Prawa pasażerów linii lotniczych zagrożone przez stronniczy raport

  • Raport proponuje stworzenie nierównych warunków działania, sprzyjających tanim liniom lotniczym takim jak Ryanair oraz pasażerom klasy biznes, kosztem regularnych podróżujących.
  • Głównymi uczestnikami przeprowadzonego badania nad prawami pasażerów są linie lotnicze lub inne podmioty silnie stronnicze w stosunku do nich.
  • Wprowadzenie sugerowanych zmian praktycznie zakończyłoby ochronę praw pasażerów linii lotniczych w Unii Europejskiej.
  • Nowelizacja przepisów przyniosłaby korzyści jedynie liniom lotniczym i negatywnie odbiła się na ponad 900 milionach podróżujących rocznie drogą powietrzną.

W styczniu br. został opublikowany raport „Badania nad obecnym poziomem ochrony praw pasażerów linii lotniczych w Europie”, przygotowany na zlecenie Komisji Europejskiej przez firmę konsultingową Steer. W dużym stopniu może on wpłynąć na kierunek podejmowanych zmian w unijnych przepisach i mieć negatywne oddziaływanie na obowiązujące, przyjazne pasażerom Rozporządzenie (WE) 261/2004.

Decydujący wpływ na kształt raportu mieli wybrani do badania respondenci, pośród których znalazły się głównie linie lotnicze oraz instytucje je reprezentujące. W ich interesie jest natomiast dyskredytacja obowiązujących przepisów i ograniczenie własnej odpowiedzialności wobec pasażerów. Warto zaznaczyć, że wykonanie raportu zostało zlecone krótko po publikacji raportu Trybunału Obrachunkowe UE, co może rodzić pytania dotyczące motywów Komisji Europejskiej.

Niezwykle rozczarowujące jest, że najsłabiej w raporcie Komisji Europejskiej reprezentowani są pasażerowie, których przecież jakiekolwiek zmiany wprowadzone w Rozporządzeniu (WE) 261/2004 dotkną najbardziej – komentuje prezes Stowarzyszenia Rzeczników Praw Pasażerów (APRA, Association of Passenger Rights Advocates), Adeline Nooderhaven.

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE chroni przed opóźnieniami i odwołaniami lotów ponad 900 milionów pasażerów rocznie podróżujących w Unii Europejskiej. Stanowi ono skuteczne rozwiązanie prawne, które pociąga linie lotnicze do odpowiedzialności za poważne zakłócenia w sytuacjach, gdy ich przyczyna leżała po stronie przewoźnika.

Efekt prawny Rozporządzenia (WE) 261/2004 odzwierciedlają dane za lata 2018 i 2019. Rok 2018 był rekordowy pod względem liczby zakłóceń uprawniających pasażerów do otrzymania odszkodowania[1]. Doświadczenia roku 2018 przełożyły się na wyższą punktualność i lepszą obsługę pasażera już w następnym roku i w efekcie – zgodnie z danymi statystycznymi APRA dot. lotów – spadek o 25,3% liczby odwołanych lotów oraz zmniejszenie liczby pasażerów, uprawnionych do odszkodowania o 22,6% w 2019 porównaniu do roku poprzedniego[2]. Ograniczenie zakresu uprawnień do odszkodowania obniży motywację linii lotniczych do poprawy jakości usług oraz zwiększy prawdopodobieństwo wystąpienia opóźnień[3]. Nie zaskakuje więc, biorąc pod uwagę narrację przewoźników, brak uwzględnienia w raporcie Steer danych z 2019 roku.

Linie lotnicze próbują stworzyć mylącą narrację, twierdząc, że nie stać ich na ponoszenie kosztów odszkodowań przyznawanych na podstawie Rozporządzenia (WE) 261/2004. Jednocześnie żadna linia nie ujawniła sumy, jaką wypłaciła w ramach odszkodowań. Tych kosztów można uniknąć poprzez lepsze radzenie sobie z punktualnością. Oczywiste jest, że wydatki związane z Rozporządzeniem nie zbliżają się nawet do wysokości, o jakiej przekonują nas przewoźnicy – komentuje Noorderhaven i dodaje:

Raport szczegółowo analizuje wszystkie znaczące bankructwa linii lotniczych i potwierdza, co już wiedzieliśmy: żadne z nich nie było spowodowane przez Rozporządzenie (WE) 261/2004. Koszty jakie ponoszą przewoźnicy są jedynie konsekwencją ich złego zarządzania, a przepisy realizują wizję Komisji Europejskiej, obejmującą zwiększenie wydajności i punktualności ruchu lotniczego w Europie.

Raport wymienia m.in. propozycję dotyczącą wprowadzenia korelacji między wysokością odszkodowania a ceną biletu lotniczego. Byłoby to jednak niesprawiedliwe i przyniosłoby korzyści przede wszystkim posiadaczom drogich biletów (pasażerowie klasy biznesowej często nie płacą za własne bilety), podczas, gdy czekający na lotnisku samotny rodzic z dzieckiem nie otrzymałby prawie nic w związku z posiadaniem najtańszego biletu.

 

Dla wszystkich, którzy dbają o równe i uczciwe traktowanie pasażerów, sugestia, że wysokość rekompensaty powinna zależeć od ceny biletu jest wysoce nieetyczna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że cena biletu nie stanowi całkowitego kosztu podróży poniesionego przez pasażera. Podróżni, którzy zasługują na odszkodowania będą poszkodowani. Co więcej, mniejsza wysokość odszkodowania zniechęci pasażerów do wypełnienia wniosku i uczyni przepisy Rozporządzenia nieefektywnymi. W rezultacie zyskają tanie linie lotnicze, już dzisiaj osiągające milionowe zyski. Będzie to równoznaczne z przyzwoleniem na jeszcze większe wykorzystywanie swoich pasażerów – wskazuje Noorderhaven.

To nie pierwsza próba osłabienia ochrony praw pasażera. Raport wskazuje także na możliwość podniesienie progu opóźnienia uprawniającego do odszkodowania z 3 do 5 godzin. Takie rozwiązanie jest bardzo niepopularna wśród obywateli UE – zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez ośrodek YouGov, tylko 3% wszystkich pasażerów w UE byłoby skłonnych zaakceptować taką zmianę[4]. Po jej wprowadzeniu linie lotnicze w większości przypadków nie musiałyby wypłacać rekompensat, a tym samym zniknęłaby zachęta do poprawy przez nie wyników i terminowości.

Innym kontrowersyjnym aspektem raportu przygotowanego przez Steer jest sugestia, że w związku z funkcjonowanie Rozporządzenia (WE) 261/2004, dodatkowy koszt dla linii lotniczych wynosi średnio 4,4 euro na każdy bilet. Jednak w samym raporcie jest już zaznaczone, że większość tej kwoty związana jest z koniecznością zwrotu opłaty za bilet i zapewnienia alternatywnego połączenia, nie wypłaty bezpośrednich odszkodowań pasażerom. Poniesienie tych kosztów jest jednak konieczne by dostarczyć usługi, za które pasażerowie zapłacili i proponowane zmiany do aktualnej wersji Rozporządzenia (WE) 261/2004 nie miałyby na nie wpływu. Pokazuje to całkowity brak zrozumienia, w jaki sposób działa ochrona praw pasażerów linii lotniczych. Dokonanie poprawnych obliczeń ujawnia, że koszt funkcjonowania Rozporządzenia wynosi średnio 1 euro na bilet[5].

Zgadzamy się, że niektóre elementy Rozporządzenia (WE) 261/2004 mogą wymagać przeglądu i uściślenia, byłoby jednak lekkomyślne narażać na szwank prawa ponad 900 milionów podróżnych rocznie poprzez wyciąganie wniosków ze stronniczego raportu, który nie zawiera danych z 2019 roku oraz nie uwzględnia korzyści, jakie czerpią linie lotnicze z unowocześniania systemów europejskiej kontroli powietrznej oraz infrastruktury portów lotniczych – podsumowuje Adeline Noorderhaven.

[1] Na podstawie danych dotyczące wszystkich odlotów z unijnych lotnisk w okresie od 1 stycznia 2016 do 31 grudnia 2017, które zostały porównane z danymi z tego samego region w roku 2018.

[2] Na podstawie danych dotyczących wszystkich odlotów z unijnych lotnisk w okresie od 1 stycznia 2018 do 31 grudnia 2019.

[3] Na podstawie argumentów zawartych w: Hinnerk Gnutzmann, Piotr Śpiewanowski, Consumer Rights Improve Service Quality: Evidence From EU Air Passenger Rights, CEPOB, 2018.

[4] Źródło: FAZ “Flugreisende wollen für kürzere Verspätungen Geld”, 05.06.2019.

[5] Źródło: http://www.passengerrightsadvocates.eu/wp-content/uploads/2019/12/APRA-EIC261.pdf

BIK – prognozy na rok 2020 i podsumowanie 2019 r. na rynku kredytowo-pożyczkowym

BIK podsumowuje kredytowo – pożyczkowy rok 2019 oraz prognozuje rok 2020, zapowiadając 75 mld kredytów konsumpcyjnych oraz powyżej 70 mld kredytów mieszkaniowych. W roku 2019 dzięki Platformie Antyfraudowej BIK przed wyłudzeniem ochroniono ponad 100 mln zł.

Choć rok 2019 charakteryzował się w gospodarce polskiej wysokim około 4% wzrostem PKB, któremu towarzyszył wzrost płac i wciąż rekordowo niski poziom stóp procentowych – czyli dobrym środowiskiem do zaciągania kredytów – był także, szczególne w swej drugiej połowie, naznaczony ryzykiem zbliżającego się spowolnienia gospodarczego. Wprawdzie lekkie spowolnienie stało się pod koniec roku faktem ale nie przełożyło się na spadek dynamiki wzrostu wartości zaciąganych przez Polaków kredytów konsumpcyjnych i mieszkaniowych w ostatnich miesiącach roku.

Rok 2019 wyróżnił się także bardzo wysoką dynamiką sprzedaży kredytów mieszkaniowych i kart kredytowych a także tym, że to właśnie w 2019 roku TSUE wydał dwa wyroki, które mają i będą mieć znaczenie obecnie, jak i w kolejnych latach zarówno dla rynku kredytów konsumpcyjnych jak i mieszkaniowych. Wartości portfela kredytów prywatnych i pożyczek pokazuje dominację kredytów mieszkaniowych, które stanowią 69% portfela, o wartości 460,1 mld zł i konsumpcyjnych – 23% udział o wartości 157,1 mld zł, przy niewielkim udziale kredytów ratalnych – 3%, kart kredytowych – 2%, limitów kredytowych -2% i pożyczek –1%.

Kredyty gotówkowe

Wpływ na wzrost liczby o 1,9% i o 4,9% wartości kredytów konsumpcyjnych, udzielonych w roku 2019, miały utrzymujące się niskie stopy procentowe, i wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz wydłużanie umownych okresów na jakie kredyty były udzielane. W 2019 r. banki oraz SKOK-i udzieliły łącznie 7,45 mln szt. kredytów konsumpcyjnych co w ujęciu wartościowym dało 88,66 mld zł. Prawie połowa wartości udzielonych kredytów gotówkowych związana jest z konsolidowaniem. Przełożyło się to na strukturę kredytów konsumpcyjnych – najwyższe dynamiki liczby udzielanych kredytów gotówkowych dotyczą kredytów wysokokwotowych powyżej 30 tys. (dynamika r/r wynosi tu 7%).

Niskokwotowe kredyty gotówkowe mają dynamikę ujemną. Obecnie ponad 41% udzielanych kredytów gotówkowych to kredyty powyżej 50 tys. zł. Wydłużył się także okres udzielania kredytu gotówkowego – wyniósł w 2019 roku 45,5 miesięcy, przy 23,1 miesiącach rzeczywistego okresu spłaty. 54% udzielonych w 2019 roku kredytów gotówkowych jest zawieranych na ponad 5 lat. Tendencja ta może zostać zahamowana w 2020 r. przez tzw. „małe TSUE” czyli wyrok unijnego trybunału dotyczący proporcjonalnego zwrotu prowizji w przypadku wcześniejszej spłaty pożyczki. Przy stałej liczbie kredytobiorców oznaczało to, że Polacy zaciągają coraz więcej wysokokwotowych kredytów gotówkowych w dużej mierze konsolidacyjnych.

– Jest to szczególnie ważne dlatego, że kredyty wysokokwotowe są najbardziej szkodowe i ściśle powiązane z długim okresem kredytowania – mówi Mariusz Cholewa, Prezes Zarządu BIK.

– Przy relacji kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB, która plasuje Polskę na trzecim najwyższym miejscu w Unii Europejskiej, wskaźnik ten, utrzymujący się już od kilku lat na poziomie 9%, nie będzie sprzyjał dalszym wzrostom w bieżącym roku.

Pożyczki pozabankowe

Łącznie w całym 2019 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły 2 745,1 tys. pożyczek na łączną kwotę 6,821 mld zł. W sprzedaży całego 2019 r. w ujęciu liczbowym dominują pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowią 38% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 000 zł miały 9% udział w sprzedaży. Najwyższa dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w całym 2019 r. dotyczyła przedziałów pożyczek niskokwotowych (< 1 tys. zł) i wynosiła (+4,8%) i z przedziału 2-3 tys. zł (+5,7%). W ujęciu wartościowym dodatnia dynamika pożyczek z tych dwóch przedziałów kwotowych wynosiła odpowiednio (+5,1%) i (+5,9%). Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym oraz wartościowym w całym 2019 w porównaniu do 2018 roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego powyżej 5 tys. zł odpowiednio: (-7,4%) oraz (-8,0%).

– Dla firm pożyczkowych rok 2019 był rokiem trudnym charakteryzującym się dużą niepewnością regulacyjną, co wstrzymało szereg decyzji inwestycyjnych i negatywnie wpłynęło na kwotę sprzedaży pożyczek – podkreśla Mariusz Cholewa.

– Dodatkowo poprawa sytuacji materialnej Polaków zmniejszyła popyt na pożyczki pozabankowe.

Przełożyło się to na wynik roku 2019 w którym firmy pożyczkowe udzieliły zaledwie o (+0,8%) więcej pożyczek niż w 2018 roku. W ujęciu wartościowym w 2019 r. udzielono finansowania na kwotę niższą
o (-3,5%) niż w poprzednim roku.

77% osób które korzystają z pożyczek jednocześnie posiada aktywne kredyty w sektorze bankowym. Łączna kwota zadłużenia tych pożyczkobiorców to 29,7 mld zł, ich najwyższe zadłużenie jest z tytułu kredytów gotówkowych – 15,8 mld zł. Kolejne to kredyty mieszkaniowe – tu zadłużenie pożyczkobiorców sięga 6,0 mld zł, na trzecim miejscu są ich pożyczki pozabankowe – 5,3 mld zł.

– Jakość spłaty tych zobowiązań w roku 2019 nie była najlepsza i może jeszcze się pogorszyć przy słabnącej koniunkturze – zauważa Mariusz Cholewa – szczególnie jeśli będzie się ona wiązała z kurczącym się rynkiem pracy i malejącymi realnymi dochodami (choćby ze względu na rosnącą inflację).

Kredyty mieszkaniowe

Optymistyczne prognozy Biura Informacji Kredytowej dotyczące sprzedaż kredytów mieszkaniowych w 2019 roku nie były aż tak optymistyczne jaką okazała się być rzeczywista sprzedaż. Ostrożność w prognozowaniu przez BIK liczby i wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych w 2019 r. wynikała również z faktu trudnego do oceny skutku braku funkcjonującego wcześniej programu wsparcia mieszkalnictwa MDM.

Na rynku kredytów mieszkaniowych mieliśmy w 2019 roku hossę i wskaźnik pokazujący relację zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych do PKB jeden z najniższych w UE – co daje przestrzeń dla dalszych wzrostów. W okresie 12 miesięcy 2019 r. banki udzieliły kredytów mieszkaniowych na kwotę 65,02 mld zł to jest o 14,9 % więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Hossa dotyczyła jednak głównie kredytów wysokokwotowych co związane było z rosnącymi cenami nieruchomości. Jakość spłaty kredytów mieszkaniowych była na wysokim stabilnym poziomie 0,78% na koniec grudnia 2019 r. (średnia wartość „Indeksu jakości portfela kredytów mieszkaniowych”).

– Może natomiast niepokoić to, że większość kredytów udzielanych jest nadal na zmienną stopę procentową oraz to, że kredyty wysokokwotowe charakteryzują się wyższym poziomem szkodowości – mówi Mariusz Cholewa.

– Wśród takich kredytobiorców jest bardzo dużo przedsiębiorców, co może znaczyć, że kredyty wysokokwotowe są przez nich brane na finansowanie działalności gospodarczej. Spowolnienie gospodarcze najbardziej dotknie mikroprzedsiębiorców, co w konsekwencji może wpłynąć na spadek ich dochodów a finalnie na nieterminowe regulowanie zobowiązań z tytułu zaciągniętego kredytu mieszkaniowego – dodaje Mariusz Cholewa.

– Dopóki mamy niskie stopy procentowe, dobrą sytuację gospodarczą, jakość kredytów mieszkaniowych jest bardzo dobra, ale istotne spowolnienie i wzrost stóp mógłby ją zmienić. Rata byłaby wtedy znacznie wyższa i mogłyby się pojawić problemy ze spłatą.

Wzrost wartości zaciąganych w roku 2019 kredytów mieszkaniowych wynikał w dużej mierze ze wzrostu średniej wartości udzielonego kredytu – o 10% (272,8 tys. zł). Wśród czynników pozytywnie wpływających na wysoki popyt i wysoką sprzedaż kredytów mieszkaniowych można wskazać rosnące dochody gospodarstw domowych, utrzymujące się niskie stopy procentowe i wzrost cen nieruchomości.

– Na rozwój rynku kredytów mieszkaniowych w 2020 roku wpływ będą miały przede wszystkim rosnące ceny nieruchomości. Wzrostom sprzyja także ciągle wysoki popyt oraz możliwy dalszy wzrost liczby osób traktujących zakup mieszkań jako alternatywę inwestycyjną – tłumaczy prezes Cholewa.

– Hamulcem mogą okazać się istotne braki zasobów gruntowych, które przełożą się na spadek liczby ofert deweloperów oraz zmiany w polityce kredytowej wynikające z prawdopodobnej zmiany cyklu kredytowego, które spowodują zmniejszenie dostępności i wzrost ceny kredytu.

Należy także pamiętać o wysokiej koncentracji na rynku kredytów mieszkaniowych, około 75% sprzedaży kredytów hipotecznych należy do 5 banków, co powoduje, że zmiana polityki kredytowej w jednym z nich może wpłynąć na ograniczenie podaży.

Platforma Antyfraudowa BIK ochroniła rynek kredytów w 2019 r. przed wyłudzeniem ponad 100 mln zł

Na wymierny postęp w dziedzinie zarządzania ryzykiem wyłudzeń w sektorze finansowym w Polsce przekłada się systemowa usługa BIK, której filary stanowią najnowsza technologia i innowacyjne podejście do zarządzania danymi – współdzielenie informacji o nadużyciach pomiędzy wszystkimi uczestnikami wspólnego systemu, co ma istotne znaczenie dla skutecznej ochrony przed nadużyciami.

Sercem stworzonego przez BIK systemu antyfraudowego, są nowatorskie technologie „Hunter” oraz „FraudNet” firmy Experian, światowego lidera usług informatycznych i zarządzania danymi. Rozwiązanie potwierdziło swoją skuteczność. Od czasu jego pierwszego uruchomienia, czyli od listopada 2017 r., Platforma Antyfraudowa BIK uchroniła już sektor bankowy przed wyłudzeniami na ponad 171 mln zł.

– Platforma Antyfraudowa BIK, to inicjatywa, która realizuje ideę szerokiego objęcia ochroną przed nadużyciami całego rynku finansowego w Polsce. To wyjątkowe rozwiązanie z punktu widzenia zastosowania nowoczesnych technologii, ale przede wszystkim przynoszące korzyść dla całego rynku – mówi dr Mariusz Cholewa, prezes zarządu BIK.

Nieporozumienie stulecia?

Rozwiązywanie kwestii Izraelsko-Palestyńskiej to marzenie wielu prezydentów USA. Co ciekawe każdy kolejny wierzy, że to właśnie jemu uda się rozwiązać ten palący problem na Bliskim Wschodzie. Plan Donalda Trumpa oprócz olbrzymiej pewności jego patrona ma jedną podstawową wadę – brak akceptacji jednej ze stron.

Plan Trumpa bez entuzjazmu

Wczoraj zgodnie z zapowiedziami Donald Trump ogłosił swoją wersję porozumienia pokojowego między Izraelem a przyszłym państwem Palestyny. Dotychczas były trzy wersje tych planów. Jedna, którą akceptował tylko Izrael, druga, którą akceptowała tylko Palestyna i trzecia, której nie akceptował nikt. Obecnie skoro w ustaleniach brali udział przedstawiciele strony Izraelskiej, było niemal pewne, że będziemy mieć raczej wariant proizraelski. Tak też się stało. O tym, że nie dojdzie do porozumienia, było wiadomo od dawna, skoro obie strony nie chcą odpuścić kwestii zwierzchnictwa nad Jerozolimą i zachodnim brzegiem Jordanu. Skoro oba te tereny przypadły Izraelowi, to taki kompromis nie został zaakceptowany przez palestyńskich polityków (których od razu poparły państwa niechętne USA i Izraelowi, takie jak Iran, czy Turcja). Przed ogłoszeniem porozumienia izraelska szekla szła w górę, by po nim odbić się w dół do poziomów, skąd zaczynała ten ruch.

Polska gospodarka rośnie o 4%

Dzisiaj rano poznaliśmy szacunki Głównego Urzędu Statystycznego na temat wzrostu PKB w Polsce. Okazuje się, że zwalniamy szybciej, niż sądzono. Szacunki mówią o 4% wzrostu, a oczekiwania dawały 4,2%. Warto zwrócić uwagę, że 2018 rok zamknęliśmy wynikiem 5,1%. Co powoduje, że rezultat jest taki a nie inny? Względem zeszłego roku gorzej wypadła konsumpcja, zapasy i inwestycje, lepiej wypadł eksport netto i wydatki rządowe. Problem w tym, że owe wydatki rządowe już teraz odpowiadają za 0,8% wzrostu i ciężko sobie wyobrazić podnoszenie tego poziomu wraz z koncepcją zrównoważonego budżetu. Po tych danych złoty osłabiał się, jednak szybko wrócił do poziomów sprzed tego ruchu. 

Odbicie na franku

Po przebiciu poziomu 4,00 zł za jednego franka i chwilach grozy u kredytobiorców walutowych dzisiaj obserwujemy odbicie szwajcarskiej waluty. Powodem jest korekta na parze euro do franka. Ta para walutowa uchodzi za swoisty barometr strachu gospodarki. Im mocniejszy frank względem euro tym więcej ryzyk na rynkach, im z kolei robi się spokojniej tym mocniej zyskuje euro. Ten ruch nie jest jednak wynikiem uspokojenia tylko przeszacowaniem ryzyk związanych z koronawirusem. Nie znaczy to jednak, że za kilka dni znów nie zobaczymy wspomnianych poziomów.

Dzisiaj kolejny dzień wolny w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Wspólny standard “gigantów” smart home

Świat Smart Home zaczął przypominać biblijną wieżę Babel, gdzie mnogość producentów, a co za tym idzie standardów, ogranicza rozwój rynku. Jednak “giganci” świata IT podejmują dialog, który ma doprowadzić do powstania jednego uniwersalnego standardu i uporządkować świat inteligentnej automatyki domowej. Czy głównym celem jest tylko chęć zysku?

Jak twierdzi firma analityczna ABI Research, specjalizująca się w badaniu globalnego rynku technologii, do końca tego roku na świecie powstanie 128 mln inteligentnych domów. Malejący koszt produkcji i znaczny wzrost zainteresowania konsumentów nowymi technologiami to najistotniejsze czynniki wpływające na rozwój inteligentnych domów. – “Technologie bezprzewodowe, takie jak 5G, Bluetooth będą miały znaczący wpływ na ogólny rozwój rynku automatyki domowej w nadchodzących latach.” – twierdzi Marcin Kotarski z Purmo Group i dodaje: – ”Wzrost ten niesie za sobą szereg korzyści, ponieważ zmieni sposób, w jaki ludzie wykonują codzienne obowiązki. Posiadanie inteligentnego domu jest niewątpliwie modne i wygodne. Dzięki temu, że systemy te pozwalają na sterowanie m.in. elektryką w domu, właściciel może nie tylko oszczędzać czas, ale i zmniejszyć ogólne zużycie energii, a co za tym idzie, obniżyć swoje rachunki.”

Wieża babel ery IoT

Kwestie związane z jednolitymi standardami zawsze były uważane za główną przeszkodę w kontekście rozwoju urządzeń i oprogramowania ery Internetu Rzeczy. Wystarczy spojrzeć na rynek Smart TV, gdzie istnieje wiele odmian systemów operacyjnych – niektóre oparte są o oprogramowanie Android, a inne o autorskie rozwiązania producentów. Taka sama tendencja widoczna jest w sektorze Smart Wear oraz niemal każdym innym, związanym z technologiami.

Niestety, dzisiaj niemożliwe jest, by zbudować całą infrastrukturę inteligentnego domu na podstawie rozwiązań opartych o architekturę jednego producenta. Dlatego tak ważną informacją jest to, że Zigbee Alliance zaangażowało największych gigantów technologicznych, w tym Apple, Amazon i Google, w ramach projektu Connected Home over IP (CHIP). Dzięki temu jego członkowie zjednoczą się w celu opracowania i promowania nowego, bezpłatnego i bezpiecznego standardu łączności dla produktów inteligentnego domu.

Co prawda, niektóre sprzedawane obecnie urządzenia mogą na przykład komunikować się zarówno z Alexą, jak i Asystentem Google, ale tylko dlatego, że producent tych produktów zdecydował się na obsługę obu tych rozwiązań. Oznacza to, że produkty są zasadniczo dwujęzyczne, co sprawia, że producent obarczony jest dodatkowym wydatkiem, związanym z czasem programowania, testowania i wsparcia klienta, aby produkt obsługiwał dwa, a nawet trzy lub więcej różnych protokołów.” – tłumaczy Emilia Dudek, Marketing Manager z Purmo Group i dodaje: – „Przyjęcie jednolitego standardu oznacza, że producenci zaoszczędzą mnóstwo czasu i środków, gdyż będą musieli stworzyć tylko jedno rozwiązanie. Zyskają na tym również konsumenci, którzy będą mogli swobodnie żonglować różnymi produktami, bez obawy o ich kompatybilność”.

Wyższy standard

To wyraźny sygnał zarówno dla innych producentów, jak i potencjalnych nabywców. Dotychczas dużą przeszkodą w adaptacji systemów dla inteligentnych domów, była obawa o trwałość, uniwersalność, jak i opłacalność tej technologii. Proces ten jest dopiero początkiem domowej rewolucji. – “Wraz z globalnym wdrożeniem 5G, a także ulepszoną technologią WiFi, taką jak WiFi 6, urządzenia inteligentnego domu zostaną połączone szybszymi, mocniejszymi sieciami, co zaowocuje stabilniejszym i po prostu lepszym dostępem do danych i aplikacji, które przetwarzane są w chmurze.” – twierdzi Marcin Kotarski z Purmo Group.

Największe nadzieje wiążemy z szerokim wdrożeniem technologii 5G, która ma zrewolucjonizować obsługę usług Internetu Rzeczy – w tym technologii inteligentnego domu. Umożliwia bowiem urządzeniom pracować bezprzewodowo przy minimalnym zużyciu energii.

Akcesoria takie jak inteligentne termostaty i zautomatyzowane systemy bezpieczeństwa będą miały dostęp do bardziej zróżnicowanych i aktualnych informacji, dzięki którym można efektywniej wykorzystać ich możliwości. To wszystko sprawia, że 2020 powinniśmy uznać za rok inteligentnych domów.

Chcąc rozliczyć PIT możesz paść ofiarą hakerów. Specjaliści CyberRescue pokazują, jak dochodzi do kradzieży danych

Od 1 lutego do 30 kwietnia Polacy będą musieli rozliczyć się z uzyskanego w 2019 roku dochodu. Okres ten oznacza niestety wzmożoną aktywność przestępców, którzy podszywając się pod witryny i instytucje publiczne będą próbowali wyłudzić nasze dane osobowe bądź dostęp do bankowości internetowej. Jak rozpoznać atak i jak się przed nim obronić?

Jak co roku duża część Polaków będzie zmagać się z wypełnieniem oświadczenia o swoich dochodach. Stale zmieniające się przepisy i wysokość stawek podatkowych nie ułatwiają tego zadania. Dlatego też, pomimo dostępności narzędzi ułatwiających wypełnienie deklaracji, wielu Polaków nie jest pewnych, czy zrobiło to poprawnie. Właśnie na takie osoby czekają cyberprzestępcy, którzy w okresie przesyłania PIT-ów za pomocą różnych metod starają się wyłudzić przelew pieniężny, dane logowania do konta bankowego czy też dane osobowe.

Uważaj na podejrzane maile

Podstawowym narzędziem stosowanym przez przestępców jest poczta e-mail, przez którą rozsyłają do swoich potencjalnych ofiar specjalnie spreparowane wiadomości. Trzy najpopularniejsze metody dotyczą:

– „nieprawidłowości” w złożonym zeznaniu – w ramach tego ataku na skrzynkę mailową spływa wiadomość z adresu sugerującego, że nadawcą jest ministerstwo finansów (np. [email protected]). W treści listu przeczytać można, że w naszym zeznaniu podatkowym wykryto nieprawidłowość, która wymaga wyjaśnień. Nadawca wyraźnie zachęca, by kliknąć w załączony do wiadomości link, prowadzący do fałszywej strony ministerstwa, na której to musimy podać nasze dane celem „weryfikacji”. Informacje te trafiają oczywiście do hakerów, którzy mając np. informacje pochodzące z naszego dowodu osobistego, mogą wziąć na nasz koszt kredyt w wysokości nawet 50 tys. zł.

– niedopłaty podatku – sytuacja tutaj jest bardzo podobna jak w przypadku e-maila o wykrytych nieprawidłowościach. W tym wypadku w wiadomości pada informacja o wykrytej niedopłacie podatku (zazwyczaj dotyczącej małych kwot rzędu 1-5 zł) wraz z linkiem, pod którym ofiara może uiścić płatność. Jeżeli kliknie ona w link, zostanie przeniesiona na stronę, na której może zalogować się do swojego konta w banku. W tym wypadku łupem hakerów padają dane logowania, pozwalające im ukraść wszystkie pieniądze z danego konta.

– możliwości wypełnienia PIT-u przez internet – choć usługa e-PIT z roku na rok zyskuje na popularności, to wciąż korzysta z niej mniejszość Polaków (ok. 12 mln osób). Dlatego też hakerzy wciąż rozsyłają wiele fałszywych e-maili informujących o możliwości złożenia zeznania podatkowego przez internet wraz z linkiem, pod którym rzekomo można to zrobić. Jeżeli zdecydujemy się na wypełnienie podstawionego formularza, hakerzy przejmą wszystkie nasze dane.

Oprócz tych trzech scenariuszy, przestępcy z chęcią wykorzystują także zawiłość przepisów i fakt, że przy wypełnianiu PIT-u Polacy często korzystają z dostępnych w sieci wzorów i programów obliczających wysokość stawek. Jak się okazuje – także one mogą stanowić zagrożenie, szczególnie jeżeli mówimy o aplikacjach na smartfony. – Nie powinniśmy ufać mailom, które zachęcają nas do pobrania programu, który „obliczy za nas PIT”, szczególnie, jeżeli pochodzi on spoza zaufanych źródeł, takich jak Google Play czy Apple App Store. Takie aplikacje nie tylko mogą przekazywać nasze dane przestępcom, ale też najprawdopodobniej zawierają złośliwe oprogramowanie, które może wyrządzić naszemu urządzeniu duże szkody – mówi Weronika Bartczak, specjalistka ds. bezpieczeństwa w CyberRescue, firmy wyspecjalizowanej w pomocy osobom, które padły ofiarą cyberprzestępców.

Co zrobić, jeżeli otrzymam takie wiadomości?

Jeżeli obawiamy się tego, że podczas procesu składania deklaracji podatkowej nasze dane wpadną w ręce przestępców, musimy pamiętać, że bardzo dużo zależy od tego, jak sami je zabezpieczymy. Jeżeli do wypełnienia PIT-u chcemy wykorzystać dodatkowe oprogramowanie, musimy pamiętać, by pochodziło ono z zaufanego, legalnego źródła. W tym celu warto skorzystać z dostępnego od kilku lat narzędzia e-PIT, które możemy znaleźć na rządowej witrynie podatki.gov.pl i które samo obliczy i prześle do urzędu PIT-28, PIT-38, PIT-37 oraz PIT-36.

Jeżeli natomiast jesteśmy odbiorcą jednego z powyżej zaprezentowanych e-maili, również nie należy wpadać w panikę. Każda osoba, która ma podejrzenia, że otrzymana wiadomość jest próbą wyłudzenia pieniędzy bądź danych osobowych powinna pamiętać, że istnieje szereg możliwości zweryfikowania prawdziwości nadesłanej korespondencji. Przede wszystkim, w Polsce istnieją organizacje takie jak CyberRescue, których specjaliści są w stanie szybko sprawdzić, czy mamy do czynienia z atakiem hakerów. W pierwszej kolejności warto więc zwrócić się do takich instytucji z prośbą o weryfikację otrzymanej wiadomości. – Hakerzy bardzo często modyfikują swoją strategię, aby oszukać jak największą liczbę osób. Dlatego też stale monitorujemy sieć i ostrzegamy naszych klientów przed potencjalnymi atakami – mówi Weronika Bartczak z CyberRescue.

Należy pamiętać, że próba podszycia się pod Ministerstwo Finansów to poważne przestępstwo. Dlatego też nawet, jeżeli nie damy się nabrać na sztuczki przestępców, to warto zgłosić taką próbę odpowiednim instytucjom (Policja, Ministerstwo Finansów). Dzięki temu będzie im łatwiej namierzyć oszustów i zakończyć ich działalność.

Oglądając się na innych

Rynkowa panika o koronawirusa została opanowana po doniesieniach, że najdalej, jak pod koniec przyszłego tygodnia liczba zakażonych powinna osiągnąć szczyt. Rynki jednak wciąż pozostają pod wpływem czynnika strachu, a w ciągu 10 dni jeszcze nie raz może dojść do zwrotu w ocenie epidemii. Póki nie pojawi się solidny powód, by przestać martwić się o wirusa, bezpieczne aktywa nie pójdą całkowicie w odstawkę, niezależnie jak przejściowe korekty są silne.

To nie jest miejsce, aby dyskutować, czy koronawirus jest bardziej niebezpieczny dla świata od corocznej fali grypy. Za to podtrzymuję zdanie, że ekonomiczne skutki epidemii nie są na tyle poważne, aby zaprzepaścić fundamenty globalnego ożywienia, w które jeszcze dwa tygodnie temu rynki tak mocno wierzyły. Dla porównania, epidemia SARS z 2003 r. osłabiła wzrost gospodarczy Chin o 1 pkt proc., przy czym śmiertelność wśród zakażonych była trzykrotnie wyższa niż obecnie. Jakkolwiek przemysł turystyczny może ucierpieć, tak efekt niższych cen paliw poprawi atrakcyjność podróży, kiedy cały szum wokół epidemii ucichnie. Globalna gospodarka wciąż ma wsparcie w ekspansywnej postawie czołowych banków centralnych, a być może wkrótce i polityka fiskalna dołoży się do wzrostu. Rok 2020 zapowiada się bez eskalacji wojny handlowej, co czyni ogromną różnicę od warunków panujących w ubiegłym roku. Wirus grypy jest przy tym naprawdę małym czynnikiem.

Jednak z perspektywy rynków finansowych zawsze liczy się to, co jest na topie i jak będą na informacje reagować inni uczestnicy rynku. Inwestorów nie interesują naukowe argumenty i tezy dotyczące koronawirusa, za to na wagę złota jest informacja, co w chwilach strachu zrobi większość. Perspektywa, że wszyscy będą sprzedawać, zmusza takiego inwestora do dołączenia się do tłumu, gdzie każdy chce sprzedać jako pierwszy i najwyżej. To samo myślenie obowiązuje też w drugą stronę i m.in. stało za wczorajszym nagłym odbiciem indeksów i sprzedażą bezpiecznych aktywów. Póki emocje przesłaniają fundamenty, rozważania o fundamentach nie mają znaczenia. W ciągu najbliższych 10 dni inwestorów będzie można łatwiej nastraszyć niż uszczęśliwić. Powrót awersji do ryzyka będzie łatwiejszy i ostrzejszy niż załączanie trybu risk-on.

Dziś kończy się posiedzenie FOMC, które w innych warunkach przeszłoby bez echa. Gospodarka USA rozwija się w kierunku zgodnym z oczekiwaniami Fed. Ostatnie wypowiedzi członków FOMC sugerują, że są oni zadowoleni z obecnego nastawienia. Dziś jednak zadaniem Fed jest niewywoływanie dodatkowych napięć na rynkach. Deklaracja, że bank nie zamierza ukrócać aktywnych programów dostarczania płynności do sektora bankowego może podziałać uspokajająco, choć niewiadomą pozostaje, co z taką informacją będzie chciał zrobić rozemocjonowany rynek. Ale ekspansywna polityka to zawsze dobra wiadomość.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: Nowoczesne technologie mogą przyspieszyć postęp w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym o 22 proc.

Działania wspierające ochronę klimatu są jednym z głównych celów Agendy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2015 r. Przeciwdziałanie kryzysowi klimatycznemu wymaga zintegrowanych i innowacyjnych rozwiązań w wielu dziedzinach. Eksperci firmy doradczej Deloitte i Globalnej Inicjatywy na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju (GeSI) w raporcie „Digital with Purpose: Delivering a SMARTer2030”, zauważają, że na 103 ze 169 Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDG) mają wpływ technologie cyfrowe. Z analizy wynika, że ich efektywne wykorzystanie przyspieszy postęp realizacji tych celów o 22 proc. Rządy, świat biznesu i społeczeństwo mają do odegrania istotne role w tym procesie. Podczas zakończonego kilka dni temu Światowego Forum Ekonomicznego w Davos przedstawiona została wspólna inicjatywa Deloitte, Salesforce i LinkedIn – UpLink, globalna platforma działania, skupiająca przedsiębiorców i pomysły wspierające wypełnianie Celów Zrównoważonego Rozwoju.

GeSI, Global Enabling Sustainability Initiative oraz zespół ekspertów Deloitte wspólnie opublikowali raport, który ilustruje związek między technologiami cyfrowymi a celami zrównoważonego rozwoju, przedstawiając szereg krytycznych warunków i działań, koniecznych by zmaksymalizować korzyści płynące z tego połączenia do 2030 r.

Nowoczesne technologie w służbie zrównoważonego rozwoju

Z analizy przeprowadzonej na bazie blisko 500 studiów przypadku, wynika, że technologie cyfrowe mogą przyspieszyć realizację celów zrównoważonego rozwoju o 22 proc. a o 23 proc. złagodzić tendencje spadkowe. W raporcie Digital with Purpose eksperci Deloitte i GeSI wskazują, że społeczeństwo powinno dążyć do stworzenia ekosystemu opartego na modelu zrównoważonego i cyfrowego rozwoju. – Jesteśmy świadkami gwałtownych zmian środowiskowych, społecznych i ekonomicznych, którym nie będziemy w stanie sprostać. W zrównoważonym rozwoju mogą pomóc technologie cyfrowe, pod warunkiem jednak, że człowiek będzie w stanie odpowiednio je wykorzystać. Najnowsze odkrycia same w sobie nie wpłyną na rzeczywistość, to my musimy nauczyć się czerpać z ich potencjału – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Autorzy raportu Deloitte szacują, że na 169 celów Agendy 2030 do realizacji aż 103 konieczne jest wdrożenie nowoczesnych technologii. Wiodącymi w najbliższych latach będą technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT), które znajdą szerokie zastosowanie w najważniejszych branżach, takich jak rolnictwo, energetyka, medycyna i transport. Przewiduje się, że do 2030 roku na badania i rozwój ICT zostaną przeznaczone 3 biliony dolarów. Natomiast wartość rynku ICT w tym czasie powinna osiągnąć poziom 6 bilionów euro. Obecnie to 2,3 biliona euro. Jak jednak zauważają eksperci Deloitte, technologii wspierających zrównoważony rozwój jest więcej. – Obok ICT, kluczowe w realizacji celów Agendy będą przetwarzanie w chmurze, sztuczna inteligencja i rozwiązania kognitywne, blockchain, sieć 5G, IoT i wirtualna rzeczywistość. Mogą one wspierać komunikację i łączyć ludzi, monitorować i śledzić wpływ człowieka na środowisko oraz optymalizować nieefektywne czy zbyt energochłonne procesy. Dzięki skutecznej adaptacji tych rozwiązań w 2030 r. możliwe będzie zmniejszenie szacowanej globalnej emisji CO2 o 1,3 proc. Spoglądając kiedyś wstecz na wykorzystanie technologii, nie będziemy oceniać postępu, jakiego dokonaliśmy na podstawie tylko wyników finansowych. Ocenimy go na podstawie wpływu, jaki technologie miały na ludzkość i czy sprawiły, że jesteśmy bezpieczniejsi i szczęśliwsi – mówi Jan Michalski, Partner, Lider Deloitte Digital w Europie Środkowej.

Szanse i ryzyka

Specjaliści z Deloitte zauważają, że realizacja tak długoterminowej i rozbudowanej strategii jest obarczona ryzykiem. Dynamiczny rozwój technologii cyfrowych na całym świecie wiąże się z drastycznym wzrostem powszechnego zastosowania urządzeń i maszyn. To z kolei będzie powodowało zwiększenie zużycia energii elektrycznej oraz większą liczbę elektrośmieci. Jak zauważają eksperci, konieczne jest rozważenie jakie znaczenie dla środowiska będzie miał wzrost spodziewany w sektorze ICT. Szacuje się, że wpływ wykorzystania energii przez technologie informacyjno-komunikacyjne na emisję gazów cieplarnianych może wzrosnąć do 2030 roku o 11 proc.

Powinniśmy mieć świadomość, że tak dynamiczny rozwój sektora technologicznego to nie tylko szansa dla wsparcia osiągania wkładu przedsiębiorstw i gospodarek w realizację koncepcji zrównoważonego rozwoju, ale także sporo wyzwań. Koniecznie będzie m.in. oparcie gospodarek państw na odnawialnych źródłach energii oraz np. wdrożenie efektywnych metod odzyskiwania surowców z e-śmieci. Wszyscy wierzymy, że postęp technologiczny zostanie wykorzystany do pozytywnego oddziaływania na środowisko i nasze otoczenie. Mamy wielkie szczęście, że żyjemy w czasach, w których możemy wpływać na to, jak wygląda świat wokół nas, dlatego naszym celem powinno być rozsądne wykorzystywanie danych nam szans – mówi Rafał Rudzki, Dyrektor w zespole ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Ryzykiem społecznym, które dostrzegają eksperci Deloitte, jest polaryzacja społeczeństw na skutek nierównomiernego rozwoju technologii cyfrowych w poszczególnych regionach świata. Powszechny dostęp do informacji może być narzędziem do propagowania fałszywych treści i powodowania konfliktów zbrojnych.

Razem znaczy lepiej

Eksperci zidentyfikowali obszary na jakich powinny skupić się poszczególne kontynenty do 2030 roku.  Przed Europą stoi cel wdrażania efektywnego, czystego przemysłu i rolnictwa, a Ameryką Północną ograniczenie zużycia wody i poprawy wydajności energetycznej. Afryka powinna się skupić na poprawie jakości opieki okołoporodowej matek, co wpłynie pozytywnie na przeżywalność noworodków. Kontynent powinien także pracować nad zwiększeniem wydajności małych gospodarstw rolnych. Celem Azji jest redukcja poziomu emisji gazów cieplarnianych i nawozów.

Według autorów raportu, na obecnym poziomie i w obecnym tempie realizacji założeń Agendy 2030, nie będziemy w stanie sprostać takim problemom jak rosnąca emisja gazów cieplarnianych, narastające nierówności społeczne czy nadmierne wykorzystywanie surowców naturalnych. W tym celu należy podjąć współpracę na wielu szczeblach, w którą zaangażują się rządy, inwestorzy instytucjonalni, organizacje pozarządowe i obywatele.

Jedną z inicjatyw, która ma wykorzystywać potencjał innowatorów społecznych na całym świecie jest rozpoczynający wkrótce działalność UpLink. Ta platforma crowdsourcingowa będąca produktem rocznej współpracy WEF, Salesforce, Deloitte i Microsoft/ LinkedIn, ma gromadzić przedsiębiorców i ekspertów w celu pozyskiwania pomysłów i innowacji wspierających realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju.

Musimy zdać sobie sprawę, że rozwój cywilizacyjny nie pozostaje bez wpływu na stan środowiska naturalnego. Wiele zmian jest nieuniknionych, jednak poprzez międzynarodową współpracę jesteśmy w stanie spowolnić wiele z nich. Powszechne wykorzystanie najnowszych technologii w słusznej sprawie, pomoże nam zachować odpowiedni stan planety dla następnych pokoleń. Do realizacji tego, być może najważniejszego celu ludzkości, konieczna jest mobilizacja zarówno światowych decydentów, jak i każdego obywatela z osobna – podsumowuje Irena Pichola.

GeSI skupia firmy będące liderami rynku technologii informacyjno-komunikacyjnych. Wspólnie z największymi organizacjami ekologicznymi, GeSI koncentruje się na badaniach i rozwiązywaniu problemów związanych ze zmianami klimatu poprzez przyspieszenie rozwoju rozwiązań cyfrowych. Jej celem jest zapoczątkowanie ery innowacji i wzrostu gospodarczego opartego na technologiach niskoemisyjnych. Raport Deloitte i GeSi został opracowany przy udziale i wsparciu ekspertów akademickich, liderów biznesu, organizacji pozarządowych i w oparciu o ponad 500 studiów przypadków.

Korporacyjne konferencje celem dla hakerów. Zoom z lukami bezpieczeństwa

Check Point Research wykrył poważną lukę w zabezpieczeniach popularnej usługi wideokonferencji Zoom, z której korzysta ponad 60% firm z listy Fortune 500. Hakerzy, wykorzystując podatność, mogli podsłuchiwać prowadzone za pomocą Zoom rozmowy i konferencje, generując identyfikatory spotkań.

Zoom jest liderem w nowoczesnej komunikacji wideo dla przedsiębiorstw, zapewniając łatwą platformę chmurową do wideokonferencji, współpracy, czatów oraz seminariów internetowych na urządzeniach mobilnych czy komputerach stacjonarnych. Rozwiązanie często stosowane jest w salach konferencyjnych, grupowych i szkoleniowych, a także w biurach dyrektorów czy klasach lekcyjnych. Firma ma ponad 74 tys. klientów, którzy corocznie przez około 80 miliardów minut dokonują rozmów za pomocą usługi Zoom.

Badacze firmy Check Point odkryli technikę, która pozwoliłaby hakerom doprowadzenie do ataku, umożliwiającego uzyskanie dostępu do wszystkiego, co zostało przekazane podczas spotkań firmowych za pośrednictwem usług Zoom.

Jak zhakowano Zooma?

Identyfikatory spotkań Zoom składają się z 9, 10 lub 11 cyfr. Zdaniem badaczy Check Pointa problem polegał na tym, że jeśli nie została włączona opcja „Wymagaj hasła do spotkania” lub „Poczekalnia”, która umożliwia ręczne przyjmowanie uczestników, te 9- 10-czy 11-cyfrowe kody były jedyną rzeczą, która zabezpieczyła spotkanie, uniemożliwiając połączenie się z osobą nieupoważnioną do tego.

Badacze Check Pointa byli w stanie przewidzieć około 4% losowo generowanych identyfikatorów spotkań, co jest wystarczająco dużą szansą na sukces przejęcia łącza!

Check Point skontaktował się z Zoom w lipcu 2019 r. w ramach odpowiedzialnego procesu ujawniania informacji i zaproponował następujące środki zaradcze:

  1. Ponownie zaimplementowanie algorytmu generowania identyfikatorów spotkań
  2. Zastąpienie funkcji randomizacji silną kryptografią.
  3. Zwiększ liczby cyfr lub symboli w identyfikatorach spotkania.
  4. Wymuszanie na hoście do używania haseł \ PIN-ów \ SSO do celach autoryzacji.

Jak informuje Check Point, przedstawiciele Zoom byli chętni do współpracy i wprowadzili szereg poprawek łatających odkrytą podatność.

Uwagi Rzecznika MŚP do ustawy o tzw. podatku od cukru

Rzecznik MŚP przedstawia uwagi do projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów zakładającego wprowadzenie od 1 kwietnia 2020 r. tzw. „podatku od cukru”.

W dniu 20 grudnia 2019 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowany został projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów (numer w wykazie: UD 32, dalej: „Projekt”). Projekt zakłada m.in. takie rozwiązania jak nałożenie dodatkowej opłaty na pewne kategorie napojów bezalkoholowych oraz alkoholowych czy reklamę suplementów diety. Pomimo oczywistego wpływu na funkcjonowanie firm z sektora MŚP, o Projekcie Rzecznik MŚP dowiedział się bezpośrednio ze środowiska przedsiębiorców, a nie od Wnioskodawcy.

Do Rzecznika MŚP doszły bowiem sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla przedsiębiorców, na których Projekt będzie oddziaływał. Ponadto, w ramach działającej przy Rzeczniku MŚP Rady Przedsiębiorców krytyczne stanowiska względem Projektu zgłosiło pięć znaczących organizacji przedsiębiorców i pracodawców, zarzucając mu niecelowość, generowanie nadmiernych obciążeń administracyjnych, nieproporcjonalność przyjętych rozwiązań, naruszenie zasad stanowienia prawa (w szczególności poprzez zmianę zasad opodatkowania w ciągu roku kalendarzowego oraz potencjalną konieczność jego notyfikacji) czy nieuzasadnione nałożenie obciążeń fiskalnych, które negatywnie wpłyną na popyt oraz podaż.

Pismem z dnia 24 stycznia 2020 r., znak: WPL.41.2020.PD, Rzecznik MŚP przekazał Ministrowi Zdrowia uwagi do Projektu, jego uzasadnienia oraz dołączonej Oceny Skutków Regulacji wraz z krytycznymi opiniami organizacji przedsiębiorców. W ocenie Rzecznika MŚP, analizy i założenia do Projektu winny więc zostać uzupełnione o wskazanie możliwie najbardziej precyzyjnych wyliczeń związanych z wpływem proponowanych regulacji na sektor MŚP, a pożądanym byłoby także przedstawienie scenariuszy alternatywnych oraz uwzględnienie skutków pośrednich dotyczących np. wpływu Projektu na inne branże niż te bezpośrednio zainteresowane.

Cyberbezpieczeństwo 2020 – krajobraz zagrożeń i zabezpieczeń

2019 rok dostarczył nam sporo bezprecedensowych ataków, a ransomware uważany przez biznes za największe zagrożenie, wygenerował globalne straty w wysokości 11,5 miliardów dolarów. Szalejąca cyberprzestępczość, dynamiczny przyrost danych i regulacje prawne wpłynęły na wzrost inwestycji w chmurę publiczną, DLP, uwierzytelnianie wieloskładnikowe i rozwiązania do backupu.

Podsumowanie 2019 – przestępcy nie omijają Polski

Ataki ransomware, luki w systemach i wycieki danych przestały nas dziwić. 2019 rok pokazał nam jednak kilka bezprecedensowych, takich jak upowszechniające się ataki na systemy, które do tej pory były uznawane za niemożliwe do złamania. Mowa tu chociażby o iOS od Apple. Ostatnie tygodnie roku pokazały nam również, że przestępcy nie omijają Polski – ofiarami głośnych ataków ransomware padły m.in. urzędy gmin oraz klinika dziecięca Budzik.

Zapowiadane rozchmurzenie

W 2019 roku ok 52% polskich przedsiębiorstw wykorzystywało chmurę lub miało to w planach. Globalnie możemy mówić nawet o 86% przedsiębiorstw, które już przeniosły do niej swoje dane. Obawy, które jeszcze do niedawna budził w nich cloud computing, stopniowo maleją. Dziś 26% ankietowanych specjalistów IT uważa kwestie bezpieczeństwa za poważne wyzwanie dla stosowania usług chmurowych. Dla porównania – w 2015 roku współczynnik ten wynosił 45%.

Niezaprzeczalnym trendem będzie rozwój praktyk multi-cloud. Odnosi się ona do korzystania z wielu heterogenicznych dostawców usług w chmurze. Dla branży bezpieczeństwa oznacza to konieczność stworzenia przedsiębiorstwom takich narzędzi, które umożliwiają zabezpieczenie danych przechowywanych w wielu chmurach, ich łatwą migrację i odzyskiwanie.

Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie cloud computingiem w segmencie MŚP i korporacji. Wzrastają również statystyki adaptacji praktyki multi cloud – firmy korzystają średnio z 5 rozwiązań chmurowych. Zarówno pozytywne doświadczenia przedsiębiorstw jak i przykłady udanych realizacji koncepcji “państwa w chmurze” wpłyną na upowszechnienie jej również w sektorze publicznym – wskazuje Paweł Sarol, Cloud Backup Business Development Manager w Xopero Software – i całe szczęście, bo infrastruktura IT w wielu organizacjach publicznych pozostawia wiele do życzenia. Cloud w łatwy sposób rozwiązuje ten problem.

Ransomware w formie

Ransomware niepodważalnie pozostaje jednym z najbardziej kosztownych zagrożeń dla biznesu. Tylko w 2019 roku wygenerował globalne straty w wysokości 11,5 miliardów dolarów. Rośnie również częstotliwość ataków. Na początku 2016 roku uderzał co 2 minuty. Rok temu mówiliśmy o 14 sekundach, a do 2021 roku czas ten skróci się do 11 sekund!

Targetowane ataki, koncentracja na biznesie i organizacjach państwowych, leakware, ransomware-as-a-service i rozwój ataków szyfrujących na urządzenia mobilne to najpoważniejsze aspekty, na które należy przygotować się w 2020 roku.

Bezpieczeństwo w standardzie

Średni koszt pojedynczego wycieku danych w ubiegłym roku wyniósł 3.92 miliona dolarów. Średnio wyciekało ponad 25 tys. rekordów – każdy o wartości ok. 150 dolarów.  Nic dziwnego, że szybkim krokiem na salony bezpieczeństwa IT wkracza DLP (Data Loss Prevention) – technologia zapobiegająca utracie danych i wspomagająca identyfikację osób, które nie powinny mieć do nich dostępu.

