Rynek pożyczek wciąż na minusie – wrzesień 2020 r.

We wrześniu 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły finansowania na kwotę 368 mln zł, przyznając 164,1 tys. pożyczek. Obecne odczyty, w porównaniu do września 2019 r. wskazują, że w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą o (-34,6%), w ujęciu liczbowym także odnotowały spadek o (-27,2%). Średnia wartość udzielonej we wrześniu 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 242 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki udzielonej we wrześniu 2019 r. o (-10,1%).

W okresie styczeń–wrzesień 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK przyznały o (-28,5%) mniej pożyczek niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym udzieliły finansowania na kwotę niższą o (-37,1%).

Łącznie w okresie trzech kwartałów 2020 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły ponad 1,5 mln sztuk pożyczek na łączną kwotę 3,404 mld zł.

Obecny Newsletter BIK o rynku pożyczkowym jest ostatnim wydaniem obejmującym statystyki sprzed drugiej fali pandemicznej. W kolejnym wydaniu będziemy wyodrębniać już nie trzy, lecz cztery fazy. Pierwszą, występującą do połowy marca, którą można nazwać okresem „normalnym” czy „przedpandemicznym”, „fazę lockdownu”, obejmującą drugą połowę marca, kwiecień i maj, „fazę odmrażania”, która przebiegała od czerwca do września, oraz „fazę drugiej fali” – od października.

– Już w marcowym wydaniu Newslettera sygnalizowałem trudności, jakie wystąpią na rynku pożyczek pozabankowych w kolejnych miesiącach. Niestety moje prognozy w pełni się spełniły. Choć w ostatnich miesiącach zauważalne były sygnały lekkiej poprawy, to obawiam się, że druga fala pandemii odwróci ten trend powodując znaczące wyhamowanie na rynku pożyczek pozabankowych – komentuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Sprzedaż firm pożyczkowych jest determinowana kilkoma czynnikami. Po pierwsze popytem na pożyczki. Po ogromnej zapaści w kwietniu – zapytania do BIK na poziomie 1/3 zapytań z kwietnia 2019 r., od maja br. popyt powoli się odbudowywał. W tygodniu 12-18 października w ujęciu r/r odnotowaliśmy spadek zapytań o 36%. Obawiam się, że druga fala pandemii może skutecznie zniechęcić do zaciągania pożyczek w tak niepewnych warunkach. Ponadto, nadal obowiązujące niekorzystne zmiany legislacyjne istotnie obniżające górny pułap możliwych do osiągnięcia przychodów przez firmy pożyczkowe, przy wysokim już dzisiaj i rosnącym w wyniku pandemii poziomie ryzyka (obecnie 53,7% klientów tylko firm pożyczkowych ma 90-dniowe opóźnienia, a wśród klientów wspólnych z sektorem bankowym odsetek ten wynosi 50,1%) powodują, że działalność dużej części firm pożyczkowych staje się niedochodowa. Dopełnieniem niekorzystnego obrazu rynku dla sektora pożyczkowego jest utrudnienie w zdobyciu finansowania przez niektóre firmy pożyczkowe: trudności z pozyskiwaniem finansowania w sektorze bankowym czy poprzez emisję obligacji. Czynniki te wpływają na możliwość udzielania pożyczek pozabankowych – wyraźnie ograniczając ich liczbę oraz wartość – podsumowuje prof. Rogowski.

Wyniki sektora pożyczkowego w okresie trzech kwartałów 2020 r. wyraźnie wskazują, jak mocno sytuacja gospodarcza w obliczu pandemii pogłębiła kryzys tej gałęzi finansowania konsumenckiego.

– Korelacja pomiędzy stanem gospodarki, a kondycją sektora pożyczkowego jest oczywista. Niestety najbliższe miesiące nie zapowiadają odbicia, a dodatkowo zmiany legislacyjne pogłębiają kryzys w tej gałęzi rynku finansowego. Już nie chodzi nawet o obniżenie limitu kosztów pozaodsetkowych, ale np. o zmiany w ustawie o obligacjach, które właściwie zamroziły rynek finansowania i spowodowały znaczne trudności w jego pozyskiwaniu przez instytucje pożyczkowe. Do tego dochodzi niepewność związana z sukcesywnym wyłączaniem kolejnych gałęzi gospodarki, będąca swoistym soft-lockdownem, która wpływa na percepcję perspektyw dla sektora – komentuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

NanoGroup S.A. ustaliło cenę emisyjną akcji na 4,07 zł

Już dziś ruszają zapisy na 2 791 313 akcji serii H warszawskiej grupy spółek biotechnologicznych NanoGroup S.A. specjalizującej się w opracowywaniu i wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań bio- i nanotechnologicznych. Zapisy potrwają do 27 października, a koordynatorem oferty jest Dom Maklerski BOŚ. Cena emisyjna została ustalona na 4,07 zł.  

W ramach publicznej oferty akcji, z której spółka planuje pozyskać ponad 11 mln zł, w ramach Transzy Małych Inwestorów oferowanych będzie 550.000 sztuk akcji Serii H, a w ramach Transzy Dużych Inwestorów 2.241.313 sztuk akcji.

Środki te zostaną przeznaczone na przeprowadzenie badań przedklinicznych i klinicznych autorskiego leku POLEPI, będącego efektem połączenia nanocząstki z epirubicyną do terapii nowotworów jajnika i mięsaków oraz przeprowadzenie badań przedklinicznych i klinicznych autorskiego systemu (OrganFarm) do długoterminowego przechowywania i transportu organów (np. nerek) w warunkach fizjologicznych. Planowany termin zakończenia I fazy badań klinicznych leku POLEPI i prób klinicznych I fazy KidneyOX to 2022/2023 r. Cele planów biznesowych tych projektów zakładają ich komercjalizację na tym etapie rozwoju poprzez sprzedaż licencji do posiadanych rozwiązań międzynarodowym firmom biotechnologicznym i firmom farmaceutycznym. Pozostałe środki z emisji NanoGroup planuje przeznaczyć na bieżącą działalność grupy.

  1. października spółka zakończyła book-building i ustaliła cenę emisyjną na 4,07 zł.

– Proces book-buildingu pozwala nam z optymizmem patrzeć na przyszłość prowadzonych przez nas projektów. Duże zainteresowanie inwestorów emisją akcji NanoGroup to jasny sygnał, że innowacyjne rozwiązania dla diagnostyki medycznej, profilaktyki i leczenia mogą powstawać i rozwijać się w Polsce z powodzeniem. Rynkowy potencjał naszego portfolio przekonuje nie tylko inwestorów, ale też instytucje takie jak Narodowy Instytut Technologii czy Polfa Tarchomin, które angażują się we współpracę badowczo-rozwojową z NanoGroup – mówi Marek Borzestowski, prezes spółki.

Przypominamy, że w ostatnich tygodniach spółka NanoGroup ogłosiła, że we współpracy z firmą Marion Sp. z o.o. pracuje nad pozyskaniem niezbędnych certyfikatów i uruchomieniem linii produkcyjnej pierwszych w Europie maseczek ochronnych wyposażonych w dodatkową warstwę biobójczą. Skuteczność koncepcji technologii modyfikacji maseczek tradycyjnych została potwierdzona w wewnętrznych badaniach.

Zapisy na akcje w TMI przyjmowane będą w placówkach Koordynatora Ofert DM BOŚ SA oraz Członka Konsorcjum Dystrybucyjnego mBank S.A. Biuro Maklerskie i potrwają od 22 do 27 października.

Zapisy w TMI składane są po Cenie Emisyjnej Akcji. Minimalna wielkość zapisu – 20 akcji. Maksymalna łączna liczba akcji, na którą może zapisać się inwestor indywidualny – 40.000 akcji.

Harmonogram emisji akcji NanoGroup S.A.

od 22 października Rozpoczęcie przyjmowania Zapisów i wpłat na Akcje Oferowane
do 27 października (do godz. 23:59) Zakończenie przyjmowania Zapisów i wpłat na Akcje Oferowane
30 października Przydział Akcji Oferowanych
ok. 2 tygodnie po Przydziale Akcji Oferowanych Przewidywany termin dopuszczenia do obrotu oraz rozpoczęcia notowań PDA

W pandemii wyższe wynagrodzenie ważniejsze od stabilnego zatrudnienia

Wyższe wynagrodzenie, lepsze możliwości rozwoju zawodowego i ciekawsze obowiązki to trzy główne czynniki, które obecnie motywują do zmiany pracy. Co ciekawe niestabilna w wyniku pandemii sytuacja u obecnego pracodawcy zachęci do zmiany firmy jedynie co dwudziestego pracownika. I chociaż pozyskiwanie nowych talentów jest jednym z priorytetów HR przedsiębiorstw w warunkach nowej rzeczywistości, to tylko co dziesiąty pracodawca jest gotowy na ustępstwa w postaci podniesienia wynagrodzenia, by przyciągnąć osoby o pożądanych kompetencjach a dwóch na trzech zaoferuje umowę na czas dłuższy niż 3 miesiące. Więcej w opublikowanym dziś raporcie ManpowerGroup i HRlink „Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy – perspektywa pracowników i pracodawców”.

Według raportu ManpowerGroup i HRlink co drugi pracownik (48%) jest gotowy na zmianę pracy w trakcie pandemii, jeśli otrzyma wyższe wynagrodzenie. Co piąty (18%) zmieni firmę, jeśli będzie mieć lepsze możliwości rozwoju zawodowego, a co czternasty (7%), gdy otrzyma propozycję ciekawszych obowiązków. Co jeszcze motywuje pracowników do zmiany pracodawcy w czasie nowej normalności? To awans na wyższe stanowisko (6%) oraz niestabilna w wyniku pandemii sytuacja w obecnym miejscu pracy (5%). Co w takim razie musiałoby się wydarzyć, aby pracownicy zmienili zdanie? W sytuacji chęci zmiany pracy 46% pozostanie w organizacji, jeśli pracodawca zaoferuje wyższe wynagrodzenie, a 18%, gdy firma zaproponuje stabilne zatrudnienie. 11% badanych pozostałoby w obecnym miejscu pracy, gdyby relacje z przełożonym i atmosfera w zespole były lepsze, tyle samo, jeśli otrzyma awans. Obawa przed zmianą pracy w trakcie pandemii zatrzyma w firmie 6% osób, a brak wiedzy na temat kondycji finansowej przyszłego pracodawcy 4% badanych.

– Motywatory finansowe od zawsze były jednym z kluczowych czynników w procesie zmiany pracy. To, co jest istotną informacją płynącą z naszego badania to odsetek pracowników motywowanych przez pozafinansowe elementy. To sygnał dla pracodawców, ile cennych dla organizacji talentów mogą przyciągnąć, jeśli zadbają o ich rozwój zawodowy, możliwość udziału w nowych projektach, stabilne zatrudnienie, zaplanują wspólnie z nimi ścieżkę kariery a menedżerowie zadbają o dobre relacje z pracownikami i w zespołach. Te ostatnie potrzebne są szczególnie teraz, kiedy pracownicy wykonują pracę zdalnie lub wręcz odwrotnie, ich zakres obowiązków i specyfika stanowiska nie pozwalają im na to – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. ­

Pracodawcy w pandemii mniej otwarci na zmianę warunków zatrudnienia

Jak pandemia wpłynęła na podejście firm do przyciągania i zatrzymywania talentów? Według raportu ManpowerGroup i HRlink 10% firm jest gotowych na to, by zaoferować kandydatowi wyższe niż wcześniej planowały wynagrodzenie, a 37% zaproponuje umowę na czas dłuższy niż 3 miesiące. Może to wynikać z tego, że 22% firm odnotowało w pandemii wzrost liczby kandydatów, którzy odrzucają oferty pracy, a 47% jest zdania, że obecnie wcale nie jest łatwiej o nowego pracownika. Co jeszcze się zmieniło? U 29% pracodawców w wyniku pandemii wydłużył się proces decyzyjny w zakresie pozyskiwania pracowników a działania podejmowane są w bardziej przemyślany sposób.

– Dane zebrane wśród pracodawców potwierdzają, że w trakcie pandemii wzrosła ostrożność i zachowawczość firm. Organizacje bacznie przyglądają się danym i analizują każdą wydaną lub zaplanowaną do wydania złotówkę – mówi Arkadiusz Kuchto, prezes zarządu HRlink.pl. – Podobnie wygląda kwestia zaciągania długoterminowych zobowiązań, bo do takich należy zatrudnienie pracownika na czas dłuższy niż okres próbny. Ostatnie pół roku to czas dynamicznych zmian i ciągłych, często skrajnych prognoz. W takich warunkach podejmowanie długofalowych decyzji jest zwyczajnie trudne oraz obarczone dużym ryzykiem. Dodatkowo przejście na pracę zdalną, hybrydową postawiło przed nami wyzwanie w postaci wypracowania optymalnych metod komunikacji w firmie. Część firm dość szybko dostosowała swoje procesy do panujących warunków, jednak pozostali pracodawcy do dziś szukają właściwych narzędzi i sposobów na efektywne komunikowanie się i podejmowanie decyzji – dodaje.

Czy pandemia przyniosła kres rynku kandydata?

W raporcie opublikowano także analizę danych zebranych od 250 firm (korzystających z kilkudziesięciu źródeł aplikacji kandydatów, w tym płatnych i darmowych serwisów z ofertami pracy), uwzględniającą zmiany w liczbie ofert zatrudnienia w podziale na województwa oraz sektory rynku, w ramach której przeanalizowano i porównano dane z okresu styczeń-lipiec 2019 i 2020. Porównując te okresy w ujęciu rocznym perspektywy znalezienia nowej pracy najbardziej pogorszyły się w przypadku mieszkańców województwa kujawsko-pomorskiego (o 48% ofert pracy mniej niż w analogicznym czasie rok temu), małopolskiego (40%) i pomorskiego (34%). Zieloną wyspą na mapie Polski jest województwo warmińsko-mazurskie, gdzie w okresie pandemii aż o 16% w ujęciu rocznym wzrosła liczba ofert. Z kolei biorąc pod uwagę dane dla 33 obszarów rynku, to aż 12 branż odnotowało wzrost liczby ofert pracy. Największa różnica w porównaniu do stycznia–lipca 2019 roku dotyczy sektora medycznego ze wzrostem aż o 551% oraz farmacji – 441%. Na korzystniejsze niż przed rokiem perspektywy zmiany zawodowej mogły liczyć osoby zainteresowane zatrudnieniem w branży FMCG (305%), IT (65%), analityce (57%), finansach i bankowości (41%). Jednocześnie pandemia przyniosła pogorszenie szans na znalezienie nowej pracy w hotelarstwie (spadek o 65%), administracji (51%) i energetyce (37%).

Arkadiusz Kuchto zauważa, że pandemia przyniosła dużą polaryzację zmian w poszczególnych obszarach rynku. – Nie oznacza to jednak, że mamy całkowity kres rynku kandydata, mimo ogólnego wzrostu stopy bezrobocia. Jak wskazała prawie połowa badanych pracodawców, nie jest łatwiej pozyskać pracownika w czasie pandemii, w szczególności w branżach IT, e-commerce, call center czy FMCG. Firmy wykorzystują więcej kanałów dotarcia do kandydatów oraz publikują większą liczbę ogłoszeń rekrutacyjnych w poszczególnych procesach, czasem pomimo mniejszej liczby prowadzonych rekrutacji w danym sektorze – podsumowuje prezes HRlink.pl.
Z kolei Iwona Janas zaznacza, że pandemia zmieniła rynek pracy, w tym zapotrzebowanie na kompetencje. – W naszym badaniu pracodawcy przyznali, że pozyskiwanie nowych talentów jest dla nich jednym z najważniejszych HRowych celów w warunkach nowej rzeczywistości. Firmy są świadome, że bez potrzebnych umiejętności nie będą mogły umacniać swojej przewagi konkurencyjnej. To, na co organizacje w ostatnim czasie zwracają szczególną uwagę, to kompetencje miękkie, które pozwalają budować odporność zespołów i firm. Chodzi o umiejętność komunikacji, współpracy w zespole, dobrej organizacji pracy, adaptacji do zmieniającej się sytuacji. Wiedzą o tym również pracodawcy, którzy w procesach rekrutacyjnych kładą coraz większy nacisk na posiadanie przez kandydatów tych kompetencji – dodaje Iwona Janas.
Badanie ManpowerGroup i HRlink zostało zrealizowane w dn. 7-24 sierpnia br. na reprezentatywnej grupie 130 firm oraz 558 pracowników. Przeprowadzone z wykorzystaniem metody CAWI (badanie online). Dane o liczbie ofert pracy, pozyskane z panelu administracyjnego systemu ATS HRlink, odzwierciedlają realizację procesów rekrutacyjnych 250 firm w okresach: od 1.01.2019 do 31.07.2019 oraz od 1.01.2020 do 31.07.2020.

Simteract pozyskał w ofercie prywatnej ponad 4,3 mln zł

Simteract, producent gier specjalizujący się w tworzeniu gier z gatunki premium indie simulation, zakończył prywatną ofertę akcji. Papiery spółki cieszyły się wielkim zainteresowaniem inwestorów, którzy chcieli objąć kilkukrotnie więcej akcji niż oferowała spółka. W efekcie redukcja w gronie inwestorów indywidualnych wyniosła 88,5%. Simteract planuje wprowadzić swoje akcje do obrotu na NewConnect jeszcze w tym roku.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z przebiegu emisji. Zainteresowanie naszymi akcjami było ogromne. Dzięki pozyskanym środkom jesteśmy w stanie z pełną prędkością kontynuować naszą strategię produkcji dwóch gier z gatunku premium indie simulation jednocześnie, z planowaną premierą co roku. Dzięki zaufaniu nowych akcjonariuszy mamy przed sobą najbardziej obiecujący okres w dziejach spółki, zaczynając od debiutu na New Connect. Dołożymy wszelkich starań, żeby debiut odbył się jeszcze w tym roku – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Obecnie Simteract koncentruje swoje działania produktowe na dwóch projektach: niezapowiedzianym jeszcze Projekcie 1, który powstaje we współpracy z francuskim wydawcą Nacon należącym do grupy BigBen Interactive, oraz pokazanym już mediom symulatorze, Carpool Simulator. Produkcja, w której gracze wcielą się w kierowcę samochodu zadebiutuje w 2022 roku na konsolach oraz PC. Sukces projektu ma zostać zapewniony przez wieloletnie doświadczenie zespołu Simteract, zdobyte przy tworzeniu naśladujących ruch miejski, realistycznych systemów szkoleniowych. W grze zostanie użyta pionierska i uznana na całym świecie technologia Traffic AI, z której firma zasłynęła w poprzednich latach.

Simteract jest również beneficjentem grantu w programie „Szybka ścieżka”. W ubiegłym miesiącu pozyskał z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju prawie 3,2 mln zł. Środki będą przeznaczone na projekt „Technologia generowania realistycznych wizualizacji tras kolejowych na potrzeby profesjonalnych symulatorów szkoleniowych.

Pakiet Mobilności a zmiany w branży TSL

Trudno w branży logistycznej być obojętnym wobec zmian, jakie niesie ze sobą wprowadzenie w życie zapisów tzw. Pakietu Mobilności. – Idea reformy jest jak najbardziej słuszna, ale powstaje pytanie: czy branża bez problemów dostosuje się do nowej sytuacji? To, że dostosować się po prostu musi, nie ulega wątpliwości – sygnalizują przedstawiciele branży.

W 2019 roku Polska stała się liderem transportu drogowego rzeczy w Unii Europejskiej. Pandemia COVID-19 spowolniła jednak rozwój tego sektora. Jak wynika z oceny analityków Santander Bank Polska, rozwój firm z branży TSL został spowolniony przez COVID-19 – tonaż ładunków przetransportowanych przez krajowych przewoźników spadł o 8,8 proc. r/r w okresie od stycznia do sierpnia 2020 r. Branża zmaga się jednak nie tylko ze skutkami pandemii, ale także z dodatkowymi regulacjami wprowadzanymi przez UE.

W lipcu br. opublikowany został Pakiet Mobilności, którego zapisy w dużym prawdopodobieństwem wpłyną na wzrost kosztów przewoźników.

Prace nad Pakietem Mobilności, czyli szeregiem zmian legislacyjnych i regulacji, mających dokonać istotnych zmian w transporcie na terenie Unii Europejskiej, rozpoczęły się już 3 lata temu. Pod koniec lipca 2020 r. finalną dyrektywę wpisano w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. Część modyfikacji przepisów wejdzie w życie dopiero w 2021 roku i nawet później, ale od 20 sierpnia tego roku należy liczyć się z tym, że część przepisów weszła już w życie, dlatego warto być świadomym co zmieniło się w dotychczas obowiązujących przepisach.

W dużym skrócie, przepisy te najwięcej mówią nam o zmianach dotyczących czasu pracy kierowców. Jedna z najważniejszych zmian zakłada, że co najmniej 45-godzinny okres odpoczynku kierowcy musi być spędzony poza pojazdem, a na pracodawcy spoczywa obowiązek opłacenia zakwaterowania (które również musi spełniać szereg standardów).

Kolejna istotna zmiana powoduje z kolei, że kierowca wykonujący międzynarodowe operacje przewozu ma możliwość wykorzystania poza państwem członkowskim siedziby firmy dwóch tygodniowych okresów odpoczynku, jeżeli w ciągu kolejnych czterech tygodni wykorzysta co najmniej cztery okresy odpoczynku (a dwa z nich będą regularne). Odpoczynek ten musi następować poza państwem zamieszkania kierowcy i poza państwem członkowskim siedziby pracodawcy kierowcy. W dalszej perspektywie przewoźników czeka także wymiana tachografów na te drugiej generacji – rejestrujące przekroczenie granicy, a także miejsca załadunków i rozładunków. Przepisy regulują również kwestię rekompensaty za skrócone okresy odpoczynku, a także jasno definiują, że kierowca powinien wracać „na bazę” lub do mieszkania maksymalnie co 4 tygodnie.

– Choć trudno polemizować z ideą, która przyświecała wejściu w życie rozporządzenia, bo jest jak najbardziej szczytna i słuszna, to nie jest trudno o wniosek, że mocno wpłynie ona na kondycję branży transportowej.  Bardzo istotne jest to, że jeszcze do niedawna o sektorze mówiło się jako kole zamachowym polskiej gospodarki – z danych Eurostatu za 2018 rok jasno wynika, że polskie firmy przewiozły 23 proc. ładunków transportu na terenie Unii Europejskiej (lub terenie unijnym ), a więc prawie 270 milionów ton! Nasz rynek stał się także liderem w kabotażu na terenie Unii (17 proc., prawie 47 milionów ton ładunku). To, co stanowiło o sile polskich przewoźników i firm z sektora TSL, wkrótce może ulec wyraźnemu osłabieniu – nowe regulacje oznaczają wyższy koszt działalności dla firm transportowych, a tam, gdzie rosną koszty działalności, tam najczęściej pojawia się konieczność podniesienia cen. Praktycznie rzecz ujmując – nowe przepisy pośrednio wpłyną na jakość i konkurencyjność oferty polskich firm przewozowych. Niewielkie pocieszenie można odnajdować jedynie w tym, że zmiany dotrą do wszystkich krajów członkowskich i do nowych realiów wszyscy będą musieli dostosowywać się w tym samym tempie – podkreśla Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Wejściu w życie części zapisów Pakietu Mobilności towarzyszy także nieszczególnie korzystna sytuacja w skali globalnej, czyli pandemia COVID-19. Już wiosną sektor długo się „odmrażał”, a jesień również nie napawa optymizmem – tylko w skali kraju widać znaczny wzrost zachorowań, a kolejny lockdown dla niejednego małego przedsiębiorstwa transportowego jest tożsamy z widmem bankructwa. Nie każdy zgromadził odpowiednie rezerwy finansowe, by poradzić sobie z zamrożeniem gospodarki, tak samo jak nie każdy dysponuje zdywersyfikowanym portfelem, dzięki któremu przedsiębiorstwo zawsze ma „plan B” i może przerzucić ciężar działalności na inną ofertę.

Jaki jest więc jednoznaczny osąd na temat przepisów, które weszły w życie w sierpniu? Chyba najuczciwiej będzie przyznać, że koncepcja i idea zmian jest słuszna, gdyż jest reakcją na wrażliwe kwestie dotyczące szeroko pojętego bezpieczeństwa i poprawy warunków pracy kierowców. Trudno jednak nie dostrzec potencjalnych konsekwencji wejścia w życie tak kategorycznych przepisów w sytuacji, kiedy o klienta trzeba walczyć przede wszystkim konkurencyjnością cen.  Wszyscy w branży są zgodni, że wzrost kosztów działalności może wiązać się z obniżeniem konkurencyjności sektora, w którym polscy przewoźnicy wiodą prym i panują niemal niepodzielnie. I choć pewnie prędko nie stracimy miejsca w czołówce i w skali makro nie przełoży się to na naszą sytuację na tle innych krajów Unii, to patrząc na branżę w skali mikro, nieco trudniej o optymizm. Wielu niewielkich przewoźników w nowym otoczeniu regulacyjnym może sobie po prostu nie poradzić – podsumowuje Katarzyna Syta z KAES Logistics.

Trudna sytuacja epidemiczna hamuje proces odbudowy odwiedzalności w centrach handlowych

W tygodniu od 12 do 18 października wartość wskaźnika odwiedzalności – PRCH Daily Footfall Index – wyniosła średnio 80 proc. ubiegłorocznej. Wynik jest powtórzeniem rezultatu z wcześniejszego tygodnia (5-11 października) oraz zbliżony do średniej odwiedzalności obiektów odnotowanej we wrześniu.

Zmiana w stabilnych i przewidywalnych wynikach pojawiła się od momentu wejścia w życie nowych ograniczeń w związku z epidemią, czyli od soboty 17 października. W ten dzień każde badane centrum handlowe odwiedziło średnio o ponad tysiąc klientów mniej, co oznacza spadek o 9 proc., niż tydzień wcześniej, osiągając 73 proc. ubiegłorocznych wyników. Trudna sytuacja epidemiczna hamuje proces odbudowy odwiedzalności w centrach handlowych – mówi Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

Pomimo mniejszej liczby klientów, sobota nadal jest najczęściej wybieranym przez Polaków dniem tygodnia na zakupy. Uwagę zwraca również wynik odwiedzalności odnotowany przez system PRCH w środę, 14 października. Średni footfall był tego dnia tylko o 11% niższy niż w analogicznym dniu ubiegłego roku.

Zaobserwowano niewielkie różnice w wynikach footfallu obiektów w podziale na ich wielkość. W zestawieniu z ubiegłorocznymi danymi, małe i średnie centra handlowe poradziły sobie o 5-9 proc. lepiej niż nieruchomości o dużej i bardzo dużej powierzchni.

W podziale na regiony wyniki odwiedzalności były bardzo wyrównane. Wyjątkiem jest region wschodni, który od ponownego otwarcia galerii w maju regularnie notuje rezultaty niższe o kilka punktów procentowych od galerii położonych w innych częściach kraju.

W szczególności w okresie pandemii, gdzie wskaźnik odwiedzalności obiektów handlowych stanowi jeden z kluczowych elementów oceny działań danej placówki oraz odwzorowuje nastroje konsumentów ważne jest bazowanie na wiarygodnych danych. Jedynym miarodajnym rozwiązaniem jest system zliczający klientów za pośrednictwem kamer – mówi Marcin Guziński, Dyrektor Operacyjny TOP-KEY, firmy oferującej rozwiązania techniczne dla nieruchomości komercyjnych i przestrzeni publicznych w blisko 180 centrach handlowych oraz ponad 30 sieciach retail działających w 18 krajach.

W odróżnieniu od pozostałych systemów bazujących na śledzeniu telefonów, które muszą mieć zainstalowaną specjalną aplikację oraz logować się do stacji bazowych operatorów komórkowych tzw. BTS lub do sieci WiFi, systemy zliczające za pośrednictwem naszych kamer zliczają każdą osobę bez wyjątku, a dokładność pomiaru wynosi ponad 95 proc. w porównaniu do śledzenia telefonów, gdzie szacowana dokładność określana jest na około 30 proc. – dodaje Marcin Guziński.

Opracowanie zostało przygotowane na podstawie danych Polskiej Rady Centrów Handlowych PRCH Daily Footfall Index – wskaźnika ukazującego odwiedzalność w obiektach handlowych w ujęciu dziennym. Gromadzone dane pochodzą ze 119 reprezentatywnych obiektów o łącznej powierzchni 4,28 mln m kw. GLA, stanowiącej 35 proc. rynku centrów handlowych w Polsce. Podstawą budowy PRCH Daily Footfall Index są dane zbierane poprzez systemy zliczania klientów bazujących na kamerach w większości 3D – zainstalowanych nad każdym wejściem do obiektu handlowego oraz opcjonalnie w wybranych dodatkowych miejscach. Osoba wchodząca do galerii i przecinająca wirtualną linię zostaje zliczona przez system, a dane przesłane są do serwera centralnego przetwarzającego wszystkie dane.

Zmęczenie wyczekiwaniem

Słabnie pierwotny entuzjazm z nieprzerwania negocjacji fiskalnych i powoli widać zmęczenie inwestorów przeciąganiem się rozmów. Im bliżej wyborów, tym większe z tym związane napięcia, dodatkowo podsycane spekulacjami o ingerencję obcych mocarstw. Nie brakuje małych powodów do realizacji zysków.

Przez ostatnią dobę nie ruszyło się nic do przodu w kwestii negocjacji fiskalnych, mimo że dochodzą oględne komentarze o zawężaniu się różnic w poglądach. Jednak jak już pierwszy efekt oczekiwań kompromisu został ujęty w cenach, dalej następuje ewaluacja szans na zatwierdzenie pakietu fiskalnego przed wyborami. A na to szanse już wyraźnie spadają, gdyż Republikanie z Senatu w dalszym ciągu pozostają przeciwni wysokiemu rachunkowi fazy 4. pomocy (1,88-2,2 bln USD). Do tego dochodzi nerwowość związana ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, którą wczoraj dodatkowo podsycały doniesienia dyrektora FBI, że Rosja i Iran uzyskały dostęp do informacji o rejestrze wyborców. Pojawia się pretekst dla obu kandydatów do kwestionowania wyniku, jeśli nie będzie po ich myśli, w efekcie przewaga Bidena nad Trumpem w sondażach na poziomie ok. 9 pkt. wcale nie gwarantuje spokojnego rozstrzygnięcia. Wraz z zamknięciem tematu negocjacji fiskalnych uwaga inwestorów może szybko przenieść się na odliczanie dni do terminu wyborów i przy obecnym zestawie informacji jest to dobry powód do budowania wątpliwości i realizacji zysków.

Funt błyszczy na rynku walutowym, a powodem jest wyraźny optymizm wokół negocjacji handlowych. Wczoraj jeden po drugim pojawiały się komentarze polityków zaangażowanych w rozmowy, z których wynikało, że zeszłotygodniowe straszenie premiera Wielkiej Brytanii Johnsona odejściem do stołu negocjacyjnego było tylko pokazówką. Szef unijnego zespołu Barnier wierzy, że porozumienie jest „w zasięgu ręki” i zapewnił, że UE szanuje suwerenność Wielkiej Brytanii i widzi pole do kompromisu w kluczowych kwestiach. Później otrzymaliśmy odpowiedź strony brytyjskiej, która zgadza się na restart negocjacji i ich zakończenie w połowie listopada. Kontynuacja rozmów nie jest zaskoczeniem, ale handlowi funtem cały czas towarzyszy ryzyko pojawienia się szokujących nagłówków, co utrudnia bezpieczne zajęcie długiej pozycji. Wczoraj jednak szum informacyjny był tylko pozytywny, co pozwoliło na wystrzał GBP. To z jednej strony pokazuje potencjał, jaki drzemie w funcie, jeśli porozumienie zostanie ostatecznie zawarte. Z drugiej strony nie mogę wyzbyć się obaw, że w okresie od dziś do połowy listopada coś znów się zepsuje. Taka już natura wszelkich negocjacji brexitu – nic nie przychodzi łatwo.

Nerwowo jest na rynku złotego w przedziale 4,56-4,5950. Pomimo lepszych nastrojów na rynkach globalnych (słaby USD, wyższy EUR/USD), złoty obrywa przez obawy o rozwój drugiej fali pandemii w kraju. Wciąż jednak 4,60 nie zostało osiągnięte, ale przy obawach o nowy rekord w liczbie zachorowań nie można wykluczać nasilenia presji sprzedaż złotego i zrównania marcowych szczytów (4,6340).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak oszczędzają i w co inwestują Polacy – dane za III kwartał 2020 roku

Polacy coraz częściej dbają o finansowe bezpieczeństwo i odkładają na przyszłość. Prawie 56% uczestników badania firmy Tavex zrealizowanego przez SW RESEARCH deklaruje, że w trzecim kwartale br. udało im się zaoszczędzić środki finansowe. Blisko 40% badanych zgromadziło w tym okresie ponad 1000 zł. Co ciekawe, częściej niż co czwarty badany deklaruje, że inwestuje swoje oszczędności. Pod względem atrakcyjności lokowania odłożonych pieniędzy największą popularnością cieszyły się m.in. nieruchomości (ponad 55%) i złoto (prawie 34%).

Jak oszczędzają Polacy

Coraz częściej zaczynamy dostrzegać potrzebę zabezpieczenia finansowej przyszłości. Według danych – z badania firmy Tavex – wynika, że ponad połowie respondentów udało się zaoszczędzić w 3 kwartale 2020 roku. Blisko 40% z nich zgromadziło w tym okresie więcej niż 1000 zł. 16% oszczędzających respondentów zgromadziło od 500 zł do 999 zł. Częściej niż co piąta osoba odłożyła od 200 zł do 499 zł. 15% badanych posiadających oszczędności wygospodarowało nie więcej niż 199 zł.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że podchodzimy do naszych wydatków w bardziej przemyślany sposób. Musimy uważniej planować domowy budżet oraz znaleźć nowe sposoby na to, aby odkładać pieniądze – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Wbrew ogólnym przekonaniom oszczędzają również młodzi Polacy. Ponad 67% z osób w wieku do 24 lat wskazało, że dba o swoje bezpieczeństwo finansowe. Dane w pozostałych grupach również prezentują się pozytywnie. Oszczędzanie zadeklarowało prawie 64% respondentów w wieku 25-34 lat, ponad 52% w przedziale 35-49 lat oraz połowa osób powyżej 50 roku życia.

Warto również wspomnieć, że ponad 44% badanych twierdzi, że w ogóle nie oszczędza. Ponadto nadal jesteśmy krajem charakteryzującym się niską stopą oszczędności na tle innych członków Unii Europejskiej (3.6%). W Niemczech stopa oszczędności wynosi prawie 10%, a w przodującej pod tym względem Szwecji – nawet 16% – pokazuje raport InfoKredyt.

Inwestycje Polaków

Coraz chętniej sięgamy po narzędzia, które umożliwiają pomnażanie naszych środków. Wiemy coraz więcej o inwestowaniu i chętnie tę wiedzę pogłębiamy. W praktyce nasza sytuacja materialna i świadomość finansowa ulega pozytywnym zmianom.

Częściej niż co czwarty badany deklaruje, że inwestuje zaoszczędzone pieniądze. Ponad połowa osób wybiera lokaty. Co piąty inwestujący badany decyduje się za zakup nieruchomości lub akcji na giełdzie. W złoto lokuje fundusze 16%, a w Obligacje Skarbu Państwa 13% badanych.

Obecnie zarówno lokaty, jaki i inwestowanie w obligacje, jest mniej opłacalne w porównaniu z czasem sprzed pandemii, ze względu na coraz niższe oprocentowanie. Warto jednak podkreślić, że nadal są one bezpieczną formą zabezpieczenia oszczędności, która pomaga ochronić je przed inflacją. Co ciekawe, możemy aktualnie zaobserwować, że inwestycjami zaczęły interesować się osoby, które wcześniej tego nie robiły – podkreśla Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

W co obecnie warto zainwestować według Polaków?

Najatrakcyjniejszymi formami okazały się nieruchomości oraz złoto. 56% badanych uważa, że warto postawić na posiadanie własnego mieszkania lub domu. Natomiast co trzecia osoba wskazała kruszec jak dobry ruch inwestycyjny. 15% respondentów jest zdania, że korzystnie jest kupować akcje na giełdzie.

Co ciekawe, w grupie przebadanych kobiet wskazania głównie padały na nieruchomości (63%), złoto cieszyło się mniejszą popularnością (prawie 27%). Różnice te są słabiej widoczne w przypadku mężczyzn, analogicznie – prawie 42% i 48%.

Cały czas warto pamiętać o konieczności dywersyfikacji portfela oszczędności. Złoto bardzo dobrze chroni wartość pieniądza przed skutkami inflacji i co istotne nigdy nie zbankrutuje. Uzupełniając regularnie domowe zasoby o niewielkie ilości kruszcu, jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed spadkiem wartości posiadanych oszczędności – podsumowuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Co istotne, sztabkę złota można kupić już za około 250 zł – dodaje.

Co trzecie wesele z powodu koronawirusa zostało przełożone na przyszły rok. Wraz z zaostrzeniem obostrzeń branżę może czekać poważny kryzys

0

Od 19 października w czerwonej strefie obowiązuje zakaz organizacji imprez okolicznościowych, w tym wesel. W żółtej liczba uczestników została ograniczona do 20 osób. Nowe restrykcje, spowodowane dynamicznym przyrostem liczby zakażeń, mogą pogłębić kryzys w i tak mocno poturbowanej branży ślubnej. Nawet co trzecie wesele z powodu koronawirusa zostało przełożone na 2021 rok. Część par w obawie przed nim przekłada śluby o dwa–trzy lata. – Straty szacowane są na 2,5 mld zł, w obiektach weselnych przychody są nawet o połowę niższe niż zwykle – ocenia Robert Pieczyński, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów.

 Z naszych wstępnych obserwacji widzimy, że ok. 30 proc. wesel zostało przełożonych, prawdopodobnie odbędą się w przyszłym roku. Co to znaczy dla branży? To oznacza przesunięcie 30 proc. przychodów na kolejny sezon. Czyli nie zarobimy tych pieniędzy teraz, miejmy nadzieję, że zarobimy je w przyszłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Robert Pieczyński.

Według danych Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów branża weselna warta jest ok. 7 mld zł. Wesela odbywają się głównie od maja do końca października, jednak w tym roku, ze względu na pandemię, od marca do końca maja obowiązywał całkowity zakaz ich organizowania. Od 6 czerwca zakaz został zniesiony, wprowadzono za to limit uczestników – maksymalnie 150 gości. W sierpniu rząd jednak zaostrzył reguły, a liczbę uczestników ograniczono do 100 (w żółtych powiatach) i 50 osób (w czerwonych strefach). Od poniedziałku 19 października w czerwonej strefie będzie obowiązywał zakaz organizacji wesel, a w żółtej strefie limit gości zmniejszono do 20 osób.

Każdy miesiąc przerwy to ok. 1–1,2 mld zł straty przychodów dla zatrudnionych w niej osób i firm. Zamrożenie gospodarki i konieczność przekładania wesel zachwiały płynnością finansową wielu firm.

– Według wstępnych szacunków straty wynoszą 2,5 mld zł. Są jednak w branży biznesy wysokokosztowe, które dosyć mocno zostały dotknięte obostrzeniami. To m.in. obiekty weselne, gdzie spadek liczby gości i imprez przekłada się bezpośrednio na przychody. W tym obszarze straty mogą sięgać nawet 40–50  proc. w tym roku – wylicza ekspert Polskiego Stowarzyszenia Wedding Plannerów.

Jak ocenia, jesień przyniosła większą liczbę ślubów. Część par, mimo obostrzeń, nie rezygnowała z organizowania ślubów i wesel, nawet jeśli musiała w ostatniej chwili redukować listę gości. Zwykle były to pary, które ze względu na bliski termin imprezy poniosły już większość kosztów.

– Pary młode bardzo często miesiąc przed weselem opłaciły 90 proc. kosztów, więc przeniesienie tego wydarzenia na kolejny sezon jest z punktu widzenia finansowego irracjonalne. Nie zawsze te koszty uda się odzyskać, pary zmuszone są do tego, żeby dostosować się do zmienianych przepisów i koniec – wskazuje Robert Pieczyński.

Jak przekonuje, dla branży najgorsza jest niepewność. To może spowodować, że część par, która miała już wstępnie zaplanowane wesela, będzie je przekładać na kilka lat później.

– Czarny PR powoduje, że coraz częściej pojawiają się pary młode, które zastanawiają się, czy swoje wesele zorganizować w kolejnym roku, czy w ogóle nie przełożyć go o dwa–trzy lata. Jeżeli takich par będzie coraz więcej, to w przyszłym roku niestety nastąpi pogłębienie strat w branży ślubnej – tłumaczy członek zarządu PSWP.

W Polsce co roku średnio organizuje się 190 tys. ślubów. Koronawirus znacznie ograniczył liczbę zawieranych małżeństw, jednak nie powinien długoterminowo wpłynąć na zmianę tej tradycji.

– Myślę, że rynek bardzo szybko się odbije, tylko potrzebuje pewności. Nawet jeżeli będziemy wprowadzali pewne ograniczenia, niech one będą w miarę stabilne. Ale naszej tradycji to nie zmieni – mówi Robert Pieczyński.

Coraz więcej Polaków decyduje się wykonać badania na COVID-19 w prywatnych placówkach medycznych. Na rynek weszły właśnie o połowę tańsze testy genetyczne

Testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 to jedno z głównych narzędzi w walce z pandemią – podkreśla WHO. Według danych resortu zdrowia w Polsce przebadano dotąd 3,9 mln osób i ponad 4,05 mln próbek. Jednak zgodnie z zaleceniami rządu  obecnie testy są wykonywane tylko u pacjentów objawowych, którzy mają symptomy wskazujące na chorobę COVID-19. Dlatego też rośnie liczba osób, które decydują się przeprowadzić je na własną rękę, w prywatnych placówkach medycznych. Centrum Medyczne Damiana od października przeprowadza równie skuteczne jak obecnie stosowane testy genetyczne na obecność koronawirusa, których cena jest prawie dwukrotnie niższa.

W Polsce koronawirusem SARS-CoV-2 zaraziło się do tej pory ponad 203 tys. osób, z których 3851 zmarło. Tylko w miniony wtorek Ministerstwo Zdrowia poinformowało o ponad 10 tys. nowych przypadkach. Do tej pory na całym świecie na COVID-19 zachorowało już w sumie ponad 40,8 mln ludzi, z których ponad 1,1 mln zmarło.

– Oprócz utrzymania podstawowych zasad bezpieczeństwa – takich jak prawidłowe noszenie maseczki, dezynfekcja rąk, utrzymanie dystansu społecznego i stosowanie się do zaleceń Głównego Inspektora Sanitarnego czy rozporządzeń ministra zdrowia – podstawowym narzędziem w walce z koronawirusem są testy wykrywające SARS-CoV-2. Szczególnie w okresie infekcyjnym, kiedy obserwujemy zakażenia grypą, paragrypą oraz koronawirusem, takie testy są podstawowym narzędziem w diagnostyce różnicowej dla lekarzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Walewski, dyrektor medyczny w Centrum Medycznym Damiana.

Także WHO podkreśla, że testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 są jednym z podstawowych narzędzi w walce z pandemią. W Polsce według danych resortu zdrowia przebadano dotąd 3,95 mln osób i ponad 4,1 mln próbek. Zgodnie z zaleceniami rządu testy wykonywane są obecnie jednak tylko u pacjentów objawowych, którzy mają symptomy wskazujące na zakażenie COVID-19. Dlatego też rośnie liczba osób, które decydują się przeprowadzić je na własną rękę, w prywatnych gabinetach.

– W całej Polsce obserwujemy w ostatnich dniach wzrost potwierdzonych przypadków osób chorych na COVID-19. To automatycznie powoduje, że rośnie też liczba tych, którzy mieli z nimi kontakt i potrzebują testu. Wpływa to na liczbę testów wykonywanych zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. My w zasadzie codziennie obserwujemy wzrost liczby osób zainteresowanych jego wykonaniem – mówi Marek Kubicki, członek zarządu Centrum Medycznego Damiana.

Jak wskazuje, w tej chwili placówki Centrum Medycznego Damiana wykonują od 300 do 500 takich testów dziennie, ale z dnia na dzień zgłasza się na nie coraz więcej pacjentów. Dlatego centrum zwiększa liczbę personelu i placówek, otwierając nowe punkty wymazowe.

– W ciągu najbliższych tygodni dojdziemy do około tysiąca testów dziennie – wskazuje Marek Kubicki.

Co istotne, wraz z jesienią zbliża się też szczyt sezonu grypowego, więc wiele osób będzie zmagać się z objawami takimi jak gorączka, kaszel czy ból gardła, które mogą też przypominać objawy zakażenia koronawirusem. Dlatego też istotna jest możliwość szybkiego wykonywania testów, aby potwierdzić bądź wykluczyć COVID-19.

Taki test może wykonać każdy bez skierowania od lekarza. Z własnej inicjatywy decydują się na nie głównie osoby, które mają objawy infekcji albo kontaktowały się z zakażonym, wyjeżdżające bądź powracające z zagranicy i te, które planują duże spotkania rodzinne, gdzie będą uczestniczyć osoby starsze. Niektórzy decydują się na badanie także np. przed planowanym pójściem na wesele czy większą imprezą zamkniętą albo z ciekawości, ponieważ chcą wiedzieć, czy przez tych kilka miesięcy trwania pandemii mieli już kontakt z wirusem.

– Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom, oferujemy wykonywanie tego typu badań w cenie 250 zł, co jest połową ceny rynkowej podobnych testów – podkreśla Jacek Walewski.

Z początkiem października CM Damiana uruchomiło laboratoria w ośmiu dużych miastach Polski – Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi, Lublinie, Mysłowicach, Krakowie oraz Warszawie. Bez skierowania można w nich wykonać teksty na obecność koronawirusa metodą FRANKD. To nowy test genetyczny opracowany przez polskich naukowców z laboratorium GeneMe. Badanie odbywa się szybko i w bezpiecznych warunkach, po umówieniu na konkretną godzinę, a wynik jest dostępny już na drugi dzień.

– Badanie FRANKD polega na pobraniu wymazu z tylnej ściany gardła oraz nosa. Mam wymazówkę, proszę pacjenta tylko o odchylenie głowy do tyłu i cienkim patyczkiem pobieram wymaz z tylnej ściany gardła oraz z nosa. Samo badanie trwa dosłownie kilka sekund – mówi Aleksandra Błaszczyk, pielęgniarka z Centrum Medycznego Damiana.

– Test FRANKD jest to test molekularny, genetyczny, robiony z wymazu – tak samo jak ten najpopularniejszy test „sanepidowski”, czyli RT-PCR. Technologia RT-LAMP bada jeden gen zamiast dwóch. Jego skuteczność jest porównywalna właśnie z tym najpopularniejszym testem – dodaje Marek Kubicki.

FRANKD to genetyczny test przesiewowy, który ma certyfikat zgodny z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. Ujemny wynik badania oznacza brak zakażenia koronawirusem. Z kolei dodatni wynik jest jeszcze potwierdzany kolejnym testem genetycznym RT-PCR. Do jego przeprowadzenia wykorzystuje się tę samą próbkę pobraną od pacjenta, więc nie musi on zgłaszać się na kolejny wymaz. Co równie istotne, nie ponosi też kosztu wykonania dodatkowego, potwierdzającego testu.

– Jeżeli wynik jest pozytywny, to w cenie badania dodatkowo wykonujemy jeszcze kolejny test RT-PCR z tego samego wymazu. Robimy to głównie ze względów formalnych, ponieważ test, który jest pozytywny i zgłaszany do sanepidu, musi być wykonany właśnie technologią RT-PCR – wyjaśnia członek zarządu Centrum Medycznego Damiana.

Testy w prywatnym laboratorium mogą przeprowadzić zarówno pacjenci indywidualni, jak i firmy, które chcą w ten sposób zadbać o bezpieczeństwo swoich pracowników albo uniknąć przestojów w działalności.

– Wymazy pobieramy w kilku miastach. Na południu Polski są to Wrocław, Mysłowice dla aglomeracji śląskiej oraz Kraków, a następnie Poznań, Łódź, Lublin, Gdańsk i oczywiście Warszawa, w której znajdują się dwa punkty, a wkrótce otworzymy także trzeci punkt – zapowiada Marek Kubicki.

Na badanie FRANKD w celu potwierdzenia bądź wykluczenia zakażenia koronawirusem należy zgłosić się na czczo lub przynajmniej cztery godziny po spożyciu posiłku. Bezpośrednio przed pobraniem wymazu nie należy stosować środków higieny jamy ustnej – czyli nie myć zębów i nie używać środków dezynfekujących – oraz unikać napojów, z wyjątkiem zwykłej wody. Nie powinno się również palić papierosów, żuć gumy czy stosować maści donosowych.

Tylko w Europie smartfony emitują rocznie 14 mln ton CO2. Telekomy dążą do minimalizowania negatywnego wpływu technologii na środowisko

Energia pobierana podczas ładowania smartfona odpowiada zużyciu prądu przez żarówkę LED zapaloną trzy godziny dziennie przez rok, a do wyprodukowania jednego urządzenia mobilnego trzeba zużyć ok. 70 kg surowców i wyemitować do atmosfery do 100 kg CO2. Tymczasem tylko w ubiegłym roku w Polsce sprzedano ok. 8,5 mln smartfonów. Choć ślad węglowy sektora cyfrowego od wielu lat utrzymuje się na podobnym poziomie ok. 1,4 proc., to operatorzy telekomunikacyjni starają się go minimalizować. Orange Polska stawia m.in. na bardziej energooszczędny światłowód i budowę farm wiatrowych.

– Technologie mogą mieć zarówno dodatni, jak i ujemny wpływ na środowisko i klimat. Telekomunikacja, sektor cyfrowy i nowe technologie to dość specyficzne przykłady, bo to jest biznes energochłonny, który polega niejako na przerabianiu kilowatogodzin na kilobajty i megabajty. Z jednej strony jest konsumpcja energii, na której opierają się nasze usługi, ale z drugiej te usługi przekładają się też na to, w jaki sposób nasi klienci biznesowi i indywidualni redukują swój ślad węglowy i wpływają na środowisko – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Hutyra, doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska.

Według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej z telefonu komórkowego korzysta 92,2 proc. Polaków. Na jedną osobę przypada średnio półtora telefonu komórkowego. Z danych Orange Polska wynika, że tylko w ubiegłym roku w Polsce sprzedano ich w sumie 8,5 mln, z czego ok. 1,4 mln zostało sprzedanych przez pomarańczowego operatora. Szacuje się, że produkcja jednego smartfona kosztuje środowisko od 50 do 100 kg równoważnej emisji CO2, nie licząc przy tym ilości energii potrzebnej do jego użytkowania.

– Około 75 proc. śladu węglowego smartfona pochodzi z produkcji. Około 1/4 to efekt tego, w jaki sposób używamy go na co dzień – wskazuje Jacek Hutyra.

Do wyprodukowania smartfona o masie 120 g trzeba zużyć ok. 70 kg surowców, głównie plastiku, szkła, niewielkich ilości metali szlachetnych i pierwiastków ziem rzadkich. To właśnie procesy górnicze i konieczność wydobywania metali ziem rzadkich, wykorzystywanych w konstrukcji smartfonów, odpowiadają za dużą część śladu węglowego.

– To są materiały wydobywane w różnych częściach świata. Często są to rzadkie surowce, których wydobycie jest kosztowne i może wiązać się ze szkodami środowiskowymi – mówi doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska.

Polacy korzystają z telefonu komórkowego średnio przez kilka godzin dziennie, a każdego dnia miliony osób podłączają smartfona do ładowarki. Tymczasem energia pobierana przez ładowanie baterii smartfona waha się pomiędzy 2 a 7 kWh rocznie. To odpowiednik zużycia prądu przez żarówkę LED zapaloną trzy godziny dziennie przez rok.

– Używanie smartfona też może być bardziej lub mniej proklimatyczne. Czasami są to proste rzeczy, przykładowo odłączenie ładowarki po naładowaniu telefonu. Podobnie jest z aktualizacjami oprogramowania, które często służą właśnie temu, żeby smartfon w bardziej optymalny sposób zużywał energię. To pozwala nam pracować dłużej na jednym ładowaniu i przekłada się na mniejszą energochłonność – mówi ekspert.

Dane ONZ za 2019 rok wskazują, że na całym świecie konsumenci generują rokrocznie ok. 50 mln ton zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, a wartość zawartych w nich surowców przekracza 48 mld euro. Każdy Europejczyk produkuje rocznie około 15,6 kg elektroodpadów. Tymczasem – jak szacuje Stena Recycling – przetworzenie tylko jednego telefonu komórkowego pozwala zaoszczędzić ilość energii, która mogłaby zaświecić dziewięciowatową żarówkę przez ponad 200 dni. Z jednej tony przetworzonych smartfonów można odzyskać m.in. do 150 gramów złota.

– Warto korzystać ze smartfona jak najdłużej, a urządzenie, które było wykorzystywane przez kilka lat i przestało działać, oddać do recyklingu i w ten sposób dać mu drugie życie. Surowce użyte do jego produkcji można bezpiecznie odzyskać i wykorzystać ponownie. Jeżeli mamy smartfona, który działa i jest sprawny, możemy go odsprzedać i w ten sposób połączyć działania na rzecz ekologii i swojego portfela – mówi Jacek Hutyra.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Europejskiego Biura Ochrony Środowiska (EEB), wydłużenie żywotności smartfonów i innej elektroniki tylko o jeden rok pozwoliłoby zaoszczędzić w skali UE tyle samo emisji CO2, co ograniczenie ruchu 2 mln samochodów rocznie. Natomiast wydłużenie ich eksploatacji o pięć lat do 2030 roku zaoszczędziłoby rocznie aż 10 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2). To odpowiada usunięciu z dróg każdego roku około 5 mln samochodów, czyli mniej więcej tylu, ile zarejestrowanych jest w całej Belgii.

Jak podaje EEB, średnia żywotność smartfona w Europie to trzy lata, a roczna sprzedaż to prawie 211 mln sztuk. Cały cykl życia europejskich smartfonów jest odpowiedzialny za 14 mln ton emisji (ekwiwalentu CO2) każdego roku. Wydłużenie ich żywotności tylko o rok pozwoliłoby zaoszczędzić ponad 2 mln ton emisji CO2.

Według badań GfK na zlecenie ElektroEko wynika, że w domach Polaków jest zachomikowanych ponad 4 mln zużytych telefonów komórkowych. Z kolei z sierpniowego badania Kantar dla Orange Polska wynika, że ok. 38 proc. trzyma w domu nieużywany telefon komórkowy. 35 proc. oddaje go innej osobie, 16 proc. sprzedaje, 8 proc. oddaje do punktu zbiórki elektrośmieci lub podczas zbiórki telefonów, a 2 proc. wyrzuca do śmieci. Tylko 1 proc. Polaków oddaje stary telefon swojemu operatorowi. Dlatego też Orange Polska ruszył z inicjatywą budującą świadomość na temat wpływu środowiskowego telefonów zatrzymanych „na wszelki wypadek”.

Operator oferuje system odkupu sprawnych urządzeń dostępny w każdym salonie firmy. Orange zbiera też niedziałające już sprzęty: telefony komórkowe, modemy, tablety, telefony stacjonarne, aby przekazać je do recyklingu lub utylizacji, bezpiecznie i zgodnie z prawem. Do tej pory na całym świecie Orange zebrał już z rynku 15 mln starych telefonów.

Jak podkreśla Jacek Hutyra, w działania prośrodowiskowe coraz aktywniej włączają się producenci sprzętu i operatorzy telekomunikacyjni, którzy m.in. przestawiają się na energię pochodzącą z odnawialnych źródeł.

– Operatorzy telekomunikacyjni działają w branży energochłonnej, ślad węglowy operatora bierze się przede wszystkim z konsumpcji energii. Odpowiada ona za ponad 90 proc. naszych emisji CO2. Dlatego chcąc efektywnie redukować wpływ na klimat, musimy w pierwszej kolejności przyjrzeć się energii – wskazuje. – Musimy szukać jej źródeł na własną rękę i angażować się w projekty związane z OZE. Dlatego w Wielkopolsce powstają właśnie dwie farmy wiatrowe, z których od początku przyszłego roku popłynie energia zaspokajająca ok. 10 proc. naszego zapotrzebowania.

Dwie farmy wiatrowe budowane w okolicach Poznania dostarczą w sumie 50 GWh rocznie na wyłączne potrzeby działalności Orange Polska, a wyprodukowana przez nie energia pozwoliłaby przesłać użytkownikom telefonii komórkowej w sumie ok. 265 petabajtów danych (1 petabajt to milion gigabajtów). Prąd z nowych wiatraków popłynie do 18 tys. obiektów w infrastrukturze Orange, takich jak stacje bazowe telefonii mobilnej czy szafy dostępowe na ulicach miast.

– Inne działania, które możemy podjąć, to praca nad optymalizacją zużycia energii, energochłonnością urządzeń, parametryzacją sieci i wymianą technologii na nowocześniejsze – wymienia doradca ds. strategii klimatycznej w Orange Polska. – Dobrym przykładem jest światłowód, który przy podobnym zużyciu energii pozwala na kilkukrotną poprawę efektywności energetycznej niż w przypadku starszych technologii.

W przypadku światłowodu uśrednione zużycie energii elektrycznej na klienta domowego może być nawet do kilkunastu razy niższe niż w starszych technologiach stacjonarnego dostępu do internetu bazujących na miedzi. Dzięki możliwościom łączy optycznych do jednego urządzenia agregującego po stronie sieci – czyli technicznego zaplecza operatora – może być podłączonych więcej klientów bez utraty jakości usługi. Co istotne, w miarę rozwoju technologia światłowodowa staje się też coraz bardziej efektywna. W tej chwili – aby zapewnić jednemu klientowi szybki internet za pośrednictwem światłowodu Orange – potrzeba czterokrotnie mniej energii niż jeszcze w 2015 roku, kiedy operator wprowadził tę technologię na rynek.

– Świadomość klimatyczna polskich firm rośnie, choć wiele jest jeszcze do zrobienia, bo jest to temat dość nowy. Im większa firma, tym większa rola do odegrania – mówi Jacek Hutyra. – Grupa Orange zdecydowała się przyjąć cele klimatyczne do 2040 roku, które zakładają osiągnięcie w ciągu 20 lat neutralności klimatycznej. W tym momencie przekładamy to na konkretne cele dotyczące redukcji COi zwiększania udziału OZE w miksie energetycznym. W latach 2015–2019 zredukowaliśmy nasze emisje CO2 o 16 proc., mimo że w tym samym czasie transmisja danych w naszych sieciach zwiększyła się trzykrotnie.

Rozmowy i wydarzenia biznesowe przeniosły się do internetu. Ich popularność utrzyma się także po pandemii

Wielu przedsiębiorców dostrzegło zalety w prowadzeniu rozmów biznesowych bez konieczności osobistych spotkań. Oszczędzają dzięki temu czas oraz pieniądze wydawane na podróże i związaną z nimi logistykę. To oznacza, że nawet po opanowaniu pandemii firmy będą chciały utrzymać zdalne negocjacje. Spotkania twarzą w twarz jednak całkowicie nie znikną. – Część z nich wymaga osobistego podejścia i szczególnej poufności – mówi adwokat Piotr Walczak.

Przed pandemią byliśmy przyzwyczajeni, że ludzie się spotykali osobiście i wszystkie rozmowy były prowadzone twarzą w twarz. Teraz coraz więcej jest wideokonferencji, ale też częściej załatwiamy różne sprawy drogą mailową albo telefoniczną – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Walczak, adwokat w Kancelarii Walczak Wasielewska Adwokaci.

Takie zwyczaje mogą się utrzymać, ponieważ wielu przedsiębiorców dostrzegło w tym sporo zalet. Oszczędzają dzięki temu czas oraz pieniądze, wcześniej wydawane na podróże i związaną z nimi logistykę. Potwierdza to m.in. badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). Pokazuje ono, że po pandemii 69 proc. firm zamierza nadal komunikować się z klientami przy użyciu nowoczesnych technologii, a 45 proc. planuje wykorzystywać internetowe kanały sprzedaży i obsługi klienta.

Podobnie sprawa się ma z większymi spotkaniami biznesowymi, takimi jak targi czy konferencje. Z badania agencji eventowych Everitum i KIKE Events wynika, że ponad 65 proc. polskich przedsiębiorców i ich pracowników uważa, że wirtualne wydarzenia mają przed sobą świetlaną przyszłość. Przy tym 87 proc. polskich firm chce mieć możliwość uczestniczenia w wydarzeniach online, a także ich organizowania. Ponad 53 proc. ankietowanych deklaruje, że w przyszłości planuje organizować lub brać udział w wirtualnych wydarzeniach zamiast spotkań odbywających się tradycyjnie lub równolegle do nich. 12 proc. zamierza całą swoją aktywność eventową przenieść do sieci. Co piąta firma potwierdza, że obecność online mogłaby być dobrym uzupełnieniem tradycyjnych imprez. W przypadku wydarzeń online’owych ich uczestnicy wskazują na takie zalety jak oszczędność czasu, możliwość łączenia obecności na takim evencie z obowiązkami służbowymi czy możliwość uczestniczenia w imprezach organizowanych na całym świecie.

To, czy spotkania i wydarzenia biznesowe wrócą w „realu”, w dużej mierze zależy jednak od tego, jak będą wyglądały ograniczenia związane z pandemią koronawirusa.

W niektórych regionach takie spotkania wróciły po odmrożeniu lotów, ale są też takie miejsca, gdzie nadal nie można latać. Mamy np. duży problem, żeby porozmawiać osobiście z naszymi partnerami w Indiach czy Ameryce Południowej. Normalne rozmowy mogą już odbywać się w Niemczech, we Włoszech czy innych europejskich krajach. Często jest jednak tak, że przedsiębiorcy rezygnują z podróży w obawie o zdrowie, mimo że loty do danego miejsca są już możliwe – mówi adwokat w Kancelarii Walczak Wasielewska Adwokaci.

Jego zdaniem w ciągu najbliższych miesięcy część rozmów na pewno będzie się odbywała zdalnie, ale na pewno nie wszystkie.

– Część z nich wymaga osobistego podejścia i spotkania twarzą w twarz. Na pewno bezpośrednie rozmowy biznesowe nie znikną, choć mogą się odbywać rzadziej – mówi Piotr Walczak. – Są rozmowy, które wymagają szczególnej poufności, dyskrecji i delikatności. Obie strony czekają na odpowiedni moment, aż będą możliwe rozmowy face to face.

Cyfryzacja administracji podczas pandemii postępuje. E-doręczenie wprowadza w Polsce nadrzędność rozwiązań cyfrowych nad tradycyjnymi

Sejm przyjął ustawę, która ma umożliwić zdalny odbiór listów poleconych z poczty i pism z urzędów publicznych. E-doręczenia to narzędzie, które pozwala na przesłanie korespondencji i potwierdzenie odbioru elektronicznie za pomocą kilku kliknięć. To tylko jeden z przykładów postępującej cyfryzacji w administracji publicznej. Pandemia koronawirusa przyspieszyła ten proces. Jak podkreśla Justyna Orłowska, dyrektor Departamentu GovTech Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, wideokonferencje, podpis cyfrowy i różnego rodzaju e-usługi weszły już na dobre do urzędniczej rzeczywistości.

Najnowszym elementem cyfryzacji polskiej administracji będzie usługa e-doręczenia. Zmiany mogą okazać się przełomowe, ponieważ wprowadzają tzw. domyślność cyfrową, czyli nadrzędność rozwiązań cyfrowych nad rozwiązaniami tradycyjnymi. Kontaktować się z urzędami będzie można całkowicie przez Internet, wysyłając i otrzymując korespondencję drogą elektroniczną, bez konieczności wizyty na poczcie. Co istotne, e-doręczenie pod kątem prawnym będzie równe z wysłaniem tradycyjnego listu poleconego. Ustawa o doręczeniach elektronicznych została przyjęta przez Sejm 7 października.

Największą zaletą tego rozwiązania w czasie pandemii koronawirusa jest brak konieczności osobistego kontaktu z listonoszem lub urzędnikiem i większe bezpieczeństwo obu stron – petenta i urzędnika.

– Pandemia koronawirusa sprawiła, że administracja staje się coraz bardziej cyfrowa. Widać to zdecydowanie na przykładzie wykorzystania podstawowych narzędzi, jakimi są np. wideokonferencje. Do niedawna niektórzy urzędnicy w ogóle nie widzieli potrzeby, aby korzystać z takich funkcjonalności, ale zmieniło się to w momencie, kiedy z dnia na dzień przeszli oni na pracę zdalną – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor Departamentu GovTech Polska.

Według statystyk Szefa Służby Cywilnej najwięcej urzędników pracowało zdalnie w trakcie lockdownu. W kwietniu 2020 roku 42 proc. wszystkich urzędników administracji pracowało zdalnie. Obecnie w dalszym ciągu w największym stopniu zdalnie pracują ministerstwa i Kancelaria Premiera, gdzie 43 proc. wszystkich zatrudnionych pracuje z domu. Ogólnie jednak udział pracowników zdalnych w administracji publicznej wynosi już tylko 11 proc. To oznacza, że w większości urzędnicy pracują już stacjonarnie. Mimo tego nabyte kompetencje cyfrowe mogą zaprocentować w przyszłości.

– Te wszystkie elementy, które składają się na cyfryzację w administracji, weszły w DNA prawie wszystkich urzędników. Wideokonferencje stały się podstawowym narzędziem pracy, ale pojawiły się też takie elementy jak wspólne zarządzanie dokumentacją. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie posiadał takiego narzędzia, to zapewne jest w trakcie wdrażania. Pandemia koronawirusa wymusiła sytuację, w której dokumenty nie są w każdym przypadku podpisywane fizycznie, ale bardzo często jest wykorzystywany bezpieczny podpis cyfrowy – wskazuje ekspertka.

Jednym z polskich urzędów, który wkrótce zautomatyzuje część swojej pracy, jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Zautomatyzowane mają zostać rozliczenia z ZUS-em, dzięki czemu nie trzeba będzie składać jakichkolwiek dokumentów w urzędzie. Zmiany obejmą 16 mln Polaków. Podobne rozwiązania są już stosowane w urzędach skarbowych, które w ramach e-PIT-u rozliczają zeznania roczne podatników.

Automatyzacja urzędów nie oznacza jednak całkowitego zastąpienia pracowników administracji algorytmami.

– Urzędnicy powinni mieć świadomość, że pozostaną potrzebni jako pracownicy, bo znają branżę. Ale muszą wiedzieć, że jeśli ze względów bezpieczeństwa zdrowotnego można jakąś czynność zautomatyzować, przekazać robotom i posłużyć się po prostu algorytmem dla zminimalizowania ryzyka zachorowania, to warto to zrobić – przekonuje Justyna Orłowska.

Zdalnie sterowane roboty będą gasić pożary. W najtrudniejszych sytuacjach znacznie zwiększą bezpieczeństwo strażaków

Amerykańska straż pożarna inwestuje w zrobotyzowane maszyny. Zdalnie sterowane roboty zasilą szeregi straży pożarnej w Los Angeles, gdzie znajdą zastosowanie przede wszystkim przy gaszeniu trudno dostępnych miejsc, takich jak wnętrza budynków. Wdrożenie ich do powszechnej służby ułatwi przeprowadzenie najbardziej wymagających akcji gaśniczych, przyspieszy gaszenie pożaru i poprawi bezpieczeństwo strażaków.

– W straży pożarnej wciąż pojawiają się nowe wyzwania. Chcemy wykorzystywać najnowsze technologie przede wszystkim w celu usprawnienia działań gaśniczych przy jednoczesnym zmniejszeniu ryzyka dla strażaków – wskazuje Margaret Stewart, rzeczniczka Straży Pożarnej w Los Angeles.

Roboty gaśnicze od amerykańskiej firmy Thermite zaprojektowano w taki sposób, aby wyręczyły strażaków w przeprowadzaniu niebezpiecznych akcji gaśniczych, a jednocześnie były możliwie jak najbardziej wszechstronne. Na podstawowym wyposażeniu modelu Thermite RS3 znajduje się klasyczny system wizyjny oraz kamera podczerwieni, które pozwolą kontrolować pojazd z bezpiecznej odległości, nawet przy silnym zadymieniu. W każdym pojeździe zamontowano także wciągarkę o sile uciągu do 3,5 t, która ułatwi przesuwanie ciężkich przeszkód utrudniających przeprowadzenie akcji gaśniczej.

Główną zaletą wdrożenia maszyn tego typu jest jednak ich zdolność do błyskawicznego gaszenia pożarów. Dzięki solidnej konstrukcji można skierować je bezpośrednio pod płonący obiekt i zalać go strumieniem wody pod dużym ciśnieniem, zauważalnie przyspieszając proces tłumienia ognia.

– Thermite RS3 to kompaktowy, przemysłowy robot strażacki o niskim środku ciężkości i szerokim podwoziu. Jest w stanie dostarczać 9500 litrów wody na minutę i jest zdalnie sterowany za pomocą kontrolera, który zapewnia wideo o wysokiej rozdzielczości, zapewniając najwyższą manewrowość w trudnych warunkach – podkreśla Margaret Stewart.

Maszyny od Thermite cechują się modułową konstrukcją, umożliwiającą zamontowanie dodatkowego osprzętu przeznaczonego do pracy w specyficznych warunkach. Producent opracował m.in. opcjonalny pojemnik na pianę, dyszę piankową, system tłoczenia piany za pośrednictwem sprężonego powietrza czy wentylator podciśnieniowy.

Inżynierowie zadbali także o to, aby sprzęt mógł służyć od początku do końca akcji gaśniczej, dlatego zrezygnowano ze zintegrowanych pojemników na wodę i woda tłoczona jest do pompy za pośrednictwem klasycznych węży strażackich. Ponadto pojazd wyposażono w 37-konny silnik diesla, który na pełnym 34-litrowym baku przepracuje do 20 godzin.

– Robot RS3 pomoże w gaszeniu pożarów wewnętrznych, zabezpieczając strażaków podczas m.in. dużych pożarów inwestycji komercyjnych, konstrukcji szkieletowych w budowie, ratowania dużych zwierząt, pożarów cystern paliwowych, pożarów samochodów magazynowych i wielu innych – wymienia rzeczniczka LAFD.

Według analityków z firmy MarketWatch wartość globalnego rynku robotów pożarniczych w 2019 roku wyniosła 544,5 mln dol.

Fabrice Audan nowym Prezesem Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP)

We wtorek 20 października 2020 r. Rada Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej wybrała nowy skład Zarządu CCIFP. Na czele Izby stanął Fabrice Audan, Prezes firmy Wyborowa Pernod Ricard. Wiceprezesami CCIFP zostali: Joanna Affre, Wspólnik Zarządzający Kancelarii Affre & Wspólnicy, François Colombié, Prezes firmy Tokoma Engineering, Gérard Gallet, Prezes Auchan Polska oraz Tomasz Mróz, Dyrektor Wykonawczy Renault Polska. Kadencja nowo wybranego Zarządu potrwa trzy lata.

Fabrice Audan jest absolwentem Université Paris Dauphine (Master2 DESS) i INSEAD Business School (APM). Posiada bogate międzynarodowe doświadczenie zdobyte na wyższych stanowiskach kierowniczych w Polsce, we Francji, Japonii, Hong Kongu, Australii i Szwecji, specjalizuje się w rozwoju biznesu i zarządzaniu zmianą. Z Pernod Ricard związany jest od 1990 roku, kiedy rozpoczął pracę audytora finansowego w Centrali firmy, do której przeszedł z Arthur Andresen LLP – wiodącej firmy doradztwa podatkowego i biznesowego. W 1993 roku objął stanowisko Wicedyrektora Finansowego w Pernod SA, a rok później, do 1996 roku, pełnił funkcję Dyrektora Finansów i Administracji Pernod Ricard Far East. W kolejnych latach, od 1996-2000 roku, pełnił funkcję Dyrektora Finansowego Pernod Ricard Australia Orlando Wyndham Group, a od 2000 roku, Dyrektora Finansowego Pernod Ricard Europe. W 2003 roku został Prezesem i CEO Pernod Ricard Japan i funkcję tę pełnił do 2011 roku, kiedy został mianowany Dyrektorem Zarządzającym Pernod Ricard Sweden oraz Pernod Ricard Northern Europe. W 2018 roku, Fabrice Audan objął stanowisko Prezesa Wyborowa Pernod Ricard oraz Pernod Ricard Central Europe.

Wybór na Prezesa Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej, jednej z największych i najbardziej dynamicznych Izb bilateralnych w Polsce, jest dla mnie ogromnym zaszczytem, ale również wyzwaniem. Zmieniająca się z dnia na dzień sytuacja wymaga od przedsiębiorców odpowiedzialnego i solidarnego działania na rzecz walki z pandemią, ale też podejmowania szybkich i niekiedy trudnych decyzji dotyczących funkcjonowania firmy. Będę się starał, by Izba, wykorzystując szereg narzędzi on-line, nadal odgrywała rolę wiodącej platformy łączącej polskich i francuskich przedsiębiorców. Pomagając w rozwoju naszych członków wspieramy tym samym polską gospodarkę i aktywnie włączamy się w walkę z kryzysem. – powiedział Fabrice Audan, zaraz po wyborze na Prezesa CCIFP.

Francja jest drugim największym inwestorem zagranicznym w Polsce, po Niemczech, a przed Stanami Zjednoczonymi. Skumulowana wartość inwestycji pochodzących z Francji (dane NBP za rok 2018 według kryterium siedziby podmiotu dominującego) wynosi  89,4 mld PLN, co wyraża się m.in. w stworzeniu blisko ćwierć miliona miejsc pracy. Najwięcej inwestycji ulokowanych jest w sektorze przemysłowym, handlu oraz usługach finansowych. Francja jest również w czołówce krajów, które reinwestują najwięcej zysków w Polsce (ponad 2,5 mld PLN w 2018 roku). Francusko-Polska Izba Gospodarcza jest organizacją pracodawców zrzeszającą blisko 450 firm francuskich i polskich. Od ponad 25 lat CCIFP działa na rzecz interesów polskich i francuskich inwestorów pełniąc rolę platformy współpracy i wymiany doświadczeń biznesowych oraz najlepszych praktyk pomiędzy przedsiębiorcami. CCIFP wspiera również firmy polskie w wejściu na rynki francuskojęzyczne oraz firmy francuskie, zainteresowane współpracą z polskimi partnerami.

Raport „Regional Risks for doing business” 2020 – wyzwania dla biznesu

Wyniki badania Executive Opinion Survey 2020, prowadzonego przez World Economic Forum wyznaczają główne problemy związane z globalną pandemią, ale także pokazują, jak liderzy biznesu na całym świecie postrzegają konsekwencje kryzysu dla lokalnych gospodarek i społeczeństw.

Podobieństwa pomiędzy rynkami rozwiniętymi i wschodzącymi

„Bezrobocie i zatrudnienie poniżej kwalifikacji” od 2016 roku są uznawane za największe ryzyka na rynkach wschodzących, jednak obecnie są również głównym problemem gospodarek rozwiniętych. Wzrost ten potwierdza niestabilność wcześniejszych wskaźników zatrudnienia oraz miejsc pracy w obliczu lockdown’u i ożywienia gospodarczego.

,,Cyberataki” już od kilku lat są postrzegane jako największe ryzyka w gospodarkach rozwiniętych, znalazły się w pierwszej dziesiątce zagrożeń rynków wschodzących w 2020 roku.

Oprócz „rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych”, szybko rosnącym ryzykiem na rynkach wschodzących stały się także zagrożenia środowiskowe. Ryzyko „katastrof naturalnych” przesunęło się w górę o siedemnaście miejsc, podczas gdy „utrata różnorodności biologicznej i załamanie się ekosystemu” oraz „ekstremalne zjawiska pogodowe” wzrosły odpowiednio o jedenaście i dziesięć miejsc. Warto jednak dodać, że wzrost ten obserwujemy przede wszystkich w krajach, które doświadczyły poważnej katastrofy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

Rosnące niepokoje społeczne na ulicach wielu miast na świecie oraz wyraźne zróżnicowania w kwestiach zdrowotnych i ekonomicznych związanych z COVID-19 spowodowały, że ryzyka społeczne stały się jednymi z największych zagrożeń w 2020 roku. „Głęboka niestabilność społeczna” spowodowała, że to ryzyko przesunęło się o dziesięć miejsc wyżej i znalazło się na dziewiątym miejscu w tegorocznym rankingu ryzyk.

Europa

Największe zagrożenia w Europie mają charakter gospodarczy i technologiczny, a ryzyko „rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych” stanowi nowe wyzwanie dla biznesu. Pandemia sprawiła, że istniejące problemy, takie jakie niestabilność społeczna (ruch „żółtych kamizelek” we Francji) czy wysokie stopy bezrobocia (w Hiszpanii) pogłębiły się.

Ponadto, więcej państw (w tym Turcja) dołączyło do grona największych gospodarek Europy Zachodniej, uznających ryzyka cybernetyczne za obszar priorytetowy dla przedsiębiorstw. W momencie gdy, ryzyka geopolityczne spadły w rankingach, „załamanie krajowych systemów rządzenia” pozostało istotnym zagrożeniem dla kadry zarządzającej.

Po drugiej stronie znajdują się ryzyka środowiskowe, które w ostatnim czasie także zyskały na znaczeniu. Na przykład, w Wielkiej Brytanii „ekstremalne zjawiska pogodowe” stały się trzecim, najpoważniejszym zagrożeniem po roku, w którym kraj ten zmagał się z niebezpieczną falą upałów, a następnie gwałtownymi burzami i powodziami. W całej Europie ryzyko „niepowodzenia adaptacji do zmian klimatycznych” znalazło się w pierwszej dziesiątce zestawienia.

Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) i PEMA (fuzje i przejęcia), Marsh Polska komentuje:

Wyniki raportu „Regional Risks of Doing Business” nie zaskakują. Zagrożenie rozprzestrzeniania się wirusów istotnie wzrosło i zajmuje drugą pozycję w rankingu globalnych ryzyk (zmiana z ostatniego miejsca).

Pozostałe ryzyka pozostały na podobnych pozycjach w porównaniu z wynikami z poprzedniego raportu, a główna „zmiana miejsc” na podium dotyczy wspomnianego ryzyka pandemii. Poza pandemią, według obu opracowań, kryzysy finansowe i bezrobocie stanowią największe zagrożenie dla globalnego biznesu, zaś najpoważniejszym ryzykiem dla firm działających Ameryce Północnej pozostają ataki cybernetyczne – w Europie jest to druga pozycja. Pierwsze miejsca wcale nie dziwią – wielu obawia się, że to, na co realnie wpłynie COVID-19 na świecie, to właśnie globalne spowolnienie gospodarcze, bezrobocie i wzmożona działalność cyberprzestępców spowodowana m.in. zintensyfikowaną pracą w trybie home office.

Inne kluczowe ryzyka, jak np. napięcia społeczne, kradzieże danych, załamanie systemów rządzenia – są to obszary, na które COVID-19 także oddziałuje.

Wszystkie ze wspomnianych ryzyk wydają się być połączone, co niewątpliwe może budzić pewne obawy.

Największym zainteresowaniem naszych lokalnych Klientów cieszy się ochrona odpowiedzialności menedżerów za podjęte przez nich decyzje (D&O), obejmująca swym zakresem także te związane ze zmianą organizacji w trakcie pandemii, jak również ubezpieczenia ryzyk cybernetycznych dla ich organizacji.

W ostatnim czasie nasi Klienci szczególnie interesują się aranżowaniem specjalnej polisy D&O, opartej o warunki ubezpieczenia Klientów Marsh, dedykowanych przede wszystkim ochronie samych menedżerów. Ubezpieczenia te zawierają jedynie dwa wyłączenia i najszerszą, dostępną na rynku ochronę D&O, w tym automatyczne odnowienie limitu sumy ubezpieczenia. Jest to opcja droższa niż lokalnie dostępne, należyte pod względem zakresu warunki, głównie z uwagi na fakt, że jedynie kilka rynków w Europie i UK jest w stanie zapewnić taką ochronę.

Świadomość menedżerów złożonych grup kapitałowych i firm operujących w trudniejszych sektorach jest na tyle wysoka, że coraz częściej decydują się na taką opcję pokrycia. Pozostali Klienci prowadzą z nami rozmowy dotyczące lepszego zabezpieczenia ich interesów zgodnie z prezentowanym benchmarkiem, dlatego najczęściej wybierają zakup nowych polis nadwyżkowych lub podwyższenie limitu aktualnej polisy D&O.  Obie strategie są słuszne, ponieważ ryzyko roszczeń do menedżerów nieustannie rośnie. Menedżerowie lokalnych spółek mogą za chwilę zmierzyć się z „rozliczeniem” przez spółkę, właścicieli, czy nowy zarząd, za przygotowanie firmy na sytuację kryzysową, opracowanie planów ciągłości działalności w sytuacjach awaryjnych, właściwe zarządzanie pracownikami i polityką zatrudnienia, lub polityką informacyjną firmy.

Na ryzyko zgłoszenia roszczeń wobec menedżerów wpływ mają również decyzje związane z pracą zdalną – przykładowo odpowiedzialność za niewystarczające systemy, procedury i zabezpieczenie przetwarzanych danych w sytuacji pracy zdalnej i konsekwencje tych braków w postaci np. wycieków danych lub łatwiejszych ataków cybernetycznych na ich organizacje.

Lokalni menedżerowie obawiają się konsekwencji ataków cybernetycznych zarówno ze względu na swoją pozycję i potencjalne roszczenia, jak również ewentualne, gigantyczne straty finansowe poniesione przez spółkę w wyniku działalności cyberprzestępców.

Rozwój rynku ubezpieczeń ryzyk cybernetycznych z pewnością przyspieszył COVID-19, w efekcie czego coraz więcej firm, które do tej pory były sceptyczne wobec polis cyber, decyduje się na zakup tego ubezpieczenia, nawet z niższym limitem ochrony. Ponadto, rośnie liczba firm, które wybierają ochronę lokalną pomimo funkcjonowania programu światowego. Co więcej, nasi Klienci coraz częściej spotykają się z wymogami kontraktowymi dotyczącymi posiadania odpowiedniego zakresu ochrony w polisach cyber lub OC zawodowej (PI), co dodatkowo wzmaga apetyt na zawarcie umowy.

Badanie Executive Opinion Survey (EOS) prowadzone jest co roku przez WEF. Ankieta opiera się na spostrzeżeniach ponad 12 000 liderów biznesu na całym świecie – respondenci wskazują ryzyka, które uważają za najbardziej niepokojące w związku z prowadzeniem działalności w ich kraju w ciągu najbliższych 10 lat.

„Dobre” dane z Polski

Kolejny dzień i kolejne odczyty z Polski pokazujące lepsze wyniki, niż oczekiwali analitycy. Problem w tym, że jest to głównie zasługa pesymistycznego podejścia, a nie naprawdę dobrych danych z kraju.

Sprzedaż detaliczna również rośnie

Po wczorajszych dobrych danych na temat produkcji przemysłowej dzisiaj poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej. Tutaj widzimy wzrost o 0,5% powyżej oczekiwań, co teoretycznie jest dobrym wynikiem, ale patrząc na ilość pieniędzy pompowanych z budżetu wynik 2,7% nie może być uznany za imponujący. Poznaliśmy również rezultat produkcji budowlano-montażowej. Tutaj mamy spadek o 9,8%, ale jest to mniejszy spadek od oczekiwań. Jest to podobna sytuacja, niby wynik lepszy od oczekiwanego, ale jego poziom nie napawa optymizmem. Wczoraj złoty odzyskał część strat i dzisiaj zbliża się do poziomu 4,55 względem euro.

Inflacja na Wyspach

Dzisiaj od rana poznaliśmy zmianę cen w Wielkiej Brytanii. Zgodnie z oczekiwaniami ceny rosną o 0,5%. Jest to poziom uważany powszechnie za dość niski i raczej dąży się, nawet w przypadku wysoko rozwiniętych państw, do rezultatów w okolicach 2%. Co ciekawe, funt po tych danych zyskuje na wartości, ale równie dobrze może to być korekta ostatnich spadków.

Dobre dane z rynku nieruchomości w USA

Za oceanem pomimo trwającego kryzysu w dalszym ciągu branża budowlana ma się bardzo dobrze. Wydano 1,553 mln pozwoleń na budowę domów, z czego ruszyło 1,415 miliona. Nie wiadomo, na ile jest to kwestia realnej kondycji gospodarki, a na ile zmiany priorytetów wywołanych przez COVID-19, gdzie nagle w perspektywie spędzania większej ilości czasu w domu, własny kąt stał się jeszcze ważniejszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska w ogonie Europy pod względem liczby patentów

Choć od momentu przystąpienia Polski do UE znacząco wzrosła liczba wynalazków zgłaszanych przez przedsiębiorców, pod względem udzielonych patentów wciąż zajmujemy w Europie odległe miejsce. W 2019 r. Polska osiągnęła poziom 36 proc. średniej unijnej w procedurze międzynarodowego zgłaszania patentów, pozostając w tyle m.in. za Bułgarią i Czechami. Rokrocznie do Urzędu Patentowego RP wpływa około 4 000 zgłoszeń (z wyjątkiem rekordowego roku 2015). Jednak ich autorami są głównie uczelnie i MŚP. W minionym roku najwięksi przedsiębiorcy, zatrudniający powyżej 250 osób, odpowiadali zaledwie za 12 proc. wszystkich złożonych wniosków. Sposobem na zwiększenie liczby patentów w Polsce są instrumenty wspierające innowacyjność, takie jak dotacje, ulga badawczo-rozwojowa czy IP Box.

Głównym motorem napędowym innowacyjności w przedsiębiorstwach w Polsce były dotychczas fundusze unijne. Jednak strumień środków płynący nieprzerwanie od 2004 r. nie zmienił znacząco nastawienia firm do tematu ochrony własności intelektualnej. O ile w 2012 r. w procedurze międzynarodowego zgłaszania patentów (PCT) osiągnęliśmy poziom 34 proc. średniej unijnej, o tyle w 2019 r. jest to zaledwie o niecałe 2 pp. więcej. Dla porównania, Bułgaria ma wskaźnik na poziomie 38,5 proc., Czechy – 45,5 proc., natomiast Estonia notuje poziom 67,3 proc.

Liczba polskich patentów w procedurze PCT nie uległa znacznej poprawie, mimo że często możliwość skorzystania ze środków UE wymusza na przedsiębiorcach zgłoszenie patentowe na etapie wdrażania innowacyjnych rozwiązań. Być może wzrost ich liczby nastąpi w późniejszym czasie, gdyż zgłoszenie patentu nie musi być jednoczesne z zakończeniem dofinansowanego przedsięwzięcia. Przedsiębiorcy pozyskujący wsparcie unijne składają wniosek w okresie 3 (w przypadku MŚP) lub 5 (duże firmy) lat po zakończeniu projektów. Dlatego też wprowadzono dodatkowe zachęty, takie jak ulga badawczo-rozwojowa i IP Box, które mogą znacząco wpłynąć na polską innowacyjność, a tym samym na liczbę opracowywanych wynalazków – tłumaczy Przemysław Gabrysiak, ekspert Ayming ds. innowacji i funduszy unijnych.

Patentowe statystyki w Polsce

W 2019 r. krajowe podmioty złożyły w Urzędzie Patentowym RP 3 946 wniosków o rejestrację wynalazków i udzielenie patentów. Choć dominowały wśród nich przedsiębiorstwa (48 proc. ogółu zgłoszeń), to liderami pod względem liczby wynalazków okazały się uczelnie: Politechnika Lubelska (135 zgłoszeń), Politechnika Wrocławska (106) i Politechnika Śląska (103). Sektor nauki był odpowiedzialny za 39 proc. ogólnej liczby wniosków.

Wśród przedsiębiorstw zgłoszeń wynalazków w przeważającej części dokonywały mikro-, małe i średnie firmy, odpowiadając łącznie za 88 proc. wszystkich zgłoszeń ze strony sektora biznesowego. Najwięcej wniosków złożyły firmy z województwa mazowieckiego (19 proc.) i śląskiego (13 proc.). Na każde z pozostałych województw przypadało poniżej 10 proc. zgłoszeń, przy czym najmniejszy udział stanowiły te dokonane przez przedsiębiorstwa z województw lubelskiego (1,5 proc.) i opolskiego (1,6 proc.). Pod względem dziedzin techniki najwięcej wynalazków przypada na inżynierię lądową (236), chemię wysokogatunkowych związków organicznych (188) i maszyny specjalistyczne (181).

Polskie patenty w Europie

Według Europejskiego Urzędu Patentowego (EPO Patent Index 2019), liczba dokonanych zgłoszeń patentowych przez polskie podmioty zmniejszyła się w ubiegłym roku o niemal 10 proc. Spadek ten był jednak poprzedzony dwoma latami zdecydowanego wzrostu, a z perspektywy dekady liczba polskich zgłoszeń zwiększyła się z 205 do 469 w 2019 r., pozwalając Polsce na zajęcie 26. miejsca wśród 50 sklasyfikowanych krajów. Dla porównania, Niemcy dokonały w ubiegłym roku 26 805 zgłoszeń, Belgia – 2 423, Irlandia – 878, a Czechy – 198. Na czele polskich innowatorów podbijających Europę znalazł się koncern biofarmaceutyczny Ryvu Therapeutics (dawniej: Selvita) oraz Uniwersytet Jagielloński, które złożyły po 8 wniosków patentowych. Kolejne miejsca zajęli producent drukarek 3D, firma 3DGence, oraz Politechnika Śląska (po 7 zgłoszeń), a także Adamed Pharma (5 zgłoszeń).

Aby uzyskać realny obraz rynku patentów i polskiej innowacyjności, należy przyjrzeć się nie tylko wskaźnikom ilościowym, ale i jakościowym. Od 2005 r. liczba patentów przyznawanych podmiotom w Polsce przez Urząd Patentowy RP diametralnie się zwiększyła – z 305 do 1234 rocznie, co można powiązać z rosnącą świadomością przedsiębiorców na temat możliwości ubiegania się o ochronę własności intelektualnej. Ale jak wynika z analiz baz patentowych, tylko niespełna 20 proc. patentów wciąż chroni własność intelektualną powstałą w naszym kraju. 11 proc. nadal czeka na rozpatrzenie, a 69 proc. nie ma żadnej wartości komercyjnej ze względu na utracenie, wygaśnięcie lub odwołanie ochrony. Jednocześnie dane dotyczące liczby zgłoszeń do EPO nie pokazują, czy polskie podmioty zarabiają na swoich technologiach za granicą – komentuje Przemysław Gabrysiak, ekspert Ayming ds. innowacji i funduszy unijnych.

Wsparcie ochrony własności intelektualnej

Pomocne w zakresie wzmocnienia ochrony własności intelektualnej w przedsiębiorstwach w Polsce mogą okazać się fundusze europejskie. W latach 2014-2020 uruchomiono szereg konkursów nastawionych na pośrednie i bezpośrednie wsparcie potencjału polskich podmiotów. Największą popularnością cieszy się poddziałanie 1.1.1 (tzw. szybka ścieżka) nadzorowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Według przewidywań prace badawczo-rozwojowe podejmowane
w ramach „szybkiej ścieżki” mają przynieść 1 476 zgłoszeń wynalazków. Jednak część przedsiębiorców zakłada realizację projektów do końca 2023 r., w związku z czym wzrost liczby składanych wniosków to najprawdopodobniej perspektywa kilku kolejnych lat.

Innym mechanizmem wspierającym ochronę własności intelektualnej są zachęty podatkowe, takie jak funkcjonująca od 2016 r. ulga badawczo-rozwojowa oraz wprowadzony w ubiegłym roku IP Box, który zakłada preferencyjną 5-procentową stawkę opodatkowania dochodów uzyskiwanych
z komercjalizacji kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Do takich praw zaliczymy m.in. patenty (także te zarejestrowane w Europejskim Urzędzie Patentowym), prawa ochronne na wzór użytkowy czy wzór przemysłowy. Z IP Box mogą skorzystać ci podatnicy PIT lub CIT, którzy rozwijają działalność badawczo-rozwojową, odpowiednio dokumentują wszystkie prowadzone projekty oraz dokonują prawidłowej ewidencji kosztów oraz przychodów związanych z kwalifikowanymi prawami własności intelektualnej.

GDDKiA: Inwestycje drogowe są realizowane zgodnie z planem i wytycznymi sanitarnymi. Koronawirus nie zatrzymuje budowy dróg

Pomimo ograniczeń związanych z koronawirusem wykonawcy, stosując wytyczne sanitarne, realizują kontrakty drogowe. Zachowanie ciągłości w realizacji inwestycji oraz ogłaszanie nowych przetargów i podpisywanie kolejnych umów jest niezbędne dla utrzymania stabilności na rynku budowlanym, co w obecnej sytuacji jest kluczowe dla całej gospodarki.

3_14
„Nie zamrażamy inwestycji i naszych planów. Firmy realizujące nasze zlecenia budują swoją stabilność ekonomiczną i kadrową. To nie tylko firmy budowlane. Nasze inwestycje to całe ciągi dostaw, tysiące miejsc pracy i setki podwykonawców, dostawców i usługodawców” – powiedział Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. „Do tej pory koronawirus nie zatrzymał budowy dróg i liczę, że przy zachowaniu odpowiedniej staranności i ostrożności nadal tak pozostanie” – dodał dyrektor Żuchowski.

2_18Już w marcu 2020 roku nastąpiła reakcja i stosowne wytyczne dotyczące zasad bezpieczeństwa w okresie pandemii zostały przekazane wykonawcom oraz inżynierom kontraktów. Mają one służyć usprawnieniu realizowanych kontraktów i umów, które w obecnym czasie są pozytywnym bodźcem w trudnej sytuacji gospodarczej kraju.

Bez zbędnej zwłoki, ale przy dochowaniu należytej staranności, dokonywana jest akceptacja dokumentów, zajmowane jest stanowisko w sprawach kontraktowych czy też przy dokonywaniu należnych kontrahentom płatności. Zależy nam na sprawnej kontynuacji kontraktów drogowych i rozliczaniu płatności z wykonawcami, co w tym szczególnym okresie jest szansą dla branży i całej gospodarki. Stosowana jest elastyczność w ramach obowiązujących przepisów i zapisów kontraktowych, dostosowana do obecnej sytuacji i uwarunkowań.

Jeżeli porównamy rok 2020 do 2019, to wydatki inwestycyjne od stycznia do września, sumarycznie i w podziale na poszczególne miesiące, kwoty są dużo większe. Rekordowe były sierpień i wrzesień, kiedy to wypłacone zostało firmom budowlanym o około 80% więcej niż w 2019 roku w tych samych miesiącach. Marzec i kwiecień to wynik lepszy o blisko 70%. W sumie od stycznia do września wypłacono wykonawcom blisko 10 mld zł, czyli o ok. 3,5 mld więcej niż w tym samym okresie w 2019 roku.

SARS-CoV-2 nie daje za wygraną, ale GDDKiA również. W 2020 roku ogłoszono przetargi dla 24 odcinków o łącznej długości 310,2 km i szacunkowej wartości ok. 9,8 mld zł. Z tego 18 zadań z rządowego Programu Budowy Dróg Krajowych o łącznej długości 268,9 km i szacunkowej wartości ok. 8,7 mld zł oraz 6 obwodnic z rządowego Programu budowy 100 obwodnic o łącznej długości 41,3 km i szacunkowej wartości ok. 1,1 mld zł.
Do końca roku zaplanowane jest jeszcze ogłoszenie przetargów dla 22 odcinków o łącznej długości 260,7 km i szacunkowej wartości ok. 9,9 mld zł. W tym 15 zadań z PBDK o łącznej długości 192,7 km i szacunkowej wartości ok. 8,2 mld zł oraz 7 obwodnic z PB100 o łącznej długości 68 km i szacunkowej wartości ok. 1,7 mld zł.

W 2020 roku podpisanych zostało już 27 umów o łącznej długości 368,6 km i szacunkowej wartości 16 mld zł. Do końca roku GDDKiA chce jeszcze podpisać 7 kontraktów na zadania o łącznej długości 107,2 km i wartości blisko 4 mld zł (m.in. odcinek autostrady A2, drogi ekspresowej S1, dwa odcinki S7 oraz cztery S19).

Zakaz organizacji kongresów online w strefie czerwonej? Rzecznik MŚP pyta Ministra Zdrowia

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców kieruje do Ministra Zdrowia wniosek legislacyjny w celu jednoznacznego doprecyzowania, iż na obszarze czerwonym organizowanie targów, wystaw, kongresów, konferencji czy spotkań dopuszczalne jest pod warunkiem realizowania tego rodzaju działalności za pośrednictwem środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość.

Nowelizacją z dnia 16 października 2020 r. dokonano zmian w § 29 i § 30 rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 9 października 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz. U. z 2020 r. poz. 1758, dalej: „Rozporządzenie”). W wyniku powyższych zmian wprowadzono do odwołania na obszarze czerwonym zakaz prowadzenia przez przedsiębiorców w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, ze zm.) oraz przez inne podmioty działalności związanej z organizacją, promocją lub zarządzaniem imprezami, takimi jak targi, wystawy, kongresy, konferencje, spotkania, włączając działalności polegające na zarządzaniu i dostarczaniu pracowników do obsługi terenów i obiektów, w których te imprezy mają miejsce (ujętej w Polskiej Klasyfikacji Działalności w podklasie 82.30.Z). Jednocześnie, do odwołania na obszarze żółtym dopuszczono prowadzenie ww. działalności pod warunkiem realizowania jej za pośrednictwem środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość.

Po analizie powyższych regulacji, popartej opiniami przedstawicieli praktyki i doktryny prawa, Rzecznik MŚP doszedł do wniosku, że również na obszarze czerwonym za dopuszczalne należałoby uznać wykonywanie ww. działalności w formie on-line. Odmienny bowiem pogląd prowadziłby do wniosku, zgodnie z którym zakazana jest działalność, podczas której nie dochodzi do fizycznego kontaktu jej uczestników.

Tym niemniej, zasada pewności prawa wymaga w ocenie Rzecznika MŚP jednoznacznego uregulowania dopuszczalności prowadzenia takiej działalności on-line również na obszarze czerwonym. Dlatego pismem z 20 października 2020 r. Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Zdrowia z wnioskiem legislacyjnym w przedmiotowym zakresie.

59 proc. wzrost liczby bezrobotnych Ukraińców – 6 osób na 1 miejsce pracy

Od marca do października 2020 r. aż 525 tys. Ukraińców otrzymało status bezrobotnego, wynika z najnowszych danych ukraińskiego Państwowego Centrum Zatrudnienia. Obecnie liczba osób bez pracy u naszych Wschodnich sąsiadów jest o 59 proc. wyższa niż 12 miesięcy temu. Trudnej sytuacji na rynku pracy nie ułatwiają covidowe restrykcje, przez które część Ukraińców nie może przyjechać do pracy w Polsce. Potwierdzają to dane Grupy Progres, z których wynika, że w 2019 r. na polskim rynku pracy tymczasowej dominowali Ukraińcy – stanowili 51 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników. W tym roku sytuacja uległa zmianie – od stycznia do końca sierpnia było ich 38 proc.

Według Państwowego Centrum Zatrudnienia na początku marca 2020 r. status osoby bezrobotnej posiadało 361 tys. Ukraińców. W czerwcu było ich ponad 514 tys. Obecnie jest ich 427 tys., czyli o 159 tys. więcej niż w październiku 2019 r. Sytuacja na ukraińskim rynku pracy w ciągu roku zmieniła się diametralnie i nie jest to zmiana na lepsze.

Co 6 ma szansę na pracę

Pokłosie koronawirusa na Ukraińskim rynku pracy obrazują najnowsze dane Państwowego Centrum Zatrudnienia. Wynika z nich, że od marca do czerwca status bezrobotnego otrzymało 276 tys. Ukraińców, w październiku ta liczba zwiększyła się do 525 tys. Najbardziej znaczący wzrost liczby bezrobotnych – średnio dwuipółkrotny – zaobserwowano w Kijowie, Odessie, Zakarpaciu i obwodzie lwowskim (marzec – październik 2020). W tym samym czasie w obwodzie ługańskim, sumskim, dniepropietrowskim, czerkaskim i winnickim liczba bezrobotnych wzrosła o 32-38 proc.

Według oficjalnych informacji, na początku października w bazie Państwowej Służby Zatrudnienia zarejestrowano 67 tys. wolnych miejsc pracy, czyli o 34 proc. mniej niż w tym samym momencie ubiegłego roku. Od 12 marca do czerwca zatrudnionych zostało 142,7 tys. bezrobotnych Ukraińców, a do 9 października ta liczba wzrosła do 342 tys.

Obecnie na Ukrainie oficjalnie zarejestrowanych jest 427 tys. bezrobotnych, co szósty bezrobotny ma szansę na zatrudnienie w swojej ojczyźnie. W ubiegłym roku o jeden wakat walczyło trzech kandydatów.

Dłuższa droga do pracy w Polsce

Z danych Grupy Progres wynika, że w 2019 r. Ukraińcy dominowali na polskim rynku pracy tymczasowej – 51 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników. Naszych rodaków było o 10 proc. mniej (41 proc.). Pracownicy pozostałych narodowości stanowili 8 proc. pracowników tymczasowych. W tym roku sytuacja uległa zmianie – od stycznia do końca sierpnia to Polacy częściej pracowali tymczasowo – 52 proc. wszystkich zatrudnionych, Ukraińcy stanowili 38 proc. tej grupy, a obywatele pozostałych narodowości 10 proc.

 Praca tymczasowa w Polsce jest dla Ukraińców szansą na wyjście z bezrobocia. Na tej drodze pojawiają się jednak przeszkody – głównie natury finansowej. Z naszej wiedzy wynika, że obecnie problemem dla Ukraińców są obostrzenia związane z zapobieganiem COVID-19. Szczególnie obowiązek poddania się kwarantannie po przekroczeniu granicy, który oznacza brak możliwości szybkiego zarobkowania oraz wydatki związane z przyjazdem do Polski i niemożliwością podjęcia pracy przez 10 dni – mówi Yuliia Novytska, Kierownik Działu Legalizacji Zatrudnienia w Grupie Progres.

Zarobki argumentem nie do obalenia

Na decyzję o emigracji zarobkowej do Polski może wpływać nie tylko pomoc pracodawców w czasie kwarantanny, ale również oferowane przez nich zarobki. Według Państwowej Izby Statystycznej od 1 stycznia 2020 r. płaca minimalna na Ukrainie wzrosła o 550 hrywien i wynosiła 4723 hrywien miesięcznie (ok. 646 pln), czyli 28,31 hrywien (ok. 3,8 pln) za godzinę.  25 sierpnia Verkhovna Rada uchwaliła ustawę podnoszącą od 1 września płacę minimalną do 5000 hrywien (ok. 685 pln).  To niewiele, w porównaniu z zarobkami w Polsce – od 1 stycznia 2020 roku, zgodnie z decyzją rządu płaca minimalna wzrosła o 350 zł do kwoty 2600 zł brutto, co daje około 1877 zł na rękę.

– Obecna sytuacja spowodowana pandemią COVID-19 jest niezwykle trudna, tym bardziej otaczamy opieką naszych pracowników z Ukrainy, na każdym kroku. Każdego dnia aktualizujemy wiedzę, odpowiadamy na wiele różnych pytań np. kto może wjechać do Polski i na jakich zasadach? Kto jest zwolniony z kwarantanny? Gdzie można przekroczyć granicę z Ukrainą? Przepisy dot. zatrudniania obcokrajowców zmieniają się bardzo dynamicznie. Bez ich znajomości legalne zatrudnianie Ukraińców oraz dbanie o ich zdrowie i bezpieczeństwo jest niemożliwe – podsumowuje Yuliia Novytska.

SENER Polska dostarczył urządzenia do „klimatycznej” misji kosmicznej ESA

Szacunki naukowców nie pozostawiają złudzeń: straciliśmy już ponad połowę lasów tropikalnych, które kiedyś pokrywały Ziemię. W zdobyciu dokładnych danych na temat stanu wylesienia planety i związanych z tym zmian klimatycznych, pomóc ma satelita Biomass Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Urządzenia wspomagające montaż satelity zaprojektowali, przetestowali i dostarczyli inżynierowie SENER Polska.

W ramach misji Europejskiej Agencji Kosmicznej SENER Polska, na zlecenie OHB Italia, SENER Polska zaprojektował, wyprodukował oraz przetestował naziemne urządzenia mechaniczne (Mechanical Ground Support Equipment) wspomagające instalację satelity, który liczy 12 metrów szerokości i 20 metrów długości. W skład zestawu MGSE wchodzą m.in. urządzenia do montażu i demontażu paneli satelity.

Misja Biomass to część programu naukowego „Earth Explorer”, w ramach którego ESA prowadzi badania Ziemi z kosmosu i szuka odpowiedzi na pytania dotyczące zmian zachodzących w środowisku naturalnym oraz wpływu człowieka na biosferę. Ogromną rolę w ochronie ekosystemu ziemskiego pełnią drzewa, które produkują tlen i pochłaniają dwutlenek węgla zmniejszając stopień jego emisji do atmosfery. Jednocześnie dane o skali wylesiania pozostają wciąż niedokładne, bo biomasa leśna na większości obszarów Ziemi nie została nigdy precyzyjnie policzona. Europejska Agencja Kosmiczna chce ten stan rzeczy zmienić wysyłając na orbitę satelitę Biomass, który skanując planetę z przestrzeni kosmicznej dostarczy pierwsze dokładne mapy biomasy leśnej z regionów umiarkowanych, tropikalnych i borealnych (północnych).

Głównym instrumentem badawczym satelity ESA jest radar SAR z potężną anteną o średnicy 12 metrów, którego fale będą przenikać przez gałęzie drzew i skanować pnie oraz konary. Na tej podstawie co pół roku powstanie aktualna trójwymiarowa mapa lasów na Ziemi. A to nie wszystko. Gdy satelita rozgości się na orbicie, możliwości wykorzystania jego funkcji obserwacyjnych ograniczać będzie głównie wyobraźnia. Lista zastosowań dla radaru SAR poza „ważeniem” drzew na planecie może obejmować np. monitorowanie lodowców i zmian pokrywy lodowej czy skanowanie gruntów w poszukiwaniu archeologicznych zabudowań pod powierzchnią pustyni.

Misje takie jak Biomass nie tylko przybliżają nas do zrozumienia najważniejszych zjawisk zachodzących na naszej planecie, ale mogą w nieoceniony sposób pomóc nam ją chronić –  mówi Janusz Grzybowski, Project Manager w SENER Polska. Start Biomass planowany jest na rok 2022. Satelita wyniesiony zostanie na niską orbitę okołoziemską na pokładzie rakiety Vega. Misja zaplanowana jest na pięć lat, w tym czasie dane z radaru SAR dostarczane będą do stacji naziemnej w Kirunie w Szwecji. Budżet całej misji wynosi 420 mln euro.

Branża odzieżowa, motoryzacyjna oraz rolnictwo najczęściej decydują się na restrukturyzację

Jak wynika z raportu firmy doradczej MGW CCG „Restrukturyzacja przedsiębiorstw. Analiza i omówienie postepowań restrukturyzacyjnych za III kwartał 2020 roku” wzrost ilości otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych odnotowuje branża odzieżowa, motoryzacyjna oraz rolnictwo. Najczęściej są to małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie sprostały wyzwaniom rynku i nie mogły skutecznie konkurować w segmencie e-commerce. Wśród nich pojawiają się jednak już bardziej rozpoznawalne brandy, co może świadczyć o tym, że oferowane wsparcie w ramach tarcz antykryzysowych czy tarczy finansowej nie były wystarczające dla tej części gospodarki.

Eksperci firmy MGW CCG zauważają, że w III kwartale br. handlowcy stanowili największą grupę przedsiębiorstw decydujących się na uruchomienie restrukturyzacji. W grupie tej istotną część stanowią firmy zajmujące się sprzedażą odzieży. Drugą co do wielkości grupą firm wszczynających postępowania w branży handlowej są podmioty operujące na rynku motoryzacyjnym. Kolejną branżą najczęściej decydującą się na otwarcie postępowań restrukturyzacyjnych jest rolnictwo.

Bardzo niepokojącym zjawiskiem jest istotny wzrost niewypłacalności w branży budowlanej. Ten sektor zawsze był stabilizatorem koniunktury, więc istotny wzrost w tym segmencie musi szczególnie budzić obawy. W III kwartale 2020 otwarto najwięcej postępowań restrukturyzacyjnych w stosunku do firm z tej branży od początku 2018 roku. W zdecydowanej większości są to firmy zajmujące się budową budynków mieszkalnych (ponad 80 proc.), a otwarcie tych postępowań w większej części miało miejsce w sierpniu i wrześniu, czyli w pełnym sezonie budowlanym. Wpływ na to może mieć również fakt, iż w okresie pandemii znacznie zmniejszyła się podaż pracowników zagranicznych, którzy masowo uzupełniali wakaty w firmach budowlanych – mówi Mariusz Grajda, partner zarządzający, członek zarządu MGW CCG.

Tarcza finansowa pozwoliła opóźnić niewypłacalność

Znaczący wzrost ilości otwartych postepowań restrukturyzacyjnych nie jest zaskoczeniem. Podyktowany jest on kilkoma nakładającymi się na siebie czynnikami. Od początku pandemii przewidywano, że skutki wprowadzonego lockdownu będą negatywnie oddziaływać na kondycję wielu przedsiębiorców. Pewna część branż szczególnie dotkliwie odczuła efekt wprowadzanych ograniczeń. Wraz z zakończeniem zakazów,  rynek nie powrócił do stanu sprzed pandemii. Udostępniona pomoc w ramach tarczy finansowej i antykryzysowej niewątpliwie wsparła część przedsiębiorstw, ale w stosunku do branż szczególnie narażonych na negatywne skutki pandemii zadziałała jedynie jako czynnik opóźniający niewypłacalność. Kolejnym czynnikiem wpływającym na znaczne zwiększenie ilości otwartych postępowań jest uruchomiony pod koniec II kwartału w ramach tarczy antykryzysowej 4.0 nowy rodzaj postępowania restrukturyzacyjnego, czyli uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu (UPOZO).

Pozytywne cechy tego postępowania (krótki termin do otwarcia, stosunkowo niski koszt, brak konieczności składania wniosku do sądu, objęcie układem wszystkich wierzycieli, w tym zabezpieczonych na majątku dłużnika, zawieszenie postępowań egzekucyjnych) przekładają się wprost na rosnącą ich ilość. Z miesiąca na miesiąc zwiększa się ilość nowych restrukturyzacji prowadzonych w ramach postępowań uproszczonych, a wzrosty miesięczne oscylują na poziomie ok. 20 proc. Należy się spodziewać utrzymania tego trendu w kolejnych miesiącach, tym bardziej iż sytuacja gospodarcza przedsiębiorstw nadal będzie się pogarszać – zauważa Tomasz Ryżyński, prezes zarządu, MGW Doradca Restrukturyzacyjny.

40 proc. umorzenia pożyczek udzielanych podczas pandemii

Otwarcie uproszczonego postępowania jest stosunkowo łatwe i nie wymaga decyzji sądu. Stąd też wielu przedsiębiorców, którzy do tej pory zwlekali z uruchomieniem postępowań, sięgnęła po ten rodzaj restrukturyzacji. –  W naszej ocenie oba te czynniki nadal będą istotnie wpływać na ilość otwieranych spraw, co winno przełożyć się na kolejny istotny wzrost w IV kwartale br. W perspektywie najbliższego półrocza przewidujemy, iż ilość niewypłacalności będzie się gwałtowanie zwiększać. Istotnym znaczeniem może być fakt, iż w II kwartale 2021 roku wielu przedsiębiorców będzie musiało rozpocząć spłatę pożyczek udzielanych przez PFR. Szacuje się iż średni poziom umorzenia będzie wynosił jedynie ok. 40 proc. w zamian za oczekiwane 75 proc. – podkreśla Mariusz Grajda.

Krótki okres spłaty tego zobowiązania do PFR w połączeniu z kryzysem gospodarczym wywołanym COVID-19 będzie podstawowym czynnikiem gwałtownie zwiększającym ilość niewypłacalności.

Rosnąca wiedza przedsiębiorców w zakresie prawa i finansów

Opracowany przez ekspertów MGW CCG raport „Restrukturyzacja przedsiębiorstw. Analiza i omówienie postepowań restrukturyzacyjnych za III kwartał 2020 roku” odpowiada na liczne pytania podmiotów zainteresowanych otwarciem postępowań restrukturyzacyjnych. – W strukturze branżowej firm otwierających postępowania restrukturyzacyjne widoczne są już pierwsze efekty pandemii. Jednak coraz większego zainteresowania problematyką postępowań restrukturyzacyjnych nie można tłumaczyć wyłącznie trwającym kryzysem gospodarczym. Istotna jest również rosnąca wiedza przedsiębiorców w zakresie prawa i finansów. To bardzo dobry znak, ponieważ wykorzystanie istniejących procedur restrukturyzacyjnych, z korzyścią zarówno dla dłużników jak i wierzycieli, powinno stać się istotnym narzędziem służącym poprawie sytuacji gospodarczej – mówi Tomasz Ryżyński.

„Cyfryzuj się, lub giń” – pandemię koronawirusa przetrwają najlepiej dostosowani

W ostatnich latach słowo „cyfryzacja” biznes odmieniał przez wszystkie możliwe przypadki. Organizowano liczne debaty na ten temat, publikowano raporty, w każdym medium pojawiały się informacje o szansach, jakie się z nią wiążą i… cały proces cyfrowej transformacji przebiegał swoim powolnym tempem. Aż przyszła pandemia i związany z nią lock-down. Kilka miesięcy wystarczyło, aby procesy cyfryzacji w firmach przyspieszyć – jak szacują eksperci – o około rok.

Wg badania „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”, przygotowanego przez kancelarię prawną Deloitte Legal wspólnie z Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems, główne obszary cyfryzacji w firmach to nie tylko podjęcie działań mających umożliwić pracę zdalną zatrudnionym. Nie mniej ważne – dla 51 proc. badanych – było także zdigitalizowanie procesów wewnętrznych w firmie, wprowadzające cyfrowy obieg dokumentów i umożliwiające podpisywanie umów online. Tu niezwykle ważnym narzędziem okazał się podpis elektroniczny, który właśnie umożliwia sygnowanie dokumentów i umów.

Powód takiego stanu rzeczy jest banalnie prosty, a stanowi go przetrwanie. Oto na skutek lock-downu zaistniały dla firm warunki, które (w myśl zasady „maszeruj albo giń”) postawiły je przed wyborem „cyfryzuj się, lub giń”. Bo tylko cyfryzacja wielu organizacjom pozwoliła zachować ciągłość swoich procesów biznesowych, a jednocześnie działać w zgodzie z przyjętymi przez rządy ograniczeniami w przemieszczaniu się i koncentracji osób. Mówiąc kolokwialnie: biznes się kręcił, mimo że pracownicy nie przychodzili do firm.

Musimy jednak pamiętać, że to, co obecnie udało się dokonać w przyspieszonym tempie, to dopiero początek drogi do pełnej cyfryzacji, wykorzystującej sztuczną inteligencję, uczenie maszynowe, pozwalające np. na analizę ogromnych zbiorów danych, personalizowanie ofert dla klientów, działanie w wielu kanałach (online i ofline). Czy biznes pójdzie za ciosem? Czy będzie chciał dalej wdrażać nowe technologie? Czy pierwszy sygnał, jakim był lock-down, uświadomi właścicielom firm, że od tego zależy ich być albo nie być?

Lekarz ze słuchawką

Nie ma dziś bowiem takiego obszaru działań człowieka, który na wpływy nowych technologii mógłby być odporny i działać niezmiennie tak, jak dotychczas. Przykład? Choćby usługi medyczne. W sytuacji niewydolnego systemu publicznej opieki zdrowotnej jak Polska długa i szeroka powstawały i powstają prywatne gabinety lekarskie, spółdzielnie, przychodnie itd. Niewiele z nich jednak świadczyło usługi zdalne – a jeśli już, to jako nowinkę, która była wykorzystywana marketingowo. Tymczasem ta nowinka, która do stycznia 2020 roku nie była może głównym sposobem świadczenia usług, od lutego stała się nie tylko szansą na przetrwanie trudnych czasów, ale po prostu sposobem na prowadzenie dochodowego biznesu. I na wygranych pozycjach znalazły się te placówki, które wcześniej zainwestowały w odpowiedni system oraz przeszkoliły personel – po prostu wiedziały już, jak świadczyć porady lekarskie przez telefon.

Z naszych usług skorzystało już ponad 20 tys. pacjentów z całej Polski – przyznaje Anna Lew-Starowicz, prezes firmy Telemedika.net, która świadczy usługi zdalnych konsultacji medycznych. – To chyba najlepszy dowód na to, że wbrew powszechnie panującej opinii, jakoby Polacy nie przekonali się do telemedycyny, istnieje znaczna grupa, której właśnie ta forma kontaktu z lekarzem odpowiada najbardziej. Oczywiście ogromna w tym „zasługa” bieżącej sytuacji, niemniej sądzę, że stanowi ona tylko impuls, który pozwoli nabrać zaufania do usług telemedycznych przez tych pacjentów, którzy wcześniej mieli do tej formy porad lekarskich obiekcje. Dlatego spodziewam się, że nawet po ustaniu pandemii nie zabraknie nam pacjentów.

Mam jednak świadomość, że na dłuższą metę same teleporady, czyli konsultacje przez telefon, nie wystarczą, aby odnieść sukces na rynku telemedycyny – kontynuuje prezes Telemedika.net. – Dlatego każdego dnia, zarówno ja, jak i moi współpracownicy, bacznie śledzimy wszelkie innowacje, które pojawiają się na rynku, aby móc je wdrożyć także u nas. One bowiem będą w perspektywie stanowić o przewagach konkurencyjnych przyciągając kolejnych pacjentów.

Wykorzystać szanse

I właśnie o to chodzi, o umiejętność wykorzystywania szans, jakie pojawiają się w związku z rozwojem technologii. Doskonale wiedzieć o tym powinien każdy działający w handlu. Tymczasem to pandemia przyspieszyła rozwój e-commerce, co oznacza, że wiele firm, które powinny zdawać sobie sprawę ze znaczenia jak najszerszego dotarcia do klienta po prostu wcześniej bagatelizowało cyfrowy kanał sprzedaży, pozbawiając się tym samym zysków.

Od pierwszych miesięcy tego roku obserwuję wzmożenie zainteresowania naszymi usługami – przyznaje Sascha Stockem, założyciel i CEO Nethansy, która świadczy usługi zwiększające i usprawniające sprzedaż produktów na największym targowisku świata, jakim jest Amazon, wprowadzając na niego polskie i niemieckie firmy. – Wiele zgłaszających się do nas marek  albo dopiero buduje swój cyfrowy kanał sprzedaży, albo na skutek zmian na rynku chce położyć na niego większy nacisk. A przecież każda z nich od lat mogła sprzedawać swoje produkty na Amazonie, tym samym docierając do milionów klientów na całym świecie i zapewniając sobie stabilne przychody oraz gwarantując rozwój. Tymczasem krok w tę stronę został na wielu organizacjach po prostu wymuszony. Dobrze jednak, że się na niego zdecydowały. Nie potrafię bowiem oszacować nawet, ile firm dalej boi się wykonać taki krok. Nie wróżę im sukcesu.

Zmiana modelu

Transformacja cyfrowa powoduje liczne zmiany. Dotyczą one nie tylko powstawania nowych sposobów świadczenia usług czy kolejnych kanałów dotarcia do klientów, ale oddziałują na całe nasze życie, zmieniając to, jak żyjemy, spędzamy czas wolny, jak mieszkamy. Zmiany w tych obszarach także należy śledzić, by móc skutecznie na nie odpowiedzieć.

Do 2050 roku zdaniem Unicef 70% ludzi na świecie mieszkać będzie w miastach. Tu bowiem znajdą pracę oraz dostęp do szerokiej oferty kulturalno-rozrywkowej, a także wiele innych udogodnień. Jednak stosując tradycyjny model rozwoju miast nie da się wszystkim tym osobom zapewnić np. odpowiedniego lokum. Zresztą zwiększona mobilność ludzi sprawi, że wiązanie się z jednym miejscem poprzez zakup mieszkania na własność będzie się mijać z celem.

A nawet jeśli tak nie będzie, to już dziś wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że na zakup na własność mieszkania w tych najatrakcyjniejszych destynacjach pozwolić sobie będą mogli tylko najbogatsi – zauważa Marta Telenda z firmy Colivia, poznańskiego startup z branży nieruchomości, który specjalizuje się w colivingu. – Dlatego właśnie jako receptę dla poszukujących własnego lokum, proponujemy właśnie coliving. To nowy sposób życia grupy obcych sobie osób. Łączymy ich w ramach wspólnej przestrzeni, jaką jest np. salon czy kuchnia. Każdy z lokatorów ma jednak swoją odrębną sypialnię, co pozwala mu na zachowanie prywatności, łazienki mogą zaś być bądź prywatne, bądź współdzielone przez kilka osób. Stworzenie więc mieszkania, które będzie nadawać się do colivingu wymaga uwzględnienia kilku warunków, jednak dostępność takiego lokum dla wynajmującego w porównaniu do najmu np. kawalerki w dużym mieście ze względu na koszty jest znacznie większa.

Już nie będzie tak, jak było

Mit złotego wieku zakładał, że najlepsze czasy ludzkości były gdzieś tam, w zamierzchłej przeszłości. Mit postępu z kolei, pojawiający się poważnie gdzieś w XIX wieku, przynosił wizję ludzkości, która dopiero zmierza do tego, co najlepsze. Błąd obydwu polega na tym, że pozwalają sobie na dokonanie jakiegokolwiek wartościowania. Tymczasem dziś jednoznacznie nie da się powiedzieć, czy zachodzące zmiany są „na lepsze” czy „na gorsze”. Jedno jest jednak pewne. Te zmiany zachodzą, da się je zauważyć każdego dnia. A jeśli tak, to prowadząc biznes nie należy ich wartościować, tylko na nie odpowiadać w najlepszy możliwy sposób. Bo w biznesie jest tak, jak w przyrodzie – przetrwają tylko ci, którzy są najlepiej dostosowani do bieżących warunków, dzięki czemu są w stanie: w przypadku przyrody – zapewnić sobie potomstwo, w przypadku biznesu – zapewnić sobie zysk.

Optymizm wokół negocjacji fiskalnych w USA

Nadzieje na porozumienie fiskalne wciąż pozostają głównym motorem rynków, mimo że wczorajszy deadline na kompromis nie okazał się tak wiążący, jak pierwotnie przypuszczano. Rozmowy jednak trwają i to wystarcza, by wspierać ryzykowne aktywa. Inaczej trzeba by było przerzucić uwagę na rozwój pandemii, a tego raczej nikt nie chce.

Rynek akcji jest wyżej, na FX słabnie dolara, na czym korzystają waluty ryzykowne (w nocy odbicie AUD i NZD). Wszystko to za sprawą optymizmu wokół negocjacji fiskalnych w USA, które nie zostały wczoraj zakończone. W trakcie wczorajsze dnia ewoluowało znaczenie deadline’u, jaki spikerka Izby Pelosi wyznaczyła dla rozmów prowadzonych z sekretarzem skarbu Mnuchinem. Ostatecznie deadline nie był na natychmiastowe zawarcie porozumienia, ale na ustalenie warunków, które mogą stanowić podstawę do dalszych negocjacji. Skoro rozmowy są kontynuowane, wynika z tego, że warunki zostały ustalone. Rynkom zdaje się to wystarczać, nawet jeśli widoczne są przeszkody. Punkty sporne między stronami nie zostały usunięte, choćby w kwestii wielkości pakietu: Demokraci chcą 2,2 bln USD, ale administracja Trumpa oferuje tylko 1,88 bln USD (choć jest to podwyższona oferta). Nawet jeśli kompromis uda się uzyskać do końca tygodnia (taką nadzieję ma Pelosi), wciąż problemem pozostaje poparcie Senatu. Lider Republikanów w Senacie McConnell podobno odradzał Białemu Domowi zawarcie większej umowy przed wyborami.

Zatem nic nie jest pewne, ale inwestorzy widzą szklankę z większą ilością wody i zakładają, że zerwanie negocjacji będzie szkodliwe dla każdej strony sporu politycznego, szczególnie przed zbliżającymi się wyborami. Ryzyko drugiej fali pandemii zostało zobojętnione lub przynajmniej nie ma silnego oddziaływania na nastroje póki można uczepić się czegoś pozytywnego. Nie sądzę, aby była to bezpieczna droga, choć jest zbieżna z długoterminowymi założeniami. Druga fala pandemii w końcu minie swój szczyt, co rządy chcą osiągnąć bez wprowadzania pełnych lockdownów; w odbudowie ożywienia i stabilizacji rynków mają pomagać ekspansja fiskalna i monetarna; (miejmy nadzieję) za 2 tygodnie wybory w USA przestaną być czynnikiem ryzyka; będzie umowa handlowa brexitu. Jeśli to wszystko się ziści, indeksy będą wyżej, a USD będzie słabszy. Przynajmniej w teorii, ale ta teoria zdaje się przeważać w krótkoterminowej ocenie sentymentu. Pokrętne to tłumaczenie, ale innego nie widzę.

Optymizm wokół negocjacji fiskalnych oznacza, że wzrasta wrażliwość na złe informacje. To przede wszystkim ryzyko dla EUR i innych walut europejskich (NOK, SEK), mniejsze dla np. AUD i NZD, które dziś odbijają po wczorajszej słabości wywołanej gołębimi komentarzami z RBA i RBNZ. GBP/USD jest wypychany ponad 1,30, ale wyczuwalny jest opór do kupowania funta w obliczu rozprzestrzeniania się COVID-19 i bałaganu w negocjacjach brexitu.
Na rynku złotego mamy pierwsze próby odreagowania wcześniejszej przeceny, gdyż dyskontowanie negatywnych skutków drugiej fali pandemii stało się trudniejsze w obliczu pozytywnych nastrojów na rynkach zewnętrznych. Ale sytuacja w kraju wciąż nie jest dobra i w kolejnych dniach prawdopodobnie czekają nas nowe rekordy liczby zachorowań, co będzie napędzać pesymizm w stosunku do złotego. Alarm dotknięcia 4,60 nie jest jeszcze odwołany.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ERGO Hestia sponsorem tytularnym ERGO ARENY do 2025 roku

ERGO Hestia podpisała 5-letnią umowę partnerską na sponsoring tytularny ERGO ARENY. To kontynuacja wieloletniej współpracy. ERGO Hestia jest sponsorem tytularnym hali od 10 lat, czyli od momentu jej powstania.

Umowa dotycząca sponsoringu potrwa do 2025 r. i została podpisana przez spółkę Hala Gdańsk-Sopot. ERGO ARENA zlokalizowana jest na granicy Gdańska i Sopotu – linia graniczna pomiędzy miastami przebiega dokładnie przez środek obiektu. To także ważny obiekt na mapie Polski, w którym miało miejsce wiele unikatowych wydarzeń sportowych i kulturalnych o międzynarodowej randze.

ERGO Hestia nie tylko przedłużyła umowę partnerską, ale zaproponowała także dodatkowe rozwiązania sponsoringowe, między innymi takie jak rozbudowa stref rowerowych ze stacjami naprawczymi, czy stref parkowania dla aut elektrycznych oraz strefy wi-fi. Inicjatywy te wpisują się w realizowaną przez ERGO Hestię strategię proekologiczną, która zakłada wspieranie działań na rzecz ochrony środowiska zarówno wewnątrz firmy i w jej otoczeniu.

„Cieszymy się, że możemy przedłużyć umowę sponsoringową z ERGO Hestią, jedną z największych w Polsce firm ubezpieczeniowych, która systematycznie podejmuje działania wspierające rozwój szeroko pojętej kultury i podziela nasze sportowe pasje. Dotychczasowa współpraca umożliwiła na gdańsko-sopockiej granicy realizację aż 1253 imprez, dzięki czemu w ERGO ARENIE gościliśmy już ponad 4 miliony osób. Mamy nadzieję, że nowe, wspólne 5 lat zaowocuje kolejnymi ważnymi, z punktu widzenia zarówno lokalnego jak i międzynarodowego, projektami, a nasza współpraca dalej umacniać będzie znaczenie strategiczne obu marek. Fakt, że firma taka jak ERGO Hestia zdecydowała się pozostać z nami, to olbrzymia motywacja do dalszego działania” – komentuje Magdalena Sekuła, prezes zarządu spółki Hala Gdańsk-Sopot, operatora ERGO ARENY.

ERGO ARENA może pomieścić do 15 000 widzów. Hala, której właścicielami są Miasto Gdańsk i Miasto Sopot, daje możliwość rozegrania całego wachlarza konkurencji sportowych. Siatkówka, koszykówka, piłka ręczna, sporty walki – obecność tych dyscyplin to codzienność obiektu. Jednak gotowość do prezentowania hokeja, sportów motorowych, a nawet windsurfingu czyni to miejsce całkowicie wyjątkowym. ERGO ARENA jest znana nie tylko z wydarzeń sportowych. Rozbudowany system audio, doskonała akustyka obiektu, konstrukcja dachowa pozwalająca na podwieszenie do 144 ton sprzętu oświetleniowego lub nagłośnieniowego, a także duża przestrzeń gwarantują najwyższą jakość imprez muzycznych oraz widowisk teatralnych. Pełne zaplecze techniczne pozwala ponadto organizować konferencje, spotkania biznesowe, targi, bankiety, gale, czy też inne, mniej konwencjonalne wydarzenia. Wysokie standardy rozwiązań technologicznych powodują, że ERGO ARENA jest nie tylko uniwersalna, ale również bezpieczna i wygodna dla odwiedzających, dając możliwość organizowania wydarzeń na najwyższym, światowym poziomie.

Firmy z modelem subskrypcyjnym triumfują podczas pandemii

Kupić czy wypożyczyć? To pytanie zadaje sobie coraz więcej osób i… wybiera subskrypcję. Według Deloitte, 8 na 10 firm, działających w tym modelu, podczas trwania lockdownu utrzymało bądź zwiększyło bazę swoich abonentów. Eksperci twierdzą, że to początek nowej ekonomii i narodziny sporego problemu dla tradycyjnego biznesu.

Netflix, Spotify i Playstation Plus, następni w kolejce są Apple One i Canal+. Większość firm chce mieć w swojej ofercie produkt sprzedawany w modelu subskrypcyjnym. – Jeszcze do niedawna abonament, kojarzył nam się jedynie z dostępem do usług mobilnych, ewentualnie z członkostwem w klubie fitness. Dziś, na skutek nowych możliwości technologicznych, ta forma dostępu do usług przeszła totalną metamorfozę. Oferta filmowa to tylko wierzchołek góry lodowej. Nawet prywatne loty pasażerskie czy usługi sprzątania domu sprzedawana są już w modelu subskrypcyjnym – wylicza Marta Telenda z Colivii, pierwszej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem, czyli nowoczesnym współdzieleniem powierzchni mieszkaniowej. Pokoje Colivii również wynajmowane są w takim modelu. Posiadający abonament mieszkańcy mogą nie tylko z łatwością z niego zrezygnować, lecz również zmieniać lokalizację w ramach tej samej umowy.

Od produktu do usługi

O tym, że płatności w modelu subskrypcyjnym czeka świetlana przyszłość świadczy chociażby badanie zrealizowane przez Deloitte. Eksperci amerykańskiej firmy analitycznej twierdzą, że marki oferujące swoje usługi w modelu subskrypcji wykazują wyjątkową odporność na kryzys. W czasie trwania pandemii aż 8 na 10 takich firm utrzymało lub powiększa swoją bazę abonentów.

Co istotne, COVID-19 nie był punktem zwrotnym w ekspansji usług subskrypcyjnych. Globalna pandemia jedynie przyspieszyła tempo zmian, których i tak się spodziewano. Firma Zuora już od lat publikuje swój The Subscription Economy Index ™ (SEI), czyli raport na temat zbiorowego stanu gospodarki subskrypcyjnej, opracowany przez jej głównego analityka danych. Dzięki temu wiemy, że w ciągu ostatnich siedmiu i pół roku przychody firm pochodzące z subskrypcji wzrosły o ponad 350%. Co ciekawe, po wybuchu pandemii aż 53,3% firm nie zauważyło znaczących zmian w dynamice pozyskiwanie nowych subskrybentów. Trend wzrostowy zanotowała jedna na pięć firm (22,5%), a zaledwie 12,8% zadeklarował spadek sprzedaży abonamentu. Nie oznacza to, że ubywa im klientów, po prostu przyrost jest mniejszy, niż się spodziewano.

Dla wielu firm nadszedł doskonały czas, aby przejść na model subskrypcji, czy też zacząć rozdzielać obecną ofertę. Tworząc nową usługę należy jednak pamiętać, że nie chodzi tylko o zmianę sposobu płatności. Ważne jest, aby wyjść do klienta z czymś wyjątkowym. Robienie tego samego co wszyscy, zazwyczaj daleko nas nie zaprowadzi – radzi Marta Telenda z Colivii.

Kryzysoodporni

Globalny lockdown okazał się nie tylko czasem próby dla setek milionów zamkniętych w domach ludzi, ale również sklepów internetowych, które musiały uporać się z gigantycznym wzrostem zamówień, o czym doskonale przekonał się amerykański serwis Amazon. Okazuje się, że model subskrypcyjny to wielka szansa na rozwój i ekspansję, ale jego wdrożenie musi być poprzedzone stosownym przygotowaniem.

Liczba zamówień przerosła najśmielsze oczekiwania, tak że gigant e-handlu zmuszony był przesunąć swoje coroczne święto zakupowe Amazon Prime Day, organizowane z myślą o posiadaczach abonamentu Prime. W niedawno opublikowanej informacji prasowej, Amazon poinfował, że sprzedaż produktów w drugim kwartale wzrosła do 50 mld USD. To gigantyczny progres w porównaniu z 35 mld USD w analogicznym okresie poprzedniego roku – Sascha Stockem z Nethansy. Sopocka spółka specjalizująca się we wsparciu sprzedaży współpracuje z serwisem należącym do Jeffa Bezosa, wprowadzając na niego polskie i niemieckie firmy. – Amazon prime to doskonały przykład wykorzystania modelu subskrypcyjnego w usługach kurierskich, chodź benefitów wynikających z posiadania takiego abonamentu jest o wiele więcej. Wśród nich znajduje się bezpłatny dostęp do filmów, programów telewizyjnych, gier komputerowych czy miliona utworów muzycznych – wylicza CEO Nethansy.

Kanapowe rewolucje

Przywiązanie ludzi do tego typu serwisów, oferujących swoje usługi w modelu subskrypcyjnym, dobrze obrazuje kwietniowa awarii Netflixa. Gdy serwery giganta branży rozrywkowej odmówiły posłuszeństwa, internet błyskawicznie zalały artykuły, którym towarzyszyła widoczna w komentarzach fala hejtu i rozczarowania. Zdaniem CEO Colivi frustracja internautów to znak, że przyzwyczailiśmy się do udogodnień, jakie oferują nam seriwsy streamingowe na tyle, że nie w pewnym sensie nie potrafimy już bez nich żyć.

Subskrypcja stała się odpowiedzią na potrzeby zmieniającego się społeczeństwa. Proces zmian rozpoczął się już dawno temu, pandemia jedynie przyspieszyła ich tempo. Nawet tak konwencjonalny element naszego życia, jak mieszkanie, doczekał się transformacji. Czy zadecydowała cena? W jakimś stopniu na pewno, ale nie ona odgrywa kluczową rolę. Chodzi o dopasowanie do oczekiwań. Żyjemy szybko, nie chcemy wiązać się kredytami hipotecznymi, jesteśmy otwarci na nowe wyzwania, lecz brakuje nam czasu na nowe znajomości. Coliving w modelu abonamentowym to odpowiedź na te potrzeby – mówi Marta Telenda i dodaje, że to dopiero początek rewolucji. Spójrzmy na przykład marki Apple, która dała się poznać jako innowator rynku IT, a dziś poświęca coraz więcej uwagi swoim usługom, które sprzedaje wyłącznie w modelu subskrypcyjnym. Jeszcze do niedawna głównym punktem konferencji prasowych, organizowanych przez spółkę z Cupertino, była premiera nowego iPhonea. Dzisiaj tyle samo czasu poświęca się nowej usłudze Apple One. W ciągu zaledwie roku przychody z tej gałęzi działalności giganta wzrosły o 15%.

Modele biznesowe oparte o abonament, dla wielu przedsiębiorców, mogą być kluczowym czynnikiem umożliwiającym prosperowanie w trakcie i po kryzysie. Ich największą zaletą jest to, że w dłuższej perspektywie dają zrównoważony rozwój, możliwy dzięki bardziej przewidywalnym, cyklicznym przychodom.

Dobre praktyki robią różnicę

Model subskrypcyjny godzi ze sobą interesy firm oraz ich klientów. Jednak warto pamiętać, że w dążeniu do zaspokojenia nieustannie rosnących potrzeb użytkowników i zapewnienia sobie powtarzalnych przychodów, kryją się pewne pułapki, które mogą spowodować, że sprzedawca osiągnie efekt odwrotny od planowanego. Dlatego spojrzenie z perspektywy użytkownika – zarówno na etapie badania jego potrzeb, jak i testowania użyteczności interfejsu – jest jest niezwykle istotne.

Czerpiąc z doświadczenia zarówno niewielkich firm, jak i gigantów dojść można do kilku następujących wniosków. Po pierwsze, nie należy ukrywać przed użytkownikiem faktu, że w danym momencie dokonuje subskrypcji. Podczas płatności na stronie Amazon, użytkownicy byli zachęcani do zapisania się na bezpłatną dostawę następnego dnia, a następnie bez ich wiedzy, konto było obciążone kwotą 459 zł za roczną subskrypcję usługi Amazon Prime. Kwota ta, do dzisiaj nie jest podana na ekranie wyrażenia zgody na subskrypcję, a przycisk do wyboru dostawy bez Prime jest bardzo słabo widoczny – zwraca uwagę Alicja Janowska, UX Specialist z Symetrii, czołowej polskiej agencji specjalizującej się w projektowaniu doświadczeń użytkownika. – Firmy powinny zachować transparentność również w kwestii znanego już Unsubscribe button. Użytkownik chcący zrezygnować z usługi nie powinien mieć problemu ze znalezieniem miejsca na stronie, gdzie można tego dokonać.

Janowska zwraca również uwagę, że problemy z konwersją na stronach subskrypcyjnych wiążą się też często z łamaniem podstawowych zasad dobrego UX, którym jest: brak oczywistego przycisku do aktywowania abonamentu, nieczytelne przedstawienie ceny za dany okres jego trwania, czy brak możliwości wypróbowania usługi podczas darmowego okresu próbnego. – Firmy powinny pamiętać, że produkt sprzedawany w abonamencie z czasem powinien ewoluować, oferując nowe korzyści. Tego oczekują użytkownicy, których głos odgrywa kluczową rolę przy wprowadzaniu wszelkich zmian – podsumowuje UX Specialist z Symetrii.

Wyjazd do Niemiec – co musisz wiedzieć o obostrzeniach

  • Od soboty (17.10) obowiązują częściowe ograniczenia przy wjeździe do Niemiec z Polski.
  • Dotyczą one mieszkańców pięciu województw: kujawsko-pomorskiego, małopolskiego, podlaskiego, pomorskiego i świętokrzyskiego. Regiony te zostały uznane przez naszych sąsiadów za obszary podwyższonego ryzyka.
  • Osoby wyjeżdżające z tych województw do Niemiec muszą poddać się 14-dniowej kwarantannie lub zgłosić adres swojego pobytu do miejscowego urzędu ds. zdrowia i posiadać negatywny wynik testu na koronawirusa, wykonanego w ciągu 48 godzin przed wyjazdem.
  • Polscy pracownicy tymczasowi w Niemczech otrzymują wsparcie od swoich zleceniodawców. Wiele firm już wiosną wdrożyło podstawowe środki ostrożności. Niektóre z nich obecnie idą o krok dalej i decydują się na wprowadzenie bezpłatnych testów na koronawirusa dla wszystkich współpracowników wyjeżdżających do Niemiec.

W trosce o zahamowanie pandemii, niemiecki rząd co tydzień publikuje nową listę tzw. stref ryzyka, czyli regionów, w których zagrożenie koronawirusem jest zdaniem władz największe. Obecnie znajdują się na niej niektóre kraje Unii Europejskiej, takie jak Francja, Holandia czy Słowacja. W sobotę częściowo dołączyła do nich Polska[1].

Osoby przyjeżdżające do Niemiec z województw: kujawsko-pomorskiego, małopolskiego, podlaskiego, pomorskiego i świętokrzyskiego muszą zgłosić swój adres pobytu miejscowemu urzędowi ds. zdrowia i przedłożyć negatywny wynik testu na SARS-CoV-2 lub poddać się 14-dniowej kwarantannie. Za niepodporządkowanie się przepisom grozi wysoka kara finansowa.

Bezpiecznie do pracy

Codziennie polsko-niemiecką granicę przekraczają tysiące pracowników transgranicznych, kolejne dziesiątki tysięcy pracują za Odrą na czasowych kontraktach, m.in. w opiece senioralnej. Polskie firmy działające na niemieckim rynku, wspierają swoich współpracowników, starając się zapewnić im maksimum bezpieczeństwa w czasie zlecenia. Do spotykanych rozwiązań należą już m.in. ozonowanie busów przewożących osoby do pracy w Niemczech, kontrola temperatury ciała przed podróżą czy wyposażenie pracowników w środki dezynfekujące, maseczki oraz rękawiczki. Niektóre przedsiębiorstwa idą jednak o krok dalej, oferując swoim współpracownikom dostęp do darmowych testów na koronawirusa.

 Zapewniamy pełną organizację wyjazdu, w tym przeprowadzenie testu Covid-19 na maksymalnie 48 godzin przed wyjazdem na kontrakt do Niemiec i załatwienie w związku z tym wszelkich formalności. Nasi współpracownicy nie muszą martwić się ani o to, gdzie udać się w celu wykonania testu, ani o konieczność stania w długich kolejkach. Promedica24 umożliwia wykonanie bezpłatnego testu Covid-19 od ręki, w sposób szybki i prosty, co de facto daje naszym Opiekunom, ale także wszystkim osobom chcącym podjąć zatrudnienie w firmie, szansę bezproblemowego kontynuowania bądź rozpoczęcia świadczenia opieki i pomocy domowej na terenie Niemiec – tłumaczy Agnieszka Niedziela, Dyrektor Marketingu w Promedica24.

Obecnie w Niemczech mamy do czynienia z nieco lepszą sytuacją epidemiologiczną niż w Polsce. Według danych na 20 października, dzienna liczba zakażeń wyniosła tam 6868 (na 83 mln mieszkańców)[2]. W Polsce zaś przy ponad dwukrotnie mniejszej populacji potwierdzono 9291 nowych przypadków koronawirusa[3].

[1] https://www.rki.de/DE/Content/InfAZ/N/Neuartiges_Coronavirus/Risikogebiete_neu.html

[2] https://www.tagesschau.de/inland/rki-neuinfektionen-111.html

[3] https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-mapa-zakazen-dzisiaj-statystyki-20-pazdziernika-2020-4344739

Dramatyczna sytuacja hoteli i restauracji w kurortach turystycznych. Restrukturyzacje, zwolnienia i „usypianie” na zimę

Statystyki gospodarcze jeszcze z początku pandemii koronawirusa pokazują, że turystyka jest jednym z sektorów gospodarki, który najciężej odczuł czas pandemii. Przedsiębiorcy zarówno z branży hotelarskiej jak i gastronomicznej z dużym niepokojem patrzą na jesień i zimę oraz uczciwie przyznają, że nie wszyscy przetrwają do wiosny i lata 2021. Trudną sytuację pogłębia fakt, że pandemia nie ustępuje, a związana z tym niepewność powoduje, że wielu przedsiębiorców boi się zaciągać zobowiązania finansowe, gdyż nie są pewni czy w przyszłym roku ich działalność będzie generować zysk.

  • W maju spadek liczby gości w obiektach turystycznych szacowany był na 88%. W czerwcu na ok. 62%. Według statystyk Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego sezon wakacyjny przyniósł spadek obłożenia w hotelach o ponad 40%. Statystyki zachodniopomorskie mówią o spadkach wahających się od 15 do 25%. Najwięcej turystów kurorty odwiedziło w lipcu, we wrześniu za to odnotowano duży współczynnik anulowanych rezerwacji (efekt drugiej fali pandemii).
  • Wśród firm, które zgłaszają się do Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska jest bardzo dużo firm związanych z turystyką. Najwięcej to hotele i apartamentowce, rzadziej restauracje i lokale gastronomiczne.
  • Najczęstsze pytania o porady dotyczą pożyczek płynnościowych i możliwości pozyskania wsparcia na przeczekanie trudnego czasu pandemii. Hotelarze i gastronomicy często także sondują możliwość zbycia swoich biznesów lub pytają o porady związane np. z zawieszeniem działalności gospodarczej na sezon jesienny i zimowy

„To lato było skromniejsze, a jesień i zima może okazać się sezonem martwym”

Spadek podróży turystycznych na świecie w trzech kwartałach roku 2020 spadł o ponad 60% – to oznacza gigantyczny kryzys całego sektora turystycznego, którego straty w czasie pandemii koronawirusa liczone są w miliardach w każdej możliwej walucie. W Polsce czas „odwilży” w pandemii przyszedł na szczyt sezonu wakacyjnego – turyści, którzy więc zdecydowali się na wypoczynek w lipcu i sierpniu byli raczej ze swoich decyzji zadowoleni. Gorzej sytuacja miała się we wrześniu, kiedy wzrost zakażeń spowodował, że wiele osób musiało weryfikować swoje plany. Obecnie rozpoczyna się wielki proces restrukturyzowania turystyki, co może mieć duże konsekwencje dla ogólnego krajobrazu gospodarczego w tym sektorze gospodarki.

– Turystyka musi się zmienić, bo oferowane obecnie wsparcie w ramach Tarczy Antykryzysowej dedykowanej turystyce może okazać się niewystarczające. Trudno jest także ocenić efektywność Bonu Turystycznego, bo brakuje oficjalnych informacji jak bardzo pomógł on hotelom, restauracjom i obiektom rozrywkowym w czasie minionego sezonu. Ta pomoc rozmyła się w morzu potrzeb, a wiemy, że turystyka latem zarabia na sezony jesienne i zimowe. To lato było skromniejsze, a jesień i zima może okazać się sezonem martwym. Pandemia postępuje, turystów z zagranicy będzie na pewno zdecydowanie mniej i zarówno mniejsze jak i większe hotele muszą myśleć o tym jak przetrwać ten trudny czas – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

Niektórzy zyskali, niektórzy stracili – specyficzny sezon nad polskim morzem. Wiele firm zastanawia się: co dalej?

Jaka jest realna sytuacja gospodarcza branży turystycznej na Pomorzu Zachodnim? Z informacji naszych specjalistów wynika, że wiele firm spodziewało się, że będzie jeszcze gorzej. Nie zmienia to jednak faktu, że prognozy na kolejne miesiące nie są zbyt optymistyczne. – Obecnie prowadzimy procesy optymalizacyjne dla kilku hoteli oraz grup hotelarskich z Pomorza Zachodniego oraz innych miejscowości turystycznych. Przedsiębiorcy mają naprawdę bardzo różną ocenę obecnej sytuacji i nie jest tak, że wszyscy wakacje zakończyli na dużym minusie. Spadki owszem były, ale niektórzy byli przekonani, że bez turystów zagranicznych czeka ich upadek, a okazało się, że zainteresowanie turystów krajowych w jakiś sposób zrekompensowało im brak obecności gości z zagranicy – mówi Filip Kiżuk z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

– Przedsiębiorcy, którzy zgłaszają się do nas pytają o możliwość sprzedaży lub wydzierżawienia hotelu lub pensjonatu. Często twierdzą, że są już zmęczeni prowadzeniem biznesu, a koronawirus tylko stał się motywacją do podjęcia decyzji. Jest bardzo dużo postępowań restrukturyzacyjnych, które wiążą się z ograniczeniem zatrudnienia lub poszukiwaniem innych oszczędności. Hotele nie chcą rezygnować z jakości usług, ale pojawiały się pytania np. o wyłączenie części SPA na sezon zimowy czy w ogóle o zawieszenie działalności na jesień i zimę – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – To trudne decyzje, bo zawieszenie działalności może wiązać się z tym, że powrót na rynek będzie trudny, a nawet niemożliwy. Dla przedsiębiorców to może być czas bardzo trudnych decyzji – dodają specjaliści.

Wrzesień w galeriach i centrach handlowych wciąż na minusie. Eksperci: Spadki będą się pogłębiały

Z badania Proxi.cloud wynika, że we wrześniu br. ruch w galeriach i centrach handlowych był aż o 54% mniejszy niż w analogicznym okresie ub.r. Z kolei, według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych, zmniejszył się o 19%. Eksperci, wyciągając wnioski z obu prób, mówią, że realny spadek może być na poziomie 30-35%. Analiza, wykonana przez poznańską spółkę, wykazała, że ruch najbardziej podniósł się we wtorki i środy, a najmocniej zmalał w poniedziałki i niedziele. Natomiast PRCH informuje, że szczególnie zyskały soboty, a straciły niedziele. Branża przekonuje, że wyniki trzeba dobrze przenalizować, ale jedno jest pewne. Zniesienie niedzielnego zakazu poprawiłoby niezwykle trudną sytuację tego typu obiektów, szczególnie w dobie pandemii.

Według badania firmy technologicznej Proxi.cloud, wykonanego na próbie ponad 550 tys. osób w blisko 700 obiektach, we wrześniu br. ruch w największych polskich galeriach i centrach handlowych był o 54% słabszy niż rok wcześniej. Natomiast z raportu Polskiej Rady Centrów Handlowych, obejmującego dokładnie ten sam okres i 119 lokalizacji, wynika, że spadek wyniósł 19%.

– Dane PRCH pochodzą ze 119 obiektów, stanowiących 35% rynku, gdzie liczone były realne wizyty. Z kolei nasza analiza objęła blisko 6 razy więcej miejsc, a dane zebrano za pośrednictwem tzw. geofencingów. Zatem widać, że tutaj są dwie różne metodologie. Wyciągając jednak średnią z dwóch badań, ale także opierając się na szerszej obserwacji rynku, należy wnioskować, że spadek we wrześniu mógł być na realnym poziomie ok. 30-35% – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Proxi.cloud.

Jak podkreśla dr Andrzej Maria Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, spadek ruchu o ponad połowę, widoczny na większej próbie, świadczy o kilku kwestiach. Konsumenci niechętnie chodzą na zakupy, podszyci strachem przed wirusem. Sporo marek zredukowało lub nawet zlikwidowało oferty dostępne stacjonarnie. Większą część sprzedaży realizują w Internecie. Galeriom to poważnie zagraża, bo nie wykonują swoich podstawowych funkcji sprzedażowych, tak jak zakładały.

– Ruch w galeriach handlowych, po bardzo trudnym okresie lockdownu, powoli wraca do normy. Są oczywiście podmioty, które radzą sobie z tym lepiej, takie jak centra wyprzedażowe czy retail parki. W zarządzanych przez nas obiektach widać spadek wizyt w stosunku do poprzedniego roku zaledwie na poziomie 15%, ale to nie dotyczy wszystkich galerii na rynku – zauważa Magdalena Frątczak z sektora handlowego w CBRE.

Dr Łuczak nie ma jednak wątpliwości, że dla wielu Polaków tego typu obiekty przestały być ulubionymi miejscami spędzania wolnego czasu. Dlatego muszą one podejmować rozszerzone działania marketingowe w Internecie, żeby przetrwać. W dużych miastach klientów jest mniej m.in. z uwagi na brak studentów. Nie ma też turystów, którzy wcześniej tłumnie odwiedzali galerie usytuowane np. blisko dworców kolejowych. Biorąc pod uwagę nasilenie pandemii w okresie jesienno-zimowym, nie należy spodziewać się poprawy sytuacji. Choć ruch może delikatnie wzrosnąć przed Bożym Narodzeniem, to z całą pewnością tegoroczny grudzień będzie jednym z najgorszych w historii galerii handlowych.

– W ostatnich miesiącach klienci zaczęli coraz częściej przychodzić do galerii po konkretne produkty. Rzadziej pojawiają się tylko po to, aby je oglądać czy spacerować. W IV kwartale tego roku, z uwagi na nasilającą się pandemię, możemy spodziewać się zmniejszenia odwiedzalności. Jednak w trakcie jednej wizyty koszyk zakupowy będzie większy. Nie wiadomo tylko, czy to zrekompensuje zmniejszony ruch. Punkty usługowe, lokale gastronomiczne i strefy rozrywkowe w galeriach korzystają na efekcie skali. Tym najemcom najtrudniej będzie odrobić straty – przewiduje ekspert z CBRE.

Badanie Proxi.cloud wykazało też, że w rozkładzie tygodniowym najbardziej wzrósł ruch we wtorki (2019 – 14,3%, 2020 – 17,7%) i środy (2019 – 13,5%, 2020 – 16,7%). Dr Faliński uważa, że popyt przesunął się na środek tygodnia po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele. W poniedziałki ludzie mają więcej pracy w firmach i dlatego dopiero we wtorki czy środy wstępują do galerii.

– Z badania ewidentnie wynika, że Polacy chcą unikać tłumów i dlatego dni w środku tygodnia najbardziej zyskują na popularności. Warto rozważyć przywrócenie zakupów w niedziele, aby rozładować sobotnie tłumy oraz wesprzeć galerie i najemców w trudnej sytuacji – przekonuje dr Łuczak.

Najwięcej straciły poniedziałki (2019 – 19%, 2020 – 15%) i niedziele (2019 – 8,6%, 2020 – 4,2%). Zdaniem ekspertów, ma to ewidentnie związek z zakazem handlu w tym ostatnim dniu. Dr Faliński uważa, że należy zastosować specjalne formy promocji poniedziałków i pozostałych dni, by podnieść sprzedaż. Ponadto trzeba skoncentrować się na dwóch najlepszych dniach i umocnić ich pozycję.

– Centra handlowe są miejscem pracy ponad 400 tys. Polaków. Dlatego tak ważne jest podniesie sprzedaży. Jedną z możliwości jest powrót do niedziel handlowych. Wpłynęłoby to dodatkowo na poprawę bezpieczeństwa klientów poprzez rozłożenie ruchu na siedem dni tygodnia. Dane wrześniowe PRCH wyraźnie wskazują, że w soboty galerie notowały średnio 44% wzrost liczby odwiedzających w porównaniu z innymi dniami tygodnia – podsumowuje Małgorzata Dziubińska z Cushman & Wakefield.

Badanie Proxi.cloud miało na celu sprawdzenie, jak wygląda obecnie ruch w galeriach handlowych. Trwało cały wrzesień br. Porównano wyniki z tego miesiąca i z alogicznego okresu ub.r. Łącznie przeanalizowano zachowanie ponad 550 tys. osób w wieku od 18 do 65 lat we wszystkich 16 województwach. Analiza polegała na zebraniu danych za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

Rośnie znaczenie pomagania

Społeczna odpowiedzialność biznesu to dziś nieodłączna część funkcjonowania większości firm. Działania te są istotne nie tylko dla danych organizacji, ale także dla ich pracowników oraz kandydatów poszukujących pracy. Co ciekawe CSR to jeden z elementów przyciągających nowe talenty do firmy. Projekty z zakresu dobrych praktyk są także wyrazem unikalnych wartości organizacji i efektywnym narzędziem budowania zespołu.

Działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu przeżywają w ostatnich latach prawdziwy boom. Ich rozwój to z jednej strony efekt wzrostu świadomości i wrażliwości szeroko pojętego biznesu na potrzeby środowiska, czy lokalnych społeczności, z drugiej odpowiedź na oczekiwania pracowników, kandydatów oraz klientów danych firm.

Chcemy działać

Z roku na rok stale rośnie liczba projektów CSR-owych realizowanych w Polsce, co pozytywnie wpływa m.in. na funkcjonowanie biznesu w ogóle. Zależność tę widzi większość respondentów (87 proc.) najnowszego badania „Menedżerowie CSR 2020” przeprowadzonego przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Zdaniem badanych, biznes przyczynia się do rozwiązywania problemów społecznych w Polsce (opinia 70 proc. respondentów), a integracja wartości CSR z biznesową działalnością firmy staje się coraz silniejsza. Zależność tę w swoich organizacjach dostrzega blisko 80 procent badanych[1]. Charytatywne zaangażowanie firm to w dzisiejszych czasach niezwykle istotny aspekt także dla kandydatów poszukujących nowego zatrudnienia. Ponad połowa Polaków chętniej aplikuje do organizacji, które realizują działania z zakresu CSR, a 59 procent do firm, które dają możliwość wsparcia tych działań swoim pracownikom[2]. – Nic tak nie jednoczy jak wspólne działania, którym przyświeca większy charytatywny cel – tłumaczy Iwona Grela, HR Manager w Perfetti Van Melle Polska. – Nasza wrażliwość społeczna z roku na rok jest coraz większa. Widzimy to zarówno w inicjatywach podejmowanych przez biznes, jak i oczekiwaniach pracowników. Zatrudnieni chcą pomagać, być częścią projektów, które są ważne i wspierają bliskie im lokalne społeczności. Wspólne zaangażowanie w takie działania daje ogromne poczucie satysfakcji, ale też umacnia więzi między pracownikami, dzięki czemu integruje i buduje całe zespoły – dodaje.

Aktywne wsparcie

Z badania „Zawodowy styl życia” wynika, że pracownicy najchętniej włączają się w prowadzone w organizacjach zbiórki, aukcje oraz zawody sportowe mające charytatywny cel[3]. – Nasi pracownicy z ogromnym zaangażowaniem przystępują do projektów, w których cyklicznie bierzemy udział. W tym roku, już po raz siódmy, zaangażowaliśmy się w inicjatywę Poland Business Run, wspierającą osoby z niepełnosprawnościami narządów ruchu. Wspólnie przebiegliśmy 120 kilometrów – mówi Iwona Grela HR Manager Perfetti Van Melle Polska. W tegorocznej edycji biegu wystartowało aż 18 tysięcy zawodników, a ich zaangażowanie pozwoli na dofinansowanie 11 protez kończyn, 4 wózków aktywnych oraz 45 turnusów rehabilitacyjnych.

Otwartość i wrażliwość firm działających na polskim rynku oraz ich pracowników napawa optymizmem. Długofalowe strategie CSR i projekty uwzględniające współczesne wyzwania mają realny wpływ m.in. na lokalne społeczności. Ponadto kształtują postawy wszystkich zatrudnionych i coraz silniej wyznaczają kierunki rozwoju biznesu.

[1] http://odpowiedzialnybiznes.pl/wp-content/uploads/2020/10/FOB_MenedzerowieCSR-2020.pdf

[2] http://media.pracuj.pl/84285-csr-przyciaga-talenty-do-firm-badania-pracujpl

[3] http://media.pracuj.pl/84285-csr-przyciaga-talenty-do-firm-badania-pracujpl

Wschodzące lokalizacje magazynowe w Polsce – rynek kielecki

Kielce to miasto pełniące funkcję centrum gospodarczego, a także główny ośrodek z województwa świętokrzyskiego, w którym rozwija się lokalny rynek magazynowy. Historycznie, region ten związany był z eksploatacją i przetwórstwem surowców mineralnych z bogatymi tradycjami w przemyśle metalowym i budowlanym. Aktualnie, dzięki poprawie infrastruktury drogowej i centralnemu położeniu staje się nowym ważnym punktem na magazynowej mapie Polski.  Jaki jest potencjał sektora w regionie sprawdzili eksperci AXI IMMO.

Całkowite zasoby kieleckiego rynku magazynowego na zakończenie czerwca 2020 r. wynosiły 102 000 mkw. (+41,5% r/r). Ostatnim oddanym do użytku nowoczesnym parkiem logistycznym jest inwestycja firmy 7R (7R Park Kielce, 21 700 mkw.), którą deweloper dostarczył na zakończenie 2019 roku. Obecnie w regionie położonym w południowo-centralnej Polsce brak projektów w trakcie realizacji. Rynek jest dość młody, dlatego deweloperzy będę podchodzić ostrożnie do nowych inwestycji, zwłaszcza spekulacyjnych. Aktualnie na kieleckim rynku, od ręki dostępnych jest ok. 35 000 mkw. powierzchni magazynowej (34,5%, całkowitych zasobów).

Po stronie popytowej w pierwszej połowie 2020 roku zanotowano jedną transakcję najmu, w Panattoni Park Kielce (2 900 mkw.). Ponadto, podpisano krótkoterminową umowę najmu na ponad 13 000 mkw. W ostatnim czasie kielecki rynek zdominowany jest przez najemców z sektora tekstyliów, a także firmy logistyczne.

Charakteryzując potencjał kieleckiego rynku magazynowego, jako pierwszy argument należy wskazać dobrą lokalizację na mapie Polski. Położenie miasta przy trasie S7 gwarantuje połączenia na północ do Warszawy i dalej do Trójmiasta, a na południe m.in. do Krakowa. Z kolei droga krajowa nr 74 łączy Kielce z regionem Polski Centralnej. Firmy zainteresowane rozwojem w tej lokalizacji z pewnością ucieszy fakt, że władze miasta są na ukończeniu nowego projektu Centrum Kształcenia Praktycznego, które w najbliższych latach dostarczy na ten rynek wielu specjalistów. Ponadto region ten dysponuje  dużym zasobem relatywnie tanich i przygotowanych terenów inwestycyjnych, dużym zasobem doświadczonej kadry, a także władzami miasta, które z chęcią pomogą znaleźć najbardziej komfortowe rozwiązanie dla inwestorów zainteresowanym rozwojem biznesu w stolicy województwa świętokrzyskiego. Lokalizacja ze względu na swoje atuty, może stać się atrakcyjną destynacją dla firm e-commerce, których trend rozwoju w nowych, dobrze skomunikowanych z siecią autostrad miastach wojewódzkich i regionalnych obserwujemy w ostatnich latach” – komentuje Danuta Dzierżak, Associate Director Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Jak seniorom żyje się w pandemii i dlaczego gorzej?

Z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia wynika, że prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Wśród najważniejszych przyczyn rodacy wymieniają pandemię, sytuację gospodarczą w kraju, problemy finansowe lub zdrowotne – zarówno swoje jak i bliskich. Rodacy przyznają, że wśród sposobów na „radzenie sobie” ze stresem jest palenie papierosów (20 proc.), picie alkoholu (19 proc.), zajadanie problemów niezdrowymi produktami (11 proc.). A jak w pandemii żyje się seniorom? Czy sytuacja epidemiologiczna stresuje ich? Czy uważają, że teraz żyje im się lepiej, czy gorzej niż kiedyś? O to zapytał Fundusz Hipoteczny DOM.

Blisko połowa seniorów uważa, że obecnie żyje im się gorzej niż kiedyś – tak wynika z najświeższego badania opinii przeprowadzonego przez Fundusz Hipoteczny DOM we wrześniu tego roku.[1] Aż 49 proc. ankietowanych przyznaje, że ich poziom życia, finansów i ogólnego samopoczucia pogorszył się, 27 proc. twierdzi, że nie widzi różnicy, a ok. 24 proc. przyznaje, że jest lepiej niż w „starych czasach”.

– Pytanie o to jak się żyje seniorom w obecnych czasach jest dość ogólne i zawiera w sobie mnóstwo wątków. Bo przecież na poziom życia emeryta, a więc osoby starszej składa się nie tylko jego zdrowie, samopoczucie, sytuacja finansowa, czy rodzinna, ale również ekonomiczna czy polityczna, a teraz pandemiczna. Seniorzy zazwyczaj wykazują się dużo większym dystansem do otaczającego nas świata twierdząc, że przeżyli już wiele. Mimo to blisko połowa uznaje, że w dzisiejszych czasach żyje im się gorzej niż kiedyś – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Dlaczego jest gorzej?

Blisko 40 proc. emerytów narzeka na niskie świadczenia emerytalne. – To akurat nie zmienia się od lat. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że emeryci są jedną z najbardziej zadłużonych grup społecznych i na co dzień borykają się z trudną sytuacją finansową. Na dodatek, sytuacja pandemiczna wpływa mocno na rynki powodując m.in. inflację. I na to również narzekają emeryci. Co piąty z nich przyznaje, że przez ciągłe podwyżki nie stać go na podstawowe produkty – mówi Robert Majkowski. Co piąty ankietowany (19 proc.) martwi się tym, że dostęp do służby zdrowia, lekarzy, zabiegów jest coraz gorszy, a 16 proc. emerytów twierdzi, że na gorszą jakość życia ma również wpływ sytuacja epidemiologiczna. Mniej niż 10 proc. narzeka na trudną sytuację rodzinną oraz fakt, że relacje międzyludzkie są słabsze i coraz bardziej płytkie niż kiedyś.

Mimo to, wśród osób, którym w obecnych czasach żyje się lepiej są też optymiści. Co czwarty senior przyznaje, że obecne czasy wcale nie są najgorsze, bo i tak nie ma tylu zmartwień co kiedyś. Co piąty uważa, że można się kształcić, rozwijać i robić to, na co ma się ochotę. Spora grupa seniorów (27 proc.) docenia również waloryzację emerytur i inne dodatki finansowe od Państwa.

[1] Ankieta telefoniczna FH DOM zrealizowana na próbie 203 osób (w wieku 65+) we wrześniu 2020 roku

Budżet państwa niewiele zyska na opodatkowaniu spółek komandytowych CIT, stracą polscy przedsiębiorcy

  • Wbrew twierdzeniom Ministerstwa Finansów w większości analizowanych krajów w Europie spółki komandytowe (lub o zbliżonym charakterze) są spółkami transparentnymi podatkowo.
  • Opodatkowanie spółek komandytowych w innych europejskich krajach nie ma związku ze wzmożoną w ostatnich latach walką z unikaniem opodatkowania.
  • Większość racjonalnie działających firm zmieni formę prowadzenia działalności na formę zapewniającą obecny poziom opodatkowania a firmy zagraniczne będą płaciły tyle co do tej pory.
  • Budżet państwa niewiele zyska, stracą polscy przedsiębiorcy zajęci walką o przetrwanie w czasach pandemii – wynika z raportu CRIDO, ZPP i InfoCredit „Opodatkowanie spółek komandytowych w Europie”.

Autorzy raportu przyjrzeli się opodatkowaniu spółek komandytowych w 16 krajach Europy. W większości przeanalizowanych państw spółki komandytowe są transparentne podatkowo (nieopodatkowane CIT). Są wśród nich: Austria, Dania, Finlandia, Irlandia, Malta, Niemcy, Szwecja czy Wielka Brytania.

W pozostałych krajach opodatkowanie CIT spółki komandytowej wynika z przyjętego historycznie systemu prawa. Co istotne, żaden spośród analizowanych krajów nie wprowadził opodatkowania spółek komandytowych w ciągu ostatnich 5 lat. Świadczy to o tym, że w żadnym z tych krajów opodatkowanie spółek komandytowych nie ma związku ze wzmożoną w ostatnich latach walką z unikaniem opodatkowania.

Wśród spółek komandytowych poddanych opodatkowaniu, we Francji i Czechach dochód przypadający na komplementariusza w dalszym ciągu nie podlega opodatkowaniu na poziomie spółki komandytowej (w przeciwieństwie do założeń polskiej nowelizacji). W żadnym z badanych krajów nie występują różnice w opodatkowaniu wspólników ze względu na stopień powiązań między nimi (tj. posiadanie udziałów w spółce będącej komplementariuszem przez komandytariuszy).

Polskie, małe, rodzinne biznesy będą płaciły więcej niż ich odpowiednicy w Niemczech

W sytuacji wprowadzenia podwójnego opodatkowania spółek komandytowych w Polsce, w porównaniu do warunków funkcjonowania spółek komandytowych w Niemczech, istotnemu pogorszeniu ulegnie sytuacja polskich, małych, rodzinnych spółek osiągających roczne dochody nie przekraczające ok. 230 000 zł. Pomimo skorzystania z preferencyjnej, 9% stawki CIT przez polskie SPK, poziom opodatkowania polskich wspólników będzie wyższy niż analogiczne opodatkowanie wspólników niemieckich spółek komandytowych pomimo objęcia ich progresywnym opodatkowaniem.

Ta sytuacja dotknie co najmniej 13 tys. spółek komandytowych w Polsce.

Budżet państwa niewiele zyska

Ze względu na przepisy unijne i prawo międzynarodowe opodatkowanie CIT spółek komandytowych nie zagrozi pozycji konkurencyjnej tego rodzaju spółek z zagranicznym kapitałem w Polsce. W dalszym ciągu będą płaciły podatek na tym samym poziomie (tj. 19%). Natomiast polscy przedsiębiorcy chcąc utrzymać swoją pozycję konkurencyjną wybiorą alternatywną formę prowadzenia działalności gospodarczej. Część z nich dokona przekształcenia w spółkę jawną lub partnerską. Tym samym będą zmuszeni poświęcić bezpieczeństwo swoje i rodzin, aby utrzymać dotychczasowy poziom opodatkowania i konkurencyjności. Inni (głównie większe podmioty) będą prowadzić działalność za pośrednictwem sp. z o.o. w oparciu o struktury holdingowe. W konsekwencji efekt dla budżetu państwa będzie minimalny, ponieważ chroniąc swoją pozycję konkurencyjną polskie spółki będą się ratować zmianą struktury.

Struktura spółek w Polsce i w Niemczech

W latach 2010-2019 lawinowo rosła liczba nowych spółek w Polsce. Najwięcej (176,7 tys.) powstało sp. z o.o., które stanowiły w 2019 roku 83% wszystkich spółek w Polsce. Jest ich aż 429,1 tys. w porównaniu do 40,6 tys. spółek komandytowych, które stanowią zaledwie 7% wszystkich spółek w Polsce. W Niemczech ten odsetek jest ponad dwukrotnie wyższy i wynosi 15%. Pomimo więc znacznego przyrostu spółek komandytowych w ostatnich latach, choćby ze względu na ograniczenie ryzyka biznesowego dla przedsiębiorców, pozostajemy pod tym względem daleko za zachodnim sąsiadem.

– Widzimy inne alternatywne rozwiązania, które mogłyby pomóc osiągnąć cel ograniczenia ryzyka nieopodatkowanego transferu dochodu spółek komandytowych za granicę, np. poprzez nałożenie na spółkę komandytową obowiązków płatnika. W takiej sytuacji spółka komandytowa mająca zagranicznych wspólników – działająca jako płatnik – byłaby zobowiązana odprowadzić podatek od dochodu spółki komandytowej do polskiego urzędu. Taki alternatywny scenariusz ochroniłby polskich przedsiębiorców przed wzrostem opodatkowania zachowując ich pozycję konkurencyjną w stosunku do zagranicznych podmiotów – komentuje Mateusz Stańczyk, partner w zespole doradztwa podatkowego w CRIDO.

– To, że spółki komandytowe nie są wykorzystywane na potrzeby międzynarodowej optymalizacji podatkowej, udowodnił już raport opublikowany na początku października. Później potwierdziła to również odpowiedź Ministerstwa Finansów na wystosowany w tej sprawie przez ZPP wniosek o udzielenie informacji publicznej. Najnowszy raport wskazuje dodatkowo, że generalnie spółki komandytowe są w Europie raczej transparentne podatkowo. Regulacje odwrotne, tj. obejmujące spółki komandytowe CIT, to efekt raczej przyjętego historycznie podejścia, niż zintensyfikowanych działań na rzecz uszczelniania systemu. Okazuje się zatem, że argumentacja wykorzystywana przez Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu do projektu ustawy nie znajduje oparcia w rzeczywistości. Jedynym skutkiem opodatkowania spółek komandytowych CIT będzie pogorszenie pozycji konkurencyjnej polskich przedsiębiorców, którzy będą obciążeni w wyższym stopniu, niż ich zagraniczni odpowiednicy – twierdzi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

– Przedsiębiorcy, prowadzący działalność w formie spółek komandytowych, są mocno zaniepokojeni zmianami podatkowymi. Tym bardziej, że koniunktura osłabła, a ich koszty, związane z choćby przestawieniem się na bezpieczny tryb pracy i inwestycje w nowe technologie komunikacji, rosną. Do końca tego miesiąca zbieramy ich opinie w formie ankiety. Odzew jest spory. Pierwsze odpowiedzi zaczynały do nas spływać już 10 minut po wysłaniu pytań – mówi Jerzy Wonka, dyrektor ds. rozwoju InfoCredit.

Podatnik wygrał w sądzie, bo powołał się na COVID-owe zawieszenie biegu terminów administracyjnych

Organ podatkowy doręczył podatnikowi decyzję wymiarową 6 marca 2020 r. Podatnik odwołał się od niej e-mailem 17 marca 2020 r. Organ stwierdził jednak, że nie zostało ono skutecznie wniesione, bo nie zawiera wiążącego podpisu elektronicznego. Podatnik przesłał więc swoje odwołanie klasycznym pismem w formie papierowej. Jednak organ znów uznał je za nieskuteczne, gdyż zostało wniesione już po terminie, który upłynął 20 marca. W odpowiedzi podatnik powołał się na COVID-ową specustawę z 2 marca 2020 r., zgodnie z którą na czas trwania stanu epidemii nie biegną żadne terminy przewidziane przepisami prawa administracyjnego. I wygrał.

Drogą elektroniczną odwołanie nie podpisane, drogą pocztową wniesione po terminie

W marcu 2020 r. organ podatkowy zmienił i podwyższył podatnikowi wysokość zobowiązania w podatku od nieruchomości. Ten ostatni odwołał się od tej decyzji pismem wysłanym drogą elektroniczną (e-mailem) 16 marca 2020 r. Dzień później organ poinformował go, że pismo nie zawiera podpisu elektronicznego. Mimo sprzeciwu podatnika, który twierdził, że pismo podpisał, nadał je po raz drugi 24 marca 2020 r., tym razem w formie listownej poprzez pocztę. Samorządowe Kolegium Odwoławcze stwierdziło jednak, że podatnik uchybił terminowi na wniesienie odwołania, który upłynął 20 marca 2020 r.

Organ nie honoruje zaleceń państwowych

Podatnik wniósł skargę do sądu administracyjnego, podnosząc, że organ podatkowy nie honoruje zaleceń wydanych przez Państwo Polskie co do postępowania w obliczu pandemii COVID-19. A państwo to powołało 2 marca 2020 r. ustawę o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. z 2020 r., poz. 374 ze zm.), w której to na mocy art. 15zzr ust. 1 i art. 15zzs ust. 1 (obecnie już uchylone) wprowadziło regulację stanowiącą, że w czasie trwania pandemii koronawirusa nie biegną żadne terminy przewidziane przepisami prawa administracyjnego.

Ustawa weszła w życie po upływie terminu odwołania

Samorządowe Kolegium Odwoławcze wniosło o oddalenie skargi, bo choć przyznało podatnikowi rację co do obowiązywania w okresie pandemii COVID-19 specjalnych zaleceń państwowych odnośnie do zawieszenia terminów administracyjnych, to przywołana przez podatnika ustawa weszła w życie dopiero 31 marca 2020 r., a więc już po upływie terminu na wniesienie odwołania od decyzji wymiarowej. A ustawodawca nie nadał przedmiotowym przepisom mocy wstecznej.

Przepisy miały chronić podatników zarówno w stanie epidemii, jak i zagrożenia epidemicznego

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi wyrokiem z 25 sierpnia 2020 r. przychylił się do skargi podatnika. Sąd stwierdził, że co prawda sporne przepisy weszły w życie 31 marca 2020 r., to jednak odnoszą się do stanu zagrożenia epidemicznego, wprowadzonego na terytorium Polski od 14 marca 2020 r., jak i do stanu epidemii wprowadzonego na terenie RP od 20 marca 2020 r. A zatem, skoro zarówno 14 marca, jak i 20 marca biegł jeszcze termin na wniesienie przez podatnika odwołania, to na podstawie przepisów art. 15zzr ust. 1 i art. 15zzs ust. 1 antycovidowej specustawy z 2 marca 2020 r. uległ on zawieszeniu na czas trwania tych stanów. Dlatego też podatnik, wnosząc swoje odwołanie 24 marca 2020 r., nie uchybił terminowi na jego wniesienie. Uchylając zaskarżone postanowienie SKO w przedmiocie stwierdzenia uchybienia terminowi do wniesienia odwołania od decyzji wydanej w przedmiocie ustalenia wymiaru łącznego zobowiązania pieniężnego za 2019 r., WSA w Łodzi orzekł:

„…intencją ustawodawcy było uregulowanie kwestii biegu terminu zarówno w odniesieniu do uchylonego już (…) stanu zagrożenia epidemicznego, jak i trwającego w chwili wejścia w życie przepisu – stanu epidemii – obu ogłoszonych z powodu narastającego zagrożenia wywołanego niebezpieczeństwem zachorowania na COVID-19. Przyjęcie wykładni przeciwnej tj. ograniczenie mocy obowiązującej przepisu art. 15zzs ust. 1 (oraz art. 15zzr) ustawy do okresu od jego wejścia w życie do uchylenia tzn. z wyłączeniem okresu stanu zagrożenia epidemicznego – stanowiłoby wyraz zaprzeczenia zasadzie racjonalności ustawodawcy” (wyrok z 25 sierpnia 2020 r., sygn. akt I SA/Łd 319/20).

Zawieszenie terminów na czas epidemii dotyczyło wielu spraw

Przepisy art. 15zzr i art. 15zzs zostały uchylone z dniem 16 maja 2020 r (Dz.U. z 2020 r., poz. 875). Zatem zgodnie z powyższym wyrokiem wszyscy podatnicy, i nie tylko, których dokonanym czynnościom odmówiono mocy wiążącej, bądź pogorszeniu uległa ich sytuacja prawna z uwagi na uchybienie terminowi, mogliby wystąpić o przywrócenie takiego terminu. Nie tylko podatnicy, bowiem zgodnie z treścią art. 15 zzr w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii ogłoszonego z powodu koronawirusa bieg terminów procesowych i sądowych nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu na ten okres w postępowaniach: sądowych, w tym sądowoadministracyjnych, egzekucyjnych, karnych, karnych skarbowych, w kontrolach celno-skarbowych, w sprawach o wykroczenia, w sprawach wpisu do odpowiedniego rejestru domen nazwy domeny internetowej wykorzystywanej do urządzania gier hazardowych bez koncesji, zezwolenia lub dokonania zgłoszenia wymaganego przez ustawę, jak i w postępowaniach i kontrolach prowadzonych na podstawie ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa, a także w innych postępowaniach prowadzonych na podstawie ustaw.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Black Friday 2020 już w sieci, nie w galeriach

  • Polacy kupują online coraz częściej – już nawet 87 proc. internautów robi zakupy w sieci[1], a aż 74 proc. rodaków deklaruje, że skorzysta z okazji w trakcie Black Friday[2].
  • Wraz z początkiem września wśród kobiet rośnie zainteresowanie przedmiotami z kategorii odzież i obuwie, w szczególności takimi jak botki damskie, kurtka zimowa damska, płaszcz damski, buty zimowe damskie[3].
  • Branża jubilerska mimo spadków sprzedaży ma szansę na odrobienie strat.

W tym roku Black Friday wypada 27 listopada. To amerykańskie święto zakupowe doskonale przyjęło się nad Wisłą dzięki wyjątkowym promocjom. W tym roku, z uwagi na pandemię, e-sklepy mogą przeżyć jeszcze większe oblężenie niż zwykle.

Planowanie z wyprzedzeniem

Rozwój e-commerce w Polsce zmienił nawyki Polaków. Kiedyś robiliśmy rozeznanie w sklepach stacjonarnych, jednak pandemia sprawiła, że coraz częściej sięgamy do internetu i z wyprzedzeniem szukamy rzeczy, które chcielibyśmy kupić pod koniec roku – tłumaczy Marta Nasiadka, Senior SEM Specialist w DevaGroup. Trend wyszukiwania produktów z dużym wyprzedzeniem czasowym szczególnie dobrze widoczny jest u kobiet. Jednak zainteresowanie promocjami z okazji Black Friday jest niezależne od płci – aż 74 proc. rodaków deklaruje, że skorzysta z okazji w trakcie tego święta[4].

Jak pokazuje historia wyszukiwań w Google’u na przestrzeni ostatnich lat, wraz z początkiem września, wśród kobiet rośnie zainteresowanie przedmiotami z kategorii odzież i obuwie[5], w szczególności takimi jak botki damskie, kurtka zimowa damska, płaszcz damski, buty zimowe damskie. Widoczny jest trend uzupełniania garderoby na zimę – podobnego popytu nie widać jednak w kategorii biżuteria. Zainteresowanie nią rośnie dopiero od listopada, gdy Polacy ruszają na polowanie na prezenty świąteczne.

Black Friday nadzieją dla jubilerów

Wspomniana biżuteria odnotowała przez pandemię koronawirusa znaczące spadki. Według danych Euromonitor International, w tym roku rynek jubilerski skurczy się aż o 22,3 proc. i cofnie się do poziomu sprzed kilku lat. Spadki widać we wszystkich sektorach – od biżuterii luksusowej, po tę z niższej półki[6].

Sam sektor luksusowy również nie jest w najlepszej sytuacji – jego globalna wartość może odnotować co najmniej kilkunastoprocentowy spadek, według Bain & Company ma to być od 15 do nawet 35 proc. Jednak mimo gorszej frekwencji w salonach po lockdownie sprzedaż online uratowała biżuterię.

Promocje online, nie w galeriach

Ubiegłorocznych trendów zakupowych nie można przełożyć bezpośrednio na ten rok z uwagi na pandemię. Jednak obserwując wzrost liczby Polaków kupujących online, można śmiało stwierdzić, że tegoroczny Black Friday będzie przyciągał potencjalnych kupujących częściej przed ekrany komputerów czy smartfonów niż do galerii. Nawet po zniesieniu wiosennego lockdownu centra handlowe nie są bowiem odwiedzane tłumnie[7].

– Klientom bezpieczniej jest robić zakupy w sieci. Z najnowszego badania agencji Zymetria wynika, że 87 proc. internautów kupuje online, co oznacza wzrost o 11 pkt proc. w stosunku do poprzedniego badania z 2019 r. – objaśnia Marta Nasadka.

[1] Zymetria, Study on behaviours around e-shopping, październik 2020 r.

[2] Deloitte, Zakupy świąteczne 2019. Wyniki i wnioski

[3] Analiza DevaGroup na podstawie liczby wyszukiwań w Google

[4] Deloitte, Zakupy świąteczne 2019. Wyniki i wnioski

[5] Analiza DevaGroup na podstawie liczby wyszukiwań w Google

[6] Euromonitor International, Jewellery in Poland, sierpień 2020 r.

[7] Dane CBRE, wrzesień 2020 r.

Wzrost zachorowań na cukrzycę. Nawet milion Polaków może być niezdiagnozowanych, a w dobie pandemii coraz trudniej dostać się do lekarza

Z cukrzycą zmaga się około 422 mln osób na całym świecie, w tym blisko 3 mln w Polsce. To według WHO pierwsza niezakaźna epidemia. – Na całym świecie obserwujemy wzrost zachorowań, podobnie w Polsce. Mamy wiele przypadków niezdiagnozowanej cukrzycy, co może się wiązać z niechęcią Polaków do wykonywania badań – mówi Anna Śliwińska z Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Według raportu „Cukrzyca – niewidzialna pandemia”  przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden 1/3 respondentów w ciągu ostatnich trzech lat nie sprawdziła poziomu cukru we krwi. W dobie koronawirusa dostępność lekarzy specjalistów jest ograniczona – tak uważa 60 proc. badanych.

– Szacuje się, że nawet milion Polaków nie wie, że choruje na cukrzycę, a stan przedcukrzycowy ma ponad 5 mln osób. Zatem w przyszłości możemy się spodziewać, że zachorowań będzie coraz więcej. Nie bez powodu mówi się, że cukrzyca jest pierwszą niezakaźną epidemią, jaka występuje na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Śliwińska, prezes zarządu głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Jak wynika z badania Nationale-Nederlanden „Cukrzyca – niewidzialna pandemia”, sytuacja związana z koronawirusem wyzwoliła u Polek i Polaków pewne obawy dotyczące ich zdrowia. 2/3 ankietowanych uważa cukrzycę za poważną chorobę i boi się na nią zachorować. Co 10. potwierdza, że choruje na cukrzycę, a blisko jedna trzecia przyznaje, że z tą chorobą zmaga się członek ich najbliższej rodziny. Pomimo tego co trzeci badany deklaruje, że w ciągu ostatnich trzech lat nie skontrolował poziomu cukru we krwi.

– Jako stowarzyszenie i całe środowisko diabetologiczne zabiegamy o to, aby takie badania były obowiązkowe, chociaż rzeczywiście świadomość ludzi jest coraz większa i coraz częściej są one wykonywane, chociażby w ramach medycyny pracy. Nawet jeżeli lekarz takich badań nie zaleci, to polecamy wszystkim osobom po 45. roku życia, aby poprosiły lekarza o skierowanie albo sami je sfinansowali – zaleca prezes PSD.

Przyczyną cukrzycy typu II jest często niezdrowy tryb życia w połączeniu z predyspozycją genetyczną.

– Jeśli choroba występowała w najbliższej rodzinie albo podczas ciąży w przypadku kobiet, można się obawiać zachorowania – uściśla Anna Śliwińska. – Jeżeli nie będziemy prowadzili zdrowego trybu życia, czyli nie będziemy się zdrowo odżywiali, nie będziemy aktywni fizycznie, to czeka nas bardzo często nadwaga, otyłość i, co za tym idzie, cukrzyca typu II.

Dobrą wiadomością jest to, że Polacy coraz więcej wiedzą na temat zdrowych nawyków. Siedmiu na dziesięciu uważa, że ich wdrożenie w życie pomoże uniknąć zachorowania na takie choroby jak nowotwory, cukrzyca czy zawał serca. Dwie trzecie badanych deklaruje, że stosuje na co dzień odpowiednią dietę.

– Według badania przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden najczęstszym powodem, który uniemożliwia nam zadbanie o siebie, jest stres. Wskazuje na to 30 proc. Polaków. Na drugim miejscu ex aequo znajduje się brak ruchu fizycznego i brak czasu na badania profilaktyczne (po 28 proc.). Okazuje się, że tylko 1/4 Polaków nie ma najmniejszego problemu z zadbaniem o siebie i zachowaniem zdrowego stylu życia – wskazuje Joanna Walczuk, menadżer ds. portfela produktów w Nationale-Nederlanden.

Jednocześnie 60 proc. badanych twierdzi, że ma świadomość, jakie są potencjalne powikłania cukrzycy i jaki tryb życia powinni prowadzić, żeby się przed nimi i samą cukrzycą ustrzec.

– Jedna czwarta Polaków wskazuje, że najbardziej obawia się chorób układu krążenia, natomiast co 10. obawia się też zakażenia koronawirusem – mówi Joanna Walczuk.

– Cukrzyca nieleczona i niezaopiekowana wywołuje katastrofalne powikłania. W Polsce nadal mamy sporo takich przypadków, kiedy chorzy dowiadują się o tym, że mają cukrzycę, przy okazji zawału serca czy udaru mózgu, co już jest powikłaniem niezdiagnozowanej cukrzycy – podkreśla Anna Śliwińska.

Trzy czwarte uczestników badania wskazuje, że największym problemem w leczeniu w Polsce jest dostęp do lekarzy specjalistów oraz do innowacyjnych terapii i technologii.

– W dobie koronawirusa problem związany z umówieniem wizyty jeszcze się pogłębił, na co wskazuje 60 proc. ankietowanych. Dodatkowo co drugi badany uważa, że koszty związane z leczeniem cukrzycy są bardzo wysokie – mówi Joanna Walczuk.

Co trzeci jest z kolei zdania, że najbardziej pomocne w przypadku zachorowania na cukrzycę byłoby dla niego wsparcie finansowe na zakup leków i sprzętu diagnostycznego. Podobny odsetek respondentów wskazuje na pomoc w umówieniu wizyty u lekarza specjalisty.

Jak widać, Polacy mają świadomość, że leczenie cukrzycy często wymaga dodatkowych nakładów finansowych. Zgodnie z danymi Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków blisko 80 proc. cukrzyków potwierdza, że nie stać ich na optymalną i nowoczesną terapię. Na rynku dostępne są już jednak rozwiązania, które mogą być realnym zabezpieczeniem i wsparciem w przypadku zachorowania na tę chorobę oraz w trakcie walki z jej powikłaniami. Taka ochrona dostępna jest w ramach umowy dodatkowej do indywidualnego ubezpieczenia na życie oraz grupowego ubezpieczenia na życie.

W Żabce wystartował pilotaż zbiórki plastiku. Powstaną z niego butelki wody marki własnej

W skali UE konsumenci zużywają około 46 mld plastikowych butelek rocznie, a każdy Europejczyk generuje ok. 31 kg śmieci z plastiku, z których tylko 1/3 trafia do ponownego przetworzenia. Również w Polsce do recyklingu trafia stosunkowo niewielki odsetek plastikowych odpadów, a 1/3 jej mieszkańców w ogóle nie segreguje śmieci. Dlatego też Żabka chce promować proekologiczne nawyki i startuje z akcją zbiórki plastikowych butelek, za które będzie nagradzać klientów dodatkowymi punktami w programie lojalnościowym. Plastikowe odpady zwrócone do sklepów Żabka posłużą do produkcji nowych, pochodzących w 100 proc. z recyklingu butelek na wodę mineralną.

– Statystyczny Polak produkuje rocznie ponad 300 kg odpadów, z czego prawie połowa nadaje się do recyklingu. Niestety – ze względu na niską świadomość ekologiczną i brak selektywnej zbiórki – recyklingowi poddawanych jest ich o wiele mniej – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Zagórski, dyrektor Lekaro. – Selektywna zbiórka odpadów w naszych domach jest kluczowa z perspektywy całego cyklu życia odpadu i jego dalszego przetworzenia. Jeżeli dobrze je przesortujemy, podzielimy na papier, plastik i szkło, możemy z nich odzyskać o wiele więcej surowców, dzięki czemu mniej odpadów trafi na składowisko, zanieczyszczając nasze środowisko.

Plastik jest w tej chwili jednym z najbardziej problematycznych surowców w kontekście ochrony środowiska. Według WWF Polska w ciągu ostatnich 65 lat jego produkcja wzrosła z 2 do 348 mln ton rocznie, z czego 40 proc. stanowią plastikowe opakowania. Nieumiejętne gospodarowanie plastikiem powoduje, że przedostaje się on do środowiska, w tym do gleby, rzek, mórz i oceanów, siejąc spustoszenie. W morzach i oceanach ląduje rocznie ponad 8 mln ton plastiku – to odpowiednik jednej śmieciarki pełnej odpadów wrzucanych do wody co 1 minutę. Szacuje się, że na powierzchni oceanów już teraz unosi się około 100 mln ton plastiku.

Tymczasem tylko w UE konsumenci zużywają ok. 100 mld foliówek i 46 mld plastikowych butelek rocznie. Każdy mieszkaniec Europy generuje co roku ok. 31 kg śmieci z plastiku, ale tylko 30 proc. z nich jest poddawanych recyklingowi. – Dlatego jako pierwsza firma w Polsce razem z naszymi franczyzobiorcami i partnerami postanowiliśmy przetestować działanie gospodarki o obiegu zamkniętym dla marki własnej – mówi Anna Gorączka, green officer w Żabka Polska.

Żabka, czyli jedna z głównych sieci handlowych w Polsce, zachęca klientów do budowania proekologicznych nawyków i oddawania plastikowych butelek podczas zakupów. Akcja będzie prowadzona w ponad 20 sklepach w Warszawie, a sieć wykorzysta w niej swoją aplikację żappka. Dzięki temu za oddane w sklepie plastikowe butelki klienci będą otrzymywać dodatkowe punkty lojalnościowe – żappsy (więcej informacji: https://www.zabka.pl/recycling).

– W ramach akcji zachęcamy naszych klientów do przynoszenia plastikowych butelek po napojach podczas zakupów. Nagradzamy ich za to punktami lojalnościowymi – żappsami. Zebrane opakowania posłużą nam do stworzenia nowych butelek na wodę marki własnej OD NOWA, pochodzących w 100 proc. z recyklingu. Dzięki temu wspólnie nadamy opakowaniom nowe życie i zamkniemy obieg plastiku. Akcja ma charakter pilotażowy i będzie prowadzona w 23 sklepach zlokalizowanych na warszawskiej Pradze. Gorąco zachęcam warszawiaków do wzięcia udziału w akcji i budowania nowych proekologicznych nawyków – mówi Anna Gorączka.  Wpływ plastiku to jeden z tematów, który jest istotny dla naszych klientów, interesuje ich w zakresie odpowiedzialności społecznej. Każdy z nas ma też swój mały wpływ i może małymi krokami zmieniać rzeczywistość i polepszać stan planety. 

W akcji zbiórki plastikowych butelek biorą też udział partnerzy i franczyzobiorcy Żabki, którzy podkreślają, że dla klientów kwestie ochrony środowiska stają się coraz bardziej istotne.

– Ekologia to temat, którym interesuje się coraz szersza grupa naszych klientów. Coraz częściej pytają o ekologiczne produkty, doceniają że w naszych sklepach mamy torby papierowe zamiast plastikowych, doceniają oznaczenia produktów marek własnych na opakowaniach, które ułatwiają im segregację. W akcję zbierania plastikowych butelek zaangażowali się nie tylko klienci, ale również pracownicy. Cieszymy się, że możemy dawać butelkom drugie życie – mówi Adrian Olszak, franczyzobiorca Żabki.

– Widzimy ogromny potencjał w podnoszeniu świadomości ekologicznej mieszkańców, we wzroście poziomów recyklingu i minimalizacji ilości odpadów. Dlatego bardzo chętnie bierzemy udział w akcjach, które zachęcają do selektywnej zbiórki zamiast wyrzucania odpadów zmieszanych. Podobnie jak można przynosić szklane butelki zwrotne do sklepu, tak teraz ruszamy z akcją zbiórki tych plastikowych – dodaje Leszek Zagórski, dyrektor Lekaro.

Butelki oddane przez klientów zostaną przetworzone na nowy surowiec. Posłużą do produkcji nowych plastikowych opakowań na wodę OD NOWA, pochodzących w 100 proc. z recyklingu.

– Butelki zebrane w sklepach Żabka będziemy mogli przetworzyć na recyklat PET i ponownie wytworzyć z nich opakowania, zamykając w ten sposób obieg materiałów – mówi Mariusz Musiał, dyrektor zarządzający ALPLA Polska. – Już w tym momencie w zakładzie w Radomsku przetwarzamy rocznie około 1,5 mld butelek PET, co pozwala nam na wyprodukowanie około 30 tys. ton recyklatu rocznie. Tworzywo PET z naszej produkcji nadaje się do kontaktu z żywnością i już teraz na sklepowych półkach można znaleźć butelki z zawartością recyklatu nawet na poziomie 100 proc.

Jak wynika z ubiegłorocznego badania „Postawy Polek i Polaków wobec ochrony środowiska” Kantar Millward Brown dla WWF Polska – 82 proc. Polaków uważa zanieczyszczenia powietrza, wód i gleb za największe zagrożenie dla środowiska naturalnego. Mimo to ubiegłoroczny sondaż ARC Rynek i Opinia dla Forum Odpowiedzialnego Biznesu pokazał, że wciąż jedynie 66 proc. konsumentów deklaruje, że segreguje odpady, a tylko 58 proc. widzi sens w takich działaniach.

Polska liderem w produkcji autobusów elektrycznych. Nowy rządowy program pozwoli kupić je z 80-procentowym dofinansowaniem

Po ulicach ponad 20 polskich miast jeździ blisko 350 autobusów elektrycznych. Ich liczba sukcesywnie rośnie, a samorządy coraz częściej decydują się na zakup takich pojazdów. Wynika to, po pierwsze, z proekologicznych trendów, a po drugie – z ustawowego wymogu, zgodnie z którym do 2028 roku powinny one wykazać minimum 30-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Od przyszłego roku ruszy rządowy program, który pozwoli samorządom na zakup takich pojazdów z 80-proc. dofinansowaniem. MAN Truck & Bus uruchomił właśnie w swojej fabryce pod Starachowicami seryjną produkcję elektrycznych autobusów, które zostały zaprojektowane właśnie z myślą o miejskiej mobilności.

– Polska jest jednym z europejskich liderów pod względem liczby autobusów elektrycznych, które jeżdżą po drogach miast. Jesteśmy też jednym z liderów pod względem ich produkcji i eksportu – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – W ponad 20 miastach Polski jeździ już blisko 350 autobusów elektrycznych. Ta liczba szybko rośnie: porównując pierwszych siedem miesięcy ubiegłego i tego roku, widać prawie 200-proc. wzrost.

Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Klimatu na początku przyszłego roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej ma uruchomić nowy program dofinansowania autobusów elektrycznych z budżetem sięgającym 1,3 mld zł. Jego celem będzie zwiększenie liczby takich pojazdów na drogach polskich miast.

– W przetargach ogłaszanych przez samorządy widzimy, że one coraz częściej decydują się na zakup autobusów zeroemisyjnych. Jest to związane m.in. z programami dofinansowań, które funkcjonowały w ubiegłych latach. Mamy nadzieję, że ten, który wystartuje w przyszłym roku, dodatkowo ugruntuje ten trend – mówi Maciej Mazur.

W pierwszym roku obowiązywania nowego programu dofinansowanie do zakupu autobusów elektrycznych ma wynieść 80 proc. i sukcesywnie spadać – do 70 proc. w 2022 roku oraz 60 proc. rok później. Wsparcie będzie kierowane w pierwszej kolejności do samorządów i miejskich przedsiębiorstw komunikacyjnych.

– Środki finansowe przewidziane w tym programie pozwolą dofinansować zakup setek autobusów elektrycznych. Łącznie możemy mówić o około tysiącu sztuk – wskazuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Jak ocenia, rosnąca liczba elektrycznych autobusów w miastach to nie tylko zasługa szerokich możliwości dofinansowania zakupu takich pojazdów. Ten trend wiąże się też z wprowadzeniem rok temu ustawowego nakazu, zgodnie z którym od 1 stycznia 2021 roku samorządy powinny wykazać minimum 5-proc. udział autobusów elektrycznych we flocie. Ma on stopniowo rosnąć aż do 30 proc. w 2028 roku.

– To jest kierunkowskaz dla polskich miast i mamy nadzieję, że ten 30-proc. udział jeszcze wzrośnie, bo nie ma wątpliwości co do tego, że autobusy elektryczne powinny funkcjonować w miastach w jeszcze większej liczbie – mówi Maciej Mazur.

– Autobusy elektryczne to korzystne rozwiązanie zarówno dla mniejszych miast i miejscowości, jak i dużych aglomeracji. W pierwszej kolejności powinny być elektryfikowane te linie, gdzie występują największe skupiska ludzi, bo tam korzyści będą największe, m.in. w postaci ograniczenia emisji i hałasu. Autobusy elektryczne umożliwiają też przearanżowanie transportu zbiorowego – można go wprowadzić np. na obszarach, które do tej pory były wyłączone z ruchu. Dzięki temu miasta zyskują nowe możliwości zwiększenia mobilności mieszkańców, także osób z niepełnosprawnościami ruchowymi – wskazuje Małgorzata Durda, dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska.

Na całym świecie jest około pół miliona takich pojazdów. Większość jeździ po drogach chińskich miast, ale w ostatnich latach także Europa szybko się elektryfikuje i coraz więcej europejskich aglomeracji stawia na transport zeroemisyjny. Dotyczy to zwłaszcza państw takich jak Niemcy, Wielka Brytania czy kraje skandynawskie, ale w gronie liderów elektromobilności jest też Polska.

– Również coraz więcej producentów decyduje się przestawiać na produkcję autobusów elektrycznych. Każdy liczący się producent wprowadza już do swojej oferty takie pojazdy, bo taka jest przyszłość transportu – podkreśla Maciej Mazur.

– Polska jest w tej chwili europejskim liderem w zakresie produkcji autobusów elektrycznych, a na własnym przykładzie możemy powiedzieć, że to z kolei wiąże się również z powstawaniem nowych miejsc pracy, badaniami i rozwojem, wdrażaniem nowych technologii. Zatem elektryfikacja transportu napędza też inne gałęzie gospodarki – dodaje Małgorzata Durda.

Potwierdza to też raport Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych „Napędzamy polską przyszłość”, z którego wynika, że elektryfikacja transportu kołowego w Polsce będzie pozytywnie wpływać na krajowe PKB i rynek pracy. W wyniku tego procesu polska gospodarka wzrośnie o 0,3 proc. w 2030 roku i o 1,1 proc. do 2050 roku.

W październiku MAN Truck & Bus Polska w swojej fabryce pod Starachowicami rozpoczął produkcję innowacyjnych autobusów elektrycznych. Pierwsze egzemplarze kilka miesięcy temu trafiły na testy m.in. do klientów w Niemczech. Teraz ruszyła natomiast seryjna produkcja miejskich autobusów elektrycznych MAN Lion’s City E.

– Innowacyjny autobus elektryczny powinien wykorzystywać wszystkie dostępne technologie, aby był bezpieczny dla pasażerów i uwzględniał wszystkie potrzeby użytkowników. Mowa także o kabinie kierowcy, którą zaprojektowaliśmy w sposób ergonomiczny. Przestrzeń dla pasażerów jest jasna, doświetlona i przestronna, zapewniająca wszystkie potrzebne funkcje dla osób z niepełnosprawnościami – wymienia Małgorzata Durda. – Musieliśmy też zaprojektować ten pojazd tak, żeby obsługa posprzedażowa, wszystkie prace remontowe czy przeglądy były wykonywane w sposób prosty i bezpieczny. 

Koncepcja miejskiego autobusu elektrycznego MAN umożliwia przewóz 84 pasażerów w pojeździe 12-metrowym i 110 pasażerów w przegubowym. Ładowanie poprzez złącze plug-in jest wygodne i niweluje koszty związane z rozbudową infrastruktury ładowarek na terenie miasta. Z kolei duża pojemność akumulatorów przekłada się na zasięg do 270 kilometrów na jednym ładowaniu. Zastosowanie silnika centralnego ułatwia zaś przeprowadzenie prac serwisowych oraz skraca czas przestojów pojazdu spowodowanych konserwacją.

Istotne są także szkolenia dla kierowców, ponieważ specyfika elektryków jest nieco inna niż autobusów spalinowych.

– W naszej organizacji mamy szkołę jazdy i prowadzimy szkolenia zarówno dla kierowców, jak i dla przedstawicieli operatorów – mówi dyrektor ds. produktu i sprzedaży autobusów w MAN Truck & Bus Polska. – Technika jazdy autobusu zelektryfikowanego i elektrycznego jest trochę inna niż tradycyjnego pojazdu z napędem Diesla. Chcemy w nich odzyskać jak najwięcej energii w procesie rekuperacji, żeby nie tylko korzystać z tej energii zgromadzonej ze stacji ładowania, ale również odzyskać jej jak najwięcej w procesie hamowania.

Wraz z rozwojem elektromobilności w miastach MAN rozwija też punkty serwisowe i dostosowuje je do obsługi pojazdów elektrycznych, wyposażając w narzędzia do obsługi systemów wysokiego napięcia i szkoląc elektryków samochodowych. W przyszłym roku ma być w Europie 170 takich specjalistycznych punktów.

Rząd planuje nowe obciążenia podatkowe dla ponad 40 tys. firm. Dla wielu z nich może to oznaczać koniec działalności

0

Ponad 40,5 tys. działających w Polsce spółek komandytowych musi się liczyć od początku przyszłego roku z dodatkowymi obciążeniami podatkowymi. Resort finansów w ramach uszczelniania systemu podatkowego i walki z optymalizacją podatkową zamierza obłożyć je 19-proc. CIT-em, co razem z podatkiem PIT od dywidendy pobieranym od wspólników złoży się na łączną daninę rzędu 34,4 proc. – To pogorszy konkurencyjność polskich przedsiębiorstw wobec zagranicznych podmiotów – uważa ekspert podatkowy TPA Poland.

– Przedmiotem prac Sejmu jest obecnie ustawa zmieniająca szereg ustaw podatkowych, w tym ustawę o podatku dochodowym od osób prawnych i ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Wojciech Sztuba, doradca podatkowy, partner zarządzający w firmie TPA Poland. – Jednym z najbardziej bulwersujących jest ten, który odnosi się do opodatkowania spółek komandytowych. Do tej pory nie były obłożone podatkiem dochodowym.

W połowie września rząd opublikował projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja ta zakłada rozszerzenie katalogu podmiotów objętych podatkiem CIT o spółki komandytowe, które do tej pory takiego obowiązku nie miały.

Ministerstwo Finansów w uzasadnieniu do projektu zakłada, że obecnie spółki komandytowe służą do agresywnej międzynarodowej optymalizacji podatkowej. Według urzędników spółki komandytowe z komplementariuszem, którym jest spółka z o.o., obchodzą prawo podatkowe, naruszając tzw. klauzulę obejścia prawa podatkowego.

– Zaledwie 0,4 proc. wspólników wszystkich spółek komandytowych to podmioty zagraniczne. Taką liczbę udało się ostatnio ustalić na podstawie twardych danych pochodzących z KRS – podkreśla dr Wojciech Sztuba. – Trzeba jasno powiedzieć, że ta regulacja ma charakter bardzo asymetrycznego uderzenia w polskich przedsiębiorców, dlatego że za znakomitą większością spółek komandytowych stoi polski przedsiębiorca, polski kapitał rodzinny.

Spółek komandytowych jest w Polsce ponad 40,5 tys. (dane za 2019 rok), a istota ich konstrukcji polega na połączeniu ograniczonej odpowiedzialności wspólników z jednokrotnym opodatkowaniem PIT, zazwyczaj w formie podatku liniowego 19 proc.

Nowelizacja ustawy zakłada, że od 1 stycznia przyszłego roku spółki komandytowe zapłacą 19 proc. CIT-u, a oprócz tego wspólnicy osiągający zysk dodatkowo zapłacą dotychczasowy 19-proc. podatek PIT od dywidendy. Razem procent składany takiego efektywnego opodatkowania to 34,4 proc.

– Tego typu opodatkowanie spowoduje, że rentowność netto polskiego biznesu spadnie o około 15 punktów procentowych, gdy tymczasem opodatkowanie podmiotów zagranicznych gospodarujących w Polsce się nie zmieni. Oprócz tego tworzy się też ryzyko domiarów podatków za nieprzedawnione okresy historyczne, czyli za lata 2015–2020, co wynika wprost z projektu ustawy, jak również z jego uzasadnienia – mówi ekspert TPA Poland.

Przedsiębiorcy i organizacje zrzeszające właścicieli firm próbują przekonać władze do rezygnacji z tego projektu. Podkreślają, że na 40 587 spółek komandytowych w Polsce tylko 439 ma zagranicznego wspólnika, spośród których 30 proc. pochodzi z Niemiec. Podmioty umożliwiające potencjalny wypływ środków pieniężnych do rajów podatkowych to znikomy margines (113 z Luksemburga, 41 z Cypru, 15 z Malty).

– Gospodarcze skutki takich regulacji mogą być takie, że spółka komandytowa stanie się martwym wehikułem, tej formy prawnej nikt nie będzie w przyszłości używał. Te spółki oczywiście częściowo zostaną w obrocie, podobnie jak dzisiaj widzimy jeszcze sporą część spółek komandytowo-akcyjnych, tyle że one nie mają istotnego znaczenia dla gospodarki, nie są ważnym graczem – mówi dr Wojciech Sztuba.

1 stycznia 2014 roku wprowadzono podatek dochodowy CIT dla spółek komandytowo-akcyjnych. Do tej pory ich liczba rosła dynamicznie – w 2011 roku zwiększyła się o ponad 46 proc., w 2012 – o 86 proc., zaś w rekordowym 2013 – o blisko 103 proc. Na koniec 2013 roku według danych GUS było zarejestrowanych 5,7 tys. spółek S.K.A. Po wprowadzeniu dodatkowego opodatkowania liczba takich form prawnych sukcesywnie zaczęła spadać, by na koniec 2019 roku wynieść 3,7 tys. Część z nich przekształciła się w spółki komandytowe.

– Dla polskiego kapitału, który dzisiaj korzysta ze spółek komandytowych, będą dwie możliwości: albo zaakceptuje podwójne opodatkowanie z jednoczesną dalszą ochroną swojego majątku, albo za cenę obniżenia jego ochrony zdecyduje się np. na formę spółki jawnej lub inną formę jednokrotnego opodatkowania. Przy czym w obu tych przypadkach jest to bardzo zła wiadomość dla polskiego kapitału i dla polskich przedsiębiorców, bo w długim terminie ich konkurencyjność z kapitałem zagranicznym istotnie się pogorszy – mówi ekspert TPA Poland.

Jak podkreśla, proponowane regulacje mają charakter antyrozwojowy. Sukces niemieckiej gospodarki czy gospodarek zachodnich opiera się w głównej mierze na przekazywaniu sobie w formie sukcesji przedsiębiorstwa z pokolenia na pokolenie, a tego rodzaju sukcesja, gdzie istnieje ograniczona odpowiedzialność majątkowa, jest chroniona prawnie, tak jak ma to miejsce w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością.

– Zmiana przepisów w stronę, jaką zaplanował resort finansów, w trwały sposób to uniemożliwi – twierdzi dr Wojciech Sztuba. – Motywacja przepisów zmieniających prawo podatkowe od przyszłego roku jest dość jasna, nawet wymieniona wprost w uzasadnieniu do projektu. To jest motywacja fiskalna, to znaczy resort finansów poszukuje nowych źródeł finansowania deficytu budżetowego i – prawdę mówiąc – uczciwiej byłoby, gdyby politycy mieli odwagę podnieść nominalne opodatkowanie wszystkich podatników, czyli nominalne stawki CIT czy PIT.