Trendy z początku roku utrzymują się, aktywa ryzykowne zyskują

Mniej aktywny ze względu na święta w USA tydzień handlu przyniósł kontynuację trendów rynkowych obserwowanych od początku roku. W tym tygodniu uwagę rynków przykują dane inflacyjne z USA. Czekamy też na copółroczne wystąpienie szefa Fedu przed Kongresem.

Skarbowe instrumenty dłużne doświadczają wyprzedaży, ponieważ inwestorów nie satysfakcjonują zwroty znacznie poniżej prognozowanej inflacji, nawet mimo narastającej presji inflacyjnej. W tym samym czasie, patrząc w ujęciu ogólnym, aktywa finansowe na świecie doświadczyły wzrostu, choć nie był on równomierny. Ceny akcji podniosły się jedynie nieznacznie, podczas gdy ceny surowców kontynuowały silne zwyżki. Również zachowanie walut było zróżnicowane, chociaż większość walut wysokiego ryzyka zyskiwała względem dolara amerykańskiego. Szterling i surowcowe waluty G10 radziły sobie całkiem dobrze. Wśród walut rynków wschodzących w zeszłym tygodniu szczególnie dobrze radziło sobie chilijskie peso, które nadal doświadcza aprecjacji ze względu na rosnące ceny miedzi i imponujące postępy szczepień w kraju.

W tym tygodniu kluczowym wydarzeniem będą copółroczne zeznania Powella, prezesa Fedu, przed Kongresem. Spodziewamy się, że utrzyma on ultragołębi ton z ostatnich tygodni. Interesujące będzie, czy w trakcie czasu przeznaczonego na pytania zostanie poruszona kwestia narastających obaw dotyczących inflacji. Zagadnienie dynamiki cen z pewnością będzie zwracać uwagę najbardziej spośród makroekonomicznych publikacji w tym tygodniu. We wtorek zostaną opublikowane zrewidowane dane o styczniowej inflacji w strefie euro, a w piątek poznamy odczyt preferowanej przez Fed miary inflacji w USA – PCE. W przypadku odczytu dla Stanów dostrzegamy możliwość, że okaże się on wyższy od oczekiwań.

PLN

Kurs EUR/PLN zakończył ubiegły tydzień lekkim spadkiem. Nie miał on istotnego wpływu na kształtowanie się kursu złotego, niemniej ton informacji napływających z Polski w ostatnim czasie zmienił się na gorsze. Dane makroekonomiczne opublikowane w zeszłym tygodniu były mieszane, jednocześnie nastąpił też wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Sporej części tego wzrostu nie da się wyjaśnić nieco wyższą liczbą przeprowadzanych testów. Można podejrzewać, że to kwestia bardziej zaraźliwej odmiany wirusa, która niestety nie ominęła Polski. W perspektywie tygodni trzecia fala może stanowić pewne ryzyko dla złotego. Niemniej, o ile równocześnie nie będzie psuł się globalny sentyment, złoty nie powinien istotnie cierpieć z tego powodu.

W tym tygodniu poznamy też odczyt stopy bezrobocia w Polsce w styczniu (wtorek) oraz zrewidowane i szczegółowe dane o PKB Polski w IV kwartale ub.r. (piątek).

EUR

Nieznaczny wzrost zbiorczego indeksu PMI w lutym maskował dychotomię między rosnącym sektorem przemysłowym a sektorem usług, który wciąż nie może się rozwinąć przez ograniczenia. Spodziewamy się, że wskaźnik PMI dla usług zacznie osiągać lepsze wyniki już w przyszłym miesiącu wraz z łagodzeniem restrykcji na kontynencie.

Wstępny raport dotyczący inflacji w lutym, który zostanie opublikowany 3 marca, będzie kluczową publikacją najbliższych dwóch tygodni. Gwałtowne odbicie się głównej miary, z 0,2% do 1,4% w styczniu w ujęciu rocznym, można przypisać jednorazowym czynnikom, ale jeśli tendencja ta się utrzyma, trudno będzie zaprzeczyć, że rośnie presja inflacyjna. Tymczasem po przemówieniu prezes EBC Christine Lagarde w poniedziałek 22.02 w tym tygodniu czekamy na dane o nastrojach przedsiębiorców i konsumentów, które poznamy w czwartek.

USD

Postępy w szczepieniach w USA zostały krótkotrwale spowolnione przez braki prądu w Teksasie. Liczba nowych przypadków zachorowań jednak zauważalnie spada, ale częściowo można to powiązać z mniejszą liczbą testów.

Kluczowymi wieściami z USA były jednak bardzo dobre wyniki sprzedaży detalicznej w styczniu oraz dalszy wzrost rentowności obligacji skarbowych. Mogą być one oznakami silnego ożywienia i narastającej presji inflacyjnej w obliczu pobłażliwego spojrzenia Fedu i perspektywy dalszej stymulacji fiskalnej. Uważamy za istotne, że choć realne rentowności obligacji skarbowych zaczęły podążać za nominalnymi i dążą w górę, to dolar nie odniósł jeszcze z tego znaczących korzyści.

Spodziewamy się, że zarówno rynek długu, jak i walutowy pozostaną w zawieszeniu do czasu piątkowej publikacji inflacji PCE.

GBP

Szterling wciąż zyskuje w związku z pozytywnymi wieściami dotyczącymi szczepień i blaknącym widmem problemów gospodarczych spowodowanych brexitem. Wskaźniki PMI opublikowane w ostatnim tygodniu również stanowiły wsparcie. Okazały się znacznie lepsze od oczekiwań, co sugeruje, że gospodarka doświadcza szybszego odbicia, niż zakładano. W styczniu istotnego spadku doświadczyła sprzedaż detaliczna, jednak dla rynku nie stanowiło to większego zaskoczenia, pomimo tego, że oczekiwania konsensusu były bardzo konserwatywne.

Dane dotyczące zatrudnienia, które poznamy w tym tygodniu, są przestarzałe i nie powinny znacząco wpłynąć na rynek. Spodziewalibyśmy się, że po ostatnich znacznych wzrostach brytyjska waluta doświadczy tymczasowej stabilizacji, szczególnie jeśli wierzyć harmonogramowi zdejmowania obostrzeń, który wypłynął i wydaje się zdecydowanie bardziej ostrożny, niż to, czego prawdopodobnie spodziewał się rynek. Dziś po południu otrzymamy oficjalne potwierdzenie tych informacji od premiera Borisa Johnsona.

CHF

Frank szwajcarski był najgorzej radzącą sobie walutą G10 w ubiegłym tygodniu. Wygląda na to, że ostatecznie poddaje się szerokiemu rynkowemu sentymentowi z inwestorami preferującymi ryzykowne aktywa zamiast safe haven. Tygodniowe dane o pozycjonowaniu zdają się to potwierdzać, długie pozycje netto na CHF spadły bowiem w ostatnim czasie do najniższego poziomu od lipca zeszłego roku.

Wiadomości krajowe pozostają jednak pozytywne. Sytuacja związana z wirusem poprawia się: 7-dniowa średnia krocząca nowych przypadków spadła poniżej rekordowego poziomu z pierwszej fali z marca 2020 roku. Od początku przyszłego miesiąca Szwajcaria będzie luzować restrykcje, co będzie kontynuować w kwietniu, jeśli liczba nowych przypadków pozostanie niska. Biorąc pod uwagę, że restrykcje już teraz są zdecydowanie swobodniejsze niż w podobnych krajach i że frank jest walutą safe haven, spodziewamy się, że raczej na tym nie zyska – w szczególności gdy inne kraje pójdą w ślady Szwajcarii.

Spływające z całego świata wiadomości dotyczące pandemii są kluczowe dla naszych prognoz, więc niezmiennie będziemy je obserwować. W tym tygodniu warto zwrócić jednak też uwagę na odczyty ze Szwajcarii: aktualne wskaźniki nastrojów i dane o PKB kraju za IV kwartał ub.r.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Pierwsze notowanie obligacji PHN serii B na Catalyst

W poniedziałek w Alternatywnym Systemie Obrotu Catalyst prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych odbyło się pierwsze notowanie obligacji serii B wyemitowanych przez Polski Holding Nieruchomości S.A.

PHN uplasował obligacje serii B o wartości 325 mln PLN w grudniu 2020 r. Obligacje zostały wyemitowane w ramach siedmioletniego programu o wartości do 1 mld PLN a pozyskane z nich środki sfinansują ambitne plany inwestycyjne spółki. Sprzedaż pierwszej emisji 4-letnich obligacji o wartości 160 mln PLN miała miejsce w 2019 r.

W trudnych czasach pandemii nasza kolejna emisja obligacji spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem ze strony inwestorów, co pozwoliło nam pozyskać finansowanie na korzystnych warunkach. Środki z emisji przeznaczymy na finansowanie naszych kluczowych inwestycji komercyjnych jak budynki biurowe SKYSAWA i INTRACO Prime w Warszawie oraz dalszą ekspansję w segmencie mieszkaniowym – powiedział Marcin Mazurek, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Bankami obsługującymi program obligacji PHN są PKO Bank Polski S.A., Bank Pekao S.A., BNP Paribas Bank Polska S.A., Santander Bank Polska S.A. oraz mBank S.A., który pełnił rolę Współorganizatora Emisji Obligacji Serii B. W budowie książki popytu uczestniczyli inwestorzy finansowi, z których większość stanowiły fundusze inwestycyjne.

Do Alternatywnego Systemu Obrotu na Catalyst zostało wprowadzonych 325.000 obligacji na okaziciela serii B o wartości nominalnej 1.000 PLN każda.

Horyzont Inwestycji konsoliduje działania

Skonsolidowanie działań odgrywa ogromną rolę w strategicznym rozwoju firmy. Na ten krok decydują się ci, którzy stawiają na dynamiczny wzrost biznesu. W Horyzont Inwestycji swoją wiedzę i doświadczenie skonsolidowało trzech ekspertów. Dopełnieniem efektu synergii jest profesjonalizm współpracujących z firmą zespołów – fachowców na rynku nieruchomości. Dzięki temu Horyzont Inwestycji chce zapewnić swoim klientom więcej możliwości inwestycyjnych.

Rynek nieruchomości, wbrew wszelkim zapowiedziom, nie doznał zapaści. Co więcej – inwestowanie w nieruchomości jest nadal jednym z najbardziej stabilnych źródeł dochodów. Skonsolidowanie działań Horyzont Inwestycji to bardzo dobra wiadomość dla inwestorów. Oznacza bowiem jeszcze lepszy dostęp do okazji inwestycyjnych i ich większy wachlarz. Co za tym idzie? – Możliwość inwestowania w produkty, do których inwestorzy mają przekonanie. Natomiast dla fliperów, sourcerów i agentów nieruchomości – szersze możliwości współpracy z inwestorami, co daje im dostęp do nieograniczonego wręcz kapitału – wyjaśnia Paweł Kuczera, prezes zarządu Horyzont Inwestycji.

Pionier na rynku inwestycji w nieruchomości

Podczas gdy większość firm skupia się na poszczególnych sektorach – np. flipy na rynku wtórnym lub flipy na rynku pierwotnym – Horyzont Inwestycji jeszcze przed skonsolidowaniem działań oferował swoim klientom niespotykany wachlarz możliwości inwestycyjnych. Przewaga nad jednoosobowymi działalnościami czy spółkami rodzinnymi wynika ze skumulowania wiedzy eksperckiej trzech liderów firmy. – Połączyliśmy możliwości oraz potencjał trzech ekspertów w jednym przedsiębiorstwie i postawiliśmy na rozwój istniejącej od kilku lat na rynku i docenianej przez Inwestorów marki Horyzont Inwestycji. Ten solidny fundament to gwarancja sukcesu finansowego dla naszych inwestorów oraz współpracujących z nami fliperów, sourcerów i pośredników – podkreśla Michał Chimko, członek Zarządu Horyzont Inwestycji.

Fachowe doradztwo i atrakcyjne produkty inwestycyjne

Tych, którzy inwestują w nieruchomości, stale przybywa. Świadczy o tym m.in. zwiększająca się liczba osób, które chcą pomnażać kapitał na rynku nieruchomości z Horyzontem Inwestycji. Z drugiej strony rośnie liczba fliperów, sourcerów i pośredników, dostarczających okazje i szukających finansowania. Konsolidacja działań zwiększy atrakcyjność Horyzontu Inwestycji jako partnera biznesowego – zarówno dla Inwestorów jak i dla fliperów. – Inwestorzy współpracujący z Horyzontem Inwestycji zyskują przede wszystkim fachowe doradztwo i atrakcyjne, sprawdzone przez nas pod każdym względem, produkty inwestycyjne, zawsze skrojone na miarę potrzeb i możliwości klienta. Dodatkowo inwestorom z mniej zasobnym portfelem dajemy możliwość inwestowania w grupie, z kilkoma inwestorami jednocześnie – wyjaśnia Marcin Kuryło, ekspert i mentor w Horyzont Inwestycji. Inwestorzy z pewnością mogą liczyć na fachowe doradztwo – firma współpracuje z rzeszą ekspertów z rynku nieruchomości. Wsparcie fachowców plus ciekawe oferty, w tym flipy na rynku wtórnym i pierwotnym, a także flipy na gruntach i inwestycje deweloperskie, to gwarancja udanych transakcji.

Oferta skrojona na miarę i jeszcze większe zyski

Dla klientów firmy Horyzont Inwestycji pierwszym i najważniejszym atutem konsolidacji będzie zwiększenie liczby okazji inwestycyjnych. Po drugie docenią także zróżnicowanie oferty inwestycyjnej w oparciu o rynek nieruchomości. Jednak co najważniejsze dla inwestorów – konsolidacja działań firmy oznacza dla nich większe zyski. Inwestorzy będą korzystać i więcej zarabiać na tym, że ich pieniądze będą pracować „na okrągło”. Gdy zakończy się jeden flip, w krótkim czasie pieniądze zaczną zarabiać na kolejnym. Inwestować można na różne sposoby – od flipów na mieszkaniach, przez flipy na gruncie, po inwestycje deweloperskie czy remonty kamienic. Każdy inwestor oczekuje innego produktu. Takiego, który gwarantuje oczekiwaną stopę zwrotu w określonym czasie. Horyzont Inwestycji oferuje swoim klientom ogromny wachlarz źródeł okazji inwestycyjnych. Najlepiej przekonać się o tym osobiście.

Polski gamedev, czyli sukces mimo zarazy

Branża gier video jest jednym z tych sektorów rynku, które miały okazję zyskać na pandemii koronawirusa. Siedzenie w domu i mniejsze wydatki na podróże sprawiły, że więcej czasu spędzamy przed ekranem i więcej wydajemy na nowe gry. Dlatego większość spółek gamingowych zyskało na obecnej sytuacji epidemicznej. Pojawili się jednak gracze, którym nie udało się wykorzystać pandemii dla zwiększenia zysku.

– Spółka Ten Square Games, producent gier free to play, bardzo istotnie zwiększyła wydatki marketingowe. Dlatego niesamowicie skorzystała na pandemii koronawirusa. Z drugiej strony wiele innych spółek z branży free to play wystraszyło się i ograniczyło marketing. Nie zanotowały więc one aż tak istotnej korzyści – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bebel, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Pandemia to jednak tylko jeden z czynników, który wpłynął na sukces firm gamingowych w ubiegłym roku. Jest to strukturalnie rosnący rynek, który bardzo dynamicznie się rozwija. Jedną z ciekawszych wiadomości z tego sektora jest ogłoszenie Amazona, który chce wejść na rynek gamingu. Mam nadzieję, że zrobi to przez przejęcie istniejącej firmy i mam nadzieję, że będzie to jedna z polskich spółek – trzyma kciuki Bebel.

Decyzja Sądu Najwyższego ws. frankowiczów zachwieje systemem bankowym i może doprowadzić do słabości złotego

25 marca Izba Cywilna Sądu Najwyższego rozstrzygnie zagadnienia prawne związane z kredytami frankowymi. Straty dla banków mogą być bardzo duże. Ta decyzja może osłabić złotego, jeżeli nie dojdzie do interwencji NBP.

Rozstrzygnięcie będzie miało rangę uchwały. Uzyska moc zasady prawnej. Będzie wiążące dla wszystkich składów orzekających Sądu Najwyższego, a siłą autorytetu dla wszystkich sądów w Polsce.

Jeżeli decyzja będzie pomyślna dla kredytobiorców, to sektor bankowy musi się szykować na liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty. PKO BP jako największy bank w Polsce szacuje, że negatywny wpływ przewalutowania na jego kapitały własne to 6,1-6,7 mld zł.

Kurs euro pozostaje ostatnio na poziomie zbliżonym do 4,50 zł. Jest to kurs do którego dążył NBP, interweniując na rynku walutowym (po raz pierwszy w grudniu), czym zaskoczył wielu ekonomistów, wywołując liczne komentarze, często negatywne. O ile dalsze cięcie stóp procentowych jest już mało prawdopodobne, to pozostaje pytanie czy NBP zareaguje na osłabienie złotego wywołane decyzjami Sądu Najwyższego.

– Decyzja Sądu Najwyższego teoretycznie może doprowadzić do ogromnej słabości złotego, jeżeli decyzja ta będzie skrajnie korzystna dla frankowiczów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Osłabienie złotego mogłoby przekroczyć nawet 10 groszy.

Osłabienie złotego byłoby spowodowane tym, że banki zaangażowane w mieszkaniowe kredyty walutowe będą wymieniać złotego na inne waluty, zwłaszcza na franka szwajcarskiego. Na rynku pojawiłoby się wówczas więcej polskiej waluty.

NBP może wówczas stabilizować kurs złotego, ściągając polską walutę z rynku, a ma ku temu wystarczająco duże rezerwy.

Rezerwy walutowe NBP oceniane są obecnie na równowartość 160 mld dolarów, są wyższe o 40 mld zł w porównaniu do stycznia 2020 roku.

– Biorąc pod uwagę różne czynniki nie spodziewam się, aby decyzja SN osłabiła polską walutę bardziej niż o 2-3 grosze – wyjaśnia ekspert XTB.

Druga fala pandemii nie zatrzymała wzrostu cen mieszkań w Warszawie

Okres od października do grudnia ubiegłego roku to czas panowania drugiej fali pandemii, która z impetem uderzyła w polską gospodarkę. Jej wpływ na ceny nowych mieszkań był jednak mniejszy niż sądzili niektórzy eksperci. W Warszawie po cenowej stagnacji odnotowanej w trzecim kwartale, mieszkania deweloperskie znów zaczęły drożeć.

Z raportu „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IVQ 2020”, przedstawionego przez analityków portalu RynekPierwotny.pl wynika, że na przełomie 2020 i 2021 roku w stolicy można było znaleźć 337 projektów mieszkaniowych.  Do wyboru kupujących, w osiemnastu stołecznych dzielnicach było ok. 17 tysięcy mieszkań, czyli o 1% mniej niż w trzecim kwartale ubiegłego roku. „Największy wpływ na kwartalną zmianę podaży w stolicy miała sytuacja dotycząca Białołęki. W tej północnej części miasta odnotowano bowiem aż trzynastoprocentowy spadek liczby dostępnych „M” przez 3 miesiące” – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.Mapa nowych mieszkań

Mimo tej zmiany, Białołęka cały czas cechowała się największym wyborem mieszkań. Na koniec poprzedniego kwartału do dyspozycji klientów rynku deweloperskiego było tam ponad 2700 lokali. Na drugim miejscu znalazł się Mokotów z ofertą prawie 2400 mieszkań, a na ostatnim stopniu podium uplasowała się Praga-Południe, w której podaż kwartalnie wzrosła o 6% i wyniosła ok. 1900 lokali.

Gdzie w stolicy sprzedało się najwięcej mieszkań?

W drugiej połowie ubiegłego roku, zniknęło ze stołecznego rynku nieruchomości prawie 8800 mieszkań. W ich miejsce pojawiło się nieco ponad 7300 lokali. Ta nierównowaga oprócz skali inwestycji mniejszej niż w czasach boomu, dodatkowo pogłębiała spadek podaży. Ciekawostką może być fakt, że pomimo drugiej fali pandemii, w IV kwartale sprzedaż stołecznych mieszkań wzrosła o 3% względem poprzednich trzech miesięcy.

Według raportu RynekPierwotny.pl, najwięcej mieszkań przez pół roku sprzedano na Białołęce, na Mokotowie, w Woli oraz na Pradze-Południe. Z wyjątkiem Woli były to również lokalizacje, gdzie w analizowanym okresie (III kw. i IV kw. 2020 r.) wprowadzono na rynek najwięcej lokali mieszkalnych.

Warszawskie nowe mieszkania drożeją

Podczas gdy w trzecim kwartale 2020 roku wzrost średniej ceny za metr kwadratowy okazał się symboliczny (0,2%), to już w ciągu kolejnych trzech miesięcy wyniósł on 1,3%. Było to spowodowane między innymi wyprzedażą lokali w „tańszych” dzielnicach. Tym samym, średnia cena ofertowa nowego metrażu w stolicy wzrosła do 10 495 zł/mkw. W ujęciu rocznym (IV kw. 2019 r. – IV kw. 2020 r.), dodatnia zmiana wyniosła natomiast około 7,5%.Średnia cena mkw w Warszawie – mapa

Najbardziej podrożały nowe mieszkania w takich częściach miasta jak Wesoła, Ursynów oraz Bemowo (wszędzie +3,5% względem III kw. 2020 r.), a także Żoliborz i Ursus (po +3,4%). Największe kwartalne spadki cen zaliczyły z kolei lokale w droższych dzielnicach: Śródmieściu (-5,9%) i Pradze-Północ (-10,4%), co było wynikiem wprowadzenia na rynek przez deweloperów nieco „tańszych” inwestycji. W pozostałych dzielnicach Warszawy, zmiany średnich cen ofertowych za 1 mkw. zwykle okazały się dużo mniejsze.Zmiana średniej ceny nowych mieszkań

Pod koniec ubiegłego roku, „najdroższą” dzielnicą nadal było Śródmieście, w którym średnio metr kwadratowy nowego mieszkania wyceniono na 16 616 zł. Niewiele mniej kosztowały lokale na Ochocie (średnio: 14 299 zł/mkw.) oraz Woli (13 926 zł/mkw.). Osoby posiadające znacznie mniejszy budżet na własne „M”, powinny zainteresować się projektami deweloperskimi powstającymi po prawej stronie Wisły – na terenie dzielnic Wesoła, Białołęka, Rembertów oraz Wawer. W nich średnia cena ofertowa nie przekracza bowiem 8000 zł/mkw.Średnia cena i metraż

Więcej informacji w raporcie portalu RynekPierwotny.pl –  „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IV kw. 2020”.

Optymizm na rynkach

Pandemia wciąż trwa, co nie przeszkadza analitykom widzieć lepszej perspektywy w przyszłości. Widać to również w odczytach opartych o badania ankietowe menedżerów, które po raz kolejny wskazują na pozytywny rozwój sytuacji.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z Niemiec. Indeks Instytutu IFO wyniósł 92,4 pkt wobec oczekiwanych 90,5 pkt. Lepsze od oczekiwań dane to kolejny sygnał pchający w górę euro względem dolara. Jeżeli tendencja ta się utrzyma to możemy być świadkami kolejnych umocnień się euro względem dolara. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro mocno ciągną w górę wyniki wspólnej waluty.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

W weekend poznaliśmy decyzję Banku Chin w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 3,85%. Znajdują się na nim od kwietnia 2020, kiedy to podobnie jak w innych państwach doszło do obniżki stóp procentowych. Obniżki w Chinach były jednak znacznie mniejsze niż w krajach zachodu. Chiny cięły stopy o 0,5%, to wyraźnie mniej niż chociażby 1,4% w Polsce. Ciężko ocenić wpływ tej decyzji na rynek walutowy. „Ciężko ocenić”, gdyż miała miejsce w weekend, kiedy rynki nie działały.

Lepsze dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI w USA. Odczyt dla przemysłu zgodnie z oczekiwaniami analityków wyniósł 58,5 pkt. Z kolei odczyt dla usług wyniósł 58,9 pkt, co stanowi wynik o 1,3 pkt lepszy od oczekiwań. Rynki zareagowały na to pozytywnie. Po słabym tygodniu dla dolara domknięcie tygodnia lepszymi danymi spowodowało chociaż delikatne odbicie na korzyść amerykańskiej waluty przed weekendem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zbliża się termin wysłania pracownikom PIT-11. Podpisaną elektronicznie deklarację pracodawca może wysłać mailem

Do końca lutego pracodawcy mają obowiązek przesłania pracownikom rozliczenia PIT-11. Istniejące przepisy dopuszczają możliwość przekazania deklaracji w formie elektronicznej. Plik, udostępniany w formacie PDF, powinien jednak zostać opatrzony elektronicznym podpisem kwalifikowanym, który z mocy prawa jest równoważny podpisowi własnoręcznemu.

Początek roku kalendarzowego, szczególnie z perspektywy pracodawców i pracowników księgowości, to okres kojarzony z przygotowywaniem deklaracji podatkowych do urzędów skarbowych. Wiąże się także z obowiązkiem dostarczenia dokumentów podatkowych do pracowników. Jak co roku, termin przewidziany na przekazanie pracownikom formularzy PIT-11 upływa wraz z końcem lutego.