Standardem staje się również uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA/2FA). Popularność zdobywają tu tokeny programowe (np. aplikacje) i biometria – są coraz tańsze i łatwiejsze we wdrożeniu. Na rozwój tego trendu wpływają również regulacje prawne – przykładem jest tutaj chociażby unijna dyrektywa PSD2 (ang. Payment Services Directive), która wraz z wejściem w życie 14 września 2019 r. wprowadziła wymóg silnego uwierzytelniania podczas logowania do usług płatniczych.

Z badań Xopero Software wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się ataków ransomware (79,8%), awarii, utraty lub kradzieży sprzętu (46,8%), uszkodzenia plików (41,5%), ataków malware (37,2%) oraz zagrożeń z wykorzystaniem socjotechnik (35,1%). Jak mogą się zabezpieczyć? Inwestując w rozwiązania do backupu i disaster recovery, które w momencie awarii pozwolą im na niemalże natychmiastowe przywrócenie dostępu do krytycznych usług i aplikacji oraz uniknięcie przestoju. Bo ten, może je sporo kosztować. Przyjmuje się, że globalnie średni koszt przestoju to aż 1,42 mln dolarów (!). Nic dziwnego, że statystycznie 93% firm bez disaster recovery upada w rok po utracie danych…

Nowy, lepszy świat

Wyzwaniem dla branży bezpieczeństwa IT jest stworzenie bezpiecznego Internetu Rzeczy. IoT otworzyło bowiem furtkę do zupełnie nowego świata nie tylko jego użytkownikom, ale i przestępcom. A jeżeli mówimy już o nowym świecie, w raporcie nie mogło zabraknąć tematów o blockchain, sztucznej inteligencji, uczeniu maszynowym i Quantum Computing. Science fiction? Niekoniecznie. Szybki rozwój tych technologii sprawia, że w coraz większym stopniu wpływają na nasze podejście do nowoczesnego cyberbezpieczeństwa.

Dobre rady

Oprócz branżowych prognoz, raport zawiera szereg rekomendacji dla biznesu przygotowanych przez ekspertów z takich firm jak Orange, Xopero, Equinix, Sysclay, Oracle czy Oktawave. Ich analiza i wdrożenie pozwoli firmom nie tylko budować przewagę i efektywnie funkcjonować w cyber-przestrzeni, ale może zdecydować również o ich dalszym istnieniu w 2020 roku.

Eksperci: Lepiej nie rejestrować firmy w tzw. wirtualnym biurze. Można ściągnąć na siebie sporo kłopotów

Firma, wskazująca siedzibę w tzw. wirtualnym biurze, naraża się na odmowę rejestracji jako podatnik VAT. Ubiegłoroczny wyrok NSA wskazuje, że skarga kasacyjna z takiego tytułu nie zasługuje na uwzględnienie. Natomiast resort finansów przekonuje, że w obecnych przepisach podatkowych nie występuje opisywane pojęcie. Eksperci zgadzają się z rozstrzygnięciem Naczelnego Sądu Administracyjnego, ale wskazują też na szereg wątpliwości. Oferty dotyczące wirtualnych biur są na rynku zróżnicowane, obejmują przecież nie tylko udostępnianie samego adresu lub skrzynki pocztowej, ale też np. sal konferencyjnych. Dlatego postulują, aby to, co jest niedozwolone, byłoby wprost wpisane do ustawy.

Odmowa rejestracji podatnika dla celów podatku od towarów i usług oraz podatku VAT-UE to decyzja wobec spółki, która wskazała jako siedzibę tzw. wirtualne biuro. Sprawa finalnie trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który pod koniec ub.r. postanowił, że skarga kasacyjna nie zasługuje na uwzględnienie.

– Samo wskazanie siedziby jako biura wirtualnego nie stanowi przesłanki do odmowy rejestracji podatnika VAT. W przepisach prawa, w szczególności w ustawie Ordynacja podatkowa, ani też w ustawach podatkowych, jak również w ustawie o NIP nie występuje takie pojęcie – jak biuro wirtualne. Natomiast, przed dokonaniem rejestracji do podatku VAT, naczelnik urzędu skarbowego jest zobowiązany do dokonania takiej weryfikacji – wyjaśnia Zbigniew Makowski, zastępca dyrektora departamentu VAT w Ministerstwie Finansów.

Weryfikacja odbywa się w oparciu o art. 96 ust. 4 ustawy z 11 marca 2004 roku o podatku od towarów i usług, danych podmiotu pod kątem wystąpienia przesłanek wskazanych w art. 96 ust. 4a ustawy z 11 marca 2004 roku. Zidentyfikowany fakt rejestracji podatnika pod tzw. adresem wirtualnym jest jednym ze znaczników podwyższonego ryzyka. Okoliczność ta może być także uwzględniania, jako jeden ze znaczników przy typowaniu podmiotów do przyszłych działań kontrolnych. Posiadanie siedziby w wirtualnym biurze dla wielu podatników stanowi dogodny sposób funkcjonowania, co jest zrozumiałe i jest brane pod uwagę przez organy skarbowe przy wydawaniu decyzji o rejestracji dla celów VAT.

– Zgadzam się z wyrokiem NSA. Cała konstrukcja podatku od towarów i usług zbudowana jest na tzw. silnej podmiotowości. Natomiast wirtualne biuro w praktyce wskazuje, że brak jest tej przesłanki. To może być swego rodzaju tworzeniem fikcji. A jeżeli do tego dopuścimy, to zaszkodzimy efektywności tego podatku – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

W opinii dr Jacka Matarewicza, adwokata i doradcy podatkowego, wyrok NSA potwierdza linię interpretacyjną organów podatkowych, występującą już od dłuższego czasu. Wniosek końcowy jest jednak pewną nadinterpretacją. Ustawa nie wskazuje bowiem wprost, że nie można prowadzić działalności w biurze wirtualnym. Jednocześnie ekspert BCC ds. podatku VAT jest w stanie wyobrazić sobie przedsiębiorcę optymalizującego koszty, który pracuje głównie w terenie. Nie wydaje środków na stały najem biura oraz pracowników administracyjnych, a jednocześnie potrzebuje kogoś np. do odbierania korespondencji.

– Ten wyrok nie jest dla mnie zaskoczeniem. Ale trzeba zaznaczyć, że są różne umowy dotyczące wirtualnych biur. Są takie, które rzeczywiście udostępniają tylko sam adres. Jednak bardzo często oferowana jest też usługa najmu powierzchni, np. 5 m2. Wówczas to już nie jest takie oczywiste, że pod takim adresem nie można byłoby się odpowiednio zarejestrować. Na tych przykładowych kilku metrach da się podejmować niektóre decyzje biznesowe – stwierdza dr Radosław Piekarz, doradca podatkowy, partner z Kancelarii A&RT.

Natomiast dr Matarewicz zaznacza, że zarządcy wirtualnych biur udostępniają też pokoje czy sale konferencyjne. W takich warunkach można zorganizować m.in. zgromadzenie zarządu spółki. Jednocześnie ekspert BCC przypomina o różnych komunikatach MF czy NIK-u. Wynika z nich, że jedną z okoliczności powtarzających się w sprawach związanych z oszustwami vatowskimi jest fakt, że kontrahent zarejestrowany był właśnie w takim biurze. I w wielu przypadkach taki adres nie wzbudza podejrzeń przedsiębiorców, którzy zostali później wciągnięci w problemy.

– Rację mają m.in. urzędy skarbowe, które twierdzą, że tego typu miejsca były używane do przestępstw karuzelowych. Z tym się absolutnie zgadzam. Natomiast wyrok NSA to z pewnością nie jest koniec biur wirtualnych. Prędzej już może to być schyłek niektórych biur rachunkowych, gdzie faktycznie udostępniano adresy, a danej spółki nigdy tam nie było – podkreśla dr Piekarz.

Jak zaznacza prof. Modzelewski, wyrok NSA jest niekorzystny dla wszystkich tych, którzy przy pomocy wirtualnych biur zajmowali się zwrotami VAT-u. Przy rejestracji podatnika VAT istotne jest, gdzie znajduje się siedziba firmy, miejsce prowadzenia działalności albo zamieszkania podatnika. To są kluczowe dane, dlatego muszą być materialne, twarde oraz rzeczywiste. Z kolei dr Piekarz informuje, że istnieje również możliwość wykreślenia z rejestru vatowskiego podmiotu, z którym nie ma kontaktu. A jeśli wirtualne biuro służy tylko za skrytkę pocztową, to można mieć wątpliwości, czy jest w ogóle jakakolwiek styczność z właścicielem przedsiębiorstwa.

– Dziś nie doradziłbym żadnemu klientowi, żeby przy rejestracji VAT podawał adres wirtualnego biura. To nie jest obecnie bezpieczne rozwiązanie. Fiskus ma bardzo ogólne przesłanki odmowy rejestracji lub wykreślenia podatnika z rejestru podatników VAT. Jeśli wyrok NSA ma być normą, to wpiszmy wprost do ustawy, co jest niedopuszczalne, np. prowadzenie działalności w warunkach wirtualnego biura. Wtedy znikną wątpliwości, których teraz nie brakuje – podkreśla ekspert BCC.

Warto też dodać, że do tej pory do Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców nie wpłynął żaden wniosek ws. wirtualnych biur i rejestracji w VAT-cie. Jeśli tak się stanie, prawnicy biura będą mogli wydać opinię i podjąć decyzję o ewentualnym wejściu do postępowania, oczywiście po wnikliwym przeanalizowaniu kompletu dokumentów takiej sprawy.

Inflacja to niewidzialny podatek, na którym korzysta państwo

Kilka lat temu na polskim rynku mogliśmy zaobserwować umocnienie się waluty i spadek cen produktów. Deflacja, którą straszono polskich pracowników, zamroziła wzrost wynagrodzeń. W konsekwencji jednak zaowocowała spadkiem kosztów życia. Za taką samą cenę można było kupić więcej produktów. Te czasy jednak dobiegły końca. Aktualnie na polskim rynku obserwujemy inflację, czyli osłabienie wartości pieniądza. Mimo tego, że wynagrodzenia rosną, za określoną ilość pieniędzy możemy kupić mniejszą ilość produktów. Rosną więc koszty życia, a w naszych portfelach znajduje się mniej pieniędzy niż moglibyśmy przewidywać, otrzymując większe wynagrodzenia. Wygranym tej sytuacji jest zaś skarb państwa.

– Inflacja jest niewidzialnym podatkiem. Każdy rząd bardzo łatwo go stosuje, czerpiąc z niego wielkie korzyści – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Świadczy o tym wypowiedź jednego z ministrów – który cieszył się, że dzięki inflacji wpływy budżetowe będą większe. Ale większe wpływy budżetowe z inflacji oznaczają mniejszą realną wartość pieniędzy w naszych kieszeniach. Niektórzy wprost twierdzą, że inflacja jest formą okradania społeczeństwa z wartości pracy. Jeżeli mamy do czynienia z inflacją czteroprocentową – oznacza to, że rząd nałożył na nas podatek wysokości dodatkowych 4%. Jest to podatek nie nakładany przez żaden z parlamentów, nie zapisany w żadnej ustawie. Nie da się go oprotestować, a żadna z partii nie straci na nim poparcia. A realnie powoduje on, że mamy mniej pieniędzy w portfelach – wyjaśnia Sadowski.

Polacy promują modę na biżuterię z drewna. Konsumenci przy zakupach coraz częściej kierują się ekologią

0

Akcesoria z drewna zyskują na popularności dzięki proekologicznym trendom konsumenckim. Sprzedaż takich produktów jak drewniane ramki do okularów, zegarki czy bransoletki rośnie rok do roku prawie dwukrotnie – wynika z danych lidera tego rynku, firmy Plantwear, która w styczniu zadebiutowała na NewConnect. W tym roku producent chce wprowadzić nową ofertę drewnianej biżuterii premium, łączonej np. z kamieniami lub metalami szlachetnymi.

Biżuteria z drewna staje się coraz popularniejsza. Nasze artykuły miały swoją premierę w 2018 roku i przyjęły się natychmiastowo. Rok do roku notujemy wzrosty powyżej 100 proc. w kategorii biżuterii – mówi agencji Newseria Wiktor Pyrzyk, prezes zarządu Plantwear.

Szacunki spółki mówią o tym, że przychody w ubiegłym roku przekroczyły 9 mln zł i były o 92 proc. wyższe niż rok wcześniej. W ostatnim kwartale roku sprzedaż wyniosła 3 mln zł. Połowę z tego stanowiła biżuteria z drewna, co oznacza ponad pięciokrotny wzrost w ujęciu rocznym. Zegarki z drewna sprzedawały się o 10 proc. lepiej niż rok wcześniej.

– Główną zasługą popularności biżuterii z drewna jest to, że jest ona w formacie hand made. Nasze produkty są w większości ręcznie robione lub obrabiane – mówi Wiktor Pyrzyk. – Mamy także na rynku dość silny trend ekologii konsumenckiej, a po drugie, mamy także do czynienia z patriotyzmem ekonomicznym. Klienci świadomie dokonują wyboru produktów pochodzących z Polski, tworzonych w sposób świadomy i odpowiedzialny.

Jak podkreślają przedstawiciele firmy, jej cała filozofia opiera się na polityce zero waste – korzysta z certyfikowanego drewna i organizuje akcje sadzenia nowych drzew, tak by było ich więcej niż drzew wykorzystywanych do produkcji akcesoriów.

Pierwszym produktem Plantwear były drewniane zegarki z mechanizmem kwarcowym i to one stanowią znaczną część sprzedaży firmy. Jak podkreśla prezes spółki, wyzwaniem jest stworzenie biżuterii naturalnej i oryginalnej, która jednocześnie będzie trwała.

Posiadamy różne rodzaje biżuterii: bransoletki, kolczyki i pierścionki. Bransoletki w Plantwear dostępne są już w siedmiu formach, a w przyszłości ta liczba cały czas będzie rosła – mówi Pyrzyk. – Stosujemy ciekawe połączenia. Łączymy drewno z metalem, a także z włóknem węglowym. W miejscach, w których samo drewno mogłoby się złamać, używamy włókna węglowego jako materiału wzmacniającego. Dzięki temu produkty stają się o wiele bardziej odporne i trwałe. Biżuteria nie wymaga specjalnej uważności podczas noszenia. Wykańczamy produkty w taki sposób, aby dojrzewały, starzały się pięknie i naturalnie. Nie lakierujemy ich na połysk, bo to tworzy dodatkową warstwę, która mogłaby się rysować.

Prezes spółki zapowiada, że w kolejnych miesiącach poszerzy ona swoje portfolio produktowe o akcesoria premium.

Mamy na myśli głównie łączenie drewna z metalami i kamieniami szlachetnymi – mówi Wiktor Pyrzyk.

Na początku stycznia 2020 roku Plantwear zadebiutował na rynku NewConnect. Było to pierwsze na warszawskiej giełdzie upublicznienie projektu, który prowadził kampanię na platformie CrowdConnect.pl, i pierwsza spółka, która pozyskała kapitał przez crowdfunding.

Jasne zasady wynagrodzenia i rozwój zawodowy na szczycie listy oczekiwań bezrobotnych. Pracującym zależy także na elastyczności zatrudnienia

Rozmowy o wynagrodzeniu to jeden z trudniejszych aspektów rekrutacji. Pracodawcy doceniają kandydatów, którzy jasno precyzują swoje oczekiwania finansowe. Z drugiej strony kandydaci do pracy także oczekują transparentnych zasad wynagradzania – wynika z raportu „Rynek pracy 360°” Grupy Progres. Przy czym jest to oczekiwanie przede wszystkim osób bezrobotnych. Badanym, którzy mają zatrudnienie, bardziej zależy na elastyczności w pracy. Obie grupy podkreślały za to zgodnie, że od pracodawcy oczekują możliwości rozwoju zawodowego.

Do udziału w badaniu „Rynek pracy 360°” zaprosiliśmy bezrobotnych oraz osoby pracujące i zadaliśmy im kilka kluczowych pytań dotyczących rynku pracy. Najważniejsze kryteria decydujące o zatrudnieniu to według bezrobotnych przede wszystkim kwalifikacje, doświadczenie oraz polecenia i rekomendacje [odpowiednio 59 proc., 51 proc. oraz 27 proc. – red.]. Z kolei w przypadku osób pracujących najistotniejsze są trzy elementy: po pierwsze doświadczenie, po drugie – kwalifikacje, a po trzecie kompetencje miękkie [odpowiednio 44 proc., 39 proc. i 29 proc. – red.] wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Cezary Maciołek, wiceprezes zarządu Grupy Progres.

W badaniu Grupy Progres widać także różnice w oczekiwaniach wobec procesu rekrutacji między bezrobotnymi a pracującymi.

Według bezrobotnych rekrutacja powinna przebiegać w miarę bezproblemowo, szybko, najlepiej jednoetapowo – wyjaśnia Cezary Maciołek. – Osoby bezrobotne już po pierwszym etapie rozmowy oczekują informacji zwrotnej, czy dana oferta pracy jest dla nich odpowiednia.

69 proc. ankietowanych bezrobotnych uznało, że rekrutacja powinna składać się z jednego etapu, 25 proc. dopuszcza dwa etapy, a tylko 6 proc. – trzy etapy. W grupie ankietowanych pracowników jednoetapową rekrutację preferuje 31 proc., dwa etapy – 62 proc., a trzy etapy rekrutacji – tylko 7 proc.

Im bardziej wymagające stanowiska, uplasowane wyżej w strukturze organizacyjnej firmy, i im więcej umiejętności do weryfikacji, tym procesy rekrutacji są zdecydowanie bardziej skomplikowane. Trwają kilka miesięcy i składają się nawet z pięciu etapów, zakończonych testami psychologicznymi.

Rozmowa na temat płacy to newralgiczny moment, ale szalenie istotny z punktu widzenia obu stron rekrutacji – ocenia ekspert Grupy Progres. – Przede wszystkim należy jasno definiować oczekiwania. Kandydat powinien bezpośrednio z pracodawcą rozmawiać o widełkach płacowych albo o minimalnej kwocie, za którą jest skłonny podjąć się danej pracy. Z moich obserwacji wynika, że pracodawcy oczekują klarownych komunikatów, aby się do nich odnieść i przekazać informację zwrotną, czy dane kompetencje i kwalifikacje mieszczą się w określonym budżecie.

Jak podkreśla Cezary Maciołek, z reguły to pracodawcy pytają, jakie są oczekiwania finansowe danego kandydata, ale przebieg rozmowy o wynagrodzeniu również zależy od poziomu stanowiska. Im ono wyższe, tym szybciej jest definiowana wysokość płac, a jednocześnie tym mniej krępująca jest sama rozmowa. Osoby z dużym doświadczeniem zawodowym są też zwykle bardziej konkretne i zdecydowane co do swoich oczekiwań, więc potrafią określić poziom wynagrodzenia, jakiego oczekują od nowego pracodawcy.

Pracodawcy doceniają pracowników, którzy jasno artykułują swoje oczekiwania względem wynagrodzenia czy też miejsca pracy, elastyczności i dowolności w wyborze godzin pracy – podkreśla Cezary Maciołek. – Wiedzą, że im lepiej zdiagnozują wzajemne oczekiwania i możliwości na poziomie weryfikacji końcowej przed zatrudnieniem kandydata, tym będzie ono trwało dłużej.

91 proc. bezrobotnych oczekuje od pracodawców wsparcia w planowaniu ścieżki kariery, 86 proc. – transparentności wynagrodzenia, a 83 proc. – benefitów pozapłacowych. Blisko połowa z tej grupy badanych chciałaby pracować zdalnie bez ograniczeń. Podobny odsetek badanych zadeklarował, że oczekuje pracy zdalnej częściowo, a tylko dla 14 proc. nie jest to istotne.

 Dla osób pracujących bardzo ważnym elementem, który ujawnił się w badaniu, jest elastyczność form zatrudnienia oraz elastyczność samej pracy, czyli np. możliwość pracy zdalnej z domu – dodaje Cezary Maciołek. – Oczywiście istotne są jasna ścieżka rozwoju zawodowego, zrozumiały system wynagradzania zmiennego – prowizyjnego lub premiowego – oraz dofinansowanie kursów, szkoleń językowych. Na pewno jest głód rozwoju, co widać w przypadku jednej i drugiej grupy kandydatów.

Wśród osób zatrudnionych możliwość pracy zdalnej ma 63 proc. (tylko zdalnie pracuje 14 proc.), a wśród tych, którzy nie mają takiej możliwości, ponad połowa chciałaby jej wprowadzenia.

Rząd chce przyspieszyć rozwój farm wiatrowych na Bałtyku. Mają na tym skorzystać przede wszystkim polskie firmy

Budowa morskich farm wiatrowych na Bałtyku to projekt inwestycyjny obliczony na 100–120 mld zł. Rząd chce, aby jak największa część tych pieniędzy trafiła do polskich firm i dostawców. Mają to zapewnić mechanizmy, które wprowadzi opracowywana  ustawa offshorowa. – Chcemy, żeby parlament jak najszybciej przyjął tę ustawę, bo inwestorzy czekają na stabilne ramy prawne – mówi Zbigniew Gryglas, wiceminister aktywów państwowych. Jak ocenia, docelowo energia z farm na Bałtyku może stanowić nawet 20 proc. polskiego miksu, a pierwsze wiatraki powinny pojawić się w 2024 roku.

Z morską energetyką wiatrową wiążą się dwa ważne aspekty. Pierwszy to nowe moce, których bardzo potrzebujemy, ale równie ważny jest impuls rozwojowy dla polskiej gospodarki. Zależy nam, żeby w procesie budowy, obsługi i serwisowania farm wiatrowych na Bałtyku uczestniczyło jak najwięcej krajowych firm. Choć nie wybudowaliśmy jeszcze żadnej farmy, to mamy już zidentyfikowanych ok. 100 krajowych firm, które działają w tym obszarze. One już dzisiaj eksportują swoje produkty i usługi, ale z całą pewnością zostaną wykorzystane w tym krajowym łańcuchu dostaw, co spowoduje narodziny nowego sektora, nowej polskiej specjalności – mówi agencji Newseria Biznes Zbigniew Gryglas, wiceminister aktywów państwowych.

Polskie farmy na Bałtyku są jeszcze w fazie projektów i zaczną produkować energię około 2025 roku. Mają pomóc w transformacji polskiej energetyki, zwiększyć produkcję energii z odnawialnych źródeł, przyczynić się do zagwarantowania bezpieczeństwa energetycznego kraju i stanowić impuls dla rozwoju gospodarki, przede wszystkim sektora stoczniowego. Według raportu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej („Przyszłość morskiej energetyki wiatrowej w Polsce 2019”) w tej chwili w naszym kraju jest ok. 140 przedsiębiorstw, które mogłyby się włączyć w  procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych na Bałtyku.

– Myślę, że pierwszy wiatrak na polskim wybrzeżu pojawi się w 2024 roku, ale po cichu liczę, że zaawansowany proces budowy przypadnie już na końcówkę 2023 roku – mówi Zbigniew Gryglas.

Zgodnie z projektem „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” do tego czasu w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku planowane jest oddanie do eksploatacji ponad 10 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych.

– Mamy na Bałtyku doskonałe warunki i grzechem byłoby ich nie wykorzystać. „Polityka energetyczna Polski” zakłada 10 GW mocy zainstalowanych, ale liczymy na 12 GW, a może nawet więcej. Docelowo z tej morskiej energetyki wiatrowej możemy mieć nawet ok. 20 proc. całej energii produkowanej w kraju – mówi Zbigniew Gryglas.

Jak wynika z analiz PSEW, rozwój morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku przyniesie Polsce korzyści w kilku wymiarach, m.in. ekonomicznym, środowiskowym, społecznym i gospodarczym. Włączenie polskich firm w łańcuch dostaw dla tego sektora poprawi ich konkurencyjność oraz wygeneruje dodatkowe dochody i miejsca pracy.

– Wpływ na gospodarkę będzie olbrzymi. Według szacunków niezależnych doradców zapewni impuls dla budżetu państwa sięgający ok. 70 mld zł. Projekt natomiast opiewa na 100–120 mld zł, które zainwestujemy na polskim Bałtyku – mówi Zbigniew Gryglas.

W połowie stycznia resort aktywów państwowych opublikował projekt ustawy offshorowej, która ma umożliwić rozwój tego sektora i wesprzeć budowę farm wiatrowych na Bałtyku. Jest to długo oczekiwany dokument przez branżę, która wskazywała, że są to inwestycje liczone w miliardach złotych i wymagają przede wszystkim rządowego wsparcia oraz stabilnych ram prawnych.

– Teraz przystąpimy do fazy konsultacji międzyresortowych. Jesteśmy szeroko otwarci na środowisko branżowe. Ta ustawa generalnie powstawała w dużej otwartości, słuchaliśmy inwestorów, różnych grup interesariuszy i przemysłu. Po naszym wsłuchaniu się w te głosy powstał projekt, który dzisiaj nie budzi większych wątpliwości. To jest dobra regulacja. Będziemy jeszcze mieć drobne autopoprawki, bo zrodziły nam się nowe pomysły w trakcie prac, ale będą to już naprawdę niewielkie zmiany. Chcielibyśmy, żeby parlament przyjął tę ustawę jak najszybciej. Inwestorzy mówią: „Nie rozpoczniemy fizycznej budowy, nie znając reguł gry” – podkreśla Zbigniew Gryglas.

Projekt ustawy offshorowej zakłada m.in., że inwestorzy, którzy będą stawiać na Bałtyku morskie farmy wiatrowe, będą zobowiązani współpracować przy tym z krajowymi firmami (i dokumentować tę współpracę w formie sprawozdań). To mechanizm stosowany już na wielu europejskich rynkach. Morskie farmy wiatrowe będą też objęte odrębnym podatkiem.

– Unia Europejska pozwala na preferowanie lokalnych dostawców, bo nie opłaca się wozić tak wielkich elementów po całym świecie i zostawia to ślad węglowy. Chcemy więc to wykorzystać. Nie chcemy, żeby się skończyło tak jak w latach ubiegłych, kiedy budowaliśmy autostrady, a polskie firmy budowlane upadały – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Globalne niedoubezpieczenie szacowane jest na 1,2 bln dol. Ubezpieczyciele muszą wypracować nowe kanały sprzedaży dla młodych klientów

Zarówno w Polsce, jak i w całej Europie ubezpieczyciele zwiększają inwestycje w IT oraz bezpośrednie kanały sprzedaży i kontaktu. Testują też możliwości związane z obsługą roszczeń online. Cyfryzacja jest dla branży warunkiem utrzymania konkurencyjności i przyciągnięcia klientów. Z danych przytaczanych przez Sollers Consulting wynika, że tylko w ten sposób ubezpieczyciele będą mogli poradzić sobie z globalnym problemem niedoubezpieczenia, szacowanym na 1,2 bln dol.

Wśród klientów ubezpieczycieli coraz większy udział mają przedstawiciele młodszego pokolenia, którzy oczekują szybkiego i łatwego dostarczania usług, również za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Stąd możliwości ubezpieczycieli na tej płaszczyźnie są niezwykle ważną kwestią na najbliższe lata – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sławomir Gdyk, lead consultant w Sollers Consulting.

Oczekiwania klientów, zwłaszcza młodszych, którzy preferują cyfrowe usługi i kanały kontaktu, to dziś jedno z głównych wyzwań dla sektora ubezpieczeń obok ryzyk związanych ze zmianami klimatycznymi, konkurencją czy rozwojem insurtechów. Wymuszają zarówno zmiany w obsłudze klientów, jak i cyfryzację wszystkich procesów i kanałów sprzedaży. Dotychczasowe są bowiem przestarzałe i branża musi je digitalizować, żeby utrzymać konkurencyjność i klientów. Za wzór może posłużyć bankowość, z którą już blisko 10,5 mln Polaków kontaktuje się za pośrednictwem kanałów mobilnych i ta liczba rośnie (dane Związku Banków Polskich).

