Prezes UOKiK zyskał dostęp do informacji skarbowych i bankowych o przedsiębiorcach

17 września weszły w życie nowe przepisy znowelizowanej latem ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, które zwiększają uprawnienia prezesa UOKiK w ramach przeprowadzania kontroli przedsiębiorców.

Prezes Urzędu będzie miał dostęp do tajemnicy bankowej i tajemnicy skarbowej, co w praktyce ma ułatwić mu szacowanie i nakładanie kar. Ich wysokość jest uzależniona od obrotów firmy za poprzedni rok.

– Do tej pory UOKiK musiał występować o dostęp do tych informacji za pośrednictwem odpowiednich organów, przy czym zdarzało się, że naczelnicy urzędów skarbowych odmawiali Urzędowi udostępnienia informacji objętych tajemnicą skarbową, w tym m.in. właśnie informacji o wysokości przychodu za rok poprzedni – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paulina Grunt, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Obecne urząd skarbowy nie będzie mógł odmówić udzielenia takich informacji prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w ramach prowadzonych przez UOKiK postępowań.

Nowe przepisy rozszerzyły także zakres informacji objętych tajemnicą bankową, których udostępnienia może żądać prezes UOKIK. Przed nowelizacją określonych informacji od banku urząd mógł żądać jedynie w ramach postępowania dotyczącego udzielenia pomocy publicznej, albo w ramach postepowania prowadzonego na podstawie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów.

Obecnie banki będą zobowiązane do udzielenia wrażliwych informacji także w przypadku postępowania dotyczącego wykorzystywania przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi.

Przyznanie coraz szerszych uprawnień prezesowi UOKIK z pewnością przyspieszy prowadzone przez urząd postępowania. Wielokrotnie decyzje odmowne naczelników urzędów skarbowych w zakresie ujawnienia informacji objętych tajemnicą skarbową były przez UOKiK skutecznie zaskarżane, co wiązało się z wydłużaniem postępowań.

– Jak się wydaje, w sprawach związanych z naruszaniem zbiorowych interesów konsumentów, akurat czas ma duże znaczenie. Urząd z pewnością chętnie sięgnie do tych rozwiązań w przypadku takich postępowań, w których firma utrudnia przeprowadzenie kontroli i nie współpracuje z kontrolującym organem – komentuje P.Grunt z Z&P.

Kłopoty branży motoryzacyjnej odbiją się na polskiej gospodarce

Skutki spowolnienia gospodarczego w Niemczech uderzą w pierwszej kolejności w naszą branżę motoryzacyjną. W dalszej kolejności w producentów maszyn i urządzeń, a także w sektor wytwarzania tworzyw sztucznych.

We wrześniu produkcja przemysłowa wzrosła o 5,6 proc., co było pozytywnym zaskoczeniem, bo w sierpniu jej dynamika wynosiła zaledwie 1,7 proc. i wydawało się, że spowolnienie, które jest widoczne na rynkach zagranicznych, a zwłaszcza w gospodarce niemieckiej, zaczyna mieć odzwierciedlenie w polskiej gospodarce.

Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface
Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface

– Nie spodziewam się, aby dynamika produkcji utrzymała się na tak wysokim poziomie, ponieważ wcześniej czy później spowolnienie w Niemczech zacznie być coraz bardziej zauważalne i to nie tylko w produkcji przemysłowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Prognoza międzynarodowej firmy Coface zakłada, że niemiecka gospodarka wzrośnie w tym roku o 0,5 proc., a w 2020 r. ta właśnie dynamika zostanie utrzymana. Jeszcze w 2017 r. rosła ona w tempie 2,5 proc.

– Obecnie polska gospodarka zasilana jest przede wszystkim popytem krajowym, a firmy koncentrujące się na działalności eksportowej już w dużym stopniu odczuwają spowolnienie nadchodzące z Niemiec – komentuje G.Sielewicz z Coface. – Spowolnienie w gospodarce światowej głównie uderzy w naszą branżę motoryzacyjną, bo jesteśmy liderem w Europie Środkowo-Wschodniej w produkcji części i komponentów do samochodów, na które popyt będzie malał.

Motoryzacja zacznie zarażać inne sektory przetwórstwa przemysłowego jak choćby producentów maszyn i urządzeń czy producentów tworzyw sztucznych.

Wzrost cen nowych samochodów. Dlaczego auta w 2020 roku będą droższe?

Zapomnijmy o globalnej wojnie handlowej, zapowiadanym spowolnieniu gospodarczym, a nawet Brexicie – największe wyzwanie stojące przed europejskim przemysłem samochodowym pochodzi z rur wydechowych jego pojazdów. W 2020 r. zaczną obowiązywać nowe, ostrzejsze przepisy dotyczące limitów emisji CO2. Jeżeli producenci nie dostosują się do tego trendu, to wypadną z rynku. Za niespełnienie nowych limitów producenci będą płacić wysokie kary.

W 2020 r. branża motoryzacyjna przejdzie prawdziwą rewolucję

Na przestrzeni ostatnich lat producenci silników samochodowych poczynili olbrzymie postępy w zakresie redukcji zużycia paliwa dla nowo produkowanych samochodów. Zużycie paliwa, a tym samym emisja CO2 stale spada. Jednak unijni przedstawiciele zadecydowali, że zbyt wolno i przed przemysłem motoryzacyjnym postawili nowe, ambitniejsze cele – zredukowanie średnich emisji dwutlenku węgla (CO2) w nowych samochodach osobowych o -15 proc. w 2025 r., i o -37,5 proc. w 2030 r.

Nowe samochody będą droższe – koncerny mocno obniżą zyski, więc koszty spadną na kierowców

Wraz z wejściem w życie regulacji Unii Europejskiej dotyczącej redukcji emisji CO2 producenci będą zmuszeni do optymalizacji jednostek silnikowych pod kątem mniejszego zużycia CO2, a co za tym idzie silniki po tej „optymalizacji” staną się mniej wydajne. W przyszłości można spodziewać się również gwałtownego wzrostu kosztów rozwoju tych technologii. Jak ocenia firma Euler Hermes zmiana nie wpłynie jedynie na spadek sprzedaży w skali 9 proc. do końca 2020 r., i o 18 proc. do 2025 r., ale również obniży obroty i marże sektora motoryzacyjnego. Za wszystko jak zwykle i tak zapłacą konsumenci – eksperci prognozują wzrost cen nowych samochodów na poziomie 3%.

Branża motoryzacyjna wyhamuje

Europejskie rozporządzenie stosuje się wyłącznie do technicznej efektywności nowych samochodów. Na wartości emisji CO2 na ulicy wpływa jednak wiele różnych czynników. Obejmują one wydajność pojazdu, przejechane kilometry i żywotność samochodu, styl jazdy, istniejącą flotę pojazdów oraz zawartość CO2 w nośnikach energii. Kompleksowa strategia powinna uwzględniać wszystkie czynniki i wykorzystywać cały potencjał redukcji CO2. Odpowiadając na pytanie, czy branża motoryzacyjna wyhamuje – tak, ale też zmieni kierunek rozwoju. W rezultacie, do końca 2020 r. eksperci prognozują spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2,9 mld euro. 2020 r. okaże się dla koncernów samochodowych wyjątkowym wyzwaniem.

Polska gospodarka też odczuje zmiany

Branża motoryzacyjna odpowiada za 8 proc. polskiego PKB, stanowi 13 proc. krajowego eksportu w ubiegłym roku osiągając wartość 31 mld euro. Stowarzyszenie Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych szacuje, że w wyniku wprowadzenia 30-procentowego ograniczenia emisji CO2 do 2030 r. wartość produkcji polskiego sektora motoryzacyjnego spadnie z 20 do 14 mld euro, a liczba pracowników ze 140 do 85 tys. osób.

Nowe auta się wynajmuje, coraz rzadziej kupuje

Coraz popularniejszym w naszym kraju staje się trend długoterminowego najmu samochodu. Branża wynajmu długoterminowego rośnie w dwucyfrowym tempie, a już co piąty nowy samochód osobowy sprzedany w Polsce znajduje się w wynajmie długoterminowym. Długoterminowy wynajem auta to nie tylko ochrona przed szybką utratą na wartości samochodu, również spora elastyczność i możliwość testowania samochodów różnych marek.

Marki D2C przyciągają inwestorów, ale też muszą mierzyć się z wyzwaniami

Przykłady marek działających w modelu direct-to-consumer zdają się potwierdzać, że jest to doskonały model biznesowy dla wielu młodych firm, w szczególności w obliczu dynamicznego rozwoju rynku e-commerce. Brak pośredników w sprzedaży, lepsza kontrola nad procesem zakupowym oraz bezpośredni kontakt z klientem to największe zalety tej metody. Działające niszowo marki, operujące na wysokich marżach, przyciągają uwagę nie tylko konsumentów, ale też inwestorów, takich jak fundusze venture capital. Choć model ten ma wiele plusów, marki powinny pamiętać, że D2C nie zawsze jest idealnym rozwiązaniem. Najlepiej sprawdza się w przypadku produktów premium, innowacyjnych czy mocno spersonalizowanych. Firmy rozpoczynające działalność w tym modelu, powinny mieć także na uwadze to, że nie unikną wyzwań typowych dla każdego startującego biznesu.

Zdobywający coraz większą popularność model sprzedaży direct-to-consumer zakłada usunięcie pośredników między marką a jej odbiorcą docelowym. Pośrednikami tymi są zarówno mass media, poprzez które odbywa się tradycyjna komunikacja marketingowa, jak i detaliści, czyli wszystkie fizycznie istniejące punkty pośredniczące w sprzedaży. W nowym modelu marka sprzedaje bezpośrednio do klienta, łącząc w sobie produkt, sprzedawcę, medium i komunikat. Sukces sprzedaży D2C wynika przede wszystkim ze spersonalizowanego podejścia oraz kreatywnych rozwiązań, zwłaszcza w obszarze marketingu cyfrowego. Rozwój firm działających w ten sposób umożliwił postępujący na masową skalę dostęp do Internetu, a w szczególności rozkwit mediów społecznościowych, za pośrednictwem których marki D2C docierają do swoich klientów.

Z jakimi wyzwaniami spotyka się firma sprzedająca D2C?

Jedną z najczęściej wymienianych marek sprzedających na zasadzie direct-to-consumer jest Warby Parker. Ten producent okularów korekcyjnych zaczynał jako start-up, a dziś jest ogólnoświatowym gigantem wycenianym na miliony dolarów. Swój sukces marka zawdzięcza nowemu sposobowi sprzedaży okularów, dzięki któremu nie trzeba odwiedzać zakładu optycznego. Zamiast tego klienci otrzymują kurierem pięć wybranych par, by następnie zatrzymać te, które odpowiadają im najbardziej. Kluczowy okazał się tu bezpośredni kontakt z klientem, innowacyjny pomysł, wygoda zakupu przez Internet oraz dostosowanie do wymagań użytkownika.

– Jednym z najważniejszych wyzwań modelu direct-to consumer jest utrzymanie wysokiego poziomu obsługi klienta. Konsument szybko podejmuje decyzję, ale również bardzo szybko może przestać kupować produkt czy usługę, gdy zostanie niewłaściwie obsłużony – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego finansującego innowacyjne biznesy. – Równie istotne jest właściwe targetowanie działań marketingowych. Produkt kierowany na rynek konsumencki wymaga bardzo precyzyjnego określenia grupy docelowej. Dzięki temu, przekaz marketingowy będzie kierowany do właściwych osób, które potencjalnie mogą zostać klientami. W przeciwnym razie, pomimo angażowania dużych budżetów, efekty działań marketingowych mogą być niesatysfakcjonujące – dodaje Krystyna Kalinowska.

Model D2C także wymaga inwestycji

Choć sprzedaż w modelu D2C oznacza często wyższe marże wynikające z oszczędności na koszcie pośredników czy tradycyjnych działań marketingowych, nie oznacza to, że biznes tego typu nie wymaga kapitału. Firma musi samodzielnie zorganizować cały proces w ramach łańcucha dostaw, od stworzenia produktu, do sprzedaży klientowi docelowemu. Sporych nakładów wymagają także wszystkie działania zmierzające do wykreowania nowej marki. Koniecznym elementem jest więc zapewnienie niezbędnych środków na start. W pierwszej kolejności założyciele firmy sięgają zwykle po środki własne oraz pożyczone od rodziny (tzw. FFF – friends, foods and family), ewentualnie zapraszają do współpracy anioła biznesu. W dalszym kroku, aby przyspieszyć swój rozwój można rozważyć pozyskanie inwestora finansowego. Posiadająca zdolność kredytową firma, może też działać w oparciu o środki pożyczone z banku, choć oznacza to wolniejszą ścieżkę wzrostu.

Marki D2C mogą zrobić prawdziwą furorę wśród inwestorów, co potwierdzają przykłady, gdy działające w tym modelu firmy stają się obiektem zainteresowania ze strony globalnych graczy branżowych. Było tak w przypadku koncernu Unilever, który przejął firmę DollarShaveClub, sprzedającą artykuły do golenia w modelu abonamentowym, za kwotę 1 mld USD. – Model biznesowy w jakim działa firma nie jest, aż tak istotny w procesie pozyskiwania finansowania bankowego. Bardziej istotne jest to w jakiej branży działa firma, jaka jest wysokość osiąganych przychodów, czy są zyski, zabezpieczenia itp. Ocena pod kątem atrakcyjności modelu biznesowego jest ważniejsza w przypadku inwestorów finansowych takich jak fundusze venture capital. W procesie oceny potencjalnych projektów jest to jedna z kluczowych rozpatrywanych kwestii, obok takich jak wielkość rynku, potencjał wzrostu, unikalność oferowanego rozwiązania czy bariery wejścia na rynek  – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

Model direct-to-consumer jest atrakcyjny z uwagi na to, że płatność od klientów następuje zwykle bezpośrednio przy zakupie produktu czy usługi, więc nie trzeba czekać na spływ należności. Należy mieć jednak na uwadze to, że w procesie produkcji niejednokrotnie potrzebna jest pomoc podwykonawców, a tym często trzeba zapłacić z góry. Dodatkowe finansowanie na cele obrotowe może więc okazać się bardzo pomocne.

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać  startupy, generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji.

Michał Zębik

Cisco dołącza do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie (PWCyber) realizowanego przez Ministerstwo Cyfryzacji

Sekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji i Pełnomocnik Rządu do spraw Cyberbezpieczeństwa, Karol Okoński, oraz Dyrektor Generalny Cisco w Polsce, Przemysław Kania, podpisali porozumienie o przystąpieniu Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie (PWCyber) realizowanego przez Ministerstwo Cyfryzacji. Porozumienie podpisano podczas trwającego w Katowicach V Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa CYBERSEC.

Obie strony zgodziły się działać wspólnie by realizować cele porozumienia PWCyber, które obejmują:

  • Podnoszenie kompetencji w zakresie świadomości zagrożeń, metod ataków w cyberprzestrzeni oraz prawnych, organizacyjnych i technicznych umiejętności przeciwdziałania zagrożeniom;
  • Identyfikację podatności i zagrożeń, wymianę informacji oraz wypracowywanie metod zgłaszania i obsługi incydentów, w tym również organizację i udział w ćwiczeniach;
  • Opracowywanie rekomendacji w zakresie konfiguracji urządzeń, oprogramowania i usług w sposób maksymalizujący skuteczność mechanizmów zabezpieczających;
  • Przygotowanie i prowadzenie oceny oraz certyfikacji cyberbezpieczeństwa rozwiązań i usług.
  • Promowanie innowacyjnych rozwiązań i projektów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa oraz budowanie partnerstwa z podmiotami zainteresowanymi opracowywaniem, testowaniem i wdrażaniem nowych rozwiązań.

– Przystąpienie Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie to ważny krok w jego dalszym rozwoju. Zapewnienie cyberbezpieczeństwa wymaga wspólnych działań w ramach partnerstwa pomiędzy administracją publiczną a sektorem prywatnym. Im więcej wiedzy i informacji od globalnych firm takich jak Cisco będziemy mogli wykorzystać, tym lepiej będziemy w stanie zabezpieczyć nasze państwo przed potencjalnymi zagrożeniami – powiedział Karol Okoński, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji i Pełnomocnik Rządu do spraw Cyberbezpieczeństwa.

– Podpisane dziś porozumienie o przystąpieniu Cisco do Programu Współpracy w Cyberbezpieczeństwie wpisuje się w działania Cisco zmierzające do zwiększenia świadomości istniejących cyberzagrożeń i poprawy poziomu bezpieczeństwa. Jestem niezwykle dumny z faktu, że know-how, rozwiązania i specjaliści Cisco pomogą Ministerstwu w realizacji Programu PWCyber – powiedział Przemysław Kania, Dyrektor Generalny Cisco w Polsce.

Cisco jest największym na świecie dostawcą rozwiązań bezpieczeństwa. Firma posiada również najszersze portfolio rozwiązań cyberbezpieczeństwa, które łączy w spójną i skuteczną architekturę. W 2016 roku firma otworzyła w Polsce swoje jedyne w Europie i jedno z trzech na świecie Centrum Operacji Bezpieczeństwa (Security Operations Center, SOC), działające w ramach centrum usług Cisco Global Services Center w Krakowie, które świadczy zaawansowane usługi bezpieczeństwa na rzecz największych globalnych firm.

6% wzrost sprzedaży robotów na świecie i 40% w Polsce

  • Globalna sprzedaż robotów przemysłowych w 2018 r. wzrosła o 6% do 422 000 jednostek
  • W Polsce sprzedaż robotów rok do roku wzrosła o 40%, osiągając rekordową liczbę 2 651 jednostek
  • Po raz pierwszy w historii IFR wyróżniła roboty współpracujące jako oddzielną kategorię
  • W 2018 roczna liczba instalacji cobotów wzrosła o 23% w porównaniu do 2017

Międzynarodowa Federacja Robotyki (IFR)[1] opublikowała najnowsze dane o rynku robotyki w 2018. Globalna sprzedaż robotów przemysłowych, w porównaniu z rokiem poprzednim, wzrosła o 6% (łączna sprzedaż w 2018 r. wyniosła 422 tys. jednostek), w Europie wzrosła o 14% do 75 560 jednostek, ustanawiając szósty rok z rzędu nowy rekord. W Europie Środkowo-Wschodniej sprzedaż spadła o 8% do 9 732 jednostek, podczas gdy w Polsce wzrosła o 40% do 2 651 jednostek. Patrząc w przyszłość, analitycy IFR przewidują, że wzrost globalny będzie kontynuowany. IFR szacuje, że od 2020 r. do 2022 r. w fabrykach na całym świecie zainstalowane zostaną prawie 2 miliony nowych robotów przemysłowych (CAGR 12%). Infografika_Polska_na_mapie_robotyzacji_UR

Polska

W 2018 r. sprzedaż robotów w Polsce wzrosła o 40%, osiągając poziom 2 651 jednostek, w porównaniu do 1 891 jednostek w 2017. Największy udział w sprzedaży w 2018 r. odnotowano w przemyśle motoryzacyjnym – 33% – 883 sprzedanych jednostek (wzrost sprzedaży o 48%). Drugie miejsce należy do przemysłu tworzyw sztucznych i produktów chemicznych posiadającego 15% udziału w rynku robotów w Polsce – 407 sprzedanych jednostek (wzrost sprzedaży o 19%), a trzecie do przemysłu metalowego i maszynowego, który odnotował 9% udział w sprzedaży – 227 sprzedanych sztuk (8% spadek sprzedaży). Tzw. gęstość robotyzacji stale rośnie. W 2018 osiągnęliśmy poziom 42 robotów na 10 000 pracowników w przemyśle produkcyjnym, w porównaniu do 36 w poprzednim roku. Od 2013 gęstość robotów w przemyśle motoryzacyjnym rosła średnio o 10% rocznie ze 117 do 189 jednostek na 10 000 pracowników; we wszystkich innych branżach gęstość robotów wynosi 29. Liczba pracujących robotów w Polsce (ang. operational stock) to na koniec 2018 r. 13 632 jednostek – o 20% więcej niż przed rokiem.

Mówiąc o zastosowaniach robotów w Polsce, w 2018 r. 1 477 jednostek pracowało przy czynnościach przeładunku i obsługi maszyn, w tym 291 przy przeładunku materiałów, 460 formowaniu tworzyw sztucznych, 187 paletyzacji, 172 pakowaniu i przemieszczaniu, 200 służy do operacji przeładunkowych obrabiarek. 440 robotów wspiera spawanie, 33 dozowanie, 98 montaż, a 10 obróbkę. 593 robotów pracuje w pozostałych, nieskategoryzowanych obszarach.

„Dane IFR potwierdzają nasze obserwacje. Widzimy w Polsce wzrost zainteresowania automatyzacją. Wpływa na to kilka czynników. Pierwszy z nich związany jest z rynkiem pracy – nasi klienci widzą rosnące koszty pracy, dotykają ich trudności ze znalezieniem pracowników, zwłaszcza w obszarze produkcji. Drugi to rosnąca świadomość na temat tego, jakie możliwości dają roboty i w jaki sposób mogą przyczynić się do poprawy konkurencyjności i wydajności produkcji. Trzeci dotyczy robotów współpracujących, dzięki którym automatyzacja stała się dostępna dla wielu nowych firm, zwłaszcza małych i średnich w wielu różnych branżach i zastosowaniach. Wszystkie te czynniki razem dają bardzo dobre perspektywy rozwoju rynku robotów w Polsce” – mówi Slavoj Musilek, General Manager w regionie Europy Środkowo-Wschodniej Universal Robots.

Jeżeli gospodarka pozostanie stabilna, przy stałej ścieżce wzrostu, IFR przewiduje roczny wzrost instalacji robotów w Polsce między 15% a 20% w latach 2019-2022.

Rynek Europy i Europy Środkowo-Wschodniej

W 2018 r. gęstość robotyzacji w światowym przemyśle produkcyjnym wyniosła 99 na 10 000 pracowników. Europa jest regionem o największej liczbie robotów przypadających na pracowników – 114 jednostek. W 2018 r. sprzedaż robotów przemysłowych w Europie wzrosła o 14% do 74 965 jednostek, ustanawiając tym samym ponownie nowy rekord. Niemcy, które należą do pięciu głównych rynków robotów na świecie odpowiadają aż za 35% wszystkich instalacji w Europie. W 2018 r. w Niemczech liczba zainstalowanych robotów wzrosła o 26%, osiągając nowy szczyt – 26 723 sprzedanych jednostek. Na drugim miejscu są Włochy z udziałem 13%, następna jest Francja z 8% wszystkich instalacji w Europie. W latach 2013-2018 łączna roczna stopa wzrostu (CAGR) instalacji robotów w Europie wyniosła 12%. Na koniec 2018 r. liczbę robotów pracujących w Europie oszacowano na około 543 220 jednostek. Oznacza to wzrost o 9% w stosunku do 2017 r.

Sprzedaż robotów przemysłowych w Europie Środkowo-Wschodniej spadła o 8%. W 2018 liczba instalacji robotów w Czechach spadła o 6% do 2 725 jednostek, w porównaniu do rekordowego poziomu 2 893 w 2017 r. Z kolei instalacje robotów na Słowacji spadły o 38% do 749 jednostek. Jest to drugi rok znacznego spadku po rekordowej wartości 1 732 jednostek w 2016 roku. W Czechach, na Węgrzech i Słowacji znajduje się wiele zakładów produkujących samochody. Instalacje robotów w tych krajach zależą głównie od zapotrzebowania przemysłu motoryzacyjnego. Gęstość robotów w przemyśle motoryzacyjnym jest szczególnie wysoka na Słowacji (815 robotów na 10 000 pracowników), przewyższając wartość w Czechach (555 robotów na 10 000 pracowników).

W 2018 r. na Węgrzech zainstalowano 912 robotów przemysłowych. Oznacza to spadek o 63% w porównaniu z 2017 r. Rekordowym był 2017 z 2 470 instalacjami robotów. Był to jednak skutek jednorazowego zdarzenia lub statystycznie rzecz ujmując nietypowy rok, a za wynik odpowiadał jeden projekt z branży motoryzacyjnej. 41% wszystkich zakupionych w 2018 r. robotów trafiło do branży motoryzacyjnej.

Coboty jako osobna kategoria w raporcie IFR

Po raz pierwszy w historii IFR wyróżnia roboty współpracujące jako oddzielną kategorię robotów.

Według danych IFR liczba zainstalowanych jednostek robotów współpracujących jest jeszcze relatywnie niska. W 2018 r. było to 13 671 jednostek z ponad 422 000 wszystkich zainstalowanych robotów przemysłowych, co oznacza udział na poziomie 3,24%. Rok wcześniej zainstalowano około 11 100 cobotów z prawie 400 000 robotów przemysłowych. Od 2017 do 2018 r. roczne instalacje cobotów wzrosły zatem znacząco, bo aż o 23%.

[1] World Robotics 2018 – Industrial Robots, International Federation of Robotics, IFR Statistical Department, https://ifr.org/worldrobotics/

Dzisiaj decyzja Fed

Analitycy zastanawiają się nie tylko, czy stopy w USA zostaną obniżone (raczej wszyscy są o tym przekonani), ale czy wydarzy się coś więcej. Część obserwatorów sugeruje wznowienie programu skupu aktywów z rynku, co z pewnością byłoby bardzo dobrą wiadomością dla giełdy.

Zmiany stóp procentowych w Ameryce

Dzisiaj poznamy decyzję Banku Kanady oraz Fed w sprawie zmiany stóp. Analitycy są zgodni, że w USA dojdzie do obniżki o 0,25%, z kolei w przypadku Kanady spodziewają się raczej utrzymania ich na niezmienionym poziomie. Co prawda w USA przed samą decyzją poznamy pokaźny pakiet danych, m.in. kwartalny odczyt PKB. Patrząc jednak na wyceny kontraktów terminowych na stopę procentową, musiałoby się tam wydarzyć naprawdę coś bardzo zaskakującego, by miało to jakikolwiek wpływ na rozstrzygnięcie Komitetu. Warto natomiast zwrócić uwagę, że Europa wcześniej zmieniła czas na zimowy, dlatego posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku odbędzie się o 19:00, a nie jak zawsze o 20:00.

