Portret finansowy seniora – co czwarty dorabia na emeryturze, a co trzeci pomaga finansowo bliskim

O niemal połowę (49%) spadło poczucie bezpieczeństwa finansowego seniorów w okresie pandemii. Największe obawy budzą podwyżki cen, spadek siły nabywczej pieniądza oraz utrata dodatkowej pracy zarobkowej. Co czwarty senior dorabia na emeryturze, a co trzeci pomaga finansowo bliskim – wynika z badania opinii. Przy okazji Święta Babci i Dziadka, sprawdźmy czy starsze osoby w naszym otoczeniu nie potrzebują pomocy.

Osoby starsze powyżej 65 roku życia najczęściej utrzymują się z emerytury. Co czwarty emeryt deklaruje podejmowanie dodatkowej pracy zarobkowej, wyrównując niedobory swojego budżetu domowego. Trudno się temu dziwić, skoro najwięcej pobieranych emerytur (20,1% ) mieści się w przedziale od 1600 zł do 2000 zł brutto, a wysokość najniższego świadczenia emerytalnego od 1 marca 2020 r. wynosi 1200 zł brutto.senior na emeryturze

Jak wynika z grudniowego badania opinii „Sytuacja finansowa seniorów w pandemii”*, wśród ankietowanych osób po 65 r.ż. blisko 1/3 respondentów regularnie bądź dodatkowo wykonuje prace zlecone, 13% pracuje na część etatu,  6% wykonuje prace dorywcze. W grupie pracujących emerytów są także osoby, prowadzące własną działalność gospodarczą i pracujące w oparciu o umowę o dzieło.

Seniorzy zaciskają pasa, a jednak nadal pomagają bliskim

Pandemia obniżyła poczucie bezpieczeństwa finansowego wśród niemal połowy badanych seniorów (49%). Największe obawy budzą podwyżki cen i spadek siły nabywczej pieniądza, a co za tym idzie mniej środków na bieżące potrzeby.  Podwyżka cen,  w tym za utrzymanie mieszkania czy na leki, szczególnie martwi tych, dla których emerytura stanowi jedyny dochód. Co ciekawe, o swoje finanse obawiają się także emeryci, posiadający dodatkowe dochody, poza emeryturą. Widmo utraty pracy oznaczałoby dla nich utratę szansy na utrzymanie ich dotychczasowego standardu życia.Seniorzy zaciskają pasa

Wobec tej sytuacji osoby starsze zaciskają pasa. Ponad połowa w czasie pandemii ograniczyła wydatki, rezygnując głównie z własnych przyjemności, jak wyjście z przyjaciółmi do kawiarni, kino, wycieczki. Emeryci zmniejszyli dotychczasowe wydatki spożywcze i zmuszeni byli do kupowania tańszych produktów.

Jednocześnie należy podkreślić, że aż 34% ankietowanych seniorów potwierdziło, że ze swoich dochodów pomagają dodatkowo swojej rodzinie. W przeddzień Dni Babci i Dziadka warto zapytać, czy jednak oni nie potrzebują wsparcia. W najtrudniejszej sytuacji finansowej znajduje się bowiem niemała grupa emerytów.

Ponad 16% seniorów ma ciężką sytuację finansową i potrzebuje pomocy od bliskich, często musi wspomagać się pożyczkami lub kredytami. A tymczasem, według danych BIK, już w tej chwili współczesny senior jest aktywnym uczestnikiem rynku finansowego, posiada zarówno kredyty zaciągnięte w bankach, jak i pożyczki w firmach pozabankowych.

Kredyty i pożyczki 65-latków

Według ZUS, w Polsce jest ok. 5,9 mln osób po 65 r.ż. W tej grupie wiekowej 2,9 mln emerytów i emerytek spłaca kredyty i pożyczki. Jak wynika z bazy BIK, wyższy jest udział pań (57,0%) niż panów, chociaż kwota do spłaty rozkłada się prawie po połowie – 50,4% kobiet i 49,6% mężczyzn, na co bez wątpienia wpływ ma czynnik dochodowy.

– Współczesny senior jest aktywnym uczestnikiem rynku finansowego. Osoby w wieku 65 lat i starsze spłacają zarówno kredyty, jak i pożyczki w firmach pozabankowych. Niepokojący jest fakt, że osoby w najstarszej grupie wiekowej, korzystające ze świadczeń emerytalnych, mają najwyższy udział opóźnionych w spłacie kredytów gotówkowych w porównaniu do innych grup wiekowych. Wynosi on 15,4%, czyli o 7,2 pkt proc. więcej niż najlepiej spłacający klienci z grupy wiekowej 35-44 lat – mówi Sławomir Nosal, kierownik Zespołu Analiz Portfelowych w BIK.

– Z danych BIK wynika, że w ostatnich dwóch latach spadła średnia kwota do spłaty przypadająca na osobę biorąc pod uwagę łączne zadłużenie seniora z tytułu kredytów bankowych i pożyczek. Na koniec 2020 r. średnia kwota do spłaty wyniosła 11 017 zł, o 5,0% mniej niż w 2018 r. i 3,7% mniej niż rok temu – dodaje Sławomir Nosal.

Według danych BIK, osoby powyżej 65 r.ż. spłacają kredyty mieszkaniowe (8,92 mld zł), konsumpcyjne (20,39 mld zł), karty kredytowe (1,35 mld zł) oraz limity kredytowe (0,91 mld zł). Seniorzy mają zatem udział we wszystkich rodzajach kredytów, jednak należy zwrócić uwagę, że ponad 63% wartości wszystkich zobowiązań seniora to kredyty konsumpcyjne, czyli gotówkowe i ratalne.Kredyty i pożyczki 65-latków

Osoby w wieku powyżej 65 lat korzystają także z ofert firm pożyczkowych. Pożyczki, które stanowią 1,7% łącznego zadłużenia seniorów spłaca obecnie 68,19 tys. osób. Jest to liczbowo 109,15 tys. pożyczek, z tytułu których wartość do spłaty wynosi 558 mln zł.

Martwi pogarszająca się jakość regulowania zobowiązań w tej grupie wiekowej: udział opóźnionych zobowiązań na koniec 2018 r. wynosił 8,44%, w 2019 r. poprawił się na 8,36%, ale na koniec 2020 r. wzrósł do 8,91%.

* Badanie opinii, pt. „Sytuacja finansowa seniorów w pandemii”, wykonane na zlecenie Biuro Informacji Kredytowej S.A. przez firmę Research&Grow, CAWI, osoby w wieku 65+, N=500, grudzień 2020 r.

Youtuber-naganiacz Damian Żukiewicz ma zapłacić 450 tys. zł kary

  • Niemal maksymalną karę za każdą z trzech stwierdzonych praktyk – łącznie blisko 450 tys. zł – nałożył Prezes UOKiK Tomasz Chróstny na Damiana Żukiewicza (INVESTPROVIDER) za propagowanie systemów promocyjnych typu piramida.
  • Youtuber namawiał do przystąpienia do systemów FutureNet, FutureAdPro i NetLeaders, obiecujących korzyści zależne od wprowadzenia nowych osób.
  • To pierwsza decyzja Prezesa UOKiK wobec tzw. naganiaczy na systemy typu piramida.

Damian Żukiewicz, który prowadził działalność gospodarczą pod nazwą INVESTPROVIDER – Damian Żukiewicz we Wrocławiu, to youtuber czerpiący zyski z promowania różnych inwestycji. Na swojej stronie internetowej i na kanale Youtube publikował materiały i nagrania, w których namawiał konsumentów do rejestrowania się na portalu FutureNet, platformie Future AdPro i przystępowania do sieci NetLeaders. W ten sposób promował systemy typu piramida obiecujące zyski uzależnione głównie od wprowadzenia do systemu kolejnych osób. Ich organizowanie i propagowanie jest prawnie zakazane jako nieuczciwa praktyka rynkowa. Po przeprowadzeniu postępowania Prezes UOKiK Tomasz Chróstny stwierdził, że poprzez promocję takich systemów Damian Żukiewicz naruszał zbiorowe interesy konsumentów.

– Systemy promocyjne typu piramida są zakazane zarówno przez prawo polskie, jak i europejskie. Musimy je szybko i skutecznie eliminować z rynku, bowiem na ich działalności swoje oszczędności tracą konsumenci. Istotnym elementem w przypadku tego typu przedsięwzięć są tzw. naganiacze – osoby, które te „projekty” świadomie i odpłatnie propagują, wciągając do nich kolejnych konsumentów. Bez ich działalności systemy promocyjne typu piramida nie miałyby możliwości sprawnego pozyskania nowych uczestników. Naganiacze muszą ponosić odpowiedzialność za swoje działania wprowadzające konsumentów w błąd, które skutkują poważnymi stratami finansowymi po stronie konsumentów i mogą prowadzić do poważnych tragedii ludzkich. Po przeprowadzeniu postępowania podjąłem decyzję o ukaraniu naganiacza Damiana Żukiewicza karą w wysokości blisko 450 tys. zł. Za każdą ze stwierdzonych praktyk, odnoszących się do promowania w internecie nielegalnych inwestycji, wprowadzania konsumentów w błąd i mamienia ich wizją wielkich zysków, nałożyłem na niego niemal maksymalną, ustawową sankcję finansową. Prowadzimy kolejne działania wymierzone w organizatorów i promotorów systemów typu piramida, każdorazowo informujemy o naszych podejrzeniach również organy ścigania  – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.

FutureNet i FutureAdPro

Prowadzący działalność gospodarczą pod nazwą INVESTPROVIDER – Damian Żukiewicz na swojej stronie http://zukiewicz.com i w nagraniach dostępnych na YouTube do czerwca 2019 r. namawiał do zarejestrowania się na portalu FutureNet i platformie reklamowej FutureAdPro prowadzonych przez firmy FUTURENET UKRAINE ze Lwowa oraz BCU Trading z Dubaju. Obiecywały one wynagrodzenie za wprowadzenie nowych osób do systemu, namówienie ich do kupienia pakietów uczestnictwa lub statusów. Korzyści uzależnione były przede wszystkim od wprowadzenia nowych członków do systemu. UOKiK ostrzegał przed nimi już w marcu 2019 r. W lipcu 2020 r. Prezes Urzędu Tomasz Chróstny wydał decyzję, w której uznał, że projekty te były nielegalnymi systemami promocyjnymi typu piramida. Śledztwo w sprawie FutureNet i FutureAdPro pod sygnaturą PO 2 Ds. 63.2016 prowadzi także Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu.

Sieć NetLeaders

Damian Żukiewicz propagował także w internecie sieć NetLeaders. To inicjatywa firmy CL Singapore wprowadzającej na rynek kryptowalutę DasCoin. Spółka oferowała licencje, które kosztowały od 100 euro do 25 tys. euro i obiecywała zyski za to, że ktoś namówi inne osoby do wpłaty pieniędzy. UOKiK ostrzegał przed CL Singapore w marcu 2019 r., a w grudniu 2019 r. Prezes UOKiK wydał decyzję, w której uznał, że był to system promocyjny typu piramida. Sprawą interesuje się również Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która prowadzi czynności zarówno w odniesieniu do CL Singapore (sygn. PO 5 Ds. 33.2017), jak i śledztwo  w sprawie Netleaders/DasCoin (sygn. PO III Ds. 176.2018).

Sposoby propagowania systemów

Aby namówić internautów do rejestrowania się w wymienionych systemach, inwestowania w nie i wprowadzania znajomych, Damian Żukiewicz zamieszczał np. takie wpisy:

  • Jeśli chcesz zarabiać minimum 5.000 zł miesięcznie przez Internecie. Jeśli chcesz zwolnić się na zawsze z pracy na etacie, z której nie jesteś zadowolony, to nie zastanawiaj się i nie słuchaj swoich znajomych nieudaczników, tylko ZRÓB TO! Co masz zrobić? Zacznij od podstaw czyli zarejestruj się w minimum 5 programach, które będą podstawą twoich przychodów pasywnych. Ani ja, ani żaden inny lider zarabiający dziś minimum $1.000 dziennie w Internecie nie pominął tego kroku.
  • Firma NetLeaders, bardzo dobrze wynagradza osoby, które przyczynia się do szybkiego rozwoju firmy, dzięki którym kryptowaluta DasCoin wraz z systemem płatności DasPay szybciej staną się powszechnie znane i używane. DasCoin – wynagrodzenie za luty 2017 to około 94.000 PLN.

Jako dowód mający przekonać konsumentów do inwestycji Damian Żukiewicz zamieszczał zdjęcia, które opisywał jako wyciągi ze swojego konta bankowego i zeznania PIT. Kusił także wycieczkami do egzotycznych krajów. Zachęcał nawet do zaciągania pożyczek, żeby w ten sposób uzyskać pieniądze na wykup kolejnych pakietów, statusów czy licencji.

Kara i usunięcie skutków naruszenia

Za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów grozi kara maksymalnie do 10 proc. obrotu przedsiębiorcy z poprzedniego roku. Za przedsiębiorcę uznaje się nie tylko osobę zarejestrowaną w CEIDG, ale każdego (w tym blogerów, infuencerów), kto w sposób zorganizowany i ciągły faktycznie prowadzi działalność gospodarczą i czerpie zyski np. z zakładania, prowadzenia lub propagowania systemów promocyjnych typu piramida.

Na Damiana Żukiewicza Prezes UOKiK nałożył karę w wysokości 437 655 zł. Ponadto przedsiębiorca musi poinformować o swoich nieuczciwych praktykach oraz decyzji Prezesa UOKiK na stronie internetowej http://zukiewicz.com i na swoim kanale w portalu Youtube. W tym drugim miejscu oświadczenie ma mieć nie tylko formę pisemną, ale także dźwiękową i być opatrzone odpowiednimi hasztagami.

Decyzja Prezesa UOKiK jest nieprawomocna. Przedsiębiorca ma możliwość odwołać się od niej do sądu.

Polska na 38. miejscu w globalnym rankingu Global Innovation Index 2020

Polska na 38. miejscu w globalnym rankingu GII i 25. wśród krajów europejskich. 

Kryzys COVID-19 uderzył w obszar innowacji w okresie jego rozkwitu. W 2018 r. globalne wydatki na badania i rozwój (R&D) wzrosły o 5,2%, czyli znacznie szybciej niż wzrost globalnego produktu krajowego brutto (PKB). Inwestycje Venture Capital i wykorzystanie własności intelektualnej (IP) były na rekordowo wysokim poziomie – pokazuje najnowszy raport Global Innovation Index 2020 Who will finance innovations?, którego partnerem merytorycznym jest Dassault Systèmes.

Jakie wnioski wyciągną przedsiębiorstwa po fazie przestoju i niepewności wywołanej pandemią COVID-19? Czy wystarczy środków i determinacji do inwestowania w nowe technologie? Raport pokazuje, że jednym ze skutków obecnego kryzysu jest stymulowanie zainteresowania innowacyjnymi rozwiązaniami w zakresie ochrony zdrowia, ale także w takich obszarach jak zdalna praca czy edukacja, handel elektroniczny i rozwiązania mobilne.

Potencjał innowacji

Raport Who will finance innovations? podkreśla, że pandemia nie zmieniła faktu, iż potencjał przełomowych technologii i innowacji wciąż jest ogromny. Największe firmy i przedsiębiorstwa powinny kontynuować prace badawczo-rozwojowe oraz inwestować w innowacyjność w dążeniu do zapewnienia konkurencyjności w przyszłości. Na przykład wiele czołowych firm R&D z sektora technologii informacyjnych posiada ogromne rezerwy gotówkowe, a dążenie do cyfryzacji wzmocni innowacyjność tych firm. Sektor farmaceutyczny i biotechnologiczny prawdopodobnie doświadczy wzrostu w zakresie R&D w wyniku ponownego skupienia się na badaniach i rozwoju w dziedzinie zdrowia. Inne kluczowe sektory, takie jak transport, będą musiały szybko dostosować się do zyskującej na znaczeniu „czystej energii”. Co więcej, kryzys COVID-19 może również zapoczątkować innowacje w organizacji pracy w firmach oraz wpłynąć na reorganizację produkcji na poziomie lokalnym i globalnym.

Autorzy raportu wskazują, że uwolnienie powyższego potencjału jest obecnie niezbędne i wymaga wsparcia rządowego, a także modeli ścisłej współpracy i ciągłych inwestycji sektora prywatnego w innowacje.

Szwajcaria liderem innowacji – Europa na prowadzeniu

Indeks GII kładzie największy nacisk na analizę krajów i regionów wyróżniających się pod względem innowacyjności[1]. Podobnie jak w poprzednich latach, czołowe miejsce w rankingu należy do Szwajcarii. Na drugim miejscu znalazła się Szwecja, na trzecim – USA. Polska uplasowała się na 38. pozycji w rankingu światowym i 25. wśród krajów europejskich, co stanowi awans o jedno miejsce w stosunku do poprzedniego roku. Indeks wskazuje również, że innowacyjność Polski koresponduje z poziomem rozwoju naszej gospodarki. Europa znajduje się na szczycie światowego rankingu od lat – w ogólnym zestawieniu aż 16 na 25 czołowych pozycji w rankingu należy do państw europejskich, co pokazuje duży potencjał innowacyjności w Europie.

Sześć wniosków Globalnego Indeksu Innowacji

Na podstawie zebranych danych analitycy opracowujący Indeks GII 2020 sformułowali następujące obserwacje:

  1. Kryzys COVID-19 wpłynie na innowacje – aby uzdrowić sytuację potrzebne jest zaangażowanie rządów i sektora prywatnego w rozwój innowacyjności
  2. Poziom finansowania innowacji spada w czasie obecnego kryzysu, ale jest nadzieja na stopniowe odbicie. Co ważne, główne obszary zainteresowania innowacjami obejmują dziś dziedziny: ochrony zdrowia, edukacji online, Big Data, handlu elektronicznego i robotyki.
  3. Globalny krajobraz innowacji ulega zmianie: Chiny, Wietnam, Indie i Filipiny stale umacniają swoją pozycję
  4. Kraje rozwijające się wykazują znakomite wyniki w wybranych obszarach innowacyjności
  5. Podziały regionalne wciąż są silne, jednak niektóre gospodarki mają znaczny potencjał innowacyjności
  6. Innowacje koncentrują się na poziomie klastrów naukowo-technologicznych w wybranych gospodarkach o wysokim dochodzie, a także w Chinach. Najwięcej klastrów znajduje się w Stanach Zjednoczonych (25), następnie w Chinach (17), Niemczech (10) i Japonii (5).

Globalny Indeks Innowacyjności (GII) jest publikowany corocznie od 2007 r. i stanowi przewodnik dla decydentów politycznych i biznesowych w zakresie innowacji na świecie. Indeks GII analizuje 131 krajów i gospodarek na całym świecie i jest wspierany przez renomowanych partnerów, którzy dzięki swojej wiedzy mogą wnieść cenny wkład w identyfikację i promocję innowacji.

Pełna wersja raportu Global Innovation Index 2020 – Kto finansuje innowacje?: https://www.globalinnovationindex.org/gii-2020-report

[1] Kryteria brane pod uwagę obejmują liczbę osiągnięć w zakresie innowacyjności, kładą też duży nacisk na ich jakość. Indeks GII mierzy tę ostatnią w oparciu o standardy jakościowe lokalnych uniwersytetów (QS World University Ranking)  oraz liczbę międzynarodowych patentów i jakość publikacji naukowych (H-Index). Na tej podstawie uzyskuje się ogólny obraz innowacyjności poszczególnych krajów i uwzględnia go w ocenie.

AWILUX rozbudowuje zakład produkcyjny

Firma AWILUX zakończyła rok 2020 z rekordowym obrotem przekraczającym 100 milionów złotych oraz gotowym planem na rozbudowę hali produkcyjnej. Pierwsze działania związane z inwestycją rozpoczęły się w już okresie międzyświątecznym.

Leszczyński producent stolarki okienno-drzwiowej w wersji premium, firma AWILUX, stawia sobie wysokie cele i osiąga je dzięki rzetelnej pracy oraz stałemu rozwojowi wszystkich działów. Jednym z postanowień firmy na nowy rok jest powiększenie hali produkcyjnej oraz poszerzenie parku maszyn. Plan rozbudowy zakładu obejmuje także część socjalno-biurową ze względu na wzrost zatrudnienia. Późnym latem zeszłego roku AWILUX zakupił działkę sąsiadującą z zakładem.

Więcej powierzchni i nowoczesne maszyny

Nasza najnowsza inwestycja, która jest priorytetem na rok 2021, zakłada rozbudowę zakładu, a w szczególności powierzchni produkcyjnej dla działu produkcji okien i drzwi z aluminium oraz dodatkowej powierzchni magazynowej pod dachem, będącej w przyszłości magazynem wyrobów gotowych. Pierwsze prace ruszyły pomiędzy świętami a początkiem nowego roku. W tym czasie zostało zdemontowane dotychczasowe ogrodzenie, zdjęta wierzchnia warstwa humusu i wykonane pierwsze prace geodezyjne. Codziennie na budowie pracuje kilkunastoosobowa załoga, dzięki czemu już teraz widać zarysy nowej hali oraz dodatkowych placów odkładczych – mówi Marek Sprengel, prezes firmy AWILUX.

Nowa łączna powierzchnia „pod dachem” to kolejne 6000 m². Około połowy z tego zajmie dodatkowa hala produkcyjna a pozostała powierzchnia przeznaczona będzie do kompletacji i przygotowania wysyłek oraz do krótkoterminowego magazynowania wyrobów gotowych, chroniąc je tym samym przed wpływem niekorzystnych warunków atmosferycznych. W części produkcyjnej montowane będą rozwiązania aluminiowe, co odpowiada rosnącemu zapotrzebowaniu klientów i wpływa także na decyzje firmy AWILUX o zatrudnieniu nowych pracowników oraz inwestycji w nowoczesny park maszynowy.

Jesteśmy aktualnie na etapie finalizowania zamówień nowych maszyn. W głównej mierze inwestujemy w najnowsze centrum tnąco-obróbcze do działu aluminium, które umożliwi nam produkowanie nowych, jeszcze większych konstrukcji. Inwestycja obejmie także szereg maszyn pomocniczych oraz sprzęt potrzebny do wewnętrznego transportu okien. Stawiamy na modernizację oraz uzupełnienie dotychczasowej infrastruktury technicznej, co pozwoli nam zwiększyć produkcję stolarki aluminiowej – dodaje Marek Sprengel.

Drugi etap działań inwestycyjnych AWILUX polega na wdrożeniu w życie planu rozwoju, optymalizacji i automatyzacji linii produkcyjnej stolarki PVC. Jak mówi Marek Sprengel, w tej części zakładu również planowane są zakupy nowych maszyn, między innymi do sortowania szyb i ram oraz innych rozwiązań, które zwiększą wydajność linii produkcyjnej.

Najważniejsze wakacje

Umowa z generalnym wykonawcą przewiduje zakończenie prac budowlanych pod koniec lipca 2021. Przeniesienie produkcji do nowej hali ma się planowo odbyć w okresie wakacyjnym, kiedy dział produkcji ma coroczną przerwę urlopową.

– Przeprowadzka do naszego nowego zakładu w 2016 roku przebiegła bardzo sprawnie, więc i tym razem nie powinno nic stanąć nam na przeszkodzie. Jestem przekonany, że cała firma będzie gotowa do reorganizacji pracy i przeniesienia produkcji na przełomie lipca i sierpnia – dodaje Marek Sprengel.

2021 pod znakiem rozwoju

Choć rozbudowa zakładu jest priorytetem na ten rok, AWILUX nie zwalnia tempa i podejmuje szereg innych, kluczowych decyzji.

– Rok 2021 zapowiada się intensywnie i prorozwojowo. Jeśli żadne, niezależne od nas wydarzenia nie pokrzyżują naszych planów, w tym roku chcemy rozwinąć także naszą bazę transportową o zakup kolejnych samochodów ciężarowych wyposażonych oczywiście w wózki do rozładunku. Własna flota ciężarowa wraz autami z firm spedycyjnych, które na stałe współpracują z AWILUX, zwiększy się do ponad 20 aut – wyjawia prezes firmy AWILUX.

Polacy po pandemii ograniczą zakupy w e-sklepach. Ponad 55% chce wrócić do tradycyjnego handlu

Pandemia „sztucznie” napompowała e-sklepy. Duża część Polaków zapowiada powrót do tradycyjnego handlu. W czasie pandemii blisko 60% Polaków częściej korzysta z internetowych sklepów.

W czasie pandemii 29% Polaków w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. Ponad 25% nieznacznie zmieniło w ten sposób nawyki, a więcej niż 3% całkowicie przeszło do e-commerce. Głównym powodem było bezpieczeństwo. Kolejnym był utrudniony dostęp do placówek. Ale ponad połowa osób zamierza do nich wrócić. Niespełna 23% będzie nadal robiło e-zakupy, a 22% nie ma jeszcze na ten temat zdania. Tak wynika z badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, wykonanego dla sklepu internetowego Złote Wyprzedaże.

Jak wykazało najnowsze badanie opinii społecznej, 29% Polaków w czasie pandemii w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. 25,2% dokonało nieznacznej zmiany w tym kierunku, a 3,4% w pełni przestawiło się na nabywanie produktów online. Tylko 0,6% badanych twierdzi, że zawsze robi to w sieci. Z kolei 25,7% konsumentów łączy obie metody pół na pół. 5,8% klientów, pomimo pandemii, dalej kupuje stacjonarnie. Natomiast 9,1% uważa, że nie potrzebowało przechodzić z placówek stacjonarnych do e-sklepów.

– Analizując wyniki, rodzi się pytanie o trwałość zaistniałej zmiany. Naiwnością będzie zakładać, że po ustąpieniu ograniczeń wszyscy klienci pozostaną wierni nowym zwyczajom i będą już teraz kupować tylko online. Dlatego uważam, że zatrzymanie ich w tym kanale to główne wyzwanie dla branży w tym roku – komentuje Maciej Tygielski, wieloletni obserwator i ekspert rynku e-commerce, dyrektor generalny spółki Złote Wyprzedaże.

Ten tok myślenia potwierdzają też inni eksperci. Jak stwierdza Jacek Celiński, Head of E-Commerce w Havas, pytanie o trwałość nowych zwyczajów konsumenckich jest jak najbardziej zasadne. Według eksperta, utrzymanie nie tylko dynamiki zmian, ale także ich kierunku w wybranych kategoriach zakupów może być problematyczne. Będzie to jednak proces bardzo zróżnicowany zarówno na poziomie grup towarów, jak i poszczególnych platform sprzedażowych.

– O skutecznym przemodelowaniu handlu świadczy to, że sprzedaż nie spadła, a nawet wzrosła o ok. 1,2%, pomimo szoku wywołanego pandemią. Nie ma więc raczej możliwości powrotu e-commerce do roli pomocniczej. Stał się on pełnoprawnym, rosnącym segmentem rynku sektorowego. Natomiast finalnie wiele będzie zależało od samej branży, jak i czy w ogóle wykorzysta tak przygotowaną szansę po zakończeniu pandemii – przekonuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Osoby, które w małej lub w dużej części bądź w całości zmieniły zwyczaje, zrobiły to głównie ze względów bezpieczeństwa – 41,2%. Zmotywował ich też utrudniony dostęp do sklepów stacjonarnych – 32,8%. Niektórych zmusiła do tego ogólna sytuacja – 9,5%. Ponadto zadziałała chęć sprawdzenia, jak działają e-sklepy – 7,8%.

– Moim zdaniem, e-commerce może się poważnie obawiać powrotu klientów do tradycyjnego modelu sprzedaży. Grupa prawie 8% badanych stanowi stały poziom migracji wynikający nie tylko z ciekawości, ale również z pojawiającego się nowego kanału sprzedaży marek, które lubią, ale wcześniej występowały tylko w stacjonarnych placówkach. Nie jest też wielkim zaskoczeniem, że utrudniony dostęp do sklepów był głównym powodem zmiany myślenia. Od początku pandemii można było się spodziewać tego, że sporo konsumentów zostanie przymuszonych do robienia zakupów online – dodaje Maciej Tygielski.

W grupie osób, które z różnych powodów zmieniły swoje przyzwyczajenia, aż 55,4% konsumentów zamierza wrócić po pandemii do tradycyjnego kupowania. Z kolei 22,6% zapowiada, że pozostanie przy zakupach online. Natomiast 22% nie ma jeszcze w tej kwestii wyrobionego zdania.

– Być może do zakupów tradycyjnych wróci więcej osób, niż to wynika z zapowiedzi ankietowanych. Nie oznacza to jednak, że będą one robić tylko tradycyjne zakupy. Zapewne nieco zmienią się proporcje, ale ponad połowa klientów nie zapomni o e-commerce, znając już korzyści tego kanału. Deklaracje badanych mogą być jeszcze dobrze nieprzemyślane, składane raczej na złość ograniczeniom. E-commerce będzie rósł po pandemii, choć pewnie inaczej niż w jej trakcie – przekonuje dr Faliński. 

Z kolei ekspert ze Złotych Wyprzedaży przekonuje, że Polacy chcą dokonywać zmian, ale we własnym, komfortowym tempie. Pandemia sztucznie tylko przyspieszyła ten proces. I dlatego odnotowane wzrosty raczej nie będą trwałe. To właśnie wynika z odpowiedzi respondentów. Naturalnie część z nich już wcześniej rozważała próbę migracji do sklepów internetowych. Czekała tylko na dogodny impuls.

– Pomocne w analizie mogą być trendy długoterminowe, które jeszcze przed pandemią jasno pokazywały dynamicznie rosnący udział e-commerce. Trudne doświadczenia ubiegłego roku jedynie wyostrzyły ten proces. Powtarzające się w różnych źródłach wyniki, wskazujące na to, że ok. jedna trzecia Polaków w krótkim czasie istotnie zwiększyła ilość zakupów online jest zmianą bez precedensu – podkreśla ekspert z Havas.

Natomiast Maciej Tygielski przewiduje, że grupa osób niezdecydowanych nieco się rozwarstwi, ale większość wybierze jednak tradycyjny model zakupowy. Jest na nim wychowana, dobrze go zna i w pełni akceptuje. Dopiero młodzi konsumenci, którzy praktycznie urodzili się z komórkami i tabletami w rękach, mają szansę poważnie i stabilnie zmienić ten rynek, co oczywiście w pewnym stopniu już teraz się dzieje. Jednak na ile i w jakich kierunkach to pójdzie, zależy w głównej mierze od kreatywności samej branży.

– Jako uczestnicy i twórcy rynku e-commerce, zarówno po stronie e-retailerów, marketerów, jaki i agencji, mamy moc sprawczą. Od efektów naszych działań zależy, czy kupujący będą zadowoleni z doświadczenia zakupowego. Musimy wciąż zadawać sobie pytanie, czy jesteśmy w stanie zaproponować konsumentom rozwiązania, które sprostają ich oczekiwaniom – podsumowuje Jacek Celiński.

Sondaż zrealizowano metodą CAWI w drugim i trzecim tygodniu stycznia br. na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Polski instytut liderem przełomowego międzynarodowego projektu w hematoonkologii

Instytut Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu wraz z międzynarodowym konsorcjum rozpoczyna przełomowy europejski projekt mający na celu budowanie doskonałości naukowej w dziedzinie hematoonkologii. Celem projektu jest transfer wiedzy, wymiana dobrych praktyk, innowacje, rozwój zasobów ludzkich, zwłaszcza początkujących naukowców oraz zwiększenie wyników badań na poziomie europejskim, a poprzez te działania wyniesienie polskiej hematoonkologii na następny poziom naukowy – stąd nazwa projektu – Next Level.

Konsorcjum składające się z Instytutu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk (Koordynator, PL), Uniwersytetu w Gandawie (BE), Uniwersytetu Medycznego w Groningen (NL) oraz Uniwersytetu w Ulm (DE) 19 stycznia 2021 r. rozpoczęło projekt pt. „W drodze do doskonałości w odkrywaniu (epi)genetycznego krajobrazu nowotworów hematologicznych – NEXT_LEVEL”.

Projekt NEXT_LEVEL ma na celu zwiększenie doskonałości naukowej i potencjału innowacyjnego w dziedzinie hematoonkologii Instytutu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk poprzez intensyfikację mobilności naukowców w obszarze Europejskiej Przestrzeni Badawczej [ERA]. Ponadto, w oparciu o utworzone konsorcjum planowane jest powołanie nowej międzynarodowej grupy zajmującej się pionierskimi badaniami w dziedzinie hematoonkologii.

  • To pierwszy projekt naukowy o tak szerokiej międzynarodowej skali, w którym nasz instytut jest koordynatorem, z czego jesteśmy bardzo dumni. Nasi konsorcjanci to europejska czołówka ośrodków naukowych w dziedzinie hematoonkologii w Europie. Liczymy na to, iż efektem naszych działań po 3 latach trwania projektu będzie zacieśnienie współpracy między naszymi instytucjami oraz możliwość tworzenia ogólnoświatowych konsorcjów. – wyjaśnia prof. Michał Witt, Dyrektor Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Projekt jest realizowany w ramach programu „Upowszechnianie doskonałości i poszerzanie uczestnictwa – Twinning Action” programu Horyzont 2020. Szczególnym wyzwaniem związanym z programem Twinning jest wzmocnienie działań w zakresie tworzenia sieci kontaktów między instytucjami badawczymi krajów poszerzających działalność (Polska) a wiodącymi na arenie międzynarodowej ich odpowiednikami na poziomie UE.

  • To, co jest ważne w projektach typu Twinning to fakt, że nie są to projekty bezpośrednio nacelowane na badania naukowe. Nie ma tu budżetu naukowego i planu badań, jak w przypadku grantów typowo naukowych. Celem tych projektów jest zwiększenie możliwości naukowych i technologicznych instytucji z tzw. nowych państw Unii, nie tak jeszcze rozwiniętych, jak nasi zachodnioeuropejscy partnerzy. Poprzez różne atrakcyjne aktywności spodziewamy się doprowadzić do zwiększenia doskonałości naukowej i badawczej naszego instytutu oraz polskiej nauki w tym obszarze w ogóle. To 36 miesięcy intensywnej wymiany doświadczeń i praktyk w obszarze hematoonkologii. – tłumaczy prof. Maciej Giefing, Kierownik Zakładu Genetyki Nowotworów, Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu.

Wskazana w projekcie dziedzina naukowa – „nowotwory hematologiczne” dotyczy różnych postaci białaczek i chłoniaków. Nowotwory te stanowią poważny problem medyczny na całym świecie i stanowią około 10% nowych przypadków raka zdiagnozowanych w krajach rozwiniętych. Niepokojące jest to, że u dzieci ponad 40% wszystkich nowotworów wieku dziecięcego to właśnie białaczki i chłoniaki. W ostatnich latach badania nowotworów hematologicznych dostarczyły dowodów na znaczenie komponentu epigenetycznego i złożonej interakcji między genetyką i epigenetyką w ich rozwoju.

  • Aspekt epigenetyczny jest mocno zaakcentowany w tym projekcie nie bez powodu. Większość nowotworów to choroby ludzkiego genomu związane z klasycznymi zjawiskami genetycznymi, jak np. pęknięciami chromosomów i ich przemieszczaniem się w inne miejsca w genomie, co powoduje powstanie nowych nieprawidłowych genów o działaniu onkogennym. Tak dzieje się na przykład w przypadku różnego rodzaju białaczek. Natomiast w wybranych chorobach hematoonkologicznych jak m.in. chłoniak Hodkina, to właśnie zjawiska epigenetyczne są kluczowe. Choroby te można określić jako choroby epigenomu i między innymi w tym obszarze chcemy prowadzić naszą działalność naukową i badawczą w projekcie. – mówi prof. Giefing.

Projekt oferuje takie działania, jak: otwarte wykłady, warsztaty i seminaria, mobilność badawczą, w tym staże dla młodych naukowców w instytucjach partnerskich, networking, udział w konferencjach naukowych, wspólne publikacje, wydarzenia upowszechniające i działania informacyjne.

  • Aspektem projektu, którego nie można pominąć, jest szerzenie wiedzy i edukacja społeczna w tematyce nowotworów, głównie białaczek i chłoniaków, którą chcemy zapewnić nie tylko profesjonalistom, ale również pacjentom, dziennikarzom – całemu społeczeństwu. Dlatego zaplanowaliśmy również specjalne aktywności, takie jak Dni Hematoonkologii w naszym instytucie, które będą poświęcone edukacji pacjentów w każdym wieku – od uczniów szkół przez dorosłych aż po seniorów. – podkreśla prof. Witt.

Projekt NEXT_LEVEL otrzymał dofinansowanie z unijnego programu badań i innowacji Horyzont 2020 w ramach umowy o grant nr 952304.

2020 to nie był dobry rok dla seniorów. Rekordowy wzrost zaległości

Najrzadziej przyznają, że mają problemy z bieżącymi płatnościami, ale najbardziej zwiększyli w minionym roku kwotę swoich zaległości i liczbę niesolidnych dłużników. Problemy osób w wieku 65+ odpowiadają za ponad jedną czwartą przyrostu ogółu przeterminowanych zobowiązań wynikających z nieuregulowanych rachunków i rat kredytowych Polaków – pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. Prawie 388 tys. seniorów ma 10,4 mld zł nieopłaconych na czas zobowiązań, średnio 26 817 zł na osobę. Najstarsi przyznają, że w pandemii nadal pomagali rodzinie, wielu z nich nie mogło jednak dorabiać. Dokuczał im też wzrost cen.

To nie był dobry rok dla seniorów. Osoby w wieku 65+ okazały się niekwestionowanymi liderami negatywnych zmian statystyk dotyczących nieopłaconych bieżących rachunków oraz pożyczek i kredytów. Na 4,9 mld zł zaległości, o które podwyższyły się przeterminowane zobowiązania wszystkich grup wiekowych (do 82,6 mld zł), 1,4 mld zł przypadło właśnie na najstarszych – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. Nie lepiej było, jeśli chodzi o liczbę dłużników. W żadnym innym pokoleniu nie pojawiło się tylu nowych nierzetelnych płatników. Wśród seniorów przybyło bowiem 21,7 tys. osób, a drugi wynik, należący do 45-54 latków, wyniósł 18,2 tys. nowych osób z problemami w rozliczeniach. Są też grupy wiekowe, w których posiadających przeterminowane zobowiązania ubyło. 18-34 latków z zaległościami jest na koniec listopada 2020 r. o prawie 26 tys. mniej niż po roku 2019.

Zmiany duże, ale statystycznie na 100 osób w wieku 65+ dłużników nadal jest niewielu

W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, na koniec listopada 2020 r. znajdowało się 387,8 tys. osób w wieku min. 65 lat z problemami w terminowym opłacaniu rachunków i kredytów. Łączna wartość ich zaległości sięga 10,4 mld zł, średnio na osobę wypada 26 817 zł i jest to o 10 proc. więcej niż w grudniu 2019 r., ale jednocześnie o 2,5 tys. zł (9,4 proc.) mniej niż wynosi średnia dla wszystkich. Seniorzy wyróżniają się pozytywnie też pod innym względem. Mimo negatywnych zmian, nadal udział niesolidnych dłużników wśród ogółu najstarszych Polaków należy do najniższych w porównaniu z innymi grupami wiekowymi. Kłopoty z terminowymi rozliczeniami ma 5,8 proc. osób 65+, czyli co siedemnasta. Lepiej jest jedynie w najmłodszym pokoleniu 18-24 latków, gdzie udział osób, które mają problemy z opłacaniem rachunków i rat wynosi 4,8 proc., w pozostałych jest zdecydowanie wyższy. Najgorzej wypada grupa 45-54 latków, gdzie nie radzi sobie już 12 proc., czyli co ósma osoba.

– Wydawałoby się, że w minionym roku kłopoty finansowe powiększą przede wszystkim osoby aktywne zawodowo, którym lockdowny odebrały źródło utrzymania lub też ograniczyły wpływy z powodu czasowych obniżek wynagrodzeń. Jednak to seniorzy poradzili sobie najgorzej – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

niesolidnych dłużników
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Nie można jednak wszystkich kłopotów seniorów przypisać pandemii, bo znaczący przyrost zaległości jak i samych dłużników, właśnie w tej kategorii wiekowej widoczny był już w pierwszym kwartale (0,4 mld zł i 10 tys. osób), kiedy to jeszcze koronakryzys nie wpływał na przedstawiane statystyki. Wzrost kłopotów osób od 65. roku życia zaskakuje też z innego powodu. Jak wynika z badań zleconych przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, seniorzy najrzadziej deklarują, że w ub.r. brakowało im w ciągu miesiąca pieniędzy na opłacenie bieżących zobowiązań. Mówi o tym 34 proc. ankietowanych, podczas gdy wśród ogółu badanych, we wszystkich kategoriach wiekowych – 41 proc. Najwyraźniej, jeśli już starsze osoby podają, że brakuje im pieniędzy, to są w trudniejszej sytuacji niż inni przyznający się do takich problemów. Co według seniorów jest przyczyną kłopotów? Przede wszystkim zbyt niskie wpływy – wskazuje na to ponad połowa (55 proc.) osób twierdzących, że mają trudności, by co miesiąc związać koniec z końcem. Niemal co piaty ankietowany mówi również, że w tarapaty wpędza ich finansowa pomoc udzielana najbliższym (18 proc.). – Wygląda na to, że pomagają, choć to oni bardziej potrzebują pomocy. Zawirowania gospodarcze, a nawet same restrykcje sanitarne, również uderzyły w portfele grupy 65+, bo co piątemu zaszkodził fakt, że pandemia odebrała mu możliwość dorabiania do emerytury i renty – informuje Sławomir Grzelczak. 15 proc. wskazywało także, że zbyt optymistycznie podeszli do pożyczania. O taką wpadkę nie było akurat trudno, jeśli ktoś zadłużał się w pierwszych miesiącach ub.r. Co charakterystyczne dla seniorów, w wynikach badań podsumowujących miniony rok, widać, że to oni najczęściej skarżyli się na wzrost cen towarów i usług (45 proc.).

Najwięcej seniorów z długami na Górnym i Dolnym Śląsku

Biorąc pod uwagę poszczególne regiony kraju, najwięcej osób starszych ma problemy z opłacaniem rachunków oraz regulowaniem rat pożyczek i kredytów w województwach: śląskim, mazowieckim, dolnośląskim i wielkopolskim. Zamieszkuje tu najwięcej dłużników i mają oni najwyższe kwoty przeterminowanych zobowiązań. Najwyższa średnia zaległość przypada na seniorów z Mazowsza – prawie 36 tys. zł na osobę oraz z woj. łódzkiego, niemal 30,3 tys. zł.
Najwięcej seniorów z długami na Górnym i Dolnym Śląsku
Największy udział nierzetelnych dłużników w swojej grupie wiekowej seniorzy mają również na Górnym i Dolnym Śląsku oraz w woj. kujawsko-pomorskim, zachodniopomorskim i lubuskim. Wszędzie tu problemy z terminowym opłacaniem zobowiązań ma ponad 7 proc. osób w grupie 65+. Średnia dla kraju wynosi 5,8 proc.

Największy udział nierzetelnych dłużników w swojej grupie wiekowej
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Choć w najstarszej kategorii wiekowej niesolidnych dłużników dominują kobiety (ponad 51 proc.), to wśród rekordzistów zdecydowanie więcej jest mężczyzn. Największa nieoddana kwota ciąży na 65-latku z woj. łódzkiego, ponad 34,7 mln zł. Drugi rekordzista to również mężczyzna, pochodzi z woj. dolnośląskiego ma 65 lat i prawie 32,5 mln zł zaległości. Trzecia jest mieszkanka Mazowsza, 67-letnia kobieta widnieje w BIG InfoMonitor i BIK z nieopłaconymi zobowiązaniami powyżej 27,5 mln zł.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

1,4 tryliona dolarów – tyle będzie kosztować realizacja Porozumienia Paryskiego z 2015 roku

W Europie jesteśmy na etapie wprowadzania w życie Nowego Zielonego Ładu. Jego założenia – tak jak założenia podobnych programów na całym świecie – wynikają z Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, a dokładnie z celu numer 7. Został on przedstawiony w 1972 roku, na konferencji w Sztokholmie i zakłada przebudowę globalnej gospodarki energetycznej na korzystającą z odnawialnych źródeł energii. Można więc powiedzieć, że walka o Nowy Zielony Ład trwa już prawie 50 lat. 

– 7 Cel Zrównoważonego Rozwoju ONZ jest o czystej energii, czyli pozyskiwanej ze słońca, wody i wiatru. Przejściowo również z energetyki jądrowej bądź innych źródeł, które są na etapie opracowywania. Konsekwencją tego ma być zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery: dwutlenku węgla, metanu i innych – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, dyrektor generalny UN Global Compact w Polsce. – Walka o równowagę klimatyczną nie jest żadną nowością. Na problem zwrócono uwagę już w 1972 roku. Później mieliśmy spotkanie w Rio De Janeiro, protokół z Kioto i cały cykl 26 szczytów klimatycznych. Wreszcie pojawiło się porozumienie bankowe, wokół którego budowany jest właśnie Zielony Ład. Banki rozwoju i banki komercyjne zdecydowały o przeniesieniu pieniędzy z inwestycji wysokoemisyjnych, opartych na wytwarzaniu energii z paliw kopalnych, w kierunku technologii OZE. Ile trzeba wydać pieniędzy na tą przebudowę? Globalnie do 2030 roku powinna być to zawrotna kwota 1,4 tryliona dolarów. Tyle powinniśmy zdeponować kapitału, żeby zrealizować Porozumienie Paryskie z 2015 roku. Czy nam się to uda? Zobaczymy. Wielu klimatologów uważa, że jest już za późno. Część twierdzi, że do 2030 roku mamy jeszcze czas. Oby ci drudzy mieli rację – trzyma kciuki Wyszkowski.

Amazon ogłasza kolejną inwestycję w Polsce. W Świebodzinie powstanie ponad tysiąc miejsc pracy

  • Amazon kontunuuje inwestycje w Polsce. W ciągu roku od otwarcia nowego obiektu w Świebodzinie powstanie ponad tysiąc nowych, stałych miejsc pracy;
  • Dziesiąte już centrum logistyczne Amazon w Polsce zostanie wyposażone w zaawansowaną technologię Amazon Robotics – pracowników będzie wspierać 3 tys. robotów;
  • Nowy budynek pomoże zaspokoić rosnące oczekiwania klientów, poszerzy ofertę produktów oferowanych przez Amazon i zapewni wsparcie większej liczbie sprzedawców, korzystających z usługi Fulfillment by Amazon;
  • Trwa rekrutacja na stanowiska operacyjne oraz inżynieryjne.

Amazon potwierdził plany otwarcia w 2021 r. nowego budynku o powierzchni 193 tys. m2 w Świebodzinie. To już dziesiąte centrum logistyczne firmy w Polsce i pierwsze w województwie lubuskim. W ubiegłym roku Amazon otworzył dwa nowe centra w kraju – w Gliwicach i Łodzi, zwiększając tym samym łączną liczbę stałych etatów w Polsce do 18 tys.

W nowej inwestycji Amazon stworzy kolejne miejsca pracy dla ponad 1 tys. osób. Pracownicy zatrudnieni w nowo otwartym centrum logistycznym będą kompletować, pakować i wysyłać klientom zamówienia zawierające małe przedmioty, takie jak książki, elektronikę i towary konsumpcyjne. W codziennej pracy będą wspierani przez innowacyjne technologie Amazon Robotics. Prawie 3 tys. robotów pomoże w realizacji zamówień klientów. Te specjalistyczne urządzenia przesuwają się pod regałami z produktami, podnoszą je i przemieszczają po centrum logistycznym, pomagając przyspieszyć czas obsługi zamówień, ułatwiając pracę pracownikom i podnosząc jakość obsługi klientów. To będzie trzecie centrum robotyczne Amazon w Polsce, po Kołbaskowie koło Szczecina i Gliwicach.

Rozpoczęła się rekrutacja na wiele nowo utworzonych stanowisk. Amazon zatrudni w pierwszym etapie, między innymi: inżynierów, specjalistów HR i IT, specjalistów ds. BHP i finansów oraz menedżerów operacyjnych. Osoby zainteresowane pracą w Amazon znajdą więcej informacji na tej stronie.

Wszyscy pracownicy Amazon w Świebodzinie od pierwszego dnia pracy otrzymają bardzo atrakcyjne wynagrodzenie i pakiet świadczeń. Płace pracowników poziomu początkowego zaczynają się od 20 zł brutto za godzinę, a liderów zespołów od 25 zł brutto za godzinę. Zatrudnionym osobom przysługiwać będą również dodatkowe miesięczne premie w wysokości do 15%, uzależnione od frekwencji indywidualnej i wyników zespołu, a także szereg benefitów obejmujących prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie na życie, bezpłatny dojazd do pracy autokarem na wybranych trasach i wiele innych, np. możliwość skorzystania z programu „Postaw na Swój Rozwój”. Dzięki niemu, pracownicy Amazon o co najmniej rocznym stażu, którzy chcą zyskać nowe kwalifikacje, mogą w ciągu 4 lat otrzymać nawet do 26 tys. zł dofinansowania na opłacenie czesnego, kosztów kursów i materiałów edukacyjnych.

„Z dumą ogłaszam naszą nową inwestycję w Świebodzinie, która umożliwi nam świadczenie usług większej liczbie klientów, a polskim firmom pozwoli osiągać jeszcze większe sukcesy w sprzedaży na Amazon. Polska to dla nas bardzo ważny rynek. Działamy na nim od ponad sześciu lat, intensywnie inwestując i wspierając lokalne społeczności. Cieszymy się, że możemy mieć swój istotny wkład w rozwój województwa lubuskiego poprzez tworzenie nowych, stałych miejsc pracy i dalsze zaangażowanie na rzecz lokalnych społeczności. Do tej pory Amazon stworzył w Polsce ponad 18 tys. stałych miejsc pracy, oferując konkurencyjne wynagrodzenia i kompleksowe świadczenia już od pierwszego dnia pracy, a także zróżnicowane możliwości rozwoju kariery w naszej szybko rozwijającej się, globalnej organizacji” – powiedział Marian Sepesi, dyrektor regionalny w Amazon.

„Cieszy mnie, że Amazon wybrał Świebodzin na miejsce swojej kolejnej inwestycji. Dla regionu szczególnie ważne są wysokojakościowe miejsca pracy, które powstaną w nowym centrum logistycznym. Wierzę, że dzięki tej współpracy nasze miasto będzie w stanie w pełni wykorzystać swój ogromny potencjał” – powiedział Tomasz Sielicki, burmistrz Świebodzina.
Od momentu wybuchu epidemii w Polsce i na świecie, Amazon dostosowuje swoje procesy i centra logistyczne, aby zapewnić pracownikom bezpieczeństwo przy obsłudze zamówień klientów. W tym celu firma wprowadziła ponad 150 rozwiązań na rzecz bezpieczeństwa, obejmujących m.in. zapewnianie dostępu do maseczek, środków do dezynfekcji rąk, kamer termowizyjnych, termometrów, chusteczek odkażających, rękawiczek i dodatkowych stanowisk do mycia rąk. Ponadto, w centrach logistycznych szybko wprowadzono rozwiązania umożliwiające zachowanie dwóch metrów bezpiecznego dystansu pomiędzy pracownikami. Na całym świecie Amazon zainwestował już ponad 800 mln USD w środki bezpieczeństwa w związku z COVID-19. Tylko w Polsce firma zakupiła w 2020 roku ponad 8 mln par rękawiczek ochronnych, 2 mln maseczek, 24 mln opakowań chusteczek dezynfekujących i 33 mln środków do dezynfekcji rąk.

Pozytywne tło dla aktywów ryzykownych

Obawy o jastrzębi ton Janet Yellen okazały się bezpodstawne, a poparcie dla potężnych wydatków fiskalnych skutkuje wzrostami na rynku akcji i osłabieniem dolara. Kolejne godziny prawdopodobnie upłyną na odliczaniu czasu do zaprzysiężenia J. Bidena.

Nie było nic zaskakującego w przesłuchaniu nominatki na sekretarza skarbu Janet Yellen, a wcześniejsze doniesienia prasowe skutecznie rozładowały napięcie. Yellen popiera dążenie nowej administracji do ratowania gospodarki dużymi wydatkami publicznymi i choć zdaje sobie sprawę z potrzeby zrównoważonego budżetu, obecnie nie jest czas na podwyżki podatków. To wskazuje drogę, którą Demokraci będą chcieli nakłonić Republikanów do poparcia zwiększonych wydatków, ale na ten moment nie ma gwarancji, że to się powiedzie. Sprawdziły się też przecieki, że Yellen opowiada się za poddaniem kursu walutowego pod działania rynkowe niż sztuczne kreowanie poziomów. Komentarze było głównie nakierowane w stronę polityki kursowej Chin, ale inwestorzy doszukiwali się wniosków dla nastawienia administracji USA. Przy obecnych trendach implikuje to zezwolenie na deprecjację dolara, ale nie dążenie do jego osłabienia. Ogólnie osoba Yellen zdaje się zapewniać fiskalne wsparcie dla ożywienia przy silnej współpracy z Fed. To pozytywne tło dla aktywów ryzykownych.

W środę późnym popołudniem (18:00) odbędzie się ceremonia zaprzysiężenia J. Bidena. W przemówieniu można liczyć na powtórzenie głównych filarów jego polityki na czele z ogłoszonym planem pomocowym, a także odwracaniem decyzji podjętych przez D. Trumpa (wystąpienie z WHO i porozumienia paryskiego). Jest mało prawdopodobne, aby rynki reagowały na przemówienie, ale wydarzenie będzie śledzone z uwagi na potencjalne ryzyka zakłócenia zaprzysiężenia, mając na uwadze niedawne zdarzenia na Kapitolu.
Przed decyzją Banku Kanady konsensus prognoz sugeruje utrzymanie stopy overnight na 0,25 proc., jednak jeszcze kilka dni temu rynek stopy procentowej wyceniał małą szansę (2 pb) na cięcie w reakcji na zaostrzenie restrykcji w związku z szalejącym wirusem, co zagraża perspektywom odbicia gospodarczego. Rynek walutowy nie jest przygotowany na obniżkę i taka decyzja byłaby dużą niespodzianką, chociaż bardziej prawdopodobne jest utrzymanie polityki bez zmian, za to gołębi ton zostanie podkreślony na konferencji prasowej prezesa Macklema.

W nocy w Japonii bank centralny powinien utrzymać parametry polityki monetarnej. Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 najprawdopodobniej wpłynie na obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego, w związku z czym bank zadeklaruje utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej. Ocena dotychczasowej strategii polityki monetarnej jest planowana na marzec, a zatem teraz nie powinniśmy liczyć na zmiany w forward guidance. Nie sądzimy, aby posiedzenie wywarło wpływ na JPY.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ekologia zdecydowanym trendem na osiedlach

Coraz większa świadomość zmian klimatycznych sprawia, że jednym z najdynamiczniej rozwijających się trendów są rozwiązania proekologiczne. Fotowoltaika, garaże wyposażone w ładowarki samochodów elektrycznych czy zwracanie uwagi na zieleń to elementy na które coraz częściej będą gościły na osiedlach mieszkaniowych.

W najbliższych miesiącach, będziemy mieli do czynienia z lawinowo rosnącą liczbą wniosków o zakładanie fotowoltaiki, także w miastach i dużych aglomeracjach w Polsce. Rosnące koszty utrzymania nieruchomości wypływają bezpośrednio na ciągłe poszukiwanie oszczędności tam, gdzie to możliwe. Ponieważ zakładanie baterii słonecznych i instalacji prądotwórczych w coraz większym stopniu podlega refinansowaniu z dopłat EU, coraz więcej wspólnot mieszkaniowych decyduje się podjąć to wyzwanie. W wielu zarządzanych przez nas inwestycjach jesteśmy w trakcie realizacji i po wielu wymiarowych kalkulacjach, które pomagają nam poznać koszty i potencjał skali zwrotu z inwestycji. Przy przyjętych przez nas kryteriach realizacje, których jesteśmy świadkami zwrócą się w 7 do 10 lat. Jeśli weźmiemy pod uwagę dopłaty unijne – może to być nawet 5-letnia stopa zwrotu. Później instalacja będzie zarabiać sama na siebie i stanowić także dodatkowe zasilanie w budynkach oraz częściach wspólnych. Reasumując w ujęciu np. 30 lat inwestycji – to czysta korzyść dla każdego mieszkańca i realna oszczędność – zwłaszcza, że ceny prądu raczej nie będą topniały przez 3 kolejne dekady z rzędu.

W tym duchu coraz więcej mieszkańców zgłasza się do nas z prośbą o wsparcie w zakresie instalacji prywatnych ładowarek do pojazdów elektrycznych. Na początku boomu w segmencie elektromobilności wystarczało jedno lub dwa miejsca wydzielone na ładowanie pojazdów elektrycznych na terenie inwestycji. Dzisiaj takich wniosków otrzymujemy naprawdę bardzo dużo i stanowią one coraz większy odsetek pośród miejsc postojowych na terenach inwestycji, którymi zarządzamy.

Kolejnym aspektem jest nowy trend mikro retencji wody, czy specjalnych zbiorników poświęconych na zbieranie deszczówki. Tzw. szara woda może nie tylko zasilić podlewanie ogródków, trawników, klombów i innych nasadzeń, ale również służyć np. do zasilenia spłuczek w pionach WC. Mamy kilka inwestycji na terenie Warszawy, które właśnie w ten sposób wykorzystują retencję wody deszczowej. Warto tutaj wspomnieć, że wspólnoty mogą dzięki retencji również ubiegać się o niemałe dofinansowanie takich aktywności z budżetów urzędów gmin i miast. Pozwoli to zasilić budżet wspólnoty i refinansować koszty związane z budową zbiorników retencyjnych.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy

Wprawdzie liczba zatrudnionych w Polsce obcokrajowców nie wróciła jeszcze do stanu sprzed pandemii, ale powrót jest zauważalny. Tylko w lipcu przybyło ich 22 tysiące. To dobre wiadomości dla pracodawców, którzy nadal potrzebują dobrze przeszkolonych i przygotowanych do pracy Ukraińców. Takie wnioski płyną z właśnie opublikowanego raportu Grupy Impel „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” przeprowadzonego wśród pracujących w naszym kraju pracowników zza wschodniej granicy.

Exodus Ukraińców. Po wybuchu epidemii polscy pracodawcy czytali czarne scenariusze. Na szczęście ostatecznie nie sprawdziły się w pełni. Wprawdzie wielu wyjechało – najwięcej osób z powodu utraty pracy i w obawie o przyszłość – ale gdy okazało się, że pandemia potrwa dłużej, zadeklarowali chęć powrotu do Polski. ZUS wyliczył, że tylko w lipcu przybyło 22 tys. pracowników zza granicy. Pod koniec sierpnia w ZUS-ie było zarejestrowanych 658,2 tys. cudzoziemców – o 30 tys. więcej niż w lipcu.

Prawie połowa chce zostać na stałe

We wstępie do raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy – doświadczenia i perspektywy” czytamy, że polscy pracodawcy powinni cieszyć się z takiego obrotu sprawy: „Nadal potrzebują dobrze przeszkolonego i przygotowanego do pracy personelu, również zza naszej wschodniej granicy. Wielu z nich to specjaliści, którzy chcą pozostać w Polsce na długo. (…) To fachowcy, z których wiedzy i doświadczenia warto korzystać”.

Raport został przygotowany przez Grupę Impel na podstawie badania ankietowego przeprowadzonego w okresie sierpień – wrzesień 2020. Wyniki wskazują, że 67% Ukraińców jest zadowolonych z życia w Polsce. Ten odsetek mógłby być wyższy, ponieważ 53% ankietowanych odczuwa pogorszenie zadowolenia z powodu pandemii. 41% chce zostać na stałe. – Szukają więc pracodawców, którzy im to ułatwią. Poczucie bezpieczeństwa i przynależności dają im przede wszystkim legalne formy zatrudnienia, co przekłada się na ich zadowolenie z pobytu w Polsce i skłania ich do pozostania na dłużej. Ich satysfakcja i chęć mieszkania w naszym kraju na stałe pozytywnie wpływa na rynek pracy, przynosząc gospodarce i pracodawcom wiele korzyści. Najlepiej świadczy o tym fakt, że prawie połowa decyduje się na skomplikowaną i długotrwałą procedurę uzyskania kart pobytu – uważa Edyta Olko, prezes zarządu spółki Sanpro Synergy, która konsekwentnie zatrudnia coraz więcej fachowców z Ukrainy, delegując ich później do pracy w ramach outsourcingu procesów, głównie przemysłowych.

Eksperci podkreślają, że czasy, w których Ukraińcy traktowali pobyt w Polsce tylko i wyłącznie jako pracę tymczasową lub sezonową, dawno się skończyły. – Systematycznie powiększa się grupa osób planujących zostać w naszym kraju na stałe. Chcą rozwijać tu zarówno swoje życie zawodowe, jak i prywatne, ponieważ odpowiada im standard życia w Polsce i podobieństwo kultur naszych krajów. Duże znaczenie ma również bliskość ojczyzny oraz dostępność wielu połączeń komunikacyjnych pomiędzy Polską a Ukrainą. To dobre informacje dla naszej gospodarki, szczególnie przemysłu, który potrzebuje pracowników z Ukrainy, odpowiednio przeszkolonych i przygotowanych do pracy oraz zmotywowanych jasno określoną ścieżką rozwoju oraz wynagrodzeniem uzależnionym od umiejętności i wydajności – twierdzi Małgorzata Orłowska, menedżer ds. legalizacji w Sanpro Synergy.

Badanie pokazało, że najczęściej Ukraińcy podejmują w Polsce pracę długoterminową – 54%. Co czwarty pracuje okresowo w ciągu roku, natomiast bardzo małym zainteresowaniem cieszy się samozatrudnienie (9%) i praca dorywcza (6%). Wśród dokumentów upoważniających obywateli Ukrainy do przebywania na terenie naszego kraju największą popularnością cieszy się karta pobytu (48% odpowiedzi). W mniejszym stopniu wiza (31%) i paszport biometryczny (21%).

Jak zatrzymać ich w Polsce?

Ukraińcy chwalą sobie poziom życia, zarobki i legalny pobyt, ale eksperci zapytali ich także o to, co utrudnia im życie w Polsce. Okazuje się, że największym problemem jest brak własnego mieszkania lub pokoju (33%) oraz oddalenie od rodziny (32%). Kolejnymi dwoma najczęściej wymienianymi powodami są obawa przed zamknięciem granic i brakiem możliwości jej płynnego przekroczenia (27%).

Najsilniejszym magnesem przyciągającym Ukraińców do Polski są pieniądze. U nas zarabiają więcej. Ale przecież niedaleko – chociażby w Niemczech lub Czechach – mogliby zarobić jeszcze więcej. Co zrobić, żeby zatrzymać ich w Polsce? – Oczywiście najważniejsze pozostają względy finansowe, wysokość wynagrodzenia, regularne podwyżki i wytyczona ścieżka rozwoju zawodowego. Równie ważne stają się czynniki pozapłacowe: pomoc w zorganizowaniu życia w Polsce dla cudzoziemca i jego rodziny, zachęta i pokazywanie możliwości udziału w projektach integracyjnych i międzykulturowych. Ważne jest zapewnienie bezpiecznych warunków pracy oraz możliwość skorzystania z różnego rodzaju benefitów np. w postaci prywatnej opieki medycznej. Pracodawcy powinni myśleć nie tylko o zadowoleniu pracownika z zarobków, ale również o jego poczuciu dobrobytu i satysfakcji z innych aspektów życia – odpowiada Edyta Olko.

Według oficjalnych statystyk GUS w Polsce mieszka nawet 2 mln Ukraińców. Cały raport do przeczytania i pobrania tutaj: https://raporty.sanprosynergy.pl/ukraincy

Indeks Cyfryzacji Gospodarki: Polska szybko nadrabia dystans do cyfrowych liderów

  • Kompleksowe opracowanie od The Fletcher School i Mastercard pokazuje, które gospodarki są najlepiej przygotowane na milowy krok w kierunku cyfrowości, wymuszony przez pandemię koronawirusa
  • Polska została zaliczona do gospodarek wybijających się, z dużym potencjałem wzrostu
  • Nasza gospodarka jest w mniejszym stopniu ucyfrowiona w porównaniu do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Z drugiej strony szybsze niż u innych tempo cyfryzacji pozwala sądzić, że dystans ten będzie się zmniejszać

The Fletcher School na Uniwersytecie Tufts, w strategicznym partnerstwie z Mastercard, opublikowała raport pt. Indeks Cyfryzacji Gospodarki (ang. Digital Intelligence Index) – opracowanie przedstawiające globalny obraz rozwoju cyfrowych gospodarek oraz rzucające światło na kluczowe czynniki napędzające zmiany. Wynika z niego, że polska gospodarka ma duży potencjał wzrostu, na co mają wpływ rosnące zainteresowanie cyfrowymi usługami ze strony użytkowników, coraz lepsza infrastruktura (m.in. dostęp do szerokopasmowego internetu), jak również obiecująca dynamika wzrostu innowacji.

Jednym z najważniejszych trendów, który wyłonił się w czasie pandemii koronawirusa, jest gwałtowne przyspieszenie w cyfryzacji. To dzięki niej na całym świecie ludzie mogą z domu bezpiecznie pracować, uczyć się, robić zakupy czy utrzymywać relacje z bliskimi. Raport Indeks Cyfryzacji Gospodarki jest oceną rozwoju cyfrowych gospodarek 90 państw i obejmuje swoim zasięgiem 90% światowej populacji mającej dostęp do internetu. W opracowaniu brano pod uwagę 358 różnych czynników. Ich wyniki, podawane w 100-stopniowej skali, zostały uwzględnione w dwóch strategicznych częściach raportu. Pierwsza z nich, Cyfrowe Ewolucje, pokazuje aktualny stan ucyfrowienia gospodarek oraz tego, w jakim tempie cyfryzacja ta na poszczególnych rynkach postępuje. Sekcja Cyfrowe Zaufanie w bardziej wnikliwy sposób obrazuje z kolei sam cyfrowy ekosystem – z jednej strony jego poziom zaawansowania, a z drugiej nastawienie konsumentów i organizacji wobec cyfryzacji.

Cyfrowe przyspieszenie w Polsce

Z raportu The Fletcher School i Mastercard wynika, że obecnie najbardziej cyfrowe gospodarki świata to Singapur (98,8 pkt.), Stany Zjednoczone (89,8) i Hong Kong (88,1). Razem z Koreą Południową, Tajwanem, Niemcami, Estonią, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Izraelem czy Czechami są to gospodarki przydzielone do grupy wyróżniających się (stand out), tzn. takich, które osiągnęły już wysoki poziom cyfrowego zaawansowania, a jednocześnie ciągle się rozwijają.

Polsce wskaźnik na poziomie 63,6 pkt. dał 34. miejsce na świecie (21. w Europie), na poziomie Łotwy czy Słowacji (w raporcie Digital Evolution Index z 2017 r. Polska uplasowała się na 35. miejscu). Jeśli jednak chodzi o tempo cyfryzacji globalnych gospodarek na przestrzeni ostatnich dwunastu lat (2007-2019), z wynikiem 57,3 plasujemy się na 13. miejscu na świecie, na poziomie Arabii Saudyjskiej czy Malezji. W Europie szybsze tempo cyfryzacji gospodarki zaobserwowano tylko w Rosji (58,9 pkt.). Tym samym Polska, tak jak Chiny, Indie, Indonezja czy Rosja, znalazła się w gronie gospodarek wybijających się (break out) – szybko rozwijających się, które dzięki dużej dynamice i potencjale wzrostu są bardzo atrakcyjne dla inwestorów. Globalnie zdecydowanie najszybsze tempo cyfryzacji notują Chiny (85,5 pkt.), przed Azerbejdżanem (65,3) i Indonezją (64,0).

Trzecia kategoria gospodarek została określona jako hamujące (stall out). Są to te państwa, które pod względem cyfrowości są już dojrzałe, natomiast obserwuje się u nich spowolnienie tempa rozwoju technologii cyfrowych. W większym stopniu stawiają teraz na zrównoważony rozwój i zazwyczaj inwestują w zwiększenie włączenia cyfrowego. Przykłady takich gospodarek to: Szwecja, Wielka Brytania, Holandia, Japonia czy Kanada.

Czwartą kategorią są gospodarki przykuwające uwagę (watch out), w których wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia w kontekście infrastruktury, jednak nadzieją są dla nich młodzi ludzie, okazujący duży entuzjazm w zakresie korzystania z mediów społecznościowych czy płatności mobilnych. Przykłady takich gospodarek to: Nigeria, Uganda, Kolumbia, Peru, Pakistan czy Sri Lanka.

„Nigdy wcześniej nie było tak pilnej potrzeby zrozumienia czynników, które napędzają cyfryzację i zaufanie do niej. Wszystkie gospodarki świata, w tym polska, muszą mierzyć się z wyzwaniami wywołanymi przez pandemię i jednocześnie przygotowywać się na czas po-pandemiczny. Niezależnie od szerokości geograficznej, kluczowym elementem odbudowy gospodarek będzie sukces cyfrowy i skorzystanie z ogromnych możliwości, jakie dają nowe technologie i innowacje” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Wzrasta zainteresowanie cyfrowymi usługami

Na ogólny wynik ucyfrowienia gospodarki kraju (część Cyfrowe Ewolucje raportu) mają wpływ cztery istotne kryteria.

  • „Podaż cyfryzacji” pokazuje, jak bardzo rozwinięta jest infrastruktura ułatwiająca interakcje i transakcje cyfrowe. Rozumiana jest m.in. przez pryzmat powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu. W tym zestawieniu Polska z wynikiem 67,0 pkt. zajmuje 37. miejsce na świecie (pierwszy jest Singapur z wynikiem 100,0), jednak pod względem tempa rozwoju tego czynnika jesteśmy już na 14. miejscu (wynik 72,0, najwyższy Rwanda – 80,4).
  • „Popyt na cyfryzację” to z kolei obraz tego, czy konsumenci chcą i potrafią korzystać z dóbr cyfrowego ekosystemu, jak również czy mają do tego odpowiednie narzędzia. Wynik na poziomie 78,1 pkt. dał Polsce 29. miejsce na świecie (światowym liderem jest Korea Płd. z wynikiem 100,0). Jeśli chodzi jednak o rozwój tego parametru na przestrzeni ostatnich lat, to nasza pozycja jest zdecydowanie wyższa, bo 10. (wynik 55,4 pkt., najwyższy mają Chiny – 93,4). Wyniki raportu The Fletcher School i Mastercard pokazują zatem, że w Polsce popyt na korzystanie z cyfrowych produktów i usług jest na wyższym poziomie niż podaż. Jednocześnie pod względem tempa rozwoju obydwu tych czynników na przestrzeni ostatnich lat, polska gospodarka plasuje się w ścisłej europejskiej czołówce, co dobrze rokuje na przyszłość.
  • Otoczenie instytucjonalne to kryterium pokazujące, czy polityka prowadzona przez rządzących i stanowione prawo tworzą dobry klimat do rozwoju cyfrowych technologii i innowacji. Pod tym względem jesteśmy na 38. miejscu na świecie (wynik 60,2 pkt.), na poziomie Czech czy Gruzji. Najwyższy wynik ma Singapur (99,9). Pod względem tego, jak bardzo otoczenie instytucjonalne sprzyjające cyfrowości rozwinęło się w ostatnich dwunastu latach, jesteśmy na 44. miejscu (29,8), na poziomie Nowej Zelandii czy Niemiec. Najwyższy wynik uzyskał Azerbejdżan (49,9).
  • Innowacje i zmiany to wskaźnik pokazujący, w jakim stopniu innowacje stanowią siłę gospodarki cyfrowej państwa. Innowacja jest w tym przypadku rozumiana nie tylko jako dostępność nowych produktów i usług cyfrowych, ale też talentów i kapitału ludzkiego, czy jakość współpracy uniwersytetów i przemysłu w zakresie badań i rozwoju (R&D). To kryterium daje Polsce 39. miejsce (41,4 pkt.), na poziomie Bahrajnu czy Łotwy. Wyżej od nas uplasowały się m.in. inne kraje z naszego regionu: Czechy, Estonia, Litwa, Słowenia czy Słowacja. Liderem na świecie jest Singapur (90,2), przed Hong Kongiem i Stanami Zjednoczonymi. Obiecujący może być natomiast dla Polski wskaźnik szacujący wzrost poziomu innowacji w gospodarce w ostatnich dwunastu latach. Wynik 45,0 dał Polsce już 17. miejsce na świecie, na poziomie Filipin czy Singapuru. Z państw Europy wyżej od Polski uplasowały się jedynie Ukraina i Litwa. W skali globalnej innowacje w gospodarce najszybciej postępują w Chinach (58,6), Etiopii i Hong Kongu.

Polacy pozytywnie nastawieni do cyfryzacji

W drugiej części raportu, Cyfrowe Zaufanie, poddano analizie 42 gospodarki z całego świata. Pod uwagę były brane cztery czynniki obrazujące, na jakim poziomie zaawansowania jest budowa cyfrowego ekosystemu w poszczególnych państwach i w jakim stopniu jest on przyjazny oraz bezpieczny z perspektywy użytkowników.

  • W krajach takich jak Brazylia, Kolumbia czy Meksyk cyfrowa gospodarka ma szansę przyspieszyć dzięki zachowaniu użytkowników, którzy wykazują bardzo duże zainteresowanie mediami społecznościowymi, płatnościami w internecie czy mobilnymi. Pod względem otwartości użytkowników na tego typu cyfrowe rozwiązania Polska znalazła się na 30. miejscu (wynik 30,3 pkt.), zaś liderem są Chiny (100,0).
  • W gospodarkach takich jak Chiny, Indonezja czy Wietnam obserwuje się coraz bardziej przychylne nastawienie użytkowników wobec cyfrowej przyszłości. Ten wskaźnik pokazuje też m.in., czy ufamy firmom technologicznym oraz instytucjom publicznym, że bezpiecznie i etycznie zarządzają naszymi danymi. Polska w tym zestawieniu znajduje się na 13. miejscu (58,25 pkt.), pierwsza jest Holandia (78,6).
  • Gospodarki o bardziej dojrzałym podejściu do cyfryzacji, takie jak Szwecja, Holandia czy Dania (numer 1., wynik 73.06), mogą pochwalić się zbudowaniem zaufania do cyfrowego środowiska. Wskaźnik ten określa, na ile gwaranci zaufania, tacy jak rząd czy duże korporacje, zapewnili bezpieczny i pewny ekosystem online. Polska znalazła się na 17. miejscu (58.31), tuż za Stanami Zjednoczonymi.
  • Gospodarki takie jak Stany Zjednoczone (najlepszy wynik, 78.16), Hong Kong, Tajwan, Korea Południowa i Singapur zapewniają obywatelom niemalże bezproblemowe możliwości korzystania z usług cyfrowych. W tym wskaźniku brano pod uwagę trzy komponenty: infrastrukturę (np. zasięg sieci 4G w kraju), dostęp (np. jaki odsetek populacji może korzystać z internetu) oraz interakcję (jaka jest wydajność łączności szerokopasmowej i komórkowej bądź czy robienie zakupów online jest bezproblemowe). Doświadczeniom tym towarzyszy wysoki poziom zaangażowania użytkowników, co już teraz daje czołowym gospodarkom pewną przewagę nad pozostałymi. Polska znalazła się na 25. miejscu (51,25 pkt.).

Kto zmienił pracę w 2020 roku? Te branże pracownicy wybierali najczęściej

Specjaliści IT, kierownicy ds. rozwoju i biznesu, analitycy biznesowi, psychologowie, radcy prawni – to pracownicy, których w minionym roku przybyło na polskim rynku pracy najwięcej. Z badań firmy Devire, która wspólnie z Kodilla.com przeanalizowała profile prawie 200 tys. specjalistów wynika, że wielu z nich przeszło tam z całkiem innych zawodów.

Analiza przeprowadzona przez Devire na prośbę Kodilla.com w drugiej połowie grudnia 2020 roku pokazała, w których branżach nastąpiły największe rotacje pracowników – jacy eksperci podjęli decyzję o zmianie firmy, specjalizacji lub przebranżowieniu się i w jakich nowych zawodach wystartowali. Z analizy dowiedzieliśmy się także, dla kogo w ubiegłym roku było najwięcej ofert pracy, które miasta pracownicy wybierali najchętniej, a w których specjalistów ubywało.

Badanie przeprowadziliśmy na grupie 2 876 265 pracowników zarejestrowanych w portalu Linkedin. Wśród nich wyselekcjonowaliśmy 193 896 osób, które zadeklarowały zmianę pracy w przeciągu ostatniego roku. Na podstawie analizy przebiegu ich kariery zawodowej, oszacowaliśmy nie tylko najbardziej i najmniej atrakcyjne dla pracowników sektory pracy, ale dodatkowo przygotowaliśmy prognozę oceniającą kondycję, w której mogą znaleźć się poszczególne gałęzie gospodarki w 2021 roku – mówi Paulina Kubera, ekspertka ds. rynku pracy oraz rekrutacji IT w Devire.

Najwięcej pracy w 2020 roku było w IT

Jak podkreśla Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com, wśród branż, które oferowały najwięcej pracy w 2020 roku dominował sektor związany z nowymi technologiami.

Potwierdziły się wcześniejsze prognozy, że branża IT nie tylko pozostanie stabilna, ale wręcz będzie nadal mocno się rozwijać. W 2020 roku takim impulsem stało się wzmożone zapotrzebowanie na oprogramowanie, związane z masowym przechodzeniem biznesu do strefy online – mówi ekspertka Kodilla.com.

Gdy spojrzymy na stanowiska skupione wokół IT i zsumujemy dane zauważymy, że rzeczywiście to tu działo się najwięcej. Dla przykładu pracownicy specjalizujący się w nowoczesnych technologiach i usługach informatycznych otrzymali takich propozycji aż 9,8 tys. (czyli o 2,4% więcej niż jeszcze w roku 2019). Poza tym na pracę mogli liczyć eksperci od oprogramowania komputerowego, dla których pojawiło się 2,1 tys. ofert, co stanowiło wzrost o 2,6% w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Wzrost liczby specjalistów w ciągu 1 roku:

Kto zmienił pracę w 2020 roku Te branże pracownicy wybierali najczęściej (1)
Kodilla.com na bazie danych Devire

Ciekawie wypada też zestawienie, z którego dowiadujemy się, dokąd z poszczególnych branż migrowali specjaliści wybranych sektorów:

  1. Pracownicy branży „Oprogramowanie komputerowe” przechodzili do: branża IT (2214 osób), usługi finansowe (241 osób), telekomunikacja (165 osób)
  2. Pracownicy branży „Usługi finansowe” przechodzili do: branża IT (830 osób), bankowość (501 osób), ubezpieczenia (187 osób)
  3. Pracownicy branży „Bankowość” przechodzili do: usługi finansowe (615 osób), branża IT (600 osób), ubezpieczenia (88 osób)
  4. Pracownicy branży „Telekomunikacja” przechodzili do: branża IT (587), usługi finansowe (123 osoby), bankowość (80 osób)
  5. Pracownicy branży „Marketing i reklama” przechodzili do: branża IT (685 osób), sprzedaż detaliczna (82 osoby), usługi finansowe (70 osób)
  6. Pracownicy branży „Produkcja urządzeń  elektrycznych i elektronicznych” przechodzili do: branża IT (257 osób), motoryzacja (100 osób), usługi bankowe (91 osób)
  7. Pracownicy branży „Konsulting/zarządzanie” przechodzili do: branża IT (321 osób), usługi finansowe (157 osób), bankowość (86 osób)
  8. Pracownicy branży „Sprzedaż detaliczna” przechodzili do: branża IT (253 osoby), usługi finansowe (101 osób), logistyka (84 osoby)

Których specjalistów i gdzie przybywa najwięcej?

Spośród prawie 200 tys. osób, które zdecydowały się w 2020 roku na zmianę firmy bądź branży, największą uwagę kandydatów przyciągały stanowiska związane z IT.

Z danych, które udostępniło nam Devire, widać, że jako programistów front-end zatrudniono 6960 osób (8% wzrost w ciągu ostatniego roku), a jako starszych inżynierów ds. oprogramowania 9480 osób. Pracę znaleźli też tacy specjaliści, jak kolejno: Full Stack Engineer – 4285 osób (4% wzrost), inżynier ds. oprogramowania – 26 024 osób (4% wzrost) i analityk – 5883 osób (3% wzrost) – wymienia Magdalena Rogóż.

Ale wzrosty zanotowano także w innych sektorach. W przypadku kierowników ds. rozwoju i biznesu przybyło 5092 nowych specjalistów (7% wzrost), grono analityków biznesowych powiększyło się o 4322 specjalistów (6% wzrost). Działo się także w całkiem innych obszarach, np. 5639 osób zostało psychologami (4% wzrost), a 8513 osób radcami prawnymi (wzrost 3%). Nie widać również spadków w branży HR (4457 osób i 3% wzrost), co oznacza, że rekrutacje na rynku pracy cały czas trwają.

Gdy spojrzymy na powyższe dane z punktu widzenia lokalizacji miejsca pracy, można zauważyć tendencję wskazującą, które miasta przyciągają najwięcej pracowników, a gdzie ich zaczyna ubywać. Oto najczęściej pojawiające się migracje między Warszawą a innym dużym miastem. Jak widać, więcej warszawiaków wybrało Kraków niż na odwrót. W dalszej kolejności są: Wrocław (865 pozyskanych specjalistów), Gdańsk (747), Poznań (715) i Łódź (679).

Kto zmienił pracę w 2020 roku Te branże pracownicy wybierali najczęściej (1)
Kodilla.com na bazie danych Devire

Kodilla.com na bazie danych Devire

Prognoza: Co się wydarzy na rynku pracy w 2021 roku?

Dobrym punktem odniesienia do snucia prognoz na 2021 rok są poziomy wynagrodzeń.

– W najnowszym raporcie Devire “Przegląd Wynagrodzeń 2021” piszemy, że z pewnością nie zmaleje zapotrzebowanie na takich ekspertów, jak: Cloud Engineer, Cloud Architect, Cloud Security Engineer czy Cloud Network Engineer. Obserwujemy też wyraźnie zwiększony popyt na doświadczonych kandydatów z obszaru DevOps ze znajomością rozwiązań cloudowych, których oczekiwania finansowe wzrosły w ciągu roku z około 22 000 zł do średnio 25 000-27 000 zł netto na umowie B2B, Przewidujemy, że ta tendencja utrzyma się w 2021 roku, a inżynierowie DevOps będą mogli liczyć na wynagrodzenia wyższe o 10-15% – tłumaczy Paulina Kubera z Devire.

Wśród trendów, które mogliśmy obserwować jeszcze w 2020 roku i które na pewno się utrzymają w 2021 roku, widać wzrost znaczenia pracowników z branży e-commerce, którzy dziś mogą znaleźć zatrudnienie niemal w każdej branży. Tacy specjaliści mogą liczyć na zarobki od 5 do nawet 30 tys. złotych brutto miesięcznie.

Poza tym w 2021 roku pracodawcy będą poszukiwać przede wszystkim ekspertów z obszarów CRM, marketing automation, programmaticu czy analityki danych digitalowych i CRM-owych. Tylko w ostatnich miesiącach aż 90% kandydatów z branży przyznaje, że dostało zaproszenie do udziału w tego typu rekrutacji.

Rok 2020 przyniósł wiele zmian – również w poziomie oferowanych wynagrodzeń. Część pracodawców była zmuszona uszczuplać swoje struktury, część wysyłała pracowników na przymusowe urlopy, zmniejszano wynagrodzenia lub wstrzymywano premie i bonusy. Pierwszą falę zwolnień obserwowaliśmy głównie w: transporcie, branży turystycznej, horeca, w usługach, szkoleniach, eventach. Przez wprowadzenie ograniczeń w handlu ucierpiała gastronomia, rozrywka i handel inny niż spożywczy. Dla wielu branż pandemia stała się jednak katalizatorem zmian i mówi się, że to najbardziej skuteczny digital transformation manager, który zmobilizował do szybszego unowocześnienia biznesów, rozwoju kanału sprzedaży online i przeniesienia jeszcze większej części budżetów do internetu.

Pracownicy udowodnili też, że potrafią pełnić swoje obowiązki zdalnie. Udało się to nawet w branżach, w których praca na home office była jeszcze do niedawna wyjątkowym przywilejem. W innych, takich jak IT, gdzie praca zdalna była tylko pewną opcją, stało się to już niemal normą – podsumowuje Magdalena Rogóż z Kodilla.com.

Oprac. Kodilla.com

Jedna czwarta Polaków nie ma obecnie żadnych oszczędności

Blisko połowa Polaków ma oszczędności nieprzekraczające 5 tys. zł, w tym niemal jedna czwarta nie posiada żadnych odłożonych środków – wynika z badania „Barometr oszczędności” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów. Prawie 35% prognozuje, że za zaoszczędzone pieniądze jest w stanie utrzymać się jedynie miesiąc.

Mimo że wielu Polaków podczas pandemii częściej niż wcześniej wstrzymuje się z wydatkami, analizuje ceny przed zakupem i kupuje na raty, to ich oszczędności wciąż są na poziomie, który nie zapewnia długotrwałego bezpieczeństwa finansowego. Jednocześnie niemal połowa z nas zaczęła gromadzić pieniądze, mając w głowie możliwe problemy finansowe związane z pandemią.

Finansowa poduszka potrzebna jak nigdy

Jak wynika z badania „Barometr Oszczędności” przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, blisko jedna czwarta (24%) Polaków deklaruje, że nie posiada obecnie żadnych oszczędności. Więcej niż co dziesiąta (11,5%) osoba trzyma na czarną godzinę kwotę mniejszą niż 1 tys. zł. Od 1 tys. do 4,9 tys. zł ma 17% osób, a prawie jedna trzecia deklaruje oszczędności wyższe niż 5 tys. zł.

Większości z nas odłożone pieniądze wystarczą na utrzymanie w okresie krótszym niż pół roku w sytuacji nagłej utraty pracy. Może się więc okazać, że nie zapewnią nam bytu do czasu, gdy znajdziemy kolejne zatrudnienie. Jedna czwarta respondentów twierdzi, że po utracie pracy byłaby się w stanie utrzymać przez trzy miesiące, niemal co piąty (18%) ma zapewnione finansowanie na miesiąc, a 17% do pół roku. Najbezpieczniejszą sytuację ma tylko 13% Polaków – w wypadku nagłej utraty pracy są w stanie utrzymać się z oszczędności ponad rok.

Badania pokazują, że w Polsce mniej więcej tyle samo osób posiada oszczędności finansowe, co nie odkłada w ogóle. Niepokojące jest to, że większość tych drugich nie ma z czego odłożyć. Tymczasem posiadanie pewnej poduszki finansowej jest bardzo ważne właśnie w takich chwilach jak ta, w pandemii, w kryzysie. Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że dzięki szczepieniom sytuacja w kraju w najbliższych kilku miesiącach powinna się nieco ustabilizować, a poprawa gospodarki wpłynie też na portfele konsumentów. W związku z tym jest szansa, że i więcej osób będzie mogło odłożyć gotówkę na czarną godzinę – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Dlaczego nie oszczędzamy?

Niemal 52% z nas nie gromadzi oszczędności w pandemii. Dla blisko 2/3 z tej grupy głównym powodem są zbyt niskie dochody. Blisko co dziesiątą osobę przed oszczędzaniem powstrzymuje konieczność pokrycia dużych aktualnych wydatków. W grupie nieoszczędzających w obliczu koronawirusa są też osoby, które po prostu nie obawiają się o swoją sytuację finansową (17%) albo nie przewidują negatywnych skutków pandemii dla swojego portfela (13%). Z kolei co dziesiąty deklaruje, że posiada już wystarczające środki na wypadek sytuacji kryzysowych. Natomiast 9% badanych  w razie problemów finansowych liczy na możliwość zwrócenia się po pomoc do rodziny czy znajomych.

W pierwszej kolejności przekładamy wyjazdy i remonty

Pandemia i związana z nią chęć oszczędzania najczęściej powstrzymała Polaków przed wyjazdem na wakacje lub zmusiła do przełożenia go na późniejszy termin – wskazał tak więcej niż co trzeci badany (34,5%). Aby zaoszczędzić, co piąty Polak zrezygnował lub przełożył na później remont mieszkania lub domu, a blisko co dziesiąty wycofał się z planów zakupu samochodu czy wyprawienia uroczystości rodzinnej, jak wesele czy komunia. Pandemia zmieniła także decyzję 4% badanych odnośnie zakupu mieszkania lub domu. To dość duży odsetek, biorąc pod uwagę, że to kosztowny wydatek i takie plany mogła mieć jednak ograniczona liczba respondentów.

Redukcja wydatków na wyjazdy w części jest pochodną ograniczeń w przemieszczaniu się czy korzystaniu z usług hotelowych, ale nie tylko. Latem jednak wielu ludzi wyjechało na wakacje. Dość zaskakujące są natomiast deklaracje o ograniczeniu wydatków na remonty. W czasie pandemii markety budowlane były oblegane, a zewsząd słyszeć można było, że pandemia i spędzanie czasu we własnych czterech ścianach zmobilizowały Polaków do ich wyremontowania. Jednak jak pokazuje nasze badanie, sporej części osób pandemia pokrzyżowała te plany – zauważa Adam Łącki i dodaje, że odłożone wydatki czy całkowita z nich rezygnacja ma negatywne konsekwencje dla poszczególnych branż. Firmy, takie jak np. biura turystyczne, muszą radzić sobie ze znacznie mniejszymi wpływami. Aby przetrwać muszą same ciąć wydatki, np. poprzez redukcję zatrudnienia, a to z kolei ma negatywne konsekwencje dla całej gospodarki.

Oszczędzają więcej, bo wydają mniej

Osobom, które oszczędzają w pandemii, najczęściej udaje się odłożyć miesięcznie od 100 do 299 zł (27% wskazań). Kolejnymi często wskazywanymi zakresami były kwoty rzędu 300-499 zł (16%) i 500-999 zł (13%). Odłożenie z pensji powyżej 1 tys. zł deklaruje 13% badanych.

Dodatkowo 42,3% Polaków twierdzi, że w czasie pandemii częściej niż wcześniej rezygnuje z wydatków, które nie są konieczne, 36,1% wstrzymuje nawet te niezbędne, a jedna trzecia korzysta z promocji i ofert specjalnych oraz porównuje oferty, by wybrać najkorzystniejszą.

Jest i druga strona medalu. Nasze badanie pokazuje, że część osób w pandemii nie wydaje pieniędzy, jeśli nie musi. Przykładowo, pracując zdalnie, mniej pieniędzy przeznacza na dojazdy, parking, służbowe ubrania czy kawę „na mieście”. Dzięki temu do przysłowiowej skarbonki wrzuca więcej. Może sobie na to pozwolić 28 proc. ankietowanych – podsumowuje prezes KRD BIG SA.

Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.

Stanowisko ZPP ws. wprowadzania nowych obciążeń dla przedsiębiorców

W 2020 roku staliśmy się świadkami bezprecedensowego kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Polska gospodarka po raz pierwszy od trzydziestu lat doświadczyła recesji. Potrzebujemy zatem silnego impulsu rozwojowego – tymczasem wprowadzane są jednak kolejne obciążenia dla przedsiębiorców. ZPP konsekwentnie postuluje dwunastomiesięczne moratorium na wszelkie nowe obciążenia – zarówno podatkowe, jak i regulacyjne.

Możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że przedsiębiorcy stawili czoła trudnemu wyzwaniu związanemu z rozwojem epidemii. Wprowadzili, gdzie tylko to możliwe, pracę zdalną, wdrożyli podwyższony reżim sanitarny oraz zmienili swój model działalności. Niestety, przedłużający się lockdown i kolejne ograniczenia zwiększają ryzyko masowych bankructw i zwolnień, które odbiją się nie tylko na kondycji finansowej przedsiębiorstw, ale również na warunkach bytowych pracowników.

W otoczeniu makroekonomicznym nie widać jeszcze oznak szczególnego załamania, jednak niepokoić musi sytuacja konkretnych branż. Istnieje duże ryzyko, że w najbliższym czasie zagrożenie kryzysem rozleje się również na pozostałe sektory.

Ryzyko to jest poważnie zwiększone przez fakt, że rząd nie ogranicza się jedynie do zakazywania działalności gospodarczej branżom takim, jak hotelarstwo, gastronomia, czy fitness, ale wprowadza również nowe obciążenia dla przedsiębiorców borykających się ze skutkami kryzysu. Dla przykładu, zamknięcie sklepów w galeriach handlowych przez 114 dni doprowadziło do utraty przez branżę przychodów w wysokości aż 30 mld zł – nawet to nie powstrzymało wszczęcia poboru podatku od handlu detalicznego, który szczególnie obciąży rodzime przedsiębiorstwa.

Zdecydowano się również na wprowadzenie podatku cukrowego, mimo oczywiście negatywnych skutków daniny dla producentów i dystrybutorów napojów (a także surowców wykorzystywanych przy ich produkcji), konsumentów oraz znajdującej się w wyjątkowo trudnej sytuacji branży gastronomicznej.

Wymienione daniny to tylko niektóre z długiej listy nowych obciążeń dla przedsiębiorców, do której możemy zaliczyć również: wprowadzenie podatku CIT dla spółek komandytowych, wprowadzenie kaucji od sprzedanego oleju czy modyfikację „podatku od deszczu”.

Ponownie podkreślamy, że działania polskiego rządu idą w odmiennym kierunku niż te w krajach OECD. Przeprowadzona przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców analiza polityki fiskalnej w krajach OECD w trakcie pandemii koronawirusa, pokazuje, że większość krajów zmniejsza podatki i obciążenia dla biznesu. Australia obniża podatki dla wszystkich grup społecznych oraz upraszcza system podatkowy. W ślad za nią Szwecja redukuje podatki dochodowe dla wielu grup społecznych. Aby ulżyć biznesom podczas kryzysu, Niemczy i Czechy wprowadzają czasowe obniżki VAT-u, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez lock down. Polska nie dołączyła do tego trendu.

Omawiając sposoby niwelowania negatywnych gospodarczych konsekwencji pandemii koronawirusa nie sposób nie wspomnieć o unijnym Funduszu Odbudowy. W latach 2021-2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd skali. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma 160 mld EUR z unijnych funduszy. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków oraz zwiększanie tych obecnie stosowanych powinna być znacznie mniejsza, a polski rząd nie powinien wprowadzać zmieniać warunków dla prowadzenia działalności gospodarczej w okresie kryzysu gospodarczego.

Mając na uwadze powyższe, apelujemy do rządu o przyjęcie dwunastomiesięcznego moratorium na wszelkie nowe obciążenia, w tym przede wszystkim te o charakterze podatkowym i parapodatkowym, takie jak np. podatek cukrowy, czy podatek od sprzedaży detalicznej. Podążając śladem innych państw OECD, należałoby również wprowadzić czasową obniżkę VAT-u dla branż najbardziej dotkniętych przez pandemię. ZPP konsekwentnie apeluje o wprowadzenie stawki 5% VAT na wszystkie usługi gastronomiczne.

Polski biznes musi mieć szansę na przetrwanie i odbudowanie się po kryzysie spowodowanym epidemią. Jeśli nowe lub zwiększone obciążenia mu to uniemożliwią, skala negatywnych skutków gospodarczych może być w tej chwili trudna do przewidzenia, a ich koszt z pewnością wyższy, niż ten spowodowany odłożeniem w czasie nowych danin.

Seniorzy na rynku nieruchomości

Seniorzy nie chcą być „uwięzieni” w swoim mieszkaniu. Cenią samodzielność, ale też aktywność i bliskość rodziny.

Wśród sprzedających i kupujących mieszkania i domy jest coraz więcej seniorów – twierdzą pośrednicy w obrocie nieruchomościami w sondzie portalu GetHome.pl. Co skłania osoby w wieku emerytalnym do podjęcia takiej decyzji oraz jakie są ich mieszkaniowe preferencje?

Najpewniej wciąż dla ogromnej większości naszych babć i dziadków przeprowadzka jest ostatnią rzeczą, którą uwzględniają w swoich życiowych planach. Ba, wielu seniorów ma duże mieszkanie lub dom wart setki tysięcy złotych, a mimo to wolą klepać biedę, niż zamienić swoje lokum na mniejsze, tańsze w utrzymaniu. Dlaczego? „Bo starych drzew się nie przesadza”, albo „chcę pozostawić mieszkanie dzieciom lub wnukom” – przypuszczalnie taką odpowiedź usłyszymy najczęściej. Jednak w wiek emerytalny wchodzą pokolenia Polaków, którym obcy jest taki sposób myślenia. W efekcie coraz więcej seniorów decyduje się na zmianę miejsca zamieszkania ze względów praktycznych i finansowych.

–  Transakcje z osobami po 60. roku życia stanowią coraz większy procent w ogólnej liczbie przeprowadzonych umów. Obecnie jest to ok. 20% – przyznaje Łukasz Olszewski, doradca ds. nieruchomości w agencji AJ Promotion.

W podobnym tonie wypowiadają się wszyscy pośrednicy, których zapytaliśmy o aktywność seniorów na rynku mieszkaniowym. Pośrednicy są też zgodni co do tego, że starsze osoby najczęściej kierują się chęcią obniżenia metrażu mieszkania lub domu.

Obniżka kosztów i bliskość rodziny

–  Nie potrzebują 70- czy 80-metrowego mieszkania, gdyż dzieci „wyfrunęły z gniazda”, a koszty są dużym obciążeniem dla emeryckiego budżetu – mówi właściciel biura Estate Polska Paweł Koronkiewicz.

To, że seniorzy często zajmują zbyt duże i kosztowne w eksploatacji domy i mieszkania potwierdzają dane GUS – 60 m kw. ma przeciętne mieszkanie samotnej osoby w wieku 60 lat i więcej, zaś przeciętna powierzchnia mieszkań zajmowanych przez małżeństwa seniorów wynosi ok. 78,5 m kw.

Specjalista ds. nieruchomości w agencji Alfa Home Karol Myśliwiec zwraca uwagę, że w wielu przypadkach decyzja o zamianie mieszkania jest spowodowana chęcią bycia bliżej dzieci lub wnuków, aby pomóc im np. w zajmowaniu się potomstwem.

Albo chęcią przeznaczenia nadwyżki ze sprzedaży większej nieruchomości na wsparcie finansowe dzieci – dodaje Łukasz Olszewski.

–  Zdarzają się też seniorzy, którzy szukają pierwszego mieszkania dla swoich dzieci lub wnuków. Nawet jeśli nie podchodzą do aktu notarialnego, to przynajmniej częściowo finansują zakup nieruchomości i uczestniczą w jej szukaniu – zauważa Tomasz Obarski z agencji Warszawski Agent Nieruchomości.

Karol Myśliwiec przyznaje, że zamiana często oznacza przeprowadzkę z miasta do miasta lub nawet z terenów wiejskich do miasta.

– Dla seniorów życie w mieście jest często wygodniejsze. Np. odpada im obowiązek odśnieżenia czy naprawy dachu w domku jednorodzinnym – mówi Karol Myśliwiec.

Z kolei Łukasz Olszewski zaobserwował, że seniorzy, którzy przez całe życie mieszkali w bloku i marzyli o domu pod miastem, częściej są skłonni wybrać właśnie taką nieruchomości z małym ogródkiem. W przeprowadzeniu transakcji seniorów często wspierają dzieci lub dalsza rodzina. Wielu radzi sobie jednak samemu.

– Rekordzistką była przeszło osiemdziesięcioletnia klientka, która samodzielnie załatwiła wszystkie formalności ze sprzedażą mieszkania, a my pomogliśmy jej przy zakupie – opowiada Karol Myśliwiec.

Niska kondygnacja w dobrej lokalizacji

Pośrednicy są zgodni, że dla seniorów kupujących nieruchomość kluczowa jest lokalizacja, a w przypadku mieszkań także ich położenie w budynku.

–  Starsze osoby chcą mieć w zasięgu ręki sklepy, punkty usługowe, przychodnię zdrowia czy przystanek komunikacji zbiorowej – podkreśla Paweł Koronkiewicz. I dodaje, że seniorzy preferują mieszkanie na parterze i pierwszym piętrze.

–  Osoby starsze niechętnie rozpatrują wyższe piętra, i to nawet wtedy, gdy w bloku jest winda. Obawiają się jej awarii i potencjalnych problemów z pokonaniem większej liczby schodów – mówi Łukasz Olszewski.

–  Odpadają stare budynki bez podjazdów dla inwalidów i ze schodami do wind – dodaje Tomasz Obarski.

Ważnym aspektem jest również wyposażenie samego mieszkania. Chodzi o to, żeby nie było w nim barier architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami. Nawet jeśli kupujący mieszkanie seniorzy nie mają takiego problemu, to zdają sobie sprawę, że w przyszłości może się on pojawić. Zdaniem Łukasza Olszewskiego np. w łazience preferowana jest kabina prysznicowa, najlepiej z niskim brodzikiem.

Według pośredników, osoby samotne kupują kawalerkę z oddzielną kuchnią. Z kolei małżeństwa za optymalne uznają mieszkanie, choćby niewielkie metrażowo, ale składające się z dwóch pokoi – sypialni i salonu. Paweł Koronkiewicz zwraca również uwagę, że starsze osoby chętnie kupują mieszkania, które wystarczy odświeżyć. Najczęściej odrzucają zaś oferty mieszkań, które wymagają gruntownego remontu.

– W przypadku domów, najbardziej poszukiwane się małe, najlepiej parterowe nieruchomości o powierzchni 80-100 m kw. na działkach do 800 m kw. Przy czym system ogrzewania musi być „bezobsługowy” – informuje Karol Myśliwiec.

Najem z opieką zamiast własności

Rosnący udział seniorów w transakcjach mieszkaniowych nie powinien dziwić także dlatego, że jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństwem w Unii Europejskiej. W naszym kraju już teraz żyje ponad 9,7 mln osób w wieku 60 lat i więcej.struktura-wiekowa-seniorow

Jednak według prognoz GUS w najbliższych 30 latach liczba seniorów wzrośnie do 13,7 mln. W 2050 r. stanowić oni będą ok. 40% społeczeństwa (obecnie ok. 25%). Przy czym najszybciej będzie rósł odsetek osób w wieku 80 lat lub starszych. To oznacza, że najpewniej wzrośnie popyt na mieszkania dostosowane do ich możliwości i potrzeb.

Tym bardziej, że już teraz aż jedna trzecia seniorów ankietowanych przez GUS, uskarża się na bariery architektoniczne w budynku, które utrudniają im dostęp do mieszkania. W wielu PRL-owskich blokach często nie ma windy albo jest jedna, więc kiedy się zepsuje, mieszkanie staje się dla seniora więzieniem.

Ponadto, niemal co dziesiąty senior uważa, że w swoim mieszkaniu nie ma odpowiednich warunków techniczno-sanitarnych. Chodzi m.in. o brak ciepłej i bieżącej wody, łazienki czy centralnego ogrzewania.wady-mieszkan-seniorow

Wprawdzie siła nabywcza seniorów jest niska – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny wynosił w 2019 r. ok. 2,1 tys. zł. Z drugiej strony, jak już wspomnieliśmy, wielu z nich posiada mieszkanie lub dom, który mogą sprzedać lub wynająć. Eksperci przewidują, że także w Polsce rozwijał się więc będzie wynajem mieszkań dla seniorów w systemie „assisted living”. Chodzi o to, że seniorzy zachowują w takich mieszkaniach całkowitą samodzielność. Oferowana jest im pomoc w codziennym funkcjonowaniu oraz różnego rodzaju usługi (pranie, sprzątanie, zakupy, posiłki) oraz aktywności.

Pierwsze tego typu komercyjne kompleksy mieszkalne dla seniorów powstały m.in. we Wrocławiu i podwarszawskiej miejscowości Wiązowna. Inwestycje mieszkaniowe dedykowane seniorom realizują też niektóre towarzystwa budownictwa społecznego, m.in. w Stargardzie, Poznaniu, Szczecinie, Toruniu i Wrocławiu. Np. w 2020 r. TBS Wrocław wybudował blok z 57 takich mieszkań. Co ciekawe, na każdym piętrze znajduje się sala spotkań, żeby lokatorzy mogli nawiązywać relacje międzysąsiedzkie.

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl

4 trendy w pracy biurowej na 2021 rok

Cyfrowa rewolucja – tak jednym zwrotem można scharakteryzować sposób pracy, który będzie nam towarzyszył w 2021 roku. Trwająca pandemia ma ogromy wpływ na sposób wykonywania pracy biurowej inicjując nowe rozwiązania w tym obszarze. To jak będzie wyglądała praca w najbliższym czasie pokazują cztery trendy, które są odpowiedzią na pandemiczną rzeczywistość. 

Praca hybrydowa

Praca zdalna stała się rzeczywistością, – ale, na jaką skalę? To, czego możemy się z pewnością spodziewać w 2021 roku, to model pracy hybrydowej, w której pracownicy spędzają tylko część tygodnia pracy w biurze. Model pracy w systemie home office ma swoje zalety. Sama zmiana w postaci otwartości pracodawców na taką formę współpracy jest już krokiem w dobrym kierunku. Pracownikom przy pracy zdalnej brakuje jednak bezpośrednich interakcji w zespole. Wskazują na to wyniki amerykańskich badań mówiących o tym, że 41% pracowników wolałoby wrócić do swojego miejsca pracy lub biura, aby pracować, tak jak przed kryzysem.  – Praca zdalna wymaga między innymi, zdolności do ustrukturyzowania i planowania dnia. Osoby, które mają z tym kłopot, często pracują więcej w domu niż w biurze, co oczywiście prowadzi do spadku motywacji i wyczerpania, a na dłuższą metę do wypalenia pracowników – tłumaczy Przemysław Śnioszek, prezes zarządu Grow Uperion, firmy, która stworzyła grywalizacyjną platformę do podnoszenia zaangażowania pracowników. Dlatego wydaje się, że model hybrydowy łączący zalety home office oraz pracy biurowej, będzie nową kulturą pracy w postpandemicznej rzeczywistości. Pracownik, który zamiennie pracuje raz w domu, a raz w biurze, będzie wymagał wsparcia technologicznego. Firmy, które przejdą na model hybrydowy, będą musiały zapewnić pracownikom smart przestrzeń, czyli biuro, które jest interaktywne i komunikuje się z pracownikami.

Work-Tech

Model pracy hybrydowej lub zdalnej spowodował, że pracodawcy zaczęli szukać rozwiązań pomagających pracownikom odnaleźć się w nowej sytuacji. Wyzwania związane z pracą rotacyjną, zachowaniem odległości między osobami czy rezerwacją sal konferencyjnych zgodnie z reżimem sanitarnym, bez wsparcia nowoczesnych technologii, są bardzo trudne do zrealizowania. –  Od ponad czterech lat tworzymy rozwiązania wspierające pracowników w ich codziennej biurowej rzeczywistości. Poprzez Zonifero można m.in. zarezerwować tak zwane Hot-Desk, czyli przechodnie biurko lub salę konferencyjną, co stało się szczególnie istotne dla firm przystosowujących się do pracy w modelu hybrydowym. Musieliśmy wprowadzić jedynie kilka drobnych adaptacji naszej aplikacji do nowych pandemicznych warunków: np. po zwolnieniu pomieszczenia serwis sprzątający otrzymuje dziś automatyczne powiadomienie, że pomieszczenie jest już wolne i można je zdezynfekować  – wyjaśnia Jacek Ratajczak, prezes Zonifero. Jak zapewniają twórcy rozwiązania, to tylko jedna z możliwości, jakie daje aplikacja, ponieważ pełen jej potencjał można zobaczyć w połączeniu z czujnikami IoT, znajdującymi się w biurowcu.

Prop-Tech

Pandemia ma duży wpływ na rynek nieruchomości biurowych. Inwestorzy, jak i klienci szukają inteligentnych biur, które będą pomagały realizować ich potrzeby z zakresu zarządzania zasobami ludzkimi, patrząc na nie także przez pryzmat pandemii. Dziś nowoczesne biuro to nie tylko element prestiżu, ale także narzędzie do radzenia sobie z nietypową sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy. Innowacyjne technologie potrafią wspierać pracodawcę i pracownika. – Z poziomu aplikacji mobilnej w inteligentnym biurowcu można zgłosić usterkę. Na przykład kiedy w zarezerwowanej sali konferencyjnej nie możemy nawiązać połączenia video przed ważnym spotkaniem. Jeżeli nie pojawimy się na spotkaniu w zarezerwowanej sali, system, przywróci jej dostępność dla innych pracowników oraz wyłączy zbędne urządzenia, tak aby nie marnowały energii – tłumaczy Jacek Ratajczak z Zonifero. Dziś, kiedy biura są mniej intensywnie używane lub w związku z rotacją pracowników wymagają codziennej dezynfekcji, takie smart rozwiązania pozwalają zmniejszać koszty eksploatacji budynku.

Video konferencje i narzędzia do pracy zespołowej

Bez względu na to, czy pracownik jest w domu czy w biurze, video konferencja i korzystanie z komunikatorów na stałe wpisało się w krajobraz pracy biurowej. Oprócz podstawowych kwestii, takich jak stabilność połączenia czy jakość obrazu, przedsiębiorcy bardzo szybko zorientowali się, że warto korzystać z rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo i integracje z oprogramowaniem, którego używali przed pandemią. Ogromną popularnością zaczęły cieszyć się programy, które nie tylko pozwalają na video rozmowę czy czat, ale także na dzielenie się plikami, grupowe dyskusje lub wspólną prace nad projektem. Kolejnym niezwykle istotnym aspektem jest kwestia bezpieczeństwa. – Oprogramowanie pozwalające na bezpieczną pracę w grupie, stało się jednym z podstawowych wymagań w obecnej rzeczywistości. Kwestie bezpieczeństwa, odnoszące się do możliwości nagrywania spotkań czy dzielenia się widokiem ekranu i plikami, to dziś zagadnienia niezwykle ważne dla pracy przedsiębiorstw. Zabezpieczenie danych na komputerach pracowników pracujących zdalnie będzie jedną z ważniejszych kwestii w 2021 roku – tłumaczy Rafał Jaworski, dyrektor do spraw cyberbezpieczeństwa w ProtectHut.

Praca u progu trzeciej dekady XXI wieku zmieniła się z dnia na dzień. Elastyczny styl pracy wsparty nowoczesnymi technologiami na stałe wpisał się w funkcjonowanie przedsiębiorstw. Szacuje się, że po pandemii około 30% pracowników nadal będzie korzystać z rozwiązań, takich jak praca hybrydowa czy home office. To właśnie technologia sprawiła, że skutki lockdown’u dla wielu firm były łagodniejsze niż się spodziewano.  Większość wprowadzonych rozwiązań technologicznych zostanie z nami już na stałe.

Brexit wywoła wielkie straty w polskich firmach – raport Euler Hermes

Brexit: polskie firmy najwyższe straty ponosić będą w drugiej połowie roku, nawet 1,6 mld złotych utraconych przychodów w ciągu 6 miesięcy.

Polscy eksporterzy tylko w drugim półroczu 2021 roku, po obecnym okresie przejściowym i wprowadzeniu kontroli granicznych, stracą w związku z Brexitem przychody o wartości 1,6 mld złotych – wynika z szacunków Euler Hermes. Najbardziej dotknięci będą oczywiście brytyjscy przedsiębiorcy – eksporterzy z Wielkiej Brytanii mogą stanąć przed rachunkiem za Brexit o wartości nawet 25 mld funtów utraconych przychodów w całym 2021 r.

  • Eksporterzy z Unii Europejskiej mogą stracić 10 mld euro w drugiej połowie 2021 r. po wprowadzeniu kontroli na granicach
  • Euler Hermes szacuje, że w Wielkiej Brytanii w I kwartale nastąpi spadek PKB o 5,5% kw/kw. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 2,5%; ale pełne ożywienie nie jest spodziewane do co najmniej 2023 r.
  • Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody

Z analiz przeprowadzonych przez Euler Hermes, wiodącego na świecie ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że brytyjskie firmy zorientowane na eksport stracą w tym roku od 12,0 do 25 mld GBP (około 13,5 mld EUR – 27,3 mld EUR) w wyniku mniejszego popytu na ich towary i usługi, zwiększonej biurokracji związanej z ich sprzedażą i z powodu deprecjacji funta szterlinga (-3% prognozy na 2021 rok).

W przypadku realizacji górnej granicy strat z oczekiwanego scenariusza rozwoju wydarzeń oznacza to 1,1% utraconego PKB Wlk. Brytanii, przy czym sektory, które prawdopodobnie najbardziej ucierpią, to wytwórcy produktów mineralnych i metalowych, maszyn i sprzętu elektrycznego, sprzętu transportowego, chemikaliów i tekstyliów.

Analizy Euler Hermes opierają się na obserwacji przygotowań brytyjskich firm do wejścia Wielkiej Brytanii w kolejną recesję w obliczu trzeciej krajowej blokady wywołanej przez Covid-19 i oczekiwanego spadku brytyjskiego PKB o 5,5% kw/kw w pierwszym kwartale br. Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że pandemia i okres przejściowy Brexitu ograniczą wzrost PKB do + 2,5% w 2021 r., po czym nastąpi dalszy wzrost o +7% w następnym roku, co oznacza, że gospodarka Wielkiej Brytanii nie powróci do poziomu PKB sprzed kryzysu do co najmniej 2023 roku.

Zgodnie z oczekiwaniami Unia Europejska i Wielka Brytania osiągnęły w ostatniej chwili kompromis w sprawie Brexitu. Jednak umowa jest daleka od ukończenia i nałożyła ponadto okres przejściowy na stronę brytyjską z powodu braku czasu na przygotowania. W przypadku eksporterów z Wielkiej Brytanii utrzymująca się niepewność spowodowała pewne zakłócenia na granicach od początku roku, ponieważ wiele małych firm zawiesiło tymczasowo handel zagraniczny, a około jedna na pięć ciężarówek została zawrócona na skrzyżowaniach przed Kanałem, częściowo z powodu papierkowych utrudnień związanych z Brexitem” – uważa Ana Boata, szefowa działu badań makroekonomicznych w Euler Hermes.

Euler Hermes początkowo prognozował, że eksport z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii może spaść w pierwszym roku obowiązywania Brexitu nawet o 18 mld EUR. Sześciomiesięczny okres przejściowy do końca czerwca może zmniejszyć te straty o połowę do mniej niż 10 mld EUR. Wciąż najbardziej dotknięte będą Niemcy (2 mld euro strat w przychodach), Holandia (1,2 mld euro), Francja (0,9 mld euro), Belgia (0,7 mld euro) i Włochy (0,6 mld euro) – nawet jeśli straty wyniosą mniej niż 0,5 % ich całkowitego eksportu.

Ana Boata dodaje: „Chociaż umowa jest bardziej korzystna niż inne umowy o wolnym handlu, ponieważ oferuje zerowe cła na towary, bariery pozataryfowe mogą ostatecznie sięgać 10% ze względu na wyjście z unii celnej. Branże, takie jak usługi finansowe, również nadal czekają na „status równoważności” z Unią Europejską, co może zająć więcej czasu niż planowane sześć miesięcy ”.

Obawy dotyczące ciągłości i zmian łańcuchów dostaw w handlu z firmami brytyjskimi będą z powodu pandemii prawdopodobnie mniej dotkliwe niż wcześniej sądzono. Mniej dotkliwe dla firm brytyjskich – a więc bardziej dla dostawców z Unii Europejskiej, w tym z Polski. Niedawne badanie dotyczące łańcucha dostaw przeprowadzone przez Euler Hermes wykazało, że brytyjskie firmy z wyprzedzeniem starały się skrócić swój łańcuch dostaw z tytułu importu, w tym ponad jedna trzecia (35%) postawiła na dostawców krajowych – to znacznie więcej niż w porównywalnie dużych gospodarkach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Niemcy czy Włochy.

PIERWSZY ROK BREXITU – KOSZT DLA POLSKICH EKSPORTERÓW

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: Skutki Brexitu w obecnej postaci – tak jak go odbieramy to przede wszystkim widok zatorów, TIRów stojących w korkach na granicach i wymęczonych tym wszystkim kierowców, czyli straty przewoźników. Także straty dostawców produktów spożywczych, część których źle znosi przedłużający się transport. To pierwsze skutki, które z czasem może nie znikną całkowicie, ale będą łagodniejsze.

Inne straty będą miały bardziej trwały charakter. W Euler Hermes szacujemy, że administracyjne utrudnienia i zakłócenia w łańcuchach dostaw (w tym zmiana dostawców) w największym stopniu dotkną: przemysł maszynowy i elektryczny (w tym m.in. producentów części samochodowych), następnie wytwórców środków transportu i części do nich (m.in. naczep i części do nich, opon etc.), producentów różnych dóbr konsumpcyjnych (wyposażenie mieszkań, meble etc.). Zaraz za nimi, bo ze skalą strat szacowanych tylko w drugim półroczu 2021 r. na 125 mln złotych jest sektor spożywczy (w tym alkohole) oraz podobnie – sektor chemiczny.

Łączne straty polskich firm z tytułu Brexitu w drugim półroczu tego roku mogą wynieść według szacunków Euler Hermes nawet 1,6 mld złotych. Eksport na Wyspy nie będzie już więc taką lokomotywą sprzedaży (2 rynek zbytu dla polskich eksporterów), jak obecnie. Utrata klientów z Wielkiej Brytanii będzie oznaczać, że polskie firmy będą musiały ich szukać gdzie indziej, aby zastąpić utracone przychody. Wszyscy w Unii Europejskiej będą to robili – może więc warto poszukać trochę dalej? Zestawiając konkurencyjne jakość i cenę polskich produktów z naszą unikalną międzynarodową bazą aktualnych danych i globalnym zasięgiem wsparcia naszych klientów w znajdowaniu i bezpiecznym handlu na innych rynkach, można liczyć na utrzymanie, może nawet wzrost obrotów, a przy tym na większe (i bezpieczniejsze) ich geograficzne zróżnicowanie. To najlepszy czas na wdrożenie nowoczesnego wsparcia sprzedaży jakim jest usługa ubezpieczenie transakcji.

Nowy prezydent USA cofnie część kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Spodziewane ocieplenie w stosunkach USA i UE

Joe Biden będzie zdecydowanie bardziej proeuropejskim prezydentem niż Donald Trump, co jest dobrą wiadomością dla UE. Eksperci spodziewają się, że za nowej administracji dojdzie do ocieplenia stosunków transatlantyckich, a Stany wrócą m.in. do Światowej Organizacji Zdrowia, porozumienia paryskiego i wspierania NATO. Joe Biden, który ma zostać dziś zaprzysiężony w Waszyngtonie, zapowiedział już zresztą cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji Donalda Trumpa. Objęcie władzy przez nową administrację nie powinno jednak oznaczać większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich, bo kluczowe interesy geostrategiczne między obydwoma krajami pozostają niezmienne.

– Wydaje się, że nowa administracja Joe Bidena radykalnie zmieni stosunek do amerykańskich sojuszów, szczególnie do Unii Europejskiej, i wróci na ścieżkę, gdzie to właśnie USA były wiodącym krajem na świecie w zakresie rozszerzania wolności gospodarczej, praworządności, praw człowieka, walki ze zmianą klimatu. To wszystko zostało cofnięte za czasów Trumpa i teraz powinno wrócić do normy. Podejrzewam, że wielu europejskich przywódców odetchnęło z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że wygrał Joe Biden, ponieważ to będzie powrót do normalności, będzie można normalnie prowadzić rozmowy z amerykańskim prezydentem, tak jak to było za czasów Baracka Obamy – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan.

Według amerykańskich mediów i oficjalnych zapowiedzi Bidena w pierwszych dniach sprawowania władzy zamierza on skupić się na walce z koronawirusem, ale wśród priorytetów będzie też cofnięcie części kontrowersyjnych decyzji jego poprzednika, Donalda Trumpa. Nowy prezydent zapowiedział już m.in. powrót Stanów Zjednoczonych do Światowej Organizacji Zdrowia i porozumienia paryskiego. W zeszłym tygodniu Patricia Espinosa, sekretarz wykonawcza ONZ ds. zmian klimatu, wyraziła nadzieję, że USA szybko odbudują przywództwo i wrócą do pozycji lidera w tym obszarze.

 Nastąpi powrót do sojuszów międzynarodowych, ponowne przystąpienie USA do układu paryskiego, wsparcie NATO i wsparcie Unii Europejskiej, które do tej pory było bardzo źle widziane w Waszyngtonie. Wydaje się też, że Stany Zjednoczone na nowo pójdą w kierunku rozszerzania wolności i swobód obywatelskich, jak i praworządności w świecie. Na to wszystko szykuje się również Departament Stanu, który zostanie prowadzony przez znakomitego fachowca w tym zakresie, ale trzeba będzie m.in. odbudować dyplomację amerykańską, która została poważnie zdziesiątkowana podczas administracji Trumpa – mówi Roman Rewald.

Ocieplenia transatlantyckich stosunków spodziewa się też dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, który określa Bidena jako najbardziej proeuropejskiego prezydenta, jakiego Unia może sobie życzyć.

 Oczywiście nie ma powrotu do utraconego raju i stosunki transatlantyckie w takiej postaci, jaką znamy z przeszłości, nie będą takie same. UE jest dzisiaj bardziej aktywna i samodzielna na scenie międzynarodowej. I o tym z Joe Bidenem pewnie będzie rozmawiało się znacznie lepiej niż z ustępującym prezydentem. Ale to nie zwolni Unii z nowych obowiązków, które wynikają z faktu, że świat się zmienił. Chiny są inne, mocniejsze, niż były jeszcze jakiś czas temu, mają większe aspiracje gospodarcze i polityczne. W jakiejś mierze to samo można też powiedzieć o Rosji. To będzie czas pracy nad nową postacią stosunków transatlantyckich – mówi.

Jak wskazuje, stosunek do polityki Chin i światowych relacji handlowych może okazać się testem dla amerykańsko-europejskich relacji. Po doświadczeniu pandemii COVID-19 UE będzie chciała odgrywać większą rolę przy narzucaniu zasad polityki handlowej na świecie. Jednak szef Przedstawicielstwa KE w Polsce ocenia, że w nowej administracji amerykańskiej Unia z pewnością będzie miała obliczalnego i życzliwego partnera.

– Mówi się, że ten styl polityki, który się wiązał z prezydentem Donaldem Trumpem, czyli pogarda dla faktów, zarządzanie polityką jak spółką akcyjną, prawo silniejszego, to było nieszczęście. Ale wszyscy wiemy, że to istniało już przed prezydentem Trumpem i będzie też po nim. Czyli Trump odchodzi, ale trumpizm zostanie. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy uważają, że odejście Trumpa niewiele zmieni. Otóż jest ogromna różnica, czy ten styl uprawiania polityki jest oficjalną polityką państwa, czy też nie – podkreśla dr Marek Prawda.

Zdaniem Romana Rewalda zmiana prezydentury w USA nie pociągnie za sobą natomiast większych zmian w stosunkach polsko-amerykańskich. Kluczowe interesy geostrategiczne i obronne między obydwoma krajami pozostają niezmienne, niezależnie od tego, kto rządzi Polską i USA. Dlatego Stany najprawdopodobniej wciąż będą utrzymywać dobre relacje i ścisłą współpracę z Polską.

– Interesy narodu amerykańskiego i polskiego są bardzo zbliżone. Polska i USA są powiązane wieloma sojuszami, są uczestnikami tych samych umów międzynarodowych – mówi prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan. – Dlatego sojusz polsko-amerykański jest naturalny i będzie trwał dalej. Żadne rządy, najbardziej nawet radykalne, nie są w stanie naruszyć tego oczywistego faktu, że Polska i Stany Zjednoczone mają wspólne interesy.

Ceremonia zaprzysiężenia nowego, 46. prezydenta USA Joe Bidena i jego zastępczyni, wiceprezydent Kamali Harris ma się odbyć w środę, 20 stycznia. W związku z planowaną uroczystością i atakiem na Kapitol, do którego doszło dwa tygodnie temu, w Waszyngtonie wciąż obowiązują zaostrzone środki bezpieczeństwa, stacjonuje tam kilkanaście tysięcy żołnierzy Gwardii Narodowej z kilkudziesięciu stanów. Tym bardziej że przed zbrojnymi protestami w dniu zaprzysiężenia ostrzegało już FBI.

Polskie koncerny łączą siły na rynku farm wiatrowych. Dzięki nowej ustawie inwestycje na Bałtyku dynamicznie przyspieszą

– Ten rok będzie szalenie ważny dla budowy farm wiatrowych na Bałtyku, będziemy intensyfikować przygotowywania do budowy – zapowiada prezes zarządu PGE Wojciech Dąbrowski. W ciągu kilku dni Grupa powinna zakończyć negocjacje z duńską firmą Ørsted, czyli potencjalnym partnerem biznesowym przy projektach farm Baltica 2 oraz 3. Obie inwestycje są już mocno zaawansowane w przygotowaniach. Grupa chce, żeby w wartym 20 mld zł projekcie inwestycyjnym w jak największym stopniu uczestniczyły polskie firmy. Wspólnie z Eneą i Tauronem zawarła porozumienie o współpracy przy rozwijaniu kolejnych projektów wiatrowych na morzu. Przyspieszenie w obszarze morskiej energetyki wiatrowej będzie możliwe dzięki przyjętej ustawie.

– Ustawa dotycząca offshore kilka dni temu przeszła przez Senat, co przyjęliśmy z wielką radością – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. – Czekamy jeszcze na rozporządzenia ważne dla tej ustawy, ale mamy nadzieję, że będą zgodne z oczekiwaniami branży i zostaną przyjęte jak najszybciej, żebyśmy mogli pewnie rozpocząć inwestycje.

Długo wyczekiwana przez branżę ustawa offshore’owa ma zapewnić stabilne ramy prawne dla budowy polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Określa m.in. system wsparcia i ułatwienia administracyjne dla takich projektów oraz zasady przyłączania wytwórców do sieci elektroenergetycznej. Rząd liczy, że nowe przepisy będą stanowić impuls dla dynamicznego rozwoju sektora morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Ustawa czeka teraz na podpis prezydenta i ma wejść w życie od 1 lutego.

– Budowa farm wiatrowych na Bałtyku to najważniejszy projekt inwestycyjny w PGE Polskiej Grupie Energetycznej. To projekt, który pozwoli nam przeprowadzić skutecznie transformację naszej firmy – podkreśla Wojciech Dąbrowski.

Zgodnie z rządowymi planami prąd z pierwszych polskich farm na Bałtyku ma popłynąć już w 2026 roku. Harmonogram zakłada, że do 2030 roku Polska ma mieć na Bałtyku początkowo 3,8 GW mocy, a następnie ok. 10 GW do 2040 roku. Stowarzyszenie WindEurope, które promuje energetykę wiatrową, mówi o potencjale osiągnięcia 28 GW do 2050 roku i nazywa polskie plany w tym zakresie ambitnymi. Jeżeli uda się je zrealizować, Polska stanie się największym rynkiem offshore na Bałtyku.

– Dla porównania elektrownia Bełchatów, największa w Europie na węgiel brunatny, ma moc zainstalowaną 5 GW. Mówimy więc o wybudowaniu na morzu do 2040 roku mocy ponad dwukrotnie wyższej aniżeli ma dziś elektrownia w Bełchatowie – mówi prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Farmy offshore to inwestycja strategiczna dla krajowego bezpieczeństwa energetycznego, polityki klimatycznej i gospodarki. Wart ok. 130 mld zł program ich budowy – który w dużym stopniu będą realizować polskie firmy – ma stać się jej kołem zamachowym na najbliższe lata. Według rządu bez włączenia ich do miksu energetycznego Polska nie da rady wypełnić celów klimatycznych stawianych przez UE. Ten obszar priorytetowo traktują także spółki Skarbu Państwa działające w obszarze energetyki. Trzy największe – PGE, Enea i Tauron – podpisały właśnie list intencyjny w sprawie współpracy przy przyszłych projektach morskich farm wiatrowych.

– Chcemy wspólnie powołać spółkę celową, która będzie realizowała nowe inwestycje w obszarze offshore. Będziemy aplikowali o prawo wznoszenia sztucznych wysp w kolejnej turze ogłaszanej przez polski rząd. Mówimy o potencjale około 6 GW – wyjaśnia Wojciech Dąbrowski.

Wszystkie trzy spółki stawiają w swoich strategiach na zieloną transformację. „Zielony Zwrot” Tauronu zakłada zwiększenie do ponad 65 proc. udziału OZE w miksie do 2030 roku przy równoczesnym ograniczeniu emisji CO2 o połowę. Enea – podobnie jak Grupa PGE – chce zaś aktywnie uczestniczyć w rozwoju morskiej energetyki wiatrowej i budowie farm na Bałtyku. Porozumienie zawarte między spółkami pomoże im zwiększyć możliwości finansowania takich projektów i sprostać konkurencji ze strony podmiotów zagranicznych.

– Zdajemy sobie sprawę, że w tym obszarze jest duża konkurencja i duże zainteresowanie firm zagranicznych, ale to firmy polskie powinny być wiodące w tych przedsięwzięciach. Nasze porozumienie ma na celu właśnie zintensyfikowanie prac, wykorzystanie własnych kompetencji i zdolności finansowych, bo inwestycje tego typu są bardzo kapitałochłonne. Zawarliśmy porozumienie, żeby zwiększyć możliwości finansowania, a także z innej, prostej przyczyny – żeby ze sobą nawzajem nie konkurować, ale współpracować – deklaruje prezes zarządu PGE.

Inwestycja w morskie farmy na Bałtyku tylko w pierwszej fazie będzie warta ok. 20 mld zł. Grupa chce, żeby z tych pieniędzy w jak największym stopniu skorzystały polskie firmy, które mogą być dostawcami i podwykonawcami w ramach łańcucha dostaw.

– Naszym zadaniem jest to, żeby na tym wielkim placu budowy było jak najwięcej polskich wykonawców. Dlatego prowadzimy szeroką akcję informacyjną, żeby polskie firmy były przygotowane i wiedziały, w jakim zakresie będziemy prowadzić poszczególne etapy naszych inwestycji tak, aby mogły z tego skorzystać – mówi Wojciech Dąbrowski.

PGE jest najbardziej zaawansowana w pracach nad budową farm wiatrowych na Bałtyku. W tej chwili Grupa – w ramach swojej spółki celowej PGE Baltica – przygotowuje się do trzech takich inwestycji, które będą oddawane sukcesywnie w nadchodzących latach. Moc morskich farm wiatrowych należących do PGE ma wynieść 2,5 GW w 2030 roku i już 6,5 GW w 2040 roku. W tym czasie – według rządowego harmonogramu – w polskiej strefie na Bałtyku łącznie mają już działać farmy o mocy 8–11 GW.

– Prowadzimy w tej chwili bardzo intensywne przygotowania do naszych inwestycji w obszarze offshore. Planujemy trzy takie inwestycje, to jest Baltica 1, Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy 3,5 GW. Najbardziej zaawansowane są Baltica 2 i 3 – tutaj mamy decyzje środowiskowe, warunki przyłączenia, umowę przyłączeniową z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi i dzisiaj pracujemy nad wyprowadzeniem mocy z tych farm – mówi prezes zarządu PGE.

Baltica 2 oraz Baltica 3, o łącznej mocy do 2,5 GW, mają zostać oddane do użytku przed 2030 rokiem, a wyprodukowana przez nie zielona energia będzie w stanie zasilić nawet 4 mln gospodarstw domowych. W tej chwili PGE jest w trakcie procedury wyboru partnera branżowego dla obu tych projektów.

– Te inwestycje są już na zaawansowanym etapie przygotowania – deklaruje Wojciech Dąbrowski. – Prowadzimy w tej chwili rozmowy z naszym potencjalnym partnerem biznesowym i mam nadzieję, że w ciągu kilku dni zostaną zakończone. Pozyskanie partnera do tej inwestycji jest szalenie ważne, bo w Polsce nie mamy doświadczeń w budowie morskich farm wiatrowych. 

PGE zaprosiła duńską firmę Ørsted – globalnego lidera branży offshore – do wyłącznych negocjacji w grudniu 2019 roku. Przedmiotem negocjowanej umowy ma być sprzedaż 50 proc. udziałów w farmach wiatrowych Baltica 2 oraz Baltica 3, a współpraca między podmiotami będzie obejmować wspólne przygotowanie, realizację i eksploatację inwestycji.

– W tym roku będziemy intensyfikowali prace w przygotowywaniu tej inwestycji – zapowiada prezes zarządu PGE. – Przeprowadzimy postępowania, aby wyłonić wykonawcę, który zbada dno morskie pod względem potencjalnych niewybuchów, bo geologię dna mamy już zbadaną. To są konkretne etapy, które mają już na celu przygotowanie placu budowy i dna morskiego pod budowę nowych wiatraków.

Ostatni z przygotowywanych obecnie projektów PGE – farma wiatrowa Baltica 1 o mocy ok. 900 MW – ma powstać jako trzecia, po 2030 roku. Ta także ma już pozwolenia lokalizacyjne, a w czerwcu ub.r. PSE wydały dla niej techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej. Po uruchomieniu Baltica 1 Grupa PGE będzie posiadać łącznie prawie 3,5 GW mocy zainstalowanej na Morzu Bałtyckim, co pozwoli na zasilenie ok. 5,4 mln gospodarstw domowych i zaspokojenie ok. 8 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje podwyżkę akcyzy na podgrzewacze tytoniu. Jej wprowadzenie da ponad 1 mld zł rocznie do budżetu

Z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego. W przypadku podgrzewaczy do tytoniu jest to natomiast niecałe 2 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej około 14 zł za 20 sztuk – wyliczyli eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych. Resort sprawiedliwości chce zrewidować tę stawkę i zaproponował autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, którą Sejm zajmie się  20 stycznia. Jak szacuje ISP, urealnienie akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe do poziomu około 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów mogłoby już w tym roku zapewnić około 1 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa.

Z badań CBOS wynika, że obecnie wyroby tytoniowe pali jedna czwarta dorosłych Polaków (26 proc.), czyli około 8 mln osób. Mają oni do wyboru różne kategorie wyrobów dostępnych na rynku, m.in. tradycyjne papierosy i tytoń do żucia, papierosy elektroniczne oraz podgrzewacze tytoniu, czyli popularne papierosy do podgrzewania, zaliczane do tzw. nowatorskich wyrobów tytoniowych.

– Podgrzewacze tytoniu są substytutem dla konsumentów, którzy korzystają z wyrobów tytoniowych, zwłaszcza tradycyjnych papierosów. Nie są niczym innym niż papierosami, tylko do podgrzewania, a nie palenia. To jest ten sam rynek, gdzie potrzeby konsumenta są zaspokajane za pomocą papierosów albo właśnie wyrobów nowatorskich, czyli podgrzewaczy.. I dlatego one powinny być opodatkowane w analogiczny sposób, aby nikogo nie dyskryminować lub bezzasadnie faworyzować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Jak podkreślają eksperci ISP, udział akcyzy w paczce papierosów i tytoniu do palenia wynosi 63 proc., w płynach do papierosów elektronicznych to ok. 45 proc., a w wyrobach nowatorskich jedynie 14 proc. Te ostatnie zostały objęte podatkiem akcyzowym w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. Producenci podgrzewaczy tytoniu są zobowiązani płacić daninę dopiero od października ub.r. Jak wyliczają eksperci Instytutu Studiów Podatkowych, jej wysokość stanowi aktualnie ok. 1/5 opodatkowania klasycznych papierosów. Tym samym według ISP stawka akcyzy na wyroby nowatorskie w Polsce jest też jedną z najniższych w Unii Europejskiej, bo w większości krajów wysokość opodatkowania waha się w przedziale 30–60 proc.

– Wprowadzając nowe zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, zastosowano bezzasadną preferencję podatkową, wykorzystując pewien zabieg. Mianowicie uzależniono ów podatek od kilogramów tytoniu oraz ceny detalicznej. Natomiast podatek od tradycyjnych papierosów jest uzależniony od ceny detalicznej oraz liczby sztuk. Czyli przez pewną żonglerkę ukryto przed opinią publiczną przywilej – mówi prof. Witold Modzelewski.

Jak wskazuje, obecnie z jednej paczki papierosów trafia do budżetu państwa ponad 9 zł podatku akcyzowego, natomiast w przypadku wyrobów nowatorskich – 1,8 zł, przy porównywalnej cenie obu produktów wynoszącej ok. 14 zł za 20 sztuk. To zaś oznacza, że budżet państwa może tracić nawet 7 zł na każdej sprzedanej paczce, a jest to szczególnie ważne w trudnej sytuacji pandemicznej, gdy budżet potrzebuje wpływów z podatków.

18 stycznia Fundacja „Wygrajmy Zdrowie”, która zajmuje się wspieraniem działań systemowych w ochronie zdrowia, zaapelowała o urealnienie stawek na wyroby nowatorskie, co mogłoby zapewnić dodatkowe środki na służbę zdrowia.

Dzięki preferencjom na akcyzie rynek tzw. podgrzewanych papierosów rośnie niezwykle dynamicznie – w porównaniu do ubiegłego roku urósł o 2,5 pkt proc. i wynosi obecnie blisko 5 proc. całego rynku wyrobów tytoniowych, a do końca roku będzie to około 7 proc. Rynek urósł w pandemii, kiedy przez dużą część roku zamknięte były tzw. wyspy w galeriach handlowych, a to tam głównie sprzedawały się podgrzewane papierosy. Dziś w Warszawie już co 10. papieros jest podgrzewany – obecnie ich udział w stołecznym rynku wynosi blisko 12 proc., co oznacza wzrost względem zeszłego roku o ponad 4,1 pkt proc.

– Takie przywileje nie są więc w żaden sposób uzasadnione. Dyskryminuje się dostawców papierosów, a zarazem faworyzuje substytut, który jest w fazie dynamicznego wzrostu sprzedaży. Dlatego należy zbliżyć, urealnić to opodatkowanie i zlikwidować przywilej podatkowy, który dano producentom podgrzewaczy – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Nie ma żadnej podstawy, aby taka sama używka jak klasyczny papieros była preferowana. W końcu jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji fiskalnej i wszyscy, zwłaszcza producenci używek, powinni ponosić ciężar proporcjonalnie, podobnie jak ich konkurenci.

Stanowisko dotyczące uprzywilejowania wyrobów nowatorskich zostało też zaprezentowane przez przedstawicieli reprezentujących większość branży tytoniowej podczas listopadowej debaty Business Centre Club pt. „Znaczenie branży tytoniowej dla gospodarki i budżetu państwa”.

Eksperci z Instytutu Studiów Podatkowych już od pewnego czasu proponują rewizję stawek akcyzy na wyroby nowatorskie, żeby przywrócić równowagę rynkową i zwiększyć wpływy do budżetu państwa. Nie chodzi o zrównanie opodatkowania, ale jego podniesienie do poziomu ok. 50–60 proc. opodatkowania tradycyjnych papierosów. Ten ruch mógłby już w tym roku zapewnić ok. 1 mld zł dodatkowych wpływów do kasy państwowej.

Urealnienie stawek akcyzy dla wszystkich wyrobów tytoniowych postuluje też Ministerstwo Sprawiedliwości. W piśmie do resortu finansów proponuje autopoprawkę do projektu nowelizacji ustawy o podatku akcyzowym, nad którą Sejm będzie obradować 20 stycznia. Autopoprawka ma doprecyzować przepisy w zakresie ustalania stawek na wyroby nowatorskie i wyeliminować nieprawidłowości w obszarze opodatkowania akcyzą. Resort proponuje zmianę sposobu obliczania akcyzy.

– Techniczny sposób ustalania akcyzy na wyroby nowatorskie powinien być podobny jak w przypadku klasycznych papierosów, czyli uzależniony od liczby sztuk plus procent od ceny detalicznej każdej paczki. Gdybyśmy przyjęli tę zasadę – analogiczną dla klasycznych papierosów – i osiągnęli taką proporcję, że 60 proc. akcyzy od wyrobów nowatorskich wynosiłoby 60 proc. akcyzy od papierosów, to wtedy miliard złotych wróciłby do budżetu – mówi prof. Witold Modzelewski.

Obecnie sposób kalkulacji akcyzy na wyroby nowatorskie wygląda inaczej. Na jej wartość składa się 155,79 zł za każdy kilogram wyrobu oraz 32,05 proc. średniej ceny sprzedaży tytoniu do palenia w Polsce (około 160 zł w 2021 roku). Łącznie to ponad 316 zł. Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało natomiast zmianę tej stawki, jak i całego mechanizmu wyliczania. Akcyza miałaby wynosić 239,3 zł za każde 1 tys. sztuk sprzedanych wyrobów nowatorskich.

– Minister sprawiedliwości proponuje stawkę wyłącznie kwotową, bez elementu procentowego od ceny detalicznej – mówi prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – To jest mniej więcej podobna relacja, która ograniczy ten przywilej o połowę.

Według raportu opracowanego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w Polsce wyroby tytoniowe sprzedaje się w ponad 100 tys. punktów detalicznych, a każdego roku ta kategoria odpowiada za około 25 mld zł przychodów budżetowych z tytułu podatków („Wpływ produkcji wyrobów tytoniowych na polską gospodarkę”).

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw

0

Ważą się losy tegorocznych podwyżek dla nauczycieli w budżecie państwa. Senat za, sejmowa komisja przeciw 1

Wśród ponad 100 poprawek Senatu do ustawy budżetowej na 2021 rok znalazła się m.in. ta o przeznaczeniu 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. Sejmowa Komisja Finansów Publicznych odrzuciła jednak – jak i większość pozostałych – tę poprawkę. Prezes ZNP Sławomir Broniarz deklaruje jednak, że na razie branża nauczycielska nie planuje protestów.

Związek Nauczycielstwa Polskiego w trakcie prac nad budżetem występował do posłów z wnioskiem o to, żeby zwiększyć nakłady na edukację o kwotę, która pozwoli na uruchomienie przynajmniej 10-proc. podwyżki dla nauczycieli. To jest nasz postulat, który stanowi pewną logiczną całość w połączeniu z postulatami, które wybrzmiewały w czasie strajku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Większość parlamentarna tego nie podzieliła, a więc poszliśmy do Senatu. Senat przyjął naszą propozycję.

Ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada dochody na poziomie 404,4 mld zł oraz wydatki rzędu 486,7 mld zł, co oznacza maksymalny deficyt w wysokości 82,3 mld zł. Senatorowie zgłosili do niej 109 poprawek, w tym m.in. zakładającą 2,5 mld zł na podwyżki dla nauczycieli oraz 300 mln zł środków na zakup pomocy dydaktycznych i sprzętu do nauczania zdalnego dla uczniów. Obie te poprawki zostały jednak we wtorek 19 stycznia negatywnie zaopiniowane przez sejmową Komisję Finansów Publicznych.

– Chcielibyśmy, żeby Sejm przyjął tę poprawkę Senatu dlatego, że to nie jest tylko i wyłącznie wątek ekonomiczny związany z wysokością naszych uposażeń, które – dla nikogo nie jest tajemnicą – są bardzo niskie. To jest także odpowiedź na pytanie, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że średnia wieku nauczycieli to jest grubo ponad 45 lat – mówi Sławomir Broniarz. – Młodzi ludzie nie przychodzą do tego zawodu nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są bardzo małe zarobki. Nawet jeżeli czują wewnętrzną chęć, lubią ten zawód i czują, że to byłoby ich miejsce pracy, to coraz więcej z nich patrzy na rachunek ekonomiczny. Mówią: kocham szkołę, ale jeszcze bardziej mi zależy na budżecie domowym i swojej rodzinie. To powoduje, że zaczyna brakować młodych nauczycieli.

Uchwalona pod koniec grudnia ustawa budżetowa na 2021 rok zakłada utrzymanie kwoty bazowej na wynagrodzenie nauczycieli w wysokości 3537,80 zł. To oznacza, że minimalne wynagrodzenie brutto wyniesie w przypadku nauczyciela stażysty 2949 zł, w przypadku nauczyciela kontraktowego 3034 zł, nauczyciela mianowanego – 3445 zł, a dyplomowanego – 4046 zł. Związek Nauczycielstwa Polskiego postulował zwiększenie kwoty bazowej o 10 proc. Jednak na razie nie planuje protestów, nawet jeśli Sejm odrzuci senackie poprawki.

– W takiej sytuacji pozostaje nam w dalszym ciągu upominanie się o to, żeby przynajmniej można było zwiększać dodatki leżące po stronie samorządu. Mówię o dodatkach motywacyjnych czy funkcyjnych – mówi prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Natomiast budżet państwa jest największym rezerwuarem środków na wzrost wynagrodzeń nauczycieli. Rozumiem, że w tym pytaniu wybrzmiewa także kwestia ewentualnych działań protestacyjnych. W tym momencie nie jest to planowane. Na tym etapie działalności nie sądzę, żebyśmy byli w stanie tego rodzaju masową akcję strajkową czy protestacyjną zorganizować.

Jak podkreślił minister Przemysław Czarnek na ubiegłotygodniowej sesji Q&A z prezydentem Andrzejem Dudą, podwyżki to ważna kwestia z punktu widzenia etosu pracy nauczyciela i podnoszenia atrakcyjności tego zawodu.

Będziemy proponować rozwiązania, które spowodują dalszy wzrost wynagrodzeń. Dalszy, bo warto pamiętać, że w okresie od początku 2018 roku do grudnia 2020 roku wynagrodzenia nauczycieli wzrosły o 20,5 proc. To jest bardzo dużo. Takich podwyżek dla nauczycieli nie było przez szereg lat rządów naszych poprzedników, co nie oznacza, że my twierdzimy, że one są wystarczające – powiedział minister edukacji i nauki.

Polska ma szansę stać się światowym liderem w tworzeniu technologii medycznych. Obecnie przodujemy w wykorzystaniu w nich sztucznej inteligencji

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji pozwalają znacznie skrócić czas potrzebny na postawienie diagnozy, ale nie doprowadzą do spadku znaczenia roli lekarzy. Już dziś inteligentne technologie medyczne pomagają prowadzić pacjentów z chorobami przewlekłymi, rehabilitować osoby po udarze czy analizować wyniki badań. Branża medtech wciąż jednak boryka się z oporem wdrożeniowym po stronie służby zdrowia. Tymczasem Polska postrzegana jest jako bardzo dobry rynek dla medycznych wdrożeń sztucznej inteligencji.

– W wyniku pandemii okazało się, że wiele rzeczy można załatwić i monitorować zdalnie, wiele podstawowych pomiarów można wykonać w domu, bez konieczności wizyty w poradni. Zmieniła nam się mentalność, nareszcie otworzyliśmy się na te technologie. One zawsze były, ale w tym momencie dostały totalnego kopa. Kiedy popyt zaczyna się zgrywać z podażą, to nagle się okazuje, że rynek zaczyna rosnąć. To widać chociażby po inwestycjach w tym momencie, inwestorzy oszaleli na punkcie zdrowia cyfrowego, każdy widzi w tym przyszłość – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Ryś, współzałożyciel ABAStroke.

Rozwiązania z zakresu medtech pomagają m.in. w prowadzeniu terapii u osób z niektórymi chorobami przewlekłymi, związanymi np. z kardiologią. Amerykański start-up CoraVie Medical pracuje obecnie nad wszczepialnym urządzeniem, które pomoże monitorować nadciśnienie. Ma być ono miniaturowym ciśnieniomierzem, wyposażonym w czujniki i funkcję komunikacji bezprzewodowej, co pozwoli na bieżąco wysyłać dane pomiarowe do lekarza prowadzącego. Urządzenie o długości mniejszej niż średnica polskiej monety o nominale 10 gr przeznaczone będzie do implantacji wzdłuż tętnicy ramiennej. Jeszcze w tym roku mają się rozpocząć badania przedkliniczne.

– Zdrowie cyfrowe opiera się obecnie na dwóch typach technologii. Pierwsza to sprzęt typu bransoletki, smartwatche czy urządzenia do noszenia monitorujące nasze ciało. One połączone są zwykle z aplikacją mobilną. To pierwsza fala zdrowia cyfrowego, która najszybciej opanowuje rynki światowe, w tym Polskę. Nową częścią są rozwiązania oparte wyłącznie na oprogramowaniu, które nie potrzebują badać pulsu za pomocą czujników, gdyż jest to zawsze jakieś utrudnienie dla dostępności. My bazujemy na sygnałach z mózgu, czyli monitorujemy na podstawie zmian aktywności, które nie wymagają fizycznego pomiaru. Ta druga fala, oparta tylko na softwarze, teraz zaczyna rosnąć – przekonuje Michał Ryś.

Jedną z takich technologii jest opracowana przez Polaków inteligentna aplikacja mobilna, która pomaga objąć pacjentów po udarze indywidualną terapią, na którą w normalnych warunkach nie mogliby liczyć. Pomaga ona pacjentom dochodzić do sprawności w obrębie funkcji poznawczych. Aplikacja ABAStroke opiera się na metodzie analizy zachowania, stosowanej u osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Sztuczna inteligencja analizuje obecny stan pacjenta i specjalnie dla niego dobiera program ćwiczeń oraz weryfikuje postęp w nauce.

– Zbieranie danych to bardzo istotna kwestia, a z tym wiąże się rozwój sztucznej inteligencji, która mając do dyspozycji znacznie więcej szczegółowych danych, niż ktokolwiek byłby w stanie zebrać ręcznie, manualnie, też jest w stanie dostosować produkt w bardzo dobry sposób. To także wszystkie produkty, które pomagają w zarządzaniu całym systemem medycznym, który funkcjonuje np. w klinice czy szpitalu – wskazuje Dawid Maj, współzałożyciel ABAStroke. – To nie jest tak, że my zastępujemy lekarza, natomiast otwieramy pewne nowe możliwości dla pacjenta, które wcześniej były dla niego niedostępne.

Rosnące znaczenie technologii cyfrowych w służbie zdrowia dostrzega amerykańska Agencja Żywności i Leków. FDA opublikowała na początku stycznia plan działania mający na celu ustanowienie podejścia regulacyjnego do szybko rozwijającej się dziedziny sztucznej inteligencji i oprogramowania opartego na uczeniu maszynowym jako urządzenia medycznego (SaMD).

W Polsce panują bardzo dobre warunki do rozwijania dziedziny sztucznej inteligencji w medycynie.

– Polska jest traktowana jako absolutnie najlepsze miejsce do rozwoju technologii medycznych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mamy dobrych ludzi, którzy są w stanie to robić – przekonuje Michał Ryś. – Mamy tutaj ludzi, którzy potrafią stworzyć właściwie dowolną technologię medyczną, gdy tylko jest takie zapotrzebowanie. Jeśli chodzi o zdrowie cyfrowe, to gdy tylko pojawia się problem, jesteśmy w stanie bardzo szybko znaleźć na niego rozwiązanie.

Według Allied Market Research rynek sztucznej inteligencji na rynku medycznym osiągnie do 2025 roku wartość ponad 18 mld dol. Dla porównania w 2017 roku było to zaledwie 719 mln dol.

Pandemia wpłynęła na obniżenie poziomu metanu. Utrzymanie trendu po odmrożeniu gospodarki pozwoli na zatrzymanie zmian klimatycznych

W ciągu ostatniej dekady gwałtownie wzrosły globalne emisje metanu, silnego gazu cieplarnianego. Metan, w połączeniu z dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi, może ogrzać ziemską atmosferę o 3 do 4 st. Celsjusza przed końcem tego stulecia. Odpowiadają za to przede wszystkim paliwa kopalne. Tylko w 2020 roku działalność związana z ropą naftową i gazem na całym świecie wyemitowała nieco ponad 70 mln ton metanu do atmosfery. Kluczowe jest, aby przemysł naftowo-gazowy aktywnie ograniczał wpływ na środowisko. Dlatego Międzynarodowa Agencja Energetyczna uruchomiła specjalny poradnik dla rządów i firm, Methane Tracker.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna podaje, że w 2020 roku emisje metanu z globalnego przemysłu naftowego i gazowego spadły o około 10 proc. w porównaniu do szacunków z 2019 roku. To jednak nie wynik większej ostrożności firm, ale spadku produkcji ropy i gazu. Wraz z odmrożeniem wszystkich dziedzin gospodarki po kryzysie wywołanym koronawirusem emisje mogą ponownie wzrosnąć.

Przed pandemią, w ciągu ostatnich lat gwałtownie wzrosły globalne emisje metanu, silnego gazu cieplarnianego. Sektor energetyczny, w tym ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel i bioenergia, to jedne z największych źródeł jego emisji.

– Przemysł naftowo-gazowy musi się upewnić, że nie nastąpi odrodzenie emisji metanu, nawet przy ożywianiu światowej gospodarki, a wartości emisji nie wrócą do tych z roku 2019, kiedy były najwyższe w historii. Nie ma dobrego powodu, aby pozwolić na kontynuację tych szkodliwych wycieków, i są wszelkie powody, dla których odpowiedzialni operatorzy mają zapewnić, że zostaną one rozwiązane – podkreśla dr Fatih Birol, dyrektor wykonawczy Międzynarodowej Agencji Energetycznej.

Metan w połączeniu z dwutlenkiem węgla i innymi gazami cieplarnianymi może ogrzać ziemską atmosferę o 3 do 4 st. Celsjusza przed końcem tego stulecia – znacznie powyżej poziomu, przed którym ostrzegali naukowcy jako katastrofalnym dla milionów ludzi na całym świecie. Raport wydany przez Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu w październiku 2018 roku wskazuje, że Ziemia już jest cieplejsza o 1 st. Celsjusza w porównaniu z epoką przedindustrialną. Ocieplenie o 1,5 stopnia powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej to próg, po przekroczeniu którego skutki zmiany klimatu, w tym ekstremalne upały i podnoszenie się poziomu morza, zagrażają życiu milionów ludzi.

– Oprócz ambitnych wysiłków na rzecz dekarbonizacji naszych gospodarek wczesne działania w zakresie emisji metanu będą miały kluczowe znaczenie dla uniknięcia najgorszych skutków zmian klimatycznych – przekonuje dr Fatih Birol. – Aby przyspieszyć te wysiłki, IEA publikuje poradnik, z którego mogą korzystać rządy i organy regulacyjne, aby zmniejszyć emisje metanu z działalności związanej z ropą i gazem.

W „Scenariuszu zrównoważonego rozwoju” IEA świat wymaga stałego i szybkiego spadku emisji metanu przez następne 10 lat. Gdyby tak się stało, to w 2030 roku jego emisje byłyby o ok. 70 proc. niższe niż w 2020 roku. Redukcja ta byłaby równoważna wyeliminowaniu emisji CO2 z transportu w całej Azji.

– Uważamy, że przemysł musi działać w sposób przejrzysty i szybki – wskazuje dyrektor wykonawczy IEA. – Ale jest też silna rola polityki rządowej; zachęcanie firm do wczesnego działania, dążenie do przejrzystości i poprawy wyników emisyjnych oraz wspieranie innowacji środowiskowych, które ułatwiają osiąganie niższych emisji.

Problemem w działalności firm są duże wycieki metanu. W 2020 roku ok. 10 proc. wycieków można było uniknąć bez ponoszenia kosztów netto, ponieważ wartość wychwyconego metanu jest wystarczająca do pokrycia kosztów środka redukcji. Udział ten jest mniejszy niż w poprzednich latach ze względu na niskie ceny gazu ziemnego.

Aby pomóc firmom i rządom w ograniczaniu emisji, IEA  w 2019 roku uruchomiła Methane Tracker, czyli interaktywne narzędzie online, które koncentruje się na emisjach z działalności związanej z ropą i gazem.

Nowy raport IEA „Zmniejszanie wycieków metanu z przemysłu ropy i gazu: mapa drogowa i zestaw narzędzi regulacyjnych” zawiera z kolei przewodnik krok po kroku dla organów, które pracują nad  przepisami dotyczącymi metanu lub aktualizują je.

– W tym kluczowym roku dla działań klimatycznych prowadzącym do COP26 w Glasgow w listopadzie jest to moment, w którym rządy powinny zwiększyć ambicje nie tylko w zakresie CO2, ale także metanu – wskazuje dr Fatih Birol. – Jeszcze przed tegorocznym szczytem klimatycznym zarówno kraje z dużymi sektorami ropy i gazu, jak również poszczególne firmy powinny zawrzeć nowe lub zaktualizować dotychczasowe zobowiązania dotyczące emisji metanu.

Znaczący wzrost liczby otwieranych restrukturyzacji w IV kwartale

W IV kwartale 2020 roku zdecydowanie wzrosła liczba nowych postępowań restrukturyzacyjnych – wynika z raportu Kancelarii Tatara i Współpracownicy oraz spółki Alerion. W grudniu, rekordowym pod względem otwieranych restrukturyzacji, 95 proc. wszystkich postępowań stanowiło uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne (UPR).

Z raportu przygotowanego przez Kancelarię Tatara i Współpracownicy, spółkę Alerion oraz Sekcję INSO IA wynika, że w IV kwartale 2020 roku otwarto aż 309 nowych restrukturyzacji. To o 100 więcej niż w dotychczas rekordowym III kwartale. Najpopularniejsze wśród nich było wprowadzone pod koniec czerwca 2020 roku przez Tarczę 4.0 uproszczone postepowanie restrukturyzacyjne (UPR) – od początku października ogłoszono otwarcie 262 UPR, prawie dwukrotnie więcej niż w okresie lipiec-wrzesień.

Podwójnie rekordowy pod kątem nowych postępowań był grudzień, w którym otwarto 127 restrukturyzacji, w tym aż 120 UPR. W lipcu – czyli w pierwszym miesiącu funkcjonowania nowego narzędzia restrukturyzacyjnego – uproszczone postępowanie stanowiło 44 proc. wszystkich otwieranych postępowań. W grudniu UPR stanowiły już 95 proc. nowych postępowań.

W stosunku do III kwartału zmieniła się struktura przedsiębiorstw korzystających z UPR, jeśli chodzi o formy prawne ich działalności. W III kwartale uproszczone postępowania najczęściej otwierały spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (54), nieco rzadziej jednoosobowe działalności gospodarcze (48). W IV kwartale aż 142 indywidualne działalności otworzyły UPR oraz 70 spółek z o.o. W grupie firm, które jak dotąd skorzystały z pozasądowego postępowania, było z jednej strony 35 gospodarstw rolnych, z drugiej – 2 spółki notowane na rynku głównym GPW oraz 4 notowane na NewConnect.

Dotychczas 7 uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych zakończyło się przyjęciem i zatwierdzeniem układu. Kolejnych 37 układów zostało zawartych i obecnie oczekują na zatwierdzenie przez sąd. 26 układów zostało nieprzyjętych, najczęstszą przyczyną ich odrzucania było nieosiągnięcie wymaganej większości na zgromadzeniu wierzycieli. Z kolei w 2 przypadkach sąd przychylił się do wniosku wierzycieli o uchylenie skutków obwieszczenia o otwarciu UPR, ponieważ podzielił ich obawy, że postępowanie doprowadzi do pokrzywdzenia ich interesów. W jednym przypadku sąd zdecydował się wstrzymać z zatwierdzeniem układu – do czasu rozpoznania zażalenia na ogłoszenie upadłości w sytuacji, w której przedsiębiorca obwieścił o otwarciu UPR.

Liczba otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych jest probierzem tego, jak gospodarka znosi trudną sytuację pandemiczną. Zgodnie z prognozami ekonomicznymi mogliśmy spodziewać się rosnącej liczby restrukturyzacji. W tym kontekście popularność uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego nie dziwi: jest proste i szybkie oraz w największej mierze pozasądowe, dlatego jest atrakcyjne dla przedsiębiorców, którym zależy na sprawnym ratowaniu firmy przed niewypłacalnością. W dodatku daje im pewną ochronę przed wypowiadaniem kluczowych umów – mówi mec. Karol Tatara, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i radca prawny.

Warto wskazać, że składane przez wierzycieli wnioski o uchylenie skutków obwieszczenia o otwarciu uproszczonego postępowania są rzadkością: odnotowaliśmy tylko 2 przypadki, gdy sąd się do nich przychylił. Pokazuje to, że uproszczone postępowanie nie jest nadużywane. Najważniejszy dla oceny UPR jest fakt, że układ zawarto aż w 62 proc. przypadków, ponad dwukrotnie częściej niż w sądowych restrukturyzacjach w latach 2016-2019 – dodaje mec. Tatara.

W ciągu pół roku obowiązywania uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne zdominowało restrukturyzację w Polsce. W III i IV kwartale 2020 roku stanowiło ponad 75 proc. wszystkich otwieranych postępowań. W skali całego roku uproszczone postępowanie stanowiło połowę wszystkich restrukturyzacji, mimo że zostało wprowadzone dopiero w połowie 2020 roku. Zgodnie z założeniami ustawodawcy z UPR będzie można skorzystać jeszcze przez dwa kwartały – do 30 czerwca 2021 roku.

Jeżeli chodzi o praktykę restrukturyzacyjną, uproszczone postępowanie na razie okazuje się wielkim sukcesem. Potwierdzeniem tej tezy jest jego popularność wśród przedsiębiorców. Warto zatem rozważyć przedłużenie obowiązywania UPR, ponieważ skutki pandemii będą jeszcze długo odczuwalne dla firm, zwłaszcza z branży handlowej czy horeca. Jednocześnie uproszczone postępowanie może być jedną z form i środków implementacji tzw. dyrektywy drugiej szansy, która powinna być transponowana do polskiego porządku prawnego do 17 lipca 2021 roku – dodaje mec. Tatara.

Czy zmierzamy do upadku tajemnicy telekomunikacyjnej?

Tajemnica telekomunikacyjna stanowiła do tej pory jeden z gwarantów ustawowych, zapewniających – z jednej strony – szereg konstytucyjnych praw oraz w szczególności prywatność użytkowników sieci telefonicznej oraz internetu, z drugiej zaś, generalną możliwość odmowy udzielania objętych nią informacji przez operatorów. Obecnie w orzecznictwie Sądu Najwyższego widoczny jest trend zgoła odwrotny. Tajemnica telekomunikacyjna nie jest już twierdzą nie do zdobycia. Czy jesteśmy świadkami początku końca jej nienaruszalności?

Kwestia dopuszczalności żądania przez sąd danych abonenta na potrzeby postępowania w sprawie o ochronę dóbr osobistych rozstrzygnięta została w ostatnim czasie przez Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 6 sierpnia 2020 r. (III CZP 78/19). Przywołane orzeczenie jest rezultatem analizy zagadnienia prawnego przedstawionego SN przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku, który zmierzył się z przedmiotowym problemem w jednej z prowadzonych przez niego spraw.

Stan faktyczny

Źródłem spornej materii był proces w przedmiocie ochrony dóbr osobistych, zainicjowany przez gdańską działaczkę społeczną. Czynnie oponując budowie hali widowiskowo-sportowej Ergo Arena na terenie jednego z osiedli mieszkalnych w Gdańsku, aktywistka napotkała liczne – delikatnie mówiąc – nieprzychylne reakcje członków spółdzielni mieszkaniowej przywoływanego osiedla, do której sama należała. Hejt wymierzony w jej kierunku przeniósł się również do internetu, gdzie pojawiło się wiele opinii stawiających społeczniczkę w złym świetle oraz zarzucających jej wstrzymywanie inwestycji. Nasza bohaterka również w tym zakresie nie pozostała bierna i wniosła do Sądu Okręgowego w Gdańsku pozew, żądając naprawienia szkody, będącej rezultatem naruszenia jej dóbr osobistych w postaci dobrego imienia. Roszczenie powódki zostało oddalone. Sąd stwierdził, że działając publicznie na rzecz lokalnej społeczności, powódka musi być świadoma ryzyka krytyki ze strony oponentów, natomiast negatywne komentarze zamieszczane na jej temat w mediach społecznościowych nie wychodzą poza granice publicznej dyskusji, będąc równocześnie realizacją prawa do swobody wypowiedzi. Sprawa dalszy bieg znalazła oczywiście w sądzie drugiej instancji – który to sąd w toku postępowania wezwał dostawcę internetu do podania danych osobowych abonentów posługujących się określonymi numerami IP, na które wskazują posty szkalujące powódkę. Operator sieci odmówił, zasłaniając się tajemnicą telekomunikacyjną, zaś sąd powziął wątpliwość co do zasadności tej reakcji, wobec czego skierował do Sądu Najwyższego zagadnienie prawne skupiające się na uprawnieniu dostawcy internetu do odmowy wskazania danych osobowych abonenta w odniesieniu do sprawy o naruszenie dóbr osobistych, zamieszczane w sieci treści mogą być uznane za podstawę tego naruszenia.

Stanowisko Sądu Najwyższego

W świetle – według wielu śmiałej – tezy postawionej przez SN, dostawca internetu może ujawnić dane abonenta na potrzeby postępowania cywilnego w sprawie ochrony dóbr osobistych. Jak swoje stanowisko argumentuje Sąd Najwyższy? Uchwała odwołuje się między innymi do Konstytucji oraz wynikających z niej uprawnień – z jednej strony do prawa do wolności oraz ochrony tajemnicy komunikowania, zaś z drugiej do zasady, że na podmiocie wolności i praw spoczywa obowiązek respektowania praw i wolności innych osób. Podkreślenia wymaga nadto okoliczność, że pierwsze z przywołanych uprawnień na gruncie Konstytucji może być ograniczone w celu realizacji drugiego, z czym mamy do czynienia w niniejszej omawianej sytuacji. SN zaznacza bowiem, że ze swobodą głoszenia poglądów niezaprzeczalnie wiąże się reguła ponoszenia konsekwencji zarówno za treść wyrażanych opinii, jak i za ich formę. Tym niemniej, w dobie cyfryzacji, gdy gros komunikacji przenosi się do internetu z pozoru zapewniającego anonimowość, użytkownicy sieci niejednokrotnie czują się bezkarni, co tworzy idealne warunki do niestosownej krytyki, a nawet agresji słownej, co częstokroć jest równoznaczne z naruszeniem dóbr osobistych obiektu ataków.

Jak znaleźć sprawcę?

Niestety w środowisku wirtualnym identyfikacja sprawców takiego naruszenia, co do zasady, możliwa jest jedynie poprzez uzyskanie danych użytkownika – będącego jednocześnie abonentem – od dostawcy sieci internet. Zanim przejdziemy do cywilnoprawnych możliwości wyegzekwowania przedmiotowych informacji, należy nadmienić, że internetowy hejt może nosić również znamiona czynu zabronionego oraz podlegać karze na gruncie prawa karnego. I tak, w postępowaniu karnym – w przeciwieństwie do postępowania cywilnego – przewidziano szeroki wachlarz kompetencji organów procesowych, dzięki którym wykrycie sprawcy przestępstwa nie jest nadto utrudnione. Natomiast specyfika postępowania cywilnego to od powoda wymaga zebrania informacji dowodzących jego twierdzeń, co w procesach o ochronę dóbr osobistych w internecie, bez dodatkowych, instytucjonalnych instrumentów, jest niezwykle utrudnionym zadaniem.

RODO na ratunek

Nie bez znaczenia dla powyższego pozostaje jednakże kwestia ochrony danych osobowych. Choć wydawać by się mogło, że RODO stoi na przeszkodzie identyfikacji użytkowników internetu, to właśnie te przepisy mogą być wsparciem w analogicznych sprawach. Preambuła RODO wprost stanowi, że tak prawo do ochrony danych osobowych, jak i cały związany z nim system, mają na celu służyć ludzkości oraz co istotne – prawo to nie jest prawem bezwzględnym i powinno być wyważone w relacji do innych praw podstawowych, zgodnie z zasadą proporcjonalności. Na straży odpowiedniego stosowania ugruntowanych przez RODO oraz inne przepisy zasad stoi Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, posiadający szereg uprawnień – w tym prawo do nakazania udostępnienia danych osobowych przez ich administratora, jeżeli jest to konieczne do realizacji prawnie uzasadnionych celów, a równocześnie nie stanowi to zagrożenia dla praw osób, których dane dotyczą. Mając powyższe na uwadze, jeśli w toku postępowania dotyczącego naruszenia dób osobistych w internecie powód wskaże sprawcę, a on zakwestionuje zarzuty, również sąd może skierować do dostawcy internetu żądanie udostępnienia informacji weryfikującej twierdzenia powoda. Podstawą takiego działania jest Konstytucja, nakazująca realizację prawa do sądu w przypadku naruszenia wolności i praw osoby, której one przysługują. Nadmienić jednak trzeba, że wystąpienie takie nie może doprowadzić do uzyskania danych osobowych osób innych niż pozwany.

Hejterzy internetowi w niebezpieczeństwie

Przytoczone stanowisko SN nie jest odosobnione. Również NSA w wyroku z 21 lutego 2014 r. wysnuł tezę, w świetle której przepisy ochrony danych osobowych oraz prawa telekomunikacyjnego uzupełniają się i powinny być interpretowane łącznie, a dane mogą być przetwarzane również w celach ustalania tożsamości sprawców przestępstw. Podążając dalej za wypowiedzią NSA zaakcentowania wymaga, że przepisy statuujące tajemnicę telekomunikacyjną wskazują na bezwzględny obowiązek przekazywania na potrzeby postępowań również informacji objętych tą tajemnicą. Tak powyższe, jak i opinię SN aprobuje Rzecznik Prawo Obywatelskich, potwierdzając, że operator telekomunikacyjny nie może odmówić podania danych osobowych abonenta, jeżeli jego aktywność w internecie prowadzi do naruszenia dóbr osobistych innej osoby.

RPO podobnie do SN zwraca także uwagę na istotność oraz konieczność zrównoważenia konstytucyjnych wartości – prawa do prywatności oraz prawa do sądu, które sprowadzają się w tym przypadku do wzajemnych zależności między tajemnicą telekomunikacyjną a dobrami osobistymi. Biorąc pod uwagę dynamiczny i nieustanny rozwój technologii oraz świata wirtualnego nie ulega kwestii, że materia ta będzie nabierała na znaczeniu, a sądy coraz częściej będą borykały się z analogicznymi – i jakże problematycznymi – zagadnieniami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy przekształcenie spółki komandytowej w jawną pozwoli uciec przed opodatkowaniem CIT?

Z uwagi na objęcie spółki komandytowej opodatkowaniem CIT wiele osób rozważa przekształcenie w spółkę jawną, by utrzymać jednokrotne opodatkowanie zysków. Należy jednak pamiętać, że niektóre spółki jawne również zostaną objęte opodatkowaniem CIT, a przepisy przejściowe nie dają pewności, że przekształcana spółka zagwarantuje tzw. jednokrotne opodatkowanie.

Co się zmienia?

Przypomnijmy, że w 2021 r. zmienią się zasady opodatkowania zysków wypracowanych przez spółki komandytowe. Dotychczas najpopularniejszy schemat prowadzenia działalności przez spółkę komandytową zakładał, że komplementariuszem spółki była spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, co gwarantowało, że komandytariusze (zwykle osoby fizyczne), nie ponosili odpowiedzialności za zobowiązania spółki komandytowej. Dodatkowo, zysk spółki przypadający na komandytariuszy (zwykle około 99% zysku), podlegał jednokrotnemu opodatkowaniu. Po wejściu w życie nowelizacji, zysk przypadający na komandytariuszy zostanie opodatkowany dwukrotnie: raz na poziomie spółki (9% lub 19% podatkiem CIT), a następnie na poziomie wypłaty dywidendy (19% podatkiem PIT) – z iluzorycznym prawem do obniżenia podatku dla niektórych komandytariuszy.

Okres przejściowy – w poszukiwaniu optymalnego modelu opodatkowania

Spółki komandytowe stały się podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych teoretycznie od 1 stycznia 2021 r., jednakże by złagodzić nieco tę drastyczną dla spółek zmianę, ustawodawca dał im  dodatkowe cztery miesiące na przygotowanie się do zmian (przepisy przejściowe ustawy nowelizującej przewidują, że spółka może postanowić o objęciu jej podatkiem CIT dopiero od dnia 1 maja 2021 r.). Ten czteromiesięczny okres wykorzystywany jest przez wiele spółek do poszukania alternatyw dla nowego modelu opodatkowania.

Spółka jawna jako sposób na ucieczkę od CIT

Jedną z najpopularniejszych form „ucieczki przed podwójnym opodatkowaniem” proponowanych przez prawników i doradców podatkowych, jest przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną. Przypomnijmy, że spółka jawna pozostanie co do zasady jedyną spółką, która może zapewniać transparentność podatkową (taką transparentność zapewnia także spółka partnerska, ale ta może być wykorzystana tylko przez przedstawicieli wolnych zawodów).

Warto jednak zwrócić uwagę, że nie każda spółka jawna zachowa swoją transparentność podatkową. Oprócz spółek komandytowych opodatkowaniem CIT zostały objęte także spółki jawne, które spełnią następujące warunki:

  • co najmniej jeden ze wspólników nie jest osobą fizyczną, oraz
  • spółka jawna nie złoży przed rozpoczęciem roku obrotowego informacji, według ustalonego wzoru, o podatnikach podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podatku dochodowego od osób prawnych, posiadających, bezpośrednio lub za pośrednictwem podmiotów niebędących podatnikami podatku dochodowego, prawa do udziału w zysku tej spółki, lub nie złoży w terminie 14 dni informacji o zmianach dotyczących wspólników innych niż osoby fizyczne.

Informacja taka powinna zostać złożona do naczelnika urzędu skarbowego właściwego ze względu na siedzibę spółki jawnej oraz naczelnika urzędu skarbowego właściwego dla każdego podatnika osiągającego dochody z takiej spółki. Zgodnie z przepisami przejściowymi spółki jawne składają pierwszą informację w terminie do 31 stycznia 2021 r.

Niedopełnienie obowiązku poinformowania wszystkich właściwych naczelników urzędu skarbowego będzie więc oznaczało objęcie takiej spółki jawnej opodatkowaniem CIT oraz pociągnie za sobą praktycznie podwójne opodatkowanie dochodów osiąganych przez wspólników.

Kluczowe jest więc terminowe złożenie stosownej informacji. Nie powinno być problemów ze złożeniem informacji w przypadku spółek jawnych zarejestrowanych do 31 stycznia 2021 r., które mogą do końca stycznia złożyć pierwszą informację (zgodnie z przepisami przejściowymi). Problem pojawi się jednak w przypadku nowo zawiązanych spółek. Przypomnijmy, że spółki osobowe (m.in. spółka jawna), powstają dopiero w momencie zarejestrowania spółki w KRS. Polskie prawo nie przewiduje spółki jawnej w organizacji, tak jak w przypadku spółek kapitałowych, które mogą np. składać oświadczenia po zawarciu umowy spółki a przed rejestracją. Do momentu zarejestrowania nie ma spółki jawnej, a więc i podmiotu, który może złożyć do urzędu informację wymaganą dla „uniknięcia CIT”. Biorąc zaś pod uwagę, że pierwszy rok obrotowy spółki jawnej rozpoczyna się także z chwilą jej zarejestrowania (jest to pierwsze zdarzenie wywołujące skutki o charakterze majątkowym lub finansowym) – nie ma fizycznej możliwości, by spółka złożyła jakiekolwiek oświadczenie czy informację przed rozpoczęciem roku obrotowego.

Przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną

Powyższe wątpliwości związane ze składaniem informacji przez nowe spółki jawne dotyczą także spółek powstałych z przekształcenia spółek komandytowych. Biorąc pod uwagę fakt, że większość funkcjonujących obecnie w Polsce spółek komandytowych ma wśród wspólników spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (zwykle komplementariusza) – także spółka jawna powstała z przekształcenia powinna złożyć informację o wspólnikach przed rozpoczęciem roku obrotowego. Jednakże, zgodne z przepisami kodeksu spółek handlowych, spółka jawna formalnie powstanie dopiero z momentem zarejestrowania przekształcenia w KRS i dopiero z tą datą w tej formie prawnej będzie mogła uczestniczyć w obrocie prawnym. Oznacza to, że także w tym przypadku spółka jawna nie może złożyć informacji przed rejestracją.

Co istotne, w przypadku przekształcenia, przed dniem zarejestrowania spółki jawnej w KRS, w obrocie prawnym funkcjonuje spółka komandytowa, która jest poprzednikiem prawnym spółki jawnej. Oznacza to, że podmiot praw i obowiązków istnieje już przed datą rejestracji w KRS, a zmienia się jedynie forma prawna w jakiej ten podmiot działa – ze spółki komandytowej na jawną. Nadal jest to jednak ten sam podmiot (niezmieniony pozostanie także NIP). Należy więc uznać za dopuszczalne złożenie przedmiotowej informacji o wspólnikach spółki jawnej przez spółkę komandytową jeszcze przed zarejestrowaniem przekształcenia. W ten sposób zobowiązany podmiot złoży wymaganą informację przed rozpoczęciem roku obrotowego spółki jawnej. Sama forma prawna posiadana przez spółkę w chwili składania tej informacji (spółka komandytowa czy jawna), nie powinna tu mieć znaczenia.

Otwarte księgi

Podkreślić należy także fakt, że zarówno spółka jawna, jak i spółka komandytowa są spółkami osobowymi na gruncie polskiego prawa handlowego (kwalifikacji tej nie zmienia fakt objęcia części spółek osobowych opodatkowaniem CIT). Oznacza to, że przekształcenie spółki komandytowej w spółkę jawną jest przekształceniem spółki osobowej w inną spółkę osobową.

Zgodnie z przepisami ustawy o rachunkowości, w przypadku przekształcenia spółki osobowej w inną spółkę osobową, spółka nie musi zamykać ksiąg rachunkowych i może kontynuować rok obrotowy zapoczątkowany przez spółkę komandytową. W takiej sytuacji spółka jawna rozpocznie pierwszy „swój” rok obrotowy dopiero po zakończeniu roku rozpoczętego przez spółkę komandytową. Tym samym spółka jawna, po zarejestrowaniu będzie miała czas na zgłoszenie informacji o wspólnikach. Co prawda nie można wykluczyć, że organy podatkowe mogą twierdzić, że w takiej sytuacji spółka powinna złożyć informację o wspólnikach przed rozpoczęciem roku obrotowego spółki komandytowej, jednakże takie podejście będzie trudne do obronienia – zwłaszcza w odniesieniu do spółek, których rok obrotowy pokrywa się z rokiem kalendarzowym. W tej sytuacji spółki komandytowe musiałyby przewidzieć przekształcenie i złożyć stosowną informację jeszcze w grudniu 2020 r., a więc w okresie kiedy przepisy nowelizacji nie weszły jeszcze w życie.

Oczywiście dla uniknięcia wątpliwości spółka komandytowa może doprowadzić do stanu, w którym przed przekształceniem w spółce pozostaną wyłącznie osoby fizyczne. W takiej sytuacji spółka jawna w ogóle nie ma potrzeby składania informacji o wspólnikach – odpadają więc wszystkie wątpliwości z tym związane. Nie zawsze jednak wyłączenie spółki kapitałowej jest proste, zwłaszcza w przypadku, gdy wniosła ona wkład o dużej wartości do spółki komandytowej.

Opodatkowanie spółki jawnej raz na zawsze?

Co warto podkreślić, spółki jawne, które w 2021 r. zostaną objęte opodatkowaniem CIT (z uwagi na brak złożenia stosownej informacji o wspólnikach, bądź informacji aktualizującej) – nie będą miały możliwości powrotu do opodatkowania na zasadach właściwych dla spółek osobowych. Jak bowiem wynika z treści art. 1 ust. 5 znowelizowanej ustawy o CIT „Spółka jawna posiada status podatnika odpowiednio od pierwszego dnia roku obrotowego, o którym mowa w ust. 3 pkt 1a lit. a, albo od dnia zaistnienia zmian w składzie podatników, o których mowa w ust. 3 pkt 1a lit. b, do dnia likwidacji spółki lub wykreślenia z właściwego rejestru.” Treść komentowanego przepisu wskazuje więc, że złożenie informacji o wspólnikach spółki jawnej przed następnym rokiem obrotowym, czy nawet usunięcie z grona wspólników osoby prawnej, nie zmienią statusu spółki jawnej jako podatnika CIT. W tym zakresie można rozważyć ewentualne ponowne przekształcenie spółki w inną spółkę i powrót do formy spółki jawnej, np. już samych osób fizycznych. Z uwagi jednak na następstwo prawne następujące pomiędzy poszczególnymi formami prawnymi, należałoby przeanalizować, czy treść ww. art. 1 ust. 5 ustawy o CIT nie przesądza o opodatkowaniu CIT wszystkich kolejnych sukcesorów spółki jawnej (także np. spółki partnerskiej).

Reasumując, powyższe rozważania wydaje się, że spółka komandytowa może skutecznie „zachować” transparentność podatkową przez zmianę formy prawnej, jednakże samo przekształcenie nie wystarczy – konieczne będą jeszcze opisane wyżej dodatkowe działania, które zabezpieczą nową spółkę jawną przed objęciem jej opodatkowaniem CIT.

Jak wynika z przepisów wprowadzających komentowane zmiany, Minister Finansów wyda rozporządzenie określające wzór informacji o wspólnikach spółki jawnej. Być może jego treść wyjaśni część z przedstawionych tu wątpliwości. Niestety, na tę chwilę rozporządzenie nie zostało jeszcze opublikowane.

Benedykt Rubak, radca prawny, doradca podatkowy, Manager w Enodo Advisors. Specjalizuje się w zagadnieniach związanych z restrukturyzacja obciążeń podatkiem dochodowym, ze szczególnym uwzględnieniem podatkowo optymalnych transformacji oraz sprzedaży przedsiębiorstw.

Marketing w obliczu Covid-19

Pandemia i lockdown musiały zmienić podejście do komunikacji marketingowej w sieciach handlowych. Przede wszystkim budżety przekierowano na komunikację online lub reklamę telewizyjną. Bezsprzecznie najbardziej ucierpiał outdoor. A przyblokowane w pierwszym momencie papierowe gazetki promocyjne szybko wróciły do łask.

Taki obraz wyłania się z badania zrealizowanego z końcem ub. roku przez AC Nielsen Polska, który zapytał dyrektorów sieci handlowych o zarządzanie działalnością marketingową w czasie pandemii.
– Pandemia zburzyła dotychczasową rutynę i status quo. Organizacje zetknęły się z wyzwaniami, których nie spodziewał się nikt w tak krótkim czasie. Marketerzy zareagowali przyspieszeniem projektów z obszaru digital, ale przekonali się również, które z tradycyjnych rozwiązań wciąż niezmiennie przekładają się na wyniki sprzedaży – mówi Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director z AC Nielsen Polska.

Wszyscy przepytani przez Nielsena dyrektorzy zgodzili się, że budżet na marketing był tym obszarem, który w pierwszej kolejności podlegał rewizji ze strony zarządów w celu osiągnięcia oszczędności w obliczu kryzysu. W efekcie w pierwszej fali pandemii ograniczano wydatki na promocje. A marketerzy stanęli przed wyzwaniem, jak realizować strategię komunikacyjną w nowych warunkach. Czy modyfikować ją krótkoterminowo czy też długoterminowo, na co przeznaczyć budżet reklamowy?

– W sytuacji lockdownu ludzie nagle zostali w domu, więc np. outdoor przestał mieć rację bytu. Co z tego, że mamy wyklejone lokalizacje w fantastycznych miejscach, jak ulice są puste? Więc budżety poszły na online, bo ludzie zaczęli siedzieć przed komputerami – komentował jeden z badanych przez Nielsena dyrektorów.

Silny impuls do rozwoju dostał zatem digital. On-line przeniosła się nie tylko komunikacja, ale również sprzedaż. M.in. zaczęły pojawiać się i rozwijać wszelkie formy, które umożliwiały zakupy przez internet oraz usługi typu click&collect. Zdaniem badanych dyrektorów marketingu nastąpiło gwałtowne przyspieszenie rozwoju projektów e-commerce, które w normalnych okolicznościach zajęłby zdecydowanie więcej czasu.
Rezygnacja z tradycyjnych form komunikacji miała charakter krótkotrwały w przypadku papierowych gazetek promocyjnych, nieco dłuższy w przypadku outdooru i reklam w prasie. Jak ocenili sami badani – sieci, które nie zrezygnowały z komunikowania się w sposób tradycyjny trafiły w wolne od konkurencji otoczenie i ich komunikat stał się bardziej widoczny. Powrót do dystrybucji gazetek nastąpił w przypadku niemal wszystkich badanych sieci.

Co interesujące, w analizowanych przypadkach za szybkim powrotem do gazetek papierowych stało m.in. to, że online nie generował tego samego efektu co offline. Okazało się, że pomimo dużej zmiany wywołanej pandemią i lockdownem papierowe gazetki to w dalszym ciągu podstawowe i najważniejsze narzędzie komunikacji bezpośredniej wpływające na efektywność sprzedaży.Marketing w obliczu Covid-19

O badaniu
Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane przez AC Nielsen Polska metodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, w formie tele- lub wideokonferencji) w okresie sierpień – wrzesień 2020 r. N=5. Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną. Celem badania było m.in. określenie pozycji gazetek promocyjnych w firm z branży retail wśród narzędzi marketingowych, rozpoznanie trendów w komunikacji marketingowej i zmian wywołanych pandemią.

Czy polski kapitał wkroczy na rynek nieruchomości komercyjnych?

Trwają prace nad rządowym projektem polskich REIT-ów, czyli spółek typu F.I.N.N. (Firmy Inwestujące w Najem Nieruchomości). Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych i Stowarzyszenie REIT Polska podejmują wspólne działania na rzecz wsparcia inicjatywy dla wprowadzenia takich regulacji w Polsce i otwarcia krajowego rynku nieruchomości komercyjnych dla polskich inwestorów indywidualnych.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce należy do jednej z najbardziej perspektywicznych i atrakcyjnych lokalizacji w Europie. Przez 30 lat rozwijał się dynamicznie z minimalnym udziałem polskich inwestorów (w chwili obecnej szacuje się, że polski kapitał stanowi od 2% do 5% wolumenu inwestycji na rynku nieruchomości). W zgodnej opinii założycieli Stowarzyszenia REIT Polska i Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych aktualny stan może zmienić się wyłącznie poprzez wprowadzenie systemowych i sprawdzonych rozwiązań, z wielką korzyścią dla polskich inwestorów i polskiej gospodarki.

Aby budować świadomość korzyści płynących z możliwości powstania polskich REIT-ów Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) i REIT Polska zawiązały bliską współpracę. Celem działań jest edukacja przedstawicieli organów administracji publicznej oraz innych interesariuszy o korzyściach płynących z wprowadzenia ustawy. Stowarzyszenia deklarują także pełne wsparcie merytoryczne procesu legislacyjnego rozpoczętego przez Ministerstwo Finansów.

Otwiera się okienko dla krajowego kapitału

Według różnych szacunków w ciągu ostatnich 22 lat w nieruchomości komercyjne w Polsce zainwestowano ok. 64 mld euro. Niestety, udział rodzimego kapitału był w tym mniejszy niż 5 procent. Polscy inwestorzy, zarówno indywidualni jak i instytucjonalni, mieli dotąd bardzo ograniczone możliwości inwestowania i realizowania zysków. Wszystkie kluczowe segmenty polskiej gospodarki są otwarte dla inwestorów indywidualnych – możemy inwestować w technologię, energetykę, przemysł, handel, zarówno poprzez giełdę, obligacje korporacyjne czy fundusze o różnych strategiach. Nieruchomości nie są jednak dostępne dla Polaków i do końca nie wiadomo dlaczego. – Agnieszka Jachowicz, Członek Zarządu PINK

Obecne rekordowo niskie stopy procentowe powodują odpływ kapitału z banków. Część z tych funduszy jest inwestowana poza granicami Polski, ponieważ inne rynki zapewniają większą płynność, lepsze dywidendy i bardziej zróżnicowane opcje inwestycyjne. To oznacza, że również kapitał polskich inwestorów indywidualnych buduje rynki zagraniczne zamiast naszego. REITy, czyli spółki dywidendowe inwestujące w nieruchomości przynoszące dochód, mogą być bezpieczną i rozsądną alternatywą, również dla polskiego rządu, który może uzyskać dodatkowe źródło podatków z zysków kapitałowych. Większa aktywność i podaż krajowego kapitału miałaby również wpływ na rentowność krajowych aktywów, w tym polskich deweloperów i właścicieli nieruchomości. Lokalni inwestorzy mają bowiem większą preferencję inwestycyjną wobec swoich krajowych firm i aktywów (tzw. home-bias) i tym samym są gotowi zainwestować więcej w polskie firmy nieruchomościowe i deweloperskie niż kapitał zagraniczny.

Wprowadzenie Funduszy F.I.N.N. – w formule REIT, może przyczynić się do istotnego zwiększenia udziału kapitału polskiego w rynku nieruchomości, w tym nieruchomości komercyjnych. Taki rodzaj zagospodarowania oszczędności osób fizycznych służy zrównoważonemu rozwojowi gospodarczemu kraju, buduje akcjonariat obywatelski, uzupełnia lub wspiera podstawowy system emerytalny, a także – zwiększając udział inwestycji finansowanych oszczędnościami, zapewnia zdrowy wzrost gospodarki, mierzony wskaźnikiem PKB. Podmioty działające w formule REIT są zwykle publiczne. Notowanie na giełdzie papierów wartościowych zapewnia restrykcyjną kontrolę właściwej instytucji rządowej oraz płynność inwestycji, co jest niezwykle istotne dla inwestorów indywidualnych i ochrony ich interesów. Równocześnie, upublicznienie istotnej części rynku nieruchomości komercyjnych wpływa na znaczący wzrost łącznej kapitalizacji rynku giełdowego i sprzyja rozwojowi całego rynku finansowego. W związku z powyższym, z zainteresowaniem i uznaniem przyjęliśmy zapowiedź kontynuacji prac legislacyjnych dotyczących wprowadzenia F.I.N.N. – Publicznych Funduszy Nieruchomości („polskich REIT-ów”). Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie rozpoczną się konsultacje środowiskowe i oczywiście chcemy wziąć w nich czynny udział. – Małgorzata Kosińska, Prezes Stowarzyszenia REIT-Polska

Czym jest REIT?

REIT (ang. Real Estate Investment Trust) to podmiot o charakterze dywidendowym, działający w formie spółki lub funduszu i inwestujący w istniejące nieruchomości komercyjne. Regularna wypłata dywidendy wynika z przepisów prawa i statutu, a jej źródłem są stałe dochody z najmu lub dzierżawy.

Formuła REIT została stworzona w szczególności z myślą o inwestorach indywidualnych, osobach fizycznych, których prywatne oszczędności z reguły nie pozwalają na inwestowanie w najatrakcyjniejsze nieruchomości komercyjne, takie jak budynki biurowe, magazyny czy centra handlowe, a których nabycie – z uwagi na wartość jednostkowej nieruchomości – możliwe jest wyłącznie w ramach wspólnego inwestowania. Taki rodzaj zagospodarowania oszczędności osób fizycznych służy zrównoważonemu rozwojowi gospodarczemu danego kraju, buduje akcjonariat obywatelski, uzupełnia lub wspiera podstawowy system emerytalny, a także – zwiększając udział inwestycji finansowanych oszczędnościami.
Zgodnie z genezą, dochody z REIT są opodatkowane jednorazowo, tak jak dochody z inwestycji bezpośrednich w inne typy nieruchomości. W związku z powyższym, jedną z najistotniejszych cech podmiotów działających w formule REIT jest podmiotowe zwolnienie z podatku dochodowego od osób prawnych (CIT). Intencjonalnie, zwolnienie podatkowe jest zatem kluczową formą zachęcania obywateli (inwestorów indywidualnych) do długoterminowego lokowania oszczędności w istniejące nieruchomości komercyjne przynoszące stały dochód, a dodatkowo służy wyrównaniu szans rodzimych inwestorów w konkurencji z podmiotami zagranicznymi, co jest niezbędne dla sukcesu i opłacalności tego typu rozwiązań.

Podmioty działające w formule REIT są zwykle publiczne. Notowanie na giełdzie papierów wartościowych zapewnia restrykcyjną kontrolę właściwej instytucji rządowej oraz płynność inwestycji, co jest niezwykle istotne dla inwestorów indywidualnych i ochrony ich interesów. Równocześnie, upublicznienie istotnej części rynku nieruchomości komercyjnych wpływa na znaczący wzrost łącznej kapitalizacji rynku giełdowego i sprzyja rozwojowi całego rynku finansowego.

Deflacja w Niemczech. Stopy na Wyspach pozostaną dodatnie

Pogłoski o możliwym obniżeniu stóp procentowych w Wielkiej Brytanii zostały efektywnie zdementowane przez prezesa tamtejszego banku centralnego. Uspokoiło to sytuację na funcie, który już teraz jest mocniejszy niż przy brexicie.

Bank Anglii o ujemnych stopach procentowych

Wczoraj po południu szef Banku Anglii, pan Andrew Bailey, miał publiczne wystąpienie, w którym poruszył kwestię ujemnych stóp procentowych. Było to o tyle istotne, że w ostatnim czasie kwestia ujemnych stóp procentowych dla funta wielokrotnie pojawiała się w kontekście wsparcia gospodarki w trudnym czasie. Wypowiedź prezesa BOE zdecydowanie oddala tę perspektywę. Wskazuje on na skomplikowaną sytuację, w której znajdują się banki oraz spadek ich rentowności w przypadku nieprzeniesienia ujemnych stóp procentowych na klientów. Jak wiemy z praktyki w strefie euro, jest to dominujące rozwiązanie. Stabilność sektora bankowego w takiej sytuacji, gdyby doszło do niespłacania zaciągniętych kredytów, mogłaby być poważnie naruszona. Nie bez znaczenia była też kwestia tworzenia się baniek spekulacyjnych wywołanych jeszcze tańszym pieniądzem. Przed wystąpieniem funt był w odwrocie, od rozpoczęcia konferencji odrabiał straty i finalnie powrócił na poziomy z rana.

Deflacja w Niemczech

Dzisiaj poznaliśmy dane od naszego zachodniego sąsiada w kwestii wzrostu cen. W Niemczech kolejny już miesiąc z rzędu mamy deflację, zatem należy raczej mówić o spadku cen. Wynik -0,3% nie jest niczym nadzwyczajnym szczególnie w trakcie spowolnienia gospodarczego. Znacznie większym problemem byłaby rosnąca inflacja sugerująca konieczność podnoszenia stóp procentowych. Ciężko powiedzieć jaki wpływ miały te dane na rynek walutowy, bo na głównej parze walutowej euro względem dolara mamy od wczorajszego popołudnia korektę w górę po 8 dniach spadków.

Ocieplenie relacji USA-Tajwan

Pod koniec pracy obecnej administracji doszło do serii bardzo ważnych gestów w relacjach pomiędzy Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Tajwanem. To już nie tylko zmiana polityki w sprawie nieafiszowania się z flagami, czy symbolami tej silnie skonfliktowanej z Chinami wyspy. Obecnie ma miejsce trzydniowa wizyta ambasadora przy ONZ. To bardzo ważny symbol pokazujący, że USA w swojej polityce zagranicznej znacznie mniej będą się oglądać na zdanie Chin i to czy Pekin nie poczuje się urażony. Jest to o tyle podejrzane dla rynków, że już w środę następuje zmiana prezydenta, zatem nie wiemy, czy ta linia polityczna zostanie utrzymana.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Świat musi zacząć przeciwdziałać zagrożeniom długoterminowym – Global Risks Report 2021

  • W 2020 roku świat dostrzegł katastrofalne skutki lekceważenia długoterminowych zagrożeń, takich jak pandemie, które obecnie stanowią jedne z głównych ryzyk – wynika z najnowszego raportu Global Risks Report 2021.
  • Pandemia COVID-19 pogłębiła istniejące dysproporcje i podziały społeczne, a jej wpływ na gospodarkę będzie widoczny jeszcze przez następne 3 do 5 lat. W ciągu 5-10 lat może doprowadzić natomiast do osłabienia stabilności geopolitycznej.
  • Jednocześnie, ryzyka środowiskowe wciąż znajdują się na szczycie listy największych globalnych zagrożeń pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia i skali oddziaływania przez następną dekadę.

Od 15 lat Światowe Forum Ekonomiczne w raportach Global Risks Report ostrzega przed niebezpieczeństwami związanymi z wybuchem pandemii. W 2020 roku obserwowaliśmy skutki bagatelizowania znaczenia przygotowań do długoterminowych zagrożeń. Pandemia COVID-19 nie tylko pochłonęła miliony istnień, lecz pogłębiła także widoczne od dawna nierówności w dziedzinie zdrowia, gospodarki czy cyfryzacji. Pracownicy, studenci i opiekunowie osób starszych, liczeni w miliardach osób (szczególnie grupy, które znajdowały się w trudnym położeniu już przed pandemią) są obecnie narażeni na ryzyko utraty dostępu do nowych i bardziej sprawiedliwych systemów. Jak podaje Global Risks Report 2021, dysproporcje te mogą dodatkowo utrudniać globalną współpracę, niezbędną do przeciwstawiania się długoterminowym wyzwaniom, takim jak np. degeneracja środowiska.

Jeśli chodzi o dostęp do technologii i umiejętności cyfrowe, przepaść pomiędzy tymi, którzy je mają, a tymi którzy ich nie mają; może doprowadzić do zachwiania spójności społecznej. Problem dotyczy przede wszystkim młodych osób, które borykają się z drugim, globalnym kryzysem w ciągu jednego pokolenia i mogą przez to stracić szansę korzystania z nowych możliwości.

Presja finansowa, cyfrowa i reputacja – wynikające z COVID-19, zagrażają także wielu firmom oraz pracownikom, pozbawiając ich miejsca na przyszłych rynkach pracy. Chociaż te potencjalne dysproporcje mogą pogłębiać podziały społeczne, coraz bardziej napięte i niepewne perspektywy geopolityczne będą również utrudniać globalne ożywienie, jeśli średniej wielkości mocarstwa nie uzyskają miejsca przy ‘globalnym stole’.

Ponownie, ryzyka środowiskowe będą dominować przez najbliższą dekadę pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia i dotkliwości skutków wystąpienia szkód. Podziały społeczne, niepewność i niepokój będą komplikować natomiast prowadzenie współpracy potrzebnej do powstrzymania postępującej degradacji naszej planety.

Po raz pierwszy, raport przeprowadza ocenę ryzyk, które zdaniem respondentów stanowią najpoważniejsze zagrożenia dla świata. Aktualne niebezpieczeństwa (w perspektywie do 2 lat) dotyczą troski o życie i zachowania źródeł utrzymania. Należą do nich: choroby zakaźne, kryzys zatrudnienia, wykluczenie cyfrowe oraz rozczarowanie młodego pokolenia. W perspektywie średnioterminowej (3-5 lat), według badanych, światu będą zagrażać dodatkowo ryzyka gospodarcze i technologiczne, takie jak: pęknięcie bańki cenowej na rynku aktywów, awaria infrastruktury IT, niestabilność cen i kryzys zadłużenia. Ich urzeczywistnienie może zająć kilka lat. Zagrożenia egzystencjalne (5-10 lat), jak: broń masowego rażenia, upadek państwa, utrata bioróżnorodności oraz negatywne skutki postępu technicznego, dominują zaś wśród ryzyk długoterminowych.

„W 2020 roku ryzyko wybuchu globalnej pandemii, na które nasz raport zwraca uwagę od 2006 roku, stało się rzeczywistością. Wiemy, jak trudne zadanie dla rządów, biznesu i pozostałych interesariuszy stanowią zagrożenia długoterminowe, lecz jest to lekcja dla nas wszystkich, aby zdać sobie sprawę, że lekceważenie ich nie zmniejszy prawdopodobieństwa ich wystąpienia. W momencie, kiedy rządy, przedsiębiorstwa i społeczeństwa zaczynają powoli wychodzić z cienia pandemii, rodzi się pilna potrzeba kształtowania nowych systemów gospodarczych i społecznych, które wzmocnią naszą zbiorową zdolność do reagowania na tego typu kryzysy, przy jednoczesnym zmniejszaniu się nierówności, poprawie ochrony zdrowia i dbaniu o ochronę planety. Aby sprostać temu wyzwaniu, tegoroczne Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) w Davos postara się zaangażować światowych liderów do aktywności na rzecz kształtowania zasad polityki i partnerstwa, niezwykle istotnych w tym roku”. – komentuje Saadia Zahidi, Managing Director w World Economic Forum.

Raport zwraca ponadto uwagę na sposoby reagowania na COVID-19, przedstawiając wnioski, których celem jest wzmocnienie globalnej odporności. Dotyczą one formułowania wspólnych ram analitycznych, wspierania liderów ryzyka, budowania zaufania poprzez jasną i spójną komunikację oraz tworzenia nowych form współpracy. Kluczowe zagrożenia opisane w raporcie uzupełniono o rekomendacje, które mają pomóc państwom, przedsiębiorstwom i społeczności międzynarodowej w podjęciu działań prewencyjnych przeciwdziałającym skutkom złożonych ryzyk. W podsumowaniu raportu zawarto ponadto przegląd „granicznych ryzyk” – 9 zagrożeń o wysokim stopniu oddziaływania i niskim stopniu prawdopodobieństwa wystąpienia, wyszczególnionych na podstawie prognoz ekspertów, do których zalicza się zakłócenia pola geomagnetycznego, przypadkowe wojny i wykorzystanie sztucznej inteligencji (interfejsów mózg-maszyna).

„Przyspieszenie transformacji cyfrowej gwarantuje wiele korzyści, jak na przykład utworzenie do 2025 roku blisko 100 milionów nowych miejsc pracy. Jednocześnie cyfryzacja może spowodować eliminację 85 mln miejsc pracy, szczególnie, że 60% dorosłych ludzi nie posiada podstawowych umiejętności cyfrowych, co w rezultacie może przyczynić się do pogłębiania istniejących nierówności”. – przewiduje Peter Giger, Group Chief Risk Officer w Zurich Insurance Group. „Największym ryzykiem, w perspektywie wieloletniej, pozostaje brak działań związanych ze zmianami klimatu. Nie istnieje bowiem szczepionka przeciwko zagrożeniom klimatycznym, dlatego postpandemiczne plany naprawcze powinny koncentrować się na wzroście, dostosowanym do treści programów zrównoważonego rozwoju, co w efekcie ułatwi odbudowę gospodarek”. – dodaje.

„Ekonomiczne i społeczne skutki COVID-19 będą wpływać na sposób współpracy organizacji
z klientami i pracownikami jeszcze przez długi okres po wdrożeniu szczepionki. W miarę jak firmy przekształcają swoje miejsca pracy, odkrywane są coraz to nowe luki w zabezpieczeniach. Szybkie tempo cyfryzacji powoduje wzrost ekspozycji na ryzyka cybernetyczne, w tym samym czasie zakłócenia w łańcuchach dostaw radykalnie zmieniają modele biznesowe, a wzrost liczby przypadków poważnych zachorowań towarzyszy procesowi przestawiania się pracowników na pracę zdalną”.
– zwraca uwagę Carolina Klint, Risk Management Leader w Marsh w Europie kontynentalnej. „Każda firma będzie musiała udoskonalić i na bieżąco monitorować swoje strategie ograniczania ryzyka, jeśli chce zwiększyć swoją odporność na przyszłe zdarzenia”. – podkreśla Klint.

„Pandemia w 2020 roku była sprawdzianem, który wstrząsnął podstawami gospodarek i społeczeństw na całym świecie. Odbudowa odporności na zagrożenia systemowe będzie wymagała wykorzystania znacznych środków finansowych, współpracy międzynarodowej i osiągnięcia większej spójności społecznej. Odporność ta będzie zależeć także od rozwoju globalnej łączności, ponieważ wiemy, że gospodarki, które przeszły proces cyfryzacji dużo wcześniej, stosunkowo lepiej radziły sobie z sytuacją w 2020 roku” – ocenia Lee Hyung-hee, President, Social Value Committee w SK Group.

Artur Grześkowiak – Prezes Marsh Polska podsumowuje: „Ostatni rok potwierdził, że biznes musi być przygotowany na globalne ryzyka i wiążące się z nimi wyzwania. Obecna sytuacja wymusiła na firmach m.in. konieczność podejmowania szybkich reakcji i decyzji w obliczu dynamicznych zmian związanych z pandemią COVID-19, potrzebę dostosowania się do pojawiających się nowych rozporządzeń, jak również regulacji, rozwój dotychczas funkcjonujących procesów i schematów działania, czy wzmocnienie mobilności. Wiele przedsiębiorstw wprowadziło w swoich organizacjach dodatkowe usługi, rozszerzyło kanały dotarcia do Klientów, postawiło na nowe narzędzia współpracy.

Technologia i rozwój digitalizacji wciąż zajmują wysokie pozycje w Global Risks Report. Istotnym wyzwaniem jest także utrzymanie motywacji pracowników i pozyskiwanie nowych talentów –zwłaszcza w kontekście przejścia na tryb pracy zdalnej, czy wprowadzenia różnych modeli pracy hybrydowej w biurach. Elastyczność działania – zarówno w kontekście zarządzania zespołem, jak i współpracy z Klientami są coraz bardziej cenione, a to często wymusza zmianę podejścia i wprowadzanie nowych rozwiązań operacyjnych”.

Raport Global Risks Report 2021 został opracowany we współpracy z partnerami strategicznymi: Marsh McLennan Companies, SK Group i Zurich Insurance Group, oraz autorytetami akademickimi z: Oxford Martin School (Uniwersytet Oksfordzki), Narodowego Uniwersytetu Singapuru oraz Wharton Risk Management and Decision Processes Center (Uniwersytet Pensylwanii).

Ani finansowa bazooka, ani gamechanger. Przedsiębiorcy o Tarczy Finansowej

W miniony piątek wystartował nabór wniosków o wsparcie w ramach drugiej Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju. Do przedsiębiorców popłynie strumień pieniędzy i warto docenić, że wsparcie zostało potrzebującym firmom zaoferowane. Jako Północna Izba Gospodarcza musimy zauważyć jednak, że wiele firm zostało pominiętych we wsparciu, a system dystrybucji środków budzi wątpliwości i pozostawia wrażenie, że nie wszyscy, którzy potrzebują wsparcia mogą na nie liczyć.  – Północna Izba Gospodarcza stoi na stanowisku, że jeżeli jakiś sektor gospodarki został zamknięty, to należy mu się wsparcie. Nie może być tak, że Tarcza Finansowa pomija konkretne branże argumentując to tym, że ten rodzaj działalności „szybko się odbije” jeżeli lockdown minie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie popiera postulaty Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, które zakładają m.in. możliwość wsparcia firm, które nie mają preferowanego PKD, ale spadek dochodów powyżej 70%. Kolejne grupy przedsiębiorstw to m.in. firmy, które nie mogą uzyskiwać przychodów niezależnie od siebie czy firmy o dominującym PKD, które faktycznie… nie jest dominujące.

Prezes Hanna Mojsiuk: „Tarcza Finansowa ma spore dziury”

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie już od połowy ubiegłego tygodnia odbierała szereg telefonów i wiadomości od przedsiębiorców z prośbą o konsultacje lub opinie na temat tego, kto może i jak się starać o wsparcie finansowe w ramach Tarczy Finansowej PFR. Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk, przedsiębiorcy doceniają wsparcie, ale potrzeby są zdecydowanie większe.

– Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju powiedział, że Tarcza Finansowa to „bazooka” finansowa, która pomoże przedsiębiorcom walczyć z kryzysem. Inny ekspert stwierdził, że to gamechanger, który sprawia, że firmy znajdą się w innej sytuacji w obliczu koronawirusowego kryzysu. Szanowni Państwo, doceniamy pomoc, ale nie jest to ani bazooka ani gamechanger. To doraźna pomoc, która bardzo selektywnie wesprze grupę przedsiębiorców – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. – Tarcza Finansowa ma spore dziury, jest wiele sektorów, które zostały pominięte, a ich działalność jest niemożliwa lub bardzo trudna. Północna Izba Gospodarcza podpisuje się pod postulatami Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, który zwrócił uwagę, że preferencja PKD może spowodować, że wiele firm, które potrzebują pomocy, tego wsparcia nie otrzyma. Bardzo chcielibyśmy żeby polski Rząd brał przykład z  Francji, Niemiec czy Węgier, gdzie wsparcie dla przedsiębiorców jest transparentne i wysokie. Tam firmy mogą liczyć na 75% rekompensatę strat z przychodów – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Brak wsparcia będzie budzić bunt przedsiębiorców?

Tarcza Finansowa to jedna istotna sprawa. Druga to zdecydowane i szybkie przygotowanie planu naprawczego dla polskiej gospodarki oraz wytyczenie mapy „powrotu do normalności”: – Rząd musi poprawić instrumenty wsparcia i ogłosić plan odmrażania gospodarki. Inaczej coraz więcej przedsiębiorców znajdzie się pod ścianą i będzie zmuszona zamknąć swój biznes lub otworzyć go wbrew rozporządzeniu. Wielu przedsiębiorców nie może pracować i zarabiać na utrzymanie już od blisko 100 dni, Przedłużanie lockdownu oraz brak jasnego, czytelnego planu luzowania obostrzeń i przywracania możliwości funkcjonowania restauracjom, hotelom, klubom fitness i wielu innym to prawdziwy dramat – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Obecnie obowiązujące tarcze antykryzysowe są nieskuteczne i dziurawe. Tarcze nie obejmują wszystkich przedsiębiorstw, które zostały zamknięte.  To tworzy ogromne problemy i bunt. często bowiem zdarza się, że jeden przedsiębiorca z zamkniętej branży otrzymuje wsparcie, a drugi już nie – wyjaśnia dyrektor Piotr Wolny.

Przedsiębiorcy muszą pukać o wsparcie do wielu drzwi

Na co przedsiębiorcy muszą zwrócić uwagę starając się o wsparcie finansowe? – Ważną informacją jest konieczność utrzymania zatrudnienia pracowników. W pierwszej Tarczy Finansowej ten wymóg to był rok. Przedsiębiorcy nie spodziewali się tak dynamicznego rozwoju pandemii i dla wielu firm to była pułapka. Przy drugiej tarczy warunek jest podobny. Wsparcie będzie bezzwrotne jeżeli średnie, roczne zatrudnienie pracowników będzie dokładnie takie same. To wielki problem dla przedsiębiorców bez zasobów finansowych i ze złymi perspektywami na kolejne miesiące działania – wyjaśnia Anna Kurdyła, specjalista Kancelarii Licht & Przeworska.

– Dostępne są pomoce w ramach Tarczy Antykryzysowej 6 i należy szybko składać wnioski. Mowa np. o zwolnieniu z ZUS dla przedsiębiorców prowadzących działalność hotelarską czy sportową. Przy tarczach ograniczenie możliwości ubiegania się o pomoc jest skorelowane z PKD. To częsty problem, bo przedsiębiorcy mają wymienioną działalność, ale nie jako przeważającą, a to eliminuje ich ze wsparcia w ramach świadczenia postojowego, dotacji w kwocie 5 tysięcy złotych czy dotacji na ochronę miejsc pracy – wyjaśnia mec. Anna Kurdyła.

Nowe standardy w rachunkowości funduszów inwestycyjnych

Minister Finansów Funduszy i Polityki Regionalnej w dniu 31.12.2020 roku ogłosił w Dzienniku Ustaw Poz. 2436 , rozporządzenie zmieniające między innymi zasady wyceny instrumentów finansowych przez fundusze inwestycyjne, które weszło w życie z dniem 1 stycznia 2021 roku. Wprowadza ono sposób dokonywania wycen zbieżny z obowiązującym w Międzynarodowych Standardach Rachunkowości (MSR/MSSF). Najważniejszą zmianą pod kątem wyceny aktywów jest zmiana sposobu wyznaczania wartości godziwej, zmiana definicji aktywnego rynku oraz ograniczenie zastosowania metody skorygowanej ceny nabycia.

Do tej pory fundusze najczęściej wyceniały swoje aktywa dłużne (obligacje oraz pożyczki) metodą skorygowanej ceny nabycia, która z założenia nie uwzględnia zmiany ryzyka niewypłacalności emitenta w trakcie czasu trwania instrumentu. W ostatnim czasie problem nabrał na aktualności w związku z licznymi przypadkami defaultów na rynku obligacji korporacyjnych i rożnych podejść do odpisów stosowanych przez poszczególne Fundusze Inwestycyjne.

Według Ustawy o rachunkowości, za wartość godziwą przyjmuje się kwotę, za jaką dany składnik aktywów mógłby zostać wymieniony, a zobowiązanie uregulowane na warunkach transakcji rynkowej, pomiędzy zainteresowanymi, dobrze poinformowanymi i niepowiązanymi ze sobą stronami. Oznacza to, że z punktu widzenia zarządzającego, najbardziej pożądana jest sytuacja, gdy instrument (np. obligacja) jest notowany na aktywnym rynku, choć z uwagi na jego płynność w Polsce dotyczy niewielkiej liczby aktywów.

Zgodnie ze starą definicją aktywny rynek powinien spełniać następujące kryteria: instrumenty będące przedmiotem obrotu powinny być jednorodne, w każdym czasie powinni występować zainteresowani nabywcy i sprzedawcy, a ceny powinny być podawane do publicznej wiadomości. Według nowej, aktualnej definicji, aktywny rynek, to rynek, na którym transakcje dotyczące danego składnika aktywów lub zobowiązania odbywają się z dostateczną częstotliwością i mają dostateczny wolumen, aby dostarczać bieżących informacji na temat cen tego składnika aktywów lub zobowiązania. Inaczej mówiąc, cena instrumentu finansowego ukształtowana w obrocie rynkowym powinna być uznana za godziwą wyłącznie w sytuacji, w której jest to uzasadnione przez częstotliwość i wolumen obrotu.

Problem polega na tym, że trzeba wziąć pod uwagę sytuację, gdy wyceniane instrumenty finansowe lub zobowiązania nie są notowane na aktywnych rynkach lub aktywa nie są wystarczająco płynne. Dlatego według nowych przepisów za wartość godziwą można uznać:

  • cenę z aktywnego rynku;
  • w przypadku jej braku, cenę otrzymaną przy zastosowaniu modelu wyceny, gdzie wszystkie znaczące dane wejściowe są obserwowalne w sposób bezpośredni lub pośredni;
  • w przypadku ich braku – wartość ustaloną za pomocą modeli wyceny opartych o dane nieobserwowalne, w takim przypadku w maksymalnym zakresie należy wykorzystywać dane obserwowalne a w minimalnym zakresie dane nieobserwowalne.

Wycena na podstawie danych obserwowalnych uwzględnia między innymi: ceny podobnych aktywów lub zobowiązań pochodzących z rynku, który w rozumieniu przepisów jest aktywny, ceny identycznych lub podobnych aktywów z rynku, który nie jest aktywny, dane wejściowe do modelu, w szczególności: stopy procentowe i krzywe dochodowości obserwowalne we wspólnie notowanych przedziałach, zakładaną zmienność czy spread kredytowy.

Z kolei dane nieobserwowalne to wszystkie inne dane wejściowe opracowane przy użyciu wiarygodnych informacji dostępnych w danych okolicznościach, które spełniają cel wyceny wartości godziwej (np. sprawozdania finansowe, dane księgowe).

Wycena metodą skorygowanej ceny nabycia będzie cały czas dopuszczalna w przypadku aktywów i zobowiązań, których pierwotny termin zapadalności nie przekracza 92 dni i termin ten nie ulegał wydłużeniu. Powyższe nie dotyczy sytuacji, gdy aktywa podlegają operacjom objęcia papierów wartościowych kolejnej emisji powiązanych z umorzeniem posiadanych przez fundusz papierów wcześniejszej emisji.

Rozporządzenie wskazuje, iż fundusz inwestycyjny jest zobowiązany zawrzeć stosowane metody wyceny w dokumentacji, o której mowa w art. 10 ustawy o rachunkowości. Dotyczy to między innymi: metod wycen stosowanych przy każdym rodzaju aktywów, modeli wyceny i ich głównych cech, powodów wyboru i uzasadnienia ich stosowania, częstotliwości dokonywania przeglądu poszczególnych wycen aktywów niebędących przedmiotem obrotu na aktywnym rynku i częstotliwości i zasad przeglądu danych wejściowych wykorzystywanych w modelach. Opis technik wyceny oraz zakres stosowanych danych obserwowalnych i nieobserwowalnych muszą być ujawnione w informacji dodatkowej do sprawozdania finansowego.

Omawiane przepisy będą mieć zastosowanie po raz pierwszy do sprawozdań finansowych sporządzanych za rok obrotowy rozpoczynający się po 31 grudnia 2020 roku, oznacza to w praktyce, że pierwsze wyceny pojawią się w sprawozdaniach za I półrocze 2021 roku.

W praktyce nowe przepisy oznaczają, że do wyceny instrumentów finansowych (głównie obligacji, ale i akcji, pakietów wierzytelności czy pożyczek) należy podejść według określonej hierarchii.

Na poziomie pierwszym hierarchii wartości – wyceniane są płynne akcje i obligacje na podstawie notowań rynkowych, pobieranych z aktywnego rynku.

Na poziomie drugim, w naszej ocenie, należy podzielić emitentów na posiadających rating i tych którzy ratingu nadanego przez uznane agencje ratingowe nie posiadają. W przypadku Spółki nieposiadającej ratingu można samodzielnie obliczyć i taki rating nadać (MGW bazuje na uznanych metodologiach). W przypadku Spółki o ratingu inwestycyjnym wyceny można dokonywać metodą skorygowanej ceny nabycia, ale przy użyciu rynkowej stopy dyskontowej. Wyznaczana jest ona między innymi przez uwzględnienie takich cech jak: duracja, istnienie zabezpieczenia, rating emitenta, rodzaj obligacji, branża i położenie geograficzne emitenta.

W przypadku emitenta o niskim ratingu (spekulacyjnym) lub będącego w defaulcie, wycena jest dokonywana modelem utraty wartości. Pod uwagę należy brać te same kryteria, co w przypadku emitentów o wysokiej wiarygodności, jednak w przypadku każdego z przepływów należy wziąć pod uwagę ryzyko niewypłacalności (zależne głównie od ratingu i zabezpieczenia, obliczając oczekiwaną stratę dla każdego z przepływów). Odnosząc się zaś do wyceny akcji możemy zastosować wycenę modelem (porównawczą), opartą o dane obserwowalne.

Na poziomie trzecim wycenia się aktywa, dla których nie można zastosować metod z poziomu pierwszego i drugiego. Wtedy wycena powinna mieć charakter kompleksowy, na przykład poprzez stworzenie modelu zdyskontowanych przepływów pieniężnych uwzględniającego prawdopodobne scenariusze spłaty. Należy wtedy wziąć pod uwagę czy: emitent jest wypłacalny i posiada płynność umożliwiającą obsługę długu, czy jego sytuacja rokuje poprawę, czy też należy zakładać egzekucję z zabezpieczeń. Odpowiedni model również jest budowany na potrzeby wyceny akcji (np. DCF, SWAN) lub pakietów wierzytelności. Należy pamiętać, że zgodnie z rozporządzeniem, wycena dokonywana modelem powinna zawierać opisową prezentację wrażliwości wyceny wartości godziwej na zmiany nieobserwowalnych danych wejściowych.

Zastosowanie nowych zasad powinno przyczynić się do precyzyjniejszej wyceny aktywów funduszy inwestycyjnych, szczególnie inwestujących w obligacje korporacyjne. W ramach analiz prowadzonych na spółkach giełdowych przez MGW zaobserwowano, że potencjalne problemy ze spłatą obligacji mogą być widoczne w wycenach na długo przed faktycznym defaultem obligacji. Biorąc to pod uwagę kluczem do właściwiej wyceny aktywów funduszy jest posiadanie doświadczonego zespołu analityków lub współpraca z wyspecjalizowanym w obsłudze funduszy inwestycyjnych podmiotem wyceniającym.

Autor: Benedykt Wiśniewski, Partner Zarządzający, Członek Zarządu MGW CCG

Złoty jest mocniejszy. Rynek akcji stracił pęd wzrostowy

Raz w górę, raz w dół. W oczekiwaniu na ważne wydarzenia kolejnych dni rynki realizują wahania w trendzie bocznym. Po spadkowym poniedziałku dziś zanosi się na wtorek odwrotu. Rynek akcji stracił pęd wzrostowy, ale inwestorzy nie chcą rezygnować z optymistycznej wizji przyszłości. Na FX poszukiwany jest szczyt korekty dolara.

We wtorek uwaga inwestorów jest skupiona na przesłuchaniu Janet Yellen w Kongresie. Była prezes Fed jest nominatką na stanowisko sekretarza skarbu i dla rynków przede wszystkim istotne będzie, jaki ma pogląd na politykę kursową i fiskalną. Prasowe doniesienia sugerują, że Yellen ma potwierdzić zobowiązanie USA do pozostawienia kształtowania się kursu dolara mechanizmom rynkowym oraz nie angażowania się w celowe osłabianie dolara dla poprawy konkurencyjności. W kwestii polityki fiskalnej Yellen ma powiedzieć, że niskie stopy procentowe pozwalają na „działać na wielką skalę” w wydatkach fiskalnych. Wyjątkowo dużo dowiadujemy się o poglądach Yellen zanim jeszcze była prezes Fed zasiadła przed Senacką Komisją Finansów. Tak jakby było to celowe działanie mające pomóc rozładować emocje jeszcze przed faktycznym wydarzeniem. I chyba jest to pierwszy dowód doświadczenia Yellen w kontakcie z rynkami. Nawet jeśli jej komentarze nie powinny być zaskakujące i szokujące. Pozostawienie dolara samemu sobie niemal zawsze było fundamentem polityki kursowej, podczas gdy skala ekspansji fiskalnej bardziej zależy do tego, ile uda się przeforsować przez Kongres. Wygląda jednak na to, że przez ostatnie 4 lata inwestorzy zapomnieli, jak nudna może być polityka gospodarcza, kiedy jest kierowana przez ekspertów nastawionych na rezultaty a nie wielkie obietnice. Jest dla mniej bardziej prawdopodobne, że popołudniowe wystąpienie Yellen nie wywoła większej reakcji rynkowej.

EUR/USD wraca ponad 1,21, ale nie przychodzi to łatwo. Główną siła napędową kursu są zmiany nastawienia względem dolara. Rajd rentowności obligacji skarbowych USA z ostatnich dni już się zakończył i nie wspiera dolara, a teraz tylko niezdecydowanie wokół restartu ruchu wzrostowego na rynku akcji prowadzi do redukcji krótkich pozycji w amerykańskiej walucie. Ale EUR/USD to także problemy euro związane z przedłużaniem się i zaostrzeniem restrykcji w Europie. Perspektywy silnego ożywienia w drugiej części roku dalej są w mocy, ale obawy wiążą się z tym, jak głęboko znajdzie się punkt startowy, jeśli pierwszy kwartał przyniesie przedłużenie recesji. Inwestorzy mogą czekać do czwartku na opinię EBC, zanim podejmą większe kroki w stosunku do EUR/USD. Dziś niemiecki indeks ZEW będzie mieszanką pogorszenia oceny bieżącej (zaostrzenie restrykcji) i poprawie wskaźnika oczekiwań (ożywienie wsparte dystrybucją szczepionek).

Złoty jest mocniejszy, gdyż rynek usuwa z wyceny ryzyko bardziej gołębiego przekazu NBP po tym, jak konferencja prasowa prezesa Glapińskiego w piątek oddaliła ryzyko rychłego luzowania polityki czy silnych skłonności do interwencji walutowych. EUR/PLN przynajmniej do 4,50 ma przestrzeń do podążania za poprawą nastrojów na rynkach zewnętrznych, jednak przy okrągłym poziomie zaczną budzić się obawy, czy niżej złoty nie zacznie być za mocny w oczach banku centralnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

3 mld zł dla LOT-u. Odbudowa ruchu lotniczego najwcześniej w 2022 r.

W ostatnich dniach grudnia spółka Polskich Linii Lotniczych LOT otrzymała od państwa przelew na około 3 miliardy złotych. To pomoc finansowa, którą zatwierdziła Unia Europejska, a którą LOT dostał jako zadośćuczynienie za administracyjne obostrzenia i pomoc na kolejne trudne miesiące. Praktyka ratowania linii lotniczych nie jest niczym niezwykłym. W skali całego świata pomoc dla przewoźników i lotnisk sięgnęła w zeszłym roku aż 220 miliardów dolarów. W tym roku z kas państwowych mają otrzymać kolejne 80-90 miliardów. Dlaczego?

– Wszystkim się wydawało, że w połowie 2020 roku nastąpi odbicie ruchu lotniczego. Rzeczywiście, w wakacje ludzie rzucili się na zakup biletów, żeby gdzieś pojechać i psychicznie odpocząć. Niestety zaraz potem znów zobaczyliśmy pustki w systemach rezerwacyjnych. Znowu mamy pozamykane granice. Docelowo do poziomów latania z 2019 roku, mamy wrócić dopiero w roku 2024 – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Dlatego linie lotnicze sięgają po kolejne fundusze pomocowe. Jak głęboki jest kryzys na tym rynku pokazuje też skala zwolnień w największych liniach lotniczych. Mimo tego, że pomoc finansowa od państwa wymaga utrzymania stałego poziomu zatrudnienia – etaty są redukowane, a płaca obniżana. Dzieje się tak również w polskim LOT. Wszędzie tam, gdzie dotarła pomoc publiczna, nastąpiły zwolnienia. Także w bogatych, najlepszych liniach na świecie – jak linie Emirates, które zwolniły 30 tysięcy pracowników. Lufthansa zwolniła 29 tysięcy osób, Ryanair 3 tysiące, El France prawie 8 tysięcy. 300 osób zwolnionych przez LOT to bolesna strata, ale wciąż niewielka. Miejmy nadzieję, że od połowy roku nastąpi trwała odbudowa ruchu lotniczego i na tych 300 osobach się skończy. Pierwsze odbicie ma nastąpić w wakacje – a szersze podróżowanie dopiero w 2022, 2023 roku. Pieniądze, które trafiły do LOT-u – to nie tylko odszkodowanie za to, że linia była uziemiona decyzjami administracyjnymi, ale też finansowanie na te trudne czasy – podkreśla Furgalski.

Bez zaskoczenia

W ostatnim tygodniu odbyło się posiedzenie RPP, co prawda scenariuszem bazowym był brak zmiany stóp procentowych, natomiast ostatnie wypowiedzi członków RPP budziły niepokój. NBP nie kryje się z tym, że zależy mu na osłabianiu złotówki, aby wspomóc szybsze wyjście z kryzysu. Z komunikatu po spotkaniu RPP wynika, że w kolejnych miesiącach nie należy spodziewać się zmiany stóp procentowych, chyba że sytuacja gospodarcza uniknie znacznemu pogorszeniu.

Po uzyskaniu przewagi w Senacie przez Demokratów, Amerykanie mogli być praktycznie pewni nowego pakietu fiskalnego. W czwartek poznaliśmy nowe założenia Amerykańskiego Planu Ratunkowego, który ma wynieść 1,9 bln usd. Większość Amerykanów ma otrzymać dodatkowo 1400 usd, poza już wcześniej ustalonymi 600 usd. Rynki już wcześniej oczekiwały nowego pakietu, także odbyło się bez zaskoczenia. Na pewno będzie to kolejny cios dla finansów publicznych USA, co odbija się na wzroście rentowności amerykańskich obligacji.

W drugiej połowie ostatniego tygodnia pogorszyły się nastroje na rynkach akcji, co skutkowało spadkami na głównych indeksach. Indeks WIG stracił w ciągu tygodnia 3,29%, a WIG20 osunął się 4,20%. Znacznie lepiej radziły sobie średnie i małe spółki – mWIG40 stracił 1,37%, a sWIG80 spadł 0,85%.

W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem dla rynków będzie posiedzenie ECB, które odbędzie się w czwartek. W środę odbędzie się inauguracja nowego prezydenta USA Joe Bidena, natomiast nie powinno to mieć większego wpływu na giełdę.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dramatyczna sytuacja w gastronomii. Północna Izba Gospodarcza apeluje o specjalny program wsparcia dla tego sektora gospodarki

– W Północnej Izbie Gospodarczej zrzeszonych jest kilkanaście lokali gastronomicznych i restauracji. Od każdych słyszymy słowa żalu i krytyki, że obostrzenia dotknęły ich w pierwszej kolejności, a na wsparcie trzeba czekać długimi miesiącami i nie wystarcza ono na pokrycie zobowiązań i planowanie dalszej działalności, kiedy lockdown minie. Apelujemy o dodatkowe wsparcie dla tego sektora gospodarki i mówimy wprost: jeżeli wsparcia dla gastronomii nie będzie większe, to niestety wiosną może nie być czego otwierać – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Północna Izba Gospodarcza o protestach: „Nie nawołujemy, ale rozumiemy”

Gastronomia jest wymieniana jako jedna z gałęzi gospodarki, która najsilniej odczuwa restrykcje związane z pandemią koronawirusa. Straty sięgają 80%, a dowożenie dań do klientów i sprzedaż na wynos bardzo rzadko jest gwarancją jakiegokolwiek zwrotu, nie mówiąc już o zysku. W ostatnich dniach masowo obserwujemy inicjatywy przedsiębiorców, którzy otwierają swoją działalność pomimo rządowych rozporządzeń. – To jest desperacja przedsiębiorców. Ich bunt wynika ze zbyt małego wsparcia i braku perspektywy na poprawę sytuacji w najbliższym czasie. Wysłuchałam dziesiątek historii firm, które często długimi latami budowali swoje restauracje, kluby, domy weselne, a od miesięcy nie generują żadnych przychodów i nie mogą liczyć na wsparcie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. –  Parafrazując pewien znany cytat: Nie nawołujemy do protestów i otwierania restauracji, ale je rozumiemy – dodaje Prezes Mojsiuk.

– Kryzys dotyka przedsiębiorców bardzo szeroko. Upadają młode biznesy, ale w tarapaty wpadają znane marki, które od laty są obecne na rynku. Upadła lodziarnia „Fabryka lodów”, jedna z pierwszych lokalnych lodziarni rzemieślniczych. Media opisywały problemy Baru Turysta. Sytuacja gastronomii wymaga pogłębionej analizy – dodaje Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Mirosław Sobczyk.

Spadek obrotów o… 85%

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zbiera opinie przedsiębiorców działających w branży gastronomicznej. Nie brakuje żalu oraz rozczarowania lockdownem i oferowanym wsparciem: – Państwo zamknęło restauracje, nie dając nic w zamian. Mam trzy miesiące zamkniętą restaurację i nie dostałem ani złotówki wsparcia – mówi Maciej Szabałkin, właściciel restauracji Piastów 30.   – Aby otrzymać pomoc rządową wymagane jest spełnienie m.in. warunku, polegającego na posiadaniu konkretnego wiodącego PKD na dzień 30.09.2020r. Większość firm pomimo prowadzenia np. restauracji, nie ma tego wpisanego jako główną działalność, co eliminuje ich z otrzymania jakiejkolwiek pomocy.  Gdyby Pan Premier powiedział swoim urzędnikom: „pracujecie pół roku za darmo”, jestem przekonany, że oburzyliby się jeszcze bardziej niż przedsiębiorcy pozostawieni bez grosza – dodaje Maciej Szabałkin.

–  Jest ciężko, a przyszłość jest niejasna, bo nie wiadomo kiedy nas otworzą. Nasza restauracja bazuje na owocach morza i rybach, czyli rzeczach, których nie da się kupić na zapas i nie zawsze da się przygotować tak, by sprzedawać na wynos. Czy tarcza będzie dla nas pomocą to się okaże, bo jesteśmy na etapie ustalania tego, na co możemy liczyć. Nasze działanie to jest obecnie 15% możliwości. To gigantycznie trudna sytuacja – mówi Michał Kamiński, właściciel restauracji Paprykarz.

Aktywność Północnej Izby Gospodarczej

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie wystąpiła do Premiera Mateusza Morawieckiego z szeregiem apeli m.in. o rozszerzenie ilości kodów PKD kwalifikujących do pomocy, otwarcie gospodarki czy wsparcie zachodniopomorskich gmin turystycznych, które ucierpiały na lockdownie. – Czekamy  z niecierpliwością na działania rządu , który powinien  natychmiast wesprzeć przedsiębiorców będących największymi płatnikami do budżetu,  aby oni  za chwilę nie stali się beneficjentami  zasiłku dla bezrobotnych – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Przedsiębiorcy to już konsumenci. Co to oznacza dla kupujących “na firmę” i dla sprzedawców?

Od 1 stycznia obowiązują nowe przepisy w prawie konsumenckim oraz Kodeksie Cywilnym. Są bardziej przyjazne dla klientów – przedsiębiorców i dają im prawa, jakie dotąd miały tylko osoby prywatne. Jakie są najważniejsze zmiany i pod jakimi warunkami obowiązują?

Przesunięcie o pół roku wejścia w życie przepisów nadających przedsiębiorcom część uprawnień konsumenckich miało ułatwić firmom handlowym przygotowanie się na nowe regulacje. Jednak końcówka ubiegłego roku okazała się obfitującym w wydarzenia i pracowitym czasem, szczególnie dla sklepów internetowych. Najwyższa pora przyjrzeć się konsekwencjom, jakie niosą za sobą ostatnie zmiany prawne.

Jak dotąd mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami klientów: konsumentami i przedsiębiorcami. Tym pierwszym przysługuje więcej praw chroniących ich interesy. Ci drudzy, zwłaszcza właściciele mikrobiznesów, z różnych względów dokonują licznych zakupów jako firmy, nawet gdy te nie są bezpośrednio związane z ich działalnością zarobkową. Z tego względu nie przysługiwało im np. prawo do zwrotu towaru w ciągu 14 dni od zakupu i to właśnie zmieniają nowe przepisy.

– W przypadku sklepów internetowych sytuacja jest o tyle ciekawa, że sprzedawcy zwykle sami prowadzą też mikrofirmy. Nowe zmiany prawne dotyczą ich więc podwójnie i tym bardziej powinni się z nimi zapoznać – mówi Oliwia Tomalik, Marketing Manager Shoper.

Co zmieniają nowe przepisy dla przedsiębiorców?

Najważniejszą z wprowadzonych zmian wydaje się możliwość odstąpienia od umowy zawartej na odległość przez kupującego przedsiębiorcę (popularnie nazywana zwrotem) w ciągu 14 dni od daty zakupienia produktu. W przypadku konsumentów ta możliwość nierzadko stała się wręcz częścią strategii zakupowej np. świadomego kupowania ubrań z myślą, by przymierzyć je w domu i ewentualnie zwrócić. Teraz to prawo zyskali też przedsiębiorcy.

Podobnie jest z prawem do rękojmi, które dotąd przysługiwało wyłącznie konsumentom. Od stycznia klient-firma również może żądać wymiany rzeczy lub usunięcia wady produktu i jeśli sprzedawca nie ustosunkuje się do niej w ciągu 14 dni, reklamacja zostanie automatycznie uznana. Na zgłoszenie reklamacji przedsiębiorca otrzymuje teraz aż dwa lata, jak również rok na stwierdzenie wady fizycznej towaru.

Co również istotne, stosowanie niedozwolonych klauzul umownych zostało teraz zakazane także w przypadku przedsiębiorców. Tego rodzaju postanowienia zawarte w regulaminach sklepów nie są już wiążące.

– Jak zwykle przy tego typu zmianach dopiero rzeczywistość pokaże, czy problem jest duży. Patrząc jednak na to, jak chętnie konsumenci korzystają z możliwości „zakupu na próbę”, można się spodziewać, że ochoczo do nich dołączą kolejni kupujący, którzy do tej pory nie mieli do tego prawa.

Tym sposobem na sprzedawców zostają nałożone kolejne obowiązki, ale najtrudniejszym wyzwaniem z pewnością będzie ocena, czy z danym zakupem wiążą się zarezerwowane dotychczas dla konsumentów przywileje – mówi Zofia Babicka-Klecor, prawniczka z kancelarii Legal Geek, która dba o aktualność regulaminów w sklepach Shoper.

Wyjątki od nowych regulacji

Warto pamiętać, że wprowadzone z początkiem roku przepisy dotyczą wyłącznie jednoosobowych działalności gospodarczych. Ponadto, aby nowe regulacje miały zastosowanie, zakup nie może mieć “charakteru zawodowego”.

Oznacza to, że produkt kupiony w związku z bazową działalnością firmy nie jest objęty przepisami które czynią przedsiębiorcę konsumentem. Z kolei zakup pomocniczy np. drukarki będzie już podlegał tym regulacjom. Weryfikacja, czy dana czynność ma zawodowy charakter, ma się odbywać w oparciu o wpisane do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG) kody PKD, określające rodzaje działalności gospodarczej.

– Z początku na pewno wyzwaniem dla sprzedawców będzie ustalenie której transakcji dotyczą nowe regulacje, a której nie. Na pewno w takiej sytuacji zalecalibyśmy naszym klientom, jak i wszystkim, którzy sprzedają online, by zaktualizowali regulaminy swoich sklepów. Dobrą praktyką, która sprawdzi się nie tylko w tym przypadku, jest bycie o parę kroków bardziej pro konsumenckim niż wymagają tego przepisy np. oferowanie kupującym nie tylko 14 ale 30 lub 60 dni na zwrot towaru bez względu na to, czy kupują prywatnie czy na firmę – proponuje Oliwia Tomalik z Shoper.

W czasie lockdownu rozgrywki e-sportowe zyskały na popularności. Branża walczy jednak ze spadkiem przychodów

E-sport był jedną z form rozrywki, która w dobie pandemii i lockdownu znacząco zyskała na popularności. Wprawdzie wiele stacjonarnych wydarzeń przełożono lub odwołano, co wpłynęło na globalne przychody branży, ale te, które w całości odbywały się online’owo, przyciągnęły rzeszę nowych graczy, również z grup do tej pory niemających związku z e-sportem. Dla wielu młodych ludzi staje się on rozrywką numer jeden, co powoduje, że również część budżetów mediowych jest przesuwana do tej branży ze sportu tradycyjnego.

Ten rok był skomplikowany dla branży e-sportowej, tak jak dla wszystkich dziedzin życia w Polsce. Z jednej strony mierzyliśmy się z tymi samymi problemami, niedogodnościami w związku z epidemią. Natomiast z drugiej strony też notowaliśmy pewne korzyści. Była to jedna z niewielu dziedzin rozrywki, która poprzez pandemię nie została w pełni zablokowana, w czasie lockdownu rozgrywki e-sportowe toczyły się całkowicie online’owo. Ciągłość została zachowana i nasze oglądalności w czasie lockdownu notowały wzrosty względem poprzednich lat – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kowalczyk, prezes Polskiej Ligi Esportowej.

Jak wynika z październikowych szacunków firmy Newzoo („Global Esports Market Report”), przychody z globalnego e-sportu w 2020 roku wyniosły nieco ponad 950 mln dol., choć jeszcze przed pandemią szacowane były na 1,1 mld dol. Zrewidowana w dół prognoza jest też nieco niższa niż wynik osiągnięty w 2019 roku. Ten spadek nie jest jednak efektem mniejszej liczby widzów czy organizatorów wydarzeń e-sportowych, ale jedynie przełożonych i odwołanych w 2020 roku eventów. W Polsce pierwszą taką decyzją było zakazanie udziału publiczności w finałach Intel Extreme Masters w Katowicach. Wiadomo już, że tegoroczny turniej również odbędzie się bez obecności widzów.

Konsekwencją odwoływania wydarzeń w halach i na stadionach było również wstrzymanie sponsoringu firm partnerskich.

Liczba offline’owych wydarzeń e-sportowych w ostatnich miesiącach uległa znacznemu ograniczeniu – mówi Paweł Kowalczyk. – Nagrody były ściśle powiązane z wydatkami marketingowymi, więc na początku lockdownu zostały ograniczone ze względu na to, że i część wydatków marketingowych wielu firm została wstrzymana. Myślę, że nie jest to stała sytuacja i ona będzie się ponownie zmieniać wraz z powrotem do normalności.

Wydarzenia organizowane online nie są dla sponsorów tak atrakcyjne jak offline ze względu na mniejszą ekspozycję marki i inne spadające korzyści z inwestycji.

Liczymy na to, że już w drugiej połowie roku zostanie w jakimś stopniu przywrócona działalność offline’owa związana z eventami, czyli to, co jest bardzo ważnym elementem działalności e-sportowej. Największe światowe podmioty organizujące rozgrywki już ogłosiły, że jesienią odbędą się pierwsze eventy – mówi prezes Polskiej Ligi Esportowej.

Jak podkreślają eksperci Collegium Da Vinci w raporcie „E-sport 2020. Biznes – Rynek pracy – Edukacja”, dłużej utrzymujący się stan zawieszenia może negatywnie wpłynąć na przychody, a także zniechęcić część sponsorów do inwestowania w e-sport. Jest to jednak na tyle nowa przestrzeń, że powinna poradzić sobie z tym kryzysem i zaproponuje inne podejście do inwestowania. Długoterminowe perspektywy są wciąż bardzo pozytywne dla branży. Newzoo zrewidowało je nawet w górę. W 2023 roku globalne przychody mają wynosić blisko 1,6 mld dol., a coroczny wzrost szacowany jest na 15,5 proc.

Poprzez to, że zachowana została ciągłość wszystkich wydarzeń, potencjał branży znacząco urósł. Prognozy wskazują, że jest to jedna z najbardziej dynamicznie rosnących gałęzi rozrywki, co powoduje, że możemy być optymistami – podkreśla Paweł Kowalczyk. – Bardzo ważne jest też to, że dla młodych ludzi gaming oraz e-sport stają się rozrywką numer jeden. Im te osoby będą starsze, tym więcej w populacji będziemy mieć osób, które są zainteresowane takimi rozgrywkami.

Newzoo wskazuje, że w Europie liczba widzów w 2020 roku wzrosła o ponad 7 proc., do 92 mln, z czego 33 mln to entuzjaści, którzy oglądają rozgrywki częściej niż raz w miesiącu.

Do e-sportu napływa coraz więcej widzów, którzy do tej pory nie mieli z nim do czynienia, chociażby z grupy mainstreamowych. Udało się trafić z e-sportem do tych grup za pomocą wielu kanałów medialnych. Liczymy, że ta grupa coraz bardziej będzie wpływała także na wyniki oglądalności – mówi prezes Polskiej Ligi Esportowej. – Coraz bardziej zauważamy, że e-sport zbliża się do sportu tradycyjnego, dla wielu marek i organizatorów stał się nowym sportem, wiele budżetów mediowych jest przesuwanych ze sportu tradycyjnego do e-sportu, więc na pewno będziemy mieli do czynienia ze wzrostem aktywności medialnych i marketingowych.

Celem powołanej w maju ub.r. Polskiej Ligi Esportowej jest profesjonalizacja e-sportu – stworzenie profesjonalnej ligi e-sportowej i jej promowanie, m.in. w telewizji i platformach wideo online. W PLE są dwie grupy: Lotto Dywizja Profesjonalna oraz Dywizja Mistrzowska, z których każda składa się z ośmiu w pełni profesjonalnych drużyn. Platformą zmagań jest gra Counter-Strike: Global Offensive, pozostająca od lat w czołówce gier komputerowych na świecie. Pula nagród, o które jesienią walczyły drużyny, to 100 tys. zł w Dywizji Mistrzowskiej i 10 tys. zł w Lotto Dywizji Profesjonalnej. Finałowe rozgrywki zgromadziły w peaku blisko 11 tys. widzów na Twitchu i ponad 53 tys. w kanale telewizyjnym Polsat Games.

Chcemy krok po kroku dążyć do coraz większej profesjonalizacji rynku, ale też wszystkich drużyn, które występują w ramach Polskiej Ligi Esportowej. Myślę, że już niedługo będziemy namacalnie widzieli, jak bardzo ten rynek się sprofesjonalizował i jak bliski jest chociażby benchmarkom lig sportowych – mówi Paweł Kowalczyk.

W 2021 roku PLE planuje rozbudować rozgrywki o nowe tytuły. Chce także wspierać ligi amatorskie promujące e-sport jako dyscyplinę sportową, ligi szkolne czy regionalne. Start rozgrywek przewidziany jest na marzec/kwiecień 2021 roku.

Zależy nam na tym, żeby w coraz większym stopniu, wraz ze zmniejszaniem restrykcji covidowych, być obecnym w świecie offline’owym, żeby kibice mieli możliwość styku z zawodnikami. Sami zawodnicy chcą rywalizować w ramach takich wydarzeń, bo brakuje im fizycznej rywalizacji – zapowiada prezes PLE.