Co czeka polską produkcję?

W 1. kwartale tego roku przeprowadziliśmy badanie, które było analizą tego, jak polska produkcja podchodzi do nowoczesnych technologii: z jakimi problemami i wyzwaniami ma do czynienia i do czego potrzebuje narzędzi informatycznych. Stanowiło ono jednocześnie ocenę sytuacji ekonomicznej oraz koniunktury gospodarczej w branży. Kiedy je przeprowadzaliśmy, nastroje w sektorze były pozytywne, ale zaczynały już pojawiać się głosy o nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym. Teraz tych zaniepokojonych głosów jest coraz więcej, przy czym dużo miejsca poświęca się temu jak sytuacja zmienia się u naszych zachodnich sąsiadów – głównych odbiorców eksportu przemysłu produkcyjnego. Czy powinniśmy zatem bić na alarm? I jeśli tak, to jakie kroki postulować?

Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.
Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.

Jak wynika z naszego badania, niemal 60 proc. przychodów polskiej produkcji to eksport, a w krajach Europy Zachodniej sprzedaje 90 proc. wytwórców. Największą gospodarką Europy są Niemcy i to o recesji w tym kraju mówi się coraz więcej. Bliskie relacje ekonomiczne z naszym zachodnim sąsiadem mogą być dla gospodarki zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Z jednej strony potężny rynek zbytu jaki stanowią Niemcy generuje znaczną część popytu dla naszego przemysłu. Z drugiej zaś – tak silne uzależnienie od jednego partnera handlowego może pociągnąć nas w dół w przypadku jego potknięcia, a z takimi możemy mieć obecnie do czynienia. Dlatego ekonomiści z niepokojem przyjmują zapowiedzi spowolnienia wzrostu niemieckiego PKB, upatrując w nim zagrożenie dla lokalnego biznesu. Jednak jak wynika z naszego badania, producenci z Polski, ogólnie deklarujący duży udział eksportu w ogólnej sprzedaży, zdecydowanie optymistycznie patrzyli w przyszłość, nie przejmując się wizją dekoniunktury. Ponad połowa (52 proc.) badanych firm produkcyjnych w Polsce liczyła na to, że zamknie mijający rok z bilansem lepszym niż w poprzedni. Jednocześnie to samo badanie wyraźnie pokazało, że przedsiębiorcy są świadomi znaczenia eksportu, zwłaszcza do Niemiec, w ich działalności. 59 proc. przychodu było efektem sprzedaży zagranicznej, w przytłaczającej większości w kierunku zachodnim. Czy mamy zatem przykład krótkowzroczności lokalnych producentów, czy może za takimi ocenami stoi coś więcej?

Jeśli przyjrzeć się danym historycznym, to recesja na Zachodzie niekoniecznie musi oznaczać kłopoty dla polskiego przemysłu. W przeszłości lokalne firmy nie tylko potrafiły sobie poradzić z kłopotami swoich zachodnich klientów, ale także skorzystać na nich. Przykładowo: w latach 2001-2004 niemiecka gospodarka poważnie wyhamowała, a średni wzrost PKB w tym okresie wyniósł jedynie 1,3 proc. W międzyczasie średni wzrost produkcji przemysłowej w Polsce rok do roku wyniósł 5,7 proc. Pokazuje to, że nasze firmy potrafiły dostosować się do okresu dekoniunktury i nadal zwiększać produkcję. W przypadku kryzysu w latach 2007-2009 niestety nie udało się polskim przedsiębiorcom utrzymać dodatniego bilansu. Recesja, która w kluczowym punkcie osiągnęła blisko 6 proc., odcisnęła poważne piętno na polskiej gospodarce. Jednak jeśli spojrzeć na efekt w perspektywie dłuższej, to zauważymy, że tylko w roku 2009 produkcja skurczyła się o 4 proc., by w latach następnych utrzymać tendencję wzrostową. Ostatecznie skumulowany wzrost od momentu kryzysu spowodował zwiększenie wskaźników produkcji do ponad 140 proc. względem krytycznego roku 2009.

Jest kilka hipotez, które mogą tłumaczyć odporność lokalnego przemysłu na wahania koniunktury. Opublikowany w październiku br. Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowe oblicze handlu Polski z Niemcami” dowodzi, że traktowanie polsko-niemieckiej wymiany handlowej w oderwaniu od globalnej gospodarki ukazuje nam tylko częściową prawdę o jej mechanizmach. Autorzy raportu wskazują, że produkty wytwarzane w Polsce są częścią szerszych łańcuchów wartości, dlatego spadek popytu w Niemczech może być łagodzony poprzez jego wzrost w innych krajach. Tym samym inne kraje korzystają na polskiej wartości dodanej nie prowadząc z nią bezpośrednich interesów.

Kolejną poduszką bezpieczeństwa dla naszego lokalnego przemysłu może być wielkość rodzimego rynku. Ekspozycja Polski na handel międzynarodowy szacowana jest na ponad 50 proc. To dużo, jeśli jednak spojrzeć na inne gospodarki regionu, jak Czechy czy Słowacja, wartość ta może osiągać nawet 90 proc. Polscy producenci mogą w razie gospodarczych kłopotów Niemiec liczyć na naszych lokalnych klientów, a niemieccy producenci na polskich konsumentów. Nasza gospodarka, mimo że znacznie mniejsza od niemieckiej, jest na tyle rozwinięta, by stabilizować cały system, gdzie nasi południowi sąsiedzi nie posiadają takiej zdolności.

Wreszcie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to co może być problemem dla zachodnich gospodarek, lokalne firmy mogą uznawać za szansę. W dobie dekoniunktury zachodni przedsiębiorcy mogą szukać redukcji kosztów, między innymi poprzez zmianę poddostawców na tych oferujących tańszy produkt. To szansa dla producentów z Polski, dysponujących technologiami niejednokrotnie pozwalającymi zaoferować produkty wysokiej jakości, ale konkurencyjne cenowo dzięki niższym kosztom pracy. W efekcie konkurencyjność polskiego przemysłu może rosnąć w dobie dekoniunktury na zachodzie.

Jednak przy wszystkich analizach ekonomiczno-historycznych i próbach przewidywań tego, w którym kierunku zmierza gospodarka firmy powinny pamiętać jedną maksymę: „kto nie idzie do przodu, ten się cofa”. Konkurencja na rynku, opisywane wyżej wahnięcia koniunktury, rewolucja przemysłowa, cyfryzacja społeczeństwa i rosnące oczekiwania klientów – te wszystkie czynniki mają wpływ na sektor produkcyjny.Produkcja musi zmieniać sposób działania, dostosowywać go do realiów rynku, również do sytuacji na rynku pracy. Konkretne rozwiązania przynoszą ze sobą nowe technologie, w szczególności rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. To one pozwalają produkować szybciej, oszczędniej, adekwatnie do zapotrzebowania i wydajniej. Bez nich firmy nie mogą optymalizować działalności biznesowej. Spójrzmy na to w ten sposób: jeśli załamanie gospodarcze nadejdzie, to firmy, które zainwestowały w rozwiązania umożliwiające lepsze planowanie i zarządzanie całą produkcją, zapasami, personelem, etc. będą miały przewagę nad tymi, które tego nie uczyniły – będą szybciej adaptować się do nowych warunków. Jeśli czarne scenariusze się nie sprawdzą, to i tak skorzystają na wdrożeniach, bo wzrośnie ich konkurencyjność. Polski przemysł produkcyjny ma zatem do wyboru dwie drogi: pierwsza to mniej lub bardziej bierne oczekiwanie na to, co przyniesie przyszłość, druga – mądre inwestycje i przygotowanie się już teraz na różne scenariusze. Mam nadzieję, co zdają się potwierdzać wyniki naszego badania, że polska produkcja wybierze tę drugą opcję.

Zwyczaje zakupowe Polaków. Jak Polacy kupują?

W ciągu ostatnich dwóch lat, statystyczny polski konsument diametralnie zmienił motywacje dotyczące swoich decyzji zakupowych. Kiedyś głównym „wabikiem” przyciągającym Polaków do sklepów były promocje. Dziś konsumenci podchodzą do nich bardziej ostrożnie, co widać w wynikach najnowszych badań. W siłę rośnie grupa tzw. konsumentów pasywnych, dla których okazyjna cena danego produktu to za mało, aby zdecydować się na jego zakup.

Zmiana biegunów

Rok 2019 przyniósł znaczące roszady na arenie polskich konsumentów. W ciągu zaledwie dwóch lat zmieniło się… niemal wszystko. Jak wynika z badania Monitor Promocji 2019 ARC Rynek i Opinia najsilniejsza dotychczas grupa konsumentów a więc tzw. Łowcy Promocji spadła w rankingu aż o dwa oczka. Klienci kupujący głównie pod wpływem impulsu, podatni na różnorodne okazje, loterie, konkursy jeszcze w 2017 roku stanowili aż 31%[1] wszystkich konsumentów. Dziś grupa ta zmniejszyła się o 8 % i tym samym spadła na trzecie miejsce w rankingu. Ich pozycję zajęli konsumenci Pasywni (28%), charakteryzujący się poświęcaniem czasu na porównywanie cen, ofert i promocji. Co ciekawe, dwa lata wcześniej stanowili oni grupę najmniejszą (16%)! W środku stawki znaleźli się jeszcze Minimaliści (22%), sięgający po swoje ulubione marki niezależnie od tego, czy są w obniżonej cenie oraz konsumenci Racjonalni (27%). Ci drudzy, chociaż zainteresowani ofertami promocyjnymi, starają się wybierać te, w których można kupić więcej produktów za mniej i chętnie poświęcają czas na porównywanie ofert w różnych miejscach.

– Polacy w gąszczu różnorodnych promocji, trafiających do nich z wielu różnych stron, stają się na nie coraz mniej wrażliwi. Podczas gdy jeszcze dwa lata temu roku tzw. łowcy promocji stanowili największą grupę konsumentów, rok 2019 przyniósł spore zmiany. Dotychczasowi liderzy zostali zdeklasowani, nie tylko przez klientów racjonalnych, porównujących ceny i posiadających swoje ulubione marki, ale także tych pasywnych. Nie oznacza to oczywiście, że czas rabatów przeminął. Przed nami, jako producentami staje wyzwanie tworzenia coraz lepszych ofert oraz wykorzystywanie do ich prezentowania nowych kanałów dystrybucji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Dobrze zbudowana oferta

Badania wyraźnie pokazują, że w porównaniu z poprzednimi latami, zauważalny jest kilkuprocentowy spadek korzystania z praktycznie wszystkich rodzajów promocji. Mowa zarówno o tych dotyczących obniżki cen lub usług, oferujących większą liczbę produktów lub usług za te samą cenę jak i tych polegających na dołączaniu próbek do innych produktów. Widać więc, że polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej świadome, dlatego wprowadzenie nowych form promocji i tworzenie oferty odpowiadającej na potrzeby konsumentów wydaje się więc koniecznością.

[1] https://arc.com.pl/Minimalisci-czy-lowcy-promocji-jak-kupuja-Polacy-blog-pol-1572945964.html

Fiskus mocno sięgnie do kieszeni e-palaczy. Ceny liquidów wzrosną nawet o 150%

Niewiele ponad pół roku pozostało do opodatkowania akcyzą płynu do papierosów elektronicznych i wyrobów nowatorskich. Nowe regulacje obejmą również liquidy, które nie zawierają nikotyny. Branża podkreśla, że nie ma unijnej dyrektywy, która nakazywałaby taki ruch. I dodaje, że ustalone stawki są stanowczo za wysokie. W efekcie ceny mogą być o 150% wyższe od obecnych. Z kolei Ministerstwo Finansów zakłada wpływy w wysokości 75 mln zł w pierwszym roku i w kolejnych latach obowiązywania przepisów. Jednak liczne przykłady z innych krajów pokazują, że wprowadzenie akcyzy może oznaczać m.in. wzrost szarej strefy i bankructwo wielu przedsiębiorców. 

Podatek (nie)uzasadniony

Od 1 lipca 2020 roku stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych ma wynosić 0,5 zł za mililitr. Z kolei dla wyrobów nowatorskich będzie na poziomie 141,29 zł za kilogram i 31,41% średniej ważonej detalicznej ceny sprzedaży tytoniu do palenia. Regulacje te miały wejść w życie od początku tego roku, ale wydłużono okres obowiązywania zerowej stawki. Zrobiono to, aby przedsiębiorcy mogli m.in. przygotować się do oznaczania towarów znakami akcyzy.

– Polityka akcyzowa była i jest związana z wyrobami tytoniowymi oraz alkoholowymi. Jesteśmy jednak zaskoczeni tym, że dotknęło to również naszą branżę. W większości państw UE takie przepisy nie funkcjonują i nie ma wspólnej dyrektywy unijnej, która nakazywałaby wprowadzanie tego podatku. Nie rozumiemy również, dlaczego nasz regulator, nowelizując ustawę, nałożył podatek także na liquidy, które przecież nie zawierają nikotyny – komentuje Justyna Lipowicz, prezes LIPRO e-Liquid Production.

Z kolei Estera Józefowicz z British American Tobacco Polska podkreśla, że płyny do e-papierosów nie zawierają tytoniu, a niektóre również nikotyny. Dlatego akcyza na te produkty nie jest uzasadniona. I dodaje, że wprowadzenie tego podatku to duże zagrożenie dla legalnego rynku i dla działających na nim przedsiębiorców. Ruch ten może doprowadzić do przesunięcia znacznej części konsumpcji do tzw. szarej strefy.

– Akcyza jest potrzebna i jesteśmy za jej wprowadzeniem. Dzięki niej na rynku zostaną tylko płyny przebadane i produkowane w odpowiednich warunkach. Jednak stawka, którą proponuje Ministerstwo Finansów, jest absurdalnie wysoka i może zniszczyć branżę – mówi Wojciech Sobaszkiewicz, prezes Vape Club Poland.

Wzrost cen

W projekcie ustawy przekazanym do konsultacji publicznych akcyza wynosiła 70 gr za ml, co podkreśla Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministra Finansów. I dodaje, że w tej kwestii nadesłano do resortu zgłoszenia lobbingowe, które opublikowano na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Na skutek licznych uwag podmiotów, stawkę określono na 50 gr/ml. Taka też pojawiła się w projekcie ustawy przyjętym przez Radę Ministrów i przekazanym do Sejmu.

– Opłaty proponowane przez ustawodawcę nie są niskie i znacząco wpłyną na cenę produktu na półce sklepowej. Może się okazać, że łatwiej i taniej będzie kupić produkty w innych krajach europejskich, w większości których akcyza nie obowiązuje – informuje Justyna Lipowicz.

Natomiast Wojciech Sobaszkiewicz przekonuje, że jeśli zacznie obowiązywać akcyza na poziomie 50 gr/ml, to cena płynów będzie dwukrotnie wyższa niż obecnie. Ponadto sprzedaż e-papierosów i płynów diametralnie spadnie. Estera Józefowicz również zaznacza, że zapisana obecnie w ustawie stawka jest bardzo wysoka i może spowodować wzrost cen nawet do 150%. To może się okazać bardzo trudne do zaakceptowania dla polskiego konsumenta.

– Branża proponuje 10 gr za ml płynu z nikotyną oraz 5 gr za ml płynu bez nikotyny. Jeżeli resort nie obniży akcyzy, to zapewne znajdą się podmioty, które będą próbowały obejść przepisy – podkreśla prezes Vape Club Poland.

Zyski i szara strefa

Zgodnie z Oceną Skutków Regulacji (OSR), zakładane były wpływy rzędu 75 mln zł w pierwszym roku i kolejnych latach obowiązywania przepisów. Do wyliczeń przyjęto przybliżoną roczną sprzedaż płynu do papierosów elektronicznych na poziomie ok. 150 tys. litrów. Wielkość ta została oszacowana na podstawie danych z Raportu Fundacji Republikańskiej. W nim roczny wolumen płynów był szacowany na 300 tys. litrów.

– W Ocenie Skutków Regulacji, uwzględniono 50% wielkości podanej w raporcie. Stało się tak ze względu na wymogi wprowadzone regulacją o zmianie ustawy z dnia 16 lipca 2016 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Ponadto nie było miarodajnych danych co do ostatecznego kształtu rynku po transformacji spowodowanej ww. ustawą – stwierdza Paweł Jurek.

Dla potrzeb OSR, przyjęto, że kwota dochodu z tytułu akcyzy od wyrobów nowatorskich będzie marginalna. Te ostatnie pojawiły się na polskim rynku na początku kwietnia 2017 roku, natomiast projekt był procedowany w drugiej połowie tego samego roku. Rynek wyrobów nowatorskich dopiero się zaczynał kształtować w naszym kraju i brakowało jakichkolwiek danych co do jego rozmiaru.

– Jak pokazują wcześniejsze doświadczenia związane z papierosami i alkoholem, zmiany cen powodowały powstanie szarej strefy i pojawianie się na rynku produktów o wątpliwej jakości z nieznanych źródeł. W przypadku liquidów zagrożeniem mogą być tańsze produkty, wykonywane metodą chałupniczą, bez odpowiednich badań i realnego producenta odpowiadającego za jakość, które mogą być zagrożeniem dla zdrowia lub nawet życia – zaznacza prezes LIPRO e-Liquid Production.

Jak wskazuje Estera Józefowicz, Węgry wprowadziły opodatkowanie płynów do e-papierosów. W efekcie szara strefa zdominowała legalny rynek i jest szacowana na ok. 90% konsumpcji. Tamtejszy rząd pracuje nad trzykrotną obniżką stawki, która wynosi obecnie 0,17 euro/ml (ok. 70 gr/ml). Ekspert dodaje, że podobne katastrofalne skutki wprowadzenia akcyzy wystąpiły we Włoszech. Tam udział szarej strefy wzrósł do blisko 80%, a kilka tysięcy specjalistycznych sklepów zbankrutowało. W 2019 roku Włosi obniżyli stawkę akcyzy aż o 80%.

– To rynek będzie decydował o wpływach do budżetu, a producenci, będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami. Myślę, że część rynku może tego nie wytrzymać, co oczywiście wiążę się również z ograniczeniem wpływów do budżetu wynikających z podatków, które jako firmy płacimy – podsumowuje prezes Lipowicz.

Rekordowa aktywność najemców biurowych

Rynek biurowy w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, znajduje się w bardzo ciekawej fazie. Aktywność deweloperów jest imponująca – w III kw. tego roku na stołeczny rynek trafiło ponad 60 tys. mkw., zaś w budowie znajdują się 32 budynki biurowe o łącznej powierzchni 765 tys. mkw.

Kilka lat temu, właśnie ze względu na tę aktywność, prognozowano znaczne podwyższenie współczynnika powierzchni wolnej. Jak widać po ostatnich wynikach, prognozy te nie sprawdziły się, a wręcz przeciwnie. W trzecim kwartale padł rekord, jeśli chodzi o popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe. Na 9 największych rynkach w Polsce najemcy wynajęli ponad 0,5 mln mkw., z czego aż 284,4 przypadło na Warszawę.

Jest to wynikiem wzrostu zapotrzebowania na wysokiej jakości powierzchnie biurowe w stolicy, który obserwujemy już od roku 2015 roku. Od roku 2016 znacznie wzrósł również współczynnik absorpcji netto, co powoduje, że od tego czasu nieustannie spada ilość powierzchni niewynajętej. W tej chwili w centrum Warszawy wynosi on 5,5%, co oznacza, że najemcy poszukujący powierzchni w tym rejonie miasta mają zawężony wybór, zwłaszcza, jeśli poszukują powierzchni większych niż 1 500 – 2 000 mkw. Nie należy spodziewać się, że ta sytuacja zmieni się w ciągu najbliższych 2 lat, ponieważ podaż nowych projektów, mimo że w najbliższych latach będzie dość duża, nie przewyższy znacząco popytu netto.

Na celowniku najemców z pewnością znajdują się projekty mogące się wyróżnić jakąś wyjątkową cechą takie, jak SKYSAWA, flagowy projekt PHN, powstający przy ul. Świętokrzyskiej 36, który jako jeden z nielicznych będzie miał bezpośrednie połączenie z metrem, Varso Place, który rośnie w okolicach Dworca Centralnego i będzie najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej, czy ArtN na terenie dawnej fabryki Norblina, który może pochwalić się wyjątkowym połączeniem funkcji użytkowych – biura, gastronomia, usługi. Ich doskonała lokalizacja – w Centralnym Obszarze Biznesu i na jego obrzeżach, z pewnością przemówi do wielu międzynarodowych firm, które stawiają na prestiżowy adres i szukają wysokiej jakości powierzchni.

Odpowiedzialność konsumencka do poprawki – wyniki badań

  • Ponad połowa Polaków nie oczekuje od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego – tak wynika z badań przeprowadzonych na potrzeby projektu Nienieodpowiedzialni.
  • 86% nie pamięta żadnego skandalu związanego z działaniem firm, a 80% nie brało nigdy udziału w bojkocie konsumenckim.
  • Powodem niepodejmowania tego typu działań jest przede wszystkim brak wiary w ich skuteczność, konformizm, a także obojętność i brak solidarności.

W mediach nie brakuje doniesień o skandalach związanych z działalnością dużych marek. Codziennie do konsumentów docierają kolejne informacje o tym, że firmy dopuszczają się nieuczciwych praktyk, nie przestrzegają praw pracowników, szkodzą środowisku. Fundacja Nienieodpowiedzialni wraz z butikiem badawczym Maison&Partners oraz Wydziałem Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego sprawdziła, jak na tego typu doniesienia reagują Polacy.

Deklaracje bez pokrycia

Polscy konsumenci deklarują, że istotne są dla nich takie aspekty, jak odpowiednie warunki pracy i płacy, uczciwe i etyczne zachowanie, ochrona środowiska czy dobre warunki chowu zwierząt. Jednocześnie zapytani o to, czy oczekują od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego w 37% przyznają, że zadaniem firmy jest zarabianie pieniędzy, co najwyżej „nieszkodzenie”, 22% mówi wprost, że liczą się jedynie zyski. Jedynie 1/3 deklaruje, że zawsze sprawdza, czy działania firmy, której produkty kupuje, nie szkodzą środowisku, a 58%, że zwraca uwagę na ich skład.

Postanowiliśmy ponownie sprawdzić, jak wygląda nasza odpowiedzialność konsumencka. Niestety powtórzyły się wyniki sprzed 2 lat, kiedy to okazało się, że to, co deklarujemy, nie ma pokrycia w konkretnych działaniach. Z jednej strony mówimy o tym, jak ważne dla nas są kwestie etyczne czy środowiskowe, a z drugiej nie wymagamy szanowania ich przez biznes. W ramach naszego projektu chcemy zwiększać świadomość problemu oraz wywoływać dyskusję na ten temat – mówi Magdalena Mitraszewska z Fundacji Nienieodpowiedzialni, pomysłodawcy badań.

Bojkot konsumencki dla wielu z nas jest pojęciem obcym

W badaniu zapytano respondentów, jakie firmy kojarzą w kontekście bojkotów konsumenckich. Aż 86% nie było w stanie przypomnieć sobie ani jednego tego typu skandalu. Po wskazaniu konkretnych przykładów nieuczciwych praktyk znanych firm, nadal w ok. 80% badani nie kojarzyli żadnej z głośnych afer.

Konsumenci nie zdają sobie sprawy z tego, że mają skuteczne narzędzie do piętnowania nieetycznych praktyk, a jest nim po prostu bojkot. Niestety z badania wynika, że tylko 39% z nas zna pojęcie bojkotu konsumenckiego, a tylko 17% kiedykolwiek brało w nim udział. Dla większości wiązało się to z zaprzestaniem korzystania z produktów danej marki. Niestety, nadal są to tylko deklaracje. Respondenci proszeni o wskazanie konkretnych firm, których dotyczył ten bojkot, w 34% nie potrafili udzielić odpowiedzi. Można więc przypuszczać, że i w tym przypadku mamy do czynienia jedynie z deklaracjami bez pokrycia – dodaje Magdalena Mitraszewska.

Nie wierzymy, że możemy coś zmienić

Badanie miało również na celu sprawdzenie, dlaczego nie buntujemy się jako konsumenci. Okazuje się, że aż 51% nie wierzy, że może coś zmienić, 54% natomiast uważa, że konsument nie ma szans w walce z koncernami. Niestety dla 40% nie jest ważne, skąd pochodzi produkt, jeśli jego jakość i cena są odpowiednie, a 45% przekonuje wręcz, że bojkot to darmowa reklama dla firmy.

