Na rynkach wyraźnie widać uspokojenie przed Świętami Bożonarodzeniowymi. Warto jednak pamiętać, że nie wszędzie drugi dzień świąt jest dniem wolnym. W rezultacie zobaczymy w piątek, w jakim świecie walutowym przyjdzie nam się obudzić.
Słabsze dane z USA
Wczoraj poznaliśmy dane zza Oceanu. Zamówienia na dobra trwałego użytku nie tylko nie wzrosły o 1,5%, ale spadły o 2%. Co ciekawe subindeks dóbr bez środków transportu miał znacznie mniejszą różnicą i wyniósł 0,0% wobec oczekiwanych 0,1%. Tłumaczy to, w jakim segmencie podziała się większość różnicy. Wolniej od oczekiwań rośnie też sprzedaż nowych domów, warto jednak zwrócić uwagę, że parametr mimo wszystko wzrasta. Dolar zareagował na te dane niepewnie, oddając część zeszłotygodniowych wzrostów względem euro.
Co ze stopami procentowymi
Przed świętami postanowił o sobie przypomnieć jeszcze członek Rady Polityki Pieniężnej Eryk Łon. Tym razem obyło się bez typowych dla niego bardzo odważnych pomysłów jak słynne już przyjęcie przez Unię Europejską złotego jako waluty. Wypowiedział się on o składaniu wniosków o obniżkę stóp procentowych. Ostatnio sam głosuje za swoim wnioskiem, jednakże uważa, że do momentu, kiedy indeks PMI nie wzrośnie do 50 pkt, będzie te wnioski składał. Wskazuje również na prognozę wygaszania presji inflacyjnej. Gdyby nie miała ona spadać, to obniżka stóp byłaby sprzeczna z celem RPP, którym jest dbanie o stabilność inflacji.
Spokojniej przed świętami
Dzisiaj z dużych gospodarek niemal wszystkie mają wolne lub pracują krócej. Dotyczy to zarówno największych państw Unii Europejskiej, jak i USA. W rezultacie można się spodziewać, że pomimo tego, że do pracy przyjdą inwestorzy z Wielkiej Brytanii, czy też USA, to przez skrócone sesje ich aktywność powinna być raczej mniejsza. Święta są zwyczajowo momentem, kiedy na rynkach zmienność spada.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Przed 2030 roku popyt na kryptowaluty znacznie wzrośnie i do tego czasu mogą one już zastąpić tradycyjne waluty fiducjarne – prognozuje Deutsche Bank w ostatnim raporcie „Imagine 2030”. Zanim do tego dojdzie, potrzebna jest jednak m.in. ustabilizowana wycena i uzyskanie akceptacji w oczach rządów i organów regulacyjnych. Tymczasem kurs bitcoina, najpopularniejszej z kryptowalut, wciąż podlega dużym wahaniom. Zdaniem dużej części analityków planowany w przyszłym roku tzw. halving, czyli podział nagród za wydobycie, przyczyni się do skokowego wzrostu wyceny. Wszyscy eksperci zgodnie podkreślają, że rynek kryptowalut wymaga uregulowania, żeby zapewnić bezpieczeństwo jego uczestnikom.
– Dopóki wyceniamy bitcoina w walucie deflacyjnej, dopóty będziemy mieć problem z tym, że jego kurs będzie rósł bądź spadał. Akurat w tym momencie kurs spada, ponieważ się stabilizuje. Jednak patrząc w dłuższym okresie, powinien rosnąć ze względu na medium, w jakim jest wyceniany, czyli dolara. Zakładamy, że tendencja spadkowa nie powinna się utrzymywać. Niemniej na cenę bitcoina wpływa tak wiele różnych elementów, że naprawdę trudno przewidywać, w jakim kierunku pójdzie – mówi agencji Newseria Biznes Filip Pawczyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.
Bitcoin jest wart nieco ponad 7,4 tys. dol., podczas gdy jeszcze w lipcu tego roku był wyceniany w okolicach 11 tys. dol. Wciąż daleko mu do rekordów z 2017 roku, kiedy cena oscylowała wokół 20 tys. dol. Duże wahania kursów są cechą charakterystyczną wszystkich kryptowalut i są uzależnione od wielu czynników. Jednym z podstawowych, jak podkreśla prezes PSB, jest popyt i podaż, czyli standardowe mechanizmy rządzące cały rynkiem. W przeciwieństwie do walut fiducjarnych, które są oficjalnym środkiem płatniczym i zawsze istnieje możliwość ich dodrukowania, podaż bitcoina jest ograniczona, docelowo będzie ich dokładnie 21 mln sztuk. W tej chwili wykopano już około 85 proc. wszystkich bitcoinów. Szacuje się, że ostatni pojawi się ok. 2140 roku.
Ograniczona podaż oznacza niemal pewny wzrost popytu i część analityków ocenia, że przekroczenie bariery 90–95 proc. znacznie zwiększy cenę najpopularniejszej kryptowaluty. Co istotne, jest niemal pewne, że przyczyni się do tego również planowany na maj 2020 roku tzw. halving, czyli podział nagrody dla górników za wykopanie bloku bitcoina (w wyniku którego spadnie liczba bitcoinów trafiających na rynek).
– Rosnąca akceptacja i rozwijająca się technologia kryptowalut, także w finansach i życiu codziennym, również wpływają bezpośrednio na cenę. Biorąc pod uwagę ten aspekt, wycena bitcoina powinna rosnąć – mówi Filip Pawczyński.
W tym roku Nowa Zelandia – jako pierwszy kraj na świecie – zalegalizowała wypłacanie pensji w bitcoinach (część można otrzymać w kryptowalucie, a część w formie tradycyjnej gotówki lub przelewu). Chiny pracują nad własnym, cyfrowym juanem, a sposoby wykorzystania cyfrowej waluty analizuje też Europejski Bank Centralny. Rewolucję – i znaczny wzrost wyceny kryptowalut – może też wywołać planowanie pojawienie się na rynku Libry, czyli kryptowaluty Facebooka, co ma nastąpić już w 2020 roku.
Mimo niestabilności bitcoin ma też wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem, jak np. brak możliwości jego sfałszowania czy prostota transferu środków, które mogą być przesyłane nawet bez dostępu do internetu. Stąd duża część analityków (m.in. Satis Group, założyciel Morgan Creek Mark Yusko) uważa, że bitcoin osiągnie pułap ok. 100 tys. dol. pomiędzy 2020 a 2022 rokiem.
Jak ocenia, rynek potrzebuje regulacji, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom. W tej chwili nie podlega on żadnej kontroli, przez co możliwe są takie sytuacje, jak afera OneCoin. Twórczyni tej piramidy finansowej Ruja Ignatova jest obecnie poszukiwana m.in. przez FBI i podejrzewana o wyłudzenie ponad 3,5 mld funtów. Konieczne są więc przepisy, które będą piętnować takie projekty i ostrzegać przed nimi klientów. Regulacje obejmujące rynek kryptowalutowy nie powinny jednak iść za daleko, żeby nie hamować jego rozwoju. Odpowiednimi przepisami powinny zostać objęte m.in. giełdy kryptowalutowe.
– Samej technologii, protokołu czy użytkowników tego systemu nie da się w odpowiedni sposób regulować. Jednak usługi przechowywania, wymiany, użyteczności, wręcz powinniśmy wprowadzać i stosować przepisy, które umożliwią zabezpieczenie obydwu stron rynku. To oznacza większą dbałość o klienta, standardy związane z jego obsługą i wszystkie regulacje, które sprawią, że będzie mógł uczestniczyć w tym rynku bezpiecznie. Ważne jest przede wszystkim określenie podstawowych norm i zasad współpracy – podkreśla prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.
Dla 30 proc. Polaków Boże Narodzenie to najpiękniejsze chwile w ciągu roku. Ponad 70 proc. święta spędzi tradycyjnie, a celebrować będziemy wigilijną kolację, ubieranie choinki i obdarowywanie się prezentami – wynika z badania serwisu PrezentMarzeń. Jednocześnie zdaniem niemal połowy Polaków ze względu na komercjalizację zmieniają się świąteczne zwyczaje i przygotowania. Wyzwaniem jest też zakup prezentów. Ponieważ boimy się porażki, coraz częściej wybieramy karty podarunkowe i bony.
– W ostatnich latach możemy zauważyć, że te tradycje, przygotowania czy obyczaje się zmieniają. Głównie wpływa na to wszystkim komercjalizacja świąt. Dajemy się porwać szałowi przygotowań, gorączce zakupowej. To wszystko odbija się na tym, że trochę tracimy ideę świąt – mówi agencji Newseria Biznes Filip Sosnowski z portalu PrezentMarzeń.com.
Badanie „Zmiany w zwyczajach i preferencjach świątecznych Polaków” serwisu PrezentMarzeń wskazuje, że zdaniem blisko połowy osób (47 proc.) komercjalizacja zmieniła sposób przygotowania i celebrowania świąt Bożego Narodzenia. Choć według sondy „Emocje Polaków podczas Świąt” zrealizowanej przez serwis PrezentMarzeń, Boże Narodzenie wzbudza w nas głównie radość, to dla co trzeciej osoby przygotowania to źródło stresu.
– Polacy odbierają święta jako czas mocnej gonitwy za prezentami, jako czas, który poświęcamy na szaleńcze przygotowania. Myślę, że każdy z nas odczuwa to w tym okresie przedświątecznym i odbija się to niestety również na tym czasie przeznaczonym tak naprawdę na celebrację. Często ucieka nam idea świąt – ocenia Filip Sosnowski.
Ponad 70 proc. Polaków spędzi święta tradycyjnie. Dla 30 proc. osób Boże Narodzenie to najpiękniejsze chwile w ciągu roku, z niepowtarzalną atmosferą. Będziemy celebrować biesiadowanie przy wigilijnym stole (29 proc.), ubieranie choinki (22 proc.) oraz obdarowywanie się prezentami (21 proc.). Jednoczenie dla 28 proc. z nas święta oznaczają przede wszystkim zakupową gorączkę, a tylko 9 proc. deklaruje, że w czasie świąt na chwilę zatrzyma się w codziennej gonitwie. Duży wpływ na zmianę postrzegania świąt mają nowe technologie.
– Co trzeci Polak szukając przepisu na świąteczne dania, wspiera się internetem, 45 proc. z nas kupuje prezenty w internecie. Zazwyczaj nawet, zamiast iść na pasterkę, oglądamy po prostu relację w telewizji. Wpływu nowych technologii nie da się odciąć, tym bardziej że z pewnością każdy z nas część życzeń na pewno wysłał czy dostał poprzez SMS-a bądź portale społecznościowe – wskazuje ekspert.
Podczas świąt źródłem stresu jest też kupowanie i wręczanie prezentów. Co trzeci Polak woli kupować prezenty, niż je otrzymywać, bo w ten sposób może kogoś uszczęśliwić (37 proc,), wyrazić wdzięczność (21 proc.). Blisko 35 proc. osób boi się porażki podczas wyboru prezentów, a 23 proc. nie wie, jakie są preferencje ich najbliższych. Dlatego podczas dawania prezentów głównie towarzyszy nam stres, czy prezent się spodoba. Coraz częściej decydujemy się na bezpieczny podarunek.
– Polacy postawili nie tylko na tradycyjne prezenty, lecz także na prezenty w formie kart podarunkowych czy też voucherów. Takie prezenty pozwalają przede wszystkim ograniczyć ryzyko nietrafienia z danym prezentem – mówi Sosnowski.
Z roku na rok na święta wydajemy coraz więcej (50 proc. z nas), z czego 43 proc. ocenia, że lubi w grudniu finansowo zaszaleć. Przeważnie zakupy finansujemy z bieżących dochodów, co trzeci sięga po oszczędności.
– Ponad połowa Polaków wydaje co roku na święta więcej niż w roku poprzednim. W tym roku 52 proc. Polaków zorganizowało święta w kwocie do 500 zł, 36 proc. zmieściło się w kwocie do 1 tys., natomiast już co dziesiąty z nas wydał kwotę do 2 tys. zł – wylicza Filip Sosnowski.
Co roku statystyczny Polak wyrzuca 235 kg żywności. Najczęściej jest to pieczywo, wędliny, warzywa, owoce oraz nabiał. Do marnowania żywności przyznaje się 42 proc. Polaków i to gospodarstwa domowe odpowiadają za największą ilość wyrzuconego jedzenia. Nowe przepisy zobowiązały za to duże sklepy do przekazywania artykułów spożywczych do banków żywności, dzięki czemu więcej ich trafia do potrzebujących.
– W Polsce marnujemy 9 mln ton żywności rocznie, co daje nam na osobę około 235 kg, tym samym zajmujemy 5. miejsce w Unii Europejskiej pod względem marnowania żywności. Przyczyn jest wiele, przede wszystkim lubimy kupować za dużo. Zdarza się także, że nie wiemy, co mamy w lodówce oraz jesteśmy zewsząd kuszeni reklamami zachęcającymi do kupowania – mówi agencji Newseria Karolina Woźniak z Too Good To Go.
We wrześniu w życie weszło nowe prawo, zgodnie z którym sklepy i hurtownie są zobowiązane do nieodpłatnego przekazywania żywności wybranej organizacji pozarządowej. Chodzi o żywność dobrą do spożycia, pozostającą w terminie ważności. Mogą to być zarówno gotowe dania, mrożonki, wędliny, kasze, jak i pieczywo, warzywa czy owoce.
– Ustawa o przeciwdziałaniu marnowania żywności dotyczy przede wszystkim sklepów wielkopowierzchniowych, czyli takich powyżej 400 mkw. Mniejsze sklepy jeszcze nie są objęte ustawą. Jest to pierwszy krok w działaniu, abyśmy systemowo podeszli do problemu – mówi Karolina Woźniak.
Do tej pory współpraca między organizacjami a sklepami odbywała się na zasadach dobrowolnych. Banki Żywności szacują, że dzięki nowym przepisom zostanie uratowane nawet kilkadziesiąt tysięcy ton żywności więcej niż do tej pory.
– Ustawa o przeciwdziałaniu marnowania żywności pomogła. Wiemy od Banków Żywności, że coraz więcej jej trafia do potrzebujących. Niemniej to gospodarstwa domowe są tym miejscem, gdzie marnujemy najwięcej. Połowa żywności marnuje się w naszych domach – tłumaczy Karolina Woźniak.
Jak wynika z badania instytutu Kantar na potrzeby Federacji Banków Żywności, 42 proc. Polaków przyznaje, że zdarzyło się im wyrzucić żywność. Chociaż problem nadmiernego marnowania żywności jest aktualny przez cały rok, szczególnie nasila się on w okresie przedświątecznym. W tym czasie nawet 1/3 przygotowanej żywności ląduje w śmietniku. Powodem tego jest głównie przywiązanie do tradycji, nakazującej spędzić Boże Narodzenie przy suto zastawionym stole, pełnym ciast, wędlin i innych specjałów. Według raportu Deloitte na jedzenie przed świętami polska rodzina wyda średnio 524 zł.
– Przeciętny Polak wyrzuci około kilograma do 2 kg żywności w tym okresie. Tradycja 12 potraw nawiązuje do tego, abyśmy suto zastawili stół. Poza tym nie planujemy dobrze naszych porcji, co prowadzi do tego, że w efekcie nie jesteśmy w stanie tej całej żywności skonsumować, a niestety jej przydatność się kończy, w związku z czym ląduje ona w koszu – mówi Karolina Woźniak.
Aby poprawić sytuację, zespół Too Good To Go i Federacja Polskich Banków Żywności w ramach kampanii „Wszystkiego Niezmarnowanego na Święta”, przygotowali wspólnie kilka porad, które pomogą rozsądnie rozplanować świąteczne zakupy.
Rosnąca popularność wegetarianizmu i weganizmu sprawia, że konsumenci poszukują coraz doskonalszych substytutów roślinnych dla mięsa zwierzęcego. W ślad za tym idą innowacje wdrażane przez producentów żywności. Z substytutu mięsa produkowane są już m.in. burgery, nuggetsy czy krewetki. Z dwutlenku węgla zawartego w powietrzu można natomiast wytworzyć produkt wysokoproteinowy. Wprowadzenie na rynek nowych składników spożywczych musi się jednak odbywać według ściśle określonej procedury.
– Nowości na rynku żywności, jakie teraz się pojawiają i o których się bardzo dużo mówi ostatnio, to są przede wszystkim różnego rodzaju zamienniki mięsa, czyli produkty najczęściej pochodzenia roślinnego, które imitują, w pewien sposób przypominają w swojej teksturze, smak i zapach mięsa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska z Centrum Prawa Żywnościowego.
Amerykańska firma Impossible Foods wprowadziła na rynek burgery zrobione z roślinnego substytutu wołowiny. Producent twierdzi, że porcja tego produktu zawiera podobną ilość białka, co jego zwierzęcy odpowiednik, nie zawiera cholesterolu, a przy tym nie odbiega od niego smakiem. Marka Tyson Foods Raised & Rooted produkuje roślinne nuggetsy, zainwestowała też w roślinne odpowiedniki krewetek. Producenci poszukują także innych sposobów pozyskiwania żywności.
– Innowacją, która teraz w mediach robi duży szum, jest mięso z powietrza. Amerykańskiej firmie udało się wyekstrahować za pomocą mikroorganizmów, które przetwarzają dwutlenek węgla obecny w powietrzu w produkt wysokoproteinowy w 80 proc., więc w zasadzie możemy powiedzieć, że mamy dzisiaj do czynienia z takim mięsem z powietrza, czy będziemy mogli mieć w przyszłości do czynienia z takim innowacyjnym produktem – mówi ekspert z Centrum Prawa Żywnościowego.
Amerykański start-up Air Protein zaprezentował już pierwsze prototypy mięsa „powietrznego”. Technologia, która się za tym kryje, wywodzi się z pomysłu opracowanego przez NASA w latach 60. XX wieku. Naukowcy próbujący rozwiązać problem karmienia astronautów w kosmosie odkryli, że możliwe jest wykorzystanie mikroorganizmów do konwersji dwutlenku węgla wydychanego przez astronautów na żywność. Air Protein nazywa tę technologię probiotycznym procesem produkcyjnym, podobnym do wytwarzania jogurtu. Wewnątrz fermentora naturalnie występujące drobnoustroje zużywają dwutlenek węgla i opatentowaną mieszankę mineralnych składników odżywczych, aby wytworzyć składnik, który w 80 proc. stanowi białko pełne, o tym samym profilu aminokwasowym, co białko wołowe lub kurze. Zawiera również witaminy takie jak B12, których zwykle nie ma w wegańskim jedzeniu. W przeciwieństwie do niektórych białek zwierzęcych nie zawiera natomiast żadnych antybiotyków i hormonów.
Choć rynek żywności stale się rozwija, a producenci chętnie stosują nowe składniki w swoich produktach, to nie zawsze jest to zgodne z prawem. Popularny niedawno kannabidiol decyzją niemieckiego sądu oraz zgodnie ze stanowiskiem brytyjskiego Urzędu ds. Norm Żywnościowych powinien być uznany za novel food. Choć konopie włókniste, z których jest pozyskiwany, są znane od stuleci, to samo CBD jest już składnikiem zupełnie nowym. Dla rozwijającego się również w Europie rynku produktów z kannabidiolem, w ramach którego wytwarzane są m.in. olejki, susze, kremy, a nawet lizaki czy miód z tym składnikiem, może oznaczać to załamanie. Tymczasem – według Grand View Research – rynek wyceniany w 2018 roku w skali globalnej na 4,6 mld dol. będzie rósł w średniorocznym tempie na poziomie ponad 22 proc.
– Jest cała lista produktów, surowców albo nawet samych technik uzyskiwania pewnych produktów, które są uznane za nową żywność. Takim najbardziej spektakularnych ostatnio przykładów były nasiona chia wprowadzane do obrotu bardzo szeroko. Robiły wielką furorę, były bardzo modne i nagle okazało się, że są stosowane do różnego rodzaju produktów, zwłaszcza jogurtów i deserów w sposób nieuprawniony. Nie było zezwolenia na stosowanie nasion szałwii hiszpańskiej, czyli nasion chia właśnie w tych produktach – wskazuje dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.
Novel food, czyli według rozporządzenia unijnego z 2015 roku, żywność, która nie była stosowana w znacznym stopniu w krajach Unii Europejskiej przed 15 maja 1997 roku, podlega ściśle określonym procedurom związanym z jej wprowadzeniem na rynek. Producent musi zacząć od sprawdzenia, czy składnik, którego planuje użyć, był stosowany przed określoną w przepisach datą. Jeśli zbierze dowody na to, że tak było, to może go stosować bez przeszkód. Jeśli nie – musi przejść przez procedurę rejestracyjną.
– W ramach tej procedury wydawana jest opinia EFSA, czyli Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności i w końcowej fazie przyjmowane jest zezwolenie Komisji Europejskiej na wprowadzenie do obrotu takiego produktu pod określonymi warunkami. Nie ma pełnej dowolności innowacyjnej, prawodawca czuwa i sprawdza, czy rzeczywiście te produkty są bezpieczne i czy mogą być wprowadzane do obrotu w sposób bezpieczny – wyjaśnia specjalistka.
Tymczasem potrzeba innowacji na rynku żywnościowym staje się coraz bardziej widoczna, zwłaszcza w obrębie substytucji mięsa. TMR przewiduje, że globalny rynek alternatyw dla mięsa będzie do 2026 roku rósł w średniorocznym tempie ponad 6 proc. Segment ten wygeneruje w 2026 roku przychody w wysokości ponad 45 mld dol.
– Konsumenci coraz bardziej potrzebują oferty bezmięsnej, w trendzie wege i w trendzie wegańskim. W ślad za tym od razu mamy odpowiedź ze strony branży, która proponuje różnego rodzaju zamienniki. Co jeszcze na rynku się pojawi? Nie wiem, to już zależy wyłącznie od działów rozwoju poszczególnych sektorów, poszczególnych przedsiębiorstw branżowych – mówi dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.
Według danych Nielsena w październiku sprzedaż roślinnych substytutów mięsa w USA osiągnęła 946,6 mln dol., czyli o 10,2 proc. więcej niż w poprzednim roku. Do 2020 roku sprzedaż może osiągnąć poziom miliarda dolarów.
Po dobrych informacjach dotyczących ustaleń w sprawie umowy handlowej na linii USA – Chiny, nastroje na rynkach w ostatnim tygodniu były bardzo dobre. S&P 500 zdecydowanie przebiło 3 200 pkt., tym samym osiągając nowe maksima. Rynki finansowe są bardzo optymistyczne, co do dalszego przebiegu negocjacji. W sobotę (21.12.2019) Donald Trump zapewnił, że podpisanie pierwszego etapu porozumienia handlowego z Chinami nastąpi bardzo szybko. Ramy umowy są już uzgodnione. Pełne wdrożenie pierwszego etapu porozumienia powinno mieć miejsce już w styczniu, a niezwłocznie po tym rozpoczną się negocjacje dotyczące drugiej fazy.
W poniedziałek (16.12.2019) poznaliśmy odczyty PMI zarówno z Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. W Europie wciąż gorzej wypadają PMI dla przemysłu – 45,9 (prognoza 47,3), podczas gdy PMI dla usług wyniósł 52,4 (prognoza 52,0). W Stanach Zjednoczonych PMI dla przemysłu wyniósł 52,5 (prognoza 52,6), a PMI dla usług 52,2 (prognoza 52,0). W środę (18.12.2019) poznaliśmy dane z polskiego rynku pracy. Zatrudnienie wzrosło 2,6% r/r, a wynagrodzenia o 5,3% r/r. Natomiast w czwartek (20.12.2019) pojawiły się dane produkcji przemysłowej, która wzrosła o 1,4% r/r, co dało wynik powyżej konsensusu. Dane dotyczące sprzedaży detalicznej w Polsce opublikowane w piątek (23.12.2019) identyfikują wzrost 5,2% r/r. Widać wyraźnie że popyt konsumpcyjny utrzymuje się na solidnym poziomie.
W ostatnim tygodniu rosły na GPW zarówno duże, średnie, jak i małe spółki. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 0,84%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost 1,02%. Indeksy średnich i małych spółek zakończyły tydzień bez większych zmian: mWIG40 wzrósł na wartości o 0,64%, natomiast sWIG80 wzrósł o 0,24%.
Nadchodzący tydzień nie przyniesie zbyt wiele danych makroekonomicznych. Największego gospodarki na świecie, a także Polska, będą obchodziły święta Bożego Narodzenia. W zdecydowanej większości krajów banki oraz rynki finansowe będą nieczynne w środę (25.12.2019) oraz w czwartek (26.12.2019).
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Dwudziestopięcioletnie doświadczenie na polskim rynku to silna baza w drodze ku kolejnym sukcesom. Wykorzystując wiedzę o rynku i klientach, Lewiatan wyznaczył sobie na najbliższy rok ambitne cele – otwarcie 200 nowych sklepów i zwiększenie obrotów sieci do 14,3 mld zł. W ich realizacji pomocne będą wypracowane przez lata bliskie relacje z klientami, a także ścieżka biznesowa, którą od lat podąża sieć.
Lewiatan wkroczył w jubileuszowy rok 25-lecia, mając 3 200 sklepów w całej Polsce i generując obroty w wysokości 12,5 mld złotych. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie unikatowy model biznesowy, oparty na autorskiej koncepcji franczyzy, który umożliwia skuteczne dopasowywanie się do zmian rynkowych oraz potrzeb klienta. Dziś sieć stawia sobie kolejne cele – na koniec 2020 r. planuje osiągnąć obrót 14,3 mld złotych, a także kontynuować ekspansję i uruchomić kolejne 200 sklepów.
Jak zaznacza Wojciech Kruszewski, Prezes Zarządu Lewiatan Holding SA, sieć chce również wzmocnić swoją pozycję wśród najlepiej ocenianych przez konsumentów sklepów. – Tworzymy i rozwijamy przyjazne i bliskie sklepy, najlepiej dopasowane do potrzeb i oczekiwań konsumentów. Jesteśmy siecią ogólnopolską, ale też jesteśmy blisko lokalnych potrzeb naszych klientów. W codziennej działalności biznesowej najważniejsi są dla nas ludzie i dobre relacje – zarówno z klientami, jak też z partnerami. Kluczem do sukcesu jest zaangażowanie naszych franczyzobiorców, autentycznych gospodarzy sklepów, którzy od lat tworzą siłę Lewiatana – podkreśla Wojciech Kruszewski.
Rewolucja rynku, ewolucja strategii biznesowej
Rynek detaliczny w Polsce jest szczególny na tle Europy – małe i średnie sklepy odpowiadają bowiem za niemal połowę handlu FMCG. Jeszcze kilka lat temu konsumenci wybierając miejsce dokonywania zakupów oczekiwali głownie dużego wyboru produktów w jednym miejscu w niskiej cenie, dlatego też wybierali hipermarkety. Dziś podejmując decyzje zakupowe, zwracają uwagę na wiele innych czynników. Istotne stały się również kwestie związane z pochodzeniem produktów, czy też wpływem na środowisko naturalne i zdrowie.
Robert Rękas – Lewiatan Holding S.A.
– Dla konsumentów bardzo cenny stał się czas, dlatego chcą robić zakupy wygodnie – blisko domu, w dogodnych godzinach i bez kolejek. Do wyboru sklepu zachęca nie tylko jego bliskość, ale przede wszystkim znajomość potrzeb lokalnego klienta. Istotny jest również szeroki wybór produktów od regionalnych, polskich dostawców – tłumaczy Robert Rękas, Członek Zarządu Lewiatan Holding S.A.
– W odpowiedzi na dynamicznie rozwijający się trend convenience planujemy wdrożenie rozwiązań technologicznych, które zwiększą efektywność pracy sklepów, m.in. ułatwią optymalizację asortymentu czy pozwolą wnikliwie analizować otoczenie rynkowe. Zależy nam również na usprawnieniu procesu zakupowego, dlatego planujemy wprowadzenie kas samoobsługowych oraz rozwój projektu POS TV w naszych placówkach handlowych – informuje Robert Rękas.
Kolejnym projektem, który sieć będzie rozwijać w najbliższych miesiącach jest program lojalnościowy w poszczególnych regionach, a docelowo personalizacja ofert dla klientów sklepów. Lewiatan planuje również udostępnić klientom aplikację na urządzenia mobilne dającą wiele korzyści oraz informującą o nowościach w ofercie i promocjach.
Mając na uwadze cały rynek, bardzo istotne jest otoczenie prawne, które reguluje jego funkcjonowanie. Wyzwaniem dla polskiego handlu w ostatnich latach jest przede wszystkim niepewna sytuacja w kwestiach silnie rzutujących na organizację handlu. Lewiatan inicjuje dyskusje, m.in. w kwestii ograniczenia handlu w niedziele czy ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności, a także – po raz kolejny odroczonego – wprowadzenia podatku handlowego.
– Aby być konkurencyjnym na dynamicznie zmieniającym się rynku, jako sieć stale się zmieniamy i rozwijamy. Rozwojowi sieci towarzyszy wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań i narzędzi w tym, nowej wizualizacji placówek handlowych, a także aktualizacja umów z franczyzobiorcami. Jesteśmy otwartą franczyzą, w której każdy właściciel sklepu działającego pod szyldem Lewiatan ma możliwość wyboru i realnego wpływu na to, jak rozwijać swój biznes– mówi Wojciech Kruszewski, Prezes Zarządu Lewiatan Holding S.A.
Historia sukcesu polskiej przedsiębiorczości
Ćwierćwiecze obecności na polskim rynku sieć świętowała nie tylko w gronie przedsiębiorców zrzeszonych w sieci – podczas Zjazdu Franczyzobiorców i Gali Jubileuszowej, ale przede wszystkim ze swoimi klientami, którzy na co dzień robią zakupy w sklepach Lewiatan. To właśnie z myślą o nich sieć zorganizowała loterię jubileuszową, w ramach której rozlosowano 10 samochodów i rozdano 100 000 urodzinowych toreb, a także podczas Dnia Urodzin Lewiatana częstowała klientów w sklepach okazjonalnym tortem. W grudniu zadebiutowała też nowa odsłona kampanii reklamowej, „Do Lewiatana jeden krok”. Składa się ona z trzech spotów adresowanych do kluczowych grup klientów. Nowa reklama odzwierciedla hasło marki: „Lewiatan, Twój dobry sąsiad”.
Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała 25 lat temu jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Głównym celem, jaki przyświecał inicjatorom projektu, było stworzenie zintegrowanej detalicznej sieci sklepów spożywczych, która stanie się największą franczyzową siecią handlową, która wzmocni jej członków przed konkurencją ze strony innych sieci.
W kontekście głównego celu założycieli sieci można mówić o pełnym sukcesie – Lewiatan jest największą siecią franczyzową w kraju i lokuje się obecnie na trzecim miejscu zestawienia sieci handlowych o najwyższych osiąganych obrotach. Jest również jednym z największych pracodawców – zatrudnia ponad 30 000 pracowników, w dodatku odnotowuje największą, bo aż 11-procentową dynamikę wzrostu zatrudnienia.
Dynamika polskiego eksportu utrzymuje się na przyzwoitym poziomie. Przed dziesięciu laty wysoki eksport uchronił gospodarkę przed recesją. Ta sytuacja może się powtórzyć.
Po 10 miesiącach 2019 r. dynamika polskiego eksportu to 5,3 proc. – Jest to tempo wolniejsze niż w 2018 r., gdy eksport wzrósł 0 7 proc., a rok wcześniej nawet o 10 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Jednak w obliczu zawirowań na rynkach światowych wyniki eksportu są nadal dobre.
Polski eksport może ucierpieć z kilku powodów. Ocieplenie w wojnach handlowych pomiędzy USA i Chinami jest tylko chwilowe. Coraz większe problemy mają Niemcy czyli nasz najważniejszy partner w handlu zagranicznym. Według prognoz Coface niemiecka gospodarka w 2020 r. będzie rosła w tempie zaledwie 0,5 proc. Zaledwie przed pięciu laty było to tempo 5-krotnie wyższe.
– Po kryzysie w 2008 r. zagraniczne firmy szukały kontrahentów, którzy produkowali taniej zapewniając dobrą jakość i wówczas Polska wyszła obronną ręką z kryzysu – komentuje G.Sielewicz. – Może się okazać, że nasz eksport pozostanie na dobrym poziomie w 2020 r. Powrót do dwucyfrowej dynamiki z 2017 r. nie jest jednak w najbliższych latach realny.
W piątek i dzisiaj poznaliśmy pakiet danych z naszego kraju. Nie ma tutaj rewolucji, jest to raczej kontynuacja znanego już trendu. Cieszy przyspieszenie w sprzedaży detalicznej. Trochę może martwić produkcja budowlano-montażowa.
Sprzedaż detaliczna dalej silna
Pomimo spowolnienia w produkcji przemysłowej, sprzedaż detaliczna w Polsce nie zwalnia. Analitycy spodziewali się wzrostu o 4,8%, a sprzedaż rosła o 5,9%. Jest to efektem transferowania środków do społeczeństwa, które trafiają głównie do grup, które przeznaczają je na konsumpcję, a nie inwestycje. Złoty przyjął te dane delikatnym umocnieniem, spadając w piątek poniżej 4,26 zł za jedno euro.
Dane z USA
W piątek poznaliśmy dane z USA. Wzrost gospodarczy po wyrównaniu rocznym zgodnie z oczekiwaniami przyspieszył do 2,1%. Lepiej od oczekiwań wypadły też dochody Amerykanów, które rosną o 0,5% w ujęciu miesięcznym wobec oczekiwanego 0,3%. Wydatki, zgodnie z oczekiwaniami, rosły o 0,4%. Dolar umocnił się w piątek w rezultacie tych dobrych danych o około pół centa względem euro. Tym samym pomimo dobrej kondycji złotego, amerykańska waluta podrożała około 1 grosza przebijając 3,84 zł.
Kolejne dane z Polski
Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat produkcji budowlano-montażowej oraz bezrobocia. Pierwszy wskaźnik co prawda spada o 4,7%, ale warto zwrócić uwagę, że rok temu mieliśmy gwałtowne wzrosty, nie można zatem mówić o problemach w budowlance z tego powodu. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami wzrosło w listopadzie do 5,1% z 5% w październiku. Powodem jest koniec prac sezonowych w rolnictwie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – zamówienia na dobra,
16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
W związku z przyjęciem nowej, unijnej dyrektywy, Polska do 2021 r. będzie musiała wdrożyć kompleksowe regulacje pozwalające na lepszą i pełniejszą ochroną sygnalistów.
Sygnaliści to osoby, najczęściej pracownicy, które z racji zajmowanych stanowisk w przedsiębiorstwach, posiadają informacje niedostępne publiczne, a które mogą zostać użyte w celu wykrycia naruszenia prawa.
W Polsce obowiązywały dotychczas jedynie szczątkowe regulacje pozwalające na ochronę osób zgłaszających takie nieprawidłowości, które pozostawały rozproszone w kilku aktach prawnych.
Unijny trend, zmierzający do zapewnienia możliwie najpełniejszej ochrony sygnalistom, spowoduje, że firmy i instytucje będą zobligowane do wprowadzenia odpowiednich procedur i narzędzi.
– Instytucje te to nie tylko prywatne przedsiębiorstwa, ale także te w sektorze publicznym. Dyrektywa odnosi się bowiem wszystkich podmiotów zatrudniających ponad 50 pracowników oraz gmin liczących ponad 10 000 mieszkańców – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Ziemska, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Szeroki zakres dyrektywy obejmie takie dziedziny, jak między innymi: zamówienia publiczne, usługi finansowe, zdrowie publiczne, zapewniając jednocześnie ochronę sygnalistom o różnym statusie, w tym wolontariuszom stażystom, czy udziałowcom.
Dyrektywa nakłada na wymienione podmioty między innymi obowiązek wdrożenia skutecznych, wewnętrznych kanałów i procedur zgłaszania nieprawidłowości i podejmowania działań następczych, w tym wyznaczenia bezstronnej osoby lub wydziału odpowiedzialnego za podejmowanie działań w związku ze zgłoszeniami.
Podmioty w sektorze prywatnym i publicznym zobowiązane będą również do zapewniania zrozumiałych i łatwo dostępnych informacji na temat procedur dokonywania zgłoszeń, a sygnaliście zostaną objęci dodatkowymi procedurami gwarantującymi brak działań odwetowych.
Zgodnie z dyrektywą, państwa członkowskie zostaną zobowiązane do ustanowienia skutecznych, proporcjonalnych i odstraszających sankcji wobec podmiotów, które utrudniają dokonywanie zgłoszeń czy podejmują działania odwetowe wobec sygnalistów.
– Pomimo, że na tym etapie trudno antycypować, jakiego rodzaju kary zostaną zaproponowane przez polskiego ustawodawcę, wydaje się, ze już na tym etapie wszystkie przedsiębiorstwa powinny rozpocząć pracę nad własnymi procedurami – komentuje J.Ziemska (Z&P).
Ma to szczególne znaczenie także wobec wprowadzania do polskiego porządku prawnego nowych narzędzi ułatwiających zgłaszanie naruszeń, czego przykładem jest wdrożona niedawno przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów specjalna platforma internetowa dla sygnalistów.
Nowe regulacje prawne, dodatkowe sankcje, a także nowe narzędzia technologiczne, powinny już na tym etapie skłonić podmioty gospodarcze do wprowadzania przemyślanych, kompleksowych regulacji w zakresie ochrony sygnalistów.
Na przestrzeni tego roku, średnio 46 proc. Polaków było zadowolonych
z wysokości swojego wynagrodzenia – pokazują wyniki badania „Confidence Index” podsumowujące cztery kwartały 2019 r. W ostatnich miesiącach niesatysfakcjonujące zarobki były czynnikiem motywującym do zmiany pracy podobny odsetek ankietowanych (43 proc.). Coraz więcej pracodawców jest świadomych konieczności dostosowania polityki kadrowej do oczekiwań pracowników, aby podnieść konkurencyjność swojej organizacji na rynku pracy. W związku z tym, firmy proponują szereg pozapłacowych dodatków, które mają zwrócić uwagę kandydatów i przyciągnąć ich do firmy, ale także zatrzymać obecne talenty. Co było dla polskich pracowników najważniejsze w miejscu zatrudnienia i które benefity były najbardziej pożądane w minionym roku?
Niskie zarobki główną przyczyną zmiany pracy w 2019 r.
Koszt nieudanej rekrutacji może wynieść kilkadziesiąt tysięcy złotych, dlatego pracodawcom coraz bardziej zależy na utrzymaniu talentów w firmie. Okazuje się, że zachęcenie pracownika do zostania w organizacji jest bardziej korzystne finansowo niż przeprowadzenie procesu rekrutacyjnego od początku i wdrożenie nowej osoby. Niesatysfakcjonujące zarobki to jedna z głównych przyczyn rezygnacji z pracy, na którą wskazało niemal 42 proc. ankietowanych w 2019 r. Kolejnymi powodami podjęcia takiej decyzji były brak możliwości rozszerzania umiejętności (58,9 proc.) i ograniczone perspektywy rozwoju zawodowego w obecnym miejscu zatrudnienia (35,6 proc.).
Co za to skutecznie przyciągało kandydatów do firmy?
Atrakcyjne miejsce pracy
– Z podsumowania naszych kwartalnych badań „Confidence Index” wynika, że w miejscu pracy największą uwagę zwracamy na panujące w firmie relacje z przełożonymi i współpracownikami (98 proc.). Istotna jest dla nas również możliwość zachowania work-life balance (93,2 proc.) w miejscu zatrudnienia oraz dostęp do szkoleń (92,2 proc.). Dla niemal 80 proc. respondentów ważne są struktury etyczne firmy oraz jej zaangażowanie w działalność z zakresu CSR79,4%).61,5 proc. ankietowanych potwierdziło również, że chciałoby od czasu do czasu pracować zdalnie, a 71% badanych doceniłoby elastyczny czas w jakim może wykonywać obowiązki – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w Michael Page.
Najbardziej pożądane benefity
Do najbardziej pożądanych przez Polaków pozapłacowych dodatków należą prywatna opieka zdrowotna (91,2 proc.) oraz ubezpieczenie na życie (78,1 proc.). Spośród szerokiego wachlarzu benefitów, co drugi z nas (54 proc.) ceni także dofinansowanie karnetów na siłownię. 39 proc. respondentów zależy także na otrzymaniu zniżek pracowniczych, a co trzeci (29,2%) chciałby mieć
w biurze dostęp do darmowych przekąsek.
– Pozapłacowe benefity, które oferują pracodawcy są często uzupełnieniem pensji i mogą stanowić formę podwyżki. Są one tak samo negocjowalną częścią umowy jak wynagrodzenia, czy awans, dlatego warto przełożonemu przedstawić swoje oczekiwania także względem dodatków. Możemy to zrobić na każdym etapie pracy, nawet podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Coraz więcej firm ma szeroki wachlarz ofert, którymi kusi kandydatów. Mogą to być kursy językowe, karnety na siłownię, czy nawet dofinansowania do urlopów. Dzisiejszy rynek pracy jest nastawiony na pozyskiwanie najlepszych talentów, dlatego więcej organizacji wykazuje coraz bardziej propracownicze podejście – podsumowuje Piotr Dziedzic z Michael Page.
****
O badaniu Confidence Index
Confidence Index to cykliczny sondaż przeprowadzany przez Michael Page, który bada nastroje wśród osób poszukujących pracy w wybranych krajach w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii. Badanie mierzy poziom optymizmu kandydatów na stanowiskach specjalistycznych i managerskich w odniesieniu do szans na znalezienie nowej pracy, przewidywanego czasu trwania poszukiwań, oczekiwań wobec własnej sytuacji zawodowej i sytuacji gospodarczej kraju oraz powodów, które skłoniły ich do zmiany miejsca zatrudnienia. Badanie jest prowadzone online wśród kandydatów, którzy aplikowali na ofertę pracy za pośrednictwem strony Michael Page.
Wiele osób szukających cenowych okazji zastanawia się, czy mieszkanie z licytacji komorniczej może być dobrym wyborem. Odpowiadamy na to ciekawe pytanie.
Szybki wzrost kosztów zakupu mieszkań motywuje wiele osób do poszukiwania okazji cenowych. Jednym ze źródeł takich okazji mogą być licytacje komornicze. Najczęściej są one związane z licytacją majątku osoby, która nie potrafiła spłacić licznych kredytów gotówkowych lub kredytu hipotecznego. Do wzrostu zainteresowania licytacjami komorniczymi mieszkań przyczynił się Internet, w którym można łatwo znaleźć informacje o takich kolejnych licytacjach. Przykład stanowią ogłoszenia umieszczane na serwisie internetowym Krajowej Rady Komorniczej. Każda osoba, którą zainteresowało jakieś mieszkanie z licytacji komorniczej, powinna najpierw dowiedzieć się, jak dokładnie wygląda taka aukcja. Warto zdawać sobie sprawę, że ewentualne problemy mogą dotyczyć nie tylko eksmisji byłego właściciela lokum. Kłopotliwe bywają także kwestie związane ze sfinansowaniem wylicytowanego mieszkania przy pomocy kredytu hipotecznego.