Warto pamiętać, że pracodawca jest zobligowany do posiadania potwierdzenia przesłania informacji, zarówno do urzędu, jak i do pracownika. W czasie gdy wiele firm pracuje zdalnie, a osoby w nich zatrudnione mogą wykonywać swoje obowiązki z różnych miejsc, skuteczne doręczenie takiej dokumentacji w sposób tradycyjny może być utrudnione. Co więcej, nawet w standardowych warunkach wysyłanie wydruków dokumentów pocztą przysparzało problemów, np. kiedy pracownik zmieniał adres zamieszkania. Zgodnie z przepisami, wymagane dokumenty można przekazać także z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej, w tym za pomocą maila[1]. Konieczne jest jednak, aby taki dokument został przesłany w nieedytowalnej postaci (np. w pliku PDF) oraz został podpisany kwalifikowanym podpisem elektronicznym[2]. Dlatego – w poszukiwaniu wygodniejszych rozwiązań – coraz częściej firmy wybierają zdalne środki komunikacji i stawiają na podpis elektroniczny.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny, weryfikowany przy użyciu kwalifikowanego certyfikatu, jest równoważny podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem. Dane zawarte w certyfikacie pozwalają m.in. na jednoznaczne ustalenie, kto w imieniu pracodawcy podpisał dany dokument – mówi Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny z KIR. – Należy pamiętać, że pracodawca powinien posiadać w swoim systemie dowód przekazania PIT-11 drogą elektroniczną. Warto też zwrócić uwagę na dodatkowe zabezpieczenie przekazywanych danych, aby zapewnić, że tylko osoba, dla której przygotowany został PIT będzie miała do niego dostęp – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Deklaracje podatkowe to nie jedyny sposób wykorzystania kwalifikowanego podpisu elektronicznego w firmach. E-podpis umożliwia również zdalny, bezpieczny obrót dokumentami, co jest kluczowe przy obecnym trybie pracy. Za pomocą usługi kwalifikowanego podpisu elektronicznego Szafir, a także jego w pełni zwirtualizowanej, mobilnej wersji – mSzafir, możliwe jest wysyłanie deklaracji do ZUS, składanie sprawozdań finansowych czy zarządzanie dokumentacją pracowniczą.

– Dostępne na rynku rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu także znajdują swoje zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym może być wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd ma prawo nie przyjąć tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy, który powinien taki sposób autoryzacji zaakceptować przed przyjęciem dokumentu podpisanego podpisem niekwalifikowanym. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania elektronicznego kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego – wyjaśnia Elżbieta Włodarczyk.

[1] https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/pisma-urzedowe/ippb4-415-791-11-3-mp-mozliwosc-przekazania-przez-184672531

[2] Patrz. Przykł. https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/orzeczenia-sadow/i-sa-kr-537-18-wyrok-wojewodzkiego-sadu-522690419

Popularność sklepów typu pop-up rośnie

Element zaskoczenia, urozmaicenie oferty handlowej oraz szansa na przyciągnięcie nowej grupy klientów – to główne korzyści płynące z otwarcia sklepów typu pop-up, które coraz częściej dostrzegają właściciele i najemcy lokalizacji handlowych na całym świecie. Zainteresowanie tym formatem urosło na fali COVID-19. Pandemia przewartościowała tradycyjne modele sprzedaży i jeszcze bardziej zwiększyła oczekiwania zakupowe klientów. Na te zmiany zareagowało już wiele globalnych marek, jak Gucci, czy Prada. Czy ten trend dotrze również do Polski?

Pop-up store, czyli sklep, który działa przez krótki czas, nie jest nowym trendem na globalnych rynkach handlowych. Jeden z pierwszych tego typu konceptów powstał w 1997 roku, a był nim The Ritual Fashion and Music Expo w Los Angeles. Również w Polsce wielu klientów korzystało już z oferty takich tymczasowych lokalizacji handlowych, jednak trwająca od blisko roku pandemia może ich popularność dodatkowo zwiększyć.
Fakt, że sklepy rotacyjne są dostępne w bardzo ograniczonym terminie, wzbogaca i urozmaica ofertę, co może przełożyć się na wzrost klientów i przyciągnięcie do danej lokalizacji nowej grupy konsumentów. Dlatego spodziewamy się, że liczba sklepów typu pop-up w Polsce będzie zyskiwała na popularności, na miarę indywidualnych potrzeb właścicieli galerii handlowych, tłumaczy Mariusz Czerwiak, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Pop-up przynosi korzyść właścicielom i najemcom

Globalna pandemia negatywnie odbiła się na rynku handlowym na całym świecie – to zdanie od niemal roku jest powtarzane jak mantra, a eksperci wskazują na konieczność dywersyfikacji kanałów sprzedaży i poszukiwania nowych kanałów dotarcia do klientów. Jest to szczególnie ważne wobec rosnącego wskaźnika pustostanów w centrach handlowych. Jak wynika z danych JLL, poziom powierzchni niewynajętej w Polsce urósł z 4,4% w głównych aglomeracjach kraju na koniec 2019 do 5,3% w sierpniu 2020 roku. W takiej sytuacji krótkoterminowe umowy podpisywane z najemcami otwierającymi pop-up mogą być dobrym rozwiązaniem na poradzenie sobie z turbulencjami na rynku. Jednak zdaniem Mariusza Czerwiaka, korzyści, jakie daje taki tymczasowy sklep są dużo większe.

Nie powinniśmy traktować pop-upów wyłącznie w kategorii koła ratunkowego w sytuacji przejściowych trudności z komercjalizacją danego centrum. To dość krzywdzące podejście do tego formatu zakupowego, który daje szerokie pole do testowania nowych produktów, kreatywności oraz innowacyjności dużego spektrum marek funkcjonujących na rynku, tłumaczy Mariusz Czerwiak.

Natomiast tymczasowy charakter takiego sklepu oznacza, że umowa jest podpisywana na znacznie krótszy czas, na warunkach typowych dla umów krótkoterminowych.

W przypadku sklepów typu pop-up kontrakty są najczęściej zawierane na kilka tygodni lub miesięcy. Ta grupa najemców zazwyczaj decyduje się zająć niewielki lokal, rzadko przekraczający kilkaset metrów kwadratowych i który nie wymaga dodatkowych prac aranżacyjnych. Wysokość czynszu jest ustalana indywidualnie i zwykle jest ona niższa niż w przypadku umów długoterminowych, dodaje Mariusz Czerwiak.

Takie warunki przekładają się na znaczące oszczędności, z których mogą skorzystać zarówno początkujące, jak i uznane marki. Najemca może w ten sposób przetestować nowe pomysły, upewnić się, że jego model biznesowy odniesie sukces, wprowadzić na rynek nowy produkt lub wypróbować nową lokalizację.

Niejednokrotnie zdarza się, że pop-up ma bardzo dobre perspektywy na to, aby funkcjonować jako tradycyjny sklep. W takiej sytuacji najemca często ma pierwszeństwo w negocjacjach z właścicielem, których przedmiotem jest przedłużenie kontraktu na okres kilku lat, dodaje Mariusz Czerwiak.

Od influencerów po marki luksusowe

Wachlarz marek i branż, które otwierają pop-upy jest dość szeroki. Zwykle jednak na ten rodzaj sprzedaży decydują się marki modowe.

Najemca otwierający pop-up stara się unikać kosztownych, czasochłonnych prac aranżacyjnych i celuje w przestrzenie, które są już gotowe. Sklep odzieżowy może wprowadzić się do takiego lokalu w ciągu kilku dni. Podobnie sytuacja ma się w przypadku marek oferujących akcesoria czy obuwie, mówi Mariusz Czerwiak.

Stosunkowo niskie koszty, które generuje pop-up, są powodem, dla którego w ten typ sprzedaży mogą też wchodzić mniejsze i nieznane na rynku marki. Pandemia podkreśliła konieczność wspierania lokalnych sprzedawców, projektantów i przedsiębiorców, którzy popularność zdobywają między innymi dzięki mediom społecznościowym. Elastyczne warunki najmu, jakie można wynegocjować w rozmowach z właścicielami centrów handlowych, to możliwość spróbowania swoich sił w tradycyjnym kanale sprzedaży.

Najlepszym potwierdzeniem korzyści, jakie daje pop-up, jest fakt, że w ten format inwestują również marki luksusowe. Na początku lutego otwarcie takiego sklepu w Hong Kongu ogłosiła Prada, a styczniu tego roku poznaliśmy szczegóły wyczekiwanej przez rynek kolekcji kapsułowej Gucci i North Face. Efekty kolaboracji obu marek można było oglądać do 14 lutego w wybranych lokalizacjach w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie. Część tymczasowych sklepów otworzono również w istniejących salonach Gucci w formule „sklep w sklepie”. To dość nowy na rynku format, który jest szansą między innymi na zwiększenie przepływu klientów. Recenzje współpracy Gucci i North Face są bardzo entuzjastyczne, a niektóre media piszą nawet, że ich pop-up wyciągnął kupujących z powrotem na ulice, podsumowuje Mariusz Czerwiak.

Rząd zapowiada uproszczenie procedury zatrudniania cudzoziemców

Wydłużenie czasu zatrudnienia cudzoziemców w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę, wprowadzenie nowego typu dokumentu pozwalającego na uproszczony dostęp obcokrajowców do polskiego rynku pracy na okres nawet do trzech lat, przyspieszenie wszystkich postępowań legalizacyjnych oraz wyeliminowanie nadużyć w kwestii zatrudniania obcokrajowców – to propozycje rządu, o których w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej, poinformowała wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek.

Według Iwony Michałek, planowane zmiany pozwolą uprościć obecną procedurę związaną z zatrudnianiem imigrantów. Ponadto rząd chce, aby wszystkie niezbędne formalności można było uregulować w jednym urzędzie, co nie tylko zmniejszyłoby liczbę wymaganych dokumentów, ale również pozwoliłoby znacząco przyśpieszyć ten proces.

Zdaniem ekspertów rynku pracy, zapowiedź rządu to bardzo optymistyczna informacja dla pracodawców w Polsce, ponieważ polskie firmy potrzebują pracowników, którzy zatrzymają się u nich na dłużej.

Obecne procedury zatrudniania cudzoziemców w Polsce są proste jedynie na pierwszym etapie. Natomiast, jeśli chodzi o przedłużanie dokumentów pobytowych oraz umożliwiających zatrudnienie obcokrajowców, którzy już rozpoczęli pracę w Polsce, pracodawcy napotykają szereg trudności” – komentuje zapowiadane propozycje zmian Michał Wierzchowski, dyrektor sprzedaży agencji pracy EWL Group.

Zdaniem eksperta, dużym problemem polskich firm jest rotacja personelu.

Często proces wdrożenia nowego pracownika w takim zakładzie trwa 2-3 miesiące a czasem i pół roku. Niestety po tym okresie pracownik, na przykład z Ukrainy, często musi już wracać do swojego kraju albo starać się o wyrobienie karty pobytu, co z kolei wiąże się z długim okresem oczekiwania” – podkreśla przedstawiciel agencji pracy.

Według Michała Wierzchowskiego zapowiedź rządu dotycząca wprowadzenia w Polsce jednolitego uproszczonego rozwiązania, umożliwiającego cudzoziemcom pobyt i pracę w Polsce nawet do 3 lat bez konieczności ubiegania się o zezwolenie, jest bardzo dobrym sygnałem dla polskiego biznesu.

Umożliwiłoby to zmniejszenie rotacji pracowników, a także obniżyłoby koszty prowadzenia biznesu – przekonuje ekspert. – Cieszymy się, że postulaty polskich firm zostały wysłuchane, ponieważ zapotrzebowanie na kadrę zagraniczną w naszym kraju będzie nadal rosnąć i jest to proces nieunikniony, jeśli zależy nam na rozwoju polskiej gospodarki”.

Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek podkreśliła, iż zmiany, będące odpowiedzią rządu na apele pracodawców, zapowiadane są na początek 2022 roku. Dodała, że mimo pandemii, liczba pracowników zagranicznych w naszym kraju średnio rocznie utrzymuje się na poziomie ok.1 mln osób.

Kto i na jakich warunkach może skorzystać z rządowego wsparcia

W ramach wsparcia dla biznesu zmagającego się z trudnościami na skutek pandemii i lockdownu rząd przygotował szereg form wsparcia. Nie wszyscy przedsiębiorcy są jednak biegli w zmieniających się dynamicznie przepisach i warunkach uzyskania pomocy. Odpowiedzią na drugą falę pandemii jest tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, oraz tzw. tarcza branżowa, z której firmy zostaną zwolnione z płacenia ZUS za grudzień i styczeń oraz będą miały możliwość skorzystać ponownie ze świadczenia postojowego.

Anna Białek, ekspert Fundacji Centurion, która pomaga przedsiębiorcom w przeprowadzeniu restrukturyzacji oraz rozwiązaniu problemów wywołanych kryzysem gospodarczym wyjaśnia zawiłości programów rządowego wsparcia.

Przedsiębiorcy, którzy chcieliby uzyskać pomoc finansową mają do wyboru pomoc w kilku różnych kryjących się pod wspólną nazwą tarcza antykryzysowa. Składa się ona z pięciu filarów takich jak bezpieczeństwo pracowników, finansowanie przedsiębiorstw, ochrona zdrowia, wzmocnienie systemu finansowego oraz piąty, którym jest program inwestycji publicznych. Wszystkie te działania, przebiegające równolegle, razem mają na celu zapobieganie negatywnym skutkom ekonomicznym pandemii.

Dodatkową formą wsparcia jest tarcza finansowa PFR dedykowana mikrofirmom oraz małym, średnim i dużym przedsiębiorcom. W rozumieniu PFR mikrofirma zatrudnia do 9 pracowników, bez samozatrudnionych. Jeśli chodzi o małe i średnie przedsiębiorstwa, to są to podmioty zatrudniające do 249 pracowników, a duże firmy to pułap zatrudnienia powyżej 249 pracowników. PFR na wsparcie przedsiębiorców przeznaczył 100 mld złotych. Program ma na celu ochronę miejsc pracy, utrzymanie płynności finansowej i rozwój już po zakończeniu kryzysu.

PFR oferuje wiele opcji wsparcia, natomiast dla przedsiębiorców odstraszająca może być procedura składania wniosków oraz liczne obostrzenia i ograniczenia, jeśli chodzi o podmioty, które mogą aplikować o subwencje. Niewiele pozostało również czasu na składanie wniosków. Nabór trwa od 15 stycznia do 28 lutego, a procedura odwoławcza do PFR 2.0 od 1 lutego do 31 marca. Dodatkowo w ramach rozszerzania pomocy powstała tzw. tarcza branżowa i zostanie ona także poszerzona o kod PKD 55.20.Z. związany z turystyką, jak zapowiedziała z kolei wiceminister rozwoju, pracy i technologii Olga Semeniuk.

Należy też pamiętać o ulgach podatkowych w rozliczeniach PIT a także, że od 1 lutego 2021 r. przedsiębiorcy z określonych branż będą mogli skorzystać z ponownego świadczenia postojowego oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek za styczeń 2021 r. albo za grudzień 2020 r. i styczeń 2021 r. Wnioski można złożyć tylko elektronicznie – przez Platformę Usług Elektronicznych (PUE) ZUS. Ponowne świadczenie postojowe przysługuje osobom prowadzącym działalność gospodarczą na podstawie przepisów Prawa przedsiębiorców, których rodzaj przeważającej działalności, na dzień 30 listopada 2020 r., oznaczony jest kodem PKD wymienionym w tzw. Tarczy antykryzysowej 7.0.

Warunkiem skorzystania z benefitów PFR jest wpis do CEIDG lub KRS, a przed składaniem wniosków warto również sprawdzić, czy kod PKD prowadzonej przez nas działalności znajduje się na liście upoważnionych do pomocy PFR. Tarcza finansowa umożliwia również zwolnienie z opłacania składek lub umorzenie zaległości podatkowych. Możliwości wsparcia jest bardzo wiele, ponad 60, więc każdy przedsiębiorca na pewno znajdzie dla siebie rozwiązanie.

Niestety, wielu przedsiębiorców nie jest w stanie spełnić wszystkich warunków ze względów formalnych lub przerasta ich biurokracja. Niejasność i niespójność przepisów sprawia, że wielu z nich zmuszonych jest oddać subwencje przez kruczki prawne, których nie dostrzegli na etapie wypełniania wniosków. W wielu przypadkach zobligowani do zwrotu środków mogą być również ci przedsiębiorcy, którzy pomimo zakazów zdecydowali się na otwarcie swoich firm. Właściciele biznesów są z kolei, jak nas poinformowano, niezadowoleni z wysokości przyznanego wsparcia, które np. na dofinansowanie pensji łącznie nie może przekroczyć 144 tys., czy w przypadku pożyczek 5 tysiecy PLN, ale także z powodu wymogów, które bardzo ciężko jest spełnić, podczas gdy w innych krajach pomoc jest bezwarunkowa.

Przed podjęciem decyzji o jaką pomoc jako przedsiębiorca będziemy wnioskować, warto przemyśleć to, jak nasz biznes będzie wyglądał w perspektywie kolejnych lat. Musimy pamiętać, że nawet po zakończeniu pandemii i powolnym wychodzeniu z kryzysu rzeczywistość będzie inna niż w latach poprzednich. Czasem lepszą opcją będzie zmiana profilu biznesu czy gruntowna restrukturyzacja, a w skrajnych przepadkach zamkniecie firmy i rozpoczęcie nowej działalności. Środowisko biznesowe powinno zrozumieć, że upadłość i procesy restrukturyzacyjne to nie jest nic osobistego. Nie powinno się takich procesów kwalifikować do porażek czy sukcesów. Są one naturalne i trzeba korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi pomocowych, aby ograniczyć ich skutki dla właścicieli, zarządów, akcjonariuszy i pracowników. Z naszych doświadczeń wiemy, że jest wiele firm, które poradziły sobie bardzo dobrze. Przeprowadziły firmę przez proces likwidacji czy upadłości, zrestrukturyzowały przedsiębiorstwo, a teraz patrzą z dużo większym optymizmem w przyszłość. Wiemy, że to niezwykle trudne, ale możliwe, a czasem nawet nieuniknione. Trzeba wykonać pierwsze kroki, a najlepiej zgłosić się do odpowiednich specjalistów korzystając z dostępnej pomocy oraz poznać możliwe scenariusze zarządzania ryzykiem w swoim biznesie.

4 na 10 firm transportowych może zbankrutować za 3 miesiące – branży brakuje popytu i zalega z płatnościami

Jeszcze w normalnych czasach firmy z branży TSL zmagały się z terminowym regulowaniem zobowiązań i rosnącymi kosztami działalności. Kryzys ekonomiczny i obostrzenia związane z pandemią sprawiły, że 4 na 10 przedsiębiorców obawia się, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[1] Przewoźnicy mają również utrudniony dostęp do wsparcia od państwa, ponieważ część z nich nie kwalifikuje się do udziału w tarczy antykryzysowej.

Firmy gastronomiczne, hotele czy handel zdominowały w ostatnich tygodniach dyskusję o wpływie pandemii i obostrzeń z nią związanych na gospodarkę. W tym czasie branża transportowa pozostaje w cieniu, mimo że również odnotowuje spore straty ekonomiczne. Problemy z zaległościami w rozliczeniach z kontrahentami i bankami towarzyszyły firmom z sektora TSL od lat. Pandemia dodatkowo pogłębiła kłopoty z ich płynnością finansową. Wstrzymanie dostaw do sklepów w galeriach handlowych czy ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi to tylko dwa czynniki, które spowodowały, że branża transportowa odnotowała czwarty co do wysokości wzrost zaległości na rynku. Po pół roku od pierwszego lockdownu 9,1 proc. firm z tego sektora miało problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami – najwięcej wśród największych sektorów gospodarki budujących polskie PKB.[2]

Wielu konsumentów na co dzień nie zauważa, jak duży wpływ ma niepewna i dynamicznie zmieniająca się sytuacja gospodarcza w kraju oraz w Europie na przedsiębiorstwa transportowe. W styczniu br. blisko 13 proc. firm sektora TSL spodziewało się nadejścia lub pogłębienia problemów z zatorami płatniczymi, w tym takich, które mogą zagrażać ich stabilności.[3] – komentuje Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzający Finiata Group. – Wiele przedsiębiorców zgłasza problemy z pokryciem kosztów stałych oraz wynagrodzeń pracowników, ponieważ bieżące obroty są niewystarczające. Obecnie aż 43 proc. firm ocenia, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[4]

Transport w kryzysie FiniataFirmy autobusowe od blisko roku znajdują się w najtrudniejszej sytuacji – w okresie od marca do czerwca 2020 branża została z dnia na dzień zablokowana przez rządowe rozporządzenia. W czasie wakacji oraz ferii zimowych Polacy zrezygnowali z długodystansowych podróży wycieczkowych, a uczniowie i studenci (dojeżdżający do szkół z małych miast i wsi) od kilku miesięcy uczą się zdalnie. Sytuacji branży nie poprawiła tzw. Tarcza 5.0, ponieważ wyeliminowano z niej przewoźników, którzy jako dominującą działalność w PKD posiadają inny kod niż 49.39.Z – „Pozostały transport lądowy pasażerski, gdzie indziej niesklasyfikowany”. Oznacza to, że pominięto w niej m.in. przedsiębiorców zapewniających transport miejski i podmiejski.

Mniejszy popyt i mniej inwestycji

Przełom roku dla branży transportowej był często szansą na nadrobienie strat. Niestety, w grudniu z powodu ogłoszenia narodowej kwarantanny i ograniczeniu przemieszczania się ludzi w okresie świątecznym popyt na usługi transportowe znacznie spadł. Co czwarta firma (28 proc.) zanotowała uszczuplenie portfela zamówień w grudniu o ponad 10 proc. w porównaniu z listopadem. Przedsiębiorcy pesymistycznie oceniają bieżący popyt oraz sprzedaż także w nowym roku.

– Niepokoi nas fakt, że wraz ze spadkiem popytu branża transportowa zwolniła tempo rozwoju. Potwierdzają to dane o stanie inwestycji – 58 proc. przedsiębiorców nie podjęło się żadnych wydatków inwestycyjnych w IV kwartale 2020 r. To o 9 proc. więcej niż przedsiębiorstwa handlowe, których część musiała dwukrotnie zamykać swoje placówki w tym okresie.[5] Inwestycje w transporcie są jednak nie zbędne, jeśli branża ma nadążyć za unijnymi wymogami w redukcji emisji CO2. – dodaje Jan Enno Einfeld, Finiata Group – Pamiętajmy także, że poza inwestycjami transport to przeważnie pojazdy, które wymagają serwisów, ubezpieczeń, napraw, a gdy stoją to nie zarabiają. Firmy też mają szereg zobowiązań, takie jak umowy leasingowe czy kredyty, których nikt im nie umorzy, ani do nich nie dopłaci.

Banki odmawiają kredytów

W całym 2020 roku 7 proc. ogółu postepowań upadłościowych dotyczyło przedsiębiorstw transportowych.[6] Nie dziwi więc fakt, że przedsiębiorcy szukają dodatkowych środków, które pomogą im przetrwać kolejne miesiące. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy oraz rosnące zadłużenie całej branży nie sprzyjają przedsiębiorcom w rozmowach z bankami. Co czwarty z nich (25 proc.) ocenia, że w ostatnich trzech miesiącach dostęp do finansowania zewnętrznego jest dla nich utrudniony.[7]

– Gdy funkcjonowanie firm transportowych jest mało stabilne nieplanowane wydatki mogą pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Obecnie banki borykają się z napływem setek wniosków o pożyczki, których nie są w stanie obsłużyć wystarczająco szybko. Wśród naszych klientów już 12 proc. stanowi branża TSL – to pokazuje, że przedsiębiorcy potrzebują wsparcia, dlatego decydują się na wprowadzenie odnawialnej linii kapitałowej. Umożliwia ona dowolne wypłacanie środków na firmę przez 6 miesięcy. W ramach FlexKapitał cały proces wypłaty pieniędzy opiera się na jednym kliknięciu, po czym trafiają one na konto w ciągu 10 minut. – radzi Jan Enno Einfeld.

[1] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[2] Dane BIG InfoMonitor i BIK

[3] Dane GUS, Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą, styczeń 2021

[4] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[5] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[6] Dane z Monitora Sądowego i Gospodarczego za 2020 rok

[7] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

Blisko co czwarty pożyczający nie sprawdza, czy będzie w stanie spłacić zobowiązanie

Statystyczny Polak posiadający kredyt lub pożyczkę, uzyskane w ten sposób pieniądze przeznacza przeważnie na zakup sprzętu RTV/AGD bądź remont i wyposażenie mieszkania, pracuje zawodowo, a jego dochód nie przekracza 5 tys. zł – taki profil posiadającego zobowiązania finansowe Polaka wyłania się z badania Krajowego Rejestru Długów pt. „Jak pożyczają Polacy”. Większość pożyczających zaciąga takie zobowiązania odpowiedzialnie, ale co czwarty czasami sprawdza, czy będzie w stanie je spłacić lub w ogóle tego nie robi.

Z badania Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA wynika, że ponad połowa Polaków (54 proc.) spłaca obecnie kredyty lub pożyczki. Najczęściej zaciągają jedno zobowiązanie rocznie i robią to przede wszystkim w bankach (83 proc.). Zwykle jest to kredyt gotówkowy (48 proc.) lub ratalny (37,8 proc.). 23,5 proc. posiada kartę kredytową.

Rysopis pożyczającego

Wśród pożyczających blisko połowę stanowią osoby w wieku 25-44 lat. Najmniej zobowiązań mają młode osoby (18-24 lata). Co piąta osoba z wykształceniem wyższym ma w swoich zobowiązaniach kredyt bądź pożyczkę. Znacznie częściej mają je jednak osoby z wykształceniem średnim (38,5 proc.) i zawodowym (37 proc.).

Większość spłacających pracuje zawodowo (63 proc.), a blisko co piąty utrzymuje się z emerytury lub renty. Bezrobotni bądź osoby niepracujące, ale zajmujące się domem, stanowią 12,2 proc. kredytobiorców. 3/4 osób posiadających kredyt bądź pożyczkę mieszka z partnerem, a połowa z dziećmi. Co ciekawe, więcej osób pożyczających pieniądze mieszka z rodzicami (17 proc.) niż żyje samotnie (9 proc.).

Osoby, które pożyczają pieniądze, najczęściej deklarują, że miesięczne dochody ich gospodarstwa domowego mieszczą się w przedziale 5-7,5 tys. zł netto (21 proc.). Widać jednak, że większość (58 proc.) stanowią osoby, których domowe wpływy nie przekraczają 5 tys. zł. W swoim badaniu KRD zapytał także o osobisty miesięczny dochód spłacających obecnie zobowiązanie. Ponad połowa (55,5 proc.) zadeklarowała, że jest to od 1,5 do 3 tys. zł. 22 proc. przyznaje, że ich indywidualne wynagrodzenie to mniej niż 1,5 tys. zł na rękę.

Blisko co trzeci Polak z kredytem pożyczone pieniądze przeznacza na zakup urządzeń AGD czy sprzętu RTV (35 proc.). Co trzeci wydaje je na remont mieszkania lub domu, bądź jego wyposażenie. Kolejnym wydatkiem finansowanym przez pożyczone pieniądze jest zakup auta (17 proc.), komputera lub smartfona (15 proc.). 13 proc. osób zaciąga nowe zobowiązanie, aby spłacić już zaciągnięte kredyty lub pożyczki.

To doraźne rozwiązanie i zarazem jeden z najczęstszych błędów popełnianych przez osoby, które mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Pokrywanie rat jednego kredytu drugim nierzadko wpędza je w spiralę zadłużenia. Dlatego wcześniej warto rozważyć inne możliwości, jak kredyt konsolidacyjny, scalający nasz dług w jedno zobowiązanie, czy dialog z instytucją, u której mamy dług. Bankom i firmom pożyczkowym zależy na odzyskaniu pożyczonych pieniędzy, więc są w stanie zaproponować różne możliwości wyjścia z sytuacji, np. przerwę w spłacie czy prolongatę umowy – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Pożyczanie z głową

Problemy ze spłatą są często pochodną lekkomyślnego podejścia do zaciągania zobowiązań. W badaniu „Jak pożyczają Polacy” większość respondentów (77 proc.) przyznaje, że przed zaciągnięciem pożyczki lub kredytu zawsze oblicza, czy będzie w stanie je spłacić. Pozostaje jednak wciąż grupa osób, którym raz zdarza się to robić, a raz nie (14 proc.) i taki krok uzależniają od danej okoliczności. Do tego 9 proc. nigdy nie liczy i w ogóle nie zastanawia się nad tym, czy będzie w stanie zwrócić pieniądze.

Blisko co czwarty kredytobiorca przyznaje, że nie zastanawia się nad tym, czy będzie miał z czego spłacić kredyt. To dużo, ale tak naprawdę odsetek takich nierozważnych osób jest wyższy. Nie lubimy się przyznawać do takich zachowań, nawet w anonimowych badaniach. Oszacowanie własnych możliwości finansowych przed wzięciem na swoje barki kredytu bądź pożyczki jest bardzo ważne. Jednak to nie wystarczy w podejmowaniu decyzji. Możliwości finansowe mogą się bowiem w każdej chwili zmienić, o czym dobitnie przypomniała pandemia. Istotnym elementem jest więc przygotowanie się na ewentualność niespłacenia zaciągniętych zobowiązań. Z naszego badania wynika, że 66 proc. Polaków wie, jakie konsekwencje się z tym wiążą. 24 proc. przyznaje, że mniej więcej wie, co się stanie w takiej sytuacji, a co dziesiąta osoba zupełnie nie ma pojęcia, co będzie, kiedy przestanie spłacać zaciągnięte zobowiązanie – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów BIG SA.

Rynek pożyczek wciąż mało znany

W zaciąganiu zobowiązań bardzo przydaje się znajomość oferty i rynku. Większość Polaków jest świadoma, że lepiej nie zadłużać się w instytucjach, które oferują pożyczki bez sprawdzania zdolności kredytowej i weryfikowania klientów w Biurze Informacji Gospodarczej. Niechętnie do oferty takich podmiotów podchodzi aż 68 proc. rodaków. Co szósty Polak dopuszcza możliwość zaciągnięcia pożyczki w firmach, które reklamują się, że udzielają ich „bez sprawdzenia w KRD i w BIK”. Kolejne 15 proc. nie potrafi potwierdzić ani wykluczyć, czy zdecydowałoby się na takie działanie.

Zdecydowanie odradzam taki krok. Żaden bank ani żadna poważna firma pożyczkowa tak nie robi. To pchanie się w kłopoty. Taka pożyczka może się okazać bardzo droga – ostrzega Adam Łącki.

Ogólnopolskie badanie „Jak pożyczają Polacy” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w listopadzie 2020 r. na reprezentatywnej grupie 1007 osób, które mają pożyczki bądź kredyty.

2021: Dziś nie ma już „bezchmurowych” firm?

Jak wynika z opublikowanego właśnie opracowania Enterprise Strategy Group (ESG) „2021 Technology Spending Intentions Survey” już 94% przedsiębiorstw z całego świata wykorzystuje przynajmniej jedną aplikację bądź korzysta z minimum jednej usługi infrastrukturalnej funkcjonującej w środowisku chmury publicznej. Tak wysoki odsetek stwierdzonych przypadków implementacji cloud computingu pozwala stwierdzić, że w dzisiejszej rzeczywistości niemal nie występują już firmy zarządzające swoimi zasobami wyłącznie w modelu in-house, a więc jedynie „u siebie”.

Do niemal połowy wzrósł z kolei odsetek firm realizujących strategię „Cloud First”, a więc wdrażających i rozwijających wyłącznie chmurowe systemy i narzędzia IT. Jeszcze przed rokiem liczba ta wynosiła 38%. W odniesieniu do szerokiej, globalnej skali pandemia oraz jej następstwa doprowadziły do nieobserwowanego jak dotąd zjawiska wszechobecnego cloud computingu (Omnipresent Cloud) – pytanie, czy można odnieść je również do Polski?

Wyraźne kroki

Na tą chwilę, nie sposób powiedzieć by aż tak szeroka i niemal wszędzie widoczna adaptacja rozwiązań chmurowych – zarówno samego storage’u jak i aplikacji czy platform – występowała nad Wisłą, jednak poczyniliśmy na tym polu bardzo widoczne postępy. Jeszcze przed wybuchem pandemii, wykorzystanie cloud computingu – przynajmniej w zakresie przechowywania swoich danych w chmurze publicznej – deklarowało dokładnie co trzecie (33%) polskie średnie oraz duże (pow. 250 pracowników) przedsiębiorstwo. To jeden z wniosków z badania Aruba Cloud – Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego. Dziś, jego konfrontacja z aktualnymi danymi udostępnionymi właśnie przed GUS pozwala zaobserwować, jak przyspieszyła w Polsce adaptacja rozwiązań chmurowych.

Według najnowszej publikacji GUS-u z cyklu Społeczeństwo informacyjne w Polsce płatne usługi cloud computingu wykorzystuje w swojej działalności już niemal 60% dużych firm i instytucji. W przypadku średnich, odsetek ten osiągnął już prawie 40%. Warto podkreślić, iż nie brakuje branż, w których wykorzystanie narzędzi chmurowych w 2020 roku względem 2019r wzrosło o co najmniej 50%. W sektorze obsługi rynku nieruchomości wzrost ten wyniósł aż 65%, w przedsiębiorstwach zajmujących się dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami było to 58%, w budownictwie zaś 56,5%. – Poza wyróżnieniem gałęzi gospodarki, które znacząco przyspieszyły z cyfrową transformacją, nie sposób nie wspomnieć także o sytuacji całego segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. W przypadku tych pierwszych wykorzystanie rozwiązań chmurowych w minionym roku wzrosło o niemal połowę (46%) w porównaniu do 2019r, dla średnich firm odnotowano zaś wzrost równy 35%. Oczywiście, Główny Urząd Statystyczny nie wskazuje tutaj zakresu migracji do chmury, tj. czy poprzez wykorzystanie cloud computingu rozumie wyłącznie przeniesienie danych do środowisk chmurowych, subskrypcje profesjonalnych aplikacji biznesowych, czy też oba te obszary, niemniej i tak wzrost zainteresowania tą technologią jest bardzo widoczny – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud. 

Ewolucja „serc” globalnej sieci

Powracając do globalnych trendów, wiele wskazuje na to, że firmy i organizacje już w mniejszym bądź większym stopniu zarządzające swoimi procesami biznesowymi poprzez rozwiązania chmurowe będą konsekwentnie dążyły do kompletnych migracji swoich zasobów i pozyskiwania kolejnych, od początku ulokowanych w chmurze. Dowodzi tego wdrażanie polityk „Cloud First” i planowane zwiększanie nakładów na zakup usług cloud computingu. Według wspomnianego już raportu Enterprise Strategy Group, wydatki na powiększenie swojej przestrzeni dyskowej w chmurze publicznej planuje zwiększyć 68% przedsiębiorstw z całego świata. Te, związane z aplikacjami – także funkcjonującymi w tym środowisku – powiększy 63% firm. Tyle samo w większym stopniu zainteresuje się sztuczną inteligencją i machine learningiem.

Dla dostawców usług cloud computingu oraz operatorów centrów danych nie oznacza to wyłącznie obiecujących perspektyw na ten rok, ale także konieczność stawienia czoła dużemu wyzwaniu. Temu, dotyczącemu efektywności zasilania swoich obiektów i potrzeby poszukiwania bardziej ekologicznych rozwiązań. Już dziś, ponad połowa specjalistów branży Data Center, zaproszonych do badania ABB Data Overload: Powering Data Centres in the New Normal przyznaje, że zamierza zmodyfikować systemy zasilania swoich kampusów w związku z „eksplozją” zainteresowania usługami zewnętrznych dostawców w 2020r, które nie osłabnie także w tym roku. Chodzi zarówno o sprostanie oczekiwaniom klientów i przygotowanie się na rozbudowę obiektów jak i uwzględnienie ważnego aspektu ekologicznego. Stąd też, podpisany niedawno przez europejskich graczy rynku chmury obliczeniowej oraz centrów danych, w tym także przez nas, oraz stowarzyszenia branżowe, pakt neutralności klimatycznej, wprowadzający konieczność samoregulacji usługodawców. Po to, by odpowiadać na rosnące zapotrzebowanie na usługi, ale jednocześnie niwelować wpływ na środowisko zewnętrzne i pozyskiwać niezbędne, ogromne ilości energii elektrycznej z odnawialnych źródeł – dodaje Marcin Zmaczyński z Aruba Cloud.

Omni Present Multi Cloud

Zjawiskiem, które szczególnie zaznaczy swoją obecność w tym roku będzie także stosowanie systemów IT opartych na środowisku wielochmurowym. Jak przekonuje analiza firmy Telefonica, do końca 2021 ponad 90% dużych firm i organizacji będzie opierać swoją działalność na środowiskach łączących chmurę publiczną z dedykowanymi, profilowanymi pod kątem konkretnego przedsiębiorstwa rozwiązaniami chmury prywatnej. Pozwoli to na szerszą adaptację cloud computingu szczególnie tzw. branżom regulowanym i podmiotom posiadającym bardzo restrykcyjne wytyczne odnośnie przechowywania i gromadzenia swoich danych poza swoją siedzibą. Wg. badania Aruba Cloud, wewnętrzne procedury w tym obszarze były główną barierą dla projektów migracyjnych – wskazało na nią najwięcej, bo aż 34% polskich firm.

Sustainability w wycenie nieruchomości

Choć w ostatnim czasie uwagę analityków zajmuje głównie wpływ pandemii, długofalowe trendy na rynku nieruchomości wiążą się także z innym czynnikiem – zmianą klimatu.

Pojęcie zrównoważonego rozwoju w branży nieruchomości przywoływane jest najczęściej w pozytywnym kontekście. Certyfikaty przyznawane „zielonym budynkom” podnoszą ich atrakcyjność dla przyszłych użytkowników i wpływają na prestiż obiektu. Jednak aspekt środowiskowy w wycenie nieruchomości może też mieć ciemną stronę.

Zmiany klimatu zapowiadają poważne problemy, których skalę na razie trudno oszacować. Pewne jest za to, że nie są one domeną odległej przyszłości.

Lokalizacja

W rzeczywistości ryzyko zmian klimatycznych już zaczyna odbijać się na cenach rynkowych. Ogłoszone w 2018 roku wyniki badań First Street Foundation wskazały, że domy podatne na powodzie na Florydzie, w Georgii, Karolinie Północnej i Południowej oraz Wirginii straciły na wartości 7,4 miliarda dolarów między 2005 a 2017 r. Obszar metropolitalny Nowego Jorku doznał podobnej dewaluacji, łącznie tracąc 6,7 miliarda dolarów wartości w tym samym okresie. Badacze podkreślają przy tym, że uwzględnili skutki kryzysu gospodarczego – podana strata wartości spowodowana jest wzrostem poziomu morza. Na rynku nieruchomości komercyjnych skutki są podobne. Jak wykazały ostatnie badania w USA, nieruchomości komercyjne na obszarach dotkniętych przez huragany straciły na wartości o prawie 6 procent rok po burzy i o 10,5 procent dwa lata później.

Nawet najbardziej ostrożne prognozy sugerują nasilenie zmian klimatycznych. Tymczasem już teraz lustro wody u wybrzeży Nowego Jorku znajduje się o około 30 cm wyżej niż przed stu laty, przybór sztormowy sięga przeszło metr wyżej, zwiększyła się skala i częstotliwość występowania powodzi. Tym samym nieruchomości położone dotąd na bezpiecznym gruncie stały się podatne na skutki działania żywiołów. Wiele organizacji monitorujących stan środowiska alarmuje, że tempo zmian – od topnienia alpejskich lodowców i pokrywy lodowej Arktyki, po kolejne rekordy temperatur – jest większe niż zapowiadały dotychczasowe prognozy.

Nowe ścieżki

Zgodnie z oceną ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) ryzyko finansowe wynikające ze zmian klimatycznych jest wciąż powszechnie niedoceniane, co wynika z wieloletnich przyzwyczajeń. Podsumowuje to opracowanie Felixa Suntheima oraz Jérôme Vandenbussche’a zamieszczone na stronie MFW w maju 2020 roku: wpływ klęsk żywiołowych na rynki akcji, akcje banków i spółki z sektora ubezpieczeń innych niż na życie był ogólnie niewielki w ciągu ostatniego półwiecza, ale ta sytuacja może się drastycznie zmienić. MFW szacuje, że w połowie XXI wieku straty spowodowane przez susze, powodzie i pożary osiągną poziom biliona dolarów rocznie. Zapewne bezpośrednie skutki zmian klimatycznych dotkną najpierw Afrykę i Azję, ale odczuwalne będą na całym świecie.

Niemal równie istotne zmiany wynikają z prób ograniczenia wpływu na środowisko w globalnej skali. Ograniczenie roli paliw kopalnych, zwłaszcza węgla; wdrażanie nowej polityki transportowej i obniżenie emisji CO2, nowe przepisy – to wszystko zmienia sytuację całych sektorów gospodarki, a w konsekwencji może uderzyć w stabilność finansową.

Ryzyko klimatyczne: wycena

Rosnąca grupa podmiotów poszukuje w tej sytuacji nowych narzędzi i wspólnych standardów, które pomogą branży poprawić wycenę ryzyka klimatycznego w przyszłości. Są to m.in: mapowanie (identyfikacja) ryzyka bezpośredniego dla obecnego portfolio oraz potencjalnych akwizycji, a także uwzględnienie ryzyka klimatycznego w procesach due diligence i innych procesach decyzyjnych.

Green financing

Jednocześnie pojawiają się perspektywy tzw. green financing. Banki i inne podmioty chętnie finansowałyby „zielone” nieruchomości i tworzyły odpowiednie portfele produktów o minimalnym zużyciu energii i jak najmniejszym ujemnym wpływie na środowisko. Długoterminowe niższe koszty eksploatacji i utrzymania, wskazują, że są one aktywami o wyższej wartości dodanej dla najemcy i jednocześnie niższym ryzyku niż standardowe obiekty.

Główną, a wręcz jedyną przeszkodą jest niewielka ilość odpowiedniego produktu. Przynajmniej na razie – bo popyt na takie inwestycje powinien zaowocować zwiększoną podażą.

Komentarz Alicji Zajler, dyrektor Działu Doradztwa i Wycen Nieruchomości w Colliers

Automatyzacja pracy i procesów w firmach przybiera na sile

Do 2024 r. firmy obniżą koszty operacyjne o 30 proc. dzięki łączeniu technologii automatyzujących procesy biznesowe oraz ich przemodelowaniu – wynika z analizy Gartnera. Niepewność ekonomiczna w czasie pandemii skłoniła wiele firm do ograniczenia kosztów i poprawienia efektywności operacyjnej. Pomimo ogólnych cięć wydatków wzrosły inwestycje w transformację cyfrową, w szczególności w automatyzację procesów biznesowych.

Rozwiązania technologiczne ułatwiające zarządzanie firmą, takie jak komunikatory czy organizery zadań, które wspierają pracowników w realizowaniu codziennych obowiązków, stają się standardem. Kolejnym krokiem na drodze cyfrowego rozwoju są technologie automatyzujące procesy biznesowe. Z szacunków firmy Deloitte wynika, że globalny rynek tych narzędzi rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie. Wspierają one pracę ludzką poprzez oddelegowanie części zadań, zwykle tych najbardziej mechanicznych, systemom informatycznym.

Kluczowe jest odciążenie pracowników od wykonywania żmudnych, monotonnych i powtarzalnych czynności po to, aby mogli pracować bardziej efektywnie i realizować ambitniejsze, wymagające kreatywności zadania.

– W wielu firmach panuje obawa, że celem automatyzacji procesów jest redukcja zatrudnienia. Jest to błędne założenie. Automatyzacja części czynności, które były dotąd wykonywane ręcznie, np. przygotowywanie cyklicznych raportów, nie oznacza, że pracownik staje się zbędny. Taka osoba może skupić się na rzeczach bardziej twórczych, czyli np. na analizie tych raportów i wyciąganiu wniosków. Takie zmiany mogą znacznie wpłynąć na zwiększenie satysfakcji pracownika z wykonywanej pracy – zauważa Paweł Górecki, konsultant 7N.

Wśród innych zalet automatyzacji wymienia się minimalizowanie ryzyka popełnienia błędu oraz oszczędność czasu, dzięki np. odpowiedniej orkiestracji procesu. Zastosowanie rozwiązań automatyzujących pracę niesie za sobą szereg korzyści dla całej gospodarki. Raport firmy McKinsey szacuje, że ich masowe wdrożenie zwiększyłoby produktywność gospodarki o 0,8-1,4 proc. rocznie.
Mądre automatyzowanie
Automatyzacja nie powinna jednak polegać na zasadzie przekopiowania istniejącego procesu na taki sam, tylko automatyczny – przestrzega ekspert 7N.
Należy wyjść od analizy procesu biznesowego – czy i jak można go przemodelować, aby był bardziej efektywny. Ważna jest tutaj wiedza i wizja biznesowa, ale również świadomość dostępnych na rynku technologii. Istotnym elementem układanki jest również środowisko informatyczne w danej firmie. Analitycy Gartnera w publikacji “Top 10 Trends Impacting Infrastructure & Operations for 2020” szacują, że do 2025 r. nawet 90 proc. korporacji będzie na stałe zatrudniało architekta automatyzacji, czyli osobę zapewniającą rozwój automatyzacji zgodnie z celami biznesowymi firmy.

– Kluczowe jest postawienie pytania: co chcemy osiągnąć? Jaki problem chcemy rozwiązać? Dostępne technologie dają nam szerokie możliwości automatyzacji. Pozwalają modelować proces w sposób elastyczny i uwzględniający wiele reguł biznesowych. Rozwój technologiczny jest tak duży, że jego konsumpcja następuje z opóźnieniem – tłumaczy ekspert.

Jak zaplanować proces?

Pojęcie automatyzacji procesów biznesowych jest szerokie i dotyczy wielu aspektów prowadzenia biznesu. Po zidentyfikowaniu procesu, który firma chce ulepszyć, dopiero na kolejnym etapie dobierane jest optymalne rozwiązanie.

– Wszystkie firmy powinny myśleć o tym, żeby automatyzować swoje procesy. Muszą one jednak robić to w najbardziej efektywny dla nich sposób. W niektórych przypadkach odpowiednim podejściem będzie wdrożenie dużej i kompleksowej platformy RPA (z ang. robotic process automation). Dla jednej firmy samo wprowadzenie technologii OCR (optyczne rozpoznawanie znaków) do odczytywania tekstów z dokumentów, może rozwiązać rzeszę problemów związanych z obsługą korespondencji od klientów. W innych przypadkach idealnym rozwiązaniem automatyzującym będzie prosty skrypt – mówi Paweł Górecki z 7N.

Ekspert 7N wyjaśnia, że automatyzować można zarówno same zadania w procesie jak i zarządzanie tym procesem poprzez orkiestrację i monitorowanie. Odpowiednio zdefiniowany i zautomatyzowany proces pozwala na dużo większą kontrolę.

W zależności od potrzeb i wielkości firmy stosuje się różne rozwiązania. – W przypadku organizacji z mocno rozproszoną infrastrukturą, korzystających z wielu aplikacji, narzędzia klasy RPA bywają niezbędne, by móc je efektywnie połączyć. Efektywność często wynika tu z relatywnie krótkiego czasu wdrożenia rozwiązania. Czasami wystarczy jednak wykorzystać potencjał systemu informatycznego, który już funkcjonuje w firmie, ale jego zasoby nie są w pełni wykorzystywane. Dotyczy to między innymi systemów klasy ERP, które często mają wbudowane swoje komponenty BPMS (Business Process Management Software). Pomijając wszystkie dostępne rozwiązania pudełkowe warto pamiętać, że często proste, zaprogramowane skrypty mogą zrewolucjonizować jakość pracy. Zaletą takich rozwiązań jest to, że są 'szyte na miarę’. Technologicznie możliwości jest wiele i wystarczy to dobrze zaplanować. Niezależnie od wybranego rozwiązania kluczowa jest współpraca pomiędzy biznesem a IT – dodaje Paweł Górecki.

Największe instalacje OZE. Wśród krajów z rekordowymi inwestycjami PV…Polska

Wymykające się przyjętym standardom inwestycje, wciąż wzbudzają dużo emocji w branży energetycznej. W kategorii powierzchni i przepustowości prym wiodą przede wszystkim elektrownie fotowoltaiczne, wspierane przez czołowe gospodarki regionalne. Co ciekawe, do grona posiadaczy “gigantów” już wkrótce wstąpi Polska.

Fotowoltaiczna Azja

Jednym z głównych czynników determinujących projekty fotowoltaiczne jest geografia. Tym samym nie dziwi fakt, iż największe kompleksy oparte na energii słonecznej znajdują się m.in. w Australii, Azji Południowo-Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Inną kwestią jest z kolei ocena “wielkości” danego kompleksu. Pod względem przepustowości elektrowni dominują inwestycje w Indiach, Chinach, Egipcie oraz Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Pod względem przepustowości największym kompleksem jest indyjski Bhadla Solar Park z wynikiem 2245 MW. Obiekt skromniej wychodzi w przypadku powierzchni działki szacowanej na 57 km2.

Zaraz po inwestycji ze stanu Jodhpur jest chiński Huanghe Hydropower Hainan Solar Park (2200 MW) z prawie 7 mln modułów PV na 5,64 km2. Na podium znajduje się także Pavagada Solar Park Karnataka — kolejna inwestycja z Indii o docelowej przepustowości 2050 MW (z zainstalowanymi panelami na działce 53 km2). Później… długo długo nic.

Emiracki pretendent do rekordów

Kolejne miejsca w kategorii przepustowości zajmuje egipski kompleks Benban Solar Park (1650 MW), chiński Tengger Desert Solar Park (1547 MW) oraz dwa obiekty ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich — Noor Abu Dhabi (1177 MW) i Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park (na ten moment około 1013 MW). Szczególnie druga inwestycja w ZEA już wkrótce może awansować o kilka pozycji w światowym rankingu fotowoltaicznych gigantów — zarówno pod względem mocy, jak i wielkości.

Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park docelowo w skali roku ma generować 2863 MW (2,863 GW). Położona około 50 km od Dubaju działka nadal jest zagospodarowywana przez kolejnych inwestorów. W tym momencie szacowana powierzchnia elektrowni wynosi 77 km2, a sama budowana etapami elektrownia nie osiągnęła jeszcze maksymalnych rozmiarów przewidzianych w pierwotnych planach.

Pierwsza faza projektu zakończyła się 22 października 2013 roku, początkowo dostarczając 28 GWh (DEWA 13). Obecnie zespół pracuje nad 4. i 5. etapem rozwoju kompleksu, który docelowo ma osiągnąć planowane gabaryty do 2. kwartału 2022 roku. Potencjalnym game-changerem rynku może się okazać również zapowiadana inwestycja w australijskim Newcastle Waters.

Globalna Australia i europejskie Pomorze?

Planowany obiekt na Terytorium Północnym ma powstać na ranczu o powierzchni 10 tys. km2 i generować moc rzędu absolutnie rekordowych 10 GW, które docelowo będą mogły zaspokoić 20 proc. potrzeb Singapuru. Cena? Wstępne plany mówią o funduszu rzędu 20 mld dolarów. Obecnie wniosek o pozwolenie na budowę rozpatruje stanowy Urząd Ochrony Środowiska. Jeśli konsultacje społeczne wykażą, iż obiekt nie będzie uciążliwy dla samych mieszkańców, budowa powinna rozpocząć się pod koniec 2023 roku, a produkcja energii 3 lata później.

Co jednak z rynkiem europejskim? W skali kontynentu do tej pory prym wiodła Hiszpania, która na liście największych elektrowni świata usytuowała się z kompleksem Núñez de Balboa (500 MW na działce 10 km2) oraz Mula Photovoltaic Power Plant (494 MW również na działce 10 km2). Godnym konkurentem obu ośrodków ma się okazać jednak inwestycja w pomorskim Zwartowie spółki Respect Energy i niemieckiego koncernu Goldbeck Solar. Inwestycja, która powstanie na 3 km2, docelowo ma generować 350 MW mocy. Tym samym, elektrownia na Pomorzu stanie się największym podmiotem w Europie Środkowo-Wschodniej. Czy właśnie giga-elektrownie mogą się okazać przyszłością regionalnej branży?

– W najbliższych latach będziemy mieli dynamiczny wzrost inwestycji głównie w fotowoltaikę iw farmy wiatrowe, ponieważ są to technologie najbardziej uzasadnione ekonomicznie. W ciągu najbliższych 10–15 lat powinniśmy zbudować około 30 GW w fotowoltaice, czyli zwiększyć moc 10-krotnie. Porównywalną wartość możemy uzyskać w wietrze. Skala inwestycji będzie więc pięcio–sześciokrotnym wzrostem zainstalowanej mocy – ocenia Sebastian Jabłoński, prezes Respect Energy.

W obliczu zapowiadanej inwestycji w Zwartowie, Polska już wkrótce znajdzie się na liście krajów z największymi elektrowniami fotowoltaicznymi na świecie. Co to oznacza dla regionu? Projekt na Pomorzu może stać się skutecznym bodźcem dla innych inwestorów, którzy chcą dołożyć cegiełkę do sektora napędzanego przez największe gospodarki — a w tym wyzwaniu sprawdzą się nie tylko “giga” fundusze.

GPW światowym liderem spółek z branży gamedev

  • Od października 2020 roku Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) jest światowym liderem pod względem liczby notowanych spółek z sektora gamedev
  • Ubiegłotygodniowy debiut spółki Huuuge, Inc. był nie tylko największą ofertą publiczną spółki gamedev w historii GPW, ale również największą ofertą firmy z branży gier mobilnych w Europie
  • Obecnie na warszawskich parkietach – Głównym Rynku i NewConnect – notowanych jest łącznie 58 spółek z tej branży

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) umacnia się na pozycji światowego lidera pod względem liczby notowanych spółek z branży producentów gier. Od października ubiegłego roku wyprzedza takich technologicznych gigantów, jak giełdy w Japonii czy Korei Południowej. Obecnie na Głównym Rynku i NewConnect notowanych jest łącznie 58 spółek z branży gamedev.

– W 2020 roku branża gamedev była bardzo popularna na polskiej giełdzie. Wszystko wskazuje na to, że również w tym roku inwestorzy nie będą narzekali na brak atrakcji. W miniony piątek odbył się debiut Huuuge, Inc., największy debiut gamingowy w historii GPW – podkreśla Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Oferta publiczna spółki warta była 1,67 mld zł. Inwestorzy indywidulani zapisali się na blisko 55 mln akcji sprzedawanych po cenie 50 zł. Pula w transzy detalicznej wyniosła 1,66 mln akcji, natomiast inwestorom instytucjonalnym przydzielono 31,65 mln akcji: – Inwestorzy indywidualni złożyli bardzo dużo zapisów, co doprowadziło do redukcji sięgającej 97 proc. W IPO Huuuge, Inc. wzięło udział blisko 20 tysięcy inwestorów indywidualnych – dodaje Przemysław Gerschmann.

– Patrzyliśmy na różne giełdy na świecie i zdajemy sobie sprawę, że Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie jest giełdą numer jeden jeśli chodzi o liczbę notowanych firm gamingowych. Jest to więc również doskonała platforma wzrostu dla nas – tłumaczył decyzję o wyborze przez amerykańską spółkę warszawskiego parkietu Anton Gauffin, Prezes Zarządu Huuuge, Inc.  

Huuge, Inc. dołączył do nieformalnego klubu spółek gamingowych, których kapitalizacja na polskiej giełdzie przekracza 1 mld zł. Znajdują się w nim również CD Projekt, 11 BIT STUDIOS, Ten Square Games, PCF Group i PlayWay. Na warszawskim parkiecie inwestorzy mogą wybierać między firmami tworzącymi topowe produkcje na PC i konsole, gry na platformy mobilne czy niskobudżetowe projekty mniejszych podmiotów.

W ostatnich dniach grono spółek z branży gamedev notowanych na warszawskim parkiecie powiększyło się o trzy spółki: obok Huuuge, Inc. debiutującego na Głównym Rynku GPW, na rynku NewConnect zadebiutowały Simteract i KOOL2PLAY.

Udany debiut Kool2Play na NewConnect

Akcje Kool2Play – twórcy i wydawcy gier, zadebiutowały na giełdzie NewConnect. Producent nadchodzącej gry Uragun wzbudził duże zainteresowanie inwestorów, a walory spółki w momencie otwarcia podrożały względem ceny odniesienia o 50%, osiągając kurs 21 zł. Już po pół godzinie akcje wzrosły o prawie 100% względem ceny odniesienia.

– Wierzymy, że jesteśmy najbardziej oryginalnym i unikatowym tegorocznym debiutantem. Wyróżnia nas nastawienie na jakość, a nie ilość oraz doświadczony zespół producentów i speców od marketingu gier. Planujemy tworzyć silne marki Premium Indie, z których pragniemy czerpać zyski nawet do 5-6 lat od premiery – komentuje debiut Marcin Marzęcki, prezes spółki.

43. reprezentant sektora gier na giełdzie NewConnect specjalizuje się w tworzeniu gier na komputery osobiste oraz konsole Xbox Series X, Play Station 5 oraz Nintendo Switch. Uragun, który zadebiutuje na platformie Steam w Early Access w II kwartale 2021, jest pierwszym z trzech tytułów zapowiedzianych przez spółkę.

– Uragun, to futurystyczny roguelite shooter skierowany m.in. do fanów gier Hades czy Enter the Gungeon. Stawiamy na unikalny gameplay, fabułę, a przede wszystkim nieskrępowaną niczym rozgrywkę z dynamiką rodem z serii DOOM – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play. – Naszym celem jest tworzenie produkcji meaningful pop games – skierowanych do masowego odbiorcy, dających frajdę, ale noszących też ważne przesłanie. Taki jest właśnie Uragun, który z jednej strony stawia na akcję i pokazuje jak wyglądałby świat opanowany przez Sztuczną Inteligencję, ale też robi to w odpowiednio lekki sposób.

Międzynarodową promocją gier zajmie się Kool Things, jedna z najbardziej doświadczonych agencji promocji gier, a zarazem część Grupy Kapitałowej Kool2Play. Kool Things świadczy usługi z zakresu promocji gier na terenie Europy oraz Ameryki Północnej i jest jedną z najbardziej cenionych agencji na świecie. Jest spółką zależną Kool2Play, dzięki czemu twórca gier ma pełne wsparcie w zakresie promocji swoich nadchodzących tytułów – Uragun, City of Minds oraz Restoration. Spółka zabezpieczyła środki na długofalowy rozwój obu odnóg działalności. W dotychczasowych emisjach akcji zebrano 4,5 mln zł. Dodatkowo Kool2Play uzyskała grant Game Inn w wysokości 1,6 mln zł na produkcję gier oraz 1,9 mln zł z NCBiR na rozwój agencji Kool Things.

Młodzi liderami – o tym, kto stawia na pomnożenie swojego majątku

Prawie 27% respondentów badania firmy Tavex inwestuje odłożone środki. Co ciekawe, w 2020 roku najchętniej na pomnożenie swoich oszczędności decydowały się osoby młode – do 24. roku życia. Aż 38% respondentów w tym wieku potwierdziło ten rodzaj aktywności finansowej. Jak sytuacja prezentuje się w przypadku pozostałych grup wiekowych?

Prym wiodą sprawdzone rozwiązania

Młodzi (osoby w przedziale wiekowym 18-24) najchętniej inwestycją w: lokaty (25,5%), fundusze inwestycyjne (23,4%) oraz akcje na giełdzie (21,3%). Co ciekawe, inaczej dane prezentują się w przypadku tego, w co według nich warto zainwestować. Na podium znalazły się: nieruchomości (50%) oraz takie aktywa jak: złoto, akcje na giełdzie i bitcoiny (po równo 31,5%).

Młode osoby zaczynają interesować się inwestycjami. Widać jednak w ich zachowaniu pewien schemat – powielania dobrze znanych zachowań. Sądzą oni, że bezpiecznym rozwiązaniem jest inwestowanie swoich oszczędności wzorem innych osób. Warto pamiętać, że przez pandemię wpłacanie środków na lokaty i depozyty straciło sens, jeżeli chcemy rzeczywiście pomnożyć lub skutecznie zabezpieczyć swój majątek – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Pocieszające jest to, że młodzi dostrzegają możliwości, jakie dają bardziej opłacalne aktywa. Brakuje im natomiast jeszcze odwagi, która najprawdopodobniej przyjdzie z czasem, gdy nabędą inwestorskiego doświadczenia – dodaje.

Osoby 24+ stawiają na nieruchomości

Respondenci z pozostałych grup wiekowych również inwestowali, ale już na nieco mniejszą skalę. Na pomnożenie swojego majątku postawiło 35,8% osób w przedziale wiekowym 25-34 oraz 27,2% 25-49. Chęć pomnożenia majątku wykazywały również przedstawiciele silver generation ­– powyżej 50 r.ż. (19,9%).

W grupie 25-34 najwięcej respondentów badania firmy Tavex (56,8%) wskazało, że inwestuje w nieruchomości. Podobnie kształtowały się podpowiedzi osób z przedziałów: 25-49 (51%) i powyżej 50 lat (55,3%). Co ciekawe, dużym zainteresowaniem cieszyło się również złoto. Kruszec ten znalazł entuzjastów w każdym przedziale wiekowym – 25-34 – 30%, 25-49 – 36,2%, powyżej 50 lat – 37%.

Warto podkreślić, że obecnie mamy do czynienia z burzliwymi zmianami na rynku. Istotne jest więc podejmowanie zarówno przemyślanych, jak i odważnych kroków. Osoby, które z początkiem roku 2020 zdecydowały się na inwestycje w złoto czy bitcoiny, skorzystały – wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex. Inwestorzy, którzy poszli tą ścieżką sporo zarobili. Podobnie może być w tym roku. Warto jednak podkreślić, że nie należy podejmować decyzji pod wpływem chwili kierując się zachowaniem tłumu. Każdy krok powinien być poprzedzony dogłębną analizą – dodaje.

EDP otwiera oddziały, które zajmą się potencjałem wodoru oraz magazynami energii

Grupa EDP wzmacnia swoje zaangażowanie na rzecz dekarbonizacji inaugurując oddziały dedykowane wykorzystaniu potencjału wodoru i magazynowaniu energii. H2BU to nowa jednostka Grupy, która zajmie się „zielonym” wodorem, a powstały w USA specjalny oddział – magazynowaniem. W ciągu 5 lat ma on osiągnąć łączna moc instalacji wynoszącą 1 GW.

EDP skupia się na rozwijaniu “zielonego” wodoru nie tylko z uwagi na przyjęte przez grupę cele w zakresie dekarbonizacji, ale także na malejące koszty związane z rozwojem tej technologii, która  stanie się bardziej konkurencyjna na przestrzeni następnych 10 lat. Jako lider transformacji energetycznej, Grupa EDP działa dynamicznie i efektywnie wspierając ograniczanie emisyjności we wszystkich sektorach gospodarki.

Inauguarcja nowej jednostki to strategiczny i transwersalny krok na drodze do włączenia “zielonego” wodoru w portfolio biznesowe Grupy i dalszą promocję inwestycji w odnawialne źródła energii. Na czele H2BU stanie Ana Quelhas, dyrektor ds. planowania energetycznego w Grupie EDP.

H2BU skupi się na rozwijaniem potencjału “zielonego” wodoru w sektorach gorspodarki  takich jak przemysł metalurgiczny, chemiczny, rafinerie oraz cementownie, a także w transporcie ciężkim na długich dystansach. Głównymi rynkami, na których będzie operować będą Stany Zjednoczone i Europa, gdzie Grupa dysponuje rozległym portfolio aktywów, uzupełniając wachlarz oferowanych rozwiązań  w zakresie ograniczania emisyjności.

Nowy oddział zajmie się magazynami energii

Wzmacniając swą kluczową pozycję w transformacji energetycznej, EDP Renováveis (EDPR) otworzyło nowy oddział, który zajmie się magazynowaniem energii. Będzie on powiązany z działalnością operacyjną EDPR w Stanach i skupi się na analizowaniu technologii w tym zakresie. Będzie to kolejny krok na drodze do realizacji zobowiązań w zakresie rozwijania innowacyjności w obszarze zielonej energii.

Stworzenie tej jednostki biznesowej związane jest z wdrażaniem w USA przyjętego przez EDP planu o nazwie „Re-charge,” którego celem jest zbudowanie instalacji o łącznej mocy 1 GW do roku 2026.

Dla  CEO EDP Miguela Stilwella de Andrade, „otworzenie tych oddziałów wzmacnia pozycję EDP jako lidera transformacji energetycznej. Rosnące znaczenie odnawialnych źródeł energii wymaga integracji z systemami magazynowania takimi jak baterie, aby zapewnić konieczną elestyczność w ramach sieci i tym samym wspierać dalszy rozwój OZE. Dodatkowo, zwiększenie udziału odnawialnych źródeł w systemie dystrybucji w obliczu rosnących potrzeb poboru, będzie najbardziej efektywną finansowo dla klienta ostatecznego drogą do zmniejszania emisyjności. Jednakowoż, jeśli dążymy do osiągnięcia upragnionego celu neutralności emisyjnej, musimy myśleć o wdrożeniu innych rozwiązań, takich jak zastosowanie wodoru, co pozwoli zaspokoić potrzeby sektorów przemysłu, dla których zastosowanie prądu nie jest w tej chwili rozwiązaniem gwarantującym niezbędną stabilność albo opłacalność”.

Rosnące ambicje na utartym szlaku

Zarówno w przypadku “zielonego” wodoru, jak i magazynów energii, Grupa EDP podjęła szereg inicjatyw, które służą rozwijaniu wiedzy i weryfikowaniu potencjału tych rozwiązań.

I tak, w zakresie wodoru, EDP posiada projekt pilotowy w Ribatejo Central, w ramach partnerstwa z H2Sines i przy współpracy m. in. z Radą Miasta Alenquer. Na poziomie inwestycyjnym EDP rozwija także projekt Behyond, który jest efektem współpracy naukowej pomiędzy rządami Portugalii i Norwegii, skupiającym się na zbadaniu możliwości produkcji wodoru w ramach morskiej energetyki wiatrowej. Grupa EDP jest także zaangażowana w tworzenie europejskiego rynku wodoru razem z European Alliance Clean.

Tak samo w zakresie magazynowania, silne zaangażowanie ze strony EDPR w tę technologię nie pozostawia wątpliwości. W 2018 spółka zaingurowała pionierski projekt instalując baterie do magazynowania energii wytwarzanej przez farmę wiatrową Cobadin zlokalizowaną w Rumunii. Jeszcze w 2019 i także w Rumunii EDPR uruchomiło system magazynowania przy farmie fotowoltaicznej i podało do wiadomości, że zamierza rozwijać projekt PV Sonrisa na terenie stanu Kalifornia w oparciu o umowę sprzedaży energii (PPA) na 200 MW mocy i magazyn na 40MW.

Wzrost rentowności nie musi szkodzić hossie

Rentowności obligacji skarbowych w USA pozostają w centrum uwagi, ale ich dalszy wzrost nie skutkuje wyraźnym umocnieniem dolara. Efekt niweluje risk-on na miedzi i inny towarach oraz korespondujące umocnienie walut surowcowych. Optymizm podsycają dobre wieści o szczepionkach i w sprawie pakietu fiskalnego USA.

Stopniowo ulatniają się obawy, że skok rentowności obligacji USA zaprzepaści szanse na kontynuację hossy na rynkach finansowych. Już piątek pokazał, że oba zjawiska mogą istnieć jednocześnie, choć pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim wraz z oprocentowaniem długu USA muszą rosnąć rentowności obligacji w innych rejonach świata, inaczej zmiany będą premiować USD i hamować przesiadkę z dolara na inne ryzykowne aktywa. Widać jednak podobne wzrosty rynkowych stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii czy Wielkiej Brytanii, podkreślając globalny charakter ruchu. Nawet różnica w rentownościach dziesięciolatek Niemiec i USA obniżyła się tylko o połowę tego, co zyskały obligacje amerykańskie. To neguje argumentację, że rynek długu zaczyna wyceniać zmianę postawy Fed (redukcja QE, wyższe stopy procentowe), a wzrost rentowności jest reakcją na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Ten efekt może zresztą zaraz osłabnąć, jeśli oczekiwania były ostatnio podsycane skokiem cen ropy naftowej wywołanym przez atak mrozów w USA. Wytłumaczenie oczekiwaniami inflacyjnymi wspiera też cena miedzi na 9-letnich szczytach i zwyżki rudy żelaza. Wzrosty cen wynikają z oczekiwań silnej nierównowagi popytu i podąży, częściowo w oparciu o prognozy przyspieszenia ożywienia i wzrost zapotrzebowania na surowce przemysłowe. Postęp w szczepieniach oraz wzmianki o planowanych inwestycjach infrastrukturalnych w USA pomagają podtrzymać te prognozy. W ten sposób wracamy do wniosków przemawiających za utrzymaniem hossy na ryzykownych aktywach. I wyższe rentowności obligacji nie powinny w tym przeszkadzać, o ile dalsze wzrosty przybiorą miarowe tempo bez silnych zrywów. Jeśli jednak rynek teraz rozumie, że wyższe rentowności w USA nie oznaczają od razu zmiany polityki Fed, wpływ na inne klasy aktywów powinien złagodnieć.

Przekaz Fed jest kluczowy, aby uwiarygodnić powyższe rozważania. I ten przekaz już ma miejsce. Jeszcze w piątek szef oddziału Fed w Nowym Jorku Williams odrzucił obawy dotyczące wyższych rentowności, argumentując, że odzwierciedlają one poprawiającą się sytuację gospodarczą. W tym tygodniu oczekujemy, że podczas przemówień w Kongresie (wtorek i środa) prezes Powell podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów. Polityka monetarna szybko nie ulegnie zmianie i wzrost rentowności na to nie wpłynie.

Co poza tym w tym tygodniu? W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań.

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Lockdowny kosztowały polskich przedsiębiorców 31 mld zł. Wiosenne zamknięcie przyniosło największe szkody

Na Liczniku Strat Lockdownowych, uruchomionym w lutym br., na razie jest 31 mld zł. To koszty, jakie poniosły firmy, i zyski, które utraciły od marca 2020 roku. W opinii analityków ZPP i WEI największe szkody w gospodarce wyrządził pierwszy wiosenny lockdown, a najbardziej ucierpiały sektory handlu detalicznego oraz hurtowego oraz wciąż zamknięte branże, czyli m.in. kulturalno-rozrywkowa oraz sportowa. Eksperci oceniają, że z zagrożeniem epidemiologicznym można było poradzić sobie lepiej niż poprzez zamrażanie gospodarki.

– Straty w polskiej gospodarce z tytułu lockdownu, zarówno tego, z którym mieliśmy do czynienia w dwóch fazach w 2020 roku, jak i tego, który w tej chwili obserwujemy w nieco ograniczonej wersji, szacujemy na około 30 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jest to kryzys, który rozlewa się przede wszystkim na sektory usług, w których ograniczenia są najdalej idące i najdłużej utrzymywane. Musimy pamiętać, że te podmioty są otoczone siecią dostawców, innych usługodawców, którzy z nimi współpracują, stąd też straty i ryzyka związane ze wzrostem bezrobocia i z bankructwami mogą rozlać się również na sektory powiązane.

Przykładem są spadki w takich sektorach jak transport, handel hurtowy, energia elektryczna, które nie zostały bezpośrednio objęte restrykcjami, ale ucierpiały na skutek zamknięcia gospodarki.

W 2020 roku najlepszy był III kwartał, w którym nie doświadczyliśmy żadnego zamknięcia gospodarki. Zgodnie ze wstępnymi danymi GUS w ujęciu kwartalnym PKB poszedł wówczas w górę o 7,9 proc., a rok do roku spadł jedynie o 1,8 proc. (wobec spadku w ujęciu rocznym o 8,2 proc. kwartał wcześniej i 2,8 proc. kwartał później). Ubiegły rok oznaczał pierwszy spadek gospodarki od 1989 roku. I choć recesja była w ubiegłym roku zjawiskiem globalnym, to zdaniem Warsaw Enterprise Institute oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w Polsce można było bardziej ograniczyć jej skutki, pozwalając na działanie w reżimie sanitarnym. Tarcze antykryzysowe i finansowe nie zdołały bowiem wyrównać właścicielom firm strat.

 Przygotowany przez rząd program pomocowy można podzielić na dwie części. Mamy kolejne tarcze kryzysowe procedowane przez Sejm. W przypadku ostatnich tarcz mamy do czynienia z podejściem ściśle sektorowym i ograniczonym zakresem pomocy. Drugim narzędziem, które wydaje się z punktu widzenia firm najistotniejsze, jest tarcza finansowa prowadzona przez Polski Fundusz Rozwoju – wymienia Jakub Bińkowski. – Ona w tej drugiej odsłonie również ma ograniczenie branżowe i trafia do firm dosyć szybko i sprawnie, natomiast nie możemy zapominać o tym, że sektory najsilniej dotknięte pandemią, czyli usługowy, gastronomia, branża fitness, funkcjonują bez zaplecza finansowego i często nie łapią się na tę pomoc, bo zatrudniają studentów, którzy sobie dorabiają na podstawie umowy-zlecenia.

Według danych Licznika Strat Lockdownowych straty branży rozrywkowo-kulturalnej przekroczyły 2,1 mld zł, w gastronomii wynoszą blisko 2 mld zł. Hotelarze i kluby fitness straciły po ok. 1 mld zł. Jak wynika z wyliczeń ZPP i WEI, z powodu zamrożenia gospodarki od 12 marca 2020 roku, a potem od listopada ub.r. polskie firmy, zwłaszcza te najmniejsze, czyli zatrudniające poniżej 10 osób lub jednoosobowe działalności gospodarcze obejmujące tylko samozatrudnionych, straciły blisko 31 mld zł. To przez lata był rząd wielkości deficytu budżetowego.

Stan finansów publicznych w tej chwili oceniamy jako relatywnie stabilny, ale zagrożony, ponieważ cały czas utrzymujemy dosyć wysoki poziom wydatków na dodatkowe programy socjalne i społeczne. Nie krytykowaliśmy 500+ w jego pierwszej wersji, natomiast jego rozszerzenie na pierwsze dziecko bez jakiegokolwiek progu dochodowego już tak. Naszym zdaniem zwyczajnie nie było nas na to stać – ocenia dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Mamy również dosyć rozbuchane wydatki związane z dodatkowymi świadczeniami emerytalnymi, program wyprawek szkolnych. W momencie, w którym mamy do czynienia z kryzysem gospodarczym, należałoby się poważnie tym wydatkom przyjrzeć i je zrewidować.

Pandemia przyspieszyła wprowadzanie elektronicznego podpisu w firmach i instytucjach. Także coraz więcej konsumentów chce z niego korzystać

Podpis elektroniczny jest stosowany w Polsce od 20 lat, ale to w ostatnich miesiącach przeżywa prawdziwy boom. Szczególnie w czasie pandemii stał się rozwiązaniem, które ułatwia wdrożenie na szeroką skalę pracy zdalnej, ale też usprawnia załatwianie spraw urzędowych i bankowych bez wychodzenia z domu. Badania Kantara pokazują, że 28 proc. użytkowników bankowości internetowej chciałoby korzystać z e-podpisu. Dlatego na jego wdrożenie decyduje się coraz więcej firm i instytucji, m.in. największe banki i operatorzy telekomunikacyjni.

 Z badania Kantara wynika, że od kilku lat rośnie liczba osób zainteresowanych dostępem do podpisu cyfrowego. Trzy ostatnie edycje badania, zrealizowane w latach 2018–2020, wykazały, że wśród użytkowników bankowości internetowej lub mobilnej odsetek tych, którzy chcieliby korzystać z e-podpisu, wzrósł z 22 proc. w 2018 roku do 28 proc. w ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rosnąca popularność podpisu elektronicznego to m.in. efekt coraz szerszej listy jego zastosowań i kolejnych, wprowadzanych w ostatnich latach zmian w prawie, które z jednej strony wymusiły stosowanie kwalifikowanych podpisów do zatwierdzania dokumentów, a z drugiej wprowadziły możliwość np. zdalnego wydawania kwalifikowanych certyfikatów. Dziś e-podpis można zastosować np. w kontakcie z urzędem skarbowym w celu złożenia e-deklaracji podatkowej, składając wniosek o dowód osobisty, zgłaszając narodziny dziecka czy starając się o odpis aktu z urzędu stanu cywilnego.

Badanie Kantara wykazało, że 72 proc. ankietowanych zainteresowanych e-podpisem chce w ten sposób podpisywać umowy z bankiem, a 57 proc. z dostawcami prądu czy gazu. Ponad połowa wymieniła również jego przydatność w kontaktach z operatorami telekomunikacyjnymi oraz ubezpieczycielami, a 43 proc. – w umowach dotyczących usług medycznych. Dzięki temu można uniknąć konieczności drukowania dokumentów, ich skanowania, wysyłania kurierem czy ponoszenia kosztów archiwizacji.

Konsekwentne wdrażanie e-dokumentacji powoduje, że także relacje między administracją państwową a firmami w coraz większym stopniu przenoszą się do kanału online. Podpis elektroniczny, który pozwala zdalnie podpisywać np. urzędowe wnioski, umowy czy e-faktury, ułatwia firmom prowadzenie działalności. Przykładem z ostatnich miesięcy jest zastosowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych przez przedsiębiorców ubiegających się o dofinansowanie ze środków w ramach obydwu edycji programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać, wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny weryfikowany przez kwalifikowany certyfikat, wydany konkretnej osobie fizycznej, jest równoważny z mocy prawa podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem i co ważne – jest on tak samo ważny w urzędzie, jak i we współpracującej z nami firmie. Żaden urząd czy partner biznesowy nie może odmówić przyjęcia tak zabezpieczonego dokumentu, gdyż jego moc prawna jest równie ważna jak dokumentu opatrzonego podpisem złożonym własnoręcznie na papierze.

Na rynku są również dostępne rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Tak zwany zwykły e-podpis lub też e-podpis zaawansowany także znajduje rynkowe zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym jest wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd zwykle nie przyjmie tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy może nie zaufać tak podpisanemu dokumentowi. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego.

– E-podpis ułatwia też obieg dokumentów wewnątrz firmy. Pozwala podpisywać faktury, przedłużać i podpisywać nowe umowy, w tym np. umowy-zlecenia czy o dzieło, autoryzować płatności i podpisywać dokumenty pracownicze. W praktyce e-podpis pozwala, np. zespołom HR, wdrożyć elektroniczne dokumenty osobowe (personalne) bez konieczności drukowania i archiwizowania papierowej dokumentacji. To narzędzie umożliwia też podpisywanie praktycznie wszystkich formatów plików (np. DOC, PDF) z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. W świetle prawa e-podpis jest równoważny z odręcznym podpisem złożonym na tradycyjnym dokumencie – podkreśla Elżbieta Włodarczyk.

E-podpis Szafir jest zaawansowanym narzędziem kryptograficznym – to ciąg znaków dołączany do podpisywanego dokumentu, gwarantujący, że jego treść się nie zmieniła i pozwalający ustalić tożsamość osoby podpisującej. Jest całkowicie bezpieczny, a jego nowa mobilna wersja mSzafir, którą KIR wprowadził na rynek w marcu 2020 roku, jest narzędziem całkowicie wirtualnym i dostępnym w pełni zdalnie. Nie wymaga stosowania fizycznych urządzeń, takich jak czytnik i karta kryptograficzna. Tak samo jak e-podpis Szafir – mSzafir jest zgodny z wymaganiami rozporządzenia eIDAS i ma moc prawną równoważną podpisowi złożonemu własnoręcznie.

– Oznacza to, że kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest uznawany we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, co ułatwia firmom m.in. start w europejskich postępowaniach przetargowych – wskazuje dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Podpis elektroniczny mSzafir jest oferowany w dwóch wariantach. Klienci KIR mają możliwość uzyskania jednorazowego podpisu mSzafir służącego do podpisania pojedynczego dokumentu, a także podpisu z długim terminem ważności, którym podpiszemy wiele dokumentów. Przed uzyskaniem jednorazowego podpisu użytkownik potwierdza swoją tożsamość zdalnie, korzystając z bankowości elektronicznej PKO Banku Polskiego i Inteligo. W przypadku mSzafiru (wielorazowego) z długim terminem ważności użytkownicy potwierdzają tożsamość na jeden z trzech sposobów:
z wykorzystaniem bankowości elektronicznej, przy użyciu standardowego certyfikatu kwalifikowanego lub w wybranej placówce KIR.

Jak wskazują dane przytaczane przez KIR, przejście na system podpisów elektronicznych pozwala firmom zaoszczędzić nawet 75% kosztów ponoszonych na obsługę dokumentów. Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir stosowany jest m.in. przez PKO Bank Polski, który udostępnia go swoim klientom zakładającym zdalnie rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim. Z kolei Orange Polska prowadzi obecnie pilotażowy program wykorzystania mSzafiru do podpisywania dokumentów kadrowych.

– W procesie generowania kwalifikowanych e-podpisów online potwierdzanie tożsamości użytkowników odbywa się za pomocą bankowości elektronicznej. Z tego rozwiązania chętnie korzystają klienci reprezentujący wiele różnych sektorów gospodarki, bo innowacyjne przedsiębiorstwa doskonale rozpoznają pilną potrzebę elektronizacji procesów. Kolejne wdrożenia są w toku – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Niewykluczony powrót do części obostrzeń. Wzrost liczby zakażeń może opóźnić wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków

– Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Początek trzeciej fali pandemii w Polsce jest już faktem, o czym świadczy nie tylko rosnąca dynamika wzrostu zakażeń, ale i coraz większa liczba osób hospitalizowanych. Od tego, w jakim stopniu uda się kontrolować pandemię, będzie zależeć wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków, który zakłada zachęcanie do wizyt i badań kontrolnych.

Lekarze od tygodni alarmują, że konsekwencją przedłużającej się pandemii i niewydolności systemu służby zdrowia jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny. Do POZ i specjalistów zgłasza się w tej chwili zdecydowanie mniej pacjentów, a wielu spośród nich jest już w zaawansowanym stadium chorób np. onkologicznych czy kardiologicznych.

– Mniej pacjentów w ostatnim roku zgłaszało się na diagnostykę kardiologiczną. Ci, którzy docierają do kardiologa, do ambulatoryjnej pomocy specjalistycznej, często mają już zaawansowane choroby. Widzimy, że również w chorobach onkologicznych pacjenci często zgłaszają się z dużym opóźnieniem, a wtedy ich leczenie jest dużo trudniejsze. To są dwa podstawowe schorzenia, w których konsekwencje opóźnionej diagnostyki mogą być najpoważniejsze, ale na pewno nie jedyne – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Z danych NFZ przytaczanych przez Polskie Towarzystwo Onkologiczne wynika, że w 2020 roku wystawiono ponad 17 tys. mniej kart diagnostyki i leczenia onkologicznego niż w 2019 roku. Tegoroczne statystyki też wskazują na niepokojący trend (ponad 3 tys. kart mniej w styczniu vs. 2020 rok). Na badania przesiewowe w kierunku raka piersi zgłosiło się w ubiegłym roku 33 proc. kobiet w wieku 50–69 lat (przed pandemią było to 55–60 proc.), a cytologię wykonało ok. 14 proc. kobiet w wieku 25–59 lat (przed pandemią 30–40 proc.). Lekarze alarmują, ze najgorzej statystyki wyglądają w kolonoskopii, na którą w niektórych województwach zgłosiło się tylko kilka procent uprawnionych.

Jak wskazuje rzecznik MZ, rząd ma plan na złagodzenie długu zdrowotnego i odbudowę zdrowia Polaków po pandemii, ale najpierw konieczne jest opanowanie sytuacji epidemiologicznej i wyhamowanie wzrostu zakażeń.

 Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia, w którym każdy Polak powyżej 40. roku życia będzie mógł zdiagnozować się pod kątem cukrzycy, pod kątem chorób kardiologicznych i onkologicznych. Po drugie, chcemy też wdrożyć odlimitowanie wizyt u specjalistów, żeby podjąć się leczenia i diagnostyki specjalistycznej. Ale w trakcie rozwijającej się trzeciej fali pandemii tego nie zrobimy – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

W niedzielę resort zdrowia poinformował o 7038 nowych zakażeniach i 94 zgonach z powodu COVID-19. Liczba aktywnych przypadków w Polsce wynosiła 218 tys., z czego ponad 12,6 tys. chorych przebywało w szpitalach, w tym 1340 pod respiratorami. W ciągu doby wykonano 37,4 tys. testów.

– Jeszcze do niedawna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała, nie w sposób drastyczny, ale była dynamika spadków. Natomiast od ponad tygodnia obserwujemy już wzrost. Najpierw delikatny, w granicach 100 zakażeń dziennie więcej, ale ostatnie dni to już wzrost w granicach ok. 2 tys. zakażeń więcej w stosunku do tego samego dnia w poprzednim tygodniu – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Jak podkreśla, na początek trzeciej fali pandemii COVID-19 wskazuje też rosnąca liczba zakażonych SARS-CoV-2 w szpitalach. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że niedziela była już trzecim dniem z rzędu, w którym liczba osób hospitalizowanych wzrosła (do 12 609 osób).

– Kolejną daną potwierdzającą, że rzeczywiście mamy do czynienia z początkiem trzeciej fali, jest dość duży wzrost zleceń z podstawowej opieki zdrowotnej, zleceń na testy pod kątem koronawirusa. W skali tygodnia jest to wzrost o ok. 12 tys. testów, więc nie jest to mało. Co oczywiste, rośnie więc też liczba wykonywanych testów. Te wszystkie dane składają się w jedną całość – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Niepokojące dane spływają również z Czech i Słowacji, gdzie notuje się znacznie więcej przypadków na 100 tys. mieszkańców niż w Polsce.

– W Czechach to cztery i pół razy więcej niż w Polsce, na Słowacji – dwa i pół razy więcej. To jednak nie znaczy, że i u nas ta dynamika nie może  jeszcze wybuchnąć. Wszystko zależy od nas, bo podstawową zmienną rzutującą na to, jak będzie wyglądała trzecia fala w Polsce, jest podejście społeczeństwa do obostrzeń. Jeśli będzie ono mało odpowiedzialne, jeżeli będziemy lekceważyć obowiązujące przepisy i zalecenia, to rzeczywiście możemy mieć do czynienia z dużą skalą wybuchu pandemii – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Rząd od 12 lutego warunkowo poluzował część obostrzeń, dzięki czemu działalność wznowiły m.in. kina, teatry, hotele i stoki narciarskie. W efekcie w miniony, walentynkowy weekend najazd turystów przeżywały zwłaszcza górskie miejscowości. W mediach gościły informacje o tłumach ludzi na stokach narciarskich i spontanicznych, masowych imprezach odbywających się na zakopiańskich Krupówkach bez zachowania jakiegokolwiek reżimu sanitarnego. Według epidemiologów incydenty z minionego weekendu nie są jednak jeszcze widoczne w statystykach dotyczących liczby zakażeń.

– Mamy do czynienia ze wzrostem skali naszej aktywności i pewnym poluzowaniem, ale nie restrykcji, tylko poluzowaniem zasad, którymi powinniśmy się kierować, odpowiedzialności i naszego podejścia do reżimu sanitarnego. Rozumiemy, że psychicznie ciężko żyje się w tych obostrzeniach i trudno ten reżim utrzymać. Jednak nadmierne luzowanie sobie służy rozwojowi pandemii. Jeśli w najbliższych dniach dołożymy do tego masowe lekceważenie reżimu sanitarnego – czy to na stokach, czy w hotelach – to możemy notować wybuch pandemii podobnie jak w Czechach czy na Słowacji. A tego chyba wszyscy wolelibyśmy uniknąć – podkreśla rzecznik MZ.

Rząd nie wyklucza powrotu do części obostrzeń, jeżeli tendencja wzrostowa liczby zakażeń będzie się utrzymywać, jednak – jak podkreśla rzecznik – wszystko jest uzależnione od tego, na ile restrykcyjnie społeczeństwo będzie stosować się do zasad reżimu sanitarnego.

 Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Jeżeli będziemy widzieli odbicie ze skali zachorowań, którą mieliśmy jeszcze dwa tygodnie temu, czyli z pułapu mniej więcej 5,5 tys. zakażeń na dobę, to trudniej będzie pohamować rosnącą skalę wzrostów. Jeżeli nie chcemy ponownego zamknięcia, jeżeli chcemy żyć w miarę normalnie przy tych obostrzeniach, które obowiązują, to nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – podsumowuje Wojciech Andrusiewicz.

W 2021 roku zapotrzebowanie na inżynierów wzrośnie, ale tylko w niektórych segmentach. Na brak pracy nie będą narzekać specjaliści od elektromobilności, energetyki odnawialnej i IT

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa spowodował, że w wielu branżach duże projekty inwestycyjne zostały przełożone na później, a kadra inżynierska pracowała w obniżonym wymiarze czasu pracy. – Na szczęście firmy nie zwalniały inżynierów i wszystko wskazuje na to, że od września tego roku, po masowych szczepieniach, ruszą duże inwestycje i zapotrzebowanie znów wzrośnie – przewiduje Tomasz Szpikowski z Bergman Engineering. Największego popytu na specjalistów można się spodziewać u producentów samochodów hybrydowych i elektrycznych, w segmencie energetyki odnawialnej oraz ze strony firm technologicznych.

W ubiegłym roku rynek pracy był bardzo specyficzny, ale mimo trudności dość łaskawy dla inżynierów. Pandemia w naturalny sposób wymusiła przyspieszenie rozwoju nowych technologii, które wspierają pracę i naukę w nowej rzeczywistości. W 2020 roku wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów z zakresu IT, a zwłaszcza na tych, którzy tworzą narzędzia umożliwiające komunikację online, rozwiązania fintech bądź rozwijają platformy na potrzeby branży e-commerce.

Pracownicy zatrudnieni na stanowiskach inżynierskich nie byli zwalniani, ale zostały wstrzymane podwyżki i czas pracy został ograniczony o ok. 20 proc. Wiele firm obawiało się kryzysu, więc odłożyło na później inwestycje w nowe projekty, ale nie pozbywało się kadry inżynierskiej. Okazało się, że inżynierowie, informatycy, to jest zasób, który służy rozwojowi przedsiębiorstw i wiele z nich uznało, że nie można ich stracić. To bardzo dobra informacja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szpikowski, prezes zarządu Bergman Engineering.

Jak pokazał raport Bergman Engineering „(Nie)daleka przyszłość rekrutacji inżynierów”, brak podwyżek w 2020 roku był odczuwalny. Dla przykładu w branży motoryzacyjnej w ciągu ostatnich trzech lat stawki wynagrodzeń wzrosły średnio o około 10–14 proc., a w 2020 roku ten wzrost całkowicie się zatrzymał. Firmy branży automotive utrzymały wynagrodzenia, ale niektóre z nich zmniejszyły liczbę godzin pracy. Były też takie, które zredukowały etaty w konsekwencji znacznych spadków sprzedaży nowych samochodów. Od kwietnia do listopada 2020 roku do platformy Expert Indicator firmy Bergman Engineering dołączyło blisko 100 osób, które utraciły pracę lub zlecenia i szukają nowych projektów. Połowę z nich stanowili właśnie przedstawiciele branży motoryzacyjnej. Na redukcję zatrudnienia i obniżenie wynagrodzeń decydowały się też firmy z branży lotniczej, które ze względu na ograniczenie podróży i problemy przewoźników odnotowały brak nowych zamówień.

Wielu inżynierów od stycznia tego roku wróciło na pełny wymiar czasu pracy i obecnie mają całkiem niezłe warunki pracy. Widzimy już symptomy pozytywnych zmian na rynku pracy dla inżynierów i informatyków. Rok 2021 będzie okresem nowych projektów, odblokowania inwestycji, bo firmy spodziewają się, że po okresie wdrożenia szczepionek wszystko ruszy z miejsca. Nie będzie to jeszcze wyraźnie widoczne w pierwszym półroczu – przewiduje Tomasz Szpikowski. – W drugiej połowie roku wszystko powinno jednak szybko wracać do normy, a od września dynamika zatrudnienia będzie wyraźna, co jest bardzo dobrą wiadomością dla inżynierów i informatyków.

Jak podkreśla, w tym roku największej rekrutacji inżynierów można się spodziewać w branżach związanych z produkcją samochodów elektrycznych i baterii do tych aut. Zapotrzebowanie na pracowników będą zgłaszać nie tylko producenci, ale także dostawcy dużych koncernów motoryzacyjnych, którzy muszą się przebranżowić i zaoferować podzespoły do aut elektrycznych. Ta część załogi, której nie uda się przekwalifikować, może być zagrożona. Przykład to zwolnienie ponad pół tysiąca osób z Volkswagena w Poznaniu, które do końca roku stracą pracę z powodu optymalizacji procesów i wprowadzenia robotyzacji na potrzeby produkcji aut elektrycznych.

Branża, która rośnie w siłę i będzie rekrutować inżynierów, to energetyka, zwłaszcza ta skoncentrowana wokół zielonej energii, np. pomp ciepła, paneli fotowoltaicznych, farm wiatrowych oraz innych nowoczesnych systemów ogrzewania lub oszczędzania energii. Będą się również rozwijały firmy technologiczne, które zajmują się np. systemami do monitorowania poziomu bezpieczeństwa, emisji, produktywności lub optymalizacją procesu produkcji z wykorzystaniem m.in. urządzeń mobilnych.

– Zarządzanie fabrykami czy mieszkaniami wyposażonymi w systemy smart home to bardzo duży rynek i obecnie duże jest zapotrzebowanie na inżynierów, którzy rozumieją te procesy, potrafią zmapować i przygotować odpowiednie sterowniki oraz oprogramowanie do tych sterowników po to, żeby odpowiednie dane były właściwie przekazywane i analizowane – dodaje prezes zarządu Bergman Engineering.

Ze wspomnianego raportu wynika, że w 2020 roku największy wzrost zapotrzebowania na usługi rekrutacji zgłaszały firmy z branży FMCG oraz medycznej i farmaceutycznej, a także firmy wspierające procesy zachodzące w tych branżach. Rekrutacje były prowadzone również do firm z branży maszynowej i automatyki przemysłowej, które dostarczają rozwiązania na potrzeby sektora FMCG, farmacji i medycyny, a także do firm z branży opakowań.

– Obecnie otrzymujemy bardzo wiele zapytań z Europy Zachodniej o polskich inżynierów. Wielu z nich pracuje już w dużych koncernach, takich jak Volkswagen czy Daimler. Wynagrodzenia są tam dwu-, trzykrotnie wyższe niż w Polsce, a jedynym minusem jest to, że praca odbywa się w Niemczech. Mimo że pandemia nauczyła nas pracy zdalnej, to pewnych procesów inżynieryjnych nie można wykonać na odległość. Niemieckie firmy bardzo cenią polskich inżynierów, bo są bardziej wydajni i chcą dłużej pracować niż ich koledzy z krajów Europy Zachodniej – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

Sztuczna inteligencja przyspieszy likwidację szkód z polis ubezpieczeniowych. Ochroni też firmy przed wyłudzaniem odszkodowań

Trwa technologiczna rewolucja w branży ubezpieczeniowej. Za pomocą analizy danych i Big Data firmy ubezpieczeniowe dostosowują swoją ofertę, optymalizują procesy i chronią się przed oszustwami. Wykorzystują też sztuczną inteligencję do przyspieszenia rozpatrywania roszczeń. Coraz częściej rozwiązania IoT pozwalają zaproponować spersonalizowane ubezpieczenia zdrowotne czy komunikacyjne. Na rynku działają już firmy, które pozwalają na podstawie informacji z dokumentacji medycznej wesprzeć pracowników w likwidacji szkód. Jedną z takich technologii opracowali Polacy.

– W Minte.ai zajmujemy się pozyskiwaniem z dokumentacji medycznej informacji dotyczących szkód w zakresie medycyny ubezpieczeniowej. Produkt nasz kierujemy do dużych i średnich firm ubezpieczeniowych, w których rozpatrywane są szkody osobowe, czyli wszystkie szkody związane np. z nieszczęśliwym wypadkiem, pobytem w szpitalu czy ciężkim zachorowaniem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes i współzałożyciel firmy Minte.ai.

Branża insurtech rośnie w siłę z każdym rokiem i rozwija się dynamicznie nawet w trakcie pandemii. Jak wynika z raportu firmy Willis Towers Watson, w 2020 roku globalne inwestycje w sektorze osiągnęły rekordową wysokość 7,1 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wartość rynku przekroczy 10 mld dol. Insurtechy zapewniają ubezpieczycielom przede wszystkim bezpieczeństwo i ograniczenie ryzyka, co jest kluczowym elementem w tej branży. Pozwalają też na oszczędności, ale jednocześnie całkowicie zmieniają podejście do relacji ubezpieczyciel – klient.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest w stanie zautomatyzować ocenę ponad połowy szkód osobowych. Mniej więcej o tyle samo zmniejsza też koszty operacyjne związane z obsługą roszczenia. Program wykorzystuje także wiedzę ekspercką lekarzy, którzy mają długie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej. Pozwala to z kolei zmniejszyć wymagania co do wiedzy medycznej, którą likwidator musi posiadać.

– Korzyścią, którą firma ubezpieczeniowa odnosi z wdrożenia naszego systemu, są nie tylko oszczędności kosztów operacyjnych, lecz także fakt, że w rozwiązaniu zawarliśmy wiedzę ekspercką naszych lekarzy, którzy mają wieloletnie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej – podkreśla Romuald Paprzycki.

Analiza ogromnych zbiorów danych, które do tej pory były przetwarzane przez ekspertów za pomocą prostych programów, jest coraz bardziej zautomatyzowana. Pracownicy i ich doświadczenie pozwalają na weryfikację zdarzeń lub ryzyka, których do tej pory mogli nie dostrzegać. Dzięki sieciom neuronowym analizowane są zdjęcia satelitarne, aby ubezpieczyciele mogli lepiej przeciwdziałać oszustwom. Z kolei algorytmy sztucznej inteligencji coraz częściej odpowiadają za ocenę ryzyka przy konstruowaniu polis.

– Sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe ogólnie opiera się na dużej ilości oznaczonych danych. Z uwagi na złożoność naszego zagadnienia byłyby to miliony oznaczonych stron dokumentacji medycznej. Zbudowaliśmy ekspercki model medyczny, który jest wykorzystywany we wszystkich elementach związanych ze sztuczną inteligencją wprowadzonych do systemu, od rozpoznawania tekstu i rozpoznawania gramatyki w tekście aż po ostateczne kojarzenie faktów związanych z danym uszczerbkiem – tłumaczy prezes Minte.ai.

Projekt jest po teście proof of concept przeprowadzonym przez jedno z czołowych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce. Obecnie trwają prace nad dalszym zwiększaniem skuteczności działania systemu, a także uzupełnieniem go o specjalny interfejs, wspierający pracę likwidatora danymi z modelu medycznego i dostarczający wyjaśnienie proponowanej decyzji.

– Wierzymy, że jeśli decyzja ubezpieczeniowa będzie zawierała zrozumiałe wyjaśnienie, pokazując, na podstawie których fragmentów dokumentacji medycznej została podjęta, firmy ubezpieczeniowe zyskają dodatkowo dzięki zwiększeniu zadowolenia i zaufania ich klientów – ocenia Romuald Paprzycki.

Fintechy napędzają zmiany w świecie finansów. Już za kilka lat transakcje gotówkowe w Polsce mogą praktycznie zniknąć

Pandemia przyspieszyła cyfryzację procesów w instytucjach finansowych. Coraz częściej też decydujemy się na transakcje bezgotówkowe – jak wynika z badań na zlecenie WIB przeprowadzonych przez pracownię Pollster, w ostatnich miesiącach blisko co czwarty Polak ograniczył korzystanie z gotówki na rzecz płatności bezgotówkowych. W ciągu kilkunastu lat tradycyjny pieniądz może niemal całkowicie zniknąć z rynku. Zmiany w świecie finansów napędzają fintechy, które oferują wygodne rozwiązania dla klientów, coraz bardziej otwartych na finansowe innowacje.

– Pandemia zdecydowanie wyrobiła w nas nowe nawyki finansowe. Najważniejszą rzeczą jest to, że przede wszystkim udało się przekonać w Polsce klientów, że nie muszą otwierać rachunku bezpośrednio w banku, ale mogą to zrobić zdalnie, więc nastąpiła ogromna cyfryzacja procesów w instytucjach finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Deloitte w raporcie „Wpływ cyfryzacji i pandemii COVID-19 na bezpieczeństwo cybernetyczne w instytucjach finansowych” wskazuje, że większość instytucji finansowych nieuchronnie zmierza w kierunku coraz większej cyfryzacji procesów. Transakcje przeprowadzane we wszystkich jednostkach z różnych obszarów sektora finansowego podlegają digitalizacji, co jest konsekwencją przede wszystkim rosnących oczekiwań klientów. Pandemia przyspieszyła zmiany, także w Polsce, coraz bardziej otwartej na finansowe innowacje.

– Jeszcze w 2005 roku mieliśmy prawie 98 proc. transakcji gotówkowych, dzisiaj znaczna większość, ponad 50 proc., są to transakcje bezgotówkowe. Jesteśmy liderem pod względem transakcji mobilnych, czyli za pomocą telefonów lub różnych innych rozwiązań, gdzie możemy płacić zbliżeniowo. Średnio na świecie jest około 24 proc. tych transakcji, w Polsce ponad 30 proc. Pieniądz gotówkowy staje się coraz mniej popularny wśród użytkowników, coraz częściej będziemy rezygnować z niego na koszt pieniądza bezgotówkowego. Tym bardziej że różne rozwiązania technologiczne pozwalają nam uniknąć korzystania z gotówki – ocenia ekspertka.

NBP w „Informacji o kartach płatniczych” podaje, że liczba transakcji zbliżeniowych w III kwartale 2020 roku przekroczyła 1,51 mld, co oznacza wzrost o 345 mln (29 proc.) w porównaniu z II kwartałem 2020 roku. Udział procentowy transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji bezgotówkowych sięga już 94,5 proc. Ogółem w III kwartale 2020 roku przy użyciu kart przeprowadzono aż 1,73 mld transakcji bezgotówkowych, co w porównaniu do poprzedniego kwartału stanowiło wzrost o 27 proc.

– Liderami płatności bezgotówkowych są przede wszystkim Singapur i Korea Południowa, a w Europie Szwecja i Holandia. W raportach BIS-u przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat Szwecja stanie się krajem bezgotówkowym – wskazuje dr Katarzyna Niewińska. –  W Polsce może to zająć więcej czasu niż w Szwecji, jednak w ciągu kilku, kilkunastu lat na pewno będziemy w bardzo małym stopniu posługiwać się pieniądzem gotówkowym.

Zmiany na rynku finansowym napędzają fintechy, które oferują bezpieczne i wygodne rozwiązania dla  klientów coraz bardziej otwartych na innowacje. Wiadomo już np., że Facebook planuje wdrożyć przelewy kontekstowe, czyli na podstawie generowanych wiadomości użytkownikom pojawią się propozycje przelewów.

– Raporty CB Insights wskazują, że neobanki i banki, instytucje finansowe będą szły w kierunku stałych opłat. Będziemy np. płacili subskrypcję i tak jak płacimy subskrypcję za słuchanie książek, tak będziemy płacili subskrypcję jednorazową za użytkowanie konta, żeby nie było różnych przelewów – wskazuje ekspertka z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Na rynku pojawia się coraz więcej fintechów, które oferują kolejne rozwiązania. Jak wymienia ekspertka, serca inwestorów w 2020 roku podbił m.in. Robinhood. To fintech, który umożliwia inwestowanie na giełdzie bez brokerów biur maklerskich. Na znaczeniu zyskują też takie fintechy jak LendingClub. To pionier tzw. pożyczek peer-to-peer, czyli modelu, który łączy konsumentów szukających pożyczek online z osobami fizycznymi lub inwestorami instytucjonalnymi, takimi jak banki. Przyszłością może zaś być telemetyka, czyli wycena ubezpieczenia na podstawie naszego stylu jazdy.

–  Także w Polsce możemy znaleźć chyba we wszystkich obszarach fintechów spółki, które odpowiadają na potrzeby rynku. Pomagają w tym mocno instytucje finansowe, które tworzą laboratoria współpracy z takimi start-upami, które usprawniają im pracę, a także dają dane i możliwość testowania ich produktów przy współpracy z bankami – mówi dr Katarzyna Niewińska.

Polacy już odnoszą pierwsze sukcesy w globalnym rynku fintech. Przykładem może być Digital Fingerprints, który oferuje rozwiązanie do permanentnego uwierzytelniania i znalazł się wśród 10 najbardziej obiecujących fintechów w zakresie cyberbezpieczeństwa w 2020 roku na liście stworzonej przez EU-Startups.com.

Tych, którzy tworzą innowacje, zakładają i rozwijają nowe przedsiębiorstwa, docenia konkurs Przedsiębiorca Roku Uniwersytetu Warszawskiego, przeznaczony dla studentów, absolwentów i pracowników UW.

–  Chcemy nagradzać naszych absolwentów, studentów czy też pracowników, którzy tworzą start-upy, innowacje w różnych sektorach, m.in. w fintechach, ale nie tylko. Stworzyliśmy to po to, żeby podkreślić niesamowite sylwetki naszych studentów, absolwentów, nagrodzić ich i pokazać, że Uniwersytet Warszawski także kreuje ludzi, którzy potrafią zmieniać świat – podkreśla ekspertka.

Przegląd wydarzeń tygodnia 22.02 – 26.02.2020

Wzrosty rentowności obligacji skarbowych USA wywołało zamieszanie na rynkach finansowych i poddało w wątpliwość trwałość hossy ryzykownych aktywów. Obawy wydają się jednak przesadzone i wkrótce powinny zaniknąć, a udane wprowadzenie szczepień w Europie i USA powinno wzbudzić większe zaufanie do cyklicznego ożywienia, zaś dodatkowy impuls fiskalny również zapewni wsparcie.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów i biznesu w USA, Powell z Fed, Ifo z Niemiec, Lagarde z EBC, rynek pracy z Wlk. Brytanii, PKB Polski, RBNZ

USA

W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W tygodniu nie zabraknie wystąpień przedstawicieli Fed, gdzie interesujące będą komentarze odnośnie inflacji i skoku rentowności obligacji. Główna uwaga będzie na przemówieniu prezesa Powella w Kongresie (wt, śr) w ramach prezentowanego co pół roku sprawozdania z prowadzonej polityki pieniężnej. Oczekujemy, że szef Fed pozostanie stanowczy w wykluczaniu wcześniejszego zakończenia QE, co powinno przyhamować wzrost rentowności i osłabić USD.

Strefa euro

W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań. Finalny odczyt inflacji z Eurolandu (wt) nie dostarczy żadnych nowych wartościowych informacji. Nieco uwagi przyciągną rewizji PKB z Niemiec (śr) i Francji (pt). W poniedziałek przemawia prezes EBC Lagarde, a w czwartek główny ekonomista banku Lane. Oczekujemy podkreślenia ryzyk stojących przed gospodarką, co implikuje utrzymanie gołębiego nastawienia. Lane może próbować werbalnie osłabić euro, ale nikogo już to nie zaskoczy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii przywrócenie restrykcji na początku roku wpłynie na wyraźny spadek zatrudnienia w styczniu (wt). Trzymiesięczna średnia stopy bezrobocia (za okres październik-grudzień) prawdopodobnie wzrośnie przy uwzględnieniu lockdownu 2.0. Mimo to nie liczymy, aby złe dane mogły zatrzymać rajd GBP/USD, gdzie wciąż główną siłą są oczekiwania na szybsze zakończenie restrykcji wraz z postępem programu szczepień.

Polska

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii tydzień przynosi posiedzenie RBNZ (śr), ale nie spodziewamy się zmian w polityce. Stan gospodarki pozwala na bardziej optymistyczny komunikat, ale jednocześnie bank nie chciałby wywołać silniejszej aprecjacji NZD. Stąd spodziewalibyśmy się podtrzymania gołębiego nastawienia i podkreślenia, że normalizacja polityki prędko nie nastąpi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19 wyprzedza wszystkie inne ryzyka biznesowe – Barometr Ryzyk Allianz

Zagrożenia związane z COVID-19 stoją na czele Barometru Ryzyk Allianz 2021 , odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy w następstwie pandemii koronawirusa. Przerwy w działalności biznesowej (nr 1 z 41% odpowiedziami) i sam wybuch pandemii (nr 2 z 40%) to największe zagrożenia biznesowe w tym roku, a incydenty cybernetyczne (40% wskazań) zajmują trzecie miejsce.

Coroczna ankieta dotycząca globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Specialty (AGCS) obejmuje opinie 2769 ekspertów z 92 krajów na całym świecie. Co roku w badaniu biorą udział Zarządu, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi.

Barometr Ryzyk Allianz 2021 jest wyraźnie zdominowany przez zagrożenia związane z COVID-19. Przerwy w działalności, pandemia i cyberprzestrzeń są ze sobą ściśle powiązane, co pokazuje rosnącą słabość naszego wysoce zglobalizowanego i połączonego świata. Pandemia koronawirusa przypomniała nam wszystkim, że zarządzanie ryzykiem i ciągłością biznesową muszą ewoluować, aby pomóc firmom przygotować się na ekstremalne wydarzenia i w efekcie pomóc im przetrwać. Chociaż pandemia nadal jest mocno obecna na całym świecie, musimy również przygotować się na częstsze ekstremalne scenariusze, takie jak awarie systemów, cyberataki, klęski żywiołowe spowodowane zmianami klimatycznymi lub nawet wybuch pandemii innej choroby – mówi Joachim Müller, dyrektor generalny AGCS

Kryzys zdrowotny COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii podskoczył o 15 pozycji w Barometrze – na drugie miejsce w rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka Allianz wyższego miejsca niż 16 w ciągu ostatnich 10 lat. To pokazuje tylko, że do tej pory była ryzykiem wyraźnie uważanym za odległe i niedocenianym. Jednak w 2021 r. jest to ryzyko numer jeden w 16 krajach. Znajduje się także wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.

Rozwój rynku (4. miejsce z 19%) również pnie się w górę w Barometrze Ryzyka Allianz 2021, odzwierciedlając ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że globalny wskaźnik niewypłacalności ubezpieczyciela kredytów kupieckich osiągnie rekordowy poziom w przypadku upadłości, osiągając 35% do końca 2021 r. Największe wzrosty spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich. Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (# 8 z 13%) oraz ryzyka polityczne i przemoc (# 10 z 11%), które są w dużej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Spadki w tegorocznym badaniu zaliczają zmiany w przepisach prawa i regulacjach (# 5 z 19%), katastrofy naturalne (# 6 z 17%), pożary i wybuchy (# 7 z 16%) oraz zmiany klimatu (# 9 z 13%). Wszystkie wyraźnie zastąpione przez obawy związane z pandemią.

Wskazania polskich ekspertów

Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na szczycie zestawienia w Barometrze w 2021 roku według polskich ekspertów. Pandemia znacznie zmieniła postrzeganie ryzyk, które stoją zarówno przed obywatelami jak i przedsiębiorstwami. Widać to także w dalszych wskazaniach ekspertów, którzy zaznaczyli, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek m.in. z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz, Allianz Polska.  Na podium największych zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach (30%). Co ciekawe, incydenty cybernetyczne, które od lat znajdowały się wśród trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero 5. pozycję (22%). Polscy ankietowani wskazali także nowe ryzyko, które do tej pory nie pojawiało się w zestawieniach – ryzyka polityczne i przemoc. – Pojawienie się tego ryzyka w tegorocznym zestawieniu może mieć bezpośredni związek z nastrojami społecznymi zarówno w kraju jak i na całym świecie – dodaje Tomasz Kryłowicz.

Pandemia powoduje zakłócenia – teraz i w przyszłości

Przed wybuchem COVID-19 zakłócenia w biznesie (BI – Business Interruption) już siedem razy znajdowały się na szczycie globalnego Barometru Ryzyka Allianz i wracają na pierwsze miejsce po zastąpieniu ich przez incydenty cybernetyczne w 2020 r. Pandemia pokazuje, że ekstremalna globalna skala zdarzenia BI to nie tylko teoria, ale realna możliwość, powodująca utratę przychodów i zakłócenie produkcji, operacji i łańcuchów dostaw. 59% respondentów wskazuje pandemię jako główną przyczynę BI w 2021 r., W następnej kolejności są to incydenty cybernetyczne (46%) oraz katastrofy naturalne oraz pożary i eksplozje (po około 30%). Dodatkowo pandemia powiększa rosnącą listę „nie fizycznych” scenariuszy BI, takich jak awarie cybernetyczne lub przerwy w zasilaniu. – Konsekwencje pandemii – szersza cyfryzacja, zdalna praca i rosnące uzależnienie od technologii firm i społeczeństw – prawdopodobnie zwiększą ryzyko BI w nadchodzących latach – wyjaśnia Philip Beblo, ekspert w globalnym zespole ds. Ubezpieczania nieruchomości w AGCS. – Jednak tradycyjne zagrożenia nie znikną i muszą pozostać w programie zarządzania ryzykiem. Klęski żywiołowe, ekstremalne warunki pogodowe lub pożary pozostają głównymi przyczynami BI w wielu branżach i nadal widzimy tendencję do większych strat w czasie.

Rosną zagrożenia cybernetyczne

Incydenty cybernetyczne co prawda spadły na 3. miejsce, ale nadal pozostają głównym zagrożeniem z większą liczbą respondentów niż w 2020 r. W dalszym ciągu znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie w kierunku większej cyfryzacji i pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększa podatności IT na zagrożenia. W szczytowym momencie pierwszej fali lockdownu w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało 300% wzrost liczby incydentów. Szacuje się także, że cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę ponad 1 bilion dolarów, czyli o 50% więcej niż dwa lata temu. Incydenty związane z oprogramowaniem ransomware, które już teraz są częste, stają się coraz bardziej szkodliwe i w coraz większym stopniu wymierzone są w duże firmy.

Covid-19 pokazał, jak szybko cyberprzestępcy są w stanie się przystosować, a gwałtowny wzrost cyfryzacji spowodowany pandemią stworzył możliwości włamań z nowymi scenariuszami strat cybernetycznych – mówi Catharina Richter, globalna szefowa Allianz Cyber Center of Competence w AGCS . – Atakujący wprowadzają innowacje, wykorzystując zautomatyzowane skanowanie w celu identyfikacji luk w zabezpieczeniach, atakując słabo zabezpieczone routery lub nawet wykorzystując „deepfake” – realistyczne treści multimedialne zmodyfikowane lub sfałszowane przez sztuczną inteligencję. Jednocześnie przepisy dotyczące ochrony danych i prywatności oraz kary za naruszenia danych nadal mają tendencję wzrostową.barometrRyzyk

Pełna treść raportu „Barometr Ryzyk Allianz 2021” (w wersji angielskiej):

https://www.agcs.allianz.com/content/dam/onemarketing/agcs/agcs/reports/Allianz-Risk-Barometer-2021.pdf

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

W niemal dwóch na trzy domy nie udaje się uniknąć kłótni o pieniądze, a w co szóstym zdarzają się one regularnie – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Główne powody to nieliczenie się ze zdaniem partnera, rozrzutność i zbyt niskie dochody. Ale nieporozumienia to nie wszystko, co trzecia osoba zanim przystąpi do rozmowy sprawdza po kryjomu finanse i wydatki partnera. Zdecydowanie częściej partnerzy kontrolują partnerki, bo też częściej mają dostęp do finansów swojej drugiej połowy. Pandemia spowodowała, że awantur jest nieco więcej.

O pieniądze kłóci się z najbliższymi zdecydowana większość, bo 64 proc. Polaków – pokazuje badanie zrealizowane przez 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na szczęście bardzo często i często robi to zdecydowanie mniejsza część społeczeństwa – 16 proc. respondentów.W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

48 proc. badanych wchodzi w spory na tle finansowym rzadko lub bardzo rzadko. By dojść do tego etapu, trzeba jednak wcześniej nabrać wprawy i wzajemnego zaufania, a na to potrzeba czasu. Dlatego wśród osób między 18. a 29. rokiem życia regularnie bierze udział w kłótniach o finanse co czwarta. Od trzydziestki natężenie sporów słabnie, by po pięćdziesiątce częste i bardzo częste nieporozumienia na tym tle były udziałem 12 proc., a po sześćdziesiątce 7 proc. ankietowanych.

Najmłodsze pokolenie najpierw tkwi w gorącym sporze o pieniądze z rodzicami, a później z drugą połową, bo każdy wychodzi z rodzinnego domu z innym bagażem doświadczeń i innymi nawykami. Ważne jest jednak, by ewentualne spory i dyskusje prowadziły do dobrych decyzji. Niestety, błędy popełnianie na starcie w dorosłość mogą zaważyć na realizacji życiowych planów i stanowić dodatkowy balast na kolejne lata – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Tymczasem z naszych danych wynika, że z powodu nieopłaconych rachunków i rat kredytów znajduje się w rejestrze dłużników lub ma popsutą historię kredytową ponad 137 tys. osób, czyli prawie 5 proc. osób z tego pokolenia, w kolejnym 25-34 latków jest już niemal 560 tys. niesolidnych dłużników – dodaje. O ile przeciętna zaległość najmłodszej grupy wynosi 8,3 tys. zł. to już po 25. roku życia jest to o prawie 10 tys. zł więcej.

Punkty zapalne to m.in. krótki staż związku i dzieci

Niełatwo o pokojowe rozmowy o wydatkach i oszczędnościach również w rodzinach z małymi dziećmi. Regularne problemy z dogadaniem się ma co najmniej 20 proc. rodziców potomstwa w wieku do 9 lat. Dla porównania w gospodarstwach domowych, w których nie ma dzieci na utrzymaniu, o częstych i bardzo częstych sporach mówi 14 proc. ankietowanych, a tam, gdzie mieszkają dorosłe dzieci – 16 proc. respondentów.

Pieniądze to trudny temat, który wywołuje silne emocje i potrafi być źródłem poważnych konfliktów. Obnaża różnice systemów wartości i charakterów w związkach. Niestety nie ma prostych reguł. Konto wspólne czy oddzielne? A co, jeśli partnerzy różnią się zasadniczo poziomem dochodów? Satysfakcjonujące porozumienie, które nie obędzie się bez kompromisów, ustalić jednak warto, bo jego brak wzmaga kryzysy w związkach i aż dla ok. 30 proc. par kończy się rozstaniem – przestrzega Roman Pomianowski, psycholog społeczny, prezes Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych.

Błędy jednej osoby w małżeństwach, w których zachowana jest wspólnota majątkowa, mogą dać się mocno we znaki również drugiej połowie, dlatego należy wspólnie podejmować ważne w skutkach decyzje. Kłopoty finansowe to niestety nie jest rzadkość, z informacji zawartych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz z danych BIK wynika, że w pokoleniu 35-44 latków oraz 45-54 latków problemy z opłacaniem zobowiązań ma co ósma osoba. Tu przeciętne kwoty zaległości są znacznie wyższe niż w przypadku młodszych pokoleń, bo wynoszą odpowiednio ponad 31 tys. zł i 39,5 tys. zł.

Żona kontra mąż lub odwrotnie

Kłótnie na tle finansowym w 70 proc. przypadków wybuchają między partnerami i małżonkami, w następnej kolejności 17 proc. badanych wymienia rodziców, 7 proc. dzieci, a 5 proc. rodzeństwo. Statystyki mogłyby wyglądać gorzej, gdyby nie to, że niemal co dziesiąty ankietowany prowadzi gospodarstwo domowe samodzielne i ma zdecydowanie mniej okazji, by się z kimś spierać.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 2Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

… bo wydał i nie spytał, a na dodatek za mało zarabia

O co się kłócimy? Przede wszystkim o nieuzgadnianie wydatków i rozrzutność. W następnej kolejności o niewystarczające dochody, nieumiejętność oszczędzania oraz wysokość wydatków partnera na hobby czy używki.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 3Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

Przy czym kobiety zdecydowanie częściej wymieniają jako powód awantur niskie dochody (34 proc. vs. 28 proc.) i rozrzutność (37 proc. vs. 28 proc.), mężczyźni natomiast wydawanie pieniędzy bez zgody (34 proc. vs. 30 proc.) oraz przeznaczanie oszczędności na nieodpowiedni cel (19 proc. vs. 13 proc.). Ale kto wywołuje temat, a kto z tych powodów jest stawiany pod ścianą, trudno jednoznacznie stwierdzić.

– Mamy w Polsce paradoksalną sytuację – kobiety są lepiej wykształcone, ale mnie zarabiają. Kierowany w ich stronę zarzut zbyt małych dochodów może mieć więc charakter strukturalny. Jest jednak gorzej, jeśli partner lub partnerka zarzuca drugiej stronie, że się nie stara, że nie jest wystarczająco przedsiębiorcza, zaradna – bo to już ocena osoby, tego jak wywiązuje się ze swych powinności wobec rodziny, a nie informacja zwrotna mobilizująca do większego zaangażowania. Z moich obserwacji wynika, że posądzenie polskiego mężczyzny o to, że jest „bankrutem” potrafi być jedną z największych obelg – zauważa Roman Pomianowski.

Kuszące podglądanie konta

Spory sporami, a kontrolowanie stanu konta, wydatków i oszczędności drugiej połowy, to inna sprawa. Nawet tam, gdzie kłótnie o pieniądze się zdarzają, 52 proc. twierdzi, że nie ma potrzeby sprawdzania konta partnera, ale jest też 48 proc. badanych, którzy myślą inaczej. Uważają, że zanim rozpocznie się burzliwą rozmowę o wydatkach i oszczędnościach należałoby się upewnić, jak sprawa faktycznie wygląda i obejrzeć finanse partnera. Nie każdy ma jednak taką możliwość, ostatecznie sprawdza więc co trzeci, z czego na częstą kontrolę decyduje się co dziesiąty badany. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości, w tym względzie nadal nie ma mowy o równouprawnieniu. Kontrola jest bardziej domeną partnerów, robi to 37 proc. z nich, podczas gdy kontrolujących partnerek jest 27 proc. Może wyglądałoby to inaczej, gdyby nie fakt, że w takich trudnych finansowo związkach kobiety rzadziej mają dostęp do rachunków mężów (12 proc.) niż oni do ich kont (20 proc.).

Temat pieniędzy jest szczególnie burzliwy w parach osób między 25. a 34. rokiem życia. W tej kategorii wiekowej chętnie sprawdzałoby konto partnera aż 65 proc. ankietowanych, podczas gdy wśród osób po 45. roku życia 40 proc. I faktycznie 25-34 latkowie kontrolują swoją drugą połowę częściej niż reszta (37 proc. vs. średniej na poziomie 33 proc.). Wynik byłby inny, ale na przeszkodzie stoi brak dostępu do konta partnera, bo podobnie jak w pozostałych grupach wiekowych wgląd w finanse drugiej osoby ma przeciętnie ok. jednej trzeciej badanych.

Finanse to coś więcej niż tylko kwestia dobrej komunikacji w związku, bo rodzina to nie jest firma, w której tworzy się formalny plan finansowy. Gospodarowanie pieniędzmi, podejmowanie decyzji inwestycyjnych, np. dotyczących zakupu samochodu, budowy czy remontu mieszkania, wymarzonych wakacji, itd. ujawnia strukturę władzy w związku. Nawet tzw. miłe niespodzianki pokazują, kto rządzi i rozdaje karty – zwraca uwagę Roman Pomianowski.

Nie ma pieniędzy, a kłótnie są

Wyniki badania nie pozostawiają też wątpliwości, że sporów o pieniądze jest więcej tam, gdzie żyje się skromniej. Wystarczy, by dochody własne badanego przekroczyły 3 tys. zł, lub gospodarstwa domowego 4 tys. zł, i już sytuacja wygląda nieco lepiej. Nie oznacza to jednak, że wszędzie, gdzie deklarowany jest wysoki standard życia, udaje się żyć bez awantur o pieniądze.

Co ciekawe, grupa bez problemów finansowych, w której dobrze się żyje i która może pozwolić sobie na wszystko, także nie unika kłótni. Często i bardzo często doświadcza ich niemal co piąty badany, podczas gdy w grupie deklarującej skromne życie, której nie wystarcza nawet na podstawowe potrzeby, dzieje się tak w co czwartym przypadku – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Zamożne pary rzadziej niż inne kłócą się jednak o pieniądze między sobą, a zdecydowanie częściej ze swoimi dziećmi – dodaje.

Powrót dorosłych dzieci do domów sprzyja trudnym rozmowom o finansach

Pandemia nie oszczędziła żadnego obszaru życia, również finansów i związanych z nimi nieporozumień. Części osób odebrała źródło utrzymania lub ograniczyła wpływy, ale wielu też zmniejszyła wydatki, bo ze względu na lockdowny, obostrzenia w korzystaniu z licznych usług i rozpowszechnienie pracy zdalnej jest zdecydowanie mniej okazji do wydatków. W czterech ścianach nerwowość na tle finansowym jednak wzrosła. Owszem, prawie dwie trzecie spierających się o pieniądze nie dostrzega zmiany między stanem przed Covid-19 i w czasie pandemii, ale wśród tych, którzy ją zauważyli przeważają deklarujący, że teraz kłócą się o pieniądze częściej (20 proc.) niż rzadziej (16 proc.). Niewykluczone, że jest to zasługa pełnoletnich już dzieci, które z powodu zdalnej nauki i zamknięcia miejsc pracy wróciły pod dach rodziców. Badanie potwierdza, że w domach, w których mieszka pełnoletnie już dziecko konfliktów na tle finansowym bywa dziś więcej niż przed rokiem. Powrót do rodzinnego domu ma jednak też plusy, niesolidnych dłużników w wieku 18-24 lat jest dziś mniej niż przed rokiem.

Styczniowe wyniki sprzedaży detalicznej to zapowiedź słabego I kwartału

Jak wynika z danych GUS poziom sprzedaży detalicznej w styczniu była niższa niż przed rokiem o 6,0 proc. W porównaniu z grudniem 2020 r. spadek sprzedaży detalicznej wyniósł aż 24,9 proc.

Styczeń br. przyniósł spadek konsumpcji z dynamiką na poziomie zbliżonym do odczytu z maja ub. r. Wprowadzenie restrykcji administracyjnych przez okres pełnego miesiąca, skumulowanie ferii zimowych w jednym terminie dla całego kraju oraz niska mobilność obywateli musiały znaleźć swoje odzwierciedlenie w najnowszych danych dotyczących sprzedaży detalicznej. Opublikowany dziś przez GUS odczyt za miesiąc styczeń wskazuje na jej spadek o 6 proc. w ujęciu rocznym oraz 24,9 proc. w ujęciu miesięcznym. Opublikowane dane za pierwszy miesiąc 2021 roku to dopiero preludium przed słabym odczytem konsumpcji w całym I kw. br.

Czynnikiem decydującym o ujemnej dynamice sprzedaży w styczniu było zamknięcie galerii handlowych przez okres pełnego miesiąca. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność klientów w styczniu 2021 roku była na poziomie zbliżonym do miesiąca maja ub.r. oraz o blisko 50 proc. niższa niż przed rokiem. Nie bez znaczenia był też spadek optymizmu konsumentów wywołany nie tylko przez ograniczenia w handlu, ale też brakiem perspektywy wyjazdów na ferie zimowe, pełnym powrotem do szkół, uczelni i biur.

Najsilniejsze spadki sprzedaży dotyczyły kategorii odzież i obuwie. Ujemna dynamika w ujęciu rocznym w tej kategorii wyniosła aż 40,8 proc. To ogromny cios dla firm oferujących ten asortyment. Jednocześnie ze względu na ograniczenia mobilności konsumentów w tym ograniczenie wyjazdów związanych z okresem ferii zimowych spadek sprzedaży paliw wyniósł 16,4 proc. Pewnym zaskoczeniem jest styczniowy odczyt udziału e-handlu w sprzedaży. Pomimo restrykcji w handlu stacjonarnym konsumenci nie wrócili do zakupów on-line w zakresie w jakim obserwowaliśmy to w listopadzie u. r. Styczeń z wynikiem 9,8 proc. przyniósł niewielki wzrost udziału sprzedaży detalicznej w porównaniu wynikiem z grudnia na poziomie 9.1 proc.

Luty powinien przynieść mniejsze spadki sprzedaży niż styczeń ponieważ konsumenci czekając na możliwość zrobienia stacjonarnych zakupów odłożyli je w czasie. Optymizm studzą jednak wyniki opublikowane przez Polską Radę Centrów Handlowych. Zgodnie z wskaźnikiem PRCH Daily Footfall Index opisującym poziom odwiedzalności w galeriach handlowych, w pierwszym tygodniu lutego był on średnio o 20 proc. a w drugim o 24 proc. niższy niż w analogicznego okresie ub. r. Wygląda, że na poprawę konsumpcji będziemy musieli poczekać do kwietnia, który wraz z wiosną i świętami wielkanocnymi przywróci optymizm wśród polskich konsumentów.

Magdalena Szlezyngier, Menedżera ds. Klientów Strategicznych w DNB Bank Polska

GUS o detalu i e-handlu w styczniu – eksperci komentują

Udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej wzrósł w styczniu do 9,8 proc. z 9,1 proc. w grudniu – podał GUS.

Poniżej komentarze eksperckie do tych danych autorstwa Unity Group oraz PayPo:

Unity Group (specjalizuje się w cyfrowej transformacji biznesu)

– Ponowny wzrost udziału e-handlu w sprzedaży detalicznej to efekt m.in. zamknięcia sklepów w galeriach handlowych przez cały styczeń. Konsumenci siłą rzeczy musieli w jeszcze większym stopniu przenieść swoje zakupy do internetu. W związku z co rusz zmieniającymi się restrykcjami dot. różnych sfer naszej społecznej aktywności firmy handlowe muszą być przygotowane na taką zmienność i na konieczność przełączania się między poszczególnymi kanałami sprzedaży, w zależności o obowiązującego w danej chwili stanu obostrzeń. W takiej sytuacji sprawdza się sprzedaż wielokanałowa, która zdała egzamin u wielu liderów transformacji cyfrowej biznesu, takich jak LPP, które bardzo sprawnie przestawiło się na model omnichannelowy i potrafiło generować przychody dwutorowo w odpowiedzi na sytuację rynkową. Co nas czeka w dalszej części roku? Większość biznesów działających w modelu B2C przeszła już lub ma zaawansowany proces transformacji cyfrowej kanałów sprzedaży, więc naturalnie potencjał tego rynku uległ ograniczeniu. Teraz największe pokłady wzrostu drzemią w biznesach B2B, a więc zakupach firmowych. Te firmy muszą pójść w ślady B2C. Z przeprowadzonego przez nas w październiku 2020 r. badania jasno wynika, że rynek B2B jest w tyle za procesami zachodzącymi w B2C. Ponad połowa badanych firm (54 proc.) nie posiada w ogóle strategii transformacji cyfrowej. Co gorsze, pomimo trudnych warunków pandemii aż 37 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce czy rozwiązania typu Business Intelligence. A to oznacza, że te firmy nie będą w stanie ocenić co i jak sprzedają, a tym bardziej nie będą w stanie samodzielnie sprzedawać online. Jakie są skutki takich zaniechań? Zgodnie z badaniem 82 proc. ankietowanych firm przyznaje się do prowadzenia sprzedaży online, ale dla aż 79 proc. respondentów stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów. To oznacza, że w tym roku będziemy świadkami pogoni B2B i stopniowej adaptacji trendów rozwiniętych przez B2C. Inspiracją dla zmian na tym rynku mogą być liderzy transformacji cyfrowej, m.in. tacy właśnie jak wspomniane LPP. Ten potentat rynku odzieżowego wdrożył strategię rozwoju e-commerce opartą o myślenie długofalowe i wielowątkowe. Jak podkreślają przedstawiciele trójmiejskiej spółki i jednego z naszych klientów, by odnieść sukces na tym polu należy unikać pułapki skupiania się wyłącznie na aplikacji sprzedażowej, bo co prawda jest on ważna, ale nadal to tylko element powiązany z wieloma innymi systemami firmy – powiedział Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

PayPo (fintech, dostawca płatności odroczonych w internecie)

– Dane GUS, wg których e-commerce zyskał względem tradycyjnej sprzedaży, są odzwierciedleniem tego, co działo się w polskiej gospodarce i społeczeństwie w pierwszym miesiącu nowego roku. Z powodu nałożonych restrykcji, od 28 grudnia do końca stycznia zamknięte były sklepy w galeriach handlowych. Widzimy to w naszych danych, bo pierwsze trzy tygodnie tego miesiąca to wyraźny wzrost liczby transakcji internetowych z użyciem naszych odroczonych płatności względem końcówki grudnia. Bez zaskoczenia prym wśród najbardziej obleganych e-sklepów w styczniu miały te z segmentu moda (odzież i obuwie). To tam przeniósł się ruch klientów, którzy dotychczas robili zakupy właśnie w sklepach stacjonarnych. Ciekawie prezentują się też pierwsze tygodnie lutego, ponieważ po otwarciu galerii handlowych dały pierwszą odpowiedź na temat preferencji zakupowych Polaków – czy ich emigracja z offline do online była trwałą zmianą, czy chwilową tendencją podyktowaną obostrzeniami. Wiele wskazuje na to, że w 2020 r. doszło jednak do transformacji zwyczajów zakupowych, której efekty zostaną z nami na stałe: wzrosła grupa osób robiących zakupy online, w tym seniorów, wzrosła też ich częstotliwość i średnia wartość, ale również Polacy przełamali opór względem robienia e-zakupów nowych kategorii produktowych, np. art. spożywczych. Korzysta na tym między innymi jeden z naszych najnowszych partnerów Megasam24, który rośnie na fali skokowego zainteresowania tym asortymentem w kanale online. Wygranym tych przemian są też płatności internetowe, co widać w stale rosnącej popularności takich metod płatności jak BLIK i odroczone płatności. Jesteśmy zdania, że te tendencje w kolejnych tygodniach i miesiącach będą się tylko utrwalać – powiedział Radosław Nawrocki, prezes PayPo, spółki będącej liderem rynku odroczonych płatności w Polsce, z której płatności skorzystało już blisko 400 tys. osób, realizując ponad 3 mln transakcji w 2020 r.

Sektor naftowy czeka konsolidacja i zwrot w stronę OZE

Po roku niskich cen ropy i niskiego popytu, które spowodowały straty u większości kluczowych firm z segmentu wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej, ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes przewidują kolejne uderzenie w rentowność branży kontynuowane w 2021 i 2022 roku. W konsekwencji może to spowodować przyśpieszoną konsolidację rynku, wejście w odnawialne źródła energii i nowe , niespodziewane alianse z firmami spoza sektora.

  • Marże zysku koncernów naftowych wyniosą odpowiednio 2,3% w 2021 r. i 4,2% w 2022 r. – znacznie poniżej średniej z lat 2010-2019 wynoszącej 5,7%
  • Największe gospodarki światowe – USA i Chiny ukierunkowały rozwój w stronę czystej energii
  • Spodziewany jest wzrost ilości fuzji mających na celu przetrwanie w sektorze naftowym, partnerstw strategicznych pozwalających rozwijać się w obszarze czystej energii, jak również wyodrębnień wewnątrz koncernów naftowych aktywów związanych z odnawialnymi źródłami energii

Ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes szacują, że każdy spadek średniej rocznej ceny ropy o 10 USD prowadzi do spadku marży zysku o 0,80 punktu, a każdy spadek globalnej konsumpcji o 1 mln baryłek/dzień prowadzi do spadku marży zysku o 0,65 punktu. Przy cenach ropy na poziomie 48 USD w 2021 r. i 57 USD w 2022 r. oraz przy założeniu, że konsumpcja powróci do poziomu z 2018 r. do 2022 r., prognozują marże zysku na poziomie 2,3% i 4,2% odpowiednio w 2021 i 2022 r., czyli znacznie poniżej historycznej średniej 5,7% obserwowanej w latach 2010-2019.

Biorąc pod uwagę globalne prognozy demograficzne i czynniki popytu, takie jak flota pojazdów elektrycznych to zapotrzebowanie na ropę naftową osiągnie szczyt prawdopodobnie około roku 2030. W przypadku szybkiego wzrostu presji regulacyjnej szczyt ten mógłby nastąpić jeszcze wcześniej. Ponadto, subsydia i ulgi podatkowe dla paliw kopalnych, w związku z rosnącą presją polityczną, społeczną i ze strony inwestorów na przeciwdziałanie zmianom klimatu, najprawdopodobniej zmniejszą się w przyszłości. Nowa administracja prezydenta Bidena w USA już zasygnalizowała swój zamiar postawienia na odnawialne źródła energii (plan inwestycyjny o wartości 2 bilionów USD) i zaprzestania wspierania przemysłu naftowo-gazowego. Ostatnie plany rozwoju przedstawione przez państwowe firmy z Chin: PetroChina, Sinopec i CNOOC również są ukierunkowane na czystą energię. Przedsiębiorstwa europejskie w coraz większym stopniu angażują się w energię odnawialną, natomiast przedsiębiorstwa amerykańskie częściej skupiają się na czystszych technologiach bliskich ich tradycyjnej działalności (np. LNG, wodór), na wydatkach na badania i rozwój technologii wychwytywania dwutlenku węgla oraz na innych działaniach (np. zalesianie), które mogłyby zrównoważyć ich ślad węglowy.

CZAS FUZJI, BADAŃ I INWESTYCJI W OZE

W obliczu zachodzących zmian, po spokojnym roku 2020 w zakresie fuzji i przejęć, analitycy Allianz Research i Euler Hermes spodziewają się większej ilości transakcji w sektorze, szczególnie tych mających na celu przetrwanie, biorąc pod uwagę napiętą sytuację finansową. A potencjalne transakcje mogą mieć taki sam wpływ na sektor, jak fala konsolidacji z końca lat 90-tych. W tym warunkach nasiliły się ostatnio rozmowy na temat megadealu ExxonMobil – Chevron.

Oprócz konsolidacji w segmencie ropy naftowej i gazu ziemnego, spodziewać się można zwiększenia liczby wyodrębnianych oddzielnych podmiotów w sektorze energetycznym. Jedną z największych zalet koncernów naftowych jest ich wielkość, a wielkość ma znaczenie przy pozyskiwaniu kapitału. Aby to zrobić na lepszych warunkach główne spółki naftowe powinny wydzielić działalność związaną z odnawialnymi źródłami energii. Pozwoliłoby im to uspokoić rynki co do swoich intencji i odeprzeć zarzuty o „greenwashing” oraz skorzystać z lepszych wycen firm zajmujących się energią odnawialną, a w konsekwencji z niższych kosztów kapitału. Chociaż do tej pory większość dużych firm, zwłaszcza europejskich, które rozwijają się w kierunku odnawialnych źródeł energii, deklarowała, że nie planuje wydzielenia  odrębnych podmiotów w celu prowadzenia takiej działalności, to zrobią to, jeśli spready wycen utrzymają się, gdy z powodzeniem rozwiną swoją działalność w zakresie odnawialnych źródeł energii. Ponadto, ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes oczekują również większej liczby joint venture i partnerstw strategicznych, ponieważ oferują one nowe możliwości dotychczas niedostępne dla koncernów z sektora ropy naftowej i gazu ziemnego (np. umowa Equinor / Microsoft w ramach projektu Northern Lights w Norwegii: wychwytywania w przemyśle, transportowania i magazynowania w podziemnych zbiornikach dwutlenku węgla).

Polski i światowy rynek kosmetyków czeka odbicie

  • Sprzedaż detaliczna kosmetyków w Polsce spadła w 2020 roku o około 6%, o tyle samo w I połowie 2020 roku spadły przychody producentów kosmetyków
  • W okresie styczeń – październik 2020 roku eksport kosmetyków z Polski wzrósł o 7% r/r. Największy wzrost, o 900% zanotowano w sprzedaży do Kazachstanu, kraj ten został drugim po Niemczech odbiorcą polskich kosmetyków
  • W 2021 roku krajowy rynek kosmetyków powinien wrócić na ścieżkę wzrostu. Średnie roczne tempo wzrostu w najbliższych czterech latach ma wynieść 3%, by w 2024 roku przekroczyć wartość 22 mld PLN

Światowy rynek kosmetyków jest w długoterminowym trendzie wzrostowym, a przed pandemią był wart ponad 500 mld USD. Wydaje się, że ubiegły rok, w którym przewidywany jest spadek sprzedaży o 2,7%, był wyjątkiem i w 2021 roku przebite zostaną wyniki sprzed pandemii.

Euromonitor International prognozuje w bieżącym roku wzrost o prawie 8% do poziomu 525 mld USD. Podobne tendencje można zaobserwować na polskim rynku, który rósł nieprzerwanie od 2006 roku. Ubiegły rok zgodnie z prognozami zakończy się spadkiem o 5,7%, ale w 2021 roku obroty wrócą do wartości sprzed kryzysu. Polski rynek jest obecnie szóstym co do wielkości w Europie, a jego wartość przekracza 18 mld PLN.

„Prognozy wskazują, że po dołku w 2020 roku, w tym roku czeka nas odbicie i powrót do trendu wzrostowego. Polski rynek powinien rosnąć w średnim rocznym tempie 3%, aby w 2024 roku osiągnąć wartość ponad 22 mld PLN. Podczas pandemii istotnie zmalała sprzedaż kosmetyków kolorowych (o 13%), ale największy spadek zanotowały kosmetyki super premium, segment w Polsce skurczył się w zeszłym roku o 17%. Jednak z prognoz wynika, że w kolejnych latach będzie on rósł szybciej od rynku, średnio rocznie o 7%. Co ciekawe, pandemia nie zaszkodziła krajowym producentom kosmetyków, przychody podmiotów zatrudniających do 49 osób po 3 kwartałach 2020 roku nie uległy zmianie, ale za to ich rentowność wzrosła o jeden punkt procentowy r/r” – wyjaśnia Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG w Santander Bank Polska.

rynek kosmetyków
Źródło: Euromonitor International

Polski rynek sprzedaży detalicznej kosmetyków, mimo dominacji zagranicznych koncernów, jest mocno rozdrobniony. Największy gracz posiada 12% udziału w rynku, podczas gdy kolejnych siedem firm ma udziały na poziomie od 6,8 do 3,3%. Jeszcze większe rozdrobnienie widać wśród marek, jest ich tak wiele, że lider ma zaledwie 2,5% udziału w całym rynku. Kanały sprzedaży natomiast przeciwnie, są skonsolidowane. Aż 78% towaru jest sprzedawane w sklepach stacjonarnych, największy udział rynkowy na poziomie prawie 23% ma Rossmann, drugie miejsce natomiast Biedronka z prawie 9% udziałem. W tej kategorii produktów kolejnymi najbardziej popularnymi kanałami sprzedaży są internet (około 11%) i sprzedaż bezpośrednia (10%).

Kazachstan drugim rynkiem eksportowym

Również eksport polskich kosmetyków utrzymuje od wielu lat tendencję zwyżkową, w ciągu ostatnich prawie 15 lat urósł z 0,8 mld EUR do 3,8 mld EUR. Rodzimi eksporterzy bardzo dobrze poradzili sobie w czasie pandemii, w okresie styczeń-październik 2020 wartość towarów sprzedanych za granicę była wyższa o 7,3% r/r. Czynnikiem, który wspierał eksport był słaby złoty. W pierwszych 10 miesiącach ubiegłego roku nowym rynkiem, na który bardzo mocno rosła sprzedaż, był Kazachstan. Eksport polskich produktów do tego kraju urósł o 900%, co pozwoliło w wielkości sprzedaży wyprzedzić Wielką Brytanię czy Rosję. W zeszłym roku dynamicznie rosła też sprzedaż do Szwajcarii, Uzbekistanu, Mołdawii oraz Austrii.

„Flagowym produktem eksportowym polskich producentów kosmetyków są preparaty do pielęgnacji skóry i upiększające – stanowią one 40% sprzedaży. Za większość eksportu z Polski odpowiadają podmioty zależne globalnych koncernów, w ich przypadku eksport to nawet 80-90% przychodów. Udział ten jest dużo niższy w przypadku producentów z krajowym kapitałem. Pod względem wartości eksportu zajmujemy szóste miejsce w Europie, jednak bardzo odstajemy w kategorii eksportu na rynki poza Unią Europejską. Lider Francja eksportuje aż 62% swoich produktów poza wspólnotę, średnia unijna to prawie 50%, podczas gdy nasz udział to około 40%” – zauważa Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

W wolniejszym tempie niż sprzedaż za granicę rośnie import kosmetyków do naszego kraju. W 10 miesiącach ubiegłego roku urósł on o 1,6% r/r. Najwięcej kosmetyków trafia do naszego kraju z Niemiec (26%), Francji (12%) i Belgii (11%). Od pewnego czasu można zaobserwować rosnącą popularność kosmetyków z Korei Południowej czy Japonii. Większość polskiego importu z tych krajów stanowią preparaty do pielęgnacji skóry i upiększania, głównie z uwagi na wysoką jakość i atrakcyjną z perspektywy europejskiego konsumenta kulturę pielęgnacyjną.

Trendy na kolejny rok – on-line i marki celebrytów

Polski rynek kosmetyków, tak jak wiele innych sektorów, musi zmierzyć się ze zmianami w zachowaniach konsumentów wywołanymi przez pandemię. Wzrost handlu internetowego w zeszłym roku dla wielu producentów będzie oznaczał konieczność mocniejszego rozwoju tego kanału sprzedaży. Pandemia zmieniła też wielkość sprzedaży poszczególnych kategorii. Więcej czasu spędzonego w domu oznacza mniejsze wykorzystanie kosmetyków z kategorii makijaż, ale za to większe w kategoriach pielęgnacja i domowe spa. Ważnym trendem jest także tworzenie marek przez celebrytów i influencerów, w najbliższych latach może to być coraz większa część sprzedaży na naszym rynku. Rośnie też świadomość ekologiczna konsumentów. Normą jest unikanie testów na zwierzętach, coraz bardziej popularne są biodegradowalne opakowania oraz naturalne składniki, a niebawem standardem powinny stać się również kosmetyki kupowane we własnych pojemnikach.

Patrząc na polski rynek wydaje się, że zakończył on już etap rozwoju lokalnych producentów kosmetyków, w wyniku którego powstało wiele małej i średniej wielkości firm oraz lokalnie rozpoznawalnych marek. Wykonanie kolejnego kroku i zwiększenie skali działania będzie wymagało znacznych nakładów kapitałowych. To może oznaczać, że w perspektywie najbliższych lat możemy spodziewać się kolejnych fuzji i przejęć.

Link do pełnego raportu: https://www.santander.pl/korporacje/rozwiazania-sektorowe/branza-kosmetyczna

Seweryn Kowalczyk prezesem zarządu Alior Leasing

Rada Nadzorcza Alior Leasing Sp. z.o.o. powierzyła Sewerynowi Kowalczykowi, wiceprezesowi zarządu banku, odpowiedzialnemu za obszar prawno-regulacyjny i bezpieczeństwa banku, funkcję prezesa zarządu spółki zależnej Alior Leasing Sp. z o.o. Od sierpnia ub. r. był on oddelegowany do pełnienia funkcji prezesa zarządu spółki leasingowej.

Z dniem 18 lutego 2021 r. Seweryn Kowalczyk objął stanowisko prezesa zarządu Alior Leasing. Celem powołania wiceprezesa zarządu Alior Banku dodatkowo do zarządu spółki leasingowej jest osiągnięcie większych synergii w ramach grupy kapitałowej i dalszy rozwój działalności leasingowej w ramach Grupy Alior Bank.

Seweryn Kowalczyk jako wiceprezes zarządu Alior Banku odpowiada za obszar prawno-regulacyjny banku, bezpieczeństwa oraz ochrony danych osobowych, w tym m.in. za regulowanie wewnętrznych przepisów standaryzujących działanie banku, ich implementację oraz egzekwowanie. Nadzoruje również ocenę przestrzegania prawa oraz kontrolę w zakresie ryzyka braku zgodności. Przed wejściem w skład zarządu Alior Banku pełnił funkcję dyrektora zarządzającego pionem bezpieczeństwa Alior Banku i zarządzał departamentami odpowiedzialnymi za przeciwdziałanie przestępstwom inadużyciom kredytowym, przestępstwom wewnętrznym oraz obszarem przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

Seweryn Kowalczyk posiada ponad 12-letnie doświadczenie jako specjalista od prawa bankowego i finansowego. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie specjalizował się w prawie bankowym i finansowym. Jest radcą prawnym.

Dane GUS z budownictwa mieszkaniowego pod znakiem oczekiwanej korekty

Najnowsza informacja GUS, prezentująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego komunikuje oczekiwaną korektę statystyk po grudniowym wybiciu. Taki stan nie oznacza nic innego poza powrotem koniunktury inwestycyjnej pierwotnego rynku mieszkaniowego do normalności.

Jaki styczeń, taki cały rok?

Z początkiem nowego roku wciąż bardzo trudno się dopatrzeć jakichkolwiek symptomów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej rynku mieszkaniowego. Korekcyjny charakter styczniowych danych GUS dotyczy nowych pozwoleń oraz mieszkań oddanych do użytkowania. Z kolei bieżące statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto utrzymały dodatnią dynamikę. A rozpoczęto ich ogółem w minionym miesiącu 17,4 tys., co jest wynikiem lepszym licząc rok do roku o blisko jedną dziesiątą, natomiast miesiąc do miesiąca o 1,8 proc. Z kolei sami deweloperzy ruszyli z budową 12,4 tys. lokali, co w odniesieniu do stycznia ub. roku oznacza progres rzędu aż 24 proc.

W przypadku budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od stanu koniunktury rynkowej, dość mocno utrwaloną od lat tradycją jest widoczne hamowanie aktywności inwestycyjnej w pierwszych tygodniach każdego roku. W efekcie miesiąc styczeń jest od lat regularnie i niezawodnie najsłabszym miesiącem w mieszkaniówce pod względem statystyk nowo rozpoczynanych budów. Ich wolumen w pierwszym miesiącu roku jest zazwyczaj niższy od średniej całorocznej o około 40 proc., wyznaczając tym samym dołek, od którego w kolejnych okresach następuje odbicie.Dane GUS z budownictwa mieszkaniowego

Tym razem, głównie za sprawą wzmożonej aktywności inwestycyjnej deweloperów, dołek ów wypadł na stosunkowo wysokim poziomie, najwyższym od co najmniej kilku lat. Początek bieżącego roku sugeruje więc zgodnie z zasadą „jaki styczeń, taki cały rok”, że inwestorzy nie zamierzają ograniczać swojej aktywności inwestycyjnej w kolejnych miesiącach i kwartałach.

