Millennialsi: zaangażowani, aktywni, zdolni, ale nieidealni podwładni

Rodzice millennialsów starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Odpowiedzi szuka dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Na rynku usług szkoleniowych i doradczych coraz większe jest zapotrzebowanie na działania wspierające menedżerów w zarządzaniu pokoleniem pracowników urodzonych na przełomie wieków. Pokolenie to jest różnie nazywane: Y, czytane jako [łaj] (z ang. dlaczego), nextersi, millennialsi. Co ciekawe, jak wykazał Peter Jennings w badaniu przeprowadzonym na potrzeby amerykańskiej telewizji ABC, nazwę pokolenie Y, powiązaną z żartem językowym Y = dlaczego, preferują starsi. Młodzi wolą być nazywani millennialsami.

Zdolni niezdolni

Ci sami menedżerowie, którzy proszą o wsparcie w zarządzaniu pracownikami z pokolenia Y, często zadają sobie pytania dotyczące „zarządzania” millennialsami w domu, czyli po prostu wychowywania własnych dzieci. Portret tej generacji rysowany przez ich przełożonych, rodziców, nauczycieli i badaczy wydaje się raczej mnożyć wątpliwości, niż pomagać w ich wyjaśnianiu. Z jednej strony mamy relacje opisujące „najlepiej poinformowanych, najszybciej się uczących, najzdrowszych ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi”.[1] Z drugiej strony mówi się o osobach niezdolnych do zdefiniowania własnych celów, niechętnie poświęcających cokolwiek dla dobra organizacji, mało odpowiedzialnych i niezdolnych do dłuższego skupienia uwagi. Te czasem skrajne głosy zgadzają się co do jednego: millennialsi charakteryzują się specyficznym podejściem do rodziny, życia społecznego i pracy.

Wychowani daleko od trzepaka

Pokolenie Y przeżyło dość charakterystyczne dzieciństwo. To nie byli ludzie wychowani na trzepaku, bo trzepak jest niehigieniczny i niebezpieczny. Rodzice skupiali się na maksymalnej realizacji ich potrzeb: od zapewniania im zoptymalizowanej diety do możliwości ciągłego doskonalenia się. Wozili na lekcje karate i baletu w samochodach oznaczonych plakietką „dziecko na pokładzie” i informowali szkołę, gdy ich dzieci nie tolerowały glutenu. Taki styl rodzicielstwa został nazwany przez Annette Lareau, socjolożkę z Uniwersytetu Pensylwanii, „ustrukturalizowaną pielęgnacją”. Polega ona także na uwzględnianiu dziecka w procesie podejmowania decyzji, np. dotyczących wakacji. Rodzice uczą dzieci komunikowania potrzeb, rozwijają ich kompetencje, jednocześnie budując w nich oczekiwania związane z dostarczaniem im bogatego programu zajęć i rozrywek. Zwalniają też dzieci z lekcji z powodu wydarzeń związanych z życiem rodziny. Tak wychowani młodzi ludzie są blisko związani z rodzicami, uważnie obserwują ich decyzje i nie wahają się dawać im informacji zwrotnej dotyczącej ich życia. Zobowiązania prywatne i rodzinne przedkładają nad obowiązki szkolne, a potem nad organizacyjne. Przymus poświęcania życia prywatnego, by zostać dłużej w pracy, wydaje się im czymś niezgodnym z wartościami, jakie im wpojono. Zwłaszcza jeśli dodatkowo w domu słyszą wypowiedzi negatywnie oceniające pracodawcę rodziców, który „zabiera im czas na życie”.

Świadomi i aktywni

Łatwość, z jaką millennialsi angażują się społecznie, działają w wolontariatach, włączają się w różnego rodzaju akcje o charakterze społeczno-politycznym, także wydaje się efektem specyficznych doświadczeń związanych z tym, co prezentują dom i szkoła. Pokolenie Y ma powszechny i łatwy dostęp do informacji – ich prace domowe polegają często na przeszukaniu odpowiednich źródeł elektronicznych. Są przyzwyczajeni, że biorą udział w dyskusjach, które toczą się w domu, a jeśli potrzebują konkretnego argumentu lub informacji, sięgają po prostu do kieszeni po telefon. Są świadomi różnorodności świata, nie szokują ich różnice rasowe, religijne czy ekonomiczne. Nie dziwią się na widok osób wyglądających inaczej niż oni lub mówiących w obcym języku.

Badania pokazują, że millennialsi wykazują zainteresowanie problemami społecznymi, umieją sprawdzać otrzymywane informacje i czują się uprawnieni do wyrażania własnych opinii oraz dzielenia się nimi z szerszą publicznością. Łatwość w posługiwaniu się mediami społecznościowymi zwiększa skalę ich zasięgu.

Płatni wolontariusze

Stosunek millennialsów do rodziny i ich łatwość angażowania się w dyskusje społeczno-polityczne ukształtowały postawę tego pokolenia wobec miejsca pracy. Na ich charakterystykę jako pracowników znacząco wpływa także otoczenie technologiczne, w którym dorastali. Menedżerowie przechodzący szkolenia dotyczące zarządzania najmłodszym pokoleniem pracowników często konkludują: „Wygląda na to, że trzeba ich traktować jak płatnych wolontariuszy”. Płatnych, bo jak każdy pracownik interesują się swoim wynagrodzeniem (oraz łatwo wymieniają się informacjami o pracodawcach), ale jak wolontariuszy, ponieważ angażują się tylko w te działania, które ich poruszają i mają dla nich znaczenie. Jeśli praca nie ma sensu, to po co marnować na nią czas i rezygnować ze spotkań z rodziną i przyjaciółmi?

Millennialsi opisywani są jako bardzo elastyczni, pewni siebie, ale umiejący grać w zespole, szybko i chętnie się uczący, pod warunkiem, że jest to coś interesującego. Zauważalną cechą tego pokolenia jest również oczekiwanie, że dołączają do nowej organizacji po to, żeby od razu w pełni uczestniczyć w różnych aspektach współpracy. Chcą uczestniczyć w procesie grupowego podejmowania decyzji oraz w pełni wykorzystywać różne kompetencje i możliwości. Takie mieli przecież wcześniejsze doświadczenia i w domu, i w szkole.

Rodzice millennialsów bardzo starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Młodzi, w swoim dotychczasowym życiu zawsze uwzględniani w procesie podejmowana decyzji, przekonani o własnej wszechwiedzy płynącej z internetu, mogą mieć problem z podporządkowaniem się decyzjom osób stojących wyżej w hierarchii.

I zaangażowani, i narcystyczni

Zasada „zwolnimy cię z zajęć, bo wyjazd rodzinny jest ważniejszy” może wyrobić w młodym człowieku wysokie poczucie bliskości z rodziną, ale może mu utrudniać zrozumienie, że gdy minie deadline, zniknie szansa na wzięcie udziału w projekcie, a kolejnej już nie będzie. Bogate w możliwości dzieciństwo z pewnością owocuje szerokimi kompetencjami poznawczymi, ale może spowodować trudności w samodzielnym ustanawianiu własnych celów, w mozolnym wdrapywaniu się po szczeblach hierarchii organizacyjnej, zwłaszcza gdy ta wspinaczka wymaga wykonywania zadań niezbyt i atrakcyjnych i mało ambitnych.

Doświadczenia całego życia, związane z ciągłym dostępem do informacji i niemal natychmiastowym otrzymywaniem odpowiedzi na każde zadane pytanie, budują w młodych oczekiwanie natychmiastowych rezultatów w pracy i pochwał w wypadku każdego osiągnięcia. To wszystko może utrudniać radzenie sobie ze stresem i z konfliktami w organizacji, a w dalszej konsekwencji budować nieufność i niechęć do włączania się w zhierarchizowane struktury korporacji z ujednoliconymi protokołami, dress code’ami nieuwzględniającymi indywidualnych potrzeb pracowników, długimi godzinami pracy i deadline’ami. Dla tego zarówno badacze, jak i osoby współpracujące z millennialsami dość znacznie wahają się w swoich ocenach, portretując to pokolenie jako społecznie zaangażowanych rewolucjonistów z jednej strony, ale pokolenie rozwydrzonych narcyzów bez wdrożonej etyki pracy z drugiej. Prawda leży pewnie nie tyle pośrodku, ile w całym spektrum tego portretu.

A więc nie dziwmy się

Kierowani szlachetnymi intencja mi rodzice, starający się zapewnić dzieciom jak najlepsze doświadczenia, wychowują z pewnością fantastycznych ludzi, gotowych „ruszyć z posad bryłę świata”. Ale skoro chcemy zapewniać dzieciom doświadczenia lepsze od naszych, nie dziwmy się, że tych naszych nie chcą powtarzać. Właśnie dlatego podważają hierarchię zawodową, o której sami przecież wypowiadamy się niezbyt przyjaźnie, i odchodzą z nieatrakcyjnego miejsca pracy, na które sami w domu narzekamy.

Zanim zarzucimy millennialsom brak etyki pracy, zastanówmy się, jaką postawę im pokazujemy. A może oni naprawdę zrewolucjonizują w przyszłości rynek pracy, pracując w zawodach, ja kich jeszcze nie znamy i rozwiązując problemy, których istnienia nie podejrzewamy?

dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

[1] Generations at Work, Zemke i inni.

IHG wybuduje Holiday Inn Express Wrocław

IHG® (InterContinental Hotels Group) kontynuuje swój dynamiczny rozwój w Polsce, czego wyrazem jest nowa umowa na budowę Holiday Inn Express Wrocław. Wydarzenie zostało zakomunikowane podczas Dnia Inwestora i odbyło się w hotelu InterContinental w Warszawie, gdzie przedstawiciele IHG podpisali umowę franczyzową z partnerem sieci – IMS Budownictwo oraz firmą zarządzającą – Hotel Professionals Management Group. Nowy hotel zostanie otwarty pod koniec 2021 roku.

Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)   From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)
Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)
 
From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)

Polska gospodarka należy do 10 największych w Unii Europejskiej. Ponadto kraj ten został uhonorowany tytułem Najlepszego Europejskiego Kierunku Podróży w 2018 roku, w związku z czym miejscowy biznes hotelarski notuje dynamiczny wzrost. Najnowsza umowa stanowi symbol błyskawicznej ekspansji sieci hotelarskiej w Polsce, a także zaangażowanie IHG w lokalny rynek. Hotel Holiday Inn Express Wrocław ulokowany będzie przy jednej z najpopularniejszych arterii miasta i pięknie zwrócony w kierunku dynamicznie rozwijającej się dzielnicy Wrocław-Południe obfitującej w atrakcje kulinarne. Obiekt zaoferuje 142 pokoje w nowo zbudowanym budynku. Będzie to już siódmy hotel Holiday Inn Express w Polsce – wyraz silnej obecności marki na krajowym rynku.

Mario Maxeiner, Managing Director, Northern Europe, IHG, komentuje: „Niezwykle cieszy nas dynamiczny rozwój w Polsce. To dla nas ważny rynek z ogromnym potencjałem wzrostu dla całej sieci IHG. Holiday Inn Express Wrocław stworzy nowe miejsca pracy we Wrocławiu. To istotna inwestycja i wkład w rozwój polskiej gospodarki. Odczuwamy satysfakcję, że naszym partnerem jest IMS Budownictwo, firma, której wizja rynku jest zbieżna z naszą”.

Eugeniusz Chodacki, Prezes IMS Budownictwo dodaje: „Współpraca z IHG otwiera przed nami nowe możliwości – bogate doświadczenia rynkowe i systemowe naszego partnera. Jesteśmy zaszczyceni możliwością zaanonsowania naszego partnerstwa i poinformowania o nowym hotelu podczas Dnia Inwestora w Polsce, tradycyjnej platformy wymiany nowych idei i kontaktów biznesowych wszystkich partnerów IHG”.

Holiday Inn Express to najszybciej rosnąca marka z rodziny IHG, doceniana przez podróżnych, którzy poszukują niewyszukanego, lecz oferującego wszystkie udogodnienia miejsca pobytu. Marka oferuje wysoki zwrot dla inwestorów dzięki swojej unikatowości, a także przynależności do potężnego systemu IHG, w tym do IHG ® Rewards Club, największego na świecie hotelowego programu lojalnościowego.

02_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHG 01_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHGIHG ma obecnie 11 hoteli w Polsce reprezentujących marki InterContinental, Holiday Inn, Holiday Inn Express i Hotel Indigo. IHG planuje otwarcie kolejnych 19 hoteli – większość z nich do 2022 roku. W ten sposób sieć trzykrotnie powiększy swoje rozmiary w kraju, rozszerzy także swoje portfolio o dwie dodatkowe marki: Crowne Plaza i Staybridge Suites.

Hines Global Income Trust nabył kolejną nieruchomość logistyczną w Polsce

Hines, międzynarodowa firma działająca na rynku nieruchomości, ma przyjemność poinformować, że Hines Global Income Trust („Hines Global”) nabył nieruchomość logistyczną w Łodzi. Jest to obiekt klasy A, który został zaprojektowany zarówno na potrzeby magazynowania, jak i tzw. produkcji lekkiej. Zarządcą inwestycji została spółka Hines Polska. To już drugie centrum logistyczne zlokalizowane w Polsce, które we wrześniu 2019 roku przejął Hines Global. Pierwsza transakcja dotyczyła zakupu parku magazynowego k. Gdańska.

Obiekt, którego powierzchnia wynosi ponad 36 000 m kw., powstał w 2019 roku i jest w pełni skomercjalizowany. Wśród najemców magazynu są firmy o ugruntowanej pozycji na rynku: Damco Poland – spółka z grupy MAERSK dostarczająca rozwiązania w obszarze logistyki kontraktowej, transportu, spedycji, frachtu morskiego i lotniczego oraz Deles Polska – firma działająca głównie w obszarze produkcji opakowań. W obiekcie znajdują się także magazyny firm Intelligent Logistic Solutions i Panasystem PL – spółki specjalizującej się w segmencie motoryzacyjnym. Portfolio klientów magazynu uzupełnia także marka Inter Cars – największy w Europie Środkowo-Wschodniej dystrybutor części zamiennych do samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych.

Lokalizacja nieruchomości we wschodniej części Łodzi gwarantuje najemcom obiektu doskonały dostęp do infrastruktury miejskiej, jak również do Autostrady A1 i węzła łączącego trasy A1 oraz A2, zapewniających świetne połączenie z drogami międzynarodowymi.

– Świetna lokalizacja z dostępem do transportu publicznego oraz najwyższej klasy przestrzeń magazynowa – to, bezsprzecznie, najważniejsze atuty projektu, który właśnie nabyliśmy w imieniu Hines Global. Jestem przekonany, że budynek spełnia oczekiwania wszystkich najemców – zarówno tych skoncentrowanych na świadczeniu dostaw w obrębie Łodzi, jak i dystrybutorów regionalnych czy ogólnopolskich – mówi Przemysław Iznerowicz, Dyrektor Zarządzający w Hines Polska. – Stale poszukujemy nowych możliwości inwestycyjnych i w najbliższym czasie zamierzamy zintensyfikować nasze działania właśnie na rynku polskim – dodaje.

Zakup magazynu sfinansował ING Bank Śląski. Podczas transakcji, firmę Hines Polska wspierały: firma prawnicza Dentons, doradca podatkowy Crido oraz doradca techniczny DIL Polska Baumanagement Sp. z o.o.

DNB: Samorządy, by móc inwestować, nie powinny się bać zielonych obligacji

Unia Europejska chce do 2030 roku ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. Tak ambitne cele będą wymagały znacznych inwestycji w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową oraz technologie niskoemisyjne. Dużą ich część będą musiały ponieść jednostki samorządu terytorialnego, które borykają się z coraz większymi ograniczeniami budżetowymi. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska rozwiązaniem mogą być zielone obligacje (ang. green bonds), czyli papiery wartościowe, z których finansowane są inwestycje chroniące środowisko. Z raportu „Dlaczego warto emitować i inwestować w zielone obligacje?” przygotowanego przez DNB Bank Polska i KPMG wynika, że w najbliższych latach rynek zielonych obligacji ma szanse na bardzo szybki rozwój. Ich udział w globalnym rynku obligacji wynosił dotąd około 2 proc. Ale już w pierwszym kwartale tego roku było to 4,4 proc[1].

Wiele samorządów alarmuje, że w związku z chociażby z obniżką PIT oraz rosnącymi wydatkami bieżącymi, będą musiały ograniczyć swoje wydatki inwestycyjne. Po II kwartale br. wyniosły one w skali kraju 13,1 mld zł wobec całorocznego planu 67,35 mld zł. Jak przekonywali samorządowcy podczas spotkania „Wizja polskich miast 2030” zorganizowanego przez DNB Bank Polska oraz Instytut Samorządowy w 2020 roku może to być 47,1 mld zł, a rok później już tylko 33 mld zł. – Tymczasem potrzeby mieszkańców nie maleją. Naszym zadaniem jako samorządowców jest zapewnienie im coraz lepszego standardu życia. Problemem jest, skąd wziąć na to pieniądze – mówiła Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi.

Jednym z możliwych narzędzi do wykorzystania przez JST są zielone obligacje.  Głównym czynnikiem odróżniającym je od obligacji tradycyjnych jest „zieloność” celu emisji. Jego realizacja ma wpłynąć pozytywnie na środowisko naturalne, np. zwiększyć produkcję energii z odnawialnych źródeł czy obniżyć emisję zanieczyszczeń. Mogą one sfinansować różnego rodzaju cele na przykład instalacje wykorzystujące źródła energii odnawialnej, transport publiczny, zrównoważone gospodarowanie zasobami wodnymi i ściekami, zielone budownictwo czy ochronę bioróżnorodności.

Jak wynika z raportu DNB i KPMG globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dolarów. W 2018 roku było to 167,3 mld dolarów. Od czasu pierwszej zielonej obligacji wyemitowanej  w2007 roku przez Europejski Bank Inwestycyjny ich wartość do czerwca tego roku wyniosła około 550 mld euro. Tylko w pierwszym półroczu tego roku było to już 100 mld euro. Szacunki rynkowe mówią o tym, że w całym 2019 roku wartość wyemitowanych obligacji sięgnie 250 mld dolarów. – Na światowym i europejskim rynku finansowym wyraźnie zauważalny jest trend związany z angażowaniem się w zrównoważone inwestycje, w szczególności poprzez emitowanie i nabywanie zielonych obligacji. W tym zakresie Europa jest światowym liderem. Kolejne miejsca zajmują Ameryka Północna i Azja. Ponadto, warto zauważyć, że wolumen zielonych obligacji wyemitowanych na świecie przez jednostki samorządu terytorialnego wg stanu na koniec pierwszego półrocza 2019 roku uległ podwojeniu w stosunku do pierwszego półrocza 2018 roku – mówi Tomasz Kołodziejczyk, menedżer w dziale usług doradczych w zespole zarządzania ryzykiem finansowym w KPMG w Polsce. Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja, Niemcy oraz Holandia. Jak wynika z raportu DNB i KPMG prawie połowa ze wszystkich europejskich „zielonych” emitentów to instytucje niefinansowe, którym przypisać można około jedną trzecią wolumenu ogółu zielonych emisji. Z kolei jednostki samorządu terytorialnego, rządy państw i organizacje kontrolowane oraz finansowane przez rządy stanowią wspólnie również około jedną czwartą wszystkich emitentów i odpowiadają za około 40 proc. wolumenu emisji.

UE zachęca, a polskie samorządy wciąż się boją

Polska w 2016 roku jako pierwszy kraj na świecie wyemitowała obligacje rządowe określone mianem zielonych o wartości 750 mln euro. Z kolei z początkiem 2018 roku i w lutym tego roku polski rząd wyemitował zielone papiery warte łącznie 3 mld euro, a Ministerstwo Finansów zapowiedziało cykliczną emisję takich obligacji. – W Europie nie brakuje także przykładów miast, które wyemitowały zielone obligacje. Pod tym względem przodują samorządy w Szwecji i Francji, które aktywnie wykorzystują ten instrument już od kilku lat. Pierwszy na świecie emitent municypalny, region Île-de-France, jest również największym emitentem w swojej kategorii sektorowej. Kolejne największe pod względem wolumenu zielonych emisji samorządy to Sztokholm i Goteborg. Praktyka europejskich samorządów pokazuje, że zielone obligacje cieszą się większym zainteresowaniem inwestorów niż obligacje tradycyjne – mówi Małgorzata Zielińska, Dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska. – W Polsce póki co żaden samorząd nie zdecydował się na taki krok. Z tego co wiemy przygotowania w niektórych miastach już trwają i to tylko kwestia czasu, kiedy to nastąpi – dodaje.

Jedną z poważniejszych barier rozwoju rynku zielonych obligacji w Polsce, są wyższe niż przy standardowych obligacjach koszty transakcyjne. Zieloność celu emisji oraz proces monitorowania przekazywania środków na ten cel powinny zostać uwiarygodnione niezależną weryfikacją przeprowadzoną przez zewnętrzną i niezależną instytucję oraz ewentualną certyfikacją nadaną przez uznaną organizację ustanawiającą kryteria zieloności emisji (np. Climate Bonds Initiative). Obecnie rynek zielonych obligacji chce również uregulować Komisja Europejska. W czerwcu zapowiedziano utworzenie unijnych norm. Ma to pomóc w określeniu, która inwestycja zasługuje na miano „zielonej”, a która nie, by uniknąć takiej sytuacji, w której zielone obligacje finansują na przykład rozwój nieekologicznych gałęzi przemysłu. Komisja zaleca również utworzenie scentralizowanego systemu akredytacji dla zewnętrznych weryfikatorów, a także wprowadzenie zachęt w celu zwiększenia wzrostu emisji zielonych obligacji i powiązań z innymi zrównoważonymi instrumentami finansowymi.

Dzięki zielonym obligacjom polskie miasta mogłyby przyspieszyć, skonsolidować i w lepszym stopniu skoordynować swoje działania na rzecz poprawy jakości środowiska i przeciwdziałać tak ważnym problemom jak smog, czy ograniczony dostęp do wody. – Obok względów finansowych zachętą do stania się pionierem w emisji zielonych obligacji powinna być wzrastająca świadomość społeczeństwa. Ludzie coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki cel i w jaki sposób są wydawane publiczne pieniądze. Rosnąca świadomość ekologiczna będzie sprzyjać tego typu inicjatywom – mówi Małgorzata Zielińska.

Na koniec pierwszego półrocza 2019 roku większość inwestycji finansowanych za pomocą zielonych obligacji obejmowały: energetykę odnawialną, transport niskoemisyjny i zielone budownictwo oraz termomodernizację. Już teraz na polskim rynku realizowanych lub planowanych jest wiele inwestycji dotyczących ww. sektorów, które potencjalnie mogłyby zostać sfinansowane za pomocą zielonych obligacji.

[1]https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/business_economy_euro/banking_and_finance/documents/190618-sustainable-finance-teg-report-green-bond-standard_en.pdf

 

Dolar odzyskał siłę

Próba impeachmentu Trumpa zaskoczył rynek. Kryzys w obozie prezydenckim został dość szybko zgaszony, procedura ta nie ma szans na powodzenie bazując na zapisie rozmowy z prezydentem Ukrainy . Większość tendencji z wtorku została w ostatnich godzinach wymazana: przede wszystkim dotyczy to spadków indeksów giełdowych, ale także zwyżek kursu złota oraz osłabienia dolara.

Dolar odzyskał siłę, ale nie bez znaczenia były też wieści z gospodarki (silny rynek nieruchomości) oraz wystąpienie Evansa z Fed. Wypowiedział się on, że polityka pieniężna jest w odpowiednim miejscu i nie widzi w tej chwili potrzeby dalszej redukcji stóp. Mamy w rezultacie mocno podzielony FOMC: trzech decydentów przeciwko luzowaniu, Bullarda, który chciałby agresywnie ciąć koszt pieniądza i pewnie dwóch – trzech niezdecydowanych. Oznacza to, ze wszystko rozstrzygną napływające dane, zwłaszcza informacje z rynku pracy za wrzesień, ale także indeksy nastrojów. EUR/USD utrzymuje się w trendzie bocznym, ale osunął się do jego dolnego ograniczenia. Dołki kursu z pierwszej części miesiąca są na wyciagnięcie ręki, ale nie widzimy dużo przestrzeni do osłabienia wspólnej waluty. Silniejszy dolar i lepsze nastroje na rynkach akcji pomogły wywindować kurs USD/JPY ponad 107,50. Widzimy duże prawdopodobieństwo, ze odbicie to będzie wygaszane. Dołków szukają waluty Antypodów, ale nastawienie rynku do AUD i NZD jest jednoznacznie negatywne. Bark ewidentnej skłonności władz monetarnych do luzowania polityki był w ostatnich dniach trzykrotnie manifestowany. Gubernator RBA nie dał wskazówki, że cięcie za tydzień jest przesądzone. Komunikat RBNZ optymistyczniej niż można by się spodziewać opisywał koniunkturę i jej perspektywy. Dziś gubernator Orr powiedział także, że obniżanie stóp działa i nie ma potrzeby myśleć o niekonwencjonalnych instrumentach polityki. Wszystkie te wydarzenia podbijały kursy AUD/USD lub NZD/USD, ale rynek ewidentnie wygasza je i wykorzystuje do odnawiania krótkiej ekspozycji. GBP/USD jeszcze w poprzednich dniach zbliżył się do 1,26, ale pomimo tarapatów, w których znalazł się Boris Johnson po wyroku Sądu Najwyższego notowania cofnęły się na niemal 2 proc. od szczytów. Taka skala korekty wydaje się odpowiednia i z bieżących pułapów, czyli okolic 1,2350 można zakładać próbę powrotu do zwyżki. EUR/PLN pozostaje blisko 4,40 i nie widzimy pola do silniejszej aprecjacji przed wyrokiem TSUE ws. hipotek walutowych.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad połowa osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z pracy

Niemal 54 proc. osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z ogólnych warunków zatrudnienia. Jednak wysokość zarobków satysfakcjonuje jedynie 25 proc. z nich – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Jakie benefity są najbardziej atrakcyjne dla pracowników z tego regionu i co może skutecznie skusić ich do zmiany pracy?

W poszukiwaniu nowej pracy…

Zgodnie z danymi GUS, stopa bezrobocia w województwie śląskim, która na koniec lipca 2019 r. wynosiła 3,8 proc., jest jedną z najniższych w Polsce. Średnia w tym samym okresie dla całego kraju szacowana jest na 5,2 proc. Wobec takich danych, nie dziwi zatem fakt, że dla śląskich pracodawców znalezienie, pozyskanie i zatrzymanie pracowników w firmie staje się coraz większym wyzwaniem. Firma rekrutacyjna Michael Page zapytała kandydatów ze Śląska o to, jakie powody mogłyby potencjalnie skłonić ich do zmiany pracy. Okazuje się, że najczęściej wskazywanymi czynnikami są chęć poszerzania nowych kompetencji i umiejętności (55 proc.) oraz zbyt małe zarobki (47 proc.). 38 proc. badanych dostrzega także ograniczone możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia, a 32 proc. chciałoby pracować w bardziej etycznej firmie. Szukając nowej pracy, najwięcej kandydatów zwróciłoby uwagę na dostęp do szkoleń (98 proc.), relacje z przełożonymi i innymi pracownikami (98 proc.) oraz możliwość utrzymania work-life balance (92 proc.).

Sytuacja gospodarcza Katowic i województwa śląskiego jest coraz lepsza, a stopa bezrobocia w tym regionie systematycznie maleje. Kandydaci odważniej negocjują warunki zatrudnienia i są coraz bardziej świadomi swojej pozycji. Aż 45 proc. ankietowanych przewiduje, że znalezienie nowej pracy zajęłoby im mniej niż 30 dni, a 30 proc. sądzi, że nowego pracodawcę znajdzie w czasie krótszym niż 3 miesiące – mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page.

Coraz silniejszy rynek pracownika

Z ogólnych warunków zatrudnienia w województwie śląskim zadowolonych jest 53 proc. ankietowanych. W poprzednim roku pozytywne noty temu rynkowi wystawiło niemal tyle samo respondentów. Coraz więcej pracowników optymistycznie ocenia także szansę na awans. Z badania Confidence Index za II kwartał 2019 r. wynika, że na wyższe stanowisko w pracy liczy 20,5 proc. ankietowanych – w analogicznym okresie ubiegłego roku było to 17 proc. respondentów. Pracownicy ze Śląska lepiej oceniają także stabilność swojej pracy. Pewnych zatrudnienia jest 61 proc. respondentów, czyli o 10 p.p. więcej niż w 2018 r. (52 proc.).

Przyszłość rynku pracy w Katowicach wygląda obiecująco. Pracodawcy coraz chętniej oferują pracownikom atrakcyjne dodatki do pensji, a w niektórych branżach wręcz walczą o nowego kandydata. Do najbardziej pożądanych przez kandydatów benefitów należą prywatna opieka zdrowotna (90 proc.) i ubezpieczenie na życie (82 proc.). Prawie 80 proc. respondentów biorących udział w naszym badaniu wierzy, że w ciągu następnych 6 miesięcy sytuacja na rynku pracy jeszcze się poprawi – podsumowuje Radosław Szafrański.

***

O badaniu Confidence Index

Confidence Index to cykliczny sondaż przeprowadzany przez Michael Page, który bada nastroje wśród osób poszukujących pracy w wybranych krajach w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii. Badanie mierzy poziom optymizmu kandydatów na stanowiskach specjalistycznych i managerskich w odniesieniu do szans na znalezienie nowej pracy, przewidywanego czasu trwania poszukiwań, oczekiwań wobec własnej sytuacji zawodowej i sytuacji gospodarczej kraju oraz powodów, które skłoniły ich do zmiany miejsca zatrudnienia. Badanie jest prowadzone online wśród kandydatów, którzy aplikowali na ofertę pracy za pośrednictwem strony Michael Page.

Modzelewski: Czego możemy spodziewać się po negatywnym dla banków wyroku TSUE

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie dotyczącej frankowiczów zapadnie 3 października. Dla frankowiczów informacje jakie napłyną z TSUE mogą być zbawienne. Dla sektora bankowego zaś oznaczać wielomiliardowe straty. Jak banki będą bronić się przed negatywnym dla nich wyrokiem wyjaśnia profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów
profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów

Kilkaset tysięcy osób posiadających kredyty we frankach wytoczyło swoim bankom procesy. Oskarżają je o niewłaściwe zaprojektowanie umów kredytowych i narażenie klientów na niepotrzebne ryzyko oraz o nieuczciwe przeliczanie walutowe kredytów. Większość tych spraw została wygrana, jednak do dzisiaj banki sprzeciwiają się przewalutowaniu kredytów. Tę sytuację zmienić może wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który najpewniej poznamy już w tym miesiącu. Jeśli TSUE wstawi się za kredytobiorcami, do sądów wpłynie więcej pozwów i prawdopodobnie zostaną one rozwiązane z korzyścią dla kredytobiorców. Co w tej sytuacji zrobią banki? Prawdopodobne jest, że zostaniemy zaszantażowani wizją konsekwencji, które spadną na nas wraz z przewalutowaniem kredytów. Wizja problemów finansowych i bankructwa banków ma przestraszyć państwo i jego obywateli. Nie warto jednak ugiąć się przed lobbingiem sektora bankowego.

– Akcje banków mogą gwałtownie zacząć spadać, wymyślą więc wtedy koncepcję racjonalnej ścieżki wyjścia – czyli dogadania się z klientami. Zostanie przedstawiona narracja, że my z tego kryzysu musimy wyjść bardzo powoli, żeby nie zagrozić interesom właścicieli akcji – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Oczywiście wtedy zacznie się krzyk i szantażowanie państwa, że musi się dołożyć do tego interesu. Miejmy nadzieję, że państwo zachowa trzeźwość umysłu i nie będzie podatne na lobbing bankowy. Powinniśmy powiedzieć bankom, że to one są autorami swoich kłopotów – to one zaproponowały te kredyty, więc same muszą rozwiązać swój problem. Państwo nie musi dokładać się do źle prowadzonych interesów finansowych – stwierdził Modzelewski.

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem 1

Infrastruktura kolejowa jest kluczowa nie tylko ze względu na przewozy pasażerskie, lecz także towarowe, zwłaszcza transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa czy węgiel. – Jeżeli ruch kolejowy zostanie sparaliżowany, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej – mówi Andrzej Bartosiewicz, ekspert Thales Polska. Jak podkreśla, liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, do której zalicza się transport kolejowy, rośnie gwałtownie, a problemem wciąż pozostaje bardzo długi, nawet 6-miesięczny, czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty.

Dziś konflikty zbrojne nie odbywają się już tylko w obszarze militarnym, lecz zagrożone są też elementy infrastruktury krytycznej, m.in. transport kolejowy, lotniczy, wodociągi czy energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Bartosiewicz, dyrektor sprzedaży i rozwoju biznesu w obszarze cybersecurity Thales Polska.

Infrastruktura krytyczna jest kluczowa dla ciągłości funkcjonowania państwa. Zalicza się do niej m.in. transport kolejowy, zarówno towarowy, jak i osobowy. Ten musi być nie tylko punktualny, sprawny i bezpieczny, lecz także jako potencjalny cel ataków hakerskich zabezpieczony przed cyberatakami.

Ruch kolejowy to nie tylko pasażerowie. To też transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa, benzyna czy węgiel. Jeżeli zostanie sparaliżowany ruch kolejowy, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej. Dlatego bezpieczeństwo ruchu kolejowego jest elementem bezpieczeństwa państwa. Trzeba poświęcić dużo uwagi, żeby nie stało się jego słabym elementem – podkreśla Andrzej Bartosiewicz.

Liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną wzrasta, co potwierdziły m.in. dane Federalnego Urzędu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, które na początku tego roku ujawnił niemiecki dziennik „Welt am Sonntag”. Wynika z nich, że tylko w II połowie ubiegłego roku doszło w Niemczech do 157 ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, z czego 19 na sieci elektroenergetyczne. Jeszcze na przełomie roku 2016/2017 takich incydentów odnotowano raptem 34.

Mamy całą masę wirusów i złośliwego oprogramowania, którego celem jest zidentyfikowanie słabych elementów sieci i zaatakowanie ich. Hakerzy mają tutaj wiele celów do osiągnięcia. Pierwszym jest pozyskanie szczegółowych danych o elementach tych systemów, o tym, co jest zainstalowane. Następnie dokonują spersonalizowanych, dedykowanych ataków, np. po to, żeby zatrzymać ruch kolejowy albo dokonać jakiegoś innego działania, które potencjalnie zagraża bezpieczeństwu pasażerów czy transportu towarów – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Główny problem w przypadku takich incydentów stanowi wciąż bardzo długi czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty. Ten potrafi sięgać nawet 6 miesięcy.

To oznacza, że haker buszuje w sieci przez 6 miesięcy i zaatakowany dowiaduje się o tym dopiero, kiedy dojdzie np. do poważnych zniszczeń czy kradzieży danych. Dlatego bardzo istotnym elementem działań po stronie operatorów infrastruktury krytycznej jest skrócenie tego czasu od ataku do jego wykrycia – mówi Andrzej Bartosiewicz. – Kolejna rzecz to cały system wymiany informacji między Polską a innymi krajami Unii Europejskiej. Takie ataki często są skoordynowane i dotyczą kilku krajów, dlatego współpraca między podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w każdym z krajów Unii Europejskiej musi być ścisła.

Co istotne, infrastruktura kolejowa, podobnie jak inne typy infrastruktury krytycznej, różni się od systemów IT znanych z biur. To przede wszystkim systemy, które sterują ruchem kolejowym albo spełniają inne zadania, ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa pasażerów czy ruchu towarowego.

– Takie systemy muszą być stale monitorowane. Wszelkie anomalie muszą być wykrywane, a następnie właściwe służby po stronie operatora muszą takie potencjalne zagrożenia eliminować – zaznacza Andrzej Bartosiewicz.

Jak podkreśla, infrastruktura kolejowa jest częścią infrastruktury krytycznej, określonej przez Komisję Europejską w dyrektywie NIS przyjętej trzy lata temu, a w ubiegłym roku wdrożonej do polskiego prawa w postaci ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

Dlatego operatorzy infrastruktury kolejowej są zobligowani przepisami prawa do jej zabezpieczenia – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Celem dyrektywy jest przede wszystkim zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej i umożliwienie skutecznej walki z zagrożeniami.

W Polsce ustawa o KSC i ustawa o zarządzaniu kryzysowym, komplementarne wobec siebie, nakładają na operatorów infrastruktury krytycznej wymóg, aby każdy atak hakerski i incydent naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin zgłaszać do CSIRT GOV lub CSIRT MON (Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego).

Ustawa o KSC jest latarnią, która wyznacza operatorom infrastruktury kolejowej i innych krytycznych elementów, jak np. energetyka, jakie działania muszą podjąć, aby zwiększyć bezpieczeństwo. Operatorzy muszą m.in. dokonać analizy ryzyka i ocenić, które elementy są potencjalnie narażone na ataki ze strony hakerów. Kolejny krok to wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych. Należy zainwestować czas i pieniądze, aby to bezpieczeństwo zwiększyć – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Ekspert podkreśla, że w Polsce wymogi, które na operatorów infrastruktury krytycznej nakłada ustawa o KSC, są dość restrykcyjne w porównaniu z prawodawstwem w innych krajach UE. Przepisy wymagają m.in. wyznaczenia osób odpowiedzialnych i wdrożenia odpowiednich procedur reagowania w przypadku incydentów zagrożenia bezpieczeństwa.

– Pasażerowie nie powinni odczuć tych działań dokonywanych w celu zabezpieczenia sieci. Idea jest taka, że operatorzy wprowadzają rozwiązania, które są dla pasażerów niewidoczne – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje 2

Ekstremalne zjawiska pogodowe, takie jak nasilające się powodzie czy fale upałów i związane z nimi susze, będą mieć w nadchodzących latach przełożenie na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej – wynika z „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku”. Dokument pokazuje, że skutki postępujących zmian klimatycznych i zła jakość powietrza to główne problemy środowiskowe dla Polski. W ich rozwiązywaniu mają pomóc uruchamiane ostatnio programy, jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus”. Wiceminister środowiska Sławomir Mazurek podkreśla, że resort będzie je na bieżąco udoskonalać i rozszerzać.

Dobra jakość środowiska to także dobre warunki do inwestowania i pracy. Bezpieczeństwo ekologiczne ma swoją wartość, jeśli inwestorzy chcą rozwijać swoje zakłady w danym obszarze i widzą, że państwo chce inwestować w innowacyjne, nowoczesne technologie, wtedy stwarzamy im pole do działania –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

Kierunki działań w obszarze ochrony środowiska wyznacza przyjęta w sierpniu „Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku”. Dokument ten będzie podstawą do przyszłych działań legislacyjnych i inwestowania środków UE z perspektywy finansowej na lata 2021–2027.

– Zakładamy, że „Polityka ekologiczna państwa” będzie sprzyjać takiej synergii między dynamicznym rozwojem gospodarczym a poszanowaniem zasobów przyrodniczych, w niektórych sytuacjach nawet renaturalizacją czy poprawą stanu środowiska – mówi Sławomir Mazurek.

Jak wynika z nowej strategii ekologicznej, główne problemy środowiskowe w Polsce to m.in. nieodpowiednia jakość powietrza, niska zasobność wód, skutki postępujących zmian klimatycznych i deficyt narzędzi kreowania ładu przestrzennego. Te problemy mają zaadresować uruchamiane przez rząd programy jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus” ukierunkowane na poprawę jakości powietrza i rozwój energetyki odnawialnej.

Priorytetem jest poprawa jakości powietrza i w tym obszarze będziemy realizować program „Czyste Powietrze”, na który przeznaczymy 103 mld zł w ciągu 10 lat. Chcemy także rozwijać odnawialne źródła energii i tutaj z pomocą przychodzi program „Mój Prąd”, w ramach którego przeznaczymy 1 mld zł na rozwój fotowoltaiki. Będziemy także wspierać rolników indywidualnych, aby mogli na swoich posesjach rozwijać OZE. Chcemy rozwijać ciepłownictwo w miastach, stąd specjalny program „Ciepłownictwo powiatowe”, ale pamiętamy również o zasobach geologicznych. Tutaj z kolei wychodzimy z programem „Geotermia Plus” – wylicza Mazurek.

Jak podkreśla, resort środowiska będzie monitorować, jak działają uruchamiane ostatnio programy, i na bieżąco je udoskonalać albo rozszerzać ich zakres, aby były jak najbardziej efektywne.

„Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku” pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe – takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie – będą mieć w nadchodzących latach przełożenia na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu czy sektora energetycznego. To właśnie te dwie branże – obok budowlanych – są w największym stopniu narażone na negatywne skutki ekstremalnych zjawisk klimatycznych. Dlatego nowo przyjęta polityka ma też wyznaczać standardy do opracowywania nowych projektów infrastruktury transportowej i modernizacji już istniejącej. Wyzwaniem jest także zapewnienie właściwego systemu finansowania przedsięwzięć środowiskowych, tak żeby działania sektora prywatnego i publicznego wzajemnie się uzupełniały.

– Mówimy tutaj o kwotach miliardowych. Chcemy, żeby te środki były efektywnie wykorzystywane i aby faktycznie rozwijając i poprawiając jakość środowiska, wzmacniać także rozwój gospodarczy – mówi wiceminister środowiska.

W przygotowaniu jest również „Polityka energetyczna państwa do 2040 roku”, której projekt został opublikowany przez resort energii w końcówce ubiegłego roku. Ta ma zostać przyjęta najprawdopodobniej po zbliżających się wyborach parlamentarnych.

– Jest szereg innowacji dotyczących zgazowania węgla czy produkcji wodoru. Mówimy także o błękitnym węglu, jest więc szereg innowacyjnych rozwiązań, które możemy wykorzystywać w oparciu o nasze zasoby geologiczne. Pamiętamy o tym, że musimy się kierować w stronę transformacji energetycznej zakładającej, że udział odnawialnych źródeł energii z każdym rokiem będzie rósł – mówi Sławomir Mazurek.

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety 3

Modyfikacja niektórych stawek kosztów sądowych w sprawach cywilnych i wprowadzenie nowych opłat były szeroko komentowaną zmianą. Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy miała ona na celu urealnienie obowiązujących opłat i dostosowanie do dzisiejszego poziomu cen, a także częściową redukcję zbytniego obciążenia sądów pracą i obniżenie nakładów państwa na wymiar sprawiedliwości. Obowiązujące od miesiąca stawki są czasami kilkukrotnie wyższe od poprzednich. – Nie są to jednak rewolucyjne zmiany, które mogłyby wpłynąć na zmniejszenie liczy spraw wpływających do sądów – mówi Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki w kosztach sądowych w sprawach cywilnych zaczęły obowiązywać 21 sierpnia br. i mają zastosowanie do wszystkich pism, które są wnoszone do sądu od tej daty. Została wprowadzona także, co umyka w tej nowelizacji, nowa opłata za wniosek o sporządzenie uzasadnienia wyroku. Nawet jak sprawa jest w toku i ona została wniesiona dużo wcześniej, to za ten wniosek również trzeba uiścić opłatę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki to element dużej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Wynikają one z nowelizacji ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. Głównie są to podwyżki dotychczasowych opłat. Przykładowo, podniesiono maksymalną opłatę pobieraną w sprawach o prawa niemajątkowe (oraz w niektórych sprawa o prawa majątkowe). Do tej pory było to 5 tys. zł, a po zmianach – 10 tys. zł.

Nowym prawem wprowadzono także opłaty od pism, które wcześniej albo nie funkcjonowały w postępowaniu cywilnym, albo nie wiązały się z żadnymi kosztami. Przykładem może być wniosek o doręczenie orzeczenia wraz z uzasadnieniem. Przed wejściem w życie nowych przepisów jego złożenie nie podlegało opłacie, a od 21 sierpnia wiąże się ze stałą opłatą w wysokości 100 zł.

Co istotne, zostały zmienione opłaty za wniesienie wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, które do tej pory wynosiły 40 zł, jeżeli roszczenie nie przekraczało 10 tys., albo 300 zł, jeżeli przekraczało ten limit. W tym momencie będzie to 1/5 wartości powództwa, czyli naszego roszczenia. To jest chyba najbardziej rewolucyjna zmiana – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Inna ważna zmiana to wprowadzenie opłaty od wniosku o wezwanie na rozprawę świadka, biegłego lub strony, jeśli jego złożenie następuje po zatwierdzeniu przez sąd planu rozprawy.

Do tego jeszcze jest kwestia opłat kancelaryjnych. Jeżeli potrzebujemy uzyskać odpis wyroku, do tej pory płaciliśmy 6 zł za każdą rozpoczętą stronę. W tym momencie zostało to zmienione i płacimy 20 zł za każde rozpoczęte 10 stron – mówi Katarzyna Ulejczyk. – Za jedną kartkę kopii do tej pory płaciliśmy złotówkę, w tym momencie również jest 20 zł za każde rozpoczęte 20 stron, co oznacza, że jeżeli tych kopii będziemy chcieli mieć 5 kartek, będziemy musieli zapłacić 20 zł, a nie 5 zł, jak było to dotychczas.

Zdaniem adwokat Kancelarii BCLA większość wprowadzonych zmian nie będzie drastycznie odczuwalna przez strony.

Niektóre koszty, tak jak opłaty kancelaryjne czy nowa opłata za wniosek o uzasadnienie wyroku faktycznie wzrosną, natomiast nie jest to aż tak drastyczna różnica dla osób, które dochodzą swoich roszczeń w sądach. Niemniej jeżeli ktoś nie może sobie pozwolić na poniesienie takich opłat, zawsze można wnosić do sądu o zwolnienie z kosztów – wyjaśnia Ulejczyk.

Jak podkreśla, nie będzie to też miało istotnego wpływu na ilość pracy w sądach i liczbę wpływających praw.

– Jedynie w zakresie zawezwań do prób ugodowych jest to duża zmiana i w tym jednym punkcie faktycznie może być trochę mniej wniosków tego typu. Natomiast w skali całego działania sądów nie będzie to miało większego wpływu – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory 4

Pracownicy Amazona przez dwa dni mogli przyjść do pracy w piżamach. Za każdą osobę, która się na to zdecydowała, e-commercowy gigant przelał określoną kwotę na konto organizacji działających na rzecz dzieci chorych na nowotwory. Akcja jest częścią wrześniowej kampanii Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Jak podkreśla PR manager Amazona Magdalena Węglewska, pracownicy firmy wręcz oczekują od niej działań zgodnych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu.

 Amazon zatrudnia w Polsce ponad 16 tys. osób w 7 regionach. Jesteśmy obecni na rynku od ponad 5 lat na rynku i naszym celem jest nie tylko tworzenie miejsc pracy, lecz także wspieranie lokalnych społeczności. Społeczna odpowiedzialność biznesu to tak naprawdę działanie na rzecz osób, które tej pomocy potrzebują – nie tylko naszych pracowników i ich rodzin, ale i lokalnych społeczności. To także współpraca z organizacjami charytatywnymi czy organizacja projektów edukacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Węglewska, PR Manager Amazon.

Jak podkreśla, działania CSR-owe marki są bardzo istotne z punktu widzenia samych pracowników, którzy z jednej strony bardziej integrują się z firmą, a z drugiej – niejednokrotnie sami wychodzą z inicjatywą wsparcia kolejnych projektów i aktywnie się w nie włączają.

– W DNA naszej marki jest transparentność, otwartość i działanie na rzecz innych. Zapraszamy wszystkich do tego, żeby przyszli, zobaczyli na własne oczy, a być może również włączyli się do naszych akcji. Można zarejestrować się na stronie ZwiedzanieAmazon.pl. Przez pięć dni w tygodniu dwa razy dziennie zapraszamy na zwiedzanie centrum, gdzie można zobaczyć, jak na co dzień nasi pracownicy włączają się i wspierają lokalne społeczności – mówi Magdalena Węglewska.

Działalność CSR-owa przekłada się nie tylko na wizerunek, lecz także na wymierne korzyści dla firmy. Jak wynika z raportu „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” firmy angażują się w działania CSR ze względu m.in. na zwiększające się zaufanie wśród pracowników (35 proc.) i klientów (32 proc.). Blisko 40 proc. ma świadomość korzyści z prowadzenia działalności zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności.

Jedną z inicjatyw, w którą zaangażował się e-commercowy gigant, jest wrześniowa kampania Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Szacuje się, że tylko w tym roku ponad 300 tys. dzieci usłyszy diagnozę nowotworową. Rak to druga najczęstsza przyczyna zgonów dzieci wśród chorób nieinfekcyjnych.

– Jak co roku Amazon dołącza do tej kampanii pod znakiem złotej wstążki – mówi Magdalena Zagrodnik, HR manager w Amazon Polska. – We wrześniu nasi pracownicy przez dwa dni mogą przyjść do pracy w piżamach, żeby okazać wsparcie dla najmłodszych dzieci walczących z chorobą nowotworową, które spędzają dużo czasu w szpitalu. Będziemy liczyć, ile było takich osób i na tej podstawie przekażemy określoną kwotę do wybranych fundacji działających w miastach, w których znajdują się nasze centra.

– Mamy dzień piżamowy i choć dziwnie to wygląda na korytarzach, to pieniądze trafiają na konto dzieci chorych na raka. Ta akcja jest organizowana w Amazonie po raz drugi i chcielibyśmy, żeby była również w następnych latach – mówi Dorota Makolądra, pracownik Amazon od czterech lat.

Wrześniowa akcja to nie jest pierwsze partnerstwo firmy z Fundacją „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”. Amazon Fulfillment już od kilku lat prowadzi akcję Kindloteka, w ramach której został uruchomiony w różnych miejscach kącik czytelniczy „Amazon. Kocham czytać” z miejscem do przechowywania elektronicznych czytników. Na małych pacjentów czeka tam 10 urządzeń Kindle, które mogą wypożyczyć w każdym momencie, oraz 100 różnych książek w tradycyjnym, papierowym wydaniu. Te mają nie tylko wartość rozrywkową, lecz także terapeutyczną – dzieciom, które spędzają w szpitalnych łóżkach długie tygodnie, pozwalają na oderwanie myśli od choroby.

 W onkologii niesłychanie ważna jest profilaktyka. Wykrycie nowotworów w pierwszym i drugim stadium pozwala na wyleczalność rzędu 90 proc., zbliżoną nawet do stu. Im później ten nowotwór się wykrywa, im później się go diagnozuje, tym szanse na wyleczenie maleją. Dlatego regularne badania profilaktyczne to po prostu szansa na powrót do zdrowia – podkreśla Bartłomiej Dwornik, Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”.

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne 5

Firmy coraz częściej inwestują w rozwiązania z branży przemysłowego internetu rzeczy. Inteligentne okulary czy rękawice wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną pozwalają sprawniej zarządzać siecią urządzeń połączonych, łańcuchami produkcyjnymi czy przetwarzać dokumentację bez opuszczania stanowiska pracy. Wdrożenie kompleksowych sieci urządzeń połączonych umożliwi przeprowadzanie monitoringu procesów przemysłowych w czasie rzeczywistym.

– Zadaniem Crove jest pomaganie firmom prowadzącym obszerną dokumentację w jej optymalizacji i cyfryzacji. Rękawica wykonuje rutynowe zadania i przygotowuje dokumentację, a wszystko wykonywane jest w tle podczas normalnej pracy użytkownika. Przy tym nie potrzebujemy wizualnego potwierdzenia wykonanych zadań. W przyszłości działanie rękawiczki będzie wsparte sztuczną inteligencją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alicia Sophia Hinon, współzałożycielka EngageLabs.

Rękawica Crove została zaprojektowana w taki sposób, aby pracownicy mogli aktywować i kontrolować urządzenia wchodzące w skład przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) z dowolnego miejsca, bez konieczności bezpośredniego obsługiwania maszyny. Po wgraniu do rękawiczki odpowiedniego protokołu, sprzęt gotowy jest do zdalnego kontrolowania urządzeń przypisanych do konkretnych gestów.

Nad podobnym projektem pracują inżynierowie z firmy ProGlove, którym udało się pozyskać od Summit Partners 36 mln euro na rozwój inteligentnej rękawicy przemysłowej. Sprzęt ma zastąpić klasyczne skanery kodów kreskowych i umożliwiać błyskawiczne skanowanie produktów w fabrykach czy centrach magazynowych. Urządzenie odciąża pracownika, integrując skaner w ubraniu roboczym. Takie rozwiązanie pozwala zredukować czas potrzebny do zeskanowania produktu, gdyż odczytanie kodu nie wymaga wyjmowania narzędzia.

W procesach produkcyjnych pomagają także inteligentne okulary. Druga generacja Google Glass Enteprise została opracowana z myślą o optymalizacji pracy w fabrykach, dzięki czemu ułatwi obsługę urządzeń przemysłowych. W nowej wersji inżynierowie zastosowali wydajny, czterordzeniowy procesor Qualcomm Snapdragon XR1, który we współpracy z 8-megapikselowym aparatem pozwoli na płynną pracę w środowisku rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystujące sztuczną inteligencję gogle mogą pomagać pracownikom np. na linii produkcyjnej, zapewniając dostęp do informacji bez użycia rąk.

– Crove można określić jako produkt uniwersalny, ponieważ można z niego korzystać w różnego rodzaju branżach wymagających prowadzenia obszernej dokumentacji. Dzięki temu, że jest to inteligentne urządzenie działające w oparciu o technologię IIoT oraz pozwalające na sterowanie zdalne, w przyszłości będzie można z niego korzystać w połączeniu z wszelkiego rodzaju systemami IIoT wykorzystywanymi przez przedsiębiorstwa – twierdzi ekspertka.

W fabryce Boers & Co FineMetalworking wdrożono zarówno rękawice ze skanerem kodów kreskowych, jak i cyfrowy plan zakładu z podglądem każdej maszyny oraz jej aktualnym statusem. Uzupełnieniem platformy jest dron, który nieustannie odczytuje informacje z tagów RFID i automatyzuje proces inwentaryzacji zapasów w trybie dziennym. Inteligentne okulary czy rękawice rozpoznające gesty mają stanowić uzupełnienie takich kompleksowych sieci IIoT i ułatwić obsługę skomplikowanych procesów produkcyjnych.

– Rynek inteligentnych urządzeń do noszenia dopiero się rozwija. Nasza wizja przyszłości to pracownicy i zakłady wyposażone w 3 inteligentne systemy – okulary z rozszerzoną rzeczywistością, systemy ERP i precyzyjne rękawice. Przewidujemy, że rynek tego typu urządzeń będzie wart miliard dolarów – wskazuje Alicia Sophia Hinon.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku przemysłowego internetu rzeczy w 2017 roku wyniosła blisko 146 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do ponad 232 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8 proc.

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie 6

W Polsce można już bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską, otrzymać receptę, a nawet poprosić o jej wykupienie i wysyłkę leku. Na popularności coraz bardziej zyskują też instrumenty takie jak elektroniczna recepta czy skierowanie. Wprowadzenie cyfrowej dokumentacji medycznej pozwoli natomiast usprawnić analitykę i obsługę kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia. Właśnie wystartowała nowa platforma rządowa, na której wszystkie sprawy, w tym zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

– Wideokonsultacje czy też rozwiązania telemedyczne już zaczynają być implementowane do polskiego systemu ochrony zdrowia i jak najbardziej istnieje przestrzeń do ich rozwoju. Technicznie nie jest to żadna bariera, więc będziemy mieli coraz więcej takich rozwiązań – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Czech, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

W Polsce funkcjonują już przychodnie on-line. Jedną z nich jest działająca na terenie Unii Europejskiej przychodnia Dimedic, w której można bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską i otrzymać receptę. Pacjent może wybrać również opcję wykupu recepty. Placówka udziela konsultacji głównie w sprawach związanych z antykoncepcją, otyłością czy zaburzeniami seksualnymi

– W obszarze e-zdrowia i wszystkiego, co jest związane z rozwiązaniami cyfrowymi w zdrowiu, to obecnie jesteśmy w fazie pełnej akceleracji. E-recepta, e-skierowanie, e-zwolnienie, konto pacjenta, to są wszystko elementy cyfryzacji, które wchodzą szybko do systemu ochrony zdrowia i dzięki temu gonimy państwa, które uważamy za modelowe, np. Estonię – mówi Marcin Czech.

Recepty elektroniczne można w Polsce zrealizować w każdej aptece od 1 stycznia 2019 roku. Od 1 stycznia 2020 roku wszystkie przychodnie będą miały natomiast obowiązek ich wystawiania. Według danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, do tej pory wystawiono w Polsce ponad 7 mln takich recept, a według najnowszych danych, dziennie jest ich już wystawianych ponad 220 tysięcy. Liczba podmiotów wystawiających e-recepty w samym tylko sierpniu wzrosła w stosunku do lipca o 46 proc. i wynosi już prawie 4 tysiące.

Kolejnym krokiem w rewolucjonizowaniu polskiej służby zdrowia ma być wprowadzenie w 2021 r. elektronicznej dokumentacji medycznej. W Internetowym Koncie Pacjenta po zalogowaniu się za pomocą Profilu Zaufanego będzie można przejrzeć nie tylko swoją dokumentację medyczną, w tym historię wizyt u lekarza w ramach NFZ od 2008 r., lecz także swoich dzieci.

– To będzie otwarcie wrót do olbrzymich możliwości analitycznych, które tkwią w systemie. I to uzupełni dane, które są zbierane dla potrzeb refundacji czy dla potrzeb NFZ-u. W cyfryzacji będzie wiele nowych rzeczy i wiele nowych rozwiązań dla dobra profesjonalistów medycznych i pacjentów – przewiduje prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

Wprowadzenie możliwości przeprowadzania elektronicznych konsultacji z lekarzami różnych specjalizacji pozwala walczyć z problemem kolejek. Na prywatną wizytę u urologa trzeba w Kielcach czekać nawet trzy tygodnie. Wizyta w ramach kontraktu z NFZ to już czas oczekiwania sięgający co najmniej 3,5 miesiąca. W przypadku zdecydowania się na konsultację przez kanał elektroniczny czas ten skraca się nawet do czterech dni.

Z uwagi na znaczne usprawnienie systemu ochrony zdrowia dzięki narzędziom on-line możliwe będzie też wypracowanie oszczędności finansowych, ale i poprawy jakości opieki.

– Na początku musimy się nauczyć jak z tego systemu korzystać, ale potem wszystko będzie na tzw. kliknięcie, co zaowocuje sporymi oszczędnościami. Być może wymusi to również zmiany polegające na tym, że lekarze będą bardziej się zajmować pacjentem i leczeniem, a np. szeroko zapowiadani asystenci medyczni będą bardziej obsługiwać systemy informacji. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Marcin Czech.

W budżecie Polski na 2019 rok nakłady na służbę zdrowia sięgnęły kwoty niemal 100 mld zł, co stanowi 4,86 proc. PKB. W 2020 ma to być już 5,03 PKB, a do 2025 roku 6 proc. Właśnie wystartowała rządowa platforma gov.pl, na której wszystkie e-usługi, w tym także zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

Dlaczego warto przechowywać dane z tachografu

Pół tysiąca złotych za dzień w przeliczeniu na jeden pojazd. Tyle może zapłacić przedsiębiorca za brak danych z tachografu. Odczyty czasu pracy kierowców zawodowych są podstawowymi informacjami, które przewoźnik powinien przechowywać. Inspekcja Transportu Drogowego może je sprawdzić nawet rok wstecz. Michał Senger, ekspert Inelo, radzi, jak bezpiecznie gromadzić dane w firmie transportowej.

Tachograf odczytujemy maksymalnie co 90 dni kalendarzowych, używając do tego karty przedsiębiorstwa, na którą tacho zostało zablokowane. Dobrą praktyką jest odczyt częściej niż przewidziane trzy miesiące. Gdy spóźnimy się z odczytem, narażamy się na kolejną karę w wysokości 500 zł (na pojazd za każdy dzień).

Jeżeli więc w firmie jest kilkanaście samochodów i wszystkie mają nieterminowe odczyty, możemy otrzymać maksymalny mandat przewidziany taryfikatorem. Wówczas nie jest istotne to, że kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami. Jeśli więc ze względu na specyfikę transportu kierowcy nie wracają zbyt często do bazy i nie ma możliwości regularnego odczytania tachografów w siedzibie, wskazane jest zainstalowanie w pojazdach systemu telematycznego, umożliwiającego zdalny odczyt danych – sugeruje Michał Senger, ekspert Inelo ds. rozliczeń i szkoleń.

Blokada kartą przedsiębiorstwa

W przypadku, gdy przewoźnik zakupi samochód ciężarowy tak zwany używany, to taki pojazd może być zablokowany kartą poprzedniego właściciela. Dlatego w pierwszej kolejności po zakupie i wprowadzeniu do pamięci rejestratora nowego numeru rejestracyjnego, należy w serwisie tachografów od razu zablokować ciężarówkę kartą danego przedsiębiorstwa. Jeśli o tym zapomnimy, w przyszłości może nie udać się odczytać danych dla zatrudnionych kierowców. Uzyskamy co prawda plik odczytu, ale z opisem brak czynności/brak danych. Jak zweryfikować, czy możemy odczytać dane z tachografów używanych pojazdów? Można to zrobić w prosty sposób w programie do rozliczania czasu pracy kierowcy, takim jak 4Trans. Wystarczy sprawdzić, czy da się otworzyć klika losowo wybranych dni z różnych okresów
i czy widać zarejestrowane czynności.

Jeżeli okaże się, że nie możemy otworzyć testowanego przez nas dnia, należy udać się do serwisu tachografów i odczytać tacho kartą warsztatową, gdyż jest ona nadrzędną nad kartą przedsiębiorstwa i za jej pomocą da się odzyskać te dane. Warto jednak wiedzieć, że rejestrator danych kierowcy ma ograniczoną pamięć i może okazać się, że potrzebne informacje nie są już dostępne. Jeśli więc w tachografie zapisane będą dane tylko z ostatnich 200 dni (w razie kontroli wymagane są odczyty z całego roku), to grzywna dla przedsiębiorcy będzie wysoka. Na przykład za brak odczytów z okresu 165 dni to aż 82 500 zł i to tylko za jeden pojazdwyjaśnia ekspert Inelo.

Kontrola poprawności odczytów

Prawidłowe dane to takie, gdzie wszystkie czynności zapisane w tachografie pokrywają się z tymi na karcie kierowcy.

Prawidłowy wygląd odczytów w widoku rocznym[1]

Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografuPrawidłowy wygląd dnia[2]Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografu 2

Co w przypadku, gdy odczytamy dane z tachografu i okaże się, że w związku z ich uszkodzeniem
z jednego dnia cały plik nie chce się wczytać do programu? Wówczas należy rozbić taki odczyt na dwie części. Na przykład jeśli uszkodzone są dane z 29.06.2019 r., ustawiamy jeden odczyt od pierwszego dnia do 28.06.2019 r. oraz drugi od 30.06.2019 r. do dnia bieżącego. Otrzymujemy dwa pliki, które należy wczytać do programu. Co z dniem, w którym dane uległy uszkodzeniu? Na 29.06.2019 najlepiej uzyskać z serwisu tachografów pisemne potwierdzenie, że pliki z tego dnia są uszkodzone i nie da się ich odzyskać
radzi Michał Senger.

Brak potrzebnych informacji o tym, jak pracuje kierowca, może kosztować przedsiębiorcę pół tysiąca złotych za każdy dzień dotyczący jednego pojazdu. W przeliczeniu na liczbę samochodów w taborze
i inne naruszenia kierowców to grzywna, która może zachwiać płynnością finansową niejednej firmy transportowej.

[1] Dane z programu 4trans.

[2] Ibidem.

Cenne witaminy, składniki mineralne i lubiane przez dzieci smaki. To trzy powody, dla których kaszki powinny pojawić się w diecie niemowlęcia każdego dnia

Produkty zbożowe stanowią istotny element diety każdego człowieka – zarówno niemowlęcia, jak i osoby dorosłej. Kaszki przeznaczone specjalnie dla najmłodszych to wartościowe uzupełnienie codziennego jadłospisu. Dostarczają małemu organizmowi witaminy, ważne składniki mineralne oraz węglowodany złożone niezbędne do jego prawidłowego rozwoju. Ich konsystencja i delikatny, owocowy smak są łatwo akceptowalne przez maluchy. Właśnie dlatego kaszki idealnie sprawdzą się jako element codziennej diety najmłodszych.

Wczesne dzieciństwo to okres bardzo szybkiego wzrostu i intensywnego rozwoju dziecka. W tym czasie dojrzewa układ pokarmowy i nerwowy malucha, kształtuje się jego odporność oraz metabolizm. W pierwszych latach życia kształtują się również nawyki żywieniowe, które mogą być powielane przez dziecko w przyszłości. Ze względu na tak dynamiczne przemiany zachodzące w młodym organizmie niezwykle ważne jest dbanie o odpowiednią dietę niemowlęcia, a później małego dziecka. Taką, która dostarczy niezbędne składniki odżywcze w odpowiednich ilościach i proporcjach. Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) przez sześć pierwszych miesięcy życia dziecko powinno być karmione wyłącznie mlekiem matki – wówczas właśnie ten pokarm najlepiej zaspokaja wszystkie potrzeby żywieniowe niemowlęcia.

– Z czasem – nie wcześniej niż przed ukończeniem 17. tygodnia życia i nie później niż w 26. tygodniu – zaleca się wprowadzanie posiłków uzupełniających, które dodatkowo pomagają pokryć rosnące zapotrzebowanie organizmu na energię i składniki odżywcze. Posiłki uzupełniające wprowadza się przy jednoczesnym kontynuowaniu karmienia piersią – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Mariola Darzycka, ekspert BoboVita.

Na etapie rozszerzania diety jako pierwsze do jadłospisu malucha powinno się wprowadzać warzywa. Po około dwóch tygodniach można zacząć podawać owoce, a następnie produkty zbożowe dopasowane do potrzeb niemowlęcia. Te ostatnie stanowią cenne źródło witamin i składników mineralnych, które wspierają prawidłowy rozwój młodego organizmu, z tego względu nie powinno ich zabraknąć w codziennej diecie.

 Zboża zawierają również węglowodany złożone, które z kolei są źródłem energii potrzebnej maluchowi do codziennej aktywności, zabawy czy też poznawania świata – mówi Mariola Darzycka.

Przykładem takich produktów są kaszki przeznaczone dla niemowląt i małych dzieci. Ułatwiają one przechodzenie z diety opartej wyłącznie na mleku do produktów o bardziej stałej konsystencji. Są dopasowane do potrzeb młodego organizmu i w pełni dla niego bezpieczne.

– Zboża, które znajdują się w składzie takich kaszek, przechodzą nawet kilkaset testów jakości i bezpieczeństwa, a ich skład i wartość odżywcza są odpowiednio zbilansowane – mówi Mariola Darzycka.

Ze względu na wartości odżywcze kaszki doskonale sprawdzą się jako element diety niemowlęcia każdego dnia – zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Warto pamiętać, że przy wyborze produktu odpowiedniego dla malucha powinno się kierować widocznym na opakowaniu wskazaniem wieku, np. po 6. czy 8. miesiącu.

Dzięki Lean wygrywamy wszyscy! – wywiad z Michaelem Balle

Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym każdy powinien mieć okazję się zmierzyć – przekonuje Michael Balle, światowej sławy ekspert w zarządzaniu współpracujący z największymi, globalnymi markami. Zdaniem założyciela Institut Lean France, o sukcesie każdego przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości czy branży, decyduje gotowość na zmiany dotychczasowego modelu ich funkcjonowania – zamiast odgórnego wyznaczania nierealistycznych celów, należy skoncentrować się na budowie kultury pracy, zaangażowaniu wszystkich pracowników i umożliwieniu im ciągłego doskonalenia umiejętności. Michael Balle będzie gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” poświęconej Strategii Lean, organizowanej 17 października w Warszawie.

Prawdopodobnie każdy przedsiębiorca słyszał kiedyś o Strategii Lean – ale niewielu potrafi wskazać jasną, precyzyjną definicję. Jak Pan opisałby tę koncepcję?

  1. Balle*: Strategia Lean to przełomowe i podparte pozytywnymi doświadczeniami największych globalnych przedsiębiorstw podejście do istoty funkcjonowania każdej organizacji. Często firmy koncentrują się na tworzeniu wizjonerskich planów, których realizacja okazuje się z różnych powodów (technicznych, materialnych, kadrowych) niemożliwa. Strategia Lean z kolei podpowiada, że prawdziwym sercem każdego przedsiębiorstwa jest tzw. gemba – miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. W produkcji to hala produkcyjna, w usługach – punkt ich świadczenia. To właśnie ono powinno kształtować ramy w jakich funkcjonuje i rozwija się dana organizacja. Dlatego zamiast tradycyjnego podejścia (szalenie ambitne plany, a następnie próby wcielenia ich w życie), Strategia Lean rekomenduje trafną identyfikację możliwości i potencjału gemby i na tej bazie planowanie dalszego rozwoju przedsiębiorstwa.

Istnieją jakieś fundamentalne założenia Strategii Lean?

Każde przedsiębiorstwo, niezależnie od branży czy wielkości, decydując się na realizowanie założeń Strategii Lean staje przed trzema identycznymi wyzwaniami:

  1. Określenia wyzwań, którym trzeba sprostać, jeśli firma ma utrzymać już osiągniętą pozycję na rynku i rozwijać się, budując swoją przewagę konkurencyjną.
  2. Przyjęcia nowej filozofii organizacji, nazywanej przeze mnie „kulturą pierwszeństwa problemów”. Chodzi o jak najszybsze identyfikowanie, zapobieganie lub rozwiązywanie rzeczywistych bądź potencjalnych kryzysów. Kluczowe jest przy tym uznanie autonomii pracownika w samodzielnym rozwiązywaniu problemów i jego poczucie bezpieczeństwa przy okazji dzielenia się spostrzeżeniami i wychodzenia z własnymi inicjatywami.
  3. Nabycia zdolności do tworzenia nowych produktów bądź usług poprzez eliminację marnotrawstwa i uwolnienie innowacyjności oraz potencjału twórczego pracowników – co pozwoli na dalszy rozwój firmy i umacnianie jej pozycji na rynku.

Korzenie Lean sięgają Japonii. Jakie elementy tamtejszej kultury i organizacji pracy są najważniejsze i mogą być wykorzystywane przez firmy na całym świecie?

„Lean” to termin amerykański. Pierwsza na szeroką skalę wdrożyła go Toyota. Japoński gigant korzystał przy tym z usług amerykańskich, brytyjskich i niemieckich specjalistów. Ja sam wiedzę o Strategii Lean zdobywałem i rozwijałem we Francji. Uważam więc Lean za pierwsze, prawdziwie globalne i uniwersalne podejście w zarządzaniu.

Sukcesy bądź porażki we wdrażaniu rozwiązań Lean nie zależą od kultury, języka czy narodowości. Wszystko sprowadza się do intencji, otwartości i odwagi liderów danej firmy:

  1. Czy mają ambicję, żeby wciąż wygrywać i rozwijać się, czy też celem jest jedynie pozostanie w grze?
  2. Czy są gotowi na naukę i zmiany, czy też markują działania i szukają alibi aby zachować status quo?

Pańska słynna książka „Dyrektor firmy jako Lean Menadżer” nie jest poświęcona Toyocie, ale przedsiębiorstwu z francuskiej prowincji…

Ale mechanizmy są powtarzalne! Toyota jest firmą globalną działającą na różnorodnych rynkach, ale mimo że wszędzie realizuje zasady Strategii Lean – każda z jej fabryk różni się od innych. Dzieje się tak ponieważ nie da się wprost skopiować i powielić pewnych rozwiązań czy schematów. Mechanizmy sprawdzające się w jednym obiekcie mogą nie dawać żadnych efektów w drugim. Wracam tu do poruszanego już przeze mnie, innowacyjnego podejścia Lean – nie skupiamy się na ambitnych cenach, ale rozwiązywaniu problemów i usprawnianiu procesów w konkretnym miejscu pracy gemba. Strategia Lean to więc te same narzędzia, ale unikalne rozwiązania.

Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorca decyduje się na Strategię Lean i zaczyna wdrażać ją od zera. Na co powinien zwrócić szczególną uwagę, jakie powinny być jego pierwsze kroki?

Powinien zacząć od rzeczy najprostszych – odwiedzenia działu obsługi klienta i sprawdzenia, dlaczego klienci są niezadowoleni z obecnej oferty. Przeczytania o podstawowych definicjach i narzędziach Lean – chociażby Kanban, czyli obrazowej metodzie prawidłowego organizowania procesu produkcji eliminującego marnotrawstwo. Niekiedy pozornie banalne rozwiązania wyraźnie poprawić efektywność pracy całej organizacji. Warto też skłonić wszystkich pracowników do wspólnej refleksji nad przyszłym rozwojem przedsiębiorstwa.

Jakie wymierne korzyści przynosi wprowadzenie Strategii Lean dla całej organizacji – zarówno dla kierownictwa, jak i zwykłych pracowników?

Lean jest metodą pojednawczą – pozwala pogodzić firmę z klientami, kierownictwo z pracownikami, odbiorców z dostawcami. Korzyścią, poza satysfakcją z wyników, jest również większe zaangażowanie pracowników, którzy uzyskując podmiotowość dzięki opartej na zaufaniu kierownictwa autonomii, czują się współodpowiedzialni za osiągane efekty. Firma staje się bardziej rentowna, ponieważ pozyskuje więcej klientów przy jednoczesnym obniżeniu kosztów całkowitych i eliminacji marnotrawstwa. Jest to strategia rozwoju która sprawia, że każdy, od członka zarządu po pracownika operacyjnego, czuje się wygranym.

Czyli nie chodzi jedynie o zwiększenie zysków firmy i lepsze samopoczucie kadry kierowniczej?

Każdy pracownik organizacji korzysta na wdrożeniu rozwiązań Strategii Lean, gdyż jej podstawą jest wzajemne zaufanie. Tworząc bezpieczeństwo psychiczne w pracy, poprawiasz samopoczucie każdego członka załogi, wyzwalasz jego kreatywność, skłaniasz do rozwijania umiejętności. To wszystko bezpośrednio wpływa na efektywność całego przedsiębiorstwa, pomaga szybciej i sprawniej rozwiązywać problemy. Ma to rzecz jasna przełożenie na wyniki finansowe przedsiębiorstwa – ale uzyskuje się je nie kosztem pracowników, lecz dzięki zaangażowaniu ich w ciągłe ulepszanie procesów.

Czy istnieją obszary zagrożenia – elementy ryzyka, które wymagają szczególnej uwagi?

Och, wiele! Zawsze powtarzam, że nie można odnieść sukcesu, jeśli nie jest się naprawdę gotowym na zmiany, których wymagamy od swoich podwładnych i współpracowników. Większość niepowodzeń w zakresie wdrażania Strategii Lean związana jest z błędną postawą menedżerów wyższego szczebla. Traktują oni Lean jak każdy inny program: wynająć firmę konsultingową, znaleźć luki w wydajności, zorganizować warsztaty i szkolenia wprowadzające, odnaleźć oszczędności – a następnie powrócić do poprzednich, złych nawyków. Jest to dobrze udokumentowana prawidłowość skutkująca ostatecznym niepowodzeniem. W Strategii Lean nie ma miejsca na półśrodki – aby uzyskać długofalowe korzyści, musimy raz na zawsze zmienić filozofię prowadzenia i funkcjonowania przedsiębiorstwa.

17 października będzie Pan gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” w warszawskim hotelu Marriott. Po wygłoszeniu wykładu zaprezentuje Pan swoją najnowszą książkę. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy – co będziemy mogli w niej znaleźć?

Zgadza się, przyjeżdżam do Warszawy na zaproszenie firmy DPC Polska zajmującej się wdrażaniem rozwiązań leanowych w przedsiębiorstwach oraz edukacją przyszłych dyrektorów i menadżerów. Organizowana przez nią konferencja „Bliżej doskonałości” będzie pokazywać Lean z różnych perspektyw – kompleksowości, różnorodności, przywództwa. Tematem mojej prelekcji jest: „Kultura uczenia się sposobem na budowanie przewagi konkurencyjnej”.

Nad Wisłą promować Pan będzie również swoje najnowsze dzieło.

Książka pod tytułem „Strategia Lean” jest wynikiem owocnej współpracy z Danielem Jonesem (założycielem brytyjskiej Lean Enterprise Academy), Orrym Fiume (jednym z pionierów Lean Managementu na świecie), Jacquesem Chaize (wieloletnim doradcą rad nadzorczych największych, globalnych spółek). Wszyscy od dekad śledzimy i współkształtujemy rozwój tej metody zarządzania. Ostatnio uznaliśmy, że najwyższy czas wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, która przez ten długi czas narosły wokół Strategii Lean – na czele z nazywaniem ją wielokrotnie „kolejną, bezproduktywną teorią”. Natomiast to radykalny przełom w całej nauce o zarządzaniu, zmiana paradygmatów i dotychczasowych koncepcji budowania kultury pracy w organizacjach. Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym chcemy, aby każdy miał okazję się zmierzyć.

Employer branding, przyszłość rynku pracy z perspektywy nowego pokolenia sukcesorów w firmach rodzinnych

Budowanie wizerunku pracodawcy staje się wyzwaniem każdego pracodawcy. Dotyczy to nie tylko firm rodzinnych, gdyż walka o zatrudnienie i utrzymanie utalentowanych pracowników czy zmniejszenie rotacji kadr stanowi dziś wyzwanie dla całego rynku pracy w Polsce. Dlaczego na niektóre oferty pracy na portalach pracy nikt nie odpowiada, a inne mają setki zgłoszeń, chociaż rekrutują na takie samo stanowisko, mają zbliżone stawki wynagrodzeń i są z tego samego miasta? Dlaczego takie firmy jak Amazon, które są światowymi gigantami, mają w Polsce trudności ze znalezienie odpowiedniej kadry pracowniczej? Employer branding, czyli budowanie marki pracodawcy to dziedzina z pogranicza HR i marketingu, a więc interdyscyplinarna, i tym samym ogromnie złożona.

Employer branding w Polsce

– Employer branding można rozpatrywać dwojako. Wewnątrz organizacji, gdzie szczególnie w większych miastach pieniądze przestały być głównym motywatorem do pracy, a ważna stała się odpowiednia reakcja pracodawcy na nowoczesne potrzeby pracownika, a także odpowiednia integracja życia prywatnego z życiem zawodowym, z pracą, w której istotny będzie zgrany zespół, zarówno kulturowo, jak i organizacyjnie. W pracy i poza nią. Czy istnieje recepta na stworzenie z pracownika ambasadora firmy? Natomiast na zewnątrz organizacji employer branding to wszelkie działania w oparciu o budowę wizerunku atrakcyjnego pracodawcy, głównie w celach rekrutacyjnych oraz public relations. Jest to niezwykle istotne zarówno w przypadku większych miast, jak i mniejszych miejscowości – wprowadził w dyskusję uczestników debaty moderator, Łukasz Tylczyński, Ekspert ds. Badań i Rozwoju Instytutu Biznesu Rodzinnego.

– Z jednej strony przyszłość rynku pracy, gdzie czynnik ludzki zastępują maszyny, pracowników oprogramowania, a całe działy w przedsiębiorstwach się outsourcuje. Być może employer branding wcale nie będzie problemem? Jak transformacja cyfrowa może pomóc firmom? Jak wykorzystać systemy informatyczne? Jak w tym wszystkim ma odnaleźć się sukcesor firmy rodzinnej i jakie ma w tym obszarze doświadczenia? – dodał Łukasz Tylczyński.

– Większość firm popełnia ten sam błąd w działaniach employer brandingowych. Skupia się na rekrutacji i wydaje olbrzymie pieniądze na działania na zewnątrz. Być może nie jest to błąd, lecz wyrachowanie, wynikające z założenia, że millennialsów nie da się w firmie zatrzymać na dłużej? Trzeba więc pogodzić się z wyższą rotacją pracowników i starać się zatrzymać tylko tych najlepszych, którzy będą chcieli u nas pracować w perspektywie kilku lat. W dużych firmach problemem jest coś, co nazywam konglomeratem. Zarówno korporacje, jak i duże firmy rodzinne mają problem ze zbudowaniem w świadomości pracowników swojej tożsamości. Brak wyraźnej strategii i poczucia, kim jako firma jesteśmy, powoduje, że po prostu nie utożsamiamy się z tą firmą – mówi Jacek Pawłowski, Partner w PwC Legal, Radca Prawny. – Nie doceniamy tego, jak bardzo zewnętrzny employer branding wpływa na tych pracowników, których już mamy. Pracownicy śledzą działania swojej firmy i widzą komunikaty pracodawcy, jak chciałby być postrzegany i są w stanie ocenić, czy w ich konkretnym przypadku to jest prawda. Dowiadują się wtedy również o zupełnie nowych obszarach funkcjonowania firmy. Porównując zachowanie korporacji i firm rodzinnych w zakresie employer brandingu można wskazać, że firmy rodzinne często popełniają błąd ślepo kopiując rozwiązania employer brandingowe z dużych korporacji, co przeważnie kończy się fatalnie – dodaje Jacek Pawłowski.

– Uważam, że rozdzielanie employer brandingu na zewnątrz i do wewnątrz jest błędem. Jakikolwiek branding rodzi się tylko i wyłącznie wewnątrz, bo nie ma czegoś takiego jak marka robiona na zewnątrz i marka robiona wewnątrz. Jeżeli mówimy poza organizacją cokolwiek innego, niż mamy w jej środku, to nie jest to employer branding, a reklama. Branding tworzy się w umysłach interesariuszy na podstawie doświadczeń, a więc jeżeli zaczniemy opowiadać na zewnątrz historię, która będzie zupełnie inna od tej, którą mamy wewnątrz firmy, to, krótko mówiąc, wcale nie budujemy wizerunku marki, a prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Sam czegoś takiego doświadczyłem, gdy opowiadałem o firmie coś, co myślałem, że funkcjonuje w dany sposób, a okazywało się, że wewnątrz tak do końca nie jest. Taka spójność tego, co mamy w środku, z tym, jak chcemy, by widziano nasz biznes, jest podstawą to dobrego employer brandingu – opowiada Mateusz Kowalewski, Prezes rodzinnej firmy Hortimex.

– Budowaniu marki wewnątrz służy również odpowiednia forma rotacji pracowników. Rotacja jest pożądana, ale powinna być robiona z pomysłem. Pracownik nie powinien za długo piastować jednego stanowiska w firmie, no chyba, że firma się dynamicznie zmienia, rozwija i zmienia się też zajmowane stanowisko. Przykładem firmy, która dobrze rozwiązała ten problem wewnątrz, jest znany w Polsce producent żywności dla dzieci i niemowląt. Tam pracownik nie mógł pracować na jednym stanowisku dłużej niż trzy lata. Po tym czasie miał obowiązek albo zmienić stanowisko wewnątrz firmy, czyli awansować, albo odejść. Taka karuzela wymusza na pracownikach ciągły rozwój i zmianę. Moja firma, choć zdecydowanie mniejsza, stara się działać podobnie. 

– Właściciel musi dojrzeć w swojej świadomości, że pracownika nie ma na zawsze, na wyłączność. Oczywiście olbrzymią radość sprawia fakt, gdy pracownik pracuje u nas długo, ale gdy pracownik jest długo na jednym stanowisku, które do tego nie należy do najbardziej rozwojowych w firmie, to rodzi się u niego frustracja, poczucie rutyny, spada jego zapał. Millennialsi, o których dziś często mówimy, nie są ludźmi z innej planety, oni po prostu położyli akcenty na te wartości, które poprzednie pokolenie, pokolenie baby boomersów, nauczyło się chować głęboko do kieszeni. Na przykład poczucie własnej satysfakcji, realizowania samego siebie. Pieniądze są ważne, ale nie najistotniejsze. Starsze pokolenie z racji niskiej podaży pracy potrafiło zrezygnować z własnych marzeń na rzecz stabilizacji finansowej. Młodzi żyją w większym komforcie, bo na rynku pracownika mają możliwość elastycznego wyboru miejsca pracy, a przedsiębiorcy chcąc temu wyzwaniu sprostać, muszą to zaakceptować i stworzyć warunki, w których młodzi będą chcieli się rozwijać i pracować – dodał Kowalewski.

Millennialsi potrzebują autorytetów i wartości

– Firmom rodzinnym zdecydowanie łatwiej niż korporacjom jest budować komunikat i markę na zewnątrz. Bliskie jest mi stwierdzenie, że marka to te wartości, które firma rodzinna ma w sobie, w osobie właścicieli i zaangażowanych w nią pracowników i z którymi idzie świat. Często to właściciele zarażają swoją charyzmą i energią pracowników, tym samym wcielają się w rolę autorytetów, liderów i przyciągają do siebie właśnie millennialsów – młodych, ambitnych, którzy w anonimowym świecie właśnie tych autorytetów potrzebują – mówi Anna Bielak-Dworska, sukcesorka z firmy rodzinnej Grupa Saternus. – Jako millennialsi chcemy rozwijać się w atmosferze i aurze mądrości, którą ci liderzy w sobie mają i to jest to, co buduje dobre, nowoczesne zespoły, w których jest charyzmatyczny przywódca łączący w sobie rolę mentora, przewodnika, autorytetu. Dla mnie autorytetem w świecie biznesu jest Ryszard Wtorkowski, prezes LUG S.A., którego wartości i podejście do biznesu oświetlają nam w jakiś sposób drogę do realizacji własnych marzeń, przy jednoczesnym życiu w zgodzie z samym sobą. W takich firmach, które są spójne wewnętrznie, jest potencjał rozwoju, jest lider, jest atmosfera wspólnego celu, każdy szanujący się millennials chciałby pracować. Wtedy taka komunikacja employer brandingu na zewnątrz ma jak najbardziej sens – dodaje Bielak – Dworska.

– Firma, która jest prawdziwie rodzinna, przenosi swoje wartości do wewnątrz organizacji. Traktuje swoich pracowników fair, pozwala się rozwijać i w momencie, gdy to działa i jest prawdziwe, to problem związany z szukaniem ludzi do pracy, do zespołów, jest w takiej firmie niewielki. Pamiętam, że gdy rozpoczynałem pracę w rodzinnej firmie kilkanaście lat temu i szukaliśmy pracownika do działu handlowego, to otrzymaliśmy ponad 3000 CV. W tej chwili, gdy szukamy pracownika, to otrzymujemy ok. 300-400 CV na jedno miejsce. Nie prowadzimy jakiejś szeroko zakrojonej akcji employer brandingowej i wydaje mi się, że specjalnie nie musimy, bo ludzie pocztą pantoflową mówią po prostu, jak jest naprawdę. Kilkanaście lat temu rozwój naszej firmy postępował głównie przez rodziny pracowników, którzy już w niej pracowali, tym bardziej, że u nas w YES przedmiotem funkcjonowania firmy są złoto i kamienie szlachetne, więc kwestia odpowiedniego zaufania była zawsze kluczowym elementem – opowiada Tomasz Kwiatkiewicz, sukcesor rodzinnej firmy YES. – Więc nie było za bardzo rekrutacji, a gdy potrzebowaliśmy kogoś do rozwoju firmy, to pocztą pantoflową otrzymywaliśmy namiary na konkretnych ludzi. Jeżeli wszystko po rozmowie rekrutacyjnej było w porządku, to taka osoba dołączała do nas do zespołu. Dopiero teraz, gdy mamy 200 osób w centrali i prawie 800 w lokalizacjach w całej Polsce, wprowadzamy jakieś szersze działania rekrutacyjne, bo wymaga tego sytuacja i rozwój firmy. Natomiast wydaje mi się, że w employer brandingu niezwykle istotna jest ta spójność, koherentność tego, co mówimy, z tym, jak jest w firmie naprawdę. Oczywiście, że w każdej firmie są jakieś problemy, są jakieś konflikty, którym musimy sprostać. Czasem trzeba kogoś przenieść na inne stanowisko, czasem zwolnić, czasem zażegnać konflikt. Wydaje mi się, że jeżeli ludzi wewnątrz traktuje się fair, to na dzisiejszym rynku pracy, który jest ewidentnie rynkiem pracownika, firma rodzinna poradzi sobie z rekrutacją – dodaje Kwiatkiewicz.

Jak sukcesor powinien budować swój zespół?

– Budowanie zespołu w firmie, czy to przez sukcesora, czy to przez managera, nie ma jednego skutecznego rozwiązania. Rola dobrego managera powinna sprowadzać się do słuchania ludzi. Obojętność na uwagi czy sygnały idące z dołu są często powodem, dla którego wartościowi ludzie odchodzą z organizacji. Z moich obserwacji i doświadczeń, czy to z naszej firmy, czy z firm, z którymi mam kontakt lub gdzie mam znajomych, wynika, że głównym powodem odejścia ludzi jest obojętność szefa – mówi Tomasz Kwiatkiewicz. – Jest nawet takie powiedzenie, że ludzie przychodzą do firmy, a odchodzą od szefa – dodaje Mateusz Kowalewski.

– Głównym problemem polskich szefów jest słuchanie. Gdy pracownik przychodzi do szefa i opowiada o swoim problemie, to szef przeważnie próbuje przekazać mu swoje rozwiązania, a chodzi przecież o to, by pracownika wysłuchać, dać mu możliwość wykazania się kompetencjami, możliwościami. Dobrze jest również, by zespół był w miarę różnorodny, by nie byli to sami faceci nastawieni na wynik, bo wtedy będzie źle. Ważne jest to, by były różne charaktery w zespole, by pracownicy mogli się nawzajem uzupełniać – mówi Kwiatkiewicz.

– W październiku ubiegłego roku w ramach kongresu Next Generation organizowanego przez Instytut Biznesu Rodzinnego opowiadałem o swojej ścieżce sukcesora i namawiałem wszystkich, by swoją karierę rozpoczynali od pracy w innej firmie, najlepiej w międzynarodowej dużej korporacji, najlepiej za granicą. Wtedy sukcesor ma ogląd narzędzi i mechanizmów dobrze funkcjonujących w dużej firmie, nie pracuje z szefem, który jest mamą czy tatą, a jego nazwisko niewiele w takiej firmie znaczy – kończy Tomasz Kwiatkiewicz.

Słuchać i motywować

– W zależności od specyfiki branży, w której funkcjonuje rodzinna firma, wygląda to różnie. W naszej firmie, która zajmuje się budownictwem przemysłowym, gros pracowników stanowią pracownicy niższego szczebla, słuchanie odbywa się już na poziomie brygad, gdzie brygadzista pełni rolę nie tylko lidera zespołu, ale też jest filtrem problemów, uwag i sugestii, z którymi następnie udaje się do szefa. Oczywiście, że zdarzają się różnice zdań i odmiennych poglądów – opowiada dr inż. Izabela Chrostowska – Siwek z firmy rodzinnej Kruk Technika i Energia.

– Motywacją do pracy starszych pracowników czy w ogóle pracowników fizycznych są pieniądze. Widoczne jest aż nadto, że mamy rynek pracownika, a młodzi nie za bardzo chcą podjąć się ciężkiej i odpowiedzialnej pracy fizycznej, która ich przeraża. Problemem jest to, że większość naszych pracowników jest w wieku 55+, a w perspektywie kilku lat wielu z nich odejdzie na emeryturę – dodaje Izabela Chrostowska – Siwek.

– Pracując w firmie rodzinnej staram się maksymalnie możliwie słuchać potrzeb i uargumentowanych próśb naszych pracowników. Pracownicy mogą do mnie przyjść, opowiedzieć o swoich pomysłach, problemach. Staram się maksymalnie integrować nasz zespół. Oczywiście pieniądze, premie i podwyżki są bardzo ważne dla pracowników, nie mniej istotne jest również dla nich to, jakie mają emocje w stosunku do firmy. Staram się organizować wspólne wyjazdy integracyjne, takie jak kajaki, wspólne bieganie, imprezy okolicznościowe. To są kwestie istotne w momencie, w którym Ci młodzi ludzie dostają ofertę pracy. Zawsze przemyślą swoją decyzję, nie boją się też nawet powiedzieć mi o tej ofercie. Często słyszę: Aniu, dostałem nową ofertę pracy, ale zdecydowanie lepiej czuje się u Was, bo tutaj jest fajnie, rodzinnie, a tam tego nie ma. Praca nad tym, by pracownicy dobrze czuli się w naszej firmie, jest bardzo ważna. Trzeba mieć dla nich czas, słuchać. Jako sukcesorka firmy staram się zrozumieć i być otwarta na pracowników, którzy często boją się przyjść do mojego taty, bo boją się jego autorytetu. Organizuję spotkania, zbieram sugestie, które potem filtruję na życzenia pracowników i wartościowe idee, które faktycznie mogą poprawić komfort pracy. Wtedy odpowiednio przedstawiam te pomysły mojemu tacie i wiele z nich udaje się wprowadzić w życie – mówi Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej, Andre Abrasive Articles.

Wielkie miasta versus mniejsze miasta

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z zatrudnieniem. Dotyczy to w dużej mierze wyższych stanowisk, czasami przez pół roku szukamy managera. Ogłaszamy się w dużych miastach, na portalach, przez agencje headhunterskie, ale nie ma po prostu żadnych zgłoszeń. Mniejsza miejscowość, jak moje rodzinne Koło, jest dla robiących wielkie kariery managerów po prostu mało atrakcyjna – opowiada Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej Andre Abrasive Articles.

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z infrastrukturą. Brakuje mieszkań, które taki manager mógłby wynająć, sama miałam ogromny problem ze znalezieniem własnego mieszkania. Rynek pracy osób, którzy po studiach z wyższym wykształceniem wracają do takiego miasta, jak Koło, jest znikomy. Młodzi ludzie, którzy u nas pracują, to tylko osoby, których rodzice mieszkają w okolicy. Problem pojawia się z zatrzymaniem na dłużej tych osób, gdyż są to przeważnie ambitni młodzi ludzie, którzy po zdobyciu u nas doświadczenia, przy jednoczesnym posiadaniu kwalifikacji, które w naszej specyfice branży są bardzo cenione, są atrakcyjnymi pracownikami wśród pracodawców z dużych miast, gdzie poza pieniędzmi, które w większych miastach są naturalnie lepsze, mogą zakosztować szerokiego spectrum atrakcji wielkomiejskiego życia – dodaje Anna Andre.

Inwestycja w employer branding? Fakty i mity

– Firmy rodzinne, często jako zdecydowanie bardziej wyspecjalizowane podmioty niż duże korporacje, mogą łatwiej przekazać wartości swoim pracownikom – komentuje prof. Maciej Stradomski, Przewodniczący Rady Programowej Instytutu Biznesu Rodzinnego. – Jednakże, by dodać naszej dyskusji łyżkę dziegciu, w ostatnich latach zauważam, także wśród swoich studentów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, jak bardzo ten trend ulega zmianie. Kilka lat temu studenci mówili, że nie chcą i nie będą pracować w korporacjach, bo kojarzy im się to z takim drygiem wojskowym, pracą 24 godziny na dobę, delegacjami itp. W naturalny sposób więc trafiali do firm rodzinnych. Teraz spotykam się z dwiema wątpliwościami wśród millennialsów. Z jednej strony młodzi ludzie czują się niejednokrotnie przytłoczeni wartościami w firmie rodzinnej. Wchodzą jako pracownicy do podmiotu, który jest przesiąknięty wartościami nestora, sukcesora, a to są kwestie, którymi najtrudniej w organizacji się steruje i najtrudniej się je zmienia. Jeżeli ja jako pracownik reprezentuję inne wartości niż zatrudniająca mnie firma rodzinna, to bardzo trudno jest to scalić w całość. Ciężko jest również przeanalizować i zweryfikować aspekty miękkie u kandydata do pracy na podstawie 10-minutowej rozmowy rekrutacyjnej, listu motywacyjnego i CV. Może da się zweryfikować kompetencje, ale w zasadzie tylko tyle. Przychodzi pracownik do firmy rodzinnej i wdrażając się w nią natrafia na mur nie do sforsowania w postaci braku jasnych reguł funkcjonowania. W korporacjach pracownik otrzymuje zakres obowiązków, plan dnia i dokładnie wie, co i o której godzinie ma robić. To, co często jest zaletą firm rodzinnych, czyli ta elastyczność, zwinność i szybkość, przy employer brandingu może być problemem. Drugą wątpliwością, którą napotykam rekrutując na stanowiska finansowe do firm rodzinnych, jest niechęć kandydatów spowodowana brakiem możliwości awansu. Managerowie odpowiadają mi przeważnie, że nie chcą iść do pracy w firmie rodzinnej, bo nigdy nie będą wyżej niż przykładowo dyrektorem finansowym, bo tam jest założyciel – prezes, czwórka jego dzieci, gdzie każde z nich jest dyrektorem operacyjnym, marketingu, eksportu czy HR, co ewidentnie może być blokadą nie do przejścia dla managera z zewnątrz i jednocześnie dużym wyzwaniem dla firm rodzinnych, która budując dobry zespół prędzej czy później się z tymi dylematami spotka – opowiada prof. Stradomski.

– Ciężko jest w jakikolwiek sposób wycenić działania employer brandingowe przedsiębiorstwa, gdyż jest to relatywnie nowy, interdyscyplinarny proces z pogranicza marketingu i HR-u. Powoli uczymy się, w jaki sposób wyceniać marki, ale sam employer branding to nie marka, to element budowy marki. Zazwyczaj employer branding mierzy się za pośrednictwem hybrydy różnych mierników, np., ile kosztuje dotarcie do tysiąca klientów, pozyskanie jednego leada czy zebranie 1000 CV na rekrutacji na dane stanowisko, ankiet wśród pracowników i konsumentów itp. Wyzwaniem jednak będzie coś zupełnie innego, bo, o ile uda nam się stworzyć wskaźnik pomiaru efektywności działań employer brandingowych, w którym firma będzie miała przykładowo 8,72 punktu efektywności, to problem będzie z benchmarkingiem, porównaniem tego wskaźnika. Nie ma baz danych i źródeł do mierzenia takich wskaźników, bo są one zazwyczaj poufnymi danym w każdej organizacji – kończy swoją wypowiedź prof. Stradomski.

Utrzymanie wiarygodnego wizerunku firmy rodzinnej jako pracodawcy – wyzwaniem sukcesorów

W firmach rodzinnych, szczególnie tych istniejących na rynku przez ponad dwie dekady, coraz więcej odpowiedzialności za przyszłość biznesu przechodzi w ręce sukcesorów. To właśnie ich zadaniem będzie stworzenie wewnątrz przedsiębiorstwa środowiska, które będzie w stanie sprostać aktualnym wyzwaniom biznesu: konieczności transformacji cyfrowej, budowania zespołów, integracji i zatrzymania wewnątrz firmy wartościowych pracowników. Możliwość rozwoju kadr w firmie stwarza szansę, by z pracowników zrobić ambasadorów firmy i tym samym zbudować silną, dobrze postrzeganą markę pracodawcy, u którego chcą pracować ambitni ludzie. Zadanie jest bardzo trudne i złożone, a jego ewentualne skutki mogą zaważyć na przyszłości wielu rodzimych rodzinnych firm.

Jesteś sukcesorem? Przejąłeś zarządzanie firmą rodzinną lub dopiero przygotowujesz się do roli prezesa? Chcesz dowiedzieć się, jak przeżyć sukcesję i nie zwariować? Szukasz wsparcia w rozwijaniu swoich mocnych stron?

Użytkownicy zamiast właścicieli. Polacy zmieniają podejście do posiadania nieruchomości

Większość Polaków wciąż chce mieć mieszkanie na własność, choć powoli zaczyna się to zmieniać. Kiedyś na własne lokum czekało się latami, ale było ono wyznacznikiem statusu społecznego. Dziś o mieszkanie dużo łatwiej, nie tylko w kontekście finansowania zakupu, ale przede wszystkim dostępności. Tymczasem na światowych rynkach coraz popularniejsza jest ekonomia współdzielenia, w której dużo ważniejsze jest korzystanie niż bycie właścicielem. W Polsce mieszkania wynajmuje niecałe 20 proc. rodaków. To niewiele w porównaniu z Europą. W Niemczech aż 50 proc. społeczeństwa mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. W Austrii 45 proc. a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc. O podejściu Polaków do posiadania nieruchomości rozmawiamy z Robertem Majkowskim, Prezesem Funduszu Hipotecznego DOM. 

Skąd w Polakach chęć, by posiadać mieszkanie na własność?

Z danych NBP wynika, że Polacy mają około 14,5 mln mieszkań i z roku na rok liczba ta rośnie. Dane Eurostatu wskazują natomiast, że ok. 84 proc. polskich domów i mieszkań znajduje się w rękach prywatnych[1]. To więcej niż w Unii Europejskiej, gdzie wskaźnik ten plasuje się na poziomie 69 proc. W Niemczech natomiast – 51 procent. W żadnym państwie członkowskim UE odsetek najemców nie przekracza odsetka osób zajmujących własne lokale mieszkalne. W Europie jedynie w Szwajcarii, która nie jest członkiem UE więcej osób wynajmuje mieszkania, aniżeli mieszka we własnych lokalach (odsetek najemców wynosi 58,7 proc. Ludności i od lat rośnie).

Eksperci wskazują, że podejście Polaków do mieszkań ma swoje korzenie w PRL oraz jest efektem naszego „niskiego bogactwa”. Warto zwrócić uwagę na widoczną zależność, że im dany kraj jest bogatszy, tym większa skłonność jego mieszkańców do wynajmowania nieruchomości. Adam Czerniak główny ekonomista Polityka Insight w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wskazywał, że to właśnie czasy socjalistyczne nauczyły nas traktowania mieszkania jako społecznego przywileju, a okres transformacji dał przeświadczenie, że własność jest święta. W dodatku wśród Polaków panuje przekonanie, że kupując mieszkanie na własność, akumulujemy swoje bogactwo i robimy swego rodzaju lokatę (również na starość), która po spłaceniu kredytu, będzie mogła na nas zarabiać. Dotychczas to „zarabianie na starość” postrzegaliśmy głównie poprzez wynajem pokoju lub całego mieszkania, sprzedaż nieruchomości, gdy będziemy nagle potrzebować pieniędzy lub zamianę na mniejsze lokum. W ostatnich latach seniorzy zarzynają dostrzegać kolejne rozwiązanie, które pozwala spieniężyć kapitał zamrożony w nieruchomości – hipotekę odwróconą i rentę dożywotnią.

A jak jest z podejściem do wynajmowania? Coraz większa liczba osób decyduje się na najem

Europejski Urząd Statystyczny wskazuje, że w wynajętych mieszkaniach żyło w 2017 r. prawie
16 proc. mieszkańców Polski. Jest to wynik o 3 proc wyższy niż odczyt z 2010 roku. Oficjalne statystyki wskazują, że rynek rośnie, ale powoli. Warto jednak zwrócić uwagę na tzw. szarą strefę. Wiele osób, w tym również studentów, wynajmuje mieszkania bez umowy, zatem najem może przybierać znacznie większą skalę, aniżeli wskazują na to oficjalne statystyki. Póki co daleko nam chociażby do zachodniej Europy, gdzie najem cieszy się znacznie większą popularnością. W Niemczech aż 49 proc. ludności wynajmuje mieszkania, w Austrii 45 proc., a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc.

Dane Eurostatu wskazują, że w Polsce udział gospodarstw domowych, których mieszkańcy są właścicielami zamieszkiwanej nieruchomości  od 2009 roku stale rośnie. Jeszcze w 2009 roku 69 proc. było zamieszkiwane przez właścicieli, a obecnie jest to aż 84 proc. Co było przyczyną takiego wzrostu? W dużej mierze niski koszt i dostępność kredytu hipotecznego, który zachęca do nabywania nieruchomości, a także rosnące wynagrodzenia. Nie można tutaj również pominąć rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”, który zachęcił wiele osób do zaciągnięcia kredytu na swoje własne mieszkanie, niż do jego wynajmowania. Program kosztował 3 mld zł, a z dopłat skorzystało łącznie 110 tys. osób. Trzeba również wspomnieć, że rynek najmu w Polsce ma bardzo złe otoczenie prawne ze względu na przewlekłe postępowania sądowe i ochronę bezumownych najemców. W Polsce osoba, która przestaje płacić za wynajem mieszkania może przez lata z niego korzystać na koszt właściciela. Takie warunki powodują, że inwestor wynajmujący mieszkanie musi wysoką ceną rekompensować ryzyko prawne i najem długoterminowy w Polsce jest po prostu drogi.

Czy to oznacza, że coraz mniej osób będzie wynajmować lecz kupować?

W mojej opinii najem będzie coraz częściej spotykany i to nie tylko wśród młodych. Polska goni Europę i świat, a tam znaczenie najmu jest duże i wciąż rośnie. Jednak jest szereg barier rozwoju rynku najmu. Aktualnie zdecydowanie korzystniej ekonomicznie jest nabyć nieruchomość na kredyt. Rata kredytu w większości miast Polski będzie niższa od czynszu najmu, a dodatkowo zyskuje się własność nieruchomości, posiadamy aktywo, które kiedyś można będzie spieniężyć (sprzedać lub skorzystać z hipoteki odwróconej).

Polskę czeka stopniowa zmiana podejścia zarówno do własności nieruchomości, jak i korzystania z niej, ale te zmiany nie zajdą w oderwaniu od rachunku ekonomicznego. Za granicą, zarówno osoby młodsze jak i starsze, są coraz mniej przywiązane emocjonalnie do prawa własności, co nie oznacza, że nie są przywiązane emocjonalnie do mieszkań, w których żyją. Dla nich korzystanie z lokum jest tożsame z bezpieczeństwem. Nie trzeba być właścicielem lokum, aby czuć się bezpiecznie. To ważne, także w kontekście hipoteki odwróconej.

No właśnie. Gdzie w tym wszystkim jest hipoteka odwrócona? Wszak kogoś kto zdecydował się na takie rozwiązanie finansowe nie można nazwać ani najemcą, ani właścicielem nieruchomości.

Hipoteka odwrócona stwarza zupełnie nowe możliwości i to nie tylko w postrzeganiu własności mieszkaniowej. Dotychczasowe definicje, które odnosiliśmy do posiadania, czy użytkowania nie mają już stuprocentowego odniesienia, jeżeli przyłożymy je do hipoteki odwróconej. Dlaczego? Weźmy przykładowego seniora, który podpisuje umowę renty dożywotniej i przekazuje świadczeniodawcy prawo własności do nieruchomości. Taki senior zyskuje jednocześnie (na mocy zapisu o tzw. służebności osobistej mieszkania) dożywotnie prawo do mieszkania w dotychczasowym lokum. Od tej chwili nie jest już właścicielem mieszkania lecz „dożywotnio korzystającym”. Z racji zabezpieczeń prawnych, które chronią go w tym „korzystaniu” trudno byłoby nazwać go najemcą. W jego życiu na pozór nie zmienia się absolutnie nic. Poza tym, że świadczeniodawca płaci czynsz, reguluje inne opłaty za nieruchomość i wypłaca comiesięczną rentę.

Mimo to „oddanie własności” może być dla kogoś niekomfortowe

Podpisanie takiej umowy to wciąż jedna z ważniejszych życiowych decyzji i trzeba ją dobrze przemyśleć. Zwłaszcza, że na rynku nie brakuje podmiotów i osób indywidualnych, których celem są wyłudzenia. Wracając jednak do samego postrzegania „korzystania” z mieszkania zamiast posiadania go na własność…. Dla wielu zagranicznych seniorów „korzystanie bez posiadania” nie stanowi problemu. U nas wciąż jest to problematyczne, nie tylko ze względu na przepisy prawne, które Rząd powinien wprowadzić, by uregulować rynek renty dożywotniej w Polsce i zapewnić seniorom bezpieczeństwo. Mowa również o względach emocjonalnych, więziach rodzinnych, przyzwyczajeniach.

[1] Distribution of population by tenure status, type of household and income group – EU-SILC survey, Eurostat

Wypalenie zawodowe – czy Happiness Manager w firmie rozwiąże twój problem?

W maju bieżącego roku wypalenie zawodowe zostało wpisane do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, jednak nie jako choroba a „syndrom zawodowy” znacząco wpływający na stan zdrowia[1]. Według badań Instytutu Gallupa osoby, które kiedykolwiek doświadczyły tego stanu aż o 23% częściej odwiedzają szpitalną izbę przyjęć[2]. Firmy szukają sposobów na walkę ze skutkami tego zjawiska, m.in. zatrudniając menedżerów ds. szczęścia w firmie.

Choroba korporacji

Termin „wypalenia zawodowego” pierwszy raz pojawił się 25 lat temu, wymyślił go psychoanalityk Freudenberger w Stanach Zjednoczonych. W jednym z pierwszych opisów naukowych syndrom wypalenia zawodowego objawia się zarówno wyczerpaniem psychicznym, jak i fizycznym, bólem głowy i brzucha, złym samopoczuciem czy bezsennością. Najpowszechniejszym pierwszym sygnałem, który powinien zaniepokoić jest sytuacja, gdy niedzielny wieczór staje się koszmarem, bo pojawia się świadomość, że następnego ranka trzeba iść do pracy i ta myśl nie pozwala się odprężyć i cieszyć z wciąż trwającego weekendu.

Istnieją trzy stadia wypalenia zawodowego:

  • wyczerpanie emocjonalne – poczucie permanentnego zmęczenia i wyczerpania;
  • depersonalizacja i cynizm – dystans wobec współpracowników i klientów, brak zaangażowania w wykonywane zadania;
  • brak poczucia osobistych osiągnięć i kompetencji w wykonywanej pracy – myśl, że się nie nadaję do danej pracy.

Przyczyną wypalenia zawodowego jest długotrwały stres towarzyszący najczęściej zawodom, które polegają na kontakcie z ludźmi, m.in. lekarzom, pielęgniarkom czy pracownikom socjalnym. Równie poważne konsekwencje może mieć stale poczucie niesprawiedliwego traktowania w pracy, przeciążenie obowiązkami, nieuzasadniona presja czasu i brak wsparcia ze strony szefa. Nie ma konkretnego wieku albo długości stażu zawodowego, w którym pojawiają się objawy wypalenia zawodowego. Według ubiegłorocznych badań, w których udział wzięło prawie 7,5 tys. amerykańskich pracowników, 28% millenialsów przyznało, że odczuwa częste lub stałe objawy wypalenia zawodowego, a 45% – że odczuwa je czasami. To oznacza, że niemal ¾ osób urodzonych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku w mniejszym lub większym stopniu doświadcza syndromu wypalenia zawodowego[3].

Zarządzanie szczęściem w firmie

Wpisanie syndromu na listę chorób cywilizacyjnych sprawiło, że HR-owcy i managerowie zaczęli dużo bardziej zwracać uwagę na objawy tej choroby oraz poważniej traktować skutki wypalenia zarówno dla danej jednostki, jak i innych osób w firmie. Coraz więcej mówi się o nowym podejściu do organizacji pracy, jakim jest workplace wellbeing czy też zatrudnianiu specjalisty odpowiedzialnego za dbanie o dobrostan i poczucie szczęścia pracowników, tzw. happiness managera.

Badania, a także moje osobiste obserwacje potwierdzają, że osoby, które czują się dobrze i przychodzą do pracy z pozytywnej motywacji mają dużo więcej pomysłów, są bardziej kreatywne, a także lepiej wypełniają swoje obowiązki. Pracownicy działu sprzedaży, którzy są zadowoleni ze swojej pracy, mają dużo wyższe wskaźniki relacji i utrzymania klientów, a tym samym lepsze wyniki sprzedaży – mówi Dorota Wierzbicka-Kot, promotorka koncepcji szczęścia w pracy i marki Chief Happiness Officer, na co dzień finansistka i menedżerka.

„Zarządzanie szczęściem” w firmie polega w dużej mierze na wzroście zaangażowania, poczucia sensu i wartości wykonywanych zadań oraz na rozwijaniu u pracowników tzw. mojo[4] czyli pozytywnego nastawienia do pracy, wynikającego z wewnętrznego stanu ducha. Według M. Goldsmitha, światowej sławy pedagoga i trenera biznesu, to ostatnie można obserwować w dwóch kategoriach: mojo profesjonalne (elementy, które trzeba zaangażować, aby dobrze wykonać zadania: motywacja, wiedza, umiejętności, pewność siebie, autentyczność) i osobiste (korzyści z wykonywania danego zadania dla pracownika: szczęście, satysfakcja, poczucie celowości, nauka, wdzięczność). Analiza tych wartości to dobry sposób, aby uświadomić sobie jak bardzo satysfakcjonująca lub nie jest obecna praca.

Wypalenie to poważne zagrożenie nie tylko dla samopoczucia, ale i zdrowia każdej osoby. Czasami jedynym sposobem, aby wyrwać się z frustrującego lub toksycznego środowiska jest zmiana pracy.  Warte rozważenia jest także przejście na styl freelancera, gdzie stres może być znaczenie zredukowany. To rozwiązanie nigdy nie było tak łatwe do wprowadzenia w życie, a bycie samemu sobie szefem to sposób na odjęcie sobie wielu zmartwień i niepotrzebnej presji. Współpraca na zasadach freelancerskich z platformami cyfrowymi pozwala pracować z domu czy z dowolnego innego miejsca i wtedy gdy ma się na to ochotę. Ze względu na dużą swobodę i pracę przy kilku projektach, freelancer jest znacznie mniej narażony na znudzenie, wypalenie zawodowe czy brak motywacji – mówi Peter Balazsik, prezes i współzałożyciel platformy rekrutacyjnej Talentuno.

Mimo że wypalenie zawodowe nie jest oficjalnie uznane za chorobę, to wpis na listę Światowej Organizacji Zdrowia oraz liczne badania sugerują, że staje się ono coraz poważniejszym problemem wśród pracowników. Niektórzy pracodawcy próbują stawić mu czoła, jednak inni wciąż traktują go jak wymysł, co może mieć opłakane skutki dla nich i „wypalonych” pracowników.

[1] https://www.who.int/mental_health/evidence/burn-out/en/

[2] https://www.gallup.com/workplace/237059/employee-burnout-part-main-causes.aspx

[3] https://www.gallup.com/workplace/237377/millennials-burning.aspx

[4] Marshall Goldsmith „Pozytywne nastawienie. Jak uzyskać, utrzymać lub odzyskać swoje mojo”

Cesja praw do nieruchomości z umowy przedwstępnej opodatkowana tak samo, jak umowa przyrzeczona

„Ostatecznie rację ma zatem skarżąca, że transakcje zbycia praw i obowiązków z umowy przedwstępnej lub deweloperskiej, należy na gruncie podatku od towarów i usług traktować tak samo jako dostawę nieruchomości, której te umowy dotyczą, co oznacza, że będą one opodatkowane na takich samych zasadach (zwolnienie lub obniżona stawka podatku), jak finalna dostawa nieruchomości objętych tymi umowami” – orzekł 23 lipca 2019 r. WSA w Bydgoszczy w sprawie przedsiębiorcy, którego transakcje cesji praw do nieruchomości fiskus chciał opodatkować stawką 23% zamiast 8% i stawką zwolnioną.

Ustawa o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.) w art. 43 ust. 1 pkt 10 stanowi, że zwalnia się od podatku dostawę budynków, budowli lub ich części, z wyjątkiem sytuacji, gdy jest ona dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim, lub pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą upłynął okres krótszy niż 2 lata. Z kolei zgodnie z art. 41 ust. 2 w zw. z art. 41 ust. 12 dla dostawy, budowy, remontu, modernizacji, termomodernizacji lub przebudowy obiektów budowlanych lub ich części zaliczonych do budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym stawka podatku wynosi 8%.

Cesja praw z umowy przedwstępnej korzysta z takich samych warunków opodatkowania, co umowa przyrzeczona

Jedna ze spółek z o.o. prowadząca działalność gospodarczą w obrocie nieruchomościami, w którego ramach m.in. skupuje mieszkania celem ich dalszej odsprzedaży, w praktyce swej działalności ma do czynienia z sytuacjami, gdy po zawarciu przez nią umowy deweloperskiej lub przedwstępnej umowy zakupu określonej nieruchomości pojawia się chętny na jej nabycie. Nim więc sama dokona nabycia nieruchomości, sprzedaje ogół swoich praw do niej, wynikających z umowy przedwstępnej. Kupujący te prawa od spółki uiszcza jej z tego tytułu wynagrodzenie, które wyraża się w cenie sprzedaży ogółu praw i obowiązków wynikających z przedwstępnej umowy sprzedaży.

Spółka stała na stanowisku, że w przypadku cesji praw i obowiązków wynikających z umowy przedwstępnej dotyczącej sprzedaży lokalu mieszkalnego, użytkowanego przez okres dłuższy niż 2 lata, cesja ta zwolniona będzie z opodatkowania VAT, gdyż ze zwolnienia tego zgodnie z art. 43 ust. 1 pkt 10 ustawy o podatku od towarów i usług korzystałaby umowa przenosząca własność tego lokalu. Analogicznie w przypadku, gdy umowa przenosząca własność mieszkania deweloperskiego objętego społecznym programem mieszkaniowym korzysta z obniżonej 8% stawki VAT, z takiej też stawki opodatkowania korzystać powinna umowa cesji praw i obowiązków z umowy deweloperskiej.

Zawarte umowy cesji to usługa, a nie dostawa towaru

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej odmówił słuszności stanowisku spółki. Przywołując treść art. 7 ustawy o VAT, wskazał, że przez dostawę towarów rozumie się przeniesienie prawa do rozporządzania towarami jak właściciel, a zgodnie z art. 8 tej ustawy przez świadczenie usług rozumie się każde świadczenie na rzecz osoby fizycznej, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej, które nie jest dostawą towarów w rozumieniu art. 7. Z kolei art. 509 Kodeksu cywilnego stanowi, że przedmiotem cesji może być tylko prawo majątkowe, a nie towar.

Konkludując, organ stwierdził, że skoro spółka ani nie przenosi prawa do rozporządzania towarem jak właściciel, ani przedmiotem dokonywanych przez nią cesji nie jest towar, to transakcje będące przedmiotem jej zapytania są świadczeniami podlegającymi opodatkowaniu na zasadach ogólnych – stawką VAT 23%. W wydanej 3 kwietnia 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor KIS poinformował, że:

„…mając na uwadze powołane przepisy prawa oraz opisane zdarzenia przyszłe należy stwierdzić, że przeniesienie przez Wnioskodawcę na Nabywcę praw i obowiązków z umowy przedwstępnej, jak również z umowy deweloperskiej, wskutek zawarcia umowy cesji stanowić będzie usługę świadczoną przez Wnioskodawcę na rzecz Nabywcy, a nie dostawę towaru” (0115-KDIT1-3.4012.66.2019.2.JC).

Liczy się cel ekonomiczny transakcji

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy, w wyroku z 23 lipca 2019 r. uchylił zaskarżoną przez spółkę interpretację organu. Sąd z uwagi na harmonizację podatku VAT na terytorium Unii Europejskiej wskazał na głos orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE oraz sądowoadministracyjnego. Między innymi, jak zawarto w wyroku ETS w sprawie C-185/01, oceny skutków podatkowych zdarzenia gospodarczego na gruncie VAT należy dokonywać w oparciu o wykładnię celowościową, a umowy przedwstępna oraz deweloperska, cesja uprawnień z tych umów oraz umowa przenosząca własność zmierzały do jednego celu ekonomicznego w postaci dostawy lokali mieszkalnych.

Zgodnie natomiast z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 23 marca 2017 r. (sygn. I FSK 1406/15) na gruncie podatku VAT definicjom użytym w obejmujących go regulacjach należy zasadniczo przypisywać autonomiczne dla tego podatku znaczenie – oderwane od ich rozumienia na gruncie krajowych regulacji prawa cywilnego. W innym orzeczeniu, z 8 stycznia 2007 r. (sygn. I FPS 1/06), NSA zaznaczył, że definicja dostawy towaru z art. 7 ust. 1 ustawy o VAT celowo została oderwana od pojęcia przeniesienia własności w cywilistycznym tego słowa znaczeniu. Liczy się bowiem cel ekonomiczny transakcji.

„Zatem przy interpretacji pojęć użytych w ustawie o podatku od towarów i usług decydujące znaczenie ma walor i skutki ekonomiczne danej czynności opodatkowanej, a nie jego definicja w krajowym prawie cywilnym, które w każdym państwie członkowskim jest inne. (…) Cesji uprawnień z tytułu umowy przedwstępnej czy deweloperskiej nie można dla celów opodatkowania podatkiem od towarów i usług odrywać od pozostałych czynności, które poprzedzają bądź dopełniają transakcje zbycia lokali mieszkalnych. Skoro w rezultacie zawarcia umowy przedwstępnej, a w dalszej kolejności cesji praw i obowiązków z niej wynikających ma dojść do dostawy lokali, nieracjonalne jest traktowanie jednej z czynności, jaka wystąpiła przed tą dostawą, w rozważanym przypadku cesji praw i obowiązków, jako usługi” (wyrok WSA w Bydgoszczy z 23 sierpnia 2019 r., sygn. I SA/Bd 314/19).

Prawno-podatkowe zabezpieczenie transakcji z korzyścią dla obu jej stron

Jak wynika z orzeczenia bydgoskiego sądu, na gruncie opodatkowania VAT cesja praw i obowiązków z umów przedwstępnych i deweloperskich może być traktowana jak czynność przeniesienia prawa do rozporządzania towarem jak właściciel. Wszystko zależy od ekonomicznej istoty dokonywanej transakcji, a dokładnie od zgodności z nią przedmiotu i celu umowy cesji. Właściwie przygotowana z prawno-podatkowego punktu widzenia i przeprowadzona transakcja może więc uchronić dokonującego ją podatnika, w tym przypadku przedsiębiorcę prowadzącego działalność na rynku nieruchomości, od nadmiernych, niepotrzebnych, i – jak się okazuje – niesłusznych obciążeń fiskalnych. Ale nie tylko jego, bo możliwość skorzystania z niższych stawek opodatkowania może korzystnie wpłynąć także na klientów przedsiębiorcy, którzy z nim, a nie bezpośrednio z deweloperem, zawierają umowy zakupu mieszkania. Dzieje się tak głównie z uwagi na posiadaną przez niego pozycję i kontakty branżowe, pozwalające nabyć i odsprzedać prawo do lokalu na korzystniejszych warunkach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy podpisano tam umowy najmu na blisko 135 000 mkw. Tym samym, stolica Małopolski odpowiada za 44% zapotrzebowania na nowoczesne powierzchnie biurowe poza Warszawą. Do największych transakcji zawartych w tym czasie, zarówno w Krakowie, jak i na największych rynkach regionalnych, należały: rekordowy przednajem UBS na 19 600 mkw. w Fabryczna Office Park, przednajem Sabre na blisko 16 000 mkw. w Tischnera Office oraz odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office.

Fabryczna Office Park
Fabryczna Office Park

Prognozy, zwłaszcza te dotyczące podaży, są bardzo dobre. Kraków ma najmocniejszą w Polsce markę turystyczną i jedną z najlepszych w Europie oraz jest uznanym ośrodkiem akademickim. Te czynniki sprawiają, że miasto nadal utrzymuje pozycję najatrakcyjniejszej lokalizacji dla inwestycji z sektora usług Polsce. Jak wynika z naszych danych, firmy z tej branży mają blisko 60% udziału w zajętej powierzchni biurowej na krakowskim rynku. Zaskakujące jest, że wolumeny transakcji na rynku są coraz większe, jednak oferta parków biurowych o dużej skali powyżej 50 000 mkw. nadal jest ograniczona. – Dorota Gruchała, Dyrektor Biura JLL w Krakowie

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów. W Krakowie zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej, po oddaniu do użytku między innymi V.Offices (prawie 22 000 mkw.) wynoszą już prawie 1,35 mln mkw. powierzchni. Aktualnie w budowie znajduje się 230 000 mkw. biur, a największym projektem w trakcie realizacji jest czwarty i piąty budynek w ramach kompleksu High5ive. Oba dostarczą na rynek blisko 32 000 mkw.

Współczynnik pustostanów w Krakowie na koniec pierwszego półrocza wyniósł 10,05%. Natomiast czynsze transakcyjne za metr kwadratowy miesięcznie w Krakowie kształtowały się na poziomie 13,5-15,5 euro.

Kolejne niespodzianki: Zjazd Bitcoina i impeachment Trumpa

Pesymiści stają się ostatnio coraz skuteczniejszymi analitykami. Na rynkach znów zmaterializowało się kilka przewidywanych wcześniej ryzyk. Najgłośniejsze z nich to informacja, że demokratyczna większość w Kongresie zamierza rozpocząć procedurę odsunięcia od władzy prezydenta USA Donalda Trumpa. Nawet jeśli do impeachmentu ostatecznie nie dojdzie, to pozycja amerykańskiego przywódcy w światowej polityce gwałtownie słabnie, co może okazać się dużą przeszkodą w sporze handlowym z Chinami.

Inwestorzy znów się boją

Wraz ze wzrostem strachu na rynku kapitał coraz szerzej płynie do inwestycji uchodzących za bezpieczne. Wśród nich możemy wymienić m.in. metale szlachetne i szwajcarskiego franka. W ciągu ostatnich dwóch tygodni widzieliśmy na złocie odbicie w górę (z 1485 USD za uncję 10 września do nawet 1532 USD dziś rano). Nie jest ono tak drogie, jak pod koniec sierpnia, ale warto zauważyć, że w ciągu roku ten kruszec zyskuje już ponad 25% na wartości. CHF również zbliża się do swoich maksimów z końca ubiegłego miesiąca. Obecnie względem euro brakuje niecałego centa. Poprzedni raz tak mocnego franka oglądaliśmy w połowie 2017 roku. Przekłada się to również na cenę względem PLN. Polski złoty traci względem EUR, a skoro europejska waluta traci względem szwajcarskiej, to efekt może martwić kredytobiorców. Za 1 CHF trzeba już płacić 4,04 zł i może to nie być koniec ruchu w górę.

Impeachment w USA?

Za oceanem pojawiło się nowe ryzyko. Jest to groźba odsunięcia od władzy (kontrowersyjnego dla wielu ludzi) prezydenta USA. Demokraci przekonują, że uzależniał on pomoc dla Ukrainy od śledztwa tamtejszej administracji przeciwko synowi Joe Bidena, który jest faworytem w wyścigu o nominację partii Demokratycznej do walki z Trumpem w przyszłym roku. Połączenie tego wraz ze słabszym od oczekiwań, lecz wciąż przyzwoitym indeksem oczekiwań, nie zostało dobrze przyjęte przez rynki. W efekcie wczoraj obserwowaliśmy wyraźne przeceny głównych indeksów w Nowym Jorku. Nieznacznie tracił również sam dolar.

Zjazd Bitcoina

Wczoraj otrzymaliśmy kolejny ekscytujący dzień na kryptowalutach. W ciągu niecałej godziny bitcoin spadł o ponad 700 dolarów, a cały dzień zakończył imponującą przeceną o 1500 USD (dziś w południe za jednego BTC trzeba było zapłacić 8368 USD). 15% utraty wartości budzi olbrzymie emocje, nawet na tym rynku. Trudno wskazać przyczynę tak błyskawicznej przeceny, która doprowadziła do najniższych poziomów od czerwca. Analitycy zwracają uwagę na spadek obrotów na giełdach kryptowalutowych w ostatnich miesiącach. Wprowadzenie kontraktów terminowych w kolejnym podmiocie miało odwrócić ten trend. Tak się jednak nie stało i połączenie coraz mniejszej liczby graczy na rynku z aktywowaniem się automatycznych zleceń, mogło przynieść tak silną reakcję.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Złoty wciąż słaby

Co stało za ostatnim osłabieniem polskiego złotego? Jak długo może potrwać słabość? M.in. na te pytania stara się dziś odpowiedzieć analityk Ebury.

Ostatnie dni przyniosły podbicie zmienności na parach z polskim złotym. Osłabienie polskiej waluty rozpoczęło się w piątek, kiedy to złoty gwałtownie tracił po informacji o wyznaczeniu przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej daty podania wyroku istotnego w kontekście kredytów frankowych. Wyrok ogłoszony zostanie 3 października i obecnie – m.in. w związku z wydaną wcześniej opinią rzecznika generalnego TSUE – zakłada się, że będzie on niekorzystny dla banków. Niekorzystne orzeczenie może wskazywać, że banki powinny traktować kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego jak złotowe, oprocentowane według stopy LIBOR CHF.

Takie orzeczenie TSUE mogłoby oznaczać dla banków niemałe koszty. Związek Banków Polskich szacuje je na ok. 60 mld złotych (ponad 4-krotność zysku sektora w 2018 roku), z kolei agencja Moody’s sugeruje, że w najgorszym scenariuszu wyniosą one 1,5 zysku sektora w 2018 r, czyli będą bliższe 20 mld złotych.

Oczywiście, zakładając, że dojdzie do niekorzystnego dla banków orzeczenie TSUE i polskie sądy będą się do niego stosować, istotne będzie to, jak wielu kredytobiorców zdecyduje się zawalczyć o zwrot kosztów w polskich sądach oraz ile potrwają same procesy. Rozłożenie potencjalnych kosztów dla banków w czasie – przy założeniu, że są one bliższe szacunkom Moody’s niż ZBP – sugeruje raczej niewielkie ryzyko dla sektora i gospodarki.

Mimo, że w naszej opinii skala obaw rynku jest przesadna, ostatnie dni udowodniły, że kwestia TSUE może wpływać na zachowanie złotego w krótkim terminie. Zmienność na parach z PLN może być wyższa szczególnie w okresie do 3 października. Jesteśmy jednak zdania, że w dłuższym terminie rozwiązanie problemu kredytów frankowych, ciągnącego się za sektorem od lat, nie powinno negatywnie przekładać się na zachowanie polskiej waluty – ostatecznie zniknie bowiem problem, który był jednym z kluczowych wewnętrznych czynników ryzyka, wpływających na pewną niechęć inwestorów do polskiego złotego ostatnich latach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,37-4,40. Dane ekonomiczne ze strefy euro z ostatnich dni raczej nie budzą optymizmu. W poniedziałek zawiodła publikacja wstępnych danych PMI dla strefy euro we wrześniu. Głębokie spadki odnotował zarówno indeks dla przemysłu, jak i usług, co sprawiło, że zbiorczy indeks PMI znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Wczoraj poznaliśmy z kolei dane Ifo, opisujące nastroje biznesu w Niemczech. O ile wrześniowe odczyty kluczowego wskaźnika nastrojów biznesowych oraz oceny bieżącej sytuacji zaskoczyły na plus, pokazując wzrost w relacji do poprzedniego miesiąca, o tyle już indeks opisujący oczekiwania odnotował kolejny spadek i obecnie znajduje się na najniższym poziomie od 2009 roku. Wskazuje to na to, że przedsiębiorcy w największej gospodarce strefy euro obawiają się przyszłości.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,94-4,98.  Wczorajszy dzień przyniósł umocnienie brytyjskiej waluty w relacji do głównych walut. Poprawa sentymentu względem funta miała związek z decyzją Sądu Najwyższego w Wielkiej Brytanii, który stwierdził, że zawieszenie parlamentu, do czego doprowadził Boris Johnson, było niezgodne z prawem. Brytyjski parlament dziś wrócił do pracy. Pojawiły się głosy, że w konsekwencji decyzji Sądu, Boris Johnson powinien podać się do dymisji, jednak nic nie wskazuje, żeby miało tak się stać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,97-4,00. Wtorek przyniósł osłabienie USD również w relacji do głównych walut. Dolarowi wczoraj nie sprzyjały m.in. rozczarowujące dane z gospodarki oraz kolejny skandal z udziałem prezydenta Trumpa.

Co tyczy się pierwszej kwestii – wczoraj zawiodła publikacja indeksu Conference Board opisującego sentyment konsumentów. Indeks niespodziewanie obniżył się do poziomu 125,1, notując największe tempo spadku od 9 miesięcy. O ile nadal pozostaje on stosunkowo blisko ostatnich maksimów, jeśli indeks będzie kontynuował spadek, może to wywołać obawy Rezerwy Federalnej o perspektywy konsumpcji, czyli jednego z głównych motorów napędowych amerykańskiej gospodarki.

W kwestii prezydenta USA – ostatnio media obiegła informacja jakoby Trump miał wywierać nacisk na prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełeńskiego, aby ten nie zwlekał z zarządzeniem śledztwa wymierzonego w Huntera Bidena, syna kontrkandydata Trumpa w wyborach prezydenckich, Joe Bidena. Hunter Biden zasiadał w radzie nadzorczej ukraińskiej firmy gazowniczej, wobec której prowadzono śledztwo prokuratorskie na Ukrainie.

Trump stwierdził, że faktycznie czasowo wstrzymywał pomoc dla Ukrainy o wartości blisko 400 mln USD, jednak zgodnie z jego słowami było to związane z tym, iż chciał, aby inne kraje również wsparły ten kraj. Prezydent USA zadeklarował opublikowanie pełnej transkrypcji rozmowy między liderami obu państw, jednak nie zatrzymało to Demokratów w niższej izbie amerykańskiego parlamentu przed rozpoczęciem śledztwa ws. impeachmentu prezydenta USA. Na to, że dojdzie do impeachmentu jednak nie ma co liczyć – o ile prawdopodobnym jest, że w przypadku głosowania wniosek mógłby zostać zaakceptowany przez niższą izbę, o tyle niemal na pewno zostałby zablokowany w Senacie, gdzie Demokraci nie posiadają wystarczającej ilości głosów.

Reszta środy nie przyniesie istotnych publikacji ekonomicznych. Na wartościowe informacje z globalnej gospodarki musimy zaczekać na koniec tygodnia.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

GPW rozpoczyna pracę nad utworzeniem funduszu typu Corporate Venture Capital

  • GPW rozpoczyna prace nad uruchomieniem funduszu venture capital
  • Celem jest rozwój kompetencje GPW w obszarze VC oraz pogłębienie relacji ze środowiskiem innowacji

Zarząd GPW zdecydował o rozpoczęciu projektu, którego celem jest potencjalne utworzenie funduszu typu Corporate Venture Capital („fundusz CVC”) wspólnie z innymi podmiotami rynku finansowego. W związku z tym GPW opublikowała na stronie internetowej zapytanie o informację (RFI) skierowaną do zespołów doświadczonych w zarządzaniu funduszami typu venture capital.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

– Rozpoczynamy pracę nad kolejnym przedsięwzięciem. Tym razem naszym celem jest otwarcie funduszu cvc – będzie to efektywne narzędzie do inwestowania lub współpracy z firmami z sektora fintech rozwijającymi technologie dla uczestników rynku kapitałowego. To właśnie innowacyjność jest fundamentem naszych założeń strategicznych i jestem przekonany, że tym działaniem rozpoczynamy nowy rozdział w rozwoju spółki oraz prowadzonych przez nas giełd, a doświadczeni i kompetentni zarządzający, których pozyskamy do projektu przesądzą o jego sukcesie – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Wybierany Zespół Zarządzający ma za zadanie dostarczać spółkom portfelowym tzw. smart-money, tym samym zwiększając znacząco ich szanse na komercyjny sukces na rynku polskim oraz międzynarodowym.

W kolejnym etapie rekrutacja GPW wyśle Request for Proposal (RFP) do wybranych Zespołów Zarządzających , a ostateczne decyzje o wyborze podejmie komisja przetargowa.

Płaca minimalna 2020 – zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawią się zwolnienia

Masowe zwolnienia osób zatrudnionych w handlu, protesty zarówno pracowników, jak i pracodawców, a także próby omijania wymogów zbyt szybko rosnącego wynagrodzenia minimalnego. Tak się kończy eksperyment południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa. Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących. Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.

Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej. Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.

Każdy ma zarabiać co najmniej 10 tys.

Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu. Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).

Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD. Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.

O zgubnej polityce ostrzegał MFW, OECD i państwowy think-tank

Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.

W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także OECD, sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.

Nawet publiczny think-tank KDI (Korean Development Institute) przygotował opracowanie „Employment effect of Minimum Wage Increase”, w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej będzie skutkować utratą 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Jednak na te wszystkie głosy Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.

Zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawiły się zwolnienia

Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.

Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).

Reuters pisał z kolei w analizie „Moonwalking: South Korea’s wage, hours policies backfire for jobless, low income workers”, że strategia gospodarcza rządu, zamiast powodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw). Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co zrobił prezydent Moon?

„Przepraszam” i najniższy wzrost od dekady

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak została poniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na podniesienie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.

Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona). Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.

Eksperyment się nie udał, ale Polska go powtórzy?

Wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego. Zresztą w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładają gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?

W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w UE) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej (dane Eurofound „Minimum wages in 2019: annual review”). Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem.

Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej. Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata. Fundamentalnie więc Polska jest narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

FPP i CALPE: 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa

Federacja Przedsiębiorców Polskich oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały program gospodarczy dla Polski, który zabezpiecza zarówno transfery socjalne, jak i wpływy do budżetu państwa. W ramach rekomendacji upubliczniono także raport wskazujący na 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Postulaty obejmują: ograniczenie zmian prawa, podniesienie efektywności nowych regulacji, prowadzenie regularnych przeglądów obowiązującego prawa, zwiększenie znaczenia oceny skutków regulacji (OSR), ekspercką ocenę projektów aktów prawnych, ograniczenie i kumulowanie nowelizacji – wreszcie stanowienie prostych i zrozumiałych aktów prawnych oraz stworzenie przyjaznego systemu dostępu i wyszukiwania obowiązujących regulacji.

FPP i CALPE postulują, aby konsultacje były warunkiem legalności aktu prawnego – bez względu na podmiot występujący z inicjatywą ustawodawczą. Nowelizacje powinny być kumulowane w cyklach rocznych – a docelowo powinno być jedno źródło urzędowe o aktach prawnych, łączące wszystkie funkcje ułatwiające przeszukiwanie i aktualizację wiedzy o prawie.

Program gospodarczy dla Polski FPP i CALPE zakłada wpływ na saldo sektora finansów publicznych na poziomie +4,6 mld zł rocznie, w tym wzrost dochodów i ograniczenie wydatków w kwocie 13,7 mld zł.

Niepewność i niestabilność prawa to największa bariera rozwoju gospodarczego, a jakość prawa ma podstawowe znaczenie dla skuteczności realizacji polityk publicznych. W Polsce pole do ograniczenia liczby i podniesienia jakości nowo przyjmowanych przepisów jest bardzo duże. Proces legislacyjny powinien obejmować szczegółowe i – w miarę możliwości – ustandaryzowane metody oceny projektowanych rozwiązań, podczas gdy interwencja legislacyjna powinna być ostatecznością. Należy przyjąć uporządkowany sposób decydowania o podjęciu interwencji legislacyjnej, który jest wyczerpująco odzwierciedlony w dokumencie poprzedzającym podjęcie prac legislacyjnych” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Tzw. projekty pilne powinny zawsze mieć ograniczony czas obowiązywania, warto też wprowadzić obowiązek szczegółowego uzasadniania poprawek zgłaszanych w toku procesu legislacyjnego w parlamencie i aktualizowania uzasadnień. Dodatkowo postulujemy wprowadzenie przeglądów prawa, które powinny wynikać z decyzji o wysokiej randze – co najmniej uchwały Rady MinistrówCo do zasady, nowelizacje powinny być wynikiem tylko przeglądu wcześniej przyjętych przepisów. Wyjątki powinny być nieliczne – tylko gdy jest naprawdę pilna potrzeba – ale wtedy powinny mieć charakter okresowy, epizodyczny. Trzeba również wzmocnić rolę koordynatora OSR w procesie stanowienia prawa. W tym celu należałoby powołać niepolityczne, niezależne ciało oceniające OSR-y przygotowywane przez projektodawców aktów prawnych, w szczególności przez rząd” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wśród głównych wad przyjmowanego prawa, które mają swoje źródło w obecnym procesie i strukturach jego stanowienia, należy wymienić:

• nadmierną zmienność przepisów, w tym notorycznie zbyt krótkie okresy na przygotowanie się adresatów do nowych przepisów (vacatio legis)
• zbyt pobieżne uzasadnienia (w tym ustosunkowywanie się do uwag partnerów społecznych) i oceny skutków społeczno-gospodarczych
• często trudne do jasnego określenia relacje między regulacjami różnych aktów prawnych
• niedostateczną jakość językową i nadmierne skomplikowanie brzmienia nowych przepisów
• zastępowanie, bez wyraźnego powodu, dotychczasowych przepisów nowymi, o tej samej wartości normatywnej

Pracodawcy o budżecie państwa na 2020 rok

Projekt ustawy budżetowej na 2020 roku jest zdecydowanie projektem historycznym. Pierwszy bowiem raz po 1989 roku rząd zaproponował budżet zbilansowany, tj. taki, w którym suma wpływów jest równa sumie wydatków. Brak zaplanowanego deficytu budżetowego jest zjawiskiem bezprecedensowym, które należy ocenić zdecydowanie pozytywnie. Do tej pory, kilkadziesiąt miliardów złotych deficytu było niemal pewnym elementem każdego kolejnego budżetu państwa. Godne podziwu jest zatem, że przy tak rozbudowanej polityce socjalnej, rządowi udało się zrównoważyć wpływy i wydatki. Jest to o tyle istotne, że również w ciągu ostatnich kilku lat, które były okresem doskonałej koniunktury gospodarczej, kolejne budżety cechowały się stosunkowo niewielkimi, ale jednak deficytami.

W tym samym czasie, inne państwa europejskie, takie jak choćby Niemcy, generowały nadwyżki budżetowe. Przerwanie tej swoistej „tradycji” deficytowego budżetu oceniamy jednoznacznie pozytywnie i uważamy za wielki krok w dobrą stronę w zakresie generalnie dyskusji o gospodarce finansowej państwa. Szanując regułę wydatkową i przygotowując budżet bez deficytu, rząd wysłał jasny sygnał, istotny również z punktu widzenia oceny następnych ekip u władzy: powinniśmy wydawać tyle, ile „zarabiamy” z tytułu podatków i z innych źródeł, a co najmniej absolutnie minimalizować deficyt. Jednocześnie, wątpliwych pozostaje przynajmniej kilka źródeł wpływów do budżetu, które pomogły sformułować zrównoważony budżet. Niektóre jego aspekty mogą budzić zaniepokojenie przedsiębiorców.

Negatywnie trzeba ocenić zaplanowaną w projekcie budżetu likwidację tzw. limitu 30-krotności. Do tej pory, pracownik który wygenerował w ciągu roku dochód wyższy, niż 30-krotność przeciętnego prognozowanego wynagrodzenia za pracę, po osiągnięciu tego pułapu przestawał opłacać składki na ubezpieczenia społeczne. Taka konstrukcja ma dwojakie uzasadnienie. Po pierwsze, możemy przypuszczać że osoby zarabiające relatywnie dobrze będą bardziej skłonne do prywatnego oszczędzania środków na emeryturę we własnym zakresie. Między innymi do realizacji tego potencjału przeznaczony jest III filar emerytalny w postaci Indywidualnych Kont Emerytalnych czy Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego. Obowiązujący limit 30-krotności pozwala wygenerować pewien zapas środków, który może zostać przeznaczony na prywatne oszczędności emerytalne. Po drugie zaś, limit ten stanowi zabezpieczenie dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a pośrednio również budżetu państwa. W ramach bowiem obowiązującego w tej chwili systemu, wysokość emerytur uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych w ciągu lat aktywności zawodowej do systemu, oraz od prognozowanej przez GUS długości życia. Tym samym, teoretycznie, im więcej ktoś do systemu wpłacił, tym wyższą powinien mieć emeryturę.

W przypadku osób zarabiających relatywnie wysokie sumy, system taki, pozbawiony limitu 30-krotności, rodziłby ryzyko konieczności wypłaty bardzo wysokich emerytur w przyszłości. Byłoby to niebezpieczne nie tylko z uwagi na kondycję finansową FUS (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę aktualne prognozy finansowe Funduszu), lecz również budżetu państwa, ponieważ w przypadku, w którym środki zgromadzone w FUS nie wystarczają na bieżącą wypłatę emerytur, Fundusz jest zasilany przez budżet państwa. Mimo zatem, że stanowi osobną jednostkę organizacyjną, jego kondycja finansowa ma bezpośrednie przełożenie na kondycję państwa. Likwidację limitu 30-krotności oceniamy zatem, tak samo jak wielokrotnie robiliśmy to w przeszłości, zdecydowanie negatywnie. Potencjalne wpływy z tytułu zlikwidowania limitu szacowane są na ok. 5 mld zł. Wydaje się, że przedsiębiorcy spokojnie zaakceptowaliby korektę zapowiedzi budżetu bez deficytu, z uwagi na wycofanie się z tego szkodliwego dla Polski pomysłu.

Niebezpieczne wydaje się być również nagromadzenie programów socjalnych. O ile program 500+ w istotnym stopniu zredukował problem skrajnej biedy wśród rodzin z dziećmi w Polsce, o tyle w tym momencie mamy do czynienia z mnogością różnego rodzaju świadczeń, spośród których część się w projekcie budżetu znalazła (rozszerzenie 500+ na każde pierwsze dziecko, program „Dobry start”, tj. wyprawka dla dzieci i młodzieży szkolnej, program leki 75+), część została uchwalona już w tym roku (13. emerytura), a inne zostały dopiero zapowiedziane (13. i 14. emerytura jako coroczne świadczenia dla emerytów). W bieżącej, ciągle dobrej koniunkturze gospodarczej, realizacja tych zapowiedzi nie jest zagrożona. Pojawia się jednak niebezpieczeństwo, że w momencie, w którym gospodarka przestanie rozwijać się w tempie zgodnym z oczekiwaniami, państwo będzie skłonne głębiej sięgać do kieszeni podatników, w tym przede wszystkim przedsiębiorców i przedstawicieli klasy średniej, by finansować swoje propozycje. Jednym z tego przejawów może być omówiona już likwidacja limitu 30-krotności, jednak w kontekście propozycji zawartych w Wieloletnim Planie Finansowym, niebezpieczne wydaje się być również rozszerzenie obowiązku opłacania składek na ubezpieczenia społeczne na kolejne tytuły. Taki wzrost kosztów pracy, połączony z coraz bardziej intensywną presją płacową (zwłaszcza w kontekście zapowiedzi skokowej podwyżki minimalnego wynagrodzenia), musi przełożyć się na wzrost cen produktów i usług, a w konsekwencji niższą konkurencyjność polskich firm.

Nie sposób nie zauważyć, że w budżecie uwzględniona jest istotna obniżka klina podatkowego, złożona z kilku elementów, tj. zwolnienia z PIT dla pracowników do 26. roku życia, obniżki podstawowej stawki PIT do 17 proc., a także zwiększenie kosztów uzyskania przychodu. Jest to oczywiście kierunek pożądany. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie popiera każdą inicjatywę, której celem jest zmniejszenie podatkowo-składkowego obciążenia wynagrodzeń.

Trudno jest przewidzieć, na ile realistyczne pozostają założenia makroekonomiczne służące projektodawcom do opracowania budżetu. Niespełna 10 proc. wzrost wpływów z tytułu VAT, stabilne wpływy z tytułu podatków dochodowych i akcyzy – nie ulega wątpliwości, że wartości te były szacowane przy założeniu, że polskiej gospodarki nie dotknie istotne spowolnienie. Nie sposób stwierdzić w tej chwili, na ile uzasadniony jest ten optymizm. Trzeba jednocześnie wziąć pod uwagę fakt, iż do tej pory pogarszające się nastroje w gospodarce niemieckiej nie wpłynęły w większym stopniu na dynamikę polskiego wzrostu.

Nie ulega wątpliwości, że pierwszy zbilansowany budżet po 1989 roku to bardzo dobra informacja. Trudno jest zaakceptować deprecjonowanie tego sukcesu, poprzez podkreślanie np. jednorazowego charakteru części wpływów. Oczywiście – niektóre z nich, takie jak opłata przekształceniowa z OFE, czy też wpływy z tytułu sprzedaży zezwoleń na emisję CO2 istotnie są wpływami incydentalnymi. Mamy jednak z takimi do czynienia bardzo często, z różnych tytułów, i jak do tej pory nie skutkowało to zbudowaniem budżetu, w którym suma wydatków byłaby wyrównana sumą wpływów. Jednocześnie, głosy krytyki należy wziąć pod uwagę o tyle, że zasadne byłoby wypracowanie długofalowej strategii bilansowania finansów państwa, z uwzględnieniem wielu ryzyk – zarówno przejściowych, jak i strategicznych – i sposobów ich neutralizowania. Budżet bez deficytu (bądź z deficytem minimalnym) nie powinien być wyjątkiem w długoletniej historii zadłużania państwa, lecz powinien stać się nowym stanem docelowym, pewnego rodzaju standardem, do którego rząd powinien co roku dążyć.

Deep learning w świecie e-marketingu

Nowe technologie często nazywa się rewolucyjnymi i przełomowymi dla danej branży. Reklamodawcy mają nieustannie do czynienia z różnego rodzaju innowacjami i muszą umieć rozpoznać wśród marketingowego żargonu nowości, które mogą zmienić zasady gry. Zaawansowane technologie, do których należy tzw. uczenie głębokie (ang. deep learning), są szczególnie trudne w ocenie. Romain Lerallut, dyrektor ds. inżynierii w Criteo, umieszcza tę technologię w szerszym kontekście i wyjaśnia jej znaczenie dla marketingu elektronicznego.

Czytając ostatnie publikacje dotyczące sztucznej inteligencji (SI) można odnieść wrażenie, że uczenie głębokie jest panaceum na wszystkie współczesne bolączki branży związanej z reklamą cyfrową. Najmłodsze dziecko w rodzinie SI może potencjalnie poprawić jakość prognoz, zwiększyć trafność przekazów oraz zredukować zjawisko ślepoty banerowej. Inżynier może zadać sobie pytanie, jakim cudem umknęła jego uwadze superszybka i niezwykle skuteczna technologia uczenia głębokiego, która zdążyła się już znacząco rozwinąć. Naukowcy poświęcili tej tematyce ponad 20 lat i osiągnęli sukcesy w wielu domenach, takich jak rozpoznawanie obrazu oraz obróbka tekstu i dźwięku.

Co jednak z branżą reklamową, która działa w czasie rzeczywistym i wykorzystuje bardziej zaawansowane dane niż piksele i ramki dźwiękowe? Na tę chwilę branża ta nie dysponuje architekturą referencyjną, która pozwoliłaby osiągać podobne rezultaty, jak w przypadku obrazu, tekstu i dźwięku. Badacze z wielu uniwersytetów i instytucji dopiero zaczynają współpracę w zakresie uczenia głębokiego, a publikowane prace naukowe z tej dziedziny zaczynają być wykorzystywane przy pracach projektowych. Jako dyrektor jednej z dużych firm z branży technologii reklamowych mam świadomość zarówno potencjału drzemiącego w uczeniu głębokim, jak i jego pułapek.

Narzędzie uniwersalne

Sposób, w jaki mówimy o uczeniu głębokim przypomina mi telewizyjne reklamy narzędzi uniwersalnych. Dowiadujemy się z nich, że takie narzędzie jest w stanie rozwiązać wszystkie problemy domowych majsterkowiczów. Szczerze mówiąc, w większości przypadków to prawda. Przyjrzyjmy się klasycznemu przykładowi takiego narzędzia, jakim jest szwajcarski scyzoryk, za pomocą którego można m.in. otworzyć butelkę, naprawić rowerowy łańcuch, dokręcić śrubkę itd. Współczesne narzędzie wielofunkcyjne może stać się niezastąpione i właśnie o to chodzi.

Wyobraźmy sobie jednak, że chcemy zbudować w sypialni garderobę. Aby zrealizować to zadanie, potrzebujemy nie tylko odpowiednich narzędzi, ale także dobrej jakości materiałów oraz wiedzy technicznej. Być może uda nam się zbudować garderobę samodzielnie przy użyciu narzędzia uniwersalnego, ale zawsze możemy zlecić to zadanie doświadczonemu fachowcowi. Obserwując go przy pracy, zauważymy, że używa wielu różnych narzędzi, korzysta z materiałów wysokiej jakości i stosuje w praktyce wiedzę teoretyczną i doświadczenie. Wie, jak wykorzystać posiadane narzędzia i zasoby i może wcale nie potrzebować narzędzia uniwersalnego, o ile nie widzi w jego zastosowaniu wartości dodanej.

Jaki z tego wniosek? Niezależnie od tego, jak zaawansowane jest nasze narzędzie uniwersalne, nie pozwala ono rozwiązywać skomplikowanych problemów. Uczenie głębokie jest prawdopodobnie najbardziej zaawansowaną podkategorią uczenia maszynowego, która idealnie nadaje się do takich zadań, jak rozpoznawanie obrazu. Jednak w przypadku bardziej złożonych kwestii, takich jak reklamy cyfrowe wymagające mnóstwa wysokiej jakości danych (materiałów) oraz lat doświadczenia, narzędzie wielofunkcyjne nie może być naszym jedynym asem w rękawie.

Czy uczenie głębokie zaburza rynek reklamy cyfrowej?

Aby ułatwić zrozumienie szans i wyzwań związanych z uczeniem głębokim w kontekście reklamy, postaram się w prostych słowach wyjaśnić, jak działa uczenie maszynowe i głębokie.

  • Uczenie maszynowe nadzorowane polega na uczeniu algorytmów analizy danych oraz ich kategoryzowania w celu zwiększenia skuteczności przewidywania. Dobrze znanym przykładem tej technologii jest filtr spamu w skrzynce e-mail, który wykrywa w korespondencji predefiniowane cechy spamu, takie jak zwroty „darmowe leki” lub „wygrałeś(aś) samochód”. W kontekście reklamy cyfrowej uczenie maszynowe potrafi przewidzieć prawdopodobieństwo kliknięcia baneru przez użytkownika. Człowiek konfiguruje cechy charakterystyczne i oczekuje wyniku w postaci etykiety „To jest spam” lub „Przewidywany współczynnik kliknięcia baneru przez tego użytkownika wynosi 0,8%”.
  • Uczenie maszynowe nienadzorowane służy do rozpoznawania wzorców w bardzo dużych zbiorach danych. Człowiek przygląda się wynikom obliczeń i interpretuje je w sposób pozwalający na klasyfikowanie zachowań, np. „Ci użytkownicy dużo wydają” lub „Ci użytkownicy często kupują”. W przypadku nienadzorowanego uczenia maszynowego cechy charakterystyczne i etykiety nie są wymagane. Maszyny po prostu szukają zgrupowań wzorców nadających się do interpretacji.
  • Uczenie głębokie nie jest osobnym pojęciem, a raczej podkategorią uczenia maszynowego. Największa różnica polega na tym, że nie wymaga ono definiowania odpowiednich funkcji. Technologia ta bazuje na zasadach sieci neuronowych i działa podobnie do ludzkiego mózgu. Uczenie głębokie jest w stanie rozpoznać na zdjęciu psa bez pomocy cech charakterystycznych wprowadzonych do komputera przez człowieka, takich jak „cztery łapy”, „ogon” itp. Skuteczność tej metody wnika z tysięcy przeanalizowanych wcześniej zdjęć psów. Umożliwiły to komputery o imponującej mocy obliczeniowej, które pojawiły się w ostatnich latach, oraz przetworzone przez nie ogromne zbiory danych.

Podstawową kwestią do rozważenia nie jest obecnie ewentualna wyższość uczenia głębokiego nad innymi podkategoriami uczenia maszynowego, ale to, czy na jego zastosowaniu mogą zyskać kampanie reklamowe. Odpowiedź brzmi: jeszcze nie lub wciąż w niewielkim stopniu. Dlaczego?

Pełne spektrum możliwości uczenia maszynowego

Uczenie głębokie wymaga ogromnych ilości danych. Aby pomyślnie rozpoznawać psy na zdjęciach, komputery muszą nauczyć się tego przez analizę terabajtów danych. Z tego względu wspomniane wcześniej sukcesy uczenia głębokiego odnotowano dotychczas w dziedzinach rozpoznawania obrazu, tłumaczeń językowych i gier, takich jak AlphaGo. Wszystko inne jest raczej mieszanką w ramach kategorii uczenia maszynowego.

Wdrożenie architektury uczenia głębokiego w branży reklamy cyfrowej wiązałoby się z koniecznością przetwarzania dużych zbiorów danych w czasie rzeczywistym. Branżę tę napędzają technologie związane z automatyzacją sprzedaży i zakupu reklamy w Internecie, podlegające znacznie surowszym ograniczeniom czasowym niż w przypadku innych zastosowań uczenia głębokiego (jednocyfrowe milisekundy). Taka implementacja wymagałaby maksymalizacji mocy obliczeniowej komputerów, a co za tym idzie inwestycji, dla których musiałaby najpierw zaistnieć potrzeba biznesowa w postaci np. ogromnych wzrostów, których dotychczas nie zauważono. Z tego względu architektury uczenia głębokiego nie są jeszcze spotykane w biddingu, a raczej używa się ich do wstępnej kalkulacji cech poza ścieżką krytyczną. Wygenerowane cechy mogą zostać wprowadzone do prostszego, tradycyjnego modelu uczenia maszynowego.

Czy to działa? Tak. Przeprowadziliśmy odpowiednie testy w naszym laboratorium SI. Czy działa lepiej od tradycyjnych modeli regresji logistycznej? Niekoniecznie i to z prozaicznego powodu, ponieważ wszystko sprowadza się do cech:

  • Uczenie głębokie używa wielu nałożonych na siebie warstw i przetwarza surowe dane (takie jak pojedyncze piksele, znaki itd.). Nie są potrzebne ręcznie skonfigurowane cechy, ponieważ całą pracę wykonuje komputer. Na podstawie surowych danych najniższe warstwy wyodrębniają cechy niskiego poziomu, takie jak grupy znaków w przypadku tekstu czy linie i kąty w przypadku obrazu. Następnie warstwy wyższe łączą deskryptory niższego poziomu w celu wyodrębnienia funkcji najpierw średniego, a następnie wysokiego poziomu. Warstwy końcowe kodują oczekiwany wyniki (logikę biznesową), klasyfikując zdjęcia kotów i psów lub przewidując liczbę kliknięć i wyniki sprzedaży. Do wyszkolenia takiego systemu potrzeba ogromnych ilości danych, ponieważ niższe warstwy zawierają wiele neuronów, które trzeba nauczyć wykonywania zadań.
  • Regresja logistyczna to model jednowarstwowy, który przetwarza cechy stworzone ręcznie. Dzięki temu jest szybsza i wymaga mniejszej mocy obliczeniowej w porównaniu z modelami głębokimi. Jeśli dysponujemy bardzo dobrą listą cech i wystarczającą ilością danych, metoda ta może spokojnie konkurować z uczeniem głębokim. Warto pamiętać, że warstwa regresji logistycznej jest często ostatnią warstwą w modelu głębokim, a różnica polega na sposobie obliczenia cech: komputer nauczył się ich na podstawie ogromnej ilości danych w ramach modelu głębokiego lub zostały one skonfigurowane ręcznie z wykorzystaniem wiedzy z danej dziedziny przez specjalistów ds. danych. Wartość dodana takich cech przejawia się w tym, że mają one wyraźne znaczenie i mogą zostać zrozumiane (i zdebugowane) przez ludzi, a ponadto mogą zostać wykorzystane do pomiaru efektywności różnych grup odbiorców.

Moja rada dla specjalistów ds. reklamy brzmi następująco: nie dajcie się nabrać na porównywanie uczenia maszynowego z głębokim i nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że jeden z tych modeli jest lepszy od drugiego. Wracając do analogii z fachowcem, który wie, jak używać swoich narzędzi, doświadczenie w obcowaniu z uczeniem maszynowym pozwala uniknąć polegania tylko na jednym narzędziu. Należy przede wszystkim zastanowić się nad celem. Uczenie głębokie bez wątpienia odciśnie swoje piętno na branży reklamowej w przyszłości, jednak tylko w kontekście całego spektrum uczenia maszynowego obejmującego modele bazujące na drzewku, modele regresyjne, samoorganizujące się sieci SI i inne. Jeśli jesteś specjalistą lub inżynierem ds. danych pracującym w branży reklamowej, polecam stosowanie metody naukowej i przeprowadzanie eksperymentów na własnych danych i KPI. Sprawdź, które rozwiązanie daje więcej korzyści niezależnie od zastosowanej w nim implementacji.

Rejestr akcjonariuszy w praktyce

Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy
Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Po wprowadzeniu do polskiego porządku prawnego nowych przepisów dotyczących obowiązkowej dematerializacji akcji Polska staje się państwem coraz bardziej nowoczesnym a jej rynek kapitałowy zaczyna dorównywać tym zagranicznym. Jednakże, dokoła owej nowelizacji Kodeksu Spółek Handlowych mnoży się coraz więcej kontrowersji i pytań bez odpowiedzi. Mimo że do wejścia przepisów w życie, które nastąpi dopiero 1 stycznia 2021 roku, jest jeszcze trochę czasu, już teraz zarówno inwestorzy jak i firmy inwestycyjne muszą zacząć przystosowywać się do nowej rzeczywistości i już w 2020 roku podjąć działania przygotowawcze.

Obowiązkowa dematerializacja akcji dotyczy przede wszystkim spółek akcyjnych i komandytowo-akcyjnych. W konsekwencji zatarciu ulegnie różnica między akcjami imiennymi a akcjami na okaziciela. Wszystko przez wprowadzenie jawnego elektronicznego rejestru akcjonariuszy, do którego dostęp uzyska każdy, kto zainwestuje w chociaż jedną akcję. „Dematerializacja” nie jest bowiem samotnym bytem unoszącym się w próżni rynku kapitałowego, związany jest z nią szereg nowych regulacji, które zapewniają jej „obsługę”. Jednym z nieodłącznych elementów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania rynku, na którym dematerializacja akcji jest obowiązkowa, jest właśnie rejestr akcjonariuszy. Zastąpi on dotychczasowe księgi akcyjne, których prowadzenie jest obecnie obowiązkiem spółek emitujących akcje.

Jaki związek z tym wszystkim mają firmy inwestycyjne? To na nich mianowicie, według ustawy, spocznie obowiązek prowadzenia rejestru akcjonariuszy. Rejestr taki może bowiem prowadzić jedynie podmiot, który według Ustawy o obrocie instrumentami finansowymi jest uprawniony do prowadzenia rachunku papierów wartościowych, a więc taki, który posiada zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego. Na spółkach spocznie za to obowiązek dokonania wyboru takiej firmy inwestycyjnej oraz zawarcia z nią umowy prowadzenia rejestru. W przypadku spółek, które będą musiały poddać dematerializacji akcje już znajdujące się w fizycznym posiadaniu akcjonariuszy musi to nastąpić jeszcze przed ogłoszeniem pierwszego wezwania do złożenia dokumentów akcji.

Jednak co w przypadku, kiedy spółka lub prowadzący rejestr przestaje wypełniać postanowienia umowy? Oba podmioty mają możliwość jej rozwiązania. Różne są tylko związane z tym obowiązki. Rozwiązanie przez spółkę jest dopuszczalne jedynie pod warunkiem zawarcia nowej umowy. Natomiast rozwiązanie umowy przez podmiot prowadzący rejestr akcjonariuszy jest możliwe jedynie z ważnych powodów, z zachowaniem terminu wypowiedzenia nie krótszego niż trzy miesiące. Warunki przewidziane dla spółki i firmy inwestycyjnej nie są więc jednolite.

Na skutek nowelizacji akcjonariusze, zwłaszcza zwolennicy akcji na okaziciela, nie tylko stracą swoją anonimowość wobec spółki i innych akcjonariuszy, problemy może rodzić także znalezienie firmy inwestycyjnej, która prowadzić będzie rejestr akcjonariuszy. Pierwszym, wydawać by się mogło podstawowym problemem, są dodatkowe koszty, jakie ponieść musi spółka na rzecz firmy inwestycyjnej, z którą zawrze umowę. Kolejną, bardziej istotną przeszkodą, jest przepis, stanowiący, że rejestr taki prowadzić może jedynie firma uprawiona do prowadzenia rachunku papierów wartościowych. Spółki będą więc miały ograniczony krąg podmiotów, z którymi zawrzeć mogą taką umowę. Nie każda firma inwestycyjna ma obecnie pozwolenie na wykonywanie usługi prowadzenia rachunku papierów wartościowych i nie każda takie zezwolenie uzyskać pragnie. A nawet jeżeli na świadczenie takiej usługi, a tym samym możliwość prowadzenia rejestru akcjonariuszy, zdecyduje się ich więcej, to postępowanie przed Komisją Nadzoru Finansowego trwa w praktyce wiele miesięcy.

Inna kategoria przeszkód to problemy obsługi technicznej takiego rejestru akcjonariuszy. Przede wszystkim brak jest obecnie odpowiedniej infrastruktury technicznej. Nawet jeżeli firmy zdążą ją stworzyć to mogą pojawić się znaczne opóźnienia związane z poczynieniem pierwszych wpisów. Dojdzie bowiem do sytuacji, kiedy kilkaset spółek podzieli się między kilkadziesiąt firm inwestycyjnych, którym zabraknąć może mocy, a przede wszystkim pracowników, do niezwłocznego zarejestrowania wszystkich czynności. Pokłosiem mogą być błędy w rejestrach wynikające z obszernego zakresu danych, które według ustawy mają być w tam ujawnione.

Według ustawodawców obowiązkowa dematerializacja akcji i rejestr akcjonariuszy mają służyć przede wszystkim zwiększeniu jawności akcjonariatu i zapobieganiu praniu pieniędzy. Praktyczne konsekwencje sięgają jednak dalej i budzą wątpliwości zarówno akcjonariuszy jak i emitentów. Powyższe rozważania to jedynie wstęp do kontrowersji krążących wokół nowych przepisów, nie można jednak zapominać, że takie rozwiązania mogą równie dobrze przysłużyć się polskiemu prawu rynków kapitałowych.

Autor: Karolina Rybczyńska, Prawnik, Departament Prawa Rynku Kapitałowego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

Reakcja rynków finansowych na impeachment Donalda Trumpa

Jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe kwestie, z którymi muszą zmierzyć się inwestorzy. Tym razem jest to impeachment Donalda Trumpa. Demokraci rozpoczęli tę procedurę ze względu na informacje, że Donald Trump wielokrotnie w rozmowach telefonicznych naciskał na prezydenta Ukrainy by prowadzone było śledztwo przeciwko synowi byłego wiceprezydenta Joe Bidena. Prezydent USA oczywiście wszystkiemu zaprzecza i zapowiada że wkrótce przestawi pełny zapis rozmowy. Nie zmienia to faktu, że reakcja rynków (pewnie trochę przesadzona) to wybuch awersji do ryzyka: spadki na giełdach, umocnienie jena, wzrost kursu złota. Nie ma jednak paniki.

Na marginesie dodajmy, że Trump jest dopiero czwartym prezydentem w historii, w stosunku do którego została uruchomiona procedura impeachmentu. Poprzednio, ponad 20 lat temu, dotyczyła ona Clintona. Do tej pory żaden z prezydentów USA nie został usunięty ze stanowiska w ramach tej procedury. W latach 70., w wyniku afery Watergate, Richard Nixon ustąpił dobrowolnie ze stanowiska przed końcem kadencji. Szanse na usunięcie Trumpa również są nikłe. Potrzeba jest do tego dwóch trzecich głosów w Senacie. Oznacza to, że około 20 republikańskich senatorów musiałoby głosować przeciwko prezydentowi z własnej partii. By taki scenariusz uznać za choć trochę realny potrzebne byłyby nowe, jednoznaczne i mocne dowody winy Trumpa.

Warto też zauważyć, że inwestorzy zagalopowali z się nieco w wycenie perspektywy globalnej polityki monetarnej. Ubiegłotygodniowa obniżka stóp przez Fed nie była wystarczająco łagodna by trwale osłabić dolara. W Szwajcarii stóp nie ścięto w ogóle. Z antypodów w ostatnich kilkudziesięciu godzinach napływają sygnały, które zachwiały wiarą inwestorów w to, że w Australii i Nowej Zelandii na najbliższych posiedzeniach zostaną poluzowane parametry polityki. Zakładamy jednak, że środowisko rynkowe nie będzie w najbliższym czasie sprzyjać odbiciu ryzykownych walut surowcowych. Jeśli presja na dolarze się utrzyma, to będzie ona przede wszystkim widoczna w notowaniach względem jena i franka a w dalszej kolejności euro.

W przypadku EUR/USD nie widzimy potencjału do kontynuacji zniżki. Notowania podlegają jednoznacznej tendencji horyzontalnej tak długo jak nie wybiją sufitu wokół 1,11. Złoty pozostaje słaby i przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który już za tydzień, nie widzimy perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Negatywnie podchodzimy też do innych walut z koszyka emerging markets a dużo przestrzeni do zniżek mają też niektóre indeksy giełdowe z tego uniwersum, na przykład brazylijska Bovespa.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy ceny mieszkań pójdą jeszcze w górę? Deweloperzy odpowiadają

Czy jest jeszcze przestrzeń do wzrostu cen mieszkań? Jakie są ku temu przesłanki? Czy obowiązujące stawki na rynku deweloperskim, które dobiły do rekordu z poprzedniej hossy, stanowią barierę psychologiczną dla klientów? Jak ceny rzutują na decyzje zakupowe? Opinie deweloperów zebrał serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Ceny w większości miast są wyższe niż w 2007/2008, więc można mówić o rekordzie. Należy jednak pokreślić, iż teraz znajdujemy się w całkiem innych realiach rynkowych, tym samym nie można wprost porównywać obecnej sytuacji do tej sprzed ponad dekady. Wystarczy wspomnieć, iż w ostatnich latach, poza wzrostem cen mieszkań rosły też zarobki – średnio o ponad 70 proc. oraz inflacja o ponad 20 proc. Tym samym, pomimo zrównania się cen z poziomem stawek z lat 2007/2008, zdolność nabywcza klientów jest dziś dwukrotnie wyższa.

Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w największych aglomeracjach, przy czym wzrost ten był różny w przypadku poszczególnych miast. Standardowo pod tym względem przoduje Warszawa, mocno zyskał Gdańsk, który zazwyczaj był za Krakowem i Wrocławiem, a który obecnie jest trzecim najdroższym miastem w Polsce, po Sopocie i Warszawie.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Obecnie nie dostrzegamy przesłanek, które zwiastowałyby tendencje spadkowe w cenach mieszkań. Z drugiej strony nie ma także powodów, dla których ceny miałyby dynamicznie wzrastać. Jeśli otoczenie rynkowe się nie zmieni, należy spodziewać się raczej stabilizacji z utrzymaniem lekkiego trendu wzrostowego. Czynnikiem, który ma największy wpływ na cenę mieszkania jest lokalizacja inwestycji oraz standard osiedla. Za lokale w inwestycjach atrakcyjnie położnych z dostępem do licznych udogodnień klienci nadal są w stanie zapłacić więcej.

Warto zaznaczyć, że odnotowany na przestrzeni ostatnich miesięcy trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań, miał związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Przede wszystkim podrożały materiały budowlane i wykonawstwo, ale także ceny gruntów. Mówimy tu o znacznym wzroście, rzędu kilkuset złotych na metrze kwadratowym. Jednak w przypadku naszej firmy nie miało to aż tak znacznego jak u konkurencji przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Obecny okres koniunktury na rynku mieszkaniowym ma nieco inną charakterystykę. Przede wszystkim wzrost cen nie jest tak gwałtowny, jak w latach 2005-2008, kiedy w ciągu 3 lat ceny w Warszawie wzrosły o 70-80 proc. Przy takim samym poziomie cen mamy zupełnie inną relację średniego wynagrodzenia do stawki za metr kw. Zakładając średnią 8000 zł/mkw., wskaźnik ten w roku 2008 wynosił 0,36, a w 2019 roku – 0,56. Inna jest również struktura finansowania, większy jest udział środków własnych w zakupie. Mamy w tej chwili niższe oprocentowanie kredytów, no i nie ma tak dużego udziału indywidualnych inwestorów zagranicznych, którzy byli bardziej podatni na skutki kryzysu w 2008 roku i później lawinowo wycofywali się z inwestycji.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Pod koniec 2018 roku eksperci prognozowali, że w roku 2019 nastąpi stabilizacja na rynku mieszkaniowym, a nawet, że ceny zaczną spadać. Jednak nie wydaje się to możliwe. Wciąż notowane są wzrosty cen przede wszystkim w związku z rosnącymi kosztami pracy i cenami materiałów budowlanych, a także działek. Na przykład na warszawskiej Woli, jednej z najdroższych dzielnic Warszawy, cena 1 mkw. mieszkania od początku tego roku wzrosła o 5,32 proc. W styczniu br. stawka za metr wynosiła średnio 10.467 zł, a obecnie 11.024 zł. Natomiast prognozowana cena na koniec bieżącego roku to 11.589 zł. Pomimo rosnących cen, nabywcy mieszkań z przeznaczeniem na wynajem nie tracą zainteresowania małymi lokalami w dobrych lokalizacjach, jakie mamy w projekcie Bliska Wola. Kupujący na własne potrzeby, decydując się na mieszkania o większych metrażach, chętnie wybierają nieruchomości położone dalej od centrów miast, gdzie obowiązują niższe ceny.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Trudno mówić o barierze psychologicznej. Myślę że mamy tutaj raczej do czynienia z twardym wyznacznikiem w postaci zdolności kredytowej. Dziś polityka banków jest znacznie bardziej roztropna niż w dobie minionego kryzysu. Wprowadzone zostało wiele regulacji m.in. w zakresie wymaganego wkładu własnego. Rynek znajduje się aktualnie w okresie względnej stabilizacji, jednak długofalowo możemy zakładać dalszy wzrost cen mieszkań. Pamiętajmy również, jak duże niedobory mieszkaniowe występują na polskim rynku. Jednocześnie też mieszkania w Polsce są znacznie tańsze niż w większości dobrze rozwiniętych krajów UE. Należy zakładać, że wraz z rozwojem naszego kraju, wzrostem płac w perspektywie wieloletniej, również ceny mieszkań będą równały do średnich stawek na rynkach UE.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że ceny mieszkań w najbliższym czasie mogą wykazywać nadal tendencje wzrostowe. Grunty nie tanieją, a wykonawstwo nadal jest drogie. Z kolei popyt na mieszkania nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Klienci, których nie stać na mieszkania w lepszych lokalizacjach zmuszeni są do poszukiwania tańszych ofert w innych dzielnicach, bardziej oddalonych od centrum lub na obrzeżach miast.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Wysokie ceny mogą być realną barierą zakupu, jeśli chodzi o mniej atrakcyjne mieszkania. W tym przypadku może się zdarzyć, że klient podejmie decyzję o rezygnacji z kupna. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że naprawdę atrakcyjne mieszkania zawsze znajdą nabywców nawet wówczas, gdy ich ceny przekroczą rekordowe stawki z okresu poprzedniej hossy.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

W odniesieniu do cen mieszkań obserwujemy tendencję wzrostową. Trudno jednoznacznie przewidzieć przyszłość rynku, jednak nic nie wskazuje na to, że stawki za metr kwadratowy zaczną spadać. Szukając analogii, wystarczy spojrzeć na inne europejskie miasta, jak Paryż czy Londyn. Tam mieszkania zlokalizowane w centrum także kosztują coraz więcej. Mimo to popyt utrzymuje się na wysokim poziomie. Ludzie chcą żyć w coraz lepszych warunkach, dlatego szukają przestronniejszych, nowocześniejszych, lepiej skomunikowanych z innymi dzielnicami i wkomponowanych w zielone otoczenie osiedli. Za ten komfort są w stanie zapłacić więcej.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Bariery psychologiczne mają to do siebie, że są przesuwane. Kiedyś za taką barierę dla kupujących uważano stawkę 10.000 zł/mkw., a dziś średnia cena ofertowa w Warszawie przekroczyła już 10.200 zł/mkw., a w wielu inwestycjach jest znacznie wyższa.

Widzę przestrzeń do dalszego, umiarkowanego wzrostu cen. Z jednej strony, popyt utrzymuje się na wysokim poziomie, a z drugiej wciąż rosną koszty wykonawstwa, głównie koszty pracownicze. Mamy rynek pracownika, a w budownictwie mieszkaniowym, szczególnie na etapie prac wykończeniowych, potrzeba wielu rąk do pracy. Presja cenowa będzie więc się utrzymywać. Szczęśliwie, ceny gruntów przestały gwałtownie rosnąć, ustabilizowały się. Niemniej możemy spodziewać się dalszego wzrostu cen mieszkań, przy czym – moim zdaniem – w 2019 roku będzie to już raczej wzrost jednocyfrowy.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Nieruchomości co do zasady stanowią produkt, którego wartość rośnie w czasie. Wzrost zależy oczywiście od wielu składników, jak lokalizacja, otoczenie i jego niezmienność, sąsiedztwo, widok z okien. Ważna jest też jakość wykorzystanych materiałów oraz dodatkowe udogodnienia dla mieszkańców. Mieszkanie jest dobrem inwestycyjnym i bez względu na jego charakter powinno generować zysk. Rynki dojrzałe, gdzie zaspokojenie popytu jest wyższe niż na rynku polskim, notują stałą tendencję wzrostową. Nasz krajowy rynek nadal wykazuje duży deficyt podażowy. W związku z tym, bez względu na obecne wskaźniki makro i mikro ekonomiczne, które sprzyjają segmentowi nieruchomości, ceny będą rosnąć.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Najwyższe ceny mieszkań obowiązują w centrach miast, w topowych lokalizacjach. W przypadku takich nieruchomości można spodziewać się dalszego wzrostu cen m.in. z uwagi na ograniczoną ilość gruntów. Na rynku trójmiejskim klienci mają jednak szeroką możliwość wyboru najbardziej optymalnej propozycji w zależności od posiadanego budżetu. Popyt utrzymujący się na rynku pierwotnym na wysokim poziomie potwierdza, że nabywcy wciąż akceptują obowiązujące ceny.

Autor: Dompress.pl

Eksport polskich firm z sektora e-commerce może wzrosnąć o 400%

Obecnie jedynie ok. 4% polskich firm prowadzi sprzedaż internetową produktów i usług do innych krajów, przy średniej unijnej na poziomie 7%. Samo zniwelowanie barier zidentyfikowanych przez przedsiębiorców jako utrudniających rozwój e-eksportu mogłoby w długiej perspektywie zwiększyć liczbę takich firm do 16%, a tym samym wartość polskiego e-eksportu zwiększyłaby się o 400% do ok. 110 mld zł – wynika z raportu „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw”, przygotowanego przez PwC dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Z danych zebranych w raporcie „Cyfrowy eksport – szanse i perspektywy dla polskich przedsiębiorstw” wynika, że ok. 36% polskich przedsiębiorstw prowadzi eksport w tradycyjnej formie do innych krajów Unii Europejskiej. Tymczasem liczba firm sprzedających elektronicznie za granicę jest na poziomie ok. 4%, choć w ostatnim czasie widać wyraźny trend wzrostowy w tym zakresie. Już teraz polskie firmy odnotowują 16% przychodów w handlu internetowym ze sprzedaży na rynki zagraniczne, a wartość polskiego e-eksportu jest szacowana na ponad 27 mld zł.

Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii
Jadwiga Emilewicz – Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polskie firmy mają ogromny potencjał eksportowy, co pokazuje rosnąca z roku na rok wartość sprzedawanych za granicą naszych produktów i usług. To m.in. efekt programowego wsparcia rodzimych przedsiębiorców w ich ekspansji. Kolejnym krokiem rozwoju firm w Polsce może być wzmocnienie działań związanych z eksportem cyfrowym i lepsze wykorzystanie kanałów internetowych do szerszego docierania do nowych klientów. Warunkiem sukcesu jest zniwelowanie barier, które dziś utrudniają rozwijanie e-eksportu oraz systemowe podejście do wspierania działań w cyfrowym świecie. – Jadwiga Emilewicz, Minister Przedsiębiorczości i Technologii

Polska w porównaniu do innych państw UE posiada bardzo niski odsetek firm prowadzących e-eksport. Taki sam lub niższy wskaźnik od Polski w e-eksporcie do UE mają tylko trzy państwa (Rumunia, Bułgaria, Łotwa), a na rynki pozaunijne cztery kraje (Rumunia, Bułgaria, Słowacja i Węgry). Głównymi kierunkami polskiego e-eksportu pozostają kraje unijne (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia, Czechy i Słowacja), a z krajów pozaeuropejskich USA i Chiny.

Z przeprowadzonego przez PwC badania wynika, że niemal połowa przedsiębiorstw w Polsce prowadzących już działalność e-commerce na rynku krajowym planuje rozpoczęcie sprzedaży za granicę przy wykorzystaniu kanałów elektronicznych. Firmy dostrzegają szanse i potencjał dla rozwoju przedsiębiorstwa, jakie niesie za sobą ekspansja zagraniczna i co ciekawe, wykazują większy optymizm w kwestii perspektyw rozwoju e-eksportu niż eksportu tradycyjnego. – Agnieszka Gajewska, partner PwC, lider zespołu ds. sektora publicznego i infrastruktury w Europie Środkowo-Wschodniej

Wyzwania i bariery polskiego e-eksportu

Na potrzeby raportu przeprowadzono badanie wśród firm prowadzących działalność e-commerce, ale nieprowadzących sprzedaży za granicę kanałami elektronicznymi, co pozwoliło na wytypowanie głównych barier hamujących wprowadzenie sprzedaży transgranicznej online.

Największą barierą decydującą o braku działań związanych z internacjonalizacją jest brak kapitału na inwestycje w ekspansję na rynek zagraniczny. Świadczy to m.in. o niewystarczających zasobach własnych przedsiębiorstw, jak też potrzebie dofinansowania polskich firm sektora MŚP ze strony administracji centralnej. Drugim istotnym czynnikiem są bariery prawne scharakteryzowane jako brak znajomości obcych regulacji. Kwestia ta może być szczególnie ważna w przypadku branż, których produkty wymagają licznych certyfikacji. Kolejnym istotnym czynnikiem mającym wpływ na decyzje o niepodjęciu przez firmę e-eksportu są wysokie koszty promocji na rynkach zagranicznych w sprzedaży e-commerce oraz problemy z obsługą zwrotów i reklamacji.

Eksperci zwracają uwagę na różnice występujące między barierami napotykanymi przez przedsiębiorstwa, które nie rozpoczęły działalności e‐eksportowej oraz te, które taką sprzedaż prowadzą. Firmy obecne na zagranicznym rynku zwracają uwagę na rozmiar konkurencji, wysokie ceny przesyłek kurierskich i pocztowych oraz trudność w pozyskaniu odpowiedniej kadry, natomiast firmy nieprowadzące działalności e‐eksportowej uznają te czynniki za mniej istotne. Dla przedsiębiorstw prowadzących e-eksport w przeciwieństwie do firm nieprowadzących tego typu sprzedaży bariery prawne rozumiane jako brak znajomości obcych regulacji nie stanowią istotnego problemu.

Jak podkreślają eksperci w raporcie, gdyby zwiększył się do 10% (poziom notowany na Słowenii) odsetek polskich firm, dla których nie występują bariery zewnętrzne takie jak: wysokie ceny dostarczania i zwrotów towarów, dostosowania etykiet produktowych, problemy z rozwiązywaniem sporów i reklamacjami, znajomość języka obcego czy restrykcje ze strony partnerów biznesowych, wówczas liczba firm prowadzących e-eksport zwiększyłaby się o 16%, a wartość polskiego e-eksportu o 400%, do ponad 110 mld zł.

Instrumenty wsparcia e-eksportu

Na dynamikę wzrostu e-eksportu wpływają nie tylko bariery zewnętrzne, ale także projekty i narzędzia wspierające tego typu działalności. W przeprowadzonym przez PwC badaniu, firmy na pytanie o najbardziej pożądane instrumenty wsparcia w zakresie ekspansji zagranicznej i rozwoju e-eksportu wskazywały przede wszystkim na szkolenia i warsztaty, platformę informacyjną nt. możliwości e-eksportu oraz dostępnych instrumentów wsparcia publicznego i komercyjnego, promocję polskich marek za granicą oraz pomoc w zakresie zagranicznych procedur prawno-podatkowych.

Wprowadzenie najwyżej ocenianych przez przedsiębiorców instrumentów może przyspieszyć tempo wzrostu e-eksportu o 30%. Przyjmując obecną wartość sprzedaży online za granicę na ponad 27 mld zł, można oszacować, iż bez wprowadzania tych instrumentów wartość polskiego e-eksportu w roku 2030 będzie wynosić 69 mld zł, a po ich wprowadzeniu ponad 90 mld zł.  – Paweł Oleszczuk, menedżer w zespole ds. sektora publicznego PwC

Potencjał e-commerce

Wzrost penetracji Internetu w Europie postępuje w stałym tempie, osiągając w 2018 roku ok. 83%. Wiodącą rolę w tym zakresie przyjmuje Europa Północna, której 95% populacji ma dostęp do sieci. Europejski rynek e-commerce szybko się rozwija, napędzając światowy wzrost. Blisko 6% konsumentów w Europie codziennie dokonuje zakupów online, co można przypisać kilku czynnikom takim jak: poprawiająca się szybkość łącza, coraz większe użycie smartfonów oraz usprawnienie i zintegrowanie procesów logistycznych. Najczęściej kupowanymi produktami są odzież i artykuły sportowe. Popularnymi kategoriami są także media i oprogramowania komputerowe, podróże oraz zakwaterowanie.

Jak podkreślają autorzy raportu największym wyzwaniem, z jakim obecnie mierzą się sprzedawcy online, jest rozwój poza granicami kraju i ekspansja zagraniczna. Przedsiębiorcy muszą wziąć pod uwagę szybko zmieniające się i złożone otoczenie konsumenckie, dostosować się do oczekiwań klientów odnośnie czasu dostawy oraz możliwości śledzenia przesyłek.

Sadowski: W Polsce podatki są nie tylko złe, ale głupie i czasochłonne

Ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych nowelizowano ponad 70 razy, prawo energetyczne – 36 razy, telekomunikacyjne – 24 razy, niechlubny rekord liczby zmian należy do prawa podatkowego.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

Żaden system podatkowy na świecie nie jest idealnie skonstruowany. Bywają jednak lepsze i gorsze. W Polsce jest on przede wszystkim bardzo czasochłonny. Estoński przedsiębiorca na obsługę podatków poświęca 150 godzin rocznie. Dla porównania, Polakom zajmuje to aż 260 godzin. Tygodniowo to dodatkowe 2 godziny wykonywania bezsensownej pracy, które mogliby poświęcać na rozwój własnego biznesu czy życie rodzinne. Zamiast tego muszą odrobić swoistą biurokratyczną pańszczyznę podatkową. To powód, który zniechęca do inwestowania w Polsce, na co wskazują m. in. przedstawiciele jednego z funduszy amerykańskich.

– Na dobrym, konkurencyjnym systemie polski rząd mógłby zbudować znaczną przewagę. Nie tylko pod kątem zachodnich korporacji – które dostają ulgi i zwolnienia podatkowe, ale przyjazny także dla rodzimych przedsiębiorców, korzystających obecnie z obcych jurysdykcji w Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – W Polsce system podatkowy – przepisy i ich interpretacje – nie zmieniają się raz czy dwa razy do roku. Według badań ma to miejsce aż co dwa dni. W takim chaosie i braku stabilności trudno jest planować inwestycje. Tak częstej zmiany przepisów podatkowych nie da się ująć w kategorii ryzyk wycenianych w arkuszu kalkulacyjnym. Gdyby nie było tej przeszkody, Polska mogłaby od dawna plasować się na szczycie pod względem dobrobytu wśród państw europejskich. Gdybyśmy wprowadzili konkurencyjny system podatkowy – bez wątpienia moglibyśmy odegrać taką samą rolę, jak Irlandia w latach 80. ubiegłego wieku. Dzięki jednemu z najlepszych systemów podatkowych stała się bardzo atrakcyjna dla powracających z pieniędzmi Irlandczyków, jak i firm inwestujących w Europie. Dotychczas państwo to jest beneficjentem wprowadzenia jednego z lepszych systemów na Starym Kontynencie – ocenił Sadowski.

W wakacje ceny piwa poszybowały w górę – najbardziej te najtańsze

W porównaniu do zeszłych wakacji sieci zwiększyły ilość promocji tylko o 4%. Największe wzrosty były w hipermarketach – 40%, a także w dyskontach – 38%. Z kolei spadki odnotowano w convenience – 16%, w supermarketach – 10%, jak również w cash&carry – 2%. Najbardziej poszły w górę minimalne ceny promocyjne – o ponad 9%. Maksymalne wartości podskoczyły o blisko 7%, a średnie – o przeszło 5%. Najtańsze piwa zdrożały prawie we wszystkich kanałach. Wyjątkiem był format convenience, gdzie zaobserwowano lekki spadek. Górne granice powiększyły sieci convenience i supermarkety, a zmniejszyły – sklepy cash&carry. Natomiast średnie ceny podniosły się w każdym formacie, nie licząc niewielkiego cięcia w cash&carry.

Eksperci nie są zaskoczeni tym, że sieci handlowe tylko nieznacznie zwiększyły ilość promocji piwa w porównaniu do zeszłych wakacji. Wzrost był na poziomie 4%. Jak wyjaśnia Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, retailerzy za bardzo nie poszerzają swoich gazetek. Dlatego miejsce na daną kategorię jest dość ograniczone. Latem były mocno komunikowane takie produkty, jak soki, energetyki i piwa bezalkoholowe, których przybywa na rynku.

Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce
Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce

– Warto przypomnieć sobie, że rok temu promocji piwa sprzyjały Mistrzostwa Świata FIFA w Rosji. W te wakacje brakowało tak wielkiego wydarzenia sportowego, które skupiałoby kibiców przed telewizorami i zachęcało do biesiadowania. Przy tym pogoda była nieco gorsza, co z kolei zniechęcało konsumentów np. do grillowana na działkach. Fakt, że sieci handlowe nie ograniczyły akcji promocyjnych, znaczy, że było ich wystarczająco dużo – stwierdza Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Patrząc na poszczególne formaty, można zauważyć, że wzrosty zanotowano w hipermarketach – 40%, jak również w dyskontach – 38%. Z kolei spadki były widoczne w sieciach typu convenience – 16%, w supermarketach – 10%, a także cash&carry – 2%. Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na to, że hipermarkety i dyskonty wydają zdecydowanie więcej publikacji. Dodatkowo są one obszerniejsze niż w innych kanałach sprzedaży. To dawało sieciom większą ilość modułów na promocję piw w wakacje. Konsumenci, którzy planowali duże zakupy, np. przed urlopem czy grillem, byli zachęcani do robienia zapasów właśnie w tego typu sklepach.

– Z kolei porównując ceny, widać, że poszły w górę zarówno maksymalne – o blisko 7%, minimalne – o ponad 9%, jak również średnie – o ponad 5%. Zanotowaliśmy podwyżki, bo produkcja piwa generalnie drożeje. Wzrost emisji gazów cieplarnianych, którego konsekwencją jest widoczna zmiana klimatu, ma negatywny wpływ na uprawy jęczmienia. A z niego przecież produkowane jest piwo. Sieci nie mają więc możliwości oferowania tak korzystnych promocji, jak w ubiegłych latach – przekonuje Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Maksymalne ceny promocyjne z zeszłorocznych wakacji utrzymały jednak dyskonty oraz hipermarkety. Te sieci mogły wynegocjować lepsze warunki u dostawców. Jest to szczególnie prawdopodobne w przypadku hipermarketów, które składają największe zamówienia, bo mają dużo miejsca do magazynowania towarów. Z kolei dyskonty wyróżniają się mocną pozycją na rynku. Natomiast wzrosty odnotowano w convenience – o blisko 33%, a także w supermarketach – o ponad 16%. Spadek był z kolei widoczny w cash&carry – o przeszło 14%.

– Cash&carry to bardzo specyficzny format. Często nabywa towary bezpośrednio od producentów w ilościach zdecydowanie hurtowych, co również pomaga uzyskać korzystne ceny zakupów. To z kolei pozwala na oferowanie klientom lepszych promocji w porównaniu z konkurencją – dodaje Katarzyna Grochowska.

W przypadku cen minimalnych nastąpił wzrost w 4 formatach – cash&carry – nieco ponad 28%, w hipermarketach – przeszło 23%, w supermarketach – niecałe 8%, a także w dyskontach – lekko powyżej 1%. Spadek był widoczny tylko w convenience – ok. 13,5%. Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony przypomina, że od pewnego czasu drożeją wszystkie pozycje z tzw. koszyka cenowego najpopularniejszych produktów. Piwa również do niego należą. Polacy mają coraz zasobniejsze portfele. Dlatego sklepy pozwalają sobie na podnoszenie najniższych cen.

– Po cenach minimalnych doskonale widać, że piwa drożeją. Dyskonty i hipermarkety mogły zachować maksymalne wartości na podobnym poziomie, co rok wcześniej. Ale tego samego nie zrobiły już w przypadku najtańszych produktów z powodu wzrostu kosztów produkcji. Spadek w convenience można wytłumaczyć próbą konkurowania tego formatu z większymi sklepami. W ten sposób tego typu sieci przyciągają do siebie część klientów. Jednak rekompensują sobie straty podwyżkami górnych cen aż o 33% – podkreśla Katarzyna Grochowska.

Jeśli chodzi o średnie ceny piwa w promocji, to spadek został odnotowany tylko w cash&carry – o nieco ponad 3%. Natomiast podwyżki były widoczne w hipermarketach – o niecałe 15%, w supermarketach – o blisko 9,5%, w dyskontach – o lekko powyżej 6%, a także w sieciach convenience – o 0,12%. Różnice są mniejsze niż w przypadku wartości maksymalnych czy minimalnych.

– Rynek piwa jest mocno nasycony i bardzo stabilny już od wielu lat. Jednak dynamicznie zmienia się struktura konsumpcji. Klientów najszybciej zyskują droższe produkty, oryginalne smaki i bezalkoholowe wersje. Chcąc sprostać ich oczekiwaniom, każdego roku producenci rozwijają swoje portfolia. I szczególnie zależy im promowaniu nowości. Najbardziej klasyczne piwo ze średniej półki traci relatywnie na zainteresowaniu. Dlatego koszt jego zakupu powinien być w miarę stabilny. Z kolei najtańsze art. są pod silną presją wzrostu cen i mogą drożeć – podsumowuje Dyrektor Morzycki.

Badanie przeprowadziła międzynarodowa firma Hiper-Com Poland we współpracy z ekspertami z Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Przeanalizowano całkowitą liczbę wystąpień i cen piwa o pojemności 500 ml we wszystkich gazetkach promocyjnych dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience oraz cash&carry. Porównano ze sobą wyniki od początku czerwca do końca sierpnia ubiegłego i tego roku.

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów i akt – jak robić to bezpiecznie

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt to zadanie, z którym mierzą się wszystkie bez wyjątku firmy i instytucje. Rzecz z pozoru błaha, ale potrafiąca przysporzyć wielu problemów. Dlaczego? Archiwizacja dokumentów realizowana w sposób nieodpowiedni i niezgodny z zasadami bezpieczeństwa może bowiem wiązać się z konsekwencjami prawnymi, a nawet zagrozić ciągłości funkcjonowania całej firmy!

W jaki sposób podejść do archiwizacji dokumentów i akt, aby zminimalizować zagrożenie ich zniszczenia, zagubienia lub – co gorsze – znalezienia się w niepowołanych rękach? 

Zasady bezpiecznej archiwizacji i przechowywania dokumentów i akt

Punktem wyjścia do odpowiedniej archiwizacji jest poprawne skatalogowanie dokumentów według podstawowych zasad kategoryzacji (kategoria A – dokumenty do przechowywania wieczystego, kategoria B – akta przechowywane przez pewien czas, którego długość określa się następującą po literze liczbą), opisu i indeksacji. Dzięki temu archiwum stanie się przejrzyste, potrzebne dokumenty łatwe do zlokalizowania, a co za tym idzie, zminimalizuje się ryzyko zbyt długiego/krótkiego przechowywania dokumentów, jak również ich zagubienia. 

Po zrealizowaniu tego zadania można swobodnie przejść do zabezpieczenia danych zawartych w dokumentach przed zniszczeniem i kradzieżą. 

Podstawa to odpowiednio zabezpieczona infrastruktura

Archiwum, w którym przechowywane są dokumenty i akta, powinno być specjalnym, wydzielonym w przedsiębiorstwie miejscem zabezpieczonym przed wpływem czynników zewnętrznych (woda, ogień) i dostępnym wyłącznie dla uprawnionych do tego osób. 

Aby zapewnić pełne bezpieczeństwo danych, odpowiedzialna za archiwum kadra powinna być w tym względzie odpowiednio przeszkolona, a pomieszczenia archiwum wyposażone w adekwatne systemy (m.in. przeciwpożarowe). Dobrą praktyką jest również wykorzystywanie rozwiązań technologicznych utrzymujących w pomieszczeniu odpowiednią temperaturę i wilgotność. 

Wybierając miejsce na archiwum firmowe należy również rozważyć, czy budynek, w którym ma się znaleźć, nie leży na terenie zalewowym, ponieważ ewentualna powódź może bezpowrotnie uszkodzić lub całkowicie zniszczyć zgromadzone dokumenty. 

Zabezpieczenie archiwum przed kradzieżą 

Oprócz czynników naturalnych, które zagrażają przechowywanym dokumentom, archiwum musi być również zabezpieczone przed niepowołanymi osobami mogącymi chcieć wykraść lub zniszczyć archiwizowane akta. 

W tym celu pomieszczenie archiwum powinno być wyposażone w system monitoringu, kontroli dostępu oraz rozwiązania przeciwwłamaniowe. Jeżeli archiwum firmowe jest pokaźnych rozmiarów, to niewykluczona jest również konieczność oddelegowania do jego ochrony wykwalifikowanego pracownika. Tylko w ten sposób możliwe jest zminimalizowanie ryzyka wycieku danych i utraty dokumentacji firmy wskutek kradzieży lub umyślnego zniszczenia. 

Archiwizacja i przechowywanie dokumentów oraz akt – czy warto korzystać z usług firm zewnętrznych? 

Ze względu na koszta i wyzwania logistyczne, które wiążą się z odpowiednim utworzeniem i zabezpieczeniem firmowego archiwum, alternatywą dla przedsiębiorców może być zlecenie usług archiwizacji i przechowywania dokumentów oraz akt firmie zewnętrznej. 

Wybierając jednak partnera, który ma na rzecz firmy świadczyć tego typu usługi, warto zwrócić uwagę na jego dotychczasowe doświadczenie, kadrę, certyfikaty i możliwości logistyczne. Na polskim rynku usługodawcą realizującym tego typu zlecenia jest np. https://www.rhenus-data.pl/pl/

Roli odpowiedniego utworzenia i zabezpieczenia firmowego archiwum nie można bagatelizować. Uszkodzenie lub utrata dokumentów może skutkować poważnymi sankcjami i zagrozić stabilności funkcjonowania firmy. Tylko dzięki dobrze sporządzonemu, zarządzanemu i zabezpieczonemu archiwum można zyskać pewność, że gromadzonym i przetwarzanym w przedsiębiorstwie danym nic nie grozi.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej generują 45% PKB w UE

  • Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają około 4,2 mln miejsc pracy w Polsce
  • Blisko 42% polskiego PKB generowane jest przez sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej
  • Na szczeblu UE prawie jedno na trzy miejsca pracy oraz 45% całej działalności gospodarczej zawdzięcza się sektorom intensywnie korzystającym z praw własności intelektualnej

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej, takich jak patenty, znaki towarowe, wzory przemysłowe i prawa autorskie, generują 45% całej działalności gospodarczej (PKB) w UE, której wartość wynosi 28.05 bln PLN, i zapewniają 63 mln miejsc pracy (29,2% wszystkich miejsc pracy). Kolejne 21 mln miejsc pracy powstaje w sektorach, które zaopatrują wspomniane branże w towary i usługi.

W Polsce sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej wspierają ok. 4,2 mln miejsc pracy (26,5% wszystkich miejsc pracy) i stanowią wkład w PKB Polski w wysokości 752.25 mld PLN (42% polskiego PKB).

Takie wnioski wynikają ze wspólnego sprawozdania opublikowanego dziś przez Europejski Urząd Patentowy (EPO) oraz Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO), w którym dokonano analizy wpływu sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej na gospodarkę UE w latach 2014–2016.

W badanym okresie zatrudnienie w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej wzrosło o 1,3 mln miejsc pracy w porównaniu z latami 2011–2013, podczas gdy poziom całkowitego zatrudnienia w UE nieznacznie spadł.

Wartość dodana przypadająca na pracownika w tych sektorach jest wyższa niż w pozostałych sektorach gospodarki. W związku z tym płace pracowników w sektorach intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej są  średnio o 47% wyższe niż w innych sektorach.

Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej prowadzą także większą część handlu UE z innymi regionami świata (81%).

Christian Archambeau, Dyrektor wykonawczy EUIPO, powiedział:

„Sektory intensywnie korzystające z praw własności intelektualnej odgrywają kluczową rolę w zapewnianiu UE większego dobrobytu oraz zabezpieczaniu jej przyszłości gospodarczej. Sektory te są bardziej odporne na kryzys gospodarczy, a także bardziej innowacyjne. Naszym wyzwaniem jest zapewnienie ochrony własności intelektualnej  wszystkim przedsiębiorstwom oraz przedsiębiorcom, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw”.

António Campinos, Prezes Europejskiego Urzędu Patentowego, powiedział:

„Znaczenie sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej odzwierciedla siłę europejskiej gospodarki opartej na wiedzy. Przedsiębiorstwa w tych sektorach często  dokonują zgłoszenia kilku różnych typów praw własności intelektualnej w celu ochrony swoich aktywów intelektualnych. Dzięki tej strategii tworzone są produkty i usługi o dużej wartości dodanej, a takie działanie przyczynia się do zapewnienia długoterminowej konkurencyjności w Europie”.

Dzisiejsze sprawozdanie jest trzecim z serii, które obrazuje wkład sektorów korzystających w ponadprzeciętnym stopniu ze znaków towarowych, wzorów, patentów, praw autorskich, oznaczeń geograficznych i praw do ochrony odmian roślin we wzrost gospodarczy i zatrudnienie w UE.

Polska w centrum uwagi

Polska plasuje się znacznie powyżej średniej unijnej pod względem znaczenia sektorów intensywnie korzystających z praw ochrony wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające z  ochrony wzorów przemysłowych wspierają ok. 2,3 mln miejsc pracy i stanowią wkład w polski PKB w wysokości 354.45 mld PLN. W 2018 r. Polska była siódmym najistotniejszym państwem zgłaszającym zarejestrowane wzory wspólnotowe w EUIPO.

Wzór przemysłowy jako czynnik napędzający tworzenie miejsc pracy

Unia Europejska ma bogatą tradycję związaną ze wzorami i jest światowym liderem w zakresie wzorów przemysłowych. Sektory intensywnie korzystające ze wzorów mają duży wpływ na gospodarkę we wszystkich 28 państwach członkowskich UE. Sektory, które korzystają ochrony wzorów przemysłowych, zapewniają bezpośrednio w sumie 30,7 mln miejsc pracy i stanowią wkład w łączny PKB UE na poziomie 16,2%. W okresie objętym badaniem kolejne 14,3 mln miejsc pracy było tworzone we wspierających sektorach. Ponadto eksport w tym sektorze wygenerował nadwyżkę w handlu w wysokości przekraczającej 280.5 mld PLN w 2016 r.

Intensywność używania znaku towarowego

Rejestracje znaku towarowego często wskazują na przyszły sukces biznesowy, budując markę przedsiębiorstwa i podkreślając jej odróżniający charakter na rynku. Sektory, które korzystają intensywnie ze znaków towarowych wspierają około 46,7 mln miejsc pracy w Unii Europejskiej i generują 37% unijnego PKB. Płace pracowników w tych sektorach są wyższe o 48% niż płace w sektorach, które nie korzystają z praw własności intelektualnej.

Powstające technologie

Sektory intensywnie korzystające z patentów w technologiach służących łagodzeniu skutków klimatu odpowiadają za 2,5% zatrudnienia i 4,7% PKB w UE w badanym okresie. W kontekście porozumienia klimatycznego z Paryża, technologie służące łagodzeniu skutków zmiany klimatu są istotnym w UE czynnikiem napędzającym gospodarkę, a przedsiębiorstwa z UE odgrywają przewodnią rolę w tym sektorze technologicznym. Prawa własności intelektualnej w zaawansowanych sektorach produkcyjnych reprezentowane poprzez technologie czwartej rewolucji przemysłowej stanowiły 1,9% zatrudnienia i 3,9% PKB w UE w badanym okresie.

Vivid Games nabiera rozpędu. Co najmniej 9 premier do końca roku

Rozwój i dywersyfikacja portfela produktów, rozbudowa sieci dystrybucji o nowe kanały i platformy sprzętowe oraz rozwój niezależnych linii biznesowych – to plany Vivid Games na najbliższe 12 miesięcy. W tym czasie na rynek trafi co najmniej 20 nowych gier mobilnych, 8 gier na Nintendo Switch oraz 3 duże tytuły na komputery PC (Steam). Spółka pokazała zadowalające wyniki kwartalne i zakłada dalszą ich poprawę w kolejnych okresach.

Portfolio gier mobilnych powiększy się w IV kwartale br. o 7 nowych tytułów – w październiku do sprzedaży trafią gry casual – Fly Sky High oraz Idle Fish Aquarium, w listopadzie – Crash Drivers, Gun Smith Factory, oraz tytuł mid-core Zombie Blast Crew, a w grudniu gry Calm Colors oraz Gear for Heroes. W produkcji i testach znajduje się kilka kolejnych tytułów. Gry mobilne trafią obok Apple App Store i Google Play również do alternatywnych kanałów sprzedaży, których lista powiększy się m.in. o Huawei App Gallery. ­– Chcemy zwiększyć tempo i każdego miesiąca wydawać 1-2 mniejsze gry, a rocznie 2-3 większe tytuły mid-core. Produkcja i publikacja gier mobilnych F2P to wciąż nasz core-business, ale chcemy jak najszerzej komercjalizować całe portfolio, co wpłynie na dywersyfikację źródeł przychodów – podkreśla Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. Jednym z nich jest dystrybucja na platformie sprzętowej Nintendo Switch we współpracy z giełdowym Qubic Games. – Pierwsze premiery są planowane pod koniec bieżącego i na początku 2020 roku. Będą to gry: Space Pioneer, Gravity Rider w cenie $9.99, oraz Pocket Mini Golf i Sheep Patrol po $1.99.– zapowiada Kościelny. – Kolejnym krokiem będzie zaoferowanie Space Pioneer i Gravity Rider użytkownikom PC poprzez platformę Steam, co planujemy w I półroczu 2020 roku. – dodaje.

Dotychczas największym hitem bydgoskiego developera były trzy kolejne odsłony Real Boxing, które trafiły do ponad 70 milionów graczy przynosząc 63 mln zł przychodów. – Od dłuższego czasu analizujemy możliwości dalszej eksploatacji komercyjnej marki. Stworzenie kolejnej części to czasochłonny proces i duża inwestycja, tym niemniej nowa gra umożliwi osiągnięcie skokowo wyższych przychodów. Kontynuacja serii wymagałaby sięgnięcia po finansowanie zewnętrzne. Dlatego m.in. postanowiliśmy na najbliższym WZA podjąć uchwałę o kapitale docelowym. Analizujemy możliwości pozyskania zewnętrznego finansowania, które z jednej strony usprawni  spłatę zobowiązań z drugiej zapewni kapitał na dalszy wzrost w zakresie rozwoju produktów i marketingu. konkluduje prezes.

Oprócz produkcji i wydawania gier, Vivid Games rozwija również nową linię biznesową, innowacyjną w skali świata platformę do automatyzacji testów gier mobilnych.– Pierwszych przychodów ze sprzedaży spodziewamy się jeszcze w tym roku. Mamy jasno sprecyzowany plan rozwoju na najbliższe 2-3 lata. W chwili obecnej priorytetowym zadaniem jest pozyskiwanie nowych klientów, rozwój produktu a także zapewnienie odpowiedniego poziomu finansowania. – mówi Kościelny.

W I półroczu 2019 roku przychody ze sprzedaży Vivid Games wyniosły 5,1 mln zł i były o 38% wyższe niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie o 16% spadły koszty spółki, zwłaszcza usług obcych. – Z kwartału na kwartał zwiększamy przychody zmniejszając koszty. Biorąc pod uwagę nasz plan wydawniczy, zakładamy że również w kolejnych okresach sprzedaż będzie znacząco się poprawiać – zapowiada prezes.

Stan posiadanych środków pieniężnych na rachunkach bankowych w ostatnim półroczu wzrósł w stosunku do poprzedniego półrocza o 44% do wysokości 2,6 mln.  Spółka na bieżąco reguluje wszystkie swoje zobowiązania oraz zarządza ryzykiem związanym ze spłatą przyszłych zobowiązań finansowych.

Dyrektorzy finansowi stawiają na nowe rozwiązania cyfrowe

Mimo zadowolenia z kondycji swoich firm, CFO coraz mniej optymistycznie oceniają perspektywy ekonomiczne – wynika z badania polskich dyrektorów finansowych. Cyfryzacja może być odpowiedzią na niepewną przyszłość firm.

Szósta edycja badania polskich CFO przeprowadzona przez Euler Hermes i Grant Thornton przedstawia – podobnie jak w zeszłym roku – pozytywne wyniki dla przedsiębiorstw w Polsce. Ponad połowa (53 proc.) CFO deklaruje, że przez ostatnie 12 miesięcy kondycja ich firm poprawiła się, a 31 proc. – że pozostała bez zmian. Jest to niewielki spadek w stosunku do roku poprzedniego, w którym pozytywnie oceniających kondycję swojej firmy było 57 proc. badanych dyrektorów finansowych. Z kolei o 4 p.p. wzrósł odsetek CFO uważających, że kondycja ich firmy pogorszyła się – w tym roku zanotowano 16 proc. takich odpowiedzi. Pomimo minimalnego spadku poziomu zadowolenia z kondycji firmy, polscy CFO w znacznej większości – 84 proc. ankietowanych – zadeklarowało, że ich firmy są aktualnie w fazie rozwoju (z czego 25 proc. badanych określa ten rozwój jako „silny”, a 59 proc. – jako „umiarkowany”). W stagnacji jest obecnie 10 proc. przedsiębiorstw i tylko 5 proc. zauważa u siebie „umiarkowany regres”.

Podobnie jak przed rokiem, CFO w Polsce dobrze oceniają perspektywy ekonomiczne swoich firm. Jednak w tym roku ich optymizm jest wyraźnie mniejszy – jeszcze w 2018 roku 48 proc. dyrektorów finansowych optymistycznie oceniało przyszłość finansową firmy, a w tym roku to 36 proc. W dodatku więcej niż w zeszłym roku (17 proc. wobec 12 proc. rok temu) ankietowanych CFO pesymistycznie ocenia perspektywy ekonomiczne swoich firm.

Wykres 1. Jak ocenia Pan/Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy?Jak ocenia Pan-Pani perspektywy ekonomiczne na kolejne 12 miesięcy

Niestety, optymizm CFO nieco przygasa. Dyrektorzy finansowi niezmiennie spodziewają się raczej wzrostu w swoich firmach niż ich stagnacji czy regresu, jednak nie są w swoich deklaracjach aż tak odważni, jak rok temu. To sugeruje – i zresztą jest zbieżne z prognozami makroekonomicznymi – że polska gospodarka w najbliższych kwartałach będzie nieco spowalniać – mówi Przemysław Polaczek, partner zarządzający w Grant Thornton Digital Drive.

W odpowiedzi na nieco słabsze perspektywy rozwojowe, CFO starają się poprawić efektywność swoich firm poprzez liczne działania optymalizacyjne. Przez kolejne 12 miesięcy, CFO i ich firmy postawią nacisk na optymalizację działu finansowo-księgowego oraz na modernizację parku maszynowego – deklaracje te złożyło po 40 proc. badanych CFO. Z kolei 37 proc. zapytanych deklaruje optymalizację łańcucha dostaw, a 20 proc. ma zaplanowaną optymalizację podatkową w najbliższym czasie. Z badania wynika, że tylko 10 proc. CFO czuje potrzebę zmiany formy prawnej prowadzonej działalności.

 Wykres 2. Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy Pana/Pani firma planuje działania optymalizacyjne/restrukturyzacyjne:Obszary, w których w ciągu kolejnych 12 miesięcy firma planuje działania optymalizacyjne

Polscy CFO zapytani o to, w jakich obszarach planują zwiększyć nakłady w ciągu najbliższego roku, w 67 proc. zadeklarowali, że w ciągu najbliższego roku będą inwestować w cyfryzację procesów w swoich firmach. Prawie trzy czwarte ankietowanych, 72 proc., ma już teraz prowadzi działania w tym zakresie – 51 proc. firm jest na etapie wdrażania rozwiązań cyfrowych, a 21 proc. jest na etapie planowania i szacowania kosztów takich działań. Z badania wynika, że tylko 28 proc. zapytanych przedsiębiorstw nie planuje w najbliższym czasie takich zmian. Zwiększony nacisk na cyfryzację procesów w firmach może stanowić odpowiedź na przewidywane spowolnienie rozwoju gospodarczego.

Wykres 3. Czy Pana/Pani firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji/digitalizacji procesów, podnoszących jej konkurencyjność?Czy firma jest w trakcie wdrażania rozwiązań z zakresu cyfryzacji digitalizacji procesów

Postępująca cyfryzacja z jednej strony powoduje, iż wiele czynności można wykonywać bez ingerencji ludzkiej, jednakże z drugiej strony – generuje zapotrzebowania na nowe, często nieznane obecnie w pełni kompetencje. Taka zmiana generuje również nowe rodzaje ryzyka dla przedsiębiorstw. Nieodzowne jest więc zarządzanie zmianą modelu biznesowego, a dla jej sukcesu nadal niezmiernie istotne jest uwzględnianie czynnika pracowniczego – komentuje Waldemar Wojtkowiak, Członek Zarządu, CFO i CRO w Euler Hermes.

Ankietowanych, którzy zadeklarowali nowe rozwiązania w zakresie cyfryzacji, zapytano jakich wdrożeń już dokonali. Według badania, już 60 proc. CFO dokonało zmian w zakresie cyfryzacji zarządzania procesami w swoich firmach. Następnym częstym wdrożeniem w firmach jest zarządzanie jakością danych (42 proc. ankietowanych) oraz narzędzia zrobotyzowanej automatyzacji procesów (17 proc.). Przebadane firmy dokonały dotychczas najmniej wdrożeń w zakresie narzędzi wykorzystujących sztuczną inteligencję – tylko 3 proc firm.

W tegorocznej ankiecie dyrektorów finansowych zapytano również o skutki, jakie zaobserwowali w wyniku wprowadzania procesowego podejścia w finansach i wdrażania narzędzi cyfrowych w swoich firmach. Dokładnie połowa ankietowanych zauważa zmniejszenie liczby błędów w dokumentach i rozliczeniach. 41 proc. twierdzi, że zwiększyło się wykorzystanie raportów finansowych przez menedżerów niefinansowych oraz że poprawiła się komunikacja między działem finansowym i innymi działami. Jednocześnie jednak 36 proc. ankietowanych uważa, że po wdrożeniach praca wymaga większych kwalifikacji analitycznych, komunikacyjnych i biznesowych.

Działalność małych domów i biur maklerskich przestała być opłacalna

Ciągłe zmiany w otoczeniu prawnym mocno wpływają na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Koszty jej prowadzenia rosną w związku z koniecznością rozwijania działów prawnych, kontroli i audytu wewnętrznego. Najbardziej dotyka to małe podmioty. Dodatkowo w ub. roku sytuację pogorszyła afera GetBack. W jej wyniku wprowadzono nowe przepisy, które mogą zahamować rozwój rynku prywatnych emisji obligacji. Na słabej kondycji domów maklerskich tracą firmy pozyskujące finansowanie za ich pośrednictwem.  

Już od kilku lat funkcjonowanie domów maklerskich poważnie utrudniają restrykcyjne regulacje i interpretacje przepisów unijnych. Problemem jest ich implementacja, która nie zawsze uwzględnia realia krajowego rynku firm inwestycyjnych. Tego typu podmioty muszą nieustannie rozwijać działy prawne, kontroli i audytu wewnętrznego kosztem podstawowego obszaru działalności. Dotyczy to także małych graczy, którzy świadczą zaledwie jedną usługę maklerską, działając na niewielką skalę i bez rozległej sieci sprzedaży. Z ww. powodów prowadzenie takich firm przestało być opłacalne.

W ubiegłym roku weszły w życie przepisy mające zapewnić ochronę klientom i przejrzystość działań firm inwestycyjnych. Zmieniły się zasady przyjmowania korzyści, czyli tzw. „zachęt”, przez dystrybutorów jednostek uczestnictwa, m.in. domy maklerskie, od podmiotów trzecich, w tym od TFI. Obecnie firma inwestycyjna, w związku ze świadczeniem usługi maklerskiej, nie może przyjmować ani przekazywać jakichkolwiek świadczeń pieniężnych i niepieniężnych. Od powyższej reguły są jedynie nieliczne wyjątki, służące poprawieniu jakości obsługi klienta.

Powyższe zmiany mocno wpłynęły na wielkość i strukturę przychodów z działalności maklerskiej. Różne interpretacje wprowadzonych regulacji oraz odmienne interesy poszczególnych uczestników rynku zahamowały współpracę producentów i dystrybutorów instrumentów finansowych. Bezpośrednim powodem tego były trudności w rozliczeniach za świadczone usługi. To miało niebagatelny wpływ na wyniki finansowe domów maklerskich w 2018 roku. Według raportu Komisji Nadzoru Finansowego,  poziom straty z podstawowej działalności pogłębił się w ich przypadku o ponad 89% w porównaniu do 2017 roku.

Na sytuację tego typu podmiotów wpłynęła również afera związana z GetBack S.A. Pokrzywdzonych w niej jest ponad 10 tys. obligatariuszy. KNF szacuje, że straty na obligacjach, poniesione przez osoby fizyczne, sięgają nawet 2,6 mld zł. Warto przypomnieć, że spółka przeprowadzała prywatne emisje papierów dłużnych, skierowane maksymalnie do 149 osób, w ilościach hurtowych. Było ich nawet po kilka dziennie. Sprytne ominięcie przepisów pozwalało na dotarcie do szerokiego grona inwestorów, bez konieczności udostępniania do publicznej wiadomości prospektu emisyjnego lub memorandum informacyjnego. W tych dokumentach znajdują się istotne dane na temat emitenta, jego sytuacji finansowej, planów strategicznych, czynników ryzyka i elementów samej oferty.

Pokłosiem afery jest nie tylko ogromna awersja do ryzyka inwestorów indywidualnych. Wprowadzono także nowe przepisy dotyczące emisji prywatnych, które w założeniu mają zwiększyć ochronę uczestników rynku. Od 1 lipca 2019 obligacje nowych emisji nie mogą mieć formy dokumentu i podlegają obowiązkowi rejestracji w depozycie papierów wartościowych. Dodatkowo, jeżeli emitent nie zamierza ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na rynku regulowanym lub do wprowadzenia do Alternatywnego Systemu Obrotu (ASO), a także nie przygotowuje oferty publicznej, musi korzystać z obsługi tzw. agenta emisji – banku lub domu maklerskiego.

Głównym zadaniem agenta emisji jest weryfikacja tego, czy emitent spełnia wszystkie wymogi wynikające z przepisów prawa i regulaminu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Jest on także odpowiedzialny za ewentualne szkody, spowodowane niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem swoich obowiązków. Jeżeli one wystąpią, kara grzywny może wynieść nawet 2 mln zł. Natomiast wynagrodzenie za ww. obsługę waha się obecnie pomiędzy 10 a 20 tys. zł. Nadzór nad papierami dłużnymi będzie też dodatkowo sprawowany przez KNF jako podmiot mający dostęp do rejestru KDPW. Wszystko to spowoduje znaczny wzrost kosztów emisji.

Z kolei wątpliwości interpretacyjne przepisów dotyczące odpowiedzialności agenta emisji wpłyną na selekcję emitentów i eliminację tych z dużym ryzykiem inwestycyjnym. Rezultatem będzie spadek liczby wypuszczanych obligacji i przychodów z ich oferowania. Na zmianach zyskają inwestorzy indywidualni. Jednak stracą małe i średnie przedsiębiorstwa chcące pozyskać w ten sposób finansowanie. Wszystko jednak wskazuje na to, że zmiany jeszcze bardziej zahamują rozwój rynku prywatnych emisji obligacji i ograniczą wpływy z podstawowej działalności domów maklerskich.

Obecnie nic nie zapowiada poprawy ww. sytuacji. Brakuje ku temu stabilnego otoczenia prawnego, zaufania inwestorów do rynku kapitałowego i sprzyjającej koniunktury giełdowej. Wobec tego z rynku będą znikać kolejne podmioty, przejmowane przez większych graczy lub banki. Wzrosną koszty usług maklerskich. Ponadto zmaleje liczba giełdowych debiutów, a spółki praktycznie nie będą pozyskiwać kapitału na drodze emisji akcji lub obligacji.

Trzeba mieć również świadomość tego, że pogarszająca się rentowność ww. podmiotów ma bezpośredni wpływ na funkcjonowanie całego rynku kapitałowego. Domy i biura maklerskie pośredniczą w pozyskiwaniu finansowania dla małych i średnich przedsiębiorstw, które odgrywają ogromną rolę w rozwoju polskiej gospodarki. Wkrótce firmy z sektora MŚP mogą napotkać na trudności z pozyskiwaniem środków potrzebnych im do prowadzenia podstawowej działalności.

Autorem publikacji jest Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych, ekspert z zakresu prawa rynku kapitałowego z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju

Fundusz Trójmorza sfinansuje kluczowe inwestycje w transporcie czy energetyce. Dzięki nim wzrośnie mobilność mieszkańców wschodniej Polski i bezpieczeństwo energetyczne kraju 7

Inwestycje w transgraniczne połączenia drogowe i kolejowe zwiększające mobilność mieszkańców Polski, w infrastrukturę zwiększającą bezpieczeństwo energetyczne czy w infrastrukturę IT – to projekty, które będzie wspierać Fundusz Trójmorza. Przedsięwzięcie finansowe zainicjowane przez BGK będzie się koncentrować na projektach, których celem jest poprawa jakości życia Polaków. Kolejnym krokiem w budowie Funduszu jest wrześniowe spotkanie w Warszawie, w którym uczestniczyć będą prezesi banków i instytucji rozwoju oraz ministrowie z krajów Trójmorza.

Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK będzie się koncentrował na trzech obszarach: transporcie, energetyce i infrastrukturze cyfrowej.

Transport, infrastruktura cyfrowa, energetyka wszystkim kojarzą się z potężnymi przedsięwzięciami, ale bardzo ważne jest to, że skorzysta z tego cały region i każdy Polak – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Przeciętny Kowalski odczuje działanie Funduszu Trójmorza, kiedy nie będzie musiał jechać z Tallina do Sofii trzy i pół dnia, tylko kilkanaście godzin.

Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje transportowe w krajach Trójmorza w dekadzie do 2030 roku to 290 mld euro, z czego 120 mld zł to infrastruktura o znaczeniu regionalnym. Inwestycją kluczową dla Polski jest między innymi Via Carpatia, międzynarodowa trasa relacji „północ-południe”, łącząca Kłajpedę na Litwie z Salonikami w Grecji. W Polsce przebiegać będzie przez Białystok, Lublin i Rzeszów, dzięki czemu podróżowanie w tym regionie i do innych krajów Inicjatywy Trójmorza stanie się bardziej komfortowe. Inwestycja ma zwiększyć mobilność polskich przedsiębiorców oraz podnieść atrakcyjność inwestycyjną Polski Wschodniej.

Innym infrastrukturalnym projektem mającym wpływ na jakość życia mieszkańców Polski może być Rail Baltica, część transeuropejskiego korytarza, który w przyszłości połączy Niemcy, Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Dzięki inwestycji komfort życia i podróżowania na Podlasiu znacząco się poprawi – pociągi pasażerskie przyspieszą do 160 km/h, a towarowe do 120 km/h. Oznacza to większą liczbę połączeń w regionie i skrócenie czasu podróży. Trasę z Białegostoku do Warszawy będzie można pokonać w mniej niż dwie godziny.

Jednym z projektów, który będzie miał duży wpływ na bezpieczeństwo energetyczne Polaków, jest Baltic Pipe, czyli gazociąg na dnie Morza Północnego, który połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii. Jego przepustowość ma wynosić ok. 10 mld m3 rocznie, co stanowi ok 60 proc. polskiego zapotrzebowania na gaz. Baltic Pipe może mieć przełożenie na niższe ceny surowca oraz większe bezpieczeństwo dostaw do polskich domów.

Z kolei w obszarze IT wpływ na polskich przedsiębiorców i każdego Polaka będzie miała budowa Cyfrowej Autostrady łączącej światłowodami i infrastrukturą technologiczną 12 krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Przyczyni się także do rozwoju sieci 5G. Dzięki tym inwestycjom internet w każdym regionie Polski stanie się jeszcze bardziej dostępny, a dane będzie można przesyłać około 40 razy szybciej.

Fundusz nie zastępuje ani rządu, ani Komisji Europejskiej, czyli w dalszym ciągu będą inwestycje publiczne czy finansowane z funduszy europejskich, natomiast Fundusz Trójmorza w tych trzech obszarach będzie na zasadach komercyjnych realizował projekty ułatwiające życie społeczeństwom w tym regionie – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.

Banki rozwoju z Polski i Rumunii zapowiedziały wpłaty do Funduszu na łączną kwotę ponad 500 mln euro. Wehikuł finansowy zainicjowany przez BGK jest jednak otwarty na kolejne kraje członkowskie, międzynarodowe instytucje finansowe i inwestorów prywatnych. Okazją do poszerzenia funduszu o nowych członków jest dzisiejsze spotkanie prezesów banków i instytucji rozwoju oraz ministrów z krajów Trójmorza.

Jako instytucja finansowa społecznie odpowiedzialna zauważyliśmy, że po rozpoczęciu inicjatywy Trójmorza na poziomie prezydenckim potrzebna jest jeszcze większa integracja i wspólna praca państw regionu centralno-wschodniej Europy. Zastanawialiśmy się wspólnie z zarządem, jaka mogłaby być nasza rola, jak moglibyśmy wesprzeć tę inicjatywę, żeby gospodarka i wymiana gospodarcza w tych państwach mogły się lepiej rozwijać. Wtedy powstał pomysł utworzenia Funduszu Trójmorza – mówi prezes BGK, jednocześnie przewodnicząca rady nadzorczej Funduszu Trójmorza. – Żeby był on faktycznie Funduszem Trójmorza, potrzebne jest zaangażowanie podobnych instytucji, takich jak BGK, z 12 państw stanowiących Trójmorze. Przekonywaliśmy je do tego pomysłu i na szczęście okazało się, że utworzenie takiego wehikułu finansowego to fantastyczny pomysł, który wspomoże ogromne potrzeby infrastrukturalne w regionie.

Raport opracowany przez Spot Data na zlecenie BGK pokazuje, że do 2030 roku inwestycje infrastrukturalne w tej części kontynentu powinny sięgnąć ponad 500 mld euro, żeby wyrównać różnice dystansujące region od Europy Zachodniej. Szacowane zapotrzebowanie na inwestycje w sieci energetyczne w krajach Trójmorza do końca przyszłej dekady to 87 mld euro. Projekty transportowe to kolejne 290 mld euro (drogi – 165 mld euro, kolej – 100 mld euro, transport wodny – 13 mld euro i transport  lotniczy – 11 mld euro). Z kolei inwestycje w infrastrukturę ICT w krajach Trójmorza będą wymagać zaangażowania w sumie 160 mld euro do 2030 roku.

Jak podkreśla prezes BGK, to ogromne środki, które Fundusz chce pozyskać również od inwestorów prywatnych z całego świata, nie tylko z Unii Europejskiej.

 Rozmawiamy dzisiaj z funduszami, szczególnie funduszami emerytalnymi, które patrzą na długoterminowe finansowanie, długoterminowe inwestycje, przynoszące bardzo stabilny zwrot. Są to fundusze z Australii, Korei Południowej, Japonii, Kanady, Norwegii, Izraela, być może krajów arabskich, Stanów Zjednoczonych. Mamy szerokie spektrum, bo w tej części Europy jest ogromny potencjał i to wszyscy widzą. Wiedzą, że rozbudowa korytarzy logistycznych, infrastruktury transportowej, energetycznej, cyfrowej pobudzi jeszcze bardziej rozwój gospodarczy tego regionu, a także całej UE – mówi prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Fundusz Trójmorza jest inicjatywą komercyjną, nie polityczną. Został zarejestrowany 26 czerwca br. i ma przyczynić się do wyrównywania różnic rozwojowych w ramach UE. Będą nim zarządzać niezależne, profesjonalne firmy, które na podstawie rachunku ekonomicznego zadecydują o tym, w które inwestycje zaangażuje się fundusz.

– Chcemy mieć najlepszych ekspertów w trzech głównych branżach, na których fundusz będzie się skupiał, czyli transport, energetyka i infrastruktura cyfrowa. Jesteśmy na etapie pozyskiwania ekspertów – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka.