Przyszłość unijnego rynku pracy: cyfryzacja, automatyzacja i rozwój telepracy

Pandemia COVID-19 przyspieszyła niektóre procesy widoczne od pewnego czasu na europejskim rynku pracy, takie jak cyfryzacja, automatyzacja i rozwój telepracy. Trendy te zostaną z nami na dłużej, stawiając przed UE nowe wyzwania – wynika z analizy think tanku Parlamentu Europejskiego.

We wstępie raportu „Przyszłość rynku pracy. Trendy, wyzwania i możliwe inicjatywy”, opracowanej przez think tank PE, eksperci podkreślili, że „lockdownowe obostrzenia, zakłócone łańcuchy dostaw, globalne recesje, ograniczone interakcje społeczne, a także zamykane szkoły i placówki opieki nad dziećmi wywarły duży wpływ na sferę pracy”. „Tymczasowe i trwałe utraty zatrudnienia, wydłużony czas pracy, utrata dochodów i znacząco zmienione warunki pracy stały się wyzwaniem dla uczestników rynku pracy. Połączenie automatyzacji i recesji związanej z koronawirusem to scenariusz +podwójnych zakłóceń+, który dotknął pracowników zatrudnionych w niektórych sektorach gospodarki” – czytamy.

Autorzy analizy zwrócili uwagę, że wskutek pandemii „wzrosły różnice w ochronie socjalnej pracowników”. Jak wyjaśnili, „pracownicy etatowi zatrudnieni na czas nieokreślony, którzy mieli już zapewnioną wystarczającą ochronę socjalną, mogą łatwiej uporać się z konsekwencjami pandemii, a bardziej ucierpiały osoby zatrudnione w niepełnym wymiarze czasu pracy i na czas określony”. „Stopa bezrobocia w strefie euro w lipcu 2020 r. wzrosła do 7,7 proc. (dla porównania w lutym wynosiła 6,5 proc.). Wzrost ten dotknął zwłaszcza kobiety i osoby poniżej 24 roku życia. Po zakończeniu pandemii ci ludzie mogą stać się następnym straconym pokoleniem” – stwierdzili. Dodali, że zgodnie z danymi Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy „nieco więcej kobiet niż mężczyzn – 9 proc. w porównaniu z 8 proc. – zostało bezrobotnych w pierwszych miesiącach kryzysu”. To samo badanie wykazało, że „najczęściej traciły pracę kobiety w przedziale wiekowym 18-34 lata (11 proc. w porównaniu z 9 proc. młodych mężczyzn)”.

W raporcie przypomniano, że wybuch pandemii „początkowo zmusił rządy państw członkowskich UE do zamknięcia większości miejsc pracy – za wyjątkiem tych dostarczających podstawowe towary i usługi”. „Dla niektórych osób telepraca z domu okazała się realną możliwością, pomijając związane z nią wyzwania, jak np. potrzeba wyposażenia technicznego i utrzymanie równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Telepraca stała się bezprecedensowym społecznym eksperymentem. Jak pokazało jedno z badań, w kwietniu 2020 r. 37 proc. populacji UE wykonywało telepracę, a w niektórych państwach, np. w Finlandii, odsetek ten sięgał nawet 60 proc. W wielu sektorach metoda ta zapewniła ciągłość pracy i umożliwiła rodzicom wykonywanie obowiązków służbowych pomimo konieczności opieki nad dziećmi w pełnym wymiarze po tym, jak szkoły zostały zamknięte. Jednak granica między pracą a życiem rodzinnym została zatarta, ponieważ oddzielenie obowiązków zawodowych od czasu spędzanego z rodziną stało się problemem dla ok. 27 proc. pracowników” – napisano.

Zdaniem ekspertów wiele z tych zmian zostanie z nami po pandemii, generując kolejne wyzwania dla UE i państw członkowskich. Jedną z najistotniejszych jest przyspieszona automatyzacja, która – jak zauważono w dokumencie – dla milionów osób „oznacza utratę źródła utrzymania” i która „wymusi restrukturyzację rynku pracy”. „Według Światowego Forum Ekonomicznego, do 2025 r. wyrówna się czas pracy ludzi i maszyn. Szacuje się, że do tego czasu nowy podział pracy między ludzi i maszyny poskutkuje likwidacją 85 mln miejsc pracy na całym świecie. W ich miejsce powstanie blisko 97 mln nowych miejsc pracy, lepiej dostosowanych do procesu automatyzacji” – podano w raporcie.

Autorzy analizy wskazali przy tym na „pilną potrzebę podnoszenia kwalifikacji cyfrowych pracowników należących do starszych grup wiekowych, co ma zwiększyć ich konkurencyjność”. „Oprócz umiejętności cyfrowych w najbliższych pięciu latach na rynku pracy szczególnie cenione będą umiejętności krytycznego myślenia, analizy, rozwiązywania problemów, odporności na stres i elastyczności. Szacuje się, że ok. 40 proc. pracowników będzie musiało przekwalifikować się na sześć miesięcy lub krócej, a 94 proc. liderów biznesu oczekuje, że pracownicy posiądą nowe umiejętności w miejscu pracy (to gwałtowny wzrost w porównaniu z 65 proc. w 2018 r.)” – zaznaczyli.

W raporcie opisano także działania, jakie powinna podjąć UE, by sprostać wymienionym wyzwaniom. „Skoro automatyzacja niektórych zadań będzie postępować, UE musi znaleźć rozwiązania mające na celu zapewnienie pracownikom nowych umiejętności. W rezolucji z lutego 2019 r. ws. kompleksowej polityki przemysłowej w dziedzinie sztucznej inteligencji i robotyki PE podkreślił, że programy nauczania muszą być dostosowane do procesu automatyzacji, m.in. poprzez ustanowienie nowych ścieżek uczenia się i korzystania z nowych technologii” – zwrócono uwagę.

W ocenie autorów analizy istotne jest również „zwiększenie integracyjności rynku pracy, np. poprzez większą otwartość na osoby niepełnosprawne, słabiej wykształcone lub pochodzące spoza Unii”. Należy także dążyć do „podnoszenia umiejętności i zwiększenia możliwości przekwalifikowania starszych pracowników”. „To był – i dzięki nowemu Europejskiemu programowi na rzecz umiejętności nadal jest – jeden z priorytetów UE. Spośród 12 działań, które tworzą program, kilka dotyczy starszych pracowników – chociażby indywidualne konta edukacyjne, których celem jest likwidacja luk w dostępie do szkoleń zawodowych seniorów. Komisja ma rozpocząć tę inicjatywę w ostatnim kwartale 2021 r. Natomiast inna inicjatywa przewidziana w programie ma ułatwić obywatelom korzystanie z mikropoświadczeń w celu zwiększania zawodowych kompetencji” – czytamy.

Eksperci zwrócili także uwagę, że na szczeblu UE przydatna byłaby regulacja zapewniająca pracownikom świadczącym telepracę prawo do bycia offline w określonych porach dnia, a tym samym ułatwiająca im zachowanie zdrowia psychicznego i równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym. Przypomnieli jednocześnie, że w styczniu PE przyjął sprawozdanie dotyczące prawa pracowników do bycia offline, apelując tym samym do Komisji Europejskiej o właściwą dyrektywę w tej sprawie. „Rozporządzenie w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy telepracowników może stać się konieczne. Konieczność śledzenia osób pracujących zdalnie w trakcie godzin pracy w celu ochrony interesów ekonomicznych pracodawcy wywołuje obawy etyczne. Na poziomie Unii prywatność pracowników chroni rozporządzenie o ochronie danych osobowych, tj. RODO, jednak w tej kwestii należy zrobić więcej na poziomie krajowych regulacji” – stwierdzili.

Prócz tego w analizie wskazano potrzebę włączania nowych grup pracowników do europejskich systemów zabezpieczenia społecznego. Pierwsze kroki w tym kierunku to – jak przypomniano – zalecenie Rady UE w kwestii dostępu pracowników i osób samozatrudnionych do ochrony socjalnej, a także dyrektywa PE ws. przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy. „Trzeba jednak rozszerzyć środki zabezpieczenia społecznego na pracowników wykonujących pracę w niestandardowych formach, np. osoby samozatrudnione, zatrudnione w niepełnym wymiarze czasu pracy i na czas określony. Należy także uwzględnić osoby poszukujące pracy pozostające w zatrudnieniu przerywanym. Można to osiągnąć poprzez oddzielne dyrektywy lub wytyczne dla poszczególnych grup pracowników” – dodano.

Wywrotki dla rolnictwa – duży wybór wśród produktów marki Wielton

Wieluński producent posiada w swoim portfolio produktowym aż 7 typów ram wywrotek dopasowanych do każdych warunków pracy o zróżnicowanej długości. To najszersza oferta dostępna na rynku. Wielton oferuje swoim klientom, między innymi, szeroki wybór super lekkich (SL) naczep samowyładowczych. Dodatkowo wdrożył w swoich produktach rozwiązania poprawiające stabilność konstrukcji ram podczas rozładunku w trudnych warunkach. Osiągnięte rezultaty poprawy bezpieczeństwa pojazdów potwierdziły przeprowadzone testy wywrotek SL.
Wywrotki dla rolnictwa 2

Naczepy dla wszystkich rodzajów branż

Niska masa własna połączona z solidną konstrukcją i wysoką jakością wykonania są w centrum zainteresowania klientów z sektora budowlanego, komunalnego i rolniczego. W odpowiedzi na ich potrzeby, spółka Wielton posiada w swoim szerokim portfolio produktowym aż 7 typów ram dopasowanych do każdych warunków pracy (SL, SL HD, GS, M1, M3, AF, AM), z których pięć jest dostępnych na rynku europejskim (SL, SL HD, GS, M1,M3), i o zróżnicowanym rozstawie osiowym mieszczącym się w zakresie 4800-8135 mm. Oferowane są między innymi standardowe ramy SL, ramy wzmocnione SL HD oraz ramy z obniżonym środkiem ciężkości typu gęsia szyja (GS). Wielton pod względem szerokości oferty wywrotek SL jest bezkonkurencyjny na rodzimym rynku.

W Wieltonie nieustannie monitorujemy trendy w branży oraz jesteśmy otwarci na potrzeby naszych klientów. Jesteśmy partnerem, który rozumie biznes transportowy, potrafi słuchać i dostarcza najlepsze rozwiązania, dopasowane do wymagań klientów. Ostatnio obserwowanym przez nas trendem jest nastawienie klientów na zwiększenie wydajności tonokilometra. Z tego powodu udoskonalamy naszą ofertę super lekkich wywrotek, które znajdują zastosowanie głównie w sektorze budowalnym. Niska masa własna przy jednoczesnym zachowaniu trwałej konstrukcji i komfortu użytkowania cechują nasze produkty, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Nasze wywrotki SL są wykorzystywane zwłaszcza do eksploatacji w trudnych warunkach. – powiedział Paweł Madziara, Head of Product Management Wielton S.A.

Jeszcze większe bezpieczeństwo i stabilność naczep

Bezpieczeństwo użytkowania produktów jest kluczowe dla wieluńskiego producenta. Z tego powodu marka Wielton wdrożyła w swoich super lekkich naczepach samowyładowczych rozwiązania poprawiające stabilność konstrukcji ram. Zmianie uległa konstrukcja ramy w jej tylnej części, przeprojektowano środniki belek głównych oraz węzeł tylny ramy. Wprowadzone zmiany zapobiegają nadmiernemu skręcaniu się ramy oraz bocznemu wychyleniu skrzyni. Wprowadzono także siłownik z czteropunktowym mocowaniem typu ShortCover jako wyposażenie standardowe w najdłuższych wywrotkach. Zastosowane rozwiązania poprawiają stabilność naczep i zwiększają bezpieczeństwo pracy kierowców.

Wysoka sztywność konstrukcji super lekkich wywrotek Wieltonu została potwierdzona w ramach przeprowadzonych badań w procesie rozwoju produktu. Testy referencyjnego pojazdu obejmowały analizy numeryczne Metodą Elementów Skończonych (MES) oraz analogiczne badania statyczne stabilności na stanowisku w instytucie badawczym OINBAS z wykorzystaniem pochylni. Badania zrealizowano pod kątem spełnienia rygorystycznych wymagań określonych przez Institute of Road Transport Engineers (IRTE) w ramach najwyższej kategorii A, dla stabilności pojazdów samowyładowczych. Wyniki przeprowadzonych badań potwierdzają spełnienie wymagań IRTE dla kąta przechyłu bocznego pojazdu wynoszącego 7 stopni, świadczących o najwyższej stabilności pojazdu.

Nieustanny rozwój, poprawa jakości i bezpieczeństwa produktów są dla nas priorytetem. Z tego powodu nieustannie udoskonalamy nasze pojazdy. W produktach marki Wielton postawiliśmy na sprawdzone rozwiązania i w efekcie zwiększyliśmy odporność na skręcenie wzdłużne ramy podczas bocznego przechyłu. Wyładunek w trudnym terenie jest jednym z najbardziej niebezpiecznych manewrów w pracy z wywrotkami. Dokładamy wszelkich starań, żeby zminimalizować ryzyko wywrotu pojazdu. Co więcej, wprowadzone zmiany i ich wpływ na poprawę bezpieczeństwa dokładnie badamy i analizujemy, aby mieć pewność, że osiągnęliśmy pożądane wyniki. – powiedział Łukasz Trzeciakiewicz, Product Manager Wielton S.A.

Wywrotki marki Wielton od lat spełniają wymagania najbardziej wymagających klientów działających w różnych gałęziach przemysłu. Stosowanie sprawdzonych rozwiązań oraz ciągłe dążenie do poprawy jakości i funkcjonalności pojazdów wieluńskiego producenta, sprawiają, że są one niezawodnym partnerem w biznesie.

Jak ustalić wysokość dodatku stażowego, gdy pracownik przedstawi dokumenty z opóźnieniem

Z dniem 18 stycznia zatrudniliśmy pracownika, który do 30 kwietnia br. przebywa na wypowiedzeniu w innej firmie. Pracownik ma powyżej 20 lat pracy. Doniósł świadectwo innego zakładu, w którym przepracował 12 lat. W jakiej wysokości należy udzielić mu dodatku za staż pracy, jeżeli świadectwo z ostatniego miejsca doniesie dopiero 30 kwietnia. Czy trzeba będzie nadpłacić zaległy procent dodatku?

W analizowanym przypadku, po udokumentowaniu przez zatrudnionego dodatkowego „stażu pracowniczego”, pracodawca będzie miał obowiązek wyrównania dodatku za wieloletnią pracę od początku zatrudnienia czyli od 18 stycznia 2021 r. (chyba, że dodatek był mu naliczany w maksymalnej wysokości wynoszącej 20%).

Dodatek stażowy pracownika samorządowego

Pracownikowi zatrudnionemu w tzw. „samorządzie” przysługuje m.in. dodatek za wieloletnią pracę. Aby go otrzymać trzeba legitymować się określonym stażem pracy, który wymaga odpowiedniego udokumentowania (np. świadectwami pracy).

W myśl art. 38 ust. 1 ustawy z 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych, dodatek za wieloletnią pracę:

  • przysługuje po 5 latach pracy w wysokości wynoszącej 5% miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego;
  • wzrasta o 1% za każdy dalszy rok pracy aż do osiągnięcia 20% miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego.

Późne dostarczenie świadectw dokumentujących staż

W praktyce zdarza się, że pracownik z opóźnieniem dostarcza pracodawcy w trakcie zatrudnienia dokumenty (np. świadectwa pracy), potwierdzające okresy, które winny być uwzględnione przy ustalaniu wysokości dodatku stażowego.

Część ekspertów uważa, że taki stan rzeczy sprawia, iż zatrudniony ma prawo do wyższego dodatku stażowego dopiero od momentu faktycznego udokumentowania swojego większego stażu pracy. Przeważający jest jednak pogląd odmienny, w myśl którego w przedstawionych okolicznościach zatrudniony zyskuje uprawnienie do otrzymania wyrównania za okres, który nie uległ jeszcze przedawnieniu, czyli za okres 3 lat od dnia, w którym roszczenie pracownika o wypłatę dodatku za długoletnią pracę stało się wymagalne (art. 291 § 1 Kodeksu pracy).

Słuszność takiego rozumowania potwierdza art. 38 ust. 1 i 5 ustawy o pracownikach samorządowych oraz § 7 rozporządzenia Rady Ministrów z 15 maja 2018 r. w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych. Z brzmienia przywołanych regulacji płynie wniosek, że dodatek stażowy na poziomie odpowiednim dla posiadanego stażu pracy przysługuje nie od chwili jego faktycznego udokumentowania, ale od momentu rzeczywistego osiągnięcia określonego stażu (potwierdzonego odpowiednimi dokumentami).

Podstawa prawna:

  • art. 38 ust. 1 i 5 ustawy z 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych (tekst jedn.: Dz.U. z 2019 r. poz. 1282),
  • art. 291 § 1 ustawy z 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (tekst jedn.: Dz.U. z 2020 r. poz. 1320),
  • § 7 rozporządzenia Rady Ministrów z 15 maja 2018 r. w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych (Dz.U. z 2018 r. poz. 936 ze zm.).

 

Mariusz Pigulski
specjalista w zakresie kadr i płac

Dynamiczne wagi a przetwórstwo rybne

Ważenie jest niezwykle szerokim pojęciem. Określenie to dotyczy czynności ustalenia masy produktów w sklepach, odczynników w laboratorium, czy tirów i wagonów na wielkogabarytowych wagach samochodowych i kolejowych.

Ważenie ma miejsce w procesach wytwórczych większości branż przemysłowych na świecie, służy do pomiaru produktów masowych, między innymi w przetwórstwie rybnym. Co więcej, nowoczesne wersje wag pozwalają dokonywać pomiaru bez konieczności przerywania procesu produkcyjnego, co ma wielkie znaczenie dla producentów. Są też bardzo dokładne, co również jest niezwykle istotne. Co warto o nich wiedzieć?

Teltek – producent wag dynamicznych

Teltek to szwedzka firma – jedna z najbardziej znanych i cenionych na rynku, jeśli chodzi o produkcję wag dynamicznych. Firma produkuje sprzęt, którego celem jest monitorowanie procesów zachodzących w przedsiębiorstwach związanych z branżą spożywczą – w tym branżą rybną. Cyfrowy przetwornik wagi firmy HBM, zastosowany w wagach dynamicznych, pozwala dokonywać niezwykle dokładnych pomiarów i to bez stopowania procesów produkcyjnych. Komponenty maszyn są tak zaprojektowane, by były niezawodne i łatwe w konserwacji – przemysł spożywczy jest bardzo wymagający. Wykorzystywane maszyny czy urządzeniach muszą brać pod uwagę szczególne trudne warunki produkcji – w tym wilgoć, niska temperatura czy duże prędkości produkcyjne.

Cyfrowe przetworniki wagi – zalety

Co może zyskać firma zajmująca się przetwórstwem ryb, dzięki wykorzystaniu w niej wag dynamicznych z cyfrowymi, zaawansowanymi przetwornikami wagi? Przede wszystkim towar dopasowany do wymagań klienta. Maszyny ważące to istotna część linii produkcyjnej, dlatego też ich sprawne działanie ma wielkie znaczenie na przykład dla zgodności wagi produktu z oznaczeniem masy na paczce. Wagi pozwalają na szybkie sortowanie i ważenie bez przestojów w produkcji – przestoje w produkcji to przecież duży problem i straty.

Wybór odpowiednich porcji jest wytypowany z możliwie najbliższej kombinacji ich wagi do docelowej masy przypadającej na jednostkowe opakowanie. Sześć cyfrowych przetworników wagi PW15AHi stanowi serce maszyny, a silnik pneumatyczny napędza przesuwającą się taśmę.

W większości produkowanych wag przez wspomnianą firmę Teltek używana jest kombinacja czujników analogowych i wewnętrznych filtrów, w omawianym natomiast przykładzie zastosowano cyfrowe przetworniki wagi. Otrzymano w ten sposób wagę, w której pewna ilość inteligencji wbudowana jest bezpośrednio w przetwornik, na przykład funkcje filtrowania sygnału.

Dostosowanie do trudnych warunków produkcji

Prócz najistotniejszej funkcji jaką jest ważenie, procesy przetwarzania i transportu również odgrywają kluczową rolę w całym procesie produkcyjnym. Przedstawiany przykład z przetwórstwa rybnego zwraca uwagę na fakt, iż mamy do czynienia z surowcem bardzo delikatnym i szybko psującym się.

Dlatego też niezawodność i łatwość konserwacji komponentów maszyn jest tu niezwykle istotna.

Dynamiczne czujniki wagi firmy HBM używane do ważenia ryb mają najwyższy poziom ochrony przed wilgocią – IP68. Oparte na tensometrii elektrooporowej systemy w przetwornikach wagi są bardzo wrażliwe na wilgoć, dlatego muszą być tak zaprojektowane by sprostać trudnym warunkom panującym w fabryce, maszyny są czyszczone kilka razy dziennie dużym ciśnieniem wody. Zastosowane czujniki PW15AHi zbudowane są ze stali kwasoodpornej i posiadają obudowę, która chroni elektronikę przed wilgocią i uszkodzeniami mechanicznymi.

Artykuł napisany we współpracy z firmą HBM.

Nowe prawo restrukturyzacyjne może się sprawdzić w warunkach postcovidowych

Działalność gospodarcza w dobie koronawirusa była sinusoidą dla bardzo skrajnych branż, spośród których część dynamicznie zarysowywała swoją obecność na rynku, jednak wiele sektorów notowało rekordowe spadki, często zderzając się z widmem upadłości. Pandemiczny dorobek prawny okazał się całkiem ciekawą alternatywą wobec dotychczasowych przepisów restrukturyzacyjnych, a nisze najbardziej narażone na lockdown mogły, chociaż w pewnym stopniu, skorzystać z narzędzi pomocowych. Czy istnieje jednak szansa, aby ostatnie przepisy zagościły na dłuższą metę w krajowym prawodawstwie?

Gospodarka i branże w cieniu covidu

Jeszcze w początkowych etapach rozprzestrzeniania się covidu analitycy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowali pierwsze prognozy dotyczące rzutowania pandemii na gospodarkę. Według raportu Interim Economic Outlook dynamika rozwoju w skali globalnej miała zwolnić o 2,4 proc. w 2020 roku, a wskaźniki za 1. kwartał poprzedniego sezonu miał być wręcz ujemny. Na rok 2021 z kolei przewidywano wzrosty rzędu 3,25 proc., co byłoby możliwe dzięki branżom “odpornym” na covid.

Te z kolei swoją działalność oparły na świecie cyfrowym, dlatego też nie dziwi dynamiczny rozwój sektora e-commerce, e-grocery, czy usług związanych z pracą zdalną. Z drugiej zaś strony należy pamiętać o rynkowym przetasowaniu, spowodowanym przez obostrzenia sanitarne. Na lockdownie najbardziej ucierpiała branża eventowa, sektor kultury oraz gastronomia. Cenną perspektywę dostarcza również struktura postępowań restrukturyzacyjnych, która dzięki analizom MGW CCG pokazała niejako “ukryte” sektory, zwalniające w świetle pandemicznych trendów.

Takim przykładem jest, chociażby branża handlowa, która tylko w III kwartale 2020 roku zajęła czołowe miejsce w kategorii otwartych postępowań restrukturyzacyjnych. Raport MGW wskazuje na bardzo wyraźną zależność między rozwojem e-commerce a ograniczonym polem manewru tradycyjnych spółek handlowych, które znacząco gasły w cieniu sklepów internetowych i decydowały się na postępowania restrukturyzacyjne. W tym kontekście game-changerem miały być tzw. przepisy covidowe.

Fala przepisów a decyzje spółek

W obliczu pandemii oraz potencjalnej recesji krajowa legislatura zaczęła masowo publikować nowe przepisy regulujące działalność gospodarczą. Według wyliczeń ekspertów z Open Eyes Economy Summit tylko w II kwartale 2020 roku uchwalono 339 stron specustawy, której zapisy miały chronić m.in. biznes i miejsca pracy. Ponadto, sam dokument doczekał się 188 rozporządzeń, a więc kolejnych 420 stron przepisów. W III kwartale w krajowym prawodawstwie pojawiło się 999 stron aktów wyjaśniających. Jak dynamiczne zmiany prawne wpłynęły na działanie przedsiębiorców?

Nowy krajobraz prawny w pewien sposób wymusił na spółkach szybką adaptację do nowych przepisów. W skali mikrozarządzania spora część firm zdała sobie sprawę wręcz z pozytywnego wpływu tak nieoczywistych warunków na proces aplikowania modyfikacji w relatywnie krótkim czasie. Co więcej, branże, które decydowały się na restrukturyzację, mogły skorzystać z narzędzi, mających potencjał do dalszego rozwoju w krajowym porządku prawnym. Jednym z najciekawszych rozwiązań było “Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu”.

Według raportu „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” analityków z MGW CCG, tzw. UPOZU cieszyło się znaczącym zainteresowaniem szczególnie wśród przedsiębiorców segmentu MŚP. Ponadto, procedura była dominującym rozwiązaniem w skali wszystkich postępowań, ponieważ w IV kwartale 2020 roku stanowiła aż 80 proc. struktury. W całym zaś 2020 roku otwarto 385 uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu, z czego aż 204, czyli prawie 53 proc. to postępowania otwarte przez osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą.

Czas na przedłużenie UPOZU?

Do głównych zalet uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu respondenci zaliczali m.in. niskie koszty, nieskomplikowaną procedurę oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres 4 miesięcy bez udziału sądu. Przepis obowiązuje na mocy obecnej ustawy jedynie do dnia 30 czerwca 2021 roku. Można się zatem zastanawiać czy po tej dacie będzie jego funkcjonowanie wydłużone czy też ta forma restrukturyzacji zniknie z polskiego porządku prawnego co byłoby ogromną stratą, zważywszy na inne, często odbiegające od ideału rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych.

Problemem istotnej części pozostałych instrumentów pomocowych (w tym tzw. tarcz antykryzysowych) był m.in. chaos prawny, wewnętrzne sprzeczności płynące z formułowanych przepisów, szum informacyjny, niedoprecyzowania, nadmierne ograniczenie grup do których adresowane były poszczególne działania oraz nierzadko sprzeczne sygnały dla samych przedsiębiorców. W tych kategoriach UPOZU sprawdza się co najmniej sprawnie i niejako zachęca do racjonalnego zarządzania własnymi szansami jako przedsiębiorstwa. Szczególnie mechanizm otwierania postępowania i zapewnienia tym samym ochrony dłużnika jest krokiem w dobrą stronę ze względu na przeciążenia sądów restrukturyzacyjnych co skutkowało bardzo długim okresem rozpatrywania wniosków w pozostałych postępowaniach restrukturyzacyjnych.

Ten tryb otwierania postępowań zachęcał również przedsiębiorców do podjęcia decyzji o wejściu na ścieżkę restrukturyzacyjną. Wśród przedsiębiorców pokutuje bowiem ciągle obawa przed rozpoczynaniem procedur w które zaangażowany jest sąd, głównie z uwagi na skojarzenia co do przewlekłości takich postępowań, ale również reakcją wierzycieli.

Szansa na ułatwienia

Dla gospodarki natomiast ważnym jest rozwój narzędzi walki z nadmiernym zadłużeniem i niewypłacalnością. Im szybciej bowiem i sprawniej będziemy w stanie reagować na pojawiające się problemy z zadłużeniem, tym mniej negatywnych skutków będziemy doświadczać. Idea świadomej walki z niewypłacalnością powinna być priorytetem krajowej kultury biznesowej, czemu już dała fundamenty struktura prawna UPOZU.

Dobrą informacją zatem jest fakt procedowania projektu ustawy, która ma wprowadzać dorobek i doświadczenie UPOZU na stałe do polskiego porządku prawnego. Obecny kształt projektu daje nadzieję, że w niedługim czasie prawo restrukturyzacyjne będzie znacząco zmodyfikowane i to w kierunku który z punktu widzenia walki z niewypłacalnością jest pożądany. Trudno jednakże przesądzić ostatecznie jaki będzie finalny kształt ustawy i kiedy wejdzie ona w życie. Większość aktywnych uczestników tego rynku ma nadzieję na jej przyjęcie w perspektywie II bądź III kwartału br.

Know-how polskich przedsiębiorców może wymiernie zyskać na doświadczeniach covidowych pod warunkiem realnego wsparcia ze strony ustawodawcy. Dorobek prawny pandemii (bo o pewnym dorobku per se już można mówić) jest w stanie zmienić zasady gry na krajowej scenie biznesowej, a potencjał rozwiązań takich jak UPOZU mógłby w znacznym stopniu ułatwić życie wszystkim działalnościom — począwszy od jednoosobowych firm, a na dużych spółkach skończywszy. Tymczasem jednak warto trzymać się terminów, ponieważ szczególnie MŚP mają coraz mniej czasu na skorzystanie ze skutecznych narzędzi restrukturyzacyjnych.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

Cambridge University Press z Future Processing zmienia sposób, w jaki się uczymy

Cambridge University Press to wydawnictwo akademickie Uniwersytetu Cambridge, jednej z czołowych na świecie instytucji badawczych i edukacyjnych. Jest najstarszym nieprzerwanie wydawnictwem na świecie. Jego misją jest jak najszersze udostępnianie wiedzy w skali całego świata. Każdego roku publikuje ponad 2,5 tys. książek, które dystrybuowane są w ponad 200 krajach. Z kolei Cambridge Journals wydaje ponad 250 recenzowanych czasopism naukowych z różnych dyscyplin. Wiele z tych wydawnictw to wiodące publikacje akademickie w swoich dziedzinach naukowych. Zasoby Cambridge University Press tworzą jeden z najcenniejszych i najbardziej wszechstronnych zbiorów naukowych, dostępnych dla odbiorców z całego świata.

Jednym z głównych celów przyświecających działalności Wydawnictwa jest pomoc naukowcom z całego świata w wykorzystywaniu ich badawczego potencjału. Aby sprostać zmieniającym się potrzebom odbiorców, Cambridge University Press inwestuje w rozwój produktów i usług cyfrowych oraz w nowe, innowacyjne rozwiązania edukacyjne i badawcze.

Wspieranie cyfrowych innowacji

W styczniu 2020 roku Cambridge University Press wybrało polską firmę Future Processing zajmującą się rozwojem oprogramowania (software development) jako swojego partnera w zakresie zwiększania możliwości uniwersyteckiego zespołu technologicznego. W ciągu roku zespół Future Processing, który dedykowany jest angielskiemu wydawnictwu, zwiększył się z 6 do 15 inżynierów. W ramach dotychczasowej współpracy pomogli oni rozszerzyć możliwości Wydawnictwa w rozwoju zaawansowanego oprogramowania i opracowywania ulepszonych produktów cyfrowych.

Współpraca rozpoczęła się od rozszerzenia możliwości Cambridge Core – platformy umożliwiającej publikowanie książek naukowych i czasopism wydawanych przez Wydawnictwo. Zespół inżynierów nadal wspiera i rozwija procesy w ramach platformy, a także pomaga w jej kodowaniu. Wspólnym celem jest zapewnienie pełnej responsywności, stabilności i intuicyjności narzędzia oraz jak największego komfortu jego użytkowników.

Kolejnym obszarem współpracy jest uruchomiona niedawno przez CUP platforma Cambridge Open Engage. To narzędzie zapewniające naukowcom przestrzeń do publikowania materiałów (open content) dotyczących badań znajdujących się na wczesnym etapie realizacji. Przy jej opracowaniu Cambridge University Press współpracowało z wyspecjalizowanym w zakresie rozwoju oprogramowania zespołem doradców Future Processing, a także konsultowało projekt z naukowcami. W efekcie otrzymano produkt rozszerzający technologię stojącą za Cambridge Core w odniesieniu do publikowania wyników badań naukowych w ich wczesnej fazie. Charakterystyczny dla platformy jest fakt, że cała jej zawartość jest otwarta. Umieszczanie materiałów i zapoznawanie się ze znajdującymi się na niej treściami jest bezpłatne zarówno dla autora, jak i czytelników.

Relacje partnerskie na lata

Nowe produkty i usługi są podstawą umiejętności sprostania przez Cambridge University Press zmieniającym się potrzebom odbiorców i adaptacji do szybko zmieniającego się cyfrowego świata. Ścisła współpraca z Future Processing pozwoliła Wydawnictwu na urzeczywistnienie nowych pomysłów. Między innymi w postaci stworzenia i ulepszania platform, które realizując misję CUP, są jednocześnie dostosowane do zmieniających się wymagań klientów. Współpraca z polską firmą związana była z możliwością korzystania ze specjalistycznej wiedzy i umiejętności inżynierów zaangażowanych w kolejne projekty dla Wydawnictwa. Future Processing pomogło Cambridge University Press także w optymalnym wykorzystaniu procesów towarzyszących tworzeniu zaawansowanego oprogramowania i ulepszonych wyszukiwarek.

– Współpraca z grupą specjalistów Future Processing była dla nas wspaniałym doświadczeniem. Świetnie zintegrowali się z naszymi zespołami i odegrali dużą rolę w terminowym dostarczeniu naszych kluczowych produktów. Czekamy na zacieśnienie relacji w 2021 roku i dalszą współpracę, która pozwoli nam przygotować dla naszych klientów nowe, jeszcze lepsze produkty – podsumowuje Carolyn Robson, Technology Director for the Press’s Academic publishing group, Cambridge University Press.

Zarówno dla polskiej spółki, jak i angielskiego Wydawnictwa, ogromne znaczenie ma budowanie długoterminowego i dobrze zintegrowanego partnerstwa. W najbliższej przyszłości Future Processing będzie zapewniać Cambridge University Press stałe wsparcie oraz dbać o utrzymanie oprogramowania dla istniejących aplikacji. Wspólnym celem obu partnerów jest stała aktualizacja platform i utrzymanie ich dostępności dla klientów. Poprzez świadczenie przez FP usług eksperckiego doradztwa, CUP będzie miał dostęp do wiedzy o trendach technologicznych, stanowiącą fundament do podejmowania decyzji dotyczących rozwoju oprogramowania.

O danych z USA i bananie

Wczoraj odczyt z USA wskazujący na wzrost liczby osób zgłaszających się po zasiłek dla bezrobotnych we wstępnej reakcji przyniósł umocnienie dolara, wzrost rentowności obligacji skarbowych i spadki kontraktu na S&P500. Podobna reakcja miała miejsce dzień wcześniej… po zaskakująco dobrych danych o sprzedaży detalicznej. Złe czy dobre dane – reakcja taka sama. O co chodzi?

W przypadku sprzedaży detalicznej interpretacja wydawałaby się prosta. W obliczu skoku rentowności obligacji skarbowych dzień wcześniej silny wzrost sprzedaży detalicznej wzmacniał argumentację, że wsparte konsumpcją ożywienie gospodarcze będzie wywierać presję na wzrost cen, na co Fed będzie zmuszony odpowiedzieć odejściem od ultra-łagodnej polityki monetarnej. W rezultacie rynek długu musi wyceniać wcześniejszy start podwyżek stóp procentowych, co ma pozytywny wpływ na dolara, ale przykręcenie kurka z pieniędzmi zaszkodzi hossie na Wall Street. Ale 24 godziny później sprawy się skomplikowały, gdyż wzrost liczby bezrobotnych świadczy o wyzwaniach, jakie stoją przed gospodarką odbijającą po pandemii. Przedłużający się okres pozostawania dużej liczby Amerykanów bez pracy oznacza gorsze perspektywy gospodarcze, więc jest to negatywny sygnał dla giełdy. Pomoc fiskalna jest bardziej potrzebna, co oznacza wzrost zadłużenia USA i wyższą premię za ryzyko na obligacjach skarbowych USA (wzrost rentowności). Dolar podążał za wzrostem awersji do ryzyka na Wall Street i wyższymi rentownościami. Jedną i drugą reakcję aktywów da się wytłumaczyć, jeśli się ją potraktuje w oderwaniu od pozostałych czynników. Czy lepsze wyniki sprzedaży detalicznej nie oznaczają poprawy perspektyw zysków spółek z Wall Street? Czy słabsze dane z rynku pracy nie oznaczają, że Fed nie będzie spieszył się z normalizacją polityki, w efekcie rentowności i dolar powinny zniżkować? Albo może wzrost liczby wniosków o zasiłek skłoni Kongres do uchwalenia hojniejszego pakietu fiskalnego i paradoksalnie złe dane to dobra wiadomość?

Łatwo jest dopasowywać wytłumaczenie po fakcie, ale nie zawsze droga na skróty jest tą najlepszą, a ostatnie dni obnażają błędy takiego rozumowania. W tym miejscu zwróciłbym uwagę, że od czasu środowej publikacji danych o sprzedaży detalicznej futures na S&P500 jest niżej o 0,6 proc., rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadła o niecałe 2 pb, a indeks dolarowy DXY obniżył się o 0,4 proc. I nie chodzi mi tutaj o skumulowaną zmianę cen, ale skalę tych zmian. A ta jest niewielka, wręcz do zignorowania. W ciągu ostatnich 48 godzin w przypadku wszystkich trzech aktywów wystąpiło kilka ruchów cenowych przeciwnych do tego, co występowało kilka godzin wcześniej. Wniosek z tego jest taki, że aktualnie inwestorzy nie mają silnego przekonania co do kierunku. We wtorek wystraszyli się skoku rentowności i poszli w bezrefleksyjny ciąg przyczynowo-skutkowy, że wzrost rentowności musi oznaczać spadki indeksów. Dane z ostatnich dni bardziej stały się pretekstem, by wytłumaczyć zmiany cen w danym momencie niż były faktycznym katalizatorem.

Odnoszę wrażenie, że inwestorzy obecnie są jak 2-letnie dziecko, któremu chcemy podać banana. Nieważne, w jakiej postaci jadło tego banana poprzednim razem (w skórce czy bez skórki, w całości czy pokrojonego), nie mamy żadnej gwarancji, że dziś podając mu w ten sam sposób wszystko nie zakończy się histerią, bo zrobiliśmy to źle. Mamy trudny okres dla rynków, gdzie wstępna szczepionkowa euforia minęła i choć kres pandemii oraz odbicie gospodarcze jest przed nami, nie ma pewności co do jego skali, tempa i liniowości. Napływające na rynek informacje mają znaczenie lub nie, a wszystko zależy jakie aktualnie panują nastroje. Istotne jest, aby starać się wyjrzeć poza krótkoterminowe fluktuacje i nie stracić z pola widzenia końcowego celu. USA są na ścieżce ożywienia, które będzie potrzebować wsparcia fiskalnego i monetarnego jeszcze przez wiele miesięcy i kwartałów. To implikuje dalsze wzrosty indeksów i słabego dolara, niezależnie co mogłyby sugerować wzrosty rentowności. Banan w każdej postaci to wciąż ten sam banan.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kto nie płaci CIT-u, czyli o obchodzeniu podatku dochodowego

Podatek CIT, czyli podatek dochodowy nałożony na spółki i grupy kapitałowe, to jeden z najbardziej obchodzonych podatków w Polsce. Jego konstrukcja pozwala na liczne manewry, które minimalizują konieczność oddania państwu odpowiedniego procentu od przychodów. Jednym ze sposobów omijania CIT-u jest zaliczanie do kosztów uzyskania przychodu różnego rodzaju wydatków, które nie mają charakteru inwestycyjnego. Są to na przykład opłaty licencyjne, odsetki albo usługi służące do transferowania zysków za granicę. Takie praktyki prowadzą do tego, że państwo Polskie od lat traci miliardy złotych, które nie trafiają do skarbu państwa z podatku CIT. 

– To, czy dany podmiot płaci ten podatek w Polsce, jest miarą jego etyki podatkowej bądź patriotyzmu gospodarczego. W praktyce zdarzają się więc rynki, na których podmioty o bardzo porównywalnych, ogromnych obrotach wykazują bardzo różne wyniki, będące podstawą opodatkowania – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o. – Dwoma sektorami, na przykładzie których świetnie widać problem unikania CIT-u, jest sektor handlowy i tytoniowy. Niektóre podmioty działające w branży handlowej płacą podatek CIT w kwotach kilkuset milionów złotych w skali roku. Inne zaś nie płacą go w ogóle. W sektorze tytoniowym dzieje się podobnie. Jeden podmiot od wielu lat płaci wysokie podatki, a cała reszta branży praktycznie nie odprowadza CIT-u – podkreśla Rutkowski.

Próg opłacalności na rynku biurowym

Jak rynek biurowy odczuwa skutki pandemii? Czy bardziej ucierpiały rynki regionalne czy Warszawa?

Ze względu na pandemię miniony rok charakteryzował się dużą dozą nieprzewidywalności. Wiązało się to z licznymi wyzwaniami ze strony najemców i wynajmujących. Sytuacja wymagała od najemców szybkich decyzji m.in. dotyczących przejścia w tryb pracy zdalnej. Wynajmujący natomiast musieli odpowiednio zadbać o bezpieczeństwo w biurowcach i zmienić strategie wynajmu. Inwestorzy z kolei zostali zmuszeni do ponownego przeanalizowania rentowności projektów i podjęcia decyzji o tempie wprowadzania na rynek nowych inwestycji. Mogliśmy obserwować zachowawczą postawę, zarówno wynajmujących, deweloperów, jak i najemców, co przełożyło się na spowolnienie na rynku biurowym.

W 2020 roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych było około 15 proc. niższe w porównaniu do roku 2019. Współczynnik pustostanów w regionach wzrósł średnio o 3,2 p.p., a wolumen powierzchni biurowych w budowie jest obecnie najniższy od 5 lat. W Warszawie zeszłoroczne wyniki zamknęły się 30 proc. spadkiem popytu na biura, a współczynnik pustostanów na rynku warszawskim wzrósł o 2,2 p.p.

Czy firmy podejmują już działania odnośnie reorganizacji zajmowanych powierzchni biurowych?

Wiele firm planowało powrót do biura jesienią 2020 roku, co niestety okazało się możliwe. Teraz decyzje odkładane są na połowę tego roku. Myślę, że właśnie teraz jest dobry czas na weryfikację zapotrzebowania na powierzchnię w nowej formule pracy w erze postcovidowej. Wielu naszych klientów zdecydowało się na rozpoczęcie dyskusji wewnątrz organizacji na temat kształtu nowego biura i jego nowej aranżacji z podziałem na funkcje. Wsparciem dla firm w takich rozmowach są analizy z zakresu workplace solutions, które opracowujemy.

Z naszych obserwacji wynika, że praca zdalna w określonym wymiarze zagości na stałe w zdecydowanej większości firm. Najbardziej trafną prognozą na tę chwilę wydaje się opcja łącząca pracę z domu i z biura czyli tzw. hybryda. Najprawdopodobniej w wielu firmach sprawdzi się tryb z 1- 2 dniami pracy z domu w cyklu tygodniowym lub dłuższym okresie, co wywoła wzmożoną rotację pracowników w biurach.

Jakie zapytania o powierzchnie biurowe spływają teraz od firm?

Z początkiem 2021 roku mogliśmy obserwować zdecydowane ożywienie na rynku. Wiele wstrzymanych procesów zostało uruchomionych ponownie, a klienci rozpoczęli rozmowy dotyczące, zarówno przeprowadzek, jak i przedłużania obecnych kontraktów.

Widocznym zjawiskiem jest też bardzo duża liczba podnajmów, natomiast tego typu oferty wiążą się zazwyczaj z najmem powierzchni, która nie całkiem dopasowana jest do potrzeb firm. Stanowią natomiast świetne rozwiązanie w sytuacji, gdy występuje zapotrzebowanie na krótkoterminowe uelastycznienie najmu.

W jakiś sposób firmy optymalizują koszty wynajmu?

Firmy optymalizują koszty najmu na kilka sposobów. Od dawna początek roku jest idealnym momentem na weryfikację ponoszonych opłat eksploatacyjnych, czyli kosztów funkcjonowania obiektów, w których wynajmowane są powierzchnie. Większość rozliczeń prowadzonych jest w formule „open book”. Tym samym, najemcy przy wsparciu specjalistów z firm doradczych mogą zweryfikować koszty ponoszone w tym zakresie w porównaniu ze standardami rynkowymi.

Druga, najbardziej popularna w tej chwili opcja optymalizacji kosztów to podnajem niewykorzystanej powierzchni biurowej. Ilość tego typu ofert jest na rynku w ostatnim okresie bardzo duża, co nie wpłynęła jednak znacząco na rynek regularnego najmu. Ważnym aspektem jest tu cena. Podnajmy oferowane są zazwyczaj na warunkach zbliżonych do cen rynkowych, a „okazje” należą do zdecydowanej mniejszości.

Ile z podpisywanych teraz umów to podnajmy?

Muszę przyznać, że trudno pokusić się o taką statystykę. W przypadku naszych klientów podnajem stanowi kilka procent wśród podpisywanych umów. Nie zmienia to faktu, że ofert tego typu jest na rynku w ostatnim okresie ogromnie dużo. Tylko w Warszawie podnajmy obejmowały w minionym roku ponad 130 000 mkw. powierzchni biurowej.

Jeżeli chodzi o strukturę zawieranych kontraktów, w ostatnim czasie zdecydowanie zyskały na znaczeniu przedłużenia, tj. renegocjacje umów najmu. Było to blisko 40 proc. przypadków. Często podpisywane są wtedy krótsze umowy, na 2-3 lata, co pozwala firmom zyskać więcej czasu do zastanowienia się nad docelowym kierunkiem działania.

Czy zmieniły się ceny wynajmu biur? Gdzie?

Stawki wywoławcze dotyczące najmu powierzchni biurowej co do zasady pozostają na zbliżonym poziomie, jak przed pandemią. Uelastycznianie się postawy wynajmujących dostrzegamy w momencie, kiedy proces negocjacji wchodzi w fazę zaawansowaną. I tutaj tak naprawdę nie ma już reguły, każdy przypadek jest indywidualny. Zależy to także od rodzaju obiektu. Od tego, czy na przykład negocjacje dotyczą starszych obiektów, których właściciele próbują zachować to samo portfolio najemców. Czy chodzi o podnajem? Czy mówimy o deweloperze, który poszukuje finansowania dla realizowanych obiektów i idzie na ustępstwa, proponując najemcom dodatkowe zwolnienia z opłat czynszowych lub znacznie wyższy niż jeszcze kilka miesięcy temu budżet na aranżację powierzchni. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swój „próg opłacalności” i wyczuć odpowiedni moment w negocjacjach.

Na stawki najmu w nadchodzących miesiącach może mieć też coraz większy wpływ widoczny wyraźnie spadek nowej podaży biurowej związany z przesuwaniem przez deweloperów terminów budowy nowych projektów.

Czy firmy poszukują okazji?

Jedne z okazyjnych ofert wiążą się z podnajmami. W niektórych, atrakcyjnych obiektach, które od lat były w pełni wynajęte, pojawiła się teraz możliwość wynajęcia powierzchni. Dotyczy to na przykład warszawskich biurowców usytuowanych przy trasie pierwszej linii metra, czy obiektów położonych przy Dworcu Głównym w Krakowie i we Wrocławiu.

Ponadto, na duże ustępstwa idą deweloperzy poszukujący finansowania dla swoich projektów we wczesnej fazie realizacji. Dla właścicieli decydujące znaczenie ma wtedy pozyskanie odpowiedniej ilości umów najmu na początku budowy inwestycji, co w klarowny sposób przekłada się na zwiększone zachęty dla najemców. Po określeniu tylko zapotrzebowania na powierzchnię, bez doprecyzowania jej aranżacji firmy mogą zyskać bardzo korzystniejsze warunki najmu.

Jakie nastroje i zjawiska rynkowe można zaobserwować?

Nadal wszyscy uczestnicy rynku oczekują na rozwój sytuacji, ale teraz ze zdecydowanym poczuciem nadejścia „odwilży”, która po części już zastąpiła i ma szansę przybrać na sile w kwietniu i maju tego roku.

Branża szykuje się do nowej, post pandemicznej rzeczywistości, która będzie inna, ale nie koniecznie gorsza. Wszyscy mamy świadomość uelastycznienia się sposobu świadczenia pracy, natomiast większość organizacji jasno podkreśla, że biura będą wciąż bardzo istotnym aspektem ich funkcjonowania. Szczególnie w kontekście podniesienia efektywności pracy, biorąc pod uwagę obecne zmęczenie pracowników i narastającą chęć odbudowy relacji społecznych.

Pozytywnym objawem jest też wzmożone zainteresowanie naszym rynkiem biurowym ze strony nowych inwestorów, co w ostatnich miesiącach naprawdę wyraźnie widać.

Autor: Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz

Słabe dane z Polski, dobre ze strefy euro

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy zarówno słabsze dane z kraju, jak i lepsze ze strefy euro, czyli naszego głównego partnera handlowego. W rezultacie mamy dwa silne sprzeczne bodźce dla notowań złotego.

Więcej bezrobotnych za oceanem

Drugi tydzień z rzędu widzimy wzrost liczby nowozarejestrowanych bezrobotnych w USA. Jest to o tyle dziwne, że wzrost jest istotny, a większość prognoz wskazywała na to, że liczba rejestrujących się bezrobotnych po gwałtownym wybiciu na początku pandemii będzie stopniowo spadać i wracać w okolice poziomów sprzed pandemii. Pamiętajmy, że stopa bezrobocia spadła już do 6,3%, co wskazuje na to, że proporcjonalnie do wyników sprzed pandemii liczba wniosków jest nieproporcjonalnie wyższa. Słabsze dane przekładają się również na rynek walutowy, gdzie po raz kolejny obserwujemy słabszą dyspozycję dolara względem głównych walut.

Sprzedaż w Polsce

Po wczorajszych danych o produkcji przemysłowej w Polsce przyszedł czas na sprzedaż detaliczną. Ta z kolei wypada słabiej od oczekiwań. W ciągu roku spadła ona o 6%, podczas gdy oczekiwano wyniku o jeden punkt procentowy lepszego. Gorzej wypadła też produkcja budowlano-montażowa, która w ciągu roku spadła aż o 10%. Nie są to dane, które odbiegają od tego, co dzieje się w innych państwach, ale jest to pewien wyłom w serii ostatnich odczytów, które wyprzedzały oczekiwania. Zmiana ta na razie nie przyniosła istotnych zmian w kursie EURPLN.

Lepsze dane z Europy

W tym samym czasie co dane z Polski poznaliśmy wstępne dane ze strefy euro o indeksach PMI. Indeks dla przemysłu jest na bardzo wysokim poziomie 57,7 pkt, czyli aż o 3,4 pkt powyżej oczekiwań. Słabiej z kolei wypadł indeks dla usług. Rynki jednak jako ważniejszy uważają PMI przemysłowy stąd pozytywna reakcja. To właśnie dobre dane z Europy zamortyzowały złotemu negatywny wpływ krajowych danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Coraz więcej miast zwalnia restauratorów z opłat za alkohol. W kieszeni wrocławskich przedsiębiorców zostanie ok. 2 mln zł

Gastronomia jest jedną z branż, w które najbardziej uderzył lockdown i zamrożenie działalności związane z przeciwdziałaniem COVID-19. Restauracje i inne lokale mogą sprzedawać tylko na wynos i na razie nie ma mowy o możliwym terminie ponownego otwarcia. Dlatego coraz więcej miast – na mocy nowych przepisów – zwalnia przedsiębiorców z opłaty koncesyjnej za alkohol. Uchwały w tej sprawie przyjęto wczoraj w Warszawie i Wrocławiu. Urzędnicy w stolicy Dolnego Śląska szacują, że z ulgi tej skorzysta około tysiąca podmiotów z branży gastronomicznej. Wcześniej zwolniono wrocławskich restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki.

Uchwała zwalniająca wrocławskich restauratorów z majowej transzy tzw. korkowego została przygotowana przez Klub Radnych Forum Jacka Sutryka, prezydenta miasta, i przyjęta jednogłośnie na sesji rady miasta 18 lutego.

 Miejscy radni przegłosowali uchwałę, w myśl której przedsiębiorcy prowadzący m.in. lokale gastronomiczne, bary i puby będą zwolnieni z drugiej, majowej transzy tzw. korkowego, czyli koncesji za sprzedaż alkoholu. Co ważne, tym przedsiębiorcom, którzy z góry zapłacili za cały rok, zostanie zwrócona 1/3 tej opłaty. To realna pomoc, ponieważ z tego zwolnienia skorzysta około tysiąca wrocławskich przedsiębiorców, którzy dzięki podjętej właśnie uchwale zaoszczędzą ok. 2 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Obłoza z Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Opłaty koncesyjne są regulowane ustawowo. Dopiero pod koniec stycznia rząd umożliwił miastom i gminom odroczenie albo całkowite zwolnienie z nich przedsiębiorców. Restauratorzy musieli jednak do 31 stycznia złożyć oświadczenia o wysokości sprzedaży alkoholu i opłacić pierwszą transzę tzw. korkowego. Na mocy uchwały przyjętych przez radnych Wrocławia z drugiej, majowej transzy będą już zwolnieni – opłata po prostu nie zostanie nałożona. W przypadku, gdy przedsiębiorcy zapłacili za cały rok z góry, będą musieli wypełnić wniosek, który jest załącznikiem do uchwały, i złożyć go w Wydziale Zdrowia i Spraw Społecznych.

Warto jednak zaznaczyć, że po przegłosowaniu uchwały  trafia ona jeszcze do oceny wojewody dolnośląskiego. Może on bowiem uchylać uchwały. Jeśli więc dokument przejdzie przez wszystkie procedury, wnioski będzie można składać najpewniej od przełomu marca i kwietnia – wskazuje Marcin Obłoza. – Z tego rozwiązania może skorzystać każdy podmiot z branży gastronomicznej, to tylko kwestia kontaktu z urzędem miejskim.

Jak wskazuje, wrocławscy restauratorzy nie będą musieli płacić drugiej transzy tzw. korkowego, nawet jeżeli rząd zniesie obowiązujące w tej chwili obostrzenia, a lokale będą mogły wznowić działalność.

 Uchwała przewiduje, że ta pomoc zostanie zapewniona, więc w każdym możliwym scenariuszu przedsiębiorcy zostaną zwolnieni z tej drugiej transzy – zapewnia przedstawiciel miejskiego urzędu.

Wrocław już na początku epidemii, jako jedno z pierwszych miast, uruchomił pakiet pomocowy, czyli cały szereg zwolnień i odroczeń różnego rodzaju płatności, z których mogą korzystać lokalni przedsiębiorcy.

– Pomoc miasta rozpoczęła się wraz z rozpoczęciem stanu epidemii, czyli w okolicach marca zeszłego roku. Wtedy Wrocław wprowadził np. zwolnienie przedsiębiorców z podatku od nieruchomości. Warunek jest jeden: trzeba złożyć deklarację lub korektę deklaracji podatkowej i co miesiąc składać proste oświadczenie o niezdolności do regulowania zobowiązań. Za cały poprzedni rok ta kwota zwolnień z podatku od nieruchomości wyniosła już około 17 mln zł – mówi Marcin Obłoza.

Na zwolnienia z podatku od nieruchomości Wrocław zarezerwował w budżecie łącznie 50 mln zł. Na styczniowej sesji rada miasta przedłużyła obowiązywanie tej formy pomocy dla przedsiębiorców do połowy 2021 roku.

Kolejnym elementem Wrocławskiego Pakietu Pomocowego dla przedsiębiorców są też m.in. ulgi w czynszach za lokale użytkowe należące do zasobu miasta.

 Mówimy o lokalach, które są w zasobie Zarządu Zasobu Komunalnego i Wrocławskich Mieszkań. W tym przypadku można ubiegać się o obniżenie czynszu nawet do 80 proc. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i z naszych informacji wynika, że zainteresowanie jest bardzo duże – mówi przedstawiciel Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia. – To też kontynuacja pomocy z zeszłego roku, kiedy miasto zaproponowało czynsz za złotówkę i przedsiębiorcy, którzy mają swoje lokale w zasobie miejskim, mogli się o nią ubiegać. W ubiegłym roku z tytułu czynszu za złotówkę miasto udzieliło firmom pomocy na kwotę ponad 4 mln zł.

Jedną z wcześniejszych form pomocy udzielonych branży gastronomicznej we Wrocławiu było też zwolnienie restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki gastronomiczne. W sumie z różnorakiej pomocy finansowej przewidzianej we Wrocławskim Pakiecie Pomocowym do tej pory skorzystało ok. 2 tys. tamtejszych firm, a łączna kwota udzielonego wsparcia przekroczyła 20 mln zł.

Farmaceuci pomogą służbie zdrowia poradzić sobie z długiem zdrowotnym po pandemii. To może być przełomowy rok dla ich działalności

Odsetek osób po 65. roku życia wśród czynnych zawodowo lekarzy wynosi ok. 20 proc. – Jesteśmy pod tym względem na niechlubnym trzecim miejscu w Europie – mówi Jarosław Frąckowiak z PEX PharmaSequence. Pod względem liczby lekarzy i pielęgniarek też nie wypadamy najlepiej, a statystyki z roku na rok są coraz bardziej niepokojące. Receptą na niedobór lekarzy w opiece zdrowotnej może być większe wykorzystanie potencjału farmaceutów. Będzie to możliwe dzięki nowej ustawie o zawodzie farmaceuty, która wejdzie w życie w kwietniu br. Jak ocenia ekspert, rozwój opieki farmaceutycznej pomoże polskiej służbie zdrowia radzić sobie z takimi problemami jak dług zdrowotny, który narasta podczas pandemii, czy starzejące się społeczeństwo.

Ten rok może okazać się przełomowy dla farmaceutów i rangi tego zawodu. Nie tylko ze względu na to, że przyjęto ustawę o zawodzie farmaceuty, o której mówiło się od 30 lat, czyli od czasu, kiedy branża została sprywatyzowana, ale przede wszystkim dlatego, że zaczęto dostrzegać rolę tej grupy zawodowej w systemie ochrony zdrowia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Frąckowiak, prezes PEX PharmaSequence.

Wpłynęła na to przede wszystkim pandemia i ograniczony dostęp do placówek medycznych. Naczelna Izba Aptekarska wskazuje, że tylko w pierwszych tygodniach zachorowań do aptek trafiło ponad 20 mln pacjentów. Wykorzystanie potencjału tej grupy będzie mieć także szczególne znaczenie w radzeniu sobie z długiem zdrowotnym, który zostanie z nami po pandemii.

Dług zdrowotny to wszystko to, co jest związane z brakiem diagnostyki i słabym dostępem do służby zdrowia w roku pandemicznym. Teraz trzeba będzie to jakoś naprawić. Mamy 10, czasem 20 czy 25 proc. mniej pacjentów zdiagnozowanych. Oni nie zostali cudownie wyleczeni, tylko wrócą do lekarzy w relatywnie gorszym stanie. A jeszcze „po drodze” nam się starzeje społeczeństwo, bo demografia nie jest korzystna – mówi ekspert.

Na to nakłada się jeszcze niedobór lekarzy. Według raportu przygotowanego przez firmę IQVIA „Opieka farmaceutyczna w Polsce” z marca 2020 roku liczba lekarzy specjalistów jest ok. 24 proc. niższa od średniej wyliczonej na podstawie danych z wybranych europejskich krajów, a w przypadku lekarzy POZ różnica ta wynosi ok. 42 proc. Dodatkowym problemem jest to, że około jednej piątej praktykujących lekarzy to osoby powyżej 65. roku życia (dane z rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej). Część ich obowiązków będą mogli przejąć farmaceuci w ramach opieki farmaceutycznej, która zostanie uruchomiona dzięki nowej ustawie.

Na jej mocy farmaceuci będą mogli m.in. prowadzić konsultacje farmaceutyczne i robić przeglądy lekowe wraz z oceną farmakoterapii. Naczelna Izba Aptekarska szacuje, że dziś 6–13 proc. hospitalizacji to skutek nieprawidłowego zażywania leków, czego skutkiem mogą być interakcje czy powikłania polekowe zagrażające zdrowiu, a nawet życiu pacjentów. To o tyle groźne, że jedna trzecia pacjentów w wieku 65+ przyjmuje dziennie co najmniej pięć leków, będąc pod opieką pięciu różnych specjalistów.

Jeżeli ruszy opieka farmaceutyczna, jeżeli będzie można odciążyć służbę zdrowia, medyków, lekarzy, to ta grupa może być bardzo przydatna, ale na to potrzebne są pieniądze, większa liczba świadczeń i ich finansowanie – mówi prezes PAX PharmaSequence.

Ponadto farmaceuci będą mogli opracowywać indywidualne plany opieki farmaceutycznej, wykonywać proste badania diagnostyczne czy wystawiać recepty w ramach kontynuacji zlecenia lekarskiego (przepisy w zakresie ostatniego punktu wejdą w życie w 2022 roku).

Ustawa o zawodzie farmaceuty utwierdza wagę i rolę tego zawodu. Otwiera drogę do tego, żeby w sposób odpowiedzialny i sensowny wprowadzić opiekę farmaceutyczną jako element systemu ochrony zdrowia – mówi Jarosław Frąckowiak. – Są to bardzo różne usługi, które mogą być świadczone w aptekach, np. przegląd lekowy, który jest już często wykonywany przez farmaceutów. Zapobiega on efektowi polipragmazji, czyli przyjmowaniu tej samej substancji czynnej, ale pod postacią różnych nazw handlowych.

Jak pokazuje raport firmy IQVIA, korzyści z opieki farmaceutycznej to większa dostępność usług dla pacjenta i przybliżenie miejsca oferowania usług do miejsca zamieszkania, optymalizacja nakładu pracy lekarzy dzięki zwiększeniu liczby podmiotów oferujących daną usługę, poprawa profilaktyki oraz zwiększenie compliance pacjentów, czyli stopnia stosowania się do wytycznych terapii. Naczelna Izba Aptekarska zwraca też uwagę na wielomilionowe oszczędności dla całego systemu opieki zdrowotnej.

Spożycie mięsa spada z roku na rok, a pandemia tylko przyspieszyła ten trend. Branża mięsna i nabiałowa ruszają z produkcją roślinnych alternatyw

Roślinne zastępniki produktów odzwierzęcych przestały być niszą, weszły już do mainstreamu i coraz częściej trafiają do koszyków zakupowych. Część konsumentów całkowicie odchodzi od produktów i składników odzwierzęcych, ale znacznie większa grupa ogranicza ich spożycie lub ma taki zamiar. Na ten trend reagują również producenci, o czym może świadczyć coraz szersza półka produktów zastępujących mięso czy nabiał w sklepach ogólnospożywczych. Stale trwają także prace nad kolejnymi alternatywami. Wprawdzie laboratoryjnie wytwarzane mięso zakrawa jeszcze na science fiction, zwłaszcza w wymiarze masowym, technologicznie jednak jest już możliwe.

Trend roślinny ewoluował. Na początku mówiliśmy przede wszystkim o produktach, które były pozycjonowane konkretnie jako wegetariańskie czy wegańskie, teraz ta komunikacja jest niejako rozmiękczona, mówimy bardziej o produktach roślinnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Honorata Jarocka, senior food and drink analyst w firmie badawczej Mintel. – To pokazuje, że marki starają się wyjść do konsumenta masowego. Już nie ograniczają się do grupy konsumentów, którzy w stu procentach podążają za dietą wegetariańską czy wegańską  wychodzą bardziej do fleksikonsumentów, którzy w sposób świadomy ograniczają ilość produktów odzwierzęcych w swojej diecie i otwierają się na wszystko, co nowe. To, co napędza ten trend, to w dużej mierze atrybuty prozdrowotne.

Według przewidywań firmy Mintel rynek ten będzie dalej rósł, ponieważ coraz więcej osób zmienia dietę na lżejszą i bardziej urozmaiconą. Z drugiej strony konsumenci są także bardziej świadomi wpływu hodowli zwierząt gospodarskich na środowisko, gdyż pochłania ona wielokrotnie więcej energii i wody niż uprawa roślin. Z trzeciej wreszcie szukają oni także nowych doznań smakowych i chętnie wypróbowują np. pasty warzywne czy bezmięsne wędliny lub burgery.

Do tych ogólnych trendów dokłada się efekt pandemii – jeszcze większa dbałość o zdrowie swoje i rodziny oraz więcej czasu na przygotowywanie posiłków. Co piąty konsument zadeklarował, że w wyniku pandemii bardziej zainteresował się dietą wegańską.

– Nadal niewielki odsetek konsumentów deklaruje, że są stuprocentowymi wegetarianami czy weganami, ale pozytywne jest to, że coraz więcej osób deklaruje, że włącza do swojej diety alternatywy dla produktów mięsnych czy nabiałowych. Pandemia trochę przyspieszyła zainteresowanie dietą roślinną – zauważa Honorata Jarocka. – Ale produkty roślinne też są tańsze, jeśli mówimy o bazowych, nieskomplikowanych recepturach. Są dostępne, lokalne, półka roślinna jest całkiem spora, oferuje wiele wariantów, czy to są zamienniki dla sera, jogurtów, czy produktów mięsnych.

Z danych GUS wynika, że w 2019 roku spożycie mięsa średnio na mieszkańca spadło o 2,3 proc. wobec 2018 roku i wyniosło 61 kg, w tym mięsa surowego 34,4 kg (spadek o 3,1 proc.). Na niezmienionym poziomie utrzymała się konsumpcja drobiu (18,4 kg), co oznacza, że na popularności straciła wieprzowina. Wyraźnie więcej mięsa zjadali członkowie rolniczych gospodarstw domowych (nie tylko zresztą mięsa – także warzyw, mleka czy pieczywa). W 2019 roku na osobę przypadało w nich 70 kg produktów mięsnych, w tym 41,6 kg mięsa surowego (w tym 20,3 kg drobiowego).

Masowi producenci mięsa i wędlin, widząc ten trend, wprowadzili do swojego portfolio produkty roślinne, takie np. jak Rośl-inne kabanosy Tarczyńskiego, linia Z Gruntu Dobre Sokołowa, w skład której wchodzą wegańskie pasty i smalczyki, warzywne pasztety czy burgery. W trend ten włączają się także producenci nabiału – np. OSM Łowicz oferuje wegańskie jogurty, smarowidła, plastry, bloki i wiórki czy desery. Decyzja o rozpoczęciu produkcji wyrobów wegańskich zapadła już także w SM Mlekpol. Jak wynika z danych przytaczanych przez RoślinnieJemy, 40 proc. spożywczych gigantów ma osobny dział zajmujący się wyłącznie opracowywaniem i wprowadzaniem w pełni roślinnej żywności.

Myślę, że produkty roślinne nie mogą zagrozić tradycyjnej półce. Jest miejsce na produkty ze standardowej oferty nabiałowej czy mięsnej, ale również na warianty z półki roślinnej ­­– przewiduje analityczka Mintela. – To też przekłada się na sposób ekspozycji tych produktów w sklepach. Do tej pory były one pozycjonowane w odseparowanej części sklepu, teraz są położone obok siebie. To także pokazuje, że te segmenty nie konkurują ze sobą, ale się uzupełniają: każdy może jednego dnia wybrać alternatywę dla mięsa, drugiego dnia produkty standardowe.

Jej zdaniem produkty roślinne będą zyskiwały coraz prostszy skład, a producenci będą sięgać po coraz nowsze surowce bazowe do ich produkcji – kiedyś jedyną alternatywą dla mięsa było białko sojowe, obecnie sięga się po groch, słonecznik, buraki czy – to nowość – bób (marka Bobowina). W przypadku nabiału jest to ryż, kokos czy owies.

Inną drogą do ograniczenia tradycyjnej produkcji mięsa przy zachowaniu smaku jest mięso hodowane laboratoryjnie.

Jest to koncept na ten moment jeszcze drogi, bardzo niszowy, ale to też pokazuje, że ta kategoria się zmienia w odpowiedzi na potrzeby konsumentów – mówi Honorata Jarocka. – Część konsumentów deklaruje, że niekoniecznie tęsknią za tradycyjnym smakiem mięsa, ale są też tacy, którzy oczekują bliskości smaku czy tekstury. Wydaje mi się, że możemy się spodziewać bardzo wielu nowości roślinnych, które nie tylko zapewnią odskocznię od tego, co znane, ale także zaoferują nowe, ekscytujące doświadczenia smakowe.

Polska może stać się liderem w produkcji i wykorzystaniu wodoru w regionie. Rządowa strategia wymaga jednak więcej konkretów

Dobiegają końca konsultacje publiczne strategii wodorowej przedstawionej w styczniu przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Dokument wskazuje sześć celów, związanych m.in. z produkcją i wykorzystaniem wodoru w różnych dziedzinach gospodarki, np. transporcie, do realizacji przed 2030 rokiem. Zakłada także przygotowanie ram prawnych dla całego sektora. Ekspert firmy Esperis ocenia, że to projekt pod wieloma względami ambitny, zwłaszcza na tle państw regionu, ale brakuje w nim precyzji i konkretów. Dlatego będzie wymagać doprecyzowania na etapie kolejnych prac, które – przy determinacji rządu i biznesu – mogą się zakończyć w tym roku.

– Trzeba przyznać, że projekt strategii, który opisuje plany rządu w kontekście gospodarki wodorowej, jest dosyć obszerny. Idziemy od kształcenia kadr, poprzez kwestie regulacyjne i wykorzystanie wodoru w różnych gałęziach gospodarki. Jest też trochę o finansowaniu oraz transporcie, magazynowaniu i produkcji wodoru. Tak więc ta strategia próbuje całościowo podejść do zagadnienia gospodarki wodorowej, ale są w niej też elementy niedopowiedziane, wspomniane tylko lakonicznie i dobrze by było, żeby zostały wyjaśnione szerzej na etapie kolejnych prac i konsultacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, partner zarządzający Esperis.

W połowie stycznia Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało projekt „Polskiej Strategii Wodorowej do roku 2030 z perspektywą do 2040” do 30-dniowych publicznych konsultacji. Dokument wymienia w sumie 40 działań koniecznych do realizacji sześciu celów, które mają zostać osiągnięte w tej dekadzie. Są to: wdrożenie technologii wodorowych w energetyce i wykorzystanie wodoru jako paliwa alternatywnego w transporcie, wsparcie dekarbonizacji przemysłu, wdrożenie produkcji wodoru w nowych instalacjach, sprawna i bezpieczna dystrybucja wodoru oraz stworzenie stabilnego otoczenia regulacyjnego dla rynku wodorowego. Rząd liczy, że rozwój rynku wodoru zapewni bodziec do rozwoju gospodarczego, inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy, a przy tym przyczyni się też do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowych emisji.

– Cele zawarte w tej strategii to m.in. zastosowanie wodoru w transporcie publicznym i 2 tys. autobusów wodorowych na koniec tej dekady. To dużo, biorąc pod uwagę fakt, że na razie nie mamy w Polsce infrastruktury do przesyłu wodoru, stacji ani odpowiednich przepisów. Inne cele są już trochę mniej precyzyjne. Jest idea, żeby rozwijać polskie instalacje do produkcji wodoru – małe elektrolizery o mocy 1 MW. Rząd zgłasza też potrzebę zazielenienia produkcji wodoru w polskim przemyśle. Ponadto ambitnie chcemy wprowadzić wodór w transporcie ciężkim, kolejowym, lotniczym, morskim, chociaż tutaj nie ma jeszcze dokładnych wytycznych – wymienia Łukasz Antas. – W rządowej strategii wodorowej jest sporo ambitnych elementów, ale brakuje precyzji.

Jednym z celów wyznaczonych przez rząd jest zainstalowanie do 2030 roku 2 GW mocy w elektrolizerach, które będą produkować blisko 200 tys. ton zielonego wodoru rocznie.

Te 2 GW to dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Polsce właściwie nie ma takich urządzeń ani fabryk, które mogłyby to wyprodukować – mówi ekspert Esperis.

Co istotne, wodór – aby przyczynił się do dekarbonizacji polskiej gospodarki – musi być zielony, czyli produkowany przy wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii. Polska natomiast jest w tej chwili drugim po Niemczech największym producentem szarego wodoru, produkowanego z paliw kopalnych i CO2. W 2030 roku będzie on nadal stanowić większość, ale zielony wodór będzie stopniowo zyskiwać na znaczeniu. Polska – z 2 GW – miałaby odpowiadać w 2030 roku za 5 proc. mocy produkcji zielonego wodoru zainstalowanych w UE zgodnie z założeniem strategii unijnej.

Na Zachodzie plany są dużo większe, np. Niemcy planują 5 GW do końca tej dekady, Holendrzy 3–4 GW, Francuzi nawet więcej, 6,5 GW – mówi Łukasz Antas.

Jak podkreśla, podobnie wygląda kwestia zaplanowanych nakładów na wdrożenie strategii wodorowej. Niemcy chcą na rozwój rynku przeznaczyć 9 mld euro, Francja – 7 mld euro, a według wyliczeń rządu Polska w tej dekadzie powinna zainwestować ok. 15 mld zł. Chociaż – jak zastrzeżono w strategii – podana kwota uwzględnia jedynie nieliczne koszty inwestycyjne.

– W strategii w ogóle nie odniesiono się do kwestii obniżenia emisyjności polskiej gospodarki. Strategie innych krajów zawsze przedstawiają korzyści w postaci redukcji określonej liczby tysięcy ton CO2, to jest istotne z perspektywy wymogów unijnych i trendu ekonomicznego, który się wiąże z wprowadzeniem technologii niskoemisyjnych i zeroemisyjnych. W przypadku Polski ta liczba w ogóle nie padła, w związku z tym nie wiadomo, jaka będzie korzyść. Bo to jest wymierna korzyść – dzięki temu przemysł nie będzie płacił chociażby za emisję CO2, co teraz wpływa chociażby na cenę polskiego prądu – mówi ekspert Esperis.

Jak ocenia, jedną z ciekawszych – choć lakonicznych – koncepcji zawartych w rządowej strategii jest utworzenie pięciu dolin wodorowych na wzór klastrów przemysłowych, gdzie firmy będą mogły współpracować w ramach jednego łańcucha wartości i tworzyć nowe technologie wodorowe.

– Nie wiadomo jednak, jakie są wymogi wobec takich dolin. Jeżeli samorządy chciałyby je tworzyć na terenie Polski z firmami, to nie wiedzą, co muszą spełnić, jakie pieniądze za tym pójdą. Polskie firmy technologiczne z kolei nie mają przedstawionego schematu, jak od pomysłu mogą dojść do konkretnych finansowań. Wyobrażam sobie, że oprócz pieniędzy NCBiR-u można już przemyśleć całą ścieżkę akceleracji, w którą zaangażują się też spółki Skarbu Państwa należące do największych producentów wodoru i mające często akceleratory dla małych firm czy start-upów – podkreśla Łukasz Antas.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Esperis („Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”), w tej chwili globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju. Światowa produkcja sięga ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w niej Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton, a największym producentem jest Grupa Azoty). Niskoemisyjny, zielony wodór odpowiada w tej chwili raptem za ok. 5 proc. europejskiej produkcji, ponieważ jego wytwarzanie wciąż pozostaje droższe.

Na początku lipca ubiegłego roku także Komisja Europejska przedstawiła strategię wodorową, która ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w UE. Komisja przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i zapewnić wsparcie finansowe dla rozwoju technologii wodorowych.

W branży IT rośnie zapotrzebowanie na rozwiązania chmurowe i sztuczną inteligencję. Coraz bardziej poszukiwani są także specjaliści w tych dziedzinach

W dobie pandemii wzrosło zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Tym samym rośnie zapotrzebowanie na programistów i architektów, którzy zaprojektują rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Pracodawcy szukają też specjalistów, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów. Pożądane są przede wszystkim technologie webowe. W IT coraz częściej pojawiają się kompetencje związane ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. – Na rynku IT z pewnością pojawi się zapotrzebowanie na te technologie, które umożliwiają pracę możliwie automatyczną – ocenia Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

– Nowe kompetencje, które są poszukiwane na rynku pracy w IT, wiążą się z tym, co zadziało się w ostatnim roku. Firmy po prostu zmieniły sposób, w jaki pracują, a coraz więcej osób pracuje zdalnie. W zeszłym roku tylko 8 proc. specjalistów IT pracowało zdalnie, w tegorocznym badaniu „Badanie społeczności IT 2021” deklaruje to aż 73 proc. Ten sposób się przyjął, bo aż 29 proc. ankietowanych chciałoby już pozostać w pełni zdalnie, reszta preferowałaby jakieś rozwiązanie hybrydowe, w stylu dwa–trzy dni z domu, a reszta w biurze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Kukołowicz.

Według raportu Bulldogjob „Badanie społeczności IT 2020” (ukazującego dane za 2019 rok) praca w pełni zdalna była możliwa wyłącznie dla 13 proc. seniorów, 8 proc. midów i tylko 4,6 proc. juniorów. Sytuacja diametralnie się zmieniła podczas pandemii. Oznacza to duże zmiany nie tylko ze względu na mniejsze zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, lecz także inne poszukiwane kompetencje.

– Trzeba zmienić sposób, w jaki pracujemy. Widać to przede wszystkim we wzroście użycia takich technologii jak technologie chmurowe różnego rodzaju. W zeszłorocznym badaniu 48 proc. ankietowanych ich używało, teraz jest to już 56 proc. To jest spora zmiana, tym samym wygląda na to, że te technologie chmurowe będą coraz bardziej potrzebne – ocenia Adam Kukołowicz.

Firma Deloitte w raporcie „TMT Predictions 2021” wskazuje, że pandemia przyspieszyła zmiany technologiczne. W 2021 roku wartość globalnego rynku rozwiązań architektury rozproszonych zasobów IT wyniesie 12 mld dol. Do 2023 roku 70 proc. przedsiębiorstw może stosować najnowocześniejsze technologie tego typu do przetwarzania danych. Wartość wydatków na rozwiązania chmurowe nieco spadła, jednak zdaniem ekspertów rynek usług w chmurze okazał się odporny na kryzys. Gdy cały świat zaczął pracować zdalnie, wzrosło zapotrzebowanie na ogólnie pojęte usługi cyfrowe. W latach 2021–2025 wzrost przychodów usług w chmurze utrzyma się na poziomie z 2019 roku i wyniesie 30 proc.

Przedsiębiorstwa będą jednak coraz częściej wdrażać technologie chmurowe dla zwiększenia oszczędności. Oznacza to zmiany na rynku pracowników.

– Żeby mądrze używać chmury, trzeba programistów i architektów, którzy zaprojektują i zaimplementują te rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Trzeba też ludzi, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów w jednej osobie, by inteligentnie wgrywać i skalować tego typu rozwiązania. To, co się faktycznie zadziało w tym roku, to wzrost zainteresowania kompetencjami chmurowymi i ten trend już się raczej nie odwróci – podkreśla ekspert.

Pożądane są przede wszystkim kompetencje związane z aplikacjami biznesowymi opartymi na technologiach webowych. Według danych Bulldogjob to Java jest głównym językiem programowania. Dalej znalazły się CHASH oraz JavaScript, PHP i C++, zaś na popularności cały czas zyskuje Python.

– Widać po wzroście zainteresowania JavaScriptem, że podążamy za tym, co robi się na Zachodzie, gdzie ten język jest bardzo mocno wykorzystywany. Co prawda na razie specjaliści JavaScriptu nie zarabiają aż tak dobrze jak ich koledzy z Javy czy C Sharpa, ale prawdopodobnie się to zmieni wraz ze wzrostem popytu – przekonuje Adam Kukołowicz.

Jak zauważa ekspert, w IT coraz wyraźniej widać wzrost zainteresowania rozwiązaniami sztucznej inteligencji.

– Wśród programistów, którzy głównie wykorzystują Pythona w swojej pracy, 6 proc. już używa bibliotek, które są powiązane ściśle z uczeniem maszynowym, takich jak TensorFlow czy PyTorch jako główne narzędzie swojej pracy. Widać, że sztuczna inteligencja zaczyna się w IT pojawiać, jednak jeszcze prawdopodobnie nie będzie to coś, co zmienia obraz całego IT – prognozuje dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Co istotne, rośnie zapotrzebowanie na technologie umożlwiające pracę zdalną i tym samym specjalistów, którzy łączą różne kompetencje i umiejętności. O ile polska branża IT to przede wszystkim programiści (56,7 proc.), a 13 proc. osób w „Badaniu społeczności IT 2021” zadeklarowało pracę na stanowisku administratora lub DevOpsa, o tyle sytuacja stopniowo się zmienia, by dostosować się do bardziej zróżnicowanego środowiska chmurowego.

– Pracownik IT przyszłości to taka osoba, która nie jest specjalistą w jednym bardzo wąskim obszarze, tylko raczej zna szerszy kontekst, np. tego, w jaki sposób są te aplikacje wdrażane, w jaki sposób funkcjonują i dzięki temu jest w stanie dopasować swoją pracę do sposobu, w jaki tworzone są te nowoczesne aplikacje. Czyli chmurowo, w sposób dość sprytny, zwinny, lekki, bez rozwiązań znanych bardziej z przeszłości, gdzie występowały ciężkie serwery aplikacyjne – mówi Adam Kukołowicz.

Miejskie Filtry Powietrza walczą nie tylko ze smogiem, lecz także z koronawirusem. Wkrótce w Warszawie będzie pięć takich urządzeń

Opracowany przez Polaków Miejski Filtr Powietrza w ciągu doby oczyszcza kubaturę wielkości Stadionu Narodowego. Okazuje się jednak, że może być równie skuteczny w walce z SARS–CoV–2. Urządzenie jest w stanie filtrować cząsteczki o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, ale ponieważ przenosi się przede wszystkim na większych kropelkach wilgoci, Miejski Filtr Powietrza może je w dużej mierze oczyścić.

– Koronawirus i jakość powietrza to są problemy, z którymi musimy się teraz borykać, i nasze urządzenie w pewnym sensie zwalcza oba z nich – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Baranowski, prezes Oxygen City. – Miejskie Filtry Powietrza są w stanie wyeliminować znaczącą większość koronawirusa z powietrza, więc w pewnych warunkach może to być skuteczne narzędzie.

Badania pokazują, że oczyszczacze powietrza wykorzystujące światło UV są skuteczną metodą walki z koronawirusem. Nawet 99,9 proc. koronawirusów może zostać zabitych pod wpływem światła UV-C. W większości jednak oczyszczacze powietrza UV są zbyt słabe, aby zabijać wirusy. W przypadku typowego domowego urządzenia tego typu wirusy w powietrzu musiałyby przejść 36 razy przez jego filtry, zanim zostałoby zabite 99,9 proc. z nich. Jonizatory są skuteczne w oczyszczaniu powietrza, jednak niekoniecznie sprawdzą się przy SARS–CoV–2.

Z koronawirusem radzą sobie natomiast oczyszczacze powietrza z filtrem, takie jak Miejski Filtr Powietrza.

– Nasze urządzenie jest w stanie filtrować różne cząsteczki, nie tylko pyły zawieszone o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, w związku z tym modelowo połowa z nich przechodzi, połowa nie, natomiast wirus głównie przenosi się na kropelkach wilgoci, które z reguły mają większą wielkość. Dzięki temu te kropelki wilgoci są powstrzymywane przez filtry, a skoro kropelki, to też koronawirus, który się na nich przenosi  – tłumaczy Krzysztof Baranowski.

Oczyszczacze firmy Oxygen City działają na zasadach elektrostatyki. Eliminują z przestrzeni publicznej m.in szkodliwe dla zdrowia pyły zawieszone PM10 i PM2,5, kurz, alergeny, grzyby, pleśnie i wirusy.

– Może to być narzędzie wspierające eliminację tych szkodliwych czynników z powietrza. W pewnych warunkach w zamkniętych przestrzeniach będzie bardzo skuteczne, na otwartej przestrzeni ta skuteczność będzie trochę mniejsza ze względu na to, że powietrze się miesza, wymienia, natomiast na pewno nasze urządzenie ma pozytywny wpływ na jakość powietrza – przekonuje prezes Oxygen City.

Jakość powietrza ma ogromny wpływ na nasze zdrowie, zwiększa też ryzyko ostrzejszego przebiegu choroby przy ewentualnym zakażeniu koronawirusem. Profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie dr hab. inż. Piotr A. Kowalski twierdzi, że nawet mały wzrost zanieczyszczeń w postaci cząsteczek stałych na długi czas przed rozpoczęciem pandemii ma wpływ na ostrzejszy przebieg choroby. Miejski Filtr Powietrza ma zaś skuteczność na poziomie ponad 90 proc., a jedno urządzenie jest w stanie oczyścić nawet 30 mln m3 powietrza w ciągu miesiąca.

Co istotne, urządzenie może działać cały rok, zwłaszcza że zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest problemem nie tylko w okresie jesienno-zimowym. Jak podaje NIK, w największych miastach Polski transport samochodowy stanowi nawet większy problem niż emisja pyłów z ogrzewania domów. W skali kraju samochody odpowiadają za ok. 10 proc. przekroczeń dopuszczalnego poziomu zanieczyszczeń, ale w centrach dużych miast przekroczenia są wielokrotnie większe i sięgają nawet 80 proc.

– Nasze filtry mogą i wręcz powinny być używane przez cały rok, ponieważ z reguły w zimie bardziej odczuwamy, a nawet czasami widzimy tę złą jakość powietrza. Natomiast nasze pomiary wskazują, że również w lecie dotyka nas problem złej jakości powietrza, więc również wtedy jest co czyścić. Nie tylko pyły zawieszone, ale np. pyłki roślin, które mogą być problemem w okresie wiosenno-letnim – wskazuje Krzysztof Baranowski.

Miejski Filtr Powietrza oczyszcza już warszawski Wilanów. Wkrótce w Warszawie mają stanąć jeszcze cztery takie urządzenia. Także w Krakowie niebawem ma się pojawić taki filtr.

Pandemia, która zmieniła Employer Branding

Nowa rzeczywistość na nowo zdefiniowała zachowania liderów i oczekiwania pracowników.
Jakie wyzwania czekają nas wraz z „powrotem do normalności”?

Pandemia Covid-19 wywróciła system, w jakim od lat pracowały firmy. Wraz z tym, zmianie uległ sposób komunikacji, a employer branding zyskał na znaczeniu.

Łatwe dostosowanie

Przestawienie się na pracę zdalną było dla ponad 80% pracowników w Europie łatwe lub bardzo łatwe – wynika z raportu Deloitte „Voice of the European workforce”. Dla Polaków istotną rolę odegrało w tym zaufanie współpracowników i liderów. Stworzenie takiej atmosfery wymagało jednak świadomego wysiłku ze strony przełożonych, wskazali autorzy raportu.

– Okazało się, że pracownicy mogą, bez większych problemów, świadczyć pracę zdalnie z domu. Jednocześnie tworzą oni swoistą sieć oddziałów jednoosobowych. Menadżer zarządza tą siecią, a nie jak było do tej pory zespołem osób siedzących w jednym pomieszczeniu – mówi Paweł Ziemba, wieloletni prezes zarządu Skandii i Vienna Life Vienna Insurance Group.

Empatia i zrozumienie

Nowa sytuacja pociągnęła za sobą konieczność zmian w zachowaniu kadry zarządzającej. W pracy w biurze jedną z głównych cech lidera była charyzma. W wyniku pandemii ważniejsza stała się empatia i koleżeńskie relacje. Pracownicy w swoich szefach poszukiwali wsparcia i zrozumienia, szczególnie w początkowym etapie lockdownu. Na znaczeniu zyskały też umiejętność budowy poczucia wspólnego sensu.

Nowy porządek

Pracownicy z upływem czasu przywykli do nowego modelu pracy – mija już prawie rok, odkąd funkcjonują w nowej rzeczywistości. – Z jednej strony mamy osoby, które ułożyły sobie nowy ład i działają w nim, jedni lepiej, inni gorzej. Obecna sytuacja stała się dla nich status quo. Nie czują potrzeby wracania do biur, a potencjalny powrót generuje w nich mieszane uczucia, czasem wręcz pogwałcenia wypracowanego do tej pory porządku – mówi Anna Dziedzic, wiceprezes zarządu agencji Świeża Bazylia PR.

Inni mają dosyć siedzenia w domu i z chęcią wróciliby do „normalnej” pracy w biurze.
– Szczególnie widoczne jest to m.in. w branżach przemysłowych, gdzie załoga, niezależnie od fal pandemii, realizuje plany produkcji, a tzw. część administracyjna pracuje w trybie pracy zdalnej – dodaje Anna Dziedzic. – Podczas rozmów z klientami słyszymy, że część pracowników potrzebuje wrócić do „normalności”, otrzymujemy informacje, że te osoby czują się wykluczone, będąc od prawie roku na pracy online – mówi wiceprezes agencji Świeża Bazylia PR.

Powrót do „normalności”

Wraz z rosnącą ilością osób zaszczepionych przeciw Covid-19, powroty do „normalnego trybu pracy” staną się coraz bardziej powszechne. Wielu pracodawców już dzisiaj zapowiada jednak, że da swoim pracownikom możliwość wyboru, w jaki sposób chcą pracować – w biurze czy w domu.

Część z nich chce nawet wprowadzić obowiązek częściowej pracy zdalnej.
Jak wskazuje Deloitte, opcji pracy zdalnej spodziewa się 62 proc. pracowników w Europie i 57 proc. nad Wisłą. Odsetek ten jest większy wśród osób, które do tej pory nie miały takiej możliwości.

Spojrzenie w przyszłość

Jak będzie wyglądała przyszłość employer brandingu? Zdaniem zarządzających firmami, przy rozproszeniu kadry, przedsiębiorstwa muszą nauczyć się zarządzać autonomicznymi pracownikami i zespołami. Największą zaletą postpandemicznych przedsiębiorstw stanie się umiejętność szybkiego dostosowywania się do warunków panujących w danym momencie.

– Planując działania na nowe czasy, trzeba będzie odciąć się od dotychczasowych schematów. Przed przystąpieniem do projektowania komunikacji z pracownikami, szczególnego pogłębienia będzie wymagała część analityczna. Niewątpliwie, ważną składową employer brandingu będzie opracowywanie planów odbudowy wspólnoty organizacji, która poprzez przejście na pracę zdalną, została zakłócona – przewiduje Anna Dziedzic.

Nowe znaczenie

Życie bardzo przyspieszyło, przeprowadzając pracowników i pracodawców przez pewne fazy zmian w sposób zupełnie niezaplanowany i nieoczekiwany. To, czego kiedyś się obawiano, nagle stało się normalnością. Jak twierdzą socjolodzy, staliśmy się świadkami zmian znacznie głębszych niż tylko forma świadczenia pracy. Zmienia się postrzeganie i znaczenie organizacji jako miejsca, wspólnego bytu. Zmianie ulega model zarządzania, tworzenia poczucia wspólnoty i kultury organizacyjnej.

– Firma rozumiana jako miejsce, ma nie tylko wymiar biznesowy, ale coraz większego znaczenia nabiera wymiar społeczny. Współodpowiedzialność, przyjemność wspólnej pracy, wspólnego spędzania czasu, będą nabierały nowego znaczenia – podsumowuje Paweł Ziemba.

Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej

Uzależnienie Unii Europejskiej od dostaw produktów farmaceutycznych spoza kontynentu, długie łańcuchy dostaw, utrata kompetencji wytwarzania – zagroziły bezpieczeństwu Europejczyków. Dlatego konieczne jest wsparcie produkcji leków i substancji czynnych w Polsce i innych unijnych państwach. Dzięki wyszkolonej i doświadczonej kadrze, a także istniejącej infrastrukturze Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej – uważa Konfederacja Lewiatan.

W przyszłym tygodniu odbędzie się posiedzenie high-level meeting Komisji Europejskiej z udziałem przedstawicieli Parlamentu Europejskiego i przemysłu farmaceutycznego państw członkowskich dotyczące powrotu produkcji substancji czynnych do Unii Europejskiej.

Pandemia pokazała, jak istotne jest posiadanie silnego europejskiego i krajowego przemysłu farmaceutycznego oraz ujawniła słabość gospodarki, która stworzyła złożony system światowych współzależności. Okazało się, że solidarność UE jest bardzo istotna, ale musi być zbudowana na silnych fundamentach – zdolnościach i kompetencjach państw UE. Dlatego konieczne jest wsparcie budowy silnych, narodowych branż farmaceutycznych, co przełoży się na zdrowotne bezpieczeństwo UE – równie ważne jak energetyczne czy militarne.

Europejski sektor farmaceutyczny wykorzystuje do produkcji leków ponad 60% surowców z Chin i Indii. 30% leków generycznych stosowanych w Europie pochodzi z Azji. Pandemia wskazała na konieczność zwiększenia strategicznej autonomii Europy.

– Instytucje Unii Europejskiej dostrzegają potrzebę wzmocnienia europejskiej suwerenności w zakresie wytwarzania substancji czynnych, jak i leków gotowych w oparciu o już istniejący przemysł farmaceutyczny, ale i o nowe inicjatywy gospodarcze. Polska, która posiada długoletnią tradycję w produkcji farmaceutycznej i dostęp do wyspecjalizowanej kadry może odegrać w tym znaczącą rolę. Konieczne jest wdrożenie instrumentów wsparcia krajowych producentów leków. Proponujemy utworzenie międzyresortowego zespołu z udziałem przedstawicieli krajowego przemysłu farmaceutycznego dotyczącego bezpieczeństwa lekowego Polski, który wypracowałby spójną strategię działania na poziomie krajowym, jak i unijnym – mówi Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Przemysł farmaceutyczny w liczbach:

  • 60% surowców do produkcji leków w Europie trafia z Chin i Indii
  • 30% leków generycznych wykorzystywanych w Europie pochodzi z Azji
  • 1% PKB Polski wytwarza przemysł farmaceutyczny
  • 100 tys. miejsc pracy w Polsce generuje przemysł farmaceutyczny
  • 50% refundowanych dziennych terapii dostarczają krajowi producenci

Zdaniem Konfederacji Lewiatan konieczne jest wdrożenie stabilnej polityki ekonomicznej, przemysłowej i regulacyjnej. Inwestycje w wytwarzanie substancji czynnych, pomocniczych i leków w Europie wymagają wsparcia rządów i UE. Przy ich lokowaniu należy zachować geograficzne zrównoważenie i zapewnić nieprzerwane łańcuchy dostaw w przypadkach nadzwyczajnych, np. pandemii. Konieczne jest zapewnienie elastycznego procesu rejestracyjnego wykorzystującego digitalizację oraz skrócenie procedury rejestracji dla europejskich producentów. Ważne jest również preferowanie w zakresie polityki refundacyjnej produktów wytwarzanych w UE oraz odejście od kryterium najniższej ceny, które daje przewagę wytwórcom azjatyckim.

Krajowy przemysł farmaceutyczny powinien stanowić filar bezpieczeństwa lekowego Polski. Branża odgrywa bowiem ważną rolę w systemie opieki zdrowotnej, zapewniając pacjentom bezpieczne, skuteczne i dostępne cenowo produkty lecznicze. Obecnie krajowi producenci dostarczają około 50 proc. wszystkich refundowanych dziennych terapii, na które NFZ wydaje zaledwie 28 proc. budżetu refundacyjnego. Na listach jest około 1500 leków krajowych producentów, a około 140 z nich nie ma w ogóle odpowiedników. Wśród nich są leki ratujące życie.

– Wzmocnienie branży farmaceutycznej w Polsce jest też niezwykle istotne ze względu na wzrost zapotrzebowania na leki. Zważywszy, że jedna czwarta Polaków to osoby po 60. roku życia, a w połowie XXI wieku aż 40% mieszkańców naszego kraju będzie seniorami, konsumpcja leków zwiększy się, zwłaszcza tych będących terapią chorób cywilizacyjnych. Gwarancją ich dostaw w racjonalnych cenach jest krajowy przemysł farmaceutyczny – dodaje Kacper Olejniczak.

Kolejne miesiące mogą przynieść pogorszenie na rynku pracy

W styczniu 2021 roku w sektorze przedsiębiorstw zatrudnionych było 6314,1 tys. osób, przed rokiem 6368,4. W ciągu roku liczba pracujących zmniejszyła się o 54,3 tys. osób. Przeciętne wynagrodzenie w styczniu wyniosło 5536,8 zł, czyli było niższe niż w grudniu ubiegłego roku – podał GUS.

Liczba pracujących nie osiągnęła poziomu sprzed pandemii. Dane te obejmują wyłącznie przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 osób, a więc nie dotyczą mikrofirm i samozatrudnionych.

Z jednej strony można mówić o przyspieszeniu procesów automatyzacji w wyniku pandemii, co ogranicza zapotrzebowanie na zatrudnienie pracowników, z drugiej strony – wydaje się, że mamy początek procesu dostosowywania zatrudnienia do potrzeb firm. Wiele przedsiębiorstw, mimo procesów adaptacyjnych, nie utrzymało sprzedaży produktów czy usług na poziomie sprzed pandemii. Dane GUS dotyczące szacunku PKB za 2020 rok wskazują na spadek spożycia w sektorze prywatnym o 3%, na co niewątpliwie miały wpływ wprowadzone obostrzenia i zmiany nawyków konsumenckich oraz na spadek inwestycji (-8,4%).

Warto również zauważyć zwiększoną liczbę planowanych zwolnień grupowych, które prawdopodobnie zostaną zrealizowane w najbliższych miesiącach. W ramach zwolnień grupowych w 2020 r. pracodawcy zgłosili zamiar zwolnienia ponad dwukrotnie większej niż w 2019 r. liczby pracowników – 957 zakładów zadeklarowało zwolnienie 73,1 tys. pracowników, w tym 6,2 tys. osób z sektora publicznego.

Dotychczas jednym z czynników, skutecznie ograniczającym zwolnienia, były tarcza antykryzysowa i finansowa PFR, które w okresie uzyskiwania wsparcia wykluczały zwolnienia pracowników. Obecne rozwiązania mają charakter sektorowy, a ponadto wielu przedsiębiorców – szczególnie z branż, które nie mogą prowadzić działalności – twierdzi, że bez wyraźnych perspektyw zmiany sytuacji, dalsze utrzymywanie dotychczasowego stanu zatrudnienia jest niewskazane.

Mimo względnie stabilnej stopy bezrobocia (wynoszącej w styczniu 2021 roku 6,5%) kolejne miesiące mogą przynieść zmianę obrazu polskiego rynku pracy. Niestety, nie została wykorzystana sytuacja, w której przeprowadzenie reformy rynku pracy było możliwe. Obecnie rząd stara się zapobiegać ad hoc pojawiającym się problemom i nie ma spójnej wizji tego, jak łagodzić wpływ kryzysów na rynek pracy.

Drugą istotną daną, jaką publikuje GUS, jest wysokość przeciętnego wynagrodzenia. W styczniu 2021 roku wyniosło ono – 5536,80 zł, czyli mniej niż w grudniu roku poprzedniego. Spadek przeciętnego wynagrodzenia na przełomie roku nie jest zjawiskiem wyjątkowym i nie powinien niepokoić – grudniowy wzrost tego wskaźnika jest efektem wypłaty na koniec roku różnego typu premii i świadczeń, które podnoszą wartość przeciętnej płacy. Widać wyraźnie, że zmniejsza się dynamika wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób – pomiędzy styczniem 2020 a styczniem 2021 rok pensje wzrosły przeciętnie o 4,8%, podczas gdy rok wcześniej było to 7,1%.

Dla rynku pracy może oznaczać to zmniejszenie rotacji pracowniczych, szczególnie tych dla których podstawowym motywatorem było uzyskanie wyższego wynagrodzenia oraz ograniczenie lub zaniechanie podwyżek w tych firmach, gdzie konieczne było ograniczenie zatrudnienia lub które mają problemy z utrzymaniem dotychczasowej pozycji na rynku.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Pandemia a kultura organizacyjna firmy

30% europejskich pracowników odczuwa presję związaną z oczekiwaniem dużo większej dostępności podczas pracy on-line, a 42% przyznaje, że kultura organizacyjna ich firmy ucierpiała przez pandemię. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu zrealizowanego na zlecenie Ricoh. Wśród pozostałych zagrożeń bardzo często wymieniany jest również niski standard infrastruktury technologicznej. Braki w tym obszarze są szczególnie odczuwalne w warunkach pracy zdalnej. Rodzą ogromną frustrację, utrudniają współpracę, a w długofalowej perspektywie zagrażają produktywności i morale pracowników.

Raport Pandemia a kultura organizacyjna

W sytuacji, gdy współpraca w firmie nie opiera się na dobrej komunikacji i zdrowych relacjach, pandemia bardzo często pogłębiła problemy z brakiem zaangażowania i motywacją. 31% badanych wskazuje te czynniki i brak dostępu do nowoczesnych technologii jako główne przyczyny spadku zaangażowania podczas pracy zdalnej.  31% stwierdziło, że podczas home office, w wykonywaniu służbowych zadań przeszkadzają im inne obowiązki np. te związane z opieką nad dziećmi. Z drugiej strony, dla pracowników nadal ogromne znaczenie ma również społeczny wymiar pracy. Aż 65% badanych przyznaje, że brakuje im wspólnej obecności w biurze i kontaktów twarzą w twarz.

Z perspektywy pracowników ważne jest również to, czy w firmie po pandemii nadal będzie obowiązywał elastyczny, hybrydowy model pracy.  67% z badanych zakłada, że tak. Wiele firm rozpoczęło już przygotowania do bezpiecznego powrotu do biura. 77% wskazało, że ich pracodawca podjął już takie kroki. Ponad połowa (55%) uważa, że ten proces powinien być ściśle konsultowany z pracownikami.

“2020 był dla wszystkich rokiem ogromnych zmian. Jednocześnie, na własnej skórze przekonaliśmy się, jak wiele musimy usprawnić w naszym środowisku pracy. Powinniśmy tę sytuację wykorzystać jako szansę na optymalizację procesów i wprowadzenie nowych rozwiązań technologicznych. Dzięki temu możemy zadbać o komfort pracy i utrzymanie zaangażowania. Zakładając, że zmiany, które zaszły w stylu pracy będą trwałe, wsparcie technologii będzie miało kluczowe znaczenie dla efektywnej współpracy z trybie hybrydowym. Bardzo ważne jest również zapewnienie poczucia bezpieczeństwa i opracowanie kompleksowej strategii powrotu do biura” – powiedziała Nicola Downing, COO, Ricoh Europe.

Pełną wersję raportu można pobrać ze strony: https://www.ricoh.pl/wiadomosci-wydarzenia/ricoh-insights/praca-zdalna-jak-zadbac-o-motywacje/

O badaniu

Badanie przeprowadzono na próbie 632 europejskich pracowników firm zatrudniających od 250 do 999 osób.

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Czy podniesie ceny mieszkań?

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Jak wpłynie na rynek mieszkaniowy?

Projekt nowej ustawy deweloperskiej, meritum której ma stanowić powołanie instytucji Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, po blisko trzech latach został przyjęty przez Radę Ministrów. Portal RynekPierwotny.pl sprawdza więc jak nowe przepisy autorstwa UOKiK wpłyną na pierwotny segment mieszkaniówki, i czy faktycznie wywindują ceny nowych mieszkań.

Pomysł nowelizacji ustawy deweloperskiej autorstwa prezesa UOKiK pojawił się już w 2018 roku. Pierwotnie zakładał zupełną likwidację deweloperskich rachunków powierniczych bez zabezpieczenia, jednak po fali uzasadnionej krytyki został szybko zastąpiony nowym, przewidującym utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego (DFG). I tego typu rozstrzygnięcie doczekało się właśnie rządowej akceptacji. Pytanie, czy tego typu inicjatywa znajduje wystarczające uzasadnienie w dziewięcioletniej historii misji ustawy z dnia 16 września 2011 r. o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego.

Skąd wziął się pomysł na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny?

Najprawdopodobniej zasadniczą inspiracją Prezesa UOKiK do utworzenia DFG był przypadek upadłości dewelopera Dolcan Plus i powiązanego z nim SK Banku. Był to modelowy przykład niedoskonałości ustawy deweloperskiej w ochronie nabywców nowych mieszkań, zwłaszcza w sytuacji upadku banku finansującego inwestycję deweloperską. Stąd zapewne pomysł radykalnych rozwiązań dopracowujących procedury bezpieczeństwa pierwotnego rynku mieszkaniowego.

Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl faktem jest, że przypadki upadłości deweloperów, czy też innych dramatycznych sytuacji stanowiących zagrożenie dla środków wpłacanych na poczet zakupów mieszkań deweloperskich, w ostatnich czasach są coraz rzadziej występującą osobliwością. Nie zostały jednak całkowicie wyeliminowane przez zapisy ustawy deweloperskiej, która od początku swojej misji nie gwarantowała stuprocentowego bezpieczeństwa. W tej sytuacji inicjatywa prezesa UOKiK wydaje się być w pełni uzasadniona, a potrzeba optymalizacji ochrony nabywców mieszkań jak najbardziej oczywista. Problem jednak w tym, że pierwotne założenia projektu noweli prezentowały się zdecydowanie niekorzystnie dla pierwotnego segmentu mieszkaniówki.

Zakładały one mianowicie maksymalne pułapy stawki wpłat na DFG w wysokości 5 proc. i 1 proc. wartości lokum, odpowiednio dla rachunków powierniczych otwartych i zamkniętych, co potencjalnie byłoby zabójcze dla rynkowych perspektyw. Dlatego też podczas konsultacji społecznych na początku 2019 roku branża deweloperska postulowała obniżenie jej poziomu maksymalnego do 2 proc. Natomiast kolejna wersja noweli, sprzed roku, przewidywała maksymalny poziom wysokości składki w wysokości 3 proc., co również wydawało się wartością dość problematyczną. Ostatecznie rząd przyjął projekt z wysokością maksimum 2 proc. dla rachunków powierniczych otwartych i 0,2 proc. dla zamkniętych, co wydaje się w pełni korespondować z sygnalizowanymi oczekiwaniami deweloperów.

DFG a ceny mieszkań

Taki poziom nie sprawia już wrażenia zbyt wyśrubowanego, a instytucja DFG nie powinna wpływać w odczuwalny sposób na ceny nowych mieszkań. Tym bardziej, że w normalnych warunkach rynkowych wpłaty nie powinny przekraczać symbolicznego poziomu 1 proc. Przy średniej deweloperskiej marży brutto na poziomie 25 proc., jaką w ostatnich czasach komunikują deweloperzy, nie jest to ciężar nie do udźwignięcia nawet przy założeniu wzięcia go przez przedsiębiorców na własne barki. Co więcej, istnieje realna szansa na to, że ich ewentualne korzyści powołania do życia DFG przerosną oczekiwane koszty wpłat.
W zamian bowiem klienci deweloperskich biur sprzedaży zyskają już praktycznie stuprocentowe bezpieczeństwo środków wpłacanych na rachunki powiernicze, które – co do czego nie ma wątpliwości – dotychczas nie były w chronione w sposób absolutny. A to samo w sobie stanowi wartość dodaną, którą trudno przecenić. Z całą pewnością w istotnym stopniu zwiększy się zaufanie do mieszkaniowego rynku pierwotnego, przyciągając do niego tych klientów, którzy wciąż w obawie o kupno „dziury w ziemi” od dewelopera, wybierali rynek wtórny.

Rynek mądrzejszy od Fed?

Bardzo dobre dane o styczniowej sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej z USA utwierdzają w przekonaniu tę grupę uczestników rynku, która spodziewa się wcześniejszej normalizacji polityki Fed. Idą za tym wyższe rentowności obligacji skarbowych i silniejszy dolar. Tymczasem Fed dalej deklaruje, że minie jeszcze „trochę czasu” zanim zostaną spełnione warunki dla redukcji programu skupu aktywów.

Kto wie lepiej? Wszystko opiera się na założeniach wynikających z interpretacji danych, a te wczoraj ucieszyły obóz zwolenników szybszej normalizacji polityki pieniężnej. Skok sprzedaży detalicznej był największy od siedmiu miesięcy (5,3 proc. m/m), przynosząc zaskakujące odbicie po dwóch miesiącach spadków. Spory w tym udział zatwierdzenia w grudniu wypłaty czeków dla Amerykanów, z których środki bez wątpienia poszły na konsumpcję. Ale wyższy od oczekiwań wzrost produkcji przemysłowej, w połączeniu z wysokimi odczytami indeksów PMI/ISM, pokazuje, że ożywienie ma szerzy zasięg. Uczestnicy rynku interpretują lepsze dane jako zapowiedź wyższej inflacji, która zmusi Fed do poddania się presji i redukcji ekspansji monetarnej. W efekcie dolar powinien być mocniejszy.

Co w przyszłości zrobi Fed jest kluczowa niewiadomą. Warto jednak przeanalizować argumenty, które Fed stawia za utrzymaniem akomodacyjnej polityki jeszcze przez wiele kwartałów, jak można było wywnioskować z opublikowanych wczoraj minutek po styczniowym posiedzeniu FOMC. Po pierwsze Fed spodziewa się wzrostu inflacji, jednak będzie to wynikiem czynników tymczasowych, podczas gdy Fed chce zobaczyć trwałe nasilenie trendów inflacyjnych w dłuższym horyzoncie. Przy pandemicznych zawirowaniach, zakłóceniach podaży i wywołanych pomocą fiskalną skokach konsumpcji takiego trendu może się nie udać zaobserwować w tym roku. Po drugie Fed troszczy się o rynek pracy, tymczasem 10 mln Amerykanów wciąż nie odzyskało zatrudnienia w porównaniu ze stanem sprzed pandemii. Po trzecie Fed uczy się na swoich błędach i z pewnością chciałby uniknąć powtórki z 2013 r., kiedy przedwczesne rozpoczęcie dyskusji o redukcji skupu aktywów doprowadziło do gwałtownego skoku rentowności obligacji i wzrostu zmienności dla rynku walutowym. Fed chce dowodów, że gospodarka jest w stanie sobie poradzić bez monetarnej pomocy i dlatego temat ograniczania QE wydaje się zamknięty na ten rok, a pierwsza podwyżka stóp procentowych jest wątpliwa przed 2023 r.

Ale rynek chce być mądrzejszy od Fed i z wyprzedzeniem dyskontuje zaostrzenie polityki pieniężnej. Ale jeśli wyższe rentowności fałszywie zwiastują zwrot w polityce Fed, będzie to oznaczać, że potencjał wzrostowy dla rynkowych stóp procentowych szybko się wyczerpie, a jednocześnie będzie zjadany wyższą inflację. Atrakcyjność odsetkowa USD pozostanie niska. W międzyczasie dolara broni lepsza postawa gospodarki USA w porównaniu np. ze strefą euro. Ale jeśli rynki dyskontują przyszłość, musza też brać pod uwagę, że prędzej czy później wyjście covidowej zapaści czeka wszystkich i w długim terminie nie powinien to być czynnik różnicujący. W efekcie z EUR/USD nie znika filozofia podkupywania dołków po korektach, jak to ma miejsce dziś rano.

Złoty jest silniejszy w czwartek, a umocnienie odbywa się w akompaniamencie podobnych ruchów na forincie węgierskim i koronie czeskiej. Katalizatorem jest poranna przecena dolara na głównych rynkach przy brak zmienności na rentownościach obligacji skarbowych USA. W tle mamy komentarze z RPP. Jerzy Żyżyński uważa, że nie ma powodów do martwienia się poziomem inflacji. Z kolei Jerzy Kropiwnicki uważa, że presja inflacyjna może zmusić Radę do rozważenia podwyżki stóp procentowych w drugiej połowie roku. Te dwie wypowiedzi najlepiej opisują podział opinii w Radzie, gdzie decydujący głos będzie należał do gołębio nastawionego prezesa Glapińskiego. Brak zmian w poziomie stóp procentowych w tym roku pozostaje bazowym scenariuszem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Brak mikroprocesorów wstrzymuje produkcję samochodów

Najwięksi producenci samochodów na świecie zostali dotknięci pandemią nie tylko przez załamanie popytu na nowe samochody (wio-sną 2020 r.), ale obecnie również przez trud-ności ze sprostaniem zwiększonym zamówie-niom. Przyczyną są opóźnienia w dostawach półprzewodników i układów scalonych, bez których systemy elektroniczne współczesnych samochodów nie mogą powstać.

Przyczyn zatrzymań fabryk Forda, Volkswagena, opóźnień w produkcji General Motors, Hondy, Toyoty i innych gigantów można szukać w dwóch obszarach. Po pierwsze w ubiegłym roku wystąpiły bardzo duże wahania popy-tu na samochody, związane z rozwojem pandemii. W drugim kwartale 2020 r. produkcja nowych samochodów spadła o 32 proc., co przełożyło się na ograniczenie zamówień na podzespoły, w tym półprzewodniki. Pierwsze oznaki ożywienia na rynku motoryzacyjnym obserwowano w III kwartale, a w IV kwartale zamówienia wyraźnie odbiły. W międzyczasie jednak fabryki półprzewodników przestawiły moce produkcyjne na podzespoły do elektroniki konsumenckiej – po-pyt na komputery, smartfony, telewizory czy konsole do gier w ubiegłym roku znacznie wzrósł, nie wspominając o procesorach wykorzystywanych w telekomunikacji (chociażby stacje bazowe nowo powstających sieci 5G). Branża samochodowa to ok. 12 proc. wartości zamówień półprzewodników, a firmy te nie są traktowane równie priorytetowo jak znacznie większe segmenty telekomunikacji (ok. 33 proc.) komputerów osobistych (ok. 28 proc. zamówień) czy elektroniki konsumenckiej (ok. 13 proc.) [1].

Drugą przyczyną jest sposób organizacji produkcji samochodów, która odbywa się w modelu just-in-time. Oznacza to, że po-szczególne komponenty dostarczane są na linię produkcyjną w momencie, gdy są tam niezbędne, bez budowania zapasów po-szczególnych części. Opisane wyżej wahania popytu spowodowały, że czas dostawy urządzeń opartych na półprzewodnikach do fabryk samochodów wydłużył się z ok. 12-15 tygodni do 26 lub więcej. W rezultacie, jak szacują eks-perci, pewne ograniczenia w produkcji mogą być odczuwalne nie tylko w pierwszym kwartale bieżącego roku, ale utrzymywać się nawet do jesieni. Opóźnienia w produkcji mogą do-tknąć nawet 1-1,5 mln aut w tym roku, co tylko częściowo zostanie nadrobione w drugim półroczu.

Na powyższe czynniki wpływa też globalizacja, rozciągnięcie łańcuchów produkcji i polityka. Największe firmy motoryzacyjne kupują systemy elektroniczne od wyspecjalizowanych producentów, a ci w dużej części zamawiają produkcję półprzewodników i mikroprocesorów w fabrykach w Azji. To właśnie tam, na wczesnych etapach produkcji, wystąpiło przeciążenie linii produkcyjnych.

Problemy branży motoryzacyjnej przyczyniły się też do interwencji na poziomie politycznym. Rząd Tajwanu, jednego z najważniejszych producentów półprzewodników, otrzymuje dyplomatycznymi kanałami z Europy, Japonii czy USA prośby o wsparcie. Przez swoją pozycję na tym rynku Tajpej od pewnego czasu staje się coraz bardziej istotnym punktem na geopolitycznej mapie świata. Uwidoczniło się to po nałożeniu przez amerykański rząd ograniczeń w eksporcie zaawansowanych technologii do Chin, gdy do powszechnej świadomości przebiło się znaczenie tajwańskich producentów dla nowoczesnych smartfonów i technologii telekomunikacyjnych. Obecna sytuacja w branży motoryzacyjnej pokazuje zależność kolejne-go wielkiego sektora gospodarki od techno-logicznych innowacji na tej wyspie.

Sytuacja na rynku motoryzacyjnym znajduje też odbicie w globalnych statystykach handlu półprzewodnikami. Europa jest największym rynkiem półprzewodników dla sektora motoryzacyjnego (udział 29 proc.), jak również to sektor motoryzacyjny jest największym w Europie odbiorcą półprzewodników (37 proc. rynku, przed zastosowaniami przemysłowymi, komputerami czy telekomunikacją) [2]. Wyniki przeprowadzonej przez nas analizy wskazują, że w ubiegłym roku, podczas gdy światowy rynek handlu półprzewodnika-mi zyskiwał na wartości, podobnie jak wartość eksportu głównych producentów, import do Unii Europejskiej zwolnił.

Handel półprzewodnikami koncentruje się głównie w Azji Wschodniej i Południowo–Wschodniej. W 2019 r. wartość światowego importu półprzewodników [3] przekroczyła 1 bln USD [4]. Największym importerem pół-przewodników i drugim pod względem wielkości ich eksporterem były Chiny (w 2019 r. odpowiadały za 33 proc. światowego importu i 16 proc. eksportu). Warto zwrócić uwagę na pozycję Tajwanu (12 proc. światowego eksportu) i Korei Południowej (10 proc.), gdyż są to kraje o najbardziej zaawansowanych technologicznie możliwościach produkcyjnych oraz notują znaczną nadwyżkę handlową. Z kolei duże znaczenie Hongkongu i Singapuru, zarówno w eksporcie, jak i w im-porcie, wynikało z ich zaangażowania w reeksport i reimport półprzewodników.

Unia Europejska również jest istotnym graczem na rynku półprzewodników, z udziałem 7,7 proc. w eksporcie i 7,4 proc. w imporcie. Polska miała niewielki udział w światowym handlu półprzewodnikami (za-ledwie 0,3 proc. w imporcie i jeszcze mniej w eksporcie).Światowy handel półprzewodnikami

Wstępne dane handlowe wskazują, że w dru-giej połowie 2020 r. doszło do ożywienia w światowym handlu półprzewodnikami. Wyraźnie przyspieszył eksport Chin oraz Ko-rei Południowej. W całym 2020 r. był wyższy niż rok wcześniej o odpowiednio 14,7 proc. i 4,1 proc. Zakłóceń związanych z pandemią nie odczuł eksport półprzewodników z Tajwanu, którego wartość w 2020 r. zwiększyła się o ponad 21 proc. (r/r). Rosnący eksport wskazuje na zwiększający się popyt na półprzewodniki, co widać na przykładzie Chin. Kraj ten szybko poradził sobie z pandemią COVID-19, a produkcja elektroniki i samochodów w Państwie Środka szybko wróciła na ścieżkę wzrostu. W całym 2020 r. chiński import półprzewodników wzrósł o 13,5 proc.

Odmiennie na tym tle wyglądała Unia Europejska, będąca importerem netto półprzewodników. Import tych wyrobów wyraźnie zmalał w kwietniu 2020 r. (r/r) i w kolejnych miesiącach był niższy, nawet o ponad 10 proc. niż rok wcześniej. W okresie styczeń-listopad 2020 r. odnotował zaś blisko 7-procentowy spadek.

Powyższa analiza danych handlowych jest spójna z rolą, jaką w Europie odgrywa sektor motoryzacyjny, pod względem zużycia pół-przewodników. Wzrosty produkcji oraz handlu w Azji są zgodne z większym popytem na elektronikę, komputery i sprzęt telekomunikacyjny, a ograniczenie importu do Europy zgadza się z opisanymi w pierwszej części tekstu problemami branży motoryzacyjnej.

Co ciekawe sytuacja w Polsce kształtuje się inaczej. Polska, podobnie jak cała UE, notuje deficyt w handlu półprzewodnikami. W 2020 r. jego wartość wyniosła 3,9 mld USD (o 0,8 mld USD więcej niż w 2019 r.). Jednak-że w przeciwieństwie do UE, wartość dostaw półprzewodników do Polski w 2020 r. wzrosła aż o 23 proc. Zwiększył się przywóz od najważniejszych dostawców – m.in. Holandii, Chin, Tajwanu, Malezji i Singapuru. W ubiegłym roku polscy producenci urządzeń elektrycznych, w tym np. sprzętu AGD notowali bardzo dobre wyniki sprzedaży, odpowiadając na zwiększony popyt ze strony pozostających przymusowo w domach Europejczyków.

Zmiany w handlu półprzewodnikami

[1] 2020 State of the US semiconductor industry, Semiconductor Industry Association.
[2] https://www.eusemiconductors.eu/esia [dostęp: 16.02.2021].
[3] Łącznie CN8541 i CN 8542. Pozycja CN8541 obejmuje diody, tranzystory i podobne elementy półprzewodnikowe; światłoczułe elementy półprzewodnikowe, włączając fotoogniwa; diody elektroluminescencyjne (LED); oprawione kryształy piezoelektryczne, a pozycja CN8542 – elektroniczne układy scalone.
[4] WITS-Comtrade, https://wits.worldbank.org/ [dostęp: 16.02.2020].

Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

Tygodniowy raport z odwiedzalności (8-14 lutego) centrów handlowych

Zgodnie z wcześniejszymi prognozami Polskiej Rady Centrów Handlowych średnia odwiedzalność obiektów handlowych w drugim tygodniu lutego 2021 roku była niższa o około 10 punktów procentowych niż w pierwszych dniach po pełnym otwarciu galerii i w dni handlowe wyniosła 76 proc. ubiegłorocznej.

Odwiedzalność w centrach handlowych w drugim tygodniu lutego była średnio o 7-10 p.p. niższa niż w pierwszym tygodniu handlu po zakończeniu lockdownu, kiedy obserwowaliśmy efekt odroczonych zakupów wraz z realizowaniem potrzeb wynikających z sytuacji pogodowej i osiągnęła wartości w zależności od dnia średnio o 25-30 proc. niższe w porównaniu do ubiegłego roku.

Zebrane dane pokazują różnice w odwiedzalności bardzo dużych i średnich obiektów. Nieruchomości największe o powierzchni przekraczającej 60 tys. mkw. GLA odnotowały odwiedzalność o ok. 30-40 proc. niższą niż w roku ubiegłym. Większą popularnością cieszyły się centra o średniej wielkości (20-60 tys. mkw. GLA), które zanotowały odwiedzalność na poziomie ok. 80 proc w stosunku do 2020 roku.

Polska Rada Centrów Handlowych przypomina, aby podczas wizyt w centrach handlowych zachowywać się odpowiedzialnie. Stosujmy się do zasady DDM – dystans, dezynfekcja, maseczka. Codziennie pracownicy obiektów handlowych wkładają wiele wysiłku w zapewnienie w klientom najwyższego poziomu bezpieczeństwa sanitarnego. My również zachowajmy się roztropnie, bądźmy uprzejmi i cierpliwi, słuchajmy komunikatów głosowych i reagujmy na polecenia obsługi. Dbajmy o siebie nawzajem.

Podsumowanie 2020 r. na wrocławskim rynku biurowym i prognoza na 2021

– Z danych firmy Colliers wynika, że choć w 2020 roku na wrocławski rynek biurowy trafiło mniej powierzchni niż w 2019, podaż pod koniec ubiegłego roku osiągnęła poziom 1,23 mln mkw. Tym samym Wrocław zachował 2. miejsce pod względem ilości oferowanej powierzchni biurowej wśród miast regionalnych.

Wrocław od lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem zarówno inwestorów, jak i najemców. To czyni go jednym z najdynamiczniej rozwijających się rynków w Polsce. Do głównych atutów miasta należą atrakcyjne położenie geograficzne, zapewniające bliskość rynków niemieckiego i czeskiego, dobrze rozwinięta infrastruktura oraz dostęp do wykwalifikowanych pracowników. Docenił je FDI Magazine, twórca światowego rankingu “Global Cities of the Future”, w którym Wrocław zajął 15. miejsce.

–  W obliczu pandemii COVID-19 wrocławski rynek nieruchomości biurowych w połowie I kw. 2020 roku spowolnił. Niepewność oraz brak procedur działania w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego doprowadziły do zawieszenia dużej części działań operacyjnych wielu firm w różnych sektorach naszego miasta. Konsekwencją tego było przesunięcie w czasie kluczowych decyzji odnośnie wielu procesów rozpoczętych lub kontynuowanych na początku 2020 roku. Znalazło to odzwierciedlenie w niższej niż w 2019 podaży nowo oddanej powierzchni. Pandemia wpłynęła i będzie wpływać na kształtowanie się nowych trendów rynkowych w sektorze nieruchomości biurowych we Wrocławiu, jednak biorąc pod uwagę plany inwestorów i utrzymujący się wysoki poziom popytu, możemy spodziewać się, że rok 2021 może być całkiem obiecujący dla rynku biurowego – mówi Dorota Kościelniak, dyrektor regionalny Colliers we Wrocławiu.

Najważniejsze wydarzenia 2020 na wrocławskim rynku biurowym

  1. Dominacja renegocjacji

Rok pandemii upłynął pod znakiem renegocjacji umów najmu. Aż 4 tego typu transakcje z Wrocławia znalazły się na liście 11 największych transakcji 2020 r. w regionach. W III kw. 2020 Nokia przy wsparciu Colliers renegocjowała umowy najmu łącznie 29 000 mkw. w budynkach West Gate i West Link.

– To właśnie te konkretne renegocjacje w dużej mierze ukształtowały wyjątkowo wysoki wskaźnik popytu, który tylko w III kw. wyniósł we Wrocławiu prawie 44 350 mkw. Był to najlepszy kwartalny wynik spośród miast regionalnych – podkreśla Dorota Kościelniak.

Do największych transakcji zalicza się również renegocjacja prawie 12 100 mkw. w budynku Dominikański B przez jednego z najemców oraz ok. 10 700 mkw. przez DXC Technology w DH Renoma. Łącznie renegocjacje objęły w 2020 r. blisko 68 500 mkw. (ponad 53% wszystkich umów) i był to wolumen dwukrotnie większy niż w 2019 r. Najczęściej działania podejmowane przez firmy zmierzały do uzyskania dodatkowych upustów czynszowych, które mogły być wykorzystane jeszcze w 2020 roku, oraz możliwie jak najkorzystniejszych budżetów na aranżację powierzchni najmu stosownie do zmieniającej się rzeczywistości.

  1. Niesłabnący rynek nowych umów

Pomimo pandemii i związanych z nią zawirowań na rynku, a także wstrzymaniem się wielu organizacji z podejmowaniem decyzji odnośnie najmu powierzchni, we Wrocławiu odnotowano wysoki wskaźnik popytu, który w 2020 r. wyniósł prawie 128 400 mkw. To blisko 5 000 mkw. więcej niż w 2019. Największa ilość powierzchni została wynajęta w I i III kw. Nowe umowy stanowiły 21% wszystkich transakcji w 2020 r.

  1. Start budowy Quorum

W grudniu 2020 r. rozpoczęła się realizacja pierwszego etapu kompleksu Quorum przy ul. Sikorskiego, który będzie największym projektem typu mixed-use we Wrocławiu. Inwestycja docelowo będzie oferować blisko 100 tys. mkw. powierzchni biurowo-usługowej i mieszkaniowej w czterech budynkach o zróżnicowanej wysokości od 6 do 35 pięter. Najwyższa z nieruchomości będzie drugą pod względem wysokości w stolicy Dolnego Śląska. Na terenie kompleksu powstaną również ogólnodostępne tereny zielone, a także deptak.

– Podział na dzielnice biurowe, sypialniane czy te, w których lubimy spędzać czas wolny, powoli przechodzi transformację. Na atrakcyjności zyskują projekty typu mixed-use oferujące powierzchnie dostosowane do pełnienia zróżnicowanych funkcji – pracy, mieszkania, spędzania wolnego czasu czy robienia zakupów. Takie inwestycje pozwalają na tworzenie dzielnicowego mikrosystemu – stają się swoistym centrum życia dla lokalnych społeczności, które w bliskiej okolicy mogą zrealizować większość swoich potrzeb życiowych. Projekty mixed-use to przyszłość takich miast jak Wrocław – mówi Dorota Kościelniak.

  1. Nowe budynki biurowe

W ubiegłym roku oddano do użytku prawie 58 500 mkw. nowej powierzchni biurowej. Wśród zakończonych inwestycji znalazły się m.in.: pierwsza faza Centrum Południe firmy Skanska (23 700 mkw.), pierwszy z czterech planowanych budynków kompleksu West 4 Business Hub, realizowanego przez Echo Investment (14 400 mkw.), a także ostatni etapu projektu City Forum firmy Archicom –  City 2 (12 100 mkw.). Deweloperzy nie zwalniają tempa – w budowie jest kolejnych 77 400 mkw. nowej powierzchni biurowej.

  1. Biura serwisowane zyskują na znaczeniu

– Obserwujemy stale rosnącą aktywność dostawców biur serwisowanych i coworków. Mowa tu szczególnie o udziale właścicieli nowych projektów biurowych, którzy już na etapie projektowania budynku planują pojawienie się takich przestrzeni w biurowcu. Ci którzy już ten krok mają za sobą, decydują się na zwiększenie tych przestrzeni. Przykładem może być firma Cavatina, która w ubiegłym roku powiększyła swoją powierzchnię serwisowaną Quick Work w budynku Carbon Tower – mówi Mateusz Cieślik, ekspert z wrocławskiego biura Colliers.

Na ekspansję decydowali się także operatorzy – dodatkową powierzchnię dobrał np. City Space w budynku Nobilis.

W 2020 roku nie zabrakło też otwarć nowych coworków. Na Wyspie Słodowej pojawił się Concordia Design Hub.

– Pandemia wymusiła na firmach bardziej elastyczne podejście do przestrzeni pracy, coraz częściej zostawiając pracownikom wybór, skąd chcą wykonywać swoje obowiązki. Powierzchnie flex mogą dzięki temu zyskiwać na znaczeniu – prognozuje Mateusz Cieślik, ekspert z wrocławskiego biura Colliers.

Prognozy 2021 dla Wrocławia

  1. Popyt nie ulegnie zmianie

Zeszłoroczny popyt na powierzchnie biurowe, pomimo wpływu ograniczeń gospodarczych wprowadzonych w wyniku COVID, ukształtował się na bardzo wysokim poziomie, co pozwala z optymizmem patrzeć na rok 2021. Na początku pandemii Colliers przeprowadził badanie na grupie ponad 100 firm, z którego możemy wnioskować, że w obecnym roku popyt na nowoczesną powierzchnię biurową nie spadnie. Większość najemców (ponad 55%) uznało, że długofalowo po ustaniu pandemii popyt na powierzchnie biurowe utrzyma się na stabilnym poziomie. Około 19% ankietowanych wykazało w swoich odpowiedziach, że może dojść do zmniejszenia zajmowanych obecnie przestrzeni biurowych, a około 12% stwierdziło, że zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe wzrośnie  w przyszłości.

  1. Reorganizacja przestrzeni biurowej i zmiana funkcji biura

Wbrew początkowym przypuszczeniom, że praca zdalna może wyeliminować zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe, dziś możemy powiedzieć, że biura z pewnością nie znikną. Po blisko roku pracy zdalnej wiele firm, ale także wielu pracowników, przekonało się, że przestrzeń biurowa jest niezbędnym narzędziem dla zachowania optymalizacji pracy nad większością prowadzonych procesów.

– Większość naszych klientów potwierdza, że odpowiednie środowisko pracy wpływa pozytywnie na relacje międzyludzkie, co jest podstawą dla dalszego efektywnego rozwoju firm. 2021 rok we Wrocławiu będzie kontynuacją procesów modyfikacji przestrzeni biurowej związanej z wprowadzeniem modelu pracy hybrydowej. Wdrożenie takich rozwiązań rozważa obecnie wiele firm w rozmaitych branżach, w tym w IT, BPO czy SSC – zwraca uwagę Dorota Kościelniak.

Organizacje większą wagę będą przywiązywać do dostosowania przestrzeni pod potrzeby pracy zespołowej, spotkań czy szkoleń. Biura staną się przede wszystkim miejscem integracji pracowników, nawiązywania relacji, burzy mózgów i wymiany dobrej energii.

  1. Więcej nowych transakcji

Przewidujemy, że w 2021 udział nowych transakcji na rynku może wzrosnąć. Główną przyczyną, dla której część firm zdecyduje się na zmianę biura, będą kwestie techniczne i finansowe. Łatwiej i taniej jest bowiem zaprojektować i wykończyć nowe biuro pod klucz w nowoczesnym budynku biurowym, niż dokonać reorganizacji przestrzeni w starszych obiektach.

  1. Elastyczność najmu…

Hasłem przewodnim roku 2021 będzie także elastyczność m.in. najmu. Organizacje będą oczekiwać możliwości najmu powierzchni na krótszy okres niż w przypadku standardowych umów. Pozwoli to wielu firmom przeczekać okres niepewności i podjąć właściwą decyzję w odpowiednim czasie dla swojego biznesu. Odpowiedzią na tę potrzebę będą oferty podnajmu, których liczba w tym roku zauważalnie wzrosła, a także powierzchnie typu flex.

  1. … oraz elastyczność pracy

Większej elastyczności będą oczekiwać również pracownicy, którzy mając możliwość pracy w modelu hybrydowym, będą chcieli częściej korzystać z biur coworkingowych i serwisowych, głównie w pobliżu miejsca zamieszkania. Sądząc po rosnącej liczbie wrocławskich coworków dołączających do platformy Colliers Mobility Pass (platforma ta oferuje możliwość korzystania z różnych biur coworkingowych w ramach jednego abonamentu), operatorzy zauważają ten trend i starają się na niego odpowiedzieć już dziś, otwierając coworki poza centrami miast.

Deloitte: Doświadczenia szyte na miarę, czyli jak pandemia wpłynęła na wymagania klientów

Restart modelu pracy, spersonalizowanie cyfrowych doświadczeń oraz technologie w służbie różnorodności, równości i przeciwdziałania wykluczeniu – to trzy z dziewięciu trendów technologicznych opracowanych przez ekspertów firmy doradczej Deloitte. Dwunasty raport „Tech Trends 2021” opisuje trendy, które w najbliższych dwóch latach mogą spowodować rewolucję w przedsiębiorstwach.

– Przewodnim tematem naszego tegorocznego raportu jest odporność, której wiele inspirujących przykładów w biznesie pokazał nam ubiegły rok. Tegoroczne prognozy można natomiast opisać hasłowo „lepsze doświadczenie wewnątrz i na zewnątrz organizacji”. Liczę, że adopcja przewidywanych przez nas trendów pozwoli uodpornić biznes na nieoczekiwane zakłócenia na rynku – mówi Daniel Martyniuk, partner, lider zespołu strategii i transformacji IT w Deloitte.

Dobrodziejstwa personalizacji

Rok 2020 sprawił, że wiele interakcji z naszego świata codziennego przenieśliśmy do świata cyfrowego – od szkoły przez pracę aż po zakupy. To też spowodowało, że zatęskniliśmy za osobistym kontaktem z drugim człowiekiem. W ankietach Deloitte przeprowadzonych w pierwszych miesiącach pandemii ponad połowa uczestników stwierdziła, że chciałaby, aby ich wirtualne doświadczenia były bardziej „ludzkie”. Z raportu „Tech Trends 2021” wynika, że w ciągu najbliższych dwóch lat firmy będą musiały stawić czoła rosnącym oczekiwaniom konsumentów, dotyczącym połączenia najlepszych cech interakcji zarówno ze świata cyfrowego, jak i rzeczywistości.

 – Współczesna technologia umożliwia już markom personalizację na masową skalę. Kreowanie takiego doświadczenia, które pozwoli konsumentom płynnie przechodzić pomiędzy światem offline’owym i światem online’owym. Spodziewamy się, że w najbliższych dwóch latach wiele firm skorzysta z tego trendu i będzie nadawać bardziej osobisty charakter doświadczeniom, które kreuje ze swoimi klientami – mówi Natalia Załęcka, starszy menedżer w zespole transformacji marketingu w Deloitte.

Ekspertka przypomina, że dwie trzecie uczestników badania przeprowadzonego przez Deloitte wiosną 2020 roku stwierdziło, że próbowało już nowych doświadczeń cyfrowych, jak wirtualne koncerty czy spotkania towarzyskie. Te cyfrowe alternatywy tylko początkowo wydawały się odpowiednie. Z czasem klienci chcieli więcej.

Dziś pomiędzy konsumentem a doświadczeniem znajduje się zazwyczaj smartfon lub tablet. Z czasem urządzenie to nie będzie już potrzebne, a konsument będzie otrzymywał dane doświadczenie, kiedy, gdzie i jak będzie chciał, nawet o to nie prosząc. Przykładowo, przez lata firmy oferujące przejazdy korzystały z algorytmów uczenia maszynowego i algorytmów opartych na danych, aby przewidzieć, gdzie i kiedy konsumenci mogą potrzebować przejazdu. W rezultacie, dziś samochód ride-share jest często tuż za rogiem, zanim jeszcze potencjalny klient zdąży otworzyć aplikację. Już teraz wiele przedsiębiorstw opracowuje platformy zapewniające obsługę klienta zbliżoną do bezpośredniej, opartą na personalizacji kontaktów we wszystkich kanałach – cyfrowych i fizycznych.

Restart modelu pracy

Przed pandemią tylko 15 proc. pracowników wykonywało pracę z domu. Wraz z nadejściem COVID-19 dołączyło do nich kolejne 35 proc. zatrudnionych. Jak zauważają eksperci Deloitte, sugeruje to, że obecnie połowa aktywnej siły roboczej pracuje zdalnie.

– Firmy mogą przezwyciężyć braki i niejasności związane z cyfrowym miejscem pracy, bardziej świadomie wykorzystując jego pozytywne aspekty, w tym dane generowane przez różne narzędzia i platformy. Może to pomóc organizacjom w optymalizacji wydajności indywidualnej i zespołowej oraz dostosowaniu doświadczeń pracowników poprzez spersonalizowane rekomendacje. Dzięki temu, praca zdalna może być czymś więcej niż tylko pomniejszonym substytutem tradycyjnego biura. W miarę ewolucji miejsc pracy i siedzib firm, organizacje mogą wykorzystywać te dane do tworzenia dobrze prosperujących, wydajnych i efektywnych kosztowo biur, które będą płynnie przeplatać się z doświadczeniem pracy zdalnej – mówi Magdalena Bączyk, starszy menedżer w zespole kapitału ludzkiego w Deloitte.

Technologie i narzędzia wykorzystywane w pracy zdalnej mogą pomóc pracodawcom uzyskać wgląd w takie obszary, jak wydajność pracowników, produktywność zespołów, czy nawet firmowe morale. To z kolei umożliwi im m.in. stymulowanie pozytywnych zachowań pracowników i dostrajanie wydajności indywidualnej, zespołowej i organizacyjnej.

Różnorodność, sprawiedliwość, włączenie społeczne

Ostatnim z dziewięciu tegorocznych trendów Deloitte są technologie w służbie różnorodności, równości i przeciwdziałania wykluczeniu. Sytuacja pandemii uwypukliła znaczenie silnej i odpornej kultury organizacyjnej, w której wspieranie różnorodności, sprawiedliwości i włączenia społecznego (Diversity, Equity, Inclusion – DEI) jest ważnym, a nawet niezbędnym elementem. Liderzy biznesu rozumieli tę potrzebę już wcześniej, jednak dopiero wydarzenia ubiegłego roku sprawiły, że wiele organizacji zaczęło traktować DEI jako imperatyw biznesowy, a 96 proc. prezesów firm uznało takie działania za priorytet strategiczny (źródło: Deloitte, Insights on CEO priorities and predictions, październik 2020).

– Wraz z rozwojem nowych technologii firmy mają dostęp do coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi, które mogą wspierać ich inicjatywy wpływające na zwiększenie różnorodności i włączenia społecznego w organizacji. Celem tych narzędzi jest sprawić, aby proces rekrutacji czy rozwoju pracowników był jak najbardziej oparty na danych, a jak najmniej podlegał możliwym, często nawet nieświadomym uprzedzeniom czy dyskryminacji – mówi Magdalena Bączyk, starszy menedżer w zespole kapitału ludzkiego w Deloitte.

Wcześniejsze badania wykazały, że organizacje, które dbają o kulturę włączenia społecznego mają m.in. dwukrotnie większe szanse na osiągnięcie lub przekroczenie celów finansowych i trzykrotnie większe szanse na osiągnięcie wysokiej wydajności. W badaniu Deloitte „Trendy HR” aż 93 proc. respondentów odpowiedziało, że budowanie przynależności do organizacji pozytywnie wpływa na wydajność ich firm, ale już tylko 13 proc. przyznało, że są do tego zadania dobrze przygotowane.

Zdaniem ekspertów Deloitte przedsiębiorstwa, które chcą zniwelować tę lukę, będą w coraz większym stopniu wykorzystywać technologie do wspierania swoich działań, od pozyskiwania i selekcji talentów, poprzez zarządzanie doświadczeniami pracownika, wynagradzanie, aż po utrzymanie i rozwój.

Szybkie zacieranie się granic między światem realnym a wirtualnym będzie tematem trzeciego z cyklu webinarów organizowanych przez Deloitte. Eksperci przedstawią również prognozy dotyczące przyszłości pracy oraz nowe narzędzia, których zastosowanie ma zapewnić różnorodność, równe traktowanie i zapobiegać wykluczeniu.

Webinar odbędzie się w najbliższy piątek, 19 lutego o godz. 10:00.

Brexit a rynek mieszkaniowy w Polsce

Czy skutki brexitu są już zauważalne na rynku mieszkaniowym w Polsce?

Polacy opuszczają Wielką Brytanię z powodu brexitu. Wielu za zarobione tam pieniądze kupuje mieszkania i domy.

Brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) nie podało jeszcze liczby Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii w końcówce 2020 r. Wygląda jednak na to, że w ubiegłym roku ponad 100 tys. naszych rodaków zdecydowało się na powrót do Polski lub przeprowadzkę do innego kraju Unii Europejskiej.Brexit a rynek mieszkaniowy w Polsce

– Polacy wyjeżdżali na Wyspy Brytyjskie głównie do pracy, m.in. po to, żeby zarobić na mieszkanie lub przynajmniej na wkład własny, którego wymagają banki od kredytobiorców. Dlatego zapytaliśmy pośredników w obrocie nieruchomościami, czy na rynku mieszkaniowym zauważalne są skutki brexitu – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Polacy inwestują zarobione funty w nieruchomości

–  W ostatnim czasie faktycznie zaobserwowaliśmy wzrost zainteresowania kupnem nieruchomości ze strony Polaków mieszkających do tej pory w Wielkiej Brytanii – przyznaje Iwo Gurdek z krakowskiego oddziału agencji Nowodworski Estates.

Zdaniem tego pośrednika większość z nich szuka domów jednorodzinnych w podmiejskich miejscowościach albo rozważa zakup mieszkań w celach inwestycyjnych.

– Wysoki kurs funta i wciąż atrakcyjne ceny nieruchomości w porównaniu do rynku brytyjskiego sprawiają, że zakup mieszkania lub domu wydaje się najlepszą w obecnym momencie lokatą kapitału dla naszych rodaków – komentuje Iwo Gurdek.

Jednak podkreśla, że Polacy wracający z Wielkiej Brytanii nie są znaczącą grupą wśród kupujących domy i mieszkania. Podobnego zdania są inni pośrednicy.

Przedstawiając w liczbach, w Warszawie jest to 1 osoba na 30 chętna dokonać zakupu – mówi Cezary Braun z agencji Alfa Home. Według niego, na powrót do kraju zdecydowały się głownie osoby bardzo młode, będące na wczesnym stadium swojej kariery zawodowej.  –  Nie jest to potencjalna grupa społeczna gotowa na tak poważne zobowiązanie finansowe, jak zakup nieruchomości – uważa Cezary Braun.

–  Możliwe że są to dopiero początki tego ruchu – zastanawia się Paweł Koronkiewicz, właściciel gdańskiej agencji Estate Polska. Dodaje, że trafia do niej coraz więcej klientów, którzy cześć kapitału w postaci gotówki mają np. od brata, siostry czy wujka z Wielkiej Brytanii.

–  Można więc przypuszczać, że powolnymi krokami, step by step, następuje migracja kapitału należącego do Polaków tam mieszkających do Polski – mówi Paweł Koronkiewicz.

Agata Stradomska z biura nieruchomości Białe Lwy zwraca uwagę, że wielu Polaków mieszkających na wyspach o swoje mieszkania, domy czy działki w kraju pochodzenia zadbało już wcześniej – kiedy było już wiadome, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest nieuniknione.

–  W latach 2016 i 2017 wielu rodaków mieszkających, pracujących lub prowadzących firmy na wyspach lokowało swoje oszczędności w Polsce, aby w przypadku konieczności zmiany miejsca zamieszkania mieć gdzie wrócić – mówi Agata Stradomska.

Czy Brytyjczycy będą nadal kupować u nas mieszkania?

Marek Wielgo z GetHome.pl ocenia, że brexit może być jedną z przyczyn spadku zainteresowania Brytyjczyków zakupem mieszkań w Polsce. Czy tak jest, wykażą jednak dopiero statystyki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) za 2020 r.

Do tej pory obywatele Wielkiej Brytanii byli dość aktywnymi inwestorami na naszym rynku nieruchomości. W rekordowym roku 2008 kupili mieszkania o łącznej powierzchni ok. 33,8 tys. m kw.

– Oczywiście nie po to, żeby u nas zamieszkać. Wtedy byli to głównie inwestorzy liczący na zarobek będący efektem szybko rosnących cen mieszkań. Niektórzy kupowali od deweloperów całe pakiety. Najczęściej nie trafiały one do rejestru MSWiA, bo były odsprzedawana z zyskiem jeszcze przed zakończeniem budowy – wyjaśnia ekspert GetHome.pl.

Kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r., wymiótł w Polski wielu inwestorów spekulacyjnych. Jednak w ostatnich latach Brytyjczycy znów coraz odważniej inwestowali u nas w mieszkania. W 2019 ich łączna powierzchnia sięgała 19 tys. m kw. Gdyby przyjąć, że średnia cena metra wynosiła 9 tys. zł, to oznaczałoby, że wydali oni na mieszkania w naszym kraju łącznie ponad 170 mln zł.

brytyjczycy kupuja nieruchomości w polsce
Źródło: GetHome.pl

Jakie były najważniejsze wydarzenia na rynku biurowym w 2020 roku?

Rynek biurowy w 2020 roku był zdominowany przez kilka wydarzeń, które prawdopodobnie go na nowo zdefiniują i ukształtują. Czynnikiem, który przede wszystkim się do tych zmian przyczynił była praca zdalna nie niespotykaną dotąd skalę i to ona wywołała lawinę zdarzeń, takich jak spadek popytu na nową powierzchnię,  zmiany w strukturze podpisywanych umów, czy wzrost oferty podnajmów. Pomimo nie najlepszych nastrojów i niepewności gospodarczej oberwaliśmy też wzmożoną aktywność inwestycyjną, której celem był sektor logistyczny oraz mimo wszystko rekordowe transakcje na rynku najmu.

Praca zdalna

W ciągu kilku dni większość firm przeniosła swój biznes z biura do domów pracowników. Początkowo ułatwione łączenie życia zawodowego i prywatnego skłoniły wielu pracowników do częściowego zakwestionowania konieczności pracy z biura, a firmy – do rozważań czy obecnie wynajmowana wielkość biura faktycznie jest niezbędne czy w obecnej sytuacji nie jest jedynie generatorem kosztów. Po kilku miesiącach pracy zdalnej entuzjazm pracowników, którzy nijako nie z własnej woli zostali zmuszeni do pracy w domach zaczął słabnąć. Pojawiła się potrzeba kontaktów z ludźmi twarzą w twarz, a domowa codzienność oraz brak dostosowania domowych stanowisk do stałej pracy zdalnej zaczął być coraz bardziej uciążliwy. Po kilku miesiącach pandemii, kiedy coraz więcej zaczęto mówić o negatywnych skutkach pracy zdalnej w ujęciu społecznym, przeprowadzono szereg badań opinii publicznej, które wskazywały, że około 80% pracowników brakowało interakcji ze współpracownikami, a wielu rynkowych specjalistów odpuściło już spekulacje o „śmierci rynku biurowego”. Potrzebę posiadania biur potwierdziło też badanie Knight Frank, w którym spośród 2.000 respondentów niemal 80% respondentów wskazało, że po pandemii COVID-19 chciałoby pracować w modelu łączącym pracę zdalną z pracą z biura. Jedynie 8% ankietowanych woli pracę z domu, a 12% chciałoby pracować wyłącznie w biurze.

Zmiana w strukturze zawieranych umów

Niepewna sytuacja gospodarcza oraz ostrożność najemców były powodem m.in. tego że na rynku w 2020 roku znacząco wzrósł poziom renegocjacji umów najmu, które stanowiły 37% (wzrost z 26% w ostatnich trzech latach) wszystkich podpisanych umów najmu. W porównaniu z rokiem poprzednim zauważalnie spadł też udział umów tzw. pre-let podpisywanych przed oddaniem budynku do użytku i wyniósł 22%. Spodziewamy się, że ten trend może się utrzymać w przeciągu najbliższych miesięcy, a spowodowany będzie on głównie poprzez krótkoterminowe przedłużenia obecnych umów przez Najemców w celu odłożenia w czasie podjęcia długoterminowych decyzji.

Spadek popytu

W ostatnich miesiącach ubiegłego roku nadal obserwowano osłabioną aktywność najemców oraz wstrzymywanie się od podejmowania długofalowych zobowiązań. Najemcy skłaniali się raczej do pozostania w obecnie zajmowanym biurze niż do wynajmowania przestrzeni w nowej lokalizacji, czy do ekspansji na dodatkową powierzchnię. W 2020 roku popyt na powierzchnię biurową wyniósł 600.000 m2, a w 2019 niemalże 900.000 m2, co oznacza spadek aż o 1/3 r/r.

Rekordowe transakcje

Mimo zmniejszonego popytu na rynku odnotowano kolejne rekordowe transakcje zarówno na rynku stołecznym jak i w miastach regionalnych. Rok 2020 otworzył się kolejnym rekordem Grupy PZU, która wynajęła niemal 47.000 m2 w biurowcu Generation Park Y w Warszawie. Grupa Allegro zdecydowała się na relokację i zwiększenie swojego biura przenosząc się do dawnej Fabryki Norblina w której zajęła ponad 16.000 m2, natomiast firma Leroy Merlin wynajęła ponad 12.000 m2 w kampusie Forest w Warszawie. Rynki regionalne to między innymi renegocjacje Nokii na blisko 30.000 m2 w West Gate i West Link we Wrocławiu oraz transakcja z IV kwartału 2020 gdzie umowę przed najmu w Nowym Rynku zawarło Allegro na ok. 26.000 m2.

Duża aktywność deweloperska

Pomimo trwającej pandemii nie odnotowano na rynku większych przestojów w realizacji budowanych projektów. Największymi projektami dostarczonymi na stołeczny rynek w ostatnich miesiącach były m.in.: kompleks The HUB (89.000 m2 – Ghelamco), Mennica Legacy Tower (48.000 m2 – Golub GetHouse), Biura przy Warzelni kompleksu Browary Warszawskie (24.000 m2 – Echo Investment) oraz dwa budynki kompleksu LIXA (28.000 m2 – Yareal Polska, a które obecnie należą do Commerz Real AG). Do największych projektów ukończonych w miastach regionalnych możemy zaliczyć Olivia Prime B w Gdańsku (25.000 m2 – Olivia Business Center), pierwszą fazę Centrum Południe we Wrocławiu (23.700 m2 – Skanska), Wave A w Gdańsku (23.600 m2 – Skanska), High 5ive IV w Krakowie (23.500 m2 – Skanska) oraz pierwszy budynek kompleksu Face2Face w Katowicach (19.600 m2 – Echo Investment). Biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku oraz mniejszą aktywność Najemców spodziewamy się w najbliższych miesiącach ograniczenia liczby nowych projektów, które miałyby być wprowadzone na rynek w najbliższych latach.

Podnajem

W poszukiwaniu oszczędności wiele firm wraz z początkiem pandemii zdecydowało się na podnajem części swojej powierzchni. W Polsce w ramach podnajmu pod koniec 2020 roku było dostępne około 200.000 m2 powierzchni, z czego aż ponad połowa w samej tylko Warszawie. W IV kw. 2020 roku powierzchnia wynajęta w ramach podnajmu odpowiadała 6% całkowitego popytu podczas gdy średni kwartalny wynik z ostatnich dwóch lat nie przekraczał 1%.

Duża aktywność na rynku inwestycyjnym

Pomimo pandemii COVID-19 i jej ogromnego wpływu na gospodarkę światową, rok 2020 zamknął się dobrym wynikiem przekraczającym 5,3 mld EUR. Na rynku nieruchomości komercyjnych apetyt inwestorów i zagranicznych funduszy pozostaje wciąż wysoki. Pomimo spadku wolumenu transakcji o 30% w porównaniu z rekordowym 2019 rokiem, rynek inwestycyjny w Polsce jest stabilny, a wartość zamkniętych transakcji zdecydowanie przekracza średnią z ostatnich 10 lat, która oscyluje wokół 4,2 mld euro. W 2020 roku uzyskany został najlepszy historycznie wynik sektora magazynowego na rynku inwestycyjnym, który wyniósł 2,6 mld euro, co w dużej mierze było reakcją inwestorów na rozwój rynku

e-commerce. Przewidujemy, że w kolejnych kwartałach na rynku biurowym możemy spodziewać się stabilizacji czynszów bazowych z niewielką tendencją spadkową w lokalizacjach poza centralnych wraz ze wzrostem pakietu zachęt, w postaci zwiększonego okresu zwolnienia z czynszu lub powiększonych dopłat do wykończenia biura, które zwiększą presję na czynsze efektywne

Karol Grejbus, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, Knight Frank

Panika przed trzecią falą koronawirusa. Przedsiębiorcy obawiają się powrotu obostrzeń

Biznes przeraźliwie boi się trzeciej fali pandemii koronawirusa

Czechy wprowadzają stan wyjątkowy, Niemcy przedłużają lockdown do połowy marca, a Polska poluzowała obostrzenia w połowie lutego. Takie progresywne zachowanie wzbudziło entuzjazm przedsiębiorców i zbyt duży entuzjazm u konsumentów. – Widok z Zakopanego, Krupówek czy z miejscowości turystycznych w oczywisty sposób może budzić niepokój. Mam jednak wątpliwości czy powrót do obostrzeń jest dobrym pomysłem – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

„Lęk, apatia i zniechęcenie” – przedsiębiorcy obawiają się trzeciej fali koronawirusa

Wyprzedane miejsca w czynnych kinach, zarezerwowane hotele w miejscowościach nadmorskich oraz w górach, ogromne zainteresowanie sportem plenerowym oraz np. Stokami narciarskimi. Kiedy tylko było to możliwe to Polacy ruszyli na zimowy odpoczynek. 12 lutego nastąpiło bardzo progresywne odmrożenie gospodarki, które doradcy z Centrum Kiżuk & Michalska pochwalili. Nie da się jednak ukryć, że mieszkańcy przesadnie poczuli wolność i jest tak, że poluzowanie restrykcji zachęciło do spędzania czasu w plenerze.

– To, co działo się w Zakopanem czy nad morzem pokazuje, że ludzie pragną powrotu do normalności. Kiedy im na ten powrót pozwolono, to oni zaczęli z tego korzystać zapominając o rozsądku i tym, że pandemia nadal trwa. Takie działanie może skutkować powrotem do obostrzeń, które przez długie miesiące dławiły gospodarkę – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk Michalska. – Jesteśmy zdecydowanie przeciwni powrotowi do obostrzeń takich jak ograniczenia w centrach handlowych, ponowne zamknięcie hoteli czy ograniczenie funkcjonowania instytucji kultury. Te branże odetchnęły z ulgą, na taką ożywczą perspektywę czeka jeszcze gastronomia i branża fitness. Widmo kolejnych ograniczeń i trzeciej fali koronawirusa powoduje wśród przedsiębiorców lęk, apatię i zniechęcenie – dodaje Katarzyna Michalska. – Powrót do obostrzeń byłby karaniem biznesu za to, że ludzie są spragnieni rozrywki i kultury – dodaje.

Groźba powrotu do lockdownu to „kołysanie nastrojami”?

Jak wyjaśniają eksperci z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska przedsiębiorcy niebawem zamkną pierwszy kwartał roku 2021 i rozpoczną planowanie kolejnych miesięcy. Wizja powrotu obostrzeń jest czynnikiem, który może powstrzymywać przed inwestycjami: – Są branże, które tak naprawdę nie działają od marca 2020. Niebawem będą świętować rok bez możliwości pracy i zarabiania pieniędzy. To coś niewyobrażalnego. Rząd nawołuje nas do solidarności, ograniczania się i trzymania dystansu, ale można odnieść wrażenie, że najsłabszym ogniwem całej sytuacji jest po prostu entuzjazm mieszkańców. Społeczeństwo chce żyć, bawić się, kupować. Trudno winić przedsiębiorców za to, że chcą zarabiać pieniądze – mówi Filip Kiżuk. – Gospodarka powinna być otwierana w reżimie sanitarnym. Nie mam wrażenia, że przedsiębiorcy nie wywiązują się ze swoich zobowiązań, wręcz przeciwnie. Krok w tył, czyli np. zamknięcie hoteli, jeszcze mocniej rozkołysałoby nastroje – dodaje ekspert z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

– Zdajemy sobie sprawy, że pewne sformułowania mogą być używane przez lekarzy i polityków jako słowa mobilizujące nas do np. większej ostrożności, ale biznes metafory rozumie bardzo dosłownie. Świadczy o tym choćby fakt, że kina jeszcze się nie otworzyły, choć mogą. Przedsiębiorcy nie chcą już, by ktoś im mówił: „Możesz, ale pod warunkiem, że…”. Wielu przedsiębiorców prosi nas o poradę w tym zakresie – dodaje Filip Kiżuk.

Ponad jedna trzecia Polaków nie ufa ubezpieczycielom. Najgorzej jest w kwestii ochrony zdrowia i życia

Niemal połowa Polaków ufa ubezpieczycielom, ale ponad jedna trzecia jest przeciwnego zdania. W tej drugiej grupie najwięcej jest osób z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także najlepiej zarabiających. Przeważnie są to mieszkańcy dużych miast. I trzeba dodać, że częściej brak zaufania wykazują mężczyźni niż kobiety. Rodacy o negatywnym nastawieniu do tego typu firm darzą najmniejszym zaufaniem instrumenty ochrony życia i zdrowia, nieruchomości, a także mienia. Nieco lepiej postrzegane są ubezpieczenia motoryzacyjne i turystyczne.Blisko połowa Polaków ufa firmom ubezpieczeniowym

Z ogólnopolskiego badania opinii społecznej, zrealizowanego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP, wychodzi, że 46,7% Polaków ufa ubezpieczycielom. 34,4% temu zaprzecza, a 18,9% nie potrafi tego ocenić. Jak komentuje ekonomista Marek Zuber, to dość niepokojące zjawisko, że ponad jedna trzecia rodaków nie wierzy instytucjom zaufania publicznego. Może to wnikać z tego, że są kojarzone z firmami finansowymi, takimi jak banki, które w ostatnich latach straciły na wizerunku.

– W mojej perspektywie, to są wręcz zaskakująco dobre wyniki dla towarzystw ubezpieczeniowych. Od lat powszechnie mówi się przecież o tym, że ubezpieczyciele często nadużywają swojej pozycji i zwykle próbują coś zrobić na niekorzyść klientów przy likwidacji szkód – zwraca uwagę Maciej Kamiński, prezes zarządu HELPER CPP.Polacy najbardziej nie ufają ubezpieczeniom w kwestii ochrony zdrowia i życia oraz nieruchomości

Dr hab. Monika Wieczorek-Kosmala, Prof. UE z Katedry Finansów Przedsiębiorstw i Ubezpieczeń Gospodarczych Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach zauważa, że wiele osób ma negatywne doświadczenia związane z procesem likwidacji szkód i z poczuciem otrzymania zbyt niskiego odszkodowania. Według eksperta, jednak często jest to skutkiem niezrozumienia warunków ochrony. Klienci pobieżnie czytają zapisy umów i nie znają definicji zdarzeń losowych oraz finansowych skutków ograniczeń odpowiedzialności stosowanych przez ubezpieczycieli.

– Badani, którzy deklarują zaufanie do ww. firm, do tej pory mogli tylko płacić składki za różnego rodzaju ubezpieczenia, ale jeszcze nie mieć okazji likwidować faktycznej szkody. Przez to poziom ufności może być większy. Jednak to oczywiście nie zmienia faktu, że blisko połowa Polaków ją wyraża – dodaje ekspert z HELPER CPP.

Częściej mężczyźni niż kobiety nie ufają firmom ubezpieczeniowym. Brak zaufania wykazują głównie osoby z wyższym i ze średnim wykształceniem, a także z zarobkami rzędu 5000-6999 i ponad 9000 zł netto. Najmniej ufni są ludzie zamieszkali w miastach liczących co najmniej 500 tys. mieszkańców, a także w miejscowościach mających 100-199 tys. i 200-499 tys. ludności. Najwięcej tych osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, pomorskim i śląskim.

– Wyniki badania pokazują również, że brak ufności jest mocno związany z wykształceniem, dochodem i miejscem zamieszkania. Im wyższy jest poziom zdobytej edukacji oraz zarobków, a także im większa jest dana miejscowość, tym niższe zaufanie jest do ubezpieczyciela – podkreśla Maciej Kamiński.

Ponadto ankietowani, którzy nie ufają firmom ubezpieczeniowym, zostali zapytani o to, do jakich trzech typów ubezpieczeń mają najmniejsze zaufanie. 53% badanych w tej grupie podało instrumenty ochrony dotyczące życia i zdrowia, 27,8% – nieruchomości, a 24,6% – ogólnie mienia. Na czwartej pozycji znalazły się ubezpieczenia motoryzacyjne – 19,5%, a za nimi turystyczne – 14%. Natomiast 20,1% respondentów nie było w stanie podać konkretnych kategorii.

– Ubezpieczenia z pierwszego zakresu mogą mieć charakter inwestycyjny jako tzw. polisolokaty. Negatywny stosunek do nich wynika z kilku czynników. Można wskazać wysokie koszty rezygnacji po paru latach, a także kary w przypadku braku wpłaty w danym miesiącu. Ponadto inwestowanie w tego typu aktywa może być nieopłacalne w związku z sytuacją na giełdzie – stwierdza Marek Zuber.

Natomiast dr hab. Krzysztof Łyskawa z Katedry Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu uważa, że poziom zaufania do instrumentu ochrony ma związek ze znajomością danego produktu. W przypadku ubezpieczeń życiowych rozmowa z reprezentantem zakładu trwa dłużej niż przy auto casco. Nie każdy Polak skorzystał z odszkodowań i świadczeń we wszystkich typach posiadanych produktów. Istotna jest zatem częstotliwość konkretnych zdarzeń, które wymagają likwidacji szkody i działania zakładu ubezpieczeń. W tym miejscu właśnie buduje się zaufanie.

– Fakt, że poza pierwszą trójką są ubezpieczenia motoryzacyjne, może nieco dziwić. W tej kategorii najczęściej dochodzi do opóźnień w likwidacji szkód i zaniżania odszkodowań z tytułu OC i AC. Ponadto należy dodać, że tego typu szkód na rynku jest najwięcej. Można zatem wnioskować, że Polacy przyzwyczaili się już do różnego rodzaju niedociągnięć. Jednak prawdziwe zagrożenie widzą tam, gdzie wchodzi w grę życie i zdrowie, a także ochrona własności – wyjaśnia prezes Kamiński.

Z badania również wynika, że pierwszym trzem typom ubezpieczeń najbardziej nie ufają Polacy w wieku 18-35 lat o dochodach 5000-8999 zł netto. Głównie mają oni średnie lub wyższe wykształcenie. Najwięcej takich osób jest w woj. kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim i lubelskim. Zamieszkują one miejscowości liczące 200-499 tys. i 5-19 tys. ludności.

Badanie zostało przeprowadzone przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla HELPER CPP w dniach 05-07 lutego br. Ankietę zrealizowano metodą CAWI na grupie 1017 dorosłych Polaków, reprezentatywnej ze względu na płeć i wiek.

Branża piwowarska na minusie w 2020 roku. Najwięcej tracą piwa mocne, najszybciej zyskują bezalkoholowe

Branża piwowarska dotkliwie odczuła ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. To wszystko wpłynęło na kilkuprocentowy spadek sprzedaży piwa w 2020 roku. Największy dotyczył najpopularniejszego segmentu alkoholowych lagerów. Za to dynamiczne wzrosty zanotował segment piw bezalkoholowych, którego wartość przekroczyła już 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa wzrósł do 5,7 proc. Branża spodziewa się, że ten trend będzie kontynuowany, jednak do planów na ten rok podchodzi z ostrożnością. Jednym z większych wyzwań jest niepewne otoczenie regulacyjne.

– Rok 2020 zdestabilizował branżę piwowarską pod wieloma względami. Począwszy od działalności operacyjnej browarów, które w krótkim czasie musiały się dostosować do nowych, pandemicznych realiów, zapewnić bezpieczeństwo pracy, produkcji i dostaw, po wyniki sprzedażowe, które w zeszłym roku okazały się wyraźnie niższe, zwłaszcza w sektorze gastronomicznym – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Branża dotkliwie odczuła lockdown, ograniczenia w działalności sklepów i lokali gastronomicznych, spadek ruchu turystycznego oraz brak imprez masowych. W efekcie – jak wynika z danych NielsenIQ – w 2020 roku spadek wolumenowy sprzedaży piwa w Polsce wyniósł 1,6 proc. Te dane nie obejmują jednak sektora HoReCa.

W ubiegłym roku nie było letnich festiwali muzycznych, dużych imprez sportowych czy takiej turystyki, którą pamiętamy z lat wcześniejszych. Nawet popularne grille, na które Polacy chętnie wyjeżdżają na działki, były niemożliwe w trakcie ograniczeń w przemieszczaniu się. To wszystko spowodowało, że naturalnych okazji do spożywania piwa było po prostu mniej i konsumpcja indywidualna spadła – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki. – Po uwzględnieniu segmentu hotelarsko-gastronomicznego spadek sprzedaży piwa w 2020 roku sięgnął prawie 4 proc. (za GUS). To stanowi poważne wyzwanie dla branży.

Według danych NielsenIQ wolumenowy spadek sprzedaży piwa był najbardziej widoczny w najpopularniejszym dotąd segmencie alkoholowych lagerów. Jego sprzedaż spadła o 2,6 proc.

– W ramach tego segmentu jeszcze szybciej spadał podsegment mocnych lagerów alkoholowych [o 4,7 proc. w 2020 roku vs. 2019 roku wolumenowo – red.] i to on ciągnął sprzedaż w dół. To jest kontynuacja trendu, który obserwowaliśmy w poprzednich latach, ale rok 2020 jeszcze go pogłębił – tłumaczy Marcin Cyganiak, dyrektor komercyjny NielsenIQ.

W ubiegłym roku po raz kolejny wzrost popularności odnotował za to segment piw bezalkoholowych. Jego wartość przekroczyła symboliczny 1 mld zł, a jego udział w kategorii piwa sięgnął 5,7 proc. (w porównaniu do 4,7 proc. w 2019 roku). Piwa bez procentów umacniają swoją pozycję na rynku już od kilku lat.

To jest bardzo silny trend – podkreśla Marcin Cyganiak. – Piwa bezalkoholowe stały się już osobną kategorią, a najbardziej rosną smakowe, bezalkoholowe lagery. Tu pojawia się najwięcej różnorodności, z każdym rokiem jest na rynku coraz więcej nowych smaków.

– W 2020 roku ponownie spadła też średnia zawartość alkoholu w piwie. W ogóle coraz mniej alkoholu spożywamy pod postacią piwa. Najmocniej stracił segment piw mocnych, a jednocześnie dosyć wyraźnie, o ponad 20 proc., wzrósł segment piw bezalkoholowych. Tych dwóch trendów pandemia nie zakłóciła, od lat tracą piwa mocne, a rosną bezalkoholowe – dodaje Bartłomiej Morzycki. – Utrzymała się też premiumizacja – w zeszłym roku największe wzrosty dotyczyły piw z najwyższej półki: top i ultra premium. Widać, że Polacy w pandemii szukali w piwie nie ilości i procentów, ale jakości i smaku.

W ubiegłym roku kategoria piwa – mimo wolumenowego spadku sprzedaży – jednocześnie odnotowała wzrost wartościowy na poziomie 3 proc. Jest to efekt wzrostu cen, który został wywołany m.in. wyższą akcyzą (podwyżka o 10 proc. na początku zeszłego roku) oraz wzrostem kosztów produkcji. W bezalkoholowe piwa smakowe dodatkowo w tym roku uderzyła tzw. opłata cukrowa wprowadzona w styczniu.

– Cena piwa od dłuższego czasu jest pod presją inflacyjną i presją rosnących kosztów. Z roku na rok to jest wzrost kilkuprocentowy, o około 20 gr. W ciągu ostatnich dwóch lat średnia cena piwa wzrosła aż o 8 proc. – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki.

W tej chwili branża piwowarska ostrożnie podchodzi do planów na przyszłość, głównie ze względu na niepewną sytuację epidemiologiczną. Każda decyzja rządu i każda wprowadzona zmiana pociąga za sobą w tej chwili koszty liczone w milionach złotych. Branża liczy na szybkie poluzowanie obostrzeń w gastronomii i turystyce, choć w ostatnich dniach mówi się raczej o początku trzeciej fali pandemii i przywróceniu części restrykcji.

Bardzo ciężko przewidzieć perspektywy dla branży piwowarskiej na 2021 rok. Jest kilka rzeczy oczywistych, których nie możemy przewidzieć, jak np. pogoda. Zastanawiamy się też, jak potoczy się pandemia, czy odbędą się wydarzenia sportowe przełożone z poprzedniego roku, jak choćby mistrzostwa Europy w piłce nożnej czy igrzyska olimpijskie. To są wydarzenia, które zawsze wpływały na dynamikę rynku piwa. Dodatkowo żyjemy w dużej niepewności legislacyjno-podatkowej. Pojawiają się nowe obciążenia, jak np. podatek cukrowy. Mówi się też o różnych innych, potencjalnych podwyżkach danin i podatków, co może mieć wręcz katastrofalny wpływ na branżę – mówi Mieszko Musiał, prezes zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Przemysł 4.0 szansą na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Brakuje jednak pracowników o odpowiednich kompetencjach

 Transformacja cyfrowa przemysłu to nasz as w rękawie, ponieważ Polska ma ogromny potencjał. Jeśli odważnie zagramy tą kartą, to nasza gospodarka szybko odrobi straty po pandemii koronawirusa i możemy też stać się liderem reindustrializacji w Europie – mówi Dawid Solak z Platformy Przemysłu Przyszłości. Jak wskazuje, pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem, który skłonił polskie firmy do przyspieszenia cyfrowej transformacji, ale nadal jedną z głównych barier dla tego procesu pozostaje brak pracowników o odpowiednich kompetencjach. Dlatego PPP prowadzi nabór ekspertów, którzy pomogą przedsiębiorcom w kształceniu kadr.

– Przemysł jako sektor gospodarki – w odróżnieniu choćby od turystyki czy gastronomii – nie został mocno dotknięty przez lockdown. Mamy rekordową nadwyżkę handlową wynoszącą 6,9 proc. PKB. Spodziewamy się więc, że w długofalowej perspektywie pandemia przyspieszy w Polsce rozwój Przemysłu 4.0 – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dawid Solak, członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Przemysł 4.0 lub inaczej czwarta rewolucja przemysłowa, to proces transformacji technologicznej i organizacyjnej przedsiębiorstw, który obejmuje m.in. cyfryzację produktów i usług, wprowadzanie nowych modeli biznesowych i integrację całego łańcucha wartości. Jak wynika z opublikowanego w ubiegłym roku raportu Deloitte, w Polsce ten proces przebiega na zbliżonym poziomie i w podobnym tempie co globalnie (raport „Przemysł 4.0 w Polsce”).

W badaniu Deloitte 58 proc. menedżerów wyższego szczebla (z których 1/3 reprezentowała branżę produkcyjną) wskazało, że cyfrowa transformacja to główny priorytet strategiczny w ich organizacji, a zdaniem 39 proc. ich firma ma odpowiednie umiejętności i zasoby ludzkie do przeprowadzenia tej transformacji. Większość (86 proc.) wskazała też, że wdrażanie nowych technologii ma kluczowe znaczenie dla zachowania przewagi rynkowej ich przedsiębiorstwa. Pandemia okazała się dodatkowym bodźcem, który skłonił je do przyspieszenia procesu technologicznej transformacji.

– Pandemia stała się katalizatorem w procesie modernizacji przemysłu. Widać wyraźne trendy, jak choćby przyspieszenie automatyzacji, firmy cyfryzują też sposoby pracy. W najnowszej odsłonie raportu „Smart Industry Polska” aż 70 proc. przedsiębiorstw wskazało właśnie pandemię jako przyczynę tej digitalizacji. Proces zmian w przemyśle z natury jest dość powolny, ale szok związany choćby z zaburzeniem łańcuchów dostaw, zwłaszcza w pierwszym kwartale 2020 roku, sprawił, że reindustrializacja przestała być tylko hasłem – mówi Dawid Solak.

Jak wskazuje, w czwartej rewolucji technologicznej równie ważne co nowe technologie (takie jak Big Data, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja, blockchain, chmura, IoT, druk 3D czy nowe generacje robotów przemysłowych) są też kompetentne kadry. Potwierdza to badanie Deloitte, z którego wynika, że blisko połowa (43 proc.) menedżerów właśnie zasoby ludzkie i talenty uznała za główny czynnik napędzający innowacje cyfrowe w ich przedsiębiorstwach.

– Nie wystarczy zakup najnowszej linii produkcyjnej czy wdrożenie cobotów w fabryce, jeśli pracownikom zabraknie kompetencji do wykorzystania potencjału, jakie dają najnowsze rozwiązania technologiczne – podkreśla członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości. – W badaniach najczęściej wskazywane są dwie bariery związane z transformacją. Pierwsza to brak właściwiej kultury organizacyjnej przedsiębiorstwa, a druga to właśnie brak odpowiednich kompetencji. Firmy często nie dysponują kadrami z wiedzą na temat niezbędnych technologii i procesów. Platforma Przemysłu Przyszłości powstała po to, żeby te bariery obalić.

Działająca od blisko dwóch lat organizacja (podległa obecnie Ministerstwu Rozwoju, Pracy i Technologii) pełni rolę centrum wiedzy i skupia się właśnie na kształceniu wśród polskich kadr takich kompetencji, które są niezbędne w procesie cyfrowej transformacji. Dlatego PPP organizuje m.in. warsztaty, szkolenia, konferencje i promuje nowatorskie rozwiązania m.in. z obszaru automatyzacji, zaawansowanej analizy danych czy komunikacji ludzi z maszynami.

– Przywiązujemy ogromną wagę do tego, żeby przedsiębiorcy mogli na własne oczy zobaczyć, jakie korzyści daje transformacja. Dlatego jesteśmy stałym partnerem wydarzeń organizowanych przez regionalne huby innowacji cyfrowych. Najnowszą z takich inicjatyw jest np. dzień otwarty showroomu Fabryki Przyszłości hub4industry, który odbywa się w formacie online – mówi Dawid Solak.

Działania PPP są wspierane przez zespół ekspertów, którego zadaniami są m.in. prowadzenie szkoleń i webinariów, bezpośrednie doradztwo przedsiębiorcom czy tworzenie ekspertyz i specjalistycznych analiz. Eksperci merytoryczni PPP tworzą ponad 30-osobową grupę doświadczonych praktyków i specjalistów w poszczególnych zagadnieniach związanych z cyfrową transformacją oraz Przemysłem 4.0.

– Eksperci są naszym merytorycznym zapleczem i to od nich w ogromnym stopniu zależy, czy wiedza dotycząca transformacji przemysłowej trafi do polskich przedsiębiorstw – wskazuje członek zarządu Platformy Przemysłu Przyszłości.

Obecnie platforma zamierza powiększyć swój zespół ekspercki o nowych specjalistów z dziedzin powiązanych m.in. z Europejskim Zielonym Ładem, nowymi modelami biznesowymi, budowaniem kultury innowacji oraz kształtowaniem kompetencji pracowników. Nabór dla kandydatów ruszył w tym tygodniu, a chętni powinni się specjalizować w jednym z tych obszarów. Pod uwagę brane będą doświadczenie, aktywność zawodowa i dorobek naukowy, ale także m.in. umiejętności autoprezentacji i prowadzenia szkoleń.

– Osoby zainteresowane mogą zgłaszać się poprzez serwis PrzemyslPrzyszlosci.gov.pl, gdzie mogą znaleźć szczegółowe informacje o naborze, zapoznać się z wymaganiami oraz warunkami współpracy i wypełnić formularz zgłoszeniowy – mówi Dawid Solak. – W ubiegłym roku współpracowaliśmy z przeszło 50 partnerami, wśród których były także samorządy i przedsiębiorstwa. Nowa tura naboru trwa aż w 13 dziedzinach. Nasi eksperci mogą liczyć na honoraria, a współpraca na pewno się opłaci obu stronom.

Udział kobiet w polityce i biznesie rośnie, ale nieznacznie. Problemem brak odpowiedniej polityki rodzinnej oraz nadal duża luka płacowa

Kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów tylko w około 20 krajach. Przy dotychczasowym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat – wynika z wyliczeń organizacji UN Women. Chociaż są pozytywne, znaczące zmiany, jak mianowanie kobiety na stanowiska wiceprezydenta i ministra finansów USA, nadal jednak w wielu krajach pozycja pań na scenie politycznej słabnie. Również na najwyższych szczeblach w biznesie kobiety są słabo reprezentowane, a problemem pozostaje wyraźna różnica w ich wynagrodzeniach w stosunku do zarobków mężczyzn. – W Polsce sytuacji pań nie sprzyja polityka rodzinna, która nie ułatwia godzenia ról zawodowych i prywatnych – ocenia Małgorzata Druciarek z Instytutu Spraw Publicznych.

– Z perspektywy 193 państw na całym świecie kobiety stanowią obecnie ok. 1/4 wszystkich osób we władzy ustawodawczej. To dwa razy więcej niż 25 lat temu. Ta tendencja cały czas rośnie, niemniej dynamika wzrostu w ostatnich latach jest bardzo niewielka – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych. – To wiąże się z tym, że w wielu krajach pozycja kobiet na scenie politycznej i w przestrzeni publicznej jest coraz słabsza, a prawa kobiet są odbierane, czego Polska może być przykładem.

W ubiegłym roku organizacja UE Woman podała, że kobiety pełnią funkcję szefów państw lub rządów w ok. 20 krajach, a ok. 120 krajów nigdy nie miało kobiety przywódczyni. Przy tym tempie parytet na najwyższych szczeblach władzy nie zostanie osiągnięty przez kolejne 130 lat. Tylko nieco lepsza jest sytuacja na szczeblu ministerialnym – w 2019 roku tylko co piąty minister na świecie był kobietą. Przy rocznym wzroście o 0,52 pkt proc. parytet płci na stanowiskach ministerialnych nie zostanie osiągnięty przed 2077 rokiem.

Z drugiej strony są też widoczne oznaki poprawy sytuacji. W Estonii kobiety piastują zarówno stanowisko prezydenta, jak i premiera. W Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy kobiety zostały wybrane na wiceprezydenta oraz ministra finansów.

– Wybór Kamali Harris z całą pewnością jest przede wszystkim bardzo ważną decyzją polityczną, symboliczną dla wielu kobiet i dziewczynek, a także dla przyszłych pokoleń. Jeśli nie widzimy kobiet pełniących pewne funkcje publiczne, to po pierwsze, do tych funkcji nie aspirujemy, ale też nie wyobrażamy sobie kobiet na tym miejscu. Sama Kamala powiedziała, że ona jest pierwsza, ale na pewno nie ostatnia. Z tego punktu widzenia to bardzo ważna decyzja dla wszystkich kobiet na całym świecie – ocenia Małgorzata Druciarek.

Zgodnie z danymi Unii Międzyparlamentarnej z lipca 2019 roku, przytaczanymi w opracowaniu „Kobiety w polityce. Statystyki międzynarodowe” przez Kancelarię Senatu, pod względem udziału kobiet w sejmowych ławach Polska znalazła się na 54. miejscu (z nieco ponad 29-proc. udziałem). W Senacie ten odsetek był jeszcze niższy.

– Z jednej strony byliśmy jednym z pierwszych krajów na świecie, w których kobiety wywalczyły prawa wyborcze. Z drugiej strony obecnie nie plasujemy się na dobrym miejscu, jeżeli mielibyśmy się porównywać np. z innymi krajami europejskimi. Oscylujemy wokół 30 proc. udziału kobiet w Sejmie, zdecydowanie gorzej jest w Senacie, bo 16 proc. Nie wspomnę już o rządzie, w którym tylko jedna kobieta jest obecna – wylicza kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Na obecność kobiet w polityce może wpłynąć Strajk Kobiet. W protestach przeciwko zaostrzeniu przepisów antyaborcyjnych brały udział setki tysięcy pań. Według badań opinii wśród Polaków, które przeprowadził Ogólnopolski Strajk Kobiet, 85 proc. protestujących osób wierzy w ich skuteczność. Może to doprowadzić do stworzenia mocnej siły politycznej.

– Strajk Kobiet z całą pewnością jest przestrzenią, w której kobiety mogą sobie uświadomić fakt, że polityka dotyka ich życia osobistego i prywatnego, mogą się zobaczyć i policzyć. Natomiast to, czy wyrośnie z tego prawdziwa siła polityczna, która ma szansę przetrwać, na pewno wymaga ogromnej pracy i czasu – ocenia Małgorzata Druciarek. – Na pewno pandemia może być takim czynnikiem zmian, bo wiele kobiet uświadomiło sobie, że większość prac opiekuńczych i odpowiedzialności za bliskich spoczywa na nich. To być może jest taki czas, kiedy kobiety uświadomią sobie swoją rolę i być może coś z tym zrobią i przełożą to na siłę polityczną.

Nieco lepiej niż w polityce, przynajmniej teoretycznie, wygląda sytuacja kobiet w biznesie. Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Grant Thornton („Polski biznes otwarty na kobiety”) wynika, że 38 proc. wyższej kadry kierowniczej w polskich firmach stanowią panie. Pod tym względem Polska zajmuje trzecie miejsce w światowej czołówce i jest powyżej średniej zarówno europejskiej, jak i światowej (ok. 30 proc.). Tylko w 9 proc. krajowych firm na najwyższych stanowiskach nie zasiada żadna kobieta.

Gorzej sytuacja wygląda, jeśli uwzględniamy tylko stanowiska prezesów i dyrektorów zarządzających. Tutaj kobiety stanowią 19 proc. (w 2019 roku było to 16 proc.).

– Z całą pewnością nie jest dobrze, jeśli chodzi o lukę płacową. W mediach dużo się mówi o tym, że Polska jest liderem, jeśli chodzi o niski poziom luki płacowej, ale nie wspomina się o tym, że luka nie liczy mikro- i małych przedsiębiorstw, które w naszym kraju mają ogromne znaczenie i w których jest zatrudnionych około 40 proc. pracowników. Jeżeli weźmiemy je pod uwagę, to luka w Polsce oscyluje między 20 a 30  proc., a to jest bardzo dużo – mówi kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

Według danych Eurostatu za 2017 rok różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w UE wynosiła 16 proc. na korzyść panów. Najwyższa była w Estonii, Czechach, Niemczech (powyżej 20 proc.), a najniższa w Rumunii (3,5 proc.), Luksemburgu i we Włoszech (po 5 proc.), w Belgii (6 proc.) oraz w Polsce (7,2 proc.).

Jak wynika z ubiegłorocznej edycji Indeksu Równości Płci (Gender Equality Index), UE ma w tym zakresie sporo do nadrobienia. Ogólny wskaźnik wyniósł 67,9 punktów (na 100), a od 2017 roku wzrósł jedynie o 0,5 pkt (od 2010 o 4,1 pkt). W takim tempie – jeden punkt w dwa lata – osiągnięcie równości płci zajmie Unii ponad 60 lat.

Jak ocenia ekspertka ISP, w Polsce problemem jest polityka rodzinna, która nie ułatwia łączenia ról zawodowych i prywatnych.

– Z takim samym, choć może nawet większym kłopotem mierzą się polityczki. Posłanki w Polsce nie są uprawnione do urlopów macierzyńskich ani rodzicielskich. Państwo, ale też przedsiębiorstwa nie umożliwiają kobietom sprawnego łączenia ról matki i pracownicy. Wydaje się, że to jest podstawowa bariera dla wszystkich kobiet aktywnych zawodowo – przekonuje Małgorzata Druciarek.

Narodowy Program Zdrowia wymaga uzupełnienia o zagrożenia środowiskowe. Tylko w wyniku zanieczyszczenia powietrza co roku przedwcześnie umiera 50 tys. osób

Wpływ zmian klimatu i zanieczyszczeń powietrza na zdrowie ludzi powinien zostać uwzględniony w Narodowym Programie Zdrowia na lata 2021–2025. To główny postulat HEAL Polska, organizacji analizującej wpływ środowiska na zdrowie publiczne, i Koalicji Klimatycznej sformułowany w ramach konsultacji społecznych. – Badania dowiodły, że mieszkańcy terenów zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci w wyniku tej choroby – mówi Weronika Michalak z HEAL Polska.

Projekt rozporządzenia w sprawie Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025 został opublikowany w grudniu 2020 roku, a w styczniu tego roku swoje uwagi do projektu składali partnerzy społeczni. Celem strategicznym NPZ jest wydłużenie życia Polaków spędzonego w zdrowiu oraz zmniejszenie nierówności, które ujawniają się w kwestiach zdrowotnych. Z kolei cele operacyjne obejmują: profilaktykę nadwagi i otyłości, profilaktykę uzależnień, promocję zdrowia psychicznego, zdrowie środowiskowe i choroby zakaźne oraz zdrowe i aktywne starzenie się.

Narodowy Program Zdrowia to bardzo istotny dokument, który wyznacza strategię i cele na następne lata w zakresie zdrowia publicznego dla Polek i Polaków. Powinien on zawierać wszystkie najbardziej istotne obszary, które łączą się ze zdrowiem publicznym. Jako organizacje pozarządowe, które skomentowały projekt Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021–2025, cieszymy się, że dokument powstał, natomiast brakuje odpowiedniego uwzględnienia czynników środowiskowych, głównie wpływu zanieczyszczeń powietrza i zmian klimatu na zdrowie ludzi – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Weronika Michalak, dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance (HEAL).

Jak podkreśla, w dokumencie za mało uwagi poświęcono takim kwestiom jak edukacja, profilaktyka czy adaptacja do istniejących już zagrożeń. Czynniki środowiskowe zostały zredukowane w NPZ do środowiska pracy, a nie zagrożeń płynących ze środowiska naturalnego.

Jeszcze przed pandemią koronawirusa Światowa Organizacja Zdrowia podkreślała, że zmiana klimatu jest najpoważniejszym zagrożeniem dla zdrowia publicznego ludzi na całym świecie, ponieważ ma liczne i wszędzie odczuwalne konsekwencje – zaznacza dyrektorka HEAL Polska.

Degradacja środowiska naturalnego w coraz większym stopniu wpływa na zdrowie ludzi na całym świecie, w tym również mieszkańców Polski. Każdego roku prawie 50 tys. osób umiera przedwcześnie tylko z powodu zanieczyszczeń powietrza. Na świecie ofiar może być nawet 7 mln rocznie.

– Zanieczyszczenie powietrza to nie jest konsekwencja zmian klimatu, ale się z nimi wiąże, bo łączy się ze spalaniem paliw kopalnych. Jednak w dobie COVID-19 ma to istotne znaczenie. Coraz większa liczba naukowców dostrzega korelację pomiędzy zanieczyszczeniem powietrza a zachorowalnością i zgonami na COVID-19. Ludzie mieszkający na obszarach zdegradowanych środowiskowo mają wyższe ryzyko zachorowania na COVID-19 i śmierci wskutek tej choroby. Jeszcze pół roku temu były to hipotezy, ale obecnie są już potwierdzone badaniami – podkreśla Weronika Michalak.

Śmiertelność wywołaną zmianami klimatu trudno jednak oszacować. Wliczają się w to również ofiary upałów czy katastrof naturalnych. Kolejny problem to tropikalne choroby zakaźne, które docierają do Europy, takie jak denga czy gorączka Zachodniego Nilu.

– Zmiana klimatu to jest też zaburzenie bezpieczeństwa żywnościowego, np. na skutek susz – mówi ekspertka. – Dlatego uwzględnienie czynników środowiskowych w celach operacyjnych NPZ jest istotne. Z kolei choroby zakaźne – jako coraz większe zagrożenie – powinny zostać ujęte jako osobny cel operacyjny w całym programie. To są zbyt ważne zagadnienia, żeby się znajdowały wspólnie w jednym celu operacyjnym.

HEAL Polska apeluje do Ministerstwa Zdrowia o szczególną troskę wobec osób starszych, które są narażone na konsekwencje kryzysu klimatycznego związanego m.in. z falami upałów.

Wydawałoby się, że wszyscy wiemy, z czym się mogą wiązać fale upałów i jak się przed nimi chronić, bo lata w Polsce już bywały upalne. Natomiast gdy spojrzymy na statystyki ostatnich lat, te fale są coraz dłuższe, coraz bardziej dotkliwe, a bywają takie, z powodu których kilkadziesiąt tysięcy osób w skali całej Europy umiera, tylko z powodu wysokich temperatur i konsekwencji sercowo-naczyniowych – uściśla Weronika Michalak.

Możliwe konsekwencje kryzysu klimatycznego wymagają nowego podejścia do profilaktyki. Powinna się ona opierać na działaniach edukacyjnych i adaptacyjnych także w służbie zdrowia, aby ta była przygotowana na hospitalizację i pomoc medyczną osobom, które mogą ponosić różne skutki zmian klimatu.

Naszym zdaniem dokument wymaga jeszcze dopracowania. Coraz więcej przedstawicieli sektora zdrowia, chociażby w niedawno uruchomionej kampanii „Lekarze dla klimatu”, mówi o konsekwencjach kryzysu klimatycznego i o tym, co się jeszcze może zdarzyć za kilka czy kilkadziesiąt lat, jeżeli nie podejmiemy wystarczających działań w walce ze zmianą klimatu. Mamy nadzieję, że Ministerstwo Zdrowia weźmie te głosy pod uwagę – podkreśla dyrektorka polskiego oddziału Health and Environment Alliance.

Automatyzacja branży gastronomicznej postępuje. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów

Na świecie pracują już niemal 3 mln robotów przemysłowych, a duża część z nich wykorzystywana jest w fabrykach i laboratoriach, w przemyśle, rolnictwie oraz medycynie. Jednak coraz częściej maszyny będą wspierać ludzi w zadaniach nieco bardziej prozaicznych. Roboty mogą już wkrótce zastąpić kucharzy, barmanów czy kelnerów, a automatyzacja branży gastronomicznej, zwłaszcza podczas pandemii koronawirusa, to tylko kwestia czasu.

– NASA już od lat wysyła w kosmos bezzałogowe misje w celu eksploracji kosmosu, a Boston Dynamics stworzył roboty kroczące. Ale autonomiczne maszyny to nie tylko agencje kosmiczne czy armia. Google, Tesla i Uber pracują nad autonomicznymi pojazdami, które zaoszczędzą nam czas na dojazdach. Automatyzacja wkracza także pod nasze strzechy. Mamy już ekspresy do kawy, które jesteśmy w stanie zaprogramować tak, aby o 8.00 rano zrobiły nam gorącą kawę, mamy Roombę, która czyści nasze podłogi, autonomiczna kosiarka do trawy kosi trawnik. Automatyzacja dotknie każdej dziedziny naszego życia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Paśko, wspólnik w Poley.me.

Rynek automatyzacji i robotyki rozwija się niezwykle dynamicznie. Międzynarodowa Federacja Robotyki w swoim raporcie z września 2020 roku pt. „World Robotics Reports 2020” wskazała, że na całym świecie jest już ponad 2,7 mln robotów, a ich liczba sukcesywnie rośnie. Choć w 2019 roku sprzedaż nowych maszyn nieco spadła, to dane za rok 2020, kiedy wybuchła pandemia koronawirusa, mogą powrócić do dynamicznych wzrostów. Na masową skalę produkowane są m.in. roboty wykorzystywane do dezynfekcji pomieszczeń szpitalnych.

Jedną z branż szeroko wykorzystujących robotykę jest także gastronomia. W Japonii za sprawą firmy Bear Robotics pojawili się pierwsi robokelnerzy Servi, działający zarówno w restauracjach, jak również na prywatnych bankietach. Wyposażony w dwie tace, poruszający się w ograniczonym obszarze robotyczny kelner może działać bez przerwy do 12 godzin. Z kolei japońskie restauracje wykorzystują roboty do serwowania i przygotowania sushi. Wielu ekspertów zaznacza, że nie jest to tylko chwyt marketingowy, ale też często realny problem braku rąk do pracy na japońskim rynku.

– W wielu dziedzinach życia to nie jest przyszłość, to już jest teraźniejszość. Już teraz w Kalifornii robotyczne ramię Cafe X jest w stanie przygotować nam kawę. Na polskim rynku Costa Coffee zainwestowała ostatnio w autonomiczne punkty sprzedaży. To już się dzieje – podkreśla wspólnik w Poley.me.

Jednym z liderów rynku robogastronomii może stać się wkrótce firma Sony, która pracuje nad robotami domowymi nowej generacji. To wielofunkcyjny system wsparcia kucharza na każdym etapie tworzenia potrawy. Eksperci koncernu wykorzystują narzędzia SI do generowania nowych modeli odpowiedzialnych za analizę wszystkiego co ma znaczenie dla „budowy” potraw, ich smaku i wyglądu. System pomoże w przygotowaniu potrawy, doradzi, jakie składniki wykorzystać, w jaki sposób je pokroić, doprawić czy podać.

Z kolei stworzony przez Polaków start-up Poley.me także przeciera szlaki dla robotycznej rewolucji w gastronomii. Firma skonstruowała autonomicznego robota, który nie tylko przygotuje wybranego drinka, ale dzięki sztucznej inteligencji zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie wcześniejszych preferencji klienta. Autonomiczne roboty gastronomiczne znajdą zastosowanie w wielu miejscach.

– Maszyny mogą znaleźć zastosowanie w hotelach czy na stokach narciarskich. Wszędzie tam, gdzie duże liczby osób należy obsłużyć w krótkim czasie – wskazuje Kamil Paśko.

Według „World Robotics Reports 2020” największymi rynkami robotów na świecie są Chiny, Japonia i Stany Zjednoczone, jednak wśród 15 krajów najbardziej zaawansowanych pod względem wykorzystania maszyn znalazła się także Polska, zajmując 14. miejsce.

Nowa teoria naukowców z Uniwersytetu Harvarda dotycząca wyginięcia dinozaurów. Za katastrofę odpowiedzialna była kometa

Przez dziesięciolecia odpowiedzialnością za wyginięcie dinozaurów obarczana była asteroida z pasa między Marsem a Jowiszem, która uderzyła w Ziemię, powodując katastrofalne zniszczenia. Nowe badania przeprowadzone na Uniwersytecie Harvarda wysunęły teorię, że obiekt, który zniszczył życie na naszej planecie, pochodził z dużo bardziej odległego miejsca. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, naukowcy obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z Obłoku Oorta, lodowej kuli szczątków na krawędzi Układu Słonecznego, mogła zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza. Jedna z nich mogła trafić w Ziemię.

Około 66 mln lat temu duże ciało z kosmosu uderzyło w naszą planetę. Uważa się, że obiekt miał ok. 16 km szerokości i pozostawił krater na wybrzeżu Meksyku o szerokości 93 mil i głębokości 12 mil. Uderzenie spowodowało wyginięcie większości dinozaurów, a następująca po nim zmiana klimatu, która trwała tysiące lat, doprowadziła do śmierci 3/4 życia na Ziemi.

Dotychczas uważano, że za katastrofę odpowiadała asteroida. Badania naukowców z Uniwersytetu Harvarda twierdzą jednak, że była to prawdopodobnie kometa, która nadleciała z krawędzi Układu Słonecznego, z regionu Obłoku Oorta. Korzystając z analizy statystycznej i symulacji grawitacyjnych, obliczyli, że znaczna część długookresowych komet pochodzących z tego rejonu może zostać odbita z kursu przez pole grawitacyjne Jowisza.

– Układ Słoneczny działa jak automat do gry w pinball – wskazuje Amir Siraj, student astrofizyki na Uniwersytecie Harvarda. – Najbardziej masywna planeta układu – Jowisz – wyrzuca nadchodzące komety długookresowe [obiegające Słońce w czasie dłuższym niż 200 lat – przyp. red.] na orbity, które zbliżają je do Słońca.

Gdy kometa zbliżyła się do Słońca, prawdopodobnie się rozpadła, a jej fragmenty obierały różne kierunki. Większa część komety znalazła się na kursie kolizyjnym z Ziemią.

– W przypadku komet muskających Słońce [których orbity przechodzą ekstremalnie blisko jego powierzchni – przyp. red.] część komety bliżej niego odczuwa silniejsze przyciąganie grawitacyjne niż część znajdująca się dalej, co skutkuje efektem siły pływowej w poprzek obiektu – tłumaczy Amir Siraj. – Efektem może być tak zwane rozerwanie pływowe, w którym duża kometa rozpada się na wiele mniejszych części, a w swojej drodze powrotnej w stronę Obłoku Oorta istnieje zwiększone prawdopodobieństwo, że jeden z tych fragmentów uderzy w Ziemię.

Nowe obliczenia naukowców zwiększają prawdopodobieństwo, że komety długookresowe uderzą w Ziemię, a nawet 20 proc. z nich może okazać się śmiertelnym zagrożeniem.

– Nasze opracowanie dostarcza dowody na wyjaśnienie wystąpienia tego zdarzenia – dodaje Avi Loeb, astronom z Uniwersytetu Harvarda. – Według naszych ustaleń, jeśli obiekt zbliżający się do Sońca zostanie rozbity, może to spowodować odpowiednią częstość zdarzeń, a także wywołać rodzaj uderzenia, który zabił dinozaury.

Teoria naukowców Uniwersytetu Harvarda wskazuje, że duże kratery, jak meksykański Chicxulub, są pokryte „węglowym chondrytem”, czyli materiałem pochodzącym z początków Układu Słonecznego. Naukowcy twierdzą, że tylko około 10 proc. asteroid w pasie między orbitą Jowisza i Marsa jest zbudowanych z węglowego chondrytu, jednak wśród komet długookresowych większość składa się właśnie z tego materiału.

Podobne składy mają także krater Vredefort w Republice Południowej Afryki czy krater Żamanszyng w Kazachstanie, największy w ciągu ostatniego miliona lat. Naukowcy twierdzą, że czas tych uderzeń potwierdza ich obliczenia.

– Powinniśmy częściej obserwować mniejsze fragmenty docierające na Ziemię z Obłoku Oorta – wskazuje Avi Loeb. – Mam nadzieję, że uda nam się przetestować tę teorię. Mając więcej danych na temat komet długookresowych, możemy uzyskać lepsze statystyki i być może zobaczyć dowody na istnienie niektórych fragmentów komet.

Bezpłatna konferencja: Cyfryzacja Spółek Kapitałowych – prawo a nowe technologie

Zapraszamy na wirtualną konferencję Wybrane aktualne zmiany w prawie gospodarczym oraz cyfryzacja spółek i innych organizacji – prawo a nowe technologie, która odbędzie się dnia 11 marca 2021 roku, w godzinach 10:00 – 12:00. Głównymi organizatorami i jednocześnie patronami merytorycznymi konferencji są Międzynarodowe Centrum Zarządzania Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacja Na Rzecz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Konferencja odbędzie się w formie dyskusji ekspertów biznesowych i  przedstawicieli środowiska naukowego na temat aktualnych zmian w prawie gospodarczym, w szczególności zasad udziału w formalnych zgromadzeniach z  wykorzystaniem nowych technologii, organizacji głosowań, rejestracji przebiegu spotkań, zawierania umów w formie elektronicznej, przepisów dotyczących prostej spółki akcyjnej, dematerializacji akcji, wybranych zmian opodatkowania i  cyberbezpieczeństwa.

Moderatorem dyskusji będzie doc. dr Robert Pietrusiński z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. W panelu wezmą udział Prof. dr hab. Igor Postuła z  Wydziału Zarzadzania Uniwersytetu Warszawskiego, Paweł Wachelka z  Intertrading Systems Technology, Doc. dr Piotr Sokół z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, Ludwik Sobolewski, specjalista rynku papierów wartościowych.

Konferencja kierowana jest do radców prawnych, notariuszy, założycieli start-upów, przedsiębiorców, prawników korporacyjnych, notariuszy, przedstawicieli instytucji finansowych, funduszy inwestycyjnych, pracowników biur zarządów i  rad nadzorczych zainteresowanych założeniem prostej spółki akcyjnej, jak również inwestorów instytucjonalnych w postaci banków inwestycyjnych, domów maklerskich, towarzystw i funduszy inwestycyjnych itd. oraz inwestorów indywidualnych, instytutów naukowych, dziennikarzy i innych osób zainteresowanych zmianami w przepisach.

Udział w konferencji jest bezpłatny dla wszystkich uczestników. Warunkiem udziału jest rejestracja elektroniczna na stronie www.wzuw.pl lub poprzez przesłanie zgłoszenia mailowo na adres [email protected]UWWZ (3)

Które podatki należy podwyższać, a których nie?

Rozmawiając o systemie podatkowym warto wziąć pod uwagę rozróżnienie podatków na pośrednie i bezpośrednie. Dlatego, że wpływy z nich obciążają dwie różne strony dokonujące transakcji. Podatki pośrednie, takie jak VAT i akcyza, chociaż płacone są przez przedsiębiorstwa – obciążają konsumentów. Zaś podatki bezpośrednie, takie jak CIT, płacone są przez same firmy. Jest to podatek od zysku – dlatego firmy nie powinny tym podatkiem obciążać konsumentów. Jedną z możliwości obniżenia lub uniknięcia tego podatku może być za to odpisanie od niego wydatków na inwestycje. Jest to jednak furtka, z której korzysta wielu nieuczciwych przedsiębiorców.

– Inwestując, firmy tworzą nowe miejsca pracy, rozwijają potencjał wytwórczy naszej gospodarki, a w przyszłości przysparzają państwu wpływów podatkowych. Natomiast zdarza się, że firma ani nie płaci CIT-u, ani też nie inwestuje. To jest rzecz wymagająca bliższego zbadania, gdyż przez takie dziury podatkowe ucieka nam z budżetu państwa dużo pieniędzy – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Jednak zamiast przypilnowania przedsiębiorców i zwiększenia wpływów z podatku CIT, proponuje się podwyższenie stawki podatku akcyzowego. To ruch, który zamiast do kieszeni wielkich firm, wkradnie się do kieszeni konsumentów. Plany te odnoszą się głównie do nowej kategorii produktów na rynku wyrobów tytoniowych, czyli tak zwanych wyrobów nowatorskich. Nie istnieją jednak przesłanki wskazujące na to, że taka zmiana jest niezbędna. Różnica między stawkami akcyzowymi nie jest żadną luką podatkową. To jest efekt decyzji ustawodawcy, który wynika z konkretnych, uzasadnionych przesłanek. Gdy dany wyrób akcyzowy jest bardziej szkodliwy dla zdrowia, na przykład mocniejszy alkohol czy papierosy, uzasadnione jest to, by był obłożony wyższą stawką podatku akcyzowego. Realizacja postulatu o podwyższenie akcyzy na wyroby nowatorskie spowoduje, że będą one opodatkowane 2,5 razy wyżej niż zwykłe papierosy. Absolutnie nie ma przesłanek do tego, by produkty potencjalnie mniej szkodliwe dla zdrowia były dużo wyżej opodatkowane niż te, które szkodzą nam bardziej – podkreśla Kozłowski.

19,5 pkt. wyniósł styczniowy wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów. Spodziewana poprawa nastrojów w lutym

Pomiar NHT, czyli Nastroju Handlu Tradycyjnego, to nowe, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wspierającego zarządzanie promocjami w tradycyjnych sklepach spożywczych. Styczniowy, ogólny wskaźnik bieżących nastrojów właścicieli najmniejszych placówek handlowych wyniósł 19,5 pkt. w skali od 0 do 100. Prognoza na luty jest bardziej optymistyczna.

Wskaźnik NHT+1, określający nastroje spodziewane w kolejnym miesiącu, wyniósł 36,1 pkt dla tej samej grupy badanych (w badaniu wzięła udział reprezentatywna liczba osób korzystających z M/platform, głownie właścicieli i kierowników sklepów). Wynik nie znajduje się jeszcze po stronie optymistycznej, ale sugeruje tendencję wzrostową.

M/platform wspiera małe, lokalne sklepy tradycyjne. Skutecznie łączymy detalistów z producentami, aby ułatwić im wyjście z atrakcyjną ofertą do klientów z sąsiedztwa. Badanie Nastroju Handlu Tradycyjnego pozwoli nam jeszcze lepiej zrozumieć potrzeby użytkowników M/platform, ale również ułatwi diagnozę rynkowych nastrojów, które szczególnie w czasach pandemii są nieustannie wystawiane na próbę – komentuje Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług S.A., operatora M/platform.

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i wiele wskazuje na to, że w perspektywie najbliższych miesięcy nadal będzie ona odgrywać ważną rolę we wszystkich obszarach życia społeczno-gospodarczego. Przez ostatni rok handel detaliczny odczuł kryzys, lecz był zasadniczo bardziej niż inne branże odporny na większość zawirowań związanych z restrykcjami. Oprócz pandemii, na styczniowe nastroje uczestników badania mogły mieć jednak wpływ również nowe, dodatkowe obciążenia dla przedsiębiorców, np. wzrost minimalnego wynagrodzenia brutto i idący za tym wzrost stawek ZUS, wzrost opłat za energię elektryczną czy też nowo wprowadzony podatek cukrowy i „opłata małpkowa”.

Mimo licznych wyzwań, prognoza na luty – wzrost wskaźnika Nastroju Handlu Tradycyjnego o 16,6 pkt – wydaje się wskazywać na rosnący optymizm.

Metodologia: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Podwyżka akcyzy na piwo nie jest planowana. Ministerstwo Finansów odpowiada Rzecznikowi MŚP

Rzecznik MŚP zaniepokojony licznymi informacjami medialnymi, mówiącymi o planowanej podwyżce akcyzy na napoje alkoholowe, w szczególności piwo zapytał Ministerstwo Finansów czy trwają obecnie pracę nad takimi rozwiązaniami. Resort finansów poinformował, że obecnie nie są prowadzone żadne prace legislacyjne w zakresie zmiany stawek podatku akcyzowego.

Branża piwna to ważna część rodzimego przemysłu spożywczego. Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie. Poza największymi producentami na rynku funkcjonuje także wiele mniejszych browarów, zaliczanych do sektora małych i średnich przedsiębiorstw, dlatego Rzecznik MŚP z zadowoleniem przyjął odpowiedź Ministerstwa Finansów.

Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
Adam Abramowicz – rzecznik MŚP
– Małe, rodzinne browary to rzadko wspominane ofiary lockdownu. Często ich głównymi klientami są restauracje, które dziś są zamknięte. Nie uwzględniają ich jednak tarcze antykryzysowe. Dołożenie im jeszcze kolejnego problemu w postaci podwyżki akcyzy mogłoby być dla wielu z nich nie do udźwignięcia. Dobrze, więc że plotki o zmianach w akcyzie okazały się jedynie dziennikarską kaczką – komentuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Rzecznik MŚP konsekwentnie opowiada się za nienakładaniem w czasie kryzysu nowych podatków i danin na przedsiębiorców, zwłaszcza na branże szczególnie dotkniętych konsekwencjami zamknięcia gospodarki.