Deweloperskie pozwolenia wciąż na fali optymizmu

Z kolei w przypadku statystyk nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, styczeń zaowocował korekcyjnym rozstrzygnięciem, jednak wyłącznie w relacji mdm. GUS doliczył się ich ogółem w ubiegłym miesiącu 23,3 tys., czyli niemal dokładnie o jedną trzecią mniej w stosunku do grudnia 2020 r. Z kolei w odniesieniu do stycznia ub. roku jest to wynik lepszy aż o 27 proc. Za ten osobliwy rozdźwięk dynamiki odpowiada oczywiście zmiana przepisów rozporządzenia o warunkach technicznych, która spowodowała rekordową kumulację pozwoleń w końcówce zeszłego roku.

Jak wiadomo statystyki nowych pozwoleń na budowę wciąż pozostają bardzo wiarygodnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Warto więc odnotować ich wynik styczniowy na poziomie blisko 15 tys. decyzji administracyjnych, wyższy rdr o ponad 30 proc. Jest to w normalnych warunkach rynkowych zdecydowanie ponadprzeciętny rezultat, świadczący o niesłabnącym optymizmie przedsiębiorców mieszkaniowych w kwestii perspektyw koniunktury sprzedażowej przynajmniej w perspektywie bieżącego roku.

Mieszkania oddane z akcentem korekcyjnym

W najnowszej historii rynku pierwotnego bardzo mocnym ogniwem gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego pozostawały statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W ubiegłym miesiącu było ich w sumie ponad 17,1 tys., co oznacza liczony rok do roku spadek rzędu kilku procent, jednak w stosunku do grudnia 2020 aż o jedną trzecią. Regres ten nie jest jednak jakimkolwiek sygnałem trwalszego osłabienia tej kategorii danych, a jedynie typową korektą po bardzo dobrych wynikach z ostatnich miesięcy.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a więc okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym z całą pewnością jeszcze przez dość długi okres czasu, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach przy dodatniej dynamice zmian.

Perspektywy koniunktury inwestycyjnej rynku pierwotnego w najbliższych miesiącach nie wydają się niestety tak pewne jak jeszcze rok temu. Utrzymanie na wysokim pułapie statystyk sprzedażowych mieszkań deweloperskich w bieżącym roku stoi bowiem pod dość dużym znakiem zapytania. Wynika on z szeregu czynników niepewności rozwoju sytuacji kryzysowej szeroko pojętej gospodarki, mających źródło we wciąż słabych perspektywach przezwyciężenia pandemii. Trudno w tej sytuacji o jednoznacznie optymistyczne prognozy utrzymywania statystyk budownictwa mieszkaniowego GUS na rekordowo wysokich poziomach w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

E-commerce w 2020 i 2021 roku – podsumowanie i prognoza GLS

Dwa szczyty sezonu, coraz większa popularność e-commerce, wysokie tempo również w wyścigu technologicznym. Rok 2020 był dla firm kurierskich pełen wyzwań. W 2021 ich skala może być jeszcze większa.

E-commerce to w tej chwili najszybciej rosnący kanał sprzedaży na świecie, a rok 2020 jeszcze przyśpieszył tempo jego rozwoju. Według danych Eurostatu więcej niż 7 na 10 internautów z krajów Unii Europejskiej dokonało zakupów w sieci. Unijna średnia w okresie 2015-2020 wzrosła pod tym względem z 62% do 72%. W naszym kraju tempo rozwoju wyniosło blisko 20 punktów procentowych. Pięć lat temu byliśmy „pod kreską”, a teraz prawie dokładnie mieścimy się w średniej.

Ten sam raport pokazuje, że w 2020 z zakupów online korzystało już 61% Polaków (brane są tu pod uwagę osoby w wieku 16-74 lata, nie tylko grupa internautów). Dla porównania: 89% Duńczyków, 83% Niemców, 72% Czechów, ale tylko 38% Rumunów.

To tylko kilka przykładowych liczb pokazujących, że wolumen przesyłek B2C rośnie w lawinowym tempie od kilku lat, a zamrożenie gospodarki i życia społecznego jeszcze ten trend wzmocniło. W dłuższych okresach 2020 roku zakupy online były właściwie jedyną dostępną formą handlu (oczywiście z wyjątkiem branż spożywczej czy farmaceutycznej).

W tym roku mieliśmy dwa szczyty sezonu: wiosenny, związany z zamrożeniem gospodarki i handlu stacjonarnego, oraz przedświąteczny. Ten drugi również był dużo intensywniejszy niż zwykle, na co wpływ miały ograniczenia dla tradycyjnego handlu oraz zmiany w zachowaniach zakupowych. Do zakupów online przekonało się wiele osób, które wcześniej preferowały wizytę w tradycyjnym sklepie – mówi Małgorzata Markowska.

Chcą wybierać: kiedy, gdzie i jak

Rozkwit sprzedaży online bezpośrednio przekłada się na wzrost liczby przesyłek ze sklepów internetowych do odbiorców indywidualnych. To sprawia, że rozwiązania dotyczące tzw. ostatniej mili teraz nabierają znaczenia strategicznego.

Widać dziś już bardzo wyraźnie, że forma i jakość dostawy w handlu online stanowią bardzo istotny element „customer experience”. To znaczy, że konsumenci postrzegają realizację zakupu w sklepie online i usługę kurierską jako całość.

Odbiorcy indywidualni cenią krótki czas i niezawodność dostawy, ale także możliwość wyboru spośród różnych opcji doręczenia. GLS już wcześniej wprowadził m.in. możliwość dostawy w bezpieczne miejsce wskazane przez odbiorcę. W 2020 roku udostępnił kolejne opcje, w tym szybki i bezdotykowy odbiór przy pomocy kodu PIN (odbiorca tylko podaje go kurierowi) oraz możliwość płatności za pobraniem poprzez BLIK.

Wiosną szybkie wprowadzanie takich rozwiązań było potrzebą chwili, dlatego wdrożenie płatności BLIKIEM przyśpieszyliśmy w stosunku do pierwotnych planów. Okazało się jednak, że nasi klienci oceniają te rozwiązania nie tylko jako bezpieczne, ale też wygodne. Widzimy, że jest to właściwy kierunek rozwoju usług kurierskich – wyjaśnia Małgorzata Markowska.

Bardzo istotny jest jeszcze jeden trend, który pandemia chwilowo przytłumiła, ale na pewno go nie zatrzyma. Odbiorcy indywidualni są coraz bardziej mobilni i dla wielu z nich możliwość odbioru przesyłki w wybranym przez siebie miejscu i czasie jest po prostu najbardziej praktycznym rozwiązaniem. Oczywiście sieć takich punktów nadania i odbioru musi być wystarczająco „gęsta”, a punkty znajdować się powinny w lokalizacjach najdogodniejszych pod względem komunikacyjnym. GLS, mimo pandemii, w ubiegłym roku zwiększył liczbę takich punktów (Szybka Paczka/ParcelShop) do 1500.

W dłuższej perspektywie widać, że rozwiązania na ostatniej mili zmierzają do tego, by jak najtrafniej wpisywać się w indywidualne oczekiwania odbiorców. Personalizacja usług kurierskich przestaje być już odległym punktem na horyzoncie, lecz nabiera wyraźnych i konkretnych kształtów. Wyzwanie dla firm kurierskich polega tu m.in. na tym, że klienci oczekują coraz szerszego wachlarza usług realizowanych w tym samym, wysokim standardzie.

Mieć pomysł na zwroty

Klienci sklepów internetowych doceniają wygodę tej formy zakupów: mogą je robić, gdzie i kiedy tylko chcą, mają dostęp do szerszej gamy produktów, niż jest to możliwe w tradycyjnym handlu, łatwo mogą też porównywać ceny. Integralnym elementem handlu w sieci, bezpośrednio związanym z charakterystyką tej formy zakupów, są również zwroty. Ich liczba rośnie wraz z liczbą transakcji dokonywanych online i jest to sytuacja całkowicie naturalna: w ten sposób konsumenci dopasowują produkt do swoich potrzeb. Dotyczy to przede wszystkim tych branż, które oferują produkty wymagające przymierzenia lub wypróbowania, jak odzież czy buty. Z raportu „E-commerce w Polsce 2020”, przygotowanego przez firmę Gemius, wynika, że tylko ok. 30% kupujących online nigdy nie zwracało zamówionych produktów.

W gruncie rzeczy polityka zwrotów jest istotna dla każdego segmentu e-commerce. Różnego rodzaju badania pokazują wyraźnie: klienci zwracają na to uwagę niezależnie od tego, czy później korzystają z możliwości dokonania zwrotu. Chcą mieć zaufanie do sklepu, a możliwość łatwego i szybkiego odesłania produktu to jeden z kluczowych elementów. Koniecznie trzeba go dodać do zestawu podstawowych oczekiwań ze strony konsumentów.

Dlatego GLS uruchomił nowoczesny portal do zwrotów paczek. Usługa działa w handlu krajowym i transgranicznym.

Wspieramy w ten sposób branżę e-commerce. Wprowadziliśmy to rozwiązanie, kierując się oczekiwaniami i potrzebami klientów. Postawiliśmy na funkcjonalność i sprawność całego procesu, ponieważ sklepy internetowe budują przewagę konkurencyjną poprzez dobrą obsługę konsumentów – mówi Małgorzata Markowska, marketing manager GLS Poland.

Cyfrowy ekspres nie czeka

Technologie cyfrowe otwierają dziś zupełnie nowe możliwości przed firmami z branży KEP. Przede wszystkim pozwalają optymalizować oraz integrować różnego rodzaju procesy logistyczne. Przykład? GLS Poland rozpoczął w ubiegłym roku współpracę z AutoMapą, dzięki czemu zupełnie zmienił sposób planowania tras kurierskich.

Bazujemy aktualnie na geokoordynatach, czyli precyzyjnych współrzędnych geograficznych, a nie kodach pocztowych. To narzędzie bardzo dokładnie odwzorowuje rzeczywiste trasy kurierskie. Umożliwia m.in. ustalanie optymalnej kolejności doręczeń dla każdej trasy z osobna. To oznacza, że kurier jeździ krócej, oszczędza paliwo, a tym samym emisja spalin jest niższa – opowiada Małgorzata Markowska.

Nie ulega jednak wątpliwości, że cyfrowy ekspres stale przyśpiesza. Kto nie zdąży do niego wsiąść teraz, będzie miał ogromny problem, by go dogonić już w najbliższej przyszłości.

Coraz więcej ekologii

Można się spodziewać, że flota pojazdów kurierskich w najbliższych latach mocno się zmieni: stanie się bardziej ekologiczna i zróżnicowana. Na pewno pojawi się w niej sporo rozwiązań innowacyjnych, choć wcale nie muszą to być nowatorskie technologie. Na początku czerwca 2020 roku GLS uruchomił rower kurierski. Obsługuje przesyłki w ścisłym centrum Krakowa, operując w okolicach nowej stacji przeładunkowej.

Z punktu widzenia logistyki ostatniej mili w tym obszarze rower kurierski jest rozwiązaniem najkorzystniejszym, ponieważ znajduje się tam rozległy obszar wyłączony z ruchu kołowego, ale dostępny dla rowerów. W planach mamy już wprowadzenie tego typu rowerów również w innych polskich metropoliach. Innowacyjność polega tu na wprowadzeniu nowego rozwiązania w już istniejący proces tak, by uzyskać optymalny efekt zarówno w skali lokalnej, jak i z punktu widzenia całej sieci operacyjnej – mówi Markowska.

GLS w całej Europie prowadzi obecnie ponad 20 testów różnego rodzaju pojazdów zero- lub niskoemisyjnych. W kilkunastu miastach europejskich sprawdza możliwości alternatywnych pojazdów – w tym rowerów z elektrycznym wspomaganiem i małych pojazdów elektrycznych jak e-skutery.

Na świecie coraz częściej mówi się również o wprowadzeniu autonomicznych pojazdów i dronów kurierskich. Nawet jeśli technicznie jest to już jednak możliwe, to nadal niepraktyczne. Brak odpowiednich regulacji prawnych i infrastruktury sprawia, że zastosowanie tego typu rozwiązań w najbliższych latach, w większej skali i w regularnej obsłudze przesyłek, stoi pod znakiem zapytania. Być może zobaczymy takie próby w relatywnie niewielkiej skali lokalnej.

Na co postawić strategicznie?

Wszyscy zadają sobie dziś pytanie, czy po zniesieniu ograniczeń handel stacjonarny wróci na swoje pozycje, nadal mocne, czy też należy oczekiwać jeszcze szybszych zmian w strukturze sprzedaży detalicznej. Wielu ekspertów przewiduje, że już w nieodległej przyszłości rynek zdominują hybrydowe formy sprzedaży. Z punktu widzenia konsumentów różnica między on- a offline będzie coraz mniej wyraźna. Jedno jest pewne: strumień przesyłek ze sklepowych magazynów pod drzwi domów klientów lub do punktów odbioru będzie coraz większy.

Dlatego stałe usprawnianie i udoskonalanie dostaw do odbiorców indywidualnych powinno być jednym z najważniejszych punktów w strategii usług kurierskich. Rzecz w tym, że nie chodzi tylko o obsługę większej liczby przesyłek. Tu wyzwanie związane jest z faktem, że nie wystarczy osiągnięcie określonego poziomu czy standardu usług. Mówiąc obrazowo: poprzeczka zawieszana jest coraz wyżej i dzieje się to dość szybko.

Oczywiście, mamy do czynienia ze zmianą ilościową, ale przede wszystkim jakościową. W każdym segmencie skupiamy się na jak najwyższej jakości usług. Systematycznie zwiększamy elastyczność i potencjał naszej sieci operacyjnej, wprowadzamy kolejne narzędzia cyfrowe, rozwijamy też tzw. twardą infrastrukturę. Obsługa strumienia B2C ma przy tym inny charakter i wymaga częściowo innych rozwiązań niż w przypadku B2B. Dodam, że w ramach segmentu B2C klienci również mają zróżnicowane potrzeby. Ciekawym trendem jest np. rozkwit mniejszych sklepów e-commerce. Firma kurierska powinna więc proponować usługi odpowiednio skalowalne i dopasowane do realnych oczekiwań klientów, z uwzględnieniem ich branży i charakteru działalności. Natomiast nadrzędnym punktem odniesienia w naszej strategii jest zrównoważony rozwój – podsumowuje Małgorzata Markowska.

Wszystko wskazuje na to, że wkraczamy w przełomowy okres dla całej branży KEP.

W sklepach jest coraz mniej promocji. Eksperci podsumowują: Z roku na rok jest gorzej. I to raczej nie koniec spadków

W ub.r. było o ponad 17% mniej promocji w gazetkach niż w 2019 r. Na największym minusie są sklepy dziecięce – 87%. Duże spadki są w sieciach RTV-ADG – 45%, sklepach z art. z kategorii kultury i rozrywki – 38%, a także w hipermarketach – 24%. Mniejsze redukcje objęły drogerie i apteki, cash & carry oraz supermarkety. Z kolei największy wzrost odnotowały dyskonty – 12%. Ponadto na plusie są sklepy typu DIY – 9%, sieci convenience – 2%, jak również hurtownie – 1%. Z tego wynika, że tylko 4 formaty z 11 zrobiły więcej promocji.

Ogólnopolski raport „Indeks promocji w handlu 2019/20” objął ponad 3,1 mln ofert rabatowych wydanych w latach 2019-2020. I wykazał, że w zeszłym roku w polskich sklepach ubyło 17,2% promocji.

– Czasowe zamknięcie części sklepów ograniczyło ilość promocji w ub.r. Dodatkowo niektóre sieci w trybie pilnym przeniosły sprzedaż do Internetu. Ponadto duża niepewność w zakresie dalszych obostrzeń silnie zahamowała aktywność promocyjną retailerów. W tej sytuacji ww. spadek nie wydaje się być duży – ocenia Yves Frerot z Hiper-Com Poland.

Jak komentuje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, w ub.r. sieci handlowe skoncentrowały się głównie na promowaniu produktów pierwszej potrzeby. To zasadniczo wpłynęło na ilość akcji promocyjnych. Jednak pandemia nie była jedynym hamulcem. W ciągu ostatnich kilku lat rokrocznie notowano kilkuprocentowe uszczuplenia, które w końcu przekroczyły 10%. Analiza porównawcza wyników z I półrocza 2019 i 2020 roku wykazała spadek o 15%. Wówczas analitycy programu branżowego AdRetail Inspirio prognozowali, że w całym roku wyniesie on blisko 20%. I ta diagnoza okazała się dość trafna.

– Na zeszłoroczny spadek liczby promocji w dużej mierze wpłynęła zmiana preferencji konsumenckich. Klienci zaczęli częściej chodzić do małych i niezależnych sklepów, które nie podejmują tego typu działań. Mniejszy dostęp konsumentów do gazetek poskutkował też ograniczeniem ilości rabatów. Ponadto w warunkach finansowej niepewności część Polaków zmniejszyła wydatki i stała się mniej wrażliwa na promocje – mówi dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Patrząc na poszczególne wyniki, można zauważyć, że największy spadek zanotowano wśród sklepów dziecięcych – 87%, a także w przypadku sieci RTV-ADG – 45%. Na trzecim miejscu znalazły się sklepy z art. z zakresu kultury i rozrywki – 38%. Dalej były hipermarkety – 24%, drogerie i apteki – 11%, cash & carry – 4%, a także supermarkety – 4%.

– Sieci, które odnotowały spadki, w większości znajdują się w galeriach, a te okazały się największą ofiarą obostrzeń. Ich częściowe zamknięcie miało duży wpływ na strategie promocyjne i nośniki publikacji. W takim wypadku, w celu obniżenia kosztów, retailerzy rezygnowali z druku gazetek handlowych – zaznacza Yves Frerot.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, były dyrektor generalny POHiD-u, podkreśla, że w czasie pandemii konsumenci ograniczyli zakup produktów dla dzieci, w tym zabawek, ubrań i art. szkolnych, a także elektroniki oraz przedmiotów służących szeroko pojętej rozrywce. Sklepy zawęziły swoje oferty, by uniknąć strat. Zostały zmuszone do redukcji wydatków. W takiej sytuacji inwestowanie w kosztowną promocję nie było racjonalnym rozwiązaniem.

– Hipermarkety przeżywają kryzys spadku sprzedaży, nie tylko w związku z pandemią, ale też ze starzeniem się modelu handlowego. Sieci podejmują próby przemodelowania koncepcji i to przede wszystkim chcą komunikować. Niemniej największe koszty dodatkowe powstały w związku z koniecznością dostosowania się do pandemicznych obostrzeń. I to ostatecznie przełożyło się na ograniczenie liczby promocji – wyjaśnia Andrzej Wojciechowicz, wieloletni ekspert i obserwator branży retailowej.

Natomiast największy przyrost promocji zanotowały dyskonty – 12%. Za nimi były sklepy typu DIY – 9%, sieci convenience – 2%, a potem – hurtownie – 1%. Porównując spadki i wzrosty, widać, że tylko 4 z 11 analizowanych kategorii zorganizowały więcej akcji promocyjnych. Yves Frerot uważa, że dyskonty najszybciej zareagowały na zmieniające się warunki w czasie pandemii. Przejęły rolę głównego dostarczyciela art. podstawowych i dlatego nie zostały objęte tak ścisłymi restrykcjami jak inne formaty.

– Wzrost promocji w tym formacie, podczas gdy większość była na minusie, to dobra wiadomość dla konsumentów, ale nie dla branży. Dyskonty wyraźnie i konsekwentnie od kilku lat wypychają z rynku całą szeroko pojętą konkurencję. Dlatego branża powinna wyciągnąć z tej analizy wielowarstwowe wnioski i na tej podstawie zbudować długofalowy plan. Im szybciej to zrobi, tym lepszy i trwalszy będzie tego efekt – przekonuje Karol Kamiński.

Lockdown przyczynił się do wzrostu zainteresowania samodzielnym, niekomercyjnym majsterkowaniem. Sklepy DIY doskonale wykorzystały ten trend, co zaznacza dr Kłosiewicz-Górecka. I dodaje, że dobry wynik hurtowni jest częściowo efektem rosnącej podczas pandemii atrakcyjności małych sklepów, szczególnie z artykułami codziennego zapotrzebowania. Firmy hurtowe rozszerzyły też kanały zbytu o e-handel.

– Patrząc na obecną sytuację w kraju, widać, że rząd nie ma jasnej strategii w zakresie wzmacniania lub luzowania restrykcji. Są to działania nieskoordynowane, nielogiczne i destabilizujące handel. Ponadto cała seria dodatkowych obciążeń fiskalnych i parafiskalnych zmusza sieci do rewindykacji budżetów, w tym marketingowych. W takim otoczeniu działają doraźnie, elastycznie reagując na zaistniałą sytuację. Trudno więc przewidywać ich dalsze kroki – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei Anna Bednarek z UCE RESEARCH prognozuje, że w I półroczu 2021 roku – o ile nie będzie kolejnego lockdownu – ilość promocji utrzyma się mniej więcej na dotychczasowym, niskim poziomie. Jeżeli gospodarka zostanie w pełni otwarta, to krótkoterminowe wzrosty mogą być mało zauważalne lub praktycznie niewidoczne. Natomiast w przypadku dalszego lockdownu, ogólne spadki realnie do końca roku mogą przekroczyć granicę nawet 25%.

– Sieci handlowe, które ucierpiały z powodu obostrzeń, chcą się mocno odbić. Po poluzowaniu restrykcji aktywują wszystkie formy wsparcia, także papierowe, utrzymujące dialog między sklepem i klientem. Gdy pandemia będzie się cofać, handel zacznie rosnąc wraz promocjami – przewiduje dr Faliński.

Zdaniem Karola Kamińskiego, obecny czas wyjątkowo służy temu, aby sieci handlowe dogłębniej badały nowe preferencje konsumenckie i na tej podstawie wyciągały odpowiednie wnioski. Zaowocuje to lepszym spojrzeniem na oferowanie rabatów i doborem produktów, które w promocji bardziej przyciągają konsumentów. Od dłuższego czasu widać, że Polacy oczekują bardziej spersonalizowanych ofert niż przypadkowych propozycji. I jak podsumowuje ekspert, sieci stanowczo powinny to wziąć pod uwagę.

Raport został opracowany przez Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodową agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Materiał powstał na podstawie analizy ponad 12,4 tys. gazetek handlowych z całego 2019 i 2020 roku. Łącznie monitoringiem objęto blisko 295 tys. stron i 9 mln cm2 powierzchni promocyjnej. Pod uwagę wzięto publikacje ze wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash & carry, hurtowni, drogerii i aptek, sieci DIY, RTV-AGD, sklepów dziecięcych i z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Orlen inwestuje w fotowoltaikę

ORLEN Aviation, spółka z Grupy ORLEN, zainwestuje w nowoczesną i przyjazną środowisku technologię fotowoltaiczną. Na jej budynkach biurowych w Warszawie zamontowane zostaną dwie mikroinstalacje o łącznej mocy blisko 100 kWp. Umożliwią one ORLEN Aviation zmniejszenie opłat za zakup energii elektrycznej z sieci i przyczynią się do ograniczenia emisji CO2 do atmosfery. Inwestycja spółki wpisuje się w strategię ORLEN2030 zakładającą rozwój koncernu oparty głównie o zero- i niskoemisyjne źródła energii.

– W strategii ORLEN2030 jasno zadeklarowaliśmy, że będziemy inwestować w odnawialne źródła energii, ponieważ przybliża nas to do celu osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 roku. Dotrzymujemy słowa. Jednym ze źródeł, które już intensywnie rozwijamy, jest fotowoltaika. W styczniu rozpoczęliśmy budowę farmy o mocy 20 MW w gminie Przykona, jednocześnie chcemy realizować projekty na mniejszą skalę. Wkrótce instalacja fotowoltaiczna powstanie na budynkach spółki ORLEN Aviation. Wcześniej produkcję ekologicznej energii elektrycznej na własne potrzeby rozpoczął ORLEN Projekt. Inicjatywy te to ważny krok w rozbudowie nowoczesnego, niskoemisyjnego segmentu energetycznego Grupy ORLEN – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Na budynkach biurowych ORLEN Aviation zamontowane zostaną dwie instalacje fotowoltaiczne o łącznej mocy blisko 100 kWp. Będą składać się w sumie z 243 paneli monokrystalicznych o mocy 400 W każdy. W pierwszym etapie, którego realizacja planowana jest w najbliższych miesiącach, zbudowana zostanie instalacja o mocy prawie 50 kWp, natomiast w drugim, przewidzianym do końca tego roku, instalacja o mocy 48 kWp.

Inwestycja ORLEN Aviation umożliwi wyprodukowanie w ciągu roku około 97 MWh energii elektrycznej, którą w całości spółka wykorzysta do zasilania własnych budynków biurowych i bazy paliw lotniczych. Pozwoli jej to zmniejszyć zakup energii pochodzącej z sieci.

W mikroinstalację fotowoltaiczną w ubiegłym roku zainwestowała już spółka ORLEN Projekt, która na dachu budynku w Płocku zamontowała 175 paneli polikrystalicznych o łącznej mocy blisko 50 kWp. Wcześniej PKN ORLEN, w ramach programu pilotażowego, zainstalował panele fotowoltaiczne mono- i polikrystaliczne o łącznej mocy ok. 180 kWp na dachach i wiatach kilkunastu wybranych stacji paliw w Polsce.