Konstytucja Biznesu po ponad roku obowiązywania nadal nie zmieniła mentalności urzędników

Konstytucja dla biznesu obowiązuje od półtora roku, ale jej zasady są łamane przez administrację państwową. O tym, że skala tego zjawiska jest bardzo duża świadczą dane przedstawione przez Ministerstwo Finansów.

A miało być tak pięknie…

Istnieje zasada domniemania niewinności, zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść podatnika, zasada korzystnej dla podatnika interpretacji przepisów. Wszystko co prawem nie jest zabronione jest dozwolone. Takie jest obowiązujące prawo, a dokładnie prawo przedsiębiorców, które wchodzi w skład tzw. Konstytucji biznesu obowiązującej od kwietnia 2018 r.
Konstytucja biznesu, to pakiet pięciu ustaw, które miały w głównej mierze regulować stosunki na linii obywatel, przedsiębiorca, podatnik a organy administracji państwowej. Jaka jest rzeczywistość po upływie półtora roku? Oto kilka przykładów.

– Ministerstwo Finansów wskazało, że od początku obowiązywania Konstytucji biznesu doszło do przerwania terminu biegu przedawnienia w ok. 900 sprawach, które stanowią 20 proc. wszelkich spraw podatkowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska, doradca podatkowy, wiceprezes zarządu w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. Dlaczego jest to tak istotne? Ponieważ zobowiązanie podatkowe w Polsce przedawnia się z upływem 5 lat licząc od końca roku, w którym podatnik zobowiązany był do zapłaty podatku. Po upływie okresu przedawnienia organy podatkowe nie mogą żądać od nas zaległego podatku i odsetek za zwłokę. Jednak bieg terminu przedawnienia przerywa się jeżeli zostanie wszczęte postępowanie w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe.

Okazuje się, że jest to rozwiązanie bardzo często stosowane przez organy podatkowe, skoro zostało zastosowane w co piątej sprawie.

Kolejnym problemem jest czas trwania postępowań podatkowych oraz kontroli skarbowych.

– Zgodnie ze statystykami przekazanymi przez Ministerstwo Finansów ponad 1 200 postępowań podatkowych trwało ponad 2 lata – mówi A.Turska z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Zasada domniemania niewinności przedsiębiorcy czy też podatnika również jest pomijana. Okazuje się, że w ciągu 1,5 roku przedsiębiorcy 37 razy powoływali się na tę zasadę, ale ani razu nie została ona uwzględniona.

Aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste

Ostatni kwartał roku kalendarzowego to z reguły czas, w którym użytkownicy wieczyści nieruchomości otrzymują najwięcej wypowiedzeń dotychczasowej wysokości opłat za użytkowanie wieczyste nieruchomości. Termin na dokonanie aktualizacji ze skutkiem na kolejny rok kalendarzowy upływa bowiem 31 grudnia poprzedniego roku (art. 78 ust. 1 Ustawy o Gospodarce Nieruchomościami).

Aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste

Opłata roczna za użytkowanie wieczyste jest równa iloczynowi stawki za użytkowanie wieczyste wyrażonej w procentach oraz ustalonej wartości nieruchomości gruntowej. O ile stawka opłaty za użytkowanie wieczyste ulega zmianom tylko w razie zmiany przeznaczenia nieruchomości, to wartość nieruchomości gruntowych na przestrzeni lat – co do zasady – dynamicznie rosła. Niejednokrotnie użytkownicy wieczyści wnoszą opłaty za użytkowanie wieczyste obliczone na podstawie wartości nieruchomości ustalonej kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu z uwagi na brak aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste w tym okresie. W związku z upływem wielu lat wartość nieruchomości gruntowych wzrosła zwykle kilkukrotnie bądź też nawet kilkunastokrotnie. W związku z powyższym aktualizacja opłat za użytkowanie wieczyste wydaje się być ostatecznie nieunikniona, bo wzrost wartości nieruchomości gruntowej zwykle jest oczywisty.

Na jakich podstawach można podważyć wypowiedzenie?

Wątpliwości budzić może niekiedy wartość nieruchomości gruntowej ustalona w operacie szacunkowym, metodologia jego sporządzenia oraz poczynione założenia co do stanu faktycznego i prawnego nieruchomości. W wielu przypadkach operaty szacunkowe biegłych rzeczoznawców zawierają błędy, które pozwalają na ich podważenie. Tym niemniej, bardzo często się zdarza, że użytkownicy wieczyści weryfikując wartość nieruchomości w użytkowaniu wieczystym otrzymują podobny wynik wyceny nieruchomości, jak w przypadku operatu szacunkowego sporządzonego na zlecenie właściciela nieruchomości. Z tego względu nie korzystają z przysługujących im środków ochrony prawnej.

Nawet jeżeli wartość nieruchomości gruntowej faktycznie wzrosła do kwoty wskazanej w wypowiedzeniu wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste, to nie oznacza to jeszcze, że nie można skutecznie bronić się przed podwyżką opłaty za użytkowanie wieczyste. W wielu przypadkach właściciele nieruchomości aktualizując opłaty popełniają bowiem poważne błędy formalne, które mogą nawet stanowić podstawę do ustalenia opłaty za użytkowanie wieczyste w dotychczasowej wysokości. Dlatego też warto przeprowadzić wnikliwą analizę całej dokumentacji przed podjęciem decyzji o rezygnacji ze złożenia wniosku o ustalenie, że podwyżka opłaty jest nieuzasadniona.

Co można osiągnąć?

Skuteczne podważenie aktualizacji w całości skutkować będzie ustaleniem opłaty za użytkowanie wieczyste w dotychczasowej wysokości. W konsekwencji właściciel nieruchomości nie będzie mógł podjąć kolejnej próby dokonania aktualizacji wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste przez 3 lata. W praktyce oznacza to, że użytkownik wieczysty przez okres nawet 5 lat będzie ponosić niższe opłaty niż, gdyby nie złożył sprzeciwu. Okres ten będzie wynosił 5 lat (a nie 3) o ile zaktualizowana wartość nieruchomości będzie przewyższać więcej niż dwukrotnie dotychczasową wartość nieruchomości, co jest regułą. Wynika to z przepisów prawa, wedle których przez pierwsze dwa lata po aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste opłata roczna jest znacznie niższa niż docelowa.

W celu zakwestionowania aktualizacji wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste użytkownik wieczysty powinien złożyć za pośrednictwem organu dokonującego wypowiedzenia wniosek do Samorządowego Kolegium Odwoławczego („SKO”) o ustalenie, że aktualizacja opłaty za użytkowanie wieczyste jest nieuzasadniona bądź uzasadniona w innej wysokości. Na złożenie takiego wniosku użytkownik ma 30 dni od otrzymania wypowiedzenia. Należy więc jak najszybciej zweryfikować dokumentację dotyczącą aktualizacji, którą dysponuje właściwy organ, w tym w szczególności operat szacunkowy i przeprowadzić analizę, jakie są szanse powodzenia w kwestionowaniu wysokości opłaty za użytkowanie wieczyste. Rozstrzygnięcie SKO może być zaskarżone zarówno przez użytkownika wieczystego, jak i przez właściwy organ poprzez złożenie sprzeciwu do sądu powszechnego za pośrednictwem SKO.

W razie, gdy uchybienia formalne są oczywiste, w wielu przypadkach orzeczenie SKO kończy sprawę, gdyż właściwy organ niejednokrotnie decyduje się na nieskładanie sprzeciwu. W razie złożenia sprzeciwu spór może trwać nawet kilka lat. Może to mieć również korzystne skutki dla użytkownika wieczystego, gdyż w czasie prowadzenia sporu opłata za użytkowanie wieczyste nie zostanie zaktualizowana.

W czasie trwania sporu o wysokość opłaty użytkownik wieczysty zobowiązany jest płacić opłatę w dotychczasowej wysokości. Nawet jeśli po jego zakończeniu będzie musiał uzupełnić opłatę za wcześniejsze lata to właścicielowi nie będą przysługiwać odsetki za opóźnienie spowodowane prowadzeniem sporu. – Robert Uhl, Adwokat w Deloitte Legal, Partner Associate

Podsumowując, w razie aktualizacji opłaty za użytkowanie wieczyste warto jest wnikliwie przeanalizować wszystkie istotne dokumenty i na tej podstawie podjąć decyzję o kwestionowaniu podwyżki. Nawet jeżeli wartość nieruchomości wzrosła w takim stopniu jak wynika z wypowiedzenia i oferty nowej wysokości opłaty to aktualizacja może okazać się nieskuteczna, jeżeli podniesione zostaną odpowiednie argumenty prawne. – Łukasz Żuławiński, Radca prawny w Deloitte Legal, Senior Associate

Hakerzy mimo woli – czy Twój sprzęt infekuje kolejne?

Zgodnie z najnowszym raportem The Hunt for IoT (październik 2019) liczba wykrytych thingbotów wzrasta. Eksperci F5 Labs pokazują w raporcie dwadzieścia sześć aktywnych i nowych, z których 88 proc. należy do grupy post-Mirai[1]. Europa pozostaje terytorium najbardziej narażonym na potencjalne ataki wzorowane na tym botnecie. Rozprzestrzenianie się thingbotów nie słabnie, a stoją za tym wszyscy użytkownicy: zaczynając od dzieci, a kończąc na organizacjach na poziomie państw narodowych[2].

Skala zagrożenia rośnie, tym bardziej że – jak wskazuje raport – ataki thingbotów są tanie i mają ogromne możliwości. Wystarczy, że na urządzeniu IoT zostanie raz zainstalowany malware, żeby bot kontaktował się z serwerem i zaczął pobierać jego polecenia (najczęściej dotyczące przeprowadzenia ataków DDoS). Ponadto, thingboty angażują serwery proxy do zbierania informacji z ruchu pomiędzy urządzeniami, szyfrowanego ruchu, kopania kryptowalut oraz przeprowadzania ataków na aplikacje internetowe. Podobne usługi sprzedawane są już nawet na Instagramie. Młodociani hakerzy budują i sprzedają botnety w abonamencie już od 5 dolarów miesięcznie.

Dane od partnera F5 Labs – Baffin Bay Networks wskazują, że Europa w zainfekowanych urządzeniach IoT ma więcej skanerów Mirai (które próbują rozprzestrzeniać infekcję) niż jakikolwiek inny region na świecie[3]. Obok oryginalnego zagrożenia z botnetu Mirai funkcjonują też jego odgałęzienia – klony.

Podczas testów przeprowadzonych przez naszych kolegów z F5 Labs na urządzeniach IoT stosowanych we wdrożeniach infrastruktury krytycznej (np. zapewnianiających usługi internetowe dla flot ratunkowych) – aż 62 proc. z badanych struktur zostało uznanych za podatne na zagrożenia. Warto zwrócić uwagę, że powinny to być najbezpieczniejsze urządzenia i systemy. Tymczasem liczba wszystkich urządzeń IoT, łącznie z tymi „mniej bezpiecznymi” ma osiągnąć szacunkowo 20 miliardów sztuk do końca przyszłego roku – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland. Skala podatności, a tym samym wykorzystania do ataków jest więc bezprecedensowa – dodaje.

Hunt for IoT donosi ponadto, że routery domowe i firmowe (SOHO), kamery IP, cyfrowe urządzenia nagrywające (DVR), rejestratory monitoringu wizyjnego (NVR) i telewizje przemysłowe czy dozorowe (CCTV) pozostają  głównymi zainfekowanymi przez thingboty urządzeniami IoT.

Thingboty celują w urządzenia Internetu Rzeczy używając http oraz publicznie dostępnych, uniwersalnych protokołów (UPnP, HNAP, SSH) – na marginesie, te usługi nie powinny być w ogóle publicznie dostępne. 30% nowo odkrytych thingbotów próbuje się dostać do IoT poprzez typowe podatności i ekspozycje, które są uwzględnione na CVE –  dostępnej publicznie liście możliwych wejść.

Czekanie aż producenci IoT zaczną dostarczać bezpieczne produkty czy pokładanie zaufania we wdrażanie kontrolerów bezpieczeństwa jest stratą czasu. Biznes już teraz musi sam się bronić. Warto zacząć od zabezpieczenia się przed najczęstszym typem ataków ze strony thingbotów, czyli DDOS. Dla obrony przed tego typu atakami, najlepszym rozwiązaniem jest skorzystanie z usług dostawcy zabezpieczeń typu cloud scrabbing. Wynika to głównie z tego, że wielkość tego typu ataków przekracza możliwości większości sieci (poza dostawcami usług i bankami). Są to ataki powszechne, bo ich przeprowadzenie jest tanie, kosztują ok. 20 dolarów – komentuje Ireneusz Wiśniewski. I dodaje:

W drugiej kolejności mamy ataki na aplikacje internetowe – te wymagają ochrony zaporami sieciowymi z wykrywaniem botów (mechanizmy behawioralne) i blokowaniem ruchu pochodzącego od nich. Produkty IoT z niewiadomymi podatnościami lub zabezpieczeniami poniżej normy trzeba poddawać testom i kwarantannie lub usuwać ze struktury biznesowej – podsumowuje Ireneusz Wiśniewski.

[1] Mirai to najpotężniejszy botnet (sieć urządzeń IoT podległa poleceniom hakerów), spośród tych, które dotąd przeprowadziły ataki – jest ciągle widoczny, częściowo dzięki swojemu rozproszonemu modelowi skanowania, który umożliwia samo-powielanie.

[2] https://www.f5.com/labs/articles/threat-intelligence/the-hunt-for-iot–so-easy-to-compromise–children-are-doing-it

[3] Baffin Bay Networks zbadał wzorce zachowań Mirai, a następnie wyciągnął/określił współrzędne geograficzne szerokości i długości geograficznej urządzeń Internetu Rzeczy zachowujących się jak infekcja Mirai. Ponieważ są to urządzenia stacjonarne (routery, kamery, nagrywarki, telewizje przemysłowe) ich współrzędne określone w ten sposób są dokładniejsze od fizycznego adresu IP.

Produktywność pracowników nie rośnie tak szybko, jak sugerowany wzrost płacy minimalnej

W 2020 r. płaca minimalna ma wynosić 2 600 zł, a średnie wynagrodzenia w małych firmach w 2018 r. wynosiły ok. 3 tys. zł. Największe kłopoty przed małym firmami, dlatego bezrobocie zacznie wzrastać.

– Zyskają osoby najniżej zarabiające i o najniższych kwalifikacjach zawodowych, a w najtrudniejszej sytuacji znajdą się najmniejsze firmy, bo będą zwalniać pracowników, gdy nie będzie ich stać na podwyższenie najniższej płacy, ale jednocześnie pracownicy o wyższych kwalifikacjach będą się przenosić do firm średnich o dużych, bo płace są tam o 2 tys. zł wyższe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Najmniejsze firmy będą przenosić się do szarej strefy, aby nie podwyższać wynagrodzeń, co oznacza, że będzie rosnąć co najmniej oficjalne bezrobocie. Jeżeli w 2024 r. zgodnie z rządowymi obietnicami wzrośnie do 4 tys. zł, to skala tego zjawiska będzie dużo większa.

Przy takim scenariuszu zmian w wynagrodzeniach wzrost najniższej płacy okaże się coraz większym problemem dla osób właśnie o najniższych kwalifikacjach.

– Tak duży wzrost minimalnego wynagrodzenia wymusi na firmach inwestycje w robotyzację, ze względu na coraz wyższy koszt funduszu wynagrodzeń – ocenia ekspertka Lewiatana.

To nie jest kraj dla bogatych ludzi

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po kilkaset złotych – stwierdziło dumnie Ministerstwo Przedsiębiorczości, informując o skierowaniu 18 października 2019 r. do konsultacji publicznych projektu ustawy wprowadzającego proporcjonalny od uzyskiwanego dochodu sposób liczenia składek na obowiązkowe ubezpieczenie społeczne. Zmiany faktycznie przyniosą pozytywną, odczuwalną zmianę w sytuacji najmniejszych przedsiębiorców. Jednak pytanie brzmi, kto to wszystko sfinansuje?

Zgłoszony 17 października 2019 r. Projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej autorstwa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przewiduje zmianę sposobu ustalania wymiaru składek na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne. W przypadku standardowych składek jest to obecnie 60% średniego krajowego wynagrodzenia. Po wejściu w życie nowelizacji podstawa wymiaru składki będzie liczona od uzyskiwanego dochodu, jednak nieprzekraczającego określonego rocznego progu. Tzw. Mały ZUS już obowiązuje. Został wprowadzony ustawą z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie niektórych ustaw w celu obniżenia składek na ubezpieczenia społeczne osób fizycznych wykonujących działalność gospodarczą na mniejszą skalę (Dz.U. 2018 poz. 1577 i 2244), obejmując najmniejszych przedsiębiorców, których roczne przychody nie przekraczały 30-krotności kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę. Po zmianach Mały ZUS ma objąć jeszcze szerszy krąg adresatów:

„Według założeń przyjętych przy opracowaniu koncepcji nowelizacji, będzie ona modyfikowała wysokość progu przychodu umożliwiającego skorzystanie z ulgi (…), a także dopuści ustalenie podstawy wymiaru składek na podstawie uzyskanego dochodu. W założeniach przyjmuje się, że prawo do skorzystania z obniżonej składki na ubezpieczenia społeczne będą miały osoby, których przychód z pozarolniczej działalności gospodarczej w poprzednim roku kalendarzowym nie był wyższy niż 120 tys. zł” (Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej).

Za korzyści dla mniejszych zapłacą ci więksi

„Na dochody budżetowe będą miały wpływ, poprzez obniżenie podstawy opodatkowania, m.in. planowane zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych związane ze zniesieniem ograniczenia rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe” – to cytat z Uzasadnienia ustawy budżetowej na 2020 r. Istotny jest jeszcze jeden cytat z tego uzasadnienia autorstwa Rady Ministrów: „…w projekcie ustawy budżetowej na rok 2020 przewidziano zrównoważony budżet państwa, tj. budżet, w którym całość wydatków budżetu państwa pokrywana jest jego dochodami”.

Co to oznacza? Przekaz jest jasny. Jeśli obniża się zobowiązania składkowe ZUS małym przedsiębiorcom, to powstałą w systemie ubezpieczeń społecznych dziurę trzeba zasypać pieniędzmi zabranymi większym przedsiębiorcom. Dlaczego? Rachunek jest prosty. Zniesienie ograniczenia rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe sprawia, że w pierwszej kolejności stracą najlepiej zarabiający, powyżej 12 tys. zł miesięcznie. Otrzymają oni na rękę od kilku do kilkunastu procent wypłaty mniej. Jednak równolegle, wprost proporcjonalnie, czyli o kilka, a nawet kilkanaście procent więcej do kasy ZUS przeleją przedsiębiorcy, którzy te osoby zatrudniają. Przykładowo po zniesieniu limitu 30-krotności składek na ZUS przedsiębiorca zatrudniający pracownika z pensją brutto 13 tys. zł miesięcznie będzie musiał dopłacać do jego zatrudnienia ok. 400 zł więcej miesięcznie, czyli ok. 5 tys. zł rocznie. Wyliczenia te, dla zrozumienia, w jakiej sytuacji mogą wkrótce znaleźć się przedsiębiorcy-pracodawcy, brzmią jednak mniej optymistycznie, gdy za przykład weźmie się pracownika zarabiającego 20 tys. zł. Po zmianach pracodawca dopłaci więcej o około 1 700 zł miesięcznie i ponad 20 tys. zł rocznie. Przy pensji pracownika na poziomie 30 tys. zł koszty te wzrosną odpowiednio o około 3 500 zł miesięcznie i ponad 42 tys. zł rocznie.

Zagraniczna rezydencja podatkowa

Wyższe rachunki za niezbędne do prowadzenia przedsiębiorstwa opłaty, jak prąd czy gaz, nowe podatki i inne daniny publicznoprawne, a od 1 stycznia nowego roku wzrost o 15,5% najniższego kosztu zatrudnienia pracownika, a teraz, poprzez likwidację limitu 30-krotności składek ZUS, dodatkowo wzrost kosztów zatrudnienia najlepiej zarabiających – tak wygląda realizacja zadeklarowanej przez rząd idei zrównoważonego rozwoju. W sumie można się w tym doszukać pewnej logiki, bo dawanie jednym kosztem drugich też może doprowadzić do ich uśrednienia.

Nikogo nie może więc już dziwić, że osoby lepiej zarabiające, a tym bardziej zatrudniający je przedsiębiorcy, korzystają z możliwości przeniesienia swojego biznesu pod bardziej przyjazną jurysdykcję. Zmiana rezydencji podatkowej, przeniesienie swojej działalności, czy wykorzystanie zagranicznych struktur organizacyjnych, to skuteczne i już prawdopodobnie jedyne, poza zamknięciem działalności, lekarstwo dla tych, którym nie podoba się oferowany sposób równoważenia. Nie należy też zapominać, że w planach jest likwidacja stałej składki ZUS, celem wprowadzenia powszechnej, „sprawiedliwościowej” składki liczonej proporcjonalnie od uzyskiwanych dochodów, i to nie tylko z tytułu umowy o pracę, ale także osiąganych z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Adam Klinert nowym wiceprezesem Portu Lotniczego Lublin

Rada Nadzorcza Portu Lotniczego Lublin S.A. powołała nowego wiceprezesa zarządu – Adama Klinerta. Zajął on miejsce Włodzimierza Wysockiego, który pełnił obowiązki wiceprezesa lotniska od listopada 2016 r.

Adam Klinert (ur. 1969 r.) jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego ze specjalizacją w prawie gospodarczym publicznym, w szczególności przekształceniach własnościowych oraz restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ukończył również studia podyplomowe w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego na kierunku zarządzanie w administracji publicznej.

Adam Klinert przez ponad 12 lat zajmował stanowiska kierownicze, wymagające umiejętności zarządczych. Był liderem projektów, w których nadzorował zespoły od kilkunastu do kilkuset osób. Doświadczenie zdobywał m.in. w takich branżach, jak transportowa (PKP Cargo), energetyczna (PGE Energia Odnawialna S.A., PGE Energia Jądrowa 1 S.A., Elektrownie Górnej Odry Sp. z o. o.), nieruchomościowa (BGK Nieruchomości S.A.) oraz bankowa (Bank Gospodarstwa Krajowego).

Od 2010 r. jest blisko związany z branżą lotniczą. W latach 2010 – 2015 był wiceprezesem zarządu ds. prawnych i finansowych Portu Lotniczego Radom S.A., a w latach 2015 – 2017 i 2019 doradcą Zarządu Portu Lotniczego Lublin S.A.

„Twardy” brexit może nam zabrać nawet 35 tysięcy miejsc pracy

Toczący się od trzech lat proces brexitu spędza sen z powiek przedsiębiorcom. Szczególnie tym, którzy zajmują się eksportem produktów do Wielkiej Brytanii. Od początku wiadomo było, że wyjście Zjednoczone Królestwa z Unii Europejskiej będzie miało negatywny wpływ na eksport i handel z Brytyjczykami. Jednak wizja „twardego” brexitu – czyli wyjścia z Unii bez umowy – jest szczególnie niekorzystna dla państw członkowskich Unii. Oznacza ona, że popyt na towary eksportowe spadnie w Wielkiej Brytanii nawet o 20%. Chociaż więc możliwość „twardego” brexitu nie jest zbyt wielka, warto uświadomić sobie jego konsekwencje. Szczególnie, że jeśli dojdzie do skutku brexit z umową – po minięciu łagodnego okresu przejściowego możemy zmierzyć się z konsekwencjami o podobnym rozmiarze.

– Tak duży spadek popytu na towary eksportowe w Wielkiej Brytanii przełożyłoby się na spadek polskiego PKB i liczby pracujących w gospodarce o około 0,025%. To niewielki odsetek, ale jeżeli przeliczymy go na rzeczywistą wartość nominalną i liczbę miejsc pracy – oznacza spadek PKB o około 5 miliardów złotych i około 35 tysięcy utraconych miejsc pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Oczywiście w przypadku brexitu z umową skutki będą mniejsze. Jednak wciąż nie znamy ostatecznej wersji umowy, a możliwość „twardego” brexitu wciąż istnieje. Co więcej, wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii już zaczął spowalniać – co ma wpływ na eksport z innych krajów. Możemy się więc spodziewać, że nawet przed faktycznym brexitem zobaczymy jego konsekwencje w naszej gospodarce. Warto wspomnieć także o tym, że konsekwencje te dotkną najbardziej polskiego sektora ogólnospożywczego. Artykuły rolno-spożywcze stanowią prawie 20% naszego eksportu do Wielkiej Brytanii. Dlatego w przypadku brexitu, z sektora rolno-spożywczego może zniknąć nawet 8 tysięcy miejsc pracy – ostrzega Sawulski.

Oracle migruje Prudential do chmury. Pierwsze takie wdrożenie w Polsce

Prudential wdrożył chmurowy system ERP Oracle Financials Cloud. Projekt zrealizowano równocześnie w Polsce oraz w Irlandii w ciągu zaledwie 10 miesięcy. To jedno z pierwszych wdrożeń chmurowych systemu ERP Oracle w branży finansowej w Polsce i w regionie.

Choć sektor finansowy ze względu na liczne regulacje i związane z nimi obostrzenia, do tej pory z dystansem podchodził do inwestycji w chmurę obliczeniową, wiele wskazuje na to, że sytuacja zaczyna się zmieniać.

Dwie lokalizacje, jeden system

Na wdrożenie chmurowego systemu ERP zdecydował się w Polsce Prudential będący oddziałem spółki irlandzkiej Prudential International Assurance, należącej do Grupy Prudential. Dotychczas wykorzystywany system zastąpiono chmurowym rozwiązaniem Oracle Financials Cloud.

– System ERP z którego korzystaliśmy spełniał wprawdzie nasze oczekiwania w zakresie rachunkowości finansowej, jednakże zależało nam na znacznie szerszej digitalizacji, standaryzacji i uproszczeniu procesów w obszarze Finansów oraz IT – tłumaczy Marcin Sagała, CIO i członek Executive Committee w Prudential – Zdecydowaliśmy o wdrożeniu jednego, centralnego systemu dla spółek w Polsce i w Irlandii – dodaje Marcin Sagała.

Prudential zdecydował o wyborze Oracle Financials Cloud, zintegrowanego systemu ERP wspierającego zarządzanie finansami, pozwalającego m.in. na zautomatyzowanie przetwarzania wydatków czy raportowanie kluczowych wskaźników wydajności.

Braliśmy pod uwagę kilka rozwiązań, w tym zarówno te dostępne w modelu SaaS, jak
i oprogramowanie instalowane na własnej infrastrukturze. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie ważne dla nas aspekty – zarówno te biznesowe, jaki techniczne wybraliśmy system Oracle –
mówi Marcin Sagała z Prudential.  

– Cieszę się, że Prudential zdecydował się na system ERP od Oracle.  Liczę na to, że realizacja tego projektu, zakończona sukcesem, ułatwi branży finansowej podejmowanie decyzji o inwestycji w chmurę – mówi Piotr Ferszka, Dyrektor Sprzedaży Aplikacji w Oracle Polska.

Argumenty za chmurą

Centralny system ERP wdrożono zarówno dla polskiego oddziału, jak również centrali Prudential w Dublinie, a cały projekt zrealizowano w rekordowym czasie 10 miesięcy. Bardzo ważną rolę odegrało w tym wsparcie 10-osobowego działu konsultingu Oracle, który odpowiadał za parametryzację rozwiązania pod potrzeby Prudential oraz przygotowanie wszystkich niezbędnych rozszerzeń.

Z jednej strony wykorzystaliśmy nasze najlepsze praktyki do standaryzacji procesów biznesowych i minimalizacji dostosowań systemu. Dostarczyliśmy m.in. predefiniowane szablony analityczne przy zachowaniu możliwości dostosowania procesów do specyficznych potrzeb Prudential. Z drugiej strony, zastosowanie metodyki Oracle – TCM (True Cloud Method), w połączeniu z metodyką zwinną stosowaną w projektach realizowanych w Prudential, pozwoliło na uzyskanie szybkich efektów wdrożeniowych – tłumaczy Monika Adamska, Dyrektor Konsultingu w Oracle Polska, Krajach Bałtyckich i na Ukrainie. Prudential wykorzystał też własny zespół programistyczny, co zdecydowało o braku konieczności korzystania z usług integratora.

System funkcjonuje produkcyjnie od 1 stycznia 2019 r. Wśród korzyści wynikających z wdrożenia chmurowego ERP, przedstawiciele Prudentiala zauważają m.in. wzrost produktywności pracowników, poprawę efektywności analiz finansowych, skrócenie czasu zamknięcia okresu fiskalnego, a także poprawę audytowalności danych i procesów.

– Oracle przekonał nas do modelu cloud. Mamy jeden globalny system z możliwością lokalnego dostosowania, jeden plan kont pozwalający obsługiwać różne rodzaje biznesu i wiele ksiąg pozwalających raportować w różnych standardach księgowych. Ujednoliciliśmy procesy księgowe między spółkami i mamy możliwość rozbudowy systemu o inne moduły i integracji z innymi rozwiązaniami – tłumaczy Marcin Sagała. – Moim zdaniem rozwiązania chmurowe sprawdzają się doskonale w obszarach, które nie budują przewagi konkurencyjnej danej organizacji. W naszym przypadku główny system produktowy tudzież systemy sprzedażowe na pewno na długi czas pozostaną poza modelem SaaS, co nie znaczy, że nie skorzystamy za jakiś czas z modeli IaaS czy PaaS – dodaje.

Warszawski rynek nieruchomości z dalszym potencjałem na wzrosty

Sprzedaż nowych mieszkań w Warszawie w trzech pierwszych kwartałach 2019 r. wyniosła 17 500 i była wyższa o 7% r/r. W 7 z 18 stołecznych dzielnic średnie ceny mieszkań w ofercie przekroczyły 11 000 zł/mkw.

średnie ceny mieszkań w WarszawieCeny na pierwotnym rynku mieszkaniowym w Warszawie sięgnęły 10 400 zł/mkw. – nie notowanego nigdy wcześniej poziomu. Chętnych na zakup jednak nie brakuje, bo miasto się rozwija, mieszkańców przybywa, a nieruchomości wciąż pozostają jedną z najatrakcyjniejszych form inwestycji. W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. działający w Warszawie deweloperzy sprzedali 17 500 nowych mieszkań.

Pierwotny rynek mieszkaniowy w Warszawie osiągnął swoją maksymalną skalę w roku 2017, kiedy sprzedaż sięgnęła 28 500 mieszkań. Było możliwe przede wszystkim dzięki silnemu popytowi inwestycyjnemu realizowanemu przez indywidualnych nabywców z myślą o wynajęciu i dążeniu do poprawy warunków mieszkaniowych przez nabywców z drugiego wyżu demograficznego (35-45 lat). Popyt był wówczas wspierany także programem MdM, a rekordowo niskie stopy procentowe ułatwiały uzyskanie kredytu i stymulowały zakupy w grupie osób szukających pomysłu na zainwestowanie zgromadzonych oszczędności. Nie bez znaczenia była również systematycznie poprawiająca się relacja dochodów potencjalnych nabywców do cen mieszkań.

Od początku 2018 roku na rynku warszawskim obserwujemy narastające problemy podażowe spowodowane malejącą dostępnością gruntów, co w połączeniu z istotnym wzrostem cen wykonawstwa przełożyło się na szybki wzrost cen mieszkań. W efekcie od grudnia 2017 r. do września 2019 roku średnia cena mieszkań na rynku pierwotnym wzrosła o 22% i sięgnęła rekordowych 10 400 zł/mkw. Obecnie nominalnie ceny mieszkań w Warszawie są o kilkanaście procent wyższe niż w okresie poprzedniego boomu.

Ceny rosną, ale chętnych nie brakuje

Jak wynika z analiz zespołu mieszkaniowego JLL, nic nie wskazuje jednak na to, aby stołecznemu rynkowi pierwotnemu groziło gwałtowne spowolnienie czy drastyczny spadek cen. Choć rekordy bite przez deweloperów na stołecznym rynku jeszcze przed dwoma laty są nie do powtórzenia, to wyniki osiągane przez firmy tu działające są w znacznej mierze satysfakcjonujące. Udało im się ustabilizować trudności związane z kontraktowaniem wykonawstwa, a wolniejsze tempo sprzedaży rekompensują sobie utrzymaniem marż na zadowalającym poziomie. Do tego wynik rzędu 5 600 umów zawartych w III kw. br. jest rezultatem o 2% lepszym niż przed kwartałem i 7% lepszym niż przed rokiem. – Kazimierz Kirejczyk, główny ekspert JLL ds. rynku mieszkaniowego oraz wiceprezes zarządu JLL

Jego zadaniem spadek wolumenu transakcji wynika w dużej mierze z malejącej podaży. W okresie od stycznia do końca września br. do sprzedaży na rynku pierwotnym wprowadzono zaledwie 14 500 mieszkań, o 8% mniej niż w tym samym czasie przed rokiem. W tym samym czasie 17 500 lokali znalazło swoich nabywców, a oferta spadła do poziomu 16 700 (-3% k/k).

Liderem pod względem wielkości oferty pozostaje wciąż Białołęka, gdzie na koniec III kw. 2019 r. znajdowało się 18% wszystkich dostępnych w stolicy mieszkań. Tuż za nią znajdował się Mokotów (16%) i Praga Południe (14%). Pod względem cen mieszkań na czele stawki niezmiennie utrzymuje się Śródmieście, gdzie za 1 mkw. mieszkania dostępnego w ofercie deweloperów trzeba było zapłacić na koniec września 20 400 zł. W siedmiu z osiemnastu stołecznych dzielnic średnie ceny oferowanych lokali przekroczyły 11 000 zł/mkw. Oprócz wspomnianego Śródmieścia były to Ochota, Wola, Praga Północ, Żoliborz, Bielany i Mokotów.

Przestrzeń dla rozwoju

Niezależnie od przyszłego scenariusza rozwoju naszego kraju, Warszawa jest skazana na dalszy wzrost liczby ludności. Tempo i przebieg tego procesu zależeć będzie przede wszystkim od tempa rozwoju gospodarczego kraju oraz charakteru i skali migracji zagranicznych – zwłaszcza od wzrostu liczby miejsc pracy i dostępności mieszkań.

W porównaniu do wielu innych miast w Europie Warszawa ma wciąż duże rezerwy rozwojowe w postaci terenów postindustrialnych położonych w granicach miasta. Niestety w ostatnich latach realna możliwość wykorzystywania tych terenów wyraźnie się zmniejszyła. Część gruntów – tych należących do Skarbu Państwa – została zarezerwowana na przyszłe potrzeby rządowego programu Mieszkanie+. Z drugiej strony, samorząd zahamował udostępnianie terenów należących do miasta w związku z koncepcją ich wykorzystania na cele miejskich programów mieszkaniowych. Dodać to tego należy również dominującą w myśleniu o planowaniu miasta tendencję ograniczania zjawiska „rozlewania się miasta”, co przekłada się na ograniczenie inwestycji na nieuzbrojonych terenach. W tym kontekście trudno się dziwić, że ceny gruntów – a w konsekwencji mieszkań – systematycznie rosną i nadal będą rosnąć. – Kazimierz Kirejczyk, główny ekspert JLL ds. rynku mieszkaniowego oraz wiceprezes zarządu JLL

Rozwaga przede wszystkim

Chociaż na rynku nie brakuje powodów do obaw, ostatnie godziny udało się przetrwać bez świeżych zapalników, co pomaga w stabilizacji sentymentu. USD/JPY odbija od dołków, podobnie AUD/USD; cofnęło się złoto. Mimo to w ruchach nie ma dynamiki świadczącej, aby inwestorzy masowo kupowali optymizm. Rozwaga przede wszystkim.

W naszym ulubionym temacie wojen handlowych stało się coś i nic – w zależności od tego, kogo pytać. Doradca ekonomiczny Białego Domu Larry Kudlow powiedział dziennikarzom, że negocjacje porozumienia pierwszej fazy z Chinami są na ostatniej prostej. Brzmiałoby to wszystko dobrze, gdyby Kudlow nie dodał, że prezydent Trump jeszcze nie jest gotowy do złożenia finalnego podpisu. Zatem umowa jest prawie gotowa, ale nie jest? I tak słyszymy do tygodni. Stąd kłóciłbym się, czy faktycznie są czynione postępy, ale też nie zdziwię się, jeśli rynki będą w stanie wykrzesać iskrę nadziei ze słów Kudlowa. Taki mamy rynek, że neutralne informacje są pozytywne, bo nie są negatywne.

Pomimo tego nie obserwujemy dynamicznego odreagowanie wczorajszej nerwowości. Wprawdzie USD/JPY i EUR/CHF cofnęły się od lokalnych ekstremów, a presja na AUD i inne waluty ryzykowne zelżała, to jednak odbicia są płytkie i nie widać w nich przekonania. Ale ten brak przekonania nie objawia się wyłącznie w ocenie, czy rynek jest w trybie risk-on albo risk-off. EUR/USD w ciągu ostatnich 7 dni obniżył się ledwo o figurę, co średnio daje 14 pipsów/dzień. Para walutowa generująca największe obroty zmienia się dziennie średnio o 14 pipsów. Wcześniej w tym roku można było zaobserwować większe zdecydowanie w ucieczce w USD i sprzedaży EUR/USD, a teraz rynek zdaje się nie wiedzieć, co będzie dalej. I to niezdecydowanie wydaje się zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że najbliższe dni, jeśli nie tygodnie, nie przyniosą rozstrzygnięć w kluczowych kwestiach. Grudzień (być może) przyniesie podpisanie wstępnego porozumienia handlowego USA-Chiny, choć bez uzgodnienia kluczowych kwestii, więc trudno będzie na tym zbudować rajd ulgi. Brytyjski parlament do prac nad brexitem w tym roku prawdopodobnie już nie powróci. Fed jasno dał do zrozumienia, że po trzech obniżkach spauzuje na jakiś czas, z kolei EBC już we wrześniu wystrzelał się z amunicji. By ocenić zmianę trendu w danych potrzeba więcej niż dwóch dobrych odczytów, więc listopadowe figury same nie odwrócą trendu. Innymi słowy wydaje się zasadne, że zwykle realizowany w ostatnich dwóch tygodniach grudnia okołoświąteczny marazm w 2019 r. zarażą rynki finansowe już teraz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Impel po 3 kw. 2019 r.

Grupa Impel – największa w kraju grupa firm świadczących usługi dla biznesu – wypracowała przez trzy kwartały 2019 roku przychody na poziomie 1 624 mln zł. Skonsolidowany zysk operacyjny w tym okresie wyniósł 38,7 mln zł i jest bardzo porównywalny z zyskiem operacyjnym osiągniętym w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy podmiotu dominującego po dziewięciu miesiącach osiągnął poziom 13,2 mln zł.

– Wyniki Grupy po trzecim kwartale są zgodne z oczekiwaniami zarządu. Pomimo dynamicznych zmian na rynku pracy udało się utrzymać wartości kluczowych wskaźników ekonomicznych Grupy. Stabilna sytuacja Grupy pozwala obecnie na pracę nad projektami rozwojowymi, opartymi o digitalizację i automatyzację procesów. Kluczowym celem jest dla nas wielokrotnie wspomniana digitalizacja procesów wewnętrznych oraz wszelkie formy wzbogacania naszych usług o narzędzia informatyczne we wszystkich obszarach działalności. Zmieniamy się i chcemy w jak największym stopniu wykorzystywać szanse, które w naszej branży są związane m.in. z konwersją usług – mówi Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel S.A.

Facility Management

Segment Facility Management, posiadający największy udział w skonsolidowanych przychodach Grupy Impel, po trzech kwartałach 2019 roku osiągnął je na poziomie 1 134,5 mln zł. Zysk operacyjny wyniósł 19,45 mln zł. Segment Facility Management obejmuje usługi związane między innymi z utrzymaniem czystości, bezpieczeństwem, serwisem technicznym nieruchomości, cateringiem, rentalem odzieży i opieką nad pacjentem.

Impel konsekwentnie inwestuje w rozwój środków technicznej ochrony mienia i wdraża nowe rozwiązania w grupie produktowej Security. Jednym z nich jest system ochrony mobiGUARD, czyli system mobilnej wieży obserwacyjnej, wyposażonej w wysokiej jakości kamery i czujniki połączone z centrum monitoringu. System jest niezależny energetycznie i odporny na próby sabotażu. Mobilna wieża może być zastosowana w usługach monitoringu budów, dużych przestrzeni takich jak place i parkingi, w obserwacji i ochronie imprez masowych. MobiGUARD wraz z usługą Zone Security to elementy kompleksowego rozwiązania w zakresie technicznej ochrony mienia, które zyskują  zaufanie i zapotrzebowanie u klientów.

– Zauważamy, że klienci coraz częściej decydują się na rozwiązania oparte na technologii. Zapewniają one wysoką jakość świadczonych usług ochrony, czyli niezawodność, pewność działania i szybkość reakcji. Jednocześnie, rozwiązanie to uniezależnia nas od rosnących kosztów pracy i problemów z pozyskaniem pracowników, którzy do tej pory byli głównym czynnikiem skutecznej ochrony. Dziś, jako pierwsi na polskim rynku, wpisujemy się w ogólnoświatowy trend – od wielu lat inwestując środki w rozwój kadry i sprzętu – podsumowuje Jakub Dzik, wiceprezes zarządu Grupy Impel.

Nowych rozwiązań aktywnie poszukuje również spółka Impel Catering. Realizuje działania, których celem jest zmiana standardów na rynku usług żywieniowych w publicznych jednostkach służby zdrowia. – W ramach naszej usługi Imfood oferujemy placówkom oprogramowanie do zarządzania procesem żywienia pacjenta, od momentu jego rejestracji, do momentu wypisu z placówki. Usługa Imfood to nowoczesna platforma informatyczna. Dzięki niej zarządzający placówkami służby zdrowia optymalizują m.in. pracochłonne procesy logistyczne takie jak: planowanie i rozliczanie posiłków, obniżanie zaangażowania kadrowego i infrastrukturalnego. Cena usługi w standardzie Imfood jest porównywalna z tradycyjnym cateringiem. Beneficjentem tego rozwiązania są jednak przede wszystkim pacjenci, którzy otrzymują pełnowartościowy posiłek, podany w atrakcyjnej formie– mówi Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel S.A. – Wdrażając nową usługę nawiązaliśmy już współpracę między innymi z firmą Sokołów, jednym z liderów branży spożywczej w Polsce. Jesteśmy przekonani, że wspólne działanie poprawiające jakość zdrowych posiłków, zmieni podejście do usług cateringowych w polskich szpitalach. Imfood w ocenie naszych Szpitali, jest bardzo dobrym rozwiązaniem – podsumowuje Wojciech Rembikowski.

Digital Services & Business Process oraz Industrial Services

Segment Digital Services & Business Process Outsourcing po trzech kwartałach 2019 roku uzyskał przychody na poziomie 235,9 mln zł. Zysk operacyjny wypracowany w tym okresie wyniósł 4,45 mln zł. W ramach DS&BPO Grupa Impel świadczy usługi IT oraz obsługuje procesy biznesowe w zakresie obsługi księgowej, obsługi kadrowo-płacowej, zarządzania dokumentami oraz doradztwa podatkowego.

Impel Business Solutions, kluczowa spółka w segmencie DS&BPO, rozwija współpracę z uczelniami wyższymi realizując projekty kształtujące przyszłość rynku pracy w sektorze BPO. Specjaliści i menadżerowie spółki aktywnie uczestniczą w projektach uczelni, dzieląc się doświadczeniem biznesowym ze studentami i środowiskiem akademickim oraz wskazują kierunki rozwoju programów dydaktycznych istotnych dla pracodawców.

Spółka informatyczna SI-Consulting wprowadziła na rynek usługę przeznaczoną do konwersji starszych systemów SAP ERP do nowoczesnej platformy SAP S/4HANA. SI2S4 to usługa oparta na autorskiej metodyce, wykorzystująca narzędzia maksymalizujące korzyści i minimalizujące czas wymagany do realizacji projektu konwersji. Dostępna jest w modelu wariantowym, uzależnionym od np. liczby jednostek gospodarczych czy zakresu funkcjonalnego. W trakcie projektu wykorzystujemy narzędzia automatyzujące testy, co ogranicza konieczne zaangażowanie ze strony klienta. Nasza spółka otrzymała Certificate of Qualification – SAP Qualified Partner-Packaged Solution for Conversion to SAP S/4HANA, co oznacza najwyższą rekomendację ze strony SAP AG dla SI-Consulting.

Znaczące zwiększenie przychodów nastąpiło w obszarze Industrial Services. Segment osiągnął przychody na poziomie 253,6 mln zł, w stosunku do poprzedniego roku wzrost wyniósł 17%. Wypracowany zysk operacyjny osiągnął poziom 6,75 mln zł. Obszar Industrial Services obejmuje usługi dla przemysłu polegające na czyszczeniu przemysłowym, wsparciu utrzymania ruchu, usługach remontowo-budowlanych czy zintegrowanej obsłudze nieruchomości.

Browary Kompanii Piwowarskiej przestawiają się na zieloną energię elektryczną. Ich produkcja w kraju będzie w 100 proc. zasilana przez odnawialne źródła

Browary Kompanii Piwowarskiej przestawiają się na zieloną energię elektryczną. Ich produkcja w kraju będzie w 100 proc. zasilana przez odnawialne źródła 1

1/3 udziałów w polskim rynku piwa ma Kompania Piwowarska. Firma sukcesywnie zwiększa wykorzystanie energii z odnawialnych źródeł. W 2021 roku jej browary będą już w 100 proc. zasilane zieloną energią elektryczną. Ma się do tego przyczynić zawarta właśnie umowa z innogy, na mocy której browary KP będą zaopatrywane w energię elektryczną z farm wiatrowych. Pozwoli to m.in. ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 66 proc. i zabezpieczy firmę przed wzrostem cen energii. Dziesięcioletni kontrakt to jedna z niewielu dotąd na polskim rynku umów zawieranych bezpośrednio pomiędzy wytwórcą energii z OZE a jej odbiorcą końcowym.

Umowa pomiędzy Kompanią Piwowarską a innogy to pierwszy w Polsce kontrakt na zakup energii elektrycznej pochodzącej z farmy wiatrowej, której rozbudowa nie będzie dotowana finansowaniem rządowym. To również jedna z niewielu dotąd na polskim rynku umów typu PPA (Power Purchase Agreements), zawieranych bezpośrednio pomiędzy wytwórcą energii z OZE a jej odbiorcą końcowym, z pominięciem operatora systemu dystrybucyjnego. Poza aspektem ekologicznym pozwala to przedsiębiorstwom zabezpieczyć się przed wzrostem cen energii.

– Umowa z innogy pomoże przekształcić nasz system pozyskiwania energii na bardziej przyjazny dla środowiska. Po wdrożeniu umowy zwiększymy udział energii z odnawialnych źródeł do 40 proc., a rok później – do 100 proc. To bardzo ambitny cel do osiągnięcia w ciągu zaledwie dwóch lat – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej.

