Polska i Turcja chcą wspólnie inwestować w Azji i Afryce

CEO Magazyn Polska

Polska i Turcja planują współpracę na rynkach krajów trzecich. Dzięki niej polski przemysł miałby wejść do Iraku czy Afryki, gdzie Turcja jest aktywnym graczem. Rozmowy na ten temat rozpoczęto podczas ubiegłotygodniowej wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Turcji.

 – Przedmiotem rozmów było dzielenie ryzyka tam, gdzie Turcja ma lepsze relacje polityczne lub już istniejące doświadczenie biznesowe, oraz potencjalne wykorzystanie polskich technik, technologii i urządzeń – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Prezydent Bronisław Komorowski w trakcie dwudniowej wizyty w Turcji rozmawiał między innymi o możliwościach eksportu dla polskiego przemysłu, w tym obronnego. Dziekoński upatruje tutaj szansy dla polskich eksporterów. Mieliby oni Turcji sprzedawać nie tylko technologie typowo militarne, lecz także związane np. z patrolowaniem wybrzeża. W jego ocenie Polska mogłaby dostarczać np. łodzie patrolowe i pościgowe, technologie elektroniczne oraz bezzałogowe drony.

 – W takcie rozmów bardzo mocno był zarysowany wątek wspólnych przedsięwzięć gospodarczych na terenie krajów trzecich. W tej kwestii będziemy próbowali zorganizować specjalne spotkanie robocze w Warszawie, żeby określić, jakie obszary i produkty mogłyby być przedmiotem wspólnego działania na rynkach trzecich, bo wydaje się, że jest to optymalne, zarówno z punktu widzenia Turcji, jak i Polski – ocenia Dziekoński.

Przypomina, że przemysły obydwu państw już teraz współpracują. Solaris, największy polski producent autobusów i jeden z wiodących eksporterów, w 9 tys. swoich pojazdów wykorzystał części produkowane w Turcji. Komponenty w tym kraju zamawia też np. Ursus.

Podczas wizyty prezydenta w Turcji padły także pierwsze propozycje konkretnych projektów.

 – Mówiono na przykład o budowie linii kolejowych w takich krajach, jak Irak czy iracka część Kurdystanu, gdzie Turcja oferowała gotowość wsparcia logistycznego i organizacyjnego przy dostarczeniu ze strony Polski zarówno taboru, jak i komponentów sygnalizacyjnych, podkładów i urządzeń technicznych związanych z budową linii kolejowych – mówi Dziekoński.

Dużą szansą jest też rynek afrykański, gdzie Turcja jest aktywnym graczem. Dzięki wykorzystaniu tureckich kontaktów, polscy producenci mogliby zwiększyć swoją obecność na tym rozwijającym się kontynencie.

Dziś rząd zajmie się nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego. Poszukiwania gazu łupkowego mogą przyspieszyć

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd zajmie się projektem nowelizacji ustawy Prawo geologiczne i górnicze. Zakłada on ułatwienie działalności firmom wydobywczym poprzez rezygnację z utworzenia Narodowego Operatora Kopalin Energetycznych (NOKE) oraz wprowadzenie jednej koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie i wydobycie węglowodorów. Eksperci ostrzegają, że przedłużające się prace nad nowym prawem mogą doprowadzić do nieopłacalności wydobycia gazu z łupków w Polsce.

 Rząd nie jest w stanie się zdecydować, czego tak naprawdę chce. Z jednej strony oczekuje wysokich dywidend od spółek energetycznych, z drugiej – chce inwestycji w nową infrastrukturę, a z trzeciej – poszukiwań złóż gazu łupkowego. A kołdra jest za krótka i nawet największym firmom nie starcza na wszystko środków – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Maciej Bukowski, prezes Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych (WISE).

Zdaniem eksperta, perspektywy wydobycia gazu łupkowego jeszcze są geologicznie wciąż mocno niepewne. Potrzebne są znaczące nakłady na sprawdzenie jakości złóż i przekonanie się, czy wydobycie będzie opłacalne, czy gaz łupkowy będzie tańszy od importowanego.

 – To jest wielki znak zapytania. Rząd nie popisał się w przygotowaniach odpowiednich regulacji prawnych, co więcej, prace trwają bardzo długo – komentuje szef WISE. – Może się okazać, że gaz łupkowy będzie trochę za późno, ponieważ nasza elektroenergetyka musi się zacząć zmieniać, musi wymienić starzejące się aktywa. I jeśli wybudujemy nowe elektrownie węglowe, jądrowej czy wiatrowe, to może się okazać, że na gaz łupkowy już nie ma miejsca.

Szeroko zakrojony program inwestycji w energetyce dopiero przed nami. W ubiegłym roku Ministerstwo Gospodarki oszacowało, że w najbliższych trzech latach tempo wyłączania istniejących mocy będzie najszybsze – elektrownie wyłączą ponad 4 GW (z niecałych 40 GW) mocy. A nowych mocy nie przybywa wystarczająco szybko. Resort gospodarki przestrzegał również przed możliwymi deficytami mocy w najbliższych 3-4 latach 

 – Wydaje mi się, że akurat w tym przypadku regulator zatroszczył się o przyszłość. Nie obawiam się blackoutu [wyłączenia zasilania na dużą skalę red.]. Rusza inwestycja w nowe bloki energetyczne w Opolu i sądzę, że jeśli chodzi o to, to możemy być spokojni – stwierdza prezes WISE.

Problemem pozostaje dalsza przyszłość, kiedy elektroenergetyka będzie musiała zastąpić zdecydowaną większość starzejących się bloków energetycznych (czyli 37 GW mocy) nowymi. Do 2030 roku proces powinien się zakończyć.

 – Inwestycje w elektroenergetyce powinny być rozsądne i prowadzić do dywersyfikacji. Nie możemy tak bardzo polegać na węglu, jak do tej pory, nie możemy też inwestować w jedną tylko technologię na wiele lat do przodu. Lepiej poszukać trochę w węglu, trochę w energetyce jądrowej i w odnawialnych źródłach energii z wiatrem na czele – przekonuje szef Instytutu.

Podkreśla, że potrzebne są również rozwiązania prawne, wspierające rozwój energetyki prosumenckiej, czyli umożliwienie osobom prywatnym produkcji energii na własny użytek i odsprzedaż do sieci jej ewentualnej nadwyżki. 

 – To może w pewnym stopniu ściągnąć trochę ciężar inwestycyjny z dużych spółek. Wtedy nie będziemy musieli obawiać się o przyszłość – wyjaśnia Maciej Bukowski.

Strabag liczy na wysyp nowych inwestycji w tym roku. Spółka chce znacznie zwiększyć swoje przychody

CEO Magazyn Polska

Strabag chce w tym roku osiągnąć przychody na poziomie niemal 3 mld zł. Spółka zapowiada podjęcie walki we wszystkich przetargach organizowanych przez GDDKiA, a także starania o lokalne inwestycje samorządów. W następnych latach wyniki mają być jeszcze lepsze dzięki nowej unijnej perspektywie finansowej, a potem – rozwojowi partnerstwa publiczno-prywatnego. Strabag stawia również na inwestycje w branży kolejowej, energetycznej i w budownictwie kubaturowym.

 – 2013 rok zamknęliśmy przychodami na poziomie prawie 3 mld zł. Realizowaliśmy na terenie Polski prawie 400 kontraktów w zakresie infrastruktury komunikacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabagu. – W tym roku chcemy zrealizować podobną sprzedaż, na poziomie 2,7 mld zł. Zakładamy później wzrost przychodów od roku 2015 w związku z realizacją nowej perspektywy europejskiej, nowych projektów infrastrukturalnych w zakresie dróg, autostrad, ale również budownictwa kolejowego.

Trojanowski podkreśla, że budownictwo drogowe to niemal trzy czwarte przychodów Strabagu w Polsce. Spółka w ubiegłym roku wykonała m.in. długo oczekiwany nowy most nad Wisłą w Toruniu. Jest również wykonawcą dwóch odcinków autostrady A4 na Podkarpaciu, fragmentów drogi S8 z Łodzi do Wrocławia oraz S3 w województwie lubelskim.

Spółka aktywnie działa też przy inwestycjach realizowanych przez samorządy. Również w tym roku Strabag zapowiada start we wszystkich przetargach organizowanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad oraz zgłasza zainteresowanie wieloma przetargami lokalnymi.

 – Jesteśmy zainteresowani wszelkimi realizacjami samorządowymi w zakresie infrastruktury komunikacyjnej. Jako przykład podam budowę Szczecińskiego Szybkiego Tramwaju – jest to kontrakt, w którym spółka Strabag wzięła na siebie również dwuletni okres finansowania. Miasto płaci nam dopiero po dwóch latach od zakończenia całej inwestycji – mówi Trojanowski.

Dodaje, że mocną stroną spółki są oddziały i lokalne moce produkcyjne we wszystkich 16 województwach.

Według Trojanowskiego, w ciągu najbliższych lat zmieni się sposób finansowania inwestycji. W miarę zmniejszania dopływu łatwo dostępnych środków unijnych coraz więcej samorządów będzie sięgać po model partnerstwa publiczno-prywatnego, który na razie wciąż jest traktowany dość nieufnie. W infrastrukturze ten model się sprawdza dzięki długiemu okresowi trwania projektów. Strabag zebrał doświadczenia w tym modelu przy budowie autostrady A2, bo spółka ma 10 proc. udziałów w Autostradzie Wielkopolskiej SA. Autostrada biegnąca od Słubic do Konina to największa inwestycja w systemie koncesyjnym.

 – Liczymy na dalsze tego typu projekty. Pieniądze unijne są konkurencyjne w stosunku do projektów PPP, dlatego uważam, że dopiero w kolejnych latach PPP będzie dużo bardziej rozwijane i będzie coraz więcej projektów. Zarówno władza publiczna, jak i spółki prywatne nabiorą coraz więcej doświadczenia, szczególnie w przygotowaniu tych projektów. Bo klucz do sukcesu jest przygotowanie i negocjacje przed podpisaniem umowy – ocenia Trojanowski.

Dodaje, że Strabag interesuje się również budownictwem energetycznym oraz kubaturowym. W ramach tego drugiego obszaru spółka oddała w ubiegłym roku Galerię Katowicką, również realizowaną w formule PPP, a obecnie kończy prace przy lubelskim Centrum Felicity, które zostanie otwarte 20 marca.

Izba Domów Maklerskich: to może być dobry rok dla obligacji korporacyjnych

CEO Magazyn Polska

Trwają prace nad nową strategią rozwoju polskiego rynku kapitałowego. Najważniejszą kwestią jest zachęcenie gospodarstw domowych do inwestowania i zapewnienie odpowiedniej ochrony inwestorom. Przedstawiciele instytucji-uczestników rynku chcą dzięki temu ożywić rynek akcji, ale również obligacji korporacyjnych, którymi w tym roku szczególnie będą interesować się otwarte fundusze emerytalne. Więcej kapitału na rynku to nowe środki na rozwój tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw. 

 – Rynek obligacji korporacyjnych istotnie rozwinął się w ubiegłym roku. Prawdopodobnie w tym roku szczególnie OFE będą zainteresowane dywersyfikacją portfeli, biorąc pod uwagę fakt, że nie mogą inwestować w obligacje Skarbu Państwa. Chcemy bardzo ożywić rynek obligacji korporacyjnych, bo to też jest narzędzie do pozyskiwania kapitału dla przedsiębiorstw na finansowanie rozwoju i zwiększanie liczby miejsc pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich. – Ważne jest, żeby dla przedsiębiorstw emisja obligacji nie była droższa niż pozyskanie kredytu bankowego.

Identyfikacją barier na rynku Catalyst i poszukiwaniem nowej strategii rozwoju dla polskiego rynku zajmuje się działająca od stycznia Rada Rozwoju Rynku Finansowego, w której skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Finansów oraz uczestnicy rynku. Rada weźmie pod lupę całe otoczenie instytucjonalne, w którym działa giełda.

Według Izby Domów Maklerskich, zmiany powinny koncentrować się na zwiększeniu atrakcyjności inwestowania przez osoby prywatne; na poprawie płynności rynku oraz wzroście zaufania do tej formy pomnażania pieniędzy i bezpieczeństwa ich obrotu.

 – Chodzi o stwarzanie warunków i usuwanie barier związanych z inwestowaniem w Polsce, żeby Polska stała się rynkiem jeszcze bardziej atrakcyjnym dla globalnych inwestorów. Z jednej strony należy zwiększyć podaż kapitału polskiego i zachęcić gospodarstwa domowe do inwestowania na rynku, aby przedsiębiorstwa miały większy dostęp do kapitału – podkreśla Waldemar Markiewicz. – A z drugiej strony, trzeba stworzyć takie otoczenie regulacyjne i administracyjne, które zwiększy reputację rynku. Zależy ona od ochrony inwestorów, a także od szybkości działania organów ścigania.

Szczegółowe rozwiązania, jakie proponuje Izba, to m.in. wspólne opodatkowanie akcji i funduszy wraz z jednoczesnym rozliczaniem strat; ulgi podatkowe od inwestycji na okres dłuższy niż rok lub zmniejszenie podstawy opodatkowania zysków kapitałowych do 50 proc. zysku, a także wspieranie rozwoju III filara emerytalnego. Wszystkie te rozwiązania mają na celu zwiększenie dopływu prywatnych oszczędności na rynek kapitałowy.

Obok niskiej podaży kapitału, barierą rozwoju polskiego rynku jest niewystarczająca płynność. Remedium na to ma być m.in. dalsza prywatyzacja państwowych spółek poprzez giełdę, zachęty podatkowe dla firm pozyskujących kapitał na rynku regulowanym oraz zwiększenie możliwości pożyczania akcji i krótkiej sprzedaży.

Potencjalną barierą dla przedsiębiorstw szukających kapitału jest także niski poziom zaufania na rynku NewConnect. Izba proponuje, by zwiększyć nad nim nadzór, a także przyznać Komisji Nadzoru Finansowego uprawnienia prokuratorskie. Z drugiej strony, zdaniem Markiewicza, należy ułatwić powstawanie i rozwój alternatywnych platform obrotu, które będą konkurować kosztami z rynkiem regulowanym.

Według Izby, dzisiejszy poziom kosztów (opłat transakcyjnych pobieranych przez Giełdę i KDPW) powoduje, że inwestowanie w Polsce jest droższe niż na innych parkietach europejskich.

Polskie Nagrody Filmowe Orły 2014 rozdane. Polskie kino utrzymuje się dzięki wsparciu finansowemu prywatnych firm

„Ida” Pawła Pawlikowskiego to najlepszy polski film 2014 roku. Obrazy nominowane do Polskiej Nagrody Filmowej Orły 2014 przeczą powszechnej wciąż opinii, że polskie kino jest słabe. Bolączką polskiej kinematografii jest jednak nadal brak finansowania. Szansą może być zaangażowanie prywatnych firm we wspieranie rodzimych produkcji filmowych.

Pieniądze z budżetu państwa przeznaczone na polskie kino wystarczają na produkcję 3-5 filmów, a rocznie w Polsce powstaje blisko 40 obrazów. Prawie 80 proc. produkcji powstaje dzięki wsparciu prywatnych firm. Rosnący poziom polskiej kinematografii skłania przedsiębiorców do finansowego zaangażowania się w produkcję i promocję polskiego kina.

 – Polskie kino ma ogromny potencjał i wiele talentów, które warto uhonorować. Niestety, wiele produkowanych w Polsce filmów ma stosunkowo niskie budżety, co nie pozwala w pełni wykorzystać naszych możliwości. Dlatego tak ważna jest współpraca biznesu ze sferą kultury i cieszy mnie, że z roku na rok jest coraz bardziej powszechna – mówił w komunikacie Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin, instytucji, która była sponsorem gali Polskie Nagrody Filmowe Orły 2014.

Jak podkreśla, SKOK Wołomin od lat angażuje się we wspieranie rodzimych inicjatyw kulturalnych, wśród nich m.in. w produkcję filmu „Bitwa Warszawska 1920” w reżyserii Jerzego Hoffmana oraz „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” będącego hołdem złożonym młodym Polakom walczącym w Powstaniu Warszawskim.

Zdaniem prezesa instytucji, nie zawsze przy wspieraniu kultury można mówić o wymiernych korzyściach.

 – Jest taka złota myśl Alberta Einsteina: nie wszystko, co się da policzyć, jest ważne, a nie wszystko, co ważne, da się policzyć. Jesteśmy dziś w tej drugiej części, bo sztuka jest trudno policzalna, trudno ocenialna, niejednokrotnie jest to indywidualne podejście, ale należy to wspierać – mówi Mariusz Gazda. – Projekty związane z produkcją filmów nie zawsze realizuje się dla pieniędzy. Jedne projekty są związane z chęcią zysku, inne – z honorem domu. „Bitwa Warszawska” czy „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” to są właśnie projekty należące do tej drugiej grupy filmów, czyli związane z potrzebą wyartykułowania pewnych myśli i poglądów.

Polacy w zeszłym roku kupili kilkaset aut hybrydowych, Francuzi 14 tys.

CEO Magazyn Polska

Samochody z napędem elektrycznym lub hybrydowym wciąż mają problemy ze zdobyciem polskiego rynku. Problemem dla kupujących jest zbyt wysoka cena takich aut. Pomóc mogłoby wsparcie przez państwo badań i rozwoju produkcji. Dodatkowo kupujących mogłyby zachęcić inicjatywy rządu, np. ulgi w podatku VAT, lub samorządów, np. możliwość bezpłatnego parkowania i poruszania się po buspasach.

 – Prywatni konsumenci wybierając samochód, kierują się przede wszystkim względami ekonomicznymi – uważa Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji. – Dopóki nie będzie można kupić auta elektrycznego w cenie zbliżonej do cen pojazdów spalinowych, dopóty ten segment motoryzacji nie będzie się dynamicznie rozwijał.

Zgodnie z danymi portalu samochodyelektryczne.org w Polsce w ubiegłym roku pojawiły się 32 nowe samochody z napędem elektrycznych. Ich sprzedaż nie rośnie – w latach 2011-2012 liczba nowych aut sięgnęła 70 sztuk. W Niemczech w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 6 tys. takich aut, a we Francji – 14 tysięcy. Natomiast aut hybrydowych sprzedaje się w Polsce rocznie kilkaset sztuk.

Światowe tendencje wskazują jednak na to, że będzie to segment rosnący. Z raportu PwC wynika, że do 2020 roku udział aut hybrydowych i elektrycznych w rynku motoryzacyjnym może sięgnąć 6,3 proc.

 – Te samochody nie będą tańsze, bo tak ma być, lecz dlatego, że pojawi się wsparcie finansowe, np. ulgi w podatku VAT – proponuje Kantorski. – Równie ważna jest pomoc państwa na etapie projektowania, produkcji i unowocześniania konstrukcji takich aut. Wspieranie rozwoju technologicznego przekłada się na obniżenie kosztów produkcji samochodów, zwiększenie konkurencji na rynku, a w efekcie – na końcową cenę takich aut. 

Rozwój rynku ekologicznych aut jest istotny również dla branży produkcyjnej. W Polsce produkowane są obecnie komponenty do samochodów elektrycznych, szczególne osiągnięcia nasz kraj ma w wytwarzaniu elementów do zarządzania energią w takich pojazdach.

Eksperci podkreślają, że dla kupujących istotne będą również zachęty ze strony władz samorządowych.

 – Ułatwieniem byłoby zezwolenie pojazdom elektrycznym na poruszanie się po buspasach lub zwolnienie ich z opłat za parkowanie w mieście. To zachęcałoby do kupna takich aut – uważa prezes Polskiej Izby Motoryzacji.

Zdaniem Kantorskiego, zanieczyszczenie powietrza oraz coraz ostrzejsze normy dotyczące emisji CO2 zmuszą niebawem samorządowców do zainteresowania się rynkiem pojazdów ekologicznych. W ciągu 10-15 lat transport publiczny przypuszczalnie przejdzie na alternatywne zasilanie. Dotyczyć będzie to także firm zajmujących się transportem towarów w obrębie miast. 

 – Na razie problemem wciąż jest zasięg takich pojazdów – mówi Kantorski agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Autobusy elektryczne mogą na jednym ładowaniu przejechać 100-200 km, tymczasem średni dzienny dystans, jaki pokonują pojazdy transportu publicznego, to 300-350 kilometrów. Drugim problemem jest oczywiście wysoki koszt zakupu takiego autobusu.

Prezes Polskiej Izby Motoryzacji uważa, że najbliższa przyszłość należy raczej do aut hybrydowych, które produkowane są w coraz większej liczbie. Pojazdy czysto elektryczne będą następnym etapem rozwoju tej branży i w pierwszej kolejności będzie on dotyczył właśnie transportu publicznego. 

Warszawa słabo oceniana przez zagranicznych inwestorów. Lepiej wypadają Wrocław, Katowice i Poznań

CEO Magazyn Polska

Zagraniczni inwestorzy słabo oceniają Warszawę przede wszystkim ze względu na niedoskonałą infrastrukturę i brak odpowiednio wykształconych kadr. Stolica Polski nie znalazła się w grupie dwudziestu pięciu najatrakcyjniejszych dla inwestorów europejskich miast według rankingu „Financial Times”, a nawet w dziesiątce regionalnej. Wyżej są inne polskie miasta, m.in. Wrocław, Katowice i Poznań, ale ze wszystkimi wygrywa np. Budapeszt.

 – Pozycja Warszawy zarówno w rankingu ogólnym, jak i w poszczególnych elementach, nie jest powodem do dumy dla władz Warszawy. Kryteria są tak skonstruowane, że duże znaczenie ma między innymi PKB na głowę mieszkańca. Wiadomo, że nie możemy się równać z dużo bogatszymi od nas krajami Europy Zachodniej. Natomiast smutne jest to, że Warszawa przegrywa rywalizację wewnętrzną, nie tylko z innymi miastami Polski, lecz także ze stolicami krajów Europy Środkowej – analizuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Rapkiewicz, członek zarządu Instytutu Sobieskiego.

W raporcie opublikowanym przez fDiIntelligence, centrum analityczne należące do „Financial Times”, za najbardziej przyszłościowe miasto w Europie uznany został Londyn. Stolica Wielkiej Brytanii wyprzedziła Helsinki i holenderskie Eindhoven. Za najbardziej obiecujący region uznana została Nadrenia-Westfalia w Niemczech. Polska nie znalazła się w czołowej dwudziestce piątce ani pod względem miast, ani regionów.

Najbardziej obiecującym miastem w Europie Wschodniej okazał się Budapeszt, który wyprzedził Wrocław i Katowice. W czołowej dziesiątce w tym regionie znalazł się jeszcze Poznań (siódme miejsce), a także cztery miasta z Czech oraz Bratysława i Moskwa.

Tam, gdzie chodzi o elementy twarde, jak infrastruktura, czy związane z kapitałem ludzkim, Warszawa i inne polskie miasta, niestety, odstają od innych miast europejskich – zauważa Rapkiewicz. – Warszawa stosunkowo dobrze w porównaniu do innych dużych miast wypada pod względem kosztów. Tutaj bierze się pod uwagę zarobki, szczególnie kadry specjalistycznej, czy inne koszty utrzymania, związane z prowadzeniem działalności. Dosyć wysoko Warszawa znajduje się w rankingu przyjazności biznesu.

Mimo to pod względem efektywności kosztowej Warszawa zajęła dopiero dziesiąte miejsce wśród głównych europejskich miast (zwyciężyła Sofia). Pod względem przyjazności dla biznesu została sklasyfikowana na szóstym miejscu. Wynika to, według Rapkiewicza, m.in. z łatwości otrzymania pozwolenia na prowadzenie działalności.

 – Na pewno dla rozwoju biznesu są konieczne rozwiązania spraw reprywatyzacyjnych, ale obok tego kwestia infrastruktury. Tu nie tylko chodzi o lotnisko czy drogi, które dalej pozostawiają wiele do życzenia, lecz przede wszystkim o bardzo zaniedbaną kolej. Kolejna rzecz to inwestycje w kapitał ludzki. Wprawdzie mamy coraz więcej magistrów, jednak to nie są kierunki, których oczekuje biznes – krytykuje Rapkiewicz.

W kategorii dużych miast Wrocław został sklasyfikowany na ósmym miejscu, a Katowice – na dziewiątym. Katowice zostały docenione za strategię pozyskiwania zagranicznych inwestycji (drugie miejsce w tej kategorii). Spośród średnich miast analitycy fDiIntelligence wyróżnili Szczecin, Bydgoszcz i Gdańsk, które znalazły się w pierwszej dziesiątce pod względem kosztów.

Rapkiewicz zauważa, że w kategoriach małych i mikromiast brakuje ośrodków z Polski. Pod względem kapitału ludzkiego, potencjału i infrastruktury triumfują małe miasta z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec oraz Luksemburg, a pod względem kosztów – z Macedonii, Łotwy i Bułgarii.

W sobotę startuje pierwszy darmowy i ogólnodostępny kanał filmowy Stopklatka TV

15 marca startuje nowy kanał filmowy Stopklatka TV, który chce przyciągnąć widownię dobrze znanymi wszystkim tytułami filmowymi. Twórcy kanału myślą także o produkcjach własnych, m.in. seriali, jednak inwestycje w nowości będą zależały od tego, jak szybko stacja osiągnie oglądalność na poziomie 1 proc. udziału w rynku. U niektórych operatorów kablowych Stopklatka TV będzie dostępna w wersji HD. Prezes zapowiada, że szykowane są również usługi interaktywne.

  Kanał ten nie jest prostym kanałem linearnym, który nadaje cały czas kontent, tylko będzie miał również usługi interaktywne. To będzie i telewizja hybrydowa, i drugi ekran, czyli będzie można wejść w interakcję z obrazem poprzez telefon, tablet czy komputer. Myślę, że jeszcze w tym roku usługi te będą dostępne – informuje Bogusław Kisielewski, prezes Stopklatka TV.

W niektórych sieciach kablowych kanał będzie dostępny w wersji HD, co ma jeszcze uatrakcyjnić ofertę dla widza.

Walkę o rynek może ułatwić Stopklatce TV fakt, że trudno szukać na multipleksach kanałów stricte filmowych. Nowy program natomiast ma być dostępny we wszystkich kablówkach, na platformach cyfrowych NC+ i Polsatu oraz w telewizji naziemnej. Oferta programu ma opierać się początkowo na znanych i powszechnie lubianych filmach i serialach. Stopniowo ma być rozszerzana o serialowe i filmowe nowości.

 – Można by się zastanowić, czy nie opłaca się kupować względnie nowych filmów, które miały dużą popularność kinach i w ten sposób walczyć o następne punkty procentowe w oglądalności. Myślę, że 1 procent czy trochę powyżej jest względnie łatwo zdobyć i można to zrobić na kontencie już ogranym. Natomiast walka o każdy punkt procentowy powyżej 2 proc. oglądalności wymaga już dużych inwestycji w kontent. Jeśli sytuacja nam na to pozwoli, to będziemy myśleć o takich zakupach – mówi Kisielewski.

Stopklatka TV ma gotową ramówkę na marzec i kwiecień. Jeszcze w marcu kanał wyemituje m.in.: „Chłopów”, „Nad Niemnem” czy „Krzyżaków”, a także znane filmy, jak „Angielski pacjent”, „Iluzjonista”, „Między słowami” czy „Królowa”. Będą to pozycje znajdujące się zarówno w zbiorach grupy Kino Polska (ok. 4 tys. tytułów), do której Stopklatka TV należy, jak i innych dystrybutorów, z którymi podpisano już umowy. Kanał zamierza również inwestować w zakup seriali.

 – Nie specjalizujemy się w tym momencie w serialach, ale na takim kanale seriale na pewno są potrzebne – mówi Bogusław Kisielewski. – Z założenia to kanał filmowy, który będzie starał się dotrzeć do jak najszerszej widowni, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. To nie jest kanał bardzo niszowy. Będą tam filmy polskie, europejskie i z innych zakątków świata – w bardzo podobnych proporcjach.

Prezes podkreśla, że jest duże zainteresowanie wśród reklamodawców, bo udało się wyprzedać cały czas antenowy. Dzięki współpracy z Agorą ruszy duża akcja marketingowa nowej stacji.

 – Wykorzystujemy ich doświadczenie w zakresie marketingu skierowanego do konsumenta, do widza końcowego. Ta kampania będzie dość mocna i szeroka. Myślę, że żaden z kanałów na rynku nie ma takich dużych możliwości promocyjnych, jak my, właśnie dzięki uczestnictwu Agory w tym projekcie – zapewnia prezes Stopklatka TV.

15 marca mija termin wpłaty I raty podatku od nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Do soboty właściciele mieszkań i gruntów mają czas na opłacenie pierwszej raty podatku od nieruchomości. To jednak nie koniec marcowych obciążeń. Część właścicieli do końca miesiąca musi jeszcze wnieść opłatę od wieczystego użytkowania gruntu, zwaną potocznie podatkiem gruntowym. Eksperci podkreślają, że taka forma własności to już przeżytek.

W powszechnym odczuciu opłata od wieczystego użytkowania gruntu jest zdublowanym podatkiem od nieruchomości.

 – Użytkownik wieczysty gruntu jest podatnikiem podatku od nieruchomości, więc osoba fizyczna w czterech ratach lub osoba prawna w dwunastu ratach uwzględnia to w rozliczeniach podatkowych, płaci od tego podatek od nieruchomości – tłumaczy Mariusz Unisk, dyrektor generalny ds. doradztwa podatkowego w ISP Modzelewski i Wspólnicy.  – Pytanie jest szersze, czy w ogóle jest sens zachowania takiej instytucji jak użytkowanie wieczyste.

Prawa właściciela i użytkownika wieczystego są do siebie zbliżone. Czas trwania użytkowania wieczystego wynosi 99 lat, jednak po tym okresie może ono zostać odnowione. To sprawia, że różnice między własnością a użytkowaniem są w zasadzie tylko formalne. Stąd też pojawiają się wątpliwości, czy jest sens podtrzymywania przy życiu instytucji historycznej, wynikającej z poprzedniego systemu.

 – Niektórzy przekształcają użytkowanie wieczyste w prawo własności. Można by się jednak zastanowić nad ruchem zasadniczym, czyli przekształceniem z mocy prawa – podsumowuje Mariusz Unisk.

Zasadniczą jednak różnicą jest fakt, że użytkownik wieczysty nie jest właścicielem gruntu. Jest nim gmina, powiat czy Skarb Państwa, i to właśnie od nich użytkownik dzierżawi prawa do korzystania z gruntu. 

 – Z tego tytułu użytkownik jest zobowiązany do uiszczenia opłaty cywilno-prawnej. Innymi słowy, płaci za korzystanie z gruntu, nie będąc jego właścicielem. Niestety, kolejnym tytułem jest tutaj tytuł stricte podatkowy. Stąd to powszechne mniemanie, że płacimy dwa razy – wyjaśnia Mariusz Unisk.

Opłaty z obu tytułów są niezależne od siebie, stąd też oprócz podatku od nieruchomości, użytkownik do końca marca musi również uiścić opłatę za użytkowanie wieczyste. Jej wysokość stanowi, co reguluje ustawa, część rzeczywistej wartości nieruchomości. W przypadku gruntów mieszkalnych to 1 proc. wartości, natomiast przy gruntach przeznaczonych na działalność gospodarczą – to już 3 proc. Z tego właśnie powodu często formułowany jest zarzut, że użytkowanie wieczyste nie jest sprawiedliwym rozwiązaniem. 

Oświadczenie MCI dot. raportu bieżącego nr 11/2014 (8.03.2014)

0

W nawiązaniu do raportu bieżącego nr 59/2013 z dnia 21 grudnia 2013 roku oraz raportu bieżącego nr 11/2014 z dnia 8 marca 2014 roku, Spółka informuje, że w ramach przygotowania do IPO spółki Private Equity Managers S.A. (PEM), Emitent dokonał przeniesienia własności części akcji w PEM na spółkę i fundusz pośrednio lub bezpośrednio w pełni zależne i kontrolowane  przez  MCI Management S.A.

Kapitał zakładowy PEM wynosi 17.345.561 PLN.

Po zakończeniu postępowania związanego z obniżeniem kapitału zakładowego PEM (umorzeniu 14.010.507 akcji własnych PEM SA) planowanego na koniec marca 2014, struktura akcjonariatu PEM przedstawiać się będzie następująco:

  • 45% akcji PEM posiada MCI Fund Management Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością IV MCI.PrivateVentures Spółka komandytowo – akcyjna,
  • 49% akcji PEM posiada MCI.PrivateVentures FIZ z subfunduszem MCI.EuroVentures 1.0,
  • 6% akcji PEM posiada MCI Management S.A.

Naszym zamiarem jest, aby MCI Fund Management Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością IV MCI.PrivateVentures Spółka komandytowo – akcyjna sprzedawała akcje w pre-IPO i IPO.

Opisane transakcje zostały dokonane w celu optymalizacji sprzedaży akcji PEM i rozdzielenia działalności zarządzania od inwestycyjnej w Grupie Kapitałowej MCI.

Zarząd MCI

Grupa ENERGA po raz kolejny poprawiła wyniki finansowe

Grupa ENERGA zakończyła 2013 rok bardzo dobrymi wynikami finansowymi. Przychody wzrosły o 2 proc. do poziomu 11,4 mld zł. EBITDA wyniosła niemal 2 mld zł i była o 21 proc. wyższa niż w 2012 r. Zysk netto był aż o 63 proc. wyższy i wyniósł 743 mln zł. Rada Nadzorcza ENERGA SA pozytywnie zaopiniowała rekomendowaną przez Zarząd Spółki wypłatę 414 mln zł dywidendy, czyli 1 zł na akcję. To poziom wyższy niż wskazany w prospekcie emisyjnym.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży w 2013 roku wzrosły o 252 mln zł (2 proc.) do poziomu 11 429 mln zł. Pozytywny wpływ na poziom sprzedaży miała wyższa taryfa dystrybucyjna, korzystne warunki hydrometeorologiczne dla wytwarzania w elektrowniach wodnych oraz wzrost mocy wytwórczych w odnawialnych źródłach energii. Wypracowana EBITDA Grupy była wyższa o 21 proc. i wyniosła 1 965 mln zł, natomiast zysk netto wzrósł o 63 proc. i wyniósł 743 mln zł. Poprawie uległy marże: rentowność EBITDA wzrosła do 17,2 proc. z 14,6 proc., natomiast na poziomie wyniku netto marża wyniosła 6,5 proc. w stosunku do 4,1 proc. w 2012 roku. Na dynamiczne wzrosty EBITDA oraz zysku netto wpływ miały wyniki segmentów dystrybucji oraz wytwarzania.

Dobre wyniki finansowe pozwoliły Zarządowi ENERGA SA na zarekomendowanie wypłaty 414 mln zł dywidendy z jednostkowego zysku za rok 2013 (499 mln zł), czyli 1 zł na jedną akcję. Polityka wypłaty dywidendy jest konsekwentnie realizowana przez spółkę: w 2012 r. na dywidendę za 2011 r. przeznaczyła 646 mln zł, co stanowiło 86 proc. zysku netto, a w kolejnym roku – 497 mln zł, czyli 91 proc. zysku. Ostatecznie decyzję o wypłacie z zysku za 2013 r. podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

– Jesteśmy zadowoleni z wypracowanych wyników i zgodnie z naszymi zapowiedziami, w tym i kolejnych latach, będziemy chcieli dzielić się z Akcjonariuszami lwią częścią zysku. Rekomendacja wypłaty dywidendy w wysokości powyżej założeń wskazanych w prospekcie, jest dowodem realizacji tych zapowiedzi. W minionym roku inwestorzy docenili stabilność naszego biznesu, o czym świadczy choćby zakończona sukcesem emisja euroobligacji czy przeprowadzenie największej od ponad dwóch lat oferty publicznej sprzedaży akcji i debiut na warszawskim parkiecie – mówi Mirosław Bieliński, Prezes Zarządu ENERGA SA.

Wyższa rentowność dystrybucji – stabilny biznes

W 2013 roku największy udział w wypracowaniu zysku EBITDA Grupy miał, kluczowy dla niej w strukturze dochodów, segment dystrybucji. Wskaźnik ten wyniósł 79 proc., czyli o ponad 4 p.p. więcej niż w roku poprzednim.

– Nasza rentowność na poziomie EBITDA w obszarze dystrybucji wzrosła z 33,1 do 41,1 proc. Mamy ambicję by być liderem w zakresie efektywności i konsekwentnie poprawiać nasze rezultaty na wszystkich poziomach rachunku wyników. Dzięki temu Grupa ENERGA, będąc wiarygodnym partnerem dla instytucji finansowych, jest w stanie pozyskiwać finansowanie na bardzo korzystnych warunkach – mówi Roman Szyszko, Wiceprezes Zarządu ENERGA SA ds. Finansowych.

Wzrost produkcji energii – większe przychody

W 2013 roku wolumen sprzedaży energii elektrycznej poza Grupę wzrósł o ponad 12 proc. i wyniósł 29,1 TWh. Na rynku hurtowym Grupa ENERGA podwoiła sprzedaż, która ukształtowała się na poziomie 10,9 TWh. Grupa w 2013 roku dostarczyła 20,4 TWh energii elektrycznej do ponad 2,9 mln odbiorców.

Całkowita zainstalowana moc wytwórcza Grupy ENERGA na koniec 2013 roku wynosiła 1,3 GW. Grupa wytworzyła brutto 5,0 TWh energii elektrycznej, co oznacza wzrost o 0,9 TWh, czyli 22 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Największy wzrost produkcji energii, o 38 proc., nastąpił w elektrowniach przepływowych, na co wpływ miały korzystne warunki hydrometeorologiczne. O 27 proc. wzrosła produkcja jednostek współspalających biomasę (2013 rok był pierwszym pełnym rokiem funkcjonowania kotła do współspalania biomasy w spółce ENERGA Elektrownie Ostrołęka).

Na koniec 2013 roku w odnawialnych źródłach energii (OZE) zainstalowanych było 0,5 GW, a produkcja zielonej energii z aktywów Grupy wyniosła 1,9 GWh energii elektrycznej brutto.

Efektywne inwestycje – korzyści dla klienta

Nakłady inwestycyjne Grupy wyniosły 2 802 mln zł (1 849 mln zł w 2012 r.), z czego blisko połowa, bo 1 397 mln zł przeznaczona została na inwestycje w kluczowym dla dochodów Grupy segmencie dystrybucji. Ponadto Grupa ENERGA przeznaczyła 1 052 mln zł na zakup spółek wiatrowych od Grupy DONG i Iberdrola Renovables oraz spółki Ciepło Kaliskie. Finalizacja tych transakcji zwiększyła moce wytwórcze w OZE z 343 MW do 508 MW, przyczyniając się do realizacji strategii Grupy, która zakłada umacnianie jej pozycji na rynku energii odnawialnej.

Ubiegłoroczne inwestycje w modernizację sieci dystrybucyjnych, podobnie jak te z lat poprzednich, przekładają się na poprawę jakości dostaw energii, co widoczne jest we wskaźnikach określających zarówno częstotliwość, jak i czas trwania zakłóceń zasilania. W 2013 roku o 12 proc. spadła częstotliwość przerw w dostawach prądu na odbiorcę (wskaźnik SAIFI)wobec roku 2012. Wprawdzie z uwagi na przejście orkanu Ksawery średni czas awarii na odbiorcę wzrósł o niespełna 15 proc. (wskaźnik SAIDI), ale i tak pozostaje o 41 proc. niższy niż w roku 2011 r.

Stałą poprawę jakości obsługi odbiorców Grupa ENERGA realizuje również poprzez inwestowanie w rozwój technologiczny biznesu dystrybucji, m.in. budowę systemu inteligentnego opomiarowania, które stanowi element wdrażania inteligentnych sieci dystrybucyjnych. Do tej pory Grupa zainstalowała już ok. 400 tys. liczników zdalnego odczytu u klientów indywidualnych oraz u wszystkich odbiorców biznesowych. Innowacyjne rozwiązania przynoszą już klientom konkretne korzyści, m.in. w postaci rzeczywistych, a nie prognozowanych rozliczeń za zużytą energię elektryczną. Ponadto Grupa ENERGA z sukcesem testuje inteligentne rozwiązania dystrybucyjne, związane m.in. z podniesieniem pewności zasilania.

– Wstępne wyniki naszych zaawansowanych programów pilotażowych wskazują na wysoką skuteczność systemu inteligentnych sieci w skracaniu przerw w dostawach energii, co wpływa na satysfakcję klienta i oszczędności dla Spółki. Wysoką skuteczność osiągają także zdalne odczyty, co pozwala nam na wejście w kolejny etap oferowania udogodnień dla klientów – na obszarach objętych wdrożeniem AMI udostępniamy konkretne produkty oparte na bazie inteligentnego opomiarowania – mówi Wojciech Topolnicki, Wiceprezes Zarządu ds. Strategii Rozwoju.

Uporządkowana Grupa – sprawniejsze działanie

W 2013 roku ENERGA kontynuowała proces reorganizacji i porządkowania struktur Grupy Kapitałowej. Celem tych działań jest podniesienie rentowności poprzez optymalizację kosztów, a także większa integracja podstawowych obszarów działalności. Wprowadzony został nowy ład organizacyjny oparty na regułach rynkowych i strategiach konkurencji, wdrożona została również polityka zarządzania przez cele. Model biznesowy Grupy oparty został na trzech, samodzielnych w realizacji celów biznesowych, segmentach: wytwórczym, dystrybucyjnym i sprzedażowym. ENERGA SA pełni w tym modelu funkcję kontrolną i strategiczną.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 10 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Raport OECD: Polska gospodarka potrzebuje uproszczenia podatków i przyspieszenia prywatyzacji

CEO Magazyn Polska

Zmiany na rynku pracy, ułatwienie funkcjonowania firm i wspieranie ich innowacyjności oraz przyspieszenie prywatyzacji – to, według prezydenckiego ministra Olgierda Dziekońskiego, główne warunki, aby polska gospodarka stała się bardziej konkurencyjna. Jak podkreśla, wskazuje na nie raport OECD, który dziś zostanie zaprezentowany w Warszawie.

 – Prezentowany dzisiaj przez sekretarza generalnego OECD Angela Gurrię raport dotyczący konkurencyjności polskiej gospodarki, obejmuje  to, co jest przedmiotem wielu spotkań i dyskusji prowadzonych  w Polsce, również  w Pałacu Prezydenckim – podkreśla Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Najważniejsze warunki wzmocnienia konkurencyjności Polski to zmiany na rynku pracy oraz ułatwienia w działalności gospodarczej.

 – To przede wszystkim kwestia konieczności uniknięcia pułapki średniego dochodu, czyli zmiana funkcjonowania rynku pracy, jego uelastycznienie, zlikwidowanie swoistego dualizmu na rynku pracy, gdzie mamy kwestie umów krótkoterminowych i tych nie w pełni opodatkowanych – podkreśla Olgierd Dziekoński. – Po drugie, jest to kwestia koniecznej deregulacji związanej z ułatwieniem funkcjonowania firm. Bardzo ważne jest usprawnienie prawa upadłościowego, tak, żeby możliwość powrotu do funkcjonowania na rynku pracy była znacznie łatwiejsza.

Prezydencki minister podkreśla, że raport OECD rekomenduje również przyspieszenie prywatyzacji. W porównaniu do innych krajów OECD Polska ma jeden z wyższych udziałów przemysłu państwowego w całej strukturze gospodarczej. I to mimo intensywnej prywatyzacji w ostatnich latach.

 – Bardzo ważna jest również kwestia usprawnienia funkcjonowania rynku związanego z systemem podatkowym, czyli ordynacji podatkowej. Ta kwestia była i będzie mocno podnoszona przez prezydenta Bronisława Komorowskiego w wielu jego rekomendacjach dotyczących zmiany dla Polski, a w szczególności dla małych i średnich firm – zapewnia Olgierd Dziekoński.

Eksperci OECD oceniają, że sektor MŚP mógłby stać się jeszcze ważniejszy dla polskiego PKB, ale konieczne jest wsparcie innowacyjności tych firm. Minister przekonuje, że budowanie proinnowacyjnego rynku wiąże się z kolei ze zmianami w funkcjonowaniu wyższych uczelni.

UKE: składanie ofert wstępnych w aukcji częstotliwości 800 MHz ma zakończyć się w maju

CEO Magazyn Polska

Do 19 marca potrwają konsultacje dotyczące dokumentacji związanej z aukcją na rezerwację częstotliwości z pasma 800 MHz. Składanie ofert powinno rozpocząć się po sprawdzeniu i uwzględnieniu uwag operatorów, czyli – jak szacuje prezes UKE – po ok. trzech tygodniach. Potem przedsiębiorcy będą mieli 45 dni na złożenie ofert wstępnych i po ich formalnej ocenie nastąpi aukcja właściwa. To drugie podejście do licytacji – pierwszą UKE odwołał ze względów formalnych. 

 – W tej chwili konsultujemy dokumentację aukcyjną z przedsiębiorcami. 19 marca upływa termin zgłaszania stanowisk i uwag. Zakładam, że ich sprawdzenie nie powinno trwać dłużej niż 2–3 tygodnie. I będziemy chcieli ogłosić aukcję – przedsiębiorcy będą mieli 45 dni na składanie ofert, więc myślę, że w maju ten termin minie i będziemy mogli przystąpić do aukcji właściwej – wyjaśnia Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Nowa aukcja na rezerwacje częstotliwości LTE dotyczy pasm z zakresu 791-816 MHz oraz 832-857 MHz, a także z zakresu 2500-2570 MHz oraz 2620-2690 MHz. Częstotliwości te pozwolą operatorom na świadczenie usług telekomunikacyjnych stałych i mobilnych na terenie całego kraju. Największa walka między operatorami rozegra się o częstotliwości z zakresu 800 MHz. 

 – To są częstotliwości najdroższe i jest ich bardzo mało – tylko 25 MHz, w sumie 30, bo jedną „piątkę” mamy zarezerwowaną dla Sferii. Jest to częstotliwość tak zwana pokryciowa, czyli taka, w której jedna stacja bazowa obsługuje bardzo duży teren. Nakłady na nią nie są więc tak duże, jak np. przy częstotliwościach 2600 MHz, gdzie maszty trzeba budować bardzo gęsto. To jest częstotliwość, która daje możliwości szybkiego przesyłu danych, czyli 100 Mbps, dlatego jest tak droga – tłumaczy Magdalena Gaj.

Zaproponowane w konsultacjach ceny wywoławcze to 250 mln zł za jeden blok częstotliwości 800 MHz oraz 25 mln zł za blok z pasma 2600 MHz.

W budżecie wpływy z aukcji oszacowano na 1,8 mld zł. Jak wyjaśnia prezes UKE, właśnie z tego powodu, że w grę wchodzą tak znaczące kwoty, a częstotliwości są wyjątkowo ważne dla operatorów, w lutym odwołano pierwszą aukcję na rezerwację nowych częstotliwości LTE. Jako oficjalną przyczynę odwołania licytacji podano opóźnioną publikację wyjaśnień do dokumentacji aukcyjnej. 

 – Urząd jest zobowiązany do publikacji wyjaśnień do treści dokumentacji aukcyjnej na 7 dni przed upływem terminu składania ofert. Do końca nad tym pracowaliśmy i opublikowaliśmy te wyjaśnienia w terminie, ale niestety załączniki do tego komunikatu nie wyświetlały się na stronie. Zobaczyliśmy to dopiero po upływie terminu – mówi Magdalena Gaj.

Podkreśla, że ta kwestia mogła być później podstawą do zaskarżenia wyników aukcji. A tego Urząd chce uniknąć.

 – Pieniądze, które uzyskamy i które przedsiębiorcy będą wpłacali za te częstotliwości, są tak duże, że moim zadaniem jest dbanie o maksymalne bezpieczeństwo prawne i eliminowanie każdej, nawet jak najmniejszej wątpliwości, aby podmiot, który uzyska rezerwację, wiedział, że ona jest stabilna i oparta na mocnych podstawach, bez jakichkolwiek wad – zapewnia prezes UKE.

W tym roku Alior Bank skupi się na innowacyjnym w skali świata projekcie

CEO Magazyn Polska

Alior Bank rezygnuje z mniejszych projektów lub odkłada je na później i skupia się na rozwijaniu współpracy z T-Mobile. Dzięki temu operator telekomunikacyjny będzie w stanie zapewnić swoim klientom pełną obsługę finansową. Jak zapewnia zarząd banku, jest to projekt innowacyjny na skalę światową, ale na jego odbicie w wynikach finansowych, trzeba będzie poczekać. 

Współpraca Alior Banku i T-Mobile będzie miała pionierski charakter. Do tej pory operatorzy telekomunikacyjni, współpracując z bankami, oferowali tzw. wallet, czyli serię aplikacji do korzystania z bankowości mobilnej, i umożliwiali płatności przy użyciu smartfona.

 – My chcemy to zmienić całkowicie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sobieraj, prezes Alior Banku. – Chodzi nam o to, by to T-Mobile oferował swoim klientom usługę bankową. Naszą rolą będzie świadczenie jej na zasadzie white table. Klienci T-Mobile będą mogli więc skorzystać z uznanych na świecie rozwiązań naszego banku, jeśli chodzi o zaplecze technologiczne: od szybkiego procesu kredytowego po dobre interfejsy – dodaje. 

Od kilku dni klienci Alior Banku, podobnie jak pięciu innych banków mogą korzystać z aplikacji MyWallet, która służy do płatności mobilnych. Do współpracy z T-Mobile zachęciła Alior Bank m.in. duża baza klientów i punktów sprzedaży oraz silna pozycja rynkowa i innowacyjność operatora. 

 – Współpraca z T-Mobile to jest pewna część naszej działalności. Podstawowym zadaniem jest to, by wypełnić klientami to, co budowaliśmy przez ostatnie pięć lat. W ubiegłym roku przeszło do nas 632 tys. nowych klientów, trzeba tak zrobić, by większość z nich traktowała Alior jako bank pierwszego wyboru – przekonuje prezes banku.

Jak podkreśla, będzie to jeden z ważniejszych projektów w tym roku.

 – Współpraca między bankiem a operatorem telekomunikacyjnym w formie, jaką planujemy, będzie unikalna na skalę światową. Przeznaczamy na nią wszystkie siły – zapewnia Sobieraj.

Oznacza to rezygnację z innych projektów lub ich spowolnienie i przesunięcie pracowników do współpracy z T-Mobile. Z rynku zniknie m.in. marka Alior Sync, choć zarząd banku zapewnia, że dla klientów ta zmiana nie powinna być odczuwalna.

 – To jest pierwszy rok działania, a ta usługa planowana jest na lata. W pierwszym roku nie spodziewamy się rewelacji. To będzie raczej wpływ na lata następne, ale już dziś setki osób pracuje po obu stronach, żeby tę ofertę przygotować – mówi prezes Alior Banku.

W ubiegłym roku zysk Alior Banku, przy uwzględnieniu zdarzeń nadzwyczajnych, wniósł 227,9 mln zł, czyli był o blisko 300 proc. wyższy niż w 2012 roku. Jednak bez uwzględniania tych zdarzeń wyniósł 247 mln zł, czyli o 12  proc. od wyniku osiągniętego w 2012 roku. Jak podkreśla prezes banku, to średnio satysfakcjonujący wynik. Liczy, że w tym roku wzrost kosztów będzie dużo mniejszy niż przed rokiem. Mają się do tego przyczynić działania restrukturyzacyjne.

Polska liderem produkcji AGD w Europie. W tym roku wzrośnie eksport sprzętu

CEO Magazyn Polska

Choć ostatni rok nie był szczególnie udany dla polskiej branży AGD, głównie dla eksportu, to Polska pozostaje europejskim liderem produkcji. Przedstawiciele branży prognozują, że w tym roku zarówno produkcja, jak i eksport będą rosły.

Według opublikowanego przez CECED raportu „Produkcja AGD w 2013” w ubiegłym roku wyprodukowano w Polsce ponad 17 milionów sztuk dużego AGD.

 – W zeszłym roku Polska zanotowała kolejny wzrost produkcji, który będzie plasował nas na pozycji lidera pod względem produkcji sprzętu AGD w Europie, szczególnie dużego AGD – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Konecki, dyrektor generalny Związku Pracodawców AGD CECED Polska. – Jednak z powodu perturbacji wśród niektórych producentów, wzrosty produkcji nie są oszałamiające.

Problemy miał jeden z wiodących producentów FagorMastercook, który z powodu bankructwa hiszpańskiego właściciela, został postawiony w stan upadłości likwidacyjnej. Co prawda, proces upadłościowy wstrzymano na trzy miesiące, bo jest szansa na znalezienie inwestora dla firmy. Na razie wznowiono część produkcji.

W ubiegłym roku gorzej było z eksportem wyprodukowanych towarów. Wskutek wciąż odczuwalnych konsekwencji kryzysu na zachodzie Europy eksport sprzętu AGD w ubiegłym roku niemal nie drgnął. 

 –  Po latach dwucyfrowego wzrostu zanotowaliśmy stagnację i prawdopodobnie tylko powtórzymy wynik z poprzedniego roku. Są jednak segmenty, takie jak chłodnictwo, w których sprzedaż zagraniczna wzrosła znacząco – dodaje Konecki. – Jesteśmy pewni, że w tym roku wzrosną zarówno produkcja, jak i eksport.

Polska specjalizuje się w produkcji takich sprzętów AGD, jak: pralki (32 proc. produkcji), suszarki (11 proc.) i zmywarki  (20 proc.), a ostatnio – w coraz większym stopniu – także sprzęt chłodzący (16 proc.).

 – Do tych segmentów, które rosną i w których jesteśmy liderami europejskimi, dodałbym cały sprzęt grzewczy, kuchnie oraz płyty [21 proc. – red.] – mówi Wojciech Konecki. – Tutaj od zawsze tradycyjnie byliśmy głównym graczem europejskim i teraz jeszcze tę pozycję umacniamy.

Polski rynek jest także kluczowym rynkiem europejskim, jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne w branży AGD. Zdaniem w 2014 r. wiele może się wydarzyć na polskim rynku AGD. 

 –  Można powiedzieć, że utarła się taka zasada, że albo się jest w Polsce i znaczy się dużo w Europie, albo taki gracz nie może sobie znaleźć miejsca na naszym kontynencie – mówi dyrektor generalny CECED Polska. – Mamy już w Polsce firmy azjatyckie. Bardzo dużo zainwestował Samsung, przejmując dwie fabryki firmy Amica, a także koreański LG. Nie ma na razie firm chińskich. Pamiętajmy, że europejscy, a może też i koreańscy gracze, nie oddadzą pola zupełnie bez walki.

Polscy pacjenci mają dostęp do niespełna połowy innowacyjnych leków refundowanych w krajach Europy Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Niskie wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce ograniczają dostęp do innowacyjnych terapii. Nowy wykaz leków refundowanych uwzględnia kilka nowoczesnych preparatów, jednak większość pozycji na liście to tańsze wersje starych farmaceutyków. Barierą w dostępie do leków innowacyjnych jest także długi okres rejestracji badań klinicznych i skomplikowany proces refundacyjny.

Wydatki publiczne na ochronę zdrowia w Polsce wynoszą 4,7 proc. PKB, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej sięgają 7,5 proc. PKB – wynika z raportu PwC. Niskie nakłady na opiekę medyczną w naszym kraju ograniczają dostęp do innowacyjnych leków i świadczeń leczniczych. Polscy pacjenci mogą wybierać jedynie spośród 48 proc. nowoczesnych farmaceutyków stosowanych w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii.

 – Na zdrowie wydajemy mało, w związku z tym na farmakoterapię również wydajemy mało. W efekcie jesteśmy w tyle z innowacją, w sensie dostępu do leczenia dla pacjentów. Głównym celem ustawy refundacyjnej, która weszła w życie 1 stycznia 2012 roku, była właśnie poprawa dostępu do nowoczesnych leków. To się dzieje i są tego przykłady, natomiast proces ten jest bardzo powolny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Sztwiertnia dodaje, że zmiana wykazu leków refundowanych, ogłoszona 1 marca, to krok w dobrym kierunku. Na nowej liście znalazło się dziewięć innowacyjnych preparatów, które stosuje się w leczeniu nowotworów, chorób reumatologicznych, spastyczności kończyny górnej po udarze mózgu oraz przewlekłego wirusowego zapalenia wątroby typu B. Pozostałe 75 produktów objętych refundacją to jednak generyki, czyli tańsze wersje starych farmaceutyków. 

Na liście zabrało kilku leków długo wyczekiwanych przez pacjentów i środowisko lekarskie, m.in. nowatorskich leków inkretynowych dla diabetyków, które są już refundowane we wszystkich pozostałych krajach Unii Europejskiej.

Oprócz skomplikowanego procesu refundacyjnego, głównymi barierami rozwoju nowoczesnych terapii w Polsce są długi okres rejestracji badań klinicznych oraz niewystarczająca przejrzystość przepisów. W efekcie wiele firm farmaceutycznych przenosi swoją działalność do innych krajów. Branża farmaceutyczna wpływa więc nie tylko na jakość i długość życia społeczeństwa. Sektor ten ma dużo szerszy zasięg i oddziałuje na wiele obszarów gospodarki.

 – Warto spojrzeć na przemysł farmaceutyczny nie tylko w kategorii konsumpcji środków, bo ochrona zdrowia kosztuje, lecz także z perspektywy ekonomicznej. To może być jedno z kół zamachowych innowacyjnej gospodarki w Polsce. Chodzi o tworzenie nowoczesnych miejsc pracy, transfer technologii czy powstawanie konkurencyjnych ośrodków badawczych – tłumaczy Paweł Sztwiertnia.

Szwedzka sieć Jula w ciągu roku podwoiła przychody. Otwiera kolejne sklepy

CEO Magazyn Polska

Czas kryzysu okazał się sprzyjającym okresem dla sieci sklepów budowlano-ogrodniczych Jula. Szwedzka sieć wkroczyła do Polski dwa i pół roku temu, uruchamiając w tym czasie 10 marketów. Kolejny uruchomiony zostanie we wtorek w Szczecinie.

Jula do Polski weszła pod koniec roku 2011, czyli podczas kulminacji kryzysu w całej Europie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Daniel Adamiuk, dyrektor regionalny na Polskę sieci Jula. – Nasza firma nie odczuła specjalnie tego spowolnieniaPo prawie 2,5 roku działalności w Polsce możemy powiedzieć, że obroty są bardzo obiecujące. Rosną one niemal o 100 proc. rok do roku.

Dobra kondycja sklepu wynika w znacznym stopniu ze specyfiki działalności sklepu. Adamiuk zapewnia, że asortyment firmy, która sprzedaje narzędzia i materiały do samodzielnych napraw, odpowiada na potrzeby klientów, którzy w czasie kryzysu wolą oszczędzać na usługach.

 – Nasz sklep ma bogatą, zróżnicowaną ofertę i tym właśnie ma przyciągać klientów – mówi dyrektor. – Jednym z naszych atutów jest oferta odzieży roboczej, która ma zapewnić bezpieczeństwo pracownikom. Ale mamy też ciekawą ofertę marek własnych m.in.: w narzędziach, częściach motoryzacyjnych czy akcesoriach dla żeglarzy i wędkarzy. Sądzę, że zajmujemy pewną niszę na rynku – twierdzi Adamiuk. 

Grupą docelową szwedzkiej sieci są nie tylko mężczyźni. Kobiety najczęściej kupują w Juli małe AGD, bo – jak podkreśla Adamiuk – w ofercie jest wiele artykułów do użytku domowego, a także narzędzi ogrodowych.
 
Mimo że asortyment Juli pokrywa się w pewnej mierze z tym sprzedawanym przez inne sieci, zarząd nie obawia się konkurencji.

 – Odczuwam pewien komfort, który wynika z tego, że nie traktuję żadnej sieci w Polsce jako bezpośredniej konkurencji – mówi Adamiuk. – Oczywiście spotykamy się na pewnych polach produktowych, co jest w dzisiejszych czasach nieuniknione, mimo to dysponujemy świeżą formułą biznesową i unikalnym w kraju konceptem, co sprzyja naszemu rozwojowi, także w trudnych czasach – dodaje.

Jula Postorder AB to szwedzka firma rodzinna, zatrudniająca globalnie ok. 2200 pracowników. Do sieci należy ponad 60 sklepów w Szwecji, Norwegii i w Polsce.

Polacy coraz rzadziej chodzą do kin. A kiedy już idą, najczęściej wybierają filmy zagraniczne

CEO Magazyn Polska

Dziś wręczenie Polskich Nagród Filmowych Orły 2014. O tytuł najlepszego polskiego filmu konkurują trzy obrazy: „Ida”, „Chce się żyć” i „Imagine”. Mimo coraz wyższego poziomu polskich filmów, rodzima kinematografia z każdym rokiem traci widzów. To efekt zarówno szerokiego dostępu do filmów w internecie, coraz wyższych cen biletów do kin, jak i wciąż niezbyt pozytywnej opinii o rodzimych produkcjach.

Do kin chodzimy coraz rzadziej. W 2013 roku Polacy kupili 36 milionów biletów do kin, rok wcześniej było to 2 miliony więcej, z czego tylko 7 milionów widzów wybrało polskie kino – wynika z danych Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. W 2011 roku co trzeci bilet był kupiony na polską produkcję. Z 312 filmów, które pokazano w 2013 roku w kinach, 39 to były produkcje polskie. 

 – Rok temu królował na ekranach film Wojciecha Smarzowskiego „Drogówka”. Na ten film wybrało się ponad milion osób, ale ogólnie frekwencja Polaków na polskich filmach z roku na rok spada – mówi agencji informacyjnej Newseria Patrycja Paczyńska, filmoznawca.

Oglądaniu filmów na wielkim ekranie nie sprzyjają rosnące ceny biletów (w kinach sieciowych zaczynają się od 20 zł), a także internet, który w coraz większym stopniu pozwala bezpłatnie konsumować kulturę. Dodatkowo polski przemysł filmowy zwykle przegrywa z produkcjami zachodnimi, ponieważ – Polacy mają nie najlepsze zdanie o rodzimych filmach. Patrycja Paczyńska ocenia, że to krzywdzące, ponieważ w Polsce od paru lat powstają filmy bardzo wysokiej jakości – zarówno pod względem zdjęć, jak i reżyserii czy obsady aktorskiej. Choć polska kinematografia ewoluuje, opinia społeczna o rodzimych filmach się nie zmienia. Zdaniem filmoznawcy, warto powrócić do polskiej kinematografii, bo może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć. 

 – Często ludzie twierdzą, że polska kinematografia zamknęła się na latach 90. na „Psach” czy „Kilerze”, a następnie były romantyczne historie o tańcu – mówi Patrycja Paczyńska, redaktor www.facebook.com/setoci.okinie. – Ostatnio mieliśmy bardzo dobre produkcje, np. „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida, „Różę”, „Drogówkę” Wojtka Smarzowskiego, teraz „Pod Mocnym Aniołem” czy „W imię” Szumowskiej.

Jeśli już widzowie wybierają polski film, najczęściej są to filmy historyczne i komedie. Dużą popularnością w Polsce cieszyły się największe produkcje o tematyce historycznej, takie jak: „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Katyń” czy ostatnio „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. W ich przypadku oglądalność była na tyle wysoka, że przyniosła zwrot wartych dziesiątki milionów kosztów produkcji.

Polski film jest nadal niedofinansowany. Tylko ok. 20 proc. filmów jest dofinansowanych z budżetu państwa. Choć polską kinematografię wspiera wiele instytucji państwowych, dofinansowanie wciąż jest niewystarczające. To powoduje, że nie wszystkie filmy przynoszą zwrot. Dotyczy to zwłaszcza niszowych produkcji. 

 – Produkcja przeciętnego filmu to kwota 2,5-3 mln zł – podkreśla ekspertka. – Oczywiście są wielkie ekranizacje jak „Ogniem i mieczem” czy „Katyń”, których produkcja kosztowała ponad 20 mln zł.

Polski film wciąż cierpi na brak środków. Tylko ok. 20 proc. filmów jest dofinansowanych z budżetu państwa. Pieniądze przeznaczone z budżetu państwa na produkcje wystarczają na produkcję 3-5 filmów, a rocznie w Polsce powstaje blisko 40 filmów. Prawie 80 proc. produkcji przygotowuje się w prywatnych firmach.

Bardzo wysokie są również koszty promocji filmu, często pochłaniające kilka milionów złotych. Pozytywnym sygnałem natomiast jest fakt, że polski przemysł filmowy i model jego finansowania nie różni się znacząco od zagranicznego. Zdaniem Patrycji Paczyńskiej, w Polsce filmowcy mają wbrew pozorom spore możliwości pozyskania dofinansowania, porównywalne do tych w Wielkiej Brytanii, Francji czy we Włoszech.

Za 5 lat rynek kolei w UE zostanie uwolniony

CEO Magazyn Polska

Wchodzący w życie z końcem 2019 r. czwarty pakiet kolejowy zliberalizuje rynek kolei w UE. Polscy przewoźnicy na razie nie są na to gotowi. Niektóre spółki, np. Przewozy Regionalne, mogą mieć problemy z tym, aby sprostać konkurencji z zewnątrz. Konieczna jest szybka modernizacja infrastruktury oraz ustanowienie wspólnych biletów. W przeciwnym wypadku spółkom tym grozić będzie likwidacja miejsc pracy.

 – Czwarty pakiet kolejowy dotyczy przewozów pasażerskich. Z punktu widzenia pasażerów widzę raczej szansę na poprawę jakości i na obniżenie kosztów, czyli na to, że transport kolejowy stanie się bardziej atrakcyjny. Dla firm przewozowych i innych uczestników rynku kolejowego pakiet wiąże się też z zagrożeniami, ponieważ zwiększy się konkurencja, rynek będzie bardziej otwarty i pojawi się więcej podmiotów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR oraz wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Konkurencja ze strony nowych przewoźników może oznaczać problemy dla polskich spółek kolejowych. W najgorszej sytuacji są Przewozy Regionalne, czyli największy przewoźnik w Polsce. Według Kowalskiego, ta spółka w najmniejszym stopniu się zrestrukturyzowała i przygotowała na nowe warunki rynkowe.

Konkurencję mocno mogą odczuć też mniejsze samorządowe spółki, takie jak Koleje Wielkopolskie oraz Koleje Śląskie. Według eksperta, stosunkowo mocne są Koleje Mazowieckie i ta spółka – m.in. dzięki nowemu i zmodernizowanemu taborowi – powinna poradzić sobie z rywalami, którzy mogą być zainteresowani atrakcyjnym rynkiem warszawskim i mazowieckim.

Zgodnie z nowymi przepisami samorządy nawet na połączeniach dotowanych będą musieli ogłaszać w pewnym stopniu przetargi rynkowe. Spółki samorządowe będą musiały w nich startować i liczyć się z przegraną. Eksperci podkreślają, że do 2019 r. niezbędne są duże zmiany na całej kolei, bo inaczej niewykluczone są upadłości spółek i duże zwolnienia.

 – Na pewno trzeba dopracować formuły organizacyjne i to jest przede wszystkim rola Urzędu Transportu Kolejowego. Pamiętajmy o tym, że polskie kłopoty w transporcie kolejowym głównie biorą się ze złego stanu infrastruktury. Na jej sieci realizuje się w tej chwili wielki plan inwestycyjny, modernizacyjny, jest mnogość remontów, co skutkuje gorszą ofertą – podkreśla Kowalski.

Dodaje, że drugim poważnym problemem jest brak integracji biletowej pomiędzy przewoźnikami. Jeśli do czasu liberalizacji rynku nie zostanie on rozwiązany, polskim spółkom będzie trudno rywalizować z zagranicznymi konkurentami.

 – Jeżeli zbudujemy ramy, które będą spójne, to kwestia, czy w ramach tego systemu będzie funkcjonowało kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu przewoźników, już nie będzie miała znaczenia – prognozuje Kowalski. Poprawa konkurencyjności na rynku kolejowym powinna poprawić jakość. A więc pociągi powinny jeździć bardziej punktualnie, być czystsze, wygodniejsze; a pasażer otrzyma na czas pełną informację.

Ekspert ma nadzieję, że dzięki konkurencji rozkłady będą lepiej dopasowane do potrzeb pasażerów, a ceny biletów mogą nawet spaść dzięki większej efektywności kosztowej przewoźników. Jednak nie jest wykluczone, że obniżki nie będą miały miejsca, bo wyższa jakość może się wiązać z wyższymi kosztami. Tak właśnie było w Wielkiej Brytanii, gdzie rynek kolejowy został bardzo zliberalizowany. Jak zauważa Kowalski, unijny czwarty pakiet jest wzorowany właśnie na rozwiązaniach z Wysp Brytyjskich.

Wynikająca z liberalizacji poprawa jakości transportu i oferty przewoźników może ponownie zwiększyć znaczenie kolei i zachęcić pasażerów do podróżowania pociągami.

Czwarty pakiet kolejowy został na razie przyjęty przez Parlament Europejski przy sprzeciwie związków kolejowych. Wciąż muszą go przyjąć także przedstawiciele rządów 28 państw członkowskich.

Polacy wolą Alpy od Egiptu

CEO Magazyn Polska

Zamiast zimowego odpoczynku pod palmami w egzotycznych kurortach w Egipcie lub na Wyspach Kanaryjskich, Polacy chętniej niż w poprzednich latach wybierają narty w Alpach, u naszych sąsiadów lub w polskich górach. Ta zmiana w urlopowych przyzwyczajeniach Polaków to skutek stopniowego bogacenia się społeczeństwa.

Polacy na urlop wybierają się głównie latem. Jeśli zdecydują się na wyjazd zimą, to najchętniej wybierają ciepłe kraje. Ten trend zaczyna się jednak zmieniać. W tym roku co czwarty Polak, który zaplanował zimowy urlop, wyjechał na narty lub snowboard. Jak wynika z danych Travel Planet i Expandera, osób, które wyjechały tej zimy w góry, było o 8 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Polacy chętniej wybierają aktywny wypoczynek na stokach, ponieważ coraz częściej ich na to stać.

 – Odchodzimy już od wypoczynku na plaży, pod palmą, a coraz chętniej wyjeżdżamy na narty. Najprawdopodobniej ten trend będzie w kolejnych latach się utrzymywał ocenia Jarosław Sadowski, analityk Expandera, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zorganizowane wyjazdy na narty we włoskie lub austriackie Alpy mogą wydawać się tańsze od egzotycznej wycieczki do dalekich, ciepłych krajów. Średni koszt wyjazdu pod palmę to około 3 tys. złotych na osobę. W ofercie wyjazdów narciarskich można znaleźć wycieczki w dużo niższych cenach, czasami nawet o połowę. Jednak wyjazd w góry zazwyczaj wiąże się z niewliczonymi w cenę kosztami dodatkowymi, jak chociażby karnet na stok czy zakup lub wypożyczenie sprzętu.

 – Taki wyjazd może wydawać się tańszy, ale kiedy w praktyce podsumujemy wszystkie koszty, to może okazać się inaczej. Faktycznie wyjazd na narty kosztuje mniej więcej tyle, ile ten pod palmy, czyli około 3 tys. zł na osobę – tłumaczy Jarosław Sadowski.

Tańszą alternatywą jest urlop w Polsce lub u naszych południowych sąsiadów. To one cieszą się największą popularnością wśród zimowych urlopowiczów. Wyjazdy do Czech i Słowacji zazwyczaj organizowane są na własną rękę. Polacy ograniczają koszty np. decydując się na nocleg blisko granicy, ale po jej polskiej stronie, skąd dojeżdżają do tras narciarskich znajdujących się już w Czechach lub na Słowacji. W ten sposób tydzień na nartach jest mniej kosztowny od tego w Alpach.

DM PKO BP podwyższył cenę docelową dla ENEI

W raporcie z 28 lutego 2014 r. analitycy DM PKO BP podwyższyli rekomendację dla akcji ENEI z „Trzymaj” do „Kupuj”. Nowa cena docelowa została ustalona na poziomie 16,2 zł wobec wcześniejszej wynoszącej 14,2 zł.

Kryzys na Ukrainie – trudne chwile dla polskich przedsiębiorców?

Społeczny i polityczny konflikt u naszych południowo-wschodnich sąsiadów trwa od kilku miesięcy. Gdy emocje, zamiast gasnąć – nasiliły się, Polacy z obawą przeglądali codzienną prasę i wpatrywali się w ekrany telewizorów. Jednak największy niepokój wykazują polscy przedsiębiorcy, którzy eksportują swoje towary na wschód.

Ukraina jest ważnym partnerem handlowym dla Polski – swoje towary eksportuje tam ponad 12 tysięcy rodzimych firm. Nic zatem dziwnego, że zajmuje ona ósme miejsce wśród krajów, do których kierowane są polskie produkty. To właśnie na Ukrainie znajdują się nie tylko rynki zbytu czy kontrahenci. Za wschodnią granicą wiele polskich firm posiada oddziały swoich firm.

Według Ministerstwa Gospodarki, destabilizacja państwowości ukraińskiej wpłynęła na polski biznes. W styczniu spadek polskiego eksportu na Ukrainę, wobec analogicznego okresu w 2013 roku, wyniósł 4,3%, natomiast w lutym było to już prawie 18%. Podobnie w pierwszych dwóch miesiącach 2014 roku pogorszyły się polsko-rosyjskie relacje handlowe. W styczniu i lutym eksport do Rosji spadł o ok. 2,5%.

Czy spadki będą postępować, a polskie firmy ponosić straty? Wszystko zależy od tego, jak będzie rozwijała się sytuacja na wschodzie. Marek Kutarba z „Tygodnika Biznes i Prawo” twierdzi, że „[…] nie tyle kluczowe znaczenie ma to, co teraz się będzie działo z gospodarką ukraińską, choć to oczywiście też jest ważne, bo zainwestowaliśmy tam jakieś pieniądze. […]O wiele ważniejsze dla nas jest to, co się w tej chwili dzieje w relacjach Rosja – Ukraina, Rosja – reszta Europy.” Jeśli chodzi o rynek rosyjski – nasze inwestycje i eksport, szczególnie żywości, są poważniejsze. Nie można zapominać o tym, że jesteśmy jako kraj uzależnieni od Rosji – również energetycznie. „Zaostrzenie sytuacji – jeśli miałoby to pójść w kierunku konfrontacji – może odbić się na rynkach w sferze gospodarki. Wszyscy, którzy pobieżnie nawet obserwują to, co się dzieje na rynku rosyjskim, od dawien dawna zauważają przepychanki z tamtejszą administracją. Trwają one nieustająco, a zaostrzenie sytuacji w związku z Ukrainą może prowadzić do tego, że będzie nam jeszcze trudniej tam sprzedawać. A rynek rosyjski jest rynkiem dużym i chłonnym, który chce brać nasze produkty” – dodaje Marek Kutarba.

Pojawia się zatem pytanie, jak będzie wyglądać przyszłość inwestycyjna polskich firm, które nad Dniepr eksportują głównie wyroby przemysłowe, maszyny, samochody, produkty codziennego użytku i żywność.Czy zaczną się one wycofywać z współpracy ze wschodem? Marcin Nowacki, dyrektor ds. relacji publicznych Związku Przedsiębiorców i Pracodawców twierdzi, że przedsiębiorcy, którzy tam są i byli – pozostaną. „[..] Pamiętajmy, że przedsiębiorcy, którzy funkcjonują tam od dłuższego czasu, znają Ukrainę i występujące tam napięcia. Powinni teraz czekać na to, co przyniosą kolejne miesiące. Miejmy nadzieję, że to będzie stabilizacja. Inaczej sytuacja wygląda w kontekście firm zainteresowanych Ukrainą. Wydarzenia, które miały i mają miejsce zapewne powodują, że ci przedsiębiorcy podchodzą do tego rynku z większą rezerwą i mogą swoje plany współpracy zamrozić.”

Przedsiębiorcy obawiają się najczarniejszego scenariusza – wojny handlowej z Rosją – który może się ziścić ze względu na silne zaangażowanie polityczne Polski w ukraińsko-rosyjski konflikt. Przed rodzimymi firmami mogą ponownie wyrosnąć bariery – nałożenie embarga przez Rosjan – co miało miejsce chociażby w 2005 roku, kiedy to po sukcesie pomarańczowej rewolucji Rosjanie obłożyli embargiem polskie mięso. Jak wynika z szacunków – w ciągu roku rodzime firmy mogły z tego powodu ponieść straty w wysokości 30 milionów euro.

NIK po kontroli wojsk specjalnych

NIK zakończyła trwającą od maja do grudnia 2013 roku kontrolę wojsk specjalnych. Izba pozytywnie ocenia zdolność tego rodzaju sił zbrojnych do prowadzenia działań operacyjnych.

NIK uważa, że wieloletnie działania, których celem było zbudowanie w Polsce profesjonalnych wojsk specjalnych, są realizowane prawidłowo. Dzięki temu rośnie zdolność obronna Polski oraz możliwość szybkiego reagowania na zagrożenia. Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie ocenia proces tworzenia wojsk specjalnych w Polsce.

Struktura wojsk specjalnych opiera się na samodzielnych oddziałach i pododdziałach złożonych z profesjonalnie przygotowanych żołnierzy. Podejmują oni działania w kraju oraz poza jego granicami w okresie pokoju, kryzysów i wojny. Kontrolerzy zbadali m.in. realizację programów szkoleniowych oraz wyposażenie żołnierzy.

NIK ocenia, że żołnierze wojsk specjalnych są bardzo dobrze przygotowani do wypełniania swoich zadań, należycie wyszkoleni i wyposażeni. Izba odnotowuje, że uzupełnienie wyposażenia, które nastąpiło w ostatnich miesiącach, sprzyja podniesieniu zdolności wojsk specjalnych do szybkiego reagowania. Potwierdzeniem ustaleń NIK były wyniki postępowania certyfikacyjnego przeprowadzonego w 2013 roku przez przedstawicieli Paktu Północnoatlantyckiego, na podstawie którego polskie Wojska Specjalne zostały zaliczone do ścisłej elity tego rodzaju wojsk w NATO.

Zdecydowana większość dostrzeżonych przez NIK nieprawidłowości była usuwana podczas kontroli. Pozostałe, których usunięcie wymaga czasu i pieniędzy, nie obniżają – w ocenie Izby – zdolności wojsk specjalnych do realizacji wyznaczonych im zadań.

Szczegółowe ustalenia kontroli zostaną przekazane przez NIK władzy wykonawczej i ustawodawczej w trybie niejawnym, dlatego Izba ogranicza swój komunikat skierowany do opinii publicznej do podstawowych stwierdzeń i ocen, które są niezwykle ważne w obecnej sytuacji międzynarodowej.

Oceniając pozytywnie polskie wojska specjalne, a zwłaszcza ich wyszkolenie i wyposażenie, NIK wnosi do Ministra Obrony o rozważenie poszerzenia ścieżki naboru do wojsk specjalnych o nabór zewnętrzny. Obecnie kandydatami do służby w wojskach specjalnych są żołnierze innych rodzajów sił zbrojnych i służb mundurowych. NIK uważa, że ścieżkę naboru można poszerzyć, kierując ofertę zatrudnienia także do osób spoza wojska, odpowiednio sprawdzonych przez służby kontrwywiadu i spełniających wysokie wymagania psychofizyczne.

Polskie wojsko jest na bieżąco kontrolowane przez NIK. W 2012 roku Izba pozytywnie oceniła proces profesjonalizacji polskiej armii, stwierdzając, że pozwolił on na stworzenie podstawy do budowania armii sprawnej i nowoczesnej.

Również w 2012 roku NIK stwierdziła, że w dobrym kierunku zmierzają zmiany organizacyjne w Żandarmerii Wojskowej, która po przeprowadzeniu procesu profesjonalizacji armii dostosowuje się do innych rodzajów zagrożeń.

W 2014 roku NIK zbada, jak wygląda przygotowanie rezerw osobowych na potrzeby mobilizacyjnego rozwinięcia sił zbrojnych. Kontrolerzy sprawdzą m.in. stan zabezpieczenia sił zbrojnych w środki bojowe oraz zabezpieczenie obsad załóg statków powietrznych.

Turcja zapowiada uproszczenie systemu wizowego dla Polaków. Będzie też dodatkowe połączenie lotnicze do Polski

Rząd turecki zamierza wprowadzić ułatwienia wizowe dla Polaków: albo w postaci specjalnego reżimu wizowego, albo zniesienia opłat – taką deklarację prezydent Bronisław Komorowski uzyskał podczas wizyty w Turcji. Strona turecka chce również rozwijać połączenia transportowe z Polską. Prawdopodobnie zwiększy się liczba połączeń samolotowych. Firmy tureckie zamierzają również zaangażować w budowę nowego terminala i nabrzeża w Porcie Gdańskim.

 Otrzymaliśmy jasną, jednoznaczną deklarację ze strony rządu tureckiego, że zostanie zaproponowany albo specjalny reżim wizowy dla wiz obywateli polskich, albo zerowe opłaty w przypadku korzystania z wiz przez Polaków na terenie Turcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dziś wizy pozwalające na wjazd do Turcji należy kupować na granicy lub – w przypadku wyjazdów turystycznych – na lotniskach. To wydatek 20 dolarów lub 15 euro. Wizy biznesowe uzyskuje się w ambasadzie; jednokrotna kosztuje 252 zł, a wielokrotna – 629 zł. W kwietniu system się zmieni – wizy będzie można uzyskać bądź za pośrednictwem systemu E-visa, bądź w placówkach dyplomatycznych Turcji.

 – Ułatwienia wizowe to jeden z warunków usprawnienia ruchu turystycznego. Prezydent Komorowski wyraźnie wskazywał, że Turcja jest ważnym kierunkiem turystycznym dla Polaków, więc jest  to zarówno w interesie Turcji, jak i Polski, a z drugiej strony będzie to także bardzo istotne dla intensyfikacji współpracy gospodarczej – informuje Olgierd Dziekoński.

Strona turecka chce się też zaangażować w budowanie lepszych relacji transportowych pomiędzy Turcją a Polską  lotniczych i morskich.

 – Prawdopodobnie zostanie zwiększona liczba lotów linii tureckich z czterech do pięciu. Firmy tureckie zainteresowane są też wsparciem budowy nowego nabrzeża i terminala w Porcie Gdańskim. Takie działania rozszerzają nasze możliwości i zwiększają wykorzystanie naszych zdolności transportowych – tłumaczy Olgierd Dziekoński. – To bardzo ważne dla rozszerzania i wykorzystania naszych zdolności transportowych. Polska staje się swego rodzaju centrum transportowym dla tej części Europy.

Turcja zapowiada uproszczenie systemu wizowego dla Polaków

Rząd turecki zamierza wprowadzić ułatwienia wizowe dla Polaków: albo w postaci specjalnego reżimu wizowego, albo zniesienia opłat – taką deklarację prezydent Bronisław Komorowski uzyskał podczas wizyty w Turcji. Strona turecka chce również rozwijać połączenia transportowe z Polską. Prawdopodobnie zwiększy się liczba połączeń samolotowych. Firmy tureckie zamierzają również zaangażować w budowę nowego terminala i nabrzeża w Porcie Gdańskim.

 Otrzymaliśmy jasną, jednoznaczną deklarację ze strony rządu tureckiego, że zostanie zaproponowany albo specjalny reżim wizowy dla wiz obywateli polskich, albo zerowe opłaty w przypadku korzystania z wiz przez Polaków na terenie Turcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Dziś wizy pozwalające na wjazd do Turcji należy kupować na granicy lub – w przypadku wyjazdów turystycznych – na lotniskach. To wydatek 20 dolarów lub 15 euro. Wizy biznesowe uzyskuje się w ambasadzie; jednokrotna kosztuje 252 zł, a wielokrotna – 629 zł. W kwietniu system się zmieni – wizy będzie można uzyskać bądź za pośrednictwem systemu E-visa, bądź w placówkach dyplomatycznych Turcji.

 – Ułatwienia wizowe to jeden z warunków usprawnienia ruchu turystycznego. Prezydent Komorowski wyraźnie wskazywał, że Turcja jest ważnym kierunkiem turystycznym dla Polaków, więc jest  to zarówno w interesie Turcji, jak i Polski, a z drugiej strony będzie to także bardzo istotne dla intensyfikacji współpracy gospodarczej – informuje Olgierd Dziekoński.

Strona turecka chce się też zaangażować w budowanie lepszych relacji transportowych pomiędzy Turcją a Polską  lotniczych i morskich.

 – Prawdopodobnie zostanie zwiększona liczba lotów linii tureckich z czterech do pięciu. Firmy tureckie zainteresowane są też wsparciem budowy nowego nabrzeża i terminala w Porcie Gdańskim. Takie działania rozszerzają nasze możliwości i zwiększają wykorzystanie naszych zdolności transportowych – tłumaczy Olgierd Dziekoński. – To bardzo ważne dla rozszerzania i wykorzystania naszych zdolności transportowych. Polska staje się swego rodzaju centrum transportowym dla tej części Europy.

Roczne wyniki BNP Paribas Real Estate €716mln przychodów

W roku 2013 firma BNP Paribas Real Estate osiągnęła doskonałe wyniki, lepsze od osiągniętych w roku 2012. Był to rekordowy rok w zakresie Corporate Real Estate, wliczając w to ponad 300 000 mkw. nowych projektów biurowych, których realizacja została rozpoczęta przez Dział Property Development.

Połowa z wolumenu tej powierzchni powstaje poza Francją i w większości jest już wynajęta. Również Dział Advisory zanotował wzrost – szczególnie w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, a we Francji pozostał na dotychczasowym wysokim poziomie. Rok 2013 przebiegał również pod znakiem rozwoju naszego biznesu w skali międzynarodowej. Uruchomiliśmy nasze platformy w Dubaju, Singapurze i w Hong Kongu. W Niemczech przejęliśmy dwie silne firmy: jedną działającą w obszarze property management (zarządzanie nieruchomościami), a drugą wyspecjalizowaną w obszarze investment management (doradztwo inwestycyjne). Do tego w Londynie i w Niemczech zatrudniliśmy ok. 100 osób w Dziale Transaction – mówi Philippe Zivkovic, Executive Chairman, BNP Paribas Real Estate.

Obrót wyniósł 716 milionów Euro w 2013 roku, co oznacza wzrost o 8% rok do roku (versus 662 miliony Euro obrotu w 2012 roku). Obrót rozkłada się następująco:

– 63% wygenerowanych przychodów przypada na świadczone w ramach firmy usługi (pośrednictwo w wynajmie powierzchni, doradztwo, wyceny, zarządzanie nieruchomościami oraz doradztwo inwestycyjne) oraz 37% na działalność deweloperską (w sektorach mieszkaniowym i komercyjnym).

– 54% wartości przychodów zostało wygenerowanych na rynku francuskim, a 46% na pozostałych rynkach (w tym 19% UK, 13% Niemcy i 7% Włochy).

– 38% przychodów przypada na usługi świadczone dla stałej bazy klientów w zakresie doradztwa, wycen, zarządzania nieruchomościami oraz doradztwa inwestycyjnego.

Biznes w większości skupiony jest na sektorze nieruchomości komercyjnych – 84% przychodów. Tylko 16% obrotu przypada na sektor nieruchomości mieszkaniowych.

10 FashionPhilosophy Fashion Week Poland

Dzięki rosnącej rozpoznawalności oraz licznym sukcesom w kraju i na świecie FashionPhilosophy Fashion Week Poland podkreśla modowe tradycje Miasta Łodzi, prężnego ośrodka rozwoju przemysłów kreatywnych.

Przemysł modowy rozwija się w Łodzi od dwustu lat. Tradycje włókiennictwa i projektowania ubioru trwale zapisały się w historii miasta i po dziś dzień współtworzą jego krajobraz. Dzięki modzie Łódź projektuje również swoją przyszłość. Miasto jest dużym ośrodkiem akademickim, w którym istotną rolę odgrywają uczelnie takie jak Akademia Sztuk Pięknych, gdzie kształcą się projektanci ubioru. W Łodzi odbywają się także najważniejsze polskie wydarzenia modowe z FashionPhilosophy Fashion Week Poland na czele. Przy łódzkim ASP działa również Centrum Promocji Mody, będące sceną dla pokazów Studio, premierowego projektu 10. edycji FashionPhilosophy Fashion Week Poland.

10. FashionPhilosophy Fashion Week Poland, który odbędzie się w dniach 6-10 maja 2014 roku w centrum EXPO-Łódź, otwiera nową przestrzeń dla rozwoju rynku modowego jako wiodącej gałęzi przemysłów kreatywnych. Tak jak dotychczas, tegoroczna edycja Polskiego Tygodnia Mody łączy dwa wymiary designu: artystyczny i biznesowy. Z jednej strony, dzięki premierowym pokazom najlepszych polskich projektantów, Fashion Week Poland jest miejscem wyznaczania nowych trendów, z drugiej, stale umacnia polski rynek mody, czyniąc go atrakcyjnym dla świata biznesu.

Za sprawą umów partnerskich FashionPhilosophy Fashion Week Poland z zagranicznymi imprezami modowymi, najzdolniejsi polscy twórcy regularnie prezentują swoje projekty w Portugalii, Niemczech, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii, czy Rosji. Z każdą kolejną edycją, nazwiska projektantów, którzy zaistnieli podczas Polskiego Tygodnia Mody, zyskują coraz większą rozpoznawalność na scenie międzynarodowej. Coraz więcej polskich designerów rozpoczyna również współpracę z rodzimymi markami.

Na każdą edycję Fashion Week Poland akredytuje się blisko 1000 dziennikarzy ze wszystkich znaczących, zagranicznych i polskich opiniotwórczych tytułów.Polski Tydzień Mody współpracuje również z włoskim magazynem Collezioni, na łamach którego publikowane są kilkustronicowe relacje z każdej edycji wydarzenia.

Nawiązując współpracę z Miastem Łodzią jako Partnerem Strategicznym, FashionPhilosophy Fashion Week Poland wspiera idę rozwoju łódzkich przemysłów kreatywnych. Przemysły kreatywne, choć są stosunkowo młodym sektorem gospodarki, nabierają coraz większego znaczenia we współczesnym świecie. Swojego potencjału nie czerpią z tradycyjnie rozumianej produkcji, lecz z aktywności i talentu twórców szeroko pojętej sztuki, mediów i projektowania. Odgrywają również pozytywną rolę w stymulowaniu rozwoju ośrodków postindustrialnych. Dlatego właśnie idea przemysłów kreatywnych stała się kluczowym punktem Strategii Zarządzania Marką Łódź na lata 2010-2016 (http://www.kreatywna.lodz.pl/).

Ericsson Mobility Report

W ostatnim kwartale 2013 liczba subskrypcji LTE wzrosła o 40 milionów – przekraczając w sumie liczbę 200 mln subskrypcji na całym świecie – wynika z analizy Ericsson Mobility Report. Najnowsza aktualizacja raportu podkreśla stały gwałtowny wzrost liczby smartfonów i połączeń z siecią komórkową.

Na koniec roku 2013 na całym świecie było ok. 6,7 mld subskrypcji. W samym tylko czwartym kwartale 2013 roku zostało uruchomionych 109 mln nowych subskrypcji mobilnych.

Raport firmy Ericsson pokazuje, że blisko 60% ze wszystkich telefonów sprzedanych na świecie w ostatnim kwartale ubiegłego roku było smartfonami. Rok wcześniej było to 45%. Ruch danych pomiędzy 4 kwartałem 2012 roku i 4 kwartałem 2013 roku wzrósł o 70%. Ilość przesyłanych danych w samym tylko 4 kwartale 2013 roku wzrosła o 15%.

Europa Środkowa i Wschodnia utrzymuje się na czele pod względem penetracji usług mobilnych – na jednego mieszkańca przypada w naszym regionie 1,43 subskrypcji mobilnej. Średnia dla całego świata to 0,92.

Trudny rok na rynku kredytów mieszkaniowych

Zarówno liczba (176 tys.) kredytów udzielonych w roku 2013, jak i ich wartość (36,5 mld zł) była najniższa od 2005 roku. Oznacza to, że nawet najtrudniejszy rok w trakcie kryzysu, czyli 2009, był lepszy dla rynku mieszkaniowego. Ani niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych, ani niskie atrakcyjne ceny nie skusiły większej liczby nabywców. Bieżący rok powinien być lepszy, ale program „Mieszkanie dla Młodych” nie spowoduje znaczącego odbicia na rynku mieszkaniowym- takie wnioski płyną z najnowszej 18. edycji Raportu AMRON-SARFiN opublikowanej na dzisiejszej konferencji prasowej.

W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Mieczysław Groszek, Wiceprezes ZBP, Jerzy Bańka, Wiceprezes ZBP, Jacek Furga, Prezes CPBiI, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości oraz Andrzej Olękiewicz z TNS Polska.

Raport AMRON-SARFiN: 2013 zgodnie z przewidywaniami – trudny rok na rynku kredytów mieszkaniowych.

Zgodnie z zapowiedziami miniony rok okazał się bardzo słaby dla rynku mieszkaniowego, był najgorszy od 2005 roku. Zarówno liczba (176 tys.) kredytów udzielonych w roku 2013, jak i ich wartość (36,5 mld zł) zamknęły się wynikiem słabszym nawet od tego uzyskanego w kryzysowym roku 2009 (odpowiednio –189 tys. kredytów na łączną kwotę 39 mld zł).

„Chciałbym mieć dobre informacje, ale niestety nasze przewidywania sprawdziły się i rok 2013 dla rynku mieszkaniowego był bardzo słaby. Wyraźnie widać, że rynek ten wymaga wsparcia i większej uwagi. Nie mam złudzeń, że program „Mieszkanie dla Młodych” wyraźnie poprawi sytuację, niestety w obecnej formie jego dostępność jest mocno ograniczona, a co za tym idzie nie może być uznawany za skuteczne rozwiązanie. Potrzeba znacznie szerszych i kompleksowych rozwiązań.”– mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich.

Sytuacji na rynku mieszkaniowym nie poprawiły nawet sprzyjające okoliczności. Zarówno wyjątkowo niskie oprocentowanie kredytów złotowych, jak i atrakcyjne ceny, które zdaje się osiągnęły w większości lokalizacji swoje lokalne minima nie były w stanie nakłonić potencjalnych nabywców mieszkań do zaciągnięcia długoterminowego zobowiązania hipotecznego. Nie zadziałał nawet „motywator” w postaci znowelizowanej Rekomendacji S, zgodnie z którą jedynie do końca minionego roku można było uzyskać kredyt w wysokości wartości inwestycji (LtV=100%).

Rok 2013 był okresem wyhamowania trwającego przez 5 lat spadku średnich cen lokali mieszkalnych w największych miastach Polski. Po kontynuacji trendu spadkowego w pierwszej połowie 2013 roku, średnie ceny transakcyjne na koniec roku 2013 we wszystkich analizowanych przez Centrum AMRON aglomeracjach były wyższe od tych z końca roku 2012. W przypadku Katowic, Białegostoku, czy Łodzi były to nieznaczne wzrosty cen – od 11 do 61 złotych za 1 m2 jednak dla Gdańska i Krakowa przekroczyły poziom 200 złotych za 1 m2.

„Analizując zmiany cen w ostatnich kilku kwartałach można stwierdzić, że osiągnęły one w większości analizowanych aglomeracji swoje minima i w najbliższych kwartałach będziemy świadkami ich nieznacznych wahań w górę i w dół, aż do otrzymania przez rynek wyraźnego impulsu wzrostu”– dodaje Jacek Furga, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich, Wiceprezes Zarządu Centrum Prawa Bankowego i Informacji.

Pengab: Dobre otwarcie roku

W środowisku bankowym umacnia się przekonanie o wyraźnym wzroście aktywności klientów banków na rynku finansowym. W lutym indeks Pengab osiągnął, podobną jak przed miesiącem, wartość 27,6 pkt. Wskaźnik wyprzedzający wzrósł jednak o 5,9 do 37,6 pkt. Z zachowaniem dotychczasowej dynamiki umacnia się wzrostowy trend na rynku kredytów konsumpcyjnych oraz mieszkaniowych. Za sprawą przyrostu depozytów terminowych poprawiła się struktura depozytów. 83 proc. placówek przewiduje wzrost popytu na kredyty złotowe – to najwyższy wynik od trzech lat. W półrocznym horyzoncie przewiduje się dalszą poprawę sytuacji na wszystkich monitorowanych rynkach. Malaje problem kredytów zagrożonych. Przewiduje się także dalszą poprawę przyszłej sytuacji ekonomicznej kraju, przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych.

Wyniki sondażu na temat koniunktury w sektorze bankowym w lutym podtrzymują obserwowane od kilku pomiarów optymistyczne prognozy wśród ankietowanych bankowców. Wskazania te są wyrazem oczekiwania dalszej poprawy sytuacji zarówno w kluczowych segmentach bankowości, jaki i w gospodarce, gdzie podobnie jak w poprzednim pomiarze obserwujemy bardzo wysokie wskaźniki sald prognozy sześciomiesięcznej, szczególnie kontrastujące z prognozami w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Niewielka poprawa w zakresie dynamiki wzrostu ocen w segmencie klientów indywidualnych może natomiast wskazywać na faktyczne ożywienie rynku i wzrost aktywności klientów. Co istotne, zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorców mamy do czynienia z realną poprawą jakości portfela kredytowego.

Niestabilna sytuacja na Wschodzie może zagrozić dostawom gazu. PGNiG ma jednak największe zapasy surowca w historii

Niepewna sytuacja za wschodnią granicą Polski może doprowadzić do zmniejszenia dostaw gazu przestrzega ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jednak jak podkreśla, konsumenci nie powinni się obawiać ograniczeń w dostępie do tego surowca. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dysponuje największymi zapasami gazu ziemnego w historii.

– Wysokie magazyny to przede wszystkim efekt pogody, która jest nieprzewidywalna. W związku z tym spółka się zabezpieczyła. Patrząc więc dziś na narastające zagrożenia ze wschodu, wiemy, że możemy spać spokojnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak.

Ilość gazu w magazynach nie będzie mieć za to żadnego wpływu na taryfy.

– Taryfy są tak ustalane, żeby PGNiG sprzedało gaz jak najtaniej. To cel polityczny i efekt obietnic wobec wyborców. Prowadzi to do tego, że firma zarabia na wydobyciu ropy naftowej, a dokłada do sprzedaży gazu. To chora sytuacja, zagrożeniem dla PGNiG mogą okazać się większe spadki cen ropy naftowej – mówi ekspert.

Same Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w lepszej kondycji niż w ubiegłym roku. Ten rok ma być dla spółki stabilny.

– Dla PGNiG najistotniejszą informacją pozytywną jest duży cash flow. Przepływy finansowe decydują o kondycji firm, a w przypadku spółki naftowo-gazowniczej są bardzo dobre, stawiają ja na nogi. Dziś PGNiG jest w znacznie lepszej kondycji niż rok temu. Same wyniki finansowe to tylko element księgowy – przekonuje Andrzej Szczęśniak.

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dzięki podwojeniu wydobycia i sprzedaży ropy naftowej osiągnęło w ubiegłym roku zysk netto w wysokości 1,92 mld zł.

Ekspert przewiduje w tym roku stabilizację na rynku, choć bez tak dużego jak w 2013 r. wzrostu dochodów.

– W ubiegłym roku doszło do wielkiego skoku: silnie zwiększono wydobycie, a dochody ze sprzedaży podniosły obroty i uratowały roczny wynik firmy – komentuje.

Niestabilna sytuacja na Wschodzie może zagrozić dostawom gazu. PGNiG ma jednak największe zapasy surowca w historii

CEO Magazyn Polska

Niepewna sytuacja za wschodnią granicą Polski może doprowadzić do zmniejszenia dostaw gazu przestrzega ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jednak jak podkreśla, konsumenci nie powinni się obawiać ograniczeń w dostępie do tego surowca. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dysponuje największymi zapasami gazu ziemnego w historii.

– Wysokie magazyny to przede wszystkim efekt pogody, która jest nieprzewidywalna. W związku z tym spółka się zabezpieczyła. Patrząc więc dziś na narastające zagrożenia ze wschodu, wiemy, że możemy spać spokojnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak.

Ilość gazu w magazynach nie będzie mieć za to żadnego wpływu na taryfy.

– Taryfy są tak ustalane, żeby PGNiG sprzedało gaz jak najtaniej. To cel polityczny i efekt obietnic wobec wyborców. Prowadzi to do tego, że firma zarabia na wydobyciu ropy naftowej, a dokłada do sprzedaży gazu. To chora sytuacja, zagrożeniem dla PGNiG mogą okazać się większe spadki cen ropy naftowej – mówi ekspert.

Same Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo jest w lepszej kondycji niż w ubiegłym roku. Ten rok ma być dla spółki stabilny.

– Dla PGNiG najistotniejszą informacją pozytywną jest duży cash flow. Przepływy finansowe decydują o kondycji firm, a w przypadku spółki naftowo-gazowniczej są bardzo dobre, stawiają ja na nogi. Dziś PGNiG jest w znacznie lepszej kondycji niż rok temu. Same wyniki finansowe to tylko element księgowy – przekonuje Andrzej Szczęśniak.

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dzięki podwojeniu wydobycia i sprzedaży ropy naftowej osiągnęło w ubiegłym roku zysk netto w wysokości 1,92 mld zł.

Ekspert przewiduje w tym roku stabilizację na rynku, choć bez tak dużego jak w 2013 r. wzrostu dochodów.

– W ubiegłym roku doszło do wielkiego skoku: silnie zwiększono wydobycie, a dochody ze sprzedaży podniosły obroty i uratowały roczny wynik firmy – komentuje.

Prezes NIK: rażąco niska cena powinna wykluczać firmy z przetargów publicznych

CEO Magazyn Polska

Jest szansa na uchwalenie kolejnej nowelizacji ustawy – Prawo zamówień publicznych. Po niewielkich poprawkach Senatu projekt wróci do Sejmu. To jeden z pięciu projektów zmian złożonych w Sejmie. Dotyczy on podniesienia limitu wartości inwestycji, powyżej którego konieczny jest przetarg. Zdaniem prezesa NIK najważniejsze jest jednak wprowadzenie definicji rażąco niskiej ceny i umożliwienie na jej podstawie dyskwalifikacji z przetargu firmy, która taką ofertę złożyła. Prace nad takim projektem również się toczą.

Obowiązująca ustawa o zamówieniach publicznych ma co prawda zapis, który umożliwia wybór oferenta na podstawie innego kryterium niż najniższa cena, jednak w praktyce przepis ten nie działa. Firmy oferujące niższe ceny i niewybrane w przetargach odwołują się bowiem od decyzji, co powoduje wstrzymywanie inwestycji. Dlatego inwestorzy wolą zdecydować się na najtańszego wykonawcę, licząc na to, że uda mu się zrealizować prace.

 – Praktyka jest taka, że ponad 90 procent przetargów, które są ogłaszane przez administrację publiczną, a warto zaznaczyć, że mowa tu także o ogromnych przetargach na roboty drogowe, jest rozstrzyganych wyłącznie na podstawie kryterium ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.

Sytuacje, w których w przetargach wygrywają firmy oferujące najniższą, często nierealną cenę, doprowadziły do kryzysu w polskiej branży budowlanej. Ze względu na brak dogłębnej analizy sytuacji gospodarczej firm wygrywających przetargi, zerwano wiele kontraktów. To spowodowało również duże problemy podwykonawców, którzy często za wykonaną pracę i dostarczone materiały nie otrzymywali wynagrodzenia.

 – Polska była największym placem budowy w Europie w ostatnich latach, a mimo to mamy teraz do czynienia z zapaścią wśród polskich firm budowlanych – podkreśla prezes NIK. – To powinno stanowić przesłankę do jak najszybszej zmiany przepisów. 

Prezes Najwyższej Izby Kontroli popiera wprowadzenie do ustawy PZP definicji rażąco niskiej ceny, co pozwoliłoby na większą możliwość weryfikacji zgłaszających się do przetargów firm. Jeśli cena zaproponowana przez wykonawcę byłaby niższa od przewidywanej przez zamawiającego, mógłby on wymagać wyjaśnień od zgłaszającej firmy. Co więcej, zamawiający musiałby wyjaśnić wybór oferty tak taniej, że może być nieopłacalna dla wykonawcy.

 – NIK w tej sprawie zabierał głos, mówiąc o potrzebie wprowadzenia bardzo precyzyjnie określonej definicji rażąco niskiej ceny jako podstawy do wykluczenia z uczestnictwa w przetargu – przypomina Kwiatkowski. – Cieszę się, że w Sejmie trwają prace nad kolejną nowelizacją ustawy o zamówieniach publicznych. I trzymam kciuki, żeby jak najszybciej się zakończyły.

Wiceminister skarbu: Oczekujemy od Eurolotu poprawy sytuacji finansowej i lepszej współpracy z LOT-em

CEO Magazyn Polska

Zmiany personalne w Eurolocie i Państwowych Portach Lotniczych mają nadać nową dynamikę polskiemu lotnictwu. Skarb Państwa oczekuje, że teraz Eurolot będzie lepiej współpracował z LOT-em i w końcu wyjdzie na prostą, a PPL  będzie zmierzał w stronę komercjalizacji. Zmiana Portów w spółkę akcyjną jest jednym z warunków ewentualnego utworzenia Polskiego Holdingu Lotniczego. Analizy tego pomysłu trwają.

 – To jest intencją rady nadzorczej, żeby spółka Eurolot potrafiła na rynku konkurencyjnym współpracować z LOT-em, żeby potrafiła wyjść z niełatwej sytuacji finansowej. W wyniku wielu zdarzeń spółka na dzisiaj notuje ujemny wynik działalności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

W lutym nowym prezesem Eurolotu został Tomasz Balcerzak, do grudnia członek zarządu LOT-u ds. operacyjnych. Zastąpił Mariusza Dąbrowskiego, który zrezygnował z przyczyn osobistych przed upływem kadencji. Baniak podkreśla, że Balcerzak ma duże doświadczenie w lotnictwie i dzięki przeszłości w Locie powinien poprawić współpracę obydwu państwowych linii. Skarb Państwa ma 62,1 proc. udziałów w Eurolocie, reszta należy do państwowego Towarzystwa Finansowego Silesia.

Zadaniem Balcerzaka jest też poprawa wyników finansowych Eurolotu. Przewoźnik w 2012 r. stracił na sprzedaży ok. 57 mln zł, a w 2013 r., zgodnie ze słowami byłego prezesa – ok. 20 mln zł.

Również PPL, zarządzający stołecznym Lotniskiem Chopina, potrzebuje restrukturyzacji. Spółka jest samofinansującym się przedsiębiorstwem państwowym. Poprzedniego dyrektora Michała Marca, odwołanego przez wicepremier i minister infrastruktury i rozwoju Elżbietę Bieńkowską, zastąpił Michał Kaczmarzyk. Marzec mówił w rozmowie z Newserią o 62 mln zł zysku za ubiegły rok, ale według nowego szefa wynik finansowy mógł być ujemny i wynieść nawet 50 mln zł straty.

 – Pani premier Bieńkowska swoją decyzję tłumaczyła tym, że oczekuje nowej dynamiki rozwoju portu lotniczego, a także z tego, co wiem od kolegów z Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju  współpracy przy komercjalizacji firmy, w jakiej działa dzisiaj port lotniczy, czyli przejściu z przedsiębiorstwa państwowego na podmiot prawa handlowego, na spółkę akcyjną – tłumaczy Rafał Baniak.

Baniak przypomina, że PPL wciąż działa zgodnie z ustawą z 1987 r., która zobowiązuje spółkę do realizacji polityki PRL. To utrudnia funkcjonowanie na współczesnym rynku.

Wiceminister dodaje, że komercjalizacja PPL-u nie oznacza, że administracja państwowa odłożyła na półkę koncepcję Polskiego Holdingu Lotniczego. Miałby on połączyć lotnisko im. Chopina, przewoźników oraz spółki usługowe w lotnictwie.

 – Gdybyśmy mówili o włączaniu Portów Lotniczych do Polskiego Holdingu Lotniczego, muszą one być skomercjalizowane – zaznacza Baniak. – Chciałbym wyraźnie powiedzieć, że nie jest tak, jak uważają niektórzy, że ewentualne łączenie w jedną grupę aktywów lotniczych ma służyć uratowaniu LOT-u. LOT ma się ratować sam, natomiast połączenie w ramach jednej struktury holdingowej podmiotów sektora lotniczego ma służyć lepszemu gospodarowaniu aktywami tego sektora przez Skarb Państwa.

W jego ocenie, niezbędne byłyby jasne przepływy finansowe między spółkami wchodzącymi w skład Polskiego Holdingu Lotniczego. Podobne rozwiązanie zastosowano w Czechach, gdzie w jeden holding połączono lotnisko im. Vaclava Havla w Pradze oraz narodowe linie CSA. Nie wiadomo jednak, czy na takie zmiany w Polsce zgodzi się Komisja Europejska. Mogłoby to być sprzeczne z przepisami antymonopolowymi lub o pomocy państwowej. Baniak zaznacza jednak, że na razie trwają jedynie analizy, więc nie ma nawet o czym informować Brukseli. 

– Będziemy o tym informować Brukselę, jeżeli ta koncepcja byłaby wdrażana. To, co Komisję interesuje, to pomoc publiczna dla LOT-u, plan restrukturyzacji, badanie jego wykonalności, i w tym obszarze jesteśmy w kontakcie z Brukselą. Natomiast nie jest przedmiotem badania koncepcja Polskiego Holdingu Lotniczego. Jeżeli Komisja widziałaby zagrożenie dla czystości procesu, jeżeli chodzi o uwarunkowania dotyczące pomocy publicznej, wtedy byłby to przypadek dla Komisji – argumentuje Baniak.

W polskich firmach ubyło kobiet na wysokich stanowiskach

CEO Magazyn Polska

Na stanowiskach menadżerskich wciąż pracuje mniej kobiet niż mężczyzn. Choć na świecie podział między płciami jest stabilny, to w Polsce w 2013 r. sytuacja kobiet na wysokich stanowiskach wyraźnie się pogorszyła. Kobiety zarabiają gorzej, a większość firm nie zamierza promować ich zatrudniania.

 – Udział procentowy kobiet na stanowiskach menadżerskich nie zmienił się i wynosi 24 proc. na świecie. Natomiast na uwagę zasługuje pozycja kobiet na stanowiskach menadżerskich w Polsce. W ubiegłym roku mieliśmy 48 proc. kobiet zajmujących stanowiska menadżerskie, a w tym roku tylko 34 proc. To spadek aż o 14 punktów procentowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Smulewicz, dyrektor zarządzający Grant Thornton FPA Outsourcing.

Z raportu Grant Thornton wynika, że sytuacja kobiet na rynku pracy, a szczególnie na wysokich stanowiskach menedżerskich, jest gorsza niż przed rokiem. Choć są one lepiej wykształcone, to trudniej im o pracę. Na całym świecie na 100 studentów przypada 108 studentek, w UE to aż 126 studentek, a w Stanach Zjednoczonych – ok. 140.

Przez to, że absolwentki uczelni wyższych nie znajdują pracy tak łatwo jak ich koledzy ze studiów, traci cała gospodarka. UNICEF wyliczył, że poprawa wykształcenia kobiet o 1 proc. podnosi PKB kraju o 0,3 proc. Polska nie wypada jednak najgorzej – pomimo dużego spadku odsetka stanowisk menedżerskich zajmowanych przez kobiety, wciąż wyprzedzamy Stany Zjednoczone i unijną średnią. Najlepiej jest w Rosji, gdzie 43 proc. menedżerów to kobiety.

Nawet te kobiety, które znajdą pracę na wysokich stanowiskach, zarabiają tylko 73 proc. tego, co mężczyźni pełniący te same funkcje. Raport Grant Thornton wskazuje, że kobietom na przeszkodzie w karierze wciąż stają tradycyjne role w społeczeństwie, a także macierzyństwo. Większość firm nie chce też promować zatrudniania kobiet.

 – 1 proc. zapytanych firm odpowiada, że prowadzi programy wspierające kobiety na rynku pracy. Ale aż 70 proc. firm odpowiada, że nie wprowadziło i nie zamierza w najbliższym czasie wprowadzić żadnych programów promujących zatrudnienie kobiet. Przede wszystkim na stanowiskach menadżerskich, bo tego w głównej mierze dotyczyło przeprowadzone przez nas badanie – wskazuje Smulewicz.

Polskie firmy na tle światowym nie wypadają jednak najgorzej. Aż 70 proc. z nich uznaje za metodę promocji zatrudnienia kobiet zachowanie stanowisk dla kobiet przebywających na urlopach macierzyńskich. To o 30 punktów proc. więcej niż w skali globalnej. Podobny odsetek firm ocenia tak elastyczny czas pracy, który umożliwia łączenie opieki nad dzieckiem i pracę.

Kobiety najczęściej pracują w managemencie jako dyrektorzy HR lub CFO. Globalna średnia na obydwu tych stanowiskach to 36 proc.

 – W Polsce 46 proc. stanowisk dyrektorów finansowych zajmują kobiety. Co czwarta kobieta jest dyrektorem HR, a 16 proc. kobiet zajmuje stanowiska dyrektorów zarządzających. Globalnie 16 proc. stanowisk w zarządach zajmują kobiety, w Polsce jest to 19 proc. Ale co ciekawe, kobiety pełnią głównie role członków zarządu. Tylko w niespełna 1 proc. kobiety zajmują stanowiska prezesów czy też wiceprezesów zarządów  – tłumaczy Monika Smulewicz.

Według niej oznacza to, że kobiety są najczęściej zatrudniane na stanowiskach związanych z realizacją konkretnych zadań, a nie na najwyższych szczeblach w firmach. 

Z nierównością na rynku pracy walczy Parlament Europejski. Monika Smulewicz przypomina, że w ubiegłym roku europosłowie przyjęli dyrektywę, która wprowadzi obowiązek udziału kobiet w zarządach firm  – także prywatnych – na poziomie co najmniej 40 proc. Regulacje dotyczące parytetów w spółkach posiadają także m.in.: Wielka Brytania, Francja, Holandia oraz Niemcy. Mimo to np. w Holandii tylko 6 proc. osób zatrudnionych w zarządach firm to kobiety. W Polsce za wprowadzeniem takiego rozwiązania opowiada się jedna trzecia badanych firm.

Orange zaczyna inwestować w LTE. Weźmie udział w aukcjach nowych częstotliwości

CEO Magazyn Polska

Aukcje częstotliwości LTE będą najgorętszym tematem 2014 roku w polskiej branży IT. Bitwa o te strategiczne punkty została ucięta przez prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, która w lutym odwołała dwie aukcje. Walka jednak trwa za kulisami. Orange chce w niej odgrywać główną rolę.

Do tej pory największymi graczami w obszarze technologii LTE były Polkomtel – operator sieci Plus, oraz P4 – operator sieci Play. Stopniowo do walki włączali się jednak pozostali operatorzy i dziś bitwa trwa na dobre. Najbliższe starcie to aukcja częstotliwości z pasma 800 MHz.

 – Aukcja jest ważna dlatego, że dotyczy jednej z najważniejszych puli częstotliwości, jaka jest w tej chwili do dyspozycji na rynku polskim. To kluczowa częstotliwość z punktu widzenia budowania pokrycia Polski siecią LTE. Kluczowa również dlatego, że nikt do tej pory tej częstotliwości nie ma, jest zupełnie nowa, uwolniona tzw. pierwsza dywidenda cyfrowa – tłumaczy Piotr Muszyński, wiceprezes zarządu w firmie Orange w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Do tej pory przetargi miały charakter zamknięty. Tym razem będzie to aukcja, w której operatorzy będą się licytować – kto da więcej. Co prawda wszystko odbywać się będzie anonimowo, ale nowatorska forma z pewnością rozbudza emocje i przyczynia się do medialnej gry psychologicznej, toczonej pomiędzy firmami.

 – Ta częstotliwość będzie sprzedawana w dość innowacyjny, jak na nasz rynek, sposób – po raz pierwszy w postaci aukcji, gdzie będą się licytowali operatorzy przy zachowaniu jednego podstawowego kryterium – tłumaczy Piotr Muszyński. – Do tej pory były przetargi, zamknięte koperty. To duże ryzyko. Tutaj mamy przetarg publiczny, gdzie uczestnicy – mimo że to jest anonimowe – będą widzieli, w jaki sposób zachowują się inni gracze. To daje ogromną szansę na to, żeby rzeczywiście zamknąć tę aukcję sukcesem – dodaje.

Po odwołaniu przez prezes UKE aukcji, która miała odbyć się najpierw 13, a potem 14 lutego, nieoczekiwanie pojawiło się światełko w tunelu. Podczas gdy Urząd rozpisuje kolejny harmonogram licytacji, operatorzy próbują sami się porozumieć. Pierwszym zwiastunem tych rozmów jest odkupienie przez Orange od Polkomtelu bloku 2,4 MHz w paśmie 1800 MHz, które zaplanowane zostało już wcześniej, ale dopiero teraz doszło do skutku. Obie strony nie zamierzają jednak odpuścić aukcji na nowe częstotliwości, gdyż to one pozwolą znacznie zwiększyć zasięg usługi mobilnego internetu LTE w Polsce.

 – LTE jest priorytetem dla nas wszystkich, w dłuższej perspektywie oczywiście. LTE budujemy dzisiaj w oparciu o te częstotliwości, które są dostępne, a to jest 1800 MHz. W związku z tym wszyscy kluczowi operatorzy mobilni w Polsce mają dziś ofertę LTE – mówi Piotr Muszyński. – 800 MHz to kolejna częstotliwość, która pozwoli na rozbudowanie dostępności do technologii LTE w Polsce dzięki temu, że to jest technologia umożliwiająca większe pokrycie. Dlatego to dla nas takie istotne. Dla wszystkich operatorów jest to asset strategiczny. Oczywiście, tak jak w pierwszej aukcji deklarowaliśmy chęć udziału, w kolejnej również będziemy uczestniczyć – zapewnia wiceprezes Orange.

Styl zarządzania nie musi zależeć od płci. Kobiety są równie skutecznymi szefami co mężczyźni

CEO Magazyn Polska

Kobiety są równie skutecznymi zarządzającymi co mężczyźni. Ich kariery rozwijają się z reguły jednak wolniej niż mężczyzn. Panie na stanowiskach gubi przesadna skromność, nieświadomość swoich mocnych stron i nieumiejętność autopromocji.

 – W teorii zarządzania spotykamy się z bardzo wieloma stylami zarządzania. Jednak żaden z badaczy nie wskazuje na damski i męski styl kierowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Świadczy również o tym fakt, że kobiety równolegle z pracą bardzo dobrze radzą sobie z prowadzeniem domu i  wychowywaniem dzieci. Już w latach 90. badania przeprowadzone Eagly & Johnson dowiodły, że kobiety mogą być równie skuteczne w pracy co mężczyźni, dobierając odpowiednią strategię i te same narzędzia zarządzania. Tym, co odróżnia kobiety od mężczyzn, są stosowane przez nie techniki perswazji w relacjach pracowniczych.

 – Badanie Deloitte przeprowadzone w 2012 roku dowiodło, że kobietom łatwiej jest stosować pewne miękkie narzędzia wywierania wpływu, techniki perswazyjne, które powodują, że zyskują zaufanie zespołu, pracują na miękkich relacjach – tłumaczy Małgorzata Kluska-Nowicka. – A to z kolei zapewnia efektywność firmy w długim okresie czasu.

Nie sposób stwierdzić jednoznacznie, które techniki – miękkie czy twarde – są bardziej skuteczne w kierowaniu zespołem. Istotne natomiast jest to, żeby szefowie umieli stosować i dopasować poszczególne techniki wywierania wpływu do sytuacji w zespole w danym momencie. Dlatego awans zależy przede wszystkim od kompetencji, a nie od płci. 

 – Awansują zarówno kobiety, jak i mężczyźni, awansują najlepsze osoby, które posiadają pewien zestaw kompetencji, cech osobowościowych, a przede wszystkim wolę do tego, aby awansować – potwierdza wykładowca.

Często zdarza się jednak, że kariery kobiet, pomimo ich wysokich kompetencji, nie rozwijają się w takim tempie, w jakim by tego oczekiwały. 

 – Okazuje się, że kilka szczegółów, z pozoru dość nieistotnych, może wpływać w istotny sposób na rozwój kariery – podkreśla dr Małgorzata Kluska-Nowicka. – Pierwszym takim czynnikiem jest zapominanie o tym, że toczy się gra, gra na polu biznesowym. Kobiety często próbują sprawić, żeby w miejscu pracy było sympatycznie, żeby były dobre relacje, zapominają o tym elemencie gry.

Podkreśla, że częstym błędem wśród kobiet jest próba naśladowania mężczyzn. 

Kobiety mają również problem z autopromocją, nie umieją wskazać tego, jaką wartość ich praca wnosi do firmy. Zdaniem ekspertki, często są po prostu zbyt skromne. To samo zresztą dotyczy używania zdrobnień imion.

 – Zdarzało mi się spotykać panie dyrektor o imieniu Ania. Natomiast rzadko kiedy spotykam dyrektora o imieniu Krzyś, zazwyczaj jest to Krzysztof – zaznacza. – I taki drobny szczegół może powodować to, że nie jesteśmy traktowane poważnie w tym męskim gronie zarządzających osób.

Pozytywnym sygnałem natomiast jest fakt, że nierównowaga na rynku pracy coraz bardziej zanika. Kobiety stoją za sterami 37 proc. przedsiębiorstw w Polsce – w roli właścicielek lub zarządzających.  To pokazuje, że są one równie przedsiębiorcze co mężczyźni. Coraz więcej kobiet wybiera też zawody uważane dotąd za typowo męskie, np. co siódmy policjant jest kobietą.

Rossmann Polska prawie co drugi dzień otwiera nowy sklep. Do końca roku chce mieć tysiąc drogerii

CEO Magazyn Polska

W tym roku Rossmann Polska planuje otworzyć 150 nowych sklepów. Dzięki temu na przełomie tego i przyszłego roku w Polsce ma być tysiąc sklepów sieci. Firma planuje poszerzanie oferty produktów pielęgnacyjnych, a także asortymentu dla matki z dzieckiem. Stawia również na rozwój marki własnej, ponieważ kosmetyki te zyskują coraz większą popularność wśród klientów.

– W tym roku Rossmann zamierza otworzyć 150 nowych sklepów. To oznacza, że na przełomie 2014/2015 będziemy mieli już tysiąc sklepów Rossmann w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eliza Dorosz-Panek, rzeczniczka Rossmann Polska.

Rossmann Polska ma w tej chwili około 22-proc. udział w rynku. Obroty przedsiębiorstwa wyniosły w 2012 r. 5 mld zł, a w 2013 – 5,6 mld zł.

– Naszym atutem jest przede wszystkim mocna marka budowana od ponad 20 lat – mówi Eliza Dorosz-Panek. – Nasza oferta cieszy się dużym zaufaniem. Staramy się ją poszerzać w kierunkach, którymi są zainteresowane kobiety. Są to kosmetyka, pielęgnacja twarzy i ciała, ale również coraz większy asortyment dla mamy i dziecka.

Co roku w drogeriach pojawia się 3 tys. nowych produktów. Polki kupują nie tylko najpopularniejsze marki, lecz także coraz bardziej przekonują się do marek własnych sieci. Wynika to m.in. ze skłonności do oszczędzania w okresie spowolnienia gospodarczego – produkty te są zazwyczaj tańsze niż ich markowe odpowiedniki. Jednak w Polsce nadal marki własne są mniej popularne niż na Zachodzie, a zwłaszcza w Niemczech.

– Na rynku niemieckim stanowią one 40 proc. całego towaru w sklepie czy na rynku, a w Polsce jest to 25 proc. Czyli jak przychodzi do sklepu przeciętna pani Schmidt, to znacznie częściej sięga po markę własną niż przeciętna pani Kowalska – zauważa rzeczniczka Rossmann Polska.

Według raportu firmy doradczej PMR z 2013 r., w latach 2007-2012 polski rynek kosmetyczny wzrósł o niecałe 4,6 mld zł. Obroty drogerii wzrosły o 3,9 mld zł, z czego 2,6 mld przypadło na Rossmanna. 54 proc. respondentów ankietowanych przez PMR robi zakupy kosmetyczne głównie w sklepach tej firmy.

W grupie długotrwale bezrobotnych 60 proc. to kobiety

CEO Magazyn Polska

Bezrobocie wśród kobiet jest wyższe niż wśród mężczyzn – wynika z badania Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Wśród ogółu bezrobotnych bez pracy jest podobna liczba mężczyzn i kobiet, ale już w grupie osób długotrwale bezrobotnych kobiety stanowią 60 proc. Mimo że wśród niepracujących to kobiety są lepiej wykształcone. Odpowiedzią na problemy kobiet na rynku pracy może być polityka różnorodności w firmach.

Mimo że to kobiety są lepiej wykształcone, mężczyźni mają uprzywilejowaną pozycję na rynku pracy. Stopa bezrobocia wśród kobiet od lat utrzymuje się na poziomie wyższym niż u mężczyzn.

Badania rynku pracy pokazują, że pracodawcy chętniej zatrudniają mężczyzn niż kobiety. I to mimo wprowadzonych rozwiązań prawnych, jak np. urlop rodzicielski, który teoretycznie przewidziany jest dla obojga rodziców. Często też, kiedy tylko pojawiają się pierwsze symptomy kryzysu gospodarczego, z pracą szybciej żegnają się kobiety.

 – To nie jest tendencja tylko polska, w Unii mówi się o niej już od dawna, jest też wiele programów, które przeciwdziałają temu zjawisku. Ale nawet diagnozy unijne mówią o tym, że kobiety jako potencjalna grupa pracownic są znacznie mniej wykorzystywane niż mężczyźni, i co więcej – uznawane jest to za barierę wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej – podkreśla Agnieszka Kramm psycholożka i psychoterapeutka z Fundacji Miejsce Kobiet w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Analizy przeprowadzone m.in. przez Instytut Filozofii i Socjologii PAN wskazują, że problem ze znalezieniem pracy mają kobiety z wyższym wykształceniem. 

 – W tym odsetku bezrobotnych kobiety mają wyższe wykształcenie niż mężczyźni. Badania pokazują, że ta różnica jest na poziomie 2 procent na niekorzyść kobiet, czyli ona nie jest olbrzymia. Jednak w grupie długotrwale bezrobotnych 60 procent stanowią kobiety. Trudniej znaleźć pracę, kiedy nie pracuje się dłużej niż rok – podkreśla Kramm.

Przerwa w karierze zawodowej najczęściej jest związana z koniecznością zajęcia się dziećmi i domem. Psycholożka podkreśla, że po dwóch, trzech latach przerwy w karierze zawodowej, zaczyna się pojawiać poczucie izolacji, brak pewności siebie i swoich umiejętności. I często nie ma tu znaczenie wykształcenie czy funkcja pełniona wcześniej przez kobietę.

Udany powrót kobiety na rynek pracy zależy nie tylko od jej determinacji, lecz także od podejścia pracodawcy. Eksperci zauważają, że coraz więcej firm wdraża politykę różnorodności, która wyrównuje szanse na rynku pracy bez względu na płeć czy wiek. Dobieranie pracowników zgodnie z kulturą różnorodności jest szansą dla kobiet, lecz także może pomóc polskim przedsiębiorcom, które dzięki temu będą w stanie stawić czoła wyzwaniom demograficznym. 

 – Mamy społeczeństwo starzejące się, mamy również coraz dłuższy czas pracy, a więc niedługo w naszych firmach będziemy musieli zmierzyć się z tym, że nasi pracownicy będą reprezentowali nie dwa, ale może trzy pokolenia, które muszą być w stanie ze sobą bardzo dobrze pracować – mówi Dorota Strosznajder, dyrektor działu komunikacji korporacyjnej w Henkel Polska.

PAIiIZ: Polski eksport do 2020 r. wzrośnie o 8-10 proc.

CEO Magazyn Polska

Nadchodzące lata mają stać pod znakiem eksportu – przedsiębiorcy szukają nowych rynków, a rząd wspiera ekspansję polskich firm na pozaeuropejskie rynki. Są one, dzięki rosnącym gospodarkom, bardziej perspektywiczne niż unijne. Polski eksport ma rosnąć w tempie nawet 10 proc. rocznie. 

 – W ubiegłym roku eksport był głównym motorem napędowym naszej gospodarki. Analitycy mówią, że następne lata również będą bardzo dobre dla polskiego eksportu – prognozowany jest wzrost na poziomie 8-10 proc. do roku 2020. Mimo że palmę pierwszeństwa, jeżeli chodzi o motor rozwojowy dla polskiej gospodarki, przejmie popyt wewnętrzny i inwestycje mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Piątkowska, wiceprezeska Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

Główne kierunki eksportu będą kontynuowane w ramach rządowych programów Go Africa i Go China. W tym roku m.in. zostanie otworzone Biuro Handlowe w Dubaju, które w zasięgu terytorialnym będzie miało Afrykę Wschodnią: Etiopię, Kenię, Tanzanię, Rwandę i Ugandę. Planowane są kolejne misje gospodarcze polskich przedsiębiorców – tym razem do Kenii, Tanzanii, Senegalu, Angoli i Mozambiku – oraz kongres polsko-afrykański, który odbędzie się prawdopodobnie w Etiopii. 

 – Zwłaszcza kraje afrykańskie mają olbrzymi potencjał zarówno dla polskich eksporterów, jak i dla firm, które będą chciały w przyszłości na tych trudnych rynkach zainwestować. Mamy szanse na pogłębioną współpracę z Afryką i polskie firmy już zaczynają ją wykorzystywać – nie tylko duzi gracze na rynku, lecz także małe i średnie przedsiębiorstwa – uważa Monika Piątkowska.

Jak podkreśla, to właśnie małe i średnie firmy są motorem napędzającym polską gospodarkę. 

 – W Ministerstwie Gospodarki określono kilka rynków perspektywicznych: Brazylia, Kanada, Algieria, Turcja, Kazachstan, teraz dokładamy Meksyk. Tam polscy przedsiębiorcy mają duży potencjał rozwojowy, zarówno dla polskiego eksportu, jak i w kolejnych krokach do tworzenia tam firm, budowania sieci sprzedaży, do inwestowania w tych rynkach – informuje Monika Piątkowska.

Zarówno Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Ministerstwo Gospodarki oraz Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych pomagają przedsiębiorcom przecierać szlaki, organizując m.in. misje z udziałem najważniejszych przedstawicieli państwa. Dzięki temu firmy z Polski zyskują wiarygodność w oczach lokalnych polityków i potencjalnych kontrahentów. 

Ekspansja poza Europę jest szansą na zdobycie nowych rynków. 

 – Nasza gospodarka, i w ogóle gospodarka europejska powoli się kurczy, nasi przedsiębiorcy zaczynają odkrywać i wykorzystywać potencjał rynków dalszych, trudniejszych – dodaje wiceprezes.

NBP i GUS podają, że wartość eksportu w całym 2013 roku przekroczyła 150 mld euro, co daje 6,5-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Liczony w dolarach sięgnął on nawet 10 proc. Dodatkowo Polska odnotowała historyczną nadwyżkę w obrotach handlowych. NBP szacuje ją na poziomie 2 mld euro, a GUS nawet na 2,3 mld euro. Analitycy twierdzą, że eksport do 2020 roku powinien rosnąć w tempie 8-10 proc. rocznie.