Grupa IMS opublikowała wyniki za III kwartał 2019 r.

Grupa IMS, lider marketingu sensorycznego w Polsce, miała w III kw. 2019 roku ok. 13,5 mln zł przychodów ze sprzedaży (+11 proc. rdr), a narastająco po 3 kwartałach ok. 41,4 mln zł (+16 proc.).  Na koniec września grupa kapitałowa świadczyła usługi abonamentowe na bazie prawie 19 tys. lokalizacji.

„Wyniki cieszą, tym bardziej, że w tym roku ponosimy spore nakłady, związane z rozbudową zespołu sprzedażowego, intensyfikacją działań komunikacyjno-marketingowych oraz budową i komercjalizacją własnych bibliotek muzycznych” – powiedział Piotr Bielawski, wiceprezes zarządu IMS S.A.

„Najsilniejsze przyrosty sprzedaży odnotowaliśmy w segmencie usług abonamentowych audio, wideo i aroma, czyli naszej głównej domeny biznesu, dzięki której Grupa IMS ma zapewnione stabilne przepływy pieniężne w długim terminie” – dodał.

Na koniec września 2019 roku Grupa IMS dysponowała siecią 18.871 lokalizacji, w której na terenie całego kraju świadczone były usługi abonamentowe – wzrost liczby lokalizacji rdr wyniósł ok. 39 proc. (ok. 5,7 tys. netto).

W III kwartale Grupa IMS podpisała nowe umowy m. in. z Galerią Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu, Centrum Handlowo-Rozrywkowym Tkalnia w Pabianicach (usługa audiomarketingu), SkyTower we Wrocławiu, Arkadami Wrocławskimi, Centrum Handlowym Forum, Hotelem Boss (usługa aromamarketingu). Ponadto, instalacje systemów Digital Signage trafiły m. in. do 3 obiektów Ceetrus, Centrum Handlowego M1 w Krakowie i Markach koło Warszawy oraz Galerii Kazimierz w Krakowie.

IMS S.A. intensywnie inwestuje w 2019 roku, rozwijając m.in. projekt budowy i komercjalizacji bibliotek muzycznych. Jego celem jest wykorzystywanie własnego kontentu w playlistach u klientów Grupy IMS oraz wykorzystywanie tej muzyki do zarabiania na innych, dotychczas niewystępujących w Grupie IMS, polach eksploatacji. Spółka spodziewa się w kolejnych okresach bardzo istotnych zysków z tej działalności.

O Grupie IMS

Grupa IMS świadczy usługi marketingu sensorycznego w trzech głównych grupach produktowych:

  • audiomarketingu – emisja oraz przygotowanie personalizowanych formatów muzycznych,
  • wideomarketingu – komunikacja wizualna na nośnikach Digital Signage: Wideo Wall, menu Boards, witryny sklepowe Digital Signage,
  • aromamarketingu – dobór i emisja spersonalizowanych nut zapachowych dla wybranych grup klientów.

Około połowy sprzedaży od wielu lat pochodzi ze świadczenia długoterminowych usług abonamentowych w tych trzech obszarach.

Powyższe dziedziny stanowią trzon marketingu sensorycznego, który jest działaniem polegającym na umiejętnym dobraniu odpowiednich bodźców dźwiękowych, zapachowych i wizualnych w celu wywołania oczekiwanych reakcji u klientów. Misją firmy jest pozostanie wiodącym dostawcą rozwiązań podnoszących efektywność i atrakcyjność miejsc sprzedaży.

Ponadto Grupa IMS prowadzi działalność w segmentach:

  • In-Store Media – produkcja i emisja reklam dźwiękowych, produkcja i emisja reklam wideo na monitorach i ekranach LED, Digital Signage,
  • Technologie i Systemy Digital Signage – Wayfinder’s mapy dotykowe – wdrożone po raz pierwszy w Polsce, jak i w Europie przez Grupę IMS, Giftomaty, instalacje Systemów Digital Signage, aplikacje interaktywne, specjalizowane urządzenia Digital Signage, zarządzanie treścią na nośnikach Digital Signage,
  • Eventy – organizacja eventów i wydarzeń specjalnych, która polega na przygotowywaniu i realizacji imprez związanych z wprowadzeniem nowych produktów na rynek, ambientami, promocją, programami lojalnościowymi, szkoleniami, konferencjami, itp.

Grupa IMS działa w dwóch segmentach abonamentowych – premium i ekonomicznym.

Usługi w segmencie premium cechuje najwyższa jakość, a w konsekwencji cena, natomiast usługę w segmencie ekonomicznym (obejmuje tylko usługę audiomarketingu) cechuje niższa cena i jakość, którą wciąż jednak charakteryzuje odpowiedni poziom zadowalający klienta.

Ideą powyższych działań Grupy Kapitałowej IMS jest oferowanie kompleksowych rozwiązań, które odciążą klienta od implementacji, zarządzania oraz monitorowania systemów i procesów sprzedaży nakierowanych na działania marketingowe w miejscu sprzedaży.

Połowa sprzedaży Grupy IMS S.A. pochodzi ze sprzedaży usług abonamentowych. IMS dostarcza obecnie swoje usługi do ok. 18,9 tys. lokalizacji abonamentowych. Usługi abonamentowe cechują w większości długoterminowe umowy na ich świadczenie – zwykle kilkuletnie kontrakty. Odbiorcami tego typu usług są Klienci sieciowi z branż jak HORECA, Retail, Bankowość, Medyczna itp.

Elektrownia jądrowa i OZE zamiast węgla w Bełchatowie?

Przyszłość sektora węglowego w Polsce nie wygląda dobrze. Prawdopodobnie jego schyłek nastąpi już w połowie lat 30. tego wieku. Wtedy skończą się złoża i konieczne będzie zamknięcie bloków na węgiel brunatny, w tym także elektrowni w Bełchatowie. Takie plany są już rozpisane i prawdopodobnie nie uda się uniknąć tego scenariusza. W miejscu istniejących odkrywek w okolicach Bełchatowa pojawią się jeziora, a cały region zmieni swój charakter.

– Nowa odkrywka w Złoczewie to sposób na przedłużenie wydobycia o kolejne kilka lat i dalsze wykorzystanie elektrowni, która napędza przemysł regionu – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Oczywiście można byłoby zacząć tę zmianę wcześniej, ale wymagałoby to alternatywy w postaci nowych miejsc pracy dla ludzi zatrudnionych w Bełchatowie. Chodzi o tysiące pracowników Polskiej Grupy Energetycznej, która zarządza tamtejszą elektrownią. Pojawił się jednak ciekawy pomysł budowy elektrowni jądrowej, która zastąpiłaby tę opartą na węglu brunatnym. Na razie rozwiązanie to nie ma jeszcze gotowego modelu finansowego. Z ekonomicznego punktu widzenia nie wiadomo, czy projekt ten może zostać zrealizowany i czy powstałby na czas – aby zastąpić wygasający przemysł węgla brunatnego. Powinno to nastąpić około 2030-2035 roku. Choć obecny rząd zapowiada taki plan, nie wiadomo czy możliwe będzie jego wykonanie. Alternatywnym wyjściem jest rozwój odnawialnych źródeł energii w regionie. Pojawia się jednak wątpliwość, czy farmy wiatrowe i fotowoltaika zapewnią taką dużą liczbę miejsc pracy, jaką obecnie oferuje elektrownia w Bełchatowie. Z założenia są to rozwiązania bardziej zautomatyzowane, których obsługa nie wymaga tylu pracowników – ocenił Jakóbik.

Maleją szanse na budżet bez deficytu. Wzrost PKB może być niższy od założonego, podobnie jak wpływy z podatków

Nie będzie zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS, a to oznacza brak 5 mld zł po stronie dochodowej budżetu w 2020 roku. Według Marcina Kędzierskiego z Klubu Jagiellońskiego to jeden z czynników, które zagrażają wykonaniu zrównoważonego budżetu, czyli pozbawionego deficytu. Drugim są optymistyczne założenia dotyczące wpływów z podatku PIT i CIT, a także rozwoju gospodarczego.

– W planie budżetowym rząd założył, że wzrost gospodarczy w 2020 roku wyniesie 3,7 proc. To jest bardzo optymistyczna prognoza, jeżeli weźmiemy pod uwagę możliwe spowolnienie gospodarcze i raczej ten wzrost będzie bliżej 3 niż 4 proc. To oznacza, że wpływy, zarówno z podatku VAT, jak i z podatków PIT i CIT będą niższe, a to sprawi, że będzie bardzo ciężko spiąć się w tym zrównoważonym budżecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marcin Kędzierski, ekonomista z Klubu Jagiellońskiego.

Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego polska gospodarka wzrośnie w przyszłym roku o 3,1 proc. Zdaniem Komisji Europejskiej dynamika wyniesie 3,3 proc. Nawet Narodowy Bank Polski w listopadowej projekcji założył 3,6 proc. wobec 4 proc. w projekcji lipcowej.

Zgodnie z założeniami w przyszłym roku budżet ma pozyskać łącznie 108 mld zł z podatków dochodowych – 41,8 mld zł z CIT i 66,6 mld zł z PIT. Natomiast zarówno wydatki, jak i dochody budżetu państwa zaplanowano na 429,53 mld zł. Jednak według ekonomisty Klubu Jagiellońskiego plan ten może się nie powieść.

– Po wycofaniu projektu poselskiego dotyczącego zniesienia limitu 30-krotności już wiemy, że w budżecie zabraknie około 5 mld zł. Planowana podwyżka akcyzy da dodatkowo 1,5 mld, natomiast to nie pokryje tych kosztów, więc prawdopodobnie trzeba gdzieś będzie przeprowadzić cięcia, nie wiemy tylko, gdzie – mówi dr Marcin Kędzierski. – Ten budżet jest wyżyłowany do granic możliwości i ciężko doszukiwać się w nim nowych źródeł. Raczej należy spodziewać się pewnych przesunięć budżetowych i sztuczek księgowych, a z drugiej strony bardzo możliwe jest, że ten budżet wcale nie będzie zrównoważony i że pojawi się w nim deficyt. To jest dość prawdopodobne rozwiązanie.

Sam tylko program 500+ na pierwsze i każde kolejne dziecko oznacza około 40 mld zł w pełnym roku budżetowym. To podwojenie kosztów w porównaniu z poprzednim programem. Z kolei wypłata 13. emerytury i renty to koszt między 8 i 9 mld zł.

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może wycofać się z tych obietnic, które złożył w kampaniach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego czy przed wyborami parlamentarnymi. To oznacza, że 500 zł na pierwsze dziecko jest pewne. To oznacza, że trzynastka dla emerytów w roku 2020 jest pewna, a także czternastka w roku 2021. Rząd ma więc bardzo niewielkie pole manewru, jeżeli chodzi o możliwość wycofywania się z tych zapowiedzianych transferów – komentuje dr Marcin Kędzierski.

Zdaniem ekonomisty możliwe będą więc zmiany po stronie dochodowej, np. nowe podatki czy przesunięcia w budżecie.

Rząd założył inflację na poziomie 2,5 proc. To jest o tyle istotne, że im wyższa inflacja, tym szybszy wzrost wpływów. To jest tzw. podatek inflacyjny. Ale już wiemy, że ze względu na bardzo niską inflację w strefie euro i możliwe spowolnienie gospodarcze, ta inflacja może być nieco niższa. To będzie kolejny ból głowy dla ministra finansów – podkreśla ekonomista Klubu Jagiellońskiego.

W 2019 roku od stycznia do października średnio ceny wzrosły o 2,2 proc. Z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP wynika, że ceny w przyszłym roku wzrosną o 2,8 proc.

Obniżki cen w Black Friday dużo mniejsze w Polsce niż w USA. Mimo to sprzedaż w ten dzień bije rekordy

Wielkie święto wyprzedaży, które przywędrowało ze Stanów Zjednoczonych, cieszy się w Polsce rosnącą popularnością. W ostatni piątek listopada ruch na stronach e-sklepów rośnie nawet o kilkaset procent, padają również rekordy obrotów w handlu detalicznym. Akcje promocyjne, chociaż nierzadko przeciągają się na cały tydzień, są jednak nieporównywalne z tymi w USA. Eksperci podkreślają, żeby podchodzić do takich zakupów z głową i nie dokonywać wyborów impulsywnych, a rabaty oferowane w trakcie Black Friday można spotkać też w trakcie innych sezonowych promocji.

– Jest znaczna różnica w obniżkach cen w trakcie Black Friday w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Tam te obniżki potrafią sięgać nawet 90–95 proc., więc możemy dany produkt kupić nawet za 5 proc. jego rynkowej wartości, co wydaje się być fantastyczną okazją. W Polsce nie mamy tak dużych obniżek, zwykle sięgają one około 60–70 proc., z czym możemy się spotkać także poza Black Friday – mówi agencji Newseria Biznes Kamil Zieliński, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i w Katowicach.

Black Friday tradycyjnie wypada w ostatni piątek listopada (w tym roku 29 listopada), ale dla wielu sklepów to umowna data, bo akcje promocyjne nierzadko trwają przez cały tydzień. Co roku do akcji wyprzedażowych przyłącza się zarówno coraz więcej sklepów, jak i klientów. Jak wynika z badania portalu Picodi.com, aż 60 proc. ankietowanych Polaków zadeklarowało, że skorzysta ze zniżek oferowanych w Black Friday. To dobry moment, żeby skompletować prezenty świąteczne dla bliskich, choć nie taka była geneza tej akcji w USA.

– Tam to święto wyprzedaży narodziło się z bardzo pragmatycznych względów. Sprzedawcy i handlowcy nie mieli gdzie trzymać swoich towarów, kiedy w kolejce czekały już kolejne, z nowych kolekcji. Musieliby dużo płacić za magazyny, więc zdecydowanie bardziej opłacało się mocno obniżyć ceny i sprzedawać te towary nawet po 5 proc. wartości, żeby tylko trochę na nich zarobić, a nie dokładać – mówi Kamil Zieliński.

Jak podkreśla, w Polsce – mimo że obniżki w trakcie Black Friday nie są aż tak duże jak na amerykańskim rynku – to i tak sprzedaż jest rekordowa. Tego dnia ruch na stronach e-sklepów rośnie nawet o kilkaset procent, padają również rekordy obrotów w handlu detalicznym.

– Bierze się to z kilku różnych względów. Po pierwsze, kiedy promocja jest ograniczona w czasie i towaru jest mało, to szybciej podejmujemy pozytywną decyzję konsumencką, czyli po prostu kupujemy dany produkt. Black Friday opiera się dokładnie na tej zasadzie. W Polsce czasem sobie to wydłużamy do Black Weekend bądź Black Week, ale i tak oferta jest ograniczona czasowo. Po drugie, wiemy, że są to końcówki kolekcji, więc prawdopodobnie później może zabraknąć naszego rozmiaru albo modelu, który nas interesuje – mówi Kamil Zieliński.

Kolejna rzecz, która przyczynia się do tego, że podczas Black Friday klienci tłumnie ruszają na zakupy, to szeroka promocja. Święto wyprzedaży zaczyna być reklamowane w mediach już kilka tygodni przed faktycznym wprowadzeniem obniżek.

– Kolejny element to tzw. reguła społecznego dowodu słuszności, która opiera się na tym, że skoro tak wiele osób idzie na zakupy, to my też powinniśmy, bo przecież tak duża grupa ludzi nie może się mylić – mówi Kamil Zieliński. – Poza tym zbliżają się święta Bożego Narodzenia i wyprzedażowy piątek to chyba ostatni dzwonek na to, żeby kupić prezenty dla bliskich w nieco lepszych cenach.

Jak wynika z tegorocznego raportu KPMG („Zakupy Polaków na wyprzedażach 2019”), aż 8 na 10 konsumentów przyznaje, że zdarza im się wstrzymywać z zakupem lub celowo z nim czekać do momentu startu promocji lub wyprzedaży. Największym zainteresowaniem podczas wyprzedaży cieszą się kosmetyki, odzież i bielizna oraz sprzęty elektroniczne i AGD.

– Wybierając się na wyprzedaże w trakcie Black Friday, powinniśmy założyć na siebie coś w rodzaju zbroi racjonalnego myślenia, żeby uchronić się przed podejmowaniem emocjonalnych decyzji. Nasze emocje będą krzyczeć: „Tak, kupuj, to jest świetna promocja!”. Natomiast racjonalne myślenie powinno skłonić nas do zastanowienia. Jeśli od dłuższego czasu szukamy telewizora i wiemy już, jaki model chcemy, natomiast nie możemy sobie pozwolić na jego kupno, to przecena w trakcie Black Friday jest dobrą okazją, żeby na nim zaoszczędzić. Natomiast jeżeli zauważamy w sklepie telewizor przeceniony o 40–50 proc., natomiast w domu mamy już dwa inne i ten trzeci zupełnie nie jest nam potrzebny, a mimo tego kupujemy go, to wcale nie jest oszczędność – podkreśla wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i w Katowicach.

Zapowiada się boom na pojazdy ciężarowe zasilane gazem ziemnym. Mogą one pomóc polskim przewoźnikom utrzymać pozycję lidera w UE

Auta na gaz mogą pomóc polskim przewoźnikom w utrzymaniu pozycji lidera na europejskim rynku przewoźników – ocenia Jacek Nowakowski z IVECO Poland. Tańsze w użytkowaniu od diesla sprawdzają się lepiej na dłuższych trasach niż te z elektrycznym napędem. Zainteresowaniu odbiorców sprzyja także zerowa stawka akcyzy dla paliw gazowych wprowadzona w sierpniu br. Dodatkowo w przyszłym roku ruszą dopłaty do zakupu ciężarówek napędzanych gazem ziemnym, które mają wynieść do 100 tys. zł.

 Auta zasilane gazem są tańsze w użytkowaniu. Dodatkowo w ramach Funduszu Niskoemisyjnego Transportu gazowe pojazdy ciężarowe objęte są wsparciem w wysokości 100 tys. zł. W tej chwili czekamy na ostatnie podpisy pod rozporządzeniem i w przyszłym roku nasi przewoźnicy wzorem np. przewoźników niemieckich będą mogli otrzymać dofinansowania do zakupu pojazdów – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Nowakowski, Gas Business Development Manager w IVECO Poland. – W znaczący sposób poprawią one konkurencyjność naszych przewoźników na europejskim rynku transportowym.

Zadaniem Funduszu Niskoemisyjnego Transportu jest finansowanie projektów związanych z rozwojem elektromobilności oraz transportem opartym na paliwach alternatywnych. Zgodnie z założeniami na wsparcie mogą liczyć nie tylko osoby fizyczne, ale i przedsiębiorcy przy zakupie pojazdów zasilanych energią elektryczną, gazem czy wodorem. Jak wynika z projektu rozporządzenia, napędzane gazem ziemnym pojazdy kategorii N3, czyli o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 12 t, zostaną objęte wsparciem na poziomie 30 proc. kosztów kwalifikujących się do objęcia wsparciem, ale nie więcej niż 100 tys. zł.

– Sprzedaliśmy w Polsce około 200 pojazdów zasilanych skroplonym gazem ziemnym. W całej Europie tych pojazdów jeździ około 5 tys., a w większości to auta IVECO. Przyszły rok wygląda bardzo obiecująco – ocenia Jacek Nowakowski. – Myślę, że w przyszłym roku będziemy mieli już kilkaset pojazdów poruszających się po europejskich drogach z polskimi numerami rejestracyjnymi zasilanych skroplonym gazem ziemnym.

Do gazu ziemnego przekonuje się coraz więcej odbiorców. To m.in. efekt wprowadzonej w sierpniu 2019 roku zerowej akcyzy dla paliw gazowych (CNG i LNG) wykorzystywanych do napędu pojazdów silnikowych. Niskie ceny gazu ziemnego na europejskich giełdach i zerowa akcyza sprawiają, że pojazdy zasilane gazem stanowią korzystną alternatywę dla diesla. Dla przykładu, koszt przejechania 100 km w Polsce modelem Iveco Stralis NP460 wynosi mniej niż 60 zł. W przypadku pojazdu zasilanego dieslem jest to ponad 100 złotych.

– Przez tę zmianę dzisiaj gaz do pojazdów jest tańszy o około 30–40 proc., a to powoduje, że koszt przejechania jednego kilometra oscyluje w granicach 60 groszy – wylicza Jacek Nowakowski.

Znaczące są także korzyści ekologiczne. Pojazdy gazowe emitują o 99 proc. mniej cząstek stałych, o 90 proc. mniej dwutlenku azoty i o 95 proc. mniej dwutlenku węgla przy zasilaniu biometanem.

Jedyny problem, jaki w tej chwili dostrzegamy, to brak koniecznej infrastruktury do tankowania pojazdów, natomiast jej też przybywa. W tym roku już kolejne stacje powstają w Polsce, Niemczech, więc nasi przewoźnicy będą mieli gdzie zatankować – mówi Jacek Nowakowski.

Jak podkreśla, w przypadku samochodów ciężarowych pojazdy napędzane energią elektryczną nie są alternatywą dla gazu.

 Pojazd ciężarowy ma dopuszczalna masę całkowitą z ładunkiem około 40 ton i pokonuje mniej więcej dziennie około tysiąca kilometrów. Aktualnie dostępny jest tylko jeden pojazd elektryczny, Tesla Semi, który ma zasięg około 800 km. Co ważniejsze, te auta mają rząd baterii, który waży około 8 ton, a to powoduje, że przewoźnik musiałby przewozić mniejsze ładunki, a przez to jego biznes byłby mniej opłacalny – tłumaczy przedstawiciel IVECO Poland.

Za to w obszarze komunikacji zbiorowej w miastach przewagę mają autobusy elektryczne. Polska jest największym producentem i eksporterem takich pojazdów w UE.

– Autobusy miejskie, które poruszają się po drogach danych miast, jeżdżą dziennie mniej więcej około 300 km. Dzisiaj pojazdy zasilane energią elektryczną pewno stanowią doskonałą alternatywę do pojazdów diesla, natomiast flotę uzupełniają pojazdy gazowe. Tam, gdzie dany operator nie chce budować infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych, może skorzystać z pojazdów zasilanych sprężonym gazem ziemnym – mówi Jacek Nowakowski.

Także zakup ekologicznych autobusów zostanie objęty dofinansowaniem. Propozycja Ministerstwa Energii zakłada, że do elektrycznego dopłata obejmie 55 proc. kosztów, ale nie więcej niż 1,045 mln zł, w przypadku pojazdu napędzanego sprężonym gazem ziemnym (CNG) lub skroplonym gazem ziemnym (LNG) – 15 proc. kosztów, ale nie więcej niż 150 tys. zł.

Polscy turyści zaczynają odkrywać Azerbejdżan. W tym roku ruch turystyczny z Polski wzrósł o 32 proc.

W 2018 roku Azerbejdżan odwiedziło ponad 2,8 mln turystów. Polacy, choć coraz chętniej zwiedzają Kaukaz, do tego kraju jeżdżą jeszcze stosunkowo rzadko. Od stycznia do października 2019 roku kraj odwiedziło 6,1 tys. osób, ale ta liczba jest o 1/3 wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wraz z rozwojem siatki połączeń lotniczych i uproszczeniem procedury uzyskiwania wizy elektronicznej liczba polskich turystów może znacząco wzrosnąć. 

– Od stycznia do końca października 2019 r. Azerbejdżan odwiedziło 6,1 tys. turystów z Polski. Nie jest to zbyt imponujący wynik, biorąc pod uwagę potencjał polskiego rynku, choć wciąż jest to o 30 proc. więcej turystów w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku. Mamy zatem pozytywne sygnały, że rośnie zainteresowanie naszym krajem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Florian Sengstschmid, prezes Azerskiej Izby Turystycznej.

Polscy turyści coraz chętniej odwiedzają Kaukaz, ale najczęściej podróżują do Gruzji. Azerbejdżan jest wciąż mało odkryty. Nie tylko zresztą przez Polaków – dla porównania w 2018 roku Azerbejdżan odwiedziło łącznie 2,85 mln turystów, a sąsiednią Gruzję – 8,7 mln. Najwięcej odwiedzających pochodzi z Rosji (prawie 31 proc.) i Gruzji (21,4 proc.). Jedną piątą (ponad 550 stanowią również turyści z Zatoki Perskiej i to wśród nich obserwowany jest największy wzrost). Obywatele Unii Europejskiej stanowili zaledwie 6,7 proc. (112,5 tys.).

– Na koniec października bieżącego roku odnotowaliśmy 11-proc. wzrost liczby turystów w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Mamy nadzieję, że liczba turystów na koniec roku wzrośnie do co najmniej 3 mln. Liczymy również, że do roku 2023 uda na nam się osiągnąć liczbę 4 mln odwiedzających rocznie – mówi Florian Sengstschmid.

Więcej ma być także turystów z Polski. Przede wszystkim dzięki uproszczeniu procedury uzyskiwania wizy elektronicznej dla posiadaczy polskich paszportów (zamiast na lotnisku wizę można kupić online). Coraz lepsza jest też siatka połączeń lotniczych, choć brakuje jeszcze tych bezpośrednich.

– Polska ma ogromny potencjał, żeby stać się ważnym rynkiem dla Azerbejdżanu. Jest jednym z największych rynków w Europie pod względem liczby turystów. Od półtora roku prowadzimy kampanię pod hasłem: „Azerbaijan: take another look”, która zachęca turystów z całego świata do odwiedzin naszego kraju. Skierowanie oferty na polski rynek jest kolejnym krokiem w ramach współpracy z branżą turystyczną – mówi prezes Azerskiej Izby Turystycznej.

W Azerbejdżanie znajdują się obiekty z listy światowego dziedzictwa UNESCO, m.in. malowidła naskalne w Qobustanie. Ze względu na położenie w 9 strefach klimatycznych, można wypocząć w tropikach nad Morzem Kaspijskim albo pojeździć na nartach w górach. Dodatkowo, aby zwiększyć ruch turystyczny poza stolicą kraju – Baku, mają zostać otwarte nowe centra turystyczne. Nie brakuje także atrakcji turystycznych.

