Na świecie e-arbitraż coraz bardziej popularny. W Polsce barierą nieżyciowe przepisy

W ustawie z dnia 10 września 2015 roku o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów (Dz. U. z 2015 r., poz. 1595) postanowiono między innymi, że sprawy o nadanie klauzul wykonalności wyrokom sądów arbitrażowych będą odtąd toczyć się przed sądami apelacyjnymi, zamiast przed sądami właściwości ogólnej dłużników. Wnioski zaś wierzycieli w tej materii, nie dość, że już obciążone wpisem sądowym w wysokości 300 złotych, miały być odtąd dłużnikom dodatkowo doręczane, by ci mieli szansę na ewentualną odpowiedź. Drakońskie przepisy weszły w życie z początkiem 2016 roku. W zasadzie te przepisy zablokowały wprowadzenie e-arbitrażu dla małych spraw np. przy oszustwach przy zakupach w sklepach internetowych. Przy opłacie 300 złotych zwyczajnie się to nie opłacało. Dlaczego tak się stało i jak to zmienić?

W lutym 2015 roku w spółce Petro Invest Plus S.A. nieoczekiwanie pojawił się komornik. Okazał tytuł wykonawczy: wyrok Niezależnego, Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego Binar z siedzibą w Warszawie i dość szybko zajął konta firmy. Był tylko jeden problem. Nikt w spółce Petro Invest Plus S.A. nigdy nie słyszał ani o rzekomym wierzycielu, który oddał sprawę do sądu Binar, ani o samym sądzie. Jak ustalili prokuratorzy, w latach 2013 – 2015 oszuści z Estonii stworzyli fikcyjny sąd arbitrażowy i sfałszowali wyroki wobec 56 innych jeszcze polskich spółek. Jakkolwiek sprawcy siedzą już w więzieniu, to jednak tak się nieszczęśliwie złożyło, że swą przestępczą działalność prowadzili w tym samym okresie, kiedy polski parlament pracował nad przepisami o wspieraniu polubownych metod rozwiązywania sporów. Zmienili w konsekwencji historię polskiego arbitrażu. W praktyce ta sprawa i zmiana prawa zamknęła drzwi sądów arbitrażowych dla spraw mniejszej wagi, drobnych, o masowym charakterze.

Nowe technologie i nowe sądy

Tymczasem już kilka lat po rygorystycznej zmianie przepisów o arbitrażu, nowe technologie dały asumpt do powstawania sądów arbitrażowych online. Takie rozwiązania stają się powoli światowym standardem, popularnym, bo odciążają sądownictwo państwowe. E-arbitraż wszedł przy tym w branże niezagospodarowane dotąd przez „stacjonarne” sądy polubowne – zakupy w sklepach internetowych, pożyczki konsumenckie, rachunki za media czy niezapłacone faktury. Jego czołowymi przedstawicielami są: brytyjski Online Civil Money Claims Court, kanadyjski Civil Resolution Tribunal, amerykański e-arbitraż eBay, rozpoznający 60 milionów drobnych sporów rocznie oraz mający porównywalną ilość spraw, chiński West Lake Court w Hangzhou, zaś na polskim podwórku: Ultima Ratio, CODR czy OAC. Dzięki szybkiej procedurze, w pełni cyfrowym aktom spraw, elektronicznym doręczeniom i multimedialnym środkom dowodowym e-arbitraż doskonale radzi sobie z drobnymi sprawami, a strony są z tej formy rozwiązywania sporów bardziej niż zadowolone. Postępowania trwają bowiem krótko, a prowadzi się je wygodnie, niedrogo oraz – co w czasach pandemii COVID-19 niezwykle ważne – bez wychodzenia z domu.

Dwa scenariusze rozwoju e-arbitrażu w Polsce

Dla krajowych podsądnych, powyższe ułatwienia kończą się jednak w chwili składania wniosku o klauzulę wykonalności dla uzyskanego orzeczenia. Strona, którą np. oszukano podczas zakupów w sklepie internetowymi i która uzyskała korzystny dla siebie wyrok arbitrażowy, musi złożyć wniosek o jego zatwierdzenie w jednym z 11 sądów apelacyjnych oraz uiścić opłatę w wysokości 300 złotych. Tymczasem cała wartość przedmiotu sporu w sprawach konsumenckich rzadko przekracza taką kwotę. Wniosek jest też doręczany sprzedawcy, pomimo że miał on już w trakcie postępowania arbitrażowego możliwość przedstawienia swoich argumentów. Czy powyższe niedogodności zahamują rozwój e-arbitrażu w zakresie drobnych roszczeń? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy rozważyć dwa scenariusze.

W pierwszym, e-arbitraż w sprawach mniejszej wagi, drobnych, o masowym charakterze nie przyjmuje się. Uciążliwe postępowania klauzulowe przed sądami apelacyjnymi i opłata w wysokości 300 złotych okażą się zbyt dużym obciążeniem dla stron drobnych umów zwyczajowo zawieranych w obrocie. W rezultacie sprawy drobne, o masowym charakterze, będą jak dotąd „wpychane” do sądów powszechnych, konkurując na biurkach sędziów o uwagę ze sprawami naprawdę poważnymi. Konsumenci zaś nadal będą skazani na powiatowych i miejskich rzeczników konsumentów, którzy – chociaż pomocni – nie mogą wydawać wiążących rozstrzygnięć w indywidualnych sprawach.

W tym wypadku zachowane zostanie po prostu status quo, a sytuacja i tak będzie w miarę znośna w porównaniu z konsekwencjami ziszczenia się scenariusza numer dwa. Może bowiem okazać się, że strony będą decydować się na e-arbitraż nawet w drobnych sprawach, bo jego zalety i tak rekompensują koszty i niedogodności związane z postępowaniem klauzulowym. Sądy apelacyjne zostaną wówczas zasypane wnioskami o klauzule wykonalności w tak trywialnych sprawach, jak reklamacje kupionego w sieci obuwia czy niezapłacone rachunki za telefon komórkowy.

Jakie rozwiązania w polskim prawie należy wprowadzić dla rozwoju arbitrażu?

Niezależnie zatem od tego, w którym kierunku będą ewoluować sympatie osób poszukujących zmiany, należałoby już dziś gruntownie przemyśleć kwestię kontroli wyroków sądów polubownych przez system sądownictwa powszechnego. Powstanie e-arbitrażu daje wymiarowi sprawiedliwości unikalną szansę na przekierowanie tam strumienia spraw, które nigdy nie powinny trafić na wokandy sądów powszechnych. Państwo i tak ma przecież obowiązek wspierania pozasądowych metod rozstrzygania sporów, a na arbitraż zgodzić się muszą obydwie strony.

Po pierwsze, z pewnością powrót do poprzedniego stanu prawnego, gdzie klauzule wykonalności wyrokom sądów polubownych nadawały sądy powszechne właściwości ogólnej dłużnika, wydaje się być dziś rozwiązaniem nie tyle pożytecznym, co nieodzownym. Po drugie zaś, aby usatysfakcjonować sceptyków obawiających się potencjalnych nadużyć, należałoby rozważyć celowość roztoczenia nad stałymi sądami polubownymi mechanizmów kontrolnych o charakterze regulacyjnym. Podobne rozwiązania obowiązują już w przypadku sporów konsumenckich, co do których UOKiK prowadzi listę stałych sądów arbitrażowych uprawnionych do ich rozwiązywania. Będąc w pełni świadomym delikatnej natury tego zagadnienia, listę mógłby prowadzić UOKiK lub któryś z sądów rejestrowych, zaś obecność na niej mogłaby skutkować prostszą procedurą klauzulową.

W rezultacie, gdyby ktoś znowu złożył wniosek o nadanie klauzuli wykonalności wyrokowi Niezależnego, Międzynarodowego Sądu Arbitrażowego Binar z siedzibą w Warszawie, zarówno spółka Petro Invest Plus S.A. jak i sąd rozpoznający sprawę mógłby szybko wniosek zweryfikować, sprawdzając, czy sąd taki w ogóle figuruje na urzędowej liście.

Mec. Robert Szczepanek, współtwórca Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP

Kolejne lepsze dane z Europy

Ostatnimi czasy mamy całą serię lepszych danych ze starego kontynentu, które powodują coraz większą słabość dolara względem euro. Kolejne odczyty PMI tylko potwierdzają te obserwacje.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy pakiet ważnych danych z USA. Z jednej strony nadzieje inwestorów zawiódł wynik indeksu New York Empire State, który wynosi już zaledwie 4,9 pkt wobec oczekiwanych dwóch punktów więcej. Z drugiej strony lepiej wypadła produkcja przemysłowa i wykorzystanie mocy produkcyjnych. Dane te nie spowodowały jednak większego zawirowania na rynkach walutowych.

Dobre perspektywy Europy

Po w miarę neutralnych danych z USA przyszedł dzisiaj czas na kolejne lepsze dane z Unii Europejskiej. Indeksy koniunktury po raz kolejny zapowiadają wyraźną poprawę. Dla całej strefy euro indeks PMI dla przemysłu osiągnął 55,5 pkt, duża w tym zasługa wyraźnie lepszych od oczekiwań danych z Niemiec. Co ważne, największa poprawa jest w subindeksie dla usług. Jest to wzrost o ponad 5 pkt względem zarówno oczekiwań, jak i poprzedniego miesiąca. Oznacza to, że zbliżamy się wyraźnie do momentu, kiedy liczba pozytywnie nastawionych osób w przemyśle zrówna się z pesymistami. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Euro zyskuje wyraźnie względem dolara, ustanawiając tym samym kolejne maksima od pierwszej połowy 2018 roku.

Dobre dane również na Wyspach

Podobnie jak na kontynencie, optymizm badanych wzrósł w Wielkiej Brytanii. Na Wyspach nie było jednak widać aż tak wyraźnej poprawy w przypadku usług, głównie ze względu na znacznie lepszy rezultat miesiąc temu. Z drugiej strony lepsze dane dla przemysłu spowodowały, że (pomimo lepszych danych ze strefy euro) funt pozostał stabilny pod kątem wartości względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – indeksy PMI dla przemysłu i usług,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

COVID-19 zmienił bankowość i znacząco przyśpieszył rozwój kanałów cyfrowych

Szeroki wachlarz usług dodanych w bankach będzie rynkowym wyróżnikiem. W ofercie pozabankowej cyfrowi liderzy wyprzedzili mniej zaawansowane technologicznie firmy o 13 p.p.

Przeciętny klient indywidualny oczekuje większej liczby usług dodanych w bankowej ofercie. Jak wynika z raportu Digital Banking Maturity 2020. How banks are responding to digital (r)evolution?, banki w Polsce konsekwentnie stawiają na rozwój usług pozabankowych, czyli tzw. usług beyond banking, w tym także tych o charakterze komercyjnym. 81 proc. z nich oferuje doładowanie telefonu komórkowego, a ponad połowa dostęp do programów lojalnościowych. Eksperci firmy doradczej Deloitte wskazują, że w przeciwieństwie do banków będących światowymi liderami cyfrowymi, banki nad Wisłą oferują swoim klientom znacznie bogatszą ofertę usług publicznych.

„Digital Banking Maturity 2020” to czwarta edycja największego na świecie badania z zakresu bankowości cyfrowej, które w tym roku objęło 318 banków z 39 krajów, w tym 13 z Polski. Pięć z nich to cyfrowi liderzy, czyli banki, które oferują szeroką gamę funkcji istotnych dla klientów oraz zapewniają najwyższy poziom doświadczenia klienta.

Cyfrowi liderzy na całym świecie wyprzedzają konkurentów we wszystkich obszarach – od zbierania informacji po zakończenie relacji z klientem. Tak jest również w przypadku usług tzw. beyond bankingu, czyli usług pozabankowych. W ostatnich dwóch latach liderzy wyprzedzili mniej rozwiniętą w tym obszarze konkurencję o 13 p.p. Dzięki temu ich klienci w jednym miejscu mają dostęp do funkcji, które normalnie wymagałyby korzystania z innych serwisów, czy instalowania specjalnych aplikacji – mówi Michael Wodzicki, Partner odpowiedzialny za obszar SAMA w Deloitte – Strategy, Analytics, M&A.

Świat stawia na usługi komercyjne

Jak wynika z raportu Deloitte, usługi dodane (z ang. VAS – Value Added Services) to jeden z elementów budujących przewagę konkurencyjną instytucji finansowych. Banki dodatkowo oferują klientom głównie usługi komercyjne. Wśród cyfrowych liderów na całym świecie, aż 82 proc. daje możliwość doładowania telefonu komórkowego, a 79 proc. proponuje klientom rabaty i promocje. 77 proc. z nich umożliwia dostęp do programów lojalnościowych, a 13 proc. do kart podarunkowych.

Eksperci sprawdzili, jak na tle świata wypada Polska. 81 proc. wszystkich badanych banków oferuje klientom doładowanie telefonu komórkowego, 54 proc. programy lojalnościowe, a 46 proc. rabaty i promocje. Klienci znajdą karty podarunkowe u 12 proc. banków. Polska może poprawić pewne obszary, ale banki znad Wisły nie odstają od światowej czołówki. Do globalnych cyfrowych liderów w raporcie porównano ogół banków z Polski, a nie tylko piątkę najlepszych.

Branża powinna stale śledzić międzynarodowe trendy i inspirować się najlepszymi przykładami z rynku. Usługi dodane już teraz są pożądane przez klientów, a popyt będzie rósł w miarę rozwoju technologii. O tym, kto zostanie liderem w przyszłości, zdecyduje wyjście poza tradycyjną bankowość. Polskie banki zrobiły ten krok w obszarze usług publicznych i obecnie prześcigają w nim wiele światowych instytucji
– mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce w Deloitte.

W banku zarejestrujesz firmę i kupisz bilet

Prawie połowa polskich banków oferuje ubieganie się o świadczenia socjalne (42 proc.), 15 proc. rejestrację przedsiębiorstwa, 12 proc. sprawdzanie statusu ubezpieczenia społecznego, a 4 proc. złożenie PIT. Pod tym względem cyfrowi liderzy z całego świata zostali w tyle. Wyniki dla poszczególnych usług wynoszą odpowiednio: 11 proc., 6 proc., 11 proc. i 2 proc.

Warto jednak zaznaczyć, że usługi komercyjne i publiczne nie są nowością na rynku, a klienci coraz częściej traktują je jako pewnik. Wyższy potencjał wyróżnienia się mają na przykład usługi dodatkowe związane z transportem. Nie chodzi o te najpopularniejsze, jak zakup biletów komunikacji miejskiej. Bank zdobędzie klientów na przykład możliwością rezerwacji noclegu czy lotu – mówi Wiesław Kotecki, lider zespołu Experience Design w Deloitte Digital.

42 proc. cyfrowych liderów na świecie oferuje klientom zakup biletów parkingowych i komunikacyjnych. W Polsce to 15 proc. banków. Polacy mogą zapłacić za autostradę w 23 proc. badanych banków, a taką możliwość daje 16 proc. cyfrowych liderów na świecie. Tylko 4 proc. banków znad Wisły proponuje rezerwację hoteli, lotów i pociągów, a także zakup dostępu do saloników lotniskowych. Wśród najlepiej rozwiniętych cyfrowo banków na świecie to odpowiednio 24 proc. i 10 proc.

Rozrywka przyciągnie klienta nawet w czasie kryzysu

Banki najrzadziej oferują usługi pomocnicze i rozrywkowe, czyli te z najwyższym potencjałem wyróżnienia się na rynku. Do tych pierwszych zalicza się: cloud storage (27 proc. wśród globalnych liderów i 12 proc. w bankach w Polsce), określenie zdolności kredytowej (24 proc. vs. 0 proc.) i usługi Concierge (6 proc. vs. 8 proc.), czyli pomoc bankowego asystenta dla klientów zamożnych.

Banki w Polsce nie oferują klientom dostępu do VOD czy zamawiania książek lub e-booków. Wśród cyfrowych liderów to również niespotykana praktyka. Tylko 3 proc. może pochwalić się udostępnianiem wideo na życzenie, a 2 proc. możliwością zakupu książek. 8 proc. banków w Polsce i 18 proc. cyfrowych liderów na świecie oferuje zakup biletów do kina czy teatru, a odpowiednio 4 proc. i 13 proc. – bilety na różnego rodzaju wydarzenia. Rozwój tego obszaru może więc wpłynąć na zdobycie przewagi konkurencyjnej
– mówi Daniel A. Majewski, Starszy Menadżer w dziale Strategii Cyfrowej, Deloitte.

Rozszerzanie usług beyond bankingu jest szczególnie ważne w warunkach niskich stóp procentowych, kiedy banki starają się przejść z dochodów odsetkowych do pozaodsetkowych opartych na prowizjach. Instytucje, które wiedzą jak spieniężyć potencjał Value Added Services i wybrać te z największym potencjałem, łatwiej poradzą sobie nawet w czasie niestabilności rynkowej.

Megatrendy zmieniają rynek nieruchomości

Digitalizacja i automatyzacja, elastyczność, zmiany w naturze procesów biznesowych spowodowane rozwojem nowych technologii to tylko niektóre z obserwowanych megatrendów, które wpływają na rynek nieruchomości.

Rok 2020 to dla wielu firm czas transformacji i przyspieszonego wprowadzania rozwiązań, które ze względu na pandemię stały się priorytetowe. Mowa tu nie tylko o przechodzeniu z tradycyjnego modelu pracy na bardziej elastyczny, ale o holistycznym spojrzeniu na organizacje i użytkowane przez nie budynki. Przed wyzwaniem dostosowania się do nowych warunków stanęli pracodawcy, właściciele nieruchomości oraz eksperci ds. budowania strategii środowiska pracy, którzy muszą przemyśleć, w jaki sposób dopasować przestrzeń biurową do zmieniających się potrzeb użytkowników i obserwowanych na rynku megatrendów.

Pandemia przyspieszyła zmiany, które można było zaobserwować już wcześniej, dotyczące zarówno pracy zdalnej, oczekiwań pracowników w zakresie większej elastyczności ze strony pracodawców, jak również konieczności przeanalizowania modelu biznesowego przyjętego przez właścicieli budynków i jeszcze lepszego dopasowania go do oczekiwań najemców.

Choć wielu najemców w perspektywie krótkoterminowej wstrzymało się od podejmowania decyzji w odniesieniu do najmu powierzchni, to w wymiarze długofalowym te decyzje będą musiały wreszcie zapaść. Wiele firm zdecyduje się zapewne na model hybrydowy, a więc połączenie tradycyjnego najmu z komponentem elastycznym, w odpowiedzi na obserwowaną obecnie dużą nieprzewidywalność cykli biznesowych. Takie rozwiązania wiążą się z dodatkowymi kosztami, które firmy będą jednak skłonne ponieść, żeby zapewnić sobie większe możliwości szybkiej reorganizacji zasobów. Dostęp do powierzchni elastycznych staje się bowiem kluczowym elementem strategii firm dotyczącej nieruchomości. Przyszłością są aplikacje oferujące dostęp do przestrzeni elastycznych takie, jak np. Colliers Mobility Pass, która umożliwia rezerwację przestrzeni w ponad 5 tysiącach coworków w 70 krajach, w tym w ponad 60 w Polsce, ulokowanych nie tylko w dużych miastach, ale też w mniejszych, jak Żyrardów czy Konstancin. To wychodzenie naprzeciw potrzebom pracowników, którzy coraz częściej będą oczekiwać, aby cowork znajdował się blisko ich domu. Korzystanie z tej wirtualnej platformy daje małym i dużym firmom, ale też start-upom czy freelancerom dostęp do biur on-demand.

Na te wszystkie dynamiczne zmiany na rynku, których jesteśmy świadkami, nakładają się dodatkowo następujące megatrendy, które również powinny wziąć pod uwagę podmioty działające na rynku nieruchomości, budując swoje strategie biznesowe na kolejne lata:

Rozwój technologii powoduje zmiany w naturze procesów biznesowych

Proste prace i zadania poddaje się automatyzacji, a sztuczna inteligencja wspiera coraz to nowsze sektory gospodarki. W związku z tym zmienia się też profil pracownika poszukiwanego przez firmy. Maszyny nie są w stanie poradzić sobie ze wszystkimi aspektami, dlatego człowiek pozostaje niezbędny tam, gdzie wymagana jest kreatywność czy zdolność do elastycznego reagowania w nieprzewidywalnych sytuacjach. Pracownicy z takimi właśnie umiejętnościami są i będą w przyszłości najbardziej atrakcyjni dla pracodawców. Ta ewolucja profilu pracownika zmienia również potrzeby firm pod kątem ich przestrzeni biurowej. Rośnie zapotrzebowanie na pomieszczenia sprzyjające kreatywności, przystosowane pod spotkania zespołowe, burze mózgów, w których praca nie kręci się już wokół biurka.

Transformacja cyfrowa i nowe modele organizacji

Coraz więcej organizacji wypłaszacza swoje struktury, przechodzi w model matrycowy typu agile, gdzie ważniejsze od tradycyjnej hierarchii jest skupienie się na użytkowniku, projekcie, końcowym produkcie i czasie potrzebnym na wprowadzenie go na rynek (time to market), a także na szybkości reagowania na zmieniające się warunki. Z taką transformacją mierzy się coraz więcej organizacji, co z kolei ma wpływ na to, jakiej przestrzeni potrzebują i czego oczekują od rynku nieruchomości. 

Nieruchomość jako usługa

Koncept real estate as a service nie jest nowy, ale ze względu na pandemię dodatkowo zyskał na znaczeniu. Do tej pory istota nieruchomości polegała na tym, że ona po prostu istniała, zbudowana w określonej lokalizacji. Obecnie coraz ważniejsza staje się warstwa usługowa, którą w oparciu o dane nieruchomości można zbudować. Jak się okazuje, niektóre firmy, np. z sektora proptech czy coworki, są w stanie dużo lepiej wykorzystać dane dotyczące potrzeb i zachowań użytkowników udostępniane przez budynek niż właściciele tych nieruchomości. Warstwa usługowa obiektu oraz monetyzacja danych, których dostarcza, mogą okazać się dużo bardziej przyszłościowym modelem biznesowym niż nieruchomość jako taka. Mowa tu o digital workplace, czyli synergii fizycznego środowiska (bricks), potrzeb użytkowników (bahaviour) i tego, co nam daje warstwa cyfrowa nieruchomości, a także technologie, które możemy w tych nieruchomościach zaimplementować (bytes). Holistyczne spojrzenie na te wszystkie aspekty pozwala nam zebrać kompletne dane, by zaprojektować przestrzeń dopasowaną do potrzeb użytkowników. W zbieraniu danych o nieruchomości mogą pomóc aplikacje, które m.in. monitorują sposób wykorzystania przestrzeni przez użytkowników, takie jak np. Office App. Jednak aplikacje nie tylko dostarczają nam cennych danych, ale też ułatwiają zarządzanie biurem, zapewniając np. mobilny dostęp do budynku, nawigację po powierzchni, rezerwację miejsc parkingowych czy rejestrację gości. Zebrane w ten sposób dane wykorzystuje się do analizy wynajmowanej przez firmę przestrzeni, co pomaga w jej dopasowaniu do faktycznych potrzeb użytkowników.

Inside out design

Do tej pory biurowce rzadko były budowane w modelu inside out design, czyli projektowane od wewnątrz na zewnątrz, gdzie najpierw skupiamy się na tym, kim jest użytkownik obiektu. W ten sposób powstaje wiele produktów i ten sam model będzie musiał też zaadaptować rynek nieruchomości. Należy zatem przeanalizować, kim są ludzie, którzy będą z danego budynku korzystać – czego potrzebują, jak żyją, co lubią, a czego nie. Powinny powstać szczegółowe profile użytkowników, które do tej pory rzadko były tworzone w skrupulatny sposób. Dopiero z takiej analizy będą wynikały decyzje dotyczące funkcji, struktury, wielkości i innych cech budynku.

Możemy zauważyć, że obserwowane megatrendy będą w szczególności wpływać na szersze zastosowanie nowych technologii przez organizacje i właścicieli nieruchomości. Firmy odkrywają potencjał wykorzystywania aplikacji mobilnych czy wirtualnych systemów do analizy potrzeb biznesowych oraz tworzenia jak najlepiej dopasowanych do obecnych realiów miejsc pracy – skupionych wokół bezpieczeństwa użytkownika i jego komfortu, pobudzających kreatywność, a także dających możliwość szybkiej reorganizacji przestrzeni w wymagających tego sytuacjach.

Komentarz Moniki Rajskiej-Wolińskiej, partner zarządzającej Colliers International w Polsce

Testerzy oprogramowania – rosną pensje i liczba ofert

Pandemia w sposób zdecydowany przyspieszyła proces transformacji cyfrowej praktycznie wszystkich sektorów gospodarki. Wpłynęła także na szybszy rozwój branży e-commerce oraz wygenerowała popyt na nieznane do tej pory e-usługi. To wszystko z kolei spowodowało wzrost znaczenia na rynku pracy testerów oprogramowania, których 1/5 deklaruje wzrost wynagrodzenia aż o 30% w stosunku do ubiegłych lat. 

Wzrost zapotrzebowania na usługi mobilne, rozwój e-commerce i bankowości elektronicznej, w końcu – pojawienie się nowych funkcjonalności, jak np. e-konsultacje lekarskie i e-recepty, to zaledwie kilka przykładów, jak pandemia wpłynęła na wzrost liczby inicjatyw związanych z digitalizacją w sektorach, które dotąd obsługiwali ludzie.

 

– Z naszych obserwacji wynika, że dziś automatyzacja zostaje wymuszona nawet w firmach, które rozważały ją dopiero w perspektywie kolejnych lat  – tłumaczy Michał Buczko, ekspert z firmy TestArmy Group.

Trend ten potwierdza Dominika Opozda, starszy rekruter IT & Telecoms w Devire. Ekspertka podkreśla, że od początku pandemii widać dynamiczny wzrost popytu na testerów w branżach niezwiązanych z programowaniem. – Chodzi przede wszystkim o takie sektory, jak medyczny, finansowy czy e-commerce. W ich przypadku liczba ofert pracy dla testerów w ostatnich miesiącach wzrosła średnio o 15% – podsumowuje.

Z czego wynika ta sytuacja? Oprócz trwającej od lat rewolucji technologicznej, jednym z głównych powodów jest fakt, że w związku z pandemią nowy etap automatyzacji nadszedł dość niespodziewanie. – Myślący o rozwoju przedsiębiorcy wdrażają digital transformation licząc na to, że nowe technologie pozwolą im na odzyskanie stabilności czy podniesienie konkurencyjności podczas walki o nowe kontrakty. Dziś mało kto działa ad hoc i stąd naturalnie rosnąca rola testerów oprogramowania – mówi Michał Buczko z TestArmy Group.

Na jakich testerów jest obecnie największy popyt?

Wartość globalnego rynku testowania oprogramowania w 2019 roku przekroczyła 40 miliardów dolarów i choć ubiegłoroczne szacunki wskazywały, że w ciągu następnych sześciu lat (do 2026 r.) ta wycena sięgnie 60 mld usd (przy założonym rocznym wskaźniku wzrostu CAGR na poziomie 9,48%), w związku z globalną sytuacją eksperci przewidują zdecydowanie większe wzrosty. Jak to się przekłada na sytuację pracowników tej branży w Polsce?

W 2020 roku zapotrzebowanie na testerów dynamicznie wzrosło – przede wszystkim w branżach niezwiązanych stricte z IT. Powstające aplikacje są bowiem coraz bardziej złożone i wymagają większych nakładów pracy, aby je przetestować. Zwiększa się liczba ich funkcji, a także rośnie liczba niezbędnych do sprawdzenia danych – mówi Joanna Zajchowska, manager zespołu rekrutacyjnego IT Outsourcing w Devire.

