacji czy private equity – dodaje Strzelecki.

Ocena ryzyka

Finansowanie jest niezwykle trudne do pozyskania dla spółek IT właśnie z powodu znikomych aktywów trwałych. Tego rodzaju przedsiębiorstwa nie posiadają budynków ani maszyn, które mogłyby być  zabezpieczeniem dla kredytu bankowego. Odpowiedzią na potrzeby branży IT może stać się finasowanie bazujące na użyciu (Usage–Based Financing) uwzględniające w ocenie ryzyka inne zmienne niż aktywa. Dzięki temu wymagania banków dotyczące aktywów mogą być mniejsze, a kluczową rolę w analizie ryzyka odgrywają inne parametry lepiej odzwierciedlające kondycję finansową spółki. – Usage–Based Pricing to ciekawa alternatywa znana od jakiegoś czasu w branży ubezpieczeniowej. Patrząc przez pryzmat polskiego sektora fintech oraz rozwoju polskiej legislacji w postaci piaskownicy finansowej, być może już niedługo rodzime spółki IT będą w awangardzie korzystających z tego typu oceny ryzyka finansowania. Z pewnością w jego prawidłowej ocenie może pomóc sztuczna inteligencja, dzięki której analitycy będą mogli wziąć pod uwagę więcej zmiennych, a co za tym idzie zmniejszyć poziom wymaganych zabezpieczeń w postaci twardych aktywów – mówi Mateusz Maj, CEO VivaDrive Polska.

Technologia doścignęła zapotrzebowanie

Koncepcja oceny ryzyka w zależności od wybranych zmiennych swój początek miała na przełomie lat 60. i 70–tych w branży ubezpieczeniowej, jednak trzeba było poczekać trzy dekady na szeroki dostęp do technologii umożliwiających dobór odpowiednich parametrów i możliwość ich monitorowania. Przełomem okazało się upowszechnienie systemu GPS, pozwalającego śledzić wiele parametrów – np. szybkość jazdy, liczbę przejechanych kilometrów, a nawet styl jazdy. Dzięki telemetrii algorytm może obliczyć odpowiednią składkę ubezpieczeniową będącą wypadkową tych czynników. Dla branży finansowej kluczowe może być natomiast wykorzystanie sztucznej inteligencji w ocenie kondycji spółki i ryzyka finansowania analizującej wiele zmiennych, które tak jak w przypadku ubezpieczeń wcześniej nie mogły być brane pod uwagę. – Myślę, że jesteśmy u progu prawdziwej rewolucji związanej z nowoczesnym finansowaniem spółek takich jak TenderHut – posiadających ogromne tempo wzrostu, której aktywami są ludzie oraz opracowane wysoko skalowalne produkty, a nie maszyny czy budynki. Dzięki temu nasz biznes jest znacznie bardziej elastyczny i szybciej potrafi zaadaptować się do zmian, co czyni go bezpieczniejszym niż w przypadku firm produkcyjnych – przekonuje Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut.

Tak jak w przypadku branży ubezpieczeniowej, tak i w sektorze bankowym potrzebny jest czas na upowszechnienie się innowacyjnych rozwiązań, jednak warto podkreślić, że klasyczne postrzeganie przez banki aktywów może niedługo znacząco się zmienić.

[i] https://twitter.com/Mr_Czaplicki/status/1212740848670138368

Rekordowy wolumen nowej podaży w regionach – 61 budynków biurowych oddanych do użytku

Rynek biurowy w regionach nie zwalnia tempa. W 2019 roku w ośmiu głównych miastach regionalnych dostarczono rekordowo duży wolumen nowej powierzchni biurowej – 547 tys. m kw., dzięki czemu łączna wielkość podaży przekroczyła 5,6 mln m kw. Sumaryczna wielkość zasobów na ośmiu rynkach regionalnych jest więc po raz pierwszy większa niż w Warszawie. Największym motorem napędowym wzrostów były dwa ośrodki – Kraków i Wrocław, natomiast w Katowicach jest aktualnie najwięcej powierzchni w budowie.

W 2019 r. na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano do użytku aż 61 budynków biurowych o średniej powierzchni prawie 9 tys. m kw. każdy, co przełożyło się na rekordowo wysoki poziom nowej podaży. Jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, liderem pod tym względem pozostaje Kraków (159 tys. m kw.), w którym dostarczono w 2019 r. prawie tyle samo nowej powierzchni biurowej co w stolicy kraju. Tuż za Krakowem, z niewiele niższym wynikiem, plasuje się rynek wrocławski (147 tys. m kw.).

Duże inwestycje w Krakowie i Wrocławiu

Znaczącą część nowej podaży w Krakowie przyniosły trzy inwestycje o powierzchni biurowej ponad 20 tys. m kw. każda. Oddany pod koniec zeszłego roku do użytku Tischnera Office (blisko 33 tys. m kw.) wyróżnia się dużymi, kaskadowymi tarasami od 3. piętra w górę oraz ogromnym patio mającym ponad 1 000 m kw., które będą dostępne dla wszystkich użytkowników biur.

Obiekt ten znalazł się na celowniku Globalworth Poland, jednego z największych inwestorów biurowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Drugim obiektem, który w ostatnim czasie istotnie zmienił obraz rynku biurowego w stolicy Małopolski jest Fabryczna Office Park, mający składać się z trzech obiektów biurowych klasy A o łącznej powierzchni 40 tys. m kw. i stanowiący element większego kompleksu Fabryczna City. W zeszłym roku zostały ukończone dwie fazy tego projektu, a najemcy mogli zająć 29 tys. m kw. powierzchni. Trzecią, dużą inwestycję stanowił nowoczesny biurowiec V. Offices (prawie 22 tys. m kw.) – Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Wielkość podaży biurowej Krakowa wynosi 1 416 700 m kw., co czyni to miasto największym z rynków regionalnych. Jedynie w ciągu ostatnich trzech lat rynek powiększył się aż o 56%, stając się największym rynkiem usług dla biznesu w Polsce.

We Wrocławiu niemal połowę całego wolumenu nowej podaży stanowiła druga faza kompleksu Business Garden Wrocław, będącego największą biurową inwestycją zrealizowaną w 2019 r. W ciągu roku oddano do użytku cały kompleks składający się z sześciu budynków o łącznej powierzchni blisko 77 tys. m kw. O skali przedsięwzięcia świadczy liczba osób, które będą mogły pracować na tak dużej powierzchni – nawet do 10 tys.
Wrocław jest drugim największym biurowym rynkiem regionalnym w Polsce o zasobach powyżej miliona metrów kwadratowych. Od początku 2017 r. wolumen podaży biurowej wzrósł niemal o 39%, osiągając poziom 1 188 400 m kw.

Szybki rozwój Poznania, dobre perspektywy dla Katowic i Trójmiasta

W ostatnim roku intensywnie rozwijał się również rynek biurowy w Poznaniu. Wielkość nowej podaży wyniosła 86 tys. m kw., co spowodowało, że w ciągu ostatniego roku powiększył się on o 18%. Czyni to Poznań najszybciej rozwijającym się rejonem w kraju. Niemal całą nową powierzchnię biurową dostarczyły w stolicy Wielkopolski dwa kompleksy. W kwietniu ub.r. oddano do użytku drugi etap Business Garden Poznań składający się z pięciu budynków biurowych o powierzchni 46 tys. m kw. Kompleks ten znajduje się w bliskim sąsiedztwie lotniska Ławica. Drugi ważny projekt ukończony w ubiegłym roku to dwa budynki kompleksu Nowy Rynek Poznań (w sumie prawie 31 tys. m kw.). Rynek biurowy w Poznaniu jest obecnie na stałej wznoszącej, ale według Mikołaja Laskowskiego z BNP Paribas Real Estate Poland najbliższe lata upłyną pod znakiem intensywnego rozwoju dwóch innych rynków regionalnych – Katowic oraz Trójmiasta.

Znajduje się tam ponad 42% powierzchni będącej obecnie w budowie na ośmiu głównych rynkach regionalnych, której łączna wielkość na koniec IV kwartału zeszłego roku wyniosła ponad 772 tys. m kw. Ponad połowa tej powierzchni (456 tys. m kw.) ma być dostarczona na rynek w 2020 roku. Największą realizowaną w tych dwóch regionach inwestycją jest składający się z dwóch biurowców katowicki kompleks Face2Face Business Campus (45 tys. m kw.). Budynki te powstają w dogodnej komunikacyjnie lokalizacji, u zbiegu ulicy Chorzowskiej i Grundmanna, tuż przy wjeździe do centrum miasta – Mikołaj Laskowski, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w BNP Paribas Real Estate Poland

Kolejnym znaczącym projektem deweloperskim w Katowicach jest. KTW II (42 tys. m kw.) czyli wyższa wieża biurowa kompleksu usytuowanego w centrum regionu, tuż przy Spodku i rondzie Ziętka. Budynek ma mieć 31 kondygnacji naziemnych oraz 133 metry wysokości, dzięki czemu stanie się najwyższym budynkiem nie tylko w mieście, ale również w całym regionie. Listę największych inwestycji na dwóch wspomnianych rynkach uzupełnia gdyński 3T Office Park (38,5 tys. m kw.). Kompleks ten będzie składał się trzech wież – dwóch o 10 kondygnacjach naziemnych i środkowej o 13 kondygnacjach, a także 2-poziomowego podziemnego parkingu z 420 miejscami postojowymi. Projekt zlokalizowany jest w gdyńskim zagłębiu biznesowo-biurowym usytuowanym w okolicach ul. Łużyckiej oraz Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego, skupia około 35% całkowitej powierzchni biurowej istniejącej w Gdyni.

Popyt na poziomie zbliżonym do zeszłorocznego, najpopularniejszy nadal Kraków

W 2019 r. popyt netto w miastach regionalnych wyniósł 463 tys. m kw. co jest wynikiem zbliżonym do rezultatu z roku poprzedniego. Najwyższym popytem cieszył się największy rynek regionalny – Kraków, który odpowiadał za niemal 39% całkowitego popytu netto.

To właśnie tam zostały zawarte cztery z sześciu największych w zeszłym roku umów najmu na powierzchnie biurowe o wielkości ponad 10 tys. m kw. każda. Największa, nie tylko w ubiegłym roku, ale również w ciągu ostatnich dwóch lat, dotyczyła wspomnianego wcześniej kompleksu Fabryczna Office Park, w którym firma UBS wynajęła 19 300 m kw. powierzchni – Joanna Popielarczyk, Starszy Konsultant, Zarządzanie Transakcjami, Dział Powierzchni Biurowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Szwajcarskie przedsiębiorstwo finansowe, zatrudniające dotychczas w swoich krakowskich biurach 3600 osób, zamierza przenieść się do nowej lokalizacji w 2021 roku. W 2019 r. około 46% popytu netto stanowiła powierzchnia wynajęta w budynkach będących jeszcze na etapie budowy (tzw. umowy pre-let).

Wysoki poziom nowej podaży przyniósł nieznaczny wzrost pustostanów

W raportowanym okresie nastąpił wzrost wskaźnika pustostanów. Jego poziom w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku wzrósł o 1.2 p. proc. do 9,6%. W opinii ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland taki stan rzeczy to efekt dostarczenia rekordowo dużego wolumenu nowej powierzchni biurowej. Na koniec ubiegłego roku najwyższe wskaźniki powierzchni niewynajętej odnotowano we Wrocławiu (12,7%) i Łodzi (11,2%). Z kolei najniższy udział powierzchni niewynajętej zarejestrowano w Trójmieście (4,9%).Najwyższy wzrost poziomu pustostanów nastąpił w Poznaniu i Wrocławiu, co jest rezultatem dostarczenia dużej ilości nowej powierzchni biurowej na tych rynkach. Na przeciwległym biegunie znajduje się Lublin z największym spadkiem wynikającym z braku nowych inwestycji biurowych w minionym roku. Stan taki umożliwił absorbcję znacznej ilości wolnej powierzchni na tym rynku i przyczynił się do spadku wskaźnika o 6,1 p. proc. do poziomu 9,3% na koniec grudnia 2019 r.

Badanie: Najlepiej raz w miesiącu i przy okazji. Tak Polacy podchodzą do tankowania

Ponad połowa Polaków tankuje tylko raz w miesiącu, najczęściej wracając ze szkoły lub z pracy bądź jadąc na większe zakupy. Zaledwie garstka nie łączy wyjazdu po paliwo z załatwianiem innych spraw. Zdecydowana większość ankietowanych jest gotowa pokonać dodatkowo tylko 500 metrów, aby przy okazji uzupełnić bak. Natomiast niecała połowa z nich może przejechać tyle samo z domu do stacji, żeby specjalnie napełnić zbiornik. Tak wynika z ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez platformę UCE RESEARCH i firmę technologiczną Proxi.cloud.

Raz na miesiąc

Z badania wynika, że większość Polaków tankuje swoje pojazdy raz w miesiącu – 56%. Dwa razy wskazało 21% respondentów, trzy razy – 11%, a częstsze wizyty na stacjach – 5%. Natomiast rzadziej niż raz na cztery tygodnie zadeklarowało 4% ankietowanych. Dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-petrol.pl, uważa, że częstotliwość uzupełniania baku w osobówkach zależy głównie od sposobu wykorzystywania samochodu. I wbrew pozorom, niekoniecznie ma związek z poziomem cen paliw.

– Fakt, że ponad połowa pytanych posiadaczy samochodów osobowych tankuje swoje auta raz w miesiącu, wynika z typowego wykorzystywania ich do przemieszczania się każdego dnia. Właściciele pojazdów to najczęściej ludzie pracujący, którzy codziennie jeżdżą z domu do firmy i z powrotem. W zdecydowanej większości pojemność baków pozwala im średnio przez miesiąc nie uzupełniać paliwa – komentuje Adam Grochowski, analityk z firmy technologicznej Proxi.cloud.

W opinii Urszuli Cieślak, Dyrektor Marketingu w BM Reflex, to, ile razy w miesiącu kierowca tankuje, wynika zarówno z ilości przejeżdżanych kilometrów, jak i z kwoty pieniędzy przeznaczanej jednorazowo na paliwo. Może być tak, że właściciel pojazdu bywa na stacjach dosyć często, ale jednak nie uzupełnia baku do pełna.

– Natomiast fakt, że raptem 4% właścicieli pojazdów tankuje je rzadziej niż raz na miesiąc, mówi o tym, jak niezwykle potrzebną rzeczą jest samochód osobowy. Można zatem wnioskować, że aż 96% ankietowanych używa pojazdu regularnie. Zdecydowana mniejszość nie korzysta z niego na co dzień – dodaje Adam Grochowski.

Raczej przy okazji

Najwięcej badanych tankuje samochód, wracając ze szkoły lub z pracy – 43%. Mniej osób robi to, jadąc na duże zakupy – 32%. Niewielu ankietowanych zajmuje się tym w drodze do szkoły lub pracy – 8%. Tylko 7% wybiera się specjalnie z domu na stację. Dr Bogucki uważa, że moment wybierany na tankowanie ma ścisły związek ze sposobem organizacji czasu.

– To jest dość logiczne i przewidywalne, że Polacy mają dużo więcej czasu na uzupełnianie paliwa, wracając z pracy lub ze szkoły niż jadąc tam. Rano z reguły panuje pośpiech, co nie sprzyja wykonywaniu dodatkowych czynności, nawet tak prostych jak tankowanie. Świadczą o tym też inne badania, które wykazały, że newralgicznym momentem na stacjach paliw są godziny pomiędzy 14.00 a 16.00, a więc odpowiadające powrotom – stwierdza Krzysztof Zych, analityk z firmy doradczej UCE GROUP LTD.

Z kolei ekspert z portalu e-petrol.pl wyjaśnia, że tankowanie samochodów w drodze na większe zakupy jest związane lokalizacją stacji benzynowych tuż przy centrach handlowych. To zachęca konsumentów do łączenia ww. czynności i pozwala im nie marnować czasu na załatwianie obu spraw oddzielnie.

– Wyraźnie widać, że tankowanie samochodu najczęściej odbywa się przy okazji. Konsumenci nie mają czasu na to, aby specjalnie wychodzić z domu i jechać na stację benzynową. Dlatego tylko 7% to praktykuje. Kolejnym czynnikiem jest ekonomia. Specjalny wyjazd tylko po paliwo zwiększa koszt jego zakupu. A to przestaje być opłacalne – zauważa ekspert z Proxi.cloud.

Góra 500 metrów

Aż 64% badanych jest gotowych pokonać dodatkowo tylko 500 m, aby przy okazji zatankować swój pojazd. Natomiast nieco większą odległość, tj. 500-1000 m, zadeklarowało 11%. Z kolei 1500-2000 m wskazał zaledwie 1%. Właściwie nikt z właścicieli samochodów nie przejechałby więcej niż 2000 m w ww. celu. Tylko 3% nie zwraca na to uwagi, a 17% respondentów nie potrafi tego określić.

– Zakup paliwa to czysta ekonomia. Nie ma sensu jechać po nie dalej niż 1-2 km, bo stacji wokół jest tak dużo, że wcale nie trzeba tego robić. Ponadto koszty tankowania są wszędzie w miarę podobne i sens dłuższego wyjazdu dalej mija się z faktycznym celem, patrząc na to z puntu widzenia opłacalności. Co więcej, dzisiaj kalkuluje się też czas. A dodatkowo przejechane kilometry z pewnością go generują – podkreśla Krzysztof Zych.

W ocenie analityka z Proxi.cloud, badanie ewidentnie wykazało, że Polacy niechętnie nadkładają zbędnej drogi. Nawet krótka odległość jak na samochody osobowe, tj. powyżej 500 m, stanowi dużą barierę. Świadczy to o tym, że właściciele pojazdów niechętnie je tankują na stacjach oddalonych od uczęszczanych dróg i własnych posesji. Nie chcą tracić większej ilości czasu oraz pieniędzy na dojazdy. Wyniki tej ankiety powinny dać mocno do myślenia koncernom paliwowym.

– Warto też zauważyć, że 20% respondentów nie potrafi określić, ile drogi może nadłożyć, aby zatankować swój pojazd. A to oznacza, że jeszcze sporo osób nie zwraca na to uwagi bądź nie uważa tego za istotną kwestię. I są to raczej klienci niezbyt lojalni wobec marek paliwowych. Działają w sposób nieprzemyślany – mówi ekspert z UCE GROUP LTD.

Jak wykazało badanie, 45% respondentów jest gotowych pokonać odcinek 500 m z domu do stacji, żeby specjalnie pojechać i zatankować. 21% wskazało 500-1000 m, 14% – 1000-1500 m, 7% – 1500-2000 m, a tylko 3% – powyżej 2 km. Z kolei 8% nie zwraca na to uwagi, a 2% nie wie, jak określić taką odległość. Jak podkreśla Urszula Cieślak, większy odsetek ankietowanych zwraca uwagę na wygodę i czas, dlatego wybiera tankowanie przy okazji.

– Deklarowane odległości w tym wypadku są już większe niż podczas tankowania przy okazji. I raczej wynika to z tego, że stacje benzynowe zwykle są oddalone od skupisk domów, a znajdują się przy drogach między nimi a centrami miast bądź przy trasach wylotowych. Dodatkowo już od paru lat tego typu placówki są otwierane na przedmieściach. Z tego powodu respondenci deklarują możliwość pokonania większego dystansu, aby specjalnie zatankować – podsumowuje Adam Grochowski.

Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą, należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.) we współpracy z firmą technologiczną Proxi.cloud. Działania były prowadzone od 1 do 15 lutego 2020 roku w najbliższym otoczeniu 86 stacji paliw, znajdujących się w 16 województwach, w tym w 34 dużych miastach oraz 16 średnich i mniejszych miejscowościach. Do ankiety dopuszczono wyłącznie te osoby, które na wstępie rozmowy zadeklarowały, że posiadają własny samochód osobowy i są odpowiedzialne za jego tankowanie. Odpowiedzi udzieliło 1002 respondentów. Wśród nich było 43% kobiet i 57% mężczyzn, w wieku od 18. do 65. roku życia.

Tym razem będzie inaczej?

Aktywa ryzykowne są pod presją na początku tygodnia przy rosnącej liczbie przypadków zachorowań na koronawirusa poza granicami Chin. Co wydawało się opanowane przez władze z Pekinu, teraz ponownie wydaje się poza ich kontrolą, a odpowiedzialność spada na decydentów w Korei Południowej, Włoszech i Kanadzie. Rynki dotychczas nie doszacowywały ryzyka wirusa, ale może być ciężko dalej opierać się faktom.

Czy to była wiara w globalną ekspansję monetarną, czy determinację chiński władz do opanowania epidemii, rynki finansowe nie przejawiały nadmiernego zaniepokojenia wirusem, a indeksy giełdowe w USA i Europie poprawiały historyczne rekordy. W końcu, co gospodarka ucierpi w tygodniach kulminacji epidemii, powinna odrobić w kolejnych miesiącach z pomocą fiskalnego wsparcia. Warunkiem jest jednak krótkotrwały charakter szoku, ale teraz świat stoi w obliczu przedłużającej się epidemii, strachu wychodzenia na ulice i podwyższonej niepewności prowadzenia biznesu. I nie tylko w Chinach, ale po raportach z Korei Płd., Włoch i kanady – w wielu zakątkach świata. To zupełnie nowy rodzaj ryzyka, z którym dotychczas rynki się nie liczyły. Czy teraz będą je w pełni kalkulować? To jest najtrudniejsze pytanie. Nie da się estymować trendów na podstawie liczby chorujących korygowanej o współczynnik śmiertelności. Spirala strachu może z łatwością sprowadzić rynki giełdowe o 5 proc. w dół, wynieść cenę złota ponad 1700 USD za uncję i przynieść pogrom na walutach ryzykownych. Ale równie dobrze inwestorzy mogą zacząć dyskontować przyszłość po epidemii, kiedy gospodarki przejdą w tryb odbudowy. Ceny aktywów z podobnymi szansami mogą teraz odzwierciedlać jakość wskaźników makro z marca (ukazujących apogeum obaw o wirusa) lub z III kw. tego roku (okres pełnego odreagowania szkód). Prawdopodobnie Wall Street da odpowiedź, który pozostałe rynki skopiują.

Na rynku walutowym mamy klasyczny schemat risk-off. Mocno tracą waluty ryzykowne (głównie surowcowe), a silne utrzymują się USD i JPY. Status bezpiecznej przystani uchroni dolara przed negatywną reakcją na fatalne odczyty PMI z USA w piątek. Trzeba zaznaczyć, że osłabienie USD do EUR i JPY po danych miało niewiele wspólnego z pesymistyczną oceną fundamentów, a bardziej z panicznym domykaniem długich pozycji w USD, które narosły na tych crossach w poprzednich dniach. Ten strach przed nieznanym, jaki niesie ten tydzień, może podtrzymać presję na USD na tych parach, ale wcale nie będzie to oznaczać, że nagle inwestorzy postrzegają EUR i JPY jako lepsze. W dalszym ciągu USD jest walutą pierwszego wyboru. Kondycja gospodarek strefy euro i Japonii jest dużo gorsza niż USA i to będzie odgrywać istotną role, kiedy w innych aspektach waluty będą traktowane po równo (skłonność banków centralnych do luzowania, stan rynku akcji). Szok gospodarczy będzie za to kulą u nogi dla walut surowcowych, co widać z resztą dziś po korelacji najgorzej radzącego sobie NOK z ropą naftową.

