Amerykańskie sankcje nie zatrzymały budowy Nord Stream 2. Większymi problemami mogą się okazać certyfikacja gazociągu i oddanie go do użytku

Po ponad rocznej przerwie spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji budowa Nord Stream 2 została wznowiona i jest realizowana przez Rosjan własnym sumptem. – Na tę chwilę trwające spory i obowiązujące sankcje ze strony USA nie są wystarczające, żeby ją zatrzymać – mówi ekspert ds. rynków energetycznych Mateusz Kubiak. Jak wskazuje, większym problemem niż dokończenie układania rur na dnie Bałtyku może się okazać kwestia certyfikacji nowego gazociągu, która warunkuje oddanie go do użytku, oraz zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową.

– Europejskie koncerny, które są zaangażowane finansowo w Nord Stream 2, czyli pięć dużych spółek, które w formie bardzo korzystnie oprocentowanych kredytów zapewniły połowę wyjściowego finansowania dla tego projektu, teraz zdecydowały się przerwać to finansowanie. One co prawda przelały już większość środków, ale ostatnie transze zostały wstrzymane – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kubiak, ekspert ds. rynków energetycznych w Esperis Consulting.

Na początku marca o wstrzymaniu finansowania dla Nord Stream 2 poinformował niemiecki koncern Uniper, którego wkład w inwestycję miał sięgać ok. 700 mln euro. Wcześniej o podjęciu podobnej decyzji poinformowały także OMV, Shell i Wintershall.

– Nie wydaje się jednak, żeby Nord Stream 2 miało zostać bez pieniędzy. Ten projekt jest traktowany absolutnie priorytetowo przez stronę rosyjską i to ona wypełnia wszelkie luki, jakie pojawiają się w budżecie. Opóźnienia i konieczność obejścia amerykańskich sankcji generują dodatkowe koszty, ale nie wpływają na przyszłość Nord Stream 2. Ten projekt będzie dalej realizowany na tyle, na ile będzie to tylko możliwe – podkreśla ekspert.

Po ponad rocznej przerwie, spowodowanej nałożeniem amerykańskich sankcji, budowa Nord Stream 2 została wznowiona w lutym. W tej chwili jest realizowana przez rosyjską barkę Fortuna tylko na jednej z dwóch nitek gazociągu (linia B). Do ułożenia został jeszcze odcinek o długości ok. 150 km, ale Rosjanie muszą kończyć inwestycję własnymi siłami, ponieważ – pod wpływem nacisków i sankcji ze strony USA – nie mają możliwości współpracy z zagranicznymi wykonawcami i spółkami inżynieryjnymi. To sprawia, że budowa posuwa się w wolniejszym tempie.

– To ma się jednak zmienić, bo drugi rosyjski statek Akademik Czerski przechodzi ostatnie próby morskie i wszystko wskazuje na to, że na przestrzeni kolejnych tygodni ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 i pracować na drugiej, również niedokończonej nitce gazociągu. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to pozwalałoby Rosjanom dokończyć budowę w okolicach wakacji tego roku. Oczywiście mowa o samym ułożeniu rurociągu na dnie Morza Bałtyckiego, nie uwzględniając koniecznej certyfikacji tej infrastruktury i oddania jej do użytku – mówi Mateusz Kubiak.

Duńska Agencja Energii (DEA) poinformowała niedawno, że układarka Akademik Czerski ma dołączyć do budowy Nord Stream 2 pod koniec marca (na linii A). Zgodnie z harmonogramem budowa dwóch nitek gazociągu w wyłącznej strefie ekonomicznej Danii ma potrwać do końca III kwartału br., a więc magistrala powinna być gotowa pod koniec września.

Dwunitkowy rurociąg Nord Stream 2, o łącznej przepustowości 55 mld m3 rocznie, ma transportować rosyjski gaz do Niemiec przez Morze Bałtyckie, przebiegając przez terytorialne lub wyłączne strefy ekonomiczne Finlandii, Szwecji i Danii. Rosja jest zdeterminowana, żeby zakończyć inwestycję wartą ponad 10 mld euro. Sprzeciwiają się jej z kolei Stany Zjednoczone, których sankcje międzynarodowe wstrzymały budowę na ponad rok, oraz Polska, Ukraina, Łotwa i Litwa, według których inwestycja ma charakter polityczny i zagrozi bezpieczeństwu energetycznemu całej Europy.

Co istotne, oficjalnie wciąż nie wiadomo, jak do budowy Nord Stream 2 odniesie się nowa administracja prezydenta USA Joe Bidena, choć – według przytaczanej przez media analizy brukselskiej wywiadowni gospodarczej Eurointelligence – Amerykanie mieli skapitulować w sprawie kolejnych sankcji.

Ekspert Esperis Consulting ocenia, że spory wokół kontrowersyjnego projektu raczej nie zatrzymają inwestycji, podobnie jak nie zrobiły tego dotychczasowe sankcje. Nawet jeśli Rosjanom uda się dokończyć budowę gazociągu, problematyczna wciąż pozostaje kwestia jego certyfikacji i dopuszczenia do użytku.

– Trzeba pamiętać o dwóch obszarach, w których przyszłość Nord Stream 2 pozostaje niepewna. Pierwsza to kwestia certyfikacji gazociągu i oddania go do użytku, zatwierdzenia jego zgodności z projektem technicznym. Takie usługi obecnie podpadają pod amerykańskie sankcje, więc dziś nie wiemy, czy ani jak Rosjanie mieliby spróbować sami sobie zapewnić te certyfikacje. To pozostaje pod dużym znakiem zapytania – tłumaczy Mateusz Kubiak.

Druga wątpliwa i wciąż nierozstrzygnięta kwestia to zgodność Nord Stream 2 z unijnymi regulacjami i znowelizowaną dyrektywą gazową. Zgodnie z nią część przepustowości gazociągu musi zostać udostępniona podmiotom trzecim z terenu UE, a rosyjski koncern energetyczny Gazprom nie będzie mógł m.in. sam zarządzać gazociągiem, który jednocześnie zaopatruje w surowiec.

– W świetle obowiązujących przepisów Nord Stream 2 będzie musiał spełniać wymogi dotyczące dostępu trzecich stron do przepustowości gazociągu, przejrzystego sposobu kształtowania taryf czy rozdziału własnościowego między właścicielem gazociągu i właścicielem gazu, który jest nim przesyłany – mówi Mateusz Kubiak. – Potrzeba kompromisu, który pozwoliłby wyjść z tej patowej sytuacji, ale ja jestem sceptyczny. Wydaje się, że trudno będzie o porozumienie, które satysfakcjonowałoby zarówno polityków, jak i spółki, a także przeciwników inwestycji.

Samorządy przeciwne planom centralizacji szpitali. Podważają konstytucyjność dotychczasowych propozycji

Projekt ustawy o centralizacji szpitali ma być gotowy do końca maja, ale wciąż nie wiadomo, jak ma ona wyglądać. – Ostatnio pojawił się pomysł, że rząd przejmie 51 proc. udziałów w szpitalach samorządowych – informuje wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska. Samorządy są przeciwne takim zmianom i mają wątpliwości co do ich konstytucyjności. W ostatnich latach zainwestowały w swoje placówki miliardy złotych, a wciąż nie wiedzą, co stanie się z ich majątkiem, czy zostaną im przyznane odszkodowania ani czy – w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd – powinny kontynuować prowadzone w nich inwestycje.

 Z ostatniego posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego dowiedzieliśmy się, że być może rząd przejmie 51 proc. udziałów w naszych szpitalach. Innymi słowy infrastruktura ma zostać u nas, w samorządach, my będziemy za nią odpowiadać, łożyć na nią pieniądze, ale nie będziemy mieli żadnego wpływu na to, jak szpital będzie wyglądał, jak będzie kształtowany zarząd. To jest nieprawdopodobne. Wszystko to na razie odbywa się na zasadzie badania, sprawdzania, testowania i przygotowywania podwalin pod ustawę, która będzie konsultowana w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Renata Kaznowska, wiceprezydent m.st. Warszawy, odpowiedzialna m.in. za obszar miejskiej polityki zdrowotnej.

Minister zdrowia Adam Niedzielski powołał 23 grudnia ub.r. zespół roboczy, który ma wypracować rozwiązania legislacyjne dotyczące planowanej restrukturyzacji szpitali. Ma ona objąć m.in. przekształcenia właścicielskie, konsolidację sektora szpitalnictwa i przeprofilowanie szpitali, a także utworzenie podmiotu odpowiedzialnego za centralny nadzór nad placówkami. Na tej podstawie powstanie projekt ustawy, który ma być gotowy do końca maja tego roku.

– Ten zespół ma przygotować bardzo wiele założeń. To nie tylko centralizacja, ale i wypracowanie modelu czegoś, co my nazywamy po prostu nacjonalizacją szpitali. Dla samorządów to nie jest reforma, ale absolutna rewolucja, o bardzo poważnych skutkach – mówi Renata Kaznowska.

Z dotychczasowych informacji wynika, że Ministerstwo Zdrowia rozważa kilka wariantów centralizacji, w tym m.in. przekazanie całości szpitali pod nadzór MZ i model mieszany, w którym szpitale powiatowe przeszłyby pod nadzór marszałków województw. Te plany w oficjalnym stanowisku skrytykowała już m.in. Polska Federacja Szpitali, która zwróciła uwagę, że dyskusja o restrukturyzacji szpitalnictwa toczy się w samym środku pandemii, przy rosnącej liczbie zakażeń, zgonów i hospitalizacji.

Wiceprezydent Warszawy zauważa też, że nieco ponad dwa miesiące, które zostały na przygotowanie projektu ustawy o restrukturyzacji szpitali, to bardzo krótki czas, zważywszy na skalę zmian szykowanych przez rząd. Tym bardziej że zespół roboczy nie wypracował jeszcze żadnych konkretów.

– Uczestniczę we wszystkich spotkaniach organizowanych w ramach konsultacji z ministrem Sławomirem Gadomskim, odpowiedzialnym za przygotowanie podwalin pod nową ustawę. Na tych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły, propozycje, a jednocześnie nie dostajemy odpowiedzi na konkretne, merytoryczne pytania, które zadajemy. Warszawa ma 10 szpitali, z których pięć działa w formule SPZOZ [samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej – red.], a pięć to spółki prawa handlowego. Czy te szpitale przechodzą na własność rządu? Jeżeli tak, to co z ich majątkiem? Jeżeli rząd przejmuje nasze szpitale, to co ze środkami, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat w nie zainwestowaliśmy? Nasze szpitale są wyremontowane, mają znakomitą aparaturę i chcemy wiedzieć, co się stanie z tym majątkiem – podkreśla wiceprezydent stolicy.

Warszawa zarządza 10 szpitalami, które mają sprzęt i aparaturę o wartości 380 mln zł. Ponad 70 proc. tej kwoty zostało sfinansowane z budżetu stolicy, a w ostatnich kilku latach wydatki majątkowe na ten cel sięgnęły 1,6 mld zł (m.in. rozbudowy, modernizacje, doposażenie w sprzęt i aparaturę medyczną oraz budowa Szpitala Południowego). Miejskie placówki zostały też w większości wyremontowane i doinwestowane, mają wysoki standard oddziałów, a w najbliższych latach zaplanowano kolejne 426,5 mln zł na dokapitalizowanie i kontynuację inwestycji w miejskich szpitalach (np. 173 mln zł na rozbudowę i wyposażenie Szpitala Bielańskiego i 190 mln zł na modernizację SOR w Szpitalu Czerniakowskim i na Solcu). Miasto nie wie, czy w obliczu planowanego przejęcia szpitali przez rząd powinno kontynuować te inwestycje. W kropce są też inne samorządy.

– Warszawa właśnie oddała do użytkowania Szpital Południowy za 400 mln zł. Co z tymi pieniędzmi? Czy rząd nam je zwróci? W tej chwili wylewamy też trzeci poziom bardzo dużego bloku w Szpitalu Bielańskim za prawie 200 mln zł. Nie wiemy, jak to będzie rozliczone i czy mamy dzisiaj zaprzestać tej inwestycji i wyprowadzić wykonawcę z budowy? Na żadne z tych pytań w zasadzie nie dostaliśmy odpowiedzi, a na kolejnych spotkaniach pojawiają się wciąż nowe pomysły – podkreśla Renata Kaznowska.

Samorządy podkreślają, że należące do nich placówki są lepiej zarządzane, a ich zadłużenie jest minimalne w stosunku do rządowych. Podczas konferencji prasowej w połowie stycznia członek zarządu województwa mazowieckiego (nadzoruje 26 placówek medycznych na Mazowszu, w które zainwestowano dotąd ponad 2,9 mld zł) Elżbieta Lanc podkreśliła, że – w obliczu niedofinansowania przez NFZ – placówki już dawno znalazłyby się w zapaści, gdyby nie wsparcie finansowe samorządów. Jak oceniała, centralizacja szpitali to powrót do PRL i zarządzania wszystkim bezpośrednio z Warszawy. Podobnego zdania jest Związek Powiatów Polskich, który wskazuje, że zadłużenie szpitali powiatowych to tylko ok. 20 proc. całkowitego zadłużenia szpitali w Polsce, szacowanego w III kwartale ub.r. na 15,2 mld zł. Z kolei cała infrastruktura i sprzęt zakupione przez nie w ciągu ostatnich 20 lat zostały sfinansowane z funduszy europejskich albo samorządowych, a więc de facto pieniędzy mieszkańców. Związek wyraził zdecydowany sprzeciw dla projektowanych zmian i ocenił, że przypominają one powrót do czasów socjalizmu. Samorządy mają też wątpliwości co do konstytucyjności pomysłów rządu.

– Cały czas słyszymy i jesteśmy uspokajani, że to są przymiarki, próby, że trwają konsultacje i one mają tylko częściowo formalny charakter, ponieważ te właściwe odbędą się już przy okazji konsultowania ustawy. W ramach Związku Miast Polskich i Unii Metropolii Polskich rozważamy kwestie konstytucyjności tych propozycji Ministerstwa Zdrowia. Wszystko zależy od tego, jaką formułę prawną finalnie będzie mieć ta centralizacja. Natomiast dzisiaj skłaniamy się ku tezie, że mamy do czynienia z działaniami o charakterze niekonstytucyjnym – mówi wiceprezydent Warszawy.

Zaburzenia snu jednym z głównych problemów medycznych. Pandemia dodatkowo wzmogła te problemy

Od początku pandemii COVID-19 70 proc. ludzi doświadczyło minimum jednego nowego problemu związanego ze snem, przy czym 60 proc. wprost wskazuje, że jest ona główną przyczyną uniemożliwiającą im wysypianie się – wynika z ogólnoświatowego badania firmy Philips. COVID-19 wpłynął także na sen Polaków, z których ponad połowa ma problemy z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy – co z kolei pokazuje badanie przeprowadzane dla Human Power. Eksperci podkreślają, że problemów ze snem nie należy bagatelizować, bo mogą one prowadzić do poważniejszych schorzeń. W dobie koronawirusa i utrudnionego dostępu do lekarzy pomocne dla pacjentów okazują się nowe technologie i telemedycyna.

Wpływ koronawirusa na poziom stresu i problemy ze snem pokazuje raport Philipsa „W poszukiwaniu rozwiązań: jak COVID-19 wpłynął na jakość snu”, który powstał z okazji przypadającego na 19 marca Światowego Dnia Snu.

– Z ogólnoświatowego badania, które przeprowadziliśmy w 13 krajach, wynika, że 70 proc. osób ma, wywołane przez stres, problemy ze snem. Pandemia dodatkowo spotęgowała ten stres, a to on powoduje, że śpimy znacznie gorzej, nie wysypiamy się albo nie możemy zasnąć. Stresujemy się z powodów finansowych, zdrowotnych i związanych z pracą. Bardzo często, kiedy nie możemy zasnąć, korzystając z telefonu, czytamy wiadomości, które w czasie pandemii też dotyczą raczej stresujących tematów. Korzystanie z telefonu w łóżku potęguje problemy ze snem i pogarsza jego jakość – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Grzybowski, prezes Philips Polska.

Po blisko roku trwania pandemii COVID-19 stres jest dominującą emocją towarzyszącą Polakom. Sondaż przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku dla Human Power na grupie blisko 1,4 tys. Polaków pokazał, że 68 proc. odczuwa większy stres, a prawie 40 proc. czuje się psychicznie gorzej niż na początku pandemii. Blisko połowa Polaków podkreśla, że ma problemy z jakością snu – z zasypianiem i częstym budzeniem się w nocy. Niepokojące jest to, że aż 74 proc. Polaków sięga po alkohol albo środki uspokajające, żeby poradzić sobie z tymi problemami.

– Zaburzenia snu to w ostatnim czasie bardzo często spotykany problem. Mamy dwie główne grupy pacjentów cierpiących na to zaburzenie. Do pierwszej należą osoby, które z racji izolacji i specyficznych warunków, zmian rytmu okołodobowego czy też zaburzeń depresyjnych związanych z pandemią cierpią na bezsenność, brak snu i częste wybudzenia, co znacząco przekłada się na jakość ich funkcjonowania. Druga grupa to pacjenci, którzy chorowali na koronawirusa i tutaj często mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, czyli z nadmierną sennością – mówi dr n. med. Paweł Nastałek z Kliniki Pulmonologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. – Zaburzenia snu i czuwania zdecydowanie w tej chwili zyskały na znaczeniu i są jednym z wiodących problemów medycznych.

Jak podkreśla, jeszcze przed pandemią COVID-19 problemy ze snem były dość powszechnym problemem. Wynika to m.in. z szybkiego stylu życia i braku właściwej higieny snu. W coraz większym stopniu winna jest też elektronika, czyli np. korzystanie w łóżku z tabletu bądź telefonu komórkowego.

– O zaburzeniach snu możemy mówić wtedy, kiedy nie śpimy komfortowo, wybudzamy się w nocy i to ma przełożenie na nasze funkcjonowanie w ciągu dnia. Jeśli czujemy się senni i zmęczeni, to znaczy, że faktycznie może dziać się coś złego. Oczywiście nieprzespana noc czy gorszy sen przez jeden–dwa dni raczej nie odbiją się znacząco na naszym zdrowiu i nie jest to jeszcze powód do tego, żeby zgłaszać się do lekarza. Natomiast jeżeli trwa to bardziej długofalowo i odbija się na komforcie naszego funkcjonowania, wtedy warto poszukać pomocy – mówi dr n. med. Paweł Nastałek.

Jak wynika z badań firmy Philips, część osób borykających się z problemami ze snem próbowała pomóc sobie np. za pomocą kojącej muzyki, czytania czy medytacji. Co trzecia szukała w internecie informacji o metodach leczenia poprawiających jakość snu. Ponad połowa wyraziła też chęć zwrócenia się po pomoc do lekarza specjalizującego się w zaburzeniach snu za pośrednictwem usług telemedycznych – online lub telefonicznie.

– Jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonni korzystać z nowych technologii, żeby poprawić naszą jakość snu. Pandemia przyspieszyła proces odchodzenia od tradycyjnych wizyt u lekarzy, znacznie częściej diagnozujemy i leczymy się w domu. W przeprowadzonym przez Philips badaniu respondenci deklarowali również, że aktywnie szukają informacji na temat swoich problemów ze snem i tego, jak sobie z nimi radzić, gdzie mogą się udać po poradę i kto może im pomóc – mówi Michał Grzybowski.

Konsekwencji długotrwałych zaburzeń snu nie należy bagatelizować. Poza rozdrażnieniem, zmęczeniem i problemami z koncentracją mogą one prowadzić do ogólnego spadku odporności organizmu i poważniejszych schorzeń. Widać to m.in. na przykładzie bezdechu sennego, który jest jednym z najpoważniejszych zaburzeń związanych ze snem, a nieleczony może wywoływać np. nadciśnienie czy zaburzenia rytmu serca.

– Bezdech senny jest niebezpieczny, ponieważ pogłębia choroby współistniejące takie jak cukrzyca czy choroby układu krążenia, ale prowadzi też m.in. do senności i spadku koncentracji. Pacjenci skarżą się na zmęczenie, niewyspanie, niedotlenienie. Część wypadków samochodowych jest związana z zasypianiem za kierownicą, a to może być właśnie objaw nieleczonego, obturacyjnego bezdechu sennego – wyjaśnia prezes Philips Polska.

Szacuje się, że na bezdech senny choruje nawet kilkanaście procent społeczeństwa, często nawet o tym nie wiedząc. Do głównych czynników ryzyka należą nadwaga i otyłość oraz nadciśnienie tętnicze, a do lekarza pierwszego kontaktu powinny się zgłosić zwłaszcza te osoby z grupy ryzyka, które czują się permanentnie senne albo mają problem z chrapaniem w nocy. Sygnałem ostrzegawczym mogą być też częste i długie drzemki w ciągu dnia.

– Ze wspomnianego wcześniej raportu Philipsa wynika, że prawie 1/3 osób podejrzewa obturacyjny bezdech senny u siebie bądź u bliskiej osoby ze swojej rodziny. Dlatego ważna jest świadomość tego problemu i kontakt z lekarzem. Obecnie nie trzeba już udawać się do szpitala, żeby przeprowadzać diagnostykę, można to zrobić w domu – podkreśla Michał Grzybowski.

Opracowano elastyczne opony z tytanu niewymagające napełniania powietrzem. Mają także pamięć kształtu i się nie zużywają

Start-up The SMART Tire Company we współpracy z naukowcami NASA opracowuje opony ze stopu innowacyjnego materiału z pamięcią kształtu. Opona rowerowa nie wymaga napełniania powietrzem. Ma być miękka jak guma, ale jednocześnie zachowuje odporność i trwałość charakterystyczną dla tytanu. Dzięki temu, że praktycznie się nie zużywa, może też być przyjazna dla środowiska. Kosmiczna technologia, pierwotnie wykorzystana w łazikach marsjańskich, może zrewolucjonizować transport. Dzięki niej będzie można znacznie obniżyć masę rowerów. Docelowo opona ma znaleźć zastosowanie również w rowerach i skuterach elektrycznych.

– METL to bardzo fajnie wyglądające kosmiczne opony, które się nie przebijają – podkreśla Earl Cole, dyrektor generalny The SMART Tire Company.

Amerykański start-up wraz z agencją kosmiczną NASA opracował zupełnie nowy typ opon. Opona METL ma być wykonana z materiału o nazwie NiTinol+. To metalowy stop z tytanu i niklu, który może być poddawany odkształceniom na poziomie nawet do 10 proc. bez ryzyka trwałych odkształceń. W przypadku innych materiałów o podobnej charakterystyce, takich jak kompozyty czy stal sprężynowa, maksymalne odkształcenia mogą sięgać zaledwie 0,3–0,5 proc. W efekcie opona stworzona przez amerykański start-up i agencję kosmiczną NASA łączy w sobie elastyczność gumy i odporność tytanu.

– Stopy z pamięcią kształtu są niezwykle obiecujące dla całego przemysłu opon naziemnych. A to tylko wierzchołek góry lodowej – wskazuje dr Santo Padula, inżynier materiałoznawstwa w NASA.

Pierwotnie tego typu opony stosowane były w łazikach marsjańskich. Oznacza to, że są w stanie pracować w ekstremalnych warunkach, zarówno termicznych, jak i związanych z ukształtowaniem terenu. Podstawowym przeznaczeniem opony METL mają być rowery poruszające się zarówno po szosach asfaltowych, jak i żwirze czy szutrze. Docelowo mają też trafiać do skuterów elektrycznych. Co ważne, opony te praktycznie się nie zużywają, co oznacza, że w trakcie eksploatacji pojazdu nie zajdzie potrzeba ich wymiany.

– Unikatowe połączenie zaawansowanych materiałów z przyjazną dla środowiska konstrukcją nowej generacji tworzy rewolucyjny produkt – twierdzi Earl Cole, założyciel The SMART Tire Company.

Start-up na razie nie podaje informacji na temat dostępności ani ceny opon METL. Wiadomo natomiast, że opracowano już prototypy urządzeń, co może wskazywać na dość szybki debiut rynkowy.

Według Reports and Data światowy rynek opon rowerowych do 2026 roku osiągnie wartość 8,6 mld dol.

Sztuczna inteligencja pomoże opracować szczepionki na nowe mutacje koronawirusa. Przy przygotowywaniu obecnych naukowcy radzili sobie bez jej pomocy

Sztuczna inteligencja najprawdopodobniej nie była do tej pory wykorzystana do opracowania szczepionek przeciw SARS-CoV-2. Dopiero niedawno naukowcy opracowali pierwszy algorytm, który umożliwia wskazanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na nowe mutacje koronawirusa. Zamiast kilku miesięcy SI potrafi to zrobić nawet w ciągu kilku sekund. Dzięki niej możliwe jest znacznie szybsze wprowadzenie do badań klinicznych nowych leków. W Japonii do tej fazy badań trafił już lek opracowany dzięki wsparciu SI w zaledwie rok.

– Sztuczna inteligencja może zdecydowanie pomóc szybciej opracowywać leki. Są już pierwsze próby i zapewne będzie to kontynuowane. Algorytmy sztucznej inteligencji powodują znacząco szybsze przeszukiwanie przestrzeni możliwych rozwiązań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, dyrektor Instytutu Informatyki Politechniki Poznańskiej.

Standardowo opracowanie i wdrożenie nowego leku trwa około 15 lat. W pierwszym, trwającym około pięciu lat etapie naukowcy typują i badają pod kątem przydatności wszystkie substancje chemiczne, które mogą posłużyć jako składnik aktywny. Następnie przeprowadzana jest analiza chemiczna, biologiczna, a wreszcie lek trafia do badań na zwierzętach, badań przedklinicznych i klinicznych. Zwieńczeniem procesu jest decyzja o dopuszczeniu nowego leku do użytku. Sztuczna inteligencja może się okazać pomocna zwłaszcza w pierwszym etapie tego procesu.

– Naukowcom udało się już ten pierwszy etap z wykorzystaniem sztucznej inteligencji skrócić pięciokrotnie, czyli z pięciu lat do roku. Czyli cały proces zamiast 15 lat zajmie być może 10 lat. Proces opracowania leku standardowo kosztuje ok. 3–4 mld dol. Czy dzięki sztucznej inteligencji ten koszt się zmniejszy? Pewnie nie. Prawdopodobnie ci naukowcy zażądają więcej, bo muszą mieć lepsze algorytmy i sprzęt, ponieważ nie na każdym komputerze uruchomimy taki algorytm – wskazuje ekspert.

Lek wynaleziony przez sztuczną inteligencję ma znaleźć zastosowanie w leczeniu zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Preparat został stworzony przez brytyjski start-up Exscientia i japońską firmę farmaceutyczną Sumitomo Dainippon Pharma. Cząsteczka, nazwana DSP-1181, została stworzona przy użyciu algorytmów, które przesiewają potencjalne związki chemiczne, porównując je z ogromną bazą danych parametrów leczniczych. Lek trafił w Japonii do badań klinicznych. Firma już pracuje nad potencjalnymi lekami do leczenia raka i chorób układu krążenia i ma nadzieję, że do końca roku będzie gotowa kolejna cząsteczka skierowana do badań klinicznych.

Tak spektakularne skrócenie procesu wstępnej selekcji substancji czynnych może być niezwykle pomocne w walce z koronawirusem. Naukowcy, wykorzystując superkomputer IBM Summit i posiłkując się symulacją bioinformatyczną, w mniej niż dwa dni wytypowali substancje chemiczne, które mogą pomóc zwalczyć chorobę wywołaną tym patogenem. Okazuje się jednak, że uczenie maszynowe najprawdopodobniej nie miało wpływu na nadzwyczajne skrócenie ścieżki wdrożenia szczepionek przeciw COVID-19.

– To był bardzo krótki okres, obejmujący ponad pół roku. Nie dałoby się tak szybko napisać algorytmów i ich uruchomić. Dało się stworzyć te szczepionki tak szybko, bo były już próby przy poprzednim ataku SARS na społeczeństwo. Koncerny podjęły się budowy szczepionki, ale nie udało im się jej wtedy sprzedać, bo SARS nie był aż tak złośliwy. Teraz pojawił się COVID, a to jest ten sam typ wirusa, czyli koronawirus – tłumaczy prof. dr hab. inż. Jacek Błażewicz.

Dopiero w lutym 2021 roku powstały pierwsze algorytmy sztucznej inteligencji, które pozwolą wynaleźć szczepionkę na COVID-19 w ciągu sekund. Zespół z Uniwersytetu Południowej Kalifornii stworzył silnik bazujący na SI, który pozwoli drastycznie przyspieszyć wskazywanie kandydatów na substancje aktywne dla szczepionek na pojawiające się nowe mutacje koronawirusa.

Według analityków z Mordor Intelligence wartość rynku sztucznej inteligencji w medycynie była wyceniana w 2020 roku na 4,5 mld dol. Do 2026 roku ma to być prawie 35 mld dol.

Wiceprezes Google Dan Decasper nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud

  • Nowym szefem warszawskiego centrum inżynieryjnego Google Cloud został Dan Decasper, który objął również stanowisko wiceprezesa Google. Jednocześnie do zespołu zarządzającego pracą biura dołączyli Joanna Obstój, jako dyrektorka ds. inżynierii UI oraz Marcin Mierzejewski, jako dyrektor ds. inżynierii w dziale Cloud Networking. 
  • Warszawskie biuro jest największym centrum rozwoju technologii chmurowych Google w Europie i odpowiada za rozwój narzędzi, z których korzystają globalni klienci usług Google Cloud (jak Spotify, Snapchat czy Twitter) oraz które umożliwiają działanie produktów własnych Google (w tym Wyszukiwarki, YouTube, poczty Gmail i Zdjęć Google).
  • W ramach trwających inwestycji Google w Polsce firma zapowiada dynamiczny wzrost zatrudnienia w centrum inżynierskim w Warszawie. W poniedziałek ogłosiła też utworzenie zespołu ds. wdrażania technologii w biurze we Wrocławiu. To część przygotowań firmy do otwarcia polskiego regionu Google Cloud, czyli lokalnej infrastruktury obliczeniowej – będzie to jedyna tego typu inwestycja, którą firma uruchomi w tym roku w Europie. 

Dan Decasper ma ponad 20-letnie doświadczenie w sektorze IT. Przez ostatnią dekadę był wiceprezesem amerykańskiej giełdowej spółki technologicznej Pure Storage, która opracowuje sprzęt i oprogramowanie do przechowywania danych all-flash. W tym czasie był odpowiedzialny m.in. za założenie i rozwój centrum R&D firmy w Pradze. Wcześniej Decasper był współzałożycielem Cirtas Systems – startupu będącego pionierem w dziedzinie cloud gateway, a także kierował zespołami inżynierskimi w Citrix Systems. Ukończył studia magisterskie i posiada tytuł doktora nauk informatycznych Swiss Federal Institute of Technology (ETH) w Zurychu. Jest właścicielem 18 patentów.

Zdecydowałem się dołączyć do Google, bo jestem niezwykle podekscytowany możliwością pracy z tak świetnym zespołem w Warszawie, z którym wspólnie będziemy rozwijać największe centrum inżynierskie Google Cloud w Europie. Rozbudowa warszawskiego biura to dla nas priorytet, bo już teraz powstaje tu wiele z naszych najważniejszych produktów i technologii, z których korzystają najwięksi światowi klienci Google Cloud – powiedział wiceprezes Google Dan Decasper.

Do zespołu zarządzającego centrum technologii chmurowych Google w Warszawie dołącza także Joanna Obstój, która obejmie stanowisko dyrektorki ds. inżynierii. Będzie liderką działu tworzącego interfejs użytkownika (UI) wiodących produktów Google Cloud takich jak Google Kubernetes Engine i platforma Anthos. Ma wieloletnie doświadczenie w sektorze finansowym – przez ostatnie 14 lat pracowała w Goldman Sachs, gdzie kierowała zespołami Global Markets Engineering w Warszawie oraz była założycielką programu Warsaw Women’s Network. Ukończyła informatykę na Politechnice Śląskiej.

Bardzo się cieszę, że dołączam do zespołu inżynierskiego Google Cloud w Warszawie w momencie, w którym Polska coraz bardziej stawia na technologie chmurowe, a nadchodzące otwarcie nowego regionu Google Cloud zaoferuje polskim firmom szansę na przyspieszony rozwój ze wsparciem naszych najlepszych technologii i ekspertów – skomentowała Joanna Obstój. – Decydując się na dołączenie do Google ważne było dla mnie też, że zespół warszawskiego biura rozbudowuje się w oparciu o unikalne kompetencje, różnorodność i inkluzywność. To ogromna szansa dla inżynierów i inżynierek na pracę z najlepszymi, w najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmencie IT i jednocześnie tworzenie najlepszego zespołu ekspertów w tej dziedzinie w Europie – dodała Obstój.

Jednocześnie dyrektorem w warszawskim biurze inżynieryjnym Google został także Marcin Mierzejewski, odpowiedzialny za obszar Cloud Networking. Marcin Mierzejewski będzie zarządzał zespołem zajmującym się budową globalnych usług i technologii sieciowych Google Cloud Platform, skoncentrowanych na skalowaniu, bezpieczeństwie i kompleksowym monitorowaniu sieci. Poprzednio był dyrektorem oraz szefem krakowskiego biura inżynieryjnego amerykańskiej firmy OpenX. Doświadczenie zawodowe zdobywał też w Fujitsu i Motoroli. Jest absolwentem automatyki i robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Warszawskie centrum inżynieryjne rozwijające technologie Google Cloud to część flagowej inwestycji firmy w Polsce. Kilkusetosobowy zespół inżynierski w Warszawie pracuje nad usługami i produktami, z których korzystają nie tylko polscy partnerzy firmy, ale też globalni klienci usług chmurowych Google, tacy jak Spotify, Snapchat czy Twitter. Technologie te wspierają też działania własnych produktów Google (np. Wyszukiwarka, YouTube, Gmail, Zdjęcia Google itp.). Już dziś Warszawa jest największym centrum inżynieryjnym Google Cloud w Europie. To też jedno z najlepszych miejsc pracy dla inżynierów i inżynierek, którzy chcą pracować przy niezwykle dynamicznie rosnącym sektorze chmury obliczeniowej – według BCG rynek cloud computingu w Polsce będzie rósł aż o 15-20% rocznie, a do dalszego wzrostu z pewnością przyczyni się także otwarcie regionu Google Cloud, który firma zapowiedziała na kwiecień.

Cyfryzacja w hiper tempie

Czas zerwać z przeszłością, stare nie wróci. Zrozumiał to biznes, który w 2021 będzie cyfryzować się na potęgę, wynika z raportu TEKsystems. Firmy zainwestują w zbieranie i przetwarzanie informacji oraz w analitykę. Cel, wygrać z kryzysem i konkurencją.

Amerykańska firma specjalizująca się w rozwiązaniach IT dla biznesu, TEKsystems, w marcu opublikowała raport State of Digital Transformation 2021. W badaniu udział wzięli przedstawiciele kadry managerskiej wyższego szczebla z 400 organizacji rozproszonych po całym świecie, po to, by dokładnie zrozumieć czym tak naprawdę będzie digitalizacja w 2021.

2021 to rok hiperdigitalizacji

Okazuje się, że budżety opracowane z myślą o cyfrowej transformacji zostaną spożytkowane głównie na: rozwiązania chmurowe (50% ankietowanych), zbiory danych i ich analitykę (45%) oraz technologie mobilnego internetu (44%).

Co ciekawe, wyniki raportu jasno pokazują, że firmy, które już od dawna cyfryzują swoje struktury (tzw. cyfrowi liderzy), są na tyle zadowoleni z efektu tych inwestycji, że przeznaczą jeszcze więcej środków na digitalizację. Aż 55% cyfrowych liderów zapowiada, że zwiększy budżety na cyfrowe innowacje w 2021.

Takie inwestycje mają przełożyć się na bardzo konkretne efekty. Czego spodziewają się przedsiębiorcy? Najwięcej, bo aż 4 na 10 firm (40%) liczy, że zdobędzie kompetencje, pozwalające na analizowanie danych i budowę własnego business intelligence. Niewiele mniej, bo aż 36% respondentów sądzi, że ich firmy będą dzięki temu w stanie korzystać z dobrodziejstw analityki predyktywnej. – Wykorzystując big data i algorytmy sztucznej inteligencji, firmy są w stanie np. “przewidzieć” ścieżkę zakupową klienta, rozpoznać jego preferencje i na tej podstawie komunikować się z nim poprzez kampanie online – mówi Piotr Prajsnar, CEO firmy Cloud Technologies, specjalizującej się w monetyzacji danych. Ekspert dodaje, że: – To zaledwie jeden z przykładów. Na podstawie danych behawioralnych firmy mogą tworzyć nowe produkty, zmodyfikować układ i wygląd własnej witryny czy modyfikować strategię działania.

Tylko rok czy cała dekada?

Twórcy raportu State of Digital Transformation 2021 zwracają uwagę, że wykorzystanie Big Data, analityki, cloud computingu i mediów społecznościowych nie jest już wyłącznie domeną przedsiębiorstw, które stanowią creme della creme świata biznesu. Poniekąd jest to naturalna kolej rzeczy, a trochę efekt pandemii. Bo nawet najbardziej tradycyjne sektory gospodarki zaczęły korzystać z możliwości oferowanych przez cyfryzację nie tylko po to, by zapobiec wewnętrznym skutkom kryzysu, ale także po to, by budować przewagę konkurencyjną. – Badanie przeprowadzone przez The Boston Consulting Group wykazało, że przedsiębiorstwa, które przodują w wykorzystywaniu big data, generują o 12% większe przychody niż te, które z nich nie korzystają – odnotowuje Prajsnar.

Cyfryzacja zmienia także sposób, w jaki firmy konkurują ze sobą. Z jednej strony znacznie obniżyła ona koszty wejścia na rynek w wielu sektorach, ale tym samym zwiększyła konkurencję.

Ucyfrowiony biznes jest owocem dojrzałej gospodarki – mówi prezes Cloud Technologies i dodaje: – Wpływ technologii cyfrowej można zaobserwować w coraz większej liczbie sektorów, w tym w handlu, produkcji, rolnictwie, energetyce czy ochronie zdrowia. Chociaż prawdą jest, że technologia cyfrowa nie ma wpływu na podstawową istotę tych branż, przyjęcie nowych technologii stało się niezbędne w czasie pandemii do sprawnego ich funkcjonowania w trakcie lockdownu, zwiększania ich wydajności i konkurencyjności.

Krótko mówiąc, nowe technologie cyfrowe radykalnie przekształcają środowisko, w którym działają przedsiębiorstwa, wpływając również na różne etapy ich produkcji oraz na ich wzajemne relacje i konkurencję. Biorąc pod uwagę to wyzwanie, nie ma innego wyjścia: firmy muszą opracować strategię transformacji cyfrowej, aby zapewnić sobie przetrwanie i przyszły rozwój.

MLP Group osiągnęło w 2020 r. ponad 170 mln zł zysku netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za 2020 r. W tym okresie Grupa osiągnęła zysk netto w wysokości 170,4 mln zł (+32% r./r.). Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła w minionym roku o 29% do poziomu 1,21 mld zł, a wartość nieruchomości inwestycyjnych brutto zwiększyła się także o 29% do 2,33 mld zł.

MLP Group w minionym roku prowadziło dynamiczny rozwój na wszystkich obsługiwanych rynkach. Strategicznym celem Grupy pozostawała ekspansja w Polsce oraz na rynku niemieckim, a także rozwój w Austrii oraz Rumunii.  Coraz większą popularnością cieszyły się obiekty typu City Logistics (niewielkie moduły oferujące nowoczesną powierzchnię magazynową wraz z reprezentacyjnym biurem o wysokim standardzie wykończenia) oraz obiekty typu big-box.

– Miniony rok był dla nas udany pomimo trwającej pandemii koronawirusa. Motorem napędowym była realizacja projektów uruchomionych jeszcze przed pandemią. Cały rynek rozwijał się w podobnym tempie jak w poprzednim roku. W efekcie również nasze wyniki finansowe okazały się bardzo dobre. Coraz większy wpływ ma nasza działalność prowadzona na rynku europejskim, a w szczególności na rynku niemieckim. W minionym roku aktywnie kupowaliśmy też grunty pod kolejne projekty. Poszerzyliśmy w ten sposób naszą ofertę o rynek austriacki, gdzie rozpoczęliśmy realizację nowego parku logistycznego w Wiedniu. Uruchomiliśmy też kolejne projekty w Niemczech. W Polsce także aktywnie inwestowaliśmy rozpoczynając nowe przedsięwzięcia we Wrocławiu, Łodzi i Wielkopolsce oraz realizując kolejne etapy rozbudowy aktualnie posiadanych parków logistycznych” – powiedział Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

Grupa Kapitałowa MLP Group utrzymuje dobrą kondycję finansową. W minionym roku zwiększyła o 29% wartość aktywów netto (NAV) do poziomu 1,21 mld zł. Wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła również o 29% do 2,33 mld zł. W minionym roku Grupa wypracowała 170,4 mln zł zysku netto, czyli o 32% więcej niż w poprzednim roku. Z kolei skonsolidowane przychody wyniosły 190,7 mln zł i były o 36% wyższe niż rok wcześniej. Uwzględniając jedynie przychody uzyskane z czynszów z najmu, które są głównym źródłem przychodów z działalności podstawowej, w 2020 roku Grupa osiągnęła 23,9% wzrost w odniesieniu do analogicznego okresu poprzedniego roku.

MLP Group w 2020 r. realizowało oraz miało w przygotowaniu projekty o łącznej powierzchni ponad 241 tys. m2. W efekcie na koniec minionego roku Grupa dysponowała ponad 715 tys. m2 gotowej powierzchni magazynowej. Uwzględniając również projekty w trakcie budowy i w przygotowaniu oferowała łącznie blisko 860 tys. m2 nowoczesnych powierzchni. Grupa utrzymywała jednocześnie bank ziemi w ramach którego docelowa powierzchnia do zabudowy sięga blisko 1,29 mln m2. Dodatkowo Grupa posiada szereg umów rezerwacyjnych na zakup nowych gruntów pod planowane parki logistyczne w Polsce (m.in. Stryków, Pruszków, Poznań), w Niemczech (m.in. Gelsenkirchen, Kolonia, Frankfurt nad Menem, Lipsk) i w Austrii.

Pomimo pandemii rynek magazynowy w Polsce odnotował w 2020 roku rekordowy wynik, co po raz kolejny potwierdziło jego siłę. Według danych rynkowych w minionym roku całkowita podaż nowoczesnych powierzchni magazynowych w Polsce osiągnęła poziom 20,7 mln m2. W tym czasie na rynek dostarczone zostało łącznie 2 mln m2 nowej powierzchni magazynowej. Na koniec tego okresu w trakcie budowy pozostawało około 1,9 mln m2.

– Na bieżący rok patrzymy z umiarkowanym optymizmem. Rynek magazynowy będzie rósł raczej w tempie jednocyfrowym. Będzie to solidny wzrost, ale daleki od huraoptymizmu. Wszystko będzie zależne od sytuacji ekonomicznej na świecie oraz od tego jak szybko globalna ekonomia wróci na ścieżkę wzrostową. Oczekujemy, że głównymi czynnikami wpływającymi na rozwój rynku powierzchni magazynowych będzie sektor e-commerce oraz popyt generowany przez klientów przenoszących produkcję z krajów azjatyckich do Europy. Dodatkowym istotnym czynnikiem wpływającym na popyt jest zwiększanie przez najemców zapasów z obawy na przerwanie łańcuchów dostaw, co w konsekwencji powoduje większe zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową. Koncentrujemy się również na wdrażaniu ekologicznych rozwiązań w naszych parkach logistycznych i inwestycjach w odnawialne źródła energii. Jednym z naszych priorytetowych celów jest montaż paneli fotowoltaicznych na wszystkich posiadanych i budowanych obiektach. Chcemy, aby MLP Group stało się firmą zrównoważoną energetycznie pod względem emisji CO2  do 2023 roku – dodał Radosław T. Krochta.

Zgodnie ze strategią „build & hold” MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu i samodzielnie nimi zarządza. Wszystkie projekty realizowane przez Grupę wyróżnia również bardzo atrakcyjna lokalizacja parków logistycznych, stosowanie rozwiązania typu built-to-suit oraz wsparcie najemcy w trakcie trwania umowy najmu.

Silna Polska to Polska walecznych przedsiębiorców, którzy mają prawo liczyć na adekwatną pomoc ze strony rządu

Spełnił się czarny sen przedsiębiorców – od 20 marca wracamy do obostrzeń „czerwonej strefy”, co oznacza zamknięte hotele, ograniczoną działalność galerii handlowych czy ograniczenie funkcjonowania instytucji kultury oraz sportowych. Dzieci klas I-III wracają na naukę zdalną, a zamknięta od października gastronomia i branża fitness zamknięta pozostaje. Minister Zdrowia Adam Niedzielski przekonuje, że to ostatni dzwonek, by ratować Polaków przed zwyżkami trzeciej fali koronawirusa. Lockdown ma potrwać od 20 marca do 9 kwietnia.

– Tydzień temu mówiliśmy o „pełzającym lockdownie” i okazało się, że kreślone przez ekspertów scenariusze, że niebawem restrykcjami objęta będzie cała Polska się spełniły – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Nie kwestionujemy powagi  pandemii i związanej z nią konieczności obostrzeń w celu jej zahamowania, ale nie mamy również wątpliwości, że sytuacja przedsiębiorców pogarsza się z każdym tygodniem. Chcemy podkreślić, że nam nie chodzi o krytykę działań rządu ale jesteśmy przede wszystkim głosem zrozpaczonych przedsiębiorców, którzy  będąc dotąd płatnikami do budżetu, teraz stoją w obliczu  osobistych tragedii .Bez  realnego wsparcia rządu opartego nie na kryterium kodu PKD ale na kryterium  procentowego spadku obrotów,   przedsiębiorcy  nie wrócą  do swoich działalności.

„Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że w obecnej sytuacji lockdown jest rozwiązaniem, którego efektem będzie pogorszenie się sytuacji wielu branż. W najpoważniejszej sytuacji jest gastronomia, hotelarstwo, turystyka, handel, usługi oraz transport. Trzy tygodniowy lockdown obejmujący Święta Wielkanocne to potężny cios dla branż i sektorów gospodarki, które od miesięcy są dławione przez kolejne ograniczenia. Z naszych obserwacji wynika, że sytuacja robi się bardzo poważna, a jej efektem może być nawet kolejna fala bankructw i upadłości.

– Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja epidemiczna jest bardzo trudna w całej Europie i musimy kolejny raz stawić czoła koronawirusowi. Jestem jednak przekonana i takie docierają do mnie sygnały od przedsiębiorców zrzeszonych w Izbie, że lockdown jako „recepta na koronawirusa” się po prostu nie sprawdza. W ostatnich miesiącach nie odbywały się spędy, gastronomia działa w sposób ograniczony, a hotele działały w reżimie sanitarnym. Mimo to trzecia fala przyszła. Może więc emisja wirusa nie jest zależna od tego czy gospodarka jest zamykana? – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – Obecnie obserwujemy prawdziwy rollercoaster: zamykamy, otwieramy, ograniczamy, luzujemy. Przedsiębiorcy czują, że panuje gigantyczny chaos, który odciska piętno na ich działalności. Hotele miesiąc temu się otwierały, teraz się zamykają. Czy ktoś myśli o tym, jakie to gigantyczne straty? Jestem przekonana, że można wypracować rozwiązania kompromisowe – mówi dalej Hanna Mojsiuk.

„Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże”

Północna Izba Gospodarcza pyta także o wsparcie dla zamykanych branż: – Trzecia fala, trzeci lockdown i ani słowa o trzeciej fali wsparcia dla przedsiębiorców, którym zabiera się możliwość ratowania swoich firm i funkcjonowania. Oczekujemy jako przedsiębiorcy, że Rząd w trybie pilnym przedstawi program wsparcia branż objętych lockdownem. Wypowiadamy się w imieniu pracodawców i pracowników, którzy kolejny raz stają w obliczu dramatycznej sytuacji ograniczającej ich działalność. Oczekujemy pakietu rozwiązań wspierających poszkodowane branże i kolejny raz apelujemy: wsparcie powinno być kwalifikowane przez spadek przychodów, a nie kody PKD – mówi Prezes Hanna Mojsiuk.

– Z dużym niepokojem patrzymy na sytuację zachodniopomorskich kurortów. Hotele czynne są od miesiąca, a już się zamykają. Dla hotelarzy Wielkanoc mogłaby być szansą na częściowe odrobienie strat ze świąt i ferii zimowych. Widzimy znów, że nie jest to możliwe. Majówka coraz bliżej, a nadzieje, że koronawirusa uda się szybko pokonać coraz mniejsze – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Eksperci Izby: Lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa

W opinii ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie obecna sytuacja będzie miała poważne konsekwencje dla wielu branż oraz dla całej gospodarki.

– Lockdown okaże się szczególnie bolesny dla tych branż, które już wcześniej zostały przez pandemię poważnie okaleczone. Tym razem do strat wywołanych brakiem aktywności od wielu miesięcy trzeba doliczyć ekstraordynaryjne koszty – straty związane z niedawnym uruchomieniem działalności, np. w hotelach, czy  ośrodkach sportowych, basenach itp., które po krótkim okresie funkcjonowania, znowu zmuszone są zawiesić działalność. Spora część firm z branż najsilniej dotkniętych skutkami kryzysu pandemicznego nie przetrwa kolejnych zakłóceń i lockdownów. Przed nami jeszcze wiele perturbacji gospodarczych, w tym również fale bankructw i upadłości. Cóż, takie są konsekwencje kryzysu w ekonomii – komentuje prof. Aneta Zelek, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

– Ostatnie miesiące pokazują, że lockdown nie jest lekarstwem na koronawirusa, a rządzący za wszelką cenę chcą nas nim wyleczyć. Wiadomość o lockdownie doprowadziła wielu przedsiębiorców wręcz do reakcji histerycznych. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzicie Państwo hotel, który otworzył się na miesiąc i znowu musi się zamknąć. Przedsiębiorcy doprowadzani są do desperacji i niestety coraz trudniej patrzeć im w przyszłość z optymizmem. Miejmy nadzieję, że po Wielkanocy nastąpi gospodarcza odwilż – mówi doradca gospodarczy Katarzyna Michalska.

Abolicja czynszowa wymaga nowelizacji

Zapisy dotyczące zwolnienia najemców z opłat za wynajem powierzchni w centrach handlowych przestają mieć rację bytu, zwłaszcza w świetle zapowiedzianego na 20 marca czwartego już ogólnopolskiego lockdownu. Przedstawiciele sektora ponownie apelują o symetryczne rozłożenie zobowiązań finansowych, tak jak miało to miejsce np. w Czechach i Niemczech.

Najemcy centrów handlowych, którzy skorzystali z abolicji czynszowej podczas każdego z trzech ogólnopolskich lockdownów, w efekcie wydłużyli umowy najmu o ponad 20 miesięcy. To, co początkowo miało służyć interesom firm mających swoje sklepy w galeriach handlowych, długofalowo może działać na ich niekorzyść. W niezwykle trudnej sytuacji od początku trwania pandemii są natomiast właściciele centrów, którzy do tej pory nie zostali objęci żadnym programem pomocowym ze strony państwa.

Umowy najmu bez daty ważności

Abolicja czynszowa jest bezprecedensowy narzędziem, którego trudno szukać na innych rynkach handlowych w Europie. Wprowadzenie zwolnień z opłat, bo mówimy nie tylko o czynszu, ale również o kosztach dodatkowych, w tym opłacie eksploatacyjnej, spotkało się początkowo z pozytywną reakcją najemców. Uzyskanie pomocy od właścicieli zostało uproszczone do minimum i często otwierało drogę do dalszych negocjacji, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Właściciele zostali jednak w ten sposób zupełnie pozbawieni przychodów, a należy podkreślić, że w ciągu trzech dotychczasowych, ogólnopolskich lockdownów ich działalność nie była całkowicie zawieszona, a umowy z podwykonawcami pozostawały w mocy. Koszty utrzymania danego obiektu spadały więc nieznacznie.

Warto też pamiętać, że abolicja nie jest jedynym zapisem tarczy kryzysowej, a skorzystanie z tej opcji oznacza automatyczne przedłużenie umowy najmu o sześć miesięcy plus długość trwania danego lockdownu. W efekcie, umowy najmu firm, korzystających do tej pory ze wsparcia państwa, zostały przedłużone do tej pory o przeszło 20 miesięcy. I tu trzeba zadać sobie pytanie, w jaki sposób te wydłużone w czasie kontrakty będą się miały do realiów rynkowych i faktycznych potrzeb najemców i wynajmujących po wygaśnięciu pandemii, dodaje Anna Wysocka.

Właściciele centrów handlowych z burtą

Bardzo wielu uczestników rynku, i to nie tylko handlowego, ale również finansowego, uważa, że wprowadzenie abolicji czynszowej było zbyt daleko posuniętą ingerencją w relację najemca-właściciel. To narzędzie było i jest jednostronne, i zupełnie nie bierze pod uwagę coraz trudniejszej sytuacji właścicieli centrów.

Jest to o tyle rozczarowujące, że w innych europejskich krajach, na przykład w Czechach, czy w Niemczech, zobowiązania finansowe były w miarę symetrycznie rozłożone pomiędzy najemców, właścicieli i rząd tłumaczy Anna Wysocka.

To dowodzi, że firmy posiadające w swoich portfelach centra handlowe w Polsce, powinny być objęte konkretną pomocą ze strony państwa, między innymi nacelowaną w spłatę należności kredytowych.

Niektóre banki, czy instytucje finansujące oferowały wsparcie w postaci odroczenia terminów płatności podczas pierwszego lockdownu, jednak i one nie funkcjonują w próżni, zatem nie mogą na dłuższą metę zapewniać właścicielom systemowych rozwiązań wspierających ich podczas pandemii. To rola instytucji państwowych, podkreśla Anna Wysocka.

Zapisy dotyczące abolicji nie przystają do realiów rynkowych

Jako że abolicja jest narzędziem, które nadal funkcjonuje i jest wykorzystywane podczas każdego kolejnego lockdownu, właściciele centrów handlowych mogą spodziewać się następnych przerw w otrzymywaniu należności w świetle zamknięcia centrów handlowych w województwie warmińsko-mazurskim, pomorskim, mazowieckim i lubuskim oraz w momencie zamrożenia działalności centrów handlowych w całym kraju, które zapowiedziano na 20 marca.

I tu pojawia się pytanie, jaka była intencja ustawodawcy, jeśli chodzi o długość trwania obecnych zapisów i czy faktycznie będą one długofalowo opłacać się najemcom. Abolicja czynszowa wraz z rozwojem pandemii wydaje się nie być logicznie uzasadniona i wymaga nowelizacji dostosowanej do obecnej i przyszłej sytuacji, mówi Anna Wysocka.

Natomiast konieczność zapewnienia wsparcia finansowego dla właścicieli galerii leży również w interesie inwestorów, którzy muszą mieć możliwość obsłużenia kredytów, ale też firm ochroniarskich, sprzątających, etc., które już teraz spotykają się z presją na obniżenie cen swoich usług. Bez stałego przychodu są natomiast na przykład firmy eventowe, ogromne straty notują też firmy marketingowe.

W miarę przedłużania się pandemii możemy spodziewać się więc bankructw ze strony zarówno właścicieli galerii handlowych, jak i firm z sektorów współpracujących z centrami, sieć powiązań jest ogromna i nie ogranicza się jedynie do wynajmujących i najemców, a to oznacza znacząco również niższe wpływu do budżetu państwa. Koszt obowiązującej od blisko roku abolicji czynszowej będzie gigantyczny, podsumowuje Anna Wysocka.

Trzeci lockdown przyniesie kolejny pogrom wśród pracowników turystyki, hotelarstwa i handlu

– Zamykamy otwieramy, zwalniamy, zatrudniamy. Chaos jaki towarzyszy wprowadzaniu kolejnych obostrzeń jest trudny do opisania. Przedsiębiorcy czują się jakby siedzieli na karuzeli w której nic od nich tak naprawdę nie zależy. Sytuacja wielu firm jest dramatyczna, docierają do nas sygnały o zwolnieniach w hotelach, o obniżonych wynagrodzeniach i o zmianach warunków umów. Jestem przekonana, że decyzja o zamknięciu hoteli doprowadzi do tego, że wiele z nich może upaść. Czas Wielkanocy dla wielu był rozpoczęciem sezonu wiosennego – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Wiele osób zostało przeniesionych z całych etatów na połówki. Właściciele hoteli mówią, że to „na przeczekanie”

   Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom zgłaszają się pracownicy, którzy przyznają, że sytuacja na rynku pracy w  kurortach turystycznych jest bardzo trudna. Wiele osób straciło pracę, inni mają obniżone wynagrodzenia, a zwiększoną ilość obowiązków: – Przed decyzją o trzecim lockdownie hotele były czynne przez pięć tygodni. Mogły przyjąć 50% gości. Z naszych informacji wynika, że w niewielkiej ilości hoteli było tak wysokie obłożenie. Brak gości to brak pracy dla pracowników. Zgłoszeń o zwolnieniach w hotelach, pensjonatach, ośrodkach odnowy biologicznej jest bardzo dużo. Zwykle uzasadnieniem jest oczywiście pandemia. Co ważne, wielu pracowników jest zwalnianych, ale pracodawcy jednocześnie zapraszają ich do współpracy kiedy pandemia minie. Wiele osób zostało przeniesionych z całych etatów na połówki. Właściciele hoteli mówią, że to „na przeczekanie” – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Decyzja o trzecim lockdownie to bardzo silny cios zadany turystyce, hotelarstwu i gastronomii. Przedsiębiorcom oraz pracownikom tych branż. Oczywiste jest, że fala bankructw i zwolnień jest nie do zatrzymania. Nie ma się co oszukiwać, wiele firm liczyło, że od Wielkanocy rozpocznie się luzowanie obostrzeń. Kolejny lockdown zwiastuje, że koronawirus będzie trzymać nas w gospodarczym klinczu jeszcze długo. Przypominam, że turystyka i hotelarstwo to najbardziej zadłużone branże. Im dłużej nie funkcjonują, tym większe generują straty i tym mniejsza szansa, że przetrwają czas pandemii – dodaje Prezes Marczulewska.

Opustoszałe nadmorskie kurorty. Puste hotele, puste promenady…

W wielu kurortach restauracje pozostają zamknięte. Wiele hoteli nie zdecydowało się na powrót od 12 lutego ze względu na zbyt dużą niepewność czy sytuacja pandemiczna będzie na tyle dobra, by móc funkcjonować w trybie niezakłóconym do wiosny. Jak mówi Prezes Małgorzata Marczulewska dla wielu hoteli działanie przy 50% obłożeniu to przepis na generowanie potężnych strat finansowych, bo należy utrzymać zatrudnienie i obsługę przy małej szansie na jakiekolwiek zyski. Sytuacje gospodarczą kurortów nadmorskich komplikuje również brak turystów z Niemiec i Skandynawii.

– Byłam w miniony weekend w Świnoujściu. Obłożenie w hotelu to zaledwie kilkanaście procent, mała liczba pracowników, restauracje zamknięte. Promenada niemal pusta. Tak nie wygląda tętniący życiem kurort. Miałam okazje rozmawiać z pracownikami, którzy przyznali, że zarobki są wiele mniejsze, bo na czas pandemii je zmniejszono. Wiele osób przyznaje także, że podziękowano części pracowników. W trudnej sytuacji są np. pracownicy z Ukrainy, którzy dotychczas byli wzmocnieniem kadry nadmorskiej. Teraz te osoby zostały bez pracy, więc wyjechały – mówi Prezes Marczulewsa. – Zamknięcie hoteli i dalsze utrzymanie zamknięcia gastronomii pogłębi kryzys, który i tak jest największy w historii. To prawdziwy dramat dla pracowników – dodaje.

Prawie 15 tys. Ukraińców mniej na polskich budowach. Ceny produkcji wzrosły o 2,4%

2,4% – o tyle w lutym 2021 roku wzrosły ceny produkcji budowlano-montażowej w porównaniu do analogicznego okresu z 2020 roku – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest mniejsza liczba pracowników zagranicznych na polskich budowach, głównie Ukraińców. Zdaniem ekspertów Personnel Service, niższa liczba wydanych pozwoleń na pracę dla wschodnich sąsiadów mogła dołożyć swoją „cegiełkę” do wyzwań, z jakimi mierzy się branża nieruchomości.

Zgodnie z najnowszymi danymi GUS, koszty produkcji budowlano-montażowej wzrosły o 2,4% w porównaniu rok do roku. Choć przedstawiciele branży nieruchomości podkreślają, że taki stan rzeczy wynika m.in. z rosnących cen surowców, wyraźnym problemem jest też niedostateczna liczba pracowników. Spowodowany pandemią odpływ kadry z Ukrainy był odczuwalny dla deweloperów. Zgodnie z danymi Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, w minionym roku wydano blisko 11% mniej pozwoleń na pracę dla Ukraińców.

Jeszcze w 2019 roku wydano blisko 330 tys. takich pozwoleń, z czego aż jedną czwartą stanowiły osoby zatrudnione w budownictwie. Rok później zezwoleń wydano łącznie 295 tys., na co wpływ miała pandemia. I choć proporcje zatrudnionych w poszczególnych sektorach rynku nadal były podobne, przełożyło się to na spadek nowych pracowników w „budowlance” o ok. 15 tys. Ukraińców. To cios dla branży, zwłaszcza, że prace były realizowane w podobnym tempie jak wcześniej – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Co czwarty Ukrainiec w 2020 pracował w budownictwie

Z danych Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii wynika, że Ukraińcy przyjeżdżający do Polski znajdują zatrudnienie w różnych branżach, ale przede wszystkim w budownictwie. Z 295 tys. Ukraińców, którzy otrzymali pozwolenie na pracę w Polsce w 2020 roku, na budowach pracował co czwarty (73 tys.). Jedyne branże, które mogły liczyć na podobną reprezentację obywateli Ukrainy to: przetwórstwo przemysłowe (66 tys.), działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca (66 tys.) oraz transport i gospodarka magazynowa (54 tys.).

Wielu Ukraińców przyjeżdża do Polski skuszonych lepszymi zarobkami niż w ich ojczyźnie. Nastawiają się oni często na krótki, kilkumiesięczny wyjazd, dlatego celują w prace, które pozwalają nieźle zarobić, nawet poniżej swoich kwalifikacji. Z naszego badania Barometr Polskiego Rynku Pracy 2020 wynika, że aż 76% obywateli Ukrainy w Polsce wykonuje pracę fizyczną. Szczególną popularnością cieszy się branża budowlana. Spadek w ogólnej liczbie pracowników z Ukrainy z pewnością jest odczuwalny przez polskich deweloperów, bo przekłada się m.in. na możliwe opóźnienia w realizowanych inwestycjach z uwagi na brak fachowców – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Szybkie wyroki sądowe dla firm? To może zwiększyć polski eksport. KUKE promuje polski e-arbitraż

Trwająca pandemia gwałtowanie zwiększyła zainteresowanie „Ultima Ratio” Pierwszym Elektronicznym Sądem Polubownym przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.  Na świecie działa już ponad 100 takich arbitraży online. To znakomite rozwiązanie w razie sporów np. o płatności dla polskich firm eksportujących między innymi produkty spożywcze, budowlane, elektrotechniczne, motoryzacyjne czy odzież. Według szacunków Ultima Ratio, ilość zapisów arbitrażowych w obrocie gospodarczym wzrosła dziesięciokrotnie, a średni czas trwania procesu online wyniósł 19 dni.  Z usług polskiego arbitrażu online zaczyna korzystać coraz więcej firm polskich, ale także zagranicznych, między innymi międzynarodowa firma Debtus, który dostrzegła potencjał e-arbitrażu w przypadku windykacji należności zagranicznych.

Debtus to firma działająca na międzynarodowym rynku usług obsługi wierzytelności od 2003 roku. Jest członkiem i współwłaścicielem globalnej sieci firm windykacyjnych oraz kancelarii prawnych TCM Group International, która działa w 150 krajach. Przedstawiciele Debtus podkreślają, że dostrzegają wielki potencjał e-arbitrażu w przypadku windykacji należności zagranicznych i zapowiadają zaangażowanie w promocję tego rozwiązania.

– Chcemy w ten sposób wspierać polskich eksporterów, którzy mają problemy z odzyskaniem należności poza granicami naszego kraju. Ultima Ratio to skuteczna – szybsza i znacznie bardziej wygodna – alternatywa dla sądów powszechnych, w szczególności, gdy chodzi o rozstrzyganie spraw między dwoma firmami z różnych krajów. Sądy polubowne, również te elektroniczne, są w większości państw traktowane na równi z tymi państwowymi, a zgodnie z międzynarodowym prawem wyroki wydane przed sądem arbitrażowym np. w Polsce muszą być respektowane za granicą. To sprawia, że o wiele bardziej opłacalne jest dla nas pozwanie dłużnika do polskiego e-sądu, takiego jak Ultima Ratio, niż powszechnego sądu za granicą – mówi Hubert Czapiński z Debtus.

– Upowszechnienie arbitrażu online może być dla wielu przedsiębiorców argumentem za podjęciem działalności eksportowej, co w konsekwencji będzie sprzyjało rozwojowi polskiej gospodarki. Z naszych doświadczeń wynika, że dla powodzenia w handlu najskuteczniejsze biznesowo jest jednoczesne stosowanie różnych metod dbania o zapłatę za dostarczony towar czy usługę – od ubezpieczania należności po szybki i efektywny kosztowo proces odzyskiwania wierzytelności. Korzystać z e-arbitrażu mogą i małe i większe firmy, a jego najszersze zastosowanie widzimy w odniesieniu do rynków unijnych, gdzie koszty obsługi prawnej mogą być bardzo wysokie – mówi Amelia Bień, dyrektor departamentu windykacji KUKE

– W dobie pandemii zainteresowanie e-arbitrażem gwałtowanie rośnie. Na świecie działa już ponad 100 takich sądów jak Ultima Ratio. Ich główna zaleta to szybkość w rozstrzyganiu spraw. W notarialnym e-arbitrażu trwa to średnio 19 dni. To także wyraźne oszczędności – według naszych szacunków nawet 70% w porównaniu do tradycyjnego sądownictwa. Zalety te są szczególnie widoczne w przypadku spraw z natury rzeczy narażonych na przewlekłość – a więc roszczeń od kontrahentów zagranicznych. Dlatego wraz z partnerami z branży windykacyjnej i ubezpieczeniowej pracujemy nad ofertą stanowiącą połączenie e-arbitrażu i produktów ubezpieczeniowych. Oferta będzie kierowana również do mikro i małych przedsiębiorców, dla których brak płatności nawet jednej faktury zza granicy może oznaczać poważne problemy z płynnością. Zgodnie z konwencją nowojorską, wyrok wydany przez polski arbitraż jest uznawany w państwach, które podpisały ten dokument. W konsekwencji można go oddać do komornika bez potrzeby wnoszenia przed zagranicznym sądem pozwu o zapłatę – komentuje Krzysztof Stańko, COO Causa Finita S.A., współtwórca „Ultima Ratio” Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Ailleron rozszerza współpracę z mBank

Ailleron rozwija alians z mBankiem. W Czechach i na Słowacji już blisko 15 proc. wszystkich interakcji klientów z bankiem odbywa się z wykorzystaniem technologii LiveBank, autorskiego rozwiązania opracowanego przez Ailleron.

Klienci mBanku w Czechach i w Słowacji od ponad dwóch miesięcy mogą korzystać z wirtualnego oddziału bankowości, jakim jest czat zbudowany w oparciu o LiveBank. W Polsce co trzeci klient kontaktuje się z mBankiem za pośrednictwem czatu. Co miesiąc z tego kanału korzysta ponad 51 tys. klientów czołowego polskiego banku.

– Bardzo cieszymy się, że nasza współpraca z mBank rozwija się i wspólnie uruchamiamy LiveBank na nowych rynkach. To wdrożenie potwierdza wysoką jakość produktów dostarczanych przez Ailleron, które są odpowiedzią na rosnące oczekiwania rynku. Czechy i Słowacja powiększają grono kilkudziesięciu krajów, w których LiveBank aktywnie wspiera zdalne interakcje klientów z bankami – mówi Piotr Skrabski,  General Manager LiveBank.

Całość projektu podzielona jest na dwa etapy, z czego pierwszy obejmuje wdrożenie LiveBank w bankowości internetowej dla klientów zalogowanych, którzy jednocześnie mogą wykonywać operacje na swoim koncie i czatować z doradcą banku. Ta faza projektu została wdrożona w listopadzie 2020.

Drugim etapem będzie integracja rozwiązania LiveBank na platformie bankowości mobilnej, tak by klienci mBanku w Czechach i w Słowacji mogli swobodnie czatować z bankiem przez mobilną aplikację.

– Rozwiązanie czatowe, które wdrażamy razem z Ailleron w naszych oddziałach zagranicznych w Czechach i w Słowacji to odpowiedź na nieustanny wzrost popularności kanałów mobilnych banku. Wsparcie klienta w kanałach zdalnych za pomocą czatu jest dla nas szczególnie istotne, ponieważ w okresie panującej pandemii Covid-19 to właśnie te kanały stają się głównym punktem kontaktu klienta z bankiem. Chcemy, aby nasz czat był nie tylko miejscem wymiany informacji klienta z bankiem, ale również miejscem, gdzie będziemy oferować naszym klientom możliwość realizacji szerokiego zakresu dyspozycji, dotychczas dostępnych wyłącznie w tradycyjnych kanałach. Pierwsze reakcje naszych klientów są bardzo pozytywne i pokazują nam, że to był dobry kierunek rozwoju – mówi Dawid Chruśliński, Manager projektu, ekspert ds. Strategii i Rozwoju Contact Center mBanku w Czechach i Słowacji

LiveBank to sztandarowe rozwiązanie Ailleron. Produkt jest zaawansowanym technologicznie systemem wirtualnej bankowości. Przenosi 95% oferty banku do kanałów zdalnych, zachowując przy tym możliwość bezpośredniej interakcji klient – bank. Platforma zapewnia wiele udogodnień, m.in. bezpieczną bankowość w kanałach wideo, audio, chat, kolaborację, wymianę plików, podpisywanie dokumentów, biometrię głosową czy zdalny onboarding nowych klientów. Platforma została doceniona i nagrodzona m.in. na konferencjach Finovate w Nowym Jorku i Londynie.

Produkcja przemysłowa z wysokim zapotrzebowaniem na pracowników mimo pandemii

Produkcja przemysłowa to sektor, w którym przedsiębiorcy pomimo pandemii chcą znacznie powiększać swoje zespoły w drugim kwartale bieżącego roku. Co szósty pracodawca w tym czasie będzie poszukiwał nowych pracowników, a co dwunasty myśli o redukcji etatów. Plany zatrudnienia firm z sektora produkcji przemysłowej są najbardziej optymistyczne od wybuchu pandemii, co więcej – prognoza netto zatrudnienia +11% dla tej branży utrzymuje się na tym poziomie już drugi kwartał z rzędu.

Z deklaracji przedsiębiorców sektora produkcji przemysłowej wynika, że w okresie kwiecień – czerwiec 2021 roku planują oni dość aktywnie pozyskiwać nowych pracowników. Według najnowszego Barometru ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, 16% przedsiębiorstw planuje powiększać swoje zespoły, 3% myśli o redukcji etatów, 76% nie przewiduje zmian personalnych a 5% nie wie, co przyniosą najbliższe trzy miesiące. Prognoza netto zatrudnienia (różnica pomiędzy odsetkiem firm prognozujących wzrost a odsetkiem planującym spadek zatrudnienia) przewidywana dla branży produkcji przemysłowej na drugi kwartał wynosi +11%.

– Planowane wzrosty w zatrudnieniu związane są przede wszystkim z odbudowywaniem mocy produkcyjnych po dużych spadkach, zanotowanych w drugim i trzecim kwartale 2020 roku. To również efekt powrotu do projektów rozwojowych, takich jak rozbudowy hal i parków maszynowych, które zostały wstrzymane na początku pandemii z powodu dużej niepewności dotyczącej zwrotów z inwestycji. Obecnie firmy wracają do tych planów, ponieważ pomimo trudnej i zmiennej sytuacji związanej z pandemią wielu pracodawców wdrożyło wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa i jest w stanie względnie płynnie prowadzić swoją działalność – komentuje Kamil Sadowniczyk, Dyrektor Linii Biznesowej Manpower Enterprise. – W niemal każdym przedsiębiorstwie, zaraz po wybuchu pandemii, budowane i wdrażane były plany awaryjne na wypadek wystąpienia zakażeń wśród pracowników. Oczywiście te plany zakładały między innymi konieczność angażowania dodatkowych zasobów, niemniej w skali naszego kraju nie ma aż tak zauważalnego, długoterminowego i trwałego wzrostu absencji chorobowej, dlatego też w mojej ocenie tylko mała część planów rekrutacyjnych firm dotyczy właśnie uzupełniania braków kadrowych wywołanych pandemią – dodaje ekspert Manpower.

Warto zauważyć, że prognoza netto zatrudnienia wynosząca +11% jest najlepszym wynikiem dla produkcji przemysłowej od momentu wybuchu pandemii. Co ważne, wskaźnik utrzymuje się na tym poziomie już drugi kwartał z rzędu, a w stosunku do analogicznego miesiąca ubiegłego roku wzrósł aż o 7 punktów procentowych. Te dane pozwalają mieć nadzieję, że – mimo dynamicznych zmian na rynku pracy spowodowanych zagrożeniem zdrowotnym – zapotrzebowanie na pracowników w produkcji i przemyśle będzie stosunkowo stabilne.

– W rozmowach z firmami zauważamy pozytywne nastroje, ale obarczone są one bardzo dużą dozą niepewności. Krótkoterminowe prognozy produkcyjne wskazują delikatny optymizm, lecz planowanie średnio lub długoterminowe jest niezwykle trudne, a w przypadku niektórych branż wręcz niemożliwe. Duża dynamika na rynku była notowana już przed pandemią, jednak pozwalała ona opracowywać względnie stabilne prognozy w perspektywie trzymiesięcznej oraz prognozy długoterminowe, które co prawda były zmienne, ale w granicach możliwych do zarządzenia. To, z czym wiele firm boryka się obecnie, to przewidywalny horyzont czterech tygodni i duży znak zapytania w kolejnych miesiącach, zależny od rozwoju pandemii, kondycji łańcucha dostaw czy też powtarzających się wyzwań z dostępnością i transportem półproduktów, wytwarzanych często na innym kontynencie. Warto także zwrócić uwagę, że tak zwana sezonowość w tym roku jest całkowicie inna niż w latach poprzednich. Do tej pory pierwsza połowa roku najczęściej charakteryzowała się niższą dynamiką wzrostu zatrudnienia niż druga, jednak w drugim kwartale 2021 roku mamy do czynienia z bezprecedensowym poziomem zapotrzebowania na pracowników dla tej części roku, o czym świadczy wzrost prognozy netto zatrudnienia o siedem punktów procentowych w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Nie należy się jednak spodziewać, że ten trend będzie kontynuowany w kolejnych kwartałach. Co więcej, trudne do przewidzenia jest, czy druga połowa 2021 roku przyniesie jeszcze większą dynamikę, która odzwierciedlałaby standardową, roczną sezonowość. To obecnie jedno z największych zmartwień wielu przedsiębiorców w Polsce. Perspektywa precyzyjnych prognoz produkcyjnych skróciła się do czterech lub maksymalnie sześciu tygodni. Próba planowania poziomu produkcji i związanego z nią zatrudnienia jest aktualnie obarczona dużą dozą niepewności – tłumaczy Kamil Sadowniczyk.

Plany dotyczące umiarkowanego rozbudowywania zespołów pracodawcy z sektora produkcji przemysłowej deklarują praktycznie przez cały czas trwania zagrożenia epidemiologicznego. Wyjątkiem był trzeci kwartał 2020 roku, kiedy to przedsiębiorcy przewidywali redukcje etatów, a prognoza osiągnęła poziom -7%. W ostatnich trzech miesiącach 2020 roku plany dotyczące zatrudnienia w przemyśle były już znacznie bardziej optymistyczne. Nie da się jednak nie zauważyć, że w porównaniu z ubiegłymi latami, wolnymi od pandemii koronawirusa, pracodawcy są zdecydowanie mniej skorzy do powiększania swoich zespołów. Prognozy netto zatrudnienia w roku 2018 i 2019 osiągały bardzo wysoki poziom – od +15% do nawet +27%. Przy takich wskaźnikach obecne +11% wydaje się mniej spektakularne, jednak nadal daje pracownikom możliwość dość szybkiego znalezienia nowego zatrudnienia.

– Warto zaznaczyć, że pomimo trudnej sytuacji na początku pandemii i wielu redukcji etatów przeprowadzonych w tym czasie, bezrobocie w Polsce powróciło do poziomu sprzed pandemii. A według najnowszych danych Eurostatu jest nawet najniższe wśród rynków Unii Europejskiej. Potwierdza to niezmiennie obserwowaną na polskim rynku konkurencję o kandydatów, czego dowodem są również rosnące ponownie statystyki dotyczące zatrudnienia obcokrajowców. Do najpopularniejszych profili kandydatów poszukiwanych obecnie w sektorze produkcji przemysłowej należą zarówno stanowiska podstawowe, bezpośrednio produkcyjne, jak i wymagające wyższych kwalifikacji. Największe trudności w pozyskaniu talentów odczuwają pracodawcy poszukujących inżynierów, techników i specjalistów związanych z szerokorozumianą automatyzacją. Do grona stanowisk deficytowych należy zaliczyć również operatorów maszyn i operatorów wózków widłowych. Wynika to przede wszystkim z rosnących planów produkcyjnych wymagających zatrudnienia personelu bezpośrednio produkcyjnego, ale również z wdrażanych w firmach innowacji oraz automatyzacji procesów, wymagających kompetencji specjalistycznych. Jednocześnie dalszy rozwój inwestycji w Polsce powoduje konieczność budowania kluczowych zespołów inżynieryjnych czy też zespołów R&D, na ulokowanie których w naszym kraju decyduje się część międzynarodowych korporacji z branży przemysłowej – mówi ekspert i podkreśla, że obecnie na rynku funkcjonuje wiele rozwiązań wspierających pozyskanie talentów do organizacji. To, które z nich zostaną zastosowane przez dane przedsiębiorstwo zależy od skali firmy, specyfiki procesu produkcyjnego, strategii rozwoju czy możliwości finansowych.

– Wiele firm korzysta ze współpracy z uczelniami, prowadzą aktywne kampanie employer brandingowe czy programy stażowe, przygotowujące do stałego zatrudnienia. Na znaczeniu zyskuje również upskilling, który z jednej strony stanowi odpowiedź na niedobory talentów, a z drugiej pomaga w rozwoju umiejętności w organizacji i uzupełnia luki kompetencyjne na rynku, wynikające ze zmieniających się realiów branży przemysłowej. Pracodawcy inwestujący w pracowników oraz ich kompetencje zapewniają kadrom możliwości rozwoju i zwiększają swoje szanse na utrzymanie zespołów pomimo dużej konkurencji na rynku – podsumowuje Kamil Sadowniczyk.

Polska z prognozą netto zatrudnienia wynoszącą +11% plasuje się mniej więcej pośrodku rankingu krajów EMEA – na równi z Norwegią i Węgrami. Najwyższe zapotrzebowanie na pracowników z branży produkcji przemysłowej w drugim kwartale 2021 roku deklarują przedsiębiorcy w Turcji – prognoza netto zatrudnienia osiągnęła tam poziom +24%. Dość intensywne powiększanie zespołów planują też pracodawcy z Rumunii (+17%), Francji (+15%) oraz Czech (+14%). Z kolei największe redukcje zatrudnienia przewidują Wielka Brytania, Republika Południowej Afryki i Słowacja – z prognozą zatrudnienia -5%.

75% specjalistów IT na całym świecie przyznaje, że pandemia spowodowała większą złożoność technologii niż kiedykolwiek wcześniej

Jednocześnie 96% osób odpowiedzialnych za IT uważa, że zdolność monitorowania wszystkich obszarów technicznych w ramach infrastruktury i bezpośredniego powiązania zdobytych informacji z wynikami biznesowymi jest obecnie niezbędna.

Firma AppDynamics, będąca częścią Cisco, opublikowała najnowszą edycję globalnego badania Agents of Transformation. Główne wnioski dotyczą wpływu gwałtownego przyspieszenia cyfrowej transformacji na biznes, w odpowiedzi na pandemię COVID-19. Wyniki raportu ujawniają dramatyczny wzrost złożoności systemów IT spowodowany potrzebą pilnego wdrażania innowacji, która może szybko doprowadzić do niekontrolowanego „rozlania się” technologii w organizacjach. Badania potwierdzają również dużą potrzebę dokładnego obserwowania wszystkich systemów, z uwzględnieniem kontekstu biznesowego. Pomoże to specjalistom IT przebić się przez „szum” danych i dostrzec to, co jest najważniejsze z perspektywy ich organizacji.

W 2020 r. wiele firm zostało zmuszonych przestawić swój model działania na „digital-first” po to, aby przetrwać zawirowania i zminimalizować wpływ pandemii na kondycję ich biznesu. Często, to właśnie specjaliści IT stali na czele zmiany w organizacjach. Według raportu Agents of Transformation 2021: The Rise of Full Stack Observability, okres ten przyspieszył trzykrotnie projekty z zakresu cyfrowej transformacji, przyczyniając się do jeszcze większego obciążenia osób odpowiedzialnych za IT. 89% z nich przyznało, że czują się pod ogromną presją w pracy, a dodatkowo 84% stwierdziło, że mają problemy z rozdzieleniem życia prywatnego od zawodowego.

Nowe badanie przeprowadzone przez Cisco AppDynamics wskazuje, że szybka transformacja cyfrowa spowodowała ogromną złożoność pracy w działach IT. Zapytani o kluczowe czynniki wpływające na ich charakter pracy, specjaliści IT wymieniają:

  • Nowy zestaw priorytetów i wyzwań (80% odpowiedzi).
  • Rozproszenie technologii oraz mozaikę starszych systemów i rozwiązań chmurowych (78%).
  • Przyspieszenie w kierunku chmury (77%).
  • Mnogość działających niezależnie rozwiązań monitorujących (74%).

Wzrost złożoności procesów i systemów IT znacząco zwiększył również ilość generowanych danych, począwszy od aplikacji, poprzez infrastrukturę, aż po sieć i zabezpieczenia:

  • 85% specjalistów IT twierdzi, że szybkie uzyskanie istotnych informacji, w zalewie stale rosnącej ilości danych, w celu zidentyfikowania pierwotnych przyczyn problemów z wydajnością będzie stanowić poważne wyzwanie w nadchodzącym roku.
  • 75% ankietowanych stwierdziło, że już teraz ma trudności z zarządzaniem przytłaczającą ilością danych.

Dlatego też coraz częściej specjaliści IT poszukują ujednoliconego rozwiązania, które umożliwi lepszą widoczność całego środowiska IT w czasie rzeczywistym:

  • 95% specjalistów IT, którzy wzięli udział w badaniu twierdzi, że widoczność całego środowiska IT jest niezwykle istotna.
  • 96% wskazuje na negatywne konsekwencje braku widoczności i wglądu w cały stos technologiczny.

Podczas gdy większość osób odpowiedzialnych za technologię przyznaje, że zdolność do monitorowania środowiska IT jest ważna, aż 92% twierdzi, że umiejętność powiązania wydajności technologii z czynnikami biznesowymi, takimi jak doświadczenie klienta, transakcje sprzedaży czy przychody, będzie kluczowa w ciągu najbliższego roku. Ponadto, prawie trzy czwarte (73%) respondentów obawia się, że brak zdolności powiązania wydajności IT z wydajnością biznesową będzie miała negatywny wpływ na ich działalność w 2021 roku. Z kolei 96% przyznaje, że umiejętne połączenie wglądu w całe środowisko w czasie rzeczywistym z wynikami biznesowymi będzie niezbędna do zapewnienia najwyższej klasy doświadczeń cyfrowych i przyspieszenia cyfrowej transformacji.

Standardowe podejście do monitoringu całej infrastruktury informatycznej wiąże się z potrzebą analizy ogromnych ilości danych telemetrycznych. Specjaliści IT zdają sobie sprawę, że muszą przede wszystkim obserwować to, co ma znaczenie, stosując filtr „biznesowy”, dzięki czemu mogą szybko zlokalizować najbardziej istotne informacje i na ich podstawie podjąć odpowiednie działania.

Z raportu Cisco AppDynamics wynika również, że specjaliści odpowiedzialni za IT są w pełni świadomi, że mierzenie wydajności systemów IT musi być osadzone w odpowiednim kontekście danych biznesowych i w czasie rzeczywistym. Mimo to, dwie trzecie z nich (66%) nie dysponuje potrzebnymi zasobami i wsparciem w tej materii. Z kolei 96% wskazuje na co najmniej jedną barierę, którą ich organizacja musi pokonać, by przyjąć to nowe podejście.

Metodologia badań

Aby lepiej zrozumieć wyzwania przed jakimi stoją specjaliści IT w 2021 roku oraz ocenić celowość i konieczność ciągłego monitorowania całej infrastruktury w kontekście biznesowym, Cisco AppDynamics przeprowadziło kompleksowe globalne badanie, w którym wzięli udział zarówno specjaliści na poziomie zarządu i CIO, jak również przedstawiciele kierownictwa IT wyższego i średniego szczebla.

Wyniki badania opracowano na podstawie wywiadów z 1050 specjalistami IT w organizacjach o obrotach co najmniej 500 milionów USD. Wywiady przeprowadzono w 11 krajach: Australii, Kanadzie, Francji, Niemczech, Indiach, Japonii, Rosji, Singapurze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Respondenci pochodzą z różnych branż, w tym IT, usług finansowych, handlu detalicznego, sektora publicznego, produkcji i motoryzacji oraz mediów i komunikacji. Wszystkie badania zostały przeprowadzone przez Insight Avenue w grudniu 2020 r. i styczniu 2021 r.

W 70 proc. firm spożywczych koszty są dużo wyższe niż rok temu

Zgodnie z badaniem przeprowadzonym przez Food Research Institute wśród menedżerów z branży przetwórstwa żywności, na przestrzeni minionych 12 miesięcy aż 9 na 10 firm spożywczych odnotowało wzrost kosztów. W 7 na 10 przedsiębiorstw wzrost ten był wyraźny lub bardzo wyraźny. Oceny dotyczące przychodów i opłacalności produkcji, jak również spływające dane makroekonomiczne, poprawiają jednak nastroje w branży.

W ramach pracy nad swoim Indeksem nastrojów branży spożywczej Food Research Institute poprosił menedżerów m.in. o ocenę zmian kosztów, przychodów oraz opłacalności produkcji w ich przedsiębiorstwach w porównaniu z lutym 2020 r. Koszty wzrosły: „nieznacznie” w 10 proc. firm, „wyraźnie” w 48 proc. firm oraz „bardzo wyraźnie” w 22 proc. W 10 proc. się nie zmieniły. Nie było przedsiębiorstw, w których koszty by spadły.

Skąd wzrost kosztów w minionym roku

Jak podkreśla Dariusz Chołost, General Manager Food Research Institute, rosnących kosztów firm spożywczych trzeba upatrywać w co najmniej kilku źródłach. – Najważniejszą przyczyną był ogólny wzrost kosztów produkcji, który dotyczył całego przemysłu. Drugą istotną sprawą były wydatki na zachowanie ścisłego reżimu sanitarnego w sytuacji pandemii, co w branży przetwórstwa żywności musiało być i jest kluczowym wymogiem dla produkcji – mówi Dariusz Chołost. Badanie opinii do lutowego Indeksu FRI było prowadzone dopiero po miesiącu funkcjonowania podatku cukrowego oraz wyższej płacy minimalnej i stawki godzinowej płacy minimalnej, stąd wpływ tych czynników będzie widoczny lepiej w kolejnej fali badania.Food Research Institute koszty

Przychody też rosły

Z badania FRI wynika, że na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy rosły także przychody firm spożywczych. Aż 36 proc. zapytanych menedżerów wskazało na wzrost przychodów w ujęciu rok do roku. W 43 proc. firm przychody były porównywalne. Na niższe przychody wskazało jedynie 21 proc. zapytanych menedżerów. Opłacalność produkcji była niższa niż rok temu w 30 proc. firm a poprawiła się w 37 proc. firm. W 33 proc. firm pozostała na mniej więcej tym samym poziomie.

Ocenom menedżerów towarzyszą dobre informacje z rynku. Z danych GUS wynika, że wzrost wyniku finansowego ze sprzedaży w branży produkcji żywności i napojów w okresie I-IIIQ 2020 r. w relacji do tego samego okresu rok wcześniej sięgnął 14 proc.[1]. Z kolei wstępne dane za 2020 r. pokazują rekordowy wynik eksportu na poziomie 34 mld zł.

To wszystko sprawia, że nastroje w branży są coraz lepsze. – Indeks FRI, odzwierciedlający nastawienie menedżerów, wzrósł między listopadem 2020 r. a lutym b.r. o 3 pkt., do wartości 56,2 pkt.  To drugi kwartał, gdy Indeks rośnie. Ostrożnego optymizmu jest w branży coraz więcej – podsumowuje Dariusz Chołost.

Co z kosztami w tym roku

Ekspert Food Research Institute wskazuje, że również w tym roku branża będzie musiała sobie radzić z rosnącymi kosztami. Coraz droższe są surowce do produkcji żywności. Sporo kosztów, szczególności w branży mięsnej, nadal będzie wynikać z konieczności dostosowania produkcji do wymogów środowiskowych. Na branżę napojów mocno wpłynie podatek cukrowy. – Najlepiej z presją kosztową dają sobie radę producenci, którzy sprzedają dużo za granicę. Przykładem jest branża mleczarska, gdzie można mówić o względnej stabilizacji kosztów oraz stosunkowo dużych szansach na utrzymanie wysokich marż – mówi Dariusz Chołost.

——

Indeks FRI (Indeks Food Research Institute, wcześniej Indeks IBŻ) to liczony co kwartał wskaźnik, pokazujący nastroje w sektorze przetwórstwa rolno-spożywczego. Badanie z lutego 2021 r. zostało przeprowadzone metodą wywiadu telefonicznego i on-line, wspomaganego komputerowo (CATI/CAWI) na grupie 206 menedżerów firm z branży. Indeks FRI jest liczony jako średnia arytmetyczna ze wskaźników składowych, gdzie udział każdego składnika jest równy udziałowi danej podgrupy, dla której został policzony. Indeks FRI powyżej 50 pkt. oznacza poprawę nastrojów w porównaniu z poprzednim miesiącem, poniżej 50 pkt. – pogorszenie nastrojów. 50 pkt. oznacza brak zmiany.

[1] Opracowanie własne na podstawie danych GUS:
https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/przemysl/naklady-i-wyniki-przemyslu-1-3-kwartal-2019-roku,4,36.html

https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/przemysl/naklady-i-wyniki-przemyslu-i-iii-kwartal-2020-roku,4,40.html

Najem instytucjonalny na celowniku inwestorów

Do najbardziej dojrzałych rynków najmu instytucjonalnego w Europie należą Niemcy, Szwajcaria, Holandia i kraje nordyckie. W Polsce sektor PRS jest jeszcze we wczesnej fazie rozwoju, jednak coraz więcej inwestorów wyraża chęć stworzenia nad Wisłą portfeli liczących tysiące mieszkań na wynajem. Jak będzie rozwijał się polski rynek najmu instytucjonalnego – prognozują eksperci Cushman & Wakefield.

W Danii na sektor najmu instytucjonalnego przypada prawie 50% rocznego wolumenu transakcji na rynku nieruchomości. Tymczasem udział sektora mieszkań na wynajem w całym rynku inwestycyjnym w naszym regionie wynosi obecnie niecałe 5%, z tendencją wzrostu do 10% w najbliższych latach.

W Polsce mieszkania na wynajem stanowią szacunkowo ok. 15% całkowitych zasobów mieszkaniowych (2,3 mln z 14,8 mln mieszkań). Większość jest w rękach prywatnych lub gmin. Liczba mieszkań planowanych lub będących w budowie z przeznaczeniem na wynajem szacowana jest na 35 tys., z czego ok. 10-15% zostanie oddanych do użytku na przestrzeni najbliższych 12-18 miesięcy. Na rozwój sektora PRS wpływają zmiany demograficzne, ekonomiczne i społeczne – w Polsce są one jeszcze przed nami. Większość deweloperów mieszkaniowych dopiero zaczyna rozważać realizację inwestycji w sektorze najmu instytucjonalnego, do czego zachęcają ich bardzo dobre wyniki sprzedaży mieszkań w poprzednich latach, które utrzymują się pomimo pandemii.

Pomimo zawirowań związanych z COVID-19 ceny mieszkań na rynku pierwotnym i wtórnym w Warszawie i największych miastach regionalnych nie spadły. Jest to spowodowane przede wszystkim przez nadal stosunkowo wysoki popyt. Duża część zamożnych inwestorów indywidualnych inwestujących w obligacje skarbowe lub posiadających lokaty bankowe, które obecnie nie przynoszą praktycznie żadnych odsetek, stara się chronić wartość posiadanego kapitału i dlatego kupuje mieszkania za gotówkę – mówi Mira Kantor–Pikus Partner, odpowiedzialna w Dziale Rynków Kapitałowych Cushman & Wakefield za finansowanie kapitałowe, dłużne i inwestycje alternatywne.

Polska ma jeden z najniższych wskaźników pokoi na osobę w Unii Europejskiej, który wynosi 1,1 w porównaniu ze średnią unijną na poziomie 1,6. Również wskaźnik dostępności mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców stanowi 80% średniej unijnej. Szacuje się, że w stosunku do potrzeb w Polsce nadal brakuje ok. 2 milionów mieszkań. Ponadto w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej Polacy mają większą zdolność nabywania mieszkań, a trendy migracyjne wzmacniają popyt dzięki rosnącej imigracji netto.

Wszyscy inwestorzy szukają okazji inwestycyjnych i porównują stosunek zysków do ryzyka związanego z daną inwestycją. W Polsce interesująco przedstawia się dynamika popytu i podaży. To także duży rynek, który oferuje wiele możliwości inwestowania i ma nadal silne fundamenty ekonomiczne – komentuje Jeff Alson Partner na Europę Środkową, Grupa Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Wyzwaniem dla sektora PRS w Polsce może być brak wiarygodnych i doświadczonych operatorów, koszty zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym, niewielka liczba badań rynkowych, a także niezdecydowanie inwestorów instytucjonalnych, między innymi z Niemiec. Eksperci Cushman & Wakefield przewidują, że ta wczesna faza rozwoju polskiego sektora PRS w Polsce potrwa około 12 miesięcy, a proces osiągania dojrzałości z pewnością nieco dłużej.

Inwestorzy i uczestnicy rynku działają obecnie bardziej elastycznie. Dzięki dostępności profesjonalnej wiedzy można szybko się dostosować. To prawda, że nie ma wielu doświadczonych operatorów wysokiej klasy, ale to się zmienia. Za trzy lata Polska będzie znacznie bardziej dojrzałym rynkiem z rosnącym udziałem tej klasy aktywów w wolumenie transakcji – mówi Jeff Alson.

Według ekspertów w najbliższych trzech-pięciu latach sektor PRS będzie się rozwijał w ramach zakupów bezpośrednich i większych przedsięwzięć typu joint venture. Poziom cen będzie uzależniony od sukcesu pierwszych transakcji, rynku mieszkań kupowanych na własność, kosztów operacyjnych i zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym.

Większość zagranicznych inwestorów będzie uwzględniała koszt zabezpieczenia przed tym ryzykiem, co może wpłynąć na obniżenie zysków netto. Z drugiej strony zakładając finansowanie dłużne inwestycji w oparciu o kredyt w złotych na poziomie 55-60%, inwestor musi zabezpieczyć tylko wolną gotówkę, co z kolei skompensowałoby część strat – mówi Mira Kantor – Pikus.

Warto zauważyć, że jak dotąd żaden fundusz inwestycyjny nie sfinalizował transakcji dotyczącej w pełni skomercjalizowanego czy wynajętego obiektu lub portfela budynków z mieszkaniami przeznaczonymi na wynajem instytucjonalny.

Kto będzie inwestował w sektor PRS w Polsce? Mieszkaniami na wynajem interesują się inwestorzy reprezentujący kapitał zagraniczny. Początkowo będzie to prawdopodobnie przede wszystkim kapitał europejski. Niezależnie od pandemii niektórzy deweloperzy rozważają możliwości dywersyfikacji strategii wyjścia z inwestycji, a popyt inwestycyjny będzie się utrzymywał zważywszy na niski koszt kapitału oraz niewielkie ryzyko inwestycji mieszkaniowych.

Sektor PRS znajduje się w kręgu zainteresowań wszystkich najważniejszych międzynarodowych firm zarządzających funduszami inwestycyjnymi współpracujących z funduszami emerytalnymi, towarzystw ubezpieczeniowych oraz funduszy państwowych pochodzących z Europy i USA, a nawet niektórych funduszy z regionu Azji i Pacyfiku. Nie wiemy jednak, ile z nich faktycznie zainwestuje w Polsce w ramach alokowania kapitału w Europie – mówi Jeff Alson.

PIU: pandemia skłania do zakupu prywatnych ubezpieczeń

COVID-19 uświadomił Polakom, jak ważny jest szybki dostęp do wysokiej jakości usług medycznych oraz lekarzy specjalistów. Z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiej Izby Ubezpieczeń[1] wynika, że co piąta ankietowana osoba, mająca prywatne ubezpieczenie zdrowotne, kupiła je lub przedłużyła w wyniku pandemii. Dodatkowo 40 proc. respondentów nieposiadających prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rozważało jego zakup. Ponad połowa ze względu na sytuację epidemiczną.

Pandemia bez wątpienia spowodowała wzrost zainteresowania prywatną opieką medyczną. Pokazują to nie tylko wyniki naszego badania, ale także dane ubezpieczycieli, z których wynika, że Polaków posiadających prywatne polisy zdrowotne ciągle przybywa. Ponadto osobom, które kupiły takie ubezpieczenia oraz firmom oferującym je w ramach benefitów pracowniczych, zależy na utrzymaniu ochrony ubezpieczeniowej – komentuje Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.

Polacy gotowi dopłacać do prywatnej opieki medycznej

Ponad 80 proc. uczestników badania PIU zadeklarowało gotowość ponoszenia dodatkowych miesięcznych opłat za opiekę medyczną, poza składkami płaconymi na NFZ. Ponad połowa tych osób uważa, że największą zaletą prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych jest szybki dostęp do specjalistów. Ważna jest dla nich również możliwość skorzystania z najnowszych technologii, do których dostęp w systemie publicznym jest trudny (29 proc.), a także krótki termin oczekiwania na zabieg czy operację (24 proc.) oraz tomografię, rezonans magnetyczny i inne badania diagnostyczne (24 proc.).

Dodatkowo 70 proc. respondentów stwierdziło, że mogłoby opłacać dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, gdyby możliwe było odliczenie tej kwoty od podatku.

Zaciągnęliśmy dług zdrowotny

Publiczna opieka zdrowotna od dłuższego czasu boryka się z problemami kadrowymi i finansowymi, a pandemia znacząco pogorszyła sytuację. System jest obecnie przeciążony. Dodatkowo, w ubiegłym roku zaobserwowaliśmy wyraźne pogorszenie stanu zdrowia Polaków, spowodowane zaciąganiem tzw. długu zdrowotnego. Mnóstwo osób odłożyło na później badania profilaktyczne i diagnostyczne, a nawet leczenie. W efekcie pacjenci trafiają do placówek medycznych, gdy choroba jest już w zaawansowanym stadium, co zmniejsza szanse na powrót do zdrowia. Pomocne byłyby więc rozwiązania, które ułatwiłyby finansowanie dodatkowych polis zdrowotnych i tworzenie prywatnych ubezpieczeń, zapewniających szybki dostęp przede wszystkim do profilaktyki oraz ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Jednym z nich może być możliwość odliczenia od podatku kwoty przeznaczanej na prywatną opiekę medyczną – dodaje Dorota M. Fal.

Wizyta u specjalisty – najlepiej prywatnie

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne sprawdzają się w profilaktyce oraz szybkiej diagnostyce i mają coraz większy udział w finansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Osoby, które wzięły udział w badaniu PIU, zadeklarowały, że w ubiegłym roku z prywatnej opieki medycznej korzystały przede wszystkim w przypadku zabiegów stomatologicznych (są to głównie wydatki z własnej kieszeni, a nie z pakietu medycznego), wizyt u lekarza specjalisty, badań USG lub RTG oraz rehabilitacji. Z danych ubezpieczycieli wynika, że rośnie zainteresowanie konsultacjami z internistami i pediatrami w ramach pakietów medycznych. W najbliższej przyszłości PIU przewiduje więc dalszy wzrost popularności prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

[1] Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-12 października 2020 r. przez agencję SW RESEARCH na grupie 2000 aktywnych zawodowo Polaków w wieku 25-60 lat, którzy posiadają ubezpieczenie w NFZ.

Nawet 58% prób przywracania kopii zapasowych kończy się niepowodzeniem! Nowy raport Veeam

Jak wynika z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku, pandemia COVID-19 spowodowała znaczny spadek wydatków firm na transformację cyfrową. 40% globalnych przedsiębiorstw uważa niepewność ekonomiczną za największą barierę transformacji cyfrowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a jedna trzecia spowolniła lub wstrzymała w ubiegłym roku takie przedsięwzięcia

Jak wynika z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku (Veeam Data Protection Report 2021), problemy z ochroną danych utrudniają transformację cyfrową przedsiębiorstwom na całym świecie. Tworzenie kopii zapasowych kończy się niepowodzeniem w 58% przypadków, co oznacza, że dane pozostają bez ochrony. Zdaniem 40% ankietowanych dyrektorów wyższego szczebla w ciągu najbliższego roku największymi przeszkodami dla transformacji cyfrowej będą niepewność i spowolnienie gospodarcze na skutek pandemii COVID-19. Niewystarczająca ochrona danych oraz problemy z ciągłością biznesową utrudnią firmom także przekształcenia. Raport został opracowany na podstawie badania przeprowadzonego przez firmę Veeam® Software ― lidera w dziedzinie rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych i dostawcę rozwiązania Cloud Data Management™.

Ponad 3000 osób, które podejmują decyzje dotyczące technologii informatycznych w globalnych przedsiębiorstwach, wypowiedziało się na temat swojego podejścia do ochrony danych i zarządzania nimi. Było to największe tego rodzaju badanie przeprowadzone w celu sprawdzenia, jak przedsiębiorstwa przygotowują się do nowych wyzwań, takich jak zmiany popytu i przerwy w świadczeniu usług, następstwa globalnych zdarzeń (np. pandemii COVID-19) oraz realizacja ambitnych celów w zakresie modernizacji informatycznej i transformacji cyfrowej.

„W ciągu minionych 12 miesięcy dyrektorzy przedsiębiorstw z całego świata musieli zmierzyć się z wieloma wyzwaniami dotyczącymi ochrony danych w bardzo zróżnicowanych środowiskach operacyjnych” ― powiedział Danny Allan, dyrektor ds. technicznych i wiceprezes ds. strategii produktu w firmie Veeam. „Aby utrzymać się na rynku w dobie pandemii, firmy przyspieszają inicjatywy w dziedzinie transformacji cyfrowej o kilka miesięcy, a nawet lat. Przeszkodę stanowią przestarzałe technologie informatyczne i funkcje ochrony danych. Nie bez znaczenia jest również fakt, że rozwiązywanie najpilniejszych problemów związanych z pandemią COVID-19 wymaga inwestowania dużych nakładów czasu i pieniędzy. Dopóki te bariery nie zostaną usunięte, trudno będzie mówić o efektywnej transformacji cyfrowej”.

Działania niezbędne w celu zapewnienia ochrony danych

Respondenci stwierdzili, że stosowane przez nich funkcje ochrony danych nie nadążają za wymaganiami transformacji cyfrowej. Zagrażają ciągłości biznesowej i mogą mieć poważne konsekwencje zarówno dla reputacji, jak i działalności przedsiębiorstwa. Choć tworzenie kopii zapasowych jest ważnym elementem nowoczesnych systemów ochrony danych, to 14% wszystkich danych nie jest w ogóle kopiowane, a ich odtwarzanie nie udaje się w 58% przypadków. Dane przedsiębiorstw pozostają więc niezabezpieczone, a po atakach cybernetycznych nie można ich odtworzyć. Ponadto często zdarzają się nieoczekiwane przestoje. W ciągu minionych 12 miesięcy doświadczyło ich 95% przedsiębiorstw, a co czwarty serwer miał co najmniej jeden taki przestój. Przestoje i utrata danych wpływają na wyniki finansowe przedsiębiorstw. Zdaniem ponad połowy dyrektorów narażają one firmę na utratę zaufania klientów, pracowników i akcjonariuszy.

„Niepowodzenie procesu tworzenia kopii zapasowych i odtwarzania danych ma dwie główne przyczyny. Pierwszą z nich jest błąd lub przekroczenie limitu czasu podczas tworzenia kopii zapasowych, drugą ― niezapewnienie określonego w umowie poziomu usług podczas odtwarzania danych” ― powiedział Danny Allan. „Krótko mówiąc, jeśli nie uda się utworzyć kopii zapasowej, dane pozostaną bez ochrony, co stanowi duży problem dla firmy, ponieważ skutki utraty danych i nieplanowanych przestojów mogą mieć szeroki zakres – od niezadowolenia klientów po spadek cen akcji. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że zagrożenia cyfrowe rozwijają się w tempie wykładniczym. W rezultacie powstaje luka między możliwościami ochrony danych a potrzebami przedsiębiorstw w zakresie transformacji cyfrowej. Usunięcie tej luki jest bardzo ważne w chwili, gdy firmy odczuwają presję na szybsze wdrażanie technologii chmurowych w celu obsługi klientów w gospodarce cyfrowej”.

Wpływ pandemii COVID-19 na strategie informatyczne

Dyrektorzy wyższego szczebla zdają sobie sprawę, że wdrożenie modelu opartego przede wszystkim na chmurze jest koniecznością. W związku z pandemią COVID-19 muszą przyspieszyć transformację cyfrową i zmienić sposób świadczenia usług informatycznych. Wiele przedsiębiorstw już to zrobiło. 91% respondentów rozszerzyło usługi w chmurze w ciągu pierwszych miesięcy pandemii, podczas gdy większość wciąż kontynuuje ten proces, a 60% zamierza dodać więcej usług chmurowych do swojej strategii informatycznej. Choć firmy wiedzą, że w ciągu najbliższego roku muszą przyspieszyć transformację cyfrową, 40% respondentów przyznaje, iż niepewność gospodarcza może im w tym przeszkodzić.

Niezawodność jako podstawa transformacji cyfrowej

Podczas gdy coraz więcej przedsiębiorstw szybko wdraża nowoczesne usługi informatyczne, brak odpowiednich funkcji i zasobów w zakresie ochrony danych może zahamować, a nawet uniemożliwić transformację cyfrową. Dyrektorzy wyższego szczebla już o tym wiedzą. 30% przyznaje, że transformacja cyfrowa w ich firmach zwolniła lub zatrzymała się w ciągu minionych 12 miesięcy. Przyczyny są różne: zbyt duża koncentracja działu informatycznego na bieżącej obsłudze systemów podczas pandemii (53%), zależność od starszych systemów informatycznych (51%) czy brak odpowiednio wykwalifikowanych informatyków potrafiących wdrażać nowe technologie (49%). W ciągu najbliższego roku liderzy działów informatycznych będą chcieli usunąć takie bariery poprzez znalezienie skutecznych zabezpieczeń, a prawie jedna trzecia zamierza przenieść ochronę danych do chmury.

„Jedną z ważnych zmian, jakie zaobserwowaliśmy podczas minionego roku, jest coraz głębszy podział na przedsiębiorstwa planujące transformację cyfrową oraz takie, które są do niej gorzej przygotowane. Te pierwsze radzą sobie znacznie lepiej” ― stwierdza Allan. „Pierwszym krokiem do transformacji cyfrowej jest osiągnięcie cyfrowej odporności. Przedsiębiorstwa na całym świecie chcą szybko modernizować swoje systemy ochrony danych w oparciu o chmurę. Do 2023 roku 77% firm będzie korzystać z systemów kopii zapasowych opartych przede wszystkim na chmurze. Zwiększy to niezawodność tworzenia kopii zapasowych, usprawni zarządzanie kosztami i zwolni zasoby informatyczne, dzięki czemu przedsiębiorstwa będą mogły lepiej skupić się na projektach transformacji cyfrowej i osiągać sukcesy w nowej gospodarce”.

Oto inne ważne spostrzeżenia z raportu firmy Veeam na temat ochrony danych w 2021 roku:

  • Hybrydowe systemy informatyczne obejmujące środowiska fizyczne, wirtualne i chmurowe. W ciągu najbliższych dwóch lat większość przedsiębiorstw będzie stopniowo, lecz ciągle zmniejszać liczbę serwerów fizycznych, utrzymywać i wzmacniać zwirtualizowaną infrastrukturę oraz wdrażać strategie stawiające na pierwszym miejscu chmurę. W rezultacie do 2023 roku połowa obciążeń produkcyjnych zostanie przeniesiona do chmury, co zmusi firmy do zmiany strategii ochrony danych pod kątem nowych środowisk produkcyjnych.
  • Coraz więcej kopii zapasowych tworzonych w chmurze. Proces tworzenia kopii zapasowych przenosi się z systemów lokalnych do chmur zarządzanych przez dostawców usług (o ile w 2020 roku na chmurę przypadało 29% kopii zapasowych, to w 2023 przewiduje się 46%).
  • Większe znaczenie niezawodności. Zdaniem 31% respondentów zwiększenie niezawodności jest najważniejszym czynnikiem, który skłania globalne przedsiębiorstwa do zmiany głównego rozwiązania do tworzenia kopii zapasowych.
  • Większy zwrot z inwestycji. 22% respondentów twierdzi, że najważniejszym czynnikiem skłaniającym firmy do zmiany rozwiązania jest jego opłacalność, w tym większy zwrot z inwestycji i niższy całkowity koszt posiadania.
  • Luka dotycząca dostępności. 80% przedsiębiorstw uważa, że nie może odzyskiwać aplikacji tak szybko, jak tego potrzebuje.
  • Luka dotycząca ochrony. 76% respondentów twierdzi, że częstotliwość tworzenia kopii zapasowych jest zbyt mała w odniesieniu do ilości danych, na utratę której mogą sobie oni pozwolić w przypadku przestoju.
  • Nowoczesna ochrona danych. 46% przedsiębiorstw na całym świecie zamierza nawiązać współpracę z dostawcą usług tworzenia kopii zapasowych (ang. Backup as a Service ― BaaS) do 2023 roku, a 51% chce w tym samym czasie wdrożyć usługę odtwarzania danych po awarii (ang. Disaster Recovery as a Service ― DRaaS).
  • Pandemia COVID-19 wywarła ogromny wpływ na cyfrową transformację – ponad połowa (53%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej przyspiesza swoje inicjatywy w tym zakresie. Wskaźnik ten jest nieznacznie niższy od średniej globalnej (54%).
  • Prawie jedna trzecia (32%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej stwierdziła, że pod wpływem pandemii ich inicjatywy w zakresie cyfrowej transformacji zostały spowolnione lub wstrzymane. Spowodowało to zwiększenie „cyfrowej przepaści” pomiędzy firmami, które miały plan w zakresie cyfrowej transformacji (i przyspieszyły jego realizację) a firmami, które były gorzej przygotowane (i w związku z tym ich transformacja spowolniła).
  • Ponad jedna trzecia (38%) wszystkich kopii zapasowych może nie nadawać się do odtwarzania – przedsiębiorstwa z Europy Wschodniej stwierdziły, że zadania dotyczące wykonywania tych kopii zawierały błędy lub nie kończyły się w wyznaczonym czasie. W przypadku 42% operacji odtworzenia nie spełniono wymagań umów SLA. W ujęciu globalnym ponad połowa (58%) wszystkich operacji odtwarzania kopii zapasowych skończyła się niepowodzeniem i dane nie będą mogły zostać odtworzone, gdy będą potrzebne.
  • Przeważająca większość (96%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej ma do czynienia z niespodziewanymi przestojami. W ciągu ostatnich 12 miesięcy w prawie jedna czwartej z nich (22%) wystąpiły przestoje na ponad jednej czwartej ich serwerów.
  • Dwie trzecie (68%) przedsiębiorstw z Europy Wschodniej ma do czynienia z „luką w zakresie ochrony”, czyli różnicą pomiędzy częstotliwością, z jaką tworzone są kopie zapasowe danych, a ilością danych, na których utratę firma może sobie pozwolić w razie awarii. Wskaźnik ten jest niższy od średniej globalnej (76%).

Informacje o raporcie

Veeam zlecił niezależnej firmie VansonBourne, która zajmuje się badaniami rynkowymi, przeprowadzenie badań ilościowych dotyczących technologii ochrony danych, a w szczególności ich wdrażania i postrzegania oraz związanych z nimi trendów rynkowych w przedsiębiorstwach na całym świecie. Badanie objęło 3000 osób, które podejmują decyzje w sprawie technologii informatycznych, w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 1000 pracowników z 28 krajów. Zostało przeprowadzone metodą ilościową zapewniającą bezstronność wyników.

Polityka Energetyczna Polski 2040 okiem polskich dostawców technologii

2 lutego 2021 r. Rada Ministrów przyjęła uchwałę dotyczącą strategii transformacji polskiej energetyki do 2040 roku. Opiera się ona na trzech filarach: sprawiedliwej transformacji, budowie równoległego, zeroemisyjnego systemu energetycznego oraz dobrej jakości powietrza. Realizacja tych trzech wytycznych będzie wymagała od polskiego rządu potężnych inwestycji w OZE oraz elektrownie atomowe. Prognozowane nakłady sięgają ok. 1,6 bln zł. To jednak nie wszystko. Wg strategii, już do 2028 r. aż 80 proc. gospodarstw domowych ma mieć w swojej dyspozycji nowoczesne liczniki zdalnego odczytu, wzmocniona ma zostać pozycja prosumentów, a usługi agregacji energii również będą rozwijane i upowszechniane. Te postulaty także wymagają zmian w infrastrukturze, przede wszystkim w zakresie urządzeń odczytu, jak i zaawansowanych układów pomiarowych.

PEP 2040 – główne wyzwania

Do realizacji założeń nowej Polityki Energetycznej Polski zostało niespełna 20 lat. W tym czasie rządy będą zobowiązane do podjęcia intensywnych działań mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego kraju przy zachowaniu konkurencyjności gospodarki, jak również zwiększenia efektywności energetycznej przy zmniejszeniu oddziaływania sektora na środowisko naturalne. Według PEP 2040, transformacja energetyczna będzie wymagała zaangażowania wielu podmiotów i poniesienia znacznych nakładów inwestycyjnych, których skala w latach 2021–2040 może sięgnąć nawet ok. 1,6 bln zł. Jest to, jak na polskie warunki, kwota niewyobrażalnie wysoka.

– Energia elektryczna dla gospodarki i konsumentów jest dobrem o znaczeniu strategicznym. Zużycie prądu jest w Polsce coraz większe, a restrykcje emisyjne wymagają natychmiastowych działań. Znalezienie zatem środków na realizację PEP 2040 powinno być priorytetem – mówi Paweł Pisarczyk, prezes zarządu Atende Industries z Grupy Atende.

Podstawą systemu energetycznego w przyszłości będzie rozproszona energetyka obywatelska. W sejmie obecnie procedowany jest rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy – Prawo energetyczne oraz niektórych innych ustaw, który m.in. spowoduje dostosowania polskiego prawa do przepisów obowiązujących w UE, jeśli chodzi o sprawne funkcjonowanie systemu inteligentnego opomiarowania w sektorze elektroenergetycznym stanowiącym klucz do wdrożenia energetyki prosumenckiej.

Cele określone w Polskiej Polityce Energetycznej 2040 istotnie są bardzo ambitne. By zostały w pełni zrealizowane, powinniśmy zacząć nad nimi pracować już … wczoraj. Pierwszym i wcale nie najmniej skomplikowanym etapem prac musi być kwestia regulacji i rozporządzeń prawnych. To jest fundament, na podstawie którego można kontynuować proces realizacji strategii – mówi Paweł Pisarczyk.

Do wypełnienia postulatów dotyczących wzmocnienia udziałów prosumentów wymagane są inteligentne liczniki. Z szacunkowych danych operatorów sieci dystrybucyjnych wynika, że obecnie inteligentne liczniki zainstalowane są u ok. 1,9 mln odbiorców końcowych. Docelowa, łączna liczba odbiorców końcowych szacowana jest na ok. 16,3 mln. Do wymiany pozostało więc ok. 14,4 mln tych liczników.

– Z satysfakcją przyjęliśmy nowe akcenty w polityce klimatycznej Rządu RP. Cieszy nas  rosnący udział OZE w krajowym miksie energetycznym, postępująca cyfryzacja sektora energetycznego, nowe regulacje związane ze smart meteringiem i  poprawą efektywności energetycznej. Apator jest gotowy pod względem produktowym i operacyjnym na roll’out liczników inteligentnych w Polsce – zapewnia Artur Bratkowski, Dyrektor ds. Aparatury i Systemów Pomiarowych Apator S.A.

– Trzeba jednak wyraźne powiedzieć, że wymiana urządzeń na tak dużą skalę będzie dla OSD ogromnym wyzwaniem i przedsięwzięciem logistycznym. Kluczowe będą rozporządzenia do ustawy – Prawo energetyczne, które określą m.in. wymagania dotyczące liczników i systemów odczytowych. Konieczne jest też sprecyzowanie ważnych kwestii związanych np. z cyberbezpieczeństwem. Pamiętajmy, że liczniki smart będą pracowały w sieci energetycznej – wrażliwej dla bezpieczeństwa kraju. Dostawcy tego typu urządzeń powinni być gruntownie zweryfikowani a bezpieczeństwo dostarczanych przez nich urządzeń i systemów potwierdzone rzetelnymi audytami. Zamawiający powinni brać pod uwagę także wsparcie na miejscu zespołów inżynierskich i serwisowych dostawcy. Uważam, że to solidne argumenty, aby spółki energetyczne zwróciły swoją uwagę ku podmiotom krajowym i europejskim.

Stworzyliśmy nie tylko urządzenia, ale także układy pomiarowe, które swoją funkcjonalnością przypominają współczesne komputery. Prawie milion polskich gospodarstw domowych posiada już liczniki odczytywane przez oferowany przez nas system redGrid – ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Mamy także oprogramowanie besmart.energy, służące do zarzadzania lokalnymi społecznościami, w których prosumenci wytwarzają energię – dodaje Paweł Pisarczyk.

Dane podstawą transformacji polskiego sektora energetyki

Do efektywnego zarządzania poborem mocy przez tzw. klastry energii potrzebne są dane, które dostarczane są w czasie rzeczywistym. Zgodnie z PEP 2040, Krajowy System Elektroenergetyczny zobowiązany jest zapewnić pełne bezpieczeństwo energetyczne. Oznacza to konieczność utrzymania stabilności dostaw energii nie tylko poprzez rozbudowę i modernizację infrastruktury OSP (systemy przesyłowe) i OSD (systemy dystrybucyjne) czy zapewnienie pokrycia zapotrzebowania na moc poprzez budowę m.in. kolejnych źródeł energii odnawialnej. Konieczne jest przede wszystkim sprawne zarządzanie siecią elektroenergetyczną w czasie rzeczywistym, aby szybko reagować na awarie czy zachwiania pracy systemu.

– PEP2040 zakłada, że OSD będą inwestować w OZE oraz wspierać aktywnych obiorców i bilansowanie lokalne. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że niedostarczenie konsumentom w czasie rzeczywistym lub zbliżonym do rzeczywistego informacji o ich zużyciu energii praktycznie uniemożliwia im aktywny udział w rynku energii elektrycznej i w procesie transformacji energetyki. Dlatego konsumenci muszą być wyposażeni w systemy inteligentnego opomiarowania i mieć dostęp do umów z cenami dynamicznymi energii elektrycznej – tylko wówczas będziemy mogli faktycznie czerpać korzyści z bezpośredniego uczestnictwa w tym rynku – mówi Artur Bratkowski.

– Jeżeli chcemy rzeczywiście się zmieniać, działania musimy oprzeć o wiarygodne dane – tworzyć energetykę opartą o bardzo konkretne liczby dotyczące bieżącej podaży i popytu. To jest trudny proces, który wymaga czegoś znacznie więcej niż tylko wymiany liczników na nowocześniejsze, dlatego że energetyka powinna czerpać dane z urządzeń pomiarowych wszelkiego typu, nie tylko z liczników. Urządzenia powinny przekazywać dane do chmury, a te można wykorzystać na wiele sposobów. Możliwe stanie się m.in. zbilansowanie energii, a także opracowanie predykcji, które pozwolą przewidzieć uszkodzenia i awarie infrastruktury. Pozwoli to na bieżąco reagować i utrzymać optymalny stan sieci elektroenergetycznej. Dane są najważniejszym elementem tej skomplikowanej układanki – dodaje Paweł Pisarczyk.

Przemysł 4.0 i Internet Rzeczy głównymi filarami zmian i wzmocnienia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw

Transformacja energetyczna wiąże się z budową nowych gałęzi przemysłu współuczestniczących w przekształceniach sektora energii.

– Mamy gigantyczne kompetencje potrzebne do budowy przemysłu 4.0. Polacy są uważani za jednych z najlepszych programistów na świecie. Mamy bardzo zdolnych młodych ludzi, którzy nie mają kompleksów i chcą zmieniać świat. Wygrywają olimpiady informatyczne. Rola informatyki w przemyśle 4.0 jest kluczowa. Atende od wielu lat rozwija platformy do gromadzenia dużych zbiorów danych z urządzeń skupionych w ekosystemie Internetu rzeczy, które bazują na naszej autorskiej bazie danych NoSQL o nazwie TStorage – mówi Paweł Pisarczyk.

Atende Industries to spółka, która aktywnie uczestniczy w procesie cyfrowej transformacji wielu sektorów przemysłu, w szczególności nowoczesnej energetyki. Tworzy oprogramowanie dla sieci Smart Grid (AMI), platformy dla energetyki rozproszonej, systemy do analizy otoczenia robotów współpracujących oraz platformy do przetwarzania danych z urządzeń Internetu rzeczy. Produkty oferowane przez Atende Industries bazują na autorskiej i rozwijanej od wielu lat technologii oraz na doświadczeniach związanych z wdrażaniem największego systemu inteligentnego opomiarowania w Polsce.

Jednym z głównych kierunków działalności spółki jest rozwój wyspecjalizowanych platform chmurowych dla Przemysłu 4.0. Głównymi produktami firmy są: redGrid (system klasy MDM i HES) do zarządzania inteligentnymi licznikami energii w nowoczesnych sieciach energetycznych Smart Grid, wdrożony m.in w Energa-Operator oraz besmart.energy – platforma chmurowa dla energetyki rozproszonej, pozwalająca na funkcjonowanie spółdzielni energetycznych i mikrosieci. Firma rozwija także platformę besmart.vision służącą do sterowania robotami współpracującymi (cobotami) bazującą na inteligentnej analizie otoczenia oraz besmart.dev – platformę do gromadzenia i przetwarzania danych z urządzeń Internetu Rzeczy.

Atende Industries we współpracy z Apator S.A. tworzy rozwiązania dla sektora elektroenergetycznego. Obecnie spółki, wraz ze spółką Phoenix Systems z Grupy Atende, pracują nad innowacyjnym licznikiem, którego funkcje są bardzo rozbudowane. Urządzenie działa podobnie do konwencjonalnego komputera, na którym można uruchamiać aplikacje pozwalające komunikować się z oświetleniem lub inwerterami i dają informacje w czasie rzeczywistym.

– Liderzy rynkowi muszą podążać za transformacją rynku, a nawet antycypować trendy i wyprzedzać oczekiwania klientów sektora utilities. Apator każdego roku wdraża na rynek innowacyjne rozwiązania pomiarowe np. nowe generacje liczników z zastosowaniem nowoczesnych technologii komunikacyjnych będące optymalnym rozwiązaniem dla sieci energetycznych z rosnącym udziałem rozproszonych odnawialnych źródeł energii. Nasz licznik OTUS, stosowany dziś m.in. w instalacjach prosumenckich, zapewnia szerokie parametry pomiarów oraz różnorodność w zakresie sposobu komunikacji  – mówi Artur Bratkowski. – Warto przy tym wspomnieć, że Apator wypracowuje rozwiązania zarówno w ramach własnych biur R&D, ale także w oparciu o partnerstwa technologiczne, czego przykładem jest współpraca z zespołami z Grupy Atende. Pracujemy obecnie wspólnie nad nowymi rozwiązaniami, które wniosą nową jakość w zakresie skuteczności pomiarów, ale także otworzą drzwi dla rozwoju zupełnie nowych usług w oparciu o dane pomiarowe.

– Rynek dostrzega korzyści z zastosowania takiego licznika dlatego, że można zainstalować na nim aplikacje, które będą „rozmawiały” z urządzeniami bez udziału operatora. Współpraca z Apatorem jest przykładem klasycznej synergii. Dzięki takiemu aliansowi jesteśmy w stanie zrobić naprawdę inteligentne urządzenie. To jest rewolucja, którą można porównać wejściem na rynek smartfonów – podsumowuje Paweł Pisarczyk.

Euro powyżej 4,60. Dolar w odwrocie

Prognozy braku podnoszenia stóp procentowych w najbliższym czasie w USA spowodowały, że inwestorzy wyprzedali wczoraj dolara. Tym samym amerykańska waluta ponownie znajduje się w okolicach 1,20 dolara za 1 euro.

FOMC osłabia dolara

Na wczorajszym posiedzeniu FOMC (Federalnego Komitetu ds. Otwartego Rynku) poznaliśmy prognozy członków amerykańskiego odpowiednika naszej RPP na stopy procentowe w przyszłości. Okazuje się, że pomimo rosnącej inflacji prognozy wskazują na przejściowy charakter tego wzrostu. W rezultacie członkowie tego gremium nie oczekują w najbliższych kwartałach możliwości podwyżek stóp procentowych. Dotychczasowy scenariusz przewidywał taką możliwość. Inwestorzy zresztą w ramach tego scenariusza podkupywali dolara, widząc okazję do zysku, gdy stopy procentowe wzrosną, a amerykańska waluta się umocni. W rezultacie po publikacji tych oczekiwań doszło do wyraźnej przeceny dolara względem głównych walut.

Rynek nieruchomości w USA

Wydawać się może dziwnym, że dane z rynku nieruchomości są takie istotne. Poprzedni kryzys z 2008 roku jest jednak silnie powiązany z tym rynkiem. Dlatego też analitycy bacznie obserwują, co dzieje się w nieruchomościach. W lutym zarówno liczba rozpoczętych budów domów, jak i uzyskanych pozwoleń na budowę wypadły poniżej oczekiwań. Spowolnienie na tym rynku jest zatem zawsze pewnym ostrzeżeniem. Z drugiej strony należy też brać pod uwagę, że pandemia spowodowała wyraźny rozwój tej branży. Lockdown spowodował, że ci, których było na to stać, podjęli działania, by zwiększyć metraż, na którym mieszka. Dobrym dowodem na skalę wzrostów jest to, że w 2019 roku był tylko jeden miesiąc lepszy od lutego 2021. Nieosiągnięcie oczekiwanych poziomów jest raczej sugestią, że tempo wzrostu spada niż, że mamy realny problem.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Dzisiaj od rana poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej nad Wisłą. Rośnie ona o 2,7% w ujęciu rocznym, co biorąc pod uwagę pandemiczny rok, nie jest złym rezultatem. Widząc jednak poprzednie dane, analitycy spodziewali się wyniku o 1,2% wyższego. Rezultatem tych danych była przecena złotego. Polska waluta od rana traci już dwa grosze względem euro, które dotarło już do poziomu 4,62 zł.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

W 2020 r. utrzymanie mieszkania podrożało aż o 7%

Wielu Polaków skarży się na ubiegłoroczną inflację i wzrost cen widoczny w ostatnich tygodniach. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, o ile utrzymanie mieszkania podrożało przez rok. Wnioski z analizy nie są zbyt optymistyczne.

Szybki wzrost cen od dawna jest powodem narzekań naszych rodaków. W ostatnim czasie to zjawisko dotyczyło również kosztów mieszkaniowych (m.in. ze względu na podwyżki cen prądu i opłat za wywóz odpadów). Niestety można spodziewać się, że to nie koniec podwyżek. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, o ile według oficjalnych danych utrzymanie mieszkania lub domu podrożało w minionym roku.

Główny Urząd Statystyczny niedawno potwierdził, że ubiegłoroczny wzrost cen w całej gospodarce wyniósł 3,4%. Na tym tle negatywnie wyróżniają się nośniki energii stanowiące ważny koszt utrzymania mieszkań. W przypadku wspomnianych nośników (gaz, prąd, opał, ciepło sieciowe), odnotowano bowiem wzrost cen wynoszący aż 4,9% (dane za okres I – XII 2020 r. względem I – XII 2019 r.).

Warto dodać, że w minionym roku mocno podrożała też żywność (o 4,7%), a ogólny poziom inflacji obniżył spadek cen paliw do prywatnych środków transportu (-10,4%). Od pewnego czasu dysponujemy już dokładniejszymi danymi na temat inflacji. Wskazują one, że w 2020 r. zmiany kosztów związanych z utrzymaniem mieszkania były następujące:Koszty użytkowania mieszkania rdr

Oprócz drastycznego wzrostu opłat „śmieciowych”, uwagę zwracają również bardzo duże podwyżki dotyczące cen prądu. Niestety będą one zwiększały koszty użytkowania lokali i domów również w 2021 r.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Aż 84% Polaków obawia się, że kolejna fala pandemii pogorszy ich sytuację finansową

  • W Barometrze Związku Przedsiębiorstw Finansowych większość respondentów przyznała, że wraz z kolejną falą pandemii rośnie ich niepokój o budżet domowy.
  • Polacy obawiają się m.in. utraty pracy, dotyczy to przede wszystkim gospodarstw o najniższych dochodach, a także mieszkańców małych miasteczek.
  • Z danych ZPF wynika, że póki co większość Polaków spłaca zobowiązania finansowe w terminie, ale problemy z bieżącym regulowaniem należności zgłasza już ¼ Polaków.

Pandemia koronawirusa nie odpuszcza i choć coraz częściej pojawiają się optymistyczne informacje, m.in. związane z Narodowym Programem Szczepień, dającym nadzieję na szybszy powrót do normalności, to Polacy nadal odczuwają niepokój o przyszłość, zwłaszcza tę finansową. Jak wynika z Barometru ZPF, obawy te są znacznie większe niż przy poprzednich sytuacjach kryzysowych, m.in. w czasie globalnego kryzysu finansowego w 2008 r.

Coraz bardziej obawiamy się skutków finansowych pandemii

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby Związku Przedsiębiorstw Finansowych, respondentom zadano pytanie o to, czy obawiają się wpływu kolejnej fali pandemii na ich budżet domowy. Aż 84% badanych odpowiedziało twierdząco, z czego 30% przyznało, że bardzo się tego obawia, gdyż może to poważnie pogorszyć ich sytuację finansową.

Co ważne, w badaniu jedynie 5% respondentów nie miało zdania na ten temat, nie będąc w stanie określić skutków tych wydarzeń dla ich finansów. W poprzednich edycjach Barometru odsetek ten wahał się od 23% do 58%. Oznacza to, że skutki pandemii bezpośrednio lub pośrednio odczuła już większość społeczeństwa. Zdecydowana większość zdaje sobie również sprawę z tego, że przedłużająca się pandemia i związany z tym lockdown może pogorszyć ich sytuację finansową – mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji, która prowadzi kampanię Windykacja – jasna sprawa!

57% pracowników niepokoi się o źródło zarobku

Kolejne doniesienia o planowanych, masowych zwolnieniach negatywnie wpływają na nastroje pracowników. Z danych ZPF wynika, że spośród osób aktywnych zawodowo, ponad połowa obawia się utraty źródła zarobku. Najczęściej, bo aż w 82%, taki niepokój wyrażają przedstawiciele gospodarstw o najniższych dochodach. Respondenci, których głównym źródłem dochodu jest działalność gospodarcza, w 61% boją się likwidacji swojej działalności zarobkowej. Bezpośrednie obawy utraty pracy najczęściej zgłaszane są przez mieszkańców małych miasteczek.

Pamiętajmy, że przejściowe problemy finansowe mogą przytrafić się każdemu, a jak wynika z naszych badań, w trakcie pandemii ryzyko jest szczególnie wysokie. Podstawową zasadą w tego typu sytuacjach jest, aby nie załamywać się i nie zarzucać sobie niezaradności. W wielu przypadkach utrata pracy jest po prostu wynikiem redukcji etatów, czyli czynnika od nas niezależnego. Po drugie, koniecznie informujmy instytucje finansowe, banki czy firmy windykacyjne, o swoich problemach finansowych. W tego typu sytuacjach taka sygnalizacja może pozwolić na wypracowanie dobrego dla konsumenta rozwiązania problemu – tłumaczy Marcin Czugan.

Jak poradzić sobie z przejściowymi problemami finansowymi?

Utrata pracy jest sytuacją bardzo stresującą, nie tylko dla osób, które spłacają różnego rodzaju kredyty. Z danych ZPF wynika bowiem, że najwięcej problemów, w trudnej sytuacji finansowej, sprawiają Polakom opłaty za czynsz czy media. I choć większość osób, pomimo pandemii, spłaca zobowiązania w terminie, to jednak 25% przyznaje, że ma kłopoty z regulowaniem należności.

– Jeśli mamy kredyt w instytucji finansowej, porozmawiajmy z doradcą o możliwych opcjach, np. wakacjach kredytowych. Jeśli spłacamy zadłużenie wynikające z niezapłaconych rachunków za telefon czy prąd, powiadommy naszego dostawcę lub firmę windykacyjną – ta zaproponuje nowy harmonogram spłat i ustali wysokość możliwej do zapłaty raty. Eksperci z firm windykacyjnych analizują sytuację na rynku pracy i rozumieją, że problemy finansowe nie zawsze biorą się z zaniedbań, często są wynikiem nieszczęśliwych okoliczności czy – jak w obecnych czasach – kryzysu. Nie unikajmy więc kontaktu, dialog i współpraca zawsze przynoszą korzyści – dodaje Marcin Czugan z ZPF.

Kluczowe trendy technologiczne, które będą kształtować naszą rzeczywistość w ciągu najbliższych trzech lat

  • Raport Accenture Technology Vision 2021 wskazuje kluczowe trendy technologiczne, które będą kształtować naszą rzeczywistość w ciągu najbliższych trzech lat.
  • Badanie Accenture pokazuje, że dzięki cyfrowym fundamentom umożliwiającym szybką adaptację i wdrażanie innowacji, liderzy zwiększają przychody 5 razy szybciej niż firmy pozostające w tyle, w porównaniu do zaledwie dwukrotnej różnicy w latach 2015-2018.
  • 92% ankietowanych stwierdziło, że w tym roku ich organizacje skoncentrują się na szybkim wprowadzaniu i wykorzystaniu innowacji w praktyce; znacząco wzrosną inwestycje w cyfrowe bliźniaki. Innowacje technologiczne nie będą zarezerwowane tylko dla działów IT, obecnie każdy pracownik firmy może zainicjować technologiczną rewolucję.

Najnowsza odsłona raportu Technology Vision 2021 zatytułowana „Leaders Wanted: Masters of Change at a Moment of Truth” omawia, w jaki sposób wiodące przedsiębiorstwa wprowadzają cyfrową transformację. Działania, które w przeszłości zajmowały dekady, teraz wdrażane są w ciągu roku lub dwóch. Wiele firm podejmuje wysiłki, by na nowo zdefiniować swój sposób działania i dostosować się do realiów w czasie trwania pandemii COVID-19 wykorzystując przy tym innowacje technologiczne.

– Globalna pandemia spowodowała gigantyczne przyspieszenie procesów cyfryzacji. Wiele organizacji zaczęło wykorzystywać technologię w wyjątkowy sposób, aby utrzymać swoje firmy i społeczności na rynku. Robiły to w tempie, które wcześniej wydawało im się niemożliwe – powiedział Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture Technology w Polsce. – Mamy teraz okazję, która zdarza się raz na pokolenie, aby wykorzystać moment kryzysu, jako katalizator zmian, które dzięki technologii na nowo zdefiniują przyszłość biznesu – dodaje ekspert.

Na potrzeby raportu Technology Vision, Accenture przeprowadziło rozmowy z ponad 6200 liderami biznesowymi i technologicznymi. 92% z nich stwierdziło, że w tym roku ich organizacje koncentrują się na szybkim wprowadzaniu i wykorzystaniu innowacji w praktyce. 91% kadry zarządzającej zgadza się, że zdobycie udziałów w rynku w przyszłości będzie wymagało od ich organizacji zdefiniowania na nowo rynku, na którym operują.

Wśród najistotniejszych czynników mających zapewnić organizacjom sukces, ankietowani wskazują trzy elementy. Po pierwsze, bycie liderem wymaga wdrażania pionierskich rozwiązań technologicznych. Era szybkich naśladowców dobiega końca. Liderami będą ci, którzy postawią technologię na pierwszym miejscu swojej strategii biznesowej. Po drugie, liderzy nie będą czekać na ustabilizowanie sytuacji i wówczas dostosowywać się do nowych realiów. Samodzielnie je stworzą, wykorzystując odmienne sposoby myślenia i modele operacyjne. Wreszcie, liderzy przyjmą na siebie szerszą odpowiedzialność, zaangażują się społecznie, świadomie projektując i stosując technologię w celu wywierania pozytywnego wpływu na środowisko, wykraczającego daleko poza przedsiębiorstwo, aby stworzyć bardziej zrównoważony i sprzyjający włączeniu społecznemu świat.

Raport Technology Vision identyfikuje pięć kluczowych trendów, które będą kształtować biznes w ciągu najbliższych trzech lat:

  • Stack Strategically: Architecting a Better Future (Strategiczne wykorzystanie stosów technologicznych: budowanie lepszej przyszłości) – Zmiany i nagły napływ nowych technologii, które były odpowiedzią firm na pandemię COVID-19, zapoczątkowały nową erę w biznesie – taką, w której architektura ma większe znaczenie niż kiedykolwiek wcześniej, a konkurencja w branży jest walką między stosami technologii. Zbudowanie i dysponowanie najbardziej konkurencyjnym stosem technologii oznacza zmianę myślenia o technologii. Strategie biznesowe i technologiczne staną się nierozłączne. 89% kadry zarządzającej uważa, że zdolność ich organizacji do generowania wartości biznesowej będzie w coraz większym stopniu uzależniona od ograniczeń i możliwości architektury technologicznej.
  • Mirrored World: The Power of Massive, Intelligent, Digital Twins (Świat w cyfrowym odbiciu: potencjał funkcjonujących na szeroką skalę, inteligentnych cyfrowych bliźniaków) – Cyfrowe bliźniaki to reprezentacje lub symulacje rzeczywistych podmiotów lub systemów. Liderzy budują inteligentne, cyfrowe bliźniaki, aby stworzyć żywe modele fabryk, łańcuchów dostaw, cykli życia produktów itp. Połączenie danych i analityki w celu odwzorowania świata fizycznego w przestrzeni cyfrowej stworzy nowe możliwości działania, współpracy i innowacji. 65% ankietowanych przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej przewiduje, że inwestycje ich organizacji w inteligentne bliźniaki cyfrowe wzrosną w ciągu najbliższych trzech lat.
  • I, Technologist: The Democratization of Technology (Ja, technolog: demokratyzacja technologii) – Potężne możliwości technologiczne są teraz dostępne dla ludzi z różnych działów firmy, co pozwala nawet szeregowym pracownikom mieć swój wkład w kształtowanie strategii innowacyjnych przedsiębiorstw. Takie podejście pozwala ludziom na optymalizację ich pracy lub samodzielne rozwiązywanie problemów. To szansa dla każdej firmy, aby uczynić swoich pracowników kluczowym elementem ich wysiłków związanych z transformacją cyfrową. Aby jednak dokonać tego z powodzeniem, liderzy będą musieli wdrażać innowacje w każdej jednostce biznesowej, dać pracownikom dostęp do nowych narzędzi, ale także uczyć pracowników myślenia o technologii. 88% kadry zarządzającej uważa, że demokratyzacja technologii staje się kluczowa dla ich zdolności do inicjowania innowacji w całej organizacji.
  • Anywhere, Everywhere: Bring Your Own Environment (Zawsze i wszędzie: stwórz miejsce pracy w dowolnym miejscu) – Największa zmiana kadrowa, jaka kiedykolwiek miała miejsce, zmusiła firmy do rozszerzenia granic przedsiębiorstwa. Po pandemii nikt już nie wróci do stylu pracy, jaki istniał wcześniej. Zarówno organizacje, jak i pracownicy wkraczają w nową rzeczywistość, taką, w której praca może być wykonywana z dowolnego miejsca na świecie. W przeszłości firmy pozwalały pracownikom przynosić do biura własne laptopy lub smartfony. Pracodawcy musieli ustalić nowe zasady i znaleźć rozwiązania technologiczne, zapewniając elastyczność, a jednocześnie zmniejszając ryzyko związane z pojawieniem się urządzeń, nad którymi nie mieli pełnej kontroli. Dało to pracownikom szansę na lepsze doświadczenia zawodowe, a firmom pozwoliło poczynić oszczędności. Teraz skala tego zjawiska się zwiększa: pracownicy tworzą własne miejsca pracy. 81% kadry zarządzającej zgadza się, że wiodące organizacje w ich branży zaczną przechodzić od podejścia „przynieś własne urządzenie” do podejścia „stwórz własne środowisko”.
  • From Me to We: A Multiparty System’s Path Through Chaos (Przejście od ja do my: wspólna systemowa ścieżka w chaosie) – Systemy wielostronne dzielą dane między osobami i organizacjami w sposób, który zwiększa wydajność, buduje nowe modele biznesowe i generowania przychodów. Obejmują one blockchain, rozproszony rejestr, rozproszoną bazę danych, tokenizację oraz wiele innych technologii i możliwości. 90% ankietowanych przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej twierdzi, że systemy skupiające wielu interesariuszy umożliwią ich ekosystemom budowę bardziej odpornych i elastycznych fundamentów oraz stworzenie nowej wartości z partnerami ich organizacji.

Nadawanie priorytetowego znaczenia innowacjom technologicznym w odpowiedzi na szybko zmieniający się świat jeszcze nigdy nie było tak ważne. Weźmy na przykład branżę gastronomiczną: 60% restauracji, które w lipcu znalazły się na liście działalności „tymczasowo zamkniętych” w serwisie Yelp, do września definitywnie zakończyło swoją działalność. W całym tym chaosie Starbucks wyłonił się jako lider, wykorzystując technologię do rozszerzenia kanałów obsługi klienta i sprzedaży detalicznej. Do sierpnia ubiegłego roku aplikację Starbucksa pobrały 3 miliony nowych użytkowników na świecie, a zamówienia mobilne i możliwość odbioru w drive-thru odpowiadały za 90 proc. sprzedaży. W związku z rosnącym popytem firma wdrożyła zintegrowany system zarządzania zamówieniami, który łączy zamówienia z aplikacji, Uber Eats i od klientów drive-thru w jeden system dla baristów. Starbucks wprowadził też nowy ekspres do kawy z czujnikami, które śledzą ilość nalewanej kawy i przewidują konieczność serwisu. To znakomita ilustracja tego, że technologia jest kluczowym czynnikiem umożliwiającym firmie sprawne, elastyczne i skuteczne reagowanie na zmiany – mówi Jacek Borek, dyrektor zarządzający  Accenture Technology w Polsce.

 

Od 21 lat Accenture systematycznie analizuje sytuację w przedsiębiorstwach w celu określenia nowych trendów technologicznych, które mają największy potencjał, aby zmienić oblicze firm i branż. Pełny raport dostępny jest na stronie: Accenture Technology Vision 2021.

O metodologii

Proces badawczy na potrzeby raportu obejmował m.in. pozyskanie opinii zewnętrznej rady doradczej Technology Vision – grupy składającej się z ponad 20 doświadczonych osób z sektora publicznego i prywatnego, środowisk akademickich, firm typu venture capital i przedsiębiorstw. Ponadto zespół Technology Vision przeprowadził wywiady z ekspertami technologicznymi, a także z blisko 100 liderami biznesowymi Accenture. Równolegle, Accenture Research przeprowadziło globalną ankietę internetową wśród 6241 przedstawicieli kadry kierowniczej działów biznesowych i informatycznych, aby uzyskać informacje na temat wdrażania nowych technologii. Ankieta pomogła określić kluczowe kwestie i priorytety w zakresie wdrażania technologii i inwestycji. Respondentami byli członkowie kadry kierowniczej wyższego szczebla oraz dyrektorzy w firmach z 31 krajów i 14 branż.

E-grocery i żywność rzemieślnicza na topie

E-commerce znajduje się na ścieżce dynamicznego rozwoju, a na pierwszy plan w dobie pandemii wysuwa się segment zakupów spożywczych z dostawą do domu. Kupowanie przed ekranem komputera lub smartfona skłania do czytania etykiet produktów i sprawdzania pochodzenia towarów – wynika z raportu o e-grocery, przygotowanego przez platformę crowdfundingu inwestycyjnego, Crowdway.pl.

Handel internetowy w Polsce rósł w latach 2016-2019 o średnio 18% rocznie. Jak wynika z raportu PMR, wraz z pandemią COVID-19 rynek e-commerce przyspieszył, a jego wartość zwiększyła się w 2020 roku o 25,6% – do 76,8 mln zł.[1]

Gdy penetracja Internetu w Polsce sięga już 85%, w badaniu Gemius blisko trzy czwarte internautów zadeklarowało, że skorzystało przynajmniej raz z dobrodziejstw zakupów on-line.[2] Jako najważniejsze zalety zakupów w sieci wymieniają przede wszystkim dostępność 24/7 i brak konieczności udawania się do sklepu stacjonarnego. Warto zaznaczyć, że dane zebrano w marcu 2020, czyli na samym początku lockdownu, który wkrótce sprawił, że „przeniesienie się do on-line” zaczęło stawać się tak dla konsumentów, jak i przedsiębiorców koniecznością.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Everli pod koniec 2020 roku, do zalet zakupów on-line najczęściej wymienianych przez internatów: dołączyło bezpieczeństwo w postaci bezdotykowej formy dostawy i bezgotówkowej płatności.[3]

Analitycy PwC oceniają, że wśród kategorii produktowych w e-handlu najszybciej będzie rosła sprzedaż produktów pierwszej potrzeby: spożywczych oraz z kategorii zdrowie i uroda.[4] Rzeczywiście, pandemiczny rok 2020 przyniósł gwałtowny wzrost e-grocery. W połowie roku 2020 przychody ze sprzedaży żywności były o 181% wyższe niż w 2019 roku.[5]

Pandemia zachęciła do zakupów spożywczych w sieci, ale to nie jedyna zmiana w trendach e-commerce. Jak wynika z badania „Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa”, w czasie izolacji społecznej spowodowanej pandemią konsumenci zaczęli zwracać większą uwagę na jakość posiłku.[6]

Najnowsze trendy na rynku e-grocery stwarzają obiecujące perspektywy rozwoju dla producentów rzemieślniczej, ekologicznej żywności, a także oferujących ją e-sklepów, które do tej pory funkcjonowały w niszy.

Działająca od 2017 roku internetowa platforma z żywnością rzemieślniczą, Poranapola.pl w obciążonym pandemią roku 2020 zrealizowała około 10 tysięcy zamówień i dostarczyła ponad 165 tysięcy produktów do domów konsumentów w całej Polsce. Obroty na platformie wzrosły w ubiegłym roku 6-krotnie.

Choć pandemia była katalizatorem zmian w naszej firmie, tak jak i na całym rynku e-grocery, uważam, że raz rozpędzone koło napędowe będzie się toczyć dalej, w dużo szybszym tempie niż w poprzednich latach – powiedział Adrian Piwko, założyciel i prezes Pora na Pola SA.

[1] Raport PMR eHandel internetowy w Polsce 2020. Analiza i prognoza rozwoju rynku e-commerce na lata 2020-2025, 2020

[2] Raport „E-Commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska”, 03.2020

[3] Polacy przekonali się do zakupów spożywczych on-line. Podsumowanie 2020 roku na rynku e-commerce, https://nowymarketing.pl/a/30563,polacy-przekonali-sie-do-zakupow-spozywczych-on-line-podsumowanie-2020-roku-na-rynku-e-commerce

[4] Rynek e-commerce w Polsce będzie rósł w tempie 12 proc. rocznie, https://www.propertynews.pl/centra-handlowe/rynek-e-commerce-w-polsce-bedzie-rosl-w-tempie-12-proc-rocznie,89170.html

[5] https://biznes.wprost.pl/technologie/internet/10417094/jak-rynek-e-commerce-zareagowal-na-pandemie.html,

[6] Upfield, Nawyki żywieniowe Polaków w czasie izolacji społecznej podczas epidemii koronawirusa 2020.

Giggersi gorzej traktowani przez pracodawców?

Gig economy, czyli model pracy oparty na współpracy projektowej i kontraktowej, w ostatnim czasie zyskuje coraz większą popularność, zwłaszcza wśród osób wkraczających na rynek pracy. Jak wynika z badania ADP, według etatowych pracowników duża część pracodawców wciąż jednak dyskryminuje giggersów. Tylko 39 proc. z nich uważa, że pracownicy kontraktowi są traktowani przez firmę tak samo jak oni.

Na kondycję psychiczną, poziom zadowolenia z pracy, ale także efektywność wykonywanych zadań wpływają nie tylko relacje pomiędzy samymi współpracownikami, ale także jakość kontaktów z przełożonymi. Firma ADP w badaniu „Workforce View 2020” sprawdziła ,czy to na jakich warunkach i na jaki czas są zatrudnieni pracownicy, wpływa na kształtowanie relacji. Wśród badanych znaleźli się zarówno pracownicy etatowi, jak i giggersi, czyli osoby zatrudnione czasowo na podstawie umów cywilnoprawnych lub kontraktowych.

Pracodawcy nie doceniają pracowników kontraktowych

Jak wynika z badania „Workforce View 2020”, pracownicy kontraktowi mogą czuć się dyskryminowani. Są traktowani gorzej, a pracodawcy nie oferują im możliwości rozwoju i nie włączają ich do społeczności firmy. Taki pogląd widać w opiniach pracowników etatowych, spośród których jedynie 39 proc. uważa, że giggersi są doceniani tak samo jak oni. Niewielu pracowników kontraktowych może liczyć na szansę rozwoju, tylko 26 proc. badanych etatowców wskazuje, że giggersi mają dostęp do takich samych szkoleń. Ponadto mogą czuć się wykluczeni – tylko co piąty ankietowany twierdzi, że pracownicy kontraktowi są włączani do aktywnego życia firmy (23 proc.), są zapraszani na firmowe imprezy (21 proc.) czy dostają firmowe gadżety (16 proc.).

Jak pokazują badania pracodawcy wciąż zachowują duży dystans do pracowników kontraktowych. Zdecydowana większość z nich wykazuje przejawy nie do końca równego traktowania i nie oferuje im takich samych warunków czy benefitów jak pracownikom zatrudnionym na stałe. W związku z tym giggersi mogą gorzej postrzegać swoje miejsce
w społeczności pracowniczej, a także wykazywać brak motywacji do pracy czy utożsamiania się z misją i wartościami firmy
– mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Gig economy – kto czerpie korzyści?

Co ciekawe zarówno pracodawcy, jak i pracownicy widzą korzyści płynące z cywilnoprawnych form zatrudnienia. To znak czasów, ponieważ młode pokolenie wchodzące aktywnie na rynek pracy, nie szuka przede wszystkim stabilizacji, którą gwarantuje etat. Ponadto na rynku pracy stale pojawiają się nowe zawody, wykonywane w dużej części w formie freelancingu. Gig economy jest również wyjątkowo wygodne i korzystne dla tych, którzy podejmują pracę dorywczą lub dodatkową. Ponad połowa wszystkich badanych uważa, że na tego typu formie zatrudnienia korzystają obie strony (zarówno pracodawca, jak i pracownik). Natomiast co trzeci z respondentów uważa, że zdecydowanie większą korzyść z gig economy osiągają pracodawcy.

Płatności ratalne dla firm. Rynkowe news’y

Integracja sklepu z systemem płatności to jeden z punktów, który z całą pewnością pozytywnie wpływa na sprzedaż. Co roku, coraz więcej konsumentów decyduje się nie tylko na szybkie czy odroczone płatności, ale również kredyty ratalne. Udostępnianie preferowanych metod płatności klientom, nie tylko pozytywnie wpłynie na wizerunek firmy w związku z polityką prokonsumencką, ale też zminimalizuje ilość porzucanych koszyków. Gwarancja bezpieczeństwa transakcji powinna być niemal obowiązkowym punktem każdego przedsiębiorstwa.

Gdzie raty?

W dobie tak szerokiej cyfryzacji i przenoszenia usług do sieci systemy ratalne mogą być zintegrowane tak naprawdę wszędzie. Partnerzy ratalni tacy, jak LoanByLink – proste raty oferują multikanałowe rozwiązania. Oznacza to, że w ramach jednego wdrożenia otrzymujemy do wyboru kilka opcji dla naszego klienta. Najlepiej obrazuje to przykład: sprzedaje zarówno usługi jak i dobra materialne, mam sklep internetowy, stacjonarny, a dodatkowo udostępniam produkty na aukcjach w mediach społecznościowych. Wielokanałowość polega na tym, że jedna wtyczka ratalna pozwala wygenerować kilka możliwości tj. uproszczone finansowanie w sklepach stacjonarnych (podajemy tylko pesel i korzystamy z usługi iDenfy, dane zaczytują się automatycznie, decyzja wydawana w 4 minuty) bez problemu integrujemy wtyczkę z e-sklepem, a dla sprzedaży aukcyjnej korzystamy z generatora linku ratalnego (decydujemy, co chcemy sprzedać na raty, wrzucamy do koszyka, wpisujemy cenę oraz czas sprzedaży i wysyłamy link zainteresowanej osobie). Podsumowując system ratalny na chwilę obecną możemy zintegrować w prawie każdej działalności w różnych kanałach: sklepy stacjonarne, e-commerce, strony www bez funkcji sklepu i social selling. Wybór należy do przedsiębiorcy, które formy i moduły chce swoim klientom udostępnić.

Po co raty?

A po co zintegrowane systemy szybkich płatności? Oczywiście od przedsiębiorcy zależy czy do swojej oferty chce wprowadzić finansowanie ratalne, ale warto brać pod uwagę nie tylko opinie obecnych i przyszłych klientów, ilość porzucanych koszyków, ale też rynkowe trendy. Konsumenci chętniej wracają do miejsc, które kompleksowo podchodzą do obsługi. Bardzo często dla przedsiębiorców integracja nie wiąże się z kosztami tak jak w przypadku LoanByLink, który nie pobiera opłat za aktywację i wdrożenie, a zakupy dokonane na raty dostępne są w jednym panelu. Dla przedsiębiorcy są to dosyć wymierne korzyści.

Rynkowe News’y

Ostatnimi czasy oprócz odroczonych płatności na topie jest m.in. moduł LoanByLink oferujący wielokanałową integrację. Jak można przeczytać na stronie partnera integracji wtyczki można dokonać w sklepach stacjonarnych i on-line, z każdą stroną internetową oraz sprzedawać w mediach społecznościowych za pomocą generatora linku ratalnego. Proces finansowania niezależnie od wybranego modułu przebiega sprawnie i bezpiecznie z uwzględnieniem wszelkich wytycznych weryfikacji KYC.

Autor: Grzegorz Mizera, wiceprezes polskiego fintech’u Provema.

Podatek a ślad węglowy. Czy unijne przepisy są w stanie zahamować emisję CO2?

Unia Europejska coraz pewniej mówi o wprowadzeniu specjalnego podatku, który docelowo ma ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Już teraz parlamentarzyści Wspólnoty dali zielone światło dla kolejnych przepisów, jednak co kryje się pod hasłem “CBAM” i przede wszystkim — jaki wpływ może mieć na europejski (świadomy) biznes?

Klimatyczne podatki w praktyce

O projekcie CBAM, czyli Carbon Border Adjustment Mechanism, mówiło się już od początku roku, kiedy to 5 lutego Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności Parlamentu Europejskiego (ITRE) przyjęła rezolucję w sprawie granicznego podatku węglowego. Zgadza się, nowe rozwiązanie Unii nakładałoby na towary importowane do państw Wspólnoty rodzaj klimatycznego cła, ale pod pewnym warunkiem. Z dodatkową opłatą spotkałyby się spółki działające lub regularnie handlujące w państwach, które nie prowadzą restrykcyjnej polityki klimatycznej. Kolejnym adresatem CBAM są towary, których produkcja przyczynia się do dużej emisji dwutlenku węgla. Jak wyjaśniają przedstawiciele unijnej legislatury, opłata ma wyrównywać koszty emisji ponoszone przez producentów w różnych regionach świata.

Wcześniej projektem zajmowała się Komisja Europejska, która w październiku 2020 roku przeprowadziła konsultacje publiczne. Szczegółowe zapisy mają zostać przedstawione w czerwcu, jednak w międzyczasie swoje uwagi może zaproponować Międzynarodowa Organizacja Handlu (WTO). Na ten moment wiadomo, że wysokość daniny miałaby zależeć od stopnia emisyjności produkcji danego towaru i różnicy pomiędzy ceną uprawnienia do emisji w UE a ewentualnym kosztem emisji ponoszonym w kraju eksportera.

Gdzie “uciekną” wysokoemisyjni?

W tym miejscu podnoszą się głosy, iż szczególnie europejski przemysł może ucierpieć na nadchodzących zmianach podatkowych. Głównym zarzutem w stronę CBAM jest potencjalny scenariusz, w którym producenci towarów wysokoemisyjnych “przeprowadzą się” do państw o mniej restrykcyjnej polityce klimatycznej. W praktyce takich krajów na świecie jest coraz mniej, a to kolejny sygnał dla europejskiego biznesu, że kwestie zmian klimatycznych coraz wyraźniej wpływają na filozofię funkcjonowania przedsiębiorstw. Już przy okazji Szczytu Klimatycznego w Paryżu z 2016 roku, wyraźnie proekologiczną drogę obrało Maroko, Gambia, a nawet Indie czy Kostaryka. Również Chiny starają się coraz bardziej zaciskać węglowego pasa i regulować stan własnej emisji. W ogonie starań o neutralność klimatyczną znalazła się Rosja, Arabia Saudyjska oraz Turcja, choć w tych regionach odstraszają starcia z fiskusem oraz niestabilna sytuacja wewnętrzna.

Jeśli jednak te argumenty nie przemawiają do potencjalnych “uciekinierów” nad rozwiązaniem pracują już europarlamentarzyści. Według deputowanych, aby uniknąć sytuacji, w której koncerny przeniosą swoją produkcję poza Wspólnotę, CBAM musi być częścią szerszej strategii przemysłowej Unii. Tym samym, dodatkowa opłata powinna obejmować cały import towarów objętych europejskim systemem handlu emisjami (EU ETS). Głos ze Strasburga rozbrzmiał dokładnie w środę, 10 marca, kiedy to Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie granicznego podatku od emisji CO2.

Liczby w Parlamencie

Za projektem podatku zagłosowało 444 europarlamentarzystów, 70 było przeciw, a 181 wstrzymało się od głosu. CBAM poparli również deputowani z Polski (niezależnie od przynależności do danej frakcji w PE). Jeśli efekty prac brukselskich urzędników będą trzymać się harmonogramu, w 2023 roku podatek oficjalnie wejdzie do unijnej legislatury. W gmachu Parlamentu pojawiły się nie tylko wyniki głosowania, ale i szczegółowe wskaźniki, z którymi obecnie mierzy się Unia w kwestii klimatu — a te nie należą do najbardziej optymistycznych.

Tylko na przykładzie transportu węgla z australijskiego Newcastle do portów w Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii (tzw. trasa ARA) wykazano, że roczna emisja dwutlenku węgla do atmosfery wyniosła 4,2 mld kilogramów, a więc 4,2 tony. Mówimy tu o przewozie 17 mln ton węgla kokosowego, czyli na tonę przypada około 250 kg uwalnianego CO2. Czy te wskaźniki przyspieszą prace nad projektem?

Całkiem możliwe, ponieważ wzmożony ruch za Atlantykiem w stronę źródeł odnawialnych i coraz większa dominacja Chin w segmencie fotowoltaiki wymusza na Unii intensyfikację starań o wsparcie lokalnego rynku OZE — a ten sporo zyska w świetle potencjalnych zmian podatkowych, ponieważ szacowany zastrzyk środków z CBAM to od 5 do 14 mld euro.

Autor: Piotr Ostaszewski — członek Zarządu Respect Energy S.A.

DO OK SA prognozuje rekordowe jednostkowe przychody netto ze sprzedaży w marcu br.

DO OK SA, notowana na NewConnect spółka, specjalizująca się w konsultingu IT i dostarczaniu kompleksowych usług programistycznych, nawiązała współpracę z zagranicznymi firmami w zakresie dostarczania usług software developmentu. Podpisane umowy stanowią istotną część jednostkowych przychodów netto ze sprzedaży spółki, które z dużym prawdopodobieństwem w marcu 2021 roku przekroczą 1 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 40 proc. w relacji do analogicznego miesiąca ubiegłego roku. DO OK jest również w procesie zmiany modelu biznesowego autorskiej platformy IoT Cloud DoConnect, z usługi (Platform as a Service, PaaS) do oprogramowania do analizy danych (Big Data Analytics as a Service, BDaaS). Produkt ma stanowić jeden z głównych filarów biznesu spółki.

– Prognozowane jednostkowe przychody netto ze sprzedaży w DO OK SA z dużym prawdopodobieństwem, po raz pierwszy w historii przekroczą 1 mln złotych w ujęciu miesięcznym, co oznacza, że mogą być o około 40 proc. wyższe w relacji zarówno do marca ubiegłego roku, a także do lutego bieżącego roku. W istotnym stopniu jest to związane z rozpoczęciem prac oraz realizacją umów z naszymi nowymi klientami z Wielkiej Brytanii, Holandii, USA, a także z krajów nordyckich – Finlandii i Norwegii, gdzie koncentruje się główny rynek naszej sprzedaży. Zakładamy, że znajdzie to również swoje odzwierciedlenie w wynikach finansowych za pierwszy kwartał 2021 roku – mówi Dmitrij Żatuchin, prezes i założyciel DO OK SA.

We wszystkich pozyskanych kontraktach DO OK jest dostawcą profesjonalnego oprogramowania, dedykowanego potrzebom nowych usługobiorców, wśród których w przypadku trzech na pięć podmiotów, z którymi nawiązało współpracę, zakłada dosprzedaż swoich usług w dłuższej perspektywie.

Jednocześnie, jednym z głównych filarów działalności spółki jest rozwój autorskiej platformy IoT Cloud DoConnect, która ma przyczynić się do szybkiej transformacji firm produkujących osprzęt urządzeń niepodłączonych do chmury i tym samym umożliwić zdalną obsługę. DO OK jest w procesie zmiany modelu biznesowego platformy DoConnect, celem jej rozwoju z usługi (PaaS) w stronę oprogramowania do analizy danych (BDaaS). W budowaniu kanałów dotarcia do nowych klientów spółkę wspiera Microsoft Polska.

– DoConnect to produkt, w którym widzimy bardzo duży potencjał. Rozwojem platformy są zainteresowani inwestorzy zewnętrzni, z którymi aktualnie prowadzimy rozmowy – podsumowuje Dmitrij Żatuchin.

Jednostkowe przychody netto ze sprzedaży, opublikowane przez spółkę mają charakter szacunkowy. Ostateczna wartość jednostkowych i skonsolidowanych przychodów netto ze sprzedaży DO OK SA oraz Grupy Kapitałowej DO OK SA, zostanie opublikowana w sprawozdaniu za I kwartał 2021 r.

Nowe „M” w stolicy poniżej 7 tys. za metr? Ekspert: Znalezienie graniczy z cudem

Luty 2021 r. był dla warszawskich deweloperów okresem żniw. Za to kupujący nie mają powodu do radości, bo skurczyła się oferta mieszkań. Ubyło zwłaszcza takich z ceną 8-10 tys. zł za m kw., a więc niższą od średniej, która w stolicy przekracza 10,7 tys. zł za metr.

W lutym warszawscy deweloperzy wprowadzili do sprzedaży 654 mieszkania, w tym kolejne pule w rozpoczętych wcześniej inwestycjach. Wśród wprowadzonych na rynek są zarówno mieszkania w segmencie premium, jak i popularnym. Np. luksusowe apartamenty w cenie 38 tys. zł za m kw. zaoferowała firma Ghelamco w inwestycji Flisac Apartamenty Powiśle na rogu ulic Tamka i Wybrzeże Kościuszkowskie. Są to obecnie najdroższe mieszkania na warszawskim rynku pierwotnym. Z kolei w inwestycji firmy Napollo Miasteczko Brzeziny przy ulicy Hemara na Białołęce na chętnych czekają lokale z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.

– Niestety, graniczy obecnie z cudem znalezienie nowobudowanych mieszkań, których cena metra kwadratowego nie przekracza 7 tys. zł – komentuje ekspert GetHome.pl Marek Wielgo.Wykres1

Co gorsza, tych tańszych lokali trafiło w lutym na warszawski rynek zdecydowanie mniej niż zostało w tym okresie sprzedanych. Podobnie było z mieszkaniami w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Z danych portalu RynekPierwotny.pl wynika, że to właśnie one sprzedawały się najlepiej. W całym miesiącu znalazło nabywców w sumie aż 2059 mieszkań!

Oczywiście ta liczba może nie oddawać w pełni rzeczywistości. Np. część ofert zniknęła, bo mieszkania zostały na jakiś czas zarezerwowane. Wielu kupujących nie zawrze umowy deweloperskiej nie upewniwszy się, czy dostanie kredyt – zauważa Marek Wielgo.

Z drugiej strony, część deweloperów może utrzymywać w ofercie sprzedane mieszkania. Po co? Żeby stwarzać pozory dużego wyboru.  – Gdy zadzwonimy do biura sprzedaży możemy usłyszeć, że interesujące nas mieszkanie zostało właśnie sprzedane, ale firma ma dla nas równie ciekawą propozycję w innej inwestycji – mówi ekspert GetHome.pl.

Nie zmienia to faktu, że w ostatnich miesiącach oferta nowych mieszkań w Warszawie bardzo mocno się skurczyła. Na początku 2020 r. deweloperzy oferowali ich ponad 12 tys., zaś pod koniec lutego 2021 r. – ok. 9,6 tys. Ten spadek to głównie efekt pandemii COVID-19 i związane z nią obawy przed załamaniem się popytu.

– Deweloperzy nauczyli się już tak dawkować podaż, żeby w razie kryzysu nie zostać z tysiącami pustostanów. Ponadto w takim przypadku raczej spowolnią tempo sprzedaży niż radykalnie obniżą ceny mieszkań, a w efekcie swoje marże – komentuje Marek Wielgo.Wykres2

Ekspert GetHome.pl nie wyklucza, że w kolejnych miesiącach deweloperzy wprowadzą na rynek większą pulę mieszkań, mimo iż początek roku przyniósł mało budujące dane dotyczące liczby rozpoczynanych mieszkań – GUS odnotował ich w styczniu w Warszawie tylko 1154, czyli aż o ponad jedną czwartą mniej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Z drugiej strony deweloperzy odnotują też najpewniej fakt, że – mimo pandemii COVID-19 – od kilku miesięcy Polacy coraz chętnie sięgają po kredyty mieszkaniowe. Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem. Ponadto aż o blisko jedną dziesiątą więcej było złożonych wniosków kredytowych, co prawdopodobnie zaowocuje wzrostem liczby udzielonych kredytów w marcu i kwietniu.

wykres 3Czy może to oznaczać wzrost cen? Niekoniecznie. W analizach wykorzystujących ich średnią trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. jeśli deweloperzy zaczną wprowadzać do sprzedaży dużo mieszkań z segmentu popularnego, a niewiele luksusowych, to ta średnia może spaść. W Warszawie średnia cena ofertowa na koniec lutego wynosiła ok. 10,7 tys. zł za m kw. Niewielkim pocieszeniem dla kupujących może być jednak fakt, że ponad połowa oferowanych lokali ma niższą cenę. Bez problemu znajdziemy takie za 7-8 tys. zł za m kw. Gdzie?

Wykres 4Trzeba ich szukać głównie na obrzeżach Warszawy, czyli w takich dzielnicach jak Białołęka, Rembertów, Ursus, Wawer i Wesoła. Dla porównania, średnia cena sprzedawanych przez deweloperów mieszkań w Śródmieściu wynosi niemal 23,5 tys. zł za m kw. Na mieszkania z ceną poniżej średniej raczej nie ma co liczyć na Woli, Ochocie czy Żoliborzu.Wykres5

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych na rynek mieszkań w lutym to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.Wykres 6

Więcej o sytuacji na rynkach mieszkaniowych największych miast w lutym 2021 r. w raporcie: Ceny mieszkań luty 2021

ATAL z 167 mln zł zysku netto w 2020 roku

ATAL, ogólnopolski deweloper, w 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali  – wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% proc. wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48 proc. rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto. W 2020 roku marża brutto ze sprzedaży wyniosła 20,3 proc, a marża netto 14,3 proc.

Rok 2020 ze względu na nadzwyczajne okoliczności, w jakich przyszło nam funkcjonować, był szczególnie trudny i nieprzewidywalny. Na tle innych sektorów branża nieruchomości, zwłaszcza rynek mieszkaniowy, radziła sobie nadzwyczaj dobrze. Kondycja, w jakiej ATAL S.A. wszedł w okres pandemii, ułatwiła nam podejmowanie zdecydowanych i racjonalnych decyzji oraz szybkie przystosowanie mechanizmów działania do nowych warunków. To sprawiło, że pod wieloma względami 2020 rok był dla ATAL bardzo dobry.

2020 rok zamknęliśmy z bardzo satysfakcjonującymi wynikami i doskonałą kondycją finansową, co potwierdza, że firmy zarządzane z myślą o długofalowej perspektywie i wyróżniające się sprawną organizacją nawet w obliczu nadzwyczajnych okoliczności są w stanie działać bez istotnych zakłóceń. Co więcej, oparty na dywersyfikacji geograficznej model biznesowy zdecydowanie sprawdza się nawet w trudnych okolicznościach. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym roztacza przed pierwotnym rynkiem mieszkaniowym potencjał dalszego wzrostu. To, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, pozwala nam z optymizmem spoglądać w przyszłość. – mówi Zbigniew Juroszek, prezes zarządu  ATAL S.A.  

ATAL w 2020 roku przekazał klientom 3 002 lokale mieszkaniowe i usługowe. To rekordowy wynik w historii spółki i jednocześnie wzrost o 70 proc. w stosunku do poziomu wydań wypracowanego w 2019 roku (1 769). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (685), Łodzi (598), Krakowie (479) oraz we Wrocławiu (438).

W 2020 roku ATAL zakontraktował 2 896 lokali. To wynik zgodny z założeniami dewelopera, które uwzględniły korektę związaną z nadzwyczajną pandemiczną sytuacją. W samym tylko czwartym kwartale minionego roku nabywców znalazły 824 lokale.

W minionym roku zgodnie z harmonogramem realizowaliśmy przedsięwzięcia inwestycyjne. W 2020 roku ATAL wprowadził do sprzedaży w sumie 13 projektów z blisko 2500 lokalami – w Trójmieście Przystań Letnica etap II i III, ATAL Bosmańska oraz Śląska 12, w Krakowie kolejne etapy ATAL Aleja Pokoju (IIIB), Apartamenty Przybyszewskiego (IV) oraz ATAL Residence Zabłocie (V), w Warszawie Bartycka 49 Apartamenty, w Łodzi Nowe Miasto Polesie II i Apartamenty Drewnowska IV, we Wrocławiu Nowe Miasto Jagodno etap III oraz ATAL City Square.

ATAL w ubiegłym roku zorganizował największą w historii spółki emisję obligacji, dzięki której pozyskał łącznie 200 mln zł – z czego 50 mln zł pochodziło z zapisów złożonych na papiery w dodatkowej rundzie po tym, jak popyt na obligacje istotnie przekroczył pierwotnie zakładane 150 mln zł. Środki zostały przeznaczone na dalszą rozbudowę oferty oraz zakup nowych gruntów.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

Jak sprzedawać lepiej i więcej? Quality Assurance w e-commerce

E-commerce to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów w Polsce. Każdego roku pojawiają się na rynku kolejne firmy oferujące swoje produkty online. Jak wyróżnić wśród tak dużej konkurencji? Jak sprzedawać lepiej i więcej? Odpowiedzią na te pytania jest jakość. Sprawdź, dlaczego warto wprowadzić Quality Assurance w e-commerce!

Quality Assurance, czyli usługa zapewnienia jakości

Jeżeli chcesz poprawić wyniki swojego sklepu internetowego, odpowiedzią na Twoje potrzeby może być kompleksowa usługa zapewnienia jakości. Dzięki niej zlokalizujesz błędy, zagrożenia, a także otrzymasz rekomendacje zmian architektury Twojej strony. Efektem działań specjalistów QA jest bezpieczny, sprawny i skuteczny produkt. Jeżeli właśnie w ten sposób definiujesz swój cel, ten artykuł podpowie Ci, jakie działania warto podjąć. Większa sprzedaż to marzenie każdego przedsiębiorcy, które wbrew pozorom można spełnić w prosty sposób. Jaki? Quality Assurance pomoże Ci poprawić wyniki Twojej firmy. Należy jednak zaznaczyć, że nie dzieje się to z dnia na dzień.

Proces zapewnienia jakości zaczyna się u podstaw. Powinien być wprowadzony już na etapie projektowania rozwiązań. Czy tak się dzieje? Najczęściej nie, ponieważ firmy sięgają po to rozwiązanie dopiero w momencie poważnego błędu, który uniemożliwia dokonywanie zakupów. Jeżeli taki przedsiębiorca zdecydowałby się wcześniej na skorzystanie z usługi Quality Assurance, istnieje duża szansa na to, że uniknąłby błędu. Usługa zapewnienia jakości to proces, na który składa się analiza działalności i procesów w firmie, zdefiniowanie celów i ryzyka, lokalizowanie błędów, opracowanie nowego modelu działania, rekomendacje, a następnie wdrożenie nowych rozwiązań.

Jaką rolę ma QA w branży e-commerce?

Specjalista ds. jakości pomoże Ci przetestować rozwiązanie, z którego korzystają Twoi klienci. W zależności od potrzeb może pojawić się konieczność wprowadzenia kilku rodzajów testów. Jeżeli prowadzisz sklep internetowy, musisz zadbać o to, aby był funkcjonalny i intuicyjny zarówno na urządzeniach stacjonarnych, jak i online. W tym celu należy wykonać zazwyczaj testy: funkcjonalne, użyteczności, wydajnościowe. Nie można zapomnieć również o zweryfikowaniu funkcjonalności na urządzeniach mobilnych. Aby to zrobić, należy przetestować oprogramowanie mobilne. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing specjalistów QA, zyskasz przede wszystkim indywidualne, nieszablonowe podejście, które przełoży się bezpośrednio na jakość Twojego sklepu internetowego.

Jakość jest jednym z głównych czynników, który wpływa na decyzję klienta o wyborze określonego sklepu internetowego. Jeżeli dostarczysz klientowi niesprawną stronę z widocznymi błędami, jak ma zaufać Ci później jako sprzedawcy? Specjaliści QA pomogą Ci w dostarczeniu klientowi produktu, który dokładnie spełni jego wszystkie potrzeby i oczekiwania. Szczegółowa analiza poprzedzająca wdrożenie oraz przeprowadzone testowanie pomogą Ci stworzyć lepszy produkt dopasowany do potencjalnego klienta.

Outsourcing specjalistów QA

Outsourcing specjalistów QA to jedno z najlepszych rozwiązań, które proponuje branża IT dla rozwijających się sklepów online. Dzięki temu nie musisz inwestować w budowanie dodatkowego zespołu i zaplecza IT w swojej firmie. Możesz liczyć na wsparcie firmy zewnętrznej zarówno podczas procesu QA, jak i po zakończeniu wdrożenia. Pomoc zespołu specjalistów przyda się między innymi podczas wprowadzania nowej funkcjonalności do sklepu internetowego – na przykład określonej metody płatności. Jeżeli zdecydujesz się na outsourcing testerów w Testspring, zyskasz wiedzę i doświadczenie nie tylko konkretnego specjalisty, ale również całego zespołu. Nie wynajmujesz specjalisty QA. Otrzymujesz wsparcie całej firmy.

Testspring to firma, która skupia się na konsultingu, odchodząc od modelu body leasingowego. Dzięki takiemu podejściu zyskujesz coś więcej niż wiedzę jednego specjalisty. Zespół specjalistów podpowie Ci, jak skupić się na jakości i co zrobić, by poprawić Twój produkt. Konsulting IT w Testspringu to przede wszystkim wyznaczanie celów biznesowych, a następnie ich realizacja w oparciu o zasady QA.

QA, czyli odpowiedź na potrzeby Twoje i klientów

Quality Assurance to usługa, która pomoże Ci stworzyć produkt na miarę potrzeb i oczekiwań Twojego klienta. Rekomendowane usprawnienia pomogą dostosować sklep internetowy w taki sposób, by użytkownik mógł kupować szybko i łatwo. Jakość wzmocni wizerunek Twojej firmy, a specjaliści QA pomogą w realizacji celów biznesowych.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe

To był dobry dzień dla rynku akcji, surowców oraz walut zaliczanych do ryzykownych. Zgodnie z oczekiwaniami Fed okazał się stosunkowo obojętny na ostatni wzrost rentowności obligacji w USA. Prezes Powell generalnie wypowiadał się w sposób optymistyczny co do perspektyw gospodarczych Stanów Zjednoczonych. Instytucja nie zmieniła stóp procentowych oraz podniosła swoje prognozy PKB na ten rok o 2,3 proc. do poziomu 6,5 proc.

Tak jak oczekiwaliśmy, zmienność na rynkach pojawiła się dopiero w okolicach godz. 19:00, kiedy podano decyzję Fed odnośnie poziomu kosztu pieniądza (0-0,25 proc.). Gołębi bank centralny przyczynił się do osłabienia dolara amerykańskiego, spadku rentowności na rynku długu oraz dał paliwo do wzrostu indeksów giełdowych na całym świecie. Rezerwa Federalna podała przede wszystkim lepsze perspektywy wzrostu gospodarczego. To co było głównym ryzykiem dla rynku akcyjnego, czyli zmiana mediany na wykresie „kropkowym” wskazująca, że pierwsza podwyżka stóp możliwa byłaby w 2023 roku, nie zmaterializowało się. Co prawda siedmiu członków oczekuje podwyżki do tego czasu (na grudniowym posiedzeniu za normalizacją stóp opowiadało się 5 osób), ale nadal większość jest za utrzymaniem ultra-luźnej polityki. Prawdopodobnie Fed nie chce popełnić błędu z przeszłości. Dodatkowo zostały podniesione projekcje ścieżki inflacyjnej. Wskaźnik PCE w tym roku ma wynieść 2,5 proc., w kolejnych latach odpowiednio 2,0 proc i 2,1 proc. Fed uznał, że przejściowy wzrost inflacji nie przemawia za podwyżką stóp. Podczas konferencji prasowej prezes Rezerwy Federalnej, wyraźnie zaznaczył, że wykresu projekcji poszczególnych członków FOMC rynek nie powinien postrzegać jako prognoz Fed-u ani jako zobowiązania instytucji do podwyżki na stopach. Powell również zdementował jakiekolwiek spekulacje dotyczące oczekiwań zmniejszania skali QE.

Fed wspiera gospodarkę oraz rynki finansowe
Wykres projekcji poszczególnych członków FOMC, mediana nie uległa zmianie, źródło: Bloomberg.

Po godzinie 19:00 główna para walutowa urosła z poziomu 1,1907 do 1,1985 jednak dziś o poranku EUR/USD oddaje pola i po części redukuje wczorajsze rajd. Tym samym to właśnie poziom 1,1985/1,1990 jest w tym momencie kluczowym, technicznym oporem dla kursu pary walutowej. W przypadku rynku metali szlachetnych mieliśmy szansę zaobserwować przełamanie istotnych barier dla cen. Złoto urosło ponad 1737 USD/oz (choć dziś cena zawraca), pallad natomiast opuścił średnioterminową konsolidację i aktualnie za jedną uncję trzeba zapłacić 2582 dolary. W przypadku indeksów giełdowych kontrakt na DAX przełamał opór na poziomie 14 590 pkt i wyznaczył nowe ATH. Nowe maksima wyznaczył również Dow Jones (okolice 33050 pkt.) oraz SP500 (3982 pkt.). Rozczarowały wzrosty na technologicznym NASDAQ100, który co prawda urósł, ale notowania nie zdołały sforsować oporu na 13 320 pkt. W przypadku ropy naftowej zmienność była symboliczna. Wydarzenia w USA miały marginalny wpływ na ten rynek.

Polska giełda dziś otwiera się luką wzrostową (+0,53 proc.). Złoty na wczorajszą decyzję Fed-u zareagował umocnieniem. EUR/PLN spadł do 4,5875, jednak dziś spadki są niewałowane. Dziś z kraju poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej oraz cen produkcji (10:00), jednak PLN powinien będzie głównie pod wpływem globalnych nastrojów.

Łukasz Zembik
Kierownik dep. Analiz w TMS Brokers

Wodór i OZE – energetyka przyszłości

Przyszłości energetyki nie da się całkowicie przewidzieć. Wiemy, że opierać się ona będzie o zeroemisyjne i niskoemisyjne źródła energii. Jak jednak będzie wyglądała produkcja i dystrybucja prądu? Co posłuży nam za magazyn energii, produkowanej przez OZE? Eksperci zgadzają się, że najpewniej będzie to wodór. Jednak technologia jego elektrolizy jest na razie na poziomie, który nie pozwala na całkowite rozpowszechnienie tej formy gromadzenia paliwa. Możliwe jednak, że coraz bardziej dostępna technologia fotowoltaiki i turbin wiatrowych – w połączeniu z nową, lepszą technologią pozyskiwania wodoru – całkowicie zmieni wygląd sieci energetycznych.

– Odnawialne źródła energii w połączeniu z wodorem mogą posłużyć do decentralizacji energetyki. Możliwe, że skończy się era wielkich koncernów paliwowo-energetycznych. Koncerny zajmą się usługami, a produkcja energii i jej magazynowanie będzie przebiegać w sposób bardziej rozproszony. Już w tej chwili mamy coraz więcej prosumentów – produkujących energię z OZE. Tak może wyglądać nasza przyszłość – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Spółki Skarbu Państwa, które w tym momencie mają większościowe udziały w sektorze energetyki, powinny ten scenariusz wziąć po uwagę. Zastanowić się nad swoją przyszłościową rolą w świecie, w którym energetyka będzie wyglądać zupełnie inaczej. Być może dzięki rozwojowi nauki i badań naukowcy odkryją nowe sposoby rozdzielania cząsteczki wody na wodór i tlen, jeszcze mniej energochłonne – które całkowicie przewrócą obecne myślenie o rozwoju gospodarki wodorowej. Niemniej jednak wielu ekspertów uważa, że przyszłość w 100% należy do wodoru – podkreśla Maj.

Sprzedaż kredytów w Polsce (luty 2021 r.)

W lutym 2021 r., w porównaniu do lutego 2020 r., w ujęciu liczbowym banki i SKOK-i udzieliły mniej dwóch rodzajów kredytów: o 23,7% mniej limitów na kartach kredytowych oraz o 20,8% mniej kredytów gotówkowych. Banki przyznały więcej kredytów ratalnych (+2,5%) oraz kredytów mieszkaniowych (+0,4%). W ujęciu wartościowym banki i SKOK-i przyznały mniejszą wartość limitów kartowych (-27,9%) oraz kredytów gotówkowych (-15,7%). Dodatnia dynamika dotyczyła w lutym br. kredytów ratalnych – wzrost o 10,9% oraz kredytów mieszkaniowych – wzrost o +6,7%.

W pierwszych dwóch miesiącach 2021 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 399,7 tys. kredytów gotówkowych (-27,4%) na kwotę 8,67 mld zł (-21,0%) oraz 543,9 tys. kredytów ratalnych (+0,1%) na kwotę 2,42 mld zł (+5,9%). Kredytów mieszkaniowych zaciągnięto 36,4 tys. (-5,6%) na kwotę 11,08 mld zł (+0,6%).

Analizując dane zawarte w Newsletterze i wyciągając na ich podstawie wnioski, BIK bierze pod uwagę dwa aspekty.

Po pierwsze, uwzględnia specyfikę produktów kredytowych: kredyty konsumpcyjne (ratalne i gotówkowe) oraz karty kredytowe są procesowane bardzo szybko od złożenia wniosku przez klienta lub oferty przez bank (zazwyczaj złożenie wniosku i udzielenie kredytu czy przyznanie limitu zamykają się w jednym miesiącu). Zatem w przypadku tych produktów, lutowa sprzedaż jest związana z wnioskami składanymi w większości przypadków w lutym 2021 r. Natomiast kredyty mieszkaniowe są procesowane dłużej, nawet do dwóch miesięcy od złożenia wniosku, w związku z tym sprzedaż kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. jest efektem wniosków składanych w grudniu 2020 r. i styczniu 2021 r.

Po drugie, problemy ze spłacaniem kredytów mogą w pełni zmaterializować się w odczytach Indeksów Jakości, dopiero po trzech miesiącach od zaprzestania spłaty, co wynika z ich konstrukcji, ponieważ Indeksy obejmują jedynie opóźnienia powyżej 90 dni.

Kredyty gotówkowe i ratalne

– W lutym 2021 r. ujemne dynamiki zarówno liczby, jak i wartości udzielonych kredytów gotówkowych, dotyczyły wszystkich przedziałów wartości udzielanych kredytów. Widzimy już to zjawisko od początku pandemii. Jednak w lutym, podobnie jak w styczniu br., najwyższy spadek w ujęciu liczbowym oraz wartościowym dotyczył kredytów niskokwotowych tj. do 1 tys. zł: odpowiednio (-51,2%) oraz (-48,6%). Najniższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów gotówkowych z przedziałów wysokokwotowych: 30-50 tys. zł oraz powyżej 50 tys. zł. Tak więc im wyższa kwota kredytu gotówkowego, tym niższa dynamika spadku. Taka sytuacja może świadczyć o dużej ostrożności banków w udzielaniu niskokwotowych kredytów, służących m.in. pokryciu luki w bieżącym budżecie domowym. W przypadku kredytów gotówkowych mamy więc dalszy ciąg zapaści akcji kredytowej – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Hossa w kredytach ratalnych

W przypadku kredytów ratalnych możemy mówić nawet o mini hossie. W lutym 2021 r. w ujęciu liczbowym banki udzieliły ich o 2,5% więcej w porównaniu z lutym 2020 r., czyli ostatnim przedpandemicznym miesiącem. Jeszcze większy optymizm budzi analiza akcji kredytowej w ujęciu wartościowym – tu mamy dynamikę na poziomie (+10,9%).

– Dodatnie lutowe odczyty dotyczące liczby kredytów ratalnych to przede wszystkim efekt kredytów udzielonych z dwóch ostatnich przedziałów kwotowych, to jest 3-5 tys. zł. (+7,3%) oraz powyżej 5 tys. (+20,2%). Niskokwotowe kredyty ratalne odnotowały ujemne dynamiki. Jest to typowe zjawisko w dobie pandemii.

– Porównując sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych widzimy odmienne tendencje. Można wręcz mówić o dualizmie zachowania akcji kredytowej w przypadku kredytów celowych (taką samą sytuację, jak w przypadku kredytów ratalnych, obserwujemy w przypadku kredytów mieszkaniowych) i niecelowych (kredyty gotówkowe i karty kredytowe).

– Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że kredyty ratalne dla udzielającego banku są dużo bezpieczniejsze od kredytów gotówkowych, co ma swoje odzwierciedlenie w poziomie szkodowości – druga po kredytach mieszkaniowych najniższa szkodowość, która w okresie pandemii jeszcze istotnie się obniżyła. Trzeba również pamiętać, że inne jest ekonomiczne przeznaczenie tych kredytów – kredyty ratalne w przeciwieństwie do gotówkowych nie służą uzupełnianiu luki w bieżącym budżecie domowym, wiążą się raczej z nabywaniem na raty dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku, prof. sprzętu RTV/AGD, elektroniki, do których pomimo pandemii był stosunkowo prosty dostęp, prof. poprzez e-commerce czy otwarte w lutym sklepy stacjonarne. Część gospodarstw domowych z wyższymi dochodami mogła również skorzystać z bardzo atrakcyjnej oferty, często przy zerowym poziomie RRSO. W normalnych warunkach mogłyby one pewnie nabyć te rzeczy za gotówkę, ale obecnie wolą kumulować środki jako swoistą poduszkę bezpieczeństwa ekonomicznego – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Średnia wartość udzielonego w lutym 2021 r. kredytu gotówkowego to 22 172 zł – wzrost o 6,4% w stosunku do lutego 2020 r. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4 546 zł i jest ona wyższa niż w lutym rok temu o 8,2%.

Obserwowany przez BIK co miesiąc poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych (gotówkowych i ratalnych) w oparciu o odpowiednie Indeksy Jakości pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela kredytów ratalnych już od kilku lat utrzymuje się na bardzo niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty Indeksu. Bieżący – lutowy odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów ratalnych wynosi 1,22%. Kilkukrotnie wyższą szkodowością (najwyższą wśród wszystkich grup produktowych) charakteryzują się natomiast kredyty gotówkowe. Lutowy odczyt Indeksu Jakości dla kredytów gotówkowych wynosi 4,51%.

Pomimo wcześniejszych obaw dotyczących wzrostu szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych z uwagi na pandemię, lutowy odczyt potwierdza pozytywne zjawisko związane z poprawą jakości wyrażoną spadkami odczytów Indeksu Jakości w okresie 12 miesięcy. Tak wyraźna poprawa Indeksu Jakości jest najprawdopodobniej efektem odroczeń spłat rat kredytowych w ramach moratoriów kredytowych udzielanych klientom przez banki i jedynie niewielkim wzrostem liczby kredytów opóźnionych pow. 90 dni po zakończeniu moratoriów.

– W porównaniu do lutego 2020 r. wartość Indeksu Jakości kredytów gotówkowych polepszyła się (spadła) o 1,43 pkt proc., najwięcej ze wszystkich produktów kredytowych. Wiąże się to bezpośrednio z faktem, że z wakacji kredytowych w największym stopniu skorzystali właśnie posiadacze kredytu gotówkowego (zawieszenie spłat zastosowano dla ponad 8% wszystkich kredytów gotówkowych). Niestety w porównaniu do odczytu ze stycznia 2021 r. mamy już pogorszenie odczytu, o 0,28 p.p. Niewątpliwie główny wpływ miało na to zakończenie przez większą część kredytobiorców wakacji kredytowych, które w dużej części amortyzowały w pierwszym okresie pandemii ewentualny brak możliwości spłaty kredytu. W mojej opinii i tak wzrost szkodowości po zakończonych moratoriach jest dużo niższy od oczekiwanego. W przypadku kredytów gotówkowych 7 miesięcy po zakończeniu moratoriów poziom szkodowości tych kredytów wynosi 3,3%. Natomiast w lutym 2021 r. poprawiła się w porównaniu do stycznia 2021 jakość kredytów ratalnych. W ich przypadku wartość Indeksu polepszyła się (spadła) o 0,06, i był to jedyny produkt kredytowy dla którego był kontynuowany pozytywny trend z poprzednich miesięcy. Również w aspekcie szkodowości mamy więc odmienną sytuację w kredytach gotówkowych i ratalnych – wyjaśnia główny analityk BIK.

Kredyty mieszkaniowe

W lutym br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości (+6,7%), jak i liczby udzielonych kredytów (+0,4%) w porównaniu z lutym 2020 r. W okresie styczeń – luty 2021 r., już ponad połowa (51,7%) wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 350 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, w dwóch pierwszych miesiącach 2021 r. nadal tak, jak i w poprzednich okresach, obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym dotyczą tylko kredytów powyżej 350 tys. zł, których w tym okresie 2021 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2020 r. w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 9,0%, a w wartościowym o 11,9%. We wszystkich niższych przedziałach kwotowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowano ujemne dynamiki akcji kredytowej.

– Wyniki lutowej akcji kredytowej w zakresie kredytów mieszkaniowych są odzwierciedleniem popytu z okresu grudnia 2020 r. oraz stycznia 2021 r. Odbudowę popytu na kredyt mieszkaniowy sygnalizowały już zarówno grudniowy odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe (+6,4%), jak i odczyt styczniowy (+18,1%). Trzeba jednak zawsze pamiętać, że sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych jest determinowana nie tylko zachowaniem potencjalnych kredytobiorców (popytem), chcących nabyć nieruchomość za kredyt, lecz i banków udzielających kredyt (podaż). Banki po pierwszym szoku wywołanym pandemią przystąpiły do luzowania wymagań, m.in. w zakresie wkładu własnego. Co ciekawe banki nie zwiększyły wymagań odnośnie do scoringu. Średni score dla kredytobiorców mieszkaniowych w ujęciu sprzedażowym (akcji kredytowej) pozostaje stabilny przez ostatnie 3 półrocza (75 pkt).

– Dla akcji kredytowej ważna będzie więc postawa banków w kolejnych miesiącach, które w warunkach rosnącej niepewności wywołanej trzecią falą pandemii, mogą ponownie zdecydować się na zaostrzenie polityki kredytowej, co znów będzie skutkować ograniczoną dostępnością kredytu. Mniej obawiam się negatywnej reakcji ze strony popytu. Lutowy odczyt BIK Indeksu – Popytu na kredyty Mieszkaniowe wyniósł (+17,1%), a w poprzednim tygodniu tj. 08-14.03 w ujęciu r/r wzrosła liczba wniosków o kredyty mieszkaniowe o (+31,8%) – prognozuje prof. Rogowski.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lutym 2021 r. wyniósł 0,55%. W ostatnich 12 miesiącach (od lutego 2020 r. do lutego 2021 r.) jakość portfela polepszyła się, o czym świadczy spadek Indeksu o (-0,17). Pandemia nie wpłynęła więc negatywnie na jakość portfela kredytów mieszkaniowych. W dużej mierze jest to efekt wakacji kredytowych.

– Pomimo dużych wcześniejszych obaw – szczególnie w początkach pandemii, obecnie nadal nie odnotowujemy dużego spadku jakości portfela kredytów mieszkaniowych. Co prawda jakość w lutym 2021 r. pogorszyła się w porównaniu do stycznia 2021 r., wzrost Indeksu był jednak niewielki: o 0,02 p.p. Przy czym należy pamiętać, że mówimy o opóźnieniach 90-dniowych, czyli możliwych do wystąpienia dopiero po 3-miesięcznym opóźnieniu w spłacie raty kredytu. Podobnie jak w przypadku pozostałych rodzajów kredytów, należy szczególnie obserwować „powakacyjne” zachowania kredytobiorców mieszkaniowych. Po 7 miesiącach od zakończenia moratoriów (najdłuższy obecnie możliwy okres obserwacji) poziom szkodowości objętych nimi kredytów mieszkaniowych wynosi 0,7% w przypadku kredytów walutowych i 0,3% dla kredytów złotowych. Tak więc nie materializuje się na ten moment negatywny scenariusz – zaznacza główny analityk BIK.

Karty kredytowe

W lutym 2021 r. banki wydały 60,2 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 371 mln zł.

– W lutym 2021 r. widać dalszą kontynuację negatywnego trendu dynamiki rocznej obserwowanego w całym ubiegłym roku, w ujęciu liczbowym wynosi ona (-23,7%), a w wartościowym (-27,9%). Negatywne zjawisko dotyczy ponownie wszystkich przedziałów kwotowych. Należy pamiętać, że limity kartowe są jednym z najbardziej ryzykownych produktów kredytowych (wartość Indeksu Jakości w lutym wyniosła 3,26%), stąd naturalna ostrożność do ich przyznawania przez banki w okresie niepewności. Ostrożność banków wpływa bezpośrednio na dostępność tego produktu kredytowego – mówi prof. Rogowski z BIK.

Praca zdalna przyczyniła się do lawinowego wzrostu popularności freelancerów. Firmy szukają nowych kompetencji i oszczędności kosztów

Mniejsze koszty zatrudnienia to kluczowy argument, który skłania polskie firmy do korzystania z usług wolnych strzelców. Współpraca z freelancerami to także sposób na uzupełnienie zespołu o osoby posiadające kompetencje, których brakuje w firmie. – Dzięki pandemii koronawirusa firmy przekonały się, że konserwatywny model zatrudnienia oparty na pracy w biurze odszedł do lamusa. Rok 2021 ma szansę stać się rokiem freelancingu – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com.

Trudno precyzyjnie określić, ile przedsiębiorstw korzysta z usług freelancerów, bo w zasadzie większość, jak nie wszystkie firmy na jakimś etapie rozwoju zatrudniają wolnych strzelców. Niewiele organizacji  posiada wszelkie potrzebne kompetencje, np. w zakresie tłumaczeń z języków obcych, pisania tekstów czy szukania jakichś danych. Na podstawie szacunków z rynków zagranicznych można przyjąć, że ok. 60 proc. firm korzysta od czasu do czasu z usług freelancerów, 57 proc. deklaruje, że zrobi to w najbliższym czasie – uściśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Głośny.

Jak wynika z badań  prowadzonych przez serwis, 67 proc. przedsiębiorstw działających za granicą korzysta z usług freelancerów. Główny powód to chęć wprowadzenia nowych umiejętności lub przyspieszenia realizacji projektów (42 proc.). Jedna trzecia (35 proc.) stwierdziła, że powodem korzystania z usług wolnych strzelców były korzyści finansowe. 28 proc. respondentów zatrudnia freelancerów w odpowiedzi na pandemię, aby zaistnieć w internecie i zwiększyć sprzedaż.

Na pierwszej pozycji listy korzyści dla pracodawców w Polsce są oszczędności finansowe. Freelancerzy współpracujący z polskimi przedsiębiorcami rozliczają się zarówno poprzez umowy cywilnoprawne, jak i rachunki oraz faktury VAT. Nie generują kosztów, które ponoszą firmy zatrudniające pracowników na etacie. Jak oceniają eksperci Useme.com, współpraca z freelancerem to właśnie szansa dla przedsiębiorstw na uzupełnienie zespołu bez konieczności tworzenia nowych etatów i ponoszenia kosztów pracodawcy w niepewnym okresie pandemii.

– Zatrudnienie freelancera jest związane ze sporą dawką elastyczności. Nie trzeba poświęcać czasu na wdrażanie nowej osoby w zespole w procesy istniejące w firmie, bo ona ma już konkretne profesjonalne umiejętności. Zawsze istnieje ryzyko zatrudnienia osoby, która nie jest tak kompetentna, jak by się wydawało na początku, albo obawa o wyciek danych, które są wrażliwe dla firmy. Ale to ryzyko jest takie samo jak w przypadku zatrudnienia osoby na etacie – podkreśla prezes zarządu Useme.com, platformy pracy zdalnej dla freelancerów.

Jak przyznaje, jeszcze dwa lata temu nawet serwis Useme.com nie używał sformułowania „freelancer”, bo miało ono negatywne konotacje. Kojarzyło się z osobą, której ciężko dotrzymać terminu, i z niższą jakością pracy. Jego zdaniem freelancerzy dbają o swój wizerunek i zależy im na dobrej opinii, bo pracują dla wielu klientów i wciąż poszukują nowych. Raz utracona reputacja może procentować przez kolejne lata i skutkować utratą kolejnych klientów.

– Od pewnego czasu już nie boimy się używać tego terminu i firmy też przestają się bać korzystać z usług freelancerów. Przekonały się, że wolni strzelcy oferują bardzo często wyższą jakość usług i szereg kompetencji, których brakuje etatowym pracownikom firmy – wyjaśnia Przemysław Głośny. – Firmy przyzwyczaiły się, że większość pracowników pracuje zdalnie, bo w dobie koronawirusa jest to standard. Przekonały się, że nie jest to zagrożeniem dla ich procesów biznesowych. 

Badania prowadzone przez Useme.com pokazały, że 2/3 przedsiębiorstw współpracuje z wolnymi strzelcami właśnie ze względu na chęć wprowadzenia do firmy nowych kompetencji. Freelancerzy, aby zachować konkurencyjność na rynku, szybciej reagują na nowe trendy i zmieniające się oczekiwania rynku. Są spore szanse na to, że to, czego etatowy pracownik jeszcze nie wie, wolny strzelec ma już całkiem dobrze opanowane. Kolejną zaletą może być czas pracy freelancerów, bo ich dnia pracy nie regulują zapisy w umowie. Może więc na przykład pracować wieczorami.

W Polsce rynek pracy dla freelancerów wciąż raczkuje. Na rynkach europejskich odsetek wszystkich osób zatrudnionych na zasadzie freelancingu to ok. 10–15 proc. I traktujemy to bardzo szeroko. Do tej grupy zaliczają się także np. hydraulicy, a nie tylko osoby wykonujące usługi dla biznesu. W Polsce udział procentowy freelancerów wśród zatrudnionych wynosi ok. 3–5 proc. To oznacza, że jesteśmy dopiero na początku drogi – zauważa prezes Useme.com.

Uzdrowiska walczą o finansowanie rehabilitacji ozdrowieńców. To mogłoby podreperować finanse sanatoriów

Przez sześć i pół z 12 miesięcy funkcjonowania w covidowej rzeczywistości branża sanatoryjno-uzdrowiskowa nie mogła działać. Po licznych apelach do premiera i ministra zdrowia mogła wreszcie ruszyć 11 marca. Jednak już parę dni później ogłoszono objęcie bardziej restrykcyjnymi obostrzeniami terenu całej Polski, co może powstrzymać kuracjuszy przed wyjazdami. Unia Uzdrowisk Polskich proponuje, by w sanatoriach prowadzono rehabilitację osób, które przechorowały COVID-19. Potrzebne są jednak przepisy, które umożliwią refundację pobytu przez NFZ czy ZUS.

Wprowadzenie rehabilitacji pocovidowej byłoby jednym z kluczowych tematów, które pozwoliłyby na odbudowanie się uzdrowisk i wykorzystanie ich potencjału – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes zarządu Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa. – Uzdrowiska mają stosowną kadrę, bazę zabiegową, czyli wyposażenie, są też w miejscach, które sprzyjają takiej rehabilitacji. Przykładowo nasze uzdrowisko Wysowa-Zdrój to miejsce, które leży na uboczu, z dala od zgiełku dużych miast, otoczone górami, lasami i ma czyste powietrze, co jest bardzo ważne w tym przypadku.

Od początku pandemii w Polsce zachorowało już niemal 2 mln osób, a jest to statystyka, która nie uwzględnia przechodzących COVID-19 bezobjawowo. Z tej liczby zmarło niespełna 50 tys. osób. Nawet ozdrowieńcy lekko lub bezobjawowo przechodzący infekcję mogą się zmagać ze skutkami choroby, nie wspominając o hospitalizowanych czy leżących pod respiratorem, którzy po leczeniu muszą na nowo odbudować mięśnie. Wyleczonym dokuczają problemy z koncentracją, pamięcią, oddychaniem czy przewlekłe zmęczenie. Pobyt w sanatorium mógłby pomóc zwalczyć te objawy, jednak na razie możliwe są jedynie pobyty komercyjne, a to wydatek rzędu 2–3 tys. zł.

– Głównie chodziłoby o rehabilitację pulmonologiczną, narządu ruchu czy też kardiologiczną. My prowadzimy je od szeregu lat. Tutaj płatnikiem mógłby być NFZ czy ZUS. Aktualnie taka rehabilitacja pocovidowa prowadzona jest w Głuchołazach, natomiast cieszę się, że są zapewnienia co do tego, że to jest pilotaż, który ma być rozszerzony – mówi Wacław Furmanek. – Ważną rzeczą jest, żeby tę rehabilitację wdrożyć stosunkowo szybko po przebytej chorobie, więc nie może to być tylko w jednym miejscu, przez co kolejka byłaby na miesiące lub lata. Chodzi o to, żeby to było zdecentralizowane, ośrodki rozproszone, żeby pacjenci mieli łatwy dostęp do rehabilitacji i leczenia. Nasze doświadczenie i potencjał są gwarantami skuteczności tego leczenia.

Refundacja rehabilitacji ozdrowieńców umożliwiłaby powrót do pełnej sprawności osobom wyleczonym, co zwiększyłoby wydajność ich pracy, ale także pozwoliłaby na napływ pacjentów, z którego skorzystałyby sanatoria i lokalne społeczności. W Polsce działa ponad 40 miejscowości uzdrowiskowych, a dla wielu z nich kuracjusze są najważniejszym źródłem dochodu. Nie chodzi tylko o samo sanatorium, ale też całą infrastrukturę, z której przyjezdni korzystali: restauracje i małą gastronomię, punkty usługowe czy kulturę i rekreację. Według Unii Uzdrowisk Polskich gminy straciły od 70 proc. do 90 proc. wpływów z tytułu samej opłaty uzdrowiskowej.

– Temat rehabilitacji pocovidowej przewija się właściwie od grudnia ubiegłego roku. Jako Unia Uzdrowisk Polskich bierzemy udział w tych pracach jako organ, cieszymy się, że jest zrozumienie dla potrzeby wprowadzenia takiej rehabilitacji dla pacjentów, ale jest to też szansa na zagospodarowanie potencjału, który mają uzdrowiska – podkreśla prezes UUP. – Ministerstwo Zdrowia potrzebuje kilku tygodni na sformalizowanie tego. Natomiast od sformalizowania do wdrożenia jeszcze trochę zejdzie. Myślę więc, że jeszcze chwilę musimy poczekać, ale to nie jest kwestia moim zdaniem trzech miesięcy, ale może miesiąca czy dwóch. W każdym razie to nie są kwartały czy lata.

Branża wiązała wielkie nadzieje z uruchomieniem finansowanego przez UE Funduszu Odbudowy. W Krajowym Planie Odbudowy zaprezentowanym przez rząd do konsultacji, które zakończą się na początku kwietnia, padła propozycja programu modernizacji pt. „Polskie uzdrowiska ku przyszłości”.

– Konieczne jest zwiększenie potencjału medycznego w zakresie niwelowania skutków i powikłań po przebytej chorobie COVID-19 w świetle prognozowanego wzrostu zapotrzebowania na usługi medyczne z zakresu rehabilitacji. Uzdrowiska mogą też pełnić funkcję długofalowego zabezpieczenia miejsc pobytu dla osób, które z różnych powodów należy odizolować w związku z powstałą sytuacją kryzysową. Nastąpi to m.in. poprzez rozwój oferty usług lecznictwa stacjonarnego oraz rehabilitacji pacjentów po przebytej chorobie COVID-19. Zadania realizowane w ramach projektu mają prowadzić do poprawy jakości i dostępności do usług zdrowotnych i bazować na walorach naturalnych, które warunkują posiadanie statusu uzdrowiska lub obszaru ochrony uzdrowiskowej – napisano w projekcie KPO.

Branża nie jest jednak zadowolona z zaproponowanych kwot dofinansowania, które miały być czterokrotnie wyższe.

Pomoc w ramach środków odbudowy to kolejny temat, który jest w fazie uzgodnień. Na pewno jest konieczne, żeby uzdrowiska znalazły się w takich programach i mogły aktywnie skorzystać z tych środków, bo ich potrzebują – argumentuje Wacław Furmanek. – My zamiast pomocy wolelibyśmy mieć możliwość prowadzenia naszej działalności. Każdy szuka takiej możliwości, żeby móc utrzymać miejsca pracy. Powiedzmy sobie szczerze, zespoły specjalistów niejednokrotnie były budowane przez lata, a jeżeli nie ma pracy, to ciężko tę działalność utrzymać.

Kraków pracuje nad kolejnym wsparciem dla przedsiębiorców. Niektóre branże mimo kryzysu zwiększają zatrudnienie

Prawie 70 mln zł w ubiegłym roku trafiło z budżetu Krakowa na wsparcie przedsiębiorców. W ramach programu Pauza mogą oni liczyć m.in. na obniżki czynszów w wynajmowanych od miasta lokalach. Na decyzję rady miasta o zawieszeniu opłat za koncesje wciąż czekają. Kraków tworzy także serwisy mapowe, które łączą lokalnych przedsiębiorców i konsumentów. Od 15 marca działa internetowa mapa firm, których działalność związana jest z produktami i usługami wielkanocnymi. Lokalny biznes, również ten nastawiony na turystów, nadal potrzebuje wsparcia z uwagi na utratę dochodów w czasie pandemii. Tym bardziej że od 20 marca Małopolskie – podobnie jak pozostałe województwa – ponownie zostanie objęte lockdownem.

– Z uwagi na trudną sytuację przedsiębiorców – szczególnie tych z branży gastronomicznej, turystycznej oraz związanych z handlem obwoźnym – miasto udostępniło szeroki wachlarz wsparcia, obejmujący m.in. zniżki w czynszu najmu lokali wykorzystywanych na prowadzenie działalności gospodarczej. Zarząd Budynków Komunalnych przygotował specjalne zasady udzielania tej pomocy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Wysocka, dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji Urzędu Miasta Krakowa.

W przypadku zakazu działalności przedsiębiorcy mogą korzystać z ograniczenia kosztów związanych z najmem do poziomu kosztów eksploatacyjnych. Ci przedsiębiorcy, którzy mogą prowadzić działalność, ale borykają się ze spadkiem obrotów lub przychodów (o nie mniej niż 25 proc. w porównaniu z sytuacją sprzed roku lub dwóch lat), mogą otrzymać zniżkę w czynszu na poziomie 50 albo 75 proc. kosztów związanych z najmem. Do grudnia ub.r. do miasta wpłynęło prawie 2,5 tys. wniosków o pomoc od najemców lokali użytkowych, a łączna wartość udzielonej w tym czasie pomocy w ramach tego instrumentu wyniosła prawie 8,8 mln zł.

Obniżki czynszów to jeden z punktów programu wsparcia dla lokalnych przedsiębiorców Pauza. Objęto nim przede wszystkim branżę gastronomiczną, dorożkarstwo, handel obwoźny, działalność artystyczną i reklamową. Miasto zaproponowało m.in. zmiany umów lub obniżki czynszu dzierżawnego w odniesieniu do dzierżawców targowisk miejskich czy obniżenie stawek opłat za ogródki gastronomiczne.

Jeżeli chodzi o koncesje, to jest w tym momencie procedowana uchwała w Radzie Miasta Krakowa, zobaczymy, jakie będą dalsze kroki – mówi Katarzyna Wysocka. – Wsparcie, które zostało udzielone przedsiębiorcom w okresie od marca do grudnia 2020 roku, jest szacowane na poziomie około 70 mln zł. Dotyczy ono różnych podmiotów, w tym także przedsiębiorców. Jeżeli chodzi o dalsze wsparcie, to stawiamy na działania o charakterze reaktywacyjnym.

Temu mają służyć serwisy mapowe, takie jak Jestem Aktywny, który zbiera informacje o lokalnych producentach, usługodawcach, rzemieślnikach działających mimo pandemii. Powstała także mapa krakowskiej gastronomii o działających w okolicy lokalach.

– Każdy może tam sprawdzić, które firmy działają w okresie pandemii, i skorzystać z oferty. Uruchomiliśmy także mapę dla przedsiębiorców oferujących usługi związane właśnie z nadchodzącymi świętami Wielkiej Nocy – informuje dyrektor w Urzędzie Miasta Krakowa.

Jak zaznacza Katarzyna Wysocka, pandemia koronawirusa nie przekreśla realizacji miejskich inwestycji, które są bardzo istotnym elementem kształtowania gospodarki. To przy ich realizacji pracę mogą znaleźć lokalne firmy.

– Nie zawiesiliśmy inwestycji miejskich, które są w toku, a ponadto realizujemy nowe. Budżet miasta i wieloletnia prognoza finansowa obejmują kilkaset zadań inwestycyjnych, głównie na poziomie zadań programowych, czyli takich, które zmierzają do polepszenia jakości życia mieszkańców – podkreśla dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Wśród najważniejszych inwestycji zaplanowanych na 2021 rok są: linia tramwajowa na Górkę Narodową, przebudowa al. 29 Listopada, Centrum Muzyki na Grzegórzkach, prace koncepcyjne związane z budową metra oraz wydatki na szpitale miejskie i zieleń.

Pracujemy nad krakowskim programem wspierania biznesu i innowacji. Prace są realizowane wspólnie przez Centrum Wspierania Inwestorów i Innowacyjnej Gospodarki, Centrum Wspierania Przedsiębiorczości, Punkt Obsługi Przedsiębiorcy, a także nowo powstały Referat ds. Współpracy z Krakowskim Ośrodkiem Naukowo-Akademickim. Chcemy właśnie w tym złotym trójkącie – nauka, biznes, samorząd – stworzyć warunki, zachęty, programy wsparcia, programy reaktywacji, które pozwolą zwalczyć negatywne skutki pandemii – mówi Katarzyna Wysocka.

Jak podkreśla, pandemia nie wpłynęła na mniejsze zainteresowanie inwestorów Krakowem. Widać to chociażby po rozwoju sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

– Wiele firm z Europy Zachodniej, ale także z Azji bądź z kierunków bliższych, czyli Białorusi czy Ukrainy, decyduje się na to, żeby właśnie w Krakowie ulokować swoje przedsięwzięcia. W zeszłym roku sektor nowoczesnych usług dla biznesu pod względem zatrudnienia urósł o 10 proc. To pokazuje, że branża trzyma się mocno. Dopasowała się bardzo dobrze do nowych wymagań związanych z pandemią, a Kraków utrzymał pozycję jednego z głównych polskich miast w tym sektorze – zaznacza dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w UMK.

Dane ABSL wskazują, że zatrudnienie w nowoczesnych usługach dla biznesu jest w Krakowie najwyższe w Polsce i wynosi ponad 77,7 tys. osób (dane z 2020 roku). Firmy z tego sektora odpowiadały za 90 tys. mkw. wynajętej powierzchni biurowej w I połowie ubiegłego roku. Kraków – podobnie jak po poprzednim kryzysie z 2008 roku – może być największym beneficjentem trendu polegającego na napływie centrów usług wspólnych do regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce działa 11 robotów chirurgicznych. W szpitalach potrzeba ich prawie cztery razy więcej

– W tej chwili w Polsce mamy już około tuzina robotów chirurgicznych. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na milion pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, ale postęp jest niesamowity – mówi dr hab. Zbigniew Nawrat, pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji serca Robin Heart. Operacje wykonywane przy pomocy robotów chirurgicznych są krótsze i bezpieczniejsze, wymagają mniej personelu, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. W Polsce barierą wciąż pozostaje brak finansowania ze środków NFZ dla procedur wykonywanych przy wsparciu robotów.

Według prognoz firm PMR i Upper Finance rynek robotyki chirurgicznej w Polsce jest wart ok. 166 mln zł i w ciągu pięciu lat wzrośnie do prawie 570 mln zł, co oznacza średnioroczny wzrost o 28 proc. Wartość ta obejmuje zarówno zakup i serwis robotów, narzędzia, jednorazowe materiały potrzebne do wykonania procedur, jak i wartość samych świadczeń medycznych wykonywanych przy wsparciu robotyki – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2029. Prognozy rozwoju na lata 2020–2025”.

– W robotyce medycznej wypadamy coraz lepiej i – szczerze mówiąc – najdziwniejsze jest to, że w ogóle bez pomocy państwa i rządu. Od kilkunastu lat trwają starania, żeby NFZ płacił za operacje wykonywane robotami chirurgicznymi, które na świecie są już standardem. Takich operacji na świecie wykonuje się już ponad 1 mln rocznie, z czego połowa to zabiegi ginekologiczne, operacje prostaty etc., przywracające ludzi do aktywności życiowej i zawodowej, z lepszym skutkiem i większą efektywnością – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii oraz pomysłodawca i konstruktor pierwszego w Europie robota do operacji na sercu Robin Heart, a także prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Robotyki Medycznej.

Najbardziej rozpowszechnionym robotem chirurgicznym jest da Vinci – robot amerykańskiej produkcji, wykorzystywany przede wszystkim w urologii i ginekologii, choć lista jego zastosowań jest dłuższa (może być wykorzystywany w ok. 170 typach zabiegów). W ubiegłym roku na całym świecie było zainstalowanych 5,7 tys. takich urządzeń, które przeprowadziły ponad 7,2 mln operacji. Najwięcej jest ich w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden robot da Vinci przypadał na prawie 100 tys. pacjentów. W Europie jeden przypada na 749 tys. osób, natomiast w Polsce – na 3,4 mln. W porównaniu do raportu PMR i Upper Finance z połowy 2019 roku to i tak ogromny postęp – rok wcześniej było to bowiem 6,4 mln Polaków.

– W tej chwili w całej Polsce mamy już około tuzina robotów. Co prawda powinniśmy mieć średnio jedno takie urządzenie na ok. 1 mln pacjentów, żeby zbliżyć się do krajów takich jak Niemcy czy Włochy, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, bo tam jest ich bardzo wiele ze względów komercyjnych. To są roboty kupione przez prywatne firmy i działają dzięki ludziom, którzy sami płacą za swoje operacje. Natomiast w Polsce postęp też jest niesamowity. Gratuluję szpitalom, które dojrzały szansę, kupiły takie roboty i wychodzą na tym zyskownie – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Pierwsze takie urządzenie pojawiło się na polskim rynku dekadę temu, w 2019 roku było ich już osiem, a przy ich pomocy przeprowadzono rekordową liczę 900 operacji. Do czerwca 2020 roku jeszcze trzy szpitale zakupiły roboty da Vinci, a liczba operacji – mimo początkowego spowolnienia z powodu pandemii – w całym roku wzrosła (szacunki mówiły o prawie 1,5 tys.). W tym roku liczba przeprowadzonych operacji może wzrosnąć już do 3,1 tys., a w 2022 roku – do 5,4 tys. Eksperci Upper Finance, PMR i Synektik – wyłącznego dystrybutora systemów da Vinci w Polsce – oceniają, że w kraju o wielkości Polski powinno być ok. 40–50 robotów.

– Dziś jesteśmy już tak dobrzy jak Czesi. W ubiegłym roku po raz pierwszy wykonaliśmy w Polsce tyle samo operacji co oni. Mamy mniej więcej tyle samo robotów chirurgicznych, ale wciąż niestety jednej firmy – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Eksperci podkreślają, że największe szanse na dogonienie popularności da Vinci w ciągu najbliższych pięciu lat ma system Medtronic, który ma być gotowy w tym roku. Również Polacy mogą się pochwalić osiągnięciami w rozwoju robotyki medycznej. Ponad 20 lat temu podjęto w Polsce działania na rzecz stworzenia robota kardiochirurgicznego o nazwie Robin Heart. Jedną z jego wersji, stworzoną w Instytucie Protez Serca w Zabrzu, jest Robin Heart mc2 – trójramienny robot zastępujący przy stole operacyjnym trzy osoby, w tym dwóch chirurgów. Do tej pory nie udało się jednak wdrożyć do produkcji żadnego z nich.

– Na cały projekt Robin Hearta, który trwa 20 lat, nie dostaliśmy nawet połowy tego, ile dzisiaj kosztuje jeden robot komercyjny. Proszę zobaczyć, jaką straciliśmy szansę, żeby w ogóle zaistnieć na tym rynku. Nowa dziedzina nauki i techniki powstała w Polsce za mniejszy koszt niż jedno urządzenie – mówi ekspert.

Dynamika rynku robotyki chirurgicznej byłaby jeszcze większa, gdyby wprowadzono program finansowania tych procedur przez NFZ. Mimo zapowiedzi zmian ze strony Ministerstwa Zdrowia i pozytywnej oceny Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydanej już prawie cztery lata temu nie ma w Polsce możliwości refundacji takich zabiegów. Dlatego szpitale, które chcą otrzymać zwrot części kosztów, muszą wykonywać je w formule prywatnej albo starać się o specjalne granty. Eksperci spodziewają się jednak, że jest to decyzja nieunikniona ze względu na korzyści, jakie przynosi robotyka w medycynie. Prognoza Upper Finance i PMR zakłada, że publiczne finansowanie wejdzie w życie od 2023 roku. Ocenia także, że średnia cena za zabieg w latach 2020–2022 spadnie z 45 do 40 tys. zł, a do 2025 roku do 36 tys. zł.

– Kilka kolejnych firm zaczyna produkować swoje roboty dla chirurgii. Są już roboty do rehabilitacji, diagnostyki, roboty dla neurochirurgii i onkologii. One właściwie są już niezbędne. W niektórych obszarach roboty są już tak „zadomowione”, że nie wyobrażamy sobie, żeby mógł je zastąpić człowiek czy jakaś inna metoda – mówi profesor Instytutu Protez Serca FRK.

Operacje wykonywane z pomocą robotów chirurgicznych są krótsze, zapewniają większe bezpieczeństwo, a pacjent traci mniej krwi i jest w mniejszym stopniu narażony na powikłania. Takie zabiegi wymagają też mniej personelu, więc w przyszłości roboty mogą się okazać rozwiązaniem problemu, jakim jest niedobór kadr medycznych i malejąca liczba chirurgów.