Ubezpieczyciele muszą podjąć dalsze wysiłki, aby skupić się na kliencie i zdobywać jego zaufanie. Jest to jedyny sposób na rozwiązanie problemu 1,2 bln dolarów globalnego niedoubezpieczenia. Statystyki roszczeń za rok 2019 pokazują, że różnica między stratami ubezpieczonymi a stratami ekonomicznymi jest znaczna, co ma poważny negatywny wpływ również na gospodarkę i społeczeństwo – podkreślił podczas konferencji „Innovation in Insurance” Michał Trochimczuk, współzałożyciel i partner zarządzający Sollers Consulting. – Aby zbudować zaufanie, należy stosować innowacyjne technologie.

Sollers Consulting ocenia, że przyszłość dystrybucji ubezpieczeń opiera się na podejściu zbliżonym do e-commerce i wyraża się poprzez spersonalizowane doświadczenie klienta, oferty cross-sell, inteligentne i wspomagane usługi oraz ekosystem wielu partnerów. Kanał affinity, czyli dystrybucja polis połączona ze sprzedażą innych produktów czy usług (np. wycieczek czy AGD), jest dla ubezpieczycieli perspektywiczny, ale wymaga integracji z zewnętrznymi systemami IT partnerów.

Ubezpieczyciele na całym świecie już w tej chwili zwiększają inwestycje w IT oraz bezpośrednie kanały sprzedaży i kontaktu, testują też możliwości związane z udzielaniem wsparcia czy obsługą roszczeń online. W Wielkiej Brytanii czy krajach skandynawskich, które notują dobre wyniki sprzedaży polis online i za pośrednictwem alternatywnych kanałów dystrybucji, jak np. supermarketów, ten proces przebiega jednak nieco szybciej niż w Polsce.

Ubezpieczyciele z krajów nordyckich przechodzą obecnie znaczące zmiany w zakresie infrastruktury informatycznej. Zauważyliśmy, że systemy centralne w tych przedsiębiorstwach są przestarzałe i nieefektywne, w związku z czym najwięksi gracze na rynku realizują obecnie przedsięwzięcia aktualizacyjne lub wdrożeniowe – wskazuje ekspert Sollers Consulting.

Polska firma, która doradza rodzimym podmiotom w cyfrowej transformacji, systematycznie rozszerzając działalność o kolejne kraje, teraz zamierza budować swoją pozycję na jednym z największych rynków europejskich – we Francji.

Nasza działalność początkowo ograniczała się do Polski. Później zaznaczyliśmy swoją obecność w Niemczech, Wielkiej Brytanii i krajach nordyckich oraz na innych kontynentach, w Japonii i Ameryce Południowej w Brazylii. Teraz zupełnie naturalnym krokiem wydaje się wejście na jeden z największych europejskich rynków, jakim jest Francja – mówi Irina Ovcinicov, konsultantka w firmie Sollers Consulting. – Pod względem cyfryzacji Francja w wielu aspektach znajduje się w miejscu, które pozwala nam wykorzystać nasze doświadczenie. Mowa m.in. o  automatyzacji procesów i kreowaniu tzw. customer journey, tworzeniu całych ekosystemów ubezpieczeniowych.

Jak podkreśla, firma zamierza wykorzystać na francuskim rynku doświadczenia z transformacji – od strony technologicznej i doradczej – przeprowadzanych wśród ubezpieczycieli z Europy, Azji i Ameryki Południowej.

Mamy 80 klientów na całym świecie i są to grupy finansowe o znaczących osiągnięciach. Staliśmy się dla nich zaufanym partnerem i to samo chcemy przenieść do Francji – powiew świeżości wsparty międzynarodowym doświadczeniem – mówi Irina Ovcinicov.

Wyzwania związane z transformacją technologiczną były przewodnim motywem tegorocznej konferencji „Innovation in Insurance” organizowanej cyklicznie przez Sollers Consulting. Tegoroczna, ósma edycja zgromadziła w Warszawie ponad 330 ekspertów ubezpieczeniowych z całej Europy. Przedstawiciele m.in. Zurich Insurance, Sagi, Admirala, Beazleya, Axa Direct Japan czy Generali Polska omówili wyzwania dla branży, swoje doświadczenia z transformacji i prowadzone aktualnie projekty. Sześć insurtechów zaprezentowało swoje produkty i rozwiązania, z kolei Sollers przedstawił wielokanałową platformę RIFE, która umożliwia ubezpieczycielom i bankom wdrażanie spersonalizowanej interakcji z klientem, projektowanie ich doświadczeń i zarządzanie wielokanałową strategią.

Przedsiębiorca internetowy na tle wyzwań stawianych przez ustawodawstwo

Przedsiębiorcy, którzy prowadzą swoją działalność gospodarczą za pośrednictwem internetu, muszą zrealizować szereg obowiązków, aby zapewnić zgodność funkcjonowania swojej organizacji z przepisami prawa. Choć w powszechnej świadomości bez wątpienia kluczowym aktem prawnym, który nakłada obowiązki w tym obszarze, jest RODO, to jednak nie należy zapominać o pozostałych regulacjach mających istotny wpływ na kształt procesów w firmie. Warto także pochylić się nad zagadnieniem prawidłowego wdrożenia zasad ochrony danych osobowych, nie tylko z perspektywy realizacji obowiązków stawianych przez prawodawstwo z tego obszaru (m.in. wspomniane już RODO), ale również wycieku informacji i ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa, która często stanowi najcenniejsze aktywa w przedsiębiorstwie. Dodatkowo tacy przedsiębiorcy powinni szczególną uwagę skupić na regulacjach dot. ochrony praw konsumenta.

Ustawa o prawach konsumenta

Jedną z kluczowych cech wyróżniających przedsiębiorców internetowych jest fakt, że swoje umowy z konsumentami zawierają oni na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa. W przypadku takich transakcji przedsiębiorca ma obowiązek poinformować konsumenta w sposób jasny i zrozumiały m.in. o głównych cechach świadczenia, swojej tożsamości, cenie czy adresie do reklamacji najpóźniej w chwili wyrażenia przez konsumenta woli związania się umową na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa. Uprawnieniem konsumenta w przypadku zawierania tego typu umów jest prawo odstąpienia od tej umowy w ciągu 14 dni, bez podawania przyczyny i obowiązku ponoszenia kosztów (z określonymi wyjątkami określonymi w ustawie – dot. m.in. poniesienia określonych kosztów zwrotu rzeczy). W przypadku umów zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa przedsiębiorca ma obowiązek udzielenia konsumentowi ww. informacji, utrwalonych na papierze lub – jeżeli konsument wyrazi na to zgodę – na innym trwałym nośniku w sposób czytelny i wyrażony prostym językiem. W przypadku umów zawieranych na odległość przedsiębiorca ma obowiązek przekazania takich informacji w sposób odpowiadający rodzajowi użytego środka porozumiewania się na odległość, czytelnie i prostym językiem. Na stronach internetowych służących do prowadzenia handlu elektronicznego wskazuje się w sposób wyraźny, najpóźniej na początku składania zamówienia, jasne i czytelne informacje o ograniczeniach dotyczących dostarczania oraz akceptowanych sposobach płatności.

Prawo telekomunikacyjne / mailing / informacja handlowa

Kolejnym z istotnych obszarów, o które należy zadbać, prowadząc działalność w zakresie e-commerce, jest kwestia kierowania do swoich klientów informacji handlowych czy innego rodzaju wiadomości, czy ofert. Jedną z regulacji, która w tym zakresie kreuje ograniczenia, jest art. 172 ustawy – Prawo telekomunikacyjne, zgodnie z którym zakazane jest używanie telekomunikacyjnych urządzeń końcowych i automatycznych systemów wywołujących dla celów marketingu bezpośredniego, chyba że abonent lub użytkownik końcowy uprzednio wyraził na to zgodę. Powyższe ograniczenie dotyczy stosowania marketingu bezpośredniego, zarówno w stosunku do konsumentów, jak i osób prawnych. Z kolei art. 10 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną precyzuje, że zakazane jest przesyłanie niezamówionej informacji handlowej skierowanej do oznaczonego odbiorcy będącego osobą fizyczną za pomocą środków komunikacji elektronicznej, w szczególności poczty elektronicznej. W kolejnym ustępie zostało wyjaśnione, że informację handlową uważa się za zamówioną, jeżeli odbiorca wyraził zgodę na otrzymywanie takiej informacji, w szczególności udostępnił w tym celu identyfikujący go adres elektroniczny.

Przedsiębiorcy powinni zadbać zatem o uzyskanie zgody na przesyłanie informacji handlowej i dopilnować, by takie informacje nie były przesyłane osobom, które takiej zgody nie wyraziły.

Należy pamiętać, że w tym aspekcie trzeba zadbać również o to, aby zgoda (jako że dotyczy przetwarzania danych osobowych) spełniała wymagania określone w RODO. Pewne warunki określa także ww. ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Zgoda

Na ww. podstawie zgoda nie może być domniemana lub dorozumiana z oświadczenia woli o innej treści i musi istnieć możliwość odwołania tej zgody w każdym czasie. Swoiste ograniczenia w zakresie wyrażenia zgody określa RODO. Na jego podstawie zapytanie o zgodę musi zostać przedstawione w sposób pozwalający wyraźnie odróżnić je od pozostałych kwestii, w zrozumiałej i łatwo dostępnej formie, jasnym i prostym językiem. Ponadto zgoda musi być w każdym czasie możliwa do wycofania, a jej wycofanie musi być równie łatwe, jak jej wyrażenie.

Szczególną regulacją objęte zostały w RODO osoby, które nie ukończyły 16 lat. W przypadku usług społeczeństwa informacyjnego oferowanych bezpośrednio dziecku zgodne z prawem jest przetwarzanie danych osobowych nieletniego, który ukończył 16 lat. Jeżeli dziecko nie ukończyło 16 lat, takie przetwarzanie jest zgodne z prawem wyłącznie w przypadkach, gdy zgodę wyraziła lub zaaprobowała osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem oraz wyłącznie w zakresie wyrażonej zgody. Administrator, uwzględniając dostępną technologię, ma obowiązek podjąć rozsądne starania, by zweryfikować, czy osoba sprawująca władzę rodzicielską lub opiekę nad dzieckiem wyraziła zgodę lub ją zaaprobowała.

RODO

W przypadku RODO należy dodatkowo pamiętać o zabezpieczeniu procesów przetwarzania danych (w tym ww.) w zgodzie z zasadami wynikającymi z tego rozporządzenia – chodzi m.in. o stosowanie zasady privacy by design i privacy by default we wszystkich procesach przetwarzania danych osobowych. Konieczne jest również zadbanie o należytą realizację obowiązku informacyjnego na zasadzie art. 13 RODO. Jest to szczególnie istotne w kontekście różnorodności celów, dla których przetwarzane są dane przez sklepy e-commerce (m.in. kwestie dostawy towaru, zwrotów itp.), co wiąże się z różnymi podstawami do przetwarzania danych oraz różnymi okresami ich retencji. Przedsiębiorcy internetowi muszą ponadto zmierzyć się z problemem należytego poinformowania o przetwarzaniu danych typu cookies, które, upraszczając, służą do wyświetlania strony internetowej i zapewnienia różnych jej funkcjonalności.

Ustawa o cyberprzestępczości

Swoiste obowiązki dla dostawców usług cyfrowych (tj. osoba prawna albo jednostka organizacyjna nieposiadająca osobowości prawnej mająca siedzibę lub zarząd na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej albo przedstawiciela mającego jednostkę organizacyjną na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, świadcząca usługę cyfrową, z wyjątkiem mikroprzedsiębiorców i małych przedsiębiorców, świadcząca usługi w zakresie funkcjonowania internetowej platformy handlowej, usługi przetwarzania w chmurze czy wyszukiwarek internetowych) określa ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Akt prawny wprowadza szereg obowiązków dla takich podmiotów w zakresie zabezpieczania danych czy zgłaszania incydentów do właściwego podmiotu (CSIRT MON, CSIRT NASK lub CSIRT GOV).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nowe technologie będą wspierały nauczycieli w szkołach. Przyszłością są robotyka, programowanie i rozszerzona rzeczywistość

Nauka programowania, robotyka, rozszerzona rzeczywistość – to jedne z głównych trendów, które rewolucjonizują edukację. Technologie mogą motywować uczniów do większego zaangażowania, spersonalizować proces nauczania, a przede wszystkim go uatrakcyjnić. W badaniach zdecydowana większość nauczycieli pozytywnie ocenia wpływ internetu i nowych technologii, choć w polskich szkołach jak na razie są one wykorzystywane w sposób bierny – głównie po to, aby odtwarzać filmy i wyświetlać prezentacje. Na międzynarodowych targach technologii edukacyjnych Bett w Londynie eksperci NASK szukali rozwiązań, które będzie można wdrożyć w polskich szkołach.

– Nowe technologie będą wspierały nauczycieli w procesach edukacyjnych oraz będą pomagały bardziej angażować uczniów. W Polsce często mówi się, że „najpierw nauka, potem zabawa”, ale widać wyraźnie, że cyfryzacja i nowe technologie pomagają wciągnąć ucznia w zabawę po to, żeby czegoś go nauczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora NASK PIB, dyrektor ds. projektów administracyjno-edukacyjnych.

Uczniowie powszechnie korzystają z dostępu do sieci w szkole i poza nią. 82,5 proc. uczniów w wieku 9–17 lat codziennie łączy się z siecią przez telefon komórkowy. Dziewięciu na dziesięciu korzysta z internetu codziennie lub prawie codziennie – wskazują badania EU Kids Online. Z kolei z badań NASK wynika, że średni czas korzystania z internetu przez polskich nastolatków wynosi 4 godzin i 12 minut na dobę, a blisko co trzeci (27 proc.) spędza online od 2 do 4 godzin dziennie. 12 proc. szacuje, że ten czas przekracza 8 godzin dziennie.

Socjologowie określają nawet pokolenie urodzone po 1995 roku generacją „always on” albo generacją C (od angielskiego słowa „connected” – połączony), dla której Facebook, Snapchat, youtuberzy, influencerzy i aplikacje to naturalne środowisko. Inaczej przetwarzają treści, inaczej się uczą i zapamiętują, korzystają z innych form komunikacji i rozwijają inne kompetencje. W przyszłości na rynku pracy będą im też potrzebne całkiem inne umiejętności. Dlatego również edukacja musi korzystać z nowych technologii i odpowiadać na to wyzwanie.

 Wśród najważniejszych trendów, jakie można obserwować na Bett Show, są nauka programowania, robotyka i rozszerzona rzeczywistość wykorzystywana w edukacji. Te rzeczy mają potencjał, żeby rzeczywiście pomóc nauczycielom, także w Polsce – mówi Bartłomiej Klinger. – W polskich szkołach wiele z nich już mamy, nie mamy się czego wstydzić. Są zajęcia z robotyki i programowania. Rozszerzona rzeczywistość pojawia się też w podręcznikach czy na lekcjach angielskiego. Ważne, żeby tych technologii w szkołach było coraz więcej, a nauczyciele byli przygotowani do ich wykorzystywania.

Jak wynika z raportu „Nastolatki 3.0” NASK i PBS, dziś w polskim systemie edukacji internet i nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny, nastawiony na odtwórcze przyswajanie wiedzy. Jeżeli nauczyciele wykorzystują internet na zajęciach, to najczęściej po to, aby odtwarzać filmy (81,2 proc. wskazań uczniów) i wyświetlać prezentacje (77,6 proc.). Nieco rzadziej nauczyciele korzystają w trakcie zajęć z programów edukacyjnych (60,6 proc.) lub pokazują zdjęcia (48,1 proc.). Aby promować tych aktywnych, którzy prowadzą kreatywne zajęcia z wykorzystaniem internetu i nowych technologii, Ogólnopolska Sieć Edukacyjna prowadzi od ubiegłego roku projekt OSEhero.

Eksperci podkreślają, że technologie w edukacji mają potencjał, żeby motywować uczniów do większego zaangażowania, spersonalizować proces nauczania, a przede wszystkim go uatrakcyjnić.

– Technologie często są wsparciem dla podręczników i widać, że to jest dobry kierunek. Podręczniki są wyposażone w specjalne znaczniki i czytanie oraz oglądanie obrazków nie jest już płaskie. Staje się dla dzieciaków przestrzenne, wciąga w jakąś zabawę, grę, rozrywkę, w dyskusję z postaciami, które się w tej książce pojawiają – mówi Bartłomiej Klinger.

Jak wynika z raportu „Polska szkoła w dobie cyfryzacji”, opracowanego przez zespół badawczy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego oraz PCG Edukacja, 90 proc. pedagogów deklaruje wykorzystywanie cyfrowych technologii w nauczaniu (ok. 40 proc. – kilka razy w tygodniu, a 1/3 badanych – codziennie). Prawie 80 proc. nauczycieli ocenia, że zastosowanie cyfrowych technologii edukacyjnych podczas lekcji zwiększa zaangażowanie uczniów, a 70 proc. uważa, że uatrakcyjniają one zajęcia, choć tylko niewiele ponad połowa wierzy w pozytywny wpływ na ich efektywność. Jednak eksperci zauważają, że nauczyciele najczęściej wykorzystują prezentacje multimedialne lub tablice interaktywne, prowadząc zajęcia nastawione na przekaz informacji – a nie na kreatywny rozwój uczniów.

Przełomem było uruchomienie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która do końca 2020 roku podłączy wszystkie szkoły w całym kraju do szerokopasmowego internetu o przepustowości co najmniej 100 Mb/s. Dzięki temu lekcje będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a model kształcenia w polskich szkołach ma się całkowicie zmienić – z analogowego na cyfrowy.

– NASK jest operatorem Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, co jest dość dużym wyzwaniem. Naszym zadaniem jest też stworzyć usługi i rozwiązania cyfrowe, które będą dostępne dla wszystkich nauczycieli. W tym celu jesteśmy na targach Bett Show w Londynie i podglądamy to, co pokazuje świat i jakie rozwiązania wdrażają inni. Chcemy pewne elementy zapożyczyć i wykorzystać u nas. Idea jest taka, żeby np. technologia rozszerzonej rzeczywistości była dostępna dla każdego nauczyciela w każdej polskiej szkole – podkreśla dyrektor ds. programu OSE.

W trakcie międzynarodowych targów technologii edukacyjnych Bett w Londynie prezentowane są innowacje wykorzystujące technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, interaktywnych aplikacji mobilnych, e-learningu i inne cyfrowe rozwiązania, które można zastosować w szkołach.

W Polsce działa już nawet 300 start-upów medycznych. Specjalizują się głównie w rozwiązaniach z zakresu telemedycyny oraz sztucznej inteligencji

Na polskim rynku funkcjonuje kilkaset start-upów wyspecjalizowanych w technologiach medycznych. Dominują wśród nich firmy tworzące rozwiązania z zakresu telemedycyny oraz przetwarzania danych medycznych przy wykorzystaniu m.in. technologii uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Polska Federacja Szpitali przygotowała obszerny raport, który opisuje funkcjonowanie tej perspektywicznej branży na naszym rynku. Według ekspertów medyczne start-upy powinny przede wszystkim myśleć o ekspansji zagranicznej.

– Jest wielu dyrektorów szpitali, którzy są bardzo innowacyjni i chcą wdrażać nowe rozwiązania, natomiast problem jest z brakiem wiedzy. W różnych szpitalach różne osoby zajmują się wdrażaniem takich innowacji. To może być dyrektor generalny, dyrektor ds. medycznych, ordynator oddziału albo lekarz na danym oddziale. Przez to kontakt ze strony start-upów może być utrudniony. Sektor szpitalnictwa rozwija się i dostrzega innowacyjne rozwiązania dotyczące organizacji działania szpitala, dyrektorzy dostrzegają potrzebę rozwoju i ciągłego udoskonalania swojej organizacji – mówi agencji Newseria Innowacje Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali.

Według szacunków Polskiego Funduszu Rozwoju w naszym kraju funkcjonuje obecnie 150 start-upów specjalizujących się w technologiach tworzonych na potrzeby rynku medycznego. Faktyczna liczba zespołów zainteresowanych innowacjami z zakresu medycyny może być jednak znacznie większa. Z badań przeprowadzonych przez ekspertów Polskiej Federacji Szpitali wynika, że gdyby wziąć pod uwagę również te grupy, które nie mają jeszcze formy prawnej, w Polsce funkcjonowałoby od 280 do 300 start-upów medycznych.

Eksperci z Polskiej Federacji Szpitali opracowali raport „Top Disruptors in Healthcare”, w którym opisano 74 start-upy funkcjonujące w polskiej branży medycznej. Tak szeroki zakres badań – obejmujący w zależności od szacunków od 25 do 50 proc. całego rynku – pozwala przyjrzeć się dominującym trendom i wskazać najbardziej perspektywiczne rozwiązania technologiczne.

– Jeśli chodzi o obszary, w których start-upy w naszym raporcie się obracają, to jest ich co najmniej kilkanaście. Są to telemedycyna, wyroby medyczne, sztuczna inteligencja czy część organizacyjna szpitala, czyli narzędzia wspomagające jego organizację. Nie mamy niestety ani jednego start-upu, który by się zajmował blockchainem w ochronie zdrowia, a jest to dość popularny temat, jeśli patrzymy na świat i Europę. Jednak mamy nadzieję, że w drugiej edycji raportu już znajdziemy taki start-up – mówi ekspertka.

Wśród przebadanych start-upów największą popularnością cieszą się te wyspecjalizowane w produkcji narzędzi z zakresu telemedycyny – aż 45,9 proc. funkcjonuje w tym segmencie gospodarki. Równie popularne są technologie wspomagające przetwarzanie danych medycznych (40,5 proc.) oraz produkcja wyrobów medycznych (35,1 proc.). Co trzecia firma wdraża także rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego, które pozwalają szybciej, skuteczniej i precyzyjniej przetwarzać informacje w ramach nowych narzędzi informatycznych.

Raport wskazuje także najczęstsze źródło finansowania polskich start-upów medycznych. Połowa firm korzysta z funduszy pozyskiwanych ze środków publicznych, 41,9 proc. badanych współpracuje z prywatnymi inwestorami, a jedynie 31,2 proc. samodzielnie finansuje rozwój swoich technologii. Co ciekawe, mimo iż 83,3 proc. start-upów nadal poszukuje dodatkowych źródeł finansowania w kwotach od 0,5 do 400 mln zł, to 43,2 proc. przebadanych firm już notuje powtarzalne przychody ze sprzedaży swoich usług oraz technologii.

– W Polsce jest bardzo dużo start-upów, które zajmują i chcą się zajmować obszarem medycznym i obszarem ochrony zdrowia. Problem natomiast jest z ich komercjalizacją, dostosowaniem czy wdrożeniem do finansowania ze środków publicznych. A także z wyjściem z tymi rozwiązaniami na rynek europejski czy światowy. Widzimy w naszym raporcie, że dużo więcej start-upów mogłoby starać się o ekspansję zagraniczną, ponieważ polski rynek jest dość mały i trudno będzie zostać jednorożcem start-upowym, czyli osiągnąć powyżej 1 mld dol. przychodu, działając tylko w Polsce – uważa Ligia Kornowska.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku start-upów medycznych do 2025 roku wzrośnie do 509,2 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 22,7 proc. w skali roku.

Inteligentne urządzenie pomoże rozwiązać problem niedoborów wody na świecie. Pozwoli także zaoszczędzić 45 proc. wody zużywanej w gospodarstwach domowych

Do 2025 roku nawet dwie trzecie światowej populacji może stanąć w obliczu niedoboru wody. Badanie Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej ocenia prawdopodobieństwo wojen o wodę na 95 proc. w ciągu najbliższych 50–100 lat. Dlatego też firmy coraz częściej szukają sposobów na ograniczenie jej zużycia. Hydraloop opracował inteligentne urządzenie do recyklingu wody. Dzięki systemowi można odzyskać do 95 proc. wody z prysznica i wanny oraz opcjonalnie 50 proc. z pralki. Dzięki temu do ponownego użytku trafia do 85 proc. całkowitej wody użytkowej.

– Hydraloop to system recyklingu wody do zastosowania w domach prywatnych i budynkach. Zbiera on wodę z odpływu umywalki, prysznica i wanny, oczyszcza ją, dzięki czemu może być w bezpieczny sposób wykorzystana do spłukiwania toalety, prania w pralce czy podlewania ogrodu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Arthur Valkieser z Hydraloop Systems.

Ścieki szare, czyli woda po kąpieli, prysznicu, z pralek, zmywarek i zlewów, zazwyczaj stanowią 50–80 proc. ścieków z gospodarstw domowych. Właściwie poddana recyklingowi woda szara może zaoszczędzić około 70 litrów wody na osobę dziennie w gospodarstwach domowych, dlatego jest to jedno z wielu rozwiązań, które mogą znacznie zmniejszyć ilość zużywanej wody i oszczędzić w ten sposób na rachunkach za nią. Choć nawet oczyszczona szara woda nie nadaje się do spożycia, to można ją wykorzystać do spłukiwania toalet czy podlewania ogrodu.

Hydraloop opracował rewolucyjny system recyklingu, bez filtra, za to z samoczyszczącym się mechanizmem.

– Musimy zmienić sposób odzyskiwania wody. Najlepszym i najprostszym sposobem na to jest jej dwukrotne wykorzystanie. Przedsiębiorstwo wodociągowe dostarcza wodę, bierzesz prysznic, a następnie za pomocą urządzenia Hydraloop oczyszczasz ją do ponownego wykorzystania w spłuczce, pralce, do codziennego uzupełniania wody w basenie czy podlania ogrodu. Czteroosobowa rodzina może odzyskać 75 tys. litrów wody rocznie – podkreśla Arthur Valkieser.

Hydraloop pozwala zaoszczędzić 45 proc. wody poprzez recykling do 85 proc. pobieranej wody wodociągowej. Oprócz tego można odzyskać aż do 95 proc. wody z prysznica i kąpieli. Kolejny produkt, Hydraloop Xtra, umożliwia odzyskanie do 95 proc. wody z prysznica i kąpieli oraz dodatkowo 70 proc. wody użytej do prania. Łącznie całkowity odzysk wody użytkowej z Hydraloop Xtra sięga 85 proc.

Całkowita oszczędność energii przy czteroosobowej rodzinie to odpowiednik ok. 600 kWh na rok. Sam Hydraloop zużywa blisko 200 kWh rocznie, więc oszczędność energii netto sięga 400 kWh rocznie.

– Nasz system nie wymaga żadnej konserwacji. Wystarczy profilaktyczna kontrola raz w roku. System podłączony jest do serwera głównego, a właściciel domu otrzymuje informację zwrotną dotyczącą ilości odzyskanej wody oraz sposobów na wypracowanie równowagi między wygodą stosowania a odzyskiwaniem wody – zapewnia Valkieser.

Organizacja WWF szacuje, że obecnie 1,1 mld ludzi na całym świecie nie ma dostępu do wody. Jej brak to problem sanitarny dla ponad 2 mld osób. Sytuacja jest coraz gorsza, a do 2025 roku dwie trzecie światowej populacji może stanąć w obliczu niedoboru wody. Badanie Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej wskazuje, że w przyszłości wojny o wodę staną się czymś powszechnym. W ciągu 50100 lat ich prawdopodobieństwo naukowcy oceniają na 7595 proc.

– Jeżeli w ciągu kilku dekad połowa ludności na świecie zaczęłaby odzyskiwać wodę w gospodarstwach domowych, zużywalibyśmy jej mniej niż obecnie, i to przy populacji liczniejszej o 2,5 mld – podkreśla Arthur Valkieser.