Niepewność oznacza też światło ostrzegawcze dla inwestycji w ryzykowne aktywa emerging markets. Złoty jest częścią tego zbioru i deprecjacja go nie omija. Mimo to EUR/PLN na 4,30 wkracza w obszar lokalnego wykupienia – w ciągu ostatniego roku były tylko cztery przypadki, kiedy kurs uciekał na wyższe poziomy, z których dość szybko zawracał. Ostatnio polski rynek nie był celem dla masowego napływu zagranicznego kapitału, który teraz mógłby uciekać i skutkować silną przeceną złotego. Globalna awersja do ryzyka jest zagrożeniem, przed którym nic się nie uchroni, ale poza takim scenariuszem potencjał deprecjacji złotego powinien się już wyczerpywać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce przyciąga inwestorów. W segmencie biurowym spodziewane są spektakularne transakcje

Inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych osiągnęły w 2019 roku rekordową wartość – 7,6 mld euro. Polska pozostaje najbardziej atrakcyjnym rynkiem inwestycyjnym w Europie Środkowo-Wschodniej, a prognozy wskazują, że w tym roku będzie podobnie. Zdaniem analityków Knight Frank 2020 rok będzie kolejnym okresem wzmożonej aktywności inwestorów na polskim rynku. W Warszawie spodziewane są spektakularne transakcje w segmencie biur, ale na atrakcyjności zyskają też nowe formaty – np. mieszkania na wynajem oraz prywatne akademiki.

– Największą dynamiką wzrostu w 2019 roku cechował się segment nieruchomości biurowych, na który przypada około połowa całego wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Cipiur, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych w Knight Frank. – Najwięcej biurowców powstaje w Warszawie, ale bardzo dobrze rozwijają się także inne miasta, np. Kraków, Wrocław, Gdańsk, Poznań, Łódź i Katowice. Powstają w nich okazałe budynki, którymi interesują się głównie inwestorzy zagraniczni. Popyt inwestycyjny jest także kreowany przez najemców – międzynarodowe firmy, rozpoznawalne i cieszące się stabilną pozycją na rynku.

Jak zauważa Krzysztof Cipiur, miniony rok charakteryzował się kompresją stóp kapitalizacji, czyli rosnącymi cenami, oraz napływem nowego kapitału – pojawiły się fundusze z kapitałem azjatyckim, węgierskim i niemieckim. Z raportu „2019 Review & 2020 Outlook – Aktywa komercyjne i grunty inwestycyjne” wynika, że ubiegły rok obfitował w zakupy przede wszystkim w segmencie biurowym, na którym dokonano transakcji wartych blisko 3,8 mld euro (wzrost o 37 proc. r/r). W stolicy zainwestowano 2,4 mld euro. Wysoką dynamiką charakteryzował się również segment magazynów (wolumen transakcji sięgnął 1,3 mld euro), nieco mniejszą za to rynek handlowy. Centra handlowe, retail parki i mniejsze sklepy w poprzednich latach odpowiadały za około 40 –50 proc. całego wolumenu, a obecnie jest to około 25 proc.

– Myślę, że jest to wynik globalnych tendencji. Sektor handlowy traci na korzyść sektora biurowego i magazynowego. W Stanach Zjednoczonych i Anglii handel przenosi się ze sklepów do magazynów i ciężarówek, bo zakupiony produkt jest dostarczany bezpośrednio klientowi z pominięciem ekspozycji na tradycyjnej półce – wyjaśnia Krzysztof Cipiur.

Eksperci Knight Frank podkreślają, że Polska postrzegana jest jako najbardziej atrakcyjny pod względem inwestycyjnym kraj w Europie Środkowo-Wschodniej i stanowi doskonałą alternatywę dla Europy Zachodniej. Rynek w Polsce oferuje zwrot na poziomie bliskim 4,25–4,50 proc. Dla porównania, w krajach zachodnioeuropejskich rentowność inwestycji sięga 2,50 proc. Niskie stopy kapitalizacji za najlepsze aktywa pozwalają postrzegać Polskę jako rynek umożliwiający dywersyfikację ryzyka oraz oferujący stabilne zyski z inwestycji w dłuższym okresie.

– Wiele transakcji nie zostało zamkniętych w 2019 roku i finalizacji tych umów możemy się spodziewać w bieżącym roku – dodaje Krzysztof Cipiur. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy świadkami bardzo spektakularnych transakcji na rynku biurowym, przede wszystkim w Warszawie, a także transakcji portfelowych na rynku magazynowym.

Według ekspertów Knight Frank mimo ograniczonej liczby wysokiej jakości obiektów na sprzedaż aktywność inwestorów na polskim rynku rośnie. Poszukiwane są aktywa we wszystkich sektorach nieruchomości, położone nie tylko w najbardziej prestiżowych lokalizacjach. Coraz większe zainteresowanie widać również w sektorach nieruchomości alternatywnych, do których należą mieszkania na wynajem, projekty mixed-use czy prywatne akademiki.

– W następnych latach będą one miały coraz większy udział w rynku – zakłada Krzysztof Cipiur. – Jest to segment, który dopiero pączkuje, ale obserwujemy ogromny popyt ze strony inwestorów, przede wszystkim europejskich.

W 2020 roku spodziewany jest dalszy napływ kapitału na krajowy rynek, zarówno ze strony podmiotów już obecnych w Polsce, jak również zupełnie nowych graczy. Decydują o tym uwarunkowania ekonomiczne. Polska pozostaje jedną z najszybciej rosnących gospodarek w Europie. Prognozy instytucji finansowych wskazują, że w kolejnych latach wzrost PKB będzie przekraczał 3 proc., a otoczenie makroekonomiczne i kluczowe czynniki wpływające na sektor nieruchomości komercyjnych pozostaną stabilne.

Przestój w chińskiej gospodarce utrzyma niskie ceny ropy. Może to potrwać nawet do połowy roku

0

Początek 2020 roku okazał się niespokojny dla rynku ropy. Najpierw zamach na irańskiego generała Kasema Sulejmaniego pchnął ceny surowca w górę, następnie epidemia koronawirusa w chińskim Wuhanie i prowincji Hubei spowodowała ich gwałtowny spadek. Zdaniem Jakuba Boguckiego z portalu E-petrol.pl nadpodaż ropy spowodowana przestojem w chińskiej gospodarce utrzyma jej niskie ceny nawet do połowy roku.

– Chiny są drugim największym konsumentem ropy na świecie. Paraliż tamtejszej gospodarki z powodu epidemii koronawirusa powoduje, że surowiec reaguje bardzo dynamicznymi spadkami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw E-petrol.pl. – Wszelkie sugestie, że epidemia jest ograniczana, a liczba zachorowań mniejsza, na krótko podbijają ceny ropy. Jednak to cały czas jest zbyt rzadko, by mówić o jakiejkolwiek poprawie. Rokowania co do wpływu sytuacji w Chinach na rynek naftowy w najbliższym czasie nie są najlepsze.

Od kilku tygodni rynki, nie tylko surowcowe, z niepokojem patrzą w stronę Chin, gdzie już w grudniu zaczęła się epidemia koronawirusa, określanego przez WHO mianem COVID-19. Do tej pory odnotowano niemal 76 tys. zachorowań, zmarło ponad 2,1 tys. osób, a prawie 16,5 tys. zostało wyleczonych. Stolica prowincji Hubei i jej okolice zostały odizolowane od świata, dzięki czemu obszar epidemii został ograniczony. Spowodowało to jednak przestoje w działaniu chińskich fabryk, a wraz z nimi spadek zużycia ropy z ok. 14 mln baryłek dziennie do ok. 11 mln. W efekcie pojawiła się jej nadpodaż, co pociągnęło w dół ceny czarnego złota. W związku z tym kraje zrzeszone w OPEC i inni producenci, którzy od 2016 roku współpracują, ograniczając wydobycie, by podbić ceny surowca, rozważają dalsze ograniczenie produkcji.

– Ta polityka jest już dość restrykcyjna. Kolejne ograniczenia, które proponował komitet techniczny OPEC, napotkały umiarkowany entuzjazm, zwłaszcza ze strony decydentów w Rosji – mówi Jakub Bogucki. – Ta decyzja na krótko zapewne byłaby w stanie stymulować rynek, ale jednak nadpodaż jest na tyle duża, że rosyjskie obawy o nikłą skuteczność takiego kroku OPEC wydają się uzasadnione. W dłuższej perspektywie, gdyby te cięcia zbiegły się z poprawą sytuacji w Chinach, wtedy rzeczywiście to byłby istotny element wypychający ceny surowca w górę.

Od przełomu pierwszej i drugiej dekady stycznia do początku lutego cena baryłki teksańskiej WTI spadła z 63 do. do mniej niż 50, a europejskiej ropy Brent – z 70 do. na początku stycznia do mniej niż 54 w połowie lutego. Choć oba rodzaje surowca zaczęły w lutym zyskiwać po informacjach o zahamowaniu tempa rozprzestrzeniania się choroby, od początku roku staniały o 10–11 proc. Na razie nie zanosi się na poważniejsze odbicie.

– Większość instytucji zajmujących się prognozowaniem zmian na rynku naftowym po raz pierwszy od 10 lat obniżyła prognozę popytu na surowiec na rynkach światowych właśnie za sprawą tego, co się dzieje w Chinach. Trudno spodziewać się, żeby w pierwszych dwóch kwartałach roku nastąpiła jakaś zasadnicza zmiana – ocenia analityk rynku paliw.

Kilka dni temu bank Goldman Sachs obniżył swoje projekcje cen ropy w I kwartale o 10 dola. do 53 dol. za baryłkę. Wcześniej Citigroup ogłosił szacunki, zgodnie z którymi cena ropy Brent wyniesie w I kwartale 54 dol. za baryłkę (obniżenie prognoz o 15 dol.), a w II kwartale – 50 dol. (spadek wobec poprzedniej prognozy o 18 dol.).

– Trudno spodziewać się także gwałtownego skoku wydobycia, bo po prostu nie będzie komu tej ropy sprzedać albo będzie ona zbyt tania, a jej wydobywanie zbyt mało opłacalne – podkreśla Jakub Bogucki.

Zdaniem eksperta nie widać też na horyzoncie możliwych wydarzeń, które mogłyby zrównoważyć efekt koronawirusa. Gdy zaraz po Nowym Roku w amerykańskim ostrzale z użyciem dronów zginął w Bagdadzie irański generał Kasim Sulejmani, a Iran odpowiedział atakiem na amerykańskie bazy wojskowe w Iraku, ropa podrożała, ale tylko o 4–5 dol. na baryłce. Informacje o koronawirusie natychmiast pociągnęły je w dół o kilkanaście dolarów.

– W cień po doniesieniach z Chin zeszły waśnie na linii Teheran – Waszyngton czy konflikt saudyjsko-irański, który miał swoje ognisko w Jemenie. Chiny są tak ogromnym konsumentem ropy, że właściwie większość innych czynników zeszła na dalszy plan. Trudno sobie wyobrazić coś, co byłoby w stanie, mówiąc kolokwialnie, przebić to, co dzieje się w Chinach w tej chwili – konkluduje analityk E-petrol.pl.

Pracodawcy obawiają się odpływu ukraińskich pracowników do Niemiec. Apelują o uproszczenie procedur w ich zatrudnianiu

46 proc. firm dostrzega trudności w rekrutacji pracowników ze Wschodu. To rekordowo wysoki odsetek, a w kolejnych miesiącach może być jeszcze trudniej ze względu na otwarcie się zachodnioeuropejskich rynków pracy na obcokrajowców spoza Unii Europejskiej. Co czwarty pracodawca obawia się konkurencji o Ukraińców ze strony innych państw członkowskich, a co siódmy – konkurencji ze strony niemieckich firm. Tymczasem polska polityka migracyjna wciąż stawia wiele barier w dostępie do rynku pracy.

– Polskie firmy coraz bardziej obawiają się odpływu pracowników ukraińskich z rodzimego rynku pracy. Dotyczy to ponad połowy przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Kinga Marczak, dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service, która opublikowała „Barometr Imigracji Zarobkowej” za drugie półrocze 2019 roku. – W ostatnich analizach zaobserwowaliśmy wzrost obaw u respondentów o ponad 30 pkt proc. wobec wyniku badania przeprowadzonego pół roku wcześniej.

Obecnie ponad połowa polskich firm podejmuje działania mające na celu zabezpieczenie się na wypadek fluktuacji pracowniczej lub erozji grup, które do tej pory funkcjonują w ramach zakładów pracy. W badaniu Grupy Personnel Service ponad 15 proc. pracodawców przyznało, że obawia się odpływu pracowników do niemieckich firm. Z tego 7 proc. mówi, że ich pracownicy otwarcie deklarują zamiar wyjazdu na Zachód. Z kolei 3 proc. deklaruje, że zamierza oferować kadrze ze Wschodu konkurencyjne warunki, żeby uniknąć ich odpływu na inne rynki.

– Pracownicy jasno deklarują zamiar wyjazdu, a pracodawcy mają tego świadomość – podsumowuje Kinga Marczak. – Do urzędów wojewódzkich wpływa bardzo dużo wniosków o przedłużenie legalnego pobytu pracowników ze Wschodu, ale procedura jest długa i żmudna. W Niemczech i Czechach obowiązują proste i szybkie procedury, a pracownicy z Ukrainy bardzo mocno rozważają ofertę wyjazdu do pracy poza Polskę, szczególnie do naszego zachodniego sąsiada. Cieszą się, że rynek pracy się tam dla nich otworzył.

Jak zaznacza ekspertka Grupy Personnel Service, bezdyskusyjny argument to stawka godzinowa – 10 euro wobec 15 zł jest dla wielu wystarczającą zachętą. Wprawdzie Niemcy oczekują na początek pracowników ze specjalistycznymi kompetencjami i znajomością języka niemieckiego, ale to może się zmienić. Z polskich doświadczeń wiadomo, że pracownicy z Ukrainy po zdobyciu odpowiednich umiejętności będą mogli wypełnić lukę na rynku pracy w kolejnych sektorach. Można przypuszczać, że rynek niemiecki będzie zatrudniał pracowników ze Wschodu w branży budowlanej, przemyśle ciężkim, a przede wszystkim w sektorze usługowym, spożywczym i opieki zdrowotnej.

– Zatrzymanie pracowników z Ukrainy na naszym rynku pracy będzie trudne – przewiduje Kinga Marczak. – Istotnym bodźcem byłaby zmiana polskiej polityki migracyjnej. Obecnie pracownik z Ukrainy ma zalegalizowany pobyt w Polsce na okres do sześciu miesięcy. Inne kraje – takie jak Węgry czy Czechy – umożliwiają legalny pobyt na dwa lata. Należałoby rozważyć zastosowanie takiego rozwiązania również w Polsce. Dobrym pomysłem byłaby także kampania promocyjna w mediach ukraińskich poprawiająca wizerunek naszego kraju.

Polska wciąż jest atrakcyjnym miejscem emigracji zarobkowej dla pracowników ze Wschodu ze względu na bliskość geograficzną, mniejsze koszty podróży, spójność językową, kulturową, łatwiejszą asymilację oraz dobrą ofertę zatrudnienia związaną z licznymi pozapłacowymi formami wynagradzania.

Jak pokazało badanie, Ukraińcy otrzymują bardzo atrakcyjne benefity. Najczęściej pracodawcy decydują się na zapewnienie im pomocy w załatwieniu formalności (49 proc.), świadczeń socjalnych (39 proc.) oraz mieszkania (30 proc.). Zdecydowanie mniejszy odsetek, bo tylko 18 proc., zapewnia kadrze ze Wschodu darmowy transport do miejsca pracy, a 14 proc. – wyżywienie. Co dziesiąty pracownik z Ukrainy otrzymuje bezpłatny dostęp do internetu.

– Jest wiele czynników, które zachęcają do pobytu i pracy w Polsce, np. możliwość pogłębiania kompetencji i rozwoju zawodowego – wymienia Kinga Marczak. – Niestety w przypadku sześciomiesięcznego legalnego pobytu często jest to zbyt krótki czas i konieczność wyjazdu następuje niedługo po ukończeniu kursu pogłębiającego kompetencje. Jednak pracownik z Ukrainy jest ceniony przez pracodawców i firmy podejmują wiele działań, żeby go pozyskać. Gdyby w Polsce udało się usprawnić i przyspieszyć procedury legalizacyjne, moglibyśmy konkurować z rynkiem niemieckim.

Osiągnięcie celów klimatycznych UE wymaga inwestycji rzędu kilkuset miliardów euro rocznie. Duży wkład będą miały firmy prywatne

Inwestycje na poziomie 260 mld euro rocznie będą wymagane, aby zrealizować cele klimatyczne Unii Europejskiej na 2030  rok. Plany na 2050 rok są jeszcze bardziej ambitne, bo wtedy UE chce osiągnąć pełną neutralność klimatyczną. Komisja Europejska proponuje szereg instrumentów finansowych, które mają pobudzić inwestycje, w tym m.in. finansowanie ze strony Europejskiego Banku Inwestycyjnego. – Trzeba myśleć o mobilizowaniu środków prywatnych, bo to prywatne instytucje finansowe będą w dużej mierze zmieniały gospodarkę – przekonuje Mikołaj Dowgielewicz z Europejskiego Banku Inwestycyjnego.

Na liście najważniejszych celów Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Zielonego Ładu są ochrona życia ludzkiego, zwierząt i roślin poprzez ograniczenie zanieczyszczeń oraz wspieranie przedsiębiorstw w dostarczaniu produktów i technologii neutralnych dla środowiska. Działania te mają obejmować w zasadzie wszystkie sektory gospodarki, a w szczególności cztery obszary: obniżenie emisyjności sektora energii, termomodernizację budynków, wspieranie przemysłu w rozwoju innowacyjności na rzecz zielonej gospodarki oraz wprowadzenie tańszych i zdrowszych modeli transportu prywatnego i publicznego.

– To będzie bardzo długi proces obejmujący kilka dekad – przewiduje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mikołaj Dowgielewicz, dyrektor generalny Biura Stałego Przedstawiciela w Brukseli w Europejskim Banku Inwestycyjnym. – Zmieniło się środowisko, a zasoby naturalne były bardzo intensywnie eksploatowane. Teraz trzeba stworzyć warunki do tego, żeby Europa była nadal najlepszym miejscem do życia, a ludziom nie zagrażały dramatyczne zjawiska meteorologiczne.

Jak podkreśla ekspert, powodem podjęcia działań na rzecz zrównoważonego rozwoju są także inne zjawiska o charakterze globalnym: np. migracje ludności i procesy demograficzne. Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego ogłosiło, że społeczeństwo Europy starzeje się, a mieszkańcy Unii Europejskiej będą stanowili coraz mniejszą część światowej populacji. Z kolei największy przyrost ludności ma nastąpić w Afryce.

– Unia Europejska chce być liderem w procesie wprowadzania zrównoważonego rozwoju, aby kształtować rzeczywistość, a nie wyłącznie jej się poddawać – dodaje Mikołaj Dowgielewicz. – Zielona rewolucja to przede wszystkim próba znalezienia środków na to, żeby dokonać korzystnych zmian w sposobie życia ludzi i funkcjonowaniu gospodarki. Chodzi o to, żeby finansować inwestycje, które będą wspierały przejście na bardziej zrównoważony rozwój, a w mniejszym stopniu promować te procesy gospodarcze, które prowadzą do zanieczyszczenia środowiska.

Europejski Zielony Ład będzie bardzo ambitnym zadaniem przede wszystkim dla sektora publicznego – samorządów oraz rządów państw członkowskich Unii Europejskiej – bo skala niezbędnych inwestycji jest bardzo duża. Już osiągnięcie znacznie mniej ambitnych celów wyznaczonych na 2030 rok powinno pociągać za sobą inwestycje rzędu 260 mld euro rocznie.

Ogłoszony w styczniu plan inwestycyjny na rzecz Europejskiego Zielonego Ładu zakłada wsparcie w trzech wymiarach. Pierwszym z nich jest wymiar finansowy, w którym główną rolę będzie odgrywać Europejski Bank Inwestycyjny. Zakłada on uruchomienie w kolejnych dziesięcioleciach zrównoważonych inwestycji o wartości co najmniej 1 bln euro. Większy niż dotychczas udział w budżecie UE wydatków przeznaczonych na zielone projekty powinien przyciągnąć również prywatne finansowanie. Pozostałe obszary wsparcia to możliwości, czyli różnego typu zachęty inwestycyjne, uproszczenie procedur dla zielonych inwestycji, oraz pomoc praktyczna – w planowaniu i realizowaniu zrównoważonych projektów.

Aby zrównoważony rozwój stał się procesem stałym, potrzebna jest także mobilizacja środków prywatnych – zaznacza Mikołaj Dowgielewicz. – Prywatne instytucje finansowe będą w dużej mierze zmieniały gospodarkę. Swój udział w tym procesie będą mieli także konsumenci, bo to oni będą z kolei wpływali na kierunek działań tych instytucji. Obecnie modnym i pożądanym kierunkiem jest wspieranie inwestycji zrównoważonych. Jeśli ten trend się utrzyma, będzie miał on duży wpływ na sektor bankowy, szczególnie na obszar inwestycji. Rola Unii Europejskiej polega na tym, aby w odpowiedni sposób prawny sterować tymi procesami.

Polityka EBI ma sprzyjać realizacji celów klimatycznych wytyczonych przez Unię Europejską. W listopadzie 2019 roku bank podjął decyzję o zaprzestaniu finansowania inwestycji związanych z gazem ziemnym z końcem 2021 roku. Firmy nie będą mogły uzyskać kredytów EBI z niskim oprocentowaniem i będą musiały korzystać z oferty banków komercyjnych.

– Europa będzie nadal korzystała z gazu i to jeszcze przez kilka dekad – podsumowuje Mikołaj Dowgielewicz. – Prawdopodobnie dlatego, że w wielu krajach, takich jak Polska, inwestycje gazowe stanowią rozwiązanie przejściowe między gospodarką opartą na węglu a powszechnym wykorzystaniem źródeł odnawialnych w produkcji energii. EBI nie będzie wspierał projektów gazowych, ponieważ koncentruje się na obszarach, w których nie ma innych aktorów finansowych, czyli np. związanych z odnawialnymi źródłami energii. W Polsce jest ich coraz więcej, chociażby związanych z energią wiatrową i słoneczną.

Firmy muszą poddać się cyfrowej transformacji. Rozwiązania chmurowe i rozwój sztucznej inteligencji to kluczowe trendy tego roku

Według Gartnera jednym z najważniejszych trendów w biznesie w 2020 roku będzie migracja do chmury. Za kilka lat firmy, które nie będą przetwarzać w niej swoich danych, będą tak rzadko spotykane jak dziś przedsiębiorstwa niekorzystające z internetu. Kluczowymi przewagami chmury są bezpieczeństwo danych i szybki dostęp do nich. To z kolei umożliwia inwestycje w zaawansowane technologie, jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe, oparte głównie na wykorzystaniu danych. W zarządzaniu całym tym procesem pomagają najnowsze systemy ERP. Tymczasem wciąż tylko niespełna 30 proc. firm w Polsce korzysta z takich rozwiązań.

