Zalegasz z czynszem? Poznaj swoje prawa

Polacy deklarują, że czynsz jest dla nich jedną z podstawowych opłat, które regulują najszybciej. Dane GUS pokazują jednak, że dług najemców mieszkań komunalnych, spółdzielczych, zakładowych i wynajmowanych od państwa wciąż rośnie. W tej chwili wynosi 4,5 mld zł. Blisko połowa tej kwoty to zadłużenie lokatorów mieszkań komunalnych. Według GUS wśród przyczyn niepłacenia czynszów są przede wszystkim niskie zarobki, utrata pracy lub nagła choroba. Co zrobić, gdy nasz dług w spółdzielni rośnie? Po jakim czasie rozpocznie się proces windykacyjny i w jaki sposób rozmawiać z windykatorem? Czy powstałe zadłużenie można odpracować? Czy dochód z tego tytułu trzeba wpisywać do PIT? Podpowiadamy.

Jednym z najbardziej zadłużonych, ze względu na nieopłacone rachunki za czynsz województw, jest mazowieckie. W Warszawie dług czynszowy względem miasta wynosi aż pół miliarda złotych. Najwięcej postępowań eksmisyjnych, wynikających z wieloletniego zalegania z opłatami czynszowymi, ma miejsce w województwach: śląskim, mazowieckim, dolnośląskim i łódzkim. Coraz więcej miast wyciąga pomocną dłoń do zadłużonych lokatorów i wprowadza programy oddłużania lokali komunalnych, które umożliwiają m.in. umorzenie całości zadłużenia – po przekazaniu zajmowanej nieruchomości, umorzenie połowy długu – jeżeli lokator zdecyduje się na przeprowadzkę i zamieni zajmowany lokal na mniejszy lub umorzenie części długu pod warunkiem spłaty (do 6 miesięcy) pozostałej kwoty.

Co się stanie, gdy nie zapłacę czynszu?

Jeden niezapłacony czynsz, czy dwutygodniowe spóźnienie w opłaceniu rachunku nie spowodują, że lokator od razu będzie miał nieprzyjemności w spółdzielni lub trafi na tzw. czarną listę dłużników. Proces windykacyjny rusza zazwyczaj nawet po kilku miesiącach niepłacenia zobowiązania. Spółdzielnia mieszkaniowa może windykować zadłużenie samodzielnie lub sprzedać wierzytelności tzw. wierzycielowi wtórnemu, którym może być firma windykacyjna, fundusz inwestycyjny czy fundusz sekurytyzacyjny. W takim przypadku firma windykacyjna będzie kontaktować się z dłużnikiem w imieniu własnym lub w imieniu funduszu sekurytyzacyjnego.

Zanim jednak dojdzie do windykacji lokator będzie otrzymywał od spółdzielni kilkukrotne wezwania do zapłaty. Jeżeli zadłużony lokator nie będzie reagował przez dłuższy czas (np. kilka tygodni) może otrzymać wezwanie do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze wpisania go do konkretnego biura informacji gospodarczej (w skrócie: BIG). Jeżeli nie podejmie próby kontaktu z wierzycielem – zostanie wpisany do takiego rejestru. Po kolejnych miesiącach zadłużony lokator otrzyma pismo informujące o zamiarze wypowiedzenia umowy najmu z tytułu zaległości. Ostatnim etapem będzie wypowiedzenie umowy i skierowanie sprawy do sądu (zarówno o zapłatę zaległych opłat, jak i o eksmisję). Warto podkreślić, że wypowiedzenie umowy najmu i eksmisja dotyczą przede wszystkim mieszkań komunalnych, spółdzielczych i zakładowych. Jeżeli lokator jest właścicielem mieszkania procedura jest inna, choć proces windykacyjny wygląda bardzo podobnie.

Lepiej odebrać wezwanie do zapłaty

Aby zadłużony lokator mógł być wpisany do jednego z biur informacji gospodarczej powinny być spełnione trzy warunki. Po pierwsze – zadłużenie musi być większe niż 200 zł, po drugie – być wymagalne od przynajmniej 30 dni, po trzecie – wierzyciel musi wysłać do osoby zadłużonej (listem poleconym) wezwanie do zapłaty z ostrzeżeniem o zamiarze wpisania do takiego rejestru.  Może mu takie wezwanie dostarczyć również osobiście. To, że dłużnik nie odebrał listu poleconego, nie oznacza, że cała procedura zostanie wstrzymana. Tutaj działają zasady podobne do przesyłek sądowych, a to oznacza, że unikanie kontaktu niewiele przyniesie. Jeżeli dłużnik czynszowy znajdzie się w rejestrze dłużników prowadzonym przez BIG może mieć w przyszłości trudności z uzyskaniem kredytu, pożyczki, kupieniem nowego telefonu na abonament lub zakupem sprzętu RTV czy AGD na raty. Dlatego warto rozmawiać z wierzycielem – zarówno pierwotnym (np. spółdzielnią mieszkaniową) jak i wtórnym (firmą windykacyjną).

Jak rozmawiać z windykatorem?

Warto pamiętać, że współczesny proces windykacyjny przypomina bardziej negocjacje, aniżeli twarde egzekwowanie długu, jak to ma miejsce w przypadku egzekucji komorniczej. Celem firmy windykacyjnej jest pomoc osobie zadłużonej i zaproponowanie takich warunków spłaty, które będzie mogła ona przyjąć. To właśnie dlatego tak ważna jest otwarta i szczera rozmowa. Jeżeli osoba zadłużona ma problemy finansowe, zdrowotne i nie jest w stanie uregulować należności w danej chwili – powinna powiedzieć o tym wierzycielowi.

Coraz więcej firm windykacyjnych przestrzega Zasad Dobrych Praktyk, czyli norm etycznych ustanowionych w ramach Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. W dokumencie znajdują się zasady opisujące jakie są prawa osoby zadłużonej, jak powinien wyglądać profesjonalny proces windykacyjny, czego windykatorom robić nie wolno. Warto pamiętać o tym, że windykator może kontaktować się z nami listownie, telefonicznie lub wysłać przedstawiciela terenowego. Taki konsultant powinien przedstawić się, okazać identyfikator oraz upoważnienie do działania wydane przez firmę windykacyjną z wyraźnym określeniem zakresu swojego umocowania.

Jeżeli firma windykacyjna przesyła nam wezwanie do zapłaty  – powinno ono dokładnie opisywać zaległą płatność, zawierać dane wierzyciela (np. spółdzielni mieszkaniowej), szczegółową kwotę należności. Jeżeli osoba zadłużona ma wrażenie, że firma windykacyjna działa w sposób nieetyczny i nieprofesjonalny – może zgłosić ten fakt m.in. do Rzeczników Konsumentów (w praktycznie każdej gminie, czy powiacie w Polsce), Biura Rzecznika Finansowego, Federacji Konsumentów lub – w przypadku gdy chodzi o jedną z firm zrzeszonych w KPF – do specjalnie powołanej Komisji Etyki KPF ([email protected]).

Czy dług czynszowy można odpracować?

Niektóre spółdzielnie mieszkaniowe i zarządcy nieruchomości umożliwiają odpracowanie długu, co jest rozwiązaniem lepszym aniżeli proces sądowy lub eksmisja. Zdarza się, że zgodę na odpracowanie można uzyskać dopiero wtedy, gdy zadeklarujemy wznowienie regularnych opłat po odpracowaniu zaległości. Niektóre spółdzielnie określają z góry maksymalną kwotę, którą osoba zadłużona może odpracować (np. 20-25 tys. zł). Prace, które można wykonywać są różne: porządkowanie zieleni miejskiej, naprawy konserwatorskie, sprzątanie klatek schodowych, zamiatanie chodników i skwerów. Z osobą, która chce odpracować zadłużenie podpisuje się najczęściej umowę zlecenie lub umowę o dzieło, po wcześniejszym podpisaniu zgody na tzw. świadczenie niepieniężne. Osoba zadłużona nie otrzymuje bowiem wynagrodzenia w gotówce. Całość wynagrodzenia jest odliczana od jego zaległości czynszowej. Ponieważ odpracowanie długu jest świadczeniem niepieniężnym (zwanym także rzeczowym) nie jest traktowane przez Urząd Skarbowy jako przychód, dlatego nie trzeba go wpisywać do zeznania podatkowego.

Gdy zalegasz z czynszem:

  • Jeżeli nie zapłaciłeś jednego rachunku za czynsz – spróbuj poprosić o pomoc bliskich oraz spłacić zobowiązanie zanim minie 30 dni od wymaganego terminu płatności;
  • Jeżeli minęło kilka miesięcy, twoje zadłużenie rośnie, a ty otrzymujesz wezwania do zapłaty ze spółdzielni lub z firmy windykacyjnej, nie unikaj kontaktu. Odbierz pismo, porozmawiaj z wierzycielem pierwotnym (spółdzielnią) lub wtórnym (firmą windykacyjną), powiedz o swoich problemach, które uniemożliwiły czy nadal uniemożliwiają dokonanie spłaty i spróbujcie wspólnie ustalić najlepsze z możliwych rozwiązań;
  • Jeżeli zdrowie ci na to pozwala, a twoja spółdzielnia mieszkaniowa daje lokatorom możliwość odpracowania długu – zapytaj o szczegóły;
  • Pamiętaj – zarówno w przypadku odpracowania długu, czy też ustalania harmonogramu spłat z firmą windykacyjną – najważniejsza jest chęć powrotu do normalności i wyjścia z trudnej sytuacji finansowej.

Ceny w Polsce coraz wyższe. Koniunktura w Niemczech dalej słabo

Rosnąca inflacja spowodowała, że zbliżamy się do środka celu inflacyjnego. Wzrost cen mógłby martwić posiadaczy kredytów, ale do górnej granicy, której przekroczenie powinno powodować reakcję, pozostaje jeszcze 1,3%. W rezultacie kredytobiorcy powinni spać spokojnie bez strachu o szybki wzrost rat.

Ceny w Polsce coraz wyższe

Inflacja znów rośnie. Po dołku w styczniu, kiedy wskaźnik spadł poniżej 1%, dzisiaj widzimy już przeszło 2%. Ostatnio tak wysoki wynik oglądaliśmy pod koniec 2017 roku. Powodem wzrostu cen są głównie usługi, żywność oraz paliwa. Ten ostatni czynnik nie może dziwić, biorąc pod uwagę wzrostowy rajd cen ropy naftowej w ostatnich miesiącach. Pierwsze dwa elementy również nie są zaskakujące, jeśli przypomnimy sobie o pakietach socjalnych skierowanych do szerokiego spektrum społeczeństwa. Inflacja na 2,2% to wciąż mniej niż oficjalny cel inflacyjny na poziomie 2,5%. Warto zwrócić uwagę, że cel ten jest ustalany z 1% korytarzem wahań. Skoro inflacja mieści się w tym przedziale, wątpliwym jest, by na dzisiejszym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej wydarzyło się coś istotnego.

Koniunktura w Niemczech dalej słabo

Dane z niemieckiej gospodarki są ostatnio słabsze, jeżeli koncentrujemy się na wzroście PKB. Naprawdę złe są jednak indeksy wyprzedzające. Pokazują one, że obecne problemy mogą nie mieć charakteru przejściowego, a raczej zapowiadają większe spowolnienie. To właśnie problemy największej europejskiej gospodarki powodują, że euro ma ostatnio zadyszkę. Od początku roku, niemal z miesięczną dokładnością, osiąga kolejne minima wartości względem dolara. Słaba waluta europejska przekłada się na słabszego złotego. Między innymi dlatego cena USD znajduje się w okolicach 3,85 zł.

Kondycja brytyjskiego rynku pracy

Stopa bezrobocia na Wyspach spadła do 3,8%. Analitycy spodziewali się wyniku o 0,1% wyższego. Pewnym cieniem na tych pozytywnych informacjach kładzie się liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Ich skala przekroczyła oczekiwania. Słabiej od przewidywań wypadła również zmiana wynagrodzeń, które rosną wolniej niż sądzono. Jak to możliwe, że bezrobocie spada, ale bezrobotnych przybywa? Stopa bezrobocia to dane za marzec, a wnioski o zasiłek podawane są za kwiecień. Rosnąca liczba wniosków sugeruje, że kolejne odczyty mogą nie być aż tak dobre.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa,
  • 16:00 – Polska – komunikat po posiedzeniu RPP.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Strategie cenowe – co wpływa na cenę?

strategie cenoweCena jest wartością, która jest przypisywana produktowi lub usłudze i jest wynikiem złożonego zestawu obliczeń, badań i zrozumienia oraz zdolności do podejmowania ryzyka. Forma, za pomocą której wycenisz swoje produkty lub usługi, wpływa na sposób ich postrzegania przez klientów.

Strategia cenowa uwzględnia między innymi segmenty: zdolność do płacenia, warunki rynkowe, działania konkurentów, marże handlowe czy koszty produkcji. Jest ona skierowana do zdefiniowanych klientów i przeciwko konkurentom. 

Istnieje kilka strategii cenowych:

Ile klient jest skłonny zapłacić za produkt ma niewiele wspólnego z kosztami i ma bardzo wiele wspólnego z tym, jak bardzo ceni produkt lub usługę, którą kupuje.

Ceny premium

Jako kryterium definiujące stosuje się wysoką cenę. Takie strategie cenowe działają w segmentach i branżach, w których firma ma silną przewagę konkurencyjną. Przykład: Porsche w samochodach czy Gillette w maszynkach do golenia.

Penetracja cenowa

Strategia “na przynętę” – cena ustalana jest sztucznie zaniżona, aby szybko zdobyć udział w rynku. Dzieje się tak, gdy nowy produkt jest wprowadzany na rynek. Przyjmuje się, że ceny zostaną podniesione po zakończeniu okresu promocji i osiągnięciu celów w zakresie udziału w rynku.

Ceny ekonomiczne

Cena bez upustów. Marże są cienkie jak wafelki; koszty ogólne, takie jak marketing i koszty reklamy, są bardzo niskie. Cele rynku masowego i wysoki udział w rynku.

Strategia skimmingu

Wysoka cena jest pobierana za produkt do czasu, kiedy konkurenci pozwolą na obniżenie cen. Chodzi o to, aby odzyskać maksymalną kwotę, zanim produkt lub segment przyciągnie więcej konkurentów, którzy obniżą zyski dla wszystkich zainteresowanych. Przykład: najwcześniejsze ceny telefonów komórkowych, magnetowidów i innych urządzeń elektronicznych, w przypadku których kilku graczy orzekło, przyciągnęły tańszych graczy azjatyckich.

Oprócz czterech podstawowych strategii cenowych spotkamy również:

Ceny oparte na zasadach konkurencji

Czasami zdarza się, że firma musi obniżyć cenę, aby sprostać cenom konkurencji. Konkurencyjna strategia cenowa może być stosowana, gdy różnica między produktami w danej branży jest niewielka. 

Czasowe promocje i rabaty

Strategie rabatowe obejmują kupony, sezonowe obniżki cen, a nawet zakupy ilościowe. 

Więcej na temat strategii cenowych przeczytasz tutaj: https://grupaeurocash.pl/blog/jak-komunikowac-ceny-pricing-i-strategie-cenowe-lekcja-obowiazkowa

Grupa BIK niemal trzykrotnie poprawiła wynik netto

O 19% do 5,3 mln zł wzrosły w 1 kwartale 2019 roku przychody Grupy BIK w ujęciu r./r. W tym okresie Grupa realizująca projekty logistyczne i handlowe zarobiła na czysto 1,8 mln zł, czyli niemal trzykrotnie więcej niż rok wcześniej.  Jednocześnie wartość kapitałów własnych czyli aktywów netto zwiększyła się o 2,6% do 99,2 mln zł.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w pierwszym kwartale 2019 r. osiągnął 5,3 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o blisko 19% w ujęciu r./r. Grupa zanotowała 2,7 mln zł zysku z działalności operacyjnej, czyli 9% więcej niż rok wcześniej. Poprawiła jednocześnie niemal trzykrotnie zysk netto do poziomu 1,8 mln zł względem 0,6 mln zł uzyskanych w tym samym okresie poprzedniego roku.

Przez pierwsze trzy miesiące tego roku Grupa BIK zwiększyła jednocześnie wartość kapitałów własnych o 2,6% do 99,2 mln zł. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wyniosła 125,4 mln zł, co oznacza wzrost o 12% względem końca minionego roku. „Główny wpływ na zwiększenie wartości nieruchomości inwestycyjnych miał zakup gruntu pod Wrocławiem. Przygotowywany na tym terenie park logistyczny dostarczy około 47 tys. m2 nowoczesnej powierzchni magazynowej” powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.

Giełdowy Indeks Produkcji w kwietniu znowu na plusie, ale dynamika wzrostu spada

Kwiecień był już czwartym miesiącem z rzędu kiedy Giełdowy Indeks Produkcji zwiększał swoją wartość. Był to jednak również kolejny miesiąc kiedy tempo wzrostu wartości indeksu spadło. Polscy producenci wypracowali symboliczny wzrost o 0.54% i pod koniec miesiąca wartość GIP60 wyniosła 941.83 punktów, czyli ciągle poniżej wartości bazowej z 1 stycznia 2016 roku.

Analitycy z DSR SA przygotowali kolejny komunikat o Giełdowym Indeksie Produkcji oraz kondycji GPW  w kwietniu 2019 roku.

Akcje polskich spółek produkcyjnych w kwietniu symbolicznie zwiększyły swoją wartość. Podobnie sytuacja wyglądała na całej GPW, gdzie najlepiej radziły sobie małe spółki z SWIG80 (+0.96 proc. m/m) i największe spółki z WIG20 (+0.96 proc. m/m), a pod kreską znalazły się średnie spółki z indeksu MWIG40 (-0.33 proc. m/m). Indeks całego rynku WIG wzrósł o 0.8 proc. m/m, a indeks polskich spółek WIG-POLAND nieznacznie niżej z miesięcznym wzrostem na poziomie 0.73 proc.

Spośród polskich spółek produkcyjnych wchodzących w skład Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) najlepiej w kwietniu zachowywały się akcje spółek farmaceutycznych, które średnio rosły o 1.76 proc m/m. Optymizm studzi jednak fakt, iż wszystkie spółki farmaceutyczne z indeksu WIG-LEKI wypracowały w tym samym okresie wzrost o 4.35 proc., co może świadczyć o względnej słabości spółek z przewagą polskiego kapitału. Na wartości zyskiwały też akcje polskich producentów z branży metalurgicznej (średnio o 1.74 proc. m/m), elektromaszynowej (+1.25 proc. m/m) i spożywczej (1.04 proc. m/m). Najniżej pod kreską znalazły się spółki motoryzacyjne (-14.03 proc. m/m), które po raz kolejny pogrążyła spółka URSUS, nadal negocjująca porozumienie ze swoimi wierzycielami (-36.23 proc. m/m).

Podium debiutantów

Kwietniowe podium klasyfikacji GIP60 zajęły spółki, które zapracowały na takie wyróżnienie po raz pierwszy w historii rankingu. Zdecydowanym zwycięzcą kwietnia została spółka SONEL, dzięki wzrostowi wartości rynkowej o 29.10 proc. SONEL to producent i importer przyrządów do pomiarów elektrycznych z siedzibą w Świdnicy, ale z wyraźnie zarysowaną obecnością na tak wielkich rynkach, jak: Indie, Chiny, Rosja czy USA. Pierwszy sygnał do wzrostu wartości rynkowej dała spółce rekomendacja zarządu o wypłacie dywidendy w wysokości 0.5 zł na akcję (w zeszłym roku było to 0.1 zł na akcję). Jednak po krótkim czasie kurs akcji wrócił do poziomu z początku miesiąca i dopiero publikacja sprawozdania finansowego za 2018 rok pobudziła na dobre popyt na akcje spółki. Szczególnie korzystnie dla spółki prezentuje się sprawozdanie skonsolidowane grupy, w którym zanotowano poprawę przychodów o 5.1 proc. r/r przy jednoczesnej poprawie rentowności. Sam zysk netto grupy wzrósł o 75 proc. r/r, a zysk operacyjny o 34 proc. r/r.

Drugie miejsce dla spółki ZAMET INDUSTRY z branży elektromaszynowej za miesięczny wzrost o 11.11 proc. ZAMET jest producentem wielkogabarytowych konstrukcji stalowych oraz maszyn i urządzeń dla przemysłu wydobywczego (głównie ropa i gaz) oraz sektora przeładunkowego. Spółka z siedzibą w Piotrkowie Trybunalskim jest spółką dominującą grupy, do której należą jeszcze spółki: Mostostal Chojnice, Zamet Budowa Maszyn i Huta Zygmunt. Kurs akcji spółki rósł szybko do publikacji rocznego sprawozdania finansowego. Grupie udało się wypracować zysk operacyjny na poziomie ponad 8.5 mln zł (po stracie operacyjnej w 2017 roku), wzrosły tez przychody (+6.5 proc r/r), ale jednocześnie zysk netto grupy stopniał o ponad jedną piątą i ta informacja stała się najpewniej największym rozczarowaniem dla inwestorów spółki.

Trzeci stopień podium kwietniowego GIP60 dla spółki farmaceutycznej MABION za wzrost o 10.56 proc. m/m. Dla tej spółki farmaceutycznej z Konstantyna Łódzkiego, kwiecień był bardzo burzliwym okresem. Z początkiem miesiąca rynek bardzo dobrze odebrał informacje o procesie rejestracji leków produkowanych przez spółkę na nowych rynkach (rozpoczęcie procedury w Turcji). Również zaktualizowana strategia rozwoju produktów leczniczych spotkała się z przychylną reakcją inwestorów. Spółka nie osiągała przychodów ze sprzedaży w poprzednim roku, koncentrując się na realizacji projektów własnych i rejestracji leku MabionCD20. I to właśnie po publikacji raportu rocznego, kurs akcji zmienił trend na negatywny. Kolejna runda w procesie rejestracji leku na rynku Unii Europejskiej, w której spółka musiała odpowiedzieć na dodatkowe pytania ze strony Europejskiej Agencji Leków, a także rezygnacja Artura Chabowskiego z funkcji prezesa MABIONU, strawiły sporą część wzrostu obserwowanego na akcjach spółki w pierwszej połowie miesiąca.

Polski przemysł podtrzymuje dobrą passę

Spowolnienie w Niemczech jest poważnym zagrożeniem dla przyszłej kondycji polskich spółek produkcyjnych, szczególnie tam gdzie eksport stanowi znaczną część przychodówpodaje dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP. Jednak dotychczasowe problemy naszych zachodnich sąsiadów nie spowodowały poważnych konsekwencji dla polskiego przemysłu. Wymiana handlowa nie załamała się, polski przemysł utrzymuje dynamiczne tempo rozwoju, a jedynie nastroje pracowników firm z tego sektora uległy ochłodzeniu.

Dlaczego tak się dzieje? Wyjątkową odporność naszego eksportu na spowolnienie w Niemczech można tłumaczyć tradycyjnie konkurencyjnymi cenami wyrobów z naszego kraju, co zwykle zyskuje na znaczeniu w okresach spowolnienia u naszych partnerów handlowych. Podobne znaczenie może mieć tym razem zmiana struktury samego eksportu, a mianowicie wzrost udziału eksportu dóbr konsumpcyjnych w eksporcie ogółem. Spowolnienie przemysłu w Niemczech trwa zbyt krótko żeby mogło przełożyć się na istotne osłabienie konsumpcji. Jeśli więc negatywny trend w Niemczech w niedalekiej przyszłości odwróci się, lub chociaż osłabnie, wówczas mamy szansę podtrzymać status zielonej wyspy, a polski przemysł nie straci tlenu w postaci bardzo ważnych zamówień zza Odrywyjaśnia Maciej Zaręba.

Skąd zatem osłabienie wskaźnika PMI® w warunkach względnie stabilnego wzrostu? Moim zdaniem wynika to z konstrukcji wykorzystywanej do badania ankiety, w której wybrani pracownicy odpowiadają na szereg pytań dotyczących różnych aspektów działalności ich firm oraz są proszeni o prognozę niedalekiej przyszłości dodaje Zaręba. Respondenci odpowiadają w ankietach za pomocą jednej z trzech możliwych odpowiedzi: wyżej (lepiej), niżej (gorzej) lub bez zmian. Oczywiście granice tych przedziałów są rozmyte, a każdy ankietowany musi sam ocenić twarde dane klasyfikując je do jednej z trzech ocen. Dodatkowo na ich odbiór zmian zachodzących w przedsiębiorstwie mogą mieć wpływ nie tylko wyniki firmy, ale także ogólny konsensus bieżącej sytuacji w gospodarce nakreślany przez media. Może to doprowadzić do rozbieżności między wynikami ankiety, a realnym stanem gospodarki, szczególnie gdy na rynku panuje niepewność, a w mediach pojawiają się coraz liczniej prognozy nadchodzącego załamania koniunktury.

Nastroje w przemyśle lepsze, ale dalekie od entuzjazmu

Austria, w której już piąty miesiąc z rzędu spada wartość PMI®, z kwietniowym wynikiem 49.2 pkt. dołączyła do licznej grupy gospodarek europejskich z wskaźnikiem poniżej krytycznej granicy 50 punktów. Grupę zawiązała Turcja prawie rok temu, a dziś jej przemysł ankietowani oceniają na 46.8 pkt., kontynuując serię negatywnych odczytów. Siedem miesięcy temu do Turcji dołączyły Włochy, które w bieżącym badaniu osiągnęły poziom 49.1 (solidny wzrost z poziomu 47.4 w marcu). Pół roku temu poniżej 50 punktów spadła Polska (obecnie 49.0), a miesiąc po nas do grupy dołączyły Czechy (46.6). Jednak najniższy odczyt w kwietniu zaobserwowano w Niemczech (44.4), gdzie był to czwarty z rzędu miesiąc z negatywnym odczytem wskaźnika PMI®. Zagregowany wskaźnik dla Strefy Euro, po niewielkim wzroście, osiągnął wartość 47.9 punktów. Zanotowano niewielką poprawę nastrojów, ale poprawa była zbyt słaba, żeby zmienić ogólną ocenę nastrojów w Europie z negatywnej na pozytywną. Oczywiście znalazły się wyjątki od tej reguły i najlepiej w całej Europie sytuację oceniają ankietowani z Grecji, gdzie PMI® wzrósł mocno z 54.7 w marcu do 56.6 w kwietniu i według ankietowanych zatrudnienie w przemyśle wzrosło najmocniej od początku badań w tym kraju.

Firmy z Azji oceniają swoją sytuację o wiele lepiej. Większość krajów utrzymuje się powyżej granicy 50 punktów, a w Korei Południowej przerwano pięciomiesięczną serię negatywnych odczytów z wynikiem 50.2 pkt w kwietniu. Warto jednak zwrócić uwagę na spadek nastrojów w Chinach (50.2) i w Indiach (41.8), a także na nastroje w Japonii (49.5), które od trzech miesięcy znajdują się minimalnie, ale jednak pod kreską. Równie niejednoznacznie wygląda sytuacja w Ameryce Północnej, gdzie w USA zanotowało niewielką poprawę nastrojów (52.6), a w Kanadzie piąty miesiąc spadkowy z rzędu sprowadził kraj poniżej granicy 50 pkt (49.7).

Maj kluczowy dla kolejnych miesięcy

Ewolucja polskiego eksportu w kierunku wysokoprzetworzonych dóbr konsumpcyjnych i spore szanse na odwrócenie negatywnego trendu w przemyśle niemieckim, pozwalają wierzyć w kontynuację dobrej koniunktury w polskim przemyśle. Nienajlepsze nastroje panujące praktycznie na całym świecie ulegają stopniowej poprawie i zdają się odwracać negatywny trend, z którym mierzymy się od końca zeszłego roku. Jednak na wycenę polskich spółek produkcyjnych będzie wpływać przede wszystkim sytuacja na GPW, którą niestety ciągle omija duża płynność obserwowana na największych rynkach kapitałowych świata. Kolejna próba rozmontowania OFE oraz zbliżający się wielkimi krokami okres wakacyjny („Sell in May…”) to niestety sygnały skłaniające raczej do studzenia entuzjazmu i znacznie chłodniejszych prognoz. Nie bez znaczenia dla przyszłych cen akcji pozostaje także wynik zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który może szczególnie interesować międzynarodowe fundusze inwestycyjne.

W 2020 r. będzie 315 tys. osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu

Federacja Przedsiębiorców Polskich szacuje, że, w 2020 r. liczba osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom ok. 315 tys. W 2025 r. problem będzie dotyczył już 0,5 mln emerytów, a w 2030 r. liczba pozbawionych prawa do najniższego świadczenia może sięgać 650 tysięcy1! Konieczne jest pilne wdrożenie restytucji w systemie ubezpieczeń społecznych i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń. Należy również zlikwidować szkodliwy art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

Liczba osób otrzymujących emeryturę „sub-minimalną” – czyli mniejszą niż minimalną – zaczęła przewyższać liczbę świadczeniobiorców otrzymujących emeryturę minimalną już ok. 2014 r. Duży wzrost liczby osób otrzymujących świadczenie niższe niż minimalne jest bezpośrednim dowodem na to, że dla licznej grupy ubezpieczonych wykazanie stażu ubezpieczeniowego wymaganego do nabycia prawa do najniższej emerytury jest niemożliwe. Natomiast jedną z głównych przyczyn posiadania niewystarczającego stażu jest niepodleganie ubezpieczeniom emerytalno-rentowym w okresie aktywności zawodowej w pełnym zakresie.

Bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu nastąpił w 2017 r. – zwiększył się on wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie. Ma to związek ze znaczącą podwyżką emerytury minimalnej, jaka nastąpiła w marcu 2017 r. Najniższe świadczenie wzrosło wówczas z 882,56 zł do 1000,00 zł brutto miesięcznie.

Marek Kowalski, przewodniczący FPP
Marek Kowalski, przewodniczący FPP

„Jedynym sposobem na zatrzymanie tych tendencji o potencjalnie katastrofalnych skutkach w wymiarze społecznym jest zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń, gdzie okresy zatrudnienia w tej formie praktyce nie przekładały się na nabycie uprawnień do najniższego gwarantowanego świadczenia. Pokazuje to konieczność implementacji proponowanej restytucji w systemie ubezpieczeń społecznych – po uporządkowaniu i wyjaśnieniu przeszłych stanów faktycznych należy wprowadzić zmiany legislacyjne gwarantujące, że każda forma aktywności zawodowej będzie stanowić tytuł do ubezpieczenia społecznego, z którym wiążą się konkretne przyszłe uprawnienia do zabezpieczenia emerytalnego” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie stanowi poważny problem społeczny. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys., wg danych ZUS o w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. Prowadzi to do konkluzji, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie.

GPW zbuduje platformę do emitowania i handlu cyfrowymi aktywami?

Private Market to robocza nazwa pakietu inicjatyw Giełdy Papierów Wartościowych, która ma doprowadzić do stworzenia ekosystemu inwestowania w aktywa cyfrowe (digital assets).  Tymczasem na najważniejszych arenach w postaci głównego parkietu i NewConnect posucha, a poziom gry w relacji do zagranicznej konkurencji jest oceniany dość nisko. Polski rynek kapitałowy próbuje się zatem systemowo rozwijać przez szkółki dla młodzieży w postaci inkubatorów, akceleratorów i inicjatyw startupowych. Jest to ważne dla budowy ekosystemu, ale efekty są na razie mizerne. Jednak inicjatywa GPW zakładająca budowę platformy do emitowania i handlu cyfrowymi aktywami może być przełomowa i wynieść Polskę na finansową mapę świata.

Karol Król, ekspert Crowdinvesting.pl
Karol Król, ekspert Crowdinvesting.pl

W ekstraklasie rynku kapitałowego grają spółki notowane na głównym parkiecie giełdowym. Korzystając z ekspozycji przed fanami i dziennikarzami, deklarują zasady fair play i obiecują ambitną taktykę. Nie wszyscy jednak dbają o dobre relacje z kibicami, zdarzają się ustawione mecze, a niektórzy zawodnicy ewidentnie opuszczają sporo treningów. Niezależnie od poziomu rozgrywki zawsze zarabia właściciel boiska – Giełda Papierów Wartościowych, która jednocześnie jest najważniejszym z organizatorów rozgrywek.

Metafora boiska jest szczególnie trafna w przypadku rynku publicznego, bo ten w Polsce, podobnie jak ekstraklasa piłkarska w relacji do zachodnich sąsiadów wypada przeciętnie. Ponadprzeciętnie natomiast oceniam nowe plany strategiczne Giełdy.

W pierwszym etapie ma powstać specjalna platforma handlu, która jest krokiem w kierunku zagospodarowania branży startupów, a mówiąc bardziej precyzyjnie prywatnych spółek we wczesnych fazach rozwoju o dużym potencjale wzrostu. Taka spółka będzie mogła skorzystać z programu mentoringowego, następnie jej jednostki udziałowe zostaną stokenizowane i w formie oferty prywatnej lub kampanii crowdinvesting zaoferowane inwestorom. GPW deklaruje także utworzenie rynku wtórnego obrotu tymi aktywami. W kolejnych etapach GPW chciałaby udostępniać kolejne klasy aktywów, nie tylko akcje i obligacje, ale także towary i inne.

W obliczu marazmu na rynku ofert publicznych z debiutem, spadającego zainteresowania handlem wśród inwestorów indywidualnych i ogólną niską świadomością możliwości aktywnego lokowania oszczędności, Giełda jest zmuszona do wyznaczania nowych planów rozwoju. Ma ograniczone szanse na istotny wzrost przychodów z obecnej działalności, a ewentualne obniżenie kosztów ma niewielkie szanse. Zatem inwestycja w nowoczesne technologie jest naturalnym krokiem. Inicjatywa Private Market GPW polega na stworzeniu infrastruktury, która ma potencjał strategicznej zmiany z „właściciela ryneczku handlu” do zarządcy międzynarodowego ekosystemu handlu nowymi klasami aktywów. Dla właścicieli samej GPW, czyli Skarbu Państwa i inwestorów, jest to znakomita wiadomość. W praktyce będzie to szansa na przeskok w rozwoju o kilka poziomów dla całego rynku finansowania przedsiębiorstw.

Takiego przedsięwzięcia finansowo, kompetencyjnie, sprzedażowo, ani pod kątem budowy wiarygodności nie zrealizuje fintechowy startup, nawet ze wsparciem banku. Inicjatywa strategiczna tego typu w mojej ocenie może zostać zrealizowana wyłącznie przez tak ważną instytucję jaką jest GPW. Zaangażować się w ten proces powinny też instytucje państwowe, zarówno Polski Fundusz Rozwoju mający największy wpływ na rynek prywatny, Komisja Nadzoru Finansowego dopuszczająca nowe klasy aktywów i tryby ich proponowania inwestorom oraz organy ustawodawcze.

Ekosystem Private Market jest wizualizowany tak, jak gdyby GPW była właścicielem i organizatorem wszystkich procesów na nim zachodzących. W praktyce byłoby to mało prawdopodobne i niezbyt sensowne, ale krytyczne elementy jego funkcjonowania rzeczywiście powinny być prowadzone na bezpiecznej i wiarygodnej infrastrukturze. Mam na myśli zwłaszcza proces weryfikacji emitenta aktywów, procedurę tokenizacji aktywów, zasady prowadzenia fundraisingu i organizację rynku wtórnego. Wbrew pozorom, ta wiedza jest bezproblemowo dostępna dla krajowych instytucji finansowych.

Podsumowując, GPW opisuje inicjatywę strategiczną Private Market w sposób lakoniczny, jednocześnie nie mogąc unikać adekwatnej, ale powszechnie nieznanej nomenklatury która może być niezrozumiała. Plan jest ambitny i śmiały przez co napotyka niedowierzanie, ale tylko takie działanie pozwoli nadrobić dystans do zagranicznej konkurencji. Giełda planuje zbudować stadion nowej generacji i organizować na nim międzynarodowe rozgrywki, które mają potencjał przyciągnąć ogromne rzesze kibiców. Co ważne, piłkarze, trenerzy i sponsorzy już są po rozgrzewce gotowi do gry. Wszyscy czekają na organizatora rozgrywek, który musi przekonać komisję sędziowską i wbić łopatę pod budowę. Nadal jest szansa, że rolę tę wypełni kluczowa instytucja finansowa w Polsce.

Autorem komentarza jest Karol Król, ekspert Crowdinvesting.pl.

Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu

W II kwartale znów wzrósł odsetek firm skarżących się na problemy z uzyskaniem płatności od kontrahentów. Obecnie o opóźnieniach przekraczających 60 dni w ostatnich sześciu miesiącach mówi 52 proc. Tym razem na czele branż z największymi kłopotami znów jest transport, ale jeszcze gorzej sytuacja wygląda w handlu – wynika z badania dla BIG InfoMonitor przeprowadzonego na mikro, małych i średnich przedsiębiorstwach. W tym tygodniu rząd przyjął projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych.

 Opóźnienia płatnicze uderzają w firmy, ograniczają płynność, inwestycje, zatrudnienie i rozwój. Najbardziej oczywistą konsekwencją są problemy z regulowaniem własnych zobowiązań, co sprawia, że opóźnione płatności dalej rozprzestrzeniają się w łańcuchu dostaw. Niemal co piąta firma jest przekonana, że miałaby obroty wyższe o co najmniej 30 proc. gdyby nie kłopoty ze ściąganiem należności.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Z przeprowadzanego co kwartał badania wśród 500 mikro, małych i średnich firm handlujących z odroczonym terminem płatności wynika, że w II kwartale kłopoty z odzyskiwaniem należności przez ponad 60 dni zgłaszało 52 proc. przedsiębiorstw. Na początku roku takiej odpowiedzi udzielało 49,4 proc. badanych. Sytuacja uległa więc nieznacznemu pogorszeniu. – Gdy weźmiemy pod uwagę opóźnienia wynoszące od 31 do 60 dni, problem dotyczy nawet 58 proc. firm, a mowa tu o opóźnieniach w ściąganiu należności w ostatnich sześciu miesiącach. Opóźnienia wzajemnych rozliczeń to swoisty rynkowy standard, który negatywnie odbija się na polskiej gospodarce – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Tylko do bazy BIG InfoMonitor z powodu przeterminowanych płatności poszkodowani kontrahenci wpisali 240 tys. firm. Nieuregulowane w terminie płatności wynikające z transakcji handlowych oraz przeterminowanych o min. 30 dni kredytów, co widać w Biurze Informacji Kredytowej, ma razem prawie 296 tys. przedsiębiorstw. Ich łączne zaległości pozakredytowe i kredytowe wynoszą niemal 29,6 mld zł.

Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu

Źródło: Badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Badania pokazują również, że w II kwartale najgorzej wygląda sytuacja w branżach handlowej i transportowej. Kwartał wcześniej najczęściej skarżyły się firmy transportowe i budowlane.

Problemowi zamierza zaradzić Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Prace nad przygotowanym przez resort projektem ustawy o ograniczaniu zatorów płatniczych w gospodarce właśnie się zakończyły. We wtorek przyjął go rząd.

Płatności dużych firm pod kontrolą MPIT oraz UOKIK

Nowe przepisy skupiają się na największych nieuczciwych dłużnikach, których przeterminowane zobowiązania przekraczają 60 dni (tyle według ustawy wynosi maksymalny termin płatności). Firmy z obrotem przekraczającym 50 mln EUR rocznie będą raportować do MPiT swoje praktyki płatnicze. Po raz pierwszy zrobią to za rok 2020. Informacje zostaną podane w 2021 r. do publicznej wiadomości. Do walki z zatorami włączony zostanie również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Jeżeli okaże się, że skumulowane długi firmy w ciągu trzech miesięcy przekroczą 5 mln zł, urząd będzie mógł dłużnika ukarać. UOKIK ma prawo sprawdzać ostatnie dwa lata i wybrać, które trzy miesiące skontroluje, aby dłużnicy nie mogli manipulować długami w celu ucieczki przed karą. Do wyliczenia kary posłuży specjalny wzór, w którym pod uwagę brane są wysokość łącznego przeterminowanego zadłużenia oraz okres zwłoki. Jeśli ten sam przedsiębiorca narazi się na karę ponownie, następnym razem jej wysokość będzie wyższa o 50 proc. Jednocześnie prezes UOKiK odstąpi od wymierzenia kary, jeśli kontrolowana firma sama jest ofiarą zatorów płatniczych i wartość świadczeń, do których zapłaty obowiązany jest podmiot w danym okresie jest równa lub mniejsza od wartości świadczeń nieotrzymanych z tytułu transakcji handlowych.

– Więcej uwagi poświęconej dużym firmom i ich praktykom płatniczym to dobry krok. Z naszych badań wynika, bowiem, że firmy średnie, które najintensywniej handlują z dużymi przedsiębiorstwami, najczęściej skarżą się na opóźnione płatności od kontrahentów. Ze względu na skalę działania średnie przedsiębiorstwa (zatrudniają od 50 do 249 osób) nierzadko mogą lepiej radzić sobie z zarządzeniem problemem niż mniejsze firmy, gdzie już brak jednej czy dwóch sporych płatności może sprawić, że firma stanie na skraju bankructwa. Ale jeśli średnim przedsiębiorstwom pieniądze za usługi towary szybciej wpłyną na konto, to jest szansa, że przełoży się to również na poprawę ich płatności wobec własnych mniejszych dostawców – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Brak płatności od kontrahenta równa się brak podatku

Projekt wprowadza też „ulgę” na złe długi w podatkach PIT oraz CIT, na wzór obowiązującej w VAT. Dzięki niej wierzyciel, który nie otrzyma zapłaty nie będzie musiał doliczać nieotrzymanej kwoty do podstawy opodatkowania i w efekcie zapłaci niższy podatek. Nieuczciwy dłużnik będzie natomiast zobowiązany do wliczenia nieopłaconej faktury do podstawy opodatkowania. Straci też możliwość wrzucania w koszty niezapłaconego zobowiązania. Wszystko pod warunkiem, że wierzytelność nie została uregulowana lub zbyta w ciągu 90 dni. To akurat rozwiązanie cieszy się poparciem 61 proc. badanych przez BIG InfoMonitor mikro, małych i średnich firm.

Odświeżona ustawa o terminach zapłaty, obecnie jest nieznana i nielubiana

Nowelizacja zmienia również ustawę o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, m.in. podwyższa o 2 pkt. proc. wysokość odsetek ustawowych, a rekompensatę za koszty odzyskiwania należności ustala od 40 do 100 euro, w zależności od wielkości długu (obecnie jest 40 euro). Może to wpłynąć na poprawę świadomości przedsiębiorców o istnieniu tego rodzaju przepisów. Obecnie z ustawy obowiązującej od 2013 r. korzystają nieliczni, z badań Keralla Research dla BIG InfoMonitor wynika, że mniej niż 18 proc. firm.

Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu 2

Źródło: Badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Niemal co dziesiąty przedsiębiorca przyznaje, że w ogóle nie wie o takiej ustawie. Ale głównym problemem przy jej zastosowaniu są jednak obawy, że obróci się to przeciwko nim. 37 proc. ankietowanych jest przekonanych, że jeśli zaczną naliczać odsetki i opłaty karne za windykację, na co pozwala ustawa, zepsują relacje z kontrahentem. Kolejnych 6 proc. już mówi o zaprzestaniu stosowania ustawy ze względu na pogorszenie współpracy z kontrahentem, a blisko 12 proc. badanych nie wierzy w skuteczność tych rozwiązań.

Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu 3

Źródło: Badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Wszystko dlatego, że przedsiębiorcy koncentrują się na utrzymaniu dobrych stosunków z partnerami biznesowymi od których zależą ich zamówienia i boją się upominać o pieniądze. Gdy pojawiają się kłopoty z płatnością, tylko jedna na dziewięć firm decyduje się na reakcję. Pozostałe biernie czekają na przelew. Te odpowiedzi najlepiej pokazują, że szansę na poprawę sytuacji dają wyłącznie motywujące do solidności płatniczej działania organów państwa. Zaproponowane zmiany można ocenić pozytywnie, ale niezwykle ważne jest, jak przepisy będą funkcjonowały w praktyce – podsumowuje Sławomir Grzelczak.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, kwiecień  2019 r.

Polska niekwestionowanym liderem regionu pod względem wolumenu powierzchni magazynowej

Polska pozostaje niekwestionowanym liderem pod względem istniejącej powierzchni magazynowej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Nasze zasoby całkowitej powierzchni przemysłowo-logistycznej przekroczyły w pierwszym kwartale bieżącego roku 16 mln mkw. – podają eksperci CBRE w najnowszym raporcie „Poland Market Outlook 2019”. Oznacza to aż 17% wzrost w stosunku do tego samego okresu w roku poprzednim.

Dobre wieści na start

Rok 2019 rozpoczął się na rynku przemysłowo-logistycznym bardzo dobrze i nic nie wskazuje na to by miało się to zmienić. Mimo oddawanych do użytku setek tysięcy mkw. co kwartał, powierzchnia magazynowa w budowie utrzymuje się na niezwykle wysokim poziomie. Największym regionem pozostaje Warszawa i jej okolice, które łącznie stanowią około 25% całkowitej podaży krajowej, czyli niemal 4 mln mkw. W budowie pozostaje 2,14 mln mkw., z czego najwięcej nowej powierzchni, bo aż 570 tys. m kw., powstaje w regionie Górnego Śląska.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

-– Polski rynek magazynowy przeżywa większe niż kiedykolwiek zainteresowanie ze strony inwestorów. W samym ubiegłym roku wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku powierzchni magazynowych w kraju był wyższy niż np. w Czechach, Belgii, Włoszech, Hiszpanii czy Szwecji. Co więcej, biorąc pod uwagę dwukrotny wzrost wolumenu w 2018 r., wiele wskazuje na to, że wysoki poziom inwestycji w tym sektorze utrzyma się także w 2019 r. – mówi Beata Hryniewska, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Nowe umowy i projekty build-to-suit

Wedle raportu CBRE „Poland Market Outlook 2019”, przy rosnącej w szybkim tempie podaży, wskaźnik pustostanów utrzymał się na koniec pierwszego kwartału 2019 r. na stosunkowo niskim poziomie średnio 5,5%. Natomiast odnotowany popyt na powierzchnie magazynowe wyniósł prawie 990 tys. mkw. i pozostał wysoki, jednak okazał się o 22% niższy niż w tym samym rekordowym okresie w roku poprzednim. Prym wiodły nowe umowy i projekty build-to-suit, stanowiąc w sumie około 63% całkowitego popytu. Eksperci CBRE przewidują, że w najbliższych miesiącach duże zainteresowanie powierzchniami przemysłowo-logistycznymi będzie się utrzymywać. Zmieniające się nawyki konsumenckie Polaków i coraz większe przekonanie do zakupów e-commerce i omnicommerce pozwala przypuszczać, że sektor powierzchni magazynowych, a wraz z nim rynek usług logistycznych będzie nadal rozwijać się w szybkim tempie.

W poszukiwaniu alternatywnych lokalizacji

Ze względu na zauważalne obecnie powolne nasycanie się większych regionów magazynowych, jak np. Warszawy, Poznania lub Polski Centralnej, najemcy poszukują alternatywnych lokalizacji, gdzie nadal dostępna jest siła robocza. Przy spadającej wciąż stopie bezrobocia w Polsce (5,9% na koniec marca 2019 r.), jest to jeden z kluczowych czynników przy decyzji o ulokowaniu centrum dystrybucyjnego lub zakładu produkcyjnego.

Sprzedawcy Amazona mają problem z rozliczaniem podatku VAT

Amazon to spółka akcyjna, która prowadzi największy na świecie sklep internetowy będący platformą sprzedażową dla kupujących i sprzedawców z całego świata. Nic dziwnego, że tak rozwinięta baza potencjalnych klientów przyciąga przedsiębiorców z branży e-commerce, jak magnes. Niestety sprzedawcy mają poważny problem z rozliczaniem podatku VAT od zrealizowanych transakcji.

Na czym polega sprzedaż na Amazonie?

Głównymi stronami transakcji realizowanych przez platformę Amazon wbrew pozorom nie są sprzedawca i klient, ale sprzedawca i Amazon. W uproszczeniu współpraca odbywa się według następującego schematu:

  • Sprzedawca wystawia swoje produkty na platformie.
  • Następnie wysyła je do magazynów Amazona zlokalizowanych na terytorium Polski lub innego państwa.
  • Towary sprzedawcy pozostają w magazynach do czasu ich zakupu przez zainteresowanych klientów.
  • W tym momencie aktualizuje się obowiązek Amazona do wysyłki towaru na adres podany przez kupującego.
  • W razie zaistnienia jakichkolwiek problemów po stronie kupującego Amazon bierze na siebie obsługę klienta (w tym procedurę zwrotu produktu).

Sprzedaż produktów na Amazonie stanowi dla sprzedawców znaczne ułatwienie, jeśli myślą o wyjściu ze swoją ofertą poza granice kraju. Takie rozwiązanie eliminuje problem tworzenia struktur sklepu za granicą, jego promocji, generowania klientów i zyskania wiarygodności w ich oczach, a także problemy logistyczne związane z wysyłką towarów oraz obsługą klienta i zwrotów.

Jak jest opodatkowana sprzedaż na Amazon, a jak być powinna?

Na gruncie przepisów podatkowych korzystanie z usług giganta e-commerce, jakim jest Amazon, nie powinno generować żadnych problemów. Skoro formalnym kontrahentem polskich przedsiębiorców jest oddział Amazona zlokalizowany w innym państwie członkowskim Unii Europejskiej, wysłanie produktów do jej magazynów powinno zostać uznane za wewnątrzwspólnotową dostawę towarów. A co za tym idzie, takie transakcje teoretycznie powinny zostać opodatkowane zerową stawką podatku od towarów i usług, ponieważ obowiązek odprowadzenia jego kwoty spoczywa na nabywcy, czyli w tym przypadku na spółce Amazon.

Tak wygląda teoria, natomiast praktyka dowodzi czegoś zupełnie innego.

Rozliczenie kwoty należnego podatku odbywa się na podstawie wystawionej przez Amazon faktury. Ta z kolei zawiera takie informacje, jak: cena euro produktu, zerowa stawka podatku VAT oraz numer identyfikacji podatkowej nadany na terytorium Polski. Natomiast zgodnie z art. 42 ust. 1 punkt 1 ustawy o podatku od towarów i usług stawka w wysokości 0% przysługuje jedynie tym sprzedawcom, którym nabywca poda właściwy i ważny numer identyfikacji podatkowej ustanowiony dla transakcji wewnątrzwspólnotowych, nadany przez państwo, w którym ma siedzibę.

W związku z powyższym podanie na fakturze dwóch numerów identyfikacji podatkowej nadanych w tym samym państwie (w tym przypadku w Polsce) będzie skutkowało uznaniem transakcji za zwykłą dostawę krajową oraz obciążeniem jej podatkiem VAT w wysokości 23%.

Wysyłka towarów do magazynów w Polsce

Co, jeśli przedsiębiorca postanowi wysłać towary do magazynu zlokalizowanego w Polsce? W tym przypadku istnieją dwa scenariusze.

Według pierwszego z nich Amazon wystawi fakturę, na której widnieć będzie numer identyfikacji podatkowej nadany w Polsce. Wówczas sytuacja prezentuje się analogicznie jak w przypadku wysyłki towarów za granicę, tj. na fakturze będą widniały dwa numery nadane na terytorium tego samego państwa (w tym przypadku Polski).

Według drugiego scenariusza Amazon wystawi fakturę z numerem identyfikacji podatkowej nadanym na terytorium Niemiec – siedziby spółki. Wówczas przedsiębiorca dokonujący transakcji będzie mógł skorzystać z zerowej stawki podatku VAT.

Jak uniknąć wyższej stawki podatku przy wysyłce towarów za granicę?

Firmy próbujące swoich sił w sprzedaży za pośrednictwem Amazona nie powinny rezygnować z walki o niższą stawkę opodatkowania ich transakcji. W tym przypadku istnieją dwa rozwiązania.

Po pierwsze sprzedawcy mogą próbować porozumieć się z konsultantami Amazona, aby przekonać ich do podania zagranicznego numeru identyfikacji podatkowej koncernu. W praktyce nie jest to jednak takie proste, wymaga cierpliwości oraz stalowych nerwów. Ostateczne rozwiązanie nie jest pewne i zależy od nastawienia pracowników koncernu. Poza tym przekonanie ich do zamieszczenia zagranicznego numeru identyfikacji na fakturze nie oznacza automatycznie, że zostanie naniesiony także na przyszłe faktury.

Po drugie w przypadku ewentualnego sporu z fiskusem warto spróbować wytłumaczyć istotę problemu oraz zasygnalizować, że umieszczenie na fakturze niewłaściwego numeru identyfikacji podatkowej stanowi wyłącznie błąd formalny. W tym przypadku należy zaznaczyć, że sprzedawca dopełnił pozostałych warunków o charakterze materialnym, w tym ten najważniejszy, czyli dostawę towaru za granicę. Pomocne może okazać się orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (wyrok z 15 września 2016 r., sygn. akt C-518/14), w którym sąd potwierdził, że błędy formalne (np. w postaci braku NIP-u na fakturze) są mniej istotne niż spełnienie pozostałych warunków o charakterze materialnym.

Sprzedawcy mogą także ubiegać się o zmianę charakteru współpracy z Amazonem, tj. przekształcenia z nabywania towarów przez koncern na jedynie ich udostępnianie w swoich magazynach. W takim wypadku sprzedaż będzie rozliczana w kraju aż do wyczerpania obowiązującego limitu wartości sprzedanych towarów. Ponadto sprzedawcy mogą dokonać transakcji z Amazonem już po przewiezieniu towaru za granicę. To wymaga jednak od nich rejestracji jako podatnik VAT w danym państwie.

Dlaczego sprzedawcy tracą na wyższym podatku VAT?

Rozliczanie transakcji sprzedaży na podstawie wyższej stawki VAT oznacza dla sprzedawców poważne ograniczenie możliwości zwiększania atrakcyjności swojej oferty poprzez konkurowanie ceną. Wyższy podatek wiąże się ze znacznym zmniejszeniem opłacalności podejmowania takich działań. W konsekwencji może okazać się, że wyjście z ofertą produktową poza granice kraju przestaje prezentować się lukratywnie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Legalność uzyskania dowodów w postępowaniu podatkowym

Nie można obarczyć podatnika odpowiedzialnością za zobowiązanie podatkowe, jeżeli kluczowe dowody w sprawie, świadczące o jego odpowiedzialności, pozyskano w sposób nielegalny, tj. sprzeczny z obowiązującym prawem. Tak właśnie stwierdził Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 7 lutego 2019 r. (sygn. akt I FSK 1860/17). Po kilkuletniej batalii wreszcie wydano orzeczenie, które stanie się kluczowe dla niejednego podatnika.

Sprawa karuzeli podatkowej

W 2015 r. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej zakwestionował pewnej spółce podatek naliczony z faktur wystawionych przez różne podmioty gospodarcze. Organ pierwszej instancji uznał, że kontrolowana spółka świadomie uczestniczyła w procederze karuzeli podatkowej, skupiającym się na wyłudzaniu podatku od towarów i usług w obrocie artykułami elektronicznymi. Organ skarbowy przyjął, że otrzymane przez kontrolowaną spółkę faktury nie dokumentowały rzeczywistych transakcji. W konsekwencji działanie spółki uznał za dążące do osiągnięcia korzyści z tytułu podatku VAT. Z tego względu Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej na podstawie art. 108 ust. 1 ustawy o VAT obarczył kontrolowaną spółkę odpowiedzialnością za skutki wystawienia fikcyjnych faktur. Ta nie zaakceptowała jednak stanowiska organu i odwołała się do Dyrektora Izby Skarbowej. Organ drugiej instancji przyznał jednak rację swojemu poprzednikowi.

Dalszy ciąg batalii przed sądem

Dalej sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Spółka zarzuciła organom skarbowym między innymi bezzasadne pozbawienie podatnika prawa do obniżenia podatku należnego o kwotę podatku naliczonego oraz prawa do zwrotu różnicy podatku. Poza tym wniosła o dokonanie oceny zgodności z przepisami Ordynacji podatkowej oraz art. 51 ust. 3 Konstytucji RP postanowienia organu skarbowego w części, którą organ włączył do materiału dowodowego sprawy materiały otrzymane z Prokuratury Okręgowej, których jawność została wyłączona dla kontrolowanej spółki, jako strony postępowania podatkowego. Wojewódzki Sąd Administracyjny, rozpatrując sprawę, przyznał rację kontrolowanej spółce. Sąd uznał, że organy skarbowe dopuściły się licznych uchybień, przez co konieczne stało się ponowne przeprowadzenie postępowania dowodowego. W ocenie WSA organy skarbowe całą swoją argumentację zbudowały na globalnej ocenie celu i rezultatów poszczególnych łańcuchów transakcji, a nie na analizie cech każdej z nich. W konsekwencji przyjęły błędne założenie, iż dopuszczalna jest zbiorowa odpowiedzialność podmiotów uczestniczących w łańcuchu dostaw.

Zagadnienie prawne

Ostatecznie sprawa została zaskarżona do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten z kolei odroczył postępowanie w sprawie i przedstawił do rozstrzygnięcia składowi siedmiu sędziów zagadnienie prawne: „Czy w świetle art. 180 § 1 i art. 181 w zw. z art. 123 § 1 Ordynacji podatkowej oraz wyroku TSUE z 17 grudnia 2015 r. w sprawie C – 419/14, w stanie prawnym obowiązującym od 15 kwietnia 2016 r. organy podatkowe mogą wykorzystywać jako dowód w postępowaniu podatkowym przekazane przez Prokuraturę protokoły (stenogramy) z podsłuchów rozmów, przeprowadzonych przez uprawnione do tego organy, bez stosownego potwierdzenia, że zostały uzyskane zgodnie z prawem i bez dołączonych do nich nagrań?”. Siedmioosobowy skład odmówił jednak podjęcia uchwały.

Rozstrzygnięcie NSA

Naczelny Sąd Administracyjny musiał zatem samodzielnie rozwiązać sprawę. Orzekł, że za nietrafiony należy uznać pogląd, zgodnie z którym organy podatkowe są zwolnione od oceny legalności materiału dowodowego uzyskanego w wyniku czynności operacyjnych, przekazywanego im przez prokuraturę i organy ścigania. W świetle wyroku TSUE z 17 grudnia 2015 r. (sygn. C – 419/14) i nowszego orzeczenia TSUE z 17 stycznia 2019 r. (sygn. C – 310/16), oceniając materiał dowodowy, należy przede wszystkim mieć na względzie zasady legalności i praworządności. Nie koliduje to przy tym z zasadą wyrażoną w art. 180 § 1 Ordynacji podatkowej, zgodnie z którą jako dowód należy dopuścić wszystko to, co może przyczynić się do wyjaśnienia sprawy, a nie jest sprzeczne z prawem. W omawianej sprawie niezbędne było zatem zbadanie, czy materiał dowodowy pozyskany w sprawie został uzyskany zgodnie z formalnymi wymogami wynikającymi z odrębnych przepisów, a w szczególności, czy zastosowanie danej techniki operacyjnej odbyło się w sprawach, w których ta technika mogła być zastosowana, oraz czy odbyło się to pod kontrolą sądu powszechnego.

Obowiązek badania legalności dowodów

Organy skarbowe są zobowiązane do badania legalności dowodów zebranych w toku innych postępowań. Jeżeli zaniechają wykonania tego obowiązku, podatnik może zakwestionować orzeczenie wydane w oparciu o dowody zdobyte nielegalnie lub takie, których legalności nie zweryfikowano. Dodatkowo, jeżeli materiał pozyskany z prokuratury lub od innych organów okaże się nieprecyzyjny i niewystarczający, organy administracji mogą zwrócić się do tych podmiotów o nadesłanie chociażby cyfrowych nośników z zapisanymi rozmowami, które posłużą im do przeprowadzenia własnych oględzin i sporządzenia protokołu z ich odtworzenia. Rzecz w tym, aby organ administracji dysponował materiałem, który pozwoli mu na samodzielną ocenę jego legalności.

Prawo do obrony

Co również istotne, dowody, które pozyskano z uchybieniem procedury, nie tracą od razu waloru dowodu. Waga tych uchybień i ich znaczenie dla prawidłowości postępowania powinny jednak zostać starannie rozważone przez organy skarbowe. Dodatkowo w kontekście materiału dowodowego w postaci nagrań i podsłuchów, należy podkreślić, że organy podatkowe powinny dokonać kontroli materiału w trybie art. 187 § 1 Ordynacji podatkowej. Nie jest to jednak jednoznaczne z tym, iż mają kompetencje do dokonywania samodzielnej oceny legalności stosowania określonych technik operacyjnych. Istotne jest też zweryfikowanie, czy, mając na względzie zasadę poszanowania prawa do obrony, podatnik mógł zapoznać się ze zgromadzonymi w sprawie dowodami i wyrazić swoje stanowisko w tym przedmiocie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

7855 rejestracji w tydzień – nietypowe domeny podbijają świat

35590 to liczba nowych domen z nietypowymi rozszerzeniami, które zostały zarejestrowane  w Polsce do 2 lutego bieżącego roku. Do najpopularniejszych rozszerzeń należą: .online, .xyz, .ovh, .site, .cloud, .app, .shop, .tech, .club oraz .art. Na całym świecie w tym samym czasie zrejestrowano łącznie 26 174 559 nietypowych domen, a do najpopularniejszych należą: .top, .xyz, .loan, .club, .online, .site, .vip, .icu, .shop oraz .work. Tylko w ostatnim tygodniu zarejestrowano na świece aż 7855 takich domen.

Nowe domeny z nietypowymi rozszerzeniami (tzw. „new gTLD” – „generic top-level domains”) pojawiły się w świecie internetu od 2014 roku. Było to 2 lata po tym, kiedy to ICANN – organizacja odpowiadająca za przyznawanie nazw domen internetowych, ustalanie ich struktury oraz za ogólny nadzór nad działaniem serwerów DNS na całym świecie – dopuściła taką możliwość dla wszystkich zainteresowanych firm. Wcześniej w internecie funkcjonowało zaledwie 22 domeny gTLD (jak .com, .info czy .travel).

„Aby zarejestrować nowe rozszerzenie domeny, firmy – chcące później oferować to rozszerzenie na rynku – muszą uiścić opłatę weryfikacyjną do ICANN w wysokości 185 tys. dolarów, a także cokwartalną opłatę. Wedle danych ICANN z końca kwietnia br., do tego czasu złożono łącznie 1930 wniosków o rejestrację nowych rozszerzeń domen. Jak łatwo policzyć, dało to ICANN ponad 357 milionów dolarów przychodów z samej opłaty weryfikacyjnej, co ewidentnie świadczy o wielkim sukcesie programu” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Director w serwisie Domeny.pl, który wyspecjalizował się w umożliwianiu użytkownikom rejestracji nietypowych domen z całego świata.

Zdaniem przedstawicielki Domeny.pl, patrząc na liczbę zarejestrowanych do tej pory nietypowych domen, program okazał się także dużym sukcesem dla rejestratorów, którzy podjęli ryzyko i zdecydowali się zaoferować swoje rozszerzenie użytkownikom internetu. Jak podkreśla Elżbieta Kornaś, pojawienie się nowych domen wynikało jednak nie tylko z chęci zarobienia. Powodem było również to, że wiele domen z popularnymi rozszerzeniami po prostu było zajętych.

„Dodatkowo nowe domeny zaoferowały zupełnie nowe możliwości, pozwalając ściśle utożsamić adres internetowy z profilem działania firmy, a także umożliwiły lepsze pozycjonowanie w wyszukiwarkach internetowych. Dobrym przykładem są takie rozszerzenia, jak .bar czy .pizza dla działalności gastronomicznej, .sport dla sklepów sportowych, .school dla szkół, .bank dla banków, czy .cloud, .app, .tech czy .shop dla start-upów technologicznych i sklepów internetowych” – mówi Elżbieta Kornaś.

Sukces domen nTLD powoduje wchodzenie na rynek kolejnych, jak np. niedawno zarejestrowane przez Google rozszerzenie .dev. Według danych Domeny.pl, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy od pojawienia się rozszerzenia .dev na globalnym rynku zarejestrowano 129 424 domen z tą końcówką. Podobnie na świecie szybko zyskują na popularności inne nowe rozszerzenia, jak np. .page (14454 rejestracji) czy sport (8743 rejestracji).

„Dzięki nowym rozszerzeniom można stworzyć bardzo atrakcyjne adresy, które potrafią osiągać na rynku wtórnym ceny niewiele niższe niż te z końcówką .com. Przykładowo za adres casino.online w 2018 roku zapłacono 510 tys. dolarów! Pokazuje to potencjał, jaki drzemie w nowych domenach” – podsumowuje Elżbieta Kornaś z Domeny.pl

GPW Benchmark centrum kompetencyjnym w zakresie zarządzania indeksami giełdowymi

  • GPW Benchmark jeszcze w tym roku zostanie administratorem indeksów giełdowych z Głównego Rynku, NewConnect oraz TBSP, w tym m.in.: WIG20, mWIG40 oraz sWIG80
  • Przejęcie administrowania indeksami jest związane z dostosowaniem się do wymogów Rozporządzenia PE i RE (UE) ws. wskaźników referencyjnych
  • Rozwój centrum kompetencyjnego w zakresie indeksów i wskaźników wpisuje się w strategię GK GPW

Zmiana zasad organizacji procesów zarządzania indeksami giełdowymi jest wynikiem obowiązującego od początku 2018 roku rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszy inwestycyjnych (tzw. BMR). W szczególności proces ten wiąże się z zapewnieniem odpowiednich ram funkcjonowania procesu kalkulacji indeksów, zgodnych z wymogami tego rozporządzenia, przejrzystości oraz zgodności procesów dotyczących kalkulacji indeksów od momentu gromadzenia danych wejściowych do publikacji indeksu.

GK GPW przeprowadziła szczegółowe analizy, dotyczące dostosowania się do wymogów rozporządzania BMR, w wyniku których została podjęta decyzja o przeniesieniu realizacji procesu kalkulacji indeksów akcji oraz obligacji do GPW Benchmark S.A. GPW Benchmark S.A. została powołana w 2017 roku, jako centrum kompetencyjne w zakresie opracowywania indeksów i wskaźników referencyjnych, co jest zbieżne z założeniami strategii Grupy Kapitałowej, która zakłada zwiększanie oferty w zakresie  sprzedaży produktów informacyjnych. Obecnie GPW Benchmark odpowiada za administrację stawkami referencyjnymi WIBID i WIBOR, w przypadku których realizowane są zaawansowane prace mające na celu dostosowanie ich do wymogów BMR.

– Przeniesienie kontroli nad indeksami rynku kapitałowego takimi jak WIG, WIG20, mWIG40, sWIG80, TBSP.Index jest naturalną konsekwencją naszych dotychczasowych działań wynikających z założeń zaktualizowanej strategii #GPW2022, której jednym z elementów jest integracja kompetencji w ramach poszczególnych spółek Grupy Kapitałowej. GPW Benchmark po przejęciu organizacji fixingu stawek referencyjnych rozszerza swój zakres działalności o administrowanie indeksami rynku kapitałowego – mówi Jacek Fotek, Wiceprezes GPW.

W ramach GK GPW prowadzone są  prace związane z wyodrębnieniem i przejęciem przez GPW Benchmark procesów administrowania indeksami giełdowymi.  Przygotowywany jest także wniosek do Komisji Nadzoru Finansowego w celu uzyskania zezwolenia na pełnienie funkcji administratora. Zgodnie z przyjętym harmonogramem GPW Benchmark planuje przejąć operacyjnie funkcję administratora do końca 2019 r.

GPW Benchmark przejmie administrowanie wszystkimi 40 indeksami GPW, w tym najważniejszymi wskaźnikami: WIG20, mWIG40, sWIG80 i NCIndex oraz indeksem TBSP.Index (obecnie właścicielem jest BondSpot). Dostosowanie do wymogów BMR pozwoli na optymalizację procesów związanych z opracowywaniem i zarządzaniem indeksami, zapewniając ich wysoką jakość, nadzór nad metodą kalkulacji oraz przejrzystość i dostępność danych dla inwestorów.

– Stworzyliśmy odpowiednią strukturę, zaplecze merytoryczne i rodzime rozwiązania, co pozwoli w pełni przejąć odpowiedzialność przez GPW Benchmark za obliczanie i publikację indeksów giełdowych. W najbliższym czasie złożymy stosowny wniosek do Komisji Nadzoru Finansowego. Wydania zgody spodziewamy się na jesieni, a pod koniec roku planujemy przejęcie administrowania indeksami giełdowymi – mówi Zbigniew Minda, Prezes GPW Benchmark.

Połączenie kompetencji w zakresie wskaźników referencyjnych w ramach spółek z jednej grupy kapitałowej jest europejskim trendem. Na takich samych zasadach działają w ramach struktur giełdowych specjalistyczne podmioty w Niemczech (STOXX) oraz Wielkiej Brytanii (FTSE Russell, IBA).

Beyond Meat – Grupa kapitałowa Wejcherta i Żaka odnosi kolejny sukces

W Ameryce od dziesięciu lat nie było tak udanego debiutu na giełdzie jak firmy Beyond Meat Inc. Akcje kalifornijskiej firmy z branży gastronomicznej wzrosły trzykrotnie w ciągu pierwszego dnia notowań pokazując, że inwestorzy wierzą w nowy trend zdrowego odżywiania. Sukces ten miał swój polski akcent. Beyond Meat inc od kilku lat wspierali nie tylko Leonardo DiCaprio czy założyciel Microsoft – sam Bill Gates. Akcjonariuszami amerykańskiej firmy, o której jeszcze kilka lat temu nie było słychać, była spółka z grupy Dirlango, należącej do Łukasza Wejcherta i Macieja Żaka.Beyond Meat – Grupa kapitałowa Wejcherta i Żaka odnosi kolejny sukces

Debiut Beyond Meat Inc. to kolejna udana inwestycja polskiego duetu. Polityka inwestycyjna holdingu Dirlango, skoncentrowana jest na inwestycjach w spółki nowych technologii zarówno w Polsce jak i za granicą, przy czym inwestycje zagraniczne dokonywane są wspólnie z renomowanymi partnerami w postaci globalnych funduszy VC.

Łukasz Wejchert
Łukasz Wejchert

– Naszym celem jest udział w dynamicznie rozwijającym się segmencie nowoczesnych technologii, zaś naszym atutem jest dostęp do mało znanych firm o dużym potencjale i wskaźniku rentowności na wczesnym etapie rozwoju. Beyond Meat Inc. jest tego najlepszym przykładem – przyznaje Łukasz Wejchert.

Kontakty to biznes. Polskiemu duetowi niewątpliwie sprzyja szczęście patrząc na listę inwestorów, którzy zdecydowali zainwestować w firmę Boyond Meat we wstępnej fazie. Obok wymienionych wcześniej byli to Biz Stone – współzałożyciel Twittera, Don Thomson – były dyrektor sieci McDonald’s, sportowcy Lindsley Vonn, Shaquille O’Neal, muzyk Snoop Dogg czy znane w USA sieci Tyson Food i The Humane Society.

Beyond Meat Inc. to kolejny sukces – po amerykańskim Wish wycenianym na 3,5 mld USD – duetu Łukasza Wejcherta i Macieja Żaka, którzy pokazują, jak wykorzystać 20-letnie doświadczenie oraz osobiste kontakty na międzynarodowym rynku funduszy VC/ PE.

– Nasza skala inwestycji w te podmioty jest umiarkowana jak na standardy światowe. Liczą się jednak wypracowane przez lata kontakty, pozwalające na dostęp do pierwszych rund finansowania takich podmiotów. – realnie ocenia Maciej Żak.

A historia Beyod Meat Inc. była podobna (choć na mniejszą skalę), do inwestycji grupy Dirlango w Wish. Założona w 2009 roku jako producent białkowych substytutów mięsa, Beyond Meat wykorzystała zmieniające się trendy żywieniowe w USA i rosnące zainteresowanie konsumentów alternatywnymi produktami bazującymi na roślinach. Popularność wśród wegan oraz wegetarian sprawiła, że w ciągu zaledwie kilku lat firma ta wyrosła na partnera i dostawcę takich gigantów sieci restauracyjnych jak TGI Friday’s i Del Taco, które dostosowują swoją ofertę do zmieniających się gustów konsumentów. W konsekwencji firma, która wyceniana była podczas rund finansowania na 1,5 mld USD sprawiła miłą niespodziankę osiągając pierwszego dnia notowań na NASDAQ ceną 3,38 mld USD.

Aktualnie środki na dokonywanie inwestycji w spółki technologiczne niedostępne jeszcze na rynkach giełdowych, holding Dirlango pozyskał od założycieli oraz od niewielkiej, aczkolwiek wciąż rosnącej grupy inwestorów indywidualnych. W planach jest pozyskanie do 150 mln zł. Partnerem Łukasza Wejcherta w inwestycji jest IPOPEMA.

– Mamy świadomość, że w Polsce jest wiele zamożnych osób, które po sprzedaży firm chcą inwestować w spółki technologiczne. Ale to nie zawsze wychodzi, gdyż niezbędna jest odpowiednia wiedza, zaplecze analityczne i dostęp do rynków. My to chcemy zaoferować. – podkreśla Łukasz Wejchert.

Czy najem mieszkania może być tańszy od jego zakupu? Okazuje się, że tak

Wprawdzie kredyty hipoteczne są rekordowo tanie, mimo to decyzję o zakupie mieszkania warto podejmować z kalkulatorem w ręku. Może się bowiem okazać, że w niektórych przypadkach koszty najmu mieszkania są niższe.

Z najnowszego raportu Expandera i Rentier.io wynika, że zakup mieszkania za kredyt generalnie jest opcją tańszą od najmu. Autorzy raportu zwracają przy tym uwagę, że przez ostatni rok przeciętnie aż o 13% wzrosły koszty najmu dużych mieszkań w Bydgoszczy, zaś małych mieszkań w Łodzi – o 12%. Z kolei średnie mieszkania w Białymstoku i Toruniu podrożały o 10%.

dr Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io
dr Anton Bubiel, prezes zarządu Rentier.io

Miast, w których najem mieszkań staniał było niewiele i w większości przypadków obniżka była minimalna. Jedynym, o którym warto wspomnieć jest spadek o 5% w przypadku dużych mieszkań w Lublinie – mówi Anton Bubiel z Rentier.io.

Dynamiczny wzrost kosztów najmu

Jarosław Sadowski Główny Analityk Expander Advisor
Jarosław Sadowski
Główny Analityk Expander Advisor

W przypadku małych mieszkań w Łodzi i średnich w Sosnowcu, koszt najmu jest aż o ok. 70% wyższy niż rata kredytu zaciąganego na zakup podobnego mieszkania – zauważa Jarosław Sadowski z Expandera. I radzi, gdy tylko jest to możliwe, przeniesienie się do własnego mieszkania.

Mało tego, jak podaje Narodowy Bank Polski w raporcie za IV kw. 2018 r., w największych aglomeracjach inwestycja w mieszkanie na wynajem daje taki zysk, że opłaca się pożyczyć od banku pieniądze na ten cel, bo czynsz spłaca kredyt.

Dodajmy, że – według Expandera i Rentier.io – rentowność inwestycji w małe i średnie mieszkanie na wynajem wynosi średnio ok. 7%, a w przypadku dużych mieszkań – ok. 6% brutto, czyli przed opodatkowaniem. Założono, że mieszkanie jest wynajmowane przez cały rok, a kupiono je w całości za gotówkę. Nie uwzględniono też m.in. kosztów napraw i remontów.

Zakup mieszkania nie dla każdego

Problem w tym, że nie każdy może sobie pozwolić na zakup mieszkania.

Choć oprocentowanie kredytów jest rekordowo niskie, to nie oznacza, że są one powszechnie dostępne. Np. banki wymagają od kredytobiorców co najmniej 10% wkładu własnego, co w przypadku wielu młodych ludzi jest barierą nie do przejścia  – mówi Rafał Malik, dyrektor biura zarządzania najmem Funduszu Mieszkań na Wynajem, który posiada ponad 1,8 tys. mieszkań w Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu.

Rafał Malik zwraca też uwagę, że rośnie grupa Polaków, którzy nie chcą się zadłużać na 20-30 lat, bo wtedy dużo łatwiej jest podejmować wiele życiowych decyzji, m.in. w kwestii migracji czy zmiany pracy. Ponadto w niektórych przypadkach koszty najmu mogą być niższe od zakupu. Np. ze względu na koszty transakcyjne nie opłaca się kupować mieszkania na dwa, trzy lata, by potem je sprzedać i kupić nowe (większe lub w innym mieście).

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Na zakup mieszkania raczej nie powinni się więc decydować ci, którzy nie mają jeszcze ustabilizowanej sytuacji rodzinnej i zawodowej – radzi Rafał Malik. I opowiada o klientce Funduszu Mieszkań na Wynajem, która dostała na rok pracę w Poznaniu, więc najęła tam mieszkanie. Po roku przeniosła się na 2 lata do Gdańska, gdzie również skorzystała z oferty Funduszu.

Mamy coraz więcej takich klientów, którzy pracują projektowo i przenoszą się z miasta do miasta – mówi Rafał Malik.

Wybór nie taki oczywisty

O tym, że decyzję o zakupie mieszkania trzeba podejmować z kalkulatorem w ręku może świadczyć przykład trzypokojowego, 52-metrowego mieszkania przy ul. Powązkowskiej na warszawskim Żoliborzu. Fundusz Mieszkań na Wynajem oferuje je w standardzie „pod klucz”, czyli kuchnia i łazienka są wyposażone w meble i sprzęt AGD, zaś w przedpokoju są szafy ubraniowe. Miesięczny koszt najmu wynosi 2,4 tys. zł plus tzw. opłaty licznikowe, czyli m.in. za wodę i prąd.

Ale ile może kosztować zakup podobnego mieszkania za kredyt? W jednym z serwisów ogłoszeniowych znaleźliśmy w tej okolicy 54-metrowe mieszkanie w cenie blisko 590 tys. zł (niespełna 11 tys. zł za m kw.). Żeby dostać w banku kredyt trzeba jednak dysponować kwotą co najmniej 59 tys. zł. Miesięczna rata spłaty 25-letniego kredytu w wysokości 531 tys. zł wyniesie zaś co najmniej 2,7 tys. zł, a w niektórych bankach przekroczy 3 tys. zł.

Oczywiście część tej raty stanowi spłata kapitału, który buduje majątek nabywcy. Z drugiej jednak strony, jego wydatki na tym się nie kończą. Musi bowiem ponieść przynajmniej część kosztów transakcji oraz wyposażyć mieszkanie. Do tego dochodzą opłaty administracyjne w wysokości kilkuset złotych plus opłaty licznikowe.
Dla części kupujących mieszkania argumentem za własnością jest większe poczucie stabilizacji. Ale obecnie daje je już także najem. Np. w mieszkaniach Funduszu Mieszkań na Wynajem najemca może mieszkać tak długo, jak zechce. Wynajmujący daje mu też możliwość zameldowania się.

Bilans 15 lat Polski w Unii Europejskiej

Od 2003 do 2017 roku Polski PKB per capita wzrósł o 81 proc., a eksport przekroczył wartość 200 mld EUR rocznie – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „15 lat Polski w Unii Europejskiej”. Dzięki wsparciu UE otrzymaliśmy środki o wartości bliskiej dwukrotności rocznego budżetu naszego kraju. Z drugiej strony otwarcie granic i zagranicznych rynków pracy spowodowało, że w 2017 r. ponad 2 mln Polaków przebywało w krajach Unii.

Niemal 16 lat temu, 7 i 8 czerwca 2003 r., ponad 13,5 miliona Polaków odpowiedziało „TAK” na pytanie: „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”, a niecały rok później, 1 maja 2004 r., Polska dołączyła do wspólnoty.

Wzrost gospodarczy w Polsce wyraźnie przyspieszył po wejściu do UE. Polski PKB per capita był w 2018 r. o 81 proc. wyższy niż w 2003 r. Nasza gospodarka jest jedną z najszybciej rozwijających się w Unii pod względem dynamiki wzrostu, a zarobki i poziom majątku Polaków powoli stają się porównywalne z bogatszymi krajami Europy. W perspektywie kolejnych 15 lat możemy zostać jedną z 20 największych gospodarek świata.wzrost PKB

W ramach funduszy unijnych do Polski napłynęły, bądź w najbliższym czasie napłyną, środki o łącznej wartości 164 mld EUR, czyli stanowiące prawie dwukrotność rocznego budżetu naszego kraju. Był to dla nas swoisty plan Marshalla, który pomógł w realizacji większości publicznych inwestycji infrastrukturalnych prowadzonych od 2004 r., takich jak autostrady, drogi ekspresowe czy oczyszczalnie ścieków. Dokonując bilansu obecności w Unii Europejskiej, nie możemy również zapominać o harmonizacji prawa, usprawnieniu przepływów finansowych czy likwidacji wielu barier handlowych ­– mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Dynamiczny rozwój handlu

Piotr Arak, prezes Polskiego Instytutu Ekonomicznego
Piotr Arak, prezes Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Wolny, wspólny rynek sprawił, że polski eksport przekroczył wartość 200 mld EUR rocznie. W latach 2015-2017 po raz pierwszy od lat 90. XX wieku bilans handlu zagranicznego Polski był dodatni. Eksport produktów wysokiej techniki wzrósł ponad dwukrotnie: z 3,3 proc. w 2004 roku do 7,7 proc. w 2017. Z produktów o wartości 220 mld EUR wyeksportowanych w 2018 r. około 80 proc. trafiło do krajów członkowskich UE. Naszym największym partnerem handlowym pozostają Niemcy, do których polskie przedsiębiorstwa sprzedają prawie 28 proc. wartości produkcji przeznaczonej na eksport – tłumaczy Piotr Arak.hity eksportowe

Otwarte granice i wspólny rynek pracy

Ważnym krokiem dla integracji europejskiej był także 2007 r., kiedy Polska przystąpiła do układu z Schengen. W 2014 roku ¼ Polaków przyznawała, że była kiedyś w kraju spoza UE, natomiast blisko połowa (49 proc.) odwiedziła inny kraj Unii. Według badań z 2018 r. prawie co czwarty (22 proc.) studiował, pracował lub szkolił się w innym kraju wspólnoty.

Otwarcie rynku pracy rozpoczęło nową falę emigracji w historii. Po otwarciu niemieckiego rynku pracy w 2011 roku, wiodącym krajem przyciągającym Polaków stały się Niemcy.  Według danych brytyjskich w Zjednoczonym Królestwie przebywa obecnie ponad milion Polaków, kiedy w 2003 r. było ich niecałe 70 tys. Co więcej, w 2017 r. łącznie 2,1 mln naszych rodaków przebywało czasowo we wszystkich krajach Unii – podsumowuje Andrzej Kubisiak, ekspert ds. rynku pracy w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

W Warszawie ciągle brakuje biur. Coworking rośnie w siłę

W Warszawie ciągle brakuje nowoczesnej powierzchni biurowej, i – jak wynika z badania PwC Investor Survey – sytuacja ta nie zmieni się w ciągu najbliższych lat. Prawie 5,5 miliona metrów kwadratowych powierzchni biurowych to ciągle mało, o czym najlepiej świadczy stopa pustostanów, która osiągnęła na koniec 2018 roku rekordowo niską wartość 8,7 proc. Sytuację komplikuje fakt, że prawie połowa biurowych zasobów stolicy mieści się w budynkach, które mają ponad 10, a jedna trzecia ponad 15 lat. Komfort pracy w takim środowisku już nie odpowiada oczekiwaniom większości najemców.

W 2018 roku oddano do użytku 233 tys. m kw. nowej powierzchni biurowej, która powstała w ramach 20 zrealizowanych projektów. Łączna wartość transakcji wyniosła 1,7 miliarda euro i, według Cushman & Wakefield, międzynarodowej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych, popyt był najwyższy w historii i znacznie wyprzedził podaż. Nic dziwnego zatem, że 40 proc. powierzchni, która jest jeszcze w budowie, jest już zabezpieczone umowami najmu. To zwyczajnie dobry biznes, bo – jak wynika z kolei z raportu PwC – stopa zwrotu z inwestycji w biurowce osiąga poziom 4,5 proc.

W tym roku przybędzie kolejne 255 tys. m kw. powierzchni biurowych, ale popyt nadal przewyższa podaż z uwagi choćby na duże zainteresowanie inwestorów zagranicznych. Rośnie liczba nowych firm zainteresowanych nabyciem nieruchomości na własne potrzeby w najlepiej zlokalizowanych biurowcach klasy A. Rośnie także aktywność operatorów coworkingowych, którzy w minionym roku wynajęli łącznie ponad 100 tys. m kw. przestrzeni elastycznych. W tym roku są one w dalszym ciągu atrakcyjną alternatywą dla tradycyjnych biur, dlatego też jest już potwierdzone, że do końca 2019 roku przybędzie kolejne 50 tys. m kw. powierzchni elastycznej. Skalę  działalności zdecydowali się rozszerzyć najwięksi operatorzy: Spaces w Centrum Marszałkowska i New Work w Wola Retro; mają się też pojawić nowi, jak UMA Workspace, który planuje zająć budynek Chmielna 89. Aktywni są też mali operatorzy, którzy upodobali sobie bliską Wolę.

Bliska Wola jak Manhattan

Jak wynika z raportu Cushman & Wakefield, w Warszawie firmy najchętniej poszukują powierzchni biurowej na bliskiej Woli, przede wszystkim z uwagi na doskonałą infrastrukturę, dostęp do wszystkich środków transportu miejskiego (niebawem zostanie uruchomionych kolejnych 6 stacji II linii metra) i, co równie istotne, stawki czynszu zauważalnie niższe niż w ścisłym centrum miasta. Bliska Wola ugruntowała sobie w 2018 roku status nowego biznesowego centrum Warszawy. Od kilku lat ten rejon jest jednym z największych placów budowy w Europie, zapewniającym tysiące metrów kwadratowych nowej powierzchni biurowej. Proces ten nie zwolni co najmniej do 2022 roku. Jedną z inwestycji, która wzbogaci warszawski rynek biurowy, będzie Bliska Wola Tower.

– Bliska Wola Tower to multifunkcjonalny obiekt z powierzchniami biurowymi, mieszkalnymi, usługowymi i przestrzenią rekreacyjną. Łącznie oddanych tu będzie do użytku 380 małych biur, które idealnie nadają się dla klientów-inwestorów, zainteresowanych podnajmowaniem powierzchni coworkingowych. Biura o małych powierzchniach od 20 do 40 m kw. można w elastyczny sposób łączyć lub dzielić, dopasowywać do potrzeb małych firm, głównie z sektora usług dla biznesu, mediów i finansów, a także trudniących się dostarczaniem usług IT. Te ostatnie cieszą się największym zainteresowaniem – mówi Małgorzata Ostrowska, członek Zarządu i Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction. – Klienci chętnie wybierają naszą inwestycję również z uwagi na bogate zaplecze. Na parterze budynku zaprojektowaliśmy pasaż handlowy i dwupoziomową część gastronomiczną – łącznie 27 lokali usługowych, a w części podziemnej klub fitness i odpowiednią liczbę miejsc parkingowych. Ten kompleks wpisuje się w obecny trend „mieszkam tam gdzie pracuję”. – dodaje.

Coworking – nowoczesne środowisko pracy

Kiedyś coworking był postrzegany jako tańsza alternatywa dla biura. Dzisiaj stanowi podstawę do kształtowania nowoczesnego środowiska pracy. Możliwości jest tak samo wiele jak potrzeb. Wygodne małe pokoiki typu „small office” o powierzchni od 6 do 8 m kw., dedykowane biurko na miesiąc, „gorące” biurko na godziny… to już codzienność, zwłaszcza dla osób z młodego pokolenia. Rozwiązanie idealne dla start-upów, czy małych firm, które rozwijają innowacyjny biznes i potrzebują miejsc do kreatywnej pracy. Kiedy rosną i stają przed faktem budowania większego zespołu, biuro rośnie wraz z nimi, dzięki płynnej możliwości powiększania przestrzeni.

Ważne jest otoczenie, które stymuluje pracowników do pracy – przestrzenie biurowe, obszary wspólne, dostęp do urządzeń biurowych, efektywne łączenie coworkerów. Dodatkowym atutem jest infrastruktura, dostęp do zaplecza gastronomicznego, usługowego i rekreacyjnego, np. regularnie podawany lunch we współpracy z lokalną kawiarnią albo krótka przerwa w pracy w klubie fitness.

ABS Investment S.A. publikuje wyniki po I kw. 2019 r.

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, zakończyła 1 kw. 2019 r. zyskiem netto w wysokości 2,46 mln zł. Emitent zgodnie ze swoją strategią koncentruje się na rozwoju spółek, w których posiada największe pakiety akcji.

Zysk netto ABS Investment S.A. w 1 kw. 2019 r. wyniósł ponad 2.463 tys. zł, a zysk brutto sięgnął blisko 3.103 tys. zł. Głównym czynnikiem poprawy wyników finansowych przez Emitenta jest zmniejszenie liczby pozycji w portfelu inwestycyjnym i koncentracja na dalszym rozwoju spółek portfelowych, których posiadane pakiety akcji są największe. Kursy akcji znaczącej części spółek portfelowych zanotowały wzrost w pierwszym kwartale br., co wynikało przede wszystkim z coraz lepszej sytuacji finansowej i biznesowej większości z nich. Łączna wartość portfela inwestycyjnego ABS Investment S.A. wyniosła na koniec 1 kw. 2019 r. ponad 18,65 mln zł. Zarząd Spółki chce kontynuować bieżącą strategię działalności uwzględniającą przede wszystkim inwestycje kapitałowe, przebudowę portfela oraz posiadanie spółek portfelowych cechujących się wysoką jakością fundamentalną.

„Od samego początku istnienia ABS kładę szczególny nacisk na jakość i  dywersyfikację portfela inwestycyjnego. Przez jakość rozumiem dobrą sytuację finansową, poziom zarządzania, pozycję w branży, odporność na zmiany w koniunkturze gospodarczej oraz wizję rozwoju. Dywersyfikacja z kolei zakłada posiadanie w portfelu ok. 30-50% spółek z potencjałem dywidendowym, dla których uzupełnieniem są spółki nastawione na rozwój. Bardzo duże znaczenie przywiązuję do synergii biznesowych w obszarze portfela inwestycyjnego. Spółki portfelowe powinny ze sobą współpracować i wspierać się nawzajem. W najbliższym czasie zamierzamy się skoncentrować na rozwoju spółek, w których ABS ma największe pakiety, a co za tym idzie największy wpływ na to, co się w tych firmach dzieje. Czynimy też starania, aby zamknąć kilka pozycji inwestycyjnych. Nie jest to proste przy obecnej koniunkturze pomimo dobrej sytuacji finansowej spółek wytypowanych do sprzedaży.” – podkreśla Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Po pierwszym kwartale br. Spółka zrealizowała tegoroczne prognozy finansowe na poziomie 77,55% dolnej granicy, bowiem jej zysk brutto na akcję wyniósł 0,39 zł. Opublikowane w styczniu br. prognozy finansowe ABS Investment S.A. na 2019 rok zakładają wypracowanie zysku brutto na akcję na poziomie 0,50-0,55 zł. Emitent realizuje także plan obniżania kosztów działalności, co przynosi oczekiwane rezultaty w postaci systematycznego spadku kosztów operacyjnych. Suma bilansowa Spółki zanotowała w 1 kw. 2019 r. ponad 12% i wyniosła na koniec marca br. blisko 23.637 tys. zł. Dzięki redukcji zobowiązań stopień finasowania działalności Spółki kapitałami własnymi wynosił na koniec pierwszego kwartału tego roku 73,8% przybliżając ją tym samym do osiągnięcia celu na ten rok, jakim jest ustabilizowanie tego wskaźnika w przedziale 75-80%.

„Cel na ten rok to wpracowanie zysku brutto na akcję w przedziale 0,50-0,55 zł. Jest to cel zbliżony do tego, co ABS realizował z powodzeniem w latach 2015-2017. Realizacja prognozy po pierwszym kwartale prawie w ¾ cieszy, ale nie zmienia mojej opinii, że prognoza jest wyzwaniem, ponieważ działamy obecnie w zupełnie innej rzeczywistości rynkowej niż w poprzednich latach. Rynek kapitałowy, a szczególnie NewConnect jest od kilku lat w ogromnym kryzysie. Brakuje wszystkiego: inwestorów, kapitału, wsparcia instytucji, ciekawych projektów, strategii rozwoju. Rynek kapitałowy staje się coraz mocniej hermetyczny i defensywny. Dodatkowo podlega licznym zmianom w zakresie regulacji, a szczególnie sankcji. To mocno zniechęca i zdecydowanie utrudnia działanie takim firmom jak ABS.” – komentuje Jarosz.

Celem strategicznym ABS Investment S.A. na ten rok jest połączenie z jedną ze spółek portfelowych – Beskidzkim Biurem Inwestycyjnym S.A. W styczniu br. obie spółki poinformowały o rozpoczęciu procesu połączenia, które przyniesie korzyści obu podmiotom m.in. umocnienie pozycji na rynku kapitałowym oraz w akcjonariatach spółek portfelowych, a także obniżenie kosztów działalności. Najbliższe miesiące upłyną na przygotowaniach do tej procedury.

„Połączenie ABS z BBI wydaje się być dobrym kierunkiem, a wręcz koniecznością. Jednak ze względu na fakt, że mają się połączyć dwie spółki publiczne jest to proces trudny i złożony. Mierzalne korzyści, które wynikają z tego procesu to m.in. scalenie pakietów poszczególnych spółek i ograniczenie kosztów funkcjonowania – jeden podmiot. Dodatkowo nastąpi usprawnienie i ujednolicenie zarządzania portfelem. Aktualnie jesteśmy na etapie wyboru podmiotów uprawnionych do dokonania wycen obu spółek.” – zakończył Prezes Jarosz.

Rynek OZE oprócz sprzyjających wiatrów potrzebuje stabilizacji prawnej

Do 2020 roku udział energii odnawialnej w polskim miksie energetycznym powinien sięgnąć 15 proc. Spełnienie tego celu wydaje się coraz mniej realne, ale jeszcze w tym roku na aukcjach może zostać zakupiona energia elektryczna pozwalająca na utworzenie ponad 3,4 GW nowych mocy wytwórczych. Inwestorzy widzą więc coraz większy potencjał w OZE. „Spotkanie liderów rynku energii odnawialnej” zorganizowane przez DNB Bank Polska pokazało, że zielona energia to sposób nie tylko na czyste środowisko, ale także na udane projekty biznesowe. By jednak tak się stało, zarówno inwestorom, jak i sektorowi finansowemu potrzebne jest wsparcie państwa i stabilność regulacyjna.

Według Ministerstwa Energii w roku 2020 OZE mogą stanowić 13,7 GW mocy i generować 35,4 TWh energii elektrycznej. Ich udział w wytwarzaniu energii elektrycznej będzie wzrastać do poziomu przynajmniej 27 proc. w 2030 r[1].

Jak informował Mariusz Radziszewski z Departamentu Energii Odnawialnej i Rozproszonej w Ministerstwie Energii podczas spotkania zorganizowanego przez DNB Bank Polska, jeszcze w tym roku na aukcjach może zostać zakupiona energia elektryczna pozwalająca na utworzenie ponad 3,4 GW nowych mocy wytwórczych w sektorze energetyki odnawialnej. Ok. 2,5 GW ma pochodzić z farm wiatrowych, a około 750 MW – z farm słonecznych. Potencjał tych ostatnich ma wzrosnąć z 0,1 GW do ok. 1,35 GW. – Liczby te są znaczące i wśród inwestorów widać coraz większy optymizm. Pamiętajmy, że jeszcze dwa, trzy lata temu rynek OZE w Polsce znajdował się w zapaści, zarówno regulacyjnej, jak i faktycznej, a jego przyszłość stała pod wielką niewiadomą – mówi Piotr Biernacki, Dyrektor Departamentu Finansowania Strukturyzowanego i Projektowego DNB Bank Polska.

O tym, że zmienia się atmosfera wokół rynku OZE najlepiej świadczy przykład projektu Potęgowo, który współfinansował bank DNB. To jedna z największych lądowych farm wiatrowych w Polsce, która będzie w stanie wygenerować 219,5 MW. Docelowo w jej skład wejdzie 81 turbin, rozlokowanych w siedmiu gminach nad Bałtykiem, dwóch powiatach i dwóch województwach. Ambitnych projektów jest więcej. Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Energii w najbliższych dwudziestu latach mają powstać, m.in. farmy wiatrowe na morzu zdolne do wytworzenia między 10 GW.

Dobre otoczenie dla inwestycji to klucz do sukcesu

Rozwój energii odnawialnej w dużej mierze zależy od sprawnych rozwiązań regulacyjnych. Inwestorzy czekają na kolejną nowelizację ustawy o OZE, która ma szansę wejść w życie latem tego roku i zmiany w przepisach odnośnie pozwoleń na budowę i  obowiązującej „zasady 10H” – czyli zakazu budowy farm wiatrowych w odległości od zabudowań i terenów chronionych nie mniejszej niż 10-krotność wysokości turbiny. Potencjał energii odnawialnej jest tak duży, że mimo trudności i ostatnio słabszej koniunktury inwestycji przybywa. – Rynek nie będzie się jednak rozwijał w takim tempie, jak byśmy tego oczekiwali, bez wsparcia państwa również w sferze regulacyjnej. Inwestorzy z niecierpliwością czekają na ostateczny kształt PEP2040, czyli dokumentu określającego politykę energetyczną Polski do roku 2040. PEP pomoże inwestorom lepiej zrozumieć długoterminowe trendy cenowe, a z uwagi na to, że ceny są nieprzewidywalne w długim horyzoncie czasowym, banki potrzebują zabezpieczenie przychodów finansowanych projektów w postaci PPA albo kontraktu różnicowego uzyskanego w aukcji – mówi Piotr Biernacki.

Nie tylko aukcje

Inwestorzy z branży odnawialnych źródeł energii z niecierpliwością czekają na kolejne aukcje. W tym roku można się spodziewać jednej, choć jej dokładny termin nie jest jeszcze znany. Dlatego podczas spotkania zorganizowanego przez DNB Bank Polska, mowa była także o alternatywnych rozwiązaniach. Eksperci argumentowali, że aukcje to nie jedyna forma sprzedaży energii ze źródeł odnawialnych. W miarę jak spada koszt technologii OZE zapotrzebowanie na wsparcie państwa będzie malało aż do osiągnięcia punktu grid parity. Jednak nawet wtedy istotne będzie zabezpieczenie długoterminowego poziomu ceny, które sektor prywatny oferuje w postaci PPA (Purchase Power Agreement) –  zawieranego albo z firmami zajmującymi się profesjonalnie handlem energią albo bezpośrednio z odbiorcami końcowymi (corporate PPA).  – Oczywiście możliwa jest też sprzedaż energii po cenach rynkowych, ale w długim terminie jest to ryzykowna strategia, biorąc pod uwagę fakt, że wraz ze wzrostem udziału OZE w miksie energetycznym oraz czekającą polski system energetyczny transformacją, może się okazać, że ceny w długim horyzoncie okażą się niższe niż zakładane przez inwestora w momencie podejmowanie decyzji o realizacji projektu – wyjaśnia Piotr Biernacki. Przedstawiciele rynku są zgodni – rynek PPA w Polsce dopiero się rozwija, potencjał jest duży i należy go wykorzystać.

Wszelkie rozwiązania zwiększające możliwości rynku sprzedaży energii odnawialnej traktujemy jako szanse na jego rozwój. Z perspektywy banku istotne jest, by rynek zyskiwał na stabilności. Jego dojrzałość będzie przekładać się na liczbę i jakość projektów. Grupa DNB ma na koncie zrealizowanych ok. 60 projektów z obszaru energii wiatrowej. Liczymy, że będzie ich więcej – mówi Piotr Biernacki.

[1]https://www.gov.pl/web/energia/-zmieniajac-rzeczywistosc-zmieniajac-polska-gospodarke-dajac-nowy-impuls-regionom-i-zapewniajac-bezpieczenstwo-energetyczne-polakom-tworzymy-nowa-jakosc-zycia-minister-tchorzewski-na-europejskim-kongresie-gospodarczym

Dziś: PKB z Eurolandu, sprzedaż detaliczna w USA, decyzja RPP

Jeden dzień bez dowodów eskalacji konfliktu handlowego USA-Chiny pomaga załagodzić napięcia na rynkach finansowych i dał okazję do odreagowania wcześniejszej nerwowości. Środa jest napakowana wydarzeniami makro, co na chwilę powinno odwrócić uwagę od wojen handlowych. Do najważniejszych zaliczyć należy PKB z Eurolandu i sprzedaż detaliczną z USA. Lokalnie mamy PKB z Polski i decyzję RPP.

Za nami już seria danych z Chin, która jednak nie wypadła dobrze. W kwietniu sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa wypały dużo słabiej od oczekiwań, jak również osłabła dynamika inwestycji w miastach. Chińska gospodarka jeszcze nie stanęła równo na nogi i dane o aktywności wskazują na nierozwiązane problemy. Te problemy oznaczają, że gospodarka potrzebuje wsparcia w postaci polityki fiskalnej i monetarnej. A skoro chińskie władze zrobią wszytko, by zapobiec ekonomicznemu załamaniu, to z nawet tak rozczarowujących danych idzie pozytywna konkluzja i dlatego po rynkach dziś nie widać negatywnej reakcji.

W strefie euro PKB za I kw. już miało swoją pierwszą odsłonę dwa tygodnie temu wraz z wynikami dla Hiszpanii, Francji i Włoch. Dziś pierwszy raz poznaliśmy szacunek dla Niemiec, który wypadł solidnie, choć z minimalnie słabszym wynikiem w ujęciu rocznym (0,6 proc. zamiast 0,7 proc.). Ogólnie jednak odczyt dla całej strony euro powinien przypomnieć, że wzrost w I kw. pozostał solidny nawet pomimo zawirowań z przełomu roku. Z perspektywy EUR wydaje się, że rynek szuka argumentów za rozwinięciem popytu i każdy raport lepszy od oczekiwań będzie się do tego nadawał. Ale nową przeszkodą jest ryzyko polityczne, tym razem z Włoch. Wczoraj negatywnie na walucie odbiła się informacja, że wicepremier Salvini zadeklarował gotowość rządu do złamania reguł fiskalnych UE. Otwiera to drogę do kolejnego konfliktu budżetowego Rzymu z Brukselą, co dodałoby premię za ryzyko na EUR.

W USA kwietniowa sprzedaż detaliczna ma za punkt odniesienia dużo lepszy od oczekiwań wynik za marzec, który teraz podnosi ryzyko odreagowania. Z drugiej strony silne mierniki nastrojów konsumentów dają nadzieję na podtrzymanie wzrostu sprzedaży. Raport będzie ważnym testem tego, gdzie stoi gospodarka USA na tle odbijającego od dołka globalnego ożywienia i czy kontrast nie będzie teraz przemawiał na niekorzyść USD. Produkcja przemysłowa nieoczekiwanie skurczyła się w marcu i dane kwietniowe będą analizowane pod kątem wpływu niepewności o kierunek polityki handlowej. Ryzyka dla USD zdają się przeważać po negatywnej stronie.

Wielki dzień w Polsce z publikacjami PKB za I kw., finalnym szacunkiem CPI i decyzją RPP. Oczekujemy spowolnienia wzrostu PKB do 4,1 proc. r/r z 4,9 proc. w IV kw., choć ryzyka przeważają po pozytywnej stronie w związku z odpornością polskiego przemysłu na dowody wyhamowanie aktywności gospodarczej w Niemczech. W stanowisku RPP interesujące będzie, jak bank centralny odniesie się do zaskakującego skoku inflacji (2,2 proc. r/r w kwietniu). Wątpimy, aby Rada miała gorączkowo zaostrzać swoje nastawienie i prędzej zaznaczy konieczność uzyskania większej puli danych. Prezes NBP Adam Glapiński tak łatwo nie zrezygnuje ze swoich oczekiwań utrzymania stóp procentowych bez zmian nawet do końca 2020 r. Stąd sceptycznie podchodzimy do szans pojawienia się dziś jastrzębich impulsów dla złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Meksyk – jak radzi sobie gospodarka i waluta kraju sombrero i tequili

Jak to jest sąsiadować z państwem rządzonym przez Donalda Trumpa? Przyjrzyjmy się jak radzi sobie gospodarka i waluta Meksyku.

Pod koniec ubiegłego roku peso meksykańskie (MXN) doświadczyło istotnego umocnienia w parze z dolarem amerykańskim i polskim złotym. Od początku grudnia do połowy stycznia waluta odnotowała aprecjację rzędu 8%.

Z USA można się dogadać

W ostatnich miesiącach peso otrzymało sporo wsparcia dzięki optymizmowi, który wybuchł po podpisaniu przez Stany Zjednoczone, Kanadę, oraz Meksyk umowy USMCA (United States-Mexico-Canada Agreement), kończącej wcześniejszy spór na tle handlu międzynarodowego. Tym samym peso meksykańskie w całości odrobiło straty, których waluta doświadczyła podczas wyprzedaży z października ubiegłego roku. Dematerializacja ryzyka w połączeniu z wyższym poziomem stóp procentowych Centralnego Banku Meksyku sprawiła, że w kwietniu kurs MXN w relacji do dolara amerykańskiego wzrósł do najwyższego poziomu od sześciu miesięcy. W parze ze słabszym złotym waluta umocniła się do najwyższego poziomu od ponad półtorej roku.

Kurs USD/MXN & PLN/MXN (maj ’18 – maj ’19)

Kurs USD MXN & PLN MXNŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/05/2019

Zmienność peso meksykańskiego w 2018 roku w istotnym stopniu wynikała z niepewności co do przyszłości relacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Po podpisaniu porozumienia USMCA ryzyko związane z handlem międzynarodowym zdecydowanie zmalało, aczkolwiek należy pamiętać, że wspomniana umowa musi jeszcze zostać ratyfikowana przez państwa-strony. Nie spodziewamy się jednak, żeby proces ratyfikacji miał wiązać się z jakimikolwiek problemami.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, w ostatnich kwartałach wyższe stopy procentowe Centralnego Banku Meksyku (Banxico) zdecydowanie wspierały MXN. Po raz ostatni stopy zostały podniesione podczas grudniowego spotkania Banxico – po wzroście o 25 punktów bazowych stopa referencyjna banku znalazła się na poziomie 8,25%, najwyżej od 2008 roku. Oświadczenie banku miało dość jastrzębi wydźwięk i odnosiło się do ryzyk związanych z przekroczeniem przez wskaźniki wzrostu cen konsumentów celu inflacyjnego Banxico.

Pod koniec ubiegłego roku inflacja w Meksyku wynosiła 5%, zdecydowanie przekraczając cel banku centralnego (2–4%). W ostatnich miesiącach w kraju doszło jednak do pewnego ograniczenia presji inflacyjnej. Zdaje się, iż seria podwyżek stóp procentowych na jakiś czas wstrzymała wzrost cen, w kwietniu wskaźnik inflacji wynosił 4,4%. Wyraźnie wzrosły natomiast realne stopy procentowe w Meksyku – obecnie wynoszą one blisko 4%. Tak wysoki poziom realnych stóp powinien wspierać peso i ograniczyć skalę wpływu zewnętrznych czynników, chroniąc walutę przed wyraźniejszą deprecjacją.

Realne stopy procentowe w Meksyku (2007 – 2019)

Realne stopy procentowe w MeksykuŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 13/05/2019

Największy niepokój co do perspektyw waluty wzbudza niedawne spowolnienie gospodarcze w Meksyku. W ostatnim kwartale 2018 roku wzrost PKB w ujęciu kwartalnym wyniósł zaledwie 0,2%, w pierwszym kwartale obecnego roku PKB spadło natomiast o 0,2%. Uważamy jednak, że ograniczenie ryzyka, do którego doszło po podpisaniu umowy USMCA, powinno docelowo przyczynić się do poprawy warunków gospodarczych w Meksyku, zwłaszcza w sektorze przemysłu.

Aktualna ocena sytuacji przez Ebury

Niedawne spowolnienie inflacji w Meksyku, słabsze wskaźniki wzrostu gospodarczego, a także „gołębia” retoryka przyjęta niedawno przez Rezerwę Federalną ograniczają potrzebę dodatkowych podwyżek stóp procentowych Banxico. Jednocześnie sądzimy, że głosy oczekujące cięcia stóp są zarówno przedwczesne, jak i przeszacowujące potrzebę reakcji banku centralnego.

Nadal zakładamy stopniowe umocnienie waluty Meksyku w relacji do dolara amerykańskiego z obecnych poziomów. W ostatnim czasie zrewidowaliśmy naszą prognozę USD/MXN w dół spodziewając się poziomu 18,9 na koniec obecnego roku. Uwzględniając naszą prognozę dla pary USD/PLN spodziewamy się umiarkowanego osłabienia meksykańskiej waluty w parze z polskim złotym.

Autorzy: analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Działy zakupów idą na wojnę z… niepewnością

Kupcy, specjaliści ds. sourcingu oraz kierownicy działów zakupów czy logistyki muszą brać pod uwagę coraz więcej czynników, które potencjalnie mogą zagrażać ciągłości działań, które prowadzą. Dodatkowo, obecne otoczenie biznesowe ma tendencję, w skali mikro- i makroekonomicznej, do generowania zmiennych, którymi nikt nie zaprzątał sobie głowy nawet w najbardziej ekstremalnych scenariuszach.

– Koncentracja na optymalizacji procesów, rozwoju zarządzania danymi i ich analityki, trafny dobór nowoczesnych narzędzi ułatwiających pracę, zabezpieczanie strategicznych łańcuchów dostaw i relacji z dostawcami to tylko niektóre z koniecznych działań, jakie podjąć muszą zakupy by pozostać kreatorem wartości, w coraz bardziej kompleksowym i zmiennym otoczeniu – mówi dr Tomasz Gonsior, Partner w OptiBuy.

Jednym ze polecanych przez ekspertów sposobów, w celach kontradykcji rosnącej niepewności biznesowej, jest skupienie się na rozwoju i zacieśnianiu relacji z dostawcami. Znajduje to odzwierciedlenie w technologiach wdrażanych w nowoczesnych działach zakupów. Według Hackett Group (Key Issues Study, 2019), systemy zarządzania relacjami z dostawcami znajdują się na 3. miejscu na liście rozwiązań technologicznych dla zakupów, których poziom wykorzystania w firmach odnotuje największy wzrost na przestrzeni najbliższych lat. Jednocześnie, wykorzystanie potencjału płynącego z zarządzania relacjami z dostawcami znajduje się wśród 5 krytycznych obszarów niezbędnych w rozwoju zakupów.

Na 1. miejscu listy kluczowych zmian w zakupach, przygotowanej przez Hackett Group, znajdziemy ‘poprawę umiejętności analitycznych’. U podstaw minimalizacji ryzyka leży poznanie zasad rządzących rynkami oraz interpretacji danych z nich płynących. Pomaga to nie tylko lepiej przewidywać zagrożenia, ale przenosić wiedzę na… papier. Na przykład, przy tworzeniu kontraktów, w których bardzo często jedna klauzula może mieć gigantyczne znaczenie.

Przy przetwarzaniu ogromnych ilości danych, z pomocą – jak zawsze – przychodzi technologia. Digitalizacja całych firm staje się faktem, a pracochłonne działania przenoszone są na uczące się programy czy rozwiązania angażujące sieci neuronowe – sztuczną inteligencję.

– Działy zakupów stanowią co raz ważniejszą część zmieniającej się organizacji. Obserwacje naszych klientów wskazują na to, że transformacje cyfrowe nie mogą się obyć bez przetransformowania również działu zakupów. Budowanie takiej świadomości pozwala w dużym szerszym stopniu budować zespoły, które są co raz bardziej interdyscyplinarne – mówi Piotr Gałka, Radca Prawny w SSW Pragmatic Solutions.

Nie należy jednak zapominać o fundamentalnej funkcji zakupów, tj.: trzymania w ryzach kosztów firmy. Czy zawsze oznacza to jednak oszczędności stricte finansowe?

Praktyczna wiedza w zakresie zarządzania relacjami z dostawcami, rynków surowców i walut,  zakupów rozwiązań IT dla biznesu oraz generowania oszczędności w firmach produkcyjnych będzie przewodnim tematem najbliższych warsztatów specjalistycznych PROCON Workshops organizowanych przez firmę doradczą i organizatora konferencji oraz wydarzeń zakupowych – OptiBuy oraz jej partnerów.

Zajęcia poprowadzą doświadczeni trenerzy i praktycy: Agata Kulikowska (Tauron), Jacek Jarmuszczak, Jaromir Łuszczewski (ekspert i jeden z najlepiej ocenianych prelegentów konferencji PROCON), a także przedstawiciele kancelarii SSW Pragmatic Solutions, którzy od lat zaangażowani są w procesy zakupowe kompleksowych rozwiązań IT – Łukasz Węgrzyn, Piotr Gałka oraz Zuzanna Kietlińska.

Dwa pierwsze warsztaty odbędą się we Wrocławiu już 22 maja w ramach cyklu – Direct Procurement: „Zarządzanie relacjami z dostawcami (SRM)” oraz „Ruchy cenowe surowców i walut – Strategia negocjacji i konstruowania kontraktów w praktyce”. „Strategie generowania oszczędności w przedsiębiorstwie produkcyjnym” oraz pierwsze warsztaty z cyklu zakupu usług IT („Lean Procurement – jak szybciej, celniej i taniej kupować i kontraktować usługi IT dostarczane w modelu Agile”) już na początku czerwca w Warszawie.

Więcej informacji: http://myprocon.pl/wydarzenia-procon-workshops/

Dwa miliony mkw. powierzchni magazynowo-przemysłowych w budowie

Za nami bardzo udany I kw. na rynku nieruchomości magazynowych – popyt brutto przekroczył 800 000 mkw., na rynek trafiło ponad 620 000 mkw. nowej powierzchni, a w budowie pozostawało około 2 miliony mkw. Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku powierzchni magazynowo-przemysłowych w Polsce na koniec I kwartału 2019 r.

Popyt

Popyt brutto – nieuwzględniający umów krótkoterminowych – osiągnął ponad 800 000 mkw. i był trzecim najwyższym wynikiem dla I kwartału w historii rynku.

Intensywny rozwój sektora powierzchni magazynowych w Polsce nadal napędzany jest przede wszystkim przez nowe umowy najmu oraz ekspansje, na które przypadło ponad 580 000 mkw. Tak dobre rezultaty pozwalają patrzeć na nadchodzące miesiące z uzasadnioną dozą optymizmu. – Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Europie Środkowo – Wschodniej

Najbardziej aktywnym segmentem najemców byli ponownie operatorzy logistyczni, którzy odpowiadali za 55% udziału w popycie netto (ok. 320 000 mkw.). Z kolei na sektory lekkiej produkcji i motoryzacji przypadło łącznie ponad 87 000 mkw., a sektor spożywczy dzięki jednej wyjątkowo dużej umowie wygenerował 14% zapotrzebowania na powierzchnię magazynową.

W I kwartale uwaga najemców skupiona była głównie na pięciu największych rynkach, gdzie widocznym liderem był Wrocław z popytem netto na poziomie ok. 190 000 mkw. Łącznie rynki magazynowe przy największych polskich aglomeracjach odpowiadały za ponad 90% nowego popytu. Niższą aktywność niż w poprzednich kwartałach odnotowano w lokalizacjach wschodzących, jednak deweloperzy zabezpieczają tam kolejne grunty pod przyszłe projekty, co prawdopodobnie przełoży się na wyższą aktywność najemców w dłuższej perspektywie. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Podaż

Obserwowane od kilku kwartałów znakomite wyniki po stronie popytowej mają odzwierciedlenie w wysokiej aktywności deweloperskiej.

Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W pierwszym kwartale zasoby magazynowe urosły o przeszło 620 000 mkw., co jest wynikiem dwukrotnie większym w porównaniu z analogicznym okresem 2018 roku. Całkowita podaż powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęła poziom 16,3 miliona mkw. – Maciej Kotowski, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Nowa powierzchnia pojawiła się na prawie wszystkich badanych rynkach, ale to Olsztyn, gdzie ukończono halę dla Zalando o powierzchni ponad 120 000 mkw., zdobył pozycję lidera. Drugi najwyższy wynik osiągnęły Wrocław oraz Polska Centralna – na każdym z tych rynków oddano do użytku ponad 90 000 mkw.

Tomasz Olszewski JLL
Tomasz Olszewski

Na koniec I kwartału tego roku w budowie pozostawało około 2 mln mkw., z czego 80% przypadało na największe rynki. Warto podkreślić, że zasoby gruntów, które mogą być dość szybko zabudowane są szacowane na około 800 ha, a większość z nich znajduje się w pobliżu lub sąsiedztwie istniejących już parków magazynowych. Co więcej, deweloperzy posiadają dodatkowo zabezpieczone działki, które gwarantują stosunkowo krótki czas przeprowadzenia inwestycji – grunty te powinny pozwolić na budowę kolejnych 3,4 mln mkw. powierzchni magazynowej. – Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo-Przemysłowych JLL w Europie Środkowo – Wschodniej

Pustostany i czynsze

Stosunkowo wysoki udział powierzchni budowanej spekulacyjnie obserwowany w 2018 roku nie spowodował widocznego wzrostu współczynnika pustostanów – średnia dla Polski osiągnęła 5.7% (5.3% w 2018 r.). Z drugiej strony, ponad 100 000 mkw. oddanych do użytku w Polsce Centralnej doprowadziło  do wzrostu pustostanów do poziomu 7,5% w tej lokalizacji, co stanowi jeden z najwyższych wskaźników wakatów w Polsce. Udział niewynajętej powierzchni przekroczył próg 7% również w Poznaniu, Trójmieście, Warszawie Miasto oraz w Białymstoku. Dostępnej powierzchni nie oferowały natomiast Lublin oraz Lubuskie.

W pierwszym kwartale tego roku najemcy w sektorze magazynów w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie, Opolu oraz w Lubuskiem mogli obserwować rosnące stawki czynszów – nawet do 3,7 euro/mkw./miesiąc (Warszawa Okolice). Niezmiennie, najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa Miasto, gdzie czynsze bazowe wahają się pomiędzy 4,3 a 5,2 euro/mkw./miesiąc. Najbardziej atrakcyjne stawki wynajmu oferowane są w podmiejskich magazynach typu big-box w Polsce Centralnej (2,6 – 3,2 euro/mkw./miesiąc).

Inwestowanie w mieszkanie na wynajem – gdzie najlepiej?

Zakup mieszkania na wynajem może być świetnym pomysłem na biznes lub sposobem na zapewnienie sobie finansowego bezpieczeństwa na przyszłość. Nie oznacza to jednak, że wystarczy kupić dowolną nieruchomość, aby zarabiać. Warto wiedzieć, zakup jakich mieszkań opłaca się najbardziej.

Jeśli mamy oszczędności lub np. otrzymaliśmy spadek, darowiznę, odprawę, czy też inne większe środki finansowe, pierwszym pomysłem na ich pomnożenie może być lokata bankowa. Niestety, oprocentowanie lokat na poziomie 1-3% rocznie nie zachęca do korzystania z takiej formy inwestowania. Szczególnie, że jeśli zamiast lokaty wybierzemy nieruchomość na wynajem, zwrot z inwestycji może wynosić nawet 5-8% rocznie.

Inwestycja w nieruchomości jest na tyle kusząca, że wiele osób finansuje mieszkania na wynajem kredytem hipotecznym. Wówczas kwota uzyskiwana co miesiąc z czynszu wystarcza na kolejne raty kredytu. Z czasem kredyt zostanie spłacony, a nieruchomość pozostanie w naszych rękach. Na dodatek jej wartość z dużym prawdopodobieństwem będzie rosła w czasie. Inwestycja w nieruchomość jest więc rozwiązaniem korzystniejszym finansowo niż lokata, choć zarazem wymaga większego zaangażowania oraz podjęcia pewnego ryzyka.

Które dzielnice Warszawy wybierać?

Ryzyko to można jednak znacznie ograniczyć, wybierając mieszkania w dużych miastach, a najlepiej w tych dzielnicach, które cieszą się największą popularnością. Unikać natomiast należy takich, które w rozmaitych sondażach i rankingach wskazywane są jako najmniej atrakcyjne do zamieszkania. W Warszawie pierwsze miejsca w takich „antyrankingach” od lat należą do Rembertowa, Białołęki, Wesołej, ale wysoko plasuje się w nich także Ursus, Wawer, czy Praga Północ.

– Na Białołęce można kupić jedne z najtańszych mieszkań deweloperskich w Warszawie, przez co sprzedaje się tam bardzo wiele nowych nieruchomości. Ale jednocześnie dzielnica ta jest rzadko wybierana przez osoby zainteresowane wynajmem – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej mieszkania na wynajem. – Zdecydowanie lepiej inwestować w lokale znajdujące się w dzielnicach wskazywanych przez respondentów jako najlepsze do zamieszkania oraz w te, których infrastruktura aktualnie ulega poprawie – dodaje.

W Warszawie do dzielnic „pierwszego wyboru” należą Mokotów, Śródmieście, Ursynów, Praga Południe, Wola. Pod uwagę można brać także Bielany, czy Żoliborz. Ale szukając mieszkania, które ma stanowić inwestycję w wynajem, warto zauważyć, że nawet w ramach jednej dzielnicy niektóre osiedla (a nawet ich części) będą wybierane częściej, a inne rzadziej.

– Czym innym jest zamieszkać na Żoliborzu Urzędniczym, w przedwojennej kamienicy krytej ceglaną dachówką, czym innym na Sadach Żoliborskich, w smutnych blokach z lat 50., choć osiedla te dzieli zaledwie kilka przecznic – mówi Marta Bocheńska-Pachuta. – Inwestujemy przede wszystkim w Śródmieściu, na Żoliborzu i na Mokotowie, ale potrafimy znaleźć też wspaniałe mieszkania na Starej Pradze, Kamionku, Starej Ochocie. W tych lokalizacjach możemy liczyć na zdecydowanie wyższe stawki najmu, szczególnie w segmencie mieszkań o podwyższonym standardzie – podkreśla.

Perspektywy mają także mieszkania na Woli. Obecnie da się tam jeszcze znaleźć „perełkę”, tzn. nieruchomość w dobrej lokalizacji, a jednocześnie w cenie niewiele wyższej niż na obrzeżach miasta. Wola swoją atrakcyjność zawdzięcza bliskości centrum Warszawy oraz rozbudowie drugiej linii metra. Tereny poprzemysłowe zamieniają się w nowoczesne osiedla, a obecne plany zakładają także rozwój obszarów zielonych. Wola to dobra lokalizacja również dla tych osób, które swoje plany zawodowe wiążą z centrum biznesowym rozbudowującym się w okolicy Ronda Daszyńskiego.

Najlepsze lokalizacje w Polsce

Doskonałe lokalizacje na wynajem znajdziemy oczywiście nie tylko w Warszawie. Wśród dzielnic, które właścicielom nieruchomości przynoszą najlepszy zwrot z inwestycji w wynajem, wymienić można chociażby dzielnicę Strzyża w Gdańsku, Widzew i Śródmieście w Łodzi, Śródmieście w Katowicach oraz dzielnice Fabryczną i Psie Pole we Wrocławiu. W Krakowie najbardziej opłaca się wynajmować mieszkania w Dzielnicy XIII Podgórze. W tych lokalizacjach mieszkania na wynajem osiągają średnią rentowność na poziomie ok. 7-8%.

Tak naprawdę jednak w każdej dzielnicy kluczowe znaczenie ma bliskość komunikacyjna (w Warszawie szczególnie ważna jest odległość od metra), ale też atrakcyjność okolicy, określana poprzez dostęp do sklepów, kawiarni, parków, szkół i przedszkoli. Dobra lokalizacja zawsze się obroni i przyciągnie najemców.

Co decyduje o atrakcyjności nieruchomości?

Jeśli chcemy zainwestować w nieruchomość na wynajem, powinniśmy mieć świadomość, że do zakupu należy podejść inaczej niż wtedy, gdy kupujemy mieszkanie dla siebie. Skoro chcemy zarabiać, to od osobistych preferencji ważniejsza będzie chłodna kalkulacja. Powinniśmy także bardzo dokładnie przyjrzeć się wybranym ofertom pod kątem atrakcyjności dla wynajmujących. Na tę natomiast największy wpływ mają cztery czynniki.

Lokalizacja –  to bardzo ważny aspekt przy zakupie nieruchomości, ale w przypadku wynajmu znaczenie lokalizacji jest jeszcze większe! Ma ona także wpływ na cenę. Dlatego, choć zakup nieruchomości w ładnie położonej i dobrze skomunikowanej dzielnicy będzie stosunkowo drogi, to jednocześnie właśnie tam najwięcej zarobimy na jej wynajmie.

Balkon, taras lub loggia – większe znaczenie ma dla osób kupujących mieszkanie, ale dla wynajmujących także jest to ważne udogodnienie. Balkon idealny to taki, który jest skierowany na południe i roztacza się z niego widok na cichą, zieloną okolicę. Tego typu atut zdecydowanie podnosi wartość nieruchomości i sprawia, że lokal krócej czeka na nowego najemcę.

Cicha okolica – to dodatkowa zaleta, o którą trudno w centrum miasta, ale już w dzielnicach graniczących ze Śródmieściem da się zazwyczaj znaleźć ciche osiedla w zielonym otoczeniu. Jeśli mieszkanie znajduje się blisko centrum, a jednocześnie okna wychodzą na cichy skwer lub park, dla wielu najemców będzie to idealny wybór.

Miejsce postojowe – garaż podziemny lub miejsce pod blokiem przypisane do konkretnego lokalu, to coraz częściej ważny argument za wyborem danego mieszkania. Nikt przecież nie chce np. wracając z pracy, być skazanym na półgodzinne krążenie po osiedlu w poszukiwaniu wolnego miejsca.

Znaczenie dla kupujących i wynajmujących może mieć także obecność (lub brak) windy, czy też stan techniczny lokalu. Jednak tam, gdzie jedni widzą problem, inni dostrzegają okazję.

– Wielu inwestorów celowo poszukuje mieszkań do remontu. Dzięki temu mogą nabyć nieruchomość po okazyjnej cenie, a po remoncie sprzedać lub wynająć lokal z dużym zyskiem. Warto jednak wcześniej skonsultować się z firmą, która jeszcze przed zakupem oceni potencjał danej nieruchomości oraz oszacuje koszt doprowadzenia jej do dobrego stanu – podpowiada przedstawicielka Baransu.

Polska nie spełni celu OZE na 2020 r. Ostatnie 3 lata zostały zmarnowane

Wspieranie odnawialnych źródeł energii (OZE) – to część ekologicznej polityki energetycznej, którą prowadzi Unia Europejska. Przy ustalaniu celów unijnych na rok 2020 Polska zobowiązała się wobec Parlamentu Europejskiego, by energia zużywana w naszym kraju chociaż w 15% pochodziła z odnawialnych źródeł. W przypadku niezrealizowania tego celu, Polska będzie musiała zakupić energię ze źródeł odnawialnych z innych krajów. Im bliżej do końca terminu, tym ten scenariusz jest bardziej prawdopodobny. Eksperci twierdzą, że na pewno nie uda nam się osiągnąć zamierzonego celu, a kupno energii z innych krajów będzie nas kosztować od 8 do 11 miliardów złotych rocznie.

– Szacujemy, że cel unijny zostanie zrealizowane maksymalnie na poziomie 13,8 procent – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Wiśniewski, wiceprezes zarządu Pracowni Finansowej. – Banki wstrzymują się z udzielaniem kredytów na projekty związane z odnawialnymi źródłami energii, gdyż z ministerstwa i rządu płyną niepokojąco sprzeczne informacje dotyczące polityki OZE. Ministerstwo planuje zorganizować szybki przetarg na dostarczenie do krajowego miksu energetycznego 2,5 tysiąca megawatów z odnawialnych źródeł. Jednak ta aukcja nie będzie miała szans na realizację – podobnie, jak większość podobnych projektów – ze względu na brak kredytów bankowych – diagnozuje sytuację Wiśniewski.

Rozważni i rodzinni – narodziny dziecka mobilizują Polaków do oszczędzania

W 2017 r. średni wiek Polek, które urodziły pierwsze dziecko wynosił 27,3 lat. Z roku na rok średnia ta systematycznie rośnie. Statystyki pokazują, że Polacy częściej myślą o założeniu rodziny, dopiero wtedy, gdy pozwala im na to sytuacja materialna. Z okazji Międzynarodowego Dnia Rodzin przyglądamy się temu, jak wygląda obraz współczesnej polskiej rodziny, a także podejście do budowania bezpieczeństwa finansowego.

Międzynarodowy Dzień Rodzin, obchodzony 15 maja, ustanowiony został w 1993 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Jego celem jest zwrócenie uwagi na problemy i wyzwania, z jakimi mierzy się współczesna rodzina. To również pretekst, aby przyjrzeć się procesom ekonomicznym i demograficznym, jakie zachodzą w społeczeństwie.

Tradycyjne podejście

Jak pokazuje raport opracowany przez CBOS – „Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego” –  rola rodziny w życiu Polaków umacnia się. Respondenci deklarują chęć powielania modelu, w którym sami się wychowali. Na taką odpowiedź wskazało aż 84 proc. badanych. Dominującym schematem staje się rodzina dwupokoleniowa, składająca się z rodziców i dzieci.

Niemal wszyscy dorośli Polacy chcą mieć dzieci. Jedynie dwie osoby na sto preferują życie bez nich. Spośród tych, którzy deklarują chęć posiadania potomstwa, połowa chciałaby mieć dwoje dzieci, a nieco ponad jedna czwarta Polaków troje. Jednak jak pokazują dane z Głównego Urzędu Statystycznego od lat liczba zawieranych małżeństw maleje. Ta tendencja już teraz wpływa na zmniejszenie liczby urodzeń, a według prognoz będzie nasilała się w przyszłości.

Inwestycja w rodzinę

Pomniejszony współczynnik dzietności jest problemem całej Europy. Według Eurostatu, w 2017 roku żadne europejskie państwo nie zbliżyło się do poziomu wskaźnika o wartości 2,1, który pozwala utrzymać prostą zastępowalność pokoleń. W Polsce jedną z odpowiedzi na ten problem miał być program Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – „Rodzina 500 plus”. W świetle oficjalnych danych, od początku trwania projektu współczynnik dzietności wzrósł nieznacznie z 1,29 w 2015 roku do 1,45 w 2017 roku. Program przyczynił się przede wszystkim do znacznej poprawy sytuacji materialnej wielu rodzin. Do tej pory ze świadczenia skorzystało ponad 3,6 mln dzieci, a po jego rozszerzeniu w lipcu 2019 r. liczba uczestników ma wzrosnąć nawet do 6,8 mln.

Co więcej, projekt „Rodzina 500 plus” pomógł wzmocnić pozycję Polski w unijnym rankingu świadczeń rodzinnych. Jeszcze przed wdrożeniem programu plasowaliśmy się na szarym końcu. Według raportu PwC „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE – 2017” po 12 miesiącach od rozpoczęcia programu, roczne wsparcie Polski w zakresie ulg na dzieci i świadczeń rodzinnych kształtowało się na poziomie 8 225 zł, co dawało nam miejsce w połowie stawki. W zestawieniu wyprzedziliśmy, m.in. kraje sąsiedzkie – Czechy i  Słowację. Jednak do lidera rankingu, którym od lat jest Luksemburg, jeszcze sporo nam brakuje. Tam średnia kwota bezpośredniej pomocy w zakresie ulg na dzieci i świadczeń rodzinnych wynosi aż 7 538 euro, czyli 32,1 tys. zł.

Rodzicielstwo w parze z odpowiedzialnością

Jak pokazuje raport Nationale-Nederlanden „Dojrzałość finansowa Polaków” – lubimy myśleć o sobie jako o osobach dojrzałych i świadomych. Jednak dopiero wraz z zawarciem związku małżeńskiego i pojawieniem się dzieci, wzrasta poczucie większej odpowiedzialności, w tym konieczności zadbania o finansową przyszłość rodziny. Według respondentów troska o rodzinę oraz kontrolowanie wydatków to główne przejawy ich odpowiedzialności. Na taką odpowiedź wskazało ponad dwie trzecie ankietowanych. Co ciekawe, prawie połowa z nich zaczyna oszczędzać właśnie z myślą o przyszłości swoich dzieci. Jak wynika z raportu – odpowiedzialność za bliskich nie wymaga wyrzeczeń. Niemal 90 proc. zgadza się ze stwierdzeniem, że można ją połączyć z realizacją swoich pasji oraz marzeń.

„Do ojca po grosz, do matki po koszulę”

Choć w ciągu ostatnich dziesięcioleci model rodziny ulegał modyfikacjom, niektóre aspekty pozostały niezmienne i podtrzymują tradycyjne podejście. Wygląda na to, że dawne polskie przysłowie „do ojca po grosz, do matki po koszulę” pozostaje w mocy. Ojciec wciąż kojarzy się z finansami i bezpieczeństwem, a matka z troską i dbałością o ognisko domowe. Według badania Nationale-Nederlanden – kobiety zdecydowanie częściej prowadzą zdrowy tryb życia oraz regularnie wykonują badania profilaktyczne. Taki nawyk zadeklarowało aż 64 proc. pań. Nie jest tajemnicą, że także one w głównej mierze troszczą się o zdrowie najmłodszych, chodząc z nimi na badania i wizyty kontrolne. Panowie z kolei częściej myślą o finansowych konsekwencjach choroby, dbając o zaplecze finansowe na wypadek zachorowania. Dla ponad 2/3 ankietowanych ojców zarabianie pieniędzy na potrzeby rodziny to przejaw odpowiedzialności.

4 najważniejsze wydarzenia na rynku biurowym w I kw. 2019 r.

Na koniec I kw. 2019 r. zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na 8 głównych rynkach regionalnych w Polsce przekroczyły 5 mln mkw. Jest to o 5,3% mniej niż istniejąca podaż biurowa w Warszawie. W budowie pozostaje ponad 2 mln mkw., z czego ponad 834 tys. mkw. w Warszawie i ponad 1,2 mln mkw. w miastach regionalnych. Eksperci Colliers International wybrali najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w trzech pierwszych miesiącach roku na rynku biurowym:

  1. Spark z nowym budynkiem

W I kw. 2019 roku na warszawski rynek biurowy trafiło ponad 20 tys. mkw. Największym projektem oddanym do użytku w stolicy był kolejny budynek w kompleksie Spark (budynek B) o powierzchni 15,7 tys. mkw. Planowany termin zakończenia całego kompleksu zlokalizowanego na Woli to 2023 rok.

  1. Poznań z 0,5 mln mkw.

Po oddaniu do użytku II fazy kompleksu Business Garden, w ramach której powstało 5 budynków o łącznej powierzchni 46,1 tys. mkw., Poznań dołączył do grona miast, w których zasoby biurowe przekroczyły 0,5 mln mkw. Wysoki poziom nowej podaży przyczynił się do wzrostu wskaźnika pustostanów do 15,8%. To najwyższy poziom niewynajętej powierzchni wśród miast regionalnych.

  1. Największa transakcja I kwartału

Firma Akamai z sektora IT odnowiła umowę najmu na 11,2 tys. mkw. w Vinci Office Building w Krakowie – była to największa transakcja najmu w tym kwartale.

  1. Nowe umowy przeważają

Największy udział wśród wszystkich kontraktów podpisanych w minionym kwartale miały nowe umowy (58%) oraz renegocjacje (33%). Ekspansje oraz projekty na użytek właścicieli wyniosły odpowiednio 7% i 2%. Na etapie budowy projektów biurowych najemcy wynajęli 66,5 tys. mkw., z czego aż 43,1 tys. mkw., w miastach regionalnych (64,8%).

Zapowiada się rekordowy rok dla LOT-u. W 2019 roku liczba klientów może sięgnąć 10 mln

Zapowiada się rekordowy rok dla LOT-u. W 2019 roku liczba klientów może sięgnąć 10 mln 1

To może być wyjątkowo dobry rok dla Polskich Linii Lotniczych LOT. W 2019 roku liczba pasażerów może przekroczyć 10 mln. To w dużej mierze efekt zwiększenia siatki połączeń. W sezonie letnim polski przewoźnik zaoferuje ich docelowo 75 tys. Pojawią się dwa dalekodystansowe połączenia – do Miami i Delhi. Wśród nowości są też typowo wakacyjne kierunki w Europie i basenie Morza Śródziemnego, m.in. do Libanu i Izraela.

 Zaczyna się dla nas bardzo intensywne lato, otwieramy ciekawe wakacyjne kierunki. Pierwszym ważnym połączeniem – całorocznym, ale szczególnie atrakcyjnym latem – będzie lot z Warszawy do Miami, czyli na Florydę. Będzie to ułatwienie zarówno dla osób, które chcą po prostu polecieć do Stanów Zjednoczonych, ale też dla tych, którzy chcą na Florydzie wsiąść na jeden z wielu statków wycieczkowych i popłynąć w rejs po Karaibach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Kubicki, rzecznik prasowy Polskich Linii Lotniczych LOT.

Sezon letni rozpoczął się w PLL LOT 31 marca. Zgodnie z zapowiedziami przewoźnika nowy sezon to nowe, w tym dalekodystansowe kierunki, a łączna liczba rejsów ma sięgnąć 75 tys., czyli o 10 proc. więcej niż w 2018 roku. Od czerwca Boeingi 787-8/9 Dreamliner będą cztery razy w tygodniu latać do Miami. To piąte lotnisko w USA obsługiwane przez polskiego przewoźnika. Dotychczas bezpośrednio z Warszawy można było polecieć do Nowego Jorku (lotniska JFK i Newark), Chicago i Los Angeles. Samoloty LOT-u latały już co prawda z Warszawy do Miami, ale tylko w ramach połączeń czarterowych z jednym z biur podróży w sezonie zimowym. Ponadto LOT uruchomił bezpośrednie loty z Krakowa do Chicago, z Rzeszowa do Nowego Jorku oraz z Budapesztu do Nowego Jorku i Chicago.

– Na skraju lata rusza jeszcze jedno połączenie, które jest bardzo ciekawe i atrakcyjne turystycznie, czyli stolica Indii – Delhi, które będziemy obsługiwać już od 17 września – zapowiada Adrian Kubicki.

Delhi będzie szóstym obsługiwanym przez LOT połączeniem do Azji. Rejsy między Warszawą a stolica Indii będą obsługiwane Dreamlinerami w wersji 787-8 i 787-9 pięć razy w tygodniu. Przedstawiciele LOT przekonują, że Delhi zostało wybrane nieprzypadkowo spośród kierunków azjatyckich. Indie to siódma gospodarka świata. Po Singapurze, są dla polskich przedsiębiorców drugim ośrodkiem inwestycji bezpośrednich w Azji. Z kolei Polska to ważny rynek inwestycji indyjskich, m.in w sektorze IT. Nowe połączenie LOT-u może pomóc w rozwijaniu więzi gospodarczych między oboma krajami.

LOT zwiększa także częstotliwość innych lotów dalekodystansowych: to trzy dodatkowe rejsy do Toronto, po jednym do Newark oraz z Krakowa do Chicago i dwa dodatkowe rejsy tygodniowo do Tokio oraz jeden do Los Angeles.

– Kolejnym wakacyjnym kierunkiem jest Morze Śródziemne i Liban, czyli skrzyżowanie właściwie trzech największych religijnych kultur, bardzo dużo zabytków, ciekawa i smaczna kuchnia, i oczywiście samo miasto Bejrut, które jest perłą tego regionu. Zachęcamy, żeby rozważyć podróż również w to miejsce. Rejsy będą realizowane na tym kierunku od połowy czerwca przez całe wakacje – zachęca rzecznik prasowy PLL LOT.

Samoloty będą latać do Bejrutu 4-5 razy w tygodniu. Turystyka w tym regionie szybko się rozwija, w dużej mierze dzięki turystyce pielgrzymkowej. Watykan po kilkunastu latach przerwy umieścił Liban w wykazie miejsc pielgrzymkowych i turystyki religijnej na 2019 rok. Co roku na tę listę trafia 20 krajów, które mają być celem turystyki religijnej z całego świata.

– Nasze Dreamlinery zaczęły oferować wygodne połączenia dalekiego zasięgu nie tylko w miejsca biznesowe, ale również turystyczne. Przez cały rok, również w okresie wakacyjnym, oferujemy czarterowe połączenia na Dominikanę. To ok. 10-godzinny rejs na Karaiby – popularne miejsce odwiedzane przez Polaków. Inne nasze kierunki dalekiego zasięgu, czyli wspomniana Floryda, czy generalnie Stany Zjednoczone, oraz Azja są bardzo popularne i Polacy coraz chętniej wybierają się tam na wakacje – wymienia Adrian Kubicki.

Rozwijane będą też połączenia do popularnych destynacji w basenie Morza Śródziemnego.

– Atrakcyjną destynacją, która przyciąga coraz większe rzesze klientów, jest Izrael ze względu na kulturę, dwa morza w niewielkiej odległości od siebie, czyli basen Morza Śródziemnego i z drugiej strony Morze Czerwone, czyli wspaniała rafa koralowa. Do Izraela latamy w sumie 21 razy w tygodniu z różnych miast w Polsce, więc warto rozważyć taką podróż ­– zachęca Kubicki.

Polski przewoźnik poszerza też ofertę połączeń regionalnych. To m.in. nowe połączenia z Krakowa do Bukaresztu oraz Dubrownika. Od maja samoloty LOT-u połączą z Londynem Wilno, Budapeszt, Brukselę i Bukareszt, a połączenia będą obsługiwane po 12 razy w tygodniu.

Polskie Linie Lotnicze LOT w 2018 roku obsłużyły 8,8 mln klientów. To wynik o prawie 30 proc. lepszy niż w 2017 roku, kiedy z ich usług skorzystało 6,8 mln osób. Linie LOT liczą, że w 2019 roku, dzięki rozszerzeniu siatki połączeń, liczba podróżujących może sięgnąć nawet 10 mln osób.

Polska żywność coraz lepszej jakości. Krajowi konsumenci doceniają regionalne i sezonowe wyroby

Polska żywność coraz lepszej jakości. Krajowi konsumenci doceniają regionalne i sezonowe wyroby 2

Polscy konsumenci w coraz większym stopniu kupują krajową żywność i – jak wynika z badań Ipsos – ponad połowa jest skłonna zapłacić więcej za produkt polski niż zagraniczny. Wynika to m.in. z faktu, że krajowe wyroby są coraz lepszej jakości, nastawione na świeżość, lokalność i sezonowość.  – Producenci zdają sobie sprawę, że na coraz bardziej konkurencyjnym rynku nie ma miejsca na „bylejakość” – uważa Lara Gessler, członkini jury konkursu „KUKBUK Poleca”, w którym nagradzana jest najlepsza polska żywność, gospodarstwa agroturystyczne i wyroby regionalne.

– Jakość polskich produktów jest z roku na rok coraz lepsza. Wydaje mi się, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ wielu Polaków pochodzi z domów, w których się gotowało, jedzenie było bardzo ważne, było elementem scalającym, integrującym społeczność. Wszyscy mamy w pamięci pierogi babci czy szarlotkę cioci, te przepisy w nas są – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daria Pawlewska, redaktorka naczelna i wydawczyni magazynu KUKBUK.

Polscy konsumenci w coraz większym stopniu doceniają krajową żywność. Z sondażu zrealizowanego przez SW Research na zlecenie De Heus wynika, że 53,7 proc. Polaków uważa krajowe mięso, wędliny i przetwory mięsne za lepsze od produktów zagranicznych. Z kolei badanie Ipsos „Moda na polskość” pokazało, że 73 proc. Polaków stara się kupować krajowe produkty, a ponad połowa jest gotowa zapłacić więcej za produkt polski niż importowany. Produkty z Polski cieszą się też uznaniem na europejskim rynku, a w ubiegłym roku do UE została wyeksportowana żywność o rekordowej wartości 29,4 mld euro.

– Made in Poland to bardzo silna marka. Może zabrzmi to górnolotnie, ale odpowiedzialnością nas wszystkich jest dbać o to, by made in Poland oznaczało produkt, z którego jesteśmy dumni, który pochodzi z polskich lasów i łąk, został wytworzony dzięki pracy polskiego rolnika, lokalnego producenta serów czy wędlin. Pracujmy wszyscy na to, żeby się chwalić naszymi polskimi dobrami – podkreśla Daria Pawlewska.

Magazyn kulinarny KUKBUK od trzech lat nagradza najlepsze polskie produkty certyfikatem jakości „KUKBUK Poleca”. Ubiegać się o nie mogą zarówno producenci żywności, jak i kosmetyków ekologicznych oraz właściciele gospodarstw agroturystycznych. Wyróżnienie jest przyznawane godnym zaufania podmiotom za rzetelność, zaangażowanie i pasję, dzięki którym powstają wyjątkowe produkty. Podczas ubiegłorocznej edycji konkursu do redakcji dotarło blisko 700 zgłoszeń od blisko 200 lokalnych wytwórców, z których 24 otrzymało certyfikat „KUKBUK Poleca”.

– W pierwszej edycji zgłosiło się około 100 producentów. W trzeciej mamy już około 300 firm i ocenialiśmy ponad 900 produktów. Większość z nich stanowią produkty spożywcze. Natomiast z roku na rok zyskuje rzemiosło, mamy coraz więcej pięknych przedmiotów. Widać, że w tym rękodziele chodzi nie tylko o ochronę planety, bo one są wytwarzane są z ekologicznych składników, ale są to też niesamowicie estetyczne, bardzo piękne przedmioty – mówi Daria Pawlewska.

– Polskie produkty w kategorii rzemiosła są rzeczywiście warte zauważenia. Są etyczne, ekologiczne, pięknie zrobione, a ich cena jest adekwatna do produktu mówi Anna Nowak-Ibisz, członkini jury konkursu „KUKBUK Poleca”. – Filozofia, że lepiej zaoszczędzić i kupić coś lepszego, sprawdza się także w kategorii beauty, Chodzi o to, żeby nie nakładać sobie chemii na skórę, nie kupować kremu za 5 zł, który nas zatruje. Często nie myślimy długofalowo, po czym w wieku 60–70 lat okazuje się, że przez całe życie nasz organizm stykał się z różnymi toksynami – zarówno, jeśli chodzi o jedzenie, jak i o kosmetykę – i niestety tego nie wytrzymał. Wtedy jest za późno.

W jury tegorocznej edycji „KUKBUK Poleca” najlepsze polskie produkty oceniała również Lara Gessler. Jak podkreśla, poziom konkursu dowodzi, że producenci są coraz bardziej świadomi, nastawieni na potrzeby konsumentów i zdają sobie sprawę, że na coraz bardziej konkurencyjnym rynku nie ma miejsca na „bylejakość”. Z drugiej strony, sami Polacy w coraz większym stopniu uczą się doceniać krajowe i regionalne wyroby.

– Uczymy się nie mieć kompleksów na punkcie tego, co sami robimy. Wchodzimy w taki czas, kiedy zaczynamy doceniać to, co nasze i obnosić się z tym z pewnym szacunkiem i dumą. Wydaje mi się, że na przestrzeni ostatnich lat zachodzą zmiany – zaczynamy rozumieć to, że to, co regionalne, jest dobre. Inne kraje też zaczynają nas doceniać, tym samym my również podchodzimy do krajowych produktów dużo łaskawiej – mówi Lara Gessler.

– Jakość polskich produktów – zwłaszcza tych ekologicznych – jest coraz lepsza. To są smaczne rzeczy, pięknie podane, pięknie opakowane – zarówno dla odbiorcy masowego, czyli dla np. gastronomii, kucharzy, jak i dla odbiorcy indywidualnego. Zależy nam właśnie, żeby ten odbiorca indywidualny, domowy był zainteresowany dobrym, polskim produktem – dodaje Anna Nowak-Ibisz.

Niemal 40 proc. Polaków wpada w lukę czynszową. Nie stać ich na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożni na lokal komunalny

Niemal 40 proc. Polaków wpada w lukę czynszową. Nie stać ich na kredyt hipoteczny, ale są zbyt zamożni na lokal komunalny 3

Blisko 70 proc. polskich rodzin nie ma zdolności kredytowej. Natomiast 40-proc. grupa osób wpada w tzw. lukę czynszową, czyli zarabiają powyżej kryteriów kwalifikujących do lokalu komunalnego, a za mało na nabycie mieszkania na własność – wskazuje Magdalena Ruszkowska-Cieślak, prezes zarządu Fundacji Habitat for Humanity Poland. Społeczny najem to odpowiedź na potrzeby tych, którzy nie są wstanie udźwignąć najmu komercyjnego, a z drugiej strony nie mogą otrzymać mieszkania od gminy. Lokale przeznaczone na wynajem na korzystnych warunkach czynszowych pomogłyby w rozwiązaniu kwestii niedoboru mieszkań – obecnie deficyt szacuje się na ok. 2 mln lokali.

 70 proc. polskich rodzin nie ma zdolności kredytowej i nie może mówić o nabyciu na własność mieszkania. Instrumenty najmu na rynku prywatnym rozwijają się dosyć powoli, zajmują w tej chwili zaledwie 6 proc. rynku zasobu mieszkaniowego w Polsce. Natomiast dla osób wpadających w tzw. lukę czynszową, a jest to 40-proc. grupa polskiego społeczeństwa, najem w systemie społecznym, który powstaje ze wsparciem publicznych pieniędzy, może pomóc znaleźć swoje miejsce do mieszkania – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magdalena Ruszkowska-Cieślak, prezes zarządu Fundacji Habitat for Humanity Poland.

Raport Habitat for Humanity „Mieszkalnictwo w Polsce. Przyszłość najmu społecznego” wskazuje, że wiele rodzin zamieszkuje w niesamodzielnych mieszkaniach. Ok. 14 proc. rodzin mieszka w lokalach o niskim standardzie technicznym, które wymagają nie tylko gruntownych remontów, ale też np. doprowadzenia instalacji. Inne, zwłaszcza na wsiach, powinny zostać po prosty wyburzone. Nawet jeśli rozwój budownictwa mieszkaniowego przyczyni się wkrótce do zmniejszenia ogólnego deficytu, to nie rozwiąże największych problemów.

– Luka czynszowa to nie tylko niespełnianie kryteriów, ale również oczekiwanie na zasób komunalny, jeżeli kwalifikujemy się dochodowo. W Polsce na mieszkanie z zasobu gminy czeka się w zależności od wielkości miasta od 4 do nawet 18 lat. Dlatego mówi się czasami, że łatwiej jest zamieszkać i wynająć mieszkanie w Londynie niż w Warszawie, właśnie dlatego, że tego zasobu, który jest przystępny cenowo, bardzo drastycznie brakuje – podkreśla Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Analitycy Heritage Real Estate Think Tank podają, że obecnie w Polsce brakuje nawet 2,1 mln mieszkań, a do 2030 – będzie ich 2,7 mln. Problemem jest przede wszystkim zapewnienie dachu nad głową osobom o niskich i średnich dochodach. Obecnie (wyliczenia domiporta.pl) za przeciętną pensję netto można kupić średnio 0,93 mkw. mieszkania na rynku wtórnym lub 0,57 mkw. na rynku pierwotnym. Brakuje lokali socjalnych. Zbyt mało mieszkań buduje się też w systemie społecznego budownictwa czynszowego. Deficyt mieszkań w tym segmencie może wynosić nawet 150 – 200 tys. mieszkań (HRE Think Tank).

 Osoby, które znajdują się w luce czynszowej, są w trudnej sytuacji. Mają poczucie, że nikt o nich nie myśli – bo dla jednych jest wsparcie gminy, dla drugich jest wsparcie banków, różnego rodzaju możliwości kredytowe, a oni nie są w stanie skorzystać z tej oferty. Musimy wspierać te osoby w każdy możliwy sposób – przekonuje Anna Józefiak-Materna, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej we Wrocławiu.

Dla takich osób rozwiązaniem może być najem społeczny, gdzie mieszkanie wynajmuje się od osoby prywatnej lub właścicieli publicznych (np. od samorządów terytorialnych) po znacznie niższych kosztach niż rynkowe. Stawki czynszu w zasobach towarzystw budownictwa społecznego są ok. 2–3-krotnie niższe niż stawki rynkowe, w zasobach samorządów gminnych ok. 5–8-krotnie niższe

 Najem społeczny jest rozwijany przez podmioty publiczne, które głównie zajmują się najmem społecznym, czyli takim, który nie działa dla zysku, a głównym jego celem jest zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych osób słabiej zarabiających, w trudnej sytuacji życiowej. Coraz częściej widzimy inicjatywy, które sięgają nie tylko do zasobów, którymi zarządzają gminy poprzez TBS-y [towarzystwa budownictwa społecznego – red.], spółki celowe albo bezpośrednio zarządzające zasobem komunalnym, ale również pozyskiwanie zasobów z rynku prywatnego – wymienia Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Społeczne agencje najmu pośredniczą między osobami w trudnej sytuacji, a tymi, którzy posiadają mieszkania na wynajem. W Polsce sytuacja jest nieco trudniejsza niż na Zachodzie, gdzie właścicieli prywatnych zachęca się do wynajmowania mieszkań osobom w słabszej sytuacji ekonomicznej, np. poprzez ulgi podatkowe, dostęp do preferencyjnego finansowania budowy tych mieszkań, dodatek mieszkaniowy stanowiący znaczną część wymiaru czynszu, czy dopłaty do czynszów płaconych przez osoby uprawnione do pomocy mieszkaniowej.

Zasób mieszkań na wynajem stanowi tylko ok. 18,6 proc. zamieszkanych mieszkań, z czego najem komercyjny to ok. 4–5 proc., natomiast zasób społeczny, mogący potencjalnie służyć zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych niezamożnych to tylko nieco ponad 13 proc. mieszkań zamieszkanych.

 Społeczne agencje najmu to inicjatywy, które powinny znaleźć swoje miejsce w Polsce na rynku. Z jednej strony mamy bardzo wiele pustostanów, lokali, których prywatni wynajmujący boją się wynajmować, które stoją niewyremontowane i które wystarczy niewielkim nakładem uruchomić. Z drugiej strony wiemy, ile czasami gminie potrzeba czasu i środków, żeby wybudować nowy zasób. Gminy nie palą się niestety do budowania, a ludzi w miastach przybywa i potrzeba dostępnego cenowo najmu alarmująco rośnie – podkreśla Magdalena Ruszkowska-Cieślak.

Raport Fundacji Habitat for Humanity wskazuje, że lokali finansowanych przez państwo wciąż brakuje. Kolejka po mieszkania komunalne w 2016 roku liczyła blisko 159 tys. osób zakwalifikowanych przez gminy do uzyskania pomocy mieszkaniowej.

– Samorządy wspierają osoby w trudnej sytuacji życiowej. Wspierają również, na razie w niewielu miastach, poprzez funkcjonowanie w ich strukturach społecznych agencji najmu. Tak jest już w Poznaniu czy Warszawie, takie rozwiązania trochę nie do końca odpowiadające modelowemu, ale zbliżone zaczynają funkcjonować też w innych miastach. Zanim taka społeczna agencja najmu będzie umiała zarabiać albo się przynajmniej samofinansować, to z całą pewnością może być wspierana przez samorząd – ocenia Anna Józefiak-Materna.

Coraz więcej pracowników tymczasowych przechodzi na etaty. To wywołuje zmiany w agencjach zatrudnienia

Coraz więcej pracowników tymczasowych przechodzi na etaty. To wywołuje zmiany w agencjach zatrudnienia 4

Spada liczba pracowników tymczasowych. Firmy członkowskie Polskiego Forum HR w ubiegłym roku zatrudniły o 14 proc. mniej osób niż rok wcześniej. Szacuje się, że w Polsce brakuje blisko 140 tys. pracowników. Połowa stanowisk nie jest obsadzona z powodu braku talentów. Agencje postawiły więc sobie za cel pomoc w podwyższaniu kwalifikacji pracowników i dopasowaniu się do wymagań rynku.

Spadek związany jest przede wszystkim z brakiem pracowników. Nasi klienci chętnie przejmują pracowników tymczasowych na etaty do siebie. Druga przyczyna to kończący się w listopadzie ubiegłego roku 18-miesięczny okres zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy. To był jednorazowy efekt, bo nigdy wcześniej nie było tej bariery, w związku z tym spowodował dosyć duże uderzenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes firmy Trenkwalder Polska i wiceprezes Polskiego Forum HR.

Tylko firmy zrzeszone w Polskim Forum HR w 2018 roku zatrudniały 219 tys. pracowników tymczasowych, o 14 proc. mniej niż w 2017 roku. Łącznie liczba pracowników tymczasowych w Polsce mogła wynieść ok. 743 tys. osób.

Obecnie około 50 proc. stanowisk nie jest obsadzonych z powodu braku talentów, a to po prostu niedopasowanie umiejętności pracownika czy kandydata do wymagań. W związku z tym agencje w tej chwili stawiają sobie za cel rozwój pracowników, dopasowanie  ich umiejętności do wymagań rynku i zarządzanie karierą – wskazuje Wojciech Ratajczyk.

W Polsce brakuje obecnie około blisko 140 tys. pracowników. W ciągu najbliższych kilku lat ta liczba może wzrosnąć do 1,5 mln (raport PwC „Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?”).

– Praca tymczasowa to jedna z form zatrudnienia, która daje elastyczność w zatrudnieniu i zawsze będzie potrzebna. Natomiast problemem nie jest brak pracowników tymczasowych, problemem jest brak pracowników w ogóle – przekonuje Ratajczyk.

Spadek liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych przeliczony na pełne etaty (FTE) wyniósł 16 proc. To efekt m.in. większej rotacji pracowników. Jednocześnie o ok. 6 proc. wzrosła wartość rynku rekrutacji stałych na rzecz polskich pracodawców. Firmy członkowskie PFHR wygenerowały w tym zakresie obroty na poziomie blisko 136 mln zł, a łącznie z rekrutacjami międzynarodowymi wartość rynku rekrutacji stałych w PFHR wyniosła 156 mln zł.

Agencje pracy tymczasowej mają bardzo dużo zajęcia z rekrutacjami stałymi. To znaczy, że poszukujemy szeregowych pracowników linii produkcyjnych na zasadach rekrutacji stałych – wyjaśnia prezes firmy Trenkwalder Polska.

Zdaniem wiceprezesa Polskiego Forum HR najbliższe miesiące przyniosą wiele zmian na rynku agencji zatrudnienia. Od kilku lat gama usług świadczonych przez agencje jest coraz większa. Na znaczeniu zyskuje rynek usług outsourcingu procesów, funkcji i zadań. Agencje będą też szerzej świadczyć usługi w ramach career management, gdzie celem jest praca nad kwalifikacjami i ich nabywaniem zgodnie ze zmianami na rynku pracy i predyspozycjami kandydatów.

Zmiany są konieczne, zwłaszcza że koniec limitów 18-miesięcznego zatrudnienia pracowników tymczasowych znacząco wpłynął na rynek. Przed nowelizacją ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej, czyli mógł kontynuować pracę u danego pracodawcy-użytkownika, ale zatrudniony przez inną agencję.

Rok 2019 będzie dalszym rokiem spadków liczby pracowników tymczasowych. Nie będzie to tak duży spadek, szacujemy, że będzie on jednocyfrowy, ale nadal. Główną przyczyną w tym roku będzie ponownie tendencja przejmowania pracowników tymczasowych na etaty do naszych klientów. Jest to dobry sposób, aby zachęcić pracownika do pozostania w pracy u danego klienta – ocenia Wojciech Ratajczyk.

Płatności bezgotówkowe możliwe w coraz większej liczbie polskich urzędów oraz systemach transportu miejskiego. Przyszłością staną się transakcje realizowane za pomocą aplikacji mobilnych

Płatności bezgotówkowe możliwe w coraz większej liczbie polskich urzędów oraz systemach transportu miejskiego. Przyszłością staną się transakcje realizowane za pomocą aplikacji mobilnych 5

Postępująca cyfryzacja społeczeństwa doprowadziła do pojawienia się rozwiązań umożliwiających wykonywanie płatności bez sięgania po gotówkę. Dzięki innowacyjnym technologiom płatniczym w Polsce zyskuje na popularności idea miast bezgotówkowych, w których płatności za usługi publiczne dokonywane są bez gotówki. Urzędy zaczynają honorować transakcje realizowane za pośrednictwem aplikacji mobilnych, a karty płatnicze zastępują bilety, pobierając opłaty wyłącznie za faktycznie pokonaną trasę. Operatorzy kart pracują nawet nad systemami płatniczymi zintegrowanymi z samochodami.

Z raportu opracowanego przez analityków Mastercard wynika, że aż 85 proc. polskich użytkowników kart tej firmy korzysta z płatności zbliżeniowych. Stawia to Polskę na drugim miejscu na liście krajów europejskich, w których najchętniej korzysta się z tej formy płatności. Warto zauważyć, że dziś transakcje bezgotówkowe nie są domeną wyłącznie prywatnych firm. Coraz częściej sięgają po nie także ośrodki samorządowe w ramach realizacji idei inteligentnych miast.

– Idea miast bezgotówkowych polega na tym, że miasta transformują w kierunku cyfrowym i wprowadzają różne formy rozliczeń bezgotówkowych, które są wygodne dla klientów poczynając od płatności kartą w komunikacji miejskiej, po użycie kart w terminalach urzędów do opłacania różnych usług publicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Jakub Górka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przedstawiciele Centrum Innowacji Społeczno-Samorządowych CentroPolis z Torunia postanowili sprawdzić, jak w praktyce władze polskich miast radzą sobie z upowszechnianiem płatności bezgotówkowych. W tym celu zbadano popularność tego typu transakcji w ośrodkach sportowych, kulturalnych, transporcie publicznym oraz urzędach miejskich. Zebrane dane posłużyły do stworzenia rankingu Cashless Cities, w którym wskazano miasta najlepiej przystosowane do płatności bezgotówkowych.

W gronie miast o liczbie mieszkańców przekraczających 100 tysięcy najlepiej wypadł Kraków, w którym wszystkie kasy Urzędu Miasta wyposażono w terminale oraz systemy płatności funkcjonujące z aplikacją BLIK. Miasto zainwestowało także w samoobsługowe opłatomaty, w których mieszkańcy mogą zapłacić m.in. opłaty skarbowe czy komunikacyjne bez ponoszenia żadnych kosztów prowizyjnych. Z kolei za najbardziej bezgotówkowe miasto średniej wielkości, czyli takie, którego liczba mieszkańców mieści się w granicach 20-100 tysięcy, uznano Konstancin-Jeziornę. Autorzy rankingu docenili gminę za to, że umożliwia mieszkańcom realizowanie płatności w ratuszu za pomocą karty bankomatowej oraz aplikacji mobilnej a także wnoszenie bezgotówkowych opłat w Zakładzie Gospodarki Komunalnej.

– Paleta dostępnych w Polsce rozwiązań bezgotówkowych rośnie, tzn. np. w różnych miejscach można już płacić Blikiem. Rosną też możliwości płatności bezgotówkowych w miastach, czemu sprzyjają programy rządowe, takie jak Polska Bezgotówkowa, nastawione na zwiększanie dostępności terminali płatniczych u przedsiębiorstw, ale od niedawna popularyzujące i umożliwiające płatności bezgotówkowe także w urzędach – mówi dr Jakub Górka.

Wraz z rozwojem systemów transakcji bezgotówkowych, pojawiają się innowacyjne pomysły na usprawnienie funkcjonowania miejskich systemów płatniczych. Dobrym przykładem takiego działania jest współpraca, jaką Łódź zawiązała z Mastercard. W ramach programu pilotażowego, władze miasta zintegrowały karty płatnicze tej firmy z systemem komunikacyjnym. Dzięki temu karta może posłużyć do identyfikacji tożsamości użytkownika oraz opłacenia kosztów podróży w wysokości przystosowanej do faktycznej liczby przebytych przystanków.

W ślad Łodzi poszły także inne ośrodki miejskie takie jak Bydgoszcz, Gdańsk czy Wrocław, które również planują wykorzystać karty płatnicze w roli biletów komunikacyjnych. Dzięki temu podróżni zapłacą mniej za przejazd, zaś władze miasta mogą zredukować koszty dystrybucji biletów.

– Potrzeby mieszkańców oraz turystów, którzy przyjeżdżają do polskich miast, wymuszają zmiany. Są one widoczne w takich miastach jak Wrocław, Jaworzno, Rybnik, czy Bydgoszcz, gdzie karta płatnicza służy za bilet komunikacji miejskiej. Z drugiej strony pojawiają się WebPOS-y w urzędach, gdzie możemy zapłacić BLIK-iem. Być może sytuacja jeszcze nie jest idealna, ale na pewno będzie zmierzała w dobrym kierunku – twierdzi ekspert.

W przyszłości systemy płatności bezgotówkowych mogą zatoczyć jeszcze szersze kręgi. Na czeskich stacjach Shell wdrożono technologię płacenia za paliwo bez wychodzenia z samochodu, za pośrednictwem bankowej aplikacji mobilnej. Kolejnym krokiem na drodze do popularyzacji rozwiązań bezgotówkowych będzie zintegrowanie systemów płatniczych z komputerami pokładowymi inteligentnych samochodów, dzięki czemu pojazd automatycznie uiści opłaty na stacjach benzynowych.

– Od strony miast możemy się spodziewać, że nastąpi integracja takich jednostek, które na razie działają niezależnie, a więc jednostek odpowiedzialnych za bilety, transport publiczny, parkowanie czy terminale w urzędach – zapowiada dr Jakub Górka.

Według firmy badawczej Research and Markets, wartość globalnego rynku rozwiązań fintechowych do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma  się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Postępuje dewastacja oceanów i lasów, a przez działalność człowieka może wyginąć nawet milion gatunków zwierząt

Postępuje dewastacja oceanów i lasów, a przez działalność człowieka może wyginąć nawet milion gatunków zwierząt 6

Jeszcze nigdy w historii ludzkości zagrożonych wyginięciem nie było tak dużo gatunków zwierząt – wynika z raportu Międzyrządowej Platformy ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Ekosystemu. Spada produktywność gleby, zagrożone są uprawy. Już teraz na świecie trwa ok. 2,5 tys. konfliktów o wodę, jedzenie, ziemię i paliwa. Nie jest jeszcze za późno, by powstrzymać zagładę planety, ale konieczne są rewolucyjne zmiany.

– Raport IPBES wskazuje pięć głównych przyczyn dlaczego ekosystemy mają się coraz gorzej, gatunki zwierząt i roślin wymierają. To przekształcanie terenów i ingerencja w obszary oceanów, bezpośrednia eksploatacja, czyli pozyskiwanie roślin, zwierząt, substancji naturalnych, zmiana klimatu, a rola tego co się dzieje z klimatem będzie coraz bardziej rosła jeżeli chodzi o czynnik pogarszający stan ekosystemów, na czwartym miejscu są zanieczyszczenia i dalej obce gatunki inwazyjne – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Sierpińska z portalu Nauka o klimacie.

Przygotowany przez IPBES „Global Assessment Report on Biodiversity and Ecosystem Services” wskazuje, że nasza planeta stopniowo umiera, a winę ponosi wyłącznie człowiek. Średnia temperatura na świecie wzrosła o ok. 1 stopnień Celsjusza w porównywaniu do okresu preindustrialnego. Tymczasem wzrost temperatury o 1,5 stopnia spowoduje wymieranie 80 proc. raf koralowych, a o 2 st. może doprowadzić do ich całkowitego zniszczenia.

– Nawet to niewielkie wydawałoby się ocieplenie o jeden stopień wpływa w bardzo konkretny sposób i na rośliny, i na zwierzęta. Zmieniają się zasięgi ich występowania, niektóre zwierzęta po prostu wymierają, bo nie są w stanie przystosować się do takich szybkich zmian. Widzimy też wpływ na rolnictwo, czyli przedłużające się okresy suszy, kwestie zdrowotne, czyli np. dłuższe fale upałów, zwiększanie się zasięgu owadów przenoszących choroby, takie jak malaria, denga, w przypadku Polski kleszcze, dłuższy okres żerowania, czyli większe ryzyko zarażenia np. boreliozą – tłumaczy Anna Sierpińska.

Raport Koalicji Klimatycznej i HEAL „Wpływ zmian klimatu na zdrowie” wskazuje, że zmiany klimatu powodują wzrost populacji części owadów i poszerzenia terytorium ich występowania. Choroby wektorowe wywoływane przez patogeny przenoszone np. przez owady co roku powodują śmierć ok. 700 tys. osób. W Polsce od 2005 do 2014 roku liczba zachorowań na boreliozę wzrosła ponad trzykrotnie, do blisko 14 tys. rocznie. W dużej mierze to właśnie efekt zmian klimatu. Jednocześnie zmiany klimatu zabijają zwierzęta i owady. W ciągu ostatniego wieku liczba gatunków zwierząt na lądach spadła o ok. 20 proc. Zagrożonych jest od 30 do 40 proc. gatunków morskich. Co trzeci gatunek owadów został uznany za zagrożony.

IPBES podaje, że zabójcze dla ekosystemu jest ingerencja w tereny naturalne. Naukowcy policzyli, że nawet trzy czwarte środowiska na lądzie i dwie trzecie na morzach i oceanach uległo poważnym zmianom przez działalność człowieka. Blisko 30 proc. powierzchni lądów i 75 proc. zasobów słodkiej wody wykorzystuje się do produkcji żywności i hodowli zwierząt. Tylko 7 proc. zasobów ryb morskich jest poławiana w zrównoważony sposób. W latach 1980-2000 zniszczono 100 mln hektarów lasów tropikalnych, przede wszystkim pod hodowlę bydła i uprawy.

– Oprócz tego, że zabijamy zwierzęta, pozyskujemy drewno, czyli usuwamy z ekosystemów osobniki, to także sprawy związane chociażby z chorobami. Ludzie przemieszczają się po całym świecie i przenoszą choroby także między gatunkami zwierząt. Bardzo narażone na wyginięcie są np. płazy, a jedną z przyczyn jest choroba, która roznosi się teraz po całym świecie. Zanieczyszczenie środowiska bezpośrednio także wpływa na zwierzęta – mówi ekspertka.

Problemem jest również ogromna ilość śmieci produkowanych przez człowieka. Tylko w przypadku plastiku zanieczyszczenie zwiększyło się dziesięciokrotnie od 1980 roku. Każdego roku do oceanów trafia 300-400 ton metali ciężkich, toksyn i innych odpadów przemysłowych. W morzach jest już nawet 400 tzw. martwych stref.

– Właściwie każda nasza działalność nie jest obojętna dla natury. Możemy pewne rzeczy robić w sposób bardziej przyjazny, dzięki czemu zwierzęta, rośliny, całe ekosystemy mają się lepiej, ale jest nas coraz więcej. Gorszą rzeczą jest to, że rośnie konsumpcja, zwiększa się ilość zużywanej przez nas energii, kupowanych przedmiotów, spożywanej żywności, zwłaszcza mięsa i produktów odzwierzęcych, czyli mleka, serów – wymienia Sierpińska.

Obecnie 12 gatunków roślin i zwierząt zaspokaja ok. 75 proc. zapotrzebowania na jedzenie. Wkrótce może ich jednak zabraknąć. Już teraz na świecie trwa ok. 2,5 tys. konfliktów o zasoby, w tym wodę, jedzenie, czy ziemię. Jednocześnie wyjaławianie ziemi uprawnej spowodowało, że produktywność 23 proc. terenów drastycznie spadła. Straty w produkcji żywności w 2018 roku na niektórych obszarach przekroczyły poziom 500 mld dol.

Naukowcy przekonują, że tylko rewolucyjne zmiany mogą odwrócić negatywny trend.

– To zmiana transformacyjna, która obejmie zarówno ekonomię, technologię czy aspekty związane z przemysłem, tym jak pozyskujemy np. surowce, w jaki sposób uprawiamy ziemię, a także zmiany dotyczące społeczeństwa. Chodzi m. in. o to co jest dla nas ważne, jakie wartości ma społeczeństwo, czy ludzie widzą, że są częścią natury, a natura jest darmową fabryką tlenu, oczyszczającą wodę, dostarczającą nam żywność – podkreśla Anna Sierpińska.

Minister finansów: z elektronicznej formy rozliczenia PIT-u skorzystało 16 mln Polaków. To ponad dwie trzecie podatników

Minister finansów: z elektronicznej formy rozliczenia PIT-u skorzystało 16 mln Polaków. To ponad dwie trzecie podatników 7

Do końca maja powstanie szczegółowe podsumowanie tegorocznych rozliczeń podatków dochodowych obywateli. Wiadomo już jednak, że z nowego systemu rozliczeń skorzystało 70 proc. rozliczających się z fiskusem, a niektórych regionach kraju nawet powyżej 80 proc.

Uruchomiliśmy Twój e-PIT 15 lutego i w tym roku do końca kwietnia 16 mln zeznań zostało złożonych w formie elektronicznej. Dla porównania, w roku ubiegłym było to 11,4 mln, więc dynamika jest blisko 50-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Teresa Czerwińska, minister finansów. – Z tej możliwości mogą skorzystać zarówno podatnicy, którzy pracują na umowę o pracę, umowę-zlecenie, o dzieło, jak również dla tych, którzy czerpią dochody z instrumentów finansowych.

Po raz pierwszy w 2019 roku za podatników deklaracje PIT-37 i PIT-38 wypełniała Krajowa Administracja Skarbowa, korzystając z danych od pracodawców oraz ubiegłorocznych deklaracji podatników. To od podatnika zależało, czy dokonał w formularzu zmian, czy pozostawił go w niezmienionej formie, akceptując rozliczenie fiskusa. Mógł także złożyć zeznanie w formie tradycyjnej albo przez internet, ale za pomocą działającego już w latach poprzednich programu e-Deklaracje. Ze wstępnego podsumowania resortu finansów wynika, że średnio w skali kraju ponad 70 proc. podatników rozliczyło się w formie elektronicznej, ale np. w województwie śląskim odsetek ten wynosi 84 proc.

– Do końca maja przygotujemy rozliczenie akcji Twój e-PIT, podsumujemy statystyki, dlatego że część podatników, którzy rozliczyli się w formie papierowej, wysłali zeznania pocztą i one jeszcze cały czas napływają. Stąd też będziemy mieli dokładne dane pod koniec maja. Wówczas będziemy mogli zaprezentować całą mapę Twojego e-PIT w skali kraju – zapowiada minister finansów w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Najczęściej podatnicy sprawdzali w programie swoje dane, zmieniali sposób rozliczenia na wspólny z małżonkiem, bo e-PIT był przygotowany dla osób indywidualnych, albo dodawali ulgi, np. na nowo narodzone dziecko, darowizny czy wpłaty na IKZE.

Jeżeli ktoś nie podjął aktywności do końca kwietnia i rozliczenie zostało zaakceptowane w sposób automatyczny, a np. podatnik miał niedopłatę, to wówczas aktywność informująca podatnika o niedopłacie jest po stronie urzędu skarbowego. Do końca maja urząd wysyła taką informację do podatnika i w ciągu 7 dni od otrzymania takiej informacji podatnik jest zobowiązany do uiszczenia niedopłaty – wyjaśnia Teresa Czerwińska. – Jeśli podatnik miał nadpłatę, to wówczas urząd skarbowy albo wysyła zwrot na konto podane w systemie e-PIT, albo przelewem pocztowym. W tym roku zredukowaliśmy czas zwrotów z 90 do 45 dni ustawowo, a w praktyce te zwroty były dokonywane w ciągu kilku dni.

W przyszłym roku resort zapowiada wprowadzenie elektronicznego rozliczenia także dla podatników prowadzących działalność gospodarczą, rozliczających się na formularzach PIT-36 i PIT-36L oraz PIT-28, czyli dla prowadzących samodzielną działalność gospodarczą, wspólników spółek cywilnych lub jawnych oraz osiągających dochody z najmu.

Credit Agricole i nc+ proponują wspólne korzyści dla klientów

Aż do 460 zł premii mogą dostać abonenci platformy nc+ od Credit Agricole. Wystarczy, że założą konto w tym banku i będą z niego opłacać rachunki za produkty i usługi nc+.

ITI Neovision, operator platformy nc+, oraz Credit Agricole Bank Polska nawiązały współpracę, która pozwoli klientom obniżyć rachunki i zyskać gotówkową premię. Wszystkim abonentom nc+, którzy założą konto w Credit Agricole, bank wypłaci premię do 460 zł. Pierwsze 100 zł można otrzymać już po pierwszym miesiącu od otwarcia konta, o ile w poprzednim miesiącu zasilone one zostanie kwotą co najmniej 1000 zł. Taki miesięczny wpływ, a także opłacanie abonamentu za nc+ z nowo otwartego rachunku, umożliwia uzyskanie kolejnego benefitu od Credit Agricole: bank zwróci co miesiąc klientowi 50 proc. opłaty za rachunek nc+ (nie więcej niż 30 zł miesięcznie).

W promocyjnej ofercie można otworzyć jedno z dwóch kont Credit Agricole: Konto dla Ciebie oraz Konto dla Ciebie VIP. Co ważne klienci mogą bezpłatnie korzystać z pierwszego, jeśli poza regularnym zasilaniem konta w wysokości 1000 zł, raz w miesiącu zapłacą kartą lub BLIK. Oznacza to, że abonenci nc+ poza premią promocyjną, mogą zyskać za darmo flagowe konto tego banku.

Zależy nam, aby abonenci nc+ byli w pełni zadowoleni ze współpracy z nami i zostali na dłużej w Credit Agricole. Będziemy dbać o te relacje. – mówi Jędrzej Marciniak, wiceprezes banku Credit Agricole, odpowiedzialny za marketing, rozwój produktów i customer intelligence.

Aby przystąpić do promocji przygotowanej przez obie firmy, trzeba kupić lub przedłużyć dowolny abonament w salonie nc+. A następnie odwiedzić dowolną placówkę bankową Credit Agricole i przy otwieraniu konta podać numer rachunku, na który należy przelewać pieniądze za abonament. Konto można również otworzyć telefonicznie lub korzystając ze strony internetowej.

Stale rozwijamy ofertę z korzyścią dla naszych klientów, dlatego cieszymy się ze współpracy z bankiem Credit Agricole, dzięki której abonenci nc+ mogą zyskać dodatkowe benefity pieniężne i obniżyć opłaty za rachunek  – mówi Artur Przybysz, wiceprezes zarządu ds. sprzedaży i CRM platformy nc+.

Promocyjna oferta jest dostępna do 31 lipca 2019 r. dla abonentów nc+, którzy przez ostatnie 12 miesięcy nie byli posiadaczami lub współposiadaczami konta w banku Credit Agricole.

Komentarz Piotra Gąsiorowskiego do tzw. „ustawy antyzatorowej”

Piotr Gąsiorowski - Prezes Zarządu eFaktor S.A.
Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych został w miniony czwartek (9 maja) zatwierdzony przez Stały Komitet Rady Ministrów i rekomendowany Radzie Ministrów. Rozpatrzenie projektu planowane jest przez Radę Ministrów w maju.

Zmiany w przepisach gospodarczych zapowiedziane przez minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz dotyczą nowych terminów płatności. Na mocy ustawy będą wynosić do 30 dni dla administracji oraz do 60 dni dla podmiotów gospodarczych w relacjach pomiędzy dużym i małym podmiotem. Za przekroczenie terminów największym firmom będą grozić kary w wysokości do 5% wartości niezapłaconej faktury. Ministerstwo deklaruje, że powstały w oparciu o konsultacje z przedsiębiorcami i odwzorowują rozwiązania stosowane w UE np. w Holandii, Wielkiej Brytanii czy Francji.

Zapisy i oczekiwany efekt, jaki ma wywołać ustawa komentuje Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.,

firmy udzielającej finansowania przedsiębiorcom, których dotykają zatory finansowe.

Mikrofirmy to około 96 procent wszystkich przedsiębiorstw w Polsce, wytwarzają jedną trzecią krajowego PKB. Właśnie te podmioty zatory finansowe dotykają w największym stopniu. Problemem jest asymetria powstająca, kiedy mała firma produkuje lub wykonuje usługi na rzecz znacznie większego podmiotu. Ten drugi może oczekiwać długiego terminu zapłaty, liczonego w miesiącach. Nie ryzykuje utraty dostawcy – mniejsze firmy nawet w przypadku konieczności długiego oczekiwania na pieniądze będą wykonywać kolejne zlecenia – niejako na kredyt – nawet w przypadku wielomiesięcznych zaległości. To blokuje możliwość wykorzystania potencjału rozwojowego przez polskich przedsiębiorców, w tym szczególnie tych z sektora MŚP. Takie praktyki dużych firm, które nie mają problemów z płynnością, a nadużywają swojej silnej pozycji, ma wykluczyć ustawa.

W związku z ustawą nasuwa się kilka pytań: kto i w jaki sposób będzie pilnował skróconego terminu zapłaty? Czy kary będą konsekwentnie naliczane i będą miały rzeczywiście mobilizujący charakter (nawet jeśli tak, będą dotyczyć tylko największych firm)? Co w sytuacji, kiedy współpracujące podmioty dogadają się na dłuższy termin spłaty faktury, np. 90-dniowy? Czy wtedy też zadziała ustawa wymuszając przelew po dwóch miesiącach? Ministerstwo mówi, że chce, żeby duże przedsiębiorstwa raz do roku składały sprawozdanie pokazujące, w jakim terminie płacą swoje faktury. Można mieć wątpliwości, czy takie rozwiązanie będzie skuteczne.

Nieco na przekór działaniom ministerstwa w I kwartale tego roku do 49 proc. spadł odsetek przedsiębiorstw, którym ich partnerzy biznesowi w ostatnich 6 miesiącach opóźnili płatności o ponad 60 dni (wg BIG). Czy przestraszyli się zapowiadanej ustawy? Raczej nie, po prostu mimo wszystko dość sprawnie funkcjonuje rynek finansowy. Działają też m.in. takie narzędzia jak faktoring, które skutecznie zmniejszają dolegliwości związane z zatorami. Faktoring jest więc jak bufor i mechanizm oczyszczający gospodarkę, a jego koszty od kilku lat spadają, my też je obniżyliśmy.

Ustawa pomoże ograniczyć zatory płatnicze i jest krokiem w dobrym kierunku, jednak naiwnością byłoby sądzić, że wraz z wejściem jej w życie opóźnienia w płatnościach zupełnie znikną. My, jako firma faktoringowa, również działamy zabezpieczająco – pilnujemy terminowości przelewów, przypominamy o nich płatnikowi. To także bardzo znacząco podnosi skuteczność egzekwowania należności i terminowego ich regulowania, pozwala oddalić niebezpieczeństwo zatorów finansowych, choć całkowicie ich nie eliminuje.

O co chodzi z tym sustainability?

Przedsiębiorcy coraz częściej, także w Polsce, stawiają na zrównoważony rozwój swoich firm. Czy to nowa „moda”, która wyprze działania CSR, czy raczej jest to model biznesowy, według którego powinno działać przedsiębiorstwo w 2019 r.? Chociaż nie jest to nowe zjawisko – w USA i na zachodzie Europy znane jest szerzej od niemal dwóch dekad, to jednak nie dorobiło się swojej jednoznacznej definicji. Nic dziwnego, ponieważ zrównoważony rozwój – z ang. sustainability – jest różnie rozumiany w biznesie. Jedna z definicji mówi o tym, że oznacza takie prowadzenie firmy, która zdecydowanie więcej wnosi w środowisko, gospodarkę i społeczeństwo niż czerpie z tych obszarów. Co to oznacza w praktyce i dlaczego branie przez przedsiębiorstwa odpowiedzialności za swoje działania jest ważne szczególnie dzisiaj, pokazuje doskonale przykład Grupy Intrum.

Małe dzieci – mały problem, duże dzieci – duży problem. Podobnie jest z firmami. Duże przedsiębiorstwa i korporacje tworzą największą liczbę miejsc pracy, ale także to one muszą dokładać większych starań, aby dbać o swój wizerunek jako atrakcyjnego pracodawcy i wdrażać coraz to nowsze narzędzia employer brandingowe. One również w związku ze swoją działalnością pozostawiają nieporównywalnie większy negatywny ślad w środowisku niż te mniejsze. Największym problemem są zanieczyszczenia powietrza powodowane przez zakłady produkcyjne czy te związane z funkcjonowaniem floty firmowych samolotów i samochodów. A na to patrzą nie tylko organizacje pozarządowe dbające o środowisko, aktywiści, ale przede wszystkim konsumenci, obecni i potencjalni klienci, którzy wymagają podejścia „eko” od swoich ulubionych marek. W związku z tym, firmy są niejako zmuszane, aby dbać o najbliższe otoczenie, w którym funkcjonują. Od firm, wymaga się również, aby działały na rzecz społeczeństwa. Branie przez nie udziału w akacjach charytatywnych, włączanie się w kampanie społeczne traktowane jest jako ich obowiązek, co oczywiście ma pozytywne strony.

sustainability zresztą nie chodzi o narzucenie przedsiębiorstwu jakiś odgórnych zasad działania. – To również „model” biznesowy, który jest „zdrowy” dla firmy. Aby przedsiębiorstwo mogło się rozwijać w sposób zrównoważony – a do tego dąży każda firma, bo jest to już potwierdzony przepis na sukces – osoby za nie odpowiedzialne muszą mieć świadomość związków, jakie zachodzą między jej działaniami, a zmianami, jakich dokonują w środowisku czy w społeczeństwie. Przedsiębiorstwa przeciwne zrównoważonemu rozwojowi dziś mają właściwie zerowe szanse na osiągniecie sukcesu – zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Jak zatem zrealizować w praktyce „przykazania” zrównoważonego rozwoju, by przyniosły one zamierzone skutki?

Wiarygodność to podstawa

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, działania na rzecz zrównoważonego rozwoju nie odniosą sukcesu, jeżeli zostaną narzucone firmie i jej pracownikom z góry. Muszą one być spójne przede wszystkim z jej profilem działalności oraz tym, co przedsiębiorstwo reprezentuje, być ugruntowane w jej wartościach. – We wszystkich 25 krajach, w których obecne jest Intrum, także w Polsce,  wprowadzenie polityki zrównoważonego rozwoju nie było trudne, dlatego, że te działania mają solidną podstawę. Wynikają one wprost z misji i wizji naszej Grupy, naszych czterech wartości (Ethics, Empathy, Dedication, Solutions), a także z Kodeksu Postepowania Intrum, czyli wytycznych ważnych nie tylko dla naszych pracowników, ale i dostawców i wszystkich tych, z którymi współpracujemy – dodaje Agnieszka Surowiec. Działania firmy, która chce postawić na zrównoważony rozwój, muszą być nie tylko spójne z jej misją, ale także jej wizerunkiem. Konsumenci, szczególnie ci młodszej generacji, wyczuwają fałsz. Dlatego, przykładowo, bezsensowe jest przeznaczanie pieniędzy na kampanie społeczne mówiące np. o ochronie środowiska, jeśli wiadomo, że ta firma odnosi zyski dzięki odwrotnej postawie i nie zamierza zmieniać swojego podejścia.

Długofalowe działania zamiast jednorazowych akcji

Działania na rzecz zrównoważonego rozwoju muszą być działaniami prowadzonymi długofalowo i to z dwóch powodów. Jednorazowe akcje kierowane do społeczeństwa czy pracowników nie przyniosą trwałej, pożądanej zmiany. Nie przyniosą także na dłuższą metę korzyści samej firmie. Nie można bowiem ukrywać, że postawienie na zrównoważony rozwój opłaca się przedsiębiorstwom. Zwiększenie świadomości na temat marki, zbudowanie wokół niej społeczności lojalnych klientów, którzy docenią działania dodatkowe, to „efekt uboczny” zainwestowania w zrównoważony rozwój, ale będzie miał miejsce tylko wtedy, gdy wdroży się długofalowy plan działania, który będzie się konsekwentnie realizować.

Takich kroków firma nie musi podejmować w pojedynkę. Nie chodzi jednak przy tym tylko o np. włączanie się w akcje prowadzone przez organizacje pozarządowe. Warto również na poziomie lokalnym i międzynarodowym współpracować z podmiotami, które działają na rzecz zrównoważonego rozwoju. To jest szczególnie dobre dla firm, które dopiero poznają ten obszar, ponieważ na początek otrzymują jasne wskazówki, co mają robić, aby wpisać się w politykę sustainability. Grupa Intrum od 2016 r. jest sygnatariuszem inicjatywy ONZ Global Compact (największa na świecie inicjatywa na rzecz biznesu i wspierania zrównoważonego rozwoju) oraz jej dziesięciu zasad dotyczących praw człowieka, warunków pracy, środowiska i zwalczania korupcji. Są one wdrażane za pomocą wewnętrznych instrukcji firmy, które również regulują jej działania w zakresie zrównoważonego rozwoju. Intrum wspiera także Agendę 2030 oraz globalne cele rozwojowe ONZ.

Zrównoważony rozwój = prowadzenie biznesu A.D. 2019

Zrównoważony rozwój to nie tylko kwestia brania odpowiedzialności firmy za swoje działania, ale także wymóg biznesowy XXI wieku. Firmy-klienci wybierając swoich partnerów biznesowych, biorą nie tylko pod uwagę to, jakie produkty i usługi proponuje dane przedsiębiorstwo, ale także to, czy postępuje etycznie i jest odpowiedzialne społecznie. Nikt nie będzie chciał pracować z firmą, o której wiadomo, że ma np. problem z dbaniem o środowisko lub nie przestrzega podstawowych praw pracowniczych.

– W Intrum regularnie rozmawiamy z naszymi interesariuszami, udziałowcami i partnerami biznesowymi, dzięki którym na bieżąco możemy uzupełniać i weryfikować przyjętą strategię zrównoważonego rozwoju. Na rynku brytyjskim organizowaliśmy dla klientów dyskusje przy okrągłym stole, podczas których mieli oni możliwość wypowiedzenia się na temat kwestii związanych z zadłużaniem się i oferowanymi przez nas usługami. Na przestrzeni roku, regularnie spotykamy się z organizacjami reprezentującymi osoby zadłużone. By lepiej rozumieć oczekiwania naszych udziałowców i interesariuszy, w 2018 r. wśród wybranych podmiotów przeprowadziliśmy ankietę, w której oceniono kluczowe obszary zrównoważonego rozwoju. Za kwestie szczególnie ważne uznano: finanse przedsiębiorstwa, etykę korporacyjną, ochronę praw konsumenta, transparentność, zapobieganie korupcji oraz kwestię różnorodności w zespołach pracowników. Szczegółowe wnioski z tej ankiety zostały zawarte w raporcie Annual and Sustainability Report for 2018 i stanowią wytyczne dla Intrum, jeżeli chodzi dbanie o zrównoważony rozwój w 2019 r. – komentuje Agnieszka Surowiec.

Pracownicy, społeczeństwo i gospodarka – trzy filary zrównoważonego rozwoju

Rozmowy, które prowadzi Intrum z klientami, udziałowcami i interesariuszami pozwoliły wyłonić firmie trzy strategiczne obszary działań na rzecz zrównoważonego rozwoju. Są nimi: umożliwienie zrównoważonych płatnościzdobycie zaufania i uznania (zarówno klientów, konsumentów, jak i całego otoczenia biznesowego), rozwój (własnego przedsiębiorstwa, jak i całej gospodarki oraz społeczeństwa) poprzez tworzenie nowej jakości.

Jeżeli chodzi o pierwszy obszar – umożliwienie zrównoważonych płatności – Intrum dostrzega problem związany z regularnie rosnącym poziomem zadłużenia europejskiego społeczeństwa, co ma negatywny wpływ na całą gospodarkę. Nie mniejszym problemem są opóźnione płatności, na który narażona jest zdecydowana większość przedsiębiorców działających w Europie, nieotrzymujących na czas pieniędzy za swoje produkty i usługi. Jak zaznacza Agnieszka Surowiec: – Misją Grupy Intrum jest wyznaczanie drogi ku zdrowej gospodarce. Pomagamy naszym klientom utrzymać płynność finansową, zarządzamy ich wierzytelnościami. Co roku Intrum przeprowadza badanie na grupie 10 000 przedsiębiorców z całej Europy, by poznać ich potrzeby związane z tym obszarem. Regularnie analizujemy także kwestie związane zadłużaniem się mieszkańców starego kontynentu i ich podejście do wydawania pieniędzy. Edukujemy w zakresie finansów osobistych.

Przykładowo, w Belgii Intrum wspiera organizację, która działa m.in. na rzecz podniesienia świadomości w zakresie finansów osobistych wśród młodych obywateli. W Szwecji powstała mobilna aplikacja Spendido, która jest interaktywnym narzędziem dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych i ich nauczycieli, dzięki któremu mogą uzyskać wiedzę na temat zagadnień związanych z kredytami i zadłużeniem się. W Holandii, w zeszłym roku Intrum przeprowadziło siedem gościnnych wykładów w regionalnym centrum edukacyjnym (ROC) dla studentów w wieku 16-22 lat w zakresie finansów osobistych i zwyczajów płatniczych.

– Dostarczanie usług wysokiej jakości to jednak nie wszystko. Nasi pracownicy, klienci, partnerzy biznesowi czy po prostu osoby zadłużone, z którymi jesteśmy w stałym kontakcie, muszą darzyć nas zaufaniem (chociaż wydaje się, że w tym kontekście trafniejsze jest stwierdzenie, że musimy sobie na to zaufanie zasłużyć) i mieć pewność, działania, które podejmujemy, mają nieść dla nich realną wartość, poprawę – dodaje Agnieszka Surowiec.

Jak to osiąga firma? Poprzez działania, które skupiają się na dwóch obszarach. Część z nich skierowana jest do pracowników. Chodzi m.in. o działania employer brandingowe ukazujące Intrum jako atrakcyjnego pracodawcę, który dba o dobro pracowników i tematy, które są ważne dla zespołu (np. środowisko). Intrum także podejmuje szereg działach pokazujących, że to etyczna firma, która ma jasno określony kodeks postępowania i go przestrzega, dba o „czystość” zasad prowadzenia biznesu, prowadząc politykę antykorupcyjną i antymonopolową.

–  W całej Grupie, także w Intrum w Polsce, prowadzimy rozmowy z naszymi pracownikami, które pozwalają nam zrozumieć ich potrzeby i oczekiwania względem nas, jako ich pracodawcy. Właśnie zakończyliśmy tegoroczną edycję badania My voice, które m.in. analizuje poziom zadowolenia zespołu Intrum z pracy w organizacji. Bycie odpowiedzialnym i etycznym pracodawcą, tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to dla nas kompletna podstawa. Stawiamy również na budowanie zespołu zróżnicowanego pod względem płci i wieku, czyli zespołu zrównoważonego. Prawa człowieka, godne warunki pracy są dla nas ważne nie tylko w przypadku naszych wewnętrznych pracowników, ale także tych osób, z którymi mamy okazję współpracować na co dzień. Chodzi zarówno np. o podwykonawców, jak i o partnerów biznesowych. Te kwestie reguluje Kodeks Postępowania Intrum – wylicza Agnieszka Surowiec.

Pod tajemniczym zwrotem rozwój poprzez tworzenie nowej jakości kryją się dodatkowe działania prowadzone przez Intrum, które mają wnosić dodatkową wartość do społeczeństwa i gospodarki. – Naszym zdaniem odpowiedzialna firma 
w obecnym świecie nie powinna poprzestawać na rozwiązywaniu bieżących problemów, czy na dbaniu o status quo. Można dążyć do tworzenia narzędzi i rozwiązań, które przyczynią się do rozwoju społeczeństwa, sprawniejszego działania mechanizmów gospodarki i efektywniejszego dbania o środowisko, itp
. – zauważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

Na Węgrzech, Intrum pomaga dzieciom i dorosłym z rodzin zastępczych w kontynuowaniu edukacji. W Rumunii firma działa na rzecz organizacji ekologicznej: Let’s do it Romania oraz bierze udział w projekcie Free Miorita, którego celem jest udostępnienie energii odnawialnej dla osób, które nie posiadają dostępu do elektryczności. Z kolei Intrum w Polsce bierze udział w licznych inicjatywach charytatywnych. Co ważne, nie są to tylko działania organizacji, ale i oddolne akcje organizowane przez samych pracowników.

Czy odpowiedzialny i zrównoważony rozwój kosztuje?

Czy postawienie na zrównoważony rozwój musi wiązać z dużymi nakładami finansowymi, o co może być problemem dla mniejszych przedsiębiorstw? Niekoniecznie. Co więcej, nie trzeba dokonywać dużych zmian, tym bardziej rewolucji w dotychczasowym działaniu przedsiębiorstwa, aby zaczęło ono funkcjonować według zasad zrównoważonego rozwoju. Metoda małych kroków sprawdzi się najlepiej. Jeżeli chodzi o dbanie o środowisko, początkiem może być np. ustawienie w firmowej kuchni dedykowanych koszy do segregacji śmieci lub opłacenie pracownikom miesięcznych biletów komunikacji miejskiej, by nie musieli dojeżdżać własnymi samochodami do pracy i przyczyniać się do zanieczyszczania powietrza. Już na etapie rekrutacji nowych pracowników można zadbać o zróżnicowanie zespołu, co po pierwsze, jest zgodne z polityką sustainability, przede wszystkim, na co wskazują liczne badania – wpłynie pozytywnie na efektywność pracowników, a tym samym na prosperowanie firmy. Możliwości jest wiele.

Jak Polacy radzą sobie z niedzielami bez handlu? – raport z badania opinii publicznej

Niedziela bez handlu to temat ważny i aktualny dla Polaków, co pokazuje rekordowa liczba wyszukiwań w internecie. W sobotę, przed ostatnią pracującą niedzielą kwietnia, hasło „niedziela handlowa” było znów na 1. miejscu według analizy trendów Google. Od ponad roku pojawia się w każdy weekend (piątek-sobota) w rankingu TOP 10 najpopularniejszych fraz. Ustawowy zakaz handlu wpływa na życie codzienne wszystkich Polaków, ich wybory, styl życia, sposób spędzania czasu czy miejsce robienia zakupów. Dowodzą tego również wyniki najnowszych badań, przeprowadzonych przez dwie agencje badawcze – Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research i Danae. Przeprowadzona diagnoza społeczna miała na celu określić postawy Polaków w stosunku do zakazu handlu w niedzielę.

Obecne ograniczenia, zainicjowane w 2018 roku, to nie tylko zakaz robienia zakupów spożywczych, odzieżowych czy produktów do domu, których zakup trwa istotnie dłużej niż
w przypadku artykułów z kategorii FMCG. To również mniej możliwości w korzystaniu
(na przykład w centrach handlowych) z rozrywek czy usług gastronomicznych, na które brak czasu w dni pracujące. Jak pokazują badania zrealizowane przez SW Research i Danae wpływ tych zmian na nasze życie jest złożony i zależny od ról społecznych, które przyjmujemy. Ustawa[1] jest inaczej oceniana z perspektywy przedsiębiorcy, chcącego rozwinąć własny biznes, inaczej z punktu widzenia pracownika, stającego w niedzielę za ladą, a jeszcze inaczej z perspektywy konsumenta, który musi przeorganizować styl życia swój i całej swojej rodziny.

Poniższy materiał przedstawia wyniki cząstkowe z wywiadów pogłębionych zrealizowanych na dwóch grupach respondentów – przedsiębiorców oraz pracujących matek. Każdy temat jest uzupełniony badaniami ilościowymi na reprezentatywnej grupie Polaków. Cały projekt w konsekwencji ma zainicjować dialog społeczny, którego celem będzie wypracowanie rozwiązań, łączących interesy każdej ze stron.

Mały biznes traci w niedzielę

Jak wynika z badania ilościowego przeprowadzonego przez SW Research, około 45 proc. Polaków uważa, że zakaz handlu w niedzielę utrudnia prowadzenie biznesu małym przedsiębiorcom. Natomiast opinie przedsiębiorców wyrażane w wywiadach Danae pokazują, że zmiana liczby klientów i konsekwencje z tym związane pozostają w ścisłym związku z lokalizacją punktu handlowego czy usługowego. Na utratę części klientów, a tym samym obniżenie przychodów, wskazują głównie ci przedsiębiorcy, których lokale znajdują się w centrach handlowych.Infografika_zakaz handlu w niedzielę a mali przedsiębiorcy

Przedsiębiorcy zgodnie uznali, że w efekcie wprowadzenia i zwiększenia liczby niedziel wolnych od handlu najbardziej poszkodowani zostali właśnie najemcy mniejszych stoisk/wysp/lokali gastronomicznych w centrach handlowych. Z ich obserwacji wynika, że choć część klientów niedzielnych odwiedza obecnie galerie w soboty, to często ich wizyty przebiegają bardziej pospiesznie niż to miało miejsce wcześniej w niedziele, przychodzą
w konkretnym celu i nie korzystają tak chętnie z dodatkowych zakupów czy konsumpcji. Strat nie wyrównują nawet wydłużone godziny pracy w inne dni. – Sobota tego nie rekompensuje. Ta histeria (pospiesznych zakupów – przyp.) przesuwa się na Biedronkę lub Lidla, inne miejsca niż te nasze małe sklepy – twierdzi przedsiębiorca ze sklepu spożywczego.

Badani są przede wszystkim nastawieni na samodzielność, podmiotowość i działanie, a także sprzeciwiają się ingerowaniu państwa w ich działalność, a tak właśnie wielu z nich postrzega ograniczanie handlu w niedziele. – Nie pracowałam w markecie, ale wolałabym pójść w niedzielę do pracy i mieć wolne w tygodniu, odebrać dziecko ze szkoły wcześniej i odrobić z nim na spokojnie lekcje. – mówi właścicielka salonu kosmetycznego – Ta prorodzinna niedziela wygląda tak, że korzystają z nich tylko rodzice z małymi dziećmi, ale starszych już nie widać – dodaje.

Badani wskazywali, że każdy człowiek sam powinien móc zdecydować, w jaki sposób spędzi niedzielę i jeżeli chce spędzić ten dzień na zakupach, to powinien mieć taką możliwość. Niektórzy proponowali referendum. Inni podkreślali, że wspólne robienie zakupów i wspólna rozrywka czy posiłki w lokalach może być również integrujące dla rodziny.

Na pytanie, jakie zmiany wprowadził zakaz handlu w życiu rodzinnym, szefowa biura podróży odpowiada: – Wprowadził chaos, bo wydaje się, że tego czasu mam więcej, a de facto wcale go nie mam, bo muszę się bardzo starać, żeby zrobić wszystkie obowiązki w niedzielę i połączyć to z czasem dla rodziny. Zaburzył też tę harmonię przychodów w biznesie. Jest dopiero kwiecień, więc za szybko, żeby to ocenić w skali roku, ale trochę się obawiam jak to będzie wyglądało w kolejnych miesiącach. Czuję mniejszą stabilność w tym momencie.

Pracująca Matka

Infografika_możliwość pracy w niedzielePonad połowa Polaków (55 proc.) uważa, że każdy powinien mieć możliwość pracy w niedzielę, w tym 47 proc. twierdzi, że nie powinno być w tym zakresie żadnych ograniczeń – pokazują badania SW Research. Jedynie niewielki odsetek badanych wskazał, że możliwości pracy w niedzielę nie powinni mieć pracownicy handlu, czy osoby wychowujące dzieci (po 4 proc.). Ci ostatni, często wymieniani jako beneficjenci niehandlowych niedziel, zwrócili szczególną uwagę badaczy. W tym celu agencja badawcza Danae przeprowadziła wywiady z pracującymi matkami, aby sprawdzić, czy są one zwolenniczkami nowych regulacji, czy może wolałyby mieć możliwość wyboru.

Do tematu pracy w niedzielę matki podchodzą przede wszystkim realistycznie i praktycznie – nie kwestionują rzeczywistości, starają się sobie poradzić i zapewnić jak najlepsze warunki rodzinom, kładąc główny nacisk na kwestie organizacyjne, nie na emocjonalną ocenę sytuacji – Muszę teraz bardziej rozplanować sobie ten tydzień i często ta niedziela po prostu nie jest mi potrzebna jako dzień wolny. Tak, jak było u nas, że były 3 niedziele pracujące, jedna była wolna, to była akurat wystarczająca w zupełności – twierdzi pani Joanna z Pruszcza Gdańskiego.

Generalnie matki prowadzące własną działalność w handlu lub usługach, bardziej krytycznie odnosiły się do zwiększenia liczby wolnych niedziel, ponieważ przynoszą one realne straty
w ich biznesie, które przekładają się na poziom życia ich rodzin. Klienci bądź rezygnują z usług, bądź w większym zakresie korzystają z Internetu. Przy niehandlowych niedzielach dla części rodzin zakupy stały się logistycznym wyzwaniem.

Pani Monika pracuje obecnie w niemal każdą niedzielę handlową, ale wolałaby wrócić
do rozwiązania praktykowanego wcześniej w jej firmie, czyli dwóch niedziel pracujących
w grafiku przy wszystkich dniach handlowych. Jak twierdzi, miała wtedy czas wolny
na zrobienie większych zakupów: – Często wypada tak, że ja w tę jedną w miesiącu pracuję, więc jakby mam wszystkie niedziele pracujące. Wcześniej jak pracowaliśmy, że były 4 niedziele handlowe, to mieliśmy pół na pół, więc w moim odczuciu było to dużo wygodniejsze, bo miałam nawet czas, żeby zrobić zakupy, które muszę robić, posiadając rodzinę. – zapewnia.

Dwie strony medalu

Matki zatrudnione w firmach, szczególnie w handlu, mają różne spojrzenia na wprowadzenie wolnych niedziel. Dla części z nich jest to szansa na wspólne spędzenie czasu z bliskimi, posiadanie go wtedy, kiedy i reszta rodziny, co umożliwia całodzienne wycieczki czy wyjścia na różne uroczystości, które zazwyczaj odbywają się w niedzielę. Jednak nawet gdy deklarowały, że nie lubią chodzić w niedzielę do galerii handlowej, to przyznawały, że zdarzało im się to robić, np. na prośbę dzieci.

Inne matki zauważają, że wprowadzając niehandlowe niedziele, odebrano im możliwość spędzenia czasu w taki sposób, w jaki dotychczas lubiły ją spędzać – wybierając się na rodzinne zakupy, na które w tygodniu nie ma czasu, często połączone z wizytą w restauracji, czy w kinie. Na przykład pani Anna, pracująca na stacji benzynowej zauważa różnicę między pracą w niedzielę a w inne dni: – W tygodniu klienci przyjeżdżają i chcą być obsłużeni szybko, natomiast w weekendy przychodzą bardziej na kawę, posiedzieć. W tygodniu często ludzie umawiają się na jakieś spotkania, natomiast w weekendy przychodzą rodzice z dziećmi, bo np. jadą na rowerze i zatrzymują się po wodę. Nie ma takiego napięcia.

Niektórym matkom pracującym w niedzielę zmiany wręcz utrudniły organizację życia rodzinnego. Dla części z nich oznacza to większą troskę o zapewnienie opieki nad dziećmi w tygodniu, co jest jeszcze trudniejsze, jeśli obydwoje rodziców pracuje w trybie zmianowym. Pani Monika (pracująca w handlu) mówi: – Mam koleżankę w pracy, która chciałaby pracować w niedzielę, bo teraz muszą wszyscy razem siedzieć z dzieckiem, a tak to mogliby się wymieniać i łatwiej byłoby im pogodzić opiekę nad dziećmi. Łatwiej im było żonglować tą opieką, bo jedno pracowało w jeden weekend, drugie w drugi i ta opieka zawsze była.

Dodatkową stratą jest utrata dochodów – bonusów, które były przyznawane osobom pracującym w niedzielę: – Jest to dzień świąteczny i nawet jak ten dzień będzie wolny, to zawsze ktoś będzie chciał iść do pracy i wziąć więcej pieniążków – podsumowuje pani Eliza.

***

Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 14 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostanie 7 pytań na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzenie 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.

[1] Ustawa z dnia 10 stycznia 2018 r. o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni (Dz.U. z 2019 r. poz. 466)

W II kwartale br. zamówienia rozbujają budownictwo i przemysł

II kwartał br. okazał się okresem wyczekiwanym przez wszystkie branże – po raz pierwszy od roku (od II kw. 2018) w każdej subindeks Barometru EFL[1]przekroczył próg OR[2] wynoszący 50 pkt. Co więcej, wszystkie branże oceniają swoją sytuację lepiej niż na początku tego roku. Odczyt dla budownictwa wyniósł 57 pkt., dla usług 54,4 pkt., dla transportu 53,8 pkt., dla handlu 51,8 pkt, a dla produkcji 51,1 pkt. Wyższe wartości wskaźników wynikają przede wszystkim z optymistycznych prognoz dotyczących sprzedaży. Eksperci EFL studzą jednak optymizm, gdyż wciąż są to wyniki dużo słabsze niż te z II kwartału 2018 i 2017 roku.

– Kondycja każdej branży jest wynikową kilku czynników, które najbardziej determinują działalność reprezentujących  ją firm. Te okoliczności z pewnością wpływają także na subiektywną ocenę sytuacji przedstawiciela biznesu. Na przykład w przypadku budownictwa istotne są czynniki związane z rokiem kalendarzowym. Sezon wiosenno-letni to czas, w którym ta branża wchodzi na pełne obroty. Wzrost obrotów w produkcji i handlu to często pochodna nastrojów konsumenckich, a te wśród Polaków są bardzo dobre, wzmacniane kolejnymi programami społecznymi. Ponadto, wartość branżowych subindeksów to także następstwo sytuacji gospodarczej w kraju, Unii Europejskiej czy u najważniejszych partnerów handlowych. Każdy właściciel firmy uważnie obserwuje to, co dzieje się wokół – jakie nastroje panują wśród zachodnich kontrahentów, jakie są ceny ropy, jak wygląda sytuacja na zagranicznych giełdach – i uwzględnia to w swoich prognozach i planach – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Budowlanka liczy na skokowy wzrost zamówień

W II kwartale br. subindeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt. i był wyższy o 3,8 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. Choć jest to jeden z najlepszych odczytów branżowych w tym kwartale, wynik ten jest daleki od rekordowego z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na lepszy wynik wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Niemal połowa z nich spodziewa się wzrostu obrotów (47,5 proc.), dużo więcej niż na początku tego roku (18,8 proc.).

Firmy budowlane bardzo często posiłkują się leasingiem – przy pomocy tego rozwiązania swoje inwestycje jak sprzęt budowlany zamierza finansować ponad połowa firm (57,5 proc.).

W przemyśle dwa razy więcej sprzedażowych optymistów

Wartość subindeksu Barometru EFL dla produkcji w II kwartale br. wyniosła 51,1 pkt. Jest to wynik o 2,1 pkt. wyższy niż kwartał wcześniej (49 pkt.) Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to pochodna przede wszystkim pozytywnych prognoz w zakresie sprzedaży. 4 na 10 zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym spodziewa się wzrostu zamówień na swoje usługi. To ponad dwa razy lepszy wynik niż na początku roku, kiedy odsetek produkcyjnych optymistów wyniósł tylko 18 proc.

Warto jednak zwrócić uwagę, że produkcyjny subindeks z II kwartału br. wciąż należy do najniższych wyników w historii badania i daleko mu do rekordowych odczytów z II kwartału 2018 roku (62,8 pkt.) i 2017 roku (69 pkt.).

Firmy produkcyjne są jedną z dwóch branż, które najczęściej swoje inwestycje zamierzają sfinansować leasingiem (biorąc pod uwagę zewnętrzne instrumenty finansowe). Z tego narzędzia planuje korzystać 2 na 3 producentów (66 proc.).

Firmy handlowe umiarkowanymi optymistami

W II kwartale br. subindeks Barometru EFL  dla handlu wyniósł 51,8 pkt. Jest to wynik nieco lepszy niż w poprzednim kwartale (+3,6 pkt.). Tutaj, na głównym wskaźniku zaważyły lepsze niż kwartał wcześniej prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, aż co piąta firma handlowa spodziewa się więcej inwestować (20 proc.). To o 6 p.p. lepszy wynik niż kwartał wcześniej. Przedstawiciele branży handlowej sygnalizują również wzrost zamówień. Więcej spodziewa się sprzedawać 33,3 proc. firm, co oznacza wzrost o 7,5 p.p. w porównaniu do I kwartału tego roku. Podobnie jednak jak w przypadku firm przemysłowych, odczyt z II kwartału br. daleki jest od rekordowych z analogicznego okresu w 2018 i 2017 roku (odpowiednio 61,1 pkt i 61,9 pkt.).

Firmy handlowe bardzo często posiłkują się leasingiem – przy pomocy tego rozwiązania swoje inwestycje zamierza finansować ponad połowa firm (56 proc.).

Firmy usługowe będą więcej inwestować

Subindeks Barometru EFL dla usług wyniósł 54,4 pkt. i był o 5,2 pkt. wyższy niż kwartał wcześniej. Jest to najlepszy wynik od roku (od II kwartału 2018 – 59,3 pkt.). Optymizm wśród firm reprezentujących ten sektor powrócił biorąc pod uwagę inwestycje i sprzedaż. Co trzecia firma usługowa planuje więcej inwestować (33,3 proc.), co jest wynikiem aż trzy razy lepszym niż kwartał wcześniej (10,3 proc.). W przypadku sprzedaży, odsetek optymistów wyniósł 31,4 proc., podczas gdy na początku roku 18,6 proc. Firmy usługowe należą do tych, którzy niemal w większości finansują swoją działalność ze środków własnych (96,4 proc.), następnie korzystają z ubezpieczenia majątku firmy (42 proc.), a potem z leasingu (35,5 proc.).

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 28.03- 05.04. 2019 r.

[2] Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne.

Wtorek odwrotu może być zgubny

Strach inwestorów o impas w negocjacjach handlowych i działania odwetowe w polityce celnej przyćmiewa wszystkie inne tematy. Dziś mamy moment uspokojenia z pomocą lepszego humoru prezydenta Trumpa, ale pytaniem do przedyskutowania jest, czy wczorajsze załamanie nie pchnęło aktywów na drogę bez odwrotu?

Uspokojenie dziś przynoszą słowa Trumpa, który czuje, że negocjacje z Chinami się powiodą, a przekonamy się o tym za 3-4 tygodnie. Prezydenci USA i Chin prawdopodobnie spotkają się na szczycie G20 28-29 czerwca i wtedy możliwe byłoby oficjalne podpisanie porozumienia handlowego, więc to przynajmniej daje jakąś datę z nadzieją na zakończenie sporu. Ale teraz mamy 14 maja, co z perspektywy rynków finansowych jest wiecznością. Działania odwetowe Pekinu w postaci podwyższenia ceł na towary sprowadzane z USA miało miejsce mimo wcześniejszych ostrzeżeń Trumpa, by tak nie robić. Dodatkowe wstrząsy wywołały informacje, jakoby chińscy specjaliści dyskutowali nad potencjalną wyprzedażą posiadanych przez Chiny obligacji skarbowych USA. Wprawdzie całe to zaostrzenie stanowisk rzez obie strony może być tylko taktyką negocjacyjną i w rzeczywistości rozmowy na szczeblu szeregowych urzędników trwają w podobnej atmosferze, jak wcześniej, tak dla rynków widać głównie dolewanie oliwy do ognia. Obraz rynku zmienia każdy znaczny ruch cen, który prowadzi do przełamania poziomów technicznych lub naruszenia zabezpieczających zleceń stop loss. Jeśli straty zostały zrealizowane, później trudno wrócić do punktu wyjścia, jak gdyby nigdy nic. Wczoraj S&P500 spadł o 2,4 proc. i Wall Street zmierza do najgorszego maja od 50 lat. Jakkolwiek osobiście nie lubię historycznych porównań, a tym bardziej gardzę ocenianiem całego miesiąca zanim jeszcze minął półmetek, tak medialna otoczka obecnych zmian rynkowych jest ważnym czynnikiem kształtującym sentyment. Stąd jedno ciepłe słowo Trumpa o jego przeczuciach może się okazać niewystarczające, by odmienić rynkowy pesymizm.

Tak, jak istnieje powiedzenie „sell in May and go away”, tak samo istnieje określenie „wtorku odwrotu”. I tak samo wtorek odwrotu może być zgubny, jeśli rynek w głębi ducha pozostanie ostrożny i bardziej skory dalej podążać w rytmie awersji do ryzyka. Bilans ryzyk wokół wojen handlowych dalej wskazuje przewagę zagrożeń niż pozytywnych szans i w takim klimacie nie sądzę, aby inwestorzy odważyli się budować pro-ryzykowne pozycje. JPY i CHF wciąż są największymi beneficjentami obecnego zamieszania. Status USD jako bezpiecznej przystani jest zachwiany prze zaangażowanie USA w spór i groźby wyprzedaży długu. Mimo to siła USD będzie widoczna względem walut rynków wschodzących, choć to bardziej wyraz ucieczki od ryzykownych walut.

Wtorek przynosi sporo publikacji, choć żadna z nich nie jest największego kalibru. Przed południem przejściowo uwagę przykują CPI ze Szwecji, dane z brytyjskiego rynku pracy i niemiecki ZEW. Po południu otrzymamy saldo bieżące z Polski. Z USA otrzymamy drugorzędny raport o nastrojach małych przedsiębiorstw, a ważniejsze mogą być komentarze członków Fed. Wszytko to może okazać się niczym, jeśli znów zostaniemy zalani informacjami związanymi z wojnami handlowymi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.