Rynek pracownika wydaje się być niezagrożony, nawet podczas osłabienia gospodarki

Rekordowo niskie bezrobocie, dobry stan gospodarki i starzenie się społeczeństwa ograniczają podaż pracowników. W efekcie ci ostatni wymuszają lepsze warunki zatrudnienia. Tej sytuacji nie zmieni nawet prognozowane pogorszenie koniunktury. Nawet jeśli mniej będzie nowych miejsc pracy, wciąż pozostaną tysiące wakatów. Rynek pracownika jest najbardziej widoczny w sektorze produkcji. Brakuje zarówno robotników wykwalifikowanych, jak i tych wykonujących proste prace. Najmniejszy wpływ na warunki zatrudnienia mają kandydaci na stanowiska w administracji publicznej i w budżetówce, gdzie zmiany wciąż krępuje gorset szeregu ustaw i regulacji. Ograniczone pole manewru mają też mieszkańcy regionów z wysokim poziomem bezrobocia. Ale właśnie tam biznes rozważa nowe inwestycje.

Wciąż mamy do czynienia z niedoborem rąk do pracy i w związku z tym z rynkiem pracowników. Ofert zatrudnienia jest dużo, ale chętnych znacznie mniej. To oznacza, że kandydaci oczekują wyższych pensji i lepszych warunków pracy. Przy ogromnej liczbie wakatów są rozchwytywani i mogą dyktować własne warunki. Jednak nic nie trwa wiecznie. Prędzej czy później sytuacja może się zmienić, choćby ze względu na cykle koniunkturalne.

– Już teraz widać symptomy, które mogą odwrócić lub zahamować obserwowany trend. Prognozowane spowolnienie gospodarki może zmniejszyć zapotrzebowanie przedsiębiorstw na kolejne rekrutacje. Tu ważne są sygnały nie tyle z polskiej, co z niemieckiej gospodarki. Jesteśmy z nią przecież silnie związani, a już napływają negatywne informacje o kondycji naszego zachodniego sąsiada – komentuje Mateusz Żydek z międzynarodowej agencji pracy tymczasowej Randstad Polska.

Zjawiska na niemieckim rynku zazwyczaj odbijają się na polskim. Jednak, jak stwierdza ekspert, wieści o nich ograniczają inwestycje w naszym kraju, choć głównie infrastrukturalnych, niekoniecznie związanych z rynkiem pracy. Wynika to stąd, że rezygnacja z pracownika jest trudniejsza niż odłożenie nowych przedsięwzięć. Z podjętych zobowiązań nie można się łatwo wycofać, co zatrudnionym daje poczucie większego bezpieczeństwa. Dlatego potencjalne pogorszenie koniunktury przynajmniej w najbliższych latach nie odbije się na rynku pracy.

– Z danych statystycznych widać, że na rynku pojawia się mniej nowych ofert zatrudnienia. Nie oznacza to jednak, że liczba wolnych miejsc spada – po prostu nie powstają nowe. Ale nawet wyhamowanie wzrostu gospodarczego nie spowoduje, że pracodawcy będą dyktować warunki. Wciąż potrzebują pracowników, a demografia raczej tutaj nie sprzyja. Starzejemy się i coraz więcej osób przechodzi na emerytury. Niepewny jest też los zatrudnionych w Polsce obcokrajowców, głównie tych z Ukrainy. Być może zaczną opuszczać Polskę zachęceni lepszymi ofertami w krajach zachodnich – wyjaśnia Mateusz Żydek.

Od czasu transformacji ustrojowej i wprowadzenia gospodarki rynkowej obserwujemy, że amplituda wahań zatrudnienia na rynku pracy stopniowo spada. Kiedyś silne wzrosty bezrobocia pozwalały przedsiębiorstwom dyktować warunki. A w najbliższych latach nawet jeśli ten poziom wzrośnie, to nie do np. 20%, jak było w przeszłości, ale w znacznie bardziej ograniczonym zakresie. To w dużej mierze wynika właśnie z problemów demograficznych, a nie tylko ze wzrostu gospodarczego. Spada bowiem liczba osób poszukujących zatrudnienia.

– Jednak wciąż nie możemy mówić, że rynek pracownika istnieje w całej Polsce. Mamy bardzo ograniczoną migrację osób poszukujących nowego zajęcia. To sprawia, że wciąż są regiony, gdzie poziom bezrobocia pozostaje dość wysoki, ponieważ brakuje tam pracodawców. Specyficznym zjawiskiem jest fakt, że mieszkańcom łatwiej pojechać w poszukiwaniu pracy do państw zachodnich niż przenieść się wewnątrz kraju, np. o sto kilometrów – przekonuje ekspert z Randstad Polska.

To problem wynikający m.in. z poziomu zamożności. Zmiana miejsca zamieszkania wiąże się z koniecznością wynajmu mieszkania, a polskie zarobki niekończenie pozwalają na takie wydatki. Tymczasem w rodzinnej miejscowości można mieć do dyspozycji np. dom po dziadkach. Co więcej, niewiele firm decyduje się na wsparcie migrujących „za chlebem”. Dotyczy to zwykle wąskich specjalizacji, w których panuje duży głód pracowników. Z drugiej strony, urzędy pracy oferują bony relokacyjne, czyli dopłatę do zamieszkania w nowym miejscu.

– Niedobór kadr wpływa na decyzje pracodawców w kwestiach inwestycyjnych. Mimo dobrej koniunktury gospodarczej rynek pracowników i duża liczba wakatów powodują, że firmy bardzo dokładnie analizują ryzyko w tym obszarze. Trudno stawiać nowe linie produkcyjne czy magazyny, jeśli nie da się skompletować załogi. Coraz częściej przedsiębiorstwa poszukują obszarów, w których dostępność kandydatów jest większa – stwierdza Mateusz Żydek.

Zdaniem eksperta, nowe warunki powodują, że rynek pracy znacznie dojrzał. Kandydaci są bardziej świadomi nowych możliwości. Nie dotyczy to tylko wyższych zarobków, ale także warunków zatrudnienia, zarówno pod względem narzędzi czy szkoleń, jak i relacji personalnych. Biznes już zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma powrotu do czasów, gdy wysokie bezrobocie pozwalało na dyktowanie dowolnych warunków pracy czy na zatrudnianie w szarej strefie.

– W większości branż króluje rynek pracowników. Najmocniej widać to zjawisko w branży produkcyjnej z powodu niedoboru robotników zarówno wykwalifikowanych, jak i niewykwalifikowanych. Dyktat pracowników najsłabiej przejawia się w sektorze administracji publicznej i ogólnie budżetówki. Wynika to z dużej formalizacji tej branży i regulacji ustawowych – podsumowuje ekspert z Randstad Polska.

Wojna handlowa między USA i Chinami nie będzie miała wielkiego wpływu na gospodarkę Polski

Ugoda, którą miały podpisać skłócone handlowo Stany Zjednoczone i Chiny, nie dojdzie do skutku. Obie strony negocjacji zmieniły zdanie co do warunków umowy. Prezydent Chin wycofał się z ugody, a amerykańska administracja powróciła do groźby nałożenia ceł na kolejne wymiany handlowe. Chiny boją się, że ugoda z USA doprowadzi do zmniejszenia popytu na ich technologie na rynku europejskim. Niestety trwająca wojna handlowa między tak dużymi gospodarkami ma wpływ na światowy handel, szczególnie na handel europejski. Otwarta i nastawiona na eksport gospodarka europejska ucierpi na znaczącym spowolnieniu wzrostu handlu międzynarodowego. Widać to na przykładzie recesji sektora przemysłowego w Niemczech. Jednak te negatywne okoliczności nie mają wielkiego wpływu na Polską gospodarkę.

– Tak długo, jak popyt wewnętrzny Unii Europejskiej radzi sobie dobrze, produkcja polskich firm nie jest zagrożona – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Polskiego. – Popyt krajowy nie spada, polskie firmy sprzedają tańsze alternatywy dla wielu produktów, a ich wyroby lądują bardzo często na rynku europejskim i niekoniecznie są sprzedawane dalej. Dlatego negatywne przełożenie się wojen handlowych na sytuację w Europie jest dosyć ograniczone i ma niewielki wpływ na sytuację w Polsce. Wciąż możemy mówić o wzroście gospodarczym w strefie euro zbliżonym do 1%. To niski poziom, ale odległy od recesji – podsumowuje swoją analizę Benecki.

Generacja Z najlepiej pracuje w hałasie, a najbardziej rozpraszają nas współpracownicy

Generacja Z jest najbardziej produktywna w hałaśliwym otoczeniu. Ale pokolenie powojennego wyżu, żeby skupić się na pracy, musi mieć absolutną ciszę. Największy rozpraszacz uwagi w pracy w otwartych przestrzeniach biurowych? Koledzy i koleżanki z biura.

Ponad połowa (55 proc.) pracowników z Generacji Z, czyli młodych ludzi urodzonych po 1995 roku, oraz 56 proc. Milenialsów twierdzi, że chce pracować w biurach typu open space (otwarta przestrzeń biurowa), pomimo związanych z tym zakłóceń. Wynika tak z nowego badania przeprowadzonego przez Future Workplace na zlecenie firmy Plantronics, Inc. (Obecnie Poly, NYSE: PLT). Wyniki pokazują, jak cztery pokolenia znajdujące obecnie się na rynku pracy myślą dziś o swoim środowisku pracy, w tym o tym co napędza ich produktywność, jak funkcjonują w biurze i jak radzą sobie z rozpraszaniem uwagi.

Kiedy zastanawiamy się, ile różnych stylów pracy i różnych pokoleń jest rzuconych razem w jedno miejsce, nic dziwnego, że prawie wszyscy mówią o rozpraszaniu uwagi w pracy – powiedziała Amy Barzdukas, CMO oraz Executive Vice President w Poly. – Równie oczywiste jest, że odpowiednie połączenie technologii i przyjaznego otoczenia może ułatwić koncentrację i poprawić wydajność – i o to właśnie proszą pracownicy.

Główne tezy raportu:

Ludzie w każdym wieku uwielbiają pracować w biurach – gdyby tylko nie musieli znosić hałaśliwych współpracowników.

  • Prawie wszyscy (99) pracownicy zgłaszają, że są rozpraszani podczas pracy.
  • Ponad połowa z nich twierdzi, że z powodu hałasu ma problemy z prowadzeniem rozmów telefonicznych (51) oraz utrudnia on im koncentrację (48 proc.).
  • Winni sią współpracownicy: dla 76 proc. wszystkich ankietowanych największym „rozpraszaczem” są rozmawiający zbyt głośno przez telefon, a dla 65 koledzy i koleżanki dyskutujący między sobą.
  • 93 proc. odczuwa frustrację, przynajmniej sporadycznie, z powodu rozproszenia uwagi podczas rozmowy telefonicznej lub wideo.

A jednak Generacja Z i Milenialsi nadal preferują  biura typu open space. Wynika to prawdopodobnie z ich lepszego dostosowania do pracy w hałaśliwym środowisku i większej chęci do współpracy z innymi pracownikami.

  • Połowa pracowników woli pracę w open space, a im młodsi, tym bardziej preferują taki układ – 55 pracowników z Generacji Z i 56 proc. Milenialsów preferuje biura otwarte w porównaniu z 47 proc. z Generacji X (osoby urodzone pomiędzy latami 1965 – 1980) i 38 proc. z pokolenia powojennego wyżu.
  • Ponad połowa badanych z grupy Generacji Z (52 proc.) twierdzi, że są najbardziej produktywni, gdy pracują w głośnym otoczeniu lub gdy mają możliwość rozmawiania. 60% wyżu powojennego twierdzi, że są najbardziej produktywni, gdy jest cicho.
  • Dwadzieścia procent Generacji Z spędza co najmniej połowę dnia na rozmowach telefonicznych, wideo lub grupowych, podczas gdy w ten sposób działa tylko 7 najstarszych pracowników.

Obecnie miliony ludzi z Generacji Z wchodzi na rynek pracy na całym świecie, a nasze badania wykazały, że ich style pracy różnią się znacznie w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – powiedziała Jeanne Meister, założycielka Future Workplace. – Obecnie cztery pokolenia pracują pod jednym dachem, co zmusza firmy do ponownego rozważenia tradycyjnych definicji tego, co tworzy produktywne środowisko biurowe i jak ich pracownicy mogą najlepiej ze sobą współpracować.

W porównaniu z ich starszymi kolegami i koleżankami Generacja Z i Millenialsi są w stanie lepiej radzić sobie z rozpraszaniem uwagi.

  • 35 proc. Generacji Z używa słuchawek, aby poradzić sobie z hałasem, podczas gdy tylko 16 najstarszych pracowników robi to samo.
  • Czterech na dziesięciu milenialsów i „Zetek” przenosi się do wygodnych przestrzeni, wyposażonych w kanapy czy pufy. Przeciwnie robi pokolenie ich dziadków – pracuje głównie w przy biurku.
  • Trzy razy więcej pracowników z powojennego wyżu niż tych z Generacji Z przyznaje, że nie radzi sobie z problemami ze skupieniem w biurze.

Co warte podkreślenia, wyniki badania pokazują, że prawie trzy na cztery osoby pracowałyby w biurze więcej – i byłyby bardziej produktywne – gdyby pracodawcy robili więcej w celu zmniejszenia rozproszenia uwagi w miejscu pracy, dzięki współpracy między działem IT, HR i administracją budynku.

9 na 10 respondentów twierdzi, że hałas podczas rozmów telefonicznych frustruje ich, a większość pracowników uczestniczących w rozmowach telefonicznych i wideokonferencjach mówi, że rozproszenie można zminimalizować dzięki nowej technologii (56 proc.) i eliminacji hałasu tła (56 proc.). Ponad połowa pracowników twierdzi, że ich firma może zredukować problemy ze skupieniem poprzez ustanowienie cichych stref, ustalenie wytycznych dotyczących odpowiedniego poziomu hałasu i zmianę układu biura.

Metodologia badawcza

Wyniki badań są oparte na globalnym badaniu przeprowadzonym przez agencję Savanta w USA, Kanadzie, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Chinach, Australii, Nowej Zelandii, Japonii i Indiach w dniach 18-26 marca 2019 roku. W ramach tego badania 5150 respondentów zadano ogólne pytania dotyczące ich pracy w biurze oraz korzyści i problemów z niej wynikających . Badanie było skierowane do pracowników, którzy pracują co najmniej trzy dni w korporacyjnym środowisku biurowym i w organizacjach różnej wielkości. Wszyscy ankietowani przeszli proces podwójnego procesu weryfikacji (opt-in) i otrzymali średnio 300 punktów przed wzięciem udziału w ankietach.

Telehorse zmienia nazwę na Cannabis Poland i rozpoczyna działalność w branży konopi leczniczych

W dniu 13/05/2019 spółka notowana na NewConnect zmieniła nazwę na „Cannabis Poland SA”. Akcjonariusze podmiotu znanego dotychczas pod nazwą „Telehorse”, podjęli uchwały o zmianie  działalności na branżę konopną: jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się obecnie dziedzin w wielu krajach świata z USA i Kanadą na czele.

Podczas Walnego Zgromadzenia spółka uchwaliła także emisję z prawem poboru nie więcej niż 30.800.000 akcji w cenie 0,10 zł, co oznacza możliwość pozyskania 3.080.000,00 zł. Dzień prawa poboru akcji ustalono na 4 czerwca 2019 roku, a każdy akcjonariusz posiadający na koniec tego dnia akcje spółki, otrzyma 4 prawa poboru za każdą akcję.

Cannabis Poland planuje rozwój w dziedzinie produkcji i sprzedaży wyrobów farmaceutycznych i medycznych z głównym nastawieniem na produkty zawierające kannabinoidy wytwarzane z konopi siewnej, czyli gatunku konopi, który jest całkowicie legalny w Polsce.

Spółka planuje skupić swoją działalność na produkcji i dystrybucji urządzeń oraz olejków do waporyzacji (inhalacji) kannabinoidów, a także prowadzić prace badawcze nad nowymi produktami spełniającymi wymagania prawne. Warto dodać, iż od 1 listopada 2017 roku w Polsce dopuszczalne jest  stosowanie do celów leczniczych marihuany wytwarzanej z konopi indyjskich.

Spośród kilkuset substancji wykrytych w konopiach, kannabinoidy takie jak CBD, CBC, CBG, czy CBN posiadają silne właściwości zdrowotne. Dla przykładu kannabidiol (CBD) jest najczęściej uzyskiwany poprzez ekstrakcję dwutlenkiem węgla. W ten sposób otrzymuje się czyste CBD, które następnie może zostać przetworzone w olejek do podawania doustnego lub w jeden z typów koncentratów przeznaczonych do waporyzacji. Waporyzacja produktów bogatych w kannabinoidy jest uznawana za najbardziej skuteczną, efektywną i oszczędną metodę ich przyjmowania. Dzięki niej kannabinoidy dostają się bezpośrednio do krwiobiegu zaledwie w kilkanaście sekund.

Kannabinoidy są stosowane w kuracjach przeciwzapalnych, przeciwbólowych, przeciwlękowych, przeciwpsychotycznych i przeciwspazmatycznych. Znajdują zastosowanie w chorobie Alzheimera, stwardnieniu rozsianym, białaczce, cukrzycy, astmie, epilepsji, urazach rdzenia kręgowego, migrenie, terapiach odwykowych. Pomagają w bólach reumatycznych. Mają właściwości przeciwwymiotne i stymulujące apetyt, co ma zasadnicze znaczenie dla osób w trakcie chemioterapii. Mogą być również stosowane w procesie odwykowym przy walce z nałogiem palenia tytoniu.

Największe spółki z branży cannabis takie jak Canopy Growth, Aurora Cannabis czy Cronos Group są notowane na giełdach w Kanadzie i USA, a ich wyceny wynoszą odpowiednio 22 mld CAD, 11 mld CAD i 5 mld USD.

Według firmy Prohibition Partners wielkość rynku medycznego bazującego na konopiach szacowana jest w 2028 roku w Polsce na 2 mld EUR oraz na 58 mld EUR w całej Europie.

Napięcia handlowe na pierwszym planie

Po zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczącej podwyżki ceł na chiński import do USA z minionego weekendu rynki akcyjne na całym świecie zabarwiły się na kolor czerwony. Spadki rozlały się na wiele rynków, a informacje z frontu handlowego przysłoniły inne treści i przesądziły o obrazie całego tygodnia. Jak się okazało, obu stronom nie udało się dojść do porozumienia, a wyższe cła stały się faktem, jednak negocjacje będą kontynuowane, więc ten temat jeszcze długo może znajdować się w centrum uwagi inwestorów. Za oceanem indeks S&P500 spadł o -2,18%, DJIA o -2,12%, a indeks giełdy Nasdaq skurczył się o -3,03%. W Europie skala spadków również była znacząca. Niemiecki DAX stracił -2,84%, francuski CAC40 -3,99%, a brytyjski FTSE100 znalazł się -2,40% pod kreską. W sytuacji podwyższonej niepewności na rynkach oprócz spadków na giełdach, na rynkach zyskiwały obligacje oraz waluty, takie jak japoński jen i frank szwajcarski, uznawane za bezpieczne przystanie. Spadające rentowności obligacji na rynkach bazowych, przełożyły się na wzrost cen polskich obligacji skarbowych. W takim środowisku dobrze poradził sobie Superfund Obligacyjny, który w skali ostatniego tygodnia zyskał 0,26%.

W Polsce GPW zanotowała bardzo słaby tydzień, choć biorąc pod uwagę sytuację na rynkach globalnych, nie powinno to nikogo dziwić. Indeks szerokiego rynku WIG stracił aż -4,74%, w tym największe spółki spadły o -5,48%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -2,04% oraz -3,11%.

W tym tygodniu w Polsce czeka nas bogaty kalendarz makroekonomiczny. We wtorek zostaną opublikowane dane o bilansie płatniczym w marcu, w środę oprócz posiedzenia RPP, poznamy wartość PKB w pierwszym kwartale oraz finalny odczyt inflacji CPI w kwietniu, a w czwartek czeka nas odczyt inflacji bazowej. Na rynkach globalnych oprócz informacji z frontu handlowego, warto zwrócić uwagę na odczyt produkcji przemysłowej ze strefy euro we wtorek oraz indeks ZEW z gospodarki niemieckiej. W środę poznamy ważne dane z Chin oraz Stanów Zjednoczonych – produkcję przemysłową oraz sprzedaż detaliczną, a także niemiecki PKB.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Ronson Development prezentuje wyniki finansowe za 1 kw. 2019 r.

Ronson Development proponuje wypłatę 0,06 zł dywidendy na akcję z zysku za 2018 rok i prezentuje wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 roku.

  • Zarząd Ronson Development rekomenduje, by na wypłatę dywidendy z zysku za 2018 r. przeznaczyć 0,06 zł na akcję, czyli łącznie około 9,8 mln zł. Kwota ta odpowiada ponad 70% ubiegłorocznego zysku netto przypisanego akcjonariuszom Spółki.
  • W pierwszym kwartale 2019 r. Ronson Development uzyskał przychody w wysokości 66 mln zł, w tym 59,5 mln zł z tytułu przekazania klientom 132 lokali (w projektach objętych pełną konsolidacją) oraz 6,5 mln zł z tytułu sprzedaży działki we Wrocławiu. W analogicznym okresie ubiegłego roku Spółka rozpoznała przychody w łącznej wysokości 80,2 mln zł z tytułu przekazania nabywcom 234 lokali (w projektach objętych pełną konsolidacją).
  • Choć liczba przekazanych lokali w pierwszym kwartale br. była mniejsza niż pierwszym kwartale 2018 r., marża brutto z projektów mieszkaniowych znacząco wzrosła do poziomu 19,6% wobec 13,2% przed rokiem.
  • Wynik netto przypisany akcjonariuszom Ronson Development za I kwartał br. wyniósł 3,5 mln zł i był zbliżony do osiągniętego w analogicznym okresie 2018 r. (3,9 mln zł).

Ponad 70% ubiegłorocznego zysku netto na dywidendę

Zaproponowana przez zarząd Ronson Development wypłata dla akcjonariuszy została pozytywnie zaopiniowana przez radę nadzorczą dewelopera i jest zgodna z przyjętą w ubiegłym roku polityką dywidendową. Zakłada ona przeznaczanie na dywidendę kwoty wynoszącej 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 0,06 zł na akcję (około 9,8 mln zł). Zarząd zaproponował wypłatę dywidendy w takiej właśnie wysokości. Kwota ta odpowiada 73% ubiegłorocznego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej, który wyniósł 13,5 mln zł.

Nir Netzer, prezes Ronson Development
Nir Netzer, prezes Ronson Development

– Sytuacja finansowa Ronson Development jest stabilna, dlatego chcemy kontynuować praktykę dzielenia się wypracowanymi zyskami z naszymi akcjonariuszami – powiedział Nir Netzer, prezes Ronson Development.

Ostateczną decyzję w sprawie dywidendy za 2018 rok podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy spółki, którego zwołanie planowane jest na pierwszą połowę czerwca. Zarząd proponuje, aby dzień ustalenia prawda do dywidendy został wyznaczony na 18 czerwca, a jej wypłata nastąpiła 25 czerwca br.

Mieszkania z wyższą marżą

W pierwszym kwartale tego roku Ronson przekazał klientom łącznie 145 lokali, w tym 132 w projektach objętych pełną konsolidacją i 13 w projekcie City Link I i II, w którym udział Spółki wynosi 50%.

– Największy udział w przychodach i zyskach rozpoznanych w pierwszym kwartale tego roku miał projekt Miasto Moje na warszawskiej Białołęce, gdzie marża brutto na sprzedaży przekracza 22%. Średnia marża brutto na wszystkich lokalach przekazanych klientom w pierwszych trzech miesiącach tego roku wyniosła 19,6%. W analogicznym okresie ubiegłego roku przekazaliśmy nabywcom znacznie więcej mieszkań, ale średnia marża brutto wyniosła jedynie 13,2%, z uwagi na dwa projekty z blisko zerową marżą (Panoramika w Szczecinie i Młody Grunwald w Poznaniu). W efekcie, w pierwszym kwartale tego roku, mimo mniejszych przychodów, zanotowaliśmy wyraźną poprawę rentowności na poziomie zysku brutto na sprzedaży – wskazał Rami Geris, wiceprezes zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Na koniec I kwartału 2019 r. w już ukończonych projektach Spółki znajdowało się łącznie 357 lokali, które nie zostały jeszcze przekazane klientom, w tym 276 lokali było już sprzedanych, a 81 pozostawało w ofercie sprzedaży. Do końca tego roku Ronson Development planuje ponadto zakończyć realizację inwestycji obejmujących łącznie 741 lokali, spośród których 580 było już sprzedanych do marca br.

W całym 2019 r. Ronson planuje przekazać nabywcom około 800 lokali (wobec 764 w 2018 r.).

Dobry początek roku w sprzedaży

W pierwszym kwartale 2019 r. Ronson zakontraktował sprzedaż 174 lokali wobec 188 w analogicznym okresie ubiegłego roku. Łączna wartość podpisanych umów była natomiast większa o 8% r/r i wyniosła 77,8 mln zł (wobec 71,9 mln zł w I kwartale 2018 r.).

– 174 sprzedanych lokali w pierwszym kwartale należy uznać za bardzo dobry rezultat, biorąc pod uwagę fakt, że rozpoczęliśmy ten rok z mocno wyprzedaną ofertą wynoszącą zaledwie 562 lokale. Wynik za pierwsze trzy miesiące br. był znacznie lepszy niż w ostatnim kwartale 2018 r. Od początku tego roku istotnie wzmocniliśmy i urozmaiciliśmy naszą ofertę i na koniec pierwszego kwartału obejmowała ona już 849 lokali. Biorąc pod uwagę kolejne ciekawe projekty w przygotowaniu, jesteśmy pozytywnie nastawieni, jeśli chodzi o realizację naszych planów, zakładających sprzedaż około 800 lokali w całym roku – wskazał Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

W I kwartale 2019 r. Ronson Development wystartował z budową trzech projektów obejmujących łącznie 461 lokali, a w całym bieżącym roku planuje rozpocząć realizację łącznie ośmiu inwestycji liczących w sumie ponad 1 000 lokali.

Kolejny etap Novej Królikarni w portfelu spółki

Lista nowych inwestycji, które Ronson Development uruchomi w tym roku, może się jeszcze wydłużyć. W kwietniu Spółka skorzystała bowiem z przysługującej jej opcji nabycia kolejnego etapu projektu Nova Królikarnia, zakładającego realizację 84 lokali o łącznej powierzchni około 9,2 tys. m2.

– Nova Królikarnia to najbardziej prestiżowy projekt w naszym portfelu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników, jakie nam dotychczas przynosi, dlatego skorzystaliśmy z możliwości nabycia jego kolejnego etapu na atrakcyjnych warunkach. Rozważamy rozpoczęcie realizacji tego etapu jeszcze w tym roku – zapowiedział Nir Netzer.

Cyfryzacja również dla seniorów. Firmy muszą ich uwzględniać w swoich strategiach zmian

Cyfryzacja również dla seniorów. Firmy muszą ich uwzględniać w swoich strategiach zmian 1

Firmy, które nie wdrażają cyfrowej transformacji, mogą wkrótce zniknąć z rynku – uważa Szymon Włochowicz, członek zarządu firmy Hicron. Przestaną się liczyć zwłaszcza dla młodego pokolenia konsumentów, przyzwyczajonych do korzystania z technologii i internetu, którzy nie będą wkrótce zainteresowani usługami firm dostępnych tylko offline. Z drugiej strony marki nie powinny jednak lekceważyć starszych klientów. Ci są mniej obeznani z cyfrowymi narzędziami, ale to także istotna grupa rynkowa. 

Cyfryzacja wszystkich bez wyjątku procesów zachodzących w przedsiębiorstwie jest niemożliwa, ale trend ten będzie miał naprawdę kluczowe znaczenie. Jeśli teraz zignorujemy cyfryzację, to za kilka lat możemy zostać z przestarzałymi procesami w przestarzałych firmach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Włochowicz, dyrektor działu realizacji usług i członek zarządu Hicron.

Cyfrowa transformacja stała się dla biznesu priorytetem i koniecznością, niezależnie od branży i wielkości firmy. Potwierdzają to badania IDC, według których globalne wydatki na technologie i usługi umożliwiające cyfrową transformację sięgną 1,97 bln dol. w 2022 roku, rosnąc w tempie 16,7 proc. rocznie. IDC przewiduje, że już w przyszłym roku 30 proc. firm z listy Global 2000 będzie przeznaczać co najmniej 10 proc. swoich przychodów na realizację strategii cyfrowych.

Głównym obszarem, w którym firmy wykorzystują cyfrowe technologie, jest marketing i obsługa klientów. Nowe narzędzia pozwalają m.in. poprawić jakość usług i usprawnić komunikację. Jednak ekspert Hicron podkreśla, że zdigitalizowane mogą być w zasadzie wszystkie procesy zachodzące w przedsiębiorstwie: począwszy od łańcucha dostaw, który można w całości scyfryzować tak, aby przepływem materiałów zarządzał system informatyczny, a skończywszy na automatyzacji procesów zakupowych czy HR-owych, które mogą być w całości realizowane w sieci. Podobnie pracownicy mogą korzystać z rozwiązań IT i pracować z każdego zakątka świata.

Nie trzeba już iść do biura, żeby wykonywać swoją pracę. Dzięki narzędziom online możemy odnieść znaczne korzyści gospodarcze. Jeżeli nie wszyscy pracownicy muszą przebywać w biurze, to przedsiębiorstwo nie ma konieczności zapewniania im przestrzeni biurowej, dostępu do internetu itd. W ten sposób ogranicza koszty, notuje zyski, a przy tym pracownicy są szczęśliwi i chętni do pracy, bo mogą wykonywać swoje obowiązki skąd zechcą. Ten trend będzie wzrastał – mówi Szymon Włochowicz.

Cyfrową transformację napędzają oczekiwania konsumentów, zwłaszcza młodego pokolenia, które przywykło do nowych technologii i wychowało się na dostępie do internetu. Według ubiegłorocznych badań CBOS („Korzystanie z internetu 2018”) użytkownikami sieci jest prawie 100 proc. młodych Polaków w wieku 18–24 lata oraz 25–34 lata. W grupie wiekowej 35–44 lata ten odsetek wynosi z kolei 83 proc.

Młodzi napędzają zmianę, przy czym starsze pokolenie również zmienia swoje podejście – nie postrzega już cyfryzacji jako czegoś niebezpiecznego, dziwnego lub złego. Starsze osoby widzą płynące z niej korzyści. Doceniają to, że mogą robić zakupy w internecie albo za pomocą dwóch kliknięć myszy sprawdzić, który warsztat samochodowy cieszy się lepszą renomą. Bardzo szybko dostrzegają zyski płynące z cyfryzacji i przyjmują ją – mówi Szymon Włochowicz.

Jak podkreśla, dla firm istotną kwestią jest opracowywanie nowych rozwiązań w taki sposób, żeby były one przystępne również dla starszego pokolenia, mniej obytego z technologiami i internetem.

Łatwo jest zaprojektować sklep internetowy dla użytkowników mających doświadczenie w korzystaniu z takich stron jak Facebook, Google czy Amazon. Spróbujmy jednak zaprojektować sklep internetowy czy konfigurator dla uznanej marki samochodowej w taki sposób, żeby nieco starsze osoby były w stanie samodzielnie, za pierwszym czy drugim podejściem, skonfigurować swój samochód. To jest możliwe, ale wymaga przemyślenia. Konieczne jest przyjęcie podejścia, że tworzymy produkt dla osób, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z czymś podobnym – mówi Szymon Włochowicz.

Rosnącą adaptację nowych technologii wśród przedstawicieli starszego pokolenia widać m.in. na przekładzie e-commerce. Z danych GUS za ubiegły rok wynika, że w grupach wiekowych 55–64 oraz 65–74 lata odsetek kupujących w internecie wynosi kolejno 16 i 7 proc., jednak i wśród nich popularność zakupów w sieci istotnie wzrasta (wzrost z 13,3 i 5,3 proc. w ujęciu rocznym). Tegoroczny raport „InfoSenior” opracowany przez Związek Banków Polskich pokazuje z kolei, że aż 94 proc. polskich emerytów, którzy mają dostęp do sieci, aktywnie korzysta z bankowości elektronicznej. Marki powinny więc uwzględniać tę grupę w swoich rozwiązaniach.

– Warto zapewnić, żeby nasza marka czy sklep internetowy były łatwiej dostępne dla tych osób – podkreśla Szymon Włochowicz. – Ciekawym doświadczeniem jest obserwowanie, w jaki sposób użytkownicy nieobeznani z internetem korzystają z aplikacji. Warto znaleźć w swoim otoczeniu kogoś, kto nie ma zbyt dużego doświadczenia w użytkowaniu rozwiązań cyfrowych, i pokazać mu, nad czym aktualnie pracujemy, przyjrzeć się, w jaki sposób korzysta z projektowanego przez nas rozwiązania i wyciągnąć wnioski w kwestii ulepszeń, jakie możemy wprowadzić, aby stać się bardziej otwartymi na mniej doświadczonych użytkowników.

KGHM inwestuje w Hucie Miedzi Cedynia. Rusza nowa ekologiczna i innowacyjna inwestycja

0

KGHM inwestuje w Hucie Miedzi Cedynia. Rusza nowa ekologiczna i innowacyjna inwestycja 2

Spółka KGHM Polska Miedź otworzyła wartą 4,5 mln zł inwestycję w Hucie Miedzi Cedynia, dzięki której chce wzmocnić swój potencjał produkcyjny. Nowy Wydział Granulatu Miedzi będzie produkować surowiec w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie rynku na granulat miedziany, przeznaczony do produkcji stopów oraz w procesach galwanizacji. Inwestycja wpisuje się w strategiczne plany rozwoju spółki i – jak podkreśla wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski – umocni ją na pozycji europejskiego lidera. 

– KGHM jest spółką globalną i niekiedy łatwiej jej zdobyć szczyt, ale trudniej ten szczyt utrzymać. Od pewnego już czasu KGHM zaczyna się mocno na tym szczycie usadawiać i poprawia wyniki. Z jednej strony pomaga cena miedzi, ale nie udałoby się to bez właściwych decyzji o nowych inwestycjach, uporządkowaniu aktywów zagranicznych, ale również o nadaniu nowego impulsu rozwojowego KGHM-u, który jest liderem europejskim, ale i światowym. Myślę, że możemy mówić o KGHM jako o czempionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Tobiszowski, wiceminister energii.

W ubiegłym roku zysk netto KGHM Polska Miedź SA wyniósł 2 mld zł. Jak podaje spółka, udało się również ustabilizować produkcję, zrobić przegląd aktywów w Polsce i za granicą, istotnie poprawić parametry Sierra Gorda, rozpocząć redukcję zadłużenia oraz uruchomić nowe inicjatywy rozwojowe. Plany na ten rok związane są m.in. z poprawą rentowności, parametrów finansowych oraz obniżaniem kosztów. Pośrednio przyczyni się do tego otwarcie inwestycji, jaką jest nowy wydział Huty Miedzi Cedynia (gmina Rudna w województwie dolnośląskim).

– W Hucie Cedynia produkujemy walcówkę, druty miedziane i granulat. Granulat jest produktem, na który zwiększa się popyt, dlatego w dość szybkim tempie zwiększyliśmy możliwość jego produkcji, budując hale oraz ustawiając maszyny w taki sposób, żeby odpowiedzieć na to zapotrzebowanie rynkowe –mówi Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – To nie jest nasz ostatni krok, dlatego że wydłużenie łańcucha produkcji bardziej przetworzonych produktów miedzi jest naszym zamierzeniem strategicznym. Mamy już kolejne plany rozwojowe związane z Cedynią i większy wolumen produkcyjny.

Poszerzenie oferty Huty Miedzi Cedynia to inwestycja, która wynika ze strategii spółki na lata 2019–2023. Ma usprawnić i zintensyfikować pracę oraz odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie rynku na granulat z KGHM.

– To się w bardzo prosty sposób przekłada na sprzedaż. Wydajność nowej instalacji to 12 ton na dobę. Jeśli to przemnożymy, otrzymujemy konkretne wolumeny produkcyjne i sprzedażowe, które dają nam konkretne pieniądze przy bardzo zoptymalizowanych kosztach – mówi Marcin Chludziński.

– Dla KGHM-u to oznacza dołączenie do pewnego łańcucha wartości, bo Huta Miedzi Cedynia – przez stworzenie nowej linii produkcyjnej – dołożyła do swojej walcówki jeszcze granulat i zapełnia rynek swoim produktem. Bardzo mocno chcę też podkreślić nowoczesność, innowacyjność tej technologii i – co jest bardzo cenne – fakt, że tę technologię przygotowano i wdrożono dzięki pracownikom i inżynierom zatrudnionym w tej hucie – mówi Grzegorz Tobiszowski.

Otwarcie inwestycji zbiegło się w czasie z jubileuszem, ponieważ Huta Miedzi Cedynia rozpoczęła działalność dokładnie 40 lat temu. Obecnie jest największym zakładem przetwórstwa miedzi w Polsce oraz jedną z czterech największych walcowni miedzi w Europie. Tylko w ubiegłym roku wyprodukowała 248 tys. ton walcówki oraz 17 tys. ton drutu z miedzi beztlenowej i stopowej.

Huta przetwarza około 50 proc. miedzi wytwarzanej w Głogowie i Legnicy na walcówkę, drut i granulat miedziany, przeznaczony do produkcji stopów oraz procesów galwanizacji. Są to jednocześnie najbardziej przetworzone produkty z miedzi oferowane przez KGHM Polska Miedź SA.

– Ta inwestycja pokazuje, że umiemy w Polsce przekształcać ten tradycyjny przemysł w nowoczesny. Stajemy się krajem coraz bardziej uprzemysłowionym, który rozwija się poprzez reindustrializację i nowe technologie. To powoduje, że stajemy się jednym z ważniejszych gospodarczo krajów w Europie – mówi wiceminister energii.

Nowa inwestycja KGHM-u kosztowała ok. 4,5 mln zł. W hali posadowione są dwie, a docelowo będą trzy maszyny produkujące granulat, który stanowi pocięta w równych, powtarzających się odcinkach walcówka lub drut z wyrobów własnych, a proces jest realizowany praktycznie bezobsługowo. Co istotne, proces produkcji nie powoduje wytwarzania żadnych odpadów, pyłów ani cząstek poza produktem końcowym.

– Ta inwestycja jest na wskroś ekologiczna. Pokazujemy, że umiemy w polskim hutnictwie wdrażać inwestycje nowoczesne i ekologicznie, nieburzące ładu środowiskowego. KGHM w swojej strategii ma zapisany rozwój ekonomiczny, ale i ekologiczny. Trzeba trzymać kciuki, żeby ta konsekwencja była realizowana – mówi Grzegorz Tobiszowski.

Mistrzowie świata i Europy promują sport w szkołach. W mediach społecznościowych zachęcają uczniów podstawówek do aktywności fizycznej

Mistrzowie świata i Europy promują sport w szkołach. W mediach społecznościowych zachęcają uczniów podstawówek do aktywności fizycznej 3

200 szkół z całej Polski bierze udział w drugiej edycji programu Drużyna Energii, którego ideą jest promowanie sportu wśród uczniów polskich podstawówek. To istotne o tyle, że – jak pokazują statystyki – już co trzeci ośmiolatek w Polsce ma nadwagę. Stąd potrzebne jest zaangażowanie szkół i rodziców, ale promować sport, aktywność i zdrowe odżywianie wśród młodzieży pomagają też sukcesy polskich sportowców.

– Mamy nadzieję, że ten program wpłynie na lepszą kondycję młodzieży, bo – jak obserwujemy w szkołach – różnie z tym bywa. Tak naprawdę nie jest źle, ale do ideału bardzo dużo nam brakuje. Mamy świadomość, że telefony czy komputery zabierają młodzieży dużo czasu, a sport jest odkładany na później. Poprzez Drużynę Energii chcemy zachęcać młodzież do ruchu, do spełniania sportowych marzeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Citko, były piłkarz i Ambasador Drużyny Energii.

Drużyna Energii to ogólnopolski program sportowo-edukacyjny skierowany do uczniów klas VI–VIII szkoły podstawowej, którego partnerami są Grupa Energa i New Balance. Główny cel to przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych. W tym celu akcja wykorzystuje internet i media społecznościowe.

Program wspierają znani i lubiani przez młode pokolenie ambasadorzy: piłkarz Marek Citko, siatkarz Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, piłkarski freestyler Krzysztof Golonka, mistrzyni Europy w siatkówce Izabela Bełcik oraz najlepszy „dunker” świata Rafał Lipiński. Raz w miesiącu na stronie internetowej projektu ambasadorzy publikują 4 filmy z ćwiczeniami, które uczniowie muszą powtórzyć. Za każde wideo, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty. Najlepsza podstawówka zyskuje miano zwycięzcy miesiąca i wygrywa wizytę ambasadorów, a także ma szansę na udział w Wielkim Finale, który odbędzie się w czerwcu na gdańskim Stadionie Energa.

– Obecnie w projekcie bierze udział 200 szkół. Dostajemy dwu- albo nawet trzykrotnie więcej filmików z ćwiczeniami niż w poprzedniej edycji. Każdego miesiąca mamy blisko 10 tys. nadesłanych nagrań – mówi Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance Polska.

Szkoła, która w danym miesiącu prześle najciekawsze nagranie, może liczyć na odwiedziny ambasadorów i wspólny trening. W kwietniu maksymalną liczbę filmów wysłało pięć szkół, dlatego o wygranej decydowały zaangażowanie i staranność wykonywanych zadań. Zwycięzcą okazała się szkoła podstawowa w Mrocznie w województwie warmińsko-mazurskim.

– Braliśmy udział już w pierwszej edycji Drużyny Energii i otarliśmy się o zwycięstwo w ostatnim etapie. Ale to nas zmobilizowało jeszcze bardziej, przystąpiliśmy do kolejnej edycji i mamy sukces. Lekcje z ambasadorami Drużyny Energii są wyjątkowym wydarzeniem, na które czekaliśmy – mówi Anna Wioletta Kamińska, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Mrocznie.

– To jest dla nas wyjątkowe święto, które kosztowało nas dużo pracy, żebyśmy mogli gościć mistrzów świata i Europy. Spotykaliśmy się praktycznie codziennie, aby nagrywać filmiki – dodaje Dawid Rutkowski, nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Mrocznie.

Obecna edycja Drużyny Energii jest już drugą. W premierowej, ubiegłorocznej uczniowie przesłali łącznie ponad 20 tys. filmów z ćwiczeniami, a Drużyna Energii przejechała 2,2 tys. kilometrów, odwiedzając szkoły w Olszynach, Żorach, Gdyni, Kętrzynie i Łęgu Probostwie.

– Dotychczas byliśmy i w dużych szkołach, i w małych miejscowościach. Akurat teraz mieliśmy okazję przeprowadzić finał w jednej z mniejszych, ale atmosfera była niesamowita. Klimat i infrastruktura takich miejsc pozwalają przeprowadzić tutaj naprawdę niezapomniany event. Obecność lokalnych władz, frekwencja dzieciaków i rodziców wskazuje, że takie imprezy mają sens i są dużym wydarzeniem w skali regionu – mówi Robert Leszczyński.

W czwartym miesiącu zmagań ambasadorzy przygotowali dla uczniów kolejne ćwiczenia, które można znaleźć na stronie internetowej projektu.

– Mam nadzieję, że po tym programie więcej dzieci będzie ćwiczyło, a przede wszystkim niektóre uwierzą w siebie. My też jesteśmy z małych miejscowości, zaczynaliśmy w małych klubach, ale udało nam się osiągnąć szczyty sportu. Pokazujemy dzieciom, że przez taki trening, charakter, samozaparcie też mogą dojść bardzo wysoko – mówi Marek Citko.

Dane satelitarne wspierają pracę administracji publicznej. Urzędnicy będą szkoleni na temat sposobów ich wykorzystywania

Dane satelitarne wspierają pracę administracji publicznej. Urzędnicy będą szkoleni na temat sposobów ich wykorzystywania 4

Polski sektor kosmiczny szybko nadrabia zaległości względem państw Zachodu. Krajowe firmy są częścią międzynarodowego ekosystemu, uczestniczą w misjach kosmicznych i współpracują m.in. z NASA czy ESA. W Polsce dynamicznie rozwijają się kosmiczne takie specjalizacje, jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne. Duży odsetek przedsiębiorstw koncentruje swoją działalność na obszarze technologii satelitarnych, a jednym z głównych ich odbiorców jest administracja publiczna. W drugiej połowie roku Polska Agencja Kosmiczna przeszkoli urzędników administracji publicznej w zakresie wykorzystywania danych pochodzących z satelitów.

Nie mamy w kosmosie tak długiego doświadczenia jak kraje Europy Zachodniej i podmioty z państw zachodnioeuropejskich. Dlatego nadrabiamy innowacyjnością i pomysłowością. Na to kładziemy mocny akcent, stąd wiele programów akceleracyjnych, które pomagają młodym polskim firmom promować i rozwijać innowacyjne rozwiązania w sektorze lotniczo-kosmicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes mgr inż. Mariusz Kacprzak z Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa.

Wsparcie polskiego sektora kosmicznego to główny cel przyjętej przez rząd w 2017 roku Polskiej Strategii Kosmicznej. Zakłada ona m.in. zwiększenie udziału polskich firm w obrotach europejskiego sektora kosmicznego do 3 proc. w 2030 roku. Ta branża rozwija się w Polsce bardzo szybko – według MPiT jeszcze dwa lata temu w Polsce było około 30 firm działających w sektorze kosmicznych, podczas gdy obecnie jest ich ponad 300. Większość z nich współpracuje z międzynarodowymi agencjami (np. Astronika w ramach współpracy z NASA zaprojektowała próbnik kosmiczny dla marsjańskiej misji InSight), uczestniczy w misjach kosmicznych albo działa jako podwykonawcy największych globalnych podmiotów.

Do dynamicznego rozwoju sektora kosmicznego przyczyniło się m.in. przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej w końcówce 2012 roku. Jak podaje Polska Agencja Kosmiczna, polskie firmy i instytuty naukowo-badawcze efektywnie wykorzystały 6 lat członkostwa w ESA. Zrealizowały lub realizują dla europejskiej agencji około 330 kontraktów o łącznej wartości ponad 100 mln euro. Biorą też udział w prestiżowych misjach kosmicznych ESA, takich jak: Rosetta – na kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko, Cassini-Huygens – na Tytana, księżyc Saturna, Proba 3 – badająca zewnętrzną warstwę atmosfery słonecznej, ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii kładzie bardzo duży nacisk na rozwój innowacyjnych rozwiązań. Nie da się ukryć, że inwestycje w branży kosmicznej są potrzebne i mówimy o setkach tysięcy, jeśli nie o milionach złotych. Żeby przejść od idei do komercyjnego rozwiązania, potrzebne są naprawdę duże inwestycje. Dlatego wsparcie państwa jest bardzo potrzebne – zarówno bezpośrednie środki, które pozwalają rozwinąć produkt, jak i umożliwienie polskim firmom uczestnictwa w międzynarodowych projektach – podkreśla Mariusz Kacprzak.

Opracowany przez Polską Agencję Kosmiczną Krajowy Program Kosmiczny na lata 2019–2021 zakłada wsparcie dla 54 uzupełniających się projektów, które przyczynią się do szybszego rozwoju tej branży w Polsce. Budżet programu wynosi 248,5 mln zł, a 40 proc. tych środków zostanie przeznaczonych na tzw. projekty duże, kluczowe dla osiągnięcia celu Polskiej Strategii Kosmicznej. Dotyczą one wsparcia polskiej kosmicznej misji naukowej, rozwoju krajowego systemu świadomości sytuacyjnej w kosmosie, programu projektów zamawianych, rozwoju infrastruktury oraz programu polskich rakiet suborbitalnych. Krajowy Program Kosmiczny zakłada też aktywną promocję polskiej branży kosmicznej oraz budowanie kompetencji i edukację przyszłych kadr dla sektora kosmicznego w Polsce.

Ekspert Centrum Technologii Kosmicznych podkreśla, że równie ważne jest też uczestnictwo polskich firm i jednostek naukowych podmiotów w międzynarodowych projektach. Tylko na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy Polska Agencja Kosmiczna została członkiem Europejskiego Konsorcjum ds. robotyki kosmicznej Peraspera oraz Konsorcjum SST, związanego ze śledzeniem śmieci kosmicznych zagrażających infrastrukturze w Kosmosie i na Ziemi. Umożliwi to polskim firmom udział w przedsięwzięciach finansowanych ze środków UE, których budżet w bieżącej i przyszłej perspektywie finansowej przekroczy 350 mln euro. Zauważa również, że o ile jeszcze kilka lat temu w polskim sektorze kosmicznym dominowały inwestycje ze środków publicznych, o tyle w tej chwili tendencja się odwraca.

Pojawiają się firmy, które inwestują własne środki, żeby rozwinąć produkty i dotrzeć do klientów. Są w Polsce podmioty, które świadczą usługi oparte na  analizie zdjęć satelitarnych, podmioty, które wykiełkowały w oparciu o własne finansowanie. Są też firmy, które zaczynają rozwijać satelity obserwacyjne –mówi Mariusz Kacprzak.

Jak podaje Polska Agencja Kosmiczna, w Polsce dynamicznie rozwijają się takie kosmiczne specjalizacje, jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne. Duży odsetek przedsiębiorstw koncentruje swoją działalność na obszarze technologii satelitarnych.

Z danych firmy badawczej P&S Research Market przytaczanych przez CloudFerro wynika, że globalny rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym szybko rośnie – w 2023 roku ma być wart już 5,2 mld dol. Dane dostarczane przez satelity krążące nad Ziemią mają cały szereg zastosowań, m.in. w monitorowaniu środowiska i zmian klimatycznych, w sektorze wydobywczym i rolniczym, w celach militarnych bądź gospodarce przestrzennej.

– Głównym odbiorcą przetworzeń danych satelitarnych są też jednostki administracji publicznej. Od kilku lat, systematycznie budujemy świadomość pracowników jednostek administracji publicznej i pokazujemy, że wykorzystanie danych satelitarnych ma realny wpływ na podniesienie efektywności pracy –podkreśla Mariusz Kacprzak.

Z badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Kosmiczną w ubiegłym roku wynika, że 72 proc. urzędników jest zainteresowanych szkoleniami, które dotyczą wykorzystywania danych satelitarnych w pracy administracji. Jako możliwości ich wykorzystania urzędnicy wskazywali najczęściej identyfikowanie zmian zagospodarowania przestrzennego (37 proc.), inwentaryzację działek rolnych (26 proc.), analizę hydrologiczną (18 proc.), określanie ryzyka i skutków powodzi (17 proc.), analizę roślinności (17 proc.), analizę meteorologiczną (17 proc.) oraz opracowywanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego (15 proc).

W drugiej połowie tego roku mają wystartować szkolenia agencji dla administracji publicznej w ramach projektu Sat4Envi. Ich celem będzie m.in. rozszerzenie wiedzy urzędników dotyczącej możliwości wykorzystania danych satelitarnych oraz kształcenie odpowiednich umiejętności – doboru, pozyskiwania i wykorzystania zobrazowań i usług satelitarnych.

Jest wiele przykładów zastosowania danych satelitarnych w różnych obszarach i gałęziach gospodarki. Polskie firmy oferują usługi m.in. dla leśnictwa, rolnictwa, zarządzania kryzysowego. To są obszary kluczowe, które mają największy potencjał, jeśli chodzi o wykorzystanie danych satelitarnych – mgr inż. Mariusz Kacprzak.

Poznań stawia na współdzielenie środków transportu. Miasto chce, żeby takie inicjatywy finansowały się same

Poznań stawia na współdzielenie środków transportu. Miasto chce, żeby takie inicjatywy finansowały się same 5

Obniżenie poziomu hałasu, ekologia, czystość powietrza i mniej korków – to główne powody, dla których miasta promują publiczną komunikację i rozwijają alternatywne formy transportu. Poznań stawia mocny akcent na współdzielenie – w stolicy Wielkopolski są już dostępne rowery, skutery, samochody i hulajnogi na minuty. Miasto dąży do modelu, w którym takie inicjatywy będą finansować się same, na zasadach czysto rynkowych.

– Stawiamy na ekologiczny i zrównoważony transport, dlatego przede wszystkim rozwijamy transport publiczny i zachęcamy do korzystania z niego. Współpracujemy też z podmiotami zewnętrznymi, które oferują alternatywne środki transportu, jak auta czy skutery współdzielone. Są to inicjatywy prowadzone w Poznaniu na zasadach czysto komercyjnych, rynkowych, nie w trybie współpracy z miastem, natomiast przy pełnym naszym wsparciu dla tego typu rozwiązań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Gosiewski, dyrektor Zarządu Transportu Miejskiego, UM w Poznaniu. – W naszym zakresie leży natomiast rozwój systemu roweru miejskiego.

Z początkiem marca w Poznaniu po raz ósmy ruszył system rowerów miejskich – w tym roku rozszerzony o jednoślady czwartej generacji, wyposażone w nadajniki GPS. Można je wypożyczyć za pośrednictwem aplikacji mobilnej i nie trzeba zostawiać ich w stacji dokującej, ale w dowolnym miejscu na terenie Poznania. Warto jednak oddawać te rowery w specjalnie wyznaczonych i oznakowanych strefach PRM 4G (jest ich ponad 100), bo wówczas użytkownik nie ponosi dodatkowej opłaty w wysokości 5 zł. Na początek Poznań udostępnił mieszkańcom 475 rowerów 4G, w tym 30 elektrycznych, których liczba co roku będzie zwiększana. W miejskim systemie funkcjonuje blisko 1,2 tys. rowerów 3G, bez nadajników, które można wypożyczyć w ponad 100 stacjach.

Jak podkreśla dyrektor ZTM w Poznaniu, miasto stawia mocny akcent na to, żeby zachęcać mieszkańców do korzystania z publicznej komunikacji i nowoczesnych form transportu. Obok współdzielonych rowerów promuje też m.in. carsharing. Wypożyczalni samochodów na minuty szybko przybywa w całej Polsce, podobnie jak użytkowników tej usługi. Zgodnie z analizami PwC („The five dimensions of automotive transformation”) w 2030 roku już co trzeci kilometr przejechany w Europie będzie realizowany w formule carsharingu.

– Wykorzystanie pojazdów współdzielonych powoduje zdecydowanie zmniejszenie zatłoczenia i optymalizuje korzystanie z miejsc parkingowych. Nie ukrywajmy, liczba tych miejsc jest ograniczona, a miasto nie jest w stanie zapewnić ich wszystkim chętnym. Otwarta pozostaje dyskusja dotycząca wysokości opłat za parkowanie w ścisłym centrum. Natomiast korzystając z pojazdu współdzielonego, użytkownik dojeżdża do centrum miasta i parkuje ten pojazd w ramach swojej opłaty i nie przejmuje się kosztem parkowania, ponieważ pokrywa go operator. Z kolei operator zakłada, że w tym czasie kolejna osoba już z tego pojazdu skorzysta. Jest to z całą pewnością korzystne zarówno dla użytkowników, jak i dla miejskiego systemu transportowego – mówi Jan Gosiewski.

Nowością, która pojawiła się w Poznaniu w końcówce ubiegłego roku, są elektryczne hulajnogi. To kolejna – po rowerach, skuterach i samochodach – forma współdzielonego transportu. Stolica Wielkopolski jest trzecim po Warszawie i Wrocławiu miastem, w którym taką usługę uruchomiła firma Lime, umożliwiając mieszkańcom wypożyczenie jednego z 200 elektrycznych pojazdów za pośrednictwem aplikacji. Ich liczba ma być coraz większa.

Problemem są jednak kwestie prawno-formalne: hulajnogi nie mają stacji dokujących, po skończonej podróży można je zostawić w dowolnym miejscu. W praktyce są często porzucane np. na środku chodników czy ścieżek rowerowych. Z tym problemem boryka się także Warszawa.

– Jest to duża ciekawostka, która może być uzupełnieniem oferty przewozowej transportu publicznego. Umożliwia sprawniejsze i szybsze dotarcie np. do przystanku komunikacji miejskiej. Natomiast są pewne problemy związane z parkowaniem tych pojazdów, niedogodnościami dla pieszych czy osób niepełnosprawnych, jeżeli takie pojazdy są pozostawione w miejscach do tego nieprzeznaczonych. To jest kwestia wypracowania nowych nawyków, trochę większej kultury korzystania z tych pojazdów, zaangażowania operatora w zakresie monitorowania na bieżąco tej sytuacji – mówi Jan Gosiewski.

Z ubiegłorocznego raportu „Mobility as a Service PL”, przygotowanego przez Straal i fundację Digital Poland, wynika, że współdzielone rowery i samochody to dwie najpopularniejsze na polskim rynku formy transportu oparte na sharing economy. Rowery na minuty to rozwiązanie znane 90 proc. Polaków, a współdzielone samochody – 68 proc. Natomiast z usługą wynajmu elektrycznego skutera lub hulajnogi na minuty zetknęło się 28 proc. Polaków.

– W obszarze alternatywnych form transportu jesteśmy otwarci na wszelkie możliwości. Dążymy do takiego modelu, w którym będą to inicjatywy samofinansujące się na zasadach rynkowych, więc pozostajemy otwarci na kreatywność podmiotów, które te usługi będą chciały zaoferować – mówi Jan Gosiewski.

Historię choroby będzie można przechowywać w aplikacji mobilnej. Dzięki takiemu rozwiązaniu lekarze zyskają więcej czasu dla pacjentów

Historię choroby będzie można przechowywać w aplikacji mobilnej. Dzięki takiemu rozwiązaniu lekarze zyskają więcej czasu dla pacjentów 6

W Polsce wizyta lekarska trwa średnio nieco ponad 10 minut. Dzięki aplikacji gromadzącej historię leczenia skróci się czas, jaki lekarz poświęca w jej trakcie na wypełnienie dokumentów i wstępny wywiad. Umożliwi to poświęcenie czasu na leczenie chorego. Jednocześnie szacuje się, że do 2022 roku urządzenia i rozwiązania mobilne staną się powszechnie wykorzystywane w leczeniu pacjentów. Elektroniczna dokumentacja przechowywana w chmurze będzie jednym z najistotniejszych trendów.

W badaniu przeprowadzonym przez Zebra Technologies w 2018 r. oszacowano, że do 2022 r. 97 proc. pielęgniarek szpitalnych i 98 proc. lekarzy szpitalnych będzie korzystać z urządzeń mobilnych w leczeniu pacjentów. Urządzenia te pomagają już pielęgniarkom zmniejszyć błędy w podawaniu leków, pomagają w etykietowaniu próbek i redukują możliwe do uniknięcia błędy medyczne. Jednocześnie za kierunek rozwoju mobilnej medycyny twórcy raportu uznali korzystanie z urządzeń mobilnych w celu uzyskania dostępu do baz danych medycznych i leków, wyników laboratoryjnych i elektronicznych kart zdrowia.

– SynappseHealth  to miejsce do przechowywania, analizowania i wyciągania wniosków z danych medycznych. To, do czego chcemy doprowadzić, to to, żeby wszystkie dane, które są w szpitalach, w klinikach czy u dentysty, znajdowały się w jednym miejscu i żeby można było przechowywać wszystkie dane medyczne w jednej aplikacji i wykorzystywać te informacje u wszystkich lekarzy – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Suchanowski, założyciel SynappseHealth.

Brak digitalizacji danych o pacjentach i szerszego do nich dostępu sprawiają, że dużą część pierwszej wizyty lekarskiej zajmuje obecnie wypełnienie dokumentacji i przeprowadzenie wywiadu, w którym lekarz zbiera informacje ogólne o stanie zdrowia pacjenta. Jednocześnie z analizy opublikowanej w British Medical Journal wynika, że w Polsce wizyta lekarska trwa średnio nieco ponad 10 minut. Biorąc pod uwagę czas potrzebny na zebranie informacji, realny czas przeznaczany na diagnozowanie i leczenie jest niewystarczający. Dla porównania w Szwecji wizyta trwa średnio ponad 22 minuty.

– Lekarze spędzają za dużo czasu na papierologii, na tworzeniu dokumentacji, która jest tak naprawdę im niepotrzebna w danym momencie. Ponadto obecnie w ogóle nie istnieje wymiana danych między klinikami a szpitalami – twierdzi ekspert.

Wdrożenie aplikacji, w której dane medyczne są zebrane w jednym miejscu, może wydłużyć czas, jaki lekarz poświęca podczas wizyty na diagnozę.

– Lekarz podczas wizyty ma możliwość uruchomienia systemu SynappseHealth na swoim komputerze. Gdy w gabinecie lekarskim komputera nie ma, użytkownik może udostępnić dane za pomocą aplikacji. Może też po prostu wyjąć telefon i na podstawie ustawienia odpowiednich filtrów może odpowiednie dane lekarzowi pokazać na telefonie bądź je po prostu przeczytać – wyjaśnia Sebastian Suchanowski.

Oprócz zadania podstawowego, jakim jest możliwość udostępnienia lekarzowi skoncentrowanych danych podczas wizyty, rozwiązanie takie może być przydatne również w sytuacjach nagłych. Bardzo często ratownicy i medycy nie mają w takich przypadkach wiedzy o czynnikach stanowiących o zagrożeniu życia. Zaledwie niewielka część osób przewlekle chorych nosi opaski informacyjne czy kartkę, na której spisane są przyjmowane przez nie leki lub kontakt do lekarza prowadzącego.

– W przypadku, gdy mamy do czynienia z osobą, która została poszkodowana w jakimś wypadku, jest nieprzytomna bądź też straciła pamięć na chwilę, możemy taką osobę zidentyfikować za pomocą, czy to numeru PESEL, czy też imienia i nazwiska. Wtedy możemy uzyskać dostęp do danych, takich jak grupa krwi czy uczulenia, które mogą być krytyczne w przypadku potrącenia bądź też zagrożenia zdrowia lub życia – mówi założyciel SynappseHealth.

Tymczasem w USA rozwijany jest projekt, w ramach którego trzy nowojorskie ośrodki zdrowia wdrażają zintegrowaną elektroniczną dokumentację medyczną „Epic”. Do 2022 roku wszyscy lekarze z placówek mają mieć dostęp do wspólnej platformy. Epic zapewni pacjentom dostęp do bezpiecznego portalu, który umożliwi komunikowanie się z lekarzem i jego gabinetem, planowanie terminów, żądanie uzupełniania leków i łatwiejsze zarządzanie ogólną dokumentacją medyczną.

Projekt polskich twórców jest w fazie kończenia pierwszej wersji aplikacji mobilnej. Będzie w niej można przechowywać historię choroby. Znajdą się tam dane z wizyt lekarskich, objawów, diagnoz czy cen wizyt lekarskich. Obecnie przygotowywana jest wersja aplikacji na smartfony z systemem iOS i na komputery.

Ekologiczny beton może się okazać rewolucją w budownictwie i walce ze smogiem. Nie tylko oczyszcza powietrze, lecz także sam dłużej zachowuje czystość

Ekologiczny beton może się okazać rewolucją w budownictwie i walce ze smogiem. Nie tylko oczyszcza powietrze, lecz także sam dłużej zachowuje czystość 7

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń i gadżetów, które mają pomóc w oczyszczaniu powietrza. To nie tylko popularne maski antysmogowe, lecz także zasłony oczyszczające powietrze pod wpływem światła na zasadzie fotosyntezy czy specjalne antysmogowe kołyski. Niedługo jednak ich rola może być znacznie mniejsza, bo dzięki nowoczesnym technologiom właściwości oczyszczania powietrza może mieć beton. Dzięki użyciu w produkcji nanometrycznego dwutlenku tytanu utlenia szkodliwe tlenki azotu zawarte w spalinach. Taki cement może być stosowny m.in. w kostce brukowej, dachówkach czy panelach elewacyjnych. 

Według raportu WHO spośród pięćdziesięciu miast Unii Europejskiej z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem aż trzydzieści trzy znajdują się w Polsce. Europejska Agencja Środowiska wskazuje zaś, że tylko w latach 2013–2016 w wyniku podwyższonego stężenia NO2 przedwcześnie zmarło w Polsce 1,7 tys. osób. Zanieczyszczone powietrze dostaje się również do wnętrza domów i mieszkań. To wszystko sprawia, że zdecydowana większość mieszkańców, zwłaszcza w miastach, inwestuje w urządzenia do oczyszczania powietrza czy gadżety chroniące przed zanieczyszczeniami.

Coraz częściej funkcję walki z zanieczyszczeniami pełni infrastruktura – np. pochłaniające smog chodniki czy elewacje. Jest to możliwe dzięki rewolucyjnej technologii z wykorzystaniem ditlenku tytanu TiO2.

– Cement zmieszany z ditlenkem tytanu ma możliwość oczyszczania powietrza, oczyszczania ze związków azotu, które są bardzo niebezpieczne dla naszego zdrowia. A przy naszych problemach ze smogiem to zostało dostrzeżone – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jan Deja z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Opracowanie „Fotakatalityczne właściwości betonu zawierającego cement TioCem” przygotowane przez Marcina Sokołowskiego i Zbigniewa Giergicznego wskazuje, że nanokrystaliczny ditlenek tytanu TiO2 pod wpływem promieniowania UV,ulega aktywacji. W dalszej fazie na powierzchni betonu zawierającego TiO2 tworzą się rodniki wodorotlenowe oraz jony tlenowe, które mają silne właściwości utleniające. W efekcie naturalny proces utleniania jest znacznie szybszy, a przy tym szybciej rozpadają się szkodliwe związki, które znajdują się w powietrzu i zanieczyszczają powierzchnię betonu.

TiO2 redukuje szkodliwe tlenki azotu NOx, obecne w spalinach emitowanych przez silniki pojazdów. Na koniec procesu na powierzchni betonu tworzy się kwas azotowy, a następnie sole neutralizowane i spłukiwane przez deszcz. Z jednej strony, dzięki takiemu rozwiązaniu czystsze staje się powietrze, ale też cement dłużej zachowuje czystość.

– Mamy już w Warszawie przykłady zastosowania betonu z dodatkiem TiO2, czyli tlenku, który pochłania NOx-y. Nastawienie inwestorów na przyjazne środowisku rozwiązania techniczne i architektoniczne będą powodowały, że tych surowców czy też materiałów będzie stosowanych coraz więcej. Jest to rzeczywiście dobry przykład zastosowania materiału, betonu, który potrafi redukować emisję NOx-ów – przekonuje Ernest Jelito, prezes  i dyrektor generalny Górażdże Cement.

Pojawiają się już pierwsze rozwiązania w infrastrukturze miejskiej betonu z dodatkiem TiO2. W Warszawie już od 2018 roku przy Rondzie Daszyńskiego powstał pierwszy antysmogowy chodnik. Badania wykazały, że na terenie w pobliżu chodnika jest o ok. 30 proc. mniej tlenku azotu niż w innych miastach. W warunkach laboratoryjnych redukcja NOx sięga nawet 70 proc. Kolejne antysmogowe chodniki mają się pojawić w stolicy jeszcze w tym roku (fragmenty al. Lotników, al. Wojska Polskiego, al. Solidarności, ul. Zawodzie oraz ciągu ulic Czecha i Sejmikowa).

Także w województwie podkarpackim powstał ekologiczny chodnik, gdzie kostka brukowa została wyprodukowana z cementu zawierającego ditlenek tytanu. W Krakowie powstał zaś budynek, którego elewację pokryto płytami z betonu architektonicznego na bazie cementu fotokatalitycznego. Z wykorzystaniem tej technologii produkowane są też dachówki. Może się też sprawdzić przy ekranach dźwiękoszczelnych.

– Cieszy mnie, że ten efekt fotokatalityczny, związany z obecnością TiO2 w wierzchniej warstwie betonu, został dostrzeżony. Świadomość społeczna wzrosła na tyle, że ludzie zaczynają dostrzegać  te pozytywne efekty związane z betonem – zaznacza prof. Jan Deja.

Według analityków Grand View Research do 2025 r. globalny rynek rozwiązań opartych na ditlenku tytanu ma osiągnąć wartość  ponad 28 mld dol.

Kolejny etap prac poszukiwawczych Grupy ORLEN na Podkarpaciu

Pod koniec 2020 r. Grupa ORLEN planuje uruchomienie produkcji gazu ze złoża na Podkarpaciu. Właśnie rozpoczęło się wiercenie drugiego otworu – odwiertu Bystrowice OU-2. Jego cel to przetestowanie nowych horyzontów z gazem, jak i dalsze rozpoznanie odwiertu Bystrowice OU-1.Podkarpacie_foto_jeden

Prace wiertnicze prowadzone są na nowoodkrytym złożu gazu ziemnego w gminie Roźwienica, województwo podkarpackie. Realizowany otwór będzie miał głębokość 2050 m, a wiercenie wraz z pracami pomocniczymi potrwa około 90 dni. Złoże gazu ziemnego Bystrowice jest wielohoryzontowe, a nagromadzenia gazu występują w utworach miocenu oraz w jego podłożu. Uruchomienie produkcji gazu planowane jest na koniec 2020 roku.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– Eksploatując obiecujące złoża na Podkarpaciu myślimy nie tylko o zyskach, lecz także o bezpieczeństwie energetycznym kraju. Dlatego właśnie prowadzimy dalsze prace poszukiwawczo-badawcze w tym rejonie. Już widzimy, że nasza strategia wydobywcza przynosi wymierne efekty – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zasoby wydobywalne złoża Bystrowice zostały oszacowane na poziomie 2 mld m3 wysokometanowego gazu ziemnego o ponad 98 procentowej zawartości metanu. Wydobycie ze złoża może trwać minimum 10 lat. Dokładne dane będzie można podać po przeprowadzeniu m.in. testów produkcyjnych wszystkich horyzontów gazonośnych. W 2019 r. planowane jest wiercenie jeszcze jednego otworu, Bystrowice OU-3 w obrębie odkrytego złoża. Niezależnie od rozpoznania złoża Bystrowice, Spółka kontynuuje prace poszukiwawcze na tej koncesji, właśnie zakończyła akwizycję nowych danych sejsmicznych 3D.

Obecnie grupa ORLEN Upstream prowadzi działalność w Polsce (ORLEN Upstream, FX Energy Poland) oraz Kanadzie (ORLEN Upstream Canada). W I kwartale 2019 roku średnio wydobywała 18,8 tys. boe/d, a zasoby na koniec 2018 roku oszacowano na poziomie 211 mln boe.

W sektorze upstream Grupa ORLEN planuje zwiększenie poziomu produkcji oraz koncentrację na dobrej jakości aktywach i najbardziej rentownych projektach. Podejmowane działania umożliwiają elastyczne reagowanie na zmiany zachodzące na rynku ropy i gazu, poprzez dostosowywanie działalności do sytuacji makroekonomicznej.

Zarówno ON i Pb95, jak i LPG drożeją

Średnie ceny detaliczne paliw na polskich stacjach 13 maja 2019 r. ukształtowały się na poziomie: olej napędowy 5,20 zł/l; benzyna 95-oktanowa 5,24 zł/l i autogaz 2,23 zł/l*

Najtańszy olej napędowy ma woj. śląskie: 5,15 zł/l (+2 gr/l przez ostatnie 7 dni); najdroższy lubuskie: 5,24 zł/l (-2 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej ON, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to mazowieckie: +5 gr/l przy średniej 5,23 zł/l.

Śląskie to też najtańsza benzyna: średnia 5,19 zł/l (b.z.), a zachodniopomorskie najdroższa: 5,30 zł/l (+7 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej Pb95, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to podlaskie: +9 gr/l przy średniej 5,27 zł/l.

Podkarpackie to z kolei najtańszy autogaz: 2,16 zł/l (-1 gr/l), a zachodniopomorskie najdroższy: 2,35 zł/l (+4 gr/l). Największe zmiany ceny detalicznej Pb95, jaką odnotowujemy w tym tygodniu, to mazowieckie: +5 gr/l przy średniej 2,30 zł/l.

* Zestawienie sporządzone wg monitoringu cen paliw prowadzonego przez Biuro Polskiej Izby Paliw Płynnych notowanie z 13 maja 2019 r.)

Brytyjska firma Four Eyes Insight i polska spółka Future Processing realizują projekt rewolucjonizujący wykorzystanie szpitalnych sal operacyjnych

Four Eyes Insight oraz polska spółka technologiczna Future Processing znalazły się wśród laureatów nagrody Real IT Awards. To jedno z najbardziej prestiżowych międzynarodowych wyróżnień w branży technologicznej. Nagrodę przyznano za projekt poświęcony optymalizacji wykorzystania sal operacyjnych w brytyjskich szpitalach. Wdrożenie opracowanego przez polskich inżynierów systemu pozwoli zaoszczędzić 945 mln GBP National Health Service (NHS) w skali roku. Taka kwota jest marnowana z powodu nieefektywności planowania i odwoływania zaplanowanych wcześniej zabiegów. Pomysłodawcą projektu jest Four Eyes Insight, która jego realizację powierzyła Future Processing.

Rocznie ponad 8 proc., z 4,7mln operacji jest odwoływanych

Rocznie w ramach National Health Service – brytyjskiego systemu opieki zdrowotnej – przeprowadzanych jest 4,7 mln operacji chirurgicznych (wg. danych Royal College of Surgeons). Przy tej skali zabiegów problem efektywności zarządzania jest kluczowym wyzwaniem. Obecnie 80 proc. operacji jest odwoływanych zanim pacjent zostanie przetransportowany do sali operacyjnej, a 60 proc. ma miejsce na etapie przygotowania przedoperacyjnego. Łącznie, w ciągu roku, 394 tys. planowanych zabiegów nie odbywa się w planowanym czasie – jest to ponad 8 proc. wszystkich zabiegów wykowanych w Wielkiej Brytanii. Każda odwołana operacja wiąże się z kosztami finansowymi oraz ma znaczenie dla innych pacjentów, których zabiegi mogłyby – z korzyścią dla ich zdrowia – zostać przeprowadzone szybciej. Wg. wyliczeń Wydziału Innowacji NHS, 10-procentowa poprawa wykorzystania sal operacyjnych oraz harmonizacja harmonogramu czasu pracy lekarzy i zespołów przy zabiegach ortopedycznych asystujących powinna przynieść 3 960 000 GBP rocznie[i] w średniej wielkości szpitalu.

NHS, zatrudniające ponad 1,7 mln pracowników, pomimo budżetu w wysokości 126 miliardów funtów rocznie, musi zmagać się z problemem wydajności funkcjonowania i powiązanym z nią finansowaniem.

– Szpitale mają jedne z największych możliwości zwiększania produktywności. Nawet jeśli pod tym kątem są oceniane bardzo dobrze, to korzyści płynące ze wdrożenia Four Eyes Insight w celu zwiększenia wykorzystania czasu sal operacyjnych pracy bardzo szybko rosną – komentuje Matthew Lowry, zastępca dyrektora generalnego i dyrektor ds. finansów w The Rotherham NHS Foundation Trust.

Wyzwaniem, przed którym stanęli specjaliści Four Eyes Insight i Future Processing, było rozwiązanie problemów związanych z planowaniem zabiegów oraz uzyskanie znaczącej poprawy wydajności i przewidywalności planowania operacji. Z kolei finansowe skutki odwoływania zaplanowanych operacji kształtują się na poziomie £7M funtów rocznie dla statystycznego szpitala działającego w ramach NHS (wg. British Medical Journal).

Jaki problem rozwiązuje aplikacja Four Eyes Insight?

Rozwiązanie zaprojektowane przez Four Eyes Insight i zrealizowane przez inżynierów polskiej Future Processing dedykowane jest koordynatorom, odpowiedzialnym za planowanie zabiegów operacyjnych w szpitalach. To odpowiedzialna funkcja, osoby pracujące w takim charakterze decydują o ludzkim zdrowiu, ale ciąży na nich również odpowiedzialność za stronę finansową szpitala. Wielość danych, płynąca z różnych szpitalnych systemów (np. grafik pracy lekarzy, pielęgniarek, alergie, choroby zakaźne czy ilość zrealizowanych badań przedoperacyjnych pacjentów), które koordynatorzy muszą przeanalizować jest ogromna, często przekracza możliwości analityczne człowieka.

Intencją twórców było stworzenie platformy, która pozwoliłaby skrócić kolejki i obniżyć koszty funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej. Zespół projektowy opracował, bazujące na sztucznej inteligencji, narzędzie z przejrzystym raportowaniem dostępności sal operacyjnych i personelu medycznego. W oparciu o dane, aplikacja w nowoczesny, łatwy w obsłudze i przyjazny dla użytkownika sposób pozwala zweryfikować poziom wykorzystania sali operacyjnej oraz umożliwić innym pacjentom szybszy zabieg. Aplikacja bierze np. pod uwagę takie dane jak:

  1. To, że dzieci muszą być operowane jako pierwsze,
  2. Osoby chore na chorobą zakaźną musza być operowane ostatnie
  3. Do sali operacyjnej można przypisać np. zabiegi tylko dla dzieci, gdyż dla nich przepisy regulujące postępowanie anestezjologiczne są inne niż dla dorosłych.
  4. Dana sala operacyjna realizuje tylko operacje jednodniowe, a pacjenci szpitalni są przypisani do innej – ze względu na konieczność zapewnienia opieki pooperacyjnej w salach szpitalnych.
  5. Aplikacja jasno podkreśla np. że ktoś ma alergie i w związku z tym planujący operacje musi wziąć te dane pod uwagę.

Rozwiązanie opracowane przez Four Eyes Insight z punktu widzenia koordynatora pozwala na lepsze, efektywniejsze planowanie zabiegów. Aplikacja rozróżnia również to, że np. niektóre schorzenia muszą być operowane szybciej.

Z punktu widzenia pacjenta, aplikacja pozwala przyspieszyć leczenie, gdyż skraca czas oczekiwania na zabieg. Sale mogą mieć rezerwacje przekraczające 100%, gdyż gdy kończy się operacja, kolejny zespół lekarzy oraz pacjent może być przygotowywany do zabiegu. Co więcej, w przypadku gdy jakiś zabieg nie może się odbyć, automatycznie w jego miejsce sugerowany jest kolejny – co skraca kolejkę oczekujących.

Z punktu widzenia zarządzających szpitalem platforma Insight przejrzyście raportuje jak są zajęte zajętość łóżek pooperacyjnych, widać także jaki jest koszt operacji (na podstawie danych historycznych) i jest w stanie oszacować jaki szpital będzie miał przychód z operacji.

Z punktu widzenia lekarza, aplikacja pozwala lepiej przygotować się do zabiegu, gdyż dostarcza danych o pacjencie w przejrzysty i usystematyzowany sposób. A analizując czas pracy lekarza (niektórzy lekarze te same zabiegi przeprowadzają szybciej lub wolniej niż inni) pozwala koordynatorom jeszcze dokładniej planować zabiegi w salach operacyjnych.

17000 operacji więcej i 2000 proc. zwrotu z inwestycji

Nagrodzone w konkursie Real IT Awards rozwiązanie przynosi szereg korzyści dla personelu placówek szpitalnych oraz instytucji zarządzającej systemem opieki zdrowotnej. Projekt opracowany przez polsko-brytyjski zespół specjalistów może przynieść korzyści finansowe dla szpitala, który wdroży platformę Insight u siebie. Oczekiwany zwrot szpitala z inwestycji w aplikację wyniesie około 2000 proc.

Real IT Awards – doceniają pracę zespołów projektowych

RITA_AwardPrzyznawane od 2004 roku The Real IT Awards (RITA) są docenianą przez specjalistów branży IT nagrodą za niezależność i skupianie się na wysiłkach zespołu projektowego. Zgłoszenia do RITA są bezpłatne i otwarte dla organizacji z branży technologicznej. Przystąpienie do konkursu jest możliwe na zasadzie partnerstwa z klientami. Do udziału w tegorocznej edycji zgłosiło się wiele renomowanych firmy, w tym m.in. Bank of England, PepsiCo, Virgin Atlantic Airways czy BP. Spółka z Gliwic, wraz ze swoim brytyjskim partnerem FourEyesInsight, została nominowana w kategorii „Projekt o wartości do 250 tys. funtów”.  

Organizatorem konkursu jest brytyjska organizacja CITF (wcześniej znana jako Corporate IT Forum) skupiająca podmioty branży IT i technologicznej. Członkami CITF są firmy z indeksu FTSE250 (indeks obejmujący 250 największych firm pod względem wartości giełdowej notowanych na Londyńskiej Giełdzie Papierów Wartościowych) lub równoważne, zarejestrowane organizacje charytatywne i sektora publicznego. 

[i] Instytut Innowacji i Doskonalenia NHS: http://harmfreecare.org/wp-content/files_mf/Improving-quality-and-efficiency-in-the-operating-theatre.pdf

Krótka ścieżka do dłuższej współpracy

Doradcy finansowi, eksperci finansowi, trenerzy finansowy – często myleni z doradcami inwestycyjnymi – nazywają się niezależnymi. Ale ta niezależność i obiektywizm w rzeczywistości nie występują. Tak jak w każdej sprzedaży liczy się wykonanie planu miesięcznego, kwartalnego i wysokość prowizji, jaką pośrednik otrzyma od danej instytucji finansowej.

Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay
Paweł Kruszyński, Członek Zarządu w Grupie Assay

Zawód pośrednika i doradcy finansowego rozwinął swoje skrzydła na początku lat 90-tych, kiedy w Polsce rozpoczęło działalność wiele zagranicznych firm: banków, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych. Różnorodność produktów przez nie oferowanych, chęć pokazania nowych ciekawych rozwiązań finansowych spowodowała dynamiczny rozwój rynku pośredników, którzy w założeniu mieli pomóc w poruszaniu się wśród licznych finansowych ofert , doradzać i wskazywać na te najkorzystniejsze. To ich zadaniem miało być zapoznawanie się z produktami, porównywanie i prezentowanie klientowi najlepszych możliwych opcji.  Ale wraz ze wzrostem sprzedaży i rozwojem rynku wzrosły również przychody,  nie tylko instytucji finansowych,  ale również i samych pośredników. Mając oczywiście  wyśrubowane plany sprzedażowe, zarabiając niezależnie od wyników klientów, a niekiedy działając wręcz z jawnym konfliktem interesów, zaczęli kierować się przede wszystkim swoim dobrem, które niestety nie idzie w parze z korzystnymi rozwiązaniami dla klienta.

75 proc. Polaków nie ma zaufania do instytucji finansowych

Pośrednicy to po prostu sprzedawcy, do których zaufanie w ciągu ostatnich kilku lat zaczęło gwałtownie spadać. Profesor Dominika Maison po jednym z badań przeprowadzonego właśnie dla tej grupy zawodowej, stwierdziła, że 75 proc. Polaków nie ma zaufania do instytucji finansowych i że kierują się one wyłącznie swoim interesem i nie traktują priorytetowo korzystnych rozwiązań dla klienta. Po wielu aferach finansowych, klienci poczuli, że muszą dokładnie analizować propozycje pośredników i zaczęli wykazywać czujność.

W badaniu przeprowadzonym w 2016 r. w ramach programu nienieodpowiedzialni.pl przepytano Polaków, w jakim stopniu ufają instytucjom oraz grupom zawodowym. I niestety na liście zawodów o najmniejszym zaufaniu społecznym znaleźli się doradcy finansowi. Aż 83 proc. ankietowanych było zdania, że doradca będzie ich namawiał na zakup niepotrzebnych produktów finansowych i tylko 31 proc. badanych uznało, że  pośrednicy dbają o dobro swoich klientów.

Co prawda najwięksi pośrednicy finansowi pokazują w swoich wynikach, że wzrasta sprzedaż kredytów hipotecznych i pod tym względem Polacy nadal chętnie korzystają z pośredników, ponieważ obawiają się skomplikowanych procedur i nie czują się na siłach, by samodzielnie podjąć decyzję o wyborze najlepszego kredytodawcy.

Natomiast, jeśli już chodzi o powierzanie swoich pieniędzy, sytuacja jest odmienna i związana z tym, że branża finansowa boryka się z niskim poziomem zaufania społecznego, które trwa już od globalnego kryzysu sprzed dekady. Nie pomogły również ostatnie afery z Amber Gold i GetBeckiem, które tylko umocniły rosnącą utratę zaufania dla rynku finansowego i jego nowych podmiotów.

Ponadto klienci zaczęli  dostrzegać, że inwestując swoje środki w fundusze ponoszą zbyt wysokie koszty, które pobierane są za zarządzanie, ponadto dochodzą koszty wynikające z korzystania z pośrednictwa finansowego czy też bankowego. W Polsce często opłaty pobierane są niezależnie od tego czy zyskujemy czy tracimy na zakupionym produkcie. Rozwiązaniem kwestii wysokich kosztów stały się platformy internetowe, poprzez które bezpośrednio można nabywać jednostki uczestnictwa w funduszach. Proces jest w całości on-line, bez pośrednika, bez podpisywania dokumentów u kuriera czy w placówce. Dzięki temu obniżany jest koszt zarówno zakupu, jaki i prowadzenia inwestycji  sama oplata manipulacyjna (zwana również opłatą za dystrybucję), zamiast  wynosić  4 proc. spada do zera, opłata za zarządzanie spada poniżej 1 proc., a w przypadku korzystania z pośredników może sięgać  nawet 4 proc. Ponadto pobierane są jeszcze opłaty z tytułu zakupu i umorzenia jednostek, konwersji oraz prowadzenia jednostek, co przy zakupie online też jest odpowiednio obniżane lub nawet likwidowane.

Niskie koszty, zysk, ale i bezpieczeństwo są dla klientów na równi ważne przy podejmowaniu decyzji finansowych. Może warto rozważyć inne rozwiązania wynagradzania doradców. Bo czy prowizja w postaci up-frontu zapewnia klientowi najlepszą merytoryczna obsługę, która daje mu bezpieczeństwo finansowe, a nie wysokie korzyści dla doradcy? A może warto ujawniać wysokość prowizji, jaką otrzymuje pośrednik od każdej z instytucji?

130 ekspertów będzie rozmawiało o wizji współtworzenia Przemysłu 4.0 i Smart City

Cyfrowa transformacja w firmach przyśpiesza – aż dla 94 proc. ankietowanych menedżerów to najważniejszy cel strategiczny ich organizacji[1]. Ponad połowa z nich widzi inwestycje w technologie związane z Przemysłem 4.0 i Industrial Internet of Things (IIoT) jako sposób udoskonalenia procesów, które już trwają w ich firmach[2]. Aby jednak wszyscy mogli odnieść korzyści z transformacji cyfrowej, jej uczestnicy powinni ze sobą współpracować. Taka myśl przewodnia przyświeca idei co-creation, której pionierem jest firma Advantech.

W dniach 13-14 maja w Serocku pod Warszawą 130 ekspertów spotka się na konferencji Co -Creating – the Future of Industry 4.0 and Smart City. Model biznesowy Co-Creation zaprezentowany w trakcie wydarzenia promuje ideę, w myśl której najważniejsze są wspólnie opracowane rozwiązania umożliwiające rozwój firm – nie zaś to, kto je zaoferuje. Uczestnicy mają szansę zapoznać się z planami Advantech, poznać platformę WISE PaaS oraz rozwiązania dla Przemysłu 4.0 (Solution Ready Packages), które wykorzystują ideę współtworzenia.

Na świecie już 63 proc. właścicieli firm i fabryk uznaje Internet Rzeczy za strategiczny wybór, który pomoże im w budowaniu konkurencyjności na rynku[3], a w 2020 roku nawet 20 miliardów urządzeń ma wykorzystywać tę technologię w swoich funkcjonalnościach. Według danych Accenture, do 2030 roku przemysłowy Internet Rzeczy ma wzbogacić globalną ekonomię nawet o 12,3 kwintylionów USD. W Polsce to rynek, który stale rośnie, lecz wciąż jest w tyle za europejskimi liderami – w nadchodzących latach wydatki na IIoT w Polsce miały wynieść 49 USD per capita, podczas gdy w Szwecji przewidywano już 398 USD na osobę[4].

Jash Bansidhar, Associate VP, Head of Industrial loT Europe
Jash Bansidhar, Associate VP, Head of Industrial loT Europe

Zdaniem ekspertów z Ericsson, w 2021 roku na 28 miliardów urządzeń podłączonych do sieci, aż 16 miliardów z nich będzie wykorzystywało IoT. Zdajemy sobie sprawę, jak wiele wyzwań rodzi taka sytuacja, zwłaszcza w kontekście automatyzacji przemysłu i optymalizacji wydajności produkcji. Globalne koncerny i organizacje prześcigają się w oferowanych rozwiązaniach, jednak my wierzymy, że łącząc siły, możemy stworzyć coś naprawdę wyjątkowego i wartościowego – mówi Jash Bansidhar, Associate VP, Head of Industrial loT Europe. – Przykładem jest skonstruowana przez nas platforma WISE-PaaS. Dzięki niej firmy z całego świata mogą w prosty i łatwy sposób zbudować cyfrowe środowisko wspomagające automatyzację procesów.

WISE-PaaS umożliwia zbieranie danych z czujników, ich transmisję do bazy firmy, tworzenie paneli zarządzania i późniejszą implementację funkcjonalności kontrolnych. Platforma pozwala również na budowanie rozwiązań na poziomie software – ich wdrożenie pomaga w wizualizacji zebranych wcześniej danych. Produkt jest rozwiązaniem operującym
w chmurze, co ułatwia dostęp do niej z wielu urządzeń. Integratorzy systemów, projektujący swoje usługi pod konkretną specjalizację, mogą dzięki WISE-PaaS i rozwiązaniom SRP (Solution Ready Package) połączyć swoje usługi z Internetem Rzeczy. W ten sposób wpisują się w realizację trendu co-creation, tym samym docierając do jeszcze szerszego grona klientów i lepiej odpowiadając na ich potrzeby.

Na konferencji uczestnicy będą również mogli zapoznać się z technologiami wspierającymi ideę „smart city”, które zostały opracowane przez partnerów firmy. Wizja miasta przyszłości obejmuje m.in. zarządzanie parkingami (Parking Telecom), inteligentne domy (Solvena) oraz kolej (Passengera) czy NDC (Mmart Grid). Wszystkie rozwiązania operują na hardware Advantech.

Zorganizowane w Serocku wydarzenie jest kontynuacją listopadowego Advantech
Co-Creation Summit, który odbył się w Chinach. Polska konferencja to pierwsze z cyklu spotkań, które mają się odbyć w całej Europie. Dyskusje będą skupiać się wokół zagadnienia Industrial Internet of Things, sztucznej inteligencji w przemyśle, modeli współpracy z partnerami globalnie oraz lokalnie, jak również przyszłości rynku przemysłu ciężkiego.

Wiele firm dostosowuje swoją ofertę do dużych przedsiębiorstw, które nie mają problemu
z budżetem ani zasobami. Tymczasem Advantech demokratyzuje transformację cyfrową, dostarczając sprzęt komputerowy najwyższej jakości. Wspólnie z partnerami, firma tworzy również oferty na oprogramowanie, które są dopasowywane do konkretnego zamówienia. Wykorzystujemy w nich także uniwersalne rozwiązania, które mogą być wdrażane w Polsce, Europie czy nawet Ameryce Południowej. Naszym celem jest otworzenie mniejszych firm na nowe możliwości, który my – jako marka globalna – mamy wpisane w DNA. Nasz zasięg połączony z „know-how” partnerów umożliwia przedstawianie naszym klientom wspólnie stworzonych i niezwykle konkurencyjnych ofert
– podkreśla Alicja Strzemieczna, Europe CEE Region Sales Manager of Industrial loT Group.

W trakcie konferencji uczestnicy mieli okazję zobaczyć działanie niektórych rozwiązań Solution Ready Package znajdujących się w ofercie Advantech, m.in:

  • OEE + FEMS – scentralizowanie zarządzania dostępnością maszyn i efektywnością energetyczną w celu optymalizacji operacji;
  • CNC – inteligentne zarządzanie maszynami CNC i optymalizacja ich działania;
  • EMS + WISE.M+ – zunifikowana platforma zarządzania procesami w czasie rzeczywistym poprzez szybką adaptację do rozwiązań dostarczanych przez platformę WISE-PaaS.

Pokazane rozwiązania dowodzą, że wykorzystanie ekosystemów dedykowanych konkretnym problemom, będących integralnym połączeniem software’u i hardware’u, może pomóc w znalezieniu zupełnie nowych zastosowań dla IIoT – niezależnie od branży. Partnerami konferencji Co-Creating – the Future of Industry 4.0 and Smart City byli: Bosch Rexroth, Intel, Asseco, Accenture, Passengera, Łódź University of Technology, NDC, A4BEE, APA Group, Parking Telecom, Eta2U, SmartID, Cleverlance oraz Solvena.

[1] Deloitte

[2] Deloitte

[3] IDC

[4] IDC

Premier Litwy rezygnuje. Pekin osłabi własną walutę?

Amerykanie się nie zawahali i nałożyli nowy pakiet sankcji na produkty z Chin. Premier Republiki Litewskiej nie wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich i rezygnuje ze stanowiska. Inflacja w Czechach wraca do normy.

Wojna handlowa – kolejna salwa

Amerykanie wprowadzili nową serię sankcji na import z Chin. Ciekawe były reakcje na to wydarzenie. Prezydent Donald Trump powiedział, że rozmowy są realizowane w stosowny sposób i nie ma powodu, by się spieszyć. Chińczycy zapowiedzieli reakcję odwetową oraz wyrazili ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji. Jednak na razie nie zdecydowali się na żadne retorsje. Natomiast rynki odpowiedziały wyraźnym ruchem umacniającym dolara względem juana. Wielu obserwatorów uważa, że zamiast ceł odwetowych, Pekin osłabi własną walutę, aby poprawić sytuację swoich eksporterów.

Zmiany na Litwie

Urzędujący premier Saulius Skvernelis, pomimo uzyskania 23% głosów, nie wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Wobec takiego wyniku zdecydował się na złożenie dymisji. Trwają spekulacje, czy obecny kryzys nie zakończy się przedterminowymi wyborami parlamentarnymi. Jeśli ten scenariusz się nie sprawdzi, to i tak prawdopodobnie czeka nas zmiana koalicji rządzącej. Zdaniem obserwatorów, poglądy kandydatów, którzy przeszli do kolejnej tury elekcji, są do siebie bardzo zbliżone. W rezultacie ostateczne rozstrzygnięcie wyborcze nie powinno być istotnym wydarzeniem dla rynków.

Czeska walka ze wzrostem cen

Na początku maja Czesi podnieśli stopy procentowe. Jednym z powodów był rosnący wskaźnik inflacji. Jednak marcowy nagły wzrost do 3% okazał się jednorazowy. Dzisiaj poznaliśmy dane z kwietnia, które nie uwzględniają jeszcze efektu zmian wprowadzonych przez Narodowy Bank Czeski. Odczyt pokazał inflację na poziomie 2,8%. To wciąż sporo, ale widać spadek względem poprzedniego miesiąca. Jest to o tyle istotne, że część ekspertów wskazywała na zbyt rychłe podniesienie stóp i przejściowość wzrostu cen.  Ostatnie informacje zdają się potwierdzać ten pogląd. Rano zauważalne było lekkie osłabienie kursu czeskiej korony. Ruch ten może się wpisywać w mniejsze prawdopodobieństwo kolejnych podwyżek w przyszłości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Kurs EUR/USD rośnie pomimo wzrostu napięcia między USA i Chinami

W zeszłym tygodniu konflikt polityczny Chin ze Stanami Zjednoczonymi powrócił z przytupem, wpływając na zachowanie światowych rynków. Czas na podsumowanie i dalsze prognozy dla rynku walutowego.

W krajobrazie zmian na rynku walutowym z zeszłego tygodnia warto zwrócić uwagę na dwie kluczowe obserwacje. Po pierwsze, waluty rynków wschodzących (ang. emerging markets) zniosły stosunkowo dobrze wieści o wyższych cłach na chińskie produkty. Wyjątek stanowiła tutaj lira turecka, której osłabienie potęgowane było przez sytuację wewnętrzną. Większość walut gospodarek wschodzących doświadczyła w parze z dolarem amerykańskim deprecjacji rzędu 1% lub poniżej.

Drugą ważną obserwacją jest fakt, że w obliczu niepewności, euro okazało się jedną z nielicznych walut, które umocniły się w relacji do dolara amerykańskiego. Reakcja wspólnej europejskiej waluty była zatem tożsama z tą obserwowaną wśród walut tradycyjnie uznawanych za bezpieczne, czyli jena japońskiego oraz franka szwajcarskiego. Pozycjonowanie przeciwko wspólnej europejskiej walucie sięga ekstremalnych rozmiarów, podczas gdy niedawne odczyty danych makroekonomicznych dla bloku walutowego okazały się pozytywne. Wydaje się zatem, że w najbliższych dniach kurs EUR/USD powinien zmierzać w górę.

W tym tygodniu w kalendarzu makroekonomicznym pojawią się nieliczne dane zdolne w istotny sposób wpłynąć na rynki. Naszym zdaniem najważniejszą kwestią, którą będzie miała wpływ na zmienność na rynkach w nadchodzących dniach będą kolejne informacje dotyczące negocjacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Kluczowym pytaniem w najbliższym tygodniu jest – czy euro zdoła kontynuować wzrost? Oczekujemy, że tak, zwłaszcza, jeżeli dane o produkcji przemysłowej w strefie euro, które poznamy we wtorek, pozytywnie zaskoczą konsensus.

PLN

Zachowanie złotego w ubiegłym tygodniu było związane przede wszystkim ze zmianą sentymentu w relacji do aktywów ryzykownych w kontekście eskalacji wojny handlowej na linii USA-Chiny (z tym można powiązać wzrost pary EUR/PLN), jak i ze zmianami na parze EUR/USD (stąd niewielki spadek kursu USD/PLN, mimo słabości złotego w parze z euro).

W informacje z Polski w tym tygodniu obfitować będzie środa. Poznamy rewizję odczytu inflacji CPI w kwietniu (która ostatnio pokazała istotny wzrost), dane o dynamice PKB w I kwartale br. Tego samego dnia odbędzie się również spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. W piątek dodatkowo opublikowane zostaną wyliczenia inflacji bazowej w kwietniu.

Środowe spotkanie RPP będzie interesujące z uwagi na fakt ostatniego przyspieszenia inflacji (tak CPI, jak i bazowej). Retoryka członków Rady w tym kontekście będzie pomocna w ocenie tego, jak RPP będzie zapatrywać się na oczekiwaną kontynuację trendu wzrostu cen. Co tyczy się wzrostu PKB: ekspansja gospodarcza Polski w I kwartale roku zgodnie z oczekiwaniami konsensusu powinna wynieść 4,5% w ujęciu rocznym, wobec poziomu 4,9% odnotowanego w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Jest to spowolnienie, jednak taki wynik należy rozpatrywać pozytywnie. Jeszcze kilka miesięcy temu można było spodziewać się wyraźniejszego spadku dynamiki PKB Polski.

GBP

Dane makroekonomiczne dla Wielkiej Brytanii nadal stanowią kontrast dla niepewności spowodowanej przez Brexit. Dynamika PKB w pierwszym kwartale wyniosła 1,8% w ujęciu rocznym, wobec poziomu 1,4% odnotowanego w ostatnim kwartale 2018 roku. Jednocześnie rynki finansowe nie oczekują w najbliższym czasie przełomu w rozmowach dotyczących Brexitu między Theresą May a Jeremym Corbynem. Niemniej regularny dopływ pozytywnych informacji z rynku zdecydowanie sprzyjał szterlingowi. Mimo negatywnych wieści dotyczących sytuacji w globalnym handlu funt brytyjski zdołał z pewnymi trudnościami utrzymać kurs 1,30 w parze z dolarem amerykańskim. W tym tygodniu czekamy na raport o brytyjskim rynku pracy, który powinien wesprzeć argument za umiarkowanie pozytywnymi perspektywami gospodarki Wielkiej Brytanii, a tym samym wesprzeć szterlinga.

EUR

W zeszłym tygodniu doszło do pewnego zmniejszenia różnicy pomiędzy wynikami ankiet przeprowadzanych wśród biznesu a faktycznymi, twardymi danymi o produkcji oraz aktywności przedsiębiorstw w strefie euro. Rewizja odczytów PMI pokazała lekki wzrost aktywności biznesowej w bloku walutowym. Kluczową dla euro w nadchodzących dniach będzie odpowiedź na pytanie – czy Stany Zjednoczone zdecydują się na nałożenie ceł na producentów samochodów z Europy? (w tym tygodniu mija termin na decyzję prezydenta Trumpa w tej kwestii) Nie spodziewamy się, żeby faktycznie miało dojść do narzucenia nowych danin, aczkolwiek konsensus rynku zdaje się wierzyć w prawdopodobieństwo takiego scenariusza. Jeżeli kwestia ceł rozwiąże się po naszej myśli, spodziewamy się umiarkowanej aprecjacji wspólnej europejskiej waluty w relacji do dolara amerykańskiego bliżej końca tygodnia.

USD

W nadchodzącym tygodniu w kalendarzu ekonomicznym dla Stanów Zjednoczonych znajdziemy jedynie publikacje drugiej kategorii. Stąd w najbliższych dniach kurs dolara amerykańskiego powinien reagować niemal wyłącznie na wieści dotyczące napięć w handlu międzynarodowym oraz na przemówienia członków Rezerwy Federalnej. Zwracamy jednocześnie uwagę, że od czasu niespodziewanego ogłoszenia przez prezydenta Trumpa podwyżki ceł na chiński import efektywny kurs dolara amerykańskiego, ważony udziałem poszczególnych walut w handlu zagranicznym USA, wzrósł o niecałe 0,5%. Tak niewielki ruch prawdopodobnie oznacza, że rynki nie traktują poważnie scenariusza rozpadu negocjacji między USA a Chinami, ani też nie spodziewają się, żeby podwyższony poziom taryf celnych miał pozostać z nami na stałe.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Samochód na minuty w firmie. Sposoby na rozliczenie carsharingu

Zamiast kupować auto firmowe, łatwiej i taniej je wypożyczyć. Ekonomia współdzielenia (sharing economy) sprawdza się w Polsce, ale brakuje jasności w przepisach. – Na chwilę obecną wynajem auta na minuty w związku z działalnością gospodarczą rodzić może po stronie przedsiębiorców kłopoty z ustaleniem wysokości firmowych kosztów – zwraca uwagę Magdalena Flis, doradca podatkowy współpracujący z Tax Care.

Większość usług wpisujących się w globalny trend ekonomii współdzielenia opiera się na aplikacjach mobilnych, które sprawiają, że proces zakupu usługi jest szybki i prosty. Jednak to, co prywatnym konsumentom jawi się jako wielkie ułatwienie, dla przedsiębiorców zainteresowanym rozliczeniem tego typu kosztów stanowi często wyzwanie natury księgowej, tak jest w przypadku wynajmu pojazdów na minuty.

Zasady rozliczania najmu i kosztów eksploatacji samochodów osobowych uległy od tego roku zasadniczym zmianom.

Jeśli chodzi o eksploatację, przy takim wynajmie można ująć w kosztach tylko 75% poniesionych wydatków. Wartość opłaty za wynajem z kolei nie stanowi kosztu uzyskania przychodu w części, w jakiej pozostaje kwota 150 000 zł do wartości samochodu. Jednocześnie ustawodawca wprowadził zastrzeżenie, że w przypadku gdy umowa najmu samochodu osobowego została zawarta na okres krótszy niż 6 miesięcy przez wartość samochodu należy przyjąć wartość przyjętą dla celów ubezpieczenia.

Kluczowa polisa ubezpieczenia

Wartość samochodu przyjmowana dla celów ubezpieczenia pojawia się w dwóch rodzajach ubezpieczenia – AC i GAP. – Biorąc pod uwagę wskazaną regulację, najemca samochodu, żeby móc udowodnić wartość samochodu, a tym samym udowodnić w jakiej części przysługuje mu prawo do zaliczenia opłat do kosztów uzyskania przychodu, powinien dysponować kopią polisy wynajmowanego auta – mówi Magdalena Flis, doradca podatkowy współpracujący z Tax Care.

W przypadku najmu długoterminowego przedsiębiorca bez większego problemu jest w stanie udowodnić wartość samochodu przyjętą dla celów ubezpieczenia (dysponuje polisą), jak i jest w stanie wyodrębniać koszty eksploatacji samochodu.

Niestety, przy najmie krótkoterminowym pojawiają się problemy. – Skoro w przypadku samochodów wynajmowanych na minuty najemca nie dysponuje polisą ubezpieczeniową, tym samym nie ma możliwości udowodnienia na wypadek kontroli podatkowej wartości tego samochodu – dodaje Magdalena Flis z Tax Care.

Sposoby na rozliczenie carsharingu

W przypadku samochodów wynajmowanych na minuty częstą praktyką jest dzielenie opłaty za wynajem na część uzależnioną od przejechanych kilometrów i część uzależnioną od czasu korzystania z wynajętego samochodu. W takim przypadku, przy założeniu, że opłaty te są czynszem najmu, przedsiębiorca zaliczy je do kosztów uzyskania przychodu w całości, jeśli wynajmuje samochód o wartości nieprzekraczającej 150 000 zł i dysponować będzie polisą ubezpieczenia samochodu (musi mieć możliwość udowodnienia wartości pojazdu przyjętej dla celów ubezpieczenia).

Natomiast gdyby część opłaty, uzależnionej od przejechanych kilometrów, uznać za opłaty eksploatacyjne, przedsiębiorca do kosztów uzyskania przychodu zaliczy wyłącznie 75% kwoty naliczonej przez wynajmującego.

Magdalena Flis zwraca uwagę, że firmy zajmujące się wynajmem samochodów na minuty w celu dostosowania się do wymogów, jakie nakładają ustawy podatkowe, powinny zapewnić najemcy możliwość pobrania choćby w formie elektronicznej polisy samochodu, z której wynikać będzie wartość wynajmowanego samochodu. Innym sposobem mogłoby być wskazanie na wystawianej fakturze za wynajem samochodu wartości samochodu, wynikającej z polisy samochodu. – Tłumaczenie podatników, że wartość wynajmowanego samochodu jest niższa niż 150 000 zł może okazać się niewystarczające bez właściwych dowodów, tj. polisy ubezpieczenia samochodu. Jednocześnie, z regulaminów korzystania z tych samochodów powinno wynikać która z opłat wykazanych na wystawianej fakturze jest opłatą eksploatacyjną. Taka praktyka zdecydowanie ułatwiłaby rozliczenie kosztów wynajmu samochodu na minuty przez przedsiębiorcę – dodaje ekspertka Tax Care.

Fiskus milczy, sharing economy kwitnie

Ani nowe regulacje nie są dostosowane do rozwijającego się trendu, ani też firmy wynajmujące samochody nie dostosowują dokumentacji związanej z wynajmem takiego samochodu dla potrzeb przedsiębiorców. – Nie jest jeszcze wiadome, jakie stanowisko w sprawie wynajmu samochodów na minuty i brak dostępu do polisy ubezpieczenia samochodu będą prezentowały organy podatkowe – mówi Magdalena Flis. – Mimo obietnic ze strony Ministerstwa Finansów, dotychczas nie wydano objaśnień podatkowych, które być może wyjaśniłyby problematyczną kwestię związaną z rozliczaniem opłat samochodów osobowych w tak popularnym ostatnio carsharingu – dodaje ekspertka Tax Care.

W wielu polskich miastach „na minuty” wypożycza się rower, samochód, czy hulajnogę elektryczną. A to tylko niektóre przykłady usług działających w oparciu o filozofię sharing economy. Prognozy sugerują, że będzie tego coraz więcej. Według PwC do 2025 r. przychody firm operujących w pięciu kluczowych obszarach: usługi finansowe, transport, hotelarstwo i turystyka oraz obsada etatów wzrosną w skali całego świata do 335 mld USD.

Debiut Ubera rozczarował – komentarz eksperta

Debiut Uber Technologies Inc. z pewnością wypadł okazale pod względem zainteresowania, gdyż ok. 10 proc. całego dziennego obrotu na nowojorskiej giełdzie odbyło się na akcjach tej spółki. Jednakże, zamknięcie na 7,62% minusie w odniesieniu do ceny emisyjnej jest z pewnością dużym rozczarowaniem.

Sebastian Trojanowski, zarządzający portfelami w TMS Brokers
Sebastian Trojanowski, zarządzający portfelami w TMS Brokers

Można to tłumaczyć gorszą koniunkturą w ostatnich dniach na rynkach akcji w związku z obawami o przyszłość umowy handlowej między USA a Chinami. Wydaje się jednak, że przeważyły obawy o przyszłą skalę biznesu Ubera oraz zdolność do egzekucji strategii w pozostałych segmentach działalności (m.in. Uber Eats). Mówiąc inaczej, inwestorzy obawiają się czy spółka jest w stanie dowozić zyski w perspektywie 2-3 lat i nie grozi jej trwała nierentowność. Ponadto, bardzo słabe zachowanie akcji Lyft Inc. od debiutu (-29 proc.) także wpłynęło na słabszy sentyment do Ubera. Pewne symptomy słabszego zachowania kursu można było upatrywać w okresie przed debiutem, gdyż cena emisyjna nie dotknęła górnych widełek, a wycena całej spółki w okolicy 100 mld USD okazała się mrzonką. Tym samym, inwestorzy muszą uzbroić się w cierpliwość i czekać na wyniki spółki w kolejnych kwartałach. Należy jednak pamiętać, że możliwy globalny spadek apetytu na aktywa ryzykowne może silnie wpłynąć na kurs akcji Uber Technologies Inc., gdyż spółka ma przed sobą ok. 2 lata strat netto, a takie spółki są zawsze wyprzedawane w pierwszej kolejności.

Sebastian Trojanowski, zarządzający portfelami w TMS Brokers

Polska branża leasingowa awansowała z 7. na 5. miejsce w Europie

Wstępne dane europejskiej federacji Leaseurope pokazują, że europejski rynek leasingu w 2018r. zanotował 7,3 proc. wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem. Polska branża leasingowa dzięki wysokiemu poziomowi finansowania przedsiębiorstw awansowała z 7. na 5. miejsce w europejskim rankingu. To najwyższa lokata zajmowana przez polską branżę leasingową w historii.

Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu

„Wynik polskiego sektora leasingowego i jego awans w Europie szczególne nas cieszy w kontekście 15. rocznicy przystąpienia przez Polskę do struktur Unii Europejskiej oraz 25. rocznicy działalności Związku Polskiego Leasingu. Dołączenie przez Polskę do UE w 2004 roku, otworzyło przed leasingiem nowe możliwości. Rynki leasingowe starych państw członkowskich Unii były wówczas zdecydowanie bardziej rozwinięte, dzięki czemu polskie przedsiębiorstwa mogły w większym niż dotychczas stopniu czerpać z zagranicznych doświadczeń i standardów. Rosło znaczenie leasingu jako formy wsparcia w pozyskiwaniu środków unijnych. Podobnie współpraca pomiędzy ZPL a Leaseurope rozpoczęła się niemal od razu po rejestracji polskiego Związku w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie i od 1994 roku cały czas się rozwija. Od początku współpracy ZPL ma swojego reprezentanta w zarządzie Leaseurope” – powiedział Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Wyniki europejskiej branży leasingowej różnią się w zależności od rodzaju finansowanych aktywów, chociaż zarówno rynek nieruchomości, jak i ruchomości wykazały wzrosty w 2018 roku. Ten pierwszy urósł o 3,2%, drugi trzy razy szybciej (9,8%). W wyniki poszczególnych europejskich rynków są znaczne zróżnicowane. Niektóre zanotowały niewielkie spadki, a w innych nastąpił dwucyfrowy wzrost, w tym w Polsce, gdzie odnotowano 21,8 proc. dynamikę r/r. W Europie zyskał rynek leasingu pojazdów, poprawiając wynik o 5,9 proc. w stosunku do 2017r., jednak jak wskazuje Leaseurope, jest to rezultat nieco słabszy w stosunku do poprzednich lat. Analizy europejskiej organizacji pokazują, że nowe normy emisji spalin, które weszły w życie w 2018 r. prawdopodobnie będą miały wpływ na tę część rynku leasingu w kolejnych miesiącach.

Patrząc z perspektywy krajowej, przez ostatnie 25 lat transformacji polska branża leasingowa wspierała procesy rozwojowe naszej gospodarki. Bez leasingu przedsiębiorstwa nie miałyby szans na niezbędne im maszyny i urządzenia czy środki transportu, a gospodarka na modernizację. Dziś firmy członkowskie Związku Polskiego Leasingu wspierają swoją działalnością blisko 30% wszystkich aktywnych przedsiębiorstw w Polsce, branża sprzyja polskiej innowacyjności i jest kluczowym źródłem finansowania dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Raportowanie schematów podatkowych – MDR w pigułce

1 stycznia 2019 r. weszły w życie przepisy dotyczące schematów podatkowych, a kary dla firm to nawet 2 mln zł. Nowe regulacje są skomplikowane i niejasne, pojawiło się wiele mitów, które warto obalić.

Nałożyły one obowiązek przekazywania do Krajowej Administracji Skarbowej informacji o schematach podatkowych zarówno przez podmioty je opracowujące lub wdrażające (tzw. promotorzy i wspomagający), jak i przez samych korzystających. Dodatkowo, na promotorów nałożono obowiązek posiadania wewnętrznej procedury dotyczącej identyfikacji i raportowania schematów podatkowych. Za brak takiej procedury grozi kara administracyjna do 2 mln złotych.

Mit pierwszy: nie korzystam z optymalizacji podatkowych, więc nie mam schematów podatkowych. Wielu podatników uważa, że jeśli nie wdrażają u siebie optymalizacji podatkowych, to nie pojawiają się w ich działalności schematy podatkowe. W konsekwencji, tacy podatnicy uważają, że ich nie dotyczy obowiązek raportowania schematów podatkowych.

– To niestety mylny pogląd, gdyż schematy podatkowe w rozumieniu nowych przepisów mogą powstać w toku zwykłej, bieżącej działalności przedsiębiorstwa – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy, lider Praktyki Planowania Podatkowego w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przykładem jest powstanie u podatnika różnicy w podatku odroczonym w kwocie przekraczającej 5 milionów złotych – taka sytuacja może być uznana za schemat podatkowy, który należy zgłosić do Krajowej Administracji Skarbowej.

– Nawet skorzystanie ze zwykłej ulgi podatkowej na badania i rozwój może, zgodnie z wyjaśnieniami Ministerstwa Finansów, oznaczać w pewnych okolicznościach wdrożenie schematu podatkowego, który powinien zostać zgłoszony do Krajowej Administracji Skarbowej – wyjaśnia P.Stańczyk.

Mit drugi: korzystam z profesjonalnych doradców, więc sam już nie muszę nic raportować. Kolejnym błędnym przekonaniem jest to, że jeśli podmiot korzysta z usług profesjonalnych doradców podatkowych, adwokatów czy radców prawnych to obowiązki w zakresie raportowania schematów podatkowych wykonają te podmioty. Taka sytuacja będzie miała miejsce, gdy korzystający zwolni swojego doradcę z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Jeśli jednak to nie nastąpi, to obowiązek przekazania informacji o schemacie podatkowym będzie ciążył na samym korzystającym.

Należy również pamiętać, iż niektóre schematy mogą powstawać w toku bieżącej działalności gospodarczej i to sam podatnik ma wówczas ma obowiązek taki schemat zaraportować. Przykładem jest wypłata dywidendy, jeśli podatnik (płatnik) zastosuje umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania i na tej podstawie pobierze niższy podatek. Jeśli na skutek zastosowania umowy ten podatek będzie niższy o więcej niż 5 mln złotych, to taka sytuacja będzie uważana za schemat podatkowy, który sam podatnik jako korzystający powinien zgłosić do Krajowej Administracji Skarbowej.

Mit trzeci: jako zwykły podatnik nie muszę posiadać procedury w zakresie schematów podatkowych. Do posiadania procedury w zakresie schematów podatkowych zobowiązani są promotorzy, czyli najczęściej doradcy podatkowi, adwokaci i radcowie prawni. Należy jednak pamiętać, że promotorem może stać się każda osoba (fizyczna czy prawna), które opracowuje, oferuje lub wdraża schematy. Jeśli więc, przykładowo, dyrektor finansowy spółki-matki postanowi o wdrożeniu określonego rozwiązania podatkowego (spełniającego definicję schematu) w innych spółkach z grupy, to może on stać się promotorem i wówczas zatrudniająca go spółka zobowiązana jest posiadać procedurę dotyczącą schematów podatkowych (o ile jej przychody lub koszty przekroczyły w poprzednim roku obrachunkowym 8 mln złotych).

– A zatem przekonanie, iż obowiązek posiadania takiej procedury nie dotyczy zwykłych podatników, niebędących doradcami, jest błędne. Pozostawanie w tym przekonaniu w określonych sytuacjach może zakończyć się karą w wysokości 2 mln złotych – wyjaśnia prawnik z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Kiedy STIR może zablokować rachunek przedsiębiorcy

System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej (STIR) funkcjonujący od 2018 r. to nowe narzędzie kontrolująco-analityczne, zaprojektowane do skuteczniejszej walki z przestępczością podatkową. Ma ono przeciwdziałać wykorzystywaniu sektora finansowego do wyłudzeń skarbowych. Wraz z wprowadzeniem STIR, Szef Krajowej Administracji Skarbowej zyskał szeroki zakres nowych uprawnień, a instytucje finansowe, tj. banki i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, kolejne obowiązki. Czy przedsiębiorcy powinni obawiać się wprowadzonej niedawno regulacji?

Czym jest STIR?

Mechanizm STIR polega na przetwarzaniu według ściśle określonych algorytmów danych przekazywanych przez banki oraz spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (SKOK-i), celem ustalenia wskaźnika ryzyka wykorzystywania sektora bankowego do wyłudzeń skarbowych, zwłaszcza w zakresie dotyczącym podatku VAT. Służy on także do przekazywania zebranych informacji o wskaźniku ryzyka do Centralnego Rejestru Danych Podatkowych oraz do systemów teleinformatycznych banków i SKOK-ów. Wynikiem przetwarzania danych będzie automatycznie generowana informacja o wskaźniku ryzyka, która może stanowić podstawę do podjęcia czynności przez szefa KAS oraz organy mu podległe.

Dane, o których mowa, to informacje o rachunkach rozliczeniowych otwieranych i prowadzonych przez tzw. podmioty kwalifikowane, a także dzienne zestawienia transakcji dotyczących tych rachunków. Do podmiotów kwalifikowanych zaliczone zostały osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, osoby niebędące przedsiębiorcami, ale wykonujące działalność zarobkową oraz osoby prawne i jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej, ale mające zdolność prawną. STIR nie obejmuje zatem swoim zakresem prywatnych rachunków bankowych osób fizycznych, służących do ich osobistych rozliczeń.

Kto jest szczególnie narażony?

Poza przytoczonymi algorytmami, stanowiącymi zasadniczą prawnie chronioną tajemnicę sektora bankowego, izba rozliczeniowa, określając wskaźnik ryzyka, stosuje szczególne kryteria umożliwiające precyzyjne typowanie podejrzanych procederów. Wyróżnia się pięć kategorii tych kryteriów.

Pierwszą kategorię stanowią kryteria ekonomiczne, polegające na ocenie dokonywanej przez podmiot kwalifikowany transakcji, uwzględniające otoczenie gospodarcze, w jakim transakcja jest realizowana, w szczególności mając na uwadze cel prowadzonej działalności gospodarczej. Na celowniku znajdą się zatem przedsiębiorstwa o zbyt skomplikowanej strukturze własności, którą trudno uzasadnić, uwzględniając rodzaj prowadzonej działalności, czy też wykorzystujące w niej wielu pośredników albo takie, gdzie dominujący udział stanowią rozliczenia gotówkowe. Podejrzenia może wzbudzić także dokonywanie transakcji nieuzasadnionych charakterem prowadzonej działalności.

Drugą kategorię stanowią kryteria geograficzne, które polegają na weryfikowaniu transakcji dokonywanych z podmiotami pochodzącymi z państw, w których występuje znaczne zagrożenie wyłudzeń skarbowych. Dotyczy to w szczególności krajów niemających skutecznych systemów zwalczania przestępczości podatkowej, o wysokim stopniu działalności przestępczej oraz korupcji lub państw objętych embargiem oraz sankcjami czy też podobnymi środkami nałożonymi przez instytucje i organizacje międzynarodowe. Takie kraje to m.in. Wyspy Bahama, Panama, Puerto Rico, Tunezja, Wyspy Dziewicze oraz Jemen.

Trzeci rodzaj to kryteria przedmiotowe, które pozwalają ocenić prowadzoną przez podmiot kwalifikowany działalność gospodarczą z punktu widzenia podatności na wyłudzenia skarbowe. W szczególności dotyczy to ryzyka odnoszącego się do poszczególnych transakcji, świadczonych usług czy też dostaw towarów. Narażone na kontrolę będą zatem podmioty, których transakcje sprzyjają anonimowości, w których zapłata następuje od nieznanych lub niepowiązanych osób trzecich lub też dokonywana jest w zasadzie tylko w formie gotówkowej albo bez określonych zabezpieczeń.

Natomiast kryteria behawioralne odnoszą się do nietypowych w danej sytuacji zachowań podmiotu kwalifikowanego. W zakresie współdziałania z instytucjami finansowymi zachowania te mogą polegać np. na dokonywaniu nietypowych operacji pieniężnych czy też takich, które w danym czasie nie mają racjonalnego uzasadnienia i odbiegają od zachowań stosowanych dotychczas.

Ostatnie z kryteriów to kryterium powiązań. Polega ono na istnieniu powiązań podmiotu kwalifikowanego z innymi podmiotami, co do których występuje podejrzenie, że uczestniczą lub organizują działania mające związek z wyłudzeniami skarbowymi, w tym przede wszystkim podatku VAT. Warto zatem skrupulatnie dobierać kontrahentów przedsiębiorstwa, aby uniknąć narażania się na nieprzyjemności ze strony organów kontroli skarbowej.

Komu jeszcze może zaszkodzić STIR?

Poza przedsiębiorcami, którzy swoimi działaniami wypełniają przedstawione kryteria, narażone na weryfikację będą również m.in. firmy, które po odmowie rejestracji (na potrzeby VAT) przez jeden urząd skarbowy próbowały zarejestrować się w innym, a także przedsiębiorstwa, które ubiegają się o zwrot VAT lub podmioty „uśpione”, które nie dokonują obecnie żadnych transakcji, lecz mogą uaktywnić się np. jako „znikający podatnik” i zostać wykorzystane w karuzeli podatkowej. STIR przekaże fiskusowi także informacje o tym, że przedsiębiorstwo założyło nowy rachunek (także przez Internet), który może zostać wykorzystany do transferu pieniędzy pochodzących np. z wyłudzenia VAT.

Jak uniknąć negatywnych konsekwencji?

Wprowadzenie mechanizmu STIR do systemu podatkowego jest kolejnym narzędziem do zwalczania nadużyć w prawie podatkowym. W założeniu ma on eliminować z obrotu gospodarczego „podstawionych przedsiębiorców” i przez to wzmacniać bezpieczeństwo w obrocie gospodarczym. Należy być jednak bardzo ostrożnym w ocenie tego, czy podmioty, które STIR identyfikuje jako „ryzykowne”, biorąc udział w przestępczych procederach, dokonują wyłudzeń podatkowych czy też unikają regulowania zobowiązań podatkowych. Może przecież mieć miejsce wiele sytuacji, które algorytm błędnie zinterpretuje, a stygmatyzowanie podejrzanych podatników przyniesie znacznie więcej szkód niż pożytku. Aby uniknąć niepotrzebnych problemów, warto przeprowadzić audyt polityki finansowej w firmie, ze szczególnym uwzględnieniem płatności dokonywanych z podmiotami powiązanymi oraz firmami o wątpliwej wiarygodności biznesowej i podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Visa przejmuje Earthport

Visa Inc. (NYSE:V) poinformowała o przejęciu Earthport (AIM:EPO), spółki wykorzystującej największą na świecie niezależną sieć Automated Clearing House (ACH) do świadczenia usług w obszarze płatności transgranicznych na rzecz banków, korporacji i firm świadczących usługi w zakresie przelewów.

Obecnie Visa umożliwia przesyłanie środków na lub z kart Visa. Dzięki przejęciu Earthport, klienci biznesowi Visa będą mogli umożliwić użytkownikom indywidualnym, firmom i rządom wykorzystywanie Visa do przesyłania i/lub otrzymywania pieniędzy za pośrednictwem rachunków bankowych na całym świecie. W ten sposób Visa spodziewa się dotrzeć do ogromnej większości ludzi posiadających rachunki bankowe, oferując im prosty, szybki i bezpieczny sposób na przesyłanie pieniędzy w dowolne miejsce na świecie.

Dzisiaj na całym świecie za pośrednictwem przelewów i przekazów pieniężnych przesyłanych jest  prawie 80 bilionów dolarów[1], jest to jednak trudniejsze i bardziej skomplikowane niż powinno być. Zanim pieniądze trafią na konto mogą minąć dni – dzieje się tak dlatego, że metody wykorzystywane przy tego rodzaju płatnościach są przestarzałe, niewydajne i kosztowne.

Pozyskanie Earthport przez Visa może zaowocować rozwiązaniami, które znajdą zastosowanie przy realizowaniu różnych rodzajów płatności, w tym do zapłaty wynagrodzeń czy wykonywania międzynarodowych przekazów pieniężnych pomiędzy klientami indywidualnymi lub firmami. Z tego rodzaju rozwiązania może przykładowo skorzystać międzynarodowa spółka zatrudniająca na całym świecie wykonawców, którym należy zapłacić wynagrodzenie w ich lokalnej walucie. Dzisiaj taka firma płaci swoim pracownikom wykorzystując mało wydajne i kosztowne przelewy, których zrealizowanie może potrwać wiele dni. Połączenie zdolności Visa i Earthport pozwoli Visa stworzyć jedną sieć dla tego rodzaju płatności. Dzięki temu pracownicy na całym świecie będą mogli otrzymywać wynagrodzenie w sposób szybki i bezpieczny[2].

„Visa unowocześnia sposób, w jaki przesyłamy pieniądze – dzięki nowym rozwiązaniom możemy płacić i otrzymywać wynagrodzenie w sposób szybszy, bezpieczniejszy i prostszy niż kiedykolwiek wcześniej” – powiedział Bill Sheley, Head of Global Push Payments w Visa. „Przejęcie Earthport otwiera przed Visa niebywałe możliwości, pozwalając wyjść poza tradycyjny dla nas dotychczas obszar działalności jakim są karty płatnicze. W ten sposób możemy umożliwić naszym klientom wykonywanie płatności na całym świecie za pośrednictwem rachunków bankowych”.

Technologia opracowana przez Earthport pozwoli Visa na dalsze poszerzanie i zwiększanie skali rosnącej liczby rodzajów płatności Visa Direct. Obecnie w ten sposób można dokonać wypłaty środków finansowych, płatności peer-to-peer, płatności transgranicznych, wypłaty wynagrodzeń i zapłaty rachunków. Przez ostatnie 12 miesięcy licznik wzrostu transakcji Visa Direct niezmiennie utrzymywał się na poziomie przekraczającym 100%. Świadczy to o niesłabnącym zapotrzebowaniu na szybsze i bardziej inteligentne przesyłanie pieniędzy między klientami indywidualnymi i firmami na całym świecie.

[1] Accenture Market Sizing, 2017 r., Annual Addressable PV for Real Time Payments, all markets

[2] Wspomniane rodzaje zastosowań mają wyłącznie charakter przykładowy. Twórcy programów ponoszą odpowiedzialność za swoje programy oraz zapewnienie zgodności z obowiązującym prawem.

Wynajem krótkoterminowy i jego wpływ na rynek nieruchomości

Krótkoterminowy wynajem mieszkań cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Zarówno z perspektywy poszukujących noclegu, jak i właścicieli nieruchomości. Dla pierwszych jest to szansa na tańsze zakwaterowanie w porównaniu do nocowania w hotelu, dla drugich, na zarabianie przez cały rok i możliwość częstego dostępu do swojej nieruchomości. Turyści decydują się na wynajem krótkoterminowy również ze względu na większą wygodę. Jeśli mają swobodny dostęp do całego mieszkania, mogą bez ograniczeń korzystać z kuchni, a także elastycznie ustalać rytm dnia, to taka propozycja dla wielu osób jest znacznie korzystniejsza w porównaniu do hotelowego pokoju.

Bartłomiej Barwicz, CEO Rent like home, Lloyd Group
Bartłomiej Barwicz, CEO Rent like home, Lloyd Group

Mało tego. Właściciele nieruchomości, którzy wynajmują swoje mieszkania np. studentom, dzięki najmowi krótkoterminowemu zwiększają zyski w czasie letnich wakacji na uczelniach. Mogą bowiem wynająć lokum turyście. Taka mieszana formuła najmu szczególnie popularna jest w dużych nadmorskich miastach. Zwiększa się wtedy roczny przychód, a co za tym idzie rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem.

Szybki rozwój rynku najmu krótkoterminowego przyczynia się też do rozwoju firm, które na zlecenie zarządzają lokalami właścicieli. Inwestor, który ma kilka, kilkanaście nieruchomości, nie musi wówczas indywidualnie zajmować się lokalami. Wszystkie obowiązki przejmuje od niego operator. Począwszy od przygotowania oferty apartamentu, przez obsługę gości, sprzątanie, rozliczanie mediów, na naprawach w mieszkaniu skończywszy.

Jakie nieruchomości wynajmuje się najłatwiej?

Przez lata największym zainteresowaniem przy najmie długoterminowym cieszyły się najmniejsze mieszkania, przede wszystkim kawalerki. Właścicielom zależało bowiem na tym, aby pozyskać jednego, dwóch lokatorów i podpisać z nimi umowę na jak najdłuższy czas. Byli w stanie zająć się takim mieszkaniem samodzielnie.

Mieszkania o dużych metrażach wynajmować było znacznie trudniej, chyba że przerobiono je na osobne pokoje i jako takie wynajmowano. Gdy na rynku pojawiły się serwisy typu AirBnB i Booking.com, całkowicie zmieniło to krajobraz rynku najmu nieruchomości.

Modę na zarabianie w ten sposób wykorzystali przede wszystkim właściciele mieszkań w dużych miastach, a także apartamentów wakacyjnych w kurortach. Korzystają z nich bowiem przede wszystkim turyści. Zarówno przyjeżdzający w celach wypoczynkowych, jak i biznesowych. Model ten rozwijał się przez lata przede wszystkim w krajach zachodniej Europy i USA. To, co dla turystów było atrakcyjną alternatywą – mogli bowiem wynająć lokum znacznie taniej niż w hotelu – dla właścicieli nieruchomości stało się źródłem większych dochodów. W Niemczech, gdzie rozwinięta jest kultura mieszkania nawet przez całe życie w wynajmowanym mieszkaniu, zamiast kupowania go na własność, spowodowało to znaczący wzrost cen najmu. Z perspektywy właściciela nieruchomości, przyczyniło się to do wyższej rentowności. Ponadto, na zdecydowanie większe zyski mogą liczyć ci właściciele, którzy zamiast podpisywać umowy na długi czas, decydują się „obsługiwać” turystów.

Najem krótkoterminowy w Polsce

Polski rynek wciąż jest jeszcze bardzo świeży, jeśli chodzi o ten segment. Rozwija się jednak wyjątkowo dynamicznie. Coraz większa rzesza właścicieli nieruchomości decyduje się też na współpracę z firmami zajmującymi się profesjonalną obsługą najmu krótkoterminowego. Szczególnie, że tylko wtedy inwestycja w mieszkanie na wynajem może być bezobsługowa i nie wymagać dużej dyspozycyjności. Dodatkowo, dzięki takiej współpracy, posiadając tylko jedno mieszkanie na wynajem, można czerpać korzyści z najmu krótkoterminowego, a nie trzeba zakładać i prowadzić działalności gospodarczej. Korzyści ze współpracy może być jeszcze więcej, jeśli pojawią się regulacje, o których coraz częściej mówi się w mediach.

Jedna z propozycji ma narzucić obowiązek rejestrowania obiektów, które wynajmowane są na krótki termin. Samorządy miałyby tworzyć specjalne katalogi takich apartamentów. Ma to pomóc wyeliminować szarą strefę i zapewnić wszystkim równe reguły gry pod kątem podatkowym.

Zmiany, o których się mówi i które pozytywnie mogłyby wpłynąć na rynek to:

  1. Pojawienie się w prawie pojęcia najmu krótkoterminowego i precyzyjne określenie zasad, na jakich powinien być rozliczany.
  2. Obowiązek rejestracji mieszkania, które jest wynajmowane krótkoterminowo.
  3. Obowiązek zapewnienia określonego minimalnego standardu wyposażenia mieszkania.

Zdecydowanie łatwiej będzie sprostać takim wymaganiom profesjonalnym firmom, obsługującym apartamenty na wynajem na dużą skalę, niż pojedynczym właścicielom, robiącym to po raz pierwszy. I to właśnie powoduje, że już dziś warto się na współpracę z taką firmą zdecydować. Szczególnie, że jest o co walczyć. Przy odpowiedniej lokalizacji, dobrym przygotowaniu mieszkania i dobrym zarządzaniu, można zarobić znacznie więcej niż na tradycyjnym najmie długoterminowym.

Bartłomiej Barwicz, CEO Rent like home, Lloyd Group

Katowice – miasto nowoczesnych usług biznesowych

Katowice oraz Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (GZM) to jeden z najważniejszych ośrodków sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.  Na zlecenie Urzędu Miasta Katowice, ABSL we współpracy z partnerami – JLL, Randstad Polska i Randstad Sourceright, przygotowało raport charakteryzujący rozwój branży w mieście.

Katowice są dynamicznie rozwijającym się miastem oraz najważniejszym ośrodkiem Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (GZM), liczącej 2,3 mln mieszkańców. Miasto stanowi ważne w skali kraju centrum akademickie, kulturalne i gospodarcze, cechujące się dynamicznym rozwojem, wysoką jakością życia oraz nowoczesną gospodarką, w której istotny udział mają usługi dla biznesu. W metropolii funkcjonują 102 centra usług, zatrudniające w sumie 23 500 pracowników. Stanowi to 8% ogółu zatrudnienia w sektorze nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. Istotny wpływ na silną pozycję ośrodka na mapie usług biznesowych wywarły inwestycje globalnych firm, które zdecydowały się na ulokowanie tu swoich centrów. Wzrost zatrudnienia w nowych centrach usług przyczynił się do przeformułowania krajobrazu gospodarczego Katowic i regionu, co bardzo pozytywnie wpłynęło na wizerunek biznesowy analizowanego obszaru.

Specjalizacje Katowic

W Katowicach działają centra usług firm z 20 państw. Wśród podmiotów zagranicznych największy udział mają firmy z USA, Niemiec i Francji, do których należy łącznie 40% ogółu centrów. W I kw. 2019 r. centra usług na analizowanym obszarze zatrudniały 23 500 osób. Najczęściej zaś spotykaną kategorią świadczonych usług były te z obszaru IT, realizowane w 54 na 102 funkcjonujące tu jednostki. Centra w których usługi IT stanowią dominującą działalność generują̨ nieco ponad połowę (51%) zatrudnienia w branży.

Dynamiczny rozwój sektora można zaobserwować choćby na portalach z ogłoszeniami o pracę ‑ w I kwartale 2019 r. na ponad 5 500 ofert pracy w Katowicach, 60% odnosiło się do centrów SSC/BPO oraz IT. – W okresie ostatnich trzech lat wzrost zatrudnienia w centrach usług w Katowicach i Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii wyniósł 43%, co stanowi ponad 7 000 nowych miejsc pracy, utworzonych głównie w Katowicach. W tym czasie w Katowicach powstały 22 nowe centra usług, jednak większość zatrudnienia (59%) wygenerowały centra funkcjonujące już przed 2016 r., rozwijające swoją działalność. Prognozujemy, że w I kwartale 2020 r., w sektorze zatrudnionych będzie już nawet 25 000 pracowników, w tym 20 000 w samych Katowicach – komentuje Janusz Górecki, szef zespołu badawczego ABSL. Firmy, poza zwiększaniem zatrudnienia, rozszerzają również zakres świadczonych usług – w ostatnim roku aż 83% z nich rozszerzyło swoje portfolio, a 81% ma to w planach na najbliższy rok.

Dlaczego Katowice? Wysoka jakość życia w nowoczesnym mieście

Powodów, dla których warto zainwestować w Katowicach jest co najmniej kilka. Miasto należy do najlepiej skomunikowanych obszarów
w Polsce, zarówno pod względem transportu drogowego,  kolejowego jak i lotniczego. Katowice to również miejsce, gdzie prowadzone są liczne inwestycje rozwijające infrastrukturę społeczną. Dzięki temu, z roku na rok wyraźnie poprawia się jakość życia mieszkańców, co potwierdzają wyniki wielu rankingów i dane statystyczne.

Jesteśmy liderem wśród polskich miast w działaniach proekologicznych, w mieście jest wiele parków i terenów zielonych. Zajmują one prawie połowę powierzchni miasta. Podejmujemy także intensywne działania na rzecz rozwoju ekomobilności. Katowice są miejscem, gdzie doskonale rozwinęła się infrastruktura dla biznesu. Duża liczba hoteli i centrów konferencyjnych sprzyja organizacji wydarzeń o randze międzynarodowej. Katowice jako Miasto Kreatywne UNESCO w dziedzinie muzyki stanowi wyjątkowe miejsce na mapie Europy, będąc ważnym ośrodkiem kulturalnym i turystycznym – mówi Marcin Krupa, Prezydent Miasta Katowice. Katowice należą do grupy miast o wysokiej jakości życia, co potwierdza doroczny ranking tygodnika Polityka.

W 2018 roku miasto zajęło także pierwsze miejsce w rankingu najbardziej ekologicznych miast przygotowanym przez magazyn Forbes. Na wyniki miasta wpływają m. in. działania zwiększające wykorzystanie samochodów elektrycznych oraz rozbudowa sieci ścieżek rowerowych. W Katowicach każdego roku odbywają się wydarzenia przyciągające setki tysięcy widzów z wielu krajów. Są to imprezy kulturalne, rozrywkowe i artystyczne, jak również duże konferencje biznesowe. W 2018 roku w całym mieście takich spotkań odbyło się̨ 6 170 i uczestniczyło w nich 757 630 osób.

Katowice z uwagi na swoje położenie w centrum ponad dwumilionowej Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, oferują̨ unikatowy w skali Polski dostęp do zasobów na rynku pracy. Na obszarze tym kształci się prawie 94 000 studentów o różnorodnych kompetencjach niezbędnych m.in. do pracy w sektorze nowoczesnych usług
dla biznesu. Ogromny potencjał rekrutacyjny regionu bezpośrednio przekłada się na atrakcyjność biznesową Katowic oraz rynek biurowy. Warto podkreślić, iż Katowice z podażą na poziomie około 520 tys. m2 są obecnie na czwartym miejscu wśród rynków regionalnych pod kątem dostępnej powierzchni biurowej.

Katowice wspierają nowe inwestycje

Katowice cechuje efektywny, lokalny system obsługi inwestorów, polegający m.in. na współpracy z Polską Agencją Inwestycji
i Handlu (PAIH), Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną, instytucjami otoczenia biznesu oraz firmami doradczymi. – Inwestorom oferowana jest kompleksowa pomoc w zakresie realizacji procedur inwestycyjnych, otrzymują̨ również wyczerpujące informacje na temat rozwoju sektora nowoczesnych usług biznesowych w mieście. Firmy mogą liczyć na otwartość i zaangażowanie ze strony Miasta, co ułatwia rozpoczęcie lub rozwinięcie działalności gospodarczej. Każdy inwestor ma zapewnioną opiekę pracownika Wydziału Obsługi Inwestorów, który zapewnia wsparcie od samego początku procesu inwestycyjnego do momentu realizacji inwestycji, a nierzadko ten kontakt jest stały w ramach formuły „after-care” – dodaje Mariusz Jankowski, Naczelnik Wydziału Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Katowice.

Ile trwa budowa domu w Polsce? Średnio 4 lata

Główny Urząd Statystyczny po zebraniu informacji z całego roku, publikuje ciekawe podsumowania aktywności inwestorów mieszkaniowych. Takie podsumowania zawierają nie tylko dane na temat liczby rozpoczętych i ukończonych mieszkań oraz uzyskanych pozwoleń budowlanych. Ciekawe wydają się wcześniej niepodawane informacje, które dotyczą średniego czasu budowy mieszkań (lokali i domów). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, ile taki przeciętny czas trwania prac budowlanych wynosił dla lokali i domów ukończonych w 2018 r.

GUS zwykle podaje średni czas budowy mieszkań z podziałem na rodzaj inwestorów. Równie ciekawe są informacje prezentujące przeciętny czas budowy ze względu na rodzaj wznoszonych budynków (jednorodzinnych lub wielorodzinnych). Obliczenia Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że domy jednorodzinne, które ukończono w 2018 roku, średnio powstawały przez 48,7 miesiąca. Analogiczny wynik dotyczący budynków wielorodzinnych (oraz lokali w nich umieszczonych) wyniósł 22,2 miesiąca.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl tak duża różnica czasu budowy wynika z faktu, że domy jednorodzinne są często wznoszone tak zwaną metodą gospodarczą. Warto również pamiętać o przerwach związanych z koniecznością zebrania środków, które wydłużają czas budowy przeciętnego domu. Z podobnymi przerwami oczywiście nie mamy do czynienia w przypadku lokali budowanych przez deweloperów. Tacy inwestorzy budują mieszkania w sposób profesjonalny i pod presją czasu (związaną m.in. z chęcią szybkiej spłaty kredytu inwestycyjnego).

Warto nadmienić, że w relacji do 2017 r. średni czas wznoszenia wszystkich budynków mieszkalnych skrócił się o 3 miesiące (z 42,6 miesiąca do 39,6 miesiąca). Taka zmiana miała miejsce pomimo przywiązania rodzimych inwestorów do tradycyjnych technologii budowlanych. Aż 98,5% wszystkich budynków mieszkalnych, które oddano do użytku w 2018 roku, powstało przy użyciu technologii tradycyjnej udoskonalonej. Taka technologia polega na ręcznym murowaniu z cegły, bloczków lub pustaków.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Mniejsze bezrobocie i cudzoziemcy na legalnych umowach – nowa analiza rynku pracy według PIE.

Rynek pracy na początku tegorocznej wiosny wyraźnie kwitnie. Według analiz Polskiego Instytutu Ekonomicznego w kwietniu 2019 roku bezrobocie spadło do rekordowych 9%. Jest to mniej niż milion osób, pozostających bez zatrudnienia. Mimo słabszej koniunktury gospodarczej niż w zeszłych latach, firmy wciąż się rozwijają i zatrudniają nowych pracowników. Wysoki popyt na pracę widać jednak najbardziej w uprzemysłowionych regionach Polski. W takich regionach jak Mazowsze, Śląsk, Wielkopolska i Pomorskie widzimy rosnące statystyki zatrudnienia – jednak w tyle zostają mniejsze województwa, szczególnie te, w których przemysł nie jest bardzo rozwinięty.

– Słabsza sytuacja na rynku pracy występuje w małych województwach, bądź tych, które są mało uprzemysłowione. Tam zaczynamy dostrzegać osłabienie w zatrudnieniu, szczególnie po stronie usługowej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, kierownik zespołu komunikacji Polskiego Instytutu Ekonomicznego i ekspert do sprawy rynku pracy. – Jednak mimo tego koniunktura na rynku pracy utrzymuje się na dobrym poziomie. Także, jeżeli chodzi o zatrudnienie cudzoziemców. Niedawne dane ZUSu pokazały, że już ponad 600 tysięcy cudzoziemców w Polsce jest zarejestrowanych w systemach ubezpieczeń społecznych. To znaczy, że świadczą pracę legalnie. To bardzo wyraźny wzrost w stosunku do tego, co obserwowaliśmy w poprzednich latach – podsumowuje analizę Kubisiak.

Rynek pracy: poszukiwani specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa

Zgodnie z danymi KPMG, 68 proc. ankietowanych przedsiębiorstw w Polsce odczuło skutki związane z cyberprzestępczością, a 25 proc. z nich zanotowało wzrost liczby ataków hakerskich. Robert Bedrij, manager Information Technology w firmie rekrutacyjnej Michael Page, wyjaśnia z jakimi wyzwaniami w kwestii bezpieczeństwa IT muszą mierzyć się firmy w Polsce, aby ustrzec się przed cyberatakami oraz jakie wiążą się z tym koszty.

„Praca szuka człowieka”

Z danych zawartych w raporcie KPMG wynika także, że dla 63 proc. firm najważniejszym problemem, który uniemożliwia budowę systemów cyberbezpieczeństwa jest brak wykwalifikowanych pracowników. Wg szacunków Cisco w polskich firmach na obecną chwilę brakuje 5 tys. specjalistów ds. cyberbepieczeństwa. Za rok będzie to już do 10 tys. osób.

Organizacje zatrudniające do 300 pracowników zwykle posiłkują się w tym obszarze jednoosobowym wsparciem w postaci oficera bezpieczeństwa IT. Wynagrodzenie na tym stanowisku oscyluje między 16 a 20 tys. zł brutto. Osoba pełniąca tę funkcję w firmie powinna posiadać co najmniej 5-letnie doświadczenie w obszarze związanym z bezpieczeństwem informatycznym. Warto jednak zauważyć, że wykształcenie techniczne nie jest konieczne. Niemniej taki specjalista powinien wiedzieć, jak łączyć potrzeby biznesowe i cyberbezpieczeństwa w firmie oraz odpowiednio outsourcować i nadzorować poszczególne procesy wewnątrz jak i na zewnątrz.

Większe przedsiębiorstwa decydują się zazwyczaj na tworzenie 2-3 osobowego, a niekiedy jeszcze większego zespołu odpowiedzialnego za bezpieczeństwo cybernetyczne, nad którym pieczę sprawuje manager, pełniący też rolę lidera technicznego. Oznacza to, że kandydat do tej funkcji musi posiadać odpowiednio szerokie doświadczenie oraz umiejętności i wiedzę techniczną, aby mógł służyć wsparciem mniej doświadczonym członkom zespołu. Na rynku cenieni są managerowie, którzy nie boją się pracy u podstaw i potrafią zaprogramować czy skonfigurować jakieś rozwiązanie, a niekoniecznie tylko zajmować się wdrażaniem nowych projektów. Wynagrodzenie na tym stanowisku to przedział rzędu 20 a 25 tys. zł brutto.

Kandydat do pracy w takim zespole posiadający roczne doświadczenie stricte w cyberbezpieczeństwie może liczyć na wynagrodzenie rzędu 10-12 tys. zł brutto. Osoba z trzyletnią praktyką może spodziewać się zarobków na poziomie 12-15 tys. zł brutto. Natomiast w przypadku osób z ponad trzyletnim doświadczeniem pensje mogą oscylować wokół 16-25 tys. zł brutto w zależności od specjalizacji. Kwota 25 tys. zł brutto oferowana jest zwykle analitykom podatności bądź testerom penetracyjnym. Są to zwykle kandydaci z bardzo wysokimi umiejętnościami technicznymi, mający skończone specjalistyczne studia, którzy zajmują się badaniem podatności i luk w aplikacjach bądź systemach danej organizacji. Muszą też posiadać doświadczenie w obszarze sieciowym bądź systemowym.

Osoby chcące pracować w obszarze cyberbezpieczeństwa powinny zastanowić się nad uzyskaniem certyfikatów, takich jak CISSP, CISA, CISM, CRISC i Lead Auditor ISO 27001, potwierdzających odpowiednie umiejętności. Szczególnie warto zainteresować się certyfikatami hakerskimi, m.in. CEH, GSEC, OSCP.

Odpowiednie rozwiązania

Drugi czynnik stanowiący wyzwanie dla firm w zakresie bezpieczeństwa IT to brak wystarczających budżetów do realizacji tego celu. Wskazało na to w badaniu KMPG 61 proc. respondentów. Należy jednak zaznaczyć, że firmy będąc coraz bardziej świadome zagrożeń cybernetycznych, coraz chętniej alokują dodatkowe środki na ten obszar. Potwierdzają to m.in. dane zebrane przez analityków IDC, z których wynika, że wydatki na odpowiednie rozwiązania – w tym sprzęt i oprogramowanie oraz usługi – wyniosą w 2019 roku 27,3 mld USD. Stanowi to więc wzrost o 8,3 proc. w stosunku do ub.r.

Wg danych IDC w 2019 roku ponad połowa wydatków w Europie związanych z bezpieczeństwem IT będzie dotyczyć usług (14,8 mld USD), wśród których najistotniejsze to zarządzanie usługami bezpieczeństwa (5,8 mld USD) oraz usługi integracyjne (5,4 mld USD). W dalszej kolejności wymieniano oprogramowanie (8,6 mld USD) oraz sprzęt (3,9 mld USD).

Wymagające branże

Obecnie można wyraźnie zauważyć, że najlepiej zabezpieczone przed atakami hakerskimi są banki i operatorzy. Wg analityków IDC inwestycje w cyberbezpieczeństwo w bankowości oraz produkcję przemysłową w 2019 roku wyniosą aż 9 mld USD. Po 1,5 mld na ten cel, zgodnie z badaniem firmy analitycznej, planują przeznaczyć takie sektory jak handel detaliczny oraz profesjonalne usługi, a także administracja rządowa. Wyzwanie dotyczące wdrożenia odpowiednich zabezpieczeń i procesów stoi również jeszcze przed branżą FMCG, e-commerce oraz sektorem energetycznym.

Światowej sławy programiści w Krakowie – GeeCON 2019

Ponad 1200 programistów z całego świata zawita w środę, 15 maja, do Krakowa na jedną z największych i najpopularniejszych konferencji dla branży IT w Polsce – GeeCON 2019. To znaczące wydarzenie dla branży, na którym wystąpi 75 prelegentów z całego świata, w tym światowej sławy programiści m.in. z USA.

Geecon 2018 GeeCON to konferencja IT przyciągająca najlepszych specjalistówGeeCON to forum wymiany doświadczeń na temat nowoczesnych metodologii tworzenia oprogramowania, architektury, czy rzemiosła oprogramowania. Odbywa się już od 11 lat. Ostatnie lata to nie tylko konferencje w polskich miastach (Poznań, Kraków), ale także cykliczne spotkania w Pradze. Z roku na rok przybywa uczestników, których ściąga niepowtarzalna atmosfera spotkania i prelegenci z czołowych firm softwarowych na świecie.

W tym roku na GeeCONie wystąpi m.in. Bruce Eckel – autor kultowej książki Thinking in Java, Neal Ford – światowej sławy architekt aplikacji, Fred George – prekursor architektury mikroserwisów oraz wielu innych światowych ekspertów, chociażby Ken Sipe, czy Ted Neward – wylicza Łukasz Stachowiak, jeden z organizatorów konferencji GeeCON. – To nazwiska bardzo znane i poważane w świecie IT. Cieszymy się, że wystąpią w Polsce.

Na GeeCONie pojawią się specjaliści z Polski, Włoch, Francji, Belgii, Egiptu, Brazylii, Austrii, Ukrainy i USA. Bilety nie należą do najtańszych (ponad 1000 zł), ale to nie zniechęca uczestników.

–  W naszej branży musimy trzymać rękę na pulsie i być na bieżąco z najnowszymi technologiami. GeeCON ma swoją markę i tradycję, dlatego warto tu być – mówi Damian Majsner, Front-end Developer serwisów Walutomat.pl i Internetowykantor.pl, uczestnik konferencji. – Nie bez znaczenia jest doskonała atmosfera tej konferencji i integracja środowiska IT.

Jest jeszcze druga ważna strona tego typu wydarzeń. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że do końca przyszłego roku będzie potrzebnych 600 000 programistów. Dane te mówią, że najwięcej potrzeb rekrutacyjnych w branży IT będzie w Portugalii, Francji i właśnie w Polsce. Firmy wiedzą jak trudno pozyskać dobrego programistę, testera, czy UX designera, dlatego chętnie sponsorują takie wydarzenia, by móc zaprezentować się z najlepszej strony i przekonać do pracy w danej firmie.

Rzeczywiście jest duża konkurencja wśród pracodawców, jeśli chodzi o pozyskanie specjalistów IT – przyznaje Artur Maliszewski, Chief Information Officer w Currency One SA, która jest sponsorem GeeCONu. – My staramy się ich przyciągnąć do nas nie tylko dogodnymi formami współpracy, czy ciekawymi benefitami, jak choćby masaże, owoce, czy hulajnogi w biurze. Zwracamy dużą uwagę na to, że pracujemy nad własnymi produktami i praca ta daje realny wpływ na rozwój rynku fintechów w Polsce – dodaje. A. Maliszewski.

GeeCON poświęcony będzie technologiom opartym na JVM, ale nie zabraknie też wykładów o językach dynamicznych jak javascript, tematów z architektury oprogramowania, testowania, narzędzi monitorujących czy metodyk wytwarzania oprogramowania. To jedno z najważniejszych wydarzeń w branży IT odbędzie się 15-17 maja w krakowskim Multikinie. Spodziewanych jest 1200 uczestników i ponad 75 prelegentów.

Jakich pracowników na Pomorzu brakuje najbardziej?

Deficyt kadrowy na Pomorzu sięga 8700 wolnych wakatów, które czekają na obsadzenie[i]. Jednocześnie jak wynika z raportu firmy rekrutacyjnej Antal – ponad 60% kandydatów w regionie nie szuka aktywnie pracy, ale z chęcią odpowiada na spersonalizowane oferty.

Na Pomorzu brakuje między innymi: specjalistów dla branż technicznych, pracowników transportu i logistyki oraz sektora farmaceutyczno-kosmetycznego. Deficyt występuje również w branżach tradycyjnych dla województwa pomorskiego, m.in. w budownictwie, gospodarce morskiej oraz turystyce i gastronomii, a także w zawodach z obszaru opieki zdrowotnej i pomocy społecznej.

Pomorskie wciąż przyciąga inwestorów z sektora usług wspólnych oraz IT. Szereg przedsiębiorstw regularnie zgłasza zapotrzebowanie na informatyków, m.in. programistów, inżynierów oprogramowania oraz osoby posiadające kwalifikacje w dziedzinach finansów, rachunkowości, administracji czy zasobów ludzkich.

Co ciekawe specjaliści i managerowie otrzymują rocznie średnio 8 ofert pracy. To znaczy, że co 1,5 miesiąca mogą przystąpić do procesu rekrutacyjnego.

Benefity i pakiety dla inżyniera produkcji

Branża produkcyjna w regionie pomorskim ma swoją specyfikę. Kandydaci są bardzo otwarci do rozmów, ale mniej skorzy do zmiany pracy. Jednocześnie stawki, które pracodawcy oferują pracownikom na stanowiskach inżynierskich utrzymują się na stosunkowo równym poziomie, a perspektywa ich podniesienia jest dosyć odległa. Tym samym zaczynają liczyć się wszelkiego rodzaju aspekty dodatkowe, benefity, dodatki paliwowe czy elastyczne czasy pracy.

Na przestrzeni ostatniego roku Trójmiasto odnotowało o 7 punktów procentowych więcej wskazań jako potencjalna destynacja zawodowa kadry średniego i wyższego szczebla z całej Polski. Przeszło co 3 kandydat (40% respondentów Antal) rozważający zmianę miejsca zamieszkania wybierze właśnie Pomorze. Takie wskazania siłą rzeczy prowadzą do tego, że firmy rozwijają u siebie pakiety relokacyjne, a także przychylniej patrzą w stronę kandydatów chcących zmienić miejsce życia i rozwoju zawodowego. Kandydat spoza regionu z racji mniejszej dynamiki rynku ma spore szanse na zatrudnienie u klientów.

Inżynierowie muszą liczyć się z coraz większą konkurencją, ponieważ region trójmiejski zyskuje na popularności i coraz częściej jest wskazywany jako atrakcyjna lokalizacja pod kątem relokacji przez specjalistów i menedżerów w Polsce – komentuje Miłosz Floriański, specjalista ds. rekrutacji w Antal, Engineering & Operations.

W SSC/BPO pracuje już 23 tys. osób

Intensywny rozkwit przeżywa branża SSC/BPO, czyli sektor nowoczesnych usług biznesowych. W ostatnich latach to Trójmiasto stało się jednym z najważniejszych miejsc dla potencjalnych inwestorów szukających lokalizacji nowych centrów usługowych. Pod względem liczby miejsc pracy w tym sektorze (w centrach BPO/SSC w Trójmieście pracuje ponad 23 tysiące osób), zajmuje obecnie czwarte miejsce w kraju, doganiając czołówkę, w której skład wchodzą: Kraków, Warszawa i Wrocław. W głównej mierze centra obsługują takie obszary jak: księgowość, IT i obsługa klienta. W tych dziedzinach obserwujemy największe zapotrzebowanie na pracowników.

Kto otrzyma najbardziej atrakcyjne wynagrodzenie w SSC/BPO?

Księgowy z niemieckim może liczyć na wynagrodzenie ok. 6-7000 brutto w zależności od stażu pracy. Kandydaci z doświadczeniem w zakupach z językiem angielskim otrzymają 7000 brutto, natomiast z językiem niemieckim – nawet do 9000 brutto. Warto zaznaczyć, że kandydaci z wykształceniem ekonomicznym lub finansowym, znający język angielski, mogą liczyć na angaż w wielu firmach, gdzie pracodawca przeszkoli ich i wdroży w odpowiednie stanowisko. Znajomość dodatkowych języków (np. niemiecki, francuski, szwedzki, włoski) zwiększa wynagrodzenie.

Logistyk mile widziany

W Trójmieście obserwujemy także intensywny rozkwit sektora logistyki. Spowodowane jest to przede wszystkim dużym rozwojem sieci transportowych (drogą lądową, powietrzną oraz morską), a także rozbudową przez istniejące już firmy, swoich działów logistyki w Polsce. Pracodawcy w tym sektorze są otwarci na kandydatów z wykształceniem wyższym o profilu związanym z TSL oraz znajomością języka angielskiego. Jak podkreśla Krzysztof Nadolski, odpowiedzialny za logistykę oraz sektor morski i offshore w Antal:

aktywność kandydatów na stanowiskach średniego i wyższego szczebla w logistyce jest zadowalająca. Brakuje jednak doświadczonych managerów, co z jednej strony jest spowodowane ich biernością, ale wynika też z faktu, że rynek nie wykształcił jeszcze solidnej grupy managerskiej w logistyce i spedycji.

Programista zawsze w cenie, ale niemałej

Dynamiczny rozwój technologiczny pogłębia i tak dużą już lukę kadrową w IT. Procentowo w 2018 roku zanotowaliśmy około 13-15% wzrost ofert dedykowanych dla osób z obszaru IT. Wszystko to przekłada się na coraz większą presję płacową. Przykładowo Developerzy Java w Trójmieście na pewno nie będą czekali na pracę. Pracodawcy oferują wynagrodzenie od 12 do 20 tys. zł brutto. Coraz prężniej rozwija się CyberSecurity, gdzie stawki plasują się między 15 tys. a 18 tys. zł brutto.

Zdaniem Soni Tkaczyk z Antal, rekrutującej specjalistów IT w Gdańsku: specjaliści z branży IT to głownie pasywni kandydaci, oczekujący na dobre oferty dopasowane do ich oczekiwań i kompetencji.

Procesy rekrutacyjne zamykane są często zanim pojawią się w Internecie. Firmy starają się bezpośrednio lub przez agencję dotrzeć do odpowiednich kandydatów. Ci z kolei czekają na oferty i wybierają te, które uznają dla siebie za najciekawsze. Najlepsi specjaliści potrafią dostawać nawet 20 ofert pracy w miesiącu. W środowisku IT mówi się, że programista bez pracy jest przez pół godziny.

Obserwujemy również, że firmy chętniej inwestują czas oraz finanse w rozwój młodych talentów, co często wiąże się również z umową lojalnościową wobec pracodawcy. Przykładowo obowiązek przepracowania roku czy dwóch na rzecz danej organizacji, w zamian za finansowanie kursów, szkoleń czy certyfikacji.

Warto otworzyć się na zmianę

Dopóki koniunktura gospodarcza odnotowuje najwyższe wskaźniki, to rynek kandydata w najbardziej deficytowych branżach będzie się utrzymywać. Przyczyną są ciągle powstające i rozwijające się nowe centra usług wspólnych, firmy IT oraz zakłady produkcji (rozbudowa lub greenfield). Co ciekawe ponad połowa z kandydatów biorących udział w badaniu Antal: „Aktywność Specjalistów i Menedżerów”, przyznaje, że w ciągu ostatniego roku nie otrzymało żadnej podwyżki. Dlatego to dobry moment na przemyślenie swojej obecnej sytuacji zawodowej i zaktywizowanie się na rynku pracy poprzez oferty, kontakt z rekruterami lub zrewidowanie z pracodawcą swoich obecnych warunków płacowych.

Gdzie szukać pracy?

Coraz większą rolę w poszukiwaniu pracy oraz rozwoju zawodowego pełnią media społecznościowe. Pracownicy zainteresowani zmianą pracy lub zmianą swojej ścieżki zawodowej powinni zainteresować się ogłoszeniami w sieci. Ponad 92% ankietowanych w raporcie Antal utrzymuje, że posiada aktywny profil na LinkedIn lub GoldenLine.  Choć ten drugi stara się dotrzymać kroku międzynarodowej sieci LinkedIn to jednak ten pierwszy jest zdecydowanym liderem społeczności ludzi pracy. Warto zatem zadbać o profesjonalny profil zawodowy i tam poszukać pracy, która spełni nasze oczekiwania.

ONE MORE LEVEL S.A. kończy 1 kw. 2019 r. z zyskiem

ONE MORE LEVEL S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, wypracowała w pierwszym kwartale 2019 r. ponad 114 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 1.005 tys. zł. Emitent w kwietniu br. rozpoczął sprzedaż gry „God’s Trigger” i pracuje równolegle nad drugą grą z gatunku FPP, której premiera jest zaplanowana na 2020 r.

Spółka zanotowała w 1 kw. 2019 r. 114 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły ponad 1.005 tys. zł. W analogicznym okresie 2018 r. ONE MORE LEVEL S.A. miała blisko 11 tys. zł straty netto przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 210 tys. zł. W kwietniu 2019 r. do sprzedaży na PC, PS4 oraz Xbox trafiła wyprodukowana przez Emitenta gra „God’s Trigger” i spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem oraz odbiorem wśród recenzentów uzyskując wysokie oceny m.in. w serwisie metacritic.com. Dla Zarządu Spółki kluczowym elementem dla wyniku sprzedażowego tej produkcji pozostaje sprzedaż na konsolach.

„Premiera „God’s Trigger”, która odbyła się 18 kwietnia 2019 roku i uzyskane wysokie oceny gry produkowanej przez nasze studio, pokazały potencjał zespołu i są dobrym wyznacznikiem jakości, której oczekujemy jako Spółka od naszych kolejnych produkcji. Oczywiście nie zapominamy o dalszym wspieraniu „God’s Trigger” o kolejne dodatki i funkcjonalności takich jak m.in. nadchodzący w najbliższym czasie tryb kooperacji online.” – ocenia Iwona Cygan-Opyt, Prezes Zarządu Spółki ONE MORE LEVEL S.A.

ONE MORE LEVEL S.A. realizuje kolejny projekt, jakim jest gra z gatunku FPP, czyli przedstawiona z perspektywy pierwszej osoby. Produkcja ta jest realizowana na silniku Unreal Engine 4, dzięki czemu będzie charakteryzowała się najwyższym standardem i oferowała graczom rozrywkę na najwyższym poziomie. Zmiana silnika wpłynie pozytywnie na jakościowy skok kolejnej gry w porównaniu z poprzednim projektem Spółki. Powstająca produkcja będzie przeznaczona na komputery PC oraz konsole PS4 i Xbox One. Jej premiera została zaplanowana na 2020 r., a pierwsze informacje odnośnie tego projektu zostaną opublikowane przez ONE MORE LEVEL S.A. w ciągu najbliższych tygodni.

„Kolejny tytuł mamy nadzieję zapowiedzieć w przeciągu najbliższych tygodni. Umowa podpisana w czerwcu zeszłego roku zapewnia Spółce bezpieczeństwo finansowe niezbędne do realizacji planów dotyczących kolejnego projektu, który jeszcze wyżej podniesie poprzeczkę produkcji mogących powstawać w naszej Spółce. Cały zespół intensywnie pracuje, by kolejny tytuł spełnił pokładane w nim oczekiwania Zarządu i Akcjonariuszy Spółki. Nadchodzące tygodnie powinny przynieść wiele pozytywnych informacji dotyczących naszego dalszego rozwoju.” – zakończyła Prezes Cygan-Opyt.

USA twardo negocjują z Chinami. Jest nerwowo, ale bez paniki

Spadające indeksy w Azji i dołujący futures na S&P500 jasno dają do zrozumienia, że klimat na rynkach nie jest pozytywny w obawie, że USA i Chinom nie uda się dojść do porozumienia w kwestiach handlowych. Twarde stanowisko obu storn przynosi impas, ale też wyższe cła na import z Chin, co przez inwestorów jest odczytywane jako zagrożenie dla globalnego ożywienia.

Jest nerwowo, ale bez paniki, co widać po małych wahaniach na rynku FX. Za dobrą monetę jest odbierane, że strony wciąż ze sobą rozmawiają. W rozmowach nie ma progresu, ale obie strony podtrzymują ostrożny optymizm. Wicepremier Liu stwierdził, że negocjacje poszły „dość dobrze”, a w opinii sekretarza skarbu USA Mnuchina były „konstruktywne”. Jednocześnie chłodno wybrzmiewają żądania Waszyngtonu, by Chiny zobowiązały się do konkretnych zmian w swoim prawie, na co Pekin odpowiedział, że nie ma zamiaru połknąć „gorzkiego owocu” i zaszkodzić swoim interesom. Ponownie, upór stron oznacza brak kroku naprzód. Wyższe cła na towary z Chin są już w mocy, a rynek zastanawia się, jak Chiny zamierzają odpowiedzieć. Jeśli riposta będzie bolesna np. dla rolników z USA, to z pewnością rozsierdzi prezydenta Trumpa i otrzymamy soczystego tweeta z groźbami, które ponownie zachwieją rynkami finansowymi. Niezależnie jak bardzo rozsądek podpowiada, że strony w końcu dojdą do porozumienia, z perspektywy rynków finansowych ważniejsze jest, co będzie w międzyczasie. Sporo wskazuje, że najpierw musi być gorzej, by było lepiej i inwestorzy sami będą musieli przełknąć gorzki owoc rosnącej awersji do ryzyka.

Pozostajemy w klimacie, który preferuje redukcje pozycji w akcjach i ucieczkę kapitału w JPY i CHF. USD pozostaje między młotem a kowadłem. Z jednej strony jest „bezpieczną przystanią”, ale obawy o globalne ożywienie oznaczają utrzymanie gołębiego nastawienia banków centralnych i Fed ma najwięcej do oddania z poprzedniego cyklu zaostrzania polityki. Jako że EBC ma niemal pusty arsenał, paradoksalnie jest łatwiej dla EUR utrzymać (a nawet poprawić) swoją pozycję. Ale potencjalnym zagrożeniem na przyszłość jest to, że jeśli USA twardo negocjują z Chinami, tak samo twardo mogą prowadzić rozmowy z UE, co dla EUR nie będzie dobre. Na krajowym rynku złoty odczuwa presję z rynków zewnętrznych i pierwszy raz od marca EUR/PLN jest powyżej 4,3050. W ujęciu względnym złoty jest wciąż stabilny (+0,8 proc. od dołka EUR/PLN z kwietnia) i praktycznie nie ma ryzyka gwałtownej przeceny. Ale póki na rynkach zewnętrznych jest gorzej niż lepiej, dla EUR/PLN łatwiej jest ponad niż poniżej 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Orange wprowadza na rynek nowy model korzystania z usług. Zapowiada rewolucję na miarę tej, która wyparła telefony stacjonarne

Orange wprowadza na rynek nowy model korzystania z usług. Zapowiada rewolucję na miarę tej, która wyparła telefony stacjonarne 8

Orange zapowiada, że nową ofertą Flex zrewolucjonizuje rynek usług telekomunikacyjnych. Zamiast tradycyjnego modelu, w którym trzeba podpisać umowę w salonie albo pamiętać o doładowywaniu konta, klient będzie mógł włączać i wyłączać dowolne usługi i plany taryfowe w aplikacji, dopasowując je do swoich aktualnych potrzeb. Operator pracuje już też nad dostosowaniem oferty dla klientów biznesowych.

Do zbudowania aplikacji i oferty firma zaprosiła samych zainteresowanych, czyli obecnych i byłych klientów. W pierwszym etapie przeprowadzono badania, podczas których 4 tys. ankietowanych zapytano o to, co im przeszkadza w usługach telekomunikacyjnych i czego po nich oczekują. Następnie 400 osób zaproszono do konsultowania powstającego rozwiązania.

 Z naszych badań wynika, że klienci oczekują czterech istotnych elementów. Po pierwsze, chcą mieć poczucie wolności – nie chcą się wiązać żadnymi kontraktami, bo nie wiedzą, co będą robić za tydzień, miesiąc czy rok. Po drugie, chcą mieć wybór, który będzie łatwy i przyjemny. Po trzecie, chcą, żeby grać z nimi fair, aby wszystko było jasne, przejrzyste i transparentne. I po czwarte, chcą mieć poczucie bezpieczeństwa – móc kontrolować swoje rachunki i wiedzieć, ile na koniec zapłacą. Na bazie tych czterech elementów zbudowaliśmy Orange Flex – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Stankiewicz, szef marketingu rynku konsumenckiego Orange Polska.

Podkreśla, że wprowadzenie nowej oferty jest dla rynku rewolucją, ponieważ zupełnie zmienia model korzystania z usług telekomunikacyjnych.

– Tak będzie niedługo wyglądał świat telekomunikacji: nie podpisuje się żadnych umów, włącza i wyłącza usługi kiedy, gdzie i jak się chce. Operator jest po prostu przez cały czas z klientem w jego smartfonie – mówi Artur Stankiewicz. – Jakaś część klientów pewnie zostanie w tradycyjnych ofertach. To tak jak z telefonią stacjonarną – już dawno lata świetności ma za sobą, a nadal są klienci, którzy z niej korzystają, mimo że komunikacja mobilna zdobyła rynek. Jesteśmy przekonani, że Orange Flex zmieni go jeszcze bardziej.

Według danych IPSOS aż 3/4 Polaków jest zadowolona z rosnącej cyfryzacji. 59 proc. uważa, że ma ona dobry wpływ na społeczeństwo, a cyfrowe usługi będą dostępne dla coraz większej ilości osób. Dziś korzysta z nich 15 proc. badanych. 34 proc. ankietowanych określa siebie jako zaawansowanych użytkowników cyfrowych gadżetów.

Orange Flex to w pełni elastyczna oferta komórkowa, bez sztywnej umowy – nie wymaga zbędnych formalności ani wizyt w salonie. Umożliwia klientowi dopasowanie wygodnego dla siebie planu komórkowego z poziomu smartfona, a potem łatwą zmianę, w zależności od jego potrzeb. Obejmuje szeroką gamę dodatkowych opcji, które można dowolnie włączać i wyłączać w każdej chwili, z poziomu aplikacji.

– Klient ma poczucie kontroli, bo z góry wie, ile za to wszystko zapłaci. Jeśli będzie chciał więcej gigabajtów, może zmienić plan taryfowy w każdej chwili i bez żadnych kosztów – mówi Artur Stankiewicz.

Oferta będzie na razie dostępna dla klientów indywidualnych, ale operator pracuje już nad dostosowaniem jej do potrzeb klientów biznesowych.

GDDKiA: Budowa A1 na wysokości Częstochowy powinna się zakończyć do końca roku, mimo odstąpienia od umowy z wykonawcą. Trasa może zostać oddana szybciej niż przewidywano

GDDKiA: Budowa A1 na wysokości Częstochowy powinna się zakończyć do końca roku, mimo odstąpienia od umowy z wykonawcą. Trasa może zostać oddana szybciej niż przewidywano 9

Jeszcze w tym roku do użytku ma zostać oddane blisko 60 km autostrady A1. Tym samym uda się uniknąć czarnego scenariusza, że po rozwiązaniu umowy z firmą Salini Polska opóźnienie może sięgnąć nawet kilkunastu miesięcy. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy mogli z końcem roku ominąć Częstochowę i do granicy z Czechami przejechać autostradą – zapowiada Jan Krynicki, rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Opóźniona jest budowa trzech odcinków drogi ekspresowej S5, jednak ich realizacja nie jest zagrożona.

– W przypadku dwóch inwestycji firmy Salini Polska – ostatniego, nieoddanego w zeszłym roku odcinka S3 na Dolnym Śląsku i autostrady A1, obwodnicy Częstochowy – odstąpiliśmy od umowy, ponieważ wezwanie do poprawy, czyli szczegółowo określony plan prac, jakie miały być wykonane w ciągu poprzedniego miesiąca, nie został zrealizowany. Zgodnie z kontraktem i zapisami umowy mieliśmy prawo odstąpić od umowy z winy wykonawcy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Po przerwie zimowej, która zakończyła się 15 marca, wykonawcy mieli wrócić do pracy na placach budowy – łącznie to 113 zadań o łącznej długości blisko 1 426 km. Na części odcinków były znaczne opóźnienia, stąd wysłane wezwania do natychmiastowego podjęcia działań naprawczych do konsorcjum na czele z Salini budującego drogę ekspresową S3 koło Polkowic na Dolnym Śląsku i A1 – obwodnicę Częstochowy (pomiędzy węzłami Rząsawa i Blachownia). Pod koniec kwietnia GDDKiA zdecydowała się rozwiązać umowę z Salini, która nie zrealizowała prac pomimo wezwań.

Roboty na A1 pomiędzy węzłami Rząsawa a Blachownia były wówczas zaawansowane na poziomie ok. 53 proc., choć upłynęło już ponad 94 proc. zakontraktowanego terminu. Dlatego, aby uniknąć większych opóźnień, GDDKiA już rozpoczęła wyłanianie nowego wykonawcy w trybie negocjacji bez ogłoszenia.

– Zaprosiliśmy wykonawców generalnych i podwykonawców trasy A1 do negocjacji, w jaki sposób mogą zabezpieczyć już wykonane prace i zrealizować to zabezpieczenie, m.in. wykonanie nawierzchni, wykonanie pełnego odwodnienia. To oraz inne nasze działania powinny spowodować, że z końcem tego roku udostępnimy kierowcom ciąg główny trasy A1. Na południe od Częstochowy pozostałe trzy kolejne odcinki autostrady A1 mają być w ciągu wakacji przekazane do dyspozycji kierowców, więc z końcem roku będziemy mogli ominąć Częstochowę i do granicy z Czechami przejechać autostradą – zapowiada Jan Krynicki.

Salini budowała też drogę ekspresową S3 koło Polkowic na Dolnym Śląsku. Za przekroczenie czasu budowy odcinka od węzła Kaźmierzów do węzła Lubin Północ zostały na nią nałożone kary umowne w wysokości 84,4 mln zł.

– Odcinek trasy S3, gdzie również odstąpiliśmy od umowy z winy wykonawcy, powinien być udostępniony jeszcze w 2018 roku. Jest to jedyny odcinek nieoddany w 2018 roku do dyspozycji kierowców, więc już dziś mówimy o tym paromiesięcznym opóźnieniu. Opóźnienie będzie na pewno minimum kilku-, jeżeli nie kilkunastomiesięczne – ocenia rzecznik GDDKiA.

Salini domagała się dopłat do kontraktów i uzależniała od tego rozliczenie się z podwykonawcami. Na odcinku A1 firma ma zaległości wobec 30 podwykonawców w łącznej wysokości ok. 5 mln zł. Na odcinku S3 doszło do powstania zaległości wobec 71 firm w wysokości ponad 41 mln zł.

– Roszczenie firmy Salini Polska opiewało na ok. 800 mln zł, ale mówiło o ogólnych roszczeniach waloryzacyjnych, a nie miało związku z konkretnymi klauzulami zawartymi w umowach. I to też pokazuje, że nie miało ono odniesienia do konkretnych wartości – przekonuje Krynicki.

Duże opóźnienia mogą też dotyczyć trzech odcinków drogi ekspresowej S5. Firma Impresa Pizzarotti, do której GDDKiA także wystosowała wezwanie, realizuje cztery kontrakty. To trzy odcinki S5 w województwie kujawsko-pomorskim: Nowe Marzy – Dworzysko, Dworzysko – Aleksandrowo i Białe Błota – Szubin, oraz S61 od końca obwodnicy Suwałk do Budziska. Sama trasa S5 jest jedną z ważniejszych w skali kraju – ma połączyć A1 z A2. Odcinki budowane przez włoskiego wykonawcę miały zostać oddane pod koniec 2019 roku. Zaawansowanie prac na nich jest jednak mniejsze od pozostałych wykonywanych przez rodzime konsorcja.

– Oczekujemy na dokumenty od inżyniera kontraktu, czy wezwanie do poprawy zostało wykonane, czy będziemy mieli prawo odstąpić od umowy i czy z tego prawa skorzystamy, czy będą jakieś rokowania na to, że firma będzie realizowała zadanie. Jesteśmy też przygotowani na realizację chociażby płatności bezpośrednich dla podwykonawców i usługodawców, co też może spowodować, że zrealizujemy wspólnie tę inwestycję do końca – mówi Krynicki.

Bez dokumentacji inżyniera kontraktu GDDKiA nie może podjąć decyzji, czy inwestycja będzie kontynuowana przez tego samego wykonawcę. Zwłaszcza że firma Impresa Pizzarotti w lutym wystąpiła z roszczeniami finansowymi – 766 mln zł ponad to, co zostało zapisane w kontraktach.

– Już na etapie postępowania przetargowego zadawaliśmy pytania, czy na pewno wykonawca jest w stanie zrealizować złożoną ofertę. Obecnie ma problemy, wyciągamy rękę w postaci możliwości płatności bezpośrednio do tych, którzy realizują prace i usługi, ale tutaj też nie ma jeszcze takich możliwości ze strony wykonawcy. On złożył ogólne roszczenie, a my opieramy się na obopólnie podpisanych umowach z każdym wykonawcą na tych samych zasadach – podkreśla Jan Krynicki.

Oszczędność energii w firmie nie wymaga gigantycznych inwestycji. Sama zmiana nawyków pracowników pozwala ograniczyć zużycie prądu o 5 proc.

Oszczędność energii w firmie nie wymaga gigantycznych inwestycji. Sama zmiana nawyków pracowników pozwala ograniczyć zużycie prądu o 5 proc. 10

Polskie firmy kładą coraz większy nacisk na ograniczanie zużycia energii. Wpływają na to rosnące ceny prądu, presja na biznes, by działał w sposób bardziej ekologiczny, ale też coraz większa dostępność programów wsparcia. Poza inwestycjami wymagającymi dużych nakładów ważne są także drobne inicjatywy. Według KAPE już zmiana nawyków pracowników na bardziej energooszczędne pomoże zmniejszyć zużycie energii o 5 proc. Małe i średnie firmy oraz start-upy, które potrzebują wsparcia w działaniach proefektywnościowych, mogą skorzystać z pomocy i doradztwa w ramach projektu Start2Act.

– Polskie firmy radykalnie poprawiły się w zakresie efektywności energetycznej. Lata temu, kiedy następowała w Polsce transformacja, mówiliśmy, że energia zawarta w słoiku dżemu jest siedmiokrotnie większa niż w tym samym produkcie wytworzonym w Europie Zachodniej. Dziś jest to już 1,5–2 razy więcej energii zużytej do produkcji słoika dżemu czy pary butów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Babut, doradca ds. międzynarodowych prezesa zarządu Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Według danych GUS przemysł odpowiada za 83 proc. całkowitego zużycia energii elektrycznej w Polsce. Z kolei raport „Koszty energii. Wyzwania i szanse dla przedsiębiorstw” Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska pokazuje, że Polska wciąż musi nadrabiać dystans dzielący ją od najbardziej energooszczędnych krajów europejskich, a dla 93 proc. przedsiębiorstw energochłonnych wydatki na energię elektryczną odgrywają istotną rolę w kosztach produkcji.

To z tego powodu wiele firm podejmuje się optymalizacji tego obszaru. Poprawa efektywności energetycznej zwyczajnie się im opłaca – pozwala m.in. ograniczyć koszty działalności i zapewnić środki na nowe inwestycje. Firmy planujące przedsięwzięcia, które mają zwiększyć ich efektywność energetyczną, mogą skorzystać z całego szeregu instrumentów wsparcia, np. dotacji NFOŚiGW i PARP, funduszy unijnych albo systemu białych certyfikatów, pozwalają zrekompensować część poniesionych kosztów. Z informacji Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że osiągnięta w ten sposób oszczędność energii finalnej w 2017 roku wyniosła 364 991 toe.

Korzyści z wdrażania efektywności energetycznej są nie tylko finansowe, lecz także ekologiczne. W Polsce 60 proc. ciepła jest wytwarzane z węgla kamiennego, niestety nie najlepszej jakości. W związku z tym każde działanie, które prowadzi do ograniczenia spożycia energii, prowadzi również – pośrednio lub bezpośrednio – do ograniczenia spożycia surowca, które emituje znaczne ilości dwutlenku węgla – mówi Roman Babut.

Przedsiębiorstwa kładą nacisk na efektywność energetyczną, bo przyczynia się do tego również polska i unijna polityka klimatyczna. Presja, żeby działały w sposób bardziej zrównoważony i ograniczały swój wpływ na środowisko, jest coraz większa. Duże firmy, zatrudniające powyżej 250 pracowników, mają ustawowy obowiązek co cztery lata przeprowadzać audyt energetyczny (szczegółowy przegląd m.in. zużycia energii w budynkach i instalacjach przemysłowych) i składać z niego raport do URE.

Jest cała gama możliwości poprawy efektywności energetycznej w firmie. Przedsięwzięcia, które wymagają inwestycji w technologie czy proces produkcji, zwykle kosztują więcej i okresy zwrotu są dłuższe. Natomiast mogą to być także działania miękkie, które zależą wyłącznie od organizacji i wymagają niedużych nakładów finansowych, ale szybko przynoszą zyski. Przykładem może być wymiana oświetlenia – mówi Roman Babut.

Sprzęt biurowy zużywa 15 proc. całkowitej energii wykorzystywanej w firmach, a jeśli obecne tempo się utrzyma, w 2020 roku ten odsetek będzie wynosić 30 proc. Wiele zależy też od samych pracowników. Z danych KAPE wynika, że zmiana ich nawyków na bardziej energooszczędne może zmniejszyć zużycie energii w firmie o 5 proc.

Od zachowania pracowników zależy bardzo wiele, zarówno w firmach o profilu produkcyjnym, jak i konsultingowym. Przykładowo, w KAPE wdrażamy wiele programów, w które włączają się pracownicy, jednak zwykle wymaga to wcześniejszego przeszkolenia. Jest szeroka oferta projektów krajowych i międzynarodowych finansowanych z różnych źródeł i zachęcamy firmy do skorzystania z ich doświadczeń, do szkolenia pracowników i wdrażania procesów proenergooszczędnych – mówi Roman Babut.

Firmy, które potrzebują wsparcia w działaniach proefektywnościowych, mogą skorzystać z pomocy KAPE. W ramach unijnego programu Horyzont 2020 KAPE prowadzi projekt Start2Act, którego celem jest pomoc MŚP i start-upom w zmniejszeniu zużycia energii oraz obniżeniu kosztów. Projekt obejmuje bezpłatne doradztwo oraz działania szkoleniowe i jest prowadzony w dziewięciu krajach europejskich, m.in. Bułgarii, Chorwacji, Polsce, Rumunii, Słowacji czy Wielkiej Brytanii.

Start2Act polega na wdrażaniu prostych rozwiązań. W ramach tego projektu przekazujemy firmom doświadczenia międzynarodowe z 9 krajów europejskich. Głównym elementem jest platforma szkoleniowa i e-learning oraz baza wiedzy, podbudowana solidnymi eksperckimi opracowaniami – mówi Roman Babut.

Możliwe jest również indywidualne spotkanie z ekspertem Krajowej Agencji Poszanowania Energii, który przyjedzie do firmy i doradzi, jak zwiększyć efektywność energetyczną.

Na zakończenie projektu Start2Act firma uzyskuje certyfikat ukończenia programu szkoleniowego, który może posłużyć np. do jej promocji. Z pewnością znajdą się partnerzy, którzy poszukują właśnie takich firm, działających w kierunku poszanowania energii i poprawy efektywności energetycznej – mówi doradca ds. międzynarodowych prezesa zarządu KAPE.

Jak podkreśla, korzyści są nie tylko finansowe, bo działania proefektywnościowe budują też pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa na rynku i zadowolenie pracowników, którzy doceniają fakt, że ich firma dba o zrównoważony rozwój. Z biznesowego punktu widzenia efektywność energetyczna daje z kolei lepsze możliwości marketingowe i chroni firmę przed skutkami przyszłych zmian cen energii.

Z podzielonej płatności VAT korzystają tylko największe firmy. Większość przedsiębiorstw obawia się zachwiania płynności finansowej

Z podzielonej płatności VAT korzystają tylko największe firmy. Większość przedsiębiorstw obawia się zachwiania płynności finansowej 11

Ze split paymentu, czyli mechanizmu podzielonej płatności VAT, korzystają głównie spółki Skarbu Państwa i inne duże firmy. Wśród podmiotów z sektora małych i średnich przedsiębiorstw tylko co czwarta firma jest zainteresowana jego stosowaniem, co trzecia dostrzega jego zalety – wynika z ubiegłorocznego badania BIG InfoMonitor. Choć podzielona płatność wiąże się z pewnymi korzyściami, to ma duży wpływ na płynność finansową firm. Część pieniędzy zostaje unieruchomiona na rachunku VAT-owskim, to zaś może zmuszać je do korzystania z dodatkowego kredytowania.

– Split payment, czyli podzielona płatność, związana jest z formułą płatności za fakturę, którą otrzymuje nabywca będący podatnikiem VAT. Formuła ta zakłada, że kwota netto wpływa na rachunek naszego kontrahenta, tzw. rozliczeniowy, natomiast kwota VAT-u wpływa na rachunek VAT-owski, do którego dostęp jest ograniczony – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Szafarowska, doradca podatkowy i partner w Gekko Taxens Doradztwo Podatkowe.

Od 1 lipca 2018 roku przedsiębiorca może podzielić płatność na dwie części. Z części, która trafia na osobny rachunek VAT, można korzystać wyłącznie do rozliczeń płatności VAT z urzędem skarbowym. Przedsiębiorca nie może z tego konta uregulować np. całości faktury zakupowej, podatku dochodowego czy składek na ubezpieczenia społeczne.

– Split payment jest fakultatywny. Środki z tego rachunku mogą być przeniesione na rachunek rozliczeniowy przedsiębiorcy, ale organ podatkowy musi na to wyrazić zgodę. Poprzez to, że jest to zamknięty obieg, uznaje się, że organ podatkowy ma cały czas kontrolę nad środkami w zakresie podatku VAT – podkreśla Marta Szafarowska.

Mechanizm podzielonej płatności wiąże się z określonymi korzyściami – umożliwia obniżenie zobowiązania VAT (im szybciej zostanie zapłacony podatek, tym większą zniżkę otrzyma podatnik) i otrzymanie zwrotu VAT w przyspieszonym terminie 25 dni, a także zabezpiecza przed dodatkowymi sankcjami w razie zakwestionowania przez organy podatkowe prawa do odliczenia VAT naliczonego z faktur zakupowych opłaconych z jego użyciem.

– Jeżeli mamy do czynienia z fakturą, wobec której organ podatkowy zakwestionuje prawo podatnika do odliczenia VAT-u, to tak długo, jak podatnik nie miał świadomości, że taka faktura jest kompletnie pusta, tak długo z brakiem odliczenia VAT-u nie będą się wiązały dodatkowe sankcje, jeżeli zapłaciliśmy za taką fakturę w formule podzielonej płatności – mówi doradca podatkowy Gekko Taxens.

Obecnie ze split payment korzystają głównie największe firmy w Polsce, choć wciąż skala jest niewielka – aktywnie korzysta z takiej możliwości ok. 10 proc. firm. Z danych Krajowej Administracji Skarbowej wynika, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy od wprowadzenia formuły podzielonej płatności skorzystało z niej ok. 400 tys. podmiotów.

– Split payment stosują przede wszystkim podmioty, które same otrzymują duże kwoty podatku VAT na rachunek VAT-owski, przy czym przodują tutaj spółki Skarbu Państwa, które od razu przyjęły zapłatę w formule podzielonej płatności na rzecz swoich kontrahentów. Stosują ją również inne duże spółki, które w ten sposób starają się wyrazić swoją należytą staranność – wymienia ekspertka.

Większość firm podchodzi jednak do tego rozwiązania z rezerwą. Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że tylko co czwarte przedsiębiorstwo z sektora MŚP jest zainteresowane stosowaniem split paymentu. Zalety ze stosowania tego rozwiązania dostrzega tylko co trzecia firma. Większość obawia się zachwiania płynności  finansowej, gdy część pieniędzy jest zablokowana na rachunku VAT-owskim. W sytuacji, gdy wielu przedsiębiorców ma problem z terminowym uzyskiwaniem płatności od kontrahentów, split payment może się okazać trudny do wprowadzenia.

 Im więcej kontrahentów płaci nam w formule podzielonej płatności, tym większe problemy możemy mieć z przepływami pieniężnymi. W wielu relacjach między kontrahentami można zaobserwować działania, które celowo są ukierunkowane na to, żeby nie psuć kontrahentowi przepływów pieniężnych – mówi Marta Szafarowska.

Nowelizacja ustawy o VAT, wdrażająca obowiązkowy split payment, prawdopodobnie wejdzie w życie na początku 2020 roku.

Wirtualne rozgrywki sportowe przyciągają tylu widzów, ile największe imprezy. Tylko w Polsce e-sport śledzi 3 mln osób

Wirtualne rozgrywki sportowe przyciągają tylu widzów, ile największe imprezy. Tylko w Polsce e-sport śledzi 3 mln osób 12

E-sport to już bardzo lukratywny biznes. W 2019 roku wartość tego rynku sięgnie 1,1 mld dol. Tylko w 2018 roku na świecie odbyło się 737 dużych wydarzeń e-sportowych, a wpływy z biletów wygenerowały 55 mln dol. Rozgrywki dzięki platformom internetowym śledziły setki milionów widzów. W tym roku widownia może wzrosnąć do nawet 450 mln osób. Także w Polsce wirtualny sport szybko rośnie w siłę. W 2018 roku był wart ok. 50 mln zł, a rozgrywki ogląda ok. 3 mln entuzjastów. Takie wydarzenia jak Intel Extreme Masters w Katowicach w sieci śledzi nawet 230 mln osób na całym świecie.

– Potencjał e-sportu dla gospodarki jest duży i co ciekawe, ciągle rośnie. Trudno o segment rynku, który notowałby tak duży wzrost jak e-sport. Jest to zjawisko, którego wartość globalnie w tym roku przekroczyła 1 mld dol. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksander Szlachetko, dyrektor zarządzający ESL Polska.

Z raportu opublikowanego przez Newzoo wynika, że rynek wirtualnego sportu w 2019 roku będzie wart rekordowe 1,1 mld dol. Dla porównania w ubiegłym roku było to niewiele ponad 905 mln dol. W kolejnych latach tempo nie osłabnie. Według ekspertów Newzoo rynek do 2022 roku będzie wart 1,8 mld dol., ale optymistyczny scenariusz zakłada, że może to być nawet 3,2 mld dol.

– Krajem, który otwiera listę państw o największej gęstości fanów e-sportowych, czyli stosunku widowni e-sportowej do populacji internautów, jest Korea, bo to jest dla nich sport narodowy. Koreańczycy od dawna w te gry grają, oglądają, dużo czasu spędzają na tej rozrywce. Rynek e-sportu w Polsce jest zaskakująco dobrze rozwinięty i bardzo dojrzały. Polska jest w pierwszej piątce tej globalnej klasyfikacji – ocenia Aleksander Szlachetko.

Newzoo podaje, że w 2019 roku największym rynkiem e-sportu jest Ameryka Północna (ponad 409 mln dol. i 24 mln widzów). Rynek w Chinach jest z kolei wart 210,3 mln dol. i jest już drugim największym rynkiem wirtualnego sportu (wyprzedziły Europę Zachodnią). Polska na tym tle, z wynikiem ok. 50 mln zł, wygląda skromnie, ale w regionie jesteśmy liderem, także pod względem liczby widzów.

– Zainteresowanie e-sportem jest bardzo duże i z roku na rok rośnie. Widzimy to zarówno w liczbie widzów, jak i graczy. W Polsce prawie 3 mln osób interesuje się tą rozrywką, którą można oglądać tak jak każdy inny sport. Na świecie są setki milionów fanów. Najbardziej wierna widownia zbliża się do liczby ćwierć miliarda osób – wskazuje dyrektor zarządzający ESL.

Na świecie – według ekspertów Newzoo – w tym roku liczba widzów sięgnie blisko 454 mln, z czego 201,2 miliona to fani stale śledzący e-sport. W 2018 roku na żywo, za pośrednictwem platform online, mecze „League of Legends” oglądało ponad 347 mln osób, kolejne „CS:GO” i „Dota 2” zgromadziły odpowiednio 275 i 250 mln widzów. Czołową piątkę zamykają „Overwatch” (101,3 mln) i „Hearthstone” (54,1 mln).

Także polskie imprezy to już światowa marka – w Katowicach od kilku lat rozgrywane są finały jednego z najważniejszych e-sportowych turniejów na świecie – Intel Extreme Masters.

– Tegoroczna edycja „Intel Extreme Masters” we wszystkich kategoriach była największa. Do Spodka w ciągu 10 dni przyszło ponad 174 tys. osób. Jeżeli zliczyć unikalnych widzów oglądających nasze transmisje każdego dnia tego turnieju, to było to ponad 230 mln osób na całym świecie. Nadawaliśmy w 21 językach, zrealizowaliśmy ponad 500 godzin transmisji na żywo, we wszystkich turniejach grało ponad 600 graczy z 60 krajów, czyli nie mówimy już o wydarzeniu lokalnym, ale globalnym, i to o bardzo dużym zasięgu – podkreśla Aleksander Szlachetko.

E-sport to także coraz bardziej dochodowy rynek, a najlepsi gracze zgarniają duże sumy, nie tylko z samych rozgrywek, lecz także np. z wpływów od sponsorów. W 2017 roku nagrody na świecie miały wartość ok. 112,1 mln dol., rok później już 151 mln dol.

– Jeszcze 10 lat temu mówiliśmy o turniejach, w których się wygrywało klawiaturę, myszkę, czy drobne zaskórniaki. Na Intel Extreme Masters w tym roku pula nagród wynosiła łącznie prawie 10 mln zł – wskazuje dyrektor zarządzający ESL.

Coraz częściej mówi się, że e-sport może się stać dyscypliną olimpijską. Powoli już jest traktowany jako pełnowartościowa dyscyplina sportowa z rzeszą fanów i profesjonalnych graczy.

– E-sport jest zbliżony do tradycyjnego sportu, bo wyczerpuje wszystkie znamiona rywalizacji sportowej. Mamy profesjonalnych zawodników, drużyny, organizacje, które mają psychologów, trenerów i dietetyków, są poważne turnieje, ligi z dużymi nagrodami, a co więcej, jest duża entuzjastyczna publiczność – wymienia Aleksander Szlachetko.