 Musimy bezpiecznie przechowywać coraz więcej danych, dlatego trend przechowywania danych w chmurze będzie najczęściej obserwowanym w 2020 roku. Równolegle zaufanie firm do rozwiązań chmurowych ciągle rośnie. Wcześniej były obawy przed wyciekami, niepożądanym dostępem do danych, a obecnie nie zauważamy już podobnych problemów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Til, menadżer Zespołu Logistyki i Automotive w Hicron.

Migracja do chmury jest dzisiaj kluczowym elementem cyfrowej transformacji firm. Ostatnie prognozy Gartnera zakładają, że globalny rynek usług publicznych w chmurze ma w tym roku wzrosnąć o 17 proc. do poziomu 266,4 mld dol. (w porównaniu do 227,8 mld dol. w ubiegłym). Za kilka lat firmy, które nie korzystają z rozwiązań cloudowych, mają być już równie rzadko spotykane jak te, które dzisiaj nie wykorzystują jeszcze w swojej działalności internetu.

Usługi chmurowe zapewniają firmom cały szereg korzyści: gwarantują bezpieczeństwo, obniżają koszty, ograniczają konieczność utrzymywania infrastruktury IT i usprawniają pracę, bo aplikacje i dane w chmurze są dostępne z każdego urządzenia podłączonego do sieci, niezależnie od lokalizacji. Dzięki temu czas dostępu do danych znacznie się skraca. Kolejną zaletą chmury jest pełna skalowalność, przez co dopasowuje się ona do skali prowadzonego biznesu.

 Wcześniej dostęp do danych był niewygodny i wolny. Dane musiały być przetwarzane w różnych miejscach, żeby obsługiwać bieżące procesy. Obecnie wszystko dzieje się dużo szybciej, dzięki czemu można pracować na większej ilości danych i osiągać o wiele lepsze wyniki w zarządzaniu przedsiębiorstwem – mówi Piotr Til. – Drugim dominującym trendem w światowym biznesie będzie w tym roku wykorzystywanie sztucznej inteligencji w standardowych rozwiązaniach znanych już firmom, w których pracuje się właśnie na dużej ilości danych i które oczekują jeszcze szybszej, efektywniejszej i bardziej wydajnej pracy.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja i machine learning, podobnie jak rozwiązania chmurowe, usprawniają zarządzanie i przetwarzanie danych, przyspieszają uzyskanie do nich dostępu, co w efekcie znacząco usprawnia zarządzanie całym przedsiębiorstwem. Wykorzystanie tych narzędzi pozwala też np. wytypować obszary, w których może nastąpić kryzys albo hossa, i na bieżąco dostosowywać swój biznes do warunków rynkowych.

Trendy, które pomagają w zarządzaniu przedsiębiorstwem, można znaleźć w systemie S/4HANA. Rozwiązania chmurowe to główny obszar, który znajduje w nim zastosowanie – mówi Piotr Til. – Konwersja obecnych systemów SAP-a do najnowszej wersji S/4HANA, która zawiera w sobie zarówno sztuczną inteligencję, jak i rozwiązania chmurowe, to kolejny bardzo popularny trend w światowym biznesie.

SAP S/4HANA to inteligentny system ERP nowej generacji, który wspomaga zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. Systemy ERP (ang. enterprise resources planning) to pakiet zintegrowanych narzędzi, które rejestrują dane z najważniejszych obszarów działalności firmy, np. finansów, księgowości, kadr, produkcji, obsługi klienta czy wsparcia sprzedaży, łącząc je w spójną bazę. W połączeniu z analityką Big Data, uczeniem maszynowym czy rozwiązaniami chmurowymi systemy ERP są obecnie kluczowym narzędziem, które ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji.

 Najnowsza wersja systemu S/4HANA używa interfejsu Fiori. Nie różni się on niczym od znanych nam aplikacji w smartfonach, z których codziennie korzystamy. To też odpowiedź na potrzebę ciągłego dostępu do danych firmy – możemy z dowolnego miejsca na świecie wystartować, sprawdzić bądź zatrzymać proces, który odbywa się w naszym przedsiębiorstwie w czasie rzeczywistym – mówi Piotr Til.

Jak podkreśla, systemy SAP – jedne z najchętniej wykorzystywanych przez firmy na całym świecie – ciągle rozwijają się w stronę rozwiązań chmurowych i sztucznej inteligencji. W Polsce korzysta z nich około 1,5 tys. przedsiębiorstw. Starsze wersje będą wymagać aktualizacji, ponieważ od 2025 roku SAP przestanie je wspierać m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych. Firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, muszą wdrożyć najnowszą wersję oprogramowania przed tym terminem.

To duże wyzwanie organizacyjne, obliczone na kilka miesięcy, ale – jak podkreślają eksperci – również opłacalne. Widać to m.in. na przykładzie niemieckiego rynku, gdzie wdrażanie najnowszej wersji oprogramowania S/4HANA jest już bardzo powszechne wśród przedsiębiorstw.

 Doświadczenie uczy, że jeżeli coś dzieje się w Niemczech, które są ojczyzną SAP-a, to trend ten za chwilę pojawi się w Polsce. Za zachodnią granicą rzeczywiście widzimy konwersję do najnowszej wersji systemu S/4HANA. Ta pozwala osiągnąć te same cele szybciej, taniej, a przede wszystkim przy użyciu sztucznej inteligencji – podkreśla ekspert Hicron.

Jak wynika z danych GUS, w Polsce tylko co trzecia firma (28,5 proc.) korzysta z systemów ERP. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych ten odsetek sięga niemal 100 proc. W wykorzystaniu rozwiązań ERP na polskim rynku przodują duże firmy (powyżej 250 pracowników) – wśród nich odsetek wynosi 87,3 proc. W średnich firmach (powyżej 50 pracowników) jest on dużo niższy – 54 proc. Najniższy jest natomiast w gronie małych przedsiębiorstw (10–49 pracowników), wśród których z systemów ERP wciąż korzysta zaledwie 21 proc.

Rosnąca liczba kosmicznych śmieci na orbicie okołoziemskiej może spowodować utratę sygnału GPS. Niezbędny jest system kontroli wystrzeliwania satelitów

W niedalekiej przyszłości na orbicie okołoziemskiej może krążyć  50 tys. lub więcej małych satelitów. Każde wyniesienie nowego satelity może oznaczać ogromne problemy w przyszłości. Kosmos staje się coraz bardziej zaśmiecony, a wraz ze wzrostem liczby satelitów rośnie ryzyko zderzeń między obiektami. Konieczne jest zorganizowanie kontroli ruchu kosmicznego. Rozwiązaniem mogłoby być także stworzenie sieci statków kosmicznych, które wydłużałyby życie satelitów.

– Przez wynoszenie satelitów na orbitę niską i wyższą generujemy znaczne ilości śmieci, które zagrażają satelitom, których potrzebujemy do funkcjonowania jako cywilizacja. Jeżeli wszystkie plany firm dotyczące wynoszenia satelitów zostaną wykonane do końca lat 20., to będziemy mieli za 10 lat około 50 tys. aktywnych satelitów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. Maciej Konacki, astronom z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN w Toruniu.

SpaceX umieścił już na niebie kilkaset małych satelitów. Wiadomo, że firma uzyskała zgodę Federalnej Komisji Łączności na wystrzelenie 12 tys. satelitów, a Elon Musk chce uzyskać zgodę na wystrzelenie 30 tys. kolejnych. Brytyjski OneWeb również planuje wystrzelić 650 satelitów, Amazon kolejnych 3,2 tys. W efekcie w niedalekiej przyszłości Ziemię otaczać może co najmniej 50 tys. satelitów. Wiąże się to nie tylko z korzyściami, lecz także z ogromnym zagrożeniem. Zwłaszcza w połączeniu z już krążącymi wokół naszej planety kosmicznymi śmieciami. Europejska Agencja Kosmiczna szacuje, że na orbicie okołoziemskiej krąży ok. 20 tys. śmieci o masie 8 tys. ton. Łącznie z tymi niewielkimi fragmentami może ich być nawet 750 mln.

– Problem będzie bardzo poważny, ponieważ istnieje coś takiego jak model katastroficzny. Jedna kolizja satelity ze śmieciem albo kolizja dwóch satelitów spowoduje efekt łańcuchowy i liczba śmieci zostanie wygenerowana w sposób lawinowy. To spowoduje, że przestrzeń wokół Ziemi będzie bezużyteczna i zamknie nam to dostęp do używania satelitów do celów takich, jakich obecnie używamy, czyli telekomunikacja, nawigacja i obserwacja Ziemi – ocenia prof. dr hab. Maciej Konacki.

Szacuje się, że dryfujący na niskiej orbicie satelita porusza się z prędkością ponad 7,3 km/s, czyli ponad 16 tys. mil. Ponieważ obiekty na orbicie mogą podróżować we wszystkich kierunkach, zderzenia między satelitami i kosmicznymi obiektami mogą wystąpić przy prędkości ponad 32 tys. mil. Skutki mogą być więc katastrofalne.

– Rozmawia się o wprowadzeniu space traffic management, analogicznego do kontroli ruchu w lotnictwie. Sposób wynoszenia, użytkowania orbit byłby regulowany przez odpowiednie prawo. W tej chwili jest całkowita swoboda, do tego stopnia, że dwukrotnie już w historii mieliśmy przypadki, że kraje testowały broń antysatelitarną i niszczyły obiekty na orbicie, które generowały tysiące śmieci – wskazuje ekspert.

Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny i Indie mają sprzęt, który może fizycznie niszczyć satelity. Potencjalnie może to oznaczać ogromne zagrożenie, zwłaszcza w przypadku konfliktów między państwami. Jednocześnie liczba odpadków krążących w przestrzeni kosmicznej niedaleko Ziemi mogłaby zakłócić funkcjonowanie innych satelitów. W efekcie mogłoby dojść do sytuacji, w której np. stracilibyśmy sygnał GPS. Dlatego rozwiązaniem mogą być statki kosmiczne, które przedłużą życie satelitów. Pierwszy taki statek wystartował pod koniec 2019 roku.

– Naukowcy i inżynierowie pracują nad metodami pozwalającymi przedłużyć życie satelitów na orbicie poprzez ich serwisowanie i dostarczanie im paliwa. Satelity na orbicie geostacjonarnej mają skończony czas życia, potrzebują mieć zapasy paliwa do manewrowania. Jeżeli one się wyczerpią, to taki satelita przestaje być użyteczny. Stosowanie metody autonomicznego serwisowania satelitów będzie pozwalało przedłużać życie satelitów na orbicie, a także usuwać śmieci kosmiczne poprzez ich deorbitację – przekonuje prof. dr hab. Maciej Konacki.

Sztuczna inteligencja ułatwi zasypianie i łagodne wybudzenie. Polski zespół pracuje nad specjalną matą dbającą o jakość snu

Najnowsze technologie zadbają nie tylko o poprawny sen, lecz także o łagodne wybudzenie. Specjalna lampa zastąpi działanie wschodzącego słońca, a inteligentna pościel nie tylko sama się rozłoży, ale także zapewni idealną temperaturę. Tymczasem zaprojektowana przez zespół Polek mata zapewni optymalne warunki dla procesu budzenia i pozwoli użytkownikom uwolnić się od stresu związanego z gwałtownym wyrwaniem z głębokiego snu.

– 45 proc. ludzi na świecie ma problemy ze snem. Na co dzień budzimy się w zupełnie nienaturalny sposób. Stwierdziłyśmy, że weźmiemy wszystkie dostępne badania naukowe, całą wiedzę obecną na rynku, i stworzymy nowy produkt, który będzie budził zgodnie z indywidualnym, naturalnym biorytmem każdej osoby – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Inez Wenta z zespołu pracującego nad projektem Wake Up Guru.

Wake Up Guru to projekt maty, którą wkłada się pomiędzy poduszkę a poszewkę. Za pracę urządzenia odpowiedzialny jest unikalny algorytm, który odpowiada za stworzenie optymalnych warunków dla dobrego wybudzania. Mata łączy więc w sobie symulację otoczenia śpiącej osoby, na które składają się elementy takie jak światło, wibracja i dźwięk.

– Nawet symulacja światła słonecznego powoduje spadek melatoniny w naszym mózgu, co prowadzi do rozpoczęcia pewnej aktywności i procesów wybudzania. Drugi bodziec to wibracja, która zmniejsza szok wybudzeniowy. Przy dźwięku korzystamy z potwierdzonych naukowo właściwości, dzięki czemu budzi się wyłącznie osoba leżąca na naszej macie, nie budzimy partnera obok. Osoba, która się budzi, robi to zgodnie z indywidualnym, naturalnym biorytmem – tłumaczy Inez Wenta.

Na rynku dostępnych jest już kilka urządzeń mających optymalizować proces snu lub wybudzania. Lampa Philips Somneo Sleep & Wake-Up wykorzystuje naturalną reakcję organizmu na światło słoneczne. Symulacja promieni słonecznych pozwala łagodnie przejść przez proces wybudzania, przeciwnie niż ma to miejsce w przypadku budzenia z głębokiego snu przez nieprzyjemny dla ucha dźwięk budzika. Lampka nocna LED SomniLight Red wykorzystuje działanie czerwonego światła, które okazuje się być idealne do stworzenia warunków dobrych dla zasypiania. SmartDuvet Breeze to z kolei inteligentna pościel, która nie tylko sama się ścieli, ale dba także o poziomowanie temperatury. Dzięki niej można dostosować temperaturę osobno dla każdej ze stron łóżka.

– Rynek rozwiązań dla snu jest już znany. Możemy zacząć od zwykłego budzika, poprzez szereg różnych rozwiązań, które się skupiają na budzeniu światłem czy wibracją. Jest na nie bardzo duże zapotrzebowanie. Nadal jednak szukamy czegoś, co pozwoli nam połączyć tę wiedzę w całość – mówi reprezentantka Wake Up Guru.

Pierwszy prototyp produktu oferowanego przez zespół tworzony przez Polki powstał we wrześniu 2019 roku podczas Szkoły Pionierów PFR. Po czterech miesiącach gotowy już jest drugi prototyp. Będzie on przeznaczony do wykorzystania w testach.

– Następnym bardzo istotnym dla nas krokiem będzie pozyskanie finansowania dla tego projektu, tak abyśmy mogły rozpocząć odpowiednie badania na kolejnym poziomie, jak również rozpocząć prace nad wprowadzaniem tego produktu na rynek. Bez finansowania nie ma takiej możliwości – mówi Inez Wenta.

Według raportu Allied Market Research światowy rynek rozwiązań dla snu do 2023 roku ma osiągnąć wartość blisko 80 mld dol.

Jak wygląda rynek e-commerce w Polsce?

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Każde 5 lat dla rozwoju tego sektora gospodarki zmienia go prawie nie do poznania. Rosnąca konkurencja sprawia że firmy działające na tym rynku bezustannie, dynamicznie, cały czas muszą się rozwijać po to by nie wypaść z wirującego młyna technologii. Dzięki temu my klienci zyskujemy dostęp do coraz atrakcyjniejszych usług i świadczonych na coraz to wyższym poziomie. Niestety przed przedsiębiorcami planującymi wejść na rynek e-commerce sytuacja ta rzuca spore wyzwanie.

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w zawrotnym tempie. Każde 5 lat dla rozwoju tego sektora gospodarki zmienia go prawie nie do poznania. Rosnąca konkurencja sprawia że firmy działające na tym rynku bezustannie, dynamicznie, cały czas muszą się rozwijać po to by nie wypaść z wirującego młyna technologii. Dzięki temu my klienci zyskujemy dostęp do coraz atrakcyjniejszych usług i świadczonych na coraz to wyższym poziomie. Niestety przed przedsiębiorcami planującymi wejść na rynek e-commerce sytuacja ta rzuca spore wyzwanie.

Dzięki firmie Design Cart do naszej redakcji trafiły dane liczbowe, które w sposób matematyczny świetnie opisują sytuację panującą na rynku. Warto zacząć od sytuacji przedsiębiorców. Tak jak przedsiębiorcy przed rokiem 2010 wchodzili w świat e-commerce bez kapitału na inwestycję ze szczątkową wiedzą, tak rozpoczynający przedsiębiorcy dzisiaj potrzebują przynajmniej 30 000zł kapitału na pierwszy rok, przy założeniu że promocją swych e-biznesów zajmą się sami. To wymusza zdobycie też nie małej ilości wiedzy w zakresie marketingu internetowego.

Zmienia się również budżet przeznaczany na rozwój sklepów internetowych. Tak jak pięć lat temu właściciele sklepów ograniczali się jedynie do bieżących aktualizacji oprogramowania tak dzisiaj zaczynają inwestować co raz bardziej w funkcje zwiększające jakość obsługi, wygodę użytkownika. Obecnie co 5 sklep zamawiany w studio Design Cart to sklep internetowy z dodatkowymi, kluczowymi funkcjonalnościami, na przykład z konfiguratorem produktów. To właśnie dzięki tym inwestycją my użytkownicy sieci, klienci e-commerce możemy składać automatycznie co raz to bardziej złożone, skomplikowane zamówienia.

Liczby opisujące użytkowników są również ciekawe. Rynek e-commerce w Polsce jest bardzo duży jeżeli patrzeć na wartości procentowe to wyprzedzamy w wielu obszarach takie kraje jak Niemcy. Jeżeli zastanawiasz się ilu Polaków korzysta z internetu to obecne liczby są naprawdę imponujące. Z internetu korzysta około 86% procent naszego społeczeństwa. Robi wrażenie? Na pewno.

Oczywiście nie wszyscy internauci robią zakupy w sieci. Wielu z nich korzysta jedynie z mediów społecznościowych, portali informacyjnych. Mimo wszystko spory odsetek to osoby aktywnie robiące zakupy. Jest to prawie 60% internautów. Tak ogromna ilość potencjalnych klientów sprawia że wielu przedsiębiorców próbuje swych sił w e-commerce. Niestety jest kawałek tortu dostępnych już tylko dla tych najbardziej wytrwałych i kreatywnych przedsiębiorców. Na dziesięć otwierających się biznesów internetowych tylko jeden odnosi sukces.

Przepisem na sukces jest być oryginalnym niestety oryginalność kosztuje. Koszt stworzenia dedykowanej platformy stworzonej według naszej wizji na platformie x-cms to około 20 tys. złotych. Większość startujących biznesów nie jest w stanie wyłożyć takiej sumy na start.

Jednak jak zapewnia nasz rozmówca z Design Cart, odniesienie sukcesu dla początkujących sprzedawców jest możliwe. Ważna jest promocja sklepu internetowego, podejście do klienta, to co sprzedajemy. Te cechy opakowane w porządną identyfikację wizualną mogą nas uczynić tym jednym na dziesięciu.

Jaki silnik sklepu internetowego wybrać?

Wybór silnika sklepu internetowego to jedna z najważniejszych decyzji, jaką podjąć musi właściciel biznesu działające w modelu e-commerce. Podpowiadamy, które z dostępnych na rynku oprogramowań najlepiej wybrać.

Szczegółowy ranking platform ecommerce znajdziesz na – https://wojciechmatula.com/platformy-ecommerce/. Na stronie znajdziesz porównanie kilkunastu sklepów internetowych dla Twojej firmy.

Dlaczego wybór odpowiedniego silnika jest ważny?

Każdy sklep internetowy, by mógł zacząć rzeczywiście funkcjonować, potrzebuje specjalistycznego oprogramowania (tzw. silnika) w oparciu, o które będzie działać. Na rynku dostępnych jest kilka rodzajów tego typu rozwiązań:

  • silniki open source,
  • silniki abonamentowe (licencja SaaS),
  • silniki dedykowane.

Każde z nich mają swoje charakterystyczne cechy, a przede wszystkim różnią się ceną. Silniki open source z założenia są bezpłatne, silniki oparte o licencję SaaS wiążą się z płatnością abonamentu, a silniki dedykowane to jednorazowy bardzo duży wydatek, jaki trzeba ponieść, by otrzymać oprogramowanie napisane pod szczegółowe wymagania i indywidualne potrzeby.

Poza ceną, podczas wyboru silnika sklepu internetowego, warto też wziąć pod uwagę możliwość wprowadzania ewentualnych zmian w funkcjonalnościach i zapoznać się ze szczegółowymi możliwościami oprogramowania, jakie oferuje jego dostawca.

Końcowa decyzja powinna być dobrze przemyślana, ponieważ przenoszenie sklepu internetowego na inny silnik podczas jego (zwłaszcza zaawansowanego) działania jest procesem pracochłonnym i czasochłonnym. Dobre oprogramowanie powinno pozwolić nam bez problemu zarządzać własnym e-biznesem.

Silniki open source

PrestaShop, Magento, WooCommerce to tzw. open source’owe silniki sklepów internetowych, występujące w formie gotowych oprogramowań, które po pobraniu i zainstalowaniu na własnym serwerze można od razu używać. Z założenia są darmowe, choć w większości przypadków posiadają też możliwość dokupienia dodatkowych modułów.

Nie bez powodu raport z badania przeprowadzonego w kwietniu 2019 przez Linuxpl.com pokazuje, że najpopularniejszym wśród właścicieli polskich e-commerce’ów silnikiem sklepu internetowego jest PrestaShop. Korzysta z niego już ponad 52 proc. rodzimych sklepów online. Skrypt ten posiada wiele zalet, które ułatwiają codzienne zarządzanie e-biznesem, m.in.:

  • intuicyjny i wygodny panel administracyjny;
  • pomoc techniczna w języku polskim;
  • mnóstwo wbudowanych darmowych funkcjonalności, z którymi poradzą sobie osoby na każdym poziomie – od podstawowego po zaawansowany – i które można rozbudowywać o płatne wtyczki;
  • praktycznie niczym nieograniczone możliwości konfiguracji i wdrażania dedykowanych rozwiązań.

Silniki SaaS

Silniki abonamentowe, bazujące na licencji SaaS to oprogramowania sklepów internetowych, które udostępniane są przez ich właścicieli za opłatą (może być jednorazowa, miesięczna, roczna itp.), która zwykle nie jest zbyt wygórowana. Do najpopularniejszych na polskim rynku rozwiązań w tej dziedzinie należą: Shoper, esklep od home.pl, IdoSell Shop, Sky-Shop, AptusShop, SoteShop, Comarch ERP e-sklep.

Choć posiadają zwykle rozbudowaną funkcjonalność i dostępne są w zasadzie “od ręki”, mają też swoje wady, o których warto pamiętać podczas dokonywania wyboru. Są to m.in.:

  • trudność wdrażania niestandardowych rozwiązań;
  • uzależnienie sklepu internetowego od jednej firmy, która dostarcza silnik;
  • poczucie, że nie do końca jest się właścicielem swojego sklepu internetowego.

Rozwiązania dedykowane

Dedykowane oprogramowanie dla sklepu internetowego jest pisane przez programistę lub zespół programistów, którzy w projekcie odzwierciedlają szczegółowe wymagania klienta. Dzięki takiemu rozwiązaniu silnik jest szyty na miarę i może posiadać wszelkie funkcjonalności, jakie tylko nam się wymarzą. Niestety oprogramowanie indywidualne napisane od podstaw ma jedną dużą wadę, która przekreśla tę opcję w oczach wielu właścicieli biznesów działających w modelu e-commerce. Jest bardzo drogie, a jego cena w zasadzie ograniczona jest wyłącznie wyobraźnią zamawiającego.

Do najpopularniejszych na polskim rynku rozwiązań w tej dziedzinie należą: Shoper, esklep od home.pl, IdoSell Shop, Sky-Shop, AptusShop, SoteShop, Comarch ERP e-sklep.

Pakiet mobilności na finiszu

20-go lutego 2020 r. Rada UE potwierdziła porozumienie polityczne pakietu mobilności. Jednak nie było to oficjalne pierwsze czytanie, na które z niepokojem czeka branża transportowa. Oznacza to, że wciąż przed nami dwa ostatnie kroki do przyjęcia pakietu mobilności. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców i Inelo wskazują, że europejskie regulacje w prawie transportowym niekorzystne dla polskich przewoźników zostaną przyjęte w perspektywie najbliższych czterech miesięcy.

Na ten moment interwencja delegacji ministrów z Polski, Rumunii, Bułgarii, Węgier, Litwy, Łotwy, Estonii, Cypru i Malty sprzed trzech dni w Brukseli i groźby zaskarżenia regulacji do Trybunału Sprawiedliwości UE, nie zablokowały prac nad niekorzystnymi regulacjami dotyczącymi transportu. Jednak Komisja Europejska zobowiązała się sporządzić ocenę skutków najbardziej kontrowersyjnych praw zawartych w pakiecie.

Choć aż dziewięć krajów wyraziło sprzeciw wobec pakietu mobilności, to prace nad dokumentem posuwają się do przodu. Wśród zwolenników regulacji znajdują się silni zachodni gracze, dla których pakiet mobilności jest barierą ochronną ich lokalnych rynków.

Na mocy obecnego kształtu pakietu zmiany obejmą trzy główne grupy przepisów:

  • Wymagań dotyczących dziennego i tygodniowego czasu jazdy, przerw oraz dziennych i tygodniowych okresów odpoczynków, w tym także regulacje dotyczące tachografów.
  • Delegowania pracowników w sektorze transportu drogowego i kontroli drogowych
  • Warunków wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i dostępu do międzynarodowego rynku przewozów drogowych.

– Przyjęcie postanowień pakietu mobilności przez Radę UE jest przedostatnim krokiem legislacyjnym. Oficjalne głosowanie jeszcze się nie odbyło. Pomimo, że nieznany jest jeszcze dokładnego terminu tego głosowania, na czerwiec zostało zaplanowane głosowanie w PE, które będzie najprawdopodobniej ostatecznym zatwierdzeniem pakietu mobilności – wyjaśnia Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Już 20 dni po opublikowaniu nowych przepisów, więc być może nawet w czerwcu lub lipcu, zaczną obowiązywać postanowienia określające czas prowadzenia ciężarówek, przerw oraz odpoczynków kierowców. Truckerzy będą musieli spędzać swoje odpoczynki dłuższe niż 45 h w warunkach z wymaganym zapleczem socjalnym. Od tego momentu obowiązkowe staną się także powroty kierowców do domów min. raz na cztery tygodnie.

Następnie, po 18 miesiącach, zostanie wprowadzona nowa zasada – kierowca będzie zobowiązany do dokonywania wpisu do tachografu po przekroczeniu granic. W tym samym czasie wejdą w życie zapisy dotyczące zmian w delegowaniu pracowników i dostępu do zagranicznych rynków. Oznacza to, że samochody będą musiały wracać do kraju siedziby firmy przynajmniej raz na osiem tygodni.  Jeśli przepisy wejdą w życie w obecnym kształcie, to będzie można wykonać trzy operacje kabotażowe w ciągu tygodnia. Następnie zmienią się zasady kabotażu. Nowe reguły będą zezwalać podobnie jak obecne na wykonanie trzech operacji kabotażowych w ciągu 7 dni. Ale pojawi się zaostrzenie – czterodniowy zakaz wykonywania kabotażu w tym samym kraju, tym samym pojazdem

Kolejną zmianą jest wydłużenie kontrolowanego zapisu czasu pracy przez służby kontrolne z 28 do 56 dni, które zostanie wprowadzone do końca 2024 r.

Warto pamiętać, że pakiet mobilności wprowadza także istotną zmianę w przypadku lżejszych pojazdów w ruchu międzynarodowym. Przewoźnicy dysponujący flotą od DMC 2,5 t będą zobowiązani do zainstalowania inteligentnych tachografów. Wymóg ten wejdzie w życie najprawdopodobniej 1 lipca 2026r.

W perspektywie 21 miesięcy od daty publikacji europejskich regulacji przewoźnicy, dysponujący busami, będą mieć obowiązek spełniania wszystkich wymogów dotyczących wykonywania zawodu przewoźnika drogowego, w tym m.in. posiadania licencji oraz zabezpieczenia finansowego na każdy pojazd.

Czy pakiet mobilności może zostać zablokowany?

Największe kontrowersje wśród polskich przewoźników wzbudzają postanowienia dotyczące obowiązkowych powrotów ciężarówek co osiem tygodni, ograniczeń w dostępie do rynków względem możliwości wykonywania kabotaży, objęcia delegowaniem pracowników przewozów typu cross-trade i kabotaży.

Polska obecnie jest liderem europejskiego transportu drogowego, zaś nowe regulacje mogą zdetronizować cenionych przewoźników ze wschodniej części Europy na rzecz lokalnych firm transportowych – mówi Mateusz Włoch z Inelo. – Prowadzenie działań w celu zablokowania pakietu ma sens, gdyż teoretycznie jest jeszcze na to szansa. Wielowymiarowe działania na różnych poziomach – takie jak negocjacje z europosłami, oficjalne zastrzeżenia, skargi do TSUE mogą wpłynąć na ostateczną decyzję rządzących – dodaje.

Coca-Cola podnosi dywidendę i zakłada zrealizowanie rocznego celu

Początek piątkowej sesji na Wall Street rozpoczyna się od bardzo niewielkiej korekty. Na otwarciu Nasdaq stracił 43 punkty, co oznacza spadek o 0,4 proc. S&P 500 zniżkował o 0,1 proc., a Dow Jones Industrial Average cofnął się o 83 pkt, tracąc na otwarciu sesji 0,3 proc. Są to w tym momencie kosmetyczne zmiany głównych amerykańskich indeksów.

Na Wall Street wciąż głośno jest o wynikach Domino’s Pizza i ich wpływie na cenę akcji, która wczoraj zwyżkowała do rekordowo wysokiego poziomu. Szczegóły zostały opisane we wczorajszym komentarzu, a dziś warto wspomnieć o kolejnych rekomendacjach dla sieci pizzerii wartej już ponad 15 mld dolarów. Analityk Wedbush podniósł poziom ceny docelowej dla DPZ do 410 USD za 310 USD poprzednio. Nowy poziom docelowy znajduje się o około 10 proc. od obecnej ceny akcji i jest blisko najwyższej rekomendacji na Wall Street równej 411 USD. Domino’s Pizza, według danych zebranych przez Bloomberga, posiada 13 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj. Tylko od początku roku cena akcji wzrosła o ponad 20 proc.

Pozytywną informacją podzieliła się dziś spółka Coca-Cola, której cena akcji w tym tygodniu osiągnęła rekordowy poziom 60,07 USD. Pomimo tego, że spółka zakłada, iż w pierwszym kwartale wpływ epidemii koronawirusa może przełożyć się na wyniki, to w skali całego roku Coca-Cola zamierza zrealizować podany wcześniej “guidance” ten rok. Spółki zakłada, że w pierwszym kwartale tego roku wybuch epidemii i jego skutki może obniżyć zysk na akcję o 1 lub 2 centy. W tym momencie szacuje się zysk na akcję KO na poziomie 49 centów. Warto również pamiętać, że wczoraj, 20 lutego, spółka podniosła kwartalną dywidendę do 41 centów na akcję. Według informacji ze spółki więcej na temat sytuacji związanej z chińską epidemią możemy dowiedzieć się podczas kwietniowego prezentowania wyników.

W szerszej perspektywie inwestorzy wciąż spoglądają na wydarzenia związane z epidemią wirusa w Chinach i tym samym mogą czasami nerwowo reagować na nowe informacje, jeśli te będą niekorzystne. Trzeba jednak pamiętać, że amerykański rynek akcji wciąż wydaje się odporny na wszelkiego rodzaju przeciwności, a korekty mogą pojawić się na każdym rynku, a na amerykańskim są od lat wykorzystywane tylko do zwiększenia posiadanego portfela akcji.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A

Waluty Azji znajdują się pod coraz wiekszą presją

Juan chiński nie jest jedyną azjatycką walutą, która traci w związku z obawami w kontekście koronowirusa.

Juan chiński w parze z dolarem amerykańskim osłabił się dziś do najniższego poziomu od ponad dwóch miesięcy. Najnowszą „ofiarą” epidemii koronawirusa jest jednak inna azjatycka waluta – won koreański. Na przestrzeni ostatnich pięciu dni won stracił w relacji do dolara blisko 2%, schodząc do najniższego poziomu od września.

Kurs USD/KRW (luty ‘19 – luty ‘20)

Kurs USD
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

Presja na południowokoreańską walutę w ostatnim czasie uległa zwiększeniu, co można powiązać z informacjami o gwałtownym wzroście zakażeń koronawirusem w Korei Południowej – ich liczba wzrosła dziś o 100, do 204 osób. Informacje te budzą obawy, gdyż jest to pierwszy przypadek tak gwałtownego wzrostu zakażeń poza Chinami (nie licząc japońskiego wycieczkowca Diamond Princess).

Azjatyckim walutom w ostatnim czasie nie sprzyjały też napływające dane. Kilka dni temu okazało się, że japońska gospodarka w końcówce ubiegłego roku doświadczyła spadku PKB o 1,6% w ujęciu kwartalnym. Dziś rano nadeszły informacje o 92-procentowym spadku sprzedaży samochodów w Chinach w pierwszej połowie lutego. Doniesienia o przestojach w chińskich fabrykach i wyraźnie niższej aktywności konsumentów w Państwie Środka również nie pomagają.

W kontekście powyższego, większym zaskoczeniem nie jest również utrzymująca się presja na polską walutę – w ostatnich pięciu dniach złoty w parze z euro stracił 0,8%, zachowując się w podobny sposób, co pozostałe kluczowe waluty regionu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,27-4,29. Z kolei kurs EUR/USD zakończył dzień lekkim spadkiem, jednak dzisiaj odrobił większość wczorajszych strat. Wczoraj wspólnej europejskiej walucie, mimo względnie optymistycznego tonu, nie pomogło podsumowanie z dyskusji z ostatniego spotkania EBC. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że od czasu spotkania, sytuacja globalna w związku z koronawirusem stała się jeszcze trudniejsza, a kluczowe dane ekonomiczne ze strefy euro, które poznaliśmy, ostatnio często zaskakiwały in minus, wskazując na utrzymujące się problemy wspólnego bloku.

Warto jednak dodać, że dość istotny kontrast na tle innych publikacji stanowią dzisiejsze dane PMI dla strefy euro, które okazały się lepsze od oczekiwań. Na plus szczególnie zaskoczyły dane dla przemysłu, które pokazały wzrost z 47,9 pkt w poprzednim miesiącu do 49,1 pkt w lutym. W konsekwencji powyższego oraz lekkiego wzrostu indeksu dla usług, zbiorczy indeks również skierował się na północ, dochodząc do 51,6 pkt, czyli najwyższego poziomu od sierpnia ubiegłego roku. Dane trudno odbierać inaczej niż pozytywnie – sugerują bowiem, że europejskie firmy radzą sobie nieco lepiej nawet pomimo ostatniego wzrostu obaw związanego z koronawirusem.

Indeksy PMI dla strefy euro (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla strefy euro
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,08-5,12. W parze ze słabszym złotym brytyjska waluta radzi sobie nieźle. W relacji do głównych walut funt jednak najpewniej zakończy tydzień osłabieniem. Ostatnie wieści z Wielkiej Brytanii są jednak pozytywne. Wczoraj na plus zaskoczyły dane o sprzedaży detalicznej w pierwszym miesiącu roku, dziś natomiast w konsekwencji istotnej poprawy w indeksie dla przemysłu, na plus zaskoczył indeks zbiorczy, który znalazł się na względnie dobrym poziomie 53,3 pkt (tym samym co miesiąc wcześniej). Dane sugerują poprawę sytuacji w brytyjskiej gospodarce po słabej końcówce ubiegłego roku.

Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii (2017 – 2019)

Indeksy PMI dla Wielkiej Brytanii
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,95-3,97. Danych PMI dla Stanów Zjednoczonych za luty jeszcze nie poznaliśmy, jednak w kontekście wieści z USA warto wspomnieć o innej publikacji dotyczącej bieżącego miesiąca: odczycie indeksu przemysłowego Fed z Filadelfii. Wskaźnik ten wczoraj mocno zaskoczył, pokazując najwyższy poziom od trzech lat i sugerując, że w przypadku Stanów Zjednoczonych kluczowe indeksy aktywności w przemyśle (z których jeden poznamy dziś) mogą pokazać wzrosty. Dane nie pomogły jednak amerykańskiej walucie, która po publikacji skierowała się w dół.

Indeksy Philly Fed, PMI i ISM dla przemysłu (2017 – 2020)

 

Indeksy Philly Fed
Źródło: Bloomberg Data: 21/02/20

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

1 marca 2020 r. informatyzacja postępowań przed KRS – usprawnienia i nowe problemy

Z dniem 1 marca 2020 r. wchodzą w życie zmiany w postępowaniu rejestrowym. Od tego dnia wnioski składane przez przedsiębiorców do Krajowego Rejestru Sądowego będą wymagały formy elektronicznej. Nastąpi także pełna informatyzacja postępowań – cała korespondencja z sądem będzie prowadzona elektronicznie. Dzięki temu ma zostać skrócony czas na dokonywanie wpisów. Zmiany mają usprawnić i ułatwić prowadzenie postępowania, jednak dotychczasowe doświadczenia pokazują, że trudno będzie uniknąć także problemów.

Wnioski do KRS tylko drogą elektroniczną

Nowe brzmienie art. 19 ust. 2 ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym przewiduje, że wnioski dotyczące podmiotu podlegającego wpisowi do rejestru przedsiębiorców składa się wyłącznie za pośrednictwem systemu teleinformatycznego. Dotyczy to wszystkich wniosków składanych w postępowaniu rejestrowym przez spółki prawa handlowego ujawniane w KRS.

Dalej przepisy przewidują, że wniosek złożony w innej formie niż za pośrednictwem systemu teleinformatycznego pozostanie bez rozpoznania bez wzywania do uzupełnienia braków. Tym samym przepisy wyłączają inną formę dokonywania wpisów w rejestrze, a więc także dokonywania w nim jakichkolwiek zmian.

Akty notarialne pobierane automatycznie

Także wszystkie dokumenty dostarczane do sądu jako podstawa wpisów będą wymagały formy elektronicznej. Większość z nich będzie podpisana na podobnych zasadach jak wnioski, jednak zostały przewidziane ułatwienia dla aktów notarialnych. W związku z utworzeniem w 2018 r. Centralnego Repozytorium Wypisów Aktów Notarialnych od 1 marca 2020 r., składając wniosek do sądu rejestrowego, wystarczające będzie podanie numeru repozytorium. To zapewni pobranie aktu i włączenie go jako części elektronicznie prowadzonej dokumentacji przedsiębiorcy.

Akty rejestrowe online

Te zmiany wymusiły także przyjęcie nowych regulacji w kodeksie postępowania cywilnego. Wraz z wejściem w życie zmian wszelkie czynności sądu, referendarza sądowego i przewodniczącego będą utrwalane wyłącznie w systemie. Żadne dokumenty nie będą wiec drukowane w celu ich archiwizacji, a tym samym akta przestaną być prowadzone w formie papierowej.

Ma to ułatwić dostęp do akt rejestrowych przedsiębiorców. Formalnie są one w pełni jawne, jednak zapoznanie się z dokumentami nieujawnionymi w KRS (np. z treścią aktów notarialnych czy uchwał będących podstawą wpisów) wymaga udania się do właściwego sądu. Prowadzenie całej dokumentacji w formie elektronicznej zapewni dostęp do wszystkich dokumentów online.

Zmiany działają jednak na przyszłość – dokumenty złożone dotychczas w wersji papierowej nie będą digitalizowane. Aby zatem zapoznać się z pełną historią spółek wpisanych do rejestru na gruncie wcześniejszych regulacji, wciąż konieczna będzie wizyta w sądzie.

Informatyzacja pozwoli uniknąć błędów

Składanie wniosków za pośrednictwem systemu teleinformatycznego ma przyczynić się do ograniczenia wielu popełnianych obecnie błędów. Formularze wypełnione w formie elektronicznej będą od razu weryfikowane w podstawowym zakresie, dzięki czemu nie będzie możliwe np. pominięcie pól obligatoryjnych do wypełnienia.

Błędy nie powinny pojawiać się także przy określaniu osób właściwych do podpisania dokumentów. System, pobierając dane z KRS, będzie wskazywał osoby, które powinny podpisać się pod danym wnioskiem.

Problematyczne podpisy

Nie oznacza to jednak, że podpisy będą prostsze – wręcz przeciwnie. W wielu przypadkach kwestia podpisów może okazać się najbardziej problematyczna. Wskazują na to dotychczasowe doświadczenia związane ze składaniem sprawozdań finansowych w formie elektronicznej.

Wszystkie dokumenty składane do KRS muszą być podpisane przez właściwe osoby kwalifikowanym podpisem elektronicznym lub profilem zaufanym ePUAP. Dla większości przedsiębiorców zwłaszcza ten drugi system jest obecnie dobrze znany, jednak nie dla wszystkich jest on dostępny. Korzystanie z ePUAP-u jest bowiem możliwe jedynie w przypadku osób posiadających polski numer PESEL, którym nie dysponuje większość cudzoziemców niemieszkających na stałe w Polsce, a wchodzących np. w skład zarządu polskich spółek. Dla nich pozostaje podpis elektroniczny, który jednak nie jest systemem darmowym. Poza tym jego założenie wiąże się z załatwieniem pewnych formalności, co może być kolejną uciążliwością.

Poza tym cały system i znajdujące się w nim formularze będą prowadzone w języku polskim. W praktyce oznacza to, że znaczna część zagranicznych przedstawicieli spółek będzie podpisywała się pod formularzami, których samodzielnie nie będzie w stanie zrozumieć.

W końcu problemem może być fakt angażowania poszczególnych osób np. wchodzących w skład zarządów spółek, którzy będą musieli faktycznie uczestniczyć w procesie składania standardowych dokumentów do sądu, gdyż inaczej nie będzie możliwe ich właściwe podpisanie. To oznacza, że nie wystarczy przedstawienie zarządowi wcześniej ustalonych dokumentów w formie papierowej do podpisu, co pozwala znacznie ograniczyć zaangażowanie czasowe kluczowych osób w organizacji, ale konieczne stanie się ich faktyczne uczestniczenie w tym procesie. To zaś może spotkać się z dużym oporem.

Krok w dobrym kierunku, ale pozostają zastrzeżenia

W wielu przypadkach pomocne może okazać się ustanawianie pełnomocników. Jednak także to wymaga podjęcia dodatkowych czynności. I choć problemy mogą wydawać się mało znaczące, praktyka pokazuje, że tego rodzaju usprawnienia skutecznie utrudniają bieżącą działalność niektórym, zwłaszcza największym podmiotom z zagranicznym kapitałem.

Problemem może okazać się także sam system. Dotychczasowe próby zinformatyzowania postępowań wykazały nieprzygotowanie organów państwa, które udostępniają wadliwe i często trudne w obsłudze systemy. Błędów należy spodziewać się głównie na początku obowiązywania regulacji, ale to może wystarczyć do wprowadzenia sporego zamieszania związanego nawet z najbardziej standardowymi wnioskami do KRS.

Obok szeregu zastrzeżeń trzeba jednak podkreślić, że informatyzacja postępowań to krok w dobrym kierunku. Wszechobecny papier już dawno stał się archaizmem, generującym jedynie dodatkowe koszty przy obsłudze postępowań. Nie oznacza to jednak, że w niektórych okolicznościach lepsze okazuje się wrogiem dobrego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak zmienić polskie górnictwo? Węgiel w końcu zniknie z rynku

Już dzisiaj nie ulega wątpliwości, że polski węgiel czeka dekoniunktura. Wynika to po części z regulacji polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Przyczyną jest także postępujący proces technologiczny – który będzie powodował, że wytwarzanie energii z węgla będzie miało coraz mniejszy udział w polskiej gospodarce. W końcu stanie się wreszcie przeszłością. Powodem okaże się spadek rentowności tego źródła energii, wysoki koszt polskiego węgla – przy coraz niższych cenach surowca na innych rynkach i z pozostałych kierunków. Tańsze stanie się także wytwarzanie energii z nieemisyjnych źródeł. Połączenie powyższych czynników – zaostrzania regulacji oraz coraz trudniejszy dla węgla rynek – spowoduje, że paliwo to zostanie z niego wypchnięte. Będzie temu towarzyszył generalny proces rozwoju technologicznego w stronę energetyki rozproszonej. Nie będzie ona potrzebowała paliwa kopalnego, ale wykorzysta surowce odnawialne.

– Polskie górnictwo cierpi na niedobór reform. Od wielu lat politycy wolą chronić jego status quo, niż wprowadzać konkretne, lecz trudne zmiany – które pozwolą ocalić sektor na tyle, na ile jest to w ogóle możliwe. Węgiel nie musi służyć jedynie wytwarzaniu energii – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Może być wykorzystywany w przemyśle chemicznym, petrochemicznym. Zastosowanie znajdzie także w innowacyjnych gałęziach gospodarki, jak np. rosnąca branża wodorowa. Do tego konieczna jest jednak całkowita przebudowa systemu wydobycia oraz wykorzystania surowca. Należy odejść od rozwiązań poprzedniego systemu. W sektorze tym nie ma miejsca na przerost zatrudnienia. Konieczne są bolesne cięcia, ale również inwestycje w nowe maszyny. Tam, gdzie dzisiaj węgiel kopią ludzie, w przyszłości ich praca mogłaby zostać zastąpiona odpowiednim sprzętem. Obecnie dzieje się tak w Australii czy RPA. W sytuacji, gdy czynnik ludzki staje się coraz mniej potrzebny, zmniejszenie zatrudnienia jest nieuchronne. Polscy eksperci z sektora górniczego mogą jednak znaleźć zatrudnienie w innowacyjnych obszarach gospodarki pozostałych sektorów oraz w nowych dziedzinach wykorzystania węgla. Mądra polityka ukierunkowana na przekształcenie przemysłu węglowego musi zacząć się od bolesnych reform. W przeciwnym razie rynek sam doprowadzi do wyparcia tego surowca – analizuje Jakóbik.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 24.02 – 28.02.2020

Obawy o wzrost gospodarzy ciążą na wycenach aktywów, co podtrzymuje siłę dolara, ożywia popyt na złoto, ale szkodzi walutowym ryzykownym. Tylko mieszane zachowanie rynku akcji utrudnia ocenę, jak bardzo inwestorzy obawiają się skutków koronawirusa. Dane z najbliższych dni raczej nie dostarczą nowych wskazówek, co może przeważać na rzecz utrzymywania defensywnych pozycji.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów/zamówienia na dobra trwałe z USA, Ifo z Niemiec, PKB z Polski, CAPEX z Australii, PKB z Kanady

W USA w przyszłym tygodniu indeks nastrojów konsumentów (wt) zapowiada się najciekawiej, gdyż pokaże czy kwestia epidemii koronawirusa wpływa na gospodarstwa domowe. Przy solidnym rynku pracy, mocnym rynku akcji i braku silniejszych skutków w gospodarce na tym etapie wpływ obaw na nastroje powinien być niewielki. Ale już zamówienia na dobra trwałe (czw) powinny odczuć przerwanie prac zakładów w Azji i opóźnienia w realizacji dostaw. Jednorazowym obciążeniem będzie też wstrzymanie przez Boeinga produkcji samolotów 737 Max. Rewizja PKB za IV kw. (czw) nie powinna być istotna. Wątpimy, aby zaplanowane wydarzenia mogły zaszkodzić dominacji USD.

Niemiecki indeks Ifo (pon) posłuży jako sprawdzenie lepszych od oczekiwań wyników indeksów PMI, gdyż powinien być oparty o większą liczbę ankiet z późniejszego okresu, tj. kiedy więcej było wiadomo o skali epidemii koronawirusa i jego wpływu na wstrzymanie prac w zakładach produkcyjnych w Chinach. Możliwe, że dane będą zimnym prysznicem po uldze, jaką przyniosły indeksy PMI. Wstępne szacunki inflacji za luty (pt) prawdopodobnie wskażą na osłabienie presji inflacyjnej z powodu spadku cen ropy naftowej. EUR zmaga się z pesymizmem wobec perspektyw gospodarczych i oczekiwaniami bardziej gołębiej polityki EBC, co podtrzyma presję.

W Polsce podaż pieniądza (pon) i stopa bezrobocia (wt) przejdą niezauważone. Odczyt PKB za IV kw. (pt) da pierwszy wgląd w komponenty wzrostu, gdzie spodziewamy się spowolnienia konsumpcji prywatnej, ale przy możliwym przyspieszeniu inwestycji, choć zaburzenia w danych o bilansie handlowym podnoszą czynnik niepewności. Mimo to dynamika na poziomie 3,1 proc. r/r jest istotnym wyhamowaniem wobec 3,9 proc., ale dane nie zmieniają nastawienia banku centralnego, który musi balansować między słabszym wzrostem i wyższą inflacją. Złoty pozostaje pod wpływem czynników zewnętrznych, głównie presji na rynki wschodzące z tytułu silnego dolara. W kolejnych dniach niewykluczony jest podejście EUR/PLN do 4,30, ale tutaj upatrywalibyśmy wyczerpania presji.

W Australii dane o planach inwestycyjnych firm (CAPEX, czw) powinny wskazać na korzystną bazę pod koniec ub.r., jednak jest mało prawdopodobne, aby dobre dane przyćmiły generalnie defensywne nastawienie rynków do AUD, który jest spychany na 10-letnie minima. W Nowej Zelandii sprzedaż detaliczna za IV kw. (nd) powinna pokazać jeszcze dobre wyniki, biorąc pod uwagę oznaki przyspieszenia ożywienia pod koniec roku. Bilans handlowy za styczeń niesie ze sobą ryzyka po stronie słabości eksportu. Wobec AUD i NZD nasila się premia za ryzyko pogorszenia perspektyw gospodarczych w sytuacji, gdy rynek stara się oszacować wpływ koronawirusa.

W Kanadzie sprzedaż hurtowa (pon) i PKB (pt) dotyczą danych grudniowych, więc jakiekolwiek pozytywne wyniki będą bagatelizowane w obliczu dyskusji o ryzykach dla ożywienia z tytułu koronawirusa. CAD polega na swoim statusie ryzykownej waluty powiązanej z cenami ropy naftowej, zatem ponury sentyment rynkowy i presja na cofnięcie cen ropy będą blokować aprecjację.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy na pewno stopy procentowe nie wzrosną?

Po wzroście inflacji do poziomu 4,4% rozgorzała dyskusja na temat wzrostu stóp procentowych w Polsce. Temat w pewnym sensie zgasił sam prezes NBP swoimi wypowiedziami w najnowszym wywiadzie dla dziennika Rzeczpospolita.

Wzrost inflacji przejściowy

W artykule dla Rzeczpospolitej Adam Glapiński, prezes NBP, wypowiedział się negatywnie na temat podwyżek stóp procentowych. Obecny wzrost określił jako przejściowy i pomimo przekroczenia celu inflacyjnego o 0,9% nie widzi podstaw do zmiany stóp procentowych. Jako argument podaje wyhamowanie wzrostu cen wraz ze spowolnieniem w gospodarce. Wskazuje on na dotychczasową skuteczność przeczekania niskich stóp procentowych. Zwraca on uwagę na dążenie do wspierania zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Co ciekawe dodatkowym argumentem za tym, aby nie podnosić stóp jest ryzyko, że inflacja za mocno spadnie. Takie podejście osłabia złotego, gdyż część analityków zakładała jednak, że RPP będzie działać w odpowiedzi na wzrosty.

Słabsze dane z Polski

Nie tylko produkcja przemysłowa przeżywa w Polsce trudniejsze chwile. Problemem jest też sprzedaż detaliczna. Warto jednak pamiętać, że parametr ten istotnie wzrósł wraz z pojawieniem się programów redystrybucyjnych rządu, przez co teraz odnosi się do wysokich poziomów. Nie zmienia to faktu, że oglądamy coraz to gorsze wskazania tego parametru. Jest to pewnego rodzaju potwierdzenie tego, że gospodarka (rozpędzona kolejnymi transferami socjalnymi, a nie inwestycjami) potrzebuje kolejnych zastrzyków gotówki, by utrzymywać wzrost. Złoty w wyniku tych danych tracił na wartości, gdyż dane nie spełniały oczekiwań inwestorów, którzy założyli wolniejszy spadek sprzedaży detalicznej.  

Poprawa nastrojów na Wyspach

Dane z Wielkiej Brytanii, szczególnie nastroje konsumentów i biznesu, wypadają ostatnio bardzo dobrze. Jest to efekt dwóch czynników. Po pierwsze, ulga po przedłużającym się maratonie opuszczania struktur unijnych. Po drugie i co ważniejsze, dane mierzone są przeważnie w ujęciu rocznym. W rezultacie odnoszą się teraz do danych z czasów, gdy Wielka Brytania miała problem ze zbudowaniem większości w sprawie tej fundamentalnej decyzji, a nikt nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Dzisiejsze dane na temat PMI tylko potwierdzają ten pogląd. Zarówno indeks PMI dla przemysłu, jak i usług wypadły powyżej 50 punktów symbolicznie rozdzielającego rozwój od recesji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,

16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Spowolnienie w polskiej gospodarce widać coraz wyraźniej

W tym tygodniu poznaliśmy dość dużo nowych danych z gospodarki polskiej. W środę przedstawiono styczniowe wyniki z rynku pracy dla przeciętnego zatrudnienia i wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. O ile tempo wzrostu płac przyśpieszyło do 7,1% r/r, tak dynamika zatrudnienia spowolniła do poziomu 1,1% r/r. W kontekście poprzednich miesięcy, wraz z początkiem roku otrzymujemy już wyraźny obraz spowolnienia polskiej gospodarki. W nadchodzących miesiącach prawdopodobny jest wręcz spadek zatrudnienia. Natomiast płace nominalne nadal będą rosły, ale biorąc pod uwagę inflację, ich tempo zwolni. W rezultacie w tym roku trzeba liczyć się ze spowolnieniem konsumpcji gospodarstw domowych i ich niższym wkładem do wzrostu polskiego PKB. Ten scenariusz potwierdza również styczniowy wzrost sprzedaży detalicznej jedynie o 3,4% r/r.

W czwartek zostały opublikowane styczniowe wyniki dla przemysłu (+2,7% m/m i +3,5% r/r po korekcie sezonowej). Firmy przemysłowe o profilu eksportowym radziły sobie bardzo dobrze. Nasuwa się pytanie, co się wydarzy w następnych miesiącach. Najbardziej prawdopodobnym wariantem jest niestety pogorszenie sytuacji w polskim przemyśle.

Od początku tygodnia złoty w stosunku do euro lekko się osłabiał i w piątek rano jego kurs był poniżej poziomu 4,29 PLN/EUR. Straty były widoczne również w stosunku do USD, w piątek rano kurs wynosił 3,97 PLN/USD (tegoroczne minimum polskiej waluty). Na głównej parze walutowej euro się osłabiło i w drugiej połowie tygodnia kurs był na poziomie 1,08 USD/EUR.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Styczniowe wyniki mieszkaniówki pod znakiem sezonowej korekty

Najnowsza informacja GUS, prezentująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w styczniu bieżącego roku, sygnalizuje korekcyjny charakter danych. Jest on charakterystyczny dla większości początkowych tygodni każdego roku, zwłaszcza w przypadku deweloperów.  

Rynek bez sygnałów słabnięcia koniunktury

Wciąż bardzo trudno się dopatrzeć jakichkolwiek symptomów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej rynku mieszkaniowego. Korekcyjny charakter styczniowych danych GUS także dotyczy tylko wybranych aspektów aktywności inwestycyjnej pierwotnego segmentu mieszkaniówki. W związku z doskonałym wynikiem sprzedażowym deweloperów w IV kw. ub. roku, a co za tym idzie bardzo dobrym rezultatem całego 2019 roku, raczej bardzo długo jeszcze trudno będzie się doczekać skłonności deweloperów do ograniczania produkcji mieszkań.

Wg portalu RynekPierwotny.pl potwierdzają to bieżące statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto. A rozpoczęto ich ogółem w minionym miesiącu prawie 16 tys., co jest wynikiem lepszym licząc rok do roku aż o ponad 18 proc. Jest to efekt skokowego wzrostu budowy domów przez inwestorów indywidualnych, który wyniósł 63 proc. rdr i 38 proc. mdm. Z kolei sami deweloperzy ruszyli z budową niemal dokładnie 10 tys. lokali, co jest wynikiem porównywalnym z zanotowanym w styczniu ub. roku.

W przypadku budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od stanu koniunktury rynkowej, dość mocno utrwaloną od lat tradycją jest widoczne hamowanie aktywności inwestycyjnej w pierwszych tygodniach każdego roku. W efekcie miesiąc styczeń jest od lat regularnie i niezawodnie najsłabszym miesiącem w mieszkaniówce pod względem statystyk nowo rozpoczynanych budów. Ich wolumen w pierwszym miesiącu roku jest zazwyczaj niższy od średniej całorocznej o około 40 proc, wyznaczając tym samym dołek, od którego w kolejnych okresach następuje odbicie. Początek bieżącego roku sugeruje więc dość wyraźnie, że inwestorzy nie zamierzają ograniczać swojej aktywności inwestycyjnej w kolejnych miesiącach i kwartałach.Infografika – Ilość rozpoczętych budów

Mniej pozwoleń u deweloperów

Z kolei w przypadku statystyk nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, styczeń zaowocował korekcyjnym rozstrzygnięciem. GUS doliczył się ich ogółem w ubiegłym miesiącu 18,4 tys., czyli około jedną dziesiątą mniej w stosunku do analogicznego okresu ub. roku. Wg portalu RynekPierwotny.pl za słabszy tym razem wynik odpowiadają deweloperzy, którzy uzyskując 11,5 tys. pozwoleń osiągnęli rezultat słabszy zarówno rok do roku jak i w odniesieniu do miesiąca poprzedniego o kilkanaście procent.

Za to inwestorzy indywidualni, podobnie jak w przypadku nowych budów, z bardzo dobrym wynikiem 6,8 tys. zakomunikowali rosnący potencjał budownictwa jednorodzinnego w Polsce.

Jak wiadomo statystyki nowych pozwoleń na budowę wciąż pozostają bardzo wiarygodnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Słabszy wynik styczniowy jest zapewne jedynie korektą rekordowych osiągnięć w tym zakresie z ubiegłego roku, a więc w żadnym wypadku nie może świadczyć o jakimkolwiek osłabieniu optymizmu inwestycyjnego przedsiębiorców.

Mieszkania oddane wciąż na wysokiej fali

Tradycyjnie w ostatnich czasach bardzo mocnym ogniwem gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego okazały się w styczniu statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. Było ich w sumie ponad 17,4 tys., co oznacza liczony rok do roku progres rzędu ułamka procenta, jednak w stosunku do miesiąca poprzedzającego spadek aż o jedną czwartą. Regres ten wynika jednak z faktu bardzo wysokiej bazy, którą był historycznie rekordowy w skali miesiąca wynik lokali oddanych w grudniu 2019 roku.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a wiec okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym z całą pewnością jeszcze przed dość długi okres czasu, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach przy dodatniej dynamice zmian.

Wyznacznikiem koniunktury inwestycyjnej rynku pierwotnego na najbliższe miesiące będzie w zdecydowanym stopniu wciąż utrzymująca się doskonała koniunktura sprzedażowa mieszkań deweloperskich. Rynek w związku z przyśpieszonym od tego roku trybem wzrostu płacy minimalnej w Polsce, najprawdopodobniej oczekuje analogicznego wzrostu płacy średniej, a w konsekwencji cen w mieszkaniówce, co determinuje popyt do jak najszybszego zrealizowania inwestycji. Trudno w tej sytuacji o prognozy osłabienia tendencji utrzymywania statystyk budownictwa mieszkaniowego GUS na rekordowo wysokich poziomach w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

RPP podzielona

Według danych udostępnionych przez Narodowy Bank Polski, w styczniu członkowie Rady Polityki Pieniężnej głosowali zarówno za obniżką stóp procentowych, jak i za podwyżką. Wniosek o cięcie o 25 pb poparł tylko Eryk Łon. Propozycję podwyżki o 15 pb poparli Eugeniusz Gatnar, Łukasz Hardt i Kamil Zubelewicz. To nieczęsto spotykane zjawisko, by członkowie ciała decyzyjnego w banku centralnym mieli tak odmienne poglądy.

W protokole po lutowym posiedzeniu RPP czytamy, że wówczas złożono wniosek o obniżkę stóp procentowych, co zapewne można przypisać ponownie Łonowi. Widać, że dla najbardziej gołębiego członka Rady oznaki spowolnienia gospodarczego wymagają najpilniejszej reakcji, z kolei jastrzębie bardziej martwią się o wystrzał inflacji.

Na rozłamach najbardziej jednak korzysta prezes NBP Adam Glapiński, który do dawna jest zwolennikiem utrzymywania polityki pieniężnej bez zmian aż do końca obecnej kadencji RPP w połowie 2022 r. By zbudować front przeciwko woli prezesa, potrzeba aż 6 głosów w 10-osobowej Radzie. Po rozkładzie głosów nie widać, aby miało to nastąpić prędko. Sam Glapiński w komentarzu dla Rzeczpospolitej stwierdził, że podwyżka zaszkodziłaby gospodarce i osłabiłaby dynamikę popytu. Jego zdaniem, choć roczna inflacja w 2020 r. znacząco wykroczy poza cel NBP, skok inflacji jest przejściowy. Bank centralny jest gotowy do reakcji, ale dopiero gdy pojawi się ryzyko, że w długim terminie inflacja nie będzie się obniżać. To sensowne argumenty, z którymi się zgadzam i nie przewiduję zmian poziomu stóp procentowych w najbliższych dwóch latach. Intersująca jest riposta Łukasza Hardta, dla którego podwyżka o 15 pb teraz zwiększyłaby wiarygodność RPP, dlatego zamierza rozważyć wniosek o podwyżkę w marcu, jeśli nowa projekcja nie wskaże na obniżanie się inflacji. Osobiście jednak mam wątpliwości czy dostarczanie dowodów o skrajnych poglądach członków Rady (przeciwstawne wnioski) rzeczywiście pomaga wiarygodności RPP. Jak dla mnie tylko umniejsza znaczenie jej poszczególnych członków, pozostawiając jedyne liczące się słowo dla prezesa Glapińskiego.

Dla złotego powyższe dywagacje nie mają wpływu, gdyż rynek już dawno uwierzył w twarde deklaracje prezesa NBP o niezmienianiu stóp procentowych do końca kadencji. Złoty jest słabszy w skali tygodnia, gdyż rynki wschodzące gorzko znoszą dominację dolara. Jakkolwiek na złotego wpływ USD jest dużo mniejszy niż na waluty azjatyckie, czy Turcji lub RPA (przez silniejsze powiązanie z gospodarką strefy euro a mniejsze uzależnienie od emisji długu dolarowego), to w dobie niepewności i awersji do ryzyka rynkom wschodzącym „dostaje się po równo”.

Ponadto dziś niewykluczone, że tarcza ochronna w postaci bliskich relacji z Eurolandem zostanie mocno osłabiona. Indeksy PMI będą pierwszym kluczowym odczytem pozwalającym ocenić wstępne skutki epidemii koronawirusa na niemiecki sektor wytwórczy. Zakłócenia w łańcuchach dostaw z Chin rodzą negatywne ryzyka dla wskaźników z przemysłu i mogą odwrócić poprawę, która widzieliśmy w danych za styczeń. Choć sektor usługowy, który bardziej jest zorientowany na aktywność wewnętrzną, powinien nadal korzystać z korzystnych warunków krajowego popytu, rynek będzie bardziej wrażliwy na rozczarowania w przemyśle. Dane w pierwszej kolejności będą decydować o kierunku dla EUR, ale waluty regionu Europy Środkowo-Wschodniej mogą oberwać rykoszetem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zagrożonych ubóstwem jest 7 mln Polaków. Do 2030 roku ich liczba może spaść do 1,5 mln

0

W skrajnym ubóstwie żyje 2 mln Polaków, a blisko 7 mln jest zagrożonych ubóstwem. Dzięki połączeniu środków krajowych i unijnych do 2030 roku liczba osób zagrożonych biedą może spaść do 1,5 mln. – Konieczne jest jednak, by polityka rządowa i wydatki ze środków unijnych wzajemnie się uzupełniały, a procedury rozliczania projektów były prostsze – ocenia dr hab. Ryszard Szarfenberg z Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu.

– Polskim celem przyjętym w 2011 roku w zakresie przeciwdziałania ubóstwu było ograniczenie liczby osób, które są dotknięte tym problemem, z 11,5 mln w 2008 roku do 9 mln w 2018 roku. Obecnie mamy około 7 mln, więc przekroczyliśmy ten cel. Ale nadal 7 mln obywateli jest w trudnej sytuacji, żyje w biedzie lub wykluczeniu społecznym i to jest wyzwanie – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Ryszard Szarfenberg z Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu.

Z raportu „Poverty watch 2019: monitoring ubóstwa finansowego i polityki społecznej przeciw ubóstwu w Polsce” przygotowanego przez Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu (EAPN Polska) wynika, że obecnie w skrajnym ubóstwie żyje 2 mln ludzi (5,4 proc. przy 6,7 proc. w 2011 roku). Choć liczba osób zagrożonych ubóstwem jest mniejsza niż jeszcze kilka lat temu, w 2018 roku pozytywny trend został zatrzymany. Co więcej, zagrożenie to wzrosło w każdej grupie społecznej.

– Miejmy nadzieję, że polityka rządu, ale też wykorzystanie funduszy w okresie 2021–2027 będzie się przyczyniało do ograniczenia liczby osób zagrożonych ubóstwem do 1,5 mln do roku 2030 – podkreśla dr hab. Ryszard Szarfenberg.

W latach 2014–2020 z Europejskiego Funduszu Społecznego Polsce przyznano ok. 13,2 mld euro. Są one wykorzystywane na poziomie krajowym, w ramach programu operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER), na który przeznaczono 4,4 mld euro, a pozostałe ponad 66 proc. zostało rozdzielone między 16 regionalnych programów operacyjnych. Środki trafiły na inicjatywy, które miały zredukować bezrobocie, ubóstwo i marginalizację społeczną.

– Środki na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu płynące z UE, w porównaniu z naszymi własnymi środkami na świadczenia pieniężne i na rozmaite usługi dla osób w szeroko rozumianej pomocy społecznej, są niewielkie. Wiele środków europejskich trafia na infrastrukturę, inwestycje w tzw. twarde projekty. Tam jest bardzo dużo pieniędzy w porównaniu z tymi, które są przeznaczane na miękkie usługi, aktywizację zawodową osób w trudnej sytuacji czy na usługi deinstytucjonalizacji. Nie ma więc wielkich nadziei, że za pomocą tych pieniędzy uda nam się rozwiązać wszystkie nasze problemy – ocenia ekspert.

W nowej perspektywie finansowej pieniądze na walkę z ubóstwem będą dostępne w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego Plus. Komisja Europejska zapowiada, że będzie to prostsza i bardziej elastyczna wersja dzisiejszego EFS dzięki połączeniu kilku istniejących funduszy i programów.  Do EFS+ zostanie włączone wsparcie dla osób najbardziej potrzebujących, co umożliwi im korzystanie z lepszej kombinacji pomocy materialnej i kompleksowego wsparcia socjalnego.

To są przede wszystkim pieniądze na to, żebyśmy wypracowywali jakieś nowe rozwiązania, nowe usługi, które później powinny być powszechnie stosowane w naszych samorządach – podkreśla Ryszard Szarfenberg.

Jak podkreśla, kluczowe, by polityka rządowa i wydatki ze środków unijnych na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu wzajemnie się uzupełniały.

– Jednym z przykładów jest asystent rodziny, który najpierw był finansowany ze środków unijnych, a później został wprowadzony do ustawodawstwa krajowego. To samo jest ze spółdzielczością socjalną, z ekonomią społeczną. Tu też najpierw były rozwiązania, które działały za pieniądze unijne i później były wprowadzane do naszego ustawodawstwa – mówi przedstawiciel EAPN Polska.

Przygotowane przez resort inwestycji „Założenia do umowy partnerstwa na lata 2021–2027” wskazują, że w ciągu ostatniej dekady wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Polsce spadł z 34,2 proc. w 2007 roku do 19,5 proc. w 2017 roku. Do końca 2018 roku ponad 105 tys. osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym zostało objętych wsparciem w zakresie aktywnej integracji, z czego 38,6 tys. stanowiły osoby z niepełnosprawnościami. Jednocześnie 19 tys. osób, które zakończyły udział w projektach, uzyskało kwalifikacje lub nabyło nowe kompetencje, a 12,3 tys. osób znalazło zatrudnienie.

– W nowej perspektywie 2021–2027 jednym z dużych wyzwań jest to, żeby dotrzeć do grup, które trudno aktywizować. Jeżeli są hojne świadczenia pieniężne, to mniejsza jest presja ekonomiczna, żeby podejmować aktywizację zawodową. Wyzwaniem jest zachęcenie osób, które doświadczają różnych problemów, do tego, żeby brać udział w czymś, co bezpośrednio nie przekłada się na ich sytuację, np. jakieś szkolenia, treningi. Trzeba je przekonać, że będą mi z tego korzyści w dłuższej perspektywie – mówi ekspert.

Jak podkreśla, w nowej perspektywie unijnej kwoty na przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu społecznemu będą porównywalne. Większa ma być natomiast kontrola nad wydatkowaniem środków.

– Głównym wyzwaniem w obszarze korzystania ze środków unijnych przez organizacje pozarządowe jest przede wszystkim nadmiar biurokracji i brak zaufania ze strony tych, którzy rozliczają projekty – podkreśla Ryszard Szarfenberg. – Potrzebne jest także uproszczenie procedur rozliczania projektów, bo z tym organizacje sobie czasem nie radzą, a jeśli są małe, nie mają specjalistów od tego, to tym bardziej jest im trudno i boją się w ogóle korzystać z tych środków.