W badaniu poruszono także aspekt buntów pracowniczych, sprzeciwu wobec praktyk stosowanych w swoim miejscu pracy. Respondenci zapytani o to, dlaczego pracownicy nie buntują się przeciw niewłaściwym działaniom pracodawcy, wskazywali najczęściej, że z obawy o utratę pracy, a 68% nie wierzy, że bunt cokolwiek zmieni.

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby VII Konferencji Nienieodpowiedzialni, której pomysłodawcą była ANG Spółdzielnia. Organizatorzy cyklicznie sprawdzają w ten sposób odpowiedzialność konsumencką Polaków.

Badanie CAWI zostało przeprowadzone na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie losowo-kwotowej 1049 dorosłych Polaków.

Źródło: Nienieodpowiedzialni i ANG Spółdzielnia

Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach pracownik wybiera pracodawcę

W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie ok. 3-4 milionów pracowników, szacują eksperci. Do roku 2050 ta luka może sięgnąć nawet 10 milionów osób. Firmy walczą już nie tylko o programistów, księgowych, finansistów i prawników, ale także szeregowych pracowników fizycznych. Dla kandydatów oznacza to jedno – okazję na lepsze warunki i wyższe wynagrodzenia.

Już niemal 56% obecnych na polskim rynku firm deklaruje problemy ze znalezieniem pracowników – poinformował we wrześniu 2019 br. Work Service. Trudności związane z rekrutacją mają doświadczać przede wszystkim duże przedsiębiorstwa (73%), głównie zajmujące się produkcją przemysłową. Z kolei przyczyną tego stanu rzeczy ma być dobrowolna rotacja pracowników, którzy zmieniają miejsce zatrudnienia skuszeni lepszymi zarobkami, dodatkowymi benefitami czy atrakcyjniejszą lokalizacją.

Potwierdza się to w innych badaniach, opracowanych przez specjalistów zajmujących się zawodowo rekrutacją i doradztwem personalnym. Według najnowszego raportu Antal, Asseco Business Solutions i Grupy Nowy Styl z września br., wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Widać to zwłaszcza w branży SSC/BPO (centra usług wspólnych – obsługa klienta, księgowość, zakupy), gdzie zanotowano wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Pozostałe branże, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, to produkcja przemysłowa, logistyka, IT i telekomunikacja.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (2)

Gigantyczna dziura na rynku pracy

Jeszcze bardziej alarmująca teza pojawia się w raporcie Trenkwalder, zgodnie z którym w najbliższych latach na polskim rynku pracy zabraknie około 3-4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Już teraz firma wskazuje na TOP 10 stanowisk najtrudniejszych do zrekrutowania, na których jest największy popyt na rynku pracy. Miejsce na podium przypadło oczywiście specjalistom IT i programistom. Tuż za nimi znaleźli się jednak przedstawiciele zupełnie innych branż, jak m.in. operatorzy maszyn i wózków widłowych, elektrycy i elektrotechnicy, pracownicy produkcji i pracownicy fizyczni.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (3)

Źródłem problemów jest dziś przede wszystkim niedobór specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Poza tym brakuje rąk do pracy na stanowiskach dla pracowników fizycznych – tłumaczy Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (1)

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej, rosnący kryzys demograficzny i wzrost liczby osób biernych zawodowo, czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać – czytamy z kolei w opracowaniu Trenkwalder.

Odejście szeregowego pracownika to nawet 100 tys. zł straty

Choć rynek pracownika to spory kłopot dla firm, to sami pracownicy mają z górki. Trenkwalder zwraca uwagę, że obecnie kandydaci uczestniczą w kilku procesach rekrutacyjnych jednocześnie i ostatecznie wybierają najbardziej korzystną ofertę lub kontrofertę obecnego pracodawcy.

Firmy zaczęły się prześcigać w ofertach, bo utrata pracownika to dla nich coraz większa strata finansowa. Antal szacuje, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach to nawet 100 tys. zł. I nie chodzi tu wyłącznie o cenę rekrutacji czy wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. – Lepiej zapobiegać niż leczyć – twierdzą eksperci Antal. Ich zdaniem firmy powinny zadbać przede wszystkim o jakość współpracy na linii pracownik-szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu.

Od ratownika medycznego do programisty

Firmy podbierają sobie najlepszych specjalistów, a część z nich jest gotowa zatrudniać nawet osoby dopiero startujące w danej branży. Tak jest m.in. w IT, czego dowodem jest historia jednego z kursantów Kodilla.com, Bartłomieja Sopeckiego z Łodzi:

Kim byłem zanim zacząłem pracę w IT? Łatwiej byłoby wymienić, kim nie byłem. Przez 3 lata jeździłem karetką pogotowia jako kontraktowy ratownik. Potem były magazyny, produkcja, budowy – opowiada Bartłomiej, który następnie jako operator linii testującej sprawdzał płyty główne laptopów. To popchnęło go na zupełnie nową ścieżkę.

Byłem ciekawy, jak powstają testy, których używałem do sprawdzania płyt. Zacząłem się interesować programowaniem. Przerobiłem serię tutoriali na YouTube, potem zrobiłem dwa darmowe kursy, by w końcu podjąć decyzję, że chcę się z tym związać na poważnie. Zapisałem się na trwający 9 miesięcy, zdalny kurs programowania z front-endu. To był bardzo intensywny okres, pełen poświęceń, bo nadal pracowałem testując laptopy, w dodatku w systemie dwuzmianowym.

Nauka w szkole programowania zaowocowała nie tylko nowymi umiejętnościami: – Poznałem wielu innych kursantów, a jeden z nich, już po ukończeniu przeze mnie bootcampa, zaproponował mi pracę w firmie, w której był zatrudniony. Rzecz w tym, że ja mieszkałem w Łodzi, a praca była w Mrągowie. Kilka tygodni później siedziałem nad mazurskim jeziorem, już jako programista – opowiada Bartłomiej.

Programowanie od najmłodszych lat

Nowe technologie to szansa zarówno dla pracowników zagrożonych wykluczeniem zawodowym czy sfrustrowanych dotychczasowym brakiem sukcesów na rynku pracy, jak i dla firm, które walczą z niedoborem kadrowym. Serwis Praca.pl zaznacza, że obecnie bycie programistą, zwłaszcza dobrym i z doświadczeniem, jest na całym świecie gwarantem dobrej pracy. I nic raczej tego trendu nie zakłóci.

W wielu krajach wprowadza się umiejętności cyfrowe i programowanie do programu edukacji już od najmłodszych, nawet przedszkolnych lat – podkreślają eksperci tego serwisu. Dodają, że w Polsce informatyka jest co prawda przedmiotem obowiązkowym, jednak liczba godzin (1 tygodniowo) to o wiele za mało. Tymczasem to nieunikniony kierunek rozwoju, nie tylko na rynku pracy, ale także całej współczesnej cywilizacji.

Dla dzieci umiejętność programowania nie będzie zatem dziedziną, w której wiedzę zdobywają na studiach, lecz czymś tak podstawowym, jak dla dzisiejszej młodzieży jest pisanie na klawiaturze. Coś, co obecnie jest rzadkie i gwarantuje sukces, w przyszłości może być po prostu powszechne i nikt nawet nie będzie uznawał posiadania tych umiejętności za jakiś szczególny wyczyn – tak, jak dziś nikt już nie wpisuje w CV tego, że umie czytać i pisać – podsumowuje Praca.pl.

Natomiast Magdalena Rogóż z Kodilla.com dodaje, że to zjawisko już jest bardzo widoczne i dotyczy nie tylko najmłodszych pokoleń. – Umiejętności cyfrowe stają się niezbędnym elementem, bez którego coraz trudniej będzie sobie można poradzić na rynku pracy. Osoby, które chcą sobie zapewnić na nim lepszą pozycję, powinny inwestować w rozwój takich umiejętności. Zwłaszcza, jeśli już dawno temu skończyły szkoły, studia i pracują w innych zawodach niż marzyli – podsumowuje ekspertka.

Popyt na kredyty mieszkaniowe w październiku 2019

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy październikowy odczyt Indeksu wyniósł (+18,1%), co oznacza, że w październiku 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe, na kwotę wyższą o 18,1% w porównaniu z październikiem 2019 r.

W październiku 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 39,13 tys. klientów w porównaniu do 36,32 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o 7,8%. Warto odnotować, że we wrześniu br. takich klientów było 35,8 tys., czyli o 9,3% mniej niż w październiku 2019 r. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku 2019 r. wyniosła 282,9 tys. zł.

– Październikowa wartość indeksu jest o 2,1 p.p. wyższa od wartości z września br. (+16,0%). W porównaniu do października zeszłego roku, tegoroczna wartość indeksu w październiku jest o 1,1 p.p. niższa i wynosi (+17,1%).

Na obecną wartość indeksu na poziomie (+18,1%,) wpływa zarówno wzrost liczby osób wnioskujących o kredyt, jak i wzrost o 9,6%, w okresie październik 2019 r. – październik 2018 średniej wartości wnioskowanego kredytu – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Nadal utrzymuje się wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym. W dziesięciu miesiącach 2019 r. łącznie 385,39 tys. osób wnioskowało o kredyt mieszkaniowy. W porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest to więcej o 21,6 tys., czyli o 5,9% – dodaje prof. Rogowski.

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Elastyczność poznawcza jako kompetencja przyszłości

Zmiany w miejscu pracy nie zawsze nadążają za rozwojem technologii i stylu życia. W świecie pełnym chmur, algorytmów i szybko podejmowanych decyzji pracujemy w miejscach, gdzie wciąż musimy czekać na podpis, akceptację czy informację zwrotną. Teoria nie zawsze przekłada się na działania. Dotyczy to także budowania zespołów w organizacjach. Teoretycznie znamy korzyści z tworzenia różnorodnych zespołów, w praktyce jednak wybieramy niewłaściwe kryteria tłumaczy Edyta Paul, ekspertka Concordia Design.

Kiedy w XIX wieku Napoleon III urządzał wystawną kolację na cześć króla Syjamu, kazał dla siebie przygotować złotą zastawę, dla gości srebrną, dla króla Syjamu – aluminiową. Nie był to dyshonor. Aluminium wówczas było droższe od złota, więc serwując gościowi potrawy na aluminiowych talerzach, Napoleon pokazał, jak bardzo go ceni. Niedługo potem technologia produkcji aluminium przewróciła ceny jego pozyskiwania do góry nogami – dziś nikt z nas nie potraktowałby jako wyróżnienia podania nam posiłku na aluminiowej tacce.

Ta historia z całkiem odległego świata powtarza się dziś pewnie kilka razy dziennie. Zmiany technologiczne powodują zmiany społeczne, kulturowe i organizacyjne. Technologia rozwija się wykładniczo, a ludzie nadal linearnie. Jeśli trudno nam zrozumieć tę różnicę, to wyobraźmy sobie, że robimy 30 linearnych, metrowych kroków: znajdziemy się 30 metrów dalej. Robiąc 30 wykładniczych kroków (dublując za każdym razem liczbę metrów z poprzedniego kroku), przesuniemy się o 1 073 741 824 metry. Żeby łatwiej nam było „ogarnąć” tę liczbę – robiąc 30 wykładniczych kroków, 26 razy okrążamy ziemię.

Co dziś oznacza praca w zespołach?

To wszystko zmusza organizacje do innego myślenia, do przyjrzenia się zmieniającym się paradygmatom. Rozważenia tego, co to znaczy być pracownikiem, szefem, ale przede wszystkim, co to znaczy pracować w zespołach.

Miejsce, w którym jest nasze biurko (o ile mamy biurko), język jakiego używamy, kultura, z której się wywodzimy, waluta, w jakiej dostajemy wynagrodzenie – są coraz mniej istotne dla naszej pracy. To oznacza, że firmy mogą poszukiwać talentów w dowolnym miejscu świata i tworzyć zespoły, które czasem nigdy nie widziały się na żywo.

Mobilność pozwala nam być w kontakcie z dowolną osobą, w dowolnym miejscu, o dowolnej porze. Praca nie jest już więc miejscem, tylko smartfonem w kieszeni albo chmurą, w której umieszczamy informacje, siedząc setki kilometrów od biura. Coraz bardziej odczuwalne są także zmiany demograficzne. Milenialsi, którzy w 2020 roku będą stanowić ponad połowę pracowników na świecie, to cyfrowi tubylcy. Tak właśnie chcą pracować: inaczej niż cyfrowi imigranci ze starszych pokoleń.

Zmianie ulega też sposób uczenia się. Wiedzy nie zdobywamy już tylko w sali szkoleniowej. Uczymy się stale za pośrednictwem wielu różnych źródeł i urządzeń, w prawie każdym miejscu – w działaniu, w pociągu, przy lunchu, w samochodzie, w windzie. W inny sposób niż kiedyś dzielimy się informacjami, komunikujemy, współpracujemy, uczymy, szukamy danych, kreujemy. Big Data, platformy do współpracy, chmury, internet rzeczy, algorytmy, AI, Alexa, Siri – te narzędzia towarzyszą nam codziennie. YouTube automatycznie wybiera dla nas filmy w oparciu o to, co dotychczas oglądaliśmy. Netflix sugeruje dopasowanie treści dzięki odpowiedniemu algorytmowi. Amazon zna nasze upodobania lepiej, niż my sami. Technologia zapewnia dostęp do wszystkiego, czego potrzebujemy, szybkość wsparcia, łatwość decyzji, natychmiastowy feedback, zakupy w kilka minut, a wszystko to w spersonalizowanej formie.

Zmiany nie nadążają za… zmianami

Tymczasem nasze doświadczenia z pracy wydają się pochodzić ze świata innego niż ten, którym żyjemy poza firmą. Są oparte o pracę w silosowych organizacjach, czekanie na decyzje i podpisy, informację zwrotną udzielaną raz na rok i siedzenie przy biurku w wyznaczonych godzinach. Czasem wchodzimy do biura jak do skansenu, żeby po przydługim, ośmiogodzinnym zwiedzaniu wyjść do „prawdziwego” świata.

Widząc zmiany, niektóre organizacje działają jak Czerwona Królowa z książki Lewisa Carolla – biegną dwa razy szybciej, byle tylko utrzymać się w miejscu. Podwajają wysiłki, optymalizują, pracują intensywniej – ale nie inaczej. Istnieją też firmy, które traktują zmiany paradygmatu jako zagrożenie i szykują się na walkę o utrzymanie pozycji. Są również takie, które w zmieniającym się świecie widzą ogromną szansę dla siebie. Oduczają się tego, co już świetnie potrafią, ale co zupełnie nie przydaje się w zastanych warunkach i zaczynają tworzyć nową sieciowość.

Zespół na jeden projekt

Kiedy w 1967 roku Stanley Miligram przeprowadzał swój eksperyment mający dowieść, że każdą osobę łączy z dowolną inną osobą jedynie 6 pośredników, Facebook ani inne platformy społecznościowe jeszcze nie istniały. Nie wiemy, jak dzięki internetowi zmniejszyło się to „6 stopni oddalenia” – ale wiemy, że zdecydowanie łatwiej jest nam dotrzeć do tych, którzy nas w jakimkolwiek sensie interesują. Skrócenie drogi do innych, bycie w wielu sieciach naraz sprawia, że potrzebujemy zupełnie innych kompetencji. Widać też zmiany w tworzeniu i działaniu zespołów. Zespoły królestwa, które charakteryzowały się stabilnością, trwałością i brakiem dużych zmian na przestrzeni lat – coraz częściej zastępują zespoły namioty. Te budowane są na potrzeby jednego projektu, po zrealizowaniu którego członkowie przenoszą się zupełnie gdzieś indziej, żeby w kolejnym zespole robić coś zupełnie nowego. Potrzebujemy do tego odmiennych kompetencji – członkowie następnych zespołów, oprócz wiedzy i doświadczenia, muszą wnosić swoją umiejętność szybkiej adaptacji, samozarządzania, samoorganizacji i współpracy z ludźmi czasem z „zupełnie innych planet”.

Różnorodność różnorodności nierówna

Doskonale znamy teorię, że im bardziej różnorodny zespół, tym lepsze efekty, więc skupiamy się na tej najbardziej widocznej różnorodności. Budujemy zespoły, w których członkowie różnią się płcią, doświadczeniem, pochodzeniem, wiedzą, kompetencjami. Tak też zrobili badacze Alison Reynolds i David Lewis, prowadząc przez 12 lat symulacje, w których zespoły miały jak najszybciej rozwiązać problem. Naukowcy założyli, że różnorodność będzie miała kluczowe znaczenie. Problemy najlepiej rozwiązywały te zespoły, które były mieszanką różnych stylów poznawczych. Ich członkowie różnili się w sposobach przyjmowania i przetwarzania informacji oraz reagowania na sytuacje nowe i problemy, do których rozwiązania nikt nie dostarczył instrukcji obsługi.

Kwestia elastyczności poznawczej, czyli wiedzy na temat własnego stylu poznawczego, radzenia sobie ze współpracą z ludźmi o innych stylach myślenia i wykorzystywania efektów tej wiedzy i współpracy, jest nadal zbyt rzadko wykorzystywana w pracy zespołowej. Dzieje się tak dlatego, że style poznawcze to cechy dużo bardziej ukryte, w przeciwieństwie do doświadczenia, wieku, płci, kompetencji i osobowości. Nie widać ich na pierwszy rzut oka. Nie dostrzegamy, jak działa styl poznawczy, widzimy tylko konsekwencje jego działania. Umiejętności miękkie, w tym elastyczność poznawcza, coraz częściej wskazywane są jako najbardziej poszukiwane kompetencje na rynku. Jest więc szansa, że zaczniemy coraz częściej „myśleć o naszym myśleniu”, budując zespoły.

Edyta Paul podczas konferencji „You cannot not design” poprowadzi wykład „Z zespołów twierdz do zespołów namiotów. poznaw” oraz warsztat „Fakty, Relacje, Idea czy Struktury – style myślenia i działania”.

Konferencja odbędzie się 16-17 stycznia 2020 r. w siedzibie Concordia Design w Poznaniu. Uniwersytet SWPS jest Partnerem merytorycznym wydarzenia.

Polska 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-handlu na świecie. Firmy muszą jednak szukać nowych usług, żeby się wyróżnić

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W przyszłym roku jego wartość ma przekroczyć 60 mld zł, zakupy online robi już co drugi Polak, a branża wciąż ma przed sobą duży potencjał do rozwoju. Nic dziwnego, że konkurencja na rynku się zaostrza. Firmy działające w e-commerce muszą szukać swoich nisz i nowych usług, które pozwolą im lepiej odpowiadać na oczekiwania klientów. A te związane są głównie z jak najkrótszym czasem dostawy. W Polsce wystartowała właśnie pierwsza platforma online, która pozwala na automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie detalicznym. To rozwiązanie może podnieść konkurencyjność zwłaszcza małych i średnich firm, skracając proces wynajmowania zewnętrznego transportu.

– Polska jest 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-commerce na świecie. Szacuje się, że na koniec 2019 roku wartość tego rynku będzie wynosiła już ok. 50 mld zł. Dzięki tak dużej dynamice rozwoju firmy działające w e-commerce rosną i szukają dla siebie nisz, które dadzą im ten potencjał rynku wykorzystać – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Borowiecki, ekspert Treo.

Według Gemiusa zakupy w sieci robi już 56 proc. internautów, czyli ok. 15 mln Polaków, i z roku na rok ten odsetek rośnie. Jak wynika z raportu Statista Digital Market Outlook, Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W 2019 roku wartość krajowego e-handlu ma wzrosnąć do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. Natomiast w przyszłym – według prognoz przytaczanych przez PwC („Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu”) – może przekroczyć 60 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce obrazują też statystyki Urzędu Komunikacji Elektronicznej, z których wynika, że w ubiegłym roku liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk, co oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do 2017 roku. W ciągu najbliższych kilku lat wolumen przesyłek ma już wzrosnąć do 500 mln sztuk.

Tymczasem według danych PwC w Polsce udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi ok. 5 proc. i jest o połowę niższy od średniej europejskiej i globalnej. Branża wciąż ma więc ogromne pole do rozwoju. Podczas gdy zakupy w sieci robi co drugi Polak, w Holandii ten odsetek wynosi 82 proc., w Niemczech – 77 proc.

– Przedsiębiorstwa działające w e-commerce potrzebują skrócenia czasu dostaw. Szukają dodatkowych kanałów transportu, nowych sposobów wysyłki, żeby zautomatyzować cały proces. Dzięki temu będą mogły uzyskać przewagę na rynku, pozyskać większą liczbę klientów dla swojego biznesu. Często potrzebują dodatkowych usług, których w tej chwili firmy transportowe czy kurierskie właściwie nie mogą im zaoferować – wskazuje Michał Borowiecki.

Szybko rosnąca popularność e-commerce i oczekiwania klientów – skupione głównie na jak najszybszym czasie dostawy – napędzają branżę logistyczną i rozwój nowych usług, które pozwoliłyby firmom wyróżnić się na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Zwłaszcza dla mniejszych firm, dla których poważnym wyzwaniem jest konkurowanie z dużymi e-commerce’owymi platformami, inwestycje w obsługę logistyczną i skrócenie czasu dostaw mogą stanowić o ich przewadze.

– Aktualnie rynek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to duże firmy, które mają swoich partnerów regionalnych i międzynarodowych, do których mogą wysyłać całe partie towaru dużymi pojazdami. Drugi segment to małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają tego typu udogodnień i muszą wysyłać ładunki bezpośrednio do swoich klientów. Im trudno jest znaleźć dostosowane do potrzeb i rozmiarów oferty na transport. Muszą mozolnie zbierać oferty z rynku, czyli po prostu wysyłać do firm transportowych zapytania o wycenę i terminy. Często nie uzyskują odpowiedzi w ogóle albo muszą na nią bardzo długo czekać – mówi Michał Borowiecki.

Na polskim rynku wystartowała właśnie pierwsza platforma internetowa, która umożliwia automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie drobnicowym. To rozwiązanie zwłaszcza dla firm z MŚP, bo zwykle to one muszą same radzić sobie z wynajmowaniem zewnętrznego transportu – ich skala działania często nie pozwala na zawarcie stałej umowy z przewoźnikiem czy na zakup własnych samochodów. Jak podkreśla ekspert, automatyzacja wyceny i wysyłki umożliwi firmom przyspieszenie realizacji dostaw, dzięki czemu będą mogły zwiększyć dynamikę sprzedaży i uzyskać przewagę konkurencyjną.

– Platforma Treo to system, który pozwala na automatyczną wycenę i obsługę zamówień przesyłek paletowych i gabarytowych. Działa w pełni automatycznie, 24 h na dobę i pozwala na bardzo szybkie porównanie ofert różnych przewoźników. Dzięki temu firma, która w tej chwili potrzebuje dużo czasu na uzyskanie ofert od kilku konkurencyjnych przewoźników, może taką ofertę uzyskać online w ciągu 15 sekund – mówi Michał Borowiecki, ekspert Treo.

M. Boni: Wypracowanie wspólnych celów klimatycznych podczas COP25 w Madrycie będzie trudne do osiągnięcia

2 grudnia startuje w Madrycie szczyt klimatyczny COP25, na którym mają zostać sprecyzowane kolejne globalne cele polityki klimatycznej i ograniczania emisji dwutlenku węgla. W konferencji weźmie udział około 25 tys. delegatów z blisko 200 państw świata, a także m.in. szwedzka nastoletnia aktywistka ekologiczna Greta Thunberg. Były europoseł Michał Boni ocenia, że porozumienie będzie trudne do osiągnięcia m.in. ze względu na postawę Stanów Zjednoczonych, które wycofały się z Porozumienia Paryskiego. Podkreśla też, że zrewidowania wymaga również polska polityka energetyczna, która cieszy się coraz mniejszym poparciem społecznym.

– Amerykanie najpierw zrobili krok do przodu, podpisali Porozumienie Paryskie, ale się z niego wycofali. To jednak nie oznacza, że na poziomie miast, gubernatorów i stanów polityka prośrodowiskowa nie funkcjonuje. Chiny są w trakcie wielkiej reorientacji, bo też zaczynają rozumieć, jak wielkie są zagrożenia środowiskowe. Skala inwestycji w środowisko jest bardzo duża, aczkolwiek tam trzeba odrobić wiele zaległości – komentuje szanse na porozumienie na COP25 Michał Boni, senator SME Europe, były europoseł. – Wypowiedź Grety Thunberg w ONZ radykalnie pokazała, że pokolenie dzieciaków woła do nas: „Zróbcie coś z tą Ziemią, żebyśmy my, dzieci, mogli dożyć waszego 60-letniego wieku”.

