Liczba chętnych do zdawania na prawo jazdy najniższa od lat. Ludzie coraz chętniej przesiadają się do komunikacji zbiorowej

Spada liczba chętnych do zdawania egzaminów na prawo jazdy. Jeśli utrzyma się dotychczasowa dynamika, ten rok zamknie się liczbą około 360–370 tys. wydanych uprawnień do kierowania pojazdami, podczas gdy w ubiegłym roku było ich prawie 418 tys. Będzie to pierwszy tak duży spadek od lat. Trend jest w dużej mierze efektem urbanizacji, wzrostu popularności komunikacji zbiorowej i nowoczesnych form komunikacji, opartych na sharing economy, takich jak współdzielone samochody, rowery czy hulajnogi na minuty.​ Spadek liczby kursantów to jednak problem dla WORD-ów i szkół jazdy, bo oznacza mniejsze wpływy i konieczność ograniczania kosztów działalności.

Malejąca liczba osób chętnych do zdawania egzaminów na prawo jazdy zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie czy Polsce wynika z tego, że coraz więcej osób mieszka w dużych miastach. Mamy koncentrację w rejonach mocno zurbanizowanych, gdzie jest dostępna zarówno komunikacja zbiorowa, jak i nowoczesne formy komunikacji, np. hulajnogi elektryczne, współdzielone samochody, rowery z wypożyczalni. To powoduje, że można się przemieszczać szybko, niekoniecznie posiadając samochód na własność – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Kowalczyk, doradca prezesa Polskiego Związku Motorowego ds. elektromobilności.

Statystyki CEPiK pokazują, że od początku tego roku liczba wydanych dokumentów prawa jazdy oscyluje wokół 30 tys. miesięcznie i jest średnio o kilka tysięcy niższa niż w latach poprzednich. Najmniej dokumentów (25 255) wydano w czerwcu br. i ta wartość nigdy jeszcze nie była aż tak niska. Dla porównania w tym samym miesiącu rok wcześniej prawo jazdy uzyskało 34 473 kierowców.

W całym ubiegłym roku prawo do kierowania pojazdami uzyskało w sumie 418 tys. osób. Rok wcześniej było to 414 tys., a w 2016 – 453 tys. Jeśli tegoroczna dynamika się utrzyma, bieżący rok zamknie się liczbą około 360–370 tys. wydanych dokumentów.

Z punktu widzenia osób mieszkających w dużych miastach posiadanie pojazdu jest dzisiaj raczej problemem niż szczęściem. Miasta starają się pozbyć samochodów ze swoich centrów, parkowanie jest bardzo utrudnione. Dlatego dużo wygodniej jest korzystać z rozwiązań, które się pojawiają jeżeli chodzi o komunikację zbiorową, współdzielenie samochodów czy innych pojazdów, jak hulajnogi. W tej chwili samochodów potrzebujemy głównie do celów turystycznych i hobbystycznych – mówi Krzysztof Kowalczyk.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Straal i fundacji Digital Poland („Mobility as a Service PL”), współdzielone rowery i samochody to dwie najpopularniejsze na polskim rynku formy transportu oparte na sharing economy. Rowery na minuty to rozwiązanie znane 90 proc. Polaków, a współdzielone samochody – 68 proc.

Badania przeprowadzone na zlecenie PwC pokazują, że już w tej chwili 26 proc. Polaków jest skłonnych zrezygnować z własnego samochodu na rzecz współdzielenia pojazdów. Zwłaszcza że taka usługa przestaje być wyłącznie domeną dużych miast. Podobny trend widać też na całym europejskim rynku. Według prognoz PwC w nadchodzących latach carsharing będzie wzrastać w dwucyfrowym tempie, a do 2030 roku współdzielone auta mają już stanowić co najmniej 30 proc. wszystkich samochodów w Europie. Do tego czasu co trzeci przejechany kilometr w Europie będzie realizowany właśnie w formule carsharingu („The five dimensions of automotive transformation”).

Spadająca liczba kursantów na prawo jazdy to problem dla wojewódzkich ośrodków ruchu drogowego i szkół jazdy, bo oznacza mniejsze wpływy i konieczność ograniczania kosztów działalności.

Ośrodki szkoleniowe i firmy egzaminujące mogą się już zacząć przygotowywać na ten trend spadkowy, oferując kursy doszkalające. W dobie współdzielonych pojazdów roczne przebiegi kilometrowe wykonywane przez kierowców będą dużo mniejsze. Dlatego kierowcy powinni się doszkalać, żeby nie stwarzać niebezpieczeństwa na drogach. A doskonałym do tego miejscem są właśnie ośrodki doskonalenia techniki jazdy, czyli tzw. ODTJ – wskazuje Krzysztof Kowalczyk.

Zakopane to najchętniej wybierane miejsce na sylwestra. Mimo zawrotnych cen w tym okresie

Spośród najchętniej wybieranych miejscowości na powitanie Nowego Roku najdroższym miejscem jest Zakopane. Wysokie ceny nie zrażają turystów, którzy właśnie w zimowej stolicy Polski najczęściej rezerwują hotele. Z kolei, aby za bal sylwestrowy zapłacić najmniej, należy udać się do Łodzi. Polacy coraz częściej ostatni dzień w roku spędzają poza domem. Niektórzy z nich wybierają się na kilkudniowe zagraniczne wycieczki, inni preferują imprezy w klubach. 

Zakopane w okolicy świąt Bożego Narodzenia oraz sylwestra, nigdy nie mogło narzekać na brak przyjezdnych. Jednak od kiedy w miejscowości organizowany jest koncert TVP, zainteresowanie miastem znacznie wzrosło – według danych portalu Sylwestrowo.pl aż o 300 proc.

Zakopane jest zdecydowanie najdroższym miejscem na spędzenie sylwestra. Żadna inna miejscowość nie może się równać kosztami z tym miastem. Pozostałe górskie miejscowości mniej więcej kształtują się na podobnym poziomie – w Karpaczu ceny są mniej więcej takie same jak w Wiśle. Podobnie sytuacja wygląda w nadmorskich miejscowościach. W Trójmieście, Kołobrzegu czy Świnoujściu ceny są do siebie zbliżone – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Goliat, dyrektor marketingu portalu Sylwestrowo.pl.

Sylwestra najlepiej zaplanować ze stosownym wyprzedzeniem, dzięki czemu możemy znaleźć ofertę w nieco korzystniejszej cenie. Ten okres rządzi się swoimi prawami. Nie należy więc liczyć na przeceny czy specjalne okazje. Jest wręcz przeciwnie – im bliżej, tym drożej.

Jeżeli planujemy spędzić i powitać Nowy Rok w tych bardziej popularnych miejscowościach, jest to w zasadzie ostatni moment, aby znaleźć i zarezerwować dobrą ofertę – mówi Mateusz Goliat. – Średni koszt balu sylwestrowego w Zakopanem to 313 zł. Natomiast tam zwykle planujemy dłuższe pobyty. Pięć dni kosztuje minimum 1 tys. zł. W dużych miejscowościach, czy to w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie, te ceny są około 10 proc. niższe.

Według danych dostępnych na portalu Sylwestrowo.pl za bal w stolicy zapłacimy średnio 283 zł, podobnie w Krakowie i Poznaniu – 281 zł, nieco mniej we Wrocławiu – 267 zł. Najtaniej można imprezować w Łodzi – tam koszt balu wynosi średnio 205 zł.

Według przedstawiciela portalu Sylwestrowo.pl w ostatnim czasie zmieniły się imprezowe upodobania polskiego społeczeństwa. Coraz częściej Nowy Rok witamy poza domem. Formy świętowania są różne i zależą od upodobań. Niektórzy wybierają się do klubów, inni decydują się na zagraniczne wycieczki.

Najczęstszą opcją w tym roku jest 5-dniowy pobyt, a zdecydowanie najbardziej popularne miejsce to właśnie Zakopane – mówi Mateusz Goliat.

W 2019 roku za zabawę sylwestrową zapłacimy nieco więcej niż w poprzednich latach. Mateusz Goliat tłumaczy jednak, że nie jest to nic zaskakującego.

Co roku ceny sylwestra wzrastają. W tym roku odnotowaliśmy wzrost na poziomie 4 proc. względem poprzedniego. Gdybyśmy mieli spojrzeć na poprzednie lata, ten wzrost był mniej więcej podobny – zawsze wynosił około 2–3 proc. – tłumaczy Goliat.

Zagraniczne sylwestrowe propozycje także cieszą się sporą popularnością. Ich ceny bywają bardzo zróżnicowane. Niektóre stolice Europy oferują kilkudniowe wycieczki w wyjątkowo przystępnych kwotach.

Oferty zagraniczne zaczynają się już od 99 zł. To jest zupełnie autentyczna cena sylwestra w Pradze w formie wycieczki objazdowej. Zawiera wyjazd do Pragi, zwiedzanie miasta, imprezę plenerową i powrót do Polski. Najbardziej popularnym pakietem są wyjazdy objazdowe do stolic Europy. W Pradze czy w Budapeszcie koszt pobytu od 3 do 5 dni waha się w przedziale od 600 do 1,2 tys. zł za osobę – mówi Mateusz Goliat. – Z drugiej strony zagraniczne oferty mogą też kształtować się na niezwykle wysokim poziomie cenowym. Po drugiej stronie jest chociażby Gruzja, gdzie zapłacimy 5,5 tys. zł za tygodniowy pobyt, włączając w to zwiedzanie i imprezę sylwestrowo-noworoczną. 

Dyski SSD oferują już 4–5 TB miejsca i zawrotne prędkości przesyłu danych. W przyszłym roku technologia zrewolucjonizuje konsole do gier

Pamięci SSD nowej generacji wypierają przestarzałe dyski HDD. Pozwalają znacznie szybciej przetwarzać dane, przyspieszając tym samym działanie komputerów. Oferują przy tym coraz większe pojemności w coraz przystępniejszej cenie. Na rynku można już kupić dyski SSD o pojemności kilku terabajtów, co pozwala na wykorzystanie ich nie tylko prywatnym użytkownikom, lecz także np. w nowoczesnych centrach przetwarzania danych. Producenci wciąż jednak kierują swoje najnowsze pamięci do graczy. SSD wkrótce trafią do konsol nowej generacji, co może oznaczać gamingową rewolucję.

Największego przełomu związanego z wykorzystaniem pamięci SSD mogą spodziewać się gracze, którzy w przyszłym roku zainwestują w konsole kolejnej generacji od Sony i Microsoftu. Przez lata urządzenia tych firm fabrycznie wyposażano w powolne, ale pojemne dyski twarde. Tymczasem PlayStation 5 oraz Xbox Scarlett będą bazować na pamięciach SSD. Dzięki nim uda się kilkukrotnie skrócić czas wczytywania oraz pobierania gier oraz znacząco usprawnić działanie konsol.

– Technologia SSD zmienia się bardzo szybko, podobnie jak cała branża IT. Dlatego intensywnie poszukujemy nowych trendów, aby móc prezentować różne możliwości. Klienci potrzebują szybszych i bardziej niezawodnych produktów, na przykład dla graczy. Oferujemy więc większe pojemności rzędu 2 TB, dysponujemy także technologią 3D TLC, która jest obecnie jedną z najbardziej poszukiwanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jelena Konieczna z firmy Wilk Elektronik.

Pamięci SSD coraz częściej wykorzystywane są także w systemach biznesowych, co wiąże się ze zwiększeniem pojemności tych nośników danych. Firma Seagate opracowała pamięci SSD IronWolf 110 przystosowane do pracy z serwerami danych. Nośniki z tej linii oferują pojemność do 4 TB, a ich współczynnik MTBF wynosi aż 2 mln godzin – ich żywotność jest tak wysoka, że mogą bezawaryjnie działać w urządzeniach takich jak serwery plików.

Samsung eksperymentuje z nośnikami wykorzystującymi technologię Key Value. Prototypowe pamięci odciążają procesor komputera, gdyż część obliczeń związanych z odczytywaniem i zapisywaniem informacji jest wykonywana bezpośrednio na nośniku danych przez jego sterowniki. Koreański producent pracuje także nad wdrożeniem do swoich SSD oprogramowania Fail-In-Place, które znacząco wydłuży żywotność tych nośników. Pamięci opracowane w tym standardzie mają większą przestrzeń magazynową niż ta deklarowana przez producenta. Wykorzystywana jest ona w roli backupu – FIP w czasie rzeczywistym monitoruje wydajność poszczególnych sektorów pamięci i jeśli któryś zaczyna szwankować – jest automatycznie wyłączany, a w jego miejsce aktywuje się część nadmiarowej pamięci.

Z kolei firma GOODRAM eksperymentuje z pamięciami wykorzystującymi interfejs PCI-Express 4.0 x4 z platformy AMD X570, który ma pozwolić na przesyłanie informacji z nadzwyczaj wysoką prędkością. Terabajtowe nośniki IRDM Ultimate X mogą odczytywać dane z prędkością dochodzącą do 5000 MB/s i zapisywać je z prędkością do 4500 MB/s.

– Normalny dysk SSD ma pojemność 500 MB, a nasz produkt – 5000 MB. Jest on przeznaczony głównie dla profesjonalnych graczy, ale nie tylko. Stworzono go również z myślą o zawodowych projektantach, twórcach filmów i grafikach, którzy potrzebują produktu bardzo dobrej jakości, odznaczającego się najwyższą niezawodnością i szybkością – wskazuje ekspertka.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku pamięci SSD w 2018 roku wyniosła 30,33 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do blisko 70 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,9 proc.

Po roku firmy mają tylko 10% szans na odzyskanie zaległej płatności

Jak wynika z raportów firm windykacyjnych, o ile po trzech miesiącach wierzyciel ma jeszcze 80% procent szans na otrzymanie swoich pieniędzy od niesolidnego kontrahenta, o tyle po roku ściągalność długu spada do 10%. To alarmujące dane, szczególnie gdy zestawić je z informacjami dotyczącymi zatorów płatniczych. Niektóre źródła podają, że z nieterminowymi płatnościami boryka się już nawet 90% firm, a według danych Związku Przedsiębiorców Finansowych w Polsce i Krajowego Rejestru Długów, obecnie co siódma niezapłacona faktura jest przeterminowana od więcej niż roku.

Jednym ze sposobów na niesolidnych kontrahentów jest dochodzenie swoich praw w sądach powszechnych, jednak od wniesienia pozwu do rozpoczęcia egzekucji komorniczej upływa według Banku Światowego średnio nawet 685 dni. O aktualnej sytuacji na wokandzie sądów powszechnych oraz o arbitrażu online jako szybszej alternatywie rozstrzygania spraw spornych między przedsiębiorcami opowiada Robert Szczepanek, współtwórca ULTIMA RATIO, pierwszego w Polsce elektronicznego sądu polubownego stworzonego przy współpracy ze Stowarzyszeniem Notariuszy RP.

–  Z raportu Doing Business 2019 przygotowanego przez Bank Światowy wynika, że średni czas od wniesienia pozwu do momentu egzekucji wyroku przez komornika wynosi w polskich sądach aż 685 dni. To prawie dwa lata, po których, zgodnie z danymi na temat ściągalności długów, pieniądze są niemal nie do odzyskania – firmy upadają, a dług rozpływa się w powietrzu. Co więcej, w czasie, gdy sąd rozpatruje sprawę, dłużnik może swobodnie obracać naszymi pieniędzmikomentuje Robert Szczepanek, współzałożyciel Ultima Ratio, pierwszego w Polsce w pełni elektronicznego sądu polubownego dla firm. – Sytuacje mają teoretycznie zmienić nowe wytyczne, zgodnie z którymi sądy powinny orzekać w sprawach gospodarczych w czasie krótszym niż 6 miesięcy, jednak patrząc na obłożenie polskich sądów, należy przypuszczać, że ciężko będzie w praktyce dotrzymać takich terminów – dodaje Robert Szczepanek z Ultima Ratio.

Według ekspertów alternatywą dla sądów tradycyjnych ma szanse być elektroniczny arbitraż. To sądy polubowne stają się coraz bardziej popularne wśród przedsiębiorców – po pierwsze ze względu na czas jaki upływa od wniesienia pozwu do uzyskania klauzuli wykonalności, po drugie, cenę.

Elektroniczne sądy polubowne, takie jak Ultima Ratio, są dużo tańsze od tradycyjnych – z naszych szacunków wynika, że nawet o 70 procent. Przedsiębiorcy nie muszą tracić cennego czasu by stawić się na rozprawie, nie ma kosztów delegacji, kosztów druku. Sam wyrok zapada nawet w 11 dni od wniesienia sprawy, a, jak pokazują statystyki Ministerstwa Sprawiedliwości, klauzula wykonalności nadawana jest w około 6 tygodni. Oznacza to, że już niespełna po dwóch miesiącach przedsiębiorcy mogą skorzystać z możliwości komorniczej egzekucji zaległych należności, a tym samym znacząco zwiększyć swoje szanse na odzyskanie całości długu od niesolidnego kontrahenta – podkreśla Robert Szczepanek.

Aby skorzystać z arbitrażu online należy na początku współpracy z kontrahentem uzgodnić zapis arbitrażowy. Takie uzgodnienie może mieć formę paragrafu w umowie. Może też być uzgodnione mailowo lub nawet ustanowione jednostronnie – w ogólnych warunkach sprzedaży, czyli udostępnionym kontrahentowi zestawie zasad współpracy, na podstawie których następuje sprzedaż towarów bądź realizacja usług. Wystarczy standardowy zapis zaczynający się od słów: „Wszelkie spory wynikające z umów sprzedaży, zawartych w oparciu o niniejsze OWS (lub Regulamin) lub w związku z tymi umowami rozstrzygane będą przez Ultima Ratio Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny przy Stowarzyszeniu Notariuszy Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie”. Arbitraż on-line to także coraz częściej spotykana forma rozsądzania konfliktów na świecie. W ubiegłym roku w Chinach takie sądy przeprowadziły ponad 160 tysięcy spraw.

Rynek danych z kosmosu będzie nadal rósł, w ciągu najbliższej dekady o blisko 10 proc. rocznie

Przemysł satelitarny i branża kosmiczna prężnie rosną w siłę. Dane z satelitów są dziś niezbędne do rozwoju wielu technologii oraz stymulują biznes do dalszych innowacji. Według raportu Euroconsult, roczna stopa wzrostu sektora usług opartych na zdjęciach satelitarnych w najbliższej dekadzie będzie co roku wynosiła o ponad 9 proc.

Technologie wykorzystujące precyzyjne i aktualne dane z satelitów cieszą się ogromną popularnością. Korzystają z nich m.in. przedsiębiorstwa z branży energetycznej i infrastrukturalnej, rolnictwa, transportu morskiego, logistyki czy ubezpieczeń. Główne obszary ich zainteresowań to obrazowanie satelitarne oraz analiza danych. Euroconsult, firma konsultingowa specjalizująca się w sektorze kosmicznym, prognozuje na kolejną dekadę dynamiczny wzrost rynku. W 2028 roku jego wartość globalna ma wynieść 12,1 mld dol.

Oczekujemy, że wzrost popytu na satelitarne zdjęcia Ziemi będzie napędzany głównie przez sektor obronny oraz nowe, komercyjne przedsięwzięcia – mówi Alexis Conte, starszy konsultant w Euroconsult. Na rynku pojawią się nowi operatorzy systemów satelitarnych, z tańszymi rozwiązaniami, które przyciągną klientów zainteresowanych zdjęciami o rozdzielczości jednego metra. Jednocześnie przewidujemy, że część przychodów z tego segmentu przesunie się na rynek zdjęć o rozdzielczości 50 cm i mniejszej, zdominowany przez tradycyjne satelity – dodaje.

Wzrost wykorzystania danych satelitarnych w najbliższej dekadzie będzie w dużym stopniu napędzany przez różne projekty administracyjne – rządowe i niższego szczebla. Poszczególne kraje ponoszą coraz większe inwestycje, aby poprawić stan wiedzy na temat Ziemi oraz zmian klimatycznych.

Środowisko pod baczną obserwacją

Znaczący udział we wzroście wykorzystania zdjęć z satelitów będzie miał monitoring naszej planety w kontekście ochrony środowiska. Poszczególne kraje oraz organizacje pozarządowe na całym świecie ponoszą coraz większe wysiłki wspierane finansowaniem w celu powstrzymania globalnego ocieplenia i jego konsekwencji. Oprócz dostarczania aktualnych, precyzyjnych raportów o stanie zdrowia Ziemi, zdjęcia satelitarne pomagają lepiej zrozumieć zachodzące procesy oraz znaleźć rozwiązania potrzebne do powstrzymania degradacji środowiska.

Mogą być one wykorzystywane do śledzenia m.in. wycieków ropy, szkód spowodowanych nadmiernym wylesianiem i urbanizacją, negatywnego wpływu technik wydobywania minerałów, czystości powietrza i wody oraz zanieczyszczenia gleby.

Komercyjne wykorzystanie analiz

Zdjęciami satelitarnymi coraz bardziej interesuje się biznes. Oprócz sektorów związanych z ich użyciem w podstawowej działalności, coraz częściej wykorzystują je także firmy poszukujące analiz rynkowych, związanych z ich otoczeniem lub konkurencją.

Dane z kosmosu oferują ogromne możliwości analityczne, które coraz częściej są wykorzystywane w procesach decyzyjnych przedsiębiorstw – mówi Maciej Litewski, marketing manager z CloudFerro, polskiej firmy, która jest operatorem m.in. europejskich platform CREODIAS i WEkEO oraz niemieckiej CODE-DE, udostępniających dane z monitoringu Ziemi. Zdjęcia satelitarne, w połączeniu z analizą danych i analizą geoprzestrzenną, są bardzo pożądane, np. w monitorowaniu różnego rodzaju zasobów czy w planowaniu projektów inwestycyjnych. W biznesie wiedza jest bardzo cenna, a jej brak ryzykowny, dlatego rynek usług analitycznych bazujących na danych z satelitów z pewnością będzie się nadal dynamicznie rozwijał – wyjaśnia.

Analizy tworzone na podstawie zdjęć satelitarnych coraz częściej wykorzystują różne źródła, a według raportu Euroconsult, liczba możliwości biznesowych dla usług opartych na danych z kosmosu zdecydowanie rośnie. Dziś wszelkie zmiany w terenie można wykryć niemal w czasie rzeczywistym, a odpowiednią informację uzyskać w przystępnej cenie. Dlatego ta droga pozyskiwania danych będzie zyskiwała na popularności.

Zdjęcia satelitarne nie są łatwym obiektem do analizy, która w tym wypadku wymaga dużej mocy obliczeniowej i profesjonalnej infrastruktury IT, a na to mogą sobie pozwolić tylko największe firmy i instytucje. Taka platforma jak  CREODIAS umożliwia nie tylko generowanie, przeglądanie i analizowanie obrazów satelitarnych, ale także oferuje usługi dla podmiotów zainteresowanych profesjonalnym, komercyjnym przetwarzaniem danych satelitarnych – wyjaśnia Maciej Litewski. CloudFerro w ten sposób otwiera drogę do rozwoju mniejszym firmom i startupom, które chcą rozwijać usługi oparte na zdjęciach z europejskich satelitów, ale nie mają środków na rozbudowę własnej infrastruktury.

Rynki przyszłości

Amerykańska agencja badawcza Nothern Sky Research, specjalizująca się w badaniach rynku kosmicznego i przemysłu satelitarnego, niedawno opublikowała prognozę dotyczącą rozwoju tych sektorów w ciągu nadchodzącej dekady. Według niej, jeśli chodzi o podział globalnych przychodów z usług opartych na danych satelitarnych, w 2028 roku, tak jak obecnie na pierwszej pozycji będzie Ameryka Północna, z 37 proc. udziałów w rynku. 20 proc. udziału ma mieć Europa, a kraje azjatyckie – 22 proc.

Odpowiedzialność członka rodziny oraz rozwiedzionego małżonka za zaległości podatkowe podatnika w świetle przepisów Ordynacji podatkowej

Odpowiedzialność za zobowiązania podatkowe dotyczy nie tylko podatnika i jego sytuacji majątkowej i finansowej, ale może być rozszerzona na członków jego rodziny, także byłych. Przepisy Ordynacji podatkowej przewidują różne reżimy w zależności od sytuacji rodzinnej. Dlatego warto je wcześniej przeanalizować i być ich świadomym. Tylko w takiej sytuacji podatnik może podjąć działania mające na celu ograniczenie ryzyka dla rodziny i ją zabezpieczyć.

Wspólność majątkowa

Zgodnie z treścią art. 26 Ordynacji podatkowej osoby pozostające w związku małżeńskim we wspólności majątkowej odpowiadają majątkiem odrębnym i wspólnym za zobowiązania małżonka. Sytuacja ta dotyczy podatników, płatników i inkasentów. Odpowiedzialność powstaje z mocy prawa z chwilą powstania zobowiązania podatkowego.

Przepis ten ma zastosowanie do zobowiązań podatkowych powstałych po dacie zawarcia małżeństwa. Innymi słowy, ustrój małżeńskiej wspólności majątkowej musi poprzedzać dzień powstania obowiązku podatkowego. Powyższy pogląd jest powszechnie przyjęty w orzecznictwie sądów, choć występują także wyroki odmienne (póki co odosobnione), gdzie sąd wskazuje, że odpowiedzialność za zobowiązania obejmuje cały majątek podatnika i małżonka, niezależnie od daty zawarcia związku małżeńskiego (por. wyrok Sądu Najwyższego z 23 listopada 2011 r., sygn. IV CSK 71/11).

Odpowiedzialność małżonka ma charakter solidarny, co oznacza, że organ podatkowy ma jedną wierzytelność względem podatnika i jego małżonka, a spełnienie świadczenia przez jednego z małżonków zwalnia drugiego i zobowiązanie wygasa.

Majątek wspólny

Małżonek podatnika odpowiada do wysokości majątku wspólnego. Pojęcie majątku wspólnego jest stosunkowo szerokie i nie wszyscy mają świadomość, co wchodzi w jego skład.

Po pierwsze są to pobrane wynagrodzenie za pracę i dochody z innej działalności zarobkowej każdego z małżonków. Bez różnicy w tym przypadku jest wysokość dochodów osiągana przez każdego z nich czy ich źródło. Nawet lepiej zarabiający małżonek będzie musiał pokryć zobowiązania podatkowe drugiej osoby w pełnej wysokości. Kolejnym składnikiem majątku wspólnego są środki zgromadzone na rachunku otwartego lub pracowniczego funduszu emerytalnego każdego z małżonków oraz kwoty na subkoncie ZUS.

Ograniczenie odpowiedzialności

Poza wspólnością majątkową ustawową czy umowną pomiędzy małżonkami może istnieć inny ustrój majątkowy. Wspólność majątkową można ograniczyć, znieść, wyłączyć lub może ona ustać. Decyzje te powinny być jednak podjęte we właściwym okresie, ponieważ determinują one odpowiedzialność tych osób.

Ordynacja podatkowa określa daty graniczne, od kiedy obowiązują ograniczenia odpowiedzialności małżonka. Są to daty:

  • zawarcia umowy o ograniczeniu lub wyłączeniu ustawowej wspólności majątkowej;
  • zniesienia wspólności majątkowej prawomocnym orzeczeniem sądu;
  • ustania wspólności majątkowej w przypadku ubezwłasnowolnienia małżonka;
  • uprawomocnienia się orzeczenia sądu o separacji.

Zatem podatnicy chcący ograniczyć odpowiedzialność członków rodziny znajdujących się w ustroju wspólności majątkowej powinni podjąć wymienione powyżej działania. Oczywiście część z nich zależy od stanu rodzinnego (np. separacja), ale cześć (np. umowa o ograniczeniu lub wyłączeniu odpowiedzialności) może być stosunkowo łatwo przeprocesowana np. przed notariuszem.

Śmierć podatnika

Temat śmierci podatnika czy uznania go za zmarłego nie został uregulowany bezpośrednio w przepisach o odpowiedzialności solidarnej, ale w przepisach o odpowiedzialności jako spadkobierca – w trybie art. 98 § 1 Ordynacji podatkowej w zw. z art. 1030 i nast. Kodeksu Cywilnego. Decydujące w tym zakresie są przepisy Kodeksu Cywilnego o przyjęciu lub odrzuceniu spadku. Zatem w przypadku śmierci podatnika jego sytuacja finansowa i stan rozliczeń z fiskusem powinien być zweryfikowany przez członków rodziny, gdyż może się okazać, że korzystniej będzie ewentualny spadek odrzucić.

Rozwiedziony małżonek

Powyższe przepisy nie odnoszą się do sytuacji rozwodu czy unieważnienia małżeństwa. Została ona uregulowana w art. 110 Ordynacji podatkowej, zgodnie z którym rozwiedziony małżonek odpowiada solidarnie za zobowiązania podatkowe do wysokości wartości udziału przypadającego mu w majątku wspólnym. Zatem odpowiedzialność ta jest ograniczona. Powyższa sytuacja dotyczy zobowiązań, które powstały w trakcie trwania małżeństwa do dnia poprzedzającego rozwód/unieważnienie. Odpowiedzialność jest także ograniczona i nie obejmuje odsetek za zwłokę, kosztów egzekucyjnych czy niepobranych należności lub pobranych, ale niewpłaconych.

Podsumowanie

Zagadnienie odpowiedzialności członków rodziny i rozwiedzionych małżonków jest tematem wrażliwym, ale nie każdy przedsiębiorca w toku prowadzonej działalności zastanawia się nad nim. Konsekwencje podatkowe w tym zakresie mogą być bardzo dotkliwe i odegrać negatywny wpływ na wzajemne relacje rodzinne. Dlatego w przypadku prowadzenia działalności, gdzie podatnik jest odpowiedzialny za rozliczenia podatkowe, powinno się przeanalizować sytuację najbliższej rodziny, tak aby najlepiej zabezpieczyć jej interes. Warto przy tej okazji skontaktować się z profesjonalnym doradcą podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wschodzące rynki magazynowe atrakcyjniejsze dla inwestorów?

Rosnąca liczba inwestorów instytucjonalnych staje się bardziej otwarta na rozważenie zakupu obiektu magazynowego poza rynkami Wielkiej Piątki.

Przez lata zainteresowanie ze strony inwestorów instytucjonalnych lokalizacjami magazynowymi poza pięcioma największymi regionami pozostawało ograniczone. Jednak wraz z rozwojem infrastruktury drogowej oraz postępującymi trudnościami z rekrutacją pracowników w największych polskich aglomeracjach, nowe lokalizacje stają się coraz bardziej atrakcyjne dla wynajmujących. W rezultacie może się to przełożyć na wyższe wolumeny inwestycyjne na rynkach wschodzących w kolejnych latach, wynika z najnowszego raportu JLL, Hillwood Polska i ManpowerGroup „Small town, big deal”.
Poza pierwszymi oznakami zainteresowania nowymi rynkami, na razie ciężko mówić o nowym trendzie inwestycyjnym, głównie z uwagi na fakt, że nadal większość transakcji w sektorze magazynowym w Polsce dotyczy tzw. Wielkiej Piątki. Nowe lokalizacje powinny być jednak znacznie bardziej atrakcyjne dla inwestorów typu „core+”, którzy poszukują obiektów gwarantujących wyższe stopy kapitalizacji – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Na ograniczoną płynność inwestycji w lokalizacjach wschodzących wpływa między innymi niewystarczająca skala sektora magazynowego, zarówno pod kątem podaży, jak i rynku najmu. Dla przykładu, pod koniec ubiegłego roku istniejąca powierzchnia magazynowa w Polsce Wschodniej wahała się od 40 500 mkw. w Białymstoku do 158 000 mkw. na Podkarpaciu, w porównaniu do 3,2 mln mkw. w Warszawie czy nawet 300 000 mkw. w Krakowie, który nadal nie jest postrzegany jako główny rynek. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku popytu – zagregowany popyt brutto w 2018 r. obserwowany w Białymstoku, Lublinie, Kielcach, Olsztynie, Opolu i na Podkarpaciu osiągnął 291 000 mkw. w porównaniu do 331 000 mkw. wynajętych tylko w Poznaniu.
Mimo to rosnąca liczba inwestorów instytucjonalnych staje się bardziej otwarta na rozważenie zakupu produktu magazynowego poza rynkami Wielkiej Piątki. Zdarza się, że takie nieruchomości są sprzedawane jako portfel lub część większego portfela. Dla przykładu, pod koniec 2018 roku fundusz KKCG Real Estate kupił w Polsce pięć magazynów typu BTS o łącznej powierzchni ok. 54 000 mkw. Wartość transakcji została oszacowana na ok. 41 mln euro a nieruchomości będące przedmiotem tej transakcji były zlokalizowane poza głównymi lokalizacjami magazynowymi. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Większa liczba transakcji inwestycyjnych finalizowanych na rynkach wschodzących powinna być też naturalnym efektem wzrastającej aktywności deweloperów w tych lokalizacjach. Już teraz inwestują tam główni gracze w sektorze magazynowym w Polsce – Panattoni, 7R czy Hillwood Polska, który zbudował centrum logistyczne dla Zalando Lounge o powierzchni 130 000 mkw. w Olsztynku (obok Olsztyna). Budynek ukończony został w pierwszym kwartale 2019 roku i już wtedy trwał proces jego sprzedaży inwestorowi z Korei.

Oprócz stale rozwijającej się infrastruktury drogowej, atutem wschodzących rynków magazynowych jest wysoki potencjał rekrutacyjny. To było ważne przy wyborze Olsztynka na lokalizację centrum logistycznego Zalando Lounge, w którym w ciągu tego roku powstało około 500 nowych miejsc pracy, a według zapowiedzi może powstać drugie tyle. Duże znaczenie ma też dobry klimat inwestycyjny w samorządach wielu mniejszych miast Polski. Hubert Michalak, Prezes Zarządu Hillwood Polska

Inwestorzy z Azji, a szczególnie z Korei Południowej, są szczególnie aktywni na rynku magazynowym w naszym kraju. Co istotne, łączny wolumen transakcji na koniec I połowy 2019 roku był rekordowy, jeśli chodzi o rezultat dla pierwszego półrocza, i zamknął się on kwotą 374 mln euro. To bardzo dobrze ilustruje potencjał polskiego sektora magazynowego i jest pozytywnym sygnałem również dla rynków wschodzących. Inwestorzy stają się coraz bardziej świadomi produktów inwestycyjnych w tamtejszych lokalizacjach, co może przełożyć się na wzrost inwestycji w perspektywie średnio i długoterminowej – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Transport bez innowacji nie przetrwa dekady

Ponad połowa badanych przedsiębiorców jako kryterium wyboru rozwiązań informatycznych do rozwoju biznesu podaje szybki wzrost przychodów. Na jakim poziomie? Tego przewoźnicy nie mówią. Wśród zaawansowanych narzędzi obecnie najczęściej wykorzystywanych w transporcie jest telematyka. Jednak to nie wystarczy, żeby w ciągu najbliższych kilkunastu lat pozostać w grze. Na jakie procesy digitalizacji warto zwrócić szczególną uwagę i jaka rysuje się przyszłość międzynarodowych przewoźników drogowych?

Szybkość komunikacji, całodobowy dostęp do informacji, wymiana danych, nawigacja satelitarna czy wykorzystywanie Internetu jako platformy biznesowej online, to podstawy na dzisiejszym rynku spedycyjnym. Raport Transport 4.0[1] od PwC. wskazuje, że w najbliższych latach możemy spodziewać się:

  • informatyzacji procesów wewnętrznych branży transportu;
  • platformizacji sprzedaży usług, czyli przeniesienia innowacyjności w sprzedaży na platformy cyfrowe;
  • obecności na rynku cyfrowych gigantów;
  • technologii opartych na telematyce i software jako rozwinięcie digitalizacji.

Co więcej, w perspektywie kolejnych 10 lat nikogo nie powinno dziwić, pojawienie się na drogach pojazdów w pełni autonomicznych i napędów alternatywnych.

Cyfryzacja w firmach transportowych

Sektor TSL daje wiele możliwości, aby z powodzeniem wdrażać nowe rozwiązania informatyczne. Narastająca konkurencja oraz wzrost kosztów prowadzenia działalności przewozowej, doprowadziły do sytuacji, w której przedsiębiorcy poszukują nowych rozwiązań. To digitalizacja ma być kluczem do obniżenia wydatków, zwiększenia atrakcyjności przewoźnika na rynku, a co za tym idzie maksymalizacji jej dochodów. W raporcie „Transport przyszłości”[2] autorzy podają, że, aż 54 proc. globalnych firm transportowych oczekuje zwiększenia przychodów po zastosowaniu cyfrowych narzędzi w swojej firmie.

We współczesnym transporcie wykorzystuje się informatyczne system zarządzania, które automatyzują procesy administracyjne w przedsiębiorstwach oraz wspomagają organizację pracy. Coraz częściej spotykam się u przewoźników z narzędziami optymalizującymi wykorzystanie floty pojazdów. Oceniam, że w najbliższej przyszłości właśnie te systemy będą rozwijane – TMS, czyli systemy zarządzania transportem. Głównie dlatego, że obecnie rynek transportowy boryka się z ogromnym problemem braku rąk do pracy, a te rozwiązania usprawniają wykorzystanie dostępnych zasobów. W sytuacji, gdy permanentnie brakuje wykwalifikowanych pracowników, należy korzystać z takich narzędzi, które automatyzują wszelkie procesy i wspierają na co dzień prowadzenie działalności. Nie można się bać nowych technologii, trzeba jest tylko właściwie stosować – mówi ekspert marki Inelo, Mateusz Włoch.

Być jak uber

W TSL warta uwagi jest tak zwana platformatyzacja, czyli rozwiązanie analogicznych do popularnego UBERA. Jej plusem jest powszechność oraz transparentność usług. Aplikacja jest dostępna dla każdego, a zintegrowane systemy oceny usług pozwalają klientowi wybrać przewoźnika, który najbardziej mu odpowiada oraz omijać tych, których usługi zostały nisko ocenione.

Należy jednak pamiętać, że takie rozwiązanie z jednej strony kuszącą możliwością zwiększenia dochodów, z drugiej jednak może przyczynić się do wystąpienia zjawiska wojny cenowej, co jest obserwowane na rynku przewozu pasażerskiego. Problem pojawia się w przypadku małych przewoźników, którzy dominują na naszym rynku – stworzenie własnej platformy to kosztowna inwestycja, dodatkowo wiążąca się ze sporym ryzykiem niepowodzenia – zauważa ekspert Inelo.

Cyfrowi giganci

Amazon czy też Zalando powstały jakiś czas temu, a swoje pierwsze kroki stawiali w Internecie, oferując usługi online. Takie firmy potrzebują sprawnie działającej logistyki. Stwarza to ogromne szanse dla przedsiębiorstw transportowych. Problemem dla małych firm przewozowych może okazać się konieczność stosowania rozwiązań opartych na software oraz telematyce. Te zaawansowane technologie wymagają znacznych nakładów finansowych.

Na takie inwestycje zazwyczaj decydują się więksi gracze. Średnie i mniejsze biznesy bronią się przed wdrażaniem kosztownych narzędzi. Może się jednak okazać, że bez cyfrowych rozwiązań w ciągu najbliższej dekady po prostu wypadną z rynkumówi Mateusz Włoch.

Zgodnie z raportem PwC, najważniejszymi rozwiązaniami software’owymi w najbliższym czasie będą:

  • Zrobotyzowana automatyzacja procesów (RPA) – technologia wykorzystująca zautomatyzowane boty, które wykonują na komputerach powtarzalne prace administracyjne. Rozwiązanie to ogranicza koszty, a prognozy na lata 2016 – 2022 przewidują 50% wzrost dynamiki obrotów firm, które dostarczają rozwiązania z zakresu RPA.
  • Utrzymanie predykcyjne – pozwala na stałą analizę stanu pojazdów dzięki sensorom zainstalowanych na nich oraz gromadzeniu danych. Możliwa jest konserwacja posiadanego sprzętu w oparciu o zebrane dane bieżące, jak i te historyczne. Utrzymanie predykcyjne może również pozwolić na poprawienie bezpieczeństwa związanego z eksploatacją pojazdów poprzez minimalizację wystąpienia awarii.
  • Inteligentne systemy transportowe (ITS) – rozwiązanie oparte na telematyce wspomagające zarządzanie ruchem miejskim, transportem, przepływem towarów oraz zbieraniem
    i raportowaniem informacji o ruchu drogowym pojazdów. Ich głównym plusem dla firm transportowych jest wspomaganie i lepsze, zdalne zarządzanie flotą pojazdów.
  • Technologie oparte na Blockchain – czyli rozproszonej bazie danych. Jest to rejestr, który trudno modyfikować, charakteryzuje się wysokim poziomem zabezpieczeń i niezawodności oraz ułatwia wyeliminowanie nadużyć w transporcie. Technologia ta na ten moment jest mało popularna, ale już w niedalekiej przyszłości jej udział może znacznie wzrosnąć.
  • Sztuczna inteligencja (AI) – rozwiązania z zakresu AI podobnie jak Blockchain nie są jeszcze mocno rozpowszechnione. Wymagają one sporych nakładów finansowych. Jednak inwestowanie w nie już teraz może w przyszłości znacznie usprawnić zarządzanie flotą, jak i pomóc w planowaniu działalności.

Eksperci Inelo podkreślają, że warto już teraz myśleć przyszłościowo i, planując rozwój firmy w branży TSL, skupić się także na wykorzystaniu dobrodziejstw cyfrowego świata. Z pewnościom innowacyjne rozwiązania to przyszłość transportu, jednak bariery dostępu dla mniejszych przewoźników są mocno zawyżone, co może wprowadzić dużą rozbieżność na rynku pomiędzy dużymi a małymi firmami. Należy śledzić trendy, korzystać z tych rozwiązań, które przyczyniają się do efektywnego i coraz bezpieczniejszego wykonywania przewozów, czym w pierwszej kolejności może być po prostu telematyka.

[1] PwC, TLP, Transport przyszłości – perspektywy rozwoju transportu drogowego w Polsce 2020-2030, 2019

[2] PwC, TLP, Transport przyszłości – perspektywy rozwoju transportu drogowego w Polsce 2020-2030, 2019

Ceny rosną

Kolejne państwa zmagają się z coraz szybciej rosnącymi cenami. Patrząc na poziom stóp procentowych, problem ten raczej sam się nie rozwiąże, tym bardziej przy relatywnie niskich cena ropy.

Ceny rosną

Konsekwencją polityki niskich stóp procentowych jest ryzyko wzrostu cen. Dzisiejsze dane pokazują serię wskaźników inflacyjnych powyżej oczekiwań. Zaczęło się od opublikowanych danych z Chin. Inflacja konsumencka wyniosła tam 4,5% przy jednoczesnym spadku cen producentów, co może sugerować narastanie problemów w gospodarce. Ceny idą w górę również w Czechach i na Węgrzech odpowiednio o 3,1% i 3,4%. Pewnym wyjątkiem jest tutaj Norwegia, która pokazała odczyt niższy od oczekiwań.

Dane z Wysp

Zgodnie z oczekiwaniami analityków tempo wzrostu gospodarki brytyjskiej spadło do 0,7%. Warto zwrócić uwagę, że w dół idzie również produkcja przemysłowa. Spada ona w ciągu roku o 1,3%. Wydawać by się mogło, że po takich odczytach funt powinien spadać. Problem w tym, że ostatnie sondaże mocno sprzyjają brytyjskiej walucie. Jest to o tyle dziwne, że dokładność tych sondaży w jednomandatowych okręgach jest dyskusyjna. Liczba oddanych głosów może się przełożyć bardzo różnie na mandaty, czego dobrym dowodem były ostatnio ponadprzeciętne wyniki szkotów w swoich okręgach.

Kolejny pomysł Greków

Rząd w Atenach ma problemy z szarą strefą, dlatego znalazł nowe rozwiązanie. Jest to przymus wydawania 30% dochodów drogą elektroniczną. Nie jest to wygórowana suma, ale utrudni płacenie gotówkowe, pozwalające często ukrywać dochody. Od niewykorzystania wyznaczonego limitu będzie obowiązywał dodatkowy podatek. Grecy to pomysłowy naród, więc jakieś obejście dla tego rozwiązania z pewnością znajdą.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Chmura nowej generacji – przygotować się należy już dziś

Masowa migracja systemów informatycznych do chmury stworzyła iluzję pełnej dojrzałości tych rozwiązań. Łatwo zapomnieć, że rozwój technologii przetwarzania w chmurze to zjawisko ciągłe, którego tempo wciąż rośnie. Tak naprawdę jesteśmy dopiero na wczesnym etapie wdrażania rozwiązań tego typu. Potwierdzeniem tego spostrzeżenia są wyniki raportu Veeam Cloud Data Management Report na rok 2019, według którego globalni decydenci ds. informatycznych planują wydać średnio 41 milionów dolarów na wdrażanie technologii do zarządzania danymi w chmurze w ciągu najbliższych 12 miesięcy. W rezultacie trwają prace nad poważnymi zmianami. Infrastruktura przetwarzania w chmurze i centra przetwarzania danych przechodzą do rozwiązań zupełnie nowej generacji.

Wartość danych osiąga masę krytyczną

Przedsiębiorstwa muszą przygotować się na skokowy rozwój w stosunkowo krótkim czasie. Według badań przeprowadzonych przez IDC, do roku 2025 rozmiar globalnej sfery danych wzrośnie do 163 zetabajtów. Te 163 biliony gigabajtów to aż dziesięć razy więcej danych niż w 2016 roku. Rośnie nie tylko ilość, ale także wartość danych. Im ich więcej, tym wyższa ich wartość. Firma Statista szacuje, że do roku 2023 branża wielkich zbiorów danych (Big Data) będzie warta 77 miliardów dolarów. To kolejne zwiększenie liczby wytwarzanych danych sprawi, że przedsiębiorstwa będą bardziej zależne od infrastruktury informatycznej niż kiedykolwiek wcześniej.

Ponieważ firmy przenoszą coraz więcej obciążeń do chmur publicznych, to szukają one sposobów na płynniejsze przenoszenie danych pomiędzy chmurą, a lokalnymi zasobami. Jednym z takich sposobów jest Cloud-Native — strategia, która oddziela platformy danych od podstawowej infrastruktury firmowej w celu stworzenia skalowalnych i elastycznych aplikacji za pośrednictwem chmury publicznej. Zasadniczo sprawia to, że fizyczna infrastruktura staje się nieistotna co umożliwia przedsiębiorstwu uruchamianie aplikacji w dowolnej chmurze i na dowolnym urządzeniu. W większości przypadków podejście Cloud-Native odnosi się do środowisk opartych na kontenerach, przy czym kontenery zapewniają platformę służącą do przygotowania aplikacji Cloud-Native. Kontenery to przenośna jednostka, która może działać na dowolnej platformie i szybko uzyskiwać dostęp do danych, aby zasilać nimi aplikacje. W uproszczeniu, w środowisku kontenerowym aplikacja jest bliżej danych.

Świat zdefiniowany w oprogramowaniu

Biorąc pod uwagę podejście nowoczesnych przedsiębiorstw, stawiające cyfryzację na pierwszym miejscu, rozwiązania informatyczne muszą być wysoce skalowalne i elastyczne, aby zapewnić ciągłość biznesową. Rozwiązania hybrydowe i wielochmurowe sprawdzają się tu idealnie. Podejścia takie jak Cloud-Native czy  „infrastruktura jako kod” w połączeniu z technologiami takimi jak Kubernetes i Kontenery ułatwiają wdrażanie systemów informatycznych. Oznacza to, że dane skalowane są szybciej oraz że można nimi zarządzać sprawniej i dokładniej. Firmy nie są hamowane przez rozwiązania informatyczne – używają ich, aby przyspieszyć swój rozwój.

Minęły czasy, gdy menedżerowie działów IT musieli ręcznie udostępniać infrastrukturę. Podejście „infrastruktura jako kod” eliminuje problem konfiguracji i wdrażania sprzętu. Pozwala firmom stworzyć plan infrastruktury i wdrożyć ją w wielu lokalizacjach. Praktycznym przykładem może być sprzedawca detaliczny chcący otworzyć wiele nowych sklepów. Poprzednio wymagałoby to ręcznej konfiguracji infrastruktury informatycznej dla każdego nowego sklepu i powtórzenia tego procesu dla każdej placówki z osobna. Podejście „infrastruktura jako kod” zapewnia zatem kluczowe korzyści biznesowe. Znacznie obniża czas i koszty związane z udostępnianiem infrastruktury w wielu lokalizacjach przez automatyzację tego procesu. Eliminuje to również możliwość wystąpienia błędu ludzkiego w trakcie tego procesu.

Wraz z coraz częstszym stosowaniem przez firmy podejścia Cloud-Native oraz podejścia opartego na kontenerach, rozwiązania Kubernetes przyniosą wielkie zmiany. W rzeczywistości działają one jak orkiestratorzy i umożliwiają zarządzanie wdrożeniami aplikacji i uruchamianie środowisk kontenerowych w całej organizacji. Zapewnia to przedsiębiorstwom zupełnie nowy poziom elastyczności, a jednocześnie skraca czas wprowadzania produktów na rynek i zwiększa zdolność do reagowania na potrzeby klientów.

Zarządzanie nowymi zbiorami danych

Te stosunkowo nowe technologie i metody można określić jako całościowe zarządzanie danymi w chmurze. Obejmuje to zarządzanie danymi w całej chmurze organizacji oraz przechowywanie danych przez połączenie tworzenia kopii zapasowych, replikacji i odzyskiwania ich po awarii.

Utrzymanie dostępności danych nigdy nie było jeszcze tak ważne, ponieważ firmy są znacznie bardziej uzależnione od swoich infrastruktur cyfrowych. Jako, że ręczne udostępnianie i replikacja środowisk informatycznych jest zastępowane wysoce zautomatyzowanymi i powtarzalnymi rozwiązaniami, organizacje muszą odpowiednio zarządzać danymi. Oznacza to konieczność zainwestowania w solidną strategię zarządzania danymi w chmurze, ciągłego tworzenia kopii zapasowych danych, ich replikacji i odtwarzania. Dane muszą być zarządzane tak samo szybko, jak są tworzone, przenoszone i eksplorowane w celu wydobycia z nich cennych informacji. To nakłada obowiązek odpowiedniego zarządzania danymi na każdą organizację, która chce uzyskać przewagę nad konkurencją wykorzystując swoje dane.

Czym powinien wyróżniać się profesjonalny program kadrowo płacowy?

Istnieje kilka sposobów na wdrożenie ulepszeń do obsługi procesów, związanych z działem HR & Payroll. Jedną z zyskujących popularność opcji jest zastosowanie oprogramowania, zaimplementowanego w modelu SaaS (Software as a Service). Model ten opiera się na chmurze obliczeniowej, w której znajduje się aplikacja. Działania w jej obrębie wykonuje się na komputerach dostawcy usługi, a wyniki obliczeń przekazywane są użytkownikom za pośrednictwem Internetu. Dlaczego warto zainwestować w program kadrowo płacowy, oparty na infrastrukturze SaaS?

Program kadrowo płacowy, który zadziała od pierwszego dnia

Jedną z najważniejszych zalet, jaką powinien charakteryzować się uniwersalny program kadrowo płacowy, jest prostota jego wdrożenia. Nieskomplikowana konfiguracja oznacza szereg wymiernych korzyści finansowych, takich jak minimalna liczba szkoleń i pomocy zewnętrznego helpdesku. Dzięki szybkiej implementacji, przedsiębiorstwo unika również strat, związanych z przestojami administracyjnymi. Program kadrowo płacowy musi również zapewniać niezbędne bezpieczeństwo danych – zarówno wewnętrznych informacji firmy, jak i danych kontrahentów. Program kadrowo płacowy wspiera dział HR & Payroll na różne sposoby. Dzięki obniżeniu kosztów, związanych z utrzymaniem infrastruktury informatycznej, część budżetu może ulec przeniesieniu na inne projekty. Co więcej, przedsiębiorstwo uwalnia się od kosztów związanych z zakupem serwerów i dodatkowego oprogramowania. Przerzucenie procesów na jeden program kadrowo płacowy ujednolica obowiązujące procedury, wydatnie usprawniając firmowy workflow.

Jakie funkcjonalności powinien zawierać program kadrowo płacowy?

Program kadrowo płacowy

Źródło: TETA Air – Rozwiązanie HR stworzone do obsługi kadrowo-płacowej

Niezawodny program kadrowo płacowy powinien zapewniać kompleksową funkcjonalność w kilku kluczowych sektorach funkcjonowania firmy. Całkowity zakres działania powinien obejmować zarówno obsługę wewnętrzną (zatrudnienie, rekrutacja, wypłaty), jak i zewnętrzną (tworzenie rocznych rozliczeń PIT oraz możliwość przepływu do ZUS za pomocą weryfikacji ePUAP).

Każdy pracownik firmy powinien posiadać stały dostęp do istotnych danych na swój temat. Np. ilości pozostałych dni urlopu, terminu kończenia się umowy itp. Równie istotnym aspektem jest możliwość upublicznienia struktury przedsiębiorstwa dzięki czemu każda zatrudniona osoba będzie mogła w kilka chwil ustalić, do kogo powinna zgłosić się z napotkanym problemem.

Program kadrowo płacowy TETA AIR – rozwiązanie, którego poszukiwałeś

Powyższe możliwości to tylko ułamek pełnej funkcjonalności TETA AIR. Ten rozbudowany program kadrowo płacowy umożliwia także zarządzanie grafikiem pracy, harmonogramem urlopów i szkoleń oraz nadzorem nad czasem pracy i nadgodzinami. Co więcej, jeśli danej funkcjonalności nie można zautomatyzować przy pomocy programu TETA AIR, istnieje możliwość skonfigurowania komunikatora i cyfrowego składania wniosków, dzięki czemu czasochłonne wizyty w HR & Payroll przestają mieć miejsce. Przekonaj się sam, co program kadrowo płacowy TETA AIR może przynieść Twojej firmie.

Chcesz dowiedzieć się więcej? Sprawdź możliwości TETA AIR na naszej stronie: Teta-Air.pl

Źródło: TETA Air – Rozwiązanie HR stworzone do obsługi kadrowo-płacowej

Inflacja w mediach rośnie szybciej niż wydatki na reklamę na świecie

Według prognozy agencji mediowej Zenith, w 2020 roku – pomimo spadku widowni komercyjnej o 1,6% – globalne nakłady reklamowe zwiększą się o 4,3%, co związane jest z przewidywanym na przyszły rok, wzrostem cen mediów o 6,1%.

Prognoza dla polskiego rynku reklamowego

Dynamika wzrostu rynku reklamowego w Polsce rok-do-roku widocznie wyhamowała względem 2018. Należy jednak pamiętać, że zeszły rok, kiedy rynek reklamowy w naszym kraju zanotował wzrost aż o 7,7%, był rekordowy na przestrzeni ostatnich 10 lat.

Według prognoz Zenith na kolejne lata, telewizja pozostanie medium dominującym, ale to wydatki na reklamę online będą rosnąć najszybciej. Przewiduje się, że reklama w internecie utrzyma w tym roku pozycję numer dwa, z udziałem rzędu 32% oraz dynamiką wzrostu 8,5%. Dynamika wzrostu wydatków na reklamę internetową w 2019 znacznie przekroczy średnią rynkową, do czego przyczynią się przede wszystkim zwiększone inwestycje w reklamę video (+17%), w tym w reklamę video kupowaną programatycznie (+35%). Spośród mediów nie cyfrowych tylko reklama kinowa urośnie w tempie powyżej średniej rynkowej (+4,6%). W przypadku telewizji oraz radia estymacje wzrostu na ten rok zostały obniżone – przewiduje się utrzymanie poziomu wydatków w tych kanałach na podobnym poziomie względem 2018 (telewizja +0,6%, radio +0,4%). W odniesieniu do reklamy OOH prognozy wydatków zostały podwyższone z 1,8% do 2,3%. W przypadku reklamy prasowej prognozuje się spadki na podobnym poziomie względem roku 2018, gdzie wydatki na reklamę w magazynach stopnieją o około -9,7%, a na dzienniki nawet o -10,2%.

Prognoza dla globalnego rynku reklamowego

Ostatnia dekada to dla rynku reklamowego czas intensywnego wzrostu. Dla dużych marek to przede wszystkim ciągła walka o udziały w rynku i zainteresowanie konsumentów przez szeroko zasięgowe kampanie wizerunkowe, dla mniejszych coraz popularniejsze inwestycje, głównie na platformach digitalowych.

Choć od 2010 roku wydatki na reklamę konsekwentnie rosły średnio o 5,1% rocznie, to w odniesieniu do wielkości widowni komercyjnej obserwujemy tendencję odwrotną. Swoich odbiorców jako pierwsza zaczęła tracić prasa. W tej chwili spadek widowni komercyjnej dotyczy także telewizji, której odbiorcy odwracają się w kierunku platform wideo, takich jak Netflix, Amazon Prime Video, HBO czy Disney+. Coraz trudniej dotrzeć do odbiorców także w digitalu, gdzie główną barierą są adblockery. Zgodnie z prawami ekonomii, rosnący popyt i spadająca podaż gwałtownie zwiększają ceny. Według badań przeprowadzonych przez agencję Zenith, liczba odbiorców reklam od 2010 roku zmniejszyła się średnio o 1,3% rocznie, a inflacja w mediach wynosiła co roku średnio 6,5%.

„Czasy, kiedy mogliśmy znaleźć odbiorców w jednym miejscu już dawno minęły. Jednak dzięki technologii możemy docierać do konsumentów bez względu na to, gdzie się znajdują, w trybie online czy offline” – komentuje Anna Bartoszewska, General Manager Zenith.

Wpływ wojny handlowej pomiędzy USA i Chinami na globalny rynek reklamowy

Nadchodzący rok będzie obfitował w wydarzenia światowej rangi, które odbywają się raz na cztery lata i masowo przyciągają reklamodawców. Według estymacji agencji Zenith, Letnie Igrzyska Olimpijskie, UEFA Euro 2020 i amerykańskie wybory prezydenckie mogą przyczynić się do globalnego wzrostu inwestycji reklamowych o 7,5 mld USD. Prognozowany wzrost o 4,3% wydatków na reklamę w przyszłym roku jest jednak niewiele wyższy niż wynik szacowany na 2019 (4,2%). W normalnych okolicznościach dynamika wydatków w 2020 byłaby znacznie wyższa niż tegoroczne tempo wzrostu, jednak spór pomiędzy największymi rynkami reklamy, czyli Stanami Zjednoczonymi a Chinami, zaburza sytuację gospodarczą na całym świecie. Wynikająca z tego niepewność wśród reklamodawców, którzy są bardziej ostrożni w budżetowaniu, co kosztowało globalny rynek reklamowy 1,1 punktu proc.

„Skutek napięć geopolitycznych, pojawiających się w nadchodzącym roku, osłabi pozytywny wpływ wydarzeń sportowych na budżety reklamowe. Dopiero, gdy wojna handlowa zostanie rozstrzygnięta, możemy liczyć na większy wzrost ogólnej kwoty wydatków, nawet w roku bez cyklicznych wydarzeń sportowych” – dodaje Anna Bartoszewska, General Manager Zenith.

Indie umacniają swoją pozycję

Pomimo sporu handlowego, USA i Chiny nadal są na czele pod względem globalnego wzrostu nakładów reklamowych. Przewiduje się, że rynek reklam w Stanach Zjednoczonych między 2019 a 2022 wzrośnie o 39,1 mld USD, natomiast w Chinach o 10,3 mld USD. Razem będą odpowiedzialne za 56% całej dynamiki wydatków na reklamę w ciągu najbliższych trzech lat. Nic jednak nie trwa wiecznie i także Chiny tracą swoją przewagę na korzyść USA. Po latach bycia gospodarką szybko rozwijającą się, Chiny przechodzą w gospodarkę rozwiniętą, kierowaną przez konsumentów, a rynek reklam staje się bardziej podobny do tych zachodnich. Prognozuje się, że chińskie wydatki na reklamę wzrosną o 4,1% w 2020 r., w porównaniu do 4,8% w Stanach Zjednoczonych.

Na trzecim miejscu plasują się Indie, których wydatki reklamowe powiększą się o 4,3 mld USD między 2019 a 2022 rokiem, przy prognozie wzrostu na poziomie 12,4% w 2020, 12,9% w 2021 i 12,6% w 2022 roku. Indyjski rynek reklam ma duży potencjał do długoterminowego wzrostu, wynosząc zaledwie 0,3% PKB w roku obecnym w porównaniu z 0,6% w Chinach i 0,7% w całym świecie. Zenith prognozuje, że utrzymując takie tempo rozwoju, do połowy lat dwudziestych, Indie wyprzedzą Chiny, stając się głównym źródłem wzrostu wydatków reklamowych w regionie Azji i Pacyfiku, a tym samym obejmą drugie miejsce na świecie.

Wideo online i social media utrzymują stabilne tempo wzrostu

Wideo online i media społecznościowe pozostaną najszybciej rozwijającymi się kanałami reklamowymi w latach 2019-2022, rosnąc średnio o 16,6% i 13,8% rocznie, głównie dzięki ciągłemu wzrostowi konsumpcji na smartfonach. Kino obejmie trzecie miejsce z wynikiem 11,5% rocznego wzrostu, ale nadal będzie stanowiło jedynie 0,9% globalnych wydatków reklamowych w 2022 roku.

Telewizja natomiast w ciągu najbliższych trzech lat zatrzyma się, ponieważ inflacja cenowa zrównoważy spadek globalnej widowni komercyjnej. Ceny drukowanych gazet i czasopism wciąż będą rosły, ale nie na tyle szybko, aby zrekompensować stały spadek odbiorców. W związku z tym, do 2022 roku wydatki na gazety zaczną zmniejszać się o 4,5% rocznie, a na czasopisma o 8,1%.

Rynek samochodów używanych – aktualna sytuacja i prognozy na 2020 rok

W 2019 roku odnotowano znaczący wzrost sprzedaży samochodów używanych przy jednoczesnym spowolnieniu w sprzedaży nowych aut. Skąd te nagłe ruchy w branży motoryzacyjnej? Czy trend ten utrzyma się również w nadchodzącym, 2020 roku? Na te pytania odpowiada Jacek Fijołek, twórca CarForFriend.pl.

Rynek samochodów używanych to dla polskich kierowców źródło pozyskania dobrego auta w przystępnej cenie. Oprócz standardowego zakupu w komisie, nabywcy coraz częściej kierują swoją uwagę także w stronę sklepów i portali internetowych, umożliwiających pozyskiwanie samochodów on-line dopasowanych do ich aktualnych potrzeb. Dzięki zwiększającej się popularności handlu internetowego oraz globalnym czynnikom takim jak nowe regulacje prawne, sytuacja gospodarcza czy rosnący postęp technologiczny, w ostatnim czasie zaobserwowano dynamiczne zmiany zachodzące na rynku pojazdów używanych. Jak zatem wyglądała sytuacja tego sektora w 2019 roku?

Większy portfel i droższe, ale nie nowe auto

Na przestrzeni ostatnich lat widoczny jest wzrost sprzedaży używanych aut sprowadzanych z zagranicy. Jak mówi Jacek Fijołek, twórca CarForFriend.pl, w tym roku na nasz rynek trafiło około miliona tego typu aut. Są one w głównej mierze nabywane przez Polaków do celów prywatnych: „Sprzedaż nowych modeli aut zaczyna spadać z powodu znaczących podwyżek cen, na które wpływają ograniczenia w produkcji pojazdów z silnikami spalinowymi oraz kosztowne dla producentów inwestycje w hybrydy oraz auta elektryczne. W konsekwencji wzrostu tych cen, coraz częściej  kupowane są pojazdy używane, w głównej mierze sprowadzane z zagranicy. Nawet dealerzy nowych aut otwierają u siebie działy sprzedaży pojazdów używanych, aby utrzymać się na rynku, a producenci coraz chętniej stawiają na sprzedaż on-line. Według danych CarForFriend.pl, w tym roku przeważały modele ze średniej klasy rynkowej takich marek jak Ford, Volkswagen, Audi, Opel, Toyota, Nissan czy koreańskie KIA lub Hyundai – odsetek ich sprzedaży wyniósł około 60-70%”.

Jacek Fijołek z Carforfriend.pl zauważa również, iż pomimo spadku sprzedaży nowych modeli samochodów, polscy kierowcy nie oszczędzali przy zakupie… używanych aut: „Warto zaznaczyć, że w tym roku nabywcy sięgali chętniej po SUV’y, niż po modele kombi. Można powiązać to z faktem, iż nasze społeczeństwo się bogaci, a to zjawisko widoczne jest szczególnie w wydawanych przez nabywców sumach na „nowe” używane samochody – dwa czy trzy lata temu tego typu auta były sprzedawane w kwocie na poziomie 20 tys. złotych, a aktualnie kwota ta wynosi ponad 30 tysięcy złotych”.

Chęć wydawania większych sum pieniędzy przez polskich nabywców zauważalna jest również w przypadku wyboru wyposażenia pożądanych aut: „W tym roku klienci bardzo chętnie sięgali także po nowinki technologiczne dotyczące wyposażenia. Jednakże jako firma zajmująca się doradztwem i sprzedażą używanych aut staramy się odwodzić kierowców od takiego szalonego inwestowania w różnego rodzaju nowinki. Nasza postawa wynika z tego, iż niektóre marki bardzo często starają się „skusić” swoich klientów atrakcyjniejszym wyglądem plastików, idą w kierunku chromów lub dodają do samochodu dodatki takie jak otwierane/zamykane dachy czy składane lusterka. Choć część z tych funkcji jest użyteczna, znakomity odsetek tych „ekstra gadżetów” okazuje się być nietrafioną, dość kosztowną inwestycją, która po kilku latach jest bezużyteczna i przestarzała – z racji dynamicznego rozwoju nowoczesnej technologii”.

Profil tegorocznego nabywcy

Kim jest statystyczna osoba kupująca w 2019 roku samochód używany? Jak podkreśla twórca CarForFriend.pl, klientami decydującymi się na zakup czy leasing oferowanych przez firmę aut w 2019 roku byli głównie przedstawiciele klasy średniej: „Według naszych danych, głównymi nabywcami samochodów w tym roku byli między innymi menedżerowie średniego szczebla, pracownicy administracji, lekarze lub osoby pałające się wolnymi zawodami. Co więcej, z racji wysokiej dbałości o legalność i rzetelność transakcji, zaopatrywali się u nas także prawnicy.” Jacek Fijołek wyjaśnia także, że klienci chętnie korzystali z doradztwa, które stanowi pomoc w przypadku braku czasu na odpowiednie i rzetelne poszukiwania konkretnego pojazdu: „Etap poszukiwań stanowi jedną z najbardziej problematycznych części procesu nabywania pojazdu. Na rynku dostępne są tysiące modeli aut, odznaczających się różnorodną specyfiką, co może być dla wielu osób dość dezorientujące. W takim wypadku  odpowiedzią na to jest fachowe doradztwo w wyborze samochodu na każdym etapie procesu zakupowego – od pomysłu po realną decyzję.”

Co dalej?

W jakim kierunku będzie zmierzał rynek samochodów używanych w 2020 roku? Według twórcy sklepu internetowego CarForFriend.pl, z pewnością najbardziej pożądanymi samochodami przez polskich kierowców nadal będą SUV’y, ale także hybrydy i auta elektryczne: „W przyszłym roku sprzedaż aut hybrydowych i elektrycznych z pewnością pójdzie w górę – z racji ograniczenia lub całkowitego zniesienia na nie akcyzy. Aktualnie ich odsetek sprzedaży stanowi 5%, a prognozy na 2020 rok przewidują jego zwiększenie do 15 – 20%.” Oprócz tego, zwiększy się także sprzedaż samochodów używanych w kanale internetowym – „Patrząc na statystyki CarForFriend.pl, w tym roku aż dwukrotnie powiększyła się liczba klientów, którzy zdecydowali się na zakup pojazdu za pomocą znanej nam wszystkim formuły „sklepu internetowego”. Choć w skali globalnej nadal samochody częściej nabywane są w komisie, to patrząc na wyjątkowo dynamiczny rozwój handlu internetowego, możemy za jakiś czas być jedną z wiodących firm sprzedających samochody używane w Polsce.”

A co jeszcze przyniesie nam rok 2020 w branży motoryzacyjnej? Jacek Fijołek zwraca również uwagę na pogłębiający się deficyt kadrowy dotyczący specjalistów zajmujących się naprawą najnowszej generacji samochodów hybrydowych – „Mówiąc o problemach, z którymi będzie musiał się zmierzyć rynek samochodów używanych w 2020 roku, muszę zwrócić szczególną uwagę na trudności w zapełnianiu etatów wykszatłconymi mechanikami i mechatronikami. Choć technologia stosowana w autach idzie bardzo do przodu, w Polsce brakuje ludzi, którzy by za nią nadążali i potrafili zaawansowane technologicznie auta w razie potrzeby naprawiać. W najbliższym czasie możemy się więc spodziewać, że kolejki do specjalistów w tej dziedzinie będą na pewno większe.”

Inwestorzy detaliczni pozytywnie oceniają wpływ krajowej interwencji na rynek CFD

Inwestorzy detaliczni pozytywnie oceniają wprowadzenie statusu klienta doświadczonego na rynku CFD w Polsce, wynika z Badania wpływu interwencji produktowej KNF na inwestorów przeprowadzonego w listopadzie br. przez Izbę Domów Maklerskich. W sierpniu br. Komisja Nadzoru Finansowego przychyliła się do postulatów Izby i wprowadziła w ramach krajowej interwencji status klienta doświadczonego, który umożliwił inwestowanie na rynku CFD z wykorzystaniem dźwigni 1:100, przy zachowaniu ochrony właściwej klientowi detalicznemu. Decyzja KNF ma zapobiec odpływowi klientów do zagranicznych firm nieregulowanych lub niepodlegających przepisom ESMA.

Inwestorzy detaliczni pozytywnie oceniają wpływ krajowej interwencji na rynek CFD

Inwestorzy detaliczni pozytywnie oceniają wpływ krajowej interwencji produktowej na rynek CFD w Polsce. W związku z wprowadzonym statusem klienta doświadczonego ok. 95% klientów nie planuje obecnie zmiany brokera i przeniesienia rachunku do podmiotu zarejestrowanego poza UE, podczas gdy wcześniej takie plany deklarowało ponad 2/3 ankietowanych inwestorów, mówi Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC.

W sierpniu br. Komisja Nadzoru Finansowego przychyliła się do postulatów Izby i wprowadziła w ramach krajowej interwencji status klienta doświadczonego, który umożliwił inwestowanie na rynku CFD z wykorzystaniem dźwigni 1:100, przy zachowaniu ochrony właściwej klientowi detalicznemu.

INWESTORZY DETALICZNI POZYTYWNIE OCENIAJĄ WPŁYW KRAJOWEJ INTERWENCJI NA RYNEK CFD
Jak oceniasz wprowadzony status klienta doświadczonego oraz możliwości inwestowania z większą dźwignią finansową

W listopadzie br. IDM przeprowadziła ankietę wśród klientów krajowych domów maklerskich, inwestorów detalicznych na rynku CFD. Wyniki ankiety potwierdzają, że inwestorzy pozytywnie oceniają wpływ interwencji krajowej na ich możliwości inwestowania. 95% oceniło pozytywnie wprowadzony przez KNF status klienta doświadczonego. 65% klientów wskazało również, że rozważali w sierpniu 2018 r. – po obniżeniu dźwigni przez ESMA – zmianę brokera na podmiot niezarejestrowany w UE. Ankietowani inwestorzy potwierdzają, że w wypadku zmniejszenia dźwigni w przyszłości ponownie rozważą przeniesienie rachunku do brokera poza UE (80% ankietowanych).

Według badań Izby przeprowadzonych wraz ze środowiskami inwestorów w 2018 r., połowa aktywnych i doświadczonych krajowych traderów, po wprowadzeniu interwencji produktowej ESMA, zdecydowała o przeniesieniu swojego rachunku maklerskiego do kraju spoza UE. Z krajowego rynku uciekali najbardziej aktywni klienci – inwestorzy doświadczeni, akceptujący wysokie ryzyko i chcący świadomie skorzystać z wysokiej dźwigni. Negatywne konsekwencje interwencji produktowej były w Polsce odczuwane również poprzez znaczący spadek obrotów krajowych firm inwestycyjnych. Członkowie IDM raportowali do UKNF, że obroty na instrumentach CFD spadły średnio o 50% w pierwszych miesiącach obowiązywania interwencji.

Inwestorzy detaliczni potwierdzają, że status klienta doświadczonego nie pogorszył ich wyników inwestycyjnych, 42% wskazuje na poprawę wyników, a 54% mówi o neutralnym wpływie na wyniki  

Rozwiązania wprowadzone interwencją krajową na rynku CFD odpowiadają potrzebom inwestorów detalicznych i wyzwaniom rodzimej branży maklerskiej. Z jednej strony zwiększają bezpieczeństwo klientów i ich zaufanie do krajowych domów maklerskich pod nadzorem KNF, równocześnie poprawiając konkurencyjność krajowej branży domów maklerskich, mówi Marek Wołos z Izby Domów Maklerskich.

96% ankietowanych inwestorów potwierdza, że status klienta doświadczonego i wyższa dźwignia nie pogorszyła wyników z inwestycji. 54% ankietowanych klientów potwierdziła, że wyniki nie pogorszyły się a 42% wskazuje na poprawę wyników z inwestycji.

Propozycje na świąteczny prezent dla szefowej

Gorączka świątecznych zakupów sprzyja dokonywaniu nieprzemyślanych decyzji. Co więc zrobić, aby nasz wybór był zadowalający dla obdarowanej osoby?

O to przecież właśnie chodzi, żeby osoba dostająca prezent pomyślała “dokładnie to właśnie było mi potrzebne!”. Dlatego z pewnością trudniej jest wybrać prezent dla osoby, którą mniej znamy. Prezent dla szefowej to nie lada wyzwanie. To, jaki prezent ucieszy Twoją szefową, zależy od jej charakteru, ale nie tylko.

Co jeżeli potrzebujemy prezentu dla Pani Prezes?

Od razu na myśl przychodzi nam szyk i elegancja, które to cechy są nieodzownie związane z osobą na wysokim stanowisku, zwłaszcza płci żeńskiej. Z pewnością doskonałym prezentem w takiej sytuacji będzie chociażby klasyczna skórzana aktówka, która niezmiennie kojarzy się z perfekcjonizmem i pracowitością. Podarowanie jej Pani prezes na pewno będzie na miejscu. Ponadto jest to prezent bardzo praktyczny, a w dzisiejszych czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu to właśnie takie podarunki święcą triumfy.

Pieniądze szczęścia nie dają, ale idealny prezent już tak!

Każda firma powinna zadbać o swoich pracowników i docenić ich wkład w pracę. Toteż doskonałym prezentem na różnego rodzaju okazje może być galanteria skórzana. Poza aktówką, świetnym podarunkiem może być chociażby klasyczny portfel skórzany. Ponadczasowość takiego prezentu z pewnością zostanie odpowiednio wynagrodzona.

Dawanie prezentu w pracy wiąże się z dobrym taktem i zapewne tak też zostaniemy odebrani przez ofiarowanego. Niejednokrotnie problem może nam sprawić wybór prezentu dla szefowej. Oprócz typowo praktycznego podarunku, jakim jest aktówka lub elegancki portfel proponujemy zakup na przykład biletu na koncert.

TOP 3 prezentów dla zabieganej i przedsiębiorczej bizneswoman

Skórzany portfel

kochmanski-portfel-damski

Elegancki skórzany portfel to idealny pomysł na praktyczny prezent. Dobrej jakości portfel przyda się każdemu.

Torebka klasyczna lub aktówka

aktowka

Torebka to nieodłączny element damskiej garderoby. Klasyczne torebki są zawsze w modzie.

Bilet na koncert, lub do teatru

Jeżeli dobrze znamy osobę, którą chcemy obdarować to z pewnością będziemy wiedzieli na jaki koncert chętnie by poszła.

Taki spersonalizowany podarunek może sprawić ogromną przyjemność. Każdy lubi przecież być odpowiednio doceniony.

Wybór odpowiedniego prezentu nie jest prostym zadaniem. Jeśli jednak dobrze się do tego przygotujemy i poznamy potrzeby osoby, którą chcemy obdarować, to na pewno będzie nam znacznie łatwiej.

Towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych (TUW-y): jak konkurują z gigantami na rynku ubezpieczeń?

Towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych (TUW-y) już od lat funkcjonują na polskim rynku ubezpieczeń. Sprawdzamy, jak wygląda ich działalność na tle znacznie większych ubezpieczycieli.

Skrót „TUW” jest na pewno dobrze rozpoznawany przez część klientów rodzimych ubezpieczycieli. Wiele osób nie zdaje sobie jednak sprawy, że za tym skrótem kryje się zupełnie odmienna filozofia działania na rynku ubezpieczeniowym.

Towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych (w przeciwieństwie do spółek akcyjnych) nie sprzedają polis w celu osiągnięcia jak najwyższego zysku dla „zewnętrznych” właścicieli. Podstawową misją tych instytucji jest oferowanie jak najlepszych warunków ubezpieczeń wzajemnych dla swoich członków.

Skala działania TUW-ów (jak np. TUZ TUW) wygląda bardzo skromnie na tle ubezpieczeniowych spółek akcyjnych. Tym niemniej, eksperci Ubea.pl postanowili przyjrzeć się wynikom finansowym tych ciekawych instytucji w 2017 roku, 2018 roku oraz pierwszej połowie bieżącego roku.

Ogromna przepaść między spółkami oraz TUW-ami
Analizując zmiany kondycji TUW-ów, warto mieć zawsze świadomość, że wyniki tych instytucji nie mają bardzo dużego wpływu na całą polską branżę ubezpieczeniową. Taki wniosek potwierdzają dane Komisji Nadzoru Finansowego, które eksperci porównywarki Ubea.pl zaprezentowali
w poniższej tabeli.

„Wspomniane zestawienie przedstawia porównanie ubiegłorocznych wyników finansowych ubezpieczycieli działających w formie spółek akcyjnych oraz TUW-ów” – wyjaśnia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W 2018 r. TUW-y wykazały łączną składkę na poziomie około 1 mld zł (m.in. po odliczeniu udziału reasekuratorów). W tym samym czasie wynik ubezpieczeniowych spółek akcyjnych był ponad pięćdziesiąt razy większy. Spore wrażenie robi także różnica w wielkości aktywów / sumy bilansowej spółek akcyjnych (ok. 188 mld zł pod koniec 2018 r.) oraz towarzystw ubezpieczeń wzajemnych (ok. 5 mld zł pod koniec 2018 r.).

„Jeszcze bardziej sugestywna jest relacja zysku netto, które osiągnęły TUW-y (91 mln zł w 2018 r.) oraz spółki akcyjne oferujące ubezpieczenia (ok. 6,6 mld zł w 2018 r.)” – wylicza Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Poniższa tabela przedstawia jeszcze jeden ciekawy wskaźnik, czyli rentowność aktywów (ROA). Jest to relacja pomiędzy zyskiem netto oraz wielkością aktywów / sumy bilansowej. Ubezpieczeniowe spółki akcyjne w 2018 r. osiągnęły niemal dwa razy wyższy poziom wskaźnika ROA (3,5%) niż towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych (1,8%).

„Taki wynik świadczy o większej efektywności działania ubezpieczeniowych spółek akcyjnych” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
TUW-y jak konkurują z gigantami na rynku ubezpieczeń

Ostani rok lepszy dla branży ubezpieczeń wzajemnych

Wyniki TUW-ów w powyższej tabeli nie wyglądają zbyt imponująco. Warto jednak docenić, że te instytucje, mimo przytłaczającej przewagi konkurentów, zdołały poprawić swoje wyniki finansowe. Świadczy o tym między innymi zmiana wyniku technicznego towarzystw ubezpieczeń wzajemnych:

  • 2017 r. – 1,2 mln zł
  • 2018 r. – 67,9 mln zł
  • I poł. 2019 r. – 21,6 mln zł

Jeszcze lepiej dla TUW-ów przedstawia się skumulowany zysk netto wszystkich takich instytucji. W ostatnim czasie zmieniał się on następująco:

  • 2017 r. – 31,2 mln zł
  • 2018 r. – 91,2 mln zł
  • I poł. 2019 r. – 55,6 mln zł

Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych zakończą 2019 r. z zyskiem netto większym niż 12 miesięcy oraz 24 miesiące wcześniej.

TUW-y na pewno nie stanowią dużego zagrożenia konkurencyjnego dla wiodących ubezpieczycieli. Trudno jest im walczyć z większymi konkurentami miedzy innymi pod względem marketingowym. Nie oznacza to jednak, że ich obecność na rynku jest zbyteczna.

Praktyka pokazuje bowiem, że dla części osób szukających polisy oferta TUW-ów jest lepsza od propozycji znacznie większych konkurentów” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Zasłona dymna

EUR/USD jest zamrożony w jednocentowym korytarzu, USD/JPY nie przejawia oznak zmiany nastawienia do ryzyka. Funt czeka na wybory, choć są już pierwsi chętni do dyskontowania wygranej BoJo. Rządzący w USA zdają się przerzucić wysiłek na finalizację USMCA, co na chwilę odsuwa na bok rozmowy z Chinami. Tylko że termin wprowadzenia nowych ceł się zbliża.

Znowu czekamy. Sporo może się wydarzyć w tym tygodniu, co może stać się podstawą do silnych ruchów cen, ale póki nie wiadomo, co konkretnie i kiedy, inwestorzy preferują siedzieć w miejscu. W efekcie zmienność zanika i nie jest to domena tego tygodnia, ale ostatnich kilku miesięcy. Paraliż bierze się z niepewności, jak i czy w ogóle zakończy się wojna handlowa USA i Chin. Mamy obiecaną umowę Pierwszej Fazy, ale do jej podpisania jeszcze nie doszło, a zatem równie dobrze może jej nigdy nie być. Stąd też trudno jest euforycznie dyskontować postępy w negocjacjach, ale też i popadać w panikę. Jeśli inwestorzy zaczęliby wyceniać recesyjny scenariusz ostrej wojny handlowej, mogłoby się to nie spodobać prezydentowi Trumpowi, który przed przyszłorocznymi wyborami potrzebuje dowodów silnej gospodarki i silnego Wall Street. Jest prawdopodobne, że w takim przypadku nagle znalazłaby się chęć do porozumienia. Alternatywnie, jeśli rynki by od razu chciały dyskontować szczęśliwe zakończenie negocjacji, Trump mógłby uznać, że szybujące indeksy giełdowe dają mu margines bezpieczeństwa, by realizować ostrzejszą politykę wobec Chin. W obu przypadkach rynek czeka ruch wahadłowy. Inwestorzy są świadomi tych przeciwstawnych scenariuszy, w których oni są stroną inicjującą. Widzą też, że wartość oczekiwana sprowadza ich do punktu wyjścia. Zatem konieczne jest wykonanie pierwszego ruchu przez negocjatorów, inaczej wyprzedzający trading nie ma sensu.

Od strony FX powód do zastoju jest podwójny. Brak postępów w rozmowach handlowych paraliżuje decyzje banków centralnych. Oczekiwania stabilizacji polityki monetarnej w przewidywalnej przyszłości oznacza brak podstaw do rewizji wyceny wartość walut. Nawet imponujące niespodzianki w danych makro tracą na znaczeniu, jeśli nie będą prowadzić do zmian w polityce monetarnej. Dlatego też w tym tygodniu to nie posiedzenia Fed i EBC są najważniejsze, ale decyzje polityczne: wojna handlowa, wybory w Wielkiej Brytanii.
Nadal panuje cisza w oficjalnych kanałach odnośnie tego, czy USA wprowadzą zaplanowane na 15 grudnia cła na import niektórych towarów z Chin. Im bliżej będziemy weekendu bez informacji o odroczeniu ceł, tym większe będzie przekonanie (i rozczarowanie) inwestorów, że nowe opłaty zostaną nałożone. Pewną sugestią, co nas czeka, jest przyspieszenie prac Kongresu nad finalną ratyfikacją umowy handlowej USA, Meksyku i Kanady (USMCA). Może to oznaczać, że Biały Dom będzie gotowy obwieścić sukces USMCA, zamiast walczyć o szybki finisz rozmów z Chinami, jak również USMCA może być próbą przykrycia negatywnego wydźwięku wprowadzenia chińskich ceł. Obawiam się jednak, że rynki mogą się nie dać nabrać na tą zasłonę dymną.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zapotrzebowanie na nowych pracowników najmniejsze od dwóch lat

W pierwszym kwartale nowego roku 6% polskich pracodawców będzie poszukiwać nowych pracowników, podczas gdy 3% planuje redukować zespoły – wynika z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup na temat prognoz rekrutacyjnych firm. Najłatwiej o nową pracę będzie w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach. Najtrudniej w restauracjach i hotelach. Szanse na znalezienie nowej pracy będą najmniejsze od dwóch lat.

Według raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” od stycznia do marca 2020 roku 6% polskich firm planuje rekrutować nowych pracowników, 3% prognozuje redukcje etatów, 86% nie przewiduje zmian, a 5% nie zna planów personalnych na najbliższe miesiące. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica między pracodawcami planującymi wzrost i spadek zatrudnienia wynosi +7%. To wynik niższy o 2 punkty procentowe w stosunku do poprzedniego kwartału oraz o 5 punktów procentowych w porównaniu do pierwszego kwartału minionego roku.

Iwona Janas ManpowerGroup
Iwona Janas – ManpowerGroup

– Choć na tle ostatnich dwóch lat najnowsze plany rekrutacyjne firm nie wyglądają tak optymistycznie, to pracownicy nie powinni obawiać się o utratę posady. Mimo że przedsiębiorstw, które będą powiększać swoje zespoły, jest mniej niż przed rokiem, to jednocześnie mniej firm chce też redukować liczbę pracowników. Znacznie wzrósł natomiast odsetek organizacji, które chcą zachować obecną liczbę zatrudnionych. Takie dane to zapowiedź stabilizacji rynku pracy nad Wisłą – wyjaśnia Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Pracownicy, którzy myślą o zmianie zawodowej powinni uzbroić się w cierpliwość, ponieważ w związku z mniejszą liczbą ofert zatrudnienia, proces poszukiwania i zmiany pracy może się wydłużyć. Po bardzo intensywnych poszukiwaniach pracowników, wiele firm zapełniło wreszcie swoje wakaty, a w najbliższych miesiącach czeka ich mniejsza rywalizacja o kadry. Zmianę może przynieść otwarcie niemieckich granic dla pracowników spoza Unii i migracja przedstawicieli Ukrainy za naszą zachodnią granicę – dodaje Iwona Janas.

Branża budowlana i produkcja przemysłowa najsilniejsze na polskim rynku pracy

W ramach raportu przeanalizowano prognozy zatrudnienia przedsiębiorstw z 10 sektorów rynku. Najlepsze perspektywy czekają na osoby poszukujące pracy w branży budowlanej, ponieważ tam najwięcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników (prognoza wynosi +16%). Ze znalezieniem nowego zatrudnienia nie powinny mieć trudności osoby zainteresowane pracą w produkcji przemysłowej (+11%). Mniejsze szanse na zmianę pracy czekają na kandydatów w energetyce, gazownictwie i wodociągach (+8%), w handlu (+7%), a także w transporcie, logistyce, komunikacji (+7%). Najmniej ofert pracy będzie w restauracjach i hotelach (+2%) oraz w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+4%).

Biorąc pod uwagę dane sprzed roku, to plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w 8 z 10 branż. Perspektywy znalezienia nowej pracy pogorszyły się najbardziej w transporcie, logistyce i komunikacji (prognoza jest teraz niższa o 11 pp.), w produkcji przemysłowej (10 pp.) a także w kopalniach i przemyśle wydobywczym (8 pp.). Z kolei zmiana na plus czeka na kandydatów w energetyce, gazownictwie i wodociągach (prognoza wyższa o 6 pp.) oraz w budownictwie (1 pp.).

W ujęciu kwartalnym prognozy pogorszyły się w 7 z 10 sektorów. Największa zmiana widoczna jest dla kopalni i przemysłu wydobywczego, gdzie plany rekrutacyjne firm pogorszyły się o 5 punktów procentowych. W produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach prognoza jest niższa o 4 punkty procentowe. Lepsze niż w ubiegłym kwartale perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na osoby zainteresowanie zatrudnieniem w budownictwie (prognoza wyższa o 3 pp.), w rolnictwie, leśnictwie, rybołówstwie (2 pp.) i finansach oraz usługach dla biznesu (2 pp.).

Polska niżej w rankingu europejskim

„Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” uwzględnia również prognozy zatrudnienia dla 26 rynków regionu EMEA (Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W pierwszym kwartale 2020 roku o nową pracę będzie najłatwiej w Grecji (prognoza +25%) i w Rumunii (+14%). Polska z wynikiem +7% znajduje się na ósmym miejscu, ex aequo z Bułgarią, Francją i Słowenią. Rok temu polski rynek był piąty a w poprzednim kwartale szósty w regionie. Pracodawcy w Wielkiej Brytanii wskazują prognozę najniższą od ponad 7 lat (+2%) a w Niemczech od ponad trzech (+4%). Najmniejszych szans na zmianę pracy mogą oczekiwać mieszkańcy Włoch i Hiszpanii, gdzie prognoza wynosi +1%.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla I kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 16 do 29 października 2019 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Branża fashion – wybory zakupowe mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej

Branża fashion jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów współczesnej gospodarki. Dział modowy umacnia się nie tylko pod względem wielkości czy wartości, ale także perspektyw. Zmienia się również sposób ubierania Europejczyków. Jednak pomimo tego, że dzisiejsza moda jest uniwersalna, to wybory konsumenckie w wielu krajach wciąż bardzo się różnią.

Uwarunkowania geograficzne czy przyzwyczajenia kulturowe to tylko niektóre czynniki, które mają  wpływ na wybory zakupowe dokonywane przez przedstawicieli danych nacji. Tak duża rozbieżność w przyzwyczajeniach jest ogromnym wyzwaniem szczególnie dla e-commerców. Zazwyczaj oferty tworzone przez dany podmiot obowiązują na wszystkich rynkach, gdzie funkcjonuje sklep, dlatego jej ustalenie powinno być na tyle powszechne, aby każdy mógł wybrać coś dla siebie – mówi Katarzyna Kaczmarczyk, International Marketing Manager w ANSWEAR.com.

Coraz większa popularność marek premium

Marki premium, czyli te, które wyróżniają się wysoką jakością zyskują coraz szersze grono zwolenników zwłaszcza wśród Rumunów oraz Bułgarów. To właśnie te nacje są gotowe przeznaczyć znacznie wyższe kwoty, aby nabyć ubrania znanych marek np. Calvin Klein czy Guess Jeans. Warto podkreślić, że dla tych narodowości istotna jest również wielkość logo na ubraniu ─ im większe, tym lepiej.

Produkty marek premium charakteryzują się także wyższą ceną, dlatego cieszą się one bardzo dużą popularnością w czasie okazjonalnych oraz sezonowych wyprzedaży. Podczas Black Friday, w krajach Europy Środkowo-Wschodniej (w Polsce, Słowacji, Czechach, na Ukrainie, Węgrzech, w Rumunii oraz Bułgarii) najczęściej kupowano produkty takich marek jak Tommy Hilfiger, Calvin Klein, Tommy Jeans, Guess Jeans, czy Levi’s. Jednak Bułgarzy najczęściej wybierali produkty Pepe Jeans oraz Marc O’Polo, co ciekawe, znacznie bardziej niż inni gustują oni w czarnych elementach garderoby, wynika z danych ANSWEAR.com.

Poza brandami premium coraz częściej do koszyków „wkładane” są produkty marek własnych ─ te wyprodukowane przez ANSWEAR znalazły się w czołówce najchętniej kupowanych podczas zakupowego święta.

Jakie produkty wybierają?

Rynek odzieżowy jest mocno zróżnicowany również pod względem rodzaju kupowanych produktów. Styl glamour preferują mieszkańcy Ukrainy, jednak lubują się oni w ubraniach zakupionych w sieciówkach, w przeciwieństwie do Rumunów czy Bułgarów, dla których liczy się elegancja i wysoka jakość. Nasi południowi sąsiedzi tzn. Czesi i Słowacy, podobnie jak Polacy, wybierają wygodne i codzienne elementy. Zwłaszcza czescy klienci preferują sportowy styl ubierania ze względu na aktywny tryb życia. Również dla nich liczy się to, aby zakupiona odzież była ekologiczna, a skład przyjazny środowisku.

Zamiłowanie do promocji

Prócz konkretnych artykułów, dane państwa różnią się także sposobem i czasem dokonywania zakupów. Jednak łączy je jeden element, czyli zamiłowanie do promocji. Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej, podobnie jak większość Europejczyków, wolą poczekać do sezonowych obniżek, aby zaoszczędzić. Tendencję tę możemy zaobserwować w aktywności danych nacji podczas Black Friday. Z roku na rok liczba zamówień bije kolejne rekordy. Według danych ANSWEAR.com liczba zamówień w 2018 do 2017 roku na Ukrainie wzrosła o 144 proc. natomiast na Węgrzech o 135 proc. Najmniejszy wzrost został odnotowany w Rumunii – 82 proc. oraz Słowacji – 89 proc.

Liczby potwierdzają tezę, że każda z narodowości lubuje się w innym sposobie dokonywania zakupów, np. Bułgarzy preferują spontaniczne zakupy podczas promocji, natomiast Węgrzy wolą przemyśleć decyzję o zakupie, a obniżki nie przesądzają o zakupie.

Autor/Źródło: Answear.com

Potrzeba pilnych zmian w prawie pogrzebowym

Polskie prawo pogrzebowe pozostaje w niemalże niezmienionej formie jeszcze od lat przedwojennych. Pewne zmiany zachodziły na początku lat 30., później drobne poprawki wprowadzono w połowie ubiegłego wieku, a ostatnie w latach 70. Nie trudno się domyślić, że nie gwarantują one – zwłaszcza obecnie – właściwego funkcjonowania całej branży pogrzebowej. Uregulowanie prawa jest więc dziś szczególnie ważne. W obecnych, przestarzałych już przepisach brakuje wielu kwestii, które pojawiły się w branży na przestrzeni lat. Tym samym na rynku świadczone są usługi nieuregulowane prawnie w odpowiedni sposób. Dotyczy to także samego zawodu przedsiębiorcy pogrzebowego.

– Zmiany te mają duże znaczenie dla funkcjonowania całej branży. Istotne jest uregulowanie zawodu przedsiębiorcy pogrzebowego, tak aby został wpisany do rejestru – powiedział serwisowi eNewsroom Robert Czyżak, prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej. – Przed drugą wojną światową był on zawodem zaufania publicznego. Stanowiło to o roli, jaką pełnili jego przedstawiciele dla rodzin i bliskich zmarłych osób. Dzisiaj pojawiają się nowe zagadnienia – jak kremacje, spopielanie, czy balsamacja zwłok. Tymczasem kwestie te nie są w ogóle podejmowanie w obowiązującej ustawie. Do tego zwiększa się konieczność walki z szarą strefą w sektorze, z którą przedsiębiorcy pogrzebowi mają już duże problemy. Należy obrać nową drogę zmian w tym obszarze i wypracować odpowiednie rozwiązania – wskazał Czyżak.

Dane z amerykańskiego rynku pracy zaskoczyły pozytywnie, ale dolar skończył tydzień na minusie

Dolar amerykański ma za sobą ciężki okres. W ubiegłym tygodniu waluta Stanów Zjednoczonych osłabiła się w stosunku do głównych walut oraz polskiego złotego.

Zaskakująco dobre dane z amerykańskiego rynku pracy, opublikowane w miniony piątek w stosunkowo ograniczony sposób wsparły dolara. Słabe dane o produkcji przemysłowej w Niemczech nie sprzyjały natomiast euro. Walutą, która radziła sobie wyjątkowo dobrze był z kolei funt brytyjski. Wraz z odliczaniem ostatnich dni przed wyborami parlamentarnymi w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna utrzymuje średnio dwucyfrowe prowadzenie w ostatnich sondażach przedwyborczych. Największym umocnieniem wśród grupy walut emerging markets cieszyły się waluty Ameryki Łacińskiej. Samo peso chilijskie zdołało odrobić około połowę strat poniesionych od momentu rozpoczęcia zamieszek.

W bieżącym tygodniu uwaga rynku skupi się na polityce. Dla funta brytyjskiego kluczowy będzie oczywiście wynik czwartkowych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii. Co więcej, w niedzielę 15 grudnia zbliża się termin wejścia w życie kolejnych amerykańskich ceł na chińskie towary. Spodziewamy się pewnej dozy “teatralności” z obu stron negocjacji w okolicy tego terminu, co powinno zakończyć się odłożeniem w czasie podwyżek ceł. To, w połączeniu z wysoce prawdopodobnym zwycięstwem Partii Konserwatywnej w wyborach w Wielkiej Brytanii oznacza, że nadciągający tydzień powinien być korzystny dla aktywów uznawanych za ryzykowne oraz szczególnie dla funta brytyjskiego. Podczas środowego spotkania Rezerwy Federalnej amerykańscy decydenci powinni potwierdzić zamierzenia dotyczące wstrzymania się z kolejnymi zmianami w polityce monetarnej w dającej się przewidzieć przyszłości. Z kolei czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego nie powinno przynieść żadnych informacji, które mogłyby się przyczynić do istotnego wzrostu zmienności na rynku.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł umocnienie polskiego złotego, w czym pomogły zmiany na głównej parze. Informacje z Polski nie były złe, jednak nie były też na tyle istotne, żeby rynek przywiązał do nich większą wagę. Ostatnie spotkanie RPP oczywiście nie przyniosło zmian stóp procentowych, a retoryka decydentów sugeruje, że nieprędko się to zmieni. Kalendarz ekonomiczny dla Polski na najbliższe dni jest niemal pusty. Złoty tym bardziej powinien więc reagować na informacje z zewnątrz, których nie zabraknie.

GBP

Dość nieoczekiwana rewizja w górę indeksów aktywności biznesowej PMI (które co prawda nadal znajdują się na dość niskich poziomach) nie przyciągnęła większej uwagi rynku, który skupiony jest obecnie na obserwacji przedwyborczych sondaży. Z niepewnością wypatrywano ryzyka kontynuacji wzrostu poparcia Partii Pracy. Obecnie zjawisko to, obserwowane na początku ubiegłego tygodnia zaczęło wygasać, a torysi nadal utrzymują w sondażach średnio dwucyfrową przewagę. Uważamy, że jeżeli wyniki wyborów potwierdzą te szacunki, należy spodziewać się aprecjacji funta brytyjskiego.

EUR

Na początku ubiegłego tygodnia ze strefy euro docierały dość pozytywne wieści w postaci rewizji w górę listopadowych indeksów PMI. Informacje o tym, że aktywność biznesowa, którą mierzą indeksy była nieco wyższa niż szacowano wstępnie pozwoliła nieco odsunąć na bok obawy o recesję we wspólnym bloku walutowym. Optymizm szybko jednak zgasł po piątkowym odczycie danych o produkcji przemysłowej w Niemczech, z którego wynikało, że trwa wyraźne kurczenie się niemieckiego sektora przetwórczego.

Nadchodzące, czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego nie powinno przynieść wielu nowych informacji, które mogłyby wpłynąć na rynek walutowy. Przewodnicząca Christine Lagarde w swojej retoryce najpewniej nadal będzie naciskać na rozluźnienie polityki fiskalnej w krajach wspólnego bloku walutowego, które mogą sobie na to pozwolić.

USD

Piątkowy, bardzo dobry raport z amerykańskiego rynku pracy zdecydowanie przyćmił kilka słabszych odczytów danych, które poznaliśmy wcześniej. Z raportu wynika, że tempo kreacji nowych miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych nie hamuje, stopa bezrobocia schodzi w dół, a wzrost realnych wynagrodzeń utrzymuje się na dobrym poziomie. To dobre warunki dla rynku akcji, jak i ogółem dla aktywów uznawanych za ryzykowne.

W kontekście najbliższego posiedzenia FOMC, które odbędzie się w środę spodziewamy się jednoznacznego podtrzymania stanowiska zgodnie z którym bank centralny w najbliższej przyszłości wstrzyma się od dalszych zmian w polityce monetarnej. W związku z tym, że najpewniej nie dowiemy się niczego istotnego, czego już teraz nie wiemy, sądzimy, że spotkanie banku centralnego będzie miało ograniczony wpływ na rynek walutowy.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Bardzo dobre dane z rynku pracy w USA

Zmiana zatrudnienia w sektorach poza rolnictwem wyniosła w listopadzie 266 tysięcy etatów wobec przyrostu o 156 tysięcy przed miesiącem (po rewizji w górę ze 128 tysięcy szacowanych pierwotnie). Dane te mocno przewyższyły oczekiwania analityków, którzy spodziewali się wzrostu o 180 tysięcy nowych etatów. Duże przyrosty odnotowano w listopadzie w usługach edukacyjnych i medycznych (wzrost o 74 tys. etatów) oraz rozrywkowych (o 45 tys.). Mocny przyrost zatrudnienia w całości gospodarki zepchnął w listopadzie stopę bezrobocia do 3,5%, ponownie wyrównując najniższą wartość od 50 lat. Wzrost płacy godzinowej natomiast minimalnie spowolnił do 3,1% r/r z 3,2% r/r, choć utrzymuje się w pobliżu danych z ostatnich miesięcy. Dane non-farm payrolls potwierdzają wcześniejszy obraz amerykańskiego rynku pracy, gdzie solidny popyt na pracę utrzymuje się w branżach usługowych, nie rośnie znacząco jednak zapotrzebowanie na większą liczbę pracowników w przemyśle i handlu. W takich warunkach najprawdopodobniej Fed będzie utrzymywał dotychczasowego stanowisko, zgodnie z którym polityka pieniężna w USA „znajduje się w dobrym miejscu” i nie zachodzą potrzeby zmian w poziomie stóp procentowych.

Czwarty tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje istotne osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 2,62%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 3,98%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 straci na wartości 0,04%, natomiast mWIG40 wzmocnił się o 1,13%.

W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. W środę (11.12.2019) poznamy dane o inflacji bazowej CPI oraz decyzję FOMC dotyczącą wysokości stóp procentowych. W czwartek (12.12.2019) poznamy inflacje PPI. Z kolei w piątek (13.12.2019), będą ujawnione dane o sprzedaży detalicznej w USA.

W Polsce nadchodzący tydzień nie będzie aż tak bogaty w dane makroekonomiczne. Jednak w piątek (13.12.2019) zostaną opublikowane ostateczne dane o listopadowej inflacji CPI.

Departament Zarządzania i Analiz, SUPERFUND TFI S.A.

Polacy zadłużają się na coraz wyższe kwoty. 40 proc. kredytów konsumpcyjnych zaciąganych jest na ponad 50 tys. zł

0

Relacja kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB wynosi 8,9 proc. i jest tylko nieznacznie niższa od poziomu sprzed 10 lat, kiedy mieliśmy do czynienia z kryzysem finansowym – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Choć spłacalność kredytów jest stabilna, to są obszary i trendy, które trzeba uważnie obserwować. Jednym z nich są coraz wyższe kwoty zaciąganych kredytów. W tym roku zobowiązania na kwoty ponad 50 tys. zł stanowiły aż 40 proc. kredytów udzielonych przez banki. Wysokokwotowe zobowiązania charakteryzują się największym ryzykiem – ich szkodowość sięga 12 proc.

Relacja kredytów konsumpcyjnych do polskiego PKB wyniosła w ubiegłym roku 8,9 proc. To trzeci najwyższy wynik w Europie, plasujemy się tuż za Grecją i Bułgarią. Ten wskaźnik ukredytowienia w relacji do PKB jest wysoki i na poziomie zbliżonym do 9 proc. utrzymuje się już od kilku lat. Nieco wyższy obserwowaliśmy w latach 2009–2010, kiedy mieliśmy do czynienia z kryzysem. Dlatego należy obserwować, czy nie przechodzimy do poziomu, który jest już niebezpieczny dla gospodarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Mariusz Cholewa, prezes Biura Informacji Kredytowej.

Jak wynika z danych BIK, od początku tego roku do końca października banki i SKOK-i udzieliły 6,054 mln kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 75,107 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku ich liczba spadła (o 0,7 proc.), ale wartość zwiększyła się o 6,8 proc.

Biorąc pod uwagę wartość nominalną, wciąż jest jeszcze przestrzeń do spokojnego wzrostu kredytów konsumpcyjnych, szczególnie przy rosnących zarobkach Polaków i rekordowo niskich stopach procentowych. W tej chwili połowa [49 proc. – red.] kredytów gotówkowych jest związana z konsolidacją, co oznacza, że osoba, która ma już jakiś kredyt, powiększa swoje zobowiązania. Dzieje się tak dlatego, że w związku z dobrą sytuacją gospodarczą rośnie zdolność kredytowa i klient może dostać dodatkową gotówkę bez zmiany wysokości miesięcznej raty – mówi Mariusz Cholewa.

Analitycy podkreślają, że w pierwszych 10 miesiącach tego roku 34 proc. nowo udzielanych pożyczek to zobowiązania średnio- (7–20 tys. zł) i wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). Te w ujęciu wartościowym stanowią już 85,9 proc. wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Co istotne, jedynie te dwa segmenty zanotowały w pierwszych 10 miesiącach tego roku dodatnią dynamikę wzrostu liczby oraz wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych. W przypadku zobowiązań przekraczających 20 tys. zł wzrost sięgnął 8,6 proc. w ujęciu liczbowym i 8,8 proc. w wartościowym.

– W porównaniu z zeszłym rokiem banki sprzedają wartościowo o kilka procent więcej kredytów konsumpcyjnych właśnie dlatego, że udzielają ich więcej na wysokie kwoty. Największa sprzedaż i największe ryzyko dotyczy zdecydowanie kredytów powyżej 50 tys. zł – mówi Mariusz Cholewa.

Prezes BIK podkreśla, że kredyty wysokokwotowe to obszar potencjalnego ryzyka. Tymczasem w tym roku aż 40 proc. nowo udzielanych przez banki pożyczek stanowiły zobowiązania na kwoty przekraczające 50 tys. zł. Po 3–4 latach od udzielenia takiego kredytu niespłacalność wynosi 12 proc. i jest dwa prawie razy wyższa od kredytów do 4 tys. zł.

Te kredyty są też ściśle powiązane z długim okresem kredytowania. W tej chwili już ponad połowa wszystkich kredytów gotówkowych w polskim sektorze bankowym to zobowiązania na okres powyżej 5 lat – mówi Mariusz Cholewa.

Obecnie 75 proc. kredytów gotówkowych jest udzielanych na ponad 4 lata. Średni okres umowy wynosi 46–47 miesięcy, a rzeczywisty okres spłaty kredytów gotówkowych jest istotnie krótszy od umownego (ok. 23 miesiące).

Często oznacza to, że w połowie umownego okresu spłaty kredyt ten jest już zastępowany nowym kredytem – mówi Mariusz Cholewa. – Póki mamy dobrą sytuację gospodarczą i niskie stopy procentowe, klienci zadłużają się odważnie. Jeśli jednak nastąpi spowolnienie i stopy procentowe wzrosną, kolejny kredyt będzie trudniej spłacać.

Kolejnym czynnikiem ryzyka, który trzeba uwzględnić, jest zbliżające się spowolnienie gospodarcze, które może pociągnąć za sobą podwyżki stóp procentowych. Wtedy raty kredytów prawdopodobnie wzrosną i może zwiększyć się grupa klientów, dla których spłata stanie się problematyczna.

– Jest jeszcze jeden obszar ryzyka, który widzimy na styku sektora bankowego i firm pożyczkowych. Dotyczy on klientów, którzy mają zobowiązania w obu instytucjach – mówi Mariusz Cholewa.

Z danych BIK wynika, że takich klientów firm pożyczkowych, którzy mają jednocześnie kredyt w banku, jest ponad 400 tys. osób. Są zadłużeni na 24,1 mld zł w bankach i na 5,3 mld zł w firmach pożyczkowych. W gronie tych klientów aż 43 proc., czyli ok. 180 tys. osób, ma przynajmniej jeden kredyt bądź pożyczkę przeterminowaną powyżej 90 dni.

Obserwujemy, że wysokie kredyty gotówkowe biorą osoby z wysokimi zarobkami. Jest to logiczne, ponieważ mają wysoką zdolność kredytową. Okazuje się jednak, że osoby z zarobkami powyżej 12 tys. zł chętnie korzystają też z pożyczek – mówi Mariusz Cholewa. – Sprawdziliśmy w badaniu, dlaczego klienci korzystają z takich pożyczek i okazuje się, że ci, którzy najwięcej zarabiają, wydają dodatkowe środki na konsumpcję. Nie jest to związane z tym, że brakuje im do pierwszego.

W Polsce jest obecnie ok. 100 tys. osób tzw. nadmiernie zadłużonych, którzy spłacają 10 lub więcej kredytów i pożyczek w bankach i firmach pożyczkowych.

Autogaz do końca roku może jeszcze lekko drożeć. Wciąż pozostaje atrakcyjną alternatywą dla benzyny

W drugiej połowie listopada ceny autogazu poszły w górę o 10 proc. po długim okresie stagnacji. Choć to jedyne paliwo, które ostatnio wyraźnie podrożało, jego cena wciąż jest atrakcyjnie niska w porównaniu do pozostałych paliw. Zdaniem Jakuba Boguckiego z portalu E-petrol.pl, nie można wykluczyć dalszej zwyżki, jednak dopóki gaz nie przekroczy połowy ceny benzyny Pb95, a na to się nie zanosi, pozostaje dla niej atrakcyjną alternatywą.

Paliwo to jeszcze nie tak dawno kosztowało 1,99 zł i trochę jak zaczarowane stało w miejscu, a kolejne dni zapewne przyniosą dalszy ciąg zmian zwyżkowych. Na niektórych stacjach można się podziewać poziomu 2,40 zł za litr – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw, z portalu E-petrol.pl.

W ubiegłym tygodniu średnia cena autogazu na polskich stacjach benzynowych sięgała 2,29 zł, czyli podskoczyła o kolejne 10 groszy. Według analityka portalu E-petrol.pl do końca roku może on zaliczyć kolejny wzrost wartości tej samej wysokości, a spowodowane to jest sytuacją międzynarodową, przede wszystkim u naszych wschodnich kontrahentów, bo to z tego kierunku w największym stopniu importowany jest gaz.

 Część dostaw rosyjskich może być np. przekierowywana do innych krajów i to, co teoretycznie było dla polskich klientów zakontraktowane, może przyjeżdżać z opóźnieniem, a to z kolei wpływa na kształtowanie się cen na naszym rynku. Te zmiany dodatkowo są tak dynamiczne w ostatnim czasie, ponieważ kiedy one już się zaczęły pojawiać na rynku hurtowym czy na rynku dostaw do stacji, nie były jeszcze przenoszone przez stacje, które konsekwentnie chciały utrzymywać możliwie najniższą cenę dla odbiorców. Jednak w którymś momencie stało się to po prostu niemożliwe i cena musiała z dnia na dzień dość mocno skoczyć w górę – wyjaśnia Jakub Bogucki.

Po posiedzeniu państw OPEC i uczestniczących w porozumieniu ograniczającym wydobycie ropy państw niezrzeszonych w kartelu, zwłaszcza Rosji, cena pozostałych paliw także może wzrosnąć. Kraje te podjęły bowiem decyzję o dalszym ograniczeniu wydobycia o kolejne 500 tys. baryłek dziennie, czyli mocniej niż wcześniej zapowiadał minister ropy Iraku. Łącznie limit znalazł się na poziomie 1,7 mln baryłek poniżej punktu wyjściowego. Cena ropy wzrosła po tej decyzji do poziomu niewidzianego od połowy września. Tymczasem już przed tym spotkaniem benzyna Pb95 podrożała o 4 grosze do 4,96 zł. To oznacza, że mimo podwyżek gaz jest wciąż najtańszym paliwem do samochodów.

 Jeśli cena autogazu stanowi mniej więcej połowę ceny benzyny, wtedy transport z użyciem tego paliwa jest opłacalny. Cały czas ten parytet jest spełniony i był wypełniany w ostatnich miesiącach z naddatkiem – ocenia analityk portalu E-petrol. – Warto też podkreślać, że jest to paliwo spełniające wiele kryteriów ekologicznych. Nawet autogaz kosztujący około 2–2,50 zł byłby w stanie konkurować cenowo z benzyną. Jeśli ktoś inwestuje w auto z instalacją autogazową, jest świadom, że nie od razu się to zwraca, ale jednak korzyść długofalowa będzie się utrzymywać. Myślę, że to nie jest kwestia jednej podwyżki, ale nawet kilku podwyżek, które mogą jeszcze nadejść.

Polscy naukowcy z coraz większymi sukcesami na świecie. Mają znaczący wpływ na rozwój nowych leków i sztucznej inteligencji

Fizyka, chemia, informatyka kwantowa, badania nad nowymi materiałami czy analiza matematyczna – to dziedziny, w których polscy naukowcy wiodą prym na świecie. Ich sukcesy napawają optymizmem, ale potrzebne są zmiany, by zatrzymać w kraju zdolnych badaczy i zachęcić do powrotu tych, którzy już wyemigrowali – ocenia prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Za istotny wkład w rozwój nauki i wybitne osiągnięcia FNP po raz 28. przyznała nagrody, które mają opinie najbardziej prestiżowego wyróżnienia naukowego w Polsce. Laureatami została trójka wybitnych badaczy, których prace mogą się przyczyni m.in. do opracowywania nowych terapii i leków, rozwoju kwantowej teorii informacji czy ulepszenia internetowych wyszukiwarek i rozwoju AI.

Zaczynamy tworzyć struktury agend rządowych typu Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej oraz takich, jak Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Mamy więc różne agencje, od których można uzyskać granty. Nadal jednak brakuje pieniędzy na rzeczywiste inwestycje w naukę. Chcielibyśmy sprowadzić do Polski wielu bardzo utalentowanych uczonych, którzy zrobili kariery naukowe za granicą. Część z nich jest polskiego pochodzenia. Ale oni przyjadą tu tylko wtedy, jeżeli będą funkcjonować centra doskonałości, w których będzie można uprawiać naukę na równym poziomie. Dlatego jedną z głównych rzeczy, którymi się zajmujemy, jest właśnie budowa takich centrów. One mają zapobiec emigracji młodych i zdolnych na Zachód oraz wspomóc tych, którzy chcą wrócić – mówi agencji Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Tzw. centra doskonałości powstają w Polsce w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz konkursu Teaming, prowadzonego przez Komisję Europejską jako część programu Horyzont 2020. Obie inicjatywy mają na celu utworzenie wyspecjalizowanych jednostek naukowych, które będą prowadzić interdyscyplinarne badania w międzynarodowych zespołach (we współpracy z wiodącymi instytucjami i agencjami ds. badań w Europie) i komercjalizować wyniki swoich prac.

W tej chwili mamy w Polsce 14 centrów doskonałości, nazywamy je międzynarodowymi agendami badawczymi. Połowa z nich zajmuje się fizyką – i nie jest to przypadek, bo fizyka jest w Polsce najsilniejsza. Dalej mamy nauki o życiu i chemię. To są trzy główne dyscypliny, które rzeczywiście wielu młodych ludzi wybiera jako kierunek studiów, a później – badań naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz.

Działające już w Polsce centra doskonałości to m.in. Międzynarodowe Centrum Badań nad Szczepionkami Przeciwnowotworowymi w Gdańsku, które prowadzi kompleksowe badania nad immunoterapeutykami, mogące doprowadzić do stworzenia spersonalizowanych szczepionek przeciwnowotworowych, czy Braincity w Warszawie zajmujące się badaniami dotyczącymi neuroplastyczności mózgu. Koordynowane przez Narodowe Centrum Badań Jądrowych centrum NOMATEN rozwija z kolei materiały odporne na ekstremalne warunki m.in. dla przemysłu jądrowego.

Patrząc na wyniki naukowe, są w Polsce miejsca unikalne w skali światowej. Przykładowo, w Gdańsku i Warszawie mamy rozwiniętą informatykę kwantową. Tam utworzyliśmy zresztą centra doskonałości w tym obszarze, które są na poziomie światowym i są liderami w tej dziedzinie. Jesteśmy też świetni w badaniach nad nowymi materiałami w zakresie tzw. spintroniki, w której też jesteśmy wśród liderów na świecie. Są więc dziedziny, w których polska nauka rzeczywiście ma się czym chwalić, jednak patrząc całościowo, nie jest aż tak dobrze – mówi prof. Maciej Żylicz.

W Polsce nakłady na działalność B+R w wyniosły w ubiegłym roku 1,21 proc. PKB (dane GUS). Mimo że wartościowo w stosunku rocznym były aż o 24,6 proc. wyższe (1,03 proc. w 2017 roku), to i tak Polska wciąż plasuje się pod tym względem poniżej europejskiej średniej, która przekracza 2 proc. PKB.

Jeśli chodzi o polską naukę, ogólnie zajmujemy 24. pozycję na świecie. Jednak w przypadku fizyki cząstek elementarnych jesteśmy na 13.–14. miejscu. Podobnie w biologii strukturalnej i analizie matematycznej jesteśmy na tak samo wysokim poziomie – podkreśla prof. Maciej Żylicz.

Za wybitne osiągnięcia i wkład w rozwój polskiej nauki po raz 28. przyznane zostały właśnie Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, które mają opinię najważniejszego wyróżnienia naukowego w Polsce. To indywidualne wyróżnienia przyznawane w czterech obszarach: nauk o życiu i o Ziemi, nauk chemicznych i o materiałach, nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich oraz nauk humanistycznych i społecznych. Wysokość nagrody wynosi 200 tys. zł, a laureaci są wyłaniani m.in. na podstawie opinii niezależnych ekspertów i recenzentów, głównie z zagranicy, oceniających ich dorobek.

To najwyższa nagroda, jaką fundacja może przeznaczyć indywidualnej osobie. Aby ją otrzymać, trzeba zostać zgłoszonym do programu przez środowisko naukowe. Później te wnioski są recenzowane, cały proces trwa prawie cały rok, a na samym końcu Rada Fundacji decyduje o przyznaniu nagrody – mówi prof. Maciej Żylicz.

W tym roku laureatami została trójka wybitnych uczonych. Wśród nich jest prof. Marcin Drąg z Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej, który otrzymał nagrodę za opracowanie nowej platformy technologicznej umożliwiającej otrzymywanie związków biologicznie aktywnych, w szczególności inhibitorów enzymów proteolitycznych. Platforma ta może służyć do opracowywania nowych terapii, leków czy metod diagnostycznych.

– Zajmujemy się enzymami proteolitycznymi, których jest u ludzi około 600–650 i które pełnią kluczową rolę w wielu chorobach. Staramy się stworzyć narzędzia do badania aktywności tych enzymów, monitorowania ich poziomu i – co najważniejsze – obrazowania jednego wybranego enzymu. Wtedy będziemy mieć 100-proc. gwarancję, że uczestniczy on w rozwoju danej choroby – mówi prof. Marcin Drąg. – Nasze badania idą dwutorowo. Najważniejsza część to diagnostyka chorób i tutaj widzimy już pierwsze ich zastosowania. Współpracujemy już z firmami pod kątem zastosowania naszych narzędzi w diagnostyce. Druga część to stworzenie struktur, które być może posłużą do zoptymalizowania cząsteczki jakiegoś enzymu, aby w przyszłości stała się lekiem.

W obszarze nauk matematyczno-fizycznych i inżynierskich tegoroczną nagrodę zdobył prof. Andrzej Kossakowski z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wyróżnienie zostało przyznane za rozwinięcie teorii kwantowych układów otwartych, która stanowi podstawę szybko rozwijającej się obecnie dziedziny naukowej – kwantowej teorii informacji.

Prof. Andrzej Wiśniewski z Wydziału Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu otrzymał z kolei wyróżnienie w obszarze nauk humanistycznych i społecznych za opracowanie koncepcji inferencyjnej logiki pytań. Może ona znaleźć zastosowanie m.in. w uczeniu maszynowym, rozwijaniu sztucznej inteligencji czy ulepszaniu internetowych wyszukiwarek.

FNP nie przyznała natomiast w tym roku nagrody w obszarze nauk o życiu i Ziemi. Prestiżowe nagrody Fundacji są wręczane od 1992 roku, a grono laureatów – włącznie z tegorocznymi – liczy już 102 osoby, wśród których są m.in. Timothy Snyder, Jadwiga Staniszkis, Karol Modzelewski, Andrzej Paczkowski, Anna Wierzbicka, Ewa Wipszycka i Karol Myśliwiec. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się 4 grudnia br. na Zamku Królewskim w Warszawie.

Prawie 6 mln Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. Aplikacja zamieniająca liczbę kroków na nagrody ma poprawić te statystyki

0

Zmotywowanie ok. 1 mln Polaków do większej aktywności fizycznej przełożyłoby się na 6 tys. zgonów rocznie mniej i ok. 200 mln zł korzyści budżetowych. Taki właśnie jest cel społeczny Boomerun – polskiej aplikacji, w której dzienna liczba kroków wykonywanych przez użytkownika jest wymienialna na walutę. Można nią płacić w sklepach, np. za książki i gry w Empiku, abonament za Netfliksa, a nawet za nowego iPhona. Aplikacją – która już może się pochwalić bardzo dobrymi wynikami i zdobywa rosnącą popularność – zainteresował się NFZ. Plany jej wykorzystania mają też spółki ubezpieczeniowe i pracodawcy.

– Statystyki na temat aktywności Polaków dobrze o nas świadczą. Te oficjalne mówią, że 40 proc. wszystkich Polaków, czyli od oseska do 105-latka, deklaruje jakąś aktywność fizyczną. Pod tym względem plasujemy się pośrodku europejskiej stawki, ale wciąż mamy jeszcze wiele do zrobienia. Z jednej strony jesteśmy aktywni fizycznie, ale z drugiej jest to nadal niewystarczający poziom, który nie odpowiada wymogom stawianym przez Światową Organizację Zdrowia – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Uściński, prezes zarządu Boomerun.

Aktywność fizyczna pozwala zmniejszyć ryzyko wystąpienia chorób serca, cukrzycy czy nowotworów. Jednak Centre for Economics and Business Research pokazują, że ok. 5,8 mln Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. Koszty leczenia następstw tej bierności sięgają 219 mln euro rocznie, czyli ok. 940 mln zł. Zmniejszenie liczby osób biernych ruchowo o 20 proc. pozwoliłoby zapobiec 5,8 tys. przedwczesnych zgonów, a jednocześnie przynieść prawie 200 mln zł oszczędności w służbie zdrowia. W tym celu należałoby zmobilizować nieco ponad 1 mln Polaków, którzy dziś nie są aktywni fizycznie.

Taki właśnie cel ma Boomerun – polska aplikacja, w której aktywność fizyczna jest walutą, którą można płacić. Dzienna liczba kroków, wykonanych przez użytkownika, może zostać wymieniona np. na książki w Empiku, abonament do Netfliksa, a nawet nowego iPhona.

– Boomerun działa w bardzo prosty sposób. Wystarczy zainstalować aplikację na telefonie. Działa ona w tle, licząc wykonywane przez nas kroki. Te kroki są przeliczane na punkty, które można wymieniać na nagrody. Korzystając z Boomerun, użytkownik może osiągnąć bardzo konkretne korzyści tylko za to, że chodzi – mówi Tomasz Uściński.

Aplikacja zdobywa coraz większą popularność, ale już w tej chwili może się pochwalić bardzo dobrymi wynikami: na koniec listopada jej użytkownicy wykonali łącznie 219 mln kroków – to tak jakby 5,5 razy okrążyli glob ziemski. Według danych Boomerun umiarkowanie aktywna osoba robi ok. 7 tys. kroków dziennie. To 200 tys. kroków miesięcznie i aż 2,5 miliona rocznie. Taki wynik pozwala zyskać 100 zł i wydać je np. na nowe książki i gry w Empiku.

– Jeżeli użytkownik jest bardzo aktywny albo stawia sobie za cel zwiększenie tej aktywności, te nagrody mogą być o wiele bardziej atrakcyjne. Może zdobyć np. nowy telefon, zegarek sportowy Garmin czy opaskę sportową. Korzyści są tak naprawdę uzależnione od poziomu aktywności fizycznej i tego, czego użytkownik aplikacji sam od siebie oczekuje – mówi Tomasz Uściński.

Nagrody w Boomerun można wybierać z listy 40 dostępnych marek, ale ich lista cały czas się wydłuża, bo projekt ma charakter otwarty. Twórcy aplikacji zapraszają do współpracy wszystkie zainteresowane brandy i instytucje.

Aplikacją stworzona przez Polaków zainteresował się już Narodowy Fundusz Zdrowia. Plany jej wykorzystania mają też spółki ubezpieczeniowe i pracodawcy, którym zależy na motywowaniu swoich pracowników do większej aktywności fizycznej.

 Pamiętając o statystykach dotyczących liczby osób nieaktywnych, naszą ambicją jest zmotywowanie 1 mln Polaków w możliwie krótkim czasie, żeby wstali z kanap, zrezygnowali z samochodu czy autobusu albo wysiedli o jeden przystanek wcześniej i pokonali ten dystans pieszo, dzięki czemu będą zdrowsi – mówi Tomasz Uściński.

W ciągu trzech lat twórcy aplikacji chcą pozyskać ok. 3 mln użytkowników. Projekt aplikacji Boomerun został sfinansowany ze środków prywatnych i publicznych. Kapitał na przeprowadzenie badań rynkowych, stworzenie koncepcji biznesowej przedsięwzięcia, a następnie opracowanie i wdrożenie aplikacji zapewniły m.in. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz fundusze: Rubicon Partners i Spinaker Alfa.

Problem łysienia w Polsce dotyczy połowy społeczeństwa. Wypadanie włosów może świadczyć o poważnej chorobie

Schorzenia skóry głowy i problem wypadania włosów to nie tylko efekt nieprawidłowej pielęgnacji czy chwilowego osłabienia organizmu, ale często objaw wielu chorób. Wszelkie niepokojące sygnały powinny więc być skonsultowane z trychologiem, czyli specjalistą od włosów. – Najlepiej jak najwcześniej, bo często pacjenci zgłaszają się do nas zbyt późno – mówi trycholog Anna Mackojć. Podczas pierwszej wizyty przeprowadzany jest szczegółowy wywiad na temat stosowanych kosmetyków, diety, a także stanu naszego zdrowia z uwzględnieniem zaburzeń hormonalnych. Często do rozwiązania problemu potrzeba współpracy trychologa z lekarzem dermatologiem, ginekologiem czy endokrynologiem.

Problem łysienia w Polsce dotyczy co drugiego mężczyzny i co drugiej kobiety. Jest to związane zarówno z dietą, jak i całym stylem życia, stresem, chorobami cywilizacyjnymi i wewnątrzustrojowymi. Bardzo ważna jest współpraca trychologa z lekarzem, ponieważ dopóki nie usuniemy przyczyny, która powoduje wypadanie włosów bądź zmiany skórne, nie uzyskamy trwałych efektów – mówi agencji Newseria Anna Mackojć trycholog, biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Winą za utratę włosów najczęściej obarcza się geny. Czynników powodujących łysienie jest jednak znacznie więcej. Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że włosy odzwierciedlają kondycję organizmu. Nadmierne ich wypadanie może więc być oznaką zaburzenia jego wewnętrznej równowagi. Czynnikami wywołującymi utratę włosów są na przykład choroby o podłożu autoimmunologicznym (łysienie plackowate), przebyta chemio- lub radioterapia (łysienie anagenowe), wysoka gorączka czy wstrząs pourazowy (łysienie telogenowe), zmiany hormonalne np. po porodzie, ale także stres, dieta uboga w składniki odżywcze czy przyjmowanie niektórych leków.

 Problemy z dietą mogą dotyczyć zarówno niedoborów żelaza, jak i ferrytyny, a także witamin, np. B12. Zbyt duża, intensywna podaż stresu w naszym życiu będzie wypłukiwała niektóre witaminy i podnosiła poziom niektórych hormonów. W tym momencie pacjent musi sam zbilansować swój styl życia i swoją dietę – mówi Anna Mackojć.

Kolejnym problemem jest nieodpowiednia pielęgnacja włosów i skóry głowy. Zarówno produkty stylizacyjne, jak i pielęgnacyjne powinny być dostosowane do indywidualnych potrzeb.

Szampony stosowane do higieny okołomieszkowej muszą być odpowiednio przystosowane do naszej pracy gruczołów łojowych i potowych. Jeżeli więc używamy szamponów przeciwłupieżowych, a nie mamy z łupieżem problemu, wówczas nasza skóra głowy zostanie przesuszona i włosy będą wypadać. Jeżeli myjemy głowę codziennie, powinniśmy używać szamponów do użytku codziennego. Jeżeli chcemy używać masek czy odżywek, one też powinny być o odpowiednim przeznaczeniu, według producenta i według zastosowania – mówi Anna Mackojć.

Najczęściej występuje łysienie androgenowe. Dotyczy ono głównie osób, które mają zwiększoną ilość hormonów męskich – androgenów. Ich nadmiar niekorzystnie wpływa na stan mieszka włosowego, tworząc jego miniaturyzację. Ten typ łysienia występuje zarówno u kobiet, jak i mężczyzn.

Problem gospodarki hormonalnej powinien być rozwiązany odpowiednio przez ginekologa, endokrynologa albo lekarza innej specjalizacji. Jeżeli problem nie zostanie rozwiązany albo przynajmniej ustabilizowany, trycholog nigdy nie uzyska odpowiedniej jakości łodygi wzrostu włosa – mówi Anna Mackojć.

Ekspertka tłumaczy, że pacjenci często zgłaszają się po pomoc z dużym opóźnieniem, kiedy już nic nie da się zrobić. Radzi więc, żeby nie lekceważyć takich objawów, jak wypadające włosy, i zgłaszać się do trychologa.

– Jeżeli zgłosimy się odpowiednio wcześnie, nawet jeśli jest to bardzo duży problem, to jesteśmy go w stanie przynajmniej ustabilizować – mówi Anna Mackojć. – Im wcześniej zaczniemy taką terapię, tym więcej włosów na głowie jesteśmy w stanie zatrzymać. Im szybciej rozpoczniemy, tym łatwiej się z takim pacjentem pracuje, zarówno lekarsko jesteśmy w stanie wcześniej wykryć jakieś zmiany, jak i trychologicznie.

Każda terapia trychologiczna powinna się rozpocząć od konsultacji, czyli od wizyty z dokładnym wywiadem i badaniem.

Wtedy jesteśmy w stanie stwierdzić, jak pracują gruczoły łojowe i potowe, jak się zachowuje higiena okołomieszkowa, czy nie ma nadmiernej krystalizacji, keranityzacji, czyli złuszczania na skórze głowy. Kolejnym krokiem jest wizyta typowo terapeutyczna, czyli zabiegi. Jeden służy do stymulacji podziałów komórkowych, czyli przekazuje nam energię, aby komórki włosa mogły się dzielić. Inną terapią estetyczną jest terapia dedykowana do łysienia plackowatego albo łuszczycy – mówi Anna Mackojć.

Efekty każdej terapii trychologicznej w dużej mierze zależą od zdyscyplinowania pacjenta, od tego, czy jest on systematyczny w swoich działaniach, czy wykonuje w domu wszystkie zalecone czynności, ale przede wszystkim od usunięcia przyczyny, czyli od regularnych wizyt u odpowiednich specjalistów.

 Terapia może trwać od 3 do 6 miesięcy albo nawet kilka lat, w zależności od tego, jakie są problemy i jakie efekty chcemy uzyskać – mówi Anna Mackojć, trycholog, biotechnolog z Instytutu Trychologii.

Kuchnię przejmują innowacyjne urządzenia i roboty. Inteligentny czujnik wyłączy pozostawioną bez kontroli kuchenkę lub piekarnik

Kuchnia staje się coraz inteligentniejsza. Robot sam przygotuje nam ulubioną potrawę, a asystentka Penny zajmie się zastawą stołową i zebraniem brudnych naczyń ze stołu. Innowacyjna lodówka stanie się centrum zarządzania inteligentnego domu, podpowie także, jakich produktów może w niej zabraknąć. Inteligentny ekran z asystentem głosowym zapewni z kolei lekcje gotowania u najbardziej cenionych szefów kuchni oraz zamówi składniki proponowanych przez nich potraw. Na rynku pojawił się także pierwszy na świecie inteligentny czujnik, który kontroluje całą kuchnię. Automatycznie wyłączy piekarnik czy rozpozna i zapamięta nawyki kucharza.

Rynek inteligentnych kuchni rozpędza się. Innowacyjny robot Moley sam przygotuje nam ulubioną potrawę, lodówka sama zamówi brakujące produkty, robot Sally przyrządzi sałatkę, a robot-asystent Penny zajmie się zastawą stołową i zebraniem brudnych naczyń ze stołu. Coraz częściej producenci smart kitchen zwracają jednak uwagę na bezpieczeństwo.

– Do sprzedaży wchodzi pierwszy na świecie inteligentny czujnik kuchenny. Urządzenie podłączamy nad kuchenką, by monitorowało aktywność w jej obrębie. Jest wyposażone we wskaźnik ciepła i miernik zużycia energii, ponieważ może być podłączony do modułu sterowania zasilaniem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Amanda Knahpe z firmy Safera.

Urządzenie ma przede wszystkim zapobiegać pozostawieniu włączonych palników czy piekarnika. Wykorzystuje do swojego działania łączność Wi-Fi i monitorowanie indeksu ciepła. Aplikacja umożliwia też diagnostykę temperatury, wilgotności i jakości powietrza w domu, a także informuje użytkownika o tym, kiedy zwiększyć wentylację pieca czy otworzyć okno.

– Jeśli zadzwoni telefon i użytkownik oddali się od kuchenki, czujnik zarejestruje niebezpieczną sytuację. Wówczas uruchamia się alarm i zostaje wysłane powiadomienie na telefon za pośrednictwem aplikacji Safera. Sygnał również zostaje wysłany do urządzenia. Po takim zdarzeniu wystarczy nacisnąć przycisk OK i kontynuować gotowanie. Jeśli jednak powrót czy naciśnięcie przycisku OK nie jest w danej chwili możliwe, czujnik odetnie zasilanie kuchenki i wyłączy palniki – tłumaczy Amanda Knahpe.

Urządzenie jest pierwszym inteligentnym czujnikiem kuchennym na świecie, który można podpiąć do zwykłej kuchni. Podobne rozwiązania stosowano już w innych sprzętach gospodarstwa domowego. Inteligentny czujnik piekarnika SafeOven również wykrywa, czy kuchenka lub piekarnik pozostały włączone i wyświetla w aplikacji mobilnej alert umożliwiający ich zdalne wyłączenie. Uzupełnieniem rozwiązania oferowanego przez fińską firmę może być jednak specjalna platforma inteligentnego gotowania.

– Kucharze wymieniają się swoimi przepisami i sposobami na przygotowanie dań. Czyli chodzi nie tylko o przepisy, lecz także o czynności wykonywane podczas gotowania, jak zastosowanie odpowiedniej temperatury. Możemy dzielić się tą wiedzą, by pomagać naszym klientom w staniu się doskonałymi kucharzami, jak Jamie Oliver – mówi ekspertka.

Konsorcjum zawiązane przez Amazon i stację telewizyjną Food Network chce stworzyć inteligentny ekran kuchenny, za pomocą którego poprzez Alexę będzie można znaleźć przepisy na ciekawe potrawy. Działający w oparciu o polecenia głosowe ekran pokaże listę zakupów i wyświetli film instruktażowy, który krok po kroku przeprowadzi początkującego kucharza przez proces przyrządzania potrawy. Co więcej, składniki potrzebne do wykonania przepisu można zamówić przez Amazon Fresh, Instacard lub PeaPod. W przyszłym roku aplikacja ma być rozszerzona o funkcję wsparcia całodobowego.

Według Adroit Market Research do 2025 roku rynek inteligentnych urządzeń kuchennych osiągnie wartość niemal 32,5 mld dol.

Ekspert UW: Zostało nam 30 lat na całkowite ograniczenie emisji dwutlenku węgla. Tylko to pozwoli nam się uratować

Temperatura Ziemi wzrosła już o ok. 1°C w porównaniu z epoką przedprzemysłową. Pod koniec tego stulecia wzrost może sięgnąć 4°C. Ilość węgla, jaką możemy jeszcze wprowadzić do atmosfery, jest ograniczona. Tymczasem nadal jesteśmy silnie uzależnieni od węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, a rządy wspierają te formy energii znacznie bardziej niż czystą energię. Jeżeli będziemy szli tą drogą, to świat za 50 lat będzie zupełnie inny, niż potrafimy go sobie wyobrazić – ocenia prof. dr hab. Szymon P. Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki UW.

– Zmiany klimatyczne są nieodwracalne. Mamy 10 lat, żeby ściąć emisję o połowę, a 30 lat, żeby ściąć ją do zera, żeby się uratować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Szymon P. Malinowski, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak wynika z opublikowanego w listopadzie 2019 roku raportu Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNEP), planowana na 2030 rok produkcja paliw kopalnych przekracza o 50 proc. poziom, który umożliwiałby ograniczenie globalnego ocieplenia do 2°C, i o 120 proc. poziom, który pozwoliłby zatrzymać wzrost temperatur na poziomie 1,5°C. Budżet przekracza przede wszystkim produkcja węgla – nawet o 280 proc. wartości, które zatrzymałyby wzrost średnich temperatur na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza.

– Moim zdaniem jest to droga na manowce. Z ostatnich dokumentów Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że w skali świata dopłaty pośrednie do paliw kopalnych rosną i w tej chwili już osiągają 7 proc. produktu globalnego brutto. Czyli my płacimy za zniszczenie naszej przyszłości grube pieniądze i tak działa świat, i tak działa nasza ekonomia – wskazuje prof. Szymon P. Malinowski.

Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) ostrzegł już w 2018 roku, że ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5 stopnia Celsjusza do końca wieku wymaga głębokich zmian we wszystkich aspektach społeczeństwa. Już teraz temperatura na Ziemi jest wyższa o ok. 1 stopień Celsjusza niż w epoce przedprzemysłowej i wciąż rośnie. W tym tempie wzrost może do 2100 roku sięgnąć nawet 4 st. Celsjusza.

Raport IPCC opublikowany przez ONZ w 2018 roku wskazał, że najlepszą drogą do ograniczenia wzrostu ocieplenia do 1,5° C do 2100 roku jest ograniczenie emisji netto dwutlenku węgla (CO2) o 45 proc. do 2030 roku, a do 2050 roku obniżenia emisji do zera. Wciąż jednak jesteśmy silnie uzależnieni od węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, a rządy wspierają je bardziej niż zieloną energię.

Większość państw przekracza zadeklarowane przez siebie normy, brakuje woli politycznej. W efekcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że przemysł paliw kopalnych tylko w 2016 roku uzyskał 5,2 bln dol., czyli 6,4 proc. światowego PKB.

– Jeżeli będziemy szli tą drogą, to świat za 50 lat będzie zupełnie inny, niż potrafimy go sobie wyobrazić – znacznie mniej ludny i znacznie mniej przyjazny – przekonuje ekspert. – Nie będzie polityki ani ekonomii, całkowicie zmieni się ład.

Jak przekonuje Malinowski, aby uratować Ziemię i zatrzymać zmiany klimatu, konieczna jest zmiana sposobu myślenia. Dopóki wciąż będziemy wykorzystywać już opracowane rozwiązania, sytuacja się nie zmieni.

– Co z tego, że będziemy mieli samochody, które zużywają prąd z paliw kopalnych, czy samochody, które ważą 1,5, 2 czy 3 tony napędzane silnikiem elektrycznym? Nam chodzi o to, żeby przenieść się z miejsca A do miejsca B szybko, bezpiecznie i wygodnie. Wykorzystanie do tego 1,5 tony żelastwa, niezależnie od tego, czym jest napędzane, rozpędzić to i zahamować 30 razy i w ten sposób się przemieścić, nie jest rozsądne. Jeżeli nie będziemy potrafić myśleć w kategoriach rzeczywistych, a nie w kategoriach tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, tak długo nasze perspektywy będą coraz gorsze – tłumaczy prof. Szymon P. Malinowski.

Shell w Krakowie zatrudnia już ponad 4 tys. osób

Shell Business Operations przekroczyło liczbę 4000 pracowników w Krakowie. Tylko w 2019 r. do zespołu centrum dołączyło blisko 1000 nowych osób. Tym samym Polska stała się dla Shell 3. największym rynkiem w Europie pod względem zatrudnienia. W związku z rozwojem w Krakowie, firma planuje otwarcie w I połowie 2020 r. kolejnego budynku w kompleksie Shell Energy Campus, mieszczącego 1000 pracowników. To kolejny krok umacniający Shell na pozycji jednego z czołowych pracodawców w Małopolsce.

Shell Business Operations jest jednym z 5 centrów operacyjnych Shell na świecie. Zespół działający w Krakowie wspiera globalne operacje koncernu w zakresie m.in. finansów, raportowania, usług IT, obsługi klientów i pracowników, logistyki, zakupów i komunikacji zewnętrznej. W ciągu 13 lat działalności firma osiągnęła pozycję jednego z kluczowych pracodawców nie tylko w stolicy Małopolski, ale i całym regionie.

4 000 talentów na pokładzie

W grudniu zespół Shell w Krakowie osiągnął liczbę 4000 pracowników, pracujących na rzecz 10 linii biznesowych. W 2019 roku do zespołu firmy dołączyło blisko 1000 osób. Tym samym Shell tylko w ciągu minionych 12 miesięcy stworzył w Krakowie blisko 400 nowych miejsc pracy. Centrum przewiduje dalsze inwestycje w rozwój operacji biznesowych prowadzonych w Polsce.

Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków
Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków

Równie istotny, co skala zatrudnienia, jest dla nas stały wzrost znaczenia Krakowa na globalnej mapie Shell. Z każdym rokiem przyciągamy do Małopolski coraz bardziej zaawansowane projekty. Tylko w 2019 r. stworzyliśmy 75 nowych typów stanowisk. Inaczej mówiąc, intensywnie rekrutujemy specjalistów, którzy przejmują kolejne międzynarodowe zadania w obszarach m.in. raportowania, analizy danych czy zarządzania ryzykiem. Tworzymy przestrzeń do rozwoju dla talentów z Krakowa i ekspertów, którzy się do niego przeprowadzają – mówi Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations Kraków.

Nowy biurowiec w Krakowie i 70 globalnych menedżerów

Dynamiczny wzrost krakowskiej kadry Shell w ostatnich latach sprawił, że Polska stała się dla firmy trzecim największym rynkiem w Europie pod względem skali zatrudnienia. W I kwartale 2019 roku Shell otworzył w Krakowie biurowiec Topaz, by odpowiedzieć na rosnące dynamicznie rosnącej kadry. W I półroczu 2020 ma do niego dołączyć kolejny budynek, w którego przestrzeni będzie mogło pracować kolejnych 1000 osób.

Rozwój centrum w ostatnich latach dostrzec można nie tylko po rosnącej skali zatrudnienia. Poszerzającą się rolę Shell w Krakowie widać także po dużym znaczeniu i różnorodności zadań menedżerów działających w Krakowie. Obecnie w centrum zlokalizowanych jest 70 stanowisk o globalnym zasięgu. Menedżerowie należący do tej grupy odpowiadają w strukturach Shell m.in. za operacje podatkowe, zamówienia, kontrakty, HR czy procesy IT.

W stronę zrównoważonego biznesu

Jak podkreśla Agnieszka Pocztowska, centrum stawia nie tylko na wzrost kadry i rozwój projektów, ale także działanie zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju biznesu. Oznacza to zaangażowanie zespołu m.in. w inicjatywy proekologiczne czy wsparcie lokalnej społeczności w regionie, m.in. poprzez akcje promujące bezpieczeństwo na drodze czy wspierające osoby w złej sytuacji materialnej.

Ostatnie lata w Krakowie pokazują, że skoordynowane działania władz związane z dbałością o środowisko czy lokalną społeczność to nie mrzonki i przynoszą realne efekty. Cieszy nas to, bo w Shell takie postawy wspieramy od początku działalności w Małopolsce, co doceniają nasi pracownicy. Staramy się dokładać swoją cegiełkę do kształtowania dobrego życia w Krakowie. Dlatego w minionym roku zredukowaliśmy w Shell Business Operations liczbę emitowanego przez naszych pracowników CO2 o 2 tony, o 22% zredukowaliśmy zużycie energii elektrycznej, a o 20% ilość emitowanych odpadów. Było to możliwe mimo dalszego wzrostu kadry – komentuje Agnieszka Pocztowska.

20 języków, 50 narodowości

Międzynarodowa skala działalności Shell w Krakowie odzwierciedla się w jej wielokulturowej i różnorodnej kadrze. Firma zatrudnia w stolicy Małopolski około 700 cudzoziemców, reprezentujących ponad 50 narodowości, a projekty biznesowe realizowane są w 20 językach. Do zespołu w Krakowie należy ponad 30 osób z orzeczeniem niepełnosprawności. Kwestie różnorodności widoczne są także w strukturze menedżerskiej centrum – aż 67% osób zajmujących stanowiska kierownicze w Shell w Krakowie stanowią kobiety.

Anna Papka

Hyperloop: Kto chciałby jeździć pociągiem bez okien? | Wyniki badań

Dla prawie połowy Polaków brak prawdziwych okien w „wagonie” byłby sporą niedogodnością. Konstrukcja kapsuły kolei próżniowej nie pozwoli podziwiać widoków w trakcie podróży, ale rozwiązaniem tego problemu mogą być wirtualne okna wyświetlające nasz „widok” oraz multimedialne panele z dostępem do filmów, muzyki czy gier komputerowych – wynika z badania potencjału wprowadzenia do powszechnego użytku technologii Hyperloop.

Grupa badaczy pod kierownictwem dr Agaty Stasik z Akademii Leona Koźmińskiego zrealizowała badanie ankietowe, w którym wzięło udział 1,5 tys. osób. Ankietowanym zadano pytania dotyczące preferowanych sposobów podróżowania na różnych dystansach. W ramach drugiego etapu badania zorganizowano wywiady grupowe w Warszawie i Łodzi, w których uczestniczyło w sumie 21 badanych. Wyniki opracowane w formie raportu są źródłem wiedzy potrzebnej do określenia potencjału wprowadzenia ultraszybkiej kolei próżniowej.

Polska wielkości Warszawy

Jakby to było, gdybyśmy mogli podróżować z prędkością nawet 1 000 km na godzinę, wygodnie, często i do tego niskim kosztem? – Skutki wprowadzenia technologii Hyperloop jako nowego środka transportu dla uczestników badania oznaczałyby przede wszystkim zmianę samego postrzegania odległości między miastami – mówi dr Agata Stasik z Akademii Leona Koźmińskiego, koordynatorka badania.

Socjolożka powołuje się na jednego z uczestników badania, który zauważył, że w kontekście czasu przejazdów Polska skurczyłaby się do rozmiarów Warszawy. – Mogłoby to skłaniać ludzi do osiedlania się poza granicami dużych miast, a w kwestii podróżowania „dla przyjemności” bądź służbowo – znacząco ułatwić logistykę dalszego wyjazdu i zmniejszyć jego koszty – komentuje Stasik.

Hyperloop – korzyści czy utrudnienia?

Jak pokazują wyniki badania ankietowego, dla potencjalnych pasażerów Hyperloopa największymi zaletami nowego środka transportu byłyby kapsuły odjeżdżające co 5 minut (aż 78,8 proc. respondentów uważa, że podniosłoby to ich komfort podróży), a także konieczność zapięcia pasów – ważna dla 62,4 proc. pytanych. Obawy respondentów budzi przede wszystkim brak okien w kapsułach pasażerskich (43,2 proc. postrzega to jako aspekt obniżający komfort korzystania z Hyperloopa) oraz sterowanie kapsułami przez komputer (21,9 proc. odpowiedzi).

Dla niemal 40 proc. badanych problem braku okien mógłby być rozwiązany poprzez zamontowanie w kapsułach okien wirtualnych, które wyświetlałyby pasażerom „widoki” w wysokiej rozdzielczości. Niemal połowa (47 proc.) ankietowanych chciałaby mieć do dyspozycji podczas podróży multimedialne panele, na których mogliby oglądać filmy, słuchać muzyki albo grać w gry komputerowe.

Badani, którym opowiedziano o technologii Hyperloop, są pozytywnie nastawieni do idei kolei próżniowej (88 proc.). Najwięksi jej zwolennicy to mieszkańcy miast w wieku 18-30 lat. W podziale na grupy zawodowe najbardziej „za” była wyższa kadra zarządzająca i właściciele firm, dla których skrócenie czasu dojazdu na długich, międzymiastowych trasach mogłoby być niezwykle pomocne z przyczyn zawodowych.

Nowy wymiar kolei

Hyperloop to koncepcja nowoczesnego środka transportu przypominającego pociąg. Zgodnie z projektem Elona Muska, twórcy koncepcji ultraszybkiej kolei próżniowej, kapsuły zabierające pasażerów miałyby się poruszać w specjalnych tubach bez tradycyjnych torów i ze znacznie obniżonym ciśnieniem. „Wagony” unosiłyby się dzięki lewitacji magnetycznej, a zmniejszone w ten sposób tarcie i opór powietrza powodowałyby, że Hyperloop mógłby osiągać prędkość nawet 1000 km na godzinę.

Projekt badawczy „Potencjał rozwoju i wdrażania w Polsce technologii kolei próżniowej w kontekście społecznym, technicznym, ekonomicznym i prawnym” jest finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu Gospostrateg.

Dane z Chin, Czech i USA

Transformacja gospodarki chińskiej z eksportu w stronę produkcji na rynek wewnętrzny trwa. Bilans handlowy nie jest może bliski zrównoważenia, ale ponownie wykonał wyraźny krok w tym kierunku.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Bezrobocie niespodziewanie spadło do 3,5% wobec oczekiwanych 3,6%. Płaca godzinowa pokryła się z oczekiwaniami. Powodem spadku bezrobocia była znacznie większa liczba nowych miejsc pracy niż sądzono. W sektorze prywatnym powstało ich aż 254 tysiące wobec oczekiwanych 175 tysięcy. Inwestorzy zareagowali na te dane entuzjastycznie. Dolar zyskiwał w ramach głównych walut, w tym euro. Pół centa zmiany względem euro przełożyło się na wzrost ceny względem złotego o 2 grosze.

Dane z Czech

Dzisiaj poznaliśmy pakiet danych od naszego południowego sąsiada. Produkcja przemysłowa spadła tam o 0,4%. Nadwyżka bilansu handlu zagranicznego spadła mocniej od oczekiwań, z kolei stopa bezrobocia pozostała na niezmienionym poziomie. Teoretycznie są to złe dane. Inwestorzy jednak wyraźnie uważają inaczej, gdyż czeska korona zyskuje na wartości.

Dane z Chin

W weekend poznaliśmy dane z Państwa Środka. Bilans handlu zagranicznego coraz bardziej zbliża się do równowagi. Nadwyżka wynosi zaledwie 38 mld dolarów wobec oczekiwanych 46 miliardów. Powodem tej zmiany jest spadek eksportu o 1,1% przy oczekiwanym wzroście o 1%. Z drugiej strony spodziewano się spadku importu o 1,8%, a wzrósł on o 0,3%. W momencie, kiedy obydwa odczyty pomyliły się o 2%, nie może dziwić, że wynik jest znacząco odmienny. Jest to w dalszym ciągu próba przełożenia gospodarki na konsumpcję wewnętrzną, która, jak widać, udaje się.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

By być stroną postępowania administracyjnego, wystarczy, że dotyczy ono interesu prawnego podmiotu, nie musi być on naruszony

W postępowaniach dotyczących wydania decyzji administracyjnych organy administracji przyznają prawo do bycia ich stroną (poza podmiotami, których decyzja dotyczy) jedynie tym podmiotom, których interes prawny został naruszony. W wyroku z 6 listopada 2019 r. WSA w Poznaniu uznał to stanowisko organów za błędne. Jak orzekł: „…aby być stroną w postępowaniu administracyjnym, wystarczy, że postępowanie dotyczy interesu prawnego danego podmiotu, nie musi być nawet naruszony ten interes” (sygn. akt IV SA/Po 276/19).

Kodeks postępowania administracyjnego (Dz.U. 1960 nr 30 poz. 168, ze zm.) w art. 28 odnoszącym się do stron postępowania administracyjnego stwierdza, że: „Stroną jest każdy, czyjego interesu prawnego lub obowiązku dotyczy postępowanie albo kto żąda czynności organu ze względu na swój interes prawny lub obowiązek”. A regułą postępowania administracyjnego jest, że brak udziału w tym postępowaniu strony spowodowany przyczynami, za które nie ponosi ona winy, stanowi przesłankę do wznowienia postępowania zakończonego decyzją ostateczną (art. 145 § 1 pkt 4).

Brak ponadnormatywnego oddziaływania na środowisko

To na tę właśnie regulację powołał się w 2017 r. właściciel nieruchomości niesąsiadującej nawet z fermą drobiu, na której miała zostać poczyniona inwestycja w postaci budowy kotłowni centralnego ogrzewania. Chciał uchylenia decyzji ostatecznej burmistrza gminy i wznowienia postępowania ws. uwarunkowań środowiskowych dla tej inwestycji.

W 2016 r. na podstawie opinii Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska oraz Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego burmistrz zdecydował o braku potrzeby przeprowadzania oceny oddziaływania tej inwestycji na środowisko. Dodatkowo na podstawie § 3 ust. 2 pkt 1 obowiązującego ówcześnie rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 9 listopada 2010 r. w sprawie przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko (Dz.U. nr 213 poz. 1397 z 2010 r. ze zm. – zostało uchylone 11 października 2019 r.) zakwalifikowano ją jako przedsięwzięcie mogące potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko, a więc przedsięwzięcie niewymagające obligatoryjnego przeprowadzenia oceny oddziaływania na środowisko. Z uwagi na brak ponadnormatywnego oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko inwestor nie został zobowiązany do utworzenia obszaru ograniczonego użytkowania.

Nieruchomość położona w strefie oddziaływania

Wnioskodawca, powołując się na art. 145 § 1 pkt 4 K.p.a., wskazał, że bez własnej winy nie brał udziału w postępowaniu środowiskowym, stąd nie mógł skorzystać z przysługujących stronie praw, przede wszystkim do odwołania się od wydanej w jego toku decyzji. Jak stwierdził, z punktu widzenia materialno-prawnego należy mu się uczestnictwo w postępowaniu na prawach strony, bowiem jego nieruchomość jest w zasięgu oddziaływania fermy, na której poczyniona ma zostać inwestycja.

Burmistrz przeprowadził postępowanie w celu zbadania, czy wnioskodawca może być stroną tego postępowania. Zgodził się z wnioskodawcą, że przy ustalaniu kręgu podmiotów mogących występować w postępowaniu środowiskowym w charakterze strony za podstawę bierze się przepis art. 28 K.p.a. Zgodził się również, że nieruchomość skarżącego znajduje się w zasięgu oddziaływania fermy. Stwierdził jednak, że zważywszy na położenie inwestycji, m.in. w oddaleniu aż 320 m od nieruchomości wnioskodawcy, nie spowoduje ona na tej nieruchomości przekroczenia standardów jakości środowiska. Nie zgodził się tym samym ze skarżącym, że samo położenie jego nieruchomości w strefie oddziaływania planowanej inwestycji byłoby wystarczające do przyznania mu legitymacji do bycia stroną.

Skarżący nie jest nawet sąsiadem

Wydaną przez burmistrza decyzję utrzymało w mocy samorządowe kolegium odwoławcze. Stwierdziło m.in., że skarżący nie jest właścicielem ani posiadaczem ograniczonego prawa rzeczowego nieruchomości objętej przedsięwzięciem. Co więcej, nie posiada nawet takich praw do nieruchomości z nią sąsiadujących. Organ drugiej instancji podzielił stanowisko burmistrza, że planowana inwestycja nie obejmie obszarem negatywnego oddziaływania nieruchomości skarżącego. Dlatego też zdaniem SKO został on słusznie wykluczony z kręgu podmiotów zaliczanych do strony przedmiotowego postępowania środowiskowego.

Interes prawny nie musi być naruszony

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu uznał jednak skargę wnioskodawcy za uzasadnioną. Analizę przesłanek dopuszczenia do bycia stroną postępowania środowiskowego przeprowadził zarówno przez pryzmat przepisu art. 28 K.p.a. mającego zastosowanie w czasie przeprowadzania przedmiotowego postępowania, jak i art. 74 ust. 3a ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko (Dz.U. 2017 poz. 1405, ze zm., dalej u.i.o.ś.), obowiązującego w tym zakresie od 1 stycznia 2018 r.

Sąd, powołując się na wyrażony w judykaturze pogląd (wyrok NSA z dnia 25 września 2009 r., sygn. akt II OSK 1476/08, wyrok WSA w Krakowie z dnia 20 marca 2012 r., sygn. akt II SA/Kr 1932/11, wyrok WSA w Białymstoku z dnia 13 stycznia 2009 r., sygn. akt II SA/Bk 842/07), wskazał, że dla ustalenia, czy dany podmiot ma interes prawny w postępowaniu środowiskowym, a więc, czy może być w nim stroną, nie ma znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie przekraczać dopuszczalne normy, czy nie. Wystarczy bowiem, że będzie się ona znajdować w zasięgu oddziaływania objętej postępowaniem inwestycji. Przemawia za tym również treść art. 10a Dyrektywy Rady Wspólnot Europejskich z dnia 27 czerwca 1985 r. w sprawie oceny skutków wywieranych przez niektóre przedsięwzięcia publiczne i prywatne na środowisko naturalne (Dz.Urz. UE z 5 lipca 1985 r., L 175), gdzie mowa jest o konieczności zapewnienia członkom zainteresowanej społeczności dostępu do procedury odwoławczej przed sądem lub innym niezależnym i bezstronnym organem, jeśli tylko przedstawiciele tej społeczności mają „wystarczający interes”.

Tak więc, aby być stroną w postępowaniu administracyjnym, wystarczy, że postępowanie dotyczy interesu prawnego danego podmiotu, nie musi być nawet naruszony ten interes. (…) dla ustalenia, czy dany podmiot ma interes prawny w postępowaniu w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach i w związku z tym, czy ma przymiot strony w tym postępowaniu, nie ma znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie w granicach dopuszczalnych norm, czy też będzie ponadnormatywne, wystarczy, że nieruchomość znajduje się w zasięgu oddziaływania planowanej inwestycji” (wyrok WSA w Poznaniu z 6 listopada 2019 r., sygn. akt IV SA/Po 276/19).

Właściciel musi mieć prawo do wykazania naruszeń swoich praw

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 16 sierpnia 2012 r. (sygn. akt II OSK 832/11) wyjaśnił, że interes prawny, o którym mowa w art. 28 k.p.a., może znajdować podstawy także w przepisach innych gałęzi prawa np. w art. 140 Kodeksu cywilnego. Przepis ten stanowi, że właściciel może korzystać ze swojego prawa własności do rzeczy, w tym nieruchomości, zgodnie z jego społeczno-gospodarczym przeznaczeniem. Nie ma więc znaczenia, czy oddziaływanie na jego nieruchomość będzie wykraczać poza normy, czy nie. Na etapie ustalania kręgu podmiotów uprawnionych do bycia stroną postępowania to nie do organów należy ocena znikomości naruszenia interesu podmiotu. Sama bowiem ingerencja w jego prawa zgodnie z niniejszym wyrokiem WSA w Poznaniu legitymuje go do bycia stroną tego postępowania, podczas którego właśnie będzie mógł wykazać, że naruszenie to jest znaczne.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dariusz Mikołajczak pierwszym polskim prezesem fabryki Toyoty

1 stycznia 2020 roku na stanowisko prezesa Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP) zostanie powołany Dariusz Mikołajczak. To bezprecedensowa sytuacja – nigdy dotąd polski manager nie piastował tak wysokiego stanowiska w światowej strukturze fabryk Toyoty. Obecny prezes Eiji Takeichi kończy swoją czteroletnią misję w Polsce i wraca do centrali koncernu w Japonii (TMC). 

Eiji Takeichi został powołany na stanowisko prezesa TMMP w styczniu 2016 roku. Wcześniej pełnił funkcję wiceprezesa ds. strategicznego planowania produkcji, kontroli produkcji i logistyki w Toyota Motor Europe, centrali koncernu w Europie. W czasie pełnienia przez niego obowiązków doszło do połączenia zakładów w Jelczu-Laskowicach i w Wałbrzychu. W tym czasie polskie fabryki koncernu pozyskały sześć nowych projektów związanych z technologią hybrydową (elektryczne przekładnie hybrydowe e-CVT oraz silniki benzynowe TNGA – Toyota New Global Architecture), które zwiększają zaangażowanie inwestycyjne koncernu w Polsce do ponad 5,5 miliarda złotych i wprowadzają polskie fabryki na drogę ku elektromobilności.

Dariusz Mikołajczak jest absolwentem Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. Ukończył również programy rozwojowe dla kadry zarządzającej organizowane przez Toyota Institute w Japonii oraz University of Pennsylvania w USA.

Od ukończenia studiów związany jest z branżą motoryzacyjną. Pracował między innymi w Volvo Bus Polska. W 2000 roku dołączył do Toyota Motor Manufacturing Poland w Wałbrzychu jako manager produkcji i był odpowiedzialny za uruchomienie od podstaw produkcji przekładni manualnych zgodnie z Toyota Production System.

W 2004 roku został mianowany na stanowisko dyrektora odpowiedzialnego za produkcję, a następnie w 2008 roku awansował na stanowisko dyrektora generalnego odpowiedzialnego za piony inżynierii, jakości i utrzymania ruchu. W 2010 roku został powołany na stanowisko wiceprezesa ds. produkcji.

Od stycznia 2012 roku do grudnia 2013 roku Dariusz Mikołajczak został oddelegowany do pracy w dziale inżynierii produkcji w największym zakładzie produkującym silniki Toyoty – Kamigo. Objął tam stanowisko dyrektora generalnego działu i był odpowiedzialny za uruchomienie nowych linii produkcyjnych w Japonii oraz w fabrykach koncernu poza Japonią.

W styczniu 2014 roku powrócił do TMMP i objął stanowisko wiceprezesa ds. korporacyjnych, odpowiadając za zasoby ludzkie, finanse, IT, logistykę i planowanie produkcji. Po połączeniu polskich fabryk Toyoty w kwietniu 2017 roku został jednocześnie dyrektorem fabryki w Jelczu-Laskowicach.

Jego hobby to: żeglarstwo, biegi (był uczestnikiem dwóch maratonów) i podróże z plecakiem w nieznane. Jest żonaty i ma dwoje dzieci: syna i córkę.

Agility podsumowuje III kwartał – wzrost zysku netto o ponad 8 proc.

Agility podsumowało działalność w III kwartale. Zysk netto wyniósł 21,7 mln KWD* (71,4 mln USD) i wzrósł o 8,4 proc. w porównaniu z III kw. ub.r. Zysk operacyjny (EBITDA) zwiększył się o 20,9 proc. do 47,4 mln KWD (156,07 mln USD). Przychody firmy wzrosły o 1,6 proc. i wyniosły 400,7 mln KWD (1,3 mld USD).

Zysk netto od początku roku osiągnął poziom 63,6 mln KWD (209,4 mln USD) i wzrósł o 7,9 proc., EBITDA zwiększyła się o 24,9 proc. do 42,4 mln KWD (139,6 mln USD), Przychody w pierwszych trzech kwartałach wyniosły 1 175,8 mln KWD (3,8 mld USD), o 2,2 proc. więcej niż rok wcześniej.

„Wyniki za trzeci kwartał są efektem działalności firm z grupy Infrastructure, wszystkie odnotowały wzrosty. Z kolei nasza najważniejsza spółka logistyczna, Global Integrated Logistics (GIL), odczuła negatywne skutki niekorzystnych warunków rynkowych, spowodowanych wojną handlową, która wpłynęła na całą branżę” powiedział Tarek Sultan, CEO i wiceprzewodniczący rady nadzorczej Agility. „Mimo tego GIL nadal dynamicznie się rozwija i wprowadza kolejne rozwiązania cyfrowe, które zwiększają wydajność operacyjną i poprawiają jakość obsługi klientów.”

Tarek Sultan dodaje: „Inwestujemy w rozwój technologiczny tak, by stać się liderem branży w zakresie rozwiązań cyfrowych. Agility Venture współfinansuje innowacyjne start-upy, które przekształcają łańcuchy dostaw w różnych obszarach, od technologii ekologicznych po e-commerce. Jednocześnie prowadzimy prace rozwojowe, dokonujemy przejęć i pozyskujemy partnerów, by doskonalić naszą usługę, cyfrową platformę logistyczną Shipa. Jesteśmy przekonani, że stanie się kluczowym elementem wyróżniającym nas na rynku i będzie dobrym punktem wyjścia dla przyszłego wzrostu”.

Agility Global Integrated Logistics (GIL)

Zysk operacyjny (EBITDA) GIL zmniejszył się o 1 proc. do 7,8 mln KWD (25,6 mln USD). Przyczyną spadku były wyższe koszty operacyjne, związane z uruchomieniem nowych obiektów oraz inwestycje w transformację cyfrową. Przychody brutto wyniosły 285 mln KWD (938,4 mln USD) i spadły o 2,4 proc. (0,7 proc. przy stałych kursach walut), co jest skutkiem coraz większych wyzwań w branży spedycyjnej. Przychody netto GIL osiągnęły poziom 67,3 mln KWD (221,6 mln USD) i wzrosły o 4 proc. (5,3 proc. przy stałych kursach walut) w porównaniu z III kw. ub.r. Zwiększenie przychodów netto to wynik wzrostów we frachcie morskim, logistyce kontraktowej i projektach logistycznych. Ogólna marża netto GIL ukształtowała się na poziomie 23,6 proc. (22,2 proc. w ub.r.).

Wolumen przesyłek lotniczych w III kw. spadł o 15,8 proc (w tonach), na co wpłynęła sytuacja w handlu międzynarodowym i spadek popytu wśród klientów w wielu branżach i regionach na świecie. Zmniejszenie wolumenu częściowo zrównoważył wzrost zyskowności (stosunek przychodu netto do wagi przesyłki) o 15,5 proc. Ostatecznie przychody netto z frachtu lotniczego zmniejszyły się o 2,8 proc. w stosunku do ub.r. Ilość TEU we frachcie morskim spadła o 9,3 proc., ale zyskowność poprawiła się o 13,7 proc. Przychody netto wzrosły o 3,2 proc. Największą zyskowność frachtu morskiego odnotowano w obu Amerykach i Europie. W logistyce kontraktowej Agility zanotowało stabilny wzrost, głównie w USA, Australii, Indiach, Singapurze, Bliskim Wschodzie i Afryce.

Od początku roku, po odliczeniu wpływu IFRS 16, zysk operacyjny (EBITDA) GIL wyniósł 24,5 mln KWD (80,6 mln USD), tyle samo co rok wcześniej. Przychody netto poprawiły się o 2,7 proc., natomiast ogólne przychody spadły o 2,1 proc.

Chcąc poprawić wyniki i wzmocnić pozycję na rynku, GIL wdraża strategię cyfrową. Jej celem jest m.in. usprawnienie komunikacji z klientami i dostawcami, tworzenie innowacyjnych rozwiązań i zwiększenie wydajności procesów operacyjnych.

Grupa Infrastructure (ALP, Tristar, NAS, UPAC, GCS)

W III kw. EBITDA grupy Infrastructure wzrosła o 3,8 proc. do 32,6 mln KWD (107,3 mln USD). Przychody wyniosły 119,7 mln KWD (394,2 mln USD), o 13,4 proc. więcej niż rok wcześniej. W ciągu 9 miesięcy EBITDA zwiększyła się o 8,3 proc., przychody o 14,5 proc.

W III kw. Agility Logistics Parks (ALP) zanotował wzrost przychodów o 14,2 proc. Na tak dobry wynik złożyły się przychody z obiektów oddanych pod koniec 2018 roku i poprawa zyskowności już działających. Teraz motorem wzrostu będą nowe parki logistyczne i obiekty magazynowe w Arabii Saudyjskiej i Afryce, a także optymalizacja firmowego banku ziemi w Kuwejcie. Przychody Tristar, zintegrowanego operatora logistycznego paliw płynnych, wzrosły o 9,6 proc., dzięki zwiększeniu obrotów w transporcie drogowym, operacjach magazynowych i spedycji oraz poszerzeniu zakresu obsługi i pozyskaniu nowych klientów. Przychody National Aviation Services (NAS), po trudnym początku roku, w III kw. zwiększyły się o 8,5 proc. W pierwszej połowie roku wyniki były słabsze od oczekiwanych z powodu nieprzewidzianych wydatków w Kuwejcie, obniżki cen usług na Wybrzeżu Kości Słoniowej i czasowego ograniczenia ruchu lotniczego do/z Afganistanu. NAS spodziewa się poprawy w IV kw. i 2020 roku. Z kolei United Projects for Aviation Services Company (UPAC) zanotowała wzrost przychodów o 1,4 proc. Spółka nadal odczuwa negatywne skutki przeniesienia części lotów pasażerskich do nowych terminali w Międzynarodowym Porcie Lotniczym w Kuwejcie, straty zrównoważyły, m.in. znakomite wyniki zarządzania nieruchomościami komercyjnymi w Kuwejcie. W Abu Zabi trwa budowa centrum handlowego Reem Hall, inwestycji wartej 1,2 mld USD. Specjalizująca się w modernizacji rozwiązań celnych GCS odnotowała wzrost przychodów o 8,2 proc., dzięki uruchomieniu nowych usług celnych i rozwojowi cyfrowej obsługi operacji klientów.

Agility w Polsce

W III kwartale polski oddział Agility Logistics utrzymał stabilne tempo rozwoju. W porównaniu z analogicznym okresem ub.r. zysk operacyjny (EBIDTA) wzrósł o 3 proc.

„Największą dynamikę wzrostu odnotowaliśmy w transporcie lotniczym, dobre wyniki osiągnęliśmy też w obszarze frachtu morskiego, zwłaszcza w eksporcie. Poszerzyliśmy portfolio klientów o firmy z branży przemysłowej i motoryzacyjnej. Zwiększyliśmy też zatrudnienie, wzmacniając działy spedycji drogowej oraz morskiej” mówi Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce. „Kluczowe znaczenie mają dla nas inwestycje w rozwój naszego zespołu i zapewnienie przyjaznego miejsca pracy. Teraz wprowadziliśmy cykl szkoleń i warsztatów rozwijających kompetencje pracowników. Skupiamy się głównie na takich obszarach jak komunikacja, sprzedaż, doświadczenie klienta oraz współpraca pomiędzy wszystkimi działami firmy, co pozwoli nam zapewnić klientom jeszcze lepszą i sprawniejszą obsługę”.

*KWD dinar kuwejcki

Darmowy telefon za oglądanie reklam? Ekspert: To bardzo możliwy scenariusz

Wiele wskazuje na to, że producenci smartfonów mogą przymierzać się do wyświetlania reklam na swoich urządzaniach. Coraz głośniej mówi się np. o Samsungu. Gdyby zdecydował się na taki krok, to inni gracze rynkowi pewnie poszliby w jego ślady. W zamian za oglądanie filmów reklamowych klienci dostawaliby darmowe aparaty. Jeżeli taki scenariusz ujrzałby światło dzienne, to przy włączaniu telefonów mogłyby wyświetlać się komunikaty promocyjne. Pytanie brzmi tylko, czy rynek i sami konsumenci są na to przygotowani.

Nowe możliwości

Urządzenia z systemem Android (penetracja blisko 95% wszystkich smartfonów w Polsce, wg StatCounter), w tym także telefony Samsunga (prawie 42% wszystkich używanych komórek w II kwartale tego roku, zgodnie z danymi IDC) mają ogromny zasięg reklamowy. Ich użytkownicy mogliby oglądać na nich reklamy wyświetlane samoczynnie, tj. bez udziału aplikacji. Jednak potrzebne jest rozwiązanie, dzięki któremu taka praktyka byłaby korzystna dla obu stron.

– Gdyby reklamy stanowiły zapłatę za wyprodukowanie telefonu, to tego typu urządzenia stałyby się dużo tańsze dla konsumentów lub byłyby rozdawane zupełnie za darmo. Wystarczy tylko wzorem firmy Amazon pozwolić klientom wybierać, czy w zamian za oglądanie reklam chcą otrzymywać określone bonusy. Oczywiście gratyfikacje musiałby być naprawdę atrakcyjne, aby użytkownicy zgadzali się na takie rozwiązanie. Przekonująca mogłaby być dla nich np. duża zniżka na smartfon lub wartościowa usługa – mówi Norbert Kowalski, Prezes Zarządu spółki Mobiem Polska.

Co ciekawe, podobne rozwiązania już funkcjonują na portalowym rynku w Polsce. W zamian za darmowy dostęp do informacji serwowane są reklamy. Jest też odwrotnie. Jeden ze zaznanych serwisów za odpłatnością nie wyświetla reklam, a także udostępnia użytkownikom bardziej rozbudowane, ciekawsze i pogłębione treści. To wszystko jest również możliwe do realizacji w kanale mobile. Smartfony pozwalają przyciągnąć uwagę użytkownika za pomocą reklam displayowych, czyli np. pełnoekranowych formatów leyerowych lub niewielkich bannerów wyświetlanych u dołu ekranu. I warto to wykorzystać.

– Jeśli taki scenariusz się spełni, to na ekranach smartfonów mogą pojawiać się właśnie takie reklamy, np. przy wybudzaniu telefonów ze stanu czuwania. Takie rozwiązanie jest jak najbardziej pożądane przez reklamodawców. Dane dotyczące użytkowników poszczególnych urządzeń przenośnych pomogłyby w dostosowaniu przekazów reklamowych do wybranych odbiorców. Targetowanie treści byłoby dla nich mniej odczuwalne. Polacy są już przyzwyczajeni do wyświetlania ich w serwisach i aplikacjach – wyjaśnia ekspert.

Jednak ponad 40% użytkowników serwisów internetowych blokuje reklamy przez różnego rodzaju adblocki. Należy się spodziewać, że w kanale mobile również znajdą się rozwiązania, które będą mogły zdecydowanie utrudnić kontakt z reklamami. Dlatego właśnie bardzo ważne są wartościowe bonusy dla odbiorców, aby byli oni otwarci na treści reklamowe.

– Można sobie wyobrazić również taki scenariusz, w którym operatorzy sieci komórkowych rozdadzą telefony ze swoimi abonamentami, a w zamian za to konsumenci podpiszą z nimi swego rodzaju kontrakty. Użytkownicy zgodzą się przez określony czas korzystać z urządzeń wraz z ich dodatkowymi funkcjami, tj. wyświetlającymi się reklamami – twierdzi Prezes Kowalski.

Potencjał na rynku

Przed wprowadzeniem takich rozwiązań każda firma powinna oczywiście przeprowadzić odpowiednio duże badania na wszystkich obsługiwanych rynkach. Należy zwrócić uwagę na to, że w Polsce wrażliwość na przekaz reklamowy jest większa niż w innych krajach. Serwowanie treści przy odblokowywaniu urządzeń mogłoby irytować użytkowników. Dopiero gdyby reklama pojawiała się w momencie włączenia telefonu, np. zamiast logotypu producenta, zdecydowanie zwiększyłaby się jej akceptacja.

– Już teraz Samsung może pochwalić się tym, że zbieranie danych na temat swoich klientów za pośrednictwem telewizorów pozwala na dotarcie do nich z relewantnymi komunikatami marketingowymi. Jednak na rynku wciąż brakuje wyspecjalizowanych agencji, które sprzedają kampanie reklamowe w tym kanale. Same domy mediowe nie mają jeszcze pełnej świadomości o możliwościach związanych z wyświetlaniem reklam i dlatego takich przekazów jest niewiele – tłumaczy ekspert z Mobiem Polska.

Należy dodać, że intruzywność formatów reklamowych w TV i mobile różni się od siebie. Telewizja jest kojarzona z reklamami, bo przez wiele lat widzowie byli do tego przyzwyczajani. I taki przekaz co do zasady jest mniej uciążliwy. Jednak, dzięki zbieraniu danych o użytkownikach telefonów, ludzie otrzymają treści dopasowane do ich potrzeb, zainteresowań i oczekiwań. Komunikaty marketingowe w TV nie są celowane czy też targetowane. W mobile można trafić z właściwym przekazem do konkretnej osoby. I to jest największym atutem tego rozwiązania.

– Producenci smartfonów, tacy jak Samsung, mogliby też stać się konkurentami dla Google’a i Facebooka. Zwiększenie ilości podmiotów jest pożądane dla reklamodawców i konsumentów. Pojawianie się nowych formatów reklamowych w Internecie i kanale mobile oznaczałoby rozwój dla całej branży. Próbowanie nowych rozwiązań jest naturalnym zjawiskiem. Rynek sam zdecyduje, co i jak powinno być wprowadzane. Sytuacja może być dość ciekawa i warto obserwować jej rozwój – podsumowuje Norbert Kowalski.

Kolejny rok stabilnych stóp procentowych za nami

W zeszłym tygodniu poznaliśmy listopadowy odczyt dla wskaźnika PMI. Choć zanotował on lekki wzrost z 45,6 pkt do 46,7 pkt, to jest to drugi najsłabszy wynik od 2009 r. Polski sektor produkcyjny już od ponad roku znajduje się poniżej poziomu 50 pkt. Z drugiej strony, pozytywne jest to, że twarde dane z polskiego przemysłu notują lesze wyniki niż PMI.

W środę odbyło się ostatnie tegoroczne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, nie przyniosło ono jednak żadnych niespodzianek. RPP postanowiła utrzymać stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Główna referencyjna stopa procentowa pozostaje na poziomie 1,50% już od prawie pięciu lat (ostatnia korekta stóp została wprowadzona w marcu 2015 r.). Co istotne, Prezes RPP, Adam Glapiński powtórzył, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem pozostaje stabilność stóp do końca jego kadencji, tj. do 2022 r. W ostatnich miesiącach wzrosły oczekiwania rynku finansowego co do obniżenia stóp procentowych w przyszłym roku, w związku ze spowolnieniem wzrostu polskiej gospodarki. Większość przedstawicieli RPP uważa, że przyśpieszenie inflacji na początku przyszłego roku będzie tymczasowe i nie na tyle wysokie, aby uzasadnić korektę stóp procentowych.

W pierwszym tygodniu grudnia stosunek złotego do euro ukształtował się na poziomie 4,28 PLN/EUR, a do dolara 3,85 PLN/USD. Na głównej parze walutowej euro umocniło się, ale tylko nieznacznie, do poziomu 1,11 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus analityczki AKCENTY

Aktywność zawodowa Polaków rośnie, ale sytuacja jest nadal niezadowalająca

Wskaźnik aktywności zawodowej mamy w Polsce wyjątkowo niski. To negatywnie wpłynie na wysokość emerytur. Obniżając wiek przejścia na emeryturę wybraliśmy, że sytuacja będzie coraz gorsza. I to nie tylko dla emerytów.

W Polsce wskaźnik aktywności zawodowej to 56,1 proc. Tyle właśnie Polaków w wieku 15+ pracuje. Kiepskie perspektywy dla polskiego systemu emerytalnego nie wynikają więc tylko z sytuacji demograficznej w przyszłości.

Niska aktywność zawodowa nie jest jednak tylko jednoznacznie negatywna, bo ze względu na aspiracje zawodowe należymy do wyjątkowych krajów w UE pod względem liczby osób studiujących.

– Jest jednak polską specyfiką, że okres studiów to nie są lata, gdy jednocześnie studiujemy i pracujemy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

W Polsce został obniżony wiek emerytalny. W krajach UE jest podwyższany. Uwzględniając przywileje grupowe dla określonych grup zawodowych mamy emerytów w wieku poniżej 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Program 500+ nie spowodował, że rodzice mają więcej dzieci.

– Cały system świadczeń społecznych wymaga zmiany, podjęcie pracy nie powinno powodować pogorszenia dochodów – komentuje M.Fedorczuk. – Wypłacanie dodatkowej premii za pozostanie na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego to pomysł, aby podwyższyć aktywność zawodową.

W krajach skandynawskich, które często są przywoływane jako przykład państwa opiekuńczego, pracuje się dłużej. Wybraliśmy rozwiązania, które są bliższe Rumunii czy Bułgarii.

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dla sektora finansowego. Liderzy branży, dzięki inwestycjom w ten kanał dystrybucji, już dziś generują  dzięki niemu dodatkowe przychody. Do udziału w otwartej bankowości zachęcają również regulatorzy – poprzez opracowywanie wytycznych lub przepisów mających na celu zwiększenie konkurencji na rynku usług finansowych. Ponadto tempo innowacji technologicznych obniża barierę wejścia na rynek, co zwiększa zainteresowanie otwartą bankowością zarówno wśród przedsiębiorstw o ugruntowanej pozycji, jak i nowych firm rewolucjonizujących rynek. Poniżej pokazujemy pięć korzyści dla firm, które płyną z otwartej bankowości.

  1. Wyższe przychody

Interfejsy API umożliwiają tworzenie nowych kanałów dystrybucji i kierowanie oferowanych produktów oraz usług do szerszego grona klientów. W ten sposób firmy, wykorzystując open API, mogą wygenerować dodatkowe przychody. Badanie przeprowadzone przez Boston University wykazało, że wdrożenie API generuje wzrost wartości rynkowej firmy o 10,3 proc[1]. Oczekuje się, że do 2025 r[2]. dzięki temu nowemu kanałowi sprzedaży wygenerowane zostanie 30 proc. światowej puli przychodów.

  1. Nowe rynki

Klienci poszukują wygody, dostępu i szybkości w cyfrowym świecie aplikacji, usług czy zakupów. Coraz częściej banki i instytucje finansowe uczestniczą w cyfrowych projektach, takich jak Uber, Airbnb czy Houzz. Otwarta bankowość pozwala bankom rozszerzyć swój zasięg działania poza tradycyjny model działania znany do tej pory.

  1. Szybka reakcja na nowe potrzeby klientów

Otwarta bankowość daje możliwość szybkiego reagowania na potrzeby klientów oraz integracji nowych rozwiązań pochodzących od zewnętrznych dostawców z istniejącą infrastrukturą banku. Instytucje te mogą pozostać konkurencyjne dzięki szybkiemu rozszerzeniu funkcjonalności istniejących aplikacji cyfrowych – bez konieczności samodzielnego tworzenia rozwiązań od podstaw.

  1. Lepsze relacje z klientami

W odpowiedzi na pytanie o najważniejszy czynnik, który pogłębi ich relacje z dotychczasowym bankiem[3], 37% klientów podało personalizację. Udział w transakcjach obejmujących coraz więcej cyfrowych punktów kontaktu może mieć efekt mnożnikowy, przejawiający się w generowaniu większej liczby spersonalizowanych ofert, częstszych interakcjach, większej popularności, możliwości sprzedaży produktów dodatkowych lub produktów wyższej klasy oraz zwiększeniu zadowolenia klientów.

  1. Bycie istotnym elementem w oczach klientów

Dzięki otwartej bankowości instytucje finansowe mogą rozbudować swoją ofertę o usługi dodatkowe, takie jak zarządzanie finansami osobistymi, premie za lojalność i edukacja finansowa. Usługi te pomogą bankom zachować konkurencyjność i zmniejszyć ryzyko, że klienci będą szukać tych usług gdzie indziej.

Budowa strategii otwartej bankowości

Ważnym etapem tworzenia strategii otwartej bankowości jest wybór otwartej platformy, która będzie wspierać elastyczność i innowacje. Nie chodzi tu jednak tylko o to, aby bank zapewnił zewnętrznym firmom techniczny dostęp do swoich wewnętrznych systemów za pomocą interfejsów API. Istotną rolę w wykorzystaniu pełnego potencjału otwartej bankowości odgrywa również budowa społeczności i sieci partnerów.

Największy sukces osiągną banki, które wdrożą platformę technologiczną eliminującą problemy z udostępnianiem oprogramowania i realizującą architekturę mikrousług, a jednocześnie niewymagającą wiązania się z jednym dostawcą. Dzięki temu elastycznie i szybko będą mogły reagować na potrzeby rynku. Taka platforma musi również wykorzystywać możliwości skalowania dostępne w środowisku chmurowym oraz spełniać wymagania operacyjne jak choćby bezpieczeństwo i stabilność.

Autor: Adam Wojtkowski, senior regional manager CEE, Red Hat

[1] Benzell, Scott, LaGuarda, Guillermo, Van Alstyne, Marshall. “The Impact of APIs in Firm Performance.” Boston University. 2017. https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=2843326

[2] Atluri, Venkat, Dietz, Miklos, Henke, Nicolaus. “Competing in a world of sectors without borders.” McKinsey Quarterly. 2017. https://www.mckinsey.com/business-functions/mckinsey-analytics/our-insights/competing-in-a-world-of-sectors-without-borders

[3] Marous, Jim. “The Psychology of Personalization in Banking.” The Financial Brand. 2018

https://thefinancialbrand.com/74465/the-psychology-of-personalization-in-banking/

Przed nami bardzo ekscytujący tydzień. Będzie się działo

Przed nami bardzo ekscytujący tydzień, jeśli tydzień liczymy od środy. Przede wszystkim w centrum uwagi są wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii w czwartek. Poza tym interesujących fragmentów będziemy szukać w komunikatach po posiedzeniach Fed, EBC i SNB. W tle będą kluczowe dane z Niemiec i USA. Na froncie negocjacji handlowych USA-Chiny chwilowo przycichło, ale wielkimi krokami zbliża się data wprowadzenia nowych ceł.

Wchodzimy w nowy tydzień w relatywnie pogodnych nastrojach w reakcji na dobre dane z USA przed weekendem. W listopadzie w gospodarce przybyło 266 tys. nowych miejsc pracy, dużo więcej niż zakładane 180 tys., stopa bezrobocia spadła do 3,5 proc., mocna pozostaje dynamika płac. Później raport Uniwersytetu Michigan wskazał na poprawę nastrojów konsumentów. Silny raport z rynku pracy USA przyniósł uspokojenie, że największa gospodarka świata nie jest na równi pochyłej.

To lepsza wiadomość dla generalnego apetytu na ryzyko i wzrostów rynku akcji niż dla samego dolara, gdyż jest nieprawdopodobnym, aby Fed prędko wrócił do dyskusji o podwyżkach stóp procentowych. Ostatnim razem Fed przyrzekł powstrzymanie się od zmian w polityce pieniężnej do końca roku i zakładamy, że na posiedzeniu w tym tygodniu dotrzyma obietnicy. Dodatkowo członkowie FOMC w indywidualnych wystąpieniach podkreślali przejście banku w tryb „wait-nad-see”. Komunikat i konferencja powinny być utrzymane w ostrożnym tonie wskazującym, że w przyszłości obniżki są bardziej prawdopodobne niż podwyżki. Wydźwięk decyzji FOMC raczej nie wyrządzi większych szkód dolarowi, choć ryzyka występują po gołębiej stronie.

Wielkim dniem w tym tygodniu będzie czwartek. W wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii największe szanse na zwycięstwo ma Partia Konserwatywna. Ostatnie sondaże z weekendu wskazały na przewagę nad drugą Partią Pracy na poziomie 8-15 pkt. proc. Duża przewaga (20-30 miejsc w Izbie Gmin) zagwarantuje spokojne rządy Borisa Johnsona nawet w przypadku rebelii kilku członków jego partii. To jest scenariusz, który GBP już zaczął wyceniać, choć raczej nie w pełni i zwykle trafne wyniki exit polls w czwartek wieczorem mogą dodać paliwa do wzrostów. Może to być jednak ostatni zryw, zanim sprzedaż faktów weźmie górę, szczególnie że zbliża się przerwa świąteczna.

Także w czwartek odbędą się posiedzenia EBC i SNB. We Frankfurcie będzie to pierwsze posiedzenie Rady EBC z udziałem nowej prezes Christine Lagarde (czw). Nie spodziewamy się zmian w parametrach polityki, a uwaga skupi się na tym, jakie podejście zamierza przyjąć nowa prezes i jak zmieniły się prognozy gospodarcze EBC. Wydaje się za wcześnie, aby Lagarde wprowadzała swój porządek, więc w tym aspekcie niespodzianka może być największa. Z kolei Szwajcarski Bank Narodowy nie jest zmuszony do naganiającego luzowania, biorąc pod uwagę, że od września EUR/CHF pozostaje stabilny pomimo nowej ofensywy monetarnej EBC. Stopa procentowa powinna pozostać na -0,75 proc., a SNB powtórzy mantrę o przewartościowaniu franka.

Ostatnim ważnym czynnikiem ryzyka jest decyzja USA odnośnie ceł na towary importowane z Chin, które mają wejść w życie 15 grudnia. Jest możliwe, że dla dobra toczących się negocjacji, Biały Dom powstrzyma się od nowych opłat, co z pewnością prezydent Trump zakomunikuje osobiście jako akt dobroci. Z drugiej strony taktyka Waszyngtonu w negocjacjach jest ostatnio niespójna i nacisk na Pekin w postaci nowych ceł nie jest do wykluczenia. Im bliżej będziemy końca tygodnia bez komunikatu z Białego Domu, tym rynki będą bardziej przekonane, że cła będą wprowadzone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.