Z doświadczenia Devire i TestArmy Group wynika, że obecnie na najwięcej ofert pracy mogą liczyć kolejno – testerzy manualni/QA, a następnie automatyczni, w tym testujący cyberbezpieczeństwo. Jednocześnie największe zapotrzebowanie jest na specjalistów doświadczonych w testowaniu sklepów internetowych (w związku z przenoszeniem działalności do strefy online). Podobną sytuację obserwuje się też w przypadku usług medycznych (testowania wymagało choćby uruchomienie teleporad na znacznie większą skalę niż dotychczas). Poza tym na liczbę ofert pracy nie mogą narzekać testerzy specjalizujący się w rozwiązaniach bankowych.

Czy opłaca się być testerem?

O dobrej sytuacji testerów na rynku pracy świadczy fakt, że 62% z nich nie szuka aktywnie pracy, choć jest otwarta na nowe propozycje pracodawców. Poza tym aż 21% z nich deklaruje, że ich wynagrodzenie wzrosło w 2020 roku o 30%, jak wynika z badania Devire „Branża IT w nowej rzeczywistości”. Nawet zarobki najmłodszego stażem juniora (tester manualny) przedstawiają się atrakcyjnie, wynosząc od 5,5 tys. zł brutto przy umowie o pracę do 6,5 tys. zł netto przy własnej działalności gospodarczej. Oczywiście najwięcej zarabiają seniorzy. Ich pensje na kontrakcie wynoszą nawet 14,5 tys. zł netto oraz 17,5 tys. zł brutto przy UoP. Wysokie wynagrodzenia są jednak związane z faktem, że specjaliści na takich stanowiskach są często odpowiedzialni także za planowanie i wdrażanie procesów, rozmowy biznesowe czy negocjacje z klientami, są więc tak naprawdę nie tylko testerami, ale sprawnymi managerami.tabelka_b2b tabelka_uop

– Testerów z odpowiednio dużym doświadczeniem jest obecnie za mało i nie zapowiada się, że ta sytuacja ulegnie zmianie. Większość uczelni ukierunkowana jest na kształcenie przyszłych programistów, a i wielu testerów samemu obiera tę drogę. W wyniku tego brakuje midów i seniorów, dlatego firmy będą radzić sobie z tym przenosząc część odpowiedzialności na resztę zespołu, czyli deweloperów, architektów itd. – tłumaczy Michał Buczko.

Nikogo nie stać na błędy

Wiele firm pod wpływem pandemii wstrzymało mniejsze projekty, przyspieszając rozwój tych strategicznych, np. związanych z autonomicznymi samochodami, które mogłyby służyć za taksówki w sytuacji, gdyby rządowe obostrzenia zakazałyby pracy kierowcom. Nie zapominajmy też, że w Polsce działa wiele software house’ów, a ich spory procent realizuje projekty dla firm z zagranicy. Słowem: jest co testować – szczególnie, że liczne przedsiębiorstwa przeszły w zdalny tryb pracy, a część sklepów dotychczas dostępnych tylko offline zaczęło sprzedaż internetową. Online możemy załatwić też coraz więcej spraw urzędowych. Powstają aplikacje do kwarantanny, rozwija się telemedycyna w postaci np. opasek monitorujących zdrowie pacjentów i wysyłających cyklicznie dane do ich lekarzy. Dlatego eksperci z TestArmy Group prognozują, że najbliższa przyszłość wymusi u przedsiębiorców jeszcze większą uwagę i ostrożność w zakresie wypuszczanych na rynek produktów.

Choć krótkoterminowe oszczędności kuszą, wcześniej czy później odbiją się one czkawką w postaci np. sporych kar finansowych za konsekwencje wypuszczenia na rynek produktu z błędami. Firmy muszą znaleźć balans pomiędzy cięciem kosztów, a zadbaniem o długofalowe skutki swoich działań. Nie zapominajmy, że wygrywając bitwę kosztem poświęcenia jakości, w przyszłości zapewne przegramy wojnę – podsumowuje Wojciech Humiński, COO TestArmy Group.

Oprac.: TestArmy Group na podstawie danych własnych i Devire

Przychody właścicieli centrów handlowych w 2020 r. mniejsze nawet o 35 proc.

Efektem zamknięcia centrów handlowych w czasie pandemii jest luka w przychodach ich właścicieli sięgająca poziomu od 3,2 do nawet 3,6 mld zł, czyli ok. 30-35 proc. rocznych przychodów – wynika z raportu “Centra handlowe na zakręcie. Wpływ COVID-19”, przygotowanego przez firmę doradczą PwC we współpracy z Polską Radą Centrów Handlowych. W raporcie nie uwzględniono ponownego zamknięcia centrów handlowych w listopadzie ze względu na niezakończony okres rozliczeniowy podczas przeprowadzania analizy. Eksperci podkreślają, że problemy finansowe branży handlowej, zarówno najemców, jak i wynajmujących, mogą silnie wpłynąć na całą gospodarkę, w tym na miejsca pracy – obecnie w centrach handlowych w Polsce pracuje ponad 400 tys. osób.

Autorzy raportu szacują, że luka w przychodach właścicieli centrów handlowych w 2020 r. wynosi od 3,2 do 3,6 mld zł, co stanowi ok. 30-35% rocznych przychodów. To bezpośredni efekt
7-tygodniowego wiosennego zamknięcia centrów handlowych w związku z trwającą pandemią COVID-19 i zwolnień najemców z czynszu, co daje kwotę od 1,3 do 1,4 mld zł oraz obniżek czynszów udzielonych przez wynajmujących na rzecz najemców do końca roku w wysokości od ok.1,9 do 2,2 mld zł. Jednocześnie, właściciele cały czas ponoszą stałe koszty z tytułu utrzymania nieruchomości, ich zarządzania oraz obsługi długu bankowego.

Pandemia pogorszyła sytuację finansową zarówno najemców, jak i wynajmujących. Zamknięcie centrów handlowych na wiosnę oraz w listopadzie, działalność w nowej rzeczywistości i rygorze sanitarnym odbiły się na wynikach branży. Po ponownym otwarciu centrów handlowych 4 maja zarówno średni poziom liczby odwiedzających, jak i obroty najemców, pozostawały niższe niż w analogicznych okresach lat ubiegłych. Co ważne, uruchomione tarcze antykryzysowe i finansowe w ograniczonym stopniu obejmują właścicieli centrów handlowych. Działają oni bowiem w modelu spółek celowych, niezatrudniających bezpośrednio pracowników. Taka forma działalności wynika wprost z wymogów instytucji finansujących budowę lub zakup nieruchomości, np. banków” – mówi Kinga Barchoń, partner w PwC, lider sektora nieruchomości.

Z danych zebranych w raporcie wynika, że udział handlu w PKB Polski w 2019 r. wyniósł 15,5%. Centra handlowe stanowią istotny element polskiej gospodarki – ich wpływy do budżetu z tytułu VAT w poprzednim roku wyniosły ok. 21 mld zł, a 2,4 mld zł wpływa rocznie do budżetów państwa i samorządów od właścicieli centrów handlowych i najemców łącznie z tytułu CIT, podatku od nieruchomości oraz opłaty za użytkowanie wieczyste. W centrach handlowych w Polsce pracuje ponad 400 tys. osób, które wpłacają do budżetu państwa rocznie ok. 6,8 mld zł z tytułu PIT i składek na ubezpieczenie społeczne.

„Rynek centrów handlowych tworzą wynajmujący i najemcy, a także setki firm zajmujących się bieżącą obsługą obiektów handlowych: sprzątaniem, ochroną, obsługą techniczną, księgowością, zarządzaniem nieruchomościami czy obsługą imprez. To podmioty zatrudniające tysiące pracowników i tworzące wspólnie system naczyń połączonych. Sektor centrów handlowych, ze względu na sposób finansowania projektów, jest także silnie powiązany z sektorem bankowym. W przypadku centrów handlowych zgodnie z umowami kredytowymi, właściciele nie tylko muszą spłacać raty kapitałowo-odsetkowe, ale również utrzymywać wybrane wskaźniki na określonym poziomie. Niespełnianie tych wymagań rodzi poważne konsekwencje – nawet ryzyko restrukturyzacji, czy wypowiedzenia umowy kredytowej. Problemy jednych podmiotów wpływają na kondycję pozostałych i w efekcie całej gospodarki. Właściwie ukierunkowana pomoc państwa umożliwiłaby wszystkim przedstawicielom branży wywiązanie się ze swoich zadań oraz regulowanie zobowiązań finansowych, w tym zobowiązań czynszowych oraz rat kapitałowo-odsetkowych na rzecz banków. W konsekwencji pozwoli to  uniknąć destabilizacji rynku, szeregu bankructw, czy likwidacji miejsc pracy na masową skalę” – mówi Jan Dębski, Prezes Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Ochrona sygnalistów – nowe obowiązki pracodawców od 2021 r.

Polska ma niecały rok na implementację dyrektywy o sygnalistach. Co oznacza, że w przyszłym roku czeka nas rewolucja na miarę RODO. Zwłaszcza, że nie został jeszcze przygotowany projekt ustawy dotyczącej sygnalistów.

Podmioty zarówno sektora publicznego jak i prywatnego będą zobowiązane do wdrożenia wewnętrznych procedur zgłaszania nieprawidłowości oraz ustanowienia w tym celu bezpiecznych kanałów zgłoszeń jak np. aplikacja, hotline, mail. Konieczne będzie również wyznaczenie bezstronnych osób obsługujących procedury zgłaszania nieprawidłowości tj. rozpatrujących zgłoszenia i prowadzących postępowania wyjaśniające.

– Termin na zastosowanie się do nowych obowiązków w sektorze prywatnym uzależniony jest od liczby zatrudnionych. Najpierw do 17 grudnia 2021 r. taki obowiązek obejmie podmioty zatrudniające 250 i więcej osób, a do 17 grudnia 2023 r. zatrudniających od 50 do 249 osób. Natomiast podmioty sektora publicznego będą musiały dostosować się do nowych przepisów już w przyszłym roku niezależnie od wielkości zatrudnienia – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Marta Kozak-Maśnicka, associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Oprócz wewnętrznego kanału raportowania, dyrektywa wprowadza jeszcze kanał zewnętrzny tj. zgłaszanie nieprawidłowości do właściwych organów tj. policja, prokuratura, urzędy skarbowe, czy Państwowa Inspekcja Pracy oraz trzeci kanał, czyli ujawnienie publiczne tj. publiczne upowszechnienie informacji za pośrednictwem mediów.

Oznacza to, że jeśli przedsiębiorcy nie wdrożą wewnętrznych kanałów sygnalizowania, albo nie będą budziły one zaufania pracowników np. zgłoszenia rozpatrywane będą przez osoby niebudzące zaufania, stronnicze, pracownik będzie mógł wyjść ze zgłoszeniem poza organizację np. do mediów. Stąd też celem pracodawców powinno być stworzenie takiej procedury, dzięki której pracownicy będą czuli się bezpiecznie jeśli zgłaszają informacje w dobrej wierze.

Dyrektywa przewiduje, że osoba zgłaszająca nieprawidłowość zgodnie z procedurami, mająca uzasadnione podstawy, by sądzić, że zgłaszane przez nią informacje są prawdziwe – będzie objęta szczególną ochroną. Oznacza to, że pracodawca nie będzie mógł zastosować żadnych działań odwetowych wobec takiej osoby w związku z dokonanym przez nią zgłoszeniem.

Zwolnienie, mobbing, nałożenie środków dyscyplinarnych, a nawet same groźby wobec sygnalisty będą oznaczały możliwość nałożenia na pracodawcę wysokich sankcji, nie wspominając o szerokim spektrum możliwych roszczeń pracownika (przywrócenie do pracy, odszkodowanie).

– Kary finansowe za działania odwetowe mogą być wysokie, podobnie jak w innych wprowadzanych niedawno aktach prawnych, można tu wspomnieć o projekcie ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który przewidywał kary do 60 mln zł – wyjaśnia M.Kozak-Maśnicka, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Choć obecnie nie ma nawet projektu polskiej ustawy wdrażającej dyrektywę o sygnalistach, to przedsiębiorcy powinni już dziś rozważyć wdrożenie takich procedur. I to nie tylko ze względu na zbliżający się obowiązek prawny, ale przede wszystkim ze względu na to, że umożliwienie swoim pracownikom, współpracownikom, a nawet kontrahentom zgłaszania nadużyć to skuteczny mechanizm zarządzania ryzykiem w przedsiębiorstwie.

Dobrze skonstruowany wewnętrzny system raportowania o nieprawidłowościach pozwala minimalizować ryzyka finansowe i wizerunkowe, dzięki zapobieganiu i wczesnemu wykrywaniu nadużyć. Jak pokazują badania międzynarodowe sygnaliści są najlepszym źródłem informacji gdyż to często oni pierwsi mają wiedzę o potencjalnych działaniach nielegalnych lub nieetycznych, które zagrażają interesom przedsiębiorstwa. Stąd też wdrożenie procedury informowania o nieprawidłowościach w miejscu pracy to także bardzo ważny krok w kierunku budowania etycznej kultury organizacyjnej w firmie, aby pracownicy nie bali zgłaszać się nadużyć i czuli się bezpiecznie. Na to potrzeba czasu, dlatego też zasadne jest wdrożenie procedur informowania o nieprawidłowościach jeszcze przed pojawieniem się aktu implementującego dyrektywę.

Organy nie potrafią udowodnić winy przedsiębiorcy, ale zwrotu VAT odmawiają

Przedsiębiorca prowadzi swoją działalność, dokonuje dostaw, w ramach których w przypadku wystąpienia nadpłaty w podatku od towarów i usług, zgodnie z prawem, standardowo, występuje o jego zwrot w 60-dniowym terminie. Ale gdy organy skarbowe powezmą podejrzenie, iż jego dostawy mogły mieć jakiś związek z szerszą karuzelą VAT, automatycznie, bez udowodnienia winy, wstrzymują, a następnie odmawiają mu prawa do zwrotu VAT. To nagminna praktyka fiskusa, której ostatnio sprzeciwił się głos orzecznictwa. Jak bowiem podkreślił sąd w Białymstoku, zarzucając firmie oszustwo, „Organ powinien rozważyć, czy jest w stanie wskazać dowody na świadomy udział skarżącej w nielegalnym procederze” (wyrok z 7 października 2020 r., sygn. I SA/Bk 399/20).

Tak ważny dla fiskusa podatek VAT

Podatki są głównym źródłem utrzymania państwa. Według bieżących informacji Ministerstwa Finansów stanowią one aż 87% wszystkich dochodów budżetowych („Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za styczeń – wrzesień 2020 r.” z dnia 21 października 2020 r.). Z kolei, jak wynika z podsumowania całego minionego 2019 r., ponad 41% wszystkich podatkowych wpływów budżetowych stanowiły wpływy z podatku VAT (blisko 181 mld zł). Podatek od towarów i usług stanowi więc najważniejsze źródło finansowania działalności państwa.

Nic dziwnego, że fiskusowi tak bardzo zależy na uszczelnieniu systemu VAT. A najlepiej do zabezpieczenia tego celu służy wstrzymywanie zwrotu VAT nadpłaconego przez przedsiębiorców do czasu zakończenia jego weryfikacji. Bo – jak zwrócił uwagę Naczelny Sad Administracyjny w wyroku z 25 maja 2018 r. – lepiej nie dokonywać zwrotu zbyt szybko, a najpierw dobrze sprawdzić jego słuszność, „…gdyż ta techniczna czynność zwrotu skutkować mogłaby daleko idącymi konsekwencjami prawnymi, tj. niemożliwością późniejszego odzyskania podatku w razie ustalenia, że ostatecznie zwrot nie był zasadny” (sygn. akt I FSK 579/18).

Odmowa zwrotu VAT w przypadku stwierdzenia karuzeli

Tylko że organy skarbowe przy określonych typach transakcji (np. wewnątrzwspólnotowych dostaw towarów) niemalże z automatu wstrzymują przedsiębiorcom zwroty VAT. Gdy zaś powezmą podejrzenie, że dostawy mogły być w jakikolwiek sposób powiązane z większym oszustwem karuzelowym, to bez względu na to, czy przedsiębiorca świadomie w nim uczestniczył, czy nie, odmawiają mu prawa do odliczenia VAT, oskarżając o jego celowe wyłudzenie. W wydanym w październiku 2020 r. wyroku takim działaniom sprzeciwił się WSA w Białymstoku.

Wewnątrzwspólnotowa dostawa towaru i znikający podatnik

Organ podatkowy odmówił spółce prawa do odliczenia blisko 0,5 mln zł VAT. Stwierdził, że wystawione przez nią faktury sprzedaży towaru na rzecz estońskiej spółki na kwotę ponad 2 mln zł nie odzwierciedlały rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Zdaniem naczelnika urzędu skarbowego polski przedsiębiorca pozorował dostawy celem wyłudzenia VAT, głównie dlatego, że towar po dostarczeniu za granicę wracał tym samym transportem do Polski, a przedsiębiorca o tym wiedział.

Łańcuch dostaw wyglądał tak, że polska spółka nabywała towar od polskich podmiotów, który następnie zbywała estońskiemu kontrahentowi. Ten z kolei odsprzedawał go łotewskiej firmie. Estońskie władze podatkowe informowały, że adres estońskiej spółki jest adresem, pod którym zarejestrowanych jest kilka podejrzanych firm. Na wystawionych przez nią fakturach miejsca załadunku są tożsame z miejscami rozładunku. Firma łotewska dostarczała towar z powrotem do Polski innemu kontrahentowi. Ten ostatni odbiorca towaru został uznany przez polskie organy skarbowe za tzw. znikającego podatnika, którego rola sprowadzała się wyłącznie do wprowadzenia na terytorium kraju towarów, bez rozliczenia podatku z tytułu WDT i do wygenerowania podatku naliczonego do odliczenia przez kolejny podmiot.

Śledztwo prokuratury nic nie wykazało

Organy przyznały, że w toku postępowania nie zebrano dowodów wskazujących w sposób jednoznaczny na świadomy udział polskiego przedsiębiorcy w transakcjach mających na celu wyłudzenie VAT. Przyznały również, że zwróciły się do prokuratury regionalnej z pytaniem, czy w toku śledztwa zgromadzono dowody wskazujące na jej świadomy udział w transakcjach mających na celu oszustwo podatkowe. Prokuratura odpowiedziała, że ani przedsiębiorcy nie przedstawiono żadnych takich zarzutów, ani zebrany materiał dowodowy nie pozwala na wysnucie wniosków, o jakie pytał fiskus.

Prokuratura prokuraturą, a fiskus ma swoje ustalenia

Organ podatkowy na podstawie objętych kontrolą transakcji, jak i tych wcześniejszych z udziałem spółki, stwierdził jednak, że powiązania osobowe zagranicznych kontrahentów spółki oraz skokowy wzrost wartości dokonywanych przez nią dostaw WDT w 2014 r., wysoka wartość liczonej w milionach złotych sprzedaży, przekładająca się na osiąganie przez nią znacznych korzyści finansowych, powinny wzbudzić w spółce podejrzenia, że transakcja, w której bierze udział, jest w rzeczywistości karuzelą VAT. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w odpowiedzi na odwołanie spółki, odnosząc się do ww. ustaleń prokuratury, poinformował, że odnoszą się one do karnego aspektu sprawy, a organy skarbowe badają jej aspekt podatkowy, co pozwala im na samodzielne gromadzenie dowodów i ustalanie stanu faktycznego. A spółka pozorowała działalność już na etapie rzekomego nabycia towaru, którym miała obracać m.in. dlatego, że jej główny dostawca nie posiadał nawet magazynu czy strefy produkcyjnej.

Przedsiębiorca to nie organ skarbowy

WSA w Białymstoku podzielił stanowisko organu co do zakwestionowania transakcji pomiędzy przedsiębiorcą a jedną z polskich firm w łańcuchu dostaw, bowiem firma ta nie prowadziła rzeczywistej działalności gospodarczej. Ale sąd zwrócił uwagę, że organy nie zakwestionowały prawdziwości dostaw przeprowadzonych pomiędzy przedsiębiorcą a innymi kontrahentami. Te dwa przeciwne ustalenia prowadzą do wniosku, że dla stwierdzenia o nielegalnym udziale przedsiębiorcy w obrocie towarem konieczne jest ustalenie, czy dochował on należytej staranności w doborze kontrahentów.

Sąd wskazał, że od dokonującego obrotu towarem przedsiębiorcy nie można oczekiwać zachowań właściwych dla organu podatkowego, chociażby dlatego, że nie dysponuje on instrumentami prawnymi, jakimi dysponuje organ. Można jednak wymagać od niego klasycznej przezorności w transakcjach handlowych, której zachowanie pozwala mu utrzymać prawo do odliczenia VAT, nawet jeśli gdzieś na którymś z etapów łańcucha dostaw rzetelność naliczeń tego podatku została przerwana.

Spółka prowadzi międzynarodowy biznes od kilkunastu lat, więc ma wielu kontrahentów

W ocenie sądu świadomość spółki co do powiązań osobowych między odbiorcami jej dostaw ani też wiedza odnośnie tego, że towar dostarczony za granicę wróci następnie do Polski, nie mogą przesądzać o świadomości spółki co do bycia uczestnikiem oszustwa podatkowego w VAT. Jak zwrócił uwagę sąd, spółka dokonywała nabyć towaru od podmiotów, które faktycznie nim dysponowały. Sama spółka działa prężnie na rynku od 2001 r., podejmując inwestycje i międzynarodową ekspansję swojego biznesu. Taką działalność charakteryzuje wielość kontrahentów i rozwojowość. Organy nie zanegowały tego, iż spółka płaciła za towar, jak i sama otrzymywała zapłatę za swoje dostawy, w tym od podejrzanej przez organy o oszustwa estońskiej firmy. Nie zostało udowodnione, że nie weryfikowała swoich kontrahentów, a wręcz przeciwnie – między spółką a nimi dochodziło do spotkań.

Odmawiając zwrotu VAT przedsiębiorcy organ powinien rozważyć czy jest w stanie wskazać dowody na jego świadomy udział w oszustwie

Estońska spółka nie została wykreślona ani z polskiego rejestru podatników VAT dokonujących WDT, ani z jego estońskiego odpowiednika. A gdyby to nastąpiło, wówczas mogłoby być okolicznością obciążającą spółkę, jeśli dokonałaby ona transakcji z firmą z takich rejestrów wykreśloną. Spółce nie udowodniono celowego dopuszczenia się nieprawidłowości. Takie ustalenia organy poczyniły dopiero w odniesieniu do kolejnych nabywców towaru, a i nie wykazały, jakoby spółka w badanym okresie mogła o nich wiedzieć, lub przy należytej staranności powinna co najmniej wiedzieć. Sama spółka, nabywając towar i odsprzedając, faktycznie go otrzymywała, jak i otrzymywała na czas płatności. Trudno więc było oczekiwać od niej, by cokolwiek w tych transakcjach powinno wzbudzać jej wątpliwości w zakresie rzetelności przeprowadzanych transakcji oraz samych kontrahentów. We współczesnym biznesie trudno wymagać, by podobne wątpliwości wzbudzić miały powiązania osobowe czy kapitałowe kontrahentów. Nie jest bowiem niczym nadzwyczajnym, że jedna osoba zasiada w organach lub posiada udziały kilku spółek. Sąd w podsumowaniu stwierdził, że organy, negując decydującą wartość ustaleń prokuratury, same nie przedstawiły dowodów wystarczających na przypisanie spółce świadomego uczestnictwa w karuzeli VAT. Stając w obronie spółki, orzekł:

„Zebrany materiał dowodowy koncentruje się raczej na wskazaniu dowodów świadczących o istnieniu zorganizowanego procederu oraz na zakwestionowaniu transakcji dokonywanych przez kontrahentów skarżącej, lecz nie zawiera dowodów wskazujących w sposób jednoznaczny na jej świadome działania, czy też niedochowanie przez nią należytej staranności w tym względzie (…) Organ powinien rozważyć, czy jest w stanie wskazać dowody na świadomy udział skarżącej w nielegalnym procederze” (wyrok WSA w Białymstoku z 7 października 2020 r., sygn. akt I SA/Bk 399/20).

Winę trzeba wykazać, a nie tylko o nią podejrzewać

Białostocki sąd słusznie krytykuje organy za to, że przypisując przedsiębiorcy świadomy udział w karuzeli VAT, koncentrują się na fakcie ustalenia istnienia samego procederu, zapominając, że prawa podatnika, w tym prawo do odliczenia VAT, nie mogą ucierpieć wskutek tego tylko, że w łańcuchu dostaw któraś z nich stanowi oszustwo podatkowe, o czym podatnik ten nie miał wiedzy ani też przy dochowaniu należytej staranności nie mógł wiedzieć.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W pogoni za technologiczną suwerennością czy nowym protekcjonizmem?

We wtorek (15.12.20) została opublikowana propozycja legislacyjna Komisji Europejskiej ws. Digital Services Act („DSA”). 9 września br. zakończyły się konsultacje publiczne przeprowadzone przez Komisję Europejską na temat kształtu przyszłych przepisów, w których Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wziął udział. Ponadto, swoje opinie w tym zakresie przedstawili również European Enterprise Alliance oraz SME Connect.

W wydarzeniu poświęconemu dyskusji o technologicznej suwerenności Europy oraz DSA wzięli udział Marianna Sidoroff, Zastępca Dyrektora Departamentu Gospodarki Elektronicznej w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, która wygłosiła keynote speech oraz Fredrik Erixon, Dyrektor European Center for Political Economy, który przedstawił raport „Europa na tropie suwerenności technologicznej”. Ponadto w dyskusji panelowej wzięli udział Horst Heitz, przewodniczący Komitetu Sterującego, SME Connect, Tomasz Snażyk, Prezes Fundacji Startup Poland oraz Michał Kanownik, Prezes Zarządu Związku Cyfrowa Polska (ZIPSEE).

Digital Services Act ma na celu uregulowanie świadczenia usług cyfrowych i stworzenie równych warunków konkurencji z przedsiębiorstwami UE. Niemniej, nowa unijna regulacja niesie za sobą również określone konsekwencje dla MŚP, w szczególności tych w Europy Centralno-Wschodniej.

– W naszym wkładzie do konsultacji apelowaliśmy o poszanowanie podstawowych zasad jednolitego rynku cyfrowego takich jak choćby zasada kraju pochodzenia. Przedsiębiorcy potrzebują jasnych i zwięzłych ram regulacyjnych, które nie osłabią rozwoju technologicznego. W szczególności tyczy to się firm z sektora MŚP, których rozwój jest wspierany przez platformy – mówi Marcin Nowacki, Wiceprezes ZPP.

Istotne jest zachowanie zasady państwa pochodzenia. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa mogą świadczyć usługi cyfrowe w innych Państwach Członkowskich na podstawie praw obowiązujących w ich kraju macierzystym, czyli państwie pochodzenia. Zasada państwa pochodzenia jest szczególnie ważna dla przedsiębiorstw z sektora MŚP oraz z regionu Europy Środkowo Wschodniej ponieważ niweluje ona obawy przed stosowaniem prawa obcego w przypadku sporu sądowego.

– Pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfrową transformację naszego społeczeństwa w niespotykanym wcześniej tempie. infrastruktura cyfrowa okazała się fundamentalna dla naszego społeczeństwa.– zaznacza Marianna Sidoroff, Zastępca Dyrektora Departamentu Gospodarki Elektronicznej w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, i dodaje – Koncepcja suwerenności technologicznej łączy dla nas strategię gospodarczą z wartościami. Dążymy do ochrony podstawowych wartości Unii Europejskiej, pozwalając jednocześnie na rozwój firm na jednolitym rynku.

W ostatnim czasie byliśmy świadkami postępów legislacyjnych w zakresie nadzoru nad treściami internetowymi w kilku państwach członkowskich. Niestety, doprowadziło to również do powstania rozbieżności pomiędzy przepisami krajowymi, a czasem nawet regionalnymi i lokalnymi. Rozdrobnienie prawne utrudnia swobodny przepływ usług i w konsekwencji funkcjonowanie jednolitego rynku. Efektywna regulacja w tym zakresie powinna brać pod uwagę istniejące prawodawstwo przy określaniu potrzeb w kontekście podejścia sektorowego lub horyzontalnego oraz minimalizować fragmentację na poziomie krajowym.

Ponadto bardzo problematyczne wydaje się wprowadzenie regulacji ex ante. Platformy internetowe odgrywają szczególnie dużą rolę w rozwoju firm z sektora MŚP. Dzięki nim małe firmy zdobyły możliwość wejścia na rynek, ekspansji i rozszerzania działalności poza rynek krajowe, które były do tej pory niemożliwe. Fakty te pokazują, że wprowadzenie wymagającej regulacji ex ante może negatywnie wpłynąć na firmy z sektora MŚP, a w rezultacie na zmniejszenie wyboru oferowanego konsumentom. W związku z tym, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców uważa, że projektowane przepisy powinny opierać się na obecnie obowiązujących regulacjach takich jak Rozporządzenie P2B.

Branża gier wideo pnie się w górę. Rośnie zapotrzebowanie na pracowników

Rozwój technologii umożliwiający wprowadzanie nowatorskich rozwiązań, świetna prasa takich gier, jak „Wiedźmin” czy zapowiadany od dawna „Cyberpunk 2077”, trwająca pandemia. To wszystko sprawiło, że branża game development wystrzeliła mocno w górę, generując zwiększony popyt na pracowników tego sektora. Aktualną sytuację na rynku gier analizują eksperci Kodilla.com i Devire.

Ponad 2 miliardy graczy na całym świecie, ponad 200 miliardów dolarów na inwestycje w skali globalnej i przychody polskiej branży gier sięgające 500 milionów euro – tak przedstawiają się statystyki z tzw. sektora gamedev podane w raporcie poświęconym branży gier Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Dziś polskie studia, w których powstają gry, stają się jedną z sił napędowych krajowej gospodarki. W Polsce jest ich nieco ponad 400 i już teraz zatrudniają ok. 10 tys. pracowników. To programiści gier, graficy, testerzy, scenarzyści, dźwiękowcy czy kompozytorzy – wylicza Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com.

Z zaprezentowanych przez PARP danych wynika ponadto, że w Polsce jest 16 milionów graczy, a pod względem generowanych przychodów (ponad pół miliarda euro, z czego sam eksport generuje blisko 96% tej kwoty) znajdujemy się na 20. miejscu na świecie. Ponad 40 firm z polskiego sektora gier notowanych jest na warszawskiej giełdzie (12 na głównym parkiecie). Na dzień 1 lipca 2020 r. kapitalizacja przekroczyła 11,7 miliarda euro, z czego niemal 8,7 mld to CD Projekt (Wiedźmin i Cyberpunk 2077), a przecież światowe triumfy święcą też Techland i Ten Square Games (drugie miejsce w rankingu najwyżej wycenianych spółek na warszawskiej giełdzie w lipcu 2020 roku) oraz Huuuge Games.

Kim są najbardziej pożądani pracownicy na rynku gier?

Rozkwit sektora gamedev oznacza rosnący popyt na specjalistów tej branży. Jak podaje Devire, w porównaniu do zeszłego roku obserwuje się tu ok. 7% wzrost zatrudnienia. Lokalizacjami, w których ofert zatrudnienia jest szczególnie dużo są: Gdańsk, Katowice i Poznań. Z kolei najpopularniejszymi stanowiskami w branży gier wideo są obecnie: Unity i Unity3D Developerzy, Game Project Managerowie i Graphic Designerzy. Poza tym poszukiwani są kandydaci typowi dla innych branż z sektora IT. Mowa m.in. o analitykach, testerach, produkt managerach.

W tej chwili na portalach rekrutacyjnych i ogłoszeniowych można znaleźć blisko 300 ofert pracy na stanowiska związane z game developmentem – dodaje Dominika Opozda, starszy rekruter IT & Telecoms w Devire.

Czego potrzeba, aby dostać się do branży gamingowej?

W przypadku gamedevu dla pracodawców liczy się nie tylko umiejętność kodowania czy logicznego myślenia, ale przede wszystkim kreatywność i pasja do gier. Dodatkowo specjaliści w tej dziedzinie muszą posiadać umiejętności z pogranicza IT, projektowania graficznego, animacji 3D czy montażu wideo. Magdalena Rogóż z Kodillla.com zwraca uwagę na jeszcze jedną, bardzo istotną w ostatnim czasie umiejętność, jaką jest znajomość technologii mobilnych:

Według danych App Annie oraz IDC w 2020 roku gry mobilne ponad 2,8-krotnie zwiększyły swoją przewagę nad komputerowymi i ponad 3-krotnie w stosunku do gier konsolowych. Co więcej, w trzecim kwartale tego roku wydatki konsumentów na gry mobilne przekroczyły 20 miliardów dolarów! Obok takich danych nie można przejść obojętnie – dodaje ekspertka.

Ile zarabia się w gamedevie?

Jak wynika z danych Devire, zarobki w tej branży nie odbiegają specjalnie od poziomu wynagrodzeń juniorów na innych stanowiskach w IT.

Junior, zazwyczaj na UoP lub umowie zlecenie, zarabia od 4 do 6 tys. zł brutto. Programista gier na poziomie mid otrzymuje średnio 7 – 11  tys. zł netto przy kontrakcie B2B, a na poziomie senior 12 – 18 tys. zł netto. Mimo wciąż rosnącej popularności i zainteresowania grami wideo, zarobki stale plasują się nieco niżej niż te w web developmencie – omawia Dominika Opozda.

Na stanowisku mid, pracodawcy wymagają minimum 2-3 lat doświadczenia. Warto jednak zaznaczyć, że lata doświadczenia w przypadku game developerów nie są decydujące, ponieważ pracodawcy zwracają przede wszystkim uwagę na realne umiejętności i kompetencje. Kandydat powinien mieć w swoim portfolio co najmniej kilka realizacji komercyjnych. Niestety, jak przyznają rekruterzy, często brakuje tego elementu w aplikacjach potencjalnych pracowników. Dla pracodawcy istotne jest również posiadanie przez kandydata opublikowanych gier na iOS App Store czy Google Play.

Pandemia przyczyną większych wydatków na gry mobilne

Z analiz wynika, że do wzrostu znaczenia rynku gamingowego w Polsce w dużej mierze przyczyniła się pandemia i fakt, że gracze zaczęli szukać sposobów na rozrywkę w domu. Choćby krótką, w przerwie między codziennymi obowiązkami, pracą, nauką, czy po prostu taką, która nie angażuje zbyt dużo uwagi i jest szybko dostępna. Łatwiej bowiem chwycić za telefon czy tablet i odpalić aplikację, niż włączyć komputer czy konsolę i czekać na uruchomienie się systemu. Inna sprawa, że w przypadku gier mobilnych, dużo łatwiej wydać kilkakrotnie mniejsze sumy, niż jednorazowo zapłacić większą kwotę za gry konsolowe czy komputerowe.

– Jak czytamy w raporcie agencji marketingu mobilnego Spicy Mobile z 2019 r. (dane oparto na analizach Newzoo i Wargaming), polski rynek gier jest aktualnie wart 541,5 mln dolarów, przy czym 40% tej kwoty (216,2 mln $) stanowią wydatki na gry mobilne na smartfony i tablety. Pozostałe 325,3 mln dolarów polscy gracze przeznaczają na gry PC oraz gry konsolowe. To pokazuje jak bardzo ten rodzaj rozrywki zyskuje na znaczeniu i że można liczyć na rosnące zapotrzebowanie na specjalistów w tym obszarze rynku gier, ale też technologii mobilnych – podsumowuje Magdalena Rogóż.

Oprac. Kodilla.com

Rewolucja w benefitach. Praca elastyczna ważniejsza niż pakiet medyczny

Benefity pracownicze jakie dotychczas znaliśmy, w dużej mierze straciły na aktualności. Reżim sanitarny i wprowadzone obostrzenia diametralnie zmieniły oczekiwania pracowników, dla których kluczowe stały się dodatki związane z komfortem, wygodą i bezpieczeństwem. W czasie pandemii benefitem nie są już więc owocowe poniedziałki, a np. darmowe sesje z psychologami, dofinansowanie sprzętu do pracy zdalnej czy możliwość pracy rotacyjnej z bezpiecznego, nowoczesnego biura.

Activy, twórca aplikacji mobilnej opartej o grywalizację, postanowił sprawdzić jakie dodatki są obecnie najbardziej pożądane przez pracowników w Polsce. Najwięcej, bo aż 73,7 proc. badanych wskazało na elastyczne podejście do miejsca i czasu pracy. Co ciekawe to wskazanie wyprzedziło nawet tak ważny benefit – zwłaszcza w odniesieniu do aktualnych realiów – jak pakiet medyczny (73,2 proc. wskazań). Trzecie miejsce, z wynikiem ponad 67 proc. głosów otrzymało dofinansowanie do kursów, szkoleń i nauki języków.

Te wyniki w pełni potwierdzają nasze codzienne obserwacje w Business Link. Nasi klienci szukają rozwiązań, które pozwolą im na optymalizacje biznesowe  i szybko dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości – przede wszystkim dla swoich pracowników. Elastyczna praca doskonale wpisuje się w nową normalność. Badania, nie tylko te przeprowadzone przez Activa, pokazują, że pracownicy są już zmęczeni przymusowym home office i woleliby bardziej hybrydowe rozwiązania, łączące pracę w domu i w biurze. Każda firma, która to umożliwi, zyska dużą przewagę w walce o talenty rynkowe mówi Jakub Bartoszek, Dyrektor Sprzedaży w Business Link.

Pracownicy chcą pracować rotacyjnie

Na rosnące znaczenie pracy elastycznej wskazują m.in. tegoroczne badania Grafton Recruitment i CBRE. Wynika z nich, że wybór home office jako modelu pracy jest wyłącznie tymczasową alternatywą dla pracy biurowej i w przyszłości ten trend będzie się nasilał. Zaledwie 6 proc. badanych chciałoby pracować wyłącznie z domu, a zdecydowana większość preferuje zbalansowany system mieszany. W badaniu pracownicy wskazywali m.in. na dużą potrzebę utrzymywania kontaktów międzyludzkich, ryzyko zaburzenia work-life balance oraz większe zmęczenie wynikające z łączenia obowiązków domowych
z wykonywaniem pracy z domu.

Podobne wnioski można wysnuć z najnowszego badania przeprowadzonego przez serwis Pracuj.pl, w którym 57 proc. pracowników zadeklarowało, że w czasie pracy zdalnej doceniło możliwość chodzenia do biura i przeprowadzania bezpośrednich spotkań. I choć zdecydowana większość respondentów chciałaby kontynuować pracę zdalną po zniesieniu obostrzeń, to jedynie 16% z nich planuje robić to w pełnym wymiarze godzin.

Dobry benefit to dostępny benefit

W dobie pandemii, kryterium przemawiającym za atrakcyjnością poszczególnych benefitów jest przede wszystkim ich dostępność i możliwość szybkiego wykorzystania. O ile praca elastyczna czy kursy internetowe to dodatki, które idealnie wpisują się w dzisiejsze realia, o tyle owocowe poniedziałki, pokoje gier i masażu okazują się niemal kompletnie nieprzydatne. Potwierdzają to badania zrealizowane przez PBS dla Sodexo and Rewards Services Polska, według których w ostatnim czasie niemal 6,4 miliona Polaków nie mogło bezpiecznie i bez przeszkód wykorzystać otrzymanego od firmy benefitu.

Aż 49 proc. ankietowanych wskazało także, że w obecnej sytuacji pracodawcy powinni dostosowywać oferowane dodatki do możliwości ich wykorzystania w nowych realiach. Czy tak się jednak dzieje? Okazuje się, że nie – zaledwie 16 proc. badanych stwierdziło, że ich szefostwo przeprowadziło jakiekolwiek zmiany w tym zakresie.

Dostosowywanie rozwiązań w firmie do obecnych okoliczności jest niezwykle ważne, nie tylko ze względu na budowanie motywacji czy poziomu zadowolenia i komfortu pracowników. Dla pracodawców nowe rozwiązania biurowe to także wymierne korzyści w postaci efektywnie zainwestowanych środków. Dziś, gdy działy finansowe dwa razy oglądają każdą wydaną złotówkę, efektywność działań staje się ważna jak nigdy dotądmówi Jakub Bartoszek.

Safety first

Benefitem pracowniczym, który zwykle nie figuruje w zestawieniach i rankingach, jest dziś także poczucie bezpieczeństwa w miejscu zatrudnienia. Z badania PBS dla Sodexo and Rewards Services Polska wynika, że aż 70 proc. respondentów oczekuje od pracodawcy zapewnienia niezbędnych środków ochrony osobistej. Polacy chcą wykonywać pracę w bezpiecznych biurach, jednak jak wynika z badań serwisu Pracuj.pl co trzeci ankietowany jest zdania, że poziom higieny w jego biurze nie jest zapewniany na odpowiednim poziomie. Higiena i bezpieczeństwo mają również fundamentalne znaczenie dla kandydatów. Według danych Grafton Recruitment oraz CBRE aż 43 proc. osób szukających pracy dokładnie sprawdza firmę pod względem bezpieczeństwa, weryfikując np. odległość biurek i dostęp do płynów do dezynfekcji.

Nasze codzienne obserwacje są tożsame z przytoczonymi wynikami badań. Dlatego we wszystkich lokalizacjach Business Link dokładamy najwyższych starań by poziom bezpieczeństwa i czystości był jak najwyższy. Dbamy także o odpowiednią aranżację przestrzeni biurowej, która stanowi punkt wyjścia do komfortowej organizacji pracy i przemieszczania się pracowników. Biura Business Link wyposażone są
w system drzwi otwieranych kartą, umożliwiający niemal bezdotykowe korzystanie z przestrzeni. Dodatkowo w całym biurze, w bliskich odległościach dostępne są płyny odkażające, a wszystkie kluczowe miejsca są na bieżąco dokładnie dezynfekowane. Mamy pełne przekonanie, że zapewnienie miejsca pracy o wysokim standardzie bezpieczeństwa, które można wykorzystać jako alternatywę dla pracy z domu, jest dziś realnym benefitem, na który zwraca uwagę coraz więcej pracowników i pracodawców
mówi Jakub Bartoszek i dodaje, że nie ma już powrotu do rozwiązań sprzed pandemii. – Mity związane z praca zdalną zostały odczarowane, zarówno te negatywne jak i pozytywne. Dlatego hybrydowy model pracy zostanie z nami  z pewnością na dłużej. Warto już dziś szukać rozwiązań, które na tę potrzebę odpowiedząocenia.

Asseco dołącza do Związku Cyfrowa Polska

Asseco, lider w dziedzinie IT w Polsce rozpoczyna współpracę ze Związkiem Cyfrowa Polska. Organizacje chcą wspólnie upowszechniać rozwiązania cyfrowe oraz budować świadomość na temat tego jakie możliwości dają nowoczesne technologie w biznesie.

Przystąpienie do Związku Cyfrowa Polska to przede wszystkim kontynuacja działań Asseco w zakresie szerokiego podejścia do digitalizacji i procesów paperless. Jako lider cyfryzacji w Polsce chcemy brać aktywny udział w działaniach na rzecz upowszechniania rozwiązań cyfrowych i edukowania rynku co do możliwości wykorzystywania technologii w biznesie. Jestem przekonany. że wspólne działanie na rzecz różnych obszarów gospodarki przyniesie korzyści nam wszystkim i pozwoli jeszcze w większym zakresie czerpać z możliwości jakie dają nam rozwiązania cyfrowe – mówi Artur Miękina, dyrektor sprzedaży projektów kluczowych, Asseco Data Systems.

Z kolei prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik zaznacza, że dziś digitalizacja oraz rozwój procesów paperless to jedno z ważniejszych wyzwań, jakie stoją nie tylko przed polskim biznesem, ale też administracją. – Rozwój e-usług musi następować wraz z podnoszeniem kompetencji i świadomości. Zwłaszcza, że e-usługi to nie tylko rozwiązania dla firm. To także wielkie ułatwienie dla większości obywateli oraz administracji publicznej – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Mam nadzieję, że wspólnie będziemy mogli wspierać upowszechnianie się zwłaszcza takich rozwiązań, które zwiększają cyberbezpieczeństwo. A paperless czy e-podpis niewątpliwie do nich należą.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne szansą na wyjście z kryzysu

Tarcza antykryzysowa 4.0 z czerwca wprowadziła w życie przepisy o uproszczonej restrukturyzacji. Jest to rozwiązanie, które może uchronić firmy przed upadłością. Czas jest jednak ograniczony. Przepisy o uproszczonym trybie obowiązują do 30 czerwca 2021 roku. Nie warto więc czekać z decyzją, zwłaszcza że ratowanie biznesu wymaga szybkich i zdecydowanych działań.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest nowością w polskim prawie. Dotychczas w ten proces musiał angażować się sąd, co znacznie wydłużało całą procedurę. W wielu przypadkach odbijało się to negatywnie na kondycji firm. Celem restrukturyzacji jest wypracowanie najkorzystniejszego porozumienia z wierzycielami i uporządkowanie wszelkich spraw przed rozliczeniem zobowiązań.  Upadłość dłużnika nigdy nie jest korzystna dla wierzycieli, dlatego wypracowanie kompromisu pomiędzy dwiema stronami jest istotne. Strony powinny opracować również plan przewrócenia rentowności przedsiębiorstwa, wyodrębnić rentowne aspekty działalności oraz ograniczyć te, które przynoszą straty. Plan powinien zawierać również nowe sposoby finansowania. Standardowe rozwiązanie, czyli kredyt, w przypadku przedsiębiorstw zadłużonych nie wchodzi w grę. Szansą może być znalezienie inwestora, sprzedaż części udziałów albo połączenie się z innym podmiotem.

Musimy pamiętać, że podejmując decyzję o restrukturyzowaniu firmy, należy działać bez zbędnej zwłoki. Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne zdecydowanie różni się od znanych do tej pory czterech form restrukturyzacji. Jest przede wszystkim znacznie krótsze i ograniczone czasowo. Przedsiębiorca może je wykorzystać tylko raz i to przy pomocy doradcy restrukturyzacyjnego. W tym rodzaju postępowania rola sądu sprowadza się do minimum, jest ograniczona tylko do zatwierdzenia zawartego układu.

Postępowanie rozpoczyna się od zawarcia umowy z doradcą restrukturyzacyjnym, który będzie pełnił rolę nadzorcy. Formalne rozpoczęcie postępowania ma miejsce w chwili opublikowania obwieszczenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Kolejne kroki należy podjąć szybko, ponieważ w ciągu czterech miesięcy konieczne jest złożenie w sądzie układu zawartego z wierzycielami, co wymaga intensywnej pracy. W całym procesie nieoceniona jest pomoc doradcy, który nie tylko pomoże w sprawnym przejściu przez cały proces, ale też będzie pośrednikiem w negocjacjach z wierzycielami. Takie negocjacje nigdy nie są łatwe, a doświadczony specjalista pomoże dobrać takie argumenty, które przekonają wierzycieli do ograniczenia swoich roszczeń. Należy pamiętać, że postępowanie nie w każdym przypadku kończy się sukcesem. Jeżeli w ciągu wyznaczonych 4 miesięcy nie uda się zatwierdzić układu z wierzycielami, dłużnik może złożyć uproszczony wniosek o ogłoszenie upadłości lub rozpoczęcie postępowania sanacyjnego. Gwarantuje to ochronę majątku i przejście do kolejnych kroków, czyli restrukturyzacji, lub postepowania upadłościowego.

Jak wynika z danych Monitorów Sądowych i Gospodarczych uproszczona forma restrukturyzacji cieszy się wśród przedsiębiorców dużą popularnością. Nie ma w tym nic dziwnego, jest to obecnie najszybsze i najsprawniejsze postępowanie, dodatkowo jego charakter jest pozasądowy. Mogą z niego skorzystać osoby obawiające się niewypłacalności. Restrukturyzacja jest szansą na zahamowanie rosnącej liczby bankructw i upadłości w trzecim kwartale 2020 roku aż 72% otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych odbywało się według nowej procedury. Jest to najlepszy dowód na to, że ta forma restrukturyzacji jest atrakcyjna dla przedsiębiorców.

Komentarz przygotowany przez Bartosza Kaczmarczyka, eksperta Fundacji Centurion

2020 – rok zaufania. Jakie działania marek doceniają konsumenci w czasie pandemii?

Czas pandemii to bez wątpienia sprawdzian funkcjonowania biznesu, ale także moment, w którym działaniom poszczególnych marek przyglądają się  konsumenci. Na co szczególnie zwracają uwagę w tzw. nowej rzeczywistości?

W niepewnych czasach Polacy (i nie tylko) poszukują firm ukierunkowujących się na człowieka.  Z raportu  „Global Marketing Trends 2021” wynika, że aż jedna czwarta badanych odeszła od brandów, które ich zdaniem skupiały się wyłącznie na swoich interesach, a zdecydowana większość (79 proc. ankietowanych) zna marki, które w swoich działaniach w obliczu pandemii pomogły zarówno klientom, jak i pracownikom oraz większym społecznościom. Co więcej okazuje się, że świadomość i wiedza konsumentów przekłada się na ich konkretne działania. Z danych Deloitte wynika, że klienci sięgają po produkty firm, które w swoich działaniach pokazują człowieczeństwo ponad 1,5 częściej[1]. Sposób funkcjonowania biznesu przekłada się także na pracowników – widząc „ludzkie” oblicze swojej firmy czują się bardziej zmotywowani do pracy. – Społeczna odpowiedzialność biznesu w czasie pandemii zyskała jeszcze większe znaczenie niż dotychczas. Zaangażowanie w pomoc charytatywną nadaje działaniu organizacji tzw. „wyższy cel” i jednoczy, często rozproszone, zespoły wspierając tym samym działanie organizacji w niepewnych czasach – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Klient chce być blisko

Oczekiwania konsumentów to jeden z głównych wyznaczników projektowania działań marketingowych. Mijający rok szybko i gwałtownie zweryfikował rzeczywistość zmuszając firmy do szybkiego odnalezienia się w nowej sytuacji. Dla klientów niezwykle istotna stała się m.in. komunikacja na linii marka – konsument i wyjście naprzeciw największym bieżącym wyzwaniom. – Zaufanie klienta to proces, który buduje się latami i który uwzględnia wszystkie działania podejmowane przez firmę. W trudnych czasach konsumenci chcą wybierać i wybierają znane sobie brandy, z którymi się utożsamiają – tłumaczy Stephane Tikhomiroff. Co ciekawe na znaczeniu nabrał również realny udział konsumentów w życiu marki. Z badań wynika, że jedna czwarta z nas wzięła w ostatnim roku udział w rozmowach na temat brandu m.in. w mediach społecznościowych. Najbardziej aktywni i skłonni do takich działań są konsumenci w wieku 18 – 25 lat[2]. Młodzi ludzie chcą uczestniczyć w życiu marki, a wybierając tę konkretną stają się automatycznie jej ambasadorami.

Działanie firmy ukierunkowane na człowieka, wzmocnienie komunikacji z konsumentami i szybkie odnalezienie się w tzw. nowej rzeczywistości zdefiniowały funkcjonowanie biznesu w mijającym roku i z całą pewnością będą odgrywały istotną rolę także w 2021 r. Coraz liczniejsze grono smart konsumentów oczekuje od firm określonych działań, a te z kolei przekładają się na decyzje zakupowe Polaków. Warto pamiętać, że kryzys mimo, iż wiąże się z wieloma wyzwaniami jest jednak zawsze także i szansą na ewaluację działań, wzmocnienie siły brandu oraz zacieśnienie relacji z klientami.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/deloitte-digital/Informacje-prasowe/Raport-Global-Marketing-Trends-2021.html?nc=1

[2] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/deloitte-digital/Informacje-prasowe/Raport-Global-Marketing-Trends-2021.html?nc=1

Branża Consumer Finance na zakręcie – prognoza 2021

Czy za kilka lat będą pożyczać za nas roboty? Personalni asystenci, po przeanalizowaniu naszych przepływów finansowych oraz planów sami będą szukać dla nas najlepszych rozwiązań finansowych oraz wnioskować o pożyczkę? Rolą konsumenta będzie jedynie wyrażenie zgody na idealnie dobraną ofertę. Wśród scenariuszy na najbliższe lata są zarówno te organiczne, jak i bardziej agresywne. Jedno jest pewne: pandemia zmieniła rynek Consumer Finance i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Czy można zatem prognozować co wydarzy się w branży w perspektywie najbliższych lat? Na te i inne pytania odpowiada dr Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney.

Rynek Consumer Finance to złożony ekosystem, który zmienia się na naszych oczach. Na transfiguracje zachodzące w branży wpływa nie tylko globalna pandemia, ale również szereg czynników z nią związanych: niepewność gospodarcza, nowe regulacje i presja cenowa z nimi związana, postępująca digitalizacja, zmieniające się potrzeby konsumentów.  Czy w tej sytuacji można przewidzieć przyszłość? Jak już zmienił się rynek Consumer Finance a co go jeszcze czeka w najbliższych latach?

Jak wirus zmienił branżę Consumer Finance?

Pandemia i agresywna interwencja Państwa w codzienne życie i biznes spowodowały, że świat, który znaliśmy przestał istnieć. Praca i nauka zaczęła odbywać się z domu, duża część życia przeniosła się do sfery online, rozwój branży e-commerce przyspieszył o kilka dobrych lat. Na rynku finansowym również nastąpiły zmiany: oddziały i placówki zaczęły obsługiwać znacznie mniejszą liczbę klientów, pośrednicy finansowi ograniczyli działalność, wzrosła liczba użytkowników bankowości internetowej, wiele firm przyspieszyło procesy digitalizacji, a dla niektórych z nich cyfryzacja stała się swoistym sprawdzianem „być albo nie być”. Okazało się, że tradycyjne modele biznesowe, które sprawdzały się przed pandemią, teraz wymagają zmian, podobnie jak formy sprzedaży i sposoby komunikacji z konsumentami. Wiele firm zaczęło szukać nowych rozwiązań, nawiązywać współprace z innymi przedsiębiorstwami, stawiać na partnerstwa i kooperacje. Wśród konsumentów dało się zauważyć tych, którzy postanowili zoptymalizować codzienne życie i wydatki oraz wstrzymać się z realizacją niektórych planów, a wręcz odłożyć je na inny moment. Obsługa takich konsumentów stała się dla firm dodatkowym wyzwaniem.

Ostatnio na Konferencji Consumer Finance padło pytanie co pozytywnego przyniósł sektorowi kryzys?

Tak. Właśnie wtedy powiedziałam, że wiele firm zniknęło z rynku, wiele walczy o przetrwanie, więc trudno jednoznacznie wskazać plusy tej sytuacji. Po pierwsze duża liczba przedsiębiorstw, przez sytuację pandemiczną, ma ograniczony dostęp do finansowania, a to wpływa negatywnie na dalszy rozwój i innowacje. W niektórych przypadkach wręcz determinuje przetrwanie organizacji w branży. Tymczasem inwestorzy wykazują niepewność i wstrzymują część funduszy, co znajduje odzwierciedlenie w niepewnej sytuacji gospodarczej. Ceny kredytów spadają. Optymizm konsumentów również jest niższy, pomijając fakt, że wielu z nich jest wykluczonych z finansowania w większym stopniu aniżeli przed pandemią. Jeśli przyjmiemy, że nowa sytuacja, w której znalazł się rynek, jest swoistego rodzaju stress testem dla branży, to będzie można powiedzieć, że wymusił on pewne działania, które można byłoby zaliczyć do pozytywów. Firmy postawiły na optymalizację biznesów i zbudowały lepszą strukturę kosztów. Zdecydowanie poważnie zajęły się kwestią digitalizacji procesów, postawiły na nowe partnerstwa biznesowe. Także dynamiczny rozwój e-commerce, przyspieszony pandemią, przyniósł sporo nowych możliwości.

Czy Smartney zaadaptował swój model biznesowy do nowej rzeczywistości?

Oczywiście. Jako nowy gracz na rynku mieliśmy szansę już od początku zaprojektować procesy z myślą o ich pełnej automatyzacji, więc w tym zakresie wiele zmian nie było. Natomiast dostosowaliśmy ofertę do nowej rzeczywistości, zredukowaliśmy koszty, nawiązaliśmy nowe relacje biznesowe np. z nowymi pośrednikami finansowymi jak Open Finance czy Expander. Wreszcie, w odpowiedzi na boom w e-commerce i zgodnie ze strategią Grupy Oney Bank, wprowadzamy produkty finansujące zakupy w sieci. Pierwszym, ale nie ostatnim ruchem w tym kierunku, jest współpraca z operatorem Blue Media. Dzięki niej pojawił się nowy produkt dedykowany konsumentom robiącym zakupy w sieci. Produkt pozwala finansować zakupy z pożyczki w małych ratach, ewentualnie bezkosztowo ją zwrócić w ciągu 30 dni, tym samym odraczając płatność za zakupy. Obserwujemy, iż boom na kupowanie online jest podyktowane nie tylko pandemią i bezpieczeństwem zdrowotnym, ale również wygodą, oszczędnością czasu, optymalizacją kosztów etc. Z najnowszego raportu „E-commerce i fintechy. System naczyń połączonych” wynika, że duża część konsumentów, którzy zaczęli kupować online podczas pandemii, będzie robić to dalej po jej zakończeniu. Konsumenci, którzy kupują na odległość nie zawsze chcą zamrażać gotówkę, zwłaszcza gdy nie są pewni, czy będą oddawać towar czy nie. Dlatego rośnie rynek rozwiązań finansowych, dzięki którym będą mogli kupić produkt teraz, a zapłacić za niego później.

Jak będzie wyglądała przyszłość Consumer Finance?

Trudno kreślić dokładne scenariusze, gdy nawet bliska przyszłość jest tak niepewna. Już dzisiaj widać, że branża przejdzie przyspieszoną transfigurację, motywowana nie tylko zmianami w zachowaniu klientów, ale także tymi w otoczeniu ekonomicznym czy regulacyjnym. Łatwiej mówić zatem o przypuszczeniach, aniżeli konkretnych prognozach. Moim zdaniem kooperacje i partnerstwa biznesowe będą wciąż trwały. Fintechy i bigtechy będą szukały rozwiązań, które będą odpowiedzią na potrzeby rynku. Możliwe, że pojawią się rozwiązania wychodzące poza obszary o największej presji regulacyjnej np. wirtualne karty kredytowe, czy leasing konsumencki, online’owe rozwiązania lombardowe. Konkurencja może przyjść także z innych obszarów, np. dużych firm, dla których własny ekosystem i nawet finansowanie może okazać się atrakcyjnym ruchem. Postęp technologiczny i digitalizacja wciąż będą wyznaczały ścieżkę rozwoju dla wielu biznesów. Pieniądze będzie można zatem pożyczyć jeszcze szybciej, smartniej i głównie w kanale mobile. Powyższe przewidywania to scenariusz bardziej organiczny. A jaki byłby scenariusz agresywny? Cóż, z punktu widzenia klientów możliwe, że za kilka lat będziemy obserwować jak pieniądze pożyczają za nas roboty. Personalni asystenci będą analizować naszą sytuację finansową, zbierać dla nas najlepsze oferty (od innych robotów), składać wnioski kredytowe, a my? Będziemy jedynie klikać, że zgadzamy się na dobrze dobraną ofertę. Takie rozwiązania uznawane byłyby kiedyś za odległą przyszłość. Dziś wydają się prawdopodobne. Dlatego myślę, że po ekonomii doświadczeń klientów, nastąpi era „robots-friendly solutions”, które nie odbędą się bez rozlicznych rozwiązań technologicznych. To będzie prawdziwa era smarttech.

ALL IN! GAMES S.A. podpisał list intencyjny z EKIPA S.A.

ALL IN! GAMES S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, podpisała list intencyjny ze spółką EKIPA S.A. Oba podmioty planują nawiązać współpracę w zakresie produkcji i wydania nowej gry.

All In! Games S.A. zawarła list intencyjny ze spółką EKIPA S.A., zgodnie z którym spółki rozpoczęły negocjacje zmierzające do współpracy przy stworzeniu i wydaniu gry. All In! Games będzie pełnił rolę wydawcy, który ma być odpowiedzialny za sprzedaż, marketing i wsparcie przy projektowaniu gry. Spółki zobowiązały się do prowadzenia negocjacji, których celem będzie uzgodnienie zasad współpracy przy stworzeniu i wydaniu gry. Powyższe negocjacje powinny zakończyć się w terminie do dnia 31 stycznia 2021 r. podpisaniem przez podmioty umowy wydawniczej regulującej zasady współpracy przy projekcie. Zarząd All In! Games S.A. jest przekonany, że potencjalna realizacja projektu z EKIPA S.A. przyniesie Spółce istotne korzyści.

„Ekipa to ludzie z niezwykłą energią i nietuzinkowymi pomysłami. Dokładnie takich nietypowych kooperacji o dużym potencjale szukamy jako wydawnictwo All In! Games. Łącząc ich kreatywność i zasięgi z naszą dbałością o poziom dopracowania, możemy razem zrobić coś naprawdę fajnego.” – komentuje Piotr Żygadło, Prezes Zarządu All In! Games S.A.

ALL IN! GAMES S.A. to polski, działający od 2018 roku, wydawca i producent gier wideo z siedzibą w Krakowie. Spółka jest notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie.

Przyszłość podróży służbowych

Rozprzestrzenianie się pandemii COVID-19 na całym świecie w 2020 roku spowodowało wstrzymanie podróży służbowych. W miarę zamykania granic i wdrażania ograniczeń, plany podróży zostały anulowane, a wielu pracownikom zalecono pozostanie w domach. Według Global Business Travel Association (GBTA) 98 proc. firm członkowskich odwołało lub zawiesiło wszystkie lub większość międzynarodowych podróży służbowych. 

Sytuacja zmieniała się każdego dnia – mówi Tomasz Rynkiewicz, A&H Manager, Chubb Polska. – Nawet jeśli decyzja została podjęta w tym samym tygodniu, w następnym nie miała już zastosowania.

Teraz, kilka miesięcy po wybuchu pandemii, wiele krajów powoli zaczyna się otwierać, ale jest jasne, że podróże służbowe nie powrócą nagle do wcześniejszej normy. Badania Chubb[1] pokazują, że w najlepszym razie liczba osób podróżujących w celach biznesowych może powrócić do tej sprzed pandemii latem 2021 roku.

Elastyczność i odporność

Firmy, które wznowiły podróże służbowe, muszą dostosować się do nowej rzeczywistości. Elastyczność i odporność to słowa na ustach wszystkich w dobie pandemii. Kluczowa jest również proaktywność.

Pełniąc rolę ubezpieczyciela, staraliśmy się jak najszybciej użyć tego słowa: proaktywnie. Proaktywnie pracować, proaktywnie myśleć – mówi Tomasz Rynkiewicz.

Pracownicy – co zrozumiałe – będą mieli obawy przed podróżami w erze COVID-19. Nawet w normalnych czasach podróże mogą być stresującym doświadczeniem, a dodatkowa niepewność obecnej sytuacji może zrazić nawet osoby podróżujące często w sprawach biznesowych. Firmy powinny być tego świadome i starać się zdjąć ciężar zmartwień tam, gdzie to możliwe. Tomasz Rynkiewicz zwraca uwagę, że rządy na całym świecie często zmieniają swoje zasady i ograniczenia dotyczące COVID-19, przez co pracownicy mogą martwić się, jak podróż za granicę wpłynie na ich życie osobiste.

– Jeśli musisz wyjechać za granicę, a kraj zostaje zamknięty i utkniesz tam na jakiś czas albo jeśli wrócisz na kwarantannę, jaki to ma wpływ na twoją rodzinę? Myślę, że to powszechny problem – mówi Tomasz Rynkiewicz.

Uznanie różnorodności pracowników, którymi dysponuje firma, jest kluczem do skutecznego wyboru najlepszego podejścia do zarządzania ryzykiem. Różne zawody stwarzają różne obawy: pracownik offshore (ang. offshore worker) będzie miał inne pytania dotyczące podróży niż pracownik odwiedzający biuro regionalne; pracownik budowlany będzie miał inne doświadczenie w podróżowaniu służbowym niż ekspatriant wykonujący pracę biurową.

Pracownicy chcą informacji, chcą mieć możliwość przygotowania się do podróży –  mówi Tomasz Rynkiewicz. – Chcą mieć pewność, że nie będą mieli żadnych nieprzyjemnych niespodzianek i liczą na to, że program polisy i ubezpieczenie oraz oczywiście ich firma zapewnią im takie informacje.

Aby ułatwić zarządzanie podróżami służbowymi, firmy powinny podzielić proces na etapy przed podróżą, w jej trakcie i po niej, opracowując listę kontrolną dla każdej części podróży.

Trzy etapy podróży służbowych

Firmy powinny być otwarte na dialog z pracownikami na temat podróży i dać im pewność, że biorą pod uwagę wszystkie scenariusze. Sami pracownicy również odgrywają rolę w zapewnieniu jak największego bezpieczeństwa podróży służbowych. Powinni wiedzieć, jakiego zachowania się od nich oczekuje przed wyruszeniem w podróż i jak zachowywać się w sposób oczekiwany przez ich firmę i kraje, do których podróżują. Czy muszą mieć regularne pomiary temperatury? Czy powinni nosić maskę w miejscach publicznych przez cały czas czy tylko w pewnych okolicznościach? Czy lokalne restrykcje są dla nich zrozumiałe?

Firmy powinny utrzymywać otwarte linie komunikacyjne przez cały czas, aby ich podróżujący pracownicy wiedzieli, że stale monitorują globalną sytuację i że nie są pozostawieni sami sobie z nieoczekiwanymi zdarzeniami. – Jeśli znajdą się w sytuacji, w której zostaną poddani kwarantannie lub zamknięciu, chcą wiedzieć, co się stanie i jak mogą otrzymać wsparcie w zakresie repatriacji, ewakuacji itp. A nasi klienci zarządzający ryzykiem wiedzą, że mogą polegać na nas, abyśmy zapewnili odpowiedni program ubezpieczenia i zarządzania ryzykiem – mówi Tomasz Rynkiewicz.

Wreszcie, pracodawcy powinni również zachęcać do podsumowania podróży po jej zakończeniu, aby dowiedzieć się o wszelkich napotkanych problemach lub trudnościach. Pomoże to nie tylko w rozwiązywaniu problemów i usprawnianiu procesu dla innych pracowników podczas przyszłych wyjazdów, ale także zapewni, że kierownictwo będzie mogło obserwować zdrowie psychiczne pracowników i ich poziom stresu.

Podróże w nowej rzeczywistości

Wiele firm na świecie szybko i skutecznie dostosowało się do trudnych okoliczności, w tym do przeniesienia działalności biznesowej do sieci. Warto pamiętać jednak, że według Harvard Business Review prośba skierowana do kogoś osobiście jest 34 razy skuteczniejsza niż przesłana e-mailem. Dodatkowo, dla wielu spotkanie w tym samym pokoju jest dodatkowym impulsem potrzebnym do zawarcia umowy. Podróże służbowe powrócą, ale prawdopodobnie w nieco zmienionej formie: 62 proc. respondentów spodziewało się, że zmieni się sposób funkcjonowania firmy po zakończeniu pandemii.

[1] Chubb / International Air Transport Association (IATA): 29 kwietnia 2020 r.

NCBR: Jak wygląda krajobraz innowacji w Polsce?

Opublikowana dziś analiza trendów badawczych we wnioskach składanych do NCBR jest ważnym przyczynkiem do oceny potencjału technologicznego polskich przedsiębiorstw. To także próba prognozowania tendencji dalszego rozwoju rynku innowacji w najbliższych latach.  Opracowanie opisuje innowacyjne trendy i gotowość firm do rozwijania technologii w tych właśnie obszarach. Raport sporządzono na podstawie 6761 wniosków o dofinansowanie z Funduszy Europejskich, złożonych do NCBR w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój (POIR) w latach 2016 – 2019.

Eksperci Centrum wzięli pod lupę aktywność przedsiębiorstw w sferze badań i rozwoju w ośmiu wyselekcjonowanych dziedzinach: elektronika i IT, transport i inżynieria mechaniczna, medycyna, inżynieria materiałowa, chemia, energetyka, nauki rolnicze oraz nauki społeczne. Analiza dotyczyła wszystkich złożonych w ramach Programu Inteligentny Rozwój wniosków, a nie jedynie tych, które otrzymały dofinansowanie. Miało to na celu weryfikację potencjału B+R w poszczególnych obszarach tematycznych podmiotów zaangażowanych w Polsce w tworzenie innowacji oraz ich gotowości do komercjalizacji wyników badań.

Jestem przekonany, iż ten materiał, a także kolejne, które w najbliższym czasie opublikujemy, pomogą w podejmowaniu decyzji w dziedzinie rozwoju przedsiębiorczości i innowacji, ale także pozwolą kontynuować dyskusję o tworzeniu nowoczesnych rozwiązań – komentuje wydanie publikacji   Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Siła polskich innowacji

Tym, co najbardziej uderza podczas lektury opracowania, jest interdyscyplinarność zgłaszanych do NCBR innowacyjnych projektów. Większość wniosków pod kątem merytorycznym, naukowym oraz ze względu na specyfikę prowadzonych badań dotyczy kilku dyscyplin, trudno jest zatem jednoznacznie zaklasyfikować je do jednej dziedziny. Chociażby projekty z obszaru energetyki stają się coraz bardziej interdyscyplinarne i w coraz mniejszym stopniu dotyczą samych technologii wytwarzania energii, a częściej – efektywności procesowej. Ten trend powinien się utrzymać – m.in. w najbliższych latach eksperci spodziewają się rosnącego zainteresowania rozwiązaniami IT przeznaczonymi dla branży chemicznej. Na uwagę zasługuje także szerokie wykorzystywanie technik i narzędzi informatycznych. Dziś stanowią one istotny i jednocześnie niezbędny element wszystkich wniosków. Autorzy wskazują także na znaczenie czynników rynkowych. To one w dużym stopniu kreują drogę innowacyjnych poszukiwań wnioskodawców.

 

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przewiduje również, że utrzyma się tendencja napływu dużej liczby wniosków o dofinansowanie. Centrum spodziewa się dalszych wzrostów liczby projektów np. z takich obszarów, jak sztuczna inteligencja, Internet rzeczy czy blockchain. Tego rodzaju technologie mogą zostać wykorzystywane w takich dziedzinach, jak inżynieria materiałowa, rolnictwo czy medycyna i biotechnologia.

Początek nowego cyklu

Analiza trendów badawczych we wnioskach o dofinansowanie składanych do NCBR w ramach PO IR w latach 2016-2019 to pierwsze opracowanie w ramach cyklu „Krajobraz innowacji”. Wkrótce i ukażą się kolejne publikacje poświęcone miedzy innymi międzynarodowej współpracy, a także efektom działania programów pomocowych jak również praktycznym aspektom realizacji projektów innowacyjnych.

Publikacja jest bezpłatna i dostępna do pobrania na stronie NCBR.

Bolt zamknął rundę inwestycyjną o wartości 150 mln euro

Finansowanie zostało zrealizowane przez D1 Capital Partners przy udziale Darsana Capital Partners. Jest to dotychczas największa suma środków uzyskanych jednorazowo przez Bolt. Platforma wykorzysta te fundusze, aby jeszcze bardziej podnieść poziom bezpieczeństwa użytkowników aplikacji i jakość swoich usług oraz dalej rozwijać się w zakresie przewozów, rozwiązań mikromobilnych i dostaw żywności w Europie i Afryce.

Platforma Bolt już teraz oferuje szereg funkcji zapewniających bezpieczeństwo zarówno kierowców jak i pasażerów podczas jazdy. Przycisk SOS został zaprojektowany, aby umożliwić użytkownikom szybki kontakt ze służbami ratowniczymi w razie potrzeby. Ponadto na początku tego miesiąca Bolt zaprezentował najnowszy model hulajnogi – Bolt 4, który został opracowany przez wewnętrzny zespół inżynierów firmy. Zestaw rozwiązań konstrukcyjnych i na poziomie oprogramowania, takich jak wykrywanie gwałtownego hamowania i ostrzeżenia głosowe, pozwalają zminimalizować ryzyko.

– Pomimo skutków pandemii COVID-19, Bolt odnotował ogromny wzrost. Prawie podwoiliśmy liczbę użytkowników aplikacji i uruchomiliśmy nasze usługi – przewozy, wypożyczalnie hulajnóg i rowerów oraz dostawy jedzenia w 50 miastach. Miliony klientów już pokochały Bolt za nasze przystępne ceny i szybką obsługę. W 2021 podwoimy rozmiar naszych operacji, aby zostać liderem branży pod względem bezpieczeństwa i jakości działania platformypowiedział Markus Villig, CEO i współzałożyciel Bolt.

W 2021 Bolt planuje wprowadzić jeszcze bardziej innowacyjne rozwiązania, takie jak weryfikacja twarzy kierowcy i automatyczne monitorowanie podróży, wykorzystując uczenie maszynowe do zapobiegania potencjalnym incydentom i zapewnienia najwyższej jakości usług klientom.

– Cieszymy się, że możemy współpracować z Bolt, podczas gdy kontynuuje rozwój wiodącej na rynku platformy miejskiej mobilności w Europie i Afryce. Zespół spisał się niezwykle dobrze w trudnym roku i niezmiennie zapewnia milionom użytkowników bezpieczeństwo, elastyczność i wielką wartość. Z optymizmem patrzymy na możliwości rozwoju Bolt po pandemii COVID-19 i będziemy wspierać zespół w inwestowaniu w innowacje w nadchodzących latach dodał Dan Sundheim, założyciel D1 Capital.

W 2020 roku Bolt rozszerzył swoją działalność, usługi platformy są już dostępne w 200 miastach w 40 krajach, umożliwiając 50 milionom użytkowników na całym świecie przystępne cenowo, wygodne i odpowiedzialne przemieszczanie się. W przyszłym roku Bolt chce zostać największym operatorem usług mikromobilnych w Europie, wprowadzając elektryczne hulajnogi w ponad 100 miastach. Aplikacja Bolt Food, uruchomiona w 2019 roku, jest już dostępna w 16 krajach i 33 miastach. W Polsce, w tym roku Bolt uruchomił aplikację do zamawiania jedzenia z dostawą – Bolt Food w Warszawie a hulajnogi Bolt trafiły do 11 polskich miast.

Zamiast obaw – nadzieja, zamiast wyzwań – szanse. Podsumowanie 2020 w branży TSL okiem spedytora

Branża TSL nigdy nie musiała radzić sobie z tyloma wyzwaniami, co w 2020 roku. Pandemia i lockdown, wejście w życie pakietu mobilności i inne zmiany w przepisach to najważniejsze z nich. Mimo tego w tym trudnym czasie można dopatrzyć się wielu pozytywów, dzięki którym na nadchodzący rok warto czekać z nadzieją, a nie obawą.

Słowa „lockdown” i „pandemia” odmienia się przez wszystkie przypadki, bo wydaje się, że powiedziano o nich już prawie wszystko i przez ten czas zdążyliśmy zadać sobie wiele trudnych pytań – co właściwie oznaczają dla branży w krótkiej i długiej perspektywie, kiedy pandemia się zakończy i w jakiej kondycji zastaniemy sektor, kiedy będzie już po wszystkim? Znalezienie odpowiedzi na dwa ostatnie pytania nie jest łatwe, ale warto przyjrzeć się krótko- i długofalowym perspektywom dla branży, które nakreśliły przed nami kryzys gospodarczy i epidemia COVID-19.

Po pierwsze, cyfryzacja

Jeżeli można mówić o jakichkolwiek pozytywach lockdownu w krótkiej perspektywie, to bez wątpienia jest nią cyfryzacja, która – zdaniem wielu – przyspieszyła nawet o kilka lat. Można znaleźć mnóstwo jej przykładów – automatyzacja przestrzeni roboczej, wykorzystywanie i przetwarzanie danych przez sztuczną inteligencję, przeniesienie zasobów firmy do środowiska cyfrowego, przejście na pracę zdalną przez spedytorów czy logistyków czy wreszcie – postawienie na nowoczesne, inteligentne narzędzia. Gdyby kryzysowa sytuacja nie dała impulsu do rozwoju, wiele przedsiębiorstw trwałoby w przekonaniu, że po prostu się nie da. Jest inaczej – na cyfryzację można i trzeba stawiać, bo jej wybór stanowi o umiejętności poradzenia sobie w dynamicznie zmieniających się biznesowych okolicznościach. Tak, jak przedsiębiorstwa działające w innych sektorach, tak firmy z branży TSL już teraz, nawet w obliczu kryzysu, stają się coraz bardziej nowoczesne i zdeterminowane na rozwój.

Kierowcy i pakiet mobilności

Tym, czym branża TSL już od wielu miesięcy żyje, są zmiany w przepisach – zwłaszcza tych związanych z tzw. pakietem mobilności. Pierwsze wytyczne zdążyły już wejść w życie, a w następnych latach przyjdą kolejne. Z ideą poprawy warunków pracy kierowców, koniecznością kierowania ich na zasłużony odpoczynek absolutnie nie dyskutujemy, bo w pełni się z nimi zgadzamy, ale nie możemy nie mówić o drugiej stronie medalu: radykalne zmiany – zwłaszcza podwyższenie wynagrodzeń dla pracowników oddelegowanych w transporcie – przyniosą wzrost kosztów, a co za tym idzie – wzrost stawek i utratę konkurencyjności. choć przedsiębiorcy z krajów Zachodnich, takich jak Niemcy czy Francja, nie odczują nowych zmian prawie w ogóle, o tyle mniejsze przedsiębiorstwa z Polski, Litwy, Łotwy, Rumunii czy Estonii – owszem.

Trudno przejść obojętnie obok aspektu, związanego z kierowcami – faktu, że tych na rynku wciąż brakuje. Szczególnie zaś w Rumunii i … w Polsce. Według prognozy Międzynarodowej Unii Transportowej z marca br., na koniec 2020 roku deficyt może wzrosnąć z 22 do 37 proc! Ale i tutaj można spodziewać się odbicia, bo okres po lockdownie mocno sprzyja redefiniowaniu swojego rozwoju zawodowego i przebranżowieniu. Pozostaje więc liczyć, że jeśli trend wzrostu deficytu się nie odwróci, przynajmniej zacznie hamować.

Rynek się zmienia

Wzrost stawek dla kierowców w przewozach międzynarodowych może w dłuższej perspektywie sprawić, że staniemy się coraz bardziej konkurencyjni nie na Zachodzie, a… w kraju. Oczywiście pod warunkiem, że produkcja wewnątrz kraju będzie wzrastać albo przynajmniej utrzymywać się na stabilnym poziomie.

Na kryzysie zyskały mocne branże – między innymi FMCG, spożywcza i farmaceutyczna, które w obliczu pandemii stały się jeszcze bardziej „niezatapialne”. Popyt na żywność, lekarstwa czy inne towary pierwszej potrzeby był, jest i nadal będzie wysoki i stabilny, więc to właśnie pewne branże nadal będą rozdawać karty na rynku. Każda firma logistyczna czy spedycyjna chciałaby współpracować z „pewniakami”, a do tego potrzebna jest cenowa konkurencyjność, ale nie tylko – liczą się też wysoka jakość usług, terminowość i szeroko pojęte standardy. A im są one wyższe, tym dla branży lepiej!

Nie zapominajmy także o popularności ładunków drobnicowych. Jak wynika z naszych obserwacji, zyskały one na fali boomu na e-commerce nie tylko w segmencie B2C, ale także – albo przede wszystkim – w relacji Business-to-Business. W 2021 „drobnica” może więc urosnąć do zdecydowanie większych rozmiarów.

Nie załamujmy rąk

Przed branżą TSL tyle wyzwań, co znaków zapytania. Na wiele pytań trudno już teraz znaleźć odpowiedź, ale po tak trudnym i wyczerpującym roku można już tylko być optymistą. Tym bardziej, że z pandemii i lockdownu wiele przedsiębiorstw wyciągnęło cenne i konstruktywne wnioski. Nie należy więc załamywać rąk i czekać na rozwój wydarzeń, a pomyśleć o szansach i o tym, jak branża TSL może w 2021 roku zyskać, a nie – co stracić.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Ekonomia nadal na biegu wstecznym – nastroje na koniec roku

Stabilny wzrost gospodarczy i wyjście z kryzysu to obecnie jedyne plany i oczekiwania przedsiębiorstw z całej Europy. W szczególności dla przemysłu motoryzacyjnego, logistycznego i rolniczego, który często uważany jest za kręgosłup rozwoju gospodarczego Polski. Dla firm obecnie ważne jest utrzymanie płynności finansowej i z taką strategią wejdą one w kolejny rok – inwestycje w nowości ustąpią miejsca dla handlu sprzętem używanym.

Niemal wszystkie gałęzie gospodarki od ponad pół roku trzymają mocno zaciśnięte kciuki i liczą na widoczne ożywienie koniunktury – w tym przemysłu i handlu pojazdami, branży logistycznej czy powierzchni magazynowej. Planowanie budżetów i strategii długoterminowych od dawna spędza sen z powiek menadżerów firm, którzy pozostają bezradni w obliczu nieprzewidzianych wyzwań kolejnego roku. Inwestycje w nowe floty, sprzęty czy konkretne rodzaje maszyn zatrzymano już wcześniej, jednak wtedy nikt nie sądził, że sytuacja pozostanie niezmienna tak długo. Tymczasem przychody nadal stoją pod znakiem zapytania, zagrożenie dla sektorów czyha na każdym kroku, a ceny robią się tylko wyższe.

Ceny w górę, popyt na nowe maszyny w dół

2021 r. może przynieść niemałe  zaskoczenie – część producentów zawsze podwyższa ceny stopniowo przez dany okres, jednak reszta preferuje nowe kwoty wraz z nadejściem następnego roku. W obecnej sytuacji wzrost cen maszyn może być spowodowany wieloma aspektami, z których część nie była do tej pory zauważalna. To m.in. podwyżki cen podzespołów, pracy ludzkiej i energii, ale także wszechobecne funkcjonowanie w zaawansowanym reżimie sanitarnym, z którym łączą się zmiany w wykonywaniu obowiązków i np. konieczność zakupu środków ochrony czy utrudniona logistyka. Ogromny wpływ na wzrost cen maszyn ma również wysoki aktualnie kurs euro, który przekłada się na niekorzystne warunki importu.

To, w połączeniu ze zmianami w produkcji niekorzystnie oddziałuje na handel maszynami m.in. w kategorii transportu, rolnictwa czy budownictwa. Sektory te już teraz znajdują się mocno pod kreską, a perspektywa kolejnych miesięcy pod hasłem COVID-19 pogrąża je jeszcze bardziej. Do czynników spadku zainteresowania nowym osprzętem dodać można również pogorszenie się wsparcia inwestycyjnego z zewnętrznych środków oraz niską opłacalność produkcji rolniczej.

Pesymistyczne nastroje widoczne są również w sektorze produkcji pojazdów transportowych. Przedsiębiorstwa takie jak MAN notują ogromne straty (w pierwszym półroczu było to 387mln[1]), przez co przeprowadzają przymusowe restrukturyzacje. Z drugiej strony, firmy transportowe skarżą się na wzrosty stawek i niewystarczającą ilość pojazdów do przewozu towarów. Brak dostępnej floty jest wynikiem braku finansowania jej zakupu i tym samym głównym czynnikiem prowadzącym do bankructwa wielu firm.

Używane, ale w formie

Rozwiązaniem asekuracyjnym, szczególnie w sytuacjach niepewnej gospodarki, są maszyny z drugiej ręki – które aktualnie notują trend wzrostowy. Mimo że od stycznia do października 2020 roku zarejestrowano 13537 szt. ciągników używanych, czyli o 149 szt. mniej niż przed rokiem, pozytywów warto się doszukiwać w procentowym spadku, który wyniósł jedynie 1,03procenta. Dla porównania, dwa miesiące wcześniej różnica ta wynosiła 712 sztuk rejestracji, czyli wynik gorszy niż w roku poprzednim aż o 6,1 proc  – jak wynika z danych Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń.  Aktualna różnica ta jest już bardzo niewielka, co świadczy o ożywieniu sprzedaży na rynku wtórnym.

„Zaobserwowany w tym roku trend zwracania się w stronę maszyn z drugiej ręki – szczególnie widoczny w czasach niestabilności gospodarczej – przybierze na sile w 2021 roku. Co więcej, nie chodzi już tylko o kupno i sprzedaż używanych maszyn, ale także możliwość wynajmu pojazdów, która rozwiązuje problem finansowania całego sprzętu. Technologia zawsze śpieszy z pomocą, szczególnie teraz gdy fizyczny handel jest znacznie utrudniony.” – mówi Przemysław Vonau, dyrektor zarządzający w OTOMOTO.

[1] https://www.pb.pl/konto/logowanie/?next=/man-zwalnia-polacy-licza-na-prace-1005913

Magazyn zasilany fotowoltaiką – kwestie prawne i administracyjne, o których należy pamiętać

Instalacje fotowoltaiczne w magazynach są rozwiązaniem ekologicznym i opłacalnym, jednak niektóre kwestie administracyjne mogą ograniczać ich zastosowanie. O tym, na jakie aspekty należy zwrócić uwagę podczas inwestycji w fotowoltaikę, opowiada ekspert Cushman & Wakefield Ryszard Gwóźdź, Starszy Menedżer ds. Technicznych w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych.

Jednym z najistotniejszych czynników kosztowych w budynkach magazynowych są koszty energii elektrycznej, które od kilku lat rosną ze względu na podwyżki cen jednostkowych. Jednocześnie od niedawna obserwujemy zwiększającą się popularność instalacji fotowoltaicznych. Rozwój technologii, coraz dłuższe okresy gwarancji oraz krótsze czasy zwrotu inwestycji powodują zwiększającą się popularność tych rozwiązań. Zastosowanie fotowoltaiki na powierzchniach logistycznych wydaje się więc w tych warunkach naturalne. Jednak podczas analizy poprzedzającej zastosowanie takiej instalacji należy zwrócić uwagę na kilka kwestii administracyjnych, które mogą ograniczyć możliwość ich wdrożenia.

Miejscowe Plany Zagospodarowania Terenu (MPZT)

Należy sprawdzić, czy MPZT nie zakazuje lub nie nakłada ograniczeń w stosunku do instalacji fotowoltaicznych, np. dotyczące maksymalnej mocy instalacji. W wielu przypadkach MPZT nie mówi wprost o instalacjach fotowoltaicznych, a jedynie o przeznaczeniu terenu na „działalność produkcyjną”. W takim przypadku możliwe jest potraktowanie wytwarzania energii elektrycznej w instalacjach fotowoltaicznych zgodnie z definicją w Prawie Energetycznym (wytwarzanie – produkcja energii w procesie energetycznym). W przypadku braku MPZT należy wystąpić o wydanie Warunków Zabudowy lub o decyzję o ustalenie lokalizacji inwestycji celu publicznego, za który możemy uznać ekologiczną produkcję energii eklektycznej.

Sposób rozliczenia z dystrybutorem energii elektrycznej

W przypadku mikroinstalacji (do 50kWp) nadmiar energii „magazynujemy” w sieci dystrybutora OSD i odbieramy 80% przekazanej energii. Natomiast w przypadku instalacji powyżej 50 kWp sprzedajemy energię do sieci dystrybutora OSD (cena energii bez kosztów dystrybucji), zaś kupujemy od dystrybutora OSD energię wraz z kosztami dystrybucji. Powoduje to, że operacja sprzedaży nadmiaru energii, a następnie jej odkupienia, nie jest korzystna i w związku z tym bardzo ważna jest analiza zużycia energii i odpowiednie dobranie mocy instalacji fotowoltaicznej.

Darmowy audyt fotowoltaiczny

Aby wybrać optymalną moc instalacji fotowoltaicznej, najlepiej zdecydować się na usługi profesjonalistów i zgłosić się na darmowy audyt fotowoltaiczny. Dzięki temu, firma zajmująca się montażem instalacji fotowoltaicznych, będzie mogła zaprojektować i zamontować taką instalację, która będzie maksymalnie wydajna i opłacalna. Więcej informacji na ten temat znaleźć można na stronie SunErgo – specjalistów w dziedzinie fotowoltaiki – https://sunergo.pl.

Zgoda na budowę, podłączenie do sieci oraz koncesja

W przypadku instalacji powyżej 50 kWp należy uzyskać zgodę dystrybutora OSD na budowę instalacji oraz podłączenie do sieci. W przypadku instalacji powyżej 1000 kWp należy również uzyskać koncesję na produkcję energii.

Sposób zasilania budynku lub parku logistycznego

Rozliczenie z dystrybutorem OSD następuje w miejscu przyłącza budynku lub parku logistycznego do sieci dystrybutora OSD. Dlatego też w przypadku parku logistycznego rozliczenie nie jest dedykowane dla konkretnego najemcy, a dla całości parku.

W przypadku budynków BTS/BTO dedykowanych dla danego najemcy z własnym przyłączem rozliczenie będzie obejmować danego najemcę. W parkach logistycznych zastosowanie przez wynajmującego fotowoltaiki dla całości parku będzie skutkowało obniżeniem kosztów energii dla całości parku.

Pomimo powyższych wymogów administracyjnych instalacje fotowoltaiczne są rozwiązaniem, które daje nam możliwość znacznego obniżenia kosztów energii elektrycznej, a przy odpowiednio dobranej mocy systemu oraz sposobie rozliczeń z dystrybutorem OSD mogą doprowadzić nawet do samowystarczalności energetycznej budynku lub parku logistycznego.

Obecnie w Polsce mamy około 40 farm fotowoltaicznych powyżej 1 MW, w tym największa o mocy ok. 4 MW (dane URE), zaś w przypadku budynków logistycznych obecnie największe instalacje mają moc około 1 MW. Na świecie największa farma fotowoltaiczna ma moc 1180 MW (ZEA), a w przypadku budynków logistycznych największe instalacje mają moc ok. 20 MW (np. Centrum Magazynowo-Logistyczne PVH w Venlo).

Zielone rewolucje

Fotowoltaika nie jest jedynym proekologicznym rozwiązaniem pozwalającym na wygenerowanie oszczędności. W raporcie „Industrial Goes Green” międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield opisane są również takie zagadnienia jak: stosowanie odzysku ciepła ze sprężarek powietrza, oświetlenia LED, gruntowe wymienniki ciepła, pompy ciepła, destratyfikatory powietrza, izolacyjność ścian i dachów oraz CO2 jako czynnik chłodniczy.

Dodatkowo raport zawiera krótkie wprowadzenie do wspomnianych zagadnień, zalety i wady poszczególnych rozwiązań oraz propozycje dalszych ulepszeń. Analiza została wzbogacona przykładami praktycznego zastosowania rozwiązań ekologicznych w magazynach w Polsce. Autorzy raportu przedstawili w nim także wyniki swojego pionierskiego, kompleksowego badania rynku powierzchni magazynowych pod kątem stosowania tych rozwiązań ekologicznych w budynkach przemysłowych. Do udziału w badaniu zaproszono wszystkich czołowych deweloperów magazynowych działających w Polsce.

Cały przychód z reklam zamieszczonych w raporcie przez partnerów zostanie przekazany na realizację celów Fundacji na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii. Wśród deweloperów, którzy wsparli tę inicjatywę, znaleźli się 7R, CTP, GLP, Logicor, Panattoni Europe, Prologis oraz SEGRO.

Polacy mocno podzieleni w kwestii zakazu sprzedaży piwa bezalkoholowego osobom nieletnim

Z najnowszego badania opinii społecznej wynika, że 45% dorosłych Polaków chce wprowadzenia ustawowego zakazu sprzedaży piwa bezalkoholowego osobom nieletnim. Grupa przeciwników tego rozwiązania jest tylko o 1% mniejsza. Eksperci analizujący problem też są podzieleni. W przyszłości nie wykluczają zmian w przepisach. Jednak obecnie w Ministerstwie Zdrowia nikt nie pracuje nad tego typu rozwiązaniem. [GRAFIKA] Ponad 40% Polaków nie widzi problemu w sprzedaży piwa bezalkoholowego osobom nieletnim

Według badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, przeprowadzonego dla Grupy AdRetail, 45% Polaków jest za ustawowym zakazem sprzedaży piwa bezalkoholowego nieletniej młodzieży. Ale 44% rodaków nie zgadza się z tym. Z kolei 11% nie ma zdania. Jak informuje rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia, obecnie w resorcie nie są prowadzone prace legislacyjne w tym zakresie.

– Podział społeczeństwa pół na pół nie jest niczym nowym. Są ludzie, którzy wybierają łatwiejszą ścieżkę, chcąc zakazów i nakazów. Ale jest grupa patrząca szerzej. I to ona stawia na wiedzę, edukację i kompromisy. Obostrzenia niczemu nie zapobiegają, a wśród młodych ludzi rodzą poczucie buntu. Sądzę jednak, że zwolenników edukowania powinno z czasem przybywać – komentuje Andrzej Wojciechowicz, wieloletni obserwator branży retailowej, a także ekspert Komisji Europejskiej.

Kwestia tego typu sprzedaży od wielu lat jest bardzo kontrowersyjna, co podkreśla Jolanta Terlikowska z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Prawo chroni młodzież do 18. roku życia tylko przed dostępem do substancji psychoaktywnych. Jednak ustawodawca nie przewidział wszystkich pomysłów branży. Jak wyjaśnia Karol Kamiński, ekspert z Grupy AdRetail, piwo zawierające do 0,5% obj. alkoholu nie jest napojem alkoholowym w rozumieniu ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Zatem może być praktycznie dowolnie reklamowane, co oczywiście wykorzystują producenci.

– Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że tego typu napoje powstały z myślą o pełnoletnich konsumentach. Zostały stworzone w odpowiedzi na ich potrzeby związane z chęcią ograniczenia spożywania alkoholu, prowadzenia zdrowego i aktywnego stylu życia. Dzięki dostępnym wariantom 0%, dbanie o siebie i bycie fit już nie wyklucza delektowania się smakiem piwa. W tym duchu branża to promuje – wyjaśnia Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Jak dodaje Jolanta Terlikowska, większość dostępnych typu produktów zawiera jednak niewielkie ilości alkoholu. One mogą być szkodliwe dla młodego organizmu. Natomiast piwa całkowicie bezalkoholowe, mianują nazwą „piwo” oraz identycznym wyglądem opakowania, znakiem towarowym, co napoje zawierające alkohol. Ekspert PARPA stwierdza również, że jest to celowy zabieg marketingowy, mający budować skojarzenie, przyzwyczajenie i promować daną markę. I dodaje, że reklama takiego produktu jest  niezgodna z art. 131 ust. 3 ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.

– W Polsce ciągle panuje przekonanie, że skoro nie ma tam alkoholu, to wszystko jest w porządku, nawet w kontekście osób nieletnich. I to stanowi poważny problem. Jeśli młody człowiek zacznie pić piwo bezalkoholowe, to w dorosłym życiu być może pewniej sięgnie po to z alkoholem. Nie mam co do tego żadnych złudzeń. Zatem należałoby wprowadzić taki zakaz. I zapewne branża, która bardzo często włącza się przecież w odpowiedzialne działania, uzna to w końcu za słuszną linię – mówi Karol Kamiński.

Natomiast Andrzej Wojciechowicz nie znajduje uzasadnienia wprowadzenia takiego zakazu. Ale jest w stanie sobie wyobrazić zmianę przepisów. Wdraża się bowiem wiele rozwiązań, które nie mają nic wspólnego z racjonalnym prowadzeniem handlu. Zdaniem eksperta, ewentualne obostrzenia przyniosą jednak odwrotny efekt. Dziś firmy działają w kierunku zapobiegania alkoholizmowi, zachęcając do zakupu bezalkoholowego trunku zamiast tradycyjnego piwa, oczywiście przy tym promując swój brand. Natomiast w handlu zapewne nieznacznie spadną z tego tyłu obroty.

– Decyzja o zmianach w zakresie polityki alkoholowej należy do rządu. Wszelkie poprawki są wprowadzane po przeprowadzeniu analiz, ocen skutków regulacji. Ewentualne ograniczenia w zakresie sprzedaży piwa bezalkoholowego są mocno uzasadnione interesem społecznym w kształtowaniu właściwych postaw wśród najmłodszych. I z pewnością nie są wymierzone w swej intencji w utrudnienie funkcjonowania branży czy konsumentów, lecz są próbą ochrony dzieci i młodzieży – przekonuje Jolanta Terlikowska.

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 04-06.12.2020 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Grupy AdRetail na reprezentatywnej próbie 1 001 dorosłych Polaków.

Turyści w blokach startowych. Coraz większy ruch w serwisach rezerwacyjnych

Po tygodniach zastoju w wyszukiwarkach noclegowych widać większy ruch. „Najwięcej zapytań dotyczy przyszłego roku: zimowych weekendów tuż po zakończeniu ferii i na majówkę, rośnie liczba rezerwacji na wakacje” – mówi Natalia Jaworska z portalu Noclegi.pl. Wciąż nie brakuje pytań o podróże służbowe – zarówno od turystów, którzy chcieliby wykorzystać tę możliwość, jak i od właścicieli obiektów, którzy chcą zarabiać, ale boją się kar.

Mając nadzieję na uwolnienie turystyki po feriach, Polacy zaczęli rezerwować wyjazdy na 2021 rok.

„Nadal trudno o porównania do >>normalnych sezonów<<, ale sam wzrost ruchu w wyszukiwaniach jest coraz bardziej widoczny, około 20% z tygodnia na tydzień” - mówi Natalia Jaworska z Noclegi.pl. „Szczególnie widać to w wyszukiwaniach noclegów po 17 stycznia 2021 roku, tak jakby Polacy przewidywali, że po feriach skończy się lockdown i będą mogli wyjechać na kilka dni i złapać oddech po świętach czy feriach zimowych spędzonych w domu” - wyjaśnia i dodaje, że z liczby zapytań o możliwość wykorzystania bonu turystycznego w poszczególnych obiektach wynika, że po zakończeniu obostrzeń turyści chętnie będą z niego korzystać. Do platformy każdego dnia trafia też kilkadziesiąt pytań związanych z podróżami służbowymi jeszcze w tym roku. Nie tylko od turystów. Hotelarze chcą przyjmować gości i zarabiać, ale boją się kontroli i kar. Najczęściej nie wiedzą jak udokumentować pobyt gościa w podróży służbowej, tym bardziej jeśli ten podróżuje całą rodziną. „Odpowiedź znajdujemy w rozporządzeniu Rady Ministrów z dnia 1 grudnia 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii. W § 10 ust. 3 czytamy, że potwierdzeniem podróży jest albo dokument wystawiony przez pracodawcę, tzw. delegacja, albo oświadczenie gościa. Z reguły wypisuje się kartę meldunkową lub formularz w hotelu z oświadczeniem o odbywaniu podróży służbowej i to wystarczy. Ponadto zazwyczaj pracownik bierze fakturę VAT za usługi hotelowe, wystawioną na pracodawcę, albo na siebie, żeby rozliczyć się z pracodawcą po powrocie. Przepisy nie dają hotelarzom możliwości badania prawdziwości oświadczeń gości, trzeba więc przyjąć oświadczenie jako złożone zgodnie z prawdą” - wyjaśnia mecenas Oliwer Nowicki z Kancelarii Świecki i dodaje, że teoretycznie to czy pracownik znajduje się w podróży służbowej może skontrolować Państwowa Inspekcja Pracy lub Policja, ale jest to mało prawdopodobne. Tym bardziej, że w przypadku osoby prowadzącej działalność gospodarczą nie da się praktycznie tego sprawdzić. Przedsiębiorca zawsze może być w podróży służbowej. Ale bez dzieci. „Nie można uznać, że podróż z dzieckiem spełnia wymóg podróży służbowej. Nawet w obecnych okolicznościach nauka zdalna nie uprawnia do wysunięcia takiego wniosku” - podkreśla mecenas Nowicki i dodaje, że tym samym zapłata za taką podróż bonem nie jest dozwolona. Ale są też dobre wiadomości dla podróżujących służbowo. Jeśli na miejsce wyjazdu wybiorą obiekt z basenem czy zabiegami SPA, to na mocy cytowanego rozporządzenia mogą z nich korzystać, tak jak z hotelowych siłowni, klubów i centrów fitness. Wszystkie te obostrzenia obowiązują do dnia 27 grudnia 2020 roku. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby w czasie ferii miały być poluzowane, stąd rosnące zainteresowanie rezerwacjami na terminy późniejsze.

Rynek fotowoltaiki po kryzysie – przewidywania eksperta na 2021 rok

Rok 2020 był trudny dla rynku fotowoltaiki. Pandemia koronawirusa wpłynęła na czasowe wstrzymanie dostaw komponentów. W wyniku kryzysu mniejszym firmom może zabraknąć środków na wypłacanie wynagrodzeń instalatorom, przez co rośnie ryzyko ich wypadnięcia z rynku. Wrześniowa nowelizacja prawa budowlanego może też sprawić, że proces inwestycji w panele słoneczne będzie dłuższy i bardziej kosztowny. Jednak zapowiedziane programy dopłat oraz rosnące ceny energii sprawią, że rynek nadal będzie się rozwijał. Na koniec 2021 roku może osiągnąć poziom 5,5-7 GW zainstalowanej mocy.

Epidemia zachwiała rynkiem

Mijający rok nie zaczął się dobrze dla żadnej z gałęzi gospodarki, także dla rynku fotowoltaiki. Koronawirus sprawił, że na pewien czas zamknięto wiele azjatyckich fabryk produkujących komponenty do instalacji. Pojawiły się braki w magazynach, opóźniano realizację inwestycji w farmy fotowoltaiczne. Jednak po spadkach w marcu i na początku kwietnia sytuacja szybko się unormowała, a rynek wrócił do fazy wzrostowej. We wrześniu moc zainstalowanych paneli słonecznych była o 166% większa w porównaniu z 2019 rokiem[1]. Szacowane jest, że w całym 2020 roku obroty na rynku wzrosną nawet o ¼ w stosunku do ubiegłego i przekroczą 5 mld złotych.[2] Trend rozwojowy utrzyma się także w nadchodzących 12 miesiącach, głównie dzięki mikroinstalacjom.

Bariery wciąż obecne

Wzrost sprzedaży rozwiązań fotowoltaicznych w kolejnych miesiącach może jednak spowolnić wprowadzona w mijającym roku nowelizacja prawa budowlanego. Nowe przepisy nakładają bowiem obowiązek przygotowania i uzgodnienia projektu instalacji z rzeczoznawcą ds. przeciwpożarowych, co utrudni i wydłuży cały proces oraz może generować większe koszty ponoszone na dodatkowe zabezpieczenia. Jedną z głównych barier w Polsce pozostają także ceny instalacji solarnych oraz stosunkowo długi czas zwrotu takiej inwestycji – co najmniej kilka lat. Pandemia oraz kryzys mogą dodatkowo skłaniać konsumentów do oszczędzania i odkładania tego typu wydatków na „lepsze czasy”.

Fotowoltaika bardziej opłacalna?

Względy finansowe będą dla konsumentów w nadchodzącym roku główną motywacją do inwestowania w panele słoneczne. Pojawią się bowiem nowe rodzaje kosztów (m.in. opłata mocowa), które wpłyną na wzrost cen prądu. Według rządowych zapowiedzi kontynuowany będzie program dopłat „Mój Prąd”, którego druga edycja została zakończona w grudniu. Prognozy przewidują też, że po spadku cen paneli o 10% w tym roku czeka nas kolejny – o około 15%[3]. Rok 2021 może więc przynieść niższe ceny fotowoltaiki, a instalacje będą bardziej opłacalne zarówno dla gospodarstw domowych, jak i podmiotów biznesowych.

Ulgi i dopłaty warunkiem rozwoju

W Niemczech już dwadzieścia lat temu wsparcie zapewniane przez państwo było bardziej atrakcyjne niż oferowane obecnie w Polsce. W efekcie nasi sąsiedzi od tamtej pory notują stały przyrost ilości mocy generowanej dzięki promieniom słonecznym. Aby utrzymać rozwój branży w nadchodzącym roku potrzebne będą m.in. dopłaty do rynkowych cen odsprzedawanych nadwyżek energii. Znacznie zmniejszyłoby to niepewność związaną z opłacalnością inwestycji w fotowoltaikę i zwiększyło dostępność kredytów na instalacje. Rynkowi z pewnością pomoże też nowa edycja programu „Mój Prąd”, która ma zostać uzupełniona o rozwiązania pomagające zagospodarować wytworzoną energię czy ułatwiające zarządzanie domowymi magazynami energii.

[1] Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych

[2] https://ieo.pl/pl/aktualnosci/1471-raport-rynek-fotowoltaiki-w-polsce-2021

[3] Bloomberg New Energy Finance

Prawo własności intelektualnej – Komisja Europejska pracuje nad aktualizacją ram prawnych

W ostatnim czasie na poziomie unijnym zaobserwować można wzmożone zainteresowanie kwestiami związanymi z prawem własności intelektualnej. Komisja Europejska w listopadzie opublikowała IP Action Plan, który zakłada uaktualnienie ram prawnych Unii Europejskiej tam, gdzie jest to konieczne, oraz wprowadzenie zrównoważonej polityki w zakresie własności intelektualnej, aby pomóc przedsiębiorstwom, również MŚP, w pełni korzystać z ich dóbr własności intelektualnej, a więc wynalazków, znaków towarowych, wzorów przemysłowych czy choćby oznaczeń geograficznych. Ponadto, IP Action Plan ma na celu, uwzględniając obecną sytuację, wzmocnienie ochrony twórczości w czasach kryzysu zdrowotnego i gospodarczego spowodowanego koronawirusem SARS-CoV-2, a także ułatwienie płynnego przejścia na systemy cyfrowe oraz te, które uwzględniają założenia Zielonego Nowego Ładu.

Dodatkowo, na stronach Komisji Europejskiej zamieszczono wstępną ocenę skutków (inception impact assessment) dotyczącą przeglądu obowiązujących przepisów dotyczących wzorów przemysłowych oraz oznaczeń geograficznych, przede wszystkim skupiając się, w przypadku tych drugich, na dodatkowych świadectwach ochronnych dla produktów leczniczych oraz produktów ochrony roślin. Kolejnym tematem będącym w zakresie zainteresowania Komisji Europejskiej są patenty konieczne do spełnienia normy.

We wszystkich przedstawionych kwestiach Komisja Europejska wyraźnie podkreśla potrzebę harmonizacji, głównie w przypadku procedur, na poziomie unijnym obowiązujących w państwach członkowskich przepisów w zakresie własności intelektualnej. Poza tym organem Unii Europejskiej, również europejskie organizacje pracodawców sprawnie reagują na przyszłe zmiany legislacyjne, rozpatrując możliwe rozwiązania i próbując znaleźć wyjście kompromisowe.

Tematem niezwykle ważnym wśród organizacji pracodawców na poziomie unijnym stało się ostatnio zagadnienie harmonizacji materialnego prawa patentowego, w szczególności nieszkodliwego ujawnienia określonego w art. 55 Konwencji o patencie europejskim. Określa on wyjątki od kryterium nowości, niezbędnego do uznania, że dany wynalazek posiada zdolność patentową. Pozostałymi dwoma kryteriami, również poddawanymi ocenie, są poziom wynalazczy oraz przemysłowa stosowalność. Zgodnie z treścią przytoczonego przepisu ujawnienie wynalazku nie jest brane pod uwagę, jeżeli nastąpiło nie wcześniej niż sześć miesięcy przed dokonaniem europejskiego zgłoszenia patentowego i jeżeli spowodowane było bezpośrednio lub pośrednio:

  • oczywistym nadużyciem w stosunku do zgłaszającego lub jego poprzednika prawnego, albo
  • faktem, że zgłaszający lub jego poprzednik prawny wystawili wynalazek na oficjalnej lub oficjalnie uznanej wystawie międzynarodowej w rozumieniu Konwencji o wystawach międzynarodowych, podpisanej w Paryżu dnia 22 listopada 1928 r. i po raz ostatni zmienionej dnia 20 listopada 1972 r.

Pomijając przepisy Konwencji, podobne uregulowania znaleźć można w art. 25 ust. 5 ustawy prawo własności przemysłowej, zgodnie z którym przepisy nie wyłączają możliwości udzielenia patentu na wynalazek, jeżeli jego ujawnienie nastąpiło nie wcześniej niż sześć miesięcy przed dniem dokonania zgłoszenia wynalazku i było spowodowane oczywistym nadużyciem w stosunku do zgłaszającego lub jego poprzednika prawnego. Uregulowanie to nosi nazwę „ulgi w nowości”.

Warto zatem podkreślić, że ulga w nowości będzie dostępna jedynie w przypadku jednoczesnego wystąpienia dwóch warunków, mianowicie czasowego – badanie, kiedy nastąpiło ujawnienie oraz przyczynowego – stwierdzenie czy ujawnienie było spowodowane oczywistym nadużyciem w stosunku do zgłaszającego lub jego poprzednika prawnego.

BusinessEurope aktywnie uczestniczy w pracach Industry Trilateral (IT3), która skupia się na temacie harmonizacji materialnego prawa patentowego. W obecnym kwartale, grupa planuje publikację wniosku w sprawie harmonizacji materialnego prawa patentowego, który obejmuje przede wszystkim takie zagadnienia jak:

  1. stan techniki
  2. wnioski patentowe
  3. nieszkodliwe ujawnienia
  4. pierwszeństwo do uzyskania patentu
  5. publikacja zgłoszenia po upływie 18 miesięcy od daty pierwszeństwa.

Konfederacja Lewiatan stanowczo sprzeciwiła się tym zmianom, zwracając uwagę, że w systemie  europejskim nie funkcjonuje, poza przypadkami wskazanymi w art. 55 Konwencji o patencie europejskim okres karencji, dlatego też zupełnie bezzasadne wydają się postulaty jego wprowadzenia, przy jednoczesnym przedłużeniu z obecnie obowiązującego warunkowo okresu 6 miesięcy do okresu 18 miesięcy.

Dodatkowo, wskazano na zasadnicze różnice między przepisami prawa patentowego poszczególnych państw członkowskich, podkreślając jednocześnie, że tego typu modyfikacja doprowadzi do licznych zawiłości prawnych, a także zwiększy koszty postępowań w sprawie udzielenia patentu. Co więcej, zwrócono uwagę na multiplikację ilości postępowań, będącą wynikiem wprowadzenia okresu karencji, który daje nową możliwość rozpoczęcia postępowania.

Temat ten jest niezwykle aktualny, uwzględniając ustanowienie jednolitego systemu patentowego w Europie, a tym samym Jednolitego Sądu Patentowego. Jednolity patent europejski wejdzie w życie dopiero, gdy umowę o powołaniu Jednolitego Sądu Patentowego ratyfikuje co najmniej 13 państw UE. Z tym większą uwagą, obserwuje się plany przyjęcia aktu zatwierdzającego do Porozumienia o JSP przez Niemcy. W przypadku jego przyjęcia Jednolity Sąd Patentowy może rozpocząć funkcjonowanie, najprawdopodobniej, już w 2022 r.

Elżbieta Dziuba, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Przyszłość rynku elastycznych powierzchni biurowych

Mindspace wraz z przedstawicielami firm doradczych JLL, Colliers International, CBRE, ShareSpace i Brookfield Partners przygotował eBook zawierający prognozy rozwoju sektora powierzchni biurowych typu flex w Polsce. Wszyscy eksperci są zgodni, że obecna sytuacja skłoniła wiele firm do przeanalizowania swoich długoterminowych zobowiązań względem wynajmu biur oraz przeprojektowania strategii dalszych działań.

Przestrzeń typu flex – pewne rozwiązanie na niepewne czasy

Rok 2020 był trudnym okresem dla całej branży nieruchomości komercyjnych, w tym dla sektora biurowego i rozwiązań typu flex. Ze względu na elastyczność umów, operatorzy tego rodzaju przestrzeni już na początku pandemii koronawirusa zaczęli odnotowywać spadek obłożenia. Eksperci przewidują, że na skutek obecnego kryzysu, tendencja ta może utrzymać się również w 2021 roku, wzrośnie także liczba tzw. podnajmów. Z drugiej strony – operatorzy przestrzeni typu flex, w tym Mindspace, zaczęli odnotowywać wzrost zapytań dotyczących ich oferty. Ze względu na niepewne, trudne czasy, wiele firm zaczęło traktować elastyczne powierzchnie biurowe jako alternatywę dla swoich tradycyjnych biur. To rozwiązanie zyskało na popularności zarówno wśród dużych korporacji, jak i mniejszych firm. Zminimalizowanie kosztów prowadzenia działalności, brak długoterminowych zobowiązań oraz możliwość dostosowania wielkości biura do sytuacji na rynku skłoniło wiele przedsiębiorstw do przeniesienia części swoich oddziałów lub wręcz siedzib do przestrzeni typu flex.

Więcej elastycznych powierzchni w regionach

Alternatywy dla tradycyjnego wynajmu przestrzeni biurowych będą poszukiwały firmy z całej Polski – zwłaszcza te o niepewnych perspektywach rozwoju. Zdaniem ekspertów, w dłuższym okresie czasu spowoduje to zwiększenie zasobów elastycznej powierzchni biurowej nie tylko w Warszawie, ale i w mniejszych aglomeracjach – tym bardziej, że na skutek pandemii wiele firm rozważa również wynajem tzw. biur satelickich, zlokalizowanych na obrzeżach miast lub w zagłębiach mieszkaniowych. Strategia ta będzie miała na celu zapewnienie odpowiedniej infrastruktury dla pracowników preferujących pracę z domu, którzy w zależności od potrzeby, otrzymają jednocześnie możliwość korzystania z udogodnień biura firmy.

Konsolidacja

Z obserwacji ekspertów wynika, że własne rozwiązania typu flex planują lub zaczęły już wprowadzać firmy, które do tej pory oferowały zupełnie inny rodzaj najmu. Zwiększenie zasobów elastycznej powierzchni biurowej w Polsce może być przyczyną wielu nowych transakcji w tym sektorze. Eksperci spodziewają się, że następstwem pandemii koronawirusa będą między innymi fuzje i przejęcia – zwłaszcza na dojrzałych rynkach biurowych.

W ciągu najbliższych 12-24 miesięcy spodziewamy się znaczącej konsolidacji w sektorze, w tym wielu fuzji i przejęć. Firmy o ugruntowanej pozycji na rynku, które zaspokajają potrzeby najemców korporacyjnych i które wygenerowały zyski oraz odnotowały wysokie wskaźniki obłożenia pomimo kryzysu, mają największe szanse na przetrwanie, a później – na objęcie przywództwa na rynku – mówi Dan Zakai, współzałożyciel i dyrektor generalny Mindspace.

Umowy oparte na partnerstwie

Kolejnym trendem na rynku elastycznych powierzchni biurowych, którego rozwój przyspieszyła pandemia koronawirusa jest wyraźne odejście od tradycyjnego modelu najmu na rzecz umów opartych na partnerstwie pomiędzy operatorem a właścicielem budynku. Zdaniem Dana Zakai, takie rozwiązanie pozwoli odnotowywać wynajmującym znacznie więcej korzyści, m.in. w zakresie generowania dodatkowych przychodów i większego wykorzystania swoich aktywów przy ponoszeniu mniejszego ryzyka i kosztów.

Rok 2022 – czas stabilizacji

Zdaniem ekspertów, skutki obecnego kryzysu będą odczuwalne jeszcze w pierwszej połowie nadchodzącego, 2021 roku. Spodziewają się, że znaczący wzrost popytu na powierzchnie biurowe typu flex nastąpi w 2022 roku – zwłaszcza wśród firm z sektora MŚP i dużych korporacji.

Medycyna personalizowana w opiece nad pacjentami w podeszłym wieku

Starzenie się społeczeństw, a tym samym wzrost liczby seniorów, wymusza zmiany w opiece zdrowotnej i zwrócenie uwagi na choroby wieku podeszłego. Konieczne jest specjalistyczne podejście i całościowa, indywidualna ocena, która jest podstawą medycyny personalizowanej.  Wdrażanie personalizowanych interwencji w ramach opieki zdrowotnej wspomaga międzynarodowy projekt Regions4PerMed.  

Rozwój cywilizacji, technologii i medycyny oraz poprawa warunków bytowych wpływają na wydłużenie długości życia. Obserwujemy stały wzrost liczby ludności i proces starzenia się społeczeństwa na świecie (według Światowej Organizacji Zdrowia do 2050 r. prawie jedna czwarta ludności świata będzie miała ponad 60 lat). Przy czym populacja osób najstarszych, powyżej 85 r.ż., rośnie szybciej od pozostałych grup wiekowych. Wzrasta więc mediana wieku, a co za tym idzie także częstość występowania chorób przewlekłych, w tym nowotworów i chorób układu sercowo-naczyniowego, związanych z nimi chorób współistniejących oraz niepełnosprawności w późnym wieku.

Wraz z rozwojem cywilizacji mamy do czynienia z ograniczeniem wysiłku i ruchu, zmodyfikowaną żywnością, zanieczyszczeniem środowiska, a także osłabieniem więzi rodzinnych. Wszystko to przyczynia się do rozwoju chorób cywilizacyjnych takich jak: otyłość, cukrzyca typu 2, nadciśnienie tętnicze, miażdżyca, choroba niedokrwienna serca, choroby zwyrodnieniowe stawów, osteoporoza, choroby układu oddechowego, nowotwory, depresje. Zwiększa się częstotliwość występowania powikłań sercowo-naczyniowych (np. udary mózgu, zawały mięśnia sercowego, przewlekła niewydolność serca), choroby otępienne, zaburzenia równowagi i chodu, do upadków i złamań kostnych, co prowadzi do inwalidztwa i uzależnienia od innych.

Wydłużenie średniej długości życia wiąże się również z dostępnością i usprawnieniem publicznej służby zdrowia, lepszą profilaktyką, wyższym poziomem wykształcenia, prowadzeniem zdrowego stylu życia, poprawą warunków sanitarnych i ogólnego poziomu życia. Prognozy dotyczące opieki zdrowotnej nad osobami starszym zakładają żyjących dłużej i w lepszym zdrowiu seniorów oraz konieczność zwiększenia standardów opieki. Pacjenci w wieku podeszłym wymagają specjalistycznego podejścia, wnikliwej, całościowej oceny stanu zdrowia, szerokiej diagnostyki i indywidualnie dobranego leczenia. Są bardziej podatni na choroby przewlekłe i na sam proces leczenia (jego przebieg może różnić się u pacjentów w zaawansowanym wieku i powodować nasilenie efektów ubocznych terapii). Ponadto w tym okresie występuje osłabienie mechanizmów adaptacyjnych i funkcji układów: odpornościowego, sercowo-naczyniowego, oddechowego, endokrynologicznego, pokarmowego itd. oraz wielochorobowość, a co za tym idzie – wielolekowość, które należy wziąć pod uwagę w prowadzonej terapii.

Jak pokazuje sytuacja demograficzna Polski, tendencja starzenia się ludności i związane z tym wyzwania opieki zdrowotnej dotyczą również naszego kraju. Konieczne jest więc zwrócenie uwagi na choroby wieku podeszłego, które są przeważnie długotrwałe i kosztowne w leczeniu, a także działania sprzyjające wdrażaniu technologii medycznych, systemów i urządzeń, które mają istotny wpływ na prowadzenie profilaktyki, screeningu, diagnostyki, monitorowania, leczenia i rehabilitacji pacjentów cierpiących na różne choroby i dotkniętych niepełnosprawnością. Wraz z rosnącą presją związaną z usługami opieki zdrowotnej i społecznej dla coraz liczniejszej grupy osób w wieku podeszłym rośnie zapotrzebowanie na odpowiednie rozwiązania, jakie niesie postęp technologiczny, ale też konieczność wprowadzenia unormowań systemowych. Wśród barier do pokonania są m.in. brak współpracujących ze sobą środowisk technologii informacyjnych w dziedzinie opieki zdrowotnej, nieodpowiednie dane i standardy wiedzy oraz polityki w zakresie wdrażania nowych rozwiązań. Ponadto wiele usług nadal nie jest ogólnodostępnych lub są zbyt drogie, by mogły być popularyzowane na szeroką skalę. Jednym z projektów rozwijających technologie personalizowane, które służyć mogą opiece integrowanej nad pacjentem w wieku podeszłym jest międzynarodowy projekt Regions4Permed będący platformą wymiany doświadczeń ekspertów z pięciu europejskich regionów – mówi prof. Donata Kurpas, Kierownik Projektu po stronie Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Projekt „Regions4PerMed – Interregional coordination for a fast and deep uptake of personalised health” jest finansowany w ramach programu Komisji Europejskiej Horyzont 2020. Obejmuje międzynarodową koordynację regionalnych polityk i programów innowacyjnych w zakresie e-zdrowia i nawiązanie stałego dialogu między 5 regionami europejskimi: Lombardią, Toskanią, Saksonią, Galicją i Dolnym Śląskiem. Ma na celu wdrażanie najlepszych praktyk w ramach personalizowanej opieki zdrowotnej, w tym zwiększenie zaangażowania władz regionalnych, naukowców i decydentów mających wpływ na wdrażanie medycyny personalizowanej oraz określenie optymalnych zasad implementacji innowacyjnych interwencji.

Tradycyjna medycyna bazowała na rozwiązaniach ogólnych, jednakowym podejściu do różnych pacjentów zmagających się z daną chorobą. Takie standardowe leczenie u niektórych osób mogło nie przynosić oczekiwanych efektów terapeutycznych. Nowoczesna medycyna coraz częściej korzysta z osiągnięć w dziedzinie personalizowanych technologii medycznych, które umożliwiają postępy w zakresie zapobiegania, diagnozowania, leczenia i rehabilitacji. Przez podejmowanie działań indywidualnie dopasowanych do potrzeb pacjenta i jego obecnej sytuacji zdrowotnej technologie medyczne zapewniają nie tylko większą skuteczność w zakresie somatycznym, ale i pozytywne efekty psychologiczne, sprawdzają się zarówno w domach, opiece ambulatoryjnej, jak i na oddziałach szpitalnych – dodaje prof. Donata Kurpas.

Dynamiczny rozwój technologii sprawia, że nowoczesna aparatura medyczna jest zinformatyzowana, wyposażona w specjalistyczne oprogramowanie, które odpowiada m.in. za automatyzację procedur diagnostycznych i terapeutycznych, przetwarzanie i przyjazne udostępnianie lekarzom informacji o stanie pacjenta. Technologie mogą wspierać opiekę geriatryczną, której celem jest utrzymanie starszych ludzi jak najdłużej w zdrowiu fizycznym i psychicznym, utrzymanie ich sprawności i zdolności do samodzielnego funkcjonowania, zapobieganie przedwczesnemu niedołężnieniu oraz możliwości przebywania w domowych środowisku do ostatnich dni, gdzie ludzie czują się najlepiej. Ważna jest więc integracja technologii stosowanych w domach, takich jak: czujniki, aplikacje, które wspomagają niezależność osób w wieku podeszłym i mogą mieć wpływ na modulowanie opieki domowej, nie tylko zwiększając jej efektywność pod względem kosztów i czasu leczenia, ale także oferując rozwiązania zachęcające do zwiększania samodzielności i poprawy jakości życia seniorów. Nowe technologie personalizowane mogą przejmować rolę opiekunów osób w wieku podeszłym, monitorować ich stan zdrowia i alarmować o niebezpiecznych sytuacjach. Kluczowe jest przy tym zwiększanie kompetencji starszych osób w zakresie korzystania z tych technologii.

Wdrożenie personalizowanych technologii w codziennym życiu zwiększa skuteczność podejmowanych działań indywidualnie dopasowanych do potrzeb pacjenta i jego obecnej sytuacji zdrowotnej, a także daje pozytywne efekty psychologiczne. Czynnikiem determinującym rozwój rozwiązań personalizowanych jest innowacyjność w różnych sferach działalności: w edukacji, badaniach naukowych i rozwojowych, we wdrożeniach nowych rozwiązań do produkcji i praktyki medycznej oraz w tworzeniu nowych firm i zaplecza naukowo-technologicznego koniecznego do wytwarzania nowoczesnej aparatury medycznej i farmaceutyków. Bardziej efektywne terapie prowadzą do skrócenia czasu hospitalizacji, lepszego rokowania dla pacjentów i szybszego ich powrotu do normalnej aktywności w społeczeństwie. – tłumaczy Dorota Stefanicka – Wojtas, asystent merytoryczny Projektu po stronie Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Medycyna personalizowana w praktyce

Coraz bardziej zaawansowane urządzenia mogą monitorować zmienne fizjologiczne i w czasie rzeczywistym przekazywać je do smartfona lub komputera. Na przykład osobisty monitor Raisin monitoruje i analizuje tętno, aktywność fizyczną, pozycję ciała i rejestr pacjenta, co pozwala na precyzyjne dostosowanie leczenia w celu kontroli chorób przewlekłych lub dostosowanie stylu życia sprzyjającemu zdrowiu. Opiekę zdrowotną nad osobami starszymi usprawnia także monitorowanie stanu zdrowia z wykorzystaniem GPS. Cyfrowe urządzenia typu wearable łączą zdalnie użytkowników z systemem monitorującym i ostrzegają służby ratunkowe lub krewnych, gdy użytkownik potrzebuje pomocy. Co istotne, pomoc może być szybko uruchomiona, jeśli użytkownik zgubi się, upadnie lub poczuje się źle. Niektóre z proponowanych systemów obejmują inteligentne ubrania lub plastry, które śledzą parametry życiowe użytkownika, np. tętno, temperaturę, ciśnienie krwi i oddech. Osoby w wieku podeszłym są głównymi odbiorcami leków przepisywanych na receptę i jak pokazuje praktyka mają skłonność do pomijania dawek leków lub ich przypadkowego przedawkowania. Technologie zmniejszające to ryzyko mogą ograniczyć ewentualne błędy terapii, a nawet uratować życie. Na rynku znajdują się już systemy wydające leki zgodnie z ustalonym wcześniej harmonogramem oraz aplikacje, które za pomocą smartfona powiadamiają pacjentów o konieczności przyjęcia leków.

Kolejnym problemem, który stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia osób w każdym wieku jest izolacja społeczna. Obecnie, gdy rośnie liczba osób żyjących samotnie, utrzymanie więzi społecznych staje się ważniejsze niż kiedykolwiek. I tu z pomocą przychodzą nowe technologie komunikacyjne i informacyjne, które pomagają osobom w podeszłym wieku utrzymywać kontakt ze światem, np. szwedzki system GiraffPlus, który wykorzystuje podobny do Skype’a interfejs do łączenia seniorów z osobami w każdym miejscu na świecie. Umożliwia prowadzenie wideorozmów z przyjaciółmi, krewnymi i pracownikami służby zdrowia. Również rzeczywistość wirtualna (VR – Virtual Reality) może być wykorzystana u seniorów w celu wspierania dobrego samopoczucia emocjonalnego, a nawet pomocy w radzeniu sobie z demencją.

Podobnie rozwój telemedycyny (inaczej medycyna na odległość), ma duży wpływ na zdrowie i życie osób w wieku podeszłym, które z niej korzystają. Dzięki kamerom umieszczonym w komputerach, tabletach i smartfonach, lekarz „odwiedza” swoich pacjentów w zaciszu ich domów. W połączeniu z pozyskanymi precyzyjnymi danymi stanu zdrowia pacjenta, można sprawnie postawić diagnozę, co może zapobiec pogorszeniu się stanu zdrowia dzięki szybkiej interwencji medycznej, a nawet uniknąć hospitalizacji.

Sposób, w jaki zarządzamy zdrowiem ludzi mogą zrewolucjonizować sztuczna inteligencja i big data, czyli duże zbiory danych, które można analizować w celu określenia wzorców i tendencji. Wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej i coraz bardziej zaawansowanymi algorytmami, profilaktyka pierwotna może zapobiec rozwojowi chorób. Lepsze wykorzystanie danych publicznych w połączeniu z narzędziami cyfrowymi i zrozumieniem szerszych uwarunkowań dotyczących zdrowia da nam możliwość szybszej i pełniejszej identyfikacji zagrożeń oraz pomocy najbardziej potrzebującym osobom z czynnikami ryzyka, zanim staną się pacjentami obciążonymi chorobami przewlekłymi. Sztuczna inteligencja może również funkcjonować jako narzędzie diagnostyczne i terapeutyczne, czego przykładem jest wykorzystanie rozpoznawania mowy do wykrywania demencji przy zastosowaniu przetwarzania języka naturalnego (NLP – Natural Language Processing). Takie narzędzia zwiastują nową erę medycyny spersonalizowanej, w której leczenie jest dostosowane do indywidualnych potrzeb pacjentów – tłumaczy Marta Duda-Sikuła, asystent merytoryczny Projektu po stronie Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Nowe technologie umożliwiają personalizację ochrony zdrowia, a integracja spersonalizowanych technologii wspiera niezależność osób w wieku podeszłym. Spersonalizowane technologie mogą wpłynąć na opiekę domową, nie tylko zwiększając jej efektywność pod względem kosztów i czasu leczenia, ale także oferując rozwiązania, które zachęcają do samodzielnego życia i poprawiają jakość życia osób w wieku podeszłym.

Spada poziom niepokoju wywołanego pandemią

7 proc. wynosi obecnie w Polsce opracowany przez Deloitte indeks niepokoju. To spadek z rekordowych 34 proc. miesiąc temu, kiedy poziom obaw nad Wisłą był najwyższy na świecie. W najnowszej edycji badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker widać, że po dużych wzrostach na początku listopada, Polacy znów poczuli się pewniej. Aż o 10 pp. przybyło konsumentów, którzy czują się bezpiecznie w sklepach stacjonarnych. Jedna piąta z nas nie ma obaw przed udziałem w wydarzeniach takich jak mecze czy koncerty. O 8 pp. przybyło też Polaków, którzy nie boją się iść do dentysty czy fryzjera.

„Global State of the Consumer Tracker” to dziesiąta edycja prowadzonego cyklicznie przez Deloitte wśród polskich konsumentów badania ich reakcji i obaw związanych z pandemią koronawirusa. Na świecie badanie zostało przeprowadzone po raz trzynasty. W najnowszej ankiecie na przełomie listopada i grudnia na pytania Deloitte odpowiedziało po tysiąc osób z w sumie 18 krajów. Oprócz Polaków byli to mieszkańcy Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA.

Duży spadek indeksu niepokoju

Z najnowszej ankiety Deloitte wynika, że globalnie poziom lęku jest nieporównywalnie niższy niż miesiąc temu. Wśród krajów gdzie jest on najmniejszy jest także znacznie więcej państw z Europy. Dla Polski, opracowany przez Deloitte indeks niepokoju, czyli różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły, wyniósł na początku grudnia 7 proc. To spadek aż o 27 pp. od badania przeprowadzonego na początku listopada kiedy Polacy deklarowali niepokój na rekordowym poziomie 34 proc.

Tak duży i nagły spadek poziomu niepokoju pokazuje, że pierwszy szok wywołany wzrostem zachorowań minął, a Polacy przyzwyczajają się do sytuacji, życia i pracy w tak niecodziennych warunkach. Co prawda w ciągu miesiąca niepokój odczuwany przez konsumentów znacząco spadł, ale nadal jesteśmy bardzo wysoko. Przed nami są tylko Indie, gdzie indeks niepokoju wynosi 29 proc. i jest najwyższy właściwie w każdej edycji badania – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Co ciekawe, na czele krajów z najmniejszym poziomem lęku znów są Niemcy. U naszych zachodnich sąsiadów indeks niepokoju wynosi -33 proc., a więc jest niższy niż ostatnio o 21 pp. Za Niemcami są Holendrzy z indeksem na poziomie -25 proc. Najwyższy spadek poziomu lęku odnotowali w ciągu miesiąca Francuzi. W najnowszej edycji badania wynosi on -11 proc., a więc mniej niż miesiąc temu aż o 33 pp.

Poziom niepokoju spadł we wszystkich grupach wiekowych respondentów Deloitte. Co ciekawe jednak, o ile na początku listopada najwyższy poziom obaw deklarowały osoby w wieku 55+, o tyle w grudniu najbardziej zaniepokojeni zdają się być Polacy w wieku 35-54 lata (47 proc.). Najmniej zaniepokojone są osoby w wieku 18-34 lata (42 proc.).

Dużo bezpieczniej w sklepach

Ogólne uspokojenie tylko w niewielkim stopniu wpłynęło na zmniejszenie poziomu obaw dotyczących zdrowia własnego i bliskich osób. W Europie wciąż najbardziej zaniepokojeni o zdrowie są Hiszpanie (78 proc.). W przypadku tego kraju w ciągu miesiąca poziom niepokoju podniósł się o kolejne 3 pp. Polska znalazła się tuż za Hiszpanią. 63 proc. rodzimych konsumentów obawia się o swoje zdrowie, co oznacza spadek o 3 pp. w porównaniu z badaniem z początku listopada. Na świecie największy poziom lęku o własną kondycję odnotowują Chińczycy (84 proc.) i mieszkańcy Meksyku (82 proc.).

Polacy wiąż mają najwyższy w Europie poziom obaw o zdrowie rodziny. Razem z Meksykiem, z wynikiem 81 proc., jesteśmy pod tym względem na trzecim miejscu na świecie. Wyższy poziom obaw jest w Indiach i Chinach. 82 proc. zapytanych Hindusów i aż 85 proc. Chińczyków niepokoi się o stan zdrowia członków rodziny. Warto zauważyć, że w przypadku Polski najnowsze badanie pokazuje pierwszy od sierpnia spadek obaw w zakresie zdrowia własnego i rodziny. Od trzech miesięcy obserwowaliśmy jego systematyczny wzrost – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Wart odnotowania jest duży skok poczucia bezpieczeństwa w sklepach. Po sporym, bo aż o 12 pp. spadku na początku listopada, najnowsza edycja badania przynosi wzrost o 10 pp. Prawie połowa polskich konsumentów deklaruje, że czuje się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Zauważalny wzrost, bo o 6 pp. dotyczy barów i restauracji. Dziś 36 proc. z nas czuje się w takich miejscach komfortowo, choć grudzień to kolejny miesiąc kiedy lokale gastronomiczne mogą serwować jedzenie jedynie na wynos.

Mimo, że ograniczenia w przyjmowaniu gości dotyczą także hoteli, aż o 8 pp. wzrosła liczba Polaków, którzy nie mają obaw przed zatrzymaniem się w takim miejscu, a ponad jedna czwarta z nas bezpiecznie czuje się na pokładzie samolotu. Jedna piąta ankietowanych odpowiedziała, że nie ma obaw przed udziałem w wydarzeniach, na które przychodzi wiele osób, jak mecze czy koncerty. Znacznie (8 pp.) wzrosła też liczba konsumentów, którzy bez obaw korzystają z indywidulanych usług jak wizyta u dentysty czy fryzjera (42 proc.).

Obawy o pracę i finanse wciąż duże

Do poziomu z drugiej połowy sierpnia spadł odsetek Polaków, którzy mają obawy związane z powrotem do biura.

Od ostatniej edycji badania, kiedy obawy przed pracą stacjonarną miało rekordowe 35 proc. zapytanych, ich liczba spadła o 5 pp. Nieco swobodniej czujemy się także podczas podróży komunikacją miejską, którą wielu z nas wykorzystuje jako środek transportu do miejsca pracy. Ponad połowa naszych respondentów zapowiada, że w najbliższych tygodniach ograniczy korzystanie z miejskich autobusów, tramwajów, czy metra, podczas gdy miesiąc temu odpowiedziało tak prawie 60 proc. ankietowanych – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Mimo, że oddala się wizja kolejnego lockdownu, niezauważalnie, bo zaledwie o 1 pp. spadła liczba konsumentów, którzy obawiają się, że stracą pracę. To dziś powód do zmartwień dla 53 proc. zapytanych przez Deloitte. O 5 pp. wzrosła także liczba osób, które niepokoją się o spłatę swojego zadłużenia kredytowego (68 proc.). Tylko jedna piąta konsumentów nie ma związanych z tym obaw. Na niemal niezmiennym poziomie utrzymuje się natomiast liczba Polaków (-1 pp.), którzy obawiają się o stan swoich oszczędności (72 proc.). Tylko 15 proc. z nas nie ma co do tego obaw.

Obecna sytuacja to z pewnością pokłosie dotychczasowych, spowodowanych przez pandemię obostrzeń. Wielu przedsiębiorców musiało się przebranżowić, a w najgorszym wypadku zamknąć definitywnie lub czasowo własny biznes. Polacy wciąż ostrożnie podchodzą do kwestii finansowych. Tylko o 2 pp. do 30 proc. spadła liczba konsumentów, którzy obawiają się o uregulowanie przyszłych płatności. Wciąż też wolimy poczekać z robieniem dużych zakupów na lepsze czasy – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Coraz chętniej płacimy za wygodę

Uspokojenie nastrojów nad Wisłą widać także w zwyczajach zakupowych polskich konsumentów. Choć o 4 pp. mniej jest tych, którzy kupują na zapas, nadal jesteśmy pod tym względem na pierwszym miejscu w Europie (41 proc.). Tuż za nami są Włosi (40 proc.) Globalnie do kupowania więcej niż są w stanie zużyć na bieżąco, przyznaje się najwięcej mieszkańców Indii (68 proc.). W Chinach z kolei jest najwięcej konsumentów, którzy polują na okazje (61 proc.). Po wzroście od ostatniej fali badania o 4 pp., wśród krajów europejskich Polska jest pod tym względem na trzecim miejscu (48 proc.) za Wielką Brytanią (50 proc.) i Irlandią (51 proc.). Za nami są Francuzi (47 proc.) i Niemcy (46 proc.).

Polacy znów coraz chętniej płacą za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu. Tzw. trend convenience rośnie systematycznie od początku października.W najnowszej edycji to już jedna trzecia zapytanych. – Warto bliżej przyjrzeć się powodom, dla których jesteśmy gotowi więcej wydać za udogodnienia w trakcie zakupów. Od trzech edycji badania kierujemy się przede wszystkim obawą o zdrowie, choć w ciągu miesiąca liczba osób, które podają ten powód spadła z 71 proc. do 64 proc. Na drugim miejscu niezmiennie jest oszczędność czasu, a na trzecim, co jest bardzo ciekawe, po raz pierwszy redukcja stresu. To powód dla aż 41 proc. naszych ankietowanych, czyli więcej aż o 7 pp. niż miesiąc temu – podsumowuje Michał Tokarski.

Świeże paliwo

Pomimo niepokojącego szumu informacyjnego w kwestii zaostrzania covidowych restrykcji, inwestorzy nie chcą porzucać budowanego wcześniej optymizmu w stosunku do ryzykownych aktywów. Potrzebują jednak świeżego paliwa, a druga część tygodnia takiego może dostarczyć.

Zacznę jednak do tego, co rzetelnym impulsem dla rynków nie jest – brexit. Szum wokół negocjacji jest coraz głośniejszy i choć z perspektywy handlu funtem inwestorzy widzą większe prawdopodobieństwo porozumienia (ja też zaliczam się do tego grupy), tak napływające informacje niewiele wnoszą. GBP/USD wspina się pod 1,35 po komentarzach reportera BBC, według którego w szeregach posłów torysów zapanowało poruszenie, że porozumienie jest coraz bliżej, a eurosceptycy w partii będą zadowolenie z rezultatu. Szef unijnego zespołu negocjatorów stwierdził, że widzi ścieżkę do umowy, o ile strony pokonają różnice zdań. Osobiście nie widzę, jak po tych informacjach można uznać, że prawdopodobieństwo dogadania się stron wzrosło, ale widać na rynku GBP nikt nie chce przegapić potencjalnego rajdu ulgi po ogłoszeniu porozumienia. Tylko czy czasem po drodze nie trafi się jeszcze jeden powód do rozczarowania i korekty niżej. Brexitowy roller-coaster jedzie dalej.

Dziś w kalendarzu na pierwszym miejscu jest decyzja FOMC. Oczekujemy, że Fed utrzyma cel dla stopy rezerw federalnych na 0-0,25 proc. i w przewidywalnej przyszłości nie zanosi się, aby stanowisko Fed w tej sprawie uległo zmianie. Ostatnia projekcja Fed z września sugeruje, że warunki dla podwyżki po stronie inflacji i bezrobocia nie pojawią się wcześniej, jak w 2023 r. O obniżkach też na razie nie ma dyskusji, a Fed wolałbym, aby krótkoterminowe wyzwania gospodarce (druga fala pandemii) były rozwiązywane narzędziami fiskalnymi. Jedną z kwestii, która wymaga uporządkowania jest nakreślenie długoterminowych planów dla programu skupu aktywów, aby były spójne z nową strategią dla polityki stóp procentowych. Oczekiwalibyśmy wskazania, że tempo skupu będzie podtrzymywane do czasu, aż projekcja inflacja nie będzie przywidywać powrotu poniżej celu 2 proc., a rynek pracy nie znajdzie się na trajektorii ku stanowi pełnego zatrudnienia. Niewykluczone, że grudniowe posiedzenie przyniesie decyzję o zmianie struktury zakupów obligacji z preferowaniem długoterminowych papierów, by tym sposobem wywierać presję na oprocentowanie długoterminowe. Zaniżanie rentowności długu (i pośrednio kosztu kredytu) poprzez nasilony skup obligacji o długim terminie zapadalności powinno dodatkowo wspierać gospodarkę.

O ile nie pojawi się niespodzianka, decyzja Fed powinna zostać przyjęta neutralnie przez rynki. Podtrzymanie akomodacyjnej polityki pieniężnej przy rozkręcaniu ekspansji fiskalnej i perspektywach szybszego ożywienia opartego o rozpowszechnianie szczepień oznacza wzrost oczekiwań inflacyjnych. Bez reakcji po stronie podwyżek stóp procentowych pogłębianie ujemnych realnych stóp będzie osłabiać dolara w średnim i długim terminie. EUR/USD zblokował się pod 1,22, czekając na świeży impuls. Taki widzielibyśmy w zatwierdzeniu pakietu fiskalnego w USA.

Wcześniej jednak uwaga skupi się na grudniowych odczytach PMI. W tym miesiącu niektóre kraje zaczęły luzować restrykcje, co powinno przynieść stabilizację, jeśli nie skromne odbicie w odczytach Composite PMI. Ale np. w Niemczech restrykcje zostały zaostrzone, więc tamtejszy sektor usługowy dalej będzie się kurczył. Ogólnie sytuacja daleka jest od normalności i indeksy dla usług w innych krajach (np. Francji) pozostaną poniżej 50 pkt. Na pocieszenie, przemysł powinien utrzymać solidne tempo ekspansji na oczekiwaniach przyspieszenia wzrostu w przyszłym roku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rada UE chce wprowadzić system znakowania żywności uwzględniający dobrostan zwierząt

15 grudnia br. Rada Unii Europejskiej ds. Rolnictwa i Rybołówstwa wyznaczyła kierunek dla kompleksowego systemu znakowania żywności, który będzie przedstawiał poziom dobrostanu zwierząt w całym cyklu hodowlanym – łącznie z transportem i ubojem – dla każdego gatunku.

Państwa członkowskie UE uzgodniły kierunek dalszego rozwoju ogólnounijnego systemu znakowania żywności, dotyczącego dobrostanu zwierząt, który wykracza poza dobrowolne znakowanie i obejmuje wszystkie gatunki w ciągu całego życia zwierząt. To ogromny krok w kierunku poprawy dobrostanu i lepszego traktowania zwierząt hodowlanych.

Obecnie konsumenci mają możliwość świadomego wyboru jedynie jaj, które oznaczone są cyframi (3 – chów klatkowy, 2 – ściółkowy, 1 – wolny wybieg, 0 – ekologiczny). Wprowadzone zmiany pozwolą na więcej świadomych i bardziej etycznych decyzji zakupowych – w wielu badaniach opinii publicznej, przeprowadzonych na przestrzeni lat wyraźnie widać, że konsumenci chcą wiedzieć skąd pochodzą produkty zwierzęce, które kupują i zależy im na znajomości warunków, w jakich hodowane są zwierzęta.

Wprowadzenie obowiązkowego znakowania mięsa i produktów zwierzęcych to nie tylko decyzja, która pozytywnie wpłynie na dobrostan zwierząt, ale będzie też odpowiedzią na oczekiwania konsumentów – mówi Anna Iżyńska, menadżerka ds. kampanii w Stowarzyszeniu Otwarte Klatki – Widzimy duże poparcie zarówno w Polsce, jak i całej Europie dla wszystkich dążeń, które mają na celu poprawę losu zwierząt hodowlanych – dodaje Iżyńska.

Badanie Eurobarometru z 2015 r. wykazało, że 82% europejskich konsumentów domaga się zwiększenia dobrostanu zwierząt hodowlanych, a ponad połowa badanych aktywnie poszukuje oznakowań dotyczących dobrostanu zwierząt. Co więcej, w badaniu przeprowadzonym w lutym 2020 r. przez Biostat aż 56,5% respondentów na pytanie, czy warunki hodowli kurczaków na mięso powinny ulec poprawie odpowiedziało „zdecydowanie tak”, a „raczej tak” odpowiedziało 35,5% badanych – zatem aż 92% Polaków wspiera poprawę losu kurczaków.

W 2021 r. Komisja Europejska zamierza rozpocząć badanie dotyczące oznaczania dobrostanu zwierząt, które doprowadzi do opracowania wniosku w tej sprawie, oczekiwanego w 2022 r.

Rozwój rynku autonomicznych robotów mobilnych

Mobile Industrial Robots (MiR), czołowy producent autonomicznych robotów mobilnych (AMR), poinformował, że na przestrzeni ostatnich miesięcy roboty MiR wdrożyły organizacje z różnych sektorów i o różnej skali działania, m.in. Schneider Electric w zakładach w Polsce, Bułgarii, Francji i we Włoszech, chiński oddział przedsiębiorstwa farmaceutycznego Novo Nordisk, hiszpańska fabryka TB Spain Injection zajmująca się przetwórstwem tworzyw sztucznych oraz amerykański zakład Bossard – lider na rynku elementów złącznych. Kluczowe rezultaty robotyzacji wymieniane przez użytkowników to przede wszystkim optymalizacja kosztów i efektywności transportu wewnętrznego, a także szansa na zaangażowanie personelu w inne obszary.Rozwój rynku autonomicznych robotów mobilnych

Rynek CEE – 10% udziału w globalnej sprzedaży 2020

W 2020 MiR wzmocnił sieć partnerską w regionie CEE, zarówno od strony dystrybutorów – nowi partnerzy (Słowacja i Węgry), jak i integratorów systemów. Najbardziej aktywne segmenty w zakresie wdrażania AMR to motoryzacja i branże pokrewne, jednak bardzo wyraźne jest zapotrzebowanie ze strony sektora FMCG i logistyki. Poza firmami z Polski, Czech, Słowacji i Węgier zdecydowanie przyspieszyła Rumunia. Aktualnie udział regionu CEE w łącznej, globalnej sprzedaży robotów Mobile Industrial Robots to 10%.

„Ten rok pokazał, jak bardzo procesy produkcyjne są narażone na przestoje w wyniku nieprzewidzianych sytuacji. Robotyzacja zapewnia elastyczność i gwarantuje stabilne działanie pomimo niekorzystnych warunków. Obserwujemy zdecydowanie wyższe zainteresowanie automatyzacją intralogistyki, także w kontekście nowym wymogów bezpieczeństwa i higieny, oraz aplikacji związanych z dezynfekcją przestrzeni. Spodziewamy się, że przyszły rok będzie bardzo intensywny” – mówi Jesper Sonne Thimsen, dyrektor sprzedaży w regionie CEE, Mobile Industrial Robots.

W Polsce MiR oferuje swoje roboty poprzez dwóch dystrybutorów – krakowską firmę ASTOR oraz wrocławską ProCobot.

Rynek AMR i AGV warty 1,9 mld USD

Według raportu World Robotics 2020, Service Robots, Międzynarodowej Federacji Robotyki[1], pod koniec 2019 r. wartość sprzedaży robotów logistycznych wyniosła 1,9 mld USD. Firmy i organizacje na całym świecie kupiły 75 tys. autonomicznych robotów mobilnych i systemów AGV – o 42% więcej niż w roku poprzednim. IFR szacuje, że wzrost sprzedaży w tym segmencie w 2020 roku utrzyma się na podobnym poziomie. Kluczowe trendy wpływające na rynek to cyfryzacja produkcji, elastyczne modele RaaS (Robot as a Service, robot jako usługa) oraz zainteresowanie autonomiczną dezynfekcją.

„Autonomiczne roboty mobilne są wykorzystywane zarówno w magazynach, jak i nowoczesnych zakładach przemysłowych. Koniec 2019 roku oraz 2020 rok to także zdecydowany wzrost wykorzystania robotów AMR w obszarze dezynfekcji różnego rodzaju pomieszczeń – w segmencie opieki zdrowotnej, przemyśle i różnego rodzaju obiektach użyteczności publicznej. Pokazuje to jak uniwersalną i elastyczną platformą są roboty AMR – w zależności od potrzeb mogą stanowić wsparcie w praktycznie każdym sektorze” – mówi Søren E. Nielsen, prezes Mobile Industrial Robots.

IFR podkreśla, że roboty AMR są odporne na silne substancje oraz światło UV – dzięki temu mogą stale dezynfekować wybrane obszary, bez narażania personelu. Z kolei w zakładach przemysłowych i magazynach AMR podnoszą efektywność transportu wewnętrznego, obniżają koszty intralogistyki oraz zapewniają bezpieczeństwo, szczególnie w dynamicznym otoczeniu.

[1] International Federation of Robotics, World Robotics 2020, Service Robots

Prognozy Veeam na rok 2021

Programiści będą mieć większy wpływ na kierowanie procesami technicznymi i strategie zarządzania danymi w przedsiębiorstwach.

Zapowiada się ostry „zwrot w lewo” we wszystkich branżach, ponieważ dyrektorzy ds. informatycznych będą bardziej polegać na programistach podczas zarządzania procesami technicznymi w przedsiębiorstwie. Dawniej informatycy przenosili dane do chmury w sposób określony przez kierownictwo. Po wybuchu pandemii to się jednak zmieniło, podobnie jak wiele innych rzeczy całym świecie. Środowiska chmurowe znacznie zyskały na znaczeniu. W roku 2021 zespoły pracujące w środowiskach DevOps będą mieć jeszcze więcej do powiedzenia w procesie budowania strategii przetwarzania danych. W rezultacie zwiększy się mobilność obciążeń, co będzie skorelowane z rozwojem technik zarządzania danymi w chmurze.

Ochrona danych na platformie współpracy w chmurze i zarządzanie tymi danymi zyska na znaczeniu

Już przed pandemią coraz więcej firm korzystało z rozproszonych sieci pracowników. COVID-19 spowodował ogromne przyspieszenie tego trendu. Do połowy przyszłego roku wiele firm będzie nadal rozszerzać możliwości pracy zdalnej. Chmurowe platformy współpracy, takie jak Microsoft Teams i Slack, będą więc jeszcze częściej używane, w związku z czym jeszcze więcej zespołów będzie chciało wykorzystać chmurę do przechowywania dużych ilości danych napływających z platform współpracy. W rezultacie w roku 2021 znacznie zyska na znaczeniu ochrona danych i zarządzanie nimi na potrzeby oprogramowania do pracy grupowej.

Urządzenia (sprzęt) będą ustępować miejsca rozwiązaniom programowym

Przedsiębiorstwa będą wdrażać coraz więcej rozwiązań definiowanych przez oprogramowanie, a urządzenia dedykowane (appliances) stracą na znaczeniu. 10 lat temu urządzenia dedykowane były nowymi, błyszczącymi zabawkami, które każdy chciał mieć. Okazało się jednak, że nie utrzymały się w firmach tak długo, jak przewidywaliśmy. Ustąpiły one miejsca rozwiązaniom do tworzenia kopii zapasowych w formie usług. Zdalna praca w czasie pandemii wywarła duży wpływ na to, jak korzystaliśmy ze sprzętu w roku 2020 i będziemy to robić w 2021. Centralne miejsce zajmą rozwiązania sterowane programowo.

Uczenie maszynowe znajdzie szersze zastosowanie do danych w chmurze.

Już dziś przedsiębiorstwa odkrywają praktycznie nieograniczone możliwości wykorzystania zgromadzonych przez siebie danych. W roku 2021 będzie to ważny trend, przy czym wiele firm użyje w tym celu technologii uczenia maszynowego. To dopiero początek, ale zastosowanie tej technologii znacznie wzrośnie, gdy przedsiębiorstwa przekonają się, jak bardzo ułatwia ona analizowanie i wielokrotne wykorzystywanie danych. Ponadto firmy, które będą stosować uczenie maszynowe w chmurze, staną się bardziej inteligentne.

Liczba kar wymierzanych za nieprzestrzeganie przepisów będzie nadal spadać. 

W roku 2021 ochrona danych i przepisy o ochronie prywatności będą wciąż zyskiwać na znaczeniu. W szczególności uważam, że pojawią się pierwsze propozycje regulacji w zakresie ochrony danych i prywatności na poziomie federalnym. Liczba kar za nieprzestrzeganie przepisów będzie nadal spadać, podobnie jak w roku 2020. W roku 2019 wyraźnie wzrosła, a firmy zrozumiały, że RODO, CCPA i tym podobne regulacje należy traktować bardzo poważnie. Dziś znajomość takich regulacji i świadomość ich wagi jest już znacznie większa. Należy się spodziewać większego uspójnienia przepisów o ochronie danych na poziomie federalnym.

Po spadku w roku 2020 wydatki na technologie informatyczne znów zaczną rosnąć, co dotyczy w szczególności sprzętu i zabezpieczeń.

Mimo tegorocznych turbulencji ekonomicznych spowodowanych pandemią, w przyszłym roku należy się spodziewać wzrostu ogólnych wydatków na technologie informatyczne o 5-10%. Firmy będą wydawać przede wszystkim na zabezpieczenia, ogólną modernizację systemów (systemy kopii zapasowych, aplikacje, migracje do chmury itp.) oraz odświeżenie sprzętu. Przeznaczą również pieniądze na cele, które zostały zawieszone w roku 2020, oraz technologie informatyczne wymagające dorocznych i regularnych opłat. Na przykład sprzęt należy odświeżać co trzy lata, a jeśli na skutek pandemii firma to odłożyła, pozycja ta z pewnością znajdzie się na czele listy wydatków w roku 2021.

Autor: Danny Allan, dyrektor ds. technicznych i wiceprezes ds. strategii produktowej w firmie Veeam 

MŚP kończą 2020 rok w bardzo słabej kondycji – zadłużenia sięgają blisko 10 mld zł

Przedsiębiorcy z nadzieją oczekują na to co może przynieść 2021 rok. Dane rynkowe i plany ustawodawców wskazują jednak, że może to być okres wymagający znacznie większej elastyczności finansowej oraz dobrych relacji biznesowych. Niestety obecnie aż 4 na 10 małych i średnich przedsiębiorstw deklaruje malejące zaufanie wobec kontrahentów. Rośnie również liczba przeterminowanych zobowiązań – w KRD odnotowano już 9,4 mld zł długów.[1]

Przedsiębiorcy mają za sobą wyjątkowo trudny rok. Przez trzy pierwsze kwartały 2020 r. liczba niewypłacalnych podmiotów gospodarczych wzrosła o 12 proc. r/r. Do października włącznie, odnotowano rekordową liczbę niewypłacalności w całej dekadzie – 993 przypadki.[2] Od lat nie odnotowano tak słabej kondycji polskich przedsiębiorstw, a ekonomiści przekonują, że szczyt może być dopiero jeszcze przed nami.

Pesymistyczne nastroje przedsiębiorców

Badania wśród małych i średnich przedsiębiorstw wykazały, że 40 proc. analizowanych podmiotów na początku IV kwartału wciąż nie udało się przywrócić poziomu obrotów sprzed pandemii. Podobna sytuacja dotyczy nastrojów i obaw wśród przedsiębiorców. Obecnie mniej niż połowa z nich wątpi, aby sytuacja firm poprawiła się w przyszłym roku. Bardzo dynamiczny rozwój pandemii pod koniec września po dość stabilnym lecie sprawił, że kondycja wielu przedsiębiorstw jest gorsza niż przy pierwszym lockdownie. Blisko 40 proc. przedstawicieli sektora MŚP obawia się, że w ostatnich tygodniach 2020 roku stan ich firmy ulegnie pogorszeniu[3].

Jedną z najbardziej dotkniętych przez pandemię branż jest handel detaliczny. Czwarty kwartał do tej pory był dla nich szansą, aby powalczyć o wyrównanie ewentualnych strat na koniec roku. Tym razem, miał być też czasem walki o przetrwanie na rynku. – zauważa Jan Enno Einfeld, CEO Finiata. – Dotychczas zakupy klientów w okresie przedświątecznym stanowiły nawet 20 proc. rocznej sprzedaży sklepów detalicznych.[4] Zamknięcie większości z nich na trzy tygodnie w listopadzie znacząco wpłynęło na ich płynność finansową.

Właściciele małych i średnich przedsiębiorstw MŚP praktycznie zrezygnowali z tworzenia długofalowych planów  – tylko 5 proc. z nich myśli o działaniach na przyszły rok.[5] Podobnie z większym dystansem podchodzą do nowych zobowiązań biznesowych – już 44 proc. deklaruje większą ostrożność w podejmowaniu zobowiązań.[6] Niewątpliwie wpływ na to miał wzrost wartości zaległości wobec partnerów biznesowych o 3,7 proc. Największe problemy z terminowym regulowaniem faktur odnotowano w handlu  (23,5 proc.). Na dalszych miejscach są kolejno: przemysł (17,4 proc.), budownictwo (15,3 proc.) oraz transport (6,4 proc.)[7]. W efekcie aż 36 proc. przedsiębiorców decyduje się na współpracę tylko z zaufanymi partnerami biznesowymi.[8]

Nowy rok = stare wyzwania

Spadające zaufanie do kontrahentów oraz problem z zaległościami w płatnościach są znacznie starsze niż epidemia koronawirusa. Jednak to globalny kryzys spowodował pogłębienie się kłopotów z terminowym regulowaniem zobowiązań. Najboleśniejszym skutkiem owych zaległości jest zachwianie płynności finansowej firmy, a w efekcie wstrzymanie jej rozwoju. Następnie traci ona zdolność obsługi aktualnych długów i zaciągania nowych zobowiązań, ponieważ jest niewiarygodna w ocenie banków. Pod znakiem zapytania jest także wypłata wynagrodzeń pracownikom.

– Część z naszych klientów przyznaje, że stara się walczyć z nierzetelnymi kontrahentami, aby odzyskać należności. Jednak ich możliwości są dość ograniczone. – mówi Jan Enno Einfeld. – W przypadku mniejszych przedsiębiorstw kluczem do utrzymania płynności finansowej jest zabezpieczenie tzw. poduszki finansowej. Właściciele firm, którzy jeszcze przed pojawieniem się  pandemii starali się odłożyć cześć funduszy na tzw. czarną godzinę, obecnie czują się choć trochę bezpieczniej. Restauratorzy lub firmy transportowe żyją obecnie praktycznie z dnia na dzień – nie mają możliwości odłożenia środków. Widzimy na rynku potrzebę elastycznych rozwiązań, które pomogą im zabezpieczyć kapitał na trudne chwile. Narzędzia takie jak FlexKapitał są zaprojektowane w oparciu o algorytmy uczenia maszynowego. Dzięki temu przedsiębiorca może liczyć na szybką odpowiedź Finiaty i wpłacenie niezbędnych środków na konto jeszcze tego samego dnia.

[1] Dane Krajowego Rejestru Długów, listopad 2020.

[2] Euler Hermes, Dane za Monitorami Sądowymi I Gospodarczami, listopad 2020 r.

[3] BIG InfoMonitor, Keralla Research, Skaner MŚP z 1 grudnia 2020 r.

[4] Dane The National Retail Federation za 2019 rok.

[5] Badanie „Płynność finansowa MŚP w pandemii” IMAS International dla KRD i NFG.

[6] Badanie „Jak pandemia wpłynęła na biznes” MANDS Badania Rynku i Opinii dla KRD.

[7] Krajowy Rejestr Długów, Dane o zaległościach firm z 9 grudnia 2020 r.

[8] Krajowy Rejestr Długów, Jak pandemia zmieniła biznes.

Dimitris Raptis dyrektorem generalnym (CEO) Grupy Globalworth

Dimitris Raptis zostaje wyłącznym dyrektorem generalnym (CEO) Grupy Globalworth. Ioannis Papalekas rezygnuje ze stanowiska dyrektora generalnego firmy z dniem 15 grudnia 2020 roku.

Dimitris Raptis będzie kierował doskonałym zespołem zarządzającym Globalworth składającym się z doświadczonych profesjonalistów, z których wielu rozwinęło się w organizacji i było w dużej mierze odpowiedzialnych zarówno za dotychczasowe sukcesy firmy, jak i za to, jak dobrze sobie radziła w ciągu ostatnich burzliwych miesięcy.

Cieszę się, że obejmuję funkcję wyłącznego dyrektora generalnego i nie mogę się doczekać umocnienia pozycji Globalworth jako lidera rynku w Europie Środkowo-Wschodniej. Jestem przekonany, że sprostamy wyzwaniom, które czekają nas w 2021 roku i w kolejnych latach oraz, że będzie to czas osiągania kolejnych sukcesów. Współpracuję z Ioannisem od momentu powstania Globalworth w 2012 roku. Był wizjonerskim liderem i siłą napędową niezwykłego sukcesu Globalworth oraz autorem transformacji firmy z niewielkiego dewelopera biurowego działającego w Rumunii do największego inwestora biurowego i właściciela w regionie. Wartości takie jak szacunek, zaangażowanie, dążenie do doskonałości, koncentracja na kliencie i oddanie społeczności będą nadal filarami kultury i strategii Globalworth. Chciałbym również osobiście podziękować Ioannisowi za jego przyjaźń, rady i zaufanie na przestrzeni lat oraz życzyć mu wszystkiego najlepszego – Dimitris Raptis, CEO Globalworth

Założenie i prowadzenie firmy Globalworth to dzieło mojego życia i największe osiągnięcie zawodowe. Było to osiągnięcie trudne, ale jednocześnie bardzo satysfakcjonujące na poziomie biznesowym i osobistym. Jestem naprawdę dumny, że po tylu latach ciężkiej, wspólnej pracy stworzyliśmy pionierskiego gracza na rynku nieruchomości w regionie, który jest gotowy do kolejnego etapu rozwoju. Jestem również wdzięczny całej społeczności Globalworth za ogromne wsparcie i zaangażowanie, bez których to nie byłoby możliwe. Jestem przekonany, że Dimitris, z którym wspólnie podjęliśmy wyzwanie pod nazwą Globalworth, jest właściwą osobą do intensyfikowania rozwoju i sukcesu firmy – Ioannis Papalekas

Dimitris Raptis (45) jest doświadczonym liderem biznesowym z 25-letnim stażem pracy w sektorach usług finansowych i nieruchomości. Od marca 2020 pełni rolę Co-CEO w Globalworth. Dołączył do firmy w momencie jej powstania w 2012 roku, obejmując stanowisko zastępcy CEO i dyrektora ds. inwestycji. W ramach tej funkcji był zaangażowany w większość działań spółki, a jego głównymi obszarami odpowiedzialności były inwestycje oraz pozyskiwanie kapitału, a także od 2017 roku nadzór nad Globalworth Poland, czyli polską działalnością grupy. W tym okresie także nadzorował przejęcia i inwestycje deweloperskie o łącznej wartości 2,7 mld euro (w tym przejęcie przez inwestorów prywatnych notowanej w obrocie publicznym spółki portfelowej, przekształconej później w Globalworth Poland). Ponadto nadzorował pozyskanie 5 mld euro kapitału equity i kapitału dłużnego, które zasiliły wzrost Globalworth – od portfela aktywów wartości 53 mln euro w 2013 roku, kiedy firma była notowana w segmencie AIM giełdy w Londynie, do ponad 3 mld euro obecnie. W rezultacie grupa stała się największym inwestorem wynajmującym powierzchnie biurowe w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Powołanie Dimitrisa Raptisa na stanowisko dyrektora generalnego jest częścią procesu ewolucji grupy w ostatnich latach, kiedy stopniowo dokonuje ona przejścia od odnoszącego sukcesy dewelopera biurowego z siedzibą w Rumunii do uznanego i renomowanego międzynarodowego inwestora instytucjonalnego i zarządcy aktywami.

Przed wejściem w szeregi firmy Globalworth Dimitris Raptis przez 16 lat pracował w Deutsche Banku – przez większość tego czasu jako starszy członek grupy zarządzającej instytucjami nieruchomościowymi w ramach oddziału Deutsche Bank Asset and Wealth Management („RREEF”). W latach 2008-2012 był dyrektorem zarządzającym i szefem działu zarządzania portfelem inwestycyjnym w Europie w RREEF Opportunistic Investments – pionie private equity Deutsche Banku inwestującym w nieruchomości.

Dimitris Raptis posiada stopień licencjacki pierwszej klasy z wyróżnieniem w dziedzinie bankowości i finansów międzynarodowych z Cass Business School w Londynie.

PARP: Polacy umiarkowanie zadowoleni ze swojej pracy

Tuż przed wybuchem pandemii polski rynek pracy charakteryzowała dobra koniunktura. Prawie trzy czwarte Polaków było aktywnych zawodowo, to znaczy pracowało albo szukało pracy i wyrażało chęć jej podjęcia. Takie wnioski płyną z „Raportu z badania ludności w wieku 18-69 lat”, który prezentuje rezultaty badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości i Uniwersytet Jagielloński w ramach kolejnej edycji programu Bilans Kapitału Ludzkiego. Wśród pracujących najczęstszą formą zatrudnienia była umowa o pracę (69 proc.), w większości przypadków zawarta na czas nieokreślony (84 proc.). Projekt jest finansowany z funduszy europejskich Programu Wiedza Edukacja Rozwój.

Bilans Kapitału Ludzkiego to jeden z największych w skali Europy projektów badawczych dotyczących rynku pracy, tj. zatrudnienia, adaptacyjności kadr i kompetencji zawodowych. Celem projektu, zapoczątkowanego w 2009 r. we współpracy z Uniwersytetem Jagiellońskim w Krakowie, jest monitoring kapitału ludzkiego w Polsce.

W związku z pandemią rynek pracy od miesięcy ulega daleko sięgającym zmianom. Wiele z nich to rezultat gwałtownego przyspieszenia procesów cyfryzacji, coraz częstszego wykorzystania zdalnej lub mieszanej formy pracy, konieczność doszkalania się lub przebranżawiania i większego nacisku na tzw. miękkie kompetencje. Na te zjawiska nakłada się wyraźnie gorsza niż w zeszłym roku sytuacja gospodarcza, w szczególności mocno dotykająca branże, których dotyczą związane z pandemią obostrzenia – mówi Paulina Zadura, dyrektor w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

Aktywność zawodowa

W minionym roku 73 proc. osób w wieku 18-69 lat było aktywnych zawodowo, to znaczy pracowało, szukało pracy i wyrażało chęć jej podjęcia. W tej grupie odsetek rzeczywiście wykonujących płatne zajęcie wynosił 69 proc. W ciągu dwóch lat wskaźniki te wzrosły odpowiednio o 2 i 3 p.p. Wśród osób pracujących najczęstszą formą zatrudnienia była umowa o pracę (dwie trzecie odpowiedzi), w większości przypadków zawarta na czas nieokreślony.

Warto zauważyć, że umowy krótkoterminowe w największym stopniu dotyczyły najmłodszych pracowników – w grupie wiekowej do 35. roku życia tak odpowiedziała nieco ponad jedna czwarta pytanych. Podobne zjawisko dotyczyło pracy w szarej strefie, która była bardziej powszechna wśród najmłodszych badanych.

Ta grupa pracowników najczęściej pracowała też w oparciu o umowy cywilnoprawne. W sumie taka forma zatrudnienia dotyczyła ok. 2,5 mln Polaków (12 proc. w roku poprzedzającym badanie i 7 proc. w jego trakcie). Z tej liczby 400 tys. osób wykonywało pracę tylko lub głównie na podstawie takiej umowy, a pozostali w ten sposób dorabiali na przykład do standardowej umowy.

Tuż przed wybuchem pandemii mniej więcej co piąta osoba pracująca prowadziła działalność gospodarczą, a nadchodzący rok postrzegała raczej optymistycznie. Jak wynika z badania, ok. 40 proc. przedsiębiorców do 35. roku życia oraz tych z wyższym wykształceniem spodziewało się wzrostu obrotów swoich biznesów. Koronakryzys z pewnością wielu z nich, szczególnie z branż najmocniej dotkniętych restrykcjami związanymi z zapobieganiem zakażeniu, postawił w dramatycznej sytuacji. Firmy np. gastronomiczne czy turystyczne o realizacji tych optymistycznych scenariuszy musiały zapomnieć – mówi Anna Tarnawa, kierownik w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

Badanie przybliża też obraz szarej strefy. Przed wybuchem pandemii w oparciu o umowę ustną pracowało 6 proc. Polaków w wieku 18-64 lata, z czego trzy czwarte wykonywało ją na rzecz rodziny, znajomych i innych osób prywatnych, a co czwarta na rzecz firmy. W ciągu roku przed badaniem zdarzało się też, że mimo wykonywania pracy w oparciu o formalną umowę, przynajmniej część wynagrodzenia pracujący otrzymali „pod stołem” – tak wskazało 6 proc. respondentów.

Większe zarobki Polaków

Tuż przed wybuchem pandemii Polacy byli umiarkowanie zadowoleni ze swojej pracy, średnio w skali od 1 do 4, wskazywali 3,5. Nastroje w tym przypadku najlepiej oddaje fakt, że co trzecia badana osoba zadeklarowała, że chciałaby zmienić zawód, gdyby tylko mogła jeszcze raz pokierować swoją karierą zawodową. Jednocześnie, największą satysfakcję z pracy miały osoby z wyższym wykształceniem oraz prowadzący własną działalność z wykształceniem średnim.

W ciągu dwóch lat od poprzedniego badania BKL, deklarowane przeciętne zarobki netto respondentów wzrosły w 2019 r. o ok. 600 zł, do kwoty 3 372 zł. Jak wynika z badania, bardzo wyraźna jest różnica w wysokości zarobków w zależności od płci. Kobiety zarabiały o blisko jedną trzecią (29 proc.) mniej od mężczyzn.

Poziom zadowolenia z wykonywanej pracy, a także niesatysfakcjonujące zarobki to najczęstsze przyczyny poszukiwania nowego zajęcia. Wśród powodów spodziewanego odejścia z dotychczasowego stanowiska pytani najczęściej wskazywali chęć wykonywania innej pracy (40 proc.), niskie wynagrodzenie (31 proc.), zniechęcenie (21 proc.) i brak możliwości rozwoju (20 proc.). Ogólnie pracy poszukiwał co dziesiąty zatrudniony i tylko 14 proc. osób niepracujących.

Mając na uwadze pojawiające się co jakiś czas postulaty skracania czasu pracy, warto zauważyć, że według omawianego badania Polacy pracowali w 2019 r. średnio ponad 44 godziny tygodniowo. Co ciekawe, w przypadku mężczyzn było to 5 godzin więcej niż u kobiet, a wśród przedsiębiorców 9 godzin więcej niż u osób na etacie. – Tym ciekawiej może wyglądać porównanie tych wskazań z kolejną edycją badania, gdy będzie już widać, w jakim zakresie znacznie powszechniej niż wcześniej wykorzystywana praca zdalna miała wpływ na ilość czasu spędzaną w pracy przez Polaków – mówi Krzysztof Kasparek, ekspert z Centrum Ewaluacji i Analiz Polityk Publicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Zaostrzenie przepisów odpadowych – polski rynek śmieci wart 15 mld zł

Polskie ustawodawstwo chce ulepszać gospodarkę odpadami na terenie naszego kraju. Ostatnie działania, obejmujące między innymi współpracę organów państwa – czyli Inspekcji Transportu Drogowego, Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwa Środowiska i Służby Granicznej – które zapobiegają powstawaniu kolejnych składowisk odpadów, wskazują na zaostrzanie kontroli nad gospodarką śmieciami. Widać to też w pakiecie ustaw z 2018 roku, które znacząco podniosły zabezpieczenia i ograniczenia w przepisach odpadowych. Jednak już teraz można obserwować, że duże zaostrzenie zasad wypycha z rynku firmy, które nie chcą lub nie mogą działać według nowych przepisów.

– Pakiet odpadowy wprowadził tak daleko idące ograniczenia i zaostrzenie przepisów, że w pewnym momencie odbiło się to czkawką dla całego sektora. Po wprowadzeniu ustaw sporo podmiotów wypadło z rynku. Stwierdziło, że gra jest niewarta świeczki – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Łańcucki, prezes WasteMaster. – Polska wciąż jednak dąży do tego, by zwiększać wartość naszego rynku odpadowego. Aktualnie jesteśmy czwartym rynkiem w Unii Europejskiej pod kątem wartości odpadów. Szacunki z 2013 roku – bo takie dane w tym momencie mamy – wskazują, że polski rynek odpadów wart jest ponad 15 miliardów złotych. Ponad połowę stanowią odpady produkcyjne i przemysłowe, a drugą połowę odpady komunalne. Tendencja na rynku jest na tyle wzrostowa, że w 2024 roku jego przewidywana wartość ma wynosić ponad 21 miliardów złotych – analizuje Łańcucki.

Połączenie 5G z internetem rzeczy to przyszłość branży motoryzacyjnej, komunikacji i inteligentnych miast. Tylko w Polsce do sieci jest podłączonych 5 mln urządzeń

Pandemia zachwiała rynkiem internetu rzeczy. Zamiast prognozowanego jeszcze w listopadzie 2019 roku wzrostu na poziomie 15 proc. wydatki w tym segmencie notują w 2020 roku tylko nieco ponad 8-proc. wzrost. Analitycy przewidują jednak, że w 2021 roku nastąpi odbicie, a ogromną szansą dla rynku jest rozwój sieci 5G. – Pozwoli ona w zupełnie nowej skali zarządzać infrastrukturą internetu rzeczy. Będziemy mieć bardzo duże pasmo przepustowości, bardzo małe opóźnienie, dzięki czemu będzie możliwe np. zarządzanie w pełni samochodami autonomicznymi – mówi Sebastian Grabowski, ekspert Orange Polska. Już teraz IoT umożliwia komunikację między urządzeniami, co w coraz większym stopniu jest wykorzystywane w domach, w codziennym życiu, lecz także usprawnia funkcjonowanie w miastach.

– Internet rzeczy i komunikacja machine-to-machine (M2M) to już nasza codzienność. W każdej sekundzie do internetu włącza się około 127 nowych urządzeń, co daje ogrom sprzętu podłączonego do sieci w trybie rzeczywistym. Może czasami tego nie widzimy, ale bez wątpienia odczuwamy to, chociażby korzystając z telefonu – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Grabowski, dyrektor ds. IoT i zaawansowanych technologii w Orange Polska.

Pandemia znacząco wpłynęła na światowy rynek internetu rzeczy. Według najnowszych danych IDC wydatki na IoT rosną w tempie 8,2 proc. średniorocznie i wyniosą na koniec 2020 roku 742 mld dol. Jeszcze w listopadzie 2019 roku analitycy prognozowali wzrost wydatków w tym segmencie na poziomie 14,9 proc. To pokazuje, jak bardzo sytuacja gospodarcza związana z kryzysem pandemicznym wpłynęła także na branżę IT. IDC spodziewa się jednak mocnego odbicia w przyszłym roku i powrotu do dwucyfrowych wzrostów. Średnioroczne tempo wzrostu w latach 2020–2024 ma wynieść 11,3 proc.

– Nie ma przyszłości bez internetu rzeczy, jeżeli chcemy zarządzać w oparciu o dane. Internet rzeczy jest właśnie po to, żeby zbierać te informacje i zarządzać nimi w trybie rzeczywistym – mówi ekspert Orange Polska.

IoT to w dużym uproszczeniu automatyczna, przebiegająca w czasie rzeczywistym komunikacja pomiędzy urządzeniami. Jedną z technologii, która to umożliwia, jest M2M. Działa ona poprzez specjalną kartę SIM – podobną do tej w smartfonach – dzięki której urządzenia automatycznie i bez udziału człowieka wymieniają między sobą określone informacje. Takie karty można znaleźć np. w autach z wbudowaną nawigacją, systemach monitoringu, terminalach płatniczych, licznikach prądu i wodomierzach, rowerach miejskich i elektrycznych hulajnogach, a nawet w automatach z przekąskami. W sumie w Polsce jest obecnie aktywnych ok. 5 mln kart M2M. 40 proc. z nich, czyli ok. 2 mln, należy do Orange, który jest pod tym względem liderem polskiego rynku.

– Operatorzy od lat są odpowiedzialni za budowę infrastruktury, za dostęp do jakościowo dobrej informacji. Co więcej, tylko operatorzy są w stanie w dużej skali zarządzać tymi elementami sensoryczno-monitorującymi. Bez operatorów prawdziwy internet rzeczy jest w ogóle niemożliwy – podkreśla Sebastian Grabowski. – Oni dają bezpieczeństwo, skalują, uwiarygadniają informację. Dlatego operatorzy bardzo często patrzą na ten obszar jako bardzo perspektywiczny, bo widzą, że bez nich ciężko będzie go w ogromnej skali rozwijać.

Jak podkreśla ekspert Orange Polska, przyszłością tej technologii jest wdrożenie nowego standardu telekomunikacyjnego 5G, co umożliwi nieosiągalne dotychczas, skalowalne wykorzystanie IoT.

– Sieć 5G pozwala w zupełnie nowej skali zarządzać tą infrastrukturą, ponieważ mamy bardzo duże pasmo przepustowości, bardzo małe opóźnienie, dzięki czemu możemy przykładowo po raz pierwszy w pełni zarządzać samochodami autonomicznymi. To przyszłość branży motoryzacyjnej, ale również komunikacji i inteligentnych miast – wskazuje.

Jednym z najpopularniejszych zastosowań IoT są smart cities, czyli inteligentne miasta. Szybka urbanizacja powoduje, że borykają się one z problemami takimi jak smog i zanieczyszczone powietrze, hałas, korki, zatłoczone parkingi czy rosnąca ilość śmieci. Żeby im sprostać, miasta muszą funkcjonować efektywniej, w sposób bardziej zrównoważony, i w tym właśnie pomagają samorządom rozwiązania IoT.

– IoT staje się coraz bardziej popularne w miastach, ponieważ muszą one zbierać ogrom informacji dotyczących m.in. infrastruktury, ludzi i środowiska oraz zarządzać nimi. Opomiarowanie jakości powietrza, poziomu hałasu, dostęp do gospodarki zarządzania wodą, ciepłem i światłem, ale również interakcje z mieszkańcami – to wszystko jest niczym innym jak włączeniem ludzi i urządzeń do jednej sieci, żeby móc zarządzać płynącymi od nich informacjami. Na ich podstawie burmistrz czy prezydent miasta może podejmować decyzje praktycznie w trybie rzeczywistym – mówi Sebastian Grabowski. – Nie ma możliwości rozwoju nowoczesnego miasta bez zrozumienia i wdrożenia narzędzi IoT.

Według danych World Economic Forum w 2022 roku wydatki na rozwój inteligentnych miast osiągną poziom 158 mld dol. Dzięki innowacjom zarówno małe samorządy, jak i metropolie są w stanie poprawić jakość życia mieszkańców, ograniczyć zużycie energii czy wody. Przykładowo emisję gazów cieplarnianych w miastach można by ograniczyć o 15 proc. dzięki zmniejszeniu produkcji energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem inteligentnych systemów – podaje WEF. Z kolei inteligentne rozwiązania nawadniające, które zapobiegają wyciekom wody i monitorują jej zużycie, mogą zaoszczędzić od 25 do 80 litrów wody na osobę dziennie.

– Gospodarka wodna jest dobrym przykładem obszaru, który wymaga bieżącego zarządzania. Dzięki IoT wiemy, ile wody mieszkańcy zużywają, gdzie mają miejsce awarie, gdzie nam woda ubywa, gdzie jest kradziona albo źle wykorzystywana, i jesteśmy w stanie to poprawić. Przykład wody jest jednym z najlepszych, które pokazują, jak łącząc IoT, wspólny system oraz miasto, możemy wybronić środowisko przed degradacją – mówi dyrektor ds. IoT i zaawansowanych technologii w Orange Polska.

Jako modelowy przykład inteligentnego miasta World Economic Forum wskazuje Wiedeń, który rokrocznie plasuje się na czele rankingu Smart Cities Index za swój integracyjny i oparty na współpracy sposób podejścia do inicjatyw inteligentnych miast. Także polskie samorządy powoli, ale sukcesywnie stają się coraz bardziej smart. Ponad 80 miast i mniejszych miejscowości korzysta już z rozwiązań smart city od Orange, takich jak np. Smart Water, które zapobiega stratom wody i usprawnia zarządzanie siecią wodociągową. System automatycznie – bez udziału inkasenta – odczytuje stan liczników i wysyła go siecią GSM. To oznacza, że w każdym momencie dostępny jest odczyt ze wszystkich wodomierzy. Smart Water wykrywa też i zgłasza anomalie, np. awarie wodociągu, co pozwala zmniejszyć straty wody nawet o kilkanaście procent.

Europejska komisja rozstrzygnie, czy e-papierosy można włączyć do programu walki z nowotworami. Apeluje o to grupa organizacji „Prawo dla ludzi”

W Wielkiej Brytanii e-papierosy są rekomendowanym przez rządową agendę ds. zdrowia publicznego sposobem na rzucenie palenia. Badania wskazują, że mogą być one o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym. Podobne podejście mają też m.in. rządy Kanady czy Nowej Zelandii, które wskazują, że e-papierosy mogą stanowić etap pośredni w drodze do definitywnego rozstania się z nałogiem. Zapoczątkowana właśnie w Polsce kampania „Prawo dla ludzi” chce, aby przyznała to również Unia Europejska, i zbiera podpisy pod petycją kierowaną w tej sprawie do nowo utworzonej europejskiej Komisji Specjalnej ds. Walki z Rakiem.

Według ubiegłorocznego badania CBOS papierosy pali 26 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 8 mln osób. Szacuje się, że każdego roku z powodu chorób odtytoniowych, takich jak POChP, inne schorzenia płuc czy układu krążenia i nowotwory (w tym ok. 90 proc. przypadków raka płuc), umiera ok. 67 tys. Polaków, czyli średniej wielkości miasto. Wbrew obiegowej opinii przyczyną nie jest zawarta w papierosach nikotyna, która jest co prawda substancją silnie uzależniającą, ale nie rakotwórczą. Za choroby odtytoniowe są odpowiedzialne substancje smoliste, toksyczne pierwiastki i metale ciężkie, które wydzielają się podczas spalania.

– Wedle niezależnych badań e-papierosy są dużo mniej szkodliwe niż tradycyjne, również pod kątem zawartości substancji rakotwórczych. Nie zawierają tytoniu ani substancji smolistych. Są to elektroniczne inhalatory nikotyny i z tradycyjnymi papierosami – poza nazwą – mają niewiele wspólnego – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michalina Wacław, koordynator kampanii „Prawo dla ludzi”.

Według lekarzy żaden wyrób tytoniowy nie jest obojętny dla zdrowia, dlatego najlepszym wyborem jest definitywne rzucenie palenia. Jednak wyjście z nałogu dla wielu osób okazuje się zbyt trudne. Jak wynika z badań CBOS, w Polsce odsetek palaczy od lat utrzymuje się mniej więcej na stałym poziomie mimo licznych zakazów, regulacji i kampanii edukacyjnych. Według WHO walka z nikotynizmem jest mało efektywna także w wymiarze globalnym, a odsetek palaczy w najbliższych latach znacząco nie spadnie. Dlatego też coraz więcej państw zmienia podejście regulacyjne do e-papierosów, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogą ograniczyć społeczne szkody związane z aktywnym i biernym paleniem oraz koszty ponoszone przez służbę zdrowia.

Public Health England, czyli rządowa agenda do spraw zdrowia publicznego, w 2015 roku opublikowała raport, z którego wynika, że e-papierosy są o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym. Dwa lata temu PHE wyemitowała też specjalny spot telewizyjny, podkreślając w nim, że e-papierosy mogą być formą ograniczania ryzyka zdrowotnego związanego z paleniem i stanowić etap pośredni w drodze do definitywnego rozstania się z nałogiem.

E-papierosy są skuteczniejsze od innych metod rzucania palenia, ponieważ łagodzą objawy odstawienia tytoniu. Mogą także umożliwić bardziej efektywne zmniejszanie dawki nikotyny, które jest dopasowane do indywidualnych potrzeb. Badania opublikowane w „New England Journal of Medicine” wykazały, że odsetek abstynencji po jednym roku wyniósł 18 proc. w grupie użytkowników e-papierosów w porównaniu z 9,9 proc. w grupie osób stosujących terapie zastępujące nikotynę. Zgodnie z badaniami, przeprowadzonymi również w Wielkiej Brytanii, e-papierosy pomagają rzucić palenie nawet 20 tys. osobom rocznie, a liczba ta może być znacznie większa – mówi Michalina Wacław.

E-papierosy są oficjalnie rekomendowanym przez Public Health England sposobem rzucania palenia w Wielkiej Brytanii, obok np. gum czy plastrów. Podobne podejście mają Health Canada oraz ministerstwo zdrowia w Nowej Zelandii, które wskazują, że wapowanie – nawet jeżeli nie jest całkowicie nieszkodliwe – niesie za sobą mniejsze ryzyko niż tradycyjne palenie i może być drogą do wyjścia z nałogu nikotynowego.

– W Unii Europejskiej e-papierosy są od lat wrzucane do tej samej kategorii, co tradycyjne papierosy. Chcemy odejścia od takiej polityki i tego, aby Unia dogoniła resztę świata i w swoich rekomendacjach przyznała, że zmniejszają one ryzyko zachorowania na raka wywołanego paleniem papierosów – mówi koordynatorka kampanii „Prawo dla ludzi”.

W Polsce jest kilkaset tysięcy użytkowników e-papierosów. Organizacja „Prawo dla ludzi” zbiera podpisy pod petycją, w której apeluje o to, aby także UE przyznała, że szkodliwość e-papierosów jest mniejsza w porównaniu z tradycyjnym paleniem. Apel kieruje do powstałej przy Parlamencie Europejskim specjalnej Komisji Specjalnej ds. Walki z Rakiem (BECA), której celem jest wypracowanie jednolitego unijnego systemu profilaktyki chorób nowotworowych oraz regulacji dla państw członkowskich w tym zakresie.

– Europejska Komisja Specjalna ds. Walki z Rakiem obrała za cel opracowanie wspólnych rekomendacji dotyczących walki z nowotworem dla krajów członkowskich. Może ona uznać wapowanie za skuteczną metodę rzucania palenia i włączyć e-papierosy do programu walki z nowotworami. Jeżeli komisja weźmie pod uwagę fakt, że palenie tradycyjnego tytoniu jest jednym z najczęstszych przyczyn powstawania raka, a także zwróci uwagę na temat badań dotyczących e-papierosów, to liczba palaczy w Europie spadnie – ocenia Michalina Wacław.

Dużą rolę w kształtowaniu unijnego podejścia regulacyjnego do e-papierosów odegrają polscy europosłowie, ponieważ przewodniczącym BECA został były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, a wiceprzewodniczącą Joanna Kopcińska. W komisji zasiadają również Adam Jarubas oraz była premier i aktualna wiceprzewodnicząca PE Ewa Kopacz.

– Zebraliśmy już ponad 2,5 tys. podpisów pod naszą petycją, w której walczymy o uznanie e-papierosów za produkt zmniejszający ryzyko zachorowania na raka wywołanego paleniem. Ostatnio uczestniczyliśmy też w demonstracji w Brukseli, zorganizowanej zgodnie z zasadami reżimu sanitarnego przez World Vapers’ Alliance, międzynarodowej organizacji wspierającej użytkowników e-papierosów i partnera naszej kampanii. Pikieta została zorganizowana w celu podkreślenia znaczenia wapowania w walce z rakiem w UE – mówi koordynatorka kampanii „Prawo dla ludzi”.

Na ostatnim posiedzeniu BECA, które odbyło się na początku grudnia, zaproszona ekspertka – dr Nataliya Chilingirova, profesor nadzwyczajna onkologii z instytutu naukowo-badawczego Uniwersytetu Medycznego w Plewen w Bułgarii – wskazała, że wapowanie nie powinno być ograniczane w takim stopniu jak tradycyjne palenie.

– Zgodnie z dowodami poziom narażenia na czynniki rakotwórcze z e-papierosów jest niższy niż w dymie papierosowym. Są one dobrym rozwiązaniem dla obecnych palaczy, którzy nie chcą lub nie mogą rzucić nałogu – stwierdziła dr Nataliya Chilingirova w swoim wystąpieniu podczas posiedzenia komisji.

Samorządy i szpitale potrzebują wsparcia w czasie pandemii. Ratunkiem dla nich są działania charytatywne firm

W koronawirusowych realiach samorządy i ich jednostki budżetowe – takie jak ośrodki pomocy społecznej, szkoły czy placówki ochrony zdrowia – są zmuszone ograniczać wydatki i zaplanowane działania na rzecz mieszkańców. Realizacja wielu z nich jest jednak możliwa dzięki wsparciu biznesu, który od początku pandemii przeznaczył na ten cel kilkaset milionów złotych. Wsparcia szczególnie potrzebują szpitale czy przychodnie.

 Pandemia koronawirusa znacząco zmieniła otaczającą nas rzeczywistość, wymuszając nowe podejście do działania przedsiębiorstw. Firmy stanęły przed koniecznością wdrożenia usprawnień, dostosowania się do warunków, wprowadzenia nowych praktyk sanitarnych i niezbędnych narzędzi dla pracowników, którzy zostali oddelegowani do pracy zdalnej. Z drugiej strony skutkiem pandemii są też niespotykane na dotychczasową skalę działania charytatywne biznesu, skierowane do bardzo szerokiego grona lokalnych odbiorców. Największa pomoc została skierowana do podmiotów, które są na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem, czyli publicznych szpitali i przychodni – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Kostiuk, koordynator projektów społecznych w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych.

Pandemia COVID-19 wymusiła zmiany nie tylko w działalności firm, lecz także w  sektorze publicznym i pozarządowym. Wiele z nich – od szpitali po szkoły i przedszkola, a nawet fundacje i stowarzyszenia – musiało zmienić model działania oraz ponieść dodatkowe koszty związane z dostosowaniem się do nowego reżimu sanitarnego.

– Jednostki te musiały zmienić swój sposób działania, znacznie ograniczając wydatki planowane na 2020 rok – wskazuje Szymon Kostiuk. – Firmy w Polsce i na całym świecie wykazały się dużą elastycznością, podejmując szybkie i natychmiastowe działania w walce ze skutkami pandemii koronawirusa w swoim otoczeniu. Dzięki temu możliwe było uruchomienie akcji i programów pomocowych, których wartość w naszym kraju sięgnęła już co najmniej kilkuset milionów złotych. Te programy wciąż trwają, a udzielenie wsparcia jest planowane także w 2021 roku.

Działania dobrosąsiedzkie podjęły również Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które zaangażowały się w pomoc na terenie gmin, w których posiadają infrastrukturę elektroenergetyczną najwyższych napięć lub zajmują się jej budową oraz modernizacją.

 Samorządy znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Dlatego podjęliśmy szereg szybkich działań pomocowych, z których skorzystało wiele podmiotów. Naszą aktywność w tym roku skoncentrowaliśmy na kilku obszarach. Zapewniliśmy m.in. wsparcie poprzez nasz program grantowy „WzMOCnij swoje otoczenie”, dzięki któremu zrealizowaliśmy aż 107 projektów społecznych skierowanych do samorządów, ich jednostek budżetowych i organizacji pozarządowych – wskazuje koordynator projektów społecznych w PSE.

„WzMOCnij swoje otoczenie” to realizowany od dwóch lat program grantowy skierowany do gmin, w których istnieje lub powstaje infrastruktura PSE. Rok temu, dzięki grantom na łączną kwotę ponad 1,6 mln zł, zrealizowano projekty społeczne w 80 gminach, a z ich efektów korzysta ponad 110 tys. osób. W tegorocznej edycji wzięły udział m.in. samorządy, ich jednostki budżetowe, np. szkoły, przedszkola czy ośrodki pomocy społecznej, które łącznie zgłosiły ok. 300 pomysłów. 107 z nich otrzymało granty o łącznej wartości przekraczającej 2 mln zł. Znalazły się wśród nich m.in. modernizacje szkolnych sal komputerowych, działania z zakresu zdrowia i opieki medycznej, budowy siłowni plenerowych czy akcje na rzecz ochrony środowiska. W wielu przypadkach o wsparcie PSE aplikowały gminy, które zmagały się z brakiem funduszy na wcześniej zaplanowane zadania publiczne.

– Współpracowaliśmy także z zewnętrznymi partnerami, takimi jak Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Aktywów Państwowych czy fundacja Caritas Polska. Pomocą objęliśmy zarówno szpitale, jak i bazę rezerw sanitarno-przeciwepidemicznych – wylicza Szymon Kostiuk.

W tym roku PSE przekazały prawie 2 mln zł do 18 szpitali w województwach mazowieckim, łódzkim, śląskim, dolnośląskim i wielkopolskim. Środki trafiły do lecznic w czasie, kiedy szpitale i medycy borykali się z radykalnym niedoborem środków ochrony osobistej i sprzętu. Dzięki wsparciu firmy do tych placówek trafiły respiratory, kardiomonitory, pulsoksymetry, bezdotykowe termometry, aparaty do pomiaru funkcji życiowych oraz wielorazowe rękawiczki, maseczki chirurgiczne czy fartuchy ochronne. Jednocześnie pomocą objęto ponad 40 samorządów i osiem domów pomocy społecznej. Trafiło do nich łącznie 23 tys. jednorazowych maseczek, 4,6 tys. wielorazowych maseczek oraz 2,3 tys. przyłbic.

– Rola biznesu we wspieraniu placówek medycznych jest nieoceniona. Przy stale rosnących potrzebach i wysłużonym sprzęcie medycznym zewnętrzne dofinansowania są dla nas ratunkiem. Dzięki temu możemy kupować urządzenia o wyższych parametrach, z myślą o lepszej ochronie naszych pacjentów – mówi Izabela Marciniak, dyrektor naczelna Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu.

W całym 2020 roku na pomoc w walce z pandemią i przeciwdziałaniu jej skutkom PSE przeznaczyły ponad 4,3 mln zł.