Gospodarzem poprzedniego szczytu w Katowicach była Polska, która na COP24 zaprezentowała się kontrowersyjnie, stawiając akcent na węgiel kamienny, za co organizacja CAN (Climate Action Network) przyznała Polsce tytuł Skamieliny Roku. Polska energetyka jest w tej chwili oparta na węglu w blisko 80 proc. i – jak wynika z projektu „Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030” – jeszcze przez wiele lat węgiel kamienny ma decydować o obliczu szeroko pojętego rynku energetycznego w Polsce. Jego udział ma spadać sukcesywnie i dopiero w 2030 roku zmniejszy się do ok. 60 proc.

– Polska może stawiać na węgiel, ale to jest naiwne, krótkoterminowe politykierstwo, dlatego że w górnictwie pracuje 80 tys. osób, a 46 tys. rocznie umiera z powodu smogu. Taki typ postawy, jaki niekiedy się w Polsce pojawia, mógł być dobry 20–30 lat temu, kiedy nie było jeszcze widać tych zagrożeń środowiskowych. Dzisiaj już trzeba mieć głowę wypełnioną czarną sadzą, żeby nie dostrzegać ryzyka dla naszego życia, zdrowia i całej planety – mówi Michał Boni.

Jak ocenia, postawa ta się jednak zmienia. Społeczeństwo w Polsce w tej chwili staje się coraz bardziej prośrodowiskowe. Potwierdza to m.in. ubiegłoroczne badanie Kantar Millward Brown dla WWF Polska, z którego wynika, że 45 proc. Polaków jest niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa dotyczącej ochrony środowiska i popiera ją już tylko co trzeci. Węgiel, który według części polityków jest polskim narodowym dobrem, za wiodące źródło energii w przyszłości uznaje zaledwie 8 proc. badanych. 60 proc. Polaków ocenia również, że promocja odnawialnych źródeł energii przez władze kraju jest niedostateczna, a aż 66 proc. badanych chce, aby w przyszłości OZE było głównym paliwem energetycznym w Polsce.

– Trzeba rozmawiać ze społeczeństwem, trzeba skonstruować dialog społeczny tak, żeby nie straszyć wysokimi kosztami transformacji energetycznej. Trzeba pokazać, że w dłuższej perspektywie mamy wybór: albo brnąć w coś, co będzie nas niszczyło, albo wszyscy razem solidarnie ponosić koszty – mówi Michał Boni.

Senator SME Europe podkreśla też, że zmiany klimatyczne i związane z nimi problemy, takie jak m.in. nierówności społeczne, stały się już problemem na tyle palącym, że spychają w cień kwestie rozwoju gospodarczego.

– Świat stanął na krawędzi i dywagacje, że przemysł czy gospodarka czegoś potrzebują, w zderzeniu z ludzkim życiem i życiem planety, powinny zejść już w głęboki cień. Wszyscy powinniśmy sobie uświadomić, jak wielkie jest zagrożenie nierównowagą, którą wywołuje kryzys klimatyczny. Potrzebny jest osobny plan dotyczący plastiku, wody i smogu. Musimy się też zastanowić, jak te kwestie rozwiązać, zmieniając przy tym zachowania konsumentów – mówi Michał Boni.

Jego zdaniem od tych drobnych kroków bardzo wiele zależy, podobnie jak od mądrych decyzji na poziomie lokalnym czy globalnym.

– W Europie dyskutuje się Europejski Fundusz Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej. Posłowie zeszłej kadencji zaproponowali 5 mld euro dla 41 regionów węglowych. Nie chodzi o to, żeby z dnia na dzień różne rzeczy zrobić, ale w perspektywie kilkunastu lat musimy mieć jasność, jakie kroki zostaną przedsięwzięte – mówi Michał Boni. – Podobnie się dzieje z przemysłem samochodowym. To wszystko razem powinno być połączone z innowacjami, dlatego że w ten sposób możemy wpłynąć na ocalenie globu, klimatu i naszego życia w taki sposób, żeby przemysł się rozwijał, a nie kurczył.

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu

0

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu 1

Polecenia są skutecznym narzędziem rozwijania biznesu. Rekomendacja udzielona przez innego przedsiębiorcę pozwala szybciej i skutecznej zdobywać nowych klientów i partnerów biznesowych. Średnio jedna na trzy rekomendacje kończy się zawarciem kontraktu – na dodatek przy zerowych kosztach marketingu. Mimo to większość firm nie przykłada dużej wagi do networkingu i budowania relacji. Przedsiębiorcy nie wiedzą też, jak skutecznie przekazywać rekomendacje, dlatego coraz częściej decydują się na przyłączenie do międzynarodowych organizacji takich jak BNI.

– Rekomendacje są bardzo ważne w rozwoju biznesu. Większość przedsiębiorców uważa, że pomagają im rozwijać firmę, ale jednocześnie niewielu z nich ma realny plan i wie, co zrobić, żeby tych rekomendacji było więcej. 98 proc. pytanych przez nas przedsiębiorców odpowiada, że rekomendacje są ważne w prowadzeniu firmy, ale tylko 3 proc. właścicieli firm ma w tym zakresie strategie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Chmura, dyrektor narodowy BNI Polska.

– Pomiędzy przedsiębiorcami w Polsce wymienianych jest coraz więcej rekomendacji. To naturalne, że jeżeli firma potrzebuje produktu czy usługi, to weryfikuje sytuację na rynku i szuka sprawdzonych partnerów biznesowych – dodaje Mateusz Bacański, dyrektor narodowy BNI Polska.

Umiejętność nawiązywania i podtrzymywania relacji w sieci kontaktów zyskuje na znaczeniu w biznesie. Coraz więcej przedsiębiorców postrzega rekomendacje jako ważne narzędzie rozwijania firmy, które umożliwia pozyskiwanie klientów i partnerów handlowych. Ich skuteczność jest dużo wyższa niż telefonów „w ciemno” do potencjalnych kontrahentów i klientów. W 1/3 przypadków skutkiem rekomendacji jest zawarcie kontraktu biznesowego, przy zerowych kosztach marketingu i reklamy. Jedyne, co przedsiębiorca musi poświęcić, to swój czas.

– Trzeba wykonać wiele telefonów, żeby umówić się na spotkanie, i odbyć wiele spotkań, żeby któreś zakończyło się sprzedażą. Szybciej nawiązujemy relacje, jeżeli ktoś nas zarekomenduje, powie o nas: „znam dobrego fotografa czy znam dobrą agencję reklamową”. Co więcej, rekomendacja pojawia się jako odpowiedź na konkretną potrzebę biznesową – w momencie, kiedy firma szuka fotografa czy agencji reklamowej. To połączenie z realnym zapotrzebowaniem zapewnia wysoką skuteczność – mówi Ryszard Chmura.

Budowanie i podtrzymywanie relacji to skuteczne narzędzie rozwijania biznesu, ale większość firm nie uwzględnia networkingu i systemu rekomendacji w swojej strategii biznesowej. Przedsiębiorcy nie do końca wiedzą też, jak to robić, bo takiej umiejętności nie uczy żadna z uczelni. Pomagają im w tym za to organizacje takie jak BNI (ang. Business Network International). Jest to największa na świecie organizacja opierająca działalność na marketingu rekomendacji biznesowych i efektywnym networkingu, skupiająca firmy z sektora MSP, 

– Korzyści wynikające z marketingu rekomendacji są związane z budowaniem relacji. Firmy zyskują nie tylko większe przychody, ale również kontakty, z których mogą korzystać. Jedną z największych zalet sieci takich jak BNI jest to, że firma wie, do kogo się zwrócić, jeśli czegoś potrzebuje. Wszyscy potrzebujemy rekomendacji od innych, aby prowadzić biznes lub korzystać z usług. Na tym polega siła wiedzy, którą rozpowszechniamy – dodaje Ivan Misner, twórca i założyciel BNI.

– W grupie zrzeszonych jest średnio ponad 30 przedsiębiorców, każdy jest z innej branży, a więc nie ma wzajemnej konkurencji. Jeżeli mamy biuro księgowe i kancelarię prawną, to te firmy nawzajem mogą polecać swoje usługi swoim klientom. Średnio każdy z członków BNI ma 300 kontaktów biznesowych, więc cała grupa ma ponad 9 tys. kontaktów. Najczęściej w Polsce przedsiębiorca potrzebuje kilkudziesięciu, aby rozwinąć swoją firmę – wyjaśnia Mateusz Bacański.

Popularność rekomendacji w Polsce rośnie szczególnie wśród przedsiębiorców z sektora MŚP albo tych, którzy dopiero stawiają w biznesie pierwsze kroki.

– Dołączając do BNI, zatrudniałem jedną osobę i nie wiedziałem jak sprzedawać. W ciągu 4 lat zaczęło spływać tak wiele rekomendacji, że musiałem zatrudnić 100 dodatkowych osób, żeby obsłużyć pozyskane zlecenia. To pokazuje, jak szybko rekomendacje pozwalają rozwinąć firmę – mówi Ryszard Chmura.

Sieć BNI jest obecna w 70 krajach, gdzie skupia już 260 tys. małych i średnich firm w ponad 9 tys. grup. W ubiegłym roku przedsiębiorcy w ramach sieci wymienili na całym świecie 11,2 mln rekomendacji, które doprowadziły do wygenerowania przez nich dodatkowych przychodów rzędu 16  mld dolarów.

 Często przedsiębiorcy i liderzy firm są tak zajęci bieżącą działalnością, że nie mają czasu albo umiejętności potrzebnych do zapewnienia stałego dopływu przychodów, który pozwoli na rozwój przedsiębiorstwa. BNI pomaga firmom na całym świecie w osiągnięciu trwałego wzrostu. Przedsiębiorcy dołączają do naszej sieci, żeby rozwijać swoją działalność i otrzymywać rekomendacje. Bycie członkiem BNI umożliwia im także rozwój osobisty i zawodowy oraz nawiązanie wieloletnich przyjaźni – mówi Graham Weihmiller, dyrektor generalny BNI.

W Polsce w 27 miastach działają już w sumie 72 grupy BNI. Sieć zrzesza już ponad 2,5 tys. małych i średnich przedsiębiorstw, które realizowały dodatkowe zlecenia na kwotę 471 mln zł netto w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Oznacza to, że każdy członek BNI w tym czasie pozyskał z rekomendacji średnio ponad 244 tys. zł netto dodatkowego przychodu dla swojej firmy.

Globalny koncern tytoniowy otwiera w Warszawie kolejną inwestycję. W trzy lata zatrudni ponad 850 osób

Należąca do Grupy Japan Tobacco spółka JTI zainwestowała dotąd na polskim rynku przeszło 800 mln dolarów, głównie w rozwój swoich fabryk zlokalizowanych niedaleko Łodzi. Kolejną inwestycję uruchomi w Warszawie. W nowym centrum usług biznesowych, które będzie świadczyć usługi m.in. z zakresu finansów, marketingu i sprzedaży na skalę globalną, zamierza w trzy lata zatrudnić ponad 850 osób. Rekrutacja na niektóre stanowiska już się rozpoczęła.

– W ciągu najbliższych trzech lat zatrudnimy w Warszawie ponad 850 osób w naszym Globalnym Centrum Usług Biznesowych. Rozpoczęliśmy już proces rekrutacyjny, poszukujemy i będziemy poszukiwać pracowników w takich dziedzinach, jak finanse, sprzedaż, marketing, sprawy regulacyjne, ale również globalny łańcuch dostaw. Przy obecnym rynku pracy, w szczególności w Warszawie, ten cały proces nie będzie łatwy. Jesteśmy jednak przekonani, że dzięki dobrej ofercie i lokalizacji biura w samym centrum zatrudnimy najlepszych kandydatów – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Lewandowski, dyrektor ds. korporacyjnych i komunikacji w JTI Polska.

JTI (Japan Tobacco International) to międzynarodowa firma tytoniowa działająca w ponad 130 krajach. Należy do Grupy Japan Tobacco i na całym świecie zatrudnia ponad 45 tys. osób. Z początkiem listopada koncern zapowiedział utworzenie w Polsce kolejnej, strategicznej inwestycji – Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie. W ciągu trzech lat zamierza zatrudnić w nim ponad 850 pracowników, dzięki czemu całkowite zatrudnienie w Polsce przekroczy 3 tys. osób.

– Głównym powodem umiejscowienia naszego Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie była dostępność kandydatów, czyli wykształconych i zmotywowanych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Rekrutacji do nowego centrum będzie w kolejnych miesiącach towarzyszyć zakrojona na szeroką skalę kampania promocyjna JTI, bazująca na haśle HASHJoinTheIdea. Firma zamierza docierać do potencjalnych kandydatów przede wszystkim poprzez media społecznościowe.

 Wiemy, że zrekrutowanie ponad 850 osób w tak krótkim czasie nie będzie łatwe, ale jesteśmy przekonani, że damy radę, m.in. dzięki temu, jak będzie wyglądała nasza propozycja dla pracowników – zarówno jeśli chodzi o wynagrodzenia, jak i nasze nowoczesne biuro i kulturę organizacyjną. Pomimo tego wyzwania, jakim jest obecny rynek pracy, jesteśmy przekonani, że damy radę zatrudnić najlepszych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Pracownicy nowego centrum będą odpowiedzialni za wsparcie eksperckie oraz zarządzanie procesami transakcyjnymi wielu obszarów międzynarodowej działalności Grupy JTI, takich jak m.in. finanse, marketing i sprzedaż, ludzie i kultura organizacyjna, badania i rozwój, sprawy prawne i regulacyjne oraz globalny łańcuch dostaw.

– Globalne Centrum Usług Biznesowych w Warszawie będzie wspierać rozwój Grupy JTI na całym świecie. Będzie służyć temu, aby rynki JTI rozwijały się nadal w taki sposób, jak do tej pory, żeby firma rozwijała sprzedaż tradycyjnych wyrobów tytoniowych, ale również wyrobów innowacyjnych, które ostatnio wprowadziliśmy także w Polsce – mówi Andrzej Lewandowski.

Nowe centrum biznesowe to kolejna inwestycja koncernu w Polsce – w ostatniej dekadzie całkowita wartość inwestycji przekroczyła 800 mln dol. W tym roku firma rozpoczęła produkcję wyrobów tytoniowych Ploom Tech w swoim kompleksie nowoczesnych fabryk w Starym Gostkowie koło Łodzi.

W dzienniczkach uczniów dominują negatywne uwagi. Więcej pochwał mogłoby motywować dzieci do pracy i wzmacniać ich dobre cechy

W komunikacji między nauczycielami a rodzicami dominują zwykle negatywne uwagi na temat zachowania uczniów, co powoduje ciągłe napięcia w kontaktach między domem a szkołą. Kadra pedagogiczna rzadko chwali dzieci i zwraca uwagę na pozytywne przykłady zachowań. Tymczasem rodzice powinni wiedzieć, że ich dziecko ma np. talent przywódczy czy potrafi rozwiązywać konflikty w klasie. Dzięki temu mogliby wzmacniać w nich te pozytywne cechy. Dzieci za to czułyby się bardziej zmotywowane do dalszych starań.

– Najczęściej nauczyciele komunikują do rodziców uwagi w formie elektronicznej poprzez dziennik i są to niestety uwagi negatywne. Bardzo rzadko spotykamy się z pochwałami czy uwagami pozytywnymi mówiącymi o tym, co w dziecku jest dobre. Myślę, że wynika to m.in. z braku czasu nauczycieli, którzy są bardzo zapracowani i komunikują tylko to, co jest najistotniejsze z ich punktu widzenia, czyli relacjonują rodzicom problemy związane z dzieckiem i to, co należy w nim poprawić – mówi agencji Newseria Anna Zapał, pomysłodawczyni akcji „Pozytywna Uwaga”, która ma zachęcać do pozytywnej komunikacji na linii szkoła – dom.

Kiedy rodzice dostają takie komunikaty, skupiają się na niedoskonałościach swoich pociech. Na drugi plan schodzą natomiast mocne strony czy pasje, które należy wzmacniać i pielęgnować.

– Zależy nam na tym, żeby dziennik nie był kojarzony tylko ze stresem i z tym, że musimy sprawdzić, co zostało źle zrobione, jakie dziecko dostało oceny. Chodzi o to, żeby był on takim miejscem, gdzie rodzice dowiadują się też dobrych rzeczy, a nie tylko tych, których się boją – mówi Anna Zapał.

Pomysł na projekt „Pozytywna Uwaga” narodził się w Szkole Podstawowej nr 52 na warszawskim Targówku, ale bierze w nim udział ponad 300 szkół w całym kraju. Wszyscy zgodnie podkreślają, że nie chcą zmieniać podstawy programowej, tylko zachęcić pedagogów, wychowawców i opiekunów do mądrego chwalenia uczniów.

W praktyce chodzi rodzicom o to, by nauczyciele zwrócili uwagę na mocne strony ich dzieci, na najdrobniejsze nawet sukcesy i podzielili się z nimi tymi spostrzeżeniami. Ważne jest to, żeby dzieci miały świadomość, że nawet jak nie mają czerwonego paska, to są w czymś dobre.

– My, jako rodzice, nie widzimy na co dzień tego, jak dzieci zachowują się w społeczności szkolnej i bardzo nam takich informacji brakuje. Wierzymy, że poza wpadkami, które się zdarzają i są relacjonowane w formie negatywnych uwag, są też dobre sytuacje, o których my po prostu nie wiemy, np. że ktoś potrafi rozwiązać jakiś konflikt w klasie czy ma talent przywódczy – podkreśla Anna Zapał.

Jak tłumaczy, wybór listopada jako terminu akcji nie jest przypadkowy. To najbardziej ponury miesiąc w roku: szybko robi się ciemno, dzieci już zapomniały o wakacjach, mają coraz więcej nauki i klasówek, a do świąt jeszcze kilka tygodni.

– Nie zmienimy systemu edukacji i nie uciekniemy od oceniania, ale chcielibyśmy, żeby w tym jednym miesiącu w roku wszyscy nauczyciele skupili się na tym, co w naszych dzieciakach jest dobre. Teraz uczniowie potrzebują najwięcej takiego wzmocnienia – mówi Anna Zapał.

O tym, że pozytywne uwagi wciąż należą do rzadkości, świadczy to, jak dzieci reagują na pochwały.

– Dzieciaki są zawstydzone, bo one się tych uwag nie spodziewały, wstydzą się, uśmiechają dziwnie. Bardzo chcemy zwrócić uwagę w tej akcji na to, żeby to chwalenie nie było takie powierzchowne. Nie zależy nam na tym, żeby mówiono: to jest fajny chłopiec czy grzeczna dziewczynka, tylko żeby nauczyciele na moment zatrzymali się i zauważyli takie cechy, które są później bardzo ważne, jeżeli chodzi np. o wybór ścieżki kariery – mówi Anna Zapał.

Na pochwały zasługują nie tylko uczniowie, lecz także nauczyciele.

– Wierzymy, że nie należy tylko mówić nauczycielom, co źle zrobili, ale też czasami odważyć się ich pochwalić. Wcale nie jest to lizusostwo, żeby powiedzieć komuś, że jakaś lekcja była ciekawa, a dzieci w domu opowiadały, że fantastycznie czuły się podczas jakiejś dyskusji. Jest to warte powiedzenia po to, by wzmocnić nauczycieli i pokazać im, że my doceniamy ich pracę – mówi Anna Zapał.

Szkoła może dołączyć do akcji „Pozytywna Uwaga”, wypełniając formularz i chwaląc się uwagami przekazanymi w listopadzie za pośrednictwem e-dziennika lub tradycyjnego dzienniczka. Mogą one dotyczyć zarówno sukcesów edukacyjnych dzieci, jak i ich zachowania. Na nauczycieli i szkoły, które podzielą się najbardziej inspirującymi uwagami, czekają nagrody.

W Toruniu trwają prace nad miniaturowym, optycznym zegarem atomowym. Wysłany w kosmos może zrewolucjonizować międzyplanetarną nawigację

Ciemna materia stanowi nawet 27 proc. znanego wszechświata. W jej znalezieniu mogą pomóc najnowsze, superprecyzyjne zegary atomowe. Są tak dokładne, że można je wykorzystać do wykrywania ciemnej materii, pomiaru fal grawitacyjnych i określania dokładnego kształtu ziemskiego pola grawitacyjnego. Optyczne zegary atomowe znajdują się również w Polsce. W Toruniu trwają prace nad miniaturowym, przenośnym zegarem optycznym, który mógłby zrewolucjonizować nawigację międzyplanetarną.

– Mój projekt polega na poszukiwaniu ciemnej materii przy pomocy optycznych zegarów atomowych. Optyczne zegary atomowe są to niezwykle czułe urządzenia. Dwa z nich znajdują się w Toruniu, są to jedyne optyczne zegary atomowe w Polsce. I wykorzystujemy fakt, że ciemna materia spowodowałaby bardzo subtelne efekty w naszej naturze, które właśnie za pomocą tych zegarów można by było wykryć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Beata Zjawin, studentka fizyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, laureatka stypendium SPIE Optics and Photonics Education Scholarship oraz 19. edycji programu L’Oréal Polska „Dla kobiet i nauki”.

Badacze od lat próbowali zaobserwować ciemną materię, która może stanowić nawet 27 proc. całego znanego Wszechświata. Obecnie jest to już jednak możliwe. Fizycy z Uniwersytetu Tokijskiego planują używać laserów do odkrywania osi, czyli cząsteczek, które mogą być składnikami ciemnej materii. Trudność w znalezieniu ciemnej materii polega na tym, że jest ona zbudowana ze słabo oddziałujących masywnych cząstek (WIMP). Choć nie ma jeszcze sposobu, aby je bezpośrednio wykryć, to można przewidzieć ich istnienie na podstawie efektów grawitacyjnych.

W Polsce poszukiwaniem ciemnej materii zajmie się nowa generacja zegarów atomowych.

– To bardzo precyzyjne urządzenia, więc jesteśmy w stanie bardzo dokładnie kontrolować to, co się dzieje w środku optycznego zegara atomowego. Jeżeli zauważymy jakiekolwiek zaburzenia, których źródła nie jesteśmy w stanie podać, możemy spróbować interpretować, czy były one właśnie związane z ciemną materią – tłumaczy Beata Zjawin.

Istnienie ciemnej materii sugeruje się poprzez jej wpływ grawitacyjny na ruchy gwiazd i galaktyk. Obecnie naukowcy testują istnienie pól ciemnej materii, szukając zakłóceń w zegarach atomowych, które utrzymują czas, monitorując drżenie atomów. Zegary są tak dokładne, że stracą nie więcej niż 1 sekundę co 15 miliardów lat.

– Optyczne zegary atomowe są bardziej precyzyjne niż jakiekolwiek inne zegary. To, czego my używamy w tym momencie jako definicji czasu, to są zegary atomowe, bez tej części optycznej, i one się znajdują np. na stacjach GPS i pomagają nam powiedzieć, jakie jest nasze położenie. Plany zakładają, żeby zbudować dużo mniejszy optyczny zegar atomowy, który działałby bez żadnej ingerencji człowieka, by móc np. wysłać go w kosmos – podkreśla studentka.

W Toruniu trwają właśnie prace nad stworzeniem miniaturowych, przenośnych zegarów atomowych. Jeśli takie powstaną, mogłyby np. trafić do satelitów, a w ten sposób zrewolucjonizowałyby cały system nawigacji, ale i obrazowania Ziemi, z dokładnością co do milimetrów. Większość zegarków jest teraz oparta na kwarcowym oscylatorze, który sprawdza się w codziennych pomiarach czasu, ale z czasem traci dokładność. Po 6 tygodniach można je uruchomić z różnicą milisekundy. W nawigacji kosmicznej ułamek sekundy może oznaczać błąd odległości rzędu 300 kilometrów.

– Są to plany raczej bliskie, które teraz realizujemy. W przeciągu kilku, kilkunastu lat mamy nadzieję je już zrealizować – wskazuje Beata Zjawin.

Już wkrótce nowotworom będzie można zapobiegać. W ciągu kilku lat mogą powstać szczepionki na raka oparte na modyfikacji kodu mRNA

Immunoterapia jest formą leczenia raka, która wykorzystuje moc układu odpornościowego organizmu do zapobiegania, kontroli i eliminacji raka. Wkrótce może zdominować leczenie chorób nowotworowych. Po 2020 roku może być wykorzystywana w leczeniu nawet co drugiego nowotworu. Szczepionki już teraz odgrywają znaczącą rolę w terapii czerniaka, raka mózgu czy nowotworów hematologicznych. Niedawno naukowcy z Arizona State University zidentyfikowali ponad 200 tys. neoantygenów nowotworowych, co może doprowadzić do opracowania szerokiego spektrum szczepionek.

– Szczepionki przeciwnowotworowe to rodzaj terapii, której celem jest leczenie osób już chorych na nowotwory. Podajemy przepis na białko charakterystyczne dla nowotworu po to, aby nasz układ immunologiczny wyszkolić do rozpoznawania komórek nowotworowych i niszczenia ich – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacek Jemielity, profesor w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego, współtwórca spółki ExploRNA.

Immunoterapia, czyli leczenie raka przy pomocy układu odpornościowego organizmu, zapobiega i eliminuje nowotwór. Szczepionki doprowadziły do przełomu w leczeniu wielu nowotworów. Od szczepionki prewencyjnej przeciw rakowi szyjki macicy i wątroby po pierwszą terapię, która udowodniła, że ​​przedłuża życie pacjentów z czerniakiem z przerzutami. Amerykańskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (ASCO) już kilka lat temu zapowiedziało, że immunoterapia onkologiczna zdominuje leczenie chorób nowotworowych. Po 2020 roku miała być wykorzystywana przy leczeniu połowy nowotworów.

Tworzenie innowacyjnych terapii przeciw nowotworom jest możliwe m.in. dzięki Polakom, którzy opracowali nowe modyfikacje mRNA – to tzw. „instruktażowy kod DNA”. Jeśli DNA zostaje zmienione, np. przez chorobę, może wysyłać błędny kod. Tymczasem polscy naukowcy tak zmodyfikowali cząsteczkę mRNA, żeby mogła dostarczyć prawidłowych instrukcji, niezależnie od okoliczności.

– Firmy farmaceutyczne, m.in. te, które korzystają z naszego poprzedniego wynalazku, prowadzą badania w tzw. ujęciu spersonalizowanym, tzn., że nie ma przywiązania do konkretnego typu nowotworu, tylko każdy pacjent jest traktowany indywidualnie. To oczywiście oznacza, że potencjalnie niemal każdy rodzaj nowotworu można próbować leczyć metodą aktywującą system immunologiczny – mówi Jacek Jemielity.

Opracowanie skutecznych szczepionek, które nie będą leczyć, a zapobiegać zachorowaniu na nowotwory, jest jednak bardzo trudne. Rak jest oceniany przez naukowców jako choroba inteligentna, tzn. potrafi być nierozpoznany przez układ odpornościowy chorego. Szczepionki wzmacniają immunologię, a zastosowane już podczas choroby umożliwiają zwalczanie zmienionych komórek, nie uszkadzają przy tym zdrowych tkanek. Niewiele jest jednak na razie szczepionek, które chronią przed chorobą.

– Jeszcze żadna terapia związana z mRNA nie została dopuszczona. Jest bardzo wiele badań klinicznych, ale jeszcze żadne z tych badań klinicznych się nie zakończyło. Zapewne w przyszłości leczenie prewencyjne będzie możliwe, natomiast w tym pierwszym okresie nie jest to szczepionka prewencyjna. Jest to szczepionka, która ma za zadanie leczyć osoby już chore – wskazuje ekspert.

Opracowane przez Polaków modyfikacje mRNA znajdują zastosowanie przy opracowaniu szczepionek na choroby wirusowe, w tym także wirus Zika. Szczepionki przeciw chorobom nowotworowym oparte o kod mRNA są jednak kwestią przyszłości.

– Niektóre firmy mają już swoje szczepionki w drugiej lub trzeciej fazie badań klinicznych, co mogłoby oznaczać, że rzeczywiście tego typu terapie mają szanse pojawić się już naprawdę niedługo – ocenia Jacek Jemielity.

Inkubator przedsiębiorczości – czym jest i z jakich usług warto skorzystać?

Inkubator przedsiębiorczości to organizacja działająca w środowisku akademickim lub prywatna fundacja / spółka, mająca na celu holistyczne wspieranie przedsiębiorstw w ich rozwoju, począwszy od rejestracji spółki, przez jej rozliczanie, wsparcie merytoryczne czy zapewnienie outsourcingu konkretnych usług np. marketingowych. Inkubatory skupiają wiele firm w jednym miejscu tworząc tym samym społeczność, w ramach której można nawiązać liczne współprace, wymienić się wiedzą czy doświadczeniami. Zazwyczaj w owych społecznościach dominują startupy z branży fintech i IT.

Zakres wsparcia inkubatorów przedsiębiorczości dzieli się na dwie podstawowe kategorie:

  • Inkubacja – czyli świadczenie kompleksowego wsparcia dla zarejestrowanych firm lub projektów, które wchodząc pod opiekę inkubatora będą zainteresowane założeniem spółki. Wymogiem jest tutaj posiadanie swojej osobowości prawnej. Pomoc inkubatora polega na obsłudze księgowej (księga przychodów i rozchodów, księgi handlowe, ryczałt, kadry i płace), PR, marketingowej (pozycjonowanie stron, kampanie 360, blogger relations, czy social media). Ponadto w ramach współpracy otrzymamy wsparcie w zakresie prawa, RODO, czy IT. Inkubator przedsiębiorczości zapewnia również sesje mentorskie ze specjalistami, szkolenia biznesowe oraz dostęp do wielu narzędzi i coworkingów na preferencyjnych warunkach.
  • Preinkubacja – czyli świadczenie usługi udostępnienia osobowości prawnej inkubatora w celu przetestowania swojego modelu biznesowego. Jeśli masz pomysł na startup, ale nie chcesz od razu rejestrować spółki z o.o., prostej spółki akcyjnej czy jednoosobowej działalności gospodarczej możesz nawiązać współpracę z inkubatorem, który umożliwi rozwijanie projektu pod jego osobowością prawną jako zorganizowana część przedsiębiorstwa (ZCP). Prowadzenie startupu bez rejestracji własnej firmy ma wiele zalet ale i ograniczeń. 

Kiedy warto skorzystać z usług inkubatora przedsiębiorczości w zakresie preinkubacji?

Z preinkubacji warto skorzystać przede wszystkim w takich warunkach, gdy nie dysponujemy budżetem na rejestrację spółki czy realizację swojego projektu. Korzystając z osobowości prawnej inkubatora możemy przetestować swój model biznesowy.

W czym pomoże nam inkubator przedsiębiorczości?

  1. Biuro rachunkowe – powierzając inkubatorowi księgowość, mamy pewność że uzyskujemy opiekę specjalistów biegłych nie tylko w kwestiach księgowości ale również i prawa dotyczącego tematów typowo startupowych jak rozliczenia transakcji opartych o blockchain, transakcji walutowych, czy zarobków z aplikacji mobilnych. Prowadząc rachunkowość startupu trzeba również znać wytyczne podmiotów udzielających finansowania zewnętrznego, względem prowadzenia dodatkowych ewidencji i raportów.
  2. Rejestracja spółek – jeśli nie masz doświadczenia w rejestracji spółki i chcesz to zrobić sprawnie i bezbłędnie, możesz cały proces powierzyć specjaliście, który przeprowadzi Cię przez cały proces oraz dopilnuje wszelkich formalności.
  3. Usługi marketingowe – korzystając z księgowości, otrzymujesz znacznie korzystniejsze warunki na usługi marketingowe. Pozycjonowanie stron, kampanie w Google ADS, social media, blogger relations, czy PR na najwyższym poziomie, pozwoli Twojej firmie rozwinąć skrzydła i uzyskać zwrot z inwestycji, a to wszystko podczas gdy zajmujesz się swoimi trzonowymi zadaniami.
  4. Usługi IT – potrzebujesz pomocy ze stroną internetową czy systemem informatycznym dla Twojej firmy? Możesz liczyć na wsparcie w każdej dziedzinie!
  5. Doradztwo prawne – przygotowanie firmy do wymogów RODO czy innych przepisów to duża trudność dla początkującego przedsiębiorcy. Inkubator przedsiębiorczości przeprowadzi Cię przez wszystkie etapy i pozwoli działać w pełni legalnie i bezpiecznie.
  6. Szkolenia i mentoring – szybkość rozwoju rynkowego i konkurencji, sprawia że trzeba być na bieżąco ze wszystkimi zmianami, aby nie zostać w tyle.
  7. Dostęp do sieci partnerskiej

Chesz oddać formalności związane z biznesem w ręce specjalistów i skupić się na trzonowych zadaniach Twojej firmy?
Sprawdź inkubator Keep Going Group! Pracuj skutecznie, a nie ciężko!

Tydzień bogaty w dane makroekonomiczne

Po raz kolejny, RPP zgodnie z oczekiwaniami utrzymała stopy procentowe NBP na dotychczasowym poziomie. Stopa referencyjna dalej pozostaje na historycznie niskim poziomie 1,5%. Komunikat po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej nie wiele się różnił od poprzedniego. Rada zauważa, że po wzroście w pierwszym kwartale 2020 roku inflacja CPI będzie kształtowała się w pobliżu celu inflacyjnego. Podczas konferencji po posiedzeniu prezes NBP powiedział, że podtrzymuje swoje wcześniejsze oczekiwania, iż stopy procentowe NBP pozostaną stabilne do końca jego kadencji w 2022 roku. Konferencja po posiedzeniu RPP jak i najnowsza projekcja makroekonomiczna wskazująca na utrzymywanie się inflacji w przedziale dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego 1,5%-3,5% r/r podtrzymują dotychczasową gołębią retorykę większości członków Rady.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 2,44%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały aż 2,68%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z nieco mniejszym wzrostem: 1,66% dla sWIG80 oraz 1,40% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z USA. W środę (13.11.2019) poznamy dane o inflacji CPI w październiku. W czwartek (14.11.2019) poznamy dane o październikowej inflacji PPI oraz będziemy przesłuchiwać się wystąpieniu prezesa Fed Jeromiego Powella. Z kolei w piątek (15.11.2019) nadejdzie kolej na dane o sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej.

Interesujące dane będą również napływały ze Polski. W środę (13.11.2019) poznamy saldo obrotów towarowych. W czwartek (14.11.2019) zostaną przedstawione inwestorom wstępne dane o PKB w III kwartale 2019 roku. Natomiast w piątek (15.11.2019) nadejdzie kolej na finalny raport o inflacji w październiku.

Ponadto nie można pominąć tego, ze w piątek zostaną opublikowane dane o bilansie handlu zagranicznego oraz inflacji HICP dla Stefy Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Czy warto kupić partycypację i wynająć lokum od TBS?

Osoba zainteresowana rynkiem mieszkaniowym, wcześniej czy później spotka się z trzyliterowym skrótem TBS. Oznacza on towarzystwo budownictwa społecznego, czyli jedną z instytucji, które utworzono w celu zaspokajania potrzeb mieszkaniowych uboższych Polaków. Mieszkania z TBS-u czasem są uważane za alternatywę dla własnego „M”. Taka opinia wydaje się dość mocno przesadzona, ponieważ klienci TBS-u jedynie wynajmują swoje lokale. W tym kontekście mylący jest fakt, że czasem pojawiają się internetowe ogłoszenia o sprzedaży tzw. partycypacji w towarzystwach budownictwa społecznego. Postanowiliśmy wyjaśnić, dlaczego takich ogłoszeń nie można mylić z anonsami dotyczącymi sprzedaży odrębnej własności lokalu lub spółdzielczego własnościowego prawa do mieszkania.

Przez lata TBS-y wybudowały około 100 000 lokali …

Warto wiedzieć, że towarzystwa budownictwa społecznego zostały utworzone w połowie lat 90 – tych jako instytucje mające przyczynić się do zlikwidowania dużego deficytu mieszkaniowego. Po latach można stwierdzić, że oferta TBS-ów nie spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem naszych rodaków. Polacy są przywiązani do własności mieszkaniowej i dlatego wszelkie formy najmu traktują jako rozwiązanie tymczasowe. Dotyczy to również najmu lokali od towarzystw budownictwa społecznego, który jest bardziej stabilny niż wynajem na wolnym rynku. Nie można jednak zaprzeczyć, że podczas swojej dotychczasowej działalności TBS-y wybudowały około 100 000 mieszkań. „Gminy dość często są udziałowcami takich instytucji i traktują budowę mieszkań społecznych jako sposób na zapewnienie lokum swoim mieszkańcom” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Partycypacja pokrywa do 30% kosztów budowy lokum

Tak jak już wspomnieliśmy, sposób działania TBS-ów opiera się na wynajmowaniu mieszkań osobom fizycznym. Te osoby korzystają z zalet, które daje długoterminowy i stabilny najem. Pod względem zasad, wynajem lokum od TBS przypomina nieco sposób działania spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania. Klient TBS-u przed podpisaniem umowy najmu musi wnieść wkład wynoszący do 30% kosztów budowy mieszkania. „Taki wkład zwany partycypacją, po wygaśnięciu umowy najmu zostanie zwrócony byłemu najemcy. Co ważne, zwrot wkładu uwzględnia waloryzację” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto nadmienić, że nie każda osoba może być najemcą mieszkania z TBS-u. Przyszły najemca mieszkania społecznego nie powinien posiadać prawa do innego lokum w tej samej miejscowości. Ustawa z dnia 26 października 1995 r. regulująca zasady funkcjonowania TBS-ów, wprowadza również pewne kryteria dochodowe dla najemców mieszkań społecznych. Leszek Markiewicz tłumaczy, że osoby posiadające ponadprzeciętne dochody nie będą miały szans na wynajęcie mieszkania od towarzystwa budownictwa społecznego.

Na zbycie partycypacji będzie musiał zgodzić się TBS

Aktualne przepisy pozwalają na zbycie partycypacji w TBS-ie. Właśnie dlatego w Internecie znajdziemy ogłoszenia dotyczące „sprzedaży mieszkań z TBS”. Takie anonse czasem może prezentować również agencja nieruchomości lub samodzielny agent nieruchomości. W świetle tego, co wcześniej napisaliśmy wydaje się jasne, dlaczego zbycia partycypacji nie można porównać ze sprzedażą prawa własności mieszkania albo nawet spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego. Płacąc za partycypację np. 100 000 zł – 200 000 zł, zyskamy jedynie prawo do stabilnego najmu. „Co więcej, towarzystwo budownictwa społecznego będzie musiało wyrazić zgodę na zbycie partycypacji przez poprzedniego najemcę (zobacz artykuł 29 ustęp 5 ustawy z dnia 26 października 1995 r. o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego)” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wysoki czynsz i brak wykupu to duże wady TBS – ów

Dość duża liczba ogłoszeń dotyczących sprzedaży partycypacji w TBS to konsekwencja rozczarowania ofertą wspomnianych instytucji. Niestety cechują się one wysokim poziomem miesięcznego czynszu (w stosunku do lokali spółdzielczych, komunalnych i własnościowych). Wystarczy wspomnieć, że pod koniec 2016 r. średnia stawka czynszu za mieszkanie z TBS-u wynosiła 10,12 zł/mkw. Dla porównania, przeciętna zaliczka na rzecz wspólnoty mieszkaniowej wówczas kształtowała się na poziomie 2,38 zł/mkw. Tak duża różnica kosztów eksploatacji lokali wynika z faktu, że czynsz pobierany od najemców służy m.in. do spłaty kredytów, które TBS zaciągnął na budowę mieszkań. „Warto wspomnieć, że budowa lokali społecznych nadal jest wspierana dzięki preferencyjnym kredytom, których udziela Bank Gospodarstwa Krajowego” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Najemca mieszkania z towarzystwa budownictwa społecznego poprzez wysoki czynsz systematycznie spłaca kredyt na budowę zajmowanego lokum. Nie oznacza to jednak, że mieszkanie z TBS-u można dogodnie wykupić. Wręcz przeciwnie – wykup mieszkania społecznego jest bardzo trudny. Wynika to z dwóch kwestii. Po pierwsze, TBS-y (zwłaszcza gminne) nie chcą pozbywać się posiadanych mieszkań. Po drugie, cena wykupu mieszkania od TBS-u będzie rynkowa pomimo wysokich stawek wcześniej płaconego czynszu. Trudno się zatem dziwić, że wielu najemców woli odzyskać partycypację i wykorzystać ją jako wkład własny przy kredycie mieszkaniowym. To tłumaczy stosunkowo dużą liczbę ogłoszeń dotyczących mieszkań z TBS-ów. Takie ogłoszenia czasem zamieszczają również agencje nieruchomości. „Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że sprzedaż partycypacji z TBS-u nie jest rodzajem transakcji szczególnie atrakcyjnym dla agenta” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Nowe historyczne minimum GIP60 i tąpnięcie nastrojów w przemyśle

Październik upłynął dla Giełdowego Indeksu Produkcji pod znakiem nowego historycznego minimum, któremu towarzyszyła ogarniająca coraz szersze kręgi obawa o kondycję przemysłu. Wartość polskich spółek produkcyjnych notowanych na GPW spada już od początku drugiego kwartału i obecnie ceny akcji mogą stanowić niezłą okazję inwestycyjną. Nie sposób jednak odpowiedzieć dzisiaj kiedy ta inwestycja się zwróci.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc wrzesień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A.  pisze:

„Październik był dla polskich spółek produkcyjnych kolejnym słabym miesiącem. Po pierwszych sześciu sesjach GIP60 ustanowił nowe historyczne minimum wynikiem 783,48 pkt. Przez resztę miesiąca indeks powoli odrabiał straty, ale pozwoliło to jedynie na złagodzenie spadku do 3,11% m/m.  Podobnie sytuacja wyglądała w grupie innych małych spółek zaliczanych do SWIG80, który stracił w październiku 1,1% wartości. Lepiej w zeszłym miesiącu rynek akcji  potraktował największe spółki z WIG20, który zyskał 1,0% m/m. Indeks szerokiego rynku zyskiwał w tym samym czasie 0,8%.

Słaby wynik całego GIP60 nie oznacza jednak, że polscy producenci nie dali zarobić swoim inwestorom w zeszłym miesiącu. Niemalże połowa spółek z portfela GIP zakończyła październik z wyższą ceną niż na początku miesiąca, a ośmiu spośród z nich udało się nawet wypracować dwucyfrowy wzrost. W przekroju branżowym najlepiej na parkiecie radzili sobie polscy producenci tworzyw sztucznych, którzy w październiku zwiększyli swoją wartość rynkową średnio o 16,76%. Pozytywnie wspominają ten miesiąc również inwestorzy z otwartą pozycją na akcjach polskich spółek produkujących chemikalia (średni wzrost 5,82% m/m) oraz producenci materiałów budowlanych (+3,72% m/m).

Niestety najgorsze wyniki osiągnęły największe spółki z GIP60, w tym przede wszystkim producenci odzieży, określani przez nas mianem projektantów. Szczególnie mocno rozczarowały inwestorów wyniki spółki CCC, której ekspansja doprowadziła do wzrostu przychodów jednak kosztem rentowności, co w konsekwencji spowodowało redukcję kapitalizacji rynkowej o niemal 20% w ciągu miesiąca. Również LPP nie może zaliczyć ubiegłego miesiąca do udanych, jednak w tym przypadku rozmiar korekty był znacznie mniejszy i akcje spółki traciły „jedynie” 5,17% m/m, w konsekwencji średnia spółek z tej branży wyniosła -9,62% m/m. Niewiele lepiej wypadły spółki z branży motoryzacyjnej, które straciły w tym czasie 8,17% m/m. Tak złe wyniki spółek z dużym udziałem w portfelu GIP60 doprowadziły do tego, że cały indeks stracił w kolejnym już miesiącu tego roku i obecnie unosi się ledwo ponad historycznym minimum.

Ergis urósł w październiku najbardziej

Comiesięczny ranking GIP60 ma na celu wyróżnienie polskich spółek produkcyjnych, które osiągają największy miesięczny wzrost ceny akcji. W październiku, dzięki wzrostowi ceny akcji o 40% m/m, na czele klasyfikacji GIP60 stanął producent tworzyw sztucznych – ERGIS. Ten środkowoeuropejski lider w produkcji opakowań przemysłowych i folii do pakowania żywności wypracował tak imponujący wzrost za sprawą wezwania do sprzedaży akcji opublikowanego przez zarząd, który ma w planach wycofać spółkę z GPW i kontynuować restrukturyzację. Ale wpływ na wzrost miały również inne czynniki, październik był dobrym miesiącem również dla innych polskich producentów z branży tworzyw sztucznych. LENTEX zyskał w tym czasie 5,46% m/m, a IZO-BLOK dołożył 4,81% m/m.

Na drugim miejscu spółka ES-SYSTEM za wzrost miesięczny na poziomie 30,08%. Cena akcji spółki wystrzeliła po ogłoszeniu sprzedaży znacznego pakietu branżowemu inwestorowi strategicznemu, która kończy proces przeglądu opcji strategicznych. Najniższy stopień podium GIP60 w październiku dla spółki MERCATOR MEDICAL za wzrost 28,70% m/m, sprowokowany głównie szacunkami wyników za III kwartał br., transakcjami na akcjach przez członków zarządu i informacji o znaczącej umowie zawartej przez spółkę z partnerem zagranicznym.

Ponure nastroje ogarniają spółki produkcyjne

Wśród kadry kierowniczej wybranych spółek produkcyjnych, od wielu miesięcy panują minorowe nastroje, które we wrześniu pogorszyły się jeszcze bardziej. Odczyt PMI® dla polskiego przemysłu na poziomie 45,6 pkt to najniższy wynik od kwietnia 2009 roku, na który złożyły się najgorsze w historii badań prognozy ankietowanych dotyczące przyszłej produkcji. Według ankietowanych produkcja, nowe zamówienia i eksport spadły w najszybszym tempie od ponad dekady, co przełożyło się na największy miesięczny spadek PMI® spośród wszystkich krajów europejskich biorących udział w badaniu.

Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy ekonomiści najczęściej wskazują wpływ negatywnych nastrojów z Europy Zachodniej. PMI® zagregowany dla całej Eurostrefy wyniósł we wrześniu 45,9 notując ósmy miesiąc z rzędu poniżej neutralnej granicy 50 pkt. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda u naszego największego partnera handlowego, gdzie panują obecnie najgorsze nastroje na świecie i to mimo niewielkiej poprawy z 41,7 pkt we wrześniu do 42,1 pkt w październiku (9 miesiąc z rzędu poniżej 50 pkt).

Najlepsze nastroje obecnie panują za oceanem, gdzie wszystkie badane kraje osiągnęły wyniki powyżej 50 pkt (w USA 51,3 pkt). Niewiele gorzej sytuacja wygląda w Azji, gdzie w połowie badanych krajów panują już pozytywne nastroje (w Chinach 51,7 pkt). Taki obraz pasuje do analiz doszukujących się problemów europejskiego przemysłu w umacniającym się do niedawna dolarze i rosnącej konkurencji nisko kosztowych gospodarek azjatyckich.

Twarde dane przywracają nadzieję, ale na jak długo?

Jednak nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków bazując jedynie na badaniu nastrojów i to w wyselekcjonowanej grupie producentów. GUS publikuje dane z większym opóźnieniem, ale dzięki dokładniejszej metodologii prezentuje wiarygodniejszy obraz sektora przemysłowego. I tak, we wrześniu br. produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,6% w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku i 10,7% wyższa niż w sierpniu br. Po wyeliminowaniu czynników o charakterze sezonowym, produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 3,5% r/r  i 1,2% m/m. W okresie styczeń-wrzesień tego roku produkcja była wyższa o 4,5% w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku i jest to wzrost o słabszej dynamice niż w zeszłym roku kiedy podczas pierwszych dziewięciu miesiącach nasz rodzimy przemysł rósł o 5,9% r/r, ale prezentuje się znacznie korzystniej niż wyniki badania PMI®.

Niestety nie można w ten sam sposób skwitować sytuacji w Niemczech, które są dla naszego przemysłu obecnie największym zagranicznym rynkiem zbytu. Produkcja przemysłowa zmalała tam we wrześniu o 4,3% r/r, już po raz jedenasty z rzędu potwierdzając wyraźną recesję u naszego zachodniego sąsiada. Utrzymująca się tak długo zła kondycja niemieckiego przemysłu miała do tej pory większy wpływ na nastrój polskich producentów, ale jeśli sytuacja się nie poprawi to już niedługo podobne symptomy mogą pojawić się również w twardych danych. Czy poluzowanie polityki pieniężnej FED i EBC zdołają złagodzić wpływ dekoniunktury przemysłowej na ceny akcji polskich producentów? Dotychczasowe doświadczenia inwestorów z GPW zdają się nie dawać na to większych szans, ale może niskie ceny skuszą zagraniczny kapitał, który może w końcu zwróci uwagę na nasz rodzimy parkiet. Na ostatnich sesjach października i pierwszych sesjach listopada zdaje się realizować taki właśnie optymistyczny scenariusz, pytanie na jak długo wystarczy mu paliwa.”

Niektóre gminy będą mogły dochodzić opłat dodatkowych za parkowanie nawet po upływie 5 lat

Urzędy skarbowe umarzały postępowania egzekucyjne ws. opłat dodatkowych za brak opłaty za postój w strefach płatnego parkowania po upływie 5-letniego terminu przedawnienia tych roszczeń, wskazanego w ustawie o drogach publicznych. Jedno z takich postanowień o umorzeniu zaskarżył Prezydent m.st. Warszawy, wskazując, że termin przedawnienia nie upłynął, bo zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej przerwały go czynności egzekucyjne zastosowane wobec dłużnika. W wyroku z 25 września 2019 r. zgodził się z nim Naczelny Sąd Administracyjny.

Zgodnie z art. 13 ust. 1 pkt 1 Ustawy z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych: „Korzystający z dróg publicznych są obowiązani do ponoszenia opłat za postój pojazdów samochodowych na drogach publicznych: a) w strefie płatnego parkowania, b) w śródmiejskiej strefie płatnego parkowania” (Dz.U. 1985 nr 14 poz. 60, ze zm.). Z kolei na mocy art. 13f za nieuiszczenie tych opłat zarząd lub zarządca drogi może pobierać opłatę dodatkową. Art. 40d ust. 3 tej ustawy precyzuje, że obowiązek uiszczenia opłat dodatkowych przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym opłaty powinny zostać uiszczone.

Po upływie wskazanego w tym przepisie 5-letniego okresu, powołując się na jego treść, organy egzekucyjne umarzały postępowanie egzekucyjne wobec podmiotów zobowiązanych do uregulowania tej opłaty. Tak uczynił Naczelnik Urzędu Skarbowego w Wołominie postanowieniem wydanym w styczniu 2018 r., a które w mocy utrzymał Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie postanowieniem z marca 2018 r. Rozstrzygnięcia organów obu instancji zaskarżył Prezydent m.st. Warszawy.

Zastosowanie środka egzekucyjnego przerwało bieg terminu przedawnienia

Prezydent Warszawy stał na stanowisku, że na mocy odesłania zawartego w art. 67 Ustawy z dnia o finansach publicznych w sprawach dotyczących tych opłat dodatkowych stosuje się odpowiednio przepisy działu III ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa. A przepis art. 70 § 4 zd. 1 Ordynacji (dalej: O.p.) stanowi, że: „Bieg terminu przedawnienia zostaje przerwany wskutek zastosowania środka egzekucyjnego, o którym podatnik został zawiadomiony” (Dz.U. z 2018 r. poz. 800, z późn. zm.). Na tej podstawie skarżący wywodził, że wskutek zastosowania wobec dłużnika środka egzekucyjnego w postaci zajęcia rachunku bankowego, przysługująca mu względem tego dłużnika wierzytelność nie uległa przedawnieniu.

Przepisy powołane później nie mogą mieć pierwszeństwa przed powołanymi wcześniej

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyrokiem z dnia 28 listopada 2018 r. (sygn. akt V SA/Wa 698/18) oddalił skargę Prezydenta. Sąd wskazał, że przepisy dotyczące przedmiotowej opłaty dodatkowej zostały wprowadzone do ustawy o drogach publicznych (dalej: u.d.p.) w 2005 r. Natomiast ustawa o finansach publicznych weszła w życie 1 stycznia 2010 r. Według sądu przepis art. 40d ust. 3 u.d.p. jest przepisem szczególnym w stosunku do regulacji ustawy o finansach publicznych, bo reguluje tylko przedawnienie wskazanych w nim opłat, podczas gdy art. 67 ust. 1 ustawy o finansach publicznych (dalej: u.f.p.) dotyczy wszystkich niepodatkowych należności budżetowych o charakterze publicznoprawnym. A że przepisy tej drugiej ustawy, jako powołane do życia później, nie mają pierwszeństwa przed postanowieniami wskazanego przepisu szczególnego, to automatycznie zastosowania w przedmiotowej sprawie nie mogą znaleźć odesłane na podstawie art. 67 ust. 1 u.f.p. przepisy działu III Ordynacji podatkowej.

Jak orzekł WSA, w jego ocenie racjonalny ustawodawca nie mógł celowo poprzez późniejsze powołanie przepisów u.f.p. pogorszyć sytuacji zobowiązanych do uiszczenia opłaty dodatkowej, stąd nie ma możliwości zastosowania w ich zakresie przepisu art. 70 § 4 O.p., który do takiej sytuacji by doprowadził, zezwalając na przerwanie biegu terminu przedawnienia ciążącego na nich zobowiązania (sygn. akt V SA/Wa 698/18).

Przepis ustawy o drogach publicznych ma pierwszeństwo jedynie w obszarze, który reguluje

Prezydent m.st. Warszawy wniósł skargę kasacyjną, na skutek której Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 25 września 2019 r. uchylił zaskarżony wyrok oraz zaskarżone postanowienia organów pierwszej i drugiej instancji. NSA zwrócił uwagę na przepis art. 2 § 2 O.p., który stwierdza, że jeśli odrębne przepisy nie stanowią inaczej, przepisy działu III O.p. stosuje się również do opłat takich, jakiej dotyczy przedmiot tej sprawy. Jego zdaniem opłata dodatkowa za parkowanie w strefie płatnego parkowania stanowi należność publicznoprawną, do której w wyniku odesłania zawartego w art. 67 ust. 1 u.p.f. mają zastosowanie przepisy działu III Ordynacji podatkowej, w tym jego art. 70 § 4.

Przyznając art. 40d ust. 3 ustawy o drogach publicznych pierwszeństwo stosowania w obszarze objętym jego regulacją, powziął wątpliwości co do możliwości rozciągnięcia tego pierwszeństwa na pozostałe obszary nieuregulowane w u.d.p., a uregulowane w Ordynacji podatkowej. Mogłoby to bowiem prowadzić m.in. do takich sytuacji, że przedmiotowa opłata dodatkowa nie mogłaby wygasnąć przez potrącenie czy też zostać objęta ulgą.

Sąd podzielił stanowisko wyrażone przez NSA w wyroku z 9 stycznia 2019 r. (sygn. akt II FSK 2600/18), że „… art. 40d ust. 3 u.d.p. stanowi odpowiednik art. 70 § 1 O.p., a norma wyrażona w art. 40d ust. 3 u.d.p. nie odnosi się (…) w żaden sposób do pozostałych kwestii, związanych z przedawnieniem – jak zawieszenie lub przerwanie biegu terminu przedawnienia, nie mówiąc już o pozostałych zagadnieniach, uregulowanych przez przepisy działu III O.p.; nie może więc tych zagadnień regulować w sposób szczególny do regulacji zawartej w O.p.” (Wyrok NSA z 25 września 2019 r., sygn. akt I GSK 511/19).

Szansa dla gmin na ściągnięcie należności

Komentowany wyrok NSA otwiera gminom drogę do dalszego dochodzenia przysługujących im roszczeń przeciw zobowiązanym do uiszczenia opłaty dodatkowej za brak opłaty w strefie płatnego parkowania. Mimo bowiem upływu 5 lat od końca roku, w którym opłaty powinny zostać uiszczone, może się okazać, że zobowiązani do jej zapłaty nie będą mogli skutecznie podnieść zarzutu przedawnienia. Wybierając kancelarię prawną do obsługi swojej wierzytelności, gminy powinny pamiętać, by wybrać taką, która specjalizuje się również w sporach z organami skarbowymi, bo zanim dane im będzie skutecznie odzyskać swoje należności, będą musiały wytłumaczyć tym organom, że obowiązek dokonywania przez nie czynności windykacyjnych jeszcze nie wygasł.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Split payment w budowlance jednak jest do ominięcia. Wystarczy, że branża wykorzysta euro

Obserwatorzy rynku twierdzą, że firmy budowlane znalazły sposób na uniknięcie mechanizmu podzielonej płatności. Przedsiębiorcy zaczną wystawiać faktury w euro. Jak komentuje Ministerstwo Finansów, nie będzie to próbą obejścia przepisów, jeżeli prawidłowe będzie opodatkowanie danej transakcji, na zasadzie importu usług. Eksperci jednak ostrzegają, że koszty przeniesienia działalności za granicę będą nieuzasadnione wobec skutków, jakie rodzi MPP. Zmiana rezydencji podatkowej może również zaszkodzić spółce, która nigdy nie funkcjonowała w innych realiach. Ponadto większość kontrahentów raczej nie podejmie ryzyka kursowego, bo byłoby to obarczone zbyt dużą niepewnością.

Euro pomoże?

W branży budowlanej mówi się, że mechanizm podzielonej płatności doprowadzi do wyższych cen. Jednak niektórzy eksperci twierdzą, że przedsiębiorcy doskonale sobie z tym poradzą, ponieważ zaczną wystawiać faktury w euro, a wówczas nie będą musieli stosować MPP. Według Zbigniewa Makowskiego, wicedyrektora Departamentu Podatku od Towarów i Usług w Ministerstwie Finansów, nie będzie to próbą obejścia prawa, jeżeli prawidłowe będzie opodatkowanie danej transakcji, na zasadzie importu usług.

– Wątpliwości budzi założenie, że wystawianie faktur np. w euro stanowi okoliczność uniemożliwiającą wykonanie obowiązku dokonywania płatności metodą MPP. Zgodnie z art. 358 § 1 kodeksu cywilnego, jeżeli przedmiot zobowiązania, podlegający wykonaniu na terytorium RP, jest wyrażony w obcej walucie, spłata może nastąpić w złotych. Jest to niemożliwe tylko wtedy, gdy ustawa, orzeczenie sądowe będące źródłem należności lub czynność prawna zastrzega spełnienie świadczenia wyłącznie w zagranicznym środku płatniczym – mówi dr Janusz Makarowski z Krajowego Instytutu Kontroli Biznesowej.

Natomiast Zbigniew Makowski podkreśla, że kluczową sprawą nie jest waluta, ale to, czy jest wykazany polski podatek VAT na fakturze sprzedawcy. Jeżeli nie jest, czyli mamy do czynienia np. z importem usług, wówczas nie ma zastosowania MPP. Z kolei faktura wystawiona w euro, w której jest polski podatek VAT, przy spełnieniu przesłanek powstania mechanizmu podzielonej płatności, musi być zapłacona w złotówkach w MPP, w części odpowiadającej kwocie podatku VAT.

– W art. 106 e ust. 1 ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług wskazane jest, co powinna zawierać faktura. Wg ust. 11, kwoty podatku wykazuje się w złotych. Gdy są one wyrażone w walucie obcej, stosuje się zasady przeliczania stosowane do określenia podstawy opodatkowania. Zaznaczenie na fakturze ceny np. w euro nie stoi co do zasady na przeszkodzie temu, by płatności na rachunek sprzedawcy dokonać w złotówkach i wywiązać się z obowiązku wynikającego z przepisów o stosowaniu metody podzielonej płatności ­– dodaje dr Makarowski.

Branża jest spokojna

Jak ocenia dr Damian Kaźmierczak, Główny Ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, w dużych spółkach budowlanych split payment zdecydowanie nie jest kwestią, która mocno niepokoi dyrektorów finansowych. Wprawdzie liczą się oni z umiarkowanym pogorszeniem płynności finansowej, ale jednocześnie wyrażają zadowolenie, że wprowadzenie obowiązkowej płatności podzielonej prowadzi do likwidacji kłopotliwego mechanizmu odwróconego VAT.

– Wiele firm budowlanych już od dłuższego czasu używa split paymentu. W przypadku zleceń wykonywanych dla sektora publicznego płatności otrzymywane za wykonane prace były dzielone. Czas pokazał, że nie było wielu problemów z zachowaniem płynności w tej branży ani spektakularnych bankructw spowodowanych wprowadzeniem MPP – zauważa Łukasz Sęktas, ekspert rynku nieruchomości i prezes zarządu TIARA Development.

Najwięksi gracze obawiają się jednak, że na skutek wdrożenia MPP dojdzie do kolejnych podwyżek cen usług podwykonawczych, co zaznacza dr Kaźmierczak. Małe i średnie firmy mogą bowiem szybko przerzucić ryzyko pogorszenia płynności na generalnych wykonawców. Dokładnie tak samo uczyniły po wprowadzeniu odwrotnego obciążenia VAT w 2017 roku. Z kolei były już przedsiębiorca z branży budowlanej, który chce zachować anonimowość, twierdzi, że przez takie rozwiązania jak split payment wiele rodzimych przedsiębiorstw upadnie. W konsekwencji ucierpi na tym cała gospodarka.

– Część mało rentownych firm, których wydatki na zakup towarów objętych VAT są niskie, rzeczywiście może mieć problem z bieżącą działalnością. Jednak specyfika branży powoduje, że wiele podmiotów notuje nadwyżkę VAT-u naliczonego nad należnym lub wykazuje względną równowagę. W długim terminie split payment przyczyni się wręcz do rozwoju rodzimych biznesów, bo ułatwi działanie uczciwych graczy. Natomiast nie sądzę, by przedsiębiorcy chcieli przenosić swoje działalności za granicę w celu uniknięcia MPP. Koszty takiego rozwiązania znacznie przewyższyłyby korzyści – uważa Łukasz Sęktas.

Skórka za wyprawkę

Dr Janusz Makarowski wyraźnie ostrzega, że wydatki związane z przeniesieniem działalności za granicę byłyby nieuzasadnione w porównaniu ze skutkami, które rodzi obligatoryjny split payment. Zakładając firmę poza Polską, przedsiębiorca, chcąc dokonywać transakcji na terenie RP, i tak nie uniknie konieczności zarejestrowania się jako czynny podatnik VAT i wystawiania faktur z tym podatkiem. W konsekwencji będzie zobowiązany do przyjmowania płatności z zastosowaniem podzielonej płatności.

– Zmiana rezydencji podatkowej może przynieść negatywne konsekwencje organizacyjne i finansowe dla spółki, która nigdy wcześniej nie funkcjonowała w innych realiach gospodarczych i formalnoprawnych. Ponadto większość kontrahentów najprawdopodobniej nie będzie gotowa na ponoszenie ryzyka kursowego. I zdecyduje się na znalezienie takiego partnera biznesowego, który będzie wystawiał faktury w polskich złotych – przewiduje ekspert z Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Z kolei dr Janusz Makarowski przypomina, że polski przedsiębiorca, zakładając firmę za granicą, jest zobowiązany zarejestrować się na terytorium innego kraju UE dla potrzeb rozliczenia podatku VAT. Względnie może skorzystać z instytucji przedstawiciela podatkowego. Obligują go do tego przepisy prawa unijnego i krajowego. W tym zakresie należy wymienić Dyrektywę Rady 2006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Ekspert z KIKB podsumowuje, że przenoszenie poza Polskę biznesów budowlanych jest mało realnym scenariuszem, ale oczywiście może się wydarzyć. I dodaje, że jeżeli już do tego dojdzie, to tego typu rozwiązanie będzie praktykowane na niewielką skalę.

Technologia 5G zmieni sektor usług transportu i logistyki

Technologia 5G znacząco wpłynie na logistykę i będzie podstawą wielu nowoczesnych rozwiązań dla sektora TSL – od dronów i konwojów autonomicznych ciężarówek po czujniki na każdym towarze. Dzięki możliwościom Internetu Rzeczy i technologii 5G wgląd w całość operacji logistycznych będzie w przyszłości mógł osiągnąć poziom wręcz modelowy.

5G to ultraszybkie połączenie internetowe, oferujące kilkudziesięciokrotnie wyższą prędkość transmisji danych w porównaniu z 4G LTE, ogromną przepustowość łącza i praktycznie brak opóźnień.

Obserwując tempo zmian technologicznych w branży transportowej trudno nie mieć wrażenia, że jedno pokolenie pracowników jest świadkiem kilku rewolucji technologicznych. Ich podstawą są nowe standardy łączności bezprzewodowej – począwszy od pierwszej w pełni cyfrowej sieci komórkowej 2G (w Polsce od połowy lat 90.), przez 3G do 4G LTE. Chcąc zobrazować skalę zmian wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądała kontrola przepływu towarów i kontakt z kierowcami w minionych dekadach, gdy telefon komórkowy posiadali nieliczni, a dostęp do internetu w podróży był abstrakcją.

Lista zalet 5G dla branży TSL jest długa

Plany uruchomienia sieci piątej generacji wywołują w Polsce i Europie coraz większe zainteresowanie. „Ograniczenie zalet ultraszybkiego internetu 5G do oglądania filmów 4K w kabinie ciężarówki jest zbyt dużym uproszczeniem i powiązaniem nowej technologii tylko z rozrywką. Tymczasem 5G umożliwia podłączenie do sieci nawet 100 urządzeń mobilnych na metr kwadratowy, a praca tysięcy połączonych ze sobą obiektów – tzw. Internetu Rzeczy – oznacza dla branży logistycznej i transportowej wizję kolejnej rewolucji” – wyjaśnia Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju przemysłu z firmy Ericsson.

Wysoka przepustowość łącza i brak opóźnień w transmisji 5G pozwolą uzyskać lepszą widoczność w całym łańcuchu dostaw. Olbrzymie nadzieje wiąże się z popularyzacją czujników śledzących transport towaru. Zakres danych zbieranych przez tego typu urządzenia może być bardzo szeroki i odnosić się do konkretnej palety, paczki, a nawet transportowanej części zamiennej. „Wyobraźmy sobie, że poza trackingiem towaru czujniki monitorują jego temperaturę, wilgotność lub przeciążenia wywołane drganiami czy przemieszczeniem się palet w naczepie. Tego typu informacje będą cenne dla wielu firm, a nawet krytyczne przy ładunkach wymagających transportu w kontrolowanych warunkach, na przykład w logistyce dla branży farmaceutycznej” – dodaje ekspert Ericsson.

Logistyka produkcji i rozwój transportu autonomicznego

Logistyka w erze łączności 5G jest szczególnie interesująca dla branży produkcyjnej. Marzeniem każdej firmy jest śledzenie popytu na towar w czasie rzeczywistym. Przy dzisiejszej technologii można wyobrazić sobie sytuację, w której dzięki łączności z produktem śledzimy na bieżąco realizację planu sprzedaży i na tej podstawie szybko modyfikujemy moce produkcyjne i logistykę. Tego typu rozwiązania będą możliwe wyłącznie przy wykorzystaniu technologii 5G. Czy jednak ograniczenia związane z powszechnym wykorzystaniem mikrourządzeń sieciowych nie będą problemem? Jak wyjaśnia specjalista Ericsson niekoniecznie, ponieważ przewiduje się, że w perspektywie kolejnych lat dokona się dalszy postęp w miniaturyzacji czujników, a ich coraz niższe koszty produkcji przełożą się na wyższą dostępność i brak obaw związanych z przypadkowym zgubieniem czy kradzieżą czujnika.

Wróćmy jednak do teraźniejszości. U progu upowszechnienia technologii 5G w Europie coraz więcej firm logistycznych wykorzystuje urządzenia, których praca jest mocno uzależniona od dobrej łączności bezprzewodowej. Drony pomagają w inwentaryzacji magazynów, a rozwój pojazdów autonomicznych również nabiera tempa. W 2018 roku Ericsson we współpracy ze szwedzkim operatorem telekomunikacyjnym Telia i start-upem Einride rozpoczęli testy bezkabinowej ciężarówki Einride T-Pod w centrum logistycznym DB Schenker w Jönköping. Szacuje się, że ciężarówka bezkabinowa T-Pod i oparty na 5G system transportu autonomicznego mają szansę zastąpić ponad 60 procent dzisiejszego transportu drogowego. To alternatywa przyjazna dla środowiska i konkurencyjna kosztowo. W maju 2019 roku pojazd rozpoczął drugą fazę testów. To pierwsza w historii ciężarówka autonomiczna posiadająca dopuszczenie do ruchu po drogach publicznych.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W sytuacji, gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez większych przeszkód, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku.

Kurs dolara musi spadać

Październik był bardzo dobrym miesiącem dla złotego, a bardzo nieudanym dla dolara. W listopadzie złoty powinien się znów umocnić, choć już nie w takim stopniu.

Ostatnich kilka lat było bardzo korzystnych dla amerykańskiej waluty. Nadal za dolara płacimy powyżej 3,80 zł, a przecież był dolar, za którego płaciliśmy w okolicach 2 zł.

Patrząc na zmiany z okresu ponad 15 lat, to 4 stycznia 1993 r. dolar miał swoje historyczne minimum wobec polskiej waluty, wtedy płaciliśmy za amerykańską walutę 1,58 zł. 23 października 2000 r. osiągnął swoje maksimum, a kosztował 4,71 zł

– Dolar nadal pozostaje walutą bardzo przewartościowaną. Trwa to już długo i dolar zasługuje już na odpoczynek – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Dolar powinien tracić na wartości, a to jest istotne na przykład dla inwestujących w złoto lub srebro.

Grupa MOL finalizuje przejęcie Aurora Group

  • Wraz z finalizacją transakcji, Grupa MOL wzmacnia swoją pozycję w branży motoryzacyjnej, jako dostawca komponentów pochodzących z recyklingu
  • Grup MOL i Aurora zamierzają nadal rozwijać biznes w Niemczech, ale też planują ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej
  • Transakcja wpisuje się w strategię Grupy MOL 2030, zakładającej przejście od modelu opartego na paliwach tradycyjnych, do modelu bazującego na generujących większą wartość produktach petrochemicznych

Po zdobyciu wymaganych zgód, Grupa MOL ogłosiła, że z dniem 31 października 2019 r. stała się właścicielem 100% akcji niemieckiej firmy Aurora, produkującej mieszanki tworzyw sztucznych. W ten sposób Grupa MOL wzmacnia swoją pozycję, jako dostawcy pochodzących z recyklingu komponentów dla branży motoryzacyjnej.

Grupa MOL jest uznanym dostawcą tworzyw sztucznych, jednak wciąż poszukuje możliwości rozwoju w kierunku produktów o wyższej wartości dodanej. By osiągnąć ten cel, firma planuje wzmocnienie synergii w ramach portfolio polimerów zarówno w ramach własnej oferty, jak i dzięki jej rozszerzeniu, zdobywając kompetencje zarówno w dziedzinie czystych polimerów, jak i tworzyw sztucznych z recyklingu. Dzięki przejęciu Aurory, Grupa MOL rozszerza portfolio produktów o kompetencje w zakresie inżynierii tworzyw sztucznych i mieszanek polipropylenu na bazie surowców z odzysku.

Dzięki innowacyjnym produktom i odpowiedniemu modelowi biznesowemu, Aurora znakomicie uzupełnia obecne portfolio petrochemiczne Grupy MOL, jednocześnie wpisując się w cele firmy w zakresie zrównoważonego rozwoju. Zakłady produkcyjne Aurory zlokalizowane są w pobliżu fabryk samochodów oraz klastrów przetwórstwa tworzyw sztucznych w Baden- Württemberg w Niemczech, co tworzy unikalny, zamknięty model biznesowy. Aurora odbiera plastikowe odpady przemysłowe, przetwarza je, a następnie uzdatnia do ponownego zastosowania w przemyśle motoryzacyjnym. Dzięki połączeniu doświadczenia Grupy MOL z wyjątkowym know-how Aurory, możliwy będzie szybszy rozwój na rynku przy jednoczesnym odciążeniu środowiska naturalnego.

Przejęcie to stanowi kolejny, po nawiązaniu partnerstwa z niemiecką APK, krok na drodze transformacji Grupy MOL, która planuje stać się wiodącym graczem na rynku chemicznym w Europie Środkowo-Wschodniej. Dzięki portfolio Aurory, Grupa MOL może wzmocnić swoją obecność w sektorze motoryzacyjnym, który pozostaje kluczowy dla firmy, jednocześnie odpowiadając na zapotrzebowanie klientów, którzy poszukują bardziej zrównoważonych środowiskowo produktów.

“Produkty Aurory pochodzące z recyklingu znakomicie uzupełniają naszą aktualną ofertę, wpisując się w nasze wysiłki w zakresie zrównoważonego rozwoju. Poszukując możliwości wzmocnienia naszej obecności w sektorze motoryzacyjnym, uznaliśmy, że jest to najlepsza droga do rozwoju naszego portfolio w tym kierunku – powiedział Ferenc Horváth, Executive Vice President ds. Segmentu Downstream w Grupie MOL.

Czołowe agencje ratingowe, oceniające zaangażowanie środowiskowe i społeczne firm, w tym Dow Jones Sustainability Indices (w której MOL jest jedynym członkiem z Europy), MSCI oraz Sustainalytics, potwierdziły wysiłki Grupy MOL w zakresie zrównoważonego rozwoju i transformacji biznesu w kierunku rozwiązań niskoemisyjnych.

Kurs euro na poziomie 4,275 zł, frank podrożał do 3,90 zł, funt blisko 5 zł

Kolejny dzień wolny w Polsce związany tym razem z Narodowym Świętem Niepodległości nie zakończył się korzystnie dla złotego. Jak to często bywa w przypadku takich spadków, poranek po dniu wolnym przynosi korektę tego ruchu, jednak w tym przypadku do tego nie doszło. 

Święto niekorzystne dla złotego

Dni wolne w Polsce przeważnie nie pokrywają się z dniami wolnymi na świecie. Zdecentralizowany geograficznie Forex zamykany jest tylko, kiedy święto jest globalne – dotyczy wszystkich państw świata – takim dniem jest jedynie 1 stycznia. 11 listopada przypadł w poniedziałek, a więc był zwykłym dniem roboczym na świecie. W rezultacie, gdy my wczoraj świętowaliśmy, rynki walutowe działały.  Ponieważ aktywność polskich podmiotów była siłą rzeczy obniżona, można się było spodziewać zwiększonej zmienności na polskim złotym. Euro dotarło do poziomu 4,275 zł. Frank podrożał do 3,90 zł. Funt otarł się niemal o poziom 5 zł. Dolar z kolei zachował się w miarę stabilnie.

Słabe dane z Wysp

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z Wielkiej Brytanii. PKB w ujęciu rocznym zgodnie z oczekiwaniami spadł do 0,9%. Słabiej wypadła produkcja przemysłowa, która spada o 1,4% w skali roku, to o 0,2% więcej niż oczekiwania. Gorsze dane są w dużej mierze wynikiem wątpliwości jak będzie wyglądała sytuacja po brexicie. O ile oczywiście dojdzie do opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Lepsze dane płyną za to z rynku pracy, gdzie dzisiaj okazało się, że bezrobocie spadło do poziomu 3,8%. Wolniej od oczekiwań rosły za to pensje. Co ciekawe, pomimo słabszych danych, funt szedł wczoraj wyraźnie w górę, niemal docierając do symbolicznej granicy 5 zł.

Zmiana prognoz NBP

Kwartalny raport Narodowego Banku Polskiego wskazuje na pogorszenie się perspektyw gospodarczych dla Polski. To już kolejna instytucja, która obniża prognozy wzrostu PKB. Na lata 2019-2021 spodziewano się dotychczas 4,5%, 4% i 3,5%. Po korekcie są to wyniki 4,3%, 3,6% i 3,3%. Jest to połączenie słabszych danych z tego roku oraz ogólny wpływ prognoz aktywności gospodarczej. Prognozę inflacji podniesiono na ten rok, a obniżono na kolejny. W efekcie szansa na przekroczenie celu inflacyjnego, czego obawiała się część komentatorów, dodatkowo spadła.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Rekordowe IPO Saudi Aramco – lidera rynku ropy naftowej wycenianego na grubo ponad bilion dolarów

W grudniu Saudi Aramco wejdzie na giełdę, detronizując Apple, Microsoft i Amazon w zestawieniu najwyżej wycenianych spółek na świecie.

Właśnie poznaliśmy prospekt emisyjny zajmującej się wydobyciem ropy firmy Saudi Aramco. Już 17 listopada zapisy na akcje zaczną składać inwestorzy indywidualni, a po ich zamknięciu poznamy ostateczną wycenę spółki. Następnie, po trzech latach prób, wreszcie dojdzie do największego w historii IPO, a notowania naftowego giganta staną się nowym wskaźnikiem koniunktury gospodarczej na świecie.

– Według szacunków kapitalizacja Aramco z pewnością przekroczy bilion dolarów, a według niektórych może przekroczyć nawet 2 biliony. To oznaczałoby wartość spółki nawet dwukrotnie większą od dzierżących do tej pory palmę pierwszeństwa gigantów technologicznych, takich jak Microsoft, Apple czy Amazon, i ich detronizację w rankingach kapitalizacji” – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets.

Czy Saudi Aramco to łakomy kąsek dla inwestorów? Oprócz kapitalizacji spółka może chwalić się też największą w sektorze zyskownością. W 2018 r. zarobiła ona „na czysto” ponad 110 miliardów dolarów, czyli niemal dwukrotnie więcej niż Apple.

– Wyniki Aramco zależą od cen ropy naftowej, ale nawet przy silnych spadkach zyski spółki pozostaną ogromne. Koszt wydobycia ropy przez Aramco jest bowiem nieporównywalnie niższy niż konkurentów działających w basenie Morza Północnego czy Zatoki Meksykańskiej, nie wspominając już o łupkach. Szacunkowy koszt wydobycia jednej baryłki przez Aramco to ok. 10 USD. To oznacza, że, przy obecnych cenach ropy WTI i Brent na poziomie 55-60 USD za baryłkę, 80 proc. ceny to marża Aramco – zauważa Maciej Leściorz.

Moment na debiut giełdowy wydaje się dobry, ceny ropy naftowej są relatywnie wysoko. Na rynkach kapitałowych mamy też dużo optymizmu, który wspiera ceny akcji na całym świecie.

Spółka notowana będzie na giełdzie w Arabii Saudyjskiej, czyli dostęp przeciętnego inwestora do akcji nie będzie prosty. Natomiast w ciągu 2-3 lat możliwy jest jej debiut na którejś z wiodących giełd zagranicznych.

– Do tego czasu i tak warto śledzić notowania spółki, ponieważ będzie one ważnym wskaźnikiem koniunktury w sektorze naftowym – ocenia ekspert CMC Markets.

Jak firma windykacyjna może wesprzeć osobę zadłużoną?

Aż 72,3 proc. Polaków zapytanych, czy wiedzą w jaki sposób firma windykacyjna może wesprzeć ich w spłacie zadłużenia, odpowiada, że nie wie – to jeden z wniosków badania opinii przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF). Spośród 27,7 proc. osób, które posiadają taką wiedzę większość wskazała kilka odpowiedzi jednocześnie: rozłożenie zadłużenia na raty (65,1 proc.), wydłużenie okresu spłaty długu (51,6 proc.), podpisanie ugody (44 proc.), spłacenie zobowiązania przez Internet (11,6 proc.).[1]  

Już samo posiadanie długu jest sytuacją trudną i niekomfortową, a zmaganie się z jego spłatą stanowi duże wyzwanie emocjonalne. Z badania opinii ZPF wynika, że spóźnianie się ze spłatą należności wywołuje stres blisko u 62 proc. konsumentów. Co drugi, spośród „spóźniających się”, przyznaje, że woli nie mówić bliskim o rosnącym zadłużeniu, bo nie chce ich martwić, co trzeci woli zatrzymać tę informację dla siebie, co piąty wstydzi się lub chce uniknąć kłótni. Często to banki, instytucje pożyczkowe czy firmy windykacyjne domagające się spłaty powstałego zadłużenia, obarczamy winą za znalezienie się w sytuacji nadmiernego zadłużenia. Co więcej, niewielu Polaków zdaje sobie sprawę, że instytucje, które zarządzają wierzytelnościami i zajmują się odzyskiwaniem należności, mogą wesprzeć osobę zadłużoną. Z czego to wynika?

Konsumenci często przyjmują postawę obronną wobec kontaktu ze strony firmy windykacyjnej. Oczywiście każdy może popaść w długi, każdego może spotkać utrata pracy lub inne zdarzenie losowe, które spowoduje, że nie będzie miał środków na spłatę swoich zobowiązań, ale kontakt z firmą windykacyjną powinien być postrzegany jako wspólne szukanie rozwiązania, a nie uciekanie przed odpowiedzialnością, co generuje niepotrzebny stres, niepewność i to nie tylko po stronie osoby zadłużonej, ale wpływa przecież atmosferę całego gospodarstwa domowego – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami członkowskimi, zarządzającymi wierzytelnościami, realizuje kampanię „Windykacja? Jasna Sprawa!”.

Realna pomoc

Choć narzędzia oferowane osobie zadłużonej przez firmy windykacyjne zna tylko 27,7 proc. respondentów, większość z nich potrafiła wskazać tylko kilka z nich. Osoby te zdają sobie sprawę z faktu, że można rozłożyć zadłużenie na przystępne raty (65,1 proc.) bądź też wydłużyć okres spłaty długu (51,6 proc.). Na możliwość podpisania ugody wskazało 44 proc. tych osób, zaś co dziesiąta jest poinformowana, że kwotę zadłużenia można uregulować przez Internet[2].

Gdy pytamy osoby zadłużone o powody niespłacania zobowiązań, te często przyznają, że przerasta je kwota zadłużenia, wciąż mają nowe wydatki, które obciążają domowy budżet i nie mogą zgromadzić tak dużych środków na spłatę zadłużenia. Gdyby miały świadomość, że można ustalić harmonogram spłat, uwzględniający ich aktualne możliwości finansowe, rozłożyć zadłużenie na dogodne raty czy po prostu wydłużyć termin spłaty, mogłyby łatwiej uporać się z niekomfortową sytuacją – mówi Andrzej Roter.

SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych
Źródło: Badanie opinii przeprowadzone w czerwcu 2019 r. przez SW Research na zlecenie KPF. Próba = 1000.

Lepiej być mądrym Polakiem… przed szkodą

Z przytoczonego powyżej badania, wynika też, że blisko połowa Polaków nigdy nie spóźnia się ze spłatą swoich zobowiązań. Blisko 30 proc. ankietowanych twierdzi, że czasami zdarzają się im opóźnienia, a 6,4 proc. przyznaje, że spóźnia się regularnie. Problemy z terminowością dotyczą zarówno opłat stałych, takich jak czynsz czy alimenty (61,2 proc.) jak i pieniędzy pożyczonych, czyli rat pożyczek, kredytów i innych zobowiązań (41,3) proc.

Wielu Polaków podchodzi poważnie do zarządzania domowym budżetem. Część z nich stosuje różne narzędzia, dzięki którym panuje porządek w finansach np. zapisuje wpływy i wydatki, planuje większe zakupy z wyprzedzeniem, odkłada określone środki do tzw. „skarbonki”. Świadome zarządzanie domowymi finansami powoli wchodzi nam w nawyk, choć nie wszystkim. Teraz warto zrobić kolejny krok i nauczyć Polaków zarządzania niespłaconymi zobowiązaniami, które – prędzej czy później – należy uregulować. Nauczyć ich, ale też uświadomić, że również i w tej materii są narzędzia, które mogą im w tej spłacie pomóc, gdy znajdą się w takiej sytuacji. Drogą do tego nie jest unikanie kontaktu lecz skorzystanie ze wsparcia – podsumowuje A. Roter.

Jak radzić sobie z niespłaconymi zobowiązaniami? Oto kilka sposobów:

  • Jeżeli masz zadłużenie, z którym nie możesz sobie poradzić, przeanalizuj dokładnie swój domowy budżet, zarówno pod kątem wpływów, jak i wydatków. Spisz na kartce wszystkie źródła przychodów, a następnie podsumuj wydatki. Zobacz, ile pieniędzy zostaje. Jeśli niewiele, postaraj się ograniczyć te wydatki, które nie są konieczne (np. zakup nowych ubrań, stołowanie się na mieście). To, że ograniczysz jakieś wydatki w danym miesiącu (lub w krótkim okresie czasu), nie oznacza, że całkiem rezygnujesz z tych rzeczy. Po prostu w tej chwili realizujesz plan dotyczący spłaty zadłużenia i jest on twoim priorytetem.
  • Jeżeli w twoim domowym budżecie zostaje zbyt mało środków na spłatę zobowiązań, zastanów się, czy możesz podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, by zwiększyć swoje wpływy. To może być praca tymczasowa, wykonywana w weekendy lub wieczorami. Dowiedz się, czy zadłużenie możesz odpracować. W przypadku należności wynikających np. z nieopłaconego w terminie czynszu, można odpracować je zgłaszając się do spółdzielni, która przydzieli ci lekkie prace np. konserwatorskie lub związane ze sprzątaniem.
  • Pamiętaj, że zaciąganie nowych pożyczek na spłatę tych poprzednich lub innych zobowiązań, może spowodować, że wpadniesz w spiralę zadłużenia. Jeżeli już masz na koncie kilka różnych pożyczek, których nie jesteś w stanie spłacać, pomyśl o kredycie konsolidacyjnym, dzięki któremu będziesz płacić jedną (zazwyczaj niższą) ratę rozłożoną w czasie.
  • Skontaktuj się z wierzycielem i porozmawiaj z nim. Wspólnie przygotujcie harmonogram spłaty, pamiętając, że większość firm chce się dogadać na etapie windykacji polubownej. Nie musisz od razu spłacać całego zadłużenia i regulować całej kwoty. Zaległe należności możesz rozłożyć na przystępne raty w takiej wysokości, która nie będzie nadwerężać domowego budżetu. Spłatę można rozłożyć na dłuższy czas.

[1] Badanie opinii zrealizowane na zlecenie KPF, przez agencję badawczą SW Research w czerwcu 2019 roku. Próba = 1000.

[2] Badanie opinii zrealizowane na zlecenie KPF, przez agencję badawczą SW Research w czerwcu 2019 roku. Próba = 1000.

Plany i wydatki marketingowe w sektorze polskich małych i średnich przedsiębiorstw

  • Polskie MŚP przeznaczają 20% ogólnych budżetów na działania online marketingowe. Jest to jeden z najniższych wskaźników w Europie;
  • Połowa polskich MŚP planuje zwiększyć wydatki marketingowe w najbliższych dwóch latach;
  • ¼  MŚP w Polsce przyznaje, że nie ma odpowiednio wysokich budżetów ani czasu jaki może przeznaczyć na działania marketingowe.

Wszyscy wiemy, że digital marketing jest jednym z bardziej efektywnych narzędzi napędzających rozwój biznesu, a większe przedsiębiorstwa i międzynarodowe marki inwestują miliony dolarów w coraz bardziej rozbudowane działania. Czy taką samą uwagę do marketingu przywiązują małe i średnie przedsiębiorstwa? Groupon pragnął dowiedzieć się więcej przeprowadzając badanie na ponad 600 managerach odpowiedzialnych za marketing w MŚP z Hiszpanii, Niemiec, Polski, Wielkiej Brytanii oraz Włoch.

Jak pokazało badanie przeprowadzone w Polsce, 91% managerów uważa, że marketing jest niezwykle istotnym elementem ich biznesu, a 92% uważa, że jest ważny dla całej branży w jakiej się obracają. Pomimo tego, ¼ z nich twierdzi, że ich firmy nie przeznaczają odpowiednio wysokich budżetów na działania marketingowe, a co więcej nie poświęcają im odpowiednio dużo czasu. W rzeczywistości, MŚP działające na polskim rynku, przeznaczają 20% budżetu na online marketing. Jest to jeden z najniższych wskaźników w Europie, zaraz za Hiszpanią (19%).

Z czego najczęściej korzystają MŚP?

Działania organiczne we własnych kanałach social media przodują w rankingu inwestycji polskich MŚP w ostatnim roku (62%), wpisując się w ogólnoeuropejski trend. Jedynie Hiszpania postawiła na inwestycje reklamę w mediach społecznościowych, gdzie 60% przedsiębiorców korzystało z tego rozwiązania. Na drugim miejscu uplasowały się narzędzia marketingu bezpośredniego, jak ulotki, broszury czy bezpośrednia wysyłka materiałów promocyjnych (46%). Własna strona bądź sklep online, dostosowane do urządzeń mobilnych znalazły się na trzecim miejscu, z 37% wynikiem, i jest to najniższy wskaźnik na tle pozostałych państw.

Co ciekawe, patrząc z perspektywy efektywności, 44% polskich firm uważa, że ich własne kanały społecznościowe w największym stopniu przełożyły się na wyniki finansowe ostatniego roku. Drugoplanowe okazały się: marketing bezpośredni (28%), strona bądź sklep online (20%). ¼ MŚP w Polsce, kiedykolwiek prowadziło kampanię marketingową z pomocą Groupon. Co piąte w ostatnim roku.

W co zamierzają inwestować MŚP?

Mimo ograniczonych budżetów, 50% przedsiębiorstw utrzymuje, że w najbliższych dwóch latach ma plany zwiększyć inwestycje w obszarze online marketingu.

W przyszłości, profesjonaliści planują inwestycje w nowe metody płatności (44%) ale również w bardziej spersonalizowane działania marketingowe (34%). 62% z nich widzi duży potencjał we współpracy z influencerami, którzy ich zdaniem będą odgrywać znaczącą rolę w strategiach marketingowych branży w jakiej funkcjonują (66%).

Termometr Inwestycyjny: Złoto nadal mocne

  • Fed po raz trzeci obniżył stopy procentowe
  • Brytyjczycy szykują się do przedterminowych wyborów parlamentarnych
  • Chiny „głównym rozgrywającym” konfliktu handlowego z USA

Fed po raz trzeci w tym roku obniżył stopy procentowe. Referencyjna stopa została obniżona  zgodnie z oczekiwaniami o 25 p.b. do przedziału 1,50-1,75 proc. Polityka utrzymywania niskich stóp będzie nam jeszcze długo towarzyszyć – przynajmniej do kolejnych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, które odbędą się w przyszłym roku. Donald Trump będzie chciał robić wszystko, żeby te wybory wygrać, a utrzymywanie stóp na niskim poziomie pomaga ludziom i wspiera biznes, co pozytywnie wpływa na jego kandydaturę.

Po posiedzeniu Rezerwy Federalnej jej przewodniczący Jerome Powell zaznaczył, że nie będzie podwyżek stóp procentowych, dopóki nie pojawi się znaczący i konsekwentny  wzrost inflacji.

Ubiegły tydzień przyniósł wiele doniesień dotyczących Brexitu. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson nie doprowadził do opuszczenia Unii Europejskiej 31 października. Wielkimi krokami zbliżają się przedterminowe wybory parlamentarne na Wyspach. Zostały one ustalone na 12 grudnia. Premier Johnson ma większość parlamentarną i duże szanse, że on i jego partia wygrają przyszłe wybory w sojuszu z Partią Brexitu Nigela Farage. Gdyby tak się stało, Brexit mógłby dojść do skutku wcześniej.

Wraca temat wojny handlowej między USA a Chinami. Choć ostatnie tygodnie były czasem cieplejszych słów na linii frontu. Teraz rosną obawy o dojście do porozumienia. Coraz wyraźniej widać, że to właśnie Chiny są „głównym rozgrywającym” sporu. Jak szybko USA i Chiny podpiszą porozumienie? Trudno powiedzieć.

W Stanach Zjednoczonych i Europie trwa właśnie na dość zaawansowanym etapie sezon wyników za trzeci kwartał. Zyski niestety spadają – W Stanach są na poziomie -1 proc. r/r. W Europie Zachodniej widzimy spadek -5 proc. r/r. Nie jest to dobry wynik. Zyski biją konsensus, dlatego analitycy prognozują je niżej, aby spółki mogły przekroczyć szacowane wyniki. Sprzedaż rośnie, ale zyski spadają, dlatego też obserwujemy spadek wysokości marż. Trzeba zwrócić na nie uwagę, ponieważ niższe marże pokazują, że rosnące koszty pracy i ceny surowców wpływają na zysk firm.

Sezon wyników za trzeci kwartał w Polsce nadal jest w początkowej fazie. Wyniki, które obserwujemy, są całkiem dobre. Parę spółek pozytywnie zaskoczyło analityków. Te, które zaskoczyły negatywnie, są w mniejszości. Banki takie jak PKO i Pekao SA pokazały bardzo solidne wyniki pomimo odpisów, które okazały się niższe, niż oczekiwał rynek. Bardzo dobrze radzi sobie PKN Orlen.

Obecnie mamy pozytywne nastawienie w stosunku do ryzyka akcyjnego. Bardzo dobrze zachowuje się złoto, na którego notowania pozytywnie wpływa obniżenie stóp procentowych. Nie ma inflacji, co niestety powoduje zatrzymanie cen złotego kruszcu na poziomie bliskim 1500 dolarów za uncję.

Trump wie lepiej

Przez wczorajsze święto w USA nie musimy dziś dużo nadrabiać do zmian zaistniałych na rynkach finansowych. Mimo to prezydent USA Donald Trump zdołał przygasić zeszłotygodniowy optymizm w kwestii szans na cofnięcie ceł importowych. Z kolei funt ożywił się, gdyż przedwyborcze szachy w Wielkiej Brytanii umniejszają ryzyko bezumownego brexitu.

Uczestnicy rynku zdołali zapomnieć, ale w weekend zostało im przypomniane, że wszelkie informacje związane z rozmowami handlowymi USA-Chiny zyskują wiarygodność, dopiero gdy zostaną (lub nie) potwierdzone przez prezydenta USA Donalda Trumpa. Tym razem Trump utemperował rynkowy optymizm wokół szans na zniesienie ceł nałożonych na dobra importowane z Chin w miarę, jak będą uzgadniane kolejne elementy umowy handlowej. Choć w opinii Trumpa rozmowy postępują „bardzo ładnie”, to nie idą tak szybko, jak on by chciał. Dodał, że doniesienia o skłonności Waszyngtonu do cofnięcia ceł są „nieprawidłowe” i dopóki USA nie dostaną sprawiedliwej umowy, umowy może nie być w ogóle.

W rezultacie niczego do końca nie można być pewnym i jakkolwiek umowa „pierwszej fazy” może być podpisana jeszcze przed końcem roku, wiele nie zmieni w szansach na dogadanie innych, ważniejszych kwestii (np. ochrona wartości intelektualnej, otwartość rynku chińskiego dla firm z USA). Co aktywa ryzykowne mogły „zgarnąć” z ogłoszenia wstępnego porozumienia, to już zrealizowały. Teraz pozostajemy w trybie akcja-reakcja na odniesienia (i/lub ich zaprzeczenia), ale ogólnie staje się coraz bardziej realne, że w tym roku już nie zobaczymy istotnego przełomu, który mógłby wyrwać rynek FX z konsolidacji. Tyczy się to przede wszystkim USD, JPY, EUR, AUD, ale wstrząsy wtórne rozlewają się na pozostałe waluty G10 i rynków wschodzących.

Opinia Trumpa znaczy wiele (jeśli nie wszystko), stąd dziś w centrum uwagi będzie jego przemówienie w Economic Club w Nowym Jorku. Tam może on się rozwinąć odnośnie tego, jak widzi przyszłe relacje handlowe nie tylko z Chinami, ale też np. z UE, Japonią czy Koreą Południowa. Trump lubi zarządzać przez chaos i jeśli relacje z Chinami nie dają mu dużego pola manewru, w każdym momencie może on skonfliktować się z kimś innym.

Funt brytyjski jest wygranym na starcie tygodnia z pomocą Nigela Farage’a. Lider Partii Brexitu powiedział, że w wyborach 12 grudnia nie wystawi kandydatów w okręgach, z których ostatnim razem miejsca do parlamentu zdobyli posłowie Konserwatystów. To pomaga GBP w dwojaki sposób. Po pierwsze zwiększa szanse na zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach, gdyż głosy za brexitem nie zostaną rozwodnione między torysów a Partię Brexitu. Co Farage odbierze w pozostałych okręgach Partii Pracy, powiększy poparcie w Westminsterze za implementacją porozumienia brexitowego, jakie premier Johnson wywalczył w Brukseli. Po drugie decyzja Frage’a redukuje ryzyko zdobycia na tyle dużej liczby miejsc w parlamencie, by od nich zależało dalsze rządzenie krajem, a przede wszystkim decydowanie o sposobie opuszczenia UE, nawet bez umowy. Kampania wyborcza może przynieść jeszcze sporo zwrotów akcji (czy Farage dotrzyma słowa?), ale trzymamy się zdania, że funt w średnim terminie będzie silniejszy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inteligencja Emocjonalna jest niezbędna w erze Sztucznej Inteligencji

W czasach cyfrowej transformacji coraz częściej firmy zastępują powtarzalną i uciążliwą pracę ludzi robotami i automatyzują procesy z wykorzystaniem Sztucznej Inteligencji. Wciąż jednak maszyny nie są w stanie odzwierciedlić Inteligencji Emocjonalnej, którą cechuje się człowiek. To właśnie nasze kompetencje powiązane z Inteligencją Emocjonalną są kluczem do sukcesu przedsiębiorstw. Mało firm jednak zdaje sobie z tego sprawę.