Tym bardziej że często dodatkowe rygory formalne nie wynikają z przepisów unijnych, ale z krajowych regulacji.

Bruksela dziwi się czasem, że mamy takie, a nie inne rozwiązania. Unia wcale nie wymaga, żebyśmy byli tacy rygorystyczni w kontroli, więc nie komplikujmy sami sobie sprawy. Oczywiście jest to o tyle trudne, że rząd swoje, ale mamy też regionalne programy operacyjne, więc może być tak, że w jednym województwie jest trochę łatwiej, a w innym trochę trudniej. Ale wiele zależy od rządu, zmian prawnych i interpretacji przyjaznych organizacjom – podkreśla ekspert EAPN Polska.

UOKiK wytypował kolejne potencjalne piramidy finansowe. W ostatnich trzech latach znalazł na rynku 19 takich podmiotów

W ciągu ostatnich trzech lat UOKiK wytypował – zgodnie z oficjalnymi komunikatami – 19 firm działających na zasadzie piramidy finansowej. W tym tygodniu postawił zarzuty nieuczciwych praktyk kolejnym trzem spółkom, których działalność opierała się na sprzedaży pakietów członkowskich i obiecywaniu korzyści w zamian za namawianie do zakupu kolejnych osób. UOKiK podkreśla, że inwestowanie w piramidy finansowe – których struktura przypomina domek z kart – każdorazowo wiąże się z dużym ryzykiem utraty środków, dlatego konsumenci powinni być wyczuleni na konkretne sygnały ostrzegawcze.

Piramidy finansowe zarabiają na opłatach od użytkowników. Kiedy ktoś promuje system polegający na tym, że będziemy zarabiać, jeśli tylko polecimy kogoś innego, kto również wpłaci pieniądze, to zawsze powinno w nas wzbudzić czujność. Piramida finansowa prędzej czy później upadnie, kiedy tylko przestanie przybywać użytkowników, którzy tworzą jej strukturę. Wtedy konsument, który w nią zainwestował, traci wszystkie pieniądze, a zarabia tylko osoba, która tę piramidę wymyśliła. Dlatego bardzo przestrzegamy przed inwestycjami w takie struktury – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Piramidy finansowe zarabiają na opłatach od użytkowników – każdy z nich musi zapłacić określoną kwotę za przystąpienie i zwerbować kolejnych członków. Ich pieniądze nie są inwestowane, więc nie przynoszą żadnych zysków, z reguły trafiają do pomysłodawców projektu. Prędzej czy później możliwość werbowania nowych członków się jednak kończy i system upada, a konsumenci tracą ulokowane pieniądze. Innymi słowy: działalność piramidy finansowej polega bardziej na obiecywaniu uczestnikom zysków i werbowaniu do struktury kolejnych członków niż na świadczeniu rzeczywistych usług inwestycyjnych.

Piramidy finansowe są nielegalne. Przepisy chroniące konsumentów jednoznacznie zakazują ich tworzenia i prowadzenia. Takie zachowania są zaliczane do nieuczciwych praktyk rynkowych, a nadzór nad przestrzeganiem tego zakazu sprawuje UOKiK (na podstawie art. 15.1 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz art. 286 § 1 Kodeksu karnego jest to oszustwo, za które grozi do ośmiu lat pozbawienia wolności). Karane jest również propagowanie piramid finansowych – grozi za to kara do 10 proc. obrotów. Konsumenci sami powinni być jednak wyczuleni na zachęty czy pozytywne opinie o konkretnych systemach promocyjnych zamieszczane w internecie czy na portalach społecznościowych.

Jeżeli trafiamy na ofertę łatwego i szybkiego zysku, powinniśmy od razu zadać sobie pytanie, czy jest możliwe zarobienie pieniędzy w taki sposób. Trzeba sprawdzić informacje o tym, kto stoi za tym systemem, gdzie mieści się firma. Jeżeli ma siedzibę np. w Dubaju, to wiadomo, że trudno będzie się skontaktować z twórcami takiego przedsięwzięcia – mówi Agnieszka Majchrzak.

Kolejny sygnał ostrzegawczy to odsyłanie na stronę internetową, która nie zawiera podstawowych informacji na temat organizatora inwestycji albo nie jest prowadzona w języku polskim (jest za to dostępna np. po ukraińsku, wietnamsku, indonezyjsku), a miejsce prowadzenia działalności jest w egzotycznym kraju – najczęściej poza granicami UE.

Jeżeli ktoś bardzo enigmatycznie opisuje, na czym polega uczestnictwo w danym systemie, posługuje się górnolotnymi sformułowaniami, jak: „zostań partnerem, odmień swoje życie, zarób bez wychodzenia z domu i bez wysiłku”, to takie slogany też powinny wzbudzić czujność ­– wyjaśnia Agnieszka Majchrzak.

UOKiK podkreśla, że konsumenci powinni zachować ostrożność, gdy ktoś zapewnia o bardzo wysokich zyskach w krótkim czasie, nie wspominając przy tym o ryzykach związanych z inwestowaniem, albo ogólnie lub niezrozumiale przedstawia sposób swojego działania, unika odpowiedzi na konkretne pytania bądź tłumaczy, że niedawno rozpoczął działalność. Zwłaszcza jeżeli nie wskazuje przy tym swoich źródeł finansowania.

Możemy weryfikować opinie na stronach internetowych, ale trzeba pamiętać, że często pozytywne oceny są opłacane albo pochodzą właśnie od twórców takiej piramidy. Nie można więc bezkrytycznie ufać opiniom zamieszczanym w sieci czy na portalach społecznościowych – podkreśla ekspertka Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK postawił w tym tygodniu zarzuty nieuczciwych praktyk kolejnym trzem firmom, które zostały uznane za potencjalne piramidy finansowe. To spółki Luxinvest i Quantum z Nowego Sącza oraz zarejestrowana w USA Quantum International EN – za wszystkimi trzema stoją te same osoby. Firmy oferowały konsumentom w internecie pomoc w dochodzeniu roszczeń i sprzedawały usługi szkoleniowe, ale UOKiK ustalił, że miało to na celu głównie zyskanie wiarygodności i zaufania. W rzeczywistości podstawą ich działalności była sprzedaż pakietów członkowskich i obiecywanie korzyści w zamian za namawianie do przystąpienia kolejnych osób. Pół roku temu, we wrześniu ub.r., urząd postawił też takie zarzuty czterem innym firmom.

W sumie od 2017 roku UOKiK wytypował prawie 20 takich podmiotów działających na zasadzie piramidy finansowej. W części z nich zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa.

Jak dotąd najsłynniejszą i największą piramidą była Amber Gold, która upadła w 2012 roku po trzech latach działalności. Poszkodowanych zostało 19 tys. osób, a kwota powierzonych przez nie środków to ponad 850 mln zł. Spółka Amber Gold miała inwestować w złoto i inne kruszce, a członków kusiła wysokim oprocentowaniem nawet 16,5 proc. w skali roku, które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych.

Oficjalnie działające instytucje – takie jak banki czy firmy pożyczkowe – można sprawdzić np. w prowadzonym przez Komisję Nadzoru Finansowego rejestrze pośredników finansowych. To nie jest trudne. Jednak trudność pojawia się właśnie wtedy, kiedy mamy do czynienia z firmą oferującą nam alternatywne inwestycje, z piramidą finansową – mówi Agnieszka Majchrzak.

UOKiK ostrzega przed potencjalnie ryzykownymi inwestycjami, wydając tzw. ostrzeżenia konsumenckie, podawane do publicznej wiadomości. Trzeba je śledzić na oficjalnej stronie urzędu. Takie ostrzeżenie jest wydawane wtedy, gdy z zebranych w postępowaniu informacji wynika uzasadnione podejrzenie stosowania przez konkretnego przedsiębiorcę praktyki naruszającej zbiorowe interesy konsumentów, która może spowodować dla nich znaczne straty.

Co czwarty nastolatek doświadcza przemocy w internecie. Świadomość zagrożeń wśród rodziców jest wciąż niewystarczająca

Średnio co piąty nastolatek był ośmieszany, a co czwarty – wyzywany w internecie. Tymczasem aż 84 proc. rodziców sądzi, że ich dzieci nigdy nie doświadczyły w sieci słownej przemocy – wynika z badań NASK. Oprócz hejtu młodzież coraz powszechniej styka się też z takimi zagrożeniami jak patostreaming, treści pornograficzne czy fake newsy, a ich lista stale się wydłuża. Kluczem do obrony przed nimi jest edukacja i świadomość po stronie rodziców i nauczycieli. W tym celu w lutym – w ramach obchodów 16. Dnia Bezpiecznego Internetu – odbywa się w całej Polsce blisko 4 tys. inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów.

– Podstawą i zarazem wyzwaniem jest budowanie świadomości rodziców, wychowawców, instytucji, mediów, lecz także dostawców usług internetowych, że w sieci istnieją zagrożenia i co je powoduje. Nie trzeba być specjalistą, żeby chronić przed nimi dzieci, a najlepszą aplikacją, która temu służy, jest rozmowa z dzieckiem na temat internetu – powiedział podczas obchodów 16. Dnia Bezpiecznego Internetu minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Badania NASK pokazują, że w Polsce prawie 96 proc. nastolatków korzysta z internetu codziennie, a w sieci spędzają średnio 4 godz. i 12 min. Łączą się z nią głównie poprzez smartfona. Funkcjonowania bez telefonu komórkowego nie wyobraża sobie już 15,7 proc. młodzieży (badanie „Nastolatki 3.0”). Internet jest dla nich przestrzenią rozrywki, dostępu do kultury oraz ośrodkiem życia społecznego, jednak może być też źródłem zagrożeń, takich jak hejt, patotreści czy seksting.

– Patotreści opierają się na zwykłym mechanizmie zysku, na modelu biznesowym, który trudno złamać, a pornografia, niestety, doskonale sprzedaje się w sieci. Dlatego trzeba wyposażyć odbiorców w umiejętność ich identyfikowania, a zło nazwać złem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

– Ważna jest świadomość, że patostreaming rzeczywiście może być groźny, że istnieją różnego rodzaju groźne uzależnienia, w które dzieci mogą popadać, że seksting, który ma olbrzymie konsekwencje dla psychiki młodych ludzi, jest zjawiskiem coraz powszechniejszym – podkreśla minister Marek Zagórski.

Z polskiej edycji badania EU Kids Online 2018 wynika, że co trzeci nastolatek przynajmniej raz zetknął się w internecie z mową nienawiści. Średnio co czwarty (26,8 proc.) był w sieci wyzywany, a co piąty (19,5 proc.) ośmieszany – to z kolei wyniki badań NASK.

– Przeciętny wiek inicjacji internetowej to dziś osiem lat. Dzieci spędzają w internecie średnio 4 godziny dziennie. Już sam ten fakt trochę rodzi pytania, bo w tym czasie mogłyby grać w piłkę, rozmawiać z rówieśnikami, mieć kontakt z rodzicami. Nigdy też do końca nie wiadomo, jakie treści napotyka w trakcie tych 4 godzin. Tu jest właśnie wielka rola wychowawców, szkoły i rodziców, żeby umieć dziecku przekazać, co jest dla niego dobre, a co jest złe – mówi prof. Jacek Leśkow.

Rodzice i nauczyciele nie zawsze tę świadomość mają. Nie doszacowują czasu, który ich dzieci spędzają w internecie, i nie kontrolują oglądanych przez nie treści – wynika z raportu „Rodzice 3.0” NASK. Tylko co piąty rodzic (21,2 proc.) zadeklarował, że w domu jest zainstalowany filtr rodzicielski lub inna technologia, która ogranicza dostęp do niebezpiecznego contentu. 84 proc. sądzi, że ich dzieci nigdy nie doświadczyły słownej przemocy w internecie.

Podobnie alarmujące wnioski pokazuje raport z badania EU Kids Online: 41,4 proc. nastolatków nigdy lub prawie nigdy nie otrzymało od rodziców i opiekunów porady dotyczącej tego, jak bezpiecznie korzystać z internetu, a prawie połowa  (49,8 proc.) rodziców nigdy nie rozmawia z dziećmi o tym, co robią w sieci. To oznacza, że nastolatki na ogół same muszą radzić sobie z konsekwencjami szkodliwych zjawisk w internecie.

– Jednym z największych zagrożeń internetu jest też to, że rzeczy sprzeczne z naszymi wartościami, czyli np. kłamstwo, nieprawda, fake news, mają szybką możliwość rozprzestrzeniania się. Są w nim też treści mogące szczególnie uderzać w dzieci, które nie są przygotowane do reagowania na nie. Dlatego też wyzwaniem jest wpływ cyfrowego świata na relacje w  trójkącie: dziecko, wychowawcy i szkoła. Musimy się nawzajem, bez przerwy dzielić wiedzą o tym, co te treści niosą, i nie możemy dziecka skazywać na samodzielne stawianie czoła cyfrowemu światu – mówi dyrektor NASK.

– Świadomość tego, co możemy w tym kierunku zrobić, jest absolutną podstawą. Oczywiście potrzebujemy też narzędzi i aplikacji, które będą ją wspomagać, także zmian w prawie, by ograniczać ekspozycję dzieci na różnego rodzaju zagrożenia – mówi Marek Zagórski.

Jak podkreśla, dużym krokiem w tę stronę była zainicjowana przez niego Deklaracja współpracy na rzecz bezpieczeństwa Dzieci w Sieci, podpisana 1 października przez instytucje rządowe, samorządowe, grupy medialne i firmy technologiczne.

– Efektem tej deklaracji było m.in. powołanie Grupy ds. Bezpieczeństwa Dzieci i Młodzieży, która już pracuje i analizuje problem w bardzo szerokim kontekście organizacyjnym i legislacyjnym – mówi Marek Zagórski.

Minister zaznacza też, że podstawą świadomości społecznej są kampanie edukacyjno-informacyjne, realizowane m.in. przez resort cyfryzacji i organizacje pozarządowe. Jedną z takich inicjatyw jest przypadający w tym roku 11 lutego Dzień Bezpiecznego Internetu (DBI). Został on ustanowiony przez Komisję Europejską, ale w tej chwili ma już wymiar ogólnoświatowy – w ubiegłym roku do inicjatywy przyłączyło się ponad 150 państw. W Polsce jest obchodzony po raz 16. Jego główny cel to promowanie bezpiecznego korzystania z sieci i rozwiązań cyfrowych przez dzieci i młodzież oraz edukacja rodziców i nauczycieli w temacie cyberbezpieczeństwa.

– Hasłem tegorocznego DBI jest „Działajmy razem”. To jednocześnie przesłanie i wskazówka, że w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa dzieci w internecie nie można działać w pojedynkę. Nie da się całkowicie wyeliminować zagrożeń, więc żeby chronić przed niebezpieczeństwami, potrzebne jest współdziałanie wielu instytucji – mówi Marek Zagórski.

W ramach obchodów DBI w całej Polsce organizowane są lokalne projekty edukacyjne i inicjatywy na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów. Zaproszone do udziału i organizowania własnych projektów są biblioteki, szkoły, domy kultury, osoby prywatne oraz firmy i instytucje. W tym roku zgłosiło się ich jak dotąd ponad 3,4 tys. W całej Polsce planowanych jest ok. 4 tys. inicjatyw, w których weźmie udział w sumie ok. 200 tys. uczniów. Pomysły wciąż można zgłaszać – jest na to czas do końca lutego br.

– Przy okazji Dnia Bezpiecznego Internetu zachęcamy do organizowania inicjatyw, które są temu dedykowane. Zachęcamy, żeby rejestrować się na stronie inicjatywy i tam zgłaszać własne pomysły i je realizować. W tym roku chcielibyśmy pobić rekord, choć akurat w tej sprawie chodzi nie o rekordy, tylko o realne działanie – podkreśla minister cyfryzacji.

Wśród dotychczas zgłoszonych inicjatyw, które będą realizowane przez cały luty, są m.in. zajęcia edukacyjne, przedstawienia teatralne, warsztaty z psychologiem, przygotowanie gazetek i konkursy plastyczne. Najciekawsze z nich zostaną nagrodzone. W ubiegłym roku w ramach obchodów DBI zorganizowano 3977 akcji i lokalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa młodych internautów.

Organizatorami obchodów Dnia Bezpiecznego Internetu jest Polskie Centrum Programu Safer Internet (PCPSI), tworzone przez Państwowy Instytut Badawczy NASK i Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. Głównym partnerem akcji jest Fundacja Orange. Partnerami tegorocznej edycji są Facebook Polska oraz Google Polska.

Coraz więcej Polaków kupuje wakacyjne wycieczki kilka miesięcy przed wyjazdem. Sezon 2020 zapowiada się na bardziej udany niż ubiegłoroczny

Ponad 40 proc. Polaków rezerwuje swoje wakacje przynajmniej na dwa miesiące przed wylotem – wynika z analizy Travelplanet.pl. To oznacza, że coraz rzadziej decydujemy się na wyjazd last minute. Gwarancja najniższej ceny i większe poczucie bezpieczeństwa sprawiają, że turystom nie opłaca się czekać z decyzją do ostatniej chwili. Najchętniej wybieramy Grecję, Turcję, Egipt i Tunezję. Blisko 80 proc. Polaków decyduje się na all inclusive, chętniej w cztero- i pięciogwiazdkowych hotelach.

– Wakacje 2020 zapowiadają się na znacznie liczniejsze pod względem liczby wyjazdów klientów biur podróży niż wakacje 2019. Widzimy bardzo dużo wczesnych rezerwacji, czyli first minute. Klienci są przekonani, że, po pierwsze, nie ma na co czekać, po drugie, że ich pieniądze są bezpieczne, po trzecie, że lepszych cen nie dostaną – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Kałucki z Traveplanet.pl.

Według „Raportu Podróżnika 2020” Travelplanet.pl w 2019 roku tylko co czwarty turysta zdecydował się na wakacyjny wyjazd na 10 lub mniej dni przed wylotem. Przeważnie wakacje mamy dobrze zaplanowane – 42 proc. turystów kupuje wycieczkę przynajmniej dwa miesiące przed wyjazdem.

– Jeszcze dekadę temu 45 proc. turystów kupowało wakacje last minute, a w zeszłym roku tylko 24 proc. Widać, jak mocno zmienia się ten trend i jak bardzo on przyśpieszył, o czym świadczą ostatnie trzy lata, zwłaszcza ubiegły rok – wskazuje Jarosław Kałucki.

Wakacje first minute oznaczają często dodatkowe bonusy, obniżki na część hoteli czy gwarancję najniższej ceny – nawet jeśli koszt wycieczki do czasu wyjazdu się obniży, touroperator zwraca różnicę. Jak przekonuje ekspert, na popularność takich zakupów wpływa też większe zaufanie do branży.

 Ubiegłoroczny upadek Thomasa Cooka, który pociągnął za sobą Neckermanna, pokazał, jak bardzo stabilna jest branża turystyczna w Polsce, ponieważ Turystyczny Fundusz Gwarancyjny nie wydał ani złotówki na pokrycie kosztów powrotów czy niezrealizowanych wakacji – mówi Jarosław Kałucki.

Raport Travelplanet.pl wskazuje, że preferencje wakacyjnego odpoczynku Polaków od wielu lat są podobne. Wyjeżdżamy najczęściej na tydzień (71 proc.), w lipcu lub sierpniu (32 proc.), najchętniej do Grecji (22 proc.) i Turcji (20,5 proc.).

– Na trzecim miejscu jest Bułgaria, to bardzo rodzinny kierunek i chętnie rezerwowany. Na czwartym miejscu Hiszpania, na kolejne wracają kierunki arabskie – Egipt i Tunezja. Na podobnych miejscach były też rok wcześniej, ale zwiększa się ich udział w sprzedaży – wylicza przedstawiciel Travelplanet.pl.

W 2019 roku za wakacje płaciliśmy średnio 2,6 tys. zł, o ok. 7 proc. więcej niż rok wcześniej. To nie tylko efekt wzrostu cen, ale także zmieniających się preferencji Polaków. Rzadziej wybieramy zakwaterowanie z wyżywieniem we własnym zakresie (3 proc.) czy z dwoma posiłkami (18 proc.). Stawiamy na all inclusive (79,5 proc.) w coraz lepszych hotelach.

– Tak duża liczba rezerwacji w Turcji, Tunezji i Egipcie świadczy o tym, że być może poprawimy rekord z zeszłego roku, kiedy to aż 27 proc. klientów wyjechało do hoteli pięciogwiazdkowych. Są to kierunki, gdzie za cenę czterech gwiazdek w Europie kupuje się pięć gwiazdek i all inclusive – mówi Jarosław Kałucki.

PESA i Orlen coraz bardziej zaawansowane w budowie lokomotywy na wodór. Ma być gotowa w 2021 roku

W 2021 roku ma być gotowa lokomotywa wodorowa, nad którą wspólnie pracują bydgoska PESA i PKN Orlen. Pojazd ma być wyposażony w autonomiczne sterowanie, a obie spółki są już na zaawansowanym etapie przygotowywania pełnej specyfikacji, po której ruszy faza projektu i budowy. Docelowo nowa technologia ma zostać wdrożona komercyjnie na dużą skalę, również w pojazdach do przewozu osób.

Konfigurujemy pojazd wodorowy – konkretnie lokomotywę manewrową – i jesteśmy już na zaawansowanym etapie prac. Poznajemy wymagania, zarówno techniczne, jak i organizacyjne, i staramy się od razu wpleść do tego projektu prace nad autonomicznym sterowaniem. Mogę więc powiedzieć, że idziemy do przodu. Kiedy domkniemy już kwestie specyfikacji, zaczniemy projektowanie i budowę. Chcemy widzieć lokomotywę wodorową przy pracy w 2021 roku – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Zdziarski, prezes zarządu PESA Bydgoszcz SA.

W ocenie Orlenu i bydgoskiej Pesy ogniwa wodorowe są jedną z najbardziej obiecujących technologii w transporcie kolejowym. Stąd w grudniu ub.r. obie spółki podpisały list intencyjny dotyczący współpracy przy stworzeniu pojazdu szynowego zasilanego wodorem. Na początek ma to być lokomotywa towarowa, a następnie całkowicie bezemisyjny zespół trakcyjny przeznaczony do obsługi ruchu pasażerskiego. Jego zaletą będzie m.in. stosunkowo duży zasięg, jak i krótki czas tankowania, dlatego wodór ma być idealnym paliwem dla ciężkich pojazdów szynowych. Nowa technologia ma pojawić się na rynku w przyszłym roku i docelowo zostać wdrożona komercyjnie na dużą skalę.

Wodór to jedno z kluczowych źródeł czystej energii, wspieranych na poziomie UE jako element gospodarki zeroemisyjnej. Ta technologia staje się coraz popularniejsza – m.in. właśnie w sektorze transportu szynowego. Pojazdy tego typu zamówili niedawno niemieccy przewoźnicy, a tamtejszy rząd zobowiązał się pokryć 40 proc. kosztów paliwa wodorowego. Technologia wodorowych ogniw paliwowych jest też coraz bardziej rozpowszechniona m.in. w Japonii i Kalifornii.

Polska to z kolei jeden z największych producentów wodoru na świecie, m.in. właśnie za sprawą PKN Orlen, który w ramach grupy kapitałowej w procesie produkcyjnym wytwarza blisko 45 ton wysokiej jakości wodoru na godzinę.

Orlen pracuje z wodorem na co dzień. Ropa naftowa to węglowodory, więc spółka jest doświadczona przede wszystkim w produkcji i magazynowaniu wodoru, co do tej pory było ogromnym wyzwaniem dla napędów wodorowych. Orlen zapewnia tę część, w której my się nie specjalizujemy. My natomiast jesteśmy w stanie ten pojazd zbudować – mówi Krzysztof Zdziarski.

Jak zapowiada, PESA planuje dywersyfikację swoich rynków eksportowych. W tej chwili ok. 35 proc. zamówień realizuje w eksporcie, głównie do krajów Europy Środkowej i Zachodniej, w tym przede wszystkim Niemiec i Włoch. Na nich przede wszystkim skupia się bydgoski producent, pracując nad zakończeniem dotychczas rozpoczętych zamówień, ale w nowej strategii przedstawi plany rozszerzenia działalności o kolejne rynki. Z tym – jak podkreśla prezes spółki – będą wiązać się kolejne wyzwania.

– Mowa o różnego rodzaju specyfikacjach, wymaganiach lokalnych, chociaż nowa unifikacja prawa kolejowego przewiduje, że więcej elementów powinno być do siebie podobnych. Są to wyzwania przede wszystkim certyfikacyjne, homologacyjne, techniczne, ale trzeba je pokonać. Oczekiwania pasażerów są natomiast wszędzie  podobne – mówi prezes zarządu PESA Bydgoszcz.

Mobilne mikroskopy mogą już rozpoznawać choroby. Trwają prace nad wbudowaniem ich w okulary

Innowacje w mikroskopii opartej na smartfonach otwierają nowe perspektywy. Najnowsze rozwiązania mogą już służyć do analizy próbek krwi i wykrywania chorób. Technika głębokiego uczenia maszynowego pozwala zaś zobaczyć niedostrzegalne dotąd szczegóły na zdjęciach wykonanych przez smartfony. Trwają prace także nad stworzeniem okularów z wbudowanym minimikroskopem. Specjalna nakładka uHandy potrafi zaś zmienić w mikroskop każdy smartfon lub tablet. Sprawdzi się przede wszystkim w edukacji.

– Mobilny mikroskop uHandy to urządzenie, które współpracuje z każdego rodzaju tabletem czy smartfonem i zmienia go w mikroskop. Ma dwie soczewki o różnym stopniu powiększenia. Białą soczewkę należy wpiąć tak, aby znajdowała się nad przednią lub tylną kamerą tabletu, a następnie skierować światło do środka i gotowe. Za pomocą urządzenia możemy bardzo szybko zbadać odcisk palca, monetę albo np. wydruk, żeby zobaczyć piksele – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jolanda Hsu z uHandy.

Mikroskopy są już coraz mniejsze, mogą też być mobilne. Wszystko dzięki nowym technologiom. Trwają prace nad stworzeniem okularów z wbudowanym minimikroskopem. Na razie mikroskopem mogą stać się urządzenia mobilne. Naukowcy z UCLA Samueli School of Engineering przekonują, że technika głębokiego uczenia maszynowego pozwala dostrzec szczegóły na zdjęciach wykonanych przez smartfony z podobną dokładnością, co mikroskopy.

Urządzenie uHandy pozwala zaś stworzyć mikroskop ze smartfona lub tabletu. Specjalne obiektywy umożliwiają 200-krotne powiększenie oglądanych obiektów, w tym np. organizmów wodnych.

– Wielu nauczycieli chciałoby zabierać uczniów na zajęcia w terenie, ale nie mogliby wówczas korzystać ze standardowych mikroskopów, bo są one zbyt ciężkie. Nasze urządzenie umożliwia prowadzenie badań bezpośrednio na miejscu. Dysponujemy także dodatkowymi materiałami, które pomagają uczniom korzystać z tego rodzaju sprzętu – przekonuje Jolanda Hsu.

Przenośne mikroskopy sprawdzą się nie tylko w szkołach czy codziennym życiu. Niedawno naukowcy ogłosili, że połączenie telefonów komórkowych z adapterami mikroskopów może być przydatne przy diagnozie chorób, m.in. malarii. Nowoczesny sprzęt i oprogramowanie oparte na sztucznej inteligencji można wykorzystać do stworzenia skutecznych narzędzi diagnostycznych. Tanie adaptery wydrukowano w 3D, a techniki głębokiego uczenia się skutecznie identyfikują patogeny. Jeśli kolejne testy potwierdzą skuteczność urządzenia, może zostać wprowadzone w części afrykańskich krajów.

Firma analityczna Industry Research przewiduje, że rynek obiektywów dla smartfonów w najbliższych latach będzie się rozwijał w tempie blisko 16,5 proc., by w 2024 roku osiągnąć wartość 8,3 mld dol.

Banki przechodzą na podpisy elektroniczne. W przyszłości parafowanie umów w sposób tradycyjny może być zabronione

Cyfrowa rewolucja unowocześni systemy obiegu danych. Digitalizacja dokumentów ułatwi ich katalogowanie i przetwarzanie. Cyfryzacja administracji oraz przedsiębiorstw umożliwi przeniesienie dokumentacji do zasobów cyfrowych i zarchiwizowanie jej w chmurach danych. Zwiększy to bezpieczeństwo gromadzonych danych oraz usprawni przepływ informacji zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Według ekspertów w przyszłości podpisywanie umów na papierze może być w ogóle zabronione, głównie ze względu na walkę ze zmianami klimatycznymi.

– Jesteśmy w fazie transformacji cyfrowej, dokumenty papierowe nadal są często używane, natomiast już widać kolejne zmiany w prawie i myślę, że doczekamy się takiego momentu, kiedy będzie wręcz zabronione podpisywanie umów papierowych, trzeba będzie podpisywać je elektronicznie, chociażby ze względu na ochronę środowiska i bezpieczeństwo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Sołdacki, wiceprezes Astrafox. – Zmiana Kodeksu cywilnego z 2016 roku pozwoliła podpisywać umowy w postaci tzw. dokumentowej, czyli elektronicznie. W tym roku ruszyły się banki, są już pierwsze inwestycje w obszarze podpisów elektronicznych.

Potencjał cyfrowej dokumentacji docenili m.in. menedżerowie Alior Banku, BNP Paribas oraz PKO BP, którzy zainwestowali w rozwój fintechu Autenti, specjalizującego się w systemach do zarządzania cyfrową dokumentacją. Zadaniem inżynierów Autenti będzie opracowanie narzędzia do podpisywania dokumentów za pośrednictwem e-podpisu przy wykorzystaniu urządzeń mobilnych oraz komputerów osobistych. Nowa platforma pozwoli podpisywać dokumenty za pośrednictwem internetu, ograniczy zużycie papieru, a także poprawi bezpieczeństwo klientów np. poprzez wdrożenie zdalnej kontroli transakcji. Dzięki niej członkowie rodziny mogliby śledzić operacje dokonywane na kontach osób starszych, aby szybciej wykryć podejrzane transakcje.

W rozwiązania z zakresu usprawniania przepływu dokumentacji inwestuje także firma eDokumenty. Produkuje ona wyspecjalizowane narzędzia do obsługi systemów cyfrowego fakturowania, kontroli wniosków oraz cyfrowej korespondencji. Platforma eDokumenty umożliwia wdrożenie cyfrowego, w pełni zinformatyzowanego środowiska pracy.

– Elektroniczny obieg dokumentów oszczędza czas i pieniądze. Dużo łatwiej jest przygotować dokument, przesłać go, podpisać, archiwizować czy wyszukiwać. Dokumenty papierowe to przeżytek, ich przechowywanie zajmuje miejsce, a w przypadku pożarów bądź innych katastrof dużo trudniej je zabezpieczać, a robienie kopii cyfrowych jest bardzo łatwe – tłumaczy ekspert.

Szereg rozwiązań z zakresu digitalizacji procesu obiegu dokumentów przygotowała także firma Astrafox. Za pośrednictwem autorskiego narzędzia Alteryx firmy mogą budować modele predykcyjne czy drzewa decyzyjne, chmurowa hurtownia danych Snowflake umożliwi analizowanie dużych zasobów danych w czasie rzeczywistym, a Tableau zautomatyzuje proces tworzenia raportów, statystyk i prognoz.

Również przedstawiciele administracji publicznej rozwijają rozwiązania z zakresu digitalizacji dokumentów. Dobrym przykładem takiego działania są prace nad aplikacją mObywatel, która za pośrednictwem profilu mTożsamość uwierzytelnia najważniejsze rejestry, takie jak imiona, nazwiska, daty urodzenia, zdjęcia czy numer PESEL w celu składania dokumentów za pośrednictwem internetu. Dzięki temu może posłużyć do rejestracji usług, odbierania paczek poleconych czy uwierzytelniania tożsamości na potrzeby głosowania w wyborach. Sprawdzi się także w roli cyfrowego prawa jazdy, legitymacji studenckiej czy nośnika eRecept.

Z kolei w ramach unijnego Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka polski rząd powołał do życia platformę OBYWATEL.GOV.PL, która ma umożliwić złożenie urzędowych wniosków bez wychodzenia z domu, drogą cyfrową. Platformę przystosowano m.in. do zdalnego wnioskowania o wydanie dowodu osobistego, zarejestrowanie samochodu czy zgłoszenie dziecka do żłobka.

– W tej chwili nikt nie myśli o tym, żeby robić zdjęcie na kliszy. Podobnie jest z dokumentami. Technologia musi być dopracowana – tak jak aparat cyfrowy zapewnia lepszą jakość zdjęć niż nawet na kliszy, tak im technologie obiegu elektronicznych dokumentów będą lepsze, coraz bardziej bezpieczne, tym coraz powszechniej będą używane – mówi Przemysław Sołdacki.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku systemów DMS (ang. system zarządzania dokumentami) w 2019 roku wyniosła 3,88 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 7,68 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 12 proc.

Nie ma chętnych na zbyt drogi polski węgiel. Zamykanie kopalń jest nieuniknione, choć odkładane w czasie

W styczniu produkcja branży wydobywczej spadła rok do roku o 10,4 proc., a w porównaniu z grudniem o 19,7 proc. Jeśli wziąć pod uwagę samo górnictwo węgla kamiennego i brunatnego, to spadek wyniósł aż 27,3 proc. r/r.

Zapaść w górnictwie jest potężna, tym bardziej, że styczniowe dane GUS o gospodarce były lepsze niż się spodziewano. Branża przemysłowa urosła o 1,9 proc. rok do roku, a 5,8 proc. w zestawieniu z grudniem. Rosła też branża energetyczna.

Nie ma chętnych na zbyt drogi polski węgiel, chyba że polski przemysł i konsumenci zechcą płacić dużo większe rachunki za energię elektryczną. Na początku roku na zwałach zalegało już 14,5 mln ton węgla, w tym 4,5 mln na placach przy kopalniach.

– Węgiel jest wożony do nowego centralnego magazynu w Ostrowie Wielkopolskim, co jest o tyle absurdalne, że państwowe spółki płacą za transport do Ostrowa, a będą musiały płacić kolejny raz za transport do ostatecznego miejsca, gdzie ten węgiel zostanie spalony – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Te koszty transportu to już kilkadziesiąt procent wartości wydobytego węgla.

Stworzenie przez rząd centralnego magazynu nie było żadnym rozwiązaniem problemu. Państwowe górnictwo będzie chciało eksportować węgiel, aby pozbyć się zapasów i utrzymywać wydobycie.

– Problem jest taki, że przy jego sprzedaży poza granice kraju na każdej wyeksportowanej tonie węgla państwowe spółki będą tracić ok. 100 zł, bo ceny węgla w Europie są wyjątkowo niskie, a w Polsce rekordowo wysokie – wyjaśnia B.Derski.

Zamykanie kopalń jest nieuniknione, choć odkładane w czasie.

Credit Agricole: Nie ma bańki spekulacyjnej. Ceny mieszkań będą rosnąć, ale wolniej

Za cztery lata przeciętne ceny nowych mieszkań wzrosną do ponad 10 tys. zł za m kw. Wzrost cen będzie jednak coraz słabszy. W 2020 r. wyniesie 8,4 proc., ale w 2023 r. będzie na poziomie 5,0. Na rynku nie ma bańki spekulacyjnej.

Co spowoduje osłabienie tempa wzrostu cen? Stopa bezrobocia będzie kształtowała się w najbliższych latach w lekkim trendzie wzrostowym (do końca 2021 r. zwiększy się o 0,3 pkt. proc. a do końca 2023 r. o 1 pkt. proc.). Taka tendencja będzie wynikała m.in. z oczekiwanego spowolnienia wzrostu gospodarczego powiązanego z cyklem w absorbcji środków unijnych i spadku zatrudnienia związanego częściowo z silnym wzrostem płacy minimalnej. W kontekście popytu gotówkowego na mieszkania oznacza to nieznaczne spowolnienie jego wzrostu.

W warunkach pogarszającej się sytuacji makroekonomicznej i malejącego zasobu oszczędności, trudno oczekiwać, że dwucyfrowe tempo wzrostu popytu gotówkowego na mieszkania zostanie utrzymane, choć stopy procentowe pozostaną w najbliższych latach na niezmienionym poziomie, co będzie sprzyjać inwestycjom w mieszkania będących alternatywą dla nisko oprocentowanych depozytów bankowych.

Spójne z założeniem o wolniej rosnącym popycie zarówno ze strony gospodarstw domowych, jak i inwestorów długoterminowych jest przyjęcie założenia, że coraz mniej Polaków będzie oczekiwać, że „ceny domów nigdy nie spadają”. Choć rynek mieszkaniowy jest typowym rynkiem cyklicznym, to obecnie niemal połowa Polaków właśnie tak uważa.

– W mojej prognozie zakładam, że tempo wzrostu cen mieszkań na rynku pierwotnym obniży się do 8,4% r/r w 2020 r. i w kolejnych latach będzie znajdować się w trendzie spadkowym osiągając poziom 5,0% w 2023 r. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski. – Oznacza to, że przeciętna cena transakcyjna w siedmiu największych miastach zwiększy się z 8,2 tys. zł w IV kw. 2019 r. do 10,7 tys. za m kw. na koniec 2023 r.

Powody silnego styczniowego wzrostu inflacji

O niskiej inflacji musimy zapomnieć. W każdym miesiącu tego roku będzie wyższa od celu inflacyjnego. Najważniejszą przyczyną jest bardzo wysoki wzrost płacy minimalnej, czyli jej wzrost jest sztucznie wywołany i nie powinien być aż takim zaskoczeniem.

W ostatnich latach przywykliśmy do niskiego wzrostu cen, a wcześniej nawet ich spadku czyli deflacji. Inflacja 4,4 proc. jest powodem do niepokoju.

– Nie ma jednego powodu, tak silnego wzrostu inflacji. Jednak są trzy czynniki szczególnie istotne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Po pierwsze, to efekt niekorzystnych warunków pogodowych, które przełożyły się na wzrost cen warzyw i owoców. Ten efekt inflacji będzie widoczny jeszcze przez kilka miesięcy.

Drugą przyczyną jest tzw. efekt środowiskowy. Coraz więcej płacimy za ochronę środowiska. Podwyżki cen energii są związane z wzrostem cen prawa do emisji CO2. Podrożały też bardzo opłaty za wywóz śmieci, bo koszty ich segregacji bardzo wzrosły. – Ta wyższa inflacja jest trochę śmieciowa – komentuje ekspert XTB. – Powinniśmy się przyzwyczajać do tego, że ekologia kosztuje.

Kolejną przyczyną jest dobra koniunktura gospodarcza przy niskim bezrobociu i wysokim wzroście płacy minimalnej. Do 2 600 zł od stycznia, co jest rekordowym wzrostem, bo o 350 zł. Z powodu wzrostu płacy minimalnej zaczynają szybko rosnąć koszty usług, a firmy podnoszą ceny swych usług.

– Inflacja jest na niepokojąco wysokim poziomie, a co dalej? Wpływ podwyżek opłat za śmieci na inflację potrwa jeszcze kilka miesięcy, ale zniknie w przyszłym roku. Mielibyśmy pecha, gdyby był to kolejny niekorzystny rok dla uprawy warzyw i owoców. Natomiast trzecia z przyczyn wysokiej inflacji będzie się utrzymywać. I dlatego przewiduję, że w każdym miesiącu tego roku inflacja będzie się utrzymywać powyżej celu inflacyjnego – przewiduje dr P.Kwiecień.

Wola przejmuje prowadzenie w warszawskiej sztafecie biurowej

Służewiec biznesowy próbuje dotrzymać kroku warszawskiej Woli, która obrasta biurowymi wieżami.

Warszawskie biura skupione są przede wszystkim w trzech dzielnicach – na Mokotowie, w Śródmieściu i na Woli. Na ich terenie zlokalizowane jest około 75 proc. zasobów biurowych miasta. Największe warszawskie obiekty biurowe, o powierzchni przekraczającej 30 tys. mkw. oferują ponad jedną czwartą powierzchni, jaką dysponuje stołeczny rynek. Struktura podaży zmienia się jednak dynamicznie, bo na terenie aglomeracji realizowanych jest kilkanaście projektów wielkoskalowych, w większości w centralnym obszarze miasta, które wejdą na rynek w tym i przyszłym roku.

Najwięcej biurowców rośnie w rejonie ronda Daszyńskiego. I niedługo to właśnie ten obszar przejmie biurową palmę pierwszeństwa w Warszawie. Centrum miasta zapełnia się szklanymi wieżami, wśród których znajdzie się też najwyższy budynek, nie tylko w stolicy, ale i w Unii Europejskiej. Wieża Varso Tower, powstająca w pobliżu Dworca Centralnego z iglicą mierzyć będzie 310 metrów. Wysokościowiec wraz z dwoma niższymi wieżowcami realizowany jest w ramach inwestycji Varso Place, która dostarczy łącznie 144 tys. mkw. powierzchni.

Wolskie wysokościowce

W rejonie ronda Daszyńskiego, na tzw. bliskiej Woli, którą od Śródmieścia dzieli aleja Jana Pawła II w budowie jest kilka kolejnych wież biurowych. Do końca 2021 roku na tym obszarze zostanie oddanych do użytkowania kilka inwestycji, w których powstają wysokościowce. Na rynek wejdą takie projekty jak The Warsaw Hub, Warsaw Unit, Skyliner, Warsaw Unit, Spark, Mennica Legacy Tower, Generation Park, a w 2022 roku ma zostać ukończona również wieża biurowa SKYSAWA budowana przy rondzie ONZ. Poza tym, w tej części miasta realizowanych jest także kilka ciekawych inwestycji, wśród których wymienić można biurowiec Chmielna 89, czy kompleks Lixa oraz multifunkcyjne projekty Browary Warszawskie, czy Fabrykę Norblina.

Nowe obiekty wraz z istniejącymi już w okolicy ronda Daszyńskiego, nowoczesnymi budynkami biurowymi utworzą największy w Warszawie hub biurowy, który pod względem standardu oferowanej powierzchni nie będzie miał sobie równych. Wielkością oferty nowe centrum biznesowe będzie zaś dorównywało zasobom Służewca Przemysłowego, który dzięki swojej kubaturze wciąż jest największą strefą biurową w Warszawie i w Polsce. To zagłębie dziś się już jednak nie rozwija. Poza budynkiem u zbiegu ulic Marynarskiej i Taśmowej, który będzie siedzibą firmy DSV, na jego terenie nie są prowadzone żadne inwestycje biurowe.

Służewiec w transformacji

Niemniej, monofunkcyjne jeszcze do niedawna mokotowskie zagłębie biurowe, skupiające 1,1 mln mkw. powierzchni, od pewnego czasu sukcesywnie zmienia swój charakter, by stać się na powrót atrakcyjnym dla najemców. Służewiec konsekwentnie odchodzi od typowo biurowego charakteru. Poprzez zmianę funkcji niektórych budynków i wprowadzanie inwestycji mieszkaniowych oraz hotelowych, a także dodatkowych usług i atrakcji, jak park linearny, czy amfiteatr chce stać się ciekawą lokalizacją także po godzinach pracy.

Pierwszy hotel – Hampton by Hilton Mokotów otworzył się na Służewcu w 2018 roku. Niedawno przy ulicy Postępu oddany został hotel Holiday Inn Express Mokotów, a przy Woronicza gości powita Focus Hotel Premium. Kolejne dwa obiekty hotelowe – Moxy & Residence Inn i  Holiday Inn Warsaw Mokotów są w fazie planowania. Według szacunkowych danych, po ich oddaniu ten obszar będzie miał do zaoferowania około 1600 miejsc hotelowych.

Na Służewcu przewidziane są też nowe inwestycje mieszkaniowe. Zakup przez Echo Investment czterech biurowców oraz gruntów na terenie kompleksu Empark wiąże się bowiem z zapowiedziami realizacji w ich miejsce osiedla mieszkaniowego. W ostatnich latach oddane zostało na tym terenie około 3,9 tys. mieszkań. W planowanych dziś inwestycjach powstać ma podobna ich ilość

Zmiany zachodzą też w samych budynkach biurowych, których właściciele chcą zaoferować podobne udogodnienia, jakie zapewniają biurowce w centrum miasta. Modernizacji poddane zostały m.in. Tulipan House, Park Postępu, Horizon, Adgar Plaza One, Adgar Wave, Innova i Signum Work Station (dawne Trinity Park II i III), czy budynki przy Cybernetyki 7 i 7a.

Rekordowy popyt na warszawskie biura

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

Tymczasem powierzchnia biurowa w Warszawie rozchodzi się na tak zwanym pniu. Największe zainteresowanie najemców budzą biura zlokalizowane w centralnym obszarze miasta. Jak podaje Walter Herz, w 2019 roku w wolumen najmu na rynku warszawskim kolejny raz osiągnął rekordową wartość, a jego chłonność jest dziś najwyższa w historii. – W minionym roku w Warszawie wynajęte zostało prawie 880 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na około jedną czwartą z tej powierzchni zawarte zostały umowy przednajmu. Wyraźnie widoczny jest wzrost udziału tego typu kontraktacji w wolumenie najmu. Coraz więcej firm zgłasza też zapotrzebowanie na wynajem dużych powierzchni, przekraczających 10 tys. mkw. Ubiegły rok przyniósł również bezprecedensowe umowy, w których zakontraktowane zostało po ponad 40 tys. mkw. biur. Na rynku widoczna jest kompresja zachęt oferowanych przez właścicieli budynków. Duży popyt na powierzchnię  powoduje, że najemcy zdecydowanie wcześniej, nawet na 2-3 lata przed zakończeniem umów najmu zaczynają analizować możliwości rynkowe, by móc podjąć najkorzystniejszą decyzję i albo renegocjować kontrakt, albo zmienić biuro – zauważa Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

Mała dostępność gotowych biur sprawia, że firmy znacznie częściej niż wcześniej decydują się na rezerwacje powierzchni w powstających biurowcach. W Warszawie w budowie jest ponad 850 tys. mkw. biur. Większość tej powierzchni oddana zostanie w tym i przyszłym roku. Według danych Walter Herz, w 2019 roku na warszawski rynek weszło natomiast zaledwie nieco ponad 160 tys. mkw.