Lokum od komornika nie zawsze można kupić tanio …
Mieszkanie z licytacji komorniczej jest kupowane zupełnie inaczej niż typowy lokal na rynku wtórnym. Różnica dotyczy między innymi faktu, że potencjalny nabywca mieszkania od komornika musi działać sam i nie może liczyć na wsparcie eksperta. Agent nieruchomości zwykle nie będzie zainteresowany pomocą w zakupie mieszkania od komornika. Wiąże się to na przykład z faktem, że zakupu lokum na licytacji nie można zagwarantować. Czasem okazuje się, że jeden z licytantów został „przebity” o zaledwie 1% ceny wywoławczej. „Tyle bowiem wynosi minimalny próg postąpienia podczas licytacji komorniczej nieruchomości mieszkaniowych (tzn. lokali mieszkalnych oraz działek zabudowanych domami)” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
W kontekście warunków licytacji komorniczej warto również wspomnieć, że pierwsza publiczna aukcja nieruchomości rozpoczyna się od ceny wywoławczej wynoszącej 75% oszacowania rzeczoznawcy. Do sprzedaży wystarczy zaproponowanie takiej minimalnej ceny przez przynajmniej jednego licytanta. Jeśli podczas pierwszej licytacji domu lub lokalu nie będzie chętnych, to analogiczny limit ceny wywoławczej spadnie do 2/3 oszacowania. „Jeżeli nieruchomość jest atrakcyjna, to nie można wykluczyć, że już podczas pierwszej licytacji komorniczej osiągnie ona cenę końcową przekraczającą 100% oszacowania” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Jeszcze przed licytacją trzeba przygotować rękojmię
Cena wywoławcza jest ważna dla wszystkich licytantów nie tylko dlatego, że wyznacza ona minimalny koszt nabycia danego lokum od komornika. Warto również wiedzieć, że każda osoba zamierzająca kupić mieszkanie z licytacji komorniczej, bezwarunkowo musi wnieść tzw. rękojmię. Wspomniany termin nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością za wady mieszkania i w tym kontekście oznacza po prostu wadium. Licytant najpóźniej w dniu poprzedzającym aukcję musi przekazać rękojmię stanowiącą 10% wyceny (sumy oszacowania) domu lub lokalu. „Takie wadium, które wpłacił zwycięzca zostanie zaliczone na poczet ostatecznej ceny sprzedaży mieszkania. Pozostali licytanci otrzymają natomiast zwrot wpłaconej rękojmi” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Czasem trudno uniknąć eksmisji byłego właściciela
Wiele osób obawia się zakupu mieszkania z licytacji komorniczej, ponieważ taki wariant może skutkować problemami oraz nieprzyjemnościami dotyczącymi eksmisji byłego właściciela. Życie pisze różne scenariusze i dlatego nie można wykluczyć, że potrzebne będzie eksmitowanie byłego właściciela lokum oraz członków jego rodziny. Najbardziej drastyczny wariant zakłada konieczność otwarcia drzwi siłą i skorzystania z asysty policji. Na całe szczęście, taki scenariusz ma miejsce dość rzadko. „Większym problemem bywa opóźnienie związane z koniecznością oczekiwania na mieszkanie socjalne lub pomieszczenie tymczasowe dla byłych właścicieli lokalu lub domu” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Ewentualny kredyt trzeba załatwiać bardzo szybko
Jeżeli chodzi o specyficzne aspekty kupna mieszkania z licytacji komorniczej, to warto również wspomnieć o pewnych kłopotach dotyczących finansowania transakcji kredytem hipotecznym. Trzeba zdawać sobie sprawę, że wiele osób biorących udział w licytacjach komorniczych to inwestorzy płacący za lokal lub dom „gotówkowo” (tzn. bez wykorzystania kredytu). Takie rozwiązanie jest najbardziej wygodne, ponieważ wyklucza problemy związane z krótkim terminem płatności. „Przepisy kodeksu postępowania cywilnego wskazują, że osoba kupująca mieszkanie z licytacji komorniczej zasadniczo ma tylko 14 dni na wpłatę ostatecznej ceny pomniejszonej o wadium (rękojmię)” – ostrzega Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Dwutygodniowy termin może nie wystarczyć do załatwienia wymaganych formalności, które są związane z kredytem mieszkaniowym. Dlatego wiele osób wnioskuje do komornika o warunkowe wydłużenie terminu płatności do jednego miesiąca. Nie można jednak przesądzać ze stuprocentową pewnością, że komornik zgodzi się na takie rozwiązanie. Trzeba również pamiętać, że w razie przekroczenia terminu płatności za mieszkanie, wniesione wadium przepada niezależnie od winy pechowego licytanta. „Tak stwierdził Sąd Najwyższy w swojej uchwale z dnia 20 listopada 2009 r. (zobacz sygn. akt III CZP 88/09)” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Zawiązana w 2012 r. spółka o zasięgu międzynarodowym, w której przez 7 lat nie ujawniono nigdy żadnych nieprawidłowości, od ponad roku nie mogła odzyskać należnego jej zwrotu VAT, co sprowadziło na nią widmo likwidacji. Firma reprezentowana przez radcę prawnego Roberta Nogackiego z warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec wygrała z fiskusem w sądzie, wykazując zarówno brak merytorycznych podstaw do przedłużania terminu zwrotu należnego jej podatku VAT, jak i prawnych z uwagi na nieskuteczność doręczenia postanowienia o przedłużeniu.
Konieczność sprawdzenia zasadności zwrotu
Przepisy art. 87 ustawy o podatku od towarów i usług stanowią, że termin zwrotu podatku VAT wynosi 60 dni od dnia złożenia deklaracji podatkowej, a przy spełnieniu określonych w ustawie przesłanek lub na złożony wraz z deklaracją wniosek podatnika urząd skarbowy jest zobowiązany dokonać zwrotu w terminie 25 dni.
17 września 2018 r. jedna ze spółek z branży motoryzacyjnej złożyła w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za sierpień 2018 r. z wykazaną do zwrotu w 25-dniowym terminie kwotą podatku VAT w wysokości ponad 85 000 zł. Trzy tygodnie później Naczelnik Zachodniopomorskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Szczecinie wszczął w spółce kontrolę celno-skarbową za sierpień 2018 r., a Naczelnik Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek postanowieniem z 10 października 2018 r. przedłużył termin zwrotu podatku do 29 marca 2019 r. Organ wskazał na konieczność sprawdzenia zasadności zwrotu przed jego dokonaniem.
Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT doręczone lokatorowi
Pełnomocnik spółki mec. Robert Nogacki wniósł zażalenie na to postanowienie, podnosząc, że organ w żaden sposób nie wykazał wystąpienia przesłanki podważającej zasadność zwrotu, która powodowałaby konieczność przeprowadzenia dodatkowej weryfikacji. Jednocześnie radca prawny z Kancelarii Prawnej Skarbiec wskazał, że organ działa w sprawie w sposób przewlekły i niebudzący zaufania, nie informując spółki o pobudkach, jakimi kieruje się przy jej załatwianiu.
Pośród zarzutów spółka podniosła, że od 12 października 2018 r. organ pozostaje w nieuzasadnionej zwłoce ze zwrotem należnego jej podatku, bowiem tego dnia upłynął wiążący organ 25-dniowy termin na jego dokonanie. Stało się tak, bo Naczelnik Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek nie mógł skutecznie przedłużyć terminu, który wygasł. A wygasł, bowiem organ podatkowy doręczył postanowienie o przedłużeniu osobie trzeciej, nieupoważnionej do odbioru korespondencji kierowanej do spółki. Kancelaria wskazała, że w związku z tym nieskutecznym doręczeniem postanowienie Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek z dnia 10 października 2018 r. nie zostało wprowadzone do obiegu prawnego. Zatem organ podatkowy nie mógł skutecznie przedłużyć terminu należnego spółce zwrotu VAT. Zgodnie bowiem z art. 151 § 1 zd. 1 Ordynacji podatkowej:
„Osobom prawnym oraz jednostkom organizacyjnym niemającym osobowości prawnej pisma doręcza się w lokalu ich siedziby lub w miejscu prowadzenia działalności – osobie upoważnionej do odbioru korespondencji lub prokurentowi” (Dz.U. 2019 poz. 900).
Organ nie wskazał przyczyn dodatkowej weryfikacji
Skarżąca zwróciła uwagę, że naczelnik urzędu skarbowego przyznał, iż u podstaw jego wątpliwości co do zasadności zwrotu leży wysokość wnioskowanego zwrotu, a przecież wnioskowana kwota zwrotu jest znacząco niższa od kwot zwrotów VAT za inne miesiące tego samego roku, o jakie wnioskowała spółka. Dlatego też zdaniem skarżącej organ przedstawił jej tylko pretekst, a nie realny powód wstrzymania zwrotu. Podobnie, jako na nieznajdujące oparcia w prawie wskazała uzależnienie dokonania zwrotu VAT od wyniku kontroli prowadzonej przez inny organ, podczas gdy organ wstrzymujący zwrot nie wykazał przyczyn konieczności przeprowadzenia dodatkowej weryfikacji.
Dowód organu
Organ drugiej instancji, Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie, bronił ustaleń dokonanych przez NUS, w tym prawidłowości wykazania przez niego istnienia przesłanek uzasadniających potrzebę przedłużenia zwrotu VAT. W zakresie podnoszonego przez pełnomocnika spółki nieskutecznego doręczenia postanowienia o przedłużeniu organ poinformował o posiadaniu dowodu potwierdzającego to doręczenie. Miała nim być notatka sporządzona przez pracownika urzędu skarbowego, który doręczał pismo:
„Doręczenia koperty z korespondencją dokonałem z lokatorem (…) Na pytanie, czy jest uprawniony do odbioru wszelkiej korespondencji podatnika, odpowiedział, że tak i to on wszystko kwituje co przychodzi na ten adres na firmę (…) Spytałem się również, czy posiada pełnomocnictwo, na co on zadzwonił do właściciela budynku i prezesa firmy (…) mówiąc, iż takiego pełnomocnictwa nie posiada nikt w spółce, nawet pracownicy (…) A sam właściciel firmy przebywa poza Warszawą. Dlatego korespondencję pozostawiłem na miejscu, zaznaczając na zwrotce, kto faktycznie odbiera list, wpisując numer dowodu osobistego…” (sygn. akt III SA/Wa 676/19).
Zdaniem organu notatka ta potwierdza, że prezes spółki podczas rozmowy telefonicznej udzielił w formie ustnej, a więc doniosłej prawnie w świetle przepisów kodeksu cywilnego, pełnomocnictwa lokatorowi budynku należącego do spółki.
Notatka potwierdza, że doręczył niewłaściwie
Co innego z powyższej notatki odczytali reprezentujący spółkę prawnicy. Rozpoznający skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie zgodził się ze stanowiskiem spółki, że z notatki pracownika urzędu skarbowego nie wynika, aby osoba, której wręczył pismo, posiadała pełnomocnictwo do jego odebrania. Wręcz przeciwnie, potwierdza, że prezes spółki nie udzielił takiego pełnomocnictwa nikomu, a zatem i tej osobie. Sąd potwierdził również, że lokator wynajmujący ten sam budynek, co siedziba spółki, nie jest jej pracownikiem. Regulacja art. 151 § 1 O.p. wyklucza możliwość doręczenia do rąk osoby trzeciej, która zobowiązuje się do oddania pisma adresatowi. Pokwitowanie odbioru pisma przez podmiot mający siedzibę lub miejsce prowadzenia działalności w tym samym budynku nie może stanowić skutecznego doręczenia, nawet gdyby dysponował on pieczątką firmową adresata.
Samo wszczęcie kontroli nie może stanowić samoistnej przesłanki wstrzymania zwrotu VAT
WSA, orzekając na korzyść spółki, zgodził się również z podniesionymi przez nią zarzutami braku uzasadnienia ze strony organu konieczności wstrzymywania zwrotu VAT:
„Zdaniem Sądu zaskarżone postanowienie nie wskazuje na istotne (uzasadnione) wątpliwości ani okoliczności przemawiające za potrzebą dodatkowej weryfikacji. Organ odwoławczy wskazał (za organem pierwszej instancji), że jedyną podstawą do przedłużenia terminu zwrotu było: przeprowadzenie dodatkowej weryfikacji w ramach kontroli celno-skarbowej (…) przy czym nie wskazano, jakie okoliczności wywołały wątpliwości organu, skutkujące koniecznością przedłużenia terminu zwrotu. Niewątpliwie sama okoliczność wszczęcia kontroli celno-skarbowej wobec Skarżącej, nie jest samoistną przesłanką wstrzymywania zwrotu podatku VAT” (wyrok WSA w Warszawie z 19 września 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 676/19).
Działania organów mogły doprowadzić do likwidacji uczciwej, płacącej podatki firmy
Szybka reakcja firmy w sytuacji kryzysowej i skuteczna pomoc prawna uchroniły spółkę od wieloletniego wstrzymywania zwrotu należnych jej pieniędzy. Bo to mogłyby uczynić organy skarbowe, wydając kolejne postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu. W przypadku opisywanej firmy kwestia jej wygranej w sporze z fiskusem oznaczała dla niej być albo nie być.
„Skarżąca podniosła, że żadna z dotychczas przeprowadzonych kontroli wobec niej nie ujawniła nigdy jakichkolwiek nieprawidłowości w jej rozliczeniach podatkowych. W toku swojej działalności wygenerowała dla budżetu znaczne wpływy z tytułu podatków, uczciwie odprowadzanych od siedmiu już prawie lat. Obecne działania organów podatkowych mogą w niedługim czasie doprowadzić do likwidacji firmy…” (sygn. akt III SA/Wa 676/19).
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Ponad połowa Polaków (55%) na jeden świąteczny prezent wyda nie więcej niż 100 zł. Na hojniejszy podarunek zdecyduje się 45% z nas. Pod choinką najczęściej znajdą się książki, zabawki i kosmetyki – wynika z badania zleconego przez CBRE. Eksperci firmy doradczej przyznają, że okres przedświąteczny pokazuje ciągłe przywiązanie Polaków do zakupów w niedzielę. To właśnie w ten dzień ruch w niektórych centrach handlowych jest największy.
– Tłumy klientów w okresie przedświątecznym to dla centrów handlowych nie lada wyzwanie. Świąteczne dekoracje, muzyka czy stoiska z prezentami i ich pakowaniem to jeden wymiar przygotowań. Kolejny to logistyka związana m.in. z wzmożoną ochroną czy ułatwieniami na parkingach. To szczególnie istotne w dwa ostatnie weekendy przez Świętami, kiedy najwięcej osób wybiera się na zakupy. Było to widoczne w miniony weekend 21 i 22 grudnia, kiedy odwiedzalność niektórych centrów handlowych wzrosła nawet o 10% w porównaniu do pierwszych weekendów grudnia. Z naszych danych wynika także, że duża część klientów nadal bardzo ceni sobie niedzielne zakupy i w wielu centrach handlowych ten dzień jest nawet popularniejszych pod względem odwiedzin niż sobota – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.
Świąteczne podium zakupowe należy do kosmetyków
Największa grupa Polaków, bo aż 35%, na jeden prezent świąteczny przeznacza od 51 zł do 100 zł. Mniejszą kwotę na ten cel wydaje jedna piąta z nas, natomiast droższe prezenty, za kwotę od 100 do 200 zł kupuje około jedna czwarta osób (26%). Do grona najhojniejszych Polaków zalicza się co piąty respondent, który planuje na prezent dla każdego z bliskich przeznaczyć więcej niż 200 zł.
Jak wskazują eksperci CBRE, jednymi z najbardziej obleganych sklepów w galeriach handlowych przed Bożym Narodzeniem są drogerie. I nic dziwnego – na prezent w postaci kosmetyku decyduje się aż 43% Polaków. Na drugim miejscu znajdują się zabawki, które kupuje dla najmłodszych 38% osób. Niewiele mniej niż jedna trzecia w świąteczną paczkę zapakuje książki (31%), a po 27% wybierze ubrania i dodatki oraz perfumy. Na sprzęt elektroniczny i akcesoria domowe decyduje się odpowiednio 19% i 17% Polaków, a 16% kupuje biżuterię. Dużo mniejszą popularnością cieszą się m.in. suplementy diety (7%) i muzyka (5%).
Wolimy w promocji
Mimo świątecznej gorączki, podgrzewanej jeszcze przez galerie handlowe klimatyczną muzyką i święcącym wystrojem, większość Polaków zwraca uwagę na cenę i stara się wybierać produkty, które są w promocji (63%). Dostępność takich okazji i ich promocja to ważne aspekty przedświątecznych przygotowań wśród zarządzających centrami handlowymi. Jak podkreślają eksperci CBRE, wspierają oni swoich najemców informując o rabatach w social mediach, na plakatach, bilbordach czy informacjach nadawanych przez głośniki w centrach handlowych.
– To, czy prezent zostanie kupiony w okazyjnej cenie nie ma żadnego znaczenia tylko dla 8% Polaków. Okazuje się zatem, że nie tylko zakupy na ostatnią chwilę są częścią naszej tradycji, ale też poszukiwanie produktów w promocyjnej cenie. Nie ma się zresztą co dziwić, w momencie gdy do obdarowania mamy kilka a nawet kilkanaście osób, poszukiwanie okazji wydaje się naturalne, a sklepy chętnie to wykorzystują i kuszą już tak naprawdę od listopada, promocyjnymi zestawami – podsumowuje Magdalena Frątczak.
Metodologia: Badanie przeprowadzone w dniach 29.11-3.12.2019 roku dla CBRE na panelu Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa. Liczba respondentów: 1028 osób powyżej 18 roku życia. Kwoty dobrane według reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI.
Badanie, przeprowadzone przez serwis DING.pl, wykazało, że35% konsumentów planuje kupić używany prezent na święta, a 13% się waha. Aż 43% Polaków twierdzi, że zrobi to ze względu na znane marki. Dopiero później liczy się cena – 35%, a także ekologia – 8%. Ponad połowa badanych wstydziłaby się wręczyć taki przedmiot. Niektórzy uważają, że raczej nie wypada tego robić – 31%. Tymczasem największym zainteresowaniem cieszy się nienowa odzież – 41%, jak również stara biżuteria – 12%. Respondenci dodają, że upominki z drugiej ręki najchętniej wyszukają w Internecie i odbiorą osobiście. Tak powiedziało blisko 60% osób.
Jedna czwarta badanych deklaruje, że przynajmniej raz w swoim życiu kupiła używaną rzecz na prezent świąteczny. W tym roku zamierza tak zrobić 35%. Wzrost wynosi 10%. Jak komentuje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, daleko nam jeszcze do krajów Europy Zachodniej i USA, gdzie tego typu zachowanie jest pewnego rodzaju standardem i wynika głównie z pobudek ekologicznych.
– Osobom, które przewidują zakup używanej rzeczy na prezent, zależy głównie na znanych markach – 43%. Następnie znaczenie ma cena – 35%, dopiero później – ekologia – 8%, a także posiadany budżet – 7%. To pokazuje, jak dużą wartość ma dla konsumentów znak firmowy. Są gotowi postąpić nawet wbrew ogólnie przyjętym normom społecznym, w tym ekologicznym, by podarować upominek wyróżniający się znanym symbolem – zauważa socjolog, prof. Janusz Hryniewicz z Uniwersytetu Warszawskiego.
Z kolei przeciwnicy nowego trendu twierdzą, że zwyczajnie byłoby im wstyd dać komuś na Gwiazdkę używaną rzecz – 56%. Część osób uważa, że tak raczej nie wypada postępować – 31%. Natomiast 10% badanych z tej grupy stanowczo podkreśla, że stać ich na zakup nowych przedmiotów.
– W naszej kulturze panuje przekonanie, że prezent powinien być nowy, bo tak wypada. Polscy konsumenci obawiają się, że zakup używanej rzeczy na prezent może mocno obrazić obdarowywaną osobę. I z daleko posuniętej ostrożności wolą nie narażać się na taki zarzut. To podejście dopiero zaczyna się zmieniać, ale utrwalenie nowego zwyczaju zakupowego wymaga co najmniej dekady – wyjaśnia ekspert z Grupy AdRetail.
Jeżeli już polscy konsumenci zdecydują się na zakup używanej rzeczy na prezent, to głównie postawią na odzież – 41%. Część osób może włożyć pod choinkę biżuterię – 12%, płyty z muzyką – 9%, a także sprzęt RTV – 8%. Mniej respondentów wskazywało gry i konsole – 6%, smartfony – 5%, sprzęt AGD – 4%, tablety – 3%, komputery stacjonarne i laptopy czy sprzęt car audio – po 2%.
– Trzeba mieć pełną świadomość tego, że osoba obdarowana może być mocno zawiedziona. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które nie spodziewają się tego, że dostaną po kimś sukienkę albo naszyjnik. Taka niespodzianka wymaga sporego wyczucia i odwagi. Wyjątkiem może być np. wymarzone futro, gdy na zakup nowego nie stać męża. Wszystko zależy od okoliczności – zaznacza prof. Hryniewicz.
Jak tłumaczy Karol Kamiński, głównie chodzi o znane marki, tak popularne wśród młodych ludzi. Dla przykładu, za koszulkę znanego światowego projektanta trzeba zapłacić w cenie regularnej nawet kilkaset złotych, co jest poza zasięgiem wielu z nas. Jeżeli używana sztuka jest w bardzo dobrym stanie, to faktycznie różnica cenowa może okazać się znacząca. Z kolei w przypadku biżuterii, niektórym konsumentom zależy na antykach. Jak wiadomo, z roku na rok ich wartość rośnie. W ocenie eksperta, takie prezenty nie powinny być odbierane jako przejaw skąpstwa, złośliwości czy zwykłego nietaktu.
– Z badania wynika również, że konsumenci chcą nabywać ww. prezenty głównie przez Internet, ale tylko z odbiorem osobistym – 57%. Preferowany jest też zakup bezpośredni w placówce stacjonarnej – 31%. Zaledwie 9% wskazało, że najchętniej kupi używany przedmiot w sieci, bez oglądania go. To wyraźnie pokazuje, że większość osób ma jednak na względzie jakość towaru i nie bierze przysłowiowego kota w worku – podsumowuje prof. Hryniewicz.
Badanie zostało zrealizowane przez serwis oraz aplikację mobilną DING.pl (Grupa AdRetail). Ankieta była prowadzona w okolicach dużych centrów handlowych oraz małych i średnich sklepów na przełomie listopada i grudnia br. Łącznie odbyły się 1004 wywiady bezpośrednie z losowo wybranymi osobami. Struktura próby odpowiadała strukturze kobiet i mężczyzn w wieku 18-80 lat.
Wizja podwyższenia płacy minimalnej do poziomu 4 tys. w 2020 roku nie wzbudza entuzjazmu w środowisku pracodawców i ekspertów zajmujących się rynkiem pracy. Ankieta przeprowadzona przez Pracodawców RP pokazuje, że 82% przedsiębiorców ocenia, że wyższa płaca minimalna negatywnie wpłynie na ich sytuację finansową.
Sam wzrost płacy minimalnej nie jest ani zły, ani zaskakujący. Problemem jest jednak dynamika zmian – 13 zł, które w 2017 było bez większych problemów osiągalne, zaledwie 3 lata później ma się zamienić w 16 zł, które może już dla niektórych firm stanowić nie lada wyzwanie. Czy przez ubiegłe 3 lata gospodarka zmieniła się na tyle, żeby ten kaliber wzrostu był uzasadniony? Każdorazowa podwyżka płacy minimalnej powinna mieć uzasadnienie w pozostałych wskaźnikach ekonomicznych. W tym przypadku zostały one pominięte.
