Zarobki Polaków na tle Europy

Jak wynika z raportu „European Salary Survey”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, koszty pracodawców, które ponoszą z tytułu zatrudnienia pracowników na umowę o pracę, plasują Polskę w środku stawki wśród wybranych krajów europejskich. Pod tym względem największe koszty ponoszą pracodawcy w Belgii i Francji, ale też w Czechach i na Słowacji. Jednak zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy porównamy takie same wynagrodzenia brutto z kwotami, jakie pracownik otrzymuje na rękę – w tej klasyfikacji Polska zajmuje ostatnie miejsce w całej Europie w przypadku niskich pensji.

Deloitte w corocznej edycji swojego raportu przeprowadził analizę w 19 krajach europejskich, w tym m.in. w Polsce, Czechach, Słowacji, Niemczech, Francji i w państwach z południa kontynentu. Analiza obejmuje trzy różne elementy: dochód netto, koszt ponoszony przez pracodawcę z tytułu umowy o pracę oraz stosunek dochodu netto pracownika do kosztów ponoszonych przez pracodawcę.

Obliczeń dokonano przy różnych wysokościach pensji brutto dla osoby mającej na utrzymaniu niepracującego partnera/partnerkę i dwoje dzieci, oraz oddzielnie dla bezdzietnej osoby samotnej. Wszystkie obliczenia uwzględniają stan prawny i stawki podatkowe w danym kraju, które obowiązywały w 2014 roku.

Raport zawiera kilka wariantów wysokości wynagrodzeń, ale ze względu na wysokość płac w Polsce, w niniejszym materiale wzięto pod uwagę najniższe z nich, pensje brutto bez dodatkowych profitów (np. auto służbowe). Do wyliczeń przyjęto kurs euro na poziomie 4,2 zł:
• ok 22 tys. euro brutto rocznie, ok. 7.700 brutto zł /m-c,
• ok 32 tys. euro brutto rocznie, ok. 11.200 brutto zł /m-c.

Pensja 21.958,90 euro brutto rocznie – ile netto dla pracownika?

W pierwszym scenariuszu, dla rocznego wynagrodzenia brutto w wysokości 21.958,90 euro, w przypadku osoby mającej na utrzymaniu rodzinę, najwyższe pensje netto otrzymają pracownicy w Belgii, Irlandii oraz Holandii. Polska w tym wariancie zajęła ostatnie miejsce z 19-tu analizowanych krajów z roczną pensją w wysokości 16.152,27 euro netto. Dla porównania Czesi otrzymają 17,9 tys. euro rocznie, a Słowacy 17,4 tys. euro. W przypadku osoby samotnej Polska zajęła trzecie miejsce od końca przed Niemcami i Portugalią, z wynagrodzeniem netto w wysokości 15.490,37 euro.

Te różnice w wysokości pensji netto po odliczeniu obciążeń publiczno-prawnych w Polsce wynikają z ulg podatkowych przysługujących osobom mającym dzieci oraz możliwości wspólnego rozliczania podatku ze współmałżonkiem (jednak przy tym poziomie wynagrodzenia i dochodu podlegającego opodatkowaniu korzyść z wspólnego rozliczenia małżeńskiego w Polsce jest relatywnie niska). W niektórych analizowanych krajach różnice w obciążeniach podatkowych w przypadku posiadania rodziny a osobą samotną bywają jeszcze większe. Można to zaobserwować w Belgii, Danii, Włoszech, Portugalii, Czechach i Niemczech, gdzie przykładowo wynoszą one prawie 1,9 tys. euro w Czechach i aż 4,2 tys. euro w Belgii (na korzyść posiadania rodziny)” – wyjaśnia Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer, Zespół Doradztwa dla Pracodawców, Dział Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Wynagrodzenie 21.958,90 euro brutto rocznie – jakie koszty ponosi pracodawca?

Uwzględniając koszty ponoszone przez pracodawcę w związku z zatrudnieniem na umowę o pracę osoby, która ma na utrzymaniu rodzinę, jak i osoby samotnej, to w przypadku wariantu 21.958,90 euro brutto rocznie, największe koszty ponoszą pracodawcy belgijscy. Na drugim i trzecim miejscu pozostają odpowiednio Francja oraz Słowacja. Polska znalazła się na 11. miejscu – pracownik kosztuje pracodawcę łącznie 26.513,18 euro.

W kalkulacjach przygotowanych dla Polski na koszty pracodawcy składają się:
• wynagrodzenie brutto,
• składki na ubezpieczenia społeczne w części finansowanej przez pracodawcę oraz
• składki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W tym wariancie najniższymi kosztami są obciążeni brytyjscy i duńscy pracodawcy (około 23,7 i 23,6 tys. euro rocznie).

Pensja 31.940,22 euro brutto rocznie – ile netto dla pracownika?

Sytuacja wygląda podobnie przy wariancie rocznej pensji brutto w wysokości 31.940,22 euro. Polski pracownik (mający na utrzymaniu partnera i dwoje dzieci) w ciągu roku zarobi 23.578,46 euro netto, co daje nam 16. miejsce wśród analizowanych krajów. Za Polską pozostają Austria, Portugalia oraz Grecja. W przypadku osoby samotnej pensja netto wyniosłaby 21.871,79 euro, co plasuje nasz kraj na 14. pozycji. W obu scenariuszach największe wynagrodzenia netto przypadłyby pracownikom z Irlandii oraz Szwajcarii. Także w tych przypadkach o kilka miejsc wyżej od Polski znalazłyby się Czechy i Słowacja. Sytuacja osobista pracownika ma wpływ na wysokość pensji netto – największe różnice w obciążeniach podatkowych widoczne są w Belgii, Niemczech, Portugalii, Irlandii, Danii i Luksemburgu. Niektóre kraje, takie jak Szwecja, Grecja czy Wielka Brytanii nie uwzględniają sytuacji osobistej swoich podatników.

Wynagrodzenie 31.940,22 euro brutto rocznie – jakie koszty ponosi pracodawca?

„W drugim scenariuszu, gdy roczne wynagrodzenie brutto wynosi 31.940,22 euro, na pierwszym miejscu pod względem wysokości kosztów pozostają Belgowie, a na drugim Francuzi. Na trzecim miejscu znaleźli się Słowacy, którzy wyprzedzają Czechów. Pracodawcy u naszych najbliższych sąsiadów w tym wariancie ponoszą koszty większe o około 5 tys. euro rocznie niż polscy pracodawcy, którzy ponoszą koszty zatrudnienia pracownika na poziomie 37.721,85 euro rocznie. Jak wynika z tego porównania, koszty zatrudnienia w Polsce w przypadku umów o pracę nie należą do najwyższych w Europie” – mówi Marcin Grzesiak. Polska została w tym scenariuszu zakwalifikowana na 13. pozycji wśród analizowanych krajów.

Stosunek wynagrodzenia pracownika netto do kosztów pracodawcy (poza wynagrodzeniem)

Raport Deloitte analizuje także europejskie wynagrodzenia pod względem procentowego stosunku dochodu netto do kosztów dodatkowych ponoszonych przez pracodawcę, tych poza wynagrodzeniem brutto. W 19. analizowanych krajach waha się on od 83,2 proc. (Irlandia) do 53,5 proc. (Francja) w przypadku scenariusza z rocznym wynagrodzeniem w wysokości 21.958,90 euro dla osoby mającej na utrzymaniu rodzinę oraz od 79,7 proc. (Szwajcaria) do 51 proc. (Francja) w przypadku osoby samotnej. W Polsce było to odpowiednio 60,9 proc. (14. pozycja) oraz 58,4 proc. (12. pozycja).

Podobną symulację przeprowadzono dla wariantu wynagrodzenia brutto w wysokości 31.940,22 euro rocznie. Stosunek ten waha się od 80,5 proc. (Irlandia) do 53,5 proc. (Francja) w przypadku pracownika posiadającego niepracującego partnera i dwoje dzieci na utrzymaniu oraz od 75,9 proc. (Szwajcaria) do 47,3 proc. (Belgia) w przypadku osoby samotnej. Dla Polski wskaźnik ten wynosił odpowiednio 62,5 proc. (8. miejsce) oraz 58 proc. (9. miejsce). „Polska plasuje się w tym scenariuszu pośrodku stawki wśród badanych krajów europejskich wypadając lepiej niż nasi południowi sąsiedzi (Czechy i Słowacja), ale również wyprzedzając niektóre kraje zachodnioeuropejskie np. Niemcy i Francję. Znacznie lepsze wskaźniki w tej kategorii mają natomiast kraje zachodnioeuropejskie, gdzie koszty zatrudnienia pracowników są najniższe (Irlandia, Szwajcaria, Luxemburg i Wielka Brytania)” – zauważa Marcin Grzesiak.

 

Informacje o raporcie:
5. edycja raportu „European Salary Survey 2014. European employer keeps on struggling with high employer cost” została opublikowana w grudniu 2014 r. przez Deloitte Belgia.

Raport obejmuje 19 krajów: Polska, Niemcy, Francja, Holandia, Luksemburg, Austria, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Malta, Grecja, Irlandia, Szwajcaria, Belgia; Dania, Szwecja, Czechy i Słowacja.

Propozycje dla frankowiczów

Propozycje przedstawione przez wicepremiera Janusza Piechocińskiego pokrywające się z wcześniej złożonymi deklaracjami banków: obniżenie oprocentowania wynikające z ujemnej stopy procentowej LIBOR, wydłużenie okresu spłaty kredytu, rezygnacja z dodatkowych zabezpieczeń, są rozsądne i nie naruszają zasady równego traktowania klientów, którzy zaciągnęli kredyty walutowe i złotowe – komentuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Bardzo pozytywnie oceniamy propozycję rezygnacji z opodatkowania umorzonej części kredytu po stronie kredytobiorcy i możliwość zaliczenia kosztów umorzenia do kosztów uzyskania przychodu banków.

Bezprowizyjne przewalutowanie kredytów po średnim kursie NBP w dniu dokonania tej transakcji byłoby obecnie niekorzystne dla kredytobiorców w sytuacji wyjątkowo słabego złotego i mocnego franka. Prawdopodobieństwo umocnienia się złotego wobec franka w długim okresie jest większe niż prawdopodobieństwo jego osłabienia.

Pomoc w obsłudze kredytu osobom w szczególnie trudnej sytuacji, przy użyciu pieniędzy publicznych, jest rozwiązaniem bardzo kontrowersyjnym i wymagającym pogłębionej debaty publicznej, ponieważ prowadzić będzie do bardziej ryzykownych zachowań zarówno kredytobiorców, jak i banków.

Politykom opozycji, którzy krzyczą, że rząd niedostatecznie pomaga osobom, które wpadły w pułapkę kredytową zastawioną przez banki, przypominamy, że w 2006 roku Prawo i Sprawiedliwość sprzeciwiało się wprowadzeniu ograniczenia dostępu do kredytów walutowych. Politycy tej partii argumentowali, że skutkiem będzie zmniejszenie możliwości zakupu mieszkań szczególnie przez młode osoby. Bagatelizowali gwałtowny wzrost liczby udzielanych kredytów mieszkaniowych i ryzyko osłabienia złotego. Oskarżali Komisję Nadzoru Bankowego i Radę Polityki Pieniężnej o forsowanie rozwiązania sprzyjającego największym bankom kosztem obywateli i interesu publicznego. Nie były to indywidualne głosy posłów, ale oficjalne stanowisko Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. Do dzisiaj politycy PiS, nie przyznali się do błędu i nie przeprosili osób, które zaciągnęły kredyty we frankach.

Konfederacja Lewiatan

Rynek pracy pod presją zmian

Ostatnie dane, które napływają z rynku pracy napawają umiarkowanym optymizmem. W grudniu 2014 r. stopa bezrobocia wzrosła w stosunku do listopada tylko o 0,1 pkt. proc. do poziomu 11,5%. Tak niski przyrost bezrobocia w tym miesiącu jest ewenementem.
Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan.

Ten rok rozpoczynamy w atmosferze bardzo szybkiego tempa zmian na rynku pracy. Przy dużej dostępności ofert pracy, rotacja pracowników poszukujących nowego zatrudnienia osiągnęła poziom najwyższy od czterech kwartałów. Jednocześnie odsetek osób poważnie obawiających się utraty pracy jest najwyższy od 4 lat. Tak wynika z najnowszego badania agencji zatrudnienia Randstad „Monitor Rynku Pracy”.

Powodów do optymizmu dostarczają najnowsze wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL). przeprowadzonego w III kwartale 2014 r. Wskazują, że w porównaniu z analogicznym okresem 2013 roku nastąpił wyraźny wzrost liczby osób pracujących przy jednoczesnym spadku liczby bezrobotnych (odpowiednio wzrost o 325 tys., tj. o 2,1% i spadek o 288 tys., tj. o 16,8%). Zatrudnienie osiągnęło w efekcie rekordowy poziom 16 063 tys. pracujących. Wzrost zatrudnienia był nieco szybszy w przypadku mężczyzn (187 tys. wobec 138 tys. osób), co wskazuje na koniunkturalny charakter wzrostu. Zatrudnienie kobiet zwykle pozostaje mniej wrażliwe na wzrost gospodarczy, natomiast zatrudnienie mężczyzn wykazuje większe wahania związane ze zmiennością rynku.

Wzrost zatrudnienia dotyczył przede wszystkim pracowników najemnych – wzrost o 327 tys. osób, tj. o 2,7% wobec 8 tys. przyrostu liczby pracodawców i 29 tys. więcej pracujących na własny rachunek. Warto zauważyć, że wśród pracowników najemnych nastąpił znaczący wzrost posiadających umowę o pracę na czas określony – o 339 tys. (tj. o 10,2%). Wyniki BAEL wskazują, że zmniejsza się liczba osób, które chcą zmienić pracę. Innej pracy niż obecnie wykonywana poszukiwało 339 tys. osób. W stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku liczba ta zmniejszyła się o niemal 9%, a w porównaniu z poprzednim kwartałem o 15,5%. Realne działania na rzecz zmiany pracy podejmowało zatem tylko ok. 2% pracowników najemnych wobec niemal 2,5% przed rokiem. Najważniejszą przyczyną poszukiwania pracy pozostaje chęć poprawy warunków finansowych.

Dane BEAL wyraźnie korespondują z wynikami 18 badania Monitor Rynku Pracy. Wysoki poziom rotacji wynika z poprawiającej się sytuacji i wzrostu popytu na pracę. Indeks mobilności, choć ciągle wysoki to jednak od 3 kwartałów pozostaje wciąż stabilny. Brak wzrostu skłonności do zmiany pracy pomimo poprawiających się szans rynkowych, jak i główne motywy dla zmiany pracy wskazują, że Polacy są ciągle bardziej nastawieni na stabilizację niż na rozwój zawodowy.
Duży poziom obaw przed utratą pracy w Polsce może być wiązany z wysokim udziałem pracujących na podstawie umów na czas określony, jak i wzrostem udziału zatrudnienia w usługach, które często ma mniej trwały charakter. Można też zauważyć, że znaczna część prac wykonywanych w Polsce ma anachroniczny charakter. Pracownicy najwyraźniej zdają sobie z tego pracę, skoro 30% badanych Polaków ocenia, że w ciągu najbliższej dekady ich zawód ulegnie automatyzacji, a ich samodzielna praca nie będzie już potrzebna w takim kształcie jak obecnie jest wykonywana.
Właśnie ten strukturalny charakter zmian na rynku pracy wydaje się bliżej związany z obawą utraty pracy niż warunki gospodarcze. W badaniu wyraźnie przybyło bowiem optymistów.

Konfederacja Lewiatan

Zapłacimy więcej za prąd. Gaz niewiele tańszy

Już wiadomo, że w nowym roku zapłacimy więcej za prąd, i to nawet o 2 zł miesięcznie. Mało pocieszające jest to, że spadną ceny gazu, skoro w górę pójdzie stawka dystrybucji. Urząd Regulacji Energetyki (URE) wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje.

Podwyżki spowodowane są wzrostem cen dystrybucji, czyli opłat sieciowych wynikających z inwestycji. Nasze rachunki będą w 2015 r. wyższe o 0,7–1,5 zł miesięcznie. „Sieci energetyczne wymagają renowacji. Tylko sprawnie działające systemy zapewnią ciągłość zasilania i bezpieczeństwo dostaw energii. Przedsiębiorstwa sieciowe muszą inwestować w te systemy i stąd wzrost cen dystrybucji” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Głośniewska z URE.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku gazu. Z powodu inwestycji podrożały koszty przesyłu – od 1,5% (dla odbiorców EuRoPol Gazu) do 6,4% (dla odbiorców Gaz-Systemu). Sam gaz dla klientów PGNiG Odbiór Detaliczny jednak potanieje o 0,8–1,8%, w zależności od typu. Dla odbiorców przemysłowych spadek ten wyniesie 1,4% lub 4%. „Odbiorcy w gospodarstwach domowych odczują groszowe spadki płatności, w przeciwieństwie do większych odbiorców, których miesięczne płatności mogą lekko wzrosnąć ze względu na większe stawki dystrybucyjne” – wyjaśnia ekspertka.

Do wzrostu cen przyczyniają się też zwiększone wymagania związane z uzyskiwaniem zielonych certyfikatów, czyli dokumentów potwierdzających wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł.

Stawki za energię zostały zatwierdzone na cały rok 2015, taryfy gazowe – jedynie na cztery miesiące. W marcu URE przeprowadzi analizę, której wyniki mogą skutkować wprowadzeniem innych taryf.

J. Jankowiak (Polska Rada Biznesu): Program luzowania ilościowego w strefie euro powinien mieć pozytywny wpływ na polską giełdę. Dolar się umocni, ale w tym roku nie zrówna się z euro

CEO Magazyn Polska

Ogłoszony przez Europejski Bank Centralny program luzowania ilościowego (QE) w strefie euro w dużej części został już dyskontowany przez rynki finansowe. Jego efektem będzie osłabienie europejskiej waluty względem dolara, który to ruch dodatkowo wzmocnią spodziewane podwyżki stóp za oceanem. Jak uważa Janusz Jankowiak z Polskiej Rady Biznesu, dla polskiej giełdy europejski program skupu obligacji może mieć pozytywne skutki.

Marzec będzie pierwszym miesiącem, w którym skup ruszy na taką skalę, jaką zapowiedział Europejski Bank Centralny [docelowo około biliona euro i 60 mld miesięcznie – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – Natomiast reakcje związane ze Stanami Zjednoczonymi, kursami walutowymi między euro, dolarem i frankiem, odbędą się oczywiście wcześniej. Rynek doskonale już w tej chwili wie, w którą stronę i w jakiej skali zostaną przeprowadzone zapowiadane operacje. Będzie więc działał z wyprzedzeniem.

Według Jankowiaka decyzja EBC z pewnością wpłynie na notowania eurodolara w kierunku zgodnym z oczekiwaniami, czyli zmierzającym do osłabienia europejskiej i umocnienia amerykańskiej waluty.

Trudno powiedzieć jaka będzie jego skala, dlatego że inwestorzy już w dużej części już tę decyzję zdyskontowali, więc nie sądzę, żeby parytet [kurs wymiany na poziomie 1 dolara za 1 euro – red.] był do osiągnięcia w br. – uważa Janusz Jankowiak. – Ale pewne jest, że jeżeli amerykański bank centralny zacznie w tym roku podwyżki stóp procentowych, rozpocznie proces ich podnoszenia, to w dalszym ciągu będzie wzmacniał dolara względem euro.

Wczorajszy komunikat Rezerwy Federalnej podtrzymał oczekiwanie na zacieśnienie przez nią polityki pieniężnej, gdyż stwierdzono w nim poprawę w gospodarce i nie wycofano się z zapowiedzianej wcześniej podwyżki, choć utrzymano również zdanie o cierpliwym oczekiwaniu na dogodny do tego moment. Fed dostrzegł też wyraźniejszą niż w poprzednim komunikacie poprawę na rynku pracy. Po decyzji o pozostawieniu stóp na niezmienionym poziomie i komunikacie amerykańskie giełdy poszły w dół, podobnie jak cena ropy, a dolar lekko się umocnił.

Jednak zdaniem głównego ekonomisty Polskiej Rady Biznesu, słabe euro poprawi możliwości eksportowe Europy w niewielkim stopniu.

Wszystkie doświadczenia, które mamy z osłabianiem walut poprzez program ilościowego luzowania wskazują, że to nieznacznie wpływa na bilanse handlowe, inaczej mówiąc nie poprawia bardzo mocno eksportu – przekonuje Jankowiak. – Nie stało się tak ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Japonii, nie sądzę więc, żeby miało tak być w strefie euro.

Program powinien mieć jednak, według Janusza Jankowiaka, pozytywny wpływ na polską giełdę.

Właściwie w tej chwili jest jedynym czynnikiem zewnętrznym, który może nieść polski WIG, dlatego że innych, po stronie instytucjonalnych inwestorów krajowych, raczej nie widać – uważa Jankowiak.

Ogłoszony w ub. tygodniu przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego program skupu aktywów ma potrwać od marca br. do września 2016 roku z możliwością przedłużenia, w razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty. W tym czasie EBC ma skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku.

Komentarz indeksowy Bossafx 29 stycznia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 29 stycznia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

M. Stebakow (DM BPS): drogi dolar i niepewna pogoda pogorszą wyniki spółek odzieżowych

Inwestowanie w spółki z branży odzieżowej będzie w tym roku wymagać rozwagi, przestrzegają analitycy. Kluczowe dla ich wyników będą notowania dolara oraz pogoda. To zaś oznacza, że nie będzie to czas łatwych zysków. Szczególnie po dobrych wynikach z 2014 roku.

Osłabienie złotego do dolara niekorzystnie wpłynie na rentowności niektórych spółek – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS. Najwięksi detaliści, jak LPP i CCC, mogą mieć problemy z realizowaniem marż porównywalnych do tych, które mieli w 2014 roku, przynajmniej w I połowie roku, ze względu na wzrost kursu dolara, jaki obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach. Spółki te mają sporą ekspozycję walutową, dlatego wyższy koszt zakupu dolara wpłynie negatywnie na ich wyniki.

Dotyczy to także spółki Bytom, która importuje część towarów z Azji, podobnie Monnari i Solar, które za 80 proc. kolekcji musi zapłacić producentom w dolarach. Amerykańska waluta jest obecnie droższa niż w I połowie 2014 roku o jedną czwartą i zgodnie z przewidywaniami analityków i ekonomistów, będzie się jeszcze umacniać.

Spółkom z tej branży nie pomoże też napięta sytuacja międzynarodowa. Ich klienci na Ukrainie i w Rosji raczej nie będą mieli w najbliższych miesiącach głowy do kupowania modnych strojów, a to oznacza, że rynek się skurczy. Sprzedaż osłabia także słaby rubel, a koszty – z powodu drożejącego dolara rosną. Ucierpi na tym głównie lider rynku,czyli spółka LPP.

Dodatkowym elementem niepewności w przypadku spółek odzieżowych jest pogoda.

– Spółki detaliczne zawsze mogą powiedzieć, że jakąś tam wymówką dla wyników jest pogoda – zwraca uwagę Marcin Stebakow. – One jednak nie działają w próżni i muszą liczyć się z tym, że konsumenci realizują swoje decyzje zakupowe, kierując się m.in. pogodą, tym, czy jest ciepło, czy zimno.

W poprzednim roku większość spółek odzieżowych mogła się pochwalić zupełnie przyzwoitymi wynikami. Sprzedaż Bytomia wzrosła np. o 25 proc., Monnari o ponad 20 proc., LPP o 15 proc., a Redanu o ponad 7 proc. Teraz kolejne wyniki porównywane będą z dobrymi zeszłorocznymi i by zaimponować inwestorom, powinny być jeszcze lepsze.

 Pierwsze półrocze z racji czynników takich jak ewentualnie zwyżka na dolarze będzie niekorzystne – ocenia dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS. – Do tego pojawia się niepewność, jaka będzie tak naprawdę wiosna tego roku, czy przyjdzie późno, czy wcześnie. W 2014 roku zimy praktycznie nie było, więc można było handlować i już realizować wysokie marże. Teraz jest wysoka baza i wysoki dolar, a to może niekorzystnie wpływać na wyniki rok do roku.

Dla notowań spółek na warszawskiej giełdzie kluczowe będą w tym roku decyzje inwestycyjne TFI. Te jednak szukać będą raczej spółek o dobrych fundamentach, które dają nadzieję na dobre wyniki także w dalszej perspektywie. Mniejsze znaczenie będą miały jednorazowe sukcesy.

– Pojawia się zatem pytanie o perspektywy spółki, ocenę jej wartości i wpływu na portfel danego akcjonariusza – podkreśla Marcin Stebakow z Departamentu Analiz DM Banku BPS.Myślę, że inwestorzy nie będą się już koncentrowali na tym, że jest jakiś pozytywny element, który można wykorzystać, tylko będą starali się kupować te spółki, które generują jakąś wartość i mają np. wysoki zwrot z kapitału zainwestowanego.

Prezes Korona Candles: inwestowanie w Stanach Zjednoczonych wymaga poznania specyfiki rynku, ale daje szanse na duży zbyt

0

CEO Magazyn Polska

Polska spółka Korona Candles z Wielunia zamierza tylko w ciągu trzech lat zainwestować 21 mln dolarów w rozwinięcie swej pozycji na rynku amerykańskim. Prezes spółki nie wyklucza zwiększenia nakładów w kolejnych latach.

Korona Candles z Wielunia należy do potentatów na światowym rynku produkcji świec. Tylko w Polsce z jej taśm zjeżdża 9 mln sztuk tych produktów dziennie, a roczna produkcja spółki sięga 2,5 mld sztuk. Pokaźna część z nich trafia do USA.

– Rynek amerykański jest największym rynkiem na całym świecie i jest praktycznie o połowę większy niż rynek europejski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor, Krzysztof Jabłoński, prezes zarządu Korona Candles. – W związku z tym podbijanie tego rynku jest dla nas wyzwaniem. W Ameryce jesteśmy od kilku lat. Już dzisiaj udział tego rynku w naszej sprzedaży to 16 proc. W związku z tym, że chcemy dalej się tam rozwijać, postanowiliśmy wybudować fabrykę w Wirginii, konkretnie w hrabstwie Pulaski, w miejscowości Dublin.

W marcu zeszłego roku Korona otrzymała klucze do swej amerykańskiej fabryki, zaś w listopadzie wyjechały stamtąd pierwsze ciężarówki z towarem. W trzy lata polska spółka planuje tam wydać na inwestycje 21 mln dolarów.

– W Stanach docelowo będziemy zatrudniali 170 osób informuje Krzysztof Jabłoński.Obecnie pracuje tam 90. W Polsce od lat nasze zatrudnienie jest na stałym poziomie i wynosi w zależności od sezonowości od 850 do 900 osób. Obecnie zatrudniliśmy kilka osób w Wieluniu, które obsługują naszą firmę córkę w USA dając jej zaplecze logistyczne, serwisowe, IT.

Jak podkreśla prezes, rozpoczęcie produkcji w USA przez polską spółkę to ogromne wyzwanie. Poza barierą czasową, prezes Jabłoński wymienia inną  mentalność ludzi, inne warunki konkurencji aniżeli w Europie i wreszcie szereg innych uwarunkowań: prawnych, ekonomicznych, podatkowych.

USA jest jednym z najtrudniejszych rynków – ocenia prezes Korony Candles. – Myślę, że polscy eksporterzy, którzy dzisiaj sprzedają swoje towary ze znakiem „Made in Poland”, mogą coś na ten temat powiedzieć. My również wiemy, jak trudno jest zaistnieć. Jeszcze trudniej jest sprzedawać towary produkowane „Made in USA” przez polską spółkę. Ale myślę, że dzięki naszej innowacyjności i technologii sprostamy tym zadaniom.

Odmienna mentalność mieszkańców Stanów Zjednoczonych jednak nie tylko stawia przed nami wyzwania, lecz także w pewien sposób ułatwia prowadzenie działalności gospodarczej, dlatego – w ocenie polskiego inwestora  warto się niekiedy brać przykład z Amerykanów.

– Amerykanie mają inne podejście – podkreśla prezes Korony. – To, co mnie w jakiś sposób pozytywnie zaskoczyło, to ich otwartość i to, że wszyscy chcą nam pomóc. Amerykanie są bardzo otwarci, szczerzy, cieszą się z każdego miejsca pracy. Tak powinno być też w Polsce. Władze są bardzo otwarte. Już nie mówię o tym, że wspierają nas również finansowo, ale współpraca z nimi to naprawdę przyjemność. Tego powinny się od nich nauczyć polskie firmy i instytucje finansowe.

J. Kosaty (PKO BP): W perspektywie kilku miesięcy rosyjska waluta może się ustabilizować na poziomie 60 rubli za dolara. Powrót do poziomów sprzed wojny jest nierealny

CEO Magazyn Polska

Osłabienie rubla to nie tylko efekt obniżenia ratingu Rosji do poziomu śmieciowego przez agencję S&P, lecz także stałej presji spowodowanej niskimi cenami ropy i mocnym dolarem. Powrót do notowań sprzed wojny nie wydaje się analitykom możliwy, ale w dłuższej perspektywie obrona kursu 60 rubli za dolara jest całkiem realna.

Przez pół roku wartość rosyjskiej waluty spadła o połowę. Kreml próbował bronić kursu, wydając na to walutowe rezerwy, jednak bez skutku. Rezerwy walutowe tego kraju pod koniec 2013 roku szacowano na ponad 520 mld dolarów. Dziś stopniały one do mniej niż 400 mld. Dolar, za którego przed kryzysem wystarczyło zapłacić ok. 30 rubli, dziś kosztuje ponad 65.

Ta obrona w początkowej fazie osłabienia tej waluty nie do końca była sensowna mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Kosaty, strateg walutowy PKO BP. – To była trochę taka próba zahamowania spadającego wodospadu. Wydaje się, że kurs w okolicach 60 dolarów za rubla jest bardziej realny. To sensowny poziom, który można obronić przy niespecjalnie dużym wykorzystywaniu tych rezerw, które są, bez względu na to, jak księgowo się je wylicza, w oparciu o jakie zmienne.

Obecnie można przypuszczać, że Bank Rosji nadal będzie uczestniczył w obronie kursu rubla. Jego poziom jednak zależy dziś przede wszystkim od notowań ropy naftowej oraz innych surowców naturalnych, które w ostatnim czasie bardzo mocno spadają. Baryłka ropy kosztuje ostatnio mniej niż 50 dolarów, podczas gdy, jak oceniają analitycy, budżet Rosji stabilizuje się przy kursie przekraczającym 100 dolarów za baryłkę.

W dużym stopniu na sytuacji rubla waży też sytuacja na wschodniej Ukrainie zwraca uwagę Jarosław Kosaty. Tutaj eskalacja konfliktu jest czynnikiem, który potencjalnie zwiększa presję na tę walutę. Natomiast wydaje się, że najgorsze momenty rubel ma już za sobą, raczej nie spodziewam się, że pobije nowe rekordy. Sytuacja powinna się stopniowo stabilizować, dlatego że możliwość dalszych spadków cen ropy naftowej na globalnych rynkach jest w dużym stopniu ograniczona.

Analityk uważa, że władzom Rosji uda się ustabilizować kurs krajowej waluty na poziomie ok. 60 rubli za jednego dolara amerykańskiego. Jak ocenia, jest to obecnie kurs równowagi dla tej waluty.

Rosjanie mają bardzo duże rezerwy walutowe i mogą je wykorzystać na dofinansowanie banków podkreśla strateg walutowy PKO BP.Wydaje się, że parę lat mogą spokojnie przetrwać ten najgorszy moment gospodarki globalnej i tym samym ustabilizować swoja walutę. Natomiast z gospodarczego punktu widzenia w najbliższym czasie na pewno grozi im recesja. Obniżenie przez agencję S&P ratingu ich obligacji do poziomu śmieciowego może być pewnym zagrożeniem, ale ograniczona przestrzeń spadku cen ropy powinna im trochę pomóc.

Problem Rosji polega na tym, że jakikolwiek pozytywny scenariusz dla tego kraju wymaga uspokojenia sytuacji politycznej. Przy eskalacji działań zbrojnych na Ukrainie na wiele liczyć jednak nie mogą.

– Jeśli uda im się doprowadzić do zniesienia sankcji i równocześnie przeczekać dwa najgorsze lata, to wartość rublu na pewno się ustabilizuje, a ich gospodarka będzie zmierzać do równowagi, oczywiście troszeczkę gorszej niż to miało miejsce przed spadkami cen ropy naftowej i przed interwencją na Ukrainie – ocenia Jarosław Kosaty z PKO BP. – Możliwe jest osiągnięcie stabilności przez tę gospodarkę, ale będzie się to wiązało ze znacznie niższym niż przed kryzysem poziome życia ludności rosyjskiej. 

Profesor L. Balcerowicz: nowe prawo upadłościowe pomoże w naprawie przedsiębiorstw

W Sejmie trwają prace nad nowym prawem upadłościowym i restrukturyzacyjnym. Nowe przepisy mają zapewnić przedsiębiorstwom większe szanse na gospodarcze przeżycie. Do tej pory zbyt mocno koncentrowały się na procesie likwidacji, a za mało na naprawie – ocenia prof. Leszek Balcerowicz.

Upadłość nie musi oznaczać likwidacji przedsiębiorstwa. Może być nią układ z wierzycielami i naprawa przedsiębiorstwa. Dotychczasowe prawo w praktyce głównie koncentrowało się na likwidacji, a bardzo mało na naprawie i restrukturyzacji. Dlatego wiążemy duże nadzieje z nowymi regulacjami, które są rezultatem pracy wybitnych ekspertów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Leszek Balcerowicz, przewodniczący Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Zgodnie z założeniami nowelizacji ustawy, nad którą trwają prace w Sejmie, firmy znajdujące się w trudnej sytuacji finansowej będą mogły skorzystać z szeregu tzw. procedur restrukturyzacyjnych. Mają one pomóc w opanowaniu problemów z płynnością i uniknięciu likwidacji poprzez m.in. zmiany w strukturze majątku, zobowiązaniach i zatrudnieniu. Planowane jest wprowadzenie nowej definicji stanu niewypłacalności, która spowoduje, że zmienią się również przesłanki do jej ogłoszenia.

W Polsce jest bardzo mało wniosków o zgłaszanie upadłości np. w porównaniu do Węgier, co oznacza w praktyce, że wykorzystywane są jakieś alternatywne rozwiązania regulacji stosunków między wierzycielami i dłużnikami – mówi prof. Balcerowicz. – Nowe prawo upadłościowe powinno zwiększyć atrakcyjność rozwiązań dotyczących naprawy czy – w skrajnej sytuacji – likwidacji przedsiębiorstwa. Prace w Sejmie trwają już od trzech lat i mam nadzieję, że w tej kadencji zostaną zakończone.

Przedstawiciele resortu gospodarki, którzy wraz z Ministerstwem Sprawiedliwości przygotowywali przepisy, podkreślają, że celem nowego prawa jest maksymalna ochrona wartości ekonomicznej firmy i zapewnienie przedsiębiorstwu szansy na gospodarcze przeżycie. Przewidziane są narzędzia, które nie tylko będą zapobiegać sytuacjom kryzysowym w firmach lub też pomagać w sprawnej restrukturyzacji, lecz także będą służyły sprawnemu przeprowadzeniu upadłości. Likwidacja ma być traktowana jako ostateczność. Ustawodawca chce również ułatwić przedsiębiorcom nowy start w biznesie.

Jak wynika z danych Monitora Sądowego i Gospodarczego, w 2014 r. na skutek niewypłacalności działalność gospodarczą w Polsce zakończyło 818 przedsiębiorstw – o 7,7 proc. mniej niż w 2013 roku, kiedy to odnotowano 886 upadłości. W grudniu ub.r. sądy gospodarcze ogłosiły upadłość 61 przedsiębiorstw.

Maleje opłata interchange. To kolejny duży impuls do rozwoju sieci akceptacji kart płatniczych

Dziś po raz kolejny obniżona zostanie maksymalna wysokość opłaty interchange pobieranej przez banki za płatność kartą. Wszystkich, którzy podpiszą nową umowę z operatorami terminali, będzie obowiązywała niższa stawka: 0,3 proc. dla kart kredytowych i 0,2 proc. dla debetowych. Nadal rozwoju sieci akceptacji hamować będą jednak wysokie koszty wynajmu terminali, ale można je obniżyć dzięki mobilnym terminalom mPOS.

Będzie to już druga zmiana i to bardzo głęboka. W lipcu ubiegłego roku mieliśmy obniżkę do 0,5 proc. z 1,2 proc. Teraz w ekspresowym tempie kolejna obniżka z 0,5 proc. do 0,2 proc. dla kart debetowych i 0,3 dla kart kredytowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Bober, prezes zarządu spółki Polskie ePłatności. ‒ To zmiany istotne i idące w dobrym kierunku. Do tej pory opłata interchange w Polsce bardzo odbiegała od średniej europejskiej. Dzisiaj jesteśmy już właściwie w gronie krajów, które stosują najniższe stawki.

Opłata interchange jest pobierana przez banki od każdej transakcji kartowej. Akceptanci, czyli np. sklepy, odprowadzają ją za pośrednictwem operatorów terminali. Wysoka opłata interchange była jedną z głównych barier rozwoju rynku płatności bezgotówkowych w Polsce. Bober zwraca uwagę na to, że dotyczyło to przede wszystkim małych sklepów, których nie stać było na ponoszenie takich kosztów.

Wchodząca właśnie w życie ustawa powinna wzmocnić rynek płatności bezgotówkowych. Wszystkie nowe umowy między akceptantami a operatorami terminali będą musiały zakładać maksymalnie 0,2- lub 0,3-proc. poziom opłaty interchange. Ci, którzy podpisali umowy wcześniej, także skorzystają na obniżce ‒ operatorzy będą musieli obniżyć im stawkę interchange najpóźniej do końca kwietnia.

Parlamentarzyści się spisali, bo ustawa właściwie w trzy miesiące została przygotowana, omówiona i podpisana przez prezydenta – przypomina Bober. ‒ Opłata interchange była istotnym elementem opłat pobieranych od akceptantów za procesowanie transakcji. Stanowiła ponad 80 proc. kosztów pobieranych od akceptanta, w związku z tym jeżeli ona spada, to my przenosimy te obniżki na akceptantów.

Bober ocenia, że dzięki tym obniżkom możliwość płatności kartą pojawi się w wielu nowych punktach handlowo-usługowych. Zaznacza jednak, że nie tylko interchange stanowi barierę w rozwoju sieci akceptacji. Akceptanci muszą także regulować czynsz za terminale. Ta opłata nie maleje, ale Bober podkreśla, że jest alternatywny sposób przyjmowania transakcji bezgotówkowych za pomocą mobilnego urządzenia mPOS. Jego koszt to jednorazowy wydatek rzędu ok. 400 zł.

To jest taki terminal płatniczy zbudowany w oparciu o smartfon, mały, zgrabny czytnik, który akceptuje zarówno płatności stykowe, jak i bezstykowe, czyli wszelką komunikację między kartą a terminalem. Czytnik łączy się ze smartfonem poprzez Bluetooth – tłumaczy Bober.

Dodaje, że w ślad za zwiększeniem liczby miejsc akceptujących płatności bezgotówkowe przybywać będzie także osób skłonnych płacić w ten sposób.

Obniżając stawki, stwarzamy warunki do akceptacji płatności kartą wszelkim dostawcom, mniejszym i większym sklepom, dzięki czemu poszerzamy sieć akceptacji, a tym samym dajemy cardholderowi możliwość płacenia kartą wszędzie tam, gdzie potrzebuje – podkreśla Bober.

Wciąż jednak 80 proc. transakcji w Polsce dokonywanych jest za pomocą gotówki.

Dzięki nowym przepisom klienci firm ubezpieczeniowych będą lepiej chronieni. Zmiany mogą jednak skutkować podwyżkami cen

Ubezpieczycieli w tym roku czeka szereg zmian w przepisach, głównie tych prokonsumenckich. Klienci firm ubezpieczeniowych mają być lepiej informowani i chronieni. To jednak może oznaczać wyższe ceny niektórych polis i słabsze wyniki firm z branży.

Może zmiany w prawie będą mało zauważalne dla klientów w pierwszym okresie, będą jednak widoczne dla samych ubezpieczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu firmy ubezpieczeniowej Uniqa Polska. – Zmian będzie bardzo wiele, głównie będą to zmiany prokonsumenckie, które są wprowadzane przez Ministerstwo Finansów, Komisję Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Ubezpieczonych.

Od początku roku polisolokaty nie chronią klientów od 19-proc. podatku Belki. W kolejnych miesiącach towarzystwa ubezpieczeniowe zrzeszone w Polskiej Izbie Ubezpieczeń wprowadzą możliwość bezpośredniej likwidacji szkód dla swoich klientów. Od kwietnia zacznie obowiązywać Rekomendacja U KNF dotycząca bancassurance, czyli produktów ubezpieczeniowych oferowanych przez banki.

Zgodnie z wytycznymi KNF kierowcy poszkodowani w wypadkach mają przestać tracić na szkodach, które ponieśli. Ubezpieczyciel sprawcy wypadku będzie musiał m.in. zapłacić za nowe, markowe części i nie wolno mu będzie obniżyć wypłaty pod pretekstem zużycia starych, zniszczonych w wypadku elementów. Co więcej poszkodowany będzie miał prawo otrzymać dopłatę, która zrekompensuje mu spadek wartości pojazdu w wyniku kolizji.

Firma Deloitte szacuje, że w samych ubezpieczeniach komunikacyjnych, szczególnie w przypadku ubezpieczeń OC, koszty odszkodowań mogą wzrosnąć o 30, a nawet o 40 proc. – zwraca uwagę Andrzej Jarczyk. – To będzie bez wątpienia spowoduje wzrost cen ubezpieczeń na rynku. Mam jednak nadzieję, że ten wzrost nie będzie trzydziestoprocentowy, chociażby ze względu na dużą konkurencję, która już dziś panuje między ubezpieczycielami.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, po trzech kwartałach ubiegłego roku przychody towarzystw ubezpieczeniowych przekraczały 47,3 mld zł i były o blisko 4 mld niższe niż w tym samym czasie w roku 2013. Składka przypisana brutto wyniosła 40,8 mld zł wobec 43,3 mld zł rok wcześniej. Zysk netto zakładów ubezpieczeń spadł w ciągu trzech kwartałów 2014 roku z 8,1 mld zł do 5,65 mld. W tym roku w ocenie branży gorzej być już nie powinno.

Oczekiwania ubezpieczycieli co do wyników są dosyć spokojne i wyważone – podkreśla prezes Uniqa Polska. – Nie oczekujemy, że rynek majątkowy wzrośnie w sposób istotny, raczej będzie w stagnacji. Jedynym impulsem, który może wpłynąć na wzrost składki przypisanej, będzie wzrost średnich składek, ale tego na razie na rynku nie widać.

W zeszłym roku po trzech kwartałach zysk netto pochodzący z ubezpieczeń majątkowych spadł o niemal połowę. Z 5,8 mld zł w 2013 roku do niespełna 3 mld zł. Zysk z ubezpieczeń życiowych wzrósł wprawdzie, ale był niższy niż z ubezpieczeń majątkowych. Na polisach życiowych towarzystwa ubezpieczeniowe zarobiły w trakcie trzech kwartałów 2014 roku 2,7 mld zł przy 2,3 mld rok wcześniej. Zmiany w przepisach dotyczących tej części działalności branży są bardzo poważne i skutki też mogą się okazać znaczące.

– Sentyment do ubezpieczeń z funduszem kapitałowym jest mizerny – przyznaje Andrzej Jarczyk. – Oprócz tego wprowadzenie rekomendacji o konieczności bardzo szczegółowego informowania klientów o kupowanych produktach, rekomendacji związanej z bancassurance, konieczność sprzedawania ubezpieczeń indywidualnych, a nie w formie grupowej oraz konieczność występowania banku jako agenta, a nie ubezpieczającego mogą doprowadzić do tego, że poziom składek przypisanych w ubezpieczeniach na życie będzie niższy nawet niż w 2014 roku.

Po trzech kwartałach wartość zebranej składki brutto w ubezpieczeniach na życie sięgnęła prawie 8 mld zł, a w ubezpieczeniach na życie związanych z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym – 9,2 mld zł.

Szczecin wyda w 2015 roku 760 mln zł na inwestycje. Chce promować swoje tereny w strefach ekonomicznych

CEO Magazyn Polska

Władze Szczecina zamierzają w 2015 roku wydać na inwestycje blisko 800 mln zł, czyli niemal jedną trzecią budżetu miasta. To dopiero początek wydatków modernizacyjnych, jakie miasto chce poczynić, łącząc środki budżetowe ze wsparciem unijnym. W tym roku Szczecin chce również promować się wśród inwestorów, bo to pozwoli stworzyć nowe miejsca pracy w regionie.

Z budżetu Unii Europejskiej w latach 2014-2020 na rozwój regionu zachodniopomorskiego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego trafi ok. 7 mld zł (1,6 mld euro). To, jaką część tych środków będzie mógł wykorzystać Szczecin, zależy od programów, które miasto przygotuje.

– Zamykamy starą perspektywę i czekamy na nową. W tej chwili przygotowujemy szereg dokumentacji projektowych do najważniejszych zadań, które chcemy finansować z nowej puli środków unijnych. To jest m.in. dostęp drogowy do portu w Szczecinie mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Krzystek, prezydent Szczecina.

 

 

W ramach programu Szczecin 2020 władze miasta zamierzają zrealizować dziesiątki inwestycji: od budowy ścieżek rowerowych po pogłębienie szlaku wodnego szczecińskiego portu.

– 2015 rok to jest czas największych w historii Szczecina inwestycji. Wydamy na nie blisko 800 mln zł, to jest w skali budżetu 2,36 mld naprawdę duża kwota. Będziemy kończyli inwestycje rozpoczęte w poprzednim roku – deklaruje Piotr Krzystek. Kluczowe i największe to szybki tramwaj na prawobrzeże Szczecina, modernizacje torowisk, ulica Potulicka i Narutowicza.

W środę Komisja Europejska zatwierdziła dofinansowanie do budowy i przebudowy torowisk. Projekt przewiduje modernizację odcinków torowiska w zachodnich dzielnicach miasta i przebudowę zajezdni Pogodno. UE sfinansuje 41,7 mln euro z całkowitej kwoty 52,2 mln euro.

Miasto liczy na to, że dzięki inwestycjom nie tylko będzie się w mieście łatwiej i lepiej żyło, lecz także łatwiej będzie tu o pracę. Władze Szczecina sporo uwagi zamierzają więc poświęcać tworzeniu dobrych warunków do działania dla potencjalnych inwestorów.

Rok 2015 będziemy też wykorzystywali na promowanie naszych obszarów przemysłowych, które przygotowaliśmy również ze wsparciem środków unijnych, jak choćby strefa przemysłowa Trzebusz i Dunikowo objęta specjalną strefą ekonomiczną podkreśla prezydent miasta. Mamy nadzieję, że pozyskamy kolejnych inwestorów po to, by stworzyć więcej miejsc pracy w Szczecinie.

W ciągu najbliższych lat z budżetu Unii Europejskiej na modernizację kraju trafi 82,5 mld euro. Oprócz programów regionalnych do wykorzystania będą jeszcze środki z programów krajowych, w ramach których najwięcej, bo ponad 27 mld euro, ma być przeznaczone na przyjazne środowisku projekty infrastrukturalne w Polsce. Na badania i rozwój nowoczesnych technologii przeznaczone będzie 8,6 mld euro, na edukację 4,7 mld euro, a na projekty związane z cyfryzacją – 2,17 mld euro. Tak ogromne środki trafią do Polski tylko raz i władze Szczecina, podobnie jak inne samorządy, liczą na to, że zdołają dobrze wykorzystać środki, które im przypadną.

 Myślę, że inwestycje, które uda nam się przez te najbliższe 7 lat zrealizować, będą bardzo istotne dla miasta i pozwolą nam efektywnie wykorzystać ten czas, który ma Polska ocenia Piotr Krzystek. To jest moment, w którym jeszcze możemy korzystać ze wsparcia, potem będzie już dużo trudniej.

Każdy pracownik na własnej działalności gospodarczej. Taka może być przyszłość rynku pracy

Każdy pracownik, od podstawowych stanowisk w przemyśle do stanowisk menadżerskich, na własnej działalności gospodarczej – tak może wyglądać przyszłość rynku pracy. Będzie się to wiązało ze zmianami technologicznymi. Choć dziś pomysł ten wydaje się nierealny, to zdaniem Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan, w przyszłości będzie on postrzegany inaczej.

Dzisiaj mamy ciągle taki XIX-wieczny konflikt pomiędzy kapitałem a pracą. Mamy pracowników i różne formy zatrudnienia. Jedna strona to pracodawcy, druga strona to pracownicy i ciągle na siebie narzekamy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. ‒ Prędzej czy później będziemy musieli pomyśleć o takim rozwiązaniu, że w momencie, kiedy kończymy edukację ‒ niezależnie od tego, na jakim poziomie ją kończymy  wszyscy zakładamy działalność gospodarcza, czyli każdy staje się przedsiębiorcą.

Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że choć teraz ten pomysł wydaje się nierealny, a związki zawodowe na pewno byłyby mu przeciwne, to za kilka lat może on być już postrzegany zupełnie inaczej. Ma to związek ze zmianami technologicznymi – coraz większa część gospodarki przenosi się w świat internetu i aplikacji mobilnych. To ułatwia dostęp do wielu usług i umiejętności. Za 5 czy 10 lat, jak ocenia ekonomistka, takie bezpośrednie relacje biznesowe mogą przenieść się także do przemysłu i innych sektorów.

Każdy staje się przedsiębiorcą i wzajemne relacje nie są już relacjami między pracownikiem a pracodawcą, ale między biznesem a biznesem – przekonuje Starczewska-Krzysztoszek. ‒ To rozwiązuje bardzo wiele problemów, ponieważ wszyscy będziemy wtedy funkcjonować jako przedsiębiorcy na takich samych zasadach. Będziemy płacić takie same podatki i takie same składki na ubezpieczenia społeczne.

Podkreśla, że w ten sposób ryzyko biznesowe zostałoby równo rozłożone pomiędzy pracodawców a pracowników. Odbyłoby się to z korzyścią dla zatrudnionych, którzy w tej chwili są bardziej niż przedsiębiorcy narażeni na wahania koniunktury i zwolnienia.

Do tego własna działalność gospodarcza byłaby dla pracowników motywująca. W ten sposób zależałoby im na jak najdłuższej obecności na rynku, bo to zapewniałoby wysoką emeryturę.

Starczewska-Krzysztoszek dodaje, że aby zapewnić długoterminowy wzrost w gospodarce, należy także zmienić sposób kalkulacji długu publicznego. Wydatki inwestycyjne nie powinny być do niego wliczane, dzięki czemu więcej środków można by przeznaczyć m.in. na badania i rozwój. Wymaga to jednak negocjacji z Komisją Europejską.

Każdy kraj zobowiązał się do tego, że jego dług publiczny nie będzie wyższy niż 60 proc. PKB, natomiast deficyt roczny w stosunku do PKB nie będzie przekraczał 3 proc. Bardzo trudno jest ciąć wydatki socjalne, najłatwiej jest ciąć te prorozwojowe. Chciałabym zaproponować, żebyśmy spróbowali przekonać Komisję Europejską do tego, żeby tak deficyt, jak i dług publiczny były liczone tylko na bazie wydatków, które są wydatkami konsumpcyjnymi, nie inwestycyjnymi – przekonuje główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Dodaje, że niezbędne jest też wsparcie podatkowe dla firm rodzinnych. W europejskich gospodarkach firmy tego typu stanowią 60-70 proc. przedsiębiorstw, a w Niemczech to nawet 90 proc. Firmy rodzinne zapewniają gospodarce stabilność. Wsparcie tego typu przedsiębiorstw w Polsce jest szczególnie ważne, bo ‒ jak zwraca uwagę Starczewska-Krzysztoszek ‒ zbliża się czas sukcesji w polskich firmach rodzinnych zakładanych na początku lat 90.

Trzeba pomyśleć o tym, w jaki sposób prawnie wesprzeć przekazywanie firm, tak by mogły się one dalej rozwijać. W Niemczech, w momencie kiedy właściciel firmy odchodzi bądź umiera, spadkobiercy przez 7 pierwszych lat, kiedy są właścicielami i firma działa, nie płacą podatku – mówi ekonomistka.

Choć za zachodnią granicą podnoszone są głosy o nieuczciwości takiego rozwiązania wobec osób, które dziedziczą majątek, a nie aktywa firmowe, Starczewska-Krzysztoszek broni zwolnień podatkowych przy sukcesji w firmach rodzinnych. Podkreśla, że opodatkowanie tego typu spadku może doprowadzić do niewypłacalności firmy rodzinnej lub przynajmniej odebrać jej możliwość dalszego rozwoju.

Sieci handlowe wydają na reklamę coraz więcej. W ubiegłym roku ponad miliard złotych

Wydatki sieci handlowych na promocję w mediach w 2014 r. były o ponad 100 mln zł wyższe niż rok wcześniej i przekroczyły miliard złotych. Jak co roku nakłady bardzo wzrosły w ostatnim kwartale – o 30 proc. względem III kwartału ub.r. W dalszym ciągu najwięcej na reklamę wydaje Lidl, a zaraz za nim są Biedronka i Tesco. Te trzy sieci i ich oferty są też najczęściej komentowane przez internautów.

W IV kwartale 2014 roku działające w Polsce sieci handlowe, dyskonty, supermarkety, hipermarkety i sklepy convenience przeznaczyły na promocję w mediach ponad 320 mln zł. To oznacza wzrost o 18 proc. wobec poprzedniego roku oraz o 30 proc. wobec poprzedniego kwartału 2014 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów Instytutu Monitorowania Mediów. – Nie zmienił się lider, bo na promocję w telewizji, radiu i prasie nadal najwięcej przeznacza Lidl.

Sieć dyskontów w ostatnich trzech miesiącach roku wydała na ten cel 87,7 mln zł. Na kolejnych miejscach rankingu znalazły się Biedronka (ponad 50 mln zł) oraz Tesco (40,9 mln zł). Przedświąteczną ofensywę reklamodawcy rozpoczęli tuż po 1 listopada.

Te trzy sieci są również liderami zestawienia całorocznych nakładów na promocję. Cała branża przeznaczyła na ten cel ponad miliard złotych. Rok wcześniej wydatki nie przekroczyły 900 mln zł.

– Można już mówić o setkach milionów złotych przeznaczanych przez te trzy sieci na promocję w telewizji, radiu i prasie. W przypadku Lidla było to około 370 mln zł, czyli więcej niż cała branża przeznaczyła na promocję w IV kwartale – podkreśla Łukasz Jadaś.

W przypadku Biedronki całoroczne wydatki przekroczyły 200 mln zł, a Tesco – 100 mln zł.

Promujące się w krajowych mediach sieci handlowe najchętniej wybierały reklamę telewizyjną. W 2014 roku 129 mln zł trafiło na emisję reklam na antenie Polsatu, 128 mln zł do TVN, 97 mln zł do TVP1, zaś 96 mln zł do TVP2.

Jak się okazuje, zależności pomiędzy rozmachem kampanii reklamowej a zainteresowaniem internautów i dziennikarzy są wprost proporcjonalne.

– Z badań Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że najwięksi reklamodawcy cieszą się też największym zainteresowaniem mediów, dziennikarzy tradycyjnych oraz internautów w mediach społecznościowych – zwraca uwagę ekspert IMM. – To właśnie o tych trzech sieciach z czołówki rankingu najczęściej rozmawiają internauci w social media.

W czwartym kwartale IMM odnotował blisko 3,4 tys. publikacji w mediach tradycyjnych na temat Lidla. Biedronka pojawiła się w publikacjach medialnych 1,4 tys. razy, a Tesco – ponad 1 tys. W mediach społecznościowych najwięcej uwagi internauci poświęcili dyskontom Jeronimo Martins. W sieci pojawiło się ponad 35 tysięcy dyskusji, wpisów i komentarzy na temat Biedronki.

Dyskusje na temat ofert handlu w Polsce najczęściej toczone są na Facebooku. Częstym miejscem rozmowy o ofertach sklepów są też fora dyskusyjne, głównie kobiece. Z badań wynika, że pozytywnych wzmianek, gdy chodzi o reklamujące się sieci, jest zdecydowanie więcej.

Internauci w mediach społecznościowych najczęściej dyskutują o ofertach sklepów, jakości ich produktów i co charakterystyczne, to wydźwięk tej dyskusji jest w znacznej mierze pozytywny – ocenia Łukasz Jadaś. – Liczba wzmianek, które pozytywnie odnoszą się do samych sklepów bądź do ich oferty, cztero-, a nawet pięciokrotnie przewyższa liczbę wzmianek negatywnych.

Hitem wśród internautów w ostatnich miesiącach roku stały się nagrania w serwisie YouTube przedstawiające przepychanki klientów o karpia.

Ceny drewna wzrosną w tym roku o 5 proc. Dobra koniunktura dla Lasów Państwowych

Ceny drewna w tym roku powinny wzrosnąć o kolejne 5 proc. – ocenia dyrektor generalny Lasów Państwowych. Dobra koniunktura na rynku drzewnym pomoże w utrzymaniu dobrych wyników przedsiębiorstwa, które ubiegły rok zakończyło z 400 mln zł zysku. Lasy Państwowe – podobnie jak w ubiegłym roku –  muszą wpłacić do kasy państwa 800 mln zł.

Lasy Państwowe są w dobrej i stabilnej kondycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Wasiak, dyrektor generalny Lasów Państwowych. – 2014 rok zakończymy prawdopodobnie wynikiem podobnym do tego osiągniętego w 2013 roku, czyli wypracujemy około 400 mln zł zysku. Najważniejsze jest jednak to, że zakończymy z dobrymi efektami w zakresie gospodarki leśnej.

Jak podkreśla dyrektor, dzięki rosnącym wpływom ze sprzedaży drewna udało się o kilka procent zwiększyć nakłady na hodowlę i ochronę lasów. Na początku ubiegłego roku przedsiębiorstwo musiało jednak zredukować zaplanowane inwestycje – z 1 mld zł do 700 mln zł. To efekt zmian w ustawie, które nałożyły na Lasy Państwowe obowiązek przekazania do budżetu 800 mln zł w 2014 r. i 2015 r.

Obniżenie inwestycji w ubiegłym roku to było jedno z najważniejszych wyrzeczeń, jakie poniosły Lasy Państwowe. W 2014 roku również staraliśmy się ograniczyć koszty działalności administracyjnej, żeby zrealizować zapis ustawowy – mówi Adam Wasiak.

Od przyszłego roku – zgodnie z ustawą – Lasy Państwowe będą oddawać do budżetu 2 proc. swoich przychodów. Władze przedsiębiorstwa liczą na to, że dobra koniunktura na rynku drewna pozwoli zakończyć 2015 rok na plusie.

Wydaje się, że 2015 rok będzie podobny do 2014 roku i przyniesie kolejny wzrost cen drewna w granicach 5 proc. wraz ze wzrostem pozyskania drewna, co wynika z planów urządzania lasu – prognozuje  Adam Wasiak. – To wszystko spowoduje, że w tym roku – mam nadzieję – będziemy mogli mówić o dobrej sytuacji ekonomicznej i zakończyć go dodatnim wynikiem finansowym, który pozwoli na to, by wpłacając pieniądze do budżetu, nie ograniczyć już środków przeznaczanych na inwestycje.

Lasy Państwowe są potentatem na polskim rynku. Polska jest zalesiona w ponad 29 proc. W sumie to ponad 9 mln ha, z czego Lasy zarządzają 7,6 mln ha. Organizacja zarabia głównie na sprzedaży drewna, jednak jej celem strategicznym jest to, by zadrzewiona część Polski nie zmniejszała się mimo wycinki.

Polskie firmy śmielej wchodzą na rynek amerykański, również z produkcją

Choć wartość polskich inwestycji w USA jest niewielka, to od 2010 roku utrzymuje się ona na znacznie wyższym poziomie niż wcześniej. Firmy są coraz bardziej zainteresowane wejściem na ten rynek – decydują się nie tylko na rozpoczęcie sprzedaży, lecz także na rozwijanie produkcji. Przekonuje ich do tego m.in. duża liczba konsumentów i przychylność władz.

USA jest jednym z najtrudniejszych rynków – ocenia Krzysztof Jabłoński, prezes zarządu Korona Candles, firmy, która sprzedaje i produkuje świece również w USA. – Myślę, że polscy eksporterzy, którzy dzisiaj sprzedają swoje towary ze znakiem „Made in Poland”, mogą coś na ten temat powiedzieć. Jeszcze trudniej jest sprzedawać towary produkowane „Made in USA” przez polską spółkę.

Mimo to rynek amerykański jest atrakcyjny dla polskich firm. Z raportu KPMG i AmCham wynika, że w 2012 roku w USA działało 40 polskich firm, a wartość inwestycje polskich w USA wynosiła 6,3 mld zł. To niewiele w porównaniu ze skalą inwestycji amerykańskich w Polsce (91 mld zł i 800 firm), ale eksperci podkreślają, że trend jest pozytywny. Od 2010 roku poziom inwestycji utrzymuje się na wyższym poziomie niż we wcześniejszym okresie.

Rynek amerykański jest największym rynkiem na całym świecie, jest praktycznie o połowę większy niż rynek europejski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Jabłoński. – To jest dla nas wyzwanie.

A jednocześnie duża szansa. Inwestorów z Polski zachęca również przychylne podejście władz lokalnych.

Amerykanie mają inne podejście – podkreśla prezes Korony. – To, co mnie w jakiś sposób zdziwiło, to ich otwartość i to, że wszyscy chcą nam pomóc. Amerykanie są bardzo otwarci, szczerzy, cieszą się z każdego miejsca pracy. Tak powinno być też w Polsce. Władze są bardzo otwarte. Już nie mówię o tym, że wspierają nas również finansowo, ale współpraca z nimi to naprawdę przyjemność. Tego powinny się od nich nauczyć polskie firmy i instytucje finansowe.

Korona Candles z Wielunia należy do potentatów na światowym rynku produkcji świec. Tylko w Polsce z jej taśm zjeżdża 9 mln sztuk tych produktów dziennie, a roczna produkcja spółki sięga 2,5 mld sztuk. Pokaźna część z nich trafia do USA.

Na rynku amerykańskim jesteśmy od kilku lat. Już dzisiaj udział rynku amerykańskiego w naszej sprzedaży to 16 proc. W związku z tym, że chcemy rozwijać naszą działalność w Stanach, postanowiliśmy wybudować fabrykę w Wirginii, konkretnie w hrabstwie Pulaski, w miejscowości Dublin – mówi Jabłoński.

W marcu zeszłego roku Korona otrzymała klucze do swej amerykańskiej fabryki, zaś w listopadzie wyjechały stamtąd pierwsze ciężarówki z towarem. W trzy lata polska spółka planuje tam wydać na inwestycje 21 mln dolarów.

W Stanach docelowo będziemy zatrudniali 170 osób – informuje Krzysztof Jabłoński. – Obecnie pracuje tam 90 osób. W Polsce od lat nasze zatrudnienie jest na stałym poziomie i wynosi w zależności od sezonowości między 850 a 900 osób. Obecnie zatrudniliśmy kilka osób w Wieluniu, które obsługują naszą firmę córkę w USA, dając jej zaplecze logistyczne, serwisowe, IT. 

Rotacyjne menu zwiększa liczbę klientów w restauracjach

Na kulinarnej mapie Polski pojawia się coraz więcej restauracji, które oferują swoim klientom rotacyjne menu. Nie są one nastawione tylko na jeden typ kuchni. Każdego dnia można w nich skosztować potraw z różnych zakątków świata. Ich szefowie wykorzystują także regionalne, ekologiczne produkty do tworzenia nowych nut smakowych.

Polacy coraz więcej podróżują, a co za tym idzie – poznają nowe smaki, produkty i przyprawy. Po powrocie do kraju zaczynają więc szukać restauracji, w których mogą znaleźć podobne propozycje.

Jesteśmy, jako naród, coraz bardziej ciekawi kulinarnie, dlatego powinniśmy, jako restauratorzy, być otwarci, czyli łączyć Polskę z Francją, Włochy z Chorwacją, co tylko się da. Łączyć, próbować, kombinować i czasem wyjdzie fajna nowa przekąska, nowe danie główne – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwester Drężek, szef kuchni w restauracji A Nuż Widelec.

Sylwester Drężek podkreśla, że do tej pory był wyraźny podział i restauracje – albo serwowały tradycyjne polskie menu, albo specjalizowały się w jednej z kuchni innego kraju. Teraz wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów i urozmaicają karty dań.

Mamy rotacyjne menu, bo chcę pokazać ludziom, ile jest produktów i ile możemy z nich zrobić. Chodzi o to, żeby zaskoczyć gości, żeby za każdym razem mogli u nas zjeść coś innego. Nie musi to cały czas być kuchnia polska czy francuska, można to zmieniać, można łączyć kuchnie. Wszystko zależy od nas, kucharzy, i od tego, co mamy w głowie – tłumaczy Sylwester Drężek.

Szefowie kuchni mają okazję, by wykazać się i zaprezentować swoje kulinarne inspiracje, a zadowoleni klienci szybko wracają, by znów posmakować czegoś nowego.

Ludzie są zaskoczeni, ale przede wszystkim zadowoleni, bo np. w poniedziałek jest do nas dostarczana sezonowana wołowina z angusa, kurczę kukurydziane, a w środę to jest już coś zupełnie innego: ryby z naszej wędzarni, inne sałaty. Można zmieniać menu codziennie – uważa Sylwester Drężek.

Dodaje, że podstawą kuchni powinny być świeże, regionalne produkty. Trzeba przede wszystkim na różne sposoby wykorzystywać sezonowe warzywa i owoce.

Jeżdżę po Polsce, ale staram się też za granicą zwiedzać różne dziwne miejsca, szukać jedzenia i dostawców – małych, lokalnych, bo oni gwarantują świeżość. Wydaje mi się, że Warszawa jeszcze nie jest nasycona restauracjami, które przede wszystkim serwują zdrowe regionalne produkty – mówi Drężek.

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego o ochronie danych osobowych korzystne dla NIK

0

Prokurator Generalny złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, którego skutkiem mogło być pozbawienie kontrolerów NIK dostępu do informacji wymienionych w art. 27 Ustawy o ochronie danych osobowych. To w praktyce uniemożliwiłoby przeprowadzenie wielu istotnych kontroli. Sędziowie TK przychylili się jednak do argumentacji przedstawicieli Izby.

Ustawa o Najwyższej Izbie Kontroli z 2012 roku wprowadziła dostęp kontrolerów do wrażliwych danych osobowych pod warunkiem, że będzie to niezbędne do przeprowadzenia kontroli. Ustawodawca przyznał inspektorom bardzo szerokie uprawnienia, pozwalając na przetwarzanie danych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne kontrolowanych, ich poglądy polityczne, przekonania religijne lub filozoficzne, przynależność wyznaniową, partyjną lub związkową, jak również danych o stanie zdrowia, kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym oraz danych dotyczących skazań, orzeczeń o ukaraniu i mandatów karnych, a także innych orzeczeń wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.

W rezultacie publicznej dyskusji wokół tych uprawnień NIK ogłosiła, że zgadza się na ich ograniczenie w formie zmiany przepisu. Dodatkowo Izba ogłosiła, że do tego czasu nie będzie prowadzić kontroli wymagających dostępu do danych o:

  • pochodzeniu rasowym lub etnicznym
  • poglądach politycznych, przekonaniach religijnych lub filozoficznych
  • przynależności wyznaniowej, partyjnej lub związkowej
  • danych o kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym.

Prokurator Generalny stwierdził jednak, że to za mało, i zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności z ustawą zasadniczą uprawnień kontrolerów w zakresie przetwarzania wrażliwych danych osobowych. Gdyby TK przyznał mu rację, Izba straciłaby możliwość przeprowadzenia wielu istotnych kontroli, na przykład:

  • przestrzegania praw pacjentów
  • udzielania pomocy osobom niepełnosprawnym
  • działalności zakładów karnych i poprawczych
  • a także poprawności nakładania i ściągalności mandatów.

Stało się jednak inaczej. Departament Prawny i Orzecznictwa Kontrolnego NIK przygotował wyczerpujące odpowiedzi na pytania Trybunału, a przedstawiciele Izby  podczas rozprawy wyjaśnili sędziom wszystkie wątpliwości. W rezultacie TK uznał, że jedynie przetwarzanie danych ujawniających poglądy polityczne, przekonania religijne lub filozoficzne, jak również dane o kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym, nie jest przydatne w świetle konstytucyjnego i ustawowego katalogu podmiotów kontrolowanych przez NIK oraz zakresu dopuszczalnej kontroli.

Kontrolerzy będą więc mogli korzystać podczas wykonywania obowiązków z danych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne kontrolowanych, przynależność wyznaniową, partyjną lub związkową, jak również danych o stanie zdrowia oraz danych dotyczących skazań, orzeczeń o ukaraniu i mandatów karnych, a także innych orzeczeń wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.

W związku z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego przestaje obowiązywać samoograniczenie NIK dotyczące  przetwarzania danych o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, a także przynależności wyznaniowej, partyjnej lub związkowej. Te informacje mogą okazać się ważne np. podczas kontroli dotyczącej ochrony cudzoziemców czy postępów repatriacji.

Na złożenie pierwszych deklaracji zostało tylko kilka dni

0

Podatnicy płacący ryczałt od przychodów ewidencjonowanych z działalności gospodarczej lub z tytułu umów najmu, podnajmu, dzierżawy lub innych umów o podobnym charakterze (PIT-28) powinni rozliczyć się z urzędem skarbowym do końca stycznia*. Mogą to zrobić także w wersji elektronicznej.

W tym terminie deklaracje podatkowe powinni złożyć także podatnicy opłacający zryczałtowany podatek dochodowy w formie karty podatkowej (PIT-16A) oraz podatnicy opłacający zryczałtowany podatek dochodowy od przychodów osób duchownych (PIT-19A).

Wszystkie powyższe deklaracje można wysłać drogą elektroniczną bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego. W ten sam sposób składa się również korektę tych deklaracji. Można to zrobić korzystając z interaktywnego formularza lub z darmowej i wygodnej aplikacji przygotowanej przez Ministerstwo Finansów, dostępnych na stronie internetowej www.portalpodatkowy.mf.gov.pl. Dowodem złożenia deklaracji w tej formie jest Urzędowe Poświadczenie Odbioru, które zawiera m.in. datę przyjęcia deklaracji przez system e-Deklaracje.

Zeznania możemy także złożyć w urzędzie skarbowym, gdzie otrzymamy potwierdzenie ich złożenia; nadać listem poleconym w polskiej placówce pocztowej operatora wyznaczonego w rozumieniu ustawy – Prawo Pocztowe (Poczta Polska); wrzucić do „urzędomatu”, który może być umieszczony nie tylko w urzędzie skarbowym, ale także w innych miejscach, np. w urzędzie gminy.

* Jeżeli ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy, za ostatni dzień terminu uważa się następny dzień po dniu lub dniach wolnych od pracy. W 2015 r. dzień 31 stycznia przypada w sobotę, dlatego wyjątkowo ostateczny termin złożenia zeznań składanych w tym terminie mija w poniedziałek 2 lutego 2015 r.

Węgiel jest najtańszy od blisko czterech lat. Nie ma szans, by w najbliższym czasie znacząco podrożał

CEO Magazyn Polska

Światowe ceny węgla systematycznie spadają. Bogatsze państwa rezygnują z tego surowca i na rynku jest go za dużo. Trudno zatem się spodziewać, że najbliższe lata przyniosą zmianę tej tendencji.

Ważna dla polskich kopalń cena tony węgla ARA, czyli surowca przeładowywanego w europejskich portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, w 2011 roku wynosiła 120 dolarów. Dziś ta sama ilość surowca kosztuje niespełna 60 dolarów.

Zakładam, że w Polsce ceny węgla energetycznego spadną w 2015 roku o około 5 proc. mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Mamy wysoki poziom zapasów na rynku lokalnym i niskie ceny węgla na rynkach międzynarodowych, stąd presja na Kompanię Węglową, aby pozbyć się części tych zapasów.

Nieco lepiej wygląda sytuacja na rynku wyższej jakości węgla koksującego. Tu też wprawdzie ceny spadały w ostatnich latach, bo w 2011 roku tona kosztowała 830 zł, a dziś ok. 400 zł, jednak prognozy są lepsze niż przy węglu energetycznym.

Tutaj pierwszym wyznacznikiem jest cena benchmarkowa, czyli cena na rynkach światowych podkreśla Marcin Gątarz. – Według mnie ona w tym roku będzie średnio na poziomie zbliżonym do tego, który obserwowaliśmy w 2014 roku. W pierwszym półroczu ceny będą pewnie nieco niższe niż w poprzednich kwartałach, spodziewałbym się jednak niewielkiego ich odbicia w drugiej połowie tego roku.

 

O ile niskie ceny węgla nie są najlepszą wiadomością dla naszych kopalń, to już ich odbiorcy mogą liczyć na profity. Szczególnie spółki energetyczne mogą mieć nadzieję na lepsze wyniki.

Na pewno przełoży się to pozytywnie na zyski chociażby takich producentów, jak Enea, czyli głównego klienta Bogdanki ocenia analityk UniCredit CAIB Polska.Natomiast jeżeli chodzi o zyski spółek wydobywczych, to w przypadku Bogdanki ten spadek ceny powinien zostać skompensowany wyższym wolumenem. W przypadku jednak JSW wydaje się, że ten wzrost wolumenu, mimo że mamy nową kopalnię Knurów-Szczygłowice, może nie być wystarczający do tego, aby te zyski w jakiś istotny sposób wzrosły. Na pewno będą negatywne na poziomie netto.

Perspektywa kilkuletnia dla węgla koksującego jest nie najgorsza. Świat nadal potrzebuje węgla wysokiej jakości. Niskie ceny spowodowane są nadprodukcją, jednak część kopalni jest zamykana, dzięki czemu równoważy się strona popytowa i podażowa. Ten proces zachodzi wprawdzie stopniowo, ale z czasem powinien mieć wpływ na ceny. Gorzej jest z węglem energetycznym.

– Oczywiście jest grupa producentów, którzy produkują poniżej swoich kosztów i te kopalnie są zamykane – zwraca uwagę Marcin Gątarz z UniCredit CAIB Polska. – Widzimy, chociażby na rynku polskim, że to będzie szło w tym kierunku. Poza tym duże gospodarki odchodzą od węgla, w związku z tym spodziewałbym się raczej, że te niskie poziomy mogą utrzymywać się przez kolejne dwa, a nawet trzy lata.

Sytuacja gospodarcza sprzyja wzrostom na polskiej giełdzie. W centrum uwagi przemysł i budownictwo

CEO Magazyn Polska

W tym roku sytuacja gospodarcza powinna sprzyjać inwestycjom giełdowym. Dobre wyniki powinny osiągać spółki budowlane, przemysłowe oraz wszystkie uzależnione od cen paliw. Te prognozy znalazły potwierdzenie w doskonałych wynikach produkcji w grudniu 2014 roku. W gorszej sytuacji mogą się natomiast znaleźć importerzy. 

Ostatnie lata nie rozpieszczały polskich inwestorów giełdowych. Od początku 2012 roku, po silnych spadkach w 2011 roku, WIG20 wzrósł o 7,6 proc. Przez ten czas niemiecki DAX poszedł w górę o 65 proc., a amerykański S&P 500 o niemal 57 proc. W Polsce jednak, gdy tylko pojawiały się sygnały ożywienia, nastroje psuły wydarzenia lokalne.

W 2013 roku zostaliśmy zaskoczeni reformą OFE, która cofnęła nas o dekadę w rozwoju rynku polskiego, szczególnie rynku akcji mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Lis, zarządzający funduszami BPH TFI. – Natomiast w zeszłym roku, kiedy już wszystko wydawało się wracać na właściwą drogę i gospodarka nabierała rozpędu, nastąpił konflikt rosyjsko-ukraiński i tak naprawdę napaść Rosji na Ukrainę, co również nie przysporzyło naszemu rynkowi wzrostów.

Dziś jednak znowu inwestorzy mają powody do optymizmu. Wbrew pesymistycznym prognozom polski produkt krajowy brutto w ubiegłym roku wyniósł 3,3 proc. (GUS) i według najnowszych wyliczeń Banku Światowego na podobnym poziomie powinien pozostać i w bieżącym roku (3,2 proc.). Produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła o 8,4 proc. w porównaniu z grudniem 2013 roku. To znacznie lepszy wynik od oczekiwań analityków, którzy wzrost ten szacowali na nieco ponad 5 proc.

Gospodarka powoli nabiera właściwego rozpędu zwraca uwagę Jarosław Lis.Wszystkie wskaźniki wyprzedzające, takie jak depozyty przedsiębiorstw, które systematycznie rosną, wskaźniki, jak PMI pokazujący dobrą sytuację w przemyśle czy niemiecki ZEW, który również pokazuje popyt na nasze towary, sugerują, że te najbliższe kwartały będą dla gospodarki bardzo dobre. Dodatkowo spadające ceny ropy powinny nam dodać znaczący wzrost do PKB z racji malejącego importu.

Na rynku o pieniądze inwestorów coraz trudniej walczyć będzie np. bankom, które przy niskich stopach procentowych NBP nie są w stanie zaproponować atrakcyjnych lokat. Także obligacjom – mimo niskich rentowności na rynku wtórnym – będzie trudno osiągnąć poziomy wzrostu z ubiegłego roku, a ich oprocentowanie przegrywa choćby z dywidendami wypłacanymi przez lepsze spółki.

W tym środowisku wydaje nam się, że najlepszą grupą aktywów będą akcje – ocenia zarządzający funduszami BPH TFI. Najlepsze naszym zdaniem będą sektory cykliczne, takie jak przemysł, budownictwo i wszystkie spółki, które są silnie uzależnione od tych spadających cen surowców i na tym powinny skorzystać, m.in. transport. Unikalibyśmy importerów, szczególnie uzależnionych od dolara. Wysokie kursy tej waluty nie będą pomagały takim spółkom. Wydaje nam się też, że sektory defensywne, które w ostatnim roku były dobre, jak choćby energetyka, nie powinny w tym roku już przynieść tak wysokich stóp zwrotu.

Polska giełda od kilku lat pogrążona jest w stagnacji, której nie były w stanie przerwać nawet przyzwoite wzrosty na głównych światowych rynkach. Teraz jednak, gdy wzrostom polskich akcji sprzyja wiele czynników w gospodarce polskiej i międzynarodowej, te światowe wzrosty na pewno nie zaszkodzą.

Wydaje się, że mimo tego, że od kilku lat mamy zdecydowaną hossę na głównych rynkach światowych, trend ten ma szansę być kontynuowany – podkreśla Jarosław Lis z BPH TFI.Nawet te ostatnie kilka miesięcy przyniosło korekty, które zapowiadają kontynuację wzrostów w kolejnych kwartałach.

Ipopema: Ropa może zacząć drożeć w II połowie roku. Ceny są tak niskie, że część producentów zbankrutuje lub ograniczy wydobycie

CEO Magazyn Polska

W II połowie roku ropa może zacząć drożeć. Ceny na światowych rynkach są już na tyle niskie, że niektórym producentom wydobycie przestało się opłacać. Gdy ograniczą eksport, na rynku zacznie przeważać popyt na ten surowiec.

Pierwsze oznaki zahamowania spadku cen ropy już widać. W połowie stycznia ceny osiągnęły dotychczasowy dołek i zawróciły w kierunku 50 dolarów za baryłkę. Międzynarodowa Agencja Energii mimo spadku cen ropy nie zmieniła w styczniu swojej prognozy wzrostu popytu na ten rok, które jest na poziomie 0,9 mln baryłek dziennie. Zdaniem analityków choć ropa w drugiej połowie roku powinna podrożeć, to jej niskie ceny w pierwszych miesiącach roku spowodują, że średnia cena będzie niemal o połowę niższa niż w zeszłym roku.

Oczekujemy, że średnie ceny ropy w tym roku będą wynosiły 55 dolarów za baryłkę mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kozłowski, analityk akcji Ipopema Securities.

Jak tłumaczy, dotychczasowe spadki cen związane są z listopadową decyzją Arabii Saudyjskiej oraz innych krajów OPEC o niezmniejszaniu produkcji ropy naftowej.

Od 2012 roku produkcja ropy wzrosła do 89 mln baryłek dziennie. Oczekuje się, że w 2015 roku produkcja sięgnie ponad 92 mln baryłek. Jednocześnie za wzrostem podaży i wzrostem produkcji nie idzie wzrost popytu na tę ropę. W związku z tym kraje takie jak OPEC, głównie Arabia Saudyjska produkująca około 10 mln baryłek dziennie, zadecydowały, że należy zmienić rentowność projektów upstreamowych na świecie, obniżając cenę ropy lub nie zmniejszając produkcji.

Najwyższe koszty produkcji ropy ma Ameryka Północna. Dziś w ocenie analityka prowadzi wydobycie poniżej progu opłacalności. Arabia Saudyjska, obniżając cenę ropy, chce więc doprowadzić do ograniczenia produkcji, ale głównie przez USA i Kanadę, zamiast zmniejszać swoją produkcję. Na razie bez skutku.

Obserwujemy, że liczba nowych odwiertów w Ameryce Północnej i Stanach Zjednoczonych spada mniej więcej od października-listopada zeszłego roku, kiedy cena ropy faktycznie mocno spadła podkreśla Wojciech Kozłowski. Natomiast te spadki są anemiczne, więc jest relatywnie duża wiara w to, że ceny odbiją i produkcja w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie stanie się opłacalna.

Wydobycie drogiej ropy przy niskich cenach odbija się jednak niekorzystnie na kondycji amerykańskich spółek naftowych. W efekcie pogarsza się rentowność obligacji producentów ropy i gazu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

 Widzimy tutaj, że te yieldy [rentowności – red.] mocno rosną zwraca uwagę analityk akcji Ipopema Securities. To oznacza, że wzrasta ryzyko działalności tego typu spółek, więc może dojść do tego, że te firmy, mówiąc wprost, zbankrutują lub będą kupowane przez inne, które mają lepsze wyniki.

Wysoka rentowność obligacja oznacza ich coraz niższą cenę. Czyli posiadacz takich papierów może liczyć na wyższy zwrot z inwestycji, o ile spółka w międzyczasie nie zbankrutuje i znajdzie się na rynku nabywca tych wysoko oprocentowanych walorów. Im wyższa rentowność i niższa cena, tym wyższe ryzyko negatywnego scenariusza. Z czasem niekorzystne warunki działalności firm wydobywczych mogą spowodować ograniczenie wydobycia przez firmy amerykańskie, a w rezultacie ostatecznie zahamować dalsze spadki cen ropy.

 Przy tych cenach ropy działa mechanizm, który będzie powodował zmniejszenie produkcji, szczególnie w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Północnej, bo te tereny są najwyżej na krzywej kosztów ocenia Wojciech Kozłowski z Ipopema Securities.  Myślę jednak, że tak naprawdę dopiero od połowy roku te czynniki spowodują, że cena ropy się ustabilizuje.

Jeśli ropa podrożeje lub przestanie tanieć, zatrzymają się także spadki cen paliw na stacjach. Na razie jednak kierowcy mogą się cieszyć: z danych BM Reflex wynika, że między 15 a 22 stycznia średnie ceny paliw na polskich stacjach benzynowych potaniały o kolejne 7-8 groszy na litrze.

Analitycy oczekują podwyżek stóp procentowych w USA. Po ostatnich decyzjach europejskich banków Fed może jednak zdecydować inaczej

CEO Magazyn Polska

Stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych wcale nie muszą wzrosnąć. Większość ekonomistów uważa, że zarząd Rezerwy Federalnej wkrótce rozpocznie cykl podwyżek, który wzmocni dolara i obniży prognozowaną na ok. 1,6 proc. inflację. Zdaniem Łukasza Wardyna z City Index Amerykanie wcale nie muszą postąpić zgodnie z oczekiwaniami rynku.

Stopy procentowe w USA zostały w 2008 roku obniżone do najniższego poziomu w historii (0-0,25 proc.). Decyzja Fed związana była z kryzysem gospodarczym do jakiego doszło po upadku banku Lehman Brothers. Od tego czasu gospodarka amerykańska odbiła się od dna i wzrost PKB w Stanach szacowany jest przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy na 2,4 proc. w 2014 r. i na 3,6 proc. w 2015 r. Zarząd Rezerwy Federalnej od kilku miesięcy sugeruje, ze zacznie podnosić stopy utrzymywane od siedmiu lat na poziomie bliskim zera.

– Uważałbym na to zapewnienia o tym, że stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych zaczną zdecydowanie rosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index. – Proszę zwrócić uwagę na to, co się dzieje w otoczeniu rynkowym, czyli w strefie euro i Szwajcarii, gdzie te stopy są coraz niższe. Bez wątpienia ruchy Szwajcarskiego Banku Narodowego czy Europejskiego Banku Centralnego blokują w pewnym stopniu Fed.

Szwajcarzy 15 stycznia obniżyli swe stopy do poziomu minus 0,75 proc. Tydzień później Europejski Bank Centralny ogłosił skup obligacji w strefie euro o skali większej niż oczekiwana przez ekonomistów (1 bln euro), co osłabiło euro i umocniło dolara. Silny dolar oznacza osłabienie m.in. amerykańskiego eksportu i pogorszenie sytuacji tamtejszych firm.

– Myślę, że w takie sytuacji, jest to argument przemawiającym za tym, żeby stopy w Stanach Zjednoczonych wcale tak szybko nie rosły uważa Łukasz Wardyn. – Spokojnie z tym ocenami, bo być może wszyscy się przeliczyliśmy i nie słusznie założyliśmy, że stopy w Stanach szybko zaczną rosnąć, niekoniecznie tak musi być.

O ile Fed wstrzyma się z podwyżkami stóp, amerykańska gospodarka może rozwijać się w coraz szybszym tempie. To oznacza, że akcje na giełdach w USA mogą być znacznie atrakcyjniejsze, niż się obecnie prognozuje. W ciągu roku Dow Jones zyskał wprawdzie ponad 6 proc., a technologiczny NASDAQ ponad 10 proc., w ostatnim miesiącu jednak oba indeksy spadły.

– Rynek amerykański jest najmocniejszy i pozostanie najmocniejszy – podkreśla dyrektor zarządzający City Index. – Co wcale nie oznacza, że w 2015 roku akurat będzie rósł. Natomiast wzrost gospodarczy utrzymywany, który jest w Stanach Zjednoczonych, jest imponujący.

Dlatego rozważając inwestycje w amerykańskie spółki, warto brać dziś pod uwagę różne scenariusze. Na razie w ocenie dyrektora zarządzającego City Index Łukasza Wardyna nic nie jest jeszcze przesądzone i Rezerwa Federalna wcale nie musi podejmować takiej decyzji, jakiej oczekuje większość ekonomistów.

– Inwestorzy liczą na to, że powoli zaczną rosnąć stopy procentowe, co akurat byłoby niekorzystne dla rynku amerykańskiego. Niekoniecznie to się musi stać tak szybko, na przykład w pierwszej połowie 2015 roku. Biorąc pod uwagę problemy strefy euro, Szwajcarii, innych gospodarek i słabnącego rynku w Chinach, to cały czas można uważać, że relatywnie amerykańska gospodarka i amerykańskie spółki będą miały się lepiej niż inne rynki akcji.

Forbis Group rozwija się wraz z polskim rynkiem centrów handlowych. Firma liczy na kolejny dobry rok

0

CEO Magazyn Polska

W zeszłym roku Forbis Group zrealizował o 20 proc. więcej zleceń niż w 2013 roku. Firma liczy na to, że nadal będzie utrzymywać podobne tempo rozwoju.  Na polskim rynku przybywa sieci sklepów, które inwestują w swój wizerunek.

Forbis Group to jednocześnie biuro projektowe działające w branży handlu detalicznego, jak i wykonawca projektów; posiada własne zaplecze realizacyjne, m.in. produkuje meble na potrzeby klientów. Firma realizowała projekty m.in. dla takich marek, jak  CCC, Prima Moda, Wojas, Potis & Verso, Lacoste, Max Mara czy Armani.

Największy wzrost zainteresowania zaobserwowaliśmy właśnie w obszarze projektowym, w obszarze tworzenia konceptów sklepów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Powierza, dyrektor zarządzający i członek zarządu Forbis Group.  Ta tendencja jest szczególnie widoczna wśród polskich marek, polskich sieci, ale zagraniczne podmioty również coraz częściej interesują się naszym rynkiem. Naszymi usługami interesują się także podmioty, które planują rozwój bądź wchodzą na nasz rynek.

Ten wzrost zainteresowania wiąże się z dynamicznym rozwojem rynku centrów handlowych. W zeszłym roku, jak wynika z raportu Cushman & Wakefield, działały w Polsce 432 wielkie obiekty o łącznej powierzchni przekraczającej 10 mln mkw. Według Colliersa tylko w 229 centrach zlokalizowanych w dużych polskich miastach działało blisko 16,5 tys. najemców, głównie sklepów różnych sieci. Tymczasem w budowie były kolejne o galerie powierzchni 850 tys. mkw.

– Zarówno polskie firmy, jak i zagraniczne chcą jak najwięcej usług zlecić firmom zewnętrznym, bo to przyczynia się do obniżania kosztów operacyjnych ocenia Marcin Powierza.  Ograniczane są inwestycje na rozwój własnych, wewnętrznych działów inwestycji, na rzecz takich firm jak my, które prowadzą inwestycję w imieniu inwestora od A do Z. To przekłada się na coraz większe zainteresowanie naszą kompleksową ofertą.

Forbis obserwuje wzmożone zainteresowanie swymi usługami wśród klientów z sieci obuwniczych i odzieżowych. Są to głównie krajowe sieci, które chcą dokonać remodelingu istniejących sklepów, chcą się rozwijać, by konkurować z zagranicznymi sieciami, które mają już ugruntowaną pozycję na rynku.

Polskie sieci chcą nadążać za światowymi trendami podkreśla dyrektor zarządzający, członek zarządu Forbis Group. Chcą nadążać za rozwojem również swojej grupy docelowej, bo też projektując, zawsze bierzemy pod uwagę produkt i grupę docelową naszych klientów. Klient też ewoluuje, rozwija się, więc chcąc podążać za tym klientem, sieci inwestują w rozwój produktu, w rozwój kolekcji, a także w opakowanie tego produktu, czyli w koncept sklepu. Tutaj jest nasza rola, w tym możemy się wykazać.

Nowe centra handlowe, rosnące sieci sklepów i nowi gracze na rynku przekładają się na wzrost zamówień.

Procentowo jest to ponad 20-proc. wzrost rok do roku.  ujawnia Marcin Powierza z Forbis Group.  Zeszły rok zakończyliśmy bardzo pozytywnie: osiągnęliśmy bardzo duży wzrost i zdobyliśmy kilkudziesięciu nowych klientów, dlatego z dużym optymizmem myślimy o rozwoju w tym roku. Chcielibyśmy utrzymać to samo tempo, które odnotowaliśmy w 2014 roku.

Zmiany w Służbie Celnej. Rozliczenia dla przedsiębiorców będą uproszczone

Od 1 lipca br. krakowska Izba Celna będzie odpowiadać za rozliczenia celne na terenie całego kraju. Rozliczenia z jedną izbą zamiast z szesnastoma, jak było do tej pory, mają ułatwić przedsiębiorcom działalność na rynkach zagranicznych. Od 1 września wdrożone zostaną także nowe systemy do kontroli eksportu i importu. Będzie również nowy system księgowo-finansowy oraz wspólna platforma do zarządzania dla izb celnych.

W tej chwili czekamy na podpis prezydenta do zmiany ustawy o służbie celnej, która pozwala scentralizować rozliczenia z zakresu ceł, akcyzy i podatków od importu, które przedsiębiorcy zgłaszają przy imporcie towarów – powiedział w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów i szef Służby Celnej.

Sejm przyjął nowelizację ustawy o Służbie Celnej w połowie stycznia. Wszystkie należności celne, podatkowe i inne będą rozliczane przez jedną Izbę Celną – wybór padł na krakowską. Do tej pory zadanie to było podzielone między 16 placówek wojewódzkich. Jak podkreśla Kapica, pozwoli to na zdecydowane uproszczenie rozliczeń, a także poprawi komunikację pomiędzy przedsiębiorcami oraz Służbą Celną.

Krakowska Izba Celna będzie rozliczała cła i podatki niezależnie od tego, w którym miejscu towary przejdą odprawę celną. Zmiany wejdą w życie 1 lipca tego roku.

Kapica dodaje, że od 1 września br. zmieni się również komputerowy system celny Celina. Zastąpią go nowe systemy AES i AIS (Automatyczny System Eksportu i Automatyczny System Importu). Mają one mieć rozbudowane funkcjonalności obsługi elektronicznej handlu zagranicznego, a także uwzględnić nowe wymagania Dyrektoriatu Generalnego Podatków i Ceł (DG TAXUD) Komisji Europejskiej.

‒ Istotnym elementem będzie również uruchomienie 1 lipca 2015 r. kolejnego rozwiązania nowego systemu Zefir 2, który ma wspierać rozliczenia finansowo-księgowe i eksport w tym zakresie – dodaje Kapica.

Wiceminister finansów zapowiada także, że Służba Celna planuje wprowadzenie jednej platformy usług, która będzie kanałem komunikacji pomiędzy izbami celnymi i przedsiębiorcami. Ma ona być dostępna w połowie tego roku.

Do 80 proc. wynagrodzenia z obecnych 100 proc. obniżone zostaną uposażenia chorobowe dla celników. Zwiększa się wymagania wobec celników, m.in. będą przechodzić badania psychofizyczne oraz będą musieli zgłaszać informacje o tym, że ich małżonkowie, krewni lub osoby prowadzące wspólnie gospodarstwo domowe są zatrudnione w administracji celnej.

Celnicy będą mieli także nieco większe uprawnienia dotyczące kontroli celnej, która obecnie jest prowadzona m.in. przez Inspekcję Weterynaryjną czy Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Nie będą też odpowiadać karnie za przestępstwo popełnione w wyniku wykonania polecenia służbowego.

W przyszłym roku ruszy terminal naftowy w Gdańsku. PERN „Przyjaźń” liczy na kilkadziesiąt milionów złotych przychodów

Budowa terminalu naftowego w Gdańsku na półmetku. Pierwszy transport ropy zostanie przyjęty w przyszłym roku. Już w początkowym etapie funkcjonowania terminalu PERN „Przyjaźń” chce zwiększyć przychody o kilkanaście milionów złotych. Dzięki większym marżom więcej zarobi też Skarb Państwa.

50 proc. inwestycji jest już wykonane. Wszystkie zbiorniki w zasadzie już stoją, trwają jeszcze prace przy ostatnim, zlokalizowanym najbliżej morza. Większość prac będzie teraz wykonywana w ziemi, tych elementów nie będzie widać. Termin zakończenia inwestycji, czyli 2015 rok, nie jest zagrożony. W 2016 r. nastąpi uruchomienie terminalu, czyli wprowadzenie w pełny obieg funkcjonowania PERN – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Moskalewicz, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych „Przyjaźń”, właściciela inwestycji w Gdańsku.

W początkowym etapie korzystania z terminalu naftowego PERN „Przyjaźń” chce osiągnąć dzięki niemu przychody w wysokości nawet kilkudziesięciu milionów złotych. W 2013 r. całe przychody spółki wyniosły 608 mln zł, a zysk netto 215 mln zł. Wyniki po pierwszych miesiącach 2014 r. były lepsze niż rok wcześniej, m.in. dzięki większym wolumenom transportowanej ropy. Moskalewicz podkreśla, że dzięki terminalowi z czasem przychody będą rosnąć.

Szacujemy, że w początkowym okresie funkcjonowania będzie to kilkadziesiąt milionów złotych dodatkowo do naszych dotychczasowych przychodów. Natomiast proszę pamiętać, że wszyscy będziemy się uczyli korzystania z nowych możliwości. Zarówno dla nas, jak i dla naszych kontrahentów terminal będzie nową funkcjonalnością i ten biznes z roku na rok będzie bardziej efektywny – zapowiada prezes PERN „Przyjaźń”.

Gdański terminal ma być pierwszym morskim hubem naftowym, który będzie się zajmował magazynowaniem i przeładunkiem ropy naftowej, produktów ropopochodnych i chemikaliów o pojemności ok. 700 tys. metrów sześciennych. W pierwszym ma powstać sześć zbiorników na ropę naftową o łącznej pojemności 375 tys. metrów sześciennych wraz z infrastrukturą niezbędną do ich obsługi. Budowa kosztuje 415 mln zł. W drugim etapie do 2018 r. mają powstać zbiorniki na produkty ropopochodne, chemikalia, paliwo lotnicze oraz biokomponenty.

Moskalewicz podkreśla, że dzięki uruchomieniu terminalu znacznie zwiększą się możliwości dostawy różnych gatunków ropy naftowej do odbiorców w Polsce. Na świecie istnieje ponad 150 gatunków tego paliwa, a klienci mają bardzo sprecyzowane wymagania dotyczące jakości surowca.

Terminal rzeczywiście pozwoli nam znakomicie separować ropę, pozwoli nam ją blendować i dostarczać do kontrahentów – mówi Moskalewicz.

Budowa terminalu to inwestycja, która ma poprawić efektywność PERN „Przyjaźń”. Spółka liczy, że dzięki niej będzie więcej zarabiać na transporcie ropy, a to z kolei pozwoli na przekazanie większych środków do Skarbu Państwa, który jest 100-proc. właścicielem PERN „Przyjaźń”.

Natomiast nie wpłynie to na wzrost cen za przesył czy magazynowanie ropy naftowej – podkreśla Moskalewicz.

PERN „Przyjaźń” obecnie zajmuje się tłoczeniem ropy naftowej przede wszystkim przez rurociąg „Przyjaźń” z Adamowa, na granicy z Białorusią, przez Płock do Niemiec. Dostarcza ropę naftową do rafinerii w Niemczech, Płocku oraz – przez drugi rurociąg – z Płocka do Gdańska. Rurociąg łączący dwie polskie rafinerie ma możliwość przesyłu ropy w obydwu kierunkach. Głównym celem gdańskiej inwestycji jest zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego Polski i regionu w zakresie dostaw ropy naftowej i paliw płynnych.

W 2015 roku bankom spadną marże i przybędzie klientów. O zyski będą musiały powalczyć

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku polskim bankom trudniej było zarabiać, ale za to sprzedawały coraz więcej produktów. W 2015 roku będą się musiały postarać, by rosnący wolumen sprzedaży zrekompensował im niższe marże. To dobra wiadomość dla klientów.

Na ostateczne wyniki osiągnięte w 2014 roku polskie banki nie powinny raczej narzekać. Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, po trzech kwartałach sektor miał ponad 13 mld zł zysku netto, to o 10,6 proc. więcej niż w tym samym okresie 2013 roku. Mimo to bankowcy są zdania, że zeszły rok był dla nich trudny.

Był szereg wydarzeń, które powodowały, że bankom nie było tak łatwo działać mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Jeżewska-Wasilewska, analityk WOOD & Company Financial Services. – Musiały operować w otoczeniu niskich stóp procentowych, które co prawda już nie spadały przez większą część roku, jednak ta końcówka była dość problematyczna. WIBOR poszedł w dół i zanosi się, że niskie stopy procentowe, może nawet jeszcze niższe niż mamy, będą nam towarzyszyły w 2015 roku.

Zdaniem Marty Jeżewskiej-Wasilewskiej trudniej będzie zwłaszcza tym bankom, które w przeszłości udzieliły wielu kredytów we frankach szwajcarskich.

– Kolejnym problemem mogą się okazać kredyty denominowane w CHF. Istnieje ryzyko podniesienia się kosztu finansowania w sektorze, co jeszcze bardziej ograniczyć może marże odsetkowe. Dodatkowo banki mogą ograniczać spready walutowe, a to dodatkowy, choć już mniejszy cios w ich dochodowość – zauważa analityczka.

Rekordowo niskie stopy procentowe NBP oznaczają, że polskie banki zarabiają coraz mniej na odsetkach od kredytów. Z drugiej strony jednak tańsze kredyty, systematyczna poprawa sytuacji gospodarczej i wzrost zamożności Polaków skutkują wzrostem liczby kredytobiorców i wolumenu udzielanych kredytów. Instytut Badań nad Gospodarka Rynkową szacuje, że w trzy lata wzrośnie on z ponad 138 mld do 172 mld zł.

Oczekiwałabym, że w związku z dość przyzwoicie rosnącym PKB tempo wzrostu wolumenów co najmniej utrzyma się na obecnych poziomach ocenia Marta Jeżewska-Wasilewska. – Wydaje mi się, że istnieje nawet duża szansa na to, że lekko przyspieszy. Istnieje jednak ryzyko, że w związku ze spadającymi stopami procentowymi w ostatnim kwartale wyniki mogły się pogorszyć, gdyż spadły marże odsetkowe.

Sektor bankowy musi się też zmagać w tym roku z nowymi ograniczeniami, które mają zwiększyć jego bezpieczeństwo. Od stycznia wzrosła np. kwota wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu mieszkaniowego. W zeszłym roku kredytobiorca musiał sfinansować z własnych środków co najmniej 5 proc. kosztów zakupu nieruchomości. Obecnie jest to 10 proc. To też może wpłynąć na zyskowność banków.

Być może nie wprost, gdyż te wymogi powoli rosną już kolejny rok z rzędu – uważa analityczka WOOD & Company Financial Services.Może mieć to wpływ na tempo wzrostu nowych kredytów hipotecznych i wolumeny sprzedaży nowych kredytów hipotecznych. W otoczeniu tak niskich stóp procentowych można by oczekiwać, że rynek mieszkaniowy będzie rósł bardzo szybko. Wymóg wyższego wkładu własnego może jednak ograniczyć potencjalne dynamiki.

W obecnym roku niskie stopy procentowe coraz bardziej będą ograniczać zyski, wzrośnie też ryzyko polityczne. Z drugiej strony niskie stopy mogą też przyciągnąć do banków jeszcze więcej klientów i zwiększyć kwoty pożyczek.

 Sytuacja nie zmieni się przynajmniej do końca I połowy 2014 roku, a 2015 rok będzie jeszcze większym wyzwaniem dla polskich banków podkreśla Marta Jeżewska-Wasilewska. Dlatego istotne jest teraz to, czy rosnące wolumeny pomogą zneutralizować wpływ spadających rynkowych stóp procentowych, które ograniczają marże, czy nie.

Dobra sytuacja w gospodarce skłoni przedsiębiorców do inwestowania w usługi i systemy informatyczne

CEO Magazyn Polska

Szybki rozwój nowych technologii i rosnąc świadomość klientów na temat zarządzania informatyką w biznesie to poważne wyzwanie dla firm świadczących usługi konsultingowe i IT. Muszą być na bieżąco ze wszystkimi nowymi rozwiązaniami i prognozować trendy. Przed nimi jednak dobry rok – w dobrym otoczeniu gospodarczym przedsiębiorstwa są gotowe na nowe inwestycje. 

Rynek usług IT w Polsce staje się coraz bardziej konkurencyjny, a klienci – kompetentni i wymagający. Dużo wiedzą na temat zarządzania informatyką, są coraz lepiej wyedukowani w zakresie tego, w jaki sposób spinać informatykę z biznesem.

Wymaga to od nas, dostawców, permanentnego uczenia się, analizy trendów, doskonalenia własnego warsztatu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix, dostawcy usług doradczych i rozwiązań IT. – Musimy się uczyć szybciej od naszych klientów albo umieć agregować wiedzę z różnych obszarów rynku, z różnych sektorów, żeby pozostawać atrakcyjnym dostawcą usług konsultingowych.

Dobra kondycja polskiej gospodarki powinna zachęcać przedsiębiorców do inwestowania w ich biznes i nowoczesne rozwiązania. Zdaniem Stokalskiego nurtem, który będzie coraz bardziej doceniany przez zarządzających firmami w Polsce, będzie digital business, czyli biznes cyfrowy.

To nie znaczy, że zaraz wszyscy mają być, jak Amazon czy Google – podkreśla Borys Stokalski. – Chodzi o to, że doświadczenia takich firm stają się doświadczeniami ważnymi również dla tradycyjnych podmiotów, takich jak banki czy producenci różnego rodzaju dóbr. W produktach konsumenckich znajduje coraz więcej informatyki, coraz częściej też dołączone są do nich różne usługi, jak choćby portal czy aplikacja.

Towarzyszy temu powstawanie internetu rzeczy – coraz więcej przedmiotów z naszego codziennego życia zaczyna się ze sobą komunikować. Urządzeń w sieci przybywa, a to stwarza nowe wyzwania dla ludzi zajmujących się rozwojem produktów i zarządzaniem efektywnością procesów biznesowych.

W tym wszystkim zdolność do rozumienia potencjału technologii i ich właściwego wykorzystania staje się kluczowa – zwraca uwagę prezes Infovide-Matrix. – To jest moment, który jest bardzo atrakcyjny z punktu widzenia dostawców rozwiązań i usług teleinformatycznych, bo on stwarza nowe obszary wzrostu, trochę podobnie jak ta pierwsza generacja internetu parę lat temu.

Przykładem jest branża energetyczna i pierwsze przetargi dotyczące inteligentnej infrastruktury pomiarowej. Dla Infovide-Matrix jest to branża, która obok finansowej czy telekomunikacyjnej pozostaje jedną z najbardziej perspektywicznych.

W pierwszych trzech kwartałach 2014 r. sektor finansowy i przemysłowo-energetyczny stanowiły po około 25 proc. ogółu przychodów, a sektor publiczny odpowiadał za 13 proc. obrotów firmy.

Według tegorocznego raportu ośrodka badawczego IDC udział Infovide-Matrix w polskim rynku konsultingu IT wyniósł 7,7 proc., co dało spółce 3. miejsce wśród dostawców usług konsultingowych i 3. miejsce w kategorii rozwiązań na zamówienie w Polsce.

Sprzedaż Mazdy w Polsce rośnie czterokrotnie szybciej niż w Europie

CEO Magazyn Polska

Blisko 80-proc. wzrost sprzedaży i 15. pozycja na polskim rynku – tak Mazda zakończyła 2014 rok. Prognozy na ten są optymistyczne – koncern spodziewa się dalszego zwiększania sprzedaży, choć tempo wzrostu może nie być tak imponujące. W odniesieniu do całego rynku Mazda prognozuje wzrost liczby rejestracji nowych aut do ok. 350 tysięcy. 

2014 rok był dla nas bardzo udany, sprzedaliśmy ponad 7,5 tys. samochodów, wzrost wyniósł blisko 80 proc. w stosunku do roku poprzedniego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – To kolejny rok, w którym odnotowujemy tak wysokie wzrosty. Zamknęliśmy go wysokim udziałem w rynku w wysokości 2,3 proc.

Dzięki ubiegłorocznym wynikom Mazda awansowała na 15. pozycję w rankingu najlepiej sprzedających się marek. W tym roku koncern chce zwiększać swoje udziały w rynku. Liczy na dalsze wzrosty sprzedaży, choć ich tempo może nie być już tak imponujące jak w ostatnich latach. Pomóc w tym mają nowości, które firma wprowadza właśnie do sprzedaży.

Planujemy sprzedać mniej więcej około 10 tys. samochodów w 2015 roku – zapowiada Paździor. – Modernizujemy w tej chwili Mazdę 6, CX-5, nadal świeża jest Mazda 3. Ale oprócz tego mamy trzy zupełne nowości: Mazdę 2, CX-3 oraz nasz kultowy roadster MX-5. Wszystkie auta pojawią się w tym roku i wtedy cała linia produktowa Mazdy będzie tak naprawdę nowa.

Chociaż w ofercie Mazdy nie ma samochodów hybrydowych, to firma kładzie coraz większy nacisk na zagadnienia związane z ekologią.

Nasze samochody bazują na nowoczesnej technologii Skyactiv. Pojazdy w nią wyposażone spalają czasami bardzo podobne ilości paliwa jak typowe auta hybrydowe – zauważa Łukasz Paździor. – Łączymy zatem dobre parametry dynamiki jazdy z dobrymi wskaźnikami ekologicznymi.

Modele oparte na technologii Skyactiv stanowiły 96 proc. sprzedaży w 2014 roku.

Rosnącej sprzedaży Mazdy sprzyjać będzie rosnący w umiarkowanym tempie popyt na nowe auta w kraju. Szacunki koncernu mówią o liczbie rejestracji nowych samochodów na poziomie 350 tys. (wobec 327 tys. w 2014 roku).

Taki wzrost powinien utrzymać się w kolejnych latach – mówi Łukasz Paździor. – Być może nie jest to bardzo dynamiczne zwiększenie sprzedaży, ale mimo wszystko polskie społeczeństwo po zakończeniu kryzysu ma więcej środków finansowych i jest coraz bardziej skłonne przeznaczać je na zakup samochodów. Nie bez znaczenia jest fakt, że koszt pieniądza jest obecnie bardzo niski i łatwo można uzyskać wszelkiego rodzaju formy finansowania.

Szybko rosnąca sprzedaż marki w Polsce sprawia, że polski oddział Mazdy zaczyna się liczyć w Europie. Zajmuje piątą pozycję w rankingu największych importerów Mazdy w strukturze europejskiej.

Przed nami są Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania i Austria. Co ważne, mamy duży sukces Mazdy 6. Sprzedaż tego auta w Polsce zajmuje trzecią pozycję w Europie, co świadczy o bardzo dobrym przyjęciu tego samochodu na naszym rynku – podkreśla dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland.

To sprawia, jak informuje Paździor, że Polska dla Mazdy jest rynkiem perspektywicznym. Od momentu rozpoczęcia działalności w czerwcu 2008 r. polski oddział Mazdy wydał klientom już 25 291 samochodów.

Ogólnie Mazda w Europie rośnie dynamicznie, ubiegły rok zamknęliśmy wzrostem na poziomie 20 proc., spodziewamy się, że w tym będzie podobnie – uważa dyrektor Paździor. – Mamy też bardzo dobrą dynamikę m.in. w Hiszpanii i na kilku innych rynkach. Oczywiście największymi odbiorcami są Niemcy i Wielka Brytania i tam również notujemy wzrosty.

Choroba psychiczna nie musi wykluczać z życia. Chorzy mogą funkcjonować na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

Prawie 8 mln Polaków w wieku od 18 do 64 lat boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Problem staje się coraz poważniejszy, a standardy leczenia wymagają jeszcze poprawy. Odpowiednie terapie i opieka nad chorymi mogą przyczynić się do tego, że nie będą oni wykluczeni z życia społecznego i rynku pracy. Mental Health Integration Index wysoko ocenia przyjęte w Polsce rozwiązania prawne i  teoretyczną dostępność do nowoczesnych leków, podkreśla jednak, że brak nam adekwatnego finansowania.

Problemy ze zdrowiem psychicznym, na którymś z etapów życia, ma jedna czwarta ludzi, a choroby psychiczne stanowią już 20 proc. wszystkich chorób w Europie. Dane Instytutu Psychiatrii i Neurologii wskazują, że prawie 8 mln Polaków w wieku od 18 do 64 lat boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Z Indeksu Integracji Zdrowia Psychicznego wynika, że choroby psychiczne niosą ze sobą znaczne koszty ludzkie i ekonomiczne w Europie, ponadto są niedostatecznie leczone. Polska znalazła się na 15. miejscu tego indeksu i została określona jako kraj prowadzący tzw. politykę aspiracyjną w zakresie zdrowia psychicznego, co oznacza rozbieżność między przepisami i programami w polskiej psychiatrii (10. miejsce) a dostępnością do leczenia (22. pozycja).

Mamy dobre rozwiązania prawne, natomiast za nimi nie idzie adekwatne finansowanie. Przykładem jest Narodowy Program Zdrowia Psychicznego, który jest rozwiązaniem bardzo dobrym i bardzo nowoczesnym, ale jednocześnie brakuje mu adekwatnego finansowania – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Według raportu poziom wykształcenia polskich lekarzy psychiatrów i psychoterapeutów jest wysoki, teoretycznie dobra jest też dostępność do zarejestrowanych leków na światowym poziomie. Problemem jest natomiast niedofinansowanie tej gałęzi opieki medycznej, co ogranicza dostępność zarówno do lekarzy, jak i leków.

Przykładem może być sytuacja osób chorych na schizofrenię – w Polsce cierpi na nią ok. 380-400 tys. osób. Jest to choroba psychiczna wymagająca wieloletniego leczenia, jednak od 60 do 70 proc. pacjentów nie stosuje się do zaleceń lekarskich. Do ich stosowania zniechęca na przykład konieczność codziennego przyjmowania lekarstw. Dlatego w ostatnich latach psychiatrzy coraz szerzej stosują leki o przedłużonym działaniu. Mogą one być podawane np. w formie zastrzyku raz na dwa tygodnie lub raz na miesiąc. Lekarze podkreślają, że wpływa to na poprawę stanu zdrowia pacjenta i daje szanse na aktywne życie.

Ich stosowanie w Polsce jest jednak ograniczone, bo choć leki o przedłużonym działaniu są zarejestrowane w pełnym zakresie, to ich stosowanie jest obwarowane licznymi ograniczeniami. Są to leki, przy których refundacja jest wyższa, w związku z tym lekarze obawiają się kontroli i nałożenia przez NFZ kary – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec.

Zastosowanie leków o przedłużonym działaniu pomaga także obniżyć koszty, jakie ponosi budżet państwa w związku z tą chorobą. Schizofrenia od kilku lat znajduje się na 4. miejscu wśród chorób generujących największe wydatki ZUS, plasując się za chorobami układu krążenia, nowotworami i chorobami układu kostno-stawowego. Co roku ZUS wydaje blisko miliard złotych na świadczenia związane z niezdolnością do pracy. Połowę tej kwoty NFZ przeznacza na refundację leków dla schizofreników. Leki o przedłużonym działaniu są nieco droższe niż stosowane na co dzień tabletki doustne, jednak zdaniem ekspertów różnica ta zostałaby zrekompensowana poprzez obniżenie kosztów społecznych wynikających ze źle leczonej choroby.

– Nie ma tylu hospitalizacji i wizyt interwencyjnych, ponieważ stosowanie tych leków umożliwia stabilne funkcjonowanie i dłużej utrzymującą się poprawę zdrowia. Dzięki temu pojawia się także możliwość podjęcia pracy przez osoby chore – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec.

Koszty społeczne związane ze schizofrenią obejmują nie tylko koszty bezpośrednie, związane z pobytem w szpitalu, lecz także pośrednie, związane z wypadnięciem chorego z rynku pracy. Z badań wynika, że aż 93 proc. pacjentów hospitalizowanych co najmniej pięć razy traci pracę, a ponad 70 proc. przechodzi na rentę. Stosowanie leków o przedłużonym działaniu może pomóc w zachowaniu aktywności zawodowej pacjenta.

Inwestycja w elektrociepłownie szansą na lepsze wykorzystanie węgla. Ich wydajność jest dwukrotnie wyższa niż tradycyjnych elektrowni

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie efektywności spalania węgla zamiast odejścia od tego surowca – to może być dobrym rozwiązaniem dla krajów, których gospodarki – podobnie jak w Polsce – w głównej mierze są oparte na tym surowcu. To jednak wymaga wsparcia kogeneracji. Skuteczność wykorzystujących kogenerację elektrociepłowni jest dwukrotnie większa niż tradycyjnych elektrowni.

Obecnie elektrownie, które się budują, zapewniają poziom efektywności około czterdziestu kilku procent, podczas gdy w elektrociepłowniach ten poziom efektywności sięga ponad 90 proc. Jeżeli już spalamy tę tonę węgla, to lepiej, żeby spożytkować 90 proc. niż 40 proc. – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej w Fortum.

Elektrociepłownie wykorzystujące metodę kogeneracji pozwalają spalać węgiel z bardzo dużą efektywnością. To niewielkie źródła ciepła i energii elektrycznej, ale, jak przekonuje Van den Bossche, idealnie odpowiadają na lokalne zapotrzebowanie w miastach. Nie zastąpią wielkich bloków energetycznych, ale mogą zapobiec miejscowym niedoborom energetycznym i dostarczyć ekologiczne i tanie ciepło.

Van den Bossche zaznacza, że kogeneracja powinna być w Polsce wspierana. Nie chce jednak wskazywać, jaki system wsparcia powinien wybrać polski rząd. Jak podkreśla, ważniejsza od przyjętych rozwiązań finansowych jest przewidywalność i stabilność systemu wsparcia.

To my przystosowujemy się do ram prawnych, które w danym kraju obowiązują. Działając na tak różnych rynkach, jak np. Norwegia, Rosja, Finlandia, Szwecja, Indie i Litwa, zdobyliśmy już duże doświadczenie w tym przystosowywaniu i wiemy, że rozwiązania prawne są niezbędne i dają stabilizację – przekonuje Van den Bossche.

Zauważa, że decyzje inwestycyjne w energetyce podejmuje się w horyzoncie 30-40 lat, a sama ich realizacja może potrwać kilka lat. Dlatego inwestorzy muszą mieć pewność, że system wsparcia zostanie ustalony na długi czas.

Każdy rząd ma swoją strategię, politykę, cele i założenia. Naszym zdaniem w kraju takim jak Polska, gdzie produkcja jest oparta w dużej mierze na węglu, powinno się dążyć do tego, żeby węgiel spalać jak najbardziej efektywnie – uważa Izabela Van den Bossche.

Zaznacza, że bez żadnego wsparcia i przy obecnych cenach gazu inwestowanie w kogenerację po prostu się nie opłaca.

Oskładkowanie umów cywilnoprawnych może zmniejszyć liczbę miejsc pracy i doprowadzić do zwiększenia szarej strefy

Od 2016 roku zaczną obowiązywać nowe zasady oskładkowania umowy-zlecenie. Dziś jeśli pracujemy na kilku umowach, składki są opłacane wyłącznie od jednej, najczęściej na najniższą kwotę. Od przyszłego roku składki emerytalne i rentowe będą odprowadzane od wysokości minimalnego wynagrodzenia. Zmiany mogą spowodować, że umowy-zlecenia staną się mniej korzystne dla pracodawców. W efekcie może to doprowadzić do wzrostu szarej strefy.

Do tej pory, jeśli ktoś miał kilka tytułów ubezpieczenia z tytułu umowy-zlecenia i umowy o pracę, to umowa-zlecenie nie była obowiązkowo ozusowana. Od przyszłego roku także ona – obok umowy o pracę lub innych umów zlecenie  będzie oskładkowana do wysokości minimalnego wynagrodzenia. To najistotniejsza zmiana – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Magdalena Zwolińska, radca prawny w Kancelarii DLA Piper.

Obecnie jeśli umowa-zlecenie jest jedynym tytułem ubezpieczenia, należy od niej odprowadzić składki na ubezpieczenie rentowe, emerytalne i zdrowotne, dobrowolne jest natomiast ubezpieczenie chorobowe. Przy pracy na kilka umów, składki odprowadzane są od jednej, przeważnie tej na najniższą kwotę, zaś od pozostałych odprowadzana jest wyłącznie składka zdrowotna.

Zmiany wchodzące w życie w przyszłym roku mogą zwiększyć koszty pracy, dlatego ekspertka zaznacza, że zmiana one niekorzystna dla pracodawców.

Spowoduje to zwiększenie szarej strefy umów, które nie będą zawierane pisemnie – przestrzega Zwolińska. – Teraz, mając w świadomości, że od umowy trzeba będzie odprowadzić ZUS, część przedsiębiorców nie da już pracownikowi umowy na piśmie.

Przeprowadzona w sierpniu 2014 r. na zlecenie Centrum im. A. Smitha ankieta wskazała, że połowa badanych obawia się, że oskładkowanie umów cywilnoprawnych zmniejszy liczbę miejsc pracy. Co dziesiąty był zdania, że ich liczba może wzrosnąć. Według badań CBOS 68 proc. Polaków wskazało, że pracodawcy mogą być bardziej skłonni do zatrudniania pracowników bez jakichkolwiek umów. Wielu też obawia się, że zatrudniający będą przerzucać dodatkowe koszty na pracowników, obcinając im pensje. Jednocześnie większość popiera pomysł oskładkowania umów o dzieło i rozszerzenia zakresu składek od umów-zleceń.

GUS szacuje, że bez umowy zatrudnionych jest ponad 1 mln Polaków. Ich praca warta jest ok. 50 mld zł rocznie.

W dłuższej perspektywie zmiany mogą okazać się korzystne dla zleceniobiorców. Dzięki odprowadzanym składkom od minimalnego wynagrodzenia mogą zapewnić sobie minimalne emerytury. Obecnie na umowach cywilnoprawnych pracuje ok. 1,5 mln osób, jednak liczba ta rośnie z roku na rok.

Od 1 stycznia br. muszą być również odprowadzane składki od wynagrodzeń członków rad nadzorczych.

Warszawa inwestuje w ekologiczne autobusy na skroplony gaz i prąd

CEO Magazyn Polska

Warszawa jako drugie miasto w Polsce i Europie wprowadza na ulice autobusy napędzane skroplonym gazem ziemnym (LNG). To nie koniec ekologicznych inwestycji – w maju lub czerwcu na ulicach pojawią się pierwsze autobusy elektryczne. W tym i kolejnym roku warszawskie Miejskie Zakłady Autobusowe kupią jeszcze 20 pojazdów tego typu.

Eksploatacja autobusów gazowych na pewno przyniesie nam oszczędności, przede wszystkim jeżeli chodzi o paliwo. Tak naprawdę jeszcze nie znamy skali oszczędności, ponieważ Warszawa jest dopiero drugim miastem w Polsce i tak naprawdę drugim w Europie, które zaczyna korzystać z paliwa LNG, czyli skroplonego gazu ziemnego. Dopiero po 2-3 latach będziemy znali szczegóły – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy warszawskich Miejskich Zakładów Autobusowych.

Na początku roku ruszyły dostawy 35 przegubowych autobusów na LNG dla Warszawy. Produkuje je firma Lider Trading z Solca Kujawskiego pod marką Solbus. Na razie autobusy będą tankowane w sprowadzonej z Niemiec stacji mobilnej, ale w połowie roku w zajezdni przy ul. Ostrobramskiej ma powstać stacja do tankowania skroplonym gazem.

Koszt zakupu 35 autobusów wraz z dziesięcioletnim kontraktem na dostawę gazu to 114 mln zł. Warszawskie MZA otrzymały 80 mln zł dofinansowania w ramach programu Gazela Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, wspierającego rozwój zrównoważonego transportu miejskiego.

Autobusy mają być dwu razy cichsze i o 40 proc. tańsze w eksploatacji niż pojazdy spalinowe. Mają też emitować o 16 proc. mniej dwutlenku węgla oraz o 80 proc. mniej tlenków azotu.

Do tej pory autobusy na skroplony gaz jeżdżą w regularnych ruchu w Europie jedynie w Olsztynie (od jesieni 2013 r.). W kilku innych polskich miastach odbywały się pokazy tych pojazdów. Poza Europą autobusy na LNG są wykorzystywane m.in. w Chinach oraz Phoenix w Stanach Zjednoczonych.

Stawicki dodaje, że to nie koniec inwestycji w ekologiczne pojazdy w Warszawie.

Mamy w planach zakupy kolejnych autobusów niskoemisyjnych, czyli bądź autobusów gazowych, bioetanolowych, bądź elektrycznych. Wymusza to na nas w pewnym sensie Komisja Europejska, która nakazuje do roku 2050 wymianę wszystkich autobusów zasilanych olejem napędowym na autobusy niskoemisyjne – tłumaczy rzecznik MZA.

MZA ma już podpisaną umowę z Solarisem, który w tym roku dostarczy do Warszawy 10 autobusów elektrycznych. Stawicki twierdzi, że wyjadą one na ulice w maju lub czerwcu. MZA jeszcze w tym roku chce zamówić 10 kolejnych autobusów elektrycznych, a w 2016 r. – kolejne 10.

W taborze spółki pojawią się także nowe autobusy na olej napędowy. 20 stycznia MZA ogłosiły przetarg na 80 autobusów, w tym 60 przegubowych.

Prawdopodobnie ogłosimy jeszcze przetarg lub wydzierżawimy kolejne 60 autobusów – wylicza Stawicki.

Przypomina, że nowe pojazdy nie tylko powiększają tabor, lecz także umożliwiają wycofanie starszych autobusów. Od 1 grudnia 2013 r. z warszawskich ulic zniknęły z regularnych kursów wysokopodłogowe Ikarusy (po raz ostatni wykorzystane w noc sylwestrową 2013 r.), a teraz wycofywane są już najstarsze, 20-letnie pojazdy niskopodłogowe.

W Warszawie pozostało w tej chwili jedynie 17 niskopodłogowych Neoplanów – w tym roku planowane jest ich całkowite wycofanie.

W 2014 roku PKB Polski wzrosło o 3,3 proc. I. Morawski (BIZ Bank): Polska gospodarka w tym roku może rosnąć jeszcze szybciej

W 2015 roku polska gospodarka może się rozwijać nieco szybciej niż w ubiegłym. Nie do końca jest to jednak zależne od działań polskich firm, konsumentów i rządu. Nadal ogromny wpływ na tempo wzrostu PKB w Polsce ma stan gospodarki państw strefy euro, a także, choć już w mniejszym już stopniu, sytuacja na Wschodzie.

Wbrew wielu prognozom wieszczącym spadek PKB w drugiej połowie 2014 r. poniżej 3 proc., polskie firmy poradziły sobie znacznie lepiej. Główny Urząd Statystyczny podał, że według wstępnych szacunków w całym roku 2014 polska gospodarka rozwijała się w tempie 3,3 proc., przy czym z poprzednich odczytów wiadomo, że w trzech pierwszych kwartałach było to odpowiednio 3,4 proc., 3,3 proc. i 3,5 proc.

Wydaje mi się, że w IV kw. wzrost gospodarczy wciąż utrzymał się na poziomie 3 proc. lub był nieco wyższy i to taki będzie również w tym roku przewidywał jeszcze przed publikacją danych w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.Polska gospodarka rozwija się teraz w tempie około 3 proc. Dane za 2014 rok powinny pokazać średni wzrost PKB na poziomie około 3,3 proc., co będzie implikowało wzrost w IV kw. między 3 a 3,3 proc., może 3,4 proc.

Polska gospodarka dobrze sobie radziła pomimo niekorzystnych wydarzeń na świecie. Konflikt rosyjsko-ukraiński osłabił polski eksport o kilkanaście procent. Jednak firmy zdołały zrekompensować ten spadek, aktywnie i skutecznie poszukując nowych rynków zbytu. To, jaki będzie dla gospodarki, przedsiębiorców i pracowników 2015 rok, w dużej mierze zależy od sytuacji poza granicami kraju. Jeśli pozostanie stabilna, to wzrost gospodarczy może przyspieszyć w stosunku do 2014 roku, jednak ryzyko wystąpienia wstrząsów jest dosyć wysokie.

Jesteśmy w stanie rozwijać się w tempie powyżej 3 proc. uważa Ignacy Morawski.  –  Czy tę szansę wykorzystamy, oczywiście wszystko zależy od tego, czy na Wschodzie nie dojdzie do jakichś silnych wstrząsów, czy strefa euro wydostanie się ze stagnacji, czy te turbulencje na rynku finansowym trochę ucichną. Moja podstawowa prognoza jest taka, że w tym roku będziemy się rozwijać w tempie około 3,5 proc. z ryzykiem oczywiście gorszych scenariuszy. Z większym ryzykiem gorszych niż lepszych scenariuszy.

Pozytywnym zjawiskiem jest poprawa we wszystkich dziedzinach polskiej gospodarki, które warunkują jej wzrost. Rośnie więc nie tylko eksport, lecz także inwestycje i konsumpcja wewnętrzna, wspomagana z jednej strony przez wyższy od spodziewanego wzrost wynagrodzeń (w grudniu o 3,7 proc. wobec oczekiwań na poziomie 3 proc.), a z drugiej przez spadające ceny. Jak pokazały dane ze środy, także produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła rok do roku o solidne 8,4 proc. zamiast prognozowanych 5,2 proc.

Wszystkie motory wzrostu gospodarczego w Polsce działają dobrze ocenia główny ekonomista BIZ Banku. Konsumpcja rośnie solidnie w tempie około 3 proc., inwestycje rosną w tempie około 5-8 proc., mamy też niezły wzrost eksportu, zatem polska gospodarka rozwija się w sposób zrównoważony. Nie jest ciągnięta przez jeden silnik, ale przez te dwa czy trzy najważniejsze, co oznacza, że konsumpcja, inwestycje i eksport działają dość dobrze.

Oczywiście wojna na Wschodzie w pewnym stopniu szkodzi polskiej gospodarce. Gdyby współpraca z Rosją i Ukrainą układała się tak jak przed konfliktem, to ta część polskich firm, które nastawiły się na współpracę z tymi rynkami, miałaby się lepiej. Dziś jednak wpływ tej części świata na polski PKB jest słabszy niż przed konfliktem.

Gdyby nie to, co się dzieje na Wschodzie, pewnie bylibyśmy w stanie rozwijać się w tempie około 3,5-4 proc. podkreśla Ignacy Morawski z BIZ Banku.  Na razie mamy 3 proc. i wydaje mi się, że ten wzrost będzie kontynuowany.

Bezrobocie spadało przez cały zeszły rok i ma spadać nadal, jednak już nie tak szybko

CEO Magazyn Polska

W 2014 roku sytuacja na polskim rynku pracy znacząco się poprawiła. Przez 12 miesięcy bezrobocie spadło o niemal 2 pkt proc. Mimo niewielkiego wzrostu pod koniec roku, w 2015 roku powinno spadać nadal, choć już raczej nie tak szybko.

Na koniec 2014 roku stopa bezrobocia wyniosła prawdopodobnie 11,5 proc.szacuje resort pracy. Ekonomiści są nieco ostrożniejsi i przewidują poziom 11,6 proc. Tymczasem pod koniec 2013 roku bez pracy było 13,4 proc. aktywnych zawodowo Polaków.

– Oczywiście te spadki stopy bezrobocia już wyhamują – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku. – Nie możemy oczekiwać, że na koniec 2015 roku stopa bezrobocia się ponownie obniży o blisko 2 punkty procentowe. Prawdopodobna jest jednak obniżka o około 1 punkt procentowy czy 0,7. Uważam, że mimo trudnego otoczenia gospodarczego, możemy oczekiwać dalszej poprawy sytuacji na rynku pracy.

O ile bowiem polska gospodarka utrzymuje ponad 3-proc. tempo wzrostu, a prognozy na obecny rok wskazują, że może być ono nawet nieco większe niż w 2014 roku, to sąsiedzi i partnerzy polskich firm już się tak dobrze nie mają. Na Wschodzie wojna i kryzys znacząco osłabiają Rosję i Ukrainę. Na Zachodzie tempo rozwoju niemieckiej gospodarki poprawia się, ale na odtrąbienie tam końca stagnacji jeszcze za wcześnie. Jak podał Federalny Urząd Statystyczny, PKB Niemiec wzrosło w zeszłym roku o 1,5 proc. po mikrym wzroście o 0,1 proc. w 2013 r.

– Z jednej strony może cieszyć dość relatywnie dobra kondycja niemieckiej gospodarki, która jest de facto naszym głównym partnerem handlowym – ocenia Rafał Sadoch. – Z drugiej strony martwi mnie to, co się dzieje na Wschodzie: prawdopodobna recesja w Rosji czy też recesja na Ukrainie. Ale jednak to, co się dzieje w Niemczech, jest dla nas ważniejsze.

Jak podał Główny Urząd Statystyczny, od stycznia do listopada 2014 roku polski eksport do Niemiec wzrósł o 0,9 pkt proc. i sięgnął 26,1 proc. całego polskiego eksportu. W tym czasie poziom eksportu z Polski do Rosji spadł z 5,3 do 4,3 proc. Sprzedaż na Ukrainę to zaledwie 1,9 proc, całego polskiego eksportu, aż o 0,9 pkt proc. mniej niż przed rokiem

Polski eksport rośnie, złoty jest dość słaby, zatem wszystko wskazuje na to, że eksport i produkcja przemysłowa stopniowo powinny nabierać tempa – zauważa ekonomista Plus Banku.Gdy nałożymy na to tą rosnącą konsumpcję wewnętrzną wynikającą z jednej strony z poprawy na rynku pracy, a z drugiej strony z dość silnego wzrostu funduszu płac, to perspektywy gospodarcze na 2015 rok są dość dobre.

Polski eksport do listopada zeszłego roku był o 4,9 proc. wyższy niż w tym samym okresie rok wcześniej, a jego wartość przekroczyła 150 mld euro. Sprzedaż detaliczna wzrosła od stycznia do listopada o 3,5 proc. To oznacza, że polskie firmy zarabiają coraz więcej zarówno w kraju, jak i za granicą. Mogą więc szukać kolejnych pracowników.

Dodatkowo pod koniec 2015 roku prawdopodobnie stopniowo zaczną napływać do nas nowe środki z perspektywy unijnej, które powinny przyczynić się do tego, że inwestycje będą utrzymywać się na poziomie 5-6, może 7 proc. – przewiduje Rafał Sadoch z Plus Banku. To wszystko składa się na dość mocny popyt krajowy i poprawiającą się kondycję rynku pracy.

J. Kosaty (PKO BP): Fed w styczniu lub marcu może zasugerować czas pierwszej podwyżki stóp. Nie nastąpi ona jednak wcześniej niż w czerwcu

Po zaskakujących decyzjach Szwajcarskiego Banku Narodowego i Europejskiego Banku Centralnego rynek czeka na komunikat amerykańskiej Rezerwy Federalnej. FOMC, wykreślając z komunikatu jedno kluczowe zdanie, zasugerowałby przybliżony termin pierwszej podwyżki stóp za oceanem i umocnił dolara.

Prowadzący od 2008 roku politykę łatwego dostępu do pieniądza bank centralny USA ma zacząć ją zacieśniać mniej więcej w połowie roku.

Fed najprawdopodobniej zasygnalizuje gotowość do zacieśniania polityki monetarnej w najbliższej perspektywie czasowej ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Kosaty, strateg walutowy PKO BP. Jest pewne prawdopodobieństwo, że mogą usunąć z komunikatu frazę o byciu cierpliwym, która do tej pory była uznawana za sformułowanie, które wstrzymywało perspektywę podwyższania stóp procentowych, a przynajmniej sygnalizowało, że ta perspektywa jest trochę dalsza.

To by oznaczało rozpoczęcie przygotowań do podwyżki stóp oczekiwanej przez ekonomistów w czerwcu. A to będzie dodatkowy czynnik osłabiający euro.

Jeżeli zgodnie z zapowiedziami nastąpiłaby podwyżka podstawowych stóp procentowych już w czerwcu, tak jak było to wcześniej sygnalizowane, to wówczas rzeczywiście jest szansa na to, że euro/dolar może zejść w okolice 1,10 – szacuje Jarosław Kosaty z PKO BP.

Początek tego roku z pewnością należy do banków centralnych. Dawno już polityka pieniężna nie przyciągała uwagi tak mocno jak dziś. Najpierw burzę wywołał Szwajcarski Bank Narodowy, rezygnując z obrony stałego poziomu notowań franka wobec euro, następnie Europejski Bank Centralny zdecydował się na skup obligacji na większą skalę, niż oczekiwał rynek.

Z jednej strony decyzja Europejskiego Banku Centralnego pomaga umacniać złotego względem euro mówi strateg walutowy PKO BP. Z drugiej strony umocnienie franka szwajcarskiego względem euro jest czynnikiem, który znosi ten pozytywny efekt i per saldo frank-złoty, który jest kombinacją kursu euro-złotego i euro-franka, albo stoi w miejscu, albo nawet delikatnie idzie w górę. Tak naprawdę kluczowe decyzje dla frankowców w dalszym ciągu zależą od decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego.

O ile jednak polscy posiadacze kredytów we frankach nie mają powodów do zadowolenia, o tyle polskie firmy już tak. Ostatnie decyzje SNB wzmocniły europejską gospodarkę, a to wpłynęło także korzystnie na polskich przedsiębiorców. Strefa euro pozostaje bowiem największym zagranicznym odbiorcą naszych towarów. Gdy jej  gospodarka zacznie się rozwijać szybciej, przyspieszy też tempo wzrostu polskiego PKB.

Jeżeli ten program się uda, to na pewno będzie to miało pozytywny wpływ zarówno na strefę euro, jak i na polskiego złotego – ocenia Jarosław Kosaty, zwracając jednak uwagę na to, że w wyniku decyzji EBC euro przestanie być dobrą inwestycja. Szwajcaria w dalszym ciągu pozostaje bezpieczną walutą i bezpieczną przystanią dla międzynarodowych inwestorów. Tym samym zwiększa to presję na aprecjację franka szwajcarskiego do euro. Prawdopodobnie w kolejnych tygodniach okaże się, że Szwajcarski Bank Narodowy będzie musiał jeszcze bardziej obniżyć stopę depozytową i prawdopodobnie przystąpić do interwencji walutowych, żeby obronić parytet na kursie euro-franka i tym samym go ustabilizować.

W tym roku wzrosną ceny ubezpieczeń transportowych

CEO Magazyn Polska

Ubezpieczenia transportowe mogą w tym roku nieznacznie podrożeć. Wzrosty będą dotyczyć zarówno ubezpieczeń komunikacyjnych, OC przewoźników drogowych, jak i ubezpieczenia przewożonych towarów. W pierwszej z tych grup cena wzrośnie m.in. z uwagi na rosnącą liczbę roszczeń. Podobnie jest w przypadku drugiej grupy, choć tu ‒ jak w ubezpieczeniach cargo ‒ wzrost wynika też z wyższych limitów ubezpieczeń, większej świadomości przewoźników oraz rosnącej wartości towarów.

W branży transportowej dominuje cały czas ubezpieczenie komunikacyjne. Od 2004 roku, czyli od wejścia Polski do Unii Europejskiej, kiedy stawki ubezpieczeń flot ciężkich, ciągników siodłowych były na minimalnym poziomie, stawki urosły do poziomów horrendalnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu brokera ubezpieczeniowego Donoria. ‒ Dzisiaj możemy powiedzieć, że te stawki spadły prawie do poziomu sprzed 10 lat.

Jak przypomina Stachiewicz, w ciągu kilku lat roczna stawka za ubezpieczenie OC w transporcie wzrosła w Polsce średnio z 1-1,5 tys. zł do 10 tys. zł, przekraczając unijną średnią, która wynosi ok. 1,5 tys. euro (ok. 6,3 tys. zł). Od tego czasu znacznie spadły, co w połączeniu z niskimi cenami paliw daje przewoźnikom wymierne oszczędności. Teraz branża transportowa musi się jednak przygotować do podwyżek.

Stachiewicz ocenia, że nie będą to gwałtowne wzrosty. Nie jest też pewien, czy wystąpią one już w tym roku, czy dopiero w następnym. Zaznacza, że ich wysokość będzie w dużej mierze zależała od historii szkód danego przewoźnika, a w szczególności tych, które wystąpiły za granicą.  Dodaje, że jednym z powodów wzrostu jest rosnąca liczba wypłacanych odszkodowań, co skłania ubezpieczycieli do podnoszenia składek.

Wzrosną też stawki ubezpieczeń OC przewoźników drogowych. Czynnikiem napędzającym wzrost cen jest tylko częściowo coraz większa liczba roszczeń.

‒ Obserwujemy również wzrost wykupowanych limitów przez transportowców. To oznacza po pierwsze wzrost świadomości, a po drugie wzrost wartości samych towarów, które są przewożone przez poszczególnych przewoźników – tłumaczy Stachiewicz.

Trzecią duża grupą ubezpieczeń transportowych są ubezpieczenia towarowe, czyli wypłacane w przypadku uszkodzenia lub utracenia przewożonego ładunku. Również w tym obszarze należy spodziewać się wzrostu składek w 2015 r.

Możemy zaobserwować coraz więcej przypadków utraty towaru, nie tylko w wyniku przyczyn naturalnych, lecz także kradzieży. I to zarówno na terenie Polski, jak i na terenie Europy Zachodniej – wyjaśnia Stachiewicz.

Podkreśla, że większa liczba kradzieży i innych zdarzeń przekłada się na więcej wypłacanych odszkodowań, a to prowadzi do wzrostu składek.

A. Bratkowski (RPP): Luzowanie polityki pieniężnej przez EBC powinno ożywić i europejską, i polską gospodarkę. Może jednak osłabić naszą walutę

Wart bilion euro program skupu obligacji rządów państw strefy euro powinien ożywić gospodarkę na kontynencie. Lepsza kondycja firm w Eurolandzie może oznaczać zwiększone zamówienia dla polskich przedsiębiorców, a w konsekwencji przełożyć się na wzrost gospodarczy w kraju. Dodatkowo osłabienie złotego pomnażałoby zyski eksporterów.

Europejski Bank Centralny deklaruje, że do września 2016 roku zamierza wydawać 60 mld euro miesięcznie na skup rządowych papierów wartościowych. W sumie oznacza to zasilenie gospodarki ok. bilionem euro. To może być potężnym impulsem rozwojowym.

– Decydującym czynnikiem może być pozytywny wzrostu popytu mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Bratkowski, członek Rady Polityki Pieniężnej. – O ile nie sprawdzą się przewidywania mówiące o tym, że banki konkretnych krajów mają na siebie wziąć ciężar całej emisji. Jeżeli tak, to cały program nie jest po prostu nic wart i w związku z tym nikomu w niczym nie pomoże.

EBC zastrzegł, że na skup obligacji konkretnego państwa będzie wydawał pieniądze proporcjonalnie do udziału w jego kapitale pieniędzy z banku centralnego tego kraju. Jednocześnie ryzyko tej operacji w 80 proc. poniosą banki narodowe. Mimo to jest szansa, że program okaże się ożywczy dla europejskiej gospodarki, a wraz z nią dla polskiej.

Nasz eksport będzie mógł szybciej rosnąć ocenia Andrzej Bratkowski. Oczywiście jest pewien problem związany z ewentualną presją na złotego. Jest problem związany z tym, że jeżeli euro będzie się osłabiało na skutek tego programu w stosunku do franka, to także złoty będzie się osłabiał w stosunku do franka.

Zdaniem Andrzeja Bratkowskiego jest jednak szansa na to, że gdy nastroje się uspokoją, to frank w ciągu kilku miesięcy zejdzie do poziomu 4 złotych, choć nie można mieć co do tego pewności. Na takie chwilowe osłabienie szwajcarskiej waluty może też czekać bank centralny tego kraju, by wspomóc ten ruch interwencjami.

To tak działa, że jeżeli w tej chwili frank się bardzo wzmocni, to szalenie trudno będzie interwencjami spowodować jego ponowne osłabienie podkreśla członek polskiej Rady Polityki Pieniężnej. – Czymś innym jest utrzymywanie kursu bieżącego, a czymś innym jest starać się go przesunąć. Dlatego sądzę, że Szwajcarski Bank Narodowy będzie czekał na pewne osłabienie franka, uspokojenie emocji. Dopiero wtedy będzie mógł się zastanawiać nad ewentualnymi interwencjami.

Po decyzji Europejskiego Banku Centralnego o poluzowaniu polityki monetarnej rynek oczekuje na posiedzenie amerykańskiego zarządu rezerwy federalnej. Fed, który rekordowo obniżył cenę pieniądza w 2008 roku i wpompował od tego czasu ok. 4,5 bln dolarów w amerykańską gospodarkę. Obecnie według szacunków Banku Światowego osiągnęła ona wzrost PKB rzędu 3,2 proc., a prognoza na 2015 rok przewiduje wzrost o 3,7 proc. W tej sytuacji część inwestorów oczekuje, że stopy w USA zostaną podniesione.

Raczej nie spodziewam się w najbliższych miesiącach podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, być może w drugiej połowie 2015 roku, ale wcześniej raczej nie – ocenia Andrzej Bratkowski z Rady Polityki Pieniężnej. – I raczej trudno jest mówić o jakiejkolwiek harmonizacji tej polityki z polityką Unii Europejskiej czy z EBC, bo ogólnie EBC jest bardzo spóźniona w swoich działaniach, w związku z tym o jakąś synchronizację tutaj byłoby bardzo trudno.