Zapobieganie padaczce i jej skutkom jest możliwe. Pokazały to międzynarodowe badania koordynowane przez polskich naukowców

Zapobieganie padaczce i jej skutkom jest możliwe. Pokazały to międzynarodowe badania koordynowane przez polskich naukowców 1

Padaczka rozpoczynająca się u niemowląt, może prowadzić do ciężkiego upośledzenia ich rozwoju, a w efekcie niepełnosprawności intelektualnej. Naukowcy z 16 zespołów z uczelni wyższych i szpitali z Europy, Australii i USA w ramach projektu EPISTOP udowodnili, że możliwe jest zapobieganie tym dysfunkcjom u większości małych dzieci. Konsorcjum badawcze wykazało również, że wdrożenie profilaktyki i leczenia przeciwpadaczkowego jeszcze przed wystąpieniem pierwszych drgawek może zapewnić prawidłowy rozwój dziecka.

Padaczka to schorzenie o podłożu neurologicznym, w którego przebiegu dochodzi do zaburzenia aktywności komórek mózgu. Choroba ta objawia się drgawkami, skurczami mięśni, a nawet utratą świadomości. Padaczka jest jednym z najczęściej występujących schorzeń neurologicznych na świecie. Na powtarzalne napady padaczkowe cierpi 1–1,5 proc. całej populacji, czyli ok. 50 mln ludzi. W Polsce jest to prawie 400 tys. osób. Padaczka występująca u niemowląt niejednokrotnie prowadzi do upośledzenia rozwoju, a w konsekwencji powstania niepełnosprawności intelektualnej.

 Jeżeli napady padaczkowe u niemowlęcia są leczone dopiero po ich widocznym wystąpieniu, to ponad połowa pacjentów jest zagrożona niepełnosprawnością intelektualną, zaburzeniami ze spektrum autyzmu, czasami o bardzo głębokim nasileniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, koordynatorka części klinicznej badania EPISTOP, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Poznanie mechanizmów powstawania napadów padaczkowych oraz jej niekorzystnego wpływu na rozwój dzieci było celem trwającego 5 lat programu EPISTOP, zainicjowanego przez polski ośrodek – Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” (IPCZD). To pierwszy i jeden z największych tego typu projektów na świecie, w którym badana była padaczka od etapu powstawania pierwszych zmian w mózgu, zanim jeszcze widoczne są napady drgawek.

– Projekt dotyczy grupy chorych ze stwardnieniem guzowatym, u których padaczka występuje w bardzo wysokim odsetku, ponad 90 proc. Ujawnia się ona u 70 proc. małych dzieci, w efekcie powodując opóźnienie, zahamowanie rozwoju psychoruchowego, cechy autystyczne – mówi prof. Sergiusz Jóźwiak, Koordynator badania EPISTOP z Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Według dotychczas obowiązujących zasad postępowania w padaczce, leczenie rozpoczynało się w momencie powtarzających się napadów drgawek. U małych dzieci jednak im dłuższy jest czas między pierwszymi napadami a włączeniem leczenia, tym większe ryzyko zaburzeń rozwoju. W 2006 roku w IPCZD rozpoczęto pilotażowe badanie, w ramach którego pacjentom ze stwardnieniem guzowatym podano leczenie przeciwpadaczkowe przed wystąpieniem drgawek, ale po stwierdzeniu u nich wyładowań w mózgu. Aż u połowy uczestniczących w badaniu pacjentów udało się zapobiec padaczce, a u żadnego pacjenta w 2. roku życia nie pojawiły się ciężkie opóźnienia rozwoju.

 Wyniki projektu potwierdzają, że leczenie przed pierwszymi napadami padaczkowymi u małych dzieci ma ogromne znaczenie dla ich rozwoju. Zarówno w grupie obserwacyjnej, leczonej prewencyjnie, jak i grupie kontrolnej – nie mieliśmy żadnych form upośledzenia, zahamowania rozwoju w stopniu znacznym – mówi prof. Sergiusz Jóźwiak.

W projekcie uczestniczyło 101 dzieci ze stwardnieniem guzowatym. Rozpoczynały one badanie przed ukończeniem 4. miesiąca życia, zanim wystąpiły u nich napady padaczki. Badanie kontynuowane było do momentu ukończenia przez dzieci 2 roku życia. Początkowo co 4 tygodnie, a następnie co 6 tygodni wykonywano badanie EEG w celu wykrycia wyładowań przed napadami padaczkowymi. Wyniki badania EPISTOP pokazały, że mali pacjenci leczeni profilaktycznie są w większości wolni od napadów padaczki. U połowy dzieci można było odstawić leczenie, a rozwój 80 proc. z nich jest zupełnie prawidłowy, mogą chodzić do szkoły razem ze zdrowymi rówieśnikami. Jest to ogromna zmiana w porównaniu do grupy leczonej po napadach, wśród której tylko 20 proc. dzieci rozwija się prawidłowo w wieku szkolnym.

W projekcie wykorzystano szeroki wachlarz badań, od podstawowych ocen klinicznych, przez analizy sygnałów elektrycznych pochodzących z mózgu (EEG) i obrazów uzyskanych w rezonansie magnetycznym, do zaawansowanych metod molekularnych badań genów.

 Sekwencjonowaliśmy cały genom dzieci, a następnie analizowaliśmy również białka, czyli finalny produkt tłumaczenia genów. Badaliśmy czynniki zapalne w bardzo zaawansowanych metodach. I wreszcie, na sam koniec, do analizy tych terabajtów danych wykorzystujemy sztuczną inteligencję i techniki bardzo zaawansowanej analizy statystycznej – mówi prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Badania te wykazały, że możliwe jest zapobieganie padaczce u niemowląt dzięki wykorzystaniu EEG jako markera rozpoczynających się zmian padaczkowych w mózgu. Od początku programu wiele ośrodków na całym świecie wprowadziło EEG i próbuje leczenia zapobiegawczego u niemowląt ze stwardnieniem guzowatym.

– Po raz pierwszy pokazano, że można zapobiec padaczce, szczególnie tym ciężkim postaciom, które zaburzają rozwój małego dziecka. Już w tej chwili wiemy, że pewne leki mogą odegrać tutaj znaczącą rolę. Przełożenie praktyczne będzie dość szybkie, ale projekt na pewno wymaga jeszcze wielu innych badań. Mam nadzieję, że uzyska też dalsze finansowanie – mówi prof. Piotr Socha, zastępca dyrektora ds. nauki w Instytucie „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

*EPISTOP to międzynarodowy program, który jest realizacją polskiej koncepcji naukowej zmierzającej do wyjaśnienia mechanizmów powstawania padaczki oraz do znalezienia sposobów jej zapobiegania u dzieci. To dotychczas największy w medycynie projekt zainicjowany i koordynowany przez polski ośrodek – Klinikę Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” z dofinansowaniem z Unii Europejskiej. W ramach projektu naukowo-badawczego EPISTOP współpracowało 16 zespołów ekspertów z uczelni wyższych i szpitali z Europy, Australii i USA.

Polacy eksportują jaja na potęgę. Ich największą konkurencją są tańsze produkty z Ukrainy

Polacy eksportują jaja na potęgę. Ich największą konkurencją są tańsze produkty z Ukrainy 2

30 proc. polskiej produkcji jaj trafia za granicę, nie tylko na rynki europejskie, lecz także na bardziej egzotyczne, jak Bliski Wschód czy nawet Antarktyda. Zagrożeniem dla pozycji krajowych producentów jest jednak ostra konkurencja ze strony ukraińskich czy amerykańskich firm. Dodatkowo obawiają się oni także tendencji do odstępowania sieci handlowych i konsumentów od jaj klatkowych. Udział tych z chowu alternatywnego będzie się zwiększał, chociaż na polskim rynku powinno to następować bardzo powoli.

– Rynek jaj jest dość trudny z dwóch powodów. Po pierwsze, w Polsce panuje bardzo duża konkurencja wewnętrzna, mamy wielu producentów, którzy konkurują ze sobą, budując swoje własne marki ceną i kosztami produkcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Z drugiej strony coraz większym problemem jest import jaj, proszku jajecznego i przetworów z jaj z Ukrainy czy Stanów Zjednoczonych do Unii Europejskiej. To jest ogromne zagrożenie dla producentów jaj.

Jak podaje Izba, w 2018 roku główni gracze ukraińskiego sektora jajecznego mieli uprawnienia do wysyłek na teren UE zarówno przetworów, jak i jaj konsumpcyjnych klasy A. Co więcej, w ubiegłym roku kraj ten był największym dostawcą tych produktów do UE z wszystkich krajów trzecich. Rywalizuje też z Polską w eksporcie na rynki pozaunijne, np. bliskowschodnie. Tylko w samym styczniu 2019 roku z Ukrainy wyeksportowano 12,7 tys. ton jaj w skorupkach o wartości 11,6  mln dol., co oznacza wzrost aż o 62 proc. rdr. Kluczowymi odbiorcami były Zjednoczone Emiraty Arabskie (2,84 mln dol.), Irak (2,21 mln dol.) i Turcja (1,5 mln dol.).

– Polska prawie nie importuje jaj, a branża jajeczna jest nastawiona na eksport. Około 30 proc. polskiej produkcji jest eksportowana: na Bliski Wschód, do Azji, a nawet w tak egzotyczne zakątki kuli ziemskiej, jak Antarktyda – wyjaśnia Mariusz Szymyślik. – Zjawiska na rynkach europejskich przekładają się bardzo mocno na rynek polski. Gdy niektóre kraje miały problem, kiedy okazało się, że jeden ze środków, którymi dezynfekowano kurniki, był niedozwolony, powstała bardzo duża luka w podaży w UE. Wtedy polscy producenci zarobili bardzo dużo pieniędzy, bo jaja w krótkim okresie podrożały o kilkaset procent. Niestety na ich niekorzyść działają inne zjawiska.

Afera z fipronilem wykrytym w holenderskich, belgijskich i niemieckich jajach w sierpniu 2017 roku spowodowała konieczność wycofania jaj na unijnych rynkach, a tańsze jaja z Polski wypełniały lukę na tych rynkach. W efekcie w polskich sklepach zaczęło brakować tych produktów, a ich ceny poszybowały w górę. Jeszcze w ciągu 2017 roku podrożały o 12,9 proc., a w 2018 roku o 19,4 proc.

Dodatkowo ceny podbija tendencja do zwiększania produkcji jaj alternatywnych, czyli głównie z chowu ściółkowego, a także wolnowybiegowego i ekologicznego. Choć to ciągle mniejsza część rynku, to jednak rośnie. Coraz więcej firm, zarówno producenckich, jak i dużych sieci handlowych deklaruje, że w ciągu najbliższych kilku lat zrezygnuje z korzystania z jaj z chowu klatkowego. To preferuje dużych dostawców, których stać zarówno na inwestycje i na regularne dostawy dużych partii towaru o powtarzalnej jakości.

– Szacujemy, że około 85 proc. jaj sprzedawanych w Polsce pochodzi od kur trzymanych w klatkach. Reszta to są jaja alternatywne, wśród których najwięcej sprzedaje się jaj ściółkowych, nieco mniej wolnowybiegowych i zupełnie śladowa ilość to są jaja ekologiczne. To ok. 1 proc. w skali całego rynku – ocenia dyrektor KIPDiP. – Polska pod tym względem jest podobna np. do Hiszpanii czy krajów bałtyckich, ale też Stanów Zjednoczonych, natomiast jesteśmy kompletnie różni od Wielkiej Brytanii, Niemiec, Austrii, gdzie większość sprzedaży to jaja alternatywne. W Niemczech około 80 proc. jaj pochodzi z chowu ściółkowego, a w Wielkiej Brytanii około 50 proc. – od kur na wolnych wybiegach.

W Wielkiej Brytanii nadpodaż jaj z wolnego wybiegu spowodowała spadek ich cen, a zarazem opłacalności. Produkcja jaj z wolnych wybiegów rośnie tam o 10 proc. rocznie, podczas gdy popyt na nie zwiększa się co roku jedynie o 3–4 proc. Producenci jaj z wolnego wybiegu w Wielkiej Brytanii twierdzą, że przestali być już rynkową niszą, a stali się mainstreamem.

– Wydaje się, że polski sektor jaj będzie zmierzał w kierunku, w jakim zmierza cały świat, czyli będą w sprzedaży zwiększały swój udział jaja z alternatywnych chowów – przewiduje Mariusz Szymyślik. – Natomiast sądzimy, że to będzie się odbywało bardzo powoli i mozolnie. W krajach bogatych, gdzie PKB na głowę mieszkańca jest wysokie, bardzo szybko zmieniają się proporcje między jajami alternatywnymi a jajami klatkowymi na korzyść tych pierwszych. Natomiast w takich krajach, gdzie PKB na głowę mieszkańca nie jest wysokie, idzie to bardzo wolno.

Według danych z grudnia 2018 roku potencjał produkcji w kategorii jaj alternatywnych w Polsce, wliczając w to ściółkę, wolny wybieg i produkcję ekologiczną, wynosił 7,2 mln stanowisk dla kur niosek (15,1 proc. rynku). To ponad 3,5 razy tyle co dekadę wcześniej.

Dobre perspektywy przed polską branżą autokarową. Rośnie rola dalekobieżnych i międzynarodowych połączeń

Dobre perspektywy przed polską branżą autokarową. Rośnie rola dalekobieżnych i międzynarodowych połączeń 3

Przewozy autokarowe mogą stanowić konkurencję dla transportu lotniczego czy pociągów. Już teraz autokary turystyczne są wykorzystywane na trasach międzymiastowych częściej niż autobusy – mówi Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad. Połączenia autokarowe pozwalają dobrze dostosować plan podróży i choć podróż trwa dłużej niż samolotem czy pociągiem, to przewoźnicy autokarowi konkurują wygodą i oferują przewozy do centrów miast. Standardem jest też dostęp do internetu na pokładach autokarów na całej trasie.

W 2018 roku sprzedaż autokarów turystycznych w Polsce była na poziomie 370 sztuk, to dość duża liczba autokarów. Tendencje, które widzimy, idą w kierunku wykorzystywania autokarów turystycznych na trasach międzymiastowych. Dużo mniej sprzedaje się autobusów międzymiastowych na połączenia wewnątrz kraju, a więcej autokarów turystycznych, które są bardziej komfortowe i mają większe bagażniki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad.

Jak wynika z danych PZPM (na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów), 2018 rok przyniósł rekord w rejestracji nowych autobusów. W sumie zarejestrowano ponad 2,7 tys. takich pojazdów. Największy udział w rynku (71,5 proc.) mają autobusy miejskie. Autobusy turystyczne z wynikiem 368 rejestracji stanowią blisko 1/4 rynku, podczas gdy autobusy międzymiastowe zaledwie 4,4 proc. (70 rejestracji).

W miejscach, gdzie nie ma połączeń kolejowych, a na mapie Polski jest takich miejsc trochę, autokary odgrywają dość dużą rolę. Natomiast kiedy mamy do czynienia z konkurencją kolei, przede wszystkich tych szybkich, trudniej jest się przebić z autokarowym połączeniem dalekobieżnym, które trwa dużo dłużej i jest mniej komfortowe niż kolej – mówi Bogdan Kurys.

Jak podkreśla, optymalne dla połączeń autobusowych są trasy o długości 150–200 km. Jak jednak pokazują doświadczenia firmy Sindbad, klienci podróżują również na dużo dłuższych odcinkach, również zagranicznych.

Zwłaszcza tam, gdzie nie ma połączeń samolotowych albo gdzie dojazd na lotnisko jest dość skomplikowany, czy to w Polsce, czy za granicą, klienci często wykorzystują autokary na połączeniach dalekobieżnych międzynarodowych – przekonuje Bogdan Kurys. – To wygoda, że wsiadamy do autobusu w swojej miejscowości na dworcu czy na przystanku i wysiadamy w docelowej miejscowości za granicą. Możemy zabrać więcej bagażu i on jest wliczony w cenę biletu. W porównaniu z połączeniem lotniczym jest to duża korzyść.

Połączenia autokarowe pozwalają dobrze dostosować plan podróży. Chociaż czasy przejazdów są dłuższe niż w przypadku przelotów i pociągów, to rekompensują to niższe ceny. Dodatkowo większość dworców autokarowych jest zlokalizowana w centrach miast lub w punktach przesiadkowych.

Autokary Sindbad co roku przewożą ok. miliona pasażerów. Ok. 60 proc. ogólnej liczby pasażerów podróżujących autokarami korzysta z połączeń do Niemiec. Łącznie autokary firmy jeżdżą do 28 krajów z ponad 200 miast Polski. Dużą popularnością, oprócz Niemiec, cieszą się połączenia do Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji oraz na Ukrainę. Na plus autokarów działa coraz wyższy standard podróży.

Klimatyzacja, toaleta, minibarek, system audio-video to już standard, podobnie jak bezpłatny internet, czyli Wi-Fi na pokładzie autokaru, gniazdka 230 V, żeby doładować smartfony, tablety i laptopy. Firma, która kupuje nowy autokar, bez tego wyposażenia nie pozyska klienta – wskazuje Kurys.

Pasażerowie doceniają też szybkie i wygodne sposoby zakupu biletów. Największe firmy branży notują duży wzrost sprzedaży internetowej i mobilnej, choć te tradycyjne, jak sprzedaż u kierowców czy w kasach, także trzymają się mocno.

Na połączenia dalekobieżne, zwłaszcza międzynarodowe, klient planuje podróż dużo wcześniej, co najmniej z kilku- lub kilkunastodniowym wyprzedzeniem. Może przejrzeć oferty w internecie, zastanowić się nad odpowiednią formą podróży i zarezerwować albo zakupić bilet czy to przez internet, czy w aplikacji – mówi Bogdan Kurys.

W Polsce branża przewozów autobusowych jest mocno rozdrobniona i – zdaniem wiceprezesa firmy Sindbad – w najbliższym czasie nie powinno się to zmienić. To inaczej niż na europejskim rynku, który jest zdominowany przez kilku dużych graczy.

Rynek w Polsce stanowi bardzo dużo małych, rodzinnych firm, które realizują połączenia na swoim terenie, znają oczekiwania pasażerów co do godzin i dni podróży na poszczególnych trasach. Jest kilku koordynatorów firm transportowych, którzy starają się przygotować ofertę globalną, natomiast są plusy i minusy takiej współpracy – mówi Bogdan Kurys. – Nakłada ona pewne obowiązki, standardy, których trzeba się trzymać, głównie dotyczące regulaminu przewozu. W przypadku firmy małej, która realizuje połączenia lokalnie, właściciel sam może decydować o tym, jak ten rynek wygląda i odpowiedzieć na potrzeby pasażerów, które często są rozbieżne od tych, które stosowane są w dużych firmach.

Znaczące rozdrobnienie rynku nie oznacza jednak bardzo dużej konkurencji. Firmy działają bowiem w różnych regionach kraju, czasem na bardzo lokalnych rynkach.

Firmy, które wykonują połączenia dalekobieżne, bardzo często ze sobą współpracują. My realizując nasze linie, mamy około 30 podwykonawców, czyli firm, które mają własne autokary, wykonują inne połączenia, ale również świadczą usługi dla nas. W okresach świąt, wakacji, kiedy tych podróży jest bardzo dużo, nasz tabor nie wystarcza, więc musimy korzystać z usług podwykonawców – zaznacza Bogdan Kurys.

Laureat nagrody Nobla: Nasze oczekiwania odnośnie do grafenu były zbyt wygórowane. Jestem jednak zadowolony z tempa rozwoju tej technologii

Laureat nagrody Nobla: Nasze oczekiwania odnośnie do grafenu były zbyt wygórowane. Jestem jednak zadowolony z tempa rozwoju tej technologii 4

Produkty oparte na grafenie zmieniają już niemal każdą dziedzinę życia. Jest używany w produkcji smartfonów, superszybkich procesorów, supersamochodów, a nawet sprzętu sportowego. Urządzenia oparte na grafenie sprawdzą poziom nawodnienia podczas wysiłku, wykryją choćby minimalne zanieczyszczenie powietrza, zdiagnozują choroby na wczesnym etapie, mogą też być stosowane w implantach mózgowych. Biorąc pod uwagę obecne tempo rozwoju, bardzo możliwe jest, że grafen już bardzo niedługo będzie stosowany w bardzo zaawansowanych rozwiązaniach – ocenia Kostya Novoselov, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki.

Mieliśmy takie marzenie, że pewnego dnia obudzimy się i wszystko dookoła będzie wykonane z grafenu. Teraz przyszło nam zdjąć różowe okulary, bo zdaliśmy sobie sprawę, że tak się nie stanie. To, co nas czeka w najbliższym czasie, to stopniowe wdrażanie produktów z grafenem. Ten właśnie etap obserwujemy obecnie. Każdego miesiąca możemy zaobserwować pojawienie się nowych, coraz bardziej zaawansowanych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kostya Novoselov, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i profesor fizyki na Uniwersytecie Manchesterskim.

Nad wykorzystaniem grafenu pracują już niemal wszystkie branże. Wyjątkowa wytrzymałość mechaniczna wraz z doskonałymi właściwościami przewodzenia prądu i elektryczności, sprawiają, że to materiał atrakcyjny w wielu zastosowaniach. Pierwsza fala produktów opartych na grafenie już jest wykorzystywana w świecie smartfonów, urządzeń do noszenia na ciele, baterii, wirtualnej rzeczywistości, sprzętu sportowego, superkondensatorów i supersamochodów.

Elastyczny i wyjątkowo wrażliwy na zmiany ciepła i światła materiał ma wielką przyszłość w urządzeniach wearables – do noszenia na ciele. Może też wyznaczyć nowy kierunek rozwoju inteligentnych ubrań. Jest ultracienki i świetnie przewodzi, nadaje się do stworzenia superwytrzymałych ekranów w smartfonach. Zyska także branża budowlana. Cement z dodatkiem grafenu rozprasza ciepło, co może sprawić, że dom stanie się chłodniejszy, bez potrzeby stosowania klimatyzacji.

Grafen może też pomóc w określeniu optymalnego czasu ekspozycji na słońce. Cienki plaster grafenowy naklejany bezpośrednio na skórę lub kostium kąpielowy mierzy wskaźnik UV i wysyła alarm do telefonu, gdy trzeba zejść ze słońca. Materiał rewolucjonizuje także szeroko rozumianą branżę sportową i rozrywkową. Materiał już znalazł zastosowanie w nartach, butach narciarskich czy kaskach. W 2013 roku Novak Djokovic wygrał z kolei tenisowy turniej wielkoszlemowy Australian Open, grając grafenową rakietą – lżejszą, a jednocześnie bardziej wytrzymałą niż te tradycyjne.

Myślę, że grafen znajdzie zastosowanie w nowoczesnych technologiach; mam nadzieję, że również w optoelektronice. Technologie membranowe i bio też oferują obiecujący wachlarz zastosowań. Biorąc pod uwagę obecne tempo rozwoju, bardzo możliwe jest, że grafen już bardzo niedługo będzie stosowany w bardzo zaawansowanych rozwiązaniach – przekonuje noblista.

Amerykańscy naukowcy odkryli, że fotodetektor wykonany na bazie grafenu może być stosowany w układach optoelektronicznych o wysokiej integracji, w tzw. czipach optoelektronicznych. Te zaś mogłyby pomóc w stworzeniu komputerów o niskim zużyciu energii, które generowałyby znacznie mniej ciepła niż te obecnie stosowane, nawet najbardziej nowoczesne.

Grafen jest także czuły na światło o szerokim zakresie spektralnym. O ile przez tradycyjne fotodetektory światło przechodzi, to fotodetektor grafenowy absorbuje światło i zamieni na sygnał elektryczny.

Zaczęliśmy od podstawowych czy wręcz nudnych zastosowań, takich jak użycie grafenu w materiałach kompozytowych, ale obecnie przechodzimy do bardziej zaawansowanych rozwiązań, m.in. baterii. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce przejdziemy do elektroniki i optoelektroniki – podkreśla Kostya Novoselov. – Cały proces odbywa się w podobnym tempie, jak miało to miejsce w przypadku wielu innych zaawansowanych technologicznie materiałów, a może nawet nieco szybciej. Dlatego jestem zadowolony z tempa wprowadzania grafenu na rynek – mówi ekspert.

Polscy naukowcy także opracowali możliwe zastosowanie grafenu, jednak rozwój technologii opartej na grafenie w Polsce ostatnio przyhamował – warto chociażby wspomnieć o druzgocącym raporcie NIK z początku 2019 roku o spółce Nano Carbon. Firma, która miała odpowiadać za przemysłową produkcję grafenu, dopuściła się licznych nieprawidłowości. Nie oznacza to jednak, że Polska przespała swoją szansę.

– Istnieje kilka bardzo dobrych podmiotów, w tym również firm z Polski, które znalazły dla siebie rynkową niszę i zajmują się produkcją kompletnych zestawów czujnikowych i tym podobnych urządzeń, więc Polacy niezaprzeczalnie są wśród aktywnych członków społeczności promujących rozwój tego rodzaju produktów – ocenia Kostya Novoselov.

ReportsnReports szacuje, że globalna wartość rynku grafenu wzrośnie z 200 mln dol. w 2018 do 1 mld dol. w 2023 r. Prognozowane przez Market Research Engine tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie niemal 40 proc. średniorocznie.

Wynalazek polskiego licealisty zrewolucjonizuje sposób analizowania gleby na polach uprawnych. Badanie będzie niemal bezkosztowe i zajmie zaledwie kilka minut

Wynalazek polskiego licealisty zrewolucjonizuje sposób analizowania gleby na polach uprawnych. Badanie będzie niemal bezkosztowe i zajmie zaledwie kilka minut 5

Już nie dwa miesiące, tylko dwie minuty będą potrzebne na zbadanie składu gleby na polu uprawnym. Wszystko za sprawą autonomicznego pojazdu badawczego, którego prototyp opracował polski licealista. Tego typu technologie rozwijane są jak na razie w przemyśle kosmicznym, ale coraz pilniejsze staje się ich zastosowanie na Ziemi. Do 2050 r. światowa populacja może osiągnąć 10 mld ludzi, co zaś może się przełożyć nawet na podwojenie zapotrzebowania na produkty rolne. Technologie służące zapobieganiu stratom w rolnictwie są więc jednym z najważniejszych wyzwań ludzkości.

– Na całym świecie pola uprawne są nieustannie narażane na negatywny wpływ czynników zewnętrznych. Duże zmiany w stężeniu jonów w glebie spowodowane wpływem środowiska mogą mieć drastyczny wpływ na jej właściwości, a tym samym prowadzić do ogromnych strat na polach uprawnych. Opracowałem prototyp autonomicznego pojazdu do prewencyjnej analizy stanu gleby na polach uprawnych. Jest to po prostu lekarz pierwszego kontaktu dla gleby – mówi agencji Newseria Innowacje Piotr Lazarek, uczeń Liceum Ogólnokształcącego „Filomata” z Gliwic.

Pola uprawne stale są narażone na działanie czynników zewnętrznych, co skutkuje zmianami w stężeniach jonów. To z kolei może prowadzić do ogromnych strat. Licealista z Gliwic zbudował nowatorski i zaawansowany technologicznie pojazd autonomiczny, który może mieć ogromne znaczenie dla przemysłu rolniczego. Urządzenie wyposażone jest w system wymiennych elektrod jonoselektywnych, które podczas przejazdu badają stężenie konkretnych jonów, a dzięki systemowi GPS dokładnie lokalizują, gdzie stężenie jest zbyt wysokie.

– Do tej pory rolnicy wysyłali swoje próbki w celu analizy do okręgowych stacji chemiczno-rolniczych. Taki sposób był bardzo wydajny, bardzo precyzyjny, jednak czas oczekiwania na wyniki analizy w tego typu placówkach to około 2 miesiące i wiąże się z dość sporymi kosztami. Mój prototyp pojazdu radzi sobie z analizą jednej próbki nie w 2 miesiące, a w 3 minuty – przekonuje Piotr Lazarek.

Pojazd, jadąc po polu uprawnym, pobiera próbkę gleby, którą następnie miesza z wodą destylowaną i poddaje ją analizie poprzez wymienny system elektrod jonoselektywnych. Rozwiązanie proponowane przez młodego naukowca może zrewolucjonizować podejście do przeprowadzania analiz gleby na polach uprawnych.

– Dzięki wymiennemu systemowi elektrod jonoselektywnych moje urządzenie można w bardzo prosty sposób dopasować do potrzeb konkretnego rolnika bądź instytucji. I dzięki temu moje rozwiązanie może znaleźć szerokie zastosowanie m.in. w analizie wpływu środowiska na pola uprawne, np. na Śląsku, analizując stężenie jonów metali ciężkich. Do wdrożenia tego rozwiązania potrzeba jednak finansowania i wsparcia – mówi młody naukowiec.

Autonomiczne pojazdy o charakterze badawczym są technologią rozwijaną przede wszystkim w łazikach marsjańskich. Zaledwie kilka miesięcy temu brytyjscy naukowcy skończyli testowanie takiego pojazdu w warunkach zbliżonych do marsjańskich. Rozpoczęcie jego misji jest planowane przez Europejską Agencję Kosmiczną oraz Roskosmos dopiero na 2020 rok. Tymczasem potrzeba wykonywania analiz z użyciem autonomicznych pojazdów zdolnych szybko i precyzyjnie pracować jest sprawą pilną zwłaszcza na Ziemi.

– Dzięki wykorzystaniu tego typu rozwiązań rolnik otrzyma po całej analizie plan najbardziej optymalnego nawożenia gleby pod konkretne rośliny uprawne. Analiza pól uprawnych jest jednym z najważniejszych wyzwań XXI wieku – przekonuje Piotr Lazarek.

Prognozy Organizacji Narodów Zjednoczonych wskazują, że do 2050 roku zaludnienie naszej planety sięgnie 10 mld. To może doprowadzić do podwojenia popytu na produkty rolne. W ciągu najbliższych lat zrodzi się więc na świecie pilna potrzeba opracowywania rozwiązań ograniczających straty w plonach.

– Precyzyjne technologie rolnicze są odpowiedzią na ten problem, są rozwiązaniem, ponieważ z badań wynika, że zastosowanie tych technologii może wiązać się nawet z 15-proc. oszczędnością na nasionach, nawozach oraz chemikaliach. Ponadto oszacowano, że wykorzystanie takich technologii może zwiększyć zyski światowej produkcji roślin nawet o 20 mld dolarów rocznie – twierdzi Piotr Lazarek.

Analitycy z Allied Market Research szacują, że światowy rynek wszelkiego typu pojazdów autonomicznych osiągnie do 2026 roku wartość 557 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 39,5 proc.

Polsce grozi unijna procedura nadmiernego deficytu?

Międzynarodowy Fundusz Walutowy dostrzega problem w polskim sektorze finansów publicznych. Według Funduszu w 2020 r. deficyt w tym sektorze wzrośnie w naszym kraju do 3,1 proc. PKB. Pozostałe szacunki dla Polski w porównaniu do innych krajów rozwijających się wyglądają stosunkowo dobrze – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W środę po południu Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) opublikował nowe szacunki gospodarcze dla świata. Globalny wzrost PKB został zrewidowany w dół o 0,2 pkt proc. w porównaniu do prognoz z początku roku i ma wynieść 3,3 proc. W światowej skali nie jest to nadzwyczajnie duża rewizja. Pozytywnie można też odebrać fakt, że dla Chin perspektywę wzrostu podniesiono o 0,1 pkt proc. – do 6,3 proc. na 2019 r.

Szacunki dla niektórych regionów czy krajów obniżono jednak bardzo istotnie. Do nich można zaliczyć m.in. Włochy i Niemcy, gdzie zaledwie w trzy miesiące perspektywy wzrostu PKB zostały zrewidowane o 0,5 pkt proc. – odpowiednio do 0,8 proc. oraz 0,1 proc. Gospodarka Italii będzie w tym roku praktycznie w stagnacji, a dodatkowo zostanie obciążona problemami fiskalnymi. MFW oczekuje deficytu budżetowego na poziomie 2,7 proc. PKB w tym roku oraz aż 3,4 proc. w przyszłym.

Fatalne perspektywy dla Turcji oraz Rumunii

Wręcz dramatycznie w szacunkach MFW wypada Turcja, która jeszcze w 2017 r. rosła w tempie przekraczającym 7 proc. Teraz waszyngtońska instytucja oczekuje, że gospodarka kraju nad Bosforem będzie się kurczyć aż o 2,5 proc. Recesji ma towarzyszyć olbrzymia, jak na obecne czasy, 17,5-procentowa inflacja oraz deficyt sektora finansów publicznym przekraczający 3 proc.

W Turcji poza bardzo słabymi perspektywami gospodarczymi dominuje również niepewność polityczna. Partia AKP prezydenta Recepa Erdogana poniosła porażkę w lokalnych wyborach (straciła władzę w stolicy kraju Ankarze), a niekorzystny dla niej wynik w głównym mieście kraju, czyli Stambule, powoduje, że prawdopodobnie zażąda powtórki głosowania.

Ręczne sterowanie gospodarką, a zwłaszcza bankiem centralnym przez Recepa Erdogana, zwiększa ryzyka, że już niezależnie od finalnych wyników głosowania w Stambule władze będą chciały obniżać stopy procentowe i stymulować fiskalnie gospodarkę, by utrzymać władzę, zapobiegając np. ryzyku przedterminowych wyborów. To, przy bardzo wysokiej inflacji i recesji, może doprowadzić ponownie do problemów liry, a nawet powtórki z kryzysu lokalnej waluty, jakiego byliśmy świadkami w zeszłym roku.

Czarnym punktem na mapie perspektyw gospodarczych jest Rumunia. Kraj co prawda według MFW ma się rozwijać w tempie ok. 3 proc. w bieżącym oraz w przyszłym roku, ale ten rozwój będzie obarczony olbrzymią nierównowagą zewnętrzną. Rumunia ma mieć według MFW średni deficyt rachunku obrotów bieżących w latach 2019-2020 na poziomie 5 proc. PKB rocznie. Również inflacja ma być stosunkowo wysoka – ponad 3 proc. każdego roku.

Sytuacja Rumunii, której ofiarą może paść także lokalna waluta, jest konsekwencją wręcz szaleńczego wzrostu wynagrodzeń w sektorze publicznym w ostatnich trzech latach. Lewicowe władze, by utrzymać władzę mimo masowych protestów, podniosły realnie (z uwzględnieniem inflacji) wynagrodzenia w sektorze publicznym o ok. 50 proc. w ciągu ostatnich trzech lat.

Budżet po ostatnio zapowiedzianych zmianach fiskalnych po prostu się nie spina

Patrząc na sam główny raport MFW, sytuacja Polski wygląda bardzo dobrze. Wzrost został zrewidowany w górę w porównaniu do wcześniejszych projekcji – z 3,5 proc. do 3,8 proc., co prawdopodobnie jest rezultatem stymulacji fiskalnej (500 plus na każde dziecko, trzynasta emerytura). Inflacja również ma być umiarkowana i w najbliższych dwóch latach nie przekroczy wg Funduszu 2 proc. rocznie.

Nieco niepokoju może wywoływać rosnący deficyt obrotów bieżących, ale te wartości nie są też dramatyczne – 1,1 proc. w tym roku oraz 1,5 w przyszłym.

Prawdziwy niepokój jednak może budzić to, co nie znalazło się w głównym, liczącym ponad 200 stron globalnym raporcie, ale jest dostępne w zrewidowanych bazach danych MFW (IMF DataMapper).

Według tego narzędzia deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 2,2 proc., a w przyszłym sięgnie 3,1 proc. PKB. To oznacza, że budżet po ostatnio zapowiedzianych zmianach fiskalnych po prostu się nie spina. Polsce groziłaby też unijna procedura nadmiernego deficytu, gdyby szacunki MFW się zmaterializowały.

Warto także zauważyć, że te oczekiwania wysokiego deficytu są przygotowane przy stosunkowo dobrej koniunkturze budżetowej innych państw w naszym regionie. W 2020 r. zarówno Czechy, jak i Słowacją mają mieć nadwyżkę sektora finansów publicznych, a deficyt Węgier, mimo dodatkowych wydatków państwa, będzie wynosił tylko 1,9 proc. PKB. Polska przy dziurze na poziomie 3,1 proc. PKB (ponad 60 mld zł) wypada w tym gronie zdecydowanie najsłabiej.

Samoocena umiejętności pracowników. Chcą uczyć się języków i programowania

Dogadają się wszędzie i z każdym, ale w 85 proc. tylko po polsku, bo ze znajomością języków obcych jest gorzej. Do tego boją się, że wkrótce maszyny zastąpią ich w pracy, bo znają tylko podstawy zagadnień związanych z IT. Polscy pracownicy poddali się krytycznej ocenie i wskazali obszary, w których muszą zdobyć nowe umiejętności, aby rozwinąć się na rynku pracy. Zobacz wnioski z badania.

Zgodnie z prognozami World Economic Forum w ciągu najbliższych trzech lat na świecie powstaną 133 miliony nowych miejsc pracy. Według firmy doradczej Deloitte, jednym z najważniejszych determinantów takiego stanu rzeczy mają być zmiany technologiczne związane z rozwojem automatyzacji oraz sztucznej inteligencji. To z jednej strony ma spowodować zniknięcie z rynku pewnych profesji, a z drugiej – powstanie zupełnie nowych zawodów.

Jeszcze 10 lat temu nie wiedzieliśmy, kim jest coolhunter, trendsetter czy UX Designer. Nie były też możliwe takie rozwiązania, jak agencje pracy robotów. Dziś to robot i algorytm mogą zastąpić podstawowe czynności wykonywane wcześniej przez pracownika, pozwalając mu skupić się na bardziej konstruktywnych działaniach. To jednocześnie impuls do powstawania zupełnie nowych stanowisk i nowych miejsc pracy – tłumaczy Monika Kiliańska, headhunter IT w firmie rekrutacyjnej Antal.

Polacy świadomi zmian na rynku pracy

Z badania przeprowadzonego przez Deloitte na grupie 15 tys. respondentów z 10 krajów Europy, w tym z Polski, wynika że już co piąty Polak ma świadomość zmian technologicznych i wiążącego się z nimi ryzyka likwidacji stanowiska pracy.

Polscy pracownicy wiedzą, że dobra koniunktura, niskie bezrobocie, relatywnie wysoka dynamika płac to wartości zmienne, które w najbliższych latach mogą tracić na sile. Dlatego coraz więcej z nich czuje potrzebę zdobywania nowych czy rozwoju posiadanych kompetencji, które podniosą szanse zawodowe i pozwolą sprostać wyzwaniom nadchodzącej transformacji cyfrowej. Jednymi z kluczowych są i oczywiście będą umiejętności IT – mówi Marcin Kosedowski, ekspert ds. rynku szkoleniowego w szkole programowania online Kodilla.com.

W tym czujemy się słabi, a w tym mocni

Trend na samokształcenie potwierdza się w raporcie Deloitte, w którym znalazła się m.in. samoocena kompetencji polskich pracowników. Zapytani o obszary, w których odczuwają największą potrzebę zdobywania nowych umiejętności, wskazali przede wszystkim na IT, wiedzę techniczną i języki obce. Z kolei dość wysoko ocenili posiadane kompetencje miękkie, jak np. umiejętność pracy zespołowej czy umiejętności komunikacyjne.

infografika
Źródło: materiały prasowe Deloitte

Blisko połowa pracowników chce zwiększyć umiejętności IT

Z badania Deloitte wynika, że tylko 16 proc. polskich pracowników posiada kompetencje IT na poziomie zaawansowanym. Niemniej niemal połowa (46 proc.) chciałaby te umiejętności rozwinąć, a 23 proc. – poznać je od nowa.

Podobnie przedstawia się potrzeba zdobywania wiedzy technicznej. Dobrze oceniło się w tym zakresie 30 proc. badanych. 47 proc. chciałoby się doszkolić, a 14 proc. – nabyć wiedzę techniczną od podstaw.

Podstawy IT zna dziś 47 proc. pracowników, a więc sporo, niemniej 35 proc. chciałoby zwiększyć swoje umiejętności w tej dziedzinie, a 10 proc. – pozyskać je od podstaw.

Powyższe dane nie zaskakują, skoro IT to branża, w której zarobki rosną najszybciej – zgodnie z najnowszym raportem płacowym Antal – średnio o 4 tys. zł rocznie.

Poza tym, obok umiejętności IT, polscy pracownicy chcieliby podszkolić się w znajomości języków obcych – okazuje się bowiem, że tylko 15 proc. przebadanych czuje się w tej materii dobrze. Ponad połowa (56 proc.) przyznała, że chciałaby tę kompetencję poprawić, a 21 proc. – rozpocząć naukę od podstaw.

W których dziedzinach Polacy oceniają się dobrze?

Wysoko oceniamy się z kolei pod kątem umiejętności miękkich. Aż 62 proc. ankietowanych uznało, że ma wysoko rozwiniętą zdolność pracy w grupie, a 55 proc. jest zadowolona ze swoich zdolności komunikacyjnych i rozwiązywania problemów. Zdaniem Marcina Kosedowskiego z Kodilla.com, to bardzo dobry sygnał.

O ile przy odpowiednim poświęceniu czasu i energii umiejętności techniczne mogą zdobyć nawet osoby bez żadnego doświadczenia w IT, o tyle umiejętności miękkich nie jest się tak łatwo nauczyć. Tak wysoka samoocena to dowód na to, że Polacy mają wysokie kwalifikacje interpersonalne i pod kierunkiem osób doświadczonych technologicznie są w stanie przygotować się do zbliżającej się transformacji cyfrowej – tłumaczy ekspert.

A jak pracownicy pozyskują nowe umiejętności?

Dane Deloitte wskazują na jeszcze jedną ciekawą kwestię, a mianowicie rosnącą popularność i skuteczność alternatywnych (do studiów wyższych) metod nauczania. Wśród odpowiedzi znalazły się szkolenia w obecnym miejscu pracy oraz kursy online, które jako skuteczny sposób pozyskiwania nowych umiejętności wskazała połowa respondentów z grupy poniżej 35. roku życia i prawie połowa osób w wieku 35-44 lat.

Po co komu nowe umiejętności?

Ryzyko likwidacji stanowiska pracy na pewno motywuje do samokształcenia, ale nie jest jedynym determinantem zmiany zawodu. Z opublikowanego pod koniec marca br. “Barometru rynku pracy” Work Service dowiadujemy się, że aż 43 proc. Polaków, którzy zamierzają zmienić posadę lub obawiają się zwolnienia, rozważa przebranżowienie się do innego zawodu. Najczęściej podawaną przyczyną (48,3 proc.) są zbyt niskie zarobki (większość badanych chciałaby zarabiać co najmniej o 25 proc. więcej). Inne powody to brak perspektyw awansu (29 proc.) i chęć samorealizacji (27,6 proc.).

W związku z niedoborem specjalistów IT pracodawcy zaczęli bardzo mocno otwierać się na pracowników, szczególnie programistów Java oraz JavaScript, nawet bez doświadczenia komercyjnego, po bootcampach programistycznych czy specjalistycznych lub darmowych kursach online – mówi Monika Kiliańska, team lider IT w Antal.

Trend jest mocno widoczny również w danych udostępnionych przez Kodilla.com. Wynika z nich, że z bootcampów skorzystało już ok. 6-7 tys. osób, które obrały ten kierunek chcąc rozpocząć karierę w IT. Oczywiście, wobec 50-tysięcznego niedoboru programistów na polskim rynku to wciąż niewiele, niemniej nowoczesne formy edukacji rozwijają się u nas dopiero od kilku lat i z pewnością do nich będzie należała przyszłość.

Źródło: Kodilla.com

Jak doceniać i motywować kreatywnych pracowników?

Dzięki uzdolnionym pracownikom firmy zarabiają i odnoszą sukcesy. Ich zdolności pozwalają zdobywać przewagę nad konkurencją, a nawet mogą ją wznieść
na wyższy poziom. Jak dbać o tych najbardziej utalentowanych i wydajnych,
by jak najdłużej chcieli być częścią naszego zespołu?

Badania pokazują, że utalentowani pracownicy generują 80% ogólnych dochodów firmy. Solidnie zaprojektowany proces utrzymania i rozwoju tzw. talentów umożliwia wykazanie ich pełnego potencjału i zaangażowania, a także pozwoli na zatrzymanie ich w naszej organizacji na dłuższy czas. – tłumaczy Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

W każdej firmie są ludzie, których niezwykłe pomysły pozwalają na wprowadzenie nowych produktów i usług, tym samym zapewniając znaczące miejsce firmy w danej branży.
By takie osoby mogły rozwijać swój potencjał potrzebują odpowiedniej kultury organizacyjnej oraz wsparcia w postaci odpowiedniego przełożonego. Podpowiadamy jakie cechy powinno mieć środowisko pracy, które sprzyja rozwijaniu zdolności najbardziej utalentowanych pracowników:

Siła zespołu

Aby stworzyć dobry zespół należy znać czynniki, które wpływają na jego dynamikę pracy, by jego członkowie mieli możliwość zarówno indywidualnego rozwijania umiejętności,
jak i skutecznego działania w grupie. Dobry zespół na podstawie innowacyjnego pomysłu jest w stanie stworzyć i wdrożyć każdy produkt, czy usługę, a w przypadku napotkanych
po drodze problemów są w stanie razem wypracować właściwie rozwiązanie.

Przydzielanie właściwych zadań i stawianie wyzwań

Przy kreatywnych osobach istotną rolę odgrywa przełożony. Zadania, które przydziela powinny być właściwie dopasowane do predyspozycji pracownika. Warto pamiętać,
że osoby o wysokim potencjale szybko nudzą monotonne, powtarzalne zadania.
Nie znoszą rutyny. Projekty powierzone takim pracownikom powinny być angażujące, zgodne z ich predyspozycjami, ale także ważne w znaczeniu całej organizacji. Pamiętajmy również, że kreatywni potrzebują swobody. Nie  czują sią komfortowo, gdy są ciągle kontrolowani i sprawdzani. To jedyna droga do ich dalszego rozwoju i chęci pozostania
w danym miejscu pracy.

Akceptacja niektórych aspektów tzw. „ciemnej strony osobowości”

Osoby o dużej kreatywności często irytują się i okazują emocje. Przełożony w pewnych sytuacjach może przymykać na to oko pod warunkiem, że nie ma to wpływu na innych pracowników.

Każdy z nas posiada obszary dysfunkcyjne i czynniki, które mogą ujawniać się
w sytuacjach stresowych. Takie zachowania wpływają na efektywność naszej pracy,
a także mogą utrudniać awans, czy budowanie i utrzymanie relacji interpersonalnych. Wczesne rozpoznanie behawioralnych czynników pozwala na ograniczenie ich wpływu poprzez odpowiedni coaching i szkolenia rozwojowe
. Pamiętajmy również, że w neutralnych warunkach tzw. „wykolejacze” przy niektórych cechach osobowości mogą stanowić o jej mocnych stronach, ale kiedy osoba jest zmęczona, czy zestresowana wówczas czynniki ryzyka mogą ograniczać efektywność i stawać na drodze do osiągania sukcesu w karierze i relacjach międzyludzkich.– mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Rola przełożonego w kierowaniu kreatywnymi pracownikami

Odpowiednie kierowanie utalentowanymi osobami sprzyja ich rozwojowi. Przede wszystkim warto pamiętać, że przy tego typu pracownikach nie sprawdza się mikrozarządzanie. Tzw. „pokorne przywództwo” wydaje się być najodpowiedniejsze przy kierowaniu osobami o wysokim potencjale. Badania potwierdzają, że tylko mangerowie, którzy posiadają wewnętrzną pokorę potrafią ze zrozumieniem słuchać swoich podwładnych, pozyskiwać potrzebne dane, a także przyjmować krytykę i być gotowym na zmianę planów, gdy sugerowane wcześniej rozwiązanie nie przynosi efektów. Posiadanie tej cechy gwarantuje skuteczne przywództwo, bo pozwala managerowi przyciągnąć
do swojego zespołu osoby o wysokich kwalifikacjach i osiągać nadzwyczajne, zawodowe sukcesy.

Większość z nas uważa, że przywódca wykazujący pokorę nie zyska dużej popularności w dzisiejszych czasach, gdzie wielu chce osiągnąć status celebryty. Niesłusznie, bo ta cecha pomaga właściwe wyczuć swoje mocne i słabe strony, a także obiektywnie zauważyć jakie cechy dominują w zespole. Prawdziwy lider jest skromny, rozważny
i refleksyjny a wszystkie sukcesy zawodowe przypisuje pracy zespołowej.
– wyjaśnia Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Nowe zasady opodatkowania zbycia nieruchomości

Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, prawnych oraz Ordynacji podatkowej wprowadziła nowe zasady opodatkowania sprzedaży i innych form zbycia nieruchomości. Do końca 2018 r. zbywcy byli obciążeni podatkiem za odpłatne pozbycie się nieruchomości przed upływem 5 lat od jej zakupu. Jak wygląda ich sytuacja po 1 stycznia 2019 r.?

Jaki podatek w 2019 r.?

Stawka podatku od zbycia nieruchomości przed upływem 5 lat od jego nabycia nie zmieniła się i wciąż wynosi 19%. Zmianie uległ natomiast okres trwania tzw. ulgi mieszkaniowej, która dawała zbywcom możliwość uniknięcia obowiązku zapłaty podatku pod jednym warunkiem. W okresie 2 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do zbycia, musieli przeznaczyć uzyskane z tego tytułu środki na własne cele mieszkaniowe. W przeciwnym razie byli zobowiązani do dokonania korekty swoich zeznań podatkowych oraz zapłaty zaległego podatku wraz z odsetkami.

Od 1 stycznia 2019 r. okres trwania ulgi mieszkaniowej nieznacznie się wydłużył – z 2 do 3 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do zbycia. Zbywcy zyskują więc dodatkowy rok na znalezienie sposobu wykorzystania uzyskanych środków ze sprzedaży lub zbycia nieruchomości na własne cele mieszkaniowe i uniknięcia w ten sposób konieczności zapłaty podatku powiększonego o wartość odsetek.

Co to są wydatki poniesione na własne cele mieszkaniowe?

Podatnik może zwolnić się od zapłaty podatku, gdy przeznaczy środki uzyskane ze zbycia nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, których katalog ustawodawca sformułował w art. 21 ust. 25-30 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Katalog ma charakter zamknięty, co oznacza, że tylko wymienione w nim przypadki można uznać za własne cele mieszkaniowe.

Do końca 2018 r. wydatki te obejmowały m.in.:

  • nabycie budynku, lokalu mieszkalnego, gruntu lub prawa użytkowania wieczystego albo części lub udziału w tych obiektach lub prawa,
  • nabycie spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego lub udziału w tym prawie,
  • spłatę kredytu lub pożyczki albo odsetek od nich, jeśli były zaciągnięte przed uzyskaniem dochodu z odpłatnego zbycia na cele związane z nabyciem, adaptacją lub remontem budynków lub lokali mieszkaniowych albo ich części.

W 2019 r. katalog ten rozszerzył się o wydatki poniesione na budowę, rozbudowę, nadbudowę, przebudowę lub remont, a także adaptację własnego budynku, jego części albo własnego lokalu mieszkalnego.

Katalog wydatków pomija wszelkie obiekty oraz prawa do budynków, które nie mają celu mieszkaniowego. Wyjątkiem jest tylko adaptacja budynków lub lokali rekreacyjnych na mieszkalne. Ponadto cele mieszkaniowe muszą charakteryzować się osobistym związkiem ze zbywcą, co oznacza, że wydatki np. na nabycie mieszkania pod wynajem nie będą uznane za poniesione na własne cele mieszkaniowe.

Wszelkie wydatki na cele mieszkaniowe powinny zostać udokumentowane umową, fakturą albo dokumentem administracyjnym, który potwierdza ich poniesienie.

Nowe zasady rozliczania odziedziczonych nieruchomości

Nowe przepisy przyniosły zmianę w terminie naliczania 5-letniego okresu istnienia obowiązku zapłaty podatku od sprzedaży nieruchomości. Do końca ubiegłego roku termin ten naliczano od momentu śmierci spadkodawcy, który przekazał nieruchomość spadkobiercy. Natomiast z początkiem nowego roku termin ten nalicza się już od momentu kupna nieruchomości przez spadkodawcę.

Tym samym podatnicy zyskali szansę na całkowite uniknięcie obowiązku zapłaty podatku, jeśli zechcą sprzedać odziedziczoną nieruchomość, którą spadkodawca nabył na więcej niż 5 lat przed swoją śmiercią. Ponadto, jeśli spadkodawca był właścicielem nieruchomości przez krótszy okres przed śmiercią, jego długość również wlicza się do ogólnego rachunku. Przykładowo, jeśli umarł 2 lata po zakupie nieruchomości, spadkobierca powinien odczekać jedynie 3 lata od nabycia, aby uniknąć obowiązku płacenia podatku.

Spadkobierca może także włączyć w koszty uzyskania przychodu nakłady, jakie poczynił spadkodawca na nieruchomość będącą przedmiotem dziedziczenia, takie jak koszty wybudowania lub jej nabycia. Do kosztów można także doliczyć ciężary z nią związane, w tym długi.

Co zyskają rozwodnicy?

Analogiczne zasady liczenia terminu istnienia obowiązku podatkowego w przypadku zbycia nieruchomości dotyczą rozwiedzionych małżonków. W ich sytuacji ważny jest również termin nabycia albo wybudowania budynku lub lokalu mieszkalnego. Jeśli po rozwodzie powstanie potrzeba pozbycia się nieruchomości, termin istnienia obowiązku liczy się od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do nabycia lub oddania budynku do użytku, a nie od momentu podziału wspólnej masy majątkowej.

Kto skorzysta na nowych przepisach?

Znowelizowane przepisy ustaw o podatku dochodowym oraz Ordynacji podatkowej weszły w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. Nie oznacza to jednak, że objęły wszystkie przypadki zbycia nieruchomości. Korzystne zmiany odczują tylko Ci podatnicy, którzy dokonali zbycia po tej dacie. Przy czym bez znaczenia pozostaje to, czy nieruchomość została nabyta lub odziedziczona jeszcze za rządów starych reguł.

Zmiany w opodatkowaniu zbycia nieruchomości wpływają pozytywnie na sytuację podatników, którzy nabywają nieruchomość w drodze dziedziczenia. Jednak zmiana w uldze mieszkaniowej, która dotyczy innych form nabycia, nie poprawia istotnie ich położenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dlaczego Polacy mają trudności ze spłatą zobowiązań?

Powodów, dla których Polacy nie spłacają terminowo rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, alimentów i innych zobowiązań jest wiele. Okazuje się, że jednymi z najczęściej wymienianych nie są już tylko zdarzenia losowe czy utrata pracy, ale również lekkomyślność, niefrasobliwość, gapiostwo lub nieumiejętne zarządzanie domowym budżetem. Co piąty Polak przyznaje, że zaciągając zobowiązanie był przekonany, że „jakoś to będzie” lub nie miał świadomości ile kosztuje kredyt. Oddzielną grupę osób stanowią rodacy posiadający „świadome długi”, a więc nie zamierzający ich spłacać. Wielu konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że nieuregulowane zobowiązania są dużym problemem nie tylko dla banków, ale również dla całej gospodarki i sektora przedsiębiorstw.

Z raportu „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce”, przygotowanego przez NBP, wynika, że ponad 40 proc. gospodarstw jest zadłużonych. Najczęściej są to zobowiązania z tytułu zabezpieczonych kredytów mieszkaniowych oraz kredyty konsumpcyjne. Niestety – jak wykazują różne badania – Polacy coraz częściej spóźniają się ze spłatą swoich zobowiązań. Kontrahenci również bywają nieterminowi, niezależnie od tego, czy prowadzą duże przedsiębiorstwo, czy małą firmę. W tym samym czasie młodzi ludzie, którzy zaczynają uczyć się jak gospodarować własnym budżetem, zadłużają się na potęgę. Często finansują w ten sposób drogie zachcianki, tracą pieniądze na hazard, nie mają pojęcia kto jest ich wierzycielem i niechętnie idą do pracy, by móc zapracować na oddanie długu. Czy Polacy przestali kierować się moralnością w regulowaniu swoich zobowiązań?

Niespłacone zobowiązania to duży ciężar dla całej gospodarki

Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

– Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że niespłacone w terminie zobowiązania uruchamiają machinę zdarzeń, które mają negatywny wpływ na całą gospodarkę. Wielu dłużników sądzi, że niespłacone należności dotyczą ich samych lub ich domowych budżetów. Nic bardziej mylnego – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami windykacyjnymi zrzeszonymi w organizacji edukuje w jaki sposób zaciągać mądrze zobowiązania, ale również jak je terminowo spłacać. – Przykład? Jeżeli kredytobiorcy nie będą zwracać zobowiązań bankom, to muszą liczyć się z tym, że te zaczną podnosić ceny kredytów udzielanych w przyszłości lub np. obniżać oprocentowanie lokat. Oznacza to, że przysłowiowy Kowalski szybko odczuje skutki tego, iż jego sąsiad, brat lub kolega nieterminowo reguluje zobowiązania kredytowe. W długiej perspektywie czasu skutki te odczujemy wszyscy – dodaje A. Roter.

Podobnie jest z przedsiębiorcami, którzy wydają średnio ok. 5-6 proc. wszystkich swoich kosztów na to, by radzić sobie z kwestią niewywiązywania się kontrahentów z zobowiązań. W skali całej gospodarki to ok. 150-180 mld zł rocznie.

– Wyobraźmy sobie, jak pozytywnym impulsem dla gospodarki byłoby to, gdyby przedsiębiorcy nie musieli ponosić takich kosztów. Jeżeli te kwoty pozostawałyby w ich rękach, to przedsiębiorcy mieliby większe dochody, mogliby rozwijać się i inwestować. PKB rósłby znacznie szybciej, a budżet państwa notowałby wpływy z podatków, finansujących przecież programy społeczne – mówi Andrzej Roter.

Na szczęście ok. 600 tys. małych i średnich przedsiębiorstw zleca odzyskanie zaległych należności firmom, które profesjonalnie zajmują się zarządzaniem wierzytelnościami. Dzięki ich wysiłkom udaje się odzyskać ok. 20 mld zł rocznie. Co z resztą zobowiązań? Niestety, pozostają nieodzyskane i obciążają negatywnie finanse przedsiębiorstw, budżetu, pośrednio zaś są obciążeniem dla każdego konsumenta, płacącego większe ceny, czy uzyskującego mniejsze wynagrodzenie za lokaty w bankach. Dlatego tak ważna jest edukacja ekonomiczna i finansowa oraz zmiana sposobu myślenia na temat zarządzania wierzytelnościami – zaczynając od własnego budżetu domowego oraz świadomości powszechnych konsekwencji nieterminowego spłacania tych zobowiązań.

Lekkomyślność i brak planowania

Zachowania Polaków w sytuacjach kryzysowych, dotyczących terminowego spłacania zobowiązań, są różne. Z badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, przeprowadzonego przez KPF oraz Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że rośnie liczba gospodarstw, które z powodu lekkomyślności przy zaciąganiu kredytu mają trudności z ich terminową obsługą oraz braku planowania wydatków w stosunku do otrzymywanych przychodów. W badaniu z 2018 roku taką odpowiedź wskazało 56,5 proc. respondentów, a to oznaczało 20 proc. wzrost w porównaniu do sytuacji sprzed czterech lat. Tylko 14,5 proc. ankietowanych przyznało, że problemy z regulowaniem zobowiązań są podyktowane wypadkami losowymi. Wielu ankietowanych (7,6 proc.) zwróciło również uwagę na „gapiostwo”, „spóźnialstwo” czy też ogólną niedbałość w rzetelnym i terminowym regulowaniu rozliczeń finansowych.

– Pamiętajmy, że najważniejsze jest podejście do niespłaconego w terminie zobowiązania – zarówno konsumenta, jak i wierzyciela.  W ostatnich latach branża windykacyjna zmieniła filozofię kontaktu z dłużnikami, a sam proces egzekwowania należności przypomina bardziej proces negocjacji. Firmy windykacyjne chcą dojść do porozumienia z dłużnikiem, a ich celem jest ustalenie takiego harmonogramu spłat, który osoba zadłużona będzie mogła unieść. Z kolei konsumenci powinni zaniechać unikania kontaktu, czy to z wierzycielem pierwotnym, czy wtórnym. Jeżeli nie mają środków na uregulowanie zobowiązania w danym momencie, warto ustalić nowe warunki. Wierzyciel może zaproponować dogodne raty, wydłużenie terminu spłaty lub indywidualne ustalić z osobą zadłużoną inne działania – podkreśla Andrzej Roter.

Czy to hazard moralny?

W badaniu dotyczącym moralności finansowej Polaków, realizowanym cyklicznie przez KPF, zdecydowana większość z nas deklaruje, że należy spłacać swoje zobowiązania finansowe. Z jednej strony Polacy chcą być moralni, zaś z drugiej rośnie ich akceptacja dla zachowań, które pozwalają uniknąć spłaty, m.in. przepisania majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem, zmiany rachunku bankowego albo „pracy na czarno”, żeby nie dopuścić do zajęcia komorniczego lub ściągania środków pieniężnych na uiszczenie zobowiązania z pensji.

Wiele osób posiadających niespłacone należności sądzi, że kwota zobowiązania jest zbyt niska, by dług trafił do firmy windykacyjnej, albo zbyt wysoka, by mogli go w tej chwili spłacić. W rzeczywistości czekają na „większą gotówkę”, by móc uregulować należności lub „lepszy moment”, w którym akurat będą mieć środki. Tymczasem lepszy moment nie nadchodzi, gdyż pojawiają się wydatki związane ze świętami, komunią, weselem, wyprawką dla noworodka lub wyprawką szkolną itp. Tylko świadome i mądre zarządzanie domowym budżetem oraz spłacanie swoich zobowiązań krok po kroku, nawet w małych ratach, może uwolnić nas od zadłużenia.

– Niespłacone w terminie zobowiązania powodują, że nie tylko sam dłużnik, ale wszyscy konsumenci ponoszą koszty społeczne, ekonomiczne czy gospodarcze. Dlatego tak ważna jest skuteczna edukacja finansowa oraz zmiana sposobu myślenia, zarówno o własnym budżecie domowym, swoich możliwościach finansowych, jak i zaciąganiu zobowiązań kredytowych oraz ich terminowym spłacaniu – podsumowuje Andrzej Roter.

Główne preteksty dotyczące niespłacania zobowiązań to m.in.:

  1. Nie stać mnie, ponieważ pieniędzy ledwo starcza na życie
  2. Dług jest zbyt wysoki, spłacę go jak będę mieć większą gotówkę, teraz nie dam rady
  3. Z firmą windykacyjną i tak nie można się dogadać
  4. Zabiorę się za to kiedy indziej, bo znów mam duże wydatki (w każdym miesiącu coś innego: Sylwester, święta, komunia, majówka, wakacje, nowy rok szkolny etc.).
  5. Nie będę spłacać, bo inni też nie spłacają
  6. Nie będę oddawać, bo kredyt był dla ojca, brata lub kolegi. To nie mój dług

Nowości prawne dla MŚP

Co piąty przedsiębiorca uważa, że w rozwoju firmy przeszkadza mu niepewność związana z nowymi regulacjami prawno – podatkowymi – wynika z przeprowadzonego w marcu 2019 r. badania Bibby MSP Index. Jednocześnie, w tym samym badaniu, 69 proc. respondentów przyznało, że nie widzi dla swojej firmy korzyści z wprowadzenia Konstytucji dla Biznesu, 18 proc. nie wie, czy takie korzyści odniosła, a 11 proc. w ogóle nic nie słyszało na ten temat.

Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services
Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services

Patrząc na wyniki naszych badań można odnieść wrażenie, że MŚP skupiają się raczej na bieżącym biznesie, zdobywaniu klientów, wprowadzaniu nowych produktów, upominaniu się o płatności, itd., niż na śledzeniu zmian w prawie – uważa Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – A tymczasem na przestrzeni ostatnich miesięcy obserwujemy intensywne prace legislacyjne, zwłaszcza po stronie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, mające na celu zniesienie asymetrii w relacjach handlowych, czyli ułatwienie życia małym i średnim przedsiębiorcom. Trzeba przyznać, że większość proponowanych zmian jest dla MŚP korzystna i dlatego warto się nimi interesować, chociażby śledząc stronę Ministerstwa.

Zmiany ważne dla MŚP

Wśród istotnych dla MŚP przepisów, które weszły w życie z początkiem 2019 roku, wymienić należy:

  1. Ulga na innowacje (Innovation Box) – preferencyjna stawka podatku dochodowego 5 proc. (zarówno PIT, jak i CIT) od dochodów z komercjalizacji praw własności intelektualnej;
  2. Ulgowa stawka 9 proc. podatku CIT dla małych podatników (i podatników rozpoczynających działalność). Stawka ta będzie obowiązywała do chwili przekroczenia w danym roku kalendarzowym przychodów w wysokości 1,2 mln euro;
  3. Ulga na złe długi VAT – po upływie 90 dni od daty płatności faktury (dotychczas było 150 dni) przedsiębiorca będzie mógł dokonać korekty podatku należnego. Dłużnik również musi dokonać stosownej korekty;
  4. Zmiany dotyczące użytkowania samochodów w firmie – m.in. wprowadzenie limitu wydatków na opłaty z tytułu leasingu operacyjnego, najmu i dzierżawy możliwych do zaliczenia w koszty podatkowe (150 tys. zł) oraz limitu wydatków na samochód firmowy wykorzystywany również dla celów prywatnych (do kosztów podatkowych zaliczyć można 75 proc. wartości wydatków, np. na paliwo).

Obecnie trwają intensywne prace nad tzw. ustawą przeciwdziałającą zatorom płatniczym.

– Nie wszystkie proponowane zmiany mają charakter wolnorynkowy, niektóre moim zdaniem nadmiernie ingerują w swobodę obrotu gospodarczego – dodaje Jerzy Dąbrowski. – Znam firmy, które mają problemy z płynnością i korzystają z faktoringu już przy 14 dniowych terminach płatności, ale są też branże, w których nikogo nie dziwi 120 dni wpisane na fakturze. Trudno jednoznacznie, dla całego rynku, ustalić, ile powinien wynosić maksymalny termin płatności.

Z kolei pod koniec marca do uzgodnień, opiniowania i konsultacji publicznych trafił przygotowany przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, Pakiet Przyjazne Prawo. Zawiera on propozycje m.in. wydłużenia terminu rozliczenia VAT w imporcie, wprowadzenia prawa do popełnienia błędu przez przedsiębiorcę w pierwszym roku prowadzenia działalności, a także prawa przedsiębiorców z CEIDG do ochrony konsumenckiej w relacjach z innymi przedsiębiorcami.

Główne bolączki przedsiębiorcy

Jeszcze pół roku temu, w jesiennym badaniu Bibby MSP Index, 28 proc. przedsiębiorców za główne czynniki utrudniające rozwój firmy uznawało te związane z rekrutacją pracowników – brak pracowników i trudności z pozyskaniem wykwalifikowanych specjalistów. Chociaż bezrobocie nadal pozostaje na rekordowo niskim poziomie (3,6 proc. w IV kwartale 2018), teraz na ten problem wskazuje 21 proc. ankietowanych. Można zatem odnieść wrażenie, że przedsiębiorcy nauczyli się już radzić sobie z pozyskiwaniem pracowników. W marcowej fali badania Bibby MSP Index najwięcej przedsiębiorców wskazywało na zbyt duże obciążenia podatkowe (15 proc.), wysokie koszty pracy (13 proc.) i niejasność przepisów prawnych (12 proc.).

Przedsiębiorcy skłonni są upatrywać źródła swoich niepowodzeń w prawodawstwie, ale często nie wiedzą, jakie korzystne dla nich zmiany zostały wprowadzone w ostatnim czasie. Po raz kolejny potwierdza się zasada: nieznajomość prawa szkodzi. A przynajmniej skutkuje mniejszym komfortem prowadzenia działalności gospodarczej – podsumowuje Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Nie jest konieczna znajomość nazwy danego pakietu ustaw, czy to Konstytucja dla Biznesu, Pakiet MŚP, czy Pakiet Przyjazne Prawo. Najważniejsze to trzymać rękę na pulsie, albo pytać odpowiednio zorientowane osoby, jak chociażby swojego faktora.

Indeks Przedsiębiorczości 2019

Utrzymująca się wysoka liczba osób prowadzących w Polsce jednoosobową działalność gospodarczą i sygnały o spowolnieniu rozwoju gospodarczego wydają się na razie nie zmniejszać optymizmu mikroprzedsiębiorców. Prowadzenie własnej firmy przynosi dwa razy większą satysfakcję niż praca na etacie i nie stoją za tym głównie zarobki. Jednocześnie mniej etatowców myśli o działalności – wynika z drugiej edycji badania „Indeks Przedsiębiorczości Tax Care”.

Adam Głos, Prezes Tax Care
Adam Głos, Prezes Tax Care

Badanie zostało przeprowadzone w marcu, po tym jak po pierwszych dwóch miesiącach tego roku już było wiadomo, że utrzymuje się w Polsce rekordowo wysoka średnia nowo zarejestrowanych jednoosobowych działalności gospodarczych, osiągnięta w ostatnim kwartale 2018 roku, tj. ponad 26 tys. firm miesięcznie. Z podsumowania danych REGON za drugą połowę 2018 roku wynika, że miejsce jednej zamkniętej mikrofirmy zajmują dwie nowe. – Mimo iż rejestr dostarcza suche dane, jeszcze nigdy odkąd śledzimy liczbę mikrofirm, nie słyszeliśmy tak pozytywnych sygnałów – mówi Adam Głos, Prezes Zarządu Tax Care S.A., największego biura rachunkowego w Polsce.

W pracy na swoim nie chodzi tylko o pieniądze

Satysfakcja z pracy mikroprzedsiębiorców jest dwa razy wyższa niż pracowników etatowych. Zadowolenie z pracy odczuwa zaledwie co czwarty etatowiec. Wydawać by się mogło, że za tak wysoka satysfakcja wśród przedsiębiorców umotywowana jest głównie lepszymi zarobkami, zgodnie z panującym powszechnie przekonaniem dotyczącym pracy na własny rachunek. Tymczasem osoby prowadzące działalność gospodarczą najbardziej doceniają w swojej pracy: wyzwania – 36 proc., relacje z ludźmi – 32 proc. i komfort pracy – 26 proc. Z kolei aż 45 proc. badanych pracowników etatowych zdecydowanie na pierwszym miejscu stawia właśnie warunki pracy, tj. lubi swoją pracę za zarobki, unormowany czas pracy, możliwość wykonywania wyuczonego zawodu i możliwość pracy zdalnej. Tylko co czwarty etatowiec lubi też w swojej pracy relacje z ludźmi. Zdarza się to więc rzadziej niż w pracy na swoim.

Mit przymusowego samozatrudnienia

Wbrew często powtarzanym opiniom, że do samozatrudnienia zmuszają i namawiają pracowników pracodawcy, wyniki badania Indeks Przedsiębiorczości pokazują, że takie sytuacje to rzadkość. Aż 7 na 10 samozatrudnionych nigdy nie spotkało się z namową przejścia na działalność ze strony pracodawcy lub potencjalnego pracodawcy. 2 na 10 spotkało się jedynie z taką sugestią, a tylko 1 na 10 otrzymało od pracodawcy „propozycję nie do odrzucenia”.

Co więcej badanie pokazuje, że to właśnie samozatrudnieni, wystawiający fakturę jednej firmie, są grupą najbardziej zadowoloną ze swojej pracy. Aż 67 proc. z nich stwierdziło, że czują się usatysfakcjonowani swoją pracą. Pod tym względem przewyższają innych mikroprzedsiębiorców i pracowników etatowych. Wśród najbardziej lubianych aspektów swojej pracy osoby wystawiające fakturę tylko jednej firmie najczęściej wymieniały pracę z ludźmi. Zarobki, jako jeden z trzech najbardziej lubianych aspektów swojej pracy, spontanicznie wymieniło zaledwie 16 proc. samozatrudnionych, podczas gdy wśród pracowników etatowych ten odsetek był ponad dwa razy większy i wyniósł 36 proc.

Własna działalność jak praca na etacie?

Etatowcy postrzegają pracę we własnej firmie jako zbliżoną do pracy na etacie, ale z mniejszą ilością korzyści. Największą wadą prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej z ich punktu widzenia jest „duża ilość papierkowej roboty” – tak wskazało 35 proc. badanych pracowników etatowych. Za etatem przemawiają ich zdaniem: atrakcyjne miejsce pracy – 38 proc., poczucie bezpieczeństwa finansowego – 38 proc. i przyjemna praca – 36 proc. Najmocniejszym atutem JDG jest ich zdaniem rozwój zawodowy – 30 proc.

Właściciele mikrofirm widzą swoją pracę całkiem inaczej niż pracownicy etatowi. Zdecydowanie częściej dostrzegają korzyści z pracy we własnej firmie niż na etacie: lepsze zarobki – 73 proc., możliwość robienia tego, co się lubi – 65 proc. i przyjemna praca – 56 proc. Praca etatowa jest w oczach prowadzących JDG monotonna, ale też mniej stresująca i w mniejszym stopniu obciążająca papierkową robotą.

Rozwój w planach mikrofirm na najbliższy rok

Zarówno aktualne szacunki Narodowego Banku Polskiego, jak i oczekiwania Międzynarodowego Funduszu Walutowego przewidują spowolnienie wzrostu gospodarczego w Polsce, ale biorąc pod uwagę większe zagrożenia dla wzrostu PKB na świecie, ocena krajowej koniunktury jest korzystna. Jak wynika z badania Indeks Przedsiębiorczości, 95 proc. mikroprzedsiębiorców zakłada rozwój lub przynajmniej zachowanie swoich firm na dotychczasowym poziomie. Ograniczenie działalności lub likwidację firmy deklaruje jedynie około 4 proc. badanych. Jednocześnie praca na swoim nie jest w tym momencie atrakcyjna dla etatowców. Tylko 1,4 proc. ankietowanych pracujących na umowie o pracę zamierza w ciągu najbliższego roku otworzyć własną firmę.

Oceniając kondycję mikroprzedsiebiorców tylko przez ich satysfakcję z pracy i postrzeganie pracy na swoim, można powiedzieć, że kryzysu w tej grupie przedsiębiorców na razie nie widać – podsumowuje Adam Głos. – Natomiast rozdźwięk między postrzeganiem pracy we własnej firmie przez etatowców, a jej faktycznym obrazem w oczach przedsiębiorców może świadczyć o tym, że etatowcy przestają właściwie rozumieć, o co chodzi w pracy na własny rachunek – dodaje.

Badanie „Indeks Przedsiębiorczości 2019” zostało zrealizowane metodą CATI w marcu 2019 r. przez Danae Sp. z o.o. na zlecenie Tax Care S.A. Grupa badawcza liczyła 850 osób, w tym 550 prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą i 300 etatowców.

Środek tygodnia przyniesie kolejne rozstrzygnięcia

We wtorek inwestorzy nie poznają zbyt wielu istotnych danych makroekonomicznych, czy też decyzji politycznych. Za to jutro w centrum uwagi znajdą się Brexit i działania banków centralnych.

W środku tygodnia odbędzie się szczyt Rady Europejskiej, podczas którego kraje UE27 mają zaakceptować wydłużenie Brexitu – nie do końca wiadomo jednak jak ma wyglądać forma wydłużenia. W mediach pojawiają się różne, miejscami sprzeczne doniesienia. Obecnie wiemy jedynie, że May zakłada wydłużenie do końca czerwca, podczas gdy prezes Rady Europejskiej, Donald Tusk ma sugerować roczne „elastyczne” wydłużenie, z możliwością skrócenia w przypadku akceptacji przez brytyjski parlament porozumienia o wyjściu z UE.

Środa przyniesie również istotne informacje z zakresu polityki monetarnej. Na ten dzień zaplanowane jest spotkanie Europejskiego Banku Centralnego, w kontekście którego warto będzie obserwować przede wszystkim ton Banku. W środę opublikowane zostaną również „minutki” z ostatniego spotkania FOMC oraz marcowe dane o inflacji w Stanach Zjednoczonych, kluczowe z punktu widzenia polityki monetarnej w USA.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29. Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem umocnienia euro w relacji do głównych walut. Wspólnej walucie mogła pomóc publikacja indeksu Sentix opisującego nastroje inwestorów w strefie euro. Wskaźnik wzrósł z poziomu -2,2 w marcu do -0,3 w kwietniu, znajdując się wprawdzie poniżej zera, ale jednak wyraźnie powyżej oczekiwań konsensusu i na najwyższym poziomie od grudnia 2018 r.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,96-4,98. Wczoraj brytyjska waluta w istotnym stopniu reagowała na zmiany na głównej parze, cały czas jednak najważniejszą kwestią dla perspektyw funta brytyjskiego pozostaje Brexit. Wczoraj w życie weszły nowe przepisy, które zobowiązują premier May do wydłużenia Brexitu. Informacje nie miały jednak przesadnie dużego wpływu na zachowanie funta brytyjskiego.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,80-3,83. Wczoraj amerykańska waluta radziła sobie dość słabo, co związane było m.in. z siłą wspólnej europejskiej waluty. Dziś inwestorzy czekają na publikację danych JOLTS za luty, które będą w stanie pomóc nam umiejscowić w kontekście pozostałe dane z amerykańskiego rynku pracy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – dane JOLTS z amerykańskiego rynku pracy w lutym

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Brexit opóźniony

Izba Gmin zobowiązała formalnie premier Theresę May do przedłużenia terminu opuszczenia wspólnoty. Dane z USA spowodowały spadki na dolarze. Osiem wzrostowych sesji z rzędu na amerykańskim parkiecie.

Brexit opóźniony

Przez Izbę Gmin przeszła ustawa zmuszająca premier Theresę May do przedłużenia terminu opuszczenia UE. Jeżeli do tego nie dojdzie 12 kwietnia Wielka Brytania opuści wspólnotę bez negocjacji. Warto zwrócić uwagę, że Pani premier również nie jest zainteresowana tym rozwiązaniem i już wcześniej prosiła o czas do 30 czerwca. Inwestorzy patrzą coraz bardziej podejrzliwie na sytuację na wyspach. Po początkowym entuzjazmie wynikającym z opóźnienia Brexitu pojawiają się wątpliwości. Kraj z tak dużą niepewnością co do dalszych losów wcale nie jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania. Pokazują to notowania funta, który powoli słabnie.

Dane z USA bez większych niespodzianek

Wczorajsze dane w sprawie zamówień na dobra okazały się niemal zgodne z oczekiwaniami. Niemal, gdyż zamówienia w przemyśle było o 0,1% słabsze od oczekiwań. Dane te pokryły się z kolejną wzrostową sesją na amerykańskim parkiecie. Pomimo tego inwestorzy nie patrzyli zbyt przyjaźnie na dolara. W rezultacie amerykańska waluta traciła wczoraj na wartości względem euro. Jak to często bywa w takich sytuacjach traciła również względem złotego. Wczorajszy dzień to spadek z okolic 3,82 zł na 3,80 zł.

Niewiele brakuje do maksimów na giełdzie

Po tym jak w październiku zeszłego roku indeks S&P rozpoczął gwałtowne spadki wielu analityków prognozowało, że nie podniesie się szybko do poprzednich poziomów. Część z nich przepowiadała wręcz kolejny kryzys. Jak pokazuje czas prognozy te były błędne. Znajdujemy się już dzisiaj zaledwie 35 punktów od poprzednich maksimów. Wczoraj miała miejsce 8 z rzędu wzrostowa sesja. Co ciekawe wzrosty te wcale nie pomagają dolarowi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Retail u progu cyfrowej transformacji – komentarze ekspertów po Modern Retail Forum

28 marca w ramach międzynarodowej wystawy Retail & Development Business Expo w Kijowie odbyło się Modern Retail Forum 2019. Tematem tegorocznej edycji były technologiczne transformacje, postępujące w sektorze handlu detalicznego. Zgromadzeni na konferencji eksperci z Ukrainy, Niemiec, Szwajcarii, Włoch i Polski w ramach paneli tematycznych dyskutowali o prognozach zmian, które czekają branżę retail. Prelegenci byli zgodni – nadchodzące lata będą wymagały od detalistów elastyczności wobec ewoluujących potrzeb klientów.

W ramach tegorocznej, trzeciej edycji konferencji profesjonalistów handlu detalicznego Modern Retail Forum 2019 odbyły się 3 sesje tematyczne. Pierwszą, związaną z globalnymi trendami, otworzył Alessandro Gaffuri. Założyciel i CEO Grupy CELS, wskazywał rolę pozytywnych emocji w budowaniu relacji z klientami. Jak przyznał ekspert, w dzisiejszych czasach doświadczenie zakupowe należy przekształcać w doświadczenie społeczne – Konsumenci oczekują od sklepów autentycznej, żyjącej przestrzeni, ze sztuką, jedzeniem, kulturą i dobrą muzyką. Pozytywne emocje są ważne dla klientów, zwłaszcza tych, którzy w obiekcie handlowym spędzają dużo czasu. Dlatego projektując sklep, powinniśmy traktować jego przestrzeń jako miejsce interakcji społecznych, tworzące serce lokalnej społeczności.

Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej Modern-Expo podkreślał znaczenie wykorzystanych w przestrzeni sklepowej rozwiązań w budowaniu lojalności konsumenta – Z pomocą dobrego projektu możemy wpływać na emocje ludzi. Sklepy detaliczne dzielę dziś na dwie kategorie: zwykłe, do których przychodzimy z listą zakupów, ograniczając się wyłącznie do kupienia konkretnych produktów oraz ciekawe, gdzie klient chce spędzić jak najwięcej czasu. W umocnieniu relacji z konsumentem pomoże nam technologia. W 1995 r. Amazon był księgarnią jedną z wielu księgarni internetowych. Dziś jest to cały ekosystem, łączący sprzedaż online i offline, rozwiązania technologiczne, miejsce rozrywki, platformę reklamową i usługi dostawcze z wykorzystaniem własnych samolotów.

Kluczową rolę innowacji w transformacji handlu detalicznego wskazał również Petro Pylypiuk CEO Modern-Expo – Innowacja polega na tworzeniu nowych produktów i usług, które są potrzebne konsumentom i opłacalne dla firm. Co sprawia, że produkt można nazwać innowacyjnym? Jego konkurencyjność na rynku, oparta na potrzebach nabywcy i wykorzystująca nowoczesne rozwiązania technologiczne.W ostatnich latach innowacyjne rozwiązania skupiają się na biznesowym wykorzystaniu AI, analityki opartej na Big Data oraz technologii Blockchain. Podczas konferencji Falk Wolsky Dyrektor ds. Innowacji w GK Software SE zwrócił uwagę na błyskawiczny rozwój procesów zakupowych i konieczność stosowania nowych technologii w handlu detalicznym. – Jeśli nie wykorzystujesz narzędzi, opartych na mechanizmach sztucznej inteligencji, twoja firma nie ma przyszłości. AI to nie tylko wzrost sprzedaży, ale także nowy kanał komunikacji z potencjalnym klientem. Nowe pokolenie chce kupować towary z wyłączeniem tradycyjnych kanałów sprzedaży, często bez wychodzenia z domu.

Badania pokazują, że 30% nabywców, którzy nie mogą znaleźć swojej ulubionej marki w sklepie, rezygnuje z zakupów w danym obiekcie na rzecz innego sklepu. Budowanie lojalności klientów staje się tym samym jednym z największych wyzwań, stających przed przedstawicielami branży retail. Doświadczenie konsumenckie to nowe pole do rywalizacji między sieciami handlowymi. 80% nabywców jest gotowych zapłacić za najlepszą obsługę klienta. Gruntowne zrozumienie mechanizmów, którymi kierują się klienci i adaptacja sklepu z wykorzystaniem nowoczesnych technologii zgodnie ze zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów są dzisiaj konieczne, aby sklep utrzymał się na rynku.

Eksperci Modern Expo, międzynarodowego producenta i dostawcy kompleksowego wyposażenia dla branży retail, będącego gospodarzem marcowego Modern Retail Forum, będą również gościć w Warszawie, gdzie 28 maja odbędzie się Kongres Rynku FMCG. Na konferencji specjaliści wraz z zaproszonymi gośćmi rozwiną tematy, związane z transformacjami w handlu na rynku polskim i rynkach zagranicznych.

GPW wpisuje się w globalny trend niskiej aktywności w zakresie IPO

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w pierwszym kwartale 2019 r. wyniosła rekordowo niskie 0,7 mld euro – to spadek aż o 95% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (13,1 mld euro). Miniony kwartał okazał się najgorszym pod względem aktywności na europejskim rynku ofert publicznych od pierwszego kwartału 2009 roku. W Warszawie odnotowano zaledwie 3 IPO, wszystkie na alternatywnym rynku NewConnect, ich łączna wartość wyniosła 3 mln euro. Oznacza to już drugi kwartał z rzędu bez debiutu na rynku głównym GPW – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez PwC.

Podsumowanie I kwartału 2019 r. na GPW w Warszawie

W pierwszym kwartale 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 3 oferty pierwotne (co oznacza jedną ofertę więcej w porównaniu do pierwszego kwartału 2018 roku). Wszystkie z nich miały miejsce na NewConnect, a łączna wartość przeprowadzonych ofert wyniosła jedynie 3 mln euro (21 mln euro mniej wobec analogicznego okresu ubiegłego roku). Polski rynek ofert publicznych utrzymuje zatem niską aktywność – ostatnim IPO na rynku głównym warszawskiego parkietu był debiut spółki Silvair, który miał miejsce w lipcu 2018 roku.

Największym debiutem na GPW w Warszawie w pierwszym kwartale 2019 roku okazała się oferta spółki technologicznej QuarticOn o wartości 1,8 mln euro. Pozostałymi debiutami było IPO spółki 4Mass reprezentującej branżę kosmetyczną (oferta o wartości 0,8 mln euro) oraz debiut producenta gier komputerowych ECC GAMES (oferta o wartości 0,3 mln euro).

Niska aktywność na warszawskim parkiecie w pierwszym kwartale roku nie jest specjalnie zaskakująca – tradycyjnie jest to najspokojniejszy okres w roku jeśli chodzi o napływ nowych debiutantów. Martwi natomiast brak emitentów na rynku głównym (nie licząc przenosin z NewConnect spółek XTPL oraz Datawalk), a jeszcze bardziej – bardzo krótka lista spółek, których zapowiedzi wskazują na możliwy debiut w kolejnych miesiącach 2019 r. Oczekiwanym sygnałem poprawy i kolejnym potwierdzeniem, że warszawska giełda grami stoi, może okazać się IPO producenta BoomBit, które ma szansę powtórzyć sukces Ten Square Games sprzed roku. Pamiętajmy jednak, że 2019 rok jest rokiem wielu znaków zapytania. Uruchomienie pracowniczych planów kapitałowych i utrzymująca się niepewność co do OFE, zmiany w unijnych regulacjach prospektowych czy wreszcie proponowane zmiany w ustawie o ofercie publicznej – wszystkie te czynniki sprawiają, że wielu potencjalnych debiutantów decyduje się przejść w stan „czuwania” i oczekiwania na rozstrzygnięcia, które umożliwią zaplanowanie i przeprowadzenie IPO w warunkach mniejszej niepewności. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w I kwartale 2019 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, w pierwszym kwartale 2019 roku łączna wartość IPO w Europie wyniosła zaledwie 0,7 mld euro i spadła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku aż o 12,4 mld euro. Odnotowano jedynie 32 debiuty (wobec 69 w I kwartale 2018 r.). Liderem w Europie pozostaje giełda w Londynie, na której przeprowadzono oferty o wartości 0,6 mld euro, co oznacza 78% wartości wszystkich IPO na europejskich rynkach w pierwszym kwartale 2019 roku.

Najwięcej środków w ramach przeprowadzonych w Europie ofert pozyskała spółka Schiehallion Fund Ltd (421 mln euro), która zadebiutowała na londyńskiej giełdzie. Na pozostałych miejscach uplasowały się DWF Group plc (oferta o wartości 110 mln euro także przeprowadzona na giełdzie w Londynie) i Gear 1 SpA (debiut na Borsa Italiana z ofertą o wartości 30 mln euro).

Początek 2019 roku na europejskim rynku ofert publicznych okazał się znacznie słabszy w porównaniu do pierwszego kwartału ubiegłego roku. Niepewność polityczna, związana nie tylko z brexitem, ale mająca także wymiar globalny, niewątpliwie istotnie wpływa na rynki w Europie. Wielu potencjalnych debiutantów tymczasowo wstrzymuje zaplanowane debiuty, czekając na rozwój sytuacji w najbliższych miesiącach. – Tomasz Konieczny, lider zespołu ds. rynków kapitałowych PwC

Wypadki przy pracy w 2018 r. – Marek Banach, ekspert firmy KRAUSE

Główny Urząd Statystyczny opublikował wstępne dane dotyczące wypadków przy pracy w całym 2018 roku. Ogólne dane są pozytywne – zgłoszono 84304 wypadki, czyli o 4,6% mniej niż w analogicznym okresie poprzedzającego roku. Zmniejszyła się także, i to aż o 22,3%, ilość wypadków ze skutkiem śmiertelnym. O komentarz, jak te dane przedstawiały się dla branży Przetwórstwa przemysłowegoBudownictwa oraz  Transportu i gospodarki magazynowej, poprosiliśmy eksperta firmy KRAUSE.

Ogólna poprawa bezpieczeństwa

Ubiegły rok należy pod względem ilości wypadków do wyjątkowych – zanotowano bowiem najmniejszą liczbę zdarzeń od 5 lat. Do tego znacząco spadła także liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym, których zgłoszono 209 – a to o ponad 22% mniej niż w roku poprzednim. – Wyniki przedstawione prze GUS cieszą. Dowodzą one, obserwowanemu przez nas od kilu lat zjawisku, coraz większej wagi, jaką przykłada się do zapewnienia bezpiecznej pracy w zakładach produkcyjnych, halach magazynowych czy na budowie – czyli wszędzie tam, gdzie wykorzystywane są urządzenia oraz konstrukcje do pracy na wysokości. A jak wiemy, upadek z wysokości jest jedną z głównych przyczyn wypadków śmiertelnych – mówi Marek Banach, ekspert firmy KRAUSE, która od wielu lat dostarcza drabiny, rusztowania i konstrukcje specjalne, m.in. dla branży przemysłowej, TSL czy budownictwa.

Wzrost świadomości pracowników przemysłowych

Branża Przetwórstwa przemysłowego wciąż utrzymuje się w pierwszej trójce, jeśli chodzi o ilość wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W 2018 r. odnotowano 45 takich zdarzeń – to o 2 więcej niż w 2017 r., co uplasowało ten sektor na drugim, po Budownictwie, miejscu. Niewiele (o 1,33%) spadła natomiast liczba wszystkich wypadków oraz znacząco tych ze skutkiem ciężkim (o ponad 40 %). – Branża przemysłowa jest ciekawym przypadkiem. To tutaj obserwujemy duży wzrost świadomości zagrożeń, jakie wynikają ze specyfiki pracy na wysokości. Coraz częściej zgłaszają się do nas osoby odpowiedzialne za BHP w małych i dużych zakładach produkcyjnych, z potrzebą szkolenia swoich pracowników w tym zakresie. Zawsze jesteśmy otwarci na takie inicjatywy, gdyż głęboko wierzymy, że prewencja oraz edukacja odgrywają kluczową rolę w procesie poprawy bezpieczeństwa pracy. Uczymy pracowników, jak prawidłowo przygotować do pracy oraz obsługiwać produkowane przez nas aluminiowe drabiny czy pomosty jezdne, ale chętnie udzielamy także porad technicznych dotyczących samego projektowania konstrukcji specjalnych, które w przyszłości mają jak najefektywniej służyć pracownikom jako stanowiska pracy  nad podłożem – wyjaśnia ekspert KRAUSE.

Transport i gospodarka magazynowa – długo oczekiwana poprawa

Specyfika pracy w branży TSL oraz wysoka dynamika zadań i ciągły pośpiech sprawiają, że całkowita eliminacja groźnych dla zdrowia i życia pracowników zdarzeń jest raczej niemożliwa. Dlatego wszelkie próby poprawy sytuacji, skutkujące mniejszą ilością wypadków, cieszą. I branża ma wreszcie powody do zadowolenia –  co prawda ogólna liczba zdarzeń w 2018 r. spadła tylko nieznacznie (0,9%) w porównaniu z rokiem poprzedzającym, to zanotowano znaczący spadek wypadków tak ze skutkiem śmiertelnym – aż o 41% (z 56 w 2017 r. do 33 w ubiegłym), jak i ciężkim (o 37,8%). Czas pokaże czy rok 2018 był wyjątkowy, czy może zapoczątkował pozytywny trend dla tego niezwykle szybko rozwijającego się sektora.

Budownictwo z największą ilością wypadków śmiertelnych

Budownictwo od kilku lat utrzymuje się na niechlubnym pierwszym miejscu pod względem ilości wypadków ze skutkiem śmiertelnym spośród wszystkich branż. I choć ich liczba w 2018 r. spadła o 17,2% w porównaniu w poprzedzającym okresem, to wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie – aż 48 zdarzeń śmiertelnych. – Choć przyczyn wypadków na budowie jest wiele, to do najczęstszych z pewnością należy brak zapewnienia przez pracodawcę odpowiednich środków ochrony indywidualnej oraz zbiorowej, brak sprawnie działających i dostosowanych do charakteru zadań narzędzi pracy, ale również lekceważenie przez samych pracowników podstawowych zasad bezpieczeństwa, wynikające z chęci skrócenia lub ‘ułatwienia’ sobie codziennych obowiązków. Potwierdzają to dane GUS, które mówią, że aż 60% wypadków powodowanych jest przez nieprawidłowe zachowanie się pracownika, a przyczyną 8,5% wypadków był niewłaściwy stan czynnika materialnego. Gdyby zatem wyeliminować błędy ludzkie oraz poprawić stan wykorzystywanych na budowie narzędzi, liczba wypadków znacząco by się zmniejszyła – zauważa Marek Banach. Ale to nie jedyne niepokojące dane branży budowlanej – ilość dni niezdolności do pracy przypadająca na jednego poszkodowanego jest tutaj znacznie wyższa niż średnia (35,6 dni) i wyniosła w ubiegłym roku aż 46,2 dni. To nie tylko zwiększa koszty pracy, ale sprawia, że pracodawcy muszą szukać długoterminowego zastępstwa za swoich pracowników, co w tej branży jest niezwykle trudne.

Jak zwiększyć bezpieczeństwo pracy?

Patrząc na przyczyny wypadków, szkolenie i edukacja pracownika wydają się najważniejszym kierunkiem działań. Na każdym kroku należy uświadamiać mu zagrożenia wynikające ze specyfiki wykonywanej przez niego pracy oraz pokazywać, jak groźne w skutkach jest nieprzestrzeganie przepisów BHP. Bezwzględnym obowiązkiem pracodawcy musi być zatem skierowanie pracownika na odpowiednie badania lekarskie oraz poddanie go instruktażowi stanowiskowemu. Na pracodawcy ciąży także konieczność zapewnienia pracownikom takich narzędzi pracy, które podczas wykonywania powierzonych zadań nie będą zagrażały ich zdrowiu i życiu. W tym miejscu warto wspomnieć o obowiązkowych przeglądach technicznych urządzeń do pracy na wysokości, które reguluje nowelizacja rozporządzenia Ministra Gospodarki z dnia 30 października 2002 r. – Mając na uwadze przepisy, rozszerzyliśmy naszą ofertę usług dodatkowych o szklenia, dzięki którym pracownicy wewnętrzni naszych klientów, otrzymują uprawnienia do samodzielnych kontroli technicznych drabin, ale także innych, wybranych grup produktowych – rusztowań czy podestów roboczych. W przypadku mocno rozwiniętego parku maszynowego i dużej ilości urządzeń objętych przeglądami, opracowanie wewnętrznego systemu kontroli jest nie tylko wskazane, ale i naprawdę opłacalne. Po pierwsze, nie generujemy kosztów związanych z zatrudnieniem specjalisty z zewnątrz. Po drugie, przeglądy możemy wykonywać w dowolnym momencie. I po trzecie, dzięki regularnie wykonywanym kontrolom, dłużej zachowujemy dobry stan czynnika materialnego, a co za tym idzie – utrzymujemy wysoki poziom bezpieczeństwa pracy – podsumowuje ekspert KRAUSE.

Nie ma zawodu, który nie byłby obarczony ryzykiem utraty zdrowia lub życia, dlatego zapewnienie bezpieczeństwa pracy powinno być absolutnym priorytetem każdego pracodawcy. Pamiętajmy o tym na co dzień, ale i od święta – w Światowym Dniu Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy, który przypada 28 kwietnia.

Rynek centrów handlowych w Polsce

Rynek centrów handlowych w Polsce osiągnął dojrzałość. Staje się on coraz bardziej nasycony, zwłaszcza w największych miastach. Jednocześnie parki handlowe wzmacniają swoją pozycję, zaspokajając potrzeby klientów i najemców, szczególnie w mniejszych miastach, gdzie oferta handlowa jest wciąż niedoszacowana. Na koniec I kw. 2019 r. zasoby parków handlowych w Polsce wyniosły blisko 1,52 mln mkw. Przewiduje się, że do końca roku przybędzie ok. 170 000 mkw. nowej podaży.

Pierwszy raport poświęcony segmentowi polskich parków handlowych jest już dostępny. CBRE oraz Trei Real Estate Poland, autorzy najnowszej analizy rynku „Parki handlowe w Polsce” podsumowują I kw. 2019 r. i nakreślają perspektywy rozwoju dla tego sektora nieruchomości handlowych w Polsce.

W strukturze podaży parków handlowych w Polsce dominują obiekty z kategorii „big box”, które cechują się największą powierzchnią (powyżej 10 000 mkw.) i stanowią 45% aktualnych zasobów. Dużą popularnością cieszą się również parki handlowe o powierzchni 3 000 –  10 000 mkw., a ich udział w rynku wynosi 41%. Ze względu na stosunkowo niewielką powierzchnię pojedynczego obiektu w kategorii „convenience” (poniżej 3 000 mkw.), formaty te stanowią tylko 14% rynku.

Agata Czarnecka, Dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE
Agata Czarnecka, Dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE

Projekty o powierzchni od 3 000 do 10 000 mkw. są najbardziej typowymi parkami handlowymi. Podaż tej grupy na koniec I kw. 2019 r. oszacowano na ponad 620 000 mkw. Natomiast w 2018 r. rynek wzbogacił się o ok. 110 000 mkw., co pokazuje pozytywny trend rosnącego zainteresowania parkami handlowymi wśród deweloperów. Wynika to zarówno z relatywnie wysokiego nasycenia tradycyjnymi formatami, które stopniowo przekształcają się w połączenie funkcji handlowych i rozrywkowych oraz z potrzeby wygodnych zakupów. -Agata Czarnecka, Dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE.

Jak szacują eksperci CBRE w tym roku nowa podaż osiągnie poziom 170 000 mkw., natomiast w 2020 r. może przynieść co najmniej kolejne 120 000 mkw. powierzchni parków handlowych. Uwaga inwestorów jest skupiona w szczególności na mniejszych miejscowościach, gdzie tego typu formaty często pełnią rolę jedynego centrum handlu w mieście. Obecnie większość projektów w budowie znajduje się w miastach poniżej 100 000 mieszkańców.

Największymi projektami oddanymi w 2018 r. były N-Park Piaseczno wybudowany przez Napollo, parki handlowe w Oławie i Brzegu (rozbudowa) zrealizowane przez Saller, Vendo Park Dąbrowa Górnicza wybudowany przez Trei Real Estate i Premium Park Łowicz, za który odpowiedzialny jest Developer Pro.

Jacek Wesołowski, Prezes Trei Real Estate Poland
Jacek Wesołowski, prezes Trei Real Estate Poland

Ze względu na rosnący poziom nasycenia powierzchni w centrach handlowych w dużych miastach oraz zakaz handlu w niedziele, który najbardziej dotyka galerie handlowe, coraz większa grupa najemców poszukuje alternatywnych możliwości rozwoju. W 2018 otworzyliśmy trzy Vendo Parki i zakupiliśmy 11 działek, między innymi pod kolejne projekty handlowe. W tym roku podwoimy liczbę wybudowanych parków i chcielibyśmy utrzymać ją na poziomie sześciu obiektów oddawanych rocznie w kolejnych latach. Otwarty ostatnio projekt w Bytowie, który był w pełni wynajęty już na wczesnym etapie budowy, a także niemal 100-procentowy poziom najmu we wszystkich naszych polskich parkach, potwierdzają tylko wysoki popyt na tego typu format handlowy.

Parki handlowe zachęcają najemców, oferując im atrakcyjne warunki najmu: stosunkowo niski poziom czynszu i opłat eksploatacyjnych. Biorąc pod uwagę potencjał lokalizacji, standardowe czynsze w mniejszych miastach wahają się od 8 do 12 EUR/ mkw./ mies., natomiast czynsze w większych miastach, zwłaszcza w Warszawie, mogą sięgać nawet 16 EUR/ mkw./ mies.

RODO: 5 rzeczy, których dowiedzieliśmy się z decyzji UODO

Karolina Romanowska Adwokat, Senior Associate, Deloitte Legal
Karolina Romanowska
Adwokat, Senior Associate, Deloitte Legal

UODO opublikował na swojej stronie internetowej pierwsze decyzje, z których możemy dowiedzieć się, jak w praktyce organ nadzoru podchodzi m.in. do sposobu realizowania żądań podmiotów danych czy też do konieczności zawiadamiana podmiotów danych o zaistniałym naruszeniu. Poniżej prezentujemy wybrane przez Deloitte Legal wnioski płynące z decyzji.

1.     Odpowiadając na wniosek o udostępnienie kopii danych nie musisz przekazywać kopii dokumentów.

W ocenie PUODO udostępnienie kopii danych osobowych podlegających przetwarzaniu nie jest równoznaczne z obowiązkiem udostępnienia kopii dokumentów. Sposób realizacji obowiązku z art. 15 ust. 3 RODO zależy od decyzji administratora – może on przekazać podmiotowi danych kopię lub odpis dokumentu (nośnika), który zawiera dane osobowe oraz inne dane. Może też podjąć decyzję o podaniu jedynie samej treści danych osobowych dotyczących danej osoby, bez podawania pozostałych informacji zawartych na nośniku, które nie stanowią danych osobowych.

2.     Nieuprawnione ujawnienie wielu informacji identyfikacyjnych, w tym numeru PESEL, nawet tylko jednej osoby, nawet tylko jednej innej osobie, powoduje wysokie ryzyko dla praw i wolności podmiotu danych.

Z decyzji PUODO wynika, że w przypadku nieuprawnionego ujawnienia wielu danych identyfikacyjnych, w tym numeru PESEL, bez znaczenia dla oceny poziomu ryzyka dla praw i wolności podmiotu danych pozostaje fakt, czy możliwy był szeroki dostęp do danych, czy też dane zostały ujawnione tylko jednej osobie. Zdaniem PUODO ujawnienie takich danych jak imię i nazwisko wraz z numerem PESEL wiąże się z wysokim ryzykiem dla praw i wolności danych, co oznacza konieczność powiadomienia tej osoby o naruszeniu. PUODO zwraca także uwagę na konieczność zamieszczenia w zawiadomieniu podmiotu danych o naruszeniu dostatecznego opisu możliwych negatywnych konsekwencji naruszenia (np. uzyskanie przez osoby trzecie kredytów w instytucjach pozabankowych, korzystanie z praw obywatelskich podmiotu danych, wyłudzenie ubezpieczenia) i proponowanych środków w celu zminimalizowania negatywnych skutków naruszenia (np. możliwość założenia konta w systemie informacji kredytowej i gospodarczej celem monitorowania swojej aktywności kredytowej). Brak odpowiedniego sformułowania zawiadomienia skutkuje wydaniem decyzji PUODO nakazującej powtórzenie zawiadomienia.

3.     Przetwarzanie danych byłego pracownika w postaci adresu email, zawierającego jego dane osobowe dla celów wykorzystania w autoodpowiedzi informującej o zakończeniu współpracy z daną osobą i wskazania kontaktu do aktualnych przedstawicieli pracodawcy, znajduje podstawę w prawnie uzasadnionym interesie administratora danych.

Zdaniem PUODO wykorzystywanie adresu e-mail byłego pracownika dla celów ustawienia automatycznej odpowiedzi informującej kontrahentów o zmianach we władzach spółki może zostać uznane za działanie administratora w ramach jego prawnie usprawiedliwionego interesu polegającego na poinformowaniu kontrahentów, którzy podejmują próbę nawiązania kontaktu ze spółką, o aktualnych władzach i danych kontaktowych. W ocenie PUODO istotne jest zapewnienie ograniczonego celu przetwarzania (np. dane nie są wykorzystywane do aktywnego poszukiwania klientów, lecz tylko w celach informacyjnych) i ograniczonego zakresu przetwarzanych danych (adres e-mail zawierający imię i nazwisko, informacja o zakończeniu zatrudnienia).

4.     Nieuprawnione ujawnienie danych podmiotowi, co do którego administrator przekonany jest na podstawie dotychczasowej współpracy oraz charakteru działalności tego podmiotu, że nie wykorzysta on w żaden sposób ujawnionych mu danych, nie wpływa na ocenę poziomu ryzyka naruszenia praw i wolności podmiotu danych.

W ocenie PUODO bez znaczenia dla oceny poziomu ryzyka naruszenia praw i wolności podmiotu danych w przypadku nieuprawnionego ujawnienia danych podmiotowi zewnętrznemu pozostaje fakt, że administrator ma bardzo dobrą opinię o tym podmiocie wynikającą z wieloletniej współpracy i charakteru tego podmiotu i może zakładać, że ujawnione takiemu podmiotowi dane nie zostaną wykorzystane. Nawet w takich okolicznościach możemy mieć do czynienia z wystąpieniem wysokiego ryzyka naruszenia praw i wolności podmiotu danych, zwłaszcza gdy podmiot taki uzyska dostęp do danych identyfikacyjnych zawierających PESEL.

5.     Pracodawca ma prawo skorzystać z zewnętrznego usługodawcy w celu kontroli prawidłowości korzystania ze zwolnienia lekarskiego, jeśli zawrze umowę powierzenia danych do przetwarzania.

Pracodawcy uprawnieni na mocy odpowiednich przepisów do przeprowadzenia kontroli zasadności wykorzystywania przez pracowników zwolnienia lekarskiego mogą powierzyć realizację usług z tym związanych podmiotowi zewnętrznemu. Powinni jednak pamiętać, że aby zapewnić zgodność z RODO, konieczne jest zawarcie z takim podmiotem umowy powierzenia przetwarzania danych. Co istotne, pracodawca powinien pamiętać, aby nie przekazywać usługodawcy danych przekraczających zakres wskazany w takiej umowie.

Wenezuela – kiedyś poważny partner handlowy, dziś bankrut

Jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, najlepiej pokazują informacje o wymianie towarowej z tym krajem. Skalę dramatu widać m.in. w danych GUS. Jeszcze w grudniu 2012 r. Polska eksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł, tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł. Złe zarządzanie i niewyobrażalna korupcja władz doprowadziły kraj do koszmarnego upadku i humanitarnego kryzysu – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Obniżenie PKB Wenezueli o ok. 45 proc. robi fatalne wrażenie. Hiperinflacja jest katastrofą dla lokalnej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej już na pierwszy rzut oka pokazują skalę problemów.

Wydaje się jednak, że kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one stanowią dobitne potwierdzenie, że w południowoamerykańskim kraju musi brakować leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecne życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela, według danych MIT Media Lab, importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy wszystko oprócz ropy naftowej.

W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld USD, czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld USD, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.

Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018. A jak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

6 lat temu import z Polski był 200 razy większy

Skalę załamania wenezuelskiego importu, a tym samym całej gospodarki i standardu życia mieszkańców, może nawet lepiej niż dane globalne, pokazują publikacje GUS. W 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.

W 2014 r. eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie spadły one o ponad 70 proc.

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane za rok 2018, a zwłaszcza za ostatni dostępny w GUS miesiąc, czyli grudzień. W ub.r. wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r. W porównaniu do 2012 r., kiedy import z Polski wyniósł 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.

Cały ub.r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku. W grudniu 2018 r. wysłaliśmy do Wenezueli towary o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w ostatnim miesiącu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Patrząc też na kwestię z innej strony, sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był 200 razy większy niż obecnie.

350 mld dolarów w oparach korupcji

Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Był to wynik fatalnego rządzenia krajem, na które składało się m.in. znacjonalizowanie prywatnych przedsiębiorstw oraz wyrzucenie zagranicznych firm z sektora wydobywczego.

W rezultacie nieefektywnie zarządzane państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym i w tym wypadku być może nawet jeszcze poważniejszym problemem była niewyobrażalna korupcja władz.

Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, który jest m.in. cytowany w procedowanej ustawie amerykańskiego kongresu o pomocy humanitarnej dla Wenezueli, ok. 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w „związku z korupcją, oszustwami oraz łapówkami”. I prawdopodobnie właśnie tu tkwi główna przyczyna wenezuelskiego kryzysu humanitarnego, biedy, braku wody, żywności, elektryczności i leków oraz masowych zgonów w zrujnowanych szpitalach.

Rafał Czyżewski: Ułatwienie dostępu do ładowania w nocy niezbędne dla rozwoju elektromobilności

Proces upowszechniania elektromobilności w obszarze pojazdów osobowych opiera się na dwóch, wzajemnie od siebie zależnych czynnikach: na liczbie samochodów elektrycznych oraz dostępności do różnorodnej infrastruktury ładowania. Obecnie, i jeszcze przez długi czas, korzystanie z samochodu elektrycznego będzie mieć sens przede wszystkim wówczas, jeżeli będzie można bez problemu naładować go w nocy. To nie tylko wygodne, ale i oszczędne, bo dzięki nocnej taryfie koszty ładowania są najniższe, zaś rano samochód ma zasięg wystarczający do pokonania codziennego dystansu. Nocne ładowanie jest korzystne także dla systemu elektroenergetycznego, gdyż nocą występuje dolina zapotrzebowania na energię elektryczną, a poziom wykorzystania mocy wytwórczych jest niski.

Rafal Czyzewski, GreenWay Polska
Rafał Czyżewski, GreenWay Polska

Naładowanie elektryka nocą nie stanowi wyzwania dla osoby, która dysponuje własnym garażem. Problem pojawia się, kiedy właściciel mieszka w bloku, w szczególności bez dostępu do dedykowanego miejsca postojowego. Dotyczy to prawie połowy społeczeństwa. Dla nich jedynie połowicznym rozwiązaniem są publiczne stacje ładowania – koszt ładowania jest tam znacznie wyższy niż koszt samej energii, a dodatkowo oznacza to kolejną czynność w ciągu dnia, która zabiera czas i ogranicza możliwości korzystania z samochodu.

Obecne regulacje prawne – w tym ustawa o elektromobilności – nie adresują w pełni problemu ładowania nocnego dla osób nie posiadających dedykowanych miejsc postojowych z dostępem do energii elektrycznej. W ustawie jest jedynie zobowiązanie do instalowania w nowobudowanych budynkach mieszkaniowych przyłączy do stacji ładowania. A co z istniejącymi obecnie budynkami, zwłaszcza, że na osiedlach sprzed 1990 r. istnieje także problem deficytu miejsc parkingowych?

Aktualnie możliwości zorganizowania miejsca do ładowania przy bloku lub na ulicy są bardzo ograniczone. Nienajlepszym rozwiązaniem jest przedłużacz doprowadzony do samochodu z własnego mieszkania, zaś korzystanie z gniazdek dostępnych w częściach wspólnych budynków może rodzić konflikty między mieszkańcami, co już udokumentowały media. Spółdzielnie lub wspólnoty mieszkaniowe nie zawsze są zainteresowane pomocą przy rozwiązywaniu tych problemów, a wówczas właściciel pojazdu pozostawiony jest sam sobie.

Dlatego, oprócz wspierania rozwoju infrastruktury ładowania szybkiego, zarówno w miastach, jak i przy trasach (np. toczący się obecnie przetarg GDDKiA na stacje ładowania przy wybranych odcinkach trasy S8 i A4), niezbędna jest zmiana adresująca problemy ładowania nocnego. Dzięki temu pojawi się dodatkowy impuls dla rozwoju elektromobilności. Wymaga to działań w następujących obszarach:

Wprowadzenie zmian w przepisach ułatwiających posiadaczom samochodów elektrycznych ich ładowanie na terenie wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych. Działania te powinny obejmować trzy zagadnienia:

  • Wprowadzenie zmian w przepisach i procedurach na styku operatorów systemów dystrybucyjnych i podmiotów przyłączanych do sieci.Celem byłoby ułatwienie budowy prywatnej stacji ładowania, z własnym przyłączem, zlokalizowanej na terenie obcej nieruchomości należącej do wspólnoty lub spółdzielni mieszkaniowej, również w częściach wspólnych takich budynków. Obecnie niezbędnym elementem procedury przyłączenia do sieci OSD jest dysponowanie tytułem prawnym do nieruchomości, np. w postaci umowy najmu, co często jest trudne i skomplikowane do uzyskania. Zastąpić to można prostszą procedurą, na mocy której właściciel samochodu elektrycznego występowałby do OSD o warunki przyłączenia i budowę osobnego przyłącza znajdującego się przy dedykowanym dla niego miejscu parkowania nocnego wraz z instalacją w tym miejscu prywatnej ładowarki, na podstawie zgody wspólnoty mieszkaniowej lub spółdzielni, która byłaby wystraczającą do tego podstawą. Właściciele nieruchomości mogliby nie udzielić zgody jedynie w ściśle określonych sytuacjach (np. gdy właściciel pojazdu nie posiadałby dedykowanego miejsca parkingowego/postojowego).
  • Wprowadzenie przepisów ułatwiających instalowanie dedykowanej dla danego użytkownika stacji ładowania na terenie nieruchomości należących do wspólnot mieszkaniowych lub spółdzielni i zasilanej z instalacji wewnętrznej budynku.Można byłoby wprowadzić regulację, na mocy której wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie byłyby zobowiązane do wyrażania zgód na instalacje prywatnych stacji ładowania i przyłączania ich do sieci wewnętrznej danej nieruchomości, przy złożeniu, że całość kosztów ponosi wnioskodawca. Odmowa udzielenia takiej zgody powinna być wydawana jedynie w ściśle określonych warunkach (np. gdy dana nieruchomość nie dysonowałaby odpowiednią infrastrukturą elektryczną, pozwalającą na przyłączenie ładowarki o wskazanej przez użytkownika mocy).
  • Wprowadzenie przepisów wspierających instalowanie współdzielonej infrastruktury ładowania, która odpłatnie świadczyłaby usługi ładowania mieszkańcom danej wspólnoty lub spółdzielni.Taka regulacja zobowiązywałaby wspólnotę mieszkaniową lub spółdzielnię do instalacji współdzielonej infrastruktury ładowania na swoim terenie na wniosek mieszkańców. Infrastruktura taka powinna być współdzielona, a spółdzielnia lub wspólnota powinna zapewniać odpowiedni system rozliczenia kosztów związanych z instalacją i funkcjonowaniem infrastruktury oraz opłat za ładowanie.

Przygotowanie rozwiązań technicznych dla obsługi i rozliczania opłat za korzystanie ze współdzielonej infrastruktury

  • Aby zrealizować poprzedni postulat, niezbędne jest stworzenie odpowiednich rozwiązań technologicznych. Powinny one integrować inteligentne urządzenia pomiarowe i stacje ładowania oraz docelowo także wspierać zarządzanie energią w budynkach. To zadanie dla operatorów stacji i dostawców usług ładowania, czyli firm takich jak GreenWay, oraz dostawców rozwiązań technicznych.

Wprowadzenie rozwiązań wspierających budowę publicznych stacji ładowania przy ulicach lub miejscach parkowania nocnego w okolicach, gdzie pojawiają się nowe pojazdy elektryczne

  • Każdy posiadacz samochodu elektrycznego powinien mieć możliwość zgłoszenia wniosku o budowę publicznej stacji ładowania w pobliżu miejsca swojego zamieszkania. Informacja taka byłaby jedną z podstawowych wskazówek co do lokalizacji punktów ładowania na terenie gminy. Optymalne byłoby, aby zbieraniem takich wniosków zajmowała się gmina, która również powinna odpowiadać (w porozumieniu z lokalnym OSD) za wskazanie możliwych lokalizacji dla nowych stacji w dogodnych dla zgłaszającego miejscach. Następnie informacja taka powinna być przekazywana operatorom publicznych stacji ładowania, którzy – w ramach odpowiedniej selekcji – zajmowaliby się budową, a następnie świadczeniem usług ładowania na wybudowanych stacjach. Proces ten powinien być transparentny, a informacja dostępna publicznie, np. poprzez BIP gminy. Również publiczne i jasne powinny być kryteria wyboru konkretnych miejsc.

Realizacja powyższych postulatów, których szczegóły powinny oczywiście być przedmiotem pogłębionej analizy, przybliży nas do celu, jakim jest istotne zwiększenie udziału samochodów elektrycznych na naszych drogach. Dodatkowo da impuls do rozwoju i tworzenia nowoczesnej infrastruktury ładowania, a także – co w dłuższej perspektywie będzie konieczne – zarządzania energią w budynkach. Wesprze także funkcjonowanie polskiej energetyki, a docelowo pozwoli na głębszą integrację samochodów elektrycznych z sieciami energetycznymi (koncepcja vehicle to grid). Warto zatem podjąć się takiego wyzwania.

Nowy zakład produkcyjny Schöck w Tychach już otwarty

W dniu 4 kwietnia w Tychach odbyło się oficjalne otwarcie nowego zakładu produkcyjnego firmy Schöck, wiodącego producenta elementów do izolacji termicznej balkonów oraz izolacji akustycznej klatek schodowych. Podczas uroczystości zaproszeni goście poznali nie tylko tajniki produkcji łączników termoizolacyjnych Isokorb, ale usłyszeli również o planach firmy na najbliższy okres.

Nowy zakład produkcyjny firmy Schöck jest zlokalizowany w polskim zagłębiu gospodarczym i funkcjonuje od początku tego roku. Tyski zakład wytwarza rozwiązania, które trafiają m.in. na polski, niemiecki, austriacki i węgierski rynek. Produkty pochodzące z polskiej fabryki wykorzystywane są podczas budowy wielu prestiżowych obiektów w kraju i za granicą.

Oktoberfest w Tychach

Główna siedziba firmy Schöck zlokalizowana jest w urokliwiej Badenii-Wirtembergii w południowych Niemczech. Jest to bogaty turystycznie region, w którym odbywa się wiele festiwali. Podczas oficjalnego otwarcia nowego zakładu produkcyjnego Tychy zamieniły się w małe Baden-Baden, gdzie odbył się najlepszy w Polsce „Oktoberfest”. Przy biesiadnych stołach na gości czekały specjały kuchni naszego zachodniego sąsiada podawane przez obsługę w tradycyjnych strojach. Obiad umilała Krapkowicka Orkiestra Dęta, a odrobiną magii zachwycił pokaz „Magiczna ulica Piotra Szumnego”.

Postaw na niezawodność

Janusz Kumor – Dyrektor Zarządzający i Członek Zarządu polskiego oddziału firmy Schöck rozpoczął swoje przemówienie od nawiązania do słów założyciela firmy: – Działamy zgodnie z filozofią Pana Eberharda Schöck „Nigdy nie można się zatrzymywać. By odnieść sukces, trzeba rozwijać nowe rzeczy lub ulepszać te istniejące”. – tymi słowami Janusz Kumor powitał wszystkich zgromadzonych gości, przekazując jednocześnie nadzieję na to, że otwarcie nowej hali będzie stanowiło również otwarcie nowej, bogatej w sukcesy kolejnej dekady w historii polskiego oddziału firmy Schöck. Z kolei Czesław Gąsiorek, kierownik tyskiego zakładu Schöck mówił, że nowa fabryka Schöck ma 4.060 m2 powierzchni, z czego 3.500 m2 stanowi hala produkcyjna – zatem tak duża powierzchnia daje firmie większe możliwości rozwoju. Dzięki temu Schöck będzie w stanie przyjąć znaczenie większą liczbę zamówień bez uszczerbku na czasie ich realizacji, a także zoptymalizować wiele procesów logistycznych. Z gromkimi brawami spotkało się przemówienie Alfonsa Hörmann, które podkreślił, że zakład produkcyjny w Tychach jest obecnie najlepszym ze wszystkich zakładów grupy Schöck.

Medal zostaje w Tychach

Sporym zaskoczeniem dla firmy oraz przybyłych gości było pojawienie się na scenie przedstawiciela Politechniki Częstochowskiej, który wręczył Alfonsowi Hörmann medal za zasługi. Podkreślił on ekologiczność, energooszczędność i wysoką jakość produktów, ale również wartości edukacyjne, którymi kieruje się firma Schöck, szkoląc studentów czy projektantów. Alfons Hörmann, Prezes Zarządu firmy Schöck oraz przewodniczący Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego poprosił, aby medal pozostał w Tychach, by przypominać pracownikom o tym, jak ważne ogniwo stanowi tyski zakład.

Po gorących i wzruszających przemówieniach nastąpiło przecięcie symbolicznej wstęgi – a tym samym oficjalne otwarcie zakładu. Przecięcia dokonali wspólnie Alfons Hörmann, Janusz Kumor, Czesław Gąsiorek, Dr Harald Braasch, Thomas Stürzl,  August Brügel oraz Chris Willett.

Więcej zmian

Otwarcie nowego zakładu produkcyjnego w Tychach to początek wielu zmian, które w ciągu kolejnych miesięcy zostaną wdrożone w firmie Schöck. Jak zapowiada Janusz Kumor: – W tym roku przeprowadziliśmy się do nowego obiektu, wprowadzamy zmianę nazewnictwa łączników termoizolacyjnych oraz nowy łącznik o nazwie Alphadock. Dalej będziemy rozwijać współpracę z zakładami prefabrykacji w zakresie kotew termoizolacyjnych Isolink stosowanych do produkcji ścian zespolonych i trójwarstwowych.

Oficjalne otwarcie połączone było ze zwiedzaniem zakładu. Przybyli na uroczystość goście: przedstawiciele firmy Schöck, na czele z Alfonsem Hörmann, Prezesem Zarządu firmy Schöck, którzy przyjechali prosto z Baden-Baden oraz osoby z polskiego oddziału firmy Schöck, na czele z Dyrektorem Zarządzającym Januszem Kumor oraz Kierownikiem Zakładu – Czesławem Gąsiorek, przedstawiciele KSSE Tychy, dziennikarze oraz Partnerzy Biznesowi firmy Schöck –  mieli okazję poznać sekrety produkcji najpopularniejszych łączników termoizolacyjnych Isokorb.

Przyszłość nowych technologii dla branży motoryzacyjnej na konferencji „IT in Automotive

Już 16 kwietnia wszyscy miłośnicy motoryzacji i nowych technologii będą mieli okazję spotkać się na trzeciej edycji konferencji „IT in Automotive”, organizowanej w Szczecinie przez firmę GlobalLogic. Tematem przewodnim tegorocznego spotkania będzie „The Future of Mobility”.

GlobalLogic już od trzech lat organizuje konferencję skupiającą najwybitniejszych ekspertów z branży motoryzacyjnej. W ten sposób firma promuje Szczecin jako ośrodek Automotive Competence Center, a lokalne firmy działające na rynku outsourcingu IT (ITO) jako atrakcyjne miejsce zatrudnienia. Wydarzenie skierowane jest do inżynierów technologii Embedded, inżynierów IT, studentów informatyki oraz entuzjastów motoryzacji.

Podczas tegorocznego wydarzenia prelegenci przedstawią najnowsze trendy i technologie obecne w branży motoryzacyjnej powiązane z przyszłością motoryzacji: od samochodów połączonych w jedną sieć do autonomicznej jazdy, wpływ fake news na przemysł motoryzacyjny, strategię marki Daimler na rzecz przyszłości mobilności: podłączone do sieci / autonomiczne / współużytkowane / elektryczne czy znaczenie norm i współpracy w przemyśle motoryzacyjnym.

„Łączy nas wiedza i pasja. To wspólne zainteresowanie technologią, pozwala nam tworzyć zgrany zespół ekspertów GlobalLogic. Nasi inżynierowie pracują z najnowocześniejszymi technologiami, a dzięki styczności z trendami kreują innowacyjne rozwiązania. Zbudowaliśmy mocne know-how w obszarze rozwiązań dla Automotive. Tworzymy oprogramowanie do klastrów samochodowych, systemów infotainment oraz platform nowoczesnej tematyki i komunikacji samochodowej. IT in Automotive jest wyjątkowym wydarzeniem, w trakcie którego dzielimy się naszym doświadczeniem. Dążymy do tego, aby w ciągu najbliższych lat konferencja na stałe wpisała się w kalendarz Szczecina i uzyskała międzynarodową renomę” – powiedział Piotr Krzysztofik, prezes GlobalLogic Polska i Chorwacja.

W tym roku zaprezentowane zostaną trwające i zakończone projekty komercyjne oraz badawczo-rozwojowe:

  • GLAD – System autonomicznego kierowania GlobalLogic;
  • GLJARVIS – Zabezpieczający system uwierzytelniający wykorzystujący Bluetooth Low Energy;
  • Autodock – Ciężarówka wykonująca autonomiczne dokowanie do naczepy;
  • Stanowisko demonstracyjne „GlobalLogic Automotive Lab” Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego.

Wśród prelegentów znajdą się uznani eksperci z dziedziny motoryzacji, będą to: Joerg Tischler reprezentujący firmę T-Systems; dziennikarz motoryzacyjny Piotr R. Frankowski; Aleksander Rzepecki – Vehicles Implementation Manager, Mercedes-Benz Electric; Michael Niklas – Head of Software Standards w firmie Continental; Ivan Kondratenko, Consulting Analyst, Mobility Practice, Frost & Sullivan; Mariusz Kulczyk, Project Manager, GlobalLogic S.A.; Tomasz Klekowski, ekspert w dziedzinie transformacji cyfrowej i ewangelista technologiczny, członek zarządu Polskiej Konfederacji Lewiatan i Związku Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan oraz prowadzący konferencję Rafał Motriuk, korespondent naukowy Polskiego Radia. Specjalnymi gośćmi “IT in Automotive” będzie PWR Racing Team biorący udział w studenckich wyścigach Formuły 1, który przedstawi swój samochód wyścigowy RT-09. Przy współpracy z GlobalLogic PWR Racing Team stworzył i ulepszył komponenty oprogramowania w obecnie wykorzystywanym samochodzie. Zespół nieustannie rozwija oprogramowanie, które zostanie zaimplementowane w ich bolidzie wyścigowym w przyszłości.

 

„Tworzenie oprogramowania dla przemysłu samochodowego powoli staje się wizytówką Pomorza Zachodniego. W naszym regionie jest naprawdę sporo firm nastawionych na branżę Automotive. Inicjatywa GlobalLogic przyciąga wielu przedstawicieli zagranicznych firm, to mocny sygnał, że nie brakuje u nas ciekawych pomysłów i rozwiązań. Chcemy wspierać takie inicjatyw bo pomagają rozwijać się naszym firmom i zachęcają do inwestowania w Zachodniopomorskiem” – powiedział marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz.

Patronat Honorowy nad wydarzeniem objęli Urząd Miasta Szczecin oraz Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego. Patronat medialny nad wydarzeniem objął portal wSzczecinie.pl. Sponsorami konferencji są GlobalLogic S.A. oraz Mercedes-Benz Grupa Mojsiuk.

Informacje o konferencji

Konferencja “IT in Automotive” jest wydarzeniem, w trakcie którego pasjonaci motoryzacji i nowych technologii mogą dzielić się doświadczeniem i know-how z dziedziny Automotive. Twórcy start-upów, dziennikarze, wykładowcy, niezależne grupy związane z branżą IT, a także duże firmy mogą zaprezentować swoje pomysły oraz wymieniać informacje na temat technologii czy realizowanych projektów.

W ubiegłych latach, aż 400 osób wzięło udział konferencji. Zapraszamy do udziału w wydarzeniu.

Europosłowie przegłosowali tachografy w busach

Podczas, gdy wciąż trwa dyskusja wokół regulacji nazwanych pakietem mobilności medialnie pominięty został fakt, że oprócz transportu ciężkiego, europosłowie zajęli się także pojazdami poniżej 3,5 tony. Parlament przyjął bowiem zmiany w Rozporządzeniu 561/2006. Co to oznacza? Regulacje dotyczące czasu prowadzenia busów, odbierania odpoczynków i przerw, wcześniej wymagane jedynie dla ciężarówek, będą miały zastosowanie do wszystkich samochodów o DMC powyżej 2,4 tony wykorzystywanych w międzynarodowym transporcie drogowym. Takich wymogów nie da się spełnić bez tachografu na pokładzie busa. A to zmiana rewolucyjna, która przez kabotaż i delegowanie została zepchnięta na boczny tor. Szczegółowym poprawkom europarlamentarzystów przyjrzał się Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

To kolejny krok w stronę unifikacji rynku transportu drogowego. Do tej pory przepisy regulujące pracę kierowców były niejednolite i rozłożone na zbyt wiele osobnych zapisów, co prowadziło do problemów z ich interpretacją. Kraje takie jak Niemcy i Francja dość precyzyjnie określają zasady prowadzenia pojazdów, ale już w Polsce istnieje problem na przykład z definicją zawodu kierowcy. W myśl polskiego prawa termin ten nie wprowadza rozróżnienia między kierowcą busa a kierowcą tira. Oznacza to, że dany pracownik, jeśli ma odpowiednie uprawnienia, może prowadzić obie kategorie pojazdów, a wówczas czas jego pracy będzie wedle dwóch różnych standardów prawnych. Jest to oczywista niedogodność, stwarzająca pole do nadinterpretacji przepisów prawa. Teraz ma się
to zmienić.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Zaskakuje fakt, że przegłosowane na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego zmiany zostały tak wkomponowane w szereg innych poprawek do dyrektywy, że wydają się być ledwo zauważalne. Dodatkowo siła ciężkości ostatnich wydarzeń w Brukseli – niekorzystnych dla polskich przewoźników – skupia się na delegowaniu, kabotażu i czasie pracy kierowców zawodowych – zupełnie pomijając informacje, że europarlamentarzyści wykonali kolejny krok w kierunku legalizacji tachografów cyfrowych w busach. To będzie prawdziwe wyzwanie dla przewoźników transportu lekkiego. Kontrowersyjny niegdyś pomysł właśnie został przegłosowanymówi Łukasz Włoch, główny ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. – Tym samym, w świetle zmian zaakceptowanych przez Parlament Europejski, każdy pojazd, którego dopuszczalna masa całkowita łącznie z przyczepą lub naczepą przekracza 2,4 tony w międzynarodowym transporcie rzeczy, będzie musiał zostać wyposażony w tachograf cyfrowy, a kierowca posiadać imienną kartę kierowcy. Na niej zapisywane będą wszystkie aktywności, takie jak czas prowadzenia pojazdu, innej pracy, dyspozycji
i postoju
– dodaje.

Ku lepszemu

Prace nad powyższymi rozwiązaniami trwały już jakiś czas i były tematem poruszanym na spotkaniach międzynarodowej konfederacji The Confederation of Organisations in Road Transport Enforcement (CORTE). Już wtedy najwięcej uwagi poświęcono obowiązkowi montowania tachografów w busach i pojazdach powyżej 2,4 tony oraz proponowanym regulacjom dotyczącym odpoczynku kierowców. Poprawki do rozporządzenia unijnego z 10 stycznia 2019 roku, o których mowa była już w rozporządzeniu 165/2014, czy ostatnie propozycje poprawek w rozporządzeniu 1072/2009 w zakresie wykonywania zawodu przewoźnika, to były małe kroki ku temu, by rejestratory czasu pracy wprowadzić do pojazdów o masie poniżej 3,5 tony.

Wszystkie zmiany w przepisach, które prowadzą do szerszego zastosowania tachografów, są krokiem w dobrym kierunku. Kierowcy busów, z racji dotychczasowego prawodawstwa, nie mieli obowiązku ich stosowania, co prowadziło w naturalny sposób do plagi osób przemęczonych, pracujących za kółkiem, które jeżdżą nawet po kilka tygodni w trasie. Na tę kwestię zwracają szczególną uwagę Niemcy, których kraj jest popularnym celem podróży polskich przewoźników. Problem jest poważny, bo może chodzić nawet o 100 tysięcy pojazdów. Pojawia się tutaj przede wszystkim sprawa bezpieczeństwa na drodze, ale ma także wymiar socjalny, tj. kadrowy i płacowy, ponieważ brak rejestratora znacząco utrudnia obliczanie stawek godzinowych oraz rozliczanie czasu odpoczynku – mówi Łukasz Włoch, OCRK.

Większość była za

Regulacje dotyczące obowiązku instalowania tachografów zostały formalnie przegłosowane. Jeśli Rada UE przyjmie pakiet mobilności – tacho w busach stanie się rewolucją w międzynarodowych przewozach drogowych tak zwanymi małymi pojazdami. Niezależnie od tego, już teraz, jeżdżąc na Zachód, polscy busiarze powinni pamiętać, że w wielu państwach europejskich przepisy o czasie pracy kierowcy są dużo bardziej restrykcyjne i bezwzględnie egzekwowane, w tym również oczywiście dla pojazdów poniżej 3,5 ton. We Francji na przykład, zgodnie z niedawną aktualizacją wytycznych w przepisach o godzinach pracy – wszyscy kierowcy (w tym zagraniczni), zobowiązani są do zapisywania przepracowanych godzin i odpoczynków w Książce Kontroli (Livert individuel de contrôle), ale może być to również inny dokument, potwierdzający czas pracy. Za ich brak grożą wysokie kary – od 90 do nawet 750 eurokomentuje ekspert OCRK.

Będzie dobrze

Unijne regulacje są krokiem w stronę ujednolicenia przepisów, które obowiązują w różnych formach w wielu krajach starego kontynentu. O ile jednak wymogi związane z tachografami rozwiązują dość kontrowersyjną kwestię rozliczania pracy busiarzy i powinny zdecydowanie poprawić bezpieczeństwo na drogach, tak niektóre z przepisów dotyczących przetrzymywania dokumentów są sformułowane dość drakońsko. Mogą przez to uderzyć w polskie firmy, które będą musiały zmierzyć się z dodatkowymi obciążeniami administracyjnymi. Z drugiej strony jednolite prawo dla wszystkich kierowców mogłoby również pozytywnie wpłynąć na poprawę sytuacji na rynku pracy w sektorze TSL, który cierpi na braki kadrowe. Jest to korzystne zarówno dla prowadzących busy, ponieważ mogą dzięki temu pracować wedle jednego standardu, eliminując nadużycia, jak i dla firm, które mogłyby łatwiej pozyskać pracowników, bez konieczności stosowania różnych przepisów.

Zastój

Start tygodnia upływa sennie z niewieloma punktami zaczepienia. W tematach rozmów USA-Chiny i brexitu mamy przestój, który przestał pobudzać inwestorów do aktywnego handlu. Rajd ropy stał się tematem zastępczym (też dla walut surowcowych), ale poza tym rynek czeka na duże wydarzenia w środę: posiedzenie EBC, CPI z USA, minutki FOMC, szczyt UE ws. brexitu. Dziś raczej dalszy ciągu dryfu.

Wczoraj EUR/USD wzrósł o 0,4 proc. i była to największa dzienna zwyżka od trzech tygodni. Ten fakt jest jednocześnie zabawny i smutny. Perfekcyjnie obrazuje, w jakich warunkach pozostają rynki finansowe i niestety nie jest to dowód, że wszytko jest idealnie zdyskontowane. Wręcz przeciwnie, jest wiele tematów, które mogą stać się silnym motorem zmian na rynkach finansowych. Problem w tym, że zbyt wiele zależy od czynników (zwykle politycznych), który termin wystąpienia oraz skutek są ciężkie do ustalenia. Możemy obserwować próby obstawiania najbardziej prawdopodobnego scenariusza i jest to pożywka dla kapitału spekulacyjnego, ale nie każdy uczestnik rynku chce lub może pozwolić sobie na podejmowanie takiego ryzyka. A duże zmiany w wycenie i kreowanie trendów nie będą miały miejsca bez udziału kapitału portfelowego. Spekulanci zadowolą się jednym dniem rajdu, by następnego spieniężać zyski, doprowadzając do korekty i powrotu wyceny do punktu wyjścia. Dopóki nie wyschnie atrament na odpowiednich dokumentach porozumienia, inwestorzy zachowają ostrożne podejście, co implikuje mniejszą aktywność i zmienność przez większość czasu.

Przykłady? Wspomniany na początku podskok EUR/USD nie jest czymś, co by zwiastowało mocniejszy ruch. Jakkolwiek jestem zdania, że droga w dół jest przyblokowana przez gołębi zwrot Fed i ograniczony arsenał EBC do dyspozycji dla pogłębienia luzowania, to jednak szanse na rozwinięcie wzrostów już teraz są marne. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że jutro mamy posiedzenie EBC, gdzie prezes Draghi podtrzyma łagodny przekaz z poprzedniego miesiąca. Najbliższa przyszłość wzrostów EUR/USD nie leży w mocny euro, ale po stronie osłabienia dolara. To znów nie znajdzie podstaw w złych danych makro z USA, bo te wypadają solidnie. Zatem jedyna opcja pozostaje w poprawie globalnego apetytu na ryzyko, która zmniejszy atrakcyjność bezpiecznego dolara. A to z kolei potrzebuje silnego bodźca w postaci serii lepszych danych nie tylko z USA, ale z też z Europy i Azji, a także zdjęcia niepewności z tytułu wojen handlowych. Takie zmiany potrzebują czasu.

EUR/USD pośrednio może też zyskiwać na rozjaśnieniu kwestii brexitu, jednak sama decyzja o przedłużeniu procesu negocjacyjnego nie jest żadnym pozytywnym rozstrzygnięciem, jeśli strona brytyjska w dalszym ciągu nie potrafi znaleźć większości parlamentarnej za jakąkolwiek wersją porozumienia. Wprawdzie rozmowy między premier Theresa May a liderem Partii Pracy Corbynem trwają, to ostatnie doniesienia nie wskazują, aby strony zbliżały się do kompromisu, gdyż jak na razie jest mała wola porzucenia postulatów, z którymi druga strona się nie zgadza (np. unia celna). Prawie nikt nie wierzy, że Wielka Brytania opuści UE bez umowy, ale też mało kto jest gotów teraz postawić na to duże pieniądze. Zastój trwa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Giełdowy Indeks Produkcji zwiększył swoją wartość w marcu o 0.66 proc. do poziomu 936.73 punktów

Giełdowy Indeks Produkcji zwiększył swoją wartość w marcu o 0.66 proc. do poziomu 936.73 punktów. Seria trzech kolejnych miesięcy wzrostowych pozwoliła GIP60 wypracować w całym pierwszym kwartale 8.44 proc. wzrostu wartości.

Analitycy z DSR SA podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji w kolejnym miesiącu. Więcej w poniższym komunikacie.

„W pierwszym kwartale 2019 roku powróciło zaufanie inwestorów do akcji polskich producentów. Wyniki 60 największych polskich producentów na warszawskiej GPW zaskakiwały pozytywnie od początku roku, co pozwoliło indeksowi GIP60 wzrosnąć o 8.44 proc. W tym czasie na warszawskim parkiecie indeks WIG wzrósł o 3.4 proc., a WIG20 o 1.5 proc. Indeksy MWIG40 i SWIG80 wzrosły odpowiednio o 6.1 proc. i 12.5 proc. Są to wyniki znacznie bliższe GIP60 ze względu na dużą reprezentację polskich producentów właśnie w indeksach małych i średnich spółek” – podaje dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP.

Niestety entuzjazm na GPW pod koniec kwartału osłabł. W marcu obserwowaliśmy znaczne ochłodzenie nastrojów inwestycyjnych, które doprowadziło do niewielkiej korekty na indeksach największych spółek z WIG20 (-0.86 proc. m/m) i indeksie WIG (-0.39 proc. m/m). W takiej sytuacji nawet niewielki wzrost wartości akcji polskich producentów zdaje się potwierdzać rosnące zaufanie inwestorów do tych spółek. Jeszcze lepiej w marcu poradziły sobie małe spółki z SWIG80, który zyskał 2.29 proc., na mniejszym plusie zakończyły ten miesiąc spółki MWIG40 (0.36 proc. m/m).

Z kręgu polskich producentów w marcu najwięcej zyskiwały akcje projektantów i dystrybutorów odzieży (średnio o 9.97 proc. m/m), ale także producentów z przemysłu lekkiego (6.86 proc. m/m) i drzewnego (4.44 proc. m/m). Na drugim biegunie akcje spółek motoryzacyjnych (-14.91 proc.) i producenci chemii (-14.28 proc. m/m). Obie grupy znacznie straciły na wartości po doskonałym otwarciu 2019 roku.

Ponadprzeciętne stopy zwrotu dla wybranych

Zwycięzcą marcowego rankingu GIP60 w 2019 roku została spółka ENERGOINSTAL. Producent kotłów energetycznych wypracował miesięczny wzrost wartości na poziomie 27.22 proc. znacznie dystansując pozostałe spółki z grupy GIP60. Najsilniejszym bodźcem wzrostu wartości zanotowanym w zeszłym miesiącu była informacja o podpisaniu umowy z niemieckim kontrahentem wartej 5 mln EUR, czyli niemalże równowartości kwartalnych przychodów spółki.

Drugie miejsce na podium marcowego ranking GIP60 dla spółki LENA LIGHTING, za miesięczny  wzrost wartości rynkowej o 18.37 proc. Spółka zyskiwała na wartości od początku miesiąca, tradycyjnie przyciągając głównie inwestorów dywidendowych. Po ogłoszeniu decyzji o podziale zeszłorocznego zysku, kurs zareagował znacznym wzrostem wartości do poziomu, na którym utrzymał się już do końca miesiąca.

Miejsce trzecie, dzięki miesięcznemu wzrostowi wartości na poziomie 17.28 proc., dla spółki CCC. Zapowiadane programy socjalne od początku marca miały realne przełożenie na akcje potencjalnych beneficjentów tych programów. Nie inaczej było w przypadku CCC. Inwestorzy pozytywnie odebrali sprawozdanie finansowe spółki, w którym można znaleźć informację o ponad 20% rocznym wzroście przychodów ze sprzedaży, ale również o spadku zysku netto. Na plus należy zaliczyć również dużą dynamikę segmentu e-Commerce, jak i to, że w nowym roku przychody spółki rosną jeszcze szybciej.

Przemysł jak kot Schrödingera

Wskaźniki badające nastroje pracowników firm produkcyjnych w pierwszych miesiącach 2019 roku kontynuowały spadki. Pod koniec pierwszego kwartału wyniki PMI pochodzące z największych krajów przemysłowych w Europie utrzymywały się poniżej 50 punktów, czyli granicy oddzielającej ocenę pozytywną (powyżej 50 punktów) od negatywnej (poniżej 50 punktów). W całej Strefie Euro wskaźnik ten spadł do poziomu 47.5 pkt., a najgorsze nastroje panują w największej gospodarce Unii, gdzie PMI wyniósł 44.1 pkt. W Polsce wskaźnik ten wzrósł do poziomu 48.7 pkt. czyli ciągle poniżej oczekiwań.

Nastroje ankietowanych pracowników mogą zakrzywić jednak rzeczywisty obraz sytuacji. Dla przykładu w Wielkiej Brytanii zanotowano największy wzrost wskaźnika PMI, który dobił tam do 55.1 punktów. W obliczu problemów piętrzących się wokół tzw. Brexitu, należałoby raczej spodziewać się pogorszenia nastrojów, a jednak wyniki ankiety wskazują inaczej.

Innym przykładem wzbudzającym ciekawość, jest rozbieżność między danymi na temat polskiego przemysłu przedstawianymi w GUS, i za pomocą wskaźnika PMI. W tym przypadku nastroje ankietowanych okazały się negatywne, mimo że z danych GUS wynika, iż polski przemysł rozwija się w dalszym ciągu bardzo dynamicznie (+6.9 proc. r/r). Czyli jest jednocześnie dobrze i źle, zależy kto sprawdzi.

Możliwa kontynuacja wzrostów

„Spowolnienie bez wątpienia jest realnym zagrożeniem na całym świecie, ale na razie udaje się go unikać z małymi wyjątkami w różnych zakątkach świata. W Polsce w najbliższym czasie konsumpcja wewnętrzna powinna podtrzymać przyzwoitą dynamikę wzrostu gospodarczego, ale należy pamiętać, że osłabienie niemieckiej gospodarki może w dłuższym okresie mieć negatywny wpływ również na naszą gospodarkę. Póki co, polski przemysł rozwija się w bardzo dobrym tempie, a akcje polskich producentów wróciły do łask inwestorów i od początku roku konsekwentnie odbudowują swoją wartość. Oby taka sytuacja potrwała jak najdłużej. Są na to spore szanse, ponieważ wartość indeksu poniżej 1000 pkt. oznacza, że wycena spółek z tego indeksu znajduje się poniżej wartości z początku 2016 roku, a to z kolei sugeruje obecne niedoszacowanie i szansę na dalsze wzrosty” – podsumowuje dr Maciej Zaręba.

Prognozy inwestycyjne na drugi kwartał 2019

Czy globalne spowolnienie przerodzi się w recesję?

Pierwsze trzy miesiące 2019 roku były dla rynków finansowych wyjątkowe. Choć liczne problemy stojące przed globalną gospodarką pozostały nierozwiązane, inwestorzy wciąż pozostają optymistami. Jak wynika z raportu TMS Brokers, dopiero drugi kwartał zweryfikuje czy sytuacja na rynkach rzeczywiście zmierza ku lepszemu. W publikacji „5 okazji inwestycyjnych na wiosnę” eksperci wskazują akcje, surowce i waluty, na które warto zwrócić uwagę w nadchodzących miesiącach.

Wiosna rozpoczyna się dużą dozą niepewności. Najważniejsze gospodarki świata wyraźnie hamują, a załamaniu ulega handel międzynarodowy. Mimo to, inwestorzy w pierwszym kwartale patrzyli na rynki z optymizmem, co pozwoliło odczuć znamiona tzw. rajdu ulgi. Zupełnie inaczej mogą potoczyć się losy rynków w ciągu nadchodzących trzech miesięcy. Jak wynika z publikacji TMS Brokers „5 okazji inwestycyjnych na wiosnę”, ceny instrumentów finansowych w pierwszym kwartale często były windowane wbrew pogarszającej się sytuacji fundamentalnej.

Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers
Bartosz Sawicki, Dyrektor Departamentu Analiz w Domu Maklerskim TMS Brokers

– W kolejnych trzech miesiącach przyjdzie czas na weryfikację i stwierdzenie „sprawdzam!” Karty zostaną wyłożone na stół i jeśli nie będzie w nich widać realnej i wiarygodnej poprawy, może to rodzić rozczarowania, które zmuszą inwestorów do korekty wyceny licznych instrumentów – podkreśla Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers.

Giełdowe korekty

Zespół analityków TMS Brokers wskazuje, że po silnym rajdzie, rynki akcji mogą mieć spore problemy z utrzymaniem zwyżki. Jednym z powodów może być fakt, że szansa na porozumienie handlowe na linii Stany Zjednoczone – Chińska Republika Ludowa zdaje się być coraz mniejsza. Tym samym w drugim kwartale spodziewane jest pogorszenie koniunktury na globalnych giełdach. Podobnie duża przestrzeń do spadków zauważalna jest na rynku ropy naftowej. Korekta może być napędzana przez zwiększenie wydobycia surowca przez Arabię Saudyjską. Wynika ono z grudniowego porozumienia krajów OPEC+.

Zarówno korekty giełdowe, jak i przecena na rynku ropy daje duże możliwości inwestorom, którzy chcą budować krótkie pozycje i zarabiać na spadkach. Eksperci TMS Brokers wskazują, że warto zwrócić uwagę na amerykański sektor energetyczny, w tym na spółkę ExxonMobil.

Przeceny metali

W raporcie „5 okazji inwestycyjnych na wiosnę” znalazły się również prognozy dotyczące rynku surowców. Metale przemysłowe rok 2019 rozpoczęły od mocnej zwyżki. W przypadku miedzi skala wzrostu wyniosła nawet 15 proc., licząc od styczniowego minimum, a ceny były najwyższe od połowy ubiegłego roku. Zwyżka ta była jednak napędzana tylko nadziejami, ponieważ dotychczasowe dane dotyczące aktywności przemysłowej w Chinach nie dają podstaw by patrzeć w przyszłość optymistycznie. Tym samym, analitycy TMS Brokers wskazują, że należy oczekiwać spadkowej korekty w notowaniach miedzi.

Rynek pracy IT w Poznaniu

Program poleceń to najbardziej efektywna metoda pozyskiwania nowych pracowników w branży IT w Poznaniu – przyznało 9 na 10 firm zapytanych przez agencję rekrutacyjną Experis. Co trzecia firma pozytywnie ocenia skuteczność serwisów społecznościowych oraz publikowania ogłoszeń o pracę. Najbardziej pożądanymi kandydatami są osoby ze znajomością Java i Java Script a pracodawcy chcą ich przyciągnąć elastycznym czasem pracy, kartą uprawniającą do korzystania z obiektów sportowych oraz możliwością pracy zdalnej. Dowiedz się więcej z raportu “Potencjał inwestycyjny sektora IT w Poznaniu” przygotowanego przez Experis dla Miasta Poznania.

Najskuteczniejszą metodą pozyskiwania nowych pracowników w branży IT jest program poleceń – z 92% firm stosujących to rozwiązanie aż 88% pozytywnie oceniło jego efektywność. Kolejne na liście są serwisy społecznościowe, które zyskały przychylność 36% pracodawców, choć do ich wykorzystania przyznają się wszyscy respondenci badania Experis. Podobnie zostały ocenione efekty publikowania w internecie ogłoszeń o pracę – 32%, podczas gdy z tej metody korzysta 88% firm IT w Poznaniu. Najgorzej poznańscy pracodawcy ocenili efekty udziału w targach pracy (4%) i jest to rozwiązanie, z którego korzysta ponad połowa firm (56%).

– Rekrutacja w branży IT stanowi dla pracodawców ogromne wyzwanie. Firmy nadal korzystają z tradycyjnych form pozyskiwania kandydatów, takich jak ogłoszenia o pracę czy uczestnictwo w targach pracy, natomiast są to zabiegi głównie marketingowe – mówi Julita Iks, ekspert agencji rekrutacyjnej Experis. – Większość kandydatów na rynku to kandydaci pasywni, do których należy dotrzeć poprzez inne kanały, takie jak social media czy uczestnictwo w renomowanych spotkaniach branżowych, które są skierowane dla określonej, często wąskiej grupy. Dodatkowo firmy stawiają na rozwiązania technologiczne i korzystają z nowinek technologicznych, by zaciekawić kandydatów. Są to na przykład narzędzia oparte na sztucznej inteligencji, między innymi rozmowa rekrutacyjna z botem – dodaje Julita Iks.

Benefitami chcą przyciągnąć talenty

Do najczęściej oferowanych pracownikom IT benefitów należy elastyczny czas pracy, stosowany u 92% poznańskich pracodawców, a także karta uprawniająca do wejścia do obiektów sportowych i możliwość pracy zdalnej oferowane w 88% firm. Najrzadziej pracodawcy decydują się na dodatkowe świadczenia w postaci samochodu służbowego, również do użytku prywatnego (16%), dodatkowe dni wolne od pracy (24%) oraz kartę lunchową (28%).

– Wynagrodzenia w branży IT nadal należą do jednych z najwyższych, natomiast nie są one jedynym czynnikiem decydującym o wyborze pracodawcy przez kandydatów. Firmy prześcigają się między sobą w zakresie oferowanych benefitów. Karta sportowa, prywatna opieka medyczna oraz ubezpieczenie na życie są już standardem oferowanym przez większość firm. Aby wyróżnić swoją ofertę wśród innych, pracodawcy zapewniają swoim pracownikom darmowe lunche, posiłki w firmowej kuchni, masaże, możliwość pracy zdalnej z dowolnego zakątka świata oraz nieograniczony dostęp do strefy chillout. Kiedyś były to dodatki zapewniane przez duże, międzynarodowe korporacje, natomiast aktualnie są one również oferowane przez polskie firmy, które są niejako zmuszone, aby dostosować swoją ofertę do wymagań rynku – komentuje Julita Iks.

Java i Java Script na topie 

Poznańskie firmy zostały również zapytane o to, jakie umiejętności techniczne pracowników są teraz najbardziej przez nich pożądane. Ponad połowa pracodawców potrzebuje osób ze znajomością języków programowania Java (56%) i Java Script (56%). Co trzecia firma IT potrzebuje pracowników mogących pochwalić się znajomością C#./NET (36%) i SQL (36%), nieco mniej mówi o Windows Server (28%) i Linux (28%). Najmniej pracodawców poszukuje kandydatów ze znajomością Scala (0%), PHP (4%), Jboss (4%), Sybase (4%) i Swift (4%).

– Poznański rynek obfituje w specjalistów IT z doskonałymi kwalifikacjami – mówi Katarzyna Sobocińska, Zastępczyni dyrektora Biura Obsługi Inwestorów Miasta Poznania. – Mamy świadomość, że branża ta rozwija się dynamicznie i wzrasta zapotrzebowanie na profesjonalistów. W związku z tym Miasto Poznań chętnie angażuje się w inicjatywy podejmowane przez sektor IT oraz stara się integrować środowisko skupione wokół tej branży. Uruchomiliśmy również przy wsparciu środków unijnych program „Podwyższenie kompetencji z zakresu matematyki i informatyki przez licealistów Miejskiego Obszaru Funkcjonalnego Poznania”. Jesteśmy przekonani, że działania Biura Obsługi Inwestorów wypromują Poznań jako doskonałą lokalizację nie tylko dla kolejnych inwestorów, lecz także specjalistów IT, którzy znajdą tutaj miejsce do rozwoju zawodowego – dodaje Katarzyna Sobocińska.

Publikacja „Potencjał inwestycyjny sektora IT w Poznaniu” została przygotowany przez Experis na zlecenie Miasta Poznania. Ważnym elementem raportu są zaprezentowane wyniki badania, którego celem było zweryfikowanie potencjału, możliwości i barier rozwoju analizowanej branży. W badaniu przeprowadzonym przez Experis wzięło udział 25 firm reprezentujących lokalny sektor IT. Dane zbierane były w okresie wrzesień–październik 2018 roku, metodą jakościową z wykorzystaniem ankiety. Publikacja dostarcza czytelnikom informacji na temat aktualnego stanu, trendów i atrakcyjności inwestycyjnej sektora ICT w Poznaniu i aglomeracji poznańskiej.

Osiągnij przewagę w biznesie przeprowadzając analizę konkurencji

Przewaga konkurencyjna klucz do sukcesu

Gdy przyjrzymy się najlepiej prosperującym biznesom poznając tajniki ich sukcesu od podszewki odkryjemy, że ukrytym źródłem największych osiągnięć jest przewaga konkurencyjna. Trwała przewaga konkurencyjna to jeden z kluczowych elementów, nad którym powinien pracować każdy przedsiębiorca. Aby skutecznie nad nim pracować, trzeba zrozumieć czym tak naprawdę jest przewaga konkurencyjna. Dla zobrazowania sensu przewagi konkurencyjnej można posłużyć się przykładem zaczerpniętym z aren sportowych. Przedsiębiorstwo z przewagą konkurencyjną jest jak zawodnik odnoszący sukcesy w najwyższej klasie rozgrywek. Koncentruje się on tylko na jednej dyscyplinie, w której osiąga najlepsze rezultaty. Podobnie sytuacja wygląda w biznesie. Często wystarczy, że firma będzie lepsza od innych w jednym obszarze. Przewaga konkurencyjna to zdolność do lepszego od konkurencji zaspokajania potrzeb klientów. Tak wiec, żeby móc uzyskać przewagę musimy znać swoją konkurencję i jej charakter.

Identyfikacja konkurencji

Nie uda się osiągnąć celu, jeśli go precyzyjnie nie wyznaczymy. Chcąc uzyskać przewagę konkurencyjną potrzebujemy bardzo dokładnie wiedzieć z kim przyjdzie nam rywalizować. W innym wypadku nasze starania okażą się szukaniem po omacku. Proces identyfikacji konkurencji to z pozoru proste działanie. Okazuje się jednak, że dla wielu przedsiębiorców stworzenie listy konkurentów okazuje się trudne i odpuszczają.

Niezwykle często firmy posiadają przeświadczenie o wyjątkowości swoich pomysłów, przez co błędnie zakładają brak istnienia konkurencji. Zawsze pojawia się pytanie: jak przy tak olbrzymiej liczbie podmiotów działających na rynku znaleźć swoich konkurentów? Warto rozpocząć od określenia firm, które mają pozycje mocniejszą od naszej firmy, a do których poziomu chcemy dążyć w naszych działaniach, ponieważ są dla nas przykładem.

Kolejnym krokiem jest przygotowanie listy firm, które są dla nas bezpośrednią konkurencją. Kluczowe jest tu wyznaczenie naszej grupy docelowej. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że często konkurenci pośredni, oferując inny produkt mogą zaspokajać tą samą potrzebę. Konkurencją dla firmy sprzedającej kanapki w biurze może być pizzeria za rogiem, sałatka z marketu przy firmie albo posiłek zamówiony z cateringu. Głód wywołuje potrzebę zjedzenia posiłku, a wszystkie te opcje zaspokajają potrzebę.

Analiza narzędzi marketingowych konkurencji.

Kiedy określimy już naszą konkurencję, powinniśmy dowiedzieć się o niej jak najwięcej. W tym celu należy przygotować analizę narzędzi, którymi posługuje się nasza konkurencja i określić jakie efekty dzięki nim osiąga. Przygotowanie jest sekretem osiągnięcia sukcesu, dlatego ten etap powinien być przemyślany i usystematyzowany. Wskazane jest na początek zastanowić się nad misją, wizją i wartościami, jakimi kieruje się nasza konkurencja. Czym charakteryzują się produkty, które oferuje i jakie kanały informacji najczęściej wybiera. Pomocne jest przyjrzenie się dotychczasowej strategii marketingowej oraz temu, jak oceniają ją odbiorcy. Powinno się przeprowadzić analizę, która pomoże określić z jakich narzędzi korzysta konkurencja.

Prześwietlając działania nie zapomnijmy o audycie strony internetowej. Na podstawie danych będziemy mogli wywnioskować, do jakiej grupy docelowej konkurencja kieruje swój przekaz, jak dużą wagę przykłada do interesującej szaty graficznej (przygotowanej dla wrażliwych na nią klientów). Być może dla określonej przez konkurencję grupy docelowej ważniejsza jest klarowność przekazu i łatwość poruszania się po stronie.

Następnie możemy przyjrzeć się słowom kluczowym, zapewniającym konkurencji wysokie miejsca w wynikach wyszukiwania. Warto sprawdzić, które frazy są popularne w danej branży i na jakie pozycjonuje się konkurencja.

Kolejnym etapem analizy są media społecznościowe. Należy określić, które z nich są wykorzystywane i przyjrzeć się intensywności działań w poszczególnych serwisach. Dobrze jest sprawdzić formaty i częstotliwość publikacji w poszczególnych kanałach. Istotne jest, aby działania analizować z punktu widzenia odbiorcy treści. Takie spojrzenie pozwoli na ocenę tego, jak marka i jej działania jest odbierana przez konsumentów.

Sporo uwagi wypada poświęcić tzw. blog sferze i forom internetowym. Do sprawdzenia działań influencerów oraz wpisów na blogach czy forach można wykorzystać odpowiednie narzędzia analityczne np. Brand24 czy SentiOne. Dzięki takiej analizie dowiemy się, gdzie najbardziej dana marka zaznacza swoją obecność oraz uzyskamy informacje na temat ich ilości w określonym czasie.

Istotne jest zwrócenie szczególnej uwagi na dostępne dane statystyczne, które pozwolą przeprowadzić wnikliwe analizy i wyciągnąć wnioski.

Analiza ofert konkurencji

Profesjonalne i dokładne przeanalizowanie ofert z którymi będziemy konkurować to klucz do zbudowania przewagi konkurencyjnej, polegającej na lepszym dopasowaniu oferty do potrzeb odbiorców. Analizę ofert konkurencji przygotowujemy na podstawie wcześniej opracowanej identyfikacji konkurencji.  Powinna ona uwzględniać  zarówno informacje na temat produktu lub  usługi oferowanej przez naszych konkurentów jak i informacje dotyczące działania ich działów handlowych i obsługi.  Działania analityczne warto rozpocząć od przeprowadzenia audytu pod kontem obsługi klienta.

Po pierwsze należy określić którego z naszych konkurentów analizujemy.  W analizie należy zwrócić uwagę na tempo pracy działu handlowego, rzetelność jego działań oraz jakość wysyłanych ofert. Audyt przeprowadzamy na podstawie przygotowanych wcześniej pytań. Powinny one uwzględniać specyfikę branży, być odpowiednio uszeregowane i rozbudowane w sposób szczegółowy. Ważne, aby uzyskać informacje dotyczące:

  • treści maili wysyłanych do klientów
  • czasu odpowiedzi na kontakt klienta
  • czasu reakcji w wypadku braku odpowiedzi klientów
  • sposobu przedstawienia oferty
  • informacji dotyczących produktu znajdujących się na stronie internetowej

Dzięki tym danym możemy dokonać oceny kompetencji udzielanych informacji. Istotne jest także dokonanie ogólnej oceny jakości obsługi jaką charakteryzuje się nasza konkurencja.

Drugim etapem powinno być przeanalizowanie produktu lub usługi jaką oferują nasi konkurenci.  Po pierwsze określamy produkt, który analizujemy oraz cechy, które są dla nas istotne. Analizujemy właściwości, którymi charakteryzują się produkty oferowane przez konkurencję. Następnie na podstawie tych informacji porównujemy je z naszym produktem. Dobrym przykładem może być tu jabłko oferowane konsumentom. Jego cechy to wielkość, kształt, kolor, smak, zapach, cena, sposób pakowania. Po określeniu cech powinniśmy przeanalizować, które z nich zaspokajają potrzeby wybranego przez nas targetu klientów.  Dla naszej grupy docelowej istotniejszy od ceny może być np. sposób pakowania produktu. Nasi klienci oczekują, że każdy owoc powinien być zapakowany osobno tak więc taki sposób pakowania będzie stanowił w tym wypadku naszą przewagę konkurencyjną.

Warto zwrócić tu uwagę, że przewaga konkurencyjna może być budowana w oparciu o rożne elementy takie jak: produkt, jakość obsługi, cenę czy dostępność. Jednak próba bycia najlepszym we wszystkim często skazana jest na porażkę. Dobrą praktykę stanowi więc odpowiednia konfiguracja elementów przewagi konkurencyjnej. Wybranie jednego elementu wyróżniającego, jednego wspierającego oraz pozostałych na poziomie akceptowalnym dla klientów. Strategiczne dobranie elementów przewagi konkurencyjnej sprawi, że klient wybierze nasz produkt.

Agnieszka Szklarczyk, CEO Agencji Marketingowej IAM

Jak najlepiej wytwarzać energię w Polsce? Czy atom ma sens?

Wszystkie decyzje i wybory dokonywane w energetyce mają swoje wady i zalety. Każdy rodzaj wytwarzania energii będzie wymagać subsydiów. Bez nich konieczny byłby jej import z zagranicy – jest tania i szybko dostępna. Choć wydaje się to dobrym rozwiązaniem, to krajowe źródła są niezbędne. Dają miejsca pracy i bardzo ważną dla kraju niezależność energetyczną. Źródła te mogą być różne. Elektrownie jądrowe będą domeną inwestycji państwowych, scentralizowanych i etatystycznych.Jednocześnie pod taką kontrolą będzie to rozwiązanie bezpieczne. Poza nią znajdą się odnawialne źródła energii, które zapewne będą rozwijać się poza spółkami Skarbu Państwa.

– Być może uda się znaleźć w tej kwestii złoty środek. Warto pamiętać, że kosztowne będą zarówno atom i subsydiowanie węgla, jak i dopłaty do energetyki odnawialnej – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert  – Technologia ta na razie jest demokratyczna, jeżeli kogoś na nią stać. Póki co najbiedniejsi Polacy nie mogą sobie na nią pozwolić. Wybierają więc energetykę konwencjonalną, a tym samym najtańszą. W najgorszym wypadku jako opał wykorzystują nawet śmieci. Biorąc pod uwagę taki stan rzeczy, konieczne jest projektowanie rozwiązań ewolucyjnych. Muszą być one dopasowane do polskich warunków i naszych krajowych możliwości – ocenił Jakóbik.

Kolejny dobry tydzień dla akcji

Pierwszy tydzień kwietnia okazał się kontynuacją znakomitego pierwszego kwartału. Rynki akcyjne po optymistycznych odczytach makroekonomicznych z Chin zabrały się do wzrostów. Również dane z Europy były lepsze, co uspokoiło inwestorów. Wskaźniki PMI, przede wszystkim dla usług, przebiły oczekiwania rynkowe w większości gospodarek europejskich. Na zakończenie tygodnia paliwa do wzrostów dodały dane z amerykańskiego rynku pracy, które zaprzeczyły lutowemu negatywnemu nastawieniu i przebiły prognozy analityków. Wzrost liczby zatrudnionych, wraz z niższa dynamika wzrostu wynagrodzeń to bardzo pozytywna mieszanka dla rynków akcyjnych, nie dająca argumentów dla Fedu do zaostrzania polityki pieniężnej. W skali całego tygodnia zarówno indeksy za oceanem, jak i te w Europie zanotowały solidne wzrosty. Szczególnie dobrze poradził sobie indeks niemieckiej giełdy DAX, który wzrósł o 4,20%.

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie w ślad za rynkami zachodnimi zakończyła tydzień w kolorze zielonym. Gdyby nie końcówka tygodnia, w której entuzjazm kupujących osłabł, wynik byłby jeszcze lepszy. W skali całego tygodnia indeks szerokiego rynku WIG zyskał 1,82%, w czym największe spółki wzrosły o 1,69%, a indeksy mniejszych i średnich spółek sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, 2,26% oraz 2,21%. W poprzednim tygodniu odbyło się również posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, jednak tak jak można było się tego spodziewać, Rada nie zaskoczyła i utrzymała swoją retorykę.

W tym tygodniu czeka nas spokojny tydzień w przypadku naszej gospodarki. Pierwsze publikacje zobaczymy dopiero w piątek, będą to dane o bilansie płatniczym. Na rynkach globalnych warto zwrócić uwagę na posiedzenie EBC, protokół z posiedzenia FOMC oraz dane o inflacji z amerykańskiej gospodarki. 12 kwietnia to aktualny termin Brexitu, a żadna ze stron nie chce pozwolić na wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy, więc w tym tygodniu dużo może się jeszcze wydarzyć w tej kwestii.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Na Dolnym Śląsku powstało nowe centrum laboratoryjne. Będzie pracować nad innowacjami dla rynku chemii budowlanej

0

Na Dolnym Śląsku powstało nowe centrum laboratoryjne. Będzie pracować nad innowacjami dla rynku chemii budowlanej 6

Obecna na 70 zagranicznych rynkach Grupa Selena uruchomiła warte 8 mln zł nowe centrum laboratoryjne w Dzierżoniowie, w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Zatrudni tam 50 wyspecjalizowanych chemików z całego kraju, którzy będą opracowywać innowacje dla rynku chemii budowlanej. Laboratorium ma być odpowiedzią potrzeby rynku chemii budowlanej. – Nacisk na bezpieczeństwo przeciwpożarowe, ekologię i zaostrzające się braki kadrowe to trzy główne trendy, które wpływają obecnie na sektor budowlany – ocenia prezes Grupy Selena Krzysztof Domarecki. 

– W Europie mamy w tej chwili trzy główne trendy na rynku chemii budowlanej. Pierwszym, który trwa już od kilkunastu lat, ale ostatnio nabiera rozpędu, jest bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Kiedyś tzw. niepalność ze względów technologicznych dotyczyła głównie podstawowych materiałów budowlanych. Teraz wymagania przeciwpożarowe w wielu krajach wzrosły na tyle, że zagadnienie to dotyczy praktycznie wszystkich wyrobów, w tym również chemii budowlanej. Ten trend zyskuje na sile, a zapotrzebowanie na tego typu produkty rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Selena FM SA.

Kolejny trendem jest zaostrzający się brak pracowników w sektorze budowlanym, który dotyczy nie tylko Polski (gdzie potrzeba ich około 150 tys.), lecz także całego europejskiego rynku. Z drugiej strony, rosną wynagrodzenia i koszty pracy. To wszystko skłania wykonawców do szukania rozwiązań, które przyspieszają postęp prac, oszczędzają czas i ułatwiają pracę pojedynczego pracownika na budowie.

– Trzecim trendem jest ekologia i zrównoważony rozwój, który wiąże się z odchodzeniem od półproduktów ciężkiej chemii na rzecz wykorzystania surowców odnawialnych. Nie jest to sprawa łatwa, bo część surowców odnawialnych jest używana przede wszystkim jako środki dla ludzi i zwierząt, więc z tym wiąże się wiele wyzwań – podkreśla Krzysztof Domarecki.

Grupa Selena to jeden z największych w Polsce producentów i dystrybutorów chemii budowlanej, który operuje na 70 zagranicznych rynkach. W jej skład wchodzi 30 spółek i zakłady produkcyjne zlokalizowane na trzech kontynentach, m.in. w Brazylii, Korei Południowej, Chinach, Hiszpanii i Turcji. Jej główne marki to Tytan, Artelit oraz hiszpańska Quilosa.

Strategia grupy zakłada rozwój i wdrażanie innowacyjnych produktów, które pozwalają jej jak najlepiej odpowiadać na trendy i dopasowywać się do sytuacji rynkowej. Przykładem jest m.in. nowy klej na bazie technologii hybrydowej, który działa 8 razy szybciej od zwykłych klejów montażowych.

Nacisk na działalność badawczo-rozwojową to główny powód, dla którego grupa zdecydowała się na wartą 8 mln zł inwestycję w nowe centrum laboratoryjne w Dzierżoniowie, w Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Ma ono znacznie zwiększyć możliwości firmy w zakresie opracowywania i wdrażania na światowe rynki innowacyjnych rozwiązań chemii budowlanej.

– Centrum badawczo-rozwojowe Seleny od lat zajmuje się tworzeniem nowych produktów i receptur artykułów chemii budowlanej, które następnie sprzedajemy na cały świat. Różnica jest taka, że dotychczas nasze zespoły były rozproszone w różnych lokalizacjach i różnych laboratoriach na terenie kraju. Teraz udało nam się zbudować jedno centrum w Dzierżoniowie. Ściągnęliśmy tu z różnych miejsc w Polsce wszystkich chemików, którzy pracowali dla Seleny i którzy razem mogą teraz kreować nowe rozwiązania – mówi Krzysztof Domarecki.

Jak podkreśla, zarówno w Europie, jak i na globalnym rynku istnieje bardzo duża konkurencja. Małe, kilkuosobowe zespoły badawczo-rozwojowe mają kłopot w nadążaniu za zmianami, jakie zachodzą w branży chemii budowlanej, w formulacjach i recepturach.

– Dlatego stworzenie jednego miejsca, w którym ponad 50-osobowy zespół może analizować najważniejsze trendy w chemii i budownictwie, tworzyć nowe produkty, testować je i następnie wspólnie z naszym zespołem marketingu wprowadzać na rynki całego świata, to jest dla nas duży przełom – podkreśla Krzysztof Domarecki.

Nowe laboratorium Seleny scala prace działów R&D z Polski, Włoch, Hiszpanii, Turcji oraz Chin. Dzięki temu globalnie zintegrowany zespół ściśle ze sobą współpracuje, wymienia doświadczenia i znajduje rozwiązania dla profesjonalnych użytkowników w ponad 70 krajach na świecie. Z drugiej strony inwestycja grupy będzie mieć też przełożenie na lokalny rynek pracy i przyczyni się do rozwoju regionu.

– Jesteśmy firmą mocno zakorzenioną na Dolnym Śląsku. Natomiast powstanie Selena Labs przyczyniło się do tego, że zaczęli do nas ściągać chemicy z całego kraju, bo takich centrów – tak dobrze wyposażonych jak to, mających tak silny zespół – jest w kraju niewiele. To okazało się czynnikiem, który przyciąga dobrych ludzi, dobrych wynalazców czy chemików tutaj, na Dolny Śląsk – mówi Krzysztof Domarecki.

Na wyposażenie laboratorium firma otrzymała 800 tys. zł dofinansowania z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Na terenie województwa dolnośląskiego znajdują się już także trzy zakłady produkcyjne oraz centrala Seleny.

Selena Labs uczestniczy w trzech projektach w ramach programu Horyzont 2020 i jest obecnie jedyną polska firmą będącą liderem projektu prowadzonego w ramach międzynarodowego konsorcjum. Centrum otrzymało grant na opracowanie i wdrożenie systemu pian oraz pianoklejów poliuretanowych o wysokich właściwościach izolacyjnych – w ramach projektu EENSULATE.

Według firmy badawczej IBP Research w ubiegłym roku polski rynek chemii budowlanej wzrósł o 11 proc. i był wart 8 mld zł. Był to czwarty, wzrostowy rok z rzędu i eksperci prognozują, że ten trend utrzyma się jeszcze przez co najmniej dwa lata. Według IBP Research do roku 2020 najbardziej rosnąć będą segmenty: systemów dociepleń, farb ściennych oraz gipsów mokrych.

Największe firmy coraz chętniej angażują się w działania społeczne. BP w Polsce w ciągu ponad 20 lat na ten cel wydała ponad 40 mln zł

0

Największe firmy coraz chętniej angażują się w działania społeczne. BP w Polsce w ciągu ponad 20 lat na ten cel wydała ponad 40 mln zł 7

Coraz więcej firm wdraża i realizuje działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. W najnowszym raporcie „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” znalazło się ponad 1,5 tys. praktyk zgłoszonych przez 229 firm, co oznacza 30-proc. wzrost w ciągu roku. Działania CSR-owe przekładają się wprost na zwiększenie zaufania do marki. BP od 1996 roku na projekty społeczne realizowane w Polsce wydała ponad 40 milionów złotych. Poprzez udział w Półmaratonie Warszawskim zebrała kilkanaście tysięcy złotych na Polską Akcję Humanitarną.

 Działania CSR-owe są bardzo ważne dla wszystkich firm, również takich jak BP. To w zasadzie integralna część biznesu. Klienci, interesariusze oczekują, że nasze produkty i usługi będą dobre, wysokiej jakości i wybierają te firmy i produkty, które reprezentują sobą coś więcej, również wartości społeczne. Każda firma, żeby skutecznie działać na danym rynku, musi się angażować w społeczność lokalną, rozumieć jej problemy i na nie odpowiadać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogdan Kucharski, prezes BP Europa SE Oddziału w Polsce.

Coraz więcej firm przykłada wagę do działań związanych ze zrównoważonym rozwojem i społeczną odpowiedzialnością. W najnowszym raporcie „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” znalazło się 1549 praktyk (826 nowych i 723 długoletnie) zgłoszonych przez 229 firm. To ok. 30-proc. wzrost w stosunku do badania sprzed roku, kiedy 639 nowych i 551 długoletnich praktyk przesłało 177 firm.

– Zdecydowałem się wziąć udział w Półmaratonie Warszawskim dlatego, że jestem przekonany, że warto pomagać. W tym pomaganiu warto dawać osobisty przykład. Pomagamy jako firma na różnych polach, w różnych sferach życia społecznego, ale wydaje mi się, że warto również dać przykład od siebie, zaangażować się w coś bezpośrednio – tłumaczy Bogdan Kucharski.

Raport „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” wskazuje, że powodem zaangażowania w CSR jest dla 67 proc. przedsiębiorstw wzmocnienie pozytywnego wizerunku organizacji. Blisko 40 proc. firm zdaje sobie sprawę z korzyści prowadzenia firmy zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności biznesu, a działania w tym obszarze wpływają na zwiększenie zaufania wśród pracowników (35 proc.), a także wśród klientów (32 proc.). Wiele młodych osób chętniej pracuje w organizacjach, które angażują się w działania społeczne. Dodatkowo udział w tego typu inicjatywach wpływa na większą integrację pracowników.

Jestem bardzo zbudowany tym, że w momencie, kiedy zdecydowałem się wziąć udział w półmaratonie i rozpropagowałem to w firmie, okazało się, że jest bardzo wielu chętnych, żeby wziąć udział w tej imprezie – prawie 20 osób. To pracownicy stacji, biura, również przedstawiciele naszych stacji partnerskich – wskazuje Bogdan Kucharski.

BP od 1996 roku angażuje się w działania CSR w Polsce i na ten cel przeznaczyła już 40 mln zł. Udział w Półmaratonie Warszawskim był okazją nie tylko do integracji zespołu, ale też pozwolił bezpośrednio wesprzeć potrzebujących w ramach Polskiej Akcji Humanitarnej. Firma BP rozpoczęła współpracę z PAH w ramach akcji „Pajacyk” w czerwcu 2000 roku. Wtedy też ruszył BP Partnerclub, pierwszy w Polsce program lojalnościowy z elementem charytatywnym. Do tej pory w jego ramach ufundowano ok. 1,5 miliona obiadów.

– To nie tylko wyraz bezpośredniego zaangażowania i troski o innych, ale również wymierna pomoc finansowa. Przy pomocy zbiórki, którą przeprowadziliśmy przy okazji Półmaratonu Warszawskiego, udało się zebrać kilkanaście tysięcy złotych wśród uczestników biegu. Oprócz tego firma, w ramach programu Matching Fund, który dubluje środki zgromadzone przez pracowników, dołoży od siebie drugie tyle, a to przekłada się w sposób wymierny na pomoc dla Polskiej Akcji Humanitarnej – podkreśla Bogdan Kucharski.

Ponad 3/4 uczniów nigdy nie stworzyło nic za pomocą aplikacji mobilnej. Internet wykorzystują głównie dla rozrywki

Ponad 3/4 uczniów nigdy nie stworzyło nic za pomocą aplikacji mobilnej. Internet wykorzystują głównie dla rozrywki 8

Uczniowie wykorzystują internet i nowe technologie głównie w sposób bierny i dla rozrywki: do oglądania filmów, słuchania muzyki i komunikowania się z rówieśnikami – wynika z badania EU Kids Online. Szukanie twórczych sposobów korzystania z technologii i kształcenie cyfrowych kompetencji jest kluczowe, bo jak wynika z prognoz World Economic Forum, 2/3 uczniów podstawówek będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. W szkołach jest wciąż duża przestrzeń do zagospodarowania w kwestii edukacji medialnej. W te potrzeby wpisują się działania Fundacji Orange – właśnie ruszył nabór do dwóch programów, w których uczniowie nabywają cyfrowe umiejętności i uczą się podstaw programowania.

Wydaje się, że młodzi ludzie wysysają umiejętność korzystania z nowych technologii z mlekiem matki. Jednak w świetle najnowszych badań widzimy, że ta znajomość jest jednak dość powierzchowna. Większość korzysta z mediów społecznościowych i przeglądarek w celach rozrywkowych. To pokazuje, że potrzebujemy ciągle w Polsce kształcenia umiejętności cyfrowych. To są kompetencje przyszłości i musimy w nie mocno inwestować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange.

Jak wynika z ostatniego badania EU Kids Online, przeprowadzonego przy wsparciu Fundacji Orange na grupie blisko 1,3 tys. uczniów polskich szkół w wieku 9–18 lat, 76,6 proc. z nich nigdy nie stworzyło niczego za pomocą aplikacji mobilnej, a 68,2 proc. nie opublikowało w sieci chociażby zdjęcia swojego autorstwa. Jednocześnie tylko 2/3 badanych dzieci i nastolatków zadeklarowało, że wiedzą, jakie treści można, a jakich nie powinno się zamieszczać w sieci. Taki sam odsetek potrafi zmienić ustawienia prywatności na portalu społecznościowym, z kolei jeszcze mniej, bo tylko 1/3, potrafi ocenić wiarygodność informacji wyczytanych w internecie.

Także w szkołach uczniowie wykorzystują internet przede wszystkim do prostych aktywności, jak pisanie czegoś lub ćwiczenie określonych umiejętności, z wykorzystaniem narzędzi online.

Naukę korzystania z technologii trzeba zaczynać już w wieku przedszkolnym. To jest pierwszy etap, bo dzieciaki zaczynają mieć kontakt ze smartfonami już w wieku 1–2 lat. Ważne, żeby dawkować to w odpowiedni sposób – mówi Ewa Krupa. – Trzeba być partnerem dziecka w odkrywaniu cyfrowego świata, rozmawiać z nim o tym, uświadamiać zagrożenia płynące z nadużywania internetu, ale też pokazywać wartościowe i twórcze sposoby korzystania z technologii w poszukiwaniu wiedzy, budowaniu społeczności, poznawaniu ciekawych ludzi. Musimy do tego podchodzić odpowiedzialnie, zarówno w domu, jak i w szkole.

W szkołach jest wciąż duża przestrzeń do zagospodarowania w kwestii edukacji medialnej. W te potrzeby wpisują się prowadzone na szeroką skalę działania edukacyjne Fundacji Orange. Fundacja realizuje dwa bezpłatne programy dla uczniów i nauczycieli szkół podstawowych, rozwijające ich kompetencje cyfrowe, zwłaszcza naukę programowania, która – jak podkreśla Ewa Krupa – w dobie globalizacji staje się równie ważna co nauka języków obcych.

– Programowanie staje się trzecim językiem, po naszym języku ojczystym i języku obcym. To jest język urządzeń i aplikacji, które nas otaczają. Programowanie staje się podstawową umiejętnością, którą powinniśmy kształcić w dzieciach i młodzieży. Ona daje gwarancję znalezienia pracy w przyszłości. Już w tej chwili programiści, testerzy rozwiązań, projektanci różnych aplikacji są rozchwytywani na rynku pracy – mówi Ewa Krupa.

Program HASHSuperKoderzy jest przeznaczony dla uczniów klas 4–8 szkół podstawowych. Jego celem jest nauka programowania i podstaw robotyki. Placówki zakwalifikowane do udziału w HASHSuperKoderach otrzymują dotację na zakup sprzętu potrzebnego do prowadzenia zajęć i pomocy dydaktycznych oraz szkolenia dla nauczycieli i wsparcie edukatorów na czas trwania projektu. Udział w programie nie wymaga od nauczycieli żadnej specjalistycznej wiedzy. Program rozwija umiejętność logicznego myślenia i pracy zespołowej, odczarowuje mit niedostępności technologii, języka kodu czy komunikacji z robotami, rozwija też kreatywność.

W programie mamy 12 ścieżek edukacyjnych i co ciekawe, uczymy programowania nie tylko na lekcjach informatyki, lecz także na każdym innym przedmiocie – muzyce, języku polskim, językach obcych, geografii czy biologii – w szalenie ciekawy, angażujący uczniów sposób. Oni sami tworzą roboty, urządzenia do badania pogody, i wszystko to z elementami kodu. Kształcimy umiejętność logicznego myślenia, projektowania, planowania, szukania rozwiązań – mówi Ewa Krupa.

Z kolei prowadzony przez Fundację Orange program MegaMisja przeznaczona jest dla dzieci w wieku 6–10 lat i ich nauczycieli. Ma formę gry edukacyjnej, która uczy m.in.: jakie treści można publikować w internecie, jak chronić swoją prywatność, jak przestrzegać praw autorskich i zasad panujących w sieci, a także jak skutecznie szukać wiarygodnych informacji. Wszystko odbywa się w formie przyjaznej zabawy, w której uczniowie za wykonanie kolejnych zadań zdobywają punkty, wymieniane na gwarantowany sprzęt multimedialny, książki, materiały plastyczne i pomoce edukacyjne.

– Poprzez ciekawy cykl zajęć w formie zabawy, interakcji z elementami gier i zabaw uczniowie klas 1–3 kształcą te kompetencje, które są podstawowym elementarzem w dzisiejszym świecie i przygotowują ich na wyzwania późniejszego rynku pracy – mówi prezeska Fundacji Orange.

Do tej pory z programu MegaMisja skorzystało 20 tys. uczniów w 800 szkołach, a z HASHSuperKoderów – 7 180 uczniów w 340 szkołach w całej Polsce. Od września do każdego programu dołączy kolejne 150 placówek, bo właśnie rozpoczął się nabór do obydwu programów, który potrwa do 10 maja br. Szkoły mogą się zgłaszać do programów, wypełniając prosty formularz, do którego załączą krótki film przygotowany przez nauczyciela wraz z uczniami. Formularz jest dostępny na stronie Fundacji Orange.

Co trzeci chory na reumatoidalne zapalenie stawów musi rezygnować z pracy. W większości krajów UE sytuację pacjentów poprawiła zmiana sposobu leczenia

Co trzeci chory na reumatoidalne zapalenie stawów musi rezygnować z pracy. W większości krajów UE sytuację pacjentów poprawiła zmiana sposobu leczenia 9

Reumatoidalne zapalenie stawów to choroba ludzi młodych, aktywnych zawodowo. Nieprawidłowo leczona prowadzi do całkowitego kalectwa oraz wystąpienia groźnych dla życia powikłań. Nowoczesne leki, hamujące stany zapalne, pozwalają uniknąć chorób współwystępujących, powstrzymać rozwój niepełnosprawności, a nawet prowadzić w miarę normalne życie bez konieczności rezygnacji z pracy. Terapie te stosowane są w większości krajów europejskich, dla polskich pacjentów nie są jednak dostępne w programach lekowych.

Reumatoidalne zapalenie stawów to choroba przewlekła o podłożu immunologicznym, powodująca nieswoiste stany zapalne stawów. Wbrew stereotypom schorzenie to dotyka głównie ludzi młodych, pomiędzy 30 a 50 rokiem życia, przy czym trzykrotnie częściej chorują kobiety. Reumatoidalne zapalenie stawów przebiega z okresami remisji i zaostrzeń objawów, przynosząc ból i ograniczając sprawność fizyczną. Jak pokazuje raport „Codzienność z RZS” najbardziej dokuczliwym objawem choroby jest dla pacjentów ból stawów. Co trzeci chory skarży się na permanentne zmęczenie, co czwarty deklaruje, że bardzo uciążliwe jest dla niego obniżenie nastroju. Nieleczona choroba prowadzi do całkowitego zniszczenia stawów, chrząstek, kości i więzadeł, grozi też poważnymi, niebezpiecznymi dla zdrowia i życia powikłaniami.

– Pacjenci nie umierają bezpośrednio na reumatoidalne zapalenie stawów, ale na powikłania tej choroby wynikające ze złego leczenia, a więc na udary, zawały, niewydolność krążenia, zmiany w płucach, cukrzycę, nadciśnienie. To są bezpośrednie przyczyny skrócenia życia pacjentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. n. med. Brygida Kwiatkowska, profesor, kierownik Kliniki Wczesnego Zapalenia Stawów i zastępca dyrektora ds. klinicznych w Narodowym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji w Warszawie.

Leczenie, które powinno zostać wdrożone natychmiast po postawieniu diagnozy, ma na celu przede wszystkim profilaktykę niepełnosprawności. Uzyskanie pożądanego efektu terapeutycznego jest możliwe, polscy pacjenci z RZS borykają się jednak z wieloma przeszkodami. Jedną z najważniejszych potrzeb tej grupy pacjentów jest wydzielenie osobnej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej i umożliwienie szybkiego rozpoznania choroby, tak ważnego dla późniejszego procesu leczenia. Obecnie chorzy mają utrudniony dostęp do specjalistów. Problemem jest również dostępność nowoczesnego leczenia.

– Pacjenci przede wszystkim czekają na nowe technologie, które już są zarejestrowane i stosowane w Europie Zachodniej dość szeroko, a więc na tzw. celowane syntetyczne leki modyfikujące przebieg choroby. W tym mam na myśli tofacitinib i baricitinib – leki blokujące JAK kinazy – mówi dr hab. n. med. Brygida Kwiatkowska.

W leczeniu RZS stosowane są leki syntetyczne, do których należy m.in. metotreksat, oraz nowoczesne leki biologiczne. Do tej drugiej grupy zaliczają się kinazy JAK, czyli białka hamujące mechanizm stanów zapalnych w organizmie pacjenta. Są one niezwykle skuteczne zarówno w terapii skojarzonej z innymi lekami, m.in. metotreksatem, jak i w monoterapii. Ich zaletą jest również wygodny sposób podania – dotychczas leki biologiczne podawane były pozajelitowe w formie iniekcji, wymagały również przechowywania w lodówce. Nowe preparaty mają postać tabletek i są podawane doustnie.

– Pacjent, który jest młody, aktywny, może podróżować, nie musi tych leków zabezpieczać tak jak leków biologicznych, co daje większą mobilność, a jednocześnie podkreśla się dużą skuteczność tych leków – mówi dr hab. n. med. Brygida Kwiatkowska.

Kinazy JAK to leki o zupełnie innym mechanizmie działania niż terapie dotychczas stosowane. Dają więc szansę pacjentom, u których wyczerpane zostały możliwości skutecznego leczenia tradycyjnymi lekami. Nowoczesne leczenie reumatoidalnego zapalenia stawów zmniejsza dyskomfort pacjentów, zarówno fizyczny, jak i psychiczny, pozwalając im prowadzić w miarę normalne życie. Jak pokazuje raport „Codzienność z RZS” sześciu na dziesięciu respondentów obawia się, że na skutek choroby nie będą w stanie podołać obowiązkom domowym lub zawodowym. 49 proc. badanych musiało zrezygnować ze swoich pasji, 41 proc. z uprawiania sportu. Trzech na dziesięciu badanych choroba zmusiła do rezygnacji z pracy.

– Pacjent, który jest dobrze leczony, pracuje, nie idzie na zwolnienia, nie przechodzi na renty inwalidzkie, czyli nie jest utrzymywany przez społeczeństwo. Jest to pacjent, który jest zadowolony, ma poczucie samorealizacji, co wpływa również na psychikę pacjenta, a jednocześnie produkuje dla nas zysk, na którym wszyscy korzystamy – mówi zastępca dyrektora ds. klinicznych w NIGRiR.

Banki obawiają się konkurencji gigantów technologicznych. Współpraca obu sektorów mogłaby przynieść korzyści przede wszystkim klientom

Banki obawiają się konkurencji gigantów technologicznych. Współpraca obu sektorów mogłaby przynieść korzyści przede wszystkim klientom 10

Fintegracja, czyli współpraca podmiotów sektora bankowego z firmami technologicznymi w celu tworzenia coraz lepszych produktów dla klientów, to przyszłość rynku finansowego – ocenia Paweł Bułgaryn z Ministerstwa Finansów. Banki obawiają się jednak konkurencji ze strony fintechów i takich gigantów jak Google, Apple, Facebook czy Amazon, tym bardziej że dyrektywa PSD2 da im znacznie większe możliwości rozwoju usług bankowych. Nastawienie na współpracę zamiast na rywalizację może przynieść cały łańcuch korzyści obu stronom, a przede wszystkim klientom.

– W Polsce mamy hasło „fintegracja”. To współpraca podmiotów sektora bankowego z fintechami po to, żeby kreować jeszcze lepsze produkty dla klientów, którzy żyją w smartfonach. Badania pokazują, że miesiąc do miesiąca trzy największe portale społecznościowe świata mają 3,5 mld unikalnych klientów. To potężna masa ludzi i potężny rynek, na który alianse fintechów i tradycyjnych instytucji finansowych mogą kierować kolejne produkty i ciekawe modele biznesowe – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Bułgaryn, kierujący Zespołem Systemu Płatniczego w Departamencie Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Szansę na zmianę usług finansowych w kierunku otwartej bankowości daje dyrektywa PSD2. Umożliwi ona dostęp do niektórych danych gromadzonych przez banki innym instytucjom i firmom, w tym również fintechom i bigtechom, czyli dużym platformom międzynarodowym, jak Google, Facebook, Alipay czy Tencent. Dzięki temu na rynku pojawi się szereg nowych produktów i usług z zakresu bankowości, które nie będą już dostarczane przez banki.

– Obserwując debatę publiczną dotyczącą konkurencji między sektorem bankowym a sektorem bigtechów, a z drugiej strony podmiotami, które w formie startupów próbują tworzyć w porozumieniu z bankami rozwiązania dla klientów, myślę, że to będzie jeden ekosystem – ocenia Paweł Bułgaryn.

Dzięki współpracy sektora bankowego, fintechów i największych firm technologicznych zyskają klienci. Dzięki otwartej bankowości może powstać ekosystem podmiotów oferujących nowe rozwiązania finansowe dla klientów, a skupiony wokół banków. Obecnie wciąż jeszcze stosunkowo niewiele banków korzysta z nowo opracowanych technologii, ale ich liczba stopniowo rośnie. Coraz więcej banków rozwija też współpracę z fintechami.

– Fintegracja będzie kreowała nową jakość dla wszystkich. Raczej nie konkurencja, oczywiście ona też jest ważna, bo pozwala wszystkim być lepszymi, ale to model integracyjny podoba mi się najbardziej – ocenia Paweł Bułgaryn.

Z raportu firmy KPMG i Związku Banków Polskich „PSD2 i Open Banking. Rewolucja czy ewolucja?” wynika, że zdaniem 41 proc. przedstawicieli banków największą ich konkurencją w pierwszym roku obowiązywania PSD2 będą inne banki. Jednak w perspektywie kolejnych trzech lat bardziej obawiają się konkurencji ze strony fintechów (32 proc.) i tzw. GAFA (czyli Google, Apple, Facebook, Amazon – 53 proc.). Klienci coraz częściej rozważają korzystanie z bankowości oferowanej przez bigtechy. Jednak badanie KPMG wskazuje na ich pewne obawy w tym zakresie.

O ile konsumenci podkreślają, że ufają Google (38 proc.) i Facebookowi (22 proc.), o tyle niewielu z nich dałoby tym firmom dostęp do danych transakcyjnych (Google – 3 proc., Facebook – 2 proc.). W przypadku banków ta dysproporcja jest znacznie mniejsza: ufa im 41 proc. ankietowanych, a dane transakcyjne udostępniłoby im 32 proc.). Z drugiej strony, im młodsi badani, tym większa skłonność do powierzania danych Facebookowi czy Google. Oznacza to, że za kilka lat firmom GAFA łatwiej będzie znaleźć klientów na swoje usługi oparte na otwartej bankowości.

Rośnie popularność skanerów tęczówki znajdujących zastosowanie w bankomatach, podczas lotniskowych odpraw i więziennictwie

Rośnie popularność skanerów tęczówki znajdujących zastosowanie w bankomatach, podczas lotniskowych odpraw i więziennictwie 11

Technologia biometryczna znajduje coraz szersze zastosowanie na rynku. Po upowszechnieniu czytników linii papilarnych w urządzeniach mobilnych przyszedł czas na popularyzację skanerów tęczówki. Opracowano już smartfon, który może służyć jako centrum finansowe – wszystko dzięki wysokiemu poziomowi zabezpieczeń, jaki gwarantuje wbudowany skaner tęczówki. Nowoczesne systemy biometryczne znajdziemy jednak już nie tylko w smartfonach klasy premium, lecz także w bankomatach, systemach kontroli granicznej czy więzieniach.

– EyePay Phone to telefon wyposażony we wbudowaną technologię rozpoznawania tęczówki oka i kamerę biometryczną. Jest to ultra-bezpieczny sposób identyfikacji w celu weryfikacji płatności wykonywanych za pośrednictwem internetu lub technologii blockchain. Jest to najbardziej zaawansowane rozwiązanie zabezpieczające. Niepotrzebne są żadne hasła czy numery PIN. Wszystko znajduje się w oku. Tożsamość znajduje się w oku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje John Ross z firmy IrisGuard.

Brytyjska firma IrisGuard opracowała smartfona oferującego najwyższy poziom weryfikacji tożsamości użytkownika. Urządzenie nie oferuje co prawda parametrów z najwyższej półki – ma czterordzeniowy procesor 1,3 GHz, 2 GB pamięci RAM, 8-megapikselowy aparat i 5,5-calowy ekran – jest za to w pełni bezpiecznym terminalem płatniczym z systemem Android.

Skaner tęczówki oraz kamera biometryczna, które zastosowano w tym urządzeniu, pozwalają autoryzować użytkownika bez wprowadzania haseł czy numerów PIN. W przypadku tego telefonu najlepszym zabezpieczeniem są indywidualne cechy biometryczne każdego klienta banku czy firmy.

– Po zeskanowaniu tęczówki, telefon generuje obraz cyfrowy o rozmiarze około 200 kilobajtów, który jest przesyłany do bazy danych, która wyszukuje przesłany obraz w znajdujących się w niej plikach. Obraz jest z powrotem przesyłany na telefon z danymi identyfikującymi tę osobę. Dane do weryfikacji są przechowywane przez naszych klientów, którzy korzystają z systemu – banki, organy administracji rządowej czy zakłady opieki zdrowotnej – tłumaczy ekspert.

Potencjał skanerów tęczówki dostrzegli m.in. inżynierowie ze start-upu iKey, którzy wykorzystali tę technologię do stworzenia innowacyjnego systemu weryfikacji wieku użytkownika. Firma wykorzystuje system optycznej identyfikacji nerwów m.in. w procesie oceny jakości wzroku badanej osoby. Dane pozyskane przez skaner iKey mogą posłużyć nie tylko do weryfikacji samej tożsamości, lecz także do oceny, czy dany użytkownik ma co najmniej 16 lat. Firma uruchomiła pilotażowy program weryfikacji wielu w  szkole St. Andrew’s College w irlandzkim mieście Booterstown.

Skanery tęczówek pojawiły się także w międzynarodowym porcie lotniczym w Dubaju, gdzie stanowią element nowoczesnego systemu odpraw pasażerów korzystających z biznesowej klasy linii Emirates. Skanery mają być częścią tzw. ścieżki biometrycznej, czyli rozwiązań automatyzujących i przyspieszających obsługę pasażerów. Osoby podróżujące klasą biznesową nie będą musiały przechodzić przez standardową odprawę. Podczas wchodzenia na pokład specjalne kamery samoczynnie zweryfikują ich tożsamość, bazując na danych biometrycznych twarzy oraz wzorcu tęczówki.

– Każda osoba na świecie ma niepowtarzalną tęczówkę. Zatem tęczówka jest kluczem, numerem PIN i zabezpieczeniem. Możemy wykorzystać tę technologię do identyfikacji osób, które zostały ujęte w systemie czy też w celu zweryfikowania tożsamości podczas realizacji transakcji finansowej. Sprawdza się to w zakresie polityki poznaj swojego klienta. Ma również zastosowanie w przeciwdziałaniu praniu pieniędzy. Wiemy, kim jest osoba wpłacająca środki i kim jest osoba, która te środki wypłaca – mówi John Ross.

Prawdziwym przełomem mogą się okazać skanery wykorzystywane w sektorze finansowym. Audyt przeprowadzony przez Bank of Thailand wykazał, że aż 10 firm technologicznych pracuje nad zabezpieczeniem tajlandzkich banków systemami biometrycznymi, zaś jedna z instytucji rozważa wdrożenie skanerów tęczówek na użytek wewnętrzny. A do dopiero początek zmian, jakie czekają rynek finansowy – rozwiązania wypracowane przez IrisGuard pozwolą zaprojektować bankomaty korzystające ze skanerów tęczówek.

– Mamy specjalne urządzenia, które są montowane na bankomatach. Podchodzimy do bankomatu, nie potrzebujemy kart z chipem i numerem PIN. Wystarczy patrzeć w kierunku bankomatu przez 3 sekundy. Twoja tożsamość zostanie zweryfikowana i zyskujesz dostęp do tych samych usług co za pośrednictwem karty z chipem i numerem PIN. To samo rozwiązanie można zastosować w obsłudze bezpośredniej w banku twierdzi John Ross.

Po system skanowania tęczówek sięgnęło także brytyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości, które planuje wdrożyć go do powszechnego użytku w więziennictwie. Technologia zostanie wykorzystana do weryfikacji tożsamości osób odwiedzających osadzonych i ma m.in. zapobiec szmuglowaniu nielegalnych towarów do osadzonych. System ten będzie znacznie cięższy do oszukania niż systemy bezpieczeństwa stosowane obecnie, dzięki czemu strażnicy więzienni będą mieli stuprocentową pewność, że nikt nie podszywa się pod osobę upoważnioną do widzeń.

EyePay Phone jest dystrybuowany za darmo. Producent pobiera jednak opłaty od każdej dokonanej za pomocą skanera tęczówki oka transakcji.

– Udostępniamy sprzęt za darmo, następnie uzgadniamy wynagrodzenie na podstawie pojedynczej transakcji, żeby odzyskać środki za udostępniony sprzęt – wskazuje przedstawiciel IrisGuard.

Według analityków z firmy Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku zabezpieczeń biometrycznych wzrośnie do 2025 roku do 33,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18 proc.

Pierwsze latające samochody weszły do sprzedaży. Gotowość do lotu osiągają w dwie minuty

Pierwsze latające samochody weszły do sprzedaży. Gotowość do lotu osiągają w dwie minuty 12

Pierwszy na świecie latający samochód trafił już do sprzedaży. Pal-V Liberty to spełnienie marzeń futurystów – pozwala na przemieszczanie się bezpośrednio od drzwi do drzwi, omija korki i osiąga maksymalną prędkość 180 km/h. Jednocześnie sprawdzi się też na tradycyjnych drogach. Wystarczy wcisnąć guzik, by z kompaktowego samolotu z napędem wiatrakowym zmienił się w zwykły samochód. Z nowego rozwiązania skorzystają nie tylko milionerzy. Zainteresowane są organizacje zdrowia, służby ratunkowe czy policja.

– Pal-V produkuje pierwszy latający samochód na świecie. Chociaż można odnieść wrażenie, że to samochód przyszłości, można zamówić go już teraz. Prowadzimy obecnie szkolenia dla klientów i mamy zamówienia z 15 krajów. W ramach pierwszej limitowanej edycji wyprodukowaliśmy 90 pojazdów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Dingemanse, prezes PAL-V.

Pomysł na latające samochody nie jest nowy, ale właśnie nadeszły czasy, gdy może się spełnić. Pierwsze latające pojazdy zostały już wyprodukowane, a do sprzedaży trafią prawdopodobnie już w tym roku. Latających samochodów na rynek nie wprowadza tylko jedna firma – własny projekt ma już kilka z nich. Większość ze zwykłego samochodu w latający pojazd zamienia się po wciśnięciu odpowiedniego przycisku.

– Pal-V Liberty jest latającym samochodem, który podczas jazdy zachowuje się jak samochód sportowy. Tryb latania można uruchomić w dwie minuty. Następnie można wystartować pojazdem, który wzbija się w powietrze jak wiatrakowiec stanowiący najprostszą i najbezpieczniejszą metodą latania – tłumaczy Robert Dingemanse.

Trójkołowy pojazd z częściowym wiatrakowcem może osiągnąć prędkość maksymalną 160 km/h. Może też wznieść się w przestworza, po zaledwie kilkuminutowym procesie przełączania, czyli wyciągnięciu części ogonowej i rozwinięciu pary łopat wirnika. Latając, pojazd rozwija prędkość 180 km/h i oferuje zasięg 500 km. Wymaga jedynie 30 m pasa startowego na lądowanie, zatem wylądować można nim niemal wszędzie. Holenderska firma pracuje już nad elektryczną wersją swojego pojazdu. Na razie barierą są zbyt ciężkie akumulatory.

– Podczas latania pojazd jest obecnie napędzany wyłącznie paliwem. Wersja z napędem elektrycznym nie jest dostępna, ponieważ akumulatory są zbyt ciężkie. To może w przyszłości ulec zmianie, lecz obecnie nasz samochód jest napędzany ogólnie dostępnym standardowym paliwem samochodowym, EURO 95 – zaznacza ekspert.

Latające samochody są już gotowe do sprzedaży, te bardziej zaawansowane na rynek trafią wkrótce. Airbus Pop-up ma być pierwszym w pełni autonomicznym latającym samochodem. Podróżujący wybierze jedynie trasę, a specjalnie zaprojektowany system sam zdecyduje, czy pokonać ją na lądzie czy w powietrzu. Docelowo samochód ma działać w metodzie carsharingu. Także TF-X stawia na autonomiczne pojazdy, gdzie rola człowieka w prowadzeniu ma zostać ograniczona do minimum.

Na rynku można za to już zamówić słowacki Aeromobil. Najnowsza wersja jest w pełni przystosowana do ruchu drogowego i powietrznego poprzez składane skrzydła i tylne śmigło. Zmiana samochodu w samolot trwa tylko 3 minuty, zasięg wyniesie aż 750 km podczas lotu, a maszynę będzie napędzać dwulitrowy silnik z turbodoładowaniem. Na lądzie napęd zapewnią dwa silniki elektryczne, które umożliwią poruszanie się z prędkością 160 km/h.

Toyota z kolei opracowała pojazd Skydrive, który nie do końca jest samochodem, ponieważ mieści tylko jedną osobę. Jego głównym celem jest natomiast zapalenie olimpijskiego znicza w Tokio w 2020 roku.

– Latające samochody wprowadzają nową formę mobilności. Startujemy z wysokiego pułapu cenowego, lecz w przyszłości grupa osób mogących pozwolić sobie na zakup Pal-V będzie się rozszerzać. Planujemy również wprowadzić w przyszłości automatyczne latające samochody, lecz zajmie to jeszcze od 10 do 15 lat – ocenia ekspert.

Z latających pojazdów mogą korzystać nie tylko fantaści i milionerzy. Możliwość przemieszczania się z jednego do drugiego punktu bezpośrednio, z ominięciem korków i świateł, to szansa na szybsze dotarcie do chorego czy ewentualnego wypadku. To zaś znacznie zwiększa szansę na uratowanie życia, ale i złapanie przestępcy.

– Zainteresowani zakupem Pal-V Liberty są m.in. przedsiębiorcy, którzy podróżują do domu, do firmy lub do klientów. Również holenderska policja planuje rozpocząć testy. Światowa Organizacja Zdrowia jest także zainteresowana wykorzystaniem naszych pojazdów, podobnie jak wojsko czy straż graniczna. Istnieje zatem wiele zastosowań dla tego innowacyjnego rozwiązania – przekonuje Robert Dingemanse.

MarketWatch szacuje, że w latach 2018-2023 średnie tempo wzrostu rynku latających samochodów wyniesie 160 proc.

Wojna handlowa USA-Chiny: początek i…koniec?

Dwie największe światowe potęgi gospodarcze, których funkcjonowanie w ogromnym stopniu wpływa na pozostałe światowe rynki, już od roku toczą ze sobą spór handlowy, któremu przygląda się cały świat. Chiny, po tym jak zostały przyjęte do Światowej Organizacji Handlu w 2001 roku, odnotowywały z roku na rok coraz silniejszy wzrost gospodarczy, co nie umknęło uwadze Stanom Zjednoczonym, które odczuły tego negatywne konsekwencje. Donald Trump podczas swojej kampanii wyborczej składał obietnice, że zrobi wszystko, aby zakończyć proces bogacenia się Chin kosztem USA.

Spór rozpoczęty

Jego jednym z pierwszych działań, które miało przekonać Chiny do zmian polityki handlowej, a także do rezygnacji z transferów technologicznych (wymuszania przekazywania tajemnic technologicznych, jako warunku wejścia na rynek),  było nałożenie w 2018 roku karnych taryf na eksport towarów wyprodukowanych w Chinach do Stanów Zjednoczonych. Państwo chińskie nie pozostawiało sytuacji bez odpowiedzi i nałożyło na USA taryfy odwetowe. Zaszkodziło to nie tylko amerykańskim eksporterom, jak również całej chińskiej gospodarce, która i bez tego rozwijała się wolniej niż w poprzednich latach. Spór obu największych potęg gospodarczych na świecie groził wystąpieniem światowej recesji.

Zawieszenie broni

Wydaje się, że zarówno prezydent USA Donald Trump i przywódca Chin Xi Jinping są już zmęczeni prowadzoną od kilku miesięcy wojną handlową, ponieważ już w grudniu 2018 roku podczas szczytu G20 w Buenos Aires oboje uzgodnili zawieszenie broni. Przełom w sporze miał trwać pierwotnie do 1 marca bieżącego roku, kiedy stawka procentowa na towary z Chin warte 200 mld USD rocznie miała zostać podniesiona z 10 do 25%. Trump wystąpił z prośbą o zniesienie podatków od amerykańskich produktów rolnych w związku z przedłużeniem zawieszenia broni.

Co dalej?

Na ten moment chińskie władze domagają się, aby w porozumieniu został zawarty punkt o wzajemnym wycofaniu karnych taryf nałożonych w wyniku sporu. Z sugestii prezydenta Trumpa z kolei wynika, że najchętniej nie znosiłby ich natychmiast, ponieważ chce przekonać się o lojalności Chin w stosunku do podpisanego porozumienia. Jednakże podkreśla chęć i potrzebę podpisania aktu godzącego strony i zakończenia sporu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Wciąż trwają negocjacje na temat warunków umowy między dyplomatami obu państw. Liczymy na to, że w przeciągu kolejnych tygodni poznamy miejsce i datę szczytu, podczas którego dojdzie do oficjalnego podpisania porozumienia.

Katarzyna Rodak, Project Manager w ConQuest Consulting

Colas Polska (Bouygues) przejęła część aktywów Skanska

CRIDO Legal doradzało Colas Polska, będącemu członkiem grupy Bouygues, w przejęciu m.in. 11 wytwórni mas bitumicznych od Skanska. Transakcja umożliwi Colas prowadzenie działalności na terenie całej Polski. Wartość transakcji to ok. 120 mln PLN.

Jest to jedna z największych transakcji na rynku budowy dróg i autostrad ostatnich lat. Poza 11 wytwórniami mas bitumicznych Colas przejął również inne aktywa, w tym ponad 130 maszyn budowlanych oraz ok. 330 pracowników operacyjnych i 20 zespołów zajmujących się układaniem mas bitumicznych.

Kancelaria CRIDO Legal była zaangażowana w proces od samego początku, tj. od negocjacji wstępnych warunków, poprzez badanie due diligence, sporządzenie i negocjacje dokumentacji transakcyjnej aż po  zakończenia transakcji.

Przejęte składniki majątkowe Skanska o wartości ponad 120 mln PLN znajdują się w 11 największych miastach w Polsce. Transakcja umożliwi Colas, który od ponad 20 lat prowadzi działalność w zachodniej części kraju, na rozszerzenie działalności na całą Polskę.

Ze strony CRIDO Legal zespołem prawników doradzających przy transakcji kierował Mateusz Rogoziński (partner działu M&A), zaś w negocjacje dokumentacji zaangażowana była Magdalena Purol (associate) przy wsparciu Dominiki Mazur (prawnik) i Michała Furgalskiego (associate). Zespołem podatkowym CRIDO kierował Paweł Toński (partner zarządzający w dziale podatkowym).

Transakcje na rynku budowlanym stają się faktem. Konsolidacja jest nieunikniona, a wynika m.in. z coraz większych kosztów działalności i braku odpowiednich pracowników. Małe i średnie firmy jak również te większe, będą coraz części przedmiotem przejęć przez dużych graczy. Transakcja przeprowadzona dla Colas jest jedną z największych w ostatnim czasie na rynku budowy dróg i autostrad. Długofalowo pozwoli ona naszemu Klientowi na prowadzenie działalności na terenie całego kraju – komentuje Mateusz Rogoziński, partner w CRIDO Legal.