Bitcoin lubi strach. Dolar dalej mocny

Na rynkach tematem numer jeden powoli staje się koronawirus. Dzisiaj jednak Donald Trump zapowiedział kolejną wersję porozumienia bliskowschodniego. Jeżeli doszłoby do niego, można spodziewać się sporych zmian kursów.

Porozumienie stulecia

Donald Trump ogłosi dzisiaj swój plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu. Projekt określany jest mianem “porozumienia stulecia”, problem w tym, że pomimo tej nazwy może do samego porozumienia nie dojść. Palestyńczycy wstępnie odrzucili ten plan, ale prezydent USA wierzy, że zmienią zdanie. Donald Trump zachwala swoją propozycję, ale nie zdradza na razie szczegółów. Gdyby udało się doprowadzić do tego porozumienia, to byłby to bardzo mocny sygnał w ramach tegorocznych wyborów prezydenckich. Na razie rynki patrzą optymistycznie a dolar jest blisko swoich maksimów wielomiesięcznych.

Bitcoin lubi strach

Niepewność na rynkach powoduje, że w górę idą często bardzo dziwne aktywa. Jednym z nich są kryptowaluty, które zyskują zarówno jako inwestycja alternatywna, jak i z powodu zawirowań politycznych na Bliskim Wschodzie. W rezultacie pomimo tego, że w grudniu najpopularniejsza kryptowaluta oscylowała w okolicy 7000 dolarów i analitycy zastanawiali się, kiedy znów spadnie, teraz wzrosła do 9000 dolarów.

Dolar dalej mocny

Wczoraj po słabszych danych z Niemiec również Amerykanie nie zachwycili rynków. Indeks IFO w Niemczech pokazał słabszy odczyt od oczekiwań. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że patrząc na ostatnie miesiące, były one wyjątkowo optymistyczne. W USA poznaliśmy z kolei dane na temat sprzedaży nowych domów. Pomimo optymistycznych prognoz wskaźnik okazał się taki sam jak przed rokiem. Słabsze dane z rynku nieruchomości nie mają już jednak takiej mocy jak jeszcze kilka lat temu, kiedy mocno łączono je z kryzysem 2008 roku. W efekcie dolar kolejny dzień zbliżał się do bariery 1,10 dolara za euro, przez moment ją uzyskując.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Sztywne godziny pracy nie zawsze się sprawdzają

Na współczesnym rynku pracy dominuje tzw. pokolenie Y, które szczególnie ceni balans pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym.  Bardzo cenią sobie czas wolny, który mogą wykorzystać na rozwój osobisty, hobby czy po prostu odpoczynek, stąd bardzo poświęcają ten czas na dłuższe pozostanie w pracy. Pracownicy z pokolenia Y bardzo doceniają możliwość częściowej pracy zdalnej i elastyczny wymiar pracy. Pracodawcy nie zawsze chcą lub nie mogą zgodzić się na takie rozwiązanie. Warunkowane jest to przede wszystkim branżą. O ile np. w agencjach kreatywnych jest to możliwe, a nawet korzystne dla efektywności pracy, to w przypadku administracji, pracy w instytucjach czy firmach obsługujących klientów stacjonarnie byłoby to trudne w realizacji. W takich przypadkach odgórnie wyznaczone godziny pracy lepiej się sprawdzają, chociaż zależy to również od podejścia pracowników. Zdarzają się osoby, które równo o godzinie 17 wyłączają komputery i wychodzą z pracy niezależnie, od tego, czy wykonali swoje zadania czy nie. Pokazuje to, jak ważna jest komunikacja pomiędzy pracownikami i pracodawcą.

Myślę, że dobrym rozwiązaniem zarówno dla pracowników jak i pracodawców jest rozliczanie godzin pracy oparte na raportach godzinowych. Teoretycznie obowiązuje 8 godzinny dzień pracy, jednak można ten czas dowolnie regulować. Jeśli jednego dnia dużo dzieje się w firmie pracownicy nie mają problemy z pozostaniem w biurze dłużej, bo wiedzą, że innego dnia będą mogli wyjść wcześniej. To też dobry sposób, aby skrócić sobie dzień pracy na koniec tygodnia i mieć dłuższy weekend.

Dobierając sposób wyznaczania godzin pracy warto zwrócić uwagę na indywidualne czynniki. To co sprawdzi się w 80% załogi niekoniecznie będzie dobrze odebrane przez pozostałe 20%. Zdarzają się osoby, które nie potrafią odnaleźć się w systemie innym niż sztywnie wyznaczona 8 godzin pracy dziennie. Tego typu pracownicy lepiej sprawdzą się w zadaniach administracyjnych, które zwykle bez żadnego uszczerbku dla wyniku można wykonywać w niezmiennych godzinach.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Co trzeba wiedzieć o split payment w obcej walucie?

W jaki sposób zapłacić za fakturę walutową w mechanizmie podzielonej płatności (MPP)? To jeden z dylematów przedsiębiorców związany z nowymi obowiązkami.

 

Split payment, czyli podzielona płatność, obowiązuje od 1 listopada 2019 roku. Najprościej rzecz ujmując,  split payment dotyczy podatku VAT i sprowadza się do rozdzielenia przez nabywcę towarów lub usług kwoty faktury na dwa osobne rachunki – rachunek rozliczeniowy i rachunek VAT. Obowiązek zapłaty z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności dotyczy faktur, których wartość brutto przekracza 15 tys. zł, dokumentujących sprzedaż towarów lub usług wskazanych w załącznik nr 15 do ustawy o VAT (tzw. towary i usługi wrażliwe).

Nowe regulacje dotyczące split payment obowiązują już blisko trzy miesiące. Niestety wspomniane przepisy nadal są problematyczne dla wielu przedsiębiorstw. Sporo wątpliwości dotyczących split payment budzą m.in. płatności za faktury w walucie obcej. Warto więc mocniej pochylić się nad tym zagadnieniem.

Prawo o rozliczeniach w obcej walucie

Przedsiębiorcy – mając ku temu podstawy biznesowe – mogą preferować fakturowanie oraz rozliczenia z polskimi kontrahentami w walucie obcej. Jednak zgodnie z art. 106e ust. 11 ustawy o VAT kwoty podatku na fakturze wykazuje się w polskich złotych. Przedsiębiorcy stosując się do przywołanego przepisu wystawiają faktury w walucie obcej, jednocześnie podając kwotę VAT w złotych.

Jak stanowi art. 108a ust. 3 ustawy o VAT zapłata z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności dokonywana jest w złotych. Powstaje więc problem, w jaki sposób zapłacić za fakturę walutową w mechanizmie podzielonej płatności? Niestety takiej płatności nie można dokonać za pośrednictwem jednego komunikatu przelewu. Przy użyciu split payment należy zapłacić podaną w złotych kwotę VAT, zaś kwotę netto faktury opłacić oddzielnym przelewem w walucie obcej.

Aby lepiej wytłumaczyć sytuację, warto odwołać się do konkretnego przykładu. Wyobraźmy sobie, że podatnik otrzymał od czynnego podatnika podatku VAT fakturę na kwotę netto 1000 euro + VAT  230 euro (988,43 zł), którą chciałby zapłacić w mechanizmie podzielonej płatności. W tym celu musi w komunikacie przelewu MPP jako kwotę podatku wskazać kwotę VAT przeliczoną na polską walutę określoną na fakturze tj. 988,43 zł i tę samą kwotę wskazać jako kwotę brutto, gdyż płatność w split payment dotyczy tylko kwoty podatku. Podatnik musi standardowo podać w komunikacie numer faktury, za którą płaci oraz numer NIP kontrahenta. W oddzielnym komunikacie przelewu walutowego podatnik wskazuje kwotę netto faktury w euro.

– Katarzyna Pożarowszczyk, ekspert ds. podatku VAT w MDDP Outsourcing

Sztorm nad maltańskim sektorem jachtowym

Maltański rejestr statków należy do największych na świecie. Malta to również jeden z najpopularniejszych krajów pod względem rejestracji jachtów rekreacyjnych. Na Malcie obowiązują przepisy unijne, jasne przepisy dotyczące hipotek jachtowych i niskie koszty rejestracji. Jeszcze do niedawna państwo to stanowiło swego rodzaju raj dla właścicieli jachtów. Jednak nawet w raju zdarzają się silne sztormy i gwałtowne burze.

Ognie Świętego Elma nad maltańskim sektorem jachtowym

Z dniem 8 marca 2018 r. Komisja Europejska powiadomiła Maltę o wszczęciu postępowania w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego z powodu niepobierania właściwej kwoty podatku od wartości dodanej w sektorze jachtowym.

Komisja wskazała w swoim oświadczeniu, iż uchylanie się od opłaty podatku VAT na podstawie regulacji maltańskich może powodować poważne zakłócenia w relacjach z innymi państwami członkowskimi.

Postępowanie wszczęte przeciwko Malcie w sprawie uchybienia zobowiązaniom dotyczy przede wszystkim:

  • obniżonej stawki VAT stosowanej przy leasingu jachtów – zgodnie z wytycznymi maltańskimi im większy jacht, tym częściej uznawano, że leasing jachtu nie będzie odbywał się na wodach terytorialnych UE, co znacznie obniżało obowiązującą stawkę VAT;
  • nieprawidłowego opodatkowania na Malcie tzw. zakupu leasingowego – prawo maltańskie klasyfikowało leasing jachtu jako świadczenie usługi, a nie jako dostawę. Skutkowało to tym, że podatek VAT naliczany był według stawki standardowej od niewielkiej kwoty rzeczywistej ceny kosztu jachtu przy ostatecznym jego wykupie. Reszta natomiast była opodatkowana jako świadczenie usługi według znacznie bardziej obniżonej stawki VAT.

Malta dostała 2 miesiące na ustosunkowanie się do argumentów przedstawionych przez Komisję i opracowanie nowych wytycznych do rozliczania VAT w sektorze jachtowym.

Nowe wytyczne rozliczania VAT gwiazdą żeglarską dla maltańskiego sektora jachtowego

Pod koniec lutego 2019 r. komisarz skarbowy na Malcie opublikował nowe wytyczne dotyczące obliczania podatku VAT od transakcji związanych z leasingiem jachtów rekreacyjnych przez podmiot zarejestrowany na Malcie. Zmiany te zostały wprowadzone w celu odzwierciedlenia zmian dokonanych na poziomie UE w sektorze jachtowym przy jednoczesnej transpozycji zasad określonych w dyrektywie VAT.

Wcześniej opłata VAT ustalana była w zależności od rodzaju i długości jachtu, przy czym stawka efektywna mogła zostać potencjalnie obniżona z 18% do 5,4% (w przypadku łodzi żaglowych lub motorowych o długości ponad 24 m). Zgodnie z nowymi wytycznymi stawkę podatku VAT należy uzależnić od czasu spędzonego przez jacht na wodach terytorialnych UE.

Zasadniczo, jeżeli leasingobiorca korzysta z jachtu całkowicie poza wodami terytorialnymi UE, wówczas od tych transakcji nie jest należny podatek VAT. Nowe wytyczne dotyczące podatku VAT nakładają pewne obowiązki na leasingodawcę i leasingobiorcę w celu sprawiedliwego określenia sposobu korzystania z jachtu na wodach terytorialnych UE.

Rejs po nowych wytycznych rozliczania VAT

  1. Leasingodawca musi posiadać maltański numer identyfikacyjny VAT;
  2. Dany jacht musi zostać oddany do dyspozycji leasingobiorcy na Malcie;
  3. Leasingobiorcą nie może być osoba prowadząca działalność gospodarczą (nie może być podatnikiem);
  4. Umowa leasingu musi zostać zatwierdzona przez komisarza skarbowego;
  5. Leasingobiorca musi przekazać leasingodawcy informacje poparte danymi zebranymi metodami technologicznymi/technicznymi pozwalającymi na ustalenie faktycznego korzystania z jachtu na wodach terytorialnych UE i poza nimi;
  6. Przy płatnościach z tytułu leasingu za pierwszy kwartał VAT cała kwota będzie podlegała opodatkowaniu podatkiem VAT w wysokości 18%. Opłaty leasingowe za II kwartał VAT również będą podlegały opodatkowaniu podatkiem VAT w wysokości 18%, jednak w II kwartale zwrot podatku VAT należny na podstawie czasu spędzonego przez jacht poza wodami terytorialnymi UE w I kwartale zostanie obliczony na podstawie zachowanych danych wskazanych w pkt 5 powyżej. Podatek VAT należny w II kwartale zostanie potrącony z wszelkich zwrotów podatku VAT należnych w odniesieniu do I kwartału i różnicy zapłaconej maltańskim organom podatkowym w II kwartale. Takie wyliczenie trzeba będzie wykonać dla każdego kwartału VAT.

Nowe wytyczne dotyczące rozliczania podatku VAT określają sposób naliczania podatku VAT w momencie rozpoczęcia leasingu, w zależności od daty rozpoczęcia leasingu w porównaniu z okresem podatkowym leasingodawcy.

Spokojny kurs w kierunku portu

Opisane powyżej wytyczne VAT dotyczące leasingu jachtów na Malcie w dalszym ciągu stanowią propozycję komisarza skarbowego i nie zostały jeszcze oficjalnie wprowadzone w życie. Mogą one ulec zmianie jeszcze przed oficjalną ratyfikacją.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

PZF: ponad 18 tys. firm w Polsce korzysta z faktoringu

Polski rynek faktoringowy zakończył 2019 r. z 16 – procentowym wzrostem obrotów. Firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów nabyły wierzytelności wynikające z faktur wystawionych przez krajowych przedsiębiorców o łącznej wartości 281,7 mld zł. Dynamika rozwoju sektora pod koniec roku wyhamowała, a największy wpływ na słabnące tempo miały zmieniające się warunki prawne oraz pogarszająca się sytuacja makroekonomiczna. Mimo to faktoring zachował dwucyfrowy wzrost obrotów, dowodząc silnej odporności na negatywne zjawiska rynkowe. Firmy członkowskie PZF pozyskały nowych klientów, a ich łączna liczba w 2019 r. przekroczyła 18 tys.

Polski Związek Faktorów (PZF) skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących usługi faktoringowe. Zrzesza 31 członków: 5 banków komercyjnych, 19 wyspecjalizowanych firm udzielających finansowania, 4 podmioty o statusie partnera oraz 3 członków honorowych.

Firmy należące do PZF sfinansowały w 2019 r. działalność krajowych przedsiębiorstw na łączną kwotę 281,7 mld zł. Dzięki temu rynek zanotował wzrost o 16 proc.

Wykres 1. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów w 2019 r. (w mld zł) 18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 1

18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu– Za nami bardzo trudny rok. Najwięcej obaw budziły zmiany prawne, bardzo głęboko ingerujące w funkcjonowanie firm faktoringowych. Adaptacja do nowych regulacji była szczególnie wymagająca i nie pozostała bez wpływu na nasz sektor. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności, najpierw dobrowolnego, a następnie – obowiązkowego, uruchomienie białej listy podatników VAT i uregulowania dotyczące terminów płatności, wiązały się z bardzo intensywnym zaangażowaniem rynku zarówno w proces konsultacji legislacyjnych, jak i na dalszym etapie – w adaptację uczestników sektora do nowych warunków. Wszystkie te zmiany wywarły wpływ na wyhamowanie wzrostu rynku zwłaszcza w ostatniej fazie 2019 r. Niestabilne prawo jest także problemem dotykającym przedsiębiorców. Wskazywali je choćby w Szybkim Monitoringu NBP jako jedną z najbardziej dotkliwych barier rozwoju – wyjaśnia Sebastian Grabek, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.

– Dla wyników rynku znaczenie miała także sytuacja makroekonomiczna. Krajowa gospodarka wyhamowuje i wywiera to wpływ na faktoring. Gorszy od oczekiwań okazał się wynik PKB za III kwartał 2019 r. Zamiast oczekiwanych 4,1 proc. wskaźnik wzrósł o 3,9 proc. Również indeks PMI zatrzymał się w październiku na poziomie 45,6 pkt. mimo prognoz na poziomie 48 pkt. W drugiej połowie roku przedsiębiorstwa odnotowały słabnącą dynamikę produkcji przemysłowej i sprzedaży. Tendencja spadkowa ujawniła się także w eksporcie. Dotkliwiej odczuwają ją ci, którzy prowadzą sprzedaż głównie na rynkach europejskich. Jednak w tych trudnych warunkach nasz rynek odnotował dwucyfrowy wzrost. Faktoring kolejny już raz pokazał, że jest usługą odporną na pogorszenie sytuacji w otoczeniu. Dowiódł tego w latach kryzysu, dowodzi tego również dziś, kiedy dotykają go z jednej strony głębokie zmiany prawne, z drugiej – słabnąca siła całej gospodarki – dodaje Sebastian Grabek.

Najpopularniejszą formą faktoringu, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach europejskich, pozostaje faktoring pełny. Umożliwia szybki dostęp do środków na bieżącą działalność, połączony z ochroną przed brakiem zapłaty za dostarczone towary lub usługi ze strony kontrahentów. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w 2019 r. w jego ramach blisko 145 mld zł wierzytelności, co stanowi 51 proc. obrotów całego rynku.

Z usług firm należących do PZF korzysta obecnie 18 tys. przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich. Wystawiły one blisko 12,7 mln faktur, na podstawie których krajowi faktorzy udzielili finansowania.

– Pomimo obaw i niepewności związanych z legislacyjnym i regulacyjnym huraganem, liczba podmiotów gospodarczych sięgających po faktoring w 2019 r. wzrosła.

Dostrzegalne rezultaty przynoszą prowadzone wśród przedsiębiorców działania edukacyjne całej branży.

Na uwagę zasługuje też fakt, że rośnie liczba mikroprzedsiębiorstw stawiających na faktoring. Korzystają one z oferty nie tylko młodych fintechów, ale także dużych faktorów o ugruntowanej pozycji.

Przedsiębiorcy dostrzegli, że faktoring pozwala uniknąć ryzyka wpadnięcia w zatory płatnicze. Dlatego przedstawiają coraz więcej faktur do sfinansowania – dodaje Sebastian Grabek.

Wykres 2. Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF w latach 2017 – 2019 (w tys.)18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 2

Z usług firm faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. Utrzymanie płynności finansowej w ich przypadku decyduje o przetrwaniu lub rozwoju. Faktoring umożliwia im zachowanie dobrej kondycji ekonomicznej, a przez to – stabilnej pozycji rynkowej i przewagi konkurencyjnej.

Wykres 3 Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF w 2019 r. w ujęciu sektorowym

18 tys firm w Polsce korzysta z faktoringu 3– Przed nami wiele wyzwań. Chcemy przekonać do naszych usług większą liczbę eksporterów. Obecnie faktoring międzynarodowy rośnie wolniej niż krajowy. Ponadto barierą w uzyskaniu przez przedsiębiorców finansowania są kontraktowe zakazy cesji. PZF zabiega o zmiany prawne zmierzające do tego, aby nie obowiązywały one wierzytelności pieniężnych. Wierzymy, że nasze postulaty w ramach kampanii „Wolne Faktury” zaowocują korzystnymi regulacjami – podsumowuje Sebastian Grabek.

Najmniejsze firmy w największych kłopotach. Są w najgorszej kondycji od 5 lat

W I kwartale 2020 subindeks Barometru EFL dla mikroprzedsiębiorców już po raz trzeci spadł, co pogłębiło rekordowo niski poziom w tej grupie. Wartość wskaźnika wyniosła tylko 46,4 pkt., o 0,3 pkt. mniej niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Jest to najniższy wynik tej grupy przedsiębiorstw od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku). W przypadku małych i średnich firm nastroje lekko się poprawiły (odpowiednio o 0,3 pkt. oraz o 1,5 pkt.).O ile jednak w firmach średnich obecny poziom plasuje się wśród przeciętnych na przestrzeni ostatnich pomiarów (56,1 pkt.), o tyle w firmach małych wciąż nie przekroczył granicy 50 pkt. (49,8 pkt.) i pozostaje jednym z najniższych.

Radosław Woźniak, prezes EFL, zwraca uwagę, że nie ziścił się pesymistyczny scenariusz nakreślony w ubiegłym roku, zgodnie z którym do firm mikro i małych, znajdujących się poniżej progu ograniczonego rozwoju, dołączą średnie podmioty. – Pierwszy tegoroczny pomiar pokazał, że najmniejsze i największe firmy z sektora MŚP znajdują się na dwóch biegunach. Mikroprzedsiębiorcy z kwartału na kwartał czują, że warunki do prowadzenia ich biznesu są coraz trudniejsze. Obawiają się o swoją przyszłość, rezygnują z dodatkowego finansowania na inwestycje. Z drugiej strony średnie firmy pozostają cały czas odporne na negatywne zewnętrzne czynniki makroekonomiczne i odnotowują coraz wyższe odczyty. Taka polaryzacja nastrojów z pewnością nie służy polskiej gospodarce – komentuje Radosław Woźniak, prezes EFL.

Mikrobiznes w makrokłopotach

W I kwartale br. wartość Barometru EFL po raz kolejny spadła w grupie najmniejszych przedsiębiorstw zatrudniających do 9 pracowników. Subindeks wyniósł tylko 46,4 pkt. i jest to wynik o 0,3 pkt. niższy niż kwartał wcześniej i o 2,5 pkt. niższy niż w I kwartale 2019 roku. Co więcej, jest to już trzeci w ciągu roku pomiar (III kwartał 2019, IV kwartał 2019, I kwartał 2020), gdy wynik dla firm mikro osiąga wartość poniżej 50 pkt. Tak wielu niskich odczytów nie odnotowała do tej pory żadna z grup wyróżnionych z uwagi na wielkość zatrudnienia.

Na niski odczyt dla mikrofirm miały wpływ przede wszystkim pesymistyczne prognozy w obszarze sprzedaży. Tylko 18 proc. ankietowanych liczy na większe zamówienia, podczas gdy kwartał wcześniej sprzedażowych optymistów było nieco więcej, bo 22 proc. Sporo lepiej przedstawia się obszar inwestycyjny, gdyż 26 proc. mikroprzedsiębiorców spodziewa się więcej inwestować – w ostatnim kwartale 2019 roku tylko 8 proc. Mniej „maluchów” niż 3 miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 14,5 proc. vs. 17,5 proc. Jeszcze mniej zapowiada większą potrzebę na finansowanie zewnętrzne – 4,5 proc. vs. 10 proc.

Bez optymizmu także w małym biznesie

O niskim wyniku można powiedzieć również w przypadku firm zatrudniających od 10 do 49 osób. Subindeks Barometru EFL wyniósł tylko 49,8 pkt. i był wyższy, o 0,3 pkt. kwartał do kwartału. Jest to drugi odczyt poniżej progu OR dla tej grupy przedsiębiorstw od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku).

Wśród małych firm odsetek optymistów inwestycyjnych jest na wyższym poziomie niż kwartał wcześniej – 32 proc. vs. 19,6 proc. i niż w analogicznym okresie 2019 roku – 18,9 proc. Więcej jest także małych podmiotów prognozujących wyższą sprzedaż – prawie 29 proc., podczas gdy w IV kwartale 2019 – 25 proc, a w I kwartale 2019 – 24 proc. Podobnie jak w przypadku mikroprzedsiębiorców bardzo mało podmiotów planuje uzyskać większe finansowanie zewnętrzne.

Średniaki radzą sobie najlepiej

Tylko w firmach średnich poziom wskaźnika utrzymuje się powyżej 50 pkt. W I kwartale br. wyniósł 56,1 pkt.i był wyższy o 1,5 pkt. kw./kw. Co więcej, jest to także dużo lepszy wynik niż w I kwartale ubiegłego roku, o 7 pkt. Widać zatem, że średnie firmy zatrudniające od 50 do 249 osób rozpoczęły ten rok w zdecydowanie lepszych nastrojach niż 2019 rok.

Optymizm uwidocznił się wśród średnich podmiotów w szczególności w obszarze inwestycji – aż 4 na 10 uważa, że na początku roku zwiększy swoje inwestycje. Kwartał wcześniej i rok wcześniej tego zdania było tylko po 17 proc. „średniaków”. Odwrotnie jest z obszarem sprzedaży – tutaj to średnie firmy wykazują pesymizm w porównaniu do kwartału wcześniej (30 proc. vs. 36,7 proc.).

Deloitte: Blisko 90 proc. kadry uważa, że skutki zmiany klimatu niekorzystnie wpłyną na działalność ich firm

Warszawa, 28 stycznia 2020 r. – Czwarta rewolucja przemysłowa sprawia, że liderzy, którzy dotąd uważali, że to zysk jest głównym celem organizacji zaczynają dostrzegać wagę społecznej odpowiedzialności biznesu. Według autorów trzeciej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Czwarta rewolucja przemysłowa: gotowi i odpowiedzialni” najlepiej w epoce 4.0 radzą sobie firmy, które mają ukierunkowaną, długoterminową i kompleksową strategię działania. Aż 69 proc. takich organizacji osiąga zysk, przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na społeczeństwo. Podobne efekty ma jedynie 10 proc. firm, które funkcjonują bez takiej strategii.

Badanie Deloitte objęło ponad 2 tysiące członków zarządów firm z 19 krajów. W swoich odpowiedziach podkreślali oni, że biznes ma służyć nie tylko akcjonariuszom, ale także klientom, pracownikom, dostawcom i społeczeństwu, potwierdzając tym samym konkluzje Okrągłego Stołu Biznesu i Światowego Forum Ekonomicznego.

Strategia, czyli początek i koniec

W 2019 roku około 90 proc. firm, które miały kompleksową strategię Przemysłu 4.0 wygenerowało co najmniej 5-proc. wzrost przychodów. Dla porównania, takim wynikiem mogło się pochwalić tylko 72 proc. organizacji, które miały strategie doraźne, nie posiadało ich wcale albo dopiero zaczynało je opracowywać.

Jak w swoim najnowszym raporcie zauważają eksperci Deloitte, ważniejsze od tego czy firmy wykorzystują technologie, jest to, w jaki sposób to robią. Dzięki ich szerokiemu zastosowaniu w każdym obszarze działalności, organizacje mogą uniknąć pułapki polegającej na skupianiu się na krótkoterminowych zyskach kosztem możliwości rozwoju w dłuższej perspektywie czasowej. Prawie 70 proc. dyrektorów, których firmy mają taką strategię, deklaruje zysk przy jednoczesnym pozytywnym wpływie na społeczeństwo. Tymczasem tylko 10 proc. ankietowanych firmy doradczej stwierdziło, że ich organizacje mają kompleksowe strategie dotyczące Przemysłu 4.0. Aż dwie trzecie dyrektorów twierdzi natomiast, że ich przedsiębiorstwa w ogóle nie wdrażają rozwiązań czwartej rewolucji przemysłowej i reagują doraźnie.

Rewolucja 4.0 dzieje się tu i teraz. Szybkie tempo zmian sprawia, że posiadanie dostosowanej do niej strategii  staje się kluczową kwestią. Obserwujemy zmianę postaw społecznych, które wymagają od liderów biznesowych i firm większej odpowiedzialności za ekosystem, w którym funkcjonują. Dotyczy to m.in. pracowników, społeczeństwa czy środowiska. Co ciekawe, firmy, które posiadają strategię 4.0 deklarują, że osiągają nie tylko lepsze wyniki, ale również dostrzegają większą efektywności w oddziaływaniu społecznym, zarządzaniu talentami w firmie czy w inwestycjach technologicznych – mówi Tomasz Konik, Wiceprezes Zarządu Deloitte w Polsce.

Po pierwsze społeczeństwo

Badanie Deloitte pokazuje, że biznes ma do odegrania ważną rolę w kształtowaniu tego, jak technologie mogą wpływać na społeczeństwo. W badaniu przeprowadzonym dwa lata temu 35 proc. dyrektorów uważało, że organizacje muszą poświęcić więcej czasu na przygotowanie się do ewentualnego wpływu nowych rozwiązań technologicznych na społeczeństwo. W najnowszej ankiecie blisko sześciu na dziesięciu ankietowanych stwierdziło, że zwiększenie pozytywnego wpływu ich firm na społeczeństwo jest jednym z pięciu najbardziej pożądanych wyników inwestycji w obszar 4.0.

– Cieszy nas to, że zmienia się perspektywa biznesu, która obejmuje nie tylko działania skupione na osiąganiu wyników finansowych, ale również pozytywny wpływ na społeczeństwo. Jak wynika z naszego badania 39 proc. organizacji kładzie nacisk na kwestie społeczne ze względu na klientów czy inwestorów, a 22 proc. pod presją pracowników – mówi Irena Pichola, Partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej.

Ośmiu na dziesięciu zapytanych dyrektorów twierdzi, że w ubiegłym roku opracowało produkty lub usługi, które mają pozytywny wpływ na społeczeństwo lub środowisko, a 88 proc., że wysiłki te przynoszą dochód, w porównaniu z odpowiednio 73 i 53 proc. w ubiegłym roku.

Środowisko coraz ważniejsze

Kwestie, które od ostatniego badania Deloitte mocno zyskały na znaczeniu to zmiany klimatyczne i równowaga ekologiczna. Dwa lata temu tylko 10 proc. członków kadry zarządzającej twierdziło, że ich firmy mogą w znacznym stopniu wpływać na zrównoważony rozwój środowiskowy. W tym roku aż 48 proc. deklaruje, że walka ze zmianami klimatycznymi to ich najważniejsza odpowiedzialność, a 38 proc. tak samo myśli o zrównoważonym rozwoju. Prawie połowa liderów (48 proc.) całkowicie zgadza się, że skutki zmian klimatu będą miały negatywny wpływ na ich organizacje. –  Ekstremalne zjawiska pogodowe i ich skutki, takie jak np. ostatnie wydarzenia w Australii, budzą coraz większy niepokój. Kadry zarządzające postrzegają kwestie środowiskowe i klimatyczne, jako potencjalne zagrożenie dla funkcjonowania ich biznesów. Jeszcze dwa lata temu działania na rzecz klimatu, czy przeciwdziałaniu skutkom zmian, były dla przedstawicieli biznesu odległym obszarem. Obecnie ponad połowa twierdzi, że koncentruje się na tej kwestii i ma odpowiednie strategie lub zleci ich opracowanie. Ponadto, 59 proc. ankietowanych oświadczyło, że wdrożyli już wewnętrzne inicjatywy proekologiczne – od ograniczenia podróży służbowych po eliminację plastiku – dodaje Irena Pichola.

Zapytani o to, na jakich kwestiach skupiają się ankietowani, aż 61 proc. odpowiedziało, że na niedoborach zasobów takich jak olej, gaz czy woda, 54 proc. na zmianach klimatu i zrównoważeniu środowiskowym, a 44 proc., iż na aspektach związanych z łańcuchami dostaw.

Odpowiedzialność za pracownika

Podczas gdy wielu pracowników z niepokojem patrzy na rozwój sztucznej inteligencji i automatyzacji, rośnie liczba pracodawców, którzy angażują się w rozwój talentów zatrudnionych w firmie osób. W badaniu przeprowadzonym dwa lata temu, zapytani przez Deloitte dyrektorzy deklarowali, że niewiele mogą zrobić, aby przygotować pracowników do stawienia czoła wymaganiom Przemysłu 4.0. Tylko 43 proc. deklarowało chęć przeprowadzenia szeroko zakrojonych szkoleń dla nich. W najnowszym badaniu o takich planach mówi już 74 proc. ankietowanych. Ponad 80 proc. z nich albo stworzyło, albo tworzy korporacyjną kulturę długoletniego kształcenia. Znacznie mniej, bo tylko 28 proc. chce skupić się na przyciąganiu i zatrzymywaniu nowych talentów.

To bardzo ważny aspekt, ponieważ Rewolucja 4.0 niesie ze sobą nie tylko szereg korzyści, ale również wyzwań. Brak elastyczności czy nowych kompetencji może skutkować pogłębianiem się różnic w społeczeństwie – mówi Tomasz Konik.

Tylko 10 proc. dyrektorów twierdzi, że ich firmy poczyniły znaczące postępy w analizie kwalifikacji, które będą potrzebne w przyszłości, a zaledwie jedna piąta utrzymuje, że ich firmy są gotowe na zmiany jakie niesie czwarta rewolucja przemysłowa.

Możliwości bez granic

Niemal z każdym dniem wydłuża się lista technologii, które oferuje Przemysł 4.0 i możliwości, jakie one dają. W dalszym ciągu jednak liderzy ostrożnie z nich korzystają, jeśli mają one wywołać zakłócenia w ich organizacjach. Tylko dla 17 proc. inwestycje w technologie są priorytetem. To najniższy wynik spośród 12 priorytetów inwestycyjnych, o które w badaniu pytał Deloitte.

Panika mija, ale do optymizmu daleko

Nie sposób ocenić skali zagrożenia związanego z koronawirusem. Metody walki obrane przez Chiny z pewnością przełożą się negatywnie na aktywność sektora przemysłowego. Szczególnie mocno uderza to w metale przemysłowe, których Państwo Środka jest dominującym konsumentem. Miedź potaniała w tydzień ponad 8 proc. a z jej notowań został wymazany cały optymizm wynikający z porozumienia handlowego.

Faza największej paniki prawdopodobnie jest za nami. Inwestorzy przejdą do wyczekiwania na kolejne doniesienia o skali problemu i widać oznaki stabilizowania się nastrojów. Kontrakt na S&P500 nie spadał całą wczorajszą sesję. Dołki zostały ustanowione w pierwszej godzinie handlu. Wrażenie musi robić stwierdzenie, że była to najgorsza sesja na Wall Street od października, ale należy pamiętać, że główny indeks kończył dzień około 1,5 proc. pod kreską. Dziś notowania kontraktu futures zaczynają podbijać. Na amerykańskim rynku akcji wszelkie, nawet płytki korekty były wykorzystywane do zwiększania eskpozycji na akcje. Trwa sezon wyników, dziś pochwalą się nimi m.in. Apple, 3M, Pfizer, AMD, czy eBay. Dobre informacje ze spółek mają potencjał by choć na moment przyćmić strach przed koronawirusem.

Nie wszystkie waluty i aktywa mają jednak taką samą przestrzeń do odbicia. Wróćmy do miedzi, jej perspektywy rysują się najmniej pozytywnie – w tym przypadku dochodzi przecież do nieuniknionego załamania się zapotrzebowania na surowiec. Słabość może zatem okazać się dłuższa niż w notowaniach instrumentów powiązanych w pierwszym rzędzie kanałem rynkowych nastrojów. Idąc tym tropem w kierunku walut, gwałtowne osłabienie AUD i NZD może nie być okazją do kupna tych walut. Bardziej optymistycznie postrzegamy perspektywy korony norweskiej i dolara kanadyjskiego.

EUR/USD osunął się natomiast w kierunku 1,10 i zaczyna flirtować z dołkami z listopada. Ich sforsowanie nie jest naszym scenariuszem bazowym, ale dowody utrzymywania się słabości gospodarki Eurolandu nie wróżą dynamicznego zwrotu i szybkiego marszu do 1,12. Zdecydowanie więcej wartości widzimy w funcie, który naszym zdaniem skorzysta na braku cięcia stóp przez Bank Anglii na czwartkowym posiedzeniu. USD/JPY stabilizuje się przy 109,00 – skala ruchu pokazuje, że rynek nie panikuje, ale nie zakładamy powrotu do wzrostów. EUR/PLN został wywindowany do 4,28. Złotemu nie sprzyja też seria negatywnych sygnałów z niemieckiej gospodarki oraz zamieszanie wokół reformy sądownictwa. Strach przed koronawirusem wypychający kapitał z gospodarek emerging markets jest jednak dominującym ciężarem. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że ostatnie poziomy kursu były trudne do utrzymania ze względu na oderwanie od fundamentów i wartości godziwej. Nie widzimy jednak również znacznej przestrzeni do dalszego wzrostu notowań.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dotacje 2020: Worek z miliardami czeka. Konkursów nie zabraknie, ale jest ich mniej niż w poprzednich latach

W tym roku kolejne środki unijne zostaną przeznaczone na rozwój przedsiębiorczości w Polsce. Jednak konkursów będzie mniej niż w ostatnich latach, ponieważ perspektywa finansowa 2014-2020 zbliża się do końca. Dotacje przewidziane są w ramach PO Inteligentny Rozwój, PO Polska Wschodnia czy PO Wiedza Edukacja Rozwój. Wsparcie będzie można uzyskać też z Funduszy Norweskich i EOG. Potencjalni wnioskodawcy powinni liczyć się z tym, że w przyszłym roku nastąpi znaczny przestój w dostępie do środków zewnętrznych.

PO Inteligentny Rozwój

W ub.r. w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020 podpisano łącznie 2028 umów na kwotę prawie 4,9 mld zł. Tym samym od początku jego realizacji zakontraktowano w sumie blisko 29,4 mld zł. W 2020 roku w ramach PO IR  planowanych jest do uruchomienia 13 konkursów, związanych z rozwojem przedsiębiorczości, na łączną wartość alokacji co najmniej 3,5 mld złotych. W harmonogramie znajdują się jeszcze 4 nabory, dla których wysokość zostanie określona w terminie późniejszym.

– Ostatni rok programowania jest okresem, w którym odbywa się najmniej konkursów, a fundusze są już w dużej części zakontraktowane. Wynika to z zasady n+3, tzn. środki z perspektywy 2014-2020 muszą zostać wydatkowane i rozliczone maksymalnie do 2023 roku. Dlatego w br. naborów jest mniej niż w latach poprzednich. To powoduje większą konkurencję wśród wnioskodawców i potencjalnych wykonawców. Taka sytuacja może przełożyć się również na wysoką jakość projektów – wyjaśnia Łukasz Klimek z Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zamierza przeprowadzić 3 konkursy w tzw. szybkiej ścieżce (poddziałanie 1.1.1 POIR), wspierającej prowadzenie prac B+R przez przedsiębiorstwa. One przewidziane są na łączną kwotę ponad 1 mld złotych (ogłoszenie 7 stycznia br.). Plany zakładają po 1 naborze w ramach poddziałania wspierającego strategiczne programy badawcze dla gospodarki (poddziałanie 4.1.1 – alokacja 155,5 mln złotych). W zakresie projektów aplikacyjnych (poddziałanie 4.1.4) wartość alokacji na konkurs zostanie określona w późniejszym terminie.

– Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości planuje przeprowadzić 1 konkurs w ramach poddziałania 2.3.5 wspierającego design dla przedsiębiorców oraz w zakresie 2.3.6 – Grantów na Eurogranty, z alokacją 5 mln złotych. Ponadto, w ramach poddziałania 3.2.1 – Badania na rynek, planowane są 3 konkursy na łączną kwotę 750 mln złotych. Natomiast w ramach poddziałania 3.3.3, wsparcia MŚP w promocji marek produktowych – Go to Brand –  przewidziany jest 1 konkurs na kwotę 300 mln złotych – informuje Zbigniew Przybysz z biura komunikacji Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Zdaniem Joanny Juszczyszyn-Klimek, dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A., warto zwrócić uwagę na Granty na Eurogranty. Celem konkursu jest bowiem sfinansowanie kosztów przygotowania projektu planowanego do realizacji w ramach jednego z programów Unii Europejskiej, w szczególności – Horyzont 2020, COSME, Kreatywna Europa, LIFE. Przedsiębiorcy będą mogli więc sfinansować usługi doradcze, związane z przygotowaniem dokumentacji aplikacyjnej, tłumaczenia, przygotowanie spotkań związanych z organizacją partnerstwa zagranicznego. Według eksperta, przedsiębiorcy docenią to, że wkład własny firmy nie jest wymagany i wynosi 0 procent.

– Instytucja Zarządzająca POIR planuje przeprowadzić 1 konkurs na kwotę alokacji 350 mln złotych w ramach poddziałania wspierającego inwestycje w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw. Z kolei oferta Banku Gospodarstwa Krajowego obejmuje 1 nabór na kwotę 350 mln złotych w poddziałaniu 3.2.2, Kredyt na innowacje technologiczne – dodaje Zbigniew Przybysz.

PO Polska Wschodnia

Wsparcie na rzecz rozwoju przedsiębiorstw jest oferowane w ramach osi I Programu „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia”. Od początku realizacji Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020 udzielono firmom ponad 1000 dotacji. Wartość przekazanego dofinansowania przekroczyła 1,5 mld złotych. W 2019 roku zostały ogłoszone nabory do 6 konkursów w ramach (pod)działań POPW skierowanych na wsparcie przedsiębiorczości. Wówczas podpisano z przedsiębiorcami około 320 umów o dofinansowanie projektów o wartości ogółem wynoszącej nieco ponad 1 mld złotych, w tym dofinansowanie UE (EFRR) blisko 600 mln złotych. Wszystkie nabory organizowała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości.

– Obok toczących się jeszcze naborów uruchomionych w 2019 roku, do końca tego roku zostaną ogłoszone nowe do 4 konkursów dla przedsiębiorców w ramach POPW. Firmy będą mogły starać się łącznie o blisko 400 mln złotych na dofinansowanie swoich projektów. Liczba ostatecznie przyznanych dotacji będzie zależała od wyników oceny wniosków. Wszystkie konkursy są organizowane przez PARP – podkreśla ekspert z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

185 mln złotych wyniesie budżet konkursu Rozwój startupów w Polsce Wschodniej (poddziałanie 1.1.2.), do którego będzie można składać wnioski od 1 października br. Z kolei na Internacjonalizację MŚP (działanie 1.2.) przewidzianych jest 50 mln złotych. Zaplanowane są dwie rundy naborów, pierwsza – od 7 kwietnia, druga – od 4 sierpnia. Natomiast 150 mln złotych przygotowano na Wdrażanie innowacji przez MŚP (poddziałanie 1.3.1.). W tym przypadku chętni będą mogli się zgłaszać od 25 sierpnia. Ponadto 5 mln złotych wydzielono na pierwszy etap Wzoru na konkurencję (działanie 1.4.) – audyt wzorniczy . Wnioski będą przyjmowane od grudnia br.

– Biorąc pod uwagę zdiagnozowane wyzwania i potencjały Polski Wschodniej, głównym celem interwencji Programu w latach 2014-2020 był wzrost konkurencyjności i innowacyjności makroregionu. On miał być osiągnięty poprzez koncentrację wsparcia m.in. na stymulowaniu i wzmacnianiu innowacyjności w sektorze MŚP. Zaplanowane konkursy jak najbardziej wpisują się w ten kierunek – mówi Joanna Juszczyszyn-Klimek.

PO Wiedza Edukacja Rozwój

W ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój dotacje na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej mogą otrzymać osoby młode do 29. roku życia. Do tej pory takie wsparcie uzyskało 68 460 wnioskodawców. Od 2020 roku Ministerstwo wprowadza zmiany w ramach PO WER i przewiduje realizację wyodrębnionych projektów ukierunkowanych wyłącznie na wsparcie z zakresu przedsiębiorczości.

– Wydzielenie projektów na zakładanie własnej działalności o szerszym przedmiocie jest w naszej ocenie bardzo korzystne. Można przewidywać, że przystąpią do niego osoby, które podjęły przynajmniej wstępną decyzję o tym, że chcą zostać przedsiębiorcami. Można więc przyjąć, że będą miały co najmniej podstawową wiedzę w tym zakresie. Z naszego doświadczenia wynika, że istotny dla takiej grupy jest udział nie tyle nawet w szkoleniach, ale doradztwo i mentoring od osób działających w biznesie, możliwość spotkania z przedsiębiorcami i uzyskanie od nich konkretnych porad i praktycznego wsparcia – stwierdza Anna Szymańska, wiceprezes zarządu DGA S.A.

Osoby młode będą mogły starać się o dotacje na założenie własnej działalności gospodarczej w wysokości 23 050 złotych. Objęte zostaną również szkoleniami, dzięki którym zdobędą wiedzę i umiejętności niezbędne do podjęcia i prowadzenia działalności gospodarczej. Ponadto będą mogły otrzymać dodatkową pomoc w postaci wsparcia pomostowego wypłacanego przez okres 6 miesięcy od dnia rozpoczęcia prowadzenia własnej firmy.

– Z naszego doświadczenia wynika, że ww. kwota jest wystarczająca na rozpoczęcie działalności. Młodzi ludzie są w stanie w ramach tej puli zorganizować najważniejsze elementy biznesu, w tym małe inwestycje i remonty. Dodatkowo tego rodzaju wsparcie pomaga w opłatach na ubezpieczenia społeczne, księgowość i inne wydatki niezbędne do prowadzenia działalności przez kolejne miesiące. W naszej opinii, ważny jest też przynajmniej symboliczny wkład własny, który powinien być wniesiony przez przyszłego przedsiębiorcę. Nie stanowi on bariery, a wręcz motywuje do większego zaangażowania i utrzymania biznesu – komentuje Anna Szymańska.

Wsparcie będzie miało charakter regionalny i za wybór projektów będą odpowiedzialne Wojewódzkie Urzędy Pracy (WUP). Zgodnie z planami przedstawionymi przez WUP-y, pierwsze konkursy ruszą już w kwietniu 2020 r. Na ten cel w całym kraju przeznaczone zostanie blisko 205 mln złotych.

– Ponadto działania na rzecz wspierania przedsiębiorczości, głównie w MMŚP, są realizowane w PO WER przez PARP. W zeszłym roku na ten cel zaplanowano 57 mln złotych. Na 2020 rok przewidziane jest rozpoczęcie realizacji dwóch projektów konkursowych, w tym Akademia Menadżera MMŚP 2 z alokacją 56 mln złotych oraz Kompetencje dla sektorów z kwotą 123 mln złotych. Projekty PARP z reguły trwają co najmniej 24 miesiące, a zatem środki na poszczególne konkursy nie będą wydatkowane wyłącznie w jednym roku – tłumaczy Zbigniew Przybysz z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Dodatkowe szanse

Na wnioskodawców czeka również III Edycja Funduszy Norweskich i EOG. W 2019 roku nabór na kwotę 93,7 mln euro dedykowany w całości przedsiębiorcom ogłoszony został w ramach Programu „Rozwój przedsiębiorczości i Innowacje”, finansowanego ze środków Norweskiego Mechanizmu Finansowego 2014-2021 i zarządzanego przez PARP (jako Operatora Programu). Dofinansowanie może być przeznaczone na opracowanie, wdrożenie i komercjalizację innowacyjnych technologii, rozwiązań, procesów, produktów (towarów lub usług).

– Wnioski będą przyjmowane od 7 stycznia do 31 marca 2020 roku. One powinny kwalifikować się do co najmniej jednego obszaru tematycznego, tj. technologie przyjazne środowisku (green industry innovation), innowacje w obszarze wód morskich i śródlądowych (blue growth) oraz technologie poprawiające jakość życia (welfare technologies) – zaznacza ekspert z biura komunikacji MFiPR.

Przedsiębiorcy znaleźli się również w grupie kwalifikowalnych wnioskodawców w naborach ogłoszonych w Programie „Badania” przez NCBiR, na które przewidziano kwotę 61,5 mln euro. Mogą też uczestniczyć w Programie „Kultura” MKiDN, na który przewidziano kwotę 3,7 mln euro, a w dalszej perspektywie planuje się także drugi nabór o wartości 4,9 mln euro. W 2020 roku wsparcie dostępne będzie także w naborach planowanych przez Ministerstwo Klimatu w Programie „Środowisko”, o łącznej kwocie 88 mln euro.

– Perspektywa funduszy europejskich na lata 2014-2020 się kończy. Widać to w harmonogramach wszystkich programów operacyjnych. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że w 2021 roku nie będzie konkursów. Polska poczeka na kolejną pulę funduszy unijnych na lata 2021-2027. W tym czasie instytucje zarządzające będą przygotowywać się do swoich ról. Dlatego przedsiębiorcy muszą liczyć się z tym, że nastąpi przestój w dostępie do środków zewnętrznych. Tak to bywało we wcześniejszych latach, pomiędzy jedną a drugą perspektywą finansową – podsumowuje dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A.

Siła feedbacku w procesie rekrutacyjnym

Wydawałoby się, że udzielanie informacji zwrotnej wszystkim kandydatom zaangażowanym w proces rekrutacji to standard w pracy rekrutera czy specjalisty ds. HR. O ile jednak chętnie dajemy pozytywny feedback, o tyle nie śpieszy nam się do kontaktu z odrzuconymi kandydatami. Jak mówią eksperci, to poważny błąd w rekrutacji.

Przekazywanie feedbacku może nieść ze sobą ogrom korzyści obejmujących nie tylko kandydata, ale także pracodawcę oraz zaangażowanego rekrutera. Monika Paciorkowska-Krawców, senior technical recruiter/team leader z Bergman Engineering, przekonuje że powinnyśmy zrobić co w naszej mocy, aby podziękować za udział w procesie rekrutacyjnym wszystkim kandydatom, również tym, dla których nie skończył się on pozytywnie. Ekspertka wymienia wiele powodów uzasadniających, dlaczego feedback powinien być obowiązkowym elementem każdego procesu rekrutacyjnego, dzieląc go na trzy grupy beneficjentów: 

  1. Na feedbacku korzysta kandydat, który dzięki niemu wie, na czym stoi w danym procesie rekrutacyjnym i na co może liczyć w kwestii poszukiwań nowego pracodawcy. To wiedza, która pozwala mu skupić się na innych ofertach pracy i poważnym podejściu do negocjacji z pozostałymi, potencjalnymi pracodawcami. Z konstruktywnego feedbacku może też wyciągnąć przydatne dla siebie wnioski, może poznać własne atuty oraz obszary do poprawy. Łatwiej jest mu przygotować się do przyszłych rekrutacji, a nawet pokierować dalszą edukacją, ścieżką rozwoju czy kariery. Wiedząc na przykład, że na tle innych kandydatów, słabo wypadła jego znajomość języka obcego, konkretnego programu czy narzędzia wykorzystywanego w danym zawodzie, może wybrać odpowiedni kurs czy szkolenie dla siebie, podnosząc kwalifikacje, na które zwrócił uwagę potencjalny pracodawca.
  2. Drugim potencjalnym beneficjentem feedbacku jest pracodawca i/lub firma pośrednicząca w procesie rekrutacyjnym. Dzięki udzieleniu informacji zwrotnej budowany jest pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa, jako rzetelnego i uczciwego, dbającego o wszystkich interesariuszy, z którymi ma kontakt podczas realizacji różnych działań. Pamiętajmy, że kandydaci biorący udział w procesach rekrutacyjnych oceniają firmy rywalizujące o dostępnych na rynku pracowników i zwracają uwagę na okazywany im szacunek. Swoimi przemyśleniami często dzielą się ze znajomymi oraz ludźmi ze swojej branży, wykorzystując popularne fora internetowe czy media społecznościowe. W dobie obecnego rynku pracy – rynku należącego do pracownika – chyba nikomu nie trzeba przypominać jak ważny jest to aspekt. Popularne employer branding to oczywiście bardzo szerokie pojęcie, ale warto wspomnieć, że realizacja procesu rekrutacji, w tym udzielanie informacji zwrotnej po jego zakończeniu, jest jednym z wykorzystywanych w nim narzędzi, służących budowaniu pozytywnego wizerunku firmy.
  3. Trzecią stroną, która może skorzystać na przekazaniu informacji zwrotnej kandydatowi jest sam rekruter. Po pierwsze buduje profesjonalny wizerunek własnej osoby – w pracy przedstawia się przecież swoim nazwiskiem, a nie jedynie nazwą pracodawcy czy klienta. Dodatkowo sam może uzyskać informacje zwrotne na temat swoich działań i poprawić obszary, które tego wymagają. Miło jest też usłyszeć podziękowania za profesjonalnie poprowadzoną rekrutację i kontakt. Dzięki temu rośnie satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. Taka rozmowa to również idealna okazja na zebranie dodatkowych informacji o kandydacie, które mogą przydać się w przyszłości, a o których nie rozmawiało się w ramach danego procesu rekrutacji. Mogą to być informacje dotyczące innych zawodowych preferencji kandydata, obszarów, w których chciałby rozwijać się w przyszłości, stosunku do potencjalnej relokacji czy innych form współpracy. Co za tym idzie – podczas takiej rozmowy rekruter może wzmocnić relację z kandydatem i zostawić sobie furtkę na kontakt w przyszłości. Pamiętajmy bowiem, że pula dostępnych na rynku specjalistów, zwłaszcza doświadczonych w swoich dziedzinach, jest ograniczona. Warto być w dobrym kontakcie z każdym, niezależnie od tego czy w danym momencie możemy zaoferować mu pracę. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Dlaczego więc nie dajemy feedbacku?

O ile rozmowa kwalifikacyjna zwykle kończy się obietnicą kontaktu niezależnie od wyniku, to rzeczywistość pokazuje coś zgoła innego. Patrząc na wskazane wyżej korzyści, trudno nie zadać sobie pytania, dlaczego firmy nie kontaktują się z osobami, z którymi nie chcą podjąć współpracy?

Jedną z najczęstszych przyczyn jest brak czasu. W końcu zawsze znajdzie się coś bardziej pilnego niż ta niepaląca się przecież formalność. Bywa też, że odkładamy to w nieskończoność, ostatecznie zapominając lub rezygnując z kontaktu. – Niektórzy chcą uniknąć niekomfortowej rozmowy z potencjalnie niezadowolonym czy zdenerwowanym kandydatem. Inni obawiają się pytań od pracowników, którzy chcieliby uzyskać konstruktywną wiedzę na temat przyczyn odrzucenia i dowiedzieć się w jakich obszarach powinni podnieść swoje kompetencje. Niestety zdarza się, że klient, czy to wewnętrzny czy zewnętrzny, nie przekazuje nic merytorycznego, co można by powtórzyć, jednak nie zmienia to faktu, że za udział w rekrutacji trzeba podziękować każdej zaangażowanej osobie – tłumaczy Monika Paciorkowska-Krawców.

Choć proces przekazywania negatywnych wieści nie jest przyjemny, najważniejsze jest, aby pozostać profesjonalnym. Reputacja firmy jako pracodawcy zależy bowiem nie tylko od tego, jak traktuje swoich pracowników, ale również od tego, jakie podejście wykazuje względem osób, na których zatrudnienie się nie zdecydowała.

Źródło: Bergman Engineering

Pracownicy z Ukrainy mniej zadowoleni z pracy w Polsce – najnowszy raport OTTO Work Force Polska

Satysfakcję z pracy w Polsce deklaruje 72% badanych pracowników tymczasowych z Ukrainy. Poziom zadowolenia pracowników obniżył się w stosunku do 2018 roku o 11%, bo choć warunki pracy stają się coraz lepsze to Ukraińcy są bardziej świadomi możliwości jakie daje polski rynek pracy. Ich oczekiwania są wyższe niż jeszcze trzy lata temu i zwracają oni coraz większą uwagę na atrakcyjność ofert pracy.

Według najnowszego raportu, wydanego w grudniu 2019r. przez firmę OTTO Work Force Polska, średnio 72% pracowników tymczasowych z Ukrainy deklaruje, że jest zadowolonych z pracy w Polsce. Jest to o 11% mniej niż w 2018 roku. Pozytywnym jest fakt, że osób, które w trakcie ostatniego badania zadeklarowały niezadowolenie ze swojej pracy jest niecałe 10%. Pozostali badani stanowią grupę, która udzieliła odpowiedzi neutralnej.

Zadowolenie z pracy w Polsce rośnie wraz z wiekiem badanych. W grupie osób najmłodszych, w wieku do 35 lat, satysfakcję z pracy wyraża 65% badanych, natomiast w grupie starszych pracowników (ponad 50 lat) już 89%.

“Spadek poziomu zadowolenia pracowników z Ukrainy nie wynika z pogorszenia się warunków pracy, ale ze zmiany ich oczekiwań. Ukraińcy oswoili się już z polskim rynkiem pracy, są bardziej świadomi możliwości jakie daje i zwracają coraz większą uwagę na atrakcyjność ofert pracy. Interesuje ich możliwość podjęcia legalnego zatrudnienia za wyższe niż na Ukrainie wynagrodzenie, ale także dodatkowe benefity oferowane przez pracodawców, szczególnie te które pozwolą im możliwie jak najwięcej zaoszczędzić. Najbardziej motywującymi dodatkami pozapłacowymi są: prywatna opieka medyczna, dofinansowanie do posiłków w pracy oraz zniżki/rabaty do sklepów” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Polska. Kolejną kwestią, która wpływa na poziom satysfakcji pracowników z Ukrainy, są skomplikowane i długotrwałe procedury związane z zatrudnieniem w Polsce. Ich uproszczenie zdecydowanie poprawiłoby funkcjonowanie polskiego rynku pracy” – dodaje Tomasz Dudek.

Zmiana w czasie poziomu zadowolenia pracowników tymczasowych z Ukrainy z pracy w Polsce.

Pracownicy z Ukrainy mniej zadowoleni z pracy w Polsce – raport OTTO Work Force Polska
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zatrudnienia w Polsce oraz zadowolenia z pracy, 2019, OTTO Work Force Polska.

Ukraińcy najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami

Z raportu OTTO Work Force Polska wynika, że pracownicy z Ukrainy są najbardziej zadowoleni z relacji ze współpracownikami (87%) oraz z pracodawcą (86%). Najmniej satysfakcjonuje ich poziom wynagrodzeń (51%) oraz możliwości rozwoju zawodowego (39%). Szczegółowa analiza wskazuje, że w przypadku pięciu z ośmiu badanych aspektów odsetek osób deklarujących niezadowolenie nie przekracza 7%, a dla kolejnych dwóch wynosi 12-13%. Jednocześnie w zależności od ocenianego elementu od 8% do 36% badanych wskazało ocenę średnią. Tym samym można uznać, że grupa pracowników rzeczywiście niezadowolonych z poszczególnych badanych elementów jest stosunkowo niewielka, a wyraźnie większą frakcję, w przypadku każdego z aspektów stanowią osoby, które podają ocenę neutralną. Jedynie w przypadku oceny możliwości rozwoju zawodowego sytuacja jest nieco inna. Tutaj odsetek niezadowolonych (35%) jest niemal taki sam jak odsetek zadowolonych (39%) co oznacza, że jest to obszar, w którym potrzeby pracodawców i oczekiwania respondentów rozmijają się w największym stopniu.

W obliczu zbliżającej się liberalizacji przepisów w zakresie zatrudnienia obcokrajowców w Niemczech oraz wyższych zarobków u naszych południowych sąsiadów pracodawcy będą zmuszeni są do większej rywalizacji o pracowników tymczasowych z Ukrainy.

Struktura satysfakcji badanych z poszczególnych elementów obecnej pracy.

Struktura satysfakcji badanych z poszczególnych elementów obecnej pracy
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zatrudnienia w Polsce oraz zadowolenia z pracy, 2019, OTTO Work Force Polska.

Informacje pozyskane w badaniu pochodzą od 500 pracowników tymczasowych z Ukrainy, zatrudnionych poprzez OTTO Work Force Polska sp. z o.o. Wywiady zostały zrealizowane w listopadzie 2019 roku. Przekazane w nich opinie przeanalizowała i opracowała agencja badawcza PBS Sp. z o.o.

2020 nie będzie rokiem zdecydowanej poprawy dla polskich firm

Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności*. Kluczowe wnioski:

  • W 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 977 niewypłacalnych firmach wobec 990 w 2018
  • Różnica jedynie -1,3% r/r – trudno mówić o przełomie czy poprawie, raczej o stagnacji biorąc pod uwagę wysoką liczbę niewypłacalnych polskich firm w latach ubiegłych (wzrost ich liczby trzy lata z rzędu)
  • Decydująca jest przyczyna wewnętrzna – trwale niska rentowność wielu firm, a nie otoczenie rynkowe (jak nie zawsze sprzyjająca koniunktura w poszczególnych branżach, w skali kraju czy na rynkach eksportowych)
  • Spadek marży zysku (efekt szybszego wzrostu kosztów niż wydajności) do 10-letniego minimum, na poziomie średnio 46% po III kwartale 2019!
  • Nadzieje na powrót zdecydowanie wyższej koniunktury są kruche (napięcia międzynarodowe i rok wyborczy w wielu krajach), ponadto nawet wzrost PKB 5% r/r nie był w ubiegłych latach wystarczający/decydujący dla odwrócenia trendu braku płynności finansowej dużej liczby polskich firm, zwłaszcza z sektora MSP
  • Decydujące dla trwałej poprawy podniesienie marż zysku to proces długotrwały (p.w. inwestycje w zwiększenie wartości dodanej) a wiele firm nie doczeka jego efektów (lub go nawet nie zainicjuje)

Brak korelacji wzrostu gospodarczego i płynności finansowej polskich firm

Brak korelacji wzrostu gospodarczego i płynności finansowej polskich firmSprzyjające czynniki makroekonomiczne, takie jak kolejny rok z rzędu utrzymująca się (rosnąca) konsumpcja,  podobnie jak nakłady na inwestycje infrastrukturalne czy dodatni wynik w handlu zagranicznym dały w rezultacie wyraźny wzrostu polskiego PKB. Jednocześnie kolejny, bo czwarty rok z rzędu wskaźnik kondycji przedsiębiorstw, jakim jest liczba ich niewypłacalności prezentował się na zupełnie przeciwstawnym końcu skali. Liczba firm mających problemy z wypłacalnością pozostawała na niezmiennie wysokim poziomie. W wysokorozwiniętych gospodarkach zachodnich z reguły tempo wzrostu PKB na poziomie 1,5% jest wystarczające dla zrównoważenia, a nawet spadku liczby niewypłacalności tamtejszych przedsiębiorstw.

Budownictwo, sektor produkcyjny czy handel nie korzystały gremialnie na wysokim wzroście obrotów

Wzrost konsumpcji – w tym sprzedaży detalicznej nie okazał się w ostatnich latach wybawieniem dla sektora handlu, przynajmniej nie dla całego. Nie zapobiegł on postępującej koncentracji i kłopotom nie tylko małych, ale także największych dystrybutorów detalicznych. W efekcie rosnąca liczba niewypłacalności hurtowni, ale nie tylko tych towarów pierwszej potrzeby, ale także dóbr trwałego użytku czy inwestycyjnych (pomimo wzrostu rynku budowlanego – kolejny paradoks…)dynamika niewypłacalności

Budownictwo – pewne korekty w porównaniu do szczytu inwestycyjnego na Euro 2012, czyli: ponownie wzrost wartości rynku to także wzrost liczby niewypłacalności w branży, a mniejszy zakres prac to jak na razie mniejsza liczba niewypłacalności. Ewidentny dowód na niewystarczającą rentowność prowadzonych prac budowlano-montażowych.dynamika niewypłacalności w budownictwie

Firmy produkcyjne upadają pomimo trwale wysokiego tempa wzrostu eksportu – wytłumaczeniem może być jego niewystarczająca (do skali ryzyka – częstszych problemów z opóźnionymi należnościami) rentowność jak również rynek wewnętrzny, problemy zaopatrujących go firm (niewypłacalność rodzimych odbiorców – handlu i budownictwa).dynamika niewypłacalności w przemysle

Niska rentowność – dobra koniunktura nie trwa wiecznie, ale uśpiła wiele firm…

Skoro niewypłacalności nie mają związku z czynnikami koniunktury gospodarczej, to jaka jest jej przyczyną? Niska rentowność bardzo dużej części polskich przedsiębiorstw. Trwale niska. Co prawda w wielu z branż wiążąca się z charakterystycznymi dla nich bieżącymi czynnikami koniunkturalnymi. Nie sprzyjają jej m.in. zmiany podatkowe, społeczne (rosnące koszty pracy) czy cywilizacyjne (handel w sieci, także transgraniczny). Ale nie one są głównym czynnikiem sprawczym. Polskie firmy przez wiele lat korzystały z przewag konkurencyjnych, takich jak niskie koszty pracy czy podatkowe. Mimo wszystko nie poprawiły one w tym czasie swojej pozycji konkurencyjnej – nie wspięły się wyżej w łańcuchu dostaw gospodarki światowej, wytwarzając większą wartość dodaną, co wymaga większych wydatków na badania i rozwój. Obecnie odpowiadają one tylko 1% PKB w Polsce, czyli znacznie poniżej 1,8% odnotowanego w Czechach i 1,9% w Słowenii, nie mówiąc już o średniej OECD wynoszącej 2,4% lub o 3% w Niemczech. Ewidentnie więc zarówno część przedsiębiorców, jak i politycy zaspali, poprzestając na „tu i teraz” zamiast działań w dłuższej perspektywie. Nie przygotowało to firm na zmieniające się warunki rynkowe, na spadki, których można oczekiwać po okresach wzrostu.

Spadek marż jako efekt wyższego wzrostu kosztów niż wydajności

W rezultacie tak dotkliwa była podwyżka kosztów pracy w Polsce, średnio +2,4% co roku w latach 2016-2018 – mimo że znacznie powyżej średniej dla strefy euro, to wciąż mniej, niż w innych krajach Grupy Wyszehradzkiej. Ale wzrost płacy nominalnej nie szedł w parze ze wzrostem produktywności. Utrzymał się stosunkowo niski poziom wydajności ogółem, dane Eurostatu pokazują, że wydajność pracy w Polsce wynosiła w 2017 r. zaledwie 75% średniej UE.

Co najistotniejsze – nie pociągnęło to za sobą adekwatnego wzrostu cen produktów i usług polskich firm (o czym świadczy brak inflacji cen producentów), a tym samym rosnące koszty pracy zmniejszyły ich rentowność. W efekcie marże zysku spadły z rekordowo wysokiej średniej 51,4% w IV kwartale 2015 r. do 10-letniego minimum na poziomie średnio 47% na koniec 2018 r. (a po III kwartale 2019 – nawet do 46%!), pomimo poprawy zysków operacyjnych w latach 2017-2019.

Pozytywne sygnały

To nie jest jednostronna krytyka – skala niewypłacalności polskich firm jest bowiem także pochodną ich dużego sukcesu w minionych latach i dekadach po transformacji ustrojowej, gdy tak wiele firm powstało i stanowiło o sukcesie polskiej gospodarki. Inicjowało to pozytywną w wielu względach konkurencję, ale czasami prowadzącą do morderczej wojny cenowej, zamiast rywalizacji produktowej, w tym na ich innowacje. Dynamizm i inwencja polskich przedsiębiorców nie wyczerpała się, a obecna lekcja jaką daje nam rynek pomoże wielu z nich jeszcze nie raz odnieść sukces czy to z bieżącymi, czy z kolejnymi projektami. Takie wnioski płyną z gospodarek o dłuższym wolnorynkowym stażu, jak np. amerykańska czy niemiecka, gdzie przedsiębiorcy powracający na rynek cieszą się kredytem zaufania jako ci, którzy na własnej skórze poznali o co chodzi w biznesie. Tam daje się im drugą szansę (oczywiście tym, którzy na nią zasługują – nie doprowadzili do upadłości w świadomy sposób ze szkodą dla wierzycieli). O dobrych perspektywach świadczy także wynik polskiego eksportu – jego wzrost o 6% r/r (po 11 miesiącach – za GUS) potwierdza, że potrafimy utrzymać konkurencyjność na arenie międzynarodowej, nawet bez tak ewidentnego atutu niskich kosztów pracy (czy podatkowych). Podobnie napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych – ich rekordowa wartość w 2019 roku (2,9 mld euro za PAIH), wyższa aż o 36% r/r świadczy o tym, że wzrost kosztów pracy nie odstraszył inwestorów i Polska wciąż może być i jest atrakcyjnym miejscem inwestycji, które przecież generują kolejne i tworzą nowe zamówienia u lokalnych, krajowych kooperantów.

Spadek liczby niewypłacalności – jeszcze nie teraz

Czy ta zmiana będzie miała miejsce już w bieżącym, 2020 roku? Bez wątpienia jeszcze nie – to nie będzie rok przełomu dla przedsiębiorców. Skala dotychczasowych kłopotów wielu firm i efekt domina jaki to pociąga wśród ich kontrahentów długo jeszcze będzie kształtować rynek.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka zauważa: Polski segment MSP ulega polaryzacji: niektóre firmy rozwijają się, także dzięki finansowaniu zewnętrznemu, podczas gdy część nie zdołała zmodernizować swojego modelu biznesowego. Mają one bowiem niską kapitalizację – niewielkie środki własne i jednocześnie małe szanse na uzyskanie finansowania zewnętrznego, są więc na rosnącą skalę uzależnione od kredytu kupieckiego dostawców (stąd wydłużenie się wskaźnika DSO o tydzień na przestrzeni ostatniej dekady). Jest to tym bardziej niebezpieczne, że wiele z tych firm nie “odbije się” i nie zmieni skutecznie swojego modelu działalności, a tym samym nie spłaci swoich zobowiązań wobec dostawców.

Polskim firmom nie będzie sprzyjać także koniunktura zewnętrzna – obarczony ryzykami natury politycznej handel światowy (w tym Brexit – wyjście z UE trzeciego pod względem wielkości polskiego rynku eksportowego). Będzie to dla wielu polskich firm rok dalszego mozolnego budowania zdrowych podstaw (a niekoniecznie skali) biznesu, zwłaszcza w branżach spożywczej, motoryzacyjnej czy budowlanej. I w wielu innych – w tym transportowej, meblowej czy stalowej i wyrobów maszynowych. Czyli wiodących  (nomen omen) w polskim eksporcie! Lub będących jednymi z głównych beneficjentów członkostwa w UE, funduszy z niej płynących (jak budownictwo czy sektor rolno-spożywczy).

Jak podsumowuje Tomasz Starus: Oceniając perspektywy poszczególnych branż w Polsce analitycy kredytowi wciąż częściej je obniżają, niż podnoszą. Nawet np. szczyt napływu środków wspólnotowych na inwestycje infrastrukturalne czy trwający boom mieszkaniowy nie odmieniły kondycji finansowej całego sektora budowlanego – skala produkcji sprzedanej nie świadczy bowiem o sukcesie w sytuacji braku rekompensaty wzrostu kosztów (przez co marża zysku w budownictwie jest i tak średnio o 1/3 niższa od wspomnianej, rekordowo niskiej w skali dekady średniej dla wszystkich firm). Gdy mechanizm wspomnianej rekompensaty zacznie realnie obowiązywać, może dodatkowo uderzyć w wykonawców, a nie ich wspomóc przez przyjęta jego symetryczność (gdy rynek spowalnia – spadają ceny i koszty, czego wykorzystać nie omieszkają zamawiający ze szkodą dla głównych wykonawców). Wskaźniki produkcji betonu, ilości pozwoleń budowlanych, oddanych mieszkań czy powierzchni biurowych świadczą więc przede wszystkim tylko i wyłącznie o tych wąskich kategoriach, a nie koniecznie o kondycji finansowej firm budowlanych… Podobnie w skali całej gospodarki – rosnące obroty nie są synonimem płynności finansowej, gdyż firmy nie korzystają z owoców wzrostu gospodarczego po równo, jest on najhojniejszy dla największych przedsiębiorstw, niespecjalnie wpływając na kondycję tych mniejszych”.

* Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Więcej czasu dla przedsiębiorców na naukę obsługi BDO

Parlament przyjął ustawę o zmianie ustawy o odpadach oraz niektórych innych ustaw w zakresie dotyczącym funkcjonowania Bazy Danych Odpadowych[1].

BDO z nowymi modułami dot. ewidencji i sprawozdawczości funkcjonuje od 1 stycznia 2020 r. Od nowego roku przedsiębiorcy mogą realizować zadania związane z gospodarka odpadami w systemie BDO. Jednak uchwalona nowelizacja dopuszcza w terminie 30 czerwca 2020 r. sporządzanie dokumentów ewidencji odpadów w formie papierowej, o ile przekazujący odpady wystawi KPO lub KPOK również w tej formie. To rozwiązanie wymagać będzie od kierowcy pojazdu przewożącego odpady posiadanie przy sobie odpowiednich dokumentów w formie papierowej lub ich kopii. Przedsiębiorcy muszą jednak pamiętać, że do 31 lipca 2020 r. będą mieli czas, aby dokumenty wystawione w 2020 r. w formie papierowej wpisać do systemu BDO.

Nowelizacja ustawy doprecyzowuje również sytuację, w której następuje awaria po stronie Bazy Danych Odpadowych w sposób uniemożliwiający sporządzanie dokumentów w formie elektronicznej. W takiej sytuacji dopuszcza się wystawianie dokumentów ewidencji w formie papierowej lub elektronicznej poza systemem BDO w czasie trwania awarii. Kierowca transportujący odpady musi pamiętać o posiadaniu przy sobie wersji papierowej KPO lub KPOK. Po usunięciu awarii i przywróceniu funkcjonalności BDO przedsiębiorcy mają obowiązek uzupełnienia dokumentacji w systemie nie później, niż w terminie 30 dni.

Na wniosek przedsiębiorców w zakresie wydłużenia czasu na dostosowanie się do nowego sposobu sporządzania sprawozdań w wersji elektronicznej oraz postulatów dotyczących opracowania modułu integracyjnego API, przyjęto w ww. ustawie rozwiązania, które umożliwią przesunięcie terminów na złożenie sprawozdań dot. gospodarki odpadami za rok 2019 składanych w roku 2020. Ponadto, dodatkowo w terminie wcześniejszym udostępniony zostanie moduł integracyjny API, który umożliwi opracowanie sprawozdań również za pośrednictwem wewnętrznych programów poszczególnych przedsiębiorców oraz integracje danych z BDO.

Ustawa ma wejść w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia, z tym, że większość jej przepisów będzie stosowana od dnia 1 stycznia 2020 r., z wyłączeniem przepisów karnych.

Zaproponowane rozwiązania nie ograniczą możliwości przedsiębiorcom, którzy odpowiednio dostosowali swoje działania do prowadzenia ich w ww. okresie, elektronicznie w BDO.

[1] http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=119

Zła dieta i nieodpowiednia pielęgnacja włosów prowadzą do ich nadmiernego wypadania. Odkrycie przyczyny odpowiednio wcześnie może powstrzymać łysienie

Codziennie tracimy średnio od 50 do 100 włosów. Jednak gdy liczba ta znacząco wzrasta, pojawia się powód do niepokoju. Nadmierne wypadanie włosów może być efektem nieprawidłowej pielęgnacji, nieodpowiednio dobranych kosmetyków, złej diety czy niedoboru witamin, ale także złej kondycji organizmu. Kluczowe jest odpowiednio wczesne zasięgnięcie porady trychologa, który pomoże wykryć przyczynę.

– Wypadanie włosów to bardzo indywidualny problem. Właściwie każdy pacjent to osobny przypadek. Przyczyny mogą być zarówno wewnątrzustrojowe, jak i zewnętrzne – mówi agencji Newseria Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Włosy odzwierciedlają ogólny stan zdrowia człowieka. Dlatego też ich wypadanie lub kruszenie się może być pierwszą oznaką zaburzeń chorobowych, diety ubogiej w niezbędne składniki odżywcze czy życia w nadmiernym stresie. Wymienione przyczyny wewnątrzustrojowe są częstymi powodami wizyt w Instytucie Trychologii.

– Kobiety często eksperymentują z odżywianiem, a to może niekorzystnie wpływać na kondycję włosów. Dla przykładu diety wegetariańskie oraz wegańskie są ubogie w witaminę B12 i ferrytynę, które odpowiadają za jakość włosa i sprawiają, że jest on gruby i sprężysty – tłumaczy Anna Mackojć.

Do zewnętrznych przyczyn wypadania włosów należy zaliczyć działanie szkodliwych czynników atmosferycznych, wyniszczające zabiegi mechaniczne oraz nieodpowiednią pielęgnację. Szczególnie niebezpieczne są nagłe zmiany temperatury, charakterystyczne dla okresu zimowego.

– Powinniśmy dobierać szampon odpowiedni do stanu skóry głowy oraz maskę, która odżywi łodygę włosa. Przed zakupem dobrze jest sprawdzić  pH wybranych produktów. Warto pamiętać o stosowaniu preparatów chroniących łodygę włosa przed wysoką temperaturą, słońcem i wiatrem – zwraca uwagę Anna Mackojć.

Latem włosy również narażone są na działanie szkodliwych bodźców zewnętrznych. Podczas kontaktu ze słońcem otwierają się łuski, które tworzą naturalną barierę ochronną. W konsekwencji promienie UV wnikają do środka i uszkadzają warstwę korową. Wysoka temperatura niszczy białko – podstawowy budulec włosa. Szkodliwe są również takie zabiegi jak prostowanie czy suszenie.

– Kobiety zdecydowanie częściej ingerują w strukturę włosa. Stosują środki do stylizacji, które niekorzystnie wpływają na stan skóry głowy, oraz różnego rodzaju sprzęty, jak prostownica czy suszarka. Mężczyźni rzadziej z nich korzystają, dzięki czemu ich włosy są w mniejszym stopniu narażone na zniszczenia mechaniczne. Wewnątrzustrojowe problemy są podobne u obu płci – mówi Mackojć.

Ekspertka zwraca uwagę, że do trychologa należy udać się jak najszybciej po zaobserwowaniu problemu. Natychmiastowa reakcja warunkuje bowiem efektywne wyniki terapii. Od czasu do czasu dobrze jest również umówić się na wizytę kontrolną.

– Wypadanie włosów i problemy owłosionej skóry głowy w równym stopniu dotyczą kobiet i mężczyzn. Panie jednak częściej się badają i są bardziej przyzwyczajone do profilaktyki. W konsekwencji szybciej zgłaszają się po pomoc. Mężczyźni nie są nauczeni regularnych kontroli zdrowia, w związku z czym bywa, że zgłaszają się do nas za późno. Niektórych negatywnych aspektów utraty włosów nie da się cofnąć – tłumaczy trycholog.

Rozwiązaniem problemu wypadania włosów może być połączenie zabiegów trychologicznych wykonywanych w profesjonalnym gabinecie oraz domowej pielęgnacji. Efekty przynosi także odpowiednia suplementacja.

– Skuteczną metodą potwierdzoną w badaniach jest stosowanie suplementu diety z proteoglikanami, które zarządzają długością życia włosa. Innowacyjnym składnikiem jest również triaminocapitol, który działa przeciwandrogenowo. Hitem w biotechnologii są także komórki macierzyste Malus Domestica, które stymulują podziały włosa. Można zatem powiedzieć, że działają na niego niczym terapia anti-aging – zwraca uwagę ekspertka.

Jak podkreśla, jeżeli włosy zostały zniszczone mechanicznie lub chemicznie, można je ratować odpowiednimi zabiegami estetycznymi.

– Ale zdrowy włos to zdrowy organizm, więc przede wszystkim powinniśmy dbać o to, aby organizm był odpowiednio odżywiony – podkreśla Anna Mackojć.

Podatek od cukru nie musi przełożyć się automatycznie na poprawę zdrowia. Potrzebne tańsze i zdrowsze alternatywy dla słodzonych napojów

– Planowany podatek cukrowy nie zadziała, jeśli państwo wrzuci wpływy z niego do wspólnego budżetowego worka, zamiast przeznaczyć na poprawę zdrowia Polaków. Ponadto uderzy on w najuboższych, którzy będą zmuszeni sięgnąć po tańsze i jeszcze bardziej szkodliwe dla zdrowia alternatywy, jak napoje gazowane – mówi Maria Libura z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. To rozwiązanie może być skuteczne tylko wtedy, gdy będzie odpowiednio skonstruowane.

 Nie jesteśmy pierwszym krajem, który myśli o wprowadzeniu takiego podatku. Podobne rozwiązania funkcjonują już w ponad 40 państwach całego świata. I właśnie z lekcji, które w nich odrobiono, wiemy, że podwyższenie cen tego typu produktów nie przekłada się automatycznie na lepsze zdrowie ludności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maria Libura, ekspertka ds. zdrowia w Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. – To zależy przede wszystkim od tego, jak skonstruowany jest podatek i na co pójdą pochodzące z niego wpływy albo jakie inne narzędzia państwo zapewni, aby człowiek, który rezygnuje z zakupu słodkiego napoju, mógł kupić zdrowszą alternatywę.

Podatek cukrowy, czyli danina od napojów dosładzanych cukrem, ma zacząć obowiązywać od 1 kwietnia 2020 roku. Zdaniem producentów napojów zawierających prawdziwy sok to bardzo krótkie vacatio legis, które uniemożliwia reformulację produktów. Producenci podkreślają, że w przypadku niektórych smaków, takich jak czarna porzeczka, wiśnia czy cytryna, nie da się uniknąć cukru, gdyż inaczej napoje te byłyby zbyt kwaśne lub cierpkie, a zastępniki cukru zmieniłyby ich smak. Ponadto projekt zakłada podatek także na mniej kaloryczne erzace cukru, o ile jest ich więcej niż jeden, czyli w większości wypadków. To może spowodować efekt przeciwny od zamierzonego.

W Wielkiej Brytanii producenci dostali dwa lata na zmianę receptur na zdrowsze, zanim wprowadzono podatek cukrowy. W Polsce zaprezentowano branży planowane rozwiązania tuż przed świętami Bożego Narodzenia, dając termin przedstawienia opinii do 10 stycznia, czyli praktycznie czas, w którym wszyscy wypoczywali. Dodatkowo akurat branża napojowa z własnej inicjatywy od ponad dwóch lat zmienia receptury na zdrowsze, a dopiero co wywalczyła niższy VAT na zdrowe napoje z min. 20 proc. soku i wodą w nowej matrycy, która też wchodzi w życie 1 kwietnia.

– Ryzyko jest takie, że biedniejszy konsument kupi tańszy napój słodzony zamiast droższego. Tego chcielibyśmy uniknąć, bo wówczas ten podatek okaże się społecznie niesprawiedliwą dodatkową składką zdrowotną, zamiast mieć efekt prozdrowotny – przekonuje Maria Libura. – To jest bardzo istotne, dlatego że podatki od cukru mają charakter regresywny, czyli mocniej uderzają w gospodarstwa domowe o niższych dochodach. Z tego powodu w wielu krajach, w których wprowadza się tego typu rozwiązania, myśli się o subsydiowaniu zdrowej żywności i odpowiednim dostępie do wody pitnej.

Ekspertka podkreśla, że wprowadzeniu podatku cukrowego powinny towarzyszyć także inne działania na rzecz zdrowia.

– Wielka Brytania zdecydowała się na wprowadzenie całego programu zajęć sportowych dla dzieci i młodzieży, bo populacją, o którą walczymy, są dzieci i młodzież. W Polsce również mamy coraz więcej nastolatków z nadwagą, z których w przyszłości będą nie tylko dorośli z nadwagą, ale także z otyłością i wszystkimi tego konsekwencjami – przewiduje Maria Libura. – Prozdrowotna konstrukcja tego podatku zakładałaby przekierowanie wpływów nie tylko na bieżące potrzeby leczenia osób chorych, ale przede wszystkim na profilaktykę skierowaną do tych grup, które są najbardziej wrażliwe.

Trwają konsultacje społeczne, które doprowadziły już np. do rezygnacji autorów projektu z podatku od reklam suplementów diety – taką informację podała skupiająca przedsiębiorców Konfederacja Lewiatan po Radzie Dialogu Społecznego, która odbyła się w ubiegłym tygodniu. Wciąż jednak jest wiele do poprawienia w ekspresowo wprowadzanych przepisach.

W polskim rozwiązaniu ciekawą rzeczą jest brak progresji. Nie zdecydowano się na to, by dopłaty rosły wraz z zawartością cukru w napojach. To byłoby bardzo korzystne, dlatego że w tej chwili ustawa nie rozróżnia napojów, do których dosypano troszeczkę cukru, i tych z bardzo dużą ilością cukru. Cukier też jest konserwantem i jego niewielka ilość oznacza zupełnie inne skutki zdrowotne, niż mają mocno dosładzane napoje, w szczególności napoje gazowane – mówi Maria Libura. – Tak zwana progresja cukrowa, czyli tym większa opłata, im większa zawartość cukru, jest rozwiązaniem dobrze przećwiczonym w Wielkiej Brytanii, w której doprowadziło ono do redukcji zawartości cukru w napojach.

Spółki dywidendowe oraz małe i średnie zwiększają szanse na zyski na giełdzie. Jednak strategia musi być zgodna z charakterem inwestora

Podczas gdy amerykańskie indeksy biją kolejne rekordy, warszawska giełda wciąż nie może odzyskać impetu. Nie spełniają się na razie nadzieje wiązane z PPK. Jednak w warunkach niskich stóp procentowych, realnych strat na lokatach w obliczu rosnącej inflacji i  szybko rosnących cen nieruchomości możliwości inwestowania gwałtownie się zawężają. – Bycie na rynku giełdowym jest atrakcyjne w dłuższym horyzoncie czasowym – mówi dr Emil Łobodziński z DM PKO BP. Wszystko jednak zależy od przyjętej strategii inwestowania. Ta przede wszystkim powinna być dopasowana do charakteru inwestora.

– Zdecydowanie najbliżej mi jest do inwestycji giełdowych, czyli giełda, spółki, obligacje i fundusze inwestycyjne, w związku z czym to one wydają mi się najciekawsze, gdyż mogą przynieść potencjalnie najwyższe stopy zwrotu i są najsensowniejsze w długim terminie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Emil Łobodziński z Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Od czasu likwidacji OFE warszawska giełda radzi sobie na tle innych parkietów zdecydowanie słabo. Podczas gdy główne europejskie, a przede wszystkim amerykańskie indeksy już kilka lat temu wyrównały rekordy z końcówki 2007 roku, czyli tuż sprzed ostatniego kryzysu, WIG20 ledwo utrzymuje się ponad połową wartości z tamtego okresu. Dla porównania amerykański indeks S&P500 ma dziś ponad dwa razy tyle punktów co w październiku 2007 roku – ponad 3300 punktów versus 1550. Polski indeks blue chipów natomiast niespełna 2150 punktów wobec prawie – nigdy nieprzekroczonej granicy – 4000 przed ponad 12 laty.

Ekspert podkreśla, że giełda daje możliwość zarobku w dłuższym horyzoncie czasowym, np. wymienione właśnie amerykańskie indeksy średnio oferują stopę zwrotu w granicach 7 proc. Jest to jednak średnia, co oznacza, że jeden rok może przynieść o wiele wyższy zysk, inny zaś wyraźną stratę.

– Wydaje mi się, że bycie na rynku giełdowym jest dobrym wyborem. Jest tu całe spektrum spółek, które możemy wybierać. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na spółki dywidendowe, dlatego że jako inwestor i jednocześnie udziałowiec raz do roku najczęściej dostaniemy dywidendę – radzi Emil Łobodziński.

Kluczowa jest ocena ryzyka upadłości wybranej spółki.

– Trzeba się zastanowić, co ta spółka robi, czy dana branża jest rozwojowa, czy spółka rozwija się lepiej, czy gorzej niż branża, czy produkt, który ma, zyskuje na popularności, czy wręcz odwrotnie. Warto spojrzeć na dane finansowe spółki, ocenić jakość zarządu, bo nawet jeżeli chwilowo ma ona gorszy moment, to jeśli ma dobry zarząd, jest duża szansa, że w dłuższym horyzoncie sytuacja się poprawi – mówi Łobodziński.

Warszawski indeks spółek dywidendowych został utworzony na przełomie 2010 i 2011 roku, a jego wartość wahała się w ciągu tej niespełna dekady od -15 proc. do +27 proc. Jego obecny  poziom to ok. 5 proc. powyżej poziomu wyjściowego, ale od końca sierpnia 2019 roku jest w trendzie wzrostowym. Ponadto można z niego wybrać konkretne spółki z 42 podmiotów. Emil Łobodziński, nie mogąc udzielać konkretnych rekomendacji, wskazuje jednak, jakimi kryteriami się kierować.

– Jeżeli inwestorowi bardziej zależy na stopie zwrotu, to warto inwestować w spółki małe i średnie, bo tu ten potencjał zwykle jest większy, ale z tym wiąże się wyższe ryzyko, bo większa jest szansa, że mała spółka zbankrutuje albo zostanie wycofana z giełdy – wyjaśnia analityk BM PKO BP. – Na tych największych spółkach są takie okresy, kiedy też można zanotować bardzo dobre stopy zwrotu. Ale nie jest tak, że jak spółka jest duża, to na pewno jest superbezpieczna. Ryzyko upadłości jest bardzo małe, natomiast w kwestii zmiany kursu różne rzeczy mogą się dziać.

Jego zdaniem kluczową sprawą jest znalezienie takiej strategii inwestowania, która odpowiada charakterowi inwestora, bo tylko to gwarantuje konsekwencję nawet w trudniejszych warunkach rynkowych.

– Niektórzy kierują się analizą techniczną i analizą wykresu i na tej podstawie podejmują decyzję, niektórzy kierują się tylko i wyłącznie analizą fundamentalną, czyli oceną perspektyw i wyceną spółki. Niektórzy lubią się podłączać pod trend, czyli jeżeli coś rośnie, to kupują, bo liczą na to, że dalej będzie rosło – mówi Emil Łobodziński. – Inni kupują dopiero wtedy, gdy coś mocno spadło, bo liczą na odbicie. Wszystkie te strategie mogą działać, natomiast warunkiem kluczowym jest dobranie strategii do swojego charakteru. O tym rzadko się mówi, ale bez tego przy pierwszym gorszym wyniku inwestor tę strategię porzuca i nawet jeżeli ona jest super i w horyzoncie np. dwóch–trzech lat przyniesie znakomite stopy zwrotu, to nie dotrwa do tego czasu, bo w międzyczasie się zniechęci.

Niższa stawka podatku, zwolnienie z podatku dla młodych i nowe ulgi. Na rozliczenie z fiskusem mamy czas do końca kwietnia

0

Zmiana skali podatkowej, wyższe koszty uzyskania przychodu czy wprowadzenie mikrorachunku podatkowego – to tylko część zmian w rozliczaniu podatków za 2019 rok. W tym roku będzie można także odliczyć do 53 tys. zł wydatków na materiały budowlane, urządzenia i usługi związane z termomodernizacją budynku. Miesiąc więcej na rozliczenie będą miały osoby, które rozliczają się zryczałtowanym podatkiem – zeznanie będą musiały złożyć do 2 marca.

 – W rozliczeniu PIT za 2019 rok, które będziemy składać w 2020 roku, zmieniło się kilka podstawowych kwestii, przede wszystkim skala podatkowa, wysokość kosztów zryczałtowanych i kosztów pracy. Zmieniła się również kwota wolna od podatku. Ustawodawca wprowadził nową ulgę termomodernizacyjną. Istotna zmiana, która dotyczy wielu młodych ludzi, to zwolnienie z podatku osób do 26. roku życia – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Słomka, doradca podatkowy z Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy.

Podatników, którzy zarabiają do 85 528 zł brutto rocznie, obejmuje niższa, 17-proc. stawka podatkowa. Dla dochodów przekraczających tę kwotę stawka pozostaje na poziomie 32 proc. Resort finansów szacuje, że z niższej stawki skorzysta ok. 25 mln podatników.

Osoby do 26. roku życia mogą skorzystać z zerowego PIT. To rozwiązanie korzystne dla zatrudnionych na umowie o pracę czy zlecenie. Zwolnienie z podatku obejmuje przychody do wysokości 85 528 zł. W przypadku rozliczenia za 2019 roku ulga w PIT liczy się dopiero od 1 sierpnia, limit jest więc zmniejszony i wynosi 35 636,67 zł.

Podwyższone, ponad dwukrotnie, zostały zryczałtowane koszty uzyskania przychodu ze stosunku pracy. Wynoszą one teraz 250 zł miesięcznie dla osoby, która pracuje i mieszka w tej samej miejscowości, oraz 300 zł dla osoby, która dojeżdża – wskazuje Małgorzata Słomka.

W rozliczaniu podatku za 2019 rok można skorzystać z nowej ulgi termomodernizacyjnej. Pozwala ona odliczyć wydatki na materiały budowlane, urządzenia i usługi związane z termomodernizacją budynku.

– To ulga kilkuletnia. Przedsięwzięcie termomodernizacyjne można prowadzić przez trzy lata od końca roku, w którym poniesiono pierwszy wydatek. Jeśli więc podatnik poniósł pierwszy wydatek w 2019 roku, to może z ulgi korzystać do 2022 roku i jest ona rozliczana za każdy rok częściowo, aż do osiągnięcia limitu 53 tys. zł – tłumaczy doradca podatkowy. – Inną ulgą jest ulga IP Box, ale ona głównie dotyczy przedsiębiorców, podobnie jak ulga na wydatki związane z kształceniem zawodowym.

Przedsiębiorcy będą mogli odliczyć od dochodu darowizny na cele kształcenia zawodowego publicznym szkołom je prowadzącym. Obowiązuje jednak górny limit odliczenia – łącznie z darowiznami na cele kultu religijnego, pożytku publicznego i krwiodawstwa ich łączna wysokość nie może przekroczyć kwoty stanowiącej 6 proc. dochodu. Z kolei dzięki IP Box przedsiębiorcy uzyskujący dochody z kwalifikowanych praw własności intelektualnej mogą zastosować preferencyjną stawkę podatku dochodowego w wysokości 5 proc.

– Od 2020 roku wszystkich podatników podatku PIT, CIT i VAT obowiązują mikrorachunki. Będą na nie wpłacane wszystkie należności z tych tytułów i znikną dotychczasowe rachunki urzędów skarbowych, na które podatnicy wpłacali swoje zobowiązania podatkowe – podkreśla Małgorzata Słomka.

Numer mikrorachunku można sprawdzić w dowolnym momencie w ciągu roku, korzystając z generatora na stronie podatki.gov.pl lub w każdym urzędzie skarbowym. Dzięki temu ma być mniej omyłkowych przelewów na niewłaściwe konta. Zmiana oznacza też sprawniejszą obsługę płatności, co pozwala m.in. na szybsze uzyskanie potrzebnych zaświadczeń, np. o niezaleganiu w podatkach.

 Pierwszym ważnym terminem, który pojawi się dla podatników, jest data 15 lutego. W tym terminie ministerstwo ma opublikować [w systemie Twój e-PIT – red.] wstępne zeznania podatkowe, które podatnicy będą mogli przejrzeć, wprowadzić ewentualne zmiany i zaakceptować. Ostateczny termin na złożenie większości deklaracji przez osoby fizyczne to wciąż 30 kwietnia. Dla zryczałtowanego podatku dochodowego w tym roku termin jest późniejszy niż dotychczas [do 2 marca zamiast do końca stycznia – red.] – wskazuje Małgorzata Słomka.

Osoby, które zdecydują się rozliczyć z fiskusem poprzez usługę Twój e-PIT, zrobią to za pomocą dwóch kliknięć. Administracja skarbowa sama przygotuje dokumenty PIT-28, PIT-38, PIT-37 i PIT-36. Jeśli podatnik nie zaakceptuje rozliczenia, zeznanie zostanie złożone automatycznie. W ubiegłym roku w formie elektronicznej rozliczyło się ok. 16 mln podatników, z czego prawie 7 mln zeznań trafiło do systemu skarbowego właśnie za pośrednictwem usługi Twój e-PIT.

– W przypadku podatników prowadzących działalność gospodarczą te zeznania nie będą przygotowane. Muszą samodzielnie złożyć rozliczenia podatkowe. Jeżeli nie złożą ich w terminie przewidzianym ustawą, to grożą im sankcje karnoskarbowe – przypomina Małgorzata Słomka.

Blisko połowa dorosłych Polaków nie pracuje i się nie uczy. Resort pracy chce w najbliższych miesiącach zająć się ich aktywizacją

Populacja osób biernych zawodowo liczy blisko 13,3 mln osób. To oznacza, że prawie połowa dorosłych Polaków z różnych powodów nie pracuje i się nie uczy. Aktywizacja biernych zawodowo i długotrwale bezrobotnych to priorytety resortu pracy na nadchodzący rok. – Zasiądziemy do stołu z partnerami społecznymi i gospodarczymi i wspólnie będziemy się zastanawiać, jak zwiększać wskaźniki zatrudnienia – zapowiada wiceminister pracy Alina Nowak. Jak podkreśla, w pierwszej kolejności należy aktywizować niewykorzystane dotąd zasoby na polskim rynku pracy i zachęcać do powrotu osoby, które wyjechały z Polski, a dopiero w drugiej kolejności sięgnąć po pracowników z zagranicy.

Według danych GUS na koniec grudnia ub.r. stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 5,2 proc. To minimalne pogorszenie względem listopada (o 0,1 pkt proc.), ale ten wskaźnik i tak utrzymuje się na poziomie najniższym od 30 lat. Na koniec roku w urzędach pracy zarejestrowanych było 866,4 tys. osób bezrobotnych, o ponad 100 tys. mniej niż rok wcześniej. Według Eurostatu w Polsce bezrobocie jest na jednym z najniższych poziomów w Unii Europejskiej (szóste miejsce).

Dziś już nie walczymy z bezrobociem, ale promujemy zatrudnienie. Ważne, żeby jego wskaźnik był na coraz wyższym poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Alina Nowak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. – W tym roku będziemy koncentrowali się w pierwszej kolejności na aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych i biernych zawodowo, które nie zawsze są zarejestrowane jako bezrobotni czy poszukujący pracy.

Polski rynek pracy wciąż boryka się z wieloma problemami, m.in. niedostosowaniem kompetencji pracowników do zapotrzebowania pracodawców, emigracją i niekorzystną demografią, które pogłębiają lukę na rynku pracy, oraz wysokim na tle UE odsetkiem osób biernych zawodowo i długotrwale bezrobotnych (powyżej 12 miesięcy). Według danych GUS na koniec II kwartału ub.r. liczba osób długotrwale poszukujących pracy wyniosła 360,8 tys. To nieco ponad 41 proc. wszystkich zarejestrowanych bezrobotnych.

Co istotne, długotrwałe bezrobocie częściej występuje wśród kobiet. Ponad 45 proc. kobiet zarejestrowanych w urzędach pracy w połowie ubiegłego roku pozostawała bez zatrudnienia przez okres powyżej 12 miesięcy. Wśród mężczyzn ten odsetek wyniósł 35,8 proc.

W urzędach pracy jest zarejestrowanych jeszcze wiele osób, które posiadają status długotrwale bezrobotnych. Dzisiaj aktywizujemy ich już nie tylko od strony zawodowej, ale też bardziej holistycznie. Staramy się objąć takiego człowieka kompleksową pomocą. Angażujemy do tego instytucje pomocy społecznej i NGO-sy – mówi Alina Nowak. – W pierwszej kolejności jest to przede wszystkim aktywizacja społeczna, a nie tylko zawodowa. Musimy zdiagnozować, dlaczego te osoby nie podejmują zatrudnienia. Bierzemy też pod uwagę ich sytuację rodzinną, zwracamy uwagę, czy taka osoba nie musi korzystać z pomocy przy opiece nad rodzicami, czy ma zapewnioną opiekę nad małoletnimi dziećmi.

Kolejny priorytet resortu pracy na nadchodzący rok to aktywizacja osób biernych zawodowo. Za takie uważa się ludzi, którzy ukończyli 15. rok życia, ale nie pracują i się nie uczą. W Polsce odsetek osób biernych zawodowo jest wysoki na tle całej UE. Według danych GUS na koniec III kwartału ub.r. ich populacja liczyła 13 mln 281 tys. osób (w porównaniu z 13 mln 254 tys. w poprzednim kwartale). To oznacza, że blisko połowa Polaków nie pracuje i nie jest gotowa do podjęcia aktywności. Dużą część tej grupy stanowią emeryci, studenci i kobiety, które rezygnują z pracy na rzecz opieki nad dziećmi. GUS wskazuje, że w połowie ubiegłego roku 1,55 mln kobiet było biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych i związanych z prowadzeniem domu.

Mamy spore grono osób biernych zawodowo i nie są to tylko bezrobotni. Myślę, że właściwym rozwiązaniem jest tutaj promocja ofert pracy atrakcyjnych dla osób, które są skłonne poszukiwać zatrudnienia. Mamy również sporo osób niepełnosprawnych, które nie mają pracy. Powinniśmy też myśleć o osobach powracających z zagranicy, stwarzać im takie warunki, aby chciały przyjeżdżać i pracować w Polsce – mówi wiceminister pracy. – Mamy materiał analityczny, w niedługim czasie zasiądziemy do stołu z partnerami społecznymi i gospodarczymi i wspólnie będziemy zastanawiać się nad tym, jak zwiększać wskaźniki zatrudnienia i poprawiać sytuację na rynku pracy.

Mimo dużej luki na polskim rynku pracy (firma doradcza PwC szacuje, że do 2025 roku deficyt sięgnie już 1,5 mln pracowników) wiceminister ocenia, że w pierwszej kolejności należy aktywizować niewykorzystane dotąd zasoby w kraju, a dopiero w drugim kroku sięgnąć po pracowników z zagranicy.

Na naszym rynku pracuje około 800 tys. osób z zagranicy. Trzeba się zastanowić, w jaki sposób przyspieszyć procedury, aby te osoby mogły podejmować pracę szybciej. Należy też stwarzać im przyjazne warunki, aby mogły się u nas odnaleźć. Jednak jestem zwolennikiem tego, żeby w pierwszej kolejności przeanalizować nasz rynek pracy i proponować osoby, które mają odpowiednie kwalifikacje, na terenie naszego kraju – mówi Alina Nowak.

Hakerzy mogą włamać się do domowej sieci nawet przez żarówkę. Nowe urządzenie uchroni inteligentny dom przed włamaniami

Z raportu „Smart Living” opracowanego przez analityków Infuture Hatalska Foresight Institute wynika, że w 2020 roku liczba urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy wzrośnie do 20,4 mld. Większość z nich nie jest prawidłowo zabezpieczona, przez co może stanowić realne zagrożenie dla naszej prywatności. Eksperci ds. bezpieczeństwa internetowego pracują nad technologiami oraz rozwiązaniami, które pozwolą ochronić urządzenia funkcjonujące w ramach domowego internetu rzeczy przed atakami hakerów.

– Urządzenia internetu rzeczy mają dostęp do twojego domu, kamery czy inteligentnych głośników, a firmy do tego rodzaju danych osobowych. Z drugiej strony zdarzają się przypadki wykorzystania oprogramowania szantażującego – cyberprzestępcy mając dostęp do urządzenia, zyskują możliwość zablokowania go na odległość i zażądania pieniędzy za udzielenie do niego ponownego dostępu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Javier Rincón, dyrektor krajowy Avast w Meksyku.

Z analiz przeprowadzonych przez wrocławską firmę TestArmy wynika, że co drugie urządzenie z kategorii internetu rzeczy może stwarzać realne zagrożenie dla bezpieczeństwa sieci domowej. Pracownikom firmy w ramach testów penetracyjnych udało się złamać zabezpieczenia jednej z dużych korporacji przetwarzającej dane osobowe pozyskane za pośrednictwem zgód marketingowych. Wykorzystując lukę bezpieczeństwa w firmowej drukarce, specjaliści przechwycili obraz z kamer bezpieczeństwa, dzięki czemu podejrzeli kod wejściowy do drzwi magnetycznych i włamali się do biura po godzinach jego funkcjonowania.

Atak przeprowadzony przez TestArmy był symulowany, ale z tych samych luk mogą skorzystać cyberprzestępcy, którzy wyrządzą realne szkody w naszych domach. Te nie są tak dobrze chronione jak korporacyjne biurowce. Avast zaprojektował domowy system bezpieczeństwa skierowany do gospodarstw domowych korzystających z urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy.

– Avast Omni łączy się z siecią domową, aby monitorować jej status. Jeśli którekolwiek z urządzeń podłączonych do sieci stało się celem ataku lub wykryto nieprawidłowości w jego działaniu, zostaje odłączone, by  chronić pozostałe. Mamy ponad 30 lat doświadczenia w zakresie cyberbezpieczeństwa, to jest nasz pierwszy krok w branży produkcji sprzętu i internetu rzeczy, ponieważ na rynku nie ma zbyt wielu rozwiązań zabezpieczających tego typu – wyjaśnia ekspert.

Avast Omni jest zintegrowanym systemem bezpieczeństwa, który pozwala w pełni monitorować dane przepływające przez domową sieć internetową. Sprzęt podłącza się do routera i obsługuje za pośrednictwem aplikacji mobilnej, dzięki czemu można mieć wgląd do sieci nawet wtedy, kiedy nie ma nas w domu. Omni korzysta ze sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnych luk w oprogramowaniu oraz rozpoznawania potencjalnych zagrożeń, system pomaga także monitorować miejsce przebywania najmłodszych członków rodziny.

O tym, jak ważne jest właściwe zabezpieczenie domowej sieci, przekonali się użytkownicy urządzeń IoT od chińskiej firmy Orvibo. W wyniku błędów w zabezpieczeniu jej serwerów dostęp do jednego z nich nie wymagał podania żadnego hasła, w związku z czym hakerzy mogli włamać się do systemu i przeglądać 2 mld rekordów w bazie danych. Po zlokalizowaniu luki przez specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa z vpnMentor i skontaktowaniu się z producentem minęły aż trzy tygodnie, zanim została ona załatana. W tym czasie każdy mógł przeglądać takie informacje jak dane logowania, nazwiska czy adresy domowe użytkowników systemu.

Sprawą zbyt słabo zabezpieczonych urządzeń IoT zainteresowali się nawet oficerowie Federalnego Biura Śledczego. Na portalu FBI Portland opublikowano zalecenia dla użytkowników systemów IoT, w których stwierdzono, że każdy, kto korzysta z urządzeń tego typu, powinien odseparować je od głównej domowej sieci Wi-Fi, w ramach której funkcjonują nasze telefony czy komputery.

– Avast Omni to urządzenie do domu, może być również wykorzystane w małym biurze. Nacisk kładziemy jednak na jego zastosowanie w domach, ponieważ to tam znajduje się nasz telewizor, głośniki, tablety. W ramach rocznej licencji klient otrzymuje samo urządzenie, ale dopiero nasze oprogramowanie i licencja zapewniają ochronę – tłumaczy Javier Rincón.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy wzrośnie z 170 mld dol. w 2017 roku do 561 mld dol. w 2022 roku.

Polski sektor kosmiczny poszukuje pracowników. Zatrudnienie znaleźć mogą inżynierowie znający się na elektronice i programiści

Przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej otworzyło przed rodzimymi specjalistami drogę do rozwoju w nowym, innowacyjnym sektorze gospodarki, w którym wciąż brakuje wykwalifikowanych pracowników. Ministerstwo Rozwoju prowadzi skoordynowane działania, które mają wypromować tę branżę wśród obecnych i przyszłych inżynierów.

– Sektor kosmiczny poszukuje specjalistów z wielu dziedzin. Między innymi inżynierów znających się na elektronice, mechanizmach stosowanych w przemyśle lotniczym i kosmicznym. Także programistów, którzy jednocześnie znają się na programowaniu w różnych językach oraz na tym, jak funkcjonują satelity, segment naziemny i w jaki sposób przetwarzamy dane satelitarne. Sektor kosmiczny szuka specjalistów, którzy znają się na wąskiej specjalizacji, ale mają też szersze pojęcie o inżynierii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Wojtkiewicz, prezes zarządu Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Rząd prowadzi skoordynowane działania, które mają spopularyzować pracę w sektorze kosmicznym. W ramach znowelizowanej ustawy o Polskiej Agencji Kosmicznej wprowadzono szereg rozwiązań sprzyjających dynamicznemu rozwojowi tej branży. Agencja ma stać się organem doradczym dla firm, start-upów oraz naukowców zainteresowanych realizowaniem projektów kosmicznych.

Zgodnie z wyliczeniami Agencji Rozwoju Przemysłu w Polsce działa obecnie ok. 350 firm z sektora kosmicznego. Zwiększenie inwestycji w tę branżę jest jednym z kluczowych elementów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, promującej nowy model krajowej gospodarki, bazujący na innowacyjnych rozwiązaniach technologicznych. W realizacji tego przedsięwzięcia ma pomóc m.in. wdrożenie Polskiej Strategii Kosmicznej na lata 2017-2030, która powinna przyczynić się do  zwiększenia obrotów polskiego sektora kosmicznego do poziomu co najmniej 3 proc. obrotów na rynku europejskim.

– Szacujemy, że osoby, które pracują dla sektora kosmicznego w Polsce – inżynierowie, menadżerowie – to niespełna tysiąc osób. Mam nadzieję, że ta liczba będzie rosła w najbliższych latach, ale jest to ściśle połączone z naszym udziałem w programach opcjonalnych Europejskiej Agencji Kosmicznej. W momencie kiedy Polska nie zwiększa znacznie swojego udziału w tych programach, niestety przyrost zatrudnienia nie jest możliwy – twierdzi ekspert.

Polska Agencja Kosmiczna promuje zatrudnienie w tej branży już na poziomie uczelnianym. Pomóc w tym mają m.in. konkursy na najlepsze prace dyplomowe związane z rozwojem sektora kosmicznego. Współpracę z Agencją Rozwoju Przemysłu podjął także Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego, który organizuje programy stażowe dla najzdolniejszych studentów. Dzięki nim absolwenci oraz przyszli inżynierowie mogą przekonać się, jak wygląda praca w sektorze kosmicznym i jakie daje perspektywy na przyszłość.

– Zarobki są porównywalne do zarobków w innych branżach, ale możemy powiedzieć, że sektor kosmiczny daje pracownikowi pewną wartość dodaną. Nie w każdej firmie pracujemy z Europejską Agencją Kosmiczną, nie w każdej firmie jesteśmy w stanie projektować urządzenia czy tworzyć oprogramowanie, które będzie używane później na Marsie, nie zawsze tworzymy oprogramowanie, które pozwala sterować satelitą na orbicie – wskazuje Paweł Wojtkiewicz.

Zwiększenie konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego pozwoli zatrzymać w kraju wielu uzdolnionych naukowców i specjalistów, którzy dziś współpracują z największymi światowymi agencjami. Dobrym przykładem jest tu polski start-up Immersion, który na zlecenie amerykańskiego Instytutu Smithsonian oraz NASA opracował aplikację Apollo&HASH39;s Moon Shot AR, odtwarzającą misję Apollo w rzeczywistości rozszerzonej.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku sektora kosmicznego w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.