– W Azerbejdżanie znajduje się największe skupisko wulkanów błotnych na świecie. Mało kto wie o płonących wzgórzach, na których od tysięcy lat obserwować można płomienie palącego się gazu lub ropy. Azerbejdżan może się pochwalić niezwykle bogatym dziedzictwem m.in. kultury żydowskiej. Można się także doszukać silnych powiązań z Polską, co będziemy eksponować podczas imprez zaplanowanych na 2020 rok – wymienia Florian Sengstschmid.

W 2020 roku Azerbejdżan może przyciągnąć kibiców z całego świata. Będzie bowiem gospodarzem meczów Grupy A oraz jednego z ćwierćfinałów podczas zaplanowanego na czerwiec i lipiec Euro 2020. Także w czerwcu w Baku już po raz piąty odbędzie się wyścig Formuły 1.

Marki coraz częściej stawiają na marketing sprawy. Kampanie angażujące społecznie pozwalają przyciągnąć klientów

Prawie dwie trzecie konsumentów na całym świecie kupuje lub bojkotuje markę wyłącznie ze względu na jej poglądy w kwestiach społecznych lub politycznych – wskazuje badanie firmy Edelman. Ponad połowa uważa, że ​​marki mogą zrobić więcej niż rządy, aby rozwiązać problemy społeczne. Na znaczeniu zyskuje więc tzw. cause marketing, czyli marketing sprawy ważnej społecznie.

– Jest jeden bardzo wyraźny trend, który utrzymuje się już od paru lat, to jest tzw. cause marketing, czyli marketing problemu, jakiejś ważnej społecznie sprawy. Tu marka jest na drugim planie, a na pierwszym planie jest coś ważnego dla nas wszystkich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Dragović, właścicielka Szkoły Mistrzów Reklamy.

Według badania Cone/Porter Novelli Purpose Study 2018 zdaniem blisko 80 proc. Amerykanów firmy powinny pozytywnie wpływać na społeczeństwo, a 77 proc. czuje się bardziej związane z firmami, które dbają o kwestie społeczne i środowiskowe. Blisko trzy czwarte badanych deklaruje, że zmieniłoby swoje nawyki zakupowe i zdecydowałoby się na produkty z firmy świadomej społecznie.

– Myślę, że to jest kierunek, w którym pójdzie reklama, bo ludzie lubią się angażować społecznie. Przeważnie są nieufni wobec marek, więc jeśli ich ulubiona marka angażuje się w jakieś ważne społecznie sprawy, wtedy staje się dla nich ważniejsza. Także media bardzo lubią takie historie. To automatyczny PR i w ten sposób szerzy się wiedza o marce – przekonuje Katarzyna Dragović.

Globalne badanie przeprowadzone przez firmę Edelman wskazuje, że 64 proc. konsumentów kupuje lub bojkotuje produkty danej marki ze względu na jej poglądy w kwestiach społecznych lub politycznych. 53 proc. jest zdania, że firmy mogą zrobić więcej niż rządy, aby rozwiązać istotne problemy społeczne. Konsumenci równie chętnie wyrażają zamiar zakupu po zapoznaniu się z komunikacją opartą na wartościach (43 proc.), jak i po komunikacie skoncentrowanym na produktach (44 proc.). Wiadomości oparte na wartościach (32 proc.) były bardziej skuteczne niż komunikacja zorientowana na produkt (26 proc.) w przypadku poleceń danej marki.

Dlatego firmy coraz częściej angażują się w projekty oparte na ważnych społecznie problemach, np. równouprawnieniu czy walce z hejtem.

– Polska agencja VML Young & Rubicam otrzymała Grand Prix na Golden Drum za akcję „Ostatni Twój Weekend” – wskazuje właścicielka Szkoły Mistrzów Reklamy. – Ludzie lubią, kiedy ich ulubiona marka angażuje się w jakiś problem. Zresztą to jest taki trend zauważalny już na całym świecie.

Zespół portalu Gazeta.pl z BNP Paribas, MasterCard i agencją VMLY&R Poland kupił „Twój weekend”, czyli najdłużej ukazujący się w Polsce magazyn erotyczny. Ostatnie wydanie miało być sprzeciwem przeciw przedmiotowemu traktowaniu kobiet i rozpocząć dyskusję o wizerunku płci.

To tylko jeden z przykładów kampanii, które pojawiły się w ostatnim czasie i miały do spełnienia ważną społecznie rolę. Innym może być niedawna kampania sieci Ikea ThisAbles, w ramach której w sprzedaży pojawiły się meble i akcesoria dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Z kolei Microsoft podczas Super Bowl wyemitował reklamę „We all win”, gdzie reklamował kontroler do gier wideo przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych.

 Kampania dostała mnóstwo nagród – mówi Katarzyna Dragović. – Inny przykład to kampania Diesel, która oswaja hejt. W reklamie widzimy ubrania z napisami „Ty baranie!”, „Nienawidzę cię”, czyli z mową nienawiści skierowaną do konkretnych ludzi. Ma to na celu ośmieszenie hejtu, czyli znów mamy bardzo istotną dla ludzi sprawę, za którą jest schowana marka. To bardzo istotny trend.

Sztuczna inteligencja wkracza do taborów kolejowych. Opracowany przez Polaków system przewidzi wypadek na niestrzeżonych przejazdach

Tylko w 2018 roku na polskiej kolei doszło do 639 wypadków, w tym czterech poważnych. W ciągu roku o pięćdziesiąt trzy zwiększyła się liczba wypadków, w których pociąg potrącił osobę przechodzącą przez tory w niedozwolonym miejscu.  Już wkrótce wypadków może być znacznie mniej. Sztuczna inteligencja zwiększa bezpieczeństwo podróży, ostrzega maszynistów, sprawdza ich stan psycho-fizyczny, a czujniki monitorują stan torów i pociągów. Opracowany przez Polaków innowacyjny system centralny, nie tylko ostrzega przed niebezpieczeństwem, lecz także przewiduje zagrożenia.

– Rozwiązanie oferowane przez nas jest oparte na sztucznej inteligencji i sieci neuronowych. Jest w stanie rozpoznawać sygnały nakazujące zatrzymanie pojazdu. Czerwone światło informuje maszynistę w kabinie, że powinien zatrzymać pojazd. Dzięki temu wyeliminujemy sytuacje, w których pojazd np. przejeżdżając przez czerwone światło spowodował zagrożenie w ruchu kolejowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Pecho, prezes SSK Rail.

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań,  które znajdują zastosowanie w pociągach. To już nie tylko kamery czy systemy nagrywające sam przejazd. Niedawno naukowcy opracowali nowe czujniki do pomiaru przyspieszenia i wibracji w pociągach. Technologię można zintegrować ze sztuczną inteligencją, aby zapobiec wypadkom kolejowym i wykolejeniu pociągu. Czujniki mierzą poziom drgań, jednocześnie są w stanie wykryć wszelkie anomalie. W części krajów funkcjonują już inteligentne systemy, które zdalnie kontrolują sygnalizację, zapobiegając w ten sposób wypadkom i dbając o punktualność przejazdów. 

Nowoczesne urządzenia pomagają także maszynistom – np. w Polsce stosowany jest System Automatycznego Ostrzegania Maszynisty (AOM) opracowany przez PKP Energetyka we współpracy z SSK Rail. Z zainstalowanej w kabinie pociągu kamery, obraz trafia do programu komputerowego, który analizuje go i wydaje komunikaty dla maszynisty.

– Maszynista jest informowany o zbliżaniu się do sygnalizacji „stop” i dostaje nakaz zatrzymania pociągu. Wydaje się, że jest to coś prostego, że jest światło czerwone, więc powinien się ktoś zatrzymać, natomiast przejechanie takiego światła czerwonego może w konsekwencji doprowadzić do wypadku – podkreśla Adam Pecho.

Jak wynika z danych Urzędu Transportu Kolejowego, w 2018 roku doszło do 639 wypadków. Niezatrzymanie się przed sygnałem „Stój” lub sygnałem „Jazda manewrowa zabroniona” spowodowało 27 wypadków, a np. uszkodzenie lub zły stan techniczny nawierzchni kolejowej – 21 wypadków.

– Dzięki sztucznej inteligencji większość wypadków może zostać wyeliminowanych. Wypadek, który się zdarza na kolei, to jest zły zbieg okoliczności nie jednego zdarzenia, tylko najczęściej wielu zdarzeń – ocenia ekspert.

Opracowany przez Polaków innowacyjny system VOD Rail 3.0, na podstawie czujników i kamer zamontowanych w pociągach gromadzi informacje, m.in. o niestrzeżonych przejazdach czy miejscach gdzie najczęściej dochodzi do wypadków. Dane są zapisywane w bazie i dostępne z poziomu platformy wraz z automatycznie pobieranym materiałem wideo. Ciągły monitoring pozycji GPS pojazdów, nadawanych przez nich komunikatów radiowych wraz z pozycjami GPS oraz materiałów video z kamer pozwala zestawić dane z wielu źródeł i pomóc przewidzieć prawdopodobieństwo wypadków.

Sam Urząd Transportu Kolejowego zbiera informacje o wypadkach, ich miejscach i okolicznościach, w których do nich doszło, a sztuczna inteligencja je analizuje. Na tej podstawie do przewoźników mogą trafić rekomendacje, które pomagają zwiększyć bezpieczeństwo.

– Głównym celem jest wyeliminowanie, a na pewno zminimalizowanie wypadków na niestrzeżonych przejazdach kolejowych. To miejsca, w których często prowadzący pociąg nie widzi, że dojeżdża samochód, a kierowca bezmyślnie wjeżdża na przejazd przekonany, że nigdy o godzinie 9.30 tam pociągu nie było – mówi Adam Pecho. – Prawdopodobnie w przyszłości takie systemy zapobiegające wydarzeniom będą mogły hamować automatycznie pojazdy – wskazuje.

Start-upy odmieniają branżę medyczną. Sukces osiągną tylko te mające przełomowe technologie i zdolne do współpracy z większymi podmiotami

Wzrost znaczenia technologii inteligentnych oraz urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy ma pozytywny wpływ na rynek medyczny. Branża otwiera się na innowacyjne technologie oraz obiecujące start-upy, które usprawniają działanie placówek służby zdrowia. Powstają programy akceleracyjne dla start-upów działających w tym segmencie gospodarki, a najbardziej obiecujące projekty zyskują uznanie w skali globalnej.

– Z definicji start-up to niestabilne przedsięwzięcie, często zdarzają się niepowodzenia, jednak musimy wziąć pod uwagę nie tylko kryterium otrzymania dobrego produktu. Dzięki porażkom ludzie uczą się, jak prowadzić prace badawczo-rozwojowe. Dlatego w dłuższej perspektywie niepowodzenia również przyczyniają się do rozwoju. Statystyki dotyczące start-upów nie są obiecujące z wielu powodów, niezwiązanych z samą technologią. Te powody to brak finansowania czy możliwości zgromadzenia środków. Jednak ostatecznie udaje się wprowadzać na rynek dobre produkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Yossi Bornstein, dyrektor generalny i założyciel Shizim Group.

Z analizy ekspertów EDmeetsTECH oraz Atena Research&Consulting opublikowanej w ramach raportu „Start-upy medyczne w Polsce” wynika, że połowa firm tej branży zajmuje się rozwiązaniami z zakresu prężnie rozwijającej się telemedycyny, a aż 89 proc. medtechów pozostaje w stałym kontakcie z organizacjami medycznymi. Zapotrzebowanie na narzędzia tego typu będzie więc stale rosnąć.

W Polsce na popularności zyskują także konferencje technologiczne skupione na promocji firm z branży medtech. Podczas MEDmeetsTECH w Warszawie czy EU-MED Summit w Łodzi prezentowane są obiecujące start-upy medyczne oraz technologie, które mają szansę zrewolucjonizować służbę zdrowia. W przyszłości najlepsze z firm prezentujących swoje narzędzia na targach mają szansę na pozyskanie inwestorów oraz wejście na rynek globalny.

– Inwestorzy poszukują rozwiązań, które wychodzą naprzeciw niezrealizowanym potrzebom, zrewolucjonizują branżę medyczną oraz system opieki zdrowotnej. Zależy nam na tym, aby zespół start-upu był profesjonalny i zaangażowany, jest on nie mniej ważny niż sama technologia. Potrzebujemy ochrony własności intelektualnej i patentowej, ponieważ inwestujemy duże pieniądze w opracowanie produktu, więc potrzebna jest odpowiednia ścieżka regulacyjna – wskazuje ekspert.

Izraelski akcelerator Shizim jest jedną z tych instytucji, które specjalizują się w pozyskiwaniu innowacyjnych start-upów medycznych. Firma wraz z miastem Łódź w ciągu najbliższych sześciu miesięcy chce zbudować centrum naukowo-badawcze, w którym udostępni infrastrukturę technologiczną, specjalistyczną wiedzę oraz inne narzędzia pomagające tworzyć przełomowe rozwiązania z dziedziny medtechów. Digital Health Innovation Center w Łodzi będzie skupiać się przede wszystkim na zagadnieniu cyberbezpieczeństwa w służbie zdrowia.

Innym miastem, które inwestuje w rozwój medycyny, jest Zabrze. Przedstawiciele Urzędu Miejskiego w Zabrzu postanowili powołać do życia Startup City Zabrze. Celem inwestycji będzie stworzenie przyjaznego miejsca do rozwoju młodych firm zajmujących się start-upami z branży medycznej. Miasto planuje pozyskać do współpracy inwestorów oraz mentorów biznesowych, które pomogą start-upom rozwinąć nowe, innowacyjne narzędzia z dziedziny nowoczesnej medycyny.

Wprowadzaniem innowacji na rynek medyczny zajmują się jednak nie tylko start-upy, lecz także duże firmy. Opaska życia opracowana w ramach Laboratorium Innowacji PZU to urządzenie monitorujące kluczowe funkcje życiowe pacjenta przebywającego w szpitalnej poczekalni, aby w razie nagłego pogorszenia stanu zdrowia udzielić mu błyskawicznej pomocy medycznej. Opaski w ramach pilotażu testowane są na terenie siedleckiego szpitala, ale jeśli okażą się wystarczająco pomocne, w przyszłości mają szansę wejść do powszechnego użytku w placówkach medycznych w całej Polsce.

– Duże firmy międzynarodowe wykupują coraz więcej technologii od start-upów, niekoniecznie na wczesnym etapie, ale w zaawansowanym stadium, po stworzeniu produktu. Rozwój branży medycznej zawdzięczamy także start-upom – twierdzi Yossi Bornstein

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań IT dla medycyny w 2019 roku wyniosła 109,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 392 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Relacja z XI Ogólnopolskich Targów Motoryzacyjnych i Biznesowych Fleet Market 2019

Samochody elektryczne, hybrydowe, debata, wykłady, usługi finansowe dla osób szukających samochodów do firm i ponad 11 tysięcy zarejestrowanych gości ‒ tak wyglądały XI targi motoryzacyjno-biznesowe Fleet Market, które odbyły się 20 listopada br. w Global EXPO w Warszawie. Przez lata idea samochodów, w tym samochodów firmowych, uległa przedefiniowaniu. Obecnie samochód jest usługą, usługą mobilności, a miano samochodu firmowego ma już nie tylko biały hatchback, ale każde auto kupowane na NIP.

Malutki samochód elektryczny Idola, Tesla, ciągnik siodłowy, Dodge Challenger, radiowozy – między innymi takie samochody można było podziwiać podczas największych targów biznesowo-motoryzacyjnych. Trzon części ekspozycyjnej stanowiły oczywiście modele, które w najbliższym czasie będzie można zobaczyć na naszych drogach. Po raz pierwszy importerzy pokazali elektryczne wersje Opla Corsa-e, Peugeota e-208, DS 7 E-Tensse, DS 7 CROSSBACK E-TENSE, MINI Cooper SE, Hyundai IONIQ Electric. Z hybrydowych premier goście mogli poznać także modele: Subaru Forester e-BOXER, Toyota Corolla TREK Kombi, Lexus RX, Hybrydowy Hyundai KONA, Hybrydowy IONIQ, Ford Kuga, Toyota C-HR i Ford Explorer. Były też premiery samochodów z tradycyjnymi silnikami spalinowymi: Renault CAPTUR, Toyota Proace CITY, Ford Ranger Raptor, Kia Xceed, Land Rover Defender 110. W sumie daje to aż 18 premier motoryzacyjnych i to premier z różnych segmentów. Od aut reprezentacyjnych, poprzez samochody terenowe, użytkowe, aż po auta do codziennego wykorzystania w pracy.

XI edycja targów potwierdziła także, że całkowicie zatarła się granica między markami i modelami przeznaczonymi dla biznesu, a tymi dedykowanymi użytkownikom prywatnym. SSangYong Korando, Alfa Romeo Giulia, Mitsubishi Space Star, czyli samochody, które wymykają się schematowi auta dla biznesu, cieszyły się podczas targów olbrzymim powodzeniem. Podobnie jak niesamowicie popularne modele, jak Fiat Tipo, Ford Mondeo, BMW serii 3, Citroën C3, Hyundai i20 czy Peugeot 308, które stanowią trzon niejednej firmowej floty.

Silną reprezentację miał także segment samochodów użytkowych, od wspomnianej premierowej Toyoty C-HR, przez Iveco Daily CNG, elektrycznego MAN-a e-TGE, Renault Master Z.E., Opla Combo, Forda Transita Custom Hybrid PHEV czy Fiata Ducato.

Pikapy? Proszę bardzo: Ford Ranger Raptor, Mitsubishi L200, SsangYong Musso Grand, RAM 1500 czy… Eidola Cargo.

Modele zgromadzone podczas targów przeczą tezie, że w motoryzacji dominuje obecnie unifikacja. Skrajnie sportowy Hyundai i30 N Spec C stał obok crossovera Toyoty C-HR, z boku ekstremalny Jeep Wrangler Rubikon i doskonale wszystkim znany Ford Focus. Jak porównać elektryczne i obłe Renault ZOE z zadziorną KIĄ Stinger. Niech żyje motoryzacyjna różnorodność, niech żyje motoryzacja.

Kiedy ucichną premiery

Targi Fleet Market mają swój rytm, wyznaczany przez gości i partnerów. Na początku jest głośno, efektownie i spektakularnie. Z jednej premiery przechodzimy na następną, zachwycając się efektowną oprawą. Właściciel piekarni stoi obok prezesa niewielkiej firmy, tuż obok fleet manager zarządzający flotą 450 samochodów i przedstawiciele Straży Granicznej. To nie fragment scenariusza, tylko autentyczny widok, jaki zastałem podczas premiery na stoisku Toyoty i Lexusa. Mnie cieszy najbardziej kolejny etap targów, jakim są rozmowy biznesowe. Część osób przechodzi na następne stoisko, ale zostają ci, dla których biznesowy wymiar targów jest niezwykle istotny. Ekspresy do kawy pracują pełna parą, zapełniają się kanapy, wizytówki zmieniają właścicieli, a goście łączą się w pracy z przedstawicielami naszych partnerów. Rozpoczynają się rozmowy biznesowe. Czasami wstępne, niekiedy ‒ tak jak na stoisku firmy MAN, gdzie podpisano kontrakt na dostawę 11 elektrycznych modeli TGE – finalne.

Na stoiskach firm finansowych, które swoim wystrojem potwierdzają tezę, że małe jest piękne, kłębią się tłumy osób, które chcą się dowiedzieć, jaka jest różnica między wynajmem długo- i średnioterminowym. Eksperci doradzają, jak najkorzystniej jest sfinansować samochód w zależności od rodzaju działalności czy potrzeb księgowych. Otrzymane oferty możemy od razu ze sobą porównać i skonsultować z bardziej doświadczonymi kolegami. Przecież każdy miał jakieś doświadczenia. Firmy oponiarskie, dostarczające telematykę, serwisowe – każdy ma ofertę dla wielkich flot, dla mniejszych i dla tych, których firma rozwinęła się na tyle, że potrzebują swoich pierwszych samochodów. To właśnie samochód jest wspólnym mianownikiem, ale samochód będący narzędziem, które generuje koszty i funkcjonuje w odpowiednim środowisku prawnopodatkowym. Niestety, o naszym prawie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie, że jest stabilne. I tak doszliśmy do trzeciego elementu targów Fleet Market, który odbywa się równolegle – to część konferencyjna.

Tegoroczna dotyczyła głównie dwóch aspektów, ekologii w ujęciu biznesowym oraz wspomnianych zmian prawnych. Prawnicy z kancelarii Hogan Lovells przybliżyli nie tylko kwestie czekających nas w 2020 roku zmian, ale opowiedzieli także o aspekcie RODO w odniesieniu do pracowników użytkujących auta służbowe. Dean Bowkett, niezależny ekspert branży flotowej, oraz Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, z dużą szczegółowością odnieśli się do tematu, który w dużej mierze determinuje sytuację na europejskim rynku sprzedaży samochodów – do nowych norm emisji spalin. Rozpoczyna się nowa era w motoryzacji – elektromobilność. Tylko czy zapłacimy za to my, klienci? Czy jesteśmy skazani na prąd, może wodór lub gaz? Europejska sieć energetyczna nie jest gotowa na taką rewolucję, a może wręcz przeciwnie?

To tylko niektóre zagadnienia, jakie eksperci poruszyli podczas debaty. To właśnie debata była punktem kulminacyjnym części konferencyjnej. Zaplanowana na dwie godziny, przedłużyła się o 40 minut. Dobór panelistów był tak pomyślany, aby przedstawić każdy punkt widzenia.

Temat wiodący debaty: Rynek motoryzacyjny i biznesowy po wprowadzeniu samochodów elektrycznych i nowych norm emisji CO₂.

Prowadzący debatę: JAKUB FARYŚ – Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Przewodniczący Liaison Committee – ACEA;  JULIUSZ SZALEK, dziennikarz motoryzacyjny.

Paneliści:

  • Dean Bowkett – Międzynarodowy ekspert flotowy/ Dyrektor Zarządzający, Bowkett Auto Consulting (BAC)
  • Michał Chudzik – Dyrektor działu marketingu i sprzedaży Alphabet Polska Fleet Management
  • Andrzej Gemra – Z-ca Dyrektora ds. Promocji Nowej Mobilności, Renault Polska
  • Paweł Grabarczyk – Dyrektor Handlowy, Eurotax/Autovista Polska sp. z o.o.
  • Maciej Krupa – Kierownik Sprzedaży Flotowej w Volvo Euroservice
  • Szymon Lewandowski– Product & Pricing Manager Volvo Car Poland
  • Paweł Miszkowski – General Director, FCA Poland S.A.
  • Jacek Nowakowski – Gas Business Development Manager, IVECO Poland
  • Andrzej Popławski – Head of Electric mobility, innogy Polska S.A.
  • Grzegorz Szymański – Regional Manager of Central Europe, Arval Service Lease Polska
  • Rafał Znyk – Head of MINI, BMW Group, MINI Poland

Fleet Market to wyjątkowe miejsce i czas, gdzie przewidywania wystawców są konfrontowane z oczekiwaniami klientów. Gdzie każdy samochód znajdzie swojego klienta, klient znajdzie metodę finansowania i optymalny sposób zarządzania. Fleet Market to jednak także miejsce spotkań wszystkich tych, którzy tworzą rynek samochodów biznesowych. W tym roku było z nami ponad 11 tysięcy osób i każdy gość był dla nas tym najważniejszym. Spotykamy się w przyszłym roku mądrzejsi o 12 miesięcy doświadczeń. Do zobaczenia za rok.

Tomasz Siwiński, redaktor naczelny magazynu „Fleet”

Optymizm konsumentów wciąż rośnie

W IV kwartale 2019 r. wartość Barometru Rynku Consumer Finance, określana na podstawie badania Związku Przedsiębiorstw Finansowych i Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, kolejny raz znacznie wzrosła. Obecnie wynosi 71,6 pkt wobec 63,6 pkt zanotowanych w poprzednim kwartale. Polskie gospodarstwa domowe planują zwiększyć wydatki na dobra konsumpcyjne trwałego użytku, remont i zakup mieszkania oraz zakup samochodu. W większym stopniu są też skłonne finansować te wydatki z kredytu.

Barometr Rynku Consumer Finance skonstruowany jest w taki sposób, że poziom 50 punktów oznacza stagnację rynku. Jeśli wartość barometru jest wyższa, należy spodziewać się dodatniej dynamiki kredytu konsumpcyjnego w kolejnych 12 miesiącach. W minionych kwartałach wartość barometru podlegała silnym wahaniom, co było spowodowane w dużym stopniu niepewnością co do spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce i na świecie. Wartość barometru spadła nawet poniżej 50 pkt (w IV kwartale 2018 r.) bądź wyniosła 50 pkt. (w II kwartale 2019 r.). Obecny wynik – najwyższy od 2007 r. – tchnie optymizmem, wskazując na potencjalnie wysoką dynamikę wzrostu kredytu konsumpcyjnego. Siła wzrostu w ostatnich dwóch kwartałach jest pozytywnym zaskoczeniem, a trend wzrostowy barometru jest wyraźny i silny.

– W ostatnich miesiącach dynamika kredytu dla gospodarstw domowych przekroczyła 7% r/r, a w zakresie kredytu konsumpcyjnego osiągnęła poziom 9,5% r/r. Wzrost kredytu konsumpcyjnego znacznie przewyższa wzrost dochodów gospodarstw domowych i konsumpcji. Jest również większy od wzrostu PKB, w konsekwencji czego relacja wartości kredytu konsumpcyjnego do PKB zbliżyła się do 9%, – wyjaśnia dr Sławomir Dudek z IRG SGH.

Optymizm konsumentów wciąż rośniePoprawa nastrojów polskich gospodarstw domowych wyraża się w ich optymistycznych prognozach zakupu dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku i nieruchomości oraz stopnia finansowania tych wydatków kredytem. Ta składowa wniosła główny wkład we wzrost wartości barometru już czwarty kwartał z rzędu. Po raz wtóry zmniejszył się stopień wykluczenia z rynku finansowego.

Pogorszeniu uległy natomiast oceny otoczenia makroekonomicznego – konsumenci spodziewają się obniżenia tempa wzrostu gospodarczego i wzrostu bezrobocia. Wciąż ujemnie na wartość barometru oddziałują czynniki demograficzne, a biorąc pod uwagę obecne prognozy, tendencja ta najprawdopodobniej się utrzyma.

Nastroje gospodarstw domowych, w szczególności ich nastawienie i potencjał do korzystania z usług rynku consumer finance, są obecnie pozytywne. Konsumenci uważają, że teraz jest dobry moment na dokonywanie poważnych wydatków i finansowanie ich kredytem. Sprzyja temu poprawiająca się zdolność kredytowa i niskie stopy procentowe. Niepewność co do skali spowolnienia gospodarczego nie znajduje jeszcze odzwierciedlenia w konserwatywnym podejściu do wydatków i zadłużania się.

 Rosnące ambicje konsumpcyjne gospodarstw domowych oraz poprawiające się nastawienie do finansowania ich kredytem to dobra informacja dla rynku consumer finance i gospodarki – dodaje Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF. – Jednocześnie rośnie poziom akceptacji dla zachowań nierzetelnych i nieetycznych w odniesieniu do podstawowej instytucji społecznej, jaką jest wywiązywania się ze swoich zobowiązań i spłaty długów. Widać to znakomicie poprzez dane Biur Informacji Gospodarczej, które obrazują systematycznie rosnące salda złych długów. Skutkiem takiego stanu rzeczy będą rosnące ceny produktów kredytowych oraz coraz bardziej ograniczony dostęp do nich dla konsumentów w przyszłości. Tę tendencję niskiej moralności finansowej widać również w rosnących, złych należnościach w innych sektorach polskiej gospodarki. Ta sytuacja potrzebuje coraz pilniej dobrych rozwiązań, by hazard moralny w finansach nie stał się niechcianą przez nikogo regułą w obrocie gospodarczym.

Dochody z nieruchomości w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania

Działalność gospodarcza prowadzona za granicą lub choćby posiadanie tam majątku często jest źródłem wielu niejasności podatkowych. Wówczas konieczne jest analizowanie zasad opodatkowania w dwóch państwach. Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania między państwami zasadniczo rozstrzygają, w którym państwie wystąpi obowiązek podatkowy, a w razie możliwości opodatkowania tego samego dochodu w dwóch państwach przewidują określone zasady odliczeń. W praktyce rodzi to jednak wiele problemów. Jeden z nich dotyczy dochodów z nieruchomości, w tym dochodów z ich zbycia.

Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania

Przepisy o podatku dochodowym w wielu systemach podatkowych, w tym w Polsce, określają dwa rodzaje podlegania obowiązkowi podatkowemu – obowiązek ograniczony i nieograniczony. Ograniczony obowiązek podatkowy oznacza, że podatek należy uregulować w państwie, w którym dochód został osiągnięty. Obowiązek nieograniczony dotyczący rezydentów danego państwa przewiduje opodatkowanie całości dochodów, niezależnie od miejsca ich osiągnięcia. Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, będące dwustronnymi umowami międzynarodowymi, szczegółowo wskazują jednak tylko jedno państwo, w którym w danych przypadkach podatek będzie należny lub określają zasady rozliczeń tego podatku i jego stosownego pomniejszania w przypadkach, gdy obowiązek podatkowy zgodnie z umową i regulacjami krajowymi powstanie w dwóch państwach.

Zasady opodatkowania majątku nieruchomego

Jedną z podstawowych zasad przewidzianą w umowach określających opodatkowanie dochodów z nieruchomości jest zasada lex rei sita. Wskazuje ona na związek miejsca położenia nieruchomości z ekonomicznymi konsekwencjami posiadania danego majątku. Prawo położenia, jak można określić tę zasadę, wskazuje tym samym, że opodatkowanie dochodów z nieruchomości może następować w miejscu jej położenia. Nie wyłącza to jednak automatycznie opodatkowania w państwie rezydencji.

Definicja majątku nieruchomego

Zgodnie z umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania majątek nieruchomy definiuje się według zasad przewidzianych w państwie jego położenia. Tym samym stwierdzenie, co jest majątkiem nieruchomym położonym w Polsce na gruncie umów, będzie uzależnione od definicji z polskiego kodeksu cywilnego. Niezależnie od tego, regulacje umów o unikaniu podwójnego opodatkowania w większości wskazują szczególne składniki majątku, które składają się na nieruchomość. Wśród nich znajduje się m.in. żywy i martwy inwentarz gospodarstw rolnych i leśnych, prawa, do których mają zastosowanie przepisy prawa powszechnego dotyczące nieruchomości gruntowych, prawa użytkowania nieruchomości, jak również prawa do stałych lub zmiennych świadczeń z tytułu eksploatacji lub prawa do eksploatacji złóż mineralnych, źródeł i innych zasobów naturalnych (zgodnie z umową polsko-niemiecką).

Jednocześnie umowy wskazują, że niektóre kategorie majątku, niezależnie od definicji nieruchomości w danym państwie, nie są majątkiem nieruchomym w rozumieniu ustawy. Między innymi w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania między Polską a Słowenią wymieniono statki, barki, statki powietrzne oraz pojazdy transportu drogowego. Tym samym, niezależnie od przepisów krajowych w Polsce i Słowenii te składniki majątku nie mogą być traktowane jak nieruchomości na gruncie umowy. Jednocześnie inne umowy mogą tę kwestię regulować nieco odmiennie.

Podatek od dochodu z nieruchomości w państwie położenia

Jak już wskazano, umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania stanowią, że dochód rezydenta jednego państwa z nieruchomości położonej w drugim państwie, włączając dochód z gospodarstwa rolnego lub leśnego, może być opodatkowany w państwie położenia nieruchomości. W żaden sposób nie wyłącza to możliwości opodatkowania w państwie rezydencji – zastosowanie mogą znaleźć jedynie regulacje dotyczące potrąceń podatku.

Wprowadzona kategoria jest bardzo szeroka – mowa o wszelkich dochodach pochodzących z majątku nieruchomego. Dodatkowo umowy precyzują, że wskazana zasada dotyczy także dochodów osiągniętych z bezpośredniego użytkowania, najmu, dzierżawy lub innego rodzaju użytkowania majątku nieruchomego.

Zbycie udziałów może być opodatkowane jak zbycie nieruchomości

Istotne znaczenie w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania mają także regulacje dotyczące dochodów ze zbycia nieruchomości. Także te dochody w myśl umów mogą być opodatkowane w państwie położenia nieruchomości (oraz w państwie rezydencji).

Regulacją o szczególnym znaczeniu jest jednak przepis znajdujący się w większości umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, przewidujący, że zasady dotyczące opodatkowania zbycia nieruchomości stosuje się także do zbycia praw udziałowych w spółkach, w których aktywa majątkowe składają się głównie, bezpośrednio lub pośrednio z majątku nieruchomego. Tym samym, jeśli np. polski rezydent podatkowy dokona zbycia udziałów w spółce, w której na majątek zakładowy składa się w co najmniej 50% wartości nieruchomości, zastosowanie znajdą zasady określające opodatkowanie zbycia nieruchomości. Jednocześnie na gruncie prawa krajowego konieczne będzie określenie skutków podatkowych dla zbycia właściwych praw udziałowych. Regulacje te zabezpieczają interesy fiskalne państw przed omijaniem przywołanych regulacji dotyczących zbycia nieruchomości, wprowadzając jednocześnie wiele niejasności po stronie podatników.

Problemy dla podatników

Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania nierzadko sprawiają podatnikom wiele problemów ze względu na częstą konieczność określania relacji między prawami podatkowymi różnych państw z uwzględnieniem specyficznych regulacji wynikających z umów. Tak jest także w przypadku określania np. dochodów związanych z nieruchomością położoną w innym państwie dla polskich rezydentów. Dla określenia właściwych skutków podatkowych w Polsce konieczne jest bowiem nie tylko przeanalizowanie polskich regulacji ustawy o właściwym podatku dochodowym, ale też szczegółowych przepisów odpowiedniej umowy oraz zasad obowiązujących w państwie trzecim. Dodatkowe trudności budzi konieczność wieloaspektowego badania każdej transakcji (m.in. transakcji zbycia udziałów czy akcji w spółkach posiadających zagraniczne nieruchomości). Wszystko to sprawia, że istnieje bardzo wiele obszarów, w których możliwe jest popełnienie błędu. Tym samym określanie skutków podatkowych na gruncie umów o unikaniu podwójnego opodatkowania staje się wąską materią prawa podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Umiarkowany optymizm na rynku akcji

  • Jednak pozytywne spojrzenie na akcje
  • Sezon wyników giełdowych
  • Kolejka chętnych na zakup mBanku

Nastawienie do rynku akcji od dłuższego czasu jest dość pesymistyczne. Dziś jednak warto spojrzeć na akcje w umiarkowanie optymistyczny sposób. Podnoszone od kilku miesięcy obawy o zbliżającą się recesję przestały spędzać sen z powiek inwestorom, a ci przychylniej spoglądają w kierunku akcji.

Rynki zachodnie są na szczytach, a wskaźniki naszej gospodarki tylko delikatnie spadają. Ryzyka, które budziły obawy inwestorów, już się zmaterializowały. Jesteśmy po wyborach parlamentarnych w Polsce i przed wyborami prezydenckimi w Stanach. Czy coś jeszcze może nas zaskoczyć? Nawet wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami zdaje się nie robić już tak dużego wrażenia na rynkach jak kiedyś. Inwestorzy przyzwyczaili się także do Brexitu.

Podobny mechanizm zmiany nastawienia do rynku akcji obserwujemy też w Polsce. Decyzja TSUE dotyczące kredytów frankowych za nami, likwidacja OFE przesądzona, a przed nami świeże nadzieje związane z wpływami z PPK. Najnowsze szacunki mówią o  partycypacji z PPK na poziomie 40%. Jeśli te dane się potwierdzą, to mogą one pozytywnie wpłynąć na rynek akcji.

W Polsce trwa sezon publikacji wyników za III kwartał br. stąd wiele ruchów na GPW wynika bezpośrednio z informacji zawartych w przesyłanych raportach. Dobre wyniki pokazały spółki usługowe. Jest wciąż za wcześnie na podsumowanie, ale z dotychczasowych danych widzimy, że rozczarowywały głównie duże spółki. Mniejsze i wzrostowe pokazywały niejednokrotnie solidne wyniki.

Większość banków wyraźnie się przeceniła, co było skutkiem zaprezentowanych przez nie słabych wyników finansowych. Z drugiej strony pozytywnym zaskoczeniem w sektorze finansowym okazały się wyniki PKO BP i PZU. Przeceny widać choćby na przykładzie niedawno wystawionego na sprzedaż mBanku, który jest jednym z banków bardziej zaangażowanych w kredyty frankowe. Wszystko wskazuje jednak na to, że kolejka podmiotów zainteresowanych jego kupnem jest całkiem długa. Z perspektywy inwestorów globalnych polski rynek jest atrakcyjny, jesteśmy dużą rosnącą i zdrową gospodarką z dobrymi perspektywami. Jest wiele globalnych podmiotów nieobecnych na polskim rynku, które chciałyby rozpocząć działalność biznesową nad Wisłą. Jednak do tej pory barierą były właśnie wysokie wyceny, więc aktualna przecena to atrakcyjna okazja inwestycyjna.

Globalna sytuacja wspiera instrumenty dłużne

  • Wojna handlowa i spowolnienie powinny wspierać rynek długu
  • Banki kupują rządowe obligacje
  • Poziomy rentowności bez zmian do końca roku

Obecna sytuacja, w której istnieje ryzyko eskalacji wojen handlowych i rosną obawy o spowolnienie gospodarcze na świecie, także w Polsce, powinna wspierać instrumenty dłużne. Pytanie, czy wraz z obawami o spowolnienie w Polsce, nie powróciły obawy o popyt na krajowe obligacje.

Pomiędzy kwietniem a sierpniem polskie obligacje skarbowe notowały wyraźne spadki rentowności. W tym okresie 10-letni benchmark spadł z przedziału 2,8-3,0 do 1,8 proc. w połowie sierpnia. W ostatnim czasie nastąpiło jednak delikatne odbicie i kształtuje się on teraz na poziomie 1,9-2,2 proc.

Od początku roku inwestorzy zagraniczni, którzy z reguły dominowali na rynku długu, zredukowali stan posiadania w polskich obligacjach o 28 mld. Taka podaż z reguły powinna mocno osłabić wyceny, ale w tym samym czasie polskie banki zwiększyły inwestycje w papiery dłużne aż o 45 mld, koncentrując się jednak na papierach krótszych i zmiennoprocentowych.

Proces ten wzmocniony został przez politykę emisyjną Ministerstwa Finansów, które w ostatnich tygodniach zastąpiło normalne przetargi sprzedaży obligacji aukcjami zamiany, podczas których zbywa obligacje średnio i długoterminowe, odkupując papiery, z terminem wykupu na 2020 roku.

Polityka aukcji zamiany jak i popyt banków na krótkie instrumenty spowodowały w ostatnich tygodniach stromienie krzywej rentowności poprzez spadki zysku na krótkim końcu, spychając dochodowość na instrumentach poniżej roku w okolice 0,8-1,0 proc., na instrumentach 2-letnich zaś w okolice 1,40 proc. Benchmark 5-letni jest na poziomie ok. 1,80 proc. zaś 10-letni notowany jest na ok. 2,05 proc.

Wydaje się, że takie poziomy rentowności powinny utrzymać się do końca roku. Jednak z powodu mniejszej aktywności i niższej płynności możliwa jest większa zmienność cen.

Niekontrolowany import w przemyśle modowym to zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów

Dzisiejszą sytuację w przemyśle obuwniczym, tekstylnym czy ogólnie – modowym należy oceniać pod kilkoma względami. Po pierwsze przez pryzmat zagrożeń dostrzeganych na rynku, z którymi firmy mierzą się już kilka lat. Dotyczą one niekontrolowanego importu towarów niskiej jakości. Dla rodzimych producentów to poważne wyzwanie, aby w takich warunkach utrzymać zdrową konkurencję na rynku. Do tego dochodzi także ryzyko narażenia bezpieczeństwa konsumentów z uwagi na występowanie w danym obuwiu i tekstyliach szkodliwych dla zdrowia substancji. To kwestia coraz częściej podnoszona w debacie. Polska Izba Przemysłu Skórzanego aktywnie w niej uczestniczy. W ostatnich miesiącach przygotowane zostało oficjalne stanowisko w tej sprawie.

– Stanowisko jest sygnowane przez uczestników rynku, głównie przez polskich producentów obuwia. Zostanie zaprezentowane już niebawem – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Górecki, Prezes Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego. – Organizacja zamierza działać na rzecz zwiększenia kontroli źródeł, z których docierają do Polski produkty obuwnicze i tekstylne. Dzięki temu możliwe będzie ograniczenie importu pewnych towarów, co doprowadzi do uzdrowienia rynku i powrotu zdrowej konkurencji. Tym samym przyczyni się to do poprawy sytuacji rodzimych producentów. Dzisiaj dobre perspektywy dla rynku stwarza także wewnętrzna polityka Unii Europejskiej. PIPS aktywnie działa obecnie na wielu obszarach. Współpracuje m.in. ze stowarzyszeniem Europejskiej Konfederacji Przemysłu Obuwniczego CEC. Angażując się w sprawy całej branży tekstylnej, Izba zwraca także uwagę na kwestię ekologii. Należy kłaść większy nacisk na to, jakie wyroby dostają się na rynek unijny. Sprowadzane towary powinny przynosić korzyści konsumentom, jak i producentom rodzimym – a przy tym nie powinny stwarzać zagrożenia dla środowiska. To coraz częściej dostrzegany obecnie problem, którego rozwiązanie staje się przedmiotem dyskusji. To szansa dla polskich firm, które wytwarzają towary w oparciu o obowiązujące normy. Dotyczą one eliminowania substancji zabronionych, wykorzystywania odpowiednich materiałów w trosce o najwyższą jakość. W tej sytuacji produkt lepszy nie powinien być więc wypierany przez gorsze towary. PIPS stara się temu przeciwdziałać – podkreślił Górecki.

Handel na rynkach w tym tygodniu będzie zaburzony przez Święto Dziękczynienia w USA

W związku ze Świętem Dziękczynienia w USA amerykańskie giełdy będą zamknięte w czwartek. W piątek z kolei będą działały krócej. Niższa aktywność amerykańskich inwestorów może sprawić, że i ten tydzień dla rynku walutowego będzie stosunkowo spokojny.

W zeszłym tygodniu waluty grupy G10 utrzymywały się w wyjątkowo wąskich korytarzach wahań. Pod koniec tygodnia wszystkie te waluty były co najwyżej o 0,5% silniejsze lub słabsze w porównaniu z jego początkiem. Zmienność w tej grupie w ostatnim tygodniu również była niewielka. Spokój na rynku walutowym częściowo tłumaczy fakt, że w ostatnich dniach nie pojawiły się żadne przełomowe informacje dotyczące konfliktu handlowego na linii USA-Chiny oraz w sprawie Brexitu. Nie poznaliśmy również żadnych specjalnie wartościowych informacji dotyczących polityki monetarnej kluczowych banków centralnych. Zaskoczyła nas jednak względna odporność wspólnej europejskiej waluty na rozczarowujące dane PMI o aktywności biznesowej w strefie euro.

Bardziej „aktywne” były waluty rynków wschodzących. Szczególnie ciężki tydzień mają za sobą zwłaszcza waluty Ameryki Łacińskiej. W spadkach ostatnio przewodzi chilijskie peso, którego deprecjacja związana jest z utrzymującą niepewnością polityczną.

Ten tydzień na rynku może być równie spokojny, co poprzedni. Zwłaszcza, że w jego drugiej połowie Amerykanie obchodzić będą Święto Dziękczynienia. W przypadku Wielkiej Brytanii uwaga powinna cały czas skupiać się na informacjach dotyczących grudniowych wyborów parlamentarnych – przewaga Partii Konserwatywnej widoczna w dotychczasowych sondażach dobrze wróży losom funta brytyjskiego. Dla wspólnej europejskiej waluty w tym tygodniu kluczowe będą natomiast piątkowe dane o inflacji konsumenckiej w strefie euro. Niemniej, amerykańskie święto nie sprzyja dramatycznym ruchom na rynkach w tym tygodniu.

PLN

Miniony tydzień przyniósł osłabienie polskiej waluty, która radziła sobie najgorzej spośród najważniejszych walut regionu.

Złoty, szczególnie ostatnio, raczej nie reaguje na informacje z Polski, niemniej jednak warto je obserwować. Ostatnio nieco rozczarowały dane z polskiego rynku pracy, jednak najnowszy odczyt produkcji przemysłowej oraz dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej były dość pozytywne. Złoty w kolejnych dniach najpewniej cały czas reagować będzie na informacje z zewnątrz. Jednak w tym tygodniu również nie zabraknie odczytów z polskiej gospodarki, szczególnie w drugiej jego połowie. Najistotniejsze będą szczegółowe dane o dynamice PKB w III kwartale, które pokażą strukturę wzrostu. Warto też obserwować wstępny odczyt inflacji CPI w listopadzie.

GBP

Debata liderów kluczowych partii politycznych w Wielkiej Brytanii, która odbyła się w zeszłym tygodniu w Wielkiej Brytanii, nie przyniosła jednoznacznego zwycięzcy. Jest to wyśmienitą wieścią dla torysów, zważywszy na ich znaczną przewagę w sondażach. Sytuacja makroekonomiczna wygląda jednak gorzej. Ostatnie odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI okazały się bardzo słabe i sugerują kurczenie się gospodarki Wielkiej Brytanii. Po długotrwałej aprecjacji funta w ciągu ostatnich kilku tygodni, ostatnia słabość indeksów PMI dała asumpt do lekkiego osłabienia brytyjskiej waluty.

Kalendarz ekonomiczny w tym tygodniu nie przewiduje specjalnie istotnych publikacji dla Wielkiej Brytanii. Dlatego funt szterling w najbliższych dniach powinien reagować przede wszystkim na wieści związane z grudniowymi wyborami parlamentarnymi. Będziemy zwracać uwagę na jakiekolwiek sygnały dotyczące potencjalnego zmniejszania się przewagi torysów na ostatnich etapach kampanii, co miało miejsce w 2017 roku. Póki co z sondaży jednak nie płyną wyraźne sygnały sugerujące, żeby tak by miało stać się i tym razem.

EUR

Euro w parze z głównymi walutami nie doświadczało większej zmienności do drugiej połowy ubiegłego tygodnia. Wówczas m.in. rozczarowujące wyniki indeksów aktywności biznesowej PMI przełożyły się na osłabienie wspólnej europejskiej waluty. Apel przewodniczącej Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde dotyczący większego zaangażowania polityki fiskalnej we wspieranie europejskich gospodarek jeszcze zyskał na znaczeniu w związku z tym, że póki co nie widać oznak przyspieszenia gospodarek wspólnego bloku walutowego.

W tym tygodniu kluczową publikacją w kalendarzu ekonomicznym dla strefy euro będą wstępne dane o inflacji konsumenckiej w listopadzie. Poznamy je już w najbliższy piątek. Między ekonomistami prognozującymi dynamikę cen w strefie euro jest dość spory rozdźwięk co do oczekiwanej wartości wskaźnika inflacji konsumenckiej. Wydaje się jednak prawdopodobne, że kluczowa inflacja bazowa w bloku walutowym będzie rosła trzeci miesiąc z rzędu. Może to wesprzeć euro w okresie względnego spokoju na rynku związanego ze świętem w USA.

USD

Większość odczytów danych makroekonomicznych w Stanach Zjednoczonych z ubiegłego tygodnia okazała się lepsza od oczekiwań konsensusu, aczkolwiek były to głównie drugorzędne publikacje. Dolar nie był poddany zbyt dużym wahaniom w relacji do walut G10, jednak ogólnie umacniał się względem walut rynków wschodzących, które nadal pozostają pod presją w związku z utrzymującą się niepewnością w kontekście handlu międzynarodowego.

W tym tygodniu w związku ze Świętem Dziękczynienia liczba istotnych publikacji z USA nie będzie specjalnie imponująca, w środę poznamy jednak zrewidowane dane o dynamice PKB amerykańskiej gospodarki w III kwartale. Nie można też wykluczyć pojawienia się po drodze istotnych nagłówków dotyczących negocjacji handlowych na linii USA-Chiny, które mogą istotnie wpływać na rynek. Najpewniej jednak, zachowanie amerykańskiej waluty będzie zależało od wieści z innych części świata.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Manipulacja w digitalu – czy da się jej uniknąć?

Marketerzy, aby móc wpływać na nasze decyzje zakupowe, posługują się sprawdzonymi praktykami opartymi na manipulacji. Nowe technologie w coraz większym stopniu pozwalają firmom wykorzystywać naszą podatność na tego typu działania. Internet sprawia, że mogą to robić bardzo łatwo. Z technikami wywierania wpływu i manipulacji wszyscy spotykamy się każdego dnia. Które z nich są najpopularniejsze?

Dla polskiego rynku reklamy rok 2018 był najlepszym od dekady. Warto podkreślić, że motorem wzrostu był internet, telewizja, a także radio. Nakłady na digital rosły najszybciej – zwiększyły się o 14,1%. Dzięki temu udział internetu w mediamiksie wyniósł już 33,4% – wynika z raportu IAB „Perspektywy rozwojowe REKLAMY ONLINE W POLSCE 2018/2019”.

W walce o klienta liczy się tylko jedno – to, żeby go zdobyć i w efekcie zainteresował się naszą ofertą. Jednak osiągnięcie tego celu nie jest już takie proste. Konsumenci na co dzień atakowani są mnóstwem informacji. Dlatego pozyskanie odbiorcy nie zawsze odbywa się tak uczciwie, jakby sam sobie tego życzył. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych technik wywierania wpływu w sprzedaży to ta opierająca się na prawie limitu.

Każdy z nas spotkał się z ofertą limitowaną w zakresie np. ilości dostępnego towaru, czasu trwania promocji itd. Chodzi o to, aby wskazać na ulotność oferty i tym samym zmotywować nas do skorzystania z niej. Należy jednak pamiętać, że efektywność tej techniki jest mocno uzależniona od siły jej nacisku – mówi Łukasz Świrgał, CEO Brandwise (AdWise Group). Wprowadzenie limitu ma sens tylko wtedy, gdy dalszą naszą aktywność sprzedażową ograniczymy do minimum – dodaje.

W tym rozwiązaniu pomagają wszelkiego rodzaju liczniki na stronach internetowych czy wysyłane maile, które informują ile jeszcze dni zostało na skorzystanie z promocji. Często również stosowane są bannery, które nas śledzą w sieci i wywierają presję, że czas upływa – a my przecież dobrze o tym wiemy.

Duże znaczenie we wpływaniu na zachowania konsumentów odgrywają również autorytety. Najczęściej w sieci są nimi dobrze nam znani influencerzy. To oni umiejętnie budują wokół siebie grupę lojalnych odbiorców, z którymi łączą ich silne relacje i zainteresowania. Tworząc komunikację marketingową nie można również zapominać o tym, że grupa naszych potencjalnych klientów dzieli się na tych z tzw. autorytetem zewnętrznym i wewnętrznym.  Kupując online często spotykamy się z opcją wypróbowania produktu, modułem z opiniami innych użytkowników, certyfikatami wydawanymi przez różne instytucje oraz poleceniami influencerów.

Konstruując ofertę nie wiemy, jakim autorytetem kieruje się nasz potencjalny klient. Osoba o autorytecie wewnętrznym zaufa wyłącznie własnej ocenie, w przeciwieństwie do tych, którzy najchętniej polegają na innych. Dlatego tak istotne jest, aby połączyć oba komunikaty – czyli „wypróbuj i sam zdecyduj” z „dołącz do grona 1000 zadowolonych użytkowników”, którzy w domyśle nie mogą się mylić – wskazuje Łukasz Świrgał, CEO Brandwise (AdWise Group).

Kolejnym bardzo ważnym sposobem na „złapanie” klienta jest dobrze wszystkim znany gratis – czyli wisienka na tym manipulacyjnym torcie. W większości przypadków dodanie prezentu nie ma na celu poprawienia stosunku wartości faktycznej do ceny. Chodzi o dywersyfikację naszej uwagi. Okazuje się, że jesteśmy bardziej skłonni na zaakceptowanie pewnych mankamentów oferty, gdy w zamian otrzymamy niespodziewane benefity. Wydaje nam się wówczas, że otrzymujemy więcej za te same pieniądze podczas, gdy faktycznie wybierany produkt lub usługa jest niższej jakości niż konkurencyjna, a wartość dodanego gadżetu nie rekompensuje tej różnicy.

Inwestycyjna euforia w mieszkaniówce w końcówce roku

Najnowsze dane GUS, prezentujące statystyki budownictwa mieszkaniowego od stycznia do października  bieżącego roku, zaowocowały sporej miary niespodzianką. Tym razem nie tylko tradycyjnie potwierdziły brak jakiejkolwiek korekty dotychczasowej polityki inwestycyjnej deweloperów, ale zakomunikowały wręcz szampańskie nastroje oraz niespotykaną determinację inwestorów operujących na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Optymizm już był, czas na euforię

W tegorocznym październiku obie fundamentalne dla bieżącej koniunktury inwestycyjnej pozycje gusowskich statystyk budownictwa mieszkaniowego, czyli te dotyczące lokali, których budowę rozpoczęto, oraz odnoszące się do mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym, okazały się rekordowe w wymiarze miesięcznym. Wg portalu RynekPierwotny.pl zwłaszcza te ostatnie dane są jak wiadomo zasadniczym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, dysponują wiec sprawdzoną i wiarygodną wartością prognostyczną.

Budzący respekt, by nie powiedzieć kompletną konsternację październikowy wynik deweloperów na poziomie 18,8 tys. nowych pozwoleń, jest lepszy rdr o 16 proc., a od dotychczasowego rekordu z maja br. o – bagatela – ponad 2 tys. jednostek. Jak to interpretować?

Przede wszystkim świadczy to już nie tyle o niesłabnącym optymizmie deweloperów, ale wręcz o jego szybowaniu na niespotykanych dotąd poziomach. Innymi słowy, pomimo trwającej już blisko 2 lata korekcyjnej tendencji sprzedaży nowych mieszkań, w dalszym ciągu muszą oni oceniać perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie jako wręcz rewelacyjne.

Po z górą już sześciu latach od momentu wejścia rynku w fazę cyklicznego ożywienia i w obliczu coraz wyraźniejszych sygnałów nadchodzącego spowolnienia gospodarki, może to wydawać się dość ryzykowne. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl z drugiej strony jednak, rosnące statystyki pozwoleń na budowę niemal od samego początku sprzedażowego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym, okazywały się być niezawodną gwarancją kontynuacji rynkowej prosperity.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego w pierwszych dziesięciu miesiącach tego roku nowych pozwoleń oraz zgłoszeń było już blisko 230 tys., czyli dokładnie o 5 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku.

Nowe inwestycje z rekordowym wolumenem

W październiku deweloperzy zdecydowanie, czyli do rekordowego poziomu, podkręcili też swoją aktywność inwestycyjną mierzoną wolumenem mieszkań, których budowę rozpoczęto. Rezultat na poziomie grubo ponad 15 tys. jednostek nigdy dotąd nie został osiągnięty w skali jednego miesiąca. Wg portalu RynekPierwotny.pl oznacza to wyraźne wzmocnienie tendencji utrzymywania wyników rozpoczynanych budów na bardzo wysokich poziomach, oscylujących wokół historycznych rekordów. W efekcie od początku roku ruszyła budowa aż 117,5 tys. mieszkań deweloperskich, co w praktyce już dziś przesądza o najlepszym rocznym wyniku nowych inwestycji deweloperskich. Tego typu sytuacja zdecydowanie pozytywnie rokuje przyszłym statystykom podaży nowych lokali na sprzedaż, które są jednym z głównych czynników  kształtowania ich stawek cenowych.

Tym samym widać wyraźnie, że koniunktura inwestycyjna na pierwotnym rynku mieszkaniowym ma się wciąż nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz coraz lepiej.  Deweloperzy utrzymują produkcję mieszkań na bardzo wysokich poziomach, całkowicie ignorując ewentualność nadejścia cyklicznego spowolnienia. To bardzo ciekawa okoliczność z punktu widzenia perspektyw rozwoju koniunktury w średniej i dłuższej perspektywie.

Sytuację tę potwierdzają ogólne wyniki w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego. Od początku roku uruchomiono już w sumie 202,5 tys. budów nowych lokali mieszkalnych, czyli o 4,4 proc. więcej licząc rok do roku. Na razie nic też nie zapowiada, aby ta wciąż wyraźna tendencja wzrostowa miała ulec odwróceniu, choć wydaje się niemal pewne, że prędzej czy później musi to nastąpić.

Statystyki mieszkań oddanych wciąż zgodnie z trendem

Z kolei od dłuższego czasu najbardziej przewidywalnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddanych do użytkowania. W tym przypadku tendencja wzrostowa coraz wyraźniej  przechodzi w stabilizację na wysokim poziomie. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl deweloperzy oddali od początku roku blisko 103 tys. lokali, co oznacza prawie 15-procentowy progres rok do roku. Ogółem w okresie styczeń – październik br. oddano bez mała 165 tys. mieszkań, czyli o 11 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku.

W sumie GUS-owskie statystyki sygnalizujące efekty budownictwa mieszkaniowego nie tylko utrzymują się na historycznie wysokich poziomach, ale wręcz wciąż potrafią zdecydowanie pozytywnie zaskoczyć. Nie jest to na dziś dzień sytuacja w pełni korespondująca ze stanem szeroko pojętej koniunktury gospodarczej w kraju, która zdaje się zdradzać coraz wyraźniejsze symptomy zadyszki. Jednym z ostatnich jest październikowe spektakularne tąpniecie produkcji budowlano-montażowej w Polsce o 4 proc. rok do roku, co należy uznać za wiarygodny sygnał bliskiego i raczej dość ostrego hamowania gospodarki. Pytanie, jak długo jeszcze w tego rodzaju środowisku gospodarczym będzie w stanie trwać inwestycyjna prosperity na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Okazja czyni złodzieja – 57% więcej cyberataków w Black Friday i Cyber Monday

Black Friday, który w tym roku wypada 29 listopada, rozpoczyna na dobre gorączkę świątecznych zakupów. Jest to nie tylko czas cenowych okazji, ale też okres, w którym dochodzi do wielu internetowych oszustw. W okresie przedświątecznym przeprowadzanych jest ponad 57% cyberataków więcej – tak wynika z raportu Carbon Black. – Te dane są porażające i pokazują, że wiele osób nie zna podstawowych zasad bezpiecznych zakupów online i lekkomyślnie porusza się po sieci – mówi Paweł Sarol z Xopero Software.

Chociaż Black Friday rusza w piątek 29 listopada, to wiele sklepów i sieci już wprowadza wyprzedażową ofertę pod nazwą Black Week. Do niego wlicza się również poniedziałek, 2 grudnia, który nazwany Cyber Monday jest wielkim “świętem” zakupów online. Okazje te cieszą się coraz większą popularnością. Według raportu Adobe Analytics, w 2018 roku w Czarny Piątek przeprowadzono aż 23,6% transakcji online więcej niż rok wcześniej. Eksperci przewidują, że w tym roku pobity może zostać kolejny rekord.

Okazja…czyni złodzieja

Gorący czas zakupów online to nie tylko superokazje dla kupujących, ale też dla przestępców. Według danych SonicWall, w Cyber Monday ataków jest średnio 4 razy więcej niż w pozostałe dni roku, w Czarny Piątek natomiast ich ilość wzrasta o 27%. Łączna liczba zagrożeń w tych dniach sięga aż 110 milionów (!). Wyjątkowo aktywny jest ransomware – w Cyber Monday dochodzi do 127% więcej ataków szyfrujących niż w inne dni.

Nie daj się złowić. To phishing, a nie mail

Jednym z najczęściej stosowanych wektorów ataków ransomware już od wielu lat pozostaje phishing, a więc wykorzystanie wiadomości e-mail / SMS zawierających spreparowane linki lub załączniki w celu instalacji złośliwego oprogramowania. I choć może wydawać się, że tego typu maile nas nie dotyczą bo są łatwe w wykryciu, nic bardziej mylnego. Przestępcy korzystają z szerokiego wachlarza zdolności socjotechnicznych, aby ich komunikaty nie wzbudzały podejrzeń.

Takie wiadomości ochoczo wysyłają w Black Week, który jest świetną okazją do przesłania kuponu rabatowego lub darmowego prezentu. Przecież wszyscy lubimy dostawać coś za darmo, prawda? Choć może nie zawsze mamy tu na myśli ransomware.

Maile o tytułach: “Zweryfikuj swoje konto i zdobądź kod rabatowy”, “Zarejestruj się, a otrzymasz zniżkę na pierwsze zakupy”, “Rabat przygotowany z myślą o Tobie” aż zachęcają do otworzenia i kliknięcia w link, dokument lub wypełnienie formularza. O czym niestety wiedzą też przestępcy.

Temat phishingu wraca co jakiś czas jak bumerang – zwłaszcza w takie dni jak Black Friday czy Cyber Monday, w których obietnica rabatów i ich powszechność sprawia, że stajemy się mniej ostrożni. Jak nie dać się złowić?

– Przede wszystkim w gorączce zakupów należy zachować zdrowy rozsądek. Zwracajmy uwagę na maile, które otwieramy – przyjrzyjmy się adresowi nadawcy, sprawdźmy czy nie ma w nim literówek lub znaków specjalnych. Nie otwierajmy wiadomości od sklepów, w których nigdy się nie rejestrowaliśmy, a z promocji korzystajmy raczej na zaufanych witrynach wpisując w koszyku ogólnodostępne bony rabatowe – mówi Paweł Sarol, Cloud Business Development Manager w Xopero Software – pamiętajmy też o tworzeniu kopii zapasowych, które pomogą nam odzyskać dane po ataku ransomware, wyjątkowo aktywnym w takie dni jak Black Friday czy Cyber Monday.

5 zasad bezpiecznych zakupów w Black Week

Po pierwsze: zabrzmi to banalnie, ale nie daj się złapać na za bardzo atrakcyjne okazje. Nie łudź się, że są takie dni w roku, kiedy możesz kupić coś praktycznie za darmo. Pod taką “świetną ofertą” może kryć się złośliwy link czyhający na Twoje dane uwierzytelniające lub pieniądze. Zawsze sprawdzaj sklepy, w których kupujesz – weryfikuj dane sprzedającego i sprawdzaj opinie w wielu źródłach.

Po drugie: nie kupuj online korzystając z publicznej sieci, jeśli nie chcesz, by Twoje zakupy zakończyły się wyczyszczeniem konta. Korzystaj wyłącznie z prywatnej i zaufanej sieci.

Po trzecie: zwiększ bezpieczeństwo korzystania z płatności mobilnych. Zawsze korzystaj z dwuskładnikowego uwierzytelniania. Zadbaj o to, aby Twój kod z banku przychodził w co najmniej dwa różne miejsca – e-mail, SMS czy na aplikację.

Po czwarte: nie instaluj pochopnie aplikacji e-commerce i nie podawaj zbyt wielu danych. Przed pobraniem zastanów się, czy na pewno potrzebujesz kolejnego programu na swoim telefonie? Czy nie wystarczy zakup na stronie internetowej? Bądź szczególnie czujny, gdy aplikacja wymaga od Ciebie podania numeru karty kredytowej i innych wrażliwych danych.

Po piąte: podejrzane? Nie klikaj! Cyberprzestępcy mogą wysyłać podejrzane linki w wiadomościach od znajomych – przez maila lub messengera. Jeżeli od dawna nie masz kontaktu z nadawcą wiadomości lub link nie zawiera żadnego “specyficznego” dla danej osoby komentarza, nie klikaj. Tym bardziej nie reaguj na wiadomości z nagłą prośbą o przelew czy kod BLIK. Podejrzane wiadomości to często te, w których… pojawiają się błędy ortograficzne, wyglądają na chaotyczne lub przeciwnie – bardzo oficjalne. Jeżeli otrzymasz taki link od znajomego – upewnij się, że to on jest autorem wiadomości.

I przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Nawet, gdy łapie nas gorączka…przedświątecznych zakupów.

Badanie EY – Jak Polacy kupują nowe samochody

Dla 80% Polaków salon samochodowy jest głównym miejscem zakupu nowego pojazdu, natomiast już 31% konsumentów rozważa zakup nowego auta w sieci. Jedna czwarta ankietowanych wskazuje na długi czas oczekiwania na zamówiony samochód, jako czynnik niezadowolenia z procesu zakupowego. Jedynie 0,4% respondentów planuje przy najbliższej okazji kupić model elektryczny, za to 11% skusi się na „hybrydę”. To podstawowe wnioski płynące z badania Automotive Survey zrealizowanego w 2019 r.

Tradycyjny salon samochodowy niezmiennie pozostaje preferowanym miejscem do zakupu nowego auta dla 80% respondentów. 11% klientów zamierza kupić samochód w tzw. centrum doświadczeń, czyli przestrzeni stanowiącej połączenie nowoczesnego, naszpikowanego technologią salonu z kawiarnią/ miejscem wydarzeń. 6% kierowców planuje nabyć pojazd w internecie, a tylko 3% w centrum handlowym.

Według badania EY klient odwiedza salon średnio 1,7 raza zanim zdecyduje się na zakup. Dość mała liczba wizyt w salonie wynika z uprzedniego przygotowania się klienta do zakupu. Klienci przychodzą do salonu po konkretny model, którego parametry, testy poznali wcześniej, z innych źródeł. Salon samochodowy jest miejscem służącym do obejrzenia samochodu, odbycia jazdy testowej i na końcu procesu zakupowego do negocjacji ceny.

EY zbadał, jakie czynniki powodują niezadowolenie klienta z procesu zakupu u dealera. Otóż zdaniem ankietowanych, czynnikiem który ma największy wpływ na brak zadowolenia z zakupu jest długi czas oczekiwania na odbiór zamówionego pojazdu. Na ten fakt wskazało 25% respondentów. 23% badanych było niezadowolonych z jazdy testowej, a 19% z interakcji z pracownikami salonu. Proces odbioru samochodu nie spełnił oczekiwań 16% ankietowanych.

Badanie EY Automotive Survey 2019 pokazało, że dla polskiego klienta czas odbioru nowego auta jest kluczowym czynnikiem wpływającym na satysfakcję z zakupu. 30% respondentów preferuje szybszą dostawę zamówionego egzemplarza, niż możliwość indywidualnej konfiguracji. Tylko 14% ankietowanych wskazało, że woli poczekać na spersonalizowany samochód.

Salon samochodowy jest wciąż głównym miejscem zakupu nowego samochodu. W związku z tym jakość obsługi w salonie jest kluczowym czynnikiem wpływającym na powodzenie transakcji. Satysfakcja klienta z procesu sprzedażowego będzie szczególnie istotna w okresie prognozowanego spadku sprzedaży nowych pojazdów. Wysokie kompetencje w zakresie uszczelniania lejka sprzedaży są niezwykle cenne w okresie spowolnienia, gdy ruch w salonie istotnie się zmniejsza i trzeba walczyć o każdego klienta – powiedział Michał Lesiuk, Partner EY, Lider Działu Doradztwa dla Branży Motoryzacyjnej.

Mimo, że tylko 6% respondentów kupuje nowy samochód przez internet, to zakup poprzez ten kanał sprzedaży rozważa już 31% badanych przez EY. Polacy najchętniej kupowaliby samochód bezpośrednio przez stronę internetową importera – 32% wskazań, z drugiej strony 31% respondentów zadeklarowało, że konkretny kanał sprzedaży w sieci nie ma dla nich żadnego znaczenia.

Nie jest zaskoczeniem, że aż dla 40% badanych brak możliwości obejrzenia samochodu przed zamówieniem stanowił największą barierę przed zakupem pojazdu w świecie cyfrowym. Niemożność odbycia jazdy testowej za barierę uznało 27% ankietowanych przez EY, 13% poskarżyło się na brak możliwości negocjacji ceny. Co ciekawe, dla 5% zakup samochodu przez internet skutkuje utratą wrażeń z wizyty u dealera.

Zakup samochodu przez internet wiąże się także z kwestią jego dostawy. Badanie EY Automotive Survey 2019 wskazuje, że nauczeni doświadczeniami z e-commerce konsumenci oczekują darmowej dostawy swojego samochodu do domu. 46% ankietowanych deklaruje chęć skorzystania z takiej opcji, podczas gdy 44% respondentów oczekuje darmowej dostawy do dealera.

Do nie dawna zakup mebli, czy ubrań przez internet był dla konsumentów czymś niewyobrażalnym, dziś nie jest już niczym niezwykłym. Jak pokazało badanie EY o preferencjach zakupowych Polaków, już 57% konsumentów robi zakupy w sieci. Nie ma powodu, dla którego trend ten miałby ominąć branżę motoryzacyjną, tym bardziej, że przyniesie on konkretne korzyści w postaci obniżenia kosztów sprzedaży i pozwoli importerowi zatrzymać część marży. By konsumenci chętniej kupowali samochody w sieci, importerzy muszą ograniczyć główne bariery, na które skarżą się klienci. Tutaj z pomocą przychodzi nowoczesna technologia i np. brak możliwości zobaczenia auta w rzeczywistości czy osobistego

kontaktu z dealerem można wynagrodzić poprzez inwestycje w rozbudowane konfiguratory pokazujące realnie auto w różnych warunkach czy wideo rozmowy z konsultantem lub nawet botem, który odpowie na wszelkie pytania podczas konfigurowania samochodu – tłumaczy Michał Lesiuk, Partner EY.

Badanie EY Automotive Survey 2019 objęło również tematykę samochodów z napędem elektrycznym. Na chwilę obecną zaledwie 0,4% respondentów podczas zakupu kolejnego samochodu wybierze pojazd elektryczny. Najpopularniejszym napędem jest benzyna – 32% odpowiedzi, następnie CNG/LNG 18%, silniki diesla wybierze 18% ankietowanych, a „hybrydę” 11%.

Przed zakupem samochodu elektrycznego kierowców odstrasza wysoka cena zakupu – 36% odpowiedzi, niska dostępność stacji ładowania – 26% wskazań, ograniczony zasięg był przeszkodą dla 24% ankietowanych. Na inne czynniki odstraszające polskich kierowców przed zakupem auta elektrycznego takich jak bezpieczeństwo, długość ładowania wskazało 14% respondentów.

Z drugiej strony respondenci wskazali też czynniki zwiększające zainteresowanie napędem elektrycznym. Są to przede wszystkim niższe koszty operacyjne – 38% wskazań, niska emisja spalin i hałasu – 28% odpowiedzi. Dla 10% ankietowanych istotne są zachęty rządowe oraz zwiększony prestiż wynikający z posiadania „elektryka”.

– Analizy EY wskazują, że do 2030 blisko połowa sprzedawanych samochodów w Europie będzie wyposażona w silnik elektryczny. Aby zainteresowanie tego typu samochodami rosło w Polsce potrzeba dwutorowych działań. W kontekście klientów niezbędna jest odpowiednia komunikacja dotycząca zalet korzystania z technologii oraz przezwyciężenie barier w rozwoju aut elektrycznych. Wysoka cena zakupu będzie systematycznie zanikać, gdy wraz z popularyzacją technologii spadną ceny. Z perspektywy władz niezbędne jest wspólne działanie branży na rzecz wprowadzania ułatwień dla budowy infrastruktury umożliwiającej pokrycie głównych szlaków komunikacyjnych gęstą siecią szybkich ładowarek, gotową do obsługi zwiększającego się popytu na usługi ładowania – wyjaśnia Adam Malarski, Starszy Menedżer EY z Działu Doradztwa dla Branży Motoryzacyjnej.

Pełny raport dostępny jest tutaj: https://www.ey.com/pl/pl/industries/automotive/ey-raport-spowolnienie-w-branzy-motoryzacyjnej

Dobre dane z Polski. Niemieckie dane zgodne. Kryptowaluty w dół

Sprzedaż detaliczna w Polsce to wskaźnik, który wyraźnie zyskuje na polityce gospodarczej rządu. Pytanie jak długo będziemy w stanie ją tak pompować. 

Sprzedaż detaliczna wciąż dobra

Dzisiaj rano poznaliśmy dane GUS na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Rośnie ona w ujęciu rocznym o 5,4%, to o 0,3% więcej od oczekiwań. Głównym motorem napędowym są transfery socjalne, które powodują, że pieniądze trafiają do grup z niską skłonnością do oszczędzania. Warto natomiast zwrócić uwagę, że dzięki temu szybciej rotują one w gospodarce i część z nich wraca szybko do budżetu. Problemem jest jak wskaźnik zachowa się za kilka lat, kiedy transfery już dawno zostaną zużyte, a inwestycje nie dają nadziei na długotrwałe podtrzymanie tej dobrej passy.

Niemieckie dane zgodne

Indeks Instytutu IFO wyniósł 95 punktów. Był to rezultat dokładnie zgodny z oczekiwaniami analityków, o symboliczne 0,3 punktu lepszy niż miesiąc wcześniej. Wyniki poniżej 100 punktów sugerują recesję, co teoretycznie nie powinno cieszyć. Teoretycznie, gdyż dane z Niemiec powoli odbijają się od dna. Z drugiej strony dane makroekonomiczne odnoszą się do poprzednich okresów. Odczyty z Niemiec już tak długo dołowały, że w końcu pojawił się efekt niskiej bazy i zaczynają się poprawiać.

Kryptowaluty znów w dół

Po niespodziewanym odbiciu kryptowalut w górę sprzed miesiąca nie ma już śladu. Warto przypomnieć, że październikowy wzrost zbiegł się w czasie z wypowiedzią prezydenta Chin na temat innowacji technologicznych. Ostatnie dni są równią pochyłą dla najpopularniejszej kryptowaluty świata. Spadła ona w ciągu trzech dni roboczych z okolic 8100 USD w czwartek do 6600 USD. Są to zmiany niemal niespotykane na innych  rynkach. Analitycy wskazują, że powodem spadków mogą znów być Chiny. Pojawił się komunikat o oszustwach przy ICO i nielegalnych giełdach. Jak to często ma się w takiej sytuacji, problemy przeniosły się szerzej na rynek.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

TFI BDM SA przejmuje pakiet 18 funduszy inwestycyjnych po Saturn TFI

20 listopada br. towarzystwo funduszy inwestycyjnych, TFI BDM, przejęło pakiet wybranych 18 funduszy po Saturn TFI. W ramach pakietu znajdują się fundusze zamknięte FIZ, w tym 10 funduszy sekurytyzacyjnych (NS FIZ). Wartość przejętego pakietu tzw. wartość aktywów netto przejętych funduszy to ok. 900 mln zł. Po przejęciu, TFI posiada już portfel ok. 30 funduszy w zarządzaniu oraz aktywa przekraczające 1 mld zł. W planach na najbliższe kwartały jest dalszy rozwój portfela.

TFI BDM jest aktywnym graczem na rynku funduszy inwestycyjnych. Ostatnie przejęcie pakietu 18 funduszy powiększa dziewięciokrotnie nasz portfel aktywów w zarządzaniu. W planach mamy dalszy rozwój na rynku i budowanie portfela produktów, mówi Marcin Skrobek Prezes TFI BDM SA.

TFI BDM przejmuje portfel funduszy zamkniętych

TFI BDM SA, towarzystwo funduszy inwestycyjnych, wyspecjalizowane w zarządzaniu zamkniętymi funduszami inwestycyjnymi, przejęło portfel 18 funduszy po Saturn TFI, w tym 10 funduszy sekurytyzacyjnych. W wyniku transakcji BDM ma obecnie w portfelu już 28 funduszy. Przejęty portfel to m.in. fundusze, których jedynym uczestnikiem jest spółka GetBack w restrukturyzacji. Zadaniem towarzystwa jest m.in. przywrócenie sprawozdawczości oraz nadzór i kontrola nad procesem zarządzania przejętymi funduszami.

Towarzystwo specjalizuje się w zarządzaniu zamkniętymi funduszami inwestycyjnymi i ma doświadczenie w zarządzaniu funduszami sekurytyzacyjnymi. BDM szeroko wykorzystuje konstrukcje FIZ, FIZ AN oraz NS FIZ. Wieloletnia współpraca z renomowanymi zewnętrznymi kancelariami prawnymi i podatkowymi oraz firmami specjalizującymi się w audycie i wycenie aktywów, pozwala na profesjonalne i długofalowe konstruowanie oraz zarządzanie strukturami inwestycyjnymi.

TFI BDM na zakupach, w planach kolejne przejęcia

W ostatnim roku BDM znacząco zwiększył skalę działania i rozbudował zespół zarządzający. Wartość aktywów w zarządzaniu TFI BDM w styczniu 2019 roku wynosiła ok. 100 mln zł. W skład portfela wchodziło 10 funduszy. Wraz z przejęciem portfela Saturna, towarzystwo powiększyło aktywa o kolejne 18 funduszy, tj. ok. 900 mln zł, co daje obecnie portfel o wartości ok. 1 mld zł.

W ostatnim kwartale, szeregi towarzystwa zasiliły kolejne osoby. W listopadzie br. towarzystwo otworzyło biuro w Warszawie.

Rynek funduszy inwestycyjnych oferuje dziś nowe możliwości rozwoju, szczególnie dla wiarygodnych podmiotów z dobrą oceną nadzorczą. W ramach rozwoju, planujemy dalsze budowanie portfela w oparciu o ciekawe aktywa i produkty dostępne na rynku. Będziemy koncentrowali się na funduszach sekurytyzacyjnych i funduszach pożyczkowych, podkreśla Marcin Skrobek Prezes TFI BDM SA.

Coface: Firmy nie wytrzymają presji zbyt szybkiego wzrostu płacy minimalnej

Płaca minimalna brutto ma wzrosnąć w 2020 r. do 2 600 zł brutto. Wzrost ma być większy niż wcześniej zapowiadano. Średnie wynagrodzenia też będą rosły szybciej, ale wiele firm tego nie przeżyje.

– Wzrost minimalnego wynagrodzenia będzie podtrzymywał dynamikę wynagrodzeń – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Ta dynamika będzie wysoka, choć firmy powinny przygotowywać się na spowolnienie gospodarcze.

Płaca minimalna w 2020 r. ma stanowić 49,7 proc. prognozowanego średniego wynagrodzenia. Jeszcze niedawno rząd chciał zwiększyć najniższą płacę do 2 450 zł, czyli o 200 zł. Obietnice zostały podwyższone o kolejne 150 zł.

– Ten wzrost płacy minimalnej będzie czynnikiem negatywnym dla przedsiębiorstw ponieważ wywoła presję na ogólny wzrost wynagrodzeń, a tego nie wytrzyma wiele mniejszych firm i będą musiały ogłosić bankructwo – ocenia ekspert Coface.

Firmy muszą być bardziej ekologiczne – tego oczekują klienci

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emocjami. Coraz częściej ma świadomość, że płacenie jest niczym głosowanie. Decydując się na dany produkt, może poprzeć firmę ekologiczną i odpowiedzialną społecznie lub przeciwnie – przyczynić się do niszczenia środowiska. Na szczęście firmy coraz częściej zaczynają brać ten aspekt pod uwagę.

Byłoby wspaniale, gdyby wszystkie przedsiębiorstwa z zaangażowaniem dbały o naszą planetę, a najlepiej robiły to, kierując się jedynie szlachetnymi pobudkami. W praktyce jest trochę inaczej – owszem, świadomość zagrożeń związanych z degradacją środowiska rośnie i zapewne coraz wrażliwsze stają się także osoby decyzyjne w przedsiębiorstwach. Jednak w biznesie wciąż bardziej liczą się zyski. Dlatego pro-ekologiczne argumenty, które mogą  w największym stopniu wpłynąć na realne działania przedsiębiorstw, to te, które odwołują się do możliwych oszczędności lub do wyborów klientów.

Ekologia się opłaca!

Dobra wiadomość jest taka, że również te ostatnie kwestie sprzyjają ekologii. Działając oszczędniej, zazwyczaj w większym stopniu chronimy środowisko – ekologia po prostu się opłaca! Z kolei rosnąca świadomość ekologiczna konsumentów powoduje, że firmy, które już dziś nie staną się bardziej odpowiedzialne, w niedługim czasie zaczną być pomijane przez klientów. Coraz więcej osób zwraca bowiem uwagę na to, aby swoimi wyborami (również zakupowymi) nie przyczyniać się do degradacji środowiska.

Dla firm bardziej zrównoważone podejście oznacza nowe wyzwania. Powinny one bowiem uwzględnić konieczność włączenia do swoich strategii oraz codziennych działań: edukacji ekologicznej (zarówno pracowników, jak i klientów), przestrzegania zasad zero waste (czyli wytwarzać jak najmniej odpadów), czy też unikania stosowania produktów, które byłyby używane jednorazowo.

Nie muszą być to jednak działania bezinteresowne – wartość firmy, która wykazuje zaangażowanie społeczne, może dzięki temu wyraźnie wzrosnąć. Po pierwsze, z powodów wizerunkowych. Po drugie dlatego, że mając do wyboru dwa podobne produkty, świadomy klient wybierze ten bardziej eko. A po trzecie – rośnie grupa klientów deklarujących, że za produkt ekologiczny są w stanie zapłacić więcej.

Zrównoważone działania w logistyce

Zrównoważone podejście do ochrony środowiska powinno objąć wszystkie aspekty funkcjonowania przedsiębiorstwa. Dotyczy to nie tylko samego produktu i opakowania, ale również kwestii, o których często się zapomina, takich jak chociażby ekspozytory produktów w sklepach (nazywane także materiałami POS lub POSM).

Na ekologię (oraz koszty) wpływ może mieć niemal wszystko – od etapu projektu, przez produkcję, magazynowanie, czy transport. Dwa identycznie wyglądające stojaki, na których eksponuje się produkty w sklepie podczas promocji, mogą mieć zupełnie inną budowę. Ekspozytor „tradycyjny” zostanie zazwyczaj wyprodukowany z tworzywa sztucznego. Ten bardziej ekologiczny będzie natomiast zbudowany ze sklejki lub tektury, bez użycia folii, a do tego może być zaprojektowany w taki sposób, aby po wymianie tylko kilku elementów można było wykorzystać go ponownie, w ramach zupełnie innej akcji. Na oszczędności wpływ może mieć także to, czy dany ekspozytor jest składany – jeśli tak, zajmie mniej miejsca podczas magazynowania oraz transportu.

Jak jednak sprawdzić, czy materiały POS danej firmy będą odpowiednio zoptymalizowane pod kątem ekologii? Niedługo w Polsce pojawi się rozwiązanie, które to umożliwi.

– Już wkrótce udostępnimy naszym klientom Ekokalkulator – aplikację, która pozwala przeanalizować konkretne ekspozytory produktów i podobne nośniki reklamy pod kątem ich wpływu na środowisku naturalne – mówi Urszula Rąbkowska z firmy XBS Group, wyspecjalizowanej w logistyce materiałów POS. – Aplikacja może być pomocna już w fazie projektowania i planowania. Poza tym firmy, które dbają o środowisko poprzez odpowiedzialne zarządzanie ekspozytorami produktów w sieci sprzedaży, mogą starać się o certyfikat „ekoPOSytywni”. Wydajemy go tylko tym producentom, których nośniki reklamowe spełnią surowe warunki – podkreśla.

Biznes coraz bardziej zaangażowany

Warto wspomnieć, że działania przedsiębiorstw na rzecz równowagi ekologicznej są coraz bardziej doceniane przez sam biznes. Świadczy o tym chociażby zorganizowana w tym roku po raz pierwszy konferencja Sustainability Confex 2019. Celem tego spotkania było zainspirowanie przedstawicieli szeroko rozumianej branży FMCG (produktów szybkozbywalnych) do wykorzystywania zrównoważonego rozwoju w dziale  produkcji, opakowań i logistyki. Właśnie podczas tej konferencji nagrodzone zostały firmy, które w największym stopniu koncentrują się w swoich działaniach na łączeniu biznesu z ekologią. Wśród nagrodzonych znalazła się także firma XBS Group, która otrzymała nagrodę Sustainability Solution Provider Award w kategorii Transformacja Łańcucha Dostaw.

– Materiały reklamowe odgrywają ważną rolę we wsparciu sprzedaży, ale stanowią też obciążenie dla środowiska, dlatego naszym celem jest ich eko-optymalizacja w całym łańcuchu dostaw – mówi Urszula Rąbkowska. – W związku z tym zainicjowaliśmy akcję „ekoPOSytywni”. Celem projektu jest promocja zrównoważonego i odpowiedzialnego zarządzania materiałami reklamowymi. Podjęliśmy wiele działań, m.in. rozpoczęliśmy debatę dotyczącą optymalizacji w obszarze POS, a w przyszłym roku planujemy konkurs dla studentów – dodaje.

Im więcej firm, instytucji, ale też osób indywidualnych zaangażuje się w pozytywne zmiany na rzecz ekologii, tym lepiej dla wszystkich. Przedsiębiorstwa, która zaczną na każdym etapie redukować swój ślad węglowy, dzięki odpowiedzialnym działaniom udowodnią, że są warte zaufania, jakim obdarzają je klienci. Wzmocni to ich wizerunek i zapewne podniesie ich wartość, ale co najważniejsze – pozytywnie wpłynie na stan naszej planety.

Bardzo prawdopodobne, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może ocalić Ziemię. A skoro tak – nie możemy ignorować odpowiedzialności, jaka stoi przed nami wszystkimi. Ta odpowiedzialność dotyczy nie tylko każdego mieszkańca planety z osobna, ale także przedsiębiorstw, a w największym stopniu tych, które działają na dużą skalę. W przypadku dużej firmy każdy najmniejszy proces jest powielany miliony razy, a więc ma też potężny wpływ na środowisko.

Auxilia S.A. poprawia wyniki finansowe

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, osiągnęła ponad 683 tys. zł zysku netto w 3 kw. 2019 r. na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 2,78 mln zł. Spółka realizuje przyjęty plan rozwoju, poprawia wyniki finansowe oraz zwiększa poziom zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych.

Spółka zanotowała w 3 kw. 2019 r. na poziomie skonsolidowanym 683 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 2.786 tys. zł. W analogicznym okresie 2018 r. skonsolidowany zysk netto Auxilia S.A. wynosił 22 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie prawie 2.087 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach 2019 r. zysk netto Grupy kształtuje się na poziomie 3.301 tys. zł wobec 707 tys. zł rok wcześniej, a przychody netto ze sprzedaży uległy zwiększeniu z 7.657 tys. zł z 10.274 tys. zł. Tak mocny wzrost zarówno zysku netto, jak i przychodów, jest rezultatem prowadzenia optymalizacji kosztowej oraz transakcji zbycia wierzytelności przeprowadzonych z PHI Wierzytelności S.A. Zarząd Auxilia S.A. bardzo pozytywnie ocenia tegoroczne wyniki finansowe.

„Osiągnięte wyniki finansowe należy uznać za wysoce satysfakcjonujące. Potrafimy skutecznie skalować działania sprzedażowe, co owocuje wzrostem poziomu kontraktacji roszczeń odszkodowawczych. Realizujemy również działania mające na celu redukcję kosztów działalności, dzięki czemu poprawiamy naszą rentowność. Nadchodzące kwartały zapowiadają się również bardzo dobrze.” – wyjaśnia Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

Spółka nadal kontynuuje nawiązaną współpracę z PHI Wierzytelności S.A. opartą na ramowej umowie o współpracy w ramach quasi-sekurytyzacyjnego modelu monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu, co służy skróceniu cyklu konwersji gotówki w sprawach, w których nie występuje element wypłaty odszkodowania na etapie polubownym. Auxilia S.A. przeprowadziła w 3 kw. 2019 r. kolejne transakcje zbycia wierzytelności poprzez cesję wierzytelności odszkodowawczych o łącznej szacunkowej wartości wynoszącej ok. 1,44 mln zł.

Emitent opublikował również wstępne informacje o wielkości zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych za październik 2019 r. Zgodnie z nimi wstępnie szacowane zakontraktowane roszczenia z pozyskanych spraw odszkodowawczych w październiku 2019 r. wyniosły 14.349.600 zł, co stanowi wzrost o 83,4% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2018 r. Z kolei wstępnie szacowana przez Spółkę wartość planowanych przychodów z zakontraktowanych spraw odszkodowawczych w październiku 2019 r. była wyższa o ponad 112% względem analogicznego wskaźnika planowanego przychodu w październiku 2018 r. Zarząd Auxilia S.A. uważa, że opublikowane szacunki pozwalają z dużym optymizmem przewidywać przyszłe wyniki finansowe Spółki.

„Publikowane przez nas szacunki wielkości miesięcznych zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych oraz planowanych przychodów z zakontraktowanych spraw odszkodowawczych wskazują dalszy, dynamiczny wzrost skali prowadzonego biznesu. Mamy ambitne cele i skutecznie je realizujemy poprzez działania w wielu obszarach funkcjonowania. Naszym nadrzędnym celem jest oczywiście budowanie wartości dla Akcjonariuszy.” – dodaje Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

W październiku br. analitycy East Value Research rozpoczęli wydawanie rekomendacji dla Auxilia S.A. od zalecenia „kupuj” i wyznaczenia 12-miesięcznej ceny docelowej na poziomie 6,20 zł. W listopadzie analitycy East Value Research podnieśli cenę docelową akcji Spółki do 7,20 zł i podtrzymali rekomendację na poziomie „kupuj”.

Auxilia S.A. zakończyła 2018 rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 1,33 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły w minionym roku blisko 11 mln zł. W pierwszym kwartale tego roku Spółka zaktualizowała strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie się ona koncentrowała na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

Zarząd Spółki przyjął również politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Spółkę wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy.

Etiopia – „ziemia obiecana” polskiego rynku pracy?

Są dumni, zdeterminowani i gotowi by podjąć pracę na drugim końcu świata. Etiopczycy – wokół tej narodowości przez lata narosło w Europie wiele mitów, które skutecznie zniechęcają polskich pracodawców do podjęcia współpracy biznesowej. Kraj trzeciego świata czy prężnie rozwijająca się gospodarka afrykańskiego kontynentu? O potencjale współpracy biznesowej z odległą Etiopią opowiada Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

Polacy aktywni zawodowo deklarują, że są gotowi by współpracować z obcokrajowcami. Takie zdanie wyraziło 64 proc. ankietowanych w badaniu zrealizowanym przez Grupę Progres we wrześniu tego roku (Raport 360°). Jednak tu zaczynają się schody. Współpraca z Ukraińcami czy Białorusinami jest standardem i absolutnie akceptowaną normą społeczną. Wschodni sąsiedzi są nam bliscy zarówno pod względem odległości, w jakiej położone są nasze kraje, jak i  pod względem kulturowym. Pracodawcy chętnie zatem przyjmują do zespołu osoby zza wschodniej granicy. Czy jesteśmy jednak gotowi na to by pójść o kilka kroków naprzód i zatrudnić pracowników pochodzących z egzotycznego dla nas kontynentu? Trudno na tę chwilę udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Niewątpliwie polski rynek pracy przechodzi kryzys, brakuje pracowników mających konkretne kwalifikacje oraz kompetencje i już teraz braki kadrowe są mocno odczuwalne przez polskich pracodawców. Musimy zatem szukać nowych rozwiązań i kierunków by zniwelować w najbliższych latach skutki demograficznej luki w naszym kraju. I tu na horyzoncie pojawia się właśnie Etiopia.

Wschodnia Afryka, milion kilometrów kwadratowych powierzchni i ponad 100 milionów mieszkańców, z czego 65 proc. stanowią osoby do 25 roku życia w wieku produkcyjnym. W Etiopii panuje ustrój demokratyczny, a ponad 60 proc. obywateli to Chrześcijanie. Czy właśnie znaleźliśmy „ziemię obiecaną”, z której możemy pozyskiwać na polski rynek pracowników tymczasowych? Tego jeszcze nie wiemy, jednak Etiopia to z pewnością ogromny potencjał zasobów ludzkich, które są na rynku pracy. Etiopia to też jeden z trzech najszybciej rozwijających się krajów na świecie. Najnowszy raport Global Economic Prospects Banku Światowego wskazuje, że tempo wzrostu PKB Etiopii za 2016 r. wyniosło 8,4 proc., w 2017 r. – 8,9 proc. Nie sposób przejść wobec tych liczb obojętnie.

Najważniejsze to otwarty umysł i motywacja

W 2019 roku wydano 34 pozytywne decyzje na pobyt czasowy obywateli Etiopii w Polsce, podobnie pod tym względem wyglądał rok 2018 (32 pozytywne decyzje na pobyt tymczasowy). Mimo znikomej liczby Etiopczyków, którzy otrzymali pozwolenie tymczasowego pobytu w naszym kraju, liczba ta z roku na rok rośnie – w  2017 roku na okres tymczasowy przebywało w Polsce jedynie 11 osób z Etiopii (źródło: migracje.gov.pl).

W najbliższym czasie w Polsce pojawi się pierwsza grupa Etiopczyków, którzy  podejmą pracę tymczasową w naszym kraju. Będzie to grupa testowa i tak naprawdę wtedy okaże się w praktyce czy projekt ma szansę na dalszą kontynuację. Na pewno jest ciekawość ze strony polskich pracodawców, a to już pierwszy krok do sukcesu. Nasz pierwszy oficjalny kontakt z Rządem Etiopii miał miejsce w czerwcu tego roku. Przez kilka następnych miesięcy badaliśmy bardzo dokładnie możliwości nawiązania współpracy z tym krajem, pojechaliśmy do Etiopii i byliśmy osobiście zaangażowani w prezentację Polski i naszej oferty. Zaprosiliśmy też delegację etiopskiego Rządu do Gdańska, gdzie niedawno odbyło się kilka niezwykle istotnych spotkań, między innymi z Wiceprezydentem Miasta, czy też Prezydentem Pracodawców Pomorza.

Podjęty przez nas projekt nie będzie jednak należeć do najłatwiejszych, ponieważ już sam proces legalnego zatrudnienia obywatela Etiopii w naszym kraju jest bardzo złożony. Zezwolenie w tym przypadku wydaje Urząd Wojewódzki, a nie jak w przypadku np. pracowników z Ukrainy – Urząd Pracy i tu zaczynają się formalności, których trzeba dopełnić by legalnie zatrudnić osobę z Etiopii.  Wyboista droga stoi też przed potencjalnym pracownikiem – musi on otrzymać wizę, spotkać się z konsulem i podać powody wyjazdu do Polski. Nie bez znaczenia jest też olbrzymia odległość między naszymi krajami, zatem najważniejsza w całym procesie, poza stroną formalną, jest motywacja kandydata z Etiopii do pracy w Polsce. Obiekcje po obu stronach budzi również bariera językowa i potencjalne problemy komunikacyjne, nie każda bowiem firma przygotowuje dla swoich pracowników instrukcje w języku angielskim. Kolejna, chyba najważniejsza kwestia, z którą musimy się zmierzyć to nastawienie polskich pracodawców do tego projektu, wszystko bowiem co nieznane budzi zastrzeżenia i obawy. To zrozumiała reakcja, zatem po naszej stronie leży obowiązek uświadamiania przedsiębiorców, czego mogą oczekiwać i czego mogą się spodziewać po pracownikach z Etiopii. Musimy pamiętać, że podejmujemy temat, który jest dla nas wszystkich nowy ale z tym samym wyzwaniem mierzy się strona etiopska, dlatego motywacja i dobra wola obu stron jest w tym przypadku kluczowa.

Ewolucja rynku pracy

Z moich obserwacji wynika, że pracodawcy, a  także pracownicy mają świadomość ewolucji zachodzącej na rynku pracy. Wiedzą, że organizacja, która nie otwiera się na różnorodny zespół stoi w miejscu, a w konsekwencji może przestać istnieć bo nie poradzi sobie z postępową konkurencją. Tę zależność rozumie coraz więcej firm i instytucji, które w czasach braków kadrowych i starzejącego się społeczeństwa chętnie zatrudniają obcokrajowców. Oczywiście nie jest to łatwy proces i nie trudno tutaj o błędy. Jeśli jednak podejmiemy się realizacji działania zgodnie z określonym planem i przy wsparciu specjalistów, którzy takie procesy już przeprowadzali, szybko zauważymy efekty przekładające się na wzmocnienie pozycji firmy na rynku.

Kupujący i oszuści kochają Black Friday oraz Cyber Monday

  • Sprzedaż podczas międzynarodowych świąt zakupowych rośnie nawet dziesięciokrotnie[1], a co czwarty Polak poluje na okazje już tylko online[2].
  • Równocześnie, liczba oszustw rośnie wówczas nawet o 18 procent[3] – dlatego tym ważniejszy jest wybór sprawdzonej metody płatności.

Popularność Black Friday (Czarnego Piątku) i Cyber Monday (Cyber Poniedziałku) w Europie wciąż rośnie – już 95 proc. badanych Polaków wie o istnieniu takiego dnia. Dla jednej trzeciej konsumentów z Generacji Z (18 – 24 lat) i pokolenia millennialsów (25 – 40 lat) zakupy w tym czasie to już tradycja[4]. Przekłada się to bezpośrednio na wartość koszyka – klienci potrafią w tym czasie wydać w sklepach online nawet o 360 proc. więcej niż w jakikolwiek inny dzień roku[5].

Tym razem Czarny Piątek przypada na 29 listopada, a Cyber Poniedziałek – 2 grudnia. Zakupowe szaleństwo trwa jednak dłużej niż jeden dzień, co widać na przykładzie Black Friday – zwiększone zainteresowanie klientów wyprzedażami zaczyna się już w środę, szczyt osiąga w piątek, by dopiero w sobotę spaść do poziomu z wtorku[6].

Promocja dźwignią handlu

W Polsce w trakcie promocyjnych dni sklepy obniżają ceny towarów średnio o 50 procent[7]. Nic więc dziwnego, że mimo gorącego okresu przedświątecznego, połowa Polaków wstrzymuje się z zakupami czekając na te właśnie wyprzedaże[8] – w zeszłym roku chciało z nich skorzystać aż 73 proc. polskich konsumentów[9].

Również w tym roku Polacy planują intensywne zakupy – średnio po cztery rzeczy na osobę o łącznej wartości 663 zł. Co ciekawe, więcej chcą wydać mężczyźni (przeciętnie 877 zł) niż kobiety (476 zł)[10]. Co czwarty polski konsument na okazje poluje tylko w Internecie, a dwie trzecie zarówno w sieci, jak i sklepach stacjonarnych. W efekcie to kluczowy okres dla handlu online – sprzedaż rośnie wówczas nawet dziesięciokrotnie[11].

 

Podczas wyprzedaży korzystamy przede wszystkim z promocji w sklepach odzieżowych i obuwniczych. Na drugim miejscu znalazły się kosmetyki i perfumy, a na trzecim – sprzęty elektroniczne. Chętnie kupujemy też urządzenia do kuchni i produkty AGD[12]. To podobne kategorie do tych popularnych na co dzień – zauważa Marcin Glogowski, Dyrektor Zarządzający PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej.

Oszuści też kochają listopadowe promocje

Wraz ze wzrostem popularności Black Friday i Cyber Monday, rośnie zagrożenie ze strony cyberprzestępców. Przełom listopada i grudnia to czas, w którym odnotowuje się aż o 18 procent więcej prób oszustw niż w innych okresach roku[13].

Marcin Glogowski, Dyrektor Generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Glogowski, Dyrektor Generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej

– To właśnie w trakcie wyprzedaży czujność jest szczególnie istotna – gdy robimy zakupy w biegu, na gorąco i chcemy jak najszybciej upolować okazje. Dlatego tak ważne jest korzystanie z metody płatności, która zagwarantuje, że gdyby coś poszło nie tak, otrzymamy pomoc – podkreśla Marcin Glogowski z PayPal. – Taką potrzebę widać szczególnie w przypadku zakupów robionych na urządzeniach mobilnych. Według badania PayPal i Ipsos już trzy czwarte konsumentów na całym świecie kupuje mobilnie, ale ponad połowa ma obawy dotyczące bezpieczeństwa takich transakcji.

Według analiz, 1,36 proc. wszystkich transakcji przeprowadzonych podczas Black Friday i 1 proc. transakcji w trakcie Cyber Monday może być próbą oszustwa. Zakładając, że przeciętna wartość jednej przeprocesowanej płatności w tym czasie na świecie wynosi 243 USD (ok. 950 PLN)[14], straty sprzedających i kupujących na całym świecie mogą iść w tysiące dolarów.

[1] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[2] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[3] Help Net Security, Online shopping fraud to surge during Black Friday and Cyber Monday

[4] Interaktywnie.com, Black Friday. Kim są i czego szukają osoby polujące na wyprzedaże?

[5] Clearhouse

6 Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[7] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[8] KPMG, Wyprzedaże i promocje – jak zmieniają się zwyczaje zakupowe Polaków

[9] PayPal x Censuswide, Holiday Survey 2018

[10] Picodi, Black Friday 2019 według Polaków

[11] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[12] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[13] Help Net Security, Online shopping fraud to surge during Black Friday and Cyber Monday

[14] ACI Worldwide

Brak jednolitych regulacji i metod wyceny powstrzymuje kolekcjonerów przed inwestowaniem w dzieła sztuki

W ciągu 10 ostatnich lat wartość majątku osób, które posiadają co najmniej milion dolarów podwoiła się, podczas gdy rynek sztuki wzrósł nominalnie zaledwie o 9 proc. Nie oznacza to, że kolekcjonerzy i zarządzający majątkami nie chcą lokować kapitału w sztukę. Aż 81 proc. kolekcjonerów oczekuje, że zarządcy ich aktywów zaoferują im tę formę lokaty. Tych drugich natomiast powstrzymuje brak możliwości jasnej oceny ryzyka, uniwersalnych regulacji prawnych oraz niska płynność. Zdaniem autorów szóstej edycji raportu firmy doradczej Deloitte i ArtTactic „Art & Finance 2019” globalny rynek sztuki jest niedowartościowany w stosunku do rosnącego poziomu zamożności społeczeństwa.

W pierwszej połowie 2019 r. globalna sprzedaż w największych domach aukcyjnych zmniejszyła się r/r aż o 20 proc. Oznaki spowolnienia były jednak dostrzegalne już w drugiej połowie 2018 r. Spadki wśród liderów rynku są spowodowane widmem Brexitu oraz trwającą wojną handlową między USA a Chinami. Także wskaźnik ryzyka na rynku wzrósł w ostatnim roku o 10 proc.

Duże szanse dla rynku sztuki pokazują statystyki dotyczące rosnącej zamożności na świecie. Majątek osób z grupy HNWI (posiadacze majątku o wartości co najmniej miliona dolarów) urósł w latach 2008-2018 dwukrotnie. Nie przełożyło się to jednak pozytywnie na rynek sztuki, który w analogicznym okresie zwiększył się nominalnie tylko o 9 proc. Mimo to, eksperci dostrzegają potencjał w tej branży, tym bardziej, że ponad 80 proc. kolekcjonerów oczekuje, że zarządcy ich aktywów zaoferują im tę formę lokaty kapitału. To spory wzrost od ostatniego badania w 2017 r. , kiedy deklarowało to 66 proc. zapytanych. Szacuje się, że wartość dzieł sztuki w kolekcjach UHNWI (posiadacze majątku powyżej 30 milionów dolarów) wynosi obecnie 1,74 biliona dolarów, a do 2023 r. ma osiągnąć wycenę 2,13 biliona dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte  pokazuje to, że najbogatsi będą napędzać inwestycje w tym obszarze. Aby jednak wykorzystać okazję, należy rozwiązać bariery prawne zniechęcające inwestorów.

Światowy rynek inwestycji w dzieła sztuki teoretycznie ma się dobrze. Od lat dostrzegamy wzrost liczby transakcji i długoterminowo rosnącą wartość dzieł, lecz widać także, że najbogatsi i ich doradcy zachowują powściągliwość w stosunku do tej klasy aktywów. 58 proc. badanych przez nas tzw. wealth managerów, czyli doradców klientów zamożnych, twierdzi, że główną przeszkodą jest dla nich brak uniwersalnych regulacji prawnych, które zapewnią bezpieczeństwo transakcji między rynkami. Istotne dla inwestorów jest także szacowanie ryzyka inwestycji, co według większości badanych doradców jest bardzo trudne ze względu na brak jasnych standardów – uważa Seweryn Dąbrowski, partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider Deloitte Private Tax.

75 proc. zapytanych kolekcjonerów stwierdziło, że brak przejrzystości jest jednym z największych zagrożeń dla reputacji rynku. Jest to duży wzrost w porównaniu z 2017 rokiem (62 proc.), ale też oznacza najwyższy od 2016 r.  poziom zgodności. Tak samo uważa bowiem 75 proc. rzeczoznawców i 77 proc. zarządców aktywów.

Właśnie na skutek braku jednolitych regulacji w Europie słabo rozwinięty jest np. rynek kredytów zabezpieczonych dziełami sztuki, który z powodzeniem funkcjonuje w USA, a jego globalna wartość oscyluje między 21 a 24 miliardami dolarów. Tylko 32 proc. banków w Europie deklaruje, że w najbliższym roku skupi się na takiej formie zabezpieczenia, w stosunku do 80 proc. instytucji finansowych w USA. Na naszym kontynencie nie istnieje też jeden wspólny system rejestracji opłat od ruchomości, który byłby odpowiednikiem amerykańskiego Uniform Commercial Code. Choć każdy kraj europejski ma własny system, to wiele z nich nie jest dopasowanych do współczesnego rynku kredytów zabezpieczanych dziełami sztuki.

Recepta na wzrosty

Ankietowani przez Deloitte są zgodni co do tego, że rynek dzieł sztuki potrzebuje jednolitych uregulowań prawnych. Specjaliści liczą, że wdrożenie w styczniu 2020 r. przez Unię Europejską V dyrektywy AML, będzie katalizatorem wzrostu płynności na rodzimym rynku dzieł sztuki. Mimo swej specyfiki dla celów inwestycyjnych branża powinna być uregulowana na wzór rynku finansowego czy systemu prawnego. 54 proc. zarządzających majątkami w Europie uważa, że wątpliwe kwestie powinny zostać uregulowane prawnie przez poszczególne państwa.

Teoretycznie wiadomo, co trapi uczestników rynku, ale na przestrzeni lat zwłaszcza w Europie, wciąż brakuje odpowiednich narzędzi do lokowania dużych kwot w dzieła sztuki. Wskazówki pomagające zwiększyć zaufanie do tego rynku zostały już wypracowane przez kolekcjonerów, rzeczoznawców i inwestorów. Większość wyraźnie wskazuje, że brakuje im bazy dzieł, dostępu do historycznych danych rynkowych i nowoczesnych narzędzi analiz. Wielu oczekuje utworzenia instytucji o charakterze agencji ratingowej dla rynku sztuki – komentuje Kamil Kucharczyk, wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Narzędziem, które napędza obroty na rynku i zdobywa coraz większą popularność są aukcje gwarantowane, które stanowiły w 2018 r. 58 proc. wszystkich aukcji. Gwarancje osiągnęły wartość 1,29 miliarda dolarów i szacuje się, że w następnych latach ta wartość będzie wzrastać.

Inwestycjom w dzieła sztuki pomoże też rosnąca branża ArtTech. 84 proc. kolekcjonerów (45 proc. w 2017 r.) i 76 proc. rzeczoznawców (54 proc. w 2017 r.)  uważa, że nowoczesna technologia pomoże wyceniać oraz badać autentyczność dzieł. Na przestrzeni ostatnich 8 lat ArtTechowe startupy otrzymały od inwestorów 600 milionów dolarów. Dużo dzieje się także w sieci, gdyż obrót sztuką online wzrósł w 2018 r. o 9,8 proc. do 4,64 miliardów dolarów.

Nowy termin – holistyczne zarządzanie majątkiem

Eksperci Deloitte dostrzegają, że w najbliższych latach zmianie ulegnie podejście wealth managerów do zarządzania majątkiem klientów. Znaczenia nabiorą osobiste relacje oraz emocje. W branży pojawił się termin zarządzania holistycznego, co oznacza wzrost zainteresowania inwestycjami alternatywnymi, w tym sztuką. W ciągu ostatniego roku aż 72 proc. zarządzających skutecznie proponowało swoim klientom zakup dzieł sztuki. Tutaj pojawia się jednak wyzwanie dla managerów, którzy powinni budować kompetencje w zakresie wyceny i doradztwa inwestycyjnego w dzieła sztuki. Obecnie bowiem, określają swoją wiedzę na niskim poziomie. Aż 86 proc. z nich deklaruje chęć skorzystania z usług specjalisty od wycen dzieł sztuki.

Ważnym elementem wealth managementu jest także planowanie spadkowe, które stanowi najistotniejszą z usług dla 76 proc. kolekcjonerów. Obok wyceny dzieł sztuki są to dwa priorytety dla kolekcjonerów, ściśle związane z następstwem pokoleń. Większość rzeczoznawców widzi wzrost zapotrzebowania i uważa, że ich klienci właśnie te usługi uznają za najważniejsze.

Kolekcjonerzy dostrzegają potencjał w rynku sztuki i oczekują od swoich zarządzających wyższych kompetencji w tym zakresie. Chcąc budować długoterminowy portfel inwestycyjny, nie sposób pominąć aktywów alternatywnych. Czekająca nas zmiana pokoleń to także sygnał, że inwestorzy będą chcieli „wyposażyć” swoich spadkobierców w aktywa mało podatne na wahania nastrojów w światowej gospodarce – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych w Deloitte.  – Jednak, aby kolekcje prywatnych dzieł sztuki nie zostały rozczłonkowane pomiędzy różnych spadkobierców, mogą one zasilać majątki fundacji rodzinnych, których właścicielami będą właśnie owi spadkobiercy czy tez sukcesorzy. Rośnie także postrzeganie dzieł sztuki jako inwestycji odpowiedzialnych społecznie. Dla świadomych nabywców nie liczy się wyłącznie zysk, ale poczucie kultywowania naszej historii i możliwość dzielenia się dziełami z odwiedzającymi galerie i muzea – dodaje.

Specjaliści Deloitte ukazują jasne trendy, które wpłyną na rynek dzieł sztuki w najbliższych latach. Wiele z nich będzie zależało od współpracy kolekcjonerów, rzeczoznawców, doradców zarządzających majątkiem i rządów państw. Potrzebne są jednolite regulacje, które scalą światowy rynek i sprawią, że obrót dziełami sztuki stanie się przejrzysty i możliwy do oceny pod kątem ryzyka inwestycyjnego.

Badanie Deloitte i firmy analitycznej ArtTactic trwało od kwietnia do czerwca 2019 r. Zostały nim objęte 54 banki prywatne i 25 firm świadczących usługi zarządzania majątkiem, a także 105 znaczących kolekcjonerów sztuki i 138 rzeczoznawców branżowych.

ArtTactic Ltd to londyńska firma, specjalizująca się w badaniu rynku dzieł sztuki i zbieraniu danych. Jest liderem w dziedzinie opracowywania nowych metod analizy danych oraz narzędzi badawczych dla branży dzieł sztuki.

CM International startuje z ofertą publiczną akcji

CM International S.A., notowany na NewConnect, producent nowej generacji urządzeń wykorzystywanych do zabiegów medycyny estetycznej rozpoczął zapisy na akcje serii D w ramach publicznej oferty. Środki z emisji zostaną przeznaczone m.in. na poprawę infrastruktury produkcyjnej, rozbudowę działu IT oraz R&D, prototypowanie i wprowadzenie do sprzedaży nowych urządzeń. W ramach przeprowadzanej oferty publicznej Spółka chce pozyskać ok. 4,25 mln zł.

W ramach publicznej oferty akcji inwestorzy będą mogli kupić nie więcej niż 105 000 akcji nowej emisji serii D, które po rejestracji będą stanowiły 8 proc. w kapitale zakładowym Spółki. Cena emisyjna w ofercie została wyznaczona na 40,50 zł za jedną akcję. Kapitalizacja CM International S.A. w przededniu ogłoszenia oferty wyniosła prawie 68 mln zł, a jedna akcja była wyceniana na 56,50 zł. Zatem zainteresowani inwestorzy będą mogli nabyć akcje z ponad 28 proc. dyskontem do ceny z dnia 22.11.2019 r. Emisja, o wartości 4 252 500 zł, przeprowadzana będzie w formie oferty publicznej skierowanej do nieograniczonego grona adresatów. Minimalną kwota, na jaką może opiewać zapis na akcje wynosi 2 025 zł.

Zapisy na akcje będą prowadzone od 25 listopada do 18 grudnia 2019 r. Rolę oferującego w procesie oferty publicznej pełni Prosper Capital Dom Maklerski S.A. Zapisy można składać osobiście lub korespondencyjnie u Oferującego i u jego agentów firmy inwestycyjnej. Szczegółowe informacje o zasadach subskrypcji zamieszczone są na stronie internetowej Oferującego www.pcdm.pl.

CMI rozwija się niezwykle dynamicznie dlatego dodatkowe środki umożliwiłyby realizację kolejnych projektów. Pozyskane środki zagospodarujemy między innymi w poprawę infrastruktury produkcyjnej oraz poszerzenie portfolio naszych produktów. Rynek urządzeń do zabiegów kosmetycznych i medycyny estetycznej zmienia się niezwykle dynamicznie. Produkty CMI charakteryzują się wysokim zaawansowaniem technologicznym, które wprowadziły rynek kosmetyczny w Rewolucję 4.0. W celu zachowania przewag konkurencyjnych musimy w przeciągu 2 lat dysponować dodatkowymi produktami, które sprostają rosnącym wymaganiom rynku. – powiedział Mariusz Kara, Prezes Zarządu CM International S.A.

Cele emisyjne:

CM International S.A. chce pozyskać ok. 4,25 mln zł z emisji akcji serii D w ramach oferty publicznej. Środki finansowe, które pozyska Spółka będą przeznaczone na następujące cele:

Lp. Cel emisji
1. Rozpoczęcie prac związanych z rozbudową hali tj. prace projektowe i rozpoczęcie prac budowlanych;
2. Rozbudowa działu IT oraz R&D na co składają się koszt pracodawcy na wynagrodzenia dla nowo zatrudnianych specjalistów oraz zakup sprzętu, oprogramowania i licencji;
3. Prototypowanie oraz wprowadzenie do sprzedaży tj. stworzenie oraz wprowadzenie do sprzedaży sześć nowych urządzeń w okresie 24 miesięcy
4. Koszty związane z przeprowadzeniem oferty publicznej;

 

Jako jeden z celów emisyjnych CM International wskazało rozpoczęcie prac związanych z rozbudową hali produkcyjnej. Po przeprowadzce do nowego obiektu, Spółka będzie miała do dyspozycji ok. 800 m2 powierzchni. Jednak z uwagi na skokowy wzrost skali działalności, niezbędne jest aby zwiększyć powierzchnię montażową. Większa powierzchnia oraz dodatkowe wyposażenie zapewnią CMI optymalny poziom produkcyjny przy zachowaniu wysokiej jakości.

Drugim celem wskazanym przez CMI jest rozbudowa działu IT oraz R&D. Model działalności Spółki wymaga sprawnej i niezawodnej obsługi urządzeń oraz ich serwisowania. Obecnie produkty CM International oferowane są w ponad 50 państwach na całym świecie. Do sprostania dynamicznie rosnącej sieci urządzeń wymagana jest rozbudowa działu IT. Drugim aspektem wpisującym się w realizację celu jest rozbudowa centrum badawczo-rozwojowego. Nowoczesny dział R&D zapewni utrzymanie przewag konkurencyjnych produktów i spółki CMI na rynku.

Niezwykle ważnym celem wskazanym przez Spółkę jest wprowadzenie do sprzedaży aż sześciu nowych urządzeń w okresie 24 miesięcy. W ramach realizacji celu zaplanowano wykorzystanie pozyskanych środków na kompleksowy proces prototypowania oraz wprowadzenia produktów na rynek.

Jeśli chodzi o zaawansowanie technologiczne urządzeń wykorzystywanych przy zabiegach medycyny estetycznej to śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy pionierami. Nasz soft oraz wykorzystanie Internetu w urządzeniach umożliwiło wprowadzenie przemysłu kosmetycznego w nową erę zarządzania i serwisowania. Tempo zmian technologicznych w branży jest niezwykle wysokie. Aby sprostać trendom, musimy rozbudować dział IT oraz centrum badawczo-rozwojowe – powiedział Michał Sebastian, Wiceprezes Zarządu CM International S.A.

Harmonogram Oferty Akcji serii D:

25 listopada 2019 r. Rozpoczęcie przyjmowania zapisów na akcje serii D
18 grudnia 2019 r. Zakończenie przyjmowania zapisów na akcje serii D
19 grudnia 2019 r. Dzień Przydziału akcji serii D

 

Struktura kapitału zakłądowego CM International S.A. na chwilę obecną wygląda następująco: 54,86 proc. akcji posiada Pan Mariusz Kara, 12,47 proc. akcji należy do spółki Certus Investment Sp. z o.o., a 11,64 proc. do Spółki Weremczuk Holding Sp. z o.o., a 4,32 proc. akcji posiada Pan Michał Sebastian. Pozostali akcjonariusze posiadają łącznie 16,71 proc. udziałów.

Dokument Ofertowy związany z emisją akcji serii D CMI International S.A. został opublikowany na stronie internetowej Spółki www.cmisa.eu, a także Prosper Capital Domu Maklerskiego www.pcdm.pl.

Po trzech pierwszych kwartałach 2019 r. CMI osiągnęła przychody netto ze sprzedaży na poziomie 12,4 mln zł, co stanowi wzrost o 64,2% w porównaniu do wyniku osiągniętego w analogicznym okresie roku ubiegłego. W ujęciu narastającym, tj. za okres od 1 stycznia do 30 września 2019 r, wynik netto wyniósł prawie 1,49 mln zł, co stanowi ponad 20% wzrost (niemal 1,24 mln zł) w porównaniu do równoległego okresu roku 2018. Produkowane przez Spółkę urządzenia, w ostatnich okresach zyskują coraz większą popularność na europejskim rynku urządzeń kosmetycznych. Tylko w trzecim kwartale Spółka pozyskała zamówienia od klienta z Niemiec oraz Hiszpanii o wartości ponad 2 mln euro.

Kosta kostce nierówna. Masło 250g drożeje, a 200g tanieje

W pierwszych dziesięciu miesiącach br. kostka masła 250g w promocji była droższa niż w analogicznym okresie ub.r. Minimalne ceny wzrosły o blisko 26%, średnie – o ponad 12%, a maksymalne – o przeszło 4%. Z kolei opakowanie 200g potaniało. Najniższy koszt zakupu zmniejszył się o ponad 5%, a przeciętny – o prawie 7%. W przypadku mniejszej kostki tylko najwyższa cena promocyjna poszła w górę, tj. o niecałe 7%. Tak wynika z raportu branżowego opracowanego przez analityków firmy Hiper-Com Poland i Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Dziwne „zachowania”

Z analizy cen masła w promocji wynika, że kostka 250g zdrożała w pierwszych dziesięciu miesiącach br. w porównaniu do analogicznego okresu w ub.r. Najbardziej to widać po wartościach minimalnych – 25,74%, następnie po średnich – 12,20%, a na końcu po maksymalnych – 4,29%. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, uważa, że ww. wzrosty mogą być podyktowane spekulacjami cenowymi na rynku. Strategie sieci handlowych zapewne wynikają też z ich przeświadczenia, że Polacy są gotowi wydać więcej na ten produkt.

– Wzrost promocyjnych cen masła 250g zaczęliśmy dostrzegać już w maju ub.r. Z powodu susz, powodzi i zmian klimatu zbiory są coraz uboższe, przez co jest mniej paszy dla krów. W efekcie ten produkt drożeje. Hodowcy bydła muszą zmniejszać racjonowanie pokarmu lub liczebność stad krów dojnych. A to może ograniczać ilość mleka, czyli głównego surowca do produkcji masła. Pamiętajmy też o podwyżkach opłat za energię elektryczną i rosnących kosztach zakupu paliwa, które mają znaczący wpływ na ceny w sklepach – mówi Katarzyna Grochowska, ekspert z Hiper-Com Poland.

Z kolei Marcin Lenkiewicz zauważa, że sklepy rzadko podnoszą minimalne ceny promocyjne, bo konsumenci patrzą głównie na nie. Maksymalne koszty zakupów mniej interesują klientów. Dlatego to dość zaskakujące, że najmniejsze wartości cenowe wzrosły o wiele bardziej niż te największe. Można wyjaśnić to w ten sposób, że zbyt duża podwyżka górnej granicy źle wpływa na ogólne postrzeganie sklepu jako drogiego i niedostępnego miejsca dla przeciętnego Kowalskiego.

– Jeżeli spojrzymy na dane GUS-u, które obejmują masło ogółem, nie tylko to w promocji, to koszt jego zakupu zmniejszył się w porównywanych okresach. To było związane ze spadkiem światowych cen tego produktu. Artykuł w sumie potaniał, tylko promocje były słabsze. Warto przypomnieć sobie realia 2018 roku, kiedy byliśmy świeżo po rekordowo wysokich cenach masła, odnotowanych w 2017 roku. Temat ten był szeroko komentowany. Dlatego obniżki były wtedy o wiele bardziej atrakcyjne marketingowo niż w tym roku, gdy numerem jeden była droga wieprzowina – przekazuje Agnieszka Maliszewska z Polskiej Izby Mleka (PIM).

Zaskakujący jest też fakt, że najbardziej poszły w górę minimalne koszty zakupu w promocji kostki 250g – w hipermarketach nawet o 97,63%. Michał Majszczyk, Data Analyst Manager w Hiper-Com Poland, jest zaskoczony tym wynikiem. Sklepy tego formatu, poprzez zamawianie dużych ilości produktów, mogą zapewniać sobie niższe ceny niż inne sieci. Dzięki temu są w stanie przedstawiać klientom najkorzystniejsze oferty. Ekspert dodaje, że obecnie notujemy wzrost produkcji masła w kraju o przeszło 8%. Możliwym wyjaśnieniem ww. podwyżki może być więc chęć wykorzystania sytuacji, że polskie społeczeństwo się bogaci.

– Średnie ceny promocyjne kostki masła 250g najmocniej wzrosły w supermarketach – o 39,28%. W tym samym kanale sprzedaży najbardziej powiększył się również maksymalny koszt zakupu produktu po rabacie – o 17,67%. Wiele wskazuje na to, że w zeszłym roku promocje w supermarketach, a także hipermarketach były większe niż w innych sklepach – zaznacza ekspert z PIM.

Co się opłaca?

Z kolei ceny promocyjne kostki 200g nieznacznie spadły – minimalna o 5,22%, a średnia o 6,94%. Tylko maksymalna wartość poszła w górę, tj. o 6,62%. Według Michała Majszczyka, możliwe jest to, że bardziej opłaca się sprzedaż masła o mniejszej wadze niż tego 250g. Dlatego sprzedawcy starali się tak kreować ceny, aby zakup mniejszego opakowania wydawał się bardziej korzystny. I taka strategia powinna się dalej utrzymać.

– Kostki 200g często są przedstawiane na pierwszych stronach gazetek promocyjnych, co zapewne ma mocno zachęcić klientów do zakupów. Polski retail, wprowadzając rabaty na ten właśnie produkt i tak mocno go komunikując, nie tylko pozycjonuje cały sklep jako dostępny cenowo i atrakcyjny w kontekście większych zakupów, ale również może liczyć na rekompensatę tej obniżki z zysku na całym koszyku – tłumaczy ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Minimalne ceny kostki 200g najbardziej poszły w górę w sieciach convenience – o 12,58%. Jak podkreśla Michał Majszczyk, te sklepy nie należą do najtańszych. Dlatego największy wzrost w tym kanale sprzedaży nie jest zaskakujący. Nie dziwi też to, że średni koszt zakupu w promocji najbardziej zmniejszył się w cash&carry, tj. o 13,34%. Format, który pozyskuje produkty bezpośrednio od producentów, może uzyskać najlepsze stawki. Z kolei fakt, że maksymalne ceny najwyraźniej urosły w dyskontach – 28,61%, ekspert łączy z próbą zachęcenia klientów do zakupu większej ilości produktów. Wówczas zyskują oni przy zakupie kilku sztuk, więc sieci nie boją się wprowadzać podwyżek.

– Wiele promocji obowiązywało dopiero przy zakupie kilku kostek. Dlatego w gruncie rzeczy trudno je ze sobą teraz porównywać. Jeśli zaś chodzi o prognozy, to w kolejnych kwartałach można oczekiwać kontynuacji światowych cen masła. Tempo spadku zależeć będzie od warunków agrometeorologicznych w Nowej Zelandii, która jest obecnie w szczycie sezonu mlecznego. Jednocześnie na rynkach rolnych mamy zjawisko tzw. asymetrii transmisji cenowej. To znaczy, że koszt zakupu produktu, niezależnie od tego czy jest to masło czy wieprzowina, spada o wiele wolniej niż wcześniej rósł. Zazwyczaj też nie wraca do poziomu sprzed silnych podwyżek – wyjaśnia ekspert z Polskiej Izby Mleka.

Jak podsumowuje ekspert z Hiper-Com Poland, masło o wadze 250g może być chętniej kupowane przez konsumentów niż artykuł ważący 200g. Nawet ewentualnie podniesienie ceny większego opakowania nie powinno odbić się negatywnie na jego sprzedaży. Z drugiej strony, możemy mieć do czynienia z forsowaniem przez sieci i producentów mniejszej kostki, co w finalnym rozrachunku pozwoli im zarobić więcej przy sprzedaży takiej samej ilości produktu.

Analizę wykonali eksperci z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland i Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Porównywano ceny promocyjne masła, jakie sieci handlowe oferowały od stycznia do października ub.r. i w analogicznych dziesięciu miesiącach tego roku. Badano gazetki wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry.

Dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”

Po weekendzie uwaga krąży wokół tego samego tematu: kiedy i czy w ogóle możliwa jest umowa handlowa USA z Chinami? Ostatni przekaz z Pekinu jest pozytywny, choć inne źródła dodają wątpliwości. W szumie sprzeczności rynek tradycyjnie widzi szklankę do połowy pełną.

W przysłowiowej szklance pojawiło się więcej wody. Jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia zaczynało przeważać myślenie, że z umowy handlowej nic nie będzie, a żadnej ze stron tak naprawdę nie zależy, by prędko zakończyć negocjacje. Jednak nowe informacje z weekendu ponownie podsycają nadzieje. Chiny oficjalnie zakomunikowały, że zamierzają zaostrzyć przepisy za łamanie prawa ochrony własności intelektualnej. Jest to jednej z kluczowych postulatów USA w toczących się negocjacjach, więc taki ruch ze strony Pekinu można traktować jako punkt zwrotny. Stąd zasadne są opinie z China Global Times, że USA i Chiny są „bardzo blisko” podpisania pierwszej fazy umowy, jak również toczą się prace nad fazą drugą, a nawet trzecią.

Z drugiej strony wciąż nie ma namacalnych dowodów na domykanie rozmów nad pierwszą fazą porozumienia, a źródła Reutersa z administracji USA i Chin jasno wskazują, że ambitna „druga faza” umowy handlowej może być coraz trudniejsza do osiągnięcia przed wyborami prezydenckimi w USA. Podobno Trumpowi bardziej zależy na umowie niż Chinom, co pod kątem wyborów wydaje się logiczne. Relacje komplikuje też sprawa Hong Kongu i ustawa Kongresu przewidująca sankcje na Chiny. Jakkolwiek same sankcje mogą być istotnie osłabione przez Biały Dom, tak Trump będzie miał kłopot jednocześnie opowiadać się za obroną praw człowieka i przyjaźni z prezydentem Chin Xi. Ogólnie po weekendzie mamy więcej treści do dyskusji, ale wciąż zero konkretów w temacie podpisania umowy. Mimo to dla rynków szanse na podpisanie się ponownie zrównoważyły, co niesie pozytywny wydźwięk. Tylko że dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”.

Na starcie tygodnia zawiązuje się umiarkowany optymizm, ale wątpimy, aby udało się z niego wypracować mocniejszy impuls do wzrostu apetytu na ryzyko. Niepewność blokuje decyzje inwestycyjne a rynki ogarnia zmęczenie tematem. Ponadto dane makro nie dostarczają jasnych sygnałów poprawy koniunktury. I jeszcze tydzień przedziurawiony jest Świętem Dziękczynienia w czwartek, przez co rozliczenia na koniec miesiąca i inne preteksty do zmienności prawdopodobnie zostaną dokonane najpóźniej do wtorku.
Dziś indeks Ifo pomoże rozstrzygnąć, jak oceniać listopad w niemieckiej gospodarce. Choć ZEW i Sentix wskazały na poprawę warunków prowadzenia biznesu, wskaźniki PMI wysyłają mieszane sygnały. Lepszy odczyt podtrzyma nadzieje na stabilizację koniunktury. Z Eurolandu otrzymamy dane o inflacji HICP za listopad (czw), gdzie efekty niskiej bazy za poprzedni rok będą windować odczyty.

W USA tradycyjnie mamy tydzień skompresowany w trzy dni w związku z czwartkowym Świętem Dziękczynienia. Najbardziej interesującym powinien być indeks nastrojów konsumentów (wt), gdzie spodziewana jest poprawa. Dane o nastrojach w biznesie i solidny rynek pracy dają podstawy dla podtrzymania optymizmu wśród gospodarstw domowych.
Kolejny spokojny tydzień od strony danych z Wielkiej Brytanii. Na niecałe trzy tygodnie do wyborów parlamentarnych śledzenie sondaży i wsłuchiwanie się w debaty liderów partii to jedyne czynniki ryzyka dla funta, choć można odnieść wrażenie, że póki nie poznamy oficjalnych wyników głosowania, GBP będzie dryfował bez kierunku. W weekend Datapraxis przeprowadził projekcję wyniku wyborów w Wielkiej Brytanii na podstawie 270 tys. ankiet YouGov, z którego wynika, że Partia Konserwatywna zdobędzie 349 głosów zapewniających jej samodzielne i stabilne rządzenie.

Nie sądzimy, aby dane z Polski w przyszłym tygodniu wpłynęły na kurs złotego. Jesteśmy zdania, że konsumpcja słabnie, co może znaleźć odzwierciedlenie w danych o październikowej sprzedaży detalicznej (pon) i szczegółach raportu o PKB za III kw. (pt). Brak klarowności w temacie negocjacji handlowych USA-Chiny hamuje zapał do alokacji w aktywa rynków wschodzących, co może przywiązać EUR/PLN do 4,30 na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Starward Industries idzie na NewConnect. Publiczna emisja potrwa do 12 grudnia

22 listopada rozpoczęła się publiczna emisja akcji Starward Industries, krakowskiego producenta gier, który pracuje nad projektem opartym o twórczość Stanisława Lema. Oferującym jest Dom Maklerski Navigator. Spółka chce zadebiutować na rynku NewConnect w drugim kwartale 2020 r.

Starward Industries zamierza zaoferować inwestorom w publicznej emisji zaledwie 73 005 akcji serii H. Cena emisyjna zawierała będzie się w przedziale 40-44 zł. Oznacza to, że do spółki trafi od 2,9 do 3,2 mln zł. „Dotychczas zapewniliśmy spółce finansowanie na poziomie 6,2 mln zł, co wraz z kapitałem pozyskanym w aktualnej emisji publicznej pozwoli na ukończenie produkcji oraz wydanie gry w modelu self-publishing, z uwzględnieniem rozległej kampanii marketingowej. Jesteśmy świadomi wartości naszego projektu, co znajduje odzwierciedlenie w jego ambitnej wycenie. Z drugiej strony to prawdopodobnie jedyna okazja, kiedy będzie można nabyć akcje spółki w ofercie publicznej. Nie planujemy kolejnych emisji.”- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries. Nowe papiery stanowiły będą 4 proc. w obecnym kapitale zakładowym.

Ciągle rośniemy przyciągając doświadczone osoby z branży gamedev. W sferze biznesowej wzmocniliśmy organ nadzorczy uzyskując wsparcie Przemka Marmula – Techland, jaki i Marcina „Gulash” Góreckiego – SecretService/Neo Plus/11 bit studios.  Aktualnie realizujemy kolejny kamień milowy w rozwoju spółki czyli emisja publiczną oraz ubieganie się o debiut giełdowy na rynku NewConnect. Nasz zespół korporacyjny blisko współpracuje z DM Navigator, pilnując aby nasze plany nie rozbiły się o formalności.” – mówi Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries.”

Zapisy na akcje krakowskiego developera potrwają do 12 grudnia. W ofercie znajdą się tylko nowe akcje bez ograniczeń sprzedaży. Wszystkie pozostałe serie objęte są od 6 do 18 miesięcznym lock-upem począwszy od pierwszego notowania spółki na NewConnect lub od daty premiery gry w przypadku akcji pracowniczych (seria B oraz seria F).

Już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo.

Dzieło kultowego pisarza, wizjonera, wyjątkowego umysłu to trudny i ambitny materiał, w którego przełożeniu do gry nie możemy sobie pozwolić na kompromisy. Dlatego zbudowaliśmy zespół na wysokim poziomie kompetencyjnym i kreatywnym, oparty o starannie wyselekcjonowaną grupę doświadczonych twórców. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż wynika z poczucia wielkiej odpowiedzialności za dostarczenie graczom na całym świecie najwyższej klasy rozrywki opartej o wybitny materiał źródłowy..- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Harmonogram oferty:Harmonogram Oferty Starward Industries

Jak zapewnić identyczną cenę towaru na półce i przy kasie by uniknąć nieporozumień i kar?

Przedsiębiorca prowadzący sprzedaż detaliczną jest zobowiązany do jasnego informowania o cenie towaru – powinna ona być przedstawiona blisko produktu w sposób niebudzący wątpliwości. Różnica między ceną towaru na półce i przy kasie lub przedstawienie jej w sposób niejednoznaczny uprawnia konsumenta do dokonania zakupu po najbardziej korzystnej dla niego cenie oraz sprowadza na detalistę widmo zapłacenia kary.

Z problemem zarządzania polityką cenową mierzą się szczególnie ci sprzedawcy detaliczni, u których ceny zmieniają się dynamicznie (nawet z dnia na dzień), a personel skazany jest na manualne wprowadzanie tych zmian w życie w bardzo krótkim czasie – nieaktualne ceny lub pomyłki wydają się nieuniknione.

Dostępne są jednak na rynku rozwiązania, które umożliwiają redukcję błędów. Personel sklepu wyposażony w skaner wraz z oprogramowaniem do sprawnego zarządzania cenami może w trakcie obchodu sklepu zweryfikować cenę dowolnego produktu. Pracownik, widząc aktualną cenę z bazy danych porównuje ją z ceną widoczną przy towarze – jeżeli zauważa rozbieżność może szybko za pomocą mobilnej drukarki sporządzić dowolną liczbę poprawnych cenówek, a następnie sprawnie i bezbłędnie rozmieścić wydruki z cenami przy produkcie.

Rynkowa potrzeba inwestycji w nowe technologie znajduje potwierdzenie również w raportach branżowych. Jak wynika z tegorocznej edycji badania „Global Shopper Study”[1] 77 proc. kadry kierowniczej uważa, że klienci są zadowoleni z obsługi w sklepach, przy czym stan taki deklaruje jedynie 57 proc. kupujących. Równocześnie 85 proc. kierowników wyższego szczebla oraz 73 proc. pracowników sklepów twierdzi, że wyposażenie sprzedawców w nowoczesne technologie pozwala zapewnić klientom lepsze wrażenia z zakupów.

Sprzedawcy detaliczni, którzy chcą sprawnie zarządzać polityką cenową, podnosić poziom obsługi klientów oraz zapewnić lepszą organizację pracy nie mogą stronić od inwestycji w nowe technologie.

[1] Badanie „Global Shopper Study” analizuje zachowania kupujących, pracowników sklepów i kadry kierowniczej wysokiego szczebla oraz bada trendy handlowe i technologiczne wpływające na zachowania zakupowe klientów. Dwunasta doroczna ankieta Global Shopper Study została przeprowadzona na zlecenie firmy Zebra przez firmę Qualtrics między sierpniem a wrześniem 2019 roku. Wzięło w niej udział 4811 kupujących, 1100 pracowników handlu oraz 435 kierowników i dyrektorów wyższego szczebla z Europy i Bliskiego Wschodu, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, obszaru Azji i Pacyfiku.

Rzetelny podatnik to bezpieczny podatnik? Niestety nie

Taki jest wniosek z XVII Ogólnopolskiej Konferencji Podatkowej z cyklu „Doradca podatkowy obrońcą praw podatnika” zorganizowanej przez Śląski Odziała KIDP, która odbyła się 22 listopada br. w Siemianowickim Centrum Kultury.

Odpowiedzi na pytanie, czy rzetelność zapewnia przedsiębiorcy bezpieczeństwo podatkowe. wspólnie  szukali przedstawiciele Ministerstwa Finansów, organizacji zrzeszających przedsiębiorców, sędziowie sądów administracyjnych oraz doradcy podatkowi.

W wystąpieniu otwierającym konferencję prof. dr hab. Adam Mariański, przewodniczący Krajowej Rady Doradców Podatkowych zwrócił uwagę na konieczność zachowania równowagi w stosunkach państwo – podatnik. Ważną rolę odgrywają w tym względzie doradcy podatkowi, którzy są zarówno partnerami przedsiębiorców jak i administracji skarbowej. Przewodniczący KRDP podkreślił znaczenie tajemnicy zawodowej. Samorząd doradców podatkowych wyraził w tej kwestii bardzo wyraźny sprzeciw wobec wadliwych przepisów Ordynacji podatkowej, które wprowadzają obowiązek informowania o schematach podatkowych. Na niekonstytucyjność tych przepisów wskazali niedawno także adwokaci i radcowie prawni.

Wykład inauguracyjny wygłosiła prof. dr hab. Jadwiga Glumińska-Pawlic – przewodnicząca Państwowej Komisji Egzaminacyjnej do spraw Doradztwa Podatkowego, opiekun merytoryczny konferencji. Ekspertka zwróciła uwagę na najważniejsze mankamenty polskiego systemu podatkowego: brak spójnej polityki w tym obszarze, zmienność przepisów (która dotyka zarówno podatników, jak i organy skarbowe), czy niejednolite stosowanie prawa. Efektem jest brak poczucia sprawiedliwości podatkowej, podwyższone ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, ograniczenie inwestycji i spadek zaufania do państwa. Prof. Glumińska-Pawlic wskazała, że są rozwiązania pomagające odnaleźć się w tej trudnej sytuacji. Jednym z nich jest wdrażanie w firmach wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać wywiązywanie się z należytej staranności. Poczucie bezpieczeństwa podatnika zdecydowanie zwiększa współpraca z doradcą podatkowym, który na bieżąco monitoruje zmiany w przepisach i skutki podatkowe planowanych operacji gospodarczych, a także jest w stanie przygotować przedsiębiorcę na kontrolę lub spór z fiskusem tak, aby wyszedł z nich obronną ręką. Nadziei na poprawę bezpieczeństwa podatnika ekspertka upatruje w nowej Ordynacji podatkowej, ponieważ obecne gwarancje ochrony w relacjach z fikusem nie są jej zdaniem wystarczające.

Aby jak najdokładniej zgłębić istotę relacji pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, organizatorzy konferencji zaprosili do dyskusji przedstawiciela Ministerstwa Finansów, reprezentantki Regionalnej Izby Gospodarczej i Rzecznika Praw Przedsiębiorców, sędzię Wyższego Sądu Administracyjnego oraz doradcę podatkowego. Izabella Żyglicka, Rzecznik Praw Przedsiębiorców przy Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach pokreśliła znaczenie edukacji małych podatników i roli, jaką w tym względzie pełnią doradcy podatkowi. Jej zdaniem większość problemów w relacjach z fiskusem nie bierze się z braku wiedzy i świadomości podatkowej przedsiębiorców. Zdaniem Izabelli Żyglickiej ważna jest również pewność prawa oraz jego jednolita interpretacja. Uwaga fiskusa powinna być skoncentrowane na nieuczciwych podatnikach, tak aby ci rzetelni nie czuli się jego przypadkowymi ofiarami. W podobnym tonie wypowiedział się jeden z doradców podatkowych uczestniczących w konferencji, zwracając uwagę na dysproporcję pomiędzy nakładaniem na podatników coraz liczniejszych obowiązków, a ściganiem nadużyć podatkowych.

Z kolei Bogusława Bartosik, dyrektor generalny Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach wskazała na problem niskiego poziomu zrzeszania się przedsiębiorców, które mocno ogranicza ich siłę oddziaływania. Jej zdaniem przedsiębiorcy i administracja skarbowa nie znajdują się po przeciwnych stronach barykady. Przedsiębiorcy chcą płacić podatki, ale zależy im na tym, by mieć wpływ na sposób, w jaki sposób są one redystrybuowane. Kluczowe jest w tym względnie partnerstwo.

Dominik Kaczmarski, zastępca dyrektora Departamentu Systemu Podatkowego w resorcie finansów przekonywał, że ocena administracji – i to nie tylko podatkowej – jest coraz wyższa m.in. z uwagi na sięganie w relacjach z podatnikami do standardów typowych dla biznesu oraz przechodzenie na  modelu usługowy. Dominik Kaczmarski zwrócił uwagę, że w ministerstwie finansów nieustannie trwają prace nad kolejnymi narzędziami, które mają wzmocnić poczucie bezpieczeństwo podatnika. Jako przykłady wskazał Wiążącą Informację Stawkową, system interpretacji indywidualnych, czy metodykę w zakresie należytej staranności. Przedstawiciel resortu finansów podkreślił także aktywną politykę informacyjną fiskusa oraz przejęcie przez administrację części obowiązków z zakresu raportowania (m.in. STIR).

Środowisko sędziowskie reprezentowała dr Dagmara Dominik-Ogińska, sędzia WSA we Wrocławiu. Jej receptą na zwiększenia bezpieczeństwa podatnika jest tworzenie wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać przezorność podatnika, a także korzystanie z pomocy profesjonalnych pełnomocników w postępowaniach przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi. Należy korzystać z instrumentów obrony swoich praw, jedocześnie nie nadużywając ich.

Uczestnicy tegorocznej Konferencji mieli okazję dowiedzieć się od ekspertów podatkowych z Czech, Słowacji i Niemiec, jak kwestia rzetelności i bezpieczeństwa podatnika przedstawia się w ich krajach. Okazuje się, że czeski i słowacki system podatkowy bardzo różnią się systemu polskiego, niestety na niekorzyść tego ostatniego. Czeski podatnik ma szerszy niż w Polsce dostęp do publicznej informacji o kontrahentach. Słowackie służy skarbowe stosują z kolei system ratingowy, w którym brane są pod uwagę m.in. terminowe regulowanie należności podatkowych, szybkość reakcji na wezwania fiskusa i  efekty kontroli. Im wyższy rating, tym większy komfort i bezpieczeństwo podatnika. W przypadku nieprawidłowości lb naruszenia przepisów Przedsiębiorca o najwyższym ratingu nie jest karany, tylko informowany telefonicznie o problemie przez urzędnika.

Wystąpienie dr. Macieja Berka, wicedyrektora Departamentu Budżetu i Finansów Najwyższej Izby Kontroli było poświęcone sposobom, w jaki administracja skarbowa radzi sobie z agresywnym opodatkowaniem w zakresie CIT.  Wyniki kontroli wskazały przede wszystkim, że luka w CIT nie została prawidłowo oszacowana i w związku z tym trudno stwierdzić, z jakim zjawiskiem tak naprawdę mamy do czynienia. Przyczyna zaniedbań tkwi być może w skupieniu się administracji skarbowej na uszczelnieniu podatku VAT. Podstawowym narzędziem w walce z nadużyciami w CIT były działania legislacyjne. Niestety, jakość i zrozumiałość przepisów CIT były oceniane przez 70% przedsiębiorców nisko lub bardzo nisko, profesjonaliści byli jeszcze bardziej surowi. Z nadużyciami w tym podatku walczono przy pomocy klauzuli o unikaniu opodatkowania, zdecydowanie rzadziej wydawano opinie zabezpieczające. Interpretacje ogólne nie przyczyniły się w istotny sposób do poprawy sytuacji, ponieważ często dotyczyły problemów wąskiej grupy podatników, podczas gdy liczne wątpliwości zgłaszane w drodze interpretacji indywidualnych nadal nie były rozwiązywane w drodze interpretacji ogólnej. Za niepokojący należy uznać powołany przez przedstawiciela NIK fakt, że zasada in dubio pro tributario w zakresie podatku CIT praktycznie nie funkcjonuje, rzadko powoływali się na nią również sami podatnicy.

W konferencji poruszono także praktyczne problemy podatkowe, z jakimi na co dzień zmagają się przedsiębiorcy. Dr Adam Bartosiewicz omówił główne kwestie związane z tematem mechanizmu podzielonej płatności, a doradca podatkowy Piotr Ogiński omówił temat korekty podatku VAT w trybie art. 10 ustawy o VAT.

Interesującym punktem konferencji była prezentacja wyników ankiety przeprowadzonej wśród przedsiębiorców – klientów doradców podatkowych, która odnosiła się do tematu przewodniego tego spotkania. Wyniki badania można uznać za optymistyczne, ponieważ zdecydowana większość przedsiębiorców uznała, że rzetelność jest gwarancją bezpieczeństwa przedsiębiorcy, ale pod jednym, ważnym warunkiem. Jest nim wsparcie doradcy podatkowego, bez którego podatnik nie jest w stanie stawić czoła obowiązkom wynikające z przepisów podatkowych. Instrumenty ochrony, jakie ma obecnie do dyspozycji są niewystarczające. Zamykając tegoroczną konferencję Piotr Maciejewski, wiceprzewodniczący Zarządu Śląskiego Oddziału KIDP stwierdził, że chociaż dzisiaj nie można postawić znaku równości pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, wszyscy uczestnicy debaty wrazili zgodnie przyznali, że trzeba dążyć do takiego stanu rzeczy.

Niemiecki rynek otwiera się na Ukraińców. Choć większość z nich jest zadowolona z pracy w Polsce, wyjechać może nawet 500 tys. osób

Historycznie niskie bezrobocie w Polsce pociąga wzrost zapotrzebowania na kadry ze Wschodu. W tej chwili na polskim rynku pracy jest ok. 1,2 mln Ukraińców. Tylko w I półroczu tego roku wydano dla nich ponad 162 tys. zezwoleń na pracę, co stanowiło blisko 50-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Pracowników z Ukrainy zatrudnia już co piąta polska firma, ale sytuacja może się niedługo zmienić w związku z otwarciem dla nich niemieckiego rynku pracy od stycznia 2020 roku. Szacuje się, że może to spowodować odpływ nawet 500 tys. ukraińskich pracowników z Polski, chociaż aż 70 proc. z nich jest zadowolonych z pracy w Polsce. Wśród kluczowych zalet wymieniają m.in. bliskość językową i kulturową.

– Szacuje się, że do 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych 2,5 mln pracowników. Nadal będzie postępować zjawisko zatrudniania pracowników tymczasowych, zwłaszcza Ukraińców, których już w tej chwili mamy w Polsce około 1,2 mln. Popularna teza głosi, że gdyby nie pracownicy z Ukrainy, to gospodarka polska popadłaby w poważne tarapaty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mariusz Florczyk, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Polski rynek pracy już od miesięcy zmaga się z historycznie niskim bezrobociem. Według danych GUS na koniec września br. stopa bezrobocia wyniosła 5,1 proc. (spadek o 0,1 pkt. proc. w ujęciu miesięcznym) i jest to najniższy wskaźnik od 30 lat, od czasów transformacji ustrojowej. Tylko w ciągu ostatniego roku grono bezrobotnych zmniejszyło się o 95 tys. osób (spadek o 10 proc.).

Niskie bezrobocie to dobra wiadomość dla pracowników, bo wymusza wzrost płac, ale gorsza dla pracodawców, ponieważ w połączeniu z szybkim wzrostem gospodarczym przekłada się na ich problemy z pozyskiwaniem i zatrzymywaniem kadr. W kolejnych latach sytuację będzie zaostrzać kryzys demograficzny i wyjazdy zarobkowe Polaków do innych krajów.

Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Z danych Personnel Service wynika, że pracowników z Ukrainy zatrudnia już prawie co piąta polska firma (18 proc.), w tym 40 proc. dużych przedsiębiorstw. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu wzrosło najbardziej w branży przemysłowej i rzemieślniczej, w której pracę w I półroczu znalazło ponad 63 tys. pracowników z Ukrainy, a także w rolnictwie, ogrodnictwie i usługach.

– Już od jakiegoś czasu można zaobserwować, że ukraińscy pracownicy, którzy zdobyli kwalifikacje w Polsce, poszukują miejsc, gdzie mogliby otrzymać korzystniejsze warunki zatrudnienia i coraz częściej emigrują na Słowacji lub do Czech – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje, zapowiedzi otwarcia rynków pracy najbogatszych państw Unii Europejskiej na pracowników z państw trzecich to czynnik ryzyka, który może spowodować ich odpływ z polskiego rynku pracy.

– Tu przede wszystkim zwracają uwagę zapowiedzi Niemiec dotyczące otwarcia granic już od stycznia przyszłego roku – podkreśla Mariusz Florczyk. –Skala odpływu pracowników ukraińskich z Polski do Niemiec będzie przede wszystkim zależała od kondycji niemieckiej gospodarki, ale również od kształtu przepisów wykonawczych dotyczących zapowiadanej ustawy. Niemcy niekoniecznie poszukują taniej siły roboczej, raczej zwracają uwagę na potrzebę zatrudnienia wysoko cenionych specjalistów i tutaj właśnie obawiałbym się zagrożenia dla naszej gospodarki. Powinniśmy o tych specjalistów, również z Ukrainy, bardziej zadbać.

Z szacunków Personnel Service wynika z kolei, że w 2020 roku może wyjechać z Polski nawet 500 tys. ukraińskich pracowników, którzy będą szukali okazji do zarobienia większych pieniędzy. Jednocześnie z badań Work Service wynika, że 59 proc. badanych Ukraińców twierdzi, że po zmianie polityki migracyjnej w Niemczech wybraliby pracę tam.

– Korzyści zachęcające pracowników ukraińskich do wyjazdu do Niemiec to przede wszystkim gwarancja lepszych warunków zatrudnienia – nie tylko wyższego wynagrodzenia, lecz także łagodniejszych przepisów i różnych rozwiązań administracyjnych dotyczących legalizacji pobytu i pracy – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje PwC, standardowa procedura zatrudniania cudzoziemców w Polsce obejmuje w tej chwili wiele skomplikowanych etapów w kilku różnych urzędach w Polsce i poza granicami kraju. W zależności od województwa oraz kraju pochodzenia cudzoziemca proces może trwać nawet 5 miesięcy, od momentu badania rynku pracy do wydania dokumentu legalizującego zatrudnienie oraz wizy w polskim konsulacie.

– Dalsze pogłębianie się tendencji spadkowych związanych z bezrobociem i wzrostowych dotyczących rozwoju gospodarczego spowoduje, że będą potrzebne szerokie działania w obszarze aktywizacji pracowników, za czym powinny iść zmiany w przepisach chroniące pracowników, ograniczające szarą strefę, a także bardziej przemyślana polityka socjalna. Potrzebne są także nowe administracyjne rozwiązania umożliwiające legalny pobyt w Polsce pracownikom zagranicznym – wskazuje Mariusz Florczyk.

Statystyki Personnel Service wskazują, że pracownicy z Ukrainy w Polsce zaczynają zajmować coraz wyższe stanowiska m.in. wśród przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kadry kierowniczej. W pierwszym półroczu ub.r. tego typu stanowiska obejmowało 263 obywateli Ukrainy, podczas gdy w tym – już 404. Wśród specjalistów wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę dla pracowników z Ukrainy wyniósł 33 proc. na przestrzeni ostatniego roku, natomiast wśród pracowników biurowych – wzrost wyniósł 31 proc.

– Badania Polsko-Ukraińskiej Izby Handlowej wskazują, że około 70 proc. pracowników z Ukrainy jest zadowolonych z pracy w Polsce, mimo że 77 proc. z nich pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Jako korzyści wskazują przede wszystkim bliskość geograficzną, kulturową, łatwość języka oraz poziom wynagrodzenia – wymienia Mariusz Florczyk.

Prof. Adam Rotfeld: Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem takiej krytyki w UE. Mimo to mamy szanse odgrywać dużo większą rolę w budowaniu strategii unijnej

Poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE przekracza 90 proc. i jest rekordowy na przestrzeni ostatnich 15 lat. – Polityka obecnego rządu powinna uwzględniać to społeczne poparcie – podkreśla prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ. Jak zaznacza, Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem tak krytycznej oceny w UE, a w kwestii przestrzegania praworządności nie może odbiegać od przyjętych na siebie zobowiązań, bo może mieć to przełożenie m.in. na toczące się negocjacje dotyczące nowego budżetu.

– Nasza pozycja w Unii Europejskiej była w swoim czasie nieporównanie bardziej wpływowa, niż jest dzisiaj. Od czasu naszego wejścia do Unii w 2004 roku nigdy nie było takiej sytuacji, aby Polska zajmowała tak znaczące miejsce jako przedmiot krytycznej oceny. I to nie tylko w debacie, ale również decyzjach podejmowanych przez unijne trybunały – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, profesor wydziału Artes Liberales na Uniwersytecie Warszawskim.

Kontrowersyjna jest kwestia kontroli praworządności w UE. Prace nad takim mechanizmem, który miałby m.in. uzależniać wypłaty środków z budżetu UE od przestrzegania zasad praworządności przez poszczególne państwa, są dyskutowane przez państwa członkowskie już od jakiegoś czasu. Szefowa KE Ursula von der Leyen zapowiedziała nową procedurę, zgodnie z którą Komisja miałaby kontrolować takie obszary jak wymiar sprawiedliwości, przestrzeganie konstytucji i wolność mediów czy system antykorupcyjny, zamiast zmian w poszczególnych instytucjach takich jak Trybunał Konstytucyjny. Na ostatnim posiedzeniu Rady UE ds. Ogólnych Polska oraz Węgry zablokowały przyjęcie konkluzji dotyczącej nowego mechanizmu kontroli praworządności.

– Respektowanie praworządności jest nie tyle jest zobowiązaniem, ile leży w interesie Polski. Unia to nie jest coś zewnętrznego, my jesteśmy częścią tej całości – podkreśla prof. Adam Rotfeld.

Poprawa relacji i pozycji w UE powinna, zdaniem prof. Rotfelda, być jednym z priorytetów polityki zagranicznej, zaraz obok zapewnianiu nienaruszalności granic i bezpieczeństwa.

Polska ma ogromne szanse odegrać niezwykle istotną rolę w formułowaniu strategii i polityki całej Unii Europejskiej. Im mocniejsza będzie pozycja Polski w UE, tym bardziej będzie to dla nas korzystne. Natomiast obserwuję niestety taką postawę, że często na Unię zrzuca się odpowiedzialność za różne rzeczy, że Unia jest postrzegana jako swego rodzaju zagrożenie. Otóż trzeba sobie powiedzieć, że Unia to jesteśmy my. Mamy możliwość oddziaływania na Unię i bezpieczeństwo całego regionu jeżeli tylko będziemy obecni, respektowani w UE – mówi prof. Adam Rotfeld.

Tym bardziej że – jak zauważa – w Polsce poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej utrzymuje się w tej chwili na rekordowo wysokim poziomie, co obecny rząd również powinien mieć na uwadze. Zgodnie z badaniem CBOS z marca br. – poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE sięga 91 proc. i jest najwyższy od 2004 roku, a pozytywne skutki integracji z UE w wymiarze materialnym i finansowym dostrzega 78 proc. Przeciwnych obecności Polski w Unii było raptem 4 proc. badanych.

 Nasze wejście do Unii było sukcesem całego społeczeństwa. To nie był sukces jednej partii czy koalicji, tylko była to decyzja podjęta w referendum. Chciałbym, żeby nasza polityka odpowiadała temu społecznemu poparciu, jakie wyrażono ponad 15 lat temu – mówi prof. Adam Rotfeld.

Były szef MSZ pozytywnie ocenia niedawne zniesienie wiz dla Polaków, ale jak podkreśla, był to proces wieloletni, Oficjalnie Polacy mogą podróżować do USA bez wiz na okres nieprzekraczający 90 dni od 11 listopada tego roku.

– Blokadą dla wprowadzenia ruchu bezwizowego było respektowanie reguły, że odsetek odmów nie może być wyższy niż 3 proc. Otóż w Polsce – za czasów, kiedy ja byłem ministrem spraw zagranicznych – wynosił on 20 proc. i my podjęliśmy szereg działań, aby ją zmniejszyć do 10 proc. Również ze strony amerykańskiej podjęto kroki, żeby ta ilość odmów była mniejsza. Innymi słowy: spełniliśmy wymóg, odpowiadaliśmy tym kryteriom, które dotyczą wszystkich państw świata, więc udało się to osiągnąć w ramach wieloletniego procesu – mówi były minister spraw zagranicznych.

Kolejowe przewozy chińskich towarów do Europy zaczynają omijać Polskę. To wyzwanie dla wszystkich aktywnie działających na rynku kolejowym podmiotów

W ubiegłym roku w transporcie intermodalnym przewieziono blisko 1,3 mln jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Ten sposób transportu, który pozwala przewozić towary różnymi środkami bez potrzeby przeładunku, szybko rozwija się w całej Europie. W Polsce też stopniowo rośnie, ale głównie jego segment drogowy. Polska z racji centralnego położenia mogłaby odgrywać kluczową rolę w kolejowych przewozach między Europą Zachodnią a Chinami, ale słabo rozwinięta infrastruktura i bariery administracyjno-prawne powodują, że w tej chwili duża część ładunków omija nasz rynek i segment intermodalny nie rozwija się tak szybko, jak powinien.

Rozwój transportu intermodalnego na świecie jest bardzo dynamiczny. Europa Zachodnia właściwie bazuje na przewozie kontenerów z Chin. W Polsce w obszarze infrastruktury kolejowej bardzo dużo się dzieje, realizowane są projekty modernizacyjne na niespotykaną dotąd skalę, plany na najbliższy rok są równie imponujące. Jednak aktualna sytuacja z dostępnością i przepustowością infrastruktury, z czasem przejazdu tego rodzaju pociągów, powoduje, że te ładunki zaczynają omijać Polskę i innymi kanałami trafiają do Europy Zachodniej. Dlatego ważne, żeby rząd, przewoźnicy i PKP Polskie Linie Kolejowe wspólnie zwarli szyki, by zawalczyć o ten wolumen. To pozwoli nie tylko zarobić zarządcy infrastruktury, lecz przede wszystkim wzmocni Polskę jako bramę dla transportu kontenerów z Chin, zapewniając przewoźnikom dobrą, stabilną przyszłość na tym rynku przewozowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Nowakowski, członek zarządu ds. produkcji Deutsche Bahn Cargo Polska.

Transport intermodalny to łączenie przewozu towarów różnymi środkami transportu, np. drogą morską i koleją, ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a towary zamknięte w kontenerach są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które powodują, że transport intermodalny szybko się rozwija. W Polsce w ubiegłym roku przewieziono w ten sposób 1 259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Tylko w ostatnim kwartale ub.r. wzrost sięgnął 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów. Według danych GUS w ubiegłym roku dominowały ładunki mieszane, bez spożywczych (blisko 24 proc.), chemikalia, produkty chemiczne, włókna sztuczne, wyroby z gumy i z tworzyw sztucznych; paliwo jądrowe (15,5 proc.) oraz ładunki z grupy produkty spożywcze, napoje i tytoń (11,7 proc.).

Transport intermodalny w Polsce stopniowo rośnie, natomiast nie jest to wzrost na miarę oczekiwań przewoźników towarowych. Większość tego wzrostu jest niestety skierowana na drogi. Główna przyczyna to niewystarczająca liczba terminali. Druga kwestia, nadal mamy nierówne warunki konkurencji pomiędzy poszczególnymi gałęziami transportu. Do tego dochodzi duża liczba inwestycji torowych i wąskie gardła, szczególnie przy terminalach, portach i stacjach granicznych, to główne czynniki, które nie wpływają korzystnie na możliwość przedstawienia klientowi dobrej oferty w zakresie przewozu kontenerów koleją – mówi Robert Nowakowski.

Według GUS w zeszłym roku w terminalach intermodalnych przeładowano łącznie 67,3 mln ton ładunków kontenerowych – w tym 27,6 mln ton przewiezionych transportem morskim (co stanowiło 41 proc. ogółu ładunków przeładowanych w terminalach morskich i lądowych) oraz 22,4 mln ton (33,3 proc.) transportem samochodowym. Kolej zanotowała najmniejszy udział – 17,3 mln ton, czyli 25,7 proc.

Rola kolei w przewozach intermodalnych powinna być zdecydowanie większa. Natomiast nie sprzyja temu obecna sytuacja, m.in. remonty infrastruktury i wysokie koszty dostępu do niej, bariery formalno-prawne czy wynikająca z korzystniejszych warunków rynkowych lepsza oferta, jaką są w stanie zaoferować przewoźnicy drogowi – wymienia Robert Nowakowski. – Uważam, że większość ładunków powinna trafić na tory, dlatego że kolej jest środkiem transportu, który ma najmniej inwazyjny wpływ na środowisko. Jeśli chcemy zmniejszyć efekt cieplarniany, musimy inwestować w ekologiczne środki transportu. Jest to na pewno kosztowne, ale inwestujemy w przyszłość i zrównoważenie systemu transportowego.

Jak podkreśla, Polska z racji centralnego położenia w Europie jest geograficznie predysponowana do tego, żeby rozwijać przewozy intermodalne i pełnić rolę korytarza dla transportu kontenerów z Chin. Natomiast czynniki takie jak słabo rozwinięta infrastruktura czy bariery administracyjne blokują rozwój tego segmentu rynku i są obciążeniem zwłaszcza dla przewoźników kolejowych.

Aby rozwijać w Polsce transport intermodalny, musimy pójść w kierunku rozwoju terminali, bo to tam trafiają ładunki. Przewóz na tzw. pierwszej i ostatniej mili odbywa się często drogą. Taki ładunek musi więc najpierw trafić drogami do terminala, a dopiero później może podjąć go przewoźnik kolejowy i przewieźć do kolejnego punktu, z którego towar trafi do odbiorcy. Dlatego niezbędne są inwestycje w terminale i w infrastrukturę związaną ze stacjami granicznymi, aby ruch kolejowy nie natrafiał na dodatkowe ograniczenia w zakresie liczby pociągów, które mogą przejechać przez granicę – mówi Robert Nowakowski.

Terminal intermodalny pozwala na szybkie i bezpieczne dokonanie przeładunku jednostek ładunkowych pomiędzy różnymi środkami transportu. W ubiegłym roku w Polsce było 35 aktywnych terminali, z czego większość (29) to terminale lądowe (kolej-droga).

Trzeba też pamiętać, że nie unikniemy kwestii związanej z różnicą rozstawu szyn, czyli rozstaw szerokotorowy i normalnotorowy, europejski. Dalej mamy kwestię granicy UE, a także dwa różne systemy handlowe. Dlatego z jednej strony musimy rozwijać infrastrukturę, a z drugiej – maksymalnie uprościć wszystkie procedury związane z przepływem tych towarów ­– podkreśla członek zarządu DB Cargo Polska.

Mix energetyczny będzie w przyszłości kształtowany bardziej przez obywateli niż polityków. Napędzą to rządowe dopłaty

Energetyka prosumencka może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego, dywersyfikacji dostaw, zwiększenia produkcji energii z OZE oraz zapewnić korzyści m.in. samorządom czy spółdzielniom mieszkaniowym. W Polsce wciąż jest w powijakach, ale mają to zmienić dwa rządowe programy – Energia Plus i Mój Prąd, uruchomione w sierpniu br. Eksperci wskazują jednak, że do wyeliminowania wciąż zostało wiele barier, m.in. kwestia przygotowania sieci dystrybucyjnych nie tylko do dostarczania, ale i odbioru energii.

W Polsce toczy się niekończąca dyskusja o tym, jak ukształtuje się mix energetyczny, ile energii będzie pochodzić z jakiego rodzaju paliw. Tymczasem uruchomienie programu Energia Plus spowodowało ożywienie takiej energetyki obywatelskiej, prosumenckiej. Myślę, że w niedalekiej przyszłości polski mix energetyczny w większym stopniu będzie kształtowany przez obywateli niż polityków – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Juchniewicz, przewodniczący Rady Programowej Konferencji Energetycznej EuroPOWER.

Pod koniec sierpnia wszedł w życie tzw. Pakiet Prosumencki – część rządowego programu Energia Plus, który umożliwia przedsiębiorcom produkcję energii na własne potrzeby w mikroinstalacjach do 50 kW i rozliczanie nadwyżek energii w korzystnym systemie opustów. Taką możliwość zyskały też spółdzielnie energetyczne, które mogą powstawać na wsiach i w gminach miejsko-wiejskich.

Program Energia Plus ma zapewnić im możliwość budowania własnej niezależności energetycznej, chronić przed wzrostami cen energii i być impulsem dla rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce. W połączeniu z obowiązującym od sierpnia drugim programem Mój Prąd, który ma wspierać budowę domowych instalacji fotowoltaicznych, znacznie przyczyni się też do rozwoju energetyki prosumenckiej. Ten zakłada wsparcie budowy domowych mikroinstalacji fotowoltaicznych. Gospodarstwa domowe mogą ubiegać się w nim o dotacje (do 50 proc. kosztów kwalifikowanych inwestycji, ale nie więcej niż 5 tys. zł) dla instalacji o mocy 2–10 kW. Całkowity budżet programu to 1 mld zł, do połowy listopada NFOŚiGW rozdysponował z tej kwoty już 25 mln zł. Dzięki programowi powstanie w sumie 200 tys. domowych instalacji PV o łącznej mocy 1,2 GW.

Aby energetyka prosumencka mogła się rozwijać, trzeba spełnić kilka warunków, które są już stopniowo wdrażane. Mamy programy pomocowe, olbrzymie ułatwienia w montażu instalacji fotowoltaicznych. Te inwestycje zostały wyjęte spod tradycyjnej biurokracji – nie trzeba raportów, dokumentacji, wystarczy podjąć inwestycję, a otrzyma się dotację czy ulgę w podatku. To są czynniki, które zachęcają do inwestowania w ten rodzaj energetyki. Na dodatek pojawił się konkurencyjny rynek instalatorów. Zajmują się tym profesjonalne, certyfikowane organizacje i spółki, ceny się wyrównały. To powoduje, że jest symbioza strony popytowej i podażowej. Dzięki temu energetyka prosumencka nabrała całkiem nowej dynamiki – mówi Leszek Juchniewicz.

Jak ocenia, rządowe wsparcie spowoduje, że energetyka prosumencka z czasem będzie w coraz większym stopniu zastępować źródła tradycyjne. Jej rozwój mógłby też pobudzić innowacje i przedsiębiorczość, stać się źródłem nowych miejsc pracy i przynieść korzyści m.in. dla samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych czy organizacji pożytku publicznego oraz pomóc Polsce wypełnić zobowiązania wynikające z unijnej polityki klimatycznej.

– Polska potrzebuje nowego spojrzenia na energetykę. Ta tradycyjna, konwencjonalna jest dzisiaj passé, bo jest wysokoemisyjna i powoduje olbrzymie perturbacje z klimatem na Ziemi. Musimy od niej odchodzić, ale powinniśmy to robić stopniowo i mądrze stawiać na to, co dzisiaj charakteryzuje nowoczesną energetykę, czyli przede wszystkim nowe technologie, nowe źródła energii, cyfryzację – mówi Leszek Juchniewicz.

Według danych MPiT, w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie ok. 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych, ponad dwukrotnie więcej niż w 2017. W marcu br. było już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE. Prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej przewidują, że już w tym roku Polska może znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych. Według danych przytaczanych przez koalicję „Więcej niż energia” w Polsce co najmniej 4 mln budynków ma warunki techniczne do zainstalowania mikroinstalacji OZE.

Każdy, kto będzie wytwarzał energię, będzie jednocześnie zaspokajał swoje potrzeby i odsprzedawał pozostałą energię operatorowi systemu dystrybucyjnego do sieci. Musi więc być dwukierunkowy licznik na pobór i na emisję energii, co może spowodować rewolucję w rozliczaniu kosztów dystrybucji i przesyłu energii w skali całego kraju. Polski system elektroenergetyczny jest scentralizowany, opartym o centralne źródła wytwarzania, sterowane centralnie sieci przesyłowe i dystrybucyjne. Kiedy rozwinie się energetyka prosumencka, nagle może się okazać, że te sieci są niepotrzebne. Zniknie tradycyjny nośnik kosztu energii, źródła będą w bezpośrednim sąsiedztwie i bliskości tego, który energię zużywa, więc sieć dystrybucyjna i przesyłowa może się okazać w wielu miejscach niepotrzebna – zauważa Leszek Juchniewicz.

Jak wynika z rządowego projektu KPEiK, „bez wątpienia energetyka prosumencka jest elementem systemu, który może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego oraz dalszej dywersyfikacji dostaw energii. W Polsce dopiero zaczyna się rozwijać i przewiduje się, że wzorem państw zachodnich w przyszłości będzie odgrywać coraz większą rolę”. Jak podkreśla szef Rady Programowej EuroPOWER, jest to jednak proces obliczony na wiele lat.

Turyści w Zakopanem coraz częściej szukają hoteli i usług z wyższej półki. Szybko przybywa gości z zagranicy

Zakopane to turystyczna mekka. W ubiegłym roku popularny kurort przyciągnął 11,3 proc. spośród 16,8 mln turystów odwiedzających Małopolskę. Coraz więcej jest wśród nich cudzoziemców, zwłaszcza gości z Niemiec, Wielkiej Brytanii i krajów arabskich, a także ze Słowacji i Czech. Zakopane jest jednym z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych w Polsce. Dysponuje infrastrukturą dla różnych segmentów gości. Ci w coraz większym stopniu poszukują obiektów i usług z górnej półki i są skłonni wydać na nie większe kwoty. Wyzwaniem dla miasta wciąż pozostaje zarządzanie ruchem turystycznym tak, żeby uniknąć tłoku i hałasu.

– Zakopane zaistniało w mentalności gości zagranicznych. Jest popularną destynacją wśród Niemców i Brytyjczyków, których z roku na rok jest coraz więcej. Mamy też wielu gości z krajów arabskich. To wymagający segment klientów, którzy bardzo dobrze płacą. Coraz większe zainteresowanie notujemy również ze Słowacji, Czech i Węgier. Tam infrastruktura hotelowa, gastronomiczna i oferta spędzania wolnego czasu nie są tak rozwinięte jak w Polsce. Widzimy, że przy dobrej reklamie na tych rynkach i odpowiednim targetowaniu tamtejsi klienci są coraz bardziej zainteresowani Zakopanem. Ten rynek cały czas się rozpędza i ma przed sobą jeszcze górkę – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór.

Zakopane to turystyczna mekka i jeden z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych. Według danych Małopolskiej Organizacji Turystycznej to drugie, po Krakowie, najchętniej odwiedzane miasto w regionie. Statystyki portalu Nocowanie.pl pokazują z kolei, że od czerwca do sierpnia tego roku Zakopane było najchętniej wybieraną miejscowością na wakacyjny wyjazd.

– Zakończony właśnie sezon był dla Zakopanego udany. Gości nie przybywa skokowo, ale też nie o to chodzi, bo mamy zainteresowanie dobrej jakości produktem noclegowym, hotelowym i gastronomicznym. Widać, że goście są przygotowani, żeby więcej zapłacić za pobyt, więcej wydać na różnego rodzaju usługi towarzyszące. Pod tym kątem zakończony właśnie sezon był bardzo dobry, podobnie jak prognozy na sezon zimowy. Dla przykładu, obecnie w Nosalowy Dwór Resort & SPA mamy już całkowicie wyprzedany okres świąteczny. Już w październiku nie było wolnych miejsc, a zwykle dzieje się to dopiero pod koniec listopada – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, oczekiwania turystów są coraz wyższe i ewoluują w stronę obiektów i usług z wyższej półki, chociaż nadal utrzymuje się też stabilne zainteresowanie hotelami 3-gwiazdkowymi i pobytami bez śniadania w obiektach apartamentowych.

– Dla turystów liczy się przede wszystkim wygodny nocleg, ale też doskonałe usługi recepcji, concierge, pyszne śniadanie, które nie jest tylko ułożonym bufetem czekającym na gościa, ale pewnego rodzaju doświadczeniem. Goście szukają bardzo dobrych restauracji à la carte, również w hotelu, aby mieć je pod ręką. Liczą się też usługi SPA i holistyczne masaże, które pozwalają się zrelaksować, uciec przed zgiełkiem, a nie są tylko prostym rytuałem. Coraz większa grupa ludzi przyjeżdżających do Zakopanego tego właśnie szuka – mówi Wiktor Wróbel.

Wiele zależy również od sezonu. Kurort cieszy się największą popularnością w okresie wakacji, ferii zimowych oraz świąt Bożego Narodzenia i sylwestra.

– Na tym rynku można pogodzić różne modele biznesowe i jest w Zakopanem infrastruktura dla różnych segmentów gości. Widać to dobrze np. w okresie świąt Bożego Narodzenia, kiedy przyjeżdżają goście najbardziej zamożni, którzy mają najwyższe oczekiwania co do standardu usług, szukają obiektów 4–5-gwiazdkowych. Podobnie ferie zimowe i sezon od sierpnia do września również obfitują w ten segment gości – mówi Wiktor Wróbel.

Lipiec jest z kolei okresem, kiedy do Zakopanego przyjeżdżają relatywnie najmniej zamożni turyści, szukający zwykle obiektów 3-gwiazdkowych lub pensjonatów. Dla tego segmentu gości lokalny rynek również ma bardzo rozwiniętą ofertę. W sezonie wiosennym i jesiennym miasto jest z kolei popularną destynacją konferencyjną, w tym okresie popyt na usługi konferencyjne jest największy.

– W pewnych okresach problemem jest zatłoczenie Zakopanego i miasto musi bardzo uważać, żeby nie paść ofiarą własnego sukcesu. To jedna z niewielu destynacji w Polsce, gdzie nie jest widoczna tak wyraźna sezonowość, jak np. nad morzem. Tam jest kilka miesięcy w roku, które zarabiają na pozostałe. Hotelarze nadmorscy próbują z tym walczyć, natomiast wynika to poniekąd ze specyfiki lokalizacji. Zakopane ma bardzo mocny okres zimowy i letni, uzupełnieniem tego są coraz mocniejsze okresy konferencyjne. Jednak jest to duże wyzwanie dla miasta – zarządzanie ruchem turystów tak, żeby nie odbiło się to na przyjemności spędzania wolnego czasu – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, wbrew obiegowej opinii tłok i hałas w Zakopanem są jednak rzadko odczuwalne. Poza Sylwestrem, kiedy do miasta przyjeżdżają tłumy gości, Zakopane pełni raczej rolę hubu dla turystów na cały region Małopolski, który oferuje wiele innych atrakcji, np. termy, szlaki czy trasy zjazdowe dla narciarzy.

Popularność regionu może jeszcze wzrosnąć wraz z poprawą jakości powietrza. Na walkę ze smogiem stawiają zarówno samorządy, jak i przedsiębiorcy.

Powstała certyfikacja Eco Zakopane – dodaje Wiktor Wróbel. – Oczywiście mamy jeszcze trochę do nadrobienia, tak jak wiele miejsc w Polsce, co wynika np. ze sposobu ogrzewania domów. W Zakopanem mamy niesamowity atut, czyste źródło energii, jakim jest geotermia, która zasila wiele domów. Oprócz tego urząd miasta, władze lokalne bardzo mocno forsują program wymiany pieców i to się realnie dzieje. Poprawa powietrza z tego tytułu jest już widoczna.

Trwają prace nad smartfonem z aparatem 108 MP. Jakość zdjęć to jednak głównie zasługa sztucznej inteligencji

Smartfony już od dawna nie służą tylko do rozmów i przesyłania wiadomości. Stały się już kamerą, urządzeniem internetowym, automatem do gier i odtwarzaczem multimedialnym. Coraz częściej smartfony wyglądają jak świecąca się szklana płyta, bez przycisków, głośników czy portów USB. Producenci eksperymentują z kształtem – niedawno zaprezentowano smartfon, który można złożyć w kwadrat. Xiaomi z kolei ma w ofercie smartfony Redmi Note z aparatami premium 64 megapikseli, a już pracuje nad aparatem 108 MP. Jakość zdjęć coraz bardziej poprawia jednak sztuczna inteligencja.

– Przez ostatnich kilka lat obserwujemy dynamiczne zmiany na rynku smartfonów. Ludzie coraz bardziej koncentrują się na zaawansowanych technologiach, przede wszystkim w aparatach. Oferujemy  więc aparaty z 32 Megapikselami i wprowadzamy aparaty 64 Megapikseli, co obecnie już staje się standardem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacques Xiang Li, szef globalnego PR w Xiaomi.

Już od kilku lat smartfony to nie tylko telefony, ale centrum komunikacji. Przy tym – coraz bardziej nowoczesne, wyposażone w najnowszej generacji czujniki, naszpikowane technologią, które zastępują laptopy czy aparaty fotograficzne. 

Xiaomi zaprezentowało niedawno smartfony Redmi Note, które mogą pochwalić się wysokowydajnymi układami SoC oraz aparatami premium. Nowy flagowy Redmi Note 8 Pro jest pierwszym w branży telefonem z modułem aparatu Samsung GW1 64MP, podczas gdy Redmi Note 8 oferuje aparat 48 MP w przystępnej cenie. To nie koniec – Xiaomi już zapowiedziało prace nad aparatami z rozdzielczością 108 megapikseli.

– Jest również sztuczna inteligencja. Tutaj kluczowym aspektem jest interakcja z użytkownikami. Wiele aparatów wykorzystuje już sztuczną inteligencję, przede wszystkim w celu optymalizacji robienia zdjęć. Technologia ta jest również stosowana w przypadku inteligentnego asystenta, który faktycznie pomaga w realizacji wielu zadań – wskazuje Jacques Xiang Li

Nowe wersje smartfonów mają coraz więcej funkcji i aplikacji zintegrowanych ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. To dzięki sztucznej inteligencji interfejs aparatu w smartfonie może łatwo wykryć obiekt w ramce aparatu, dostosowując ustawienia w celu uzyskania najlepszego możliwego obrazu. Dzięki integracji SI i uczenia maszynowego smartfony mogą też tłumaczyć różne języki w czasie rzeczywistym bez konieczności połączenia z internetem. To SI odpowiada za możliwość odblokowania telefonu wizerunkiem twarzy, przy której nie przeszkadzają okulary czy zarost.

Sztuczna inteligencja pozwala też zintegrować telefon z innymi urządzeniami internetu rzeczy, tym samym smartfonem można sterować domowymi urządzeniami.

– Uważam, że smartfony mogą zastąpić pod wieloma względami laptopy. Czekamy też na wdrożenie technologii 5G. Widzimy, że łączność staje się coraz łatwiejsza. Możemy też kontrolować wiele rzeczy w naszych mieszkaniach w połączeniu z rozwiązaniami inteligentnych domów – wskazuje ekspert Xiaomi.

Coraz więcej producentów wprowadza na rynek smartfony 5G. Producent chipów do smartfonów Qualcomm ocenia, że do 2020 roku na rynku będzie 175-225 mln smartfonów z siecią 5G. Smartfony 5G oferują już m.in. Samsung, Huawei, LG, Oppo i Xiaomi, przy czym Xiaomi zapowiada, że w 2020 roku wprowadzi 10 różnych modeli z siecią 5G.

Smartfony bardzo szybko zmieniają też swój design. Na rynku można już dostać telefony, które do złudzenia przypominają świecącą szklaną płytę, bez portów USB, czy głośników. Coraz więcej producentów wprowadza składane smartfony – do prostych zadań wystarczy mała wersja, którą jednak można rozłożyć do oglądania filmów, czytania wiadomości i książek. Google od lat pracuje nad Androidem, który może bezproblemowo działać w wielu różnych kształtach. Z kolei Samsung zaprezentował nowy design smartfona, który można złożyć w kwadrat.

– Smartfon to nie tylko urządzenie do komunikacji, jest to także przedmiot, który wyraża twój styl, dlatego koncentrujemy się również mocno na designie. Mamy ponadto na uwadze powszechną niechęć użytkowników do wydawania fortuny na coś, co wymienią po dwóch lub trzech latach. Ten trend również zauważyliśmy i chcemy oferować smartfony w cenach, które są przystępne dla większości ludzi – mówi Jacques Xiang Li.