Bankowość internetowa i mobilna coraz popularniejsze. Z bankowości internetowej korzysta 12 mln Polaków

Do 2020 roku bankowość mobilna może udziałem w rynku prześcignąć bankowość internetową – wynika z prognoz firmy Deloitte. Wśród klientów na całym świecie popularność obu tych form dynamicznie rośnie, również w kraju. W Polsce z bankowości internetowej korzystało pod koniec 2013 r. o niemal 10 proc. więcej klientów niż rok wcześniej, z mobilnej – dwa razy tyle, co przed rokiem. Banki starają się wychodzić temu naprzeciw, prześcigając się w nowych mobilnych ofertach dla klientów.

Według raportu NetB@nk Związku Banków Polskich, z dostępu do usług bankowych przez internet korzystało w Polsce w ubiegłym roku 12 mln użytkowników, a dostęp do takich usług miało niemal 10 mln osób więcej. Z kolei z raportu Deloitte wynika, że płatności przez urządzenia mobilne dokonywało w zeszłym roku dwa razy tyle Polaków, co rok wcześniej. Prognozy firmy mówią o tym, że wraz z rosnącą liczbą urządzeń mobilnych na polskim rynku będzie rosło również zainteresowanie bankowością mobilną. Na całym świecie za sześć lat z tej formy korzystać będzie więcej klientów niż z konta przez internet.

To oznacza duże zmiany w ofercie banków, np. wprowadzanie specjalnych aplikacji, kolejnych funkcjonalności czy oferowanie usług dostępnych tylko przy użyciu urządzenia mobilnego.

–  Średnio około 10-15 proc. posiadaczy kont osobistych z dostępem do bankowości internetowej korzysta również z bankowości mobilnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk, dyrektor bankowości internetowej Meritum Bank. – Myślę, że ten poziom uda się nam osiągnąć w pierwszym roku.

Meritum Bank wystartował właśnie z nową propozycją dla klientów. Przy pomocy aplikacji Meritum Bank Mobilny poprzez smartfony możliwe będą nie tylko przelewy, lecz także np. zakładanie kont osobistych i firmowych.

 – Meritum Bank Mobilny pozwala na założenie rachunków, różnego typu przelewy, np. do ZUS czy urzędu skarbowego, a także przelewy na numery telefonów komórkowych czy przelewy facebookowe. Osoby spłacające kredyty walutowe mogą skorzystać z rachunku e-Kantor – przekonuje Adamczyk.

Pod koniec kwietnia bank uruchomi też możliwość wydawania poleceń głosowych do aplikacji (np. realizacji transakcji czy zapytanie o saldo).

Na początku marca nowe funkcjonalności mobilne wprowadził również Bank Zachodni WBK. To m.in. możliwość zakupy biletów komunikacji miejskiej w 26 miastach kraju czy mobilna lokata. W ciągu 10 miesięcy ubiegłego roku liczba klientów banku korzystających z bankowości mobilnej wzrosła o 30 proc. W lutym korzystało z niej 250 tys. klientów, do końca przyszłego roku ma być ich ok. 1 mln – wynika z szacunków Banku Zachodniego WBK.

Do wzrostu popularności bankowości mobilnej przyczynia się ogólnoświatowy trend wzrostu liczby użytkowników smartfonów i tabletów. Sprzedaż tych urządzeń przewyższyła sprzedaż komputerów stacjonarnych. Według raportu firmy Deloitte i Allegro „Digital Trends 2013” ze smartfonów i tabletów korzysta w Polsce 8 mln osób.

Oświadczenie dot. wyroku Sądu Najwyższego z dnia 26 marca 2014 r.

0

Zarządu MCI Management SA („Spółka”, „MCI”) dotyczące wyroku Sądu Najwyższego („SN”) z dnia 26 marca 2014 roku w sprawie odszkodowania za utratę wartości spółki JTT Computer („JTT”).

Dzisiejszy wyrok SN uchylający korzystny dla MCI wyrok Wrocławskiego Sądu Apelacyjnego z dnia 17 stycznia 2013 r. i przekazujący sprawę do ponownego rozpoznania przez Sąd Apelacyjny przyjmujemy z dużym zaniepokojeniem, gdyż świadczy on o braku transparentności i dużej nieprzewidywalności polskiego systemu prawa.

Wierzymy w słuszność naszych racji już dwukrotnie potwierdzanych przez polskie sądy, dlatego zamierzamy dalej walczyć o sprawiedliwość dla JTT, licząc na pozytywny wyrok Sądu Apelacyjnego.

Mimo dzisiejszej decyzji SN MCI Management zamierza kontynuować realizację strategii inwestowania w Polsce i dalej wspierać polskie spółki technologiczne.

Zarząd MCI Management SA

Audyt cypryjskich spółek i grup. Ostatni dzwonek na odrobienie zaległości

Dla należących do UE krajów Europy Środkowej Cypr nie jest tak popularnym kierunkiem biznesowym, jak dla firm z Rosji czy Ukrainy. Mimo to, sporo polskich, czeskich i słowackich podmiotów wciąż wykorzystuje oferowane przez Cypr korzystne warunki podatkowe.

Choć cypryjski system finansowy wciąż jeszcze kusi przedsiębiorców, w ostatnich latach nastręczył im pewnych trudności. Od 1 stycznia 2013 roku obowiązuje ratyfikowany 9 listopada 2012 r. protokół między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Cypru o zmianie Umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Cypru w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i majątku.

– Wprowadzone zmiany sprawiły, że od tego momentu, dla niektórych struktur podatkowych, prowadzenie biznesu na Cyprze przestało być atrakcyjne i opłacalne. Mimo to, liczba polskich podmiotów należących do firm cypryjskich nie spadła znacząco – mówi David J. James, Partner w Baker Tilly Poland Assurance. – Wciąż w pamięci mamy również zeszłoroczne wydarzenia związane z kryzysem finansowym na Cyprze i wprowadzeniem, w ramach porozumienia z „trojką”, wysokiego opodatkowania depozytów znajdujących się w cypryjskich bankach. Choć inicjatywa ta w dużej mierze uderzyła w zagranicznych inwestorów, wielu z nich pozostało wiernych systemowi bankowemu wyspy – dodaje David J. James.

Niewygodne raje

Obecnie rządy państw UE oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju starają się wyeliminować praktyki międzynarodowych korporacji polegające na tzw. erozji bazy podatkowej i transferze zysków (BEPS), których oczywistym celem jest obniżenie obciążenia podatkowego. W batalii o poprawę stanu finansów publicznych, europejskie rządy próbują deprecjonować w mediach firmy, które sprawnie wykorzystują przepisy, które same ustaliły. Jako że praktyki optymalizacji podatkowej są przeważnie zgodne z prawem a działania rządów UE polegające na dewaluowaniu firm, które je stosują, nie przyniosły oczekiwanych skutków, zaczęto szukać innych sposobów na walkę z rajami podatkowymi. W ten sposób Cypr ponownie znalazł się w centrum politycznego zainteresowania. – Wykonany przez OECD przegląd miał za zadanie wskazać przyczyny, które uzasadnią wpisanie tego Państwa na listę krajów praktykujących tzw. szkodliwą konkurencję podatkową. Okazało się jednak, że rewizja nie przyniosła pożądanych rezultatów, a Cypr zdał ten egzamin śpiewająco – tłumaczy David J. James z Baker Tilly Poland Assurance.

Jednym problemem okazała się pewna niezgodność dotycząca składania sprawozdań finansowych przez zarejestrowane na Cyprze podmioty. Mimo że państwo posiada uregulowania prawne mówiące o obowiązku składania takich sprawozdań, okazało się, że połowa z nich tego zobowiązania nie dopełnia. Co więcej, problem ten w zasadzie nie dotyczy lokalnych firm (takich jak choćby hotele, restauracje, biura czy fabryki), które w przytłaczającej większości takie sprawozdania składają, ale właśnie zagranicznych podmiotów mających swoje siedziby na Cyprze. Dlatego OECD ostrzegło władze wyspy, że brak reakcji na taką niezgodność może skutkować wpisaniem państwa na czarną listę. Stąd ostrzeżenie wysłane przez Ministra Finansów Cypru.

Sprawozdanie finansowe obowiązkowe
Termin złożenia sprawozdania zbadanego przez biegłego rewidenta (z wykorzystaniem Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej) mija 31 grudnia, po dacie zakończenia roku obrotowego spółki. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy zeznanie podatkowe zostanie złożone w formie elektronicznej – wtedy termin ten ulega wydłużeniu do 31 marca następnego roku.

Aby spełnić oczekiwania OECD, cypryjskie organy podatkowe zwróciły się do wszystkich firm i organizacji, które nie złożyły jeszcze sprawozdań finansowych, z wezwaniem do wypełnienia wymaganych prawem formalności. Podmioty, które nie zrobią tego dla okresów sprawozdawczych od grudnia 2011 r. do 15 kwietnia 2014 roku, muszą liczyć się zarówno z konsekwencjami finansowymi (tj. grzywnami) jak i sankcjami w postaci kar pozbawienia wolności wobec osób zarządzających. Aby uniknąć więzienia, dyrektorzy mają dwa wyjścia – czym prędzej przeprowadzić audyt oraz przestawić zeznania podatkowe lub złożyć rezygnację. Trzeba pamiętać też, że bez cypryjskiego dyrektora, firma może utracić swoje przywileje podatkowe.

– Konsekwencje mogą być dotkliwe, dlatego firmy prowadzące biznes na Cyprze powinny zminimalizować ryzyko ich poniesienia. – podsumowuje David J. James z Baker Tilly Poland Assurance. – Aby w terminie dopełnić wszelkich formalności, warto od razu przystąpić do przygotowania wszelkich dokumentów. Warto rozważyć również współpracę z doświadczonymi, znającymi ten rynek podmiotami – w przypadku międzynarodowych spółek powiązanych z podmiotami zarejestrowanymi na Cyprze, kluczową determinantą sukcesu może być skorzystanie z usług audytora, mającego dostęp do know-how międzynarodowej sieci, doświadczonej w posługiwaniu się ponadpaństwowymi systemami i narzędziami pracy – dodaje ekspert.

Te adaptery i ładowarki stanowią zagrożenie dla zdrowia!

Komisja Europejska upubliczniła wykaz niebezpiecznych produktów – adapterów do prądu oraz ładowarek sieciowych, których użytkowanie może powodować zagrożenie dla życia i zdrowia konsumentów. Na liście znalazły się znane marki, jak np. Samsung, Michelin, Technolux, Rb Mobile, a także szereg urządzeń tzw. „no name”, czyli produktów (najczęściej podróbek) bez podanej informacji o producencie.

Do czego może doprowadzić użytkowanie produktów znajdujących się na „czarnej liście” Komisji Europejskiej? Główne zagrożenia to ryzyko porażenia prądem oraz wywołania spięcia w gniazdkach i doprowadzenia do pożaru. Taki scenariusz był możliwy w przypadku korzystania z ładowarki sieciowej marki Samsung (Chargeur secteur – connectique micro -USB), która do listy niebezpiecznych produktów Komisji Europejskiej została dodana w 2013 roku na wniosek Francji (produkt został też wycofany z rynku portugalskiego). Jak czytamy w wyjaśnieniu, urządzenie nie spełniało zasad określonych w dyrektywie niskonapięciowej oraz normach europejskich EN 60950.

Równie niebezpiecznym sprzętem była ładowarka podróżna Rb Mobile (Travel Charger dla Z320i), zgłoszona na listę Komisji Europejskiej przez Wielką Brytanię ze względu na niezgodność z dyrektywą niskonapięciową, normą europejską EN 61558 i brytyjską 1363. Użytkowanie produktu groziło ryzykiem porażenia prądem oraz wywołania pożaru ze względu na niewłaściwą konstrukcję (luźne przewody, niedobrane elementy zasilacza). Ładowarka nie posiadała też właściwych oznaczeń oraz instrukcji użytkowania.

Innym produktem wycofanym ze sprzedaży był adapter podróżny Michelin (model AC-002MT – przeznaczony do użytkowania w Wielkiej Brytanii, Europie, USA i Australii), zgłoszony na listę niebezpiecznych urządzeń przez Brytyjczyków w 2013 roku. Mechanizm zabezpieczający zastosowany w adapterze został niewłaściwie zaprojektowany, urządzenie nie spełniało też standardów IEC 60884. Dla porównania można wskazać adapter Technolux (model Enchufe), w którym producenci zapomnieli o właściwym zabezpieczeniu bolców, co powodowało ryzyko porażenia prądem w momencie podłączania adaptera do gniazdka. Produkt dostępny był na rynku hiszpańskim.

Intrygującym urządzeniem, przynajmniej dla Cypryjczyków, była mobilna ładowarka marki Celly przeznaczona dla iPoda – model Energy Star. Brak odpowiedniej izolacji, luźne przewody zasilające, brak instrukcji i informacji o bezpieczeństwie – produkt wylądował na liście Komisji Europejskiej w 2013 roku. Innym, „ciekawym” wynalazkiem była dostępna w Wielkiej Brytanii mobilna ładowarka (producent nieznany) – model TC98A. Lista grzechów była długa – zasilacz zastosowany w urządzeniu nie posiadał odpowiedniej izolacji pomiędzy obwodami, połączenia wewnętrzne były luźne i narażone na przerwanie. Zła konstrukcja powodowała możliwość uszkodzenia gniazdka w momencie rozłączania ładowarki, a także ryzyko przegrzania czy mechanicznego uszkodzenia samego urządzenia. Produkt został wycofany z rynku w 2013 roku.

Niewłaściwa izolacja, brak odpowiedniej wytrzymałości mechanicznej, możliwość przegrzania urządzenia, niezgodność z dyrektywną niskonapięciową – tak można zdefiniować niebezpieczną podróbkę, jaką była mobilna ładowarka do urządzeń iPad i iPhone – model TC E250 (producent nieznany). Urządzenie pojawiło się na rynku brytyjskim i zostało wycofane ze sprzedaży w 2013 roku.

Czarna lista adapterów podróżnych i ładowarek sieciowych wg danych Komisji Europejskiej z 2013 i 2014 roku:

Samsung – ładowarka sieciowa Chargeur secteur (connectique micro – USB)
HALOTEC – adaptery podróżne SK08207, SK08216 i SK08218
Rb Mobile – mobilna ładowarka dla Z320i
Mobilna ładowarka (producent nieznany) – model TC98A
Technolux – adapter podróżny Enchufe
Mobilna ładowarka do iPad i iPhone (producent nieznany) – model TC E250
RB Mobile – mobilna ładowarka model TC98A
CONNEX – adapter podróżny Adaptador de Corriente Universal
E.pro – adapter podróżny model DD-P3S
Matka Adapteri – adapter podróżny model 9625
Oshtraco – adapter podróżny model EA-1310
Somogy Elektronic – home by somogyi – adapter podróżny model AC 01B
Michelin – adapter podróżny model AC-002MT
CELLY – mobilna ładowarka Energy Star
Adapter podróżny (producent nieznany) – model TA – 3 – EEC181 / 042513
Domenique – adapter podróżny model EA1310
MINWA – adapter podróżny model MW Traveler
H – MWK – adapter podróżny model FA 507
CostMAD / Advanced Accessories – adapter podróżny Universal Worldwide Tourist Converter

Bezpieczny adapter do prądu czy mobilna ładowarka, czyli?

Pamiętajmy, że adapter do prądu czy mobilna ładowarka to urządzenia, które muszą spełniać określone normy, w tym przede wszystkim techniczne, by korzystanie z tego typu urządzeń było bezpieczne dla użytkowników. Zgodnie z danymi udostępnionymi przez SKROSS, to przede wszystkim:

zgodność z wymaganymi normami bezpieczeństwa – krajowymi i międzynarodowymi – potwierdzonymi przez IEC (International Electrotechnical Commission)
oznaczenie CE (Conformité Européenne) gwarantujące, że produkt spełnia wymagania dyrektyw tzw. „Nowego Podejścia” Unii Europejskiej
certyfikat niemieckiej, niezależnej organizacji TÜV Süd wydawany produktom o największej jakości
zgodność z RoHS, czyli unijną dyrektywą mającą prowadzić do zmniejszania ilości substancji niebezpiecznych przenikających do środowiska z odpadów elektrycznych i elektronicznych
właściwa konstrukcja, zabezpieczająca przed „iskrzeniem” mogącym powodować spadki napięcia, ryzyko uszkodzenia podłączonego urządzenia, a w skrajnych przypadkach – pożar
zastosowanie technologii „all-in-one”, czyli systemu chowanych suwaków chroniących urządzenie przed uszkodzeniem
zabezpieczenia dla dzieci w postaci listków uniemożliwiających włożenie np. długopisu

Dodajmy, że czarne listy produktów powstają w oparciu o unijny system Rapex, w którym uczestniczą wszystkie kraje UE, a także Islandia, Liechtenstein i Norwegia. Projekt funkcjonuje od przeszło 10 lat, działając w celu zapewniania wysokiego poziomu bezpieczeństwa konsumentów poprzez skuteczną komunikację pomiędzy państwami członkowskimi a Komisją Europejską. Wymiana informacji dotyczy zarówno produktów mogących stanowić zagrożenie dla zdrowia użytkowników, jak i środków podejmowanych przez dane kraje w kierunku ich wycofania z rynku.

Źródło: http://ec.europa.eu

Spotkanie Prezydenta RP z animatorami kultury

26 marca 2014 r. (środa) o godz. 19.00 w Pałacu Prezydenckim Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski spotka się z uczestnikami NieKongresu – pierwszego ogólnopolskiego spotkania animatorów kultury.  W zorganizowanych w Warszawie trzydniowych obradach NieKongresu uczestniczyć będzie kilkuset organizatorów projektów kulturalnych, pracowników instytucji kultury, szefów gminnych ośrodków kultury oraz lokalnych artystów z całego kraju. Tematem spotkania w Pałacu Prezydenckim będą m. in. tegoroczne obchody 25-lecia Wolności. Wieczór uświetni występ zespołu Zakopower. Podczas spotkania planowane jest wystąpienie Prezydenta RP.

Źródło: Prezydent.pl

Jak prowadzić biznes w Azji? Zbliża się koniec rekrutacji na szkolenia UE

Wiele polskich firm prowadzi współpracę biznesową z firmami z Azji. Jednak ze względu na duże różnice kulturowe, tylko niewiele projektów kończy się sukcesem. Dlatego Komisja Europejska od 35 lat organizuje i finansuje szkolenia w ramach Executive Training Programme, które przygotowują firmy do podbicia japońskiego i południowokoreańskiego rynku. Jak dotąd wzięło w nich udział 1116 menedżerów z krajów UE. Firmy, które chcą zgłosić swoich przedstawicieli na najbliższy cykl szkoleń, mają na to czas do połowy maja br. Rekrutację w Polsce prowadzi firma doradcza Deloitte.

W dotychczasowej 35-letniej historii szkoleń ETP (Executive Training Programme) wzięło udział ponad 800 firm z Unii Europejskiej. Aż 1037 menedżerów wyjechało do Japonii, a do Korei Południowej – która dołączyła do programu w 2002 r. – 79 osób. Co roku w szkoleniach biorą udział średnio 32 osoby. Jak dotąd ośmiu reprezentantów z Polski skorzystało z tej możliwości. Najwięcej, bo aż 209 pracowników do Azji wysłały firmy niemieckie.

„W 1979 roku Wspólnota Europejska zdecydowała się na stworzenie Executive Training Programme, w celu poprawy ujemnego bilansu handlowego z Japonią. Program jest kontynuowany do dnia dzisiejszego, przynosząc wymierne korzyści uczestnikom i ich firmom. Wystarczy wspomnieć, że te przedsiębiorstwa, które wysłały swoich przedstawicieli do Azji, w ciągu dziesięciu lat zanotowały wzrost obrotów średnio o 100 proc. na tym rynku, natomiast 65 proc. menedżerów, mających za sobą udział w szkoleniu w Japonii lub Korei, weszło w swoich firmach w skład wyższej kadry kierowniczej” – mówi Krzysztof Burkot, Koordynator programu Executive Training Programme w Deloitte Polska.

Program ETP skierowany jest nie tylko do dużych firm, ale także małych i średnich przedsiębiorstw. Szkolenie obejmuje trzy moduły (jeden w Londynie i dwa w Tokio lub Seulu) trwające łącznie 45 tygodni. Uczestnicy ETP zaczynają od intensywnej nauki języka obcego, pogłębienia wiedzy na temat kultury biznesowej oraz od kwestii społecznych i ekonomicznych w tamtym regionie. Zajęcia odbywają się na najlepszych uniwersytetach, cieszących się od lat dobrą renomą wśród Japończyków i Koreańczyków, co ma niezwykle duże znaczenie przy pierwszych kontaktach biznesowych. Cykl kończy się stażem w jednej z japońskich lub koreańskich firm.

„Najważniejsza była dla mnie możliwość doświadczenia Japonii „od środka”. Poznanie języka, kultury, także tej biznesowej, nawiązanie kontaktów i nauczenie się „życia”, czyli tego wszystkiego, czego nie można wyczytać z książek. Zrozumienie tamtejszego rynku oraz tego jak prowadzony jest japoński biznes pozwoliło podjąć mojej firmie właściwe decyzje, co do dalszych kroków biznesowych” – mówi jedna z uczestniczek ETP z Polski, która brała udział w Programie w cyklu 2012-2013.

O tym, że polscy przedsiębiorcy nie zawsze posiadają wystarczającą wiedzę nt. japońskiego i południowokoreańskiego rynku może świadczyć ich ograniczona aktywność w tamtym regionie. Z obydwoma krajami Polska odnotowuje ujemny bilans w wymianie handlowej. Jego wartość w 2013 r. między Polską i Japonią wyniosła 2,21 mld euro, z czego import stanowił 1,78 mld euro, a eksport do kraju kwitnącej wiśni 417 mln euro1. Polska liczy na szybką ratyfikację umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską, a Japonią, która ma przyczynić się do wzrostu unijnego eksportu. W 2012 r. obroty w handlu pomiędzy Polską a Koreą Południową wzrosły o 6 proc. w stosunku do 2011 roku osiągając poziom 3,9 mld euro, Polski eksport do Korei Płd. wzrósł w tym czasie aż o 37 proc. (do 412,4 mln euro), podczas gdy import wzrósł o 4 proc. (do 3,48 mld euro)2.

Informacje na temat programu, oferowanych szkoleń, procesu rekrutacji i osobistych doświadczeń uczestników można znaleźć na stronie internetowej www.euetp.eu, za pośrednictwem, której należy również składać dokumenty aplikacyjne.

Optymizm powraca na rynek HoReCa

2013 r. był rokiem stagnacji na rynku HoReCa, która wynikała z pogorszenia ogólnej sytuacji gospodarczej. Prognozy na ten rok i na najbliższe lata są pozytywne, jak pokazuje badanie rynku gastronomicznego zaprezentowane w raporcie „Rynek HoReCa w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Zeszły rok, według naszych szacunków, zakończył się dla całego rynku HoReCa minimalnym wzrostem do wartości 23 mld zł. Najlepiej funkcjonowały firmy z segmentu cateringu (Ca), natomiast pozostałe dwa rynki odnotowały korektę. Główną przyczyną stagnacji było spowolnienie gospodarki, co ponownie umocniło trend oszczędzania, bądź rezygnacji z niepotrzebnych wydatków zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Widocznym trendem jest obecnie między innymi poszukiwanie opcji bardziej ekonomicznych. Z drugiej strony pozytywnym czynnikiem jest wzrost liczby turystów zagranicznych odwiedzających Polskę (o 6,9% do 15,8 mln w 2013 r., według raportu Active Group dla Ministerstwa Sportu i Turystyki).

Prognoza dla rynku na 2014 rok jest już optymistyczna i, według danych PMR, wzrost wyniesie prawie 3%, a sytuacja będzie się polepszać z miesiąca na miesiąc. Co więcej, prognozy na kolejne lata są również optymistyczne.
Wracając do badania przeprowadzonego wśród placówek gastronomicznych, przeszło jedna trzecia badanych prognozuje, że sytuacja w 2014 r. będzie lepsza niż w roku poprzednim. Taki pozytywny wynik został zanotowany po raz pierwszy od kilku edycji naszego badania. Dotychczas prognozy na rok bieżący w chwili realizacji badania były ogólnie negatywne.
Poprawy sytuacji w branży spodziewa się niemal połowa przedstawicieli pizzerii oraz ponad 40% pracowników kawiarni i herbaciarni. Negatywne prognozy najczęściej pojawiały się wśród respondentów pracujących w restauracjach hotelowych i w barach alkoholowych.

Wśród głównych czynników wpływających na pozytywną prognozę sytuacji była wymieniana poprawa sytuacji ekonomicznej w kraju. Taką odpowiedź wyraził niemal co drugi badany, który spodziewa się lepszej sytuacji w branży. Oprócz tego, za poprawą sytuacji przemawia obserwowany wzrost sprzedaży powiązany z rosnącą liczbą klientów, a także poprawa nastrojów konsumenckich.

Badanie wśród placówek gastronomicznych w Polsce zostało zrealizowane w styczniu 2014 r. przez PMR na potrzeby raportu „Rynek HoReCa w Polsce 2014”. Badanie zrealizowano techniką wywiadów telefonicznych CATI. Zrealizowano 600 pełnowartościowych wywiadów. Respondentami byli właściciele lub współwłaściciele placówek gastronomicznych.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HoReCa w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Spółka Wyborowa SA poszukuje kupców na tereny inwestycyjne w Poznaniu

Spółka Wyborowa S.A. poszukuje kupców na tereny inwestycyjne położone nad brzegiem Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Projekt zakłada podzielenie nieruchomości o powierzchni 70 tys. m² na kilka części, z których każda będzie miała określoną funkcję tak, aby razem tworzyły przyjazny kompleks rekreacyjno-sportowy.

Do 2013 roku na nieruchomości przy ulicy Komandoria nad Jeziorem Maltańskim w Poznaniu produkcję prowadziła Wyborowa S.A. W wyniku uchwalonej przez radnych zmiany w planie zagospodarowania przestrzennego, która zakłada przekształcenie przeznaczenia nieruchomości z przemysłowego na rekreacyjno-sportowe, spółka musiała zakończyć produkcję w tym miejscu.

Aktualnie Wyborowa S.A. poszukuje kupców na tereny inwestycyjne w Poznaniu przy wsparciu firmy doradczej PwC, która specjalizuje się m.in. w doradztwie transakcyjnym dla sektora nieruchomości.

Podstawowym atutem działki jest jej atrakcyjna lokalizacja na popularnym wśród poznaniaków i nie tylko obszarze rekreacyjnym wokół Jeziora Maltańskiego. Nieruchomość znajduje się na północnym brzegu jeziora, które słynie z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych, oraz w sąsiedztwie Parku Tysiąclecia.

Nieruchomość obejmuje obszar ponad 70 tys. m˛, na którym znajduje się obecnie 34 budynków przemysłowych oraz jeden budynek mieszkalny o łącznej powierzchni użytkowej blisko 35 tys. m. W ramach projektu stworzenia na tym terenie przyjaznego dla mieszkańców i turystów kompleksu rekreacyjno-sportowego nieruchomość zostanie podzielona na mniejsze działki z określonym przeznaczeniem.

Zmiany w ofercie Apple: najbardziej przystępny cenowo model iPada z ekranem o przekątnej 9,7 cala ma teraz wyświetlacz Retina, jest wydajniejszy i wyposażony w lepsze kamery

iPad z wyświetlaczem Retina zajmuje miejsce iPada 2 jako najbardziej przystępny cenowo iPad z ekranem o przekątnej 9,7 cala. Dostępne będą modele Wi-Fi oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB. iPad czwartej generacji ma fantastyczny wyświetlacz Retina o przekątnej 9,7 cala, procesor A6X zaprojektowany przez Apple, ultraszybki interfejs Wi-Fi, 5-megapikselową kamerę iSight, która umożliwia także nagrywanie wideo w formacie HD 1080p, kamerę FaceTime HD oraz interfejs sieci LTE gotowy do pracy w różnych zakątkach świata¹ — a jego bateria wystarcza nawet na 10 godzin pracy.² iPad z wyświetlaczem Retina wyposażony jest w system iOS 7, który oferuje setki wspaniałych nowych funkcji, a wśród nich Centrum sterowania, Centrum powiadomień, udoskonaloną wielozadaniowość, AirDrop, ulepszone Zdjęcia, Safari i Siri oraz iTunes Radio.³

„W miejsce iPada 2 oferujemy teraz klientom mocniejszego, szybszego i bardziej wartościowego iPada z przepięknym wyświetlaczem Retina o przekątnej 9,7 cala, szybkim procesorem A6X i 5-megapikselową kamerą iSight”, powiedział Philip Schiller, wiceprezes Apple ds. marketingu globalnego. „Rodzina iPadów wyznacza najwyższy standard w świecie urządzeń mobilnych, a wszystkie modele zapewniają swoim użytkownikom dostęp do największego i najlepszego ekosystemu ponad 500 000 aplikacji zgromadzonych w App Store i zoptymalizowanych właśnie dla iPadów”.

Użytkownicy iPadów mogą korzystać z rewolucyjnego sklepu App Store, który oferuje ponad milion aplikacji dla użytkowników urządzeń iPhone, iPad i iPod touch w 155 krajach na całym świecie, w tym ponad 500 000 aplikacji stworzonych specjalnie dla iPada. Jak dotąd z App Store pobierano aplikacje już ponad 60 miliardów razy, a klienci mają do dyspozycji niezwykle bogatą ofertę aplikacji w 24 kategoriach, w tym prasę w Kiosku, gry i aplikacje rozrywkowe, aplikacje edukacyjne, dla dzieci, biznesowe, sportowe, dostarczające wiadomości, przydatne w podróży, dla zainteresowanych fitnessem i dbających o zdrowie. Rodzina iLife obejmująca aplikacje do pracy twórczej — iPhoto, iMovie i GarageBand — oraz rodzina aplikacji użytkowych iWork, czyli Pages, Numbers i Keynote, są ważnym składnikiem doświadczenia użytkowników urządzeń Apple. Teraz dostępne są bezpłatnie, przez co jeszcze więcej użytkowników iPada ma szansę skorzystać z tego wspaniałego oprogramowania — zoptymalizowanego dla architektury 64-bitowej i oferującego setki nowych funkcji.

Dostępność
iPad z wyświetlaczem Retina jest dostępny w kolorze czarnym i białym, w wersji Wi-Fi o pojemności 16 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB. Ciemnoszare nakładki Smart Cover i etui Smart Case dla iPada z wyświetlaczem Retina są dostępne u wybranych sprzedawców Authorised Apple Reseller. iPad Air jest dostępny w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości w wersjach Wi-Fi o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB.

iPad mini z wyświetlaczem Retina jest dostępny w kolorze srebrnym lub gwiezdnej szarości w wersjach Wi-Fi o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB oraz Wi-Fi + Cellular o pojemności 16 GB, 32 GB, 64 GB i 128 GB. Ponadto w ofercie dostępny jest oryginalny iPad mini w wersji Wi-Fi 16 GB oraz Wi-Fi + Cellular 16 GB.

¹Technologia LTE jest dostępna w sieciach wybranych operatorów. Szybkość komunikacji sieciowej zależy od sieci operatora. Szczegółowe informacje można uzyskać od operatora.

²Wydajność baterii zależy od ustawień urządzenia, sposobu użytkowania i innych czynników. Rzeczywiste wyniki mogą odbiegać od podanych.

³Usługa iTunes Radio jest dostępna wraz z systemem iOS 7 w Stanach Zjednoczonych i Australii.

Optymalizacja wykorzystania przestrzeni magazynowej – kontenery siatkowe

Wybór odpowiednich pojemników do magazynowania i przenoszenia towarów zależy od trzech czynników – rodzaju przechowywanych produktów, wielkości i konstrukcji przestrzeni magazynowej oraz posiadanego budżetu. Gdy chcemy oszczędzić miejsce w magazynie, składujemy produkty o określonych gabarytach i wadze maksymalnie półciężkiej, warto postawić na ekonomiczne rozwiązania, jakimi są kontenery siatkowe.

Kontenery siatkowe to produkty, które pozwalają na efektywne zagospodarowanie przestrzeni magazynowej. Będą stanowiły doskonałe rozwiązanie praktycznie w każdej gałęzi przemysłu, w której występuje konieczność czy potrzeba gromadzenia i przenoszenia dużych ilości materiałów, półproduktów czy towarów określonego rodzaju. Głównym założeniem jest to, by produkty te posiadały kompaktowe rozmiary oraz określoną objętość.

Lekkie lub półciężkie

Szukając sposobów i miejsc wykorzystania kontenerów siatkowych na pewno można wskazać magazyny, w których znajdują się produkty lekkie, maksymalnie półciężkie – w ramach jednego kontenera umieścimy towar o łącznej wadze nieprzekraczającej 900 kilogramów. Siatkowa konstrukcja ogranicza możliwość wykorzystania takich pojemników do magazynowania substancji o konsystencji ciekłej czy sypkiej, nie sprawdzą się zatem przy przenoszeniu np. żwiru czy piasku. Jak najbardziej wykorzysta je natomiast producent mrożonek, rolnik czy magazyn materiałów motoryzacyjnych.

Kontenery siatkowe doskonale nadadzą się do procesów, w których towar powinien być widoczny lub łatwy do zidentyfikowania. Ponieważ pojemniki te jak najbardziej można układać w stosy, oszczędzając w ten sposób powierzchnię magazynową, tym bardzo wartościowa wydaje się być ich siatkowa forma ułatwiająca weryfikację zawartości niezależnie od poziomu, na którym zostaną umieszczone.

Innym kluczowym obszarem zastosowania kontenerów siatkowych jest wykorzystanie pojemników do magazynowania i przewożenia wszelkiego rodzaju odpadów (np. w miejsca ich utylizacji). Swoje zastosowanie znajdą zarówno przy przechowywaniu plastików, metali, makulatury, jak i wszystkich innych elementów o strukturze stałej.

Metalowe lub drewniane

W zależności od potrzeb przedsiębiorcy, można wybrać zarówno kontenery siatkowe z drewnianym dnem, jak i metalowym – z klapą zawieszaną (pojedynczą, podwójną) lub bez. Gdy posiadamy palety, wystarczy zakup wyłącznie nadstawek, co ograniczy ewentualne koszty – choć i tak nie są one zbyt wielkie. Pojemnik siatkowy o wymiarach zewnętrznych 1240 x 835 x 570 mm, wyposażony w podłogę drewnianą to koszt ok. 273 zł netto, z klapą zawieszaną – 286 zł netto. Przykładowo kontener siatkowy z blaszaną podłogą (1240 x 835 x 500 mm) to koszt 286 zł netto, a nadstawka na paletę EUR o wymiarach zewnętrznych 1200 x 800 x 865 mm będzie kosztować ok. 195 zł netto.

Źródło: Magazynuj.pl

Zmiany w handlu przez internet. Nowe przepisy zwiększą ochronę klientów robiących zakupy w sieci

Choć sprzedaż przez internet to tylko 3,5 proc. całej sprzedaży detalicznej w Polsce, to udział ten będzie rósł. Sprzyjać temu będzie nie tylko coraz większa liczba urządzeń połączonych z internetem, lecz także korzystniejsze dla konsumentów prawo, które daje więcej uprawnień niż w przypadku zakupu w sklepie stacjonarnym. W połowie czerwca mają wejść w życie jeszcze korzystniejsze dla konsumenta regulacje.

Ustawa implementująca unijną dyrektywę w tej sprawie powinna wejść w życie do 13 czerwca tego roku.

 – Ustawa będzie dotyczyć przede wszystkim umów zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa i na odległość, czyli zawieranych na przykład za pośrednictwem internetu – zaznacza Katarzyna Górna, prawniczka z kancelarii Accreo Legal.

Nowa dyrektywa ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w całej Unii Europejskiej. Obecnie przepisy unijne regulują jedynie część zasad, co skutkuje znacznymi różnicami – m.in. w terminie zwrotu towaru zakupionego za pośrednictwem internetu. W Polsce termin ten wynosi 10 dni, od wejścia w życie ustawy czas ten wydłuży się do 14 dni. Co istotne, ważna będzie data dostarczenia towaru, a nie zawarcia umowy. Podobnie będzie we wszystkich pozostałych krajach unijnych.

 – Dyrektywa wprowadza też nowe obowiązki informacyjne, czyli nakłada wymogi dotyczące informacji, których przedsiębiorca będzie musiał udzielić konsumentowi przed zawarciem umowy – zaznacza Katarzyna Górna.

Właściciele sklepów internetowych będą zobowiązani do informowania klientów o przysługujących im prawach. Nakłada to na nich między innymi obowiązek poinformowania, że w przypadku zwrotu towaru to na kliencie spoczywa obowiązek pokrycia wynikających z tego kosztów odesłania zakupionego produktu. Jeśli sprzedawca nie wywiąże się z tego zadania, ciężar opłat spadnie na sklep.

– Jedną z ważniejszych zmian, związanych z implementacją dyrektywy konsumenckiej, jest zintegrowanie przepisów dotyczących odpowiedzialności za wadę produktu, które do tej pory znajdowały się w dwóch osobnych ustawach, a teraz znajdą się w kodeksie cywilnym – mówi Katarzyna Górna.

Za wady sprzedanego przedmiotu odpowiada sprzedawca, chyba że klient w chwili zakupu zdawał sobie sprawę z usterek. Sprzedawca odpowiada również za uszkodzenia powstałe podczas transportu. Projekt ustawy przewiduje dwie formy reklamacji – gwarancję i rękojmię. Jeśli zakupiony towar ma wady, klient ma prawo do odstąpienia od umowy. Ponadto ustawa reguluje zasady dochodzenia przez sprzedawców odpowiedzialności za wadę towaru od producenta. Będą one oparte na rękojmi – na zasadzie ogólnej odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązania z kodeksu cywilnego oraz na zasadzie regresu.

Zapisy nowej ustawy będą stosowane do umów zawartych po 13 czerwca. Ponadto ustawa nie przewiduje okresu przejściowego, co oznacza, że do tego dnia należy wprowadzić zmiany w sklepie internetowym i przygotować się na wdrożenie postanowień nowej ustawy.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 26 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek z oferty Union Investment TFI

Od 24 marca br. benchmark subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek zarządzanego przez Union Investment TFI jest oparty o nowy indeks WIG50.

W związku rozpoczęciem publikacji przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie indeksów WIG50 oraz WIG250, obejmujących odpowiednio 50 średnich i 250 małych spółek z Głównego Rynku GPW, nastąpiła zmiana benchmarku subfunduszu UniAkcje Małych i Średnich Spółek (UniFundusze FIO) z oferty Union Investment TFI.

Od 24 marca br. skład benchmarku to: 90% WIG50 + 10% WIBID 1M.

To istotna zmiana, jako że różnice w strukturze pomiędzy indeksem sWIG80, który dotychczas służył za wzorzec oceny efektywności subfunduszu, a nowym WIG50 są duże. Ten ostatni zastępuje bowiem dotychczasowy indeks grupujący spółki o średniej kapitalizacji, podczas gdy odpowiednikiem indeksu sWIG80 jest obecnie WIG250.

– W naszej ocenie, konstrukcja indeksu WIG250 powoduje brak możliwości faktycznej replikacji benchmarku, ponieważ w jego skład w przeważającej mierze wchodzą spółki o bardzo małej kapitalizacji i niskiej płynności. Stąd decyzja o wyborze indeksu WIG50 – mówi Waldemar Wołos, Dyrektor ds. Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.

– Zmiana benchmarku pociągnie za sobą przebudowę portfela, jednak wszelkie zmiany będą dokonywane sukcesywnie i powoli, zgodnie z interesem uczestników subfunduszu – dodaje Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek.

UniAkcje Małych i Średnich Spółek istnieje od 2007 r. Z wynikiem 33,67 proc. znalazł się wśród 10 najlepszych funduszy w 2013 r.*
* Źródło: Expander (07.01.2014)

KGHM w gronie firm, które zwiększyły wartość o ponad 15 proc.

0

Działający na trzech kontynentach KGHM koncentruje swoje siły na uruchomieniu flagowego projektu Sierra Gorda. Po uruchomieniu chilijskiej odkrywki spółka nie wyklucza dalszej ekspansji, zarówno geograficznej, jak i produktowej. Kluczową dźwignią wzrostu firmy mają być nadal metale nieżelazne i szlachetne.

Spółka inwestuje również w rozwój grafenu oraz analizuje zaangażowanie w wydobycie fosforytów, soli potasowych czy surowców energetycznych. KGHM posiada obecnie 49 proc. udziałów w spółce Nano Carbon, która pracuje nad komercyjnym wykorzystaniem grafenu. Jego możliwe obszary zastosowania to wyświetlacze dotykowe, produkcja energii odnawialnej z baterii słonecznych czy też monitoring zanieczyszczeń.

 – Dojście do surowców jest rzeczą podstawową. Obraliśmy ten kurs w 2009 roku, bazując na tym, że pozostajemy w core biznesie, w metalach kolorowych, gdzie metalem podstawowym jest miedź, ale również uzupełniamy to o srebro, złoto, platynę, pallad, nikiel i molibden  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

Miedziowa spółka została laureatem dolnośląskiej edycji Diamentów Forbesa – nagrody przyznawanej firmom, które najszybciej zwiększają swoją wartość.  Do grona laureatów trafiają te firmy, których przeciętny roczny wzrost wartości wynosi co najmniej 15 procent. Wycena przedsiębiorstw jest dokonywana metodą hybrydową, która łączy metodę dochodową i majątkową. Pozwala to lepiej oszacować wartość i potencjał rozwoju firm, a w rezultacie – ocenić sytuację całej gospodarki. Przez pryzmat tej nagrody widać ożywienie w polskiej gospodarce, które ma już stabilny charakter.

 – Wtedy, kiedy koniunktura jest dobra, grono Diamentów rośnie. Ostatnie lata nie były najlepsze, a w przedostatniej edycji liczba laureatów spadła. W ostatniej zaobserwowaliśmy odbicie. Pokonaliśmy barierę 2 tysięcy, co pokrywa się z tym, co dzieje się w polskiej gospodarce. Czyli widać poprawę, widać powrót dobrej koniunktury – twierdzi Jacek Pochłopień, zastępca redaktora naczelnego „Forbesa”.

Lista laureatów Diamentów Forbesa pokazuje także, w jakich branżach oraz regionach przedsiębiorcy radzą sobie najlepiej.

 – Jeszcze kilka lat temu prym wiodły przedsiębiorstwa budowlane, było ich wiele na naszej liście, teraz to się zmieniło. Widać firmy z sektora rolnego, spożywczego czy rolno-spożywczego. Pozostały firmy budowlane, ale jest ich mniej. Widać również spółki handlowe oraz, co nas bardzo cieszy, zaczęły pojawiać się coraz częściej firmy z obszaru nowoczesnych technologii. Są też przedsiębiorcy z branży medycznej, co burzy trochę mit, że na rynku usług medycznych nie da się zarobić – uważa Pochłopień.

W przekroju regionalnym najlepiej radzą sobie przedsiębiorcy z Mazowsza i Wielkopolski. Sytuacja w pozostałych regionach jest zróżnicowana, choć na mapie Polski widać coraz więcej prężnych ośrodków poza Warszawą.

 – Przykładem jest Dolny Śląsk, który ma wiele atutów – m.in. bliskość rozwiniętych rynków Niemiec i Czech, dobrze rozwiniętą infrastrukturę oraz prężnie działające specjalne strefy ekonomiczne. Dopełnia to prężnie rozwijająca się stolica regionu – twierdzi zastępca redaktora naczelnego „Forbesa” . – Lokomotywą samą w sobie jest Wrocław, z miejscową  bazą akademicką, z atmosferą i klimatem, który sprzyja przedsiębiorcom. Taką lokomotywą jest też KGHM Polska Miedź, która jednak promieniuje i rzutuje na cały region wraz z firmami ze swojego otoczenia.

Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM, potwierdza, że świetnie wykształceni pracownicy to jeden z głównych atutów Dolnego Śląska. Dlatego spółka stara się ich przyciągać, oferując perspektywę kariery w Ameryce Północnej lub Południowej.

 – Cały czas wierzę w młodość, w osoby, które kończą studia w naszym regionie. To naprawdę jest duża wartość. My również jesteśmy otwarci, stąd nasz program „Kopalnia Talentów”. Chcemy pozyskać młodych, ambitnych, inteligentnych ludzi do tego, żeby wzmacniali naszą pozycję. Wielu z nich już dzisiaj ma zatrudnienie w naszych kopalniach w Chile, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – mówi wiceprezes KGHM. – Spotykając tych ludzi właśnie tam, jestem dumny, że mamy młodych Polaków, którzy są świetnymi specjalistami.

Diamenty Forbesa najtrudniej zdobyć firmom dużym, których wartość bazowa już jest wysoka.

 – To jest kolejne wyróżnienie, które potwierdza pozycję KGHM nie tylko na Dolnym Śląsku, lecz także w Polsce. To jest dzisiaj firma globalna, która ma swoje aktywa w dwóch Amerykach  w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i w Chile. Chcielibyśmy, żeby KGHM kontynuował ścieżkę efektywnego rozwoju, a żeby to zrealizować, musimy być aktywni na światowym rynku surowcowym. Monitorujemy wszystkie ciekawe projekty, które mają potencjał do zwiększenia bazy zasobowej spółki – mówi Wojciech Kędzia, wiceprezes KGHM.

W województwie dolnośląskim w kategorii dużych firm pierwsze miejsce zajął Autoliv Poland. Na podium znalazły się także spółki Sitech i właśnie KGHM. W kategorii średnich firm zwycięzcą została spółka Pro Ascobloc, wyprzedzając DWS Draexlmaier Wyposażenie Wnętrz Samochodowych oraz Casetech Polska. Wśród małych firm laureatami zostały: Izerskie Centrum Pulmonologii i Chemioterapii Izer-Med, Automatec oraz Spółka Usługowa Piast Business Service.

W porównaniu do poprzednich edycji, wśród Diamentów Forbesa przybywa małych przedsiębiorstw. Według zastępcy redaktora naczelnego „Forbesa” to dowód na to, że po 25 latach transformacji polska gospodarka – oparta w ogromnym stopniu na małych i średnich firmach – coraz bardziej przypomina dojrzałe, rozwinięte gospodarki. Z drugiej strony, jego zdaniem, 25 lat przemian to wciąż niewiele i Polacy w dalszym ciągu uczą się efektywnego rozwijania i zarządzania firmami. To oznacza jednak, że polska gospodarka ma wciąż duże rezerwy, które mogą przyspieszyć jej rozwój.

Orange: dostawcy treści i usług powinni ponosić część kosztów rozwijania infrastruktury, by ceny dostępu do internetu nie rosły

Dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – uważa Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska. Dostawcy treści i usług powinni – jego zdaniem – ponosić część kosztów dostarczania im usługi przez operatorów telekomunikacyjnych. W innym wypadku operatorom skończą się środki na inwestycje i będą ich szukać u odbiorców końcowych, podwyższając im ceny usług.

Wiceprezes Orange podkreśla, że ta nierównowaga na rynku wynika z tego, że w ostatnich latach dzięki powszechnemu dostępowi do internetu zmienił się model typowej usługi telekomunikacyjnej.

Kiedyś to było bardzo proste – operator budował sieć i na tej sieci kreował swoją własną usługę głosową, abonament, sprzedawał zamknięty łańcuch wartości. Dziś jest bardzo wielu graczy, którzy tworzą wartość dodaną, mających wpływ na koszty operatora, który musi dostarczyć usługę dostępu do internetu, ale nie partycypujący w tych kosztach w ogóle. Dlatego mówimy, że dzisiejszy model biznesowy funkcjonowania usług telekomunikacyjnych internetowych wymaga przedefiniowania – wyjaśnia Piotr Muszyński, wiceprezes ds. operacyjnych Orange Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Z punktu widzenia konsumentów zmiany na rynku telekomunikacyjnym są korzystne, natomiast dla operatorów, którzy kompleksowo przygotowują swoje usługi, już niekoniecznie.

– Mamy na lokalnych rynkach obowiązki nakładane na operatorów, regulacje, konieczność ponoszenia inwestycji i mamy globalnych dostawców usług, którzy działają ponadnarodowo, poza granicami kontynentów, nie mając żadnej relacji do lokalnego rynku, na którym operator musi ponosić określone koszty dostarczania usługi. I tutaj widzimy nierównowagę pomiędzy tym, co faktycznie stanowi strumień przychodów a budowaną wartością dodaną na infrastrukturze, która jest obłożona określonymi obowiązkami kosztowymi i regulacyjnymi – mówi Piotr Muszyński.

Jego zdaniem, utrzymywanie takiego modelu spowoduje, że operatorzy nie będą w stanie wyłożyć wystarczających środków na rozwijanie infrastruktury i zapewnienie odpowiedniej jakości usług. To z kolei może przełożyć się na ceny usług.

Ktoś te koszty ponieść musi, więc na pewno będziemy musieli szukać takiego modelu, który spowoduje, że to nie będzie tylko użytkownik końcowy. Jeżeli zgodzimy się na to, że on jest jedynym ogniwem w tym łańcuchu wartości, który będzie musiał ponieść ostateczny koszt, to możemy zapomnieć o tanim dostępie do internetu – przestrzega Piotr Muszyński. – Musi być model partycypacji, który spowoduje, że kreatorzy kontentu za określoną wartość świadczonej usługi będą ponosili koszty równolegle do kosztów, które ponosi końcowy użytkownik, korzystając z tego produktu.

Problem ten dotyczy również graczy na innych rynkach europejskich. Dużym utrudnieniem jest brak ujednoliconych przepisów i regulacji, ustalających odgórnie zasady funkcjonowania zarówno operatorów telekomunikacyjnych, jak i dostawców treści i usług na rynku europejskim.

 W Europie nie ma w ogóle jednolitego podejścia do próby uregulowania zasad funkcjonowania dostawców kontentu versus obowiązki nakładane na lokalnych operatorów. Nie ma wytycznych, rynki lokalne całkowicie się od siebie różnią – tłumaczy wiceprezes Orange Polska.

Problem braku odpowiednich regulacji jest jednak szerszy. Kiedyś rynek telekomunikacyjny był hermetyczny, dziś jest otwarty, ale jego otwartość rodzi nowe wyzwania dla regulatorów.

– Rynek jeszcze 20 lat temu był rynkiem zamkniętym, na danym lokalnym obszarze funkcjonował głównie jeden operator. Gigantycznego wyłomu w funkcjonowaniu tego modelu dokonał internet, tylko że ten wyłom nie został w porę zauważony przez regulatorów krajowych, przez regulatora europejskiego – zauważa Muszyński. – Nastąpił dynamiczny rozwój usług, który spowodował, że w tej próżni natychmiast wyrosła zupełnie nowa wartość dodana, z którą dzisiaj regulatorzy zupełnie nie wiedzą, co zrobić.

Rośnie światowy rynek loterii. Głównie dzięki Ameryce Południowej i Chinom

W ubiegłym roku sprzedaż loterii na całym świecie wzrosła o ponad 4 proc. – wynika z danych World Lottery Association. Wartość sprzedaży, porównując rok do roku, spada w Europie (-2 proc.), ale dynamicznie rośnie w Ameryce Południowej (21 proc.) czy Chinach (20 proc.). Ogólnie jednak od kilku lat wzrost sprzedaży jest co roku coraz mniejszy – dlatego loterie szukają zarobku, nie tylko uruchamiając nowe produkty, lecz także oferując też dodatkowe usługi – w tym finansowe.

– Z naszych obserwacji, jako dostawcy rozwiązań technologicznych dla loterii, wynika, że do tej pory im gorzej wiodło się gospodarkom, tym lepiej działały loterie. Im trudniejsza sytuacja gospodarcza, tym większe obroty na rynku loteryjnym – tłumaczy Wojciech Włodarczyk, prezes zarządu GTECH Poland. – Ludzie szukali nadziei na dodatkowy przychód w grach losowych.

Od pewnego czasu widać jednak zmianę tego trendu. W 2011 roku sprzedaż na światowych rynkach loteryjnych była na poziomie 13 proc., w 2012 – 8 proc., a w zeszłym – ponad 4 proc. Zdaniem Włodarczyka, w miarę utrzymywania się spowolnienia gospodarczego, społeczeństwa ubożeją i bardziej racjonalnie podchodzą do wydatków, również tych na gry liczbowe. Choć jest to bardzo mocno uzależnione od danego regionu świata. Stąd między innymi różnice w wynikach sprzedaży w Ameryce Łacińskiej gdzie – mimo nie najlepszej sytuacji ekonomicznej – osiągnięto ponad 20-proc. wzrost i Europy, która zakończyła 2013 rok na minusie.

– Rynek Ameryki Łacińskiej jest dość specyficzny, porównując np. do Europy. Tam udział w grach loteryjnych jest nie tylko szansą na wygranie pieniędzy. To także wiara w możliwość zmiany swojego życia, przeznaczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodarczyk. – Jeśli chodzi o Europę, to dobry wynik osiągnęła loteria czeska, gdzie wzrost rok do roku to prawie 25 proc. Ale tutaj mieliśmy efekt bazy, ponieważ sprzedaż w 2012 roku była w Czechach stosunkowo niska. Mamy też zadowalający wzrost w Finlandii, prawie 9 proc., ale ma to między innymi związek z konsekwentnym wdrażaniem w poprzednich latach nowych technologii i produktów przez fińska loterię – Veikkaus – dodaje prezes Włodarczyk.

W takich właśnie nowych produktach, kanałach dystrybucji i dodatkowych usługach loterie widzą swoją przyszłość – sama sprzedaż gier w kolekturach już nie wystarcza. Nawet w Chinach, gdzie w ubiegłym roku sprzedaż wzrosła o 20 proc., dobry wynik był efektem między innymi rozwoju sprzedaży ulicznej – kanału niespotykanego np. w Europie.

– Dostarczenie przez polskich inżynierów z GTECH terminala mobilnego dla jednej z loterii w Chinach stworzyło możliwość wyjścia do klienta. W tradycyjnym modelu, to klient musi wybrać się do kolektury, aby kupić los. Tutaj agenci sprzedaży, posiadający terminal mobilny, sprzedają losy na ulicy. Jest to zupełnie nowa filozofia, inne podejście do klienta. To rozwiązanie jest unikalne w skali światowej – mówi prezes GTECH Poland.

Jednym z najczęściej spotykanych sposobów na zwiększenie przychodów jest uruchamianie w punktach loteryjnych sprzedaży innych produktów niż loteryjne. Są to na przykład doładowania telefonów komórkowych, możliwość opłacenia rachunków czy wykupienia doładowania w usłudze sprzedaży energii elektrycznej typu pre-paid. Niektóre z takich rozwiązań stosuje też polska loteria.

– Totalizator Sportowy jest aktywną loterią i w ostatnich latach wdraża nowe produkty, starając się uzupełnić tradycyjną ofertę, czyli gry i loterie pieniężne – mówi Włodarczyk. – Myślę, że lokalnie bardzo ciekawym pomysłem będzie loteria pieniężna, która będzie wdrożona pod koniec marca. Produkt ten jest efektem współpracy czterech loterii: polskiej, czeskiej, słowackiej i węgierskiej.

Dzięki temu bardzo podobny produkt będzie mógł być sprzedawany w różnych krajach. Poszerzany będzie nie tylko zasięg terytorialny, lecz także będzie zwiększana liczba kanałów sprzedaży loterii. Według prezesa GTECH Poland, przyszłość należy do sprzedaży przez internet, w tym także przez urządzenia mobilne.

Lekarze alarmują: opieka nad chorymi po zawale wymaga poprawy

CEO Magazyn Polska

Od 1980 roku śmiertelność szpitalna z powodu zawału serca zmniejszyła się prawie czterokrotnie. Mimo to w Polsce każdego roku na zawał umiera prawie 200 tys. osób. Pacjenci po przebytym zawale serca należą do grupy zagrożonej kolejnymi problemami sercowo-naczyniowymi i do końca życia muszą przyjmować leki. NFZ nie wpisał jednak na listę refundacyjną leków przeciwpłytkowych, które ratują życie tej grupie pacjentów.

Jesteśmy w absolutnej czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o leczenie zawału w pierwszych godzinach – odbywa się to niesamowicie skutecznie. Problemem jest to, że pacjent, wychodząc po zawale ze szpitala, wymaga dalszej terapii – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Łukasz Kołtowski, kardiolog.

Chory po przebytym zawale należy do grupy podwyższonego ryzyka kolejnych problemów sercowo-naczyniowych. Do końca życia musi regularnie przyjmować leki, uczestniczyć w rehabilitacji kardiologicznej i dbać o dietę. Farmakoterapia u takich pacjentów do tej pory polegała na stosowaniu kwasu acetylosalicylowego i klopidogrelu. Obecnie dostępne są dwa nowoczesne leki, które są skuteczniejsze niż klopidogrel – prasugrel i tikagrelor. Przypomnijmy, koszt angioplastyki to 16 tys. złotych, podczas gdy roczny koszt nowoczesnej terapii to około 3 tys. zł. A co najważniejsze – leki te redukują ryzyko zgonu z przyczyn sercowo-naczyniowych w pierwszym miesiącu o 39 proc. i o 26 proc. po 15 miesiącach. Przyjmuje się je przez 12 miesięcy po zawale.

To są leki przeciwpłytkowe charakteryzujące się silniejszym efektem działania, redukujące ryzyko ostrzej zakrzepicy w stencie, czyli ryzyko ponownego zawału serca. Badania analizujące złożony efekt końcowy tych leków dowiodły, że w obu przypadkach jest on skuteczniejszy od klopidogrelu – tłumaczy Łukasz Kołtowski.

Zgodnie z aktualnymi wytycznymi u hospitalizowanych pacjentów z ostrym zawałem serca należy stosować w pierwszej kolejności prasugrel i tikagrelor. Klopidogrel podaje się tylko u chorych, u których dwa nowsze leki są przeciwwskazane. Po wypisie ze szpitala większość pacjentów jest jednak zmuszona przyjmować starszy, mniej skuteczniejszy lek, ponieważ tylko on znajduje się na liście refundacyjnej NFZ.

Narodowy Fundusz Zdrowia obawia się tzw. budget impact, czyli znacznego zwiększenia wydatków z uwagi na leczenie droższym lekiem. Z drugiej strony analizy farmakoekonomiczne wskazują, że refundacja prasugrelu i tikagreloru jest mimo wszystko opłacalna z punktu widzenia państwa. Wynika to z tego, że jest mniej powikłań i zawałów serca, w związku z czym jest mniej hospitalizacji – podkreśla kardiolog.

Brak refundacji prasugrelu i tikagreloru jest szczególnie dotkliwym problemem dla pacjentów cierpiących na cukrzycę, którzy znacznie słabiej reagują na klopidogrel oraz dla tych, którzy są genetycznie oporni na ten lek.

W Warszawie największy popyt na ekskluzywne obuwie na zamówienie

CEO Magazyn Polska

Luksusowe obuwie wykonane na indywidualne zamówienie kosztuje w Warszawie od 500 do 5 tys. złotych. Cena pary zależy od fasonu, użytych materiałów czy nakładu pracy szewca. Warunkiem utrzymania się na rynku tego rodzaju biznesu jest jednak spore zaplecze stałych, zamożnych klientów, w tym również tych, dla których noszenie unikatowych butów najwyższej jakości jest elementem rodzinnej tradycji. Największy popyt na tego rodzaju produkty jest na rynku stołecznym.

Wykonywanie obuwia na zamówienie, na miarę oraz naprawy, które wykonujemy przy butach lepszych i droższych, opłaca się, o ile ma się zaplecze w postaci dobrych klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kamiński, mistrz szewstwa, członek Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników Artystów.

Na wykonanie indywidualnej pary obuwia z reguły trzeba poczekać około miesiąca. Wcześniej jednak klient musi zdecydować o fasonie, kolorze i materiałach, z których powstaną jego buty. O ile w Warszawie jest popyt na tego rodzaju usługi, o tyle w innych miastach Polski jest pod tym względem nieco gorzej.

– Warszawa jako miasto bogatsze od innych, w którym przebywa więcej ludzi biznesu, trochę zamożniejszych, ubierających się lepiej i drożej niż w innych miastach. Sprzyja to temu, aby taka firma jak nasza i jej podobne, bo jest kilka takich w Warszawie, mogły się utrzymać i z powodzeniem zarabiać – tłumaczy Jacek Kamiński.

Szewcy zdają sobie sprawę z tego, że poza kwestią finansów, barierą dla popytu na ich wyroby jest czas realizacji zamówienia. Z tego powodu wiele osób decyduje się na gotowe produkty.

Oczywiście konkurencją dla nas są sklepy, które oferują drogie, markowe buty, które można nabyć natychmiast, które mają ciekawe wzornictwo, ciekawe kolory, różne pomysły designerskie – przyznaje szewc.

Z drugiej jednak strony posiadanie unikatowych butów w swojej garderobie to dla koneserów obuwia nie tylko prestiż, lecz także element rodzinnej tradycji. Rzemieślnicy obuwniczy przyciągają ponadto klientów wieloletnią renomą w środowiskach artystycznych (m.in. teatrach) czy filmowych.

 Córki czy synowie dawnych naszych klientów robią sobie buty u nas. Właśnie następne pokolenie dojrzewa do tego, żeby sobie zamówić buty – dodaje Jacek Kamiński. – Nie musimy się specjalnie reklamować, chociaż tego nigdy za dużo, ponieważ jesteśmy już firmą istniejącą na rynku od wielu lat.

Za buty na zamówienie, podobnie jak za inne luksusowe dobra, trzeba sporo zapłacić. Najtańsze modele mieszczą się jednak w cenach porównywalnych do cen butów sklepowych ze średniej półki.

Buty na zamówienie kosztują od 500–1000 złotych do 20003000 zł, bywają i buty droższe ze względu na rodzaj skóry, mogą kosztować i 40005000 zł – wyjaśnia szewc.

Ceny butów szytych na miarę kształtują się w zależności od fasonu, użytych materiałów, a także od nakładów pracy rzemieślnika. W wielu przypadkach koszty zamówienia podwyższa m.in. konieczność wykonania próbnych modeli, czyli tzw. par przymiarkowych – niekiedy dwóch, a nawet trzech.

To oczywiście zależy od wielu aspektów, czy trzeba kopyto specjalnie dla kogoś szukać, dorabiać, bo wymaga jakiegoś specjalnego kształtu, specjalnej wysokości obcasa, czy trzeba zamawiać obcasy lub koturny, czy te buty wymagają próbnych modeli – wyjaśnia Jacek Kamiński.

O ile warszawscy szewcy nadal dobrze sobie radzą na rynku obuwniczym, o tyle szeroka i różnorodna oferta sklepowej konkurencji negatywnie przekłada się na ich popyt. Pokazuje to zarówno spadająca liczba indywidualnych zamówień, jak i ich częstotliwość.

Kiedyś pojedynczy klient zamawiał więcej butów w jakimś okresie, ponieważ nie było tych butów dostępnych na rynku – tłumaczy Jacek Kamiński. – Obecnie klienci przychodzą rzadziej, raz na dwa, trzy, cztery, pięć lat i zamawiają parę lub dwie pary butów.

Stokrotka wchodzi w segment mniejszych sklepów i wprowadza franczyzę. W tym roku powstanie 50 nowych placówek

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 50 nowych sklepów chce otworzyć w tym roku sieć Stokrotka. Mają to być zarówno duże supermarkety, jak i – co jest nowością –mniejsze sklepy. Celem na ten rok jest ponad 2 mld zł obrotu. Rozwój ma przyspieszyć uruchomienie formuły franczyzowej, co powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni. Już teraz Stokrotka jest jedną z największych polskich sieci.

 Podjęliśmy decyzję o rozwoju w mniejszym formacie, w formacie market – placówek o powierzchni 200–400 mkw. Czyli do kilkusetmetrowych supermarketów dodajemy bardzo ważny nowy format działalności. W 2014 roku planujemy otwarcie około 30 sklepów w formacie supermarket. Również w formacie market będzie to najprawdopodobniej kilkanaście sklepów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Krzysztof Trojanowski, dyrektor operacyjny i członek zarządu Stokrotki.

Poza rozwojem mniejszych sklepów Stokrotka zmienia też wystrój już istniejących punktów. W ubiegłym roku rozpoczął się proces zmiany formatu, w wyniku którego powstało ponad 20 wzorcowych sklepów. Trojanowski podkreśla, że dzięki temu zakupy mają stać się wygodniejsze, a asortyment zostanie poszerzony. W tym roku przebudowę ma przejść kilkadziesiąt sklepów. Zostaną one wybrane pod względem ekonomicznym, bo jak zaznacza Krzysztof Trojanowski, nie wszędzie opłaca się zmieniać wystrój.

Sklepów Stokrotki ma zacząć przybywać także dzięki rozwojowi sieci franczyzowej. Trojanowski zapowiada, że model takiej współpracy zostanie przedstawiony w ciągu kilku tygodni. Spółka chce rozwijać się organicznie, ale prowadzi także rozmowy z partnerami na temat wspólnych przedsięwzięć. Już teraz Stokrotka ma prawie 250 sklepów w całej Polsce, co daje sieci miejsce na podium wśród polskich sieci.

Tę naszą polskość podkreślamy również dużą liczbą produktów regionalnych, produktów polskich. To doceniają nasi klienci – powiedział w czasie Kongresu Poland & CEE Retail Summit Trojanowski. – Zatrudniamy w tym momencie ponad 7 tys. osób w całej Polsce, co pokazuje też, że jesteśmy dużym pracodawcą, istotnym w wielu miejscach naszego kraju. W 2014 roku zdecydowanie chcemy przekroczyć 2 mld obrotu i umocnić swoją pozycję istotnego gracza na rynku detalicznym w Polsce.

Trojanowski przypomina, że w ubiegłym roku Stokrotka poszerzyła działalność o własne zaplecze logistyczne. Wcześniej spółka korzystała z kilkudziesięciu dostawców zewnętrznych. W tej chwili 83 proc. towarów jest transportowanych własną siecią dystrybucyjną. Umożliwia to m.in. centrum dystrybucyjne w Teresinie o powierzchni prawie 30 tys. mkw. oraz 9 magazynów regionalnych.

Dzięki własnej sieci Stokrotka ma też lepszą kontrolę nad jakością. Szczególnie rygorystycznie kontrolowane są towary świeże, takie jak warzywa, owoce i mięso. Według Trojanowskiego przekłada się to na zaufanie klientów.

Co jest dalej dla nas istotne, to optymalizacja zarówno kosztowa, jak i optymalizacja w całym łańcuchu, nad tym będziemy pracować w 2014 roku – zapowiada Trojanowski. – Opracowaliśmy nowe logo, przyjazne, odpowiadające dzisiejszym czasom. W tym roku planujemy, aby wszystkie sklepy w Polsce miały jednolitą identyfikację wizualną, co pozwoli naszym klientom dobrze kojarzyć nas z naszych materiałów marketingowych i z gazetek, które otrzymują.

Dodaje, że bardzo dobre efekty miały pierwsze radiowe kampanie reklamowe. Przyznaje jednak, że dokończenie rebrandingu jest kluczowe, by w pełni wykorzystać możliwości tego kanału promocji.

B. Mońka: Wersje papierowe gazet nie znikną z rynku. Dla wydawców ważniejsza niż nośnik będzie jakość publikacji i ich ochrona

0

Choć większość gazet drukowanych ma już swoje wydania internetowe, prasa papierowa nie zniknie całkowicie z rynku – uważa Beata Mońka, ekspert rynku mediowego. Jej zdaniem, z punktu widzenia wydawców w przyszłości najbardziej istotna będzie jakość publikowanych treści i ich ochrona.

Elektroniczne wydania gazet, choć stają się w Polsce coraz popularniejsze, nie przynoszą na razie wydawcom dużych zarobków.

To, co widzimy na rynku, to już jest postępujący proces digitalizacji wydawnictw. Właściwie wszystkie gazety mają swoje wersje online’owe, jedne całkowicie zamykają się za paywallem [system opłat za dostęp do treści – red.], inne dopiero rozpoczynają ten proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Mońka, ekspert rynku mediowego oraz była prezes Gremi Business Communications.

Mimo że prasa drukowana traci na popularności (roczne spadki nakładów czasopism rzędu 7–8 proc. i 10–11 proc. w przypadku dzienników), to właśnie papier przynosi wydawnictwom największą część zarobków. Internetowa prasa cały czas jednak się rozwija. Za dostęp do bezpłatnych dotychczas treści w internetowych wydaniach gazet w większości przypadków czytelnik musi dziś zapłacić. Jak wynika z raportu pt. „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy papierowej i cyfrowej. Nowe platformy dostępu do treści. Transformacja prasy” – Polacy wciąż uważają koszty dostępu do internetu za zbyt wysokie. Wydawcy natomiast nie mają wpływu na strategie dostawców usług sieciowych, ale sami zabiegają – również w przypadku prasy – o zmianę wysokości podatku VAT.

Jednak, zdaniem Beaty Mońki, w najbliższych latach nie musimy się obawiać, że tradycyjne, papierowe gazety znikną z polskiego rynku.

Trend światowy pokazał, że to nie jest tak, że papier zupełnie zniknie. Niektórzy się już pokusili, żeby go zlikwidować, po czym go przywrócili – argumentuje. – Jednak w dobie postępującej konwergencji mediów to jest kwestia tego, jakiego rodzaju treści wysokiej jakości, w jaki sposób i gdzie czytelnik czy też widz może i chce oglądać oraz dostawać. To, czy to jest za pośrednictwem papieru, ekranów czy multiekranów, to już zależy od niego. Natomiast najważniejsza jest ta treść i jej ochrona.

Jej zdaniem, przyszłość prasy – zarówno masowej, jak i specjalistycznej – w dużej mierze będzie zależała od tego, na ile spełni ona oczekiwania swojej grupy docelowej, a co za tym idzie, również reklamodawców.

Zawsze jest to kwestia modelu biznesowego, czyli trafienia w gusta określonej grupy osób. To może też być wąska grupa osób, natomiast trzeba mieć taki model biznesowy, żeby na koniec dnia wydawnictwo, kanał czy inne medium, które dostarcza tego rodzaju treści, było rentowne – podkreśla Beata Mońka

Coraz więcej prestiżowych marek na swoją lokalizację wybiera ulicę Mokotowską w Warszawie

CEO Magazyn Polska

Warszawski Nowy Świat wciąż jest najdroższą ulicą w Polsce. Wiele marek jako swoją lokalizację wybiera jednak coraz bardziej popularną ulicę Mokotowską. Polskim lokalizacjom pod względem prestiżu daleko jednak jeszcze do nowojorskiej Piątej Alei, paryskich Pól Elizejskich czy najdroższej na świecie dzielnicy Causeway Bay w Hongkongu, ale czynsze w lokalach na najdroższych polskich ulicach zaczynają osiągać światowy poziom.

Każde miasto ma swoją najbardziej reprezentacyjną ulicę – wizytówkę, na której skupia się życie mieszkańców. Tu też najczęściej można spotkać turystów. Tak jest np. na Piotrkowskiej w Łodzi, na Długim Targu w Gdańsku czy na Monciaku w Sopocie. Pustostany przy głównych ulicach handlowych należą do rzadkości. Najczęściej lokale wynajmowane są na potrzeby butików, ekskluzywnych restauracji, drogerii czy banków.

Wedle wysokości czynszów wynajmu powierzchni Nowy Świat jest na 45. pozycji. Tu cena za metr kwadratowy wynajmu lokalu to poniżej 1 tys. euro, a jeżeli chodzi o top 10, to są kwoty między 10 a 20 tys. euro za metr kwadratowy. Więc jesteśmy jeszcze dosyć daleko, co z jednej strony jest na pewno nie lada kąskiem dla inwestorów, a z drugiej pokazuje, że nie jesteśmy zamożnym krajem – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Jedlińska z Cenatorium.

Z roku na rok powstaje coraz więcej nowoczesnych galerii, ale wiele marek, zwłaszcza tych luksusowych, szuka prestiżowych lokalizacji przy głównych ulicach miast. Tak jest np. w przypadku ulicy Mokotowskiej w Warszawie.

Na Mokotowskiej możemy znaleźć przede wszystkim ekskluzywne butiki: tutaj jest Zień i Lilou, który ma też swój salon na Polach Elizejskich. Przede wszystkim ta ulica została ukochana przez polskich projektantów. Od 2012 roku zostały tutaj zawarte transakcje na kwotę niemal 300 mln zł – rzeczywiście imponująco – mówi Katarzyna Jedlińska. – Jest dużo butików młodych designerów, zajmujących się wzornictwem użytkowym. To jest bardzo fajny kierunek i dosyć mocny. Są też bardzo fajne knajpki i bardzo dobre kancelarie prawne.

W porównaniu do danych z roku 2012, czynsze przy większości polskich ulic handlowych odnotowały kilkuprocentowy wzrost lub pozostały niezmienne.

W Warszawie jest jeszcze kilka miejsc, które mają potencjał: na pewno Stara Praga, Koneser, wszystkie miejsca, gdzie jest fragment starej Warszawy. Tak naprawdę trudno wyznaczyć w Warszawie centrum. Mamy biznesowy Mokotów, Służew, mamy ścisłe centrum w okolicy placu Trzech Krzyży, ale mamy też ulicę Marszałkowską, która tak naprawdę została zdominowana przez banki i, niestety, nie jest wykorzystywana przez modę, design czy kawiarenki – dodaje Katarzyna Jedlińska.

Outsourcing metodą na odciążenie firmy

Zlecanie zadań zewnętrznym podmiotom to jeden z istotnych elementów strategii zarządzania firmą. Z powodzeniem stosuje je wiele podmiotów gospodarczych: od najdrobniejszych, jednoosobowych firm począwszy, przez mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, na korporacjach skończywszy. Na takie działania wymyślono termin „outsourcing”, będący skrótem angielskich słów: outsider-resource-using, które można przetłumaczyć jako „korzystanie z zewnętrznych zasobów”.

Ideą outsourcingu jest delegowanie określonych funkcji czy projektów do przedsiębiorstw znajdujących się poza daną firmą. Zlecanie zadań „na zewnątrz” jest praktykowane głównie ze względu na możliwość redukcji kosztów. Pozostałe czynniki skłaniające menedżerów czy właścicieli firm do powierzania innym podmiotom pewnych obszarów swojej działalności to: oszczędność czasu, brak odpowiedniego sprzętu, wiedzy, doświadczenia niezbędnych do wykonania określonych funkcji.

Choć w zestawieniu usług, w przypadku których najczęściej korzysta się z rozwiązań outsourcingowych dominuje księgowość, do listy zlecanych zadań coraz częściej dołączają takie sektory rynku jak: rekrutacja, Human Resources (czyli zarządzanie zasobami ludzkimi), ochrona osób i mienia, tłumaczenia, reklama i public relations, obsługa prawna czy IT.

QR wraca do gry!

Kody QR ułatwiają życie, oszczędzają czas oraz są idealnym narzędziem promocji. Podążają tropem rewolucji mobilnej – stanowią doskonałe źródło informacji, pozwalając użytkownikowi uzyskać pożądane treści za pomocą jednego przycisku. Mowa o kodach QR, które szturmem odzyskują niegdyś utraconą pozycję.

Wprowadzając pierwsze kody QR, zarówno marketerzy, jak i reklamodawcy włożyli ogrom pracy w stworzenie efektywnych kampanii promocyjnych. Jednym z powodów, dla którego technologia Quik Response po cichu zniknęła jednak z rynku, jest fakt, iż nie sprostała ona wymogom ówczesnych trendów. Dziś uzbrojeni w pewny produkt marketerzy wydają się lepiej rozumieć jej potencjał. Kampanie dla kodów QR stanowią przede wszystkim kompilację wiedzy i doświadczenia, których zabrakło w trakcie pierwszego podejścia.

Pomimo tego, iż jeszcze kilka lat temu kody QR nie wzbudzały entuzjazmu wśród specjalistów z branży, dziś sytuacja ulega drastycznej zmianie – marketingowcy upatrują w nich nowych możliwości rozwojowych. Ogromna liczba ludzi aktywnie korzystających ze smartfonów, postawiła marketingowy świat wobec konieczności ciągłego rozwoju oraz wykorzystywania coraz bardziej kreatywnych sposobów na pozyskanie klienta. Dzięki uniwersalnej zasadzie funkcjonowania kodów, mają one niezwykle szerokie zastosowanie w wielu krajach.

Wydaje się, że historia zatoczyła koło. W tym konkretnym przypadku ponowne wykorzystanie technologii jest poparte jednak nie tylko odnalezieniem funkcjonalności oraz pozytywną reakcją ludzi. Marketingowcy zrozumieli również istotę estetyki. Uświadomiono sobie, iż atrakcyjne wizualnie kody QR mają pozytywny wpływ na sprzedaż.

Możliwości dla firm korzystających z kodów QR są w zasadzie nieograniczone – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Pamiętajmy, że kody QR zaprojektowane do szybkiego zakupu produktów i usług, stanowią również cenne źródło informacji.

Aktualne kody QR są bez wątpienia ulepszoną wersją swojego pierwowzoru. Generacja ta jest idealnie przystosowana do potrzeb użytkowników – wyrafinowana i atrakcyjna jak nigdy przedtem. Naszym zadaniem jest aby wykorzystać je w możliwe kreatywny sposób. Wszak informacja na wyciągnięcie ręki to nie przywilej. To wymóg XXI wieku – dodaje Kamila Szwagiel.

Wyniki finansowe Grupy Asseco za 2013 rok

0

W 2013 roku Grupa Asseco wypracowała 5,9 mld zł przychodów ze sprzedaży. Zysk operacyjny wyniósł 611 mln zł, a wynik netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej 394 mln zł. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 7 proc., osiągając 4,5 mld zł.

Przychody ze sprzedaży wyniosły 5 898 mln zł, co stanowi 7% wzrost w stosunku do 2012 roku. Grupa Asseco wypracowała 394 mln zł zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej. Spółka konsekwentnie realizowała strategię wzrostu wyników dzięki sprzedaży własnych rozwiązań informatycznych. W 2013 roku przychody z oprogramowania i usług własnych stanowiły 76% sprzedaży ogółem i wyniosły 4 474 mln PLN. Przychody były zdywersyfikowane sektorowo i rozkładały się odpowiednio: 40% na przedsiębiorstwa, 34% na bankowość i finanse, oraz 24% na administrację publiczną. Całkowita liczba podpisanych umów w Grupie wyniosła ponad 4,5 tys., potwierdzając dużą dywersyfikację portfela klientów.

W analizowanym okresie Grupa Asseco skutecznie realizowała przyjętą strategię rozwoju i rozszerzyła swoje działania o kolejne firmy i kraje. W 2013 roku rozpoczęła się działalności Grupy na rynku rosyjskim, gdzie z sukcesem zakończono akwizycję spółki R-Style Softlab, spółka w tym czasie weszła również na rynek gruziński poprzez nabycie spółki Onyx Consulting, które zmieniło nazwę na Asseco Georgia. W sukcesach międzynarodowych na uwagę zasługują rekordowe wyniki spółek izraelskich – Magic oraz Sapiens. Rynek finansowy bardzo wysoko docenił osiągnięcia tych spółek i wartość giełdowa obu firm na rynku amerykańskim osiągnęła najwyższe poziomy od dwóch lat. O stabilnej sytuacji Grupy Asseco świadczą także realizowane z sukcesem duże projekty i pozytywne zakończenie postępowań przetargowych, skutkujące podpisaniem wieloletnich umów utrzymaniowych u kluczowych klientów Grupy. Portfel zamówień na rok 2014 wynosi już 3,9 mld zł.

 

Konsekwentnie i skutecznie realizowana strategia rozwoju Grupy zaowocowała w 2013 roku umocnieniem pozycji Asseco na europejskim rynku informatycznym. Jako jedyna polska grupa IT Asseco znalazło się w pierwszej dziesiątce największych europejskich producentów oprogramowania, zajmując wysoką szóstą pozycję na liście Truffle 100.

 

Plany na 2014 rok zakładają dalszy rozwój Grupy Kapitałowej na rynkach międzynarodowych. Jednocześnie Asseco koncentruje się na tym, co jest największą przewagą konkurencyjną Grupy – produkcji i rozwoju własnych innowacyjnych rozwiązań informatycznych dla głównych sektorów gospodarki.

Branża ubezpieczeniowa chce zmiany zasad rozliczania szkód z OC. Odszkodowania wypłacać będzie firma poszkodowanego

0

CEO Magazyn Polska

W branży ubezpieczeniowej trwają dyskusje na temat zmiany zasady rozliczenia szkód z OC. Jeśli nowe propozycje wejdą w życie, to odszkodowanie wypłacać będzie firma poszkodowanego, która następnie otrzyma zwrot od zakładu sprawcy. Rozstrzygnięcie powinno nastąpić jeszcze w tym roku. – W imieniu PZU mogę powiedzieć, że tego typu rozwiązania bardzo mi się podobają – uważa Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA.  

Dla klienta proponowana zmiana to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ będzie mógł on zlikwidować powstałą szkodę we własnym zakładzie ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Klesyk.  

Obecnie szkody powstałe w wyniku zdarzeń drogowych są zgłaszane w zakładzie ubezpieczeń, którego klientem jest sprawca. Następnie wysokość straty wycenia rzeczoznawca związany z tą firmą i na podstawie tej wyceny towarzystwo ubezpieczeniowe sprawcy dokonuje wypłaty. Według proponowanych zmian, szkoda zgłaszana byłaby w zakładzie poszkodowanego, który dokonywałby wypłaty odszkodowania na podstawie wyceny
niezależnego eksperta. Następnie towarzystwo, którego klientem jest sprawca szkody, musiałoby zwrócić koszty zakładowi poszkodowanego.  

Sądzę, że zmiana doprowadzi do przemiany sposobu patrzenia na OC samochodowe – twierdzi Klesyk. – Nie będzie ono traktowane tylko jako podatek, lecz także jako produkt, nad którego wyborem warto się zastanowić i z którego możemy uzyskać istotne korzyści.    

Na rynku jest jednak grupa firm ubezpieczeniowych, która nie popiera zmian.

 – Obawiać mogą się ci, którzy albo nie do końca uczciwie grają w kwestii likwidacji szkód, albo nie mają dobrych procedur likwidacji – przekonuje Klesyk.  

Zmiana wymaga porozumienia firm ubezpieczeniowych. Będzie dyskutowana na spotkaniach Polskiej Izby Ubezpieczeniowej – organizacji samorządu branżowego reprezentującej wszystkie działające w Polsce towarzystwa ubezpieczeniowe. Temat ten zostanie więc poruszony podczas Walnego Kongresu PIU w Sopocie w dniach 7–8 maja 2014 r. oraz podczas Walnego Zgromadzenia PIU.  

Trudno mi dokładnie powiedzieć, kiedy ta dyskusja się zakończy. Jednak, moim zdaniem, ostateczna decyzja zostanie podjęta w tym roku – twierdzi prezes zarządu PZU SA.  

KNF: trzy polskie banki mają problem ze współczynnikiem wypłacalności

0

CEO Magazyn Polska

Trzy polskie banki komercyjne nie spełniają wymaganego przez KNF poziomu współczynnika wypłacalności na poziomie 12 proc. Jeden ma problem z drugim ważnym kryterium kapitałowym współczynnikiem Tier 1, który nie powinien być niższy niż 9 proc. Choć polski sektor bankowy wydaje się bezpieczny, to zdaniem Andrzeja Reicha, dyrektora w KNF i członka zarządu EBA, jego wypłacalność jest niższa od unijnej średniej.

Nad bezpieczeństwem polskiego sektora bankowego już niedługo czuwać będzie Rada ds. Ryzyka Systemowego, w której główną rolę odgrywać będzie Narodowy Bank Polski. Jak mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Reich, dyrektor Departamentu Regulacji Bankowych, Instytucji Płatniczych i SKOK oraz członek zarządu Europejskiego Nadzoru Bankowego (EBA), resort finansów kończy już prace nad projektem odpowiedniej ustawy.

W Radzie Ryzyka Systemowego wiodącą rolę będzie odgrywał Narodowy Bank Polski – mówi Andrzej Reich. – Moim zdaniem odpowiednia ustawa jest na końcowym etapie prac w Ministerstwie Finansów.  

Według ostatnich danych współczynnik wypłacalności polskich banków jest nie najgorszy, bo oscyluje średnio wokół 15 proc., choć minimalny próg wynosi 12 proc. Jednak według członka zarządu EBA, poziom ten jest wciąż niższy od przeciętnego unijnego.

W związku z zaleceniami europejskich regulatorów, już w grudniu 2011 r. przewodniczący KNF, Andrzej Jakubiak, zalecił działającym w Polsce bankom utrzymywanie współczynnika Tier 1 na poziomie min. 9 proc., a współczynnika wypłacalności na poziomie min. 12 proc. KNF powtórzyła te wytyczne 21 marca 2014 r. Mimo pozostawania w tyle za średnią unijną, zdecydowana większość banków spełnia wymogi KNF.  

Niemal wszystkie banki spełniają te wytyczne – mówi Reich. – Trzy banki nie utrzymują poziomu 12 proc., a jeden bank nie osiąga poziomu 9 proc. W skali sektora to jest bardzo mało – dodaje.  

W kwietniu 2014 r. w ramach realizacji rekomendacji Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA) rozpoczną się tzw. stress-testy. W sprawdzeniu jakości aktywów, którymi dysponują polskie banki, weźmie udział 16 z nich.

Izba Domów Maklerskich chce powołania instytutu edukacji finansowej

CEO Magazyn Polska

Izba Domów Maklerskich opowiada się przeciw całkowitej deregulacji zawodów w branży finansowej, ponieważ jej zdaniem zmniejszy to zaufanie do rynku. Zdaniem IDM, uczestnicy rynku muszą sami wypracować standardy i je egzekwować, dopiero wtedy zniesienie licencji na poziomie ustawowym nie będzie groźne dla rynku. Pomóc miałby w tym instytut edukacyjny, który kształciłby osoby planujące karierę w branży finansowej oraz inwestorów.

Izba Domów Maklerskich uważa, że podnoszenie poziomu wiedzy wśród uczestników rynku oraz pośredników powinna być jednym z kluczowych elementów strategii rynku kapitałowego. Zwłaszcza, że rząd zamierza zderegulować zawód maklera papierów wartościowych i doradcy finansowego. Odpowiedni projekt trzeciej transzy deregulacyjnej został przyjęty przez Radę Ministrów w marcu.

– Edukacja oprócz regulacji uważana jest za jeden z elementów bezpieczeństwa rynku i utrzymania zaufania do niego. Najważniejszym elementem utrzymania stabilności i zaufania do rynku jest wyedukowany inwestor, który zdaje sobie sprawę z ryzyka. Jako Izba proponujemy powołanie branżowego instytutu edukacyjnego, który kształciłby kadry dla branży, w tym także certyfikowałby specjalizacje, które branża uzna wewnętrznie za potrzebne do wypełniania przez nią właściwej roli. Taki instytut prowadziłby też edukację powszechną. Podobne rozwiązania występują w innych krajach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich.

Obok branżowego instytutu edukacyjnego, IDM postuluje, by  pozostawić licencję maklera oraz doradcy inwestycyjnego. Zdaniem Waldemara Markiewicza, licencje zwiększają zaufanie na rynku kapitałowym, ponieważ ograniczają ryzyko związane z niewystarczającym przygotowaniem pośredników finansowych, a także zmniejszają ryzyko nadużyć i przestępstw.

– Bardzo ważne jest, żeby utrzymać pewną formę licencjonowania maklerów i doradców inwestycyjnych. Oznacza to, że muszą być spełnione pewne wymogi, żeby zarządzać czyimś portfelem papierów wartościowych lub komuś doradzać w sprawach inwestycyjnych. Dlaczego to jest ważne? Bo to jest element zaufania do systemu, a więc inwestor, który przychodzi do danego domu maklerskiego czy banku, wie, że dany człowiek, który go obsługuje, spełnia co najmniej dwa kryteria. Po pierwsze, że ma autentyczną wiedzę, a po drugie, że jest osobą, która przestrzega zasad etyki zawodowej – uważa Markiewicz.

Nie oznacza to jednak, że licencjonowanie zawodów na rynku finansowym powinno być uregulowane na poziomie ustawowym. Mogą to robić uczestnicy rynku, zrzeszeni w dane organizacje – mówi prezes IDM.

– Rozumiemy częściowo regulatora w tym sensie, że likwiduje się licencje na poziomie państwowym. Na innych rynkach to nie jest na poziomie ustawowym, tylko rynek ustala pewne standardy, jednak tamte rynki kształtowały się przez 50 czy 80 lat. Dlatego uważaliśmy, że najpierw trzeba ustalić standard rynkowy przy współpracy z regulatorem, a potem ewentualnie deregulować to na poziomie ustawowym.

Według Waldemara Markiewicza, dojrzałe rynki kapitałowe, np. w Stanach Zjednoczonych, wypracowały zasady odnoszące się do kompetencji i etyki, które warto przenieść na polski grunt. Jednym z takich rozwiązań, które warto rozważyć, jest publicznie dostępna historia pracy osób, które pracują na rynkach finansowych. Za oceanem publikacją życiorysów maklerów i doradców zajmuje się organizacja brokerska FINRA.

Jest szansa na większy dostęp do pracy w Niemczech dla Polaków. Polska firma rekrutacyjna zdobywa rynek niemiecki

Dzięki zawarciu joint venture z niemiecką firmą Fiege, Work Service wejdzie na rynek niemiecki zarówno z ofertą rekrutacji pracowników, jak i outsourcingu. To też szansa na pracę dla pracowników czasowych z Polski. Firma skorzysta na silnej pozycji na niemieckim rynku marki Fiege i dzięki temu ma szansę zwiększyć tempo wzrostu przychodów, choć już w ubiegłym roku były one o 30 proc. wyższe niż w poprzednim.

Uważamy, że niezwykły potencjał rynku niemieckiego, wartego ponad 20 mld euro w porównaniu do 1 mld euro rynku polskiego, daje ogromne możliwości rozwoju w przyszłości. Uważamy, że dotychczasowy, ponad dwucyfrowy wzrost grupy, ponad 30 proc. w zeszłym roku, nie dość, że zostanie podtrzymany, to może być dzięki tej kooperacji znacznie wyższy. Fiege chce z nami działać na rynku nie tylko niemieckim, lecz także na rynku polskim – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Misiak, prezydent rady nadzorczej Work Service SA.

Fiege to firma rodzinna z ponad 150-letnią tradycją. W 17 krajach ma ok. 11 tys. pracowników, a w 2012 r. jej przychody przekroczyły 1,5 mld euro. Tomasz Misiak podkreśla, że dzięki partnerstwu Work Service zyska lepszy dostęp do niemieckiego rynku. Podkreśla, że choć niemiecki rynek pracy jest otwarty dla Polaków, to firmy zza zachodniej granicy konserwatywnie podchodzą do zatrudniania pracowników z naszego kraju.

W tym momencie mamy dostęp do całego nowego rynku osób o wysokich kwalifikacjach i wydajności, które chcąc pracować w Niemczech. Do tej pory skupialiśmy się na pracownikach z Niemiec, a teraz otwieramy się na osoby z Polski i innych państw Europy Centralnej i Wschodniej, aby mogli pracować w Niemczech i to jest teraz nasza duża przewaga nad konkurencją – przekonuje Jens Fiege, członek zarządu Fiege Logistik Stiftung & Co. KG.

Tomasz Misiak zapowiada, że dzięki współpracy Work Service rozwinie ofertę rekrutacji oraz outsourcingu zasobów ludzkich na rynku niemieckim. Podkreśla, że spółka ma duży potencjał rozwoju w sektorze IT, a także pod względem pracowników medycznych. Skorzystać mogą też polscy pracownicy czasowi, dla których będzie teraz więcej pracy w Niemczech.

Na nowej spółce joint venture skorzysta też Fiege, które już od 12 lat ma spółkę w Polsce.

Myślę, że wraz ze stworzeniem spółki z Work Service będziemy mogli wprowadzić naszą firmę, zajmującą się zatrudnieniem tymczasowym, na kolejny poziom rozwoju. Sami rozwijamy z sukcesami firmę w Polsce od 12 lat i jesteśmy pewni, że wraz z Work Service uda nam się jeszcze bardziej zwiększyć nasz rozwój – ocenia Fiege.

Dodaje, że interesy obydwu spółek są bardzo zbliżone. W ocenie Jensa Fiegego obydwie firmy są nastawione przede wszystkim na rozwój długoterminowy i planują działalność perspektywicznie. To właśnie zbliżone interesy oraz podobne wartości w prowadzeniu biznesu były czynnikiem decydującym o wyborze Work Service jako partnera.

Fiege zapewnia, że dzięki współpracy obydwie spółki szybciej osiągną swoje cele i będą mogły znacznie poprawić wyniki. Dodaje, że joint venture zostawia obydwu partnerom dużą swobodę, bo według niego od konkretnych działań krótkoterminowych bardziej liczy się wspólny cel i długoterminowa strategia.

Inea walczy o połowę rynku dostępu do internetu w Wielkopolsce dzięki publicznej sieci szerokopasmowej

0

CEO Magazyn Polska

Inea chce zdobyć połowę rynku dostępu do internetu w Wielkopolsce. Zasięg sieci ma objąć całe województwo. Poza własnymi światłowodami, spółka zamierza korzystać także z Wielkopolskiej Sieci Szerokopasmowej (WSS). Choć termin ukończenia inwestycji to marzec 2015 r., Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce zakończyć projekt w tym roku. Potem Inea nie wyklucza wyjścia poza Wielkopolskę.

– Jesteśmy we wszystkich mniejszych miejscowościach, które są wzdłuż naszych linii łączących miasta powiatowe czy większe miasta z Wielkopolski. Natomiast oczywiście to, co robimy w tej chwili, jest w oparciu o sieci światłowodowe, które wybudowaliśmy, ponieważ ta budowa była opłacalna, bo łączyła duże miasta. Natomiast następną część strategii chcemy realizować w oparciu o sieć WSS, która właśnie w tym celu powstaje. Powstaje w tych miejscach, w których po prostu najnormalniej w świecie operatorowi rynkowemu nie opłaci się budować sieci backbone’owej [szkieletowej – red.] – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Kosiński, prezes zarządu firmy Inea.

Projekt WSS rozpoczął się we wrześniu 2011 r. W jego ramach ma powstać 576 punktów dostępowych (co najmniej jeden w każdej wielkopolskiej gminie) oraz ok. 4500 km sieci światłowodowych. Projekt ma łącznie kosztować ponad 410 mln zł. Ok. 280 mln zł da Unia Europejska, reszta będzie pochodzić ze środków Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego oraz akcjonariuszy – Inei i Asta-Net. Projekt musi zakończyć się do marca 2015 r., ale niedawno Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji umieściło WSS wśród priorytetów na ten rok.

Kosiński podkreśla, że WSS pozwoli spółce rozwinąć ofertę na terenach poza głównymi miastami. Wyeliminowanie tzw. białych obszarów NGA (sieci nowej generacji) to główny cel budowy WSS. Jak wynika z danych spółki WSS, prawie 70 proc. mieszkańców Wielkopolski (i aż ponad 99 proc. miejscowości) nie ma dostępu do usług NGA.

WSS to sieć szerokopasmowa, która swoją obecnością w Wielkopolsce spowoduje, że każde gospodarstwo domowe do najbliższego węzła będzie miało mniej niż 4 kilometry. To jest idealna baza do tego, żeby nie tylko Inea, lecz także inni operatorzy mogli się rozwijać i budować sieci dostępowe – przekonuje Kosiński.

Inea już teraz ma silną pozycję w mniejszych ośrodkach. W ubiegłym roku spółka zaoferowała swoje usługi w niemal 50 miejscowościach w Wielkopolsce i tuż poza jej granicami (m.in. w Babimoście, znajdującym się już w województwie lubuskim). Operator zapewnia m.in. dostęp do wojewódzkiej telewizji WTK, a także do specjalnego kanału klubu piłkarskiego z Poznania Lech TV. Ten drugi kanał znajduje się tylko w sieci Inei.

Robimy to, ponieważ uważamy, że buduje to przewagę konkurencyjną dla operatora telekomunikacyjnego – mówi Kosiński. Dodaje – Pewnie będziemy się zastanawiać nad wyjściem poza Wielkopolskę. Natomiast będziemy robić to samo, co robimy w Wielkopolsce.

Inwestycje w budownictwie spadły o jedną trzecią

0

CEO Magazyn Polska Kryzys w budownictwie trwa, choć pojawiają się oznaki ożywienia. Związek Zawodowy „Budowlani” uważa, że największa fala upadłości firm z tej branży dopiero nastąpi. Jednak liczy na nowe zamówienia i powolne odbijanie się branży od dna. Jednak rozwój jest uzależniony od wzrostu liczby pozwoleń na budowę i likwidacji zatorów płatniczych.

Według Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa spadek produkcji budowlanej wyniósł 40 procent i nie widać sygnałów poprawy sytuacji. Z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Małopolskiej Szkoły Administracji Publicznej „Instrument Szybkiego Reagowania” wynika, że rok 2014 dla budownictwa wciąż będzie trudny, a wiele przedsiębiorstw we wszystkich działach budownictwa będzie zagrożonych upadłością. Jednak sami budowlańcy wykazują umiarkowany optymizm.

Ciepła zima umożliwiła pracę przedsiębiorstwom budowlanym, jednak inwestycje w ostatnich latach spadły.

Szacujemy, i my, i związki pracodawców, że front inwestycyjny zmniejszył się mniej więcej o 30 proc. Trudno będzie takie spadki nadrobić, choć widzimy pewne symptomy wychodzenia z kryzysu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Janowski, przewodniczący Związku Zawodowego „Budowlani”.

Szef związku wskazuje na zapowiedzi dotacji unijnych do budowy dróg, do budowy kolei, do budowy wielkich infrastrukturalnych obiektów. Uważa, że budownictwo infrastrukturalne po wyczerpaniu się transzy unijnej wpadło w kłopoty.

Pamiętajmy, że firmy budowlane bankrutowały i bankrutują w dalszym ciągu. Szacuje się, że dołek jeszcze nie nastąpił. Mamy także zatory płatnicze, a to wszystko wiąże się ze zwolnieniami. Jeśli nie ma inwestycji, to firmy ograniczają zatrudnienie. Jako związkowcy odczuwamy to bardzo boleśnie – komentuje przewodniczący Związku Zawodowego „Budowlani”.

Szef związków wskazuje także na sytuację w budownictwie mieszkaniowym. Zauważa, że program „Mieszkanie dla młodych” jest adresowany głównie do deweloperów i do rynku pierwotnego, z pominięciem rynku wtórnego. Co więcej sądzi, że ceny nowych mieszkań uwzględniane w programie wykluczają inwestycje w dużych miastach, gdzie ceny są wyższe niż zagwarantowane w kredycie.

Co prawda ostatnio ceny stoją w miejscu, ale społeczeństwo nie ma pieniędzy na zakup nowych mieszkań. Brakuje też nowych programów inwestycyjnych – twierdzi Zbigniew Janowski.

Zauważa też, że w efekcie deweloperzy starają się sprzedać już wybudowane mieszkania i przerzucają się na budownictwo biurowe, gdzie widać poprawę koniunktury. Sądzi, że nie ma co marzyć o podwyżkach cen w budownictwie w najbliższym czasie.

Bez względu na sytuację, związek patrzy na rynek optymistycznie, zakładając, że gospodarka odbije się od dna i pojawi nowy front inwestycyjny.

W niewielkim stopniu wzrosła w styczniu liczba pozwoleń na budowę. To napawa nadzieją, że będzie budowanych więcej mieszkań – zakłada szef związku zawodowego.

Dodaje, że nowe szanse to: wzrost zatrudnienia, budowa nowych dróg, inwestycje infrastrukturalne i nowe elektrownie. Związkowiec wskazuje, że wciąż problemem są zatory płatnicze, i że wynika to z ustawy o zamówieniach publicznych preferującej najniższą cenę czy przynajmniej prowadzącej do takiej praktyki. Związek Zawodowy „Budowlani” w porozumieniu z organizacjami pracodawców zamierza opracować branżowe porozumienie, które zmieni podejście komisji przetargowych. W ramach tego porozumienia zostanie określona minimalna cena przetargowa w oparciu o minimalną płacę, tak, by można było oszacować, czy oferent nie zamierza zatrudniać pracowników bez odpowiednich umów.

Ostatnio zdarzało się, że inwestorzy oferowali ceny poniżej jakichkolwiek norm, a następnie porzucali budowy, prowadząc do sytuacji, w której cena inwestycji stawała się wyższa niż wynikałoby to z kosztorysu inwestorskiego – komentuje Zbigniew Janowski.

Związkowiec dodaje, że takich patologii należy unikać, a proponowane zmiany spowodują, że polskie firmy nie będą już w takim tempie bankrutowały.

Na budowę domu Polacy wydają średnio 360 tys. złotych. Najwięcej domów buduje się na Mazowszu i Śląsku

CEO Magazyn Polska

Niewielki dom, najchętniej na wsi i w stanie surowym – takich domów wedle badań portalu Oferteo.pl szukali Polacy w 2013 roku. Największą popularnością cieszyła się tradycyjna budowa, a jednym z ważniejszych czynników przy budowie była cena. Najczęściej wybierane działki to te w województwach mazowieckim i śląskim.

 – Przeanalizowaliśmy ponad 3,5 tys. zapytań ofertowych składanych przez osoby, które decydują się na budowę domu, a także przeprowadziliśmy pogłębione wywiady ankietowe z osobami, które już realizują budowę domu. Na podstawie tych odpowiedzi przygotowaliśmy raport, który pokazuje przede wszystkim, że Polacy podchodzą tradycyjnie do budowy domu – mówi w rozmowie z portalem Newseria Karolina Pluta z serwisu Oferteo.pl.

Jak wynika z raportu, większość Polaków wybiera mniejsze domy, o powierzchni użytkowej między 100 a 150 metrów kwadratowych. Przy budowie stawiają na tradycję, wybierają technologię murowaną, z dachówką ceramiczną. Większość budowanych domów nie ma piwnic. Decyduje się na nie jedynie co dziesiąty Polak budujący dom. Najchętniej wybierane są działki znajdujące się na terenach wiejskich, a kluczowym kryterium wyboru jest cena. Jak pokazują badania, przeciętna cena za metr kwadratowy na wsi wynosi 79 złotych. W stosunku do dużych miast różnica jest ogromna – tu za metr trzeba zapłacić nawet siedem razy więcej.

 Nasi ankietowani zaznaczają, że budowa domu trwa od 1 do 3 lat, dlatego też zalecamy, aby dobrze przemyśleć całą inwestycję. Przede wszystkim to, jaki ten wymarzony dom będzie, gdzie będzie zlokalizowany, gdzie najlepiej będzie kupić działkę, ale również warto dobrze wybrać ekipę budowlaną – wymienia Karolina Pluta.

Jak pokazują przeprowadzone badania, większość Polaków poszukiwania ekipy budowlanej zaczyna dość późno. Ekspertka przekonuje jednak, że warto jednak podejść do tego zadania poważnie i dokładnie sprawdzić firmy – jaką cieszą się opinią i jakie dotychczas realizowały budowy.

Wcześniejsze znalezienie firmy pozwoli nie tylko na wybranie najkorzystniejszej oferty, lecz także na rozpoczęcie budowy w takim terminie, w jakim my chcemy, a nie w jakim wymarzona firma jest dostępna – ocenia Pluta.

Zakup domu w stanie pod klucz, to poważny wydatek. Przeciętnie trzeba liczyć się z kosztem rzędu 360 tysięcy złotych. Dom w stanie surowym otwartym, czyli bez okien i drzwi, jest znacznie tańszy – cena wynosi około 201 tysięcy. Jak pokazuje raport Oferteo, Polacy preferują system gospodarczy. 

Najczęściej chcą zlecać pierwszej firmie budowlanej oddanie domu w stanie surowym zamkniętym bądź surowym otwartym. Kolejne etapy budowy będą realizowali wspólnie z innymi firmami. Taki system pomoże lepiej zarządzać kosztami, co jest szczególnie ważne, kiedy wiadomo, że budowa domu jest inwestycją bardzo długą, bardzo kosztowną – mówi Karolina Pluta.

Taki system pozwala mieć większą kontrolę nad kosztami, zwłaszcza że podczas budowy mogą pojawić się dodatkowe koszty, jak na przykład utworzenie drogi dojazdowej, instalacja kanalizacji czy wzrost ceny materiałów budowlanych. Jak pokazują badania, koszty te zazwyczaj nie przekraczają jednak 10 procent początkowej wyceny.

Rynek reklamy czeka dobry rok, ale potrzeba nowych pomysłów na promocję

Polacy są coraz bardziej odporni na reklamy. Kampanie są do siebie podobne, więc zdaniem ekspertów na rynku będzie następował ruch w kierunku innowacyjnych promocji. To szansa dla domów mediowych i twórców reklam. Dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce wydatki na reklamę będą rosły.

Moim zdaniem rynek reklamy jest przeinwestowany. Reklamodawcy inwestują za dużo w komunikację, mogą z tym samym skutkiem inwestować mniej. Skutek ten, generalnie rzecz biorąc, jest słaby. Efektywność reklamy w czasie maleje – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD. – To, co jeszcze 3 lata temu działało, teraz przestało. I to jest nadzieja dla rynku reklamowego, bo to znaczy, że musimy zacząć znowu myśleć, a nie tylko wydawać więcej pieniędzy.

Bierzyński podkreśla, że rok 2014 zapowiada się dobrze dla branży reklamowej. Wynika to przede wszystkim z poprawy koniunktury gospodarczej. Jak przypomina, już rok temu wydatki na reklamę nieznacznie wzrosły, a w tym roku ożywienie powinno być bardziej zauważalne. Nie we wszystkich branżach wyniki będą jednak tak samo dobre.

O ile w sektorze detalicznym i w handlu poprawa będzie wyraźna, o tyle reklamodawcy z sektora FMCG (towary szybko zbywalne) oraz telekomunikacyjnego przeznaczą na reklamę mniej pieniędzy. Zwłaszcza w tym pierwszym przedsiębiorcy są zmuszeni walczyć o utrzymanie marży i mogą znacznie obciąć wydatki marketingowe.

Głównie ze względu na bardzo dynamiczny rozwój marek własnych dyskontów, szczególnie Lidla i Biedronki, ale myślę także o Żabce. Jest takich trzech graczy, którzy bardzo intensywnie się rozwijają i którzy wprowadzają na rynek swoje własne marki produkowane na ich zlecenie. Te marki coraz skuteczniej konkurują z dużymi międzynarodowymi brandami, które tradycyjnie były najbardziej wspierane w mediach reklamą. A po drugie jest to kwestia wojny o marżę – analizuje Bierzyński.

Dodaje, że mając do dyspozycji mniejsze budżety, przedsiębiorcy z branży FMCG przeznaczają środki raczej na wsparcie sprzedaży, a nie na reklamę. Zyskują na tym sieci dystrybucyjne.

Podobnie jest w sektorze telekomunikacyjnym, gdzie nasycenie rynku doprowadziło do znacznego spadku marż. Do tej pory firmy z tego rynku wydawały, w ocenie Bierzyńskiego, nieracjonalnie dużo na reklamę. Te środki nie przekładały się na poprawę wyników sprzedażowych, a stanowiły poważne obciążenie dla budżetów spółek.

Wszyscy operatorzy szukają oszczędności. Wydatki na marketing i reklamę są naturalnym, szybkim źródłem oszczędności po to, żeby wykazać inwestorom lepsze wyniki. Pierwsza weryfikacja przyszła po przejęciu Polkomtela przez pana Solorza. Tu widać tąpnięcie od razu w wydatkach, co pokazuje tylko, że wydatki na reklamę w tym sektorze nie przekładały się na faktyczną sprzedaż. Właściciele firm walczą o pozytywny wynik finansowy, żeby pokazać ten wynik na giełdzie, a w mniejszym stopniu zabiegają o pozyskanie nowych klientów – tłumaczy Bierzyński.

Dodaje, że nieefektywność wydatków na reklamę to nie tylko problem branży telekomunikacyjnej, lecz także całego rynku. Według Bierzyńskiego reklamodawcy od wielu lat walczyli głównie pod względem wydatków na marketing, a bez rzetelnej oceny skutków. Doprowadziło to do ciągłego wzrostu wydatków, a także do tego, że kampanie konkurencyjnych firm są coraz bardziej do siebie podobne. To z kolei uodporniło Polaków na reklamę.

Zdaniem Bierzyńskiego, szczególnie reklama telewizyjna pochłania nieproporcjonalnie dużo środków w stosunku do efektywności.

W ciągu ostatnich lat jakość tej komunikacji bardzo się popsuła. Wszyscy robią to, co wszyscy. Wszyscy naśladują swoje wzajemne komunikaty. Jeżeli teraz widzę kampanię środków farmaceutycznych, to naprawdę nie wiem, czyja to jest kampania. Bo one wszystkie są identyczne. Reklamodawcy ścigają się bardzo podobnym komunikatem i podobnym konceptem, wydając po prostu więcej i to jest nieefektywna metoda prowadzenia biznesu  – ocenia Bierzyński.

Rząd zajmie się dziś specjalnymi strefami ekonomicznymi. Doprecyzuje zasady ich działania

Rząd zajmie się dziś zmianami w ustawie o specjalnych strefach ekonomicznych. Będą one dotyczyły m.in. zasad zwrotu pomocy publicznej na wniosek firmy lub wygaszania zezwolenia na działalność w SSE. Projekt ma też doprecyzować sposób ubiegania się o pomoc na terenach nieobjętych jeszcze strefą. Zdaniem wiceprezesa Wałbrzyskiej SSE, zachęty dla przedsiębiorców to szansa na rozwój usług outsourcingowych w mniejszych aglomeracjach.

Przyszłość outsourcingu to badania rozwojowe czy usługi, które mają na celu rozwój nowoczesnego zarządzania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Jakacki, wiceprezes Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Invest Park. –  Chodzi tu między innymi o zarządzanie poprzez projekty.

W Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej jest kilka firm świadczących usługi outsourcingowe w zakresie logistyki. Jednak gorzej
jest, jeśli chodzi o rynek IT, finanse czy księgowość.

Wynika to z przekonania o braku zasobów ludzkich w naszym regionie albo przynajmniej z przekonania firm prowadzących te usługi, że takich zasobów nie ma – mówi Jakacki. –  Jednak dzisiaj w aglomeracji wałbrzyskiej są takie zasoby. Na terenie Wałbrzycha działają trzy szkoły wyższe: filia Politechniki Wrocławskiej, Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, Wałbrzyska Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości. Ich absolwenci zaczynają już wchodzić na rynek pracy – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Tym, co sprawia, że inwestorzy chętnie lokują swoje zakłady w specjalnych strefach ekonomicznych, są ulgi podatkowe. Wysokość zwolnień podatkowych czy innych przywilejów zależy od wielkości inwestycji i kosztów utworzenia nowych miejsc pracy.

Główną zachętą dla inwestorów jest zwolnienie z podatku dochodowego – mówi Tomasz Jakacki. –  W aglomeracji wałbrzyskiej małe i średnie przedsiębiorstwa mogą liczyć nawet na 60 procentowy zwrot nakładów inwestycyjnych lub dwuletnich kosztów utworzenia miejsc pracy – mówi Jakacki. – Trochę mniej mogą uzyskać duże firmy – dodaje.

Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna Invest-Park licząca ok. 2,2 ha to największa polska specjalna strefa ekonomiczna. Obejmuje tereny położone w województwach wielkopolskim, lubuskim, dolnośląskim i wielkopolskim. W ostatnich dniach zezwolenie na produkcję otrzymały m.in. Electrolux (który planuje zainwestować 11 mln zł) i zajmująca się mechaniczną obróbką metalu firma SACHER, która zamierza zainwestować 3 miliony. W 2014 r. planowane jest wydanie dwudziestu kilku zezwoleń.

Polskie akcenty na Cannes Shopping Festival 2014

Zbliża się jedenasta edycja Cannes Shopping Festival, jednego z największych wydarzeń w świecie mody. W tym roku prezentacja twórczości uznanych projektantów odbędzie się w dniach od 18 do 21 kwietnia. Warto odnotować, że w bogato przygotowanym programie, obejmującym przede wszystkim pokazy mody, paletę tematycznych wieczorów i porady designerów, nie zabraknie polskich akcentów.

Obecność stylistów znad Wisły w tak prestiżowym projekcie cieszy i napawa optymizmem. Zaproszenie do udziału w Cannes Shopping Festival jest bowiem zarówno wysokim wyróżnieniem, jak i wielką szansą. To również dowód na to, że polski rynek mody z roku na rok coraz bardziej się rozwija, osiągając w rezultacie – jak widać – światowy poziom.

Polskim dniem w Cannes będzie poniedziałek 21 kwietnia, kiedy to w Palais des Festival nasi najwięksi designerzy pokażą światu zaprojektowane przez siebie kreacje. Wśród nich znajdą się m.in. unikalne kreacje wieczorowe Sylwii Romaniuk, perfekcyjnie wykończone obuwie Justyny Mariotti oraz wyjątkowa biżuteria Firmy Jubilerskiej Pietrzkiewicz. Nie zabraknie również szerokiej gamy ekskluzywnych torebek sygnowanych marką antbag by ania. Ich niepowtarzalne wzory i najwyższej jakości wykończenie sprawiło, że przypadły one do gustu m.in. światowej sławy tenisistce Serenie Williams.

Zaproszenie polskich projektantów to dowód, że moda w Polsce się rozwija i ma się dobrze. To również dowód na to, że mamy zdolnych projektantów i duży popyt na niszowe marki.

Warta w 2013 r.: świetne wyniki na trudnym rynku

Spółki Warty osiągnęły w 2013 r. znakomite wyniki finansowe, z powodzeniem rywalizując na bardzo konkurencyjnym rynku. Sprawnie i szybko przeprowadzona integracja Warty i HDI Asekuracja poprawiła pozycję konkurencyjną spółki majątkowej.

– 2013 r. był okresem bardzo intensywnej pracy nad integracją spółek Warty i HDI Asekuracja. Osiągnięte w tym czasie wyniki pokazują, że dobrze wybraliśmy strategię integracji dwóch tak dużych podmiotów i metody jej przeprowadzenia. Kluczem do sukcesu była szybkość połączenia dwóch spółek, w jeden sprawnie działający organizm, który zajął pozycję wicelidera rynku. Dziś można powiedzieć, że kluczowe projekty integracyjne są już zakończone, w wielu wypadkach przed zakładanymi terminami. Jesteśmy szczególnie zadowoleni z tego, że integrując spółki jednocześnie potrafiliśmy z powodzeniem rywalizować na bardzo konkurencyjnym rynku – mówi Jarosław Parkot, prezes zarządu TUiR i TUnŻ Warta.

Majątkowa Warta zebrała w 2013 r. 3,4 mld zł składek brutto. Równocześnie spółka wykazała znakomite wyniki finansowe. Wynik techniczny na poziomie 97 mln zł jest ponad dwa razy lepszy niż osiągnięty w 2012 r. Zysk netto w wysokości 244 mln zł jest również znacząco wyższy, jeśli porównywać tylko efekty regularnej działalności Warty, bez tzw. transakcji jednorazowych (w 2012 r. spółka sprzedała z zyskiem swoje udziały w PTE i TFI).

– Strategiczna decyzja o oferowaniu ubezpieczeń indywidualnych pod dwiema markami (Warta i HDI) w ramach jednej spółki TUiR Warta, pozwoliła nam na utrzymanie klientów obu marek w warunkach bardzo ostrej konkurencji. Obecnie mamy bardzo szeroką ofertę dla każdego Polaka. Konsekwentnie rozwijamy ją i pracujemy nad jeszcze lepszym pozycjonowaniem. Jednocześnie pamiętamy o właściwej selekcji ryzyka i segmentacji klientów, co zapewnia nam rentowność działalności. Za nami okres zmian operacyjnych, które świetnie przygotowały nas do rywalizacji na rynku ubezpieczeniowym. Teraz koncentrujemy się na rozwoju sprzedaży. W 2014 r. chcemy wykorzystywać nasze przewagi konkurencyjne do dalszego umacniania naszej pozycji – wyjaśnia Jarosław Parkot.

Z początkiem 2014 r. Warta wprowadziła zupełnie nową organizację sieci sprzedaży. Wszyscy sprzedawcy (około 16 tys. osób) dostali możliwość oferowania zarówno ubezpieczeń pod marką HDI, jak i Warty. Do tej pory tylko część z nich miało takie uprawnienia. Oznacza to istotne zwiększenie dostępności do bardzo szerokiej oferty spółki. Jednocześnie utrzymano odrębność w zarządzaniu dwiema sieciami sprzedaży. Agenci oferują też zupełnie nową paletę ubezpieczeń komunikacyjnych, której konstrukcja uwzględnia różne potrzeby klientów marek HDI i Warty.

Innowacyjność i wysoka jakość oferty sprawiają, że ubezpieczenia Warty cieszą się niezmiennym uznaniem konsumentów i ekspertów. W ostatnim czasie ubezpieczeniom mieszkaniowym ankietowani konsumenci przyznali tytuł „Dobry Produkt 2013 – Wybór Konsumentów”.

– W ubezpieczeniach na życie z powodzeniem realizujemy strategię zwiększania znaczenia w portfelu ubezpieczeń ze składką regularną, które przynoszą nam niemal 16 proc. przychodów ze składek. Nasz rozwój opiera się na trzech filarach – współpracy typu bancassurance, ubezpieczeniach grupowych oraz indywidualnych. Sukcesywnie zwiększamy dostępność naszej oferty przez rozbudowę sieci sprzedaży – mówi Jarosław Parkot.

W efekcie, na koniec 2013 r. spółka życiowa Warty również osiągnęła znakomite wyniki, znacznie lepsze od planowanych. Przychody ze składek wyniosły 2,2 mld zł. Wynik techniczny wyniósł 18 mln zł, a zysk netto 21 mln zł.

– W ostatnich miesiącach odnowiliśmy naszą paletę produktów, zarówno dla klientów indywidualnych jak i grupowych. Oferowane ubezpieczenia są nowoczesne i spełniają oczekiwania klientów, co powinno przełożyć się na lepsze wyniki sprzedaży. Podpisaliśmy też trzy długoterminowe umowy o współpracy z dużymi bankami, co znajdzie odzwierciedlenie w tegorocznych wynikach. Obecnie w ramach szeroko pojętej współpracy bancassurance współpracujemy z 26 partnerami, którzy mają w ofercie 35 naszych produktów. Jesteśmy już po fuzji prawnej spółek TUnŻ Warta i HDI-Gerling Życie. Teraz czas na integrację operacyjną. Będziemy tu wykorzystywać dobre praktyki i doświadczenia z procesu połączenia spółek majątkowych. To pozwoli szybko i sprawnie przygotować naszą firmę do rywalizacji w segmencie ubezpieczeń na życie – mówi Jarosław Parkot.

Obie spółki tradycyjnie gwarantują swoim klientom stabilność. Wskaźniki bezpieczeństwa finansowego kształtują się na poziomie wyższym od wymogów ustawowych. Na koniec 2013 r. wskaźnik pokrycia marginesu wypłacalności środkami własnymi w TUiR WARTA wyniósł 303%, a wskaźnik pokrycia rezerw techniczno-ubezpieczeniowych aktywami 124%. Dla spółki życiowej te wskaźniki wyniosły odpowiednio 230% i 112%. Warto też przypomnieć, że agencja ratingowa Standard&Poor’s utrzymuje bardzo wysoką ocenę Warty na poziomie A z perspektywą stabilną.

Inauguracja kampanii „Tydzień z Internetem”

24 marca 2014 r. (poniedziałek) o godzinie 11.30 w Pałacu Prezydenckim Szef Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Jacek Michałowski weźmie udział w uroczystej inauguracja kampanii „Tydzień z Internetem”. Inauguracji towarzyszyć będzie dyskusja o roli Internetu w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego oraz zaprezentowany zostanie wspólny projekt Kancelarii Prezydenta RP i Kancelarii Senatu pod Honorowym Patronatem Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego „Cyfrowe Archiwa Przełomu 1989-1991”. „Tydzień z Internetem” to ogólnoeuropejska akcja koordynowana przez organizację pozarządową Telecentre Europe, wspierana przez Neelie Kroes, Wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej i Komisarz Unii ds. Agendy Cyfrowej. Celem kampanii jest pokazanie, jak Internet i znajomość nowych technologii mogą pomóc w poszukiwaniu pracy i zaplanowaniu przyszłości zawodowej.

Źródło: Prezydent.pl

Gala plebiscytu „Złoty Inżynier” z udziałem Prezydenta RP

25 marca 2014 roku (wtorek) o godz. 12.00 w Pałacu Prezydenckim Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski weźmie udział w uroczystej Gali podsumowującej XX edycję plebiscytu „Przeglądu Technicznego” o tytuł „Złotego Inżyniera”. „Złoty Inżynier” to nagroda, która promuje dokonania polskich inżynierów. Celem plebiscytu jest wyrażenie uznania tym, którzy przekształcają Polskę i jej gospodarkę oraz zwrócenie uwagi na rolę inżynierów w budowaniu innowacyjnej i konkurencyjnej gospodarki.

Źródło: Prezydent.pl

Odprawa kierowniczej kadry MON i SZ RP z udziałem Prezydenta RP

26 marca 2014 br. (środa) o godz. 10.00 w Sztabie Generalnym WP (ul. Rakowiecka 4a) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski weźmie udział w dorocznej odprawie rozliczeniowo-koordynacyjnej kadry kierowniczej Ministerstwa Obrony Narodowej i Sił Zbrojnych RP. Celem spotkania jest podsumowanie działań podjętych przez MON w ubiegłym roku oraz wskazywanie najważniejszych zadań dla Sił Zbrojnych w 2014 roku.  Program dla mediów: godz. 10.00    Powitanie Prezydenta RP, wręczenie aktów nadania i znaków tytułów honorowych: „Przodujący Oddział Wojska Polskiego” i „Przodująca Instytucja Wojskowa” (uroczystość z ceremoniałem wojskowym na dziedzińcu SG WP) godz. 10.20    Rozpoczęcie odprawy(sala im. gen. F. Gągora w SG  WP) ok. godz. 11.45

Źródło: Prezydent.pl

Wizyta Prezydenta RP w Piasecznie

27 marca 2014 r. (czwartek) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski odwiedzi Piaseczno. Program prasowy wizyty: Godz. 9.00     Uroczystość nadania rondu w Piasecznie imienia Tadeusza Mazowieckiego (skrzyżowanie ul. Nadarzyńskiej z ul. Wojska Polskiego), planowane wystąpienie Prezydenta RP. Wejście do sektora prasowego w godz. 8.15 – 8.45. Rozstawienie wozów transmisyjnych do godz. 7.00. Godz. 9.40     Spotkanie ze społecznością lokalną powiatu piaseczyńskiego (Szkoła Podstawowa nr 1, ul. Świętojańska 18), planowane wystąpienie Prezydenta RP.

Źródło: Prezydent.pl

Coraz wyższe odszkodowania w sądach dla poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych

0

CEO Magazyn Polska

Polacy uzyskują w sądach coraz wyższe odszkodowania od towarzystw ubezpieczeniowych. Za 1 proc. uszczerbku na zdrowiu można uzyskać 2,5 tys. zł. To prawie czterokrotnie więcej niż jeszcze kilka lat temu. Klienci Europejskiego Centrum Odszkodowań w ubiegłym roku otrzymali odszkodowania na łączną kwotę ponad 160 mln zł. Dziś firma prowadzi ponad 11 tys. spraw obejmujących roszczenia na kwotę 350 mln zł.

 – Kwoty uzyskiwanych odszkodowań na drodze sądowej są znacząco wyższe niż w latach poprzednich. Jeszcze 57 lat temu na drodze postępowania sądowego te odszkodowania były wypłacane w kwotach około 700 zł za 1 proc. uszczerbku na zdrowiu. Dziś są to kwoty w okolicach 2,22,5 tys. zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lewandowski, prezes zarządu Europejskiego Centrum Odszkodowań.

Wolniej rosną odszkodowania wypłacane przez towarzystwa ubezpieczeniowe w drodze przedsądowej.

Lewandowski podkreśla, że decyzje sądów są słuszne z punktu widzenia poszkodowanych. Choć wysokość odszkodowań wciąż jest w Polsce niższa niż unijna średnia, to znacznie się do niej zbliżyliśmy. Kilka lat temu Polacy mogli liczyć na 10 proc. tego, co otrzymywali mieszkańcy Europy Zachodniej; obecnie to już ok. 50 proc.

Prezes Europejskiego Centrum Odszkodowań ocenia, że kwoty odszkodowań w Polsce będą nadal równomiernie rosły. W ciągu najbliższych kilku lat powinny się podwoić.

Rośnie również liczba spraw, które wnoszą poszkodowani. W ubiegłym roku EuCO skierowało do sądów 3,2 tys. spraw, w tym roku zapewne będzie to 5 tys. W 2013 r. do spółki łącznie trafiło 25 tys. spraw. W tym roku EuCO zakłada, że będzie ich ok. 30 tys.

 – Kwota, którą zgłosiliśmy do sądów w ubiegłym roku, to 136 mln zł. Chcemy, żeby w roku 2014 ta kwota przekroczyła 200 mln zł. Oczywiście nie możemy zapominać, że mamy do uzyskania jeszcze kwoty na drodze postępowania przedsądowego, czyli na drodze likwidacji przedsądowej. To jest ponad 100 mln zł do uzyskania – zapowiada Lewandowski. – Jeżeli chodzi o łączną liczbę spraw, które dzisiaj prowadzimy, to są roszczenia zgłoszone do towarzystw tak na drodze likwidacji przedsądowej, jak i na drodze likwidacji sądowej na kwotę przeszło 350 mln zł. Jest to ponad 11 tys. spraw.

Wciąż jednak niewielu Polaków wie, w jaki sposób mogą uzyskać wyższe odszkodowanie.

 – Niewiele osób wie o tym, że może z powodzeniem dochodzić roszczeń odszkodowawczych za zdarzenia, które miały miejsce nawet kilkanaście lat temu. Dzisiaj mamy doświadczenia wypłaty dużo wyższych kwot niż jeszcze kilka lat temu. Na przykład w 2013 roku uzyskaliśmy odszkodowanie za jedną sprawę przeszło 1,3 mln zł – mówi Lewandowski.

Grupa EuCO zajmuje się wspieraniem osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych. Pomaga im zdobyć odszkodowanie z ubezpieczenia OC sprawcy. Najpierw prowadzi negocjacje z towarzystwami ubezpieczeniowymi, a w przypadku ich niepowodzenia kieruje sprawę do sądu. Poprzez taką procedurę EuCO uzyskuje dla swoich klientów wyższe odszkodowania niż pierwsze, proponowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe. Niedawno firma pozyskała stutysięcznego klienta.