W ubiegłym roku 7 proc. energii zużytej przez KP do produkcji piwa pochodziło z OZE, ale firma sukcesywnie zwiększa ten udział i do końca 2020 roku ma on wynieść już 40 proc. Ma się do tego przyczynić podpisana właśnie umowa z innogy, na mocy której Tyskie Browary Książęce w Tychach, Browar Dojlidy w Białymstoku oraz Lech Browary Wielkopolski w Poznaniu od 2021 roku będą zasilane zieloną energią elektryczną z farm wiatrowych położonych w Nowym Stawie (okolice Gdańska).

W przyszłym roku farma wiatrowa innogy w Nowym Stawie dostarczy browarom 30 GWh energii. Rok później ten wolumen wzrośnie już do 80 GWh rocznie. Pozwoli to Kompanii Piwowarskiej ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 66 proc. w porównaniu z 2019 rokiem.

Umowa wejdzie w życie z początkiem przyszłego roku i będzie obowiązywać przez 10 lat (do 2029 roku). Transakcja ta umożliwi też rozbudowę farmy wiatrowej w Nowym Stawie. Obie spółki podkreślają, że porozumienie pozwoli im wpisać się w założenia polskiej i unijnej polityki klimatycznej i jest dowodem na to, że polski przemysł powoli „wkracza na zieloną drogę”.

– Dzisiejsi konsumenci oczekują informacji o sposobie produkcji naszych wyrobów, miejscu wytwarzania i sposobie recyklingu materiałów – podkreśla Igor Tikhonov. – Browary już podjęły szereg działań w celu ograniczenia niekorzystnego wpływu na środowisko: ograniczyliśmy zużycie wody do niezbędnego minimum, a w naszych browarach używamy biogazu do wytwarzania ciepła i pary. Kolejnym logicznym krokiem jest przyjrzenie się kwestii zużycia energii – dodaje.

Kompania Piwowarska jest liderem polskiego rynku piwnego, z udziałem na poziomie 36,3 proc. W ubiegłym roku firma sprzedała 13,6 mln hektolitrów, czyli 2,7 mld półlitrowych piw. To mniej więcej tyle, ile rocznie produkują Irlandia i Dania razem wzięte. Realizowana przez firmę strategia zrównoważonego rozwoju skupia się na czterech filarach: środowisko, społeczeństwo, odpowiedzialne wybory i odpowiedzialny biznes. W ten sposób firma wypełnia 13 z 17 celów „Agendy 2030” ONZ, jednocześnie przyczyniając się do realizacji wizji środowiskowej japońskiej Grupy Asahi. W ubiegłym roku firma poddała recyklingowi 99,65 proc. wszystkich odpadów i produktów ubocznych powstających przy produkcji piwa. W dużym stopniu korzysta też z opakowań zwrotnych – w butelkach tego rodzaju KP sprzedała w ubiegłym roku 46 proc. swoich piw.

– Przemysł piwowarski jest w dużym stopniu prowadzony w sposób przyjazny dla środowiska, szczególnie w Polsce, gdzie prawie 50 proc. puszek jest odzyskiwanych i mamy także zwrotne butelki i beczki. Jednocześnie w Kompanii Piwowarskiej zużywamy stosunkowo niewielką ilość wody – tylko 2,6 l – do wyprodukowania litra piwa, co stanowi bardzo dobry wynik na tle standardów europejskich oraz jeden z najlepszych w kraju. Korzystanie z energii odnawialnej pomaga nam z kolei w przestrzeganiu agendy środowiskowej – podsumowuje Igor Tikhonov.

Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm

Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm 2

W III kwartale 2019 roku PKB Polski zwiększyło się o 3,9 proc. w ujęciu rocznym. To wprawdzie najwolniejsze tempo od IV kwartału 2016 roku, ale i tak dobry wynik. Według Rafała Beneckiego, głównego ekonomisty ING Banku Śląskiego, istotne jest to, że problemy niemieckiego przemysłu przekładają się na polską gospodarkę wolniej i łagodniej niż zazwyczaj. Jednak mimo wzrostu dochodów konsumentów dynamika ich wydatków spada, a firmy coraz ostrożniej planują inwestycje.

Spowolnienie wzrostu było prognozowane przez ekonomistów od wielu miesięcy z powodu zastoju w strefie euro, a zwłaszcza w niemieckim przemyśle. To jednak nie jest jedyna przyczyna wyhamowania tempa rozwoju gospodarki. Wciąż kuleją inwestycje, zwłaszcza prywatnych firm, a wydatki konsumpcyjne nie będą rosły tak szybko jak dotychczas.

 Widzimy lekkie wyhamowanie wydatków konsumpcyjnych, słabsze inwestycje i wciąż pozytywny wkład eksportu netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Wbrew pozorom wydatki konsumpcyjne nie rosną tak szybko, jak sugerowałyby dochody. Gospodarstwa domowe zaczęły trochę więcej oszczędzać, widzą zbliżające się spowolnienie gospodarcze i są ostrożniejsze. Dlatego po skoku wydatków konsumpcyjnych w II kwartale szacujemy, że w III ich tempo było podobne jak poprzednio, czyli około 4,4 proc.

Eksport wciąż rozwija się szybciej niż import, co mogłoby sugerować, że polska gospodarka pozostaje odporna na spowolnienie w Niemczech. Wpływa ono jednak chociażby na mniejszą skłonność firm do inwestowania.

– Dlatego spodziewamy się, że w przyszłym roku tempo PKB średnio wyniesie 3,3 proc., czyli zbliżymy się do naturalnego poziomu wzrostu gospodarczego w Polsce. Uważamy również, że tak szybko jak w tym roku nie będą rosły wydatki konsumpcyjne, niemniej jednak wciąż będą bardzo mocne. Przyspieszą bowiem płace, m.in. przez pensję minimalną, ale również pojawią się dalsze transfery socjalne. Słabym punktem będą inwestycje, ponieważ one w przyszłym roku mogą być jeszcze trochę słabsze – zastrzega Rafał Benecki.

Według najnowszego raportu o inflacji Narodowego Banku Polskiego nakłady inwestycyjne w ubiegłym roku wzrosły o 8,7 proc., w bieżącym zwiększą się już tylko o 7,1 proc., w przyszłym – o 4 proc., a w 2021 – zaledwie o 1,9 proc. Wobec lipcowej projekcji spadły prognozy wzrostu PKB: z 4,5 proc. do 4,3 proc. w 2019 roku oraz z 4,0 proc do 3,6 proc. w 2020. Rosną natomiast przewidywania dotyczące inflacji. W marcu NBP spodziewał się wzrostu cen w br. o 1,7 proc., w lipcu podniósł tę prognozę do 2,0 proc., a w listopadzie już do 2,3 proc. W 2020 roku inflacja ma przyspieszyć do 2,8 proc., według ekonomistów ING Banku Śląskiego głównie z powodu I kwartału.

– W III i IV kwartale 2019 roku inflacja trochę spowolniła. W tej chwili wynosi 2,5 proc., ale to jest przejściowe spowolnienie. Zakładamy, że w I kwartale otrzemy się o 3,5 proc., czyli górne ograniczenie powyżej celu banku centralnego – przypomina Rafał Benecki. – Ceny, które są najbardziej odczuwalne dla konsumenta i które rosną szybko, to są ceny żywności i usług. Rok 2019 był drugim z rzędu, kiedy wystąpiła susza i do niedawna tempo wzrostu cen żywności było bardzo wysokie, ostatnio trochę spowolniło. W 2020 roku mamy nadzieję, że trzecia susza z rzędu się nie wydarzy, w związku z tym tempo większości cen żywności będzie trochę mniejsze, może z wyłączeniem wieprzowiny, natomiast ceny usług będą dalej dosyć szybko rosnąć.

Przez ostatnie kwartały inflację napędzały rosnące ceny żywności, zwłaszcza podstawowych produktów, takich jak pieczywo, cukier, warzywa czy wieprzowina. Potaniało masło oraz jaja, ale te akurat produkty zaliczyły poważne wzrosty cen we wcześniejszych okresach. Od stycznia do października żywność była droższa o 4,9 proc niż przed rokiem, a w samym październiku – o 6,5 proc. Tym niemniej ceny żywności i napojów bezalkoholowych w ujęciu rocznym były w październiku najniższe od trzech miesięcy.

Mimo tych wahań i przewidywanego skoku cen w I kwartale przyszłego roku stopy procentowe powinny przez kilka kwartałów pozostać niezmienione.

– Większość Rady Polityki Pieniężnej uważa, że stopy pozostaną przez dłuższy czas niezmienione – ocenia główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Co więcej, inflacja bazowa będzie prawdopodobnie rosła przez cały przyszły rok. My zakładamy, że przez około 1,5 roku stopy się nie zmienią. Następny możliwy krok to są obniżki, gdyby w 2021 roku rzeczywiście wydarzyło się spowolnienie. Ale myślę, że obecny rząd będzie starał się walczyć z takim scenariuszem i robić wszystko, żeby to spowolnienie nie nastąpiło, m.in. poprzez rozpoczęcie i kontynuację dużych projektów infrastrukturalnych i wielkich projektów inwestycji publicznych.

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną 3

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku eksport drobiu z Polski, który od kilkunastu lat nieprzerwanie rośnie, po raz pierwszy będzie większy niż dostawy mięsa drobiowego na rynek krajowy – mówi Jarosław Kowalewski z Superdrob. Zwiększony popyt globalny, głównie z powodu rosnącego spożycia w Chinach, tworzy dobrą koniunkturę na kilka kolejnych lat. Polscy producenci wygrywają konkurencję nie tylko ceną, lecz także jakością.

 Jeszcze przez parę ładnych lat czeka nas dosyć dobra koniunktura. Jesteśmy jakościowo i cenowo lepsi niż Europa Zachodnia i tym tak naprawdę zdobywamy te rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Kowalewski, członek zarządu Superdrobu. – Od kilkunastu lat w Polsce inwestuje się potężne pieniądze w sektor przetwórstwa, w sektor mięsny, co powoduje, że mamy najnowocześniejszy park maszynowy w Europie, czyli jakościowo zaczynamy być lepsi niż cały Zachód.

Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, najwięcej drobiu spośród krajów UE ubija się w Polsce. Według prognoz Polska utrzyma pozycję lidera w produkcji drobiu. W okresie styczeń–sierpień 2019 roku skupiono w Polsce 2036,9 tys. t drobiu wagi żywej, tj. o 0,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, a przedsiębiorstwa przemysłu mięsnego zatrudniające 50 i więcej pracowników wytworzyły 1817 tys. t mięsa drobiowego, co oznacza wzrost o 3,8 proc. Średnia cena skupu drobiu wyniosła w tym okresie 3,89 zł/kg i była o 4,6 proc. wyższa niż w okresie styczeń–sierpień 2018 roku.

– Jesteśmy bardzo elastyczni i bardzo szybko dostosowujemy się do tego, co dzieje się na świecie. Przez kilkanaście lat Rosja i rynki wschodnie były pokazywane jako główny potencjalny motor wzrostu. Trzy razy embargo na polskie produkty spowodowało, że dzisiaj na te rynki mało kto patrzy, a polscy przedsiębiorcy doskonale się odnaleźli w Europie Zachodniej, krajach afrykańskich czy Azji – mówi Jarosław Kowalewski. – Będziemy wykorzystywać wszystkie dobre potencjalne kierunki eksportu. Najpopularniejsze są dzisiaj Chiny, gdzie po problemach z ASF jest znaczna zmiana w spożyciu mięsa z wieprzowiny, co ma bardzo mocne przełożenie na wzrost spożycia drobiu, a co za tym idzie – również eksportu z Europy.

Największym odbiorcą europejskiego drobiu są wciąż Filipiny, Ghana, Ukraina i RPA, gdzie wzrost był ponaddwukrotny. Dla Polski największymi odbiorcami są wciąż Niemcy, Wielka Brytania i Francja. W ciągu siedmiu miesięcy 2019 roku z Polski wyeksportowano ponad 821 tys. ton mięsa drobiowego, o przeszło 9 proc. więcej niż w tym samych miesiącach rok wcześniej. Warto zauważyć, że europejski konsument najchętniej kupuje filety, podczas gdy np. w Chinach i innych krajach azjatyckich cenione są bardziej części zwierząt z kośćmi, np. skrzydełka.

Polska jest trzecim największym eksporterem drobiu na świecie, więc już jesteśmy liczącym się graczem globalnie – ocenia członek zarządu Superdrobu podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – Na rynku chińskim dopiero kilka polskich firm w Polsce jest dopuszczonych, żeby tam eksportować. W skali potrzeb Chin to, co Polska jest w stanie dostarczać, to kropla w morzu i to jest na pewno duży potencjał dla polskich firm. Również kraje afrykańskie, które zaczynają się bogacić i konsumpcja mięsa w strukturze spożycia rośnie regularnie. Indie są ogromnym rynkiem, z ogromnym potencjałem wzrostu. Tam poziomy spożycia są jeszcze dosyć niskie, ale systematycznie rosną wraz z bogaceniem się społeczeństwa.

Ekspert podkreśla, że wśród przeszkód, na jakie napotyka branża drobiarska, są m.in. przeciągająca się niepewność związana z brexitem, protekcjonizm w niektórych europejskich krajach czy tzw. ustawa odorowa uzależniająca możliwości produkcji powyżej 210 dużych jednostek przeliczeniowych inwentarza od zgody sąsiadów lub zachowania odpowiedniej odległości od sąsiednich posesji.

Jeżeli Polska chce wzmacniać rozwój sektora rolno-spożywczego, to powinniśmy myśleć, jak ułatwiać takie inwestycje, a nie jak je blokować – mówi Jarosław Kowalewski o projekcie ustawy odorowej. – Z drugiej strony wiemy, że to są kwestie wrażliwe dla otoczenia, sąsiedztwa. Na pewno są inne rozwiązania, żeby to uregulować i spowodować, że nie będziemy uciążliwi dla otoczenia. Pamiętajmy, że to są miejsca pracy, bo rynek spożywczy to jest jeden z największych motorów wzrostu polskiej gospodarki.

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki 4

Aby przyciągnąć pracowników, nie wystarczy tworzyć miejsc pracy, ale trzeba zadbać o doświadczenia kandydatów i traktować ich jak klientów – przekonuje Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”. Budowa pozytywnego candidate experience może stanowić o przewadze konkurencyjnej firmy. Brak komunikacji z rekruterem czy niepodawanie istotnych dla kandydata informacji w ogłoszeniu o pracę może zniechęcić do marki. Tymczasem firma, która dba o pracowników podczas rekrutacji, sama tworzy ambasadorów marki.

 Sam fakt tworzenia miejsc pracy to dzisiaj zdecydowanie za mało, trzeba zastanowić się, co zrobić, żeby kandydaci chcieli pracować właśnie w tej organizacji. Pierwsza rzecz, którą należy zrobić obowiązkowo, to rachunek sumienia i zastanowienie się, czy rzeczywiście w takim procesie rekrutacyjnym kandydat zechce wziąć udział – mówi agencji Newseria Biznes Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”.

Raport eRecruiter „Candidate experience w Polsce” wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców podczas rekrutacji stara się, by kandydat poznał bezpośredniego przełożonego, 75 proc. rzetelnie przedstawia warunki zatrudnienia, a 64 proc. deklaruje, że stosuje prosty proces rekrutacji. Ciągły kontakt z kandydatem i możliwość bezpośredniej komunikacji z rekruterem zapewnia 60 proc. pracodawców, jednak tylko 43 proc. informuje kandydatów o powodach niezakwalifikowania się, co trzeci powiadamia o zakończeniu rekrutacji, a 13 proc. podaje w ogłoszeniu informacje o zarobkach. Tymczasem zdecydowana większość kandydatów oczekuje rzetelnego przedstawienia warunków pracy, informacji o zarobkach i powodach niezakwalifikowania się do dalszego etapu.

– Z taką uwagą, z jaką traktujemy klientów, powinniśmy traktować naszych kandydatów i pracowników – przekonuje Maja Gojtowska. – Nowa osoba do pracy to klient, pracownik, osoba, która może zarekomendować nowych pracowników. Pamiętajmy, że dobre słowo pracownika na temat swojego aktualnego pracodawcy to papierek lakmusowy i zachęta dla innych osób do podjęcia pracy w danej firmie.

Blisko 60 proc. pracodawców deklaruje, że dba o doświadczenia kandydatów na co dzień, a 48 proc. ma wdrożony standard zachowań. Zaledwie 24 proc. prowadzi regularne wewnętrzne działania w zakresie dbania o doświadczenia kandydatów, a 16 proc. przynajmniej raz w roku pyta kandydatów o opinię.

– Z perspektywy budowy doświadczeń kandydata bardzo ważne jest również badanie doświadczeń kandydatów w procesach rekrutacyjnych. Tylko pytając kandydata na koniec procesu, jak ocenia ten proces i swoje doświadczenia, czy byłby skłonny zarekomendować innym swoim znajomym udział w procesie rekrutacyjnym właśnie w naszej firmie, jest bezcenną informacją, która pozwoli nam na koniec dnia wprowadzić konkretne zmiany w procesach rekrutacyjnych – ocenia ekspertka.

Udzielanie informacji zwrotnej ze wskazaniem powodów odrzucenia stanowi wyzwanie dla rekruterów. Tymczasem informację o odrzuceniu lub przejściu do kolejnego etapu rekrutacji wszystkim aplikującym osobom przekazuje zaledwie 13 proc. pracodawców, blisko połowa zaś (47 proc.) wszystkim, którzy wzięli udział w minimum jednym spotkaniu rekrutacyjnym, a 14 proc. – tylko wybranym kandydatom.

 Paradoksalnie to nie samo niezatrudnienie kandydata jest problemem, ale sposób, w jaki to zostało mu zakomunikowane albo czy w ogóle on o tym wie, że nie został zatrudniony. Jeśli kandydat nie zostaje zatrudniony, ale w sposób merytoryczny zostaje mu przekazana informacja zwrotna, z czego ta decyzja wynika i co może zrobić, żeby w przyszłości ponownie aplikować na stanowisko w tej firmie, to może stać się on ambasadorem marki pracodawcy na rynku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odrzucamy kandydata i zostawiamy go z niczym – podkreśla Maja Gojtowska.

Pracodawcy coraz częściej podejmują dodatkowe działania w celu poprawy doświadczeń kandydatów. Chęć poprawy wizerunku wskazuje 68 proc. firm, nieco mniej jako powód podaje dbanie o doświadczenia kandydatów jako klientów. Ponad połowa chce w ten sposób zwiększyć liczbę poleceń od kandydatów.

 Firmy mogą skorzystać z tzw. synergii marek, czyli wykorzystać dobre konotacje konsumentów z markami produktowymi czy usługowymi i przełożyć je na budowę doświadczeń kandydatów w procesie rekrutacyjnym. Jeśli ta obietnica marki produktowej będzie spójna z tą obietnicą, którą składamy kandydatowi w procesie rekrutacyjnym, to potem doświadczenia zatrudnionej osoby będą tylko potwierdzeniem, że firma sama tworzy prawdziwych ambasadorów – mówi Maja Gojtowska.

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób 5

18 listopada obchodzimy Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach. To ważna data, bo antybiotykooporność to jedno z największych współczesnych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi. Naukowcy szukają sposobów, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się opornych na antybiotyki szczepów bakterii. Te wywołują zakażenia trudne do wyleczenia. Raport Najwyższej Izby Kontroli potwierdza, że jedną z istotnych przyczyn powstawania lekooporności jest nadużywanie i niewłaściwe stosowanie antybiotyków. Ministerstwo Zdrowia rozważa utworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków w Polsce.

Według raportu Europejskiego Centrum Profilaktyki i Kontroli Chorób (ECDC) Polska znajduje się w gronie krajów, w których lekooporność bakterii staje się istotnym problemem klinicznym. Oporne na antybiotyki stają się bakterie wywołujące m.in. zapalenie płuc, infekcje opon mózgowych, dróg moczowych i kości.

 Badania naukowe i statystyczne pokazują, że już dzisiaj rocznie z powodu infekcji bakteriami antybiotykoopornymi umiera 2 mln osób, a w 2050 roku, jeżeli dalej rynek farmaceutyczny nie będzie nadążał w gonitwie za mutacją tych bakterii i nie będzie nowych antybiotyków i technologii, będzie z tego powodu umierało 10 mln osób rocznie – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Jarosław Biliński z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pojawianie i rozprzestrzenianie się opornych na antybiotyki szczepów bakterii chorobotwórczych jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia. Skutkuje to brakiem możliwości skutecznej terapii tych chorób, wysokiej śmiertelności i dużej liczby powikłań. NIK przytacza szacunki mówiące o 300–500 tys. wieloopornych zakażeń rocznie w Polsce.

Problem antybiotykooporności, szczególnie w populacjach wrażliwych, czyli osób np. z upośledzoną odpornością lub osób często leczonych antybiotykami, jest zatrważający i przerażający – mówi Jarosław Biliński. – Co najmniej 30 proc. osób przebywających w szpitalu z reżimem sanitarnym jest skolonizowanych bakteriami antybiotykoopornymi. To oznacza, że ci pacjenci, mimo że nie mają objawów żadnej choroby, to noszą w sobie bakterie oporne na antybiotyki, które w przypadku przedostania się do krwi czy do płuc mogą powodować często śmiertelne infekcje.

Z kontroli NIK w szpitalach wynika, że przybywa pacjentów zakażonych lekoopornymi szczepami bakterii. Odsetek takich pacjentów wzrósł z 0,7 proc. w 2016 roku do 1,9 proc. w pierwszym półroczu tego roku. Ich średni czas hospitalizacji wynosił 23 dni w 2016 roku, a dwa lata później już 24 dni. Prawdopodobieństwo zgonu pacjenta zakażonego tymi bakteriami jest obecnie ośmiokrotnie wyższe niż pacjentów nimi niezakażonych.

Antybiotyki działają tylko na bakterie i nie leczą chorób wirusowych takich, jak grypa, przeziębienie, ostre zapalenie gardła i oskrzeli. Jednak również w przypadku tych chorób pacjenci są leczeni antybiotykami. Eksperci podkreślają, że przyczyną lekooporności jest nagminne przepisywanie pacjentom antybiotyków bez wykonania badań mikrobiologicznych. Z danych NIK wynika, że na 749 chorych pacjentów lekarz pierwszego kontaktu zlecił wykonanie badania mikrobiologicznego tylko w 33 przypadkach (1,5 proc.). Co trzeci chory pacjent wrócił do lekarza POZ, z czego w 269 przypadkach lekarz przepisał nowy antybiotyk.

Problemem jest równie to, że pacjenci leczeni antybiotykami przerywają terapię, gdy tylko poczują się lepiej. Wówczas w organizmie mogą się zmutować niewrażliwe na antybiotyki bakterie, które przenoszą się na inne osoby. Mają one także zdolność „dzielenia się” zdobytą lekoopornością z innymi drobnoustrojami.

By zatrzymać ten negatywny trend, konieczne jest wprowadzenie systemowych rozwiązań, które ograniczą liczbę zakażeń lekoopornymi szczepami bakterii. Resort zdrowia w sierpniu zapowiedział stworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków oraz lekooporności w Polsce, który miałby być częścią krajowej strategii przeciwdziałania antybiotykoodporności. Zmieniony i zaktualizowany ma być również dokument z 2011 roku określający Szpitalną Politykę Antybiotykową.

Usługi chmurowe rewolucjonizują pracę grafików i filmowców. Pozwalają pracować na dowolnym sprzęcie z każdego miejsca na świecie

W branży graficznej coraz większą rolę odgrywają usługi działające w chmurze, które pozwalają elastycznie zarządzać zasobami oraz licencjami oprogramowania. Po porzuceniu przez Adobe tradycyjnego modelu dystrybucji programów graficznych na popularności zaczęły zyskiwać platformy internetowe, które pozwalają pracować zdalnie. Uwalniają twórców od konieczności inwestowania w wydajne komputery i pozwalają pracować z dowolnego miejsca na świecie.

– Renderro jest przestrzenią do pracy w chmurze dla filmowców, grafików i animatorów. Dzięki temu rozwiązaniu twórcy nie muszą kupować własnych, potężnych stacji roboczych, potężnych komputerów, oprogramowania i miejsca na przechowywanie danych, żeby wykonywać swoją pracę. Łączą się z jakiegokolwiek urządzenia wejściowego – laptopa, nawet telefonu komórkowego, do naszej infrastruktury chmurowej, gdzie całą pracę wykonują – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Chomczyk, założyciel Renderro.

Kluczowym krokiem na drodze do zmiany sposobu dystrybucji oprogramowania graficznego poczyniła firma Adobe. Dostawca popularnych narzędzi do obróbki grafiki i montażu wideo zrezygnował ze sprzedaży licencji na poszczególne narzędzia na rzecz chmurowych pakietów subskrypcyjnych, które można instalować na wielu urządzeniach po uprzednim zweryfikowaniu tożsamości użytkownika. Tym samym przyzwyczaiła grafików do korzystania z oprogramowania w modelu usługowym, po który sięgnęły inne firmy z tej branży. Inżynierowie Adobe wprowadzili Creative Cloud, aby znieść limit urządzeń, na których licencjobiorca może zainstalować opłacone oprogramowanie.

Firma Zync Render, która jest częścią Google Cloud Platform, stworzyła z kolei chmurową platformę do renderingu wideo, która ma ułatwić studiom graficznym i twórcom efektów specjalnych pracę nad najbardziej wymagającymi projektami. Platforma pozwala wynająć do 48 tys. rdzeni renderujących, ustalać przydział rdzeni dla poszczególnych użytkowników czy projektów, a co za tym idzie – usprawnić pracę studia graficznego i dostosować wydajność farm renderujących do bieżących potrzeb.

– W tym momencie potencjalnych użytkowników takich rozwiązań jest na świecie około 20 mln. Tego typu technologie mają przed sobą bardzo dużą przyszłość z tego powodu, że dają finalnie użytkownikom optymalizację kosztów, dostępność w sposób mobilny w każdym miejscu i czasie, kiedy tego potrzebują. Dają im wolność, więc uważam, że to się będzie rozwijać – twierdzi ekspert.

Renderro pracuje nad hybrydowym rozwiązaniem łączącym potencjał klasycznych farm renderujących oraz dysków sieciowych. Start-up stworzył chmurę obliczeniową oferującą wysoką moc obliczeniową potrzebną do renderowania filmów, animacji czy projektów architektonicznych. Oprócz tego Renderro pozwoli także archiwizować nawet najbardziej obszerne projekty graficzne i wymieniać się plikami za pośrednictwem internetu.

– Produkt jest w fazie wdrożeniowej, dzieli nas do publicznego wypuszczenia usługi od 3 do 5 miesięcy pracy. W tym momencie wdrażamy nasze rozwiązanie lokalnie z dużymi studiami postprodukcyjnymi, studiami graficznymi i specjalizującymi się w wizualizacji architektonicznej – mówi Piotr Chomczyk.

Renderowaniem w chmurze interesuje się także NVIDIA, twórca platformy CloudXR. To narzędzie zaprojektowano z myślą o współpracy ze SteamVR oraz OpenVR i ma posłużyć do renderowania w chmurze projektów w wirtualnej oraz rozszerzonej rzeczywistości za pośrednictwem sieci 5G. Firma liczy na to, że dzięki niej uda się przyspieszyć rozwój rynku VR poprzez odciążenie komputerów użytkowników i generowanie grafiki na potrzeby tej technologii za pośrednictwem farmy renderującej.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku cloud computingu w 2018 roku wyniosła 36,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 285,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29,2 proc.

Ciepłownie muszą poprawić efektywność energetyczną. Przejście na OZE, a zwłaszcza na geotermię, może być najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem

Europejskie systemy ciepłownicze muszą stać się efektywne energetycznie – zakładają unijne dyrektywy. Według wyliczeń ekspertów w 2040 roku najmniejszy koszt produkcji energii uzyska się z odnawialnych źródeł. Szczególne nadzieje wiązane są z energią geotermalną. W Polsce istnieje co najmniej 50 miejsc, gdzie można wykorzystać geotermalne źródła. Kluczem do wytworzenia z nich energii będą sezonowe magazyny ciepła, potrafiące utrzymać ciepło przez kilka miesięcy.

– 90 proc. odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie to jest biomasa. Mamy tylko 6 instalacji geotermalnych. Mapa ciepła geotermalna wykonana przez naukowców z AGH pokazuje, że jest co najmniej 50 miejsc w Polsce, gdzie można wykorzystać ciepło geotermalne do celów komunalno-bytowych –przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacek Szymczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Trwa nabór wniosków do programu Polska Geotermia Plus realizowanego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jest on skierowany wyłącznie do przedsiębiorców, a jego celem jest zwiększenie wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce. Wsparcie obejmuje dotacje do 40 proc. lub 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Wyższa dotacja przyznawana jest dla przedsięwzięć geotermalnych wykorzystujących technologię ORC (Organiczny cykl Rankine’a). Wnioskodawcy mogą też liczyć na pożyczki pozwalające sfinansować całość inwestycji. Na program przewidziana została kwota 600 mln zł.

– Będziemy rozwijać pompy ciepła wszędzie tam, gdzie jest to racjonalnie uzasadnione. Będziemy rozwijać magazyny ciepła, nie tylko te dobowe, których mamy trzy w Polsce, lecz także w przyszłości sezonowe, które potrafią utrzymywać ciepło przez kilka miesięcy, a skoro one się pojawią, to będziemy wykorzystywać rozwiązania typu power-to-heat, czyli energię elektryczną generowaną nadwyżkowo z wiatraków kierowaną do tychże magazynów sezonowych – tłumaczy Jacek Szymczak.

Według raportu „OZE i magazyny ciepła w polskim ciepłownictwie” Instytutu Energetyki Odnawialnej szacowany koszt wytworzenia ciepła po 2040 roku z OZE wyniesie 54,7 zł za gigadżul. W scenariuszu zakładającym udoskonalanie ciepłowni węglowych koszt będzie wyższy i może wynieść 56,3 zł za gigadżul.

Wzrostowi znaczenia odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie ma służyć rozwój technologii magazynowania ciepła. Według ekspertów IEO magazyny ciepła są już dziś bardziej wydajne niż magazyny energii elektrycznej. Kluczowym rozwiązaniem dla ciepłownictwa ma jednak być wprowadzenie sezonowych magazynów ciepła. Ich zadaniem ma być wyrównanie podaży i zapotrzebowania na ciepło w okresach letnim i zimowym.

W kontekście ciepłownictwa rozważane są również inne technologie, również te, których funkcjonowanie wiąże się z górnictwem.

– Będziemy wprowadzać nowe technologie, chociażby związane z gazowaniem węgla. Trzeba coś zrobić w końcu z odpadami, by móc możliwie w największym stopniu odpady wykorzystywać do celów termicznego przekształcania. I nie chodzi o semantykę, możemy nazwać to jakkolwiek, ale spalanie odpadów komunalnych jest dużym wyzwaniem – ocenia  prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Gazyfikacja węgla, czyli jego konwersja w miejscu złoża w gaz zawierający wodór, może potencjalnie uniezależnić Polskę od zagranicznych dostaw. Liderem tej technologii są Chiny. Na całym świecie rocznie gazyfikuje się od 300 do 400 mln ton węgla. Potencjalne lokalizacje polskiej instalacji do przeprowadzania tego procesu to Kopalnia Ziemowit w Lędzinach lub Jankowice w Rybniku.

#SzlachetnyMikołaj w firmie? W okresie świątecznym warto zadbać o dobre relacje z pracownikami

Aż 70% podarunków wręczanych pracownikom ma miejsce w okresie świąt Bożego Narodzenia, a ponad 71% firm deklaruje, że w ogóle wręcza swoim pracownikom prezenty na różne okazje – tak wynika z badania „Mikołaj w pracy…podarunki dla pracowników 2019”, przeprowadzonego przez HBRP/ICAN Institute i Edenred. To optymistyczne dane, jak widać trend obdarowywania pracowników na święta zadomowił się już w polskiej kulturze pracy.

Jaką kwotę zwykle firmy przeznaczają na podarunki świąteczne? Jak przedstawia nasze badanie, średnio firmy przeznaczają na ten cel 400 zł brutto/pracownika. Jednakże, 48% pracowników uważa, że kwota ta jest za mała, ponieważ średni koszt zakupu i przygotowania potraw oraz symbolicznych prezentów dla rodziny to 1 200 zł.

Oczekiwania pracowników rosną, hojniejsze powinny się również stać portfele i pomysły pracodawców – aby na koniec roku podziękować pracownikom za zaangażowanie i poświęcenie.

Takie gesty się liczą, w długotrwałej strategii motywacji i Employer Branding szczególnie…

Jednak nie dla wszystkich firm, okres świąteczny kojarzy się wyłącznie
z „konsumpcjonizmem”. Dla pracodawców święta to czas, w którym chętnie angażują się w inicjatywy charytatywne, do udziau w których zachęcają również swoich pracowników (46% firm).

Hojne prezenty vis a vis kampanie charytatywne? Zamiast wybierać, my proponujemy udział w kampanii „Szlachetna Paczka z Edenred – dołącz do nas”.

To z pewnością wyjątkowa kampania na rynku, którą realizujemy we współpracy ze Stowarzyszeniem WIOSNA już od 2016 r. Kierujemy ją do firm, które
na nadchodzące święta zamiast tradycyjnych paczek, bonów lub przelewów
na konto  pragną podarować swoim pracownikom wyjątkowy prezent – SZLACHETNĄ KARTĘ PODARUNKOWĄ.

To limitowana edycja kart podarunkowych Edenred, które mają niezwykłą moc –
MOC POMAGANIA potrzebującym rodzinom w Polsce przez cały rok. Firmy, które zdecydują się na ich zakup, nie tylko wybiorą oryginalny podarunek dla swoich pracowników, ale także otrzymają potwierdzony certyfikatem status Szlachetnej Firmy, który mogą używać do wzmocnienia działań CSR oraz Employer Brandingu.

MOC POMAGANIA  stale rośnie, a Szlachetna Paczka z Edenred pomogła już blisko 170 tys. potrzebujących rodzin w Polsce. Tylko w roku 2018  przekazliśmy
153 000 zł na rozwój projektów Paczka+, Paczka SENIOR, Paczka LEKARZ i Paczka PRAWNIK.

Na tę pomoc co roku liczą podopieczni Stowarzyszenia WIOSNA.

Szlachetne karty podarunkowe Edenred to także MOC OSZCZĘDZANIA I MOC KORZYŚCI dla pracowników firmy. To dodatkowe 65 zł w prezencie od partnerów Edenred – ekstra bonus dla pracowników.  Z perspektywy pracodawcy to również opłacalne rozwiązanie – zasilając kartę pracownika np. na kwotę 500 zł, w rzeczywistości przekazują mu podarunek o wartości 565 zł, a finansowanie kart z budżetu ZFŚS zapewni mu dodatkowe oszczędności w PIT do 1000 zł rocznie /pracownika.

To jednak nie wszystko… Dla posiadaczy kart podarunkowych –  Edenred przygotował również pakiet świątecznych kuponów zniżkowych, które dają oszczędności do 3264 zł.

Satysfakcja robienia zakupów z kartami podarunkowymi Edenred wzrasta, kiedy pracownicy mogą nimi płacić w szerokiej sieci punktów sprzedaży na całym świecie,  zarówno w terminalu płatniczym, jak i online oraz zbliżeniowo z Apple  Pay i Google Pay™.

Pomagamy, bo razem MAMY MOC! Dołącz do nas i ty!

Więcej o kampanii na kartypodarunkowe.edenred.pl

Pobierz pełny raport na podarunki.edenred.pl

Pozyskiwanie nowych klientów to największe wyzwanie dla polskich MŚP

Podczas gdy małe przedsiębiorstwa walczą o pozyskanie klienta, ponad jedna trzecia z nich nie ma strony internetowej, która umożliwiłaby szybkie odnalezienie firmy.

  • 37,5% małych firm w Polsce nie posiada własnej strony internetowej[1]
  • W 2017 roku jedynie 9% małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce sprzedawało swoje produkty online[2], w 2018 roku było to już 12% (jednak to ciągle poniżej średniej w Unii Europejskiej, która wynosi 17%)
  • Co drugi przedsiębiorca wskazuje rozwój i wzrost biznesu za najważniejszy cel w najbliższym roku.

W badaniu przeprowadzonym przez Kantar na zlecenie Google, mali i średni przedsiębiorcy z Polski wskazali napędzenie wzrostu jako główny priorytet.  Badanie, którego celem było zrozumienie najważniejszych obaw polskich małych i średnich przedsiębiorców oraz ich sposoby reklamowania swojej marki, produktów lub usług wykazało też, że oczekują oni dostępu do łatwych w użyciu, szybkich narzędzi umożliwiających reklamę.

56% małych i średnich przedsiębiorców zidentyfikowało zdobywanie nowych klientów jako główne wyzwanie w najbliższym roku. Ze względu na to, że rozwój i wzrost biznesu jest najważniejszym celem dla 49% respondentów, a pozostanie stabilnym i niezawodnym biznesem wskazało 42%, można wnioskować, że MŚP potrzebują prostych sposobów napędzania wzrostu przy stosunkowo niskich kosztach.

Małe i średnie firmy obecnie często nie wykorzystują narzędzi, które mogą im pomóc w osiągnięciu wyżej wymienionych celów. Uzasadniają to trudnościami i nakładami czasowymi związanymi z reklamą i zarządzaniem obecnością marki w Internecie, podczas gdy oba sposoby są kluczowe dla pozyskania nowych klientów. Warto jednak zauważyć, że przedsiębiorcom nie można zarzucić braku oddania w tej kwestii: 18% spędza ponad cztery godziny tygodniowo na zarządzaniu reklamami, a jedna trzecia (33%) poświęca na tę aktywność ponad dwie godziny w tygodniu. To znacząca inwestycja czasowa dla wielu właścicieli firm, którzy zmagają się z organizacją dnia pracy i dla których głównym priorytetem jest codzienne prowadzenie biznesu.

Klienci szukają niezbędnych im produktów na bieżąco, w biegu, przy użyciu smartfonów.  Wyszukiwania mobilne z użyciem hasła obok mnie wzrosło w Polsce o 325% w przeciągu ostatnich dwóch lat, a trzech na czterech Polaków wyszukuje produkt w Internecie przed zakupem, niezależnie od tego czy zamierza to zrobić online czy offline. Dlatego małe i średnie firmy, odpowiadając na potrzeby konsumenta, powinny być łatwo dostępne online. Tymczasem 37,5% polskich małych i średnich firm nie posiada nawet strony www.[3]

Niemniej, właściciele MŚP mają duże ambicje w zakresie reklamy cyfrowej. 83% uważa, że celem ich reklamy w internecie było pozyskanie nowych klientów, a 61% z nich zasugerowało, że​ było to zwiększenie rozpoznawalności ich marki. Co drugi pytany uznał, że zależy mu na zwiększeniu liczby telefonów do firmy. 73% respondentów zapytanych o to, jaki powinien być produkt reklamowy odpowiada bez wahania: łatwy w użyciu. Drugie miejsce zajmuje wskazanie elastyczny (71%), a ponad połowa (56%) przedsiębiorców poszukuje produktów wykorzystujących  inteligentne technologie. Oczywiste jest, że reklama musi być bardziej dostępna, łatwa w użyciu i szybka w zarządzaniu, jeśli MŚP mają potencjalnie czerpać z niej zyski, a tym bardziej gdy starają się powiększyć lub utrzymywać obecne wyniki biznesowe.

Kim Spalding, Global Product Director for small business ads at Google: Właściciele małych firm często pełnią jednocześnie kilka ról w swoich biznesach i najczęściej brakuje im czasu. Lecz nawet najbardziej zajęty przedsiębiorca wie, że reklama online jest niezbędna do zdobycia nowych klientów i dalszego rozwoju.  Wykorzystując technologię uczenia maszynowego i automatyzację, Google Ads oferuje tzw. inteligentne kampanie produktowe. To pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, które nie specjalizują się na co dzień w marketingu cyfrowym: w szybkim tworzeniu reklam i docieraniu do nowych klientów, ale chcą czerpać z niego korzyści.

Metodologia 

Ankieta została przeprowadzona za pośrednictwem wywiadu telefonicznego. Wywiady były przeprowadzane z osobami, które są odpowiedzialne za działania marketingowe w firmach zatrudniających do 250 osób. Wielkość próby w Polsce wynosiła 371 osób.

[1]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

[2]  Rise of Digital Challengers by McKinsey

[3]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie 6

Napięcia w rodzinie, konflikty, poczucie bezsilności, a nawet stany depresyjne – to pozafinansowe problemy, jakie często towarzyszą niespłaconym zobowiązaniom. 45 proc. zadłużonych Polaków oczekiwałoby w tym zakresie wsparcia, doradztwa i pomocy ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty chciałby, aby wyręczono go w kwestii uregulowania długu. Do skorzystania z takiej pomocy są najbardziej skłonni przedstawiciele najmłodszej generacji Z w wieku 18–24 lat. Jest to pokolenie, która nie obawia się szczerych rozmów z partnerem o długach – wynika z badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia” Grupy KRUK.

– Prawie 96 proc. naszych respondentów zadeklarowało, że zadłużenie pociąga za sobą także zupełnie inne problemy natury pozafinansowej. 40 proc. odpowiada, że najczęściej są to napięcia w rodzinie, różnego rodzaju kłótnie i nieporozumienia. W dalszej kolejności mamy emocje, takie jak poczucie bezsilności związane z tym, że nie dajemy sobie rady i nie mamy wsparcia. Zamykamy się w sobie, wstydzimy się naszego zadłużenia. Pojawia się również depresja – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach z biura prasowego Grupy KRUK.

Jak wynika z najnowszego badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia”, przeprowadzonego przez IQS na zlecenie Grupy KRUK, długi mają duże przełożenie na stan emocjonalny. Najczęściej towarzyszą im niepokój i lęk (66 proc.) oraz strach i napięcie (65 proc.). Tylko 5 proc. Polaków zadeklarowało, że długi są im obojętne i nie mają żadnego wpływu na ich samopoczucie.

– Najbardziej emocjonalne pod tym względem okazuje się być pokolenie Y [25–38 lat – red.]. Wśród tej grupy wiekowej najwięcej osób odpowiedziało, że zadłużenie wpływa na ich poczucie stabilności i bezpieczeństwa. To oni najczęściej zapadają z tego powodu na depresję – mówi Agnieszka Salach.

Zadłużenie w największym stopniu demotywuje przedstawicieli generacji 65+. Z kolei osoby z pokolenia X (3954 lata) wierzą w siebie i zadłużenie nie powoduje u nich spadku nastroju. Wszystkie grupy wiekowe podkreślały, że najważniejsze cechy charakteru, które pomagają radzić sobie z trudną sytuacją finansową, to konsekwencja (54 proc.), silna wola (45 proc.), wiara w poprawę sytuacji (43 proc.) oraz odporność na stres (39 proc.).

Co ciekawe, im młodsze pokolenie, tym bardziej skore do otwartej rozmowy o finansach. Co trzeci przedstawiciel generacji Z (1824 lata) twierdzi, że poinformowałby współmałżonka lub partnera o swoich problemach finansowych. Wśród millenialsów ten odsetek wynosi już 25 proc. i spada wraz z wiekiem. Wśród baby boomersów (55-64 lata) na szczerą rozmowę z partnerem zdecydowałby się tylko co dziewiąty przedstawiciel tej grupy wiekowej.

Ponad połowa Polaków (52 proc.) uważa, że nie ma decydującego wpływu na to, czy wpadnie w długi. Z kolei 40 proc. sądzi, że zadłużenie jest konsekwencją życiowej niezaradności.

– Dość charakterystyczną grupą jest pokolenie 65+. Dominują w nim osoby, które uważają, że długi są głównie spowodowane nieumiejętnością gospodarowania finansami. Przedstawiciele tej generacji najczęściej odpowiadali też, że w zadłużenie najczęściej popadamy przez mechanizmy konsumpcyjne, czyli za dużo kupujemy, nie potrafimy sobie niczego odmówić – mówi Agnieszka Salach.

Jak podkreśla psycholog Roman Pomianowski, młodsze pokolenia są generalnie bardziej skore do optymizmu w kwestii finansów, nierzadko licząc, że w razie problemów będą mogli się zwrócić po pomoc do rodziców. Potwierdzają to zresztą wyniki badania. 37 proc. przedstawicieli generacji Z, mając kłopot ze spłatą zadłużenia, w pierwszej kolejności zwróciłoby się z prośbą o pomoc do rodziców, a tylko 18 proc. – do firmy, której zalega z zapłatą. Starsze pokolenia cechuje z kolei większe poczucie odpowiedzialności. Ogółem 37 proc. Polaków deklaruje, że w takiej sytuacji od razu skontaktowaliby się z firmą windykacyjną lub firmą, której zalegają z zapłatą.

– Zadłużenie to zawsze ogromny problem, często na tyle przerażający, że aż nie chce się go przyjąć do wiadomości i robi się wszystko, aby przed nim uciec. Ale prędzej czy później jego konsekwencje docierają do człowieka – mówi Roman Pomianowski, psycholog ze Stowarzyszenie Program Wsparcia Zadłużonych. – Przy naszym poziomie edukacji ekonomicznej większość Polaków zapytanych: „Co zrobić w sytuacji zadłużenia?”, ma w głowie jeden wielki znak zapytania.

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak mogłoby sobie poradzić ze spłatą zadłużenia i potrzebowałaby pomocy w tym zakresie. Ponad połowa (54 proc.) twierdzi, że w rozwiązaniu problemu pomogłoby im znalezienie dodatkowego źródła dochodu. Z kolei co piąta osoba potrzebowałaby pomocy w planowaniu domowego budżetu i osoby, która mogłaby ją motywować do spłaty długu. We wspomnianym badaniu 45 proc. Polaków zadeklarowało także, że mając problemy finansowe, ważne byłoby dla nich wsparcie, doradztwo i pomoc ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty Polak (7 proc.) oczekiwałby wyręczenia w spłacie długu.

– Tu nie chodzi o pocieszanie, tylko zbudowanie planu, włącznie z odesłaniem takiej osoby do specjalistycznej pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej, bo takiej też osoby zadłużone mogą wymagać – mówi Roman Pomianowski.

– Respondenci często mówili nam też, że w razie tarapatów finansowych zależy im na pozyskaniu wiedzy o tym, jak je spłacać. To pokazuje, jak ważne są inicjatywy społeczne, jak chociażby przypadający 17 listopada Dzień bez Długów. To dobry pretekst, żeby edukować ludzi na tematy finansowe: jak odpowiedzialnie się zapożyczać, na co zwracać uwagę. Jest to też pretekst do tego, żeby zacząć rozmawiać na temat finansów z naszymi najbliższymi –mówi Agnieszka Salach.

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych 7

Głównym priorytetem nowego rządu w obszarze polityki gospodarczej będzie wsparcie krajowej gospodarki w warunkach spowolnienia na świecie – uważa Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Wśród ważnych zadań jest zachęcenie prywatnego biznesu do inwestowania. Wiele wyzwań czeka ministra finansów, którzy będzie musiał pogodzić możliwe ograniczenia w pozyskiwaniu nowych dochodów z deklarowanym przed wyborami wzrostem wydatków socjalnych.

Wśród resortów gospodarczych niewątpliwie duże wyzwania będą skoncentrowane w Ministerstwie Finansów przede wszystkim w kontekście deficytu budżetowego. Dotychczasowy projekt zrównoważonego budżetu będzie niezwykle trudny do utrzymania. Projekt, który będzie przedłożony przez nowy rząd, może zawierać deficyt – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Ograniczeniem, z którym Ministerstwo Finansów będzie się borykać, jest tzw. reguła wydatkowa, która ogranicza możliwości wzrostu wydatków, szczególnie w kontekście spowalniającego wzrostu gospodarczego ograniczającego możliwości pozyskania nowych dochodów.

Pod koniec sierpnia br. poprzedni rząd Mateusza Morawieckiego przyjął projekt pierwszego po 1989 roku zrównoważonego budżetu, czyli takiego, w którym wydatki równają się dochodom. Jedne i drugie mają wynieść po 429,5 mld zł. Reguła wydatkowa ogranicza możliwości zwiększania wydatków sektora finansów publicznych, a rząd liczy na to, że nie wzrosną one ponad 2–3 proc. PKB. W 2018 roku wyniosły 0,5 proc. PKB, ten jednak rósł w wyjątkowo szybkim tempie 5,1 proc. W tym roku dynamika będzie wolniejsza, w 2020 znowu wyhamuje.

W takich uwarunkowaniach silniejsze niż założono w budżecie spowolnienie gospodarcze może zwiększyć presję na realizację tegorocznego budżetu i stanowić wyzwanie dla konstrukcji budżetu w kolejnych latach – uważa główny ekonomista Banku Millennium. – Utrzymanie polityki transferów społecznych, które zostały zadeklarowane przez rząd przed wyborami parlamentarnymi, może być wyzwaniem w warunkach spowalniającego wzrostu gospodarczego.

Podkreśla jednak, że nie spodziewa się kryzysu, a jedynie spowolnienia wzrostu globalnej gospodarki. Główne przyczyny to wciąż odsuwająca się data brexitu i nieznane warunki, na jakich ma on nastąpić, oraz wojna handlowa między USA i Chinami. Jeśli uda się wynegocjować warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i zakończyć szkodzące obu stronom oraz ich kontrahentom spory między dwiema potęgami gospodarczymi, a widać sygnały, że obie się ku temu skłaniają, globalna gospodarka powinna odzyskać impet.

Polska jako duży eksporter do Niemiec, zwłaszcza poddostawca przemysłu motoryzacyjnego, może na tym konflikcie ucierpieć. Jednak ze względu na to, że nasz rynek jest duży i chłonny, siła nabywcza mieszkańców rośnie, a ponadto jesteśmy mniej niż Czechy czy Węgry uzależnieni od międzynarodowego biznesu, efekty spowolnienia powinny zostać złagodzone. Przed rządem jednak stoi zadanie pobudzenia aktywności rodzimego biznesu.

– Ponieważ inwestycje prywatne do tej pory nie rosły wyraźnie, to przy wygaśnięciu funduszy unijnych zabraknie paliwa do wzrostu inwestycji. Dlatego też wśród działań nowego rządu powinny być takie obszary, które pozwalałyby zaktywizować inwestycje prywatne, bo tych w polskiej gospodarce, póki co jest niewiele. Są one konieczne, jeśli chcemy poprawić konkurencyjność i produktywność polskiej gospodarki – ocenia Grzegorz Maliszewski.

Komisja Europejska obniżyła ostatnio prognozy wzrostu PKB dla polskiej gospodarki z 4,4 proc. w tym roku do 4,1 proc. oraz z 3,5 proc. w 2020 roku do 3,3 proc. Na tle większości państw UE to wciąż bardzo szybkie tempo, jednak bolączką są nastroje w polskich firmach i ich niechęć do inwestowania. Z Barometru EFL na IV kwartał br. wynika, że mikro-, małe i średnie firmy kończą 2019 rok z najsłabszymi nastrojami w tym roku. W szczególności widoczne jest załamanie planów inwestycyjnych – tylko 16 proc. przedsiębiorców planuje więcej inwestować, a to najniższe wskazanie w ciągu ostatnich 5 lat.

Nowością w gabinecie Mateusza Morawieckiego jest likwidacja Ministerstwa Energii i utworzenie w zamian Ministerstwa Klimatu, które przejmie przynajmniej część jego kompetencji. Przywrócony zostanie również resort skarbu państwa, którym pokierować ma Jacek Sasin.

Polski rząd powinien tak projektować działania polityki gospodarczej, aby móc z jednej strony wspierać koniunkturę gospodarczą, ale z drugiej – politykę klimatyczną w kierunku bardziej proekologicznej polityki gospodarczej – mówi Grzegorz Maliszewski. – Pomysł powołania resortu skarbu państwa jest dobry. Korzyścią byłaby poprawa zarządzania w spółkach skarbu państwa. Do tej pory było dużo niejasności wokół osób, które były powoływane na różne funkcje w tych spółkach. Jeśli ten proces zostanie usystematyzowany, niewątpliwie będzie to korzyść dla spółek publicznych.

Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami

Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami 8

Z analizy mediów wynika, że w blisko 80 proc. relacje pracownicze oceniane są jako złe. Szczególna sytuacja panuje w branży hostessingu, gdzie pracownice często doświadczają molestowania seksualnego, są wykorzystywane przez pracodawców, narzekają też na brak wsparcia w trudnych sytuacjach z klientami – wynika z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje”. Dlatego Komitet Dialogu Społecznego KIG wspólnie z Forum Odpowiedzialnego Biznesu opowiadają się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk. To pierwszy krok do wprowadzenia wyższych standardów w branży.

– Do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich nie wpłynęły żadne skargi dotyczące hostess i tego, jak były traktowane podczas wykonywania swojego zawodu. Jest to o tyle ciekawe, że według naszego raportu hostessy borykają się z licznymi problemami, zarówno w zakresie warunków zatrudnienia, jak i z dyskryminacją, a w szczególności z molestowaniem, również seksualnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, główna koordynatorka sądowych postępowań strategicznych w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. – Wiemy, że kwestie molestowania i molestowania seksualnego są dużo rzadziej zgłaszane, niż występują w życiu, czego wyrazem jest zjawisko tzw. under-reportingu, czyli braku zgłaszania przypadków molestowania do właściwych organów państwa – dodaje.

Z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” przygotowanego przez KDS KIG i FOB wynika, że rynek hostessingu nie jest regulowany przez jeden konkretny akt prawny, ale przez kilka ustaw obejmujących także inne branże. Nie funkcjonuje także branżowy kodeks dobrych praktyk. Tymczasem hostessy są w pracy narażone na szereg nadużyć – zdarza się, że są wykorzystywane przez pracodawców, a w trudnych sytuacjach z klientami są pozostawione same sobie. Jak wskazuje raport, molestowanie seksualne stanowi jedno z najtrudniejszych doświadczeń związanych z zawodem hostessy. Najczęściej w praktyce są to wulgarne propozycje seksualne, komentarze dotyczące wyglądu hostess, a nawet obmacywanie. Tych zachowań dopuszczają się klienci oraz uczestnicy obsługiwanych wydarzeń.

– Dla zdecydowanej większości młodych kobiet w tym zawodzie jest to pierwsza praca. Zdobywają pierwsze szlify zawodowe i to, czym tam nasiąkają, co obserwują, a co często woła o pomstę do nieba, może być przez nie uznane jako norma. Nie chcemy, żeby było to później przenoszone na dalsze etapy ich kariery zawodowej – zaznacza Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Nadużycia wobec hostess to w dużej mierze efekt stereotypów. Przez zlecających pracę często wymagane są skąpy strój i mocny makijaż. Wyzywający ubiór zamienia hostessę w obiekt seksualny i prowadzi do jej uprzedmiotowienia. Powielanie stereotypowego myślenia o hostessach jako o paniach do towarzystwa zwiększa przyzwolenie na zachowania, które w innych okolicznościach byłyby niedopuszczalne. Jest to zawód postrzegany jako łatwy, lekki i przyjemny, a kwestie dotyczące dodatkowego wsparcia dla pracowniczek nie były jak dotąd poruszane.

Raport KDS KIG „Między feudalizmem a personalizmem. Medialny obraz relacji pracowniczych w Polsce”, na potrzeby którego przeanalizowano blisko 400 artykułów prasowych i internetowych, wskazuje, że niemal 80 proc. opinii przedstawia negatywny obraz relacji pracowniczych. Stąd istotne jest budowanie odpowiednich relacji, także w branży hostessingowej. Zbiór standardów w postaci kodeksu etycznego, postulowanego przez ekspertów KDS KIG i FOB, pomógłby zmienić tę sytuację – zwiększyłby poczucie bezpieczeństwa młodych kobiet, poprawiłby się też wizerunek agencji hostessingowych oraz ich klientów. Jego wprowadzenie powinno wpłynąć także na polepszenie warunków zatrudnienia, łatwiejsze radzenie sobie z sytuacjami kryzysowymi i równouprawnieniem, w tym m.in. obaleniem stereotypów.

– Opowiadamy się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk dotyczącego branży hostess. Najważniejszym powodem, który jest widoczny w przygotowanym przez nas raporcie, jest kwestia godności praw pracowniczych osób, które pracują w tym zawodzie – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

– Jest mnóstwo sytuacji, których nie powinno być i jest kilka podmiotów, do których kodeks powinien trafić zarówno do agencji, które zatrudniają hostessy, jak i do agencji eventowych, PR-owych, które dla swoich klientów wynajmują te kobiety. Hostessy przychodzą do pracy w miniówce i w dekolcie do pępka nie dlatego, że sobie tak wymyśliły, tylko ktoś im wydał takie polecenie. Takie kobiety widzieliśmy na dużym wydarzeniu gospodarczym, co uważam za nieadekwatne. Kodeks sprawi, że podobnych sytuacji będziemy obserwować coraz mniej – przekonuje Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG. Złe traktowanie hostess, brak szacunku, brak godności, którymi są otaczane te osoby, odbijają się później na reputacji tych, którzy zlecają tę pracę, najczęściej wielkich firm i instytucji publicznych – dodaje.

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki 9

– Rozwiązania wprowadzane w ramach przemysłu 4.0. to szansa dla polskich producentów żywności na zyskanie przewagi konkurencyjnej na rynkach zagranicznych – przekonuje Kacper Nosarzewski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością. Nowe rozwiązania technologiczne pomagają wpływać na decyzje zakupowe, usprawniają produkcję i gwarantują bezpieczeństwo produktów. To o tyle istotne, że konsumenci wybierają produkty coraz bardziej świadomie. Nie tylko zwracają uwagę na cenę, lecz także czytają etykiety.

– W przemyśle spożywczym to, co nazywamy czwartą rewolucją przemysłową czy nadejściem przemysłu 4.0, prezentuje konkretne szanse i okazje do tego, żeby dokonać skoku, żeby zyskać przewagi konkurencyjne. Nowe technologie przede wszystkim w zarządzaniu jakością mają fundamentalne znaczenie dla rozwoju przemysłu spożywczego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kacper Nosarzewski, partner 4CF Future Foods, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością.

Rolnictwo i przemysł spożywczy coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Usprawniają produkcję, zwiększają bezpieczeństwo, pomagają też zaspokoić rosnące wymagania konsumentów. Raport „Trendbook” przygotowany przez BGŻ BNP Paribas zwraca uwagę na to, że konsumenci chętniej sięgają po produkty certyfikowane, bezpieczne dla otoczenia oraz wolne od wyzysku (fair trade). Kluczowe jest też to, kto jest producentem żywności i gdzie ma gospodarstwo, tak by móc sprawdzić, jak powstaje „superfood”.

– Jeżeli chcemy konkurować na rynkach zagranicznych i dowodzić tego, że żywność jest dobrej albo wyróżniającej się jakości, to musimy mieć na to potwierdzenie w postaci systemów, które stosujemy, i danych, które mówią o tym, że produkcja jest kontrolowana from field to fork, czyli od pola do talerza, i że stosowane standardy są wspierane przez odpowiednie rozwiązania technologiczne – tłumaczy Kacper Nosarzewski.

Nowoczesne urządzenia bazujące na sztucznej inteligencji czy machine learning pozwalają nie tylko w pełni kontrolować produkcję, lecz także zadbać o jej jakość. Istnieją już urządzenia, które wykrywają obecność bakterii czy sprawdzają obecność pestycydów.

Najwyższe normy ekologiczne ma spełniać zarówno żywność, jak i opakowanie. Te również stają się coraz bardziej innowacyjne, np. etykieta, która zmienia kolor przy kończącym się terminie ważności czy czujniki ważności jedzenia, które łatwo można sprawdzić za pomocą smartfona.

– Osobnym rozdziałem są czyste innowacje, takie jak produkty spersonalizowane, zmieniające swoją charakterystykę już po zakupie czy nowe sposoby konfekcjonowania produktów spożywczych – opakowania, dystrybucji, które wymagają zastosowania nowych technologii. Polska baza badawczo-rozwojowa jest na niewystarczającym poziomie, część tych rzeczy trzeba zaimportować. Ale tym bardziej polscy producenci żywności powinni się interesować tymi innowacjami, jeżeli chcą konkurować na rynkach w przyszłości – ocenił ekspert podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu.

Producenci żywności coraz chętniej szukają innowacji, m.in. na rynku start-upów, które szukają dla siebie niszy również w tej branży. Nowatorskie rozwiązania chce wprowadzić m.in. Foodtech.ac, pierwszy polski akcelerator start-upów. Jego pierwszą edycje ukończyły m.in. projekty roślinnego zamiennika kurczaka, organicznego napoju z CBD czy w pełni zbilansowanego posiłku w proszku.

Z pomysłów start-upów korzystają najwięksi gracze w branży. Przykładowo, AgriTechHub zainwestował w lubelski start-up Plantalux i projekt specjalnych lamp dla roślin szklarniowych kilka milionów złotych. Grupa Wilmar z kolei zainwestowała kilkanaście milionów złotych w NapiFeryn BioTech, czyli biorafinerię produkującą białko  z rzepaku. Jak przekonuje Nosarzewski, polscy producenci żywności powinni szukać partnerów nie tylko na rodzimym rynku, ale przede wszystkim za granicą.

– Polskie przedsiębiorstwo może bez problemu szukać start-upów, z których kompetencji lub produktów chciałby skorzystać w Unii Europejskiej. Są programy rządowe i działalność wspierająca eksport i inwestycje, które pozwalają na szukanie takich rozwiązań w Stanach Zjednoczonych i na tych najbardziej rozwiniętych rynkach, jeśli chodzi o przemysł spożywczy. Dla wielu producentów żywności w Polsce wydaje się to jednak zbyt ryzykowne i zbyt kosztowne w stosunku do możliwości odcinania kuponów od taniej produkcji i dużego rynku wewnętrznego – ocenia Kacper Nosarzewski.

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R 10

93 proc. warszawiaków pozytywnie ocenia stołeczną komunikację. Za najważniejszą inwestycję uważają dokończenie budowy II linii metra. Trwają prace na trzech stacjach na Woli i trzech na Targówku. ZTM planuje także dodanie dwóch stacji na pierwszej linii oraz trasę kolejnej linii po stronie wschodniej. Ważnym projektem jest też budowa kolejnych parkingów Park & Ride i montaż stacji ładowania samochodów elektrycznych. Docelowo na 9 parkingach ma powstać 14 takich punktów.

– Prowadzimy 21 różnych inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Kujawski, dyrektor Pionu Inwestycji w Zarządzie Transportu Miejskiego. – Mieszkańcy Warszawy czekają przed wszystkim na metro. Większość wysoko ocenia komunikację miejską, więc na pewno nie chcemy zejść z tego poziom. Wśród projektów jest budowa wiat przystankowych czy rozbudowa parkingów dla osób, które dojeżdżają i przesiadają się w komunikację miejską.

Stołeczną komunikację miejską pozytywnie ocenia rekordowe 93 proc. warszawiaków. Z badania wynika, że Warszawa jest miastem zdecydowanie bardziej opartym o transport publiczny. Codziennie lub prawie codziennie z autobusów, tramwajów i metra korzysta ponad połowa mieszkańców. Za najważniejszą inwestycję uważają rozbudowę metra.

– Realizujemy po stronie wschodniej kolejne trzy stacje: od C19 do C21, do Bródna, inaczej mówiąc od stacji Trocka. Po stronie zachodniej końcówka realizacji stacji od ronda Daszyńskiego do stacji Księcia Janusza. W dalszej perspektywie są dwie kolejne stacje C4 i C5, to jest Ulrychów oraz Powstańców Śląskich – wymienia Franciszek Kujawski.

Przebieg drugiej linii metra zakłada poprowadzenie trasy z zachodniej części miasta, z Karolina, na praską stronę Wisły. Długość całej II linii metra będzie wynosić ok. 31 km. Ma także powstać stacja techniczno-postojowa Karolin.

– Ostatni odcinek 3+STP Karolin w tej chwili jest w fazie przygotowawczej, projektowej i to jest jeden z kolejnych odcinków metra, który jest realizowany. Zamknie to cały odcinek II linii metra, wydłużający wcześniej zbudowany odcinek centralny – tłumaczy przedstawiciel ZTM.

W Warszawie powstaną też dwie dodatkowe stacje I linii metra – A12 Plac Konstytucji oraz A16 Muranów. Dzięki temu odległość między stacjami metra zmniejszyłaby się z około 1,5 km do około 700 m. Nowe stacje mają być gotowe do 2026 roku.

Warszawa jest też na etapie prac koncepcyjnych związanych z budową III linią metra. Przygotowywany dokument ma wskazać, jak powinna przebiegać trasa po praskiej stronie.

 Inne inwestycje to przede wszystkim parkingi Park & Ride. W tej chwili są w trakcie realizacji P+R PKP Żerań. Prawdopodobnie w najbliższym czasie ogłosimy przetarg na realizację parkingu P+R PKP Jeziorki. Jesteśmy na etapie przyjęcia koncepcji Park & Ride PKP Wesoła – mówi Kujawski.

Zdecydowana większość warszawiaków lubi korzystać z tego typu parkingów. 91 proc. ocenia je dobrze lub bardzo dobrze – wynika z ubiegłorocznej ankiety przeprowadzonej przez ZTM. Ponad 70 proc. korzysta z parkingów P+R w dni powszednie i przesiada się do transportu publicznego. Miasto planuje też postawienie parkingów modułowych, m.in. przy stacji metra Trocka.

– Stawiamy na elektromobilność. Obecnie przygotowujemy program pilotażowy na parkingu Park & Ride Połczyńska, związany z edukacyjno-technicznym projektem dotyczącym rozwoju elektromobilności. Na kolejnym etapie jest budowa stacji ładowania samochodów elektrycznych, którą obejmą wszystkie obiekty parkingowe Zarządu Transportu Miejskiego – zaznacza ekspert.

Z zapowiedzi ZTM wynika, że 14 punktów ładowania – każdy o mocy 22 kW – zostanie zamontowanych na 9 parkingach.

Korzystanie z parkingów ma być też łatwiejsze. ZTM chce bowiem wykorzystać do kontroli i rozliczania użytkowników system odczytujący tablice rejestracyjne. Ma także powstać centrum zarządzania parkingami, dzięki któremu pracownicy Zarządu będą zdalnie administrowali wszystkimi obiektami.

 Prowadzimy także zadania wewnętrzne ZTM. Chcemy wystartować w 2020 roku z budową pętli autobusowej Młynów, która będzie najnowocześniejszym obiektem, z ładowarkami elektrycznymi i magazynem energii. To byłoby takie zwieńczenie tych wszystkich działań, które są związane z małą infrastrukturą – podkreśla Franciszek Kujawski.

Mikroroboty rewolucjonizują medycynę. Wprowadzone do krwioobiegu mogą zastąpić antybiotyk, pozwolą też wykryć nawet najmniejsze guzy

Mikroroboty medyczne wprowadzane do krwioobiegu pacjenta mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w chirurgii i diagnostyce obrazowej. Z powodzeniem mogą być wykorzystywane do zastępowania antybiotykoterapii, a nawet walki z próchnicą. Sterowane ultradźwiękowo urządzenia pozwalają na przeprowadzanie biopsji guzów o średnicy dziesięciokrotnie mniejszej, niż ma to miejsce w standardowych procedurach.

– Na całym świecie, również w Polsce, obserwujemy gwałtowny wzrost popularności unikalnych, przełomowych technologii o rewolucyjnym charakterze, począwszy od wyrobów medycznych, branży farmaceutycznej, biotechnologicznej i zdrowia, po cyfrowe technologie medyczne. Ich celem jest uczynienie świata lepszym i bezpieczniejszym. Mikroroboty zaczynają mieć zastosowanie w chirurgii. Zamiast tradycyjnego zabiegu otwartego używa się specjalnego robota. Dysponujemy już mikrorobotami o różnych funkcjach, które można wprowadzić do krwioobiegu – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Yossi Bornstein, dyrektor generalny i założyciel ShizimGroup.

Mikroroboty, które przez układ krwionośny przemieszczają się z wykorzystaniem pola magnetycznego, mogą być używane np. do naświetlania nowotworów. Nanoroboty mogą jednak przyczynić się również do odejścia od antybiotykoterapii. Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego opracowali mikroskopijne roboty pokryte specjalną powłoką. Składają się na nią nanodruty ze złota, na której znajduje się hybryda płytek krwi i błon czerwonych krwinek. Dzięki temu są w stanie wykonywać jednocześnie zadania dwóch różnych komórek – płytek krwi, które wiążą patogeny, takie jak bakterie MRSA (odporny na antybiotyki szczep Staphylococcus aureus) oraz czerwone krwinki, które absorbują i neutralizują toksyny wytwarzane przez te bakterie. Złote ciało nanorobotów reaguje na ultradźwięki, co daje im możliwość szybkiego pływania bez chemicznego paliwa. Ta mobilność pomaga nanorobotom przyspieszyć detoksykację.

Mikroroboty mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania biopsji.

– Jeden z robotów służy do wprowadzenia igły na głębokość 15-20 cm, aby wykonać biopsję powierzchni mniejszej niż 1 mm. Dotychczas nie można było zbadać danego guzka, jeśli miał on np. 0,5 cm, lub ogólnie jeśli był mniejszy niż 1 cm. W takich przypadkach nawet nie dało się go zlokalizować. To jedna z technologii, którymi dysponujemy – twierdzi Yossi Bornstein.

Roboty w formie kapsułek połykanych przez pacjenta mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania badań endoskopowych, np. w obszarze jelita cienkiego. Dotychczas narząd ten można było badać obrazowo jedynie poprzez badania, takie jak enterokliza tomografem komputerowym. Najczęściej nie dawało to niestety jednoznacznego obrazu zmian chorobowych. Chory musiał za to zmagać się chociażby z przyjęciem środka kontrastującego.

Nanourządzenia mogą przydać się też do czyszczenia zębów. Naukowcy z University of Pennsylvania’s School of Dental Medicine oraz School of Engineering and Applied Science połączyli siły w interdyscyplinarnym badaniu, aby zbadać, w jaki sposób można wykorzystać mikroskopijne, podobne do pługa roboty, do rozbicia biofilmów i czyszczenia różnych powierzchni. Inżynierowie używali nanocząstek tlenku żelaza do budowy maleńkich mikrorobotów, którymi mogliby sterować zdalnie za pomocą pola magnetycznego. Zespół dentystyczny stwierdził, że cząsteczki tlenku żelaza mogą przyczynić się do zabicia nawet najbardziej odpornych na antybiotyki bakterii i niszczącego zęby biofilmu.

– Każdy robot ma inne zastosowanie. Dzięki nim można wykonywać zabiegi mikroinwazyjne, które nie tylko prowadzą do szybszego powrotu pacjenta do zdrowia, ale także pozwolą zaoszczędzić pieniądze na szczeblu rządowym – wskazuje dyrektor generalny ShizimGroup. – Tego rodzaju technologie są opracowywane z myślą o zastosowaniu na całym świecie, nie tylko w Polsce. Z regulacyjnego punktu widzenia, kiedy uzyskamy oznaczenie CE i zatwierdzenie FDA, możemy sprzedać technologię każdemu szpitalowi, niezależnie od tego, czy znajduje się on w Stanach Zjednoczonych, Europie czy Azji – dodaje.

Według analityków z Fortune Business Insights wartość światowego rynku robotów medycznych opiewała w 2018 roku na kwotę 2,2 mld dol. Do 2026 roku jego wartość wzrośnie do 10,7 mld dol. Największy udział w rynku mają roboty chirurgiczne. Odpowiadają one za 64,8 proc. przychodów rynku.

Powstanie platforma ułatwiająca sprzedaż firm oraz franczyz. To odpowiedź na rosnącą popularność polskich start-upów

Polska branża startupowa zyskuje na wartości. Wraz z rozwojem tego segmentu rynku wzrasta także zainteresowanie zakupem najbardziej interesujących biznesów. Nowa platforma ma ułatwić przeprowadzanie transakcji zakupu firm i franczyz, a co za tym idzie – zwiększyć ich bezpieczeństwo. Usługa ma sprawdzić się również w roli narzędzia ułatwiającego wejście na rynek międzynarodowy.

– Stworzyliśmy swego rodzaju Booking.com czy Alibabę dla biznesu. Chcemy stworzyć miejsce dla biznesu, gdzie każdy, kto prowadzi działalność gospodarczą znajdzie niezbędne usługi, czy specjalistyczne narzędzia, które pomogą mu prowadzić działalność, lecz także będzie mógł kupić lub sprzedać swój biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Kaliciak z Gradalis Group.

Pozyskiwanie start-upów to ryzykowne przedsięwzięcie, nawet najbardziej obiecujący projekt może nie sprostać wyzwaniom inwestorów. Z tego powodu na wspieranie start-upów decydują się wyłącznie najwięksi gracze, którzy mogą pozwolić sobie na poniesienie ryzyka inwestycyjnego. Ich rola ogranicza się zwykle jednak do procesu akceleracyjnego. Osoby zainteresowane sprzedażą dobrze funkcjonującego bądź obiecującego biznesu muszą korzystać z takich narzędzi jak np. SprzedamBiznes.pl, czyli portal łączący inwestorów oraz właścicieli firm oraz franczyz. Platformę wyposażono w aplikację do wyceny potencjału danego biznesu oraz wyszukiwarkę biznesów na sprzedaż. Większość platform tego typu ma jednak charakter lokalny.

– Codziennie 10-12 mln ludzi wpisuje w wyszukiwarkę internetową hasło „sprzedam, kupię biznes”, albo „sprzedam, kupię franczyzę”. W ciągu miesiąca jest to ponad 300 mln potencjalnych klientów. Jest to olbrzymi rynek, który jest tak naprawdę niewykorzystany. Portale funkcjonujące na tym rynku, funkcjonują jak zwykłe strony internetowe, jak tablica ogłoszeń, czyli właściwie umieszczają ogłoszenia klientów za pieniądze – mówi Marek Kaliciak.

Nowe narzędzie od Gradalis Group ma działać na skalę globalną i połączyć polskie startupy z inwestorami z całej Unii Europejskiej. Ma pełnić także rolę pełnoprawnego pośrednika w zakupie biznesu dla użytkowników polsko-,  angielsko- i rosyjskojęzycznych. Warto zauważyć, że nie będzie wyłącznie tablicą ogłoszeniową, a platformą ułatwiającą pozyskanie narzędzi do prowadzenia działalności gospodarczej oraz inwestowania w start-upy o dużym potencjale. Pozwoli przeprowadzić proces zakupu biznesu w kontrolowanym środowisku i zautoryzuje wszystkie płatności.

– Ideą jest to, żeby cały proces transakcyjny kupna i sprzedaży dóbr związanych z biznesem przechodził przez platformę, żeby obydwie strony były sprawdzone. Aby się nie bały siebie, tylko dlatego, że prowadzą ten proces przez internet – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Business Research Company  wartość globalnego rynku fintechów w 2018 roku wyniosła 127,66 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do 309,98 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 24,8 proc. Platforma Gradalis Group w części poświęconej franczyzom ruszy w grudniu.

Energetyka pod nowym ministerstwem

Ministerstwo nadzoru właścicielskiego będzie miało potężny wpływ na gospodarkę. Może zmarginalizować znaczenie ministerstwa ds. klimatu, tym bardziej, że niejasne jest dlaczego pozostaje resort ochrony środowiska. Ekologom nie będzie łatwiej.

Nowy resort będzie nie tylko nadzorował mienie Skarbu Państwa. Jak zapowiedział już wicepremier Jacek Sasin, który ma kierować nowym ministerstwem: będzie też takim stricte gospodarczym resortem, który będzie inicjował wspólne działania synergiczne spółek Skarbu Państwa na rzecz przyspieszonego rozwoju.

Nazwy ministerstw nie są jeszcze przesądzone, ale to najmniejszy problem.

– Powstaje ministerstwo, które będzie miało nadzór nad spółkami górniczymi i energetycznymi, ale nie wiadomo jeszcze, kto będzie przygotowywał prawo dla tych sektorów, bo powstaje ministerstwo ds. klimatu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Gdyby to ministerstwo ds. klimatu zajmowało się energetyką, a tak jest już nie tylko na Zachodzie, bo także w Europie Środkowej, to moglibyśmy spodziewać się bardziej progresywnej polityki stawiającej na niskoemisyjne i bezemisyjne źródła energii.

Jeżeli ministerstwo nadzoru właścicielskiego przejmie tworzenie regulacji prawnych dotyczących energetyki, to może powtórzyć się problem, jaki miało likwidowane Ministerstwo Energii.

– Na jego czele będzie stał polityk, który nie zna branży energetycznej, podobnie jak jego poprzednik Krzysztof Tchórzewski spędzi cztery lata na uczeniu się jakie wezwania stoją przed tą branżą – komentuje ekspert.

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę

Ponad 30% Polaków obawia się utraty pracy w wyniku automatyzacji – wynika z ogólnopolskiego raportu TOP CDR. Oczekują oni od firm wdrażania cyfrowej odpowiedzialności biznesu poprzez: prowadzenie szkoleń z bezpieczeństwa internetowego i rozpoznawania tzw. fake news’ów (ok. 42%), umożliwienia pracownikom pozyskania nowych kompetencji cyfrowych (ok. 38%) oraz podejmowania działań na rzecz redukcji lęku przed technologią (ok. 30%). Dobre praktyki w zakresie cyfrowej odpowiedzialności, do 25 listopada 2019 r., firmy mogą przetestować w konkursie Firma Odpowiedzialna Technologicznie pod patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Obawy przed automatyzacją

Jak pokazują badania, Polacy obawiają się postępującej automatyzacji. Co trzeci ankietowany uważa, że wymusi ona na nim konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat. Poza edukacją na rzecz bezpiecznego wykorzystania technologii i pozyskiwania nowych kompetencji cyfrowych, pracownicy oczekują od pracodawców stworzenia jasnych ścieżek kariery umożliwiających im zdobycie odpowiednich kwalifikacji na przyszłość (ponad 29% odpowiedzi) oraz weryfikacji czy praca w firmie nie prowadzi do nadmiernego przeciążenia informacją (22% wskazań).

Wykres 1. Czy Pana/Pani zdaniem automatyzacja pracy przy pomocy robotów wymusi na Panu/Pani konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat?

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Dla Polaków bardzo ważne jest również, aby firma umożliwiała pozyskanie niezbędnych kompetencji cyfrowych w przypadku digitalizacji produktów oraz procesów i usług oraz zapewniała odpoczynek  od cyfrowego świata poza biurem (21,6% odpowiedzi). Firma powinna również walczyć z uzależnieniem od urządzeń cyfrowych poprzez dbanie o podtrzymanie tradycyjnych form relacji społecznych zachodzących poza światem wirtualnym (21,2%).

Organizatorzy konkursu „TOP CD – Firma Odpowiedzialna Technologicznie” chcą pomóc pracodawcom zmniejszać obawy Polaków przed postępującą automatyzacją i zachęcają firmy do dzielenia się dobrymi praktykami w zakresie wdrażania automatyzacji i nowych technologii cyfrowych. Jury konkursu w skład, którego wchodzą: naukowcy z uczelni wyższych technicznych, badacze rynku mediów, eksperci od komunikacji oraz socjolodzy, będzie nagradzało dobre praktyki stosowane przez firmy odpowiedzialne technologicznie pokazujące, jak można wykorzystać technologię nie tylko na korzyść firmy ale również jej pracowników. Zgłoszeń należy dokonywać przez stronę www.topcdr.pl do 25 listopada 2019 r.

„Firma odpowiedzialna cyfrowo”, czyli jaka?

W Raporcie TOP CDR, postanowiono zbadać również jak Polacy rozumieją określenie „firma odpowiedzialna cyfrowo”. Okazało się, że większość ankietowanych zna to pojęcie, ale różnie je interpretuje. Dla 40% ankietowanych firma odpowiedzialna cyfrowo to firma, która prowadzi szkolenia w zakresie podwyższania kompetencji cyfrowych. Natomiast 38% uważa, że umożliwia ona pracownikom pozyskanie potrzebnych kompetencji, by nie stracili pracy w wyniku automatyzacji.

„Rewolucja cyfrowa dyktuje tempo przemian zachodzących na rynku pracy. Pracodawcy starają się za nimi nadążać, wdrażając w firmie dobre praktyki dotyczące wykorzystania szans płynących z  postępującej cyfryzacji oraz ograniczenia negatywnych konsekwencji zastępowania pracy ludzkiej przez roboty. Kwestie takie jak: work life balance, walka z wykluczeniem cyfrowym i zdobywanie nowych umiejętności związanych z nowoczesnymi technologiami będą miały dla pracowników coraz większe znaczenie i w nadchodzących latach mogą być czynnikiem decydującym o wyborze danego pracodawcy. Dlatego już teraz zdecydowaliśmy się nagrodzić przedsiębiorstwa wyróżniające się na tym polu, przyznając tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. To pierwsze tego typu wyróżnienie w kraju” – tłumaczy Iwona Kubicz, ekspert konkursu Firma Odpowiedzialna Technologicznie.

Wykres 2. Jakie cechy kojarzą się Panu/ Pani z określeniem „firma odpowiedzialna cyfrowo”? Proszę zaznaczyć max. 3 najważniejsze odpowiedzi.

Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Konkurs Firma Odpowiedzialna Technologicznie

W ramach programu TOP CDR promującego ideę Corporate Digitally Responsibility powstał pierwszy w Polsce konkurs wyróżniający firmy odpowiedzialne cyfrowo. Konkurs objęty został m.in. patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ideą konkursu jest promocja dobrych praktyk w firmach i instytucjach związana z wdrażaniem Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu oraz przyznanie nagrody dla firm i instytucji pozytywnie wyróżniających się na tym polu.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie firmy, które wdrażają dobre praktyki cyfrowej odpowiedzialności biznesu. Formularz konkursowy wraz z regulaminem dostępny jest na stronie: http://topcdr.pl/ w zakładce: zgłoszenie konkurs TOP CDR. Zgłoszenia do Konkursu potrwają do 25 listopada 2019. Wyróżnione firmy otrzymają tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. Rada Ekspertów programu TOP CDR, złożona z przedstawicieli środowiska naukowego, którzy specjalizują się w dziedzinie nowoczesnych technologii i społecznej odpowiedzialności biznesu oceni dobre praktyki zaprezentowane przez firmy w formularzu konkursowym w dziedzinach takich jak: digitalizacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja, dane oraz komunikacja.

Złoty kontynuuje wyprzedaż

Kurs EUR/PLN jest obecnie najwyższy od ponad trzech tygodni. Krajowa waluta w swej słabości nie jest jednak odosobniona – do euro w ostatnim czasie nawet mocniej traci forint węgierski. W przypadku polskiej waluty zmianę można traktować jak odreagowanie po ostatnim umocnieniu, można ją również powiązać ze zmianami na parze EUR/USD, która ostatnio spadła do poziomów notowanych niemal miesiąc temu.

Najbliższy tydzień przyniesie kilka interesujących informacji z Polski – jutro poznamy szacunek dynamiki PKB w III kwartale, z kolei w piątek opublikowany zostanie odczyt inflacji bazowej w październiku. Dane z kraju jednak nie powinny mieć zbyt dużego przełożenia na zachowanie złotego. Dużo ważniejsze najpewniej będą informacje z zewnątrz – szczególnie te dotyczące amerykańskiego protekcjonizmu w handlu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajsze dane ZEW dla Niemiec i strefy euro w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus, pokazując poprawę sentymentu w listopadzie. Dane wskazują, że nastroje  względem niedalekiej przyszłości wśród ankietowanych ekspertów nadal są pesymistyczne, jednak zauważalnie lepsze niż przez kilka ostatnich miesięcy. Dzisiejsze dane o produkcji przemysłowej w strefie euro we wrześniu również nastrajają pozytywnie. W ujęciu rocznym dynamika wprawdzie od blisko roku pozostaje ujemna, jednak w ostatnim miesiącu pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od maja.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,97-5,00. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy rozczarowały. W okresie lipiec-wrzesień wprawdzie spadła stopa bezrobocia, spadek zatrudnienia i hamujący wzrost płac jednak nie nastrajają pozytywnie.

Dzisiejsze dane o inflacji w Wielkiej Brytanii w październiku rozczarowały. Inflacja bazowa wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami utrzymała się na poziomie z poprzedniego miesiąca, jednak w październiku odnotowano spadek indeksu CPI do poziomu 1,5%, co oznacza, że znalazł się on najniżej od trzech lat. Reakcja funta brytyjskiego na dane nie była wyraźna, jednak słabsza inflacja może być niekorzystna dla waluty – spadek dynamiki cen może bowiem wzmacniać szanse na luzowanie polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,87-3,89. Wczoraj rynek był w dobrych nastrojach, licząc, że przemówienie Donalda Trumpa może przynieść pozytywne informacje ws. dalszych kroków USA w kontekście relacji handlowych z innymi państwami. Nie poznaliśmy jednak żadnych szczegółów dotyczących potencjalnego częściowego porozumienia z Chinami ws. handlu ani informacji dotyczących wydłużenia okresu zwolnienia z ceł importu aut, na co liczą europejscy producenci. Trump zamiast tego mówił o “oszukiwaniu” USA przez Chiny, utrzymując stosunkowo agresywną retorykę. Brak konkretów w kwestii handlu nie został pozytywnie odebrane przez rynek.

Dzisiejsze dane o inflacji konsumenckiej w USA w październiku były mieszane – in minus zaskoczyła bazowa inflacja CPI. Okazała się ona być nieco niższa niż miesiąc wcześniej, nieznacznie wzrosła natomiast inflacja CPI. Dane nie są mocno różne od oczekiwań i póki co nie widać, żeby miały silny efekt na USD. Do końca dnia nie czekają nas już żadne kluczowe publikacje. Uwaga inwestorów najpewniej skupi się na przemówieniu przewodniczącego Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE WYDARZENIA

17:00 – przemawia przewodniczący Fed, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Leasing i wynajem długoterminowy samochodów po III kwartale 2019

Jak pokazują opublikowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) dane, wynajem długoterminowy samochodów był jedynym w trzecim kwartale rodzajem finansowania pojazdów przez firmy w Polsce, który odnotował wzrost sprzedaży w porównaniu z wynikami osiągniętymi rok wcześniej. W trzecim kwartale firmy nabyły w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych samochodów osobowych więcej, niż w analogicznym czasie rok temu. Całkowita sprzedaż nowych aut do firm, uwzględniająca wszystkie możliwe rodzaje finansowania, była natomiast mniejsza o 2,7% r/r. Jeszcze większy, bo wynoszący 4,2% spadek sprzedaży, wystąpił w przypadku nowych samochodów nabywanych z wykorzystaniem kredytu, zakupu ze środków własnych i klasycznego leasingu finansowego liczonych razem. Biorąc pod uwagę łączną liczbę pojazdów znajdujących się w Polsce w wynajmie długoterminowym, rynek urósł w trzecim kwartale o 9,5% r/r. Branża Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) zanotowała natomiast w trzecim kwartale nieznaczny, na poziomie 1,6%, spadek łącznej liczby aut znajdujących się w usługach wynajmu krótko- i średnioterminowego, w porównaniu ze stanem z końca września ubiegłego roku.  

Bardzo wysokie jak na warunki polskiego rynku poziomy sprzedaży nowych samochodów do firm, osiągnięte w drugiej połowie zeszłego roku, ustawiły poprzeczkę i bazę porównawczą dla roku 2019 na trudnym do pokonania poziomie. Widmo znaczącej zmiany przepisów podatkowych dotyczących rozliczania aut służbowych od początku roku 2019, w połączeniu z podgrzewającymi koniunkturę działaniami marketingowymi importerów i dealerów nowych samochodów, skłaniały część firm i przedsiębiorców w naszym kraju do wzmożonych zakupów aut w ostatnich miesiącach ubiegłego roku.

Od początku bieżącego roku na rynku sprzedaży nowych aut była obserwowana stagnacja, tzn. z salonów wyjeżdżała zbliżona liczba samochodów w porównaniu ze stanem sprzed roku. W trzecim kwartale jednak, ze względu na bardzo wysoką tzw. bazę porównawczą, odnotowany został już spadek wynoszący 2,7% r/r. W przypadku nowych aut kupowanych na kredyt, ze środków własnych oraz w ramach klasycznego leasingu finansowego łącznie, spadek sprzedaży był nawet nieznacznie większy, bo na poziomie 4,2% r/r. Tym samym, wynajem długoterminowy pozostał jedyną w trzecim kwartale formą finansowania nowych samochodów firmowych, w przypadku której odnotowany został wzrost. Firmy i przedsiębiorcy nabyli w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych aut osobowych więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.   Sprzedaz aut do firm – CFM vs inne rodzaje finansowania

Wynajem długoterminowy zwiększa swój udział w sprzedaży nowych aut do firm w Polsce

Większy wolumen sprzedaży nowych aut w wynajmie długoterminowym, w zestawieniu ze spadkami w tym zakresie w przypadku konkurencyjnych form finansowania, przyniósł także wzrost udziału tej formy finansowania w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w trzecim kwartale 2019 roku. Na nieco ponad 97 tys. nowych aut sprzedanych do firm w okresie od lipca do września, 21,4 tys. zostało nabytych w ramach wynajmu długoterminowego. Oznacza to, że udział wynajmu długoterminowego w całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm w Polsce w trzecim kwartale osiągnął poziom 22% i zwiększył się o 1% w porównaniu do analogicznego okresu rok temu.   Udzial wynajmu dlugoterminowego – sprzedaz aut do firm

Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego aut wskaźnik rozwoju, a więc wzrost łącznej liczby pojazdów znajdujących się w tej usłudze na polskim rynku, w trzecim kwartale 2019 roku branża urosła o 9,5% r/r.

Branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce ma powody do zadowolenia. Pomimo, że w trzecim kwartale roku sprzedaż nowych aut do firm spadła i gorsze niż przed rokiem wyniki odnotowały wszystkie konkurencyjne rodzaje finansowania pojazdów firmowych, to sprzedaż aut w wynajmie długoterminowym, nawet w obliczu takich niekorzystnych zjawisk rynkowych, nadal rosła – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Regional Manager of Central Europe w Arval. – Wynajem długoterminowy cieszy się w Polsce wciąż rosnącą popularnością, zdobywając w ostatnich kilkunastu miesiącach coraz większą rzeszę klientów z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. Sektor MŚP jeszcze do niedawna stanowił marginalny udział w wynajmie długoterminowym, a obecnie coraz chętniej sięga po ten rodzaj finansowania swoich samochodów firmowych. Obserwujemy, że część małych i średnich przedsiębiorstw zastępuje wynajmem długoterminowym wcześniej wykorzystywany klasyczny leasing finansowy. Małe firmy doceniają takie zalety wynajmu długoterminowego jak chociażby stałe i niższe w porównaniu z konkurencyjnymi rozwiązaniami koszty aut służbowych, prostotę rozliczeń, minimalne zaangażowanie w administrację, naprawy, ubezpieczenia czy serwisowanie samochodów oraz brak konieczności wpłaty własnej.    

Spośród dwóch usług zaliczanych do wynajmu długoterminowego, w Polsce dominuje Full Serwis Leasing, czyli wariant gwarantujący przedsiębiorcy stałe koszty finansowania auta oraz jego pełną obsługę np. przeglądy, rejestracje, serwis, naprawy, ubezpieczenie, likwidację szkód, czy opony. W liczącej na koniec trzeciego kwartału 161,1 tys. aut* flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym, pojazdy w usłudze Full Serwis Leasing stanowiły aż 93,3% ogółu. Pozostała część, a więc 6,7% samochodów, była finansowana i obsługiwana w ramach usługi Leasingu z Serwisem, która jest uproszczoną wersją Full Serwis Leasingu i zapewnia korzystającej z niej firmie mniejszy zakres obsługi auta. W gronie najpopularniejszych samochodów w wynajmie długoterminowym
w Polsce na koniec trzeciego kwartału znajdowały się: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Opel Astra i Ford Focus.

Coraz mniej Diesli w wynajmie długoterminowym

Dane PZWLP na koniec trzeciego kwartału wskazują na dalszy spadek udziału samochodów z silnikami Diesla we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce. Diesli jest coraz mniej. W liczącej ponad 161 tys. pojazdów łącznej flocie w wynajmie długoterminowym firm skupionych w PZWLP, na koniec września stanowiły one już poniżej 60% wszystkich samochodów, dokładnie 58,9%, czyli o 3,3% mniej niż rok temu. Równolegle rośnie odsetek aut wyposażonych w benzynowe jednostki napędowe, których było 38,3% (wzrost o 2% r/r). Przybywa także samochodów wykorzystujących ekologiczne, a więc hybrydowe i elektryczne, napędy. Udział tego typu aut wynosił na koniec trzeciego kwartału już 2,8% i w ciągu roku niemalże się podwoił (wzrost o 1,3%). Samochodów napędzanych ekologicznymi jednostkami było łącznie już ponad 4,2 tys. – 3866 hybryd oraz 363 auta elektryczne.Rodzaje napedow wynajem dlugoterminowy po III kw. 2019

Jeszcze kilka lat temu samochody napędzane Dieslem stanowiły we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce nawet  ¾ pojazdów – mówi Rogier Klop, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający LeasePlan Polska. – Obecny spadek udziału aut z tego typu silnikami do poziomu poniżej 60%, co oznacza, że stanowią one już niewiele więcej niż połowę łącznej floty, zasługuje na uwagę. Rynek polski nie jest jednak pod tym względem odosobniony, podobne zjawiska zachodzą bowiem także w wielu innych krajach europejskich. Zastępowanie samochodów z napędami wysokoprężnymi bardziej ekologicznymi jednostkami benzynowymi oraz przede wszystkim rosnący odsetek aut niskoemisyjnych to trend, który utrzymuje się na polskim rynku wynajmu długoterminowego już od dłuższego czasu i trzeba go oceniać bardzo pozytywnie. Należy przy tym jednak mieć świadomość, że samochody zeroemisyjne, a więc elektryczne, stanowią wciąż marginalny udział w Polsce. Jesteśmy przekonani, że sytuację
w tym zakresie mogłyby zmienić planowane publiczne dopłaty do zakupu aut elektrycznych. Liczymy, że klienci wynajmu długoterminowego będą mogli w świetle planowanych przepisów stać się beneficjentami dopłat do samochodów elektrycznych.

Nowe samochody zakupione przez firmy PZWLP na potrzeby wynajmu długoterminowego w samym trzecim kwartale roku były bardziej przyjazne dla środowiska naturalnego, aniżeli w porównywalnym okresie rok temu. Średnia emisja dwutlenku węgla samochodów osobowych była o 0,9% i 1,16 g/km niższa niż rok wcześniej i wyniosła 125,57 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 140,63 g/km i była niższa o 8,1% i 12,4 g/km w stosunku do stanu sprzed roku.    Emisja CO2 – auta w wynajmie dlugoterminowym

Branża Rent a Car z nieznacznym spadkiem na poziomie 1,6% r/r

Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała na koniec trzeciego kwartału 2019 r. nieznaczny spadek na poziomie 1,6% r/r. Na koniec września łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 19,5 tys. aut (19.563).

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

Eksperckie wskazówki dla bezpiecznego przemysłu

Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy znaczną poprawę bezpieczeństwa pracy pracowników przemysłowych. Dotyczy ona zarówno prac wykonywanych na maszynach, jak i poza nimi. Jest to efekt rosnącej świadomości, edukacji, ale i ciężkiej pracy osób zajmujących się tym obszarem. To właśnie głównie dla nich, już po raz trzeci, EcoMS Consulting zorganizowało konferencję poświęconą bezpiecznym zachowaniom w przemyśle.

Prelegentami byli praktycy tematyki bezpieczeństwa z różnych branż. Dobre praktyki, wytyczne, normy, jak i własne doświadczenia są kluczem do kształtowania właściwych postaw. Szczególnie, gdy ukazane zostały różne punkty widzenia: służby BHP, Inspektorów Pracy, działów odpowiedzialnych za modyfikacje maszyn, biegłych opiniujących w procesach orzekania o wypadkach przy pracy.

Strażnicy bezpieczeństwa

Wieloletni praktyk Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) starszy inspektor Andrzej Midera omówił przypadki kontroli maszyn sprowadzanych spoza Unii Europejskiej. Nie poprzestał na negatywnych przykładach, ale wskazał także, jak wyglądały te, które można uznać za wzorcowe. Poznanie perspektywy PIP stanowi ogromną pomoc w przygotowaniu się do kolejnych, właściwie przeprowadzonych postępowań.

Dr inż. Zygmunt Niechoda z Polskiego Komitetu Normalizacyjnego udowodnił, że normalizacja ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo przemysłowe. Rolą norm nie jest utrudnianie życia przedsiębiorcy, a zapewnienie technicznej realizacji minimalnych wymagań bezpieczeństwa zawartych w przepisach prawa. Mają one również znaczący wpływ na zmniejszającą się liczbę wypadków.

Któż jak nie biegły sądowy dysponuje rozległą wiedzą w zakresie niebezpiecznych zachowań i ich skutków w postaci wypadków przy pracy podczas obsługi maszyn.

– Powinniśmy próbować przewidzieć odruchowe, a nawet skrajnie nieodpowiedzialne działania pracowników. Czas reakcji urządzeń zabezpieczających nie jest przecież równy 0 – zwrócił uwagę  dr inż. Radosław Gonet, który jako biegły sądowy podzielił się kilkoma interesującymi przykładami.

Audyty etyczne to mniej znany obszar związany z bezpieczeństwem przemysłu. Przez ich meandry przeprowadziła uczestników konferencji Iwona Karmowska z Bureau Veritas Polska. O ile w naturalny sposób odbieramy dobrowolność zatrudnienia czy wolność zrzeszania się, to większym problemem jest godziwa płaca i narzucanie nadmiernego czasu pracy oraz różne formy dyskryminacji. Wdrożone zasady etyczne trzeba weryfikować właśnie poprzez audyty.

Zabezpieczmy maszyny

Ireneusz Nowak (INEE Industry) i Daniel Małż (Siemens) skupili się na bezpieczeństwie maszyn. Najpierw ocenić należy ryzyka z punktu widzenia ograniczeń maszyn, zidentyfikować zagrożenia. Kluczowy jest drugi etap, a więc redukcja ryzyka poprzez bezpieczne rozwiązania, techniczne środki ochronne oraz informacje dotyczące użytkowania.

Grzegorz Szydło z BWI Poland Technologies omówił z kolei wymagania dotyczące wprowadzania i użytkowania maszyn. Poznać można było nie tylko przepisy, ale i wyjątki od nich. Prelegent przestrzegał przed błędami, które sam popełnił i sugerował, jak im zapobiegać.

– Bazując na codziennej praktyce, przedstawiłem najczęściej występujące problemy w zakładach produkcyjnych. Stwierdzane są one podczas audytów oceniających zgodność z wymaganiami prawnymi – opowiada Grzegorz Brylonek z EcoMS Consulting. I tak, w maszynach jest to często problem z UDT – dowód na to, że nie działają procedury odbiorowe maszyn, a w dziennikach konserwacji – brak wpisów pomiarów rezystancji (elektrycznych), cykli pracy. Przy pracach szczególnie niebezpiecznych pomijana jest energetyka, brakuje przedsięwzięć mających poprawić stan BHP, jak i przeglądów głównych wyłączników prądu oraz przepustów pożarowych.

Radosław Studziński (Reckitt Benckiser) i Piotr Miler (Rozwiązania bezpieczeństwa) omówili modyfikacje maszyn „nowych” pod kątem utraty ważności oznakowania CE, jak również sytuacje, kiedy modernizacja maszyn „starych” staje się problemem.

Pomocne narzędzia

Joanna Nagraba opowiedziała o obszarze, z którym firma Faraone jest nieodłącznie związana – pracą na wysokościach. Wg danych GUS upadek z wysokości jest przyczyną co 6 wypadku śmiertelnego w całej gospodarce narodowej i aż co 3 wypadku śmiertelnego w budownictwie. Są to konsekwencje zaniedbań i uchybień, którym w większości można zaradzić, posługując się odpowiednimi narzędziami

Adam Jabłoński (FILTER SERVICE) udowodniał, że dopasowanie środków ochrony indywidualnej do pracownika przed przystąpieniem do pracy jest czynnikiem zapobiegającym chorobom zawodowym. Niestety niska jest świadomość skutków nieprawidłowego ich stosowania.

Wojciech Turowicz z Surveily wprowadził zebranych w świat, gdzie kamery obserwują środowisko pracy i przekazują obraz do analizy. Sztuczna inteligencja na podstawie analizy strumieni obrazu automatycznie wyciąga wnioski, a sygnały o incydentach trafiają do bazy danych oraz do właściwych osób. Analiza następuje w czasie rzeczywistym, co gwarantuje natychmiastową reakcję i maksymalizuje szansę na prewencję. Takich możliwości jest znacznie więcej!

Podwykonawcy – nadzór, LOTO, RODO, ISO 45001

– Niezbędne jest identyfikowanie zagrożeń oraz oceny i nadzorowanie ryzyk dotyczących BHP. Co więcej w wyborze wykonawców wskazane jest uwzględnienie w dokumentach kontraktowych kryteriów BHP. Organizacja powinna nie tylko określić, co należy monitorować i mierzyć w zakresie skuteczności operacyjnych środków nadzoru, ale i z kim się komunikować wśród wykonawców – podkreślił Piotr Kowalski z EcoMS Consulting, który poruszył istotny temat nadzoru nad podwykonawcami wg ISO 45001.

Jak wygląda kwestia podwykonawców w założeniach systemu LOTO przybliżył Grzegorz Zielonka (Żywiec Zdrój). Dariusz Pączka z Budimexu zaprezentował m.in. co zrobić, gdy nasz zleceniodawca oczekuje skanów orzeczeń wydanych po przeprowadzonych badaniach oraz dokumentacji ze szkoleń BHP. Otóż nie ma ku temu bezpośredniego uzasadnienia prawnego, zarówno na gruncie przepisów prawa pracy, jak również przepisów o ochronie danych osobowych (RODO).

Aspektów bezpieczeństwa poruszono wiele, a uzupełniły je jeszcze warsztaty. Dynamika zmian daje jednak pewność, że następna edycja owocować będzie kolejną dawką praktycznej wiedzy.

Boliwia podąży drogą Wenezueli? Koniec hossy na polskim rynku pracy?

Po wielu kwartałach korzystnych zmian na rynku pracy pojawiają się sygnały nadchodzącego pogorszenia. NBP w swojej kwartalnej projekcji o inflacji uważa, że w ciągu najbliższych dwóch lat bezrobocie, zamiast spadać będzie rosnąć. Sumarycznie o około 0,5%.

Czy bezrobocie wzrośnie?

Ostatnie zmiany prognoz na temat inflacji i wzrostu PKB nie były aż takim zaskoczeniem jak te dotyczące bezrobocia. W ciągu dwóch lat ma ono wzrosnąć o 0,5%. Zmiana dotyczy metody BAEL, czyli tej, która zasadniczo uzyskuje niższe rezultaty niż tradycyjny pomiar ilości osób bezrobotnych. Powodów, jak zawsze, jest kilka. Jednym z nich są zmiany planów zatrudnienia w związku z tym, że koniunktura nie jest tak dobra, jak przewidywano kilka kwartałów temu. Nie bez znaczenia jest jednak najprawdopodobniej wzrost płacy minimalnej. Ekonomia jest bezlitosna, skoro cena pracy rośnie, to popyt na nią spada. Warto zwrócić uwagę, że nawet wzrost o 0,5% to nie jest dramat społeczny, biorąc pod uwagę, że ostatnimi laty bezrobocie znacznie szybciej spadało. Może się to jednak okazać problemem dla budżetu. Owe 0,5% osób mniej zapłaci podatki i weźmie przecież zasiłki, a to niskie bezrobocie było jednym z najważniejszych czynników, przez które było nas stać na wydatki socjalne.

Czy Boliwia podąży drogą Wenezueli?

Masowe protesty w ciągu ostatnich trzech tygodni zmusiły prezydenta Boliwii Evo Moralesa do podania się do dymisji. Morales krajem rządził nieprzerwanie od 2006, wygrywając wybory zawsze z bardzo wysokim poparciem. W wyborach z 20 października różnica głosów pomiędzy Moralesem a jego głównym rywalem Carlosem Mesą sięgnęła około 10%. Po kilku dniach odwlekania podania oficjalnych wyników wyborów ogłoszono, że nie dojdzie do drugiej tury, gdyż Morales otrzymał wystarczającą przewagę. Takie działania wywołały falę protestów. Tymczasowym prezydentem Boliwii ogłosiła się Jeanine Áñez, która jest liderką opozycji i drugą wiceprzewodniczącą Senatu. Z przejęcia urzędu prezydenta zrezygnowali wyżej postawieni (wiceprezydent Boliwii, przewodniczący Senatu i jego wiceprzewodniczący oraz przewodniczący Izby Deputowanych). Problem w tym, że podczas tych działań, ze względu na brak deputowanych z prezydenckiej partii nie było kworum. Evo Morales otrzymał azyl polityczny w Meksyku, uznał się za ofiarę zamachu stanu oraz twierdzi, że to wojsko zmusiło go do rezygnacji. Pomimo pewnych podobieństw do sytuacji w Wenezueli warto podkreślić podstawową różnicę. Resorty siłowe nie bronią dotychczasowego prezydenta, co pozwoli najprawdopodobniej znacznie szybciej rozwiązać impas, a przede wszystkim nie pogrążyć kraju w kryzysie gospodarczym (oprócz politycznego).

Chiny sprzątają w gospodarce

Październikowe dane z Chin pokazały najmniej kredytów od 3 lat. Co jakiś czas trafia się taki miesiąc i analitycy zastanawiają się wtedy czy to pojedynczy wypadek przy pracy, czy początek nowego trendu. Po jednym odczycie ciężko mówić o nowej tendencji. Podobny wynik był uzyskany w lutym tego roku. Dwa miesiące z największą akcją kredytową to styczeń i marzec, co powoduje, że wynik lutego wcale nie był żadnym przełomem. Dopiero kolejne miesiące pokażą nam czy to lokalna anomalia, czy Bank Chin faktycznie zmienia podejście.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja konsumencka,

17:00 – USA – wystąpienie prezesa FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Mówi, ale nie czuje. Etyka chatbotów – jaka przyszłość nas czeka?

Chatboty wykorzystywane do kontaktów z klientami potrafią już przetwarzać język, ale go nie rozumieją. Taki wirtualny pracownik obsługi klienta ma więc ograniczone możliwości rozmowy. W przeciwieństwie do ludzi nie wie, czym są emocje, tym samym nie wie także, czym jest etyka. Mimo to firmy coraz częściej stawiają na chatboty – wynika z badań dr Aleksandry Przegalińskiej, które mają być pierwszym krokiem w kierunku samoregulacji rynku chatbotów.

Wirtualni asystenci uczą się coraz szybciej. Nie muszą jeść, spać, nie chorują. W kontakcie z klientami potrafią zmieniać zdanie w zależności od tego, z kim rozmawiają. Jednak z powodu braku etyki chatbotów – ustalonego systemu wartości i braku nadzoru nad ich rozwojem – może dochodzić do różnych patologii.

– Zmierzamy w kierunku rozumienia kontekstu przez chatboty. Mają one rozumieć naszą intonację, okoliczności wypowiedzi. Tak, by uniknąć sytuacji podobnej z chatbotem Tay – botem Microsoftu, którego proces uczenia nie był nadzorowany, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że chatbot stał się rasistą i antysemitą – mówi dr Aleksandra Przegalińska, badaczka sztucznej inteligencji z Akademii Leona Koźmińskiego, która od maja analizuje interakcje zachodzące pomiędzy człowiekiem a humanoidem.

Pod jej kierunkiem naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, Uniwersytetu SWPS i amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology zajmują się określeniem ram etycznych dla funkcjonowania chatbotów online. Jak zaznaczają badacze, zaufanie jest centralnym punktem udanej interakcji człowiek – chatbot. Dlatego też stworzyli autorską metodologię analizy treści komunikatów powstających w takich interakcjach, która łączy metody neurobiologiczne, eksplorację tekstu i uczenie się maszynowe. Z badań wynika, że boty reagują inaczej w zależności od tego, z kim rozmawiają.

– Chatboty mają ograniczone zdolności komunikacji. Nie są w stanie odpowiadać na skomplikowane pytania ani szeregować twierdzeń według konkretnego klucza. Mogą jedynie odpowiadać na jednozdaniowe stwierdzenia. W badaniu potwierdziliśmy tzw. Uncanny Valley Effect – czyli „efekt dziwności” towarzyszący interakcji człowieka z humanoidami – wyjaśnia dr Aleksandra Przegalińska, kierownik studiów z zastosowania sztucznej inteligencji w biznesie.

Alternatywne boty na miarę nowoczesnej obsługi klienta

Wnioski z prowadzonych badań mają pomóc m.in. w tworzeniu botów alternatywnych dla tych, które aktualnie budowane są na rynku. Systemy obsługi klientów zmieniły się nie do poznania, ponieważ coraz więcej firm odchodzi od tradycyjnej i kosztownej obsługi na rzecz tej nowoczesnej, opartej właśnie na chatbotach. Jak przewiduje międzynarodowa firma analityczna Global Market Insights, światowy rynek chatbotów w 2024 roku ma być wart 1,3 biliona dolarów.

Projekt badawczy prowadzony jest od maja 2019 roku ze środków Narodowego Centrum Nauki. W skład zespołu badawczego wchodzą: prof. Peter Gloor z MIT, dr Anna Stróż z UW, dr. hab. Grzegorz Mazurek oraz dr Leon Ciechanowski z Akademii Leona Koźmińskiego.

Savills: rynek inwestycji w nieruchomości w CEE po Q3

Z najnowszego raportu firmy doradczej Savills wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2019 roku wartość transakcji inwestycyjnych na rynkach nieruchomości komercyjnych Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii przekroczyła 8 mld euro i była o 54% wyższa od średniej pięcioletniej.

Aktywność inwestycyjna w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie systematycznie od 2013 roku (średnio o 24% rocznie), co świadczy o coraz większym zaufaniu inwestorów do tego regionu, a sprzyja temu szybsze tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze średnią unijną oraz coraz niższe bezrobocie i rosnąca konsumpcja.

Polska – największa gospodarka w regionie – ma 46-procentowy udział w całkowitej wartości PKB pięciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a wolumen transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku przekroczył 4,5 mld euro, co stanowiło 56% łącznych obrotów w regionie. Udział Czech, gdzie inwestorzy zainwestowali 2,36 mld euro, w łącznym wolumenie inwestycyjnym wyniósł ok. jednej trzeciej, natomiast na Węgry i Rumunię przypadło po 6%, a na Słowację 3%.

Najsilniejszymi graczami w regionie byli tradycyjnie inwestorzy zagraniczni. Na tych rynkach od dawna dominują inwestorzy niemieccy, brytyjscy i austriaccy, którzy odpowiadali za ponad połowę aktywności inwestycyjnej. W ostatnich trzech latach nastąpił spadek zaangażowania na rynku inwestorów z USA oraz Niemiec i jednocześnie znaczący napływ kapitału z RPA (14% w 2018 roku) i Azji (12% w 2018 roku). W pierwszych dziewięciu miesiącach 2019 roku wzrósł udział w aktywności inwestycyjnej zwłaszcza inwestorów koreańskich – z 4% w ubiegłym roku do 14%. Wśród niedawno sfinalizowanych transakcji z udziałem kapitału południowokoreańskiego można wymienić sprzedaż magazynu firmy Amazon w Pradze – w transakcji tej firma Savills doradzała kupującemu.

Rywalizacja o najlepsze aktywa w regionie spowodowała szybką kompresję stóp kapitalizacji w ostatnich kilku kwartałach. Średnia stopa kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości w COB w pięciu analizowanych krajach zmniejszyła się w trzecim kwartale br. o 30 pb w porównaniu z ubiegłym rokiem i o 14 pb w stosunku do poprzedniego kwartału i wynosi obecnie 5,24%. W przypadku budynków biurowych w COB najniższe stopy kapitalizacji są obecnie w Pradze (3,9%) oraz w Warszawie (4,5%) i Budapeszcie (4,9%), natomiast wyższe można nadal uzyskać w Bratysławie i Bukareszcie, gdzie wynoszą odpowiednio 5,75% i 7%.

„Nieruchomości biurowe są nadal najbardziej atrakcyjną klasą aktywów inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich udział w wolumenie transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku wzrósł do ponad 60% w porównaniu z 45% w analogicznym okresie roku 2018” – mówi Chris Gillum, dyrektor działu nieruchomości biurowych, zespół doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

„Międzynarodowy kapitał coraz śmielej wkracza na rynki regionu, do czego zachęca względna dostępność atrakcyjnych produktów inwestycyjnych i korzystne wskaźniki gospodarcze. To tłumaczy dobre wyniki sektora, które naszym zdaniem będą nadal przyciągały inwestorów również w roku 2020. Na przykład, w październiku grupa Corporate Finance House Group z Bliskiego Wschodu nabyła spółkę będącą właścicielem biurowca Day Tower w Bukareszcie. Była to pierwsza inwestycja tego inwestora w Rumunii, a w transakcji tej kupującemu doradzała firma Savills” – dodaje Chris Gillum, Savills

Wolumen transakcji najmu w stolicach państw Europy Środkowo-Wschodniej rośnie od pięciu lat w średnim tempie 9% rocznie, co spowodowało spadek średniego wskaźnika pustostanów w Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie i Warszawie do 6,8% w porównaniu z 13,8% w roku 2014 oraz o pół punktu procentowego w porównaniu z ubiegłym rokiem. Najmniej powierzchni biurowej dostępnej jest w Pradze, gdzie poziom pustostanów wynosi 4,6%, a w dalszej kolejności w Budapeszcie (5,9%), Bukareszcie (8,0%) i Warszawie (8,2%).

„Według prognoz Oxford Economics, w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się miast europejskich w najbliższych pięciu latach znajdą się między innymi Warszawa (2. miejsce w rankingu) i Budapeszt (5. pozycja), a także Praga i Bukareszt – odpowiednio na 6. i 9. miejscu. Miasta te będą odnotowywały roczny wzrost PKB na średnim poziomie 2,6% w porównaniu ze średnią europejską wynoszącą 1,9%” – mówi Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań europejskich, Savills.

W 2025 r. Polska może zrównać się z Niemcami w eksporcie opakowań

Opakowania należą do polskich specjalności eksportowych. W ciągu ostatnich 8 lat średnioroczny wzrost zagranicznej sprzedaży branży sięgał 11,2 proc. Jednocześnie, sektor rósł też dzięki eksportowi pośredniemu, czyli wzrostowi wywozu pakowanych towarów. Eksperci Santander Bank Polska i SpotData prognozują, że choć dynamika wzrostu eksportu opakowań w nadchodzących latach spowolni, to i tak powinna pozwolić na zrównanie się w zagranicznej sprzedaży z Niemcami, najprawdopodobniej już w 2025 r.

Na przestrzeni ostatniej dekady Europa Środkowa wraz z Niemcami stała się przemysłowym zapleczem dla całej Unii Europejskiej. Szybki wzrost sektora przemysłowego sprawił, że rósł też popyt na opakowania – zarówno na te sprzedawane bezpośrednio w kanałach eksportowych (eksport bezpośredni), jak i ze strony branż nastawionych na eksport (eksport pośredni). Dzięki temu producenci opakowań z Polski z powodzeniem konkurują nie tylko z producentami z Europy Środkowo-Wschodniej, ale i z Niemcami, wskazują analitycy Santander Bank Polska i SpotData w raporcie „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów”.

Po załamaniu na rynkach finansowych z 2008 r. Niemcy, Austria, Polska, Czechy i Słowacja były jedynymi krajami w Unii Europejskiej, w których zatrudnienie w przemyśle rosło. – Polski sektor opakowań wykazał niską wrażliwość na wstrząsy gospodarcze, a jego przewaga kosztowa, w tym stabilne jednostkowe koszty pracy pozwoliły na sukcesywną ekspansję zarówno w produkcji, jak i w eksporcie. W czasach upadłości licznych europejskich producentów, zagraniczni inwestorzy nie tylko chętnie kupowali polskie opakowania, ale i przenosili produkcję nad Wisłę. Obecnie stanowią ok. 60% firm z branży – wskazuje Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

Zapakowani w eksport

Dzisiejsza pozycja branży jest efektem nie tylko bardzo dynamicznego wzrostu eksportu w ostatnich latach (średnio o 11,2% r/r w ciągu 8 lat), ale i ekspansji zagranicznej sektorów, które korzystają z opakowań. Eksport pośredni w ciągu ostatnich 8 lat rósł średnio o ok. 7,2% rocznie. – Nasze obliczenia dla kontrybucji eksportu pośredniego oparliśmy na średniej ważonej z realnej dynamiki sprzedaży zagranicznej takich grup produktowych jak: żywność, napoje, lekarstwa, kosmetyki i chemia gospodarcza. W ekonomii takie powiązania nazywamy backward linkages. Producent uczestniczy w wymianie międzynarodowej nie bezpośrednio, ale poprzez dostarczanie towarów pośrednich dla eksportera. W ten sposób wartość dodana wytwarzana przez producentów opakowań na rynek krajowy jest też eksportowana – zaznacza ekspert Ignacy Morawski, dyrektor centrum analitycznego SpotData.

Nowy rozdział

Wg autorów raportu „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” branża będzie mieć w nadchodzących latach dużo trudniejsze warunki do rozwoju. Producenci będą bowiem musieli zmierzyć się z wieloma trudnościami, takimi jak spowolnienie gospodarcze w strefie euro czy nowe, surowe unijne wymogi względem ekologii i recyklingu.

Z drugiej strony wyzwania w kwestii ekologii rodzą także nowe perspektywy dla branży. – Polityka wspierająca gospodarkę obiegu zamkniętego i wykorzystanie materiałów z recyklingu może obniżyć zależność kraju od zagranicznych dostaw surowców i półproduktów i rozwinąć w Polsce na większą skalę te elementy łańcucha dostaw, które dotychczas opierały się głównie na imporcie. W ten sposób mogą powstawać nowe miejsca pracy i wartość dodana napędzająca wzrost gospodarczy. Będzie to oczywiście proces długookresowy, ponieważ w przypadku wielu rodzajów opakowań nie ma jeszcze wydajnych metod recyklingu, a produkcja niektórych opakowań z materiałów pochodzących z recyklingu jest bardzo problematyczna – tłumaczy Kamil Mikołajczyk.

Eksperci Santander Bank Polska i SpotData spodziewają się, że w najbliższych latach branża opakowań nadal będzie się rozwijać i zwiększać eksport. W swojej prognozie wskazują, że średnioroczna dynamika wzrostu sprzedaży zagranicznej będzie sięgać ok. 6,5 proc. Pozwoli to na dalsze umacnianie pozycji polskiego sektora opakowań na europejskim rynku. Co więcej, w ostatnich 15 latach polski eksport opakowań per capita systematycznie, niemal liniowo zbliżał się bowiem do poziomu Niemiec. Przy prognozowanym wzroście 6-7% w 2025 r. będzie mógł osiągnąć 100 proc. poziomu niemieckiego.

Warsztaty dla branży

Przedstawiciele branży opakowań będą mieli okazję poznać cały raport „Rewolucja opakowań. Polscy producenci opakowań wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” na spotkaniu networkingowym, połączonym z warsztatami, organizowanym przez Santander Bank Polska oraz Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) 28 listopada br. w Łodzi. Obecni podczas wydarzenia eksperci przybliżą uczestnikom sytuację na niemieckim rynku pod kątem możliwości zbytu, szans oraz wyzwań, z którymi należy się liczyć w kontekście spowolnienia gospodarki tego kraju. Warsztat będzie stanowił doskonałą okazję do zapoznania się z aktualnymi trendami na rynku opakowań oraz do wzajemnej wymiany doświadczeń.

Udział w spotkaniu jest bezpłatny, zgłoszenie odbywa się za pomocą formularza dostępnego pod linkiem www.ahk.pl/pl/opakowania. Termin nadsyłania zgłoszeń upływa w dniu 19 listopada 2019 r. Liczba miejsc jest ograniczona, a o udziale zadecyduje kolejność nadsyłania zgłoszeń.

Firmy kontrolowane przez miliarderów przynoszą zwroty na poziomie prawie dwukrotnej średniej wyników rynkowych

W ciągu ostatnich 15 lat do końca 2018 r. spółki kontrolowane przez miliarderów notowane na giełdzie przyniosły zwrot na poziomie 17,8%, w porównaniu z 9,1% wygenerowanymi przez MSCI AC World Index.

Jest to jeden z wniosków z corocznego raportu UBS i PwC Billionaires Insights, tj. The Billionaire Effect. Raport pokazuje, że majątek światowych miliarderów zmalał o 388 mld USD na koniec 2018 roku, po pięciu latach wzrostu.

W Polsce na koniec 2018 r. było siedmiu miliarderów, o jeden więcej niż w poprzednim roku. Jednak ich całkowity majątek nieznacznie spadło z 13,8 mld USD w 2017 r. do 13,2 mld w 2018 r.

Miliarderzy z Azji doświadczyli korekty po pięciu latach znacznego wzrostu, podczas którego ich bogactwo zostało pomnożone prawie czterokrotnie. Z kolei w obu Amerykach w tym roku nastąpił niewielki wzrost poziomu zamożności, głównie wśród gigantów technologicznych. Pomimo ubiegłorocznego spowolnienia wzrostu, wartość majątku miliarderów jest o ponad jedną trzecią wyższa (34,5%) niż pięć lat wcześniej, co stanowi wzrost o 2,2 bln USD.

Globalnie, silny rynek dolara i niestabilne rynki akcji przyczyniły się do skurczenia wartości majątku miliarderów do 8,5 bln USD po pięciu latach wzrostu.

Miliarderzy z branży technologicznej mieli szansę zaobserwować, że poziom ich zamożności wzrósł bardziej niż w jakimkolwiek innym sektorze w ubiegłym roku, jako rezultat stymulacji istniejących już firm i nowych graczy rynkowych.

W ciągu ostatnich pięciu lat liczba kobiet miliarderów wzrosła o 46%.

Josef Stadler, szef działu Ultra High Net Worth w UBS Global Wealth Management, tak skomentował nowy raport: „Boom miliarderów, który miał miejsce w ciągu ostatnich pięciu lat, teraz został poddany naturalnej korekcie. Warunki do skurczenia się portfeli miliarderów stworzył silniejszy dolar w połączeniu z większą niepewnością na rynkach akcji w trudnych warunkach geopolitycznych.”

„Niemniej jednak jasne jest, że miliarderzy nadal funkcjonują z sukcesem. Miliarderzy tworzą i kierują przedsiębiorstwami, które na rynkach akcji konsekwentnie przewyższają średnie wyniki. Pomysłowość biznesowa przełożyła się również na podejmowane działania filantropijne; obecnie miliarderzy poszukują nowych sposobów na wprowadzenie daleko idących zmian środowiskowych i społecznych. „Efekt miliardera” żyje i ma się dobrze na całym świecie – i wykazuje niewielkie oznaki spowolnienia.”

Ali Janoudi, dyrektor ds. Europy Środkowej i Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki w UBS Global Wealth Management, powiedział: „Badanie pokazuje, że ponad dwie trzecie miliarderów na rynkach wschodzących w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a także w bardziej rozwiniętych krajach takich jak Polska i Cypr są samowystarczalne, co jest zachęcające, ponieważ podkreśla to, jak wiele możliwości ekonomicznych i przedsiębiorczych możemy znaleźć w tych regionach”.

Nowy raport pokazuje, że firmy kontrolowane przez miliarderów osiągnęły prawie dwukrotność średnich wyników rynkowych w ciągu ostatnich 15 lat.

Pełny raport pod linkiem: https://www.ubs.com/global/en/wealth-management/uhnw/billionaires-report.html

Tajemnica skarbowa – zakres i możliwe konsekwencje karne

Zgodnie z art. 293 Ordynacji podatkowej wszelkie indywidualne dane, które zostały zawarte w deklaracji podatkowej oraz innych dokumentach składanych przez podatników, płatników albo inkasentów, objęte są tajemnicą skarbową. Czym właściwie jest ta instytucja oraz jakie zasady jej dotyczą?

Zakres przedmiotowy tajemnicy skarbowej

Tak naprawdę ustawodawca w Ordynacji podatkowej nie sformułował żadnej formalnej definicji tej instytucji. Za to szczegółowo określił jej zakres – zarówno podmiotowy, jak i przedmiotowy. Zakres przedmiotowy związany jest przede wszystkim z powszechnością obowiązku podatkowego. W ustawie wskazano nie tylko ogólną regułę, zgodnie z którą tajemnica skarbowa dotyczy informacji z deklaracji podatkowych i innych dokumentów składanych w urzędach skarbowych. Określono tam również szczegółowy katalog obejmujący informacje podatkowe przekazywane organom podatkowym przez podmioty inne niż te wskazane w ogólnej regule, dane zawarte w aktach dokumentujących czynności sprawdzające, w aktach postępowania podatkowego, kontroli podatkowej, kontroli celno-skarbowej oraz aktach postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, dane z dokumentacji rachunkowej organu podatkowego, informacje uzyskane przez organy Krajowej Administracji Skarbowej z banków oraz innych źródeł niż dotychczas wymienione, informacje uzyskane w toku postępowania w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, dane z akt dokumentujących kontrolę związaną z nadpłatą podatku, informacje o wynikach analizy ryzyka, informacje i dokumenty dotyczące schematów podatkowych, a także dane z akt postępowania w sprawie wydania opinii zabezpieczającej.

Kiedy nie stosuje się przepisów o tajemnicy skarbowej?

Przepisów dotyczących tajemnicy skarbowej nie stosuje się natomiast do udostępnienia pewnych informacji kontrahentowi podatnika prowadzącego działalność gospodarczą. Dane te obejmują w szczególności: kwestię niezłożenia lub złożenia przez podatnika deklaracji lub innego dokumentu, do których złożenia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, zagadnienie nieujęcia lub ujęcia przez podatnika w złożonej deklaracji lub złożonym innym dokumencie zdarzeń, do których ujęcia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, a także informacje o zaleganiu lub niezaleganiu przez podatnika w podatkach wynikających z deklaracji lub innego dokumentu, które to są składane na podstawie przepisów ustaw podatkowych.

Zakres podmiotowy tajemnicy skarbowej

Ordynacja podatkowa wskazała też na katalog osób, które zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy skarbowej. W ramach tej grupy należy wymienić przede wszystkim pracowników izb administracji skarbowej, funkcjonariuszy, pracowników Krajowej Informacji Skarbowej, wójta, burmistrza (prezydenta miasta), starostę, marszałka województwa oraz pracowników urzędów ich obsługujących, członków samorządowych kolegiów odwoławczych, a także pracowników biur tych kolegiów, ministra właściwego do spraw finansów publicznych oraz pracowników Ministerstwa Finansów, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, osoby odbywające staż, praktykę zawodową lub studencką w urzędzie obsługującym ministra właściwego do spraw finansów publicznych lub w innych organach podatkowych, przedstawicieli obcej władzy przebywających w siedzibach organów podatkowych, obecnych w toku postępowania podatkowego lub obecnych w toku czynności kontrolnych w związku z wymianą informacji, a także członków Rady. Obowiązek zachowania tajemnicy skarbowej dotyczy zatem wszystkich osób, które w jakikolwiek sposób miały styczność z dokumentacją podatkową, także tych, którym udostępniono określone dane.

Obowiązki podmiotów objętych tajemnicą skarbową

Co istotne, w kontekście zachowania tajemnicy skarbowej wszystkie osoby, na których spoczywa taki obowiązek, muszą złożyć przyrzeczenie na piśmie. W Ordynacji podatkowej wskazano jego szczegółową treść: „Przyrzekam, że będę przestrzegał tajemnicy skarbowej. Oświadczam, że są mi znane przepisy o odpowiedzialności karnej za ujawnienie tajemnicy skarbowej”. Dodatkowo zachowanie tajemnicy skarbowej obowiązuje także po ustaniu zatrudnienia, zakończeniu stażu lub praktyki oraz rozwiązaniu innego stosunku łączącego dany podmiot z administracją.

Reguły przestrzegania tajemnicy skarbowej i możliwe konsekwencje karne

Podniosłość zagadnienia tajemnicy skarbowej wyraża się również w specyficznym sposobie przechowywania dokumentów podatkowych. Wszelkie akta sprawy zawierające informacje pochodzące z banków lub spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych oraz z innych instytucji finansowych, określone w ustawie o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami, uzyskane z obcych państw, a także uzyskane w postępowaniu w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, należy przechowywać w pomieszczeniach, które zostały zabezpieczone zgodnie z regułami przyjętymi w odniesieniu do ochrony informacji niejawnych. Co również warte podkreślenia, wszelkie naruszenie tajemnicy skarbowej związane jest z odpowiedzialnością karną. Jak wskazano bowiem w art. 306 § 1 Ordynacji podatkowej: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje objęte tą tajemnicą, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5”. Z kolei w myśl § 2 tego artykułu: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje określone w art. 182, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5”. Te informacje wskazane w art. 182 Ordynacji podatkowej związane są z informacjami z banków. Ewentualne złagodzenie kary może wynikać jedynie z nieumyślności czynu.

Tajemnica skarbowa a prawo ochrony prywatności

Tajemnica skarbowa stanowi niezwykle ważną instytucję zawartą w przepisach prawa podatkowego. To nie tylko wyraz konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, ale również mechanizm chroniący szeroko rozumiany interes gospodarczy podatnika. W ramach tajemnicy skarbowej należy dokonać drobnego rozróżnienia – zwykłych informacji skarbowych, a także tych pochodzących z instytucji finansowych. Należy bowiem zauważyć, że te drugie objęte są nawet szerszą ochroną wynikającą z obecnej w prawie bankowym tajemnicy bankowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Usługi dodane w banku to już standard

Bilety do kina, serwis rezerwacyjny, opłata za parking, programy lojalnościowe sieci handlowych czy ubezpieczenie turystyczne. Wszystkie te usługi mogą, a nawet powinny dziś udostępniać banki swoim klientom w aplikacji mobilnej, jako tzw. VAS (Value Added Services). Zmieniające się przepisy, połączone z presją konkurencji ze strony fintechów i światowych gigantów technologicznych, skłaniają banki do ostrej walki o lojalność klienta. Jak wskazuje Marzena Sokołowska z ITMAGINATION, niefinansowe usługi dodane dostępne w banku są dziś niezbędne dla budowania przewagi rynkowej. Te banki, które chcą utrzymać i rozwijać swoją pozycję, muszą być jednocześnie tradycyjne, inteligentne i angażujące.

Już dziś w ofercie niemal każdego banku w Polsce można znaleźć tzw. VAS’y (Value Added Services). Są to niefinansowe usługi, świadczone przez banki najczęściej poprzez kanały cyfrowe. Nie służą one zwiększeniu sprzedaży poprzez cross-sell czy up-sell. Ich celem jest utrzymanie klientów i zwiększenie ich lojalności. W praktyce dzięki nim w jednej aplikacji bankowej, klient ma dostęp do całego wachlarza usług. Przykładowo, może dokonać zakupu biletów do kina, otrzymać oferty na specjalne okazje w galeriach handlowych, zarezerwować lot, hotel lub wynająć samochód.

– Rozwój kanałów cyfrowych sprawił, że banki zaczęły udostępniać klientom coraz więcej usług dodatkowych powiązanych z podstawowymi produktami finansowymi. Są nimi m.in. platformy do zarządzania wydatkami (PFM, Personal Funding Management) czy skarbonki do automatycznego oszczędzania. W erze PSD2 i otwartej bankowości oraz wzmożonej konkurencji ze strony fintechów i gigantów technologicznych GAFAA (Google, Amazon, Facebook, Alibaba, Apple), banki próbują na nowo podbić świat klienta – mówi Marzena Sokołowska, Banking Services Product Manager w ITMAGINATION.

Bank przyszłosci, czyli jutra

Według badania Deloitte o usługach VAS w bankach, ponad połowę Polaków korzystających ze smartfonów irytuje konieczność instalacji wielu aplikacji mobilnych. Użytkownicy smartfonów ograniczają się do korzystania średnio z 10 aplikacji. Oznacza to, że trzeba dostarczyć prawdziwą wartość dodaną, aby znaleźć się w tym gronie. Zdaniem Marzeny Sokołowskiej, bank przyszłości to taki, który jest jednocześnie tradycyjny, inteligentny i angażujący. Tradycyjny oznacza spełnienie swojej podstawowej funkcji – dostarczenie bezpiecznych i wiarygodnych produktów finansowych. Inteligentny to analiza i przewidywanie potrzeb klienta oraz błyskawiczne dopasowanie do nich oferty indywidualnej, „tu i teraz”. Angażujący bank to taki, który poza standardowymi usługami i produktami bankowymi, oferuje dodatkowe możliwości i dba o user experience.

– Finansowanie to już tylko narzędzie do spełnienia potrzeby klienta banku. Fundamentem usług VAS jest „uczący się” mechanizm przewidywania tych potrzeb. Spersonalizowana oferta połączona z geolokalizacją jest kluczem do sukcesu. Jeśli każdy posiadacz aplikacji będzie otrzymywał nie tylko atrakcyjne i będące tuż za rogiem, ale też dobrze dopasowane do swoich potrzeb propozycje, chętnie z nich skorzysta. Dobrym przykładem innowacyjnych usług VAS jest niedawno zapowiedziana przez grupę SGB usługa zarządzania subskrypcjami. W aplikacji mobilnej banku, klient będzie mógł włączać i wyłączać płatności za usługi takich dostawców, jak Netflix czy Spotify – wyjaśnia Marzena Sokołowska z ITMAGINATION.

VASy do dyspozycji polaków

Najstarszą usługą VAS w sektorze bankowym są ubezpieczenia. Użytkownicy większości aplikacji bankowych mogą wykupić ubezpieczenie turystyczne, majątkowe oraz polisy AC/OC. Banki stały się również bramą, przez którą klienci wchodzą do e-urzędu. Za pośrednictwem aplikacji banku można już przejść do platformy ePUAP, zarejestrować wniosek o świadczenie 500+, a nawet założyć firmę. Ponadto, takie banki, jak PKO BP, Alior Bank, Idea Bank, ING czy mBank, udostępniły dla przedsiębiorców platformy do fakturowania i analizy poziomu bieżącej sprzedaży i kosztów oraz prognozowania wydatków, a więc dbają o płynność finansową klienta.

Ekspertka ITMAGINATION zwraca uwagę, że coraz więcej banków aktywnie walczy z konkurencją, w postaci fintechów, poprzez udostępnianie, bezpośrednio w swojej aplikacji, e-kantorów. Klient może w kilku kliknięciach wymienić walutę po atrakcyjnym kursie, kiedy tylko ma taką potrzebę. Z kolei miłośnicy „łapania okazji” mają do dyspozycji np. aplikację mobilną Goodie (należącą do Banku Millennium). Udostępnia ona nie tylko elektroniczne wersje gazetek wszystkich najpopularniejszych sklepów, ale także oferty poszczególnych centrów handlowych z możliwością założenia wirtualnej karty rabatowej ulubionej galerii handlowej.

Wzory z zagranicy

Niekwestionowanym liderem w dostarczaniu usług dodanych za granicą jest brytyjski Monzo. Ten mobilny bank pomaga klientom m.in. w zmianie dostawcy prądu, telewizji kablowej czy usług komórkowych na najtańszego na rynku, pełniąc rolę pośrednika, bez konieczności przedłożenia dodatkowych dokumentów papierowych. Wspiera także klienta w wyborze ubezpieczyciela mieszkania czy kredytodawcy hipotecznego. Starling Bank, również z UK, wprowadził, podobną do Goodie Millennium, usługę umożliwiającą użytkownikom połączenie swojego konta bankowego z portfelem Yoyo. Płacąc kartą Starling Banku w sklepie należącym do sieci lojalnościowej Yoyo, klient zbiera punkty lojalnościowe bez konieczności uruchamiania aplikacji podczas zakupu.

Z kolei węgierski OTP Bank stworzył aplikację mobilną Simple, która łączy w sobie nawet 40 rodzajów usług VAS. Za pomocą Simple użytkownicy mogą zapłacić za parking, kupić bilet na autobus, do kina, teatru, a także na inne wydarzenia. Aplikacja umożliwia również zamówienie taksówki i jedzenia, płacenie przez QR kody czy zakup ubezpieczenia turystycznego. Ze standardowej bankowości mobilnej OTP korzysta 400 tys. osób, a nowa paltforma Simple obsługuje już nawet 700 tys. użytkowników.

W Skandynawii banki poszły nawet o krok dalej. Danske Bank, DNB i Nordea udostępniają w aplikacjach doradztwo i pomoc w przeprocesowaniu spraw urzędowych, w rozwoju kariery, sprzedaży nieruchomości, a nawet prowadzą serwisy z ogłoszeniami sprzedaży nieruchomości.

Globalne wdrożenia 5G – reszta świata goni Amerykę

Branża telekomunikacyjna spodziewa się pierwszych komercyjnych zastosowań sieci 5G w latach 2020-2021 – wynika z raportu „Operatorzy dzielą się nadziejami i obawami branży: od kosztów energii po transformację związaną z przetwarzaniem brzegowym”, przygotowanego przez 451 Research oraz firmę Vertiv. Na pełne wdrożenie nowej technologii potrzeba będzie jednak kilku lat. W tym aspekcie Ameryka Północna będzie nadawać tempo, a Europa i reszta świata – nadrabiać zaległości.

Wprowadzanie rozwiązań 5G w Ameryce Płn. napędzane jest przez tzw. „wielką czwórkę” telekomów: AT&T, Verizon, Sprint oraz T-Mobile. Głównie dzięki ich działaniom region będzie miał największy odsetek wczesnych wdrożeń 5G na świecie. Natomiast prawie połowa północnoamerykańskich firm telekomunikacyjnych przewiduje, że całkowite wdrożenie nowego standardu sieci będzie miało tam miejsce już w latach 2025-2027.

Respondenci z pozostałych regionów (z wyłączeniem Afryki i Bliskiego Wschodu) nie spodziewają się tego przed 2028 rokiem – wskazuje tak trzy czwarte (78%) z nich.

Wdrożenia sieci 5G w Ameryce charakteryzują się stałym systematycznym wzrostem – zwraca uwagę Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z firmy Vertiv Poland. – Pozostałe regiony, w tym Europa, będą musiały dokonywać ogromnych skoków, aby w krótkim czasie osiągnąć postęp: od niewielkiego, do powszechnego zasięgu.

Przedstawiciele branży telco z Ameryki martwią się o efektywność energetyczną, mniej o bezpieczeństwo

Prawie połowa uczestników badania z całego świata (49%) wskazała efektywność energetyczną jako czynnik najważniejszy dla osiągnięcia celów operacyjnych i rentowności związanej z wdrożeniami 5G. W tym temacie widać odmienne podejście firm telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej i Europy: efektywność energetyczną uważa za najważniejszy czynnik 68% operatorów zza oceanu oraz 33% europejskich.

Amerykanie w porównaniu z ankietowanymi z pozostałych regionów wykazali natomiast najmniejsze obawy związane z zarządzaniem bezpieczeństwem. Nie wyrazili zainteresowania przeprowadzaniem testów bezpieczeństwa sieci. Globalnie 52% respondentów stwierdziło, że jest to poważny problem, ale zgodziło się z tym tylko 26% dostawców usług telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej.

Modernizacja sieci największym wyzwaniem

Największe wyzwania związane z wdrożeniem infrastruktury 5G są tak samo widziane po obu stronach Atlantyku. Operatorzy byli zgodni, że modernizacji sieci jest konieczna w celu zapewnienia jej odporności, koniecznej do świadczenia zaawansowanych usług komercyjnych. Zmiany powinny nastąpić głównie w infrastrukturze dostępowej oraz warstwie agregacji łączy. Najwyższy odsetek takich odpowiedzi padł wśród europejskich telekomów (83%).

Z kolei największą różnicę między Ameryką a starym kontynentem widać było w podejściu wobec dodania pasma dosyłowego lub nowych łączy do stacji bazowych 5G. Jako wyzwanie wskazało to 68% operatorów zza oceanu i tylko 17% (najmniejszy odsetek spośród wszystkich regionów) z Europy.