Mali przedsiębiorcy na najgorszej pozycji
Grupą, która moim zdaniem najmocniej odczuje zmiany są mali przedsiębiorcy, w szczególności z sektora usług gastronomicznych. Przez wiele lat wynagrodzenie kelnerów było symboliczne, ponieważ dużą część otrzymywali od klientów w formie napiwków. Doświadczony kelner w lokalu o umiarkowanym obłożeniu jest w stanie zarobić w ten sposób nawet dodatkowe 30 zł na godzinę. Restauracja w ten sposób rekompensowała sobie koszty poniesione w innych obszarach, a pracownik i tak wychodził na swoje. Obecnie lokale gastronomiczne pracujące na niskich marżach stają przed nie lada wyzwaniem: przekształcić się w lokal samoobsługowy, zatrudniać na czarno czy podnieść ceny w karcie?
Podwyżek cen usług i produktów powinnyśmy spodziewać się w każdej dziedzinie, zaczynając od cen podstawowych produktów na wyższych czynszach mieszkaniowych kończąc. Może się więc okazać, że chociaż wynagrodzenie, które otrzymamy będzie wyższe niż obecnie, wysokie koszty życia sprawią, że zapowiadane minimum 4 tys. okaże się niewystarczające.
Podwyżki mogą okazać się sporym wyzwaniem dla sektora publicznego, chodzi o szpitale, szkoły czy domy opieki. W tych instytucjach wiele osób odpowiedzialnych za utrzymanie porządku, czy techniczną obsługę obiektu otrzymuje wynagrodzenie na najniższym poziomie. Jego wzrost będzie wyzwaniem dla dyrektorów i samorządów odpowiedzialnych za te placówki.
Problem płacy minimalnej jest bardziej złożony i dotyczy tzw. pułapki średniego dochodu, z którą w Europie borykają się dziś min. Czechy. Wzrost kosztów pracy prowadzi do spowolnienia produkcji, a z czasem do nasycenia rynku i stagnacji. W praktyce oznacza to zatrzymanie się na średnim dochodzie i brak perspektyw na jego podwyższenie.
Reasumując, rozwijająca się gospodarka musi prowadzić do wzrostu wynagrodzeń, wzrost ten jednak powinien być stabilny, przewidywalny a co najważniejsze powinien uwzględniać prognozy i wskaźniki gospodarcze. Obecne plany w tym zakresie niestety nie spełniają żadnego z tych warunków, nie mogą więc być postrzegane jako pozytywne.
Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, Prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST
Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 roku. Przypomnijmy, że koniec roku 2018 był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co również wpływało na stawiane tezy i oceny. Należy jednak przeanalizować prognozy inwestycyjne na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność, i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.
Pierwsza prognoza 2019 roku: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”
Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na ten fakt nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym. Patrząc nieco kontrariańsko, jeśli nic nie wskazuje na katastrofę, należy się jej spodziewać.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”
Teza wydawała się dość bezpieczna i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono. Owszem, okresy podwyższonej zmienności pojawiały się, w szczególności w momentach aktywacji problemów związanych z wojną handlowa, jednak zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała, jakkolwiek teza pozostaje aktualna na rok 2020.
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia dobra na drugą połowę roku”
Teza sprawdziła się w 50%, gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Czas surowców – możliwe wzrosty na rynku złota”
Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to nasza najlepsza teza na ten rok. Notowania złota od końca maja 2019 roku przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dolarów, można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w roku 2020, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału.
Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów S&P 500 i Nasdaq. Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30%, warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały ten indeksy na początku roku. Od szczytowych poziomów z roku 2018 nowe historyczne rekordy zostały ustanowione około 8% wyżej, co nieco zmienia optykę oceny ostatnich wzrostów.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół sprawy Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę odczytów ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020r., co było dyskontowane przez inwestorów na przestrzeni roku.
Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku, gdzie widoczna była defragmetyzacja
Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz wewnętrznych problemów, związanych z wyrokami TSUE w przypadku banków oraz różnych inicjatyw i projektów w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa. Z drugiej strony, relatywnie dobry okres mają za sobą małe spółki. Trzeba jednak pamiętać, że część ruchu wzrostowego była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018 upłynął pod znakiem wojny handlowej
Wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami w wersji uproszczonej, a de facto USA a resztą świata. Opisując przebieg wydarzeń, można by zapełnić całość niniejszego komentarza. Wystarczy stwierdzić, że na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało, również przez proaktywne działania Donalda Trumpa i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku, wywołując protesty społeczności międzynarodowej z uwagi na próby zgaszenia ich przez stronę chińską.
Do istotnych tematów w 2019 roku zaliczyć należy również politykę Fed, który dokonał wolty na przestrzeni roku, z polityki zaostrzania prowadzonej przez quantitative tapering oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Sytuacja ta, pomijając podważenie wiarygodności obecnego prezesa Fed, wpłynęła w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.
Co czeka nas w 2020 roku?
Jest kilka tematów, na których powinni skupić się inwestorzy w nadchodzących miesiącach:
Stany Zjednoczone dalej w grze, ale przy innych regułach
Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji wieść będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku. Szacujemy, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 roku wyniesie około 10% w przypadku indeksu S&P 500. Większe znaczenie będzie miała selekcja, w szczególności w przypadku spółek technologicznych, gdzie części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki, jak również kontynuacji pozytywnych tendencji w przypadku części spółek technologicznych. Stawialibyśmy jednak na mniejsze podmioty, niż sławne kiedyś FAANG. W dalszym ciągu dobrze mogą sobie radzić modne obecnie spółki z sektora SAAS (software as a service) oraz podobnych rozwiązań w zakresie infrastruktury i platform informatycznych.
Zmienność powróci
Jak już wcześniej pisaliśmy, ten typ na 2019 rok nie zrealizował się w pełni. Zdecydowaliśmy się go jednak powtórzyć, z uwagi na brak istotnej korekty na rynkach w ciągu ostatniego roku. Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i brak rozwiązań w zakresie kluczowych problemów, jak i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawa impeachmentu Donalda Trumpa. Nie można również zapominać, że rok 2020 jest rokiem wyborczym w USA, który kieruje się swoją specyfiką, zarówno w USA, jak i pośrednio na innych rynkach, które podążają za rynkiem amerykańskim. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA, która nie nastąpiła od rekordowo długiego okresu. Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Spółki z Europy
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Teza wynika zarówno z ostatniej poprawy wskaźników gospodarczych, jak i korzystnych wskaźników wycenowych, w porównaniu chociażby do Stanów Zjednoczonych. Zagrożeniem dla tematu może być reeskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska.
Powrót rynków wschodzących
Ewentualne złagodzenie taryf celnych połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 roku wspierać rynki wschodzące. Na szeroko pojętych emerging markets można znaleźć wiele atrakcyjnych i przecenionych aktywów. Nie polecamy jednak ekspozycji typu buy and hold, raczej wykorzystywanie pojawiających się okazji inwestycyjnych.
Polska – szanse i zagrożenia
Krajowa giełda zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników. Z drugiej jednak strony historycznie niski poziom wycen może w końcu zrealizować scenariusz powiększenia napływów kapitału. Tutaj rolę stabilizatora z punktu widzenia inwestorów zagranicznych mogą pełnić PPK, chociaż opublikowana w grudniu stopa partycypacji w programie jest daleka od zadowalającej. Szansą dla inwestorów mogą, podobnie jak w 2019 roku, stanowić wyzwania, dostarczające nowego – starego kapitału na rynek. Inwestorzy powinni inwestować w Polsce selektywnie, wybierając spółki, które wygrywają trwające obecnie trendy, jak wzrost kosztów pracy. Krajowemu rynkowi w pierwszych miesiącach roku pomóc może chwilowa stabilizacja sytuacji wokół wojen handlowych i Brexitu. W innych segmentach rynku w dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie na rynku staje się coraz bardziej ryzykowne.
Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group
Przedsiębiorcy w tym roku znajdą pod choinką znaczący wzrost kosztów prowadzenia działalności – droższy prąd, wzrost minimalnego wynagrodzenia, podwyżkę ZUS.
Nie będzie za to prezentów od banków – te niechętnie udzielają kredytów i finansują małe firmy.
Obawy o pogorszenie koniunktury i recesję powodują, że przedsiębiorcy będą musieli mocniej trzymać się za portfele i dokładniej pilnować płynności finansów.
Firmy mogą liczyć na wielopak
Pierwszym „prezentem” dla przedsiębiorców może być podwyżka cen prądu. Eksperci z Forum Energii prognozują wzrost kosztów o 15-20% w przypadku gospodarstw domowych, podkreślają jednak, że zmiany w taryfach i urealnienie cen w największym stopniu dotkną sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Tej grupy nie chroni żaden z mechanizmów „zamrożenia” cen. Oznacza to, że podwyżki dla biznesu będą na pewno wyższe niż dla gospodarstw domowych. Wszyscy najwięksi dostawcy energii w swoich taryfach na 2020 r. przewidują podwyżki. Ci, którzy nie dostali na razie na to zgody od regulatora będą próbować ponownie.
Problemem dla wielu firm będzie wzrost płacy minimalnej. Plany rządzących zakładają zwiększenie jej o prawie 78 proc. w ciągu pięciu lat, a w przyszłym roku do 2600 zł. To duże zagrożenie dla biznesu, które mogą mieć problem z utrzymaniem płynności przy tak gwałtownym skoku wynagrodzeń. „Droższa praca” spowoduje wzrost kosztów działania firm, które będą jeszcze intensywniej poszukiwać kapitału i łatać dziury finansowaniem zewnętrznym np. faktoringiem. Duży i drastyczny skok kosztów wynagrodzeń, może być niebezpieczny dla całej gospodarki, ale w szczególności dla małych firm. Wg danych GUS w Polsce, co siódma osoba zarabia pensję niższą niż minimalna. W przemyśle spośród 2 mln 719 tys. pracowników w 2018 r. 228 tys. jest zatrudnionych w zakładach, w których przeciętne wynagrodzenie jest niższe niż 3 tys. zł. Są branże, w których czynnik związany z kosztami pracy ma szczególnie duże znaczenie, a gwałtowny wzrost wynagrodzeń może doprowadzić do poważnych perturbacji.
Oczywiście od nowego roku rośnie też składka do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Dotknie to wszystkich – zarówno najmniejszych, prowadzących jednoosobową działalność, jak i tych większych – zatrudniających pracowników i odprowadzających za nich składki proporcjonalne do wynagrodzenia.
– Podwyżka cen prądu może być dla przedsiębiorców bardzo dotkliwa, a przecież to nie jedyny „prezent”, jaki prowadzący biznes dostaną w najbliższym czasie. Firmy powinny szykować się na prawdziwy wielopak, niektórym ciężko będzie go udźwignąć. Codziennie prowadzimy rozmowy z wieloma przedsiębiorcami i ten niepokój o sytuację gospodarczą i wzrost kosztów w przyszłym roku jest wyraźnie widoczny. Z pewnością przedsiębiorcy powinni teraz „czyścić przedpole” tzn. skracać terminy, w jakich otrzymują od swoich klientów pieniądze za usługi lub wytworzone produkty. Tam, gdzie to możliwe warto negocjować krótsze terminy zapłaty. Jeśli partnerzy nie są skorzy do szybszej płatności inną opcją jest faktoring, który pozwala otrzymać własne już zarobione pieniądze w 24h. Trzeba się wprawdzie podzielić prowizją, ale w przyszłym roku oczekiwanie na przelew przez np. 3 miesiące może być zabójcze – mówi mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.
Od banków prezentów brak
Do obdarowywania przedsiębiorców nie przyłączą się za to banki. W najbliższym czasie dostępność kredytów będzie jeszcze mniejsza. Wynika to z pogarszającej się sytuacji gospodarczej i niższych prognoz wzrostu PKB.
W sytuacji spodziewanego wzrostu kosztów działalności przedsiębiorstw i poszukiwania przez nie kapitału, który mógłby wesprzeć inwestowanie, a w innych sytuacjach łatać bieżące dziury w finansowaniu, oczy właścicieli firm kierują się na banki. Jednak szukanie tam pomocy może być złudne. Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów firmom – szczególnie tym najmniejszym, które tego najbardziej potrzebują.
Barierą jest ocena ryzyka kredytowego. Duża część przedsiębiorstw, zwłaszcza krótko funkcjonujących na rynku, nie posiada żadnej zdolności kredytowej możliwej do udokumentowania w banku. Małym firmom, szczególnie bez długiego stażu na rynku, o kredyt jest bardzo trudno.
Pozostają drogie pożyczki w firmach pozabankowych lub faktoring – w tym drugim przypadku koszty i prowizje zmniejszają się w związku z dużą konkurencją firm oferujących te usługi. Dla coraz większej liczby przedsiębiorców faktoring staje się alternatywą w przypadku rosnących kosztów działalności i potrzeb kapitałowych.
Przedsiębiorcy będą musieli się bardzo pilnować
Obawy o globalną recesję są coraz silniejsze. Napędzają je niepokojące dane z Niemiec, głównego partnera i odbiorcy produktów dla wielu polskich firm. Niestety im dalej na Zachód tym gorzej. Sytuacja Wielkiej Brytanii jest jeszcze bardziej niepewna. Czy Brexit będzie miał miejsce 31.01? Na jakich warunkach? Odpowiedzi na takie pytanie to kluczowe tematy, wpływające na decyzje inwestycyjne czy kadrowe. Po Brexicie mogą pojawić się problemy w rozliczeniach z firmami działającymi na tamtym rynku. Obecnie ponad 50 tysięcy firm prowadzi wymianę handlową z Wielką Brytanią.
– W takim kontekście kluczowe jest zapewnienie sobie płynności finansowania i skrócenie długich terminów zapłaty faktur. Popularne w polskim obrocie handlowym odroczone terminy płatności, czasem nawet na pół roku, to duże ryzyko w tak niepewnej sytuacji. Zapewnienie sobie stabilnego dostawcy finansowania rozumiejącego potrzeby najmniejszych, zaniedbanych przez rynek, przedsiębiorców jest dla takich firm bardzo ważne. Dostępność do kapitału obrotowego to możliwość swobodnego planowania działań w biznesie. Szczególnie kiedy po stronie kosztów dochodzą nowe pozycje – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.
Nie tylko w Polsce konsumenci są w dobrych nastrojach, a wydatki gospodarstw domowych są duże. Jednak w 2020 r. polska gospodarka coraz bardziej będzie odczuwać kłopoty niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego.
Rok 2019 kończy się sporym rozczarowaniem jeżeli chodzi o sytuację gospodarczą na świecie, a zwłaszcza w Europie, gdzie szczególnym problemem jest przemysł. W niemieckiej gospodarce w ostatnich miesiącach wiele firm raportuje problemy z nowymi zamówieniami.
– Były nadzieje, że są to problemy przejściowe związane na przykład z ustaleniem nowych norm emisji spalin, do których musieli się dostosować producenci samochodów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Minął rok, a jednak sytuacja w niemieckim przemyśle nie uległa poprawie, a przemysł motoryzacyjny pozostaje na recesyjnych poziomach.
Coraz gorsze dane o koniunkturze napływają też z Wielkiej Brytania, Francji czy Japonii.
– Pocieszające jest jednak, że nastroje konsumentów w Europie nadal są dość dobre, co widać w wydatkach gospodarstw domowych – komentuje ekspert XTB. – Jednak w 2020 r. kłopoty niemieckiego przemysłu będą coraz bardziej odczuwalne w polskiej gospodarce.
Na organizację świąt Bożego Narodzenia 2019 Polacy przeznaczą średnio 1428 zł, czyli o 139 zł (11 proc.) więcej niż w 2018. Wydatki rosną, ale z możliwościami bywa różnie. Niemal połowa osób przyznaje, że skutki nadmiernych świątecznych wydatków odczuwa przez kolejne dwa, trzy miesiące. Ok. 17 proc., tyle samo co przed rokiem przewiduje, że Wigilia na pewno przyniesie im w prezencie problemy finansowe. Ale czy może być inaczej, jeśli co dziesiąty badany mówi, że żyje bardzo skromnie i musi liczyć każdy grosz, a dwie trzecie osób przekracza zaplanowany budżet już przy zakupach prezentów? – wynika z badania wykonanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.
Na planowane w tym roku średnie wydatki świąteczne wynoszące 1 428 zł, składają się w największym stopniu koszty prezentów (553 zł). Średnio 440 zł idzie na żywność, 169 zł na wyjazdy, 64 zł na choinkę, która częściej jest sztuczna niż prawdziwa, 60 zł na środki czystości i 143 zł na inne rzeczy związane ze świętami. W porównaniu z zeszłym rokiem, wydatki wzrosły o 139 zł, czyli prawie 11 proc. – wynika z badania „Wydatki świąteczne Polaków”* przeprowadzonego przez Instytut Keralla Research dla BIG InfoMonitor.
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
17 proc. z góry zakłada przykre następstwa wydatków świątecznych, a 13 proc. obawia się ich
Organizacja świąt to finansowe wyzwanie, które dzieli polskie społeczeństwo. Prawie połowa (49 proc.) z nas nie odczuwa boleśnie skutków nadmiernych wydatków, ale 51 proc. ma jednak z tym problem, a co szósty badany (17 proc.) bardzo poważną zagwozdkę i wie, że Gwiazdka skończy się dla niego kłopotami finansowymi. O ile w zeszłym roku odsetek takich osób spadł o kilka pkt. proc. w stosunku do 2017 r., to tym razem, mimo dalszego wzrostu płac, rozszerzenia od lipca programu 500+, nie widać poprawy. Pozytywne skutki lepszej sytuacji ekonomicznej odczuli natomiast niepewni, co do tego jaki będzie finał świątecznych przygotowań dla ich portfela. Grupa ta stopniała z 20 do 13 proc. i w efekcie w tym roku 70 proc. respondentów jest spokojnych, że Boże Narodzenie nie wpędzi ich w finansowe tarapaty, podczas gdy w 2018 r. było to 64 proc. badanych. – Nie jest to niestety zasługa rosnącej dyscypliny finansowej, bo o tę w bożonarodzeniowej atmosferze z roku na rok coraz trudniej. Tym razem tylko 16 proc., czyli jeszcze mniej niż w zeszłym (24 proc.) mówi, że nie zdarza się im przekroczyć kwoty zaplanowanej na zakup upominków. Ponad połowa wydaje do 30 proc. więcej, a niemal co piąty do 50 proc. i więcej. A przecież prezenty to tylko część świątecznych kosztów – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Finansowym wyzwaniem w okresie przedświątecznym są również różnego rodzaju wyprzedaże niezwiązane z Bożym Narodzeniem. To, że trudno się im oprzeć, przyznaje dwóch na trzech badanych. – Kupujemy i to niemało, bo średnio za 451 zł. Liczne w listopadzie i grudniu promocje mają na celu poprawić tegoroczne wyniki finansowe firm. Jeśli nasze finanse nie są jednak w nie najlepszej kondycji, a za chwilę trzeba się zmierzyć z zakupami świątecznymi warto się powstrzymać i nie ulegać pokusom. Tym bardziej, że spiętrzenie wydatków to jedna z głównych przyczyn kłopotów. W styczniu będzie już wiadomo jak dla budżetu zakończył się grudzień i zwolenników wyprzedaży z pieniędzmi w portfelu nic nie ominie, bo na początku roku promocje ruszają ze zwiększoną siłą – mówi Sławomir Grzelczak. Jeśli będą rozsądnie zarządzać finansami mogą natomiast uniknąć wpisu do rejestru dłużników. Po zeszłorocznych świętach w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, w pierwszym kwartale 2019 przybyło 21,5 tys. osób, a łączne zaległości wzrosły o ponad 2 mld zł. Wierzyciel ma prawo wpisać do rejestru osobę, która opóźnia płatność co najmniej 200 zł, o min. 30 dni.
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
Szastając pieniędzmi warto pomyśleć o tych, którzy (niemal 15 proc. osób) z myślą o urządzeniu bardziej wystawnych świąt rezygnują wcześniej z zakupów ubrań, gadżetów oraz wydatków na własne przyjemności. Potrafią nawet przełożyć na później wymianę czy zakup auta i odpuścić wyjazd na Sylwestra.
Co trzeci Polak sięgnie do oszczędności, a co 11. będzie pożyczać w banku, firmach pożyczkowych i od rodziny
Skąd pieniądze na święta? W pierwszej kolejności z wynagrodzeń, emerytur czy rent, aż 85 proc. badanych planuje wykorzystać na ten cel bieżące dochody. Nie obędzie się jednak bez naruszenia zaskórniaków. Po oszczędności sięgnie co trzeci Polak, ponad 8 proc. wykorzysta pieniądze z Programu 500+. Jedynie 7 na 100 Polaków, nieznacznie więcej niż przed rokiem, zapowiada, że skorzysta z kredytu lub pożyczki od instytucji finansowych. Najwięcej osób – 36 proc. – potrzebuje na święta między 1000 a 2000 zł. Co dziesiątemu wystarczy, że pożyczy 500 zł, co piątemu od 500 do 1000 zł, podobnie też blisko co piątemu potrzeba od 2000 do 3000 zł. Zapotrzebowanie na kwoty powyżej 3000 zł występuje rzadziej, rozważa je co ósmy ankietowany. Niewysokie sumy powodują, że ruch poszukujących przedświątecznego finansowania rozłoży się niemal równo między bankami a firmami pożyczkowymi. Poza tym dwie osoby na 100 zwrócą się o pomoc do rodziny, a jedna na 100 zapowiada, że poradzi sobie, przesuwając płatność czynszu czy innych rachunków na kolejne miesiące.
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
500+ uchroni od pożyczania na święta co szóstego beneficjenta programu
Finansowym wsparciem również w święta jest program 500+. Spośród blisko 60 proc. badanych, którzy przyznali, że dostają pieniądze od Państwa na dzieci, co szósta zaznaczyła, że dzięki 500+ nie będzie musiała pożyczać pieniędzy. Ponad połowa przyznała natomiast, że przede wszystkim będzie ich stać na lepsze prezenty i urządzenie bardziej wystawnej kolacji. Dzięki tym środkom 3 proc. pozwoli sobie na świąteczny wyjazd. Niewiele więcej niż co setny stwierdził, że pieniądze na bieżąco oszczędza dla dziecka i dlatego nie ratują grudniowego budżetu. Jednocześnie więcej niż co czwarty beneficjent 500+, nie jest w stanie określić czy pieniądze te przekładają się na świąteczne zakupy czy też nie.