Dobre dane ze Szwajcarii

Od rana poznaliśmy indeks instytutu KOF. Są to dane na temat koniunktury w Szwajcarii. Wypadł on lepiej od oczekiwań, ale w dalszym ciągu wykazuje pesymistyczne nastawienie. Wynik 94,7 pkt jest bowiem wyraźnie poniżej 100 pkt oznaczających równą liczbę odpowiedzi pozytywnych i negatywnych. CHF zareagował lekkim wzrostem, jednakże szybko powrócił do ruchu spadkowego, w którym trwał od początku dnia.

Złoty znów bardzo silny

Dzisiaj rano złoty zbliżył się do granicy 4,26 zł za euro. Jest to najniższy poziom od lipca tego roku. Na początku tego miesiąca kurs wynosił aż 4,37 zł. Oznacza to, że jeśli ruch będzie kontynuowany, to możemy spodziewać się kolejnych minimów. Ostatni raz EUR było tańsze niż 4,24 zł w maju 2018, czyli półtora roku temu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 13:30 – USA – Produkt Krajowy Brutto,
  • 15:00 – Kanada – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 19:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

PL Group otwiera pierwsze biuro hybrydowe w Polsce

Notowana na rynku NewConnect grupa kapitałowa PL Group nawiązała współpracę z Natalią Kuliberdą i Konradem Szarugą – ekspertami na rynku nieruchomości komercyjnych i biurowych. Zajmą się oni procesem optymalizacji powierzchni biurowej PL Group w Elektrowni Powiśle w oparciu o strukturę hybrydową. Umożliwi ona osiągnięcie lepszych synergii pomiędzy PL Group a jej partnerami biznesowymi.

­Biura hybrydowe to przestrzeń zaprojektowana dla jednego klienta, która ma służyć również innym podmiotom, w szczególności firmom partnerskim, spółkom z grupy, współpracownikom czy freelancerom. Hybrydowy charakter zakłada połączenie miejsc do kreatywnej pracy zbiorowej, samodzielnego działania w skupieniu, a także stref odpoczynku. Rozwiązanie tego typu umożliwia optymalizację wykorzystania powierzchni, ale również pozwala osiągnąć lepszą synergię przy kooperacji pomiędzy partnerami. – komentuje Konrad Szaruga, CBRE Polska.

Liczę, że współpraca z Natalią i Konradem będzie przebiegać pomyślnie, gdyż to jedni z najlepszych ekspertów na rynku z wieloletnim doświadczeniem w branży. Cieszę się z wyboru struktury hybrydowej, która będzie umożliwiała kooperację, w tym inkubowanie nowych projektów z firmami współpracującymi z PL Group. – dodaje Sebastian Albin, Prezes Zarządu PL Group.

Natalia Kuliberda to niezależny doradca i ekspert w zakresie rynku biurowego. Wprowadziła na rynek pierwszy innowacyjny model hybrydowy w zakresie coworkingu – BeYOURSelf. Swoje wieloletnie doświadczenie zdobywała po stronie Wynajmującego zarządzając powierzchnią 110 000 mkw. Z kolei Konrad Szaruga to ekspert z 10-letnim doświadczeniem na rynku nieruchomości komercyjnych, zwłaszcza biurowych, w tym obsłudze biur dla start-upów, sektora MŚP oraz korporacji. Odpowiada za rozwój nowego działu w CBRE Polska oferującego doradztwo i wsparcie dla klientów w zakresie elastycznych rozwiązań oraz Workplace-as-a-Service (WaaS).

PL Group jest grupą kapitałową, której podstawowa działalność wywodzi się z branży motoryzacyjnej i obejmuje wyspecjalizowane usługi od wynajmu aut i sprzedaży samochodów używanych, po zarządzanie flotą pojazdów oraz detailing. Strategia PL Group zakłada wzrost wartości grupy poprzez rozwój marek własnych (PLDETAILING, PLSELECT, PLCFM i PLRENT), a także realizację innowacyjnych projektów we współpracy z partnerami biznesowymi, które pozwolą uzyskać efekty synergii w oparciu o dotychczasową działalność grupy.

Czym jest i jakie są zalety posiadania certyfikatu rezydencji podatkowej

W obecnych realiach gospodarczych dokonywanie transakcji z zagranicznymi kontrahentami nie jest już niczym nadzwyczajnym. Polskie firmy muszą jednak zachować czujność, gdyż niektóre płatności na rzecz zagranicznych kontrahentów mogą wiązać się z obowiązkiem odprowadzenia tzw. podatku u źródła przez polskie przedsiębiorstwa dokonujące wypłaty należności.

Szczęśliwie postanowienia umów o unikaniu podwójnego opodatkowania lub ustawy podatkowe przewidują przypadki, gdy należny podatek może być obniżony albo płatnik podatku w ogóle zostanie zwolniony z jego poboru. Wymaga to jednak spełnienia odpowiednich warunków formalnych i materialnych, a podstawową przesłanką do zastosowania takich preferencji jest posiadanie certyfikatu rezydencji zagranicznego kontrahenta w przewidzianej przepisami formie.

Czym jest certyfikat rezydencji?

Definicja legalna certyfikatu rezydencji została zawarta w ustawach o podatkach dochodowych. W myśl ustaw PIT i CIT certyfikat jest dokumentem wydawanym przez właściwą administrację podatkową, potwierdzającym miejsce rezydencji podatnika dla celów podatkowych (miejsce siedziby lub miejsce zamieszkania). Certyfikat może być też wydany przez polską administrację skarbową w trybie dotyczącym wydawania zaświadczeń. Należy zauważyć, że wydany certyfikat może dotyczyć wyłącznie zaistniałych okoliczności tj. przeszłych i teraźniejszych stanów faktycznych, nigdy natomiast nie może odnosić się do zdarzeń przyszłych.

Pomimo tego, że przepisy wprost nie wskazują na formę wydanego certyfikatu, to ugruntowana linia orzecznicza organów podatkowych wskazuje na konieczność posiadania oryginału dokumentu w formie papierowej, a w przypadku posiadania kopii powinna ona być poświadczona przez notariusza za zgodność z oryginałem. Z kolei dokument w postaci elektronicznej może być uznany za posiadający moc wiążącą, o ile został opatrzony podpisem elektronicznym. Polski ustawodawca przewidział jednak wyjątek, gdy zastosowanie kopii certyfikatu rezydencji wywołuje na gruncie podatkowym takie same skutki, jak skorzystanie z oryginału. Począwszy od 1 stycznia 2019 r. ustawy PIT i CIT zezwalają na posługiwanie się kopią certyfikatu rezydencji, jeżeli spełnione zostaną łącznie następujące przesłanki:

  • pobór podatku dotyczy przychodów ze świadczenia tzw. usług niematerialnych (np. usługi doradcze, księgowe, badanie rynku, prawne czy reklamowe),
  • kwota wypłacanych należności na rzecz tego samego podmiotu nie przekracza w roku kalendarzowym 10 000 zł, a informacje wynikające z przedłożonej kopii nie budzą uzasadnionych wątpliwości co do zgodności ze stanem faktycznym.

Na uwagę zasługuje też fakt, iż certyfikatu rezydencji nie zastąpi inny dokument wystawiony przez właściwą administrację podatkową. Certyfikatem nie będzie zatem dokument o nadaniu numeru identyfikacji podatkowej czy potwierdzenie rejestracji dla celów VAT. W rezultacie dokument, który nie spełnia definicji certyfikatu rezydencji, może być zakwestionowany przez organy skarbowe, a w konsekwencji skorzystanie z preferencji czy ulg może zostać zanegowane w postępowaniu kontrolnym tudzież podatkowym.

Korzyści podatkowe płynące z posiadania certyfikatu

Jak już wspomniano, uzyskanie prawidłowego certyfikatu rezydencji od kontrahenta może mieć wymierne skutki podatkowe dla krajowych firm wypłacających należności zagranicznym podmiotom. Dokonując bowiem pewnego uproszczenia, niektóre wypłaty należności na rzecz zagranicznych kontrahentów (w tym m.in. wypłaty dywidendy, odsetki, opłaty licencyjne czy wynagrodzenie za świadczenie niektórych usług niematerialnych na rzecz nierezydentów spoza Polski) mogą skutkować powstaniem zobowiązania podatkowego w postaci zryczałtowanego podatku dochodowego (obowiązujące stawki to 10%, 19% i 20%), powszechnie znanego pod nazwą „podatku u źródła” (z ang. withholding tax). Zasadniczo podmiotem zobowiązanym do odprowadzenia podatku u źródła jest polski podmiot wypłacający należność (np. nabywca usługi), który, występując w charakterze płatnika, pobiera i odprowadza podatek do polskiego urzędu skarbowego. Co istotne, ekonomiczny ciężar zapłaty podatku może spoczywać również na podmiocie wypłacającym należność.

W tym miejscu kluczową rolę pełni właśnie certyfikat rezydencji otrzymany od zagranicznego kontrahenta, którego posiadanie może oznaczać skorzystanie z następujących preferencji podatkowych:

  • zastosowanie obniżonej stawki podatku u źródła, wynikającej z umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania albo
  • niepobranie (zwolnienie z poboru) podatku na podstawie umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, albo
  • zastosowanie zwolnienia z poboru podatku na podstawie ustawy o podatku dochodowym (dotyczące wypłaty dywidendy z tytułu udziału w zyskach osób prawnych na podstawie art. 22 ust. 4 ustawy CIT).

Co prawda, w świetle przysługujących preferencji podatkowych samoistne posiadanie certyfikatu rezydencji nie jest wyłącznym warunkiem do skorzystania z ulgi. W celu zastosowania preferencji przepisy wymagają również spełnienia innych warunków formalnych i materialnych, w tym złożenia odpowiednich oświadczeń czy zachowania należytej staranności. Niemniej jednak w interesie przedsiębiorców dokonujących wypłat należności czy wynagrodzeń na rzecz zagranicznych podmiotów leży zdobycie odpowiedniej dokumentacji skutkującej obniżeniem obciążeń fiskalnych. Uzyskanie certyfikatu stanowi zatem podstawowy i kluczowy element planowania podatkowego przy dokonywaniu transakcji i płatności transgranicznych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polska służba zdrowia potrzebuje sztucznej inteligencji

Sztuczna inteligencja, robotyzacja czy big data to hasła, które nie pasują nam do polskiej służby zdrowia, a raczej do przeszklonych biur startupów na warszawskim Mordorze. To błąd, bo rozwiązania te mogą niskim kosztem pomóc rozwiązać takie problemy jak kolejki, braki kadrowe czy niedobór pieniędzy. Nowoczesne technologie oparte na przetwarzaniu danych w chmurze pozwolą na znaczne usprawnienia w obszarze opieki zdrowotnej.

Technologie przynoszą oszczędności

Jednym z rozwiązań jakie pozwala wdrożyć chmura obliczeniowa są systemy oparte na sztucznej inteligencji. Jak wynika z raportu firmy Accenture inwestycje w sztuczną inteligencję w sektorze służby zdrowia przekroczą 6,6 miliarda dolarów do 2021 roku[1]. To jednak grosze w porównaniu do oszczędności, jakie mają przynieść. Ten sam raport podaje, że stosowanie sztuczniej inteligencji pomoże pozostawić 150 miliardów dolarów w systemie opieki zdrowotnej do 2026 r. Sposobów, w jaki SI może wesprzeć NFZ jest całe mnóstwo. Począwszy od inteligentnych systemów rezerwacji wizyt lekarskich, które nie tylko zoptymalizują czas pracy lekarza, ale same przewidzą, czy pacjent stawi się w przychodni, na systemach diagnozujących choroby kończąc. Dobrym przykładem zastosowania takiego rozwiązania jest chińska aplikacja telemedyczna Good Doctor[2]. Publiczna służba zdrowia w Kraju Środka często nie jest w stanie dotrzeć do mniej zurbanizowanych regionów. Aplikacja, której abonament wykupiło już ponad 100 mln Chińczyków pozwala bezobsługowo zdiagnozować pacjenta na podstawie deklarowanych objawów, porównując je z bazą 300 mln danych o symptomach chorób. Sztuczna inteligencja przetwarza dzięki chmurze obliczeniowej te dane i decyduje, czy istnieje konieczność konsultacji z lekarzem za pomocą telekonferencji. Aplikacja od niedawna jest dostępna także w formie kiosków znajdujących się w galeriach, na dworcach czy w innych publicznie dostępnych miejscach. Analogiczne rozwiązanie w Polsce mogłoby znacząco skrócić kolejki do lekarza pierwszego kontaktu, który zamiast tracić czas na przepisanie kolejnego leku na katar mógłby skupić się na poważniejszych przypadkach. Accenture szacuje, że sztuczna inteligencja pozwoli zaspokoić w 20% braki w dostępie do służby do zdrowia[3]. To o 20% krótsze kolejki, które dla wielu pacjentów mogą być kwestią życia.

Lepsza diagnostyka

Oszczędności to nie wszystko. Jak wykazały badania sztuczna inteligencja może być także skuteczniejsza od lekarzy w ocenie stanu zdrowia pacjenta. Zespół holenderskich lekarzy opracował algorytm, który analizował materiał z mammografii pacjentek pod kątem zmian mogących być objawem rozwijania się choroby nowotworowej[4]. Metoda opierająca się na mechanizmie deep learning okazała się skuteczniejsza w diagnozowaniu niż panel składający się z 11 doświadczonych lekarzy. Zastosowanie takiej technologii mogłoby oznaczać, że kobiety byłyby diagnozowane szybciej, taniej i skuteczniej, a w efekcie unikałyby długotrwałego i kosztownego leczenia. Tego typu rozwiązanie to także odpowiedź na niewystarczającą liczbę radiologów, których ocena wyników badania jest podstawą do wdrożenia leczenia.

Efektywne wykorzystanie danych

Szpitale to miejsca, które są pełne danych. Im ich więcej tym silniejszy potencjał SI na nich opartej.  Gromadzone latami historie choroby pacjentów to niesamowity zasób dla sztucznej inteligencji, który mógłby znacząco odciążyć placówki służby zdrowia przy wydawaniu diagnoz. Dane o odwiedzinach pacjentów mogą odciążyć personel administracyjny. Informacje o potrzebach i preferencjach pacjentów pozwalają optymalizować jadłospis. By jednak wykorzystać to potrzebna jest skoordynowana cyfryzacja. Trudno wymagać jednak od szpitala by inwestował w kosztowną infrastrukturę, w sytuacji gdy brakuje środków na podstawowe procedury medyczne. Optymalnym rozwiązaniem dla systemu ochrony zdrowia jest migracja danych do chmury obliczeniowej. Pozwoli to  Dzięki systemowemu rozwiązaniu zbierania, przechowywania i przetwarzania danych służba zdrowia zyskuje możliwość wykorzystania narzędzi sztucznej inteligencji do optymalizacji procesów. W efekcie może przełożyć się to na redukcję kosztów i czasu pracowników. Przykładem korzyści z takiego rozwiązania jest włoski region Lombardia, który postanowił oprzeć swoją infrastrukturę opieki zdrowotnej na rozwiązaniach chmurowych Aruba Cloud. Dzięki temu 49 szpitali i placówek leczniczych zintegrowało swoje zasoby informatyczne, co z kolei pozwoliło zewnętrznym dostawcom oprogramowania na łatwiejsze i tańsze projektowanie rozwiązań, które wszystkie jednostki mogą wdrożyć u siebie. W efekcie przykładowo lekarze mogą mieć natychmiastowy dostęp wszystkich danych pacjenta. Przechowywanie danych w chmurze to także gwarancja bezpieczeństwa, co jest szczególnie ważne w przypadku danych medycznych. Zabezpieczenia centrum danych gwarantują, że nie dostaną się one w niepowołane ręce. Dodatkowo placówki medyczne gwarantują w ten sposób zgodność ich przechowywania z obowiązującym prawem, w tym RODO.

Zdaniem firmy analitycznej Gartner w samych tylko USA dzięki SI i digitalizacji służby zdrowia uda się zmniejszyć liczbę przyjęć do szpitali o 20 milionów. W Polsce, której służba zdrowia dramatycznie potrzebuje systemowej zmiany radykalna digitalizacja może oznaczać ratunek dla tysięcy pacjentów.

Wypowiedzi udziela: Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

[1] https://www.accenture.com/us-en/insight-artificial-intelligence-healthcare

[2] https://www.polska2041.pl/spoleczenstwo/news-cyfryzacja-moze-rozwiazac-bolaczki-sluzby-zdrowia,nId,3016384

[3] https://www.accenture.com/t20171215t032059z__w__/us-en/_acnmedia/pdf-49/accenture-health-artificial-intelligence.pdf

[4] https://jamanetwork.com/journals/jama/fullarticle/2665774

Inwestycje w fintechy rosną w miliardy

Eksperci UBS oszacowali, że światowy rynek fintech w 2018 roku wygenerował przychody o łącznej wartości 150 mld USD, które stanowią ok. 5 proc. całościowych wpływów sektora finansów. Nieprzerwanie od kilku lat, globalnym liderem są Stany Zjednoczone, które do września 2019 roku, zebrały finansowania o łącznej wartości prawie 9,4 mld USD. San Francisco utrzymuje swoja pozycję pod względem całkowitej wartości transakcji, gdzie w lokalne podmioty zainwestowano już 3 mld USD.

Jednak najbardziej dynamicznym rynkiem nowych technologii jest obszar Azji Środkowej i Południowej, gdzie pod względem liczby startupów z branży finansowej Indie uplasowały się na drugim miejscu na świecie (łącznie ponad 2000 podmiotów). Dane za okres 2015-2018 pokazują, że nastąpił tam trzykrotny wzrost liczby startupów finansowo-technologicznych. Do ponad 730 już istniejących w tym kraju dołączyło kolejnych 1300, z czego 42 proc. jest skoncentrowanych w Bengaluru i Bombaju, kolejnymi dominującymi ośrodkami są New Delhi, Gurugram i Hyderabad. Według NASSCOM[1] indyjski rynek fintech potencjalnie osiągnie wartość 2,4 miliarda USD do 2020 roku.

Twórcy fintechów dostrzegli niewykorzystany potencjał niezaspokojonego do tej pory popytu na produkty finansowe na indyjskim rynku, głównie na pożyczki, ubezpieczenia i zarządzanie finansami osobistymi na obszarach mniej zurbanizowanych. Najwyraźniej widać to w regionach, gdzie firmy, takie jak Paytm, MobiKwik, Policy Bazaar czy PhonePe rozpoczęły już głęboką penetrację rynku płatności Azji Południowej. Właściciele małych i średnich firm w Indiach coraz częściej zwracają się w stronę rynku fintechów, ponieważ oferują niskie oprocentowanie i nie stawiają tak wysokich wymagań jak popularni tam prywatni pożyczkodawcy.

Przychylność regulatorów

Inwestorzy oraz startupy technologiczne w obszarze finansów i płatności przychylniej patrzą w stronę Indii po przyjęciu nowych ulg podatkowych. We wrześniu Ministerstwo Finansów skutecznie obniżyło taksy od osób prawnych dla firm rodzimych do 25 proc, z około 30 proc. Te obniżki ogłoszone przez minister Nirmalę Sitharaman zmniejszą koszty kapitału i zachęcą do większych inwestycji. Państwo rozszerzyło także zakres działań CSR, przekonując firmy do przeznaczania funduszy na inkubatory w różnych dziedzinach, np. nauka, technologia, medycyna.

Indyjskie organy nadzoru finansowego chcą zachęcać do inwestycji w rodzimą branżę fintech, umożliwiając startupom eksperymentowanie w tzw. „piaskownicach” (ang. „sandbox”), które zapewnią m.in. tymczasową ochronę regulacyjną. W odpowiedzi na zmiany, Peter Estlin, burmistrz miasta Londyn, we wrześniu udał się w trasę po Indiach celem przekonania przedstawicieli lokalnych władz i firm, aby pozwoliły na inkubację właśnie tam nowopowstałych brytyjskich fintechów.

Brytyjskie fintechy przyciągają miliardy

Indie i Wielka Brytania znajdują się w pierwszej piątce największych inwestorów w gospodarkach innych krajów od 2010 r. Według danych brytyjskiego urzędu statystyki krajowej bezpośrednie inwestycje zagraniczne Anglików w Indie wzrosły o 9,7 proc. w 2017 r., do wartości 14,4 mld funtów, podczas gdy indyjskie FDI[2] w Zjednoczonym Królestwie w tym samym roku wyniosły 7,5 mld funtów. Według danych udostępnionych CNBC przez grupę branżową Innovate Finance i agencję promocyjną Sadiqa Khana London & Partners, w branży fintech w stolicy Wielkiej Brytanii w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy tego roku odnotowano 114 transakcji o wartości 2,1 mld USD. Tym samym Londyn pokonał m.in. Nowy Jork, przyciągając jak dotąd największą liczbę ofert pozyskiwania funduszy dla firm z branży technologii finansowych w 2019 r. Analitycy szacują zainwestowany kapitał w sektor finansowo-technologiczny z Wielkiej Brytanii na 200 mln USD.

  • Wielka Brytania i reszta Europy wyprzedzają konkurencję, jeśli chodzi o innowacje w branży usług finansowych, a także propozycje nowych aplikacji czy płatności bezgotówkowych. Co więcej, w 2019 roku kraje europejskie pokonały po raz pierwszy Azję jako najlepszy rynek ofert i finansowania fintechów – osiągając wartość 1,5 mld USD i finalizując 107 transakcji tylko w II kwartale.[3] – komentuje Aleksandra Polak, Country Manager Curve na Polskę.

Zjednoczone Królestwo jest domem dla wielu nowych bankowców, którzy zdobyli popularność, oferując klientom niewiele więcej niż aplikację i kartę debetową. Tak zwany model „banku pretendentów” pomógł start-upom przyciągnąć miliony użytkowników i rzesze inwestorów. Dla przykładu, Curve (aplikacja pozwalająca na zebranie wszystkich kart bankowych w jedną) w zaledwie 4 godz. i 42 min zebrał 6 mln funtów na platformie crowdfundingowej. Revolut ostatnio osiągnął pułap ponad 7 milionów użytkowników, a Monzo – 3 milionów.

Polska w pogoni za światem

Na naszym rodzimym rynku w obszarze finansów działa około 200 startupów technologicznych. Według badań 60 proc. z nich istnieje na rynku od mniej niż pięciu lat, a tylko 3 proc. jest na nim od ponad 20 lat[4]. Ich przyszłość zależy przede wszystkim od zaufania klientów, złagodzenia przepisów prawnych i dobrego finansowania. Lokalny rynek finansowy jest specyficzny pod względem postępu technologicznego. W porównaniu z rynkiem europejskim wdrożyliśmy wiele nowoczesnych rozwiązań i prezentujemy wysoki poziom technologiczny jako branża, ale mimo bycia liderem w Europie Środkowo-Wschodniej, Polska wciąż jest daleko za Zachodem, który oferuje znacznie większe możliwości finansowania startupów. Ponad połowa rodzimych fintechów działa w obszarze płatności, a 31 proc. zajmuje się pożyczkami. 18 proc. koncentruje się na rozwiązaniach z zakresu finansów osobistych i biznesowych. Szacuje się również, że prawie co trzeci start-up pracuje nad rozwojem kanałów sprzedaży, ale tylko 6 proc. specjalizuje się w rozwiązaniach związanych z cyberbezpieczeństwem.

Badania pokazują, że rośnie zaufanie do fintechów. Jeszcze w 2016 roku 81 proc. Polaków twierdziło, że nie skorzysta z usług oferowanych przez inne podmioty niż tradycyjne instytucje finansowe, podczas gdy w 2018 roku było to tylko 44 proc. Wcześniej wspomniany Revolut niedawno pochwalił się, że ponad 700 tys. jego użytkowników pochodzi z Polski, co plasuje nasz kraj na trzeciej pozycji pod względem popularności, po Wielkiej Brytanii i Francji.

  • Wygoda to sztandarowa zaleta fintechów. Korzystanie z usług nowoczesnych instytucji finansowych łączy się przede wszystkim z prostotą i brakiem skomplikowanych procedur. To nie powinno jednak zmylić, bo stoją za tym potężne mechanizmy, takie jak sztuczna inteligencja czy modele scoringowe, które rozwiązują realne problemy klientów, umożliwiając im realne oszczędności czasu i pieniędzy, dodaje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Dzięki temu fintechy są w stanie szybko ocenić ryzyko i wiarygodność każdego z klientów. Cały proces ubiegania się o dodatkowe finansowanie jest w pełni elektroniczny, a informacja zwrotna z decyzją przyznanego limitu zostaje wysłana nawet w 10 min.

[1] Indyjskie Stowarzyszenie Branżowe Technologii Informatycznych I Oprogramowania Komputerowego

[2] Bezpośrednie inwestycje Zagraniczne (ang. Foreign direct investment)

[3] CBInsights, Global Fintech Report Q2 2019

[4] Raport Cashless.pl we współpracy z Fintech Polska i Accenture

Polki bardziej ambitne od Polaków?

Kobiety stanowią zdecydowaną większość osób kończących studia wyższe. Częściej podejmują również studia za granicą. Czy Polki są bardziej ambitne od Polaków? Z jakimi wyzwaniami muszą się mierzyć?

Ponad sto lat temu Maria Skłodowska Curie o mało nie dostałaby Nobla tylko dlatego, że była kobietą. O pominiętą przy zgłoszeniu do nagrody żonę upomniał się Piotr Curie. Choć czasy, gdy nagrody naukowe przyznawane były tylko mężczyznom, minęły, kobiety nadal muszą się mierzyć z uwarunkowaniami kulturowymi. W tym roku NASA musiała przełożyć o kilka miesięcy lot na Księżyc dwóch astronautek, bo zabrakło dla nich odpowiednich kombinezonów.

Od najmłodszych lat

Dzisiaj kobiety wybijają się na wielu płaszczyznach już na poziomie szkolnym. Badania PISA sprawdzają różne umiejętności 15-latków z krajów OECD. Jednym z badanych obszarów jest umiejętność zespołowego rozwiązywania problemów (collaborative problem solving). Okazuje się, że w każdym (sic!) z krajów, w którym przeprowadzono badanie dziewczyny wypadły lepiej od chłopców. Średnio różnica wynosiła kilkadziesiąt punktów.

“Dziewczynki są lepsze z przedmiotów humanistycznych, a chłopcy są ścisłowcami”. Ta wyświechtana formułka nie do końca odzwierciedla rzeczywistość. Według badań opublikowanych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne dziewczynki uzyskują lepsze oceny końcowe z matematyki, nawet jeśli czasami w testach wypadają słabiej. Autorzy badania Gender Differences in Scholastic Achievement: A Meta-Analysis zauważają, że finalne oceny semestralne z przedmiotów pokazują uczenie w szerszym kontekście społecznym. Uzyskanie lepszych stopni wymaga wytrwałości w długim okresie.

Studia pierwszego stopnia i jeszcze dalej

Zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn decyduje się na studia. W roku akademickim 2017/2018 w Polsce w publicznych szkołach wyższych kobiety stanowiły 58 proc. studiujących.

Kobiety stawiają na rozwój po ukończeniu magisterki. Wśród osób podejmujących studia podyplomowe również stanowią większość. Na tym etapie ich udział rośnie – w roku akademickim 2017/2018 stanowiły ponad 72 proc. słuchaczy. Jest ich więcej również wśród osób piszących doktorat – ponad 55 proc. Ich przewaga jest dostrzegalna nie tylko w naukach humanistycznych. Stanowią większość również w naukach społecznych, ekonomicznych, prawnych, rolniczych i medycznych. Być może ta sytuacja przyczyni się do zmiany w strukturze płci nauczycieli akademickich. Choć już teraz kobiety stanowią większość na stanowisku asystenta, nauczyciele akademiccy to większości wciąż mężczyźni.

Studia za granicą i dodatkowa edukacja

Polki nie są fenomenem. W przypadku cudzoziemców studiujących w Polsce, również kobiety stanowią większość. W listopadzie 2017 roku było ich ponad 37 tysięcy. Sprawy mają się podobnie w przypadku obywatelek i obywateli Polski wyjeżdżających na studia za granicę: – 67 proc. osób, którym pomogliśmy wyjechać na studia za granicę to kobiety. Dziewczyny stanowią 70 proc. osób aplikujących z nami na zagraniczne uczelnie – mówi Emilia Łosiewicz z Elab Education Laboratory.

Większa aktywność kobiet nie dotyczy wyłącznie edukacji na uczelniach wyższych. Częściej korzystają one np. z usług internetowych szkół językowych:
– 65 proc. osób uczących się we Fluentbe to kobiety. Zależy im głównie na zdobyciu umiejętności swobodnego komunikowania się. Potrzebują go również w pracy – mówi Daria Domagała – dyrektor metodyczna we Fluentbe.com.

– Kobiety wykazują się większą aktywnością również na innych polach. Trzeba pamiętać, że dodatkowa edukacja i rozwój wiążą się również z poziomem czytelnictwa. Z corocznego raportu Biblioteki Narodowej wynika, że to kobiety częściej czytają książki, a także prasę – zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej – dodaje Domagała.

Wbrew stereotypom

Wiele kobiet już dawno przeciwstawiło się stereotypom i oczekiwaniom części społeczeństwa np. względem ich roli w rodzinie. Blisko połowa zatrudnionych w Polsce to kobiety. Dla porównania – w 1950 stanowiły one niespełna jedną trzecią osób pracujących.

W przestrzeni publicznej wciąż obecne jest przeświadczenie, że kobiety lepiej sprawdzą się na stanowiskach kojarzonych z pomocniczością, okazywaniem empatii, komunikacją. Tymczasem wiadomo, że radzą sobie równie dobrze w rolach stereotypowo kojarzonych z mężczyznami: wymagającymi umiejętności szybkiego podejmowania decyzji czy zdolności przywódczych. 47 proc. osób w zawodach menedżerskich w Polsce to kobiety, co plasuje nasz kraj na piątym miejscu w Unii Europejskiej przy średniej na poziomie 36 proc. Jest ich jednak zdecydowanie mniej wśród członków zarządów w największych spółkach publicznych czy na stanowiskach kierowniczych wyższego szczebla. Na szczęście szklany sufit jest regularnie kruszony. Ich udział na tych stanowiskach systematycznie rośnie.

– Przemiany kulturowe, zmiany zachodzące na rynku pracy sprawiają, że zmienia się również sytuacja kobiet, które często bardziej ambitnie od mężczyzn podchodzą do powierzonych im zadań. Nastawione na rozwiązywanie problemów, szukają sposobów by skutecznie łączyć różne obowiązki i zwiększać swoje kompetencje – chętnie biorą udział w szkoleniach, szukają mentorów, korzystają z kursów online – komentuje Daria Domagała z Fluentbe.com.

Prezes NIK – Marian Banaś publikuje oświadczenie

Oświadczenia Prezesa NIK w związku z publikacjami medialnymi.

Oświadczenie Prezesa NIKOświadczenie Prezesa NIK MAriana Banasia

Założenie sklepu internetowego i jego prowadzenie zdrożało średnio o 20-30% w ciągu ostatnich 5 lat

Sklep internetowy tylko pozornie jest tanim i przewidywalnym biznesem. Zdaniem ekspertów z branży, w ostatnich kilku latach najbardziej zwiększyły się wydatki na reklamy. W przypadku niektórych segmentów sprzedaży wzrosty wyniosły nawet o 100%. Ponadto aż o 25-30% zdrożały zarówno usługi informatyczne, jak i prawne. Jeśli chodzi o domeny, szablony, serwery, abonament i certyfikaty SSL, ceny zależą od indywidualnych preferencji usługobiorców. Niektóre koszty wyraźnie zmniejszyły się, a inne poszły w górę. Niemniej spadki nie rekompensują wzrostów.

Domeny i szablony

Jak podkreśla Sergiusz Diundyk, ekspert ds. nowych technologii oraz automatyzacji procesów w branży IT, początkujący przedsiębiorca powinien patrzeć na cenę przedłużenia, a nie rejestracji domeny. Założenie jej i działanie przez pierwszy rok może kosztować np. 10 zł, a dłuższe funkcjonowanie – od 45 do 130 zł brutto rocznie. Z kolei Oliwia Tomalik z Shoper zapewnia, że od 2015 roku cennik zakupu i odnowień domeny z rozszerzeniem „.pl” oraz „.com.pl” nie uległ zmianie.

– W ciągu ostatnich 5 lat wzrosła liczba firm, które pośredniczą przy rejestracji domeny. Konkurując między sobą, zaniżają ceny aż do zera przy zakupie niektórych pakietów hostingowych. Natomiast koszt przedłużenia w większości przypadków pozostał bez zmian. Jednak coraz częściej ten właśnie cennik jest mało widoczny na stronach usługodawców, co może delikatnie mówiąc wprowadzać w błąd – zauważa Sergiusz Diundyk.

Natomiast Halszka Potrzebowska z RedCart.pl informuje, że ceny szablonów są bardzo różnorodne. Maski graficzne kosztują kilkaset złotych za wykonanie lub kilkadziesiąt zł miesięcznie w rozliczeniu abonamentowym. Przygotowanie indywidualnej kreacji graficznej to już większy wydatek. Oscyluje od kilku do nawet kilkudziesięciu tys. zł, w zależności od stopnia skomplikowania projektu i czasu realizacji. Stawki i koszty zatrudnienia profesjonalnych grafików też rosną, w związku z tym ceny usług graficznych są o ok. 30% droższe niż kilka lat temu.

– Na rynku można znaleźć mnóstwo bezpłatnych szablonów, ale też takie, które kosztują 180 dolarów. Średni koszt to ok. 70-120 za gotową warstwę. Z kolei zaprojektowanie i oprogramowanie dedykowanej grafiki może kosztować od 2 tys. do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Właściciele małych e-sklepów raczej wybierają tańsze opcje – dodaje Sergiusz Diundyk.

Nawet najlepszy gotowy szablon zwykle potrzebuje przeróbek informatyka. Poprawki mogą wynieść od 300 zł do nawet kilku tysięcy zł w przypadku prostych e-sklepów. Konieczność ich wprowadzenia ujawnia się, gdy np. wielu klientów porzuca wypełnione koszyki. Trzeba też dodać, że jest więcej bezpłatnych szablonów niż 5 lat temu. Te, które są płatne, utrzymują się na stałym poziomie cenowym albo wręcz tanieją. Jednak usługi stricte informatyczne zdrożały w ciągu ostatnich 3 lat o ok. 25-30%.

Serwer, abonament i SSL

– Sklepy w modelu SaaS raczej oferowane są wraz z hostingiem, bo właściciele oczekują kompleksowych rozwiązań w ramach jednej usługi. Niemniej koszt profesjonalnej obsługi stale wzrasta. Dobrą strategią są rozwiązania w chmurze, które obniżają koszty i przerzucają ciężar prac administracyjnych na dostawcę usługi – podpowiada Halszka Potrzebowska.

Dla przykładu można podać, że jedna z niemieckich firm udostępnia potężny wirtualny serwer w cenie zwykłego hostingu – już za 7 euro miesięcznie. Tyle samo kosztuje przedłużenie. Zdaniem Sergiusza Diundyka, w tym przypadku występują pojedyncze problemy z wydajnością w godzinach szczytu, ale w tak niskiej cenie można je zaakceptować. I jak dodaje ekspert, w Polsce brakuje podobnych ofert, bo u nas trzeba liczyć się z kosztem ok. 60 zł brutto miesięcznie za słaby VPS. Dlatego warto szukać dobrego hostingu dla małego sklepu internetowego, bo niekoniecznie musi to być serwer.

– Wysokość abonamentu za hosting, mechanizm sklepu i wsparcie techniczne zależy od decyzji klienta. Osoba, która kieruje się głównie ceną, najczęściej wybiera podstawową usługę. Jej koszt waha się od kilku do kilkuset zł miesięcznie. Przedsiębiorca szukający kompleksowego rozwiązania jest skłonny wydać więcej w momencie uruchamiania przedsięwzięcia. Poszczególne opcje różnią się zakresem obsługi. Koszty abonamentowe prowadzenia e-sklepu wzrosty w ostatnich latach o ponad 60% – dodaje ekspert z RedCart.pl.

Coraz częściej stosuje się dwa cenniki usług hostingowych, na co zwraca uwagę Sergiusz Diundyk. Droższe jest przedłużenie obsługi niż rozpoczęcie. Na hosting, wystarczający dla bezawaryjnej pracy małego e-sklepu, przedsiębiorca może wydać od 30 zł brutto miesięcznie wzwyż. Czasem są oferowane promocje na pierwszy rok. Od 2015 roku ceny mocno spadły, bo sprzęt serwerowy tanieje, a konkurencja na rynku rośnie.

– Koszt certyfikatu SSL obniża się. Kilka lat temu wynosił kilkaset zł, a obecnie jest w granicach kilku zł miesięcznie. Coraz więcej klientów rozumie potrzebę zabezpieczania przepływu danych między e-sklepem a przeglądarką, a to właśnie gwarantuje ww. certyfikat. Wzrosło więc zainteresowanie tego typu usługami, ale też przybyło firm pośredniczących w ich sprzedaży – stwierdza Halszka Potrzebowska.

W przypadku certyfikatu SSL również występują dwa cenniki – za wydanie go i przedłużenie. Pierwsza usługa może kosztować od 0 zł, przy zakupie niektórych pakietów hostingowych u lokalnych firm, do ok. 20 USD w promocji lub nawet 70 bez rabatu. Są też znacznie droższe certyfikaty, ale nie trzeba ich posiadać do prowadzenia prostego e-sklepu, co zaznacza Sergiusz Diundyk. Ogólnie ceny spadły o 30-50% w ostatnich 5 latach.

Obsługa prawna i reklamowa

– Coraz więcej kancelarii specjalizuje się w obsłudze prawnej e-commerce. Do ich pracy należy m.in. prowadzenie audytów e-sklepów pod kątem nowego prawa konsumenckiego czy sporządzanie umów z dostawcami wszelkich usług. Z jednej strony maleją koszty gotowych wzorów dokumentów do samodzielnego uzupełnienia, ale z drugiej – rosną stawki usług prawnych oraz ceny dokumentacji tworzonych na indywidualne zamówienie – wskazuje ekspert z RedCart.pl.

Pomoc prawnika w przygotowaniu regulaminu, polityki prywatności i innych standardowych dokumentów kosztuje ok. tys. zł. Cena może być dużo wyższa np. za przygotowanie regulaminu dla e-apteki albo e-sklepu militarnego. Niektóre kancelarie mają gotowe pakiety usług, o czym przypomina Sergiusz Diundyk. Natomiast Oliwia Tomalik zaznacza, że są dostępne aplikacje oferujące regulamin dostosowany do potrzeb klienta oraz indywidualną obsługę, w tym konsultację z prawnikiem, a ich koszt zaczyna się od 159 zł.

– Po wejściu RODO zdrożało przygotowanie regulaminu i polityki prywatności. Pojawiły się wymogi informowania użytkowników o ich prawach w zakresie ochrony danych osobowych. Tym samym usługi te poszły w górę ok. 25-30% w skali 5 ostatnich lat – wyjaśnia Sergiusz Diundyk.

Ekspert z Shopera uważa, że nie można określić, jak bardzo wzrosły wydatki reklamowe, gdyż jest to indywidualną kwestią w przypadku każdej firmy. Najważniejsze jest to, ile środków chce zainwestować dany przedsiębiorca. Koszty kliknięcia w reklamę zależą też od reprezentowanej branży. Przykładowo sklep oferujący elektronikę prawdopodobnie musi płacić więcej niż sprzedający odzież. Znaczenie ma też to, czy bezpośrednia konkurencja promuje swoje produkty w tych samych kanałach reklamowych.

Co najbardziej zdrożało?

– Najprostszym sposobem na wygranie z konkurencją jest zwiększenie ceny za własną reklamę. Dlatego właśnie ten wydatek najbardziej poszedł w górę w ostatnich latach.  W niektórych segmentach sprzedaży wzrosty wyniosły nawet o 100%. Dotyczyło to sklepów oferujących m.in. laptopy, smartfony, elektryczne hulajnogi czy odżywki sportowe. Wraz z rozwojem nowych technologii i ze wzrostem wymogów rynkowych wyraźnie zdrożała też obsługa informatyczna. Z kolei zmiany w ustawodawstwie podniosły koszty usług prawnych – ocenia Sergiusz Diundyk.

Zdaniem Halszki Potrzebowskiej, reklama, doradztwo i consulting w zakresie marketingu to obecnie najbardziej wartościowe usługi. Ich ceny wyraźnie wzrastają. Natomiast Oliwia Tomalik przekonuje, że koszt prowadzenia sklepu internetowego to nadal biznes z jedną z najniższych barier wejścia. Można z nim wystartować już z budżetem ok. kilkuset złotych, a czasem nawet z dużo mniejszym wkładem.

– Tak jak w przypadku innych rodzajów działalności, trzeba korzystać z biura rachunkowego, obsługi prawnej, informatycznej i marketingowej. Do tego dochodzą koszty usług fotograficznych, a także zwrotów czy reklamacji towarów. Reasumując to wszystko, w ciągu 5 lat prowadzenie sklepu internetowego mogło zdrożeć o ok. 25-30% – podsumowuje Sergiusz Diundyk.

Sposoby na fałszywe SMS-y

SMS nie może zawierać wirusa ani złośliwego oprogramowania, ale strona, do której linkuje, niestety już tak. A “instrukcje” w nim zawarte potrafią skłonić do podzielenia się danymi osobowymi z podejrzaną instytucją. Eksperci radzą, jak rozpoznać, kiedy ktoś próbuje nas oszukać i podpowiadają firmom korzystającym z SMS-ów, jak zwiększyć poziom bezpieczeństwa.

“Uwaga na fałszywe SMS-y” – taki nagłówek co jakiś czas sieje panikę na portalach internetowych. Za każdym razem towarzyszy mu sugestia, że z popularnymi  wiadomościami tekstowymi jest coś nie tak. Jednak nie samo narzędzie jest zagrożeniem, lecz pośpiech i brak ostrożności, które może je wywołać.

Najczęstsze metody oszustw

– Phishing, bo tak nazywa się podszywanie pod instytucję czy znaną firmę, by wyłudzić wrażliwe dane użytkowników, takie jak numer karty kredytowej czy dane do logowania, jest jednym z najczęstszych sposobów na oszustwo SMS-owe. Warto zaznaczyć, że phishing e-mailowy czy telefoniczny jest równie popularny, dlatego jest to bardziej sztuczka psychologiczna niż technologiczna. Przypomina nieco kradzieże metodą “na wnuczka”. Opiera się na przykład na tym, że prawie nikt nie pamięta dokładnie, jaki adres strony internetowej ma jego dostawca prądu ani czy wszystkie rachunki z minionych lat zostały opłacone. Oszust liczy więc, że odbiorca uwierzy, iż ma do czynienia z prawdziwą wiadomością – zauważa Andrzej Ogonowski Head Partner of Branding & PR SMSAPI.

Przed phishingiem ostrzega też Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa Niebezpiecznik.pl, firmy zajmującej się włamywaniem na serwery innych firm za ich zgodą, w celu namierzenia błędów bezpieczeństwa w infrastrukturze teleinformatycznej, zanim zrobią to prawdziwi włamywacze.

– Najczęstszym oszustwem z wykorzystaniem SMS-ów, jakie obserwujemy jako Niebezpiecznik.pl, jest „numer na dopłatę”. Przestępcy podszywają się pod znane marki, podpisują SMS jako DHL, InPost, OTOMOTO czy Rossmann. W treści umieszczają informację o tym, że albo przesyłka, na którą czekamy, okazała się być cięższa i trzeba dopłacić złotówkę albo ogłoszenie w serwisie wygasa i można je podpromować w atrakcyjnej cenie kilku złotych. W wiadomości jest link, który przenosi użytkownika na strony wyglądem identyczne jak strony znanych pośredników w płatnościach, np. PayU lub DotPay. Są to jednak fałszywe strony kontrolowane przez przestępców (co można zauważyć, jeśli spojrzy się na pasek adresowy, który niestety na urządzeniach mobilnych często jest automatycznie chowany a adresy w nim są skracane). Jeśli ktoś zaloguje się do banku w celu zlecenia przelewu i nie zauważy, że treść SMS-a z banku informuje o operacji dodania zaufanego odbiorcy, a nie potwierdzania przelewu na 1 PLN, to straci wszystkie pieniądze, które ma na koncie – wyjaśnia ekspert.

Jak walczyć z phishingiem?

Większość firm, urzędów czy organizacji zleca przesyłanie SMS-ów marketingowych i informacyjnych do subskrybentów podmiotom zajmującym się masowymi wysyłkami. Nie oznacza to jednak, że każdy może bez przeszkód wykorzystać to narzędzie. Niestety, na rynku wciąż działają dostawcy masowych wysyłek SMS, którzy idą na skróty i niewystarczająco dokładnie sprawdzają klientów pod względem celu i bezpieczeństwa.

Jednak liderzy tej branży przykładają do tych kwestii dużą uwagę. Weryfikacja pola nadawcy (czyli nazwy, która zastępuje numer telefonu) oraz filtrowanie treści wiadomości po kluczowych spamowych linkach, słowach i sformułowaniach to tylko przykłady sposobów, które uniemożliwiają podszycie się pod instytucję, której się w rzeczywistości nie reprezentuje.

– Zawsze weryfikujemy wszystkie pola nadawcy, które udostępniamy naszym klientom. W przypadku wątpliwości prosimy klienta m.in o przesłanie dokumentów potwierdzających NIP czy numer KRS jego organizacji. W efekcie minimalizujemy możliwość wysłania wiadomości będąc podpisanym jako firma, z którą nie ma się nic wspólnego – wyjaśnia Jakub Kluz, Product Manager w SMSAPI.

Sztuczką, jakiej próbują czasem oszuści, jest nazwanie swojej działalności możliwie podobnie do banku, dostawcy mediów czy urzędu. Oszuści stale próbują wyszukiwać luk bezpieczeństwa w systemach wysyłek SMS. Niestety, czasem skutecznie.

Dlatego warto pamiętać, że przy wszystkich technologicznych systemach zabezpieczeń ostatnią i najważniejszą barierą dla oszustów jest sam odbiorca, który powinien zachować czujność. Generalną zasadą jest podchodzenie z ostrożnością do wszelkich nieoczekiwanych komunikatów otrzymanych rzekomo od zaufanej instytucji, szczególnie do takich nakazujących pośpiech i transakcje finansowe.

5 SPOSOBÓW NA FAŁSZYWE SMS-Y

  1. Dokładnie czytaj treść SMS-a. Jeśli to wiadomość autoryzująca przelew, sprawdź czy zgadzają się numery kont i kwota przelewu.
  2. Zweryfikuj czy strona i domena płatności, na którą przekierowuje link z SMS-a, jest poprawna. Najlepiej otwórz ją na komputerze w bezpiecznej przeglądarce.
  3. Jeśli wiadomość pojawia się nieoczekiwanie, bez związku z twoimi zakupami, a dotyczy “zaległych” należności, zachowaj ostrożność.
  4. Jeśli wiadomość jest prośbą o dokonanie płatności – skontaktuj się z nadawcą i upewnij, czy coś takiego wysyłał. Zaufani dostawcy usług nie proszą SMS-em o podanie wrażliwych danych.
  5. Jeśli niepokoi Cię otrzymany SMS, sprawdź, czy media internetowe specjalizujące się bezpieczeństwem w sieci nie opisały tego przypadku phishingu.

Grzegorz Dzięgielewski

Decyzja FED o obniżce stóp procentowych. Czego oczekuje rynek?

Poprzednie dwie obniżki stóp procentowych Fed były uzasadniane potrzebą „ubezpieczenia” na wypadek pogorszenia perspektyw gospodarczych i miały być jedynie „dostosowaniem w środku cyklu”. Teraz trzecie cięcie dla rynku wydaje się pewne i podobnie, jak wcześniej, nie powinniśmy dostać jasnych sygnałów, że kolejna obniżka nastąpi prędko. Zakładamy, że takie stanowisko rynek odbierze jako lekko jastrzębie, dając USD przejściowy impuls do umiarkowanego umocnienia. Dane z USA w dalszej części tygodnia (ISM, NFP) powinny mieć większy wpływ na dolara.

Fatalne odczyty ISM za wrzesień (przemysłowy najniżej do dekady) przesądziły o potrzebie kolejnej obniżki. Niskie oczekiwania inflacyjne dopełniają obrazu gospodarki, która potrzebuje wsparcia ze strony polityki monetarnej. Z drugiej strony nastroje konsumentów pozostają dobre, a rynek pracy pozostaje solidny. Stąd Fed nie ma silnych argumentów, by przechodzić od razu w otwarty cyklu luzowania.

Mimo to przed dzisiejszą decyzją rynek stopy procentowej dyskontuje obniżkę o 25 pb w 94 proc. Biorąc pod uwagę, że w ostatnich wypowiedziach dotyczących rynkowych oczekiwań członkowie Fed (Williams, Clarida) nie kwestionowali skali dyskonta, czyni cięcie wysoce prawdopodobnym. W komunikacie powinniśmy przeczytać, że dla podtrzymania ożywienia bank zamierza w przyszłości reagować, jeśli zajdzie taka konieczność. Jednocześnie po posiedzeniu bez aktualizacji prognoz gospodarczych Fed powinien utrzymać umiarkowanie nastawienie. Wydaje się nam mało prawdopodobne, aby na konferencji prasowej prezes J. Powell rozwijał się w kwestii określenia czynników determinujących czy potencjalnego terminu kolejnego luzowania. Brak świeżych gołębich impulsów może prowadzić do jastrzębiej reakcji, gdyż przy ostatnio nabudowanym optymizmie na rynkach będzie to skłaniać do dalszej redukcji oczekiwań na kolejną obniżkę w grudniu (obecnie 6 pb, 24 proc.).

O ile Powell jasno nie zaznaczy, że „dostosowanie w środku cyklu” zostało zakończone, nie spodziewamy się silnej reakcji USD. Dla ustanowienia pozytywnego nastawienia rynek będzie potrzebował potwierdzenia w danych makro, stąd uwaga szybko przeniesie się na piątkowe publikacje: ISM dla przemysłu i raport z rynku pracy (NFP). Wydźwięk raportów będzie determinować, czy Fed może sobie pozwolić na pauzę w łagodzeniu polityki pieniężnej.

W odmiennej sytuacji znajduje się Bank Kanady. Od czasu wrześniowego posiedzenia warunki krajowe i zagraniczne uległy poprawie. Ocieplenie relacji handlowych USA-Chiny pozwala z większym optymizmem patrzeć na perspektywy globalne, nawet jeśli gdzieś z boku pozostaje niepewność, że konflikt może ponownie eskalować. W Kandzie aktywność przemysłu i konsumpcja złapały zadyszkę pod wpływem spowolnienia w USA, ale rynek pracy pozostał mocny, a rosnące płace wywierają presję na inflację. Ogólnie dane makro nie wymuszają na Banku Kanady złagodzenia stanowiska, ale podtrzymanie ostrożnego optymizmu jest już w cenach. Po silnym umocnieniu CAD w ostatnich tygodniach (ponad 2 proc. vs USD) rynek potrzebuje teraz konkretnego sygnału, że bank rozmyśla o ewentualnym zaostrzeniu polityki. Inaczej neutralny przekaz stanie się pretekstem do sprzedaży.

W nocy Bank Japonii powinien podtrzymać założenia polityki monetarnej, choć prawdopodobnie zrewiduje w dół ocenę perspektyw wzrostu i inflacji. Choć niepewność wokół perspektyw globalnego ożywienia skłania do poluzowania polityki pieniężnej, BoJ ma ograniczone możliwości i prędzej będzie chcieć zostawić resztki amunicji na wypadek istotnego załamania. Tylko gdyby pojawiła się wyraźna presja na USD/JPY ze strony gołębiości Fed, BoJ może działać wcześniej, ale to wydaje nam się aktualnie mało prawdopodobne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

„Jakoś to będzie”, czyli polskie podejście do emerytury

2236,84 złotych brutto – tyle według najnowszych danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynosi średnie świadczenie emerytalno-rentowe. Mimo tak niskiego poziomu wypłat Polacy nadal myślą o pieniądzach tylko w perspektywie bieżącego miesiąca. Oszczędzanie odkładamy na potem, a pretekstem są różnego rodzaju wymówki. Tymczasem prognozy demograficzne nie dają złudzeń. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2055 roku na 100 osób w wieku produkcyjnym przypadać będzie 62 osób starszych.

W obliczu trendów demograficznych konieczne jest, aby Polacy wzięli przyszłość w swoje ręce. Kraje, w których obserwowane jest starzenie się społeczeństw, od lat zachęcają do samodzielnego oszczędzania. Jednak w Polsce emerytura nadal postrzegana jest jako temat odległy i nie do końca zależny od nas. W dyskusji publicznej panuje wiele mylnych przekonań. Z okazji Światowego Dnia Oszczędzania warto przytoczyć największe mity związane z życiem po zakończeniu kariery.

  1. Z kolejną wypłatą zacznę oszczędzać

“Pomyślę o tym jutro” – to słynne zdanie bohaterki „Przeminęło z wiatrem”, przychodzi na myśl wielu Polakom, którzy słyszą pytanie o stan środków zgromadzonych na przyszłość. Koniec aktywności zawodowej jest traktowany jako zjawisko, które na pewno nastąpi, ale jest abstrakcyjne i zbyt odległe, żeby się nim przejmować. Nie brakuje opinii, że emerytura potrwa zaledwie kilka lat, a do jej osiągnięcia na pewno zdążą odłożyć jakiekolwiek pieniądze. Są też tacy, którzy uważają, że nie dożyją tego okresu. Po co więc martwić się, czymś tak niepewnym?

Tymczasem z analizy danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że to beztroskie podejście nie jest uzasadnione. Jako społeczeństwo mamy bowiem powody do niepokoju. Polacy żyją coraz dłużej. W 2018 roku przeciętna długość życia mężczyzn wyniosła 73,8 lat, natomiast kobiet 81,7 lat. Oznacza to wzrost odpowiednio o 7,6 i 6,5 lat w porównaniu początku lat 90. Przy obecnie obowiązującym wieku emerytalnym (65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet), kobiety po zakończeniu kariery będą żyły jeszcze średnio ponad 20 lat. Bez dodatkowych oszczędności ciężko będzie im utrzymać dotychczasowy poziom życia.

  1. Na emeryturze odpocznę i zrealizuję marzenia

Emerytura często utożsamiana jest z okresem, w którym można urzeczywistnić wszystkie swoje plany i marzenia. Polacy wierzą, że uda im się odbyć dalekie podróże, spędzić więcej czasu z rodziną, a nawet wesprzeć finansowo młodsze pokolenia. Myślą o czasie wypełnionym różnymi atrakcjami, nie o pieniądzach na ich realizację.

Prognozy ekonomistów opublikowane przez OECD nie pozostawiają złudzeń. Wypłaty z systemu emerytalnego będą niewystarczające dla tych, którzy na emeryturze zechcą spełniać wszystkie swoje potrzeby i plany. Według przewidywań wartość świadczeń dla osób kończących karierę zawodową w latach 2040–2050 będzie wynosić poniżej 40 proc. ostatniego wynagrodzenia brutto. Bez odłożonych na ten cel środków, Polacy będą uzależnieni od wsparcia rodziny, pomocy państwa lub zmuszeni do pracy zarobkowej również po osiągnięciu wieku emerytalnego.

  1. Spłacę tylko kredyt, a potem odłożę na emeryturę

Wielu z nas twierdzi również, że zacznie oszczędzać wtedy, gdy poprawi się jego sytuacja materialna. Decyzję o gromadzeniu funduszy odkładamy do czasu aż spłacimy zobowiązania lub dostaniemy w pracy podwyżkę.

– Często takie „granie na zwłokę” ciągnie się latami, tymczasem skuteczne oszczędzanie wymaga prostych mechanizmów. Wystarczy wyrobić w sobie nawyk odkładania pieniędzy w momencie, gdy na naszym koncie pojawia się wynagrodzenie. Można zacząć od symbolicznych kwot, ale odkładanych systematycznie. Ważne, aby zgromadzone fundusze nie były dla nas łatwo dostępne. Nawet niewielkie oszczędności pomogą nam w sytuacji nieprzewidzianych wydatków – mówi Joanna Walczuk, ekspertka Nationale-Nederlanden.

  1. Na starość będę mniej wydawał

Przeprowadzone na zlecenie Nationale-Nederlanden badanie pokazuje, że osoby, które myślą o zabezpieczaniu się na czas emerytury, często wynoszą ten nawyk z domu. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet im bardzo trudno jest określić, ile pieniędzy będą potrzebować w przyszłości na comiesięczne wydatki. Istnieje przeświadczenie, że osoby starsze mają mniej potrzeb, a co za tym idzie, mniej wydają na siebie. Nie jest to jednak prawdą. Zobowiązania finansowe osób w wieku emerytalnym to nie tylko opłaty stałe takie jak żywność czy rachunki, ale też obciążające budżet wydatki na leki, leczenie czy rehabilitację.

Takie myślenie o przyszłych potrzebach to efekt niskiego poziomu wiedzy finansowej. Jak wynika z raportu przygotowanego przez Warszawski Instytut Bankowości i Fundację Giełdy Papierów Wartościowych już co drugi Polak ma w tym zakresie spore braki. Szczególnie nisko swoje podstawy znajomości ekonomii oceniają ludzie w wieku 18-34 lata. A to właśnie przed tą grupą stoi największe wyzwanie, aby zgromadzić odpowiednią ilość kapitału, która będzie zabezpieczeniem za kilkadziesiąt lat.

  1. Do mojej emerytury system zmieni się jeszcze 10 razy

Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że zdecydowana większość Polaków nie jest na bieżąco z realizowanymi zmianami systemu emerytalnego, takimi jak przekształcenie środków z OFE w Indywidualne Konta Emerytalne. W grupie osób, które słyszały cokolwiek na ten temat przeważają osoby starsze. Niestety, nawet one nie potrafią wskazać, na czym będzie polegała ta zmiana.

– Przy aktualnych dyskusjach publicznych w sprawie przekształcenia OFE w IKE oraz modyfikacjach  drugiego i trzeciego filaru, Polacy wyrobili sobie przekonanie, że nie można mieć pewności, czy obecny system emerytalny nie zmieni się w czasie, gdy oni przejdą na emeryturę  – mówi Joanna Walczuk, ekspertka Nationale-Nederlanden – Powoli zauważamy jednak tendencję wzrostową, jeśli chodzi o liczbę otwieranych kont IKE i IKZE. Osoby, które decydują się na te rozwiązania oprócz zgromadzenia kapitału, korzystają z ulg podatkowych. Według danych KNF na koniec 2018 r. IKE posiadało 995,7 tys. Polaków, natomiast IKZE – 730,4 tys. – to wciąż kropla w morzu potrzeb 38-milionowego kraju, w którym już obecnie ponad 8 mln osób jest na emeryturze – podsumowuje.

Pieniądze oszczędza 9 na 10 Polaków. Za bezpieczną kwotę odłożoną na koncie uznajemy średnio 13 tys. zł

0

Pieniądze oszczędza 9 na 10 Polaków. Za bezpieczną kwotę odłożoną na koncie uznajemy średnio 13 tys. zł 1

Zdecydowana większość Polaków, bo już blisko 90 proc., deklaruje, że oszczędza. Z każdym rokiem rośnie kwota uznawana za bezpieczną poduszkę finansową – wynika z najnowszego Barometru Providenta. O ile jeszcze w 2016 roku wynosiła 3,2 tys. zł, tak w tym roku za finansowe minimum zapewniające poczucie bezpieczeństwa uznajemy już oszczędności w kwocie 13 tys. zł. Najmniejsze potrzeby mają młodzi Polacy, pomiędzy 18. a 24. rokiem życia, którzy czują się bezpiecznie, mając na koncie już dodatkowy 1 tys. zł. Badanie pokazuje, że również sposób odkładania zapasowych środków jest w głównej mierze uzależniony od trybu życia i wieku.

– Zadaliśmy Polakom pytanie dotyczące oszczędzania i tego, jaka kwota stanowi dla nich bezpieczną poduszkę finansową. Nasze podejście do oszczędzania jest coraz bardziej optymistyczne – znacząco zwiększają się odkładane kwoty. Jeszcze kilka lat temu [w 2016 – red.] odkładaliśmy średnio około 3 tys., rok później było to już 5,6 tys. zł. W ubiegłym roku kwota, która stanowiła bezpieczną poduszkę finansową, wzrosła do 8,3 tys., z kolei w tym nasi respondenci wskazują już 13 tys. – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej Provident Polska.

Jak wynika z najnowszego badania Barometr Providenta, co piąty respondent (20 proc.) wskazał, że na uzbieranie sumy stanowiącej bezpieczną poduszkę finansową potrzebuje około pól roku. 89,4 proc. Polaków zdecydowanie potwierdza, że warto oszczędzać i mieć zapasowe środki.

– Zaledwie 4 proc. Polaków przyznaje, że nie odkłada pieniędzy – mówi Karolina Łuczak. – Przy oszczędzaniu warto zwrócić uwagę przede wszystkim na regularność i konsekwentne podejście do odkładania pieniędzy. Nie łapać się na drobne okazje, możliwość kupienia czegoś taniej i wydania pieniędzy w sposób nieplanowany. Planujmy swój budżet i wydatki, podchodząc do oszczędzania podobnie jak do płacenia rachunków, czyli regularnie, opłacając rachunki na początku miesiąca, odkładamy również pewną kwotę na konto oszczędnościowe. Nigdy nie wiadomo, na co te pieniądze się przydadzą, a warto mieć zaplecze finansowe – dodaje.

Najnowszy Barometr Providenta pokazuje też, że Polacy mają różne techniki oszczędzania. Średnio co trzeci przeznacza na ten cel stałą, comiesięczną kwotę. Niemal taki sam odsetek nie ma jednej strategii oszczędzania i nieregularnie przelewa na konto oszczędnościowe różne kwoty. Nieco mniej respondentów (29,6 proc.) odkłada kwotę, która zostanie im na koniec miesiąca. Innym sposobem, z którego korzysta ok. 29 proc. badanych jest przeznaczanie na oszczędności premii.

– Oszczędzanie środków pochodzących z premii i bonusów pozwala wydawać w ciągu miesiąca dokładnie tyle, ile mamy na koncie, natomiast na oszczędności przeznaczamy dodatkowe pieniądze, które wpadają przykładowo 1-2 razy w roku – mówi ekspertka.

Jak podkreśla, sposób oszczędzania jest w dużej mierze uzależniony od trybu życia i wieku. Inaczej oszczędzają osoby młodsze, inaczej dojrzałe. Proporcje rozkładają się różnie także w przypadku kwot uznawanych za wystarczające zabezpieczenie finansowe.

– Osoby między 18. a 24. rokiem życia czują się bezpiecznie mając na koncie 1 tys. zł. Osoby starsze czują się bezpiecznie mając 5 tys. zł, natomiast osoby powyżej 60. roku życia wskazują kwotę rzędu 10 tys. zł jako absolutne minimum bezpieczeństwa – podkreśla Karolina Łuczak.

Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych 2019 (Nielsen)

Nielsen zapytał dyrektorów marketingu pracujących w sieciach handlowych, co ich zdaniem najlepiej wpływa na wyniki sprzedaży. Wszyscy wskazali na narzędzie bardzo dobrze znane od wielu lat – gazetki promocyjne.

Gazetki to numer 1 wśród narzędzi marketingowych większości rozmówców, z którymi Nielsen właśnie przeprowadził wywiady.

Okazuje się, że w wielu sieciach handlowych to wciąż gazetka konstytuuje komunikację marketingową. Wokół niej budowana jest pozostała część omnichannel’owych promocji, w tym procesy logistyczno-operacyjne (jak np. zaopatrzenie sklepów).

Marketerzy podkreślają, że to najlepsza i najskuteczniejsza forma komunikacji z klientami i konsumentami jeśli kryterium jest realizacja celu sprzedażowego. W opinii większości rozmówców gazetki są obecnie nie do zastąpienia. Jednak, na co trzeba zwrócić uwagę, marketerzy kładą nacisk na „tu i teraz” spodziewając się, że ta ich opinia o gazetkach prawdopodobnie będzie się zmieniać w przyszłości.

– Próby rezygnacji z tego kanału marketingowego były i są wciąż podejmowane przez naszych zleceniodawców – potwierdza Adam Puciata, prezes CTRL System, jednej ze spółek zajmujących się dystrybucją gazetek promocyjnych dla sieci handlowych. – Ale pogarszające się wyniki sprzedażowe powodują, że po krótszym lub dłuższym czasie, poszczególni decydenci wracają do promocji opartej również na gazetce.

Zmiana jednak nastąpi i gazetki przestaną odgrywać tak ważną rolę, przewidują marketerzy. Ale nie nastąpi szybko, ponieważ ma charakter „pokoleniowy”, związana jest z wejściem w dorosłość tych nastolatków, którzy teraz wychowują się w świecie Internetu i ogólnodostępnego wi-fi. Tę perspektywę marketerzy nakreślają na okres 5-10 lat. I będzie to raczej ewolucja niż rewolucja, uważają. Niemniej ta zmiana jest w ich odczuciu nieuchronna i będzie systematycznie postępować, prowadząc do ograniczenia rozwiązań offline’owych.

– Dyrektorzy marketingu podkreślają znaczenie zróżnicowania narzędzi komunikacji marketingowej i zachowanie synergii pomiędzy nimi. Papierowe gazetki wciąż pozostają, także w opinii marketerów, bardzo skutecznym narzędziem komunikacji, kluczowym w generowaniu celów sprzedażowych. I faktycznie dziś z papierowych gazetek korzystają kupujący niezależnie od wieku. Gazetki są zarówno źródłem wiedzy o promocjach, jak i coraz częściej źródłem wiedzy o dostępnym asortymencie i nowościach – wyjaśnia Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director w Nielsenie.

Dodatkowej wiedzy o tym, jak konsumenci korzystają z papierowych gazetek, dostarcza również raport syndykatowy Nielsena „Jak promować efektywnie”. Wynika z niego, że łączna sprzedaż wsparta gazetką na rynku spożywczym stanowi 19% całkowitej wartości sprzedaży i wynosi ponad 5 mld złotych. Poziom ten jest stabilny od 4 lat.

Duża grupa konsumentów korzysta z gazetek, niemal 60% z nich wzięło gazetkę ze sklepu lub skorzystało z aplikacji mobilnej lub strony sklepu w ciągu ostatnich 7 dni. Co musi wzbudzać refleksję – z gazetek papierowych korzystają nie tylko osoby starsze. Różnice w profilu użytkowników gazetek papierowych i tzw. gazetek online nie są mocno zróżnicowane.

Dane te dowodzą, że gazetki papierowe w najbliższym czasie będą nadal towarzyszyć konsumentom i mieć wpływ na ich decyzje zakupowe.

O badaniu

Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane matodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, prowadzone osobiście lub w formie telefonicznej) w okresie czerwiec – październik 2019 r. total N=6.

Celem badania było m.in. lepsze zrozumienie roli gazetek promocyjnych dla firm z branży retail, poznanie trendów w obszarze komunikacji marketingowej.

Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną, różnych kategorii produktów, od spożywczych poprzez kosmetyczno-chemiczne czy zajmujące się wyposażeniem domu. Osoby badane to zarządzający z dużym stażem zawodowym, najczęściej pracujący w obszarze marketingu od ponad 10 lat.

Trump pozwala Turkom zaatakować Kurdystan. Co to oznacza dla Polski?

Amerykańska administracja zdecydowała się wycofać swoje wojska z terenów Kurdystanu i północnej Syrii. Tym samym dała zielone światło atakowi Turcji, która od dawna prześladowała Kurdów żyjących przy jej granicach. Ten trudny i kontrowersyjny ruch prezydenta Trumpa sprawił, że pozostawieni bez ochrony Kurdowie stali się celem tureckiej agresji. Decyzja Ameryki dziwi szczególnie dlatego, że to właśnie kurdyjska armia odpowiedzialna jest za stłumienie działalności państwa islamskiego. Takie odwrócenie się od swoich sojuszników przez amerykańską administrację niepokoi Polskę. Nasze bezpieczeństwo w regionie również zależne jest od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I chociaż nasza pozycja jest pewniejsza, ze względu na przynależność do NATO, prorosyjskie zachowania Trumpa powinny być dla nas znakiem ostrzegawczym.

– Turcja, która jest naszym sojusznikiem w ramach NATO, zmienia swoją pozycję geopolityczną. W ostatnich latach wykonuje pozytywne gesty w kierunku Rosji, co widać w jej stosunku do Kurdów i państwa islamskiego. Wsparcie Turcji i pozostawienie Kurdów samym sobie przez prezydenta USA to bardzo niepokojące sygnały, wskazujące na jego relację z Rosją – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski,  prezes Instytutu Jagiellońskiego.  Prezydentura Donalda Trumpa, a także jego kampania wyborcza, wzbudzają wiele wątpliwości. Prezydentowi i jego administracji zarzuca się sprzyjanie Federacji Rosyjskiej i jej interesom. W Stanach Zjednoczonych toczą się na ten temat śledztwa. Przyzwolenie na turecki atak na Kurdów może potwierdzać te zarzuty. Turecka agresja pozwala bowiem Federacji Rosyjskiej na rozszerzenie strefy wpływów, a przynajmniej przekształcenie części graczy na bliskim wschodzie w państwa bardziej neutralne wobec Rosji – mówi Roszkowski.

Ceny zniczy na Wszystkich świętych 2019

Prawie połowa badanych chce wydać w tym roku na znicze od 30 do 40 zł. Większość planuje kupić 4-5 szt. Łącznie aż 60% będzie szukało lampek w promocji. Tymczasem sklepy oferują ich o ponad 80% mniej niż w ub.r. Najmocniej ograniczyły obniżki dyskonty i hipermarkety, w których 58% ankietowanych zamierza dokonać zakupu. Natomiast co piąta osoba zrobi to przy samym cmentarzu. Dodatkowo znicze z rabatem zdrożały średnio o 23%. Najbardziej widać to w hipermarketach, gdzie ceny poszły w górę o ponad 20%. Z kolei w dyskontach spadły o blisko 7%.

Z ogólnopolskiego badania Hiper-Com Poland i Grupy AdRetail wynika, że 45% Polaków przeznaczy w tym roku na znicze od 30 do 40 zł, a 31% – od 40 do 50 zł. Więcej pieniędzy chce zainwestować tylko 9% ankietowanych. Przeważnie za deklarowane kwoty konsumenci planują nabyć 4-5 sztuk – 51%. 3-4 lampki zamierza kupić 25% ankietowanych, a więcej niż 5 przewiduje 14% klientów.

– Jeszcze kilka lat temu deklarowana kwota wynosiła ok. 25-30 zł. Biorąc pod uwagę, że oprócz lampek konsumenci kupują też wieńce, stroiki i wiązanki, to wskazane w badaniu sumy robią spore wrażenie. Społeczeństwo bogaci się. I z roku na rok będzie wydawało coraz więcej pieniędzy przed Wszystkimi Świętymi – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Większość Polaków, bo łącznie aż 60%, będzie szukało promocji. Co ciekawe, 19% w ogóle tego nie planuje, a 15% zamierza nabywać znicze w regularnych cenach. Choć wśród konsumentów przeważa oszczędne podejście do zakupów, to jednak niemała część z nich nie chce podchodzić w sposób ekonomiczny do kwestii upamiętnienia zmarłych.

– Dane z gazetek pokazują, że w porównaniu do ub.r. sieci handlowe mocno ograniczyły liczbę promocji. Od 1 do 25 października br. oferowały ich o blisko 82% mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Trzeba wiedzieć też o tym, że znicze zdrożały od zeszłego roku. A żadna sieć nie chce promować produktów w podwyższonych cenach, bo klienci mogliby dostrzec różnice – zauważa Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Największe spadki odnotowano w dyskontach i hipermarketach – odpowiednio o 48,50% i o 23,63%. Zdaniem Karola Kamińskiego, Dyrektora Zarządzającego w Grupie AdRetail, te wyniki nie są zaskakujące. Wskazane formaty i tak spodziewają się, że klienci sięgną po ten asortyment w ich sklepach przy okazji dużych i regularnych zakupów. Dlatego nie eksponują go tak mocno w gazetkach jak w zeszłym roku, gdy ceny były niższe. Dla porównania, w kanale convenience spadek był na poziomie niespełna 10%, a w supermarketach pod tym względem nic się nie zmieniło.

– Z danych wynika również, że w porównaniu do ub.r. znicze w promocji zdrożały średnio o 23%, najbardziej w hipermarketach – o 20,70%. Wzrost cen zniczy jest powiązany z innymi podwyżkami.  Benzyna drożeje, a wraz z nią produkty, które wymagają transportowania. Z kolei rosnące opłaty za energię elektryczną zwiększają koszt produkcji towarów i ich magazynowania. Dlatego klient w tym roku zapłaci więcej za ww. produkt – dodaje Katarzyna Grochowska.

Cena promocyjna spadła tylko w dyskontach – o blisko 7%. Karol Kamiński dostrzega między tym formatem a hipermarketem sporą rozbieżność, jak na tak niszowy i sezonowy produkt. Ekspert sądzi, że przez ten sprytny ruch dyskonty będą miały w tym roku największe przychody i to nie tylko ze sprzedaży zniczy, ale też innych artykułów kupowanych z myślą o Wszystkich Świętych.

– Najwięcej konsumentów zamierza kupić znicze w dyskontach – 31%. Niewiele mniej osób wskazuje hipermarkety – 27%. Zatem główna walka o zyski rozegra się między tymi formatami, co jest dość oczywiste. Klientów przekona skala różnego typu produktów, które można nabyć wraz z lampkami. Bazary uzyskały w badaniu 6%, a okolice cmentarzy – 19%. To łącznie 25%. Natomiast szeroko pojęte placówki handlowe mają w sumie aż 72%. Sprzedaż zniczy najbliżej nagrobków czy na targowiskach nie zniknie, ale jej udział będzie spadał w kolejnych latach – podsumowuje dr Faliński.

Badanie odbyło się pomiędzy 12 a 23 października br. na terenie 16 dużych miast, a także 14 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie ankieterzy przeprowadzili 1008 wywiadów z osobami w wieku od 18. do 65. roku życia. Z kolei dane z gazetek promocyjnych były porównywane z okresu od 1 do 25 października tego i poprzedniego roku.

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja 2

Polska stanowi piąty co do wielkości rynek betonu towarowego w Europie z wolumenem produkcji ponad 25 mln m3. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu muszą redukować wpływ procesu jego produkcji na środowisko. W tym celu mogą m.in. wykorzystywać kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych do produkcji betonu czy ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu. Między innymi za takie działania Grupa Górażdże jako pierwsza w Polsce otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– W ramach systemu certyfikacji CSC zrównoważony rozwój jest postrzegany w sposób holistyczny, ze zwróceniem uwagi na aspekty społeczne, środowiskowe i gospodarcze. Trzeba spełnić liczne wymogi środowiskowe, związane z emisjami, zużyciem wody i energii, oraz kryteria społeczne. Grupa Górażdże osiągnęła świetne wyniki we wszystkich tych aspektach, dlatego otrzymała certyfikat CSC w wariancie srebrnym – mówi Christian Artelt, przewodniczący Rady ds. Zrównoważonego Betonu CSC – To pierwszy certyfikat CSC przyznany polskiemu podmiotowi. Otrzymały je zakłady w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, co pokazuje, że Górażdże Beton nie tylko mówi o zrównoważonym rozwoju, ale stosuje jego zasady w praktyce.

Działania ograniczające wpływ przemysłu cementowego i betonowego na środowisko to jeden z filarów strategii zrównoważonego rozwoju dla Grupy Górażdże, należącej do HeidelbergCement, jednego z największych na świecie producentów materiałów budowlanych operującego na 60 rynkach zagranicznych.

Cele grupy do 2030 roku zakładają m.in. obniżenie emisji dwutlenku węgla przy produkcji klinkieru o 30 proc. (w porównaniu z 1990 rokiem), 80-procentowy wskaźnik wykorzystania paliw alternatywnych do wypalania klinkieru w piecach cementowych, maksymalne ograniczenie zużycia wody i zwiększenie udziału wody pozyskiwanej w recyklingu przy produkcji betonu oraz szereg projektów związanych z bioróżnorodnością. Między innymi za sukcesywną realizację tej strategii Grupa Górażdże – jako pierwsza w Polsce – otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej odpowiedzialnym podejściu do całego łańcucha dostaw i zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– Beton był, jest i będzie nadal podstawowym materiałem konstrukcyjnym. Przyszłość branży betonowej jest ściśle związana z ograniczaniem negatywnego wpływu na środowisko. Rosnąca świadomość, wymagania inwestorów i wykonawców są dodatkowym stymulatorem działań w tym kierunku – mówi Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Jak podkreśla, aby działać bardziej proekologicznie, branża musi m.in. wykorzystywać w procesie produkcji betonu kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych oraz ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu.

Dyrektor marketingu i komunikacji w Grupie Górażdże Andrzej Losor również podkreśla, że takie działania prośrodowiskowe są m.in. efektem rosnącej świadomości klientów i inwestorów, którzy przykładają do nich coraz większą uwagę.

– Jesteśmy przekonani, że ten certyfikat będzie wartością dla naszych klientów, będzie pomagał im wyróżniać się na rynku i realizować odważne, nowoczesne, zielone inwestycje. Z drugiej strony wierzymy, że ten certyfikat będzie pewnego rodzaju standardem dla branży – mówi Andrzej Losor – System certyfikacji bierze pod uwagę nie tylko jakość produktu i odpowiedzialność wobec środowiska, lecz także aspekty etyczne, rzadko uwzględniane w tego typu certyfikatach. Ta obejmuje m.in. odpowiedzialność wobec pracowników, aspekty bezpieczeństwa i innowacyjność – podkreśla.

Beton to materiał ekologiczny, który w całości podlega procesom recyklingu. Jednak jego produkcja nie jest obojętna dla środowiska na świecie cały przemysł cementowy odpowiada za około 5 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu chcą więc redukować wpływ procesu produkcji na środowisko. Dla branży coraz większym problemem są regulacje środowiskowe i rosnące ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Częściowo rozwiązuje je właśnie produkt finalny, czyli beton. Cement przetworzony do postaci betonu staje się materiałem energooszczędnym, wiążącym dwutlenek węgla i oczyszczającym powietrze z NOx (tlenków azotu).

Beton może także oczyszczać powietrze ze smogu i spalin samochodowych. Wprowadzenie niewielkich ilości dwutlenku tytanu (TiO2) do wierzchniej warstwy betonu – z którego powstają np. nawierzchnie drogowe, kostka brukowa i ściany tuneli – pozwala skutecznie wiązać dużą część niebezpiecznych tlenków azotu, a następnie bezpiecznie usuwać je w kontakcie z wodą deszczową, prowadząc do samooczyszczenia się tych powierzchni. Badania PAN i Politechniki Warszawskiej wskazują, że nawierzchnia betonowa z dodatkiem takiego fotokatalizatora może spowodować 30-procentową redukcję stężenia tlenków azotu w powietrzu.

– Beton jest jednym z najmniej emisyjnych materiałów w procesie produkcji i w całości podlega procesom recyklingu. Jest produkowany lokalnie, z lokalnych materiałów i transportowany na niewielkie odległości (co dodatkowo ogranicza ślad węglowy – przyp. red.). W produkcji betonu używa się też materiałów powstających z procesu spalania ubocznych produktów energetyki przemysłowej, są to np. popioły lotne – podkreśla Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze 3

Pojawienie się na rynku pojazdów elektrycznych i autonomicznych ma przełożenie nie tylko na sektor automotive, lecz także na branżę oponiarską. Coraz bardziej zaawansowane technologicznie samochody wymuszają wprowadzanie kolejnych przełomowych rozwiązań. Już w tej chwili opony nowej generacji są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych o blisko 20 proc., zredukować hałas czy zapewnić szczelność opony po jej uszkodzeniu. Za kilka lat na rynku pojawią się takie, które będą się komunikować z pojazdem i informować np. o zagrożeniu na drodze. 

– Trendy na rynku opon mamy dzisiaj bardzo zbieżne z trendami na rynku automotive. Pierwszy to elektromobilność, a drugi to autonomiczne pojazdy. Elektromobilność wyznacza również kierunek rozwoju branży oponiarskiej i wiąże się m.in. z oczekiwaniem coraz niższych oporów toczenia, zwiększonych zasięgów pojazdów elektrycznych i większego komfortu podróżowania poprzez ograniczenie hałasu. Ten hałas był dotąd generowany przez silniki spalinowe. Silniki elektryczne pracują dużo ciszej, w związku z czym musimy zapewnić też cichsze opony tak, aby ten komfort podróżowania był na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Wójcik, dyrektor generalny Continental Opony Polska.

Producenci samochodów podczas opracowywania pojazdów nowej generacji potrzebują opon o specyficznych parametrach. Ich oczekiwania wobec opony są uzależnione m.in. od mocy pojazdu, segmentu czy zastosowanego napędu. Odpowiadając na ich potrzeby, producenci ogumienia muszą tworzyć coraz bardziej zaawansowane technologicznie opony, które m.in. obniżą zużycie paliwa oraz emisję spalin czy pozwolą zwiększyć zasięg samochodów elektrycznych. Z testów przeprowadzonych przez Continental wynika, że zaawansowane technologicznie opony są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych nawet o 20 proc.

– Polski rynek opon samochodowych o wysokich osiągach rośnie blisko trzykrotnie szybciej niż w Europie, a takie pojazdy wymagają nowoczesnych technologii. Te, które można już dzisiaj wyróżnić, to technologia ContiSilent, która wspiera ograniczenie hałasu odczuwalnego w środku pojazdu oraz technologia ContiSeal, która zapewnia szczelność opony nawet po jej uszkodzeniu – wymienia Dariusz Wójcik.

Równie ważnym trendem, który ma wpływ na kierunek rozwoju branży motoryzacyjnej i oponiarskiej jest łączność pojazdów z otoczeniem (connected cars). Jak podkreśla dyrektor generalny Continental Opony Polska, w nadchodzących latach na rynku pojawią się już inteligentne opony, które zwiększą bezpieczeństwo podróżujących. Takie ogumienie będzie mogło się komunikować z pojazdem oraz informować użytkownika o ewentualnym uszkodzeniu, stopniu zużycia czy niebezpiecznej sytuacji na drodze.

Bezpieczeństwo jest kluczowym aspektem nowych trendów w mobilności. Opony są jedynym punktem styku samochodu z drogą, dlatego mają ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa jazdy. Ubiegłoroczne badanie Moto Data pokazuje, że kierowcy są tego świadomi. W Polsce aż 79 proc. z nich popiera wymóg wprowadzenia obowiązku jazdy na oponach z homologacją zimową. Rozmiar kół, rodzaj oraz jakość opon są też ściśle powiązane z działaniem elektronicznych systemów bezpieczeństwa w nowoczesnych samochodach.

– Opony są jednym z systemów bezpieczeństwa same w sobie, ponieważ m.in. skracają drogę hamowania i współpracują z innymi systemami. Od stanu opony czy głębokości bieżnika zależy droga hamowania na mokrej bądź suchej nawierzchni oraz trakcja – czyli możliwość przeniesienia sił z pojazdu na podłoże – wyjaśnia Łukasz Kusiak, product manager w Continental Opony Polska. – Głębokość bieżnika ma tutaj kluczowe znaczenie. Im więcej bieżnika, tym droga hamowania na mokrej czy ośnieżonej nawierzchni jest krótsza. Rekomendujemy wymianę opon zimowych już przy głębokości bieżnika równej 4 milimetry, o czym informuje specjalny znacznik na oponie. Taka głębokość wciąż zapewnia optymalne bezpieczeństwo. Poniżej tej granicy droga hamowania drastycznie się wydłuża – przestrzega.

Już w tej chwili 4 na 5 pojazdów poruszających się po drogach całego świata jest wyposażonych w innowacje opracowane przez Continental. Tylko w ubiegłym roku wydatki na działalność badawczo-rozwojową oraz rozbudowę zakładów produkcyjnych przekroczyły 6,3 mld euro. Koncern zatrudnia ok. 49 tys. inżynierów, którzy zajmują się opracowywaniem kolejnych przełomowych technologii. Firma ściśle współpracuje z producentami samochodów osobowych i ciężarowych w celu opracowywania coraz bardziej zaawansowanych technologicznie opon i systemów.

Continental inwestuje m.in. w rozwój technologii truck platooningu, która jest jednym z kluczowych trendów rozwoju transportu drogowego. Szacuje się, że wartość światowego rynku konwojowania ciężarówek wyniesie do 2028 r. 1,14 mld dol. Wyniki pierwszych testów uniwersalnego systemu Platooning Demonstrator, opracowanego przez Continental we współpracy z Knorr-Brems, są na tyle obiecujące, że obecnie trwają prace rozwojowe polegające na dostosowaniu rozwiązania do wymagań klientów. Konwoje ciężarówek to źródło wielu korzyści w postaci większej przepustowości drogi, mniejszych oporów powietrza i stałej prędkości, a to przekłada się na niższe spalanie i zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko.

– Współpracując z producentem pojazdu, jesteśmy w stanie sprostać bardzo konkretnym wymaganiom w zakresie parametrów komponentów, które dostarczamy. Nie są to tylko opony, lecz także elementy takie jak np. radary, które są wykorzystywane m.in. w truck platooningu, czyli łączeniu ciężarówek w konwoje – mówi Krzysztof Otrząsek, Fleet & Digital Solutions Manager w Continental Opony Polska. – Połączenie dwóch lub więcej ciężarówek w konwoju, z wykorzystaniem technologii łączności i zautomatyzowanych systemów wspomagania prowadzenia pojazdu, dzięki zmniejszonym odległościom i stałej prędkości jazdy w konwoju, pozwala wygenerować dodatkowe oszczędności w zużyciu paliwa na poziomie ok. 4 proc. Ponadto zaawansowane czujniki umożliwiają reakcję na sytuacje awaryjne w 0,1 sekundy, czyli o 1,3 sekundy szybciej niż człowiek – dodaje.

Dla branży automotive Continental chce być kluczowym partnerem w zakresie przełomowych rozwiązań technologicznych. Dlatego – obok producentów samochodów – podejmuje partnerstwa również z głównymi graczami z sektora technologii mobilnej. Koncern współpracuje m.in. z T-Systems (największym dostawcą usług IT w branży motoryzacyjnej w Niemczech) czy grupą telekomunikacyjną Vodafone. Międzynarodowy operator telefonii komórkowej zapewnia łączność dla platformy ContiConnect – kompleksowego narzędzia do zdalnego monitoringu ciśnienia i temperatury opon dla flot. System zapewnia pełną kontrolę w czasie rzeczywistym, co pozwala zapobiegać awariom, wydłużyć żywotność opon oraz zredukować zużycie paliwa.

Razem z Hewlett Packard Enterprise firma opracowuje z kolei platformę umożliwiającą bezpieczną wymianę danych pomiędzy pojazdami opartą na technologii blockchain. Do końca 2022 roku Continental planuje też zwiększyć liczbę własnych ekspertów ds. oprogramowania i IT o 30 proc. – z obecnych 19 do 25 tys. specjalistów.

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze 4

Biznes przechodzi cyfrową transformację. Dla firm ważnym jej elementem są systemy ERP – cyfrowa baza, która ułatwia zarządzanie przedsiębiorstwem. System rejestruje dane z głównych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, produkcji i obsługi klienta, łącząc je w spójną bazę. Dzięki temu wspomaga m.in. podejmowanie strategicznych decyzji i realizację zadań przez pracowników. Jednymi z najpowszechniej wykorzystywanych są systemy SAP, jednak firma w 2025 r. zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. Firmy powinny przed tym terminem przejść na nową wersję systemu, pozwalającą wprowadzić do przedsiębiorstwa elementy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

– Najnowsze technologie są już wokół nas i cechują się dużą dostępnością, dlatego firmy muszą z nich korzystać. Jeśli tego nie zrobią, zostaną w tyle za konkurencją, tracąc przychody. Jeśli ziści się najczarniejszy scenariusz zupełnie – wypadną z rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron.

Cyfrowa transformacja, oparta na technologiach, stała się już dla biznesu koniecznością niezależnie od branży i wielkości firmy. Warunkuje konkurencyjność przedsiębiorstwa i jego pozycję na rynku, umożliwia tworzenie nowych modeli biznesowych i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Według raportu IDC („Worldwide Semiannual Digital Transformation Spending Guide”) – firmy na całym świecie dokonują już znaczących inwestycji w technologie i usługi, które umożliwiają cyfrową transformację ich organizacji i modeli biznesowych. W tym roku globalne wydatki na ten cel mają sięgnąć 1,18 bln dol. – co w porównaniu z poprzednim oznacza prawie 18-procentowy wzrost.

– Transformacja cyfrowa zakłada szerokie wykorzystanie nowych technologii, które mogą być zastosowane w celu usprawnienia modeli biznesowych, a nawet znalezienia nowych, by ulepszyć procesy w ramach organizacji czy poszukiwać nowych możliwości generowania przychodów – mówi Janusz Wawrzyniak.

Ważny element transformacji firm w kierunku cyfrowym to systemy ERP (ang. enterprise resources planning), które wspomagają zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. W uproszczeniu jest to pakiet zintegrowanych narzędzi, które rejestrują dane z najważniejszych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, kadr, produkcji, obsługi klienta czy wsparcia sprzedaży, łącząc je w spójną bazę. To ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji i wspomaga zarządzanie przedsiębiorstwem.

Jednym z obecnie najchętniej wykorzystywanych jest SAP S/4HANA, który pozwala prowadzić biznes w czasie rzeczywistym. Firmowe dane są przetwarzane w pamięci RAM, dzięki czemu narzędzie działa szybciej i eliminuje opóźnienia wynikające z przetwarzania dużej ilości danych, które występują w przestarzałych systemach ERP.

– Z perspektywy biznesowej S/4HANA to cyfrowa baza, która jest fundamentem inteligentnego przedsiębiorstwa. Jej wdrożenie może oznaczać naprawdę znaczące zmiany w firmie, jej procesach i modelu biznesowym. Z tej perspektywy można na to spojrzeć jak na organizacyjną rewolucję – mówi Janusz Wawrzyniak.

Główne korzyści z wdrożenia S/4HANA to możliwość wykorzystania w firmie nowych technologii. System pozwala m.in. na automatyzację zadań, dzięki korzystaniu z rozwiązań angażujących uczenie maszynowe oraz sztuczną inteligencję. Ma też wbudowany moduł analiz, który na podstawie gotowych prognoz i symulacji pozwala użytkownikowi na podejmowanie lepszych decyzji w krótszym czasie.

– S/4HANA to łatwość łączenia się z użytkownikami na różnych urządzeniach za pośrednictwem technologii Internet of Things oraz bezproblemowe nawiązywanie połączeń z różnymi sieciami biznesowymi, dzięki czemu możliwa jest kompleksowa digitalizacja wszystkich procesów w firmie – przekonuje ekspert.

Łatwość i wygodę użytkowania skomplikowanego systemu zapewni nowy interfejs użytkownika Fiori, który pozwoli lepiej wykorzystać innowacje wprowadzone w systemie. Interfejs dostępny jest na wszystkich urządzeniach pracowników – komputerach osobistych, tabletach i smartfonach – zapewniając spójne środowisko pracy.

– Dzięki technologii uczenia maszynowego potrafi poprowadzić użytkownika przez system, sugerując mu najlepsze sposoby pracy w SAP. Użytkownik otrzymuje też powiadomienia o zadaniach, które powinny być wykonane w danym czasie – mówi Janusz Wawrzyniak. – Najnowsza wersja interfejsu Fiori 3 wprowadza do środowiska SAP zupełnie nową technologię SAP CoPilot, czyli cyfrowego asystenta, co pozwala na interakcje z użytkownikiem przy użyciu języka naturalnego – dodaje.

Interfejs Fiori pozwala również na łatwe wprowadzanie mobilnych scenariuszy (np. do zarządzania zadaniami w terenie czy automatyzacji sprzedaży). Dzięki temu pracownicy mogą szybko reagować na zadania niezależnie od czasu i miejsca, w którym się znajdują, np. przy pomocy smartfona.

– Fiori zapewnia wysoką jakość obsługi użytkownika, co przynosi faktyczne korzyści dla firmy. Są to korzyści finansowe, wynikające z efektywniejszej pracy użytkowników w nowym interfejsie, oszczędności w zakresie szkoleń oraz zyski związane z pracą na danych w czasie rzeczywistym i terminowym realizowaniem zadań dzięki różnorodnym powiadomieniom. Interfejs nie wymaga żadnych objaśnień i nie sprzyja popełnianiu błędów podczas pracy w systemie SAP. Z drugiej strony mamy korzyści personalne, ponieważ dobry interfejs wpływa na zadowolenie użytkowników i zaangażowanie w pracę oraz wzajemne relacje zarówno wewnątrz firmy, jak i z działem informatycznym – mówi Janusz Wawrzyniak.

SAP do 2025 roku zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. To oznacza, że firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, będą musiały wdrożyć S/4HANA przed tym terminem. W przeciwnym wypadku ich oprogramowanie nie będzie wspierane m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych.

– Po 2025 r. klienci nie będą mogli już korzystać z oficjalnej pomocy technicznej SAP ani z aktualizacji zabezpieczeń. Podjęcie decyzji zależy od konkretnych sytuacji, ale zalecany jest scenariusz konwersji na S/4HANA. Oficjalne wsparcie techniczne to jedno, a posiadanie o wiele większej gamy rozwiązań cyfrowych do usprawnienia naszej działalności to drugie – podkreśla ekspert.

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne

0

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne 5

Małe i średnie polskie firmy mają problem ze zrozumieniem terminu CSR – tylko co czwarta wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Często jednak podejmują działania CSR-owe, nawet nie zdając sobie z tego sprawy – wynika z raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą”. Choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. deklaruje aktywność w tym obszarze. Wciąż jednak ponad 90 proc. nie ma żadnej strategii w tym obszarze, a 59 proc. podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

– Definicja CSR-u to prowadzenie działalności biznesowej w sposób odpowiedzialny, ze zrozumieniem konsekwencji podejmowanych działań dla społeczeństwa i środowiska, w którym funkcjonujemy, oraz dla naszych klientów, pracowników – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Społeczna odpowiedzialność biznesu (ang. corporate social responsibility, CSR) zakłada, że firma realizuje swoje cele biznesowe z poszanowaniem środowiska i bierze odpowiedzialność za wpływ, jaki wywiera na swoje otoczenie (pracowników, klientów, dostawców i lokalne społeczności). Poza aspektem etycznym CSR buduje pozytywny wizerunek firmy, bo społecznie zaangażowany biznes cieszy się większym zaufaniem klientów, partnerów i inwestorów.

W Polsce coraz więcej firm wpisuje CSR na stałe do swojej strategii. Jednak jak wynika z najnowszego raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą” – biznes wciąż ma w tym obszarze wiele do zrobienia. 7 na 10 przedsiębiorstw nie potrafi podać definicji CSR i tylko 24 proc. zadeklarowało znajomość tego terminu. Blisko połowa (49 proc.) badanych firm nie ma z nim żadnych skojarzeń. Wśród tych, które znają termin CSR, najczęściej podawane skojarzenia dotyczą etyki, moralności i odpowiedzialności (11,4 proc.), troski o pracowników (6,6 proc.), o środowisko naturalne (3,6 proc.) oraz o lokalną społeczność (3,8 proc.). Raport pokazuje też, że z definicją CSR-u najbardziej obeznane są branże: produkcyjna (32 proc.) i transportowa (26 proc.), a w najmniejszym stopniu – branża budowlana (17 proc.).

Co więcej – im większa firma, tym większa wiedza na temat obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu. Definicję CSR zna tylko 17 proc. mikrofirm, podczas gdy wśród średnich ten odsetek wynosi już 30 proc.

– Z tego raportu wynika przede wszystkim, że CSR jako zdefiniowane zjawisko jest niezrozumiany i trudno postrzegany przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Natomiast w momencie, kiedy zadajemy szczegółowe pytania o to, jakie konkretne działania prowadzą nasi respondenci w obszarze ochrony środowiska czy rozwoju pracowników – wówczas okazuje się, że aż 67 proc. firm prowadzi działania CSR-owe, choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy – mówi Radosław Woźniak.

Raport EFL pokazuje, że choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji terminu CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. przedsiębiorców MŚP deklaruje prowadzenie aktywności w tym obszarze. Najaktywniejsi są przedstawiciele branży HoReCa (83 proc.), z kolei najrzadziej działania CSR realizują firmy handlowe (55 proc.).

– CSR kojarzy się z korporacjami i firmami międzynarodowymi, z dużymi przedsiębiorstwami, które dysponują zasobami, wielkimi budżetami i stać na tego typu działania. Natomiast w rzeczywistości widać wyraźnie, że działania dotyczące rozwoju pracowników, budowania trwałych i poprawnych relacji ze swoimi partnerami biznesowymi, ochrony środowiska rozumianej jako używanie alternatywnych źródeł energii czy segregowanie odpadów nie są zarezerwowane wyłącznie dla wielkich firm, CSR jest w zasięgu praktycznie każdego przedsiębiorstwa – mówi Radosław Woźniak.

Badanie Europejskiego Funduszu Leasingowego pokazuj jednak, że jak na razie tylko 7 proc. mikro-, małych i średnich firm – które realizują działania CSR – ma strategię w tym obszarze. Uwzględniając elementy społecznej odpowiedzialności biznesu w ogólnej strategii firmy czy planach okresowych – można przyjąć, że blisko co piąta (22 proc.) ma w tym zakresie jakikolwiek plan, formalizujący i strukturyzujący działania CSR. Ponad połowa (59 proc.) podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

Pozytywny jest natomiast fakt, że w 7 na 10 firm firm z sektora MŚP inicjatorem działań z zakresu CSR jest zarząd lub top management. To sprzyja skuteczności takich działań i zapewnia im finansowanie. Z drugiej strony – może jednak niekorzystnie wpływać na utożsamienie się pracowników z aktywnościami podejmowanymi przez firmę w tym obszarze. Co ciekawe, źródłem inicjatywy CSR najrzadziej są działy HR oraz PR/marketing (8 proc.).

Raport „CSR w MŚP. Pod lupą” pokazuje również, że tylko 11 proc. firm ma wyznaczony budżet na ten cel, a kolejne 7 proc. ma pulę środków na działalność CSR-ową w ramach budżetu marketingowego. Co dziesiąta firma przeznacza na nią do 10 tys. zł rocznie, co trzecia – do 100 tys. zł. Ponad 1 mln zł rocznie na działalność CSR przeznacza tylko 3 proc. podmiotów z sektora MŚP.

– Korporacyjna odpowiedzialność biznesu jest istotnym elementem strategii również dla Grupy Crédit Agricole. Jako jej członek w oczywisty sposób prowadzimy w Polsce działania z tego obszaru. Współpracujemy głównie z małymi i średnimi firmami, których w Polsce jest prawie 3 mln i zatrudniają prawie 50 proc. wszystkich pracowników w gospodarce. Jako EFL uważamy, że jesteśmy zobowiązani do tego, aby naszą wiedzę i doświadczenie z obszaru CSR przekazywać naszym klientom i partnerom – tak, żeby oni również mogli działać w tym obszarze – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek 6

Każdego roku 18 tys. pacjentek słyszy diagnozę rak piersi. W wielu przypadkach kończy się ona tragicznie, bo choroba została wykryta za późno. Mimo różnych zachęt i kampanii edukacyjnych tylko 3 proc. kobiet regularnie wykonuje samobadanie. Właśnie kończy się ósma odsłona kampanii „Dotykam=Wygrywam”, której głównym celem jest promocja profilaktyki raka piersi poprzez regularne samobadanie piersi i noszenie dobrze dobranego biustonosza. W ramach akcji jeszcze przez kilka dni można oddać też stare biustonosze, a środki otrzymane z ich reCYClingu będą wspierać badania profilaktyczne i walkę z nowotworem.​ 

Rak piersi w Polsce jest na pierwszym miejscu wśród nowotworów kobiet. Z danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że co roku chorobę tę diagnozuje się u około 18 tys. kobiet, z czego ponad 5 tys. umiera. Pierwszym powodem jest zbyt późne wykrycie zmian nowotworowych. Choroba zdiagnozowana na wczesnym etapie może być niemal w 100 proc. wyleczalna. Według specjalistów najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu jest dokładne poznanie własnych piersi i comiesięczne samobadanie.

– Jeżeli co miesiąc wykonujemy samobadanie piersi, to znamy ich ukształtowanie i wiemy, jak wyglądają w danym okresie. Jesteśmy wtedy w stanie zaobserwować ewentualne zmiany i szybko na nie zareagować. Najlepiej badać piersi zaraz po miesiączce, między 6. a 9. dniem cyklu, bo wtedy piersi są najbardziej miękkie, nie są aż tak czułe. Im bliżej miesiączki, tym większe zachodzą w nich zmiany hormonalne i takie samobadanie może być nieprzyjemne – mówi agencji Newseria Izabela Sakutova, ekspert brafittingu.

Statystyki są jednak niepokojące, bo okazuje się, że zaledwie 2–3 proc. kobiet w Polsce wykonuje regularnie samobadanie.

Moim zdaniem wynika to przede wszystkim ze strachu. Pojęcie kobiet na ten temat jest takie, że lepiej nie interesować się tym tematem, bo co będzie, jak coś znajdę, bo nie wiem, jak się wykonuje samobadanie, więc nie będę tego robić, lepiej nie martwić się na zapas. Wiele kobiet myśli, że ten temat ich nie dotyczy, dopóki nie stanie się tragedia w ich otoczeniu, to wtedy faktycznie zaczynają mieć refleksje. Mam wrażenie, że także komunikaty w mediach kreują taki strach przed rakiem piersi i samobadaniem. Możemy podejść do tematu w inny sposób, bardziej lifestyle’owo, bardziej oswajać z tematem, a nie nim straszyć – mówi brafitterka.

Izabela Sakutova jest pomysłodawczynią kampanii „Dotykam=Wygrywam”. Jej celem jest edukowanie kobiet na temat tego, jak dbać o zdrowie piersi, właśnie poprzez wykonywanie regularnego samobadania i noszenie dobrze dobranego biustonosza.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” zajmuje się dbaniem o biust kompleksowo, stąd też brafitting. Od razu obalę jeden mit, który czasami się pojawia w internecie – źle dobrany biustonosz nie spowoduje raka piersi, ale może spowodować wiele innych, nieprzyjemnych konsekwencji, wpływających na nasze zdrowie fizyczne oraz mentalne także – mówi Izabela Sakutova.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” realizowana jest przede wszystkim w salonach brafittingowych, które specjalizują się w usłudze indywidualnego doboru bielizny.

W sklepach ustawione są kosze. Zachęcamy kobiety do przyniesienia swoich starych biustonoszy, których nie używają z wielu względów. Dajemy kobietom ekologiczny powód wyczyszczenia szuflad jesienią i oddanie ich do reCYClingu, w ramach którego zbieramy fundusze na działania charytatywne związane z profilaktyką raka piersi. Wspieramy Stowarzyszenie Polskie Amazonki Ruch Społeczny, część środków idzie na badania dla podopiecznych. Wspieramy również fundację Wsparcie na starcie, którą powołałam do życia w tym roku i która buduje w nastolatkach zdrowe nawyki dotyczące ich piersi i działa poprzez edukację w szkołach – mówi Izabela Sakutova.

Część środków z reCYClingu przeznaczona będzie na stworzenie pierwszej polskiej aplikacji mobilnej, która będzie skierowana m.in. do nastolatek i będzie taką „przypominajką”, żeby zrobić samobadanie.

Uważamy, że jest potrzeba na polskim rynku komunikacji kierowanej do nastolatek, by budować w nich zdrowe nawyki od samego początku i wpłynąć na zmianę statystyk. Chodzi o to, by młode dziewczęta miały świadomość, że nie ma nic złego w dotykaniu własnych piersi, w poznaniu ich i w posiadaniu pełnej świadomości tego, że one są zdrowe. Inne fundacje koncentrują się na starszych kobietach, a my uważamy, że rozmowy na ten temat należy zacząć o wiele wcześniej – mówi Izabela Sakutova.

Zbiórka starych biustonoszy trwa do 31 października w całej Polsce. W poprzednich edycjach udało się zebrać 67 000 biustonoszy, czyli prawie 4 tony.

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu 7

Telemedycyna oraz technologie inteligentne mogą odmienić oblicze polskiej służby zdrowia. Przeprowadzenie pełnej cyfryzacji placówek i procedur medycznych usprawni przepływ dokumentów i zautomatyzuje wykonywanie najbardziej czasochłonnych czynności. Inwestowanie w innowacyjne technologie medyczne oraz cyfrową dokumentacje może przyczynić się do zmniejszenia kolejek do specjalistów, a także poprawić wydajność pracy w placówkach medycznych. Według Ministerstwa Zdrowia cyfryzacja nie jest jednak kluczowa

Według raportu „Health at a Glance 2018” Polska ma najmniejszy odsetek lekarzy pośród wszystkich krajów europejskich. Na 1000 obywateli przypada zaledwie 2,4 pracownika służby zdrowia. Niższy wskaźnik ma jedynie Turcja (1,8), zaś średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 3,6. Tych braków kadrowych nie uda się szybko rozwiązać poprzez zwiększenie zatrudnienia czy rozbudowę infrastruktury medycznej. Z pomocą może przyjść nowoczesna technologia, która zautomatyzuje wykonywanie części procedur oraz przeniesie część z nich do internetu.

– Po raz pierwszy uzyskaliśmy dostęp do kompletu informacji na temat procesów, które dzieją się w cyberprzestrzeni. Widzimy, jakie leki i kiedy otrzymał pacjent i czy wykupił je w aptece. Te informacje są też w naszym Internetowym Koncie Pacjenta, a w przyszłości będą też dostępne dla lekarzy. Recepty, które do tej pory były tylko na kartkach papieru, dzisiaj są dostępne online, można z nich skorzystać przez aplikację mobilną w telefonie razem ze swoim mDowodem Osobistym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Nadrzędnym celem ministerstwa związanym z cyfryzacją służby zdrowia jest zrealizowanie unijnego projektu Elektronicznej Platformy Gromadzenia, Analizy i Udostępniania zasobów cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych (P1). Usługa ma stanowić szkieletowe rozwiązanie zespalające wszystkie systemy informatyczne funkcjonujące w ramach publicznej służby zdrowia. Platforma pozwoli uruchomić szereg usług medycznych związanych z realizacją świadczeń zdrowotnych.

Już dziś w jej ramach funkcjonuje w Polsce system e-recept i e-zwolnień, a w trakcie wdrażania jest system elektronicznych skierowań do specjalistów. Kolejnym krokiem na drodze do pełnej cyfryzacji będzie promowanie rozwiązań z zakresu telemedycyny. Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia już od 1 listopada wizytę w placówce podstawowej opieki zdrowotnej będzie można odbyć łącząc się z lekarzem przez internet. Takie rozwiązanie ma zaowocować zmniejszeniem kolejek do lekarzy pierwszego kontaktu.

– W cyfryzacji wiele rzeczy udało się zrealizować, ale na pewno bardzo wiele także przed nami, w szczególności w zakresie wprowadzenia wielu nowych rozwiązań, które jeszcze bardziej poprawią i podniosą komfort pracy w gabinetach. Cyfryzacja poprawi organizację w placówkach ochrony zdrowia i oczywiście jest szansa na to, że pośrednio przyczyni się także do skrócenia czasu oczekiwania. Natomiast wydaje się, że kluczowe w tym zakresie są inne działania, czyli zwiększanie nakładów oraz inwestycje w kadry – przekonuje Janusz Cieszyński.

Ministerstwo Zdrowia planuje wdrożyć w życie Fundusz Modernizacji Szpitali, który pozwoli poprawić stan infrastruktury szpitali oraz przychodni. Ministerstwo wyda na ten cel 2 mld zł. O unowocześnienie branży medycznej walczą także niezależne instytucje. Współpraca nawiązana pomiędzy platformą ZnanyLekarz oraz operatorem elektronicznej dokumentacji medycznej Medfile zaowocowała wypracowaniem narzędzi, które mają zautomatyzować proces rejestracji pacjentów oraz wypełniania dokumentacji medycznej.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku rozwiązań telemedycznych w 2018 roku wyniosła 21,45 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 60,45 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,9 proc.

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn”

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn” 8

W 2029 roku sztuczna inteligencja przejdzie ważny test Turinga i tym samym osiągnie ludzki poziom inteligencji. W 2047 roku może nastąpić moment nadejścia supermaszyn, inteligentniejszych od ludzi. Artificial general intelligence (AGI) byłaby maszyną zdolną do zrozumienia świata, która wykonywałaby szeroki zakres zadań. Stephen Hawking ostrzegał, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej. Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem – przekonuje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

– Sztuczna inteligencja może być ostatnią innowacją wprowadzoną przez ludzkość, ponieważ następne innowacje będą tworzone przez sztuczną inteligencję. To jest jeden utopijny scenariusz, w którym wszystkie nasze problemy zostaną rozwiązane. Oczywiście jest również dystopijny scenariusz, w którym sztuczna inteligencja będzie naszą ostatnią innowacją, bo kiedy zwrócimy się do maszyn o rozwiązanie problemu zmian klimatycznych, przyjrzą się nam i powiedzą: „To wy jesteście problemem” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

Dzięki uczeniu maszynowemu można już rozpoznać wczesne objawy chorób. Sztuczna inteligencja pomaga też w kontroli ruchu naziemnego i lotniczego. Komputery są już biegłe w doborze zasobów, tłumaczeniu mowy i diagnozowaniu raka. System przetwarzania języka sponsorowany przez Yahoo, wykrywa sarkazm, algorytmy piszą muzykę, robią obrazy, żartują i tworzą nowe scenariusze do „Flinstonów”. Głębokie sieci neuronowe mogą identyfikować orientację seksualną ludzi, po prostu analizując ich twarze – wynika z badania Uniwersytetu Stanforda .

Raport „Kiedy AI przekroczy ludzką wydajność? Dowody od ekspertów AI ” wskazuje, że w ciągu najbliższych 100 lat SI będzie w stanie zrobić to samo co człowiek, ale bardziej efektywnie – prawdopodobnie nastąpi to w 2060 roku. Zdaniem naukowców komputer będzie w stanie wykonać pracę chirurga do 2053 roku.

– Wielu specjalistów wskazuje, że osiągniemy punkt osobliwości już w 2029 roku. Jest to punkt, w którym maszyny staną się inteligentniejsze od ludzi. To już niedługo. Duże postępy nie będą widoczne przez pierwszych kilka lat, lecz zgodnie z prawem postępu wykładniczego oznacza to, że być może dzisiaj zyskasz niewiele, lecz w następnym roku podwoisz to, co zyskałeś, w kolejnym roku podwoisz wszystko. Przy tak przyspieszającym rozwoju, wcześniej czy później dotrzemy do punktu osobliwości i maszyny staną się inteligentniejsze od nas – ocenia Mo Gawdat.

Tradycyjnym sposobem oceny ambitnych maszyn jest test Turinga – prawdziwa artificial general intelligence (AGI) mogłaby oszukać ludzi tak, by ci nie wiedzieli, że rozmawiają z człowiekiem, czy robotem. Już podczas Turing Test 2014 chatbot udający trzynastoletniego Ukraińca oszukał jedną trzecią sędziów.

Ray Kurzweil, dyrektor ds. inżynierii Google, uważa, że AI całkowicie przejdzie test Turinga w 2029 roku. 2045 rok ocenia jako moment, kiedy powstaną supermaszyny.

– Dżina wypuszczono już z butelki. Posługując się teorią gier, kwestią czasu jest osiągnięcie punktu, w którym na planszy nie pozostanie żadne pole, na które będziemy mogli przesunąć się, by powstrzymać rozwój sztucznej inteligencji, może z wyjątkiem wskazywanych przez niektórych naukowców klęsk żywiołowych lub katastrof gospodarczych, które zgodnie z przewidywaniami niektórych naukowców spowolniłyby postęp, lecz to jest najbardziej pesymistyczny scenariusz. Jeżeli nic takiego nie nastąpi, w końcu dotrzemy do punktu osobliwości – przewiduje Mo Gawdat.

Wielu naukowców obawia się, że kiedy zbudujemy sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas, może nadejść dzień zagłady ludzkości. Bill Gates i Tim Berners-Lee porównują AGI do spełniającego życzenia dżina, nad którym nie mamy kontroli. Elon Musk przewiduje, że AGI będzie podobne do nieśmiertelnego dyktatora, przed którym nigdy nie będziemy mogli uciec. Stephen Hawking z kolei oświadczył, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej.

– Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, o zmianie zachowania w taki sposób, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem, naszymi korzyściami, naszym szczęściem i dobrym samopoczuciem, jednocześnie będąc na tyle inteligentnymi, żeby sprostać wyzwaniom, jakie niesie świat – podkreśla Mo Gawdat.

Olejek CBD: czy warto używać?

Z olejkiem CBD jest trochę tak, jak z naturalnymi kosmetykami. Niby większość z nas wie, że mają one bardzo dobry wpływ na urodę i są bezpieczne dla organizmu, ale jednocześnie nie do końca im ufamy, chętniej sięgając po środki chemiczne. Z kannabidiolem jest ten problem, że w świetle prawa nadal nie można przypisywać mu właściwości leczniczych. Nie ukrywajmy też, że wciąż dość powszechne jest wrzucanie produktów zawierających ten związek do jednego worka z substancjami narkotycznymi. Faktem jest natomiast, iż olejek CBD – najpopularniejszy legalny produkt konopny na rynku – może korzystnie oddziaływać na ludzki organizm. Coraz więcej osób chce się o tym przekonać. Czy warto iść w ich ślady?

Co wiemy o CBD?

CBD, czyli kannabidiol, to substancja naturalnie występująca w konopiach. Jest jednym z ponad 80 kannabinoidów, ale zdecydowanie najcenniejszym z nich. Od wielu lat prowadzone są badania nad potencjalnym zastosowaniem CBD w terapiach licznych schorzeń psychicznych i fizycznych. Naukowcy mają dla nas coraz więcej pozytywnych informacji – już teraz wiadomo, że kannabidiol ma potencjał terapeutyczny w przypadkach choroby Alzheimera, Parkinsona, padaczki lekoopornej, depresji, schizofrenii oraz anoreksji.

Oczywiście mówimy tutaj o testach, do których wykorzystuje się CBD w formie izolatu, niedostępnej legalnie w Polsce. Olejki CBD zawierają znacznie niższe stężenie tej substancji, stąd nie można przypisywać im właściwości leczniczych.

Kto powinien rozważyć używanie olejku CBD?

Olejki CBD renomowanych producentów są środkami w 100% naturalnymi, a więc także bezpiecznymi dla zdrowia. Nie ma żadnych szczególnych przeciwwskazań do stosowania tych produktów – warto w tym miejscu wspomnieć o słynnym już raporcie WHO, w którym czytamy, iż brakuje wiarygodnych dowodów mogących potwierdzić rzekomo negatywny wpływ CBD na ludzki organizm, a także ryzyko przedawkowania kannabidiolu.

Po olejki CBD najczęściej sięgają osoby, które:

  • Chcą żyć ekologicznie i wprowadzać takie produkty do swojej codzienności;
  • Ufają naturalnym kuracjom – zarówno na gruncie zdrowotnym, jak i kosmetycznym;
  • Chcą realnie poprawić funkcjonowanie organizmu, zwłaszcza pod kątem psychicznym, pokarmowym oraz neurologicznym;

Czy CBD wywołuje jakieś skutki uboczne?

Tak, jak każda naturalna substancja CBD nie musi być w pełni tolerowane przez ludzki organizm. W rzadkich przypadkach można zaobserwować niepożądane efekty uboczne przyjmowania produktów zawierających kannabidiol. Do tych najczęściej występujących zaliczamy:

  • Senność
  • Zmęczenie
  • Duży apetyt
  • Biegunki

Dodatkowo wspomnijmy, że CBD jest inhibitorem cytochromu P450, czyli enzymu odpowiadającego za metabolizm składników leków. Stąd podejrzewa się, iż kannabidiol może osłabiać lub wzmacniać działanie niektórych środków farmakologicznych. Więcej o tym piszemy w osobnym poradniku – warto przeczytać!

Czy używanie olejku CBD jest zgodne z polskim prawem?

To jedna z najczęściej pojawiających się wątpliwości. Mnóstwo osób wciąż podchodzi do produktów konopnych z dużą nieufnością. Samo słowo „konopie” ma wydźwięk pejoratywny, co jest oczywiście efektem nagonki na tę roślinę ze strony ruchów antynarkotykowych. Napiszmy to zatem dosadnie: środki odurzające produkuje się z konopi indyjskich, natomiast olejki CBD z konopi siewnych.

Uprawa tej drugiej rośliny jest legalna w większości rozwiniętych krajów świata – także w Polsce. Co za tym idzie, same olejki CBD również są produktami legalnymi, produkowanymi i sprzedawanymi zgodnie z prawem – chociażby na terytorium całej Unii Europejskiej.

Podkreślmy: zakup oraz używanie olejku CBD nie niesie ze sobą ryzyka żadnych konsekwencji prawnych. Jedyny warunek dotyczy składu produktu. Zawartość THC – czyli substancji psychoaktywnej – nie może przekraczać poziomu 0,2%. W efekcie olejek nie wykazuje działania narkotycznego, nie zmienia zachowania konsumenta, nie uzależnia.

Ważne!

Sequoyalife oferuje wyłącznie legalne i bezpieczne dla zdrowia olejki CBD. 

Rozsądne kalkulowanie oczekiwań

Olejek CBD nie jest – co trzeba mocno podkreślić – remedium na wszystkie przypadłości, cudownym środkiem gwarantującym pożegnanie wszelkich problemów ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Używanie produktów z kannabidiolem ma jak najbardziej sens, o ile robimy to w sposób świadomy, zdając sobie sprawę z faktu, iż tzw. medycyna konopna ma charakter wybitnie indywidualny, a skuteczność terapii jest ściśle uzależniona od predyspozycji konkretnego organizmu.

Uniwersalnym efektem stosowania CBD jest poprawa jakości życia – głównie na gruncie psychicznym, co szczególnie powinno zainteresować osoby funkcjonujące w silnym stresie, znerwicowane, zabiegane, nieodczuwające życiowej satysfakcji.

Na koniec zaznaczmy, że efektywność terapii z wykorzystaniem olejku CBD jest uzależniona od jakości produktu oraz faktycznego stężenia kannabidiolu. Szczególnie ważna jest ta ostatnia kwestia. Wybierając olejek CBD warto postawić na taki, który ma potwierdzony skład i zawiera dokładnie tyle kannabidiolu, ile deklaruje producent/sprzedawca. To najlepszy sposób, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Wysokojakościowe, polecane przez wielu konsumentów i cieszące się znakomitą opinią olejki CBD, kupisz w oficjalnym sklepie internetowym marki Sequoyalife.

IT wysoko wynagradza doświadczonych

Informatyka od wielu lat jest w czołówce, jeżeli chodzi o liczbę kandydatów na studia. Według danych opublikowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dotyczących rekrutacji na rok akademicki 2018/2019, 42 tys. absolwentów szkół średnich aplikowało na studia informatyczne. Na drugim miejscu z wynikiem „zaledwie” 27 tys. chętnych plasuje się zarządzanie. Na wieloletnią popularność informatyki składa się przede wszystkim przekonanie o łatwości znalezienia pracy legendy o „niebotycznych” zarobkach specjalistów IT.

Eksperci są zdania, że określenie „informatyk” jest bardzo nieprecyzyjnie i coraz częściej od niego odchodzą. „We współczesnym świecie IT określenie „informatyk” tak naprawdę nic nam nie mówi i niewiele oznacza. Branża w jakiej działamy jest bardzo szeroka, stąd silna potrzeba specjalizacji, co oczywiście znajduje odbicie w nazwach stanowisk” – wyjaśnia Piotr Kawecki, Dyrektor Zarządzający w ITBoom.

Specjalizacji jest bardzo wiele i są niezwykle zróżnicowane. Najpopularniejszą nadal pozostaje programowanie. Specjaliści zajmujący się tą gałęzią IT są najlepiej wynagradzani.  Równie duże szanse na rozwój ma neuroinformatyka, której potencjał wykorzystywany jest w pracach nad sztuczną inteligencją.

Ogromną zaletą branży IT jest elastyczność. Właściwie każdy kto ukierunkuje swoją karierę we właściwy sposób ma szansę odnaleźć taki jej obszar, w którym będzie się z sukcesem realizował. Ze względu na nieustający rozwój technologii czy automatyzację kolejnych branż, liczba miejsc, gdzie specjaliści IT są potrzebni, nieustannie się powiększa. W ITBoom opracowaliśmy ścieżkę kariery, która umożliwia zmianę projektów i znalezienie optymalnego miejsca dla naszego pracownika. To korzystne dla obu stron, ponieważ praca, która sprawia satysfakcję, często jest o wiele bardziej efektywna. Zdajemy sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach za rozwojem technologii powinny iść także możliwości rozwoju zawodowego. Okoliczności są sprzyjające. Konsumenci coraz chętniej i w coraz większym stopniu wykorzystują zdobycze IT – przekonanie o użyteczności informatyki jest powszechne. Osoby działające w tej branży powinny wykorzystywać panujący trend. To oznacza jednak sporo pracy i wyzwań. Ci kandydaci, którzy zdają sobie z tego sprawę, odnajdą się w branży i odniosą sukces” – deklaruje Piotr Kawecki.

Duże zarobki, ale też spora odpowiedzialność

Branżę IT w Polsce tworzy dzisiaj już 350 tysięcy osób, ale to w dalszym ciągu zbyt mało, aby obsadzić wszystkie wakaty. Według Sedlak&Sedlak w Polsce brakuje nawet 50 tys. specjalistów. Pracodawcy poszukują przede wszystkim fachowców wsparcia II i III linii oraz osób zajmujących się bezpieczeństwem systemów. Nie powinien dziwić więc fakt, że w sytuacji, gdy specjalistów brakuje, ich oczekiwania finansowe wzrastają. Według portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, w pierwszym kwartale 2019 roku średnie wynagrodzenie junior backend developera zatrudnionego na umowie B2B wynosiło 6 tys. zł. W porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej to wzrost o 9%. W przypadku specjalistów zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę wzrost jest jeszcze większy i sięga nawet poziomu 40%. Kolejne podwyżki i awans idą w parze z nabywaniem doświadczenia, zdobywaniem kolejnych certyfikatów i uczestnictwem w szeregu szkoleń, co jest nieuniknione w branży, w której ciągle pojawiają się nowości. Poziom zarobków warunkuje również technologia w jakiej się pracuje. Nadal najlepiej opłacani są specjaliści technologii Spring – zatrudnieni w oparciu o umowę B2B otrzymują średnio 17 tys. zł netto. W przypadku umowy o pracę jest to kwota 15 tys. zł brutto dla pracujących w technologii Angular.

Wizja wysokich zarobków jest jednym z powodów, dla którego bardzo wielu młodych ludzi decyduje się właśnie na studia informatyczne. Trzeba mieć jednak z tyłu głowy fakt, że sam dyplom niczego nie daje. Kluczowe jest doświadczenie, sukcesywny rozwój i zdobywanie nowych umiejętności. IT to specyficzna branża, w której technologie stosunkowo szybko się dezaktualizują. Trzeba też zaznaczyć, że w wielu firmach, zwłaszcza instytucjach finansowych, zwłaszcza takich jak banki czy firmy ubezpieczeniowe, praca specjalistów IT jest niezwykle odpowiedzialna. Dzisiaj nasza branża jest wielopłaszczyznowa i można zajmować się informatyką będąc przy tym dyrektorem bezpieczeństwa czy administracji. Trudno o jasną definicję, gdzie nasz zawód się zaczyna, a gdzie kończy, dlatego też szufladkowanie zarobków i kompetencji staje się coraz większym wyzwaniem” – dodaje Piotr Kawecki.  

Z raportu przygotowanego przez No Fluff Jobs wynika, że praca jest najlepszym źródłem wiedzy, jeśli chodzi o IT. Co ciekawe sporo, bo niemal 13% respondentów, nie ukończyło studiów wyższych lub studiowało kierunek niezwiązany z IT.

Brak ukończonych studiów informatycznych nie jest przeszkodą przekreślającą możliwość kariery w IT. Bardzo dobrą i popularną praktyką jest zatrudnianie na stażach studentów, również tych początkujących. W ten sposób firma może „wychować” sobie młodą kadrę i ukierunkować je na te obszary, które są dla niej kluczowe. Dla młodych ludzi to też szansa, aby przekonać się, czy kariera w IT jest dla nich. Bardzo często spotykam się z takim podejściem, że głównym motywatorem do podjęcia studiów informatycznych jest wizja wysokich zarobków. Pomijany jest jednak fakt, że kluczowa będzie także ciężka praca i zdobycie doświadczenia, które przychodzi z czasem. Dopiero potem pojawią się odpowiednie zarobki i możliwości dalszego rozwoju. Prawdą jest jednak, że branża nowoczesnych technologii to jeden z najbardziej perspektywicznych sektorów światowej gospodarki. Dlatego trudno się dziwić, że pojawiają się w nim coraz większe budżety i realna możliwość międzynarodowej kariery” – wyjaśnia Piotr Kawecki.

Jaką ochronę daje inwestorom Dyrektywa MiFID 2?

Tytułowy dokument zawiera przepisy, które chronią inwestorów na rynkach kapitałowych przed nadużyciami instytucji finansowych. Od 2018 r. obowiązuje także polskie banki, ubezpieczycieli oraz i branże TFI. Warto dowiedzieć się, na czym dokładnie polega ta ochrona.

Czym jest Dyrektywa MiFID 2?

Pakiet dokumentów o nazwie dyrektywa MiFID 2 to obowiązujące w UE regulacje, których celem jest wzmocnienie pozycji inwestorów wobec instytucji finansowych (głównie firm oferujących fundusze inwestycyjne, ale także wobec banków i firm ubezpieczeniowych). Pełna nazwa tych regulacji to Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/65/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych oraz zmieniająca dyrektywę 2002/92/WE i dyrektywę 2011/61/UE. Dyrektywa została uchwalona w 2014 r., a w Polsce zaczęła obowiązywać od początku 2018 r. Regulacja obowiązuje wraz z towarzyszącym jej Rozporządzeniem oraz szeregiem pobocznych aktów.

Czego dotyczy?

Nowe obowiązki związane są po pierwsze z lepszym informowaniem klientów o istniejącym ryzyku, a po drugie z większą przejrzystością cenową (kwotowanie instrumentów finansowych). W skrócie: oferowane produkty mają byś nastawione na zysk klienta, a nie oferującej je instytucji. W tym celu Dyrektywa wprowadził szereg przepisów. Na przykład obowiązek, aby klienci byli raz w roku informowani na temat wszystkich swoich wydatków oraz na temat wynagrodzenia, jakie za obrót ich pieniędzmi otrzymuje sprzedawca. Zmusza także dystrybutorów testów adekwatności wśród potencjalnych klientów, aby wykazać, czy dany produkt jest odpowiedni (korzystny), czy nieodpowiedni (ryzykowny) dla konkretnego klienta.

Istotny jest także przepis, który narzuca instytucjom oferującym różne produkty inwestycyjne stworzenie profilu adekwatnego odbiorcy produktu. Taki profil ma dokładnie odkreślać, dla kogo dany produkt się nadaje, a dla kogo nie. Dyrektywa MiFID 2 nakazuje także dystrybutorom, aby o oferowanych produktach mówili i pisali w klarowny sposób, zrozumiałym dla potencjalnego klienta językiem.

MC: mamy Strategię Cyberbezpieczeństwa RP na lata 2019-24. Premier Mateusz Morawiecki podpisał dokument

– Jesteśmy w dość szczególnym momencie. Pół wieku temu powstał Internet. Tym bardziej cieszy, że właśnie w tym momencie w Polsce, zaczynamy realizację kolejnego etapu prac nad zabezpieczeniem cybernetycznym kraju – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa Cybersec w Katowicach.

Strategia Cyberbezpieczeństwa RP na lata 2019-24 została najpierw zaakceptowana przez Radę Ministrów, a 29 października podpisał ją premier Mateusz Morawiecki. Minister cyfryzacji Marek Zagórski mówił o Strategii podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa w Katowicach. Jak podkreślał, celem dokumentu jest wzmocnienie cyberbezpieczeństwa kraju. – Kluczowa jest tu edukacja, współpraca międzynarodowa i wymiana informacji. Bez tego we współczesnym świecie żadne państwo nie jest w stanie osiągnąć samo bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni i ochronić się przed zagrożeniami, jakie płyną z sieci – mówi Marek Zagórski.

Czym jest Strategia?

Strategia Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2019-2024 to dokument, który określa strategiczne cele rządu polskiego w zakresie cyberbezpieczeństwa. Kluczowe jest, by systemy informacyjne, operatorzy usług kluczowych, operatorzy infrastruktury krytycznej, dostawcy usług cyfrowych oraz administracja publiczna były odporne na incydenty w cyberprzestrzeni. Dokument zastępuje Krajowe Ramy Polityki Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2017-2022, które do tej pory pełniły jej rolę. Wejście w życie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, a także konieczność uwzględnienia nowych wyzwań związanych z cyberbezpieczeństwem, np. zabezpieczenia rozwiązań w ramach technologii chmurowych czy 5G spowodowały potrzebę rewizji dotychczasowego dokumentu.

Cel – bezpieczeństwo

Głównym celem Strategii jest podniesienie poziomu odporności na cyberzagrożenia oraz poziomu ochrony informacji w sektorach: publicznym, militarnym i prywatnym. Na lepszą ochronę informacji wpłynie też promowanie wiedzy i dobrych praktyk wśród obywateli.

W dokumencie określono najważniejsze cele, jakie ma spełnić Strategia. Pierwszym z nich jest rozwój Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, który ma podlegać systematycznej ocenie. Rozbudowany zostanie system wymiany informacji o cyberzagrożeniach, co usprawni kierowanie bezpieczeństwem narodowym. Rozwinięta zostanie też współpraca oraz koordynacja działań organów ścigania w celu zwiększania zdolności do zwalczania cyberprzestępczości, w tym cyberszpiegostwa czy zdarzeń o charakterze hybrydowym. Zapisano także konieczność bliższej współpracy z jednostkami samorządu terytorialnego. Drugi cel to zwiększenie poziomu odporności sieci i systemów teleinformatycznych administracji publicznej oraz sektora prywatnego. Chodzi również o osiągnięcie zdolności do skutecznego zwalczania skutków incydentów. Ten cel ma zostać osiągnięty przez opracowanie m.in. Narodowych Standardów Cyberbezpieczeństwa, które zapewnią spełnienie przez podmioty krajowe niezbędnych wymagań organizacyjnych i technicznych w tym zakresie. Standardy będą dotyczyć takich obszarów jak: przetwarzanie w chmurze czy aplikacje mobilne. Zwiększenie potencjału Polski

Weryfikacja skuteczności wdrożonych systemów zarządzania bezpieczeństwem będzie dokonywana przez okresowe testy i audyty cyberbezpieczeństwa. Nastąpi dostosowanie polskiego prawa do zapisów unijnych takich jak tzw. akt o cyberbezpieczeństwie.- Celem Strategii jest też zwiększenie potencjału Polski w zakresie technologii cyberbezpieczeństwa – podkreśla minister Marek Zagórski. Przy wsparciu rządowym, zostaną rozbudowane zasoby przemysłowe i technologiczne. Rozwinięte też zostaną mechanizmy współpracy między sektorem publicznym i prywatnym. Temu właśnie ma służyć współpraca Ministerstwa Cyfryzacji z największymi firmami technologicznymi. Resort zainicjował już program współpracy z takimi podmiotami w zakresie cyberbezpieczeństwa. Podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa nastąpiło podpisanie kolejnych porozumień, które tego dotyczą. Do współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji przystępują kolejne firmy – Cisco, Ericsson oraz Nokia. Wcześniej porozumienie takie podpisała firma Samsung. Świadomość jest kluczem

Celem Strategii Cyberbezpieczeństwa RP jest również rozwijanie świadomości społecznej w obszarze bezpiecznego korzystania z wirtualnej przestrzeni, a także jest zbudowanie silnej pozycji międzynarodowej Polski w obszarze cyberbezpieczeństwa.

– Duży nacisk będziemy kłaść na podniesienie świadomości społecznej dotyczącej korzyści jaki niesie za sobą rozwój nowoczesnych technologii, a także zagrożeń z tym związanych – podkreśla Marek Zagórski.

Koordynatorem wdrożenia Strategii jest Minister Cyfryzacji. W ciągu pół roku od przyjęcia dokumentu zostanie opracowany szczegółowy Plan Działań. Zostaną określone konkretne zadania oraz działania dla organów administracji rządowej, wraz z harmonogramem ich realizacji. Wskazane też zostaną źródła finansowania oraz mierniki pozwalające na określenie stopnia realizacji konkretnego działania.

kom/ ryb/ wus/

Wall Street – giełdowe indeksy pobiły historyczne rekordy

Koniec października przyniósł rekordowe poziomy na Wall Street. Indeksy poszybowały, pomimo coraz gorszych informacji o światowej koniunkturze gospodarczej.

Dwa z trzech najważniejszych indeksów giełdowych odnotowały poziomy nigdy nie widziane wcześniej. A chodzi o S&P500 i NASDAQ 100, który zawiera w sobie najważniejsze spółki technologiczne, takie jak Google czy Facebook.

To już ponad 10 lat hossy na Wall Street, przedzielanej krótkimi okresami spadków. Tym bardziej inwestorzy zastanawiają się jak długo hossa może jeszcze trwać, a przede wszystkim zadają sobie pytanie dlaczego indeksy tak bardzo wzrosły, skoro tak wiele mówi się o recesji.

Dane dotyczące koniunktury gospodarczej (indeksy PMI) nie wyglądają przecież dobrze: we wrześnie mieliśmy najgorszą sytuację co najmniej od 2013 r.

Co też istotne, właśnie publikowane dane z amerykańskich spółek też nie są tak dobre, jak przed rokiem.

– Jesteśmy w okolicach minimów dekady jeśli chodzi o gospodarkę, a jednocześnie na maksimach, jeżeli chodzi o indeksy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jak połączyć to w jedną całość? Przyczyna jest taka, że Inwestorzy oczekuję, że Rezerwa Federalna, która już dwukrotnie w tym roku obniżyła stopy procentowe zrobi to ponownie, a obniżki będą powtarzane. Możliwe, że wprowadzone zostaną także inne rozwiązania, które będą pompować ten rynek jeszcze wyżej.

Czy powstanie prawdziwa „Wyspa Blockchain”?

Rząd Wysp Marshalla zaskoczył świat w 2018 r., ogłaszając zamiar stworzenia nowej kryptowaluty pod nazwą Sovereign Coin (SOV) – co można przełożyć jako Suwerenna Moneta lub Suweren, ale dla wygody posłużymy się skrótem – która będzie nowym legalnym środkiem płatniczym tego kraju. Nasuwa się więc naturalne pytanie, dlaczego akurat Wyspy Marshalla i skąd taki pomysł? Warto przeanalizować, czym będzie kryptowaluta SOV, ale należy zacząć od przybliżenia motywacji tego maleńkiego wyspiarskiego państwa.

Dlaczego Wyspy Marshalla?

Po drugiej wojnie światowej Wyspy Marshalla stanowiły obszar powierniczy USA, który w latach 1946-1958 mocarstwo traktowało jako poligon doświadczalny dla swoich testów nuklearnych (atol Bikini). USA rozstrzygały roszczenia, wypłacały odszkodowania i pomagały przesiedlać się ludności zamieszkującej „nuklearny atol”. Wyspy Marshalla uzyskały suwerenność w 1979 r., a od 1991 r. stały się członkiem ONZ. W 2003 r. Stany Zjednoczone odnowiły umowę o stowarzyszeniu, a w istocie pomocy finansowej dla tego kraju pod nazwą COFA (The Compact of Free Association). Kontekst tej umowy jest skomplikowany i wielopiętrowy. USA mają strategiczne interesy na wyspach i płacą swoisty „czynsz”, aby utrzymać tam część swojego systemu obrony przeciwrakietowej. Dzięki COFA Wyspy używają dolara amerykańskiego jako swojej waluty, a ich obywatele mogą podróżować i zamieszkiwać w USA bez wiz. Jednak układ ten od zawsze miał charakter tymczasowy. COFA zakończy się w 2023 r. i najprawdopodobniej nie zostanie przedłużony. Układ jest dobrodziejstwem dla Wysp, bowiem z niego wypływa 30% PKB kraju. Jeśli miałby zostać poniechany, nastąpi katastrofa.

Ale to tylko część problemów Wysp Marshalla, które stają się powoli tonącym statkiem, i to dosłownie. Państwo położone jest na 1156 wyspach o łącznej populacji zaledwie 70 tys. mieszkańców, z których wiele nie nadaje się do zamieszkania z różnych powodów: od braku deszczów po skażenia nuklearne. Państwo to jest położone na terenach wystających jedynie 2 metry nad poziomem morza. Stoi więc wobec realnej groźby zalania, może podzielić los Atlantydy. Co więcej, zakwaszenie mórz dosłownie niszczy podstawę tych wysp, które są koralowcami.

W obliczu takich egzystencjalnych zagrożeń Wyspy Marshalla ogłosiły w marcu ubiegłego roku zamiar emisji własnej waluty SOV. Wyraziły ambicję stania się pierwszą gospodarką typu „blockchain”, państwem o wirtualnej jurysdykcji, co na razie nie udało się nikomu, a zaawansowane próby w tym względzie podejmowała Malta. Jednak Wyspy Marshalla mają unikalne atuty, których nie posiadają inni. Należą do grupy tzw. rajów podatkowych, a w kontekście decyzji o prawdziwej rewolucji finansowej dobrą wiadomością jest to, iż kilka dni temu Unia Europejska usunęła Wyspy Marshalla z „czarnej listy” rajów podatkowych, do których miała zastrzeżenia prawne. Lista ta utworzona w 2017 r., po ujawnionych rewelacjach dotyczących unikania płacenia podatków przez korporacje i osoby zamożne, nadal obejmuje dziewięć jurysdykcji spoza UE – głównie wyspy Pacyfiku o niewielkich relacjach finansowych z UE.

Należy także podkreślić, iż atutem Wysp Marshalla jest fakt posiadania cennego produktu eksportowego, jakim jest prywatny rejestr morski, powszechnie znany jako rejestr Wysp Marshalla – trzeci co do wielkości na świecie. Jest on prowadzony w imieniu tego państwa przez spółkę International Registries, Inc. z siedzibą w Wirginii. Wyjaśnijmy, iż tego rodzaju rejestr państw bandery nadaje obywatelstwo statkom i implikuje, jakie prawa i obowiązki przysługują statkowi. Rejestracja oznacza, iż statki spełniają wszystkie ustanowione wymagania krajowe i międzynarodowe.

Koncepcja „Wyspy Blockchain”

Autorstwo tego określenia przypisuje sobie Steve Tendon, którego firma ChainStrategis oficjalnie w 2017 r. przystąpiła do opracowywania i wdrożenia tej koncepcji na Malcie z rządowym błogosławieństwem. To zwięzły sposób opisania kwestii integracji kryptowalut z tradycyjnymi systemami finansowymi, prawnymi i regulacyjnymi z uwzględnieniem wszechobecnego wykorzystania technologii blockchain. Przypomnijmy, iż technologia blockchain (łańcuch bloków) służy do przechowywania oraz przesyłania informacji o transakcjach zawartych w Internecie. Istotą działania blockchain jest utrzymanie wspólnej i zbiorowej księgi rachunkowej transakcji w cyfrowej postaci, rozproszonej po sieci, w takich samych kopiach. Księga jest w pełni zabezpieczona przed niepowołanym dostępem, a zarazem otwarta dla wszystkich. Przy obecnej technologii i mocy obliczeniowej komputerów nie da się podrobić największych łańcuchów bloków. Transakcje zapisane w łańcuchu bloków są nieodwracalne. Każda próba zmiany jednego bloku pociąga za sobą zmianę całego następującego po nim łańcucha bloków.

Przenosząc tę technologię na szersze wody, Tendon usiłował stworzyć w pełni wirtualną jurysdykcję na Malcie, która mogłaby łączyć kryptowaluty i technologię blockchain z resztą globalnego systemu finansowego. Był to śmiały projekt, którego Malta ostatecznie nie podjęła z kilku względów. Po pierwsze jest członkiem UE z silnymi powiązaniami bankowymi. Członkostwo w UE nakłada ograniczenia regulacyjne. Na Malcie nie mogłaby zmaterializować się koncepcja kryptowaluty, podobnie jak w Estonii, która próbowała promować Estcoin – nie było to dozwolone. Kraj wprawdzie ustanowił korzystną jurysdykcję poprzez nowe przepisy ustawowe i wykonawcze, a następnie wykorzystał ją do przyciągania bezpośrednich inwestycji zagranicznych, ale firmy musiały rozpocząć działalność w terenie. To kluczowy i nieszczęśliwy wymóg: firmy musiały zaznaczyć fizyczną obecność na Malcie, nawet jeśli nie było to logiczne ani logistycznie konieczne. Tak więc pomysł stania się dominującym graczem w pełni wirtualnej sferze kryptograficznej został utracony.

Po drugie niewątpliwe zalety i potencjał technologii blockchain i kryptowalut działa, póki co, przeciwko nim. Różnią się tak bardzo od wszystkiego, co pojawiło się wcześniej, że nikt nie może się zgodzić na sposób ich integracji z istniejącymi systemami ekonomicznymi, technologicznymi i prawnymi. Tak więc kryptowaluty istnieją w izolacji, stanowią niewielką „wyspę” oddzieloną od realnej gospodarki, czyli „kontynentu”. Zalety technologii kryptograficznych mogą być wykorzystane jedynie przy masowej adopcji, którą można osiągnąć wyłącznie za pomocą efektów sieciowych. Obecna sfera kryptograficzna nie jest na tyle duża, aby utrzymać efekty sieciowe, a nie może wzrosnąć bez integracji z szerszą ekonomią. Dzisiejsze systemy finansowe transferują tryliony dolarów dziennie, a gospodarka kryptowalutowa to zaledwie kilka miliardów. Podobnie globalny system finansowy to miliardy posiadaczy rachunków, podczas gdy istnieje tylko kilka milionów posiadaczy kryptowalut. Sedno koncepcji „Wyspy Blockchain” tkwi więc w znalezieniu sposobu na połączenie kryptoekonomii z „kontynentem” realnym. Koncepcja „Wyspy Blockchain” nie jest czymś, do czego można aspirować. To wizja do zrealizowania lub problem do rozwiązania, ograniczenie, które należy pokonać, wykonując odważny skok do całkowicie wirtualnego, nieskrępowanego geograficznie królestwa.

Tego rodzaju możliwości potencjalnie drzemią w Wyspach Marshalla. Państwo jest w skrajnej izolacji, z pilną potrzebą nawiązania połączeń, które nie są zakorzenione w ograniczeniach geograficznych, przestrzeni i zasobach fizycznych. Widzi konieczność stworzenia infrastruktury cyfrowej, aby w przypadku katastrofalnego scenariusza – zniknięcia kraju pod wodą – obywatele nadal mieli zabezpieczoną cyfrową spuściznę i informacje w łańcuchu bloków – w blockchainie. Wyspy chcą nadal funkcjonować jako kraj, nawet w sytuacji, gdy mieszkańcy będą zmuszeni do migracji na inne tereny.

Waluta SOV – istota i zalety

Trudno przecenić innowacyjny potencjał kryptowalut. Z perspektywy finansowej oferują szereg wyraźnych i unikalnych korzyści, w tym transfery transgraniczne, peer-to-peer prawie w czasie rzeczywistym oraz rozliczanie wartości po przystępnych opłatach. Przewidywana waluta Wysp Marshalla SOV nie będzie po prostu digitalizacją istniejącej waluty – będzie zupełnie nową walutą. Uzyska status prawnego środka płatniczego, ponieważ zostanie wyemitowana przez suwerenne państwo. SOV nie będzie alternatywą dla kryptowalut, jakie znamy, ale lepszą alternatywą dla istniejących walut fiducjarnych (pieniądz fiducjarny jest emitowany przez banki centralne w ramach prowadzonej przez nie polityki pieniężnej). Obrazowo ujmując: SOV, pozostając zarówno kryptowalutą, jak i walutą fiducjarną, może stanowić swoisty most łączący „kontynent” (inne waluty fiducjarne) z „archipelagiem” kryptowalut. Wprowadzenie SOV, jeśli się całkowicie powiedzie, można porównać do otwarcia Kanału Panamskiego lub Kanału Sueskiego, które połączyły odległe systemy gospodarcze. Osiągnięcie sukcesu w tym wypadku oznacza zdobycie akceptacji zarówno w świecie konwencjonalnych rynków finansowych, jak i w świecie kryptowalut.

Nie ma niebezpieczeństwa, że Wyspy Marshalla wpadną w tę samą pułapkę, co Malta: rząd nie przeszkadza rysującemu się modelowi, a Wyspy są zbyt odległe, aby nalegać na fizyczną obecność firm. Rząd Wysp w pełni akceptuje wirtualną naturę sfery kryptograficznej. Sama wielkość realnej gospodarki zapewni efekt sieci, który za pośrednictwem SOV przyniesie masowe technologie kryptograficzne. Tym, czym jest dolar dla globalnej gospodarki na świecie, SOV chce być dla nowej kryptoekonomii w sferze kryptograficznej. Zapewni to Wyspom Marshalla nowe możliwości i odegra istotną rolę w zapobieganiu nadchodzącym kryzysom finansowym i środowiskowym. Projekt ma również aspekt humanitarny. Chodzi o to, aby przynieść korzyści mieszkańcom Wysp Marshalla.

Otwierając się na gospodarkę blockchain, Wyspy nie tylko pomogą swoim mieszkańcom, ale staną się czymś w rodzaju potęgi krypto-finansowej, dając przykład światu. Powodzenie SOV poniesie za sobą konsekwencje makroekonomiczne, będzie korzystne na przykład dla Malty i każdej innej jurysdykcji, organizacji lub startupu, które zaangażują się w rozwój nowych firm opartych na technologiach blockchain.

Trudna droga do SOV i implikacje nowej waluty

Stworzenie kryptowaluty jako prawnego środka płatniczego jest trudnym procesem, nie mającym precedensu. Kraj angażuje się w długie dyskusje z różnymi zainteresowanymi stronami, od Departamentu Skarbu USA po Organizację Narodów Zjednoczonych. Wyspy Marshalla nigdy nie miały własnego prawnego środka płatniczego, wykorzystują dolara amerykańskiego, a teraz, zamiast wzorować się na innych krajach, które drukowały własne pieniądze, wybierają opcję dającą trwalsze rozwiązanie ich problemu.

We wrześniu ubiegłego roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) odradzał projekt SOV, utrzymując, że wprowadzenie kryptowaluty jako legalnego środka płatniczego może zwiększyć ryzyko związane z integralnością makroekonomiczną i finansową. Departament Skarbu również początkowo wyrażał dezaprobatę, ale po prawie roku wewnętrznych dyskusji urzędnicy USA nabrali przekonania, że ten projekt może zadziałać. Cyfrowa waluta banku centralnego nadal będzie opierać się na infrastrukturze banku centralnego. Materialnie będzie funkcjonować w jakiejś farmie serwerów, ale nadal „na ziemi”. Problem odporności i trwałości nowego rozwiązania polega na tym, że jeśli terytorium kraju zniknie, to nadal chce pozostać Wyspami Marshalla i zachować swoje informacje i tożsamość cyfrową.

SOV będzie wdrażana w ramach „emisji pieniężnej rozłożonej w czasie” (ang. Timed-Release Monetary Issuan – TRMI). Ponieważ wiele szczegółów SOV jest wciąż opracowywanych przez ekonomistów, technologów i matematyków, dzisiaj mieszkańcy nie kupują SOV, ale jednostki, które później zostaną na nie wymienione. Istnieje ogromna obawa, że waluta zostanie przejęta przez inwestorów spekulacyjnych, co może spowodować poważną niestabilność monetarną. Tak więc wdrażanie rozłożone w czasie jest sposobem na to, aby przyjmowanie waluty było kontrolowane, nie nastąpiło w drodze jednej oferty. Emisja, a więc TRMI, zajmie około 18-24 miesięcy, zamiana w kryptowalutę SOV nastąpi przy stosunku 1:1. Chodzi o to, aby odsunąć spekulantów, a zaprosić długoterminowych inwestorów. Pomimo rozproszonej populacji i problemów logistycznych, z jakimi boryka się kraj, dzięki zasięgowi satelitarnemu i telekomunikacji wdrożenie jest znacznie łatwiejsze niż, powiedzmy, założenie banku centralnego i drukowanie pieniędzy. Wyspy Marshalla nie należą do stowarzyszenia takiego jak UE, co daje im większą swobodę tworzenia kryptowaluty.

Przygodę z własnymi kryptowalutami miały takie kraje, jak Wenezuela z Petro i Iran z PayMon. Jednak SOV ma być czymś więcej niż kryptowalutą. Będzie posiadał status prawnego środka płatniczego, co skutkuje określonymi konsekwencjami. Prawny środek płatniczy oznacza, że waluta musi być używana w gospodarce Wysp Marshalla. Jako prawny środek płatniczy w Organizacji Narodów Zjednoczonych, może stać się wymienialny na rynkach walutowych Forex. To bardzo różni go od innych kryptowalut. Ogólnym celem jest rozszerzenie zasięgu SOV poza fizyczne brzegi wysp i promowanie we wszelkiego rodzaju transakcjach elektronicznych. Wreszcie SOV bynajmniej nie jest pomysłem na obchodzenie sankcji amerykańskich.

W przeciwieństwie do kryptowalut, takich jak Bitcoin lub Ether, SOV będzie mieć wbudowaną technologię KYC (poznaj swojego klienta), AML (przeciwdziałanie praniu pieniędzy), CFT (przeciwdziałanie finansowaniu terroryzmu), filtrowanie list sankcyjnych i tożsamości przy zapewnieniu bardzo silnych gwarancji prywatności. Polityka pieniężna kryptowaluty SOV będzie zakodowana na stałe w łańcuchu, ustalana algorytmicznie przy 4% stopie inflacji rocznie.

Zakłada się również społeczne wymiary SOV. Kiedy wejdzie w życie (wykreowana lub wybita, ponieważ ma być zarówno kryptowalutą, jak i zwykłą walutą), będzie przynosiła bezpośrednie korzyści posiadaczom, w szczególności rezydentom Wysp Marshalla. Z chwilą emisji część trafi bezpośrednio do kieszeni obywateli w ramach pionierskiego podziału bogactwa w systemie gospodarczym. Zgodnie z założeniami pewien procent emisji kryptowaluty SOV zostanie przeznaczony na fundusze do walki z katastrofami, z jakimi boryka się kraj. Jednym z tych funduszy jest Zielony Fundusz Klimatyczny Wysp Marshalla, który pomaga przygotować się na skutki zmian klimatu, a także zwiększyć zrównoważony rozwój kraju. Drugim jest Fundusz Dziedzictwa Jądrowego i Opieki Zdrowotnej, który pomaga osobom dotkniętym testami nuklearnymi. To sprawia, że SOV znaczy więcej niż tylko legalny środek płatniczy lub kryptowaluta zaprojektowana z myślą o spekulacjach – ma być lekiem na palące potrzeby społeczne.

Nie wiadomo do końca, w jaki sposób będzie ustalona wartość SOV. Problem ten znajduje się wciąż „na desce kreślarskiej”. Plan zakłada jednak, że określi się ją za pomocą mechanizmów rynkowych. Chodzi o to, aby waluta SOV odzwierciedlała wartość realnej gospodarki (fizycznej lub elektronicznej), która ją przyjmie, podobnie jak każda inna waluta krajowa, tyle że jej użytkowanie może być znacznie szersze niż granice Wysp Marshalla.

Reasumując, SOV jest kryptowalutą opartą na technologii blockchain, która pozwoli krajowi stać się bardziej odpornym na problemy środowiskowe. Jeśli SOV zostanie przyjęty do handlu elektronicznego i transakcji poza Wyspami Marshalla, będzie to sukces podwójny. Ostatnie wydarzenia w przestrzeni kryptograficznej przyspieszyły prace. Odnotowuje się znaczące wysiłki na rzecz wprowadzenia globalnej kryptowaluty przez Facebooka, Binance, Chiny, a nawet bank centralny Anglii, który ogłosił wstępne plany dotyczące syntetycznej waluty hegemonicznej. Trend rysuje się więc wyraźny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowe przebudzenie branży produkcyjnej

Jedną z bardziej znaczących zmian ostatnich lat jest pojawienie się technologii cyfrowej jako podstawowego komponentu procesu produkcyjnego. Proces nazywany „Przemysłem 4.0” czy „inteligentną produkcją” oznacza korzystanie z Internetu Rzeczy (IoT), sztucznej inteligencji, blockchain i innych ultranowoczesnych systemów w celu podniesienia m.in. wydajności oraz przewidywalności produkcji. Sam proces również uległ rozbudowie oraz skróceniu.

Radykalnej zmianie uległ również sam model pracy osób zaangażowanych w produkcję. Przez wzgląd na coraz większą złożoność kanałów dystrybucji oraz prowadzonej komunikacji, niezależne departamenty powinny postawić na ścisłą współpracę, tak żeby razem osiągnąć lepsze wyniki. Co więcej, integracja powinna zostać zastosowana nie tylko w ramach organizacji, ale również z udziałem zewnętrznych partnerów, takich jak dostawcy. Bliższa współpraca pomoże w bardziej wydajnej i efektywnej pracy oraz wpłynie na optymalizację całego łańcucha dostaw.

Natomiast osobami, które zaczęły odgrywać podwójną rolę stali się dystrybutorzy kanałów partnerskich. Jako część dwukierunkowego przepływu informacji przekazują producentom spostrzeżenia dotyczące łańcucha dostaw oraz przede wszystkim – informacje płynące od klientów. Gromadząc je, producent może wdrażać ulepszenia produktu w oparciu o najbardziej wartościowy feedback od klienta końcowego. Dodając do tego fakt, że oczekiwania klientów wciąż rosną, wrażenia użytkowników mają istotny wpływ na projektowanie oraz wytwarzanie produktów. Producenci rywalizują w walce o lojalność klientów, jednak z powodu intensywnej cyfryzacji konkurenci mogą pojawić się dzisiaj nawet w alternatywnych branżach. Dlatego częstą, choć nieco zaskakującą praktyką są wspólne spotkania w celu rozwiązania problemów stojących przed całą branżą.

Serwicyzacja przemysłu produkcyjnego

Do tej pory produkcja miała prosty, liniowy charakter. Im więcej producent wyprodukował, tym więcej produktów był w stanie sprzedać. Pojawienie się technologii cyfrowej umożliwiło wdrożenie nowych, nieliniowych modeli biznesowych oraz dochodowych, dlatego wielu producentów reorganizuje swoje procesy. Coraz bardziej praktyczne, odpowiednie i opłacalne dla obydwu stron stają się modele oparte na subskrypcji „pay as you go” lub „pay as you use”. Użytkownik kupuje produkt jako usługę, a nie jako nakład inwestycyjny. Proces wdrożenia serwicyzacji nie jest procesem gwałtownym. Żeby przeprowadzić go optymalnie, należy uwzględnić cały ekosystem przedsiębiorstwa: dostawców, partnerów, pracowników, a czasem nawet konkurencję.

Platforma cyfrowa, a cyfrowa transformacja

Cyfryzacja przedsiębiorstwa odbywa się na wielu poziomach. Na pierwszy składa się cyfrowy rdzeń – procesy ERP (planowanie zasobów przedsiębiorstwa) i PLM (zarządzanie cyklem życia produktu). Na tych procesach oparta jest cała pozostała struktura digitalowa. Drugi to systemy i platformy takie jak Liferay DXP. Umożliwiają interesariuszom uczestniczenie w procesie ustalania strategii transformacji cyfrowej.

Tu niezwykle istotną rolę odgrywają pracownicy oraz informacja zwrotna od klientów. To właśnie pracownicy najlepiej rozumieją oczekiwania klientów oraz znają ich poziom zaangażowania, dlatego mogą doradzać w kwestii odpowiadania na zmieniające się potrzeby. Należy jednak pamiętać, że cyfrowy rdzeń oraz platforma do kreowania cyfrowych doświadczeń muszą ze sobą ściśle współgrać.

Podstawową cechą, którą należy wziąć pod uwagę przy wyborze platformy jest jej elastyczność. Elastyczne środowisko umożliwiające interakcję z jednostkami zewnętrznymi umożliwia zachowanie konkurencyjności i podjęcie natychmiastowych działań z dowolnym podmiotem. Stopień integracji platformy określi nowy model biznesowy oraz cenowy, a także szybkość i sprawność, z jaką można reagować na potrzeby klientów.

Jeśli platforma nie przewiduje możliwości integracji, potencjalnie zagraża istotnym możliwościom, ponieważ:

  • Partnerzy w różnych regionach mogą korzystać z różnych platform,
  • Pracownicy mogą oczekiwać lub potrzebować innych sposobów interakcji z organizacją,
  • Konkurencja może oferować technologię, której brakuje platformie bez możliwości integracji.

Wyzwania transformacji cyfrowej

Przy transformacji cyfrowej pojawia się zwyczajowo wiele wyzwań, chociaż główne, które możemy zaobserwować pojawiają się w obszarach migracji danych z poprzednich systemów, zarządzania zmianami oraz logistyki w ekosystemie:

  1. Dotychczasowe systemy

Inicjatywa transformacji cyfrowej powinna uwzględniać wcześniej zakupioną technologię, która traktowana jest jak inwestycja długoterminowa. Procesy produkcyjne są bardzo zróżnicowane więc uwzględnienie jednego rozwiązania przy migracji danych między systemami jest praktycznie niemożliwe. Konieczne jest uruchamianie programów pilotażowych, a następnie wdrażanie ich do kolejnych poziomów organizacji, co często generuje koszty i wymaga od zaangażowanych osób sporego nakładu czasowego.

  1. Zarządzanie zmianami

Kolejnymi aspektami, które często sprawiają kłopot może być kultura korporacyjna oraz zdolność dostosowania się do nowych warunków. Chęć przyjęcia efektów digitalizacji oraz regularne korzystanie z platformy może być często większym wyzwaniem niż aspekty techniczne.

  1. Logistyka w ramach ekosystemów

Przemysł 4.0 oraz nowe możliwości digitalizacji zapewniają tworzenie nowych połączeń nie tylko w ramach organizacji, ale także integracji z dostawcami, partnerami oraz klientami. Otwiera to nowe wyzwania w zakresie IT i rozumienia bezpieczeństwa całego ekosystemu.

Jak skutecznie przeprowadzić transformację cyfrową

W trakcie przeprowadzania w organizacji transformacji cyfrowej błędy są nieuniknione i można wyróżnić kilka typowych pułapek. Warto zwrócić szczególną uwagę na:

  1. Precyzyjne nazwanie celów

Przedsiębiorstwa powinny określić realne problemy, które próbują rozwiązać za pomocą transformacji cyfrowej oraz wyznaczyć podejście, w jaki sposób zamierzają to osiągnąć. Wiele projektów ma cel w postaci ogólnej poprawy produktywności, jakości, czasu wprowadzenia produktu na rynek, bądź wzrostu wydajności w ramach łańcucha dostaw. Wiele projektów z zakresu transformacji kończy się na powstaniu koncepcji. Niejasne cele utrudniają zmierzenie ostatecznych korzyści z digitalizacji.

  1. Bliskość zespołów IT

Kolejnym często obserwowanym błędem jest wybór zespołu IT. W większości przypadków odpowiedzialność za transformację cyfrową spoczywa w pełni na działach IT, które często są odizolowane od głównej osi działania przedsiębiorstwa. Aby osiągnąć optymalne wyniki,
w zakresie transformacji cyfrowej powinny skupić się na intensywnej współpracy z partnerami oraz z innymi działami, w tym z biznesem, technologią, big data i obsługą klienta.

  1. Skalowalność platform pilotażowych

Z założenia każdy system pilotażowy finalnie będzie musiał zostać rozszerzony na całą organizację. Niestety wiele zespołów zajmujących się transformacją zapomina o tej kwestii i wdraża zmiany oparte wyłącznie o jeden obszar firmy. Dlatego tak wiele systemów pilotażowych okazuje się fiaskiem. Skalowanie jest istotnym elementem, który należy rozpoznać dla wszystkich operacji biznesowych firmy.

Nadszedł bardzo ciekawy czas dla branży produkcyjnej, w którym można skorzystać z mnóstwa nowych możliwości w zakresie nowych technologii czy usług. W tym nielinearnym środowisku nie ma dwóch takich samych rozwiązań, zarówno z punktu widzenia technologii, jak i modeli biznesowych. Biorąc to pod uwagę organizacja, która uwzględni te aspekty uzyska przewagę konkurencyjną. Tempo zmian jest rekordowo gwałtowne i chociaż nie wszystkie aspekty transformacji są wystarczająco dojrzałe, nieuwzględnienie ich może być dla przedsiębiorstwa ryzykownym posunięciem. Jeśli organizacje chcą się liczyć na rynku, konieczne jest, aby wdrażanie nowych technologii znalazło się wysoko na liście priorytetów.

Informacje o autorze:

Raghuram Joshi – ma ponad 20-letnie doświadczenie w aplikacjach korporacyjnych – w tym implementację IoT i chmury, a także odpowiedzialność za cyfrowe systemy zarządzania treścią w Robert Bosch Engineering & Business Solutions (RBEI), spółce zależnej od Robert Bosch GmbH.

RBEI określane mianem technologicznej siły napędowej Bosch, zlokalizowane jest w Indiach i zatrudnia ponad 19,5 tys. współpracowników, co czyni go poza niemieckim ośrodkiem największym centrum rozwoju oprogramowania na świecie. W RBEI tworzy się kompleksowe rozwiązania inżynieryjne, informatyczne oraz biznesowe. Jako jeden z wiodących globalnych dostawców technologii, RBEI jest obecne w Stanach Zjednoczonych, Europie oraz na terenie Azji i Pacyfiku.

Brexit za kolejne 3 miesiące. Czy Amerykanie obniżą stopy?

Zdaniem wielu analityków obniżka stóp procentowych, której jeszcze do niedawna spodziewano się na grudniowym posiedzeniu, będzie miała miejsce już w październiku. Można to uznać za dosyć specyficzną sytuację, biorąc pod uwagę fakt, że przeważnie to właśnie końcoworoczne obrady FOMC były wykorzystywane w celu zmiany stóp.

Czy Amerykanie obniżą stopy?

Patrząc na wyceny kontraktów terminowych na stopę procentową, obniżka na środowym posiedzeniu wydaje się właściwie przesądzona. Szansa na ten scenariusz wynosi obecnie 96%. Co ciekawe jeszcze miesiąc temu nie przekraczała 50%. Prawdopodobieństwo to liczone jest na podstawie wycen opcji na stopę procentową, zatem oddaje nastawienie sektora finansowego, a głos w tej ankiecie wiąże się z zaangażowaniem kapitału. Ostatnie dni to jednak umacnianie się dolara względem euro. Jest to o tyle dziwne, że obniżka stóp procentowych powinna obniżać wartość waluty, a nie ją zwiększać. Być może spowodowane jest to oczekiwaniami zapowiedzi końca obniżek, a najbliższe cięcie zostało już przed oficjalną decyzją zdyskontowane przez rynek.

Brexit za kolejne 3 miesiące

Znamy nowy “ostateczny” termin brexitu. Jest to 31 stycznia 2020 roku. Komentatorzy pozwalają sobie z tego tytułu na wiele złośliwości. Przyglądając się już 3,5-letniemu procesowi opuszczania Wspólnoty, faktycznie można nabrać poważnych wątpliwości, o co tu tak naprawdę chodzi. UE zdecydowała się na opcję przedłużenia negocjacji zwaną “flextension”. Oznacza to, że jeśli Wielka Brytania oficjalnie zaakceptuje uzgodnione wcześniej warunki, to może nie czekać do końca stycznia, ale większość obserwatorów nie bierze na poważnie pod uwagę takiej ewentualności. Tak naprawdę analizując dotychczasowy rozwój akcji w brexitowej telenoweli, powinniśmy przewidywać, że to nie będzie ostatnie przedłużenie. Funt przyjmuje tę decyzję w miarę spokojnie, w końcu miał czas, żeby się już do tego przyzwyczaić.

Co ze składkami ZUS

Kwestia zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS okazuje się poważnym problemem wewnątrz polskiego rządu. Z jednej strony ruch ten miał ustabilizować obciążone wydatkami socjalnymi finanse publiczne. Z drugiej stoi to w jawnej sprzeczności z chęcią budowy sektora nowoczesnych usług, którego specjaliści zostaną negatywnie dotknięci przez to rozwiązanie. Mogłaby to być istotna danina dla budżetu, bo mowa aż o 5 miliardach złotych rocznie. Zdaniem części analityków fakt, że w Polsce sprawa bezpośrednio dotyczy raptem 300 tysięcy osób, może być silnym argumentem za wprowadzeniem tej koncepcji. Co rzadko się zdarza, akurat w tej sprawie rządzący są wyjątkowo podzieleni. Z punktu widzenia rynków sama zmiana podatkowa nie jest jednak tak istotna, jak możliwe tarcia w obozie władzy.

Dzisiaj dzień wolny w Turcji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Novaturas podsumowuje wyniki finansowe za trzy kwartały 2019 r.

Wyniki finansowe Grupy Novaturas w pierwszych trzech kwartałach 2019 r. pozostawały pod wpływem dużej konkurencji i jednocześnie słabszego popytu na wyjazdy zagraniczne spowodowanego upalnym latem w krajach bałtyckich. Doprowadziło to do nadpodaży na rynku, odbijając się na rentowności operatorów turystycznych. Novaturas spodziewa się natomiast dobrych wyników w sezonie zimowym 2019/2020. Obiecująco wygląda również początek przedsprzedaży na przyszłoroczny sezon letni.

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2019 r. z usług Grupy Novaturas skorzystało 238 tys. osób, tj. o 2,3% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadek dotyczył przede wszystkim rynku litewskiego, gdzie z oferty Novaturasa skorzystało o 7,9% mniej klientów niż rok wcześniej. W pozostałych krajach bałtyckich Grupa zdołała utrzymać dodatnią dynamikę sprzedaży – na Łotwie liczba klientów wzrosła o ponad 9%, a w Estonii o 1,4%.

Przy nieco wyższej rok do roku średniej cenie sprzedaży wczasów zorganizowanych, przychody Grupy Novaturas narastająco za trzy kwartały 2019 r. wyniosły 139,6 mln EUR i były tylko nieznacznie (o 0,5%) niższe niż po dziewięciu miesiącach 2018 r.

– Bieżący rok jest drugim z rzędu, w którym obserwujemy nadpodaż na rynku usług turystycznych w krajach bałtyckich. Wynika ona głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo dynamiczny wzrost rynku w poprzednich latach przyciągnął nowych graczy, co istotnie zwiększyło konkurencję. Z drugiej strony, popyt na wczasy zagraniczne wyhamował z powodu upalnego lata, które zachęciło mieszkańców krajów bałtyckich do skorzystania z lokalnej oferty turystycznej – wyjaśnia Audronė Keinytė, prezes Novaturasa.

– W tych trudnych warunkach Grupa Novaturas skutecznie broni pozycji największego operatora turystycznego we wszystkich trzech krajach bałtyckich. Tymczasem inni gracze nie wytrzymują zaostrzonej konkurencji – wskazuje Audronė Keinytė. Jak dodaje, ze względu na specyfikę branży turystycznej, obecna sytuacja jest w dużej mierze efektem decyzji podjętych ponad rok temu, gdyż klienci często planują i rezerwują wakacje z dużym wyprzedzeniem.

Zysk brutto Grupy Novaturas za okres od stycznia do września br. wyniósł 16,2 mln EUR (spadek o 20% r/r), a EBITDA sięgnęła 3 mln EUR (-59%). Zysk netto w omawianym okresie wyniósł 1,3 mln EUR wobec 5,7 mln EUR przed rokiem.

Zarząd Grupy Novaturas spodziewa się poprawy sytuacji w ostatnich miesiącach roku. – Po słabym lipcu i sierpniu, we wrześniu odnotowaliśmy już wyraźne odbicie sprzedaży. Przygotowaliśmy też atrakcyjną i różnorodną ofertę na sezon zimowy 2019/2020, która spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem – wyniki przedsprzedaży do końca września są bardzo obiecujące, gdyż odnotowaliśmy wzrost liczby rezerwacji przy wyższej niż rok wcześniej rentowności – wskazuje prezes Novaturasa.

Novaturas z zadowoleniem dostrzega ponadto, że coraz więcej turystów wybiera nie tylko wczasy stacjonarne, ale także wycieczki krajoznawcze. Liczba klientów, którzy skorzystali z oferty krajoznawczych wycieczek samolotem wzrosła o 40,4%, a wycieczek autokarowych o 14,8%. Novaturas oferuje krajoznawcze wycieczki samolotem już we wszystkich krajach bałtyckich.

Grupa rozpoczęła przedsprzedaż oferty Lato 2020 wcześniej niż zwykle, bo już w sierpniu tego roku. Po raz pierwszy klienci Novaturasa mogą skorzystać z letnich wakacji w tak odległych, egzotycznych krajach, jak Seszele czy indonezyjska wyspa Bali. W przyszłym roku będą mogli również wybrać się na wczasy na grecką wyspę Kefalinia, na szmaragdową Riwierę Słoweńską oraz do jednego z najciekawszych regionów Chorwacji, tj. na półwysep Istria. Przyszłoroczna oferta Grupy Novaturas spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. Największą popularnością wśród mieszkańców krajów bałtyckich niezmiennie cieszy się natomiast Turcja.

Grupa Novaturas – wybrane wyniki finansowe

(tys. EUR) 1-3 kw. 2019 1-3 kw. 2018 Zmiana r/r
Przychody 139 571 140 240 -0,5%
Zysk brutto 16 158 20 304 -20,4%
EBITDA 3 015 7 373 -59,1%
Zysk netto 1 341 5 656 -76,3%

 

Rekordy wszechczasów indeksu S&P500. Rynek funta czeka na głosowanie

Rynki wyciskają ostatnie krople optymizmu z informacji o „postępach” w rozmowach handlowych, co pozwala na umocnienie ryzykownych aktywów i nowe rekordy rynku akcji. S&P500 znalazł się najwyżej w historii, rosną rentowności obligacji, a traci złoto. Rynek walutowy trzyma zmienność w ryzach, czekając na kluczowe wydarzenia makro (Fed, NFP).

Poniedziałek nie okazał się tak nudny, na jaki się pierwotnie zapowiadał. Wydarzeniem dnia stały się nowe rekordy wszechczasów indeksu S&P500 pod wpływem pozytywnych informacji dotyczących relacji handlowych USA-Chiny, dobrych wyników kwartalnych spółek i oczekiwań na kolejną obniżkę stóp procentowych Fed. Przedstawiciele rządu USA zapewniają, że rozmowy z Chinami idą w dobrym kierunku i są czynione postępy. Prezydent USA Donald Trump powiedział w poniedziałek, że spodziewa się podpisać znaczną część umowy handlowej z Chinami przed terminem, ale nie podał daty. Wcześniej przedstawiciel ds. handlu USA powiedział, że USA zastanawiają się, czy przedłużyć zawieszenia ceł na chińskie towary o wartości 34 miliardów dolarów, które wygasną 28 grudnia tego roku. Ogólnie zapanowała cicha akceptacja, że w kolejnych tygodniach nie powinno dojść do nagłego zwrotu w rozmowach. Osobiście chciałbym w to wierzyć, jednak momenty eskalacji konfliktu z maja i sierpnia nie pozwalają mi być takim optymistą. Negocjatorzy w dalszym ciągu używają ogólników, terminy są nieokreślone, jak również porozumienie „pierwszej fazy” nie dotknęło żadnych tematów z tych, które od początku stanowiły główny powód sporu. Odnoszę wrażenie, że stosunek prezydenta Trumpa do Chin mógłby być dużo ostrzejszy, gdyby w ostatnich tygodniach nie zawracało mu głowy zamieszanie związane z Syrią i impeachmentem. Nie zapominajmy o tym, co potrafi zrobić Donald Trump, gdyby ma trochę wolnego czasu. Na razie jednak rynkom przychodzi się cieszyć z braku świeżych powodów do zmartwień. Z drugiej strony S&P500 jest zaledwie 11 pkt. powyżej szczytów z lipca, zatem tylko tyle udało się rynkom wygrać po trzech miesiącach. Moim zdaniem to marny powód do zadowolenia.

Premierzy w Wielkiej Brytanii lubują się w przegrywaniu w głosowaniach o to samo. Poprzednia rządząca Theresa May trzy razy poległa w przeforsowaniu projektu porozumienia brexitu. Jej następca Boris Johnson ta batalię wygrał, ale wczoraj trzeci raz Izba Gmin zablokowała jego wniosek o przedterminowe wybory. Dziś Johnson ma spróbować innej ścieżki legislacyjnej, która ma być łatwiejsza, bo wymagać tylko zwykłej większości głosów zamiast dwóch trzecich Izby. Celem jest rozpisanie wyborów na 12 grudnia. I tutaj Johnson może zyskać poparcie Liberalnych Demokratów i Szkockiej Partii Narodowej. Szybsze wybory dają szanse na odzyskanie większości przez Partię Konserwatywną, co pozwoliłoby domknąć ratyfikację brexitu. Johnson dał jasno do zrozumienia, że nie zamierza starać się o ratyfikację za obecnej kadencji parlamentu, co ponownie wprowadza proces brexitu w stan zawieszenia. Ale politycy mają czas na gierki po tym, jak UE przyznała odroczenie daty brexitu na 31 stycznia 2020 r. Jeśli dziś Johnsonowi uda się ustalić termin wcześniejszych wyborów, wzrosną szasne na szybsze zakończenie brexitowej sagi. Rynek funta na to czeka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Obowiązkowy Split Payment od listopada 2019 r.

Od 1 listopada skończy się dobrowolność w stosowaniu split payment, czyli mechanizmu podzielonej płatności, który stanie się obowiązkowy w wybranych branżach. Tymczasem zdaniem przedsiębiorców ankietowanych przez firmę inFakt jest to jedna z najbardziej uciążliwych zmian w prawie, jakie weszły w życie w ostatnim czasie.

Zmiany w stosowaniu split payment

Do tej pory podatnik mógł wybrać, czy opłacając fakturę zastosuje mechanizm podzielonej płatności. Od listopada split payment będzie obowiązkowy w branżach, które obecnie są objęte reżimem odwrotnego obciążenia w VAT i zakresem solidarnej odpowiedzialności podatkowej. Będzie to dotyczyło 150 grup towarów i usług, wśród których wymienić można:

  • odpady, złom, surowce wtórne;
  • wyroby ze stali, metale szlachetne, metale kolorowe;
  • elektronika m.in.: procesory, smartfony, telefony, tablety, notebooki, laptopy, konsole do gier, tonery, tusze, dyski twarde;
  • paliwa samochodowe, oleje smarowe i opałowe;
  • prawa do emisji gazów cieplarnianych;
  • roboty budowlane i okołobudowlane;
  • węgiel i produkty węglowe;
  • handel częściami do samochodów i motocykli.

Stosowanie mechanizmu podzielonej płatności będzie obowiązkowe w przypadku dokonywania płatności spełniających równocześnie dwa warunki:

  1. jednorazowa wartość transakcji dokonywanych pomiędzy podatnikami (B2B), bez względu na liczbę wynikających z niej płatności, przekracza 15 000 zł lub równowartość tej kwoty oraz
  2. transakcja dotyczy nabycia towarów lub usług wymienionych w załączniku nr 15 do ustawy o VAT.

Ostateczny kształt obowiązkowego split payment

Podczas prac nad znowelizowaną ustawą wprowadzającą obowiązkowy split payment pojawiało się wiele niejasności oraz idących za nimi poprawek. – Ostatecznie dopuszczono możliwość dokonywania płatności zaliczkowych przy jednoczesnym obowiązku stosowania mechanizmu split payment. W tej sytuacji zamiast numeru faktury należy wpisać „zaliczka” – wyjaśnia Ewelina Włodarczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Umożliwiono również stosowanie kompensat, potwierdzając, że takie rozwiązanie nie będzie traktowane jako naruszenie przepisów nakładających obowiązek uregulowania danej faktury w mechanizmie podzielonej płatności.

Wraz z wprowadzeniem reżimu podzielonej płatności umożliwiono zbiorcze przelewy w systemie split payment, które do tej pory nie były możliwe. Zbiorczy komunikat przelewu może obejmować wszystkie faktury otrzymane przez podatnika od jednego dostawcy lub usługodawcy w okresie nie krótszym niż jeden dzień i nie dłuższym niż jeden miesiąc oraz zawierać kwotę odpowiadającą sumie kwot podatku wykazanych na tych fakturach. Z kolei w miejsce informacji o numerze faktury podatnicy będą wpisywać okres, za który dokonywana jest płatność.

Ministerstwo Finansów doprecyzowało również kwestię rozliczeń transgranicznych. Podmioty zagraniczne rozliczające za pomocą przelewów bankowych transakcje podlegające opodatkowaniu VAT w Polsce zobowiązane zostaną do otwarcia rachunku bankowego w Polsce.

Kary za brak split payment

W przypadku stwierdzenia, że podatnik wystawił fakturę z naruszeniem przepisów, naczelnik urzędu skarbowego lub naczelnik urzędu celno-skarbowego może ustalić dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości odpowiadającej 30% kwoty podatku wykazanego na tej fakturze. Sankcja ta wynika więc przede wszystkim z braku umieszczenia na wystawianej fakturze specjalnego oznaczenia „mechanizm podzielonej płatności”.

Kary w tej samej wysokości przewidziano również dla nabywcy, który mimo ciążącego na nim obowiązku uregulowania kwoty podatku VAT wykazanej na fakturze w mechanizmie podzielonej płatności ureguluje ją w inny sposób. Ministerstwo Finansów argumentowało wprowadzenie tak dotkliwych sankcji tym, że niewłaściwe oznaczenie na fakturze może prowadzić do nieprawidłowości w obrocie towarami lub usługami. Miałyby one polegać np. na pomijaniu stosowania split payment i nieść ryzyko „znikania” podatników wraz z zapłaconym im przez nabywców podatkiem VAT. Może ono polegać na tym, że kontrahent wystawia fakturę VAT, a następnie nie odprowadza wykazanego na tej fakturze podatku do Urzędu Skarbowego. W podobny sposób działają np. firmy-krzaki i inni oszuści podatkowi.

Obawy i wątpliwości

Część wątpliwości pozostało bez odpowiedzi. – Nie wiadomo, czy płatnik faktury będzie mógł odmówić zapłaty należności z faktury, jeśli rachunek bankowy wskazany do przelewu nie będzie miał otwartego rachunku VAT, co ma miejsce w przypadku używania rachunku osobistego do celów działalności – mówi Ewelina Włodarczyk. – Ponadto nadal nie będzie możliwości przelewania środków między rachunkami VAT w różnych bankach lub dokonania płatności w mechanizmie podzielonej płatności w innych walutach. Ministerstwo Finansów usprawiedliwia to obawami o szczelność systemu – dodaje ekspert inFakt.

Natomiast w odpowiedzi na zgłaszane przez podatników obawy o płynność finansową rząd ma umożliwić opłacanie z rachunku VAT nie tylko podatku VAT – jak to ma miejsce obecnie – ale również innych należności, czyli podatków dochodowych, akcyzy, cła oraz składek ZUS.

Jedynie 25% Polaków twierdzi, że PPK to dobre rozwiązanie

Aż 65% Polaków nie wie, jaką decyzję podejmie w sprawie partycypacji w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Co czwarty (25%) uważa, że PPK ma więcej zalet niż wad, a co piąty (20%) ma odmienne zdanie. To wyniki badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia. Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA, zaznacza, że kluczowe dla sukcesu PPK są działania edukacyjne nie tylko podkreślające zalety rozwiązania, lecz także przybliżające Polakom mechanizmy funkcjonowania rynku kapitałowego, prowadzone szczególnie w małych i średnich przedsiębiorstwach, które zatrudniają ponad 70% potencjalnych uczestników PPK.

Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA
Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA

Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia, większość (65%) pracujących Polaków nie podjęła jeszcze decyzji czy skorzysta z Pracowniczych Planów Kapitałowych, czy złoży rezygnację z tej formy oszczędzania. Chęć wspólnego inwestowania pieniędzy na przyszłość z pracodawcą i państwem zadeklarowało 18% procent respondentów, zaś 17% planuje wycofać się z uczestnictwa w programie.

Co czwarty badany zgodził się ze stwierdzeniem, że PPK ma więcej zalet niż wad, a co piąty miał odmienne zdanie, większość (54%) miała jednak kłopoty z oceną programu. Jako główne zalety przywoływane były: możliwość odłożenia dodatkowych środków do wykorzystania na emeryturze (63%), otrzymanie wkładu finansowego od pracodawcy (61%) oraz od państwa (60%). Z kolei najczęściej wskazywanymi wadami były: obniżenie wynagrodzenia (75%), brak zaufania (69%) oraz obawa o opłacalność tej formy oszczędzania na przyszłość (69%).

inforgrafika_PPKPolacy są zmęczeni ciągłymi zmianami w systemie emerytalnym. Ostatnia reforma i planowane zmiany dotyczące m.in. transferu kapitału z OFE do ZUS lub TFI  sprawiły, że spora część z nas boi się zbiorowego oszczędzania, a to w połączeniu z niskim poziomem wiedzy ekonomicznej wśród Polaków nie służy wdrażaniu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Właśnie dlatego niezmiernie ważne by różne instytucje z rynku finansowego, a także instytucje publiczne, zintensyfikowały działania edukacyjne przybliżające nie tylko mechanizmy funkcjonowania i zalety PPK, ale również wiedzę jak wybrane przez firmy TFI będą w bezpieczny sposób pomnażać środki przyszłych emerytów. Szczególnie istotne jest, by taki przekaz dotarł do pracowników małych i średnich firm, które mają dołączyć do PPK de facto w przyszłym roku a zatrudniają 8 z 11,5 mln potencjalnych uczestników programu mówi Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. Trzeba również na każdym kroku podkreślać, że obecne zmiany to krok w dobrym kierunku – wzorujemy się na rozwiązaniach, które na zachodzie funkcjonują z sukcesem. To rola wszystkich podmiotów zaangażowanych we wdrożenie PPK, w tym pracodawców, którzy powinni aktywnie uczestniczyć w tym procesie. Izba Zarządzających Finansami i Aktywami zamierza wspierać kooperację między przedsiębiorcami a instytucjami finansowymi oraz wszelkie działania edukacyjne mające na celu przybliżenie Polakom mechanizmów działania PPK i TFIdodaje.

Mimo że o Pracowniczych Planach Kapitałowych mówi się już niemal od roku, wielu Polaków nadal ma mgliste pojęcie na ich temat. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia jedynie 40% deklaruje, że wie czym są Pracownicze Plany Kapitałowe, kojarząc je przede wszystkim z gromadzeniem dodatkowych środków na emeryturę. Co więcej, tylko co dziesiąty respondent potrafi wskazać na czym dokładnie polega to rozwiązanie.

Badanie zostało przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview) na próbie 1183 Polaków w wieku 20-55 lat. Zebrana próba była reprezentatywna dla populacji Polski ze względu na płeć, wiek, poziom wykształcenia oraz wielkość miejscowości zamieszkania.