W 2021 roku mają ruszyć badania przesiewowe w kierunku rdzeniowego zaniku mięśni. Wczesne podanie leku pozwoli zatrzymać rozwój choroby

Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA) – postępującą chorobą genetyczną, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie. U większości z nich rozpoznaje się jej ciężką postać – SMA1. Cierpią na nią zarówno dorośli, jak i dzieci. Objawy choroby w ok. 90 proc. przypadków pojawiają się jednak w okresie niemowlęcym. Dzieci, u których zanik mięśni został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać poddane błyskawicznemu leczeniu i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy. Na razie jednak jest to niemożliwe, bo choć w Polsce funkcjonuje program lekowy, wciąż brakuje badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad pilotażem, który miałby ruszyć w styczniu 2021 roku.

– Rdzeniowy zanik mięśni jest chorobą genetycznie uwarunkowaną, związaną z mutacją konkretnego genu – SMN1. Ten gen koduje białko warunkujące przeżycie tzw. motoneuronów. Jego uszkodzenie powoduje niedobór tego białka, a w konsekwencji obumieranie motoneuronów rdzenia kręgowego, co prowadzi do osłabienia i zaniku mięśni – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN.

Szacuje się, że w Polsce obecnie ok. 900–1000 osób choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA). W ramach prowadzonego programu lekowego lek nusinersen otrzymuje obecnie ponad 630 chorych, kolejnych 80 jest zakwalifikowanych do terapii. Są to głównie osoby dorosłe, ponieważ włączanie do leczenia noworodków, u których rozpoznano SMA, odbywa się na bieżąco.

– Szacowaliśmy, że do końca 2020 roku uda nam się rozpocząć leczenie u wszystkich polskich pacjentów z SMA, ale pandemia niestety trochę zmniejszyła nasze możliwości. Szpitale w jej trakcie pracowały trochę inaczej. Pacjenci jednak są nadal włączani do leczenia i ten proces na pewno będzie trwał do momentu, aż obejmie wszystkich – podkreśla prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak podkreśla ekspertka, efekty leczenia SMA wśród polskich pacjentów są bardzo dobre. Dzięki nowej terapii – refundowanej od ubiegłego roku w ramach programu lekowego – nawet chorzy z ciężkim przebiegiem tej choroby odzyskują część utraconych funkcji ruchowych, a tym samym uzyskują większą samodzielność w codziennym życiu. W przypadku dzieci wraca zdolność samodzielnego siedzenia i chodzenia, co wcześniej było nieosiągalne. Niemowlęta z najcięższą postacią SMA otrzymały szansę na znacznie dłuższe życie – wcześniej rdzeniowy zanik mięśni był najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia.

– Od końca lutego 2019 roku mamy w Polsce dostępny program lekowy dla leczenia rdzeniowego zaniku mięśni dla wszystkich populacji pacjentów, dla wszystkich grup wiekowych – mówi prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej UCK Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. – Ten program funkcjonuje w Polsce świetnie, mamy jedne z najlepszych wyników w Europie. Po półtora roku obraz rdzeniowego zaniku mięśni w naszym kraju się zmienił, w tej chwili widzimy u pacjentów zatrzymanie postępu choroby albo poprawę.

– Zatrzymanie postępu choroby w przypadku takiego schorzenia jak SMA już można by uznać za sukces terapeutyczny. Obserwujemy jednak także odzyskiwanie ważnych funkcji ruchowych, nawet u osób dorosłych, u których ta choroba trwa kilkadziesiąt lat. To są zmiany, które istotnie poprawiają jakość życia zarówno pacjentów, jak i ich najbliższych, którzy na co dzień są ich opiekunami – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

SMA dotyka osób w różnym wieku, ale w ponad 90 proc. przypadków objawy pojawiają się w okresie niemowlęcym. Co roku w Polsce rodzi się ok. 50. dzieci, u których rozpoznawany jest rdzeniowy zanik mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą jej postacią. Chorobę tę wywołuje mutacja genetyczna, którą w Polsce ma średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko zachoruje.

– W tej chwili diagnostyka jest ukierunkowana tylko na pacjentów objawowych. Badania genetyczne są wykonywane głównie u osób, które mają jakieś objawy i podejrzenie rdzeniowego zaniku mięśni. Obejmuje się nimi także pacjentów, którzy w wywiadzie są obciążeni rodzinnie. Nie ma natomiast powszechnych badań przesiewowych noworodków w kierunku SMA – mówi dr Maria Jędrzejowska. – Wprowadzenie ich pozwoliłoby wykrywać tę chorobę na wczesnym etapie, zanim jeszcze wystąpią objawy, co dramatycznie zmieni rokowania.

– Apelujemy o jak najszybszą możliwość wprowadzenia u noworodków badań przesiewowych. Jeżeli wiemy, że ta choroba wystąpi, jeszcze zanim pojawią się objawy, możemy wcześnie włączyć leczenie i uzyskać wszystkie kroki milowe w rozwoju takiego pacjenta, jakich spodziewalibyśmy się u jego zdrowego rówieśnika – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Potwierdzają to opublikowane niedawno wyniki badania NURTURE, w których bierze udział 25 pacjentów przedobjawowych z rdzeniowym zanikiem mięśni. Wykazały one, że im wcześniej włączane jest leczenie, tym bardziej jest ono skuteczne, a możliwość osiągania kamieni milowych w rozwoju ruchowym przez dzieci jest zbliżona do tej, jaką mają dzieci zdrowe.

– Do badania NURTURE pacjenci byli włączani w okresie przedobjawowym z typem SMA1. Są to dzieci badane prenatalnie, których rodzice dowiedzieli się, że istnieje ryzyko zachorowania, bo np. ich rodzeństwo było chore – tłumaczy przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych. – U tych pacjentów w pierwszych kilku–kilkunastu dobach życia włączano leczenie. Po kilku latach obserwacji wszyscy oni siedzą, większość z nich stoi, a część chodzi, a nawet biega.

Nowe dane wskazują, że po prawie pięciu latach ciągłego leczenia lekiem nusinersen 100 proc. dzieci leczonych przedobjawowo przeżyło i żadne z nich nie wymagało stałej wentylacji. Pacjenci nadal utrzymywali i stopniowo poprawiali funkcje motoryczne w porównaniu z naturalnym przebiegiem choroby, aż 88 proc. z nich samodzielnie chodzi bez żadnej pomocy.

– To są rzeczy, które dla pacjentów z SMA typu 1 w ich naturalnym przebiegu choroby były absolutnie nieosiągalne – podkreśla prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – Jeśli my zainwestujemy w badania przesiewowe, wyciągniemy z populacji około 50 chorych, którzy rodzą się co roku z rdzeniowym zanikiem mięśni, to możemy leczyć ich w tym momencie, który jest dla nich optymalny, czyli zanim te komórki zaczną obumierać.

Istnieje duża szansa, że badania przesiewowe noworodków w kierunku SMA mogą ruszyć już od stycznia 2021 roku. Ministerstwo Zdrowia poinformowało w lipcu, że pracuje nad pilotażem, który zacząłby się od jednego bądź dwóch województw, docelowo w ciągu dwóch–trzech lat objąłby całą Polskę.

– Cały czas czekamy na oficjalną decyzję Ministerstwa Zdrowia. Jako Zespół Koordynacyjny ds. Leczenia SMA proponowaliśmy rozpoczęcie tych badań od połowy tego roku. Wiadomo, że w związku z pandemią one nie mogły teraz ruszyć, ale mamy nadzieję, że od stycznia 2021 roku przynajmniej część dzieci będzie objęta badaniami przesiewowymi – mówi dr Maria Jędrzejowska.

– Wprowadzenie badań przesiewowych pod kątem rdzeniowego zaniku mięśni będzie prawdopodobnie 30. chorobą, która będzie badana podczas screeningu noworodków. To bardzo dobra wiadomość, cieszymy się niezmiernie, że uda się wprowadzić ten pilotaż. Liczymy na to, że w 2022 roku badania przesiewowe obejmą wszystkie noworodki, które się urodzą w Polsce – dodaje Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA.

Fundacja stara się również o wprowadzenie programu opieki koordynowanej nad pacjentami z SMA.

– Chodzi o zespół specjalistów, którzy zajmą się chorymi na rdzeniowy zanik mięśni pod kątem ortopedycznym, anestezjologicznym, dietetycznym i kardiologicznym, bo oni potrzebują opieki wielospecjalistycznej – podkreśla prezes Fundacji SMA.

Opieka fizjoterapeuty ma na celu zachowanie siły mięśni oraz pełnego zakresu ruchów we wszystkich stawach – jest niezbędnym elementem terapii lekiem nusinersen. Lekarz ortopeda i ortotyk mają przeciwdziałać rozwijaniu się wad kręgosłupa i kończyn, często pojawiających się wskutek osłabienia i przykurczów mięśni, nieraz wymagających ingerencji chirurgicznej; zadaniem dietetyka jest natomiast dostosowanie diety do trybu życia oraz zapobieżenie skutkom osłabienia mięśni jamy ustnej i przełyku. W ciężkich przypadkach rdzeniowego zaniku mięśni niezbędna jest opieka pulmonologa lub anestezjologa, który czuwa nad przebiegiem funkcji oddechowych i w razie potrzeby wprowadza mechaniczne wspomaganie oddechu.

Galerie handlowe starają się na nowo przyciągnąć klientów po lockdownie. Zapewnienie rozrywki i programy lojalnościowe stają się kluczowe

0

Klienci powoli wracają do obiektów handlowych, ale jak wynika z danych PRCH, ich odwiedzalność wciąż waha się między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości. Ruch po lockdownie związanym z pandemią najszybciej odradza się w tych galeriach, które oferują dodatkowe możliwości rozrywki i spędzania wolnego czasu. Odbudowa bazy klientów to niejedyne wyzwanie, przed jakim stoją obiekty handlowe. Kolejnym jest zbudowanie ich lojalności w obliczu spodziewanego spadku wydatków konsumenckich i zaostrzenia konkurencji. Dlatego też galerie stawiają mocny akcent na rozbudowę swoich programów lojalnościowych, które pomagają zwiększyć ruch, przyciągnąć nowych klientów i zmotywować ich do częstszych zakupów.

Jak wynika z raportu „Westfield: How We Shop”, jednego z największych badań zwyczajów konsumenckich w handlu detalicznym, aż 75 proc. polskich konsumentów oczekuje od centrów handlowych wtapiania się w lokalne środowisko. W tych centrach handlowych, które są bliskie lokalnym społecznościom, najszybciej odradza się odwiedzalność – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Osińska, rzeczniczka warszawskiej galerii Westfield Arkadia.

Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność obiektów handlowych w sierpniu br. wynosiła średnio między 70 a 96 proc. ubiegłorocznych wartości – w zależności od dnia, wielkości centrum handlowego i regionu. Galerie odwiedzało średnio ponad 11,4 tys. osób w ciągu jednego dnia handlowego, czyli o ok. 1,4 tys. osób więcej niż jeszcze w lipcu.

Klienci traktują galerie nie tylko jako miejsce dokonywania zakupów, lecz także spędzania wolnego czasu. Przestają one spełniać wyłącznie tradycyjną funkcję handlową, stając się ośrodkami rozrywki i spotkań towarzyskich. Potwierdza to rosnący udział najemców z sektora rozrywka oraz gastronomia w całkowitej powierzchni handlowej. W coraz większym stopniu galerie stają się też częścią miejskiej tkanki, pełniąc funkcje kulturalne i społeczne.

Robimy wiele, żeby pozytywnie wpływać na tkankę miejską i odpowiadać na potrzeby lokalnych społeczności. Korekta funkcji centrum handlowego – ze świątyni zakupów w kierunku miejsca przydatnego sąsiedztwu – nie jest rewolucją w przypadku obiektów należących do Unibail-Rodamco-Westfield. Konsekwentnie realizujemy plan aktywnego uczestnictwa w sąsiedzkim życiu i wnoszenia do niego wartości dodanej – mówi Karolina Osińska. – Dobrym przykładem takich działań jest plac zabaw wybudowany przed Westfield Arkadia. Dzięki tej inwestycji najmłodsi klienci centrum i okoliczni mieszkańcy zyskali dostęp do nowoczesnej infrastruktury, a obiekt jeszcze bardziej wtopił się w społeczne otoczenie.

Pandemia SARS-CoV-2 okazała się dla rynku handlowego katalizatorem, który przyspieszył migrację klientów z tradycyjnego kanału zakupowego do online’u. Z czerwcowego raportu e-Izby wynika, że obecnie 27 proc. z nich częściej dokonuje zakupów w sieci. Dlatego też głównym wyzwaniem dla galerii handlowych jest teraz odbudowa bazy klientów utraconej w czasie lockdownu – zachęcenie ich do tego, aby wrócili do swoich starych nawyków zakupowych i ulubionych miejsc.

Z pewnością mogłoby w tym pomóc czasowe zniesienie zakazu handlu w niedziele. Ostatnia handlowa niedziela 30 sierpnia może być tego dobrym przykładem. Dane PRCH wskazują, że tego dnia obserwowany był wzmożony ruch w galeriach handlowych, a średnia odwiedzalność wyniosła 97 proc. wartości odnotowanej w ostatnią niedzielę sierpnia 2019 roku. To oznacza, że liczba odwiedzających w centrach i galeriach handlowych była niemal taka sama jak przed wybuchem pandemii.

– Jak wynika z danych CBRE, ponad połowa Polaków chciałaby mieć możliwość swobodnych zakupów w niedziele. Zniesienie regulacji, która tego zakazuje, wpłynęłoby korzystnie zarówno na pobudzenie gospodarki, odbudowanie obrotów najemców, tworzenie miejsc pracy, jak i na zwiększenie bezpieczeństwa zakupów poprzez rozładowanie obłożenia centrów w pozostałe dni tygodnia – ocenia rzeczniczka galerii Westfield Arkadia.

Większość ekonomistów w związku z recesją prognozuje spadek wydatków konsumenckich. To oznacza, że wartość koszyków zakupowych będzie mniejsza, a obiekty handlowe muszą liczyć się z zaostrzeniem konkurencji o to, kto szybciej przyciągnie klientów i skłoni ich do większych zakupów. To zaś skłania galerie do szukania nowych sposobów na zwiększanie swojej atrakcyjności i budowania lojalności klientów. Jednym z najskuteczniejszych narzędzi są programy lojalnościowe, bo klienci lubią być premiowani za zakupy.

Jak wynika z badania TNS dla Comarch („Przyszłość zakupów. Najważniejsze trendy w retail dziś i w 2030 roku”), do co najmniej jednego programu lojalnościowego zapisało się 75 proc. Polaków. Cztery największe korzyści, na które wskazuje ponad 80 proc. uczestników takich programów, to promocje, jakość i ilość nagród, możliwość zbierania punktów lojalnościowych i dodatkowe benefity (np. przedpremiery, przedsprzedaż produktów).

Na rozbudowę swojego programu lojalnościowego dla stałych klientów zdecydowały się właśnie centra handlowe należące do Unibail-Rodamco-Westfield, które wprowadzają możliwość otrzymywania zwrotu części pieniędzy wydawanych na zakupy w Westfield Arkadia i Galerii Mokotów w Warszawie oraz Wroclavii we Wrocławiu.

To nowa, przynosząca wymierne korzyści funkcjonalność programu lojalnościowego. Przejrzyste zasady, wygoda i łatwość korzystania oraz oszczędności sięgające aż 10 proc. wartości zakupów to główne zalety cashbacku, ale udział w programie lojalnościowym oferuje ich znacznie więcej. Nasi stali klienci już od dawna mogą liczyć na ekskluzywne oferty wielu sklepów, otrzymywać dostęp do dedykowanych usług premium, a także specjalne zaproszenia na wydarzenia VIP. Teraz cashback jest więc kolejnym sposobem, dzięki któremu staramy się docenić i nagrodzić stałych klientów – mówi Kamila Mąsior, digital manager Unibail-Rodamco-Westfield.

15 września odbędzie się transmitowany w sieci otwarty webinar (https://youtu.be/SzchEe_YT1E), zorganizowany przy współpracy z agencją informacyjną Newseria, na którym przedstawiciel Unibail-Rodamco-Westfield zaprezentuje innowacyjne na polskim rynku rozwiązanie technologiczne w ramach swojego programu lojalnościowego.

Na rosnące znaczenie programów lojalnościowych w handlu detalicznym zwraca też uwagę firma doradcza PwC. Eksperci wskazują, że dobrze zaprojektowany i właściwie wdrożony program może pomóc pokonać trudności związane z obecną rzeczywistością: zwiększyć odwiedzalność i przyciągnąć nowych klientów, zmotywować ich do częstszych zakupów oraz zbudować ich lojalność i pozytywne doświadczenia zakupowe.

Rząd pracuje nad kryteriami bezpieczeństwa sieci 5G. Polskie przepisy mają być jednymi z najsurowszych w Europie

W tym tygodniu do publicznych konsultacji trafił projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Znalazły się w nim m.in. zapisy pozwalające na wykluczenie dostawców infrastruktury, którzy pochodzą z państw nieprzestrzegających praw człowieka. Tym samym Polska chce wprowadzić jedne z najsurowszych w całej UE przepisy dotyczące podmiotów uczestniczących w budowie 5G. – To uderzy w rynek i opóźni wdrażanie nowej technologii – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wprowadza szereg zapisów, które są niemierzalne, mało obiektywne i nietransparentne. Przykładem jest tzw. mechanizm dostawcy wysokiego ryzyka, których wskaże Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, czyli premier oraz szefowie służb, na podstawie mało obiektywnych kryteriów. Kolegium będzie oceniać na przykład to, czy dostawca pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka. A przecież prawa człowieka i cyberbezpieczeństwo to dwie zupełnie różne sprawy – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa trafił do konsultacji publicznych we wtorek, 8 września. Resort cyfryzacji czeka na opinie m.in. stowarzyszeń branżowych, przedsiębiorstw i instytutów naukowych, bo dokument będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego.

– Jest 14 dni na konsultacje tej ustawy i zobaczymy, jaki ostatecznie będzie miała kształt. Jednak w tym momencie jest w niej szereg zapisów, które można by trochę lepiej przemyśleć – wskazuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Resort cyfryzacji uzasadnia, że nowelizacja jest podyktowana ustaleniami na poziomie europejskim. Nowy projekt wdraża bowiem zalecenia i standardy opublikowane w tzw. 5G Toolbox, czyli zestawie narzędzi przygotowanych przez Komisję Europejską i Agencję Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) przy współudziale wszystkich państw członkowskich UE, w tym Polski.

5G Toolbox został przyjęty na początku tego roku i ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci nowej generacji. Będzie podstawą dla wspólnych, skoordynowanych działań w tym zakresie. Państwa członkowskie UE zobowiązały się w nim m.in. właśnie do zaostrzenia wymagań dotyczących bezpieczeństwa infrastruktury telekomunikacyjnej oraz do oceny profilu ryzyka dostawców i ich dywersyfikacji. Jednak szczegółowe decyzje dotyczące tego, jakie konkretnie środki bezpieczeństwa zostaną wdrożone, pozostają w gestii państw członkowskich UE.

Do tej pory żaden kraj na świecie, a już na pewno w Europie, nie zaproponował tego typu zapisów. Najbardziej rygorystyczne ma jak dotąd Wielka Brytania, która nie jest już w UE. Czas na potencjalne wykluczenie dostawcy wynosi tam siedem lat, te zapisy były konsultowane z całym rynkiem przez dość długi czas, a operatorzy do końca tego roku wciąż mają prawo kupować urządzenia wszystkich dostawców, nawet tych potencjalnie wykluczonych. Polska proponuje więc dużo bardziej surowe przepisy niż wszędzie indziej w Europie – podkreśla Ryszard Hordyński.

W Polsce oceny dostawców sprzętu i oprogramowania, istotnego dla krajowego cyberbezpieczeństwa i sieci 5G, ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. To organ doradczy, który od dwóch lat funkcjonuje przy Radzie Ministrów. Projekt nowelizacji ustawy o KSC zakłada, że w trakcie oceny kolegium weźmie pod uwagę takie czynniki jak m.in. potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego „o charakterze ekonomicznym, kontrwywiadowczym i terrorystycznym”, prawdopodobieństwo tego, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka.

Ocena sporządzana przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa ma uwzględniać trzy stopnie ryzyka, jakie wiąże się z danym dostawcą: wysokie, umiarkowane lub niskie. To pierwsze jest przewidziane dla firm, które zostaną uznane za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, co oznacza, że zostaną odcięte od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. Firmy objęte statusem umiarkowanego ryzyka będą mieć z kolei zakaz wprowadzania na polski rynek nowych produktów i usług (przynajmniej do czasu wyeliminowania stwarzanych przez nie zagrożeń).

Cyberbezpieczeństwo czy kwestie inżynierskie można obudować przepisami, które mają związek z technologią i podejściem inżynierskim. Natomiast zapisy zaproponowane w tej ustawie są nieobiektywne i czysto polityczne – komentuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Zapisy nowelizacji ustawy o KSC wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku firmy Huawei, która jest w tej chwili jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G. Stany Zjednoczone już od dłuższego czasu zarzucają technologicznemu gigantowi, że ma powiązania z chińskim rządem. W tle jest też wojna handlowa i napięte relacje pomiędzy Chinami i USA oraz amerykański program Clean Network, który ma na celu całkowite wyeliminowanie chińskich producentów z rynku telekomunikacyjnego.

Jak podkreśla Ryszard Hordyński, jeżeli ustawa o KSC wejdzie w życie w obecnie proponowanym kształcie, z mechanizmem zaprojektowanym do wykluczenia konkretnego dostawcy, uderzy to głównie w rynek i opóźni wdrażanie w Polsce 5G.

Po pierwsze, operatorzy, którzy w tej chwili korzystają z usług lub sprzętu potencjalnie wykluczonego dostawcy, będą musieli ponieść ogromne koszty. Te są szacowane na ok. 15 mld zł na samą infrastrukturę. Po drugie, w tej chwili na rynku jest trzech dostawców sieci 5G. Po tej zmianie zostałoby dwóch. Jeśli weźmiemy pod uwagę podstawowe zasady ekonomii, powstanie przez to monopol, w którym każdy operator będzie wykorzystywać tylko dwóch dostawców. To oznacza brak konkurencyjności, czyli nie tylko wyższe ceny, ale i gorszą jakość usług – mówi.

Resort cyfryzacji podkreśla, że zarówno Komisja Europejska, jak i Polska kładą duży nacisk na bezpieczeństwo technologii 5G. Tym bardziej że będzie ona mieć wpływ nie tylko na rynek telekomunikacyjny, lecz także inne kluczowe sektory gospodarki, jak np. energetyka, transport, bankowość czy zdrowie. Ponadto sieć 5G będzie nośnikiem informacji wrażliwych. Dlatego też zapewnienie jej bezpieczeństwa jest kluczowe. KE wskazuje, że odpowiedzialność za jej działanie i ochronę spoczywa zarówno na podmiotach rynkowych, jak i państwach członkowskich.

Jest w Polsce potrzeba wprowadzenia ramowych, wspólnych zasad dotyczących cyberbezpieczeństwa, bo obecna ustawa pochodzi sprzed kilku lat. Tymczasem technologia zmienia się bardzo szybko i prawo za nią nie nadąża. Wdrożenie sieci 5G będzie fundamentem tzw. gospodarki 4.0, która połączy ze sobą wszystkie urządzenia i wszystkie możliwe czujniki. Rozsądne podejście do bezpieczeństwa w tym zakresie jest bardzo potrzebne. Jednak powinno być to podejście mierzalne i inżynierskie, a nie polityczne – podsumowuje dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.

Minister finansów: Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce. Gospodarka wyjdzie z recesji dzięki konsumpcji prywatnej

Tadeusz Kościński deklaruje, że resort finansów nie zamierza podnosić podatków mimo zwiększonych wydatków spowodowanych pandemią. W tym roku zamiast zerowego deficytu ma on wynieść ponad 109 mld zł, choć wielu ekonomistów uważa, że jest to kwota zawyżona. Dodatkowo poluzowana reguła wydatkowa pozwala na pewną swobodę. Minister popiera też wprowadzenie podatku cyfrowego, choć musiałoby to się odbyć na poziomie unijnym, by nie narazić naszego kraju na retorsje Stanów Zjednoczonych.

– Nie planujemy zwiększać poziomu podatków w Polsce, żeby obywatele płacili więcej. Również nie zamierzamy zmniejszyć kosztów, bo naszą strategią jest, żeby gospodarka szybciej wyszła z recesji, a to będziemy robić poprzez konsumpcję prywatną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów. – Im więcej pieniędzy będziemy mieli u naszych podatników, żeby mogli wydawać, tym szybciej wyjdziemy z tej recesji, więc podnosić podatki, wyciągać pieniądze z kieszeni czy obcinać jakieś koszty byłoby bez sensu, tego nie będziemy robić.

W budżecie państwa na 2021 rok zapisano wpływy na poziomie prawie 403,73 mld zł. W tym z podatków ma pochodzić 368,43 mld zł, czyli ponad 91 proc. Najwyższą pozycję – o wartości niemal ich połowy – stanowi podatek od towarów i usług, czyli VAT – 181 mld zł, a następnie akcyzowy oraz od osób fizycznych (odpowiednio 71,74 mld zł oraz 68,1 mld zł). Na obecny rok po nowelizacji spowodowanej pandemią przewidziano dochody w wysokości 398,7 mld zł, niższe od zaplanowanych wcześniej o 36,7 mld zł, a wydatki na poziomie 508 mld zł, o 72,7 mld zł więcej od zakładanych poprzednio. W przyszłym roku źródłem dodatkowych wpływów mają być dalsze uszczelnienie podatkowe, dokończenie reformy OFE oraz podatek od sprzedaży detalicznej, który ma zacząć obowiązywać od 1 stycznia.

– Chcemy, żeby nasza gospodarka szybko rosła, docelowo głównym jej motorem będzie inwestycja prywatna. Prywatni inwestorzy, co absolutnie zrozumiałe, nie chcą inwestować swoich pieniędzy, gdy nie czują się pewnie, więc z różnych stron będziemy próbować restartować gospodarkę: poprzez konsumpcję prywatną, konsumpcję publiczną, jak również inwestycje publiczne – deklaruje minister finansów. – Bardzo ważne, żeby lokalne inwestycje mogły być jak najszybciej wdrażane: budowy nowych dróg, szpitali i szkół. To spowoduje, że lokalne firmy będą zatrudniać, ludzie będą mieli pracę, będą płacić podatki, kupować w sklepach i w ten sposób gospodarka będzie rosła i mam nadzieję, że bezboleśnie wyjdzie z kryzysu.

Deficyt budżetowy w tym roku ma wynieść 109,3 mld zł (przed pandemią planowano budżet zrównoważony, z dochodami równymi wydatkom, jednak COVID-19 pokrzyżował te plany), a w przyszłym 82,3 mld zł. Jednak także w związku z koronawirusem poluzowana została stabilizująca reguła wydatkowa, dzięki czemu kwota wydatków na rok 2021 mogła zostać powiększona o połowę prognozowanej sumy skutków finansowych po stronie dochodów i wydatków wynikających z działań bezpośrednio nakierowanych na powstrzymanie skutków stanu epidemii w 2020 roku i walkę z nimi oraz na bezpośrednie wsparcie dotkniętych nim podmiotów.

Prognozy dochodów budżetu państwa zdeterminowane są przede wszystkim szacunkami wzrostu PKB (w ujęciu realnym o 4 proc., nominalnym o 5,4 proc.), średniorocznym wzrostem cen towarów i usług konsumpcyjnych, czyli inflacją (1,8 proc.), nominalnym wzrostem przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń w gospodarce narodowej (2,6 proc.) oraz wzrostem spożycia prywatnego (w ujęciu nominalnym o 6,3 proc.).

– Nie mamy konkretnego planu, koncepcji, strategii, że likwidujemy ulgi. Ale na pewno będziemy bacznie uważać, czy one są efektywnie wykorzystane, czy nie możemy lepiej ich wykorzystać. Cały czas rozmawiamy z biznesem, z rynkiem i słuchamy, co rynek ma do powiedzenia. Oczekuję na ciekawe propozycje, jakie ulgi by pomogły rozkręcić naszą gospodarkę. Jak będzie coś ciekawego, na pewno będziemy to tak szybko wdrażać, jak tylko możemy – zapewnia Tadeusz Kościński.

Dodatkowe przychody mógłby przynieść tzw. podatek cyfrowy, czyli danina nakładana na największe firmy technologiczne: Google (Alphabet), Amazon, Facebook, Apple, które podczas pandemii jeszcze mocno zyskały (wszystkie są na giełdzie w Nowym Jorku, poza tym wzrosło zapotrzebowanie na usługi cyfrowe), a w wielu krajach nie płacą podatków. O podatku takim mówi się od dawna zarówno na poziomie UE, która zaproponowała 3-proc. stawkę (ale nie mówi jednym głosem), jak i pojedynczych krajów, ale jako że giganci ci wywodzą się ze Stanów Zjednoczonych, państwa próbujące nałożyć tenże podatek są straszone wprowadzeniem ceł (przykład Francji z ubiegłego roku). Dlatego też rządy liczą na spójną inicjatywę Brukseli w imieniu wszystkich państw Wspólnoty oraz na uzgodnienia w gronie państw OECD.

– Trzeba pamiętać, że podatki mają dwa cele: jeden cel jest podstawowy, żeby sfinansować budżet państwa, bo tylko w ten sposób będziemy mieli nowoczesną infrastrukturę, nowe drogi czy szkoły. A drugi cel – obowiązkiem jest pilnować, czy podatki są sprawiedliwe, że wszyscy odpowiednio dokładają swój kawałek do tej infrastruktury, którą chcemy budować – argumentuje minister finansów. – I są takie możliwości, podatek cyfrowy jest bardzo dobrym przykładem, obecnie nie ma go w Polsce, a mamy firmy, które działają w naszej gospodarce, czerpią korzyści stąd, wyciągają zyski, a nie dokładają się do naszej infrastruktury. To tylko jest uszczelnienie, na pewno będziemy na to bacznie patrzeć, czy uczciwi podatnicy nie mają jakiegoś kłopotu z tym, że inni działają na naszym rynku nieuczciwie.

Jarosińska-Jedynak: Znalezienie regionalnych nisz może pomóc w zwiększeniu polskiej innowacyjności. Kluczowe jest wsparcie z unijnych środków

Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. Pomóc to zmienić mogą środki unijne – w budżecie UE po 2021 roku nasz kraj otrzyma ok. 60 mld zł. – Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji i znalezienia takich obszarów, gdzie przedsiębiorczość może się rozwijać – podkreśla Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. W ramach wsparcia inwestycji resort chce udoskonalić mechanizm wsparcia innowacji.

– Powinniśmy wyjść od regionalnych inteligentnych specjalizacji. To obszary, których każdy region poszukuje w ramach swojego potencjału rozwoju regionalnego czy przedsiębiorczości. Należy znaleźć nisze, a następnie poszukiwać w ramach tych obszarów innowacyjnych rozwiązań. Dzięki współpracy mikro-, małych i średnich firm z dużym przedsiębiorcą i z naukowcami możemy poszukiwać najlepszych rozwiązań, które będą konkurencją na rynkach międzynarodowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Najnowszy European Innovation Scoreboard 2020 opublikowany przez Komisję Europejską wskazuje, że pod względem innowacyjności Polska, podobnie jak rok wcześniej, zajmuje 24. miejsce. Choć w Unii Europejskiej plasujemy się na końcu stawki, stopniowo nadrabiamy zaległości. W gronie umiarkowanych innowatorów szybsze tempo odnotowały tylko Włochy (0,019), Hiszpania (0,030) i Cypr (0,046). Ogółem wydajność systemu innowacji wzrosła w przypadku naszego kraju o 13 pkt. proc. w porównaniu z 2012 rokiem. W dużej mierze to wynik wsparcia firm w ramach środków unijnych.

– Innowacje to trudne w realizacji i ryzykowne projekty. Dlatego mikro- i mały przedsiębiorca rzadko kiedy chce inwestować swoje środki w takie obszary. W momencie, kiedy pojawiają się możliwości finansowania ze środków Unii Europejskiej czy choćby ulgi w podatku na prace badawczo-rozwojowe, przedsiębiorcy chętniej sięgają po takie rozwiązania, chętniej ze sobą współpracują i poszukują tych najlepszych, nowatorskich pomysłów – ocenia Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

W budżecie unijnym po 2021 roku na innowacyjne inwestycje Polska ma otrzymać ok. 60 mld zł. Kluczowe jest zwłaszcza wsparcie dla najmniejszych firm, którym w efekcie kryzysu wywołanego koronawirusem często brakowało środków na bieżącą działalność. Dlatego też np. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w czterech prowadzonych konkursach Bony na innowacje dla MŚP ma do rozdysponowania 160 mln zł z funduszy unijnych na takie projekty.

– Musimy podchodzić otwarcie do tych ryzykownych projektów. Nie możemy mówić, że jak nie wyszło, to tracisz środki, tylko sprawdzić, dlaczego nie wyszło, co miało na to wpływ i rozważyć możliwość sfinansowania tej inwestycji, która się nie udała, ale też doprowadziła do pewnych rozwiązań, które przecież mogą być wykorzystane w innych obszarach – przekonuje minister.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Polskiego Funduszu Rozwoju, w wyniku pandemii spadek zamówień dotknął ok. 60 proc. polskich przedsiębiorstw. Co czwarta firma ma trudności z regulowaniem zobowiązań. Szansą dla nich mogą być właśnie innowacje. Mogą pod tym względem liczyć na wsparcie z Programu Inteligentny Rozwój i Polska Wschodnia oraz w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych zarządzanych przez marszałków województw.

– Innowacje są wspierane w zależności od ich wielkości i odpowiedzi na potrzeby regionalnych inteligentnych specjalizacji. Wysokość wsparcia uzależniona jest od rodzaju prowadzonych prac badawczo-rozwojowych, od wielkości przedsiębiorstwa – przypomina Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Duże zmiany w energetyce wiatrowej. Turbiny staną bliżej zabudowań, a w Gdyni powstanie terminal do budowy farm morskich

Już nie dziesięciokrotność wysokości turbiny, lecz co najmniej 500 metrów ma dzielić nowo budowane farmy wiatrowe od zabudowań mieszkalnych. Tak wynika z zaprezentowanego niedawno projektu nowelizacji „ustawy wiatrakowej”. Projekt trafi niebawem do komisji sejmowych. Tymczasem rząd planuje budowę w Gdyni terminalu instalacyjnego na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Energetyka wiatrowa ma się stać jednym z filarów nowego miksu energetycznego Polski. Najważniejszym pozostanie jednak fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa na lądzie wymaga pilnej zmiany przepisów. Chodzi o tzw. regułę odległościową, czyli zasadę 10H. To, co zrobiliśmy wspólnie z Ministerstwem Rozwoju, ale także Polskim Stowarzyszeniem Energetyki Wiatrowej przy współpracy z WindEurope to propozycja zmiany ustawy. Ona w tej chwili skierowana jest do dyskusji w komisjach sejmowych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Wyszkowski, prezes UN Global Compact w Polsce.

Główną proponowaną zmianą w tzw. ustawie wiatrakowej jest zmniejszenie odległości dzielącej farmy wiatrowe od zabudowań. Dotychczas była to co najmniej 10-krotność wysokości wiatraka. W projekcie nowelizacji, zaprezentowanym podczas konferencji Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej w Serocku, znajduje się zapis umożliwiający budowę farm wiatrowych w odległości co najmniej 500 metrów od zabudowań. Zasada działa też w drugą stronę. Nie będzie można wybudować domu w mniejszej niż wspomniana odległości od już stojących wiatraków.

– Ta regulacja odnosi się również do norm hałasu. Uwzględnia także czynniki krajobrazowe i mnóstwo innych zastrzeżeń, które w toku dyskusji się pojawiły po to, żeby zaproponować salomonowe rozwiązanie, które zabezpiecza i zaspokaja wszystkie strony tej dyskusji wokół energetyki wiatrowej na lądzie – dodaje Kamil Wyszkowski.

Z ustawy wykreślony zostanie również zapis, który zasadę 10H wiązał nie tylko z zabudowaniami mieszkalnymi, ale również niektórymi formami przyrodniczymi. Usprawniony ma również zostać przepływ informacji w gminie – po to, by mieszkańcy o planach budowy farmy wiatrowej wiedzieli z odpowiednim wyprzedzeniem i mogli wziąć udział w konsultacjach społecznych.

– Ustawa ma wmontowane bezpieczniki wszędzie tam, gdzie gminy na poziomie lokalnym będą miały swoje zdanie, będą chciały chronić obywateli przed takim albo innym umiejscowieniem energetyki wiatrowej. Głównie ma ona służyć gminom zgrupowanym już w ramach związku gmin, które są przyjazne energetyce wiatrowej i zazwyczaj nie czekają na inwestycje wokół energetyki wiatrowej na lądzie. To jest jeden z ważniejszych tematów regulacyjnych, związany też z wdrażaniem przez Polskę celów ONZ, tzw. celów zrównoważonego rozwoju – wyjaśnia prezes UN Global Compact w Polsce.

Najpoważniejsze plany polskiego rządu wiążą się jednak obecnie z morską energetyką wiatrową. Zbigniew Gryglas, pełnomocnik rządu ds. morskiej energetyki wiatrowej, zapowiedział, że do 2024 roku w porcie w Gdyni powstanie terminal instalacyjny na potrzeby budowy farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim. Jego budowa ma pochłonąć około 500 mln zł. Rządowe plany zakładają, że do 2030 roku w obrębie polskiego terytorium wodnego na Bałtyku mają pracować farmy wiatrowe o mocy 8 GW.

– Morze Bałtyckie jest jednym z lepiej przygotowanych dla morskiej energetyki wiatrowej akwenem. To płytkie, bardzo dobrze nawietrzone morze, więc te inwestycje są optymalne, również ze względu na długość polskiej linii brzegowej. Relatywnie łatwo jest połączyć inwestycje wiatrakowe z siecią energetyczną na lądzie, więc tutaj akurat rozwój jest gwarantowany – podkreśla Kamil Wyszkowski.

Choć potencjał morskiej energetyki wiatrowej jest w Polsce bardzo duży, to zdaniem ekspertów farmy wiatrowe nie są w stanie zagwarantować pełnej konwersji na OZE. W tym procesie kluczowa będzie fotowoltaika.

– Energetyka wiatrowa jest jednym z elementów przebudowy polskiego miksu energetycznego, na pewno jednym z ważniejszych, ale nie najważniejszym, bo nie da się uzyskać odpowiednich mocy z energii z wiatru. Równolegle musi być silnie rozwijana energetyka słoneczna, fotowoltaika. Na szczęście  efektywność ogniw fotowoltaicznych wzrasta – wskazuje  prezes UN Global Compact w Polsce.

Z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że w wariancie optymistycznym Polska może być neutralna klimatycznie w 2056 roku. W scenariuszu negatywnym data ta przesuwa się na rok 2067. Tymczasem cel ustalony na Radzie Unii Europejskiej w grudniu 2019 roku zakłada osiągnięcie przez Europę neutralności klimatycznej do 2050 roku. Wcześniejszą konwersję na zeroemisyjność zadeklarowały Finlandia, Austria i Szwecja.

Oszczędności puchną, inwestycje kuleją

Największą słabością polskiej gospodarki są inwestycje. Ich dynamika spadła do wartości ujemnych. W kolejnych miesiącach będzie jeszcze gorzej. Sytuacja poprawi się nie wcześniej niż w II kwartale 2021 r.

Polskie firmy prywatne już od kilku lat inwestują niechętnie. W tzw. planie Morawieckiego krajowe inwestycje miały wzrosnąć do 20 proc. Koronawirus i recesja jeszcze bardziej zdezaktualizowały takie zamierzenia. Ta słabość gospodarki spowoduje, że w kolejnych latach w mniejszym stopniu będzie poprawiać się poziom życia Polaków.

– Spadek inwestycji spowodowany jest przede wszystkim mniejszą aktywnością firm prywatnych, podczas gdy inwestycje publiczne pozostawały na podwyższonym poziomie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski.

Niestety, perspektywy na kolejne kwartały są pesymistyczne. O ile w II kw. firmy powstrzymywały się z decyzjami o nowych inwestycjach, to jednak kontynuowały przedsięwzięcia już rozpoczęte.

Efekt będzie taki, że w III kw. stopa inwestycji liczona rok do roku obniży się do -14,5 proc., a w IV kw. do -16,3 proc. W całym 2020 r. będzie to spadek o 11,9 proc.

– Poprawę zobaczymy dopiero w przyszłym roku, ale jeszcze nie w I kwartale, jednak będzie to efekt niższej bazy czyli niskiego tegorocznego poziomu inwestycji – komentuje ekspert. – Co jednak ważne, w drugiej połowie przyszłego roku powinniśmy obserwować już korzystne efekty uruchomienia Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Według prognoz Credit Agricole Bank Polski w I kw. 2021 r. inwestycje spadną o 5,4 proc., w kolejnym kwartale już wzrosną o 5,2 proc. Natomiast cały rok kalendarzowy powinien zakończyć się słabym wzrostem inwestycji, bowiem o 4,5 proc.

13.09.2020 r. prace techniczne NASK związane z rejestrem domen

13.09.2020 r. w godzinach między 07:00 a 22:00 planowane są ważne prace NASK związane z utrzymaniem systemu rejestru domen (Registry).

W związku z prowadzonymi pracami NASK, dla rozszerzeń .pl nie będą możliwe operacje, takie jak: rejestracja, odnowienie, transfer czy zmiana danych abonenta domeny.

Jeżeli planujecie Państwo jakieś zmiany lub zakupy domen .pl w tym czasie, zachęcamy do zrobienia tego wcześniej lub po zakończeniu prac serwisowych.

Synergia wielu technologii kluczem do rewolucji energetycznej i wzrostu efektywności

W opinii Tomasza Nasiłowskiego, prezesa firmy InPhoTech, synergia rozwoju technologicznego oraz dywersyfikacja to najlepsza droga rozwoju dla branży energetycznej. O perspektywach oraz kluczowych innowacjach w energetyce dyskutowano na Forum Ekonomicznym w Karpaczu w dn. 8-10 września 2020.

W dyskusji dominowała tematyka aktualnie toczącego się procesu transformacji energetycznej z wykorzystaniem OZE (odnawialnych źródeł energii), rozwoju energetyki wodorowej, magazynowania energii, a także krótko- i długoterminowych perspektyw oraz budowania innowacji w tej branży.

Zdaniem prezesa InPhoTech fotonika jest obecnie jedną z kluczowych technologii dla rozwoju energetyki i bez jej udziału dalszy rozwój branży nie będzie możliwy. Jak podkreślał Nasiłowski, nie da się jednak przeprowadzić rewolucji w energetyce bez podejścia interdyscyplinarnego oraz synergii wielu rozwiązań.

„Zwykle na początku działamy intuicyjnie i sprawdzamy, co zadziała. W przypadku OZE procesy wdrażania i wykorzystywania tych technologii mamy już dobrze opracowane. Teraz przychodzi czas na mierzenie, monitorowanie oraz optymalizację procesów, w czym może pomóc fotonika (interdyscyplinarna dziedzina nauki i techniki, łącząca w sobie elementy optyki, elektroniki i informatyki)” – tłumaczył Nasiłowski.

Odnosząc się do konieczności budowania synergii technologii przy jednoczesnej dywersyfikacji działań prezes InPhoTech przywołał kryzys gospodarczy z 2009 roku oraz obecny związany z pandemią koronawirusa. Do optymalizacji oraz minimalizacji kosztów, które w przypadku innowacji energetycznych są ogromne, można wykorzystać fotonikę.

„Fotonika pozwala mierzyć coś, co jest trudne do zmierzenia w inny sposób. W ten sposób dokonujemy optymalizacji procesu, a zatem minimalizujemy koszty, które w przypadku nowych rozwiązań energetycznych są często na skraju opłacalności. To będzie dawać nam przewagę” – stwierdził Nasiłowski.

Wspomniał również o nowym poziomie bezpieczeństwa, jaki fotonika może wnieść do branży energetycznej, szczególnie w kontekście technologii wodorowej, farm wiatrowych, baterii oraz magazynów energii. Sięgnięcie po nowe technologie wspomagające pozwala zdobyć przewagę konkurencyjną.

Tomasz Nasiłowski zauważył też, że nowe źródła energii stanowią formę wdrażania innowacji przełomowej, do czego potrzebna jest nie tylko na bieżąco aktualizowana strategia wdrażania technologii, ale także budowanie kompetencji miękkich (połączenie umiejętności społecznych, osobistych, interpersonalnych, np. komunikatywność, kreatywność). To one podnoszą poziom zaufania dla nowych rozwiązań.

„Nie da się obecnie wdrożyć żadnych innowacji przełomowych bez rozwoju kompetencji miękkich. To element konieczny do budowania zaufania i odpowiedzialności. Jeżeli zadbamy o ten proces, użytkownicy tej energii będą chcieli z niej korzystać, bo będą nam ufać” – zaznaczył prezes InPhoTech.

InPhoTech jest wiodącą polską firmą zaawansowanych technologii wdrażającą do przemysłu nowoczesne rozwiązania światłowodowe. Podstawowa działalność spółki to transfer innowacyjnych rozwiązań do przemysłu oraz opracowywanie i wytwarzanie własności intelektualnej w zakresie fotoniki – określanej mianem technologii XXI wieku.

Trzy profesjonalne systemy ERP, na które warto zwrócić uwagę

System ERP (z ang. Enterprise Resource Planning) jest rodzajem oprogramowania informatycznego, które wykorzystuje się w celu efektywnego i skutecznego planowania zasobów przedsiębiorstwa. Jest to system aplikacji w postaci modułów obejmujących poszczególne obszary działalności firmy korzystających ze wspólnej bazy danych. System ERP pozwala na gromadzenie, porządkowanie oraz wzajemną integrację wszystkich obszarów funkcjonowania firmy. Oto trzy nowoczesne systemy ERP, na które warto zwrócić uwagę.

System ERP enova 365 marki Soneta

Jednym z wartych zainteresowania systemów ERP Polkas jest oprogramowanie enova 356 stworzone przez firmę Soneta – producenta przywiązującego dużą wagę do innowacyjności dostarczanych przez siebie rozwiązań. System ERP enova 365 na tle innych, dostępnych w sprzedaży rozwiązań wyróżnia się integralnością, skalowalnością, uniwersalnością i modularnością. Jego działanie oparte jest na centralnej bazie danych, a funkcjonalność rozbudowywana wraz z rozwojem firmy. Za każdy obszar działania odpowiedzialny jest dedykowany moduł zintegrowany z centralną bazą danych.

System ten sprawdzi się w każdej firmie, bez względu na jej wielkość, skalę prowadzonej działalności oraz branżę. Jako autoryzowany przedstawiciel oprogramowania enova 365 ERP Polkas oferuje 3 wersje oprogramowania enova 365 do wyboru – srebrną (dedykowaną dla małych i średnich firm), złotą (dla średnich przedsiębiorstw) oraz platynową (przeznaczoną dla dużych firm i korporacji).

 

Systemy ERP Optima i XL marki Comarch

System ERP marki Comarch w wersji Optima to oprogramowanie informatyczne dedykowane głównie małym i średnim przedsiębiorstwom, wersja XL przeznaczona jest natomiast dla większych przedsiębiorstw. Oba systemy dostępne są w ofercie firmy Polkas i charakteryzują się modułową budową, dzięki której wsparcie może otrzymać każdy obszar działania firmy. Ogromnym atutem oprogramowania marki Comarch jest dostarczana w standardzie wysoka i rozbudowana funkcjonalność. Systemy Optima i XL są ponadto łatwo skalowalne, co pozwala na dostosowanie ich funkcjonalności do własnych potrzeb oraz specyfiki każdego biznesu.

System ERP Sage Symfonia

Trzecim, wartym zainteresowania systemem klasy ERP, który dostępny jest w ofercie firmy Polkas, jest Sage Symfonia – oprogramowanie dedykowane małym i średnim przedsiębiorstwom. Jego atutem jest dostęp do rozbudowanych narzędzi analitycznych, za pomocą których możliwe jest uzyskanie wiarygodnych informacji dotyczących aktualnej oraz prognozowanej sytuacji firmy. W efekcie, Sage Symfonia pozwala na szybkie podejmowanie trafnych decyzji biznesowych oraz efektywne planowanie przyszłych działań firmy. Zaletą systemu ERP Sage Symfonia jest także przejrzysty interfejs, który zapewnia szybką i intuicyjną obsługę oprogramowania.

Jako autoryzowany przedstawiciel wszystkich trzech producentów oprogramowania ERP Polkas oferuje nie tylko sprzedaż dostępnych w ofercie rozwiązań informatycznych, ale zapewnia także profesjonalne wsparcie w zakresie ich wdrażania, integracji oraz obsługi technicznej. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu zdobywanemu na rynku usług informatycznych jest w stanie doradzić wybór odpowiedniego rozwiązania oraz perfekcyjnie dostosować jego funkcjonalność do indywidualnych potrzeb każdego przedsiębiorstwa.

Eksperci: gospodarka odpadami wymaga zmian systemowych i inwestycji

Gospodarka odpadami wymaga zmian systemowych, nowych inwestycji oraz wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań – mówili uczestnicy debaty poświęconej problemowi drożejących śmieci, która odbyła się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Zdaniem Marcina Borka, dyrektora Departamentu Funduszy Samorządowych PFR odpady w Polsce są drogie dlatego, że brakuje komponentów do ich przetwarzania. „Inwestycje w tym zakresie jeszcze w znacznym stopniu nie nastąpiły. Ale jeśli zostaną wykonane efektywnie to mamy szansę, aby odpady były tańsze dla mieszkańców i dla samorządów” – ocenił Borek.

Jego zdaniem największe potrzeby inwestycyjne w tym zakresie są w obszarze sortowania odpadów, ale jeszcze większe w zakresie termicznego przetwarzania tzw. frakcji wysokoenergetycznej. „Dzisiaj samorządy, które zainwestowały w tego typu instalacje mają odbiór odpadów na poziomie 3-4 razy tańszym od tych, które są dziś skazane na prawa wolnego rynku” – podkreślił dyrektor.

Jak zaznaczył, kapitał na tego typu inwestycje w Polsce jest, ale potrzeba dobrze przygotowanych projektów. Według niego do tego potrzeba samorządów, które są zdeterminowane realizować takie przedsięwzięcia.

„Na szczęście mamy dobre instrumentarium prawne w Polsce, jak chociażby przepisy o PPP, które pozwalają, i już pozwoliły kilku samorządom, które sięgnęły po tę metodę realizacji tego typu instalacji, by złożyć bardzo dobre projekty” – mówił Borek.

Jako przykład wymienił miasto Poznań, które wybudowało spalarnię o wydajności 210 tys. ton rocznie.

Zdaniem Roberta Pawłowskiego, burmistrza Złotoryi, w gospodarce odpadami potrzebne są rozwiązania systemowe. „Z jednej strony samorządy obarcza się dużą odpowiedzialnością za cenę odpadów, a z drugiej strony nie pomaga się nam żeby te ceny były niższe” – skarżył się Pawłowski.

Zdaniem burmistrza kluczowe jest to co z odpadami się dzieje, a więc ich odpowiedni recykling, czyli „dawanie odpadowi kolejnego życia”. Według Pawłowskiego samorządom brakuje odpowiednich regulacji prawnych, które by to umożliwiły.

Jego zdaniem ostatnia nowelizacja tzw. ustawy śmieciowej z 2019 r. „kompletnie rozszczelniła system”. Wskazał tu m.in. na rozwiązania, które umożliwiły właścicielom budynków niezamieszkałych na swobodę przystępowania do systemu oraz narzucenie ceny za odbiór odpadów z nieruchomości niezamieszkałych na poziomie 58 zł za 1100 litrowy pojemnik odpadów zmieszanych.

Według niego jednym z rozwiązań systemowych, które pomogłoby ograniczyć problem drogich śmieci, jest wprowadzenie tzw. rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań i standardów w projektowaniu opakowań. „Nie może być tak, że jest 150 rodzajów butelek. Warto wprowadzić system kaucyjny, który nie musi ograniczać się tylko do butelek. Dlaczego nie moglibyśmy go zastosować w stosunku do opakowań foliowych, do lodówek i telewizorów” – wyliczał Pawłowski.

Jego zdaniem „nie chodzi o to, żebyśmy obciążali mieszkańców wysokimi cenami za śmieci , ale o to żeby też mieszkańcy czuli się zobowiązani, aby w większym stopniu uczestniczyć w segregacji odpadów i recyklingu”.

O konieczności wprowadzenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań mówił też Michał Dąbrowski, przewodniczący Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Jego zdaniem dziś w Polsce, zamiast ROP, „mamy stan rozszerzonej odpowiedzialności samorządów, a nie producentów”. W jego ocenie skutkuje to dużymi zaburzeniami na rynku i gwałtownym wzrostem cen.

„Te ceny są w dużym stopniu cenami wyborczymi. W związku z tym nie można w nieskończoność nimi manipulować. Stąd duży nacisk samorządów, żeby jak najszybciej przemysł poczuł się odpowiedzialny za opakowania wprowadzane na rynek” – mówił Dąbrowski.

Szef PIGO zwrócił jednak uwagę, że nadal nie ma w tym zakresie gotowego aktu prawnego.

Tegoroczne Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbyło się w dniach 8-10 września. Główną osią dyskusji Forum były najważniejsze wyzwania o charakterze politycznym, społecznym i gospodarczym, jakie stoją przed Europą Środkowo-Wschodnią.

EBC nie przejmuje się nadmiernie aprecjacją euro

Czwartkowa komunikacja ze strony Europejskiego Banku Centralnego okazała się mniej gołębia niż oczekiwaliśmy zarówno my, jak i rynek. Doprowadziło to do krótkotrwałego wybicia kursu EUR/USD do najwyższego poziomu od ponad tygodnia. Z czym był związany ten ruch?

W raporcie przed decyzją EBC wspominaliśmy, że reakcja rynku w kontekście spotkania prawdopodobnie będzie zależała od zaktualizowanych projekcji inflacji, poglądu na siłę euro i komentarzy dotyczących możliwości rozszerzenia stymulacji monetarnej w przyszłości. W trakcie konferencji prasowej prezes Lagarde stwierdziła, że presja cenowa w krótkim terminie pozostanie ograniczona, częściowo ze względu na aprecjację euro. EBC obecnie oczekuje, że „w najbliższych miesiącach” inflacja w strefie euro pozostanie ujemna, po tym jak w sierpniu po raz pierwszy od czterech lat spadła ona poniżej zera.

Co nieco sprzeczne z intuicją, stanowisko Rady Prezesów dotyczące niskiej inflacji nie znalazło odzwierciedlenia w zaktualizowanych projekcjach banku centralnego. EBC nadal oczekuje, że inflacja w 2020 r. wyniesie 0,3% (bez zmian w porównaniu z czerwcem), z kolei w 2021 r. spodziewa się wzrostu dynamiki cen do 1% (wcześniej było to 0,8%). Według banku ryzyka deflacyjne spadły od czasu czerwcowego spotkania, co być może jest konsekwencją silniejszej od oczekiwanej poprawy widocznej w globalnej gospodarce od szczytu covidowego załamania. Prognoza dynamiki PKB na ten rok została zaktualizowana nieco w górę, z -8,7% do -8%, zgodnie ze „znaczącym ożywieniem” popytu krajowego. Według Lagarde, dalsza poprawa w znacznym stopniu zależy od rozwoju pandemii, a ostatni wzrost liczby zakażeń w bloku walutowym stanowi trudność w kontekście krótkoterminowych perspektyw.

Projekcje EBC dot. wzrostu PKB strefy euro [%] (wrzesień ‘20)

Projekcje EBC dot. wzrostu PKB strefy euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 10/09/2020

Co istotne, EBC wydaje się również podchodzić do ostatniej siły euro w znacznie bardziej łagodny sposób niż zakładaliśmy. Prezes Lagarde stwierdziła wprawdzie, że kwestia ta była szeroko dyskutowana przez Radę Prezesów w trakcie tegotygodniowego spotkania i wskazała, że bank będzie „uważnie monitorował” zachowanie euro, niemniej decydenci zgodzili się, że nie trzeba przesadnie reagować na jego ostatnie wzrosty. Jesteśmy zdania, że łagodne podejście i brak ingerencji w kontekście ostatniej aprecjacji euro stało za wzrostem kursu EUR/USD powyżej poziomu 1,19 w trakcie konferencji prasowej.

Komunikacja banku nie zawierała żadnych oznak, że EBC przygotowuje się do zwiększenia skupu aktywów. Lagarde zwróciła uwagę, że rozszerzenie programu PEPP nie było kwestią poruszaną podczas spotkania w tym tygodniu. Stwierdziła jednak, odnosząc się do spekulacji o możliwym niepełnym wykorzystaniu aktualnego limitu (1,35 bn euro), że PEPP „prawdopodobnie będzie wykorzystany w całości”. Nie wystarczyło to, aby powstrzymać siłę euro, które w parze z dolarem amerykańskim w trakcie konferencji prasowej umocniło się do najwyższego poziomu od nieco ponad tygodnia. Należy jednak nadmienić, że niedługo później para utraciła tamte zyski, kończąc dzień jedynie na lekkim plusie.

Pomimo jastrzębiego tonu jaki przyjęła Lagarde sądzimy, że fakt, że siła euro była przedmiotem szerokiej dyskusji w trakcie spotkania EBC w tym tygodniu sugeruje, że ostatnia aprecjacja wspólnej europejskiej waluty będzie lekkim powodem do niepokoju dla decydentów. Obawy te zostałyby zwiększone im dłużej inflacja pozostawałaby ujemna, a euro nadal umacniałoby się względem walut kluczowych partnerów handlowych. Biorąc pod uwagę brak presji inflacyjnej sądzimy, że nie można wykluczyć zwiększenia stymulacji monetarnej w kolejnych miesiącach, jednak wczorajsza retoryka banku zmniejsza szanse na to, że tego typu działania zostaną podjęte przed końcem roku. Póki co, uważamy, że łagodne stanowisko EBC w kontekście aprecjacji euro wpłynie korzystnie na nastawienie inwestorów do wspólnej europejskiej waluty i może wspierać jej krótkoterminowe wzrosty.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Joao Bras Jorge po raz kolejny prezesem Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej

10 września odbyło się w Warszawie Walne Zgromadzenie Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej (PPCC). Prezesem Izby na kolejną kadencję został Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.

Joao Bras Jorge od trzydziestu lat jest związany z sektorem finansowym w Portugalii i w Polsce. Przed przyjazdem do Polski przez pięć lat kierował Pionem Klientów Bankowości Detalicznej oraz koordynował aktywność Sieci Detalicznej Millennium bcp w Portugalii. Od 2006 r. jest członkiem Zarządu Banku Millennium w Polsce, a od 2013 jego Prezesem.

– W czasach pandemii rola organizacji, takich jak Polsko-Portugalska Izba Gospodarcza, wspierających relacje ekonomiczne jest szczególnie ważna dla obu państw. Gospodarka Polski odczuła negatywne skutki pandemii, jednakże w mniejszym stopniu niż większość krajów UE. Jest to wynikiem struktury gospodarki charakteryzującej się mniejszym udziałem najbardziej narażonych sektorów, takich jak turystyka czy hotelarstwo, lecz również masywnej polityki fiskalnej i stymulacji monetarnej. Również eksport odbudowuje się szybko, notując pozytywny wzrost w czerwcu, w układzie rok do roku, a poziom bezrobocia pozostaje jednym z najniższych w UE. Pozytywnie przedstawia się również sytuacja w handlu zagranicznym między Polską a Portugalią, według danych GUS za okres od stycznia do czerwca 2020 r., a więc w bardzo trudnym okresie, polski eksport do Portugalii wyniósł 548 mln euro i wzrósł o 0,6% w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej i Prezes Zarządu Banku Millennium.

Powołany został również nowy zarząd PPCC, składający się z przedstawicieli 11 wybranych firm członkowskich Izby, takich jak Jeronimo Martins Polska, Eurocash, Mota-Engil Central Europe, EDP-R, LPR, Parfois, Colep Polska, Bakoma, Domański Zakrzewski Palinka i Browary Łódzkie. Szczegółowy skład nowego zarządu Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej dostępny jest na stronie www.ppcc.pl. Od marca br. PPCC realizuje głównie działania wirtualne, ale w drugiej połowie roku zamierza organizować spotkania również w lokalizacjach fizycznych, które w pełnym wymiarze powrócą w 2021 r. Będą to tradycyjne spotkania członkowskie, wydarzenia sektorowe promujące kulturę portugalską („Tydzień Portugalski”, warsztaty turystyczne, degustacje winiarskie) oraz misje biznesowe Polska-Brazylia.

Koszt pandemii rośnie

Deficyt budżetowy to jedno, okazuje się jednak, że wydatki rosły znacznie szybciej przez przesuwanie ich do pozabudżetowych funduszy. W ten sposób mamy zdecydowany rekord kwotowy i procentowy przyrostu zadłużenia od dawna.

EBC wystraszył rynki

Posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego teoretycznie powinno dać pozytywny sygnał na rynki. Poprawiono wyraźnie prognozy dla Strefy Euro oraz zapowiedziano utrzymanie obecnej polityki. Po samej decyzji jednak euro traciło względem dolara. Powodem były niespełnione nadzieje o podjęciu dodatkowych działań, które nie zostały zapowiedziane. Kurs w wyniku zapowiadanych lepszych prognoz dość szybko wrócił do poprzednich poziomów, ale było widać, że liczono na bardziej aktywne posiedzenie.

Ile nas kosztuje pandemia?

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu zadłużenia zagranicznego. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrósł o imponujące 216 mld zł i to tylko do końca 2 kwartału. Piszemy “tylko”, bo 3 kwartał może zwiększyć tę wartość o kolejne miliardy. Jak to się dzieje, że planując “zaledwie 109 mld” deficytu musimy zadłużyć się na 216 mld lub zdecydowanie więcej? Powodem jest upychanie wydatków w luźno powiązanych funduszach by ominąć konstytucyjne limity wydatków. Kreatywna księgowość nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach, stąd rynki przyjmują te dane bardzo spokojnie.

Dane z USA

Wczorajsze wnioski o zasiłek dla bezrobotnych utrzymały się na niezmienionym poziomie 884 tysięcy sztuk. Analitycy liczyli na większy spadek, ale oczekiwania te były trochę napompowane poprzednim znacznie lepszym odczytem. Ciężko ocenić wpływ tych danych na rynki, gdyż spotkały się one w czasie z konferencją prasową prezesa EBC.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polscy naukowcy coraz bliżej skutecznego leku na COVID-19

Zespół polskich naukowców z Politechniki Wrocławskiej oraz Łukasiewicz – Instytutu Chemii Przemysłowej, we współpracy z laboratoriami Rolfa Hilgenfelda (Lubeka) i Shauna Olsena (San Antonio) zidentyfikował cząsteczki o dużym potencjale terapeutycznym, które mogą stanowić przełom na drodze do znalezienia skutecznego leku na COVID-19.

Dzięki pracom badawczym prowadzonym pod kierownictwem Prof. Marcina Drąga z Politechniki Wrocławskiej udało się zidentyfikować cząsteczki, których działanie może być jeszcze lepsze niż ebselenu – znanego leku przeciwzapalnego, który we wcześniejszych badaniach okazał się obiecującą substancją hamującą (inhibitorem) obu proteaz SARS-CoV-2.

Koronawirus powodujący COVID-19 ma dwie proteazy, czyli enzymy. Celem prowadzonego od marca br. projektu „Badania nad szczepionką przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 oraz wsparcie prac badawczych nad poszukiwaniem skutecznej terapii” jest właśnie zahamowanie działania enzymu, co pozwoli na zablokowanie rozprzestrzeniania się wirusa.

– Nasze badania nad bliskimi analogami strukturalnymi tego leku pozwoliły zidentyfikować jeszcze lepsze od ebselenu cząsteczki, zarówno dla proteazy Mpro, jak i PLpro. Co więcej, związki te są doskonałymi inhibitorami obu wirusowych proteaz naraz, a więc ich potencjał terapeutyczny jest zdecydowanie bardziej obiecujący – wyjaśnia prof. Drąg z Politechniki Wrocławskiej.

Badania prowadzone obecnie przez prof. Drąga poprzedziło przygotowanie aktywnej i funkcjonalnej proteazy Mpro, którego podjął się zespół dr hab. Małgorzaty Kęsik-Brodackiej z Łukasiewicz – Instytutu Chemii Przemysłowej.

– Odkrycie stanowi obiecującą platformę do rozwoju nowych leków przeciwwirusowych skierowanych na obie proteazy SARS-CoV-2 – podkreśla dr hab. Małgorzata Kęsik-Brodacka z Łukasiewicz – IChP.

Zakończenie projektu, który finansowany jest między innymi z fundusz Agencji Badań Medycznych, planowane jest na koniec października br. Od wyników prowadzonych intensywnie prac, zależeć będzie kierunek dalszych badań.

E-taryfa pozwoli na zdecydowanie szybszy rozwój infrastruktury elektromobilnej

Ostatnie miesiące były bardzo ważnym okresem dla rozwoju elektromobilności w Polsce. Mimo trwającej epidemii i okresu wakacyjnego – branża elektromobilna nie miała czasu na odpoczynek. Od czerwca trwały nabory do programu dofinansowań, dzięki któremu wiele osób kupujących samochody elektryczne dostało wsparcie finansowe od państwa. W ciągu dwóch miesięcy miały miejsce trzy takie nabory, a wyciągnięte z nich wnioski pomogą w projektowaniu i przeprowadzeniu kolejnych. Ale tegoroczne lato upłynęło nie tylko pod znakiem dofinansowań. Był to także czas wzmożonych prac nad potrzebnymi do rozwoju elektromobilności legislacjami. 

– W ostatnich tygodniach w komisjach sejmowych pojawiły się co najmniej dwa rozporządzenia, na które warto zwrócić uwagę. Pierwsze z nich wynika wprost z ustawy o elektromobilności i jest ściśle powiązane z dyrektywą unijną 844 – ma zagwarantować, by nowe budynki mieszkalne i biurowe były wyposażone w odpowiednie kanały kablowe, które pozwolą na budowę punktów ładowania – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Drugie rozporządzenie jest jeszcze ważniejsze, ponieważ dotyczy zmian w taryfach korzystania z energii elektrycznej. Dotychczasowe płatności za prąd bardzo utrudniały bowiem tworzenie funkcjonujących i opłacalnych stacji ładowania. Projekt e-taryfy pozwoli na szybszy rozwój infrastruktury elektromobilnej. Taryfa ta ma charakter progresywny – jest dopasowana do tego, jak funkcjonuje i rozwija się konkretna stacja ładowania. Obecnie operatorzy stacji muszą korzystać z taryfy, w której wiodącą rolę odgrywają koszty stałe. Niezależnie więc od tego, jak często jest wykorzystywana infrastruktura – właściciel musi ponosić cały czas te same, bardzo wysokie koszty. Jeśli chcemy widzieć w Polsce dynamiczny rozwój elektromobilności musi powstać grupa taryfowa, która przenosi ciężar z kosztów stałych na koszty zmienne i dopasowuje taryfę do tego, jak faktycznie jest wykorzystywana stacja ładowania. E-taryfa jest więc bardzo ważnym elementem, który znacząco wpłynie na rozwój elektromobilności – wyjaśnia Mazur.

Gra pozorów

Boris Johnson przesadził z pozycją wejściową w kluczową fazę negocjacji ws. brexitu. Zdaniem strony unijnej zapisy przedstawionego przez brytyjski rząd projektu ustawy o rynku wewnętrznym naruszają postanowienia umowy o wystąpieniu z UE i są wręcz sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Wiceszef Komisji Europejskiej, Marosz Szefczovicz, zażądał niezwłocznego wycofania części zapisów, najpóźniej do końca miesiąca. Projekt ustawy zburzył zaufanie i okazał się tak nietrafny, że stanowisko w tej sprawie zajęła nawet spiker amerykańskiej Izby reprezentantów. Nancy Pelosi ostrzegła, że przyjęcie ustawy o rynku zewnętrznym w obecnej formie może wykluczyć podpisanie umowy o wolnym handlu.

W rezultacie kurs GBP/USD, który dzienne szczyty wyznaczał przy 1,3030, runął pod 1,28 i osiągał minima 1,2770. EUR/GBP notował w pewnym momencie wystrzał o ponad 2 proc. Funt zaliczył jeden z najgorszych dni od brexitowego referendum a przecież jego ostrych przecen wcale w ostatnich latach nie brakowało. Notowania w ramach załamania przełamały ważną barierę 1,2920 i dopiero powrót ponad ten poziom zdejmie z funta presję. Celem dla wyprzedaży mogłyby być okolice 1,27, w których przebiega 200 – sesyjna średnia krocząca.

Należy jednak zastrzec, że niefortunny start negocjacji nie doprowadził do ich zerwania. Obie strony pozostają przy stole i zależy im na porozumieniu. Rozmowy zostaną wznowione w poniedziałek. Wydarzenia ostatnich dni mogą okazać się niepotrzebnym prężeniem muskułów, na pewno nie przybliżają porozumienia, ale też wcale go nie wykluczają. Na starcie tygodnia, rynek, w tym rynek opcji, zbyt optymistycznie patrzył na ryzyko eskalacji, obecnie wycenia prawdopodobieństwo braku porozumienia zbyt mocno. Możemy prawdopodobnie mówić o przereagowaniu i przejściu ze skrajności w skrajność. W tym świetle mocno przeceniony funt może niebawem być postrzegany jako rynkowa okazja. Szczególnie jeśli przed nami kolejna odsłona słabości dolara (co pozostaje naszym scenariuszem bazowym). Jej katalizatorem może okazać się przyszłotygodniowe posiedzenie FOMC.

W grę pozorów uwikłani są nie tylko uczestnicy brexitowych negocjacji. Christine Lagarde na konferencji prasowej po posiedzeniu EBC oceniła, że władze monetarne nie uważają ostatniego, silnego wzrostu wartości wspólnej waluty za zagrożenie dla tendencji inflacyjnych. W kategoriach efektywnych (kurs do koszyka odzwierciedlającego strukturę obrotów handlowych) wspólna waluta w tym roku zyskała niecałe 5 proc. Ocenę Rady Prezesów mogą potwierdzać szacunki wyceny fundamentalnej. Uważamy, że EBC maskuje swoje zaniepokojenie, władze monetarne na zdecydowaną kontynuację umocnienia nie będą patrzeć już tak pobłażliwie. Oceniamy jednak, że do tego momentu jeszcze daleka droga i zakładamy, że przed eurodolarem kolejne testy 1,20, które ostatecznie powinny zakończyć się powodzeniem. W tym tygodniu został wykonany do tego ważny krok: strefa wokół 1,17 – 1,1750 została z łatwością obroniona.

Ważnym elementem rynkowej układanki jest korekta na Wall Street i słabość sektora technologicznego. Inwestorzy będą nadal wyczekiwać na start handlu w Nowym Jorku, ponieważ wielokrotnie w ostatnich dniach dochodziło po nim do wyraźnej zmiany (czyt. pogorszenia) nastrojów. Naszym scenariuszem bazowym jest rozejście się ostatnich turbulencji „po kościach”, co oznaczać będzie również mniej sprzyjające dolarowi otoczenie.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne – warunki, formalności, terminy

Bez względu na przyczynę kryzysu, niewypłacalny przedsiębiorca lub zagrożony tym stanem może skorzystać z uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Musi jednak zawrzeć umowę z licencjonowanym doradcą. Jego rolą jest doprowadzenie do zawarcia układu i wspieranie dłużnika podczas postępowania. Potem należy wyznaczyć dzień układowy i przygotować dokumentację. Kolejnym krokiem jest dokonanie obwieszczenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym o otwarciu postępowania o zatwierdzenie układu. Następnym etapem są negocjacje z wierzycielami. I ostatnią częścią ww. procesu jest zatwierdzenie układu przez sąd.

Podstawowe warunki

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne jest ściśle związane z ustawą Prawo restrukturyzacyjne. Mogą skorzystać z niego przedsiębiorcy, bez względu na formułę prawną, osoby fizyczne prowadzące gospodarstwa rolne, publiczne samodzielne zakłady opieki zdrowotnej, uczelnie, a także wspólnicy osobowych spółek handlowych czy partnerskich. Podmiot musi być niewypłacalny lub zagrożony tym stanem. Przyczyna kryzysowej sytuacji nie ma znaczenia. Postępowanie może być prowadzone, jeżeli suma wierzytelności spornych nie przekracza 15% kwoty wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem.

– Ustawa z dnia 19 czerwca 2020 r. wskazuje w art. 15 ust. 1, że z tego rozwiązania może skorzystać wyłącznie przedsiębiorca, który zawarł umowę z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Może go wybrać z listy dostępnej na portalu Ministerstwa Sprawiedliwości. Z kolei na stronie krpu.pl może sprawdzić, jakie postępowania prowadził dany specjalista. Finalnie najlepiej wybrać podmiot, który posiada uprawnienia doradcy restrukturyzacyjnego i zatrudnia kilku licencjonowanych ekspertów – mówi Andrzej Głowacki, doradca restrukturyzacyjny z DGA Centrum Sanacji Firm.

Wynagrodzenie doradcy, pełniącego funkcję nadzorcy układu, jest limitowane w odniesieniu do mikrofirm i małych przedsiębiorców. Nie może być wyższe niż 15% kwoty przeznaczonej dla wierzycieli zgodnie z postanowieniami. Gdy przekracza ona 100 tys. zł, wartość ta nie może przewyższyć równowartości 3% sumy przeznaczonej dla wierzycieli. A jeśli jest większa niż 500 tys. zł, wynagrodzenie nie może przekroczyć równowartości 1% kwoty zabezpieczonej dla wierzycieli.

– W przypadku prawomocnej odmowy zatwierdzenia układu lub umorzenia postępowania, honorarium nadzorcy układu, przewidziane w umowie, nie może przekroczyć dwukrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w trzecim kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego. Obecnie to 10 296,14 zł. Tak ukształtowany system mobilizuje nadzorcę do podjęcia wszelkich działań prowadzących do zawarcia układu i do czynnego wspierania dłużnika przez całe postępowanie – zapewnia Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Umowa przedsiębiorcy winna szczegółowo określać wynagrodzenie za prace wykonywane przez nadzorcę układu oraz za odniesiony sukces. Czas jej trwania jest jednoznacznie określony ustawą z dnia 19 czerwca 2020 r.

Niezbędne formalności

– W kolejnym kroku należy wyznaczyć dzień układowy. Nie może on przypaść wcześniej niż 7 dni przed złożeniem wniosku o dokonanie obwieszczenia o otwarciu postępowania i nie później niż 7 dni po tym. Z dniem dokonania obwieszczenia dłużnik uzyskuje już ochronę przed egzekucją i wypowiedzeniem kluczowych umów dla funkcjonowania przedsiębiorstwa oraz nie może spłacać wierzytelności objętych układem – informuje Adrian Parol.

Następną kwestią jest przygotowanie dokumentacji. Rolą nadzorcy układu jest udział w negocjacjach z wierzycielami, wsparcie firmy w zbieraniu głosów i sporządzenie sprawozdania nadzorcy układu. Sam wniosek o zatwierdzenie układu składa wyłącznie dłużnik. Nie ma żadnych przeciwskazań, aby nadzorca pomógł mu go sporządzić. Art. 219 i 220 ustawy Prawo restrukturyzacyjne szczegółowo określają wykaz dokumentów, które winny być sporządzone w postępowaniu. W swoim sprawozdaniu nadzorca układu przedstawia m.in. ocenę możliwości wykonania układu, kompletny plan restrukturyzacyjny z prognozą przychodów na co najmniej 5 lat. Celem tych analiz jest przekonanie wierzycieli i sądu o realności wykonania zawartego układu.

– Z kolei art. 15 ust. 3 ustawy z dnia 19 czerwca 2020 r. szczegółowo wskazuje, jakie informacje powinny być zawarte w obwieszczeniu opublikowanym w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Wśród nich jest jednoznaczna identyfikacja przedsiębiorcy, oświadczenie o otwarciu postępowania o zatwierdzenie układu, imię i nazwisko nadzorcy albo nazwa spółki handlowej będącej nadzorcą układu wraz z numerem licencji lub KRS-em. Trzeba też wskazać dzień układowy. Zgłoszenia dokonuje przedsiębiorca. Wniosek MSiG-M1 jest dostępny na portalu MSiG – wskazuje prezes Głowacki.

Istotne terminy

Jak podaje Adrian Parol, od dnia opublikowania obwieszczenia zaczyna się czteromiesięczny okres, w którym do sądu powinien wpłynąć wniosek o zatwierdzenie układu pod rygorem umorzenia postępowania z mocy prawa. Od tego terminu dłużnik, bez zgody nadzorcy, może dokonywać jedynie czynności zwykłego zarządu. Obwieszczenie skutkuje też zawieszeniem prowadzonych postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych układem oraz zabezpieczonych rzeczowo na składnikach majątku dłużnika. Jednak nie wyłącza ono możliwości wszczęcia przez wierzyciela postępowań sądowych, administracyjnych, sądowo-administracyjnych i przed sądami polubownymi w celu dochodzenia wierzytelności podlagających umieszczeniu w spisie wierzytelności.

– Brak zawarcia układu z wierzycielami to porażka współpracy nadzorcy oraz przedsiębiorcy z otoczeniem biznesowym – wierzycielami. To bardzo czytelny sygnał, że należy dokonać radykalnych zmian. Jeśli w terminie czterech miesięcy od dnia obwieszczenia nie zostanie złożony wniosek o zatwierdzenie układu, pozostaje złożenie wniosku o otwarcie postępowania sanacyjnego, a w ostateczności – ogłoszenie upadłości – dodaje Andrzej Głowacki.

Według wielu ekspertów, w przywołanych przepisach jest luka. Regulacje nie są precyzyjne i pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, jaki w istocie charakter ma dzień układowy, skoro dopiero obwieszczenie w MSiG jest pierwszym dniem trwania restrukturyzacji. Między tymi datami może minąć nawet 10 dni. Zgodnie zaś z ogólnymi zasadami, skutki otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego powstają z dniem układowym.

– Ustawodawca w tym szczególnym, incydentalnym rozwiązaniu wprowadził dwie daty, tj. otwarcia UPoZU i dnia układowego. Oba terminy generują różne skutki. Od dnia obwieszczenia przedsiębiorca jest objęty ochroną przed wierzycielami. Z kolei należności powstałe do dnia układowego wchodzą z mocy prawa do układu. Od tego czasu winny być terminowo regulowane – wyjaśnia ekspert z DGA Centrum Sanacji Firm.

Przekonanie wierzycieli

W kolejnym kroku podejmowane są negocjacje z wierzycielami. W efekcie powinien być opracowany plan restrukturyzacyjny. Ewentualnie mogą być dokonane modyfikacje propozycji układowych dłużnika, przedstawionych nadzorcy układu przed dokonaniem obwieszczenia. Propozycje powinny być tak skonstruowane, aby osiągnąć wymaganą prawem większość wierzycieli głosujących za układem, a tym samym doprowadzić do jego przyjęcia.

– Głosowanie nad układem może odbyć się w dwojaki sposób. Odbywa się korespondencyjnie, zgodnie z zasadami obowiązującymi dla postępowania o zawarcie układu w art. 212 ustawy PrRest. Ewentualnie jest procedowane na zgromadzeniu wierzycieli, które prowadzi nadzorca układu – tłumaczy Andrzej Głowacki.

Przyjęcie układu stwierdza nadzorca, co później weryfikuje sąd po złożeniu wniosku. Niezbędne do tego jest osiągnięcie odpowiedniej większości wierzycieli zarówno osobowej, jaki i kapitałowej. W praktyce zachodzą wątpliwości odnośnie sposobu jej liczenia. W przypadku zbierania głosów wyłącznie w trybie pisemnym, poprzez przesłanie wierzycielom kart do głosowania, układ uznaje się za przyjęty, gdy wypowie się za nim większość wierzycieli uprawnionych do głosowania, mających łącznie co najmniej  dwie trzecie sumy wierzytelności uprawniających do głosowania nad układem. W trybie samodzielnego zbierania głosów zastosowanie znajduje art. 271 ust. 1 pr. Natomiast w przypadku zgromadzenia wierzycieli przyjęcie układu ustala się w oparciu o art. 119 PrRest. Tym samym układ jest przyjęty, gdy wypowie się za nim większość głosujących wierzycieli, którzy oddali ważny głos, mających łącznie co najmniej dwie trzecie sumy wierzytelności przysługujących głosującym wierzycielom.

– Wskazać należy, iż liczenie wymaganej większości od głosujących wierzycieli, którzy oddali ważny głos, jest dużo korzystniejsze. Dla zapewnienia bezpieczeństwa prawnego dłużnika zawsze zalecam przyjęcie równolegle obu sposobów zbierania głosów. Tak można uniknąć ryzyka nieuwzględnienia wniosku o zatwierdzenie układu przez sąd wobec nieosiągnięcia wymaganej większości głosów – stwierdza Adrian Parol.

Ostatni etap

Przedsiębiorca winien złożyć do sądu wniosek o zatwierdzenie, gdy nadzorca układu sporządzi swoje sprawozdanie. Pełni ono kluczową rolę w tym procesie. Należy dodać, że dłużnik nie musi czekać do ostatniego dnia maksymalnego okresu, czyli czterech miesięcy. Może złożyć wniosek wcześniej, o ile będzie on kompletny.

– Sąd wydaje postanowienie o zatwierdzeniu układu w terminie dwóch tygodni od dnia złożenia wniosku. Jeżeli jest taka potrzeba, wzywa przedsiębiorcę lub nadzorcę układu do poprawienia lub uzupełnienia go. Z dniem uprawomocnienia się go lub odmowy zatwierdzenia układu, postępowanie zostaje zakończone, o czym obwieszcza się. Wówczas przedsiębiorca przystępuje do realizacji układu. Nadzorca staje się osobą do wykonania układu, która funkcjonuje do spłaty ostatniej raty – opisuje prezes Głowacki.

W przypadku braku wpływu do sądu wniosku o zatwierdzenie układu przed upływem czterech miesięcy od daty obwieszczenia postępowanie umarza się. Dzieje się to zgodnie z art. 20 ustawy z dnia 19 czerwca 2020 r. (T 4.0).

– Wierzyciel może złożyć nadzorcy pisemne zastrzeżenia co do zgodności z prawem przebiegu samodzielnego zbierania głosów, przebiegu zgromadzenia wierzycieli lub wskazania innych okoliczności, które mogą mieć wpływ na zatwierdzenie układu. Zgodnie z art. 216 ust. 2 PrRest, nadzorca układu ma obowiązek dołączyć to do wniosku adresowanego do sądu. Dla wierzyciela, którego siedziba lub miejsce zwykłego pobytu w dniu wydania postanowienia znajdowały się za granicą, termin wniesienia zażalenia w części dot. wyłącznie jurysdykcji sądów polskich i wynosi 30 dni od dnia obwieszczenia postanowienia o zatwierdzeniu układu, zgodnie z art. 223 ust 4 Pr Rest – podsumowuje ekspert z DGA Centrum Sanacji Firm.

Rzecznik MŚP negatywnie o pomyśle objęcia spółek komandytowych podatkiem dochodowym

W wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów opublikowany został Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw.

Część z proponowanych w projekcie zmian wychodzi naprzeciw postulatom zgłaszanym przez Rzecznika MŚP w swoich licznych wystąpieniach. Po pierwsze, projekt przewiduje podwyższenie obecnego limitu uprawniającego do korzystania przez przedsiębiorców – osób fizycznych z opodatkowania w formie ryczałtu ewidencjonowanego z 250 tys. euro do 2 mln euro, o co Rzecznik MŚP wnioskował już podczas opiniowania projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia obciążeń regulacyjnych w kwietniu ubiegłego roku. Projekt przewiduje również podwyższenie limitu przychodów z bieżącego roku podatkowego z 1,2 mln euro do 2 mln euro uprawniających do korzystania z obniżonej 9% stawki podatku CIT. Rozbieżność między tym limitem, a limitem uprawniającym do korzystania ze statusu „małego podatnika” przy rozliczaniu CIT (wynoszącym 2 miliony euro za rok ubiegły), była przedmiotem licznych wniosków przedsiębiorców skierowanych do Rzecznika MŚP, na podstawie których Rzecznik MŚP informował właściwe organy o dostrzeżonych barierach i utrudnieniach w zakresie wykonywania działalności gospodarczej.

Wśród proponowanych zmian przewidziano jednak również takie, które mają na celu „uszczelnienie systemu podatkowego oraz odpowiedź na tworzone przez podatników struktury optymalizacyjne z wykorzystaniem spółek komandytowych poprzez nadanie spółce komandytowej statusu podatnika podatku dochodowego”.

Rzecznik MŚP jednak wyraził negatywne stanowisko wobec powyższego zamierzenia, wskazując na fakt, że projektowane rozwiązania mogą prowadzić do podwójnego opodatkowania spółek komandytowych i w konsekwencji zwiększenia wobec nich obciążeń podatkowych. Zwracając uwagę na obecną tendencję, polegającą na sukcesywnym wzroście popularności tej formy prowadzenia działalności gospodarczej, Rzecznik MŚP podniósł, że nowe przepisy mogą tylko odwrócić ten pozytywny trend.

Ponadto Rzecznik MŚP negatywnie zaopiniował propozycje wprowadzenia obowiązku sporządzania i podania do publicznej wiadomości polityki podatkowej przez podatników CIT oraz zwiększenia obowiązków dokumentacyjnych dla tak zwanych cen transferowych. W opinii Rzecznika MŚP rozwiązania te mogą naruszać zasadę proporcjonalności i adekwatności, zagwarantowaną w art. 67 pkt 1 ustawy Prawo przedsiębiorców.

Upadłości konsumenckich będzie więcej niż 10 tysięcy w skali roku. Rok 2020 może być pod tym względem rekordowy

Rekordowe zainteresowanie upadłościami konsumenckimi. Przekroczona zostanie granica 10 tysięcy sądowych decyzji.

Dla gospodarki pod każdym możliwym względem rok 2020 będzie czasem wyjątkowym – już teraz możemy mówić o zmianie struktury w wielu przedsiębiorstwach. Najpoważniej z kryzysem radzą sobie takie branże jak: przemysł, hotelarstwo, turystyka, usługi czy branża kreatywna. Przedsiębiorcy robią wiele, by wyjść z gospodarczego kryzysu możliwie obronną ręką. Czy to się udaje? Ostatnie wskaźniki PKB pokazują, że tracimy, ale mniej niż inne kraje europejskie. Jak w tej trudnej sytuacji gospodarczej radzą sobie osoby fizyczne? Wiele wskazuje na to, że  rok 2020 będzie rekordowy jeżeli chodzi o ilość ogłoszonych upadłości konsumenckich. – Nigdy wcześniej nie odbieraliśmy tak dużej ilości telefonów i wiadomości z pytaniami o warunki ogłoszenia upadłości konsumenckich. W samym Szczecinie przygotowaliśmy już kilkanaście wniosków. Jesteśmy przekonani, że rok 2020 będzie rekordowy pod względem ogłoszonych przez sąd upadłości konsumenckich – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

  • W 2019 roku liczba upadłości konsumenckich wyniosła niespełna 8 tysięcy. Spodziewamy się, że w roku 2020 ten przyrost może przekroczyć nawet 10-11 tysięcy
  • Powodem jest zmiana przepisów, która rozszerza możliwość starania się o upadłość. Nie bez znaczenia jest także globalny kryzys finansowy spowodowany pandemią koronawirusa
  • Zainteresowanie ogłoszeniem upadłości konsumenckiej jest najwyższe w historii – mówią zgodnie specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska
  • Sądy w czasie pandemii działają wolniej, stąd trudno jest dzisiaj ocenić skalę ogłoszonych już upadłości. W szczycie lockdownu nie było ich wiele, ale w czerwcu już ponad 1100

Nowelizacja przepisów otwiera przepustkę do upadłości konsumenckiej dla większej ilości osób

Statystyki pokazują, że z roku na rok ilość osób ogłaszających upadłość konsumencką jest coraz większa. W 2018 roku ten wskaźnik wynosił zaledwie nieco ponad 6500 osób, a już rok później było ich niespełna 8 tysięcy. W województwie zachodniopomorskim w 2018 roku upadłość konsumencką ogłoszono w przypadku 291 osób, a rok później już tych osób było ponad 350. Rok 2020 będzie prawdopodobnie rokiem rekordowym. Powodem jest pandemia koronawirusa, która wpędziła w tarapaty finansowe pokaźne grono osób. Nie bez znaczenia są także zmiany w przepisach, które weszły w życie w marcu 2020 roku.  – Nowelizacja przepisów zmieniła sytuacje o tyle, że większa grupa konsumentów może skorzystać z ustawy i ogłosić upadłość. To pozytywna zmiana i otwiera drogę dla wielu osób do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Dotychczas jeżeli sąd stwierdził, że utrata majątku nastąpiła w drodze rażącego niedbalstwa to mógł odmówić ogłoszenia upadłości, teraz te przesłanki nie będą uwzględniane – wyjaśnia Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

– Rośnie świadomość społeczna, że możemy rozpocząć nowe życie po upadłości konsumenckiej rośnie. To dobre dla wszystkich, bo przecież wierzyciele również korzystają. Jest wiele pytań o możliwość upadłości konsumenckiej, o warunki które trzeba spełniać, o formułę upadłości i odpowiedzialność z jaką trzeba się zmierzyć. Coraz więcej osób nie chce żyć z długami, nasi klienci mówią często, że „duszą się” mając na plecach rosnące zobowiązania. Stąd też o upadłości konsumenckiej warto pomyśleć jak najszybciej. Efektem będzie po prostu lepsze życie – wyjaśnia Katarzyna Michalska.

„Konsumenci dotychczas kiedy byli niewypłacalni brali nowy kredyt. Teraz nie można spłacać pożyczki pożyczką”

Specjaliści nie ukrywają, że pandemia koronawirusa będzie motorem napędowym wzrostu ilości ogłoszonych upadłości konsumenckich. To już niebawem będzie widoczne w statystykach. W kwietniu i w maju ogłoszonych upadłości była śladowa ilość – to kwestia lockdownu i utrudnionej pracy sądów. W czerwcu 2020 za to pobito historyczny rekord ponad 1100 ogłoszonych upadłości konsumenckich w jednym miesiącu.  – Dotychczas osoby, które ogłaszały upadłość konsumencką to były osoby w trudnej sytuacji życiowej, po wypadkach lub ciężkich chorobach, po stracie najbliższych, osoby, które wpadły w spiralę zadłużenia. Po pandemii spodziewamy się większej ilości osób, które straciły pracę lub, które straciły możliwość zarobkowania w związku z lockdownem i komplikacjami koronawirusowymi. Spodziewamy się jesiennej fali upadłości – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy.

Pytań o możliwość upadłości konsumenckiej i o jej warunki jest całe mnóstwo. Dłużnicy pytają o to, jak ukształtowane będą ich relacje z wierzycielem, czy komornicy nadal będą ich nękać oraz jak dużą część majątku stracą: – Spodziewamy się, że w tym roku w skali rocznej przekroczona zostanie liczba 10 tysięcy ogłoszonych upadłości konsumenckich. Nie jest wykluczone, że ten wskaźnik będzie jeszcze wyższy. Sądy rozpatrują wnioski o upadłość przez kilka miesięcy, nawet pół roku. Jeżeli ktoś więc zgłosił się do sądu wiosną lub latem to wyrok powinien otrzymać późną jesienią lub zimą – mówi Katarzyna Michalska.

– Zgłaszają się do nas osoby, które mają kredyty i czują się zagrożone niewypłacalnością. Zainteresowanie jest kilkukrotnie większe, bo ludzie czują się bardzo niepewni przyszłości. Konsumenci dotychczas kiedy byli niewypłacalni brali nowy kredyt. Teraz kreacja finansowa jest zupełnie inna i nie ma możliwości spłacania jednej pożyczki drugą. Upadłość konsumencka w Polsce wciąż jest ostatecznością, a powinna być jednym z narzędzi do rozpoczęcia życia bez zobowiązań, przy jednoczesnym zaspokojeniu możliwie szerokich potrzeb wierzycieli – dodaje Filip Kiżuk.

Jak uchronić siebie i swoich bliskich przez zarażeniem COVID-19

Obecna sytuacja na świecie w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa COVID-19, wymaga od nas wielu poświęceń. Poznaj interesujące informacje, dzięki którym będziesz wiedział jak postępować w związku z ciągłym zagrożeniem epidemiologicznym.

Co oprócz maseczek i mycia rąk?

Wszyscy wiemy, że obecnym standardem jest ciągłe noszenie w miejscach publicznych maseczek na twarz. Również dokładne i częste mycie rąk weszło w codzienny nawyk wielu osobom. Ale co jeszcze można zrobić, aby uchronić się od zarażenia COVID-19? Warto w miarę możliwości ograniczać przebywanie w dużych skupiskach ludzi. Dlatego zalecane jest robienie dużych zakupów raz na jakiś czas, zamiast codziennego przychodzenia do sklepu.

Lista zakupów i co dalej?

Sporządziłeś już listę wszystkich potrzebnych rzeczy i zastanawiasz się w jaki sposób je wszystkie udźwigniesz? Warto zainwestować w wózek, dzięki któremu zapomnisz o dźwiganiu ciężkich zakupów na rękach. Dzięki składanym wózkom na zakupy z kółkami możesz swobodnie poruszać się z swoim wózkiem po sklepie. Sklepowe, duże wózki są często trudne w kierowaniu, w przeciwieństwie do zgrabnego wózka od ROLSER.

Kolejną kwestią, przemawiającą za posiadaniem własnego wózka, jak i własnych siatek na owoce i pieczywo jest oczywiście kwestia higieny. Wózki sklepowe nie są zazwyczaj dezynfekowane na tyle często, aby zapewnić pełną ochronę przed zarażeniem. Dlatego posiadanie własnego wózka jest naprawdę bezpieczne i praktyczne.Jaki wózek wybrać

Jaki wózek wybrać?

Wybierając odpowiedni model, warto zastanowić się jakie mamy potrzeby. Wybierz funkcjonalne wózki zakupowe, które uczynią Twoją wyprawę na zakupy przyjemniejszą. Wybierz składany wózek, który z łatwością zmieści się do każdego bagażnika. Zastanów się również czy potrzebujesz klasycznego modelu 2-kołowego, czy też może 4-kołowego albo 6-kołowego który z łatwością pokonuje schody. Jakikolwiek wózek wybierzesz, możesz być pewny że jest to inwestycja na lata. Wózki od ROLSER przetrwają długie lata intensywnego użytkowania, co może potwierdzić niezliczona grupa zadowolonych użytkowników.

Dodaj sobie energii!

Wózki są dostępne w wielu wariantach kolorystycznych i wzorach. Wiele osób wybiera klasyczną czerń lub granat w delikatne, nienachalne wzory. Jednak podczas smutnego czasu warto dodać sobie energii! Ale jak to zrobić? Wybierz wózek w kolorze żywego pomarańczu, różu, czy innego koloru. Rozświetl swój dzień, jak i innych osób w sklepie za pomocą energetycznych barw wózków ROLSER.

Rola żeglugi bliskiego zasięgu będzie rosła. Pośrednio wpłynie na to pandemia

Pandemia i związane z nią ograniczenia wpłynęły na mniejsze obroty portów morskich, zmniejszone tymczasowo przewozy towarowe i pasażerskie oraz kłopoty marynarzy. Branża przygotowuje się na różne scenariusze uwzględniające dalsze rozprzestrzenianie się koronawirusa. Jednym z możliwych skutków może być zwiększenie roli żeglugi bliskiego zasięgu, czyli np. między portami w Europie. – Przez lockdown wielu producentów zrozumiało, że błędem jest prowadzenie produkcji daleko, np. w Azji, a to pociągnie za sobą rozwój rodzimej produkcji, a więc i zapotrzebowanie na transport – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk, prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Wszystkie przedsiębiorstwa żeglugowe chcą dalej funkcjonować, więc albo tną koszty, albo zmniejszają prędkość statków, albo idą w nowoczesne, bardziej ekologiczne statki, napędzane wodorem, LNG. To są pomysły na to, żeby dostosować się do przyszłości, bo rynek po COVID-19 już nie będzie taki sam. To już nie będą tylko długie trasy, bo jednak produkcja rodzima zacznie się odradzać – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Arciszewska-Mielewczyk. – Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby zatrzymać całą gospodarkę i czekać, aż śrubka, bez której nie można skręcić mebla, przyjdzie z Chin.

Jej zdaniem to może spowodować skrócenie łańcucha dostaw, a więc wzrost znaczenia żeglugi bliskiego zasięgu i zmiany jej funkcjonowania. Transport morski ma istotne znaczenie dla handlu europejskiego – tą drogą przewożonych jest ok. 90 proc. towarów w wymianie z krajami trzecimi i 40 proc. towarów w ramach UE.

To również zmiany w żegludze śródlądowej, bo to jest ze sobą powiązane – podkreśla prezes Polskich Linii Oceanicznych. – To już na pewno nie będą takie przewozy jak przed COVID-em. Będziemy skupiać się na nowych technologiach, ekologii. Mamy szansę połączenia żeglugi z przemysłem stoczniowym, ponieważ to są dwie dziedziny, które bez siebie nie mogą funkcjonować. Możemy technologicznie konkurować z Chinami, bo mamy potencjał intelektualny w Polsce, bardzo dobrze wykształcone kadry.

Dużą szansą dla polskich stoczni będzie m.in. projekt budowy farm wiatrowych na Bałtyku, który ma się rozpocząć wkrótce. Polskie firmy z sektora morskiego już dziś są znaczącym graczem w branży offshore, dostarczając wyspecjalizowany sprzęt i usługi. Do tego jednak potrzebne jest wsparcie tego sektora przez państwo.

– Potrzebne są szybkie, zdecydowane decyzje, tak jak to robią inne kraje europejskie, dotując swoje przedsiębiorstwa. Przykładem mogą być Niemcy czy Francja – podkreśla prezes PLO.

Pandemia i lockdown, choć obeszły się z transportem morskim nieco łagodniej niż z innymi gałęziami, nie pozostały bez negatywnego wpływu na sektor. Jak wynika z danych GUS, w połowie roku drogą morską przewieziono w Polsce ponad 3,6 mln ton towarów, o 14,2 proc. mniej niż rok wcześniej, a obroty ładunkowe w portach morskich w tym czasie wyniosły 43,5 mln ton, czyli o 10,6 proc. mniej niż przed rokiem. Mniejsze obroty odnotowano we wszystkich rodzajach ładunków, a największy spadek w przeładunku ładunków masowych ciekłych – o 24,3 proc., w tym ropy naftowej o 32,2 proc. Jednak już w czerwcu widoczne były zdecydowane wzrosty przewozów tą drogą.

COVID-19 spowodował, że również przewozy pasażerskie odczuły jego skutki. Niemniej jednak ruch się odbudowuje. Mimo pandemii trzeba być przygotowanym na to, co się stanie, biorąc pod uwagę różne scenariusze. Musimy dostosowywać się do zapotrzebowania, budować promy większe, nowocześniejsze, żebyśmy mogli pływać, nawet jeśli COVID-19 z nami pozostanie – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. – Niedługo będziemy w Gdyni otwierać przystań promową, a więc unowocześniamy nasze porty, chcemy być przygotowani do coraz dłuższych, większych i nowoczesnych jednostek.

Jedną z najważniejszych inwestycji w polskich portach morskich ostatnich lat jest budowa nowego terminalu portowego w Gdyni. Pozwoli on na przyjmowanie promów pasażerskich o długości do 245 metrów (obecny terminal przy Nabrzeżu Helskim może przyjmować promy do 175 metrów długości), umożliwi łatwiejsze manewrowanie promami, a czas ich pobytu w porcie będzie krótszy. Lokalizacja nowego terminalu ułatwi także pasażerom dojazd do centrum Gdyni. Zakończenie budowy zaplanowano na koniec 2021 roku.

Pandemia wpłynęła również na pracę samych marynarzy. W początkowej fazie pojawiły się trudności z wymianą załóg na statkach. Marynarze nie mogli zejść na ląd i wrócić do domu z uwagi na obostrzenia obowiązujące w danym państwie.

– Bez specjalnych korytarzy, które ułatwią marynarzom powrót do kraju i umożliwią wymianę załogi na statkach, funkcjonowanie tej grupy zawodowej jest bardzo trudne – zauważa prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Polska rozważa wdrożenie koncepcji tzw. wirtualnego prosumenta. Dzięki temu w fotowoltaikę mogliby inwestować mieszkańcy bloków i dużych miast

Polska rozwablża wprowadzenie koncepcji tzw. wirtualnego prosumenta. Zakłada ona, że producentami energii mogą zostać nawet te podmioty (firmy i osoby), które nie mają gdzie wybudować własnego źródła OZE. Na początku tego roku taką możliwość wdrożyła już Litwa. Dzięki nowym przepisom możliwość zainwestowania w instalacje fotowoltaiczne miałyby nawet osoby mieszkające w blokach i dużych miastach. – Widzimy zainteresowanie tym rozwiązaniem ze strony Polski, prowadzone są prawne analizy możliwości jego wprowadzenia. Myślę, że to nastąpi prędzej niż później – mówi Simonas Šileikis, prezes Green Genius Poland, firmy oferującej takie inwestycje na Litwie.

Po uchwaleniu odpowiednich przepisów, które są jednymi z najbardziej nowatorskich w UE, na Litwie pojawiły się nowe możliwości związane z tzw. zdalnymi elektrowniami słonecznymi. Dają one możliwość właściwie każdemu obywatelowi nabyć część elektrowni fotowoltaicznej działającej na terenie kraju, niekoniecznie w pobliżu miejsca zamieszkania. Dotyczy to nawet mieszkańców bloków w miastach – oni też mogą w ten sposób ograniczać koszty zużywanej energii – mówi agencji Newseria Biznes Simonas Šileikis. – Widzimy zainteresowanie tym rozwiązaniem ze strony Polski. Prowadzone są prawne analizy możliwości jego wprowadzenia. Myślę, że nastąpi to prędzej niż później, bo to rozwiązanie jest korzystne zarówno dla rządu, jak i społeczeństwa i środowiska.

Zapis na temat wirtualnego czy zbiorowego prosumenta miałby się znaleźć w nowelizacji ustawy o OZE. W czerwcu br. o takich pracach mówił Przemysław Hofman z Ministerstwa Rozwoju na kongresie PV-CON 2020. Koncepcja ta była jednym z rozwiązań rekomendowanych przez EY w raporcie przygotowanym jeszcze dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii we wrześniu ubiegłego roku („Koncepcja zmian regulacji wspierających rozwój energetyki prosumenckiej”). Wskazał on, że podobne rozwiązania działają już m.in. w USA, gdzie w 11 stanach odbiorcy mogą dzielić się energią z jednego źródła OZE, oraz w Grecji, we Włoszech, na Cyprze i we Francji, gdzie pilotaż takiego rozwiązania prowadzi koncern EDF.

Koncepcja wirtualnego prosumenta przyczynia się do rozwoju energetyki prosumenckiej i byłaby korzystna zwłaszcza dla jednostek samorządu terytorialnego, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, klastrów energii, biurowców i budynków zajmowanych przez wiele różnych podmiotów czy nawet sąsiadów, którzy są zlokalizowani blisko siebie w sieci dystrybucyjnej, co pozwala im dzielić się wyprodukowaną energią. Jak wskazuje EY, to rozwiązanie może też wpłynąć pozytywnie na sieć, bo energia byłaby wytwarzana i konsumowana lokalnie.

Jak podkreśla prezes Green Genius Poland, polska infrastruktura energetyczna wymaga dostosowania do rosnącej roli energetyki rozproszonej i prosumenckiej.

Rozwój inwestycji w fotowoltaikę w ogromnej mierze zależy od dostępnej infrastruktury energetycznej. Trzeba poświęcić więcej uwagi możliwościom przyjęcia przez nią dodatkowych ilości mocy wytwarzanej ze źródeł odnawialnych, np. energii słonecznej czy wiatrowej. Kraje, w których infrastruktura energetyczna powstała wiele lat temu, w pewnym momencie staną przed wyzwaniem związanym z tzw. wąskim gardłem mocy. Polska go nie uniknie – ocenia.

Według danych przekazanych do PSE przez operatorów systemów dystrybucyjnych – 1 sierpnia br. moc zainstalowana w instalacjach PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła ponad 2,2 GW. Oznacza to wzrost o ponad 156 proc. rok do roku i o 7,2 proc. w ujęciu miesięcznym.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce głównym obszarem inwestycji w OZE. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki w 2014 roku moc z tego źródła w sieci wynosiła 20 MW, a prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej mówią o tym, że w 2025 roku ma to być 7,8 GW (raport „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”).

Mile widziane byłoby nieco większe wsparcie dla dużych instalacji i poświęcenie im większej uwagi, żeby cały proces inwestycyjny był prostszy, a inwestycja bardziej wydajna. W ostatecznym rozrachunku przyczyniłoby się to do niższych cen energii – wskazuje Simonas Šileikis.

Jak ocenia, generalnie w Polsce nie ma jednak większych barier, które utrudniałyby inwestowanie w fotowoltaikę, a otoczenie regulacyjne sprzyja inwestorom. W dobrym kierunku rozwija się system aukcyjny, a pomniejsze problemy rynek powinien naturalnie sam wyregulować.

W tej chwili polski rynek fotowoltaiczny przeżywa prawdziwy rozkwit. W porównaniu do innych państw w Europie jest jednym z najbardziej atrakcyjnych i interesujących kierunków dla inwestorów. Żartobliwie mówimy, że teraz co drugi Polak inwestuje w fotowoltaikę. To pewna przesada, ale duży popyt znacznie przyczynia się do wzrostu tego sektora i zwiększania ilości dostępnej energii z ekologicznych źródeł – mówi prezes Green Genius Poland.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. W naszym kraju to właśnie w segmencie mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy. Według danych PTPiREE przytaczanych przez resort rozwoju na koniec czerwca br. funkcjonowało w Polsce ponad 262,3 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 1,7 GW. To oznacza wzrost o prawie 41 proc. wobec I kwartału br. i aż o 69,8 proc. w porównaniu do końca ubiegłego roku.

Jesteśmy przekonani, że w ciągu najbliższych kilku lat polski rynek dołączy do europejskiej czołówki pod względem rozwoju produkcji energii z instalacji fotowoltaicznych – ocenia Simonas Šileikis.

W Europie fotowoltaika pokrywa w tej chwili ok. 3 proc. całkowitego zapotrzebowania na energię w UE przy szacowanym potencjale sięgającym 15 proc. przed 2030 rokiem – wynika z opublikowanego w maju raportu Solar Europe Now. Roczne obroty europejskiej branży PV są szacowane na ok. 5 mld euro. Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków PV na Starym Kontynencie. W tej chwili pod względem rocznego przyrostu mocy zainstalowanych zajmuje w UE piątą pozycję i według prognoz IEO utrzyma ją także w tym roku.

Jadwiga Emilewicz: Liczymy na przyjęcie drugiej tarczy dla turystyki na najbliższym posiedzeniu Sejmu. 300 mln zł trafi do turystów w ramach Funduszu Zwrotów

W czwartek 10 września senatorowie zgłosili kolejne poprawki do ustawy ws. kolejnej tarczy dla turystyki i ponownie skierowali projekt do senackiej Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności. – Mamy nadzieję, że Sejm na najbliższym posiedzeniu przyjmie tę ustawę – mówi wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Branża bardzo liczy na nowe instrumenty wsparcia, m.in. uruchomienie Turystycznego Funduszu Zwrotów, z którego będą wypłacane środki za wykupione przed pandemią wyjazdy.

Mamy nadzieję, że na najbliższym posiedzeniu Sejm przyjmie ustawę, w której jest kilka rozwiązań dotyczących sytuacji covidowej, w tym uruchomienie Funduszu Zwrotów przy Turystycznym Funduszu Gwarancyjnym. To ok. 300 mln zł, a beneficjentem tych środków będą turyści. Każdy, kto przed pandemią SARS-CoV-2 przedpłacił wycieczkę lub wyjazd turystyczny, a ten się nie odbył z powodu koronawirusa, będzie mógł zwrócić się do tego funduszu. Jednocześnie będą do niego aplikować firmy, które będą musiały przedstawić opłacone drogą bezgotówkową wycieczki. Wówczas na podstawie oświadczeń zweryfikowanych w ciągu maksymalnie 30 dni środki będą wypłacane bezpośrednio na konta, ale nie firm, tylko turystów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wicepremier i minister rozwoju Jadwiga Emilewicz.

Drugi element wsparcia dla turystyki to przedłużenie postojowego i zawieszenia składek na ubezpieczenia społeczne dla pilotów, przewodników i przewoźników autokarowych, którzy w tym roku nie mają szans na odbicie i poprawę swojej kondycji finansowej.

To także wypłata postojowego dla najmniejszych przewoźników, pilotów i przewodników, którzy nie rejestrowali spadku w ujęciu marzec do kwietnia czy luty do kwietnia, ponieważ oni tradycyjnie są pracownikami sezonowymi: odwieszają działalność w kwietniu, a kończą we wrześniu, a w sezonie jesienno-zimowym po prostu nie działają. Dla nich także mamy w tej ustawie wsparcie – wyjaśnia minister rozwoju podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Jak podkreśla, rząd teraz skupia się na pomocy sektorowej. Nie ma w planach wprowadzenia kolejnych tarcz skierowanych do ogółu firm. To efekt względnie stabilnej sytuacji w gospodarce. Według danych Ministerstwa Rozwoju do 4 września br. wartość pomocy udzielonej przedsiębiorstwom w ramach rządowych tarcz antykryzysowych wyniosła 135 mld zł. Lwia część, prawie 60,5 mld zł, to subwencje z Tarczy Finansowej PFR.

– Po dwóch kwartałach najtrudniejszego okresu gospodarczego historii Polski po 1989 roku możemy powiedzieć z umiarkowanym optymizmem, że gospodarka radzi sobie względnie dobrze. To pierwsze dwa kwartały po 1989 roku, kiedy mówimy o recesji technicznej, ale jednak jest ona jedną z płytszych w Europie – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Według danych GUS w II kwartale br. PKB Polski skurczył się o 8,2 proc. rok do roku i 8,9 proc. w ujęciu kwartalnym. Z kolei według Eurostatu spadek wyniósł odpowiednio 7,9 proc. i 8,9 proc. Jeszcze w połowie sierpnia wstępne, niepełne szacunki Eurostatu wskazywały, że polska gospodarka w II kwartale będzie trzecim krajem z najmniejszym spadkiem w całej UE, ustępując tylko Litwie i Finlandii.

Uaktualnione dane opublikowane w tym tygodniu pokazują, że Polska znalazła się pod tym względem na szóstym miejscu w UE. Lepiej od nas poradziły sobie Irlandia (-3,7 proc. r/r), Litwa (-4,0 proc.), Finlandia (-6,3 proc.), Estonia (-6,5 proc.) i Szwecja (-7,7 proc.). Na kryzysie wywołanym pandemią o wiele bardziej ucierpiały natomiast Hiszpania (-22,1 proc. r/r), Wielka Brytania (-21,7 proc.) oraz Francja (-18,9 proc.). Sąsiednie Niemcy odnotowały w II kwartale spadek PKB o 11,3 proc. w ujęciu rocznym, z kolei Czechy – o 11 proc. Wzrost gospodarczy całej strefy euro był o 14,7 proc. niższy niż przed rokiem, natomiast spadek dla całej UE sięgnął 13,9 proc. i był największym od 1995 roku, od kiedy Eurostat zaczął prowadzić pomiary.

Wstępne dane dotyczące III kwartału wskazują też, że powoli następuje odbudowa aktywności i popytu (wg GUS w lipcu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 1,1 proc. r/r, a w porównaniu z czerwcem br. wzrosła o 3,4 proc., rośnie też konsumpcja). Prognozy dla Polski podnieśli w ostatnim tygodniu ekonomiści Banku Pekao SA i Credit Agricole, według których krajowa gospodarka w tym roku skurczy się o 2,4 proc. i 2,8 proc. Z kolei PIE szacuje spadek o 3,5 proc. r/r w III kwartale oraz o 3,1 proc. w całym 2020 roku.

Widzimy już jaskółki odbicia, od czerwca rośnie produkcja przemysłowa, konsumpcja rośnie na niskim poziomie, utrzymują się inwestycje – mówi Jadwiga Emilewicz. – Dziś koncentrujemy się przede wszystkim na tym, aby utrzymać poziom inwestycji i aby te inwestycje publiczne trafiały na rynek. Stąd Fundusz Inwestycji Lokalnych.

Dwucyfrowe tąpnięcie w inwestycjach (o 10,9 proc. r/r) – obok spadku konsumpcji – było jedną z głównych składowych spadku krajowego PKB w II kwartale. Dlatego też resorty rozwoju i finansów pracują nad pakietem rozwiązań, które mają pobudzić prywatne inwestycje oraz zachęcić do lokowania w Polsce kapitału. Drugi element to publiczne wydatki inwestycyjne, a za ok. 40 proc. z nich odpowiadają samorządy. W związku z tym mogą one liczyć na 6 mld zł z rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych. Środki przeznaczone dla gmin (w tym wiejskich), powiatów i miast – do nawet 93 mln zł – mogą trafiać m.in. na drogi, remonty szkół, budowę żłobków czy inwestycje w wodociągi.  Pieniądze mają spływać na konta samorządów szybko i bez zbędnej biurokracji.

Jednocześnie – jak podkreśla wicepremier – rząd chce jak najszybciej zaangażować do odbudowy gospodarki środki unijne, wynegocjowane w ramach nowej siedmiolatki. To ponad 750 mld zł w ramach unijnego budżetu i Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy, który ma podnieść gospodarki państw UE z kryzysu wywołanego pandemią SARS-CoV-2.

Te 60 mld euro z funduszu odbudowy chcielibyśmy zacząć inwestować już w przyszłym roku – zapowiada wicepremier i minister rozwoju.

Czym właściwie jest PKB (Produkt Krajowy Brutto)?

Czym jest wskaźnik PKB, jak go rozumieć i na ile pokazuje on rzeczywistą kondycję gospodarki? Czy są lepsze metody mierzenia dobrobytu?

Główny Urząd Statystyczny podał w piątek, 14 sierpnia flash szacunek, z którego wynika, że Produkt Krajowy Brutto w II kwartale 2020 roku spadł o 8,2 proc. rdr wobec wzrostu na poziomie 2,0 proc. rdr w I kw. 2020 r. Z kolei kwartał do kwartału PKB spadł o 8,9 proc. Co to w praktyce oznacza i jak rozumieć odczyty związane z Produktem Krajowym Brutto?

Czym właściwie jest PKB?

Definicja Produktu Krajowego Brutto brzmi następująco:

Produkt Krajowy Brutto (PKB) jest to suma wartości produktów finalnych wytworzonych na terenie danego kraju w ciągu jednego roku i wyrażona w cenach rynkowych. 

Z tej książkowej definicji wynikają cztery następujące wnioski istotne przy interpretacji PKB oraz jego wskaźnika i stopy:

  • Rachunek PKB ograniczony jest do terytorium danego kraju. Oznacza to, że przy rachunku PKB nie ma znaczenia kto jest właścicielem czynników wytwórczych; ważne jest to, aby zainstalowane one były w granicach danego kraju.

Inaczej jest w przypadku Produktu Narodowego Brutto (PNB). PNB jest to suma produktów finalnych wytworzonych przez czynniki wytwórcze będące własnością podmiotów danego kraju, niezależnie od tego, w którym miejscu na świecie są one zainstalowane. W Polsce nie prowadzi się – jak do tej pory – rachunku PNB, ponieważ skala polskich inwestycji za granicą jest jeszcze stosunkowo niewielka.

  • Patrząc na PKB od strony struktury realnych produktów i usług, do PKB zalicza się tylko produkcję finalną, tzn. tę która została zakończona w danym roku i przeznaczona jest na cele konsumpcji lub inwestycji. Przyrost zapasów i produkcja w toku nie wchodzi do rachunku PKB.

Patrząc na PKB od strony wartości produkcji finalnej, to wartość PKB jest tzw. wartością dodaną brutto wyrażoną w cenach rynkowych. Oznacza to, że każda transakcja, która nie przeszła przez procedurę kupna-sprzedaży na rynku i tym samym nie została oficjalnie zarejestrowana nie jest uwzględniona w rachunku PKB.

  • PKB odzwierciedla skumulowany efekt aktywności gospodarczej w jednym roku. Oznacza to, że PKB jest miarą strumienia, tzn. przyrostu bogactwa narodowego osiągniętego z aktywności gospodarczej jednego roku. PKB nie pokazuje wcześniej zgromadzonego zasobu bogactwa narodu. Dlatego też PKB jest lepszym miernikiem wzrostu gospodarczego niż miarą dobrobytu społecznego.

Wskaźnik czy stopa wzrostu PKB?

Wskaźnik PKB – to relacja poziomu PKB w roku (okresie) t do poziomu PKB w roku (innym okresie) t-1. Może być np. rok do roku (rdr). Wskaźnik ten informuje o tym, jaki procent PKB z roku t-1 stanowi PKB wypracowany w roku t. Np. 103% przy wzroście PKB lub 95% przy jego spadku.

Stopa wzrostu PKB (również ujemna) jest to relacja przyrostu PKB do jego poziomu z roku wyjściowego i oznacza o ile procent wzrósł (spadł) PKB w badanym okresie. Np. PKB wzrósł o 3% lub spadł o -5%.

Wskaźnik PKB oraz stopę wzrostu PKB stosuje się w różnych wariantach analizy ekonomicznej w zależności od celu badawczego.

Reasumując, Produkt Krajowy Brutto oraz wskaźniki i stopy jego wzrostu to w uproszczeniu różne miary przyrostu tego samego krajowego bogactwa.

Dr Piotr Maszczyk, ekonomista SGH i wykładowca Prasowej Akademii Pieniądza zwrócił uwagę, że wskaźnik PKB jest miarą względnie młodą, bo jest stosowany dopiero od drugiej dekady XX wieku. „Parametr ten określa łączną wartość dóbr i usług wytworzonych na terenie jakiegoś kraju. Mamy też Produkt Narodowy Brutto (PNB), który w większym stopniu odnosi się do narodowości, czy też obywatelstwa tych, którzy w produkcję dóbr byli zaangażowani” – wyjaśnił dr Maszczyk.

Informacyjna wartość PKB (wskaźnika lub jego stopy)

PKB jest źródłem wielu wartościowych informacji. Znaczenie i wartość analityczna tego wskaźnika jest uzależniona od zastosowanej metody jego szacowania.

Do wartości PKB można dojść trzema sposobami:

  • Wykorzystując tzw. metodę zakładową. Od produkcji globalnej odejmuje się zużycie pośrednie i w ten sposób uzyskujemy wartość nowowytworzoną w danym roku czyli wartość dodaną brutto w cenach rynkowych czyli PKB. Tę metodę stosuje GUS przy obliczaniu PKB.
  • Wykorzystując podejście wydatkowe. Sumuje się wszystkie wydatki skierowane na zakup dóbr finalnych, czyli dodaje się do siebie wydatki konsumpcyjne, inwestycyjne, rządowe oraz saldo wymiany z zagranicą. Jest to spojrzenie na PKB od strony struktury globalnego popytu.
  • Wykorzystując podejście dochodowe. Ponieważ przy produkcji dóbr finalnych „zatrudnione” są czynniki produkcji: praca kapitał i państwo, sumuje się wszystkie wypłacone tym czynnikom dochody. Dlatego od strony dochodowej PKB jest równy sumie: płac, zysków oraz podatków.

W tym miejscu należy podkreślić ważny fakt. Wartość PKB w przedstawionych trzech perspektywach, w tym samym okresie czasu, jest dokładnie taka sama. Różne są jedynie poszczególne składowe, które determinują ostateczną wartość produktu PKB. Już w tym kontekście widać, iż analiza PKB może przynieść bardzo wiele wartościowych informacji. Na początku wspomniano, iż w II kwartale 2020 roku wartość PKB spadła o 8,2 proc. rdr. Co to oznacza dla całej gospodarki, dla przedsiębiorstw oraz dla gospodarstw domowych? Czy spadek ten jest wynikiem spadku wartości produkcji globalnej, czy wzrostu zużycia pośredniego? To wskazywałoby najprawdopodobniej na spadek wartości dodanej brutto w polskiej gospodarce (perspektywa pierwsza). Czy może spadek PKB jest skutkiem obniżenia konsumpcji, a może spadkiem wartości akumulacji brutto? A może przyczyną jest pogorszenie bilansu handlu zagranicznego? (perspektywa druga). W końcu, może wspomniany spadek PKB jest skutkiem obniżenia dochodów w gospodarce? (perspektywa trzecia). Na te i jeszcze wiele innych pytań udzielenie odpowiedzi jest możliwe dzięki szczegółowej analizie wewnętrznej struktury PKB. Choć sam wskaźnik PKB mówi nam tylko o końcowym, zagregowanym rezultacie funkcjonowania gospodarki krajowej, to jednak znajomość sposobu jego szacowania pozwala na wyciągnięcie wielu wniosków na temat przyczyn określonego stanu rzeczy.

Wady i zalety PKB jako miernika wzrostu i dobrobytu społecznego

Do podstawowych zalet wskaźnika PKB należą powszechność jego stosowania oraz prostota, która wynika z tego, że łatwo jest go wytłumaczyć, bo pokazuje ile dóbr i usług wytworzono. Mimo iż od kilkunastu lat pojawiają się alternatywne metody mierzenia rozwoju gospodarczego nadal wielu ekonomistów na świecie nie wyobraża sobie rezygnacji z posługiwania się tym parametrem.

Wskaźnik PKB ma jednak szereg wad. Przede wszystkim nie pokazuje prawdziwej siły gospodarczej, ponieważ nie ujawnia wcześniej zgromadzonego bogactwa. Wskazuje głównie, czy akurat teraz idzie dobrze, czy źle i jak szybko nam się (z grubsza) poprawia lub pogarsza.

Niedoskonałością wskaźnika PKB jest też to, że abstrahuje od tego jak jest dzielony wypracowany majątek. Co prawda poza globalną wartością PKB liczony jest też PKB per capita (na głowę), ale ten drugi wskaźnik jedynie uśrednia ilość wytworzonych dóbr i usług nie mówiąc nic o ich podziale.

Wskaźnik PKB jest też dość nieprecyzyjny. Wartość PKB rośnie bowiem wraz ze wzrostem wartości dóbr i usług. Tymczasem nie zawsze wzrost wartości tego co wytwarzamy jest korzystny. Przykładem może być tu sytuacja, w której zostaje zmniejszona skala korków w Warszawie. Wtedy co prawda zmaleje zużycie paliwa, co oznacza, że PKB w Polsce też zmaleje. Ale czy jest to powód do niezadowolenia?

Ponadto w PKB nie ujawnia się części efektów działalności gospodarczej prowadzonej poza wiedzą i zasięgiem władzy państwa, czyli np. „czarnej strefy”. Z kolei tzw. „szara strefa”, w której ukrywana jest przed opodatkowaniem część zajęć i dochodów, jest najczęściej oszacowana jedynie z grubsza.

Do PKB nie jest wliczana praca na własne potrzeby. Dobrze obrazuje to sytuacja, kiedy ktoś wybuduje dom własnymi rękoma, bez korzystania ze specjalistów, bez wystawiania faktur, rachunków – w tej sytuacji PKB nie wzrośnie. Ale już ten sam dom zbudowany przez wynajętą firmę budowlaną powiększy PKB. Podobnie obiad zjedzony w domu nie powiększa PKB, a obiad zjedzony w restauracji już tak.

PKB nie uwzględnia też strat i uszczerbków w środowisku naturalnym powodowanych przez procesy produkcyjne, nie mierzy jakości naszego życia, nie mierzy poziomu edukacji, poziomu debaty politycznej, stanu naszego zdrowia i wielu innych aspektów.

Mimo tylu niedoskonałości i wad całkowita rezygnacja z tego wskaźnika wydaje się obecnie mało prawdopodobna, ponieważ nie wymyślono jeszcze innej, lepszej miary, która miałaby mniej wad niż PKB.

Źródło informacji: Serwis Samorządowy PAP

Ulgi na robotyzację i prototypy pobudzą innowacyjność polskich firm. Nowe rozwiązania mają ruszyć już 1 stycznia

Koronawirus obnażył słabości tych biznesów, które przez lata unikały cyfryzacji. Restrykcje pandemiczne okazały się najmniej dotkliwe dla tych firm, które przeszły proces transformacji cyfrowej i nie stroniły od rozwiązań automatyzujących pracę. Aby pomóc wyjść polskim firmom z kryzysu pandemicznego i poprawić innowacyjność rodzimego sektora technologicznego, Ministerstwo Rozwoju we współpracy z Ministerstwem Finansów planuje wdrożyć ulgi podatkowe dla firm, które zainwestują w technologie automatyzujące oraz roboty.

– Rok do roku coraz więcej firm korzysta z ulgi na badania i rozwój, a to jest obszar, który m.in. decyduje o innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Podobnie jest z automatyzacją i robotyzacją. Jest bardzo dużo badań, które pokazują, że automatyzacja przemysłu pozytywnie przekłada się na konkurencyjność i efektywność, a z czasem również na zdolności eksportowe firm. A w tym obszarze Polska jest trochę do tyłu i to nie tylko w stosunku do światowych liderów, typu Korea Południowa czy Niemcy, ale również w stosunku do innych krajów regionu, takich jak Słowacja, Czechy czy Węgry – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Ulga na inwestycje w rozwiązania z sektora automatyzacji przemysłowej i robotyzacji zaproponowana przez Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Finansów pozwoliłaby odliczyć 150 proc. podstawy opodatkowania na zakup sprzętu niezbędnego do prowadzenia biznesu. Zgodnie z założeniami byłaby rozliczana w ramach CIT oraz PIT dla przedsiębiorców i umożliwiłaby sfinansowanie zakupu robotów, robotów współpracujących (kobotów) czy zautomatyzowanych linii produkcyjnych.

Program będzie skierowany do szerokiego grona odbiorców i pozwoli pozyskać środki na modernizację biznesów z wielu sektorów gospodarki.

– Chcielibyśmy, żeby już od 1 stycznia ulga znalazła się w polskim systemie prawnym i była skonstruowana w taki sam sposób jak ulga na badania i rozwój, czyli z listą na poziomie przepisów, listą kwalifikowanych wydatków. To też w żaden sposób nie przeszkadzałoby w amortyzacji tych środków – tłumaczy Marek Niedużak.

Równolegle do niej miałaby funkcjonować ulga na prototypy zaproponowana przez Ministerstwo Finansów. Nowe rozwiązania prawne mają stanowić rodzaj zachęty dla przedsiębiorców do inwestowania w nowe, przyszłościowe technologie, a co za tym idzie, stanowić narzędzie do walki z kryzysem pandemicznym.

– Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć skutków wprowadzenia tych przepisów. Jednak jeżeli w obszarze automatyzacji będą one podobne jak w uldze na badania i rozwój, gdzie widzimy rok do roku wzrosty typu 20–30 proc., zarówno jeśli chodzi o liczbę korzystających firm, jak i kwotę środków przeznaczonych na wydatki, to będzie sukces, bo to oznacza, że mamy dodatkowy fiskalny impuls dla polskich firm, by były bardziej efektywne i nowoczesne – twierdzi podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Także Unia Europejska przeznaczy na inwestycje z zakresu m.in. automatyzacji, robotyzacji i cyfryzacji kwotę 100 mln dol., jednak w obszarze rolnictwa. Celem projektu, który wystartował 10 września, jest umocnienie pozycji polskiego sektora spożywczego przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii w ramach inwestycji z unijnego Programu Inteligentny Rozwój.

Według analityków z firmy Fortune Business Insights wartość globalnego rynku automatyzacji przemysłu w 2019 roku wyniosła blisko 169 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 326 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,9 proc.

W tym roku serwisy VOD zanotują rekordowy wzrost. Rosnąca liczba widzów przyciąga do Polski kolejnych graczy

0

Platformy VOD w okresie lockdownu notowały rekordowe zainteresowanie. Teraz liczba użytkowników nieco spadła, ale i tak jest – w większości serwisów – wyższa niż przed rokiem. PMR szacuje, że cały ten rok będzie rekordowo dobry dla branży, a w kolejnych latach trend wzrostowy się utrzyma. Platformy zyskiwały głównie na tym, że z powodu zamknięcia kin producenci i dystrybutorzy przenosili na nie kinowe premiery. Dotychczas walka toczyła się o to, aby czas pomiędzy kinem a dostępem do filmów drogą internetową był wydłużony.

 Przed koronawirusem starcia między największymi formami dystrybucji, czyli kinem, telewizją a sekcją VOD, były bardzo widoczne. Lobby telewizyjne nie zgadzało się, żeby część dystrybucji przenieść do internetu, również ze względu na budżety i realizacje finansowe produkcji. Kiedy kina generowały ponad 60 proc. przychodu z danego filmu, miały decydujący głos w kwestii formy i możliwości dystrybucji czy czasu między udostępnieniem filmu w internecie a premierą kinową. Dzisiaj wszyscy musimy się dostosować do nowych realiów – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Troszczyńska, właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Te nowe realia to przede wszystkim zamknięte przez kilka miesięcy kina i małe zainteresowanie widzów po otwarciu obiektów. Jak podaje portal Wirtualnemedia.pl za Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, w lipcu do kin wybrało się niecałe 533 tys. osób, podczas gdy rok temu było to 4,9 mln. Drugi aspekt nowej rzeczywistości to większa popularność serwisów VOD.

– W czasach lockdownu rozwiązania VOD były jedynym możliwym dostępem do kultury audiowizualnej – mówi Justyna Troszczyńska. – To był największy boom i największy wzrost liczby subskrybentów, ponieważ ludzie łaknęli rozrywki. W okresie pandemii zainteresowanie serwisami streamingowymi było rekordowe.

Jak wskazywał raport serwisu Reelgood, w ciągu kilku tygodni konsumpcja filmów na tych platformach wzrosła o ponad 400 proc. W Polsce, według danych z badania Gemius/PBI opracowanych przez Wirtualnemedia.pl, w czasie izolacji społecznej Netflix zanotował rekordową liczbę 5,68 mln użytkowników i 92,89 mln odsłon. Wyniki za lipiec to 4,9 mln oglądających oraz 78,14 mln odsłon. To mniej niż w poprzednich miesiącach, ale i tak dużo więcej niż przed rokiem.

Platformy streamingowe rosły w siłę m.in. dlatego, że w związku z zamknięciem kin część producentów i dystrybutorów filmowych zdecydowała się na zmianę w modelu dystrybucji nowych tytułów.

– Jeżeli kina są zamknięte, nie możemy wprowadzać filmów, które już zostały wyprodukowane i na tę premierę czekały. Te filmy bardzo często zaczynają swoją promocję marketingową i PR-ową nawet rok przed premierą kinową. Jeżeli zostałyby schowane do szuflady, najprawdopodobniej nie miałyby w przyszłości szansy na odrobienie strat – tłumaczy właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Badanie przeprowadzone przez Ernst & Young na zlecenie National Association of Theater Owners (Narodowe Stowarzyszenie Właścicieli Kin) wskazuje, że im dłuższy czas między premierą kinową a obiegiem na VOD czy innych nośnikach, tym większe zyski dla wszystkich. Film, który trafia do obiegu domowego 108 dni po premierze kinowej, przynosi 1,75 mln dol. zysku więcej, niż gdyby trafił na VOD 10 dni wcześniej. W okresie pandemii jednak producenci i dystrybutorzy musieli dotrzeć do widzów w inny sposób, właśnie poprzez serwisy streamingowe.

 Z uwagi na przeniesienie części premier do strefy internetowej największe studia amerykańskie i polskie zdecydowały się, by ich produkcje były dostępne wcześniej. Do tej pory największa walka toczyła się o to, aby czas pomiędzy kinem a dostępem do filmów drogą internetową był wydłużony, ostatnimi czasy było to nawet 40 dni, a w porozumieniu z dystrybutorami i producentami kina zgadzały się na skrócenie tego okresu w zależności od popularności filmu w kinie – wskazuje Justyna Troszczyńska.

W okresie pandemii niecałe dwa tygodnie po premierze film „Sala samobójców. Hejter” był dostępny w płatnej ofercie serwisu Player.pl. Z kolei horror „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, którego premierę kinową początkowo przełożono, ostatecznie trafił na platformę Netflix. W USA jeszcze w marcu wytwórnia Universal Pictures zapowiedziała, że swoje najnowsze filmy będące w dystrybucji kinowej udostępni na platformach VOD. Po otwarciu kin w Polsce z początkiem czerwca i w lipcu sytuacja powoli się zmienia, jednak w związku z dalszymi obostrzeniami i małym zainteresowaniem widzów część premier została wstrzymana.

Jak ocenia ekspertka, niezależnie od rozwoju pandemii serwisy VOD będą przyciągać coraz więcej użytkowników. Koronawirus tylko ten wzrost przyspieszył. Jak wskazuje raport PMR, rynek jest wart 1 mld zł. W kolejnych pięciu latach tempo wzrostu powinno wynieść średniorocznie 8,1 proc.

– Nasz rynek stał się atrakcyjny nie tylko dla rodzimych podmiotów, które mają za sobą telewizję, ale również dla zagranicznych inwestorów i platform. Stąd mamy również prognozy na 2021 rok. W Polsce pojawi się Disney+, czekamy na Amazona, który będzie dużo bardziej rozwinięty. Rozpoczyna się ekspansja oferty HBO Max – wymienia właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun. – W tym zakresie konkurencyjność naszego rynku robi się bardzo duża, natomiast jest on już dosyć mocno nasycony, dlatego nie możemy mówić o pozyskiwaniu nowych subskrybentów, ale na pewno o przejmowaniu od innych subskrybentów bądź abonentów telewizji płatnych.

Promieniowanie UVC skuteczną metodą walki z koronawirusem. Promienniki nowej generacji mogą sprawdzić się także w domach

Już od pierwszych dni pandemii koronawirusa naukowcy i epidemiolodzy eksperymentowali z wykorzystaniem promienników UVC w roli narzędzi do błyskawicznej dezynfekcji przestrzeni wspólnych. Z systemów bazujących na promieniowaniu ultrafioletowym korzystały do tej pory głównie szpitale oraz branża transportowa. W przyszłości technologia tego typu może być w pełni bezpieczna dla ludzi i trafić także do użytku domowego.

– Przeprowadziliśmy badania z Uniwersytetem Bostońskim i w warunkach laboratoryjnych udało nam się potwierdzić, że promienniki UVC marki Philips, przy zastosowaniu dawki 5 mJ/cm2, są w stanie zdezaktywować w 99% wirus SARS-CoV-2 w ciągu zaledwie 6 sekund. Z natury promieniowanie UVC jest niebezpieczne dla organizmów żywych, więc nie należy napromieniowywać bezpośrednio ludzi, zwierząt i roślin. Jednak mamy w swojej ofercie urządzenia, które są tak skonstruowane, aby w trakcie ich działania w danej przestrzeni mogli przebywać ludzie. – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Agata Iwańska, manager ds. rozwoju biznesu w Signify Poland.

O skuteczności promieniowania ultrafioletowego w walce z koronawirusem przekonuje Centralny Instytut Ochrony Pracy – Państwowy Instytut Badawczy, powołując się na prace naukowe Narodowej Komisji Zdrowia w Chinach. Badania dowiodły, że SARS-CoV-2 wykazuje wysoką wrażliwość na promieniowanie ultrafioletowe w zakresie UVC. 30-minutowa sesja dezynfekująca wykorzystująca promieniowanie o natężeniu co najmniej 1,5 W/mkw pozwala skutecznie usunąć koronawirusa z całego pomieszczenia.

– Promienniki UVC to źródła światła emitujące promieniowanie ultrafioletowe z zakresu od 200 do 280 nanometrów, które ma charakter biobójczy. Wirus SARS-CoV-2 jest podatny na to promieniowanie, które rozkłada jego RNA, przez co nie może się dalej replikować i staje się nieszkodliwy dla ludzi – tłumaczy Agata Iwańska.

Firma Signify zwraca uwagę na jeszcze jeden istotny problem, który stoi na drodze do upowszechnienia się systemów dezynfekcji UVC. W trakcie użytkowania niektóre urządzenia UVC wytwarzają duże ilości ozonu, który może być niebezpieczny dla ludzi po zakończeniu procesu dezynfekcji.

– Nasze promienniki wykonane są ze specjalnego szkła i dzięki temu nie generują szkodliwego ozonu w trakcie pracy. O ile przestrzeń po napromieniowaniu UVC staje się zupełnie bezpieczna dla ludzi, o tyle po naozonowaniu należy ją wywietrzyć. Dlatego ważne jest, aby źródła UVC nie wytwarzały ozonu. przekonuje ekspertka.

Systemy dezynfekcyjne wykorzystujące promieniowanie UVC były używane przez polskie firmy już od pierwszych tygodni od wybuchu pandemii. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Krakowie już od 6 kwietnia wdrożyło system dezynfekcji pojazdów z wykorzystaniem promienników UVC PERUN,które powszechnie stosuje się w salach szpitalnych oraz gabinetach zabiegowych.

Przyszłością tej branży mogą okazać się promienniki nowej generacji, nad którymi pracują naukowcy z Center for Radiological Research na Uniwersytecie Columbia. Badacze eksperymentują z falami UVC o krótszych długościach, które byłyby bezpieczne dla komórek ludzkiego ciała, a jednocześnie pozwalałyby na skuteczną dezynfekcję w miejscach najbardziej narażonych na transmisję wirusów: na lotniskach, w pojazdach komunikacji miejskiej czy halach sportowych.

Promieniowanie UVC okazało się skuteczną formą dezynfekcji, która znacznie redukuje zagrożenie zarażeniem np. gruźlicą. Z kolei podczas pandemii pojawiła się potrzeba dostosowania technologii stosowanej dotychczas w szpitalach do warunków pozaszpitalnych. Jeżeli używamy promienników w sposób bezpieczny, mogą one znaleźć bardzo szerokie zastosowanie w skutecznej dezynfekcji mówi Agata Iwańska z Signify Poland.

Według raportu analityków z firmy Allied Market Research, który uwzględnia pandemiczną sytuację, rynek dezynfekcji promiennikami UVC osiągnie do 2027 roku wartość 5,7 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie 17 proc. średniorocznie.

System ERP w chmurze – czy warto korzystać z cloud computing?

Rozwiązania IT to w obecnych czasach nieodzowny czynnik determinujący biznesowe realia. W dobie rosnącej konkurencyjności przedsiębiorstwa muszą sięgać po narzędzia informatyczne pozwalające na optymalizację ich wewnętrznych procesów, budowanie wydajności i efektywną analitykę – w tym po zintegrowane systemy ERP. Nowe możliwości użytkowania zaawansowanego oprogramowania dla firm stwarza technologia chmury obliczeniowej, wykorzystywana m.in. w systemie Microsoft Dynamics 365 Business Central. Rozwiązanie Microsoft dedykowane przedsiębiorcom jeszcze tylko do końca września 2020 jest dostępne w promocyjnej, o połowę niższej cenie. Czy warto zatem zarządzać firmą z programem czerpiącym z zyskującej na popularności chmury obliczeniowej oraz – przede wszystkim – z czym wiąże się taka możliwość?

Chmura obliczeniowa – czym jest?

Chmura obliczeniowa (ang. cloud computing) to nowoczesny model przetwarzania danych przy użyciu sieci internetowej. Użytkownicy mają możliwość korzystania z jej zasobów bez konieczności kupna licencji oraz budowy własnych struktur informatycznych, co stanowi podstawową właściwość odróżniającą chmurę od tradycyjnej formy obsługi oprogramowania. Specyfika rozwiązania wiąże się z dużą wygodą i wyraźnymi korzyściami w zakresie finansów, bezpieczeństwa, mobilności czy dopasowania do potrzeb konkretnej organizacji.

Zgodnie z najnowszym raportem Panorama Consulting Group – The 2020 ERP Report – już 62,70% organizacji korzystających z oprogramowania ERP zdecydowało się na implementację w ramach platformy chmurowej. Jakie główne korzyści niesie ze sobą taki wybór, zwłaszcza w zestawieniu z klasyczną formą usługi?

Oszczędność

Stosunkowo niskie koszty inwestycji w oprogramowanie obsługiwane z poziomu chmury to podstawowy atut, który w dużej mierze determinuje docelowych użytkowników cloud computing. Są to przede wszystkim organizacje z sektora małych i średnich firm – nie muszą one inwestować w budowę własnych struktur informatycznych, ich późniejszy serwis czy kadrę IT, bowiem komplet usług otrzymują z zewnętrznego serwera obsługiwanego przez usługodawcę. Dzięki niskiej barierze wejścia świat biznesowych technologii pozostaje dla nich otwarty.

Nieco inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku dużych organizacji, które zazwyczaj dysponują już wewnętrzną infrastrukturą niezbędną do wdrożenia systemów. Po szczegółowej analizie może bowiem okazać się, iż ostateczny bilans finansów przedstawi się dla nich lepiej przy wykorzystaniu tradycyjnych serwerów.

Szeroka dostępność

Chmura obliczeniowa podąża z trendem mobilności, który w ciągu minionych kilku miesięcy przeistoczył się właściwie w standard. Sytuacja epidemiologiczna zmusiła firmy do przejścia w zdalny model pracy, nawet jeżeli uprzednio pracodawcy nie skłaniali się ku tej formie działań.

Dziś natomiast wiele przedsiębiorstw deklaruje pozostanie przy „home office” w dłuższej perspektywie czasu, czemu sprzyja z kolei technologia chmurowa. Użytkownicy mogą korzystać ze spójnego środowiska pracy, niezbędnych baz danych oraz posiadać kontrolę nad wszystkimi procesami jedynie za pośrednictwem urządzeń mobilnych z dostępem do internetu. Lokalizacja – o ile gwarantuje dobre łącze sieciowe – nie ma tutaj znaczenia.

Dostosowanie do potrzeb i wygoda

Oprogramowanie ERP w modelu chmurowym zapewnia wysoki stopień kontroli nad danymi i mocą obliczeniową. Wskaźniki wydajności mogą być bowiem modyfikowane przez użytkowników w dowolnej chwili i na dowolny okres czasu – dłuższy bądź krótszy, zależny od potrzeb przedsiębiorstwa. Dzięki skalowalności mamy także realny wpływ na ponoszone koszty, gdyż płacimy za faktycznie wykorzystane zasoby. Ponadto, przedsiębiorcy korzystający z systemu ERP w chmurze będą mogli liczyć na bieżące aktualizowanie oprogramowań bez dodatkowych kosztów, co pozostaje w zakresie obowiązków dostawcy rozwiązania – podobnie jak kompleksowa obsługa serwera.

Bezpieczeństwo

Dość powszechna obawa przed niewystarczającą ochroną danych stanowi niestety częsty powód, przez który potencjalni użytkownicy nie podejmują się wdrożeń chmury, która – owszem – jak każde rozwiązanie IT nie może zagwarantować 100% bezpieczeństwa, jednak margines błędu jest w tym wypadku minimalny. Dane zgromadzone w obrębie platformy chmurowej chronione są szeregiem obwarowań, licznymi replikacjami, a co więcej – pozostają odporne na fizyczne uszkodzenia, inaczej niż w przypadku tradycyjnych serwerów wewnętrznych.

Liderzy chmury – Dynamics 365 Business Central

W czołówce dostawców chmury publicznej, zarówno na rynku polskim, jak i światowym, od lat plasuje się m.in. Microsoft, będący właścicielem drugiej co do wielkości w skali globalnej platformy Microsoft Azure. Platforma obsługuje równie znany system ERP – Microsoft Dynamics 365 Business Central, dostępny w modelu tradycyjnym, chmurowym oraz łączonym.

Użytkownicy korzystać mogą z różnych typów licencji, dzięki czemu możliwy jest dobór funkcjonalności skrojonych pod potrzeby konkretnego przedsiębiorstwa oraz specyfikę danej branży. System ERP od Microsoft pozwala na integrację oraz optymalizację procesów w takich obszarach, jak: zarządzanie finansami, projektami, sprzedażą i usługami, łańcuchem dostaw, produkcja czy analiza i raportowanie. Dodatkowe korzyści stwarzają także liczne rozwiązania aplikacyjne, zdolne do poszerzania podstawowych możliwości systemu.

Sprawdź promocyjny koszt systemu ERP

Oprogramowanie Dynamics 365 Business Central w wariancie cloud computing do końca września 2020 zakupić można w ramach promocyjnej oferty – 50% realizowanej przez strategicznego partnera Microsoft – firmę technologiczną IT.integro. Ze względu na swoje właściwości rozwiązanie dedykowane jest przede wszystkim sektorowi MŚP, którego przedsiębiorstwa dzięki rabatowej ofercie zyskać mogą:

  • zintegrowane środowisko wymiany danych, jakim jest system ERP,
  • dodatkowe narzędzie analityki biznesowej,
  • aplikacje znanego pakietu Microsoft/Office 365 sprzyjające pracy zdalnej.

Zachęcamy do zapoznania się ze szczegółami specyfiki systemu na stronie https://www.dynamics365bc.pl/erp-w-chmurze/, gdzie szybko i w trybie online obliczysz koszt zakupu rozwiązania wspierającego rozwój firm na ścieżce cyfrowej transformacji.

Co zmienia nowa strategia prowadzenia polityki pieniężnej w USA

Fed ogłosił założenia swojej nowej strategii monetarnej. Celem staje się przegrzanie rynku pracy. Co to oznacza i czy tym śladem pójdą inne banki centralne?

Najważniejszą zmianą jest nowe podejście do celu inflacyjnego, który odtąd traktowany będzie jako średni pożądany poziom inflacji. Po okresie, w którym inflacja w USA utrzymywała się poniżej celu inflacyjnego (2%) Rezerwa Federalna będzie akceptowała kształtowanie się dynamiki cen umiarkowanie powyżej celu. Takie podejście będzie umożliwiało Rezerwie Federalnej jak najdłuższe prowadzenie łagodnej polityki pieniężnej w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego i wsparcia rynku pracy nawet w warunkach narastającej presji inflacyjnej.

Decyzje Fed uzależnione będą od „skali spadku zatrudnienia względem swojego maksymalnego poziomu”, podczas gdy wcześniej brał on pod uwagę „skalę odchyleń zatrudnienia od swojego maksymalnego poziomu”.

Tym samym ewentualny spadek stopy bezrobocia poniżej poziomu naturalnego, wiążący się ze wzrostem presji inflacyjnej, będzie do pewnego stopnia tolerowany. Celem takiej polityki jest przegrzanie rynku pracy w celu wzrostu zatrudnienia w najsłabszych ekonomicznie grupach społecznych.

– Ostatnie doświadczenia dotyczące cyklu koniunkturalnego pokazują, że rynek pracy może być bardzo mocny i jednocześnie nie musi to powodować bardzo dużego wzrostu inflacji, a tak bywało w przeszłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Fed sugeruje, że chce doprowadzić do takiej sytuacji, że gdy rynek będzie przegrzany, stopa bezrobocia będzie bardzo niska i osoby, które dotąd nie mogły znaleźć zatrudnienia znajdą pracę i będą z niej zadowolone.

Ta decyzja powinna wywoływać wątpliwości, ponieważ rolą banków centralnych jest stabilizowanie gospodarki, aby nie ulegała nadmiernym wahaniom. Takie działania, o których wspomina obecnie Fed, mogą jednak bardziej zaszkodzić niż pomóc najuboższym.

– Nie jest tak, że można doprowadzić do przegrzania gospodarki i taki stan utrzymywać przez dwadzieścia lat – komentuje ekspert XTB. – Próbowano czegoś podobnego w 2018 i 2019 r.i bezrobocie stało się bardzo niskie, ale teraz te osoby są najbardziej poszkodowane.

Efektem niekonwencjonalnych działań Fed jest już bańka spekulacyjna na notowaniach giełdowych spółek technologicznych. Wcześniej czy później doprowadzi to do niebezpiecznego wstrząsu.

Polityka Fed raczej sprzyja D.Trumpowi, ale wynik wyborów prezydenckich w USA wydaje się bardzo niepewny.

– Niezależnie kto wygra wybory, taka polityka Fed będzie mu jednak potrzebna, ze względu na rekordowe zadłużenie USA – dodaje P.Kwiecień.

Wiele państw niebezpiecznie zwiększyło swoje zadłużenie. Nie tylko strategia Fed prowadzi do nowych, nieznanych dotąd zagrożeń.

Eksperci: bez nowych spalarni nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów w Polsce

Bez odzysku energii z odpadów nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów. Jednak, aby wypełnić lukę inwestycyjną w tym zakresie potrzebne jest stabilne prawo i odpowiednie finansowanie – mówili uczestnicy debaty poświęconej przyszłości spalarni w Polsce, która odbyła się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Otwierając debatę wiceminister klimatu Jacek Ozdoba wyraził nadzieję, że zaproponowane przez jego resort w sierpniu br. założenia reformy gospodarki odpadami zostaną wdrożone. Zwrócił przy tym uwagę, że ministerstwo wycofało się w pomysłu wydania rozporządzenia z listą zakładów termicznego przekształcania odpadów.

Jego zdaniem to uwolni rynek i umożliwi szybsze uzupełnienie luki inwestycyjnej w tym zakresie, co w przyszłości obniży koszty dla samorządów. „Chciałbym, żeby to się odbyło w formie wykorzystania instalacji w ciepłownictwie, najlepiej w tych niższych instalacjach, a więc najbardziej ekonomicznie uzasadnionych, a także istniejących instalacjach” – mówił wiceminister.

Prezes FBSerwis S.A. Artur Pielech podkreślił, że jeszcze 6 lat temu z powodu wysokich kosztów nie wierzył w sens budowy spalarni w Polsce. „Dziś weryfikuję swoją wypowiedź, ponieważ mówiłem to wtedy, kiedy polskie gminy musiały płacić co najwyżej 500 zł za odbiór i zagospodarowanie odpadów. Dziś płacą od 1000 zł w górę” – mówił.

Jego zdaniem przyczyną tej sytuacji jest brak odpowiednich instalacji, które byłyby w stanie efektywnie zagospodarować odpady nie nadające się do recyklingu. A tych z każdym rokiem Polacy produkują coraz więcej.

„Oznacza to, że doszliśmy szybko do wniosku, że bez odzysku energii z odpadów nie da się domknąć systemu zagospodarowania odpadów” – zaznaczył Pielech.

Prezes FBSerwis zadeklarował, że jego firma jest gotowa zainwestować i podjąć ryzyko budowy nowych instalacji. „Mimo, że absolutnie uważam, że recykling jest najskuteczniejszą i najbardziej słuszną formą zagospodarowania odpadów to niektórych odpadów, z powodu np. zanieczyszczenia, po prostu nie da się poddać recyklingowi. W tej sytuacji powinniśmy je spalić i przynajmniej odzyskać energię” – mówił Pielech.

Uczestnicy debaty zwracali uwagę, że do wypełnienia luki inwestycyjnej w zakresie instalacji termicznego przekształcania odpadów konieczne jest stabilne i przewidywalne prawo, które pozwoli na planowanie tego typu przedsięwzięć w długiej perspektywie.

„Jako nowa ekipa zarządzająca miastem podejmując decyzje o nastawieniu na odpowiednie tory systemu musimy wiedzieć w jaki sposób organizować system na kolejne lata jeżeli nie na dziesięciolecia. W tym kontekście mam nadzieję, że wejdą w życie zapowiadane przez resort klimatu zmiany bo one w niezwykły sposób wpływają na podejmowanie decyzji w zakresie spalarni” – mówił Adam Zawada, wiceprezydent Wrocławia, który musiał wycofać się w 2015 r. z budowy miejskiej spalarni.

Jego zdaniem drugim kluczowym czynnikiem jest finansowanie. „Widać, że tych pieniędzy jest na rynku za mało. Z nadzieją więc patrzymy np. na niemieckie rozwiązania dotyczące rozszerzonej odpowiedzialności producentów opakowań, czy możliwości finansowania inwestycji w formule PPP” – podkreślił wiceprezydent Wrocławia.

Również Mirosław Skowron, członek zarządu CIECH S.A. ocenił, że ustawodawstwo powinno iść w takim kierunku, aby inwestycje w termiczne przekształcanie odpadów były długofalowo opłacalne.

Tegoroczne Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbywa się w dniach 8-10 września. Główną osią dyskusji Forum są najważniejsze wyzwania o charakterze politycznym, społecznym i gospodarczym, jakie stoją przed Europą Środkowo-Wschodnią.

Sukcesorzy polskich firm rodzinnych spotkają̨ się̨ w Poznaniu na V Kongresie NextG. FUTURE of NEXTgen

Już po raz piąty sukcesorzy z polskich firm rodzinnych wymienią się doświadczeniami na Kongresie NextG, który odbędzie się̨ w dniach 5 i 6 października 2020 roku w samym sercu Poznania – Concordii Design. Organizatorem wydarzenia jest Instytut Biznesu Rodzinnego. Kongres dedykowany jest młodemu pokoleniu przedsiębiorców z polskich firm rodzinnych, a tematyka wiodąca spotkania skupia się na digitalizacji, kompetencjach przyszłości, trendach biznesowych i roli sukcesorów w przyszłości polskiej gospodarki.

Uczestnicy wydarzenia to głównie młodzi sukcesorzy pochodzący z rodzin biznesowych. Przyjeżdżają̨ do Poznania, bo chcą̨ wymienić́ się̨ doświadczeniami z innymi uczestnikami, którzy tak jak oni, stoją przez wyzwaniem sukcesyjnym i biznesowym w swoich rodzimych firmach. „Wiemy, że zaledwie 8% sukcesorów chce przejąć́ firmę̨ rodzinną po rodzicach. Dlatego podczas Kongresu NextG polscy sukcesorzy słyszą historie zarówno sukcesów i porażek swojego pokolenia w firmach i poza nimi. Konfrontują swoje wyobrażenia o przejęciu firmy rodzinnej z rzeczywistością zbudowaną przez swoich rodziców czy dziadków. Młodzi przedsiębiorcy dzielą się tutaj swoimi doświadczeniami i nawiązują relacje, które niejednokrotnie zostają z nimi na długie lata” – mówi prezes Instytutu Rodzinnego dr Adrianna Lewandowska, MBA.

Tegoroczna edycja Kongresu NextG FUTURE of NEXTgen skupia się na podejściu praktycznym do biznesu i nadchodzących zmian gospodarczych. Dlatego do prelekcji, dyskusji zaproszeni zostali czołowi zagraniczni eksperci z obszaru firm rodzinnych, między innymi Susanne Bransgrove czy Guillermo Salazar. Wystąpią także polscy praktycy i mówcy; Zofia Dzik z Instytutu Humanites, dr Marta Widz, Roman Wieczorek, Szymon Trzebiatowski oraz dr Adrianna Lewandowska z ramienia Instytutu Biznesu Rodzinnego. Dotychczas, w latach 2016, 2017, 2018, 2019, w NextG wzięło łącznie udział ponad 800 sukcesorów z firm takich jak: Altom Design, Ania Kruk, Dr Irena Eris, Graal, Inglot, Kazar, Kupiec, Kross, Oceanic, Oknoplast, Mitcar, Wojas, Wajnert Meble, ZPUE oraz Zbyszko.

Wydarzenie będzie w całości hybrydowe – z możliwością wzięcia udziału w formule stacjonarnej dla ograniczonej liczby uczestników (ze względów bezpieczeństwa) oraz w dwóch wersjach ONLINE – dla wszystkich tych, którzy wybiorą zdalne uczestnictwo w konferencji. Wirtualna wejściówka na Kongres NextG to niezwykła możliwość personalizacji agendy i dopasowania jej do własnych potrzeb.

Instytut Biznesu Rodzinnego to Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych w Polsce i za granicą. Wiodącą misją działań Instytutu jest profesjonalizacja polskich przedsiębiorstw rodzinnych poprzez doradztwo w zakresie procesu sukcesji, strategii międzypokoleniowych i Konstytucji Firm Rodzinnych, szerzenie wiedzy, dobrych praktyk, prowadzenie i publikowanie wyników badań naukowych oraz wymianę̨ doświadczeń́ krajowych i zagranicznych. Każdego roku Instytut organizuje szereg wydarzeń́ dedykowanych firmom rodzinnym, które zawsze są unikatową platformą wymiany doświadczeń́ i okazją do nawiązania bezcennych relacji biznesowych.

Ponad połowa załadowanych ciężarówek w UE nie jest wykorzystana optymalnie

Każdy kilometr się liczy, dlatego w transporcie drogowym towarów warto je liczyć dokładnie. Według American Transportation Research Institute około 20 proc. odległości pokonywanej przez kierowców ciężarówek nie generuje przychodów. Rzeczywista liczba nierentownych tras może być jeszcze wyższa. Europejski system przewozów również mierzy się z problemami wydajności pojazdów ciężarowych. Efektywność transportu drogowego to podstawa, gdyż to on odpowiada za 76,7 proc. całego przewozu ładunków w UE.[1] Dlatego w najbliższej przyszłości to właśnie wzrost wydajności w operacjach transportowo-spedycyjnych, skuteczna analiza danych oraz sprawne reagowanie na zmiany w sektorze TSL będą kluczowe, by przewoźnik zachował konkurencyjność. Na tym polu przedsiębiorców wspierają narzędzia cyfrowe takie jak telematyka lub TMS (system zarządzania transportem).

Systemy informatyczne w transporcie – prognozy ekspertów

W przyszłości to nie cena, czyli stawki za fracht, może być głównym kryterium wyboru podwykonawcy. Transport, spedycja i logistyka rozwijają krok po kroku narzędzia informatyczne. Wdrażają je do swoich firm, by zamówienia i zlecenia były obsługiwane w modelu SaaS. Branża dostrzega potencjał w analizowaniu dużej ilości danych gromadzonych w czasie rzeczywistym. Co więcej, zaczyna wykorzystywać je tak, by wszelkie procesy udoskonalać i przyspieszać. Rynek ewoluuje i coraz częściej będziemy mieć do czynienia z transportem 4.0. Dlatego nie cena, a elastyczność, sprawność w działaniu i umiejętne zarządzanie taborem będą mieć znaczenie przy wyborze firmy do współpracy. Ponadto firmy, które jako pierwsze zdiagnozują nieefektywne zarządzanie flotą z uwagi na niskie stawki za frachty i brak narzędzi cyfrowych do odpowiedniego planowania zleceń, będą wygrane, bo bardziej konkurencyjne na rynku międzynarodowych przewozów drogowych niż te, które będą tkwić w starym offline-owym modelu – wyjaśnia Tomasz Czyż, ekspert Grupy Inelo, GBOX.

„Transport przyszłości” PwC wskazuje, że ponad połowa zapytanych przedstawicieli sektora przewozów drogowych jest przekonanych, iż to digitalizacja pozwoli im zwiększyć przychody. W najnowszym raporcie European Road Transportation Survey 2020 czytamy, że aż 74 proc. respondentów – przewoźników, kierowców i spedytorów – wskazuje na cyfryzację jako główny motor napędowy rozwoju ich biznesu.

Zarządzanie transportem w przedsiębiorstwie. W czym upatrujemy ulepszeń?

Kooperacja między załadowcami a zleceniobiorcami i truckerami, automatyzacja przesyłanych dokumentów, komunikacja z kierowcami oraz transparentność w realizowaniu operacji – to główne oraz najczęściej wskazywane atuty narzędzi informatycznych – jak system telematyczny czy TMS – używanych w przedsiębiorstwach transportowo-spedycyjnych. Przewoźnicy, czy kierowcy widzą nadchodzące zmiany również w analizie gromadzonych informacji, które są podstawą podejmowania trafnych biznesowo decyzji oraz optymalizują przekazywanie danych, co przekłada się na oszczędność czasu.

– Digitalizacja transportu zaczyna już być rozumiana jako nowy model prowadzenia biznesu w międzynarodowym środowisku przewozów drogowych i staje się koniecznym elementem walki konkurencyjnej. Rodzimi przedsiębiorcy przekonują się do niej stopniowo. Jako pierwszy krok wybierają takie rozwiązania, które teraz ułatwiają im realizowanie frachtów oraz na bieżąco wgląd w status wykonywanych zleceń. W dłuższej perspektywie dostrzegają szansę w automatyzacji skomplikowanych procesów, dzięki temu oszczędzają czas, a także pieniądze, ale też unikają błędów ludzkich. Wdrożenie u zintegrowanych systemów do zarządzania transportem i cyfryzacja, pozwala osiągnąć trwały wzrost efektywności, tak istotny dla firm transportowych czy spedycyjnych, które konkurują z międzynarodowymi operatorami logistycznymi – mówi Magda Magnuszewska, CEO Grupy Inelo.

System TMS sprawi, że transport drogowy jest efektywny?

Zintegrowana Telematyka i TMS pozwalają tak zarządzać taborem, by było jak najmniej przestojów i pustych przejazdów. Decyzje podejmowane są szybciej, ponieważ mamy dostęp do wielu danych równocześnie, czego nie daje nam GPS; możemy też efektywnie planować koszty frachtów, a więc rentowność. Z ankiety European Road Transportation z lipca 2020 roku wynika, że efektywność operacji transportowych i wydajność ciężarówek mierzona jest m.in. na podstawie krótszego czasu oczekiwania na załadunek czy rozładunek, sprawnemu kontraktowaniu kolejnych zleceń w oparciu o przepustowość dostępnych pojazdów oraz zdecydowanie mniej tzw. papierologii. Liczą się także aktualizowanie na bieżąco przebiegi zlecenia oraz odpowiedzialne i wiarygodne przewidywanie momentu przyjazdu do wyznaczonej lokalizacji.

– To tylko potwierdza słuszność obranego przez nas kierunku digitalizowania polskiego transportu drogowego. Realizowany przez nas projekt badawczo-rozwojowy wspierany przez fundusz NCBiR opiera się między innymi na usprawnianiu funkcji szacowania czasu dojazdu (ETA). I to na niespotykaną dotąd skalę, gdyż dzięki integracji danych z systemów mapowych z informacjami o dostępnym czasie pracy kierowców oraz zgodnie ze wszystkimi obowiązującymi regulacjami uzyskujemy narzędzie, które dokładnie estymuje termin wykonania zlecenia transportowego. Wzrasta efektywność eksploatowania floty. Oszczędzamy pieniądze, paliwo i czas. Sztuczna inteligencja również będzie wkraczać w sektor TSL, a nasz projekt jest tego dowodem – wyjaśnia Magda Magnuszewska, Grupa Inelo.

TMS transport i logistyka, bo liczy się każdy kilometr

Wśród trendów technologicznych mających największy wpływ w niedalekiej przyszłości na pierwszym miejscu wymieniana jest transmisja i analiza danych z postępów operacji transportowo-spedycyjnych.[2] Dane wypływają zarówno od kierowców ciężarówek, jak i centrów logistycznych czy informacji z dróg. Podstawą są teraz dane w systemie SaaS przetwarzane przez systemy do zarządzania transportem TMS czy choćby telematykę. Następna jest sztuczna inteligencja w transporcie, a dopiero później wskazywane są autonomiczne czy elektryczne samochody ciężarowe.

– Według dostępnych wyliczeń 25 proc. pojazdów w transporcie towarów notuje puste przebiegi. Natomiast aż 54 proc. załadowanych tirów jeżdżących w granicach państw UE jest niewykorzystywanych optymalnie. Czy się opłaca? Nie. Dlatego w przyszłości nie cena, a wydajność i umiejętność analizowania danych i podejmowania rentownych decyzji przy wsparciu narzędzi IT będzie kluczem do sukcesu – podsumowuje Tomasz Czyż, GBOX.

[1] Statista, 2020.

[2] 8 trends disrupting Logistics transportation DHL, 2020.

Jak pandemia zmieniła Polaków? Jakie mamy wnioski na przyszłość? Wyniki badania

Lęk o zdrowie swoje i najbliższych, brak poczucia bezpieczeństwa i stabilności oraz strach przed wizją nadchodzącego kryzysu to zdaniem Polaków główne uczucia, które wyzwoliła w nas epidemia koronawirusa. Ale mimo, iż z obawą patrzymy w przyszłość, wielu z nas zaczęło też postrzegać swoje życie jako o wiele bardziej wartościowe, zaczęliśmy doceniać i cieszyć się tym, co mamy i relacjami z ludźmi, którzy są nam najbliżsi. Wnioski, które wyciągamy z lekcji, jaką jest dla nas epidemia Covid-19, są pouczające i budujące na przyszłość – tak wynika z badania SW Research przeprowadzonego na zlecenie Polskiego Funduszu Rozwoju. Czy można mówić o tym, że jako społeczeństwo ulegliśmy przemianie? W ramach kampanii Solidarni Zwyciężymy zbieramy i pokazujemy opinii publicznej przykłady takich przemian.

W badaniu przeprowadzonym w ramach kampanii „Solidarni Zwyciężymy” zapytano Polaków, jakie wnioski na przyszłość powinniśmy jako społeczeństwo wyciągnąć z kilku miesięcy zmagań z pandemią. Jak pokazują wyniki, 33,9% Polaków zgodnie uważa, że trzeba zacząć doceniać to, co się ma oraz zacząć cieszyć się nawet z drobnych rzeczy. Zbliżona liczba badanych (33,5%) wskazuje także, że pandemia uświadomiła im, że w życiu najważniejsza jest rodzina i najbliższe osoby. Wnioski, jakie płyną dla nas z tego okresu, dotyczą jednak nie tylko zmiany postrzegania tego, czym jesteśmy otoczeni na co dzień, ale również myślenia o przyszłości. Blisko 30% Polaków uważa, że obecna sytuacja powinna nauczyć nas także, że w życiu istotna jest umiejętność dostosowania się do nowych warunków – trzeba być elastycznym i przygotowanym na zmiany, jakie przynosi rzeczywistość, a co się z tym wiąże, trzeba przykładać dużą wagę do różnych form zabezpieczania się na przyszłość – podkreśla to co czwarta badana osoba (24,5%).

Badanie potwierdziło, że pandemia, a co za tym idzie konieczność odnalezienia się praktycznie z dnia na dzień w zupełnie nowej rzeczywistości pełnej licznych ograniczeń, wyzwoliła w Polakach przede wszystkim strach i lęk. Aż 44,3% badanych wskazało, że głównie czuło strach o zdrowie swoje i najbliższych, a 34,9% wskazywało także na lęk o najbliższą przyszłość. Blisko co trzeci badany (28,8%) zmagał się też z brakiem poczucia bezpieczeństwa i stabilności oraz odczuwał strach przed wizją nadchodzącego kryzysu gospodarczego. Pandemia była w tym kontekście srogą lekcją dla nas wszystkich.

Zalew trudnych dla wszystkich uczuć w okolicznościach sprzyjających podjęciu refleksji sprawił, że wielu z nas zaczęło jednak dostrzegać dobro, jakie spotyka ich w życiu: doceniać nie tylko to, co mamy (24,3%), ale również obecne w ich życiu relacje międzyludzkie (18,3%). Część badanych zauważa także, że napotkane trudności wyzwoliły w Polakach nowe siły, aktywne szukanie rozwiązań, jak radzić sobie z nowymi wyzwaniami oraz solidarność w działaniu, troskę i pomoc niesioną innym. Negatywne emocje w okresie zmagań z pandemią przerodziły się w wartościowe wnioski. Ponad 17% badanych za najważniejsze, czego powinna nauczyć nas pandemia, uznało niepoddawanie się pesymizmowi i patrzenie z nadzieją w przyszłość oraz szukanie możliwości angażowania się w pomoc innym, szczególnie tym, którzy mają w życiu trudniej od nas.Wyniki badania_infografika

Mimo, że pandemia koronawirusa była dla wszystkich szokiem – okresem gwałtownych i niespodziewanych zmian nie tylko w życiu każdego z nas, ale też w gospodarce i funkcjonowaniu firm, to jako społeczeństwo w tych trudnych warunkach zdaliśmy egzamin z solidarności międzyludzkiej. W walkę ze skutkami pandemii zaangażowała się spora liczba instytucji i służb, ale również ogromna liczba zwykłych ludzi, cichych bohaterów, o których nie dowiemy się z pierwszych stron gazet. Takich historii w ramach kampanii Solidarni Zwyciężymy mamy zgłoszonych ponad 130, a na pewno jest ich znacznie więcej. Co warte uwagi, historie zgłaszane w konkursie pokazują, że bardzo często nie był to jednorazowy zryw, ale początek długofalowej, często bezinteresownej pomocy niesionej potrzebującym i działań na rzecz wspólnego dobra. Paradoksalnie pandemia spowodowała, że jako społeczeństwo staliśmy się trochę bardziej wrażliwi na siebie nawzajem – powiedział Paweł Borys, Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

Do tej pory wyróżnionych zostało 12 zwycięzców konkursu ogłoszonego w ramach kampanii „Solidarni Zwyciężymy”. Obecnie zakończyła się ostatnia z trzech części w której wyłonionych zostało 6 kolejnych zwycięzców. Są to osoby prywatne i firmy, które wyróżniły się nie tylko solidarnością w działaniu i troską o dobro innych ludzi, ale również kreatywnością i innowacyjnością w działaniach oraz przede wszystkim błyskawiczną reakcją i gotowością do wprowadzenia zmian. Zwycięzcy poza promocją własnych działań, otrzymają możliwość przeznaczenia 10 000 zł na wsparcie wybranej przez siebie w zgłoszeniu fundacji lub organizacji. Wszystkie historie zgłoszone w konkursie, w tym te zwycięskie, opublikowane są na stronie internetowej kampanii www.solidarnizwyciezymy.pl.

Eye-tracking – w jaki sposób reklamy wielkopowierzchniowe zaburzają odbiór przestrzeni polskich miast?

Najnowsze technologie i współczesna wiedza pomagają architektom bardzo precyzyjnie projektować przestrzeń miejską. Nowoczesne rozwiązania opracowane przez firmę Designbotic już w najbliższej przyszłości mogą sprawić, że komfort i przyjemność wynikająca z przebywania w miastach ulegną znacznej poprawie. Wszystko dzięki wykorzystaniu techniki o nazwie eye-tracking, umożliwiającej śledzenie punktów skupienia wzroku użytkowników.

Jeszcze do niedawna urządzenia służące do pomiarów biometrycznych, czyli badania reakcji i struktury ludzkiego ciała, były zarezerwowane wyłącznie dla specjalistycznych ośrodków badawczych. Postępująca miniaturyzacja podzespołów oraz obniżenie kosztów ich produkcji sprawiły, że z czasem zaawansowane technologie stały się dostępne niemal dla każdego, ułatwiając wiele aspektów codziennego życia.

Możliwość odblokowania komputera czy telefonu przy użyciu odcisku palca, rozpoznawanie twarzy, zegarki mierzące puls i ilość kroków to rozwiązania występujące dziś powszechnie.

Ta technologiczna rewolucja daje również szansę lepszego projektowania miast, a dzięki temu -podniesienia jakości życia mieszkańców. Dzięki niej, jesteśmy w stanie wyciągać wnioski na temat przeszłości przestrzeni polskich miast, m.in. ich mało spójnego i pełnego reklam oblicza lat 90’ ubiegłego wieku.

Współczesne podejście zakłada ścisłą współpracę architektów i urbanistów, która znacząco ułatwi planowanie przestrzenne i lepsze współegzystowanie pewnych obiektów. Dzięki technice eye-tracking i badaniom, które firma Designbotic przeprowadziła na architektach, wyraźnie widać, że reklamy w przestrzeni publicznej rozpraszają uwagę, odbierają przyjemność i obniżają komfort wynikający z przebywania w niej.

_Narzędzia oraz metody wykorzystywane w innych branżach często nieoczekiwanie znajdują swoje zastosowanie w dziedzinie architektury.

Do niedawna druk 3D czy wirtualna rzeczywistość wydawały się przepowiednią dalekiej przyszłości, natomiast dziś stanowią kolejne narzędzie w rękach inżynierów. Obserwując współczesny rozwój technologii, którego domeną jest często zdrowie i komfort użytkownika, możemy spodziewać się podobnej rewolucji w projektowaniu architektonicznym oraz podejściu do środowiska zabudowanego._ – mówi Kacper Radziszewski z firmy Designbotic.

Eye-tracking w architekturze

Naukowe dowody potwierdzające dominację zmysłu wzroku pochodzą jeszcze z lat 80’ ubiegłego wieku. Szereg badań wykonywanych na przestrzeni lat jednoznacznie dowiódł, że to właśnie zapis wizualnych bodźców jest w ludzkiej pamięci najsilniejszy i co za tym idzie – najmocniej wpływa na bezpośredni sposób postrzegania otaczającej przestrzeni. W ten właśnie sposób architektura postanowiła sięgnąć po dokonania okulografii (ang. eye-tracking), techniki polegającej na śledzeniu ruchu gałek ocznych, stosowanej od ponad 100 lat w dziedzinach takich, jak medycyna, psychologia czy marketing.

Wszystko po to, aby móc precyzyjnie ustalić punkt skupienia ludzkiego wzroku, analizując jednocześnie bezpośrednią tego przyczynę.

Zastosowanie tej metody ułatwia zrozumienie reakcji użytkowników na otaczająca ich przestrzeń, a także wprowadza ich mierzalność.

Polskie miasta a ustawa krajobrazowa

Celem eksperymentu przeprowadzonego przez Designbotic na architektach pracowni Roark Studio było zbadanie wpływu reklam wielkoformatowych na odbiór przestrzeni polskich miast. Wśród wybranych lokalizacji znalazły się: Rynek we Wrocławiu i Poznaniu, Galeria Handlowa Manhattan w Gdańsku, Dom Handlowy Central w Białymstoku oraz skrzyżowanie ulicy Marszałkowskiej z Al. Jerozolimskimi w Warszawie.

W badaniu porównano oryginalne zdjęcia miast z modyfikacjami, w których przypomniano, jak może wyglądać przestrzeń miasta zdominowana przez reklamy. Jedynie w przypadku Warszawy wykorzystano oryginalne zdjęcie najbliższego otoczenia budynku rotundy z lipca tego roku, w otoczeniu reklam wielkoformatowych, widniejących na wszystkich pobliskich budynkach. Warto przypomnieć, że 25 lutego tego roku, decyzją wojewody mazowieckiego, tzw. uchwała krajobrazowa, mająca na celu uregulowanie lokalizacji i formy materiałów reklamowych w przestrzeni miasta została unieważniona.

Wyniki badań

W trakcie badania przedstawiono wybrane przestrzenie 30 osobom, których ruch gałki ocznej został zarejestrowany przy pomocy specjalnego urządzenia służącego do okulografii. Precyzyjnie zarejestrowane pomiary umożliwiły poznanie zachowania ludzkiego wzroku jako reakcji na przestrzeń miasta. Dzięki analizie pomiaru, możliwe było zbadanie, które elementy obserwowane są jako pierwsze, które przykuwają naszą uwagę oraz do których najczęściej powracamy wzrokiem.

W pierwszych 2 sekundach obserwatorzy skanowali równomiernie całość przestrzeni, jednak z upływem czasu częściej i na dłużej powracali do obszarów zajętych przez reklamy, co w rezultacie skutkowało spędzeniem 35% czasu na obserwacji treści reklamowych, które dominują zmysł wzroku, pomimo zajmowania względnie małego obszaru w skali zdjęć. Z kolei przestrzenie publiczne, pozbawione elementów reklamowych, umożliwiały naturalny, swobodniejszy oraz indywidualny dla każdego człowieka ruch gałki ocznej, skupiając wzrok na elementach architektonicznych, infrastrukturze oraz osobach znajdujących się w przestrzeni.

_Architekci kształtując przestrzeń publiczną zwracają uwagę na proporcje wnętrz urbanistycznych, kompozycję, dobór materiałów elewacyjnych, zieleń i inne elementy, których obecność pozytywnie wpłynie na użytkownika. Nasza pracownia wzięła udział w badaniu eye-tracking, aby sprawdzić jak bardzo reklamy wielkopowierzchniowe zaburzają odbiór przestrzeni w miastach. Uzyskane efekty potwierdzają nasze przypuszczenia – iż tego typu reklamy odbierają użytkownikom znaczną część uwagi. Ma to wpływ nie tylko na zubożenie doznań, ale również negatywnie wpływa na bezpieczeństwo pieszych._  – mówi Jakub Bladowski, prezes pracowni architektonicznej Roark Studio.

PARP: W ciągu roku liczba ofert pracy w e-commerce wzrosła o 40 proc.

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w lipcu br. wyniosła 6,1 proc. i w porównaniu z poprzednim miesiącem utrzymała się na takim samym poziomie. Jak wynika z raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości „Rynek pracy, edukacja, kompetencje. Aktualne trendy i wyniki badań. Sierpień 2020”, w porównaniu do czerwca 2020 r. w lipcu do polskich urzędów pracy zgłoszono o 10,9 proc. więcej wakatów. W strukturze zatrudnienia rośnie liczba bezrobotnych kobiet (53,9 proc.). Na rynku pracy mają problemy również najmłodsi pracownicy.

Raport przygotowany przez PARP przedstawia syntetyczne wyniki aktualnych badań i analiz, dotyczących polskiego i międzynarodowego rynku pracy. To cykliczna comiesięczna publikacja, którą Agencja przygotowuje na potrzeby Rady Programowej ds. Kompetencji koordynującej działanie systemu Sektorowych Rad ds. Kompetencji. Omawiany raport dotyczy okresu od 21 lipca do 19 sierpnia 2020 r.

Więcej wakatów, wyższe wynagrodzenia

Stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce w lipcu 2020 r. wyniosła 6,1 proc. i w porównaniu z poprzednim miesiącem pozostała bez zmian. W urzędach pracy zarejestrowanych było łącznie 1,03 mln osób– o 3,7 tys. więcej niż w czerwcu br. W ujęciu rocznym to wzrost o 0,9 proc. W badanym okresie rosła również liczba wakatów. Według wstępnych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w lipcu do urzędów pracy zgłoszono 103,4 tys. wolnych miejsc pracy i aktywizacji zawodowej, tj. o 10,2 tys. ofert więcej niż w czerwcu br.

Z danych przedstawionych w raporcie PARP wynika, że jeszcze w czerwcu wzrost stopy bezrobocia odczuli mieszkańcy 10 z 16 województw, w lipcu już tylko 3: dolnośląskiego, łódzkiego i świętokrzyskiego. Najwyższy wskaźnik odnotowano w: warmińsko-mazurskim (10,1 proc.), podkarpackim (9,0 proc.), kujawsko-pomorskim (8,7 proc.) i świętokrzyskim (8,6 proc.). Najniższy wskaźnik wystąpił w wielkopolskim (3,7 proc.), śląskim (4,7 proc.), mazowieckim (5,1 proc.) i małopolskim (5,2 proc.).

Nadal z większymi problemami na rynku pracy borykają się kobiety. W wyniku rządowych ograniczeń związanych z pandemią prawie 4 na 10 pracowników w Europie rozpoczęło telepracę. Kobiety w dużej mierze nie mogły skorzystać z tej możliwości, ponieważ częściej wykonują zawody wymagające fizycznej obecności. To właśnie w handlu czy usługach najczęściej likwidowano miejsca pracy, a na tym najbardziej ucierpiały właśnie kobiety. W czerwcu w strukturze osób bezrobotnych panie stanowiły 53,7 proc., a w lipcu ich udział wzrósł do 53,9 proc. – mówi Daniel Nowak, ekspert Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Bez względu na płeć, rośnie przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw. Z danych GUS wynika, że w lipcu 2020 r. wyniosło 5381,65 zł i w porównaniu z czerwcem 2020 r. wzrosło o 1,8 p.p., natomiast w porównaniu z lipcem 2019 – o 3,8 p.p.

Wsparcie państwa pomogło uratować miejsca pracy

Dla przedsiębiorców, których dotknął kryzys, wsparciem była rządowa pomoc. Według danych MRPiPS w ramach tarczy antykryzysowej trafiło do nich do tej pory ponad 128 mld zł. Najwięcej pieniędzy przeznaczono na zwolnienia i ulgi w ramach składek na ubezpieczenia społeczne (17,0 mld zł), dofinansowanie do wynagrodzenia (14,2 mld zł), umarzalne pożyczki dla mikroprzedsiębiorców (9,08 mld zł) i świadczenia postojowe (4,8 mld zł). – Dane pokazują, że przedsiębiorcy oczekiwali pomocy ze strony państwa, a kiedy ta się pojawiła, chętnie po nią sięgnęli. Z dofinansowania do wynagrodzenia skorzystało 3,44 mln pracowników, a mikrofirmom udzielono aż 1,82 mln umarzalnych pożyczek. Ta pomoc na pewno przyczyniła się do zachowania miejsc pracy. Jak wynika z badania przeprowadzonego wspólnie z Bankiem Światowym, tylko 4 proc. mikro-, małych i średnich firm zdecydowało się na zwolnienia w czasie lockdownu – mówi Piotr Krasiński, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP.

Rośnie znaczenie sfery cyfrowej

Telepraca, traktowana przed pandemią jako przywilej, teraz jest codziennością. W Finlandii blisko 60 proc. pracowników przestawiło się na pracę w domu, w Luksemburgu, Niderlandach, Belgii i Danii było ich ponad 50 proc., a w Irlandii, Austrii, Włoszech i Szwecji ok. 40 proc. pracowników pracowało w systemie teleworkingu. W Unii telepracę rozpoczęło średnio 24 proc. pracowników, którzy nigdy wcześniej nie pracowali z domu i aż 56 proc. tych, którzy wcześniej pracowali z domu jedynie okazjonalnie.

Postępującą digitalizację widać również w ofertach pracy, które znaleźć można w Internecie. W ostatnich miesiącach wiele firm zmieniło swój model biznesowy i rozpoczęło lub poszerzyło działalność w sieci. W związku z tym wyraźnie wzrosła liczba ofert dot. e-commerce – pojawiło się ich aż 40 proc. więcej niż rok wcześniej. Największy spadek (39 proc.) widać z kolei w grupie kasjerów i sprzedawców.

Potwierdzają to również dane Grant Thornton. W lipcu 2020 r. pierwszy raz od marca odnotowano w Polsce większy popyt na pracowników umysłowych niż fizycznych. Odsetek ofert skierowanych do osób poszukujących pracy umysłowej wyniósł 52 proc., a do pracy fizycznej – 48 proc.

Renta dożywotnia. 5 podpowiedzi jak uniknąć pułapek

Niedawno temat renty dożywotniej znów trafił na wokandę. Wszystko za sprawą Ministerstwa Sprawiedliwości, które pracuje nad zmianami art. 388 Kodeksu cywilnego. To jeden z przepisów, którego nowelizacja miałaby ograniczyć skalę nadużyć i wyłudzeń w różnych obszarach życia. Chodzi nie tylko o umowy zawierane na sprzedaż garnków, koców, czy długoterminowych i nieopłacalnych produktów finansowych. Zmiany w art. 388 będą dotyczyć również rynku hipoteki odwróconej i umów renty dożywotniej. To branża, która mimo wielu postulatów wciąż nie doczekała się odrębnych regulacji, a potrzebuje ich jak żadna inna. Czy po nowelizacji przepisów seniorzy, którzy chcą podpisać umowę renty dożywotniej, a boją się utraty prawa własności do nieruchomości będą mogli spać spokojnie?

Na planowanych zmianach w KC może skorzystać m.in. branża hipoteki odwróconej. Przypomnijmy, że (w założeniu) artykuł 388 KC miał chronić osoby w ciężkiej sytuacji, niedoświadczone, zniedołężniałe lub posiadające niewystarczającą wiedzę – przed podpisaniem niekorzystnej dla siebie umowy, a właściwie doprowadzić do jej unieważnienia lub przeprowadzenia innych działań, które mogłyby zmierzać do rozwiązania umowy. Eksperci rynkowi nieraz podkreślali, że przepisy w obecnym kształcie nie były wystarczające. Planowane zmiany mają dać oręże osobom, które czują się wyzyskane.

– Warto przypomnieć, że obecnie, osoba, która podpisała niekorzystną dla siebie umowę ma dwa lata na jej zakwestionowanie. Ministerstwo Sprawiedliwości planuje taką zmianę przepisów, która umożliwi unieważnienie całej umowy na wniosek osoby wyzyskanej, choć oczywiście poszkodowany będzie mógł zdecydować, czy taką umowę chce unieważnić, czy doprowadzić do jej zmiany. Resort chce również, by uprawnienia wyzyskanego nie wygasały, lecz ulegały przedawnieniu (zastosowany zostałby podstawowy termin przedawnienia wynoszący 6 lat). W praktyce oznaczałoby to wydłużenie terminu, w którym osoba wyzyskana mogłaby skorzystać z przysługujących jej uprawnień, z 2 do 6 lat – mówi Małgorzata Rosińska, Kierownik Departamentu Prawnego Funduszu Hipotecznego DOM.

Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM przyznaje, że – mimo nowelizacji art. 388 KC – która jest oczywiście potrzebna, nie można zapominać o wznowieniu prac nad ustawą o dożywotnim świadczeniu pieniężnym. – Każde przepisy, które chronią konsumentów przed wyłudzeniami są na wagę złota, ale pamiętajmy, że rynek hipoteki odwróconej działa w Polsce od ponad 10 lat, funkcjonują na nim zarówno instytucje profesjonalne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych, jak i osoby prywatne lub podmioty nieprofesjonalne, więc wciąż słyszymy o wyłudzeniach i oszustwach dotykających seniorów. Dedykowane tej usłudze przepisy, regulujące ten rynek w sposób pełny i kompleksowy są konieczne – twierdzi.

Jednocześnie przypomina szereg kwestii, o których warto pamiętać podpisując umowę renty dożywotniej. Oto najważniejsze z nich.

Zweryfikuj firmę, z którą zamierzasz podpisać umowę

W przypadku umowy podpisywanej z firmą, warto sprawdzić jej status prawny, kapitał zakładowy, doświadczenie i kompetencje. Dobrze dowiedzieć się, czy jest zrzeszona w organizacjach branżowych np. Związku Przedsiębiorstw Finansowych oraz czy przestrzega norm etycznych np. Zasad Dobrych Praktyk ZPF lub tzw. „Dziesiątki EPPARG” – zbioru norm etycznych dla europejskich podmiotów ustanowionych w ramach największej brytyjskiej organizacji zrzeszającej firmy oferujące tą usługę (European Pensions and Property Asset Release Group). Warto zweryfikować jakie opinie na temat danej firmy krążą w Internecie, co piszą o niej media, czy w sieci nie ma negatywnych artykułów i ostrzeżeń innych konsumentów. Dobrze, jeżeli taka organizacja jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych i jej wyniki finansowe są jawne (a co za tym idzie transparentne).

Sprawdź jakie są intencje osoby prywatnej

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, zwłaszcza jeśli jest to osoba nieznajoma. Warto przypomnieć, że w obecnej sytuacji prawnej każdy może podpisać z seniorem umowę renty dożywotniej. Taką umowę mogą zawrzeć np. sąsiedzi, koledzy, dalsi znajomi lub nieznajomi. Wiele mówi się o nadużyciach, wyłudzeniach, źle skonstruowanych umowach, a w rezultacie seniorach, którzy stracili cały dorobek życia, czyli własne mieszkanie. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że liczba umów zawieranych z profesjonalnymi podmiotami, czyli funduszami hipotecznymi to zaledwie 1 proc. całego rynku. Resztę stanowią kontrakty prywatne i tutaj należy wykazać się dużą czujnością.

Upewnij się, że będziesz dostawać pieniądze dożywotnio

To, że osoba prywatna chce zawrzeć z seniorem umowę i wypłacać mu świadczenia pieniężne nie musi od razu stanowić zagrożenia, ale warto sprawdzić intencje takiej osoby, jej wiarygodność, a przede wszystkim kondycję finansową. Mimo dobrych chęci wciąż najważniejsza jest gwarancja wypłacania świadczeń pieniężnych aż do śmierci (oraz odpowiednie zapisy w umowie, które to gwarantują). Fundusze hipoteczne wypłacają świadczenia dożywotnio, niezależnie od tego, czy senior będzie żył
5, 10, czy 25 lat. To zobowiązanie, którego osoby prywatne mogą nie unieść, zwłaszcza w tak długiej perspektywie czasu.

Zadbaj o formalności

Proces podpisania profesjonalnej umowy jest zazwyczaj wieloetapowy. Najpierw powinna być przeprowadzona wstępna wycena nieruchomości, a na jej podstawie prognoza renty dożywotniej. – Po wstępnej wycenie i prognozie przedstawiamy seniorowi propozycję umowy, którą może spokojnie przeanalizować, przemyśleć, zastanowić się. Jeżeli jest zainteresowany, to podpisujemy z nim umowę przedwstępną i zaczynamy kompletować wszystkie dokumenty potrzebne do podpisania umowy przyrzeczonej. Co ważne, zanim taka umowa przyrzeczona zostanie podpisana, powoływany jest niezależny rzeczoznawca majątkowy, który przygotowuje operat z dokładną wyceną nieruchomości. Umowa przyrzeczona jest podpisywana w formie aktu notarialnego – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Podkreśla, że do oszacowania wysokości świadczeń wykorzystywany jest złożony model opracowany przez aktuariuszy i specjalistów z szeroką wiedzą finansową i prawną, a takich kompetencji nie posiadają zazwyczaj osoby prywatne.

Przeczytaj dokładnie umowę. Skonsultuj ją z kimś

Renta dożywotnia opiera się na instytucji Dożywocia (Kodeks Cywilny, art. 908-916) lub umowie Renty (Kodeks Cywilny, art. 903-907). – W umowie z funduszem znajduje się szereg zapisów gwarantujących seniorowi bezpieczeństwo. Najważniejszy jest zapis o służebności osobistej mieszkania. Dzięki niemu senior jest uprawniony do dożywotniego korzystania z lokalu. Kolejną ważną rzeczą jest uregulowanie kwestii dotyczących sytuacji, gdy jedna ze stron nie wywiązuje się z obowiązków określonych w umowie. Przykładowo – jeśli senior nie otrzymuje świadczeń pieniężnych lub innych świadczeń określonych w umowie dożywocia to ma prawo wytoczyć powództwo o zasądzenie tychże świadczeń (w przypadku świadczeń pieniężnych), a nawet może wystąpić o odszkodowanie za nienależyte wykonanie umowy. W wyjątkowych przypadkach umowa ta może zostać rozwiązana przez sąd – przypomina Robert Majkowski.

Przypilnuj, żeby świadczenia były wpisane do umowy

Wysokość świadczeń wyliczana w funduszach hipotecznych zależy od wielu czynników – przede wszystkim oczekiwanej długości życia, na którą – podobnie jak przy ustalaniu świadczeń emerytalnych wypłacanych przez ZUS – wpływ ma wiek i płeć seniora. Ważna jest również wartość nieruchomości, która będzie przedmiotem umowy. Co ważne – wysokość świadczeń jest wpisywana do umowy z funduszem. W przypadku umów z osobami indywidualnymi często strony „umawiają się” ustnie jaka będzie wysokość świadczeń, ale do umowy wpisują wartość zaniżoną – później trudno wyegzekwować świadczenia, które nie są regulowane ani w terminie ani w wysokości, którą się ustaliło.

Dobre perspektywy dla rozwoju rynku robotyki chirurgicznej w Polsce

Jedną z konsekwencji pandemii koronawirusa jest kolejny skok technologiczny w medycynie. Na blokach operacyjnych i w opiece nad pacjentami coraz większą rolę odgrywają systemy robotyczne. W Polsce jest dziś 11 autoryzowanych robotów chirurgicznych da Vinci, ale w najbliższych latach ich liczba ma szansę dynamicznie rosnąć – wynika z raportu „Rynek robotyki chirurgicznej w Polsce 2020” opublikowanego przez Upper Finance i PMR.

Do tej pory na świecie zainstalowano około 5,7 tys. urządzeń da Vinci, przy pomocy których wykonano już ponad 7,2 mln operacji. Autorzy raportu oszacowali wartość światowego rynku urządzeń da Vinci na niemal 4,5 mld USD w 2019 r., to jest o 20 proc. więcej w niż w roku poprzednim. Największa liczba aparatów znajduje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie jeden przypada na około 90 tys. mieszkańców. W Polsce jeden aparat da Vinci przypada na aż 3,4 mln mieszkańców – to znaczący wzrost w stosunku do ubiegłego roku, gdy jeden robot przypadał na 6,4 mln mieszkańców, wtedy jeszcze podobnie jak w krajach azjatyckich.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy obserwowaliśmy dynamiczny wzrost polskiego rynku robotyki chirurgicznej. Z naszych analiz wynika, że w kraju wielkości Polski powinno być około 40–50 robotów chirurgicznych. Biorąc pod uwagę stopień rozwoju rynku, sposób finansowania opieki zdrowotnej oraz warunki makroekonomiczne, spodziewamy się w sumie około 40 instalacji w ciągu najbliższych 5 lat. Będzie to oznaczało wzrost wartości rynku z obecnych 166 mln zł do niemal 570 mln zł do końca 2025 roku. Tak wysoka dynamika wynika nie tylko z trendu zakupu nowych aparatów przez polskie placówki medyczne, ale też z rosnącej liczby zastosowań poszczególnych aparatów. Szacujemy, że w analizowanym przez nas okresie efektywność aparatów wzrośnie przynajmniej dwukrotnie, co ma związek z większą świadomością tej technologii wśród specjalistów i pacjentówwyjaśnia Joanna Szyman, wiceprezes Grupy Upper Finance.

W 2019 roku wykonano w Polsce około 900 procedur chirurgicznych przy wsparciu systemu da Vinci. Wartość rynku w 2019 roku wyniosła 85,8 mln zł. W pierwszym kwartale 2020 roku nastąpił 51-proc. wzrost liczby wykonanych zabiegów (rok do roku). Wzrost ten mógłby być znacznie wyższy, gdyby nie pandemia, która wpłynęła na dynamikę pracy niektórych ośrodków. Autorzy raportu wskazują jednak, że mimo tych przeszkód 2020 rok zakończy się niezwykle dynamicznym wzrostem rynku.

 – Zakładamy również, że dynamika rynku byłaby jeszcze wyższa w sytuacji wprowadzenia osobnego programu finansowania procedur robotycznych przez NFZ. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało takie zmiany, jednak na czas opracowania niniejszego raportu moment zrealizowania tych obietnic był trudny do przewidzenia. Spodziewamy się jednak, że taki ruch jest nieunikniony ze względu na korzyści jakie daje ta metoda, znaczne zaangażowanie środków publicznych w zakupy systemów robotycznych oraz rosnącą liczbę jednostek publicznych, posiadających system chirurgiczny da Vinci. Nie bez znaczenia jest również to, że sam producent wciąż udoskonala i rozwija to narzędzie. Szybki wzrost to również wynik niskiej penetracji rynku – przykładowo, w Stanach Zjednoczonych chirurgia robotyczna ma nawet 98% penetracji w procedurach urologicznych, natomiast w naszym kraju zakres ten, mimo oczywistych korzyści, wciąż jest niewielki – zaznacza Monika Stefańczyk, dyrektor działu analiz rynku ochrony zdrowia w PMR.

Obecnie na świecie najwięcej procedur z pomocą urządzeń da Vinci wykonuje się w dziedzinie chirurgii ogólnej. Jest to specjalizacja, która zanotowała najbardziej dynamiczny wzrost pod względem liczby wykonywanych procedur – ze znikomej liczby operacji w 2008 roku do około 485 tys. procedur na koniec 2019 roku. Inne popularne zastosowania chirurgii robotycznej to ginekologia i urologia. Każda z tych specjalizacji zanotowała w zeszłym roku wzrost w stosunku do 2018 roku. Liczba wykonywanych procedur to ponad 300 tys. rocznie dla każdej z nich (około 320 tys. dla ginekologii i ok. 340 tys. dla urologii). W Polsce wykonuje się procedury również w wymienionych dziedzinach. Na świecie coraz częściej robot znajduje zastosowanie w chirurgii klatki piersiowej oraz chirurgii głowy i szyi, tzw. Transoral Robotic Surgery (TORS).

– Zakładając, że obecny trend wzrostu operacji robotycznych utrzyma się na zbliżonym poziomie, można prognozować, że już w ciągu najbliższych kilku lat operacje z wykorzystaniem robotów medycznych staną się w niektórych dziedzinach medycyny najpowszechniejszą praktyką chirurgiczną, wyprzedzając tradycyjne i laparoskopowe metody. Będą one się popularyzować w coraz szerszej grupie specjalizacji, ułatwiając pracę lekarzom, ale co najważniejsze, dawać najwyższe poczucie bezpieczeństwa i komfortu pacjentom w szybkim powrocie do zdrowia. Warto pamiętać, że systemy robotyczne, choć niezwykle doskonałe, to wciąż jedynie narzędzia w rękach lekarza, które mają za zadanie polepszyć bezpieczeństwo, jak i jakość wykonywanych zabiegów. Dlatego tak mocno akcentujemy wagę szkoleń robotycznychpodkreśla dr Paweł Wisz, urolog, członek zarządu w Europejskim Robotycznym Towarzystwie Urologicznym (ERUS).

Jak wskazują autorzy raportu, pandemia i zagrożenia związane z COVID-19 pokazują dodatkowe zalety robotyki chirurgicznej. Z powodu epidemii koronawirusa pacjentów dotknęły duże ograniczenia w funkcjonowaniu placówek ochrony zdrowia, a w bankach krwi występowały braki. Nowego znaczenia nabrała dostępność łóżek, intensywnej terapii, a jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa stało się zachowywanie dystansu. W tym kontekście kluczowe stają się wartości chirurgii robotycznej, jak: możliwość dokładnego przygotowania i zaplanowania zabiegu; ograniczenie urazu operacyjnego (małe nacięcia, małe blizny, mniejsze ryzyko infekcji); wyjątkowa precyzja operacji (skuteczność radykalnej operacji, czystość onkologiczna, możliwość uniknięcia kolejnych etapów leczenia); a także wygodna i ergonomiczna pozycja pracy lekarza operatora (z możliwością zastosowania dystansu).

Samoobsługowe kasy przyszłości. Firma Plastream z grantem od NCBR

Krótsze kolejki w sklepach, szybsze i przede wszystkim wygodniejsze zakupy. To już niedługo będzie możliwe dzięki realizacji innowacyjnego projektu systemu dla kas samoobsługowych, opartego o technologię rozpoznawania produktów na obrazie. Na ten cel spółka Plastream otrzymała ponad 6 milionów złotych dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, w ramach realizowanego z Funduszy Europejskich konkursu Szybka Ścieżka. To ostatni dzwonek dla firm, które chciałyby także uzyskać dofinansowanie na prace B+R w konkursie – nabór trwa tylko do 14 września.

Kasy samoobsługowe są dostępne w sklepach detalicznych od około dziesięciu lat. Światowy debiut tych urządzeń miał miejsce 14 lat wcześniej w jednym z supermarketów w Nowym Jorku. Wprowadzenie kas samoobsługowych miało na celu przyspieszenie całego procesu zakupowego. Jest to też obecnie jeden z głównych czynników determinujących zmiany w sprzedaży detalicznej. Już w 2017 roku badania wykazały, że wśród polskich konsumentów kolejki do kas to jeden z najbardziej frustrujących elementów procesu zakupowego.

Wprowadzanie kas samoobsługowych m.in. w wielu popularnych sieciach handlowych przyspiesza cały proces zakupów. Badania potwierdzają, że Polacy lubią „zakupowe” innowacje technologiczne i aktywnie z nich korzystają. – W ostatnich kilku latach nastąpił bardzo dynamiczny wzrost liczby kas samoobsługowych w sieciach handlowych. Popyt na ich zastosowanie wynika głównie z systematycznego wzrostu akceptacji mobilnych form płatności (wzrost poczucia bezpieczeństwa klientów do dokonywania płatności bezgotówkowych), chęci zrobienia szybszych zakupów i irytacji wynikającej z konieczności stania w kolejce, czy w ostatnich miesiącach większej akceptacji dla kas samoobsługowych wynikającej z pandemii Covid tłumaczy Piotr Wardaszko, prezes zarządu spółki Plastream.

Nowa jakość na rynku

Obecnie zdecydowaną przewagę na rynku mają kasy, w których proces rozpoznawania produktów odbywa się poprzez fizyczne przyłożenie kodu kreskowego produktu do skanera. Ale coraz częściej pojawiają się na rynku kasy, w których taka czynność nie jest konieczna, ponieważ prawidłowe odczytanie produktu odbywa się poprzez czytniki RFID lub kamery.

Powszechny wzrost akceptacji klientów dla kas samoobsługowych, nacisk klientów na szybkość transakcji oraz jej wygodę stał się genezą zbudowania takiej kasy przy wykorzystaniu środków Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Nasza firma w ubiegłym roku przy współpracy z jedną z największych sieci handlu detalicznych wykorzystywała już podobne technologie. Wyniki współpracy okazały się na tyle obiecujące, że zdecydowaliśmy się zbudować własną technologię opartą na model rozpoznawania produktów dostępnych w sklepie za pomocą wizji komputerowej – dodaje Rafał Wyderka, wiceprezes zarządu spółki Plastream.

Głównym celem projektu realizowanego przez Plastream jest opracowanie innowacyjnego systemu dla kas samoobsługowych opartego o technologię rozpoznawania produktów na obrazie (Computer Vision), umożliwiającego sieciom handlowym skrócenie kolejek poprzez szybszy proces płacenia za produkty oraz zaoferowanie klientom wygodniejszych zakupów, dzięki eliminacji konieczności szukania kodu kreskowego na produkcie.

– Prościej, szybciej, bezpieczniej – tak będziemy robić zakupy w stacjonarnych sklepach przyszłości. Dlatego już dziś szukamy projektów, które mają potencjał, by przybliżać nas do takiego scenariusza zakupów. Projekt Plastream wyróżnia się sposobem identyfikacji produktów w sklepie. Inaczej niż w tradycyjnych kasach samoobsługowych produkty będą rozpoznawane poprzez technologię wizyjną a nie poprzez kody kreskowe, dzięki czemu do minimum ograniczony zostanie fizyczny kontakt z produktem, zakupy staną się szybsze oraz wygodniejsze – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Innowacja oparta jest na technologii prawidłowego i szybkiego rozpoznawania produktów widocznych na ekranie. Zestaw kamer będzie widział produkty położone na kasie, a dzięki kamerom będzie możliwe przesłanie obrazu do aplikacji, która zamieni obraz w dane alfanumeryczne. Te po przepuszczeniu przez sieci neuronowe (sieci konwolucyjne) oraz przy wykorzystaniu techniki deep learningowe (nauczanie głębokie) dadzą odpowiedź jaki obraz widzi kamera / kamery (co się na nim znajduje), wskazując produkt posiadający w systemie kasowym swoją charakterystykę (SKU).

Z pomysłem na rynek

Firma Plastream już od 3 lat realizuje projekty oparte o prace nad budowaniem wartości biznesowej o technologie rozpoznawania obiektów na obrazie video. Od tego czasu firma zbudowała algorytmy oraz modele, które wspierają klasyfikację i detekcję obiektów na obrazie w branży mediowej oraz e-commerce. Wszystkie realizowane projekty rozpoczynały prace badawczo-rozwojowe, w których uczestniczyli klienci firmy. Od 2018 firma Plastream zaangażowała się w rozwój technologii rozpoznawania produktów na obrazie z kamer dla sektora handlu detalicznego. W 2020 pozyskała inwestora, zaangażowanego w rozwój technologii dla branży retail.

– Odbiorcą wizyjnych kas samoobsługowych będą sieci handlu detalicznego, sieci gastronomiczne, punkty usługowe, którym będzie zależało na szybkiej i wygodnej obsłudze klienta ograniczając do minimum proces fizycznego kontaktu ze sprzedawcą lub z samymi produktami – wyjaśnia wiceprezes zarządu spółki Plastream.

Firma podpisała umowę o dofinansowanie z Narodowego Centrum badań i Rozwoju w efekcie pozytywnej oceny wniosku złożonego w konkursie Szybka Ścieżka, realizowanym w ramach Funduszy Europejskich – Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.

Projekt nie mógłby zostać zrealizowany bez wsparcia NCBR. Innowacyjność produktu, specyfika procesu badawczego oraz kapitałochłonność projektu wymaga wsparcia finansowego jakie zapewniają środki uruchomione w ramach „Szybkiej Ścieżki” NCBR – ocenia Rafał Wyderka. – W ramach własnego budżetu nie bylibyśmy w stanie przeprowadzić tak szerokich badań i prac rozwojowych nad produktem, której innowacyjność rozpatrywana może być w skali światowej, poprzez wpływ wyników projektu na rynek wyboru technologii (RFID, kody kreskowe), które usprawniają proces obsługi klienta w sieciach handlu detalicznego.

Ostatni dzwonek na wsparcie w trwającej perspektywie unijnej

Przedsiębiorcy z sektora MŚP mają jeszcze szansę na uzyskanie dofinansowania innowacyjnych projektów. Muszą się jednak spieszyć – nabór w konkursie Szybka Ścieżka trwa do 14 września. Dofinansowanie w konkursie Szybka Ścieżka przyznawane jest na badania przemysłowe i/lub eksperymentalne prace rozwojowe (obowiązkowy element), ewentualnie uzupełnione o prace przedwdrożeniowe, których efektem jest opracowanie innowacyjnego rozwiązania możliwego do wdrożenia w działalności gospodarczej. Konkurs cechuje brak ograniczeń tematycznych – projekty muszą się jedynie wpisywać w Krajowe Inteligentne Specjalizacje. Konkurs przeznaczony jest dla regionów słabiej rozwiniętych, co oznacza, że miejsce prowadzenia prac badawczo-rozwojowych musi znajdować się poza województwem mazowieckim. Łączny budżet, o jaki mogą starać się przedsiębiorstwa to 200 milionów złotych.

Konkurs „Szybka Ścieżka” finansowany jest z Funduszy Europejskich w ramach Działania 1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Projekty B+R przedsiębiorstw”, Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Mierzyć to, co istotne – IT VS potrzeby biznesu

Wszystko co odgrywa dziś rolę w biznesie, jest powiązane z zagadnieniem mierzalności. Niektórzy oceniają produktywność, zyski i efektywność, inni skupiają się na wydajności lub ryzyku. Każda część biznesu – od marketingu do finansów i IT mierzy swoje cele na różne sposoby. Wszystkich zaś łączą dane, które pozwalają porównać wskaźniki i ocenić poprawę lub pogorszenie sytuacji.

W przypadku IT, dane te znajdują się w całym spektrum aplikacji oraz infrastruktury ich dostarczania i bezpieczeństwa. Problemem nie jest więc brak danych. IT zwykle mierzy się z ich tak ogromną ilością, że ich jedyne wykorzystanie to generowanie tygodniowych grafików i wizualizacji, które kończą w archiwalnych prezentacjach.

Dane wpływające z monitoringu wydajności aplikacji lub zbierane z ciągle rotujących dzienników serwerów www i zapór są agregowane przez systemy, które mają w domyśle wyszukiwać w nich wartości biznesowe. W rzeczywistości jednak rzadko się to zdarza. Zakres wiedzy potrzebnej do poruszania się w takim ogromie danych, nie mówiąc już o wyławianiu z niego wartościowych informacji, jest przytłaczający.

Niezgodność (brak standaryzacji) formatów stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej. Brak kontekstu w połączeniu z niemożnością powiązania transakcji z procesami biznesowymi jest jak przepaść, której większość organizacji nie może przeskoczyć. A oznacza to utratę potencjału możliwości wnioskowania na podstawie danych. Nie jest to możliwe w przypadku, gdy punkty w których dane się znajdują i ich źródła są od siebie oderwane.

Zadanie to dodatkowo utrudnia szybka transformacja biznesu z modelu, który skupiał się na cyfrowych możliwościach (aplikacje) do cyfrowych przepływów pracy (procesy biznesowe). Zrozumienie działania pojedynczej aplikacji jest łatwe. Natomiast zrozumienie działania przepływów pracy wymaga manualnego śledzenia ścieżki między aplikacjami, a może nawet całymi środowiskami. Już sama optymalizacja i ochrona aplikacji jest w tym przypadku ogromnym wyzwaniem, natomiast podobne działania dla procesów można określić syzyfową pracą.

Prawdziwym problemem jest widoczność. Trudnością nie jest jej uzyskanie – a możliwości jej wykorzystania. Wolumen danych jest zbyt obszerny, jego powiązanie z biznesem niewielkie, a nasze możliwości do wyciągania z nich wniosków przytłaczająco trudne.

Z punktu widzenia IT konieczne jest jednak mierzenie wyników biznesowych. Nie wystarczą zestawienia metryczne dla działania poszczególnych aplikacji. Chodzi o zestawienia pokazujące wydajność przepływów biznesowych. Co to oznacza w praktyce? Zamiast informacji: „Aplikacja A odpowiada na zapytanie poniżej 3 s.” zespół IT powinien przekazać: „Klienci mogą wygenerować konto poniżej 10 s.”.

Realizacja tak monumentalnego zadania wymaga zastosowania platform do analizy zdolnych do pozyskiwania informacji z aplikacji, urządzeń użytkowników końcowych, infrastruktury dostarczania i bezpieczeństwa, a nawet od dostawców chmury. Do tego celu konieczne jest ustrukturyzowanie telemetrii i jej standaryzacja. Wówczas możliwe jest wzbogacenie jej o kontekst zanim zostanie przeanalizowana przez narzędzia wspomagane sztuczną inteligencją zdolne do wyszukania cennych wniosków, zarówno dla biznesu jak i IT.IT VS potrzeby biznesu

To jest bardzo ważny element cyfrowej transformacji dowolnego biznesu: ewolucja od monitoringu działania aplikacji do monitoringu doświadczeń cyfrowych. W chwili, gdy każdy biznes staje się firmą technologiczną, angażującą poprzez technologię klientów, pracowników i cały ekosystem, musi mieć zdolność mierzenia tego, co istotne – wspomnianych wskaźników biznesowych. Może się to stać rzeczywistością jedynie wtedy, gdy zaczniemy wykorzystywać dane zbierane w IT, w sposób, który umożliwi ich traktowanie jako danych biznesowych.

Oznacza to gromadzenie danych telemetrycznych, analizowanie cyfrowych przepływów pracy i generowanie przydatnych informacji. Będą one miały kluczowe znaczenie dla oferowania cyfrowych doświadczeń, których klienci oczekują.

Lori MacVittie, Principal Technical Evangelist, Office of the CTO, F5