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
Prezenty prawie w każdym domu i w połowie firm
Pieniądze są potrzebne przede wszystkim na prezenty, na które średnio przeznaczamy 553 zł. Jak wynika z badania uwielbiamy je dostawać i dawać. Aż 82 proc. z nas lubi być obdarowywanym, tylko co dziesiąta osoba mówi, że nie czerpie z tego przyjemności, a co czternasta nie ma w tej kwestii zdania. Ciekawych informacji o polskim społeczeństwie dostarcza odpowiedź na pytanie: wolisz dawać czy otrzymywać upominki? Altruistów preferujących obdarowywanie jest 35 proc., a osób, które chętniej przyjmują niż dają o połowę mniej. Niemal połowa (48 proc.) w podobnym stopniu lubi dawać i dostawać prezenty.
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
W blisko trzech czwartych polskich rodzin Święty Mikołaj przyniesie podarki wszystkim domownikom, w pozostałych domach przyjemność ta spotka jedynie dzieci (18 proc.), a tylko co dwudziesta osoba (5 proc.) nie dostanie nic. Wyczekiwany przez wielu moment rozpakowywania upominków jest oszacowany średnio na kwotę 168 zł dla dziecka i 146 zł w przypadku dorosłego.
Co znajdziemy pod choinką?
Najczęściej coś praktycznego i ten trend nie zmienia się od lat. Tą cechą prezentu kieruje się niemal czterech na pięciu Mikołajów. Co to konkretnie będzie, w większości przypadków obdarowywany nie wie do chwili rozpakowania, bo bardziej niż dopytywać się co kupić, wolimy robić niespodzianki. Wydatki na prezenty są spore, bo w niemal połowie domów każdy kupuje prezent każdemu, jedna czwarta wybiera kilka najbliższych osób, a tylko co 12. przygotowuje prezent dla jednej wylosowanej osoby i ewentualnie dzieci. Jeśli prezenty, to oczywiście pod choinką. Większa lub mniejsza stanie niemal w każdym domu (96 proc.). Podobnie jak przed rokiem więcej będzie drzewek sztucznych (53 proc.) niż prawdziwych (43 proc.).
Źródło: Badanie BIG InfoMonitor
Warto zauważyć, że gwiazdkowe prezenty mają dla swoich pracowników również pracodawcy. Połowa aktywnych zawodowo badanych przyznała, że dostaje z tej okazji upominek od firmy. Dwie trzecie otrzymuje bony pieniężne, 40 proc. słodycze i prezenty dla dzieci, blisko 9 proc. vouchery na wyjazdy, do kina, itp., a niecałe 6 proc. premię.
Wigilia ze znajomymi
Święta niezmiennie zachowują rodzinny charakter, szczególnie Wigilia. Widać jednak, że z roku na rok część osób poświęca przynajmniej część tego dnia znajomym, lub też zaprasza ich na uroczystą kolację do siebie. Gdy dwa lata temu wspominało o tym 4 proc. badanych, rok temu – 5 proc. dziś już 9 proc. respondentów mówi, że przy wigilijnym stole będą też znajomi, a nie tylko rodzina.
Gdzie na święta?
Przed wszystkim w domu – 71 proc., ale nie obejdzie się bez wyjść i podróży. Do rodziny w tej samej miejscowości wpadnie co trzeci z nas, co trzeci wyjedzie do najbliższych w Polsce, co 50. odwiedzi też kogoś zagranicą. Co pięćdziesiąta osoba będzie musiała w tym okresie pracować. Taki sam odsetek, czyli wciąż niewielu, planuje wyjazd do hotelu czy pensjonatu w kraju lub poza nim. Kalendarz w tym roku sprzyja chętnym do wydłużonego celebrowania Bożego Narodzenia. Zapewne z tego względu spośród wyjeżdżających na święta poza swoją miejscowość, część połączy ten pobyt z świętowaniem Sylwestra i Nowego Roku.
*Badanie ”Wydatki świąteczne Polaków” wykonane przez Instytut Keralla Research na zlecenie BIG InfoMonitor. Badanie wykonano w grudniu 2019 r. na reprezentatywnej próbie 1065 Polaków w wieku 25-65 lat, metodą CAWI.
Decyzją rady nadzorczej Mikołaj Wild został prezesem spółki Centralny Port Komunikacyjny. Sylwia Matusiak została wybrana na członka zarządu ds. komunikacji i PR.
Do konkursu na prezesa spółki Centralny Port Komunikacyjny wpłynęło siedem zgłoszeń. Dziewięć osób wzięło udział w postępowaniu na członka zarządu ds. komunikacji i PR. Kandydaci musieli spełnić szereg warunków opisanych w postępowaniu kwalifikacyjnym opublikowanym w Biuletynie Informacji Publicznej i na stronie internetowej spółki.
– Przeprowadziliśmy rozmowy kwalifikacyjne ze wszystkimi kandydatami. Na ich podstawie oraz biorąc pod uwagę doświadczenie i wiedzę kandydatów, wybraliśmy tych, którzy będą zasiadali w zarządzie. – mówi Dagmara Zawadzka, wiceprzewodnicząca rady nadzorczej CPK. – Aktualnie zarząd spółki działa w pełnym, mocnym składzie, co zapewni jeszcze większą dynamikę prac i skuteczną realizację celów strategicznych – dodaje.
Wyłoniony w konkursie prezes CPK Mikołaj Wild, od 9 maja 2017 r. był pełnomocnikiem rząduds. CPK. W maju br. został powołany, zgodnie z art. 15 ust. 2 Ustawy o CPK, na funkcję przewodniczącego rady nadzorczej spółki. 28 listopada rada oddelegowała go do czasowego wykonywania czynności prezesa CPK.
Mikołaj Wild
Mikołaj Wild
Mikołaj Wild jest absolwentem Wydziału Prawa i AdministracjiUniwersytetu Warszawskiego, Szkoły Prawa Niemieckiego i Szkoły Prawa Amerykańskiego przy Uniwersytecie Warszawskim, University of Florida oraz stypendystą programu Magister iuris comparitivi na Rheinische Friedrich-Wilhelms-Universität Bonn.
W latach 2003-2006 był zatrudniony w Zespole Orzecznictwa i Studiów Biura Trybunału Konstytucyjnego. Od 2006 r. pracownik Prokuratorii Generalnej, a w latach 2008-2017 Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, gdzie w latach 2013-2017 pełnił funkcję przewodniczącego Sekcji Prawa Ustrojowego, Sekcji Prawa Cywilnego i członka Rady Naukowej. W latach 2015-2017 był wiceministrem skarbu państwa, kierując m.in. Departamentem Prawno-Procesowym Mienia Skarbu Państwa oraz Biurem Audytu i Kontroli, sprawując osobisty nadzór nad spółkami sektora lotniczego, w tym nad LOT-em.
Od 1 kwietnia 2017 r. do 8 maja 2017 r. był głównym doradcą Prezesa Rady Ministrów. Od 9 maja 2017 r. do 1 lutego 2018 r. pracował jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Od 1 lutego 2018 r. pełnił również funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury.
Sylwia Matusiak
Sylwia Matusiak
Sylwia Matusiak została wybrana w konkursie na członka zarządu ds. komunikacji i PR. Od lipca 2019 r. jako członek zarządu delegowany przez radę nadzorczą pełniła nadzór nad Biurem Komunikacji i PR oraz Biurem Strategii i Współpracy Międzynarodowej CPK. Zasiada w radzie nadzorczej CPK od momentu rozpoczęcia działalności tej spółki.
Ukończyła studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i studia podyplomowe Executive MBA w Wyższej Szkole Menedżerskiej. Od lipca 2018 r. do lipca 2019 r. zarządzała Działem Komunikacji i Marketingu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Do jej obowiązków należała budowa wizerunku firmy oraz współtworzenie i wdrażanie strategii, kampanii reklamowych i planów marketingowych.
Wcześniej pracowała jako dyrektor Centrum Informacyjnego Rządu, a w Narodowym Banku Polskim pełniła funkcję dyrektora Departamentu Edukacji i Wydawnictw. W latach 2008-2010 pracowała jako wicedyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP, od 2003 do 2008 r. pełniła funkcję m.in.: dyrektora i rzecznika prasowego w Klubie Parlamentarnym Prawo i Sprawiedliwość.
W skład zarządu CPK wchodzą także: Piotr Malepszak, odpowiadający za część kolejową inwestycji, Dariusz Sawicki, w którego gestii jest komponent lotniczy i Michał Wrona, odpowiedzialny za finanse spółki.
Grudniowe podsumowanie 2019 roku przyjemnie zaskoczyło ekonomistów. Przewidywane spowolnienie gospodarcze dotknęło nas bowiem mniej, niż wskazywały na to prognozy. Statystyki pokazują, że dzięki temu roczna dynamika polskiego PKB mogła być nawet o 0,5% lepsza. Ale spowolnienie gospodarcze nas nie ominie. Niebezpieczeństwa w światowej gospodarce sprawiają, że przedsiębiorcy i konsumenci są ostrożniejsi w inwestycjach i zakupach. Samo to prowadzi do lekkiego spowolnienia gospodarki. Dodatkowo, coraz większy wpływ na polski rynek będzie miało spowolnienie przemysłu niemieckiego – które już w tym roku dało się we znaki naszym eksporterom. Chociaż na razie nie odczuwamy tego bardzo boleśnie, światowa sytuacja handlowa – a głównie napięcie między USA i Chinami oraz Brexit – będą miały coraz większy wpływ na naszą gospodarkę. Na szczęście rok 2019 zamyka się jeszcze z całkiem pozytywnymi statystykami.
– W statystykach europejskich zanotowaliśmy wzrost eksportu rzędu 6%. Jeśli wynik ten będzie ostateczny, będziemy mogli być z niego zadowoleni. Nie mieli na co narzekać polscy przemysłowcy – którzy sprzedali trochę więcej, niż można było oczekiwać. Całkiem dobrze prezentowały się także wyniki handlu hurtowego i detalicznego – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jednak końcówka roku była słabsza. Na wyniki światowego handlu w 2019 roku dosyć mocno wpływały duże obawy przed pełnowymiarową wojną handlową między USA a Chinami. Baliśmy się, czy przypadkiem następnym celem mocnych negocjacji handlowych USA nie będzie Europa. To przede wszystkim odbiłoby się na gospodarce Niemiec – które są dla nas podstawowym partnerem handlowym. Nie wydaje się, żeby te obawy się zrealizowały. Z drugiej strony strach wpływa na koniunkturę. Firmy i konsumenci są ostrożni. Trochę mniej kupują dóbr zaopatrzeniowych do dalszej produkcji, trochę rozważniej podchodzą do swoich wydatków. Oczekują, że kolejne kwartały mogą nie być dla nich tak pomyślne. W ten sposób sami fundujemy sobie spowolnienie gospodarcze – wskazuje Soroczyński.
Utrzymanie prawidłowej płynności finansowej firmy nie jest wcale łatwym zadaniem, zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. By nie powstawały zaległości, a firma mogła nadal prosperować, warto zapoznać się z zagadnieniem faktoringu, który wbrew pozorom nie jest przeznaczony tylko dla przedsiębiorców współpracujących z tysiącami klientów. Z faktoringu tak naprawdę może skorzystać każdy podmiot gospodarczy, o ile jego sytuacja jest stabilna.
Dlaczego faktoring jest korzystny?
Chyba w każdej firmie czasem powstaje problem kontrahentów, którzy nie chcą płacić faktur terminie, a to z kolei wpływa negatywnie na rozwój firmy, bo zaburzona zostaje gospodarka finansowa. Chcąc uniknąć przykrych sytuacji i konieczności mieszania w to windykacji, warto skorzystać z usług faktoringowych, dzięki którym wystawiając fakturę, nie trzeba martwić się o resztę.
Ranking firm faktoringowych to narzędzie dzięki któremu trudu można znaleźć ofertę firm faktoringowych, bo takich opcji finansowania wbrew pozorom nie mają tylko banki. Należy jednak wcześniej sprawdzić jaki rodzaj faktoringu będzie odpowiedni oraz na jaką formę warto się zdecydować, bo dla jednych idealny będzie faktoring jawny a dla innych cichy, a zasady działania są różne, można to sprawdzić na Monevia. Do głównych zalet faktoringu koniecznie trzeba zaliczyć:
możliwość utrzymania stabilności finansowej. Pieniądze za fakturę wypłacane są przez faktora w ciągu kilkunastu godzin, więc nie trzeba się martwic, że braknie pieniędzy na bieżące firmowe wydatki
możliwość otrzymania wsparcia. Firmy faktoringowe chętnie służą pomocą i doradzą jaka opcja będzie odpowiednia. Znając adres www (url) takie wiadomości łatwo znaleźć też samodzielnie
gwarancję bezpieczeństwa. Korzystając z firm faktoringowych, nie trzeba martwić się o nic, gdyż takie usługi są sprawdzone i pieniądze na pewno trafią tam, gdzie powinny
możliwość wypłacenia pracownikom pieniędzy na czas, gdyż firma nie straci płynności
Faktoring online- czy to się opłaca?
Jak najbardziej tak! Taki rodzaj faktoringu skierowany jest przede wszystkim do małych firm bądź jednoosobowych podmiotów gospodarczych. Nie trzeba spełniać żadnych dodatkowych formalności, a gotówkę otrzymuje się nawet w ciągu kilkunastu minut, choć to też w dużej mierze zależy jakiego faktora się wybierze, dlatego ranking firm faktoringowych, takich jak Fandla powinien być dokładnie przeglądnięty. Chcąc skorzystać z faktoringu online, wystarczy tylko za pośrednictwem komputera, bądź telefonu złożyć stosowny wniosek. Wypełnienie go jest bardzo proste i szybkie. Należy jednak pamiętać, że następnym krokiem będzie dokładne wprowadzenie faktury do systemu, przed zatwierdzeniem lepiej dane sprawdzić kilka razy by nie powstał niepotrzebny problem. Jeśli wniosek zostanie poprawnie zweryfikowany, pieniądze trafią na wskazany numer konta. Co ważne decydując się na faktoring online, można uzyskać do 100% wartości faktury. Małe firmy mają często problemy finansowe przez wydłużone terminy faktur, których klienci i tak nie płacą, dlatego dla nich faktoring online, jak i mikrofaktoring będzie strzałem w dziesiątkę.
Kto może skorzystać z faktoringu?
Tak naprawdę to każda firma, która chce zachować płynność finansową i rozwijać się bez ciągłych ponagleń kontrahentów by zapłacili zaległe faktury. Duże przedsiębiorstwa, średnie czy małe firmy mogą obecnie przebierać wśród faktorów, bo wcale nie jest koniecznością, by takie sprawy załatwiać przez bank. Mikroprzedsiębiorstwa niestety w ocenie banku są mało wiarygodne, a często też po weryfikacji finansów firmy zostają odprawione z kwitkiem, dlatego warto skorzystać z oferty portali takich jak SMEO, by raz na zawsze załatwić problem faktur. Nowicjusze w tej dziedzinie mogą zacząć swoją przygodę z faktoringiem, bo do wyboru jest faktoring pełny, jak i niepełny oraz różne jego formy, czyli faktoring jawny i cichy. W praktyce pojęcia te oznaczają zupełnie coś innego, więc wcześniejsza konsultacja z wybraną firmą będzie konieczna, by wybrać najlepszą opcję.
Otwierając własny biznes, będą potrzebne finanse i to nie małe, ale chcąc rozwijać firmę, pieniądze także będę niezbędne, tylko powstaje pytanie, skąd je wziąć, jeśli brak jest wolnych środków na taki cel? W tej kwestii nie trzeba się jednak martwić, bo z pomocą przyjdzie kredyt dla firm, dzięki któremu uda się zrealizować wszystkie plany.
Kredyt firmowy – co wybrać?
Oferta kredytów dla firm jest dziś bardzo bogata. Można przebierać w ich różnych rodzajach, bo można wnioskować o kredyt odnawialny w koncie, kredyt inwestycyjny, obrotowy czy kredyt lombardowy, pomostowy, a nawet hipoteczny. Wszystko tak naprawdę zależy od tego, jaką kwotę chce się pożyczyć i na jak długo. Warto też wcześniej sprawdzić na ranking kredytów dla firm – który kredyt będzie się najbardziej opłacał i jakich formalności trzeba dopełnić by w ogóle móc się starać o dodatkową gotówkę. Korzystny kredyt firmowy to taki który ma niskie oprocentowanie i od sprawdzenia tej kwestii warto zacząć poszukiwania. Sprawdzając ranking kredytów dla firm, będzie można zorientować się, do którego banku najlepiej iść. Oczywiście wysokość prowizji także jest ważna, bo nie ma co się łudzić, kredyt firmowy za darmo nie jest udzielany. Im mniej opłat wstępnych będzie tym lepiej, więcej pieniędzy zostanie na wydatki firmy. Jak widać, nie jest wcale łato dokonać najlepszego wyboru, dlatego trzeba zorientować się najpierw, z jaką ofertą banki wychodzą do klienta.
Koszty udzielenia kredytu dla firmy
Nie tylko osoby prywatne, które biorą kredyt czy pożyczkę, muszą liczyć się z dodatkowymi opłatami. Firmy, które w ten sposób chcą sfinansować swój rozwój, również poniosą z tego tytułu dodatkowe konsekwencje. Na dodatkowe koszty związane z kredytem firmowym złożą się:
prowizje związane z przygotowaniem dokumentów, rozpatrzeniem wniosku i późniejsza wypłata pieniędzy. Warto pamiętać, że prowizja pobierana jest tylko raz i wcale nie trzeba jej płacić od razu. Może być doliczona do rat. W takiej sytuacji wysokość prowizji może być jednak wyższa, gdyż zostaną doliczone do niej odsetki. Korzystniej będzie uregulować ją od razu po przyznaniu kredytu
rzeczywiste oprocentowanie kredytu. W tym przypadku kwoty są stałe, doliczane do comiesięcznych rat. Oprocentowanie zazwyczaj obliczane jest w zależności od wysokości kredytu, dlatego warto wcześniej poprosić bank o dokonanie wstępnej symulacji, bądź porównać jego wysokość korzystając z rankingu kredytów dla firm, mogą to być jednak dane tylko szacunkowe, a rzeczywista stopa oprocentowania może być inna, większa.
opłaty za złożenie i rozpatrzenie wniosku. Przy kredytach firmowych opiewających na dużą sumę opłaty te mogą być stosunkowo wysokie, dlatego orientując się wstępnie w sprawie kredytów, należy sprawdzić, czy bank nie pobiera wysokiej opłaty przygotowawczej.
W wielu przypadkach nie opłaca się spłacać kredytu firmowego wcześniej, mimo iż finanse na to pozwalają, a płacenie comiesięcznych rat jest uciążliwe. Szybsze zwrócenie długu także może podnieść wysokość kredytu, jeśli bank naliczy dodatkową opłatę tak samo jak i za dodatkowe ubezpieczenie, zabezpieczenie czy wysyłane przypomnienia o ratach.
Co warto jeszcze sprawdzić, wybierając kredyt firmowy?
Nie da się ukryć, że koszty wstępne, jak i samo oprocentowanie stanowią priorytet przy zaciąganiu kredytu, jednak bardzo ważną kwestią jest też czas, na jaki można pożyczyć gotówkę, znając go, będzie można dopasować raty do możliwości finansowych firmy. Istotne jest czy wpłata własną będzie konieczna, jaki rodzaj zabezpieczenia jest wymagany przez bank oraz czy w razie problemów można liczyć na „wakacje kredytowe”, czyli czasową przerwę w spłacaniu rat. Korzystając z rankingu kredytów dla firm, na pewno uda się podjąć świadomą decyzję a kredyt będzie stanowił źródło rozwoju firmy, a nie dodatkowe obciążenie, o którym trzeba będzie pamiętać nawet kilka lat. Ranking kredytów firmowych jest ogólnodostępny dla wszystkich zainteresowanych i co ważne informacje udzielane są zupełnie za darmo.
Polacy płacą za internet stacjonarny średnio 51,5 zł miesięcznie, a głównym kryterium wyboru usługi są cena i prędkość transmisji – wynika z badań UKE. Jeśli konsument wykaże, że jakość internetu jest niezgodna z umową, może zareklamować usługę. Sprawdzeniu szybkości łącza służy narzędzie certyfikowane przez UKE. Do tej pory wykonano już ponad 440 tys. takich pomiarów – w tym blisko 30 tys. certyfikowanych, przeprowadzanych w specjalnych warunkach, które mogą stanowić podstawę do reklamacji usługi. Co ważne, pomiar certyfikowany dotyczy tylko internetu stacjonarnego.
– Po roku działania naszej aplikacji do pomiaru jakości internetu mamy 32 tys. zarejestrowanych użytkowników, którzy wykonali w sumie ponad 440 tys. pomiarów, w tym ponad 29 tys. takich, które uzyskały status pomiaru certyfikowanego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Kołtunowicz, dyrektor Departamentu Kontroli Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Jak wynika z sierpniowego raportu UKE, ze stacjonarnego dostępu do internetu korzysta 8,1 mln Polaków, a niemal 4/5 gospodarstw domowych w Polsce ma dostęp do internetu szerokopasmowego (łącza stacjonarne i mobilne). Liczba abonentów z roku na rok wzrasta. Badanie konsumenckie UKE pokazuje, że średni miesięczny rachunek za internet stacjonarny wynosi 51,5 zł, ale deklarowane przez respondentów kwoty rachunków wahały się od 25 do 200 zł miesięcznie. Głównymi kryteriami wyboru dostawcy internetu stacjonarnego są prędkość oraz właśnie cena usługi („Analiza cen usług stacjonarnego dostępu do internetu w Polsce”).
Zgodnie z unijnymi przepisami dostawcy internetu stacjonarnego muszą zawierać w umowach informację o minimalnych zwykle dostępnych i maksymalnych oferowanych prędkościach transmisji danych. Jeżeli konsument wykaże od nich odstępstwa i udowodni, że kupiona przez niego usługa jest niezgodna z umową, może ją reklamować u dostawcy. Do tej pory służyły do tego pomiary prędkości łącza, które można było przeprowadzić na popularnych stronach internetowych, ale te nie stanowiły wiarygodnego dowodu.
– Operatorzy nie mieli obowiązku uwzględniania ich w procesie reklamacyjnym – mówi Dominik Kołtunowicz. – Od grudnia 2018 roku prezes UKE certyfikował istniejący i zaadaptowany na nasze potrzeby mechanizm badania internetu. Jest to aplikacja PRO Speed Test, która różni się zasadniczo od innych narzędzi na rynku, ponieważ dość wnikliwie bada środowisko użytkownika, żeby wynik testu był jak najbardziej obiektywny. Aplikacja sprawdza takie podstawowe informacje, jak obciążenie procesora, istniejące połączenia VPN, a nawet to, czy korzystamy w trakcie testu z innych urządzeń wykorzystujących sieć domową.
Certyfikowane przez UKE narzędzie pomiaru składa się z serwisu internetowego (pod adresem pro.speedtest.pl) oraz aplikacji na komputery stacjonarne, aplikacji WEB i mobilnych (działających na systemach Android oraz iOS). Dzięki aplikacjom użytkownik może sprawdzić prędkość wysyłania danych (upload), prędkość pobierania danych (download) oraz czas opóźnienia i jego zmienność (jitter).
– Korzystanie z aplikacji jest bezpłatne. Aby móc generować pomiary i raporty, użytkownik musi się najpierw zarejestrować. Jednorazowa rejestracja powoduje utworzenie konta, na którym są zapisywane wyniki kolejnych pomiarów, więc użytkownik ma dostęp do ich historii. Na tej podstawie będzie mógł stwierdzić, czy jakość usługi jest na stałym poziomie, polepsza się bądź pogarsza – mówi Dominik Kołtunowicz.
PRO Speed Test pozwala zarówno sprawdzić szybkość posiadanej usługi, jak i dochodzić swoich praw, jeśli okaże się, że dostawca nie wywiązuje się z umowy. Musi to być jednak specjalny, certyfikowany pomiar przeprowadzony w określonych warunkach. Co ważne, pomiary certyfikowane dotyczą tylko internetu stacjonarnego.
– W tym celu użytkownik powinien wykonać co najmniej 6 pomiarów w trakcie jednej doby. Odstęp pomiędzy tymi pomiarami musi być minimum 30-minutowy. Później taką samą procedurę powinien powtórzyć w innym dniu, ale co istotne odstęp między nimi nie może był dłuższy niż 6 dni. Jeżeli użytkownik spełni te warunki, będzie mógł wygenerować i wydrukować raport, który w przypadku oceny niedochowania warunków umowy przez operatora posłuży mu do procesu reklamacyjnego bądź postępowania sądowego – tłumaczy Dominik Kołtunowicz.
Z dotychczasowych pomiarów wynika, że średnia prędkość pobierania danych wyniosła 123,4 Mb/s w przypadku internetu stacjonarnego oraz 23,4 Mb/s dla internetu mobilnego. Natomiast prędkość wysyłania danych wyniosła odpowiednio 44 i 11,1 Mb/s.
– Równie ważny jest walor edukacyjny tych pomiarów. W tej chwili każdy użytkownik internetu może się zorientować, jak wiele jest czynników, które wpływają na prędkość, i w jaki sposób może zestawić swoją sieć domową, aby osiągnąć te maksymalne możliwości, jakie daje sieć operatora – mówi Dominik Kołtunowicz.
Jak wynika ze statystyk Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wartość rynku usług dostępu do internetu w 2018 roku sięgnęła 5,4 mld zł, co stanowi ok. 14 proc. całego rynku telekomunikacyjnego w Polsce. W ciągu ostatnich pięciu lat dynamicznie wzrosła liczba szybkich (powyżej 30 Mb/s do 100 Mb/s włącznie) i superszybkich (powyżej 100 Mb/s) łączy stacjonarnych. W ubiegłym roku ok. 43 proc. wszystkich łączy stacjonarnego dostępu do internetu w Polsce stanowiły łącza o przepustowości powyżej 100 Mb/s. Natomiast łącza o przepustowości większej niż 30 Mb/s stanowiły niemal 2/3 wszystkich używanych łączy abonenckich.
Polskie firmy czekają na zapłacenie wystawionej faktury średnio 3 miesiące i 25 dni. To nieco krócej niż w poprzednim kwartale, ale dla wielu przedsiębiorstw zatory w płatnościach stanowią barierę w prowadzeniu działalności – wynika z badań Krajowego Rejestru Długów i Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Ustawa antyzatorowa, która wchodzi w życie od stycznia, ma ograniczać skalę zjawiska. Obok skrócenia terminów na zapłatę faktur wprowadza też tzw. ulgę na złe długi w podatku PIT i CIT oraz obowiązek raportowania praktyk płatniczych, który obejmie największe firmy. Kolejna duża zmiana to uprawnienie UOKiK do karania przedsiębiorstw generujących największe zatory płatnicze.
– Przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że kończy się czas, kiedy wstrzymywanie płatności i uchylanie się od obowiązku zapłaty mogło być traktowane jako model biznesowy. Ustawa, która wchodzi w życie 1 stycznia 2020 roku, wprowadza bardzo dotkliwe konsekwencje. Celem jest to, żeby przedsiębiorcy, którzy nieterminowo realizują swoje płatności, musieli się z tego rozliczyć – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Chróstny, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Jak podkreśla, nieterminowe płatności to jedna z największych bolączek polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich. Wywołują efekt domina, bo firmy, które nie dostają zapłaty w terminie, same nie mają środków, żeby opłacić swoich kontrahentów i pracowników. Zatory płatnicze ograniczają też zdolność firm do inwestowania, a w skrajnych przypadkach – doprowadzają do bankructwa.
Często są wynikiem polityki zakupowej dużych firm, które stosują wobec swoich podwykonawców długie terminy płatności. W okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty firma musi utrzymać bieżącą płynność. Nie każda jest w stanie sfinansować to ze środków własnych, dlatego MŚP muszą się posiłkować kredytami, pożyczkami albo faktoringiem, żeby utrzymać płynność finansową. Problem pojawia się, kiedy takich przeterminowanych faktur jest za dużo, dotyczy to zwłaszcza handlu i branży budowlanej.
Zatorom płatniczym ma przeciwdziałać ustawa, która umożliwia nałożenie kar finansowych na firmy, które przeciągają w czasie regulowanie swoich zobowiązań. Monitorowaniem takich praktyk od stycznia zajmie się UOKiK.
– Ustawa przeciwdziałająca zatorom płatniczym to novum w polskim ustawodawstwie. To też zmiana, na którą czekało bardzo wielu przedsiębiorców. Nowe przepisy wprowadzają maksymalne terminy płatności. W przypadku relacji pomiędzy biznesem a administracją publiczną to 30 dni, z kolei w relacjach między dużymi i małymi przedsiębiorcami – 60 dni. Ustawa wprowadza też dodatkowe mechanizmy zachęcające firmy do terminowego wywiązywania się z płatności – mówi Tomasz Chróstny.
Ustawa wprowadza również ulgę na złe długi w podatku PIT i CIT oraz obowiązek raportowania praktyk płatniczych dla największych firm. Te każdego roku będą przekazywać do Ministerstwa Rozwoju sprawozdania o stosowanych przez siebie terminach zapłaty. Dokumenty będą publiczne i ogólnodostępne, dzięki czemu każda firma będzie mogła sprawdzić zawczasu potencjalnego kontrahenta. Pierwsze sprawozdania mają zostać opublikowane w 2021 roku.
Kolejna duża zmiana to uprawnienie UOKiK do karania przedsiębiorstw generujących największe zatory.
– Postępowania kontrolne będą prowadzone względem podmiotów, u których w ciągu trzech kolejnych miesięcy suma przeterminowanych należności przekroczy 5 mln zł, natomiast od 1 stycznia 2022 roku – 2 mln zł. Te podmioty będziemy kontrolowali i mobilizowali do tego, żeby terminowo wywiązywały się z płatności za dostarczane towary i realizowane usługi – mówi Tomasz Chróstny.
Postępowania UOKiK wobec dłużników będą wszczynane z urzędu lub na wniosek, ale co istotne, nie będą karane te podmioty, które nie płacą swoim podwykonawcom, ponieważ same nie otrzymały zapłaty w terminie.
– Kary będą nakładane w postępowaniu administracyjnym. Postępowania będą krótkie, bazujące na danych z systemu bankowego, skarbowego i bezpośrednio od przedsiębiorców. Uwzględnią zarówno kwoty przeterminowanych płatności, jak i czas przeterminowania i ustawowe odsetki. Ten mechanizm kary jest skonstruowany tak, żeby firmie nie opłacało się wstrzymywać płatności. Dodatkowo, w przypadku recydywy UOKiK będzie mógł zastosować podwyższenie kary administracyjnej o 50 proc., aby zniechęcić przedsiębiorcę do tych negatywnych praktyk – mówi Tomasz Chróstny.
Jak wynika z październikowej, 44. edycji badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” Krajowego Rejestru Długów i Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, polskie firmy w III kwartale br. czekały na zapłacenie wystawionej faktury średnio 3 miesiące i 25 dni. Odsetek firm, które deklarują, że ten problem narasta, wzrósł z 21,5 do prawie 24 proc. tylko na przestrzeni ostatniego kwartału. Do 6,3 proc. wzrosły również koszty firm związane z odzyskiwaniem opóźnionych płatności.
– Zatory płatnicze od lat są bardzo poważnym problemem dla przedsiębiorców, szczególnie tych małych i średnich. Doczekaliśmy się wreszcie rozwiązania i ustawy, która zdecydowanie wychodzi naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców – dodaje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Jak podkreśla, nadchodzący 2020 rok nie będzie łatwy dla przedsiębiorstw ze względu na spodziewane spowolnienie gospodarcze. Na nie nakładają się również problemy firm ze znalezieniem pracowników.
– Mamy niestety wciąż nierozwiązane problemy z pracownikami zagranicznymi i oczekujemy, że rząd też się nad tym tematem pochyli. Nie chodzi o rewolucję ustawową, ale wprowadzenie takich przepisów, żeby usprawnić zatrudnianie obcokrajowców. To jest dziś naprawdę duży problem, bo na polskim rynku pracy brakuje ok. 1 mln pracowników – mówi Marek Kowalski. – Polskie firmy całkiem nieźle radzą sobie z wyzwaniami, jeżeli mają do dyspozycji stabilne prawo. Częściej zwracają uwagę nie na wysokość podatków, ale właśnie na stabilność prawa.
Walka z miejskim smogiem w Warszawie nabiera tempa. Od 23 października obowiązuje nowa uchwała dotacyjna, która pozwala mieszkańcom łatwiej uzyskać wyższe dofinansowanie do wymiany tradycyjnych pieców węglowych na korzystniejszych warunkach. Do końca tego roku miasto spodziewa się 800 wniosków. Warszawa finansuje także wymianę starych pieców w zasobach komunalnych.
Uchwała określająca zasady przyznawania dotacji na likwidację kopciuchów w Warszawie przewiduje większe dotacje dla określonych przedsięwzięć, uproszczone procedury, możliwość składania wniosków w każdej z dzielnic miasta oraz działania promocyjne, które mają zachęcić mieszkańców do wymiany pieców.
– Dodatkową zachętą do składania wniosków jest degresja wysokości dotacji. W latach 2019–2020 można uzyskać dofinansowanie na poziomie 100 proc. kwoty inwestycji – od 12 tys. do 200 tys. zł, a w kolejnych latach dotacja będzie się zmniejszała. W 2021 roku dotacja będzie mogła sięgnąć 90 proc. kosztów inwestycji, a w 2022 roku – do 70 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kisiel, zastępca dyrektora Biura Ochrony Powietrza i Polityki Klimatycznej m.st. Warszawy. – Chcemy, jak najszybciej pozbyć się problemu kopciuchów. Już widać pierwsze pozytywne efekty nowej uchwały: zwiększa się zainteresowanie i liczba wniosków. W 2020 roku chcemy osiągnąć co najmniej 2 tys. wniosków, do nawet 4 tys. wniosków.
Do 17 grudnia do urzędu wpłynęło ponad 700 wniosków. System dotacyjny uruchomiony w Warszawie umożliwia dofinansowanie wymiany starych pieców węglowych na pompy ciepła, na podłączenie do ciepła sieciowego, instalację pieca gazowego lub ogrzewania elektrycznego.
– Nowością jest promowanie odnawialnych źródeł energii – dodaje Jacek Kisiel. – Widzimy, że po wejściu w życie nowej uchwały mamy coraz więcej wniosków właśnie na dofinansowanie tego typu inwestycji, np. pomp ciepła. Bardzo nas to cieszy.
Warszawa przeznaczy na walkę ze smogiem rekordową sumę 300 mln zł. Miasto stopniowo likwiduje także stare piece w zasobach komunalnych. W tym roku zniknie ich 540 sztuk, czyli ponad jedna trzecia – najwięcej z Pragi Południe (191). Na kolejnych miejscach znalazły się Wawer (114 instalacji) i Praga Północ (88). Zgodnie z harmonogramem stare piece mają zostać zlikwidowane do końca 2021 roku.
– Wciąż największym problemem jest kwestia wysokich kosztów ogrzewania, które wynikają ze zmiany paliwa. Nie da się ukryć, że ogrzewanie mieszkania węglem jest tańsze niż gazem, ciepłem sieciowym czy odnawialnymi źródłami energii. Zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego największym wyzwaniem na przyszłość jest połączenie wymiany pieca z termomodernizacją budynku. Tylko w ten sposób można obniżyć koszty ogrzewania – mówi przedstawiciel Urzędu Miasta.
Jacek Kisiel podkreśla, że fundusze w dyspozycji miasta powinny wystarczyć na wymianę starych pieców węglowych na bardziej ekologiczne rozwiązania, ale nie wystarczą na termomodernizację budynków w mieście.
– Większe środki finansowe dla samorządów lub lepsze programy dotacyjne, uwzględniające dofinansowanie termomodernizacji budynków, to nasz najważniejszy postulat kierowany do rządu – zaznacza Jacek Kisiel. – Koszty modernizacji to dużo większe kwoty niż te związane z wymianą pieców. Bez tego będzie nam bardzo trudno przekonać wszystkich mieszkańców do wymiany urządzeń grzewczych. Niektórzy będą się obawiali większych wydatków na ogrzewanie nawet w obliczu zakazu używania kopciuchów po 2022 roku, jaki obowiązuje w województwie mazowieckim.
Okazuje się, że nowy system dotacyjny to nie jest jedyny argument dla mieszkańców Warszawy do wymiany przestarzałych kotłów grzewczych. Jak zauważa Jacek Kisiel, zmienia się podejście mieszkańców do konieczności ochrony środowiska i dbałości o jakość powietrza w mieście.
– Świadomość ekologiczna jest coraz większa. Warszawiacy zwracają uwagę już nie tylko na koszty i bezpieczeństwo, lecz także na środowisko. Coraz częściej okazuje się, że decydującym czynnikiem, który skłania do wymiany pieca, jest właśnie ekologia. Mieszkańcy mają też świadomość, że korzystając z kopciucha, są narażeni na kontrole straży miejskiej czy skargi sąsiadów. Warszawiacy słyszą, że miejski smog szkodzi zdrowiu, a to zwiększa zainteresowanie systemem dotacyjnym – zauważa Jacek Kisiel.
Miasto szacuje, że ok. 13,5 tys. budynków nie jest podłączonych do sieci ciepłowniczej ani gazowej.
Większość Polaków nie wyobraża sobie wigilijnego stołu bez karpia. Rocznie z polskich stawów odławia się ok. 20 tys. ton karpi. W ubiegłym roku do konsumentów trafiło ok. 16,5 tys. ton, z czego większość kupiono w grudniu. Choć jeszcze do niedawna najczęściej kupowaliśmy żywego karpia, to coraz więcej osób jest temu przeciwnych. Również kolejne sieci handlowe wycofują żywe ryby ze sprzedaży. – Samo wyjęcie na 30 sekund ryby z wody powoduje 10-krotny wzrost kortyzolu i obumieranie komórek – podkreślają eksperci Stowarzyszenia „Otwarte klatki”. Transportowanie ryb w foliowych torbach nosi znamiona znęcania się nad zwierzętami.
– Tradycja kupowania żywego karpia odchodzi do przeszłości. Według badań CBOS-u z 2016 roku 86 proc. Polaków chciało zakazu sprzedaży żywych ryb w sklepach. Ludzie uważają to za przysparzanie niepotrzebnego cierpienia zwierzętom i znęcanie się nad nimi. Określone jest to w polskim prawie, że transport ryb, przetrzymywanie ich bez dostatecznej ilości wody jest po prostu znęcaniem się – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Iżyńska ze Stowarzyszenia „Otwarte klatki”.
Główny Inspektorat Weterynarii podaje, że rocznie z polskich stawów odławia się ok. 20 tys. ton karpi. W 2018 roku odłowiono ok. 20,8 tys. ton, a hodowcy podają, że zbyli ok. 16,5 tys. ton. Większość sprzedawana jest w grudniu, bo zdecydowana większość Polaków nie wyobraża sobie wigilijnego stołu bez karpia. Jeszcze do niedawna kupowaliśmy przede wszystkim żywe ryby i tak też były one sprzedawane w sklepach. Jednak od kilku lat sieci stopniowo wycofują się ze sprzedaży żywych ryb. Zadeklarowały to m.in. Biedronka, Lidl, Auchan, Tesco czy Selgros Cash&Carry.
– Zdecydowanie zmieniła się świadomość ludzi. Ludzie wiedzą już, z czym wiąże się sprzedaż żywych karpi. To kręgowce, w związku z czym zdolne są do odczuwania bólu i nie powinniśmy im tego cierpienia niepotrzebnie zadawać. To jest też kwestia wygody, coraz częściej ludzie chcą po prostu kupić gotową do przyrządzenia rybę – tłumaczy Anna Iżyńska.
Już w 2016 roku Sąd Najwyższy uznał, że karp jako zwierzę kręgowe podlega ustawie o ochronie zwierząt, a przez 20 lat jej obowiązywania rybom tym nie była zagwarantowana należyta ochrona. Eksperci podkreślają, że trzymanie karpi bez wody powyżej 10 minut wiąże się dla nich z silnym stresem, a tylko wynurzenie karpia na 30 sekund powoduje 10-krotne zwiększenie stężenia kortyzolu godzinę później. Dla ryb niekorzystna jest też chlorowana woda, więc cierpią także w wannach.
– Jeśli widzimy, że ryby przebywają w nadmiernym stłoczeniu, są poranione, nie mają dostatecznej ilości wody, sprzedawca łapie je za skrzela, albo kupujący przenosi je w siatce bez wody, mamy prawo powiadomić policję. To potencjalnie przestępstwo znęcania się nad zwierzętami – zaznacza ekspertka Stowarzyszenia „Otwarte klatki”.
Niedopuszczalna jest też sprzedaż żywych ryb w workach foliowych z kratką dystansującą, ale bez wody. Główny Lekarz Weterynarii dopuszcza taką formę sprzedaży, powołując się na badania naukowców z Zakładu Ichtiologii i Gospodarki Rybackiej w Gołyszu, którzy uznali, że ryby mogą wówczas oddychać przez skórę. Tymczasem fundacja Viva podaje, że choć rzeczywiście ryby oddychają przez skórę, to taka wymiana gazowa odbywa się tylko w wodzie, a skóra zużywa cały tlen, który pobiera, nie dotleniając narządów wewnętrznych i mózgu, tym samym ryba dusi się w męczarniach.
– Dlatego apelujemy do sklepów o wycofywanie ze sprzedaży żywych ryb, do konsumentów – o kupno karpia już wcześniej zabitego i nie narażanie ryby na cierpienie, a siebie na konieczność uśmiercania jej – mówi Anna Iżyńska.
Rozwój branży mobilnej oraz szybkich sieci łączności bezprzewodowej wynosi cyfrową rozrywkę na nowy poziom. Upowszechniają się wieloplatformowe, angażujące gry, których producenci zarabiają na mikrotransakcjach. Na popularności zyskują produkcje bazujące na grywalizacji. Wraz ze wzrostem liczby gier tego rodzaju rośnie także zapotrzebowanie na systemy, które zadbają o bezpieczeństwo transakcji bezgotówkowych przeprowadzanych za pośrednictwem wspomnianych gier.
– Rozrywka 4.0 skupia się na maksymalizacji odczuć i jest dostępna od razu, to jest nowa kultura kieszonkowego życia. Sporty wirtualne, które są dostępne w dowolnym momencie, o dowolnej chwili, na dowolnym urządzeniu, umożliwiają graczom korzystanie z tej rozrywki i odczuwanie elementów grywalizacji. To są rozwiązania, które umożliwiają dostęp do rozrywki na każdym urządzeniu, w każdym miejscu i w dowolny możliwy sposób – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Mogiła, country manager w Playtech.
Jedną z najpopularniejszych produkcji grywalizacyjnych ostatnich lat, która funkcjonuje w modelu wieloplatformowym i zachęca graczy do realizacji mikrotransakcji, jest Fortnite. Grę można uruchomić zarówno na komputerach stacjonarnych, jak i za pośrednictwem urządzeń mobilnych, gdzie jest dostępna za darmo, a gracz może opłacać dostęp do dodatkowych treści wizualnych. Podobnie jak w przypadku tradycyjnych dyscyplin sportowych, rozgrywki w Fortnite toczą się w ramach sezonów, zachęcając graczy do nieustannego pięcia się w rankingu. Najlepsi mogą liczyć na udział w lokalnych oraz ogólnoświatowych mistrzostwach, a także na wysokie nagrody – tegoroczny mistrz świata zarobił w turnieju Fortnite World Cup 3 mln dol. Studio Epic Games tylko w 2018 roku zarobiło na mikrotrasakcjach w Fortnite 3 mld dol.
O wysokiej popularności mikrotransakcji wśród graczy świadczy m.in. raport opracowany przez firmę badawczą Arm Treasure Data. Analitycy przebadali zwyczaje reprezentatywnej grupy graczy, aby przekonać się, jak podchodzą do takiej formy dystrybucji cyfrowych tytułów. Okazało się, że 87 proc. z nich kupuje dodatkowe treści, a według 52 proc. respondentów mikrotransakcje mogą poprawić ich skuteczność. Co ciekawe, aż 20 proc. graczy przyznało, że wyznacza sobie miesięczny budżet na zakupy w grach.
– Klienci obecnie oczekują przede wszystkim maksymalizacji emocji i krótkiego czasu dostępu do rozrywki. A producenci stawiają na elementy grywalizacji, żeby angażować gracza w osiągnięcia w grach. To jest element, który najszybciej się rozwija, zaś gry dostępne online są coraz szerzej dostępne na wszystkich urządzeniach – zauważa ekspert.
Autorzy badania „The changing face of desktop video game monetization” przyjrzeli się z kolei rozwojowi rynku gier pecetowych. Aż 70 proc. graczy interesuje się tytułami wykorzystującymi mechanikę loot boxów, czyli losowych przedmiotów pozyskiwanych za prawdziwe pieniądze. Warto także zauważyć, jak zmieniała się popularność tego rodzaju mikrotransakcji – w marcu 2010 roku zaledwie 4,27 proc. graczy zetknęło się z tą mechaniką, a w kwietniu 2019 roku odsetek ten wzrósł aż do 71,28 proc.
Wraz z popularyzacją gier zarabiających na mikrotransakcjach coraz częściej wspomina się o konieczności właściwego zabezpieczenia graczy przed wyłudzeniem pieniędzy. Systemy takie opracowują zarówno twórcy gier, jak i platform dystrybucyjnych. O konieczności zadbania o cyfrowe portfele graczy przekonuje audyt wykonany przez firmę Kryptowire, która przeskanowała urządzenia mobilne sprzedawane na amerykańskim rynku w poszukiwaniu luk bezpieczeństwa. Aż 29 dostawców preinstaluje na swoich sprzętach aplikacje, które mogą narazić użytkowników na atak ze strony cyberprzestępców.
Firma Google w celu zabezpieczenia użytkowników przed cyberprzestępcami postanowiła wprowadzić do Sklepu Play tryb Incognito, który pozwala pobrać i przetestować aplikację bez udzielania im dostępu do pamięci telefonu. Ma to zminimalizować ryzyko wykradzenia poufnych danych bądź przeprowadzenia ataku hakerskiego m.in. na graczy zainteresowanych nowymi produkcjami wyposażonymi w system mikrotransakcji.
– Ważnym elementem jest to, żeby przenieść do rozrywki również elementy bezpieczeństwa. Myślę, że w najbliższych latach pojawi się temat tego, żeby dbać o bezpieczeństwo gracza, o jego transakcje finansowe i przy tym wszystkim przenieść świadomość tego, ile czasu spędzamy nad tą rozrywką. Wchodzimy w okres e-commerce, gdzie monetyzuje się gry, więc transakcje finansowe bardziej przypominają transakcje bankowe. Ale świadomość i spójność tych dwóch światów jeszcze się dociera – mówi Tomasz Mogiła.
Według analityków z firmy Newzoo wartość globalnego rynku gier w 2019 roku przekroczyła 152 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do 196 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 9 proc.
Latające roboty zapylają uprawy zamiast żywych pszczół. Zautomatyzowane maszyny stopniowo zastępują pracę rolników i same przygotowują glebę, walczą ze szkodnikami i zbierają plony. Rolnictwo przyszłości będzie jednak przede wszystkim bardziej ekologiczne. Farmy wertykalne pozwalają uprawiać rośliny niezależnie od pory roku, przy okazji bez użycia chemikaliów. Polski start-up Vertigo Farms nie tylko uprawia rośliny w warunkach całkowicie bezpiecznych dla zdrowia, lecz także wykorzystuje technologię tzw. nadkrytycznego dwutlenku węgla. W ten sposób powstają czyste wyciągi roślinne, bez utraty ich właściwości.
– Zależy nam na tym, żeby uprawy, z których robimy ekstrakty, które trafiają do żywności, kosmetyków, leków, były naprawdę najwyższej jakości, wolne od mikroplastiku, metali ciężkich, zanieczyszczeń, które negatywnie wpływają na nasze zdrowie. Aby to zrobić, przenosimy uprawy do zamkniętych warunków, na tzw. farmach wertykalnych uprawiamy dowolne gatunki roślin, z których nowoczesnymi metodami ekstrakcyjnymi wyciągamy to, co jest najzdrowsze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dawid Drzewiecki, prezes zarządu Vertigo Farms.
Raport „Agriculture 4.0 – The Future of Farming Technology” wskazuje, że do 2050 roku będziemy musieli wyprodukować o 70 proc. więcej żywności. Już teraz ok. 800 milionów ludzi na całym świecie cierpi z powodu głodu. Konieczne są zmiany, dlatego rolnictwo przyszłości będzie wykorzystywać zaawansowane technologie, takie jak roboty, czujniki temperatury i wilgotności, zdjęcia lotnicze i technologię GPS.
Precyzyjne systemy rolnictwa i robotyki pozwolą gospodarstwom stać się bardziej opłacalnymi, wydajnymi i przyjaznymi dla środowiska. Taką funkcję już teraz spełniają farmy wertykalne, gdzie rośliny uprawia się przez cały rok, przy znacznie mniejszym zużyciu wody i energii niż tradycyjne rolnictwo. Polska firma idzie o krok dalej. W Vertigo Farms rośliny nie tylko są uprawiane w sposób całkowicie ekologiczny, lecz także dzięki ekstrakcji nadkrytycznej z użyciem dwutlenku węgla pozyskuje się z nich maksimum wartości odżywczych.
– Najpierw rośliny musimy wysuszyć, później stosujemy technologię tzw. nadkrytycznego dwutlenku węgla. To taka technika, w której przez susz roślinny przepuszczamy dwutlenek węgla w postaci gazowej, która pozwala wyciągnąć substancje oleiste z roślin i otrzymujemy tzw. olejki esencjonalne czy olejki eteryczne, które są już produktem końcowym – mówi Dawid Drzewiecki.
Ekstrakcja nadkrytycznym dwutlenkiem węgla jest powszechnie stosowaną metodą oddzielania różnych składników od rośliny, ponieważ wytwarza czysty i bezpieczny produkt.
– Będziemy pierwszym producentem, który mierzy się ze zmianą sposobu uprawy roślin. Są firmy, które stosują już częściowo te rozwiązania ekstrakcyjne dwutlenku węgla, natomiast jesteśmy absolutnymi pionierami, jeżeli chodzi o uprawę roślin w zamkniętych warunkach – przekonuje ekspert.
Dwutlenek węgla osiąga stan nadkrytyczny w temperaturze 31,1 st. C. Gdy cząsteczka jest w stanie nadkrytycznym, ma właściwości zarówno cieczy, jak i gazu. Dwutlenek węgla może się wówczas przedostawać do małych przestrzeni, ale może również działać jak ciekły rozpuszczalnik. Fizycznymi właściwościami nadkrytycznego dwutlenku węgla można łatwo manipulować, co pozwala mu wiązać się z dowolną cząsteczką. Co więcej, ekstrakcja nadkrytycznym dwutlenku węgla usuwa zanieczyszczenia, jest przy tym ekologiczna. W przypadku roślin Vertigo Farms, które dzięki hodowli będą pozbawione chemikaliów, ekstrakcja pozwoli uzyskać całkowicie czysty i ekologiczny produkt.
– Ta metoda to przede wszystkim zdrowie konsumentów, ale też sprzyja środowisku. Nie musimy transportować, czy to ekstraktów, czy całych surowców z drugiego końca świata, nie przyczyniamy się do emisji dwutlenku węgla, nie stosujemy chemikaliów, nie degradujemy ziemi uprawnej. Oszczędzamy wodę, bo to technologia, która zużywa od 90 do 95 proc. mniej wody niż porównywalna uprawa w tradycyjnych metodach rolniczych – wskazuje prezes Vertigo Farms.
Prawdopodobnie Vertigo Farms rozpocznie hodowlę i ekstrakcję w połowie 2020 roku, dużo zależy jednak od uzyskanego dofinansowania.
– Technologia farm wertykalnych dosyć mocno się na świecie rozwija, natomiast jest ona mocno ukierunkowana na konsumenckie zastosowanie, na to, żeby spożywać bazylię czy miętę wyhodowaną w ten sposób. Natomiast jeszcze nikt nie zastosował tej technologii do tego konceptu, który my rozwijamy – przekonuje Dawid Drzewiecki.
Aby magazyn był funkcjonalnym i praktycznym miejscem, powinien posiadać odpowiednie wyposażenie. Jakie elementy powinny się w nim znaleźć? Podpowiadamy w poniższym artykule.
Wyposażenie dopasowane do branży
Regały, półki, stoły i inne elementy wyposażenia
Wyposażenie dopasowane do branży
To, jakie konkretnie wyposażenie powinno się znaleźć w danym magazynie, determinuje przede wszystkim branża, w której działa jego właściciel, a także towar przechowywany w środku. Co istotne, typ wyposażenia pomieszczenia może znacząco ułatwić lub też przeciwnie – utrudnić codzienne zadania pracowników. Dlatego też należy wyposażenie dobierać bardzo starannie, dopasowując je do konkretnych potrzeb danego biznesu. Wybierając wyposażenie, dobrze jest zdecydować się na elementy od jednego dostawcy, takiego jak Log-System. Kompleksowe wyposażenie od jednego sprzedawcy daje pewność, że poszczególne elementy będą idealnie pasowały do siebie oraz do pomieszczenia. Tym samym można uniknąć wielu kłopotów, np. produktów o zbyt dużych wymiarach. Ponadto wybierając wyposażenie od jednego sprzedawcy, zazwyczaj można liczyć na atrakcyjne rabaty i zniżki.
Regały, półki, stoły i inne elementy wyposażenia
Podstawowym elementem wyposażenia każdego magazynu, bez względu na jego wielkość czy przeznaczenie, są regały. Rynek oferuje bardzo szeroki wybór różnego rodzaju regałów, dzięki czemu każdy właściciel czy najemca magazynu może wybrać wśród nich modele dopasowane do konkretnych potrzeb. Dostępne są modele gotowe, które świetnie sprawdzą się w mniejszych magazynach, a także profesjonalne systemy regałów, znacznie ułatwiające codzienną pracę na bardzo dużych powierzchniach. Ponadto w wielu przypadkach do składowania produktów stosuje się różnego typu skrzynie, pojemniki oraz wiszące półki. W zależności od magazynu, polecanym i przydatnym wyposażeniem są także stoły robocze albo warsztatowe. Często stosowane są też ruchome urządzenia, takie jak tzw. rollsy. Służą one do przewożenia (np. na półki) i składowania towaru.
Poza typowym umeblowaniem, bardzo ważnym wyposażeniem magazynów są różnego rodzaju maszyny i sprzęty. Szczególnie zalecane, zwłaszcza do dużych magazynów, są wózki widłowe oraz paleciaki. Pozwalają one na łatwe i wygodne transportowanie dowolnych ładunków, umieszczanie ich na półkach, w samochodzie transportowym oraz w dowolnym innym miejscu. Poza tym zazwyczaj w magazynach muszą znaleźć się takie niewielkie sprzęty i urządzenia, jak m.in. drukarki etykiet, czytniki kodów kreskowych, wagi itp.
Łączny wpływ zaostrzenia przepisów odnoszących się do zmian klimatycznych na globalny przemysł wyniesie blisko 2,5 bln USD w ciągu następnych dziesięciu lat.
Największe koszty poniesie sektor energetyczny (900 mld USD), następnie stalowy (300 mld USD) oraz transport lotniczy i morski (55 mld USD).
Przedsiębiorstwa nie są wystarczająco przygotowane na nową falę regulacyjną: po skurczeniu się marż z powodu rosnących kosztów emisji i bardziej rygorystycznych przepisów w najbliższej przyszłości realnym ryzykiem jest kompletna utrata wartości pewnych aktywów lub wartości całych przedsiębiorstw.
Emisje gazów cieplarnianych nadal rosną (+2,0% p.a. w 2018 r.) mimo uchwalenia na całym świecie ponad 1500 przepisów ustawowych dotyczących zmian klimatycznych. Wysiłki ograniczenia emisji muszą więc zostać zwiększone aż pięciokrotnie zgodnie z Programem Ochrony Środowiska Narodów Zjednoczonych (UNEP). Dlatego spodziewamy się na całym świecie zaostrzenia i zwiększenia liczby regulacji w zakresie zmian środowiskowych.
“W celuilościowego określenia wpływu pogrupowaliśmy najważniejsze wskaźniki na cztery kategorie: ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla; koszyk energetyczny i efektywność energetyczna; regulacje dotyczące mobilności; podatki, grzywny i opłaty właściwe dla danej branży. Zauważyliśmy, że negatywny wpływ na globalny przemysł wyniesie blisko 2,5 bln USD w ciągu następnych dziesięciu lat” – powiedziałaCatharina Hillenbrand, Doradca Sektorowy ds. Energii, Metali, Maszyn i Urządzeń w Euler Hermes.
Które sektory są najbardziej narażone?
Uważamy, że nowe regulacje wpłyną na niemal całą globalną gospodarkę, dlatego obliczyliśmy ich wpływ w podziale na sektory, przy czym ciężar regulacji nie będzie rozłożony równomiernie i niektóre z nich zmiany odczują wyjątkowo dotkliwie:
Regulacje dotyczące klimatu już kosztowały sektor energetyczny 1,4 bln USD w ostatnich dziesięciu latach, a spodziewały się, że będą kosztowały dalsze 900 mld USD w następnej dekadzie.
Sektor stalowy jako sektor energochłonny będzie drugą z kolei najbardziej dotkniętą branżą: 300 mld USD w ciągu najbliższych 10 lat.
Transport lotniczy i morski plasuje się na trzecim miejscu (55 mld USD) ze względu na połączenie programów kompensacji emisji dwutlenku węgla (z 16 do 42 mld USD), podwyższone opodatkowanie i/lub opłaty od emisji CO2, a także globalne zachęty na przestawienie się na transport kolejowy. Na oba te segmenty będą także miały wpływ nowe regulacje dotyczące zawartości siarki w paliwie.
Jak przedsiębiorstwa powinny się przygotować do tej fali regulacyjnej?
Aby się przygotować, przedsiębiorstwa muszą rozważyć wystąpienie efektów bezpośrednich oraz wtórnych:
Bezpośrednim wpływem będzie obniżenie marż brutto z powodu rosnących kosztów emisji. Może to mieć przełożenie na inne koszty, tj. np. koszty operacyjne (OPEX) lub koszty kapitałowe (CAPEX). Ale może to również skutkować zmniejszeniem rentowności operacyjnej w efekcie zwiększenia się innych wydatków, ponoszonych w celu przejścia na czystsze, ale bardziej kosztochłonne procesy lub większe wydatki na badania i rozwój.
Należy także uwzględnić ryzyka pośrednie, od przemodelowania łańcucha dostaw i zwielokrotnienia ryzyka z tym związanego do większej ekspozycji na (oczekiwania) klientów końcowych. Ponadto, każda z tych kwestii może mieć widoczny wpływ na bilans i wypłacalność przedsiębiorstw.
W zależności od szybkości dostosowania się (która obecnie jest niewystarczająca) – przy dużych opóźnieniach najdalej idącym, ale realnym ryzykiem jest kompletna utrata wartości pewnych aktywów lub całych przedsiębiorstw. Sektor węglowy jest pierwszym przykładem osieroconej branży, ale także wiele innych sektorów zostanie w skali całej gospodarki światowej zostanie wystawionych na prawdziwą próbę, mogąca prowadzić do ich marginalizacji.
„Przykładem – może nie bezpośredniego wpływu nowych regulacji, ale zmian jakie wywrą one na łańcuch dostaw i popyt niech będzie przemysł maszynowy, ta jego część zaopatrująca w maszyny sektor wydobywczy, w tym górnictwo – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Tak silny (jeszcze) w Polsce, żyjący dotychczas nadzieją ekspansji na rynku m.in. chińskim, nadal opartym w dużym stopniu na węglu. Nadzieje te stoją pod znakiem zapytania – nie tylko skala wydobycia, ale też problemów ekologicznych jest największa w Chinach. Można więc oczekiwać tam szybkich, systemowych odgórnie kierowanych zmian dążących do marginalizacji górnictwa, co chyba ma już miejsce – jest bowiem realnie czym je zastąpić. Wdrożono gigantyczne, gdzie indziej niewyobrażalne programy regulowania rzek i budowy mega-hydroelektrowni. Chiny są ponadto światowym potentatem w produkcji odnawialnych źródeł energii, m.in. paneli fotowoltanicznych. Skok z XIX w XXI wiek w kwestii pozyskiwania energii elektrycznej, na czym straci przemysł obsługujący górnictwo. Oczywiście zmiany te stworzą również możliwości dla tych przedsiębiorstw, które opracowują produkty i usługi wspierające transformację i ekspansję samego sektora energii alternatywnej.”
W przypadku działek zabudowanych domami, dość często pojawia się problem uciążliwych służebności. Wyjaśniamy, czy takich obciążeń można się pozbyć.
Kwestia służebności obciążających nieruchomość mieszkaniową, najczęściej pojawia się w kontekście działek zabudowanych domami. Jeżeli chodzi o lokale mieszkalne, to może być z nimi powiązana jedynie służebność mieszkania. W przypadku działek, mamy natomiast do czynienia z szerokim wachlarzem różnych służebności (np. służebnością drogi koniecznej i służebnością przesyłu). Wiele osób decyduje się na zakup domu nie przywiązując większej wagi do istniejących służebności. Tacy nabywcy działki zabudowanej domem dopiero po pewnym czasie zaczynają rozważać możliwość pozbycia się kłopotliwych obciążeń. Wyjaśniamy zatem, czy zlikwidowanie służebności ustanowionej za czasów jednego z poprzednich właścicieli domu jest możliwe bez większych kosztów.
Służebność osobista wygaśnie wraz ze śmiercią sąsiada
W kontekście służebności warto przypomnieć, że nie wszystkie takie ograniczone prawa rzeczowe przysługują każdorazowemu nabywcy sąsiedniej nieruchomości. Wyjątek stanowią tak zwane służebności osobiste, które są niezbywalne i ustanowione na rzecz konkretnej osoby fizycznej. Jeżeli poprzedni właściciel domu ustanowił służebność na rzecz sąsiada (dotyczącą np. przechodu), to wygaśnie ona wraz ze śmiercią uprawnionej osoby. Nie wszystkie osoby, które zdecydowały się na zakup domu i działki obciążonej służebnością osobistą chcą jednak czekać tak długo. Warto zatem wiedzieć, że istnieje możliwość likwidacji służebności przed śmiercią uprawnionej osoby. Przykładowo służebność osobista może zostać zamieniona na rentę jeśli uprawniony wykonuje swoje prawo w sposób rażąco nieprawidłowy. Dobrą wiadomością jest również fakt, że służebności osobistej nie może zasiedzieć żaden posiadacz graniczącej działki. „Trzeba również pamiętać, że służebność osobista wygaśnie wtedy, gdy właścicielem władnącej działki stanie się inna osoba niż uprawniona z tytułu służebności (np. spadkobierca lub członek rodziny obdarowany nieruchomością)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Służebność drogi koniecznej może zostać zniesiona
Osoby, które zdecydowały się na zakup domu, dość często narzekają na służebność drogi koniecznej. Ustawodawca wprowadził taką służebność, aby zagwarantować każdej działce dostęp do drogi publicznej. Warto jednak pamiętać, że służebność drogi koniecznej nie musi mieć bezterminowego charakteru. Jeżeli wspomniana służebność albo inna służebność gruntowa lub osobista nie jest wykonywana przez 10 lat (zobacz artykuł 293 kodeksu cywilnego – KC), to właściciel obciążonej nieruchomości może wystąpić do sądu o zniesienie służebności bez wynagrodzenia (na podstawie art. 295 KC). Wspomniany artykuł 295 kodeksu cywilnego mówi, że służebność (m.in. służebność drogi koniecznej) może zostać zniesiona jeśli straciła dla nieruchomości władnącej wszelkie znaczenie. „Taka sytuacja ma miejsce np. wtedy, gdy właściciel nieruchomości władnącej wcześniej nie posiadający innego sposobu dojazdu do drogi publicznej, teraz zyskał możliwość korzystania z innej drogi (np. poprzez wykupienie sąsiedniego gruntu)” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Warto wspomnieć, że w przypadku innych służebności gruntowych niż służebność drogi koniecznej i służebności osobistych dodatkowo można zastosować artykuł 294 kodeksu cywilnego. Mówi on, że właściciel obciążonej nieruchomości może domagać się zniesienia służebności gruntowej, jeżeli taka służebność stała się dla niego szczególnie uciążliwa i nie jest potrzebna do korzystania z nieruchomości władnącej. Co ważne, art. 294 KC mówi, że zniesienie służebności wymaga zmiany stosunków gospodarczych i może być wykonane tylko za wynagrodzeniem dla właściciela nieruchomości władnącej. Nieco inne rozwiązanie przewiduje artykuł 291 kodeksu cywilnego. Wskazuje on, że w razie powstania ważnej potrzeby gospodarczej właściciel nieruchomości obciążonej może domagać się zmiany treści lub sposobu wykonywania służebności (za wynagrodzeniem). „Taka zmiana nie jest możliwa jeśli wiązałaby się ona z niewspółmiernym uszczerbkiem dla właściciela nieruchomości władnącej” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Zakup domu bez sprawdzenia służebności to ryzyko
W ramach podsumowania warto podkreślić, że sprawy związane z likwidacją służebności nie zawsze są możliwe do polubownego załatwienia. Właśnie dlatego zakup domu na działce obciążonej służebnością może zakończyć się uwikłaniem nowego właściciela w długotrwały spór sądowy. Taki scenariusz będzie niestety oznaczał stratę czasu oraz pieniędzy. Właśnie dlatego przed podjęciem decyzji o zakupie domu, warto dobrze sprawdzić służebności wpisane do działu trzeciego księgi wieczystej. W takiej analizie może pomóc agent nieruchomości. Jeżeli podczas analizy księgi wieczystej okaże się, że nieruchomość gruntowa jest obciążona służebnością, to wspomniany fakt na pewno nie przekreśla danej oferty sprzedaży. W opisywanej sytuacji trzeba jednak zadać sobie trochę trudu i zapytać sprzedawcę domu o dodatkowe szczegóły. „Chodzi między innymi o to, czy służebność jest wciąż wykonywana. Takiej ważnej informacji nie znajdziemy w księdze wieczystej nieruchomości” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Od 1 marca 2020 r. przedsiębiorcy wszystkie wnioski do KRS będą składać przez internet. Nowy system ma zamienić papierowe formularze w ich elektroniczne wersje.
– Obecnie można wprowadzić niektóre zmiany przez internet, ale dotyczy to wyłącznie spółek, które zarejestrowane są w trybie S-24 – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Szumowski, radca prawny w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Do korzystania z systemu konieczny będzie elektroniczny podpis kwalifikowany lub podpis potwierdzony profilem zaufanym ePUAP.
Zmianie ulegną również zasady ustalania stanu postępowania. Dotychczas można było zadzwonić do sądu lub udać się do biura obsługi interesanta. W efekcie zmian będzie można ustalić status postępowania samodzielnie – przez internet.
Cała korespondencja wymieniana pomiędzy stronami a sądem również będzie przeprowadzana przez elektroniczny system.
– Wszystkie postanowienia czy wezwania będą dostarczane do spersonalizowanej skrzynki czyli system będzie generował wiadomości email – wyjaśnia P.Szumowski z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.
Dopełnieniem systemu będzie stworzenie dostępnego dla wszystkich i bezpłatnego portalu informacyjnego zawierającego wszystkie akta rejestrowe spółek. Dotychczas trzeba było wybrać się do sadu rejonowego, aby przeczytać takie dokumenty.
Polacy kolejny raz z rzędu wydadzą na święta więcej niż rok wcześniej. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne święta ustanowimy historyczny rekord wydatków konsumpcyjnych. Ale wysoki poziom konsumpcji nie wystarczy, żeby rosły notowania akcji na GPW.
Zabawki, książki, perfumy czy elektronika znajdą się w tym roku na szczycie listy najpopularniejszych prezentów pod choinkę. A Polacy wydadzą na nie więcej niż w poprzednich latach, podobnie jak na świąteczne potrawy czy podróże. Według prognoz Deloitte, statystyczna polska rodzina wyda w tym roku na święta 1521 zł, czyli o 5% więcej niż rok temu. Dotychczasowe wyniki sprzedaży z USA potwierdzają, że rzeczywiście ten okres świąteczny ma szansę być rekordowy. Wartość zakupów online, jakie Amerykanie zrobili w Czarny Piątek, wyniosła 7,4 mld USD, czyli o 1,2 mld USD więcej niż w zeszłym roku.
– To mogą być kolejne święta, które wykażą bardzo dobrą kondycję polskiej gospodarki, podsumują kolejny dobry rok, pokażą większą zdolność zakupową gospodarstw domowych – prognozuje w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.
Wysoki poziom konsumpcji sprzyja wielu różnym sektorom polskiej gospodarki, w tym detalistom czy producentom. Dobre wyniki biznesowe firm notowanych na GPW nie przekładają się jednak na wyższe wyceny ich akcji.
– Nie jest to sytuacja z naszych marzeń, zwłaszcza że indeks WIG20 był w marazmie, gdy w tym samym czasie na amerykańskiej giełdzie, dla której był to wspaniały rok, obserwowaliśmy hossę – podsumowuje Łukasz Wardyn. W ciągu ostatniego roku WIG20 stracił na wartości około 6,5%, a spadki te były kontynuowane również w grudniu.
Jaki będzie początek 2020 r.? Wyceny akcji są bardzo niskie, co teoretycznie mogłoby zachęcać inwestorów. – Jednak relacja ceny akcji do zysku spółek nie jest na poziomie, który historycznie zawsze był związany ze wzrostami. To jeszcze nie są te poziomy, które wywoływały hossę – komentuje ekspert CMC Markets.
Wchodzącym w nowy rok inwestorom na GPW pozostaje mieć nadzieję, że pokaźnym wydatkom polskich konsumentów będzie towarzyszyć entuzjazm na amerykańskich giełdach.
Grudzień jest udanym miesiącem dla złotego, ale cały 2019 r. okazał się bardzo przeciętny dla polskiej waluty.
W ciągu roku dolar amerykański podrożał o 0,54 proc. Najdrożej kosztował pod koniec września (4,02 zł za dolara). Ostatnio kurs jest bliski poziomu 3,83 zł, czyli pod koniec grudnia dolar był o 10 gr tańszy niż na początki miesiąca.
– Inwestorzy omijali złotego ponieważ ogólnie rynki wschodzące nie cieszyły się w 2019 r. ich dużym zainteresowaniem – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dolar był natomiast wyjątkowo mocny z tej przyczyny, że mała była jego dostępność na rynku. Ponieważ Fed obniżył stopy procentowe i przeprowadził różne operacje finansowe tej waluty ma być więcej, a potwierdzeniem tego jest rosnący bilans tego banku centralnego.
W grudniu najbardziej skorzystały na tym waluty takich krajów z rynków wschodzących jak RPA i Brazylia, które umocniły się o 2-3 proc.
– W kolejnych miesiącach złoty, który jest niedowartościowany, powinien zyskać wobec dolara jeśli europejska gospodarka choć trochę przyspieszy – komentuje ekspert XTB.
W czwartek złoty pozostawał w okolicach poziomów 4,26. Poranną próbę silniejszej przeceny naszej waluty powstrzymała publikacja krajowej produkcji przemysłowej, która wraz ze słabszymi danymi z USA (silniejszy spadek sprzedaży odmów) w ciągu dnia sprowadziła euro chwilowo do 4,252 PLN. W listopadzie produkcja wzrosła o 1,4% r/r wobec oczekiwanych przez rynek 0,0%. Ze szczegółowej analizy danych wynikało, że wzrost odnotowano w 19 spośród 34 działów przemysłu, szczególnie spore skoki widać było w produkcji pozostałego sprzętu transportowego oraz wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz i parę wodną. Dane pokazały, że pomimo wyraźnego spowolnienia w Europie (szczególnie w Niemczech), kondycja polskiego przemysłu pozostaje relatywnie dobra. Jak zauważyli ekonomiści PKOBP, w listopadzie produkcja nadal rosła, za sprawą solidnej formy branż eksportowych (poza motoryzacją), a także wzrostu produkcji energii (najpewniej wywołanego przez listopadowe ochłodzenie). Dane opublikowane przez GUS sugerują, że polski eksport pozostaje relatywnie odporny na globalne spowolnienie wspierając scenariusz bliskiego zrównoważenia rachunku obrotów bieżących.
W piątek GUS opublikował dane nt. sprzedaży detalicznej, jednak nie powinny one mieć już większego wpływy na złotego.
Rynki wkraczają już w świąteczny marazm, stąd przy wyciszeniu ryzyka geopolitycznego, w kolejnych dniach tego roku nie powinno już chyba nic ich zaskoczyć. Po umowie handlowej i wyborach w Wielkiej Brytanii przegłosowany impeachment Trumpa finalnie wydaje się mało prawdopodobny do realizacji, bowiem by odsunąć Trumpa od władzy, około 20 republikańskich senatorów musiałoby głosować za impeachmentem. W przyszłym roku najprawdopodobniej przejdzie on do historii, a rynki zaczną oczekiwać listopadowych wyborów prezydenckich w USA. Inwestorzy powrócą też do tematu negocjacji handlowych i Brexitu, które nadal nie są do końca zamknięte. Ogłoszone osiągnięcie porozumienia handlowego brzmi dobrze dla rynków, jednak to, co otrzymałyby Chiny nie jest współmierne z tym, co dostaliby Amerykanie. Gdyby porozumienie w takiej formie faktycznie zostało podpisane (nadal nie ma wyznaczonej daty) i następnie było realizowane, Chiny dałyby Trumpowi prezent w kampanii wyborczej. Nasuwa się więc pytanie czy Pekin chce tego, czy zagrał na czas? Z kolei w Europie powróciła wizja hard Brexitu, która może ciążyć nastrojom również w przyszłym roku. Wielka Brytania po opuszczeniu UE 31 stycznia wejdzie w okres przejściowy, w ramach którego handel pomiędzy nią a Unią odbywać się będzie tak, jak do tej pory. Jeśli jednak nie uda się wynegocjować porozumienia oczekiwany przez rynki miękki Brexit może prysnąć jak bańka mydlana, co już zaczęło niepokoić inwestorów.
W przyszłym roku nie powinny natomiast sprawiać rynkom „problemów” banki centralne. Z ostatnich zapowiedzi wynika, że ani Fed, ani EBC, ani nasza RPP (co potwierdziły czwartkowe minutes) nie zamierzają zmieniać polityki monetarnej w 2020 roku. W kończącym się 2019 roku najbardziej zaskakiwały rynek decyzje amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Jak pokazało ostatnie dwanaście miesięcy polityka prowadzona przez FOMC zmieniła się o 180 stopni. Dokładnie rok temu, po czwartej w 2018 roku podwyżce stóp do 2,25-2,50%, członkowie Fedu widzieli pole do jeszcze kolejnych podobnych ruchów (wg tzw. fedokropek). Tymczasem z miesiąca na miesiąc ich zapał słabł, tak, że w lipcu 2019 (pod ciężarem lobby finansowego i prezydenta D.Trumpa) po raz pierwszy od 2008 roku koszt pieniądza w USA został obniżony. Potem poszło już „z górki” i zamiast stawki Fed Rate w pobliżu 3,0% mamy obecnie 1,75% (górne ograniczenie). Mniej emocji budziły posiedzenia EBC i RPP. W Polsce, choć pojawiały się wnioski o podniesienie stóp, jednak odrzucano je zdecydowaną większością głosów.
Ogólnie wydaje się, że pierwsza połowa 2020 roku może nie być najgorsza z punktu widzenia rynkowych nastrojów, w drugiej zaś atmosferę ponownie może podgrzewać polityka handlowa i Brexit (oczywiście, o ile wcześniej nie zobaczymy zawartych po myśli rynków porozumień).
Wykres dnia: Zaskakujący wzrost listopadowej produkcji przemysłowej w Polsce zatrzymał przecenę złotego.
Według danych NBP w Polsce pracuje ponad 1,2 miliona Ukraińców, w przyszłym roku nie powinniśmy spodziewać się wzrostów. Wskazują na to zarówno prognozy Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej, coraz lepsza kondycja ukraińskiej gospodarki jak i fakt, że niemiecki rynek pracy, który za chwilę będzie bardziej dostępny dla pracowników spoza UE okaże się atrakcyjniejszy.
Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST
Rekordowo niskie bezrobocie w Polsce, a co za tym idzie łatwość w znalezieniu pracy i znacznie lepsze w porównaniu z ukraińskimi zarobki, to wszystko przyciąga Ukraińców do pracy w Polsce. W przyszłym roku powinniśmy jednak przygotować się na znaczny spadek popularności Polski jako miejsca pracy. Przyczyn tego jest kilka. Po pierwsze coraz lepsza sytuacja gospodarcza na Ukrainie, gdzie w większych miastach widać napływ zagranicznego kapitału, dynamiczne rozwija się budownictwo i rynek nieruchomości. Po drugie polscy pracodawcy nie mają najlepszej opinii wśród pracowników. O ile agencje pośrednictwa pracy negocjują jednakowe warunki niezależnie od pochodzenia, to pracodawcy, którzy zatrudniają pracowników bez pośredników nie zawsze są uczciwi. Chodzi głównie o pracowników fizycznych, którzy wykonuję najprostsze prace. Takie zachowanie może budzić obawy, jeśli chodzi o pracę w Polsce. W tym aspekcie potrzebna jest edukacja, w którą zaangażować powinno się również państwo. Dobrym pomysłem jest też wsparcie w znalezieniu mieszkania, ponieważ z tym też nowoprzybyli miewają problemy.
Warto skupić się nie tylko na ilości nowoprzybyłych Ukraińców, ale również na ich ogólnej liczbie w Polsce. Coraz więcej z nich stara się bowiem o pobyt długoterminowy w Polsce. Chociaż liczba pozwoleń na pobyt krótkoterminowy może spadać, faktyczna liczba pracowników z Ukrainy już niekoniecznie. W dłuższej perspektywie rząd w porozumieniu z pracodawcami powinien poszukać rozwiązania problemu niedoboru pracowników, inaczej czekają nas problemy gospodarcze. Naturalnym kierunkiem w jakim powinniśmy spoglądać są dalsze kierunki wschodnie – Indie, Nepal, Filipiny. Już teraz widzimy zainteresowanie tymi kierunkami, problemem są natomiast nie tylko wysokie koszty, ale też kwestie proceduralne i prawne. W tym aspekcie liczę na wsparcie strony rządowej.
W ciągu dwóch dni otrzymaliśmy sporo ciekawych informacji z Wielkiej Brytanii, w tym decyzję Banku Anglii dotyczącą stóp procentowych, czy też dzisiejszy odczyt tempa PKB. Wszystko jednak schodzi na dalszy plan w obliczu dzisiejszego głosowania w Izbie Gmin nad umową rozwodową z UE. Przy zdecydowanej przewadze Partii Konserwatywnej wynik nie podlega dyskusji, ale przyszłość Zjednoczonego Królestwa pozostaje osnuta mgłą.
Polska sprzedaż
Główny Urząd Statystyczny wydał dziś komunikat dotyczący polskiej sprzedaży detalicznej. Wyniki pozytywnie zaskoczyły. Sprzedaż detaliczna w cenach stałych w listopadzie 2019 r. wzrosła o 5,2 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym spadła o 2,4 proc. Przed publikacją konsensus rynkowy mówił o wzroście tego wskaźnika o 4,4 proc. rok do roku (rdr) i o spadku miesiąc do miesiąca (mdm) o 3,2 proc. Natomiast sprzedaż detaliczna w cenach bieżących wzrosła w ubiegłym miesiącu o 5,9 proc. rdr przy prognozach na poziomie 4,4 proc. Łatwo zauważyć, że tym razem analitycy nie docenili zakupowego głodu Polaków. Warto zwrócić uwagę, że jest to drugi miesiąc z kolei lepszy w porównaniu do poprzedniego, po wcześniejszych dwóch miesiącach spadków.
Brytyjski lew ledwo pomrukuje
Również dziś poznaliśmy najnowsze dane o brytyjskim wzroście PKB. Wyspiarska gospodarka w trzecim kwartale 2019 r. urosła o 0,4 proc. w porównaniu do poprzedzających trzech miesięcy. Trudno powiedzieć, żeby takie osiągnięcie było wielkim sukcesem, ale należy docenić, że ostateczny odczyt jest lepszy od projekcji o 0,1 p. proc. i co istotne mówimy o wzroście, a nie hamowaniu, które przez wielu ekspertów jest przewidywane na Wyspach po ostatecznym brexicie. Chociaż banki centralne z reguły za swoje główne zadanie uznają dbanie o odpowiedni poziom inflacji, to zapewne i w kontekście PKB będzie się pojawiać coraz więcej pytań o działania Banku Anglii. Wczoraj zgodnie z przewidywaniami utrzymał on główną stopę procentową na poziomie 0,75 proc. Warto w tym miejscu nadmienić, że brytyjskiego regulatora czeka już niedługo ważna zmiana, czyli przekazanie sterów nowemu prezesowi. Obecny szef Mark Carney kończy kadencję 31 stycznia 2020 roku. Ma go zastąpić Andrew Bailey, który w tej chwili stoi na czele Urzędu ds. Postępowania Finansowego (Financial Conduct Authority), odpowiednika naszej Komisji Nadzoru Finansowego. Czekamy jeszcze na oficjalne potwierdzenie tej nominacji. Pan Bailey jest związany z Bankiem Anglii od 1985 roku, dlatego jego wybór wydaje się dość bezpieczną opcją. Od pierwszego dnia pracy czeka go jednak bardzo trudne zadanie, czyli w głównej mierze ograniczanie negatywnych skutków brexitu.
Brexit done?
Pozostajemy na Wyspach i w temacie brexitu. Zgodnie z wyborczymi obietnicami, które dały torysom spektakularne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, jeszcze dziś Izba Gmin będzie głosowała nad wynegocjowaną przez premiera Borisa Johnsona umową rozwodową z UE. Przywódca konserwatystów obiecał, że doprowadzi brexit do końca za wszelką cenę i przy ogromnej przewadze swojej partii nie powinien mieć z tym żadnych problemów (wszyscy kandydaci Partii Konserwatywnej musieli złożyć deklarację o poparciu tego projektu jeszcze w trakcie układania list wyborczych). Tak naprawdę schody zaczną się po formalnym opuszczeniu struktur Wspólnoty (31 stycznia), kiedy w krótkim czasie do końca 2020 roku strony powinny podpisać nową umowę handlową, regulującą przyszłe stosunki. Johnson twierdzi, że możliwe jest osiągnięcie porozumienia w tym okresie, ale jeśli do tego nie dojdzie, to z końcem 2020 roku może nas czekać tzw. twardy brexit. Dlatego tym bardziej istotna w kontekście przyszłości Wielkiej Brytanii była wczorajsza mowa tronowa królowej Elżbiety II, czyli w rzeczywistości expose Johnsona, w którym przedstawił ambitne plany na kolejne lata (a nie tylko na tę kadencję). Obejmują one m.in. zwiększenie wydatków na krajową służbę zdrowia, rozwój infrastruktury i przegląd relacji między rządem a sądami. Otwartym pytaniem pozostaje, w jakim stopniu możliwa będzie ich realizacja, jeśli Brytyjczycy zostaną samotną wyspą na globalnym rynkowym oceanie. Po całym tygodniu spadków GBP w piątek notuje lekkie odbicie, przed godz. 12 jego kurs zbliżał się do 5 zł.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – PKB.
Adam Fuchs, analityk walutowy Internetowykantor.pl
Liczba eksmisji mocno różni się w poszczególnych powiatach oraz miastach na prawach powiatu. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, gdzie Polacy najczęściej tracą dach nad głową.
Niedawna analiza ekspertów portalu RynekPierwotny.pl potwierdziła, że w latach 2017 – 2018 był widoczny spadkowy trend liczby eksmisji. To zjawisko stało się szczególnie wyraźne w minionym roku. Pomimo spadku liczby wykonywanych eksmisji, nie zmieniła się jedna kwestia. Chodzi o spore terytorialne zróżnicowanie liczby eksmitowanych lokatorów. W niektórych powiatach i miastach na prawach powiatu eksmisje praktycznie się nie zdarzają. Gdzie indziej są one stosunkowo częste. Eksperci serwisu RynekPierwotny.pl w swojej kolejnej analizie poświęconej ciekawemu tematowi eksmisji postanowili sprawdzić, gdzie opróżnienia mieszkań są najczęstsze.
W Warszawie eksmisje dotyczą gminnych oraz spółdzielczych „M”
Główny Urząd Statystyczny co roku dostarcza nam informacji o liczbie eksmisji wykonanych w poszczególnych miastach na prawach powiatu oraz powiatach. Najnowsze takie dane pochodzą z 2018 r. Warto zwrócić uwagę, że GUS osobno podaje liczbę eksmisji dotyczących mieszkań gminnych oraz innych typów lokali. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl w ramach swojej analizy uwzględnili te powiaty i miasta na prawach powiatu, dla których Główny Urząd Statystyczny opublikował dane o liczbie eksmisji z wszystkich mieszkań (tzn. gminnych oraz pozostałych). Poniższy wykres prezentuje lokalizacje, w których odnotowano największą łączną liczbę eksmisji. Do pierwszej dziesiątki zakwalifikowały się tylko większe miasta (miasta na prawach powiatu).
Po obejrzeniu poniższego wykresu uwagę zwraca dystans między Warszawą oraz pozostałymi miastami. Duża liczba eksmisji wykonanych w stolicy (1155 przez cały 2018 r.) po części jest związana z wielkością tego miasta. Warto również podkreślić, że w Warszawie były opróżniane niemal same mieszkania gminne oraz spółdzielcze. Liczba warszawskich eksmisji z podziałem na rodzaj lokalu przedstawia się następująco:
eksmisje z mieszkań gminnych – 822 eksmisje w 2018 r.
eksmisje z mieszkań spółdzielczych – 289 eksmisji w 2018 r.
eksmisje z mieszkań własnościowych – 33 eksmisje w 2018 r.
eksmisje z innych rodzajów mieszkań – 11 eksmisji w 2018 r.
Powyższe wyniki mogą sugerować, że warszawskie władze podobnie jak tamtejsze spółdzielnie starają się rozwiązać problem czynszowego zadłużenia poprzez opróżnianie problematycznych mieszkań.
Eksmisje często zdarzają się też w Jeleniej Górze i Piotrkowie
Porównywane powiaty oraz miasta na prawach powiatu cechują się bardzo zróżnicowaną liczbą ludności. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili porównać liczbę przeprowadzonych eksmisji w przeliczeniu na 100 000 mieszkańców. Poniższe zestawienie prezentuje lokalizacje, dla których odnotowano najwyższe poziomy analizowanego wskaźnika z 2018 r. Okazuje się, że po uwzględnieniu liczby mieszkańców Warszawa nie zajmuje już pierwszego miejsca pod względem częstości eksmisji. Stołeczne miasto zostało wyprzedzone przez znacznie mniejsze ośrodki miejskie. Mowa o Jeleniej Górze, Piotrkowie Trybunalskim, Chorzowie, Mysłowicach, Świętochłowicach oraz Legnicy. Warto dodać, że pod względem częstości eksmisji Warszawę wyprzedził również powiat brzeski z województwa opolskiego (zobacz poniższa tabela).
Trudno znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich lokalizacji z poniższej tabeli, które cechują się wysoką częstotliwością eksmisji. Można jednak zauważyć nadreprezentację miast o charakterze typowo przemysłowym i poprzemysłowym. Przykład stanowią takie ośrodki miejskie jak Jelenia Góra, Piotrków Trybunalski, Chorzów, Mysłowice, Świętochłowice oraz Wałbrzych. Duża liczba miast przemysłowych i poprzemysłowych w poniższej tabeli raczej nie jest przypadkowa i może świadczyć o problemach społecznych.