Systemy do zdalnego mierzenia temperatury coraz bardziej popularne w firmach. Mogą ograniczyć ryzyko strat związanych z koronawirusem

Detekcja twarzy i pomiar temperatury w kącikach oczu to najczęściej stosowana metoda w systemach termograficznych. W dobie koronawirusa zdalne pomiary w tłumie ludzi mogą ułatwić wykrywanie osób potencjalnie chorych. Dla firm ma to niebagatelne znaczenie, bo wstrzymanie lub ograniczenie produkcji w wyniku wykrycia koronawirusa u pracowników może narazić je na znaczne straty. – Inwestycja w system, który wykryje podwyższoną temperaturę wśród wielu osób i zaalarmuje odpowiednie służby, może okazać się mniej kosztowna – przekonuje Jędrzej Kowalewski z firmy Scanway.

– Znam przykłady kilku fabryk w Polsce, które niestety musiały ograniczyć swoje moce produkcyjne, a ich straty są liczone w setkach tysięcy złotych. System termograficzny pozwala zminimalizować ich ryzyko przy znacznie mniejszych nakładach  – dodaje Jędrzej Kowalewski, prezes zarządu Scanway, firmy tworzącej wizyjne systemy pomiarowe. – W najtańszej wersji jest to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Choć systemy, które mogą się np. automatycznie kalibrować oraz dokonywać wielu pomiarów, a nawet pracować w jednej sieci sprzężonej z różnymi kamerami, kosztują więcej, ponad 100 tys. zł, to jednak wciąż nieporównywalny wydatek wobec strat, jakie mogą ponieść duże zakłady produkcyjne w związku z wykryciem koronawirusa u pracowników.

– Systemy termograficzne są już stosowane np. w Azji i w krajach Europy Zachodniej – zaznacza prezes Scanway. – W Polsce zainteresowanie rośnie i ostatnio otrzymujemy bardzo dużo pytań o efektywność i zasady działania takiego systemu. Jest on przydatny wszędzie tam, gdzie pracuje wiele osób i możliwa jest interakcja między ludźmi. Czasami trudno jest wyegzekwować wszystkie zasady związane z unikaniem zakażenia koronawirusem – zachowanie dystansu, noszenie maseczki i stosowanie wszelkich innych środków ochrony osobistej. Często sami pracownicy proponują, żeby taki system zainstalować w firmie, ponieważ obawiają się o własne bezpieczeństwo.

Urządzenia termograficzne powinny być montowane przy wejściach do fabryk i biurowców, czyli tam, gdzie pracownicy przekraczają próg firmy. Jednak uzasadnienie ma także instalacja takich systemów w stołówkach zakładowych, salach zebrań i innych miejscach, w których przebywa wiele osób.

Jak informuje Jędrzej Kowalewski, skuteczność systemu termograficznego można ocenić na dwa sposoby. Po pierwsze, należy określić, w jaki sposób wykrywa on każdą osobę, która ma podwyższoną temperaturę, a po drugie, ustalić, jak wiele osób jest on w stanie poddać pomiarom jednocześnie.

– Najnowsze technologie przetwarzania danych pozwalają na zbadanie nawet tłumu ludzi przechodzącego w oku kamery, pod warunkiem że każda z tych osób przez chwilę zostanie przez nią uchwycona. Nie ma lepszego systemu, który mógłby zmierzyć temperaturę ciała tak wielu ludzi w tak krótkim czasie. Dokładność pomiaru zależy od zastosowanego sensora, co wpływa na cenę urządzenia – wyjaśnia.

System termograficzny opiera się na detekcji twarzy, która odbywa się albo w paśmie podczerwonym, bo to ono jest potrzebne do zmierzenia temperatury, albo dzięki dodatkowej kamerze, która monitoruje w paśmie widzialnym.

– Kiedy twarz zostanie zidentyfikowana, system dokonuje pomiarów. Albo jest to pomiar całości twarzy, albo w wybranych punktach, np. w kącikach oczu, gdzie temperatura jest najwyższa. Warto dodać, że pomiar powinien być możliwy do zrealizowania nawet wtedy, gdy ktoś nosi okulary albo maseczkę. Wykrycie podwyższonej temperatury nie musi oznaczać automatycznego wskazania pracownika i uruchomienia alarmu. Można zaprogramować system tak, aby informacja o podwyższonej temperaturze była przekazywana do pracownika ochrony, który może wykonać dodatkowy pomiar z bliskiej odległości i możliwie dyskretnie podjąć dalsze kroki – tłumaczy prezes Scanway.

Taka metoda eliminuje sytuacje, które mogą stresować pracowników, ale umożliwia stuprocentową kontrolę. System gromadzi ogromną ilość danych, m.in. zdjęcia twarzy pracowników. Od administratora systemu zależy, co się z nimi stanie – mogą być automatycznie kasowane lub magazynowane, co wymaga jednak dodatkowych zgód od kadry pracowniczej.

UFG: Polski turysta lepiej chroniony niż niemiecki. Systemem nie zachwiały nawet problemy spowodowane pandemią

W kwietniu i maju Polacy odwołali blisko pół miliona wycieczek. W efekcie Turystyczny Fundusz Gwarancyjny nie tylko otrzymał mniej składek, ale musi też zwrócić biurom ok. 4–5 mln zł. – To równowartość miesięcznych wpływów z ubiegłego roku, więc system jest stabilny – podkreśla Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za TFG. Jak pokazały doświadczenia ostatnich lat, działa on sprawnie i lepiej chroni turystów niż chociażby system niemiecki. Wątpliwości organizatorów wypoczynku budzą niektóre zasady działania wprowadzonych w tarczy antykryzysowej rozwiązań.

– W kwietniu i maju mieliśmy po 200 tys. rozwiązanych umów, czyli łącznie jest to ponad 400 tys. To oznacza konieczność zwrotu składek na TFG, dla nas są to koszty równe mniej więcej miesięcznej składce, która w normalnych miesiącach wpływała do TFG, czyli 4–5 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za Turystyczny Fundusz Gwarancyjny.

Funkcjonowanie TFG, który działa od końcówki 2016 roku, jest kluczowe z punktu widzenia klientów touroperatorów jako dodatkowe zabezpieczenie ich interesów. W przypadku niewypłacalności biura podróży ubezpieczyciele, u których dany podmiot miał wykupioną gwarancję, zajmują się organizacją powrotu turystów z wakacji i zwrotem kosztów wycieczek (I filar systemu). Jeśli środków z gwarancji zabraknie, do gry wchodzi TFG (II filar). Jego zasoby finansowe pochodzą od biur podróży, które opłacają składkę za każdego uczestnika imprezy turystycznej. Jej wysokość zależy m.in. od kraju wyjazdu czy środka transportu, którym przemieszczają się turyści.

– W Polsce turysta, który wyjeżdża z biurem podróży, jest bardzo dobrze chroniony, lepiej niż w Niemczech. Gdy tam upadło biuro Neckermann, to okazało się, że gwarancje są za małe – wyjaśnia członek zarządu UFG. – Czy państwo słyszeli o tym, że w ostatnich dwóch latach zbankrutowało 12 biur podróży? O Neckermannie słyszeliśmy, bo to był przypadek międzynarodowy, ale o tym, żeby były jakieś kłopoty, żeby polscy turyści koczowali pod hotelami czy że specjalny samolot rządowy po nich leci, nie słyszeliśmy. Dlaczego? Bo system zadziałał. Tylko w trzech przypadkach środków z gwarancji nie starczyło i musiał być zaangażowany Turystyczny Fundusz Gwarancyjny, który łącznie wypłacił mniej więcej 2–3 mln zł. Dotyczyło to dwóch–trzech biur podróży.

Z danych TFG wynika, że tylko w pierwszym kwartale tego roku sprzedaż imprez turystycznych spadła o ok. 30 proc. r/r. Sprzedano ponad 700 tys. imprez mniej. Po raz pierwszy, od kiedy działa fundusz, wpłynęło do niego mniej składek, niż musiał zwrócić biurom podróży z powodu rozwiązywania umów z klientami. Jak jednak przekonuje ekspert, sytuacja TFG jest stabilna, a klienci mogą czuć się bezpiecznie.

 System jest nadal bezpieczny, bo środków jest dużo. To ok. 160 mln zł, a sprzedaż na lato 2020 roku przed pandemią jeszcze nie zdążyła się rozwinąć. W związku z tym zobowiązania firm turystycznych są względnie małe w stosunku do zwykłego sezonu. Gdyby pandemia wybuchła w czerwcu, kiedy wszyscy już kupili wycieczki, a nie tylko wpłacili zaliczki, to wtedy rzeczywiście system byłby bardziej narażony – ocenia Marek Niechciał.

Zgodnie z przepisami TFG jest zobowiązany zwrócić touroperatorowi środki w przypadku rozwiązania umowy z klientem. Tarcza antykryzysowa wydłużyła czas, jaki biura podróży mają na zwrot wpłaconych środków turystom, z 14 do 180 dni i umożliwiła im – za zgodą konsumenta – wymianę odwołanego wyjazdu na voucher ważny przez rok. To ułatwienia dla organizatorów, ale zasady działania wciąż budzą ich wątpliwości.

– Firmy myślą, że mogą od razu przyjść do nas i prosić o zwrot składek, ale najpierw muszą zwrócić koszty konsumentom i dopiero wówczas starać się u nas o zwrot. Nie może być tak, że do nas przychodzą od razu, a konsumentom wypłacą środki po 180 dniach. Tak samo jeśli zamieniają wycieczkę na voucher za zgodą konsumenta, to też nie mogą przyjść do nas po zwrot składki. Ryzyko w systemie nadal istnieje, bo za pół roku może się okazać, że konsument nie będzie miał z kim wyjechać, ponieważ biuro będzie miało kłopoty – podkreśla przedstawiciel UFG.

Poważne problemy na rynku pracy mogą się zacząć dopiero jesienią. W tym roku nie ma też co liczyć na wzrost płac

Według danych GUS bezrobocie rośnie wolno, ale prawdopodobnie przyspieszy pod koniec tego roku. – Stopa bezrobocia w grudniu wyniesie 8–9 proc., a poziom jednocyfrowy będzie można uznać za sukces – prognozuje doradca Konfederacji Lewiatan, prof. Jacek Męcina z Uniwersytetu Warszawskiego. Jak ocenia, druga fala pandemii lub wzrost zachorowań na grypę jesienią może wywołać falę zwolnień grupowych, choć nie będzie ona duża. Jednak w tym roku nie należy spodziewać się ani wzrostu zatrudnienia, ani wzrostu płac. Po wygaśnięciu pandemii rynek pracy czeka natomiast transformacja i masowa cyfryzacja, do której należałoby już w tej chwili przygotowywać zarówno firmy, jak i pracowników.

– Pandemia mocno zmroziła gospodarkę, co trwało na szczęście dość krótko i przypadło na okres ożywienia na rynku pracy i prac sezonowych. Niebagatelne znaczenie miały też tarcze antykryzysowe. Prawie każdy potrzebujący: zarówno przedsiębiorca – zwłaszcza mikro- i mały, jak i obywatel, który był na kwarantannie czy stracił pracę z powodu zamknięcia firmy lub wstrzymania działalności, mógł się odnaleźć w systemie świadczeń. Jednak – mimo że ostatnie dane GUS na temat zatrudnienia i wynagrodzeń nie są wcale pesymistyczne – to niestety wydaje się, że najgorsze na rynku pracy jeszcze przed nami – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Jacek Męcina.

W tej chwili polska gospodarka jest na etapie stopniowego odmrażania po lockdownie wywołanym pandemią SARS-CoV-2. Jednak – jak podkreśla ekspert – nieprędko wróci do pełnego potencjału. Po pierwsze, wyraźnie widać już kryzys popytowy spowodowany tym, że gospodarstwa domowe nie są skore do wydawania i inwestowania pieniędzy, trzymając gotówkę na „czarną godzinę” w obawie przed spodziewaną recesją. Przerwy w łańcuchach dostaw powodują też, że wiele branż odmraża swoją działalność bardzo powoli, a przez rządowe obostrzenia, które zostały utrzymane w obawie przed dalszym rozprzestrzenianiem się koronawirusa, wydajność firm produkcyjnych czy usługowych nie jest tak wysoka jak przed pandemią.

– W okolicach września lub października niestety uderzy w nas kolejna fala pandemii albo ze względu na warunki atmosferyczne ludzie będą po prostu częściej chorować. A trzeba pamiętać, że w warunkach pandemii każdy katar czy podwyższona temperatura będzie oznaczać troskę o zdrowie własne i najbliższych i udanie się na L4. To wszystko powoduje, że w IV kwartale możemy mieć do czynienia ze zwolnieniami grupowymi. One nie powinny być duże, ale jednak sukcesem będzie, jeżeli bezrobocie zamknie się na poziomie jednocyfrowym. Przewiduję ok. 8–9 proc. stopy bezrobocia – mówi doradca Konfederacji Lewiatan.

Polski rynek pracy w momencie wejścia w okres pandemii i lockdownu był w bardzo dobrej kondycji, a stopa bezrobocia w lutym wynosiła 5,5 proc. Według danych GUS za maj br. obecnie zwiększyła się do 6 proc. (wzrost o 0,2 pkt proc. wobec kwietnia), a liczba bezrobotnych zarejestrowanych w powiatowych urzędach pracy wyniosła 1011,7 tys. To oznacza, że od początku pandemii wzrost bezrobocia jest stosunkowo niewielki. Po części wynika to jednak z ostrożnych ruchów kadrowych w firmach, które czekają na rozwój sytuacji gospodarczej i na razie wciąż korzystają z rządowych form wsparcia, próbując uniknąć radykalnych zwolnień.

– Nastroje wśród przedsiębiorców są umiarkowane. Panuje pesymizm i troska o przyszłość. Na pewno skłonność do inwestycji, a więc także skłonność do zwiększania zatrudnienia, jest bardzo niewielka. Oczywiście te wzrosty będziemy obserwować w branżach sezonowych, np. w turystyce czy rolnictwie, ale nie należy spodziewać się znaczącego wzrostu zatrudnienia w produkcji czy usługach. Ono będzie raczej maleć. Co za tym idzie, na wzrost płac w 2020 roku także nie ma co liczyć – mówi prof. Jacek Męcina.

Ostrożność przedsiębiorców potwierdzają też dane Grant Thornton („Rynek pracy w czasie COVID-19”), które pokazują, że w maju tego roku na 50 największych portalach rekrutacyjnych w Polsce pracodawcy opublikowali 195,1 tys. nowych ofert pracy. To aż 42-proc. spadek w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W kwietniu spadek był jeszcze większy i wyniósł aż 50,7 proc.

Co istotne, zdaniem części ekspertów dane GUS dotyczące stopy bezrobocia mogą być zaniżone, ponieważ po utracie pracy wskutek pandemii część osób nie zarejestrowała się jako bezrobotne, ale od razu zaczęła szukać nowego zajęcia na własną rękę, ponieważ urzędy pracy przez kilka tygodni pozostawały zamknięte. Według badania „Diagnoza+”, przeprowadzonego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, UW i ośrodek badawczy GRAPE, stopa bezrobocia już w kwietniu była dużo wyższa i sięgała 10,3 proc., a bez pracy pozostawało około 1,5 mln Polaków.

– Ostatni pomiar GUS pokazuje też, że i wzrosty wynagrodzeń są bardzo niewielkie. W ubiegłym roku obserwowaliśmy ponad 7-proc. wzrost, a w tym na pewno będzie on co najmniej o połowę niższy. Płace mogą spadać też ze względu na fakt, że firmy, chroniąc miejsca pracy, ograniczyły premie i bonusy. To wpłynie na pomiar przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce – mówi ekspert.

Prawdziwej recesji na dużą skalę w II połowie tego roku, kiedy wygaśnie pomoc z rządowych tarcz antykryzysowych, spodziewają się też analitycy Euler Hermes, którzy na jesień prognozują dużą falę upadłości polskich firm.

– Analiza tarcz antykryzysowych pokazuje, że rzeczywiście dla każdego znalazło się w nich coś fajnego, ale firmy bardzo narzekają, że spowodowały one straszny bałagan legislacyjny. Tych instrumentów wsparcia pojawiło się tak wiele, że przedsiębiorcy zaczęli się w nich gubić – mówi prof. Jacek Męcina. – Przypomnijmy, że sytuacja finansów publicznych na pewno też będzie trudna. Kiedy na koniec lipca rząd pokaże założenia budżetu na rok 2021, wtedy odkryjemy, jak duży będzie planowany deficyt, i dowiemy się, jakie było wykonanie budżetu, przynajmniej w pierwszej połowie tego roku.

Ekspert Konfederacji Lewiatan prognozuje też, że rynek pracy po pandemii SARS-CoV-2 czeka transformacja i masowa cyfryzacja, do której należałoby już w tej chwili przygotowywać zarówno firmy, jak i pracowników.

– Ta powszechność zdalnych usług i pracy zdalnej spowoduje z jednej strony spadek zapotrzebowania na część pracowników, a z drugiej – wzmożone inwestycje w usługi cyfrowe, być może też szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji w niektórych sektorach. W efekcie część pracowników może stracić zatrudnienie, a część będzie się musiała przekwalifikować. Dlatego trzeba się zastanowić nad przygotowaniem specjalnych instrumentów restrukturyzacyjnych, aby nie bronić bez sensu miejsc pracy, które i tak trzeba będzie zlikwidować, i pomóc pracownikom przejść przez tę transformację na rynku pracy – mówi.

Spadek czytelnictwa wyhamował. W okresie izolacji Polacy częściej sięgali po e-booki i audiobooki

Według badań Biblioteki Narodowej 39 proc. Polaków przeczytało w ubiegłym roku co najmniej jedną książkę. W ostatnich pięciu latach odsetek ten mieścił się w przedziale 37–38 proc., co oznacza, że poziom czytelnictwa jest stabilny, a nawet nieznacznie rośnie. – Czas pandemii zdecydowanie sprzyja zainteresowaniu książką. Było to widoczne szczególnie w początkowym okresie, kiedy Polacy pozostawali w izolacji domowej i poszukiwali alternatywy dla  telewizji – mówi Agnieszka Stankiewicz-Kierus, dyrektor wydawnicza w Wydawnictwie Kobiecym.

Od trzech lat na niezmienionym poziomie plasuje się także odsetek badanych, którzy deklarują, że przeczytali siedem lub więcej książek rocznie – wynosi on 9 proc. Jak podkreślają analitycy Biblioteki Narodowej, jest to w pewnym stopniu efekt dobrej koniunktury, która pozwoliła na wzmożone zakupy nowości książkowych, ale również rozwijania zainteresowań czytelniczych dzięki ekranizacjom, serialom czy grom komputerowym.

Najnowsze dane dotyczące czytelnictwa napawają wszystkich wydawców i sprzedawców książek optymizmem, ponieważ jeszcze do 2015 roku wskaźnik ten systematycznie spadał. Liczymy na to, że teraz przyszedł czas, w którym spadek czytelnictwa trwale się zatrzyma – przyznaje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Stankiewicz-Kierus, współwłaścicielka księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl, dyrektor wydawnicza w Wydawnictwie Kobiecym.

Jej zdaniem także okres izolacji podczas pandemii koronawirusa może zmienić zarówno nawyki zakupowe, jak i przyzwyczajenia czytelnicze Polaków. Osoby, które wcześnie nie korzystały ze sklepów internetowych, zostały niejako zmuszone do zakupów online, a klienci księgarni internetowych częściej sięgali po e-booki i audiobooki.

– W innych okolicznościach nie osiągnęlibyśmy takich wzrostów sprzedaży. Nawet w perspektywie pięciu lat nie doszlibyśmy do takich poziomów, jakie udało nam się osiągnąć w ciągu dwóch miesięcy – ocenia ekspertka. – Obecnie, po otwarciu tradycyjnych księgarni, zapewne sprzedaż e-booków i audiobooków się zmniejszy, ale doświadczenia czytelników z nowym formatem pozostaną.

Badania Biblioteki Narodowej pokazują, że e-booki i audiobooki nie konkurują z tradycyjnymi książkami papierowymi, lecz stanowią ich uzupełnienie. Jednak wśród książek wymienianych w 2019 roku przez badanych wciąż dominują wersje papierowe – publikacje w tej formie wymieniło 98 proc. czytelników (39 proc. w całej populacji), podczas gdy e-booki wskazało 6 proc. czytelników (2,5 proc. w całej populacji). Korzystanie z audiobooków zadeklarowało natomiast 3 proc. badanych w całej populacji. Z kolei 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem – tylu respondentów wskazało zarówno na książki w formie tekstowej (papierowe i e-booki), jak i audiobooki.

Jak podkreśla Agnieszka Stankiewicz-Kierus, okres izolacji domowej wpłynął także na większe zainteresowanie konkretnymi kategoriami książek. Wśród pozycji, które zaczęły budzić zainteresowanie kupujących, a wcześniej nie wywoływały takich emocji, są np. książki kucharskie. Ludzie więcej czasu spędzali w domu i musieli zmierzyć się z gotowaniem, a przy okazji poszukiwali kulinarnych inspiracji.

– Kolejna kategoria, która zyskała na znaczeniu w czasie pandemii, to książki o zabawach z dziećmi i kreatywnym wykorzystaniu wspólnie spędzonego czasu. Zaobserwowaliśmy również większe zainteresowanie poradnikami, które wyjaśniały, jak radzić sobie z przygnębieniem i pozostać optymistą w trudnych czasach. Na sprzedaż danego tytułu wpływa zazwyczaj wiele czynników, ale popularność konkretnej kategorii książek zależała w znacznym stopniu od sytuacji i potrzeb społecznych – uściśla współwłaścicielka księgarni internetowej TaniaKsiazka.pl.

W czasie pandemii dobre wyniki sprzedaży osiągały książki dla kobiet. Co więcej, czytelnictwo wśród pań wpływa w pewnym stopniu na cały popyt na rynku książki. Decyzje zakupowe w polskich domach podejmują głównie kobiety, więc kupują książki zarówno dla siebie, jaki i dla pozostałych członków rodziny.

W kategorii książek dla kobiet mieści się szeroko pojęta literatura obyczajowa, np. romanse, książki erotyczne lub po prostu powieści obyczajowe. Mogą to być też kryminały i różnego rodzaju poradniki. Tematyka tych pozycji jest bardzo szeroka – wyjaśnia Agnieszka Stankiewicz-Kierus. – Literatura erotyczna od pewnego czasu cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem czytelników. Na pewno przyczynił się do tego najpierw wielki sukces Greya, czyli książek E.L. James, a teraz z kolei Blanki Lipińskiej. I rzeczywiście, pozycji książkowych o tematyce erotycznej przybywa i cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem czytelniczek. Zapewne mężczyźni również czytają książki erotyczne, ale jest ich zdecydowanie mniej niż kobiet.

W dobie pandemii zyskują inteligentne rozwiązania do zdalnej obsługi i monitoringu. Może być to rewolucja w najmie krótkoterminowym i hotelach

Dynamiczny rozwój branży internetu rzeczy zwiększył zainteresowanie inteligentnymi systemami ze strony właścicieli mieszkań oraz nieruchomości przeznaczonych do wynajmu krótkoterminowego. Czujniki i zamki elektroniczne automatyzują proces obsługi gości i dbania o nieruchomość bez konieczności instalowania kamer CCTV, a inteligentne systemy komunikacyjne usprawniają komunikację z zarządcami obiektu. Technologia tego typu może zwiększyć także bezpieczeństwo zakładów pracy oraz części wspólnych spółdzielni mieszkaniowych.

Technologie z sektora internetu rzeczy automatyzują branżę wynajmu krótkoterminowego na wszystkich płaszczyznach. Dobrym przykładem rozwiązań tego typu są inteligentne zamki przystosowane do udzielania gościom dostępu do pomieszczeń bez konieczności korzystania z kluczy bądź kart RFID. W produkcji sprzętu tego typu wyspecjalizowała się m.in. firma smartLock, projektant elektronicznego zamka sterowanego z poziomu aplikacji mobilnej. Zarządca nieruchomości może za jego pośrednictwem zdalnie przydzielać gościom kody dostępowe, dezaktywować je oraz monitorować, jak często i przez kogo otwierany był dany zamek. Dzięki temu system pozwoli sprawdzić, czy goście wymeldowali się z obiektu o określonej godzinie.

– Proces automatyzacji wynajmu krótkoterminowego odbywa się od początku powstania tej branży. Udostępnia się klucze w sposób autonomiczny czy organizuje odbieranie zgłoszeń chętnych przez tzw. channel managery. W RentEye monitorujemy zadymienie, hałas, temperaturę i wilgotność. O wszystkich tych parametrach administrator jest informowany w sposób ciągły w czasie rzeczywistym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kondracki, prezes RE.

Firma RentEye zaprojektowała system elektronicznego nadzoru nad nieruchomością nieingerujący w prywatność osób wynajmujących. Urządzenie wyposażono w szereg inteligentnych czujników do monitoringu, które nie zbierają danych wrażliwych. System śledzi wyłącznie parametry w pełni zanonimizowane, takie jak np. natężenie dźwięku. Może wychwycić zbyt głośne zachowanie gości, ale już nie dokładną treść rozmów prowadzonych w wynajmowanych pomieszczeniach.

– Właściciel powinien poinformować wynajmującego o tym, że mieszkanie jest monitorowane, może to zrobić przez odpowiedni punkt w regulaminie. System o jakichkolwiek naruszeniach informuje właściciela w postaci SMS-ów, maili oraz push notyfikacji w aplikacji mobilnej. Jest obsługiwany przez aplikację mobilną, dzięki której właściciel na żywo widzi, jaka jest sytuacja w mieszkaniu, oraz może korygować poziomy alarmów – tłumaczy ekspert.

Systemy inteligentne przyspieszają także wykonywanie niektórych czynności, które do niedawna wymagały bezpośredniego kontaktu z personelem. SmartHotel to narzędzie do zdalnej komunikacji z personelem hotelowym. Goście ośrodków wyposażonych w technologię od tego start-upu mogą skorzystać m.in. z chatbotów oraz systemów smart TV, aby zgłosić usterki czy zamówić usługi, bez konieczności nawiązywania kontaktu z obsługą hotelu. Zgłoszenia przyjmowane są bezpośrednio przez system informatyczny przez 24 godziny na dobę.

Rozwiązania takie jak RentEye znajdą jednak zastosowanie w znacznie większej liczbie branż.

– Rozmawiamy z rolnikami, którzy chcieliby monitorować swoje uprawy. Wykorzystamy cały system do zbierania danych, wysyłania notyfikacji i alarmów, a czujnik zmieni się w jakimś stopniu, żeby dostosować się do odbiorcy. Świetnym miejscem do wykorzystania systemu jest duży przemysł, gdzie należy monitorować nawet same maszyny, oraz także wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe zainteresowane monitorowaniem części wspólnych. Dzięki niemu  dokładnie wiedzą, co się w nich dzieje i którzy lokatorzy nadużywają możliwości, jakie daje mieszkanie w danej nieruchomości – wskazuje Robert Kondracki.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku domowych systemów bezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 45,6 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 74,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Japończycy zbudowali najszybszy superkomputer świata. Ma pomóc w rozwiązaniu wyzwań dotyczących m.in. COVID-19

Od lat firmy technologiczne konkurują ze sobą na rynku superkomputerów. Konstruują coraz to wydajniejsze maszyny, które mają sprawniej i szybciej przeprowadzać skomplikowane operacje matematyczne na potrzeby nauk biologicznych, fizycznych czy astronomicznych. Zwieńczeniem starań inżynierów jest coroczny ranking TOP500 kategoryzujący najszybsze komputery świata. W 55. edycji na szczyt listy trafiła japońska maszyna Fugaku, deklasując dotychczasowego lidera, superkomputer Summit od firmy IBM.

– Dziesięć lat po zaproponowaniu początkowej koncepcji i sześć lat po oficjalnym rozpoczęciu projektu Fugaku jest już prawie ukończone. Superkomputer został opracowany zgodnie z ideą osiągnięcia wysokiej wydajności w różnych aplikacjach o dużym znaczeniu społecznym, takich jak osiągnięcia Społeczności 5.0. Cieszymy się, że okazał się znakomity we wszystkich głównych testach superkomputerowych – mówi Satoshi Matsuoka, dyrektor Centrum Nauk Obliczeniowych Riken (R-CCS).

Fugaku oparto na 48-rdzeniowym układzie Fujitsu A64FX SoC i jest to pierwsza maszyna wykonana w architekturze ARM, która wspięła się na szczyt listy najwydajniejszych superkomputerów świata. W testach High Performance Linpack urządzenie osiągnęło wynik rzędu 415,5 petaflopsów, 2,8-krotnie wyższy niż dotychczasowy lider, Summit IBM. Szczytowa wydajność Fugaku jest jeszcze wyższa – w teorii superkomputer może osiągnąć moc jednego eksaflopsa.

– Oprócz wykorzystania go jako superkomputera mam nadzieję, że opracowana dla niego najnowocześniejsza technologia informatyczna przyczyni się do znacznych postępów w trudnych wyzwaniach społecznych, takich jak SARS-CoV-2 – wskazuje Satoshi Matsuoka.

Choć Fugaku ma osiągnąć pełną moc obliczeniową dopiero w przyszłym roku, prawdopodobnie nie utrzyma zbyt długo swojego rekordu. W niedalekiej przyszłości na szczycie listy TOP500 mogą zadebiutować komputery oparte na procesorach AMD Epyc, które mogą zdominować ten ranking. Pierwszą maszyną, która spróbuje pobić rekord Fugaku, będzie superkomputer Frontier opracowany przez inżynierów AMD oraz Cray. Według wstępnych założeń maszyna pojawi się na rynku w 2021 roku i będzie pracować przy wydajności rzędu 1,5 eksaflopsa.

Dwa lata później poprzeczkę wydajnościową ma podnieść El Capitan pracujący na podzespołach Epyc Genoa i Radeon Instinct. Superkomputer powstanie na zamówienie amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Jądrowego i ma sprawdzić się w roli narzędzia do przeprowadzania symulowanych reakcji jądrowych. Wstępne plany zakładają, że El Capitan rozpocznie funkcjonowanie w 2023 roku i będzie w stanie przetwarzać dane z wydajnością ok. 2 eksaflopsów.

Warto zauważyć, że granicę 2 eksaflopsów już teraz udało się przekroczyć dzięki wirtualnemu superkomputerowi Folding@home. Ta platforma naukowa wykorzystywana m.in. do badań nad pozyskaniem leku na COVID-19 odchodzi od idei tworzenia zintegrowanej jednostki i stawia na działania rozproszone. Sieć działa w formie chmury obliczeniowej, do której mogą dołączyć się użytkownicy przemysłowi i domowi z całego świata, łącząc moc wielu komputerów w jeden, wysoce wydajny wirtualny komputer. Obecnie Folding@home może pochwalić się mocą obliczeniową rzędu 2,4 eksaflopsów.

Obecnie to jednak ARM króluje w segmencie superkomputerów. Dobra passa amerykańskiego producenta obejmuje również procesory konsumenckie. Apple właśnie ogłosiło przejście z układów Intela na procesory własnej produkcji, oparte właśnie na architekturze ARM. Transformacja ma potrwać dwa lata. ARM jest już także szeroko wykorzystywany w smartfonach, co wskazuje na wszechstronność platformy.

– Fugaku wskazuje na radykalną zmianę w rodzaju obliczeń tradycyjnie stosowanych w superkomputerach i jest dowodem innowacyjności, która może nastąpić w przypadku elastycznych rozwiązań obliczeniowych napędzanych silnym ekosystemem. W przypadku ARM to osiągnięcie pokazuje energooszczędność, wydajność i skalowalność naszej platformy obliczeniowej, która obecnie obejmuje zarówno smartfony, jak i najszybszy superkomputer na świecie – mówi Rene Haas, prezes IP Group w ARM.

Według firmy badawczej Technavio globalny rynek superkomputerów do 2024 roku ma się rozwijać w tempie 28 proc. w skali roku.

Ulga B+R powinna uwzględniać transformację cyfrową

Pandemia nie zmieniła trendu, ona go tylko podkreśliła. Biznes wymaga niezwłocznej transformacji cyfrowej – zarówno w relacji z klientami i dostawcami, jak również w relacji z pracownikami. Polscy przedsiębiorcy, jeśli chcą skutecznie konkurować na rynkach światowych i jeśli chcą być przygotowani na amortyzację długofalowych skutków epidemii, powinni ponieść ten wysiłek i wesprzeć realizację procesów w organizacji w sposób zdalny. Jaką rolę w tym procesie może odegrać państwo?

Transformacja ma być podstawą innowacji produktowej i usługowej, jak również odpowiedzią na konieczność dywersyfikacji sprzedaży czy zakupów. Drastycznie zmieniające się przyzwyczajenia konsumentów powodują, że czas na zmianę modeli biznesowych kurczy się niebywale. Jeśli biznes ma przetrwać w nowym otoczeniu, niezwłocznie powinien przejść przemianę i się do niego dostosować.

Rolą państwa jest maksymalne wsparcie transformacji cyfrowej polskich przedsiębiorców. Powinna być to odpowiedź na wyjście z kryzysu i powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu gospodarczego. W tym zakresie można wykorzystać dostępne już narzędzia fiskalne, w szczególności ulgę na badania i rozwój. Wprowadzenie – np. na okres 3 lat – dodatkowego odpisu od podstawy opodatkowania dla wydatków, zarówno kosztów wewnętrznych, jak i kosztów podwykonawców, poniesionych celem digitalizacji procesów gospodarczych, mogłoby stanowić dodatkowy impuls dla polskiego biznesu do ponoszenia wydatków inwestycyjnych w kierunku cyfryzacji. Możliwe byłoby włączenie krajowych jednostek badawczych w certyfikację kwalifikowalności wydatków, jako ukierunkowanych na digitalizację.

Celem takiej zmiany byłoby wykreowanie chęci i potrzeby inwestycyjnej po stronie przedsiębiorców, aby w najbliższych kilku latach ponieśli wydatki na informatyzację procesów sprzedaży, zakupów czy procesów wsparcia. Z jednej strony korzyść mieliby sami podatnicy, w postaci dywersyfikacji procesów i wykreowania nowych opcji biznesowych, z drugiej gospodarka, w postaci zwiększonych wydatków inwestycyjnych, a z trzeciej Skarb Państwa, który w długim horyzoncie mógłby liczyć na dodatkowe wpływy budżetowe i zwiększenie poziomu kontroli fiskalnej biznesu poprzez dostępne rozwiązania informatyczne.

Kluczem jest wykreowanie szerszej potrzeby inwestowania w nowe technologie. Ulga jest zawsze dobrym rozwiązaniem – nie tylko z uwagi na chęć partycypacji państwa w pewnym trendzie, ale w zwracaniu uwagi na naprawdę konieczne działania z perspektywy makro. Gdyby obecna ulga B+R została wzbogacona o komponent transformacji cyfrowej, nawet wydatki na dość oczywiste rozwiązania, które jednak wciąż nie są powszechne, takie jak wdrożenie aplikacji gromadzących i dostarczających e-paragony, oprogramowania do rozliczania delegacji pracowniczych czy elektroniczny obieg faktur, mogłyby liczyć na preferencję. Jeśli pojawiłoby się ograniczenie czasowe na skorzystanie z ulgi, to byłby jasny sygnał – teraz albo nigdy.

Autor/Źródło: PwC Polska

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 29.06-3.07.2020

Rynki znalazły się w stanie zawieszenia, a inwestorzy nie mają przekonania do żadnego kierunku. Coraz więcej wątpliwości narasta wokół nadziei na szybsze odbicie ożywienia gospodarczego, gdy uwagę skupia rosnąca liczba przypadków zachorowań na COVID-19 w USA. Napływające dane raczej nie będą w stanie poprawić nastrojów, podczas gdy gotowość banków centralnych i rządów do działania ogranicza potencjał spadków. Tworzy się środowisko dla rwanych reakcji na pojedyncze informacje z dodatkowym wpływem zamknięcia kwartału i skróconego tygodnia w USA.

Przyszły tydzień: NFP, ISM, minutki FOMC, PMI z Eurolandu/Wlk. Brytanii/Polski/Chin, CPI z Eurolandu/Polski, PKB z Kanady, sprzedaż detaliczna z Australii

USA

W USA w dalszym ciągu najważniejszymi danymi będą statyki o trajektorii nowych przypadków zachorowań na COVID-19. Im bardziej sytuacja będzie wydawać się poza kontrolą, tym większe będą wątpliwości dotyczące perspektyw przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Rynek akcji będzie pod presją, szczególnie że inwestorzy mogą chcieć chronić zyski pod rozliczenie kwartału. Dla USD oznacza to zwiększony popyt przy redukcji ryzykownych pozycji w innych walutach. Od strony danych makro główna uwaga będzie na raporcie z rynku pracy (wyjątkowo w czwartek!). Tym razem może być problem z interpretacją danych, biorąc pod uwagę, jak rządowe programy mogły zniechęcać Amerykanów do powrotu do pracy. Mimo to spadek stopy bezrobocia i wzrost zatrudnienia będą miały pozytywny efekt. Interesujące będzie też tempo odbicia ISM dla przemysłu (śr). Minutki FOMC (śr) powinny potwierdzić, że aktualnie na uboczu zostawione są tematy ujemnych stóp procentowych i kontroli krzywej dochodowości.

Strefa euro

W strefie euro na pierwszym planie będą szczegóły odbicia koniunktury w Hiszpanii i Włoszech (śr, pt) i czy pokażą podobną poprawę co już opublikowane wstępne szacunki z Francji i Niemiec. Im wyżej indeksy PMI odbiją, tym silniejsze będzie zaufanie do siły ożywienia w całym bloku. CPI (wt) i PPI (czw) pokażą skalę presji deflacyjnej wynikającej z załamania popytu i zapaści w globalnym handlu. Lepsze dane mogą być bardziej wsparciem dla europejskich giełd niż EUR, które w ostatnim czasie stało się barometrem sentymentu. Bez uciszenia obaw o nowy rozdział w ekspansji koronawirusa, EUR/USD może dalej tkwić w miejscu.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii finalne szacunki PMI dla przemysłu (śr, pt) będą uzupełnione o informacje z drugiej połowy czerwca, kiedy dalej łagodzono obostrzenia w poruszaniu się i odwiedzaniu punktów usługowych. Stąd stwarza to okazję do rewizji w górę wskaźników. Z perspektywy GBP nie powinno być to źródłem dla silniejszej reakcji. Podobnie bez echa przejdzie finalna rewizja PKB za I kw. (wt). Funt pozostaje silnie związany z nastrojami rynkowymi głównie poprzez GBP/USD – skok awersji do ryzyka będzie premiował ucieczkę w dolara, co będzie szkodzić funtowi.

Polska

W Polsce tydzień rozpocznie się od analizy wyników pierwszej tury wyborów. Ostatnie sondaże przedwyborcze wskazywały na stabilny rozkład poparcia dający najwyższy wynik prezydentowi Andrzejowi Dudzie w pierwszej turze, ale z niepewną wygraną nad Rafałem Trzaskowskim w drugiej turze. Rynek dotychczas ignorował potencjalne ryzyko osłabienia pozycji rządu w przypadku utraty „swojego” prezydenta i po wynikach pierwszej tury wyborów (jeśli będą zgodne z sondażami) nie powinno się to zmienić. Jest bardziej prawdopodobne, że w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach zewnętrznych kwestia przegranej prezydenta Dudy może być wykorzystana jako dodatkowy pretekst do sprzedaży złotego. Z danych inflacja CPI (wt) powinna być mixem słabnięcia popytu i odbicia cen paliw. Indeks PMI dla przemysłu (śr) powinien wskazać na kontynuację poprawy sytuacji po wcześniejszym załamaniu, choć prognozowany odczyt na 46,8 będzie świadczyć, że sektor dalej się kurczy.

Chiny

Na pozostałych rynkach uwaga może skupiać się głównie na PMI z Chin (wt, śr, pt), PKB z Kanady (wt) i sprzedaży detalicznej z Australii (pt). PMI z Chin będą interesujące pod kątem oceny, jak szybko globalne łańcuchy dostaw mogą być odbudowane i jak szybko odradza się popyt wewnętrzny. Trzeba pamiętać, że odczyty trochę powyżej 50 pkt. nie oznaczają, że wszystko jest już w porządku.

Kanada

W Kanadzie kwiecień był kulminacyjnym puntem lockdownu, co zostanie wyraźnie odzwierciedlone w spadku PKB o prawie 20 proc., choć aktualnie dla nikogo nie będzie to zaskoczeniem, gdyż ważniejsza jest skuteczność z jaką gospodarka poradziła sobie z opanowaniem kryzysowej sytuacji.

Australia

W Australii sprzedaż w maju powinna silnie odbić w związku z poluzowaniem zakazów poruszania się. Jednak dla CAD, AUD, ale też innych walut ryzykownych, kształtowanie się globalnych nastrojów będzie miało większe znaczenie. Przygasanie nadziei na dynamiczne odbicie ożywienia stwarza warunki dla korekty.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzrost zachorowań w USA nie wystraszył inwestorów. Amazon z rekordową ceną docelową

Liczba nowych przypadków zakażenia koronawirusem wzrosła w Stanach Zjednoczonych o co najmniej 39 818 w czwartek, co stanowi największy jednodniowy wzrost infekcji jak dotąd. Gubernator Teksasu tymczasowo wstrzymał ponowne otwarcie stanu w czwartek w związku z nasileniem się infekcji i hospitalizacji. Stany, w których niepokojąco prezentują się nowe przypadki COVID-19 to również Floryda czy Kalifornia.

 

Jednak możliwość wystąpienia drugiej fali koronawirusa i ponownych blokad gospodarczych ma ograniczony wpływ na rynek akcji, ponieważ jeśli restrykcje zostaną wznowione, to rynki będą się spodziewać, że zwiększy to prawdopodobieństwo jeszcze większego wsparcia fiskalnego dla gospodarek. W rezultacie myślenie na Wall Street może być następujące: czym jest lepiej, tym jest lepiej, a czym jest gorzej, tym będzie lepiej. Mówi się zresztą już od dawna o tym, że Fed stał się już zakładnikiem rynku, a teraz jeszcze politycy dołączyli się aktywnego wspierania gospodarki.

Z punktu widzenia danych makroekonomicznych wydatki konsumenckie w USA gwałtownie wzrosły w maju. Departament Handlu powiedział w piątek, że wydatki konsumpcyjne, które stanowią ponad dwie trzecie aktywności gospodarczej USA, wzrosły w ubiegłym miesiącu o 8,2 proc. Warto przypomnieć, że wydatki konsumenckie spadły w kwietniu aż o 12,6 proc., co stanowi największy spadek od czasu, gdy zaczęto zbierać te dane w 1959 r.

Z punktu widzenia nowego podejścia do prowadzenia biznesu warto zwrócić uwagę na działania dawnej spółki Billa Gatesa, czyli Microsoft. Microsoft zamknie swoje sklepy fizyczne w ramach strategicznej zmiany w działalności detalicznej. Członkowie zespołu sprzedaży detalicznej będą obsługiwać klientów, małe firmy, edukację i klientów korporacyjnych.

Warto również spojrzeć na spółkę Jeffa Bezosa, czyli Amazon. Analitycy firmy SunTrust Robinson Humphrey podnieśli cel ceny akcji dla Amazon.com Inc. do 3400 USD z 2700 USD, podtrzymując rekomendację kupna. SunTrust przeniósł swój cel na górną granicę zakresu wyznaczonego na Wall Street, co oznacza wzrost o 23 proc. w stosunku do ostatniej ceny zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla Amazon wynosi 2 749,83 USD. Amazon miał 51 rekomendacji kupna, 4 trzymaj, 1 sprzedaj – wynika z danych agencji Bloomberg.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Zasady skracania okresu wypowiedzenia umowy o pracę a kwestie prawne

Kodeks pracy przewiduje i reguluje zasady rozwiązywania umów o pracę, zarówno tych zawartych na czas nieokreślony jak i terminowych umów o pracę czyli na czas określony i na okres próby. Rozwiązanie umowy o pracę może mieć charakter natychmiastowy (np. tzw. zwolnienie dyscyplinarne) jak i odroczony w czasie polegający na wypowiedzeniu umowy o pracę.

Okres wypowiedzenia umowy o pracę

Okresem wypowiedzenia umowy o pracę jest przedział czasu jaki upływa od złożenia oświadczenia woli o wypowiedzeniu tej umowy do faktycznego jej rozwiązania, czyli do zakończenia stosunku pracy które jest następstwem dokonanego wypowiedzenia. wypowiedzenia umowy, niezależnie od tego która strona dokonuje czynności, nie jest podstawą do zaprzestania wykonywania obowiązków wynikających ze stosunku pracy. W okresie wypowiedzenia pracownik świadczy dalej pracę zgodnie z umową.

Wypowiedzieć umowę o pracę mogą obie strony tego stosunku a więc zarówno pracodawca jak i jego pracownik. Dla przypomnienia – poniżej okresy wypowiedzenia umów o pracę różnych typów

W przypadku umowy na okres próbny okresy wypowiedzenia kształtują się następująco: 3 dni robocze, jeżeli okres próbny nie przekracza 2 tygodni; 1 tydzień, jeżeli okres próbny jest dłuższy niż 2 tygodnie; 2 tygodnie w przypadku umowy 3-miesięcznej. Z kolei wypowiadając umowa zawartą na czas określony (podobnie jak umowę o zastępstwo) wspomniane okresy to odpowiednio 2 tygodnie, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 6 miesięcy i miesiąc, jeżeli pracownik jest zatrudniony co najmniej 6 miesięcy. Umowa na czas nieokreślony skutkuje zwykle dłuższymi okresami wypowiedzenia a więc 2 tygodniowym, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 6 miesięcy, miesięcznym, gdy pracownik jest zatrudniony co najmniej 6 miesięcy i wreszcie 3 miesięcznym, o ile pracownik jest zatrudniony co najmniej 3 lata.

Jak wskazano Kodeks pracy te ogólne zasady modyfikuje na dwa odrębne sposoby które są albo wynikiem problemów ekonomiczno-organizacyjnych pracodawcy (przedsiębiorstwa) albo rezultatem umowy pomiędzy pracownikiem a jego pracodawcą a tym samym stanowią formę porozumienia stron.

Zasady wypowiedzenia umowy o pracę

Jeżeli pracownik i pracodawca dochodzą do porozumienia i ustalają krótszy okres wypowiedzenia stosunku pracy – niezależnie od tego czy wypowiedzenie umowy wynika z decyzji pracodawcy czy też jest wolą pracownika, temu ostatniemu nie przysługuje prawo do odszkodowania określonego ustawowo. Oczywiście strony zawierając porozumienie mogą kwestie odszkodowawcze określić dowolnie i odmiennie niż ogólne zasady niż to przewidują kodeksowe.

Zasadniczą, najbardziej istotną sytuacją gdzie dochodzi do skrócenia okresu wypowiedzenia jest wskazany powód ekonomiczno-organizacyjny. Zgodnie z regulacją kodeksową pracodawca może jednostronnie skrócić okres wypowiedzenia umowy o pracę, gdy przedsiębiorstwo ogłasza upadłość, zostaje postawione w stan likwidacji albo zachodzą inne nie leżące po stronie pracownika przyczyny – mające charakter zmian organizacyjnych i ekonomicznych (typową przyczyną indywidualną jest likwidacja indywidualnego stanowiska pracy).

Skrócenie przez pracodawcę okresu wypowiedzenia pracy oznacza rozwiązanie umowy o pracę z upływem skróconego okresu wypowiedzenia – jak to wskazał w swej uchwale Sąd Najwyższy (uchwała SN z 9 lipca 1992 r., I PZP 20/92).

W opisanych wyżej przypadkach pracodawca skracać może okresy wypowiedzenia o ile te wynoszą 3 miesiące (czyli najdłużej trwające). Każdorazowo utracie przez pracownika pełnego okresu wypowiedzenia towarzyszyć musi stosowne odszkodowanie.

Wysokość tego odszkodowania powinna być ustalona w oparciu o rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie sposobu ustalania wynagrodzenia w okresie niewykonywania pracy oraz wynagrodzenia stanowiącego podstawę obliczania odszkodowań, odpraw, dodatków wyrównawczych do wynagrodzenia oraz innych należności przewidzianych w Kodeksie pracy.

Wartość odszkodowania, odpowiada wysokości przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (tudzież jego wielokrotności) obejmującego:

  1. stałe miesięczne składniki wynagrodzenia – w wysokości należnej w miesiącu nabycia prawa do odszkodowania,
  2. składniki wynagrodzenia za okresy miesięczne w zmiennej wysokości, wypłacane pracownikowi w okresie 3 miesięcy poprzedzających miesiąc nabycia prawa do odszkodowania – w przeciętnej wysokości z tego okresu,
  3. składniki wynagrodzenia przysługujące pracownikowi za okresy dłuższe niż miesiąc, wypłacone w okresie 12 miesięcy bezpośrednio poprzedzających miesiąc nabycia prawa do odszkodowania – w średniej wysokości z tego okresu.

Skrócenie powyższe obwarowane jest warunkami dwojakiego rodzaju: po pierwsze okres wypowiedzenia nie może być skrócony poniżej jednego miesiąca a po wtóre za okres, o który wypowiedzenie zostało skrócone pracownikowi ustawowo przysługuje odszkodowanie w wysokości zarobku należnego za ten właśnie okres.

Oznacza to ni mniej ni więcej, iż pracownikowi, którego okres wypowiedzenia jest ustawowo krótszy niż 3 miesiące nie można jednostronnie tegoż okresu dodatkowo skrócić. Skrócenie okresu wypowiedzenia dotyczy tak umowy na czas nieokreślony jak i na czas określony

Warto zwrócić uwagę, iż skrócenie okresu wypowiedzenia wynikające z porozumienia  stron jest czynnością odrębną od samego wypowiedzenia a więc może do niego dojść zarówno w chwili podejmowania decyzji o samym wypowiedzeniu umowy (rozwiązaniu stosunku pracy) jak i później – odrębnie.

Należy jedynie pamiętać, że porozumienie skracające okres wypowiedzenia, przeciwnie niż jednostronna decyzja pracodawcy, pozbawia pracownika ustawowego uprawnienia do otrzymania odszkodowania.

Z kolei skrócenie okresu wypowiedzenia decyzją pracodawcy – powinno zostać wyartykułowane wraz z samym oświadczeniem o wypowiedzeniu umowy o pracę.

Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego jest niedopuszczalne aby pracodawca już w umowie o pracę (lub innym dokumencie) zastrzegł na przyszłość opcję skrócenia okresu wypowiedzenia (wyrok z 19 grudnia 1990 r. I PR 391/90). Oświadczenie pracodawcy o skróceniu okresu wypowiedzenia może być złożone tylko łącznie z wypowiedzeniem umowy o pracę lub później (nigdy wcześniej).

Podsumowanie

Podsumowując stwierdzić można, iż porozumienie stron o rozwiązaniu umowy o pracę, samo w sobie może skracać okres wypowiedzenia a nawet go wyłączyć całkowicie. Z kolei gdy dojdzie do złożenia oświadczenia o wypowiedzeniu umowy o pracę – tak przez pracodawcę jak i przez pracownika – ten ostatni może umownie ustalić ze swoim pracodawcą krótszy niż ustawowy okres wypowiedzenia, któremu nie towarzyszą jednak warunki dotyczące minimalnej długości trwania skróconego wypowiedzenia jak i warunki finansowe.

Istotna z punktu widzenia stron rozwiązywanego stosunku pracy modyfikacja ustawową jest to, że wedle rozporządzenia regulującego zasady ustalania wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, kwota odszkodowania za skrócony okres wypowiedzenia nie podlega składkom socjalnym. Jest ona jednak (co oczywiste) standardowo opodatkowana podatkiem dochodowym PIT co skutkuje koniecznością odprowadzenia zaliczki.

Odpowiednia adnotacja o skróceniu okresu wypowiedzenia powinna zostać zawarta w świadectwie pracy. Dla pracownika ważnym elementem jest także i to, że kodeks pracy wyraźnie statuuje, iż okres o który skrócono wypowiedzenie (okres za który otrzymał odszkodowanie) wliczany jest do okresów zatrudnienia.

Warto też przytoczyć uchwałę Sądu Najwyższego sygn. akt I PZP 20/92 wskazującą, że „Zastosowanie /skrócenia okresu wypowiedzenia/ nie oznacza możliwości nabycia przez pracownika prawa do urlopu wypoczynkowego za okres nieprzepracowany, nawet jeżeli pracownik nabył prawo do odszkodowania. W okresie, za który wypłacono odszkodowanie, stron nie wiąże już stosunek pracy, a należne odszkodowanie nie jest wynagrodzeniem. Tym samym za ten okres pracownik nie nabywa prawa do urlopu wypoczynkowego”.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Oszczędności w firmie: 6 kroków do zmian w systemie premiowania

Pracodawcy poszukający oszczędności w kosztach zatrudnienia powinni wziąć pod uwagę ograniczenia w programach premiowania pracowników. W firmach, w których obowiązuje regulamin wynagradzania wystarczy spełnienie kilku wymogów, od których zależy skuteczność wprowadzenia nowych rozwiązań.

  1. Uzgodnienia ze związkami zawodowymi. Pracodawca, u którego działa zakładowa organizacja związkowa jest zobowiązany uzgodnić z nią zmiany w regulaminie wynagradzania. Warto włączyć związek zawodowy w opracowanie nowych zasad premiowania, aby było ono efektem porozumienia, co do którego przekonane są obie strony. Pracodawca powinien przedstawić argumenty uzasadniające potrzebę wprowadzenia zmian, porównując na przykład dotychczasowe koszty premiowania przed i po wprowadzeniu ograniczeń, wraz z uzasadnieniem ekonomicznym (wykazując np. spadek obrotów wywołany epidemią).
  2. Gdy w firmie nie ma organizacji związkowej. Jeżeli u pracodawcy nie działa organizacja związkowa, może on doprowadzić do zmian w regulaminie samodzielnie, bez potrzeby ich uzgadniania z partnerem pracowniczym. Dobrą praktyką w przypadku poważnych zmian w systemie płacowym, jest zaangażowanie przedstawicieli pracowników w formułowanie nowych reguł. Pozwala to na lepszą komunikację z zespołem, a także stwarza możliwość zaprezentowania argumentów pracodawcy przemawiających za zmianami.
  3. Powiadomienie o zmianach. Kolejnym etapem jest ustalenie, czy do wprowadzenia zmian wystarczy ich ogłoszenie, czy też będą potrzebne działania prowadzone w stosunku do każdego pracownika indywidualnie. Sprawa jest prosta, gdy pracodawca planuje wprowadzić korzystniejsze niż dotychczas postanowienia w regulaminie wynagradzania. Wówczas do ich wejścia w życie wystarczy ogłoszenie. Jeśli jednak planowane zmiany są dla pracowników mniej korzystne niż te dotychczas stosowane (przykładowo, pracownicy tracą prawo do premii albo zostanie zmniejszona jej wysokość), to konieczne jest zastosowanie, obok ogłoszenia, wypowiedzeń zmieniających. W treści wypowiedzenia pracodawca musi wskazać, które z obowiązujących dotychczas zasad premiowania ulegają wypowiedzeniu i jaka jest jego propozycja odnośnie nowych reguł. Konstrukcja wypowiedzenia zmieniającego powoduje, że po pierwsze, zmiany będą mogły być stosowane wobec poszczególnych pracowników w różnych terminach, w zależności od tego, kiedy komu upłynie okres wypowiedzenia. Po drugie, pracownik może nie zgodzić się na nowe warunki do upływu połowy okresu wypowiedzenia – i w takiej sytuacji jego umowa, po upływie okresu wypowiedzenia, rozwiąże się. Przepisy Kodeksu pracy wprowadziły jednak pewne ułatwienie w tej sytuacji: w przypadku wypowiedzenia zmieniającego składanego w związku ze zmianą w regulaminie wynagradzania nie stosuje się przepisów chroniących niektórych pracowników przed zmianami. Oznacza to, że takie wypowiedzenie zmieniające może być złożone nawet kobiecie w ciąży, czy pracownikowi w wieku przedemerytalnym.
  4. Indywidualne porozumienia z pracownikami. Niekorzystne dla zatrudnionych zmiany mogą być wprowadzone także w drodze zawieranych z nimi indywidualnych porozumień. W takiej sytuacji, wypowiedzenie zmieniające nie jest potrzebne, a strony mogą określić w porozumieniu datę, od której zaczną obowiązywać nowe reguły.
  5. Ogłoszenie zmian. Niezależnie od procedury indywidualnych uzgodnień z pracownikami, potrzebne jest też ogłoszenie zmian. Wejdą one w życie po upływie 2 tygodni od ogłoszenia w sposób zwyczajowo przyjęty u pracodawcy (na przykład na tablicy ogłoszeń czy w Intranecie). Oznacza to, że nowi pracownicy przyjmowani do pracy już po wejściu w życie zmian, będą premiowani według nowych zasad.
  6. Sprawdzenie umów o pracę. Na koniec trzeba też pamiętać o skontrolowaniu umów o pracę, czy przypadkiem nie wprowadzają korzystniejszych zasad premiowania niż regulamin wynagradzania. Jeśli tak, to pracodawca chcący je zmienić, musi doprowadzić do zmiany umowy o pracę – w drodze porozumienia lub wypowiedzenia zmieniającego.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

PFR: Ruszył konkurs Solidarni Zwyciężymy – szukamy bohaterów czasu pandemii

Ruszył konkurs “Solidarni Zwyciężymy” organizowany przez Polski Fundusz Rozwoju oraz Fundację PFR. Jego celem jest promowanie i uhonorowanie historii radzenia sobie z kryzysem, współpracy międzyludzkiej i bohaterskich postaw Polaków w czasie walki ze skutkami pandemii COVID-19. Zwycięzcy – zarówno osoby indywidualne jak i firmy – będą mogli wesprzeć kwotą w wysokości 10 000 zł wybraną fundację, lub skorzystać z bezpłatnej promocji w mediach. Zgłoszenia można wysyłać od 26 czerwca do 3 sierpnia poprzez stronę konkursową www.solidarnizwyciezymy.pl

Do konkursu można zgłaszać inspirujące historie wyjątkowej i bezinteresownej pomocy oraz pomysłowego radzenia sobie w biznesie w okolicznościach pandemii. Zgłoszenie może wysłać każdy, a zaproponowana historia może dotyczyć nas samych, jak i kogoś, kogo działanie uznaliśmy za warte dostrzeżenia i naśladowania.

Inspiracją do ogłoszenia konkursu stały się historie przedsiębiorców i pracowników, którzy dzięki wsparciu finansowemu, otrzymanemu w ramach Tarczy Finansowej PFR, poradzili sobie z wyzwaniami jakie przyniosła trudna rzeczywistość, utrzymali działalność firm oraz miejsca pracy, a często również dzięki wspólnej determinacji zmienili model biznesowy lub pomogli innym.

„W ramach przygotowanej przez nas Tarczy Finansowej wsparliśmy już blisko 300 000 polskich mikro, małych i średnich firm. Każda z nich to indywidualna historia radzenia sobie ze skutkami największego od 100 lat kryzysu ekonomicznego. Historia walki nie tylko o sferę finansową, ale także o wymiar czysto ludzki – o miejsca pracy, bezpieczeństwo i wspólną przyszłość. To historia tego, jak podejmować niezwykle trudne decyzje: zwalniać czy nie zwalniać pracowników, jak radzić sobie w kryzysowej sytuacji na rynku. Dlatego podjęliśmy decyzję o zainicjowaniu kampanii społecznej „Solidarni Zwyciężymy”. Chcemy w ten sposób uhonorować wszystkich tych, którzy wspólnie, pomagając sobie nawzajem przeszli przez ten trudny moment w otoczeniu gospodarczym. Pracodawców, którzy nie zwalniali w tym czasie pracowników, ale również ludzi, którzy w tym trudnym czasie podjęli nadzwyczajne działania na rzecz innych. Chcemy w ten sposób pokazać, że my Polacy w tak trudnych momentach potrafimy się zjednoczyć, wspierać nawzajem i wspólnie pokonać nawet największe wyzwania.” – mówi Paweł Borys, Prezes PFR.

Najciekawsze historie zgłoszone w konkursie opublikowane zostaną na stronie kampanii. Co dwa tygodnie będziemy nagradzać trzy firmy i trzy osoby indywidualne, które otrzymają nagrodę w wysokości 10 000 zł do przeznaczenia na wsparcie wybranej organizacji charytatywnej. Tym samym będą mieli szansę na pomoc kolejnym osobom! Komisja Konkursowa oceniając historie przede wszystkim będzie brała pod uwagę stopień zmian wprowadzanych na potrzeby nowych okoliczności, kreatywność i innowacyjność w działaniach, jak i pomysłowość zgłoszenia oraz pomocniczo liczbę polubień pod zamieszczonym na stronie Konkursu zgłoszeniem. Więcej informacji nt. akcji, formularz zgłoszeń oraz regulamin konkursu dostępne są pod adresem www.solidarnizwyciezymy.pl.

Branża spożywcza patrzy na kryzys jako na szansę do rozwoju swoich przedsiębiorstw – wnioski z debaty eksperckiej

Spadek popytu na polską żywność spowodowany lockdownem, zmiany konsumenckie oraz szanse i zagrożeniach dla sektora spożywczego w związku z pandemią – m.in. o tych zagadnieniach w kontekście krajowej branży spożywczej dyskutowali eksperci podczas debaty online „Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, zorganizowanej przez Santander Bank Polska i SpotData.pl, 16 czerwca br.

Nowe zasady bioasekuracji i odpowiedni podział zespołów pracowniczych – to zdaniem przedstawicieli sektora spożywczego kluczowe zagadnienia w czasie pandemii. Za równie istotne uznali oni także bezpieczeństwo finansowe, zwłaszcza w kontekście rozliczeń z kontrahentami, a także osłabienie walut, wzrost sprzedaży kategorii rodzinnych wraz ze wzrostem znaczenia znanych marek w koszyku zakupowym konsumentów. Paneliści podkreślali również, że pandemia to czas odpowiedzialności za pracowników i dużej roli managerów i liderów.

Wprowadzeniem do debaty była prezentacja Ignacego Morawskiego, dyrektora SpotData na temat wpływu pandemii na eksport produktów rolno-spożywczych z Polski.

Branża spożywcza powinna być w grupie najmniej narażonych na kryzys, ponieważ kryzysy wynikają zwykle z wahania popytu na dobra trwałe, a nie na żywność. Sektor ten nie jest jednak zupełnie odporny na kryzys. Wpływ pandemii widać choćby w danych GUS dotyczących oceny wielkości zamówień od zagranicznych firm – podkreślał Ignacy Morawski.  W maju br. wśród ankietowanych przedsiębiorstw spożywczych odsetek raportujących spadek sprzedaży zagranicznej był wyższy o 36 p.p. od tych raportujących wzrost. Jednocześnie odsetek firm zgłaszających wzrost sprzedaży był najniższy w historii jego publikacji.

Sytuacja przedsiębiorstw w dobie COVID-19

Choć dla branży spożywczej pandemia nie stanowiła wstrząsu porównywalnego do tych z innych sektorów gospodarki, to jednak i tutaj znacząco zmieniła sytuację. Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu, zauważył, że integracja pionowa branży drobiarskiej pokazała swoje dwa oblicza w nowej dla zakładów przetwórczych sytuacji: „Z jednej strony zakład zobowiązany umowami odbierał żywiec od rolników, nawet w sytuacji silnego spadku eksportu. Według szacunków ok. 80% eksportowanego mięsa drobiowego, czyli ponad 30% produkcji, trafiało do branży gastronomiczno-hotelarskiej. Jej działalność została mocno ograniczona. W efekcie znaczna część produktów musiała zostać zmagazynowana w mroźniach. Ale z drugiej strony, siłą kontraktacji i integracji jest to, że duży zakład wraz z hodowcami oznacza stabilność działania w łańcuchu produkcji i większą odporność na zawirowania gospodarcze”.

Inną perspektywę przedstawił Jan Kolański, prezes Colian i reprezentant producentów słodyczy: „Generalnie po bardzo dobrym marcu sprzedaż obniżyła się w kwietniu i dotyczyło to zarówno rynku krajowego, jak i eksportu. Dane są jednak zróżnicowane w zależności od asortymentu. Duże spadki zanotowano w przypadku kategorii prezentowych. Izolacja domowa, w której przez długi czas pozostawali Polacy oraz obywatele w innych krajach spowodowała, iż nie organizowano wesel, przyjęć urodzinowych i innych spotkań okolicznościowych. Spadek nastąpił też w dziale lodów. W kwietniu i maju ich sprzedaży nie sprzyjała pogoda. W dodatku lody z reguły konsumuje się na zewnątrz, w czasie spotkań czy spacerów. A przecież możliwości wyjścia były ograniczone – zauważył Kolański.

Przemysław Cieślik, dyrektor zarządzający Contimax, przetwórstwa rybnego, podkreślał znaczenie długoletniej współpracy z kontrahentami, która powinna wspierać funkcjonowanie firmy w trudniejszym okresie: „Dzięki silnym relacjom Contimax przez ostatnie miesiące nieprzerwanie miał dostęp do surowca, a dzięki sprawdzonym dostawcom usług udało się istotnie zmniejszyć problemy z transportem w najtrudniejszym okresie marca i kwietnia”. Przemysław Cieślik zwrócił też uwagę na wysoką presję na marże ze strony odbiorców produktów, która uległa natężeniu w okresie pandemii.

Potencjał polskiej branży spożywczej

Realia związane z pandemią mogą być jednak dla firm spożywczych także okazją do rozwoju. W drugiej części spotkania Ignacy Morawski zwrócił uwagę na szanse, jakie dla polskiej żywności wiążą się z gorszą koniunkturą w europejskiej gospodarce: „Historyczne dane pokazują, że w poprzednich kryzysach polska żywność radziła sobie nieźle. W czasie kryzysów z lat 2007-2009 oraz 2012-2013 firmy zagraniczne poszukiwały tańszych dostawców z Europy Środkowej. Dzięki temu polskie przedsiębiorstwa awansowały w łańcuchu produkcji. Obecnie również jest możliwy taki scenariusz”. Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska dodał, iż już dzisiaj polska branża ma silną pozycję na unijnym rynku żywności: „Po wielu latach systematycznego zwiększania eksportu żywności, Polska jest obecnie istotnym dostawcą produktów żywnościowych na rynek unijny w większości głównych kategorii. Jest to silna podstawa do rozwoju eksportu w kolejnych latach”.

Budowanie polskiej marki i rozwój poza Unią

Nowa rzeczywistość wymaga nowych rozwiązań. Uczestnicy debaty wyrazili obawy o możliwy wzrost protekcjonizmu w Europie i na świecie, co może oznaczać utrudnienia w handlu międzynarodowym. W tym kontekście Przemysław Cieślik zwrócił uwagę na konieczność wyjścia poza Unię Europejską: „Obecnie można wskazać wiele segmentów rynku, w których polskie firmy coraz mocniej konkurują ze sobą w innych krajach UE. Rynek europejski w niektórych przypadkach stał się za mały”. Ekspert zauważył też, że polska branża spożywcza ma za granicą wyrobioną pozycję w segmencie produktów tańszych. Wiąże się z tym pewne ryzyko, ponieważ są w UE kraje, które mogą produkować taniej niż Polska. Konieczne są więc próby zdobycia miejsca w sektorze premium, w którym można uzyskać wyższe marże.

Temat marż w eksporcie pojawiał się również w wypowiedziach pozostałych panelistów. Piotr Kulikowski zwracał uwagę na rosnące koszty w Polsce. „Z jednej strony: rosnące koszty pracy, nowe wymagania środowiskowe w Unii Europejskiej, a z drugiej strony – nadal otwarta kwestia rosnącego importu żywności spoza UE, czyli towarów, które nie będą spełniały wysokich wymagań postawionych żywności unijnej” – tłumaczył prezes Indykpolu.

Na konieczność budowy polskiej marki oraz na kwestie wysokości marż zwracał też uwagę Jan Kolański: „Rozwijanie marek i konkurowanie wysoką jakością – to podstawy modelu biznesowego Colian. Fakt, że polskie przedsiębiorstwa coraz częściej oferują produkty wysokiej jakości bardzo cieszy. Należy jednak pamiętać, że wysoka jakość pozostaje w sprzeczności z niską ceną. Ten problem blokuje rozwój wielu firm, gdyż brak wystarczających środków ogranicza możliwości inwestowania w innowacje. Co więcej, polscy producenci często sprzedają swoje produkty do innych podmiotów jako podwykonawcy, ograniczając tym samym rozwój własnych marek.

Mimo tak wielu wyzwań stojących przed branżą spożywczą, wśród panelistów pojawił się optymizm. Przedstawiciele branży patrzą z nadzieją w przyszłość, próbując wykorzystać ten czas na wzmocnienie swoich przedsiębiorstw. Zastanawiają się taż nad działaniami, które pozwoliłyby polskim produktom zagościć na zagranicznych rynkach na dłużej, a nie tylko jako uzupełnienie braków spowodowanych zawirowaniami w łańcuchu dostaw. To duża szansa dla polskich przetwórców, ale też nowe wyzwania, które mogą przyczynić się nie tylko do odbudowy, ale i do wzrostu znaczenia polskiej żywności na arenie międzynarodowej.

Po pandemii marki będą wykorzystać influencerów na potęgę, ale nie po to by nakręcać sprzedaż

Kulminacyjny punkt pandemii za nami, teraz firmy ruszą na łowy. Na co będą polować? Jak twierdzi agencja Lingia, w orbicie zainteresowań biznesu znajdą się influencerzy. Aż 41% ankietowanych przyznaje, że w ciągu najbliższych 2 miesięcy ma zamiar skorzystać z usług wpływowych postaci świata social media. Po co? Na pewno nie po to, by zwiększyć sprzedaż. Czego więc w sumie oczekuje biznes? Przede wszystkim liczy na stworzenie kreatywnego, właściwego przekazu, a w dalszej kolejności na wzbudzanie zaangażowania i świadomości marki i jej oferty.

W swoim najnowszym raporcie agencja influencer-marketingowa Linqia postanowiła przyjrzeć się, jak pandemia zmieniła strategię i plany marketingowe przedsiębiorstw. Do tego celu firma wykorzystała dane, jakie udało się jej zebrać i przeanalizować na podstawie wywiadów, które przeprowadziła w maju 2020 z przedstawicielami branży marketingu.

W przeprowadzonym przez Linqia badaniu niemal wszyscy ankietowani marketerzy przyznają, że w wyniku pandemii, byli zmuszeni zmienić swoją strategię marketingową w drugim kwartale 2020. Teraz gdy świat powoli zaczyna wracać do normy, marki rozpoczynają planowanie nadchodzących kampanii, ale pojawiają się też pewne obawy. Aż 32% ankietowanych marketerów stwierdziło, że ich głównym zmartwieniem przy planowaniu nowej strategii promocyjnej jest brak wrażliwości odbiorców na wykorzystywane narzędzia komunikacji.

To nie zniechęca ich jednak do inwestowania w nowe formy promocji, aż 41% respondentów stwierdziło, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy planuje przeprowadzić kampanię promocyjną z udziałem influencerów. Czego oczekują po takiej inicjatywie? Najwięcej, bo aż 63% ma nadzieję na stworzenie prawidłowego i kreatywnego komunikatu. O wiele mniej, bo zaledwie co piąty z ankietowanych, liczy na wywołanie zaangażowania, zaś najmniej, czyli około 17% chce budować świadomość brandu i jego produktów. Co ciekawe, nikt nie liczy na wsparcie sprzedaży.

Wpływowi ludzie

Zanim w drugim kwartale roku doszło do globalnego lockdownu, marki prześcigały się w wykorzystywaniu wpływowych osób ze świata social media. Wydawać by się mogło, że niemal każdy chciał mieć swojego ambasadora, który wzmocni komunikację firmy, wesprze sprzedaż jej produktów i wykorzystując efekt aureoli, przeniesie część wykreowanego wizerunku na pełny nadziei biznes. Popularność tych zabiegów rosła lawinowo, do tego stopnia, że z czasem zaczęto posługiwać się terminem social selling, który polegał na dystrybucji i promocji dóbr produkowanych przez firmę, wyłącznie za pośrednictwem mediów społecznościowych.

Wybuch pandemii wyhamował dynamiczny rozwój tej niekonwencjonalnej gałęzi świata promocji. Brak możliwość realizowania większości aktywności, zawieszenie budżetów promocyjnych i atmosfera strachu i niepewności były jak kolejne ciosy, wymierzone wprost w świat internetowych celebrytów. Jednak jak pokazują badania – nie ma mowy o knock-outcie, influencer marketing przygotowuje się do następnej rundy i jako jeden z elementów nowej matrycy narzędzi marketingu, do spółki z analityką i big data, szykuje się na decydujące starcie: stare kontra nowe – to wizerunkowy pojedynek stulecia.

Pandemia pokazała nam jedno, chcesz być na szczycie, musisz korzystać ze szczytowych osiągnięć technologii, również w promocji. Influencer marketing, mimo obecności określenia “marketing” w nazwie, ma więcej wspólnego z dziedziną Public Relations niż z klasycznymi formami wspierania sprzedaży. Sprawnie realizowany, tworzy lub wzmacnia wizerunek marki, pozwala na dotarcie do nowej grupy odbiorców oraz odpowiada za budowanie sympatii w odniesieniu do brandu, ale o czym część osób wydaje się zapominać, nie zawsze przynosi wymierne korzyści finansowe w krótkoterminowej perspektywie. Bardziej powinniśmy go traktować jako inwestycję o profilu strategicznym.

Rewolucja Made in Poland

Najlepszym przykładem jak skutecznie realizować strategię influencer marketingu i czerpać z siły, jaką oferuje wizerunek ambasadora, są sukcesy młodych polskich marek, które wykorzystały adekwatne osoby do swojej komunikacji i w ten sposób cieszą się z efektów wizerunkowych i sprzedażowych. Rodzima firma produkująca odzież sportową, Gym Glamour, postawiła na interakcję ze swoimi klientami, wyłącznie za pośrednictwem postaci, które błyszczą w mediach społecznościowych.

Odmienna strategia komunikacji, opierająca się wyłącznie o social media, okazała się przynieść ponadprzeciętne rezultaty. Marka, mimo braku stacjonarnych sklepów, reklam w telewizji czy w prasie, stała się rozpoznawalnym brandem na polskiej scenie medialnej. Polska firma odzieżowa przetarła szlaki, jej śladami chcą pójść kolejni, jednak czy im również uda odnieść się sukces? Anna Gontarek, odpowiedzialna za marketing w Gym Glamour wskazuje, że to nowatorski i odważny model, który w ich przypadku okazał się doskonałą receptą na sukces. – Wiele osób do niedawna powątpiewało w tę formę promocji naszej marki. Dziś nam zazdroszczą i dopytują o wskazówki. Nasz profil na portalu Instagram ma już ponad 200 tys. obserwujących, a poszczególne zdjęcia “polubiło” nawet 20 tys. osób.

Wizerunek i renoma, wszystko to jest ważne, ale znane są nam przecież przykłady marek, które mimo to odnotowują straty, bądź w najlepszym wypadku, działają na granicy rentowności. – Liczby bez przełożenia na sprzedaż, pozostałyby jedynie odznaczeniami bez historii. To, co się dla nas liczy to fakt, że w naszym przypadku, influencer marketing ma sens i poza sprzedażą, realnie wpływa też na rozpoznawalność marki. Co więcej, dzięki kodom promocyjnym jesteśmy w stanie śledzić stopień konwersji, czyli to ile dana współpraca z ambasadorem, przyniosła nam zysku. – mówi Anna Gontarek z Gym Glamour.

Sytuacja kryzysowa, w jakiej znalazł się świat na skutek globalnego lockdownu, wciąż ma wpływ na kształt biznesu i komunikacji. Dlatego wiele podmiotów zdecydowało się obciąć swoje wydatki na marketing. Mniejsze budżety wymagają większej dozy ostrożności przy podejmowaniu kluczowych decyzji i planowaniu strategii komunikacji brandu z otoczeniem. I tą ścieżką podąża rynek, jak pokazują dane zebrane przez Socialbakers w raporcie State of Influencer Marketing Report, marki coraz chętniej angażują się we współpracę z mniejszymi influencerami, którzy posiadają mniej, liczne grono obserwujących. Wskazuje to na przekonanie wśród marketerów, że pozytywne wyniki kampanii można osiągnąć dzięki mniejszym, bardziej autentycznym ambasadorom, którzy są bliżej swoich prawdziwych odbiorców. Jak twierdzi Anna Gontarek z Gym Glamour – Realne zainteresowanie i identyfikowanie się z marką, jej działalnością i promowanymi produktami to główny klucz do sukcesu w świecie influencer marketingu.

Obecna sytuacja internetowych celebrytów nieco się skomplikowała, głównie ze względu na zachowawczość marek w wydatkowaniu środków. Firmy rekompensują sobie ryzyko, inwestowaniem w bardziej bezpośrednie formy promocji, które są w stanie przynieść szybki, łatwo mierzalny rezultat. Ta ostrożność może mocno wpłynąć na koniunkturę i rozkład sił w polskim świecie influencer marketingu. Czy będziemy świadkami przebiegunowania w ekosystemie internetowych ambasadorów? Takie osądy byłby dziś zbyt pochopne i więcej w tym wróżenia z fusów i życzeniowości niż realnej prognozy. Kto rzeczywiście straci, a kto zyska, okaże się dopiero w drugim półroczu. Influencerzy muszą być gotowi na prawdziwą wojnę nerwów.

Estoński startup Woola zwyciężył w Wielkim Finale konkursu PowerUp! Challenge organizowanym przez fundusz EIT InnoEnergy

Jury szóstej edycji PowerUp! Challenge ogłosiło zwycięzcę najważniejszego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej konkursu skierowanego do innowacyjnych startupów. Zwycięzca rywalizacji, firma Woola z Estonii, otrzymała nagrodę pieniężną oraz możliwość dołączenia do programu akceleracyjnego EIT InnoEnergy. Nagrody specjalne ufundowali także partnerzy programu, Amazon Web Services, Vestbee i SpeedUp Group. Tegoroczna edycja okazała się rekordowa pod względem liczby uczestników. Do rywalizacji o nagrody i tytuł Startupu Roku Europy Środkowo-Wschodniej włączyło się ponad 360 firm z 20 krajów.

Triumfatorem tegorocznej edycji największego konkursu w regionie skierowanego do startupów okazała się estońska firma Woola. Zdobyła tytuł Startupu Roku Europy Środkowo-Wschodniej oraz nagrodę pieniężną w wysokości 50 tys. €. Ma też szansę otrzymać zaproszenie do sieci partnerów EIT InnoEnergy, reprezentujących najważniejsze branże gospodarki, ośrodki badawcze i uniwersytety w całej Europie. Jeden z partnerów konkursu, Amazon Web Services, dodatkowo przekazał zwycięzcy pakiet usług w ramach dedykowanego startupom programu AWS Activate, obejmującego szereg narzędzi informatycznych oraz wsparcie doradcze i szkoleniowe. Korzyści w postaci grantów i dostępu do usług zapewnili także Vestbee oraz SpeedUp Group.

Estoński startup Woola, którym kieruje Anna-Liisa Palatu, stworzył technologię wytwarzania folii bąbelkowej z owczej wełny. Produkt może konkurować nie tylko z innymi biodegradowalnymi zamiennikami, od których jest wielokrotnie tańszy w wytworzeniu, ale także z tradycyjną, plastikową folią bąbelkową. Mimo niskiej ceny produkt firmy Woola, po wykorzystaniu, może trafić do bioodpadów, bo ulega procesowi pełnej biodegradacji.

Regionalni liderzy innowacji

Dokonując wyboru, jury konkursu oceniało rynkowy potencjał prezentowanego rozwiązania, szansę na międzynarodowy sukces oraz perspektywy długoterminowego rozwoju usług i produktów tworzonych przez zwycięski zespół.

 „Proces oceny finalistów był bardzo wymagający, ponieważ wszystkie rywalizujące start-upy prezentowały wysoki poziom merytoryczny. W tegorocznej edycji uznaliśmy, że największą szansę na międzynarodowy sukces rynkowy ma estońska Woola. Z wielkim zainteresowaniem będziemy śledzili dalsze biznesowe sukcesy nagrodzonego zespołu.”- podkreśla Oksana Prykhodko, członkini jury konkursowego i Innovation Manager w DTEK.

„Aż 90 proc. wełny w Europie nie jest wykorzystywane ponieważ większość owiec w Europie produkowane jest dla mięsa, a nie dla wełny. Dlatego koszt wełny wykorzystywanej do produkcji naszej folii bąbelkowej jest bardzo niski. To w połączeniu w wysokim stopniem automatyzacji naszego procesu produkcji czyni produkt konkurencyjnym w stosunku do plastikowej foli bąbelkowej.” – mówi Anna-Liisa Palatu, twórczyni estońskiej firmy Woola.

Drugie miejsce w międzynarodowej rywalizacji zajęła litewska firma Viezo, do której trafiła nagroda pieniężna w wysokości 10 tys. €. Twórcy startupu rozwijają technologię przekształcania wibracji powstających w zakładach produkcyjnych w energię elektryczną, która może zasilać wykorzystywane w zakładzie urządzenie. Innowacja pozwala wydłużyć żywotność zasilanych w ten sposób urządzeń i ogranicza zużycie energii elektrycznej.

Trzecie miejsce i nagroda wysokości 5 tys. €, przypadła czeskiej firmie Pocket Virtuality, która stworzyła system ułatwiający pracę rozproszonych zespołów i umożliwiający sprawną komunikację między człowiekiem, a maszyną. Rozwiązanie wykorzystuje technologię rozszerzonej (AR) i wirtualnej (VR) rzeczywistości.

Największy konkurs w regionie mimo wymuszonej zmianie formuły

Tegoroczna, szósta już edycja PowerUp! Challenge okazała się pod wieloma względami wyjątkowa. W rywalizacji wzięła udział rekordowa liczba ponad 360 startupów z 20 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W centrum zainteresowania organizatorów znalazły się projekty związane z magazynowaniem energii, dekarbonizacją przemysłu i zrównoważonym rozwojem miast. Ze względu na ograniczenia wynikające z pandemii koronawirusa tegoroczny Wielki Finał został zorganizowany jako wydarzenie online.

W czasie wydarzenia, które zgromadziło uczestników w całej Europie, odbyła się także premiera raportu Urban Impact 2020. Raport obejmuje analizę rozwiązań technologicznych poprawiających organizację nowoczesnych miast i usprawniających różne aspekty miejskiego życia. Zawiera także informację o polskich startupach działających w tym obszarze. Wnioski z raportu w umówił Dominik Zalewski, jeden z jurorów konkursu i współzałożyciel Urban Impact.

Organizator, fundusz EIT InnoEnergy, świadomie zdecydował się zbudować zespół tegorocznych jurorów w oparciu o kobiety. W skład jury konkursowego weszli: Oksana Prykhodko (kierownik ds. Innowacji w DTEK), Marzena Bielecka (partner zarządzający i założyciel Experior Venture Fund), Jennifer Dungs (lider ds. Transportu i mobilności w EIT InnoEnergy) oraz Dominik Zalewski (współzałożyciel z miejskiej agencji technologicznej, Urban Impact) i Jakub Miler (zarządzający środkowoeuropejskim oddziałem EIT InnoEnergy.

„Pandemia postawiła wszystkie rządy w naszym regionie świata w zupełnie nowej sytuacji. Działania mające na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa, podejmowane na szczeblu poszczególnych państw, doprowadziły do ograniczenia działalności gospodarczej większości firm. Z wyjątkową siłą kryzys uderzył w małe i średnie przedsiębiorstwa, w tym także startupy. Mając to na uwadze, w EIT InnoEnergy podjęliśmy decyzję o kontynuacji naszego programu PowerUp!, którego celem jest wspieranie rozwoju najbardziej innowacyjnych firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie dołożyliśmy starań, żeby kolejne etapy rywalizacji, w tym także Wielki Finał, odbyły się w możliwie bezpieczny sposób. Stąd decyzja o przeniesieniu rywalizacji do świata wirtualnego.” – mówi Jakub Miler, CEO EIT InnoEnergy Central Europe.

„Podczas gdy tradycyjne źródła finansowania wysychają, a wśród przedsiębiorców narastają obawy o przyszłość, EIT InnoEnergy, ze wsparciem Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii, chce być stabilnym partnerem i nadal zapewniać przedsiębiorcom niezbędne finansowanie, unikatowe know-how i dostęp do sieci wartościowych partnerów”. – dodaje Jakub Miler.

Partnerzy i laureaci na wspólnej platformie

W gronie partnerów Wielkiego Finału znaleźli się zarówno przedstawiciele sektora publicznego jak i prywatne firmy. Tegorocznym Złotym partnerem była wiodąca ukraińska firma energetyczna DTEK, która wydobywa gaz ziemny, wytwarza energię elektryczną w elektrowniach słonecznych, wiatrowych i cieplnych, dystrybuuje oraz dostarcza prąd do odbiorców końcowych. DTEK zapewnia także energooszczędne rozwiązania i rozwija sieć stacji ładowania pojazdów elektrycznych na terenie całej Ukrainy.

 „Technologia podlega ciągłej zmianie. My zaś potrzebujemy innowacyjnych partnerów, którzy pomogą nam utrzymać i wzmacniać naszą pozycję na rynku. Z ich wsparciem możemy uczyć jak zwiększać nasze możliwości i wykorzystywać potencjał.” – mówi Emanuele Volpe, dyrektor ds. Innowacji w DTEK.

„Wierzymy, że EIT InnoEnergy to wyjątkowa platforma, która daje nam dostęp do unikatowego biznesowego ekosystemu – fantastycznej mieszanki najlepszych startupów w Europie. Współpraca z EIT InnoEnergy to także dostęp do sieci partnerów dysponujących międzynarodowym know-how, którzy mogą pochwalić się wieloma osiągnięciami w podnoszeniu wartości i zwiększaniu skali działania innowacyjnych firm.” – dodaje Emanuele Volpe.

PowerUp! Challenge to nie tylko najważniejszy w regionie konkurs skierowany do innowacyjnych starupów, scaleupów oraz małych i średnich firm. Udział w programie to także szansa na wielomilionowe inwestycje w rozwój. Program daje dostęp do narzędzi wspomagających rozwijanie produktów i usług oraz ich późniejszą komercjalizację, takich jak wsparcie realizacji projektów pilotażowych, pomoc w tworzeniu strategii rozwoju, pomoc w ekspansji zagranicznej czy w finansowaniu.

Fundusz EIT InnoEnergy powstał w 2010 roku i jest wspierany przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT), organ Unii Europejskiej.

Dolar odrabia straty

Po ostatnich spadkach przyszedł czas na lepsze dane z USA. Dolarowi pomagają również pozytywne dane z rynku finansowego. W tle wciąż straszy koronawirus i widmo ponownego lockdownu.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy duży pakiet danych z USA. Lepiej od oczekiwań wypadły zamówienia na dobra. Gorsze dane są w przypadku wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dane na temat PKB były natomiast zgodne z oczekiwaniami. Na szczególną uwagę zasługują zamówienia na dobra. Skoro rośnie konsumpcja powinno to pociągnąć za sobą inne wskaźniki. Dane te są dodatkowo poparte rosnącymi wydatkami z kart kredytowych. Dolar zyskiwał na wartości po tych informacjach.

Banki za oceanem w dobrej kondycji

Pomimo słabych danych w kwestii pandemii za oceanem nie brakuje dobrych wiadomości by je neutralizować. Stress testy, czyli sprawdzenie jak w negatywnych scenariuszach zachowają się banki, wypadły wyjątkowo dobrze. Szczególnie zaskoczyło analityków luzowanie ograniczeń w ramach ryzykownych inwestycji, które wprowadzono po poprzednim kryzysie. Jak widać, próba pobudzenia gospodarki jest obecnie ważniejsza niż stabilizacja systemu na przyszłość.

EBC zainwestuje też w Polskę?

Europejski Bank Centralny nie zaskoczył rynków niczym, oprócz jednego dość istotnego detalu. Program skupu nie będzie bowiem ograniczony do strefy euro. W rezultacie EBC skupi również papiery wartościowe z innych systemów walutowych Unii Europejskiej. Patrząc na to, że Wielka Brytania opuszcza Unię mamy szansę stać się największym beneficjentem tego posunięcia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wrocławski rynek biurowy z silