Grupa Raben nowym najemcą CitySpace

Grupa Raben otworzyła drugą lokalizację we Wrocławiu. Nowy oddział mieści się w CitySpace Aquarius. Dołączenie firmy do CitySpace jest potwierdzeniem rosnącego zapotrzebowania na biura elastyczne.

CitySpace to ogólnopolski operator kompaktowych biur elastycznych. We Wrocławiu udostępnia je w dwóch budynkach: Aquarius Business House oraz Nobilis Business House. Pierwszą lokalizację upodobała sobie branża logistyczna, reprezentowana tamże przez trzy firmy. Od stycznia pracuje stamtąd także Grupa Raben – firma oferująca kompleksowe usługi TSL, która może pochwalić się 90-letnim stażem na rynku europejskim. – Historia tej firmy sięga pierwszej połowy dwudziestego wieku. Raben posiada ponad 150 własnych oddziałów w 13 krajach Europy. Uruchomienie nowego w naszej przestrzeni jest dla nas dużym wyróżnieniem, a także potwierdzeniem dwóch rzeczy: wysokiego poziomu naszych usług oraz rosnącego zapotrzebowania na powierzchnie elastyczne – mówi Magdalena Śnieżek, Regional Director South Poland w CitySpace. Transakcję pomiędzy CitySpace a Raben koordynowała firma Cushman & Wakefield.

Ogromny rynek logistyczny

Grupa Raben zajmuje się m.in. logistyką kontraktową, transportem drogowym, w tym w temperaturze kontrolowanej, a także morskim i lotniczym. W Polsce ma 53 oddziały i zatrudnia ponad 5300 pracowników m.in. w okolicach Warszawy, Poznania, Gdyni. We Wrocławiu od dawna prowadzi centrum logistyczne przy ul. Bierutowskiej. Dlaczego to właśnie w tym mieście założyła kolejny oddział? – Zdecydowaliśmy się na Wrocław, ponieważ jest to jedno z najszybciej rozwijających się miast w Polsce, z dużym zapleczem studentów po kierunkach logistycznych i jednocześnie ogromny rynek TSL. Dzięki temu, mamy możliwość nie tylko współpracować z wysokiej klasy specjalistami z obszaru logistyki, ale i szersze perspektywy dotarcia do nowych klientów – odpowiada Klaudyna Polanowska-Skrzypek, PR Manager Grupy Raben.

Rozwój w biurach elastycznych

Nowy oddział docelowo będzie składał się z ok. 20 osób. Do jego wyłącznej dyspozycji w CitySpace Aquarius została oddana w pełni wyposażona i umeblowana przestrzeń biurowa z dostępem przez całą dobę. – Zapewnione są nowoczesne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracy, monitoringu i kontroli dostępu. CitySpace jest idealną przestrzenią dla naszych nowych pracowników i dynamicznie rozwijającej się firmy – uzasadnia wybór Ilona Raben, Real Estate Director w Grupie Raben. Grupa Raben wybrała biura CitySpace także z powodu sali konferencyjnej na wyłączność oraz dostępu na życzenie do salek spotkań w części wspólnej. Mocnymi argumentami są standard budynku i jego lokalizacja z dobrym dojazdem różnymi środkami transportu: komunikacją miejską, samochodem i rowerem. Liczą się również dodatki. – Pracownicy mają możliwość korzystania z wyśmienicie zaopatrzonej kuchni, ze świeżo parzoną kawą, sokami, wodą, owocami i przekąskami, a w razie potrzeby mogą zawsze liczyć na wsparcie ze strony recepcji – chwali Ilona Raben.

Grupa Raben świadczy usługi logistyczne małym, średnim i dużym przedsiębiorstwom. W ubiegłym roku wśród najczęściej obsługiwanych branż znalazły się: żywność (30%), technologie konsumenckie (21%), automotive (17%), retail (12%) chemia (11%) oraz FMCG non-food (9%).

Będą kolejne centra biurowe

Z kolei CitySpace to marka należąca do grupy Echo Investment. Jest operatorem biur elastycznych we Wrocławiu, Warszawie, Katowicach, Krakowie i Gdańsku. W tych miastach ma łącznie 10 lokalizacji, ale jest w trakcie ekspansji. Do końca tego roku planuje otworzyć ok. 4500 mkw. nowej powierzchni, a liczbę stanowisk pracy zwiększyć o 750. W drugim kwartale 2021 uruchomi nowe centrum biurowe – w biurowcu Face2Face w Katowicach. Będzie to 2. lokalizacja w tym mieście i 11. w Polsce. Na drugą połowę roku planowane jest otwarcie nowego projektu we Wrocławiu. W dłuższej perspektywie CitySpace planuje wejście na zupełnie nowe rynki regionalne.

Każde centrum CitySpace to biura hybrydowe, na które składają się prywatne przestrzenie serwisowane, współdzielone przestrzenie coworkingowe i sale spotkań.

Szef PKOl: Przygotowania sportowców do igrzysk w Tokio w nowej formule. Z powodu pandemii i obostrzeń całe wydarzenie będzie zupełnie inne niż dotychczasowe

Igrzyska olimpijskie w Tokio, które pierwotnie miały się odbyć w 2020 roku, zostały przełożone na tegoroczne lato z powodu pandemii COVID-19. Zgodnie z aktualnym harmonogramem mają się odbywać między 23 lipca a 8 sierpnia br. Przepustki do Tokio wywalczyło już 140 polskich reprezentantów z 17 dyscyplin sportowych, jednak kwalifikacje wciąż trwają. – Tegoroczna olimpiada na pewno będzie specyficzna. Chcemy, żeby sportowcy mogli zdrowi wziąć w niej udział – mówi Andrzej Kraśnicki, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Również przygotowania do największej światowej imprezy toczą się w nietypowych, bo pandemicznych warunkach. W tym procesie polską kadrę wesprze Enea, która dołączyła do grona sponsorów PKOl.

 Igrzyska olimpijskie Tokio 2020, które jednak odbędą się dopiero w tym roku, na pewno będą specyficzne. Zupełnie inne niż te, które odbywały się do tej pory. Mają być bezpieczne, jest to wynik pandemii i wszyscy to rozumieją. Chcemy, żeby sportowcy z całego świata, którzy zakwalifikują się do udziału w tych igrzyskach, mogli zdrowi brać udział w największej światowej imprezie sportowej. To będą na pewno igrzyska wyjątkowe, choć jeszcze trudno powiedzieć, czy przy pełnych trybunach, czy bez publiczności, czy przy jej ograniczonym udziale – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Kraśnicki, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Choć Japonia odnotowuje ostatnio wzrost zakażeń koronawirusem, szef komitetu organizacyjnego igrzysk Yoshiro Mori zadeklarował na początku lutego, że sportowa impreza odbędzie się bez względu na rozwój sytuacji epidemiologicznej w kraju.

Wyzwaniem jest w tej chwili jednak nie tylko organizacja igrzysk, lecz także kwalifikacje i przygotowania sportowców do udziału w imprezie w restrykcyjnych warunkach reżimu sanitarnego.

 Sportowcy przygotowują się do igrzysk olimpijskich w nowej formule. Pandemia wymusiła zachowanie bezpieczeństwa zdrowotnego. W tej chwili przygotowania odbywają się w dobrych warunkach, z pełną intensywnością i mam nadzieję, że nasi sportowcy na igrzyskach wypadną godnie – ocenia prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

 Przygotowania do igrzysk w ubiegłym roku szły pełną parą aż do 15 marca, kiedy wybuchła pandemia. W jej trakcie największym wyzwaniem było dla nas utrzymanie zawodników w grze, co nie było proste. Organizowaliśmy eventy, które nie były zawodami sportowymi, ale mogły się odbywać w obostrzeniach COVID-owych, żeby zawodnicy mieli motywację do pracy i współzawodnictwa. Przygotowujemy się więc cały czas – dodaje Dariusz Szumacher, prezes Polskiego Związku Tenisa Stołowego.

Do tej pory przepustki do Tokio wywalczyło już 140 polskich reprezentantów z 17 dyscyplin sportowych. Pełny skład polskiej kadry olimpijskiej będzie znany 5 lipca br. (to ostateczna data zgłoszeń dla wszystkich krajowych federacji olimpijskich). Na poprzednich igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku Polska zdobyła łącznie 11 medali.

Przygotowania polskich sportowców do IO wspierać będzie koncern energetyczny Enea, który dołączył do grona partnerów i sponsorów Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz polskiej reprezentacji olimpijskiej. Enea wesprze m.in. zawodników tenisa stołowego jako nowy sponsor generalny Polskiego Związku Tenisa Stołowego.

– Wspieramy olimpijczyków z Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich oraz Polskiego Związku Tenisa Stołowego – wskazuje Paweł Szczeszek, prezes Enei. – Zapewnimy wsparcie medialne, reklamowe i przede wszystkim finansowe. W ramach społecznej odpowiedzialności biznesu ciąży na nas odpowiedzialność angażowania się i pomagania naszym sportowcom.

Enea pomoże zawodnikom Polskiego Związku Tenisa Stołowego nie tylko w przygotowaniach do igrzysk w Tokio, lecz także do kolejnych, nadchodzących zawodów na arenie krajowej i międzynarodowej, z których najważniejsze są indywidualne mistrzostwa Europy Liebherr 2021 ITTF European Table Tennis Championships, które odbędą się w dniach 22–27 czerwca tego roku na warszawskim Torwarze. Firma wybrała też reprezentantkę kadry narodowej Natalię Partykę na ambasadorkę swojej marki. Ośmiokrotna medalistka igrzysk paraolimpijskich mocno przyczyniła się do spopularyzowania w Polsce tego sportu.

Wspólnie z koleżankami z drużyny jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że mamy już kwalifikację olimpijską. Bardzo mocno trzymamy kciuki za chłopców, aby ją wywalczyli i dołączyli do nas do turnieju w Tokio. Dzisiaj przygotowania wyglądają całkiem dobrze, wszystko idzie w dobrym kierunku – podkreśla Natalia Partyka, członkini kobiecej reprezentacji Polski w tenisie stołowym. – Obiecać medali nie możemy, ale na pewno będziemy się starali je zdobywać.

Enea wspiera polski sport już od lat. Jest m.in. sponsorem tytularnym drużyn siatkarskich i koszykarskich oraz dwóch imprez triathlonowych: Enea Ironman 70.3 Gdynia oraz Enea Bydgoszcz Triathlon. Od czterech lat patronuje też krajowej reprezentacji w wioślarstwie.

Poza sportem olimpijskim finansujemy również koszykówkę. Enea Zastal Zielona Góra to obecny mistrz Polski w koszykówce męskiej. Sponsorujemy też siatkówkę męską i żeńską, angażujemy się w różne dyscypliny sportowe, staramy się być aktywni na tym polu – mówi Paweł Szczeszek.

Prace nad nową ustawą o elektromobilności na finiszu. Wprowadzi obowiązek tworzenia stref czystego transportu w dużych, najbardziej zanieczyszczonych miastach

To, jakie efekty przyniesie wprowadzenie w miastach stref czystego transportu, do których nie będą mogły wjeżdżać auta najbardziej zanieczyszczające powietrze, pokazał przykład wiosennego lockdownu. – W marcu 2020 roku w Warszawie na stacji pomiarów w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą – mówi Piotr Siergiej, rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. Zgodnie z propozycjami Ministerstwa Klimatu i Środowiska takie strefy będą musiały być utworzone w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców w przypadku przekroczenia norm emisji dwutlenku azotu. Projekt jest na etapie prac rządowych.

Strefy czystego transportu to obszary w mieście, do których mogą wjeżdżać określone rodzaje samochodów. Z reguły w strefach funkcjonujących w Europie mogą się poruszać auta określonej klasy emisyjnej: Euro 4, 5 czy 6. To jest bardzo dobre rozwiązanie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Siergiej.

Strefy niskoemisyjne (LEZ – low emission zone) od lat funkcjonują z powodzeniem w wielu krajach europejskich. Jak podkreśla Ministerstwo Klimatu i Środowiska w ocenie skutków nowej regulacji, zostały one dobrze przyjęte przez lokalne społeczności ze względu na to, że były wprowadzane etapami, które zakładały stopniowe obejmowanie zakazem wjazdu do stref kolejnych rodzajów pojazdów. Najwięcej takich stref powstało we Włoszech oraz w Niemczech. Jak podkreśla resort, jedynie w krajach Europy Wschodniej, w tym w Polsce, i na Bałkanach nie są one tworzone.

Obowiązująca w Polsce ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z 2018 roku dawała gminom taką możliwość, ale tego nie narzucała. To jednak może się zmienić po przygotowanej nowelizacji. Zgodnie z nią gminy o liczbie mieszkańców powyżej 100 tys. osób, gdzie analiza Głównego Inspektora Ochrony Środowiska stwierdziła przekroczenie dopuszczalnego poziomu stężenia średniorocznego zanieczyszczeń dwutlenkiem azotu, będzie musiała utworzyć strefę czystego transportu w ciągu roku od otrzymania oceny. Pozostałe gminy, niezależnie od liczby mieszkańców i zanieczyszczenia, nadal będą miały w tym zakresie dowolność.

– Pierwsza wersja ustawy mówiła o tym, że samochody napędzane gazem LPG będą miały prawo wjeżdżać do takiej strefy. My to bardzo mocno oprotestowaliśmy. Moglibyśmy wtedy mieć do czynienia z taką sytuacją, w której 20- czy 30-letni samochód napędzany LPG mógłby jeździć po strefie, a nowoczesny dwu-, trzyletni samochód diesel lub benzynowy już nie. To byłoby absurdalne – mówi rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego. – Zmiana, którą ministerstwo teraz zaproponowało, jest bardzo dobrym pomysłem, bo oznacza, że nieco mniej tych najstarszych samochodów będzie wjeżdżać do miast.

W nowej wersji ustawy MKiŚ zmodyfikowało katalog pojazdów uprawnionych do wjazdu do strefy. Zostały w nim tylko auta elektryczne, napędzane wodorem lub gazem ziemnym (CNG). Organy gminy będą jednak miały możliwość nadania indywidualnych wyłączeń związanych z ruchem pojazdów w strefach. Będą miały też więcej swobody w określaniu etapów wprowadzania stref, gdyż w najnowszej propozycji resortu nie ma art. 68i, który zakładał odgórny harmonogram. Zgodnie z nim w pierwszym etapie (w latach 2021–2025) w strefach dopuszczony miałby być ruch pojazdów spełniających co najmniej normę Euro 4, a następnie do 2035 roku stopniowo uwzględniane byłyby kolejne normy.

Działanie stref czystego transportu mogliśmy poznać w marcu 2020 roku w Polsce podczas pierwszego lockdownu. Formalnie nie zostały wtedy utworzone żadne strefy, ale w wyniku obostrzeń pandemicznych gwałtownie zmniejszył się ruch samochodowy w miastach. W Warszawie na stacji pomiarowej w al. Niepodległości w ciągu trzech tygodni jakość powietrza poprawiła się o jedną czwartą i to tylko dlatego, że jeździło mniej samochodów. To oznacza, że nawet 20–30-proc. spadek ruchu samochodowego prowadzi do natychmiastowej poprawy jakości powietrza, co mieszkańcy miast odczują prawie od razu – wyjaśnia Piotr Siergiej.

Zgodnie z projektem nowelizacji strefy będą ustanawiane na czas nieokreślony lub określony, ale nie krótszy niż pięć lat. Rada gminy może dopuścić wjazd innych pojazdów do strefy w godzinach 9–17 na okres maksymalnie trzech lat, pod warunkiem uiszczenia opłaty. Ustawa zastrzega, że nie może być ona wyższa niż 2,5 zł za godzinę w przypadku opłaty jednorazowej lub 500 zł w przypadku abonamentu. Wpływy z opłat zasilą budżet danej gminy i będą mogły być wykorzystane na określone potrzeby, m.in. zakup autobusów niskoemisyjnych, tramwajów, programy wsparcia zakupu rowerów wspomaganych elektrycznie czy znakowanie strefy czystego transportu. Za złamanie zakazu wjazdu nieuprawnionym pojazdem grozić będzie kara w wysokości 500 zł.

Auta uprawnione do poruszania się w strefie będą oznakowane nalepką na przedniej szybie pojazdu. Takie rozwiązanie przyjęto również m.in. w Wiedniu. Z kolei np. w Brukseli czy Oksfordzie stosowana jest weryfikacja na podstawie tablic rejestracyjnych.

Strefy czystego transportu w miastach europejskich działają na bardzo różnych zasadach. Wspólną regułą jest to, że wszyscy starają się wyeliminować z ruchu te najstarsze, najmocniej smrodzące, zanieczyszczające powietrze samochody, zwłaszcza z miejsc, w których jest dużo ludzi – wyjaśnia rzecznik Polskiego Alarmu Smogowego.

Właściciele hoteli będą walczyć o odszkodowania od państwa w sądzie. Polska Izba Hotelarzy przekonuje do składania pozwów indywidualnych

– Indywidualne dochodzenie odszkodowania od państwa za straty spowodowane wprowadzeniem ograniczeń w działalności jest zdaniem naszych prawników bardziej skuteczne, choć pozwy zbiorowe są być może bardziej medialne – przekonuje Adam Latek z Polskiej Izby Hotelarzy. Rozmowy z prawnikami PIH prowadzi już 50 hotelarzy, którzy przygotowują się do dochodzenia odszkodowań na drodze sądowej i już złożyli pozwy albo mają taki zamiar. PIH postuluje również o zmniejszenie ograniczeń w hotelach – możliwość udostępnienia gościom 75 proc. pokoi – oraz otwarcie restauracji.

– Hotele są w trudnej sytuacji ekonomicznej. Z uwagi na ograniczenia pandemiczne i brak dochodów muszą wybierać, czy przekładać płatności związane z kosztami stałymi, czy z konserwacją urządzeń, które są wyposażeniem obiektu hotelowego, lub zakup wszelkiego rodzaju środków czystości. O przetrwanie walczą szczególnie małe obiekty hotelowe, ponieważ są to często biznesy, w których pracuje cała rodzina. Jeśli takie obiekty – zwłaszcza położone w górach – nie zarobią w sezonie zimowym, mogą po prostu nie przetrwać i właściciele będą zmuszeni do sprzedaży hotelu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes  Adam Latek, właściciel Latek Hotels i członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Jak zauważa, na rynku nieruchomości jest obecnie dobry czas na zakupy i wielu inwestorów, którzy dotychczas działali w zupełnie innych branżach, interesuje się obiektami hotelowymi czy aparthotelami.

– Żaden z hotelarzy nie sprzeda obiektu za połowę ceny czy z obniżką 20-, 30-proc., bo zdaje sobie sprawę, że ceny nieruchomości podczas pandemii nie poszły w dół, wręcz przeciwnie, niektóre wzrosły o 5–10 proc. od zeszłego roku. Spodziewamy się upadłości w branży hotelowej, ale hotelarze będą się przed tym bronić – dodaje członek zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Już od 22 grudnia ubiegłego roku PIH informuje hotelarzy o możliwości składania indywidualnych pozwów sądowych o odszkodowanie od państwa za szkody, czyli straty finansowe oraz utracone korzyści, poniesione z tytułu wprowadzania ograniczeń w funkcjonowaniu branży hotelowej w sposób pozbawiony podstaw prawnych.

– Pozwy indywidualne mają większy sens niż pozwy zbiorowe, bo można wnioskować o indywidualne odszkodowanie. W przypadku pozwów zbiorowych jest to mniej skuteczne. Prawnicy Polskiej Izby Hotelarzy już rozmawiają z ponad 50 obiektami hotelowymi, które są na tyle przygotowane, że mają już skrupulatne wyliczenia i z tego, co nam wiadomo, pozwy są już składane. Nasi prawnicy wierzą w niezawisłe sądy. Jeśli widzą zasadność składania pozwów, to widzą także szanse na powodzenie – informuje Adam Latek.

Pierwszy taki pozew został złożony 19 lutego. Prawnicy PIH bazują na przekonaniu, że rząd ogranicza działalność gospodarczą niezgodnie z Konstytucją – wydaje rozporządzenia, zamiast wprowadzać zmiany w drodze ustawy. Ponadto zamiast wprowadzić stan wyjątkowy, reguluje życie gospodarcze rozporządzeniami. Dodatkowo ograniczenia nie dotyczą wszystkich – jednym przedsiębiorcom pozwala działać, np. kasynom, a innym, np. restauracjom czy siłowniom, już nie. Hotelarze będą się domagać konkretnych kwot utraconych korzyści na podstawie przychodów uzyskanych w 2019 roku oraz pokrycia wydatków, które wynikają z ograniczeń wprowadzonych przez rząd. Branża hotelarska apeluje również o luzowanie kolejnych obostrzeń.

– Chcielibyśmy, aby, po pierwsze, swobodnie mogły działać wszystkie restauracje, jak również inne branże, które są powiązane z hotelarstwem, a po drugie, aby hotele mogły udostępniać gościom nie 50 proc., ale 75 proc. pokoi. Jesteśmy przygotowani na funkcjonowanie w reżimie sanitarnym. Polska Izba Hotelarzy we współpracy z wirusologiem opracowała cały szereg procedur dla branży hotelarskiej, aby zapewnić bezpieczeństwo sanitarne w obiektach hotelowych – przekonuje właściciel Latek Hotels.

Na razie jednak – ze względu na duży przyrost liczby zakażeń – zamknięte zostaną obiekty noclegowe w województwie warmińsko-mazurskim, podobnie jak galerie handlowe i instytucje kultury. W pozostałych 15 województwach rząd zdecydował o utrzymaniu 50-proc. limitu miejsc.

PIH przywołuje badania brytyjskiego NHS z października 2020 roku, które wykazały, że hotele w niskim stopniu odpowiadają za przenoszenie się infekcji (1,7 proc. nowych zachorowań), podczas gdy w supermarketach wskaźnik ten wyniósł 12,1 proc.

– Zakażalność i rozprzestrzenianie się wirusa jest cztery razy mniejsze w hotelach niż w galeriach handlowych, bo każdego gościa w hotelu możemy zweryfikować z imienia i nazwiska przy meldunku, każdemu możemy zmierzyć temperaturę. Zdecydowana większość gości, bo ponad 90 proc., poddaje się wszystkim wytycznym, które im stawiamy podczas pobytu w hotelu – zauważa Adam Latek i zachęca, aby skorzystać ze stoków narciarskich i całej infrastruktury hotelowej, dopóki sezon się nie skończył. – Sugerowałbym, aby wybierać te obiekty hotelowe, które są zamknięte od 28 grudnia i wykazały się bardzo dużą cierpliwością w oczekiwaniu na otwarcie.

Prawie dwie trzecie Polaków stara się nie marnować żywności. Nadal jednak przeciętna polska rodzina wyrzuca co roku jedzenie warte ok. 3 tys. zł

Co czwarty Polak zmienił zwyczaje zakupowe artykułów spożywczych w trakcie pandemii. Podczas izolacji zakupy robiliśmy rzadziej, ale były one znacznie bardziej obfite, coraz częściej także zaczęliśmy gotować w domu – wynika z raportu „Gospodarowanie żywnością w trakcie pandemii”. Jednocześnie o 12 pkt proc. wzrósł odsetek osób, które świadomie starają się nie dopuścić do zepsucia się czy zmarnowania produktów spożywczych. Deklaruje to 62 proc. badanych. Wciąż jednak przeciętna czteroosobowa rodzina wyrzuca do kosza jedzenie warte ok. 3 tys. zł rocznie.

– Autoizolacja i praca zdalna spowodowały, że jesteśmy w domu dłużej, a część czasu możemy spożytkować na przygotowywanie wspólnych posiłków z rodziną, korzystać z internetowych porad internetowych gotowania. Więcej Polaków deklaruje, że zaczęło gotować żywność w domu. To, że restauracje są zamknięte, a posiłki serwowane są tylko na wynos, też podtrzymuje ten trend – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Jezierska, wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Badanie „Gospodarowanie żywnością w trakcie pandemii” przeprowadzone na zlecenie firmy McCormick i Federacji Polskich Banków Żywności wskazuje, że 27 proc. Polaków zmieniło zwyczaje odnośnie do zakupów spożywczych, a te związane z dietą i gotowaniem prawie co piąta osoba (19 proc.). Ponad 80 proc. robi zakupy rzadziej, jednak 52 proc. większe niż przed wybuchem pandemii. Co czwarta osoba zaczęła gotować nowe potrawy, a 21 proc. przygotowywać nowe wypieki, których wcześniej nie robiła. Co istotne, o 12 pkt proc. wzrósł odsetek osób, które starają się nie dopuścić do zepsucia i zmarnowania produktów spożywczych (50 proc. przed pandemią i 62 proc. w jej trakcie).

 Okazuje się, że niestety więcej żywności zmarnowało się poprzez nadmierne zakupy na początku pandemii. Myśleliśmy, że sklepy będą zamknięte, że będą ograniczenia w dostępie do artykułów spożywczych, więc tych zakupów zrobiliśmy bardzo dużo. Później mieliśmy w bankach żywności zapytania, co robić, jak np. mam bardzo dużo makaronu, czy mamy ciekawe przepisy na dania, żeby te produkty spożytkować – mówi Dorota Jezierska.

Zbyt duże zakupy zdarzyło się zrobić w trakcie pandemii większej grupie badanych niż przed nią (29 proc. vs. 19 proc.). Najczęściej wyrzucaliśmy owoce (17 proc.), warzywa (15 proc.) i pieczywo (12 proc.). Jak jednak przekonuje ekspertka, przy ocenie żywności warto pamiętać, że data przydatności do spożycia i zapis „należy spożyć przed” nie są równoznaczne, a nawet w przypadku upływu terminu żywność może wciąż nadawać się do spożycia.

– Data przydatności do spożycia, „należy spożyć do”, umownie możemy nazywać datą bezpieczeństwa. „Najlepiej spożyć przed” to data jakościowa. W pierwszym przypadku producent gwarantuje bezpieczeństwo do tej daty. Jeśli dzisiaj ten termin mija, to zanim wyrzucimy ten produkt, możemy organoleptycznie sprawdzić, czy nadaje się on do spożycia. Jeżeli chodzi o produkty „najlepiej spożyć przed”, to produkt po tym terminie również nadaje się do spożycia, jest bezpieczny, tylko może nie trzymać właściwości jakościowych – tłumaczy wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Według Boston Consulting Group każdego roku w Unii Europejskiej marnuje się 88 mln ton żywności, średnio 173 kg na osobę. Polska należy do niechlubnej czołówki – przeciętnie wyrzucamy aż 247 kg.

– Uczymy się szanować żywność, ale niestety w dalszym ciągu za 60 proc. marnowanej żywności odpowiadają gospodarstwa domowe – zauważa ekspertka. – W czteroosobowej rodzinie z marnowaną żywnością wyrzucamy co roku 2,5–3 tys. zł.

Wyrzucanie jedzenia ma aspekt nie tylko finansowy, ale i ekologiczny. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa podaje, że marnowanie żywności odpowiada za 8 proc. gazów cieplarnianych wyemitowanych na skutek działalności człowieka. Na każdy kilogram wyprodukowanej żywności do atmosfery wydziela się 4,5 kg CO2. Wyprodukowanie kilograma wołowiny wymaga zużycia 15 tys. litrów wody, a kilograma chleba – 1,6 tys. litrów wody.

– Jedna kanapka z serem wyrzucona do śmietnika to jest zmarnowane 90 litrów wody. W jaki sposób? Na każdym etapie – uprawy zboża, przygotowania produktów, w transporcie – używana jest woda – mówi Dorota Jezierska.

W skali kraju co roku marnujemy nawet 9 mln ton żywności. Jednocześnie blisko 2 mln osób głoduje.

– Marnowanie żywności, która mogłaby być spożyta przez człowieka, to też problem społeczny i etyczny. Trochę szkoda, że nie pamiętamy o tym, że kiedyś okruszek chleba się podnosiło z ziemi dla poszanowania. Mamy ogromny wybór produktów, co jest oczywiście cudowne, ale wybierajmy z głową, świadomie, nie impulsywnie – apeluje wiceprezeska Federacji Polskich Banków Żywności.

Branża pogrzebowa postuluje podniesienie kwoty zasiłku pogrzebowego. W dużych miastach opłata za miejsce na cmentarzu jest znacznie wyższa niż świadczenie z ZUS

– Kwota 4 tys. zł wystarcza na wszystkie usługi związane z pochówkiem świadczone przez firmę pogrzebową, ale problem pojawia się w przypadku opłaty za miejsce grzebalne. W dużych miastach, takich jak Warszawa, Kraków czy Gdańsk, jest ona kilkukrotnie wyższa niż zasiłek pogrzebowy – mówi Robert Czyżak, prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej, i zaznacza, że świadczenie z ZUS powinno być mniej więcej dwukrotnie wyższe. Branża apeluje także o zmianę przepisów regulujących jej działalność, nie tylko ze względów bezpieczeństwa, lecz również ekonomicznych. Szara strefa to ok. 900 mln zł strat dla budżetu rocznie.

Jako Polska Izba Branży Pogrzebowej już od ponad trzech lat sugerujemy podniesienie zasiłku pogrzebowego, choćby ze względu na koszty związane z opłatami na cmentarzach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Czyżak.

Jak ocenia prezes PIBP, zasiłek pogrzebowy nie powinien być obecnie niższy niż 6–8 tys. zł. Na podobnym poziomie był jeszcze 10 lat temu. Od marca 2011 roku obniżono go z prawie 6,4 tys. zł (dwukrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia obowiązującego w dniu śmierci) do 4 tys. zł. Tymczasem, jak wskazuje analiza FPP i CALPE, od stycznia 2015 roku do maja 2020 roku koszty pogrzebów wzrosły o ponad 14 proc.

Według raportu opublikowanego przez Federację Przedsiębiorców Polskich pt. „Branża pogrzebowa w Polsce. Diagnoza i wyzwania” wydatki z tytułu wypłaty zasiłków chorobowych w Polsce wyniosły w 2016 roku 1,89 euro w przeliczeniu na jednego mieszkańca (dane Eurostatu). Tak niska wartość wynika z tego, że uwzględniane w tym zestawieniu są jedynie wydatki na świadczenia przynależne z tytułu zgonu osoby ubezpieczonej (aktywnej zawodowo), nieuwzględniane są zaś świadczenia wypłacane z tytułu zgonu emeryta lub rencisty. Jednak większość krajów UE znalazła się jeszcze niżej w zestawieniu. Najwyższe świadczenia pogrzebowe były wówczas wypłacane we Francji, Grecji i Luksemburgu. W niektórych krajach świadczenia były na minimalnym poziomie, co ma związek m.in. z powiązaniem prawa do zasiłku z wysokością dochodu.

Również samo prawo pogrzebowe obowiązujące w Polsce jest archaiczne. Od dawna nie było istotnych nowelizacji prawa pogrzebowego i jest w nim wiele niedookreśleń – podkreśla prezes PIBP. – Czas pandemii uwypuklił problemy, z którymi branża pogrzebowa mierzy się na co dzień, stąd też nasze sugestie dotyczące zmiany przepisów. Przede wszystkim chodzi o bezpośrednią kontrolę nad firmami pogrzebowymi. Miałaby ona polegać na wydawaniu firmom zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej, oczywiście z zachowaniem vacatio legis.

Zezwolenie mogłyby otrzymać tylko takie firmy, które posiadałyby odpowiednie zaplecze techniczne, minimum dwa karawany pogrzebowe i co najmniej czterech pracowników. Obecnie na rynku działają firmy jednoosobowe, które nie mają możliwości zorganizowania ceremonii pogrzebowych, a mimo to mają to w swojej ofercie.

Teraz często zdarza się tak, że takie firmy również odbierają zwłoki osób, które zmarły na COVID, nie w szpitalu, ale z domów prywatnych. Ze względu na to, że zatrudniają one przypadkowe osoby do pomocy, często w żaden sposób nieprzeszkolone, niezabezpieczone, transmisja wirusa jest według naszej oceny dużo wyższa i nad tym w tej chwili nikt nie ma kontroli – wyjaśnia Robert Czyżak.

Dodatkowo firmy te często działają w szarej strefie. Z szacunków Polskiej Izby Branży Pogrzebowej i FPP wynika, że w 2019 roku wartość pozafiskalnego obrotu w zakładach pogrzebowych przekraczała 400 mln zł, a w zakładach kamieniarskich – 840 mln zł. Część trumien (o wartości ok. 60 mln zł) produkowana jest z drewna pochodzącego z nielegalnych źródeł.

– Często w tych firmach pracują osoby, które nie są oficjalnie zatrudnione, a to wiąże się ze stratami w budżecie państwa. Jak oceniliśmy, to jest ponad 900 mln zł w skali roku. Te nieuczciwe firmy jednoosobowe rzucają cień na całą branżę – zaznacza prezes PIBP.

Jak wynikało z ubiegłorocznej analizy FPP i CALPE, w ograniczeniu szarej strefy mogłoby pomóc rozszerzenie obowiązku dokumentowania wydatków związanych z pogrzebem na wszystkie osoby, łącznie z członkami rodzin. W sposób automatyczny wyeliminowałoby to nieuczciwe podmioty, ponieważ brak faktur zamykałby drogę do otrzymania zasiłku pogrzebowego wypłacanego przez ZUS czy inne instytucje zabezpieczenia społecznego. To mogłoby przynieść dodatni wpływ do budżetu w kwocie 220 mln zł, co z kolei umożliwiłoby podniesienie kwoty zasiłku do 4,5 tys. zł.

W kryzysie inwestorzy szukają zysków na rynku dzieł sztuki. W ubiegłym roku jego wartość wzrosła o 30 proc.

Osiągnięta na aukcjach wartość dzieł sztuki, które w ubiegłym roku zmieniły właścicieli, była rekordowa, nie tylko w Polsce. Rynek ten okazał się nie tylko odporny na pandemię, ale wręcz się wzmocnił. – Często w czasach kryzysu pojawiają się lepsze obiekty, bo ktoś zmuszony sytuacją finansową musi je odsprzedać – mówi Michał Bolka z Desy Unicum. Pokusa inwestowania w tak wzrostowej branży jest silna, jednak eksperci radzą, by dzieła sztuki stanowiły uzupełnienie portfela, a niedoświadczonym inwestorom zalecają zaczynanie od aukcji o niższych wartościach.

– W czasach niepewności gospodarczej dzieła sztuki są bardzo dobrą inwestycją. Mówiąc kolokwialnie i bardzo prosto, w kryzysie zawsze ktoś ubożeje, a wtedy wysprzedaje dzieła sztuki. Ale też są tacy, którzy na kryzysie się bogacą, więc ruch na rynku sztuki jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bolka. – Dzieła sztuki zawsze będą dobrą inwestycją, bo to są dzieła niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, które często mają dużą wartość kulturową i historyczną.

Posiadacze oszczędności mają obecnie problem z takim ich ulokowaniem, by przyniosły realny lub choćby nominalny zysk. Stopy procentowe od 29 maja 2020 roku pozostają na minimalnym poziomie, a stopa referencyjna wynosi tylko 0,10 proc. Wciąż jest też przez członków Rady Polityki Pieniężnej podnoszony temat ewentualnej dalszej obniżki stóp. W obecnym składzie rady większość mają „gołębie”, czyli osoby bardziej skłonne obniżać stopy, niż je podnosić. A to oznacza, że niemal zerowe zwroty z depozytów mogą być jeszcze niższe lub banki w ogóle przestaną oferować lokaty.

Niepewna sytuacja na rynkach spowodowana pandemią sprawia, że nie wiadomo, jak potoczą się losy akcji i obligacji. Także tak lubiane przez Polaków nieruchomości są w tej chwili wątpliwą inwestycją, bo ceny mieszkań wciąż są wysokie, a ceny wynajmu spadły. W tej sytuacji wielu inwestorów szuka alternatywnych sposobów inwestowania. Dzieła sztuki to jedna z możliwości.

– To jest wszystko indywidualna kwestia, jakie stopy zwrotu się pojawią. Na rynku sztuki widzimy pewnego rodzaju mody, tendencje. Bywa tak, że rzeczywiście obraz kupiony kilka–kilkanaście lat temu za kilka tysięcy obecnie ma wartość kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, bo nastąpiła moda na danego artystę – opisuje przedstawiciel Desy Unicum. – Z naszych obserwacji wynika, że od ponad 30 lat, czyli właściwie od początku polskiego rynku sztuki, ceny obrazów cały czas rosną. Polski rynek się rozwija i to w bardzo dużym tempie. Jego wartość w roku 2020 w porównaniu do 2019 wzrosła o prawie 30 proc. Myślę, że jest jeszcze ogromne pole do rozwoju.

Według portalu Artinfo w 2020 roku wartość polskiego rynku sztuki wyniosła 380,4 mln zł wobec 294,9 mln zł w 2019 roku. To wzrost o przeszło 85 mln zł – największy w historii. Przeprowadzono łącznie 467 aukcji, na których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów. Najdroższym dziełem sztuki współczesnej i najdroższym w historii polskiego rynku okazał się obraz „M22” Wojciecha Fangora namalowany w 1969 roku. Nabywca zapłacił za niego ponad 7,3 mln zł. Z kolei w segmencie sztuki dawnej rekordzistą okazał się o 97 lat starszy „Portret prof. dr. Karola Gilewskiego” pędzla Jana Matejki, sprzedany za niemal 7 mln zł. „Czytająca I” Tamary Łempickiej z 1951 roku poszła pod młotek za 4,5 mln zł, co uczyniło ja najdroższym polskim obrazem namalowanym przez kobietę. Według Michała Bolki to jednak nie wizja zwrotu z inwestycji powinna być główną motywacją do zakupu.

– Według najnowszych badań, i to moim zdaniem jest podstawą, ponad 70 proc. osób, które biorą czynny udział na rynku sztuki, kupuje dany obraz, bo im się podoba. Myślę, że to jest czynnik, który powinien decydować o tym, czy dany obraz mamy w swojej kolekcji. Obraz przede wszystkim powinien cieszyć oko i sprawiać nam radość. Natomiast kwestie inwestycyjne, choć oczywiście są bardzo ważne, moim zdaniem powinny być drugorzędne – tłumaczy.

Jak w przypadku każdej inwestycji wybór nabytku wymaga doświadczenia i znajomości rynku. Dlatego ekspert odradza początkującym w tej dziedzinie uczestnikom startowanie w aukcjach z najwyższej półki. Wręcz przeciwnie – proponuje naukę na możliwie nisko wycenianych przedmiotach.

– Dzieła sztuki przede wszystkim powinny być jednym z elementów portfela. Najlepszym rozwiązaniem jest przyjrzenie się aukcjom, które mają najmniejszą wartość finansową, czyli aukcje młodej sztuki czy grafiki. Tam ceny wywoławcze z reguły są w okolicach 1 tys. zł i warto się przyjrzeć, jak cały mechanizm rynku sztuki funkcjonuje – radzi przedstawiciel Desy Unicum. – Należy zacząć od niższych progów cenowych, żeby później brać udział w tych najbardziej spektakularnych i najlepszych aukcjach. Aukcje młodej sztuki uczą, jak brać udział w aukcjach, jak te licytacje przebiegają i orientować się, jakie notowania ma dany artysta, w jakich progach czy estymacjach cenowych jego dzieła się sprzedają.

Gigantyczny awans polskiej administracji w światowym rankingu cyfryzacji. Co najmniej 50 proc. urzędów ma już wdrożone e-usługi

Polska w dwa lata wskoczyła z 31. na 9. miejsce w światowym rankingu ONZ w zakresie cyfryzacji administracji. Już dziś dzięki rozwojowi e-usług Polacy mogą bez wychodzenia z domu załatwić wiele spraw, po które do tej pory musieli stać w kolejkach do urzędów. Zaczynając od wysyłania pism, uzyskania odpisu aktu stanu cywilnego, przez zgłoszenie urodzenia dziecka czy sprawy meldunkowe, po uzyskanie dowodu osobistego i zgłoszenie darowizny. Kluczowe jest przeniesienie administracji do chmury, tak aby dokumenty mogły przepływać pomiędzy urzędami bez zakłóceń, a petent nie musiał drukować pism. W ciągu kilku lat tego typu rozwiązania będą standardem.

– Za 5–10 lat petent powinien większość swoich spraw załatwić poprzez swój telefon, smartfon, smartwatch, może przez jakieś inne urządzenie, które będzie wtedy dostępne. To, co się musi zmienić, na co czeka administracja, to to, żeby te dokumenty między urzędami mogły przepływać bez wiedzy urzędników, żebyśmy my składając wniosek, wysłali go jednym kliknięciem do kolejnego urzędu, aby tam został rozpatrzony. To jest przyszłość – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, członek zarządu Sputnik Software, prezes GIAP.

Według najnowszego wskaźnika e-partycypacji, stosowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych, Polska zajmuje dziewiątą pozycję w rankingu, awansując w dwa lata z 31. pozycji. Wskaźnik ten określa poziom dostępu obywateli do informacji i usług publicznych za pośrednictwem technologii cyfrowych i telekomunikacyjnych. Kolejnym krokiem w cyfryzacji administracji będzie Chmura Krajowa, czyli miejsce, do którego cała administracja publiczna na określonych warunkach będzie mogła przekazywać swoje dane i systemy. Rozwiązanie ma być uruchomione pod koniec I kwartału 2021 roku. Pozwoli to uwolnić serwery urzędowe, umożliwiając lepszy przepływ dokumentów i jednocześnie zapewniając odpowiedni poziom bezpieczeństwa danych.

– W tej chwili przez to, że systemy są rozproszone, nie jesteśmy w stanie zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa. To, co będzie najważniejsze w nowej perspektywie, to bezpieczeństwo. Mamy coraz więcej ataków, coraz więcej takich prób, chociażby atak na CD Projekt, jest też więcej prób ataków na jednostki publiczne. Pojedyncze miasto czy jednostka nigdy nie zapewni takiego bezpieczeństwa jak organizacja na poziomie Chmury Krajowej – podkreśla ekspert Sputnik Software.

Polacy pokochali e-administrację, choć nadal jest dużo do zrobienia w tym obszarze. W szczególności w dostępie do cyfrowych kanałów łączności z urzędami przez osoby starsze. Z danych Kancelarii Premiera wynika, że już 9 mln Polaków posiada Profil Zaufany. Jeszcze w 2018 roku dostęp ten posiadało niecałe 1,5 mln osób. Z kolei ponad 2 mln zainstalowało już aplikację mObywatel, pozwalającą m.in. na digitalizację dokumentów osobistych. Tylko w 2020 roku Polacy wysłali do urzędów 1,5 mln elektronicznych pism, a za pośrednictwem e-usługi „Uzyskaj dowód osobisty” wniosek o dokument zgłosiło ponad 333 tys. obywateli. Zainteresowanie e-usługami wynika po części z pandemii koronawirusa.

– Poprzednia perspektywa Unii Europejskiej skupiała się na e-usługach, czyli na tym, żebyśmy mogli zamiast iść do urzędu, nasze sprawy załatwić poprzez internet. Pokazuje to świetnie wzrost liczby Profili Zaufanych, który odnotowujemy w ostatnich latach. Jednak portale czy usługi do tej pory były w niewielkim stopniu wykorzystywane przez obywateli. Tutaj zmianę przyspieszyła pandemia COVID-19, zmobilizowała nas do tego, żebyśmy zaczęli korzystać ze zdalnej formy komunikowania się z urzędem, więc e-usługi zaczęły żyć – tłumaczy Sławomir Hemerling-Kowalczyk.

Ważnym aspektem jest jednak mobilizacja obywateli. Samo posiadanie Profilu Zaufanego czy też aplikacji mObywatel nie oznacza, że będzie się z nich korzystać aktywnie. Kluczową kwestią będzie przepływ dokumentów pomiędzy urzędami, aby Polacy nie musieli wysyłać jednego pisma cyfrowo, a następnie do kolejnego urzędu zanosić go w formie papierowej. Druga kwestia to odpowiednie przygotowanie urzędów na tę cyfrową rewolucję.

– Co najmniej 50 proc. urzędów w Polsce posiada wdrożone niektóre e-usługi. Bardzo duża liczba usług jest realizowana na poziomie centralnym, około 90 proc. czynności, które wykonuje przeciętny obywatel, można dokonać za pomocą krajowych systemów, chociażby ePUAP czy e-Obywatel – wskazuje prezes GIAP.

Roboty chirurgiczne przyszłością kardiochirurgii. Opracowane przez Polaków rozwiązanie wciąż nie doczekało się komercjalizacji

Polski robot chirurgiczny mógłby być kilkakrotnie tańszy niż znany na całym świecie robot Da Vinci. Chociaż powstały już działające prototypy robota Robin Heart, wciąż nie doczekał się on debiutu rynkowego. Tymczasem coraz więcej procedur medycznych może być przeprowadzanych przez roboty. Przyszłością medycyny będą urządzenia w pełni autonomiczne. Już dziś operacje można z powodzeniem przeprowadzać w pełni zdalnie.

– Idea tego, żeby chirurg mógł spokojnie usiąść w konsoli, miał powiększony obraz na monitorze, również przestrzenny, i mógł operować, poruszając zadajnikami ruchu, które powodują odpowiedni efekt ruszania narzędziami, była piękna i użyteczna. Stąd ruszyliśmy w projekt Robin Heart, czyli robot dla serca. To był czas, w którym również na świecie rozpoczynały się te doświadczenia. Zeus i Da Vinci dopiero wtedy raczkowały – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.

Robot Robin Heart powstał w kilku wersjach: z niezależną podstawą, z dwoma ramionami, sterujący endoskopem, a nawet trójramienny, który może wykonywać pracę za dwóch kardiochirurgów i asystenta kierującego torem wizyjnym.

– Opracowaliśmy taki system, żeby przynajmniej niektóre operacje można było przeprowadzić przy pomocy jednej osoby, która siedzi za konsolą i przełącza odpowiednio funkcje. Co więcej, narzędzia, które są montowane na tym robocie i każdym naszym następnym, były mechatroniczne, które można było ściągnąć i włożyć w uchwyt w dłoni i sterować nimi jak mechatronicznymi narzędziami – dodaje Zbigniew Nawrat.

W założeniu Robin Heart miał być polską, wielokrotnie tańszą alternatywą dla znanego na całym świecie robota Da Vinci. Chociaż sprzęt powstał w kilku wersjach, żadna z nich nie trafiła ostatecznie do sprzedaży. Nie oznacza to jednak, że Polacy zaprzestali rozwijać rozwiązania robotyczne w dziedzinie kardiochirurgii.

– Ciągle liczę na to, że roboty chirurgiczne jednak się pojawią. Prof. Zbigniew Religa pokazywał nam, gdzie ta interwencja mogłaby pomóc lepiej, sprawniej leczyć najtrudniejszych pacjentów. Pierwszym zagadnieniem, które rozwiązaliśmy, oczywiście było sztuczne serce. Powinny powstawać jednak kolejne pompy, działające na innej zasadzie, pozwalające również nadzorować pacjentów w domu. Jesteśmy do tego przygotowani, mamy już opracowaną technologię – zaznacza naukowiec.

Roboty sprawdzają się jednak nie tylko w kardiochirurgii. Chińscy lekarze za pomocą narzędzi stworzonych do przeprowadzania zdalnie zabiegów chirurgicznych wszczepili urządzenie stymulujące do mózgu pacjenta z chorobą Parkinsona. Odległość między operującym lekarzem a pacjentem wynosiła ponad 3 tys. km. Przyszłością medycyny będą natomiast w pełni autonomiczne roboty. Za naukowcami są już pierwsze udane próby przeprowadzone na zwierzętach.

Choć Polakom nie udało się jak na razie osiągnąć wdrożenia robota chirurgicznego, to mamy wiedzę i naukowcami na światowym poziomie. Problemem pozostaje finansowanie projektów.

– Nadzorujemy część projektu europejskiego DIH-HERO: Robotics in Healthcare i widzimy, jakie jest porównanie polskich i zagranicznych zespołów. Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Kapitał ludzki i możliwości są, jednak oczywiście mamy mniejsze możliwości finansowe. Jeszcze przez wiele lat będzie nam trudno wejść na rynek i wprowadzić światową markę. Pieniądze cały czas gdzieś są, tylko nie trafiają w te miejsca, w których można byłoby osiągnąć efekt powstania polskiej marki – wskazuje dr hab. Zbigniew Nawrat.

Automatyzacja procesów związanych z przeprowadzaniem interwencji medycznych staje się koniecznością – z jednej strony z uwagi na możliwość wyeliminowania czynników ryzyka, takich jak błąd ludzki, a z drugiej z uwagi na coraz skromniejsze zasoby kadrowe szpitali. Według Association of American Medical Colleges, do 2033 roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych wytworzy się luka kadrowa obejmująca nawet około 140 tys. lekarzy.

Jak wybrać najlepszego brokera Forex?

Planujesz wejść na rynek Forex? Zanim zaczniesz zarabiać na handlu walutami, poszukaj odpowiedniego brokera. Sprawdź, jak znaleźć najlepszego brokera Forex i czym powinieneś kierować się przy jego wyborze.

Kim jest broker Forex?

Broker Forex to instytucja finansowa, za której pośrednictwem prywatni inwestorzy mogą inwestować na rynku walutowym. Tylko posiadając odpowiedni rachunek u wybranego brokera będziesz w stanie kupować i sprzedawać aktywa na Forexie.

Co ważne, wyróżnia się 3 rodzaje brokerów Forex. Są to:

  • Market Maker, czyli broker MM,
  • Electronic Communication Network, czyli broker ECN,
  • Straight Through Processing, czyli broker STP.

Czym jest rynek Forex?

Rynek Forex to inaczej rynek walutowy, który służy do sprzedawania, kupowania i wymiany walut. A mówiąc dokładniej, na Forexie dochodzi do handlu parami walutowymi.

Rynek walutowy Forex to rynek OTC, czyli Over the Counter, w którym transakcje przeprowadzane są poza parkietem giełdy. Warto także dodać, że Forex to najbardziej płynny i zarazem największy rynek na świecie. Około 90% przeprowadzanych transakcji ma charakter spekulacyjny, co wiąże się z ciągle zmieniającymi się cenami walut.

Jakie są najważniejsze opłaty w handlu na rynku Forex?

Handel na rynku Forex wiąże się z określonymi opłatami. Są to przede wszystkim:

  • spready,
  • koszty transakcji.

Spread to opłata, która wiąże się z zajęciem pozycji przez tradera. Naliczana jest raz za każda transakcję w obie strony, czyli za zakończoną transakcję kupna i sprzedaży. Wielkość spreadu jest różna w zależności od pary walutowej, a pary główne mają na ogół niższy spread niż pary egzotyczne.

Z kolei pisząc o kosztach transakcji mamy na myśli wszelkie prowizje od dokonanych transkacji, które nalicza broker Forex. Na ogół brokerzy oferują inwestorom jedną z dwóch opcji:

  • wyższy spread i brak prowizji
  • niższy spread i prowizja od każdej transakcji.

Która z nich jest lepsza? To już zależy od indywidualnej sytuacji inwestora, dlatego obie opcje warto dokładnie przeanalizować. Poza tym broker Forex będzie naliczał opłaty za samo posiadanie rachunku do handlu na rynku Forex.

Czym powinien charakteryzować się najlepszy broker forex?

Dobry broker Forex to podstawa zyskownego inwestowania na rynku Forex. A czym należy kierować się przy wyborze brokera? Przede wszystkim handel na rynku Forex powinien być bezpieczny, dlatego wybierz brokera, który posiada odpowiednie licencje i zezwolenia na prowadzenie działalności w Unii Europejskiej. Zwróć także uwagę na wszelkie opłaty i wysokość prowizji, jakie broker Forex zamierza pobierać.

Poza tym warto wybrać brokera Forex, który oferuje szereg dodatkowych usług. Z pewnością przyda się możliwość skorzystania z konta demo, aby przekonać się jak działa dany rachunek maklerski. Do tego dochodzi aplikacja mobilna, która pozwala kontrolować transakcje z dowolnego miejsca i o dowolnej porze.

Ogromnym plusem brokera Forex są także szkolenia i poradniki, z których można uczyć się, aby jak lepiej wykorzystać potencjał rynku Forex. Kluczowy jest także dostęp do nowoczesnych narzędzi analitycznych i licznych raportów. Stanowią one nieocenione źródło danych o świecie finansowym i pomagają podejmować trafniejsze decyzje inwestycyjne.

Gdzie szukać informacji o brokerach forex?

Wybór brokera Forex to niełatwe zadanie, ale jest jeden sposób, aby szybko i wygodnie znaleźć najlepsze rozwiązanie. Jest nim aktualny ranking brokerów forex na stronie kontomaniak.pl, dzięki któremu wygodnie porównasz poszczególne oferty.

Rynek Forex przyciąga coraz większą liczbę inwestorów, a co za tym idzie i brokerów, którzy umożliwiają transakcje na rynku walut. Warto poświecić nieco czasu, aby wybrać najlepszego z nich, dzięki któremu inwestowanie stanie się łatwiejsze, wygodniejsze, a przede wszystkim bardziej zyskowne.

Sytuacja na rynku faktoringu w czasie pandemii

Z perspektywy niezależnej agencji faktoringowej, obsługującej przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa, zauważyć należy spore wahania popytu na usługi faktoringowe w ciągu minionego roku 2020 i pierwszych tygodni roku 2021 – komentuje Jarosław Grygiel, Dyrektor krajowy Credstep Poland Sp. z o.o.

Na tradycyjną dla branży sezonowość, skutkującą spadkiem wolumenów sprzedażowych w sezonie letnim, nałożyły się jeszcze miesiące nadpłynności finansowej u wielu przedsiębiorców, którzy mieli możliwość skorzystania z pomocy publicznej i szeregu dotacji przeciwdziałających skutkom pandemii wirusa C-19. Tym niemniej jednak środki pomocowe służyły przedsiębiorcom przede wszystkim do okresowego utrzymania miejsc pracy i zapewnienia ciągłości działalności, co z kolei objawiło się w odradzającym się zapotrzebowaniu na faktoring w 4-ym kwartale roku 2020. Wielu graczy z segmentu finansów B2B, w tym Credstep Poland, odnotowało wówczas rekordy sprzedażowe w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem na zapewnienie ciągłości łańcucha dostaw w warunkach niezakłóconej płynności finansowej. Z kolei początek roku 2021 dał się odczuć jako okres zimowego letargu i postświątecznego spowolnienia obrotów.

 

Wspólny dla całego kraju okres ferii zimowych skutkował oderwaniem wielu przedsiębiorców od rutyny obrotu gospodarczego, zaś zgłaszający się wówczas klienci sygnalizowali zapotrzebowanie przede wszystkim na faktoring zakupowy, związany z potrzebą uzupełnienia zapasów i zatowarowania się na spodziewany okres uwolnienia dystrybucji od dotychczasowych ograniczeń, w postaci otwarcia centrów handlowych. Styczeń 2021 w statystykach to także większy popyt na dyskretną, bo nienotyfikowaną formę faktoringu, co z kolei można wiązać z występującą po stronie przedsiębiorców niechęcią do ujawniania wobec kontrahenta faktu korzystania z usług zewnętrznego dostawcy finansowego.

Podsumowując, perspektywa minionych 12 miesięcy kalendarzowych przyniosła ponad standardowe wahnięcia popytu na usług faktoringowe, zdecydowanie wykraczające poza zwykłą sezonowość, co mogło konsternować wielu faktorów. Tym niemniej nieregularność podaży usług faktoringowych w dobie pandemii zapewne zakończy się w drugim kwartale roku bieżącego, kiedy krajowi przedsiębiorcy będą musieli rozliczyć się z otrzymanej pomocy publicznej. Konieczność zwrotu części otrzymanych środków skieruje wówczas do agencji faktoringowych świadomą ryzyka płynności finansowej część przedsiębiorców.

Trendy, które przeobrażą rynek mieszkaniowy w Polsce

Oto główne trendy, które spowodują konieczność dostosowania się do nowych zasad i znacząco zmienią rynek deweloperski w naszym kraju. Wygranymi zmian będą ich prekursorzy, firmy z wizją i horyzontami, które już dziś przygotowują swoją strategię na nadchodzącą przyszłość.

Demografia – zyska segment premium i modne lokalizacje

W 2040 r. zostanie nas już 35 milionów, a jeśli nie podniesiemy dzietności, to postępujący proces doprowadzi do tego, że za 80 lat będzie nas o 10 mln mniej – wynika z prognoz Eurostatu. Kurczenie się polskiego społeczeństwa spowoduje, że w ciągu najbliższej dekady rozpocznie się rewolucja majątkowa. Już za 20 lat dorobek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł. Polacy zaczną się gwałtownie bogacić, a spadki dziedziczone po naszych bliskich będą nawet trzykrotnie większe niż dziś. Łatwo zaobserwować tu postępujący proces wzrostu liczby nieruchomości per capita. Statystyki demograficzne są często pomijanym, ale istotnym czynnikiem, który wpływa na długofalową wycenę i analizę, jakie rodzaje nieruchomości będą atrakcyjne w przyszłości. W kolejnej dekadzie deweloperzy nadal będą mogli liczyć na hossę przy jednoczesnym wzroście znaczenia atrakcyjnych demograficznie lokalizacji, wyższych standardów lokalowych, innowacyjnych technologii i budowania w nowych ekologicznych normach. Obecnie, wg różnych prognoz na rynku wciąż brakuje od 2,3 do 3 milionów mieszkań. Wpływają na to różne czynniki i zaszłości z czasów powojennych i socjalistycznej historii Polski, jednak również zmiany modelu życia, wzrostu standardów metrażowych, imigracja, itd. Dzisiejsze “premium” dla przyszłych pokoleń stawać się będzie normą. Analizując długofalowe trendy widać, że nie warto inwestować w mniejsze miejscowości, które nie przyciągają dobrą infrastrukturą, zapleczem uniwersyteckim czy łatwością zdobycia pracy. Inwestorzy długoterminowi wybierają stolice i inne duże aglomeracje. Nawet jeśli liczba ludności w kraju ogólnie spadnie, wraz z urbanizacją, powinny one nadal dobrze sobie radzić. Na znaczeniu zyska Trójmiasto, ostatnio Gdynia zajęła drugie miejsce w prestiżowym globalnym rankingu “miast przyszłości”- FDI Global Cities of the Future 2021/2022. W najnowszej edycji rankingu przygotowywanego przez FDI związanego z brytyjskim dziennikiem „The Financial Times”, w kategorii „FDI Strategy – Mid-Sized and Small Cities” na piątej pozycji miast z całego świata znalazło się też Trójmiasto.

Zrównoważony rozwój, CSR i PPP – kluczem do rozwoju

Budownictwo odpowiada aż za 39% emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Eco CSR w urbanistyce społecznej to jeden z priorytetów przyszłości, z czego najważniejszym jest wspieranie procesów zrównoważonego rozwoju. Ważnym jest dzielenie się doświadczeniami prawnymi, biznesowymi i technologicznymi. Ale także pomaganie w zdobywaniu lepszej edukacji i kształtowaniu wspólnej przestrzeni miejskiej, aby budować ekologicznie i z myślą o ratowaniu naszej planety. CSR staje się obowiązkowym elementem strategii sektora nieruchomości. Branża deweloperska coraz częściej uwzględnia potrzeby otoczenia, w którym planuje inwestycję, dbając tym samym o samopoczucie przyszłych mieszkańców. W ub. roku Komisja Europejska przedstawiła plan obniżenia emisji gazów cieplarnianych w UE o co najmniej 55% do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 1990 roku). Celem długofalowej strategii nazywanej Europejskim Zielonym Ładem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej już w 2050 roku. Pamiętajmy też o podpisanym przez 189 państw (w tym Polskę) 5 lat temu porozumieniu paryskim. Jego priorytetami są m.in. ograniczenie wzrostu globalnej temperatury oraz osiągnięcie neutralności węglowej do 2050 roku. W/g Banku Światowego partnerstwo publiczno-prywatne (PPP) może być narzędziem zapewniającym lepszą jakość usług infrastrukturalnych dla większej liczby osób. Dobrze zaprojektowane i wdrożone w zrównoważonym środowisku regulacyjnym projekty, PPP mogą zapewnić wzrost wydajności i zrównoważony charakter świadczenia usług publicznych, takich jak energia, transport, telekomunikacja, gospodarka wodna, opieka zdrowotna i edukacja. PPP mogą również umożliwić lepszą alokację ryzyka między podmiotami publicznymi i prywatnymi. Niestety w Polsce, pomimo wielu prób dotąd nie udało się spopularyzować idei partnerstwa publiczno-prywatnego, które w ostatnich latach wynosiło jedynie 1 procent ogólnej wartości zamówień publicznych. Jednak PPP jest niezwykle przyszłościowym narzędziem z dużym potencjałem rozwoju i popularnością w wielu krajach świata. Najbardziej spektakularnym przykładem PPP w Europie była budowa tunelu pod Kanałem La Manche.

Prefabrykacja i wzrost zastosowania drewna

Choć w naszym kraju znów powraca do łask, to kojarzona jest z epoką wielkiej płyty w PRL-u i budowy rekordowych ilości mieszkań ponad 40 lat temu za czasów Edwarda Gierka. Jednak porównanie tego okresu z obecną prefabrykacją, to jak zestawienie Poloneza wyprodukowanego w ówczesnym FSO z dzisiejszą Teslą. Współczesne prefabrykaty są ekologiczne, dają niezwykłą precyzję, wysoką jakość i co ważne oszczędność czasu. Wpływa to na skrócenie cyklu operacyjnego, a więc i wzrost wskaźnika rentowności inwestycji deweloperskich. Budowanie z prefabrykatów wymaga mniejszej liczby pracowników, budowa pochłania dwukrotnie mniej czasu niż tradycyjna technologia i jest dokładniejsza. Również niedobór wykwalifikowanych pracowników budowlanych przy nagromadzeniu inwestycji w gospodarce oraz pełnych portfelach zamówień dla generalnych wykonawców i podwykonawców, a zatem wzrost kosztów produkcji sprawiły, że w ciągu zaledwie kilku lat polski rynek prefabrykacji betonowej podwoił swoją wartość wskazując na jej dalszy rozwój i popularność niczym ta notowana do lat na rynkach Europy Zachodniej. Prefabrykaty to nie tylko budownictwo wielorodzinne, ale i jednorodzinne, a także komercyjne: biurowce, hale magazynowe i produkcyjne, hotele, obiekty użyteczności publicznej, rolnictwo, itp. Wzrasta także popularność prefabrykacji wykorzystywanej do wykończenia wnętrz. Z roku na rok na znaczeniu zyskują także domy montowane z ekologicznych prefabrykatów drewnianych. Nowe technologie rozwiną budowę konstrukcji drewnianych dla wysokościowców, z których już buduje się w wielu miastach świata np. Amsterdamie, Pradze czy Paryżu. Drewniano-hybrydowe budynek mieszkalny i biurowe staną się normą. Liderzy budowlani już mocno inwestują w technologie konstrukcyjne i modułowe oparte na drewnie. Na przykład najważniejszą zaletą drewna CLT jest trwałość, fakt bycia materiałem odnawialnym i jego trwałość a także znaczna poprawa warunków zastosowań budowlanych.

Przejrzystość procedur to zmiany prawne i cyfryzacja

Potrzebujemy reformy systemu planowania i zagospodarowania przestrzennego. Dobre prawo może wpływać na skrócenie długość cyklu operacyjnego inwestorów oraz lepszą dostępność gruntów. Planowanie przestrzenne to coś, dzięki czemu kreowane jest nasze otoczenie. Właśnie w oparciu o ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym powinny powstawać miejskie plany zagospodarowania przestrzennego. Po reformie, na terenach, dla których nie uchwalono planu zabudowy, mają obowiązywać określone w nowej ustawie standardy urbanistyczne. Podczas opracowywania dokumentów planistycznych, bardzo ważne jest zaangażowanie społeczne mieszkańców. Obecny brak miejscowych planów jest czynnikiem blokującym rozwój inwestycji, a potęgowanym skomplikowanymi i niejasnymi procedurami. Wzrasta też obszar i zakres cyfryzacji formalności budowlanych. Wkrótce o pozwolenie na budowę będzie można ubiegać się online, a to pierwszy etap reformy cyfryzacji formalności. W przyszłości przewiduje on, by inwestorzy prowadzili elektroniczny dziennik budowy – najpierw w wersji webowej, a potem w formie aplikacji na urządzeniach mobilnych. Uruchomione zostaną internetowe konta inwestorów, które umożliwią podgląd, na jakim etapie jest postępowanie czy trzeba przesłać dodatkowe dokumenty, etc.

Fundusze REIT i wzrost znaczenia najmu instytucjonalnego

Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni wciąż mają bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków na rynku nieruchomości. Ten stan może zmienić wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów indywidualnych i naszej gospodarki. Na największym rynku nieruchomości w Europie, czyli w Niemczech, gdzie około połowa zlokalizowanych nieruchomości ma charakter mieszkaniowy, fundusze specjalne i REIT-y zajmują większość udziałów w całości inwestycji mieszkaniowych. Jest to trend, który spowoduje dalszy rozwój wynajmu instytucjonalnego w Polsce. Trwają prace nad ustawą dot. polskich funduszy REIT. W Europie (bez Wielkiej Brytanii) jest ich już 151 o łącznej kapitalizacji rynkowej 420 mld USD, a na Wyspach Brytyjskich 56 o kapitalizacji 89,5 mld USD. REIT-y w USA posiadające łącznie ponad 3,5 bln USD aktywów to popularne na świecie rozwiązanie, które działa też w 40 krajach. W Polsce w posiadaniu zagranicznych REIT-ów są nieruchomości komercyjne o wartości 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału jest mniejszy niż 5 procent. Na zachodzie REIT-y zapewniają konkurencyjne i całkowite stopy zwrotu w oparciu o wysokie, stabilne dochody z dywidend i długoterminowy wzrost wartości kapitału. REIT-y mogą stanowić nową opcję inwestowania w nieruchomości w Polsce, które zmienią dotychczasowe zachowania mniejszych inwestorów indywidualnych, dając im możliwość zarabiania w innej formie niż znany dotychczas zakup nieruchomości i jej odsprzedaż lub wynajem.

Nowe warunki ekonomiczne i procesy demograficzne zmieniającego się otoczenia niosą za sobą przekształcenia w wielu obszarach życia czy gospodarki. Nie bez znaczenia jest też transformacja technologiczna i społeczna. Te wszystkie czynniki spowodują w przyszłości wiele zmian na naszym ryku nieruchomości i wpłyną na transformację naszego otoczenia. Już dziś obserwujemy początki wielu z opisanych w moim materiale procesów.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku nieruchomości, dziennikarz biznesowy, menedżer agencji komunikacji i marketingu.

Młode firmy też mogą skorzystać z pomocy

Nowe rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 26 lutego 2021 r. w sprawie wsparcia uczestników obrotu gospodarczego poszkodowanych wskutek pandemii COVID-19 (Dz.U 2021 r. poz.371) daje możliwość porównania spadku przychodów firmy do września 2020 r., czyli do ostatniego miesiąca w którym nie wprowadzono znaczących ograniczeń w prowadzeniu działalności gospodarczej z uwagi na epidemię COVID-19. Postulował o to Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Poprzednie rozporządzenie, choć formalnie dawało możliwość skorzystania z wsparcia młodym firmom, to było w tym względzie dalece niedoskonałe.

– Zostało one skonstruowane tak, że przedsiębiorcy musieli porównywać ze sobą miesiące w którym zakazano im działalności. Większość przedsiębiorców nie było więc w stanie wykazać 40% spadku przychodów – komentuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP, niezwłocznie po opublikowaniu poprzedniej wersji rozporządzenia, zwracał uwagę na ten problem. W piśmie do Wicepremiera, Ministra Rozwoju, Pracy i Technologii z dn. 1 lutego 2021 r., zaproponował, aby można było porównywać spadki obrotów do miesiąca września 2020 r.

Nowe rozporządzenie, z dn. 26 lutego 2021 r., daje możliwość porównania obecnych przychodów do września 2020 r., czyli do ostatniego miesiąca, gdy obowiązywały niewielkie obostrzenia epidemiczne. Dzięki temu wiele firm, które powstały dopiero w 2020 roku może liczyć na zwolnienie ze składek ZUS, świadczenie postojowe, czy dopłatę do wynagrodzeń pracowników. Co istotne rozporządzenie daje możliwość uzyskania wsparcia także za grudzień i styczeń. Dzięki nowemu rozwiązaniu także „młode” firmy będą mogły otrzymać rekompensatę za ograniczenia, bądź zamknięcie prowadzonej przez nich działalności gospodarczej, o co walczył Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

– Cieszy nas, że Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii wsłuchało się w głos przedsiębiorców i nasze uwagi zostały uwzględnione – podsumowuje Adam Abramowicz.

Płynność finansowa jako wyzwanie dla krajowego sektora przedsiębiorstw w perspektywie roku 2021

Ostatni raport COFACE opracowany na podstawie publikacji w Monitorze sądowym i Gospodarczym obnażył niewesołe fakty o aktualnej kondycji polskich przedsiębiorstw – chodzi o 75%-owy przyrost niewypłacalności firm względem zeszłego roku i rekord dekady. Aktualna kondycja sektora polskich przedsiębiorstw jest tyle problematyczna, co zróżnicowana i wieloaspektowa. Z jednej strony części krajowych firm udało się pozyskać niemałą pomoc publiczną w ramach tarczy antycovidowej, przez co przez kilka miesięcy korzystały one z komfortu nadpłynności. Ten z kolei komfort mógł być przyczyną grzechu zaniechania: po co rozwijać firmę w niepewnych czasach, skoro w jej kasie jest wystarczająco dużo środków na opłacenie kosztów stałych?

Biznesowy survival, czy przejadanie pomocy?

Inna rzecz, jak pozyskane z zewnątrz fundusze zostały przez beneficjentów tych świadczeń ostatecznie wykorzystane: jako źródło spłaty dotychczasowych zobowiązań, jako bufor płynnościowy na zaś, jako asumpt do inwestycji i przemodelowania profilu firmy, np. poprzez wejście w online’owy kanał dystrybucji, czy też może na konsumpcję w ramach firmy. I w tym ostatnim kontekście zauważmy, że jeszcze w maju br. dealerzy samochodów wyprzedawali wszystko ze swych stocków, wobec bezprecedensowego popytu na nowe auta. Taka fantazja w wydawaniu sporych pieniędzy łatwo pozyskanych przez przedsiębiorców od państwa może odbić się czkawką w perspektywie faktycznego powrotu lock-down’u i dalszego, sięgającego końca roku 2021 wychłodzenia gospodarki, a zwłaszcza niektórych jej branż, jak np. HoReCa, branży eventowej, sportowej, rozrywkowej i turystycznej, czy galerii i centrów handlowych oraz uzależnionych od nich offline’owych sprzedawców-detalistów – komentuje Jarosław Grygiel, Country Manager Credstep Poland – firmy zajmującej się faktoringiem online. Zauważmy przy tym, że pomoc finansowa dla firm w postaci pożyczek udzielonych przez Polski Fundusz Rozwoju (PFR) nie zawsze będzie bezzwrotna. Stwierdzenie braku spełnienia przesłanek do umorzenia przeważającej części tych zobowiązań może przełożyć się na kolejną falę niewypłacalności wśród przedsiębiorstw w 2 kwartale roku 2021.

Znikający kredyt kupiecki, rosnący brak zaufania

Z kolei z perspektywy firmy faktoringowej, czyli tego gracza rynkowego, którego misją jest wspieranie płynności finansowej przedsiębiorstw, zauważyć można inny trend, oprócz wspomnianej już wcześniej sezonowej (i zdecydowanie kończącej się) nadpłynności niektórych graczy, którym skutecznie udało się skorzystać z publicznych programów pomocowych. Tym trendem jest niechęć przedsiębiorców do udzielania kredytu kupieckiego i jego redukowanie. Rezultatem niwelacji kredytu kupieckiego – najtańszej i najbardziej powszechnej formy finansowania obrotu handlowego, jest przerzucenie ryzyka braku płynności finansowej ze sprzedawcy na nabywcę, za czym stoją względy ostrożnościowe i rosnący brak wzajemnego zaufania między kontrahentami.

Nic w tym zaskakującego, skoro wraz z nastaniem pandemii ustawodawca irracjonalnie poluzował normy regulujące możliwość wszczęcia postępowania restrukturyzacyjnego. Wedle opinii wielu praktyków i ekspertów, uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne w Tarczy 4.0 to następny, szkodliwy dla gospodarki ukłon legislatora w stronę dłużników, w tym także tych wolicjonalnych. Zauważmy, że ów naprędce przygotowany i uchwalony pod presją historycznego przesilenia tryb postępowania jest w swym programowym uproszczeniu, odformalizowaniu (ograniczenie roli sądu gospodarczego) i skutkach (m.in. zawieszenie egzekucji komorniczych) pokusą dla graczy bezrefleksyjnie brnących w dalsze zadłużanie przedsiębiorstwa. Dostają oni bowiem od państwa kolejną możliwość przerzucenia ciężaru nieuregulowanych zobowiązań na swoich wierzycieli.

Finanse firmowe w zamkniętym kręgu współzależności

Pośrednim skutkiem sukcesywnie redukowanego przez legislatora systemu ochrony wierzycieli jest to, że podaż klasycznego faktoringu sprzedażowego, pełnego czy niepełnego, siłą rzeczy się kurczy, tak jak i wolumen obrotów handlowych. Łańcuch współzależności gospodarczych jest tu bowiem prosty: obroty handlowe napędza kredyt kupiecki, jako najtańsza i najbardziej popularna forma finansowania B2B, a ten zaś wspomagają i zabezpieczają usługi faktoringowe. System prawa krajowego, wręczający dłużnikowi nowe narzędzie umożliwiające wstrzymanie się z płatnością swoich zobowiązań, a docelowo ich redukcję, skutecznie podważa indeks zaufania między uczestnikami obrotu gospodarczego i redukuje skalę biznesu – z oczywistym skutkiem fiskalnym – dodaje Jarosław Grygiel z Credstep.pl. I nie pomogą tu oderwane od realiów krajowej ekonomii zabiegi w postaci obniżania stóp procentowych przez RPP (i to w obliczu nadchodzącej inflacji), celem wymuszonej redukcji kosztu kredytów bankowych. Dziwne, że decydentom nie przyszło do głowy, że podaży kredytów przez banki może po prostu nie być. Parafrazując niesławny bon-mot z podobnego w naszej historii nowożytnej negatywnego okresu dla polskiej gospodarki: banki się same wyżywią. I to niekoniecznie rozdawając tanie kredyty na animację biznesu, na co zapewne liczył rząd i tracąca swoją niezależność RPP. Obrazu małej apokalipsy polskiej gospodarki dopełniają szkodliwe dla polskiego rynku finansowego i jego klientów marcowe zmiany legislacyjne, dotykające parametrów kredytu konsumenckiego i niwelujące możliwość opłacalnego finansowania osób fizycznych, a także gwałtowne zredukowanie dostępności ubezpieczeń handlowych, przez stanowczo zbyt mały względem skali polskiej gospodarki oligopol ubezpieczycieli.

Faktoring jako remedium na epidemię braku płynności finansowej?

Wracając do praktycznych aspektów prowadzenia biznesu w wyjątkowo niełatwych uwarunkowaniach: nowym remedium na wsparcie płynności finansowej nabywców towarów i usług może stać się faktoring odwrotny – zakupowy, zwany także dłużnym. Ten wyspecjalizowany produkt finansowy, zastępujący kredyt obrotowy, umożliwi odbiorcy dostawy i importerowi rozłożenie kosztów fakturowych w odpowiednio długim czasie. Rozterminowanie i prolongowanie kosztów nabycia towarów i usług przez faktoring odwrotny, to substytut coraz mniej dostępnego bankowego kredytu obrotowego, ale i kredytu kupieckiego, praktycznie niefunkcjonującego w detalicznym handlu zagranicznym. Faktoring zakupowy umożliwi korzystającej z tej usługi firmie bezproblematyczne nabycie towarów lub usług (często ze skontem wynegocjowanym od dostawcy, wskutek natychmiastowej zapłaty za całość dostawy), a także wygenerowanie przychodów w odpowiednio długim czasie, zapewniającym stopniowe uregulowanie kosztów poczynionego zakupu wobec faktora – w zamian za rozsądną prowizję. W ostatnim okresie podaż tego wariantu faktoringu przekroczyła w Credstep Poland wartość zrealizowanych kontraktów faktoringu sprzedażowego.

Reasumując, należy zauważyć, że obecna sytuacja ekonomiczna polskiego sektora MŚP, w dużej mierze kształtowana nie tylko przez okoliczności faktyczne w postaci pandemii COVID-19, ale i przez dyskusyjne zmiany systemowe, znacząco utrudnia podaż usług faktoringowych przez niezależne, niebankowe agencje. Firmy mikrofaktoringowe, takie jak Credstep Poland, wciąż niemające w Polsce odpowiedniej reprezentacji branżowej w postaci dedykowanej im izby gospodarczej czy stowarzyszenia sektorowego, realizują ważną dla gospodarki krajowej misję – demokratyzują świat finansów B2B, dostarczając małym i średnim przedsiębiorcom rozwiązania finansowe dostępne dotąd jedynie dla dużych koncernów i wielkich firm, wystarczająco rozpieszczanych przez banki i bankowych faktorów. Niestety realizacja tej misji, której celem jest wsparcie rozwoju polskiego segmentu SME, nie jest obecnie łatwa.

Wobec perspektywy rychłego skonsumowania całości otrzymanej pomocy ze środków publicznych i marnych widoków na łatwy i szybki powrót do ekonomicznej normalności, przedsiębiorcy mogą ulec pokusie skorzystania z biznesowego ‘opt-out’ w postaci wykorzystania procedur przewidzianych ustawami Prawo upadłościowe i Prawo restrukturyzacyjne, zwłaszcza z nowości w postaci uproszczonego po­stę­po­wa­nia ukła­do­wego, obowiązującej do końca czerwca 2021 r. Na wszystkich biznesmenach, którzy poprzez wyreżyserowaną upadłość lub układ chcą rozwiązać problem swoich zobowiązań na skróty, zarobią wyrastające jak grzyby po deszczu kancelarie restrukturyzacyjne. Tym niemniej jednak stygmat niewypłacalności ciągnący się za interesariuszami upadłego biznesu będzie skuteczną przeszkodą w pozyskaniu finansowania zewnętrznego przez kolejne, nowe otwierane przez nich wehikuły przez kolejne lata, nawet kiedy okres pandemii wreszcie ustanie. Zdaje się, że ten daleko idący skutek uboczny postepowań restrukturyzacyjnych, układowych i upadłościowych często umyka osobom, które inicjują je z myślą o doraźnych korzyściach, ale bez sensownego pomysłu na sprawiedliwe uregulowanie stanu swoich zobowiązań względem wszystkich wierzycieli.

Zauważmy wreszcie, iż w dalszym ciągu w Polsce potrzebna jest racjonalna, systemowa pomoc publiczna, działająca w interesie zarówno animatorów rynku, czyli wierzycieli i kapitałodawców, jak i przedsiębiorców realnie zainteresowanych adaptacją i rynkowym survivalem, a nie tylko przejedzeniem pomocy publicznej i drenażem środków z kasy firmy. To z kolei dałoby również asumpt dla większej, bo korzystającej z większego bezpieczeństwa obrotu gospodarczego, podaży usług faktoringowych, przywracających krążenie bezcennej gotówki w gospodarce przedsiębiorstw.

Autor: Jarosław Grygiel – pełnomocnik szwedzkiej grupy kapitałowej Savelend Credit Group AB na Polskę i dyrektor krajowy fintechowej spółki faktoringowej Credstep Poland (www.credstep.pl) , zapewniającej finansowanie B2B w kanale online.

Za dwa dni mija termin składania wniosków do PFR – rząd nadal nie wydał objaśnień, o które wnioskował Rzecznik MŚP

Za 2 dni, 28 lutego 2021 r., mija termin składania wniosków przez przedsiębiorców do PFR. Muszą oni, pod odpowiedzialnością karną oświadczyć czy nie złamali ograniczeń, nakazów i zakazów związanych z walką z covid-19. Do Rzecznika MŚP wpływają od firm wnioski w sprawie niejasnych przepisów dotyczących tego problemu. Mijają już 3 miesiące, od kiedy Rzecznik MŚP zwrócił się o wydanie objaśnienia prawnego do Premiera i Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii a objaśnienia nadal nie ma.

30 listopada 2020 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się z wnioskiem do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii (MRPIT) o wydanie objaśnień prawnych dotyczących art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19. Następnie 17 grudnia 2020 r. MRPiT ww. wniosek, przekazał do Ministerstwa Zdrowia (MZ). Pismem z 19 stycznia 2021 r. MZ poinformowało Rzecznika, iż pierwotny wniosek znów zostanie przekazany, tym razem do Szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ze względu na to, że przepis będący jego przedmiotem znalazł się w ustawie na polecenie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM).

Przekazanie przedmiotowego wniosku do KPRM budzi zaskoczenie, ponieważ 4 grudnia 2020 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się do Pana Premiera Mateusza Morawieckiego, z analogicznym wnioskiem i wówczas KPRM przekazało go pismem z 11 stycznia 2021 r. do MRPiT. Rzecznik kilkukrotnie wysyłał ponaglenia do poszczególnych Ministerstw. Do dzisiaj nie otrzymał żadnej merytorycznej odpowiedzi na przywołane pisma.

24 lutego 2021 r. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zwrócił się również do Rzecznika Praw Obywatelskich o zajęcie stanowiska, dotyczącego art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. Odpowiedź na pismo wpłynęła już 25 lutego 2021 r., gdzie wskazano, że „…ewentualne naruszenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej wprowadzonego rozporządzeniem Rady Ministrów nie będzie naruszeniem obostrzeń „wprowadzonych na podstawie art. 46b” ustawy zakaźnej podlegającym sankcji administracyjnej (art.48a ustawy zakaźnej), czy stanowiącym podstawę odmowy przyznania dofinansowania (art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r.)”.

– Krytycznie odnosiłem się do tej regulacji już na etapie jej tworzenia opiniując ją zarówno na etapie prac sejmowych jak i senackich. Zwracałem się o wyjaśnienie istotnych wątpliwości, jakie może rodzić praktyka stosowania tego przepisu. Mija już 88 dni, a Ministerstwa z KPRM nadal milczą w tej sprawie. Odnoszę wrażenie, że sprawa przedsiębiorców potraktowana jest jak przysłowiowy „gorący kartofel”, którego najbezpieczniej przerzucić do kogoś innego – komentuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

– Ustawa o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców zobowiązuje organy, organizacje i instytucje publiczne, do których zwróci się Rzecznik MŚP, do współdziałania i udzielania pomocy. A co więcej do niezwłocznego poinformowania o podjętych działaniach lub zajętym stanowisku. Dlatego też, brak odpowiedzi budzi nasze zaskoczenie, zwłaszcza, że dotyczy sytuacji przedsiębiorców, którzy każdego dnia walczą o utrzymanie swojego biznesu – podkreśla dr n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.

Przypomnijmy, zgodnie z art. 23 ust. 1 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19 (Dz. U. z 2020 r. poz. 2112), zwanej potocznie jako „ustawa o dobrym Samarytaninie” naruszenie przez przedsiębiorcę ograniczeń, nakazów i zakazów w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej ustanowionych w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, określonych w przepisach wydanych na podstawie art. 46a i art. 46b pkt 1-6 i 8-12 ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, stanowi podstawę odmowy udzielenia pomocy publicznej, w szczególności wsparcia finansowego udzielanego na podstawie art. 2a ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Popyt na złoto najniższy od 11 lat, cena złota spada

Inflacja rośnie, a cena złota spada. Nie do tego byliśmy przyzwyczajeni. Przez trzy miesiące złoto potaniało o 5 proc. Kosztuje poniżej 1 800 USD za uncję.

Metale szlachetne miały bardzo dobry okres pomiędzy majem a sierpniem 2020 r.

– Ten dobry czas dla złota już minął, a głównym powodem jest wzrost rentowności długu w USA – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rosnący koszt pieniądza jest wrogiem metali szlachetnych.

Można to wyjaśnić w taki sposób, że od zgromadzonych sztabek złota nie dostajemy żadnych dywidend, natomiast ponosimy koszty przechowywania. Gdy lokaty i obligacje przynosiły zerowe korzyści, złoto pozostawało alternatywą. Teraz jednak rosną rentowności obligacji. Rentowność amerykańskich 10-latek w sierpniu 2020 r. wynosiła zaledwie 0,55 proc, z końcem lutego br. wzrosła jednak do 1,55 proc.

– Niepewność jest jednak duża, te rentowności mogą mocno wzrosnąć, a ceny obligacji spaść, jeżeli inflacja przyspieszy w USA – wyjaśnia ekspert XTB.

Sytuacja innych metali jest jednak inna niż złota. To dlatego, że inwestowanie w nie stało się ostatnio znacznie bardziej popularne.

– Złoto w długim okresie może być dobrym zabezpieczeniem przed inflacją, ale zaskoczenia inflacyjne są dla tego metalu niebezpieczne, dlatego że inflacja wywołuje wzrost kosztu pieniądza – dodaje P.Kwiecień.

Scenariusz, że cena złota znów przebije 2 000 USD nie dotyczy zwłaszcza prognoz krótkoterminowych. Krótkoterminowo nie należy spodziewać się, że złoto zdrożeje.

Orlen kupuje działające na Pomorzu 3 lądowe farmy wiatrowe

Trzy lądowe farmy wiatrowe o łącznej mocy ok. 90 MW powiększą portfel odnawialnych źródeł energii Grupy ORLEN. Koncern podpisał umowę zakupu działających na Pomorzu farm od hiszpańskich funduszy inwestycyjnych. Po transakcji Grupa ORLEN będzie posiadała w Polsce 353 MW mocy zainstalowanych w energetyce wiatrowej, stając się czwartym co do wielkości graczem na tym rynku.

– Przejmując kolejne farmy stajemy się jednym z największych graczy na polskim rynku lądowej energetyki wiatrowej. Skutecznie realizujemy strategię ORLEN2030, zakładającą rozbudowę portfela odnawialnych źródeł energii, opartego o własne projekty oraz przejęcia innych, perspektywicznych aktywów. Tylko w minionym roku nasza energetyka dostarczyła 3,3 mld zł wyniku EBITDA LIFO i był to najwyższy wynik spośród wszystkich segmentów naszej działalności. Inwestycja na Pomorzu to kolejny krok do budowy nowoczesnego koncernu multienergetycznego i osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 roku – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Transakcja obejmuje zakup trzech farm wiatrowych zlokalizowanych w miejscowościach Kobylnica (41,4 MW), Subkowy (8 MW) i Nowotna (40 MW) w województwie pomorskim. Warunkiem koniecznym do jej sfinalizowania jest uzyskanie zgody UOKiK. Wszystkie farmy objęte są systemem wsparcia zielonych certyfikatów i znajdują się w obszarze działalności Energa Operator. Ich łączna produkcja energii elektrycznej wynosi ok. 280 GWh rocznie. Na podstawie obecnie zawartych umów farmy wiatrowe mają zagwarantowany odbiór wyprodukowanej energii w perspektywie od roku do dziesięciu lat.

Po przeprowadzonej akwizycji Grupa ORLEN będzie posiadała aktywa energetyczne o łącznej mocy 3,3 GW, w tym 642 MW w źródłach zeroemisyjnych. Obejmą one m.in. 58 elektrowni produkujących energię z odnawialnych źródeł, w tym przede wszystkim elektrownie wodne, farmy fotowoltaiczne i lądowe farmy wiatrowe. Segment energetyki wiatrowej będzie tworzyło 10 farm, których łączna moc zainstalowana wyniesie 353 MW. Ponadto Grupa ORLEN posiada dwa nowoczesne bloki parowo-gazowe w Płocku i Włocławku. Koncern posiada również rozbudowaną sieć linii przesyłowych o łącznej długości ok. 200 tysięcy kilometrów, która zapewnia stałe dostawy energii dla ok. 3 milionów odbiorców.

W perspektywie najbliższej dekady Grupa ORLEN na inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii przeznaczy łącznie 47 mld zł. Koncern będzie inwestował przede wszystkim w morską i lądową energetykę wiatrową oraz fotowoltaikę. Do 2030 roku Grupa ORLEN będzie posiadać portfel odnawialnych źródeł energii o łącznej mocy 2,5 GW (liczonych wg udziałów Grupy ORLEN).

Odszkodowania dla przedsiębiorców za straty poniesione przez lockdown

Rząd jest zdecydowany, aby jak najbardziej utrudnić dochodzenie roszczeń. Senat przedstawił projekt ustawy o odszkodowaniach dla przedsiębiorców, ale prawdopodobnie jedyną drogą do ich uzyskania pozostanie składanie powództw.

Senat przygotował projekt ustawy o wyrównywaniu szkód majątkowych wynikających z ograniczeń, nakazów lub zakazów dotyczących działalności gospodarczej wprowadzonych w związku z ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii wywołanych zakażeniami wirusem SARS-CoV-2.

– Mnie osobiście ten projekt się podoba, zwłaszcza że zmienił się w trakcie konsultacji, bo pierwotnie miała być refundowana tylko strata poniesiona przez przedsiębiorcę, w takiej wersji byłaby to jedynie kalka z ustawy o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowiek i obywatela – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Skrzypek, Senior Associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Teraz projekt zakłada refundację 70 proc. strat i utraconych korzyści. Ta zmiana jest dobra dla przedsiębiorców. Odszkodowanie w wysokości 70% poniesionej szkody, to więcej niż w przypadku stanów nadzwyczajnych.

Odszkodowanie przysługuje przedsiębiorcy, który poniósł stratę w związku z wprowadzeniem nakazów, zakazów i ograniczeń – szeroka regulacja, obejmuje też branże pośrednio dotknięte przez lockdown (np. pralnie hotelowe, dostawców do restauracji, biura turystyczne itp.)

Według projektu ustawy odszkodowanie wypłaca wojewoda na pisemny wniosek i ma 3 miesiące na podjęcie decyzji. Wypłata odszkodowania powinna nastąpić w terminie 30 dni od jej doręczenia. Uzyskanie odszkodowania uniemożliwia dochodzenie odszkodowania na podstawie przepisów Kodeksu cywilnego.

– Mam jednak wątpliwości co do konstytucyjności projektu, bo jest to znów obejście przepisów o stanach nadzwyczajnych – komentuje M.Skrzypek. – Projekt nie ma raczej szans na wejście w życie, element sporu politycznego, rząd jest zdecydowany, aby jak najbardziej utrudnić dochodzenie roszczeń. Jedyną drogą do uzyskania odszkodowania pozostanie składanie powództw.

Słaba konsumpcja i inwestycje ciągną PKB w dół

W IV kwartale 2020 roku PKB skurczył się o 2,8% r/r (niewyrównany sezonowo; po wyrównaniu spadek wyniósł 2,7% r/r). W stosunku do danych z 12 lutego jest to minimalna korekta w górę, o 0,1 pkt proc. – podał GUS.

Dzisiejszy odczyt w żadnej mierze nie zaskakuje. Gorszy wynik notowaliśmy w II kwartale, kiedy ograniczenia aktywności gospodarczej były faktycznie większe. Z kolei III kwartał, który przyniósł rozluźnienie obostrzeń, cechuje większa aktywność, a przez to wyższy wzrost PKB.

Odnotowaliśmy spadek konsumpcji prywatnej (wkład -1,7 pkt proc., dynamika -3,2% r/r) tylko częściowo zniwelowany przez dodatni wkład sektora publicznego (wkład 0,7 pkt proc., dynamika 3,4% r/r). Zamknięte galerie handlowe, niska dostępność wielu usług (ze szczególnym uwzględnieniem hotelarstwa, gastronomii i rozrywki) oraz utrwalanie modelu pracy z domu nie sprzyjają nabywaniu wielu typów dóbr. Jednocześnie powoli zaczynają wygasać echa zmian w otoczeniu domowym, które do tej pory pomagały gospodarce.

Inwestycje ponownie w dół (wkład -2,8 pkt proc., dynamika -10,9% r/r). Główną tego przyczyną są nieprzewidywalność popytu z powodów koniunkturalnych, ale również wykuwanie się dużych interwencji publicznych, które będą mocno kształtować przyszły popyt ze strony państwa, firm i konsumentów, nie wspominając o nieprzewidywalności wsparcia krajowego. Niestety, IV kwartał z tarczami opóźnionymi o 6 tygodni nie stanowi dobrego prognostyku dla firm. Dopóki sytuacja się nie unormuje na tyle, aby móc jednoznacznie zdefiniować „pewne” obszary inwestycyjne, trudno spodziewać się tu istotnej poprawy.

Wynik IV kwartału w górę ciągnie eksport (dynamika 8% r/r). Dzięki korzystnej strukturze eksportu (meble, sprzęt RTV-AGD, części samochodowe), uniknęliśmy realizacji gorszego scenariusza. Odbicie wydatków konsumenckich po lockdownie powoduje względnie duże zainteresowanie produktami z importu, pogarszając saldo obrotów z zagranicą (wkład +0,4 pkt proc.).

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Odbudowa i rozwój gospodarczy w obliczu podwyższonej niepewności

Pierwsze tygodnie stycznia pokazały, że rok 2021 niekoniecznie będzie spokojniejszy i bardziej przewidywalny niż poprzedni. Szczepienia na SARS-CoV-2 w krajach UE opóźniają się, pojawiły się kolejne mutacje koronawirusa, a część epidemiologów obawia się następnych fal masowych zachorowań. Dzieje się to pomimo ogromnych poświęceń w postaci ograniczeń dla działalności gospodarczej, przemieszczania się ludności czy nakazu zachowania dystansu społecznego. Niepewność konsumentów i przedsiębiorców jest dodatkowo zwiększana przez chaos informacyjny, na który składa się nadmiar często sprzecznych ze sobą opinii i analiz.

Odbudowa i rozwój gospodarczy 2021Rynki kapitałowe są jednym z kluczowych źródeł informacji na temat przyszłości, gdyż w sposób zdecentralizowany zbierają miliony informacji, które są następnie uwzględniane w wycenach. Jeśli zatem wierzyć indeksom giełdowym, 2021 r. powinien być niezły dla światowej gospodarki, a przynajmniej dla najważniejszych sektorów obecnych na parkiecie. Indeks 500 największych spółek notowanych w USA (S&P 500) kontynuuje marsz ku kolejnym historycznym maksimom i jest teraz o ponad 19 proc. wyżej niż rok temu. Jeszcze lepiej radzi sobie indeks spółek technologicznych NASDAQ Composite, który w ostatnich 12 miesiącach urósł o ponad 46 proc. Indeks giełdy w Szanghaju wzrósł o blisko 20 proc. w tym samym okresie. Coraz częściej pojawiają się opinie, że notowania giełdowe wyglądają znacznie lepiej niż faktyczny stan gospodarki, nie wspominając o najbardziej dotkniętych przez lockdowny sektorach. Popularność zyskuje litera K, jako opis rozbieżnych trajektorii obecnego ożywienia gospodarczego – są branże, które wyraźnie zyskują oraz takie, które nie mogą osiągnąć przychodów pokrywających koszty, nie wspominając o odrobieniu strat z 2020 roku. Do tych ostatnich należą branża hotelarska, gastronomiczna, sportowa, turystyczna, kulturalna i inne powiązane. Dominują w nich mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, a niewiele jest dużych podmiotów notowanych na giełdach.

Patrząc na dane z Polski, w trzecim kwartale 2020 r. wartość dodana brutto (główny składnik PKB) w sekcji zakwaterowanie i gastronomia spadła o 30 proc. r/r, podczas gdy np. w przemyśle odnotowano wzrost o 3% r/r, a w sekcji informacji i komunikacji (która obejmuje m.in. IT) wzrost o 4 proc. w ujęciu rocznym (dane GUS).

Wysoka niepewność utrudnia prognozowanie koniunktury i w efekcie podejmowanie decyzji biznesowych w najbardziej dotkniętych sektorach, zwłaszcza gdy jej źródłem jest dalszy przebieg pandemii, a co za tym idzie -decyzje administracyjne. Pewną „kotwicą” mogą być prognozy PKB, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że przeszłe zależności między np. PKB a przychodami w turystyce mogły ulec zmianie. To hipotezy, które wymagałyby weryfikacji, ale można wśród nich wymienić m.in. inne zachowania konsumentów (część może obawiać się ryzyka zachorowania), inną wielkość i struktura bazy noclegowej, a także dostępność komplementarnych usług w lokalizacjach turystycznych (rozrywka, sport, gastronomia itp.).

prognozowany pkb polski 2021Wiemy jednak, że również wspomniana „kotwica”w postaci prognoz PKB nie jest zbyt stabilna w ostatnim czasie. W połowie 2020 r., a więc w trakcie odmrażania gospodarki po wiosennym lockdownie, średnia prognoza wzrostu PKB dla Polski na 2021 r. wynosiła 3,9 proc. Na jesieni optymizm wśród ekonomistów był większy i spodziewano się, że PKB urośnie o 4,4 proc. Obecnie prognozy są ponownie gorsze, ale od tego roku na polską gospodarkę powinien oddziaływać unijny Fundusz Odbudowy. Największego efektu można spodziewać się w latach 2022-2023, kiedy PKB Polski dzięki tym dotacjom może wzrosnąć o odpowiednio 66,7 mld zł oraz 61 mld zł (więcej w informacji prasowej na podstawie raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19” przygotowanego przez DNB Bank Polska i Deloitte).

Koronawirus to nie wszystko

Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 i wywołany nią kryzys zdrowotny oraz gospodarczy były w 2020 r. tematami budzącymi ogromne emocje w większości krajów, usuwając niejednokrotnie w cień inne palące problemy. Tymczasem katalog zagrożeń na najbliższe 10 lat opublikowany przez Światowe Forum Ekonomiczne w połowie stycznia 2021 r. nie pozostawia złudzeń – największe ryzyko dla świata zarówno w krótkiej, jak i w długiej perspektywie stanowią obecnie zmiany klimatyczne. Co więcej, żadne państwo nie podejmuje jak do tej pory wystarczających wysiłków w celu ich spowolnienia, czego wymowną ilustracją jest fakt, że w rankingu efektywności polityki łagodzenia zmiany klimatu (Climate Change Performance Index – CCPI) trzy pierwsze pozycie pozostają puste.

Zgodnie z projekcjami aktualizowanymi cyklicznie przez Międzynarodowy Zespół do spraw Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC) niezależnie od tego, jaki scenariusz emisji będzie realizowany, efekty ocieplania się klimatu będą niemal identyczne do 2035 r. Oznacza to, że konsekwencje wynikające z wyemitowanych już gazów cieplarnianych są nieuniknione i, co więcej, dotyczą one w większym lub mniejszym stopniu wszystkich rodzajów działalności gospodarczej. Jednym z najbardziej oczywistych przykładów sektorów, który odczuje mocno skutki zmiany klimatu (np. w postaci coraz częstszych ekstremalnych zjawisk pogodowych) jest rolnictwo. Ostatecznie jednak zaburzenia w łańcuchach dostaw czy duże fale migracji dotkną wszystkie inne sektory. Brak odpowiedniego przygotowania na nieuchronne zmiany może w szczególny sposób uderzyć w sektor finansowy i ubezpieczeniowy.

Wobec pogłębiającego się kryzysu klimatycznego, należy się spodziewać coraz bardziej zdecydowanych działań państw w obszarze „zielonych” polityk. Oznacza to, że przedsiębiorstwa powinny w swojej średnio- i długoterminowej strategii brać pod uwagę ryzyka związane z kwestiami regulacyjnymi. Dowodem na to, że zmiany w tym obszarze mogą być gwałtowne, jest bardzo szybki wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w ostatnich latach (Rysunek 3).notowania co2 na giełdziewskaźnik globalizacjiRyzyka związane ze zmianą klimatu są dodatkowo potęgowane przez rosnącą niepewność w odniesieniu do dalszego przebiegu procesów globalizacyjnych. Wskaźnik globalizacji ekonomicznej (rysunek 4) pokazuje, że tempo zacieśniania się powiązań międzynarodowych zarówno w przypadku Polski, jak i z perspektywy globalnej wyraźnie wyhamowało po roku 2008, kiedy miał miejsce ogólnoświatowy kryzys finansowy. Ze względu na fakt, że więzi gospodarcze pomiędzy państwami rozluźniały się również w czasie innych kryzysów, można przypuszczać, że trwający obecnie kryzys wywołany pandemią, nie pozostanie bez wpływu na procesy globalizacyjne. Istnieje szansa, że przyspieszy zjawisko przeciwne globalizacji – tzw. deglobalizacja, co będzie związane z chęcią ochrony własnych łańcuchów dostaw przez państwa oraz przedsiębiorstwa, zwłaszcza w zakresie surowców i produktów strategicznych. Początkowa faza pandemii, która dotyczyła głównie Chin, pokazała, że obecnie kryzys w jednym państwie może zaburzyć łańcuchy dostaw na całym świecie.

Tendencje deglobalizacyjne nie zahamują zapewne zacieśniania się powiązań międzynarodowych w wymiarze cyfrowym. Należy wręcz przypuszczać, że doświadczenie pandemii przyspieszy rewolucję cyfrową i sprawi, że do 2025 r. dostępem do szerokopasmowego Internetu będzie się cieszyć 75 proc. populacji światowej, co stanowi jeden z celów wskazanych przez Komisję Szerokopasmową dla Zrównoważonego Rozwoju (Broadband Commission for Sustainable Development). Polska w zakresie dostępu do sieci plasuje się nieco powyżej średniej dla Unii Europejskiej. Niestety, gorzej wypada w pozostałych obszarach ważnych z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa cyfrowego (np. kapitał ludzki), co jest przyczyną niskiej – 24 pozycji w unijnym rankingu cyfryzacji zbudowanym na bazie wyników wskaźnika cyfryzacji gospodarki i społeczeństwa (The Digital Economy and Society Index – DESI).

wskaźnik cyfryzacjiTrendy, które będą kształtowały przyszłość, mogą z jednej strony przynieść zagrożenia dla przedsiębiorstw, z drugiej jednak rodzą ogromne szanse. Dobrym przykładem jest rewolucja cyfrowa, która wiąże się z ryzykiem rozwoju cyberprzestępczości, ale jednocześnie pozwala optymalizować procesy produkcyjne, obniżać koszty prowadzenia działalności, a także tworzy nowe rynki i nowe potrzeby, z czego skorzystają firmy, które dobrze zrozumieją zachodzące zmiany i się na nie odpowiednio przygotują.

Tworzenie skutecznej strategii odbudowy i rozwoju w obliczu niepewnej przyszłości
Światowy kryzys gospodarczy wywołany pandemią okazał się trudnym sprawdzianem dla przedsiębiorstw, konsumentów oraz sektora publicznego. Uświadomił, jak złudne jest przekonanie, że następny dzień będzie podobny do dzisiejszego, w związku z czym wystarczy działać według raz wypracowanych schematów. Oczywiście nikt nie był w stanie przewidzieć, że w 2020 r. świat ogarnie pandemia koronawirusa SARS-CoV-2, jednak nie oznacza to, że organizacje są całkowicie bezradne wobec kryzysów. Już w pierwszych miesiącach spowolnienia stało się jasne, że niektóre podmioty przechodzą je znacznie łagodniej niż inne, ze względu na wypracowane w poprzednich latach strategie i procedury działania na wypadek nagłego załamania gospodarczego.

Niewątpliwie, w porównaniu do całkowitego braku wiedzy, nawet niepełne informacje o przyszłości pozwalają dużo skuteczniej przygotować się na możliwe zagrożenia i wykorzystać szanse wynikające ze zmian w otoczeniu. Choć w świecie rosnącej niepewności wiedzę taką coraz trudniej jest pozyskać, prognozując tradycyjnymi metodami, przybywa informacji oraz danych, także tych o wysokiej częstotliwości. Dlatego kluczowy jest ciągły rozwój umiejętności, metod i narzędzi analitycznych, które mogą wspomagać podejmowanie decyzji w niestabilnym otoczeniu.

Komentarz ekonomiczny Aleksandry Falkowskiej i Damiana Olko, Deloitte

Sprzęt RTV i AGD z nowymi etykietami energetycznymi. Potrzebna edukacja konsumentów

Od 1 marca, czyli już od najbliższego poniedziałku w życie wchodzą nowe etykiety energetyczne w skali od „A” do „G”. To oznacza, że ze sklepowych półek znikną produkty opatrzone kategoriami np. „A+” czy „+++”. – Nowe oznaczenie będzie bardziej przejrzyste, więc klientom łatwiej będzie odróżnić sprzęt najbardziej energooszczędny i najbardziej nowoczesny technologicznie od tego o niższych parametrach – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

Nowe etykiety, które zaczynają obowiązywać od początku marca przewidziane są dla czterech grup produktowych: lodówek i zamrażarek, pralek i pralko-suszarek, zmywarek oraz telewizorów i monitorów, w których wyświetlacze elektroniczne wynoszą powyżej 100 cm2. Podobne przepisy obejmą oświetlenie, ale dopiero od 1 września.

Zmiany są efektem rozporządzenia Komisji Europejskiej z 2017 r. Dzięki nowym etykietom konsumenci otrzymają prostsze, bardziej zrozumiałe informacje, dzięki którym łatwiej będzie można rozpoznać sprzęt najbardziej efektywny energetycznie. – W praktyce wejście nowych etykiet będzie oznaczało, że przez najbliższe miesiące sprzętem najbardziej efektywnym energetycznie będzie ten opatrzony klasą B lub C. Dopiero za jakiś czas pojawią się te z kategorii „A” – wyjaśnia Michał Kanownik.

Oprócz nowej skali, etykiety będą posiadały również kody QR, które po zeskanowaniu np. smartfonem odeślą nas do dodatkowych informacji, np. technicznych, dotyczących danego sprzętu.

Zdaniem prezesa Cyfrowej Polski konsumenci będą potrzebowali trochę czasu, by zapoznać się z nowym oznaczeniem sprzętów RTV i AGD. – Dlatego pomocne tu będą wszelkie kampanie informacyjne oraz informacje w mediach tak, by konsumenci nie czuli się zagubieni – dodaje Michał Kanownik. Kampanię promocyjną i edukacyjną – którą wspiera też Cyfrowa Polska – rozpoczęło Ministerstwo Klimatu i Środowiska.
Więcej informacji o nowych etykietach można znaleźć pod linkiem: www.gov.pl/klimat/etykiety-energetyczne.

W 2021 roku aż 35 miliardów na budowę dróg w Polsce

W roku 2021 rozpocznie się i zakończy więcej inwestycji drogowych, niż w 2020. Oprócz kontynuacji 100 zadań budów drogowych – o łącznej długości 1200 kilometrów, na które zabezpieczone jest 15 miliardów złotych w krajowym budżecie – rozpoczną się nowe budowy o wartości ponad 20 miliardów zł. Będzie to 350 kilometrów całkowicie nowych odcinków dróg i 330 kilometrów dróg poddawanych przebudowie. Już za prawie trzy lata kierowcy będą mogli pojechać nowymi drogami, które powstaną w ramach tegorocznych przetargów. Na jakich odcinkach skupiać się będzie Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad?

– GDDKiA koncentruje się przede wszystkim na trasie S19, biegnącej wzdłuż wschodniej granicy kraju – gdzie ogłoszone zostały przetargi na aż 100 kilometrów. Powstanie po mniej więcej 50 kilometrów drogi S10 Bydgoszcz-Toruń i drogi S17 – łączącej Warszawę z Lublinem. GDDKiA zapowiada też, że przygotuje w tym roku pełną dokumentację do ważnego poszerzenia autostrady A2 między Łodzią a Warszawą – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – W 2020 roku oddano tylko 138 kilometrów autostrad, ale rok bieżący ma się zakończyć lepiej. Przewiduje się 385 kilometrów nowych tras szybkiego ruchu. Jedną z ważniejszych będzie tunel południowej obwodnicy Warszawy. Służby budowlane mają go odebrać w drugim kwartale tego roku. Oddane zostanie też 40 kilometrów autostrady A1, kilka kluczowych obwodnic i kolejne kilometry drogi S70 na północ od Warszawy. Pojedziemy także nowym odcinkiem S3 – wzdłuż zachodniej granicy Polski, odcinkiem S19 między Rzeszowem a Lublinem, a także drogą S61 – czyli Via Baltica, w kierunku Mazur i przejścia granicznego. Ta droga na pewno ułatwi i poprawi płynność przejazdów, ze względu na duży ruch samochodów ciężkich w tym kierunku – analizuje Furgalski.

Podczas pandemii Polacy masowo tracą zdrowie psychiczne. Głównie młodzi i najlepiej zarabiający

Przeszło czterech na dziesięciu Polaków twierdzi, że ich zdrowie psychiczne ucierpiało w czasie pandemii. Głównie deklarują to osoby będące w wieku 18-35 lat oraz zarabiające ponad 9 tys. zł miesięcznie. Problem najbardziej widać w miejscowościach liczących 20-49 tys. mieszkańców i w największych polskich miastach. Dotyka on przede wszystkim rodaków z wykształceniem wyższym, podstawowym i gimnazjalnym. Komentujący wyniki eksperci podkreślają, że ekonomiczne aspekty w tym przypadku mają drugorzędną wartość. Bardziej liczą się elementy typowo społeczne.

Jak wynika z ogólnopolskiego badania opinii społecznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Therapify, 42,2% Polaków uważa, że w czasie tzw. I i II fali pandemii ich zdrowie psychiczne pogorszyło się. Natomiast 50,4% jest przeciwnego zdania, a 7,4% nie potrafi tego określić. Problem najczęściej odczuwają osoby w wieku 18-22 lata oraz 23-35 lat. Natomiast najmniej widoczny jest on wśród rodaków w przedziale wiekowym 56-80 lat.

– Tarcze antykryzysowe sprawiły, że na rynku pracy nie doszło do gwałtownego pogorszenia. Ale i tak bardziej narażone na następstwa trudnej sytuacji gospodarczej są osoby młodsze bez należytego doświadczenia zawodowego lub z niewielkim stażem pracy niż ludzie starsi. Z kolei w grupie 56-80 lat dominują prawdopodobnie emeryci. Osoby w tym przedziale wiekowym często cechuje mniejsza  mobilność społeczna oraz aktywność zawodowa. Stąd też mogą mniej silnie odczuwać negatywne skutki lockdownu. Wprawdzie emerytury wielu Polaków są niewysokie, ale zapewnione na stałe – komentuje prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Patrząc na dochody, najczęściej o kłopotach ze zdrowiem psychicznym mówią osoby uzyskujący ponad 9 tys. zł miesięcznie netto. Jak stwierdza Damian Markowski z platformy Therapify, często ludzie najwięcej zarabiający mają też duże bieżące wydatki, np. zaciągnięte kredyty lub inne zobowiązania. W trakcie lockdownu zaczęli się więc mocno stresować. Rozpoczęło się również przysłowiowe wiązanie końca z końcem i zastanawianie, co będzie dalej.

– Ludzie najwięcej zarabiający nierzadko uzyskują wynagrodzenia nie tylko w swoich podstawowych miejscach pracy. Mają też szereg różnych dodatkowych prac zleconych. Ale pandemia silnie to ogranicza. W przypadku niektórych osób może więc dochodzić do dużych spadków dochodów – wyjaśnia ekspert PTE.

Biorąc pod uwagę wielkość miejsca zamieszkania, widzimy, że problemy ze zdrowiem psychicznym głównie zgłaszają Polacy z miejscowości liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców oraz z miast mających co najmniej 500 tys. ludności. Jak przekonuje ekspert z Therapify, mniejsze ośrodki z reguły są mocno powiązane z tymi największymi. Sporo osób dojeżdża do pracy w większym mieście z niewielkich, okolicznych miejscowości.

–  Różne badania wskazują, że w miejscowościach liczących 20-49 tys. mieszkańców jest większe ryzyko utraty pracy. Jeżeli np. w tych ośrodkach dominuje turystyka i hotelarstwo, to siłą rzeczy pojawia się silny stres, strach przed utratą zatrudnienia i rzeczywiste bezrobocie. Z kolei im większe jest miasto, tym trudniej jest ludziom radzić sobie z odosobnieniem. Ciasne mieszkania i blokowiska to nie są dobre miejsca do tego, żeby odreagowywać różnego rodzaju napięcia, które wywołuje pandemia. W  warunkach lockdownu i zwiększania zakresu pracy zdalnej problemem staje się wirus samotności, zwykle destrukcyjnie wpływający na dobrostan psychiczny ludzi – podkreśla prof. Mączyńska.

Największy problem z pogorszeniem się zdrowia psychicznego widać w woj. podlaskim i mazowieckim. Z kolei najmniejszy jest w woj. śląskim. Z badania wynika również, że najczęściej o tych kłopotach mówią Polacy z wykształceniem wyższym, a także z podstawowym i gimnazjalnym.

– Absolwenci studiów wyższych przeważnie żyją w większych miastach, gdzie panuje duża rywalizacja i większy stres. Martwią się o swoje bieżące zarobki i przyszłe dochody. Natomiast ludzie z wykształceniem podstawowym czy gimnazjalnym mogli to również poważnie odczuć. W czasie pandemii utracili jedyne źródło zarobkowania, ewentualnie zostało im ono mocno ograniczone – podkreśla Damian Markowski.

Z kolei zdaniem prof. Mączyńskiej, zdrowie psychiczne nierzadko łączy się z kwestiami ekonomicznymi. Obawy o utratę pracy i samo bezrobocie przeważnie wywołują głębokie stresy. Mogą pojawiać się przy tym różnego rodzaju napięcia w rodzinie. W dodatku niedostatek materialny może być barierą należytej dbałości o zdrowie, co może rzutować na osłabienie ogólnej kondycji zdrowotnej, w tym także psychicznej.

– Z badania wyraźnie też wynika, że zdrowie psychiczne Polaków najmniej pogorszyło się z powodu złych warunków pracy, braku dostępu do leków czy też przez zdalne wykonywanie obowiązków służbowych. Patrząc na problem tylko z punktu widzenia ekonomii, ogólnie przyjęty wzrost cen jest dopiero piątą przyczyną wskazanego problemu. Ekonomiczne aspekty mają jednak drugorzędną wartość. Bardziej liczą się elementy typowo społeczne – podsumowuje Damian Markowski.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 12-15.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla platformy Therapify wśród 1026 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Globalny poziom ruchu w sieciach 5G już w 2025 roku przewyższy ten w infrastrukturze 3G/4G

5G będzie najbardziej przełomowym standardem komunikacyjnym dla całego pokolenia. Umożliwi powstanie wielu nowych usług, w tym zapewniających zaawansowane zarządzanie energią, które będą miały kluczowe znaczenie dla rozwiązywania narastających problemów związanych ze zrównoważonym rozwojem. Przeprowadzone ostatnio badania identyfikują praktyczne wyzwania dotyczące zarządzania energią w kontekście 5G, przed którymi stoją operatorzy telekomunikacyjni.

Szacunkowo sieci 5G mogą być do 90% bardziej wydajne w kontekście ilości przesyłanych danych niż poprzedni standard 4G. Pobierają jednak znacznie więcej energii ze względu na zwiększoną gęstość sieci, duże uzależnienie od systemów informatycznych i infrastruktury oraz zintensyfikowane wykorzystanie zasobów sieci i szybszy transfer. Raport przygotowany przez firmę konsultingową STL Partners oraz Vertiv, globalnego dostawcę rozwiązań w zakresie krytycznej infrastruktury cyfrowej i zapewniających ciągłość jej działania, pokazuje, że operatorzy telekomunikacyjni powinni zająć się tymi wyzwaniami na dwa sposoby:

  1. poprzez przyjęcie w swoich sieciach najlepszych praktyk w zakresie efektywności energetycznej;
  2. poprzez zachęcanie swoich klientów do wdrożenia usług bazujących na 5G w celu zmniejszenia zużycia energii i emisji CO2 we wszystkich dziedzinach życia.

STL Partners szacuje, że globalny poziom ruchu w sieciach 5G już w 2025 roku przewyższy ten w infrastrukturze 3G/4G. Stawia to przed operatorami wyzwania w zakresie zrównoważonego rozwoju. 40% przedsiębiorstw ankietowanych na potrzeby raportu stwierdziło, że efektywność energetyczna powinna być na pierwszym lub drugim miejscu na liście priorytetów operatorów telekomunikacyjnych przy wdrażaniu sieci 5G.

Raport „Dlaczego zarządzanie energią ma kluczowe znaczenie dla sukcesu technologii 5G prezentuje wyniki badania przeprowadzonego wśród 500 przedsiębiorstw na całym świecie. Przedstawia wyzwania, przed którymi stoją operatorzy telekomunikacyjni zmagający się ze zwiększonym zużyciem energii i kosztami związanymi z 5G. W dokumencie wskazano kilka najlepszych praktyk, których zastosowanie ułatwi zniwelowanie tych problemów. Zostały one przyporządkowane do pięciu kategorii.

  1. Infrastruktura sieciowa – Wdrażanie sprzętu i oprogramowania zaprojektowanego i obsługiwanego z myślą o zapewnieniu odpowiedniej wydajności.
  2. Infrastruktura sprzętowa – Zasoby w nowych, brzegowych centrach danych do obsługi systemów IT bazujących na chmurze.
  3. Zarządzanie infrastrukturą – Wdrażanie odpowiedniego sprzętu i oprogramowania do pomiaru sieci, oraz jej monitorowania, zarządzania, ulepszania i automatyzacji.
  4. Modelowanie sieci i kontrola ich pracy – Całościowe spojrzenie na koszty i inwestycje w sieci podczas cyklu eksploatacyjnego.
  5. Współpraca z partnerami – Wprowadzanie innowacyjnych i nietradycyjnych modeli oraz standardów komercyjnej współpracy.

Operatorzy telekomunikacyjni redukują zużycie energii i koszty dzięki poprawnej ocenie ekosystemu otaczającego ich sieci ludzi, celów, infrastruktury i partnerów – powiedział Scott Armul, wiceprezes ds. globalnych systemów zasilania prądem stałym i instalacji zewnętrznych w firmie Vertiv. – Działanie aplikacji 5G, z uwagi na ich zależność od systemów IT, będzie wymagało zaawansowanej współpracy między operatorami, producentami OEM i dostawcami infrastruktury oraz klientami, aby zapewnić optymalizację wdrożeń i osiągnąć największą możliwą wydajność.

5G jako narzędzie zrównoważonego rozwoju

Raport wyraźnie wskazuje, że poprawa wydajności sieci z wykorzystaniem najlepszych praktyk, choć ważna, jest tylko jednym z elementów układanki 5G. Konieczne jest całościowe podejście do ograniczenia zużycia energii i emisji dwutlenku węgla poprzez podjęcie działań, które są w znacznym stopniu poza kontrolą operatora telekomunikacyjnego sieci 5G.

Operatorzy wdrażają sieci 5G, aby uzyskać nowe źródła przychodów. Ich wzrost będzie pochodził z zapewnionego nowego sposobu łączności oraz z aplikacji umożliwiających klientom operatorów podążanie własną ścieżką transformacji cyfrowej – uważa Phil Laidler, dyrektor w STL Partners. – Aby być wiarygodnymi partnerami dla swoich klientów, operatorzy muszą dawać przykład. Dlatego dobrze zacząć od odpowiedniej strategii energetycznej.

Szanse na postęp

Raport wskazuje trzy branże, które mogą znacznie zredukować zużycie energii i emisję dwutlenku węgla dzięki wykorzystaniu usług 5G.

1) Branża produkcyjna może osiągnąć do 2030 r. korzyści o wartości nawet 730 mld USD dzięki zastosowaniu 5G do wdrożenia systemów wykrywania usterek i przeciwdziałania im oraz mechanizmów automatyzacji.

2) Transport i logistyka mają szansę uzyskać do 2030 roku do 280 miliardów USD korzyści dzięki zaawansowanemu wspomaganiu kierowców, cyfrowemu połączeniu infrastruktury drogowej i zautomatyzowanym dostawom zamówień do domu.

3) 5G pozwoli sektorowi ochrony zdrowia zapewnić lepszy dostęp do usług medycznych nawet dla miliarda pacjentów do 2030 roku, przy jednoczesnym zmniejszeniu emisji dwutlenku węgla dzięki lepszemu wykorzystaniu zasobów, zmniejszeniu liczby podróży odbywanych przez pacjentów i lekarzy oraz zwiększeniu produktywności personelu medycznego.

Stymulowanie takich postaw ma kluczowe znaczenie dla operatorów, aby złagodzić wpływ 5G na środowisko. Jest jednak jeszcze wiele do zrobienia, aby zbudować potrzebne do tego partnerstwa. Tylko 37% ankietowanych przyznało, że postrzega operatorów jako wiarygodnych partnerów w ograniczaniu emisji dwutlenku węgla już teraz, zaś 56% stwierdziło, że operatorzy mogą być wiarygodnymi partnerami w przyszłości.

Dodatkowe szczegóły, w tym sposoby zachęcania klientów przez operatorów do korzystania z 5G w zrównoważony sposób oraz przykłady strategii mających na celu poprawę wydajności sieci 5G, są dostępne w raporcie, który można pobrać ze strony Vertiv.com.

2 marca STL Partners organizuje poświęcone temu zagadnieniu webinarium „Clean Energy: Critical For 5G’s Success?” z udziałem ekspertów z firmy Vertiv. Zarejestrować się na to wydarzenie można na stronie STLPartners.com/webinars. Więcej informacji na temat portfolio energooszczędnych rozwiązań firmy Vertiv, pozwalających czerpać dodatkowe korzyści z sieci 5G, znajduje się na stronie Vertiv.com/5G-PL.

Enefit Green z rekordową produkcją energii z OZE w 2020 r.

Enefit Green, spółka zależna Grupy Eesti Energia pozyskująca energię z OZE, wyprodukował w 2020 r. 1,35 TWh energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych znajdujących się na terenie Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. Wyprodukowana ilość energii stanowi równowartość dwumiesięcznego zapotrzebowania energetycznego Estonii.

Największy wkład w produkcję energii elektrycznej Enefit Green miały elektrownie wiatrowe w Estonii i na Litwie, które wytworzyły łącznie 1,14 TWh energii elektrycznej, czyli o 11% więcej niż w 2019 r. 

Aavo Kärmas, prezes zarządu Enefit Green, wskazał na lepsze warunki wiatrowe i wzrost niezawodności elektrowni jako przyczynę dobrych wyników produkcyjnych. – W ubiegłym roku średnia prędkość wiatru w naszych farmach wiatrowych wyniosła 6,9 m/s, w porównaniu do 6,6 m/s w 2019 roku – różnica jest znacząca. Analiza danych produkcyjnych gromadzonych na przestrzeni lat, umożliwia szybszą reakcję na awarie i skrócenie czasu trwania przerw – wyjaśnił Kärmas. Dodał także, że strategia spółki zakłada, że to właśnie farmy wiatrowe przyczynią się w najbliższych latach do największego wzrostu produkcji.

Elektrownie słoneczne Enefit Green w Estonii i Polsce wygenerowały łącznie ponad 25 GWh energii elektrycznej

Produkcja energii elektrycznej ze słońca wzrosła w Polsce ponad czterokrotnie. Polski rynek ma duży potencjał z punktu widzenia inwestycyjnego z uwagi na często organizowane aukcje energii odnawialnej oraz wysokie ceny energii elektrycznej –  bez wątpienia najwyższe wśród rynków, na których działamy. Jesteśmy zdecydowanie zainteresowani rozszerzeniem naszej działalności w zakresie energii słonecznej w Polsce – podkreślił Kärmas.

Produkcja peletu, ciepła i wyniki produkcji instalacji OZE na wyspie Ruhnu

Należący do Enefit Green zakład produkcji peletu Broceni wyprodukował w ubiegłym roku rekordową ilość peletu, przekraczającą możliwości projektowe zakładu (161 504 ton). Roczna produkcja energii elektrycznej hydroelektrowni w Keila-Joa wzrosła o 36% do 802 MWh.

Unikalne rozwiązanie w zakresie energii odnawialnej na wyspie Ruhnu, składające się z parku słonecznego, turbiny wiatrowej, urządzenia magazynującego i generatora zapasowego, dostarczyło wyspie 570 MWh energii elektrycznej w 2020 r., pokrywając w ten sposób połowę jej zapotrzebowania energetycznego.

Enefit Green wyprodukował w 2020 r. 544 GWh ciepła, czyli o 5% mniej niż w 2019 roku. Głównym powodem spadku produkcji było zmniejszone zapotrzebowanie w związku z cieplejszą pogodą w ubiegłym roku.

Wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych odgrywa kluczową rolę w realizacji strategicznego celu Eesti Energia, jakim jest wytwarzanie 43% energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych do 2024 r.

Enefit Green jest jednym z największych producentów energii odnawialnej w regionie, a także największym producentem energii wiatrowej w krajach bałtyckich.

„Wielkie Wyzwanie: Energia” – początek trendu na przydomowe elektrownie wiatrowe?

Z danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) wynika, iż moc zainstalowanych paneli fotowoltaicznych w Polsce zwiększyła się o 154,33 MW i na początku października 2020 roku wyniosła 2,6 GW, co oznacza wzrost o ponad 166% rok do roku. Nasz kraj znajduje się na piątym miejscu w Unii Europejskiej pod względem inwestycji w fotowoltaikę. Nic nie wskazuje na to, by trend ten miał się w najbliższym czasie zatrzymać, a panele fotowoltaiczne stały się trwałym elementem krajobrazu. Tymczasem, za sprawą zainicjowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju „Wielkiego Wyzwania: Energia”, w kolejnych latach w Polsce nastać może również trend na przydomowe elektrownie wiatrowe. Nad prototypami urządzenia pracują obecnie już 84 zespoły projektowe z całej Polski.

Wydaje się, iż branża OZE wyszła z kryzysu spowodowanego pandemią obronną ręką, a odnawialne źródła energii stale zyskują nową przestrzeń do rozwoju. Sprzyja temu zarówno ewolucja nowoczesnych technologii, jak i wzrost świadomości ekologicznej społeczeństwa. Polacy w większości są zdania, że Odnawialne Źródła Energii to przyszłość i doceniają ich pozytywny wpływ na środowisko. Do stawiania na OZE, inwestorów w Polsce zachęca także ogłoszona przez Unię Europejską strategia „Europejskiego Zielonego Ładu” oraz fundusze, jakie wspólnota przewidziała na zieloną transformację państw członkowskich.

Po fotowoltaice czas na dynamiczny rozwój technologii wiatrowych

Fotowoltaika jest już zdecydowanie rozwiniętą technologią, która znalazła zainteresowanie i zaufanie na polskim rynku prosumenckim. Tylko przez cały wrzesień 2020 roku przyrost mocy instalacji fotowoltaicznych w Polsce wyniósł 6,1%. Trend ten pokazuje, że Polacy są coraz bardziej świadomym społeczeństwem – świadomym zarówno zmian klimatycznych, jak i możliwości generowania oszczędności w domowym budżecie. Teraz, w celu urozmaicenia polskiej „diety energetycznej” o nowy składnik, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce wesprzeć rozwój małogabarytowych przydomowych elektrowni wiatrowych. Do tej pory energetyka wiatrowa kojarzyła się z dużymi instalacjami, generującymi moc znacznie przekraczającą zapotrzebowanie prywatnego domu. Według ekspertów NCBR rolą innowacji jest zmniejszenie dystansu opłacalności, z jakimi borykały się przydomowe elektrownie wiatrowe dotychczas.

– Narodowe Centrum Badań i Rozwoju analizuje trendy społeczne i naukowe, bazując na dokumentach unijnych, rozwoju technologii oraz własnych ekspertyzach. Celem inicjatywy jest stymulowanie powstawania i rozwijania przełomowych rozwiązań w obszarze małogabarytowych, wydajnych urządzeń energetyki wiatrowej, wykorzystujących siłownie wiatrowe i magazyny energii. Poprzez jego realizację chcemy zmotywować środowiska naukowe i przemysłowe do zaangażowania własnych zasobów, w celu rozwijania proekologicznych technologii – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor NCBR.

Głównymi argumentami „za” posiadaniem przydomowej elektrowni wiatrowej jest oczywiście dostęp do darmowego prądu oraz pozytywny wpływ na środowisko. Instalacja podczas pracy nie emituje bowiem dwutlenku węgla oraz innych zanieczyszczeń wpływających na jakość wdychanego przez ludzi powietrza. Dla prywatnych użytkowników jest to także możliwość na uniezależnienie się energetyczne w miejscach, w których występują częste braki w dostawie prądu lub brak jest wystarczająco mocnej infrastruktury sieci energetycznej. W razie nadmiaru wyprodukowanej energii, użytkownik instalacji może sprzedać swoją nadwyżkę lub magazynować ją w celu wykorzystania podczas mniej wietrznych dni w ciągu roku.

„Wielkie Wyzwanie: Energia” – gra o rewolucję na rynku energii wiatrowej i 1 mln złotych

„Wielkie Wyzwanie: Energia” ma wpłynąć na rozwój sektora przydomowych elektrowni wiatrowych w Polsce i udowodnić, że w energii kinetycznej wiatru jest potencjał, który każdy z nas może wykorzystać, aby zbilansować swoje gospodarstwo domowe. Dzięki postawieniu takiego wyzwania, NCBR dąży m.in. do ograniczenia smogu i redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz zwiększenia wykorzystania Odnawialnych Źródeł Energii.

NCBR do spróbowania swoich sił w „Wielkim Wyzwaniu: Energia” zaprosił wszystkich chętnych, czyli: naukowców, przedsiębiorców, studentów czy „garażowych” pasjonatów. Do dalszego etapu Wyzwania zakwalifikowały się 84 ekipy z ponad 180 zgłoszonych. Zmagania rozstrzygną się 14 sierpnia 2021 roku w Warszawie. Na żywo, z wysokości trybun stadionu PGE Narodowy każdy z zainteresowanych widzów będzie mógł obejrzeć „pojedynek wiatraków”, w którym zmierzy się 10 najlepszych drużyn konstruktorów. Podczas ostatniego etapu zawodów urządzenia poddane zostaną działaniu sztucznego wiatru o zmiennej prędkości, identycznego dla każdego z nich. Wielki Finał potrwa maksymalnie 6 godzin, a drużyna, która najlepiej poradzi sobie z zadaniem przetworzenia energii wiatru w energię elektryczną zostanie pierwszym w historii zwycięzcą „Wielkiego Wyzwania: Energia”. Finał będzie dostępny dla publiczności, która wybierze prototyp, który najlepiej prezentuje się wizualnie. To nacisk na konstruktorów, aby myśleli także o wpływie nowych urządzeń na krajobraz.

Dobry wiatr na zmiany

Zdobycie pierwszego miejsca oraz nagrody głównej w wysokości miliona złotych w „Wielkim Wyzwaniu: Energia” ma zwiększyć rozpoznawalność zwycięzcy oraz umożliwić dopracowanie prototypu, tak aby stał się on gotowym produktem i ofertą na rynku. Prawa własności proponowanych rozwiązań pozostają przy ich autorach, a każde z zaprezentowanych w finale „Wielkiego Wyzwania: Energia” urządzeń będzie miało szansę wejścia na polski oraz zagraniczny rynek.

Już teraz powinniśmy wypracowywać technologie, które wkrótce staną się opłacalne, a „Wielkie Wyzwanie: Energia” przybliży naszemu społeczeństwu gotowe rozwiązania małogabarytowych turbin wiatrowych. Dodatkowo do kalkulacji finansowych należy doliczyć efekt skali zmniejszający koszty poszczególnych instalacji. Myślenie o problemie i wykorzystanie wiedzy w sposób nieszablonowy to mocna strona polskich innowatorów i naukowców. „Wielkie Wyzwanie: Energia” pokaże rozwiązania, które do tej pory nie zobaczyły światła dziennegowyjaśnia Maciej Malski-Brodzicki, koordynator pierwszego w historii „Wielkiego Wyzwania: Energia”.

Ostatnie badania pokazują, że średnia prędkość wiatrów występujących na terenie Polski zwiększa się. Jest to pokłosie zwiększonej emisji gazów cieplarnianych i wzrostu temperatury na całym globie. Kolejnym czynnikiem, który może przyczynić się do sukcesu rynkowego „wiatraków” mogą być programy rządowe wspierające transformację energetyczną, a najlepszym przykładem jest nawiązanie do programu „Mój prąd”. Program ten zadziałał jak katalizator i przekonał do instalacji paneli fotowoltaicznych wiele osób, które wcześniej się wahały.

Aby zmniejszyć uciążliwość potencjalnych produktów, jednym z kryterium oceny prototypów wytwarzanych na potrzeby „Wielkiego Wyzwania: Energia” jest kryterium hałasu. Żaden prototyp nie może generować hałasu większego niż 50dB podczas pracy. Oprócz tego urządzenie powinno cechować się estetyką, jego wymiary, zarówno w warunkach statycznych, jak i dynamicznych nie mogą być większe od sześcianu o boku 2 metrów. Jego waga nie może natomiast przekroczyć 200 kg.

Więcej informacji na temat „Wielkiego Wzywania: Energia” znaleźć można na oficjalnej stronie: wielkiewyzwanie.ncbr.gov.pl.

Przedsięwzięcie pn. Wielkie Wyzwanie: Energia realizowane jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez wdrożenie nowego modelu finansowania przełomowych projektów badawczych (projekt realizowany w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

CloudFerro w projekcie Digital Twin Earth Precursor dla Europejskiej Agencji Kosmicznej

CloudFerro, firma specjalizująca się w innowacyjnych usługach przetwarzania w chmurze, dostarcza usługi eksperckie dotyczące technologii chmury obliczeniowej w projekcie Digital Twin Earth Precursor, realizowanym przez Europejską Agencję Kosmiczną.

Projekt Digital Twin Earth ma na celu stworzenie „cyfrowego bliźniaka” naszej planety, który odtworzy zachodzące na Ziemi procesy, umożliwiając przeprowadzanie złożonych symulacji funkcjonowania globalnych ekosystemów. Historyczne i aktualne dane satelitarne obserwacji Ziemi, w połączeniu z rozwiązaniami sztucznej inteligencji i modelowaniem, pozwolą na opracowanie dokładnych, długoterminowych prognoz dotyczących klimatu.

Obecnie ESA prowadzi kilka równoległych projektów-prekursorów, mających na celu opracowanie modeli Digital Twin Earth, obejmujących różne  dziedziny, takie jak gospodarka morska, rolnictwo czy zmiany klimatu. CloudFerro dostarcza ekspertyzę technologiczną dla jednego z tych projektów – prekursora w zakresie obszarów leśnych – Forest Digital Twin Earth Precursor. Zapewni także infrastrukturę obliczeniową w celu kontynuacji projektu w ramach inicjatywy Network of Resources.

Głównym wyzwaniem tego przedsięwzięcia będzie cyfrowa rekonstrukcja zachowania ekosystemów leśnych w skali globalnej, poprzez integrację modeli środowiskowych z danymi satelitarnymi z obserwacji Ziemi. Lasy są ważnym i niezwykle złożonym elementem w globalnym modelowaniu Ziemi. Wpływają na wiele obszarów, takich jak gospodarka wodna, zmienne meteorologiczne i klimatologiczne (wiatr, wilgotność, obieg dwutlenku węgla). Ważna będzie integracja modelu prekursora leśnego z pozostałymi, za pomocą modeli numerycznych, zautomatyzowanego pobierania i przepływów danych oraz w oparciu o potężną infrastrukturę, która będzie w stanie obsłużyć obliczenia i rosnące wolumeny informacji.

– Jesteśmy dumni, że możemy być częścią tak ambitnego przedsięwzięcia jak Digital Twin Earth. Ten projekt może znacznie poprawić stan naszej wiedzy o ewolucji globalnych ekosystemów oraz dostarczyć informacji dla działań klimatycznych, prowadzących do zrównoważonej gospodarki w skali całej naszej planety. Ponieważ tak duże projekty badawcze jak Digital Twin Earth oparte są na gromadzeniu, przechowywaniu i przetwarzaniu dużych ilości danych w łatwy, opłacalny i sprawny sposób, wymagają zaawansowanych kompetencji oraz ogromnych zasobów technologicznych – mówi Stanisław Dałek, wiceprezes i dyrektor technologii w CloudFerro.

– Bazując na naszej wiedzy i dotychczasowym doświadczeniu w dostarczaniu i obsłudze platform chmurowych, takich jak CREODIAS, Climate Data Store, CODE-DE, WEkEO, EO IPT i innych, których łączna pamięć masowa przekracza obecnie 100PB, jesteśmy w stanie pobierać, przechowywać, indeksować oraz rozpowszechniać dziesiątki, a nawet setki petabajtów danych. Nasze ostatnie testy wykazały, że jesteśmy w stanie dostarczyć ponad 2PB danych dziennie z naszych repozytoriów, co jest wystarczające do świadczenia usług w chmurze dla całego projektu Digital Twin Earth – wyjaśnia Stanisław Dałek.

Liderem projektu Forest Digital Twin Earth Precursor jest fińska firma państwowa VTT. Oprócz CloudFerro, partnerami projektu są także: Uniwersytet Helsiński, UNIQUE z Niemiec, SIMOSOL z Finlandii oraz ICAS z Rumunii. Zakończenie wstępnej fazy projektu planowane jest na wrzesień 2021 roku, kiedy to zostanie zaprezentowany dokładny plan realizacji oraz wersja demonstracyjna rozwiązania.

Spadki na giełdach. Karuzela na franku szwajcarskim

Piątek zaczął się spadkami na giełdach. Jest to kontynuacja tego, co działo się wczoraj w USA. Gorszy nastrój na parkietach przenosi się oczywiście na rynki walutowe.

Spadki na giełdach

Zaczęło się wczoraj za oceanem, kontynuację mamy dzisiaj w Europie. Większość indeksów zalicza wyraźne spadki, niektóre, co prawda, jak niemiecki DAX szybko odrabiają większość straty, ale w dalszym ciągu na wykresach dominuje czerwień. Jest to kolejny element układanki pod tytułem odpływ kapitału z rynków. Wczoraj mieliśmy kolejny rekord rentowności amerykańskich obligacji od początku pandemii. Oznacza to, że pieniądze uciekają nawet z amerykańskich papierów dłużnych. Sytuacja nie różni się mocno w przypadku innych gospodarek. W rezultacie tego strachu w odwrocie jest również polski złoty.

Karuzela na franku szwajcarskim

W ciągu tygodnia frank szwajcarski niespodziewanie zanurkował z poziomu 4,17 zł na 4,07 zł, po czym od wczoraj znów dotarł do 4,12 zł. Powodów tego ruchu trzeba jednak szukać poza granicami Polski. Winna jest relacja pomiędzy euro a frankiem. Inwestorzy trzymali swoje środki we franku, jako bezpiecznej przystani na trudne czasy. W połowie lutego patrząc na poprawiającą się sytuację i perspektywy rozwoju na świecie zaczęli podejmować decyzję o przeniesieniu ich w miejsca oferujące potencjalnie wyższe zyski. W ten sposób frank tracił względem euro, a tym samym złotego. Wczoraj jednak wraz ze spadkiem na amerykańskim parkiecie ruch ten uległ odwróceniu.

Dobre dane z USA

Wczorajszy pakiet danych makroekonomicznych pozytywnie zaskoczył analityków. Symbolicznie lepiej wypadł wzrost PKB. Zamówienia na dobra również przekroczyły oczekiwania. Najważniejsze jednak były dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych zgodnie z oczekiwaniami spadła, ale okazała się o 90 tysięcy niższa od oczekiwań, to ponad 10% różnicy. W rezultacie tych danych inwestorzy spojrzeli przychylnym okiem na dolara amerykańskiego. Odzyskał on część strat poniesionych od początku tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Popyt na powierzchnie biurowe na największych rynkach w Polsce w 2020 r. niższy o 24% w porównaniu do rekordowego 2019 roku

  •  2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na dziewięciu największych rynkach w Polsce wzrosły o 6,2% w stosunku do 2019 roku.
  • Na koniec 2020 roku w budowie znajdowały się 84 projekty, z czego najwięcej w Warszawie, Krakowie i Trójmieście.
  • Poziom pustostanów na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%.
  • Na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii, na rynku zauważalny jest przyrost powierzchni oferowanej w formie podnajmu.

Podaż: w budowie 84 projekty o łącznej powierzchni 1,4 miliona mkw.

W miastach regionalnych oddano do użytku łącznie 397 000 mkw. w 37 projektach, z czego do największych inwestycji możemy zaliczyć Face2face B w Katowicach (26 200 mkw. – Echo Investment), Olivia Prime B w Gdańsku (25 000 mkw. – Olivia Business Center), pierwszą fazę Centrum Południe we Wrocławiu (23 700 mkw. – Skanska), budynek Wave A w Gdańsku (23 600 mkw. – Skanska) oraz High 5ive IV w Krakowie (23 500 mkw. – Skanska). Na koniec 2020 roku w budowie znajdowało się 84 projekty o łącznej powierzchni 1,4 miliona mkw., z czego największa liczba nowych inwestycji powstaje w Warszawie (22), Krakowie (14), Trójmieście (14), w Katowicach (13) oraz Łodzi (8).

Większość obiektów w budowie jest obecnie realizowana zgodnie z harmonogramem. Niemniej jednak, na wielu rynkach spodziewamy się wystąpienia efektu luki podażowej w latach 2023-2024, ze względu na ograniczanie decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych projektów do momentu ustabilizowania sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Poziom pustostanów na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który w ujęciu kwartalnym powiększył się o 0,4 pp., a w ujęciu rocznym wzrósł o 2,4 pp. i na koniec 2020 roku wyniósł 11,1%. Ponadto, na skutek niepewności gospodarczej spowodowanej wybuchem pandemii utrzymuje się wysoki poziom podnajmów oferowanych na rynku.

Według szacunków Cushman & Wakefield na koniec 2020 roku w stolicy blisko 108 000 mkw. powierzchni biurowych było oferowanych w tej formie oraz około 147 000 mkw. w miastach regionalnych, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni biurowej.

W 2020 roku wynajęto prawie 1,2 mln mkw. powierzchni biurowej

W 2020 roku najemcy wynajęli łącznie 1 189 000 mkw. powierzchni biurowej, co jest wartością o 24% niższą niż w roku poprzednim.

Chociaż spadek wolumenu transakcji jest odczuwalny, warto zauważyć, że popyt w 2019 roku był rekordowy, a wstępne prognozy wskazywały nawet na dwukrotnie większe załamanie na rynku. Ponadto, obecna sytuacja wpłynęła również na strukturę popytu w odniesieniu do poprzednich lat poprzez zmniejszenie udziału nowych transakcji i wzrost liczby renegocjacji umów najmu. Niesłabnącą popularnością wśród najemców cieszyły się powierzchnie znajdujące się w budynkach będących w trakcie realizacji – blisko połowa nowych umów najmu stanowiły transakcje typu pre-let – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Do największych transakcji zawartych w 2020 roku możemy zaliczyć umowę przednajmu podpisaną przez PZU w budynku Generation Park Y w Warszawie (46 500 mkw.), a w miastach regionalnych umowę przednajmu Allegro w biurowcu Nowy Rynek D w Poznaniu (26 000 mkw.) oraz renegocjację umowy najmu ABB w budynku Axis w Krakowie (20 000 mkw.).

Czynsze w regionach na dotychczasowym poziomie

Wraz z ograniczeniem aktywności uczestników rynku stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe w Warszawie spadły do poziomu 23,50 EUR/mkw./miesiąc w Centrum i 14,75 EUR/mkw./miesiąc poza Centrum. W miastach regionalnych czynsze za najlepsze powierzchnie utrzymały się na dotychczasowym poziomie 13-15 EUR/mkw./miesiąc.

W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się stabilizacji czynszów bazowych wraz ze wzrostem pakietu zachęt, w postaci wydłużonego okresu zwolnienia z czynszu lub zwiększonych dopłat do wykończenia powierzchni, które zwiększą presję na czynsze efektywne – dodaje Katarzyna Lipka.

Trójmiasto z wysokim wolumenem nowej podaży na rynku biurowym

W 2020 r. na trójmiejski rynek dostarczono blisko 60 300 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. To niespełna 1,5% mniej niż w roku poprzednim. Plasuje to aglomerację na 3. pozycji wśród regionów pod względem nowej podaży biur. Tym samym całkowita podaż powierzchni biurowej osiągnęła 888 600 mkw. W najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych wzrostów i przekroczenia granicy 1 mln mkw. – prognozują eksperci Colliers.

O tak korzystnym wyniku podaży zadecydowały bardzo dobre drugi i trzeci kwartał 2020 r., kiedy to zakończono budowę m.in. Olivia Prime B (25 tys. mkw.) – kolejnego etapu Olivia Business Centre oraz Wave A (23,6 tys. mkw.), zrealizowanego przez firmę Skanska.

– Pandemia COVID-19 nie zatrzymała aktywności deweloperów. W budowie pozostaje 132,2 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. W 2021 r. spodziewamy się oddania do użytku kilku istotnych dla Trójmiasta projektów m.in. największej w historii Gdyni inwestycji biurowej, czyli 3T Office Park (38,2 tys. mkw.), realizowanej przez SGPM. To również ważny rok dla rozwoju terenów postoczniowych i obszaru Młodego Miasta, gdzie powstaje budynek C300, kolejny etap kompleksu biurowego Centrala realizowanego przez dewelopera Inopa (niemal 14 tys. mkw.) oraz pierwszy etap Palio – inwestycji biurowej realizowanej przez Cavatinę (ok. 16 tys. mkw.) – mówi Błażej Kucharski, dyrektor regionalny Colliers w Trójmieście.

W budowie są również obiekty: Format w Oliwie (prawie 16 tys. mkw.) oraz drugi etap projektu Officyna we Wrzeszczu (7,3 tys. mkw.) realizowane przez Torus, a także budynek Gato realizowany przez dewelopera Hossa (10 tys. mkw.) i pierwszy etap Airport City – budynek Alpha, (8,5 tys. mkw.).

– Tak duża dynamika podażowa powinna przynieść w 2021 r. wzrost relokacji wynikający z bardziej konkurencyjnych ofert i z potrzeby modernizacji przestrzeni przez najemców, którzy będą dostosowywali ją do pracy hybrydowej. Biuro zmienia bowiem swój tradycyjny charakter i stanie się w większej mierze miejscem spotkań, współpracy i wymiany pomysłów, aniżeli klasyczną przestrzenią tworzącą standardowe stanowisko pracy – dodaje Błażej Kucharski.

Stabilny popyt, renegocjacje zyskują na znaczeniu

W 2020 r. popyt na powierzchnie biurowe w Trójmieście wyniósł ponad 87 700 mkw., co pozwoliło mu utrzymać 3. miejsce wśród miast regionalnych. Pomimo zawirowań związanych z pandemią, wynik ten jest porównywalny do lat ubiegłych –  niższy zaledwie o ok. 13 tys. mkw. od wyjątkowo udanego roku 2019, w którym podpisano umowy na blisko 101 tys. mkw.

Najwięcej transakcji zawarto w Gdańsku (blisko 69 tys. mkw.), do czego w dużej mierze przyczyniło się podpisanie nowej umowy na wynajem ponad 12 tys. mkw. w budynku Alchemia Neon. Na drugiej pozycji uplasowała się Gdynia (18,7 tys. mkw.), która odnotowała ponad pięciokrotny wzrost ilości wynajętej powierzchni w porównianiu z 2019 r.

W strukturze popytu, podobnie jak w ubiegłych latach, dominowały nowe umowy najmu, które w całym roku 2020 stanowiły ok. 46% zawartych kontraktów, czyli porównywalnie wobec 45% w 2019 r.

– To w dużej mierze zasługa bardzo udanego pod tym kątem pierwszego kwartału 2020 r., w którym podpisano nowe umowy na łączną powierzchnię przekraczającą 28 tys. mkw., co stanowi 88% wszystkich zawartych w tym okresie kontraktów. Kolejne kwartały zostały zdominowane przez renegocjacje, których udział w całym roku wyniół 37%. Były to w dużej mierze transakcje związane z przedłużeniem kończących się umów najmu, ale również wymuszone przez pandemię renegocjacje kontraktów wynikające z potrzeby optymalizacji kosztów przez najemców w pierwszej połowie roku – tłumaczy  Agnieszka Grzywaczewska, transaction manager w trójmiejskim biurze Colliers.

– Taka struktura popytu znajduje odzwierciedlenie również w transakcjach wspieranych przez Colliers, z których zdecydowaną większość stanowiły renegocjacje. Nie zabrakło jednak firm, które pomimo pandemii zdecydowały się na najem nowej powierzchni. Przykładem może być m.in. firma JIT Team, która wynajęła ponad 1,6 tys. mkw. w budynku Tensor Y – dodaje Błażej Kucharski.

Więcej pustostanów i więcej podnajmów

Wysoka podaż nowej powierzchni biurowej wpływa na rosnący współczynnik pustostanów, który w 2020 r. wyniósł 9,5% i w porównaniu z rokiem 2019 wzrósł blisko dwukrotnie.

– Biorąc pod uwagę liczbę inwestycji będących obecnie w budowie, możemy spodziewać się, że ta tendencja utrzyma się, w konsekwesncji czego wskaźnik pustostanów wzrośnie. Jak na razie firmy  pozostają ostrożne nie tylko w zakresie podejmowania decyzji o ekspansji, wstrzymane zostały również nowe wejścia na rynek – mówi Błażej Kucharski.

Na sytuację rynkową i zachowania najemców wpływ ma również rosnąca liczba ofert podnajmu powierzchni. Wiele firm w poszukiwaniu oszczędności zdecydowało się w ubiegłym roku na taki krok. W Trójmieście łączna powierzchnia przeznaczona na podnajem przekroczyła 30 tys. mkw.

Letnie opony nadal dozwolone na śniegu

W nawiązaniu do wypowiedzi rzecznika Ministerstwa Infrastruktury Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego potwierdza – w ministerstwie nie trwają żadne prace legislacyjne, które pomogłyby zmniejszyć ilość wypadków i stłuczek w czasie jesiennej słoty i zimy. Brak wymogu opon całorocznych lub zimowych w Polsce to istotne uchybienie w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa na drogach w naszym nieprzewidywalnym klimacie. Szczególnie od następnej zimy – kiedy kierowcy po zmianie przepisów będą musieli częściej hamować przed przejściami dla pieszych. Tymczasem rząd chce poprawiać bezpieczeństwo na drogach przez inwestowanie wielkich środków w infrastrukturę, ale pozwala by w środku zimy, przy mroźnej pogodzie, bardzo wiele samochodów jeździło na letnim ogumieniu.EUROPA mapa 5 opony

– Niestety dla nas kierowców temat obowiązkowego używania opon zimowych, w tym całorocznych, całkowicie stoi. Tak, jak wszyscy ci z nas, którzy stali w korkach spowodowanych tarasującymi drogę fanami letnich opon w czasie niedawnych opadów śniegu. Tłumaczenie przez niektórych ekspertów braku odpowiednich przepisów niskimi zarobkami w Polsce jest tak absurdalne, że aż ciężko to komentować. Oczywiście posiadanie samochodu mniej lub bardziej kosztuje. Ironizując można powiedzieć, że najtaniej będzie więc jeździć bez opon i bez paliwa. Nie znam niestety samochodu, który tak da radę. Jeśli ktoś nie chce kupować zimowego kompletu opon, ale czuć się w miarę bezpiecznie na drodze – niech używa opon całorocznych z homologacją zimową. Na pewno wyniesie to taniej niż likwidacja szkody w pojeździe po wypadku lub stłuczce na letnich oponach w środku zimy – komentuje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

Wprowadzenie obowiązku można rozłożyć na kilka lat z wyprzedzeniem – żeby każdy się przygotował i kupił odpowiednie opony, kiedy i tak będzie musiał je wymienić. – Mówienie, że jesteśmy są zbyt biedni by mieć odpowiednie opony na zimę to chyba jednak obraza zarówno polskich kierowców, jak i mieszkańców biedniejszych krajów. Aż 17 z 29 europejskich państw, gdzie takie opony są obowiązkowe, ma mniejsze PKB niż Polska i mniejsze zarobki obywateli. Nie róbmy sami z siebie najbiedniejszego narodu Europy – bo to nie pasuje ani do naszej historii, ani do naszego aktualnego poziomu rozwoju gospodarczego – dodaje Sarnecki.

W 29 europejskich krajach, w których wprowadzono wymóg jazdy na oponach zimowych lub całorocznych, przepisy precyzują okres lub warunki obowiązywania takich przepisów. W większości są to konkretne daty kalendarzowe – takie regulacje są aż w 16 krajach. Jedynie 2 kraje mają ten obowiązek określony warunkami na drodze. Określenie dat wymogu jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem – to jasny i precyzyjny przepis, nie pozostawiający żadnych wątpliwości.

Jazda zimą na oponach zimowych lub całorocznych z homologacją zimową to aż o 46% mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia wypadku drogowego w porównaniu z jazdą na oponach letnich– takie są wnioski ze studium Komisji Europejskiej wybranych aspektów korzystania z opon związanych z bezpieczeństwem[1]. Ten raport udowodnił także, że w krajach, gdzie obowiązuje wymóg opon z homologacją zimową liczba śmiertelnych wypadków zmniejszyła się średnio o 3% – a są kraje, które odnotowały spadek liczby wypadków w okresie zimowym nawet o 20%. We wszystkich krajach, które mają obowiązek jazdy na oponach zimowych, rozumie się przez to także opony całoroczne z homologacją zimową (symbol płatka śniegu na tle góry).

Wymóg opon zimowych w Europie:

Regulacja Kraj
Obowiązek kalendarzowy

(określony różnymi datami)

Bułgaria, Czechy, Słowenia, Litwa, Łotwa, Estonia Szwecja, Finlandia
Białoruś, Rosja, Norwegia, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Mołdawia, Macedonia, Turcja
Obowiązek zależny od tylko od warunków pogodowych Niemcy, Luxemburg
Obowiązek mieszany kalendarzowo-pogodowy Austria, Chorwacja, Rumunia, Słowacja
Obowiązek nakładany znakami Hiszpania, Francja, Włochy
Obowiązek na kierowcy dostosowania auta do zimy i konsekwencje finansowe spowodowania wypadku na letnich oponach Szwajcaria, Liechtenstein

Polska jest jedynym krajem w Europie z takim klimatem, gdzie przepisy nie przewidują wymogu jazdy na oponach zimowych lub całorocznych w warunkach jesienno-zimowych. Z badań potwierdzonych obserwacjami warsztatowymi wynika, że aż 1/3 – czyli około 6 milionów kierowców – jeździ zimą na oponach letnich[2]. Wskazuje to, że powinny istnieć jasne przepisy – określające od którego dnia w takie opony należy wyposażyć samochód. W naszym kraju mamy najwięcej w Unii Europejskiej ofiar na drogach. Co roku od kilkudziesięciu lat na polskich drogach ginie ponad 3000 osób i dochodzi do niemal pół miliona wypadków oraz kolizji drogowych. Za te dane wszyscy płacimy rachunki rosnącymi stawkami ubezpieczeniowymi. Roczne koszty wypadków, uwzględniające m.in. koszty leczenia, odszkodowań, pogrzebów, zniszczonej infrastruktury czy napraw blacharskich to rekordowe 50 mld złotych. Dlaczego nasz kraj robi tak mało byśmy tych pieniędzy tracili mniej jako społeczeństwo?

[1] Komisja Europejska, Study on some safety-related aspects of tyre use, https://ec.europa.eu/transport/road_safety/sites/roadsafety/files/pdf/vehicles/study_tyres_2014.pdf

[2] Badanie Nokian, https://www.nokiantyres.com/company/news-article/new-study-many-european-drivers-drive-on-unsuitable-tyres/

Pogrom wśród ryzykownych aktywów

Gwałtowna wyprzedaż na rynku długu wywołała pogrom wśród ryzykownych aktywów. Wraca powątpiewanie w gołębie nastawienie Fed w połączeniu z dyskusją o znaczeniu wyższych rentowności w porównaniu z zyskownością spółek. Bezrefleksyjny efekt kuli śnieżnej prowadzi do szalonych i bezpodstawnych wycen.

Wczoraj rynki finansowe doświadczyły ekstremalnej huśtawki nastrojów w reakcji na gwałtowną wyprzedaż na globalnym rynku długu. Źródłem był rynek amerykański, gdzie słaby popyt na aukcji papierów 7-letnich rozpoczął silną wyprzedaż na rynku wtórnym. W pewnym momencie oprocentowanie 10-latek skoczyło ponad 1,60 proc., choć dzień rozpoczynany był pod 1,40 proc. Ruch był za duży do zignorowania przez inne klasy aktywów i przywrócił strach, że oznacza kres hossy ryzykownych aktywów. Pogrom przetoczył się przez rynek akcji, FX odwrócił się do walut ryzykownych (surowcowych i rynków wschodzących) w stronę USD i pozostałych bezpiecznych przystani; zanurkowały cen złota.

Czwartkowe zawirowania rynkowe są o tyle zdumiewające, że miały miejsce po tym, jak prezes Fed J. Powell i jego koledzy apelowali, aby wzrostu rentowności nie interpretować jako zwiastuna zacieśniania monetarnego, a jedynie jako oznakę poprawy sytuacji gospodarczej. Wygląda jednak na to, że bez bezpośrednich werbalnych interwencji hamujących stromienie krzywej dochodowości przekaz Fed jest niewystarczający. Doszło do tego, że wycena 1-rocznej stopy procentowej za 5 lat przekroczyła 2 proc., co oznacza, że rynek zakłada zrównanie stopy Fed z celem inflacyjnym już w 2026 r.! To niedorzeczne, ale idealnie pokazuje, jak zagubieni są inwestorzy i jak bardzo ceny oderwały się do racjonalnej analizy. Jednocześnie jest to dowód, że Fed musi zrobić więcej, by ustabilizować rynek. Problem w tym, że nie będzie łatwo poprawić wiarygodność, jeśli teraz będzie się wyrażać zakłopotanie wzrostem rentowności, kiedy dopiero co dwa dni temu twierdziło się, że problemu nie ma.

Widzę dwa wyjścia z obecnej sytuacji. Możliwe, że uczestnicy rynku sami dojdą do wniosku, że wczorajsze wstrząsy były bez większego sensu i wrócić powinny proryzykowne nastroje, które budowały się jeszcze w pierwszej części czwartkowych notowań. W przeciwnym wypadku Fed będzie zmuszony ratować sytuację, przy czym wówczas jednym sposobem pozostanie rozpoczęcie dyskusji o kontroli krzywej dochodowości, tj. ustaleniu maksymalnego poziomu dla rentowności. To śmiały ruch, na który na razie porwał się tylko Bank Japonii i Bank Rezerwy Australii, ale w pewnym momencie sam werbalny forward guidance nie wystarcza.

Start handlu w Europie przynosi nieco uspokojenia, więc może wczorajsza huśtawka będzie wkrótce tylko złym snem. Mimo to całe rynki finansowe są teraz zdane na humory rynku długu w USA. Dzisiejsze dane o inflacji (PCE Core) i oczekiwaniach inflacyjnych (raport Uniwersytetu Michigan) mogą być pretekstem do gorącej dyskusji o tempie wzrostu cen i implikacjach dla polityki Fed. Na rynkach jest spokojnie do momentu, aż przestanie być.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rośnie przepaść w oprocentowaniu obligacji USA i strefy euro. Taka sytuacja może istotnie wpłynąć na rynek walutowy

Oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych Stanów Zjednoczonych od sierpnia ub.r. do dziś wzrosło z 0,5 do 1,5 proc., czyli trzykrotnie. W tym samym czasie oprocentowanie 10-letnich obligacji Niemiec wzrosło tylko z -0,4 do -0,27 proc. Taka sytuacja może istotnie wpłynąć na rynek walutowy, doprowadzając do znacznej wyprzedaży euro na rzecz dolara.

Wzrost rentowności obligacji USA przyspieszył w końcówce stycznia br., gdy władzę w kraju przejmowała administracja prezydenta Joe Bidena. Zwiększało się wówczas prawdopodobieństwo wprowadzenia forsowanego przez Bidena planu pomocowego dla gospodarki USA, wartego 1,9 bln USD.

Na wzrost oprocentowania mogło wpływać również zachowanie Jerome’a Powella, szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej. W minionych dniach ani razu nie wspomniał on o możliwości łagodzenia wzrostu oprocentowania długu. Może to oznaczać, że Fed na razie nie zamierza kontrolować rentowności czy też przesuwać ciężaru zakupów w stronę obligacji o dłuższym terminie zapadalności.

We wtorek i środę podczas swojego półrocznego zeznania przed Kongresem USA Powell podkreślił, że gospodarka potrzebuje wsparcia, a Fed jest przywiązany do obecnego stanowiska w sprawie polityki finansowej. Jest tak, ponieważ ożywienie gospodarcze pozostaje nierównomierne, a inflacja jeszcze przez jakiś czas będzie rosła powyżej 2 proc. Powell powiedział również, że Fed nie planuje zacieśnienia polityki gospodarczej poprzez skupowanie mniejszej ilości aktywów lub podniesienie stóp procentowych.

Wypowiedzi szefa Fed tylko na chwilę złagodziły wyprzedaż obligacji. Już w czwartek podaż powróciła wraz z dość znacznymi spadkami indeksów na amerykańskich giełdach. Co ważne, wydarzenia na rynku obligacji w USA oraz nastawienie amerykańskich władz monetarnych kontrastują z tym, co dzieje się po drugiej stronie Atlantyku.

W Europie wzrost rentowności obligacji nikomu może nie być na rękę, ponieważ dopiero trwa przygotowywanie potężnej emisji obligacji, która miałaby sfinansować program odbudowy europejskiej gospodarki po pandemii. Już w tym tygodniu Europejski Bank Centralny zaznaczył, że będzie uważnie monitorować silny wzrost oprocentowania długu. Istnieją zatem większe szanse, że to w Europie, nie zaś w USA, zwyżki rentowności mogą zostać stłumione. To z kolei może prowadzić do zwiększenia się spreadów między strefą euro a USA – wskazuje Daniel Kostecki, główny analityk spółki Conotoxia Ltd., która świadczy usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Jakie mogą być następstwa istotnych różnic oprocentowania obligacji w USA oraz w strefie euro?

Taka sytuacja może bardzo istotnie wpływać na kursy walut. Jeśli rentowności w Stanach Zjednoczonych będą rosnąć szybciej niż w Europie, może to być niekorzystne dla euro. Co więcej, byłoby to na rękę Europejskiemu Bankowi Centralnemu, który nie akceptuje kursu EUR/USD w okolicach 1,23-1,24. Wzrost różnicy spreadów między USA i innymi krajami, w tym Japonią czy Szwajcarią, może również powodować wyprzedaż franka szwajcarskiego czy jena, ale także i być może niedługo euro. To wszystko może się dziać do momentu, gdy Fed powie „stop” wzrostowi oprocentowania amerykańskich obligacji – zakłada analityk Conotoxia Ltd.

Wyniki finansowe Alior Banku za IVkw.2020: 120,3 mln PLN zysku netto

W IV kwartale Alior Bank skutecznie kontynuuje poprawę wyników finansowych oraz rozwój biznesu: 120,3 mln PLN zysku netto, 20 proc. spadek kosztów ryzyka kw./kw., utrzymana znakomita sprzedaż kredytów hipotecznych, rekordowa sprzedaż funduszy inwestycyjnych w ramach TFI oraz usług Biura Maklerskiego Alior Bank wypracował 911,4 mln PLN przychodów i zakończył czwarty kwartał 2020 r. zyskiem netto w wysokości 120,3 mln PLN, co oznacza wzrost o 108 mln PLN r/r. Dzięki trwałemu wzmacnianiu relacji z klientem oraz konsekwentnie rozwijanej ofercie, bank po raz kolejny odnotował wzrosty w kluczowych dla niego segmentach działalności. Sprzedaż kredytów hipotecznych wyniosła
w IV kw.’20 866 mln PLN, co daje wzrost o 78 proc. r/r. Pozycja
kapitałowa banku jest stabilna i bezpieczna. Współczynnik TIER1 na koniec IV kw. znajduje się na poziomie 13,55 proc., dając 2,44 mld zł nadwyżki kapitału ponad wymogi regulacyjne, natomiast współczynnik TCR na koniec IV kw. osiągnął poziom 15,85 proc. Koszty ryzyka zmniejszyły się o 20 proc. kw./kw. z 289 mln PLN w III kw.’20 do 233 mln PLN w IV kw.’20. Aktywa pod zarządzaniem Alior TFI to około 1,14 mld PLN. Liczba  nowych rachunków maklerskich wzrosła w stosunku do roku 2019 o 280 proc. Przychody z tytułu prowizji maklerskich r/r wzrosły o 135 proc.

Zamykamy ten wymagający rok bardzo dobrymi wynikami czwartego kwartału. Pomimo znacznego pogorszenia otoczenia zewnętrznego, Alior Bank wypracował w tym czasie pozytywne wyniki finansowe. Jest to efekt konsekwentnie realizowanych planów strategicznych. Kierując się potrzebami i zmieniającymi oczekiwaniami klientów, wzmacniamy naszą ofertę produktów i usług. Dzięki temu stajemy się dla naszych klientów zaufanym partnerem, który towarzyszy im w codziennym życiu. Naszą misją jest budowanie stabilnie rozwijającej się instytucji finansowej, która jest nowoczesna i otwarta na postępujący rozwój technologiczny. To przekłada się na utrwalenie naszych relacji z klientami i ich rosnące zaangażowanie we współpracę z bankiem – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu.

Mocny rozwój zdalnych kanałów

Konsekwentne wzrosty widoczne są także w kanałach cyfrowych Alior Banku. Liczba użytkowników aplikacji mobilnej w IV kw.’20 wyniosła 616 tys. (+35 proc. r/r). Rosnące zainteresowanie mobilnym bankowaniem przełożyło się na transakcje wykonane za pośrednictwem Alior Mobile, które wzrosły o 44 proc. Z kolei udział sprzedaży pożyczki gotówkowej w kanałach zdalnych w analizowanym okresie zwiększył się o 11 p.p.

Stabilna i bezpieczna pozycja banku

Poziomy współczynników kapitałowych TIER1 (13,55 proc.) oraz TCR (15,85 proc.) na koniec IV kw. 2020 pozostawiają znaczne bufory ponad minima regulacyjne na poziomie odpowiednio: 505 p.b. (2 438 mln PLN) oraz 535 p.b. (2 585 mln PLN). Pozycja płynnościowa jest utrzymywana również na bezpiecznym poziomie, co potwierdza wysoki poziom wskaźnika LCR, który wyniósł w IV kw. 174 proc. Po znacznym wzroście kosztów ryzyka w II kw.’20, zmniejszyły się one o 20 proc., z 289 mln w III kw.’20 do 233 mln PLN w IV kw.’20, co oznacza zmniejszenie CoR kw./kw. z 1,86 proc. do 1,48 proc.

Wynik z tytułu odpisów na ryzyko kredytowe w drugiej połowie 2020 roku był niższy niż zakładano, ze względu na znacząco lepszą sytuację gospodarczą, w tym także ze względu na wsparcie finansowe w ramach programów rządowych, jaką otrzymały firmy. W przypadku ustabilizowania się sytuacji makroekonomicznej oraz braku zdarzeń jednorazowych, koszty ryzyka nie powinny przekraczać 2,2 proc. w ujęciu kwartalnym – mówi Maciej Brzozowski, Wiceprezes Zarządu Alior Banku odpowiedzialny za obszar ryzyka.

Rekordowe zainteresowanie kredytami hipotecznymi

W IV kwartale największe wzrosty odnotowano w sektorze kredytów hipotecznych, a wartość ich sprzedaży w analizowanym okresie wyniosła 866 mln PLN, co daje 78 proc. wzrost r/r. Tym samym Alior Bank w minionym kwartale osiągnął udział rynkowy na poziomie 5,32 proc. Jednocześnie liczba klientów z kredytem hipotecznym powiększyła się o 11 proc. r/r.

Ten wynik jest efektem konsekwentnej realizacji strategii banku, wspieranej przez m.in. zmiany w ofercie produktowej. Uatrakcyjniliśmy marże i rozszerzyliśmy rozwiązania dla osób nabywających nieruchomości w największych miastach. Naszym celem jest utrzymanie wolumenu sprzedaży kredytów hipotecznych na poziomie osiągniętym w 2020 roku. Dzięki temu jesteśmy w stanie równoważyć wyniki osiągnięte w innych produktach kredytowych – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Bank wypracował również solidne wzrosty w całym segmencie kredytów konsumenckich (consumer  finance), gdzie sprzedaż zwiększyła się o 26 proc. r/r, a liczba klientów z tego rodzaju produktami w analizowanym okresie wzrosła o 20 proc. W IV kwartale sprzedaż pożyczek zanotowała spadek o 43 proc. r/r, co przekłada się na mniejszą liczbę klientów z tym produktem (-4 proc. r/r).

Aktywne i trwałe relacje klienta biznesowego

W IV kwartale 2020 r. nastąpił nieznaczny spadek liczby klientów biznesowych w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Jest to spowodowane rewizją portfela kredytowego i transformacją bazy klientów biznesowych w stronę bardziej aktywnych i trwałych relacji. W tym celu Alior Bank rozwija ofertę usług płatniczych i usług dodanych. W IV kw. 2020 zauważalny jest wzrost liczby klientów posiadających produkt BankConnect, który pozwala na integrację systemów księgowych klienta z BusinessPro.

W związku z rozwojem pandemii COVID-19 i związaną z tym korektą i dostosowaniem polityki kredytowej, odnotowano zmianę sprzedaży kluczowych produktów banku. Łączny limit kredytowy przyznany klientom biznesowym wyniósł w ostatnim kwartale 2020 roku 1,27 mld PLN (+6 proc. r/r). Jednocześnie wartość kredytów dla mikroprzedsiębiorców spadła w tym czasie o 30 proc. i wynosi 320 mln PLN. Sama liczba klientów – z sektora mikro wzrosła jednak o 9 proc. r/r. Jednocześnie już ¾ nowych klientów z tego segmentu dobiera do rachunku kartę debetową (wzrost o 13 p.p. r/r), a blisko 72 tys. klientów mikro płaci składki ZUS oraz podatki za pośrednictwem konta w Alior Banku.

Nowa akwizycja realizowana jest z wyższym niż dotychczas uproduktowieniem i skoncentrowaniem na budowaniu głównej relacji. W 2020 roku postawiliśmy na rozwój bankowości cyfrowej dla klienta biznesowego. Uruchomienie platformy self service umożliwia klientom wnioskowanie online o karty debetowe i rachunki pomocnicze, a także nadawanie do nich uprawnień swoim pracownikom. Stale rozbudowujemy procesy zdalne, dzięki którym przedsiębiorca coraz większą część relacji z bankiem może  zorganizować z poziomu bankowości cyfrowej – mówi Dariusz Szwed, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialny za produkty i sprzedaż w zakresie klienta indywidualnego i biznesowego.

Konsekwentne wzmacnianie roli bankowości cyfrowej oraz kompleksowe uproduktowienie klientów

W ostatnim kwartale 2020 roku Alior Bank w dalszym ciągu realizował działania związane ze wzmacnianiem i promowaniem bankowości internetowej i mobilnej, które umożliwiały klientom korzystanie z usług banku bez wychodzenia z domu. Jednym z priorytetów tych działań jest stworzenie w aplikacji Alior Mobile ekosystemu usług pozabankowych.

Tworzenie aplikacji, której możliwości będą wykraczać poza zarządzanie finansami to bardzo ambitny cel, do którego konsekwentnie dążymy. Klienci oczekują dziś od nas znacznie więcej niż tylko produktów i usług niezbędnych do codziennego zarządzania finansami. Poszukują narzędzi, które ułatwią im organizację wielu innych obszarów, a co ważne pozwolą zaoszczędzić czas. Naszą ambicją jest konsekwentny rozwój takich właśnie rozwiązań oraz dążenie do kompleksowego uproduktowienia klientów, a zatem dostarczenia im szerokiego wachlarza zarówno bankowych jak i pozabankowych usług. Kierując się tymi zmieniającymi się oczekiwaniami, chcemy budować pozytywne doświadczenia klientów poprzez rozwijanie nowych funkcji – mówi Agata Strzelecka, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, odpowiedzialna za obszar IT, w tym bezpieczeństwo elektroniczne, jakość rozwiązań informatycznych i rozwój oprogramowania.

Wśród wprowadzonych w IV kwartale innowacyjnych rozwiązań znalazły się m.in. możliwość płacenia telefonem za bilety komunikacji miejskiej oraz parkometry dzięki usłudze moBILET, a także płatności za przejazdy autostradami w ramach usługi Autopay. Bank rozszerzył również zakres korzystania z rat w karcie kredytowej poprzez bankowość internetową i mobilną oraz rozwijał zdalne procesy kredytowe. Wraz z budowaniem długotrwałej relacji z klientem Alior Bank skutecznie wzmacnia rolę bankowości cyfrowej.

Ewolucja w stronę EKO

Alior Bank w swojej działalności zawsze stawiał na efektywne i przyjazne dla klientów rozwiązania. W 2020 roku łączny wolumen sprzedaży produktów EKO wyniósł ok. 240 mln PLN. Dzięki stabilnej sytuacji finansowej i dobrych wynikach w kluczowych obszarach, bank chce w 2021 roku rozwijać się w obszarze EKO – wzmacniając działania z poszanowaniem środowiska oraz zasad zrównoważonego rozwoju.

Wiele wdrożonych i funkcjonujących już rozwiązań w banku ma proekologiczną naturę. Jako instytucja zaufania publicznego nie chcemy poprzestawać wyłącznie na obowiązujących nas regulacjach ładu korporacyjnego. Chcemy więcej. Mamy zamiar aktywnie uczestniczyć w działaniach, które promują proekologiczne zachowania, produkty, finansowanie czy procesy, a tym samym wspierać naszych klientów w realizowaniu postaw społecznie odpowiedzialnych – mówi Iwona Duda, Wiceprezes Zarządu Alior Banku, kierująca pracami zarządu.

Celem działań Alior Banku jest wspieranie takich inicjatyw jak: wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii, rozwoju elektromobilności, redukcji CO2, oszczędności zasobów, w tym recycklingu. W tym obszarze bank oferuje już produkty zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych oraz usprawnia wewnętrzne procesy z zachowaniem dbałości o środowisko. Dodatkowo bank jest partnerem programów Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej „Czyste Powietrze” oraz „Elektromobilność”.

Dobre wyniki kluczowych spółek w Grupie

Po dobrym III kwartale 2020 roku spółka Alior Leasing kontynuowała pozytywne trendy. W całym roku 2020 roku Alior Leasing zrealizował sprzedaż na poziomie 2,3 mld PLN, z czego 684 mln PLN w IV kwartale (+ 11 proc. r/r). Saldo portfela należności leasingowych na koniec IV kw.’20 wyniosło 5,4 mld PLN i było wyższe o 0,4 mld PLN niż na koniec 2019 roku. Jednocześnie w ostatnim kwartale 2020 r. spółka odnotowała wzrost liczby klientów o blisko 13 tys. oraz podpisanych umów o 17 tys. względem IV kw.’19.

Wyróżniające się wyniki odnotowało także Alior TFI, które podtrzymało wysoki poziom sprzedaży netto zarządzanych przez siebie funduszy inwestycyjnych, osiągając w IV kwartale wartość 225 mln PLN. Alior TFI nie tylko szybko odrobił straty z pierwszej połowy roku, wywołane COVID-19 i załamaniem na rynkach kapitałowych, ale w stosunku do stanu z końca 2019 roku zwiększył aktywa pod zarządzaniem w funduszach otwartych o 44 proc. r/r.

Jednocześnie w ciągu roku BM Alior Banku pozyskało blisko 10 tys. nowych rachunków maklerskich, co oznacza wzrost o 280 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Co ważne, 75 proc. z nich zostało założonych w kanałach zdalnych. Klienci coraz chętniej wykorzystują kanały cyfrowe do inwestowania. Udział zleceń giełdowych złożonych w aplikacji mobilnej w analizowanym czasie zwiększył się o 13 p.p.

Kluczowe wskaźniki finansowe w IV kw. 2020 roku:

  • Przychody: 911,4 mln PLN; zysk netto: 120,3 mln PLN.
  • Wskaźnik ROE w IV kw. 2020 na poziomie 7,4 proc.
  • Bezpieczna pozycja kapitałowa oraz płynnościowa banku. Współczynnik TIER1 na poziomie 13,55 proc., a TCR 15,85 proc. Nadwyżka ponad wymogi regulacyjne dla TIER1 wynosi 505 p.b. (2 438 mln PLN), a TCR 535 p.b. (2 585 mln PLN).
  • Znaczący spadek kosztów ryzyka. CoR na poziomie 1,48 proc. Stosunkowo niski udział klientów biznesowych z branż najbardziej zagrożonych wpływem COVID-19.
  • Marża odsetkowa netto (NIM) banku w analizowanym okresie wyniosła 3,63 proc.

Grupa Piotr i Paweł – sąd oddalił zażalenia na zatwierdzenie układów

Do zakończenia postępowania potrzeba już tylko postanowienia sądu o stwierdzeniu prawomocności.

Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał orzeczenia o oddaleniu zażaleń na postanowienie Sądu Rejonowego Poznań Stare-Miasto w Poznaniu o zatwierdzeniu układów dwóch z trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł: Grupa Piotr i Paweł sp. z o.o. oraz Piotr i Paweł Detal sp. z o.o. Rozpoznanie zażalenia w sprawie Piotr i Paweł S.A. jest zapewne kwestią kilku-kilkunastu dni.

Oznacza to definitywną i niepodważalną prawomocność postanowień o zatwierdzeniu – jednak konieczne będzie jeszcze wydanie postanowienia o stwierdzeniu prawomocności, co nastąpi w terminie 2-3 tygodni. Tym samym terminy spłaty układowej zaczną biec od momentu wydania przez Sąd Okręgowy postanowienia o stwierdzeniu prawomocności. Zarząd spółek z Grupy Piotr i Paweł oczekuje na jak najszybsze stwierdzenie prawomocności o zatwierdzeniu układu w spółkach z Grupy Piotr i Paweł oraz na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. w restrukturyzacji.

„Oczywiście spółka wykona układ w terminie – co stanowi dla niej priorytet, mając na uwadze, że spore grono wierzycieli otrzyma kwoty istotne dla nich obecnie – w czasach pandemii. Naszą intencją jest jak najszybsze zakończenie postępowania układowego z wierzycielami i wypłacenie należnych im środków finansowych. Środki finansowe na wypłaty zostały zabezpieczone przez inwestora finansowego i mogą być uruchomione w każdej chwili” – komentuje dr Patryk Filipiak w imieniu zarządcy sanacyjnego

„Czekamy na zakończenie formalności związanych z postępowaniem restrukturyzacyjnym i wypłatę środków. Czekamy też na zakończenie sprawy Piotr i Paweł S.A. Wbrew naszym intencjom pandemia wydłużyła proces formalny, a złożone zażalenia na postanowienie o zatwierdzeniu układów dodatkowo opóźniły możliwości wypłat dla wierzycieli. Mamy jednak nadzieję, że w najkrótszym możliwym czasie kolejne postanowienia sądów zakończą tę sprawę i pozwolą nam na realizację zobowiązań. Jak najszybsze jej sfinalizowanie jest kluczowe dla dalszej działalności i rozwoju sklepów w sieci – przeciąganie się procedury sądowej utrudnia naszą działalność i wymusza ponoszenie dodatkowych kosztów” – podkreśla zarząd Grupy Piotr i Paweł.

Wierzyciele wszystkich trzech spółek z Grupy Piotr i Paweł zaakceptowali w głosowaniach propozycje układowe spółek. Oznacza to, że procedura restrukturyzacji po uprawomocnieniu zostanie zrealizowana zgodnie z planem Zarządcy sanacyjnego oraz propozycjami układowymi Zarządów spółek. Spółki – dzięki finansowaniu inwestora strategicznego SPAR GROUP – spłacą wierzytelności i powrócą do efektywnej działalności operacyjnej.

Księgowość tradycyjna czy online? Podpowiadamy, co wybrać

Podczas zakładania działalności gospodarczej, przedsiębiorcy muszą wpisać we wniosku CEIDG, jaki podmiot będzie przechowywać dokumenty księgowe. To moment, gdzie należy się zastanowić, czy wybrać korzystanie z nowoczesnych udogodnień, jaką jest księgowość prowadzona online lub wybrać tradycyjne biuro rachunkowe. Jakie są zalety i wady tych obydwu podmiotów?

Czym zajmuje się biuro rachunkowe?

To podmiot, który świadczy usługi osobom fizycznym, przedsiębiorstwom, instytucjom, a także innym podmiotom gospodarczym. Na podstawie umowy podpisanej ze swoim klientem, w imieniu zleceniodawcy, działalność biura rachunkowego obejmuje prowadzenie dokumentacji kadrowej, usługę w obrębie rachunkowości, a także płac. Profesjonalne biuro księgowe reprezentuje klienta w urzędach i instytucjach, przygotowuje wnioski kredytowe, doradza w zakresie prowadzenia działalności czy oblicza składki na ubezpieczenie społeczne. Najpopularniejszą usługą są kadry i płace, które są niezbędne w każdym przedsiębiorstwie.

Ceny usług księgowych odbiegają od siebie. Obecnie na rynku dostępnych jest ich spora ilość. Wynika to z faktu, że pojawia się coraz to więcej firm, które potrzebują księgowości. Wzrosło zapotrzebowanie na tego typu usługi. Warto zatem zastanowić się nad naszym wyborem. Księgowość online, a może tradycyjna?

Przewaga biura rachunkowego nad obsługą online

Z pewnością jedną z zalet księgowości online, jest jej szeroki dostęp. Dziś prawie wszystko możemy kupić w internecie, zamówić konkretne usługi, czy podpisać różnego rodzaju umowy i złożyć wniosek do urzędu. Księgowość przez internet jest jednak ryzykowna. Obecnie lepiej jest mieć kontakt bezpośredni z człowiekiem. Unikniemy dzięki temu nieporozumień, a w przypadku pytań o sprawy firmy, możemy odwiedzić takie biuro bezpośrednio i umówić się na spotkanie z księgową.

Współpraca z tradycyjnym biurem rachunkowym jest o wiele korzystniejsza. Przedsiębiorca dostarcza dokumenty do swojej księgowej, która następnie je rozlicza i umieszcza w dokumentacji firmowej. Sam przedsiębiorca otrzymuje wysokość podatku i składek do zapłacenia.

Regularny kontakt z naszym biurem księgowym będzie skutkował polepszeniem współpracy, wsparciem specjalisty i będziemy mieli pewność, że wszystkie rozliczenia są dokonywane na czas, a nasze zaufanie do takiej usługi będzie rosło.

Podczas korzystania z księgowości online przesyłamy dokumenty księgowe nie osobiście, a za pośrednictwem Internetu. Może to skutkować ich zagubieniem i nie wysłaniem jakiegoś ważnego elementu dokumentacji księgowej. Ponadto osoba, która korzysta z takiego rozwiązania, musi być rozeznana w działalności aplikacji mobilnych, gdyż to właśnie w taki sposób docierają dokumenty do księgowości online.

Dobra i rzetelna księgowa, to wstęp do udanej współpracy na lata, dlatego sprawdź usługi księgowe we Wrocławiu i wybierz biuro rachunkowe, które spełni Twoje oczekiwania i pomoże w prowadzeniu działalności gospodarczej. Sam zdecyduj, czy lepiej wybrać tradycyjną księgowość, czy skorzystać z księgowości internetowej.

Fatalny początek roku dla firm w Polsce – w styczniu 80% wzrost liczby niewypłacalności

– W pierwszym miesiącu roku w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm. Jest to aż o 80% więcej firm z problemami niż przed rokiem (w styczniu 2020 r. ogłoszono w MSiG niewypłacalność 84 firm).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Usługi – drugie zamknięcie gospodarki mocno odczuwalne. Ale to problemy nie tylko gastronomii, turystyki i hotelarstwa. Także usług dla firm, w obsłudze rynku nieruchomości, ochronie zdrowia… Łącznie 66 niewypłacalności wobec 20 przed rokiem.
  • Ciężki przednówek w produkcji rolnej – niewypłacalność 13 producentów żywności (uprawy, hodowla zwierzęca) oraz 5 firm ich obsługujących. Połączenie wielu czynników: spadku cen mięsa, wzrostu cen zbóż (a więc i pasz), kosztów upraw i produkcji, nadprodukcji w wielu obszarach (ograniczenia w eksporcie) – presji na niskie ceny ze strony przetwórców i handlu.
  • Produkcja – pewne odbicie w produkcji w IV kwartale ub. roku nie zapobiegło wzrostowi niewypłacalności (33 vs. 30 w I 2020). W tym 7 firm z sektora metalowo-maszynowego, ale także 5 firm z sektora tekstylno-odzieżowego oraz 5 producentów art. budowlanych.
  • Budownictwo – koniec koniunktury drogowej? W zestawieniu niewypłacalności pojawiają się firmy bezpośrednio wyspecjalizowane w inwestycjach drogowych. Niepokoi skala odreagowania po spadku nowo rozpoczynanych inwestycji w IV kwartale ub. roku – liczba niewypłacalności zauważalnie wyższa niż przed rokiem (17 vs. 7).
  • Niewypłacalności skupiły się na sektorze MSP: zsumowany obrót firm, których niewypłacalność ogłoszono w styczniu to niecałe 400 mln złotych, a łącznie zatrudniały one około 3 osób.

informacje o 151 niewypłacalnościach polskich firm

Usługi w pierwszym miesiącu tego roku zostały najmocniej dotknięte problemami

– liczba niewypłacalnych firm w sektorze potroiła się z 20 przed rokiem do 66 w styczniu (przyrost +230%). Wbrew oczekiwaniom skala zjawiska nie była jedynie efektem problemów sektora HoReCa (6 niewypłacalności). Usługi odczuwały problemy w wielu bardzo zróżnicowanych rodzajach działalności jak: doradztwo i finansowa obsługa firm – 19 niewypłacalności (pośrednictwo finansowe, doradztwo biznesowe, usługi księgowe, agencje pracy tymczasowej, call center, obsługa targów), ochrona zdrowia – 11 (praktyka lekarska, pielęgniarska, opieka nad osobami starszymi), obsługa rynku nieruchomości 8 firm. Widoczne są także problemy firm wynajmujących sprzęt, serwisujących i instalujących go – obsługujących procesy inwestycyjne.

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Skutki zamknięcia usług „dla ludności”, czyli turystyki, gastronomii i innych będą jeszcze powracać, zwłaszcza iż po pewnym złagodzeniu na horyzoncie są kolejne obostrzenia pandemiczne. Tym niemniej wakacje były pewnym oddechem dla sektora, którego nie miały firmy obsługujące firmy. Popyt na ich usługi spadł drastycznie nie tylko z powodu obostrzeń (jak targi i kongresy), ale także z powodu oszczędności czynionych przez firmy – oszczędności na inwestycjach, ale i na bieżącej obsłudze. Widoczny jest także zastój na rynku ochrony zdrowia – tak dużej liczby niewypłacalności z nim związanych w skali miesiąca nie notowano nigdy. To potwierdzenie alarmujących informacji o znacznych, kilkudziesięcioprocentowych spadkach w profilaktyce i leczeniu poważnych schorzeń (onkologia, kardiologia), jak i m.in. w usługach dentystycznych, rehabilitacyjnych czy upiększających. Za jakiś czas wykreuje to gwałtowny, odłożony popyt na te usługi – i jeszcze większe kolejki w ochronie zdrowia, także w tej prywatnej.

Mimo wzrostu zakażeń, na rynkach walutowych utrzymuje się optymizm

Mijający tydzień nie był bogaty w nowe dane makroekonomiczne. Rynki przede wszystkim monitorowały kształtowanie się wskaźników wyprzedzających, a także śledziły przemówienia przedstawicieli banków centralnych pod kątem informacji o tym, jak będzie się rozwijać polityka walutowa.

Spośród wskaźników pozytywnie zaskoczył niemiecki indeks nastrojów biznesowych IFO, który wzrósł do 92,4 pkt. i zanotował poprawę zarówno w ocenie sytuacji bieżącej, jak i w oczekiwaniach na przyszłość. Chociaż jego wartość nadal kształtuje się poniżej długoterminowej średniej, to nadal relatywnie dobry wynik. Warto również wspomnieć o wyniku styczniowej stopy bezrobocia, która tak jak przewidziano, wzrosła do 6,5%. Należy zwrócić uwagę, że do wzrostu bezrobocia w Polsce w I kwartale dochodzi regularnie.

Rynki w ostatnim tygodniu uważnie śledziły wypowiedzi przedstawicieli banków. Jednym z nich był szef Narodowego Banku Czeskiego Jiri Rusnok, który w wywiadzie powiedział, że główna stopa procentowa może wzrosnąć, ale w dłuższej perspektywie stopy pozostaną niskie. Warto również wspomnieć o posiedzeniu banku centralnego na Węgrzech, gdzie pozostawiono stopy procentowe bez zmian. Jednocześnie oświadczono, że nie jest planowana ich obniżka, za to kontynuowany będzie zakup obligacji rządowych. Zatem na razie nie dojdzie do fundamentalnych zmian w polityce pieniężnej w żadnym z krajów Grupy Wyszehradzkiej.

W tym tygodniu złoty się osłabił i w piątek rano jego kurs wynosił 4,52 PLN/EUR. Eurodolar był na poziomie 1,214 USD/EUR.

Malwina Krakus, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Cierpimy na otyłość cyfrową. Przed ekranem spędzamy blisko 8 godz. dziennie

Na konsumpcję cyfrowych mediów poświęcamy dziś blisko 8 godz. dziennie – godzinę więcej niż w 2019 r. I to wciąż nie jest limit naszych możliwości, donoszą najnowsze badania eMarketer i Insider Intelligence. Cierpimy na cyfrową otyłość, a nasze oczy wręcz nie mogą się oderwać od ekranu, ale czy to na pewno źle?

Tadeusz Kotarbiński – wybitny polski filozof, historyk i pisarz, powiedział kiedyś, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Łatwo tak mówić, kiedy nie siedzi się w zamknięciu od niemal roku, będąc zewsząd atakowanym informacjami dotyczącymi głównie pandemii, lockdownu i koronawirusa. Na szczęście mamy jeszcze świat alternatywny, cyfrowy świat…

Wpatrzeni jak w obrazek

Jak pokazały styczniowe badania zrealizowane przez eMarketer i Insider Intelligence, w 2020 r. spędzaliśmy średnio 7 godzin i 50 minut dziennie konsumując media cyfrowe, co stanowi wzrost o 15% w porównaniu do 6 godz. i 49 min w 2019 r. To największy skok od 2012 r.

W swojej analizie eksperci posługują się coraz popularniejszym terminem “cyfrowej otyłości”, opisując nasze zamiłowanie do korzystania z urządzeń elektronicznych, które stanowią bramę do królestwa internetu. Niedawno pochylił się nad tym pojęciem The Guardian, poświęcając mu obszerny artykuł zatytułowany „Digital obesity: our high-tech lives may be bad for our health”. Co według brytyjskiego dziennika charakteryzuje ludzi cyfrowo otyłych? Przede wszystkim brak umiarkowania w korzystaniu z technologii. Pytanie zatem czy w związku z postępującą epidemią cyfrowej otyłości należy podjąć kroki zapobiegawcze?

Z internetem jest trochę jak z nawykami żywieniowymi. Przez lata ewoluował jednak niekoniecznie w kierunku, jakiego oczekiwaliśmy. Dzisiaj w sieci znajdziemy głównie treści niskiej jakości, mało odżywcze, serwowane szybko i byle jak. Niczego nie wnoszą do naszego życia, są więc typowym junk foodem – uważa Michał Bąk, współzałożyciel platformy społecznościowej Founders.pl, która łączy przedsiębiorców z różnych branż. Ekspert wskazuje jednak na pewien trend: – Mimo wszystko zauważam, że rośnie liczba użytkowników sieci, którzy decydują się na “cyfrową dietę”. Coraz większą popularnością cieszą się targetowanych platform społecznościowych, które łączą ze sobą przedstawicieli danej branży lub osoby o podobnych zainteresowaniach. Pozostając w terminologii dietetycznej, podsumuję to następująco: świadomi konsumenci internetu szanują swój czas i zdrowie, dlatego poszukują treści jakościowych, które będą niczym menu diety pudełkowej.

Zdaniem Bąka, problemem nie jest ilość czasu, jaki spędzamy w sieci, a jego jakość. Najpopularniejsze dziś kanały social mediowe czy serwisy informacyjne, nie oferują nam w zasadzie nic ponad beztroską rozrywkę, okazjonalnie tylko zaskakując czymś wartościowym.

– Dlatego wiele osób porzuca je na rzecz lepiej stargetowanych, mniejszych, ale bardziej precyzyjnych platform. Zwykło się mawiać: co jest do wszystkiego, jest do niczego. I trochę tak można opisać model biznesowy dobrze znanych nam serwisów – twierdzi CEO internetowej społeczności ludzi biznesu Founders.pl.

Pić, jeść, spać, konsumować!

Duet muzyczny Taconafide w swoim hicie Tamagotchi śpiewał “Pić, jeść, spać”, jednak patrząc na wyniki badań eMarketera, powinniśmy dodać: konsumować. A precyzyjnie rzecz ujmując, konsumować cyfrowe media.

Wyśrubowany wynik, jaki wypracowali ankietowani w poprzednim roku, zaskoczył nawet rynkowych analityków. To o około 20 min dłużej niż wynosiła estymacja z pierwszego kwartału 2020 (7 godz. 31 min). Z analizy raportu dowiadujemy się również, że konsumpcja cyfrowych mediów stanowi dziś około 57,5% dziennego czasu, jaki w 2020 r. dorośli poświęcili na korzystanie z mediów w ogóle. A to jeszcze nie koniec. Szacuje się, że do końca przyszłego roku wskaźnik ten osiągnie wartość 60,2%.

Telewizory z dostępem do internetu i konsole do gier są głównymi beneficjentami trendu polegającego na pozbywaniu się kabli. Według badań przeprowadzonych przez eMarketer, branża telewizji kablowej, satelitarnej i telekomunikacyjnej jest na dobrej drodze do utraty największej liczby abonentów w historii. Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych w 2020 r. ponad 6 milionów gospodarstw domowych odcięło kabel od płatnej telewizji. Kanał cyfrowy jest dziś najważniejszym medium wymiany informacji pomiędzy marką a klientem – komentuje sytuację rynkową Michał Bąk.

Potwierdzają to dane Zenith Media, z których wynika, że kanał digital powoli pożera tradycyjne sposoby reklamy. W ubiegłym roku wydatki na cyfrową reklamę odpowiadały za ponad połowę ogólnych wydatków na reklamę (51%).

– Nic dziwnego, skoro dzięki temu rozwiązaniu marki mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję do tworzenia personalizowanych przekazów reklamowych i ofert. To z kolei wpływa na efektywność kampanii. A racjonalne wydatkowanie budżetów reklamowych to jeden z postpandemicznych przymusów – tłumaczy współzałożyciel Founders.pl.

Kieszonkowa rewolucja

Eksperci odpowiedzialni za realizację badania, sprawdzili jakich narzędzi najczęściej używamy do konsumpcji cyfrowych mediów. Raczej nie jest zaskoczeniem, że smartfony odpowiadają za znaczną część “całkowitego czasu cyfrowego” dorosłych. Jak wynika z zebranych przez nich danych, średnia wartość tego wskaźnika po raz pierwszy przekroczyła 3 godziny w 2020 roku (3 godz. 13 min), co stanowi istotny wzrost w porównaniu z 2 godz. 45 min w 2019 roku.

Oczywiście nie zabrakło również prognoz na przyszłość. Okazuje się, że ten trend będzie trwał, choć jego siła nieco osłabnie. Dzienny czas cyfrowy dla dorosłych wydłuży się o kolejne 7 minut w 2021 roku (do 7 godz.57 min), a już w 2022 po raz pierwszy przekroczy 8 godzin (o dwie minuty).

Coraz dłuższy czas, jaki spędzamy w sieci, nie jest przyczyną, a efektem zmian, jakie zachodzą w naszym otoczeniu. Rozwój cyfrowego handlu, dostęp do szybkiego i stabilnego przesyłu danych, jaki oferują 5G i Wi-Fi 6 oraz subskrybizacja modelu posiadania to czynniki wpływające na zaangażowanie, z jakim ludzie migrują do sieci. Internet przestał być wyłącznie dobrą zabawą, stał się wręcz równoległym wymiarem, w którym prowadzimy swoje codzienne życie – zauważa CEO Founders.pl.

Aż chce się powiedzieć: Steve Jobs to Twoja wina! Kiedy w 2007 r., prezes Apple pokazał światu pierwszego iPhone’a, nieliczni spodziewali się, że to połączenie telefonu z laptopem się uda. Mało, że się udało, to jeszcze odniosło spektakularny sukces i zrewolucjonizowało życie nas wszystkich. Jednak ta liberalizacja w dostępie do informacji i możliwości generowania treści samodzielnie przez każdego z nas spowodowała, że nie tylko przywiązaliśmy się do sieci, ale także wyeksportowaliśmy tam ogrom informacji, co utrudnia poruszanie się w nim. Dlatego lekarstwem za cyfrową otyłość nie jest ograniczenie ilości czasu, jaki spędzamy w sieci, a segregacja i selekcja informacji, które tam trafiają. Pora, aby treści serwowane w internecie przestały być junk foodem, a stały się zdrową cyfrową dietą, która nie szkodzi, a pomaga.

Trwają ostatnie prace nad projektem Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego. Wiosną ma trafić pod obrady rządu

Instytucja nazywana roboczo Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego ma przejąć od energetycznych spółek Skarbu Państwa ich aktywa węglowe. W zamyśle autorów tego projektu ma on służyć bezpieczeństwu energetycznemu kraju i stopniowemu wygaszaniu wydobycia węgla. Spółki energetyczne będą za to mogły skupić się na inwestycjach w odnawialne źródła energii i bloki gazowo-parowe, na które potrzebne są wielomiliardowe nakłady. Projekt wkrótce zostanie pokazany spółkom energetycznym i stronie społecznej, następnie trafi do konsultacji publicznych, a w ciągu miesiąca–dwóch zostanie przekazany pod obrady rządu.

Polskie spółki górnicze są dzisiaj w różnej kondycji. W dużo lepszej sytuacji są te, które wydobywają węgiel koksujący, węgiel na potrzeby przemysłu niż te wydobywające węgiel na potrzeby energetyki zawodowej, która ogranicza produkcję energii opartej na węglu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych. – To wynika też z wydajności, geologii, organizacji pracy, inna jest sytuacja Lubelskiego Węgla, inna Polskiej Grupy Górniczej, ale generalnie sytuacja jest zła. W niektórych spółkach nawet bardzo zła.

Pandemia odcisnęła głębokie piętno na branży górniczej i tak borykającej się z problemami. Już w kwietniu 2020 roku JSW, PGG czy Tauron informowały o problemach, absencji pracowników, spadku zamówień ze strony kontrahentów przemysłowych, spadku wydobycia i wzroście zapasów. Nieoficjalnie mówiło się o wydłużaniu terminów płatności w PGG. Dodatkowo sytuacja tego sektora jest strukturalnie trudna, bo ceny praw do emisji uderzają w nią w pierwszym rzędzie, a banki wycofują się z finansowania przedsięwzięć opartych na węglu, trudno więc o pozyskanie finansowania. Skupienie kopalń pod państwowym parasolem miałoby służyć więc stopniowemu przekształcaniu sektora w bardziej przyjazny środowisku w sposób łagodny i nienarażający 30 tys. zatrudnionych w nich pracowników na masowe zwolnienia.

– Chcielibyśmy stworzyć z aktywów wytwórczych opartych na węglu, czyli około 80 bloków, jeden podmiot, który miałby dominującą pozycję rynkową, więc wymaga to odpowiedniego przygotowania i uzyskania wszystkich zgód – wyjaśnia Artur Soboń. – Jednocześnie podmiot ten realizowałby politykę państwa, odciążając spółki energetyczne od energetyki węglowej i przekierowując ich inwestycje na odnawialne źródła energii czy bloki gazowo-parowe. One też wymagają gigantycznych nakładów. Przykładowo inwestycja w energię z wiatraków na Bałtyku to rząd 130–150 mld zł.

Pierwsze informacje o planie skonsolidowania sektora energetyczno-węglowego pojawiły się w II połowie 2020 roku. Jak informuje wiceminister, koncepcja nowego podmiotu, roboczo nazywanego Narodową Agencją Bezpieczeństwa Energetycznego, jest już prawie gotowa.

Będziemy ją pokazywać na początku marca stronie społecznej, tak aby rozpocząć dialog na temat konkretnych rozwiązań – mówi sekretarz stanu w MAP. – Zebraliśmy oczekiwania strony społecznej, jak ten proces powinien wyglądać, chcemy je uwzględnić w końcowym dokumencie. Zanim pokażemy go opinii publicznej, chcielibyśmy go przedstawić w spółkach samym zainteresowanym. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego miesiąca–dwóch można będzie sfinalizować prace nad tą strategią i przedstawić dokument Radzie Ministrów.

Zapewnia także, że rząd będzie prowadził rozmowy na ten temat nie tylko z organizacjami pracodawców i związkami, ale także z Komisją Europejską, która musi wydać zgodę na pomoc publiczną państwa, jaką w istocie byłoby utworzenie NABE.

 Chcielibyśmy nowy podmiot objąć bezpośrednio pomocą publiczną państwa, uzgodnioną oczywiście z Komisją Europejską i zgodną z tymi rygorami, które tego typu pomoc powinna wypełniać. Z drugiej strony chcemy, aby bez tego już, powiedzmy wprost, obciążenia węglem można było uruchamiać finansowanie na inne projekty – potwierdza Artur Soboń.

Jak podkreśla, w planach są także rozmowy z bankami, w których już zadłużone są kopalnie i które wycofują się z finansowania inwestycji opartych na węglu.

– Dzisiaj polityka banków wobec węgla jest jednoznaczna. Mamy decyzje Europejskiego Banku Inwestycyjnego, EBOR-u i banków komercyjnych. Pozyskanie finansowania  na inwestycje węglowe jest w praktyce już dzisiaj niemożliwe, a wszystko wskazuje na to, że sytuacja będzie coraz trudniejsza – mówi wiceminister. – Czeka nas rozmowa ze wszystkimi interesariuszami, którzy będą musieli być w tym procesie. Tego nie unikniemy. Jest to oczywiście kwestia zadłużenia, którą trzeba zarządzić, i stworzenia takiego mechanizmu, który nie będzie generował luki finansowej w przyszłości. Mam wrażenie, że rynek ten pomysł akceptuje. Będziemy w stałym dialogu z rynkiem, aby na każdym kroku pokazywać, w jaki sposób chcemy projektować te rozwiązania.

Raport przygotowany przez organizacje pozarządowe Instrat i ClientEarth krytykuje jednak prezentowane w ubiegłym roku wstępne plany. Krytycznie ocenia zbyt wolne tempo odchodzenia od węgla w elektroenergetyce oraz aspekt ekonomiczny, ostrzegając, że może on oznaczać wielomiliardowe straty dla Skarbu Państwa.