– W najbliższej perspektywie prawdopodobnie będziemy mogli obserwować w Warszawie kolejne rynkowe rekordy. Tym razem związane, nie tylko z popytem, ale także podażą. W tym roku zasoby biurowe stolicy mogą wzrosnąć o 450 tys. mkw. powierzchni, a przyszły rok powinien przynieść kolejne 400 tys. mkw. nowych biur. Wielkość nowej podaży zależeć będzie od tego, czy budowy zakończą się w zakładanym terminie. Ponadprzeciętna nowa podaż nie zachwieje jednak równowagi na warszawskim rynku, bo cieszy się on dużym powodzeniem międzynarodowego biznesu. Wysokiej klasy biura w najnowocześniejszych obiektach szybko znajdują najemców – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Według danych Walter Herz, współczynnik pustostanów w centrum Warszawy nie przekracza aktualnie 5 proc. Poza obszarem centralnym spadł zaś do poziomu około 9 proc. Wolnych powierzchni jest też mniej na Mokotowie. Mimo, że Służewiec Przemysłowy nadal charakteryzuje najwyższym współczynnikiem pustostanów na rynku warszawskim, transformacja i poprawa infrastruktury komunikacyjnej w tej części miasta znacznie podniosła jednak jego atrakcyjność. Obecne tam firmy częściej decydują się na przedłużanie umów najmu. Motywują do tego również oferowane w tym rejonie, niższe stawki czynszowe niż w centrum miasta, które kształtują się w przedziale 13,0 – 14,5 euro/mkw.

Bank Chin postanowił obniżyć stopy procentowe pomimo gwałtownie rosnącej inflacji

Czasem może się wydawać, że gospodarka chińska nie stosuje tych samych reguł, co gospodarki większości państw na świecie. Teraz właśnie Bank Chin postanawia obniżać stopy procentowe pomimo gwałtownie rosnącej inflacji. Obniżka na szczęście wyniosła zaledwie 0,1%.

Chiny obniżają stopy procentowe

Decyzja Banku Chin była swoistym zaskoczeniem dla rynku. Część analityków przewidywała, co prawda, że spowolnienie gospodarcze skłoni władze do stymulacji wzrostu PKB tańszym kredytem. Dane o inflacji za styczeń powodowały jednak, że głośno mówiło się o wstrzymaniu tych oczekiwań. W ciągu miesiąca inflacja wzrosła o 0,9% i osiągnęła 5,4%. To najwyższy poziom od końca 2011 roku i ponad dwukrotność średniej ostatnich lat. Mimo tego zdecydowano się na obniżkę. Zgodnie z przewidywaniami obniżka stóp procentowych osłabiła juana. Ruch ten jest korzystny, gdyż stymuluje eksport, nie zmienia to faktu, że wielu obserwatorów zastanawia się, co dalej stanie się z inflacją.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Analitycy spodziewali się symbolicznego spadku produkcji przemysłowej o 0,1% w skali roku. Tak źle jednak nie było i wskaźnik rośnie o 1,1%. Warto jednak pamiętać, że rok temu było to 3,8% i dane te również nie budziły entuzjazmu. Mamy zatem specyficzną sytuację, gdzie dochodzi do publikacji lepszych od oczekiwań danych, a złoty i tak traci na wartości. Od rana euro podrożało z poziomu 4,27 zł do 4,28 zł.  

Dobre dane z amerykańskiego rynku nieruchomości

Wczoraj opublikowano dane na temat budowy nowych domów w USA. Zarówno pozwolenia, jak i rozpoczęte budowy nowych domów wypadły lepiej od oczekiwań analityków. Różnica ta wyniosła od 6-9% zatem była istotna. Inwestycje w nieruchomości są ważnym barometrem gospodarki, to w końcu od kryzysu kredytów hipotecznych rozpoczął się kryzys 2008 roku. Dane te pozwoliły utrzymać relację 1 dolara i 8 centów za euro. Oznacza to, że od początku roku cena euro wyrażona w dolarze wzrosła o 4 centy. Z tego też powodu, przy w miarę stabilnej cenie eurodolar podrożał od początku roku o około 15 groszy.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Co czeka branżę IT w 2020 roku? – Piotr Kawecki, prezes zarządu w ITBoom

Rok 2019 był dla całej branży bardzo udany. Na pewno czynnikiem sprzyjającym jest dynamiczny rozwój wszystkich sektorów, a co się z tym wiąże, rosnące potrzeby inwestowania w nowe technologie. Spadek bezrobocia oraz jednoczesny wzrost zapotrzebowania na nowych pracowników wymaga od przedsiębiorców szukania alternatywy do tworzenia nowych miejsc pracy. Jedną z nich jest automatyzacja niektórych procesów. Dzieje się to już na wielu płaszczyznach, począwszy od działów produkcji, dystrybucji, logistyki, aż po administrację i pracę biurową. W tym ostatnim obszarze mówimy na przykład o automatyzacji obrotu i akceptacji dokumentów wewnętrznych, czy rejestracji czasu pracy celem jeszcze lepszej optymalizacji. Z roku na rok nasza praca przekłada się na coraz bardziej wymierne korzyści dla klientów.

Rok 2019 zdecydowanie możemy zaliczyć do udanych dla naszej firmy. Ze względu na coraz większą liczbę Klientów, z którymi współpracujemy powiększyliśmy zespół zarówno o doświadczonych specjalistów, jak i o osoby, które rozpoczynają swoja drogę zawodową. Rok 2019 upłynął również pod hasłem szkoleń, kursów i szeroko pojętego poszerzania wiedzy. IT to branża, w której nieustannie trzeba się uczyć.

Warto wspomnieć także o projektach, które przekładają się na jakość pracy i dużo lepszy przepływ informacji w przedsiębiorstwach. Projektem zrealizowanym w 2019 roku, z którego jesteśmy najbardziej dumni, jest wdrożenie u jednego z naszych kontrahentów z branży produkcyjnej rozwiązania e-commerce do komunikacji zewnętrznej z siecią sprzedaży.

2020 będzie czasem chmury

Według wszelkich analiz w 2020 roku największą perspektywą rozwoju będą miały rozwiązania chmurowe, które w Polsce są warte już ponad 312 mln USD. W naszym kraju, ten sektor będzie rosnąć pięć razy szybciej niż usługi czy sprzedaż hardware’u. Dotychczas jedną z głównych barier rozwoju chmury były obawy związane z wyciekiem danych i wiązane z nimi obostrzenia prawne. Obecnie prawo w tej kwestii zostało uporządkowane, a wdrożone rozwiązania spełniają najwyższe standardy ochrony przechowywanych i wymienianych danych. Wyraźnie zachęca to firmy do korzystania z tego rodzaju rozwiązań. Branża finansowa, produkcja, dystrybucja i sprzedaż to główne sektory, w których widzimy duży potencjał. Firmy z tych branż zaczynają dużo mocniej niż dotychczas inwestować w rozwiązania IT. Najwidoczniej rysującym się trendem jest wielopłaszczyznowość wdrożeń. Do niedawna standardem była realizacja projektu w jednym konkretnym dziale przedsiębiorstwa. Teraz widzimy konieczność tworzenia rozwiązań zespalających całe procesy, od działu produkcji, automatyzacji pracy np. urządzeń spiętych w IoT, po zarządzanie finansami i księgowość. W każdym z tych obszarów rozwiązania informatyczne zapewniają usprawnienia, które czynią pracę tańszą, efektywniejszą i precyzyjniejszą. Warto wspomnieć o działach sprzedaży, które wspierane są obecnie od momentu pozyskania klientów do obsługi posprzedażowej, serwisowej i gwarancyjnej. Mamy do tego naprawdę mnóstwo narzędzi, takich jak krojone na miarę aplikacje mobilne, korzystające z rozwiązań chmurowych. IT nakierowane do wewnątrz struktur danej organizacji może także uprościć wiele procedur, np. w działach HR. Wdrożenie odpowiednich aplikacji do zarządzania zadaniami i projektami, to kolejne obszary usług jakie będą się wciąż świetnie sprzedawały w 2020 roku.

Sztuczna inteligencja i bezpieczeństwo

W perspektywie najbliższych lat bezpieczeństwo będzie kluczowym obszarem. Sztuczna inteligencja, która obecnie bardzo dynamicznie się rozwija, dzięki procesowi samouczenia się, będzie mogła przewidywać potrzeby użytkowników aplikacji czy wyłapywać niestandardowe zachowania. Już dzisiaj odpowiednie oprogramowanie zarządza i pomaga kontrolować ryzyko np. przy ocenie wniosków kredytowych czy określeniu zdolności kredytobiorcy. To co jeszcze 4-6 lat temu było odległą przyszłością, dzisiaj jest wdrażane jako narzędzie podstawowe. Dzisiaj autoryzacja w aplikacji mobilnej oraz potwierdzenie zawarcia umowy skanem twarzy to rozwiązania stosowane praktycznie na co dzień w wielu instytucjach. Biometria jest tak powszechna, że nikt nie określa jej mianem science fiction. Przyszłość branży to zapewne bezpieczne rozwiązania IT, chroniące naszą tożsamość czy procesy biznesowe, ale jednocześnie pozwalające nam wykonywać dany proces szybciej i o wiele skuteczniej niż dotychczas.

Jeśli spojrzymy na rynek globalnie, to na rynku IT panuje nieustające trend odchodzenia od korporacji w kontekście innowacji. Takie firmy jak HPE, Google czy Microsoft wytwarzają wewnątrz własnych struktur tzw. startupy. Są to spółki zależne, pełniące de facto funkcję działów, które są całkowicie wyjęte spod korporacyjnych struktur. Pozwala to tym zespołom na dużo swobodniejsze działanie w kontekście wytwarzania całkowicie nowych, innowacyjnych technologii. Prekursorem takiego podejścia jest Google, Amazon oraz Apple. Firmy te od dawna stawiały na innowacje. Takie podejście, w opinii wielu ekspertów i mojej, znacznie przyczyni się w kolejnych latach do powstawania nowych rozwiązań IT, jeszcze bardziej innowacyjnych niż te, z których korzystamy dzisiaj. Przełomem jest także dostępność korporacyjnych technologii IT w chmurowym modelu abonamentowym. Dzisiaj wiele rozwiązań, do niedawna dostępnych w ramach skomplikowanych wdrożeń rozpisanych na wiele miesięcy, a nawet lat, jest na wyciągniecie ręki sektora MŚP. Technologie takie jak Microsoft Azure, Amazon Web Services, Google Cloud Platform stale tanieją i robią się bardziej dostępne dla dużo szerszego grona odbiorców.

Jak wygląda leasing samochodów z zagranicy?

Leasing stanowi niezwykle popularną formę finansowania zakupu aut. Choć większość użytkowników decyduje się na samochody dostępne na rynku krajowym, coraz częściej ich zainteresowanie kierowane jest w stronę używanych samochodów z zagranicy. Jak wygląda proces leasingu tego typu pojazdów? Do kogo konkretnie kierowana jest taka forma współpracy? Czego od leasingu oczekują klienci? Na te pytania odpowiada Piotr Aleksin, ekspert platformy CarForFriend.pl.

Leasing pozwala na pozyskanie nowego lub używanego samochodu i oddanie go do użytku osobie prywatnej lub firmie w ograniczonym zakresie przez daną instytucję finansującą. Jak mówi Piotr Aleksin, z punktu widzenia osoby prowadzącej działalność gospodarczą, taka forma sfinansowania zakupu samochodu jest dla przedsiębiorców najbardziej atrakcyjna, gdyż pozwala na maksymalną optymalizację kosztów – po wygaśnięciu umowy, użytkownik samochodu może go wykupić, oddać leasingodawcy lub po prostu uzyskać nowy model, bez utraty czasu na czynności związane ze sprzedażą pojazdu lub załatwianiem formalności w urzędach i ubezpieczalni. Choć w Polsce w największej ilości brane są w leasing pojazdy dostępne na rynku krajowym, użytkownicy coraz częściej poszukują możliwości leasingu samochodów z zagranicy. Czy taki zakup jest możliwy? Jak przebiega proces leasingu tego typu pojazdów?

Jak leasingować?

Jak tłumaczy ekspert, leasing aut z zagranicy jest jak najbardziej możliwy, jednak zanim przystąpi się do tego procesu, trzeba wziąć pod uwagę kilka ważnych kryteriów: „Po pierwsze, auto nie może być starsze niż 10 lat na koniec okresu leasingu. Ważne jest, aby wziąć też pod uwagę relatywnie rozsądny przebieg pożądanego przez nas samochodu. Musi mieścić się on w granicach raczej do 120 tys. km.  na początku okresu leasingu. Spełniając te wymogi, takie zagraniczne auto w zależności od preferencji użytkownika można wziąć w leasing finansowy lub operacyjny, gdzie standardowy czas trwania umowy wynosi 3 do 5 lat.”

A jak przebiega procedura leasingowa takiego pojazdu z zagranicy? „Po wybraniu przez użytkownika konkretnego samochodu my jako Dostawca przedmiotu leasingu weryfikujemy stan i historię pojazdu za granicą. Jeśli wszystko z autem jest O.K. to przystępujemy do procedury leasingowej, wysyłając zapytanie do współpracującego z nami leasingodawcy. Weryfikuje on podmiot, który chce skorzystać z leasingu, a gdy daje zielone światło na dalsze procedowanie, wystawiamy fakturę proformę. My jako spółka kupujemy auto, a klient podpisuje umowę leasingową. Po tej czynności następuje rejestracja samochodu oraz odbiór pojazdu.” – wyjaśnia Piotr Aleksin dodając także, że w przypadku obowiązku rejestracji leasingowanego samochodu czy jego przeglądów, kwestie te reguluje już dana umowa leasingowa – „W zdecydowanej większości przypadków, rejestracji pojazdu dokonuje właściciel samochodu, czyli leasingodawca. Kwestię przeglądów i utrzymania przedmiotu leasingu w należytym stanie pozostawia się leasingobiorcy, ale i to reguluje za każdym razem umowa”.

Co przemawia „za”?

Choć leasing istnieje na rynku motoryzacyjnym od dłuższego czasu, w przypadku samochodów używanych z zagranicy jest to pewnego rodzaju nowość. Jak mówi ekspert CarForFriend.pl, dopiero od niedawna firmy leasingowe zauważyły potencjał w rynku importowanych, zagranicznych samochodów, na które co roku zwiększa się popyt: „Mówiąc o leasingu zagranicznych używanych aut, trzeba wspomnieć o idących za nim korzyściach po stronie leasingobiorcy. Wybierając auto na rynkach Europy Zachodniej, przed użytkownikiem nie tylko pojawiają się lepsze oferty cenowo, ale także ma do dyspozycji zdecydowanie większe portfolio dostępnych modeli niż w Polsce. Zlecenie wyboru auta do leasingu przez CarForFriend.pl daje dodatkowo spokój, ponieważ to importer sprawdza i weryfikuje pojazd oraz przygotowuje przedmiot leasingu dokumentowo do rejestracji w Polsce. 

Piotr Aleksin dodaje również, że użytkownicy decydujący się na tego typu zakup przez platformę CarForFriend mogą spodziewać się również sprawności całości procesu, uproszczonych procedur i pozostawienia formalności związanych z tym całym działaniem po stronie leasingobiorcy.

Diesel w odwrocie. Hybrydy sprzyjają elektryfikacji

Rok 2019 był kolejnym rokiem wzrostu sprzedaży samochodów na europejskim rynku, wynika z raportu firmy analitycznej JATO Dynamics. Europie udało się utrzymać dobre tempo mimo spadków na dwóch największych rynkach motoryzacyjnych świata – w Chinach i USA. Zanotowano również rekordową sprzedaż SUV-ów i samochodów zelektryfikowanych. Ale eksperci studzą emocje.

Kolejny rok wzrostów

W 2019 roku w Europie zarejestrowano 15 757 412 samochodów osobowych, o 1,1% więcej niż rok wcześniej – podają eksperci firmy analitycznej JATO Dynamics. To najwyższy wynik w ciągu ostatnich 12 lat. Taki rezultat wyróżnia się na tle dwóch największych rynków motoryzacyjnych świata, które zanotowały w 2019 roku wyraźne straty. W Chinach sprzedaż samochodów spadła o 8%, a w Stanach Zjednoczonych zmniejszyła się o 2%.

Europejskim liderem są Niemcy. U naszych zachodnich sąsiadów zarejestrowano w 2019 roku 3,611 mln aut. Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania z wynikiem 2,312 mln egzemplarzy, a kolejna jest Francja, z której salonów wyjechały 2,202 mln samochodów. W pierwszej piątce zmieściły się również kolejno Włochy i Hiszpania.

Polska goni czołówkę

Wysoką, szóstą pozycję zajęła Polska. W ubiegłym roku nad Wisłą zarejestrowano 556 000 nowych aut. To wzrost o 4,4% względem 2018 roku i historyczny rekord.

Taki wynik pozwolił nam wyprzedzić takie kraje jak Belgia, Holandia, Szwecja czy Austria.

Eksperci JATO podkreślają jednak, że za wzrost europejskiego rynku motoryzacyjnego odpowiada w dużej mierze wysoka sprzedaż w grudniu, wynikająca z obaw przed bardziej restrykcyjnymi normami emisji oraz wyższymi cenami samochodów w 2020 roku. Potwierdzeniem tego są rejestracje samochodów od stycznia do listopada 2019 roku, które w rzeczywistości były o 0,4% niższe niż w tym samym okresie rok wcześniej.

car_regs__by_fuel_typeDiesel w odwrocie, napędy elektryczne w natarciu

W ubiegłym roku Europejczycy wybierali głównie samochody napędzane silnikami benzynowymi – 59% zarejestrowanych aut wyposażono w napęd tego typu. Niemal dwukrotnie mniejszy udział w rynku zanotowały pojazdy z jednostkami wysokoprężnymi – 31%. Warto dodać, że jeszcze w 2011 roku diesle mogliśmy znaleźć pod maskami 55% aut sprzedawanych w Europie.

Samochody zelektryfikowane stanowiły natomiast 8% europejskiego rynku. Łączna sprzedaż samochodów napędzanych przynajmniej po części z użyciem energii elektrycznej wyniosła 1,28 mln sztuk. To o 35% egzemplarzy więcej, niż w 2018 roku. Eksperci JATO podkreślają, że Europa urasta dzięki temu do miana najważniejszego rynku dla samochodów zelektryfikowanych zaraz po Japonii.top_selling_evs_europe_2019___jato

Toyota liderem elektryfikacji

Europejskiemu rynkowi samochodów zelektryfikowanych nadal przewodzą hybrydy, które w 2019 roku stanowiły 56% tego segmentu. A liderem wśród producentów hybryd jest niezmiennie Toyota, która wraz z bliźniaczym Lexusem dostarczyła aż 70% aut tego rodzaju.

Najpopularniejszym modelem zelektryfikowanym w Europie jest nowa Toyota Corolla, która wraz ze znikającym z rynku Aurisem zanotowała sprzedaż w wysokości 124 453 egzemplarzy, a więc wzrost o 44%. Kolejne miejsca również zajęły samochody hybrydowe Toyoty – crossover C-HR oraz miejski hatchback Yaris. W najlepszej dziesiątce znalazła się również Toyota RAV4. Eksperci JATO podkreślają ponadto, że tylko Toyota i Tesla są producentami, których sprzedaż składa się w ponad połowie z aut zelektryfikowanych.

W 2019 to właśnie Tesla była producentem najpopularniejszego samochodu z napędem wyłącznie elektrycznym w Europie. Taki tytuł należy do Modelu 3, którego rejestracje wyniosły 94 495 egzemplarzy. Auta z napędem wyłącznie elektrycznym stanowiły w ubiegłym roku 28% rynku samochodów zelektryfikowanych na Starym Kontynencie. A hybrydy plug-in zajęły pozostałe 16%.

Rekordowa popularność SUV-ów

Na uwagę zasługuje również nieustannie rosnąca sprzedaż SUV-ów. Samochody z tym nadwoziem stanowiły ponad 38% aut kupionych przez Europejczyków w ubiegłym roku. Co więcej, po raz pierwszy liczba SUV-ów zarejestrowanych w Europie przekroczyła próg 6 mln – wyniosła 6 030 481 egzemplarzy.

SUV jest oczywiście najchętniej wybieranym rodzajem nadwozia na Starym Kontynencie. Drugie w kolejności są samochody subkomapaktowe (19%), a dalej kompakty (17%) oraz auta miejskie (7,5%). Warto dodać, że ponad połowę – 58% – samochodów w Europie zarejestrowano w 2019 roku na firmy. A to oznacza wzrost ich liczby o 4%.

Budżet UE na lata 2021-27 a sprawa polska

Wyniki rozpoczynającego się w czwartek unijnego szczytu dotyczącego budżetu na lata 2021–2027 wpłyną na gospodarczą przyszłość Polski. Zapowiadane znaczące zmniejszenie funduszy przypadających Polsce odbije się na polskim wzroście gospodarczym oraz sytuacji rodzimych przedsiębiorstw – uważają Pracodawcy RP.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej siłą rzeczy spowodowało okrojenie jej przyszłego budżetu. Na wielkości funduszy przypadających Polsce zaważą także inne okoliczności. Są to m.in. coraz większe uzależnienie transferów od wypełniania celów związanych z neutralnością klimatyczną oraz konflikty wokół przestrzegania praworządności. Tymczasem już jakiekolwiek ograniczenie unijnego finansowania będzie dla Polski złą wiadomością.

Fundusze strukturalne napływające z Unii Europejskiej to bardzo istotny element gospodarczego krwioobiegu Polski. Są przeznaczane na inwestycje infrastrukturalne, które w większości realizują polscy przedsiębiorcy korzystający z polskich pracowników. W rezultacie wzbogaca się nasza infrastruktura, rozwijają się nasze firmy, powstają nowe miejsca pracy, a państwo dodatkowo może cieszyć się z wyższych wpływów podatkowych – tłumaczy wiceprezydent Pracodawców RP Piotr Kamiński.

Budżet z lat 2014-2020 przyniósł Polsce 105,8 miliarda euro, czyli według obecnego kursu euro ponad 451 miliardów złotych. To więcej niż nasz tegoroczny budżet, który niedawno został przyjęty przez Sejm. Z tej kwoty Polska wykorzystała do końca 2018 roku 22 proc. środków.

W sytuacji spowolnienia gospodarczego ogarniającego Europę można się spodziewać, że negocjacje potrwają długo i będą obfitować w ostre starcia – przewiduje Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP. – Państwa będące płatnikami netto będą dążyć każdym sposobem do zmniejszenia swoich wydatków. Państwa otrzymujące więcej niż wpłacają – takie jak Polska – będą próbować ochronić swoje interesy. Do tego dojdą dążenia krajów zaawansowanych technologicznie do przesunięcia ciężaru finansowania z polityki spójności na wspieranie innowacyjności – mówi ekspert.

Dla Polski najkorzystniejsze byłoby zachowanie dotychczasowych kluczy podziału środków unijnych. Jest jednak pewne, że zostaną one w jakimś stopniu zmodyfikowane, m.in. przez uwzględnienie ogłoszonego przez UE „Green Dealu”, czyli zasad polityki klimatycznej. A to oznacza, że Polska musi się liczyć z cięciami.

Każde zmniejszenie tych funduszy odbije się na polskich przedsiębiorcach, a tym samym odczuje to całe społeczeństwo. Powinniśmy więc zrobić wszystko, by wartość wsparcia unijnego nie zmniejszyła się. Wiele jest jeszcze do zrobienia w polskiej infrastrukturze, aby w pełni wykorzystać polski potencjał dla wzrostu całej Unii Europejskiej! – podkreśla Piotr Kamiński.