Niestabilność przepisów najniżej ocenionym przez firmy obszarem polskiego systemu podatkowego

Pomimo niewielkiej poprawy ogólna ocena polskiego systemu podatkowego wśród firm pozostaje nadal na niskim poziomie i wynosi 2,18 pkt w pięciostopniowej skali. Bez zmian względem poprzednich edycji badania najniżej ocenianymi obszarami są: stabilność przepisów podatkowych oraz wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym. Najwięcej trudności firmom w Polsce sprawiają zagadnienia związane z cenami transferowymi oraz zbyt duża liczba wymaganych deklaracji i informacji. Spośród rozwiązań przeciwdziałających ekonomicznym skutkom COVID-19 dostępnych w tarczach antykryzysowych najkorzystniejsze zdaniem firm było zwolnienie ze składek ZUS – wynika z badania KPMG, w którym udział wzięło 161 dyrektorów finansowych, głównych księgowych i szefów działów podatkowych, którzy wypełnili ankietę podczas XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG.

Wciąż bardzo niska ocena polskiego systemu podatkowego wystawiona przez firmy

Średnia ocena polskiego systemu podatkowego wzrosła o 0,12 pkt w porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania i wynosi 2,18 pkt (w pięciostopniowej skali). Oznacza to, że podobnie, jak w ubiegłych latach podatnicy nie najlepiej oceniają polski system podatkowy. Jego ocena powstaje w wyniku średniej poszczególnych elementów systemu, spośród których najniżej oceniono stabilność przepisów podatkowych (1,5 pkt) oraz wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym (1,7 pkt) – jest to najniższy wynik tego obszaru do kilku lat. Pozostałe elementy systemu podatkowego zostały w tym roku ocenione nieco lepiej. Największy wzrost oceny, o 0,4 pkt dotyczy możliwości konstruktywnej wymiany argumentów podczas kontroli podatkowej, która została oceniona na 2,6 pkt. Warto dodać, że jest to najwyższa ocena tego obszaru od 2018 roku. Zdaniem firm, które wzięły udział w badaniu, poprawia się również nastawienie urzędników administracji podatkowej – ocena tego elementu wzrosła o 0,2 pkt w stosunku do ubiegłorocznej edycji badania KPMG.

Nie najlepsze oceny, jakie polskiemu systemowi podatkowemu wystawiają przedsiębiorcy wynikają przede wszystkim z braku stabilności przepisów oraz sposobu komunikowania o wprowadzanych zmianach. Trudno się temu dziwić, co roku podatnicy muszą poświęcać bardzo dużo czasu na przygotowanie się do nowelizacji przepisów, co wciąż skutkuje niską pozycją Polski w rankingach jakości prowadzenia biznesu. Przy czym paradoksalnie wydaje się, że w wielu przypadkach podatnicy muszą uczyć się nowych regulacji razem z urzędnikami – szybkość wprowadzania trudnych przepisów podatkowych i proceduralnych nie wpływa pozytywnie na jakość prawa. Przywykliśmy już także do informacji o wprowadzaniu zmian dokonywanych na ostatnią chwilę, a nawet przy użyciu nieformalnych kanałów komunikacji jak Twitter. To, że się przyzwyczailiśmy nie oznacza jednak, że oceniamy tego typu praktyki dobrze – takie działania na pewno nie służą budowaniu zaufania podatników – mówi Anna Sińczuk, Partner w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce.ocena polskiego systemu podatkowego

Ceny transferowe problematyczne dla większości podatników

Niezmiennie od kilku lat firmy biorące udział w badaniu KPMG deklarują, że kwestią podatkową, która sprawia im najwięcej trudności pozostają zagadnienia związane z cenami transferowymi. Blisko 80% ankietowanych przyznaje, że są one problematyczne lub bardzo problematyczne. Kłopoty sprawia również liczba przygotowywanych deklaracji i informacji, niezbędnych do wypełnienia obowiązków podatkowych. Blisko 70% ankietowanych uczestników XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG wskazało na istotne trudności, jakie sprawia pobór podatku u źródła od płatności za granicę. Za najmniej problematyczne firmy z kolei uznają kwestie związane z funkcjami płatnika z tytułu PIT i ZUS, które nie sprawiają problemów lub są umiarkowanie problematyczne dla 68% respondentów.

Ceny transferowe w obecnym roku ponownie przysporzą podatnikom problemów. Na pewno najwięcej trudności sprawi rozszerzenie obowiązku sporządzania dokumentacji cen transferowych do transakcji dokonywanych z niepowiązanymi kontrahentami, którzy dokonują jakichkolwiek rozliczeń z podmiotami z raju podatkowego. Towarzyszy mu nałożenie na podatników bliżej niesprecyzowanego obowiązku dochowania należytej staranności. Kuriozalnie, całość zmian organy uzasadniają działaniem dla dobra uczciwych podatników – mówi Monika Palmowska, Partner w Zespole ds. Cen Transferowych w KPMG w Polsce.

Wyzwaniem dla firm okazało się również dostosowanie do wprowadzanych zmian podatkowych. Najbardziej wymagające wg respondentów badania KPMG pod względem konieczności poświęcenia zasobów kadrowych lub finansowych okazało się dostosowanie do zastąpienia deklaracji VAT rozbudowanym Jednolitym Plikiem Kontrolnym dla celów VAT. Duże zaangażowanie było również konieczne, aby dostosować się do wymogów wprowadzających możliwość wykonania przelewu w kwocie przekraczającej 15 tys. złotych na rachunek kontrahenta, który znajduje się na tzw. białej liście VAT oraz wprowadzenie nowej matrycy VAT.

Niektórzy zagraniczni specjaliści w zakresie VAT chwalą polskie organa skarbowe za stosowanie nowoczesnych technologii w celu skutecznego ograniczenia luki w VAT. Zmniejszenie luki VAT jest faktem, warto jednak pamiętać, że wprowadzenie rozwiązań takich jak nowe JPK VAT czy biała lista VAT oznacza bardzo poważne obciążenia dla podatników, zarówno w wymiarze finansowym (konieczność wdrożenia nowych rozwiązań IT), jak i czasu poświęconego przez wewnętrzne służby finansowe czy IT. Biorąc powyższe pod uwagę, warto się zastanowić czy obciążenia przedsiębiorców w zakresie raportowania nie są nadmierne. Wydaje się, że w wielu przypadkach wymagane jest raportowanie informacji znanych już organom skarbowym z innych źródeł (np. transakcje z podmiotami powiązanymi w JPK VAT). Z drugiej strony z uznaniem należy przyjąć próby uproszczenia systemu VAT takie jak Slim VAT. Dobrze jednak, aby w przyszłości były one bardziej skuteczne niż w przypadku nowych zasad rozliczania faktur korygujących – mówi Piotr Żurowski, Partner w Zespole ds. Podatków Pośrednich w KPMG w Polsce

Zwolnienie ze składek ZUS najkorzystniejszym wg firm rozwiązaniem w ramach tarcz antykryzysowych

Spośród dostępnych w ramach tarcz antykryzysowych rozwiązań, za najbardziej korzystne firmy uznały zwolnienie ze składek ZUS. Organizacje w dużym stopniu doceniły również świadczenia oferowane w ramach Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – dofinansowanie wynagrodzeń związanych z obniżeniem pracownikom wymiaru czasu pracy oraz dofinansowanie wynagrodzeń związanych z przestojem. Z kolei gwarancje oferowane w ramach Funduszu Gwarancji Płynnościowych były zdaniem respondentów badania najmniej korzystne z punktu widzenia potrzeb ich firm. Uczestnicy XI Kongresu Podatków i Rachunkowości KPMG zostali poproszeni również o wskazanie własnych pomysłów na zmiany w przepisach podatkowych, które związane byłyby z przeciwdziałaniem negatywnym skutkom pandemii COVID-19. Wśród sugerowanych przykładów takich zmian najczęściej pojawiały się postulaty związane z całkowitym zwolnieniem przedsiębiorców ze składek ZUS, dopłatami w wysokości 100% do wynagrodzeń pracowników w przypadku całkowitego przestoju wybranej branży oraz wydłużeniem terminów na złożenie sprawozdań finansowych lub deklaracji podatkowych.

Realizacja strategii podatkowej – nowy obowiązek sprawozdawczy dla podatników CIT

W 2021 roku na podatników CIT został nałożony nowy obowiązek sprawozdawczy – konieczność publikacji informacji o realizowanej przez firmę strategii podatkowej. Wśród uczestników XI Kongresu Podatków i Rachunkowości, którzy wzięli udział w badaniu KPMG – 12% zadeklarowało rozpoczęcie prac związanych z przygotowaniem odpowiednich dokumentów i informacji. Blisko połowa (45% wskazań) planuje dopiero rozpocząć działania dot. raportowania realizacji strategii podatkowej. Z kolei 39% respondentów przyznało, że ich firma nie ma obowiązku przygotowania tego typu informacji. Analizując tylko firmy, które zostały objęte nowym obowiązkiem, pod koniec stycznia br. 3/4 przedsiębiorstw nie rozpoczęło jeszcze prac nad przygotowaniem odpowiednich dokumentów i informacji.

Inną, wprowadzoną od 2021 roku zmianą jest alternatywny system opodatkowania dochodów spółek kapitałowych w formie ryczałtu – czyli tzw. estoński CIT. Głównym założeniem tej formy opodatkowania jest umożliwienie niektórym podatnikom podatku dochodowego od osób prawnych, spełniającym określone warunki, odprowadzania podatku dopiero w momencie wypłaty zysków na rzecz swoich wspólników. Tymczasem 76% ankietowanych przedstawicieli firm przyznało, że ich firmy analizowały możliwość zmiany modelu opodatkowania organizacji na estoński CIT, jednak nie spełniały wymogów ustawowych lub takie rozwiązanie nie było dla nich korzystne. Z kolei 1/5 respondentów przyznała, że ich organizacje nie przeprowadziły jeszcze analizy zmiany opodatkowania na estoński CIT.

Popularność estońskiego CITu wśród przedsiębiorców może przy obecnych warunkach znacznie odbiegać od oczekiwań Ministerstwa Finansów. Barierę wejścia do tego systemu stanowi przede wszystkim zawężenie go wyłącznie do spółek kapitałowych z udziałem osób fizycznych i nieposiadających udziałów w innych spółkach. Wyłącza to z zakresu estońskiego CIT większe grupy kapitałowe. Dziwią także utrudnienia, które stawiane są spółkom komandytowym – nowym, pełnoprawnym podatnikom CIT. Są one wyłączone z tych przywilejów, a ponadto obecne przepisy powodują, że przekształcenie takiej spółki w spółkę kapitałową w celu bezpośredniego przystąpienia do systemu estońskiego CIT jest zdarzeniem opodatkowanym – mówi Przemysław Szywacz, Partner w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce.

Kontrole cały czas skuteczne

Kontrola podatkowa za lata 2019-2020 była przeprowadzona w blisko co trzeciej firmie biorącej udział w badaniu KPMG. Z kolei w 18% organizacji przeprowadzona była kontrola celno-skarbowa. W trakcie kontroli podatkowych organy najczęściej (74% wskazań) weryfikowały poprawność rozliczeń podatku VAT, natomiast poprawność rozliczeń podatku CIT dotyczyła 35% kontroli podatkowych. Najczęściej kontrolowanym w trakcie kontroli celno-skarbowej obszarem były z kolei zagadnienia związane z poprawnością rozliczeń podatku dochodowego od osób prawnych – kontrola w tym zakresie dotyczyła ponad połowy kontrolowanych firm (53% wskazań). W wyniku przeprowadzanych kontroli podatkowych lub celno-skarbowych, obszar cen transferowych był zakwestionowany w 29% przypadków. 21% zakwestionowanych przez organy podatkowe zagadnień dotyczyło poprawności rozliczeń nakładów inwestycyjnych. Wśród innych często kwestionowanych tematów respondenci badania wskazywali na: zagadnienia związane z WHT, zwrot VAT, stosowanie ustawy hazardowej oraz akcyzę.

40% przeprowadzanych kontroli zakończyło się wykryciem nieprawidłowości: w co piątej firmie wszczęto postępowanie podatkowe, kolejne 20% firm dobrowolnie dokonało korekty deklaracji zgodnie z wynikiem przeprowadzonej kontroli. W wyniku wszczętej kontroli podatkowej lub celno-skarbowej większość firm (62% wskazań), nie wygrała sporu z organem podatkowym. Podatnicy, którzy taki spór wygrali – najczęściej dokonywali tego na etapie postępowania podatkowego (20% wskazań). 5% organizacji przyznało, że spór wygrali na etapie postępowania odwoławczego lub w wyniku wygranej sprawy przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym. W przypadku 8% uczestników badania, spór z organem podatkowym udało się wygrać dopiero przed Naczelnym Sądem Administracyjnym.

Statystyki wskazują, że z roku na rok liczba kontroli podatkowych oraz celno-skarbowych maleje, ale rośnie ich skuteczność. Dotyczy to także 2020 r., kiedy to liczba kontroli spadła w wyniku obiektywnych utrudnień w możliwości ich prowadzenia, ale nie przełożyło się to znacznie na proporcjonalny spadek skuteczności kontroli czy kwoty ostatecznych ustaleń. Kwota zidentyfikowanych nieprawidłowości w pierwszych 3 kwartałach 2020 r. wyniosła przeszło 7,3 mld zł. W latach 2019-2020 średnio 93% kontroli podatkowych zakończono stwierdzeniem nieprawidłowości, a w przypadku wyspecjalizowanych kontroli celno-skarbowych skuteczność ta sięgała 84%. W około 1/3 przypadków kontroli zakończonych w 2020 r. podatnicy korygowali dobrowolnie swoje rozliczenia, co wskazuje na znaczną skuteczność kontrolujących w identyfikowaniu błędów w rozliczeniach oraz typowaniu podatników do kontroli – mówi Wojciech Majkowski, Dyrektor w Zespole ds. Podatku Dochodowego od Osób Prawnych w KPMG w Polsce

Branża winiarska w rok od pierwszego lockdownu

Pandemia bardzo utrudniła funkcjonowanie branży winiarskiej, ale w ostatecznym rachunku jej nie zaszkodziła – tak można podsumować ostatnich dwanaście pandemicznych miesięcy. Jak mówią szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, wino wychodzi z kryzysu obronną ręką.  Ale także i w tej branży są kategorie, które pandemia niemal pogrążyła.

W pandemii wybieramy wino

COVID-19 spowodował zmianę trybu życia, co niewątpliwie przełożyło się na zachowania konsumenckie. Jak pokazują badania, spożycie wina rośnie, mimo paraliżu jego dystrybucji w kanale HoReCa.

Zgodnie z danymi firmy NielsenIQ rynek win spokojnych ilościowo wzrósł niemal o 8%, a wartościowo ponad 10% w okresie rocznym 2020 vs 2019. Sprzyja temu kultura spożywania wina – pijemy je chętnie przy okazji mniejszych spotkań, we dwoje, albo sami, do posiłku czy w ramach wieczornego relaksu. Stanowią one również doskonałe uzupełnienie potraw, a czas pandemii dla wielu z nas okazał się czasem kulinarnych odkryć i eksperymentów – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Chętnie gotujemy, odważniej też dobieramy wina do przygotowywanych dań. Szczególnie sprawdzają się tu wina białe, które jako mniej zobowiązujące, stanowią kompromis pomiędzy potrzebami kobiet i mężczyzn podczas spędzanych wspólnie w domu wieczorów i weekendówzauważa Jakub Nowak.

Ciekawe jest też to, co wydarzyło się na rynku win musujących. – Tu firma NielsenIQ także  odnotowała wzrosty i to bardzo znaczące – wolumen sprzedaży win z bąbelkami powiększył się o ponad 15%. To dowód na diametralną zmianę modelu konsumpcji tych napojów. Mimo ograniczeń w organizacji dużych uroczystości, spożyliśmy ich więcej – na co dzień, w domu, w trakcie niewielkich spotkań – zwraca uwagę Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

Wygrani i przegrani

Oprócz segmentu win spokojnych i musujących, wygranymi czasu pandemii byli też producenci grzańców. W związku z ograniczeniami w działalności stoków narciarskich czy organizacji jarmarków świątecznych, ich konsumpcja z powodzeniem przeniosła się do domów.

Obroniły się silne marki – dodaje Tomasz Leszko, Członek Zarządu, Dyrektor ds. Marketingu w firmie Henkell Freixenet Polska. – Konsumenci w niepewnych czasach potrzebują gwarancji jakości, której mogą zaufać. To właśnie zapewnia mocna marka. Dla przykładu, nasza sztandarowa marka prosecco jest trwale zakorzeniona w świadomości konsumenta, a o jej wysokiej akceptacji najlepiej świadczy dynamika na poziomie znacząco przewyższającym wzrost całej kategorii. Poza tym w trudnych czasach chętnie sięgamy po odrobinę przyjemności, która choćby w niewielkim stopniu zrekompensuje nam niedogodności związane z narzuconymi ograniczeniami – uważa Tomasz Leszko.

Ale niestety nie cała branża widzi przyszłość w jasnych barwach. Ci, którzy postawili na cydr, kolejny rok z rzędu odnotowali spadki sprzedaży. – Jedynie w minionym roku było to ponad 20%. Rynek tego produktu, tak popularnego w wielu krajach Europy, w Polsce redukuje się wręcz dramatycznie – zauważa Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW. – Koronawirus z pewnością mu nie pomógł, ale podstawą porażki tej kategorii jest niekorzystne środowisko prawne, w którym cydr próbował zaistnieć i brak zrozumienia wśród prawodawców. To wielka strata, szczególnie dla polskiego sadownictwa.

Jak dodaje z kolei Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group, konkurencja piw smakowych, które mają dużo bardziej uprzywilejowaną pozycję na rynku – możliwość reklamy i niską stawkę akcyzy –  powoduje, że cydry przegrywają tę nierówną walkę. – Dodając do tego bierną postawę lidera rynkowego i brak działań pobudzających kategorię, cydr ma słabe perspektywy – mówi Jakub Nowak.

Biznes w czasie zarazy

Ostatni rok był wyzwaniem dla wielu branż, również winiarskiej. I to na różnych poziomach funkcjonowania. Istotną kwestią było chociażby zabezpieczenie logistyczne. – W okresie bezprecedensowego dotychczas lockdownu w pierwszej połowie 2020 roku, przerwane zostały łańcuchy dostaw – nie wszystkie firmy były na to przygotowane. Nasza firma, dzięki poczynionym wcześniej inwestycjom w najnowocześniejsze linie produkcyjne do rozlewu wina oraz technologie do jego przechowywania, zapewniło klientom ciągłość i bezpieczeństwo dostaw – mówi Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group.

Dywersyfikacja – to z kolei podkreśla Artur Boruta, Dyrektor Zarządzający krakowskiego Domu Wina.  – Ostatnie miesiące pokazały, że skupienie się na jednym kanale sprzedaży, np. HoReCa, mogłoby skończyć się tragicznie. Każdy zapewne zdawał sobie sprawę, jak ważne jest mieć kontakt z klientem ostatecznym, ale po pandemicznym roku widać jak na dłoni, że obronną ręką wyjdą z tej sytuacji ci, którzy mają solidne bazy danych stałych klientów. Handlowcy, którzy działają z takimi właśnie podmiotami sprzedają dużo więcej niż przed pandemią. Handlowcy, którzy opierali swoje działania na pracy z hotelami i restauracjami – nerwowo czekają na koniec obostrzeń.  Największą widoczną zmianą w działaniu firm naszej branży jest błyskawiczna konieczność przestrojenia się na on-line’owy sposób kontaktu z klientami. Rok temu nikt nie pokusiłby się o zrobienie degustacji win na odległość lub przeprowadzenie szkolenia personelu sklepów specjalistycznych bez osobistej wizyty. Dziś stało się to na porządku dziennym – opowiada Artur Boruta.

Przyszłość pod znakiem zapytania

Końca epidemii nie widać, wielu ma jednak nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy sytuacja w kraju i na świecie będzie się normalizować. Czy ceny wina wzrosną? Najprawdopodobniej tak.

– Wzrastać będą ceny wszystkich świadczeń potrzebnych do importu i dystrybucji wina –  od minimalnej płacy począwszy, przez koszty utrzymania lokali, magazynów, obsługi logistyki, aż po te związane z transportem skończywszy. Ale największe oddziaływanie na cenę będą miały kursy walut, które obecnie idą cały czas w górę – zauważa Artur Boruta z Domu Wina.

Szczególnym zagadnieniem jest kwestia nieusankcjonowania w Polsce sklepów internetowych z winem. Tymczasem pandemia spowodowała, że klienci coraz chętniej decydują się na zakupy bez wychodzenia z domu.

Szacunki wskazują, że w 2020 r. ta forma sprzedaży odnotowała kilkudziesięcioprocentowy wzrost obrotów i  rozwój będzie z pewnością kontynuowany, a  e-commerce będzie miał coraz większy udział w handlu. W Polsce sprzedaż napojów alkoholowych przez Internet nie jest uznana za legalną. Fakt ten nie przystaje do otaczającej rzeczywistości – jesteśmy wyjątkiem w Unii Europejskiej. A przecież można to zorganizować w sposób odpowiedzialny i bezpieczny – podsumowuje Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW.

Nowoczesna instalacja w Bełchatowie przekształci odpady komunalne w energię i ciepło dla mieszkańców. Będzie gotowa w 2024 roku

Za trzy lata będzie gotowa nowoczesna instalacja termicznego przetwarzania z odzyskiem energii, którą spółka PGE Energia Ciepła wybuduje w sąsiedztwie bełchatowskiej elektrowni. Instalacja będzie przetwarzać rocznie 180 tys. odpadów komunalnych. Odzyskana z nich energia trafi do sieci elektroenergetycznej, natomiast ciepło popłynie do domów i mieszkań przyłączonych do sieci ciepłowniczej Bełchatowa. Instalacja ITPOE, a także planowane dalsze inwestycje PGE – w tym m.in. farmy wiatrowe i fotowoltaiczne oraz akumulatory energii – przyczynią się też do ochrony środowiska i poprawy jakości powietrza w regionie.

– Instalacja termicznego przetwarzania z odzyskiem energii pozwala wyeliminować inne, przestarzałe źródła ciepła. Jest to po prostu elektrociepłownia opalana odpadami. Natomiast emisja spalin z takiej instalacji jest znacznie mniejsza niż w przypadku spalania węgla czy biomasy. Dlatego jest to inwestycja proekologiczna, która poprawia jakość powietrza w regionie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. inż. Grzegorz Wielgosiński, profesor Politechniki Łódzkiej, dziekan Wydziału Inżynierii Procesowej i Ochrony Środowiska.

Nowa inwestycja jest częścią transformacji energetycznej kompleksu górniczo-energetycznego Bełchatów. Obiekt będzie spełniać bardzo rygorystyczne, europejskie normy środowiskowe (BAT) i zostanie wyposażony m.in. w system monitoringu emisji zanieczyszczeń. Automatyczny system zabezpieczeń poinformuje też o każdym, nawet najmniejszym przekroczeniu norm emisji.

– Grupa Kapitałowa PGE ma w planach szereg różnych przedsięwzięć dla regionu bełchatowskiego. Poza budową instalacji termicznego przetwarzania z odzyskiem energii w tym regionie planowane są też farmy wiatrowe o mocy ok. 100 MW, farmy fotowoltaiczne o mocy 600 MW, akumulatory energii – czyli dość nowatorskie rozwiązanie – o mocy 300 MW. W ubiegłym tygodniu został też podpisany list intencyjny, zmierzający do utworzenia w Bełchatowie Centrum Rozwoju Kompetencji, które będzie kształcić kadry dla nowej energetyki i pomagać w przebranżowieniu pracowników tutejszych zakładów – wymienia Przemysław Kołodziejak, prezes zarządu PGE Energia Ciepła.

Instalacje termicznego przetwarzania z odzyskiem energii działają już od kilku lat m.in. w Bydgoszczy, Koninie, Białymstoku, Krakowie, Poznaniu i Szczecinie. Podobną inwestycję prawie trzy lata temu spółka PGE Energia Ciepła wybudowała też w Rzeszowie. Instalacja utylizuje rocznie ok. 100 tys. ton odpadów komunalnych, przekształcając je w ciepło i energię elektryczną, z której następnie korzystają samorząd i mieszkańcy. PGE Energia Ciepła z Grupy PGE przygotowuje się do budowy w instalacji w Rzeszowie II linii technologicznej, której roczna wydajność będzie wynosić 80 tys. ton. Projekt zostanie zakończony w 2023 roku. Rzeszowska instalacja spełnia wyśrubowane normy ekologiczne UE m.in. w zakresie emisji CO2, które są dziesięciokrotnie niższe niż dla jednostek spalających węgiel kamienny.

Podobna  instalacja powstanie też w sąsiedztwie bełchatowskiej elektrowni. Zgodnie z harmonogramem wybór generalnego wykonawcy inwestycji ma się odbyć w przyszłym roku, a ITPOE w Bełchatowie ma być gotowa w 2024 roku. Instalacja będzie przetwarzać rocznie 180 tys. odpadów komunalnych, a odzyskana z nich energia trafi do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. Z kolei ciepło popłynie do domów i mieszkań przyłączonych do sieci ciepłowniczej Bełchatowa.

– Instalacja w Bełchatowie będzie uzupełnieniem funkcjonującego w regionie systemu gospodarki odpadami. Będzie utylizować te odpady, które nie mogą zostać przetworzone w żaden inny sposób – zabrudzone i nienadające się do recyklingu, ale do ich wyprodukowania została już zużyta energia, którą w pewnym stopniu można odzyskać – mówi Przemysław Kołodziejak.

Do ITPOE w Bełchatowie będą trafiać odpady pochodzące z instalacji mechaniczno-biologicznego przetwarzania, a więc pozbawione frakcji biologicznej. To gwarantuje, że nie będą emitowane uciążliwe zapachy. Nie będą też przetwarzane odpady niebezpieczne.

Co istotne, dzięki budowie nowoczesnej instalacji w okolicach Bełchatowa nie będą powstawać nowe składowiska odpadów. Inwestycja przyczyni się też do poprawy jakości powietrza w regionie, ponieważ w trakcie eksploatacji ograniczy do minimum emisję tlenków siarki, azotu i pyłów.

– Instalacje tego rodzaju mają specjalny system oczyszczania spalin. Trzeba pamiętać, że odpady trafiające do takiej instalacji nie są jednorodne i w związku z tym pojawiają się różnego rodzaju związki chemiczne, które będą termicznie przetwarzane, ale system oczyszczania spalin jest przygotowany na takie substancje​. Według Szwedów, produkujących aż 60 proc. ciepła z odpadówelektrociepłownie opalane odpadami komunalnymi mają najczystsze kominy, a więc są bezpieczne zarówno dla środowiska, jak i ludzi mieszkających w pobliżu – wyjaśnia Grzegorz Pelczar, dyrektor projektu budowy ITPOE Bełchatów w PGE Energia Ciepła.

Prezes zarządu PGE Energia Ciepła podkreśla, że nowo powstająca ITPOE będzie oparta na nowoczesnych i sprawdzonych w Europie technologiach. Podobne instalacje z powodzeniem działają już bowiem m.in. w Paryżu, Londynie, Wiedniu i Sztokholmie.

– Technologia, która ma zostać zastosowana w Bełchatowie, funkcjonuje w ponad 400 lokalizacjach w całej Europie. Można powiedzieć, że dzisiaj jest jedyną tego typu pewną i sprawdzoną technologią. Wszystkie funkcjonujące polskie instalacje termicznego przetwarzania oparte są właśnie na niej – dodaje dr hab. inż. Grzegorz Wielgosiński.

Home office okazuje się bardziej męczący niż tradycyjny model pracy. Syndrom wypalenia zawodowego będzie przybierać na sile

Zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda wykazał, że praca zdalna i komunikacja online są bardziej męczące niż ich tradycyjna forma. Brak bezpośredniego kontaktu, możliwości zobaczenia mimiki i mowy ciała współpracowników oraz ciągłe obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych. – Jeśli pandemia będzie się przedłużała, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny – podkreśla dr Dagmara Kawoń-Noga, pedagog, wykładowca i metodyk Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Od marca ubiegłego roku w trybie całkowicie zdalnym pracuje aż 6 na 10 Polaków. Pracownicy nie są jednak do końca zadowoleni z tego modelu, skarżąc się m.in. na zacieranie granicy między życiem prywatnym i zawodowym oraz brak bezpośredniego kontaktu z innymi pracownikami. Prawie 20 proc. przyznało, że ich relacje z kolegami z firmy pogorszyły się w związku z pracą zdalną – wynika z badania CBRE i Grafton Recruitment. Eksperci wskazują, że o ile jeszcze przed pandemią wiele osób marzyło o home office, o tyle teraz, po roku pracy zdalnej, większość osób tęskni za możliwością powrotu do biura. Tylko 25 proc. pracowników chce wykonywać swoje obowiązki całkowicie zdalnie po zakończeniu pandemii COVID-19.

– Kiedy zaczęła się pandemia, widzieliśmy wiele korzyści w tym, że będziemy pracować w komfortowych, domowych warunkach, nie będziemy musieli codziennie jeździć do firmy. Wydawało nam się, że będziemy oszczędzać czas i pieniądze. Ale z czasem okazało się, że praca i edukacja zdalna bardzo negatywnie wpływają na nasze samopoczucie. Powodują silny stres, lęk i przemęczenie tym, że codziennie musimy się włączać i logować do obowiązków w przestrzeni wirtualnej. Badania pokazują, że osoby, które przez pandemię zostały przymuszone do pracy zdalnej, częściej odczuwają silne przemęczenie takim modelem i niesie to za sobą negatywne skutki w przestrzeni społecznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dagmara Kawoń-Noga.

Z badania „Efektywność pracy zdalnej”, przygotowanego dla Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów, wynika też, że home office wydłuża czas pracy. Aż 45 proc. pracowników poświęca na pracę zdalną więcej czasu niż w siedzibie firmy. Jednocześnie co drugi przyznaje, że brakuje mu bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami, wspólnych rozmów, spotkań na korytarzu czy w firmowej stołówce, a 39 proc. czuje wyraźną potrzebę regularnych spotkań.

Te na przestrzeni ostatniego roku przeniosły się głównie na platformy komunikacyjne typu Zoom czy Microsoft Teams. Z danych tego ostatniego wynika, że cyfrowa intensywność dni roboczych od zeszłego roku znacznie wzrosła, podobnie jak średnia liczba czatów i spotkań online. Od lutego 2020 roku czas poświęcany na cotygodniowe spotkania przez użytkowników aplikacji Teams wzrósł ponad dwukrotnie – o 148 proc. Z kolei opracowany przez Microsoft „Work Trend Index”, oparty na wnioskach z ponad 30 projektów badawczych, potwierdza, że spotkania online okazują się być dużo bardziej męczące niż bezpośrednia współpraca.

– Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda zauważyli, że poważne obniżenie naszej formy wynika przede wszystkim z tego, że całą przestrzeń edukacyjną i zawodową opieramy na telekonferencji. Takie spotkania są pozbawione naturalnego kontaktu społecznego, w trakcie telekonferencji nie jesteśmy w stanie obserwować bezpośrednio mowy ciała, mimiki, gestykulacji osób, z którymi pracujemy. Brak tego komunikatu powoduje, że mocno się męczymy, bo mowa ciała jest bardzo ważnym kanałem komunikacyjnym. Informuje nas o tym, jakie są autentyczne intencje i postawy osób, z którymi współpracujemy – podkreśla ekspertka WSB w Opolu.

Badanie „Nonverbal Overload: A Theoretical Argument for the Causes of Zoom Fatigue”, przeprowadzone przez zespół naukowców z Uniwersytetu Stanforda, wykazało, że brak możliwości obserwowania mimiki, gestykulacji i mowy ciała osób współuczestniczących w komunikacji oraz ciągłe utrzymywanie kontaktu wzrokowego czy obserwowanie swojego wyglądu i zachowania na ekranie wpływają na powstanie nowego zjawiska, nazwanego „zoom fatigue”. To syndrom przemęczenia pracą online i wypalenia związanego z nadużywaniem wirtualnych platform komunikacyjnych, który powoduje m.in. stres, wycofanie i zaburzone poczucie bezpieczeństwa.

– W czasie telekonferencji widzimy również siebie, co z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo niekorzystne, ponieważ jesteśmy wtedy bardziej krytyczni. Sprawdzamy, jak wyglądamy, jak jesteśmy uczesani i ubrani. Przez to, że skupiamy się na sobie, nie jesteśmy w stanie w odpowiedni sposób skupić się na merytorycznej warstwie przekazu, który budujemy albo odbieramy – mówi dr Dagmara Kawoń-Noga.

Jak wskazuje, przemęczenie zdalną pracą to tylko część problemu, bo rok temu do online’u przeniosły się nie tylko służbowe spotkania, lecz także pozostałe aspekty prywatnego życia. W efekcie przed ekranami i w internecie spędzamy zdecydowanie więcej czasu niż jeszcze przed pandemią, co tylko potęguje syndrom „zoom fatigue”.

– Jeśli pandemia będzie się przedłużała i będziemy zmuszeni do tego, żeby w dalszym ciągu funkcjonować w przestrzeni wirtualnej, to ten wpływ będzie coraz bardziej negatywny. Już teraz eksperci alarmują, że coraz więcej ludzi, bez względu na wiek, potrzebuje wsparcia psychologicznego bądź psychiatrycznego. U osób, które pracują i funkcjonują w ten sposób, pojawiają się stany lękowe i depresyjne, więc należy spodziewać się nasilenia tego typu objawów i zwiększenia liczby ludzi, którzy będą je odczuwać – przestrzega ekspertka opolskiej WSB.

Jak podkreśla, profilaktyka tkwi w odpowiednim organizowaniu interakcji online oraz budowaniu nowej kultury komunikacji.

– Z badań HRK wynika, że dla 43 proc. badanych szczera, dwustronna komunikacja powinna być podstawą wszelkiej działalności społecznej, dlatego że dzięki temu możemy w bezpiecznych, przyjaznych warunkach wymieniać informacje i w ten sposób niwelować stres i strach przed komunikowaniem się – wyjaśnia dr Dagmara Kawoń-Noga. – Innym sposobem jest współpraca z branżą IT, która nie tylko buduje i tworzy platformy dedykowane do pracy w trybie online, ale również może je modyfikować w taki sposób, by zmniejszać ilość stresorów.

Branża targowa postuluje do rządu o wsparcie na poziomie 400–500 mln euro. Pieniądze miałyby trafić głównie do małych i średnich firm na ich uczestnictwo w takich imprezach

W ciągu roku po wybuchu pandemii koronawirusa firmy z branży eventowej odnotowały średnio spadek rocznych przychodów o 73 proc. W efekcie redukcja zatrudnienia wyniosła ponad 60 proc., mimo że zdecydowana większość firm skorzystała z tarcz antykryzysowych – wynika z badania Rady Przemysłu Spotkań i Wydarzeń. – Branża targowa jest kluczowym sektorem dla odbudowy gospodarki po pandemii. Trudno sobie wyobrazić powrót na ścieżkę rozwoju bez takich wydarzeń jak targi czy kongresy – mówi Beata Kozyra, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, i podkreśla, że wsparcie dla branży powinno uwzględniać m.in. dofinansowanie udziału małych i średnich firm w targach.

Wiele branż zostało dotkliwie poszkodowanych podczas pandemii, ale nie da się ukryć, że branża targowa również do takich należy. W lutym minął rok, odkąd nie odbywają się targi, z krótką przerwą na odmrożenie w czasie wakacji letnich. Jednak sezon wakacyjny zawsze był martwy dla targów i kongresów, zatem praktycznie od 13 miesięcy nie funkcjonujemy. Firmy branży targowej nie osiągają przychodów. Dotyczy to 5 tys. przedsiębiorstw, które w sumie szacują straty na ponad miliard złotych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Beata Kozyra.

Jak wynika z danych branżowych oraz GUS, przed pandemią ponad 3 mln osób rocznie brało udział w targach, ok. 16 mln spotykało się w celach biznesowych. Dodatkowo co roku odbywało się prawie 70 tys. różnych wydarzeń artystycznych i rozrywkowych, w których uczestniczyło 16 mln widzów. Branże te odpowiadały za ok. 15 proc. PKB i milion miejsc pracy. To pokazuje, jak ważne są one dla krajowej gospodarki.

Z ankiety przeprowadzonej wśród firm z tych branż wynika, że wszystkie odnotowały spadek przychodów w okresie marzec 2020 – luty 2021 roku. Średnio wyniósł on 73 proc. Dwie trzecie firm przyznaje, że straciły między 75 a 100 proc. obrotów. W związku z tym redukcja zatrudnienia sięgnęła 63 proc., przy czym spadek zatrudnienia osób na umowę o pracę sięgnął 26 proc., a zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych lub B2B  – 72 proc. Prawie 40 proc. firm przemysłu spotkań i wydarzeń, do którego należy również branża targowa, rozważa w tym roku zamknięcie lub zawieszenie działalności. Wiele firm zdecydowało się na zmianę profilu działalności.

Dotyczy to szczególnie firm projektujących i budujących stoiska targowe, bo ich kompetencje pozwalają na to, żeby wejść na rynek np. projektowania i produkcji mebli lub domów drewnianych. Aczkolwiek wejście na te rynki w dobie pandemii jest bardzo trudne i nawet jeśli te firmy próbują się przebranżowić, to upłynie sporo czasu, zanim zaczną czerpać zyski z tych nowych rynków – przewiduje prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Na koniec lutego br. liczba zakontraktowanych projektów stanowiła zaledwie 6 proc. łącznej liczby projektów zrealizowanych w 2019 roku, a co trzecia firma nie miała w planach żadnej realizacji. Dlatego branża targowa liczy na dalszą pomoc rządu, ale nie tylko bezpośrednie wsparcie działalności, ale przede wszystkim pieniądze na dofinansowanie udziału w targach głównie dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Trudno jest dzisiaj oszacować potrzebną kwotę, ale myślę, że 400–500 mln euro to jest suma, która pozwoliłaby zaspokoić potrzeby przede wszystkim małych i średnich przedsiębiorstw w kwestii uczestnictwa w targach czy kongresach, szczególnie międzynarodowych – uściśla Beata Kozyra.

Jak zaznacza, powinna to być pomoc dedykowana dla branży targowej. Firmy liczyły, że takie wsparcie zostanie uwzględnione w Krajowym Planie Odbudowy. Nie wiadomo jednak, czy taka pula się w nim pojawi. W KPO zaplanowano bowiem środki, które mają być skierowane m.in. do branży turystycznej, kulturalnej oraz segmentu HoReCa.

Nie znamy odpowiedzi na pytanie, czy w branży turystycznej jest również ujęta branża targowa. Trudno nam pokusić się o jakiekolwiek założenia. Jeśli nawet branża targowa jest tam ujęta, to kwota w wysokości 300 mln euro na wszystkie wspomniane branże jest zdecydowanie za mała i w żaden sposób nie wystarczy nawet na małe projekty wspierające firmy. Poza tym pomoc z KPO jest odłożona w czasie, bo zapewne wnioskowanie po jakiekolwiek fundusze będzie możliwe dopiero pod koniec tego roku albo w przyszłym roku – dodaje prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Według ankiety przeprowadzonej wśród członków izby znaczna część z nich skorzystała z rządowej pomocy w ramach tarczy antykryzysowej. Dopłaty do wynagrodzenia pracowników otrzymało 81 proc. firm, z abolicji lub odroczenia składek ZUS skorzystało 70 proc. zrzeszonych firm, a z bezzwrotnych pożyczek dla mikrofirm 32 proc. Dotacje z PFR otrzymało 81 proc. członków PIPT.

 Doraźna pomoc rządu na pewno powinna być kontynuowana dla całego sektora targowego i powinna być przedłużona, ponieważ już dzisiaj wiemy, że z dużym prawdopodobieństwem nie wrócimy do pracy wcześniej niż jesienią, co oznacza dziewięć miesięcy roku bez dochodów – zauważa Beata Kozyra.

Jak podkreśla, problemem jest również to, że nie wszystkie firmy zostały uwzględnione w dostępie do środków pomocowych.

20 proc. firm nie dostało praktycznie niczego, ponieważ chociaż ich kody PKD zostały przyjęte np. w tarczy PFR, ale nie ma tam pomocy dla jednoosobowych działalności gospodarczych – wyjaśnia prezes PIPT. – Pomoc dla nich jest dostępna w tarczy 8.0, natomiast nie ma tam uwzględnionych PKD, o które cały czas walczymy – 73.11.Z [działalność agencji reklamowych – red.]. Zresztą pomoc w postaci abolicji składek ZUS czy dofinansowania części do wynagrodzeń jest – umówmy się – minimalna w momencie, kiedy firmy mają inne duże koszty comiesięcznej działalności.

Poza tym również dużym firmom trudniej jest pozyskać dofinansowanie w ramach tarczy finansowej PFR.

Do tego są potrzebne oddzielne umowy i dużo bardziej restrykcyjne warunki. Wśród naszych firm członkowskich mamy duże firmy i wiemy, że one do tej pory nie dostały jeszcze dofinansowania subwencji z tarczy, o co cały czas walczą – podkreśla Beata Kozyra i nie ukrywa, że izba rozważa złożenie pozwów o odszkodowania od państwa. – Czekamy jednak na odpowiednie przepisy i działania rządu. Obserwujemy je i oceniamy. Jeśli uznamy, że pozwy sądowe mogą odnieść skutek, będziemy się nad tym zastanawiać. Obecnie rozmawiamy z rządem, negocjujemy i liczymy na wsparcie.

Jak wyjaśnia, na wsparcie dla krajowych branż targowych zdecydowały się m.in. rządy w Niemczech (ok. 600 mln euro), Francji i Hiszpanii. Dzięki pomocy państwa firmy z innych krajów będą dobrze przygotowane do wznowienia działalności po odmrożeniu gospodarki i mogą przejąć organizację kluczowych imprez targowych w Europie, również w Polsce.

Niejasny wybór dostawcy fregat dla Marynarki Wojennej. Posłowie wzywają MON do zapewnienia transparentnego przetargu

W połowie marca MON uruchomił procedurę pozyskania dla Marynarki Wojennej trzech fregat w ramach programu Miecznik. Pojawiły się już wątpliwości co do konkurencyjnego charakteru tego zakupu. Według medialnych doniesień PGZ Stocznia Wojenna miała zaproponować MON tylko jedną ofertę na te okręty, opracowaną wspólnie z brytyjskim koncernem Babcock.  Posłowie zwracają uwagę na niejasną procedurę wyboru partnera do budowy fregat i apelują do MON o zapewnienie jej transparentności. – Miecznik będzie kosztował ponad 2 mld zł – mówi poseł Paweł Poncyljusz z sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Przetarg powinien więc mieć jasny i otwarty charakter.

Marynarka Wojenna jest w tej chwili najbardziej zaniedbanym i niedoinwestowanym rodzajem Sił Zbrojnych RP. Jednostki będące na jej wyposażeniu mają po kilkadziesiąt lat i są wycofywane z użytku. Dlatego zakupy nowych okrętów to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. W połowie marca szef MON Mariusz Błaszczak oficjalnie uruchomił procedurę zakupu trzech fregat w ramach programu Miecznik. Ich budowa wymagać będzie współpracy z wybranym zagranicznym dostawcą technologii, gdyż polskie stocznie nie mają odpowiednich kompetencji, by samodzielnie podjąć się budowy tak skomplikowanych okrętów jak fregaty.

– Kto by nie był wykonawcą tego programu po polskiej stronie, będzie musiał posiłkować się partnerami zagranicznymi. Dostawca technologii nie jest jednak wyłaniany na zasadzie przetargu na poziomie ministerstwa czy Polskiej Grupy Zbrojeniowej, tylko w dość mętnym systemie dobierania partnerów na zasadzie widzimisię czy prywatnych kontaktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes poseł Paweł Poncyljusz, członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

Według zapowiedzi MON wiodącą rolę w programie Miecznik ma odgrywać polski przemysł stoczniowy we współpracy z partnerem zagranicznym. Tymczasem wokół ogłoszonej procedury zakupu fregat już pojawiło się wiele niejasności, związanych przede wszystkim z bardzo szybkim zawarciem umowy na okręty zaplanowanym przez szefa MON do połowy tego roku, czyli w ciągu trzech miesięcy. Tak szybki zakup rodzi wątpliwości, gdyż daje zbyt mało czasu, by móc przeprowadzić konkurencyjny przetarg otwarty dla wielu ofert. Tym bardziej że według  doniesień portalu Onet z 16 marca MON rozważa tylko jedną propozycję, złożoną wspólnie przez PGZ Stocznię Wojenną i brytyjski koncern Babcock International.

– Podstawowym zarzutem, jaki dziś stawiamy Ministerstwu Obrony Narodowej, jest nietransparentny wybór partnera, o ile ten partner jest. Skoro minister Błaszczak podpisuje decyzję o uruchomieniu po raz kolejny programu Miecznik – i to praktycznie z dnia na dzień – to oznaczałoby, że jakiś partner został wybrany. Nie wiemy jednak, w jakim trybie, czy dokonano wcześniej jakichkolwiek analiz albo porównania ofert, aby z jednej strony zoptymalizować cenę, a z drugiej – zagwarantować polskim przedsiębiorstwom odpowiedni transfer technologii – wymienia Paweł Poncyljusz.

Według medialnych doniesień wybór brytyjskiej firmy miał już zostać podjęty i to bez zachowania jakiejkolwiek procedury i transparentności – na podstawie wewnętrznych, gabinetowych ustaleń. Do wyboru oferty stworzonej z koncernem Babcock miał w szczególności zachęcać MON wiceprezes stoczni wojennej Cezary Cierzan, były komandos morskiej jednostki Formoza, za którego karierą w przemyśle stoczniowym stoi, według źródeł Onetu, wiceszef MON Sebastian Chwałek. Jak informuje portal, w prezentacji dla ministra Błaszczaka miały zostać zatuszowane rzeczywiste koszty projektu, który miałby być realizowany przez należącą do PGZ Stocznię Wojenną we współpracy z brytyjskim partnerem.

– MON w trakcie posiedzenia sejmowej komisji nie chciało odnieść się do tych informacji – mówi poseł. – Doniesienia Onetu dotyczące tego, że wiceprezes Stoczni Wojennej rzekomo składał jakąś konkretną ofertę do ministra Błaszczaka, są o tyle złe, że pokazują absolutny brak transparentności w wyborze oferty i omijanie postępowań przetargowych. Zakupy sprzętu wojskowego powinny być prowadzone w oparciu o prawo zamówień publicznych.

To właśnie transparentność i konkurencyjność wyboru dostawcy fregat, ale też każdego innego uzbrojenia dla polskiej armii jest gwarancją braku nieprawidłowości, ale też i uzyskania najlepszej ceny oraz warunków współpracy dla polskiego przemysłu.

– Jestem zwolennikiem, aby przy zamawianiu jakiegokolwiek nowoczesnego sprzętu obowiązywała jak największa transparentność. To znaczy, żeby można było porównywać konkretne oferty, nie zamykać się na różnego rodzaju rozwiązania, porównywać parametry danego sprzętu i dopiero na tej podstawie wybierać partnerów czy też technologie, z których Polska będzie chciała skorzystać – zauważa Paweł Poncyljusz. – Ważna jest też kwestia transferu technologii do polskich podmiotów, tak aby „local content” nie opierał się jedynie na spawaniu kadłuba i na pracach związanych z ostatecznym montażem.

Jak wskazuje poseł sejmowej Komisji Obrony Narodowej, kontrowersje budzi także m.in. to, że początkowo w programie Miecznik była mowa o korwetach, które teraz zostały zamienione na większe fregaty. W ubiegłotygodniowym wywiadzie dla TVP Info Mariusz Błaszczak uzasadniał, że jest to zgodne ze strategiczną koncepcją bezpieczeństwa morskiego RP wypracowaną przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, a budowa fregat – jako wielozadaniowych jednostek o większej sile rażenia – będzie służyła odstraszaniu potencjalnych agresorów.

– Dla nas, jako Komisji Obrony Narodowej i posłów zajmujących się obronnością, ważniejsze jest to, aby MON pokazał, w jaki sposób doszedł do pewnych ustaleń, dlaczego taka technologia, dlaczego taki partner. Dotychczasowe doświadczenia pokazują bowiem, że kiedy MON zbyt wcześnie wyłania partnera, to potem cena rośnie drastycznie, nieadekwatnie do innych ofert na rynku – mówi poseł.

Polacy odkryli prawdziwe pochodzenie dinozaurów. Dwunożność nabyły w toku ewolucji, zupełnie jak ludzie

Dinozaury powstały bezpośrednio z czworonożnych zwierząt, nie zaś – jak wcześniej sądzono – z dwunożnych. Polscy naukowcy ustalili, że przednie kończyny odnalezionego w Krasiejowie pod Opolem nowego pradinozaura – Silesaurus opolensis – były w pełni wyprostowane i miały zmniejszone mięśnie związane z wysuwaniem, cofaniem i zginaniem. W ten sposób opracowali całkowicie innowacyjną hipotezę powstania dinozaurów. – W związku z dwunożnością kończyna przednia została zwolniona z funkcji lokomotorycznych i mogła zostać wykorzystana do nowych celów – tłumaczy dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Warszawskiego.

– Pierwsze dinozaury były zwierzętami dwunożnymi i, co ciekawe, osiągnęły tę dwunożność w bardzo podobny sposób co ludzie. Ich główka kości udowej zakrzywia się do środka, wchodząc w panewkę biodrową zupełnie jak u ludzi. To oczywiście przystosowanie do tego, by skuteczniej dźwigać ciężar ciała na swoich kończynach, by tracić mniej energii. Jeżeli te kończyny są podciągnięte pod tułów, zwierzę może skuteczniej chodzić – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Naukowcy niemal z każdym rokiem dowiadują się czegoś nowego na temat dinozaurów. W 2020 roku opublikowano wyniki badań, z których wynika, że niektóre kluczowe cechy dinozaurów, takie jak stałocieplność i izolujące okrycia ciała, wyewoluowały na wczesnym etapie ich historii. Z kolei w badaniu Cretaceous Research paleontolodzy opisali nowy gatunek hadrozaura, znaleziony w Maroku. Ajnabia żył pod koniec kredy, w czasie gdy Afrykę oddzielono od innych kontynentów głębokimi kanałami wodnymi. Pływanie byłoby jedynym sposobem, w jaki dinozaur mógł dotrzeć do prehistorycznej Afryki z Europy lub Azji. W „Nature” opublikowano zaś artykuł, z którego wynika, że jaja części dinozaurów (rotoceratops i mussaurus) bardziej przypominały skórzaste jaja żółwi. Odkrycie może tłumaczyć, dlaczego jaja były tak trudne do znalezienia dla wielu gatunków dinozaurów – bardziej miękkie jaja rozkładały się łatwiej niż te o twardej skorupce.

Polacy zmienili natomiast spojrzenie na wczesne etapy ewolucji dinozaurów – odkryli, że wbrew wcześniejszym hipotezom zwierzęta wywodziły się z czworonożnych przodków, a dwunożność nabyły w trakcie ewolucji.

– Nasze badania pokazały, że bezpośredni przodkowie dinozaurów byli jednak wciąż zwierzętami czworonożnymi i dwunożność pojawiła się razem z ich pojawieniem się, czyli jest to cecha wyłącznie dinozaurów. Najpierw kończyny podciągnęły się pod tułów, następnie kończyny tylne stały się główną, prawie wyłączną siłą napędową zwierzęcia i dopiero później kończyny przednie, które były bardzo długie lub cienkie, oderwały się od ziemi. Przodkowie dinozaurów chodzili trochę na zasadzie nordic walking – tłumaczy Mateusz Tałanda.

Polacy twierdzą, że silezaur miał rozbudowane prostowniki i zginacze kolan. Kończyna tylna pełniła funkcję napędową, zaś kończyny przednie stanowiły podporę. To w wyniku ewolucji przednie kończyny mogły być wykorzystane do innych zadań niż do poruszania się.

– To, dlaczego dinozaury były takie duże, od lat fascynowało naukowców. Powstało wiele dyskusji na ten temat. Jednym z powodów była właśnie efektywna lokomocja. One były w stanie skutecznie dźwigać ciężar swojego ciała, natomiast bez tych adaptacji nie byłoby to możliwe, nie każde zwierzę osiągnęło tak duże rozmiary jak dinozaury, są one pod tym względem wyjątkowe. Nasze badania pokazują m.in., dlaczego tak się stało – mówi ekspert.

Polacy chcą uczynić z polskiego pradinozaura – Silesaurus opolensis – modelowy organizm w badaniach nad dinozaurami. Dotychczas tę rolę pełnił amerykański Tyrannosaurus rex, czyli tyranozaur. Silezaur ma jednak szansę wnieść znacznie więcej do rozważań nad ewolucją wczesnych dinozaurów. Wiele aspektów anatomii czy fizjologii Silesaurus zostało poznanych dzięki wcześniejszym pracom polskich naukowców. W trakcie opracowywania są kolejne.

– Znaleziska z terenów Polski są świetnie zachowane. Te kości są zachowane w trójwymiarowy sposób, one nie są zmiażdżone przez osad i bardzo dobrze widać na tych kościach przyczepy poszczególnych mięśni. Mogliśmy bardzo wiarygodnie zrekonstruować umięśnienie tego zwierzęcia, czyli coś, co wcześniejsi badacze ze Stanów Zjednoczonych czy z Wielkiej Brytanii robili metodą ekstrapolacji – wskazuje dr Mateusz Tałanda.

Nowy, niezwykle czuły rezonans magnetyczny pozwoli lepiej badać strukturę białek. Pomoże opracować m.in. lek na alzheimera

Ultraczuły rezonans magnetyczny o częstotliwości 1,2 GHz będzie mógł być wykorzystywany do badania struktury białek. Dzięki wysokiej precyzji pomiaru pomoże opracować lek na alzheimera, a także przyczyni się do opracowania nowych, bezpiecznych antybiotyków o działaniu skupionym wyłącznie na szkodliwych bakteriach. Pomoże także prowadzić badania translacyjne dotyczące starzenia się i chorób neurodegeneracyjnych związanych z wiekiem.

– Nowy 1,2-gigahercowy system spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego będzie ważnym elementem Centrum Biologii Strukturalnej Jülicha (JuStruct – przyp. red.). Przyczyni się do badań translacyjnych dotyczących starzenia się i chorób neurodegeneracyjnych związanych z wiekiem – podkreśla prof. Dieter Willbold, dyrektor Instytutu Biofizyki Uniwersytetu Heinricha Heinego (HHU) w Düsseldorfie oraz dyrektor IBI-7 w centrum naukowo-badawczym Forschungszentrum Jülich (FZJ).

Badanie z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego jest bezinwazyjne i pozwala na uzyskiwanie obrazów wnętrza obiektów, takich jak jamy ciała czy narządy. Choć metoda ta jest znana od dziesięcioleci, to aparaty do przeprowadzania badań są coraz doskonalsze i dają coraz lepsze możliwości diagnostyczne, zwłaszcza w obrębie badania tkanek ludzkiego ciała. Dotychczas stosowane rezonansy zapewniały częstotliwość od poniżej 100 MHz do maksymalnie 850 MHz. Rezonans o częstotliwości 1,2 GHz umożliwia badanie struktury białek, które nie są ani zdolne do krystalizacji, ani rozpuszczalne. Może być to kluczowym elementem w procesie opracowywania nowych leków na dotychczas nieuleczalne choroby.

– Nasze badania już przyczyniły się do opracowania kandydata na lek na chorobę Alzheimera, który właśnie wchodzi do II fazy badania klinicznego – zapowiada prof. Dieter Willbold.

Badania z wykorzystaniem NMR mogą posłużyć również do stworzenia nowych klas antybiotyków o niewykorzystanych dotychczas mechanizmach działania. Naukowcy z uniwersytetu w holenderskim Utrechcie wspólnie z naukowcami z Instytutu Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk przeprowadzili w tej technologii badania nad antybiotykami skupiającymi swoje działanie na lipidzie, zwanym bakteryjną piętą achillesową. Takie antybiotyki zabijałyby patogeny oporne na wiele leków w stężeniach nanomolekularnych, bez powodowania oporności na środki przeciwdrobnoustrojowe.

– Ultrawysokie pole NMR przyspieszy również nasze projekty opracowywania nowych klas antybiotyków, które prowadzimy we współpracy z firmą biofarmaceutyczną AiCuris, zajmującą się antyinfekcją – dodaje prof. Andrew Dingley, lider grupy w IBI-7.

Badania nad nowymi, bezpiecznymi antybiotykami są szczególnie istotne, ponieważ rośnie zjawisko oporności patogenów na środki przeciwdrobnoustrojowe, czyli AMR. Z badania przeprowadzonego na zlecenie premiera Wielkiej Brytanii wynika, że do 2050 roku w wyniku AMR umrze 10 mln osób.

Branża cyfrowa z krajów Trójmorza apeluje do Komisji Europejskiej o reformę opłaty reprograficznej

Branża cyfrowa krajów Trójmorza – CEE Digital Coalition – wezwała Komisję Europejską do dialogu w sprawie obecnego kształtu opłaty reprograficznej w krajach Unii oraz podjęcia prac nad reformą tego archaicznego systemu. Apel ma związek z otwarciem dyskusji o przyszłości opłaty reprograficznej w Polsce i zapowiedziami rozszerzenia jej m.in. o smartfony, tablety i telewizory smart.

Pod wspólnym stanowiskiem podpisało się 10 organizacji branży cyfrowej z 9 państw należących do grupy państw Trójmorza: Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Litwy, Rumunii, Słowacji, Słowenii oraz Polski. Organizacje wzywają Komisję Europejską, by przedyskutować temat dzisiejszego kształtu i przyszłości systemu opłaty reprograficznej w Unii Europejskiej. Powód? Obecny system nie jest spójny dla całej Unii Europejskiej, co kłóci się z ideą Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz nie odpowiada na dzisiejsze wymagania technologii i społeczeństwa.

Pretekstem do podjęcia tematu przez CEE Digital Coalition jest zapowiedź rozszerzenia opłaty reprograficznej w Polsce, m.in. na tablety, smartfony i telewizory smart. – Organizacje branżowe z krajów Trójmorza zgadzają się, że system oparty na opłacie reprograficznej jest przestarzały i nieefektywny. Samo poszerzanie listy o kolejne sprzęty do niczego nie doprowadzi. Potrzebna jest gruntowna reforma tego systemu, by z jednej strony spełnić oczekiwania twórców, a z drugiej przedsiębiorców oraz konsumentów – tłumaczy prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, który podpisał się pod stanowiskiem.

Nowy system powinien być wspólny dla całej UE

Jak podkreślono w stanowisku, Koalicja Cyfrowa podziela wspólny cel umacniania Jednolitego Rynku Cyfrowego w naszym regionie i w całej Unii Europejskiej oraz zabiega o tworzenie jednolitego środowiska regulacyjnego przystosowanego do realiów współczesnej Europy. Zdaniem branży obecny system wynagradzania pracy społeczności twórców oparty o opłatę reprograficzną jest przestarzały i niedostosowany do dzisiejszych warunków. Zgadzamy się, że praca artystów zasługuje na system godnego i sprawiedliwego finansowania. Powinien on jednak mieć na względzie wszystkie podlegające mu podmioty. Będąc zobowiązanymi do uwzględniania opłaty reprograficznej w cenach urządzeń zgodnie z krajowymi przepisami i przekazywania środków organizacjom zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, producenci i dystrybutorzy urządzeń elektronicznych są kluczowym elementem obowiązującego mechanizmu. System ten nie odpowiada jednak dzisiejszym warunkom technologicznym i zachowaniom społecznym” – zauważono w stanowisku.

Archaiczność opłaty reprograficznej

CEE Digital Coalition przypomina, że opłata reprograficzna to twór z lat 60. XX wieku. Od tego czasu nastąpił ogromny postęp technologiczny, co też przełożyło się na zmianę sposobu obcowania z wytworami pracy artystów, np. poprzez streaming. „Nowe modele odbioru zastąpiły nawyk kopiowania wytworów kultury. W tym samym czasie mechanizm opłaty reprograficznej nie ewoluował, stając się przestarzałym. Nowe metody prowadzenia biznesu i modele usługowe wyprzedziły nieaktualne ramy opłaty reprograficznej, odbiegającej od dzisiejszych realiów konsumowania i doświadczania dzieł kultury. Wraz z zanikaniem uzasadnionych podstaw dla opłaty, system nie jest w stanie nadążyć za technologią, rozwojem urządzeń i aktualnymi sposobami kontaktu z kulturą, a ponadto nie spełnia celu, w jakim powstał” – argumentują organizacje z branży cyfrowej.  Dlatego – jej zdaniem –  wymagana jest reforma tego przestarzałego mechanizmu, aby zapewnić możliwość rekompensaty i finansowania ciężkiej pracy środowisk artystycznych, jednocześnie odpowiadając na aktualne warunki technologiczne i szanując istotną rolę naszej branży w  omawianym systemie.

Obecny system niekorzystny dla artystów, przedsiębiorców i konsumentów

Kolejnym argumentem za potrzebą reformy jest fakt, że dzisiejszy system nie radzi sobie z nadejściem nowych rozwiązań, które powstają szybciej, niż możliwe jest dostosowanie ram prawnych do dostępnych na rynku produktów i usług. Co więcej, aktualny niejednolity system jest nieefektywny w skali Europy, ponieważ rozbieżności w jego działaniu występują nawet na poziomie blisko współpracujących państw naszego regionu. Stoi on tym samym w sprzeczności z ideą integracji. Dlatego zdaniem sygnatariuszy listu należy jak najszybciej gruntownie przebudować system finansowania pracy artystów opartego na opłacie reprograficznej.Dalsze odwlekanie tego procesu wraz z nieuchronnym rozwojem nowych urządzeń, modeli biznesowych i sposobów obcowania z tworami artystów na całym świecie, wzmoży jedynie opisane trudności w całej Europie. Zachęcamy Komisję Europejską, by odpowiedziała na wezwanie do opracowania nowego, uniwersalnego i sprawiedliwego modelu, gwarantującego dobrobyt artystów oraz branży cyfrowej i nowoczesnych technologii w regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz w całej Unii Europejskiej”.

Organizacje branży cyfrowej z krajów Europy Środkowo-Wschodnije wzywają też Komisję Europejską, by ta dołączyła do dialogu i zaakceptowała zaproszenie na spotkanie z przedstawicielami  branży cyfrowej Europy Środkowo-Wschodniej, aby przedyskutować temat dzisiejszego kształtu i przyszłości systemu opłaty reprograficznej w Unii Europejskiej.

CEE Digital Coalition to koalicja organizacji branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z krajów należących do Inicjatywy Trójmorza. Powstała we wrześniu 2020 r. z inicjatywy Związku Cyfrowa Polska, a jej celem jest pełnienie roli branżowego think tanku dla rządów państw z Europy Środkowo-Wschodniej.

Podsumowanie roku 2020 w handlu tradycyjnym

Rok 2020 z pewnością nie był taki, jakiego wszyscy oczekiwaliśmy, kiedy świętowaliśmy jego rozpoczęcie. Mówiło się już od pewnego czasu o nadchodzącym kryzysie, ale zapewne niewielu spodziewało się aż takiego trzęsienia ziemi, jakiego byliśmy świadkami. Był to rok naznaczony przez pandemię, która wywarła wpływ na wiele aspektów naszego życia. Branża FMCG, podobnie jak wiele innych, przeszła prawdziwą próbę polegającą między innymi na konieczności implementacji błyskawicznych zmian w zależności od wprowadzanych obostrzeń i zmieniających się zachowań konsumentów. Na podstawie danych pochodzących z M/platform, cyfrowej platformy usługowej, wspierającej tradycyjne punkty handlowe, mogliśmy obserwować, jakiej natury zmiany widoczne były w handlu tradycyjnym w Polsce.

Jakie zmiany zaszły w naszych zwyczajach zakupowych?

Placówki handlu tradycyjnego, zwłaszcza w pierwszej fazie pandemii, cieszyły się w 2020 roku dużą popularnością. Z uwagi na zalecany dystans społeczny oraz względy sanitarne, jako konsumenci wybieraliśmy często sklepy o mniejszej powierzchni, a także te zlokalizowane bliżej naszego miejsca zamieszkania. Znaczący wzrost odwiedzin sklepów tradycyjnych nastąpił oczywiście w tygodniu 11-tym 2020 roku, a zatem w okresie kiedy Główny Inspektorat Sanitarny zarekomendował odwołanie zamkniętych imprez masowych powyżej 1000 osób, profilaktycznie (początkowo na dwa tygodnie) zamknięte zostały placówki oświatowe, a następnie zamknięto granice Polski dla ruchu lotniczego oraz kolejowego. W kolejnych zaś kilku tygodniach kupowaliśmy znacznie więcej, ale częstotliwość naszych wizyt w tradycyjnych sklepach wyraźnie spadła, a liczba generowanych w tego typu placówkach paragonów zmniejszyła się nawet o blisko 30% w stosunku do średniej ze stycznia i lutego.

Wraz ze stopniowym znoszeniem obostrzeń, sytuacja nie tylko zaczęła wracać do normy, ale przez dużą część roku nasze wizyty w „osiedlowych” sklepach stały się nawet częstsze niż wcześniej i dopiero od 42-giego tygodnia można było zaobserwować ponownie spadek ich częstotliwości. Jednak rzadsze zakupy w sklepach tradycyjnych wcale nie oznaczały automatycznie obniżenia wartości sprzedaży kategorii FMCG, bowiem istotne zmiany zachodziły także w naszym koszyku zakupowym.

Jak zmieniała się wartość koszyka zakupowego?

Przed pandemią, wartość przeciętnego koszyka zakupowego Polaków w sklepach handlu tradycyjnego nie przekraczała 20 złotych, a w okresie gorączki zakupów świąteczno-noworocznych wzrastała o ponad 20%. Podobnie jak w wielu innych obszarach, także i w przypadku koszyka zakupowego, COVID-19 zmodyfikował jednak nasze zwyczaje.

Pierwsza, bardzo zauważalna zmiana dotycząca zresztą nie tylko handlu tradycyjnego zaszła w 11-tym tygodniu 2020 roku, kiedy to wprowadzane i planowane obostrzenia sprawiły, że Polacy ruszyli masowo na zakupy, przygotowując się na bardzo niepewną i niespodziewanej natury przyszłość. W 11-tym tygodniu 2020 roku wartość średniego koszyka w sklepie tradycyjnym osiągnęła poziom znany wcześniej jedynie z okresu zakupów świąteczno-noworocznych, ale jeszcze większe wzrosty nastąpiły dopiero później. Niepewność towarzysząca Polakom, zbliżająca się Wielkanoc i nasze przyzwyczajenie do zwyczajowych większych zakupów świątecznych, a w tym wypadku także i zakupów na zapas sprawiły, iż wartość koszyka zakupowego w tradycyjnych sklepach biła rekordy. Pozostawaliśmy w domach, znacznie rzadziej bywaliśmy w sklepach, ale podczas pobytu w placówce handlowej zdecydowanie kupowaliśmy więcej. Począwszy od tygodnia 13-tego, rozpoczęliśmy uzupełnianie zapasów i przygotowania do Wielkanocy. W tygodniu 15-tym 2020 (tydzień z niedzielą wielkanocną), wartość koszyka w sklepie tradycyjnym była wyższa o ponad 60% od średniej wartości koszyka z okresu styczeń-luty.

Drugą istotną zmianę zaobserwować można było w kolejnych wielu tygodniach 2020 roku, kiedy w pewien sposób przywykliśmy do nowej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Wraz ze znoszeniem obostrzeń, nasze wizyty w sklepach tradycyjnych stały się ponownie częstsze, ale co istotne średnia wartość przeciętnego koszyka zakupowego była już wyraźnie wyższa i taka pozostała. W okresie od czerwca do września 2020 roku, średnia wartość koszyka była wyższa o kilka do kilkunastu nawet procent w stosunku do tygodni sprzed pandemii.

 

W ostatnim kwartale roku, kiedy nadszedł okres sprzyjający przeziębieniom, ponownie odwiedzaliśmy tradycyjne sklepy  rzadziej za to wartość koszyka zakupowego osiągnęła poziom o 20% wyższy niż średnia z okresu styczeń-luty. W końcówce roku odnotowane zostały standardowe wzrosty wartości koszyka zakupowego w okresie świąteczno-noworocznym, przy czym w 2020 roku wydaliśmy podczas pojedynczych zakupów o 22% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Jaka przyszłość czeka sklepy tradycyjne?

Pandemia udowodniła, iż polscy konsumenci nadal doceniają sklepy w swoim bliskim sąsiedztwie i chętnie robią w nich zakupy. Udowodniła także, że podobnie jak dzieje się to w przypadku innych formatów sklepów, także i tradycyjne sklepy potrzebują dostepu do nowoczesnych technologii, które pomogą im rozwijać biznes. Narzędzia wspierające detalistów w procesie zamówień i planowania promocji, sprawna komunikacja z kupującymi, informacje o najnowszych promocjach w punktach detalicznych, usługa „zamów i odbierz” czy dostawy do domu – to rzeczywistość znana polskim konsumentom. To jednocześnie rzeczywistość, w jakiej mogą pracować także właściciele tradycyjnych sklepów, dzięki dostępnym na polskim rynku rozwiązaniom. A małe, tradycyjne placówki mają to do siebie, że potrafią przystosować się do nowych warunków szybko i umiejętnie wykorzystać przewagi, jakie oferuje im technologia, bowiem doskonale znają swoich konsumentów i ich potrzeby.

Ewa Rybołowicz, Dyrektor ds. analiz rynkowych COMP Centrum Innowacji

Wegański czy roślinny – który produkt chętniej kupują konsumenci?

Kampania RoślinnieJemy opublikowała wyniki badań opinii publicznej dotyczących nazewnictwa i umiejscowienia produktów roślinnych na półkach sklepowych. Aż 68% konsumentów wskazuje oznaczenie “produkt roślinny” jako bardziej skłaniające do zakupu, a prawie połowa badanych częściej kupowałaby roślinne alternatywy mięsa i nabiału, gdyby znajdowały się one na półkach w bezpośrednim sąsiedztwie ich tradycyjnych analogów.

Badania zostały przeprowadzone we wrześniu 2020 r. przez Panel Ariadna. Ankietowanych zapytano o skojarzenia z określeniami “wegański” i “roślinny”, preferowane nazewnictwo produktów w tej kategorii oraz wskazanie, jaka lokalizacja produktów roślinnych na półkach sklepowych bardziej zachęci do ich kupna.

Poproszeni o wybór pomiędzy produktem „100% wegańskim”, a „100% roślinnym”, 68% respondentów wskazało produkt „100% roślinny” jako oznaczenie, które bardziej skłoni ich do jego zakupu. Jedynie 10% uważa oznaczenie „100% wegański” jako bardziej zachęcające, natomiast 22% nie miało na ten temat zdania.

Okazuje się, że samo słowo “wegański” może budzić w części konsumentów negatywne skojarzenia (w 2018 roku badacze firmy Mattson stwierdzili, że słowo “vegan” kojarzy się często z wyrzeczeniami, restrykcjami oraz pewnym wykluczeniem społecznym z uwagi na silnie związane z nim wartości etyczne, z którymi nie każdy konsument musi się utożsamiać). Produkty oznaczone jako “roślinne” są postrzegane jako bardziej wartościowe, smaczne i przyjazne środowisku. Co więcej, są też uważane za zdrowe dwukrotnie częściej (52%) niż produkty oznaczone jako “wegańskie” (24%). Określenie “wegańskie” sugeruje też dużej części konsumentów (32%), że produkt jest przeznaczony tylko dla wegan, wykluczając tym samym innych potencjalnych nabywców.

Ankietowani zostali również zapytani o umiejscowienie na sklepowych półkach roślinnych zamienników nabiału. Aż 48% częściej kupowałaby roślinne alternatywy mięsa i nabiału, gdyby znajdowały się one na półkach w bezpośrednim sąsiedztwie ich tradycyjnych analogów. Na pytanie “Jakie umieszczenie roślinnych odpowiedników nabiału w sklepach byłoby dla Ciebie intuicyjnie najlepsze?” jedynie 25% badanych wskazało na dział z wyłącznie roślinną żywnością jako najlepsze rozwiązanie. Najwięcej badanych (36%) wskazało regały z ich konwencjonalnymi odpowiednikami (np. półki z nabiałem).

Co trzeci Polak twierdzi, że oznaczenie “wegański” wskazuje, że taki produkt dedykowany jest wyłącznie dla wegan, a dla niemalże 20% z nas taki komunikat odbierany jest jako sygnał – to produkt nie dla mnie – mówi Sabina Sosin z kampanii RoślinnieJemy – Aby trafić do szerszego grona konsumentów, osoby odpowiedzialne za merchandising w sieciach handlowych powinny testować rozmaite rozwiązania, w tym umieszczanie produktów roślinnych w pobliżu ich odzwierzęcych sąsiadów – prawdopodobnie z korzyścią dla konsumentów, środowiska i szansą na zwiększenie wolumenu ich sprzedaży. Zapraszamy wszystkich, którzy chcieliby wspólnie pracować nad roślinnymi innowacjami do kontaktu – teraz jest najlepszy czas – dodaje Sosin.

Co trzeci przedsiębiorca skarży się na nieuregulowane faktury

Ponad 70 proc. przedsiębiorców poniosło w związku z pandemią dodatkowe koszty. Innym dużym problemem dla firmowych finansów są opóźnienia w płatnościach, na które narzeka już co trzeci przedsiębiorca. Z kolei ci, którzy sami nie płacą w terminie, tłumaczą się słabymi wynikami sprzedażowymi oraz oczekiwaniem na przelew od swoich kontrahentów. Takie wnioski płyną z VII edycji badania „KoronaBilans MŚP” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Główne wnioski z VII edycji badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” dotyczące zatorów płatniczych oraz kosztów pandemii:

  • Co trzeci przedsiębiorca skarży się na opóźnienia w płatnościach ze strony kontrahentów. Opóźnienia wynoszą przeważnie do miesiąca.
  • NOWOŚĆ: Blisko 30 proc. firm przyznaje, że nie reguluje na czas swoich zobowiązań. Połowa z nich tłumaczy się słabą sytuacją finansową, co trzeci sam czeka na przelewy od kontrahentów.
  • Nieznacznie spadł odsetek firm, które przyznają, że poniosły dodatkowe koszty w związku z pandemią. W lutym 2021 r. dotyczyło to 71,4 proc. przedsiębiorców (w poprzedniej edycji badania 74,3 proc.).
  • Najwięcej dodatkowych środków pochłonęło zabezpieczenie pracowników (ponad 95 proc.), zakup dodatkowych sprzętów i oprogramowania (ponad 30 proc.) oraz wykonanie testów na koronawirusa wśród załogi (20 proc.).
  • Więcej, bo 66,8 proc. firm posiada zobowiązania finansowe. Wzrósł również odsetek przedsiębiorców, którzy podpisali nowe zobowiązania w czasie trwania pandemii (z 26,9 proc. do 35,3 proc.).
  • Z 14,5 proc. do 16,9 proc. wzrosła grupa firm, które przewidują problemy ze spłatą rat kredytowych lub/i leasingowych w ciągu najbliższych trzech miesięcy na skutek pandemii koronawirusa. Równocześnie co czwarty przedsiębiorca nie ma pewności, czy w niedługiej przyszłości będzie w stanie regulować swoje zobowiązania.

W najnowszej edycji cyklicznego badania Krajowego Rejestru Długów „KoronaBilans MŚP” 32 proc. firm skarży się na kłopoty z uzyskaniem na czas płatności od swoich kontrahentów. Najczęściej dotyczy to małych i średnich przedsiębiorstw z sektora usługowego. Prawie 30 proc. firm przyznaje, że z powodu pandemii nie opłaca swoich faktur na bieżąco. Najczęściej takie problemy zgłasza branża produkcyjna. Opóźnienia wynoszą przeważnie do miesiąca. Co druga firma mówi, że powodem są słabe wyniki sprzedażowe i mniej zleceń, a co trzecia sama czeka na płatność ze strony kontrahentów.

Rośnie liczba zobowiązań

Jak wynika z przeprowadzonego badania, o ponad 8 pp. wzrósł odsetek firm, które w czasie pandemii sięgnęły po dodatkowe finansowanie i podpisały umowy kredytowe lub leasingowe. W ostatnim czasie zdecydowało się na to już ponad 35 proc. przedsiębiorstw. Równocześnie część z nich przewiduje, że w najbliższych trzech miesiącach może mieć problemy ze spłatą rat kredytowych. Takie obawy ma już prawie 17 proc. firm. Co czwarta nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, czy jej sytuacja finansowa pozwoli, by na bieżąco opłacać faktury i płacić raty kredytowe.

Zobowiązania finansowe w postaci kredytu lub leasingu posiada 2/3 przedsiębiorców. Dodatkowo, do ponad 35 proc. wzrósł odsetek tych firm, które zdecydowały się zaciągnąć dodatkowe zobowiązania już w trakcie pandemii. Widać więc, że część przedsiębiorców posiada zdolność kredytową. Z drugiej strony, jak wynika z naszego badania, zwiększyło się grono firm, które nie mają pewności, czy w najbliższym czasie będą w stanie spłacać zaciągnięte zobowiązania. Takie przypuszczenia lub wątpliwości ma ponad 42 proc. przedsiębiorców – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Wysokie koszty pandemii

Odsetek firm, które w związku z pandemią musiały ponieść dodatkowe koszty, nieznacznie spadł. Wciąż jednak utrzymuje się na wysokim poziomie i dotyczy ponad 71 proc. przedsiębiorców. Zdecydowana większość z nich (prawie 90 proc.) przeznaczyła na ten cel do 1/4 swojego firmowego budżetu. Blisko co dziesiąty badany mówi już jednak o kosztach w wysokości od 26 do 50 proc. wydatków firmowych.

Najczęściej dodatkowe środki przedsiębiorcy przeznaczali na odpowiednie zabezpieczenie pracowników – zakup maseczek, przyłbic, rękawiczek, płynu do dezynfekcji rąk oraz na odkażanie pomieszczeń. Takie działania deklaruje ponad 95 proc. badanych. Na drugim miejscu znalazły się zakupy nowego sprzętu oraz oprogramowania (ponad 30 proc.), które posłużyć miały przystosowaniu do zmienionego w czasie pandemii trybu pracy. Co piąty przedsiębiorca dodatkowe środki przeznaczył na wykonanie testów na koronawirusa wśród załogi. 13 proc. firm musiało zmierzyć się z kosztami spowodowanymi przebywaniem swoich pracowników na kwarantannie lub na zwolnieniu chorobowym, na miejsce których trzeba było zatrudnić dodatkowe osoby.

Ponadplanowe wydatki wyraźnie uszczupliły finanse firm. Zestawiając to z rosnąca liczbą  przedsiębiorstw, które w czasie pandemii zaciągają kolejne zobowiązania, można się spodziewać, że w najbliższym czasie zjawisko zatorów płatniczych będzie się nasilać. Z drugiej strony przedsiębiorcy nadal wstrzymują się z odzyskiwaniem swoich należności i można odnieść wrażenie, że pobłażając dłużnikom, bagatelizują zagrożenie, jakim jest utrata własnej płynności finansowej. Tymczasem o skuteczności windykacji decyduje w dużej mierze czas, jaki upłynął od terminu wymaganej zapłaty. Im szybciej faktury zostaną przekazane firmie windykacyjnej, tym większa szansa na zwrot pieniędzy. O wiele łatwiej jest odzyskać pieniądze, jeśli od terminu płatności minął miesiąc, góra dwa, a znacznie trudniej gdy faktura jest przeterminowana rok lub więcej – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

VII edycja ogólnopolskiego Badania „KoronaBilans MŚP” została przeprowadzona przez IMAS International w lutym 2021 r. na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęła grupę 301 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CATI/CAWI.

Grupa PGNiG zainwestowała w producenta systemów cyberbezpieczeństwa

Spółka PGNiG Ventures, która w Grupie Kapitałowej PGNiG pełni rolę funduszu typu corporate venture capital, objęła akcje ICsec, polskiego producenta systemów cyberbezpieczeństwa dla przemysłu. Wartość inwestycji to 4 mln zł.  

System stworzony przez ICsec pozwala wykrywać anomalie oraz cyberzagrożenia
w sieciach automatyki przemysłowej i zapobiegać ich negatywnym skutkom. Wykorzystuje mechanizmy big data, machine learning i sztucznej inteligencji. Monitoring i detekcja cyberzagrożeń odbywa się w czasie rzeczywistym.

Jestem przekonany, że produkty ICsec zyskają zainteresowanie rynku i przyczynią się do wzrostu cyberbezpieczeństwa w instalacjach przemysłowych PGNiG. Jako Grupa Kapitałowa dysponujemy obiektami infrastruktury strategicznej, które podlegają szczególnej ochronie. System ICsec posiada własny software i hardware w postaci sondy. Jest jedynym tego typu rozwiązaniem przeznaczonym dla naszej branży i jedynym wytwarzanym w Polsce, co stanowi bardzo istotną przewagę nad konkurencją z zagranicy. Niewątpliwym atutem jest także dostępność serwisowej obsługi technicznej na miejscu – mówi Arkadiusz Sekściński, Wiceprezes Zarządu PGNiG ds. rozwoju.

Wartość emisji akcji ICsec skierowanej do PGNiG Ventures wyniosła 4 mln zł. Całkowita wartość inwestycji po drugiej rundzie planowanej w 2021 roku może wynieść łącznie
8 mln zł. Spółka PGNiG Ventures, zgodnie z polityką inwestycyjną funduszu, będzie posiadała mniejszościowy udział w kapitale ICsec. To pierwsza inwestycja funduszu PGNiG pozyskana w wyniku naboru, który rozpoczął się w marcu 2020 roku. Horyzont inwestycji to maksymalnie 5 lat.

Zdecydowaliśmy się na inwestycję w ICsec ze względu na innowacyjne rozwiązanie
i liczne przewagi, takie jak m.in. doświadczony zespół, zweryfikowany przez dotychczasowych inwestorów model biznesowy oraz dynamicznie rozwijający się obszar cyberbezpieczeństwa, w którym działa spółka, a co za tym idzie wysoki potencjał wzrostu. Istotnym czynnikiem była także jasna wizja rozwoju i wyjścia na warunkach satysfakcjonujących dla akcjonariuszy
– mówi Małgorzata Piasecka, Prezes PGNiG Ventures.

Pozyskane środki ICsec zamierza przeznaczyć przede wszystkim na komercjalizację swoich rozwiązań, dalsze prace badawczo-rozwojowe, działania sprzedażowe
i marketingowe, ale również na wkład własny do projektów dofinansowanych ze środków unijnych lub krajowych, z których spółka z powodzeniem korzysta.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa krajowej infrastruktury strategicznej istotnym jest, aby dostawcą rozwiązań cyberbezpieczeństwa, w tym monitorowania sieci przemysłowej był polski producent. Cieszymy się, że PGNiG Ventures jako kolejny po funduszu korporacyjnym Tauron Polska Energia dołącza do grona naszych inwestorów. Prestiż
i pozycja rynkowa tych narodowych czempionów otwiera przed nami kolejne rynki. Wpisuje się to również w przyjętą przez ICsec strategię współdziałania z podmiotami, gdzie możliwa jest szybka implementacja rozwiązań ICsec. Wierzę, że efekty naszej współpracy będą widoczne już niedługo i Grupa Kapitałowa PGNiG, a co za tym idzie kluczowa polska infrastruktura, będzie znacznie bezpieczniejsza
– mówi Robert Juszczyk, Prezes ICsec.

Cyberataki są zjawiskiem powszechnym i stanowią realne zagrożenie dla firm. Potwierdzają to także dane z raportu „Barometr cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych”, opracowanego przez KPMG, według którego w 2019 roku 54 proc. przedsiębiorstw w Polsce odnotowało przynajmniej jeden cyberincydent. Największym zagrożeniem dla firm pozostaje szeroko rozumiana cyberprzestępczość, na którą wskazało 90% firm.[1] Zastosowanie rozwiązań ICsec pozwala na ograniczenie liczby niebezpiecznych sytuacji w przedsiębiorstwach przemysłowych.

[1] https://assets.kpmg/content/dam/kpmg/pl/pdf/2020/06/pl-raport-kpmg-barometr-cyberbezpieczenstwa-2020-w-kierunku-rozwiazan-chmurowych.pdf

PolEpi – innowacyjna polska terapia na raka wchodzi w fazę produkcji

29 marca 2021 roku NanoVelos S.A., spółka wchodząca w skład biotechnologicznej grupy kapitałowej NanoGroup S.A., podpisała umowę z firmą farmaceutyczną Guangdong Sunho Pharmaceutical na produkcję leku na raka jajnika PolEpi. Spółka planuje przeprowadzenie badań klinicznych na pierwszych pacjentach w Narodowym Instytucie Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie. Zastosowana technologia nanoformulacji leków onkologicznych redukuje skutki uboczne chemioterapii zwiększając jednocześnie skuteczności leczenia nowotworu.

NanoVelos S.A. kontynuuje prace nad terapią PolEpi – platformą dostarczania leków nowej generacji bezpośrednio do komórek rakowych. Głównym wskazaniem terapeutycznym leku jest nowotwór jajnika, jednak jego substancja czynna – epirubicyna – jest lekiem chemioterapeutycznym stosowanym również w leczeniu raka piersi, płuc, żołądka i chłoniaków.

Obecnie leki używane w trakcie chemioterapii nie są selektywne i niszczą również zdrowe komórki. Technologia NanoVelos umożliwia zwiększenie ilości dostarczanego leku do komórek rakowych, dzięki czemu chemioterapia będzie pozostawiać mniej skutków ubocznych oraz wykazywać wyższą skuteczność – powiedział autor systemu celowania leków onkologicznych do komórek rakowych prof. Tomasz Ciach.

Z naszych badań eksperymentalnych na modelu zwierzęcym wynika, że nanocząsteczki polisacharydowe przyczyniają się do zmniejszenia toksycznego działania popularnych cytostatyków stosowanych w chemioterapii – powiedziała  prof. Małgorzata Brzóska, Kierownik Zakładu Toksykologii Medycyny Laboratoryjnej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku

Spółka wykonała badania in vitro i in vivo, przetestowała dziesięć różnych substancji aktywnych oraz opatentowała nanoplatformę do transportu aktywnych substancji farmaceutycznych. Badania in-vivo na modelu zwierzęcym wskazują na wysoki potencjał terapeutyczny leku. Na wyprodukowanym leku PolEpi, po ostatecznych badaniach toksykologii na zwierzętach w 2021 roku, rozpoczną się badania na ludziach.

Potrzebujemy skutecznych terapii dla naszych pacjentów. Pandemia COVID-19 wpłynęła na utrudnienie diagnostyki nowotworowej i należy się spodziewać gwałtownego wzrostu liczby chorych na nowotwory w najbliższych latach – mówi prof. Piotr Rutkowski, Kierownik Kliniki Mięsaków Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków Narodowego lnstytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie

Spółka zakłada rozpoczęcie procedury rejestracyjnej, a następnie dopuszczenie PolEpi do obrotu po zakończeniu badań klinicznych II fazy. Firma Nanovelos podjęła współpracę z SciencePharma – polską firmą consultingową specjalizującą się min. doradztwem w zakresie wytwarzania, rozwoju i rejestracji produktów leczniczych w UE i poza UE. Lek będzie produkowany przez chińską firmę Sunho Pharmaceutical, ściśle współpracującą z Chińska Akademią Nauk. Produkty lecznicze wytwarzane przez firmę Sunho rejestrowane są zarówno w Europie jak i na rynku amerykańskim. Wytwórca jest obecnie w trakcie uzyskiwania certyfikatu GMP pozwalającego eksportować produkty na oba rynki.

Miejsce, gdzie będzie wytwarzany produkt spełnia wymagania EU GMP i FDA. Kolejnym krokiem w projekcie PolEpi jest w tym momencie transfer technologii do firmy SunHo – powiedziała Monika Laskowska-Mirończuk, prokurent SciencePharma.

– Rozpoczęcie badań w standardzie GLP planowane jest na 2021. Ich wyniki będą kluczowe w przygotowaniu dokumentacji, która zostanie przedstawiona regulatorowi europejskiemu celem uzyskania zgody na przeprowadzenie I fazy badań klinicznych u pacjentek z rakiem jajnika. Planowane rozpoczęcie badań I fazy klinicznej na ludziach to 2022 r.  – mówi Marek Borzestowski, prezes NanoGroup S.A.

Lekarze ostrzegają: „Czeka nas epidemia zaawansowanych nowotworów”

Onkolodzy spodziewają się nowej epidemii. Epidemii zaawansowanych nowotworów, które rozwinęły się przez ostatnie miesiące, gdy pacjenci ze strachu przed koronawirusem lekceważyli niepokojące sygnały i zaniedbali profilaktykę.

Raport „Onkologia w czasach COVID-19” opracowany przez Fundację Onkologia 2025 przedstawia dramatyczne dane dotyczące spadku liczebności realizowanych badań z zakresu profilaktyki onkologicznej.  Drastyczny spadek liczby wykonywanych badań przyniesie dramatyczne skutki w postaci zwiększenia liczby przypadków raka wykrytego z opóźnieniem, w bardziej zaawansowanym stadium, co bezpośrednio przekłada się na pogorszenie możliwości i efektywności leczenia. Opóźniona diagnoza to realne zagrożenie dla życia i zdrowia. Im później rozpocznie się leczenie, tym jest ono trudniejsze, a rokowania gorsze. W przypadku wczesnego wykrycia nowotworu pacjent ma szanse na całkowite wyleczenie, niestety opóźnienie diagnostyczne może te szanse całkowicie zniweczyć.

Polacy wypełnią luki kadrowe na holenderskim rynku pracy

Starzejące się społeczeństwo oraz niski współczynnik urodzeń, powodują systematyczny spadek liczby osób aktywnych zawodowo w Holandii. Według aktualnych prognoz w najbliższych latach  zdecydowanie wzrośnie liczba mieszkańców Holandii o imigranckim pochodzeniu. W 2050 r. będzie to już od 30 do nawet 40 proc. całego społeczeństwa.

Mimo pandemii wciąż przybywa ofert pracy za granicą, a Polacy po trudnym roku 2020 znowu coraz chętniej wybierają emigrację zarobkową. Według raportu za 2020 rok opracowanego przez portal europa.jobs liderem destynacji zarobkowych pozostają Niemcy (52,65% w skali wszystkich ofert). Na drugim miejscu, niezmiennie od 2019 roku, plasuje się Holandia, a na trzecim Belgia. Natomiast w 2020 roku drastycznie zmalała liczba ofert z Francji i Wielkiej Brytanii. W drugim przypadku powodem spadku liczby ofert była nie tylko pandemia, ale także wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

„Według prognoz kierunkiem migracji zarobkowej, który będzie się rozwijał w najbliższych latach jest Holandia. Jak podaje Holenderski Urząd Statystyczny CBS, w grudniu 2019 r. w Holandii mieszkało ponad 198 tysięcy Polaków, w tym ponad 43 tysiące osób tzw. drugiego pokolenia, tj. urodzonych na miejscu. Dostępne szacunki demograficzne, wskazują że w najbliższych latach grupa imigrantów zarobkowych, w tym Polaków, w Holandii będzie się zwiększać. Jej ważnym ogniwem będą także studenci, bo obecnie młodzi ludzie mają możliwość szukania pracy z dala od miejsca zamieszkania, kierując się przede wszystkim korzyściami ekonomicznymi. Część z nich osiądzie w Niderlandach na stałe” – mówi Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment w OTTO Work Force.

Najnowsze badania, przeprowadzone przez Holenderski Instytut Demografii (NIDI) oraz Centralny Urząd Statystyczny prognozują, że do 2050 r. znacznie zwiększy się liczba seniorów (osoby 65+), także tych najstarszych w Holandii. Z jednej strony bowiem populacja się starzeje, ale też ludzie żyją znacznie dłużej. W 2019 r. osób powyżej 65 roku życia było w Niderlandach 3,4 mln, w 2050 r. może ich już być 4,8 mln. To oznacza, że siła robocza w Holandii spadnie z 7,5 mln do 6,5 mln w 2050 roku. W najbliższych latach będzie zdecydowanie wzrastał popyt na pracowników migracyjnych, którzy zapełnią luki na rynku pracy. Według prognoz w 2050 roku będą oni stanowili już od 30 do nawet 40 proc. całego społeczeństwa.

Kim jest statystyczny Polak pracujący w Holandii?

Największą grupę Polaków wyjeżdzających do pracy w Holandii, według raportu opracowanego na zlecenie OTTO Work Force, stanowią osoby stosunkowo młode. Zdecydowana większość to pracownicy w wieku od 20 do 30 lat (67,6 proc.), choć, co ciekawe, stosunkowo liczną grupę wyjeżdżających stanowią również osoby w wieku ponad 41 lat (14,5 proc.). Do pracy tymczasowej w Holandii najczęściej wyjeżdżają mężczyźni (62,5%) o stażu zawodowym do 10 lat. Statystyczny Polak pracujący w kraju tulipanów przeważnie ma wykształcenie średnie (54,4%), jest stanu wolnego (76,5%) i nie ma dzieci (78,9%0), a do pracy wyjeżdża z partnerem lub znajomymi (62,0%). Z raportu OTTO Work Force wynika, że Polacy chętnie decydują się na pracę tymczasową w Holandii i aż 84,2% badanych jest zadowolonych z tego wyboru, a 53% planuje zostać w Holandii na stałe lub regularnie tam jeździć.

Tydzień pełen wyzwań

Statek, który utknął w Kanale Sueskim jest częściowo uwolniony, ale poza tym nie za wiele dzieje się na otwarciu tygodnia. Spokój może być jednak zwodniczy, biorąc pod uwagę zbliżający się koniec miesiąca, kwartału, a gdzieniegdzie roku fiskalnego. W rezultacie może nie brakować szarpanego handlu.

Ceny ropy naftowej spadają o ok. 2 proc., gdyż tankowce z Bliskiego Wschodu będą wkrótce mogły płynąć dalej na zachód. Znika premia za ryzyko dla podaży ropy, ale też odblokowuje się globalny handel, gdyż przez zator wstrzymanych zostało ponad 300 kontenerowców. Dla rynków finansowych to był drugorzędny czynnik ryzyka, gdyż jakiekolwiek zakłócenia w dostawach komponentów będą skutkować jedynie opóźnieniami, a nie utraconą produkcją. Co najwyżej niektóre wskaźniki PMI zostaną sztucznie podbite przed wyższe subindeksy dostaw.

Na rynku walutowym zaznacza się umiarkowana awersja do ryzyka po piątkowym odbiciu. Nie ma wyjątkowego nagromadzenia negatywnych informacji i w długim terminie strategie reflacyjne oparte na odbudowie globalnego ożywienia mogą okazać się słusznym kierunkiem. Jednak w najbliższych dniach jest jeszcze przestrzeń do korekty inicjowanej przez sygnały analizy technicznej lub ograniczenia pozycji w ramach przetasowań na koniec miesiąca/kwartału. To w połączeniu z wizją długiego, świątecznego weekendu może przynieść chaotyczne wahania na rynkach finansowych.

Nastroje rynkowe są kruche, a apetyt na ryzyko wątły. Rosnąca liczba zachorowań i zaostrzenie restrykcji w Europie wywołało świeżą falę awersji do ryzyka. Na rynkach szukanie nowego punktu równowagi potrwa do czasu aż negatywne informacje przestaną przysłaniać generalnie wciąż pozytywny obraz globalnej gospodarki. Na zawirowaniach wygrywa dolar, a dane z USA w przyszłym tygodniu najprawdopodobniej mu nie zaszkodzą. Inwestorzy skupią uwagę głównie na prezentacji pakietu infrastrukturalnego przez prezydenta USA Bidena w czwartek i raport z rynku pracy (NFP) w piątek. W tym drugim przypadku oczekuje się silnego odbicia zatrudnienia odzwierciedlającego otwieranie gospodarki. Regionalne indeksy koniunktury oraz najniższa od roku liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych sugerują start procesu szybkiej poprawy warunków na rynku pracy. Dobre dane mogą być podstawą do poprawy nastrojów i wzrostu apetytu na ryzyko, tak czynniki kalendarzowe mogą zdusić pęd zakupowy. W rezultacie rynek akcji może pozostać bez kierunku, waluty surowcowe nie przełamią dominacji USD, a na EUR/USD dalej przeważają ryzyka na korzyść osłabienia.

Nie poprawia się sytuacja złotego i dziś rano EUR/PLN utrzymuje się ponad 4,63. Pomimo względnie pozytywnego klimatu w piątek, złoty dalej tracił na wartości i odstawał od zachowania innych walut w regionie. Szczególnie w oczy rzuca się osłabienie złotego względem węgierskiego forinta (w ubiegłym tygodniu o ok. 2 proc.). Taki rozjazd (szczególnie że połączony z zaskakując siłą forinta do euro w tym czasie) sugeruje zmianę nastawienia inwestorów działających w regionie m.in. poprzez domykanie długich pozycji w PLN/HUF. Bilans czynników wokół złotego pozostaje z przewagą negatywnych, a warunki dyktują obawy o skutki trzeciej fali zachorowań i niepewność o wyrok SN ws. kredytów frankowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2020 roku liczba rachunków maklerskich zwiększyła się o 85 tys.

Mija rok od wybuchu pandemii i miesiąca, który wszyscy inwestorzy zapamiętają na długie lata. To w marcu ubiegłego roku przez wszystkie światowe parkiety giełdowe przetoczyła się paniczna wyprzedaż, wywołana przez pandemię nieznanego jeszcze wtedy wirusa.

– Wszyscy obawialiśmy się wtedy nie tylko o PKB, wyniki poszczególnych krajów, czy zerwane łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim obawialiśmy się o nasze życie i zdrowie. W efekcie panującego strachu, w marcu ubiegłego roku na giełdach na całym świecie obserwowaliśmy gwałtowne spadki. Inwestorzy obawiali się, że w związku z pandemią koronawirusa wyniki wielu spółek gwałtownie się pogorszą. Jednakże już po kilku tygodniach, pod koniec marca, mogliśmy obserwować gwałtowną hossę i odbicie. Wzrosty te w zasadzie trwają na większości spółek i indeksów aż do dzisiaj – powiedział  Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Ubiegłoroczne spadki na światowych giełdach były naprawdę duże. W efekcie marcowej wyprzedaży indeksy WIG i WIG20 straciły około 40%. Część analityków wydarzenia te porównywało z wielkim kryzysem lat 30-tych ubiegłego wieku. Jednak wraz z końcem marca ubiegłego roku giełdy zaczęły odbijać.

– Obecnie na giełdach obserwujemy tzw. wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż w marcu 2020 roku. Stopy procentowe na całym świecie nadal utrzymują się na rekordowo niskim poziomach. Pomimo tego, Polacy i obywatele innych krajów nie rezygnują z oszczędzania pieniędzy poprzez trzymanie ich na rachunkach bankowych – tłumaczy Gerschmann. – Ponadto bezpieczne aktywa, jak na przykład złoto czy obligacje nadal cieszą się dużą popularnością, Może to wskazywać, że prawdziwe wzrosty są jeszcze przed nami – dodaje.

Pomimo, że ubiegły rok był czasem trudnym dla inwestorów nie zniechęciło ich to do inwestowania na giełdzie. Liczba rachunków maklerskich zwiększyła się w ciągu roku o 85 tys. (z uwzględnieniem wrześniowego wykreślenia z rejestru figurujących tam dotąd 60 tys. nieaktywnych kont). Liczba kont maklerskich miała również przełożenie na udział inwestorów indywidualnych w obrotach na warszawskim parkiecie. W minionym roku byli oni odpowiedzialni za ¼ obrotów na Głównym Rynku akcji GPW.

Noobz form Poland podpisało z 505 Games umowę wartą 1,6 mln euro

Noobz from Poland, polski producent gier wideo na PC, pracuje nad kolejnym projektem z gatunku grand strategy. Studio podpisało umowę z włoską firmą 505 Games na wydanie Signum Temporis, gry osadzonej w realiach II wojny światowej. Wartość kontraktu opiewa na kwotę blisko 1,6 mln euro. Premiera tytułu planowana jest na drugą połowę 2022 roku. Celem studia jest zdobycie pozycji lidera na polskim rynku w produkcji gier strategicznych.  

– Miło nam poinformować, że dotychczasowa współpraca z 505 Games, włoskim wydawcą gier komputerowych działającym na rynku globalnym, które bardzo selektywnie dokonuje wyboru projektów do swojego portfolio, zaowocowała kolejnym kontraktem. Na mocy zawartej umowy stworzymy grę Signum Temporis, której 505 Games będzie wydawcą oraz zajmie się dystrybucją projektu. Signum Temporis będzie znacznie większym tytułem niż Total Tank Simulator naszego autorstwa. Obecnie projekt znajduje się w  fazie produkcji.  – mówi Jarosław Kotowski, prezes zarządu Noobz form Poland.

Z tytułu realizacji umowy Noobz from Poland przysługuje wynagrodzenie w wysokości prawie 1,6 mln euro. Kwota zostanie wypłacona Spółce w 13 ratach. Dodatkowo, polski producent otrzyma wynagrodzenie prowizyjne ze sprzedaży gry w wysokości 35 proc. przychodów netto, pomniejszonych o prowizje i potrącenia platform sprzedażowych.

Fabuła Signum Temporis  zostanie sadzona w realiach II wojny światowej. Gracz przejmie kontrolę nad wybranym przez siebie dowolnym państwem i postara się poprowadzić swój kraj do zwycięstwa. Zarządzanie odbywać się będzie na wielu płaszczyznach: ekonomicznej, militarnej, dyplomatycznej i technologicznej. Jednocześnie Signum Temporis mocno koncentruje się na aspekcie historycznym. Zespół pracujący nad projektem już na początkowym etapie przywiązuje istotną uwagę do jak najbardziej realnego oddania świata z czasów II wojny światowej.

– Na przebieg rozgrywki istotny wpływ mają uwarunkowania historyczne i wydarzenia, które faktycznie miały miejsce w okresie w jakim toczy się gra. Wykorzystujemy rozwiązania sztucznej inteligencji, po to by każda, nawet najmniejsza decyzja gracza, miała wpływ na kolejne – mówi Jarosław Kotowski. – Równie istotną częścią Signum Temporis jest ekonomia. Gracz będzie w stanie zarządzać ekonomią na poziomie poszczególnych prowincji lub skupić się na wysokopoziomowym planowaniu ekonomicznym – dodaje.

Premiera Signum Temporis została zaplanowana na drugą połowę 2022 roku.

Rozwój działalności w segmencie gier strategicznych jest jednym z nadrzędnym celów Noobz form Poland. Signum Temporis to trzeci projekt z portfolio Studia, którego wydawcą będzie 505 Games. Firmy do tej pory współpracowały przy Total Tank Simulator. W lipcu minionego roku podpisały kolejną umowę, która dotyczy wydania przez włoskiego publishera gry TTS: Generals. Po udanej współpracy z polskim studiem Digital Bros S.p.A., do której należy 505 Games, nabyło 5 proc. akcji Noobz from Poland.

W grudniu 2020 roku spółka złożyła do Giełdy Papierów Wartościowych w trybie formalnym Dokument Informacyjny, w związku z planem upublicznienia na rynku NewConnect. Noobz from Poland liczy na debiut na małej giełdzie w połowie br.

Banki przyszłości? Technologiczne skoncentrowane na relacji z klientem

Pandemia COVID-19 stała się dla wielu banków punktem sprawdzającym, na ile są przygotowane do przejścia w pełni cyfrowy model operacyjny. Chmura stała się koniecznością i te instytucje, które w szybkim czasie zdołały się zaadoptować, dzięki skalowalności rozwiązań takich jak Salesforce, utrzymały wysoki poziom satysfakcji klienta. Z drugiej strony uwidoczniła zdolność klientów do szybkiej adaptacji nowych technologii i świata cyfrowych możliwości. W szczególności w branży usług finansowych kryzys zaznaczył wyraźną różnicę między doświadczeniami, jakich klienci oczekują w kontaktach z bankami, a rzeczywistością z jaką się zetknęli.

Badania Salesforce – Trends in Financial Services[1], przeprowadzone wśród liderów z branży usług finansowych na całym świecie jednoznacznie pokazały, że głównym problemem banków jest brak koncentracji na doświadczeniu klientów. Zatem celem transformacji cyfrowej musi być poprawa długoterminowej obsługi klienta i relacji z nim. W miarę jak banki starają się wyjść z kryzysu i powrócić na ścieżkę rozwoju, w tym całkowicie cyfrowym świecie, oczekiwania klientów nadal rosną.

Bankowość nowej generacji

Przygotowanie się na nową normalność oznacza inwestowanie w “konsumentocentryzm” i automatyzację, a co za tym idzie – oferowanie spersonalizowanej obsługi klienta 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, niezależnie od tego, gdzie się znajduje i z jakiego urządzenia korzysta. Inwestycje w usługi omnichannel są wyraźnym przykładem, jak można tego dokonać. Zbieranie danych o kliencie pomoże bankom lepiej poznać swoich klientów i zapewnić im spersonalizowane doświadczenia, których oczekują.

Boom technologii finansowych jest tego najlepszym motorem. Sukces firm typu challenger, takich jak Monzo, Paypal, Starling i Revolut, pokazał rosnący apetyt na zarządzanie pieniędzmi w nowy, bardziej automatyczny sposób. Te firmy, które wkraczają na rynek, generują nową wartość i tworzą nowe wyzwania dla marek o już ugruntowanej pozycji. Presja innowacji i cyfryzacji jest na tyle silna, że każdy chce aby jego rozwiązania były bardziej dostępne, wygodne i intuicyjne – twierdzi Krzysztof Augustynowicz, Regional Sales Director CEE Commercial Business Unit w Salesforce.

Skoncentrowanie na relacji

Nieuchronnie całe doświadczenie klienta staje się cyfrowe. Według badania McKinsey European customer survey[2], w ciągu zaledwie jednego miesiąca lockdownu, poziom zaangażowania cyfrowego w bankowości wzrósł do 20%, wykorzystanie gotówki zmniejszyło się o połowę, a od 30 do 40% klientów wyraziło większą potrzebę skorzystania z pomocy internetowych centrów obsługi klienta.

W sytuacji kryzysowej powstają co chwilę nowe pytania, a klienci szukają szybkich odpowiedzi. Nic więc dziwnego, że coraz częściej stosuje się chatboty, aby zapewnić klientom natychmiastową odpowiedź, niezależnie od pory dnia. Oprócz skrócenia czasu oczekiwania klientów, umożliwiają one zespołom obsługi klienta zaangażowanie się w bardziej strategiczną pracę i lepsze skupienie się na relacjach z klientami.

360 stopniowy widok na klienta

Globalne korporacje finansowe dysponują ogromną ilością danych o swoich klientach, które pozwalają na opracowanie spersonalizowanych i zaawansowanych narzędzi zarządzania relacjami. Niestety nie wszyscy wykorzystują ten potencjał. Przestarzałe technologie blokują moc, jaką posiadają dane, powodując nieefektywność operacyjną oraz bezosobowe i bezwartościowe interakcje z klientelą. Podczas gdy nowopowstałe firmy, dysponują innowacyjnymi technologiami, ale nie posiadają pakietu informacji. Wykorzystanie takich narzędzi jak Salesforce 360 pozwala wykorzystać metadane w systemach CRM, dzięki czemu zarządzanie relacjami z klientem staje się dla zespołu o wiele bardziej intuicyjne.

–  Organizacje świadczące usługi finansowe mogą skorzystać z technologii chmury hybrydowej, aby przełamać silosy danych i stworzyć wysoce jakościowe relacje z klientami poprzez szybszą i bardziej spersonalizowaną ich obsługę. Klienci oczekują, że podczas jednego kontaktu z bankiem załatwią wszystkie sprawy, bez odsyłania do kolejnych konsultantów. To wymaga zebrania pełnej i szczegółowej wiedzy o każdym z klientów w jednym miejscu, łatwo dostępnym dla każdego z pracowników. Strategia ta jest kluczem do spełniania rosnących oczekiwań klientów w zakresie ich obsługi. – dodaje Krzysztof Augustynowicz.

Priorytety

Korzyści biznesowe wynikające z inwestowania w bezpieczeństwo i komfort klienta mogą być ogromne. Jednak pomimo rosnących obaw konsumentów o ich sytuację finansową, utrzymanie pracy i zdrowie, mniej niż połowa firm z sektora bankowego podejmuje jakiekolwiek działania w tym kierunku. Na szczęście technologia może im w tym pomóc. Wykorzystując dane o klientach, banki mogą właściwie przewidywać ich potrzeby i zapewnić im odpowiednie wsparcie. Pod tym względem, instytucje finansowe skoncentrowane na długoterminowej działalności są o krok przed swoimi konkurentami skoncentrowanymi tylko na działaniach doraźnych, krótkodystansowych.

W sektorze bankowości detalicznej, dzięki inwestycjom w kanały cyfrowe, firmy zapewniają większą dostępność do usług. Oferowanie klientom elastyczności, której teraz potrzebują jak nigdy wcześniej z pewnością przyczyni się do zwiększenia lojalności wobec marki. Przekształcenie sposobu działania i automatyzacja procesów zapewnią modelom biznesowym odporność na przyszłość. Dzięki personalizacji i proaktywnym inicjatywom w zakresie dbałości o dobro konsumentów, firmy te będą w stanie zapewnić klientom lepsze doświadczenia.

[1] https://www.salesforce.com/form//industries/financial-services/trends-in-financial-services-report/

[2] https://www.mckinsey.com/industries/financial-services/our-insights/no-going-back-new-imperatives-for-european-banking

All in! Games – Sprzedaż Paradise Lost powyżej oczekiwań. Gra zmierza na Nintendo

Po pierwszych 4 dniach od premiery, gra Paradise Lost produkcji PolyAmorus sprzedała się w liczbie ponad 12 tys. sztuk na Steam – informuje wydawca tego tytułu, All in! Games.

– Zainteresowanie Paradise Lost bardzo nas cieszy, tym bardziej, że podana liczba dotyczy tylko jednej platformy. Od środy do niedzieli włącznie, gra trafiła do ponad 12 tysięcy nabywców, co potwierdza, że obraliśmy właściwą strategię dla promocji tego tytułu. Zanotowany wynik jest lepszy niż prognozowaliśmy, więc jesteśmy na dobrej drodze do realizacji najbardziej optymistycznego scenariusza – mówi Piotr Żygadło, prezes zarządu notowanego na GPW wydawnictwa, All in! Games.

Podobnie jak w przypadku innych gier, jak np. Ghostrunner, dane sprzedażowe z platform PlayStation 4, GOG, czy Xbox trafią do wydawcy w późniejszym terminie i wtedy możliwe będzie ogłoszenie pełnych wyników. Steam zastrzega sobie też prawo do zwrotów i dopiero po pewnym czasie będzie znana dokładna ich liczba.

– Przez ostatnie miesiące nasz zespół bardzo intensywnie pracował z deweloperami z PolyAmorus, by wypuścić najlepszy możliwy produkt i by informacja o premierze trafiła do jak największej liczby potencjalnych graczy. Nasze zwiastuny obejrzało blisko milion osób, a w rankingu wish-list na platformie Steam gra zbliża się do pierwszej „100”. Wierzymy, że ta zjawiskowa i efektownie prezentująca się produkcja będzie jedną z najsilniejszych w naszym portfolio. Trafi ona również do Epic Store oraz na Nintendo Switch i szczególnie na tej ostatniej platformie liczymy na dużą sprzedaż – dodaje.

Paradise Lost to gra dla miłośników zagadek i historii, a dzięki prostemu sterowaniu zapewni rozrywkę również mniej doświadczonym i wprawionym graczom. Akcja rozgrywa się na post-nuklearnych pustkowiach na terenie Krakowa (1980 rok), w alternatywnej rzeczywistości, w której II wojna światowa nigdy się nie skończyła. Wcielamy się w postać 12-letniego Szymona, który trafia do nazistowskiego, opuszczonego bunkru, gdzie słowiańska mitologia miesza się z retrofuturystyczną technologią. Miejsce to chowa przed bohaterem wiele tajemnic, a jego zadaniem jest odkrycie sekretów przeszłości.

Do 1 kwietnia grę można zakupić w promocyjnej cenie – 34% na Steam i GOG oraz 20% na Xbox One i PS4 (tylko dla członków PS Plus). Standardowa cena wynosi 53,99zł na PC oraz 69,99 na konsole (też na PS5 i Xbox Series X, dzięki wstecznej kompatybilności).

PKN ORLEN pozyskał zgodę UOKiK na przejęcie lądowych farm wiatrowych

Koncern uzyskał zgodę na przejęcie trzech lądowych farm wiatrowych działających na Pomorzu, o łącznej mocy ok. 90 MW. Tym samym spełniony został jedyny warunek zawieszający transakcję z hiszpańskimi funduszami inwestycyjnymi. Po planowanej na kwiecień finalizacji transakcji Grupa ORLEN będzie posiadała w Polsce 353 MW mocy zainstalowanych w energetyce wiatrowej, stając się czwartym co do wielkości graczem na tym rynku.

– Zgoda UOKiK na przejęcie przez PKN ORLEN lądowych farm wiatrowych to ważny krok w budowie nowoczesnego koncernu multienergetycznego, z silnym segmentem energetycznym, opartym o czyste źródła wytwarzania. W strategii ORLEN2030 zapowiedzieliśmy, że w ciągu dekady zamierzamy osiągnąć 2,5 GW w odnawialnych źródłach energii i już dzisiaj konsekwentnie realizujemy ten plan. To odpowiedź nie tylko na kwestie regulacyjne, ale też oczekiwania naszych klientów i akcjonariuszy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Transakcja obejmuje zakup trzech farm wiatrowych zlokalizowanych w miejscowościach Kobylnica (41,4 MW), Subkowy (8 MW) i Nowotna (40 MW) w województwie pomorskim. Wszystkie farmy objęte są systemem wsparcia zielonych certyfikatów i znajdują się w obszarze działalności Energa Operator. Ich łączna produkcja energii elektrycznej wynosi ok. 280 GWh rocznie. Na podstawie obecnie zawartych umów farmy wiatrowe mają zagwarantowany odbiór wyprodukowanej energii w perspektywie od roku do dziesięciu lat.

Po przeprowadzonej akwizycji Grupa ORLEN będzie posiadała aktywa energetyczne o łącznej mocy 3,3 GW, w tym 642 MW w źródłach zeroemisyjnych. Obejmą one m.in. 58 elektrowni produkujących energię z odnawialnych źródeł, w tym przede wszystkim elektrownie wodne, farmy fotowoltaiczne i lądowe farmy wiatrowe. Segment energetyki wiatrowej będzie tworzyło 10 farm, których łączna moc zainstalowana wyniesie 353 MW. Ponadto Grupa ORLEN posiada dwa nowoczesne bloki parowo-gazowe w Płocku i Włocławku. Koncern posiada również rozbudowaną sieć linii przesyłowych o łącznej długości ok. 200 tysięcy kilometrów, która zapewnia stałe dostawy energii dla ok. 3 milionów odbiorców.

W perspektywie najbliższej dekady Grupa ORLEN na inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii przeznaczy łącznie 47 mld zł. Koncern będzie inwestował przede wszystkim w morską i lądową energetykę wiatrową oraz fotowoltaikę. Do 2030 roku Grupa ORLEN będzie posiadać portfel odnawialnych źródeł energii o łącznej mocy 2,5 GW (liczonych wg udziałów Grupy ORLEN).

Kolejne rekordy euro

Kolejny dzień mamy wieloletnie maksimum ceny euro. Powody nie zaskakują. Awersja do ryzyka na rynku i ryzyko związane z niekorzystnym wpływem lockdownu na gospodarkę.

Dane z USA

Piątkowe dane z USA mogły zaniepokoić rynki. Wydatki Amerykanów w ujęciu rocznym spadły bowiem o 1% przy oczekiwaniu wzrostu o 0,7%. Z drugiej strony dochody spadły w lutym o 7,1% przy oczekiwanym spadku o 0,2% większym. Pamiętajmy, że to dane w ujęciu miesięcznym, więc odwołujące się do okresu świąteczno/noworocznego i premii rocznych. Na osłodę lepsze od oczekiwań dane zobaczyliśmy w Raporcie Uniwersytetu Michigan, który przekroczył oczekiwania o 1,4 pkt. Dolar symbolicznie tracił przy okazji tych odczytów, ale w dalszym ciągu znajduje się blisko najsilniejszych pozycji od 2021 roku.

Kolejne dni słabości złotego

Po tym, jak w piątek euro ustanowiło najwyższy kurs od kryzysu z 2008 roku, dzisiaj widzimy kolejne maksima. Kurs już zupełnie stabilnie przebywa powyżej poziomu 4,65 zł i nie wykluczone, że to jeszcze nie koniec wzrostów. Strach przed rozwojem pandemii powoduje, że inwestorzy mało przychylnie patrzą na ryzykowne aktywa. Warto zwrócić uwagę, że inwestorzy przychylniej patrzą na inne waluty naszego regionu, gdzie problemy z pandemią są jednak mniejsze. Widać to dobrze po zachowaniu forinta, który w ostatnim tygodniu odrobił prawie 2% wartości względem euro.

Kryptowaluty znów w górę

Po tym, jak tuż po połowie kwietnia bitcoin zaatakował poziom 60 000 dolarów, ustanawiając kolejne rekordy wszechczasów, przyszedł czas na korektę. Jeszcze w czwartek minima tej kryptowaluty wynosiły 51 000 dolarów. Rozpoczęły się jednak kolejne wzrosty. Po kolejnych zwyżkach ceny w poniedziałek widzielismy już poziom 58 000 dolarów. Jak widać, inwestorzy w dalszym ciągu są skłonni angażować duże ilości środków na tym rynku, windując w górę ceny.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Warszawa z najwyższą wieżą w UE, regiony z nowymi rekordami

W największych miastach możemy obserwować realizację spektakularnych projektów biurowych. Ukończenie niektórych inwestycji zamiesza w klasyfikacji najwyższych budynków w Polsce     

Najbardziej widowiskowe realizacje możemy oglądać w Warszawie. – W tym roku na warszawskim rynku ma zakończyć się budowa kilku wielkoskalowych inwestycji, skupionych w większości w pobliżu ścisłego centrum miasta. To właśnie w centrum, które staje się coraz bardziej atrakcyjne urbanistycznie i interesujące dla biznesu tworzy się największe i najnowocześniejsze zagłębie biurowe w kraju. Standard wyznacza mu Varso Tower, najwyższa wieża biurowa w Unii Europejskiej – mówi Krzysztof Foks, Senior Analyst w Walter Herz.

Na rynek wchodzą kolejne wieże

Do największych, warszawskich projektów ukończonych w ubiegłym roku należy m.in. 140 metrowa wieża Mennica Legacy Tower (49 tys. mkw.), dwa wieżowce w kompleksie Varso Place I i II (46  tys. mkw.) oraz dwa 130 metrowe budynki The Warsaw HUB B i C (88 tys. mkw.) firmy Ghelamco. W styczniu tego roku pozwolenie na użytkowanie otrzymał także 195 metrowy Skyliner (49 tys. mkw.) firmy Karimpol, a w lutym 140 metrowy wieżowiec Generation Park Y (47 tys. mkw.), wieńczący kompleks biurowy realizowany od 2015 roku przez Skanska przy rondzie Daszyńskiego.

W najbliższych miesiącach dołączy do nich również wieżowiec Warsaw Unit o wysokości 202 metrów (57 tys. mkw.) z elewacją przypominającą smoczą skórę, budowany w narożniku Prostej i Pańskiej przez Ghelamco oraz zrewitalizowana Fabryka Norblina Grupy Capital Park (66 tys. mkw.) przy Żelaznej.

– Należy zauważyć, że pomimo rozmachu wielu projektów, wolumen powierzchni biurowych będących w trakcie realizacji w Warszawie jest obecnie najniższy od dekady. Na ten rok zaplanowane zostało rozpoczęcie budowy kolejnych czterech projektów biurowych, w których ma znaleźć się łącznie ponad 110 tys. mkw. powierzchni. Projekt nowej, 174 metrowej wieży The Bridge, która zaoferuje 47 tys. mkw. powierzchni, pokazało też Ghelamco – dodaje Krzysztof Foks.

Rekord na europejską skalę

Najbardziej widowiskową inwestycją realizowaną w Warszawie jest wysokościowiec Varso Tower (70 tys. mkw.) firmy HB Reavis, który po zamontowaniu iglicy osiągnął niedawno docelową wysokość 310 metrów i przebił się na pierwszą pozycję w zestawieniu najwyższych budynków biurowych w Unii Europejskiej, spychając na dalsze miejsca drapacze chmur w Londynie, Frankfurcie, czy Madrycie. Projekt 53 piętrowego wysokościowca, usytuowanego w pobliżu warszawskiego Dworca Centralnego, powstał w pracowni Foster + Partners. Dwa tarasy widokowe na wysokości 205 i 230 metrów położone będą dwukrotnie wyżej niż taras w Pałacu Kultury i Nauki. Na piętrach od 46. do 48. otwarta zostanie też restauracja z widokiem na Warszawę. Budowa obiektu ma zakończyć się w 2022 roku.

Do końca bieżącego roku potrwać ma natomiast realizacja drugiej po Varso Place, największej inwestycji HB Reavis w Polsce. Kampus biurowy Forest, (78 tys. mkw.) powstający przy ulicy Burakowskiej, w pobliżu CH Arkadia złożony jest z dwóch budynków biurowych, z których wyższy będzie miał wysokość 120 metrów.  

Przy Świętokrzyskiej, niedaleko ronda ONZ rośnie zaś SKYSAWA (40 tys. mkw.). Inwestycja Polskiego Holdingu Nieruchomości składa się z niższego biurowca liczącego od czterech do dziewięciu kondygnacji naziemnych oraz 155 metrowej, biurowej wieży.  Budowa niższej części zakończyć się ma w trzecim kwartale tego roku, a wysokościowca rok później. Kompleks będzie połączony bezpośrednim przejściem podziemnym ze stacją metra.

Swój flagowy projekt w Warszawie realizuje też Yareal Polska. W skład wielofunkcyjnego kompleksu Lixa (65 tys. mkw.), wznoszonego przy rondzie Daszyńskiego wejdą trzy budynki biurowe. Cały projekt ma być gotowy w 2024 roku.

Trójmiasto i Kraków z największymi planami

Z danych Walter Herz wynika, że w tym roku na głównych rynkach w kraju ma zostać oddanych około 800 tys. mkw. powierzchni biurowych, z tego na Warszawę przypada 480 tys. mkw. biur, o 150 tys. mkw. więcej niż w roku ubiegłym. W miastach regionalnych na start budowy oczekuje przeszło 300 tys. mkw. powierzchni.

– Z uwagi na obecną sytuację wielu deweloperów przesuwa terminy budowy nowych projektów. W regionach, w których wciąż widoczny jest rozwój sektora usług dla biznesu i IT, wystartuje w tym roku mniej inwestycji biurowych niż planowano. Deweloperzy stawiają głównie na lokalizacje, w których zapotrzebowanie na biura jest nadal wysokie. Najwięcej nowych projektów czeka na rozpoczęcie w Trójmieście i Krakowie. Budowa inwestycji zainicjowanych przed pandemią kontynuowana jest bez większych zakłóceń, a na poszczególnych rynkach oddawane są kolejne obiekty – mówi Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz.

W Krakowie pod koniec zeszłego roku zakończyła się budowa najwyższego budynku w mieście. W inwestycji Unity Centre, zlokalizowanej w rejonie ronda Mogilskiego trwają prace wykończeniowe oraz komercjalizacja Unity Tower o wysokości 102,5 metrów i pozostałych budynków. Nowy, krakowski lider oferuje położony na przedostatnim piętrze, najwyższy taras widokowy w mieście, który ma być otwarty w drugiej połowie tego roku. Wielofunkcyjne centrum biznesowe Unity Centre złożone jest z 5 budynków, w tym 3 biurowców klasy A (46 tys. mkw.), hotelu Radisson Red z 230 pokojami i luksusowego apartamentowca.

U zbiegu ulic Klimeckiego i Nowohuckiej, w krakowskim Zabłociu Cavatina Holding zakończyła natomiast budowę pierwszego etapu inwestycji Ocean Office Park. Obiekt o przyciągającej wzrok elewacji, nawiązującej do kształtu fal będzie budowany w czterech fazach. Zaoferuje prawie 53 tys. mkw. powierzchni GLA. Trwa rozbudowa drugiej części budynku A, której ukończenie planowane jest w drugim kwartale tego roku.

Wśród największych krakowskich realizacji biurowych jest też Brain Park (43 tys. mkw.). Projekt biurowy firmy Echo Investment, położony przy alei Pokoju, jednej z głównych arterii miasta. Pierwszy etap inwestycji ma zostać oddany w trzecim kwartale 2022 roku.

Spodek z wysokim sąsiadem  

Wysokość docelową osiągnęła niedawno 133 metrowa wieża .KTW II, położona w ścisłym centrum Katowic. Biurowiec usytuowany przy alei W. Roździeńskiego stał się tym samym najwyższym budynkiem w metropolii górnośląsko-zagłębiowskiej. Druga wieża realizowana przez spółkę TDJ Estate DJ Estate w kompleksie .KTW ma przyjąć najemców na przełomie I i II kwartału 2022 roku. 31 kondygnacyjny budynek dostarczy 42 tys. mkw. powierzchni biurowo-usługowej. Powierzchnia użytkowa całej inwestycji wynosi ponad 62 tys. mkw.

W aglomeracji katowickiej kompleks Silesia for Business realizuje też TriGranit, a projekt Craft prowadzi firma Ghelamco. Na uwagę zasługuje tu również wielofunkcyjny kompleks Global Office Park (90 tys. mkw.) realizowany w centrum Katowic przez Cavatina Holding. Jest to pierwszy kompleks mixed-use na mapie miasta budowany na tak dużą skalę. Dwie 100 metrowe wieże biurowe, osadzone na wspólnym podium dostarczą łącznie około 56 tys. mkw. powierzchni klasy A. W układzie galeryjnym znajdą się w nich lokale gastronomiczne i usługowe. Trzecia wieża zaoferuje 670 mieszkań.

Zakończenie budowy inwestycji Andersia Silver, którą Von der Heyden Group zapowiada na pierwszą połowę 2023 roku przyniesie natomiast najwyższy budynek stolicy Wielkopolski. 25 piętrowa wieża o wysokości 117,5 metra powstaje w ostatnim etapie budowy projektu realizowanego przy placu Andersa w Poznaniu. Obiekt dostarczy lokalnemu rynkowi 40 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w której przeważać będzie powierzchnia biurowa.

W mieście prężnie działa również firma Skanska, która w drugim kwartale tego roku planuje oddać 55 metrowy budynek D (39 tys. mkw.) w kompleksie Nowy Rynek. Projekt, powstający między ulicami Stanisława Matyi, Wierzbięcice, Ks. Jakuba Wujka i Przemysłową, obok Starego Browaru zakłada realizację pięciu budynków o różnych funkcjach, biurowej, hotelowej i mieszkaniowej. Całkowita powierzchnia użytkowa obiektu wynosi 100 tys. mkw.

Łódzka Piotrkowska jeszcze atrakcyjniejsza

Najwyższy biurowiec w Łodzi otrzymał natomiast w grudniu ubiegłego roku pozwolenie na użytkowanie. Dwudziestopiętrowa wieża biurowa o wysokości 82 metrów wchodzi w skład kompleksu Hi Piotrkowska 155, na który składa się także pięciopiętrowy biurowiec oraz hotel Hampton by Hilton. Obiekt, który usytuowany jest w sercu miasta, przy Piotrkowskiej oferuje łącznie 21 tys. mkw. powierzchni biurowej i 5 tys. mkw. powierzchni handlowo-usługowej.

Do najciekawszych, łódzkich projektów należy także Fuzja realizowana przez Echo Investment. Inwestycja przywróci życie dawnej fabryce Karola Scheiblera. Na blisko 8 hektarach przy ulicy Tymienieckiego w Łodzi trwa rewitalizacja fragmentu miasta, który wraz z oddaniem pierwszego placu przy Elektrowni latem tego roku zostanie przywrócony do życia. Powstaną tam cztery apartamentowce, a także biura o łącznej powierzchni około 40 tys. mkw. W historycznych budynkach znajdzie się przestrzeń na usługi, sklepy i restauracje (15 tys. mkw.). Będą nowe place miejskie, przestrzenie wspólne oraz tereny zielone, które zajmą prawie 4 ha.

Cavatina Holding planuje natomiast rewitalizację Widzewskiej Manufaktury, gdzie ma powstać wielofunkcyjny kompleks oferujący biura, mieszkania na wynajem, lokale handlowo-usługowe oraz otwarte przestrzenie do odpoczynku i rekreacji.

W Gdyni również ruszyła budowa wielofunkcyjnego projektu. W drugim etapie inwestycji Gdynia Waterfront (75 tys. mkw.) firmy Vastint na kilkuhektarowej działce pomiędzy ulicami Hryniewickiego, Washingtona i Skwerem Kościuszki powstaną budynki biurowo-usługowe, mieszkalne, a także lokale usługowe, hotel, przestrzeń konferencyjna i obiekty użyteczności publicznej.

Grupa Allcon zapowiedziała natomiast realizację projektu przy skrzyżowaniu ulic Kieleckiej i Drogi Gdyńskiej. Na terenie 2 ha powstanie około 55 tys. mkw. powierzchni użytkowej usług, biur i mieszkań. Dominanta mieszkaniowa będzie miała około 120 metrów.

Na postoczniowych terenach Młodego Miasta w Gdańsku, przy Europejskim Centrum Solidarności firmy Euro Styl i Torus realizują z kolei wielofunkcyjną inwestycję Doki z dwoma biurowcami o łącznej powierzchni najmu 37 tys. mkw.

Na terenie Stoczni Gdańskiej budowę kolejnego biurowca w kompleksie Palio Office Park prowadzi też Cavatina Holding. W kompleksie biurowo-usługowym powstanie osiem budynków biurowych, które dostarczą łącznie niemal 90 tys. mkw. powierzchni biurowej i rekreacyjnej.

W centrum Wrocławia przy ulicy Sikorskiego Cavatina rozpocznie wkrótce budowę kompleksu Quorum, w którym zaplanowane zostały trzy budynki biurowe z 80 tys. mkw. powierzchni i jeden mieszkalny. Licząca 140 metrów wysokości wieża, która zostanie zrealizowana w ramach tej inwestycji będzie drugim co do wielkości wysokościowcem w mieście. Będzie to największy projekt mixed-use w mieście, dla którego bulwary nad Odrą stanowić będą strefę odpoczynku i rekreacji. Wzdłuż deptaku zaplanowane zostały m.in. lokale usługowe o funkcjach gastronomicznych z ogródkami nad wodą. Inwestor ma pozwolenie na budowę trzech budynków.

W stolicy Dolnego Śląska aktywnie działa również Echo Investment. Pod koniec 2020 roku firma zakończyła budowę pierwszego etapu kompleksu West 4 Business Hub (około 80 tys. mkw.) przy ulicy Na Ostatnim Groszu, w której realizowane będą jeszcze trzy etapy. Inwestor prowadzi też we Wrocławiu przy ulicy Powstańców Śląskich projekt MidPoint71 (37 tys. mkw.).

U zbiegu ulicy Powstańców Śląskich i Szczęśliwej inwestycję Centrum Południe buduje też Skanska. Docelowo kompleks ma tworzyć pięć budynków biurowych o łącznej powierzchni najmu 85 tys. mkw., z których gotowe są już dwa z ponad 27 tys. mkw. powierzchni.

Śnieżka podsumowuje 2020 rok: bardzo dobre wyniki i zmiana modelu operacyjnego

Grupa Kapitałowa Śnieżka w 2020 roku osiągnęła bardzo dobre wyniki sprzedaży oraz finansowe, do czego przyczyniły się nieoczekiwany wiosenny boom remontowy oraz bardzo dobre wyniki wygenerowane przez dwie najważniejsze zagraniczne spółki Grupy. Czas ten upłynął także pod znakiem inwestycji w logistykę, IT i linie produkcyjne. Śnieżka zakończyła także kluczowy etap w procesie wdrażania nowego modelu operacyjnego opartego na centrach kompetencji.

Miniony rok był wyjątkowo udany dla producentów farb oraz preparatów do ochrony i dekoracji drewna. W Polsce – na najważniejszym dla Grupy Śnieżka rynku – lockdowny i inne skutki pandemii COVID-19 spowodowały, że Polacy zostali zmuszeni do spędzania większej ilości czasu w swoich domach. Przez to wiele osób zdecydowało się na przeprowadzenie remontu – pomalowanie ścian lub inne prace renowacyjne w swoich mieszkaniach, domach i ogrodach. Jeszcze większe zainteresowanie wyrobami dekoracyjnymi było widoczne na Węgrzech – drugim najważniejszym rynku Grupy.

W 2020 roku łączne przychody ze sprzedaży wszystkich spółek Grupy Kapitałowej Śnieżka wyniosły 821,3 mln zł, notując wzrost o 14,5% w porównaniu z poprzednim rokiem.

Polscy klienci, podobnie jak węgierscy czy ukraińscy, chętnie sięgali po farby dekoracyjne, zwłaszcza te wyższej jakości. Pandemia COVID-19 nie przełożyła się więc negatywnie na nasze wyniki na dwóch głównych rynkach, a wręcz je wsparła. Pozytywny wpływ było widać przede wszystkim w pierwszej części sezonu, zaś w kolejnych miesiącach popyt unormował się i wrócił do poziomów obserwowanych przed pandemią – komentuje Piotr Mikrut, prezes zarządu FFiL Śnieżka SA.

W czasie podwyższonej niepewności klienci wybierali marki, do których mają największe zaufanie. Dlatego znaczącą rolę w dobie pandemii odegrała wysoka rozpoznawalność marek Grupy – m.in. Magnat, Śnieżka, Vidaron, Rafil i Foveo-Tech na rynku polskim oraz Poli-Farbe na rynku węgierskim.

W 2020 roku skonsolidowany zysk netto Grupy wzrósł o 37,6%, osiągając poziom 86,2 mln zł. W efekcie wzrostu skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, któremu towarzyszył niższy wzrost kosztów, zwiększył się także zysk na działalności operacyjnej EBIT – do 102,5 mln zł (+29,8%) oraz wynik EBITDA – do ponad 136,1 mln zł (+27,4% r/r). W większości poprawiły się także marże.

Śnieżka stawia na centra kompetencji i logistykę

W 2020 roku Grupa, po okresie intensywnego wzrostu – również na arenie międzynarodowej – przystąpiła do wdrażania zaplanowanej wiele lat temu zmiany w modelu operacyjnym i koncepcji zarządzania. Fundamentem tej zmiany było wydzielenie centrów kompetencji dla najważniejszych obszarów działalności Grupy. Kluczowy etap tego procesu to przeniesienie z początkiem 2021 roku Pionu Handlowego (prowadzącego działalność marketingową i sprzedażową) ze struktur FFiL Śnieżka SA do kontrolowanej przez nią w 100% spółki zależnej – Śnieżka Trade of Colours Sp. z o.o.

W wyniku zmiany FFiL Śnieżka SA – oprócz tego, że niezmiennie wyznacza strategię i zarządza Grupą – stała się centrum kompetencji w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw (zakupy, dystrybucja, magazynowanie, logistyka, przepływ informacji), IT, produkcji i technologii oraz badań i rozwoju. Spółka dominująca będzie także pełnić rolę centrum usług wspólnych. Z kolei Śnieżka Trade of Colours stała się centrum kompetencyjnym w zakresie sprzedaży i marketingu.

Strategie, procesy i najlepsze praktyki opracowane przez te spółki-centra będą następnie wprowadzane w pozostałych spółkach wchodzących w skład Grupy – zarówno w Polsce, jak i za granicą (z uwzględnieniem specyfiki rynków lokalnych). Zmiany pozwolą na długofalowe zwiększenie efektywności i konkurencyjności Grupy.

Śnieżka planuje dalszą ekspansję

Poza wdrażaniem nowego modelu operacyjnego w oparciu o centra kompetencji w FFiL Śnieżka i Śnieżka ToC, Grupa skupi się na dalszym umacnianiu swojej pozycji na kluczowych rynkach: w Polsce, na Węgrzech, na Ukrainie i na Białorusi.

Jednym z priorytetów w tym obszarze będzie walka o udziały rynkowe na Węgrzech, w najbardziej atrakcyjnych dla nas segmentach produktowych. Po zeszłorocznych pracach zwiększających efektywność operacyjną Poli-Farbe jesteśmy do tego bardzo dobrze przygotowani – mówi Piotr Mikrut.

W najbliższym czasie ważnym obszarem rozwoju Grupy będzie także logistyka. Sprawne zarządzanie łańcuchem dostaw to istotny element konkurencyjności Grupy jako nowoczesnej organizacji. Znalazło to odzwierciedlenie w powołaniu nowego członka zarządu FFiL Śnieżka SA, który będzie odpowiedzialny za ten obszar.

Na szybkie zaopatrywanie rynku w produkty, sprawne odpowiadanie na aktualne trendy sprzedażowe oraz utrzymywanie optymalnego balansu pomiędzy poziomem produkcji i stanami magazynowymi będzie miało wpływ uruchomienie Centrum Logistycznego. W 2020 roku Śnieżka ukończyła pierwszy etap inwestycji i rozpoczęła jej drugi etap. Oddanie obiektu do użytku jest planowane na pierwsze miesiące 2022 roku.

Wyzwania na horyzoncie

Jednocześnie na horyzoncie jest kilka wyzwań, jak choćby skutki pandemii COVID-19, która generuje dużą zmienność zarówno w odniesieniu do trendów konsumenckich, ciągłości łańcucha dostaw, jak i szeroko pojętego otoczenia makroekonomicznego. Uważnego monitorowania i odpowiedniego reagowania będzie wymagała szczególnie sytuacja na rynku surowców.

– Obecne problemy części dostawców rodzą ryzyko związane z czasowym ograniczeniem dostępu do niektórych surowców używanych do produkcji, co skutkuje wzrostem ich cen. Podobnie jak w przypadku większości firm produkcyjnych w Polsce, stawia to przed nami wyzwania w zakresie pricingu oraz zachowania poziomu osiąganych marż. To będzie dynamiczny rok, ale wierzymy, że Śnieżka poradzi sobie lepiej niż konkurencja – dodaje prezes Śnieżki.

Wirus uderza w euro i złotego. PLN najsłabszy od 12 lat

Zarówno euro, jak i polski złoty pokazują wyraźną słabość. Ich wyprzedaż ma związek z niepokojącymi informacjami z frontu walki z pandemią. W obu przypadkach zakładamy, że sytuacja jest jednak tymczasowa.

Wraz ze wzrostem liczby nowych przypadków zachorowań i wydłużaniem lub ponownym wprowadzaniem lockdownów w większości głównych krajów UE inwestorzy stają się coraz bardziej pesymistyczni w kwestii jej krótkoterminowych perspektyw. Stany Zjednoczone zaś niezmiennie utrzymują szybkie tempo szczepień, co już umożliwiło im zniesienie części ograniczeń. Jest to nadal widoczne w ogólnej rozbieżności w danych gospodarczych pomiędzy USA a strefą euro i przełożyło się na spadek kursu EUR/USD poniżej poziomu 1,18 po raz pierwszy od połowy listopada.

W zeszłym tygodniu dolar doświadczył aprecjacji w stosunku do wszystkich innych walut G10 i zdecydowanej większości walut emerging markets. Jedną z najgorzej radzących sobie walut wśród tych ostatnich była turecka lira, która doświadczyła skokowego osłabienia na skutek zwolnienia prezesa banku centralnego. Słabo radził sobie również real brazylijski, który zbliża się do nowych minimów w związku ze wzrostem liczby zgonów spowodowanych COVID-19 w kraju.

Inwestorzy w tym tygodniu otrzymają szereg istotnych publikacji makroekonomicznych: w szczególności dane o inflacji w strefie euro (środa), ostatnie odczyty indeksów PMI (czwartek) i raport non-farm payrolls z amerykańskiego rynku pracy (piątek). Spodziewamy się, że kluczowe dane o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w USA okażą się dobre, a sama publikacja powinna być dla rynku walutowego kluczowym punktem tego tygodnia.

PLN

Minione kilka dni przyniosło kontynuację wyprzedaży polskiego złotego. Kurs EUR/PLN w czwartek 25.03 wzrósł do najwyższego poziomu od 2009 roku, w piątek w trakcie dnia znalazł się jeszcze wyżej, przekraczając poziom 4,65, a 29.03 dobił do 4,68. Kontynuacja osłabienia i przebicie maksimów z poprzedniego roku skupia na sobie uwagę, zwłaszcza że zachowanie złotego dość istotnie odbiega od ruchów pozostałych kluczowych walut regionu. Co ciekawe, przez większość czasu było ono zbieżne ze zmianami na parze EUR/USD, będąc ich dość wiernym odbiciem. Informacje z frontu walki z wirusem zdecydowanie nie pomagają – w ostatnich dniach odnotowano kilka niechlubnych krajowych rekordów, w tym największej liczby nowych zakażeń, hospitalizacji i zajętych respiratorów od początku pandemii.

Mimo ostatniej silnej deprecjacji złotego, nie wierzymy w scenariusz trwałego osłabienia polskiej waluty i spodziewamy się odwrócenia trendu w perspektywie kolejnych dni lub tygodni, czemu powinna sprzyjać docelowa poprawa sytuacji na froncie walki z wirusem w kraju i w Europie.

EUR

Wiele krajów europejskich zaostrzyło w ciągu kilku ostatnich dni restrykcje ze względu na rosnącą liczbę zakażeń i niezadowalający postęp szczepień. Obawy ekspertów wzbudza rosnąca dominacja bardziej zaraźliwego wariantu wirusa, która powoduje wykładniczy wzrost liczby nowych przypadków. To sprawiło, że euro jest zagrożone zaliczeniem najgorszego miesiąca względem dolara amerykańskiego od połowy 2019 roku. Mimo że pozostajemy optymistycznie nastawieni wobec euro w dłuższym horyzoncie, to wzrastające ryzyka dla europejskich perspektyw sugerują, że w krótkim terminie euro będzie tracić, zanim trend wzrostowy zacznie się urzeczywistniać.

Środowe dane o inflacji i rewizja indeksu PMI dla przemysłu w marcu w czwartek mogą wpłynąć na sytuację euro w tym tygodniu. Wstępny odczyt PMI dla przemysłu opublikowany w zeszłym tygodniu pokazał wzrost do najwyższego w historii poziomu (62,4 pkt). Mimo to ogólne perspektywy na I kwartał pozostają ponure, a recesja o podwójnym dnie w dalszym ciągu zdaje się nieunikniona.

USD

Dane makroekonomiczne z USA w zeszłym tygodniu w większości zaskakiwały negatywnie, nadal wskazywały jednak na to, że gospodarka Stanów zdecydowanie wyprzedza większość gospodarek głównych krajów, szczególnie w strefie euro. PKB w IV kwartale zrewidowano w górę, a liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych spadła do najniższego poziomu w okresie pandemii. Wydatki osobiste gwałtownie spadły, lecz inwestorzy zignorowali to, biorąc pod uwagę duży wzrost tej miary w styczniu.

Najważniejszą publikacją z USA w tym tygodniu będzie piątkowy raport non-farm payrolls. Biorąc pod uwagę, że obostrzenia związane z pandemią są w dalszym ciągu luzowane, uważamy, że utworzenie wielu nowych miejsc pracy jest prawdopodobne. Ekonomiści przewidują gwałtowny wzrost ich liczby, o ponad 600 000, i spadek stopy bezrobocia do zaledwie 6% w marcu, co byłoby najniższym poziomem od początku pandemii.

GBP

Funt w zeszłym tygodniu nadal radził sobie lepiej niż większość walut kluczowych krajów. Pozytywny sentyment względem brytyjskiego funta wspiera imponujące tempo szczepień. Rząd Wielkiej Brytanii ogłosił, że w kwietniu podaż szczepionek spadnie. Póki co jednak szczepienia postępują w zawrotnym tempie – ich liczba w zeszłym tygodniu osiągnęła rekordowy poziom. Wieści, że preparat Moderny prawdopodobnie będzie dostępny na Wyspach w drugiej połowie przyszłego miesiąca, stanowią dodatkowy pozytyw. W Wielkiej Brytanii już ponad 30 mln osób otrzymało przynajmniej jedną dawkę szczepionki i na razie nie widać, by ponowne otworzenie szkół prowadziło do większej liczby zakażeń i zgonów z powodu COVID-19.

Rewizja odczytu PKB w IV kwartale, którą poznamy w środę, może wzbudzić zainteresowanie, jednak nie oczekuje się zmian w zakresie danych. Uważamy, że brytyjska waluta nadal będzie reagować głównie na wieści dotyczące szczepień i walki z epidemią w kraju.

CHF

Miniony tydzień przyniósł większą stabilizację franka po tym, jak na przełomie miesiąca waluta doświadczyła dużej zmienności.

Kluczowym wydarzeniem zeszłego tygodnia było posiedzenie Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), który zmienił ton w relacji do grudniowego. Mimo ostatniej deprecjacji w komunikacie franka określono jako „wysoko wycenianego”, chociaż bank złagodził ton w kontekście interwencji – wspomniał, że może podejmować takie działania „w razie potrzeby”. W grudniu zaś zapowiadał gotowość do „silniejszych” interwencji.

SNB zrewidował również w górę swoją warunkową prognozę inflacji, powołując się na wyższe ceny ropy i słabszego franka. Spodziewa się on wzrostu cen o 0,2% w 2021 roku i 0,4% w 2022 (w porównaniu do odpowiednio 0% i 0,2% w grudniu) i zakłada dalszy wzrost do 0,5% w 2023 roku. Oczekiwania dotyczące wzrostu PKB pozostały na niezmienionym poziomie 2,5–3% w 2021 roku.

W przeciwieństwie do zeszłego tygodnia ten przyniesie kilka odczytów ze Szwajcarii. Biorąc pod uwagę ich aktualność, skupimy się na danych dotyczących sentymentu i pozycjonowania. Zeszłotygodniowe dane CFTC (Commodity Futures Trading Commission) wskazują na dalszy spadek długich pozycji w CHF. Wraz z poprawą globalnych perspektyw w ciągu kilku najbliższych tygodni pozycjonowanie prawdopodobnie zmieni się z dodatniego na ujemne. Byłaby to pierwsza taka sytuacja od mniej więcej roku i oznaczałaby powrót do normy sprzed pandemii.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Strategia 2024 – Pekao otwiera nowy rozdział zorientowany na klienta. Podnosi ambicje cyfryzacji i efektywności

ROE: ~10 proc., C/I: 42 proc., liczba aktywnych klientów bankowości mobilnej: 3,2 mln – to główne cele nowej strategii Pekao S.A. do 2024 roku. Zarząd Banku przyjął, a Rada Nadzorcza Banku zatwierdziła nową strategię „Odpowiedzialny bank. Nowoczesne bankowanie”, która skupi się na transformacji cyfrowej, doskonałości procesowej i wzroście w najbardziej rentownych segmentach. Pekao chce mocno postawić na młodych klientów i rozwijać obecność na rynku e-commerce. Strategia oparta jest na czterech filarach: Klient, Wzrost, Efektywność i Odpowiedzialność. Jest efektem prac szerokiego grona pracowników banku. W nawiązaniu do nowej strategii, Pekao przyjął również politykę dywidendową na lata 2021-2024, zakładającą wskaźnik wypłaty dywidendy 50 proc. – 75 proc. zysku netto w każdym z powyższych lat.      

„Klient”, „Wzrost”, „Efektywność” i „Odpowiedzialność” – realizacja założeń kryjących się pod tymi hasłami będzie kształtować działalność Pekao S.A. przez najbliższe blisko cztery lata. Podejście proklienckie stanowić będzie jeden filarów strategii i realizowane będzie  m.in. poprzez dynamiczny rozwój bankowości mobilnej oraz wykorzystanie zaawansowanej analityki danych. Pekao będzie dążył do umożliwienia klientom detalicznym załatwienia prawie każdej sprawy online. Wskaźnik digitalizacji wynoszący blisko 100 proc. to jedna z kluczowych aspiracji strategicznych. Skokowa cyfryzacja poprawi też efektywność kosztową i procesową. W celach strategicznych banku do 2024 r. znalazło się podniesienie wskaźnika rentowności kapitału własnego (ROE) do poziomu ~10 proc., poprawa wskaźnika efektywności C/I do poziomu 42 proc. oraz osiągnięcie liczby 3,2 mln aktywnych klientów mobilnych.

– Cyfryzacja jest jednym z priorytetów, ponieważ w kanałach zdalnych jest coraz więcej naszych klientów, a pandemia tylko przyspieszyła ten proces. Musimy wyprzedzać ich oczekiwania i oferować nowoczesne rozwiązania. Konsekwencją transformacji będzie dalsza poprawa efektywności. Naszym celem jest odbudowa rentowności mierzona ROE powyżej kosztu kapitału. Wraz z przedstawieniem nowej strategii rozpoczynamy kolejny etap wzrostu. Mamy wszystkie narzędzia i doskonały zespół, aby nasze ambicje zrealizować – mówi Leszek Skiba, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Kluczowe filary rozwoju banku

Bank Pekao nową strategię opiera na czterech filarach, których wdrażanie będzie wspierane ewolucją kultury organizacyjnej.

Wokół „Klienta” koncentrują się planowane działania pierwszego filaru. Głównym kanałem kontaktu z klientem będzie aplikacja mobilna PeoPay.

Bank położy szczególny nacisk na jakość obsługi we wszystkich segmentach. Aspiracją Pekao jest skokowy wzrost satysfakcji klientów. Bank chce osiągnąć to poprzez zwiększenie dostępności usług w kanałach cyfrowych oraz szybkie i wygodne procesy obsługi.

Drugi filar strategii definiowany jest poprzez „Wzrost”.

– Chcemy wzmocnić naszą pozycję rynkową w segmencie pożyczek gotówkowych oraz w segmencie mikroprzedsiębiorstw, a także zwiększyć sprzedaż kredytów dla MŚP. Chcąc być bankiem pierwszego wyboru dla klientów młodych musimy stać się liderem cyfrowych usług. Nasz cel to pozyskanie do 2024 r. ponad 600 tys. klientów poniżej 26 roku życia – mówi Leszek Skiba.

W ciągu najbliższych czterech lat Pekao chce pozyskiwać rokrocznie ponad 400 tys. klientów indywidualnych i zwiększyć z 7 proc. do 10 proc. udział w rynku pożyczek gotówkowych. Kluczowym czynnikiem sukcesu ma być personalizacja usług.

Wzrost w segmencie małych oraz średnich przedsiębiorstw, bank planuje osiągnąć dzięki wykorzystaniu w większym stopniu potencjału kanałów zdalnych, analityki danych oraz prostym i zautomatyzowanym procesom kredytowym. To ma pomóc w zwiększeniu udziału rynkowego w tym segmencie do 12%. Z kolei w segmencie mikrofirm bank planuje pozyskiwać ponad 40 tys. klientów rocznie i zwiększyć udział rynkowy o 3 pp. do 8 proc. W planach ma również rozwój leasingu i faktoringu oraz poszerzenie palety usług do zarządzania finansami firmy online.

Pekao postawi również na wzrost w produktach inwestycyjnych poprzez cyfryzację oferty
i procesów obsługi oraz silne kompetencje doradztwa inwestycyjnego. Ponad 80 proc. wolumenu sprzedaży funduszy inwestycyjnych ma być realizowana w kanałach zdalnych.

Bank chce również, żeby jego współpraca z PZU stała się katalizatorem wzrostu sprzedaży ubezpieczeń. Jego celem do 2024 r. jest dwukrotny wzrost składki przypisanej brutto.

Pekao chce umocnić też obecność na rynku e-commerce. Dlatego udostępni płatności odroczone oraz uruchomi ofertę pożyczek gotówkowych dla klientów realizujących zakupy online. Zaoferuje też rozwiązania dla e-sklepów i platform e-commerce umożliwiające sprzedaż na raty.

„Efektywność” to trzeci filar strategii. Pekao zamierza przyspieszyć transformację technologiczną, wykorzystać migrację klientów do kanałów zdalnych, zwiększając paletę dostępnych rozwiązań w kanałach cyfrowych i skokowo zwiększyć poziom automatyzacji operacji.

Bank planuje również poprawić szybkość procesów kredytowych. Liczy, że uda się skrócić czas decyzji do 8 dni przy kredycie hipotecznym czy do 1 dnia przy kredycie dla mikrofirm i MŚP.

Siłą napędową dla nowej strategii jest nasze centrum technologiczne – elastyczne i zdolne do szybkiej adaptacji do dynamicznie zmieniających się warunków rynkowych. Chcemy postawić na technologie mobilne, sztuczną inteligencję, big data, hiperautomatyzację i rozwiązania „chmurowe” – podkreśla Błażej Szczecki, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A., który nadzoruje Pion Technologii i Operacji.

Czwarty filar koncentruje się wokół Odpowiedzialności”. Bank chce wspierać rozwój gospodarczy koncentrując się na dystrybucji rządowych i unijnych programach odbudowy gospodarki oraz transformacji klimatycznej dla swoich klientów. Jednocześnie sama działalność komercyjna i operacyjna banku będzie mocniej oparta o czynniki zrównoważonego rozwoju.

Pekao chce utrzymać bezpieczny profil ryzyka w zmieniającym się otoczeniu rynkowym i mieć jeden z najniższych kosztów ryzyka wśród największych banków. W tym celu udoskonali infrastrukturę modeli ryzyka, zautomatyzuje procesy oceny kredytowej i zadba o bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni.

Finansowanie projektów zrównoważonych, wspieranie uporządkowanego przejścia na gospodarkę niskoemisyjną oraz zwiększanie finansowania energii ze źródeł odnawialnych to jeden z priorytetów naszej działalności. Będziemy w większym stopniu koncentrować się na czynnikach środowiskowych, społecznych i na pojęciu ładu korporacyjnego – tłumaczy Krzysztof Kozłowski, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Strategii. – Nie może się to odbyć bez aktywnego wspierania rozwoju polskich firm, którym zaproponujemy udział w programach gwarancyjnych i akceleratorach. Mamy świadomość, że osiągniemy to będąc atrakcyjnym pracodawcą, stawiając na rozwój pracowników, a także kontynuując i mocno akcentując działalność charytatywną i edukacyjną. Wysokie standardy corporate governance oraz instytucjonalne podejście do ESG to ważne ramy naszego rozwoju – dodaje Krzysztof Kozłowski.

Ambicją Pekao w horyzoncie 2024 jest pozycja wśród najbardziej rentowych i efektywnych banków w Polsce. Dlatego w ramach realizacji nowej strategii, bank stawia na znaczące podniesienie rentowności kapitału własnego (ROE) do poziomu ~10 proc. oraz obniżenie wskaźnika kosztów do dochodów (C/I) do poziomu około 42 proc. Jednocześnie bank planuje sukcesywnie dzielić się z inwestorami efektami finansowymi wdrożenia strategii w formie dywidend. Nowa polityka dywidendowa Pekao zakłada rokroczny wskaźnik wypłaty zysku w formie dywidendy na poziomie 50 proc. – 75 proc. na przestrzeni 2021-2024, uzależniony od zgód regulacyjnych.

– Nasza silna pozycja kapitałowa pozwala na realizację planowanego wzrostu. Planujemy też zachowanie bezpiecznego poziomu kapitału utrzymując wskaźnik Tier 1 powyżej 14 proc. Hojna polityka dywidendowa, oparta o ponadprzeciętny na tle sektora wskaźnik wypłaty, pozwala na realizację ambicji rentownego wzrostu oraz dywidend istotnych dla wielu naszych inwestorów. Chcemy być atrakcyjną spółką dla szerokiego grona inwestorów – mówi Tomasz Kubiak, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący Pion Finansowy.

Przyszłość banku według nowych definicji

Nowa strategia była tworzona przez liczne grono pracowników banku. Jest to dokument, który powstał wewnętrznie.

Uznaliśmy, że nasze plany i zamierzenia powinny być określone przez pracowników banku, z którymi wspólnie będziemy realizować strategię. Tak też się stało. Koleżanki i Koledzy ze wszystkich pionów banku uczestniczyli w licznych warsztatach i dyskusjach. Ich finałem jest przyjęty dokument. To była wytężona i inspirująca praca, która – jestem przekonany – wyniesie nas na nowy poziom bankowości. Za tę pracę i zaangażowanie należą się ogromne podziękowania naszym współpracownikom. Teraz wspólnie rozpoczynamy realizację nowej strategii – powiedział Wiceprezes Krzysztof Kozłowski, nadzorujący jej tworzenie.

Bank na nowo sformułował też swoją misję, którą jest „Prosty i bezpieczny świat bankowości”. Oznacza to, że Pekao chce wyznaczać standardy na rynku, jednocześnie będąc odpowiedzialnym partnerem w codziennym życiu milionów Polaków. Swoją działalność rozumie jako pozytywne wpływanie na rozwój gospodarki, budowanie silnych relacji z przedsiębiorcami i zapewnianie bezpieczeństwa klientom.

Wizja Pekao zdefiniowana jest pod hasłem „Bądźmy razem najlepsi”. To aspiracja do bycia liderem na polskim rynku bankowym czyli najszybciej rozwijającym się, nowoczesnym bankiem z ofertą wykraczającą poza tradycyjne usługi. Pekao chce wzmacniać siłę rodzimych marek, ale także chce być inspirującym miejscem pracy.

Adam Holewa, Igor Matus oraz Kryspin Derejczyk dołączają do Zarządu Grupy CCC

W związku z intensywnym rozwojem Grupy CCC, Zarząd zdecydował o powołaniu trzech nowych Wiceprezesów. Dzięki dynamicznej rozbudowie modelu omnichannel, cyfryzacji wszystkich kanałów sprzedaży oraz rozwojowi oferty produktowej, w tym zapoczątkowanym nowym formatom działalności, Grupa konsekwentnie realizuje cele strategii GO.22. Dotychczasowa transformacja oraz bardzo ambitne plany rozwojowe implikują potrzebę wzmocnienia Zarządu w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw, nadzoru właścicielskiego nad spółkami oraz zarządzania finansami. Te trzy istotne obszary biznesu obejmą swoim nadzorem posiadający wieloletnie doświadczenie zawodowe, zdobywane w największych światowych spółkach, Igor Matus, Adam Holewa oraz Kryspin Derejczyk.

– Bardzo cieszę się, że skład Zarządu Grupy CCC poszerza się o trzech wysokiej klasy ekspertów, liderów biznesu. Ostatnie lata to czas bardzo intensywnego rozwoju naszej organizacji, a ten wiąże się nierozerwalnie z potrzebą stałego wzmacniania kompetencji wśród kadry zarządzającej – powiedział Dariusz Miłek, Przewodniczący Rady Nadzorczej Grupy CCC – Jestem przekonany, że Adam, Igor i Kryspin, dzięki bogatemu doświadczeniu w zarządzaniu strategicznym oraz szerokiej wiedzy, znacząco wesprą Grupę CCC w jej dalszym, dynamicznym rozwoju­ – dodał.

W najbliższych miesiącach skład Zarządu będzie sukcesywnie poszerzany, z dniem 1 lipca 2021 roku uzyskując poniższą strukturę:

  • Marcin Czyczerski, Prezes Zarządu, kieruje pracami Zarządu i pełni nadzór nad rozwojem technologii, HR oraz relacji inwestorskich
  • Karol Półtorak, Wiceprezes Zarządu ds. Strategii i Rozwoju, pełniący nadzór nad strategią rozwoju Grupy CCC, e-commerce, CRM, kwestiami prawnymi oraz marketingiem
  • Mariusz Gnych, Wiceprezes Zarządu ds. Korporacyjnych, dotychczas odpowiedzialny za pion logistyki i produkcji, 7 czerwca br. obejmie nadzór  nad inwestycjami centralnymi, produkcją oraz szeroko rozumianą restrukturyzacją biznesową
  • Adam Holewa, Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych i Nadzoru Właścicielskiego,
    obejmie stanowisko 1 kwietnia 2021 r., przejmując nadzór nad inwestycjami, ekspansją Grupy CCC, projektami oraz spółkami zależnymi
  • Igor Matus, Wiceprezes Zarządu ds. Zarządzania Łańcuchem Dostaw, obejmie stanowisko
    7 czerwca 2021 r, odpowiadając za logistykę oraz łańcuch dostaw w całej Grupie w zakresie wszystkich kanałów i formatów sprzedaży
  • Kryspin Derejczyk, Wiceprezes Zarządu ds. Finansowo-Księgowych, obejmie stanowisko 1 lipca 2021 r., sprawując nadzór nad kontrolingiem, finansami, podatkami i księgowością w Grupie CCC oraz Centrum Usług Wspólnych

– Adam, Kryspin i Igor podzielają nasze podejście do rozwoju biznesu – omnichanellowego, zrównoważonego, nowoczesnego, stawiającego klienta w centrum uwagi – dodał Marcin Czyczerski – W ciągu ostatnich lat nasza Grupa przeszła prawdopodobnie najgłębszą transformację spośród spółek handlowych działających w tej części Europy. Jej efektem jest powstanie organizacji o aspiracjach lidera cyfrowej sprzedaży, z bardzo silnym e-commerce i portfolio mocnych marek własnych. To, co najlepsze, jednak dopiero przed nami. Ostatni rok – rok kryzysu – wykorzystaliśmy, wzmacniając organizację, zespół i procesy, jak również pracując nad wieloma bardzo ważnymi i przełomowymi projektami,
które w tym roku ujrzą światło dzienne. Wiceprezesi, którzy dołączają do naszego Zespołu, to wybitni specjaliści, posiadający wieloletnie doświadczenie w zarządzaniu dużymi, międzynarodowymi, innowacyjnymi spółkami. Przede wszystkim to jednak sprawni liderzy, budujący świetne relacje oraz sprawnie urzeczywistniający ambitne wizje. Jestem pewien, że wniosą ogromną wartość dodaną do naszej organizacji, dbając o jej dalszy intensywny rozwój w obranych kierunkach strategicznych.

Adam Holewa posiada ponad 23 lata doświadczenia zawodowego w obszarze zarządzania strategicznego, w tym sieciami spółek zależnych. Planowanie, industrializacja, automatyzacja i cyfryzacja, to jedne z wielu wyzwań, które adresował prowadząc zespoły w General Motors, Volkswagen Group (w oddziałach w Niemczech oraz Polsce), gdzie przez ostatnie lata obejmował stanowisko Dyrektora Zarządzającego SITECH. W Grupie CCC, jako Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych i Nadzoru Właścicielskiego, będzie odpowiedzialny za nadzór nad inwestycjami, ekspansją Grupy, projektami oraz spółkami zależnymi.

Igor Matus posiada ponad 16 lat doświadczenia w obszarze zarządzania i rozwoju organizacji, które zdobywał w takich firmach jak Mondelez, Nestle, Cadbury Wedel czy Beiersdorf, gdzie przez ostatnie lata pełnił funkcję Prezesa Zarządu i Dyrektora Generalnego. Igor Matus specjalizuje się w zarządzaniu łańcuchem dostaw. W swojej codziennej pracy wykorzystuje metodologię lean management, nakierowaną na optymalizację, a co za tym idzie – wzrost efektywności procesów.  Jako Wiceprezes ds. Zarządzania Łańcuchem Dostaw, będzie odpowiedzialny za nadzór nad logistyką oraz łańcuchem dostaw w całej Grupie CCC, w zakresie wszystkich kanałów i formatów sprzedaży.

Kryspin Derejczyk dołączył do Grupy CCC na początku bieżącego roku, obejmując stanowisko Dyrektora Zarządzającego, odpowiedzialnego za Dział Controllingu i Analiz Biznesowych. W swojej 20-letniej międzynarodowej karierze zarządzał działami finansowymi takich spółek jak Tesco Polska, Tesco Group Wielka Brytania czy Grupa PEPCO. Pracował również w londyńskim City dla KPMG, gdzie doradzał globalnym korporacjom w zakresie usprawnień zarządzania finansami, poprawy efektywności biznesowej oraz skutecznego wdrażania strategii biznesowych. Wraz z początkiem lipca, Kryspin Derejczyk obejmie stanowisko Wiceprezesa ds. Finansowo-Księgowych, odpowiadając za controlling, finanse oraz księgowość w Grupie CCC oraz Centrum Usług Wspólnych.

Alior Bank aktualizuje strategię „Więcej niż bank”. W centrum uwagi cyfryzacja i spersonalizowana oferta

W wyniku radykalnie zmienionych warunków makroekonomicznych, zarząd Alior Banku dokonał aktualizacji obowiązującej do 2022 roku strategii. Zrewidowane cele uwzględniają wymagającą sytuację związaną ze skutkami pandemii COVID-19. Bank zakłada wzrost aktywów do 89 mld PLN, C/I na poziomie nie wyższym niż 46 proc., a TIER1 powyżej 280 bps powyżej wymogów regulacyjnych. Główne założenia strategii „Więcej niż bank” pozostają utrzymane. Rozwój biznesu opierać się będzie na czterech kluczowych filarach: budowaniu długotrwałej relacji z klientem, cyfryzacji działalności, personalizacji produktów i usług, a także wsparciu zielonej transformacji. Dzięki temu bank chce do końca 2022 roku obsługiwać 4,5 mln klientów indywidualnych oraz 278 tys. klientów biznesowych.

Jednym z fundamentów Alior Banku były i są nowoczesne technologie i postępująca digitalizacja. Bez wątpienia to jeden z czynników, dzięki któremu wraz z pojawieniem się w Polsce pandemii mogliśmy naturalnie i bez zakłóceń realizować naszą działalność oraz kluczowe założenia biznesowe. Główne elementy obowiązującej strategii  nadal odpowiadają na wyzwania, z którymi dziś się mierzymy. Dlatego wciąż będziemy wdrażać nasze kierunki strategiczne, a nasze cele pozostają ambitne i realistyczne. Dodatkowo, chcemy rozwijać się w sposób odpowiedzialny, z poszanowaniem założeń zrównoważonego rozwoju oraz wspierać zieloną transformację ­– mówi Iwona Duda, prezes zarządu Alior Banku.

Wzmacnianie relacji z klientem

Bank będzie kontynuować pogłębianie długotrwałych relacji z klientem, m.in. poprzez budowanie pozytywnego doświadczenia oraz wysoką jakość obsługi i oferowanych produktów. Dzięki dalszemu doskonaleniu procesów cyfrowych klienci będą mogli wygodnie i bezpiecznie zarządzać swoimi finansami oraz samodzielnie zlecać kolejne dyspozycje w aplikacji mobilnej. W razie potrzeby, do ich dyspozycji pozostawać będą doświadczeni doradcy, których wsparcie będzie dostępne we wszystkich kanałach kontaktu. Dzięki zapewnieniu wysokiego komfortu obsługi, dopasowanej ofercie intuicyjnych i prostych procesów, bank liczy na rosnące uproduktowienie klientów oraz NPS relacyjny na poziomie 40 proc.

W kontekście klienta biznesowego Alior Bank będzie rozwijać relacje z przedsiębiorcami dzięki kompleksowemu ekosystemowi produktów i usług. Wśród planów na najbliższe dwa lata znajduje się chociażby nowoczesna oferta faktoringowa, pakiety ubezpieczeniowy i medyczny, czy finansowanie OZE. Wzrost liczby klientów w segmencie mikro na koniec 2022 roku planowany jest na poziomie 62 tys. W tym 16,5 tys. ma zostać pozyskana online, dzięki rozwojowi kanałów i procesów cyfrowych. Do tego czasu 80 proc. bankierów ma zdobyć certyfikację branżową, dzięki czemu klienci biznesowi będą mogli liczyć na nowoczesną obsługę i wsparcie doradców, specjalizujących się w ich branży. W efekcie tych działań odsetek kredytów udzielanych firmom z branż preferowanych ma oscylować na poziomie 25 proc.

Kontynuacja cyfrowej ścieżki

Alior Bank będzie wzmacniać swoją przewagę technologiczną i wprowadzać kolejne działania usprawniające procesy oraz zwiększające efektywność. Na początku 2021 r. bank uruchomił głosową asystentkę infolinii, która ma ułatwić kontakt z klientami. Kompetencje i umiejętności voicebota będą systematycznie rozwijane, tak aby większość spraw, w tym pozyskiwanie informacji, można było zrealizować zdalnie. Info-Nina to zapowiedź dalszej, choć nie jedynej automatyzacji, jaką w planach ma bank.

Szersze wykorzystanie technologii OCR do digitalizacji danych oraz task-mining, budowanie drzew dialogowych z wykorzystaniem uczenia maszynowego dla chatbotów czy robot na żądanie – to plan Alior Banku do zrealizowania w ramach aktualizacji strategii „Więcej niż bank”. W konsekwencji w latach
2021-22 zautomatyzowanych zostanie 60 procesów. W perspektywie do końca 2022 roku 60 proc. rozmów na infolinii ma odbywać się z udziałem voicebotów, a 30 proc. interakcji z klientami odbywać się ma za pomocą chatbotów.

Personalizacja produktów i usług

Szeroka gama produktów i usług to cel, dzięki któremu Alior Bank będzie w stanie odpowiadać na różne potrzeby klientów. Dlatego planowane jest rozszerzanie bazy usług dodanych (tzw. VAS). Te rozwiązania nie tylko są wartościowe dla klientów, ale jednocześnie poszerzają możliwości wynikające z bazowych funkcjonalności bankowych.

Mając na uwadze wysoką personalizację oferty, Alior Bank planuje dalszy rozwój benefitów dla graczy, którzy dziś mogą liczyć na udogodnienia w ramach popularnej gry League of Legends. W trakcie wdrażania są również takie rozwiązania jak: specjalna oferta dla młodych klientów, nowe opcje ubezpieczeń dostępnych w Alior Mobile i Alior Online, czy BIKalert – czyli ochrona przed wyłudzeniami i próbami zaciągnięcia zobowiązań kredytowych na dane osobowe klienta. Produkty i usługi zgodne z oczekiwaniami różnych grup mają przełożyć się na wzrost liczby klientów oraz ich aktywność w kanałach cyfrowych. Bank zakłada, że liczba klientów indywidualnych oraz mikroprzedsiębiorstw zwiększy się o 388 tys., natomiast liczba użytkowników Alior Mobile osiągnie 1,5 mln osób.

Zielona transformacja

Alior Bank stawia na efektywne oraz przyjazne dla klientów oraz środowiska procesy i narzędzia. Teraz poszanowanie dla klimatu, zielonych wartości oraz zasad zrównoważonego rozwoju oficjalnie uwzględnia zaktualizowana strategia rozwoju „Więcej niż bank”.

Oprócz obowiązujących już produktów, dostępnych w ofercie dla naszych klientów takich, jak Eko-pożyczka, pożyczka termomodernizacyjna, czy kredyt zabezpieczony gwarancją Biznesmax na cel ekologiczny, do portfolio Alior Banku wprowadzane będą kolejne rozwiązania z tego segmentu. Zależy nam na tym, aby ekoprodukty wspierały akwizycję nowych klientów. Naszym celem do końca 2022 roku jest osiągnięcie 2,3 mld PLN wolumenu nowej sprzedaży produktów EKO oraz pozyskanie w tym obszarze 26 tys. nowych klientów – mówi Dariusz Szwed, wiceprezes zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Jednym z istotnych źródeł ekorozwoju w banku i zwiększania udziału zielonego portfela kredytowego pozostają partnerstwa z takimi instytucjami, jak Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Europejski Bank Inwestycyjny.

Bezpieczna pozycja banku i dalsza optymalizacja kosztów

Przyjęta strategia zarządzania ryzykiem i stabilna pozycja kapitałowa mają wspierać realizację założeń i celów strategicznych. Zarząd Alior Banku stale optymalizuje strukturę kosztów, aby maksymalizować jego efektywność.

W konsekwencji bank chce utrzymać współczynnik Tier1 powyżej 11,3 proc. (tj. 280 bps powyżej wymogów regulacyjnych). Jednocześnie przywiązuje dużą wagę do poprawy jakości portfela kredytowego, a także tworzenia przestrzeni do poprawy wyniku odsetkowego i obniżki kosztów ryzyka. Do końca 2022 roku wskaźnik NPL ma spaść do poziomu 11,8 proc., zaś CoR wynieść 1,9 proc. Łączny wpływ rozpoczętego projektu inicjatyw oszczędnościowych/kosztowych na wynik brutto Grupy Alior Bank do końca 2021 roku wyniesie nie mniej niż 100 mln PLN.

Synergia w ramach Grupy

Alior Bank planuje pogłębianie współpracy z PZU, dzięki której możliwe jest uzupełnienie oferty o ubezpieczenia, dostępne w kanałach cyfrowych oraz akwizycja nowych klientów. W ramach wspólnego projektu – platformy Cash stale poszerzana jest oferta produktów finansowych dostępnych dla pracowników, którzy mogą korzystać z jej usług na zasadzie benefitów. Cel na koniec 2022 roku to 50 proc. wzrost przychodów banku
z inicjatyw realizowanych wspólnie z PZU.

Intensyfikacja działań będzie miała również miejsce w ramach spółek należących do Grupy Alior Bank. Bank liczy na wielotorowe synergie między spółkami: technologiczne, sprzedażowe, klienckie oraz operacyjne. Alior TFI odpowiada na potrzeby klientów poszukujących możliwości inwestycyjnych, zaś spółka leasingowa zwiększy udział sprzedaży do sektora MŚP z 11 proc. w 2020 roku do 24 proc. na koniec 2022. Celem jest 2,2 mld PLN aktywów pod zarządzaniem Alior TFI oraz wartość portfela Alior Leasing w wysokości 7,3 mld PLN na koniec roku 2022.

Jak rozliczać przychody od kryptowalut?

W ostatnich tygodniach kryptowaluty osiągają rekordowe ceny. Od początku roku kurs Bitcoina wzrósł z 30 tys. do przeszło 200 tys. złotych. Zachęca to inwestorów, którzy lokują środki w elektronicznych portfelach. Gorącym tematem staje się zarazem rozliczanie przychodów uzyskiwanych z obrotu kryptowalutami.

Giełdy kryptowalut cieszą się szczególną popularnością wśród osób z branży IT, pracujących za granicą czy dysponujących wolnymi środkami na inwestycje. Specyfika zarabiania na kryptowalutach – generowanie wielu transakcji przychodowych oraz kosztowych – sprawia, że kwoty uzyskanych przychodów mogą być ogromne. Zdarzają się przypadki, w których wykazywane są przychody przekraczające 10 mln złotych. W mojej praktyce najwyższy podatek, jaki został zapłacony lub wykazany za przychody z kryptowalut, to 75 tys. złotych (czyli dochód wyniósł około 400 tys. złotych). Warto jednocześnie pamiętać, że duża część przedsiębiorców nie wykazuje przychodów z giełd, które posiadają siedzibę w krajach trzecich.

Ze względu na mnogość transakcji, koszty i wydatki na zakup kryptowalut są współmiernie wysokie do przychodów i muszą być właściwie udokumentowane. Urzędy skarbowe wielokrotnie próbowały kwestionować prawo do rozliczania kosztów uzyskania przychodów, np. z uwagi na sposób dokumentowania transakcji lub brak potwierdzeń, że rzeczywiście miały one miejsce. Gdy dochody pochodzą z nieujawnionego źródła, Urząd Skarbowy ma prawo nałożyć podatek w wysokości 75% dochodu. Stawka ta nie będzie jednak miała zastosowania, jeżeli podatnik wykaże i udowodni źródło dochodów.

Od 2019 roku przychody uzyskane z obrotu kryptowalutami są rozliczane jako dochody z kapitałów pieniężnych. Oznacza to, że aby rozliczyć się z fiskusem, podatnik powinien złożyć do US formularz PIT-38, wypełniając sekcję E. DOCHÓD / KOSZTY – ART. 30B UST. 1A USTAWY, dotyczącą odpłatnego zbycia walut wirtualnych. Przepisy obowiązujące od 2019 roku określają przychody z odpłatnego zbycia walut wirtualnych jako przychody z kapitałów pieniężnych – co oznacza, że są objęte 19% stawką podatku obliczonego od dochodu (przychody minus koszty), pomniejszonego o ewentualne koszty uzyskania przychodów poniesione w latach ubiegłych i nieodliczone w poprzednim roku podatkowym.

Przed 2019 rokiem część przedsiębiorców rozliczała kryptowaluty w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Należy pamiętać, że przychody z kryptowalut nie stanowiły odrębnego źródła przychodów – były to przychody z działalności gospodarczej. Wówczas, jeżeli forma opodatkowania była na zasadach ogólnych, przychody z kryptowalut uzyskane w ramach działalności gospodarczej były opodatkowane stawką 18% lub 32% po przekroczeniu II progu podatkowego (zgodnie ze stawkami obowiązującymi w tamtym czasie). Dla tej drugiej grupy ujednolicenie stawki do 19% oczywiście było korzystne.

Piotr Ciszewski, ekspert ds. podatków w firmie inFakt

Amazon wchodzi do Polski. Czy warto jeszcze zakładać własny e-commerce?

Amazon to światowy potentat, na którego pojawienie się na naszym rynku z wytęsknieniem czekało wielu konsumentów. Zupełnie inne nastroje panowały jednak wśród przedsiębiorców zajmujących się rynkiem e-commerce. Obecność tej olbrzymiej sieci może być poważnym zagrożeniem dla ich biznesów i zająć wiele nisz, które do tej pory umożliwiały efektywne działanie. Czy w związku z tym rozpoczęcie działalności w handlu internetowym nie jest już dobrym pomysłem? Nic bardziej mylnego. Aby ta była jednak skuteczna, należy wcielić w życie dobrą strategię i wykorzystywać właściwe narzędzia.

Własny sklep internetowy nadal dobrym pomysłem na biznes

Prowadzenie działalności gospodarczej to spore wyzwanie niezależnie od branży. W każdym przypadku podstawowa zasada jest przy tym taka sama: aby osiągnąć wysoką efektywność, należy proponować swoim klientom innowacyjne rozwiązania, których nie dostarczają konkurenci. Pojawienie się na rynku międzynarodowego potentata wzbudza wobec tego pewne wątpliwości. Amazon, obecny w polskiej wersji od 2 marca 2021 roku, w wielu krajach udowodnił już, że dzięki olbrzymiej sieci dystrybucyjnej i sprawdzonym mechanizmom potrafi błyskawicznie zdobyć uznanie klientów i działać niezwykle efektywnie. Czy to wobec tego zła wiadomość dla osób, które planują dopiero rozpoczęcie przygody z branżą e-commerce? Niekoniecznie. Ostatni okres udowodnił, że biznes tego typu może być bardzo dochodowy. Aby tak było, należy jednak działać zgodnie ze sprawdzonym planem i wykorzystywać pełnię potencjału. Dobrym wprowadzeniem do tego zagadnienia będzie przygotowany przez ALEO.com e-book „Jak założyć własny sklep internetowy”. Rady ekspertów pozwolą na wybranie właściwego modelu i docieranie do klientów nawet w obliczu wyjątkowo aktywnej konkurencji.

Działanie wymaga przygotowania

W przekonaniu części osób własny sklep internetowy to idealny pomysł na biznes. Zasadność takiej tezy pozytywnie zweryfikowała, chociażby pandemia i powiązane z nią utrudnienia gospodarcze. Jak pokazują statystyki, branża e-commerce jako jedna z nielicznych nie tylko obroniła się przed negatywnymi czynnikami, ale odnotowała nawet wzrosty. Ten przykład jasno pokazuje, że handel w sieci to świetny pomysł na zarabianie i realizowanie własnych pomysłów. Z pewnością niektórzy przyszli przedsiębiorcy interesują się nim również ze względu na stosunkowo proste procedury, szeroki dostęp do bezpłatnych narzędzi i możliwość rozpoczęcia działania przy niskim wkładzie własnym. Warto mieć jednak świadomość, że nie zawsze te oczekiwania znajdą pokrycie w rzeczywistości. Realistyczne podejście do rynkowych realiów i poznanie e-commerce od podszewki pomoże w uniknięciu błędów, które mogą utrudnić funkcjonowanie biznesu.

Odpowiedni model biznesowy to podstawa

Autorzy e-booka „Jak założyć własny sklep internetowy” kładą spory nacisk na budowanie świadomej strategii jeszcze przed etapem założenia sklepu internetowego. To niezwykle ważna kwestia, o której często zapomina część osób, która chce jak najszybciej zobaczyć efekty swoich działań. Pierwsze decyzje powinny obejmować m.in.:

  • Charakterystykę produktów, które będzie dostarczać sklep internetowy,
  • Model dystrybucji (czy będzie dysponował własnym magazynem, czy skupi się na dropshippingu lub innych modelach sprzedaży),
  • Określenie nazwy sklepu,
  • Zdefiniowanie posiadanych zasobów i wybór zaplecza technicznego (serwera, domeny, oprogramowania sklepu internetowego, narzędzi wspierających obsługę klienta i marketing),
  • Określenie kwestii prawnych i podatkowych.

Bez udzielenia odpowiedzi na najważniejsze pytania rywalizacja z konkurentami – zarówno międzynarodowymi potentatami, jak i lokalnymi firmami – będzie praktycznie niemożliwa. Bezpłatny e-book   może natomiast stać się doskonałym wsparciem w tym zakresie.

Sklep internetowy to także biznes

Często pomijanym aspektem jest również ten odnoszący się do formy prawnej prowadzonej działalności. Należy mieć przy tym świadomość, że sklep internetowy to działalność gospodarcza. Jej prowadzenie wiąże się oczywiście z pewnymi przywilejami i perspektywami na przyszłość, z drugiej strony widnieje jednak długa lista obowiązków. Właściciel sklepu internetowego jak każdy przedsiębiorca będzie musiał więc m.in. odprowadzać podatki i daniny czy prowadzić księgowość. To – co oczywiste – wiąże się z kolejnymi wydatkami i koniecznością zapewnienia doskonałej organizacji. Jednocześnie są to także elementy, które mogą zapewnić wymierne oszczędności. Zrozumienie zagadnień prawnych i formalnych pozwoli na dokonanie właściwego wyboru i wpłynie na wyższe bezpieczeństwo prowadzenia biznesu.

Grupa CDRL podsumowała wyniki za 2020 r.

Grupa CDRL, właściciel marek Coccodrillo oraz Buslik przygotowuje się do publikacji raportu finansowego za rok 2020. W ocenie spółki, na poziomie operacyjnym, mimo pandemii wyniki są zadawalające. Na wynik netto wpływ będą miały odpisy, których dokonanie było konieczne w związku z zamknięciem sklepów w galeriach handlowych, a także różnice kursowe.

– Mimo trudnej sytuacji społeczno-gospodarczej związanej z panującą pandemią, odnotowaliśmy zadawalające wyniki finansowe w 2020 roku. Było to możliwe dzięki wdrożeniu oszczędności oraz bardzo dobrze funkcjonującemu kanałowi e-commerce – obrót z zamkniętych sklepów stacjonarnych, częściowo przeniósł się do sklepu internetowego – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na wynik netto odnotowany w 2020 roku istotny wpływ będą miały odpisy z tytułu utraty wartości środków trwałych i wartości niematerialnych wynikających z przeprowadzonych testów na utratę wartości udziałów w spółkach zależnych na łączną kwotę 18,90 mln zł. Największą wartość odpisu tj. 15.5 mln zł, stanowi odpis na utratę wartości udziałów w polskich spółkach zależnych prowadzących sklepy zlokalizowane w galeriach handlowych. Dodatkowo, spółka zawiązała odpis na utratę wartości udziałów w pozostałych spółkach zależnych na kwotę 3.4 mln zł. Wynik netto będzie dodatkowo negatywnie obciążony ujemnymi różnicami kursowymi, powstałymi w skutek deprecjacji rubla białoruskiego w stosunku do EUR i USD oraz zastosowania MSSF16 w białoruskim Busliku.

Vivid Games z nowym tytułem w portfolio

Vivid Games zawarło umowę wydawniczą ze studiem Golden Goose Entertainment z siedzibą w Dover (USA). Mobbles Cards to casualowy tytuł z dużym potencjałem. Gra jest inspirowana hitami takimi jak Pokémon i Final Fantasy. Według raportów branżowych grupa docelowa potencjalnych odbiorców mobilnych gier karcianych to już 16% wszystkich mobilnych graczy.

Uważam, że wydanie Mobbles Cards to bardzo dobra decyzja. Gra prezentuje duży potencjał. Mechanika rozgrywki polega na kolekcjonowaniu kart, budowaniu zespołu najróżniejszych stworków i prowadzenia taktycznych rozgrywek o nowe karty. Planujemy rozwój tytułu o multiplayer i dodanie ponad 300 unikalnych kart. Gra jest pozbawiona brutalności i prezentuje bardzo przyjazny styl artystyczny. Pierwsze testy fazy soft launch planujemy już na kwiecień – stwierdza Patryk Batko, Product Owner odpowiedzialny za rozwój tytuły po stronie Vivid Games.

Golden Goose Entertainment stawia na gry z charakterem. Mobbles Cards to gra łącząca zabawną koncepcję z oryginalną i mocną identyfikacją wizualną. Cieszymy się, że możemy współpracować z Vivid Games, partnerem z dużym doświadczeniem, który wierzy w naszą kreatywną wizję i nie możemy już doczekać się wspólnej pracy nad fantastycznymi tytułami – podkreśla Alexander Curtelin, CEO Golden Goose.

Vercom o krok od debiutu na GPW

Vercom S.A. finalizuje postępowanie prospektowe i przygotowuje się do rozpoczęcia pierwszej oferty publicznej.

– Skala naszej działalności rośnie bardzo szybko. Uważamy, że jesteśmy gotowi stać się samodzielną spółką na giełdzie. Liczymy na uwolnienie wartości Vercom, zarówno po stronie naszej Grupy, jak i głównego akcjonariusza R22 S.A. Wejście na giełdę będzie wiązało się m.in. z nową emisją, dzięki której będziemy mogli jeszcze szybciej skalować nasz biznes i wzmocnić pozycję Grupy Vercom. – mówi Krzysztof Szyszka, prezes zarządu Vercom.

Debiut Vercom związany będzie z emisją nowych akcji oraz częściową sprzedażą akcji przez obecnych akcjonariuszy. Większościowy akcjonariusz – R22 S.A. nie zamierza uczestniczyć w ofercie i zachowa swój pakiet akcji. Szczegóły dotyczące oferty zostaną udostępnione w prospekcie po jego zatwierdzeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Po publikacji prospekt zostanie również udostępniony na stronie relacji inwestorskich Spółki w zakładce IPO https://vercom.pl

Vercom tworzy globalne platformy komunikacyjne w chmurze (CPaaS), które umożliwiają firmom budowanie i rozwijanie trwałych relacji z odbiorcami za pośrednictwem wielu kanałów komunikacji. Rozwiązania Grupy pomagają klientom i partnerom przezwyciężyć złożoność komunikacji, automatyzować oraz zwiększać jej skalę, zachowując przy tym wysoką dostarczalność i efektywność. Do klientów Grupy Vercom należą podmioty z różnych sektorów gospodarki, przy czym przeważają firmy e-commerce oraz oferujące usługi wspierające ekosystem e-commerce m.in. logistyka, płatności elektroniczne, digital marketing.

Działamy w segmencie B2B, jednak na co dzień praktycznie każdy może dostrzec efekty naszej pracy m.in. podczas zakupów w Internecie, autoryzacji płatności czy też zamawiania taxi lub jedzenia. Działamy na szeroką skalę, nasza oferta jest kompleksowa a technologia wszechobecna i występuje w praktycznie każdej branży, gdzie komunikacja pomiędzy firmą a klientem jest kluczowa. Jesteśmy fundamentem cyfrowego świata. Korzystamy z dynamicznego rozwoju e-commerce oraz cyfrowej transformacji w praktycznie wszystkich sektorach gospodarki. Dzięki temu mamy nieograniczoną przestrzeń do skalowania naszych rozwiązań opartych na modelu CPaaS. – mówi Krzysztof Szyszka, prezes zarządu Vercom.

Kiedy Polska odejdzie od węgla?

Temat węgla w Polsce dotyczy nie tylko osławionego Śląska. Plany redukcji i eliminacji wydobycia węgla kamiennego oraz brunatnego dotyczą aż sześciu województw – z których każde musi opracować własny Krajowy Plan Sprawiedliwej Transformacji, by pozyskać środki na w miarę łagodne odchodzenie od węgla z funduszy unijnych. Mówimy tutaj o województwach: śląskim, dolnośląskim, wielkopolskim, małopolskim, łódzkim i lubelskim. Węgiel brunatny wydobywa się także w województwie lubuskim, lecz zatrudnienie w górnictwie jest tutaj znikome. Dlatego obserwatorzy transformacji energetycznej skupiają się teraz na sześciu województwach, które w różny sposób i w różnym tempie wprowadzają w życie plan odejścia od węgla. Wszystkie te województwa przygotowują obecnie Krajowe Plany Sprawiedliwej Transformacji. Mają one pozwolić tym regionom skorzystać z mechanizmów sprawiedliwej transformacji, a w szczególności ze środków przewidzianych na ten cel w funduszach unijnych. To pomoże w złagodzeniu efektów odchodzenia od węgla.

– Odejście od węgla najwcześniej planuje ZEPAK – czyli kopalnia i elektrownia w Wielkopolsce oraz PGE w swojej kopalni i elektrowni w Bełchatowie. Tam proces ma szansę zakończyć się przed 2030 rokiem. Województwa śląskie i lubelskie chcą bardziej rozciągnąć ścieżkę odejścia. Sytuacja i deklaracje województwa dolnośląskiego oraz małopolskiego nie są jeszcze do końca znane. Najpewniej poznamy je w połowie bieżącej dekady – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Instytutu Badań Strukturalnych. – Trzy województwa – czyli śląskie, dolnośląskie i wielkopolskie, są już traktowane przez Komisję Europejską jako przyszli beneficjenci. Natomiast pozostałe – czyli łódzkie, lubelskie i małopolskie, dopiero przygotowują swoje plany. Wciąż toczą się także negocjacje związków zawodowych i rządu. Ich wynikiem ma być ustalenie okresu, przez który będą utrzymywani pracownicy w sektorze górniczym. Warto jednak wziąć pod uwagę, że najprawdopodobniej odejście od węgla nastąpi wcześniej – mimo utrzymania w sektorze pracowników. Nie sądzę, aby w latach ‘40 warunki rynkowe i jakość pracy oferowanej przez kopalnie były atrakcyjne dla górników. Jakkolwiek kopalnie będą miały prawo funkcjonować dłużej – to nie jest pewne, że znajdą się jeszcze na Śląsku czy w innych regionach osoby chcące pracować w tym sektorze – analizuje Szpor.

Już 55 proc. imigrantów z Ukrainy chce kupić nieruchomość w Polsce. Coraz więcej planuje też otwarcie własnego biznesu

Zdecydowana większość Ukraińców jest zadowolona z pracy i jakości życia w Polsce, o czym świadczy m.in. to, że prawie połowa planuje zostać na stałe, a podobny odsetek zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na zakup nieruchomości i założenie tutaj własnego biznesu. Takie plany ma już 40 proc. pracujących w Polsce obywateli Ukrainy. Sytuacja może się jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie, bo wielu z nich jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w Niemczech, Czechach czy Skandynawii.

– Na emigrację zarobkową do Polski najczęściej decydują się młodzi obywatele Ukrainy, poniżej 39. roku życia. Co ciekawe, są to też osoby wykształcone. Ponad 28 proc. z nich posiada wykształcenie wyższe, a 48 proc. ma wykształcenie zawodowe lub średnie specjalistyczne – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Bogdevic, wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Na polskim rynku pracy jest około 1,2 mln Ukraińców. Z badania przeprowadzonego w lutym br. przez Centrum Analityczne Gremi Personal wynika, że 10 proc. imigrantów z Ukrainy to kadra menedżerska, a 16 proc. to pracownicy umysłowi, zatrudnieni w takich sektorach jak edukacja, inżynieria, IT czy medycyna. Z kolei ponad połowa (53 proc.) jest zatrudniona w sektorze usług albo wykonuje pracę fizyczną. Wyższe płace w porównaniu z Ukrainą to istotny czynnik dla ponad 80 proc. imigrantów.

– Trzy główne zalety pracy w Polsce są związane z czynnikami ekonomicznymi. Po pierwsze, są to wyższe wynagrodzenia niż na Ukrainie, po drugie – stabilność gospodarcza, po trzecie – łatwiejszy dostęp do uzyskania wizy lub pozwoleń na pobyt czasowy w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej – wymienia Karolina Bogdevic. – Zdecydowana większość Ukraińców jest usatysfakcjonowana z życia i pracy w Polsce. Zadeklarowało tak w sumie aż 68 proc. z nich.

Tylko 18,6 proc. wskazało, że przeszkadza im negatywne nastawienie Polaków w środowisku pracy, a nastroje ksenofobiczne na własnej skórze odczuło jedynie 2 proc. badanych.

– Ta ostatnia liczba zmniejszyła się z 26 proc. w poprzednim roku – zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal.

Dla 25 proc. Ukraińców ważna jest też możliwość uzyskania zezwolenia na pobyt stały. Z badania Gremi Personal wynika, że o kartę stałego pobytu zamierza postarać się aż 2/3 przebywających w Polsce Ukraińców. Sondaż przeprowadzony w lutym na grupie 1,1 tys. przebywających w Polsce obywateli Ukrainy pokazuje, że tylko co trzeci chce szybko zarobić i wrócić do kraju. Prawie połowa natomiast (46,4 proc.) planuje zostać tu na stałe, a blisko 52 proc. zamierza sprowadzić do Polski swoją rodzinę. O poważnych planach Ukraińców związanych z Polską świadczy też fakt, że coraz więcej z nich decyduje się na założenie tutaj własnego biznesu.

– W 2020 roku taką chęć deklarowało 25 proc., natomiast w tym jest to już 40 proc. badanych – mówi Karolina Bogdevic. – Jest kilka branż, które cieszą się zainteresowaniem wśród Ukraińców. To przede wszystkim transport międzynarodowy z racji tego, że Polska jest europejskim liderem w przewozach, a Ukraińcy stanowią solidną część składową związaną z obsługą przewozów. Kolejną jest branża budowlana. Ukraińcy decydują się też na świadczenie usług, a więc otwierają swoje restauracje lub salony kosmetyczne. Wchodzą też w branże kreatywne, takie jak IT, reklama, marketing, wideo czy PR.

Jak zauważa wiceprezes zarządu Gremi Personal, osoby, które decydują się na prowadzenie własnej działalności, zwykle wcześniej przez kilka lat pracują w polskich firmach, zdobywając doświadczenie i ucząc się języka.

– Druga grupa to osoby, które mają doświadczenie zdobyte na terytorium Ukrainy i przyjeżdżają do Polski od razu z takim zamierzeniem, żeby tutaj prowadzić swój biznes. Polska przyciąga ich bardzo dobrymi warunkami gospodarczymi, stabilnością, przewidywalnością i przejrzystością – mówi.

Coraz więcej Ukraińców decyduje się także na zakup nieruchomości w Polsce. W 2020 roku taką chęć deklarowało 34 proc., natomiast w tym roku ten odsetek urósł już do 55 proc.

– Ukraińcy stanowią czołówkę cudzoziemców kupujących nieruchomości w Polsce. W porównaniu do Niemców, Brytyjczyków czy Skandynawów, którzy kupują nieruchomości w celach inwestycyjnych, Ukraińcy kupują je dla siebie. Chcą tu pozostać i się integrować. Spowodowane jest to także tym, że wprowadzono realne i możliwe warunki uzyskania kredytów hipotecznych na dobrych zasadach – wyjaśnia Karolina Bogdevic.

Polska jest atrakcyjnym krajem dla imigrantów zarobkowych, szczególnie w czasie pandemii. Nie mają oni większych problemów z przekraczaniem granicy czy prolongatą dokumentów. I to jest powód, dla którego Ukraińcy wciąż interesują się Polską. Może się to jednak zmienić, kiedy swoje granice otworzą dla nich inne kraje europejskie.

– Czynnikiem decydującym będzie wtedy ekonomia, a więc obywatele Ukrainy pojadą tam, gdzie będą mogli zarobić więcej. Ich zainteresowaniem cieszą się m.in. Niemcy, Czechy, Skandynawia, Stany Zjednoczone oraz Kanada. Co ciekawe, w porównaniu do zeszłego roku zainteresowanie pracą w krajach skandynawskich wzrosło aż dwukrotnie [z 22 proc. do 42,5 proc. w 2021 roku – red.] – mówi ekspertka.

Sondaż pokazuje, że ponad 54 proc. ukraińskich imigrantów zarobkowych jest zainteresowanych możliwością zatrudnienia w innym kraju niż Polska. Wiceprezes Gremi Personal wskazuje też, że główną przeszkodą dla podejmowania w Polsce pracy przez cudzoziemców wciąż pozostają formalności i biurokracja.

– W momencie, kiedy inne kraje się otworzą, a Polska nie zmieni legislacji dotyczącej zatrudniania cudzoziemców, to możemy być na przegranej pozycji – zauważa Karolina Bogdevic.

Kolejne mutacje koronawirusa mogą pochodzić od zwierząt domowych i hodowlanych. W przyszłości psy i koty też trzeba będzie szczepić

Koronawirusem SARS-CoV-2 może się zakażać wiele gatunków zwierząt dzikich, hodowlanych i udomowionych, w tym również psy i koty. W pierwszych miesiącach pandemii dochodziło z tego powodu do przypadków porzucania zwierząt, ale WHO zapewnia, że nie ma dowodów, by zwierzęta domowe mogły przenosić chorobę. Według naukowców dalsza, długofalowa ewolucja wirusa wśród zwierząt może jednak stwarzać ryzyko nowych mutacji, które będą ponownie atakować ludzi. Niewykluczone więc, że w przyszłości masowe szczepienia domowych psów i kotów będą konieczne, żeby zatrzymać szerzenie się infekcji. Prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt trwają już m.in. w Stanach Zjednoczonych i Rosji.

– Prace nad stworzeniem szczepionki przeciw COVID-19 dla zwierząt ruszyły dokładnie w tym samym momencie, co prace nad szczepionką dla ludzi. Ona jest już zasadniczo gotowa, natomiast nie jest jeszcze zarejestrowana, ten proces jest na ukończeniu. W Stanach Zjednoczonych została dopuszczona warunkowo, wydano w tym celu specjalne zezwolenie, trwają też badania kliniczne w dwóch krajach Europy – mówi agencji Newseria Biznes Artur Zalewski, lekarz weterynarii, dyrektor Biura Zarządu w Polskim Stowarzyszeniu Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

Jak wskazuje, prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt (przede wszystkim norek i łasicowatych, które zyskały priorytet po potwierdzonych przypadkach zakażeń odzwierzęcych z Danii) trwają już w co najmniej trzech krajach, czyli w Stanach Zjednoczonych, Finlandii i Rosji. Pierwsze eksperymentalne dawki na początku tego roku otrzymały orangutany i małpy bonobo z ZOO w San Diego po tym, jak odkryto tam przypadki choroby wśród goryli.

Koronawirus może zainfekować wiele gatunków zwierząt domowych, w tym psy i koty, choć takie przypadki należą do rzadkości. Znane są też jednak przypadki zakażenia COVID-19 u mieszkających w ogrodach zoologicznych tygrysów czy norek hodowanych na fermach. Jesienią 2020 roku rząd Danii oficjalnie nakazał wybicie kilkunastu milionów tych zwierząt po tym, gdy okazało się, że setki zakażeń COVID-19 w tym kraju były powiązane z nowymi, potencjalnie bardziej niebezpiecznymi wariantami koronawirusa, które rozwinęły się właśnie u norek hodowlanych.

Nie dość, że norki zarażały się wzajemnie ze względu na to, że przechowywane są w klatkach blisko siebie, to jeszcze zarażali się od nich ludzie. I to było główną przyczyną decyzji o wybiciu aż 17 mln zwierząt – podkreśla Artur Zalewski. – Ze względu na potencjalne ryzyko mutacji wirusa u norek, zwłaszcza u tych, które są skupione w jednym miejscu, zdecydowano się je wybić z uwagi na ochronę zdrowia publicznego.

Naukowcy uważają, że dalsza ewolucja wirusa u zwierząt i jego potencjalne przeniesienie się na ludzi stwarza duże długoterminowe ryzyko. Odzwierzęce mutacje mogą być bowiem znacznie groźniejsze i utrudniać walkę z wirusem już znanymi sposobami. Dlatego konieczne może się okazać szczepienie zwierząt, zwłaszcza domowych, na COVID-19. Tego zdania są m.in. badacze z University of East Anglia, ośrodka badawczego Earlham Institute w Norwich we wschodniej Anglii oraz University of Minnesota w USA, którzy w styczniu br. zwracali uwagę na potencjalne ryzyko na łamach pisma naukowego „Virulence”.

– Wydaje się, że szczepienie zwierząt domowych będzie wskazane, żebyśmy chronili także i siebie. Wiemy, że nie u wszystkich gatunków zwierząt wrażliwych na tego wirusa dochodzi do zachorowań, ale skoro wirus mutuje, to możemy podejrzewać, że kiedyś i u naszych milusińskich powstanie taka mutacja, która będzie w stanie nam zagrozić. Zatem jeżeli będziemy szczepić nasze zwierzęta, psy i koty, zmniejszamy prawdopodobieństwo, że one zachorują i że my się od nich zarazimy – mówi lekarz weterynarii.

W końcówce ubiegłego roku agencja Interfax cytowała wypowiedź szefa Rossielchoznadzoru (Rosyjskiej Federalnej Służby Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego) Siergieja Dankwerta o tym, że rosyjska szczepionka dla zwierząt ma być gotowa pod koniec stycznia br., a następnie musi przejść fazę rejestracji, po czym będzie gotowa do wypuszczenia na rynek w dużej ilości. Nad szczepionkami przeciw COVID-19 przeznaczonymi dla zwierząt pracują też przynajmniej dwie firmy amerykańskie. Jak wynika z ustaleń Wirtualnej Polski, jedna z nich – Zoetis – w lutym skierowała pismo do ministra rolnictwa Grzegorza Pudy ze wstępną ofertą szczepionek dla zwierząt.

Naukowcy wskazują, że choć nie ma żadnych dowodów, aby zwierzęta mogły zakażać ludzi, były już przypadki infekcji u psów i kotów mieszkających z ludźmi. Oficjalne zalecenia mówią o tym, żeby osoby zakażone unikały kontaktu ze zwierzętami domowymi tak samo jak z innymi ludźmi.

 W tej chwili uważa się, że osoby chore na COVID-19 i przebywające na kwarantannie powinny być na niej razem ze swoimi zwierzętami. Można np. poprosić kogoś z rodziny, żeby wyprowadził psa, są też różne sposoby, żeby pies zrobił w domu to, czego potrzebuje. Zdaję sobie sprawę, że w większości przypadków psy są jednak mimo wszystko wyprowadzane. Niemniej zalecenie jest takie, żeby zwierzęta – tak samo jak ludzie – pozostawały na kwarantannie i żeby ograniczać kontakty – mówi Artur Zalewski.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny zwiększy ochronę nabywców mieszkań, ale spowoduje wzrost cen. Branża przeciwna wysokości nowych składek

Deweloperzy co do zasady zgadzają się z ideą wprowadzenia większej ochrony dla nabywców lokali i utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, ale sprzeciw budzi wysokość składek, które będą do niego odprowadzane. W założeniu UOKiK na DFG ma trafiać ok. 140 mln zł, aby rokrocznie pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów. – Takie przypadki są sporadyczne, nie ma uzasadnienia dla wprowadzania dodatkowych obciążeń finansowych dla nabywców – ocenia Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

 Deweloperski Fundusz Gwarancyjny ma być kolejnym – po rachunkach powierniczych – zabezpieczeniem nabywcy. W skrócie będzie polegać na tym, że w przypadku upadłości dewelopera lub niewywiązania się z umowy nabywca otrzyma z takiego funduszu zwrot wpłaconych środków. Ma to działać podobnie jak Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Oczywiście będzie też kosztować, bo nabywcy mają dopłacać do tego 2 proc. wartości mieszkania, szczegółowa kwota zostanie ustalona w rozporządzeniu. I właśnie odnośnie do wysokości tych składek branża ma największe zastrzeżenia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Konrad Płochocki.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny ma zapewnić dodatkową ochronę osobom, które kupują mieszkania na rynku pierwotnym. Autorem tego pomysłu jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wskazuje, że istniejące w tej chwili rozwiązania nie gwarantują nabywcom wystarczającej ochrony na wypadek upadłości dewelopera.

Obecnie większość deweloperów stosuje otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy, bez dodatkowych zabezpieczeń w postaci gwarancji ubezpieczeniowej albo bankowej (tzw. OMRP). Wypłata środków zgromadzonych na takim rachunku następuje – zgodnie z harmonogramem projektu określonym w umowie deweloperskiej – przed przeniesieniem własności nieruchomości na nabywcę. Jednak w przypadku upadłości dewelopera powoduje to ryzyko utraty przez kupującego zarówno środków finansowych, jak i nieruchomości – wskazał UOKiK.

 W mediach jest wiele przekłamań dotyczących tego, ile upadłości deweloperskich mieliśmy w funkcjonującym dotychczas systemie zabezpieczeń, czyli na rachunkach powierniczych. Przed ich wprowadzeniem upadłości rzeczywiście było sporo. Od 2015 roku, kiedy większość rynku weszła na otwarte rachunki powiernicze, za ich pośrednictwem przeprowadzono około pół miliona transakcji, a zidentyfikowaliśmy tylko dwie upadłości deweloperskie. W obu tych przypadkach nabywcy otrzymali swoje mieszkania bez żadnych dopłat. Dlatego staramy się dopytać UOKiK, czy rzeczywiście dotychczasowy system zabezpieczeń zawiódł, jakie były w związku z tym straty i jakie jest uzasadnienie dla wprowadzania dodatkowych obciążeń finansowych dla nabywców – mówi dyrektor generalny PZFD.

Projekt nowej ustawy zakłada, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będą zasilać składki wpłacane przez deweloperów. W skrócie: deweloper będzie mógł zaoferować nabywcom otwarte bądź zamknięte rachunki powiernicze, na które ci będą wpłacać pieniądze. Od każdej takiej wpłaty deweloper będzie musiał jednak odprowadzić składkę na nowo utworzony fundusz. Jej wysokość określi w rozporządzeniu minister do spraw budownictwa, ale maksymalnie ma ona wynieść 2 proc. w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego albo 0,2 proc. w przypadku zamkniętego mieszkaniowego rachunku powierniczego (tzw. ZMRP). To i tak kompromisowe stawki w porównaniu do tych, które UOKiK proponował początkowo (5 proc. dla OMRP i 1 proc. dla ZMRP).

 Pierwotnie miało to być 5 proc., co spotkało się z bardzo silnym sprzeciwem. Później stanęło na 3 proc., a obecnie na 2 proc. Nadal uważamy jednak, że to nie powinno być więcej niż 0,5 proc. wartości lokalu, żeby nabywcy lokali nie ponosili niepotrzebnie zbyt dużych kosztów – mówi Konrad Płochocki.

Dyrektor PZFD wskazuje, że co do zasady rynek zgadza się z ideą wprowadzenia większej ochrony dla nabywców lokali i utworzenia nowego funduszu. Sprzeciw branży budzi jednak wysokość składek, które będą do niego odprowadzane. W założeniu UOKiK na DFG ma trafić ok. 140 mln zł, aby rokrocznie pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów.

 Zależy nam na bezpiecznych transakcjach i na tym, żeby kupowanie mieszkania od dewelopera było absolutnie pewne, bo wtedy klienci chętniej w nie inwestują. To służy rynkowi. Zgadzamy się z ideą Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, ale wskazujemy, że przypadki upadłości są sporadyczne, a nabywcy otrzymują mieszkania albo odzyskują pieniądze. Dlatego nie widzimy uzasadnienia dla zabierania do 2 proc. wartości mieszkania rok w rok – podkreśla ekspert.

Jak ocenia, projektowane rozwiązanie z całą pewnością spowoduje wzrost cen mieszkań, bo deweloperzy spróbują choć w części przerzucić to nowe obciążenie na nabywców. Zwłaszcza że – choć sama składka ma wynieść do 2 proc. – ponoszone przez deweloperów koszty wzrosną jeszcze bardziej.

 Spodziewamy się, że ten system będzie oznaczać również dodatkowe obciążenia administracyjne, które narzuci na nas ustawa, i one również lekko wpłyną na wyższe koszty funkcjonowania firm deweloperskich – mówi Konrad Płochocki.

Przedłożony przez UOKiK projekt ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym jest na etapie prac sejmowych. Po pierwszym czytaniu w środę 17 marca został skierowany do Komisji Infrastruktury, choć większość klubów zapowiedziała poparcie projektowanych rozwiązań.

– Oprócz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego projekt przewiduje jeszcze szereg innych zmian, takich jak m.in. dużo szerszy zakres kontroli deweloperów przez banki czy objęcie tą ustawą również gotowych, wybudowanych lokali i lokali garażowych, które byłyby nabywane wspólnie z mieszkaniem – wymienia dyrektor generalny PZFD.

Zgodnie z projektem nowe przepisy mają zacząć obowiązywać po 12 miesiącach od publikacji w Dzienniku Ustaw, za wyjątkiem zapisów o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym, które wejdą w życie po upływie 30 dni od dnia ogłoszenia.

Polska gospodarka powinna poradzić sobie z dwutygodniowym lockdownem. Dłuższe zamknięcie może być bardzo niebezpieczne, również dla branż do tej pory niedotkniętych pandemią

Ze względu na rekordową liczbę zakażonych i złą sytuację w służbie zdrowia do 9 kwietnia będą zamknięte przedszkola i żłobki, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne czy sklepy budowlane. – To prawdopodobnie nie wpłynie znacząco na kondycję polskiej gospodarki – ocenia ekonomista dr hab. Witold Potwora. Dalsze przedłużanie zamknięcia gospodarki może już jednak okazać się bardzo niebezpieczne. Nawet dla branż, które do tej pory nie ucierpiały mocno w związku z pandemią.

– Jeśli lockdown potrwa tylko do 9 kwietnia, to prawdopodobnie w sposób znaczący nie wpłynie na kondycję polskiej gospodarki. W ostatnich miesiącach niektóre branże rzeczywiście przeżywają dość poważne problemy, myślę tu o turystyce, gastronomii, branży eventowej, ale także częściowo o handlu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Witold Potwora, prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu. – Jeśli to będzie tydzień czy dwa tygodnie, to wydaje się, że poradzimy sobie z tym, natomiast jeśli miałoby to potrwać dłużej, to będzie bardzo niebezpiecznie.

25 marca premier i minister zdrowia ogłosili zaostrzenie warunków funkcjonowania firm – zamknięte mają być przedszkola i żłobki (z wyjątkiem dzieci pracowników medycznych), zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, sklepy budowlane. Zarządzenie obowiązuje od soboty 27 marca do 9 kwietnia. Oznacza to m.in., że po raz drugi rząd uniemożliwił działanie dużej części sklepów w handlową niedzielę – po raz pierwszy stało się to 31 stycznia (lockdown obowiązywał wówczas do końca tego miesiąca).

Cały czas się obawiamy, że w kolejnych tygodniach czy miesiącach, jeśli sytuacja potrwa dłużej, to wtedy nie będzie nas już stać na finansowanie tych mocno poturbowanych w czasie pandemii branż. Mogą też się pojawić kłopoty w tych branżach, którym do tej pory pandemia w pewnym stopniu nie przeszkadzała – przewiduje ekonomista. – Najpewniej w dalszym ciągu będziemy musieli tworzyć programy adresowane do turystyki i gastronomii. Niestety zamknięte zostaną też przedsiębiorstwa usługowe, które w ostatnich miesiącach trochę się odbiły i zaczęły względnie normalnie funkcjonować.

Jak podkreśla, mimo poważnych problemów niektórych branż polska gospodarka jako całość dobrze radzi sobie z pandemią, co potwierdzają oceny międzynarodowych instytucji i agencji ratingowych. W połowie marca agencja Fitch utrzymała rating Polski na poziomie A- ze stabilną perspektywą. Według wstępnego szacunku GUS produkt krajowy brutto w 2020 roku był realnie niższy o 2,8 proc. w porównaniu z 2019 rokiem, wobec wzrostu o 4,5 proc. w 2019 roku (w cenach stałych roku poprzedniego). Analitycy Fitch zaznaczyli, że niewielki spadek, jaki zanotowała polska gospodarka w ubiegłym roku, to efekt silnej konsumpcji i wzrostu eksportu. W tym roku Fitch spodziewa się wzrostu PKB o 4,1 proc., a w przyszłym – o 4, 7 proc. Z kolei Komisja Europejska w lutym br. prognozowała dla Polski wzrost gospodarki o 3,1 proc. w tym roku i o 5,1 proc. w 2022 roku.

Z ostatnich informacji, choćby niektórych agencji, Fitch chociażby, czyli ocen dotyczących prognozowanego produktu krajowego brutto w tym roku, wynika, że powinniśmy się odbić w II kwartale, ale to było jeszcze przed obowiązującym lockdownem. W kolejnych miesiącach jednak te optymistyczne prognozy mogą wyhamować i może się okazać, że w tym roku nie będzie wzrostu powyżej 4 proc., tylko będzie to np. 3–3,5 proc. – wskazuje prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu.

Kardiochirurdzy chcą kupić sprzęt, który może zrewolucjonizować polską transplantologię. Pozwala trzykrotnie wydłużyć czas na przeszczep serca

Nawet do 12 godzin od pobrania serca do zakończenia przeszczepu może upłynąć dzięki aparaturze OCS Heart. Standardowo w pojemniku z lodem czas ten zamyka się w zaledwie 4 godzinach. Urządzenie pozwala na ciągłe utrzymywanie narządu w pracy, dzięki czemu nie ulega on zmianom martwiczym. Niestety, choć na całym świecie sprzęt jest z powodzeniem stosowany, to w Polsce nie udało się przeprowadzić z jego wykorzystaniem ani jednej operacji. Zbiórka społeczna, której celem było zebranie 2 mln zł na zakup 10 OCS Heart, zakończyła się niepowodzeniem. Teraz akcja będzie kontynuowana.

– OCS Heart to sprzęt do transportu serca, który pozwala bezpiecznie wszczepić ten narząd biorcy do 12 godzin od pobrania. Serce w ogóle nie jest chłodzone, tylko wyszczepione i natychmiast umieszcza się je w specjalnym aparacie, który jest wypełniony krwią dawcy. Serce zawieszone na takich rurkach po prostu bije i ono samo się odżywia. Na końcu możemy jeszcze je zbadać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie.

Standardowo serce pobrane od dawcy umieszczane jest w pojemniku z lodem. Dzięki wychłodzeniu organu udaje się jednak zapewnić jego bezpieczny przeszczep w czasie zaledwie do czterech godzin. Co więcej, obniżenie temperatury nie pozostaje bez wpływu na kondycję organu.

– Chłodzenie jednocześnie ochrania serce, ale z drugiej strony uszkadza. Organ, który jest pobrany od dawcy, właściwie od pierwszych sekund ulega destrukcji. Spowolniona jest ona przez odpowiednie płyny i właśnie lód. W czterech godzinach musi się zmieścić wszystko, a więc pobranie, dojazd, transport na przykład samolotem, a także jakieś nieprzewidziane zdarzenia, takie jak korki. Przekroczenie tego czasu oznacza, że nie wiemy, jak organ się zachowa. Musimy się liczyć z tym, że nie podejmie akcji albo funkcja będzie słaba i pacjent będzie wymagał kolejnego przeszczepu – mówi Zygmunt Kaliciński.

OCS Heart jest urządzeniem z powodzeniem stosowanym już w wielu krajach na całym świecie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w ramach badania klinicznego, wykorzystano go w 120 przeszczepach. W Polsce sprzęt jeszcze nie jest stosowany. Na zakup 10 takich aparatów przeznaczona była zbiórka środków uruchomiona w grudniu 2019 roku, jednak organizatorom nie udało się zgromadzić 2 mln zł.

– W zeszłym roku mógłby być przeprowadzony już pierwszy przeszczep, ale przeszkodziła nam pandemia. Praca urządzenia jest bardzo spektakularna. W aparacie przewożone jest bijące serce. Chcemy z pierwszego wszczepienia nakręcić film, żeby pokazać ludziom, że tak można i że to jest potrzebne. Twarzą naszej kampanii jest Iza, którą operowałem 25 lat temu. Teraz jest dziewczyną z marzeniami, z zamiarem bycia mamą. Niestety jej horyzont marzeń jest krótki. Aby mogła żyć, musimy jej wszczepić serce, ale u niej będzie to trudny przeszczep – zapowiada lekarz.

Z danych Poltransplantu wynika, że w 2020 roku udało się w Polsce przeszczepić 145 serc, tymczasem liczba osób na liście oczekujących na przeszczep tego narządu oscyluje stale wokół 400. Wiele wykonywanych operacji jest na tyle skomplikowanych i czasochłonnych, że czterogodzinny czas potrzebny od pobrania do wszczepienia jest niewystarczający, by operacja mogła zakończyć się powodzeniem.

– To spora i rosnąca grupa. To są dzieci, które urodziły się z wadami wrodzonymi, których się nie da skorygować. Dzięki różnym operacjom przeżyły one do wieku młodego dorosłego. Później wszystkie operacje to długi pomost do przeszczepu. Ten przeszczep będzie trwał bardzo długo, bo sama operacja wykonywana już po wielu zabiegach trwa dłużej. Do tego dochodzi wada wrodzona, a więc wszczepienie normalnego serca do pacjenta, który ma wadę naczynia, co wymaga dopasowania. Do tego dochodzi jeszcze transport – wylicza kardiochirurg. – W tym roku mamy ogromne szanse na zebranie pieniędzy, już mamy prawie połowę, ale to jest drogi sprzęt. To nie jest tylko jednorazowy zakup, to jest wejście do Polski nowego systemu, przejście w inną epokę.

Kardiolodzy chcą kupić sprzęt, który może zrewolucjonizować polską transplantologię. Pozwala trzykrotnie wydłużyć czas na przeszczep serca

Nawet do 12 godzin od pobrania serca do zakończenia przeszczepu może upłynąć dzięki aparaturze OCS Heart. Standardowo w pojemniku z lodem czas ten zamyka się w zaledwie 4 godzinach. Urządzenie pozwala na ciągłe utrzymywanie narządu w pracy, dzięki czemu nie ulega on zmianom martwiczym. Niestety, choć na całym świecie sprzęt jest z powodzeniem stosowany, to w Polsce nie udało się przeprowadzić z jego wykorzystaniem ani jednej operacji. Zbiórka społeczna, której celem było zebranie 2 mln zł na zakup 10 OCS Heart, zakończyła się niepowodzeniem. Teraz akcja będzie kontynuowana.

– OCS Heart to sprzęt do transportu serca, który pozwala bezpiecznie wszczepić ten narząd biorcy do 12 godzin od pobrania. Serce w ogóle nie jest chłodzone, tylko wyszczepione i natychmiast umieszcza się je w specjalnym aparacie, który jest wypełniony krwią dawcy. Serce zawieszone na takich rurkach po prostu bije i ono samo się odżywia. Na końcu możemy jeszcze je zbadać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie.

Standardowo serce pobrane od dawcy umieszczane jest w pojemniku z lodem. Dzięki wychłodzeniu organu udaje się jednak zapewnić jego bezpieczny przeszczep w czasie zaledwie do czterech godzin. Co więcej, obniżenie temperatury nie pozostaje bez wpływu na kondycję organu.

– Chłodzenie jednocześnie ochrania serce, ale z drugiej strony uszkadza. Organ, który jest pobrany od dawcy, właściwie od pierwszych sekund ulega destrukcji. Spowolniona jest ona przez odpowiednie płyny i właśnie lód. W czterech godzinach musi się zmieścić wszystko, a więc pobranie, dojazd, transport na przykład samolotem, a także jakieś nieprzewidziane zdarzenia, takie jak korki. Przekroczenie tego czasu oznacza, że nie wiemy, jak organ się zachowa. Musimy się liczyć z tym, że nie podejmie akcji albo funkcja będzie słaba i pacjent będzie wymagał kolejnego przeszczepu – mówi Zygmunt Kaliciński.

OCS Heart jest urządzeniem z powodzeniem stosowanym już w wielu krajach na całym świecie. W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w ramach badania klinicznego, wykorzystano go w 120 przeszczepach. W Polsce sprzęt jeszcze nie jest stosowany. Na zakup 10 takich aparatów przeznaczona była zbiórka środków uruchomiona w grudniu 2019 roku, jednak organizatorom nie udało się zgromadzić 2 mln zł.

– W zeszłym roku mógłby być przeprowadzony już pierwszy przeszczep, ale przeszkodziła nam pandemia. Praca urządzenia jest bardzo spektakularna. W aparacie przewożone jest bijące serce. Chcemy z pierwszego wszczepienia nakręcić film, żeby pokazać ludziom, że tak można i że to jest potrzebne. Twarzą naszej kampanii jest Iza, którą operowałem 25 lat temu. Teraz jest dziewczyną z marzeniami, z zamiarem bycia mamą. Niestety jej horyzont marzeń jest krótki. Aby mogła żyć, musimy jej wszczepić serce, ale u niej będzie to trudny przeszczep – zapowiada lekarz.

Z danych Poltransplantu wynika, że w 2020 roku udało się w Polsce przeszczepić 145 serc, tymczasem liczba osób na liście oczekujących na przeszczep tego narządu oscyluje stale wokół 400. Wiele wykonywanych operacji jest na tyle skomplikowanych i czasochłonnych, że czterogodzinny czas potrzebny od pobrania do wszczepienia jest niewystarczający, by operacja mogła zakończyć się powodzeniem.

– To spora i rosnąca grupa. To są dzieci, które urodziły się z wadami wrodzonymi, których się nie da skorygować. Dzięki różnym operacjom przeżyły one do wieku młodego dorosłego. Później wszystkie operacje to długi pomost do przeszczepu. Ten przeszczep będzie trwał bardzo długo, bo sama operacja wykonywana już po wielu zabiegach trwa dłużej. Do tego dochodzi wada wrodzona, a więc wszczepienie normalnego serca do pacjenta, który ma wadę naczynia, co wymaga dopasowania. Do tego dochodzi jeszcze transport – wylicza kardiochirurg. – W tym roku mamy ogromne szanse na zebranie pieniędzy, już mamy prawie połowę, ale to jest drogi sprzęt. To nie jest tylko jednorazowy zakup, to jest wejście do Polski nowego systemu, przejście w inną epokę.