Dwie rzeczywistości

Rynki kontynuują dostosowanie do nowych warunków, gdzie deeskalacja sporu handlowego USA-Chiny pozwala przychylniejszym okiem patrzeć a perspektywy globalnego ożywienia w 2020 r. Jednak słabe odczyty PMI z Europy przypomniały, że od strony danych makro wciąż nie ma dowodów przygotowania gruntu pod odbicie. Dodatkowo czas, by cieszyć się ze zniknięcia ryzyka twardego brexitu, dość szybko minął.

Największym ryzykiem, z jakim przyjdzie się zmierzyć na początku 2020 r., będzie zderzenie dwóch rzeczywistości: rynkowej i gospodarczej. Wysokich oczekiwań inwestorów i ponurego obrazu globalnego makro. Wygaśnięcie zagrożenia rozpętania wojen handlowych na większą skalę czy rychłego wystąpienia bezumownego brexitu wlało w rynki optymizm i potwierdziło relatywnie dobre nastroje wyrażane w cenach aktywów przez ostatnie kilkanaście tygodni. Ale kiedy prosta gra o to, jakie decyzje polityczne zostaną podjęte, zakończy się, przyjdzie czas na rewizję. W perfekcyjnym scenariuszu obawy o zamrożenie globalnej wymiany handlowej i pobrexitowy chaos w Europie były jedynym hamulcowym ożywienia. Co będzie jednak, gdy geopolityka była tylko najgłośniejszym czynnikiem, ale z kilku innych aktywnych? Wczoraj odczyty PMI z Eurolandu przypomniały, że zapaść przemysłu na Starym Kontynencie jest poważna i wyraźnie odbiega od stanu sektora w USA, czy Chinach. Porozumienia handlowe na linii USA-Chiny mogą nie rozwiązać wszystkich kłopotów. Caką teraz inwestorzy znajdą za wymówkę, aby nie żegnać się z hossą? A może pogodzą się z rzeczywistością, co jednak oznacza korektę indeksów i przełączenie na tryb risk-off? Po nowym roku dane mogą być tak ważne, jak dawno nie były.

W trochę ponad dwa dni funt skonsumował cały zysk związany z powyborczą euforią. Wysoka wygrana Partii Konserwatywnej skutkuje przesądzonym startem brexitu od 31 stycznia 2020 r., ale szybko przebudziły się obawy, co potem. Między Wielką Brytanią a UE pozostało sporo nieuzgodnionych kwestii, szczególnie tych dotyczących handlu. Na negocjacje miał zostać poświęcony okres przejściowy, który pierwotnie miał trwać 21 miesięcy, gdyby dotrzymany został termin budżetu na koniec marca 2019 r. Teraz zostało tylko 11 miesięcy, co może nie wystarczyć. Jednak premier Boris Johnson zdaje się stawiać pobudki polityczne nad ekonomicznymi. Funta osłabiają doniesienia, że Johnson będzie szukał prawnego zablokowania Izby Gmin, a nawet własnych ministrów przed przedłużeniem okresu przejściowego. Brak wydłużenia oznacza ryzyko tworzenia prawa na kolanie lub całkowitego pominięcia niektórych kwestii, w rezultacie relacji między Wyspami a UE będą dużo gorsze niż obecnie. Johnson może czuć się wygranym dotrzymując obietnicy zakończenia negocjacji w terminie, ale dla gospodarki i GBP będzie to porażka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ZPC Brześć: W 2020 roku rynek słodyczy czeka stabilny wzrost

Polski rynek słodyczy ma się dobrze – w okresie od sierpnia 2018 do lipca 2019 jego wartość wyniosła ponad 12,69 mld złotych[1]. W 2020 roku rozwojowi tego segmentu będą sprzyjać: dobra koniunktura, rozwój eksportu oraz różnicowanie się asortymentów produktów.  Producenci słodyczy będą musieli zmierzyć się w nadchodzących miesiącach z nowymi trendami i wahaniami cen surowców oraz przygotować się na możliwe zmiany w prawie.

O tym, jak zmieni się rynek słodyczy w 2020 roku oraz w jakim kierunku zmierzają preferencje konsumentów mówi Arkadiusz Drążek, dyrektor handlowy w firmie Brześć, produkującej słodycze i przekąski.

Na dynamikę rozwoju rynku słodyczy w Polsce w kolejnych miesiącach wpłynie ogólna sytuacja ekonomiczna oraz ewentualne wahania cen półproduktów, takich jak cukier, jaja czy kakao. Co więcej, trendy wskazują na wykorzystywanie w wyrobach cukierniczych egzotycznych składników, które trzeba będzie importować z zagranicy. Mimo to, perspektywa dla polskiego rynku słodyczy w 2020 roku wydaje się być optymistyczna. Eksperci przewidują, że będzie on w najbliższym czasie stabilnie wzrastać, jako że spożycie słodyczy zwiększa się zarówno globalnie, jak i lokalnie. Polacy jedzą coraz więcej słodkości, chociaż wciąż są to mniejsze ilości niż u obywateli innych krajów europejskich[2]. Z drugiej strony, rodzimy rynek słodyczy jest mocno konkurencyjny. Ze względu na różnorodność i ilość dostępnego na rynkach asortymentu, producenci muszą zwiększać wydatki na działania promocyjne i marketingowe. Firmy z branży słodyczy powinny korzystać z dobrej koniunktury i aktualnej sytuacji prawnej – w 2022 roku ma zostać wprowadzony podatek od cukru. Przepis ten ma przede wszystkim ograniczyć spożycie słodkości, zapewniając jednocześnie dodatkowe wpływy do budżetu państwa. Może też przełożyć się na zmniejszenie zysków producentów. Należy więc kuć żelazo, póki gorące. Co jeszcze czeka polski rynek słodyczy?

Dobry skład to podstawa

Popularyzacja zdrowego odżywiania oraz rosnąca świadomość konsumentów nie wpłyną negatywnie na rynek słodyczy. Firmy cukiernicze będą musiały dopasować swoje portfolio pod kątem preferencji kupujących, którzy zwracają coraz większą uwagę na jakość i pochodzenie składników używanych do produkcji łakoci. Skład produktu powinien być widoczny i możliwie jak najkrótszy – wtedy konsument wie, że  został   on wyprodukowany bez zbędnych ulepszaczy i konserwantów. Transparentność w komunikacji przekłada się na ulepszanie receptur i oferowanie coraz lepszych produktów ze zdrowymi dodatkami, jak chociażby ziarna, orzechy lub gorzka czekolada. Co więcej, ze względu na różnorodność sposobów odżywania oraz powszechnych nietolerancji pokarmowych, popularnością będą się cieszyć produkty wykluczające lub eliminujące poszczególne składniki, np. ciastka bez glutenu czy słodycze wegańskie.

Mniejsze znaczy lepsze?

W 2020 roku możemy spodziewać się zmian w kwestii opakowań i gramatury produktów. Na znaczeniu zyskają słodycze z kategorii „on the go” – w małych, poręcznych paczkach, które można wszędzie ze sobą zabrać. Polacy są coraz bardziej zabiegani, dlatego w ciągu dnia chętnie sięgają po przekąski, które dodają energii, a ich spożycie nie zajmuje dużo czasu. Oczywiście, słodycze nie zastąpią pełnowartościowych posiłków, ale „wypełniają” przerwę pomiędzy posiłkami i zaspokajają uczucie głodu. Mniejsze opakowania są też odpowiedzią na trend odpowiedzialnej konsumpcji oraz kontroli dziennego spożyciem kalorii – produkty o małej gramaturze pozwalają uniknąć pułapki zjedzenia pełnowymiarowej paczki na raz[3]. Nie oznacza to jednak zmierzchu produktów o standardowym rozmiarze – Polacy lubią dzielić się przyjemnością i chętnie częstują innych słodkościami. W kwestii opakowań oraz smaku będziemy mieć do czynienia z jeszcze większą ilością produktów „premium”. Marki, które chcą być postrzegane jako bardziej luksusowe, powinny więc inwestować zarówno w skład słodyczy, jak i w jakość opakowań oraz ich szatę graficzną. To właśnie na te aspekty – poza smakiem – zwracają uwagę konsumenci przy zakupie produktów wręczanych na prezent, takich jak czekolady czy praliny.

Egzotyczne smaki i edycje limitowane

Przedstawiciele polskiego rynku cukierniczego na bieżąco śledzą i wprowadzają na „własne podwórko” najciekawsze światowe trendy, docierając tym samym do różnych grup odbiorców. Rodzimych konsumentów można bowiem podzielić na dwie grupy – tych przywiązanych do tradycji i poszukiwaczy nowych smaków. Ci pierwsi wybierają zazwyczaj produkty dużych i rozpoznawalnych marek, których smak dobrze znają. Nie oznacza to, że producenci takich wyrobów nie powinni inwestować w ich rozwój. Wprowadzanie sezonowych lub limitowanych edycji czy odświeżanie opakowań korzystnie wpływa na wizerunek marki i nie pozwala jej zginąć na sklepowej półce. Druga grupa jest ważna dla firm eksperymentujących z nowymi smakami – poszukiwacze mają swoje ulubione słodycze, ale chętnie próbują nowości. To właśnie dla nich powstają produkty o niebanalnych połączeniach, takich jak słodkie ciastka ze słonymi dodatkami czy czekolady z pikantnymi przyprawami. W skali globalnej na rok 2020 przewidywany jest dalszy rozwój niekonwencjonalnych kombinacji smaków oraz wykorzystanie do produkcji słodyczy niecodziennych składników, wśród których można wymienić: kwiaty (np. hibiskus) i mniej popularne owoce, np. klementynki[4]. Trend ten zdaje się być odzwierciedleniem tego, co od dłuższego czasu można zaobserwować na rynku słodkich napojów, gdzie rosnącą popularnością cieszą się oryginalne połączenia smakowe.

Zakład Produkcji Cukierniczej Brześć istnieje od 1984 roku. Rodzinna firma z Brześcia Kujawskiego specjalizuje się w tradycyjnych, opartych na domowych recepturach, wyrobach cukierniczych. Produkuje m.in. słomkę i groszek ptysiowy, ciastka kruche, ciasto drożdżowe i makowce. Więcej informacji na temat Firmy można znaleźć na stronie www.brzesc.pl.

1. http://www.hurtidetal.pl/article/art_id,27034-60/slodki-rynek/.

2. http://www.hurtidetal.pl/article/art_id,27034-60/slodki-rynek/.

3. https://www.kierunekspozywczy.pl/artykul,62335,slodycze-produkowane-na-polski-rynek-coraz-czesciej-w-mniejszych-opakowaniach-ma-to-wspierac-odpowiedzialna-konsumpcje.html.

4. https://www.wiadomoscihandlowe.pl/artykuly/nie-tylko-health-wellness-jakie-inne-trendy-steruj,56652/2.

61% Polaków nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce

Większość Polaków (61%) nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce i prawie tyle samo (63%) nie oszczędza, ani nie inwestuje samodzielnie, by mieć wyższą emeryturę. 59% badanych zdaje sobie sprawę, że ich emerytura będzie niższa niż ostatnie zarobki, ale co dziesiąty (10%) sądzi, że jego emerytura będzie wyższa, a 27% tego nie wie. 13% Polaków uważa, że wysokość emerytury powinna być taka sama dla wszystkich, niezależnie od liczby przepracowanych lat i odłożonych składek – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Badanie pokazuje, że zaledwie 11% Polaków ma zaufanie do obecnego systemu emerytalnego w Polsce. Większość (61%) nie ma zaufania, a 28% nie jest w stanie jednoznacznie się określić. Największą nieufność do obecnego systemu emerytalnego deklarują wyborcy Koalicji Obywatelskiej (76%) i Lewicy (71%), a najmniejszą – osoby popierające Prawo i Sprawiedliwość (47%).

Wyniki potwierdzają, że ciągłe zmiany w systemie emerytalnym wprowadzane przez kolejne rządy, nie służą budowaniu zaufania do tego systemu.61% Polaków nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce

Pomimo, że większość osób nie ma zaufania do systemu emerytalnego, to jednak aż 63% ani nie oszczędza, ani nie inwestuje samodzielnie, by mieć wyższą emeryturę. Tylko 37% dorosłych Polaków podejmuje starania na poczet wyższej emerytury w przyszłości.

Niezależnie od sympatii politycznych, poziom świadomości badanych, związanej z koniecznością oszczędzania na emeryturę, pozostawia wiele do życzenia.

Wyborcy trzech głównych ugrupowań politycznych: PiS, Koalicji Obywatelskiej i Lewicy są wyjątkowo zbieżni w tym zakresie i na bardzo podobnym poziomie nie oszczędzają, ani nie inwestują z myślą o wyższej emeryturze (63% vs. 60% vs. 61%).61% Polaków nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce 2

Większość  badanych jest słusznie przekonana (59%), że ich emerytura będzie niższa od ich ostatnich zarobków. Co dziesiąty (10%) uważa, że jego emerytura będzie wyższa, 4% – że będzie na podobnym poziomie, jak jego ostatnie zarobki, a 27% tego nie wie.

Świadomość, że emerytura będzie niższa niż ostatnie zarobki jest zdecydowanie najwyższa wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej (80%) i Lewicy (73%), a najniższa w elektoracie PiS (54%). Wśród wyborców partii rządzącej jest najwięcej osób błędnie przekonanych, że ich emerytura będzie wyższa niż ostatnie zarobki (14%) lub na podobnym poziomie (7%), czyli łącznie 21%, podczas gdy wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej łącznie takich osób jest 5%, a Lewicy – 12%.61% Polaków nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce 3

Obecnie średnie świadczenie emerytalne wynosi trochę ponad połowę przeciętnego wynagrodzenia, a według szacunków obecni 30-40-latkowie będą otrzymywać emerytury w wysokości ok. 30% swoich ostatnich zarobków.

„Badanie pokazuje, że konieczne jest prowadzenie szerokich akcji edukacyjnych zachęcających do samodzielnego oszczędzania na emeryturę. Wciąż większość Polaków nie robi nic, by zwiększyć swoje świadczenia, a duża część  nadal nie wie, że ich emerytury będą niższe lub jest błędnie przekonana, że będą nawet wyższe” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Ponad połowa Polaków (54%) jest zwolennikami systemu wyliczania emerytury opartego na liczbie przepracowanych lat oraz wysokości odłożonych składek, czyli systemu, który obecnie w Polsce obowiązuje. Przekonanie o zasadności takiego systemu jest najbardziej rozpowszechnione w elektoracie Koalicji Obywatelskiej (71%) i Lewicy (73%), a najmniej wśród zwolenników Prawa i Sprawiedliwości (52%).

13% Polaków jest natomiast zdania, że wysokość emerytury powinna być taka sama dla wszystkich, niezależnie od tego, jak długo ktoś pracował i ile składek odłożył. Najwięcej zwolenników emerytury równej dla wszystkich jest wśród wyborców PiS (19%), a zdecydowanie mniej wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej (8%) i Lewicy (6%).

14% badanych uważa, że wysokość emerytury powinna zależeć od innych rozwiązań, a 19% nie jest w stanie jednoznacznie wypowiedzieć się na ten temat.61% Polaków nie ma zaufania do obecnego systemu emerytalnego w Polsce 4

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1037 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 6 – 10 grudnia 2019 roku. Metoda CAWI.

Została uzgodniona „pierwsza faza” porozumienia handlowego pomiędzy USA a Chinami

Po dwóch latach od ogłoszenia przez Stany Zjednoczone wprowadzenia ceł na niektóre towary importowane z Chin, w piątek (13.12.2019) amerykańskie i chińskie władze uzgodniły na piśmie „pierwszą fazę” porozumienia handlowego. Według ustaleń, USA odstąpią od zapowiadanego podwyższenia taryf celnych z 25% do 30% na chińskie towary o wartości 250 mld USD (które miało wejść w życie z dniem 15 grudnia), a także dwukrotnie zmniejszą stawkę celną na inne produkty o wartości około 125 mld USD. Chiny ogłosiły natomiast zwiększenie importu z USA towarów rolnych, energetycznych oraz leków i usług finansowych. Ponadto władze chińskie zobowiązały się do zwiększenia ochrony amerykańskich praw intelektualnych. Prezydent USA Donald Trump poinformował na Twitterze, że rozpoczną się negocjacje będące drugą fazą amerykańsko-chińskiej umowy handlowej i administracja USA nie będzie czekać do wyborów prezydenckich w USA w listopadzie 2020 roku. Osiągnięcie „pierwszej fazy” porozumienia jest bardzo dobrą informacją dla światowej gospodarki, gdyż polityka protekcjonistyczna USA wobec towarów z Chin mocno hamowała globalną wymianę handlową, a także pogarszała sentyment konsumpcyjny i inwestycyjny na świecie.

Po kilku tygodniach z rzędu strat, GPW w Warszawie notuje wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 1,31%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost 1,61%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień bez większych zmian: sWIG80 zyskał na wartości 1,02%, natomiast mWIG40 lekko osłabił się – o 0,21%.

Bieżący tydzień będzie bogaty na dane makroekonomiczne z Polski. W środę (18.12.2019) poznamy dane o dynamice zatrudnienia oraz o średnim i przeciętnym wynagrodzeniu. Z kolei w czwartek (19.12.2019) będą ujawnione dane o produkcji budowlano montażowej oraz produkcji przemysłowej. W piątek (20.12.2019) poznamy dane, dotyczące sprzedaży detalicznej.

Interesujące dane będą również napływały ze Stanów Zjednoczonych. We wtorek (17.12.2019) zostaną opublikowane dane o produkcji przemysłowej. W czwartek (19.02.2019) poznamy indeks wskaźników wyprzedzających – Conference Board. Natomiast w piątek (22.11.2019) nadejdzie kolej na dane o PKB USA, dochody i wydatki Amerykanów oraz indeks uniwersytetu w Michigan.

Poza tym, w środę (18.12.2019) poznamy inflacje HICP dla Strefy Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dynamiczny wzrost sprzedaży nieruchomości luksusowych w Polsce. Warszawski apartamentowiec wśród najbardziej prestiżowych w Europie

– Koniec roku sprzyja rynkowi nieruchomości premium, wiele transakcji jest zamykanych właśnie teraz – mówi Michał Skotnicki, prezes BBI Development Jak wynika z analiz Deloitte, segment luksusowych apartamentów ma przed sobą bardzo dobre perspektywy. W ubiegłym roku w Warszawie ceny takich nieruchomości poszybowały w górę aż o 16 proc., choć wciąż pozostają dużo niższe od zachodnioeuropejskich. Popyt stabilnie rośnie, a większość nabywców to przedsiębiorcy, z których około 20 proc. to podmioty zagraniczne. Luksusowy apartament traktują jako mało ryzykowną inwestycję i solidną lokatę kapitału. Duża ich część jest po pewnym czasie sprzedawana z zyskiem i trafia z powrotem na rynek, z czasem zyskując na wartości.

– Polski rynek nieruchomości luksusowych nie jest obszerny. Biorąc pod uwagę faktycznie wyjątkowe nieruchomości, jest ich pewnie niewiele ponad dziesięć w całej Polsce, ale jest to rynek, który niewątpliwie bardzo dobrze się rozwija – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Skotnicki, prezes BBI Development, firmy, która jest jednym z inwestorów apartamentowca Złota 44.

Prym na polskim rynku nieruchomości luksusowych wiedzie Warszawa, gdzie znajduje się kilka inwestycji wyjątkowych nawet w skali Europy. Przykładem jest zaprojektowany przez Daniela Libeskinda wieżowiec Złota 44, gdzie ceny apartamentów rozpoczynają się od 650 tys. euro, czy prestiżowa Rezydencja Foksal, zlokalizowana przy Trakcie Królewskim. Do luksusowych nieruchomości zaliczają się apartamenty w nowoczesnych drapaczach chmur czy zabytkowych kamienicach oraz jednorodzinne wille w najlepszych lokalizacjach. O wyjątkowości takich projektów przesądza cały szereg czynników: od atrakcyjnej lokalizacji, designu i bardzo wysokiego standardu wykończenia po dodatkowe usługi dla mieszkańców.

 Użycie najwyższej jakości materiałów to jeden z wielu elementów, które definiują nieruchomość luksusową. Kolejny klucz to części wspólne, najczęściej z basenem i SPA. Przykładowo Złota 44 ma 25-metrowy basen i szereg atrakcji, których nie ma w zwykłych projektach: prywatną salę kinową, symulator golfa, sale konferencyjne do wyłącznego użytku mieszkańców, a także przestrzeń dla dzieci, przestrzeń klubową czy usługi concierge – wymienia Michał Skotnicki.

Jak wskazuje Deloitte, w coraz większym stopniu do parametrów, które klasyfikują nieruchomość jako luksusową, zaliczają się też nowoczesne technologie. Przykładem są e-ładowarki do samochodów elektrycznych czy internet rzeczy, który pozwala sterować urządzeniami domowymi, dostępne, np. w apartamentowcu Złota 44.

– Poza stolicą liczą się te miasta, w których rynek nieruchomości najlepiej się rozwija, czyli Kraków, Wrocław, Poznań i Trójmiasto. W tej chwili cena mieszkań w segmencie popularnym w Trójmieście zbliża się już do średniej warszawskiej. Siłą rzeczy regionalne rynki są trochę mniej rozwinięte niż Warszawa, natomiast są to również rynki perspektywiczne. Poza dużymi miastami wyjątkowa pod tym względem jest jeszcze Jurata z jej przedwojenną urbanistyką – wskazuje Michał Skotnicki.

Dojrzałość stołecznego rynku potwierdza liczba transakcji. Według danych Deloitte od 2016 roku zanotowano w Warszawie ok. 485 transakcji na rynku luksusowych nieruchomości. Z 42-proc. udziałem stolica jest najważniejszym rynkiem dla segmentu premium. Na kolejnych miejscach znajdują się Trójmiasto (9 proc.), Kraków (5 proc.) oraz Wrocław (5 proc.).

– Warto też porównać Warszawę z innymi miastami naszego regionu, czyli Pragą, Budapesztem czy Berlinem. W Pradze ceny luksusowych nieruchomości są o 50–100 proc. wyższe w stosunku do nieruchomości warszawskich. Natomiast Berlin jeszcze 1012 lat temu był niewiele droższy niż Warszawa. W tej chwili ceny popularnych nieruchomości są już dwukrotnie wyższe, z kolei te luksusowe to średnio trzykrotność cen warszawskich – mówi Michał Skotnicki.

Jak pokazuje sierpniowa analiza firmy doradczej Deloitte i Amstar Europe, w ubiegłym roku w stolicy ceny w segmencie premium wzrosły o 16 proc., a za 1 mkw. apartamentu w wysokim standardzie trzeba obecnie zapłacić przeciętnie od 5 do 8,5 tys. euro. Dla porównania, w stolicy Czech 1 mkw. kosztuje od 6 do 16 tys. euro, ale w ocenie analityków istnieje duża szansa, że te ceny zrównają się w ciągu kilku nadchodzących lat. Polskiej stolicy wciąż daleko do doścignięcia Londynu, gdzie inwestorzy muszą się liczyć z wydatkiem rzędu 25–30 tys. euro za mkw.

Te różnice wciąż przyciągają nowych inwestorów, którzy traktują nieruchomości premium jako mało ryzykowną inwestycję. Duża ich część jest wynajmowana, a po pewnym czasie sprzedawana z zyskiem.

– Właściciele nieruchomości zyskują zarówno na wzroście ich wartości, jak i czynszu. Mają też pewność, że taka nieruchomość jeszcze przez wiele lat pozostanie wyjątkowa, z wiekiem będzie wręcz zyskiwać na wartości – mówi Michał Skotnicki.

Prezes BBI Development podkreśla też, że końcówka roku sprzyja rynkowi nieruchomości luksusowych.

– Dobry okres dla rynku nieruchomości trwa średnio od października do maja, do wczesnych wakacji. Natomiast w grudniu mamy gorący okres i wiele transakcji jest właśnie teraz zamykanych – mówi Michał Skotnicki.

Cały europejski rynek nieruchomości luksusowych znajduje się obecnie w dobrej kondycji i ma przed sobą równie dobre perspektywy. W 2018 roku zanotował 3-proc. wzrost sprzedaży, a najszybciej rosnącym regionem jest Europa Środkowo-Wschodnia. Podobnie jak w CEE, tak i w Polsce segment nieruchomości premium napędza przede wszystkim dobra koniunktura gospodarcza.

– W każdym segmencie, zwłaszcza w mieszkaniówce, mamy hossę i wzrost wartości nieruchomości. Nie jest to bańka spekulacyjna. Ten wzrost był rozłożony na lata i szczególnie znaczący w ostatnim roku, również w segmencie luksusowym. Wynika to m.in. z faktu, że takich projektów jest niewiele, a proces inwestycyjny jest dużo dłuższy. Sądzę, że trend wzrostu wartości nieruchomości premium się utrzyma, nawet jeżeli nastąpi spowolnienie gospodarcze – ocenia prezes BBI Development.

Prace nad nowym lekiem zajmują średnio 12 lat i kosztują 2 mld euro. Teraz dzięki wsparciu biznesu prace polskich naukowców mogą przyspieszyć

Zanim nowy lek trafi do pacjentów, w laboratoriach badanych jest nawet 10 tys. różnych substancji. Badania prowadzone nad nową terapią muszą spełniać wyśrubowane standardy naukowe i etyczne, a wczesne etapy, czyli badania przedkliniczne i pierwsza faza badań klinicznych, są kluczowe dla całego tego procesu. Uruchomiona właśnie Akademia Efektywnych Badań Przedklinicznych PACTT – Pfizer ma podnosić świadomość polskich naukowców w zakresie najnowszych europejskich procedur i formalnych wymogów prowadzenia takich badań, jak również przygotowywać je do komercjalizacji. Dzięki temu innowacje powstające w polskim sektorze biotechnologicznym mają szanse szybciej trafiać na rynek.

– Polscy naukowcy mają bardzo duży potencjał naukowo-badawczy. Dotychczas uniwersytety były nakierowane przede wszystkim na publikacje i z tego rozliczane. Natomiast dzisiaj trochę zmieniamy paradygmat prowadzenia badań naukowych, bo one powinny przełożyć się na bardzo konkretne wdrożenia. Poszukujemy innowacyjnych technologii i rozwiązań biomedycznych. Chcielibyśmy, żeby wywodziły się z polskich uczelni, żeby potencjał został właściwie wykorzystany i żeby te rozwiązania mogły przełożyć się na dostępność innowacyjnego leczenia dla pacjentów – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Radosław Sierpiński, p.o. prezesa Agencji Badań Medycznych.

Biotechnologia jest wymieniona jako jeden z motorów innowacyjności polskiej gospodarki w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i należy do najszybciej rozwijających się sektorów w kraju. Z najnowszych danych GUS wynika, że nakłady wewnętrzne poniesione przez przedsiębiorstwa na działalność biotechnologiczną w 2018 r. wyniosły 1,2 mld zł i wzrosły w skali roku o ponad 48 proc. W kolejnych latach Polski Fundusz Rozwoju (w ramach Programu Rozwoju Biotechnologii) planuje zainwestować w ten sektor około 300 mln zł, czego efektem ma być stworzenie ekosystemu, który umożliwi tworzenie innowacyjnych technologii i leków z przeznaczeniem na polski i globalny rynek.

Sierpiński podkreśla, że wsparcie naukowców przez biznes, a więc budowanie partnerstwa publiczno-prywatnego w biotechnologii, pozwala tworzyć konkretne rozwiązania dla pacjentów. Przyczynia się też do budowania potencjału gospodarczego i podnoszenia innowacyjności polskiej gospodarki.

 Mówimy o sektorze wartym kilka miliardów złotych i wysoko płatnych miejscach pracy, gdzie pracują specjaliści wywodzący się z polskich uniwersytetów. Im więcej Polaków będzie pracowało w tym sektorze, tym bardziej polska gospodarka będzie innowacyjna i nowoczesna. Wspieranie naukowców już na wczesnym etapie pozwoli nam zbudować długofalową, wartościową współpracę badawczo-rozwojową z partnerem biznesowym. Dotychczas wychodziło to w Polsce nie najlepiej, ale ostatnich kilku latach przyniosło poprawę – mówi dr n. med. Radosław Sierpiński.

Od odkrycia w laboratorium do momentu, w którym skuteczny i bezpieczny lek trafia na rynek, upływa zwykle kilkanaście lat. Według najnowszego raportu EFPIA „The Pharmaceutical Industry in Figures 2019” średnio jedna na 10 tys. testowanych w laboratoriach substancji przechodzi wszystkie fazy badań i trafia na rynek. Przeciętne koszty opracowania nowego leku są obecnie szacowane na poziomie ok. 2 mld euro, a zanim zostanie on zarejestrowany mija średnio 12 lat. Tyle czasu potrzeba na zyskanie pewności, że potencjalny lek będzie efektywny i bezpieczny dla ludzi. Prowadzone nad nim badania muszą spełniać standardy naukowe i etyczne, z zachowaniem wyśrubowanych norm bezpieczeństwa.

 Badania przedkliniczne to kluczowy proces powstawania nowych leków. Stanowią podwaliny, dzięki którym możliwe jest opracowanie tych terapii, które mają szansę zaistnieć i przynosić efekty u ludzi. Dobre zaprojektowanie wczesnych faz badań ma kluczowe znaczenie dla późniejszego powodzenia tych cząsteczek w fazie badania klinicznego i potencjalnie w fazie rejestracji – mówi Michał Kurzelewski, dyrektor medyczny Pfizer Polska.

Uruchomiona właśnie Akademia Efektywnych Badań Przedklinicznych PACTT-Pfizer ma podnosić świadomość polskich naukowców i pracowników ośrodków naukowo-badawczych w zakresie najnowszych europejskich procedur i formalnych wymogów prowadzenia badań przedklinicznych. To wspólny projekt Porozumienia Akademickich Centrów Transferu Technologii (PACTT) i firmy farmaceutycznej Pfizer Polska.

– Ten projekt jest małym krokiem do przodu w stronę wzmacniania i budowania kompetencji w tym obszarze. Mamy nadzieję, że dzięki Akademii projekty, które naukowcy będą zgłaszać do potencjalnych inwestorów, będą dobrze przygotowane, przemyślane i będą mieć większe szanse na wdrożenie i sukces w przyszłości – podkreśla Michał Kurzelewski.

Akademia Efektywnych Badań Przedklinicznych PACTT – Pfizer ma zapewnić, że prowadzone w Polsce badania będą odpowiadały na rzeczywiste zapotrzebowanie. To z kolei przyspieszy i poszerzy współpracę na polu naukowo-biznesowym, transfer technologii oraz komercjalizację wynalazków.

 Wszystko obraca się wokół innowacyjnych projektów. Wszystkie elementy służą temu, żeby możliwe było opracowanie nowych leków, o nowych mechanizmach działania, spełniających niezaspokojone dzisiaj potrzeby pacjentów w tych dziedzinach chorobowych, w których jeszcze nie mamy skutecznego leczenia – podkreśla Michał Kurzelewski.

W ramach Akademii został zaplanowany 5-miesięczny cykl szkoleń dla naukowców prowadzących lub zamierzających prowadzić badania przedkliniczne oraz pracowników Centrów Transferu Technologii. Nad programem Akademii czuwa pięcioosobowa Rada Naukowa, odpowiedzialna za nadzór merytoryczny. Program szkoleniowy koncentruje się m.in. na zasadach i etapach odkrywania oraz rozwoju leków, obowiązujących normach i wytycznych, określaniu celów terapeutycznych i ochronie patentowej.

 Motywacją do uruchomienia Akademii PACTT – Pfizer była potrzeba wiedzy w zakresie metodologii prowadzenia badań przedklinicznych. Fantastyczne pomysły naukowe, aby przejść do fazy komercjalizacji, powinny być przygotowane w odpowiedni sposób – podkreśla dr Robert Dwiliński, dyrektor Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii UW i prezes Fundacji PACTT. – Wykłady w ramach Akademii obejmą zarówno same badania naukowe w różnych aspektach, m.in. bezpieczeństwa, toksyczności, możliwych zastosowań tych rozwiązań, jak również ochronę prawną czy proces komercjalizacji.

– Największą wartością uczestnictwa w Akademii PACTT – Pfizer jest otrzymanie praktycznych wskazówek i praktyczne warsztaty, a nie tylko tryb akademicki. Mamy nadzieję, że nasi uczestnicy pozyskają umiejętności w zakresie tworzenia innowacji, przechodzenia przez proces wdrażania i komercjalizacji. Płaszczyzna networkingowa, jaką budujemy dzięki Akademii, daje możliwość wymiany doświadczeń, rozwiązywania wspólnie problemów, dzielenia się perspektywami. To burza mózgów, która będzie prowadziła do najlepszych pomysłów i rozwiązań naukowych – dodaje Anna Kowalczuk, dyrektor Narodowego Instytutu Leków.

UE zaostrza politykę klimatyczną. Polska poza głównym nurtem

– Negując cele polityki klimatycznej UE, stawiamy się trochę poza jej nawiasem – mówi europoseł Adam Jarubas. Jego zdaniem Polska powinna zgodzić się co do kierunków i założeń na kolejne lata, ale też przedstawić rzeczywistą analizę kosztów transformacji energetycznej. Zmiany to konieczność nie tylko ze względu na zdrowie społeczeństwa, ale też realia gospodarcze. Polska ma szansę skorzystać ze znaczącej puli środków europejskich, pod warunkiem jednak, że przestanie plasować się poza głównym nurtem unijnej polityki klimatycznej.

– Unia Europejska jest dzisiaj liderem pod względem ambitnych celów klimatycznych. Tylko tu funkcjonuje system handlu emisjami gazów cieplarnianych, czyli zasada zanieczyszczający płaci. Kiedyś podobny krok rozważali Amerykanie, ale się na to nie zdecydowali. Nowy cel redukcji emisji pokazuje, że Unia chce iść dalej, choć niektórzy nie godzą się na takie zaostrzenie kursu – mówi agencji Newseria Biznes europoseł Adam Jarubas. – Te zmiany będą dotyczyć nie tylko przemysłu i energetyki, gdzie są najpilniejsze, ale również emisji z transportu, z budynków czy rolnictwa.

Na ubiegłotygodniowym szczycie Rada Unii Europejskiej zatwierdziła cel osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku (oznacza to sytuację, w której gospodarka emituje tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania) i zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych do 55 proc. do 2030 roku. Przyjęto również, że w kolejnych latach system handlu uprawnień emisjami ma zostać rozszerzony na transport morski i linie lotnicze. W styczniu 2020 roku przedstawiona zostanie propozycja finansowania transformacji energetycznej UE i wsparcia dla regionów, które w największym stopniu dotknie proces dekarbonizacji. We wnioskach po szczycie przyjęto jednak, że jeden kraj członkowski, czyli Polska, na obecnym etapie nie może zobowiązać się do wdrożenia tego celu i Rada wróci do tego tematu w czerwcu 2020 roku.

Pół roku temu, podczas czerwcowego szczytu Polska – wspólnie z Węgrami, Czechami i Estonią – zablokowała już raz przyjęcie deklaracji zobowiązującej UE do osiągnięcia neutralności klimatycznej przed 2050 rokiem. Polska delegacja na czele z premierem Mateuszem Morawieckim chciała najpierw doprecyzować kwestię wsparcia finansowego dla państw uzależnionych od węgla, dla których transformacja energetyczna wiąże się z gigantycznymi kosztami. Jak stwierdził podczas październikowego Kongresu 590 były minister energii Krzysztof Tchórzewski, osiągnięcie przez polską gospodarkę neutralności klimatycznej do 2050 roku wiązałoby się z szacunkowym kosztem 500 mld do nawet 700 mld euro.

– Można zrozumieć część argumentów, m.in. że potrzebujemy wsparcia ze strony UE w postaci funduszy i na to liczymy. Natomiast trzeba prezentować bardziej pragmatyczne podejście, pokazać, ile nas rzeczywiście będzie kosztowała transformacja, z jakiego punktu startujemy i że nie negujemy tego ambitnego kierunku, ale potrzebujemy pieniędzy na ten cel – mówi Adam Jarubas. – Rośnie świadomość wśród polskich obywateli, którzy codziennie odczuwają skutki smogu w miastach. To pokazuje, że problemu nie da się lekceważyć i polski rząd musi zarysować bardzo perspektywiczny plan, z wykorzystaniem również środków europejskich.

Polska ma w tej chwili jeden z najwyższych odsetków udziału energii generowanej z węgla, sięgający 80 proc., co sytuuje nas w gronie państw, które – jak podkreśla Adam Jarubas – przespały konieczność transformacji energetycznej. Pokazuje to przykład Danii, która 100 proc. swojego zapotrzebowania generuje dzisiaj z wiatraków na morzu. Tymczasem z prognoz rządowych wynika, że w 2030 roku polska gospodarka ma jeszcze w 60 proc. opierać się na węglu.

Jak podkreśla europoseł, transformacja polskiej energetyki jest konieczna nie tylko ze względu na zdrowie społeczeństwa. To również szansa na rozwój nowych technologii i stworzenie wartości dodanej w gospodarce m.in. w obszarze odnawialnych źródeł, energetyki prosumenckiej i wiatrowej.

 Polska ma szansę skorzystać ze znaczącej puli środków europejskich. Dzisiaj w PE trwają prace nad przygotowaniem Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, który wesprze tę drogę odejścia od gospodarki węglowej w regionach, gdzie się wydobywa węgiel, gdzie duża liczba miejsc pracy jest powiązana z sektorem ­– podkreśla Jarubas. – Dzisiaj, negując w ogóle cele polityki klimatycznej, stawiamy się trochę poza nawiasem. Wydaje mi się, że co do tych głównych pryncypiów i kierunków trzeba się zgodzić, ale przedstawić rzeczywistą analizę kosztów i tego, jaki mamy pomysł na energetykę. To jest pytanie, na które będzie musiał przedstawić odpowiedź polski rząd i im szybciej to zrobi, tym lepiej, bo decyzja, ile i na jakie cele przeznaczyć środki zapadnie w UE w ciągu najbliższego roku.

W kontekście ostatniego raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) na forum unijnym mocno podkreślany jest społeczny kontekst zmian klimatycznych, na których już w tej chwili cierpią najbiedniejsze regiony świata. IPCC podkreśla, że do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania paliw kopalnych, żeby zapobiec katastrofie klimatycznej na niespotykaną skalę. Jej konsekwencją może być m.in. 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie, setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, ograniczony dostęp do wody pitnej czy problemy z produkcją żywności.

– Kontekst łamania praw człowieka jest tu bardzo ważny, ponieważ dotyczy zwłaszcza tych państw i regionów świata, gdzie zmiany klimatu powodują zagrożenie dla siedlisk, w których ludzie funkcjonują. Chociażby w Amazonii, która jest dzisiaj wypalana i miejscowe plemiona muszą pod presją dużych korporacji, wspieranych przez władze, opuszczać swoje miejsca. To też Azja i Afryka, zwłaszcza część subsaharyjska, gdzie warunki do życia na skutek ocieplenia znacząco się pogorszyły i pojawia się kategoria migrantów klimatycznych. Kolejna kwestia to społeczeństwa, które mieszkają na wyspach zagrożonych przez podnoszący się poziom mórz i oceanów – mówi europoseł Adam Jarubas.

Przy Warszawskim Uniwersytecie Medycznym powstaje drugi w Polsce bezpłatny hotel dla rodzin hospitalizowanych dzieci. Będzie gotowy za rok

Walka z przewlekłą chorobą jest jak maraton, a bliskość rodziny pomaga ją pokonać – podkreślają przedstawiciele Fundacji Ronalda McDonalda, która wspiera rodziców hospitalizowanych dzieci. Do końca grudnia w restauracjach McDonald’s prowadzona jest zbiórka pieniędzy na budowę drugiego w Polsce Dom Ronalda McDonalda. Bezpłatny hotel dla rodzin, który powstaje przy Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, będzie gotowy pod koniec 2020 roku. Podobnych fundacyjnych hoteli zlokalizowanych przy wiodących szpitalach pediatrycznych jest już blisko 400 na całym świecie. Ten warszawski będzie pierwszym, w którym znajdzie się również przedszkole.

– Dziecko w trakcie leczenia i powrotu do zdrowia potrzebuje obecności rodziny. Dlatego konieczne są warunki, które umożliwiają pobyt w szpitalu rodzica, a jeśli jest taka potrzeba, to nawet dwójki rodziców. Czyli możliwość skorzystania z kuchni i łazienki, pokoju dziennego i wygodnego łóżka. To są warunki, które pozwalają na godny pobyt rodzica w szpitalu razem z dzieckiem.  My lekarze doskonale wiemy, że to istotnie wpływa na proces powrotu dziecka do zdrowia, efektywnie wspiera proces leczenia – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Maria Kotowska, pediatra i gastroenterolog dziecięcy.

Cztery lata temu powstał w Polsce pierwszy fundacyjny hotel dla rodzin hospitalizowanych dzieci. Z Domu Ronalda McDonalda przy Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie korzystają rodzice i opiekunowie najmłodszych pacjentów, którzy są leczeni w placówce. Ideą przedsięwzięcia było zapewnienie rodzinom komfortu i bliskości, aby wspomóc dzieci w długotrwałej walce z ciężką chorobą.

Hotel prowadzony ze środków Fundacji jest całkowicie bezpłatny, o pobycie konkretnej rodziny decyduje szpital na podstawie szeregu kryteriów. Na 1 400 mkw. nowocześnie zaaranżowanej powierzchni znajduje się 20 komfortowych pokoi dla rodziców oraz przestrzeń wspólna: jadalnia, kuchnia, pralnia, sale spotkań, pokój zabaw. Inwestycja została zrealizowana w całości ze środków Fundacji, była możliwa dzięki wsparciu licznych darczyńców .

– Drugi taki Dom, większy niż krakowski, powstaje w Warszawie. Realizowany projekt jest efektem partnerskiej współpracy Fundacji Ronalda McDonalda z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym. Liczymy, że prace budowlane zakończą się pod koniec przyszłego roku, bo skala potrzeb w zakresie wsparcia rodzin  jest olbrzymia – informuje Krzysztof Kłapa, prezes zarządu Fundacji Ronalda McDonalda.

Bezpłatny hotel dla rodzin hospitalizowanych dzieci zlokalizowany będzie w sąsiedztwie Dziecięcego Szpitala Klinicznego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, na terenie kampusu WUM. Trzykondygnacyjny budynek  o powierzchni użytkowej 2 tys. mkw. będzie mieścił nie tylko część hotelową.

– Ten projekt jest nowatorski, ponieważ będzie to pierwszy na świecie Dom Ronalda McDonalda połączony z przedszkolem – strefą dziennej opieki dla 50 dzieci pracowników szpitala WUM i rodzeństwa małych pacjentów szpitala. Na pierwszym piętrze  zlokalizowane będzie  również miejsce spotkań dla przyjaciół i darczyńców Fundacji – dodaje Katarzyna Nowakowska, wiceprezes, dyrektor wykonawczy Fundacji.

Podobnych Domów, hoteli rodzinnych Fundacji przy szpitalach dziecięcych, jest już blisko 400 na całym świecie. Realizują one w praktyczny sposób misję Fundacji Ronalda McDonalda „Aby rodzina mogła być razem”. W Domach i funkcjonujących na terenie szpitali fundacyjnych Pokojach Rodzinnych najbliżsi małych pacjentów mogą  liczyć na wsparcie fachowego personelu  oraz  wolontariuszy Fundacji. To oni zapewniają dzieciom i ich rodzinom ciekawe zajęcia tematyczne, warsztaty plastyczne, wspólne czytanie książek. Dbają o to, by pobyt dziecka w szpitalu niósł ze sobą choć odrobinę uśmiechu dla małych pacjentów  i ich rodziców.

– Nie byłoby żadnego z projektów naszej Fundacji bez wsparcia darczyńców – zarówno tych korporacyjnych, jak i indywidualnych. Jesteśmy bardzo wdzięczni za każdą jego formę, wpłaty finansowe, dary rzeczowe jak  i dar pracy naszych wolontariuszy – podkreśla Krzysztof Kłapa.

Grudzień to tradycyjnie miesiąc, kiedy pomóc może każdy gość  McDonald’s. We wszystkich restauracjach sieci trwa akcja McHappy Day – coroczna globalna inicjatywa, której celem jest wsparcie konkretnych programów Fundacji Ronalda McDonalda. W tym roku złotówka z każdej porcji frytek sprzedanych w grudniowe soboty w polskich lokalach sieci będzie przeznaczona na wsparcie budowy drugiego w Polsce Domu Ronalda McDonalda w Warszawie.

– McHappy Day realizujemy już od szeregu lat, przekazując dochód ze sprzedaży wybranego produktu na konto Fundacji. Tegoroczna akcja realizowana jest w każdą sobotę grudnia, nasi pracownicy informują o niej gości. Są też ulotki informacyjne, reklama w telewizji i  w internecie – mówi Angelika Piętka, wolontariusz Fundacji Ronalda McDonalda, na co dzień pracownik biura McDonald’s Polska. – Cieszy bardzo duże zainteresowanie i wspaniałe wyniki dotychczasowych weekendów grudnia. Złotówka do złotówki i warszawski Dom już niedługo  przyjmie pierwszych gości.

Fundacja Ronalda McDonalda jest organizacją pożytku publicznego. Można również przekazywać na nią 1 proc. podatku.

Boże Narodzenie na liście najbardziej stresujących sytuacji życiowych. Kłótni i napięć przy wigilijnym stole można jednak uniknąć

Boże Narodzenie na liście najbardziej <a title=stresujących sytuacji życiowych. Kłótni i napięć przy wigilijnym stole można jednak uniknąć" title="Boże Narodzenie na liście najbardziej stresujących sytuacji życiowych. Kłótni i napięć przy wigilijnym stole można jednak uniknąć" />

Świąteczne spotkania z rodziną przy opłatku mogą być źródłem dużego stresu, bo zamiast radości i przyjaznej atmosfery często pojawiają się kłótnie i napięcia, spotęgowane pośpiechem przedświątecznych przygotowań. Zarzewiem kłótni mogą się stać m.in. spotkania z dawno niewidzianymi członkami rodziny, rozmowy o polityce czy religii albo niezręczne, osobiste pytania przekraczające granice prywatności. W stresie mogą się ujawnić też skrywane od lat rodzinne urazy. Atmosferę przy wigilijnym stole można jednak poprawić, skracając listę przedświątecznych obowiązków do niezbędnego minimum i pamiętając o zasadach dobrej komunikacji.

Święta Bożego Narodzenia są stresujące dla wielu z nas, co już 50 lat temu wykazali dwaj psychiatrzy – Thomas Holmes i Richard Rahe, którzy sporządzili listę kilkudziesięciu najbardziej stresujących wydarzeń życiowych. Wykazali zależność między tym, jak duży stres generuje dane wydarzenie, a zapadalnością na różnego rodzaju choroby. Święta również znalazły się na ich liście – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Wilczyńska, psycholog, profesor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Na opublikowanej w 1967 roku na łamach pisma „Journal of Psychosomatic Research” liście 43 najbardziej stresujących wydarzeń życiowych święta w rodzinnym gronie zajęły 42. pozycję, tuż przed drobnymi wykroczeniami. Jak podkreśla psycholog, do tej pory zestawienie to jest aktualne. Świąteczne spotkania z rodziną mogą być źródłem dużego stresu i frustracji, bo obraz wykreowany w reklamach i mediach często odbiega od rzeczywistości – zamiast radości i przyjaznej atmosfery pojawia się pośpiech, zabieganie, nierzadko też spory i napięcia.

Jest kilka czynników, które generują stres w trakcie świąt. Pierwszym jest rozbieżność oczekiwań pomiędzy tym, jak je sobie wyobrażamy i jak chcielibyśmy je spędzić, między wysiłkiem włożonym w przygotowania a tym, co dostajemy potem w zamian. Kolejnym źródłem świątecznego stresu mogą być też spotkania z dawno niewidzianymi bądź nowymi członkami rodziny. Poza tym święta mogą być szczególnie trudne dla osób samotnych, starszych lub tych, którzy stracili niedawno kogoś bliskiego – mówi dr hab. Agnieszka Wilczyńska.

Jak podkreśla, źródłem napięć przy świątecznym stole mogą być również niezręczne, osobiste pytania albo wręcz przeciwnie – krępująca cisza i brak tematów do rozmowy pomiędzy członkami rodziny, którzy widują się tylko raz do roku.

– Takie niezręczne pytania, przekraczające sferę prywatności, dotyczą np. zarobków, planów dotyczących zamążpójścia czy posiadania dzieci. Czasami zarzewiem kłótni mogą się stać też elektryzujące tematy, jak polityka czy religia. Jeżeli przy stole nie zasiadają osoby, które podchodzą ze zrozumieniem i akceptują inne poglądy, to rzeczywiście może dojść na tym polu do konfliktu – mówi profesor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Psycholog podkreśla, że w stresie mogą się ujawnić skrywane od lat rodzinne urazy i bolączki. Dlatego żeby go uniknąć i oszczędzić sobie frustracji, można się do świąt odpowiednio przygotować. Pierwszy krok to skrócenie listy obowiązków do niezbędnego minimum i oddelegowanie części zadań innym domownikom.

– Z całą pewnością nie należy też dać się zwariować, wciągnąć w przekonanie, że trzeba dać z siebie wszystko. Lepiej po prostu wyluzować, odpocząć, dać sobie trochę oddechu. Prezenty też nie muszą być specjalnie drogie, za to bardziej osobiste – mówi Agnieszka Wilczyńska.

O atmosferę przy wigilijnym stole można zadbać, pamiętając o kilku zasadach dobrej komunikacji. Podstawową jest unikanie drażliwych tematów, złośliwości i nietaktownych pytań, dotyczących m.in. planów małżeńskich, rozwodów czy finansów.

Trzeba starać się rozmawiać z drugą osobą tak, żeby jej nie oceniać i nie używać komunikatów w drugiej osobie. Czyli nie mówić:  „ty nigdy..” czy „ty zawsze…”. Przykładowo, zamiast powiedzieć: „ty nigdy nie zmywasz po obiedzie”, można poprosić: „chciałabym, żebyś to zrobił” – mówi Agnieszka Wilczyńska. – Przede wszystkim należy się skoncentrować na relacjach, byciu z drugim człowiekiem i tym, żeby go wysłuchać z uwagą, tolerancją, ze zrozumieniem. Trzeba zacząć od siebie, pierwszemu wyjść z taką otwartością i życzliwością.

Psycholog podkreśla, że podstawą jest również wyciszenie telefonów i wyłączenie telewizora, skupienie się na tym, co inni mają do powiedzenia. Zamiast nudnego siedzenia przy stole i oglądania telewizji można też wprowadzić własną formułę świąt i poświęcić ten czas na rodzinne aktywności, np. spacery czy granie w planszówki.

Innowacje pomogą wykarmić 10 mld ludzi. Na rynek trafiają nowe systemy hodowli roślin, zamienniki mięsa i technologie pozwalające ograniczać marnowanie żywności

Produkcja żywności może odpowiadać za emisję nawet 37 proc. światowych gazów cieplarnianych. Do kilkunastu procent emisji dwutlenku węgla przyczynia się sama hodowla zwierząt, z kolei każde 4 kg zjedzonej wołowiny ma taki sam wpływ na globalne ocieplenie, jak przelot z Nowego Jorku do Londynu. Pomóc może nowa technologia. Naukowcy pracują nad szerszym pozyskiwaniem białka z insektów, a wertykalna hodowla roślin pozwala ograniczyć zużycie wody przy jednoczesnym zwiększeniu plonów. Nowoczesne systemy zapobiegają zaś marnotrawieniu żywności.

– Dzisiaj tempo degradacji środowiska jest naprawdę bardzo duże. W zasadzie tylko technologia jest jedyną odpowiedzią na to, jak można by to pokonać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Grabowski, współzałożyciel akceleratora Foodtech.ac.

Najnowsze raporty alarmują, że jeśli nie zmienimy swojego podejścia, zachodzące zmiany klimatyczne będą nieodwracalne. Rośnie temperatura, topnieją lodowce, coraz częściej dochodzi do gwałtownych wyładowań atmosferycznych. Już wkrótce może nas czekać walka o wodę i żywność. Konieczne są duże zmiany, które powstrzymają dalszą dewastację planety. Dotyczy to także branży spożywczej i rolnictwa. Przy obecnym wzroście populacji do końca tego stulecia produkcja żywności powinna zaspokoić potrzeby 10 mld ludzi. Przy obecnie wykorzystywanych technologiach i ich wpływie na środowisko może się to okazać niewykonalne.

– Musimy inwestować w technologie, które pomogą nam zmniejszyć wpływ całej produkcji światowej na środowisko. Takimi technologiami, które dzisiaj mocno się rozwijają, albo rozwiązaniami, które się pojawiają na rynku, są np. roślinne odpowiedniki mięs, które pozwalają ograniczyć masową produkcję mięsa i hodowlę zwierząt, co bezpośrednio przekłada się na redukcję emisji gazów cieplarnianych – ocenia Piotr Grabowski.

Według „Special Report on Climate Change and Land” sporządzonego przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu wynika, że produkcja żywności przyczynia się do 21–37 proc. światowych gazów cieplarnianych, prowadząc do wylesiania, utraty różnorodności biologicznej i obniżania poziomu wód gruntowych. Problemem jest przede wszystkim hodowla zwierząt gospodarskich, które przyczyniają się nawet do 15 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. Każde 4 kg wołowiny, którą zjadamy, przyczynia się w takim samym stopniu do globalnego ocieplenia, jak przelot z Nowego Jorku do Londynu.

Ograniczenie spożycia mięsa pomoże chronić środowisko – zmniejszyć zużycie wody i emisję dwutlenku węgla. Innymi rozwiązaniem może być też produkcja białka z insektów na szeroką skalę.

– Ten rynek mocno rozwija się w Azji, natomiast trafia już do nas także na rynku europejskim. W tej chwili w postaci karm dla zwierząt, natomiast możemy się jej spodziewać także na rynku żywności dla ludzi – wskazuje współzałożyciel akceleratora Foodtech.ac.

Obecnie owady je ok. 2 miliardów osób. Badania już pokazały, że owady mają wysoką zawartość białka, zawierają zdrową ilość tłuszczów, minerałów i witamin oraz wymagają mniej ziemi uprawnej i wody, emitując przy tym mniejszy ślad węglowy niż tradycyjne produkty mięsne. Można również stworzyć mieszanki gatunków owadów, które idealnie pasują do profilu białka kurczaka, wieprzowiny, a nawet wołowiny. Jednym z rozwiązań może być także zmiana sposobu hodowli roślin.

– Technologia farm wertykalnych pozwala hodować rośliny w zamkniętym, sterylnym środowisku. Nie są one wtedy narażone na warunki środowiskowe, nie są obciążone tym wszystkim, co dzisiaj do jedzenia niestety trafia – mówi ekspert.

Wertykalna hodowla roślin może być całkowicie zautomatyzowana. Nowoczesne uprawy minimalizują zużycie wody i gleby, produkując przy tym znacznie zdrowszą żywność. AeroFarms produkuje np. rośliny pod lampami, jedne na drugich. Wykorzystuje system aeroponiczny, aby zapewnić odpowiednią ilość wody i składników odżywczych, przy stałej regulacji temperatury i wilgotności, tak aby każda roślina miała idealne warunki wzrostu.

World Economic Forum podaje, że takie gospodarstwa zużywają 95 proc. mniej wody niż tradycyjne, a jednocześnie dają do 390 razy więcej plonów na metr kwadratowy.

– Jednym z największych wyzwań jest ograniczenie wyrzucanej żywności. Powstają już w tej chwili technologie pozwalające mierzyć i redukować skutecznie nie tylko to, co wyrzucamy, lecz także nadprodukcję jedzenia. Bo niestety żyjemy w czasach dobrobytu, w którym wszystko jest super dostępne i coraz więcej żywności trafia do kosza, szacuje się, że jest to już 1/3. Powstają już w tej chwili technologie, które pozwalają to łatwo mierzyć i redukować – tłumaczy Piotr Grabowski.

Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa podaje, że co roku marnuje się jedna trzecia wyprodukowanej żywności, czyli ok. 1,3 mld ton jedzenia. Nowoczesne systemy, które dokładnie sprawdzają, jakie produkty i w jakich ilościach wyrzucamy, pozwalają znacznie ograniczyć liczbę wyrzucanej żywności, sprawdzą się także w domach. Innym rozwiązaniem są platformy do sprzedaży jedzenia z kończącą się datą ważności. Przydatne są także aplikacje, które ostrzegają przed kończącą się datą ważności.

Latające pojazdy zrewolucjonizują transport osobowy. Pierwsze mogą się pojawić na niebie już w przyszłym roku

Rozwój motoryzacji będzie uwarunkowany powstaniem latających samochodów. Pojazd w technologii zapożyczonej od dronów budują już Japończycy. Konstruktorzy dwuosobowej maszyny planują rozpoczęcie sprzedaży detalicznej w 2023 roku, a tymczasem nad podobnymi pojazdami pracują już gigantyczne koncerny, takie jak Uber, Toyota czy Porsche. W ciągu najbliższych kilku lat wartość rynku samochodów latających przekroczy kwotę 30 mld dol.

– Opracowujemy w Japonii latający samochód. Budujemy pojazd, który będzie mógł nie tylko przewozić towary oraz pasażerów po ziemi, lecz także w powietrzu. Miejsce dla jednej osoby jest z przodu, a druga siedzi na podwyższeniu. W Japonii mamy już pełnowymiarowy prototyp, na którym codziennie przeprowadzamy dziesięć testów z wykorzystaniem pojazdu w locie – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomohiro Fukuzawa, prezes Skydrive.

Na wystawie „Miami 2020 and Beyond” zaprezentowany został prototyp latającego samochodu PAL-V Pioneer. Ten latający pojazd ma śmigła tylne i wysuwane nad głową oraz tylne skrzydła. Dzięki temu może on jeździć po ziemi jak samochód i wznosić się w niebo jak samolot. Na ziemi samochód może osiągnąć maksymalną prędkość 100 km/h, a na niebie może się poruszać z prędkością 200 km/h. Wersja komercyjna tego pojazdu jest już w produkcji. Cena to 425 tys. funtów. Dostawy do klientów końcowych zaplanowane są na 2021 rok. Jak na razie latający samochód kupiło 70 osób.

Nieco inne podejście do latających pojazdów ma japoński Skydrive, który swój samochód oparł na konstrukcji znanej z dronów.

– Pojazd przypomina trochę drona. Ma osiem śmigieł i osiem silników oraz akumulator, a także kierownicę do sterowania. Zasilanie z akumulatora pozwala na 20–30 minut lotu, czyli lot na dystansie około 20–30 kilometrów. Obecnie staramy się o pozwolenie od japońskiego urzędu lotnictwa cywilnego. Złożyliśmy już wniosek o dopuszczenie do lotu na naszym obszarze. Gdy zakończymy budowę pojazdu, złożymy wniosek o pozwolenie na loty na całym terytorium kraju. Gdy uda nam się je uzyskać w Japonii, możliwe będzie rozszerzenie jego zakresu na cały świat. Wtedy też rozpoczniemy sprzedaż – wskazuje Tomohiro Fukuzawa.

Zarówno Skydrive, jak i producenci PAL-V Pioneer muszą jednak liczyć się z silną konkurencją, zwłaszcza ze strony gigantycznych przedsiębiorstw aspirujących do miana lidera branży. Uber ujawnił plany uruchomienia jeszcze w 2020 roku lotów demonstracyjnych usługi latających taksówek, nazwanej Uber Air. Użycie komercyjne tego rozwiązania zaplanowane jest natomiast na 2023 rok.

Toyota z kolei planuje zaprezentować swój latający samochód podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich 2020 w Tokio. Porsche i Boeing łączą natomiast siły w celu opracowania luksusowych, elektrycznych samochodów latających.

– Naszym celem jest dostarczenie w pełni autonomicznego pojazdu do 2030 roku. Sprzedaż rozpoczniemy w 2023 roku. Niezwykle trudno jest uzyskać dopuszczenie pojazdu do użytku na terenie całego kraju. Początkowo loty będą się więc odbywać na ściśle ustalonej trasie, z punktu A do B. W przyszłości każdy będzie mógł używać takiego pojazdu, tak jak ma to miejsce w przypadku taksówek. Dzięki temu nie będziemy musieli płacić tak dużo za przejazdy i pozwoli to na szybkie przemieszczanie się z punktu A do B – twierdzi prezes Skydrive.

Zgodnie z prognozami opracowanymi na podstawie badania zleconego przez Porsche do 2025 roku wejdą do użycia komercyjne pasażerskie drony. Już 10 lat później ma ich po niebie latać 25 tys. Do tego momentu rynek takich pojazdów ma być wart 32 mld dol.

Państwowy Instytut Badawczy uruchamia nowe moduły Bazy Danych Odpadowych

W związku z planowanym od 1 stycznia 2020 r. udostępnieniem użytkownikom kolejnych modułów Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami (BDO) Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy uruchomił dziś w trybie produkcyjnym pełną wersję Bazy. Użytkownicy zyskają dostęp do nowych funkcji, które będą mogli przetestować przed oficjalnym startem systemu.

W okresie od produkcyjnego uruchomienia systemu do końca grudnia 2019 r. użytkownicy podmiotów zarejestrowanych w Rejestrze-BDO będą mogli skorzystać z funkcji związanych z modułami elektronicznych wniosków i ewidencją odpadów. Nowości umożliwią między innymi zaplanowanie, zatwierdzenie karty przekazania odpadów (KPO) i karty przekazania odpadów komunalnych (KPOK) na rok 2020 i wygenerowanie dla nich potwierdzenia. Umożliwią także zweryfikowanie kompletności danych znajdujących się w systemie w zakresie danych identyfikujących podmiot oraz miejsc prowadzenia działalności oraz zapoznanie się z funkcjami modułu wniosków, m.in. poprzez tworzenie wniosków roboczych (bez możliwości ich wysłania).

Znaczna większość podmiotów gospodarczych powinna już mieć konto w Rejestrze-BDO. Od dziś użytkownicy przedsiębiorstw nieposiadających wpisu w Rejestrze-BDO, po zalogowaniu do systemu BDO poprzez Krajowy Węzeł Identyfikacji Elektronicznej (KWIE), czyli potwierdzeniu tożsamości osoby fizycznej przez Węzeł Krajowy, będą mogli utworzyć roboczy wniosek rejestrowy – wysłanie wniosku będzie możliwe w 2020 roku. Pragnę przypomnieć, że od 1 stycznia brak konta w BDO uniemożliwi prowadzenie jakichkolwiek działań w obszarze gospodarki odpadami. A działalność w tym obszarze bez wymaganego wpisu do Rejestru-BDO zagrożone jest karą do 1 miliona złotych – Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego

Osoby testujące funkcjonalności BDO do końca 2019 r. muszą pamiętać, że konta użytkowników oraz miejsca prowadzenia działalności dodane w systemie po produkcyjnym jego uruchomieniu nie będą usuwane przez administratora systemu. To samo dotyczy kart przekazania odpadów (KPO) i kart przekazania odpadów komunalnych (KPOK) zaplanowanych na rok 2020, o statusie „Planowana”, „Zatwierdzona” i „Potwierdzenie wygenerowane”. Ponieważ zgodnie z ustawą o odpadach konieczność prowadzenia ewidencji odpadów oraz składania wniosków za pośrednictwem BDO będzie obowiązywał od 1 stycznia 2020 roku, z systemu zostaną usunięte: wszystkie karty przekazania odpadów (KPO) i karty przekazania odpadów komunalnych (KPOK), które zostały wystawione na rok 2019 oraz wszystkie wprowadzone w nich wpisy.

Jestem dumny, że resort środowiska jest twórcą tak zaawansowanego w skali Unii Europejskiej systemu integrującego informacje o wytwarzających, transportujących, przetwarzających i zagospodarowujących odpady z rzeczywistymi danymi o strumieniu odpadów. Nadrzędnym celem Bazy jest uszczelnienie systemu gospodarki odpadami w Polsce, lepszy nadzór i planowanie. W skrócie: chodzi nam o rzeczywistą ochronę środowiska i efektywny odzysk i recykling surowców. Jestem przekonany, że BDO w kształcie dostępnym od 1 stycznia spełni pokładane w niej oczekiwania – Sławomir Mazurek, podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu

Wzrasta liczba pracujących emerytów. Większość stanowią kobiety

Według danych pochodzących z ZUS-u, w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy br. liczba pracujących emerytów wzrosła o około 18 tysięcy, do przeszło 765 tysięcy. Natomiast niespełna 4 lata temu takich osób było ponad 575 tysięcy. Część rodaków decyduje się dorabiać do głodowych emerytur. Inni chcą pozostać aktywni zawodowo. Z analiz wynika, że wpływ na zachodzące zmiany mają przede wszystkim zasady łączenia pracy z pobieraniem świadczenia i koniunktura gospodarcza. Najwięcej dorabiających emerytów jest w woj. mazowieckim i śląskim, a najmniej – w podlaskim. Zdaniem ekspertów, takich ludzi będzie przybywać.

W sierpniu br. liczba pracujących emerytów wyniosła 765,3 tys. To więcej niż w grudniu 2018 roku, kiedy grupa ta liczyła 747,2 tys. Natomiast we wcześniejszych latach sytuacja w tym ostatnim miesiącu wyglądała następująco – 689,4 tys. w 2017 roku, 595,9 tys. w 2016 i 575,4 tys. w 2015 roku.

– Wyraźnie wzrasta liczba pracujących emerytów, bo w niespełna cztery lata o jedną trzecią. Jedni decydują się na ten krok, ponieważ muszą dorabiać, ze względu na głodowe emerytury. Inni chcą być cały czas aktywni zawodowo, niekoniecznie w wymiarze pełnego etatu. W tym przypadku dodatkowe pieniądze nie są najważniejsze, chociaż one zawsze się przydają – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jak stwierdza dr Antoni Kolek, prezes Instytutu Emerytalnego, zagadnienie pracujących emerytów zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność. Jednak zakaz pracy spotkałyby się z negatywnym odzewem społecznym i faktycznym pogorszeniem sytuacji wielu rodaków. Zdaniem eksperta, nieakceptowalnym wydaje się wprowadzenie możliwości dorabiania przez osoby, które nabyły prawo do świadczenia przed osiągnięciem wieku emerytalnego i mogą nadal pracować. Głośnymi przykładami są 40-letni funkcjonariusze mundurowi na emeryturach, którzy aktywnie np. prowadzą własne firmy i jednocześnie państwo wypłaca im świadczenia.

– Najbardziej pożądanym stanem z punktu widzenia produktywności gospodarki i standardu życia obywateli jest opóźnianie przejścia na emeryturę. W Polsce wskaźnik zatrudnienia osób do 60. roku życia nie odbiega znacząco od tego, co jest np. w Niemczech. Natomiast po sześćdziesiątce aktywność zawodowa jest słaba, choć pracuje ponad 700 tys. emerytów. U nas jest bardzo nisko ustawiony wiek emerytalny, nie podnosiliśmy go przez 80 lat, choć w tym czasie życie wydłużyło się w naszym kraju o ponad 15 lat. A otrzymywanie świadczenia osłabia motywację do pracy – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Z raportu ZUS-u wychodzi, że wzrost liczby pracujących emerytów wynika przede wszystkim z dobrej koniunktury gospodarczej, ale też korzystnych zasad łączenia pracy z pobieraniem świadczenia. Natomiast Marek Zuber zaznacza, że sytuacja ludności generalnie się poprawiła w ostatnich pięciu latach. Gorzej już to wygląda, jeśli popatrzymy tylko na emerytów. W ich koszyku zakupów spory udział ma żywność i lekarstwa, a one podrożały. Zdaniem eksperta, przed tą grupą wiekową otwierają się nowe możliwości. Na rynku jest coraz więcej pracy, a jednocześnie firmy mają problemy z obsadzeniem wolnych stanowisk.

– Przez wiele lat pracodawcy mogli wybierać pracowników dosyć swobodnie. Dzisiaj już tak nie postępują, ponieważ spadła liczba bezrobotnych, którzy mogliby podjąć zatrudnienie. Firmy w sposób naturalny sięgają również po starszych kandydatów. Oczywiście, do tanga trzeba dwojga. To znaczy emeryt musi chcieć pracować, a przedsiębiorca – widzieć uzasadnienie przyjęcia takiej osoby – dodaje Jeremi Mordasewicz.

Z danych z końca 2018 roku wynika, że wśród pracujących emerytów więcej jest kobiet (56%) niż mężczyzn (44%). Jak stwierdza dr Kolek, panie nabywając uprawnienia emerytalne bardzo często chcą dalej pracować. Możliwość pobierania świadczenia sprawia, że chętnie łączą te dwie formy dochodów. Ekspert podkreśla, że przeciętna nowo przyznawana emerytura kobiety wynosi około 1750 zł, a mężczyzny – około 2750 zł.

– 60-letnia kobieta ma statystycznie przed sobą jeszcze 25 lat życia, w tym średnio 12 lat w zdrowiu. Przechodząc od razu na emeryturę, zaczyna już czerpać swój kapitał emerytalny. Z kolei gdyby zdecydowała się na to, mając 65 lat, otrzymywałaby świadczenie o około 50% wyższe, tzn. 3000 zł zamiast 2000 zł. Ale to jest kwestia wyboru ludzi. Ponad 90% osób przechodzi na emeryturę w ciągu 12 miesięcy od momentu uzyskania wieku emerytalnego – analizuje ekspert Konfederacji Lewiatan.

Wśród pracujących kobiet, najwięcej jest tych mających 60-64 lata. Natomiast w grupie mężczyzn przeważają ci w wieku 65-69 lat. Z danych ZUS-u wynika, że najwięcej pracujących emerytów zamieszkuje w województwie mazowieckim (16,1%) i śląskim (15,2%), najmniej natomiast w podlaskim (2,1%). Wspomniane śląskie jest jedynym regionem, gdzie mężczyźni stanowią większość wśród pracujących emerytów. Jest ich 59,5% w tej grupie.

– W rejonach mniej uprzemysłowionych są niższe koszty życia. Ta sama wielkość emerytury ma więc inny wymiar na Podlasiu i w Warszawie, jeśli chodzi o kwestie zakupowe. Ponadto w tych biedniejszych regionach jest więcej szarej strefy. To znaczy, że ludzie są w stanie sobie dorabiać nieoficjalnie i tam jest to o wiele łatwiejsze niż np. w Warszawie czy Katowicach – stwierdza Marek Zuber.

Natomiast dr Kolek zaznacza, że w wielu przypadkach dorabianie przez świadczeniobiorców nie jest ujawniane w rejestrach. Dotyczy to branży motoryzacyjnej i budowalnej oraz handlu, ale także korepetycji czy sprzątania. Prezes Instytutu Emerytalnego podkreśla, że dla władz nie jest wygodne poruszanie tematu pracujących emerytów. Zakaz dorabiania oznaczałby niepokoje społeczne oraz sprzeciw wielu środowisk. Z kolei utrzymywanie dzisiejszego stanu rzeczy, wydaje się sprzecznością o charakterze systemowym.

– Liczba pracujących emerytów będzie coraz większa. Ma to związek z ograniczeniem wzrostu naszej gospodarki, czyli zasobami siły roboczej. Są bowiem 4 możliwości, aby poprawić sytuację. Po pierwsze, skokowy wzrost wydajności pracy, czyli automatyzacja, robotyzacja, a tego nie da się szybko osiągnąć. Po drugie, otwieramy się jeszcze bardziej na imigrantów, ale w społeczeństwie nie ma na to teraz zgody. Po trzecie, ściągamy Polaków z emigracji zarobkowej, lecz wciąż są duże różnice w wynagrodzeniach. Po czwarte, aktywizacja zawodowa, m.in. emerytów. To wydaje się najbardziej realne – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Miniony tydzień przyniósł rozwiązania na dwóch kluczowych frontach

Częściowe rozwiązanie istotnych dla rynku kwestii w minionym tygodniu doprowadziło do wzrostu rynkowego apetytu na ryzyko. W kontekście rynku walutowego ubiegły tydzień był jednym z ciekawszych okresów od dłuższego czasu.

Zdecydowane zwycięstwo Partii Konserwatywnej w brytyjskich wyborach parlamentarnych pozwoliło na wyraźną aprecjację funta. Optymizm na rynkach wspierały również informacje o osiągnięciu przez USA i Chiny częściowego porozumienia w handlu. Z kolei grudniowe spotkanie FOMC stanowiło bardzo wyraźną deklarację decydentów o wstrzymaniu się ze zmianami stóp procentowych. Zeszły tydzień przyniósł osłabienie amerykańskiej waluty w relacji do niemal wszystkich głównych walut.

Bieżący tydzień również będzie obfitował w ważne informacje – istotne dane ze świata będą publikowane praktycznie codziennie. Dzisiejsze odczyty indeksów PMI dla strefy euro były mieszane. W ujęciu ogólnym zaskoczyły lekko in minus, jednak nie na tyle, aby popsuć dobry sentyment na rynkach. W czwartek natomiast zobaczymy, jak Bank Anglii zareaguje na zmianę sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii po czwartkowych wyborach parlamentarnych.

PLN

Miniony tydzień nie obfitował w istotne informacje z Polski. W rezultacie polski złoty w parze z euro zakończył tydzień w niewielkiej odległości od poziomu, na którym go rozpoczął. W tym tygodniu będziemy jednak mieli do czynienia z zatrzęsieniem danych ekonomicznych. Będziemy je obserwować, natomiast – o ile nie dojdzie do dużych zaskoczeń – raczej nie powinny one istotnie wpływać na złotego. Znaczenie dla PLN, podobnie jak dla walut regionu, w dalszym ciągu powinny mieć wahania sentymentu, zwłaszcza w kontekście ostatnich doniesień z frontu amerykańsko-chińskiej wojny handlowej.

GBP

Historyczne zwycięstwo Partii Konserwatywnej w brytyjskich wyborach parlamentarnych w ubiegły czwartek pozwoliło na wyraźne umocnienie funta. Aprecjacja tej waluty miała związek z tym, że samodzielne rządy torysów są postrzegane jako gwarancja rozwiązania kwestii Brexitu. O ile wygrana torysów nie likwiduje całej niepewności co do tego, jak będą wyglądać stosunki Wielkiej Brytanii z UE po Brexicie (ta kwestia pozostaje otwarta co najmniej do 31 stycznia 2020 r., czyli obecnego terminu zakończenia tzw. okresu przejściowego), o tyle tak liczna przewaga partii Johnsona w Izbie Gmin powinna sprawić, że niezależnie od tego, jakie warunki ostatecznie zostaną wynegocjowane przez nowy gabinet, parlament będzie skłonny je poprzeć.

W kontekście nadchodzącego spotkania Banku Anglii liczymy, że retoryka decydentów dotycząca perspektyw gospodarki Wielkiej Brytanii ulegnie poprawie, co może mieć delikatny, pozytywny wpływ na brytyjską walutę.

EUR

Wydźwięk ostatniego spotkania EBC był pozytywny. Projekcje makroekonomiczne banku centralnego uległy jedynie lekkim zmianom, jednak ton przewodniczącej Lagarde w trakcie konferencji prasowej po spotkaniu banku był optymistyczny. Poprawa sytuacji na froncie wojny handlowej USA i Chin może jedynie wpłynąć na zwiększenie poczucia optymizmu.

Wbrew naszym oczekiwaniom, wydźwięk dzisiejszych danych PMI nie był pozytywny. W grudniu odnotowano niższy poziom indeksu dla przemysłu i lekką poprawę indeksu dla usług, co łącznie sprawiło, że zbiorczy indeks PMI pozostał na poziomie notowanym w poprzednich dwóch miesiącach. Reakcja głównej pary na dane nie była jednak zbyt silna.

USD

Podczas ostatniego spotkania FOMC decydenci Rezerwy Federalnej wyraźnie dali rynkom do zrozumienia, że w najbliższym czasie nie zamierzają dokonywać zmian stóp procentowych. Wszystko wskazuje na to, że poprzeczka – której przekroczenie sprawiłoby, że bank zdecydowałby się na ruch w którąkolwiek stronę – jest zawieszona wysoko. Osiągnięcie “fazy pierwszej” porozumienia handlowego przez USA i Chiny sprawia, że cięcie stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w najbliższym czasie stało się jeszcze mniej prawdopodobne. Z drugiej strony, brak istotnej presji inflacyjnej sprawia, że oczekiwanie zacieśnienia polityki monetarnej w najbliższym czasie również wydaje się bezzasadne.

Poprawa w kontekście kluczowych czynników ryzyka oraz utrzymanie stabilnej polityki monetarnej w USA to środowisko, które naszym zdaniem jest pozytywne dla euro i walut rynków wschodzących. W ujęciu ogólnym liczymy na ich umocnienie w 2020 roku.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Blockchain, inteligentna automatyzacja, RFID oraz zaawansowane narzędzia analityczne będą dominującymi trendami technologicznymi w biznesie w roku 2020

Firma Zebra Technologies Corporation (NASDAQ: ZBRA), ogłosiła trendy technologiczne, które jej zdaniem będą wpływać na decyzje biznesowe dyrektorów i menedżerów ds. IT oraz technologii w 2020 r. Takie rozwiązania, jak blockchain i inteligentna automatyzacja oraz zaawansowane technologie monitorujące pozwolą firmom w nowej dekadzie działać bardziej innowacyjnie.

Szersze zastosowanie technologii blockchain

Choć technologia blockchain dopiero raczkuje w sektorze biznesowym, bez wątpienia będziemy obserwować jej coraz szersze zastosowanie. Blockchain może poprawić m.in. zdolność śledzenia przepływu zasobów w takich dziedzinach, jak walka z naruszeniami własności intelektualnej, obsługa łańcucha dostaw i zarządzanie danymi pacjentów. Technologia ta nabiera znaczenia i pozwala organizacjom uzyskać kontrolę nad prawami do użytkowania, prywatności i bezpieczeństwa danych. Szczególnie z uwagi na fakt, że stają się one coraz bardziej niezbędne do zapewniania klientom doświadczeń na oczekiwanym przez nich poziomie.

Technologia blockchain zapewnia natychmiastowe korzyści branży farmaceutycznej, producentom żywności i innych dóbr, firmom transportowym i logistycznym, placówkom służby zdrowia i sprzedawcom produktów luksusowych. Blockchain będzie używany wszędzie tam, gdzie trzeba zbudować bazujące na danych „zaufanie”, lub tam, gdzie zachodzi potrzeba udostępniania określonych danych w bezpieczny sposób.

W przypadku produkcji żywności zwiększy się w skali globalnej liczba przepisów dotyczących bezpieczeństwa produktów spożywczych i leków w celu zagwarantowania sprawnego działania łańcuchów dostaw oraz zwiększenia transparentności operacji i bezpieczeństwa konsumentów. Technologia blockchain będzie jednym z fundamentów ekosystemu, który ma pomóc firmom w realizacji założonych celów. Przedsiębiorstwa będą wymagać technologii pozwalających na kompleksowe monitorowanie, takich jak etykiety z czujnikiem temperatury, kody kreskowe i RFID. Blockchain pozwoli użytkownikom korzystać z rekordów lub danych w sposób bezpieczny i możliwy do zweryfikowania.

Rozwój inteligentnej automatyzacji

Firmy szukają rozwiązań technologicznych pozwalających zautomatyzować proces delegowania zadań pracownikom dysponującym danymi pochodzącymi z systemów monitorujących oraz preskrypcyjnych narzędzi analitycznych. Inteligentne technologie z zakresu automatyzacji będą obejmować m.in:

  • Sztuczną inteligencję bazującą na komputerowych systemach wizyjnych z wykorzystaniem takich rozwiązań, jak skanery, czujniki wizyjne i roboty. Z uwagi na fakt, że kamery stają się coraz bardziej inteligentne, przedsiębiorstwa będą w stanie monitorować swoje środowisko oraz obiegi pracy na potrzeby automatyzacji procesu decyzyjnego i zwiększania poziomu zadowolenia klientów. W kontekście handlu detalicznego może to oznaczać szersze zastosowanie kas samoobsługowych lub automatyzację kontroli zapasów w magazynie dzięki robotom-asystentom.
  • Rozwiązania z zakresu rzeczywistości rozszerzonej (ang. Augmented Reality, AR) ułatwiające personelowi realizację zadań lub wspomagające nowych pracowników z wykorzystaniem urządzeń ubieralnych (ang. wearables) lub komputerów przenośnych. Rozwiązania tego rodzaju mogą sprawdzać się najlepiej w przypadku przedsiębiorstw zatrudniających w swoich magazynach, zakładach i sklepach pracowników sezonowych lub tymczasowych.
  • Roboty zapewniające wskazówki lub asystujące ludziom podczas pracy, tak aby mogli oni zapomnieć o monotonnych i powtarzalnych czynnościach i skupić się na ważniejszych zadaniach. Strategia ta pozwoli firmom oddelegować cenny personel tam, gdzie to konieczne. Dla przykładu w szpitalu zadania związane z transportem leków lub próbek i ich monitorowaniem można powierzyć robotom, aby podnieść jakość opieki nad pacjentami.

W miarę wzrostu znaczenia nowych technologii większość współczesnych rozwiązań do optymalizacji obiegów pracy pozostaje w tyle –skupia się tylko na procesach obsługiwanych przez człowieka lub tylko na procesach zautomatyzowanych przy znikomej lub zerowej synergii. W stosunkowo bliskiej przyszłości sprawne zarządzanie systemami zautomatyzowanymi i ludźmi oraz koordynowanie ich działań będzie kluczowe dla maksymalizacji produktywności.

Szersze zastosowanie technologii RFID oraz zaawansowanych narzędzi analitycznych

W celu uzyskania przewagi nad konkurencją, współczesne przedsiębiorstwa potrzebują lepszej kontroli nad stanem zapasów oraz informacji o statusie realizowanych zadań i lokalizacji pracowników. Rosną ich oczekiwania względem technologii do rejestrowania danych wykorzystujących kody kreskowe 2D, komputerowe systemy wizyjne i RFID. Kody kreskowe 2D są codziennością na listach przewozowych, w sklepach spożywczych, na opaskach szpitalnych i przy płatnościach mobilnych, a ich popularność będzie niewątpliwie rosnąć.

Co ciekawe będziemy obserwować szersze zastosowanie technologii RFID i komputerowych systemów wizyjnych w tak odmiennych dziedzinach, jak sport, produkcja i handel. Popularność elektronicznych kodów produktu (ang. Electronic Product Code, EPC) rośnie — w samym tylko roku 2019 wskaźnik rozwoju tego rynku wzrósł o ponad 30 proc., podwajając wynik z roku 2018.

Dostęp do danych w czasie rzeczywistym, jaki oferuje technologia RFID i komputerowe systemy wizyjne, wymusza na przedsiębiorstwach wdrożenie kompleksowych rozwiązań do gromadzenia i analizy danych pozwalających podejmować lepsze decyzje biznesowe w krótszym czasie.

Trendy 2020: Elastyczny styl pracy kusi coraz więcej Polaków

Z najnowszej edycji badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że elastyczność w pracy jest dla pracowników priorytetem. Już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Odsetek osób wskazujących ten element jako kluczowy wzrósł w ciągu 5 ostatnich lat o 42 punkty procentowe. Z drugiej strony czynnikiem najczęściej wpływającym na odejście
z organizacji jest złe zarządzanie. Jak poradzić sobie z oczekiwaniami wykwalifikowanych specjalistów? Jak sprawić, by nie odeszli najlepsi? Co zrobić, żeby przyciągać talenty jak magnes? Antal przedstawia 5 najważniejszych trendów na rynku pracy w 2020 roku.

Kluczowe fakty:

Z  9. edycji badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” zrealizowanego przez firmę rekrutacyjną Antal wynika, że:

  • 40% specjalistów i menedżerów aktywnie dąży do zmiany pracy (np. przegląda i odpowiada na ogłoszenia rekrutacyjne).
  • Poprawę swojej sytuacji zawodowej deklaruje 55% badanych – tj. o 5 punktów procentowych mniej niż w zeszłym roku. Nieznacznie mniej osób otrzymało również podwyżki.
  • Na czele listy powodów wpływających na zmianę pracy znajdują się: bardziej atrakcyjne możliwości kariery, propozycja wyższego wynagrodzenia oraz złe zarządzanie w organizacji. Każdy z wymienionych czynników został wskazany przez 41% respondentów.
  • Na 10 najczęściej wymienianych powodów odejścia z organizacji, aż 7 jest wewnętrznych, związanych z niezadowalającą dla pracowników sytuacją w miejscu pracy, nie zaś konkurencyjną ofertą.
  • Głównymi czynnikami przyciągającymi pracowników do nowej pracy jest elastyczny czas pracy, wskazany przez 50% respondentów.

Wyniki badania pokazują, że rynek zaczyna się stabilizować i coraz mocniej się rozwarstwia. O ile np. liczba ofert pracy dla specjalistów IT wciąż rośnie, dla niemal wszystkich pozostałych obszarów zawodowych spada. Z drugiej strony oczekiwania pracowników nie maleją. Specjaliści bardzo szybko decydują się wejść na rynek pracy, jeśli obecna organizacja ich rozczaruje – np. nie zapewni zwiększenia wynagrodzenia do oczekiwanego pułapu, elastyczności godzin pracy czy innych ważnych dla pracownika aspektów – zauważa Agnieszka Wójcik, Market Research & Strategic Partnerships Manager, Antal.

Czy można zatrzymać pracowników i przyciągnąć uwagę kandydatów, walcząc nie tylko o ich umysły, ale też o ich serca? Czy specjaliści i menadżerowie staną się emocjonalnie związani z firmą, jeśli ta zacznie słuchać ich potrzeb? Czy partnerski styl zarządzania i przejrzysta komunikacja sprawią, że pracownicy będą lepszymi ambasadorami marki? Wyniki najnowszego raportu Antal udowadniają, że tak!

Oto 5 najważniejszych trendów według Antal, które pozwolą firmom przyciągnąć i utrzymać talenty w 2020 roku.

  1. Elastyczne godziny pracy. Przywilej czy nadchodzący standard?

W kontekście pojawiających się zmian społecznych czy ekonomicznych warto zastanowić się nad samą definicją pracy. Z badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że mit „wysiedzianych godzin” jako czasu efektywnej pracy, dobiega już końca. Już co drugi pracownik deklaruje, że warunkiem rozważenia oferty nowego pracodawcy jest możliwość  elastycznych godzin pracy (50%). Odsetek osób wskazujących ten element jako kluczowy wzrósł o 28 punktów  procentowych w porównaniu do 2016 roku i 42 punkty procentowe w porównaniu do 2014 roku. To prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Organizacje, które będą w stanie zapewnić takie rozwiązania pracownikom, a jednocześnie zadbać o jakość komunikacji i organizację pracy odniosą sukces w kolejnych latach – zarówno w aspekcie budowania marki pracodawcy, jak i wskaźników biznesowych.Elastyczne godziny pracy

  1. Komunikacja i zaufanie definiują markę pracodawcy

Z badania Antal wynika, że poza atrakcyjniejszymi możliwościami kariery i wyższym wynagrodzeniem, na czele listy powodów wpływających na zmianę pracy znajduje się złe zarządzanie w organizacji. Ten czynnik był powodem odejścia z dotychczasowego miejsca pracy dla 41% respondentów. Wskazuje to na konieczność pracy u podstaw w większości firm z kadrą menedżerską w postaci szkoleń z zakresu komunikacji, dawania feedbacku i wyznaczania celów. Pracownicy, którzy czują, że mają partnerską relację z szefem, są jej wiarygodnymi rzecznikami nie tylko na rynku pracy, ale również w stosunku do partnerów biznesowych.

Coraz częściej spotykam się z sytuacją, że w tej samej firmie, z tymi samymi procesami
i wynagrodzeniem występują zespoły o bardzo różnym poziomie zaangażowania. Dlaczego tak się dzieje? – Badanie Antal pokazuje, że relacje z bezpośrednim przełożonym mają decydujące znaczenie w postrzeganiu organizacji. Patrzymy na firmy poprzez okulary, jakimi jest nasz bezpośredni przełożony
– mówi Anna Piotrowska-Banasiak, Development Director, Antal.

  1. Umowa o pracę – warunek konieczny?

Wbrew obiegowym opiniom na temat rosnącej popularności umowy b2b, dla wielu specjalistów i menedżerów to umowa o pracę nadal stanowi kluczowy czynnik wpływający na wybór pracodawcy. Odsetek osób wskazujących ten element jako kluczowy wzrósł o 4 punkty procentowe w porównaniu do ubiegłego roku. Jednocześnie o 2 punkty procentowe spadł odsetek osób preferujących umowy B2B. Wyjątkiem jest branża IT, gdzie doświadczeni kandydaci oczekują przede wszystkim elastyczności zarówno w wymiarze czasu pracy, jak i formy zatrudnienia.

  1. Budowa marki pracodawcy, poprzez skuteczny content marketing

LinkedIn w ujęciu globalnym to już ponad 645 mln zarejestrowanych użytkowników, z czego ponad 2,5 mln w Polsce. To daje nam 34 pozycję wśród 44 krajów Europy. Średnio co sekundę rejestrują się więcej niż 2 nowe osoby.[1] Z badania Antal wynika, że udział na rynku specjalistów i menedżerów posiadających zaktualizowany profil pozostaje na wysokim poziomie 80%. Wzrost aktywnych kont to konsekwencja cyfrowej transformacji rynku pracy. Media społecznościowe o profilu biznesowym to „żyzny grunt”
dla pracodawców i podstawowy punkt styku dla działań w ramach strategii social sellingu, employer brandingu czy marketingu rekrutacyjnego. Z tego względu transparentna, szczera firma, powinna prowadzić odpowiednią komunikację na portalach społecznościowych, dzięki czemu  sprawi wrażenie niemającej nic do ukrycia, wzbudzi zaufanie i pozytywne emocje wśród potencjalnych kandydatów i tym samym zachęci ich do pracy w firmie.

  1. Rekrutacja bez granic

Pracodawcy, żeby być skuteczni rekrutacyjnie, powinni rozważać również jako możliwości pozyskiwania kandydatów inne regiony Polski oraz zagranicę. Z badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że specjaliści i menedżerowie w Polsce są otwarci na relokację zawodową. Najczęściej taką gotowość deklarują przedstawiciele wyższej kadry zarządzającej (79%), logistyki oraz sprzedaży (72%). Na relokacji pracowników zależy nie tylko firmom. Ostatnio coraz bardziej popularne są inicjatywy całych regionów czy miast, które zachęcają do zamieszkania na ich terenie oraz kooperacje lub zrzeszenia firm, które razem promują region widząc szansę we współpracy.

Mieszkając w rejonach oddalonych od stolicy, zaczynamy doceniać jakość życia oferowaną w nieco bliższym otoczeniu. Nie każdy też odnajduje się w wielkiej metropolii. Trend jest widoczny zarówno wśród kadry menedżerskiej, jak i specjalistycznej. Przykładowo specjalista z Katowic relatywnie chętnie relokuje się do Krakowa, nieco mniej chętnie do Wrocławia, natomiast rzadziej zdecyduje się na dalszą eskapadę. W swojej praktyce rekrutacyjnej na co dzień spotykam się z mobilnością w ramach najbliższych regionów, z czego w ogromnej większości przypadków istnieją pewne wymagania minimalne. Dotyczą one dostępu do kultury czy ogólnej jakości życia. I takie kryteria – zdaniem specjalistów i menedżerów – coraz częściej spełniają miasta powyżej 100 tys. mieszkańców,
a niekoniecznie tylko największe ośrodki – podkreśla Dominik Pekról, Regional Manager, Antal.

O badaniu

Badanie Antal Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy przeprowadzone było metodą CAWI w terminie 01.09-30.09. 2019 roku. W badaniu wzięło udział 2225 respondentów z całej Polski, średnio mających 37 lat i 13 lat doświadczenia zawodowego. Badanie było anonimowe.

Raport jest dostępny pod linkiem: https://antal.pl/wiedza/raport/aktywnosc-specjalistow-i-menedzerow-na-rynku-pracy-9-edycja

[1] Źródło: dane Next>Business>Academy z sierpnia 2019

 

4 kluczowe trendy HR, które zdominują 2020 rok

Świat HR nieustannie się zmienia, rosną oczekiwania pracowników, a wraz z nimi pojawiają się innowacje, które mają usprawnić zarządzanie kapitałem ludzkim. Najnowsze rozwiązania, które mają zdominować rynek HR w 2020 roku, skupiają się na motywacji pracowników, opierają się na wsparciu zespołów, personalizacji, sprawnym dostosowaniu do wymogów oraz na technologiach, mających na celu jak największą indywidualizację.

Z badań ADP wynika, że organizacje – starając się angażować pracowników i strategicznie rozwijać swoją działalność – będą coraz bardziej poszukiwać personalizacji i możliwości dostarczania kompletnych i praktycznych rozwiązań.

Świat pracy i zatrudnienia doszedł do punktu zwrotnego, który dodatkowo nabiera znaczenia w związku z niedoborem pracowników i stabilizującym się wzrostem wynagrodzeń. Dostrzegamy niezwykle istotną dla firm wspólną rolę technologii oraz zarządzania danymi w miejscu pracy. W 2020 roku firmy będą starały się kłaść nacisk na rozwiązania technologiczne, realizujące potrzeby ich organizacji, zespołów oraz pracowników, aby tworzyć bardziej angażujące i produktywne środowisko pracy – twierdzi Don Weinstein, wiceprezes, zarządzający globalnymi produktami i technologiami ADP.

Jakie trendy będą kształtować działy HR w 2020 roku?

  • Personalizacja i robotyzacja

Firmy zamiast rozbudowanego, trudnego do wprowadzenia oprogramowania będą wolały prostą i intuicyjną aplikację. W związku z tym platformy technologiczne będą musiały dostarczać możliwie jak najbardziej elastyczne opcje, które firmy, zespoły i pracownicy będą mogły dostosowywać do swoich potrzeb. Sytuacja pracownika będzie ewoluować z uwagi na połączenie nowopowstających technologii, sztucznej inteligencji i samouczących się maszyn. Rozwój przetwarzania naturalnego języka i bardziej zaawansowane chatboty pomogą zredukować czas potrzebny na wykonanie zadań i będą wspierać popularyzację przyjmowania tych rozwiązań przez użytkowników oraz zastosowanie takich systemów do indywidualnych potrzeb.

  • #TeamWork

Organizacje, aby uwolnić potencjał pracowników i stworzyć kulturę komunikacji opartej na zaangażowaniu, muszą rozbić zastane korporacyjne struktury. Przyszłość rynku pracy skupia się na horyzontalnej strukturze organizacji. Pracodawcy, w poszukiwaniu nowych talentów, będą również musieli na nowo oceniać swoje zespoły i poszukiwać alternatywnych źródeł zatrudnienia. W procesach rekrutacyjnych będą mieli coraz większy udział wysoce wyspecjalizowani pracownicy zatrudniani do konkretnych projektów, a także byli oraz emerytowani pracownicy.

  • Sztuczna inteligencja

Robotyzacja i rozwój sztucznej inteligencji wpływa na sytuację rynku pracy. Coraz bardziej zaawansowane chatboty mogą pomóc zredukować czas potrzebny na wykonanie zadań, a także wspierać indywidualne potrzeby pracowników. Innowacje nie ominą również kwestii wynagrodzenia. Jak wynika z badań ADP „Future of Pay”, pracownicy coraz częściej chcą mieć wpływ na to, w jaki sposób i kiedy dostaną swoją pensję. Przewiduje się zatem, że zagadnienie wynagradzania wejdzie na nowy poziom personalizacji, oferując łatwiejsze sposoby wypłacania pensji pracownikom.

  • Analityka danych

Sztuczna inteligencja, samouczące się maszyny, technologie chmurowe czy łączność 5G –  to właśnie te makrotrendy są siłą napędową innowacji i pomogą firmom zoptymalizować doświadczenia pracowników i klientów. Analityka predykcyjna będzie podstawą dla każdej firmy, która będzie chciała odnieść sukces w 2020 roku. Pomoże dostarczyć newralgiczne informacje na temat pracowników, np. wzrost liczby nadgodzin, nadmierna rotacja pracowników, koszty pracy czy nierówne wynagradzanie kobiet i mężczyzn.

Uber wdraża narzędzie weryfikacji tożsamości w czasie rzeczywistym

Uber wprowadza w aplikacji funkcję weryfikowania tożsamości w czasie rzeczywistym (ang. Real Time ID Check). Jest ona rozwinięciem opcji “Zawsze, wiesz, z kim jedziesz” (ang. Check Your Ride), zaimplementowanej w lipcu br. Nowa funkcja jest kolejnym rozwiązaniem firmy Uber wykorzystującym najnowsze technologie, w tym m.in. biometrię, mającym na celu zwiększenie poziomu bezpieczeństwa użytkowników oraz przeciwdziałanie różnego rodzaju nadużyciom.

Nowa funkcja Real Time ID Check, którą Uber wprowadza właśnie w swoich dwóch aplikacjach – Uber i Uber Eats – jest skierowana do kierowców oraz kurierów. Dla pasażerów i osób zamawiających jedzenie oznacza ona kolejną już funkcję poprawiającą bezpieczeństwo zarówno przewozów, jak i dostaw. Wykorzystanie technologii ma na celu przeciwdziałanie nadużyciom i oszustwom.

Na czym polega funkcja Real Time ID Check?

RITD_3 RITD_2 RITD_1Wykorzystując technologię, Uber będzie wymagał od kierowców i kurierów wykonania selfie przed przejściem w tryb aktywności. Następnie system będzie porównywał zdjęcie ze zdjęciem profilowym w aplikacji. Prośba o przeprowadzenie weryfikacji nastąpi w dowolnym momencie, np. podczas logowania lub pomiędzy kolejnymi zleceniami. Kierowcy zostaną wtedy poproszeni o zrobienie zdjęcia i przesłanie go na platformę. W przypadku niezgodności selfie ze zdjęciem w aplikacji lub niewykonania czynności, konto kierowcy lub kuriera zostanie zablokowane w celu dalszego wyjaśnienia.

Mimo że weryfikacje będą losowe, to użytkownicy mający wątpliwości dotyczące zgodności wizerunku z kontem, będą mogli zgłosić tego rodzaju sytuacje w aplikacji – tak, jak ma to miejsce już teraz.

Mając na uwadze wymogi związane z ochroną prywatności, kierowcy i kurierzy będą mieli dwie możliwości dokonania weryfikacji. Pierwszą z nich będzie kontrola automatyczna, wykonywana za pomocą technologii biometrycznej. Natomiast drugą – kontrola ręczna, przeprowadzana przy wsparciu pracownika Ubera.

Rozwinięcie funkcji “Zawsze wiesz, z kim jedziesz”

Real Time ID Check jest rozszerzeniem opcji  “Zawsze wiesz, z kim jedziesz” (ang. Check Your Ride), którą Uber wprowadził w swojej aplikacji w lipcu 2019 roku. W jej ramach, tuż przed przybyciem auta na miejsce, użytkownicy otrzymują powiadomienie push, przypominające im o sprawdzeniu czy numer tablicy rejestracyjnej samochodu, a także wizerunek kierowcy są zgodne z informacjami zawartymi w aplikacji.

Funkcja Real Time ID Check jest w pełni zgodna z europejskimi przepisami dotyczącymi RODO.

3/4 polskich sklepów internetowych jest w złej lub bardzo złej sytuacji finansowej

Czego życzyć na Gwiazdkę sklepom internetowym? Oprócz wesołych Świąt, lepszej kondycji finansowej i zmniejszenia zaległych zobowiązań. Pomimo rosnącej popularności zakupów online, finanse branży nie prezentują się najlepiej. Jak wynika z analiz wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska aż trzy czwarte firm jest w złej lub bardzo złej sytuacji finansowej, a to o połowę więcej niż przed rokiem. Liczba firm z zaległościami zwiększyła się o jedną trzecią, a niespłacone zadłużenie sklepów internetowych w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK wzrosło o ponad 50 proc. do 231 mln zł.

Czas przed świętami Bożego Narodzenia to dla handlu prawdziwe żniwa. Eksperci szacują, że w ostatnim kwartale roku obroty w sklepach są około jedną trzecią wyższe niż w pozostałych okresach. W listopadzie rusza wysyp promocji, trzeba też zrobić zakupy, aby zorganizować święta, no i koniecznie znaleźć odpowiednie prezenty. W zeszłym roku aż 71 proc. Polaków wręczyło upominki zarówno dzieciom, jak i dorosłym i wydawali na nie przeciętnie 525 zł. W tym roku kwota ta pewnie będzie jeszcze wyższa – wynika z badania dla BIG InfoMonitor. Trzy czwarte Polaków przynajmniej część z nich znajdzie w sieci. Czy świąteczny szał zakupów pomoże internetowym sklepom? Byłoby wskazane, bo mimo rosnącej popularności sprzedaży przez internet branża ma jednak swoje problemy.

Jak wskazują dane BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec III kw. 2019 z niespłacone zobowiązania wobec kontrahentów i banków miało 4 277 firm, co oznacza, że od początku roku przybyło ich blisko 1200. W stosunku do wszystkich firm z branży odsetek podmiotów z zaległościami wynosi 4,9 proc. Na koniec zeszłego roku było to 4,2 proc. Łączne zaległości tej branży wobec banków i partnerów biznesowych, czyli płatności przeterminowane o minimum 30 dni, na co najmniej 500 zł, to w sumie 230,6 mln zł. Oznacza to, że od stycznia 2019 r. pojawiło się ponad 78 mln zł nowych długów. Co powinno być szczególną przestrogą dla dostawców, szybciej przybywa zadłużenia pozakredytowego niż kredytowego. Stanowi ono również większość zaległości.

– Kłopoty z zaległymi zobowiązaniami wobec banków i kontrahentów dotyczą 4,9 proc. firm e-commerce. To wciąż mniej niż wynosi średnia dla polskiej gospodarki, która kształtuje się na poziomie 6,2 proc., ale niestety branża szybko nadrabia dystans. Prognozy ekspertów mówiące, że ten rynek osiągnie dojrzałość dopiero około roku 2030, kusi wielu nowych graczy do podejmowania ryzyka. Niestety nie każdemu się udaje, dlatego dostawcy powinni być ostrożni mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Potwierdza to analiza wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska. Wynika z niej, że blisko trzy czwarte podmiotów na rynku znajduje się w słabej kondycji finansowej (z czego 7,5 proc. w bardzo słabej). To o połowę więcej niż rok wcześniej.

kondycja sklepów internetowych
Źródło: Bisnode Polska

Mikołaje lubią kupować tanio i komfortowo

Obecnie na rynku e-commerce funkcjonuje 31,7 tys. sklepów. Oznacza to, że w ostatnich dwunastu miesiącach ich liczba powiększyła się blisko 2,8 tys. Zła kondycja finansowa oraz zadłużenie zmuszają jednak niektórych do zamknięcia działalności. Bisnode Polska wskazuje, że przyrost o 2 789 sklepów to wynik zarejestrowania 5 013 nowych sklepów internetowych przy jednoczesnym wykreśleniu 2 224 działalności. Zazwyczaj problemy dotykają mniejsze sklepy, powstające bez odpowiedniego przygotowania. Rynek jest dziś bardzo wymagający, zarówno ze względu na dużą konkurencję, jak i rosnące oczekiwania klientów.

Wskazując na trzy kluczowe czynniki przy wyborze sklepu internetowego, konsumenci podkreślają znaczenie nie tylko atrakcyjnej ceny, ale także szybkiej i taniej dostawy oraz pozytywnych doświadczeń z danym sklepem – podaje e-Commerce Polska. Promuje to większych graczy, którzy mają odpowiednie doświadczenie w obsłudze klienta. A ci oczekują od zakupów online wygody. Na przykład ponad połowa kupujących wymienia możliwość darmowego odesłania produktów kurierem (door-to-door) jako czynnik zachęcający do skorzystania z oferty danego sklepu.

Alternatywą dla mniejszych i początkujących sprzedawców jest prowadzenie działalności przez platformy typu Allegro czy Amazon. Są one spontanicznie wskazywane jako miejsce zakupów w sieci przez większość internautów, co świadczy o ich popularności. Taka forma bardzo ogranicza jednak możliwość budowania marki, a to za nią idą wyższe marże. Opiera się więc głównie na atrakcyjnych cenach. Jak wskazują eksperci, konkurowanie na takich zasadach jest ryzykowne, choć z punktu widzenia klientów atrakcyjne. Polacy lubią kupować prezenty spontanicznie, a najczęściej do ostatecznej decyzji zachęcają nas promocje. To m.in. dzięki świątecznej gorączce zakupów rynek e-commerce w roku 2019 osiągnie wartość ok. 50 mld zł. Wynik przed końcem roku mógłby być zapewne jeszcze lepszy, ale część z nas nauczona doświadczeniem zrezygnuje z zakupu prezentów w sieci „na ostatnią chwilę” ze względu na problemy z dostawą. Jak co roku można spodziewać się, że kurierzy będą mieli nadmiar pracy. W okresie świątecznym liczba przesyłek skoczy o około 50 proc.

Ponad 70 proc. Polaków deklaruje, że w okresie Bożego Narodzenia planuje wspomóc inicjatywy charytatywne

Święta Bożego Narodzenia to nie tylko prezenty i choinka. Dla wielu osób to także okazja, by pomóc tym, którzy potrzebują wsparcia. Jak pokazuje raport firmy doradczej Deloitte „Zakupy świąteczne 2019” Polacy chętnie dzielą się tym, co mają z innymi. Taką postawę deklaruje ponad 73 proc. z nas.  Ponad 35 proc. ankietowanych chce pomóc osobom, które zmagają się z ciężkimi chorobami, a prawie jedna czwarta przeznaczy pieniądze dla najbiedniejszych. Na wsparcie mogą liczyć również inicjatywy kulturalne czy organizacje pomagające zwierzętom. Najczęściej Polacy deklarują pomoc finansową w wysokości do 100 zł.

W tym roku Polacy na prezenty, świąteczne potrawy, spotkania z najbliższymi oraz podróże przeznaczą średnio 1 521 zł. – Z roku na rok wydajemy coraz więcej. W tym roku odnotowaliśmy wzrost o 5 proc. Ale co ciekawe, jednocześnie coraz chętniej wspomagamy najbardziej potrzebujących. Stąd pomysł, by w tegorocznej edycji badania zapytać naszych respondentów, czy i komu chcą pomagać przy okazji Bożego Narodzenia – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w dziale strategii Deloitte.

Jak się okazuje pomoc charytatywną planuje prawie trzy czwarte ankietowanych (73,2 proc.). Rok temu było to 71 proc. osób. Pierwsza „trójka” inicjatyw, które najchętniej wspieramy to pomoc dla chorych i wymagających ratowania życia, działalność wspierająca ochronę przyrody, klimatu i zwierząt, a także organizacje religijne. W ubiegłym roku na podium znalazła się pomoc dla najuboższych.

W tym roku w okresie bożonarodzeniowym w pierwszej kolejności chcemy wesprzeć chorych (35,2 proc.). W tej grupie na ten cel ponad połowa ankietowanych przeznaczy od 20 do 49 zł, a 35 proc. od 50 do 99 zł.

Z kolei prawie jedna trzecia badanych Polaków (29 proc.) zasili konto organizacji walczących ze zmianami klimatu i działających na rzecz zwierząt. To wzrost o 5 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. Ponad 90 proc. osób w tej grupie przeznaczy na tę pomoc do 100 zł.

Wsparcie inicjatyw religijnych planuje 27,6 proc. badanych. To prawie dwa razy więcej niż rok temu, gdy taką pomoc deklarowało 14,2 proc. I tak ponad połowa z tych osób (53,4 proc.) ze swojego budżetu przeznaczy na ten cel od 50 do 99 zł.

Niemal 24 proc. Polaków zamierza również wesprzeć osoby w trudnej sytuacji materialnej i co ciekawe, inicjatywy kulturalne (obie odpowiedzi – 23,7 proc.). Ta ostatnia kategoria w ciągu roku wzrosła o przeszło 100 proc.

Bez euforii po potwierdzeniu umowy USA-Chiny

Nie ma euforii po potwierdzeniu umowy USA-Chiny, a powody są te same, co wcześniej: brak terminu, szczegółów i generalnie czegoś nowego do dyskontowania. Przynajmniej nowe cła nie są wprowadzane i to wystarcza, by podtrzymać optymistyczny spokój, choć wizja przerwy świątecznej w dalszym ciągu może przynieść odwrót. Przy osłabieniu wpływu ryzyk politycznych, dane wracają do łask.

Jeśli jestem zainteresowany jakimś filmem, który wchodzi do kin, staram się unikać wszelkich zwiastunów. Te krótkie filmy promocyjne czasami zdradzają tak wiele z fabuły, że zbytecznym staje się pójść na film do kina. Z porozumieniem handlowym USA-Chiny jest podobnie. Od września rynki były karmione zapewnieniami, że do umowy Pierwszej Fazy dojdzie i że będzie ona wstępem do szerokiego porozumienia i zakończenia sporu. Spekulacji (często podpartych przeciekami ze „źródeł”) było sporo, dzięki czemu inwestorzy uwierzyli, że porozumienie jest kwestią czasu. W efekcie ostateczne potwierdzenie nie wywołało euforii, gdyż większość jego skutków od dawna było oczekiwane. Jedyne, co można odbierać jako pozytywne i nowe, to niewprowadzenie nowych ceł od 15 grudnia, a dodatkowo redukcja o połowę ceł na imporcie towarów wartych 120 mld USD. Ale wciąż informacjom o umowie brakuje kluczowych szczegółów, terminu ostatecznego podpisania przez głowy państw, więc pewna doza niepewności musi pozostać. Rynki otrzymały za mało, by stało się to katalizatorem świeżego skoku apetytu na ryzyko. Szczególnie, że choć umowa wydaje się uzgodniona na prawie 100 proc., to jednak wciąż podlega rewizji. Dokładając do tego perspektywę wygaszania handlu przed świąteczną przerwą, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że rynek może spróbować schłodzić emocje i zrealizować część zysków, biorąc pod uwagę nieprzewidywalność ryzyka politycznego.

Przy odstawieniu na bok czynników geopolitycznych, wzrasta znaczenie danych makro, a tu ciągle nie widać solidnych oznak przyspieszenia ożywienia. Dane mogą być czynnikiem decydującym dla całego tygodnia. Rozczarowujące odczyty wzmocnić przekonanie, że rynki zapędziły się w dyskontowaniu optymizmu, z kolei pozytywne niespodzianki utwierdzą optymistów w swoich racjach.

W USA indeksy PMI, NY Empire State czy Philly Fed powinny pomóc określić kondycję aktywności biznesu, szczególnie kiedy ostatnie szacunki ISM pozostawiły mieszane nastroje. Mocne odczyty w połączeniu z pasywnym Fed i solidną postawą rynku pracy powinny budować obraz przyjazny bardziej ryzyku i rynkowi akcji, a niekoniecznie dla USD. EUR potrzebuje silnego potwierdzenia, że gospodarka wychodzi z dołka, ale dziś rano europejskie PMI oddalają ta wizję. Ostatnia szansa jeszcze w niemieckim indeksie Ifo w środę. W Wielkiej Brytanii z danych w następnym tygodniu trudno będzie odsiać niepewność o wynik wyborów i przyszłość brexitu, więc do wahnięć względem prognoz należy podchodzić z rezerwą. Posiedzenie Banku Anglii (czw) powinno przynieść utrzymanie stopy procentowej bez zmian, ale przy dysydentach chcących cięcia. Ostatnim razem było ich dwóch – większa liczba podsienie ryzyko obniżki na początku przyszłego roku. GBP może być ponownie wrażliwy na czynniki makro, szczególnie przy nawisie długich pozycji budowanych przed wyborami.

W Polsce mamy wysyp danych makro (śr-pt), które (pomijając wahania sezonowe) powinny wskazać na stabilizację aktywności gospodarczej. Ponieważ RPP na każdym kroku potwierdza chęć utrzymania stóp procentowych bez zmian w 2020, a prawdopodobnie też i w 2021 r., dane nie są katalizatorem dla rynku walutowego. EUR/PLN wrócił do korytarza utrzymywanego przez większość czasu w ciągu ostatnich 18 miesięcy (4,26-4,32) i nie sądzimy, aby miał z niego się wychylać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Połowa środków przeznaczonych na reklamę jest zmarnowana, tylko która?

Guru marketingu, John Wanamaker, zwykł pytać retorycznie: “Połowa środków przeznaczonych na reklamę jest zmarnowana, tylko która?”. Dziś, blisko 100 lat po jego śmierci, jesteśmy bliżej odpowiedzi niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki badaniom Gartnera dowiedzieliśmy się, że wiele wskazuje na to, że chodzi o technologie. Mimo rosnących inwestycji, specjaliści od promowania nie wykorzystują w pełni możliwości, jakie oferują posiadane przez nich narzędzia. Jak twierdzą pytani w badaniu Gartnera – marketerzy wykorzystują zaledwie 60% potencjału, jaki oferują te rozwiązania.

Wartość rynku martech systematycznie rośnie, potwierdza to nowy raport “Martech: 2020 i później”, opracowany przez University of Bristol, który szacuje, że światowe wydatki na technologię marketingową wyniosą w 2019 r. 121,5 mld USD. To więcej niż roczna wartość gospodarki Ukrainy (112 mld USD), a przecież mówimy tylko o jednym z narzędzi promowania. Jednocześnie światło dzienne ujrzały wyniki badania Gartnera, które wywołały zaniepokojenie w branży marketingu. Okazuje się bowiem, że mimo iż specjaliści ds. promowania mają do dyspozycji wiele wydajnych narzędzi, tak naprawdę wykorzystują zaledwie 60% ich możliwości. Prosta matematyka pozwala obliczyć, że to blisko… 50 mld USD straty! Co jest tego przyczyną?

Martech, czyli marketing nowego millenium

Określenie martech wydaje się niszowym zagadnieniem. Może to zaskakiwać, gdyż jest całkowicie odwrotnie! Marketing technologies, a po naszemu technologie marketingowe to rozwiązania, które są nie mniej popularne niż technologie dla branży finansowej, zwane lepiej jako fintech. Martech, podobnie jak fintech jest wszechobecny i oddziaływuje na każdego z nas. Nie ważne jak dużą działalność prowadzisz, niezależnie czy mówimy o małych, średnich, dużych, czy największych podmiotach, każdy z nich wykorzystuje martech.

To nie jest wyłącznie przywilej zarezerwowany dla gigantów – dziś wykorzystują go wszystkie firmy świata, zarówno te z rozbudowanym działem marketingu, jak i też te, gdzie za działania promocyjne odpowiada jedna osoba. Martech jest jak szwajcarski scyzoryk – posiada wiele funkcji, których wykorzystanie zależy wyłącznie od potrzeb właściciela. – “Do narzędzi martech zaliczamy między innymi platformy DMP, które używane są do integracji danych z różnych źródeł oraz ich segmentacji, co pozwala realizować wysoce spersonalizowane kampanie online w modelu programmatic” – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, specjalizującej się w big data marketingu..

Masz 60% szans na sukces

Według Gartner, Inc. liderzy marketingu starają się robić postępy w wykorzystaniu możliwości, jakie oferuje posiadana przez nich technologia marketingowa – martech. Jednak to zaledwie usprawiedliwienie dla wyników badania Marketing Technology Survey 2019, które budzą pewien niepokój, ponieważ wg raportu, liderzy marketingu wykorzystują tylko 58% potencjału posiadanych rozwiązań klasy martech. – “W dobie cyfrowej transformacji działania marketingowe jak nigdy wcześniej łączą się z obszarami zarządzania i IT. Marketerzy nie muszą mieć umiejętności programistycznych, ale analityczne już tak. Gdy każdego dnia mają do czyniania z ogromem danych, muszą wiedzieć co ma wartość, a co nie. Bo to tam ukryty jest klucz do zrozumienia potrzeb klientów, i zaplanowania skutecznej kampanii marketingowej. Bez technologii marketing nie będzie efektywny.” – mówi Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Dzieje się tak pomimo faktu, że marketerzy nie szczędzą środków na rozwiązania technologii marketingowych – jak wskazują wyniki badania Gartner Spend Survey 2019-2020, przeszło 26% budżetów promocyjnych przeznacza się na nowe rozwiązania z zakresu martech.

Zmarnowany czas i pieniądze

Mawia się, że czas to pieniądz, a przecież narzędzia martech to przede wszystkim szansa na automatyzację wielu procesów, czasochłonnych i powtarzalnych, ale również tych bardzo złożonych. W tym kontekście oszałamiające są statystyki raportu WorkMarket 2020 przygotowanego przez In(Sight). Ponad połowa ankietowanych pracowników twierdzi, że może zaoszczędzić do 2h pracy dziennie, dzięki automatyzacji. To jednak nie koniec, 78% liderów biznesu oceniło, że automatyzacja może skrócić ich czas pracy nawet o 3h dziennie – to aż 360h rocznie.

Gdzie wobec tego upatrywać przyczyny powstania takiej wyrwy, między tym co firma może a tym, co rzeczywiście robi? W omawianym raporcie Gartnera 29% liderów marketingu wskazało, że głównymi przeszkodami, które nie pozwalają im w pełni wykorzystać potencjału martech, który drzemie w ich organizacjach, są braki w wyszkoleniu i posiadanych umiejętnościach. Technologia bez ludzi jest kompletnie bezużyteczna. Tym bardziej że współczesny marketing wymaga interdyscyplinarnego podejścia, a tych kompetencji nie zdobywa się nagle.

To jednak niejedyna przyczyna obecnego stanu – równie ważne jest to, że aż 27% liderów marketingu twierdzi, że zarówno integracja pomiędzy rozwiązaniami technologii marketingowych, jak i identyfikacja i rekrutacja nowych talentów są największymi przeszkodami w efektywnym wykorzystaniu rozwiązań martech.

Bank Millennium i ING Bank Śląski liderami rankingu lojalności w Polsce – badanie Bain & Company

Bank Millennium i ING Bank Śląski mają najbardziej lojalnych klientów detalicznych, wynika z najnowszego badania zachowań i preferencji klientów (NPS) przeprowadzonego przez firmę doradczą Bain & Company. Większość banków w Polsce poprawiła wskaźniki zadowolenia w porównaniu z rokiem ubiegłym, a klienci docenili poprawę jakości świadczonych usług w kanale cyfrowym, szczególnie bankowości mobilnej.

Wskaźnik zadowolenia NPS (Net Promoter Score) dla Banku Millennium wzrósł w porównaniu z rokiem ubiegłym o 10 punktów do 43, co oznacza, że odsetek klientów w pełni zadowolonych i gotowych polecać go znajomym jest o 43% wyższy od odsetka osób niezadowolonych. Tuż za bankiem Millennium uplasował się ING Bank Śląski z wynikiem NPS na poziomie 42, co oznacza wzrost o 5 punktów w stosunku do ubiegłego roku. PKO Bank Polski i Bank Pekao, które dotychczas notowały najniższe wskaźniki lojalności wśród polskich banków, w ostatnich dwóch latach znacząco poprawiły wskaźniki zadowolenia, które obecnie wynoszą odpowiednio 25 i 21.

Ranking lojalności w Polskim sektorze bankowym

Ranking lojalności w Polskim sektorze bankowymPoprawa ocen klientów to w dużej mierze zasługa rozwoju bankowości internetowej i mobilnej. Klienci doceniają to, że większość spraw mogą załatwić przez aplikację bankową lub na stronie internetowej i nie muszą odwiedzać oddziału – powiedział Marcin Szczuka, dyrektor w Bain & Company Poland/CEE w Warszawie. –  Dlatego dalsze rozwijanie kanałów cyfrowych powinno być strategicznym priorytetem banków detalicznych, ponieważ bezpośrednio przekłada się na poziom zadowolenia klienta, jego lojalność i w rezultacie pozwala zwiększać przychody.

Badanie Bain & Company pokazuje, że obecnie około 80% kontaktów z bankiem odbywa się poprzez kanały cyfrowe, a smartfon i tablet stały się najbardziej popularną formą kontaktu. Liderzy rankingu lojalności swoją pozycję w dużej mierze zawdzięczają właśnie inwestycjom w rozwój bankowości mobilnej.

Sposób kontaktu z bankiem

Sposób kontaktu z bankiemZ badania wynika również, że banki mają wciąż duże pole do poprawy zadowolenia klientów. Chociaż klienci coraz częściej wyszukują informacji o ofercie w Internecie, to większość produktów kupują podczas wizyty w oddziale lub przez telefon. Dotyczy to zwłaszcza kart kredytowych, pożyczek oraz produktów dla małych przedsiębiorstw. Niemal 30 proc. respondentów przyznało, że wyszukiwało informacji o produktach w kanale cyfrowym ale potem kupiło je w oddziale banku. Był to najwyższy odsetek wśród 22 krajów objętych badaniem.

Sposób zakupu produktów bankowych

Niektórych produktów bankowych wciąż po prostu nie można w Polsce kupić przez Internet. Ankietowani klienci najczęściej tłumaczyli, że kupili produkt w oddziale, bo tak im było łatwiej lub potrzebowali pomocy ze strony pracownika banku – powiedział Szczuka. – W czasach, gdy coraz więcej osób korzysta z cyfrowego dostępu, banki powinny skupić się na rozwoju tego kanału sprzedaży. Problem staje się również o tyle istotny, że o klienta detalicznego konkurują między sobą nie tylko banki, ale również w coraz większym stopniu firmy technologiczne.

Jak wynika z badania, zainteresowanie usługami finansowymi oferowanymi przez uznane firmy technologiczne utrzymuje się w Polsce na jednym z najwyższych poziomów wśród krajów rozwiniętych. Prawie dwie trzecie klientów banków w Polsce (63%) deklaruje chęć korzystania z ich usług, przy czym największą otwartość przejawiają osoby młode. Wśród firm technologicznych, z których usług korzystali ankietowani w ciągu ostatniego roku, najwięcej z nich wymieniło Facebook, Google i Allegro.

Tegoroczne badanie zostało przeprowadzone przez Bain & Company wśród klientów banków detalicznych w 22 krajach i objęło łącznie 134.000 osób. W Polsce wzięło udział 6.900 klientów. Badano poziom lojalności klientów, ich zachowania i preferencje.

Złodzieje nie mają świąt

Według policyjnych statystyk w niemal co 10 minut w Polsce dochodzi do wyłamania. W zeszłym roku policja odnotowała 69 058 kradzieży z włamaniem. Nadchodzący okres świąteczny to czas wypoczynku i rodzinnych wyjazdów, warto jednak pamiętać, że świąteczny czas to również czas wzmożonej aktywności włamywaczy.

Nie ma jednego sposobu, aby ustrzec się przed włamaniem. Złodzieje co chwila zaskakują nowymi sposobami na dostanie się do domów i mieszkań, a okres około świąteczny jest dla nich jednym z najbardziej pracowitych okresów ciągu całego roku. Wynika to z kilku kwestii. Po pierwsze świąteczne wyjazdy, czy to dłuższe kilkudniowe, czy też krótkie odwiedziny. Złodzieja bacznie obserwują mieszkanie i jego właścicieli, na podstawie zebranych informacji planują włamanie. Przed wyjazdem warto sprawdzić czy dokładnie zamknęliśmy mieszkanie i uruchomić alarm, jeśli go mamy. Przy dłuższych wyjazdach warto poprosić o pomoc zaufaną sąsiadkę. Jeśli wieczorem w oknach pojawi się włączone światło, włamywacze będę mieli wątpliwości, czy aby na pewno w mieszkaniu nikogo nie ma.

W ostatnim czasie dochodzi również do tzw. białych włamań. Mechanizm jest bardzo prosty, złodziej sprawdza pociągając za klamkę czy drzwi są zamknięte, jeśli tak, trudno, jeżeli jednak właściciel przez nieuwagę nie przekręcił zamka, jest to otwarta droga dla złodzieja. W takich przypadkach trudno udowodnić przed policją, że do włamania doszło, skoro zamek nie jest zniszczony. Białe włamania są popularne właśnie w okresie świątecznym, kiedy jesteśmy zabiegani, lista zadań do wykonania jest bardzo długa. W takim zabieganiu nietrudno zapomnieć o zamknięciu drzwi.

Zdarza się również, że złodzieje wchodzą do domu pod obecności mieszkańców. Korzystają z tego, że drzwi są otwarte, a właściciele zajęci są gośćmi w innej części domu. Łupem takich włamań padają najczęściej przedmioty, które są najbliżej drzwi. W ten sposób złodziej kradną również samochody, ponieważ kluczyki bardzo często leżą tuż przy drzwiach.

Nie ma zabezpieczeń, które w 100% zapewnią nam ochroną przed włamaniem. Zarówno z moich obserwacji, jaki i statystyk policyjnych wynika, że zdecydowanie warto jednak zainwestować w solidne, antywłamaniowe zamki, drzwi i okna. Trzeba tez sprawdza przed wyjściem, czy są dokładnie pozamykane.  Dobrym rozwiązaniem są również antywłamaniowe rolety. Z policyjnych statystyk wynika, że ok. 80% włamań następuje przez okna. Próba sforsowania tego rodzaju zabezpieczenia wymaga więcej czasu niż wybicie szyby. Osoba, która siłuje się z metalowym zabezpieczeniem zwróci uwagę sąsiadów, a to może uchronić przed utratą dobytku. Warto mieć dobre relacje z sąsiadami, to oni w pierwszej kolejności mogą zapobiec włamaniu.

Komentarz Mariusza Łubińskiego, Prezesa Zarządu Admus Sp. z o.o., firmy wyspecjalizowanej w zarządzaniu nieruchomościami.

Port Lotniczy Lublin podsumował 7 lat działalności

Ponad 2,2 mln odprawionych pasażerów, 99 mln euro wygenerowanych przychodów pośrednich dla gospodarki regionu oraz nowe miejsca pracy – tak Port Lotniczy Lublin podsumowuje 7 lat funkcjonowania na rynku.

Port Lotniczy Lublin rozpoczął działalność 17 grudnia 2012 roku, otwierając tym samym okno regionu na świat. Z Lublina przez siedem lat operowało 13 przewoźników: Wizzair, Rynair, PLL LOT, BMI Regional, Small Planet, Eurolot, Bravo Airways, Lufthansa, Carpatair, Travel Service, Enter Air, TUI fly. Lubelskie lotnisko było też jednym z dwóch w Polsce, z którego latał easyJet. Przez ten czas w siatce lotów pojawiły się połączenia krajowe i zagraniczne oraz loty czarterowe. Warto wspomnieć, że rozwija się także ruch general aviation. Samoloty biznesowe przylatują nie tylko z Polski i Europy, ale nawet USA i Australii.

Od momentu powstania, z lotniska skorzystało ponad 2,2 mln podróżnych. Należy jednak pamiętać, że lotnisko to nie tylko liczba odprawionych pasażerów, ale także wymierne korzyści dla regionu, które są impulsem pobudzającym gospodarkę. Dzięki rozwojowi ruchu turystycznego, wygenerowanego przez Lublin Airport, pośrednie przychody regionu wyniosły 99 mln euro. Około 30% ruchu stanowią pasażerowie mieszkający na stałe poza regionem i turyści, którzy przylatując do Lublina wydają średnio około 150 euro.

7_lat_Lublin_Airport_1 7_lat_Lublin_Airport_1 7_lat_Lublin_Airport_3 7_lat_Lublin_Airport_1Ale to nie wszystko. Port Lotniczy Lublin to także jeden z bardzo dużych pracodawców, który obecnie zatrudnia 235 osób. Oprócz tego, na terenie lotniska powstało około 220 dodatkowych miejsc pracy związanych z działalnością operacyjną (straż graniczna, celnicy, pracownicy IMGW, pracownicy Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, handlingu, pracownicy dostarczający paliwo czy catering, mechanicy, załogi, obsługa sklepów, gastronomii) oraz wiele innych indukowanych miejsc pracy w  gospodarce miasta i regionu.

Port Lotniczy Lublin na stałe wpisał się w krajobraz gospodarczy naszego województwa. Lotnisko otworzyło możliwości dla wielu firm produkcyjnych i handlowych w województwie lubelskim. Wpłynęło też znacząco na komfort podróżowania mieszkańców regionu. Siódmy rok naszej działalności kończymy wprawdzie spadkiem liczby odprawianych pasażerów, ale jest on kontrolowany. To konsekwencja, podjętej przez linie Wizz Air dwa lata temu, decyzji o ograniczeniu oferowania i zamknięciu bazy operacyjnej w Lublinie. Już dzisiaj wiemy, że liczba miejsc w samolotach w przyszłym roku, nie tylko naszego głównego partnera linii lotniczych Wizz Air, ale też innych przewoźników, znacząco się zwiększy i powróci do wartości z poprzedniego roku – powiedział prezes zarządu Portu Lotniczego Lublin Krzysztof Wójtowicz.

W 2020 roku planowane jest ponowne przekroczenie bariery 400 tys. obsłużonych podróżnych.

Warto dodać, że wprowadzone do siatki lotów połączenie przesiadkowe do Warszawy, realizowane przez linie lotnicze LOT, okazało się dużym sukcesem. Rejsy wpłynęły na zwiększenie dostępności komunikacyjnej miasta i regionu z największymi ośrodkami miejskimi w Polsce, ale także Europy, USA i Dalekiego Wschodu. Dzięki temu, udało się zamienić ruch pasażerów, którzy do tej pory wybierali lotniska w Warszawie, na ruch wylatujący bezpośrednio z Lublina. Co ważne, mimo poprawy komunikacji drogowej do stolicy, połączenie nadal cieszy się dużym zainteresowaniem.

Na szczególną uwagę zasługują także powracające do siatki lotów połączenia czarterowe. W tej chwili w sprzedaży są już trzy trasy oferowane przez trzy biura podróży: dwa rejsy do Antalyi i jeden do Burgas. Istnieje szansa, że lista kierunków jeszcze się powiększy – dodaje prezes Wójtowicz.

Port Lotniczy Lublin odbudowując ofertę lotów czarterowych, szacuje, że liczba pasażerów przewiezionych na trasach wakacyjnych w 2020 roku przekroczy 10 000.

Od połowy 2019 roku, pasażerowie korzystający z lotniska mają do dyspozycji większą poczekalnię i bogatszą część komercyjną, To efekt zakończonej w mijającym roku budowy nowej części terminala. Dzięki temu, zwiększyła się jego przepustowość, a port może obsługiwać jednocześnie pięć samolotów o pojemności od 180 do 230 pasażerów.

Przed świętami szaleństwo pożyczkowe, po świętach windykacja

Zaciągnięcie kredytu lub pożyczki wydaje się być coraz szybsze i prostsze. Właściwie każdy pełnoletni obywatel może zaciągnąć pożyczkę, ale czy każdy może sobie na nią pozwolić? Jak pożyczać odpowiedzialnie? W jaki sposób sprawdzić, czy nasz domowy budżet udźwignie ratę kredytu? Jak nie wpaść w spiralę zadłużenia? O czym pamiętać w kontakcie z firmą windykacyjną?

Warto pamiętać, że dużą część sytuacji windykacyjnych prowokują sami konsumenci, którzy zadłużyli się w sposób nieodpowiedzialny. O zaciąganie nowych zobowiązań nietrudno – zwłaszcza w okresie przedświątecznym, któremu towarzyszą duże emocje i gdy potrzeb zakupowych mamy zdecydowanie więcej, a każdą z nich moglibyśmy sfinansować nowym kredytem czy pożyczką. Zewsząd kuszą nas reklamy „najlepszych”, „najtańszych”, „najpotrzebniejszych” produktów i usług. W takich sytuacjach często tracimy kontrolę nad domowym budżetem i zapominamy, że rozsądek powinien być priorytetem.

Świadome gospodarowanie domowym budżetem to umiejętność nie do przecenienia. Warto poświęcić kilka godzin w miesiącu na uporządkowanie swoich finansów oraz prowadzenie tzw. „małej księgowości”, dotyczącej wszystkich wpływów oraz wydatków. Najlepiej zapisać kwotę, którą mamy do dyspozycji na początku miesiąca. Następnie odjąć to, co przeznaczamy na opłaty stałe oraz tzw. bieżące wydatki (jedzenie, komunikację, zakup ubrań czy kosmetyków). Warto uwzględnić wszystkie zobowiązania, które już zaciągnęliśmy i musimy je spłacać, np. pożyczki konsumenckie, kredyt mieszkaniowy czy leasing za samochód. Po dokonaniu tych wyliczeń, zobaczymy, czy i jakie rezerwy zostają w naszym budżecie i czy możemy sobie pozwolić na zaciągnięcie nowego kredytu. Jeżeli – bez dodatkowych zobowiązań – trudno nam zmieścić się w kwocie, jaką mamy do dyspozycji, to kolejna rata kredytu może pogorszyć naszą sytuację finansową, a nawet doprowadzić do niewypłacalności – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Organizacja, którą zarządza realizuje kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa!”.

Polak mądry… przed wzięciem pożyczki

Z badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, przeprowadzonego przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, wynika, że rośnie liczba gospodarstw, które mają trudności z ich terminową spłatą z powodu lekkomyślnie zaciąganych kredytów oraz braku planowania wydatków i dochodów. W 2018 r. taką odpowiedź wskazało 56,5 proc. respondentów, co oznacza 20 proc. wzrost w porównaniu z sytuacją sprzed czterech lat. Tylko 14,5 proc. ankietowanych przyznało, że przyczyną problemów z regulowaniem zobowiązań były losowe wypadki. Przed zaciągnięciem pożyczki warto więc zastanowić się, czy rzecz, którą chcemy kupić „na kredyt” jest nam w tej chwili rzeczywiście niezbędna oraz czy nasz domowy budżet „uniesie” spłatę rat.

Instytucję pożyczkową warto zweryfikować

Przed zaciągnięciem pożyczki warto zweryfikować instytucję, która będzie jej udzielać. Zgodnie z polskim prawem firma, która pożycza pieniądze, musi mieć formę spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółki akcyjnej. Takie przedsiębiorstwo powinno posiadać też kapitał zakładowy w wysokości co najmniej 200 tys. zł, który nie może pochodzić z emisji obligacji, kredytu, pożyczki lub nieudokumentowanych źródeł. Kluczowy jest też wpis do rejestru prowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego. Warto też sprawdzić, czy firma należy do jednej z organizacji branżowych (np. Związku Przedsiębiorstw Finansowych) oraz czy przestrzega norm etycznych takich jak Zasady Dobrych Praktyk, ustanowione w ramach ZPF.

W umowie trzeba zwracać uwagę na zapisy dokonane „małym druczkiem”, ale nie tylko

Jeżeli decyzja o zaciągnięciu pożyczki już zapadła, warto porównać oferty dostępne w różnych instytucjach. Najważniejsze jest oprocentowanie nominalne oraz RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania. Warto pamiętać, że oprócz oprocentowania wskaźnik RRSO uwzględnia również wszelkie prowizje, ubezpieczenia oraz inne opłaty, które spłacane są w ratach miesięcznych. Przed podpisaniem umowy trzeba ją zawsze dokładnie przeczytać (także te postanowienia, jeśli takie są, które zapisano tzw. małym druczkiem), a następnie przeanalizować. W przypadku wątpliwości zadawać pytania lub skonsultować się z kimś bliskim, o ile jego wiedza finansowa może być dla nas wsparciem. Warto podkreślić, że w takiej umowie musi znaleźć się między innymi informacja o tym, jaka jest suma wszystkich kosztów ponoszonych przez kredytobiorcę oraz o terminach spłat.

Uwaga na spiralę zadłużenia

Zdarza się, że zaciągając nowe zobowiązanie, byliśmy w dobrej sytuacji finansowej, która później uległa pogorszeniu. Okazało się, że musieliśmy poradzić sobie z niespodziewanymi wydatkami, straciliśmy pracę, bliska osoba lub członek rodziny poważnie zachorował albo najzwyczajniej – przeszacowaliśmy koszty i obecnie nie mamy wystarczających środków na spłatę zobowiązania. W takich sytuacjach często szukamy ratunku w kolejnej pożyczce, a nowe środki chcemy przeznaczyć na spłatę wcześniejszego zobowiązania. Takie działanie może nas wpędzić w tzw. spiralę zadłużenia i spowodować jeszcze większe problemy finansowe – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF. – Zanim weźmiemy nową pożyczkę, warto porozmawiać z obecnym pożyczkodawcą i powiedzieć mu o swoich problemach finansowych. Być może istnieje możliwość wydłużenia terminu spłaty, odroczenia płatności (czyli tzw. wakacje kredytowe), rozłożenia zobowiązania na niższe raty. Jeżeli posiadamy kilka zobowiązań, warto sprawdzić, czy można je skonsolidować i spłacać przez dłuższy czas, nawet z niższą ratą.

Z firmą windykacyjną warto rozmawiać

Co robić, gdy dzwoni przedstawiciel firmy windykacyjnej i upomina się o spłatę zadłużenia? Do takiej sytuacji dochodzi zazwyczaj wtedy, gdy konsument przez dłuższy czas nie spłacał zaciągniętych zobowiązań. Z osobą zadłużoną może kontaktować się zarówno sam wierzyciel (np. bank lub instytucja pożyczkowa czy telekom lub spółdzielnia mieszkaniowa), jak i firma windykacyjna, która odkupiła od niego wierzytelność i teraz działa w imieniu wierzyciela, co oznacza, że odzyskuje należność na jego zlecenie.

Z przeprowadzonego w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa!” badania wynika, że konsumenci obawiają się kontaktu z windykatorem i nie zawsze wiedzą co zrobić, gdy dzwoni. Warto jednak rozmawiać z firmą windykacyjną – i to z kilku względów. Po pierwsze, tylko w taki sposób można dowiedzieć się, o jakie zadłużenie chodzi, z jakiego tytułu powstało oraz jakie kwoty mamy do uregulowania. To może pozwolić nam nie dopuścić do sprawy sądowej i jeszcze wyższych kosztów, jakie w związku z tym nas obciążą. Po drugie, można negocjować warunki spłaty: ustalić harmonogram, rozłożyć zadłużenie na dogodne dla nas raty etc. Dzisiejsza windykacja opiera się na dialogu i negocjacjach, a firmie windykacyjnej zależy na tym, by pomóc osobie zadłużonej wyjść z kłopotów finansowych. Skierowanie sprawy do sądu jest zazwyczaj ostatecznością. Gdy sąd wyda prawomocny wyrok bądź nakaz zapłaty, sprawa wkroczy w etap postępowania egzekucyjnego. Komornik będzie miał wtedy prawo zająć przedmioty należące do osoby zadłużonej. Jako dłużnicy, z prawomocnym wyrokiem nakazującym spłatę należności, będziemy musieli się wtedy liczyć z dodatkowymi wydatkami. A przecież w spłacie długu nie o chodzi o to, by generować kolejne koszty. Warto być mądrym przed zaciągnięciem pożyczki, w trakcie pożyczania oraz… spłacania. Przede wszystkim warto jednak pamiętać, że wyłącznie rozsądne pożyczanie ma sens i jest pożyteczne. Inaczej wpędzić się możemy w niechciane w długi.

60 dni na zwrot VAT, nie 660. Przedsiębiorca wygrywa w sądzie ws. nieuzasadnionego wstrzymywania zwrotu VAT

„Sprawnie” działający organ podatkowy potrafi kilkukrotnie bądź też nawet kilkunastokrotnie przedłużać termin zwrotu należnej przedsiębiorcy nadwyżki VAT. Jeden z warszawskich przedsiębiorców, nękany kolejnym takim wydłużaniem kontroli, wniósł na te działania skargę do sądu i uzyskał ochronę. Mimo wyroku organ nie zamierzał jednak zwracać kwoty należnego przedsiębiorcy podatku. Zamiast tego wniósł skargę kasacyjną.

Zgodnie z art. 87 ust. 2 ustawy o VAT (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535, ze zm.) należny podatnikowi zwrot nadwyżki podatku naliczonego nad należnym powinien nastąpić w terminie 60 lub 25 dni od dnia złożenia przez niego deklaracji podatkowej. Gdy zasadność zwrotu wymaga dodatkowej weryfikacji, naczelnik urzędu skarbowego może ten termin wydłużyć. Jeśli przed podjęciem czynności sprawdzających lub w trakcie ich przeprowadzania okaże się, że nie będą one mogły zostać zakończone we wskazanym terminie, organ może przedłużyć termin zwrotu VAT do czasu zakończenia tych czynności (art. 274b § 1 Ordynacji podatkowej, Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).

Organy nie podały ani jednego argumentu

Warszawski przedsiębiorca prowadzący działalność w zakresie hurtowej sprzedaży warzyw i owoców złożył przed fiskusem deklarację VAT-7 za kwiecień 2017 r., wykazując w niej nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym w wysokości ponad 32 tys. zł. Naczelnik urzędu skarbowego kilkukrotnie przedłużał termin dokonania zwrotu. Po kolejnym takim przedłużeniu, gdy dodatkowo jego zasadność potwierdził Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie, zirytowany przedsiębiorca zwrócił się o pomoc prawną. Mec. Robert Nogacki, radca prawny z Kancelarii Prawnej Skarbiec, wniósł skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego, który wyrokiem z 16 stycznia 2019 r. przychylił się do podniesionych w niej zarzutów przedłużania przez organy terminu zwrotu należnej przedsiębiorcy kwoty podatku, bez podania uzasadnienia prawnego takich działań.

Jak zawarł w swoim orzeczeniu WSA w Warszawie, uchylając postanowienia organów obu instancji: „…postanowienie przedłużające termin wnioskowanego przez skarżącą zwrotu, powinno wskazywać przyczyny dokonywania dodatkowej weryfikacji zasadności tego zwrotu i je uzasadniać. Powodem niedokonania zwrotu nie może być tylko sam fakt wydania postanowienia, czy też sam fakt rozpoczęcia dodatkowej weryfikacji (…) Żaden z organów orzekających w tej sprawie nie podał natomiast choć jednego argumentu przemawiającego za tym, że istnieją przynajmniej wątpliwości dotyczące zadeklarowanego zwrotu” (sygn. akt III SA/Wa 1989/18).

Fiskus nie dał za wygraną

Mimo wygranej w sądzie fiskus nie zwrócił przedsiębiorcy pieniędzy. Jak podnosił Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie, WSA błędnie przyjął, że organ nie wykazał w sposób dostateczny istnienia wątpliwości co do zasadności zwrotu VAT, podczas gdy organ podejmował czynności prowadzące do zbadania zasadności jego zwrotu. Stwierdził również, że wbrew ustaleniom sądu w uzasadnieniu swojego postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu podatku poinformował przedsiębiorcę o powodach leżących u podstaw takiego postanowienia, jakimi były wątpliwości związane z koniecznością zweryfikowania przeprowadzonych przez niego rozliczeń z podmiotami biorącymi udział w transakcjach. Od korzystnego dla przedsiębiorcy wyroku organ wniósł skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Tym samym po raz kolejny, choć już inną metodą, wydłużył termin zwrotu należnego przedsiębiorcy podatku VAT.

Sąd kasacyjny potwierdził zasadność skargi przedsiębiorcy

NSA stanął jednak po stronie przedsiębiorcy, a dokładnie potwierdził słuszność wyroku wydanego przez WSA w Warszawie. W odpisie wyroku NSA doręczonym pełnomocnikowi przedsiębiorcy 5 listopada 2019 r. czytamy, że sąd kasacyjny przychylił się do opinii sądu pierwszej instancji, iż z zaskarżonego postanowienia oraz postanowienia NUS nie wynika na jakiej podstawie organy podatkowe powzięły wątpliwości co do przebiegu transakcji dokonywanych przez Stronę. Tym samym nie wynikają z nich wątpliwości co do zasadności zwrotu nadwyżki podatku naliczonego nad należnym” (wyrok z 13 września 2019 r., sygn. akt I FSK 1069/19).

Organ ma 60 dni na zwrot VAT, nie 660

Wstrzymywanie latami należnych przedsiębiorcom zwrotów nadpłaconego przez nich podatku VAT, i to bez uzasadnienia, może powodować i powoduje utratę płynności finansowej skutkującą pogorszeniem pozycji rynkowej, zwolnieniami pracowników, a w najgorszym wypadku upadłością samych przedsiębiorstw. A przecież przepisy podatkowe z jakiejś przyczyny wskazują, że termin badania zasadności zwrotu wynosi 60 dni – nie 660 czy 1 660. Oczywiście można dopuścić, że w zawiłych sprawach organ będzie potrzebował dodatkowego, kilku-, lub kilkunastodniowego, nawet ponownego 60-dniowego terminu na zweryfikowanie zasadności zwrotu. Trudno jednak o takie zrozumienie przy wielokrotnym przedłużaniu tego terminu, jak to miało miejsce w przypadku klienta warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec. Zwłaszcza iż sprawa ta pokazuje, że organy potrafią działać szybko, nawet bardzo. Zgodnie bowiem z art. 177 § 1 Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi termin na wniesienie skargi kasacyjnej wynosi 30 dni od dnia doręczenia odpisu wyroku z uzasadnieniem. A to jedynie połowa 60-dniowego terminu na dokonanie należnego przedsiębiorcom zwrotu VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inflacja w Polsce rośnie. Funt po wyborach wciąż niestabilny

Pomimo zdecydowanego zwycięzcy wyborów w Wielkiej Brytanii funt w dalszym ciągu raz zyskuje, raz traci. Niepokoje na kontynencie jednak wyraźnie spadają, o czym świadczą kolejne umocnienia złotego.

Funt dalej niespokojny

Brytyjska waluta wciąż charakteryzuje się bardzo dużą zmiennością. W nocy z czwartku na piątek wyceniano ją powyżej 5,17 zł, następnie wieczorem przez chwilę testowała poziom 5,10 zł. Dzisiaj z samego rana otarła się o 5,15 zł, by następnie spaść poniżej 5,11 zł. Zmienność ta jest efektem wyborów, w których z jednej strony mamy jasnego zwycięzcę, z drugiej, tak naprawdę, sam wynik nie informuje nas jeszcze dokładnie o tym, co będzie.

Inflacja w Polsce rośnie

W piątek poznaliśmy dane na temat wzrostu cen. Zgodnie z oczekiwaniami przyspieszył on do 2,6%, co jest wynikiem w dalszym ciągu bardzo bliskim celowi inflacyjnemu, który wraz z korytarzem tolerancji wynosi 1,5%-3,5%. Warto natomiast zwrócić uwagę, że jeżeli utrzyma się trend wzrostowy na cenach ropy naftowej, który będzie się przekładał na wzrost kosztów transportu, możemy szybko zobaczyć wyższe poziomy. Nie bez znaczenia może okazać się też odmrożenie cen prądu.

Słabe wstępne dane dla Unii

 Od rana poznajemy wstępne odczyty indeksów PMI dla przemysłu i dla usług. Lepsze od oczekiwań dane na temat usług nie powinny szczególnie cieszyć, gdyż wersja indeksu dla przemysłu jest zwyczajowo znacznie ważniejsza dla rynku. Ten indeks z kolei wypadł znacznie poniżej oczekiwań. Są to badania managerów odpowiedzialnych za zamówienia. Im wyższy indeks, tym większa przewaga oczekiwań optymistycznych nad pesymistycznymi w spojrzeniu ankietowanych na przyszłość. Wskaźnik ten jest uważany za istotny, gdyż pozwala wcześniej zauważyć pewne problemy, z którymi gospodarka będzie się mierzyć dopiero za jakiś czas.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Mobilny trojan zagraża naszym smartfonom

XHelper – to obecnie najbardziej popularny malware atakujący użytkowników smartfonów. Umożliwia on pobieranie zainfekowanych aplikacji lub reklam bezpośrednio na telefon, bez wiedzy użytkownika – takie wnioski przedstawiają analitycy Check Point Research, którzy regularnie dokonują analiz zagrożeń w cyberprzestrzeni.

Zespół badawczy firmy Check Point poinformował, że po raz pierwszy od ponad trzech lat trojan mobilny wszedł na szczyt listy najpopularniejszego szkodliwego oprogramowania, zajmując w listopadzie 8 pozycję.

Zdaniem analityków najczęściej wykorzystywanym typem malware jest botnet Emotet, który utrzymał pozycję nr 1 z października. Jednak w listopadzie wpłynął na zaledwie 9% organizacji na całym świecie, w porównaniu z 14% w poprzednim miesiącu.

– Zarówno Emotet, jak i XHelper to wszechstronne, wielofunkcyjne złośliwe oprogramowania, które można dostosować do potrzeb przestępców, tzn. mogą odpowiadać za dystrybucję oprogramowania ransomware, rozprzestrzenianie kampanii spamowych lub instalować złośliwe oprogramowanie na urządzeniach użytkowników. To pokazuje, że przestępcy próbują wielu różnych nielegalnych taktyk, aby zarabiać na swoich operacjach, zamiast podążać za jednym trendem, jak np. szyfrowaniem, które zdominowało sektor w 2018 r. – powiedziała Maya Horowitz, dyrektor ds. Analizy i badań zagrożeń, produkty w Check Point. – Dlatego ważne jest, aby organizacje wdrażały najnowszą generację rozwiązań anty-malware w swoich sieciach, a także na urządzeniach mobilnych pracowników, chroniąc wszystkie punkty końcowe przedsiębiorstwa. Należy również informować pracowników o niebezpieczeństwach związanych z otwieraniem załączników e-mail, pobieraniem zasobów lub klikaniem linków, które nie pochodzą z zaufanego źródła lub kontaktu.Polska_stan

Top 3 najbardziej poszukiwanych złośliwych programów z listopada 2019 r.:

Emotet utrzymał swoją pozycję na szczycie listy złośliwych programów z globalnym wpływem wynoszącym 9%. XMRig był drugim najpopularniejszym złośliwym oprogramowaniem atakującym 7% organizacji na całym świecie, a natomiast Trickbot dotknął 6% organizacji na całym świecie. W Polsce, stopień zagrożenia Emotetem jest jeszcze wyższy (9,6%), drugim najpowszechniejszym malware jest Magecart (8,9%), natomiast podium zamyka, Trickbot z ponad 8-procentowym wpływem na wszystkie badane organizacje.

  1. Emotet – Emotet to zaawansowany, samoreplikujący się i modułowy trojan. Znany wcześniej jako trojan bankowy, ostatnio wykorzystywany jako dystrybutor innego złośliwego oprogramowania lub złośliwych kampanii. Wykorzystuje wiele technik unikania wykrycia. Ponadto można go rozprzestrzeniać za pośrednictwem wiadomości e-mail zawierających spam typu phishing, zawierających złośliwe załączniki lub łącza.
  2.    ↔ XMRig – cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Wykryty po raz pierwszy w maju 2017 roku
  3.     ↔ Trickbot – dominujący trojan bankowy, stale aktualizowany o nowe możliwości, funkcje i wektory dystrybucyjne. Dzięki temu Trickbot może być elastycznym i konfigurowalnym złośliwym oprogramowaniem, które może być dystrybuowane w ramach kampanii o wielu celach.

Najpopularniejsze podatności w Listopadzie 2019 w Polsce

  1. xHelper – Złośliwa aplikacja na Androida, która pojawiała się w marcu 2019 r., Używana do pobierania innych złośliwych aplikacji i wyświetlania reklam. Aplikacja może ukrywać się przed użytkownikami i mobilnymi programami antywirusowymi i instaluje się ponownie, jeśli użytkownik ją odinstaluje.
  2. Guerrilla – Trojan na Androida, który znalazł się w wielu legalnych aplikacjach. Może pobierać dodatkowe złośliwe ładunki. Generuje przychody z fałszywych reklam dla twórców aplikacji.
  3. Lotoor – Narzędzie hakerskie, które wykorzystuje luki w systemie operacyjnym Android w celu uzyskania uprawnień roota na zainfekowanych urządzeniach mobilnych.

Najczęściej wykorzystywane podatności

Pierwsza trójka najpopularniejszych podatności utrzymuje się już drugi miesiąc z rzędu. Techniki wstrzykiwania SQL nadal przodują na liście, wpływając na 39% organizacji na całym świecie, druga w zestawieniu jest luka w zabezpieczeniach OpenSSL TLS DTLS, a tuż za nią zdalne wykonanie kodu MVPower DVR – wpływają odpowiednio na 34% i 33% organizacji na całym świecie.

Marek Skowroński (DB Schenker): Wyzwania polskiego transportu drogowego

W ostatnich latach transport drogowy w Polsce przeszedł transformację. Sytuację na rynku i wyzwania, z którymi mierzy się branża logistyczna, ocenia Marek Skowroński, Vice President Land Transport Cluster North East Europe w DB Schenker.

Analitycy Banku Gospodarstwa Krajowego prognozują spowolnienie gospodarki europejskiej. W najbliższych kwartałach może pojawić się problem z utrzymaniem dodatniego wzrostu gospodarczego.[1] Tendencja ta zaczyna być widoczna również w branży logistycznej, która jest nazywana barometrem gospodarki. „Dużym wyzwaniem ostatnich miesięcy jest zauważalne zmniejszenie się masy towarowej na rynku, co może być sygnałem nadchodzącego wyhamowania gospodarczego w na świecie. Dodatkowo cały czas branża TSL w Polsce mierzy się z niedoborem pracowników i odczuwa dużą presję kosztową, a na horyzoncie wciąż jest Brexit. Opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię może skutkować utrudnieniami w przepływie towarów, a co za tym idzie w działaniu operatorów logistycznych – wyjaśnia Marek Skowroński, Vice President Land Transport Cluster North East Europe w DB Schenker.

Sytuacja na rynku zmienia się dynamicznie, dlatego tak ważna jest kadra doświadczonych managerów, którzy pomogą firmie poradzić sobie z wyzwaniami i złożonością procesów. W szybko zmieniającej się rzeczywistości klienci branży logistycznej oczekują nie tylko rozwiązań szytych na miarę, ale przede wszystkim wysokiej jakości usług. Coraz częściej zwracają także uwagę na aspekty środowiskowe.

„Operator logistyczny powinien oferować wysoką i stabilną jakość w każdej sytuacji rynkowej, zachowując odpowiednie proporcje cenowe. Istotne jest również proaktywne informowanie o wszelkich odstępstwach. DB Schenker, z najsilniejszą siecią połączeń w Europie, jest stabilną firmą o ugruntowanej pozycji rynkowej, co daje możliwości skutecznego stawiania czoła wyzwaniom”, mówi Marek Skowroński.

Zdaniem eksperta inwestycje w innowacje są koniecznością dla operatorów logistycznych, którzy chcą sprostać wymaganiom zmieniającego się świata. „Warto inwestować w rozwijające się technologie takie jak: autonomiczne pojazdy wspierające pracę kierowcy, platformy do komunikacji pomiędzy kierowcą, spedytorem i klientem czy automatyzację terminali przeładunkowych”, mówi Marek Skowroński.

Biznes drogowy w DB Schenker

W 2019 roku najważniejszym projektem biznesu lądowego DB Schenker była wymiana tradycyjnie stosowanych naczep na nadwozia wymienne (zwane też swap body lub BDF) do obsługi krajowych połączeń międzyterminalowych. Swap body umożliwiają efektywniejsze wykorzystanie taboru, co zmniejsza liczbę pojazdów na drogach i obniża emisję spalin, a dla klientów oznacza to wyższą jakość usług i mniejszy ślad węglowy.

„Niedawno wdrożyliśmy także nową, cyfrową platformę o nazwie Connect4Land, by klienci w Polsce mogli łatwiej i szybciej zlecić online usługi transportu lądowego. Narzędzie umożliwia prosty i natychmiastowy booking przewozów, również w sposób mobilny, a także wygodne śledzenie statusu” – mówi Marek Skowroński. Nowe rozwiązanie dla przesyłek lądowych działa już w Polsce, Niemczech i Hiszpanii.

[1] https://media.bgk.pl/78733-europejska-gospodarka-nadal-bedzie-spowalniac-najblizsze-miesiace-pokaza-w-jakim-stopniu-odbije-sie-to-na-wzroscie-polskiego-pkb

Mikrorachunek podatkowy – od 2020 roku

Od nowego roku wpłaty do Urzędu Skarbowego będą dokonywane na nowe mikrorachunki podatkowe. Będzie to dotyczyło nie tylko osób prowadzących działalność gospodarczą, ale także wynajmujących mieszkanie czy też prowadzących tzw. działalność bez rejestracji.

Od 1 stycznia 2020 roku zobowiązania za PIT, CIT i VAT należy wpłacać na indywidualny mikrorachunek podatkowy. Wszystkie obecne numery rachunków podatkowych Urzędów Skarbowych będą obowiązywać jedynie do końca 2019 roku. – Oznacza to, że przelewy wykonane od 1 stycznia na rachunki US nie będą przyjmowane. Podatnicy i płatnicy od 1 stycznia będą mieli obowiązek rozliczać się z wykorzystaniem mikrorachunków. Warto zaznaczyć, że podatki inne niż PIT, CIT, VAT, czyli np. PCC lub akcyzę, w dalszym ciągu trzeba będzie płacić na rachunki bankowe US, które zostaną umieszczone w wykazie rachunków bankowych urzędów skarbowych – wyjaśnia Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt.

Jak podkreśla Ministerstwo Finansów, mikrorachunek będzie wykorzystywany wyłącznie do wpłat podatków oraz identyfikacji podatników. – Co ważne, podatnik nie będzie miał możliwości sprawdzenia salda rozliczeń oraz historii wpłat na mikrorachunek – wskazuje ekspert inFakt. Zwroty nadpłat oraz podatków, wynikające na przykład z rozliczenia rocznego, będą realizowane na wskazany w urzędzie skarbowym rachunek podatnika lub przekazem pocztowym.

Numery mikrorachunków są generowane przez Ministerstwo Finansów i przydzielane każdemu przedsiębiorcy – przedsiębiorca nie musi więc sam niczego w tym zakresie robić. Swój numer mikrorachunku można sprawdzić już teraz, podając PESEL lub NIP firmy, korzystając z generatora udostępnionego przez Ministerstwo Finansów.

Numer PESEL należy podać, gdy osoba nie prowadzi działalności gospodarczej, ale za to np. prowadzi najem prywatny i płaci PIT z tego tytułu lub prowadzi działalność nierejestrowaną i ma obowiązek rozliczenia zaliczek na PIT. PESEL podają także osoby, które nie są czynnymi podatnikami VAT.

Natomiast numerem NIP należy posługiwać się w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej, statusu czynnego podatnika VAT lub jeśli jest się podatnikiem na podstawie odrębnych ustaw – ale takim, którego nie dotyczy ewidencja PESEL. Dodatkowo identyfikatorem NIP dla celów mikrorachunku należy posługiwać się w przypadku statusu płatnika podatków, składek na ubezpieczenie społeczne i/lub zdrowotne. Dotyczy to np. pracodawców czy zleceniodawców, którzy opłacają składki ZUS i PIT za kogoś innego.

Ważną kwestią, która dotyczy przedsiębiorców, jest kolejność księgowania wpłat na mikrorachunek (ściśle określona w art. 62 Ordynacji podatkowej). Jeżeli podatnik reguluje zobowiązanie, dla którego nie minął jeszcze termin płatności, wpłaty zaliczane są na poczet podatku zgodnie ze wskazaniem podatnika lub w przypadku braku takiego wskazania – na poczet zobowiązania podatkowego o najwcześniejszym terminie płatności spośród wszystkich zobowiązań podatkowych.

 

Piotr Ciszewski przypomina również, że jeżeli podatnik reguluje wpłaty z tytułu podatków, dla których termin płatności upłynął, wpłaty zaliczane są na poczet zaległości o najwcześniejszym terminie płatności we wskazanym podatku, a w przypadku braku takiego wskazania lub braku zaległości we wskazanym podatku – na poczet zaległości o najwcześniejszym terminie płatności spośród wszystkich pozostałych.

Mikrorachunek składa się z 26 znaków w schemacie LK10100071222YXXXXXXXXXXXX, gdzie:

  • LK jest liczbę kontrolną,
  • wartość 10100071 jest stała dla każdego mikrorachunku podatkowego; wskazuje na numer rozliczeniowy w NBP,
  • wartość 222 jest stała dla każdego mikrorachunku podatkowego; wskazuje na numer uzupełniający w NBP,
  • Y=1 w przypadku, gdy numerem identyfikacyjnym jest numer PESEL,
  • Y=2 w przypadku, gdy numerem identyfikacyjnym jest numer NIP,
  • kolejne pola to podany numer identyfikacyjny (PESEL lub NIP),
  • na ostatnich miejscach pojawią się zera, tak aby rachunek składał się z 26 znaków.

Elektromobilność czy gazomobilność?

Elektromobilność w Polsce już na początku ścieżki rozwoju spotkała się z huraoptymizmem. Polski rząd obiecał, że do 2025 roku na naszych drogach znajdzie się milion samochodów elektrycznych. Była to bardzo ambitna zapowiedź. Dla porównania – nawet w Niemczech zakładano mniejszą liczbę aut ładowanych prądem w dłuższej perspektywie. Polskie plany zderzyły się jednak z trudną rzeczywistością. Do rozwoju elektromobilności potrzebna jest odpowiednia infrastruktura, która wymaga z kolei mechanizmu wsparcia. Ten pojawił się w Polsce dopiero w 2019 roku, prawie cztery lata po rozpoczęciu dyskusji o samochodach elektrycznych. Fundusz Niskoemisyjnego Transportu to rozwiązanie, które będzie wspierać elektromobilność i nie tylko. Przyczyni się także do rozwoju pozostałych alternatywnych form – gazomobilności czy napędów wodorowych oraz innych rozwiązań. W dyskusji o przyszłości polskiego transportu odgrywają one coraz większą rolę.

– To technologie, które coraz bardziej odwracają uwagę od elektromobilności. Czasami są nawet bardziej konkurencyjne – jak gazomobilność, która wygrywa w sektorze autobusów na paliwa alternatywne – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. –  Okazuje się, że polski transport napędza coraz częściej gaz, a samochody elektryczne pozostają w tyle. Wspomniany fundusz ma jednak pozwolić na rozwój elektromobilności. Obecnie prace nad nim są już na finiszu. Prawdopodobnie w 2020 roku zobaczymy skutki tego rozwiązania – więcej aut ładowanych prądem na polskim rynku. Elektromobilność w transporcie osobowym będzie jednak rozwijać się wolniej niż w przypadku autobusów. Prywatny użytkownik nie wybierze auta elektrycznego z uwagi na brak punktów ładowania na trasach. Tymczasem w transporcie miejskim w obrębie jednego ośrodka nie powinno ich zabraknąć. W tym zakresie mamy spory potencjał. Znaczna część łańcucha produkcji komponentów do pojazdów elektrycznych znajduje się właśnie w Polsce. Duże firmy eksportują także za granicę. Dzięki temu autobusowy transport elektryczny może radzić sobie całkiem dobrze. Coraz większą konkurencją staje się jednak gazomobilność, która także pojawia się w komunikacji miejskiej. W niektórych miastach autobusy gazowe istnieją już od lat 70. ubiegłego wieku. W wielu miejscach pojawia się ich coraz więcej – jak choćby w Rzeszowie czy Gdyni. To sprawia, że nadal nie jest pewne, czy to właśnie elektromobilność będzie gałęzią transportu alternatywnego zmniejszającego emisyjność – analizuje Jakóbik.

W Polsce powstaje rocznie 20 mln ton ubocznych produktów spalania węgla. Mogą one być cennym surowcem dla innych gałęzi przemysłu

Popioły, żużel, gips i inne substancje, które powstają jako produkt uboczny spalania węgla kamiennego i brunatnego (UPS-y), mogą być cennym surowcem dla innych gałęzi przemysłu. Produkuje się z nich m.in. podbudowy, spoiwa czy elementy hydrauliczne, wykorzystywane przy inwestycjach infrastrukturalnych. Zagospodarowanie tych produktów ubocznych, których rocznie powstaje w Polsce ok. 20 mln ton, pozwala też znacznie ograniczyć emisję dwutlenku węgla, przez co stało się szczególnie ważne w kontekście polityki ochrony klimatu.

Tak zwane UPS-y to uboczne produkty spalania – popioły, żużel, gips i inne substancje, które powstają elektrowniach czy elektrociepłowniach w tracie procesu spalania węgla kamiennego i brunatnego.

– Popioły, gipsy i żużel mają rejestrację w systemie REACH, czyli są bezpieczne do wykorzystania w przemyśle, bezpieczne dla środowiska, ludzi i technologii budowlanych. Bardzo dużym klientem jest dla nas przemysł cementowy, który wykorzystuje je do produkcji betonu, oraz budownictwo infrastrukturalne – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Lech Sekyra, członek zarządu Polskiej Unii Ubocznych Produktów Spalania i prezes zarządu spółki PGE Ekoserwis, należącej do PGE Energia Ciepła z Grupy kapitałowej PGE.

Tylko w ramach PGE EC powstaje rocznie prawie 6 mln ton popiołów wapiennych z węgla brunatnego, ponad 2 mln ton gipsu i około 3 mln ton popiołu i żużla z węgla kamiennego. Ich przetwarzaniem w pełnowartościowe surowce dla innych gałęzi przemysłu zajmuje się spółka PGE Ekoserwis.

– Dysponujemy własnymi zakładami produkcji, mamy własne mieszalnie. Produkujemy m.in. spoiwa górnicze, hydrauliczne i hydrotechniczne. Spore wolumeny są dedykowane budownictwu infrastrukturalnemu – mówi Lech Sekyra.

Przetwarzanie UPS-ów w pełnowartościowe i bezpieczne produkty – które mogą następnie zostać wykorzystane w innych gałęziach przemysłu – stało się ważnym elementem wdrażanej właśnie na poziomie ogólnoeuropejskim gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ). Ma również kluczowe znaczenie w kontekście europejskiej polityki klimatycznej i środowiskowej, nastawionej na maksymalne ograniczanie emisji dwutlenku węgla.

– Przykładowo, wykorzystując popioły, ograniczamy zużycie cementu, który jest produktem wysokoemisyjnym. Na jedną tonę popiołu, co zostało potwierdzone przez Organizację Narodów Zjednoczonych ds. Klimatu, przypada około 600 kg mniej emisji dwutlenku węgla niż w przypadku cementu. Dlatego przy obecnej skali jego wykorzystania mówimy o bardzo dużym ograniczeniu emisji – mówi Lech Sekyra. – UPS-y zastępują także surowce naturalne, dzięki czemu ograniczane jest ich wydobycie. Wykorzystanie popiołów czy żużli jako surowców wtórnych pozwala zachować pokłady naturalnych surowców dla przyszłych pokoleń.

Jak podkreśla, pod względem zagospodarowania UPS-ów w Polsce wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Największym wyzwaniem pozostaje przetworzenie popiołów wapiennych z węgla brunatnego, ale te są jednocześnie najbardziej korzystne i bezpieczne jako materiał do wykorzystania w wielu gałęziach przemysłu.

– Cały czas mamy duże możliwości w zakresie zmian systemowych w Polsce. Nie ma u nas takich regulacji jak w Europie Zachodniej, gdzie przy inwestycjach infrastrukturalnych trzeba obligatoryjnie wykorzystać określony odsetek surowców wtórnych. Polski rząd przyjął we wrześniu mapę wdrażania gospodarki obiegu zamkniętego, gdzie pierwsze dwa punkty są dedykowane właśnie bezodpadowej energetyce węglowej oraz symbiozie pomiędzy górnictwem a energetyką i budownictwem. Wykorzystanie surowców wtórnych powinno być zdecydowanie większe i rekomendowane przy inwestycjach budowlanych, dzięki czemu byłaby większa możliwość ich upłynnienia – podkreśla Lech Sekyra.

Prezes PGE Ekoserwis ocenia też, że – w porównaniu z innymi krajami jak Indie czy Indonezja, gdzie energetyka węglowa ma cały czas bardzo wysoki udział w miksie energetycznym – Polska jest pozytywnym przykładem i realizuje wiele inwestycji w zakresie zagospodarowania UPS-ów.

– Przez najbliższą dekadę musimy jak najlepiej wykorzystywać tę wartość, jaką stwarzają UPS-y. Na naszym krajowym podwórku istotne jest to, żeby wprowadzony został ten współczynnik antropogeniczności, czyli współczynnik wykorzystania surowców wtórnych przy inwestycjach, i aby zminimalizować wydobywanie surowców naturalnych. Równie ważna jest rekultywacja terenów zdegradowanych działalnością wydobywczą i wykorzystanie materiału, który jest nagromadzony na hałdach. Jeszcze niedawno mówiliśmy o składowiskach odpadów, teraz mówimy już, że są to magazyny z surowcami, które będzie można wykorzystać w przyszłości. W USA i Europie Zachodniej proces wykorzystywania UPS-ów jest na to silnie ukierunkowany – mówi Lech Sekyra.

Prezes spółki PGE Ekoserwis, należącej do PGE EC, wygłosił wystąpienie w drugim dniu konferencji klimatycznej COP 25, na spotkaniu poświęconym wyzwaniom i szansom na osiągnięcie zerowej emisji dwutlenku węgla netto. Przybliżył rozwiązania, jakie realizowane są w polskiej energetyce węglowej w ramach zarządzania UPS-ami, oraz podkreślił znaczenie symbiozy energetyki, górnictwa i budownictwa infrastrukturalnego, która umożliwia gospodarcze wykorzystanie ubocznych produktów spalania i odpadów wydobywczych – zarówno z bieżących procesów produkcyjnych, jak i z zasobów zgromadzonych na składowiskach i hałdach.

Szczyt klimatyczny ONZ COP25 odbywa się od 2 do 13 grudnia w Madrycie. Uczestniczą w nim przedstawiciele blisko 200 państw świata. Tegoroczny szczyt ma na celu sfinalizowanie zasad wdrażania paktu klimatycznego, podpisanego w Paryżu w 2015 roku.

Cyfryzacja w służbie zdrowia przyspiesza. Pacjenci zyskają bezpieczny dostęp do ich danych medycznych dzięki uwierzytelnieniu bankowemu

Polscy pacjenci chcą mieć stały dostęp do wyników swoich badań i historii leczenia. Takie możliwości od prawie roku daje Internetowe Konto Pacjenta. Teraz można zalogować się do niego z wykorzystaniem uwierzytelnienia bankowego. Taką opcję wprowadził Medicover, wdrażając innowacyjne narzędzie mojeID utworzone przez KIR. Dzięki niemu pacjenci mogą elektroniczne potwierdzić swoją tożsamość – bez konieczności wizyty w placówce, żeby wyrobić indywidualny login i hasło dostępu do ich danych medycznych. To oznacza przede wszystkim duże ułatwienie w korzystaniu z porad telemedycznych i usług online, a także wysokie bezpieczeństwo logowania. ​ 

– Narzędzie to daje gwarancję bezpiecznego i jednoznacznego uwierzytelnienia pacjenta. W sektorze medycznym jest to szczególnie ważne, ponieważ dane medyczne są wrażliwe i szczególnie chronione – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Marcjasz, wiceprezes zarządu Krajowej Izby Rozliczeniowej.

MojeID to narzędzie dostarczane przez KIR, kluczowego partnera technologicznego polskiego sektora bankowego. Umożliwia klientowi elektroniczne potwierdzenie swojej tożsamości i łatwy dostęp do usług online. Klient potwierdza tożsamość za pomocą danych logowania do swojego rachunku bankowego. Eliminuje to konieczność posiadania wielu loginów i haseł do różnych serwisów online. MojeID przekierowuje klienta do bezpiecznego środowiska, w którym podaje on swoje dane, a po uwierzytelnieniu przenosi go z powrotem na stronę usługodawcy.

Z usługi mojeID mogą już korzystać klienci trzech banków. Z jego pomocą można zalogować się również do cyfrowego biura obsługi klienta spółki PGNiG. Teraz na wdrożenie zdecydował się również Medicover, pierwszy podmiot w sektorze medycznym.

– Aby korzystać ze zdalnych usług i porad lekarskich w Internetowym Portalu Pacjenta, należy uzyskać hasło dostępu do naszych systemów. Dzięki rozwiązaniu mojeID pacjenci bez konieczności wizyty w placówce mogą uzyskać hasło i login zdalnie, a następnie logować się do portalu – mówi Artur Białkowski, członek zarządu, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska.

Narzędzie zapewnia najwyższy poziom bezpieczeństwa. Potwierdzenie tożsamości odbywa się za pośrednictwem banków, które dysponują zweryfikowanymi informacjami na temat klienta.

Jak podkreśla wiceprezes KIR, mojeID upraszcza procesy i oszczędza czas – zarówno firmy, jak i klienta. Pozwala zweryfikować jego tożsamość i załatwić formalności całkowicie online.

– Firma nie musi się już kontaktować z klientem poprzez punkt obsługi klienta czy kuriera. Z drugiej strony klienci mogą wszystkie formalności załatwić bez wychodzenia z domu. Wprowadzając to narzędzie, firma ma więc możliwość skrócenia swojej drogi do klienta – mówi Dariusz Marcjasz.

Wiceprezes KIR informuje, że mojeID będzie niedługo wdrażane przez kolejne banki i dostawców usług z innych sektorów. Izba rozpoczęła także współpracę z dostawcami usług z innych sektorów.

– Branż, które mogą skorzystać na wdrożeniu mojeID, jest bardzo wiele, poczynając od tych masowych, jak gazownictwo czy sektor medyczny. Rozmawiamy też m.in. z branżą energetyczną i telekomunikacyjną – wskazuje Dariusz Marcjasz.

Wdrożenie mojeID w Medicover jest pierwszym w sektorze medycznym. Dla klientów oznacza przede wszystkim ogromne ułatwienie w korzystaniu z usług online za pośrednictwem Internetowego Portalu Pacjenta. Jak podkreśla Artur Białkowski, innowacyjna usługa wpisuje się w szerszy trend, jakim jest postępująca cyfryzacja całego systemu ochrony zdrowia w Polsce.

– Nasi pacjenci mogą już korzystać z porad tradycyjnych i zdalnych. Te drugie stanowią już dzisiaj 37 proc. wszystkich udzielanych porad lekarskich. Nowe rozwiązania z zakresu e-zdrowia, jak choćby elektroniczna recepta, także to ułatwiają. Wystawiliśmy już ponad milion e-recept, z roku na rok udzielamy też coraz więcej porad telemedycznych, gdyż tego oczekują nasi pacjenci – mówi członek zarządu, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych w Medicover Polska.

Rośnie problem nielegalnego zatrudnienia na wsi. Rolników nie stać na płacenie składek, a i sami pracownicy często wolą pracę bez umowy

Co siódma osoba pracująca w szarej strefie wykonuje prace ogrodniczo-rolne. Rolnicy, walcząc z brakiem osób chętnych do pracy, oferują wyższe stawki, kosztem oficjalnych umów. Pracownicy często się na to godzą, bo nie mają innej pracy albo dlatego, że legalne umowy mogą dla nich oznaczać koniec świadczeń z budżetu państwa. Wprowadzenie umowy o pomocy przy zbiorach miało pomóc rozwiązać część problemów, jednak korzysta z niej niewielka część rolników. Kara za nielegalne zatrudnienie może sięgać nawet 30 tys. zł.

 Rokrocznie rolnicy, sadownicy i producenci warzyw w sezonie borykają się z problemem znalezienia pracownika do gospodarstwa. Składa się na to wiele czynników, przede wszystkim aspekty ekonomiczne, finansowe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Knop-Kołodziej z Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Minikowie.

Rolnikom trudno jest znaleźć chętnych do pracy, w dużej mierze przez to, że jest ona ciężka, zwykle sezonowa i niezbyt dobrze opłacana. Niskie ceny skupów warzyw i owoców oraz nieduże ze względu na warunki pogodowe zbiory sprawiają, że rolnicy nie są w stanie płacić wysokich stawek. Często praca bez umowy oznacza, że pracownik może zarobić trochę więcej. Jak wynika z raportu GUS „Praca nierejestrowana w Polsce”, jest to najczęściej podawany argument przez osoby podejmujące pracę nierejestrowaną (37,5 proc.).

– Poza tym, kiedy pracownik przychodzi na kilka miesięcy do pracy i zatrudniony jest legalnie, może przekroczyć pewien próg dochodowy i wtedy zabrane są mu świadczenia, które dotychczas otrzymywał. Z tego względu często pracownicy sami wychodzą z inicjatywą, że chcą pracować na czarno – wskazuje Marta Knop-Kołodziej.

Na ten czynnik w badaniu GUS wskazało 16,6 proc. osób pracujących na czarno. Częściej do podejmowania pracy nierejestrowanej skłaniały ich niewystarczające dochody (33,3 proc.), brak możliwości znalezienia pracy (35,1 proc.), wysoka składka ubezpieczeniowa (24,8 proc.).

Raport GUS wskazuje, że obecnie na czarno pracuje ok. 880 tys. osób (dane za 2017 rok). To 5,4 proc. w ogólnej liczbie pracujących. W szarej strefie najczęściej prowadzone są prace ogrodniczo-rolne. Zajmowała się nimi co siódma osoba (15 proc.) wykonująca pracę nierejestrowaną. Dla porównania remonty i naprawy budowlano-instalacyjne wykonywało ponad 11 proc. Częściej na czarno w rolnictwie pracują mężczyźni niż kobiety.

 Z pewnością są gospodarstwa, w których rolnicy zatrudnieni są legalnie. Taką tendencję można zauważyć w gospodarstwach, które specjalizują się w produkcji zwierzęcej. Producentom mleka łatwo jest stwierdzić, że zapotrzebowanie na danego pracownika nie zmieni się z dnia na dzień i wtedy łatwiej jest im się zdecydować, żeby zatrudnić go legalnie – tłumaczy Marta Knop-Kołodziej.

W branżach, w których brakuje rąk do pracy, ratunkiem mogą być obcokrajowcy, przede wszystkim ze Wschodu. Obecnie w Polsce zatrudnionych na podstawie umów o pracę, umów-zleceń czy prowadzących własną działalność gospodarczą jest ok. 665 tys. osób, z czego blisko pół miliona stanowią Ukraińcy. W rzeczywistości może ich być jednak znacznie więcej – nieoficjalne szacunki wskazują, że w Polsce może ich pracować nawet ok. 1,5 mln.

 Jeszcze na pewno w zeszłym roku wyraźnie było widać tendencję, że obcokrajowców zatrudnionych w sektorze rolnictwa jest więcej niż Polaków. Dzisiaj trochę się to zmienia. Co niektórzy po krótkiej pracy w Polsce zmierzają dalej na Zachód, kierując się jeszcze wyższymi zarobkami. Jednak na pewno sporo z nich zostaje, patrząc chociażby na brak bariery językowej czy mniejszą odległość od domu rodzinnego – mówi Marta Knop-Kołodziej.

W Polsce teoretycznie zatrudnienie cudzoziemców ze Wschodu jest stosunkowo proste, m.in. poprzez procedurę składania oświadczeń o powierzeniu pracy. Dotyczy ona obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy. Statystyki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują. że w zeszłym roku wpłynęło ponad 1,5 mln takich oświadczeń, z czego ok. 13 tys. dotyczyło pracy w rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie.

Od 2018 roku do pracy w rolnictwie, ogrodnictwie lub turystyce dla obcokrajowców można uzyskać zezwolenie na pracę sezonową. Z danych resortu pracy wynika, że liczba wniosków o wydanie takiego zezwolenia, które wpłynęły do powiatowych urzędów pracy w I połowie br., wyniosła 170,6 tys., a wydano 70 tys. zezwoleń. W całym ubiegłym roku wpłynęło takich wniosków 235,3 tys., a wydano 121,4 tys. zezwoleń na pracę sezonową.

Udogodnieniem dla rolników jest wprowadzenie w 2018 r. nowego rodzaju umowy cywilnoprawnej – umowy o pomocy przy zbiorach. Poprzez ten rodzaj umowy pomocnik rolnika zobowiązuje się do osobistego świadczenia pomocy przy zbiorach takich produktów rolnych, jak chmiel, owoce, warzywa, tytoń, zioła i inne rośliny zielarskie.

 Zaletą tego typu umowy jest to, że są tutaj dużo niższe składki do odprowadzenia przez rolników. Składki opłaca tylko rolnik, a nie pomocnik, a do tego odprowadzane są one do KRUS-u, a nie do ZUS-u – przypomina Marta Knop-Kołodziej.

Miesięczna stawka za ubezpieczenie zdrowotne wynosi 152 zł i ponad 40 zł za ubezpieczenie chorobowe, wypadkowe i macierzyńskie.

Rządowe szacunki z ubiegłego roku wskazywały, że z nowych przepisów może skorzystać nawet 500 tys. osób.

– Organem kontrolującym legalność zatrudnienia jest Państwowa Inspekcja Pracy. Inspektorzy, którzy przychodzą na kontrolę do pracodawcy i stwierdzają jakieś nieprawidłowości czy brak umów, mogą nałożyć karę grzywny. Takie mandaty wahają się od 1 tys. do 2 tys. zł. Istnieją również sytuacje, kiedy ta kara może wynieść nawet 5 tys., a jeśli inspektor zgłasza taką sytuację do sądu pracy, to pracodawca może się liczyć z karami sięgającymi aż 30 tys. zł – wylicza Marta Knop-Kołodziej.

Na Boże Narodzenie wydamy w tym roku ponad 1,8 tys. zł. Zakupy spożywcze robimy głównie w sklepach stacjonarnych, ale prezentów częściej szukamy w sieci

Na tegoroczne święta Bożego Narodzenia przeciętna rodzina wyda prawie 1 838 zł, średnio o 84 zł więcej niż przed rokiem. Nieco więcej, bo ponad 2 tys. zł, wydadzą rodziny, które korzystają z programu Rodzina 500+ – wynika z badania MilleŚwięta 2019. Świąteczne zakupy spożywcze zrobimy najczęściej w dyskontach oraz hiper- i supermarketach, natomiast prezenty kupimy przede wszystkim w sieci. To będą zwykle przemyślane decyzje. Pod choinką najczęściej znajdziemy kosmetyki i perfumy, a dzieci – zabawki. Zdecydowaną większość Polaków ucieszyłby prezent w postaci karty podarunkowej.

 Polska rodzina wyda na organizację tegorocznych świąt Bożego Narodzenia średnio blisko 1 838 zł, czyli ponad 84 zł więcej niż deklarowano w ubiegłym roku. Mowa o łącznych wydatkach związanych z zakupem prezentów, produktów spożywczych czy organizacją świątecznych wyjazdów – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Hołownia, ekspert w Departamencie Public Relations Banku Millennium.

Z badania MilleŚwięta, przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie Banku Millennium, wynika, że na Boże Narodzenie wydadzą więcej rodziny, które korzystają z programu Rodzina 500+. W ich przypadku średnie wydatki przekroczą 2 021 zł.

– Po produkty na świąteczny stół wybierzemy się, podobnie jak w ubiegłych latach, przede wszystkim do dyskontów lub super- i hipermarketów – wskazuje Dorota Hołownia.

Dyskonty wybierze 60 proc. konsumentów, a blisko połowa – hiper- i supermarkety. Rzadziej planujemy kupować na bazarach (25 proc.), a w internecie zakupy spożywcze zrobi zaledwie 5 proc. badanych. To jednak e-zakupy są najpopularniejsze przy wyborze świątecznych prezentów. Kupujemy przede wszystkim za pomocą komputera (37 proc.), choć coraz więcej konsumentów zrobi zakupy przez urządzenie mobilne.

– Jeszcze dwa lata temu tylko 5 proc. osób twierdziło, że w ten sposób kupi świąteczne prezenty, a dzisiaj zakup podarunków z wykorzystaniem smartfona deklaruje aż 22 proc. respondentów – zauważa ekspertka Banku Millennium.

Polacy deklarują, że wyboru prezentów dokonują częściej w sposób przemyślany niż spontaniczny. Upominki z wyprzedzeniem planuje 54 proc. badanych. Najczęściej pod choinką znajdziemy perfumy i kosmetyki (50 proc.), zabawki (50 proc.) i książki (34 proc.). Z badania wynika, że zdecydowana większość Polaków ucieszyłaby się z karty podarunkowej pod choinką.

– Z pomocą przychodzą nowoczesne technologie. Od niedawna w aplikacji mobilnej goodie można w kilka chwil założyć wirtualną kartę podarunkową – mówi Dorota Hołownia.

Zaletą takiej wirtualnej karty podarunkowej jest to, że można ją kupić nawet tuż przed wigilijną kolacją. Aplikacje mobilne są też często wykorzystywane do śledzenia aktualnych promocji sklepów. Informacji o zniżkach najczęściej szukamy na stronach internetowych konkretnych sklepów (50 proc.), rzadziej w gazetkach promocyjnych (44 proc.), tak popularnych jeszcze w ubiegłych latach (65 proc. w 2018 i 67 proc. w 2017 roku) czy na portalach społecznościowych i w telewizji (odpowiednio 23 proc. i 22 proc.).

Badanie IBRiS dla Banku Millennium wskazuje także, że blisko dwie trzecie Polaków spędzi święta u siebie w domu, a 33 proc. – u rodziny. Wyjazd turystyczny planuje tylko 2 proc. badanych.

85 proc. Polaków płaci rachunki elektroniczne. Co szósty nadal robi to na poczcie

W ciągu ostatnich czterech lat znacznie wzrosło zainteresowanie elektronicznymi formami płatności. W ten sposób swoje należności reguluje 85 proc. konsumentów – wynika z badania Autopay Research „Jak płacimy rachunki”. To dla nich przede wszystkim duża wygoda. Tym bardziej że dostawcy usług oferują swoim konsumentom wiele możliwości płacenia online. Co szósty Polak opłaca swoje rachunki na poczcie lub w punktach dostawców usług.

Polacy płacą średnio od 3 do 6 rachunków miesięcznie. Już blisko 85 proc. z nas płaci je w sposób elektroniczny. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że wystawcy faktur udostępniają wiele narzędzi płatniczych. Spływają do nas należności w postaci płatności przez e-maila czy faktury w e-BOK-ach – mówi agencji Newseria Biznes Sylwia Frydel, ekspertka Blue Media.

Z elektronicznych biur obsługi klienta korzysta 7 proc. płacących online. Znacznie częściej zlecamy przelewy elektroniczne (78 proc.), ale też korzystamy z polecenia przelewu – zarówno online, jak i w stacjonarnych punktach (12 proc.).

Co szósta osoba wciąż płaci rachunki na poczcie oraz w punktach obsługi kasowej u poszczególnych dostawców, co jest spowodowane tym, że w tych miejscach nie płacimy prowizji – dodaje Sylwia Frydel.

Z badania Autopay Research, marki należącej do Blue Media, wynika, że coraz rzadziej zwlekamy z zapłatą należności do ostatniej chwili. Robi tak jedynie co piąte gospodarstwo domowe. Ten nawyk jest bardziej charakterystycznym dla starszych konsumentów. To młodzi ludzie nie mają w zwyczaju odwlekać zapłaty.

Wiele osób zbiera swoje rachunki przez cały miesiąc, by w dniu wpłynięcia wynagrodzenia zasiąść do komputera i je opłacić. Jednak coraz częściej rachunki opłacane są w dniu ich wpłynięcia [robi tak 23 proc. badanych, a w ubiegłym roku – 18 proc. – red.]. Tutaj warto dodać, że osoby z mniejszych miast częściej czekają na datę wymagalności opłaty, co jest spowodowane głównie płynnością finansową – tłumaczy ekspertka Blue Media.

Tutaj istotna jest również płeć. Kobietom częściej zdarza się przekroczyć termin zapłaty. Mężczyźni z kolei, choć bardziej uważni, rzadziej zajmują się gospodarstwem domowym. Te proporcje jednak powoli się zmieniają – z roku na rok rośnie bowiem liczba panów opłacających rachunki. W tym roku robił to już co trzeci mężczyzna, a w 2016 roku – co czwarty.

Jednak prawie połowie badanych zdarzyło się zapomnieć o mijającym terminie zapłaty.

Najczęstszym powodem jest natłok codziennych zajęć [73 proc. – red.]. Wielu osobom po prostu brakuje środków na koncie pod koniec miesiąca [30 proc. – red.] – dodaje Sylwia Frydel.

13 proc. Polaków nie pamięta, czy kiedykolwiek nie uregulowało należności na czas.

Robotyka i sztuczna inteligencja przejmuje rynek pracy. Zastępuje ludzi, lecz stworzy także nowe zawody

Już w 2020 roku statystyczny człowiek będzie miał więcej interakcji z botami niż ze współmałżonkiem. Robotyzacja dotyka wszystkich dziedzin życia, rewolucjonizuje też rynek pracy. Do 2026 roku pracę może stracić ponad 400 mln osób na świecie. Niemal połowa wszystkich wykonywanych przez człowieka czynności może zostać zautomatyzowana. Technologie i robotyka mogą jednak stworzyć więcej miejsc pracy i nie muszą powodować bezrobocia.

– Wyszliśmy już z fazy badań, przechodzimy przez fazę prototypowania i wchodzimy w bardzo dużą skalę masowego zastosowania nowych technologii. To oznacza, że w zasadzie w każdej przestrzeni naszego życia i pracy nastąpią bardzo istotne zmiany związane z robotyzacją i automatyzacją różnych procesów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zofia Dzik, prezes Instytutu Humanites.

Technologia i robotyzacja weszły już do niemal każdej dziedziny życia. Według szacunków Gartnera już w 2020 roku przeciętny człowiek będzie częściej wchodził w interakcje z botami niż z własnym współmałżonkiem. Technologia stopniowo zmienia też rynek pracy. W najbliższych latach zmiany mogą być jednak fundamentalne.

– Branża po branży będziemy doświadczać sytuacji, w której coraz więcej procesów będzie jednak w jakimś stopniu poddane automatyzacji i zmodyfikowane ze względu na nowe technologie – przekonuje Zofia Dzik.

McKinsey Institute w raporcie „Jobs lost, jobs gained: Workforce transitions in a time of automation” wskazuje, że do 2026 roku pracę może stracić ponad 400 mln osób na świecie, a 30 proc. może pozostać trwale bez możliwości zatrudnienia. Niemal połowa wszystkich wykonywanych przez człowieka czynności może się stać przedmiotem automatyzacji.

– Już teraz widzimy bardzo dużą falę automatyzacji i zmian technologicznych w branży bankowej czy samochodowej. W Polsce zatrudniamy również kilkaset tysięcy osób w centrach usług wspólnych, jesteśmy zagłębiem tego typu rozwiązań. W tych centrach usługi zostały już bardzo mocno scentralizowane i wystandaryzowane. Biorąc pod uwagę rosnące koszty pracy w Polsce również te obszary mogą być zagrożone dalszym procesem automatyzacji ze strony właścicieli dużych koncernów – twierdzi prezes Instytutu Humanites.

Raport „Pracownik Przyszłości” zrealizowany przez Infuture Hatalska Foresight Institute na zlecenie firmy Samsung podaje, że tylko w latach 1997–2007 automatyzacja sprawiła, że w USA zniknęło 86 proc. miejsc pracy w produkcji. Połowa istniejących stanowisk pracy będzie przechodziła radykalną zmianę właśnie ze względu na postęp technologiczny. Jak podkreśla Zofia Dzik, to zaś sprawia że duża odpowiedzialność za pomoc w przejściu przez transformację cyfrową spoczywa na biznesie.

– Biznes nie jest wyłącznie siłą wpływu ekonomicznego, jest ogromną siłą wpływu społecznego. I myślę, że to jest też taki moment, w którym też biznes powinien sobie zadać pytanie, czy to aby nie jest ten moment, żeby wziąć jednak odpowiedzialność za ludzi – mówi ekspertka.

Raport „Pracownik Przyszłości” podaje, że zdaniem 60 proc. Polaków prawdopodobne jest, że większość obowiązków wykonywanych obecnie przez ludzi może w przyszłości zostać zastąpiona pracą robotów lub sztucznej inteligencji.

– Jednocześnie tylko kilkanaście procent osób korzysta z jakiejś formy samodoskonalenia i jest otwarta na istotną zmianę w swoim życiu. Ciągle jesteśmy trochę w takiej bańce. Widzimy bardziej deficyt i brak rąk do pracy na dzisiaj, a nie widzimy, że w ciągu najbliższych 2–3 lat w wielu branżach będą się pojawiać zwolnienia. Na razie to ignorujemy, myślimy, że one nas nie dotkną – mówi prezes Instytutu Humanites.

Karmy dla zwierząt produkowane są już nie z mięsa, lecz z insektów czy produktów z recyklingu. Pozwala to znacznie ograniczać emisję dwutlenku węgla

Zrównoważony rozwój coraz jest coraz mocniej promowany w produkcji karm dla zwierząt. Polska firma opracowuje hipoalergiczną karmę dla psów opartą na komponentach warzywnych oraz białku i tłuszczach pozyskiwanych z insektów. Produkcja ma być przyjazna dla środowiska i zdrowia zwierząt. Trend promowania zrównoważonego rozwoju w produkcji karm jest coraz mocniej dostrzegalny na całym świecie. Powstają m.in. karmy z recyklingowanych odpadów spożywczych.

Według Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa Organizacji Narodów Zjednoczonych (FAO) około jednej trzeciej wyprodukowanej rocznie żywności marnuje się. Jeszcze wyższy współczynnik notowany jest w rozwiniętych regionach, takich jak Ameryka Północna i Europa Zachodnia. Jednocześnie, według ONZ 815 milionów ludzi na całym świecie głoduje. Do 2050 r. 2 miliardy ludzi będzie niedożywionych. Tymczasem populacja zwierząt domowych stale rośnie, a ich właściciele coraz częściej chcą karmić swoich podopiecznych w sposób podobny do ludzkiego.

– Karma Frens ma bardzo prosty skład i to jest jej silna strona. Ma w zasadzie same warzywa, białko i tłuszcze z insektów. Te tłuszcze i białko są hipoalergiczne, lekkostrawne i dobre dla środowiska, bo przy ich produkcji jest 25 razy mniej dwutlenku węgla niż przy produkcji wołowiny. Psiaki mają piękną sierść i dobrze działające żołądki po tym wszystkim. Razem z bardzo dobrym zespołem stworzyliśmy świetną recepturę i aktualnie testujemy karmę  na kolejnych psiakach – mówi agencji Newseria Innowacje Patryk Paluszek, założyciel Frens.

Jak podkreśla, rynek karm dla zwierząt zdominowany jest przez produkty produkowane bez uwzględniania zasad zrównoważonego rozwoju. W większości karmy oparte są na składnikach mięsnych. Ich produkcja wiąże się więc z hodowlą zwierząt i uprawą roślin stanowiących dla nich paszę. Tymczasem ludzie coraz mocniej dążą do ograniczenia spożycia mięsa, zwłaszcza tego gorszej jakości.

– Problemem jest nadużywanie spożycia mięsa. Wszyscy przerzucamy się aktualnie na mięso lepszej jakości lub szukamy dla niego alternatyw. Dla naszych psów nie ma za bardzo alternatyw. Albo trzeba ich szukać daleko za granicą, albo trzeba bardzo kombinować. Wegański pies to też nie jest rozwiązanie, więc jesteśmy właśnie gdzieś pomiędzy. W tym bezpiecznym miejscu, gdzie jest wszystko w zrównoważonym rozwoju, a z drugiej strony mamy tę przyjemność, że serwujemy naprawdę smakujące rzeczy – przekonuje Patryk Paluszek.

Trend, w który wpisuje się polski producent karmy, rozwijany jest na świecie już od pewnego czasu. Amerykańska firma Shameless Pets produkuje karmy z komponentów poddawanych recyklingowi. Dostępnych jest kilka rodzajów, m.in. Lobster Roll wykonana ze skorup homara, które stanowią naturalne źródło glukozaminy dla zdrowia stawów i bioder, Break an Egg produkowana z bogatych w wapń skorupek jaj, co jest korzystne dla zdrowia kości, a także z serów i niewymiarowych brukselek, czy Applenoon Delight zrobiona z brzydkich jabłek i miąższu, dzięki czemu bogata jest w antyoksydanty.

– Rynek karmy dla zwierząt w Polsce jest absolutnie szybko rosnący, zresztą na całym świecie również, jest warty 2 mld zł, rośnie około 15–20 proc. rocznie. Najszybciej rosną karmy luksusowe i karmy premium. Rynek jest chłonny na wszystkie produkty hipoalergiczne, które mają dobry skład – twierdzi ekspert.

Jeszcze w 2019 roku polska firma wprowadzi na rynek pasztety wykonane z owadów i batatów. W lutym do warszawskich sklepów i elektronicznego kanału dystrybucji ma trafić sucha karma. Kolejnym krokiem ma być opracowanie karmy dla kotów. Promowanie zrównoważonego rozwoju w branży spożywczej, również jej gałęzi obejmującej żywność dla zwierząt, jest bardzo ważne w kontekście ochrony środowiska.

– Jeżeli ktoś nie zajmuje się klimatem, to patrzy bardzo krótkowzrocznie. To aktualnie chyba jeden z najważniejszych tematów dla wszystkich, dla naszych psów i dla nas również. I warto się zainteresować tym, żeby szukać rozwiązań, które są przyjazne dla środowiska, przyjazne dla zwierzaków, no i wszyscy z tego skorzystamy – przekonuje Patryk Paluszek.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 16.12 – 20.12

Ostatni regularny tydzień w tym roku zapowiada się optymistycznie w klimacie zbudowanym na porozumieniu handlowych USA i Chin oraz wyparowaniu ryzyka bezumownego brexitu. Ale przy odstawieniu na bok czynników geopolitycznych, wzrasta znaczenie danych makro, a tu ciągle nie widać solidnych oznak przyspieszenia ożywienia. Rynki mogą być pełne nadziei na poprawę, ale kredyt zaufania nie będzie wieczny.

Przyszły tydzień: PMI, Ifo, BoE, Riksbank, Norges Bank, BoJ, rynek pracy z Australii, PKB z NZ, CPI z Kanady

USA

W USA indeksy PMI (pon), NY Empire State (pon) czy Philly Fed (czw) powinny pomóc określić kondycję aktywności biznesu, szczególnie kiedy ostatnie szacunki ISM pozostawiły mieszane nastroje. Mocne odczyty w połączeniu z pasywnym Fed i solidną postawą rynku pracy powinny budować obraz przyjazny bardziej ryzyku i rynkowi akcji, a niekoniecznie dla USD.

Strefa euro

W strefie euro wskaźniki PMI (pon) mogą zasygnalizować próby odbijania w przemyśle, ale ciekawszym będzie, czy sektor usługowy „nie zaraził się” apatią? Przy nowych strajkach we Francji ryzyka przeważają po stronie rozczarowania. W Niemczech indeks Ifo powinien wzrosnąć, odzwierciedlając poprawę w indeksach ZEW i Sentix. Byłoby to miłym impulsem dla kupujących EUR, którzy powoli odzyskują inicjatywę.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii porządkowanie po wyborach z formowaniem nowego rządu, expose premiera (czw) i potencjalnym rozpoczęciem prac nad ustawą brexitowa (pt). Z danych w następnym tygodniu trudno będzie odsiać niepewność o wynik wyborów i przyszłość brexitu, więc do wahnięć względem prognoz należy podchodzić z rezerwą. Posiedzenie Banku Anglii (czw) powinno przynieść utrzymanie stopy procentowej bez zmian, ale przy dysydentach chcących cięcia. Ostatnim razem było ich dwóch – większa liczba podsienie ryzyko obniżki na początku przyszłego roku. GBP może być ponownie wrażliwy na czynniki makro, szczególnie przy nawisie długich pozycji budowanych przed wyborami.
W Szwecji Riksbank idzie pod prąd i niemal na pewno dokona podwyżki stóp procentowych (czw). Świadomość ryzyk wynikających z ujemnych stóp procentowych skłania bank do podwyżki, pomimo zagrożeń dla perspektyw inflacji i wzrostu. W projekcji bank powinien zasugerować brak zmian w przyszłym roku, co powinno być neutralne dla SEK. Korona ma potencjał do umocnienia, o ile klimat globalny nie będzie generował nieprzyjemnych niespodzianek.

Norwegia

Dla odmiany Norges Bank (czw) nie dokona zmian w poziomie stóp procentowych. Dane od ostatniego posiedzenia nie zmieniły obrazu gospodarki, co powinno prowadzić do utrzymania dotychczasowego nastawienia z neutralną ścieżką na kolejne miesiące, ale z podtrzymaniem wyższego prawdopodobieństwa dla podwyżki. Jeśli to by uległo zmianie, NOK będzie tracił.

Polska

W Polsce mamy wysyp danych makro (śr-pt), które (pomijając wahania sezonowe) powinny wskazać na stabilizację aktywności gospodarczej. Ponieważ RPP na każdym kroku potwierdza chęć utrzymania stóp procentowych bez zmian w 2020, a prawdopodobnie też i w 2021 r., dane nie są katalizatorem dla rynku walutowego. EUR/PLN wrócił do korytarza utrzymywanego przez większość czasu w ciągu ostatnich 18 miesięcy (4,26-4,32) i nie sądzimy, aby miał z niego się wychylać.

Japonia

Na grudniowym posiedzeniu Bank Japonii (śr-czw) powinien utrzymać parametry polityki monetarnej bez zmian. Przy innych głównych bankach (głównie Fed) przechodzącym w tryb wiat-and-see, BoJ nie musi kontrować dodatkowym luzowaniem. Szczególnie, że każde posunięcie byłoby bardzo ryzykowne w skutkach ubocznych dla sektor bankowego. JPY może skupić się na wycenie ryzyka globalnego.

Australia i Nowa Zelandia

W Australii wydarzeniem tygodnia będzie raport z rynku pracy (czw). Niski przyrost zatrudnienia lub kolejny ubytek miejsc pracy może podbić stopę bezrobocia do 5,4 proc., co otwiera dyskusję o kolejnej obniżce stopy procentowej na najbliższym posiedzeniu w lutym. To może hamować umocnienie AUD wynikające z korzystnego wpływu czynników globalnych. W Nowej Zelandii brak paniki w szeregach RBNZ i poprawa w indeksach aktywności biznesowej stały się paliwem do odbicia NZD. Odczyt PKB za III kw. (śr) może podtrzymać ten trend.

Kanada

Informacje o finalizacji prac na USMCA, pozytywny sentyment globalny i wyższe ceny ropy tworzą razem klimat przyjazny umocnieniu CAD lub przynajmniej utrzymaniu USD/CAD na miesięcznych minimach. Ale w tle czai się ryzyko gołębiego zwrotu Banku Kanady po tym, jak spekulacje obudził silnie rozczarowujący raport z rynku pracy. W następnym tygodniu testem zaufania będą dane o inflacji (śr) – słaby odczyt odsuwający inflację od celu 2 proc. wzmocni gołębie oczekiwania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.