Według Daniela Golemana, który wprowadził do światowej psychologii i podręczników biznesu to pojęcie, „inteligencja emocjonalna obejmuje zdolność rozumienia siebie i własnych emocji, kierowania i kontrolowania ich, zdolność samomotywacji, empatię oraz umiejętności o charakterze społecznym”. Mówiąc prościej, jest to zbiór kompetencji, które pozwalają lepiej rozumieć zachowania innych ludzi oraz nasze własne i odpowiednio reagować, z empatią.

Jeszcze 20 lat temu kluczem była wiedza w określonej dziedzinie, pogłębiająca się specjalizacja wraz z rozwojem kariery i zdolność do skutecznego funkcjonowania w nadanych ramach. Obecnie mamy do czynienia z większą złożonością globalnej ekonomii i środowiska biznesowego, szybszym tempem wdrażania nowych rozwiązań, zmieniających nasze codzienne „procedury” wykonywania różnych zadań. Dlatego talentem dla organizacji jest obecnie pracownik otwarty na testowanie nowych rozwiązań, szybko chłonący wiedzę i taki, który potrafi płynnie przechodzić między różnymi rolami, harmonijnie współpracując z innymi. -Aleksandra Szelest-Tarapata, kierownik działu rekrutacji w Capgemini Polska

Rola inteligencji emocjonalnej w firmie

Eksperci Capgemini przeprowadzili ankietę wśród 1500 szeregowych pracowników różnych branż oraz 750 dyrektorów dużych firm i przygotowali raport o Inteligencji Emocjonalnej. Aż 74% pracowników wyższego szczebla oraz 58% pozostałych pracowników wierzy, że Inteligencja Emocjonalna staje się niezbędnym zbiorem umiejętności do funkcjonowania w przedsiębiorstwie.

Odpowiednio 61% i 41% wierzy, że stanie się ona jeszcze bardziej istotna w ciągu najbliższych 5 lat. Oczekuje się, że popyt na Inteligencję Emocjonalną wzrośnie średnio sześciokrotnie. W tej chwili największy wzrost zapotrzebowania odnotowywany jest w sektorze usług finansowych. W nadchodzących latach coraz istotniejsze będą takie umiejętności jak samoświadomość, samozarządzanie, świadomość społeczna i zarządzanie relacjami.

Popyt na Inteligencje Emocjonalną rośnie, ale brakuje odpowiednich szkoleń

Choć popyt na umiejętności związane z Inteligencją Emocjonalną rośnie to proces szkoleniowy i rekrutacyjny nie jest jeszcze do tego odpowiednio dostosowany. Oznacza to, że firmy mimo chęci nie będą wstanie czerpać korzyści jakie oferuje Inteligencja Emocjonalna połączona z mechanizmami Sztucznej Inteligencji. Tylko 17% organizacji przeprowadza treningi związane z Inteligencją Emocjonalną wśród swoich szeregowych pracowników, wśród menadżerów średniego szczebla jest to 32%, a wśród kierownictwa 42%.

Według 83% badanych organizacji, wysoka Inteligencja Emocjonalna będzie warunkiem do odniesienia sukcesu w nadchodzących latach. Kierownictwo firm uważa, że pracownicy muszą rozwijać umiejętności miękkie, aby mogli w odpowiedni sposób nawiązywać i podtrzymywać relacje z klientami i współpracownikami oraz lepiej wykonywać te czynności, których nie można zautomatyzować. Chodzi tu przede wszystkim o empatię, pracę zespołową czy odpowiednie wpływanie na zespół/klienta.

Brak odpowiednich szkoleń dla wszystkich grup pracowników jest jednym z wyzwań przed jakimi stoją przedsiębiorstwa chcące zyskać przewagę dzięki Inteligencji Emocjonalnej. To odpowiednie rozwijanie tych umiejętności na każdym stanowisku będzie przynosiło efekty w najbliższej przyszłości. -Aleksandra Szelest-Tarapata, kierownik działu rekrutacji w Capgemini Polska

Pracownicy obawiają się automatyzacji i sztucznej inteligencji

W ciągu dwóch lat o 10% wzrósł odsetek pracowników, którzy uważają, że ich umiejętności staną się zbędne z powodu coraz częstszego wykorzystania mechanizmów SI i automatyzacji. Odsetek osób, które uważają, że mogą z tego powodu zostać zwolnione w ciągu najbliższych 2-3 lat wzrósł z 30% do 39%. Wśród millenialsów, takie poczucie ma już 50% ankietowanych. To właśnie młodzi ludzie są najbardziej świadomi wpływu automatyzacji i sztucznej inteligencji na funkcjonowanie przedsiębiorstw, a jednocześnie przez brak doświadczenia mogą najszybciej stracić swoje stanowiska.

Wykorzystanie Inteligencji Emocjonalnej przynosi realne korzyści

Aż 60% badanych przedsiębiorstw zauważa realne korzyści z faktu zatrudniania pracowników o wysokiej inteligencji emocjonalnej. Najważniejsze z tych korzyści to zwiększona produktywność, większe zadowolenie pracowników, a także większe udziały w rynku. Według badania Capgemini organizacje, które dokonują trwałych inwestycji w Inteligencje Emocjonalną mają szansę na 2,2-4,4 krotny zwrot z tej inwestycji, jeśli pod uwagę weźmie się wpływ IE na przychody, produktywność i koszty działalności.

Czas zacząć myśleć o wykorzystaniu IE w przedsiębiorstwie

Raport Capgemini pokazuje, że w przyszłości obok cyfrowych umiejętności o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstw będzie decydować też odpowiednie wykorzystanie inteligencji emocjonalnej. Dlatego też niezbędne jest podjęcie odpowiednik kroków. Przede wszystkim opracowanie wewnątrz organizacji planu działania w celu stworzenia bardziej inteligentnej emocjonalnie siły roboczej. To także konieczność dostosowania obecnych programów edukacyjnych w firmie tak, aby udoskonalać umiejętności związane z IE. Edukacja powiązana z Inteligencją Emocjonalną powinna być dostępna dla wszystkich pracowników. Warto też doceniać pracowników cechujących się wysoką inteligencją emocjonalną przy promowaniu i nagradzaniu. Należy też wykorzystać zgromadzone w organizacji dane oraz technologie do budowania kultury pracy o wysokiej inteligencji emocjonalnej.

Lider 4.0 – alternatywne formy zatrudnienia w erze 4. rewolucji przemysłowej

Zmiany społeczne, polityczne i gospodarcze z jakimi będziemy się mierzyć w najbliższych latach wpłyną również na rynek pracownika. Nie bez znaczenia w tym procesie są także nowe technologie i związana z nimi rewolucja przemysłowa. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte Global Human Capital Trends według prawie 60 proc. polskich pracowników rozwiązania związane ze sztuczną inteligencją i automatyzacją pracy są ważnym czynnikiem w kontekście przyszłego rozwoju kapitału ludzkiego. Jednocześnie mniej niż połowa badanych jest gotowa wdrożyć tego typu rozwiązania u siebie.

32 proc. (globalnie 44 proc.) osób badanych nad Wisłą uważa, że koncepcja firmy odpowiedzialnej 4.0 – czyli takiej, która dba o otoczenie i interesariuszy, wdraża innowacje oraz promuje współpracę – nabrała w 2019 roku większego znaczenia niż rok wcześniej. Jeszcze więcej, bo 42 proc. (56 proc. globalnie) szacuje, że ten trend będzie rozwijał się w najbliższych trzech latach.

– Uwaga pracodawców i rekruterów będzie skierowana na pracownika. Firmy powinny promować działania etyczne oraz w praktyce pozytywnie wpływać na swoje otoczenie. Deloitte zidentyfikował pięć zasad działania organizacji, gdzie pracownik będzie zmotywowany do zaangażowania i rozwoju. Te zasady to: poczucie celu i sensu działania, etyka i uczciwość, rozwój i pasja, współpraca i więzi osobiste oraz przejrzystość i otwartość – mówi Tomasz Konik, partner, wiceprezes zarządu Deloitte Polska.

Nie tylko etat

Na rynku pracownika w sposób widoczny rośnie znaczenie elastycznych form zatrudnienia oraz wolnych zawodów. Jak zauważają specjaliści Deloitte, elastyczne podejście do formy zawieranych umów ułatwi organizacjom poszukiwanie i zatrudnianie pracowników o szerokim wachlarzu kompetencji. 28 proc. polskich badanych przyznaje, że takie alternatywne formy zatrudnienia mają dla nich znaczenie, a 57 proc. deklaruje, że działy HR w ich organizacjach wspierają poszukiwania pracowników gotowych na taką formę współpracy.

– Jako pracownicy stajemy się coraz bardziej elastyczni i mobilni. Nie chcemy wiązać się tylko z jednym pracodawcą i świadczyć swojej pracy w określonych godzinach. Pragniemy dzielić się swoimi kompetencjami globalnie, niekoniecznie będąc etatowym pracownikiem. Pracodawcy muszą się zmierzyć z tym faktem, ponieważ według naszego badania, tylko 32 proc. firm jest gotowych na wdrażanie tego typu rozwiązań – mówi Joanna Świerzyńska, partner w dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Wymienione formy współpracy stają się pożądane także z punktu widzenia strategicznego zarządzania. Pracodawcy nie powinni wykorzystywać ich wyłącznie w celu uzupełnienia kadry. Nadal jednak w 54 proc. organizacji brakuje konsekwencji w zarządzaniu alternatywnymi formami zatrudnienia lub są one stosowane okazjonalnie. Biorąc pod uwagę otoczenie prawne, podkreślić przy tym należy, że pracodawcy, którzy decydują lub będą decydowali się na alternatywne modele zatrudnienia, powinni dostosować do takich rozwiązań sposób funkcjonowania całych organizacji, tak aby sposób zaangażowania danej osoby (np. współpraca z osobą prowadzącą pozarolniczą działalność gospodarczą) odpowiadał sposobowi wykonywania przez nią usług czy świadczenia pracy.

Robot i człowiek, czyli stanowiska przyszłości

Wciąż nie jesteśmy pewni jaka będzie rola człowieka w czasach automatyzacji i jak może wyglądać współpraca ludzi z robotami. Za sprawą coraz większej roli sztucznej inteligencji, wpływu technologii kognitywnej i robotyki powstają tzw. superstanowiska. Maszyny przejmują czynności powtarzalne, dzięki czemu praca traci rutynowy charakter, a zadaniem pracowników zaczyna być rozwiązywanie problemów, projektowanie, przekazywanie i interpretowanie informacji. Zadaniem osób pracujących na superstanowiskach będzie zwiększanie efektywności, dzięki wsparciu ze strony technologii. – Nie możemy bać się maszyn, ponieważ ich rozwój jest nieunikniony. Musimy je natomiast odpowiednio wykorzystać. Człowiek będzie wykonywał coraz mniej powtarzalnych czynności. Głównym zadaniem pracowników przyszłości będzie wyciąganie wniosków, analiza i zarządzanie procesami. 45 proc. badanych firm w Polsce już deklaruje, że szeroko wykorzystuje automatyzację – mówi Joanna Świerzyńska.

Ponadto, 59 proc. polskich respondentów uważa, że sztuczna inteligencja i roboty są ważne dla rozwoju kapitału ludzkiego, lecz obecnie tylko 21 proc. firm jest gotowych wdrożyć takie rozwiązania.

Lider 4.0

Szereg wyzwań stoi przed liderami firm. Aż 82 proc. uczestników badania Deloitte zauważa, że obecni liderzy będą musieli dostosować się do zmian w otoczeniu biznesowym i społecznym. Zdaniem ekspertów liderzy muszą być bardziej elastyczni i otwarci na codzienną współpracę z pracownikami niższego szczebla. Dziś taką współpracę deklaruje tylko w 18 proc. badanych. Na znaczeniu zyskuje kreowanie liderów wśród obecnych pracowników, poprzez rozwój ich kompetencji przywódczych. Zdaniem 40 proc. zapytanych ich firmy potrafią kształcić kadrę kierowniczą zgodnie z nowymi trendami.

– Wielu przyszłych liderów jest wśród obecnych pracowników niższych szczebli, lecz dzisiejsi szefowie wciąż mają problemy z dostrzeganiem takich kompetencji wśród podwładnych. Sprawne wyławianie w zespołach przyszłych liderów wymaga odpowiednich warunków do rozwoju nowych, niezbędnych umiejętności, sprzyjających przejrzystości, współpracy i umożliwiających zarządzanie wynikami. Edukacja przywódców XXI wieku jest konieczna, bo to oni będą musieli stawić czoła nowym zjawiskom takim, jak cyfryzacja, spłaszczenie struktury organizacyjnej czy praca zespołowa – podsumowuje Tomasz Konik.

Emocje a podejmowanie decyzji przez menedżerów

Logiczny, chłodny i wyważony. Gdy podejmuje decyzję, odcina się od swoich emocji. Nigdy nie ufa podszeptom intuicji, opiera się tylko na analizie dostępnych danych. Menedżer idealny? Otóż… nie. Emocje odgrywają wielką rolę w procesie podejmowania decyzji, o czym przekonuje dr Agnieszka Popławska-Boruc, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie.

Między sercem a rozumem. Czy biznes nie lubi emocji?

Zdarza się, że jeśli ktoś chce zdeprecjonować decyzję menedżera, to mówi, że szef podjął ją pod wpływem emocji. Szczęście, złość, wstręt, smutek, zdziwienie, strach, pogarda – to emocje podstawowe, którym można dać ujście w domowym zaciszu albo w gronie przyjaciół, ale nie w firmie. Biznes nie lubi emocji. Czy słusznie? Nie da się odciąć od emocji. Menedżerowie i liderzy też nie są od nich wolni i podejmują decyzje w określonym stanie emocjonalnym. Należy mieć jednak świadomość, że zarówno afekt negatywny, jak i pozytywny wpływa na sposób przetwarzania informacji. Gdy odczuwamy złość albo smutek, nasze pole uwagi jest zawężone. Dominuje wtedy myślenie tunelowe. Co innego emocje pozytywne. W radosnym nastroju podejmujemy decyzje, biorąc pod uwagę więcej informacji, ogląd sytuacji jest szerszy. Czy lepszy? Po prostu inny. Nie da się więc odciąć od emocji w procesie decyzyjnym. Jak w życiu, tak i w firmie ważny jest sposób ich wyrażania – zaznacza dr Agnieszka Popławska-Boruc.

Inteligencja emocjonalna – kompetencja na trudne czasy

„Sukces w życiu zależy nie tylko od intelektu, lecz także od umiejętności kierowania emocjami” – zdaje się, że Daniel Goleman rozwikłał zagadkę, która przez wieki nie dawała ludzkości spać spokojnie. Jak to jest, że wybitni uczniowie stają się co najwyżej przeciętnymi pracownikami, podczas gdy „średniacy” dochodzą do wysokich stanowisk, pieniędzy i sławy? To zasługa „odmiennego rodzaju mądrości”. Tak Goleman określa inteligencję emocjonalną, która według niego obejmuje zdolność do motywowania się i wytrwałości w dążeniu do celu, mimo że świat lubi rzucać kłody pod nogi. Człowiek inteligentny emocjonalnie potrafi odłożyć w czasie zaspokajanie popędów, regulować swój nastrój, wczuwać się w nastroje innych osób i patrzeć w przyszłość z optymizmem. Nie ma przywództwa bez inteligencji emocjonalnej – sugeruje badacz, dodając na pocieszenie, że tej kompetencji osobistej można się nauczyć.

Intuicyjny menedżer to sprawny menedżer?

Dlaczego jedni podejmują trafne decyzje w życiu prywatnym, zawodowym i osiągają sukces, a inni popełniają błąd za błędem, za co przychodzi im słono płacić? To zagadka, która podobnie jak inteligencja emocjonalna nie daje spać ludzkości. „Miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją” – powiedział Steve Jobs do studentów Uniwersytetu Stanforda. – „Postrzegam intuicję jako mechanizm, który wspiera proces podejmowania przez nas decyzji. Komunikuje się on z nami poprzez emocje: uważaj na to, podążaj za tym”. To właśnie w intuicji wielu przedsiębiorców, liderów i menedżerów upatruje się źródła ich sukcesów. Intuicję buduje się na bazie kumulowanych przez lata doświadczeń. Dzięki niej wytrawni menedżerowie potrafią bardzo szybko rozpoznać sytuację i podjąć trafną decyzję. Intuicja korzysta z pokładów nieświadomości i oszczędza sporo wysiłku poznawczego, choć oczywiście menedżerowie często nie chcą się przyznać, że jej zaufali. Wydaje im się, że mogliby wtedy stracić na wiarygodności, może nawet się ośmieszyć. Poniekąd wynika to z przekonania, jakie przez lata funkcjonowało w zarządzaniu: decyzje powinny być podejmowane w sposób chłodny, wyważony, wykalkulowany, a emocje w tym procesie mogą tylko namieszać. Dziś wiadomo, że emocje nie kłócą się z rozsądkiem – podkreśla dr Popławska-Boruc.

Z intuicji menedżerowie najczęściej korzystają w sytuacjach niepewnych, gdy brakuje danych i faktów potrzebnych do podjęcia decyzji, a także nie można się odwołać do wcześniejszych precedensów, bo ich albo nie ma, albo jest niewiele. Sytuację komplikują dodatkowo presja czasu i klęska urodzaju: istnieje kilka rozwiązań, z których każde jest jednakowo dobre. Wypisz, wymaluj – współczesność. Złożona, zmienna, nieprzewidywalna. W takich warunkach intuicja pomaga nie wypaść za burtę, choć opieranie się tylko na niej może sprawić, że łódka wywróci się do góry dnem.

Emocje, płeć i podejmowanie decyzji. Jak jest naprawdę?

Często można usłyszeć, że kobiety podejmują decyzje pod wpływem emocji. Za takim poglądem stoi zwykle zarzut, że decyzja nie opiera się na racjonalnych przesłankach, analizie dostępnych danych, szacunkach i kalkulacjach. Jednocześnie to samo zachowanie kobiety i mężczyzny jest odbierane inaczej. Wybuch złości menedżerki oznacza stereotypowo, że nie radzi sobie z emocjami, a może nawet jest histeryczką. O menedżerze, który krzyknie na pracownika czy walnie pięścią w stół, mówi się, że ma trudny charakter, preferuje twardy styl zarządzania. Rzeczywiście u kobiet łatwiej niż u mężczyzn wzbudzić emocje. Żadne z dostępnych badań nie potwierdzają jednak, że emocje wpływają na sposób podejmowania decyzji. Krótko mówiąc: nasze decyzje nie są gorsze jakościowo – zaznacza dr Popławska-Boruc.

Czy opłaca się okazywać emocje w pracy? Czy menedżer powinien je okazywać, czy raczej będzie to uznane za brak profesjonalizmu? Kadra menedżerska zaczyna coraz lepiej rozumieć, że dobre relacje między pracownikami a przełożonymi przekładają się nie tylko na atmosferę w zespole, lecz także na lepszą jakość pracy. Relacja ta powinna opierać się na zaufaniu. Trudno się na to zdobyć pracownikowi, jeśli widzi, że szef ukrywa swoje emocje, których de facto ukryć się nie da – mówi dr Popławska-Boruc. – Zwłaszcza młode pokolenie, które dopiero wchodzi na rynek pracy, oczekuje, żeby szef w odpowiedni sposób wyrażał emocje, nawet czasem podzielił się swoim życiem prywatnym. Po prostu był ludzki – dodaje.

Draw Distance podpisało aneks do umowy licencyjnej z Paradox Interactive

Draw Distance, krakowski developer i wydawca gier potwierdził rozszerzenie praw licencyjnych związanych z tworzoną przez studio grą Vampire: The Masquerade – Coteries of New York. Na bazie zaktualizowanego porozumienia tytuł zadebiutuje na konsolach PlayStation 4 oraz Xbox One a także może trafić na urządzenia przyszłej generacji.

Vampire: The Masquerade – Coteries of New York zadebiutuje już 4 grudnia na komputerach osobistych, natomiast na konsolach Nintendo Switch, PlayStation 4 oraz Xbox One pojawi się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Ostateczne ceny zostaną ujawnione w późniejszym terminie.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi zapowiedziami licencja na grę Vampire The Masquerade – Coteries of New York została rozszerzona o kolejne platformy dystrybucyjne. Jesteśmy zadowoleni z podpisanej umowy i czekamy z niecierpliwością na premierę gry na komputerach, od której dzielą nas już tylko tygodnie. – komentuje Michał Mielcarek, prezes Draw Distance.

Na bazie podpisanej umowy spółka zabezpieczyła również prawo do ewentualnych wersji gry przeznaczonych na konsole kolejnej generacji. Vampire: The Masquerade – Coteries of New York może pojawić się na PlayStation 5 oraz na następcy Xboxa One.

Nasz tytuł ma ogromny potencjał sprzedażowy – za mniej niż pół roku gra będzie dostępna na czterech platformach, w dodatku bazujemy na globalnie rozpoznawalnej marce. Dlatego też już dziś zapewniliśmy sobie prawo do stworzenia wersji gry na nadchodzącą generację konsol. – kończy prezes.

Przypominamy, że Vampire: The Masquerade – Coteries of New York jest opowieścią przeznaczoną dla jednego gracza, osadzoną w pełni licencjonowanym uniwersum Vampire: The Masquerade. Tłem poznawanej historii jest rywalizacja pomiędzy dwiema wampirzymi frakcjami, której stawką jest dominacja w Nowym Jorku. Materiały przybliżające rozgrywkę są już dostępne w internecie, m.in. na profilach social media należących do Draw Distance.

Potrzeba rozbudowy sieci przesyłowych. Sieci energetyczne wymagają gigantycznych inwestycji

Rewolucja odnawialnych źródeł energii w Polsce już się rozpoczęła. Obecnie rozwija się ze względu na rynek. Niższe ceny odnawialnych źródeł powodują, że warto inwestować w panele fotowoltaiczne, czy farmy wiatrowe na lądzie. Oczywiście w Polsce to pierwsze rozwiązanie jest zdecydowanie łatwiejsze w budowie. Wynika to z ustawy odległościowej – która powoduje, że na terytorium kraju ciężko jest gdziekolwiek postawić farmę wiatrową. Fotowoltaika tymczasem zdecydowanie się rozwija. Okazuje się, że w 2019 roku mamy już 1 GW mocy z elektrowni opartych o panele w całej Polsce. Stanowi to ok. 5 proc. naszego minimalnego zapotrzebowania na energię.

– Nie jest to jeszcze przełom, ale świadczy o tym, że nawet bez wsparcia i przesadnych dofinansowań branża źródeł odnawialnych może się rozwijać – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – W tej chwili istnieje jednak program Mój Prąd poświęcony fotowoltaice. Dopłaty 5 tysięcy złotych do jednej instalacji nie są przełomową kwotą w stosunku do kosztów inwestycji, ale nadal stanowią istotne wsparcie. Sam brak zakazu rozwoju energetyki odnawialnej w tym zakresie jest ważny. Z czasem źródeł będzie coraz więcej, co rodzi kolejne wyzwanie. Chodzi o rozprowadzenie powstałej energii po Polsce. Do ujarzmienia mocy OZE potrzebna jest rozbudowa sieci przesyłowych. Tym będzie zajmować się operator – Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Przykład Niemców pokazuje, że to bardzo duży koszt. Nasi sąsiedzi inwestują nawet miliard euro rocznie. Polacy także muszą być na to gotowi. Rozwoju OZE nie da się powstrzymać i konieczne jest dostosowanie się do zmian. Warto zastanowić się nad rozwiązaniem, które pomoże te sieci rozbudować. Komisja Europejska zamierza wspierać cele usieciowienia Europy, aby była jak najlepiej skomunikowana pod tym względem. Zapewne pojawią się odpowiednie mechanizmy wsparcia, które dofinansują tego typu przedsięwzięcia. Polska także powinna oczekiwać pomocy, bo nadal ma dużo do zrobienia – wyjaśnił Jakóbik.

Pojazdy autonomiczne i elektryczne stawiają nowe wyzwania dla dostawców Tier 1.

Elektromobilność niesie ze sobą prawdziwą rewolucję wśród firm z branży motoryzacyjnej. Jakich głównych zmian w produkcji podzespołów i systemów oczekują dostawcy Tier 1 . w odniesieniu do pojazdów elektrycznych i autonomicznych?

Samochody elektryczne są prostsze konstrukcyjnie niż ich spalinowe odpowiedniki. Wykorzystują znacznie mniejszą liczbę ruchomych podzespołów.  O ile układ napędowy pojazdu konwencjonalnego składa się przeciętnie z około 2 000 części, w przypadku modelu elektrycznego jest ich około 20. Ponadto budowa modeli samochodów zero-emisyjnych opiera się w dużej mierze na materiałach podatnych na recycling lub pochodzących z odzysku.

– Samochody elektryczne mają o 1/3 części mniej niż „tradycyjne” samochody spalinowe, nie posiadają sprzęgła, silnika spalinowego w tym tłoków, wału korbowego, nie posiadają też rury wydechowej czy miski olejowej… A więc ci, którzy produkują te właśnie części muszą już dziś poszukiwać nowych specjalizacji, bo za kilkanaście lat skończy się sprzedaż nowych samochodów spalinowych w Europie i rynek na te podzespoły gwałtownie się skurczy – podsumowuje Marcin Korolec, Prezes FPPE (Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych).

Waga, baterie i elektronika najważniejsze

Producenci chcąc mieć zagwarantowany zbyt części, które znajdą zastosowanie w samochodach elektrycznych, muszą poszukiwać jak najlżejszych materiałów. Wszelkie innowacje mające na celu wprowadzanie do użycia materiałów lekkich, kompozytów i lekkich stopów metali, a jednocześnie wystarczająco wytrzymałych mają swoją wielką przyszłość w nowym przemyśle pojazdów elektrycznych.

–  Waga, w przypadku pojazdów elektrycznych ma istotne znaczenie ze względu na zasięg pojazdu,  a baterie to dodatkowe kilogramy, które muszą zostać zbilansowane, przez obniżenie wagi konstrukcji pojazdu i jego elementów. Już dzisiaj świadome tych trendów firmy motoryzacyjne rozwijają nowe technologie materiałowe, aby produkować komponenty lżejsze przy użyciu odpowiednich materiałów i technologii – mówi Łukasz Górecki, Menadżer Klastra Silesia Automotive and Advanced Manufacturing (SA&AM)

– Wraz z postępującym rozwojem elektromobilności, szczególne znaczenie wśród dostawców części zajęli producenci ogniw litowo-jonowych. Na podstawie długoterminowych kontraktów, wiele koncernów motoryzacyjnych podejmuje działania mające na celu zabezpieczenie dostaw akumulatorów – dodaje Maciej Mazur, CEO Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA).

Kluczową rolę w przypadku pojazdów autonomicznych niewątpliwie odegra elektronika. W pojazdach autonomicznych wyposażony w nią będzie prawie każdy element pojazdu. To stwarza oczywiście nowe wyzwania w zakresie łączenia elektroniki, sensorów, kamer z tradycyjnymi materiałami i produkowanymi komponentami.

– Pojazdy autonomiczne wymagają zastosowania odpowiednich systemów elektronicznych, kamer, czujników, radarów czy lidarów. Popularyzacja pojazdów elektrycznych i samosterujących wymusza na dostawcach podzespołów zmiany zarówno w zakresie oferty, jak i zatrudnienia – dodaje Maciej Mazur.

Producenci pojazdów oczekiwać będą od dostawców, dostarczania w pełni funkcjonalnych, gotowych, już zintegrowanych z elektroniką komponentów, a to powoduje konieczność uzupełnienia kompetencji o nowe obszary, oraz inwestycji w nowe urządzanie i maszyny.

Ważna komunikacja w łańcuchu dostaw

Wraz z pojawieniem się zestandaryzowanych platform modułowych dla nowych modeli pojazdów, dostawcy Tier 1 przewidują dalszą integrację systemów, uszczuplenie łańcuchów dostaw i wprowadzanie daleko idącej automatyzacji procesów wytwarzania. W tym kontekście wyśrubowany rygor w zakresie zapewnienia wysokiego poziomu jakości, czystości i bezpieczeństwa może przyczyniać się do tego, że z jednej strony dostawcy Tier 1 skupiać się będą na swoich rdzeniowych kompetencjach i dążyć do specjalizacji. Z drugiej strony zaś będzie im coraz trudniej przekonać lokalnych dostawców na poziomie Tier 2 i Tier 3 do spełnienia wymagań i dokonania niezbędnych inwestycji w nowe technologie wytwarzania. Przy obawie o brak, odpowiednio wykwalifikowanych i mających określony potencjał wytwórczy, regionalnych dostawców Tier 2 i Tier 3, już dziś obserwujemy na poziomie Tier 1 proces „insourcingu” dzięki automatyzacji i łączeniu procesów wytwarzania dla nowych projektów o zwiększonym ryzyku. Np. takich projektów, które dotyczą łączenia elektroniki w komponentach i systemach czy też produkcji kompleksowych komponentów składających się z części stworzonych w jednej operacji a pierwotnie dostarczanych odrębnie przez dostawców zewnętrznych i kompletowanych u Tier 1.

– Dostawcy Tier 1 w Polsce wciąż zbyt słabo komunikują w swoich regionalnych ekosystemach swoje oczekiwania wobec dostawców, w zakresie kompetencji i procesów wytwarzania. Liczą raczej na dotychczasowe relacje i mają nadzieję, że ich dostawcy w odpowiednim czasie dokonają zmian technologicznych. W Europie obserwuje się większe zainteresowanie współpracą Tier 1 z firmami technologicznymi (start-upami). Jest to sposób na dotarcie do nietuzinkowych rozwiązań w zakresie autonomicznych pojazdów i nowych podejść do procesów wytwarzania komponentów, a także sposób na inkorporowanie nowych kompetencji poprzez łączenie ambitnych zespołów technologów takich firm z własnym działem badawczo-rozwojowym – podsumowuje Luk Palmen, Manager ds. Innowacji i Kooperacji Klastra Silesia Automotive and Advanced Manufacturing (SA&AM)

Na tegoroczne święta Polacy wydadzą średnio 1,7 tys. zł. Tylko co trzeci zamierza na nich oszczędzać

Na tegoroczne święta Polacy wydadzą średnio 1,7 tys. zł. Tylko co trzeci zamierza na nich oszczędzać 2

Do świąt Bożego Narodzenia pozostało mniej niż półtora miesiąca. Na ich organizację w tym roku najwięcej – ponad 2 tys. zł – zamierzają przeznaczyć rodziny z dziećmi – wynika z Barometru Providenta. Większość badanych, bo aż 84 proc., zapowiada, że sfinansuje świąteczne wydatki z bieżącego budżetu, a tylko 4 proc. przyznaje, że pomogą im w tym środki z programów socjalnych. 80 proc. Polaków spodziewa się znaleźć pod choinką prezenty, a wśród najbardziej pożądanych są biżuteria, perfumy, kosmetyki, elektronika i małe AGD.

– Początek listopada to czas, kiedy powoli zaczynamy myśleć o świątecznych wydatkach. Zapytaliśmy Polaków, ile środków na ten cel zamierzają przeznaczyć z domowego budżetu. Respondenci odpowiedzieli, że w tym roku będzie to średnio 1,7 tys. zł – mówi agencji Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska. – Więcej wydadzą panowie, którzy planują przeznaczyć na ten cel ok. 2 tys. zł, natomiast panie szacują, że zmieszczą się w budżecie około 1,5 tys. zł. Jednak na święta najwięcej, powyżej 2 tys. zł, zamierzają wydać trzydziestokilkulatkowie oraz rodziny z dziećmi.

Z najnowszego Barometru Providenta wynika, że Polacy odpowiedzialnie podchodzą do świątecznych wydatków. 84 proc. osób zamierza je sfinansować z bieżących dochodów. Co piąty respondent wykorzysta w tym celu oszczędności zgromadzone z większym wyprzedzeniem. Tylko 4 proc. Polaków przyznało, że pomogą im w tym pieniądze z programów socjalnych, a zaledwie 1 proc. będzie zmuszonych zwrócić się po pomoc do rodziny bądź instytucji finansowej czy banku.

– Większość badanych przez nas Polaków przyznaje, że nie będzie mieć problemów ze sfinansowaniem tegorocznych świąt Bożego Narodzenia. 40 proc. zadeklarowało, że kupi produkty, których potrzebuje, i nie będzie się ograniczać do tych najtańszych. Te najtańsze wybierze za to 30 proc. respondentów, którzy deklarują, że będą jednak oszczędzać i wydatki planować z głową. Z kolei co piąty respondent przyznaje, że magia świąt jest dla niego najważniejsza, dlatego zamierza spełnić wszystkie swoje marzenia i kupić wszystkie produkty, których oczekuje – mówi Magda Maślana.

Nieodłączną częścią wigilijnych przygotowań są prezenty. 80 proc. Polaków spodziewa się, że w tym roku znajdzie je pod choinką.

– Kobiety w większości marzą o biżuterii, perfumach i kosmetykach, natomiast mężczyźni zdecydowanie wskazują na elektronikę. Co ciekawe, ten podział zmienia się również ze względu na wiek. Seniorzy chcieliby dostać bon, który będą mogli wykorzystać w dowolnym sklepie, młodzi ludzie liczą bardziej na małe AGD, natomiast osoby po 40. roku życia najbardziej ucieszyłby prezent w postaci małej elektroniki – mówi Magda Maślana.

Jak podkreśla, prezenty to przeważnie największy wydatek w świątecznym budżecie. Dlatego warto rozłożyć go w czasie i już teraz zacząć porównywać ceny, wybrać najlepsze oferty i kupić prezenty wcześniej. W ten sposób w grudniu można się skupić wyłącznie na planowaniu wigilii, co pozwoli uniknąć przedświątecznej gorączki oraz nieplanowanych wydatków.

Ciepłownictwo ma problemy z rentownością. Pod koniec przyszłego roku mogą pojawić się przerwy w dostawach ciepła

Ciepłownictwo ma problemy z rentownością. Pod koniec przyszłego roku mogą pojawić się przerwy w dostawach ciepła 3

Wskaźniki rentowności w ciepłownictwie systemowym i płynności finansowej przedsiębiorstw z tego sektora są niepokojąco niskie. – Oznacza to brak środków na konieczne inwestycje i zwiększa ryzyko upadłości oraz przerw w dostawach ciepła, które mogą pojawić się w końcówce przyszłego albo na początku 2021 roku, jeżeli nie zmieni się model regulacji w ciepłownictwie – prognozuje Jacek Szymczak, prezes IGCP. Poprawa rentowności sektora jest o tyle istotna, że w najbliższym czasie czeka go wiele wyzwań związanych z dostosowywaniem się do regulacji unijnych i wymogów środowiskowych.

Pilnym problemem, który musi zostać rozwiązany w 2020 roku, jest zmiana modelu regulacji w ciepłownictwie. Bazując na oficjalnych danych, rentowność w sektorze ciepłownictwa systemowego za ubiegły rok jest na poziomie 1,88 proc. i spadła o kilka procent w stosunku do poprzedniego. O wiele bardziej niebezpieczny jest fakt, że wskaźnik płynności finansowej przedsiębiorstw regulowanych jest na poziomie 0,61, podczas gdy poziom bezpieczny dla funkcjonowania podmiotu gospodarczego wynosi 1,2. To oznacza, że prawie 40 proc. zobowiązań nie ma pokrycia w przychodach. Upadają nawet nie te przedsiębiorstwa, które pokazują ujemną rentowność, ale takie, które nie mają pieniędzy, mają bardzo niskie współczynniki płynności – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Szymczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Jak podkreśla, niska rentowność to zagrożenie dla funkcjonowania przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich, i duży problem, ponieważ firmy nie mają środków na podejmowanie inwestycji i modernizowanie jednostek wytwórczych w celu dostosowywania ich do wymogów środowiskowych.

Musimy w racjonalny sposób odchodzić od węgla, tam, gdzie jest to uzasadnione stosować coraz więcej rozwiązań opartych na gazie, na odnawialnych źródłach energii. Nie zrobimy tego, nie mając odpowiedniego poziomu rentowności – mówi Jacek Szymczak.

Prezes IGCP ocenia również, że nie ma na razie zagrożenia przerwami w dostawach ciepła. Jeśli jednak w perspektywie 2020 roku nie zmieni się model regulacji, to przy rosnących cenach uprawnień do emisji CO2 i kosztach wewnętrznych, które wynikają m.in. z wahań cen paliw, takie zagrożenie może pojawić się w końcówce przyszłego albo na początku 2021 roku.

– Ekonomia jest nieubłagana. Skoro wskaźniki rentowności i płynności pokazują, że istnieje zagrożenie funkcjonowania dla bardzo wielu przedsiębiorstw, szczególnie w obszarze Polski powiatowej, to trzeba wziąć to poważnie pod uwagę – podkreśla Jacek Szymczak.

Poprawa rentowności sektora jest o tyle istotna, że w najbliższym czasie czeka go wiele wyzwań związanych z wdrażaniem i dostosowywaniem się do regulacji unijnych i krajowych: od Pakietu Zimowego poprzez dyrektywy o OZE i efektywności energetycznej aż po wdrożenie rynku mocy czy reformę systemu ETS-ów (handlu uprawnieniami do emisji CO2), która w 2021 roku ograniczy ilość darmowych uprawnień.

Wiemy, że w perspektywie 2030 roku trzeba zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii o 32 proc. i poprawić efektywność energetyczną o 31 proc. Trzeba będzie zadbać o to, żeby systemy ciepłownicze w Polsce spełniały warunek tzw. efektywnego systemu ciepłowniczego, a także miały odpowiednią jakość ciepła w sieciach, bo to będzie warunkowało możliwość sprzedaży ciepła do nowych i dogłębnie modernizowanych budynków. Wiemy, co robić, natomiast wielkim wyzwaniem jest kwestia praktycznej realizacji tych wszystkich zadań – mówi Jacek Szymczak.

Ciepło systemowe gra ważną rolę w walce ze smogiem i ograniczaniem emisji CO2. W Polsce potencjał dla rozwoju sektora ciepłowniczego jest bardzo duży, bo ponad 100 miast średniej wielkości wciąż nie ma elektrociepłowni, a w wielu aglomeracjach sieć ciepłownicza wymaga gruntownej modernizacji. Branża podkreśla jednak, że nie będzie to możliwe bez specjalnej, dedykowanej ustawy, która umożliwi regulowanie stanu prawnego istniejących sieci ciepłowniczych i ich rozwijanie.

– Dzisiaj w miastach, kiedy trzeba przeprowadzić sieć przez działki należące do kilku, kilkunastu, a czasem nawet do kilkudziesięciu właścicieli, cały proces uzgodnień i pozyskania zgód na położenie sieci potrafi zająć nawet dwa lata. Bardzo dobrze się stało, że ciepłownictwo systemowe zostało uznane za efektywne narzędzie walki ze smogiem, ale trzeba zadbać, żeby przepisy prawne ułatwiały nam rozwój sieci. Skoro chcemy efektywnie walczyć ze smogiem, to jest kolejny obszar, którym należy się zająć – mówi Jacek Szymczak.

Nad strategią dla ciepłownictwa pracuje specjalny zespół powołany przez ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego w ubiegłym roku. Strategia ma być dokumentem wykonawczym do nowej „Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku”, która ma być gotowa do końca roku.

Wrocławskie firmy będą wspierać start młodych na rynku pracy. Od grudnia ruszy Klub Młodego Przedsiębiorcy

Wrocławskie firmy będą wspierać start młodych na rynku pracy. Od grudnia ruszy Klub Młodego Przedsiębiorcy 4

Klub Młodego Przedsiębiorcy pomoże młodzieży Wrocławskiego Centrum Opieki i Wychowania świadomie wkroczyć na rynek pracy, zdobyć kompetencje zawodowe lub założyć własną firmę. Zainicjowany przez Europejski Fundusz Leasingowy Klub Młodego Przedsiębiorcy wystartuje w grudniu. Wciąż mogą się zapisywać firmy, które chcą włączyć się w rozwój lokalnej społeczności i umożliwić młodym odbywanie praktyk wakacyjnych w swoim przedsiębiorstwie. Program obejmuje na razie tylko Wrocław, ale docelowo będzie rozszerzony również na inne miasta w Polsce.

– Klub Młodego Przedsiębiorcy to zainicjowany przez nas projekt, który ma dać szansę podopiecznym Wrocławskiego Centrum Opieki i Wychowania poznać świat, do którego za chwilę będą wkraczać, pomóc im się zorientować, gdzie i jak zdobyć pracę, czy opłaca się założyć własną firmę, jak załatwić związane z tym formalności. Słowem: wszystko to, co potrzebne młodemu człowiekowi, żeby wkroczyć w dorosłe życie, usamodzielnić się, zacząć zarabiać i poszerzać swoje kompetencje – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Picher-Różyło, kierownik Biura Zarządu i CSR w Europejskim Funduszu Leasingowym.

Prowadzony przez EFL projekt Klub Młodego Przedsiębiorcy jest skierowany do wychowanków Wrocławskiego Centrum Opieki i Wychowania, którzy mają powyżej 15 lat. To największa we Wrocławiu placówka opiekuńczo-wychowawcza, która ma pod opieką około 200 młodych ludzi. Program zostanie oficjalnie zainaugurowany 7 grudnia. Jego główny cel to przekazanie młodym wiedzy oraz umiejętności potrzebnych do wejścia na rynek pracy, zdobycia doświadczenia zawodowego albo założenia własnej firmy i uzyskania finansowej niezależności.

– Na początek nasi pracownicy przekażą swoją wiedzę młodym ludziom, którzy od czerwca zaczną uczestniczyć w praktykach i uczyć się zawodu – mówi Joanna Picher-Różyło. – Zastanawialiśmy się, jak pomóc lokalnym społecznościom i zaangażować przy tym naszych pracowników. Chcieliśmy również zaangażować do pomocy inne firmy, które mogą zaoferować wiedzę, wykłady czy praktyki. Postanowiliśmy połączyć siły: lokalnej społeczności, naszych pracowników i firm zrzeszonych.

Obok Europejskiego Funduszu Leasingowego partnerami projektu Klub Młodego Przedsiębiorcy są Bank Credit Agricole, Narodowe Forum Muzyki oraz Carefleet, a honorowy patronat nad nim objęło miasto Wrocław i prezydent miasta Jacek Sutryk. Jednak do projektu wciąż może się zapisać każda firma, która chciałaby w nim uczestniczyć i umożliwić np. odbywanie młodym praktyk wakacyjnych czy staży w swoim przedsiębiorstwie albo przekazać wiedzę ekspercką w formie wykładów. EFL zaprasza do projektu szczególnie małe i średnie firny.

 Przewidujemy dalszy rozwój tego projektu na całe województwo dolnośląskie, jak również na całą Polskę. Wierzymy, że jest to projekt na tyle dobry, że z czasem zaczną do niego przystępować także inne miasta i firmy – mówi Joanna Picher-Różyło.

Udział w projekcie ma pozwolić podopiecznym Wrocławskiego Centrum Opieki i Wychowania przygotować się do rozpoczęcia życia na własny rachunek. Młodzi będą m.in. pracować nad umiejętnościami autoprezentacyjnymi, panowaniem nad stresem i poznawaniem podstaw finansowych działalności gospodarczej. Z kolei uczestniczącym w nim firmom umożliwi czynne włączenie się w rozwój lokalnej społeczności.

– Dla młodych ludzi korzyść, czyli usamodzielnienie się, jest oczywista. Do momentu, kiedy przebywają we Wrocławskim Centrum Opieki i Wychowania, są kierowani przez opiekunów, a opuszczając placówkę, zostają pozostawieni sami sobie. Chcemy im pokazać, jak się usamodzielnić, jak wejść w dorosły świat. Chcemy im pokazać, że sami są kowalami własnego losu – mówi Joanna Picher-Różyło.

Zwalnia konsolidacja przemysłu spożywczego. Przejęcia czekają jeszcze rozdrobniony rynek mięsny

Zwalnia konsolidacja przemysłu spożywczego. Przejęcia czekają jeszcze rozdrobniony rynek mięsny 5

– Przejęcia na rynku spożywczym w ostatnim roku, a nawet i w dłuższym okresie, znacznie spowolniły w stosunku do tego, co miało miejsce wcześniej – mówi Jan Kolański, prezes Grupy Colian. Jak ocenia, na rynku nie zostało już zbyt wielu graczy do przejęcia, ale proces konsolidacji wciąż może jeszcze dotknąć mocno rozdrobniony w tej chwili przemysł mięsny. 

 Na takie transakcje wpływa przede wszystkim koniunktura, która w tej chwili jest fantastyczna. Firmy bardzo dobrze prosperują, mają rewelacyjne wyniki i duże wzrosty – mówi agencji Newseria Biznes Jan Kolański, prezes Grupy Colian. – Mamy dość dużą hossę, ale w perspektywie najbliższych dwóch lat można się spodziewać zmiany koniunktury. Trudno powiedzieć, czy będzie to od razu kryzys, czy tylko spowolnienie. Biorąc pod uwagę fakt, że polska gospodarka jest w pewnym stopniu uzależniona od niemieckiej, która w tej chwili rozwija się znacznie wolniej, musimy być na to przygotowani.

Ostatnie lata na polskim rynku spożywczym upływały pod znakiem konsolidacji. Według KPMG w 2017 roku przeprowadzono w sumie jedenaście dużych transakcji w branży spożywczej i cztery w handlu detalicznym, z których największą było przejęcie sieci Żabka przez fundusz CVC Capital Partners. Ubiegły rok upłynął pod znakiem przejęć lokalnych sieci handlowych przez większych graczy (m.in. przejęcie sieci Aligator przez Grupę Specjał). Według KPMG w minionych dwóch latach wzrosła zarówno liczba, jak i wartość transakcji M&A na rynku spożywczym. W tym roku natomiast jedną z większych transakcji było przejęcie kontroli nad siecią Partner przez Eurocash, do którego należy m.in. sieć sklepów Delikatesy Centrum, Eko, sklepy zrzeszone w sieciach partnerskich i platforma internetowa Frisco.

– Transakcje na rynku spożywczym w ostatnim roku, a nawet i w dłuższym okresie, znacznie spowolniły w stosunku do tego, co miało miejsce wcześniej. W minionym roku nie było zbyt wielu takich transakcji – powiedział Jan Kolański podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – W ostatnim czasie dużo mówi się na temat przemysłu mięsnego, który jest mocno rozdrobniony. Przemysł cukierniczy już wcześniej w pewnym stopniu się skonsolidował. Jeśli chodzi o napoje, na polskim rynku mamy praktycznie wszystkich graczy międzynarodowych. Kolejne lata trudno prognozować, bo nie zostało już zbyt wielu graczy do przejęcia.

Jak podkreśla prezes Grupy Colian, do której należą takie marki, jak Grześki, Jutrzenka czy Hellena, każda taka transakcja to długotrwały proces, który musi być poparty dogłębnymi analizami rynku.

– Te podmioty, które przejmują, mają szansę nieporównywalnie szybszego rozwoju. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że one często nie mają wartości dodanej i mogą stracić na takiej transakcji, oddając zdobyty wcześniej rynek. Przejęcia muszą być bardzo dobrze przemyślane i wymagają spojrzenia na portfel produktowy, o czym się często zapomina – mówi Jan Kolański.

Przemysł spożywczy odpowiada za ok. 18 proc. produkcji sprzedanej przemysłu w Polsce, która pod względem eksportu żywności zajmuje ósme miejsce wśród państw UE. Ten w ciągu trzech ostatnich lat zwiększył się o 1/5 i w ubiegłym roku zanotował rekordowy jak dotąd poziom 29,7 mld euro – wynika z danych KOWR. Jak szacuje IERiGŻ, na koniec tego roku eksport żywności może wzrosnąć o kolejne prawie 7 proc. do poziomu 31,8 mld euro.

– Polski przemysł spożywczy znacząco się zmienił w ostatnich latach. Wcześniej Polska sprzedawała bardzo dużo surowców, w tej chwili eksportujemy  głównie produkty wysoko przetworzone. Nasze zakłady są już dobrze dostosowane do realiów rynkowych, bo w ostatnich 15 latach zainwestowano ogromne pieniądze w rozwój infrastruktury. Dzięki temu mamy w wielu obszarach dużą przewagę konkurencyjną pod względem ceny wytworzenia produktu – mówi Jan Kolański. – Polski przemysł nadal zbyt mało inwestuje w marki. To jeszcze przed nami. Wszystkie nasze firmy powinny zacząć się zastanawiać nad tym, jak budować swoją markę na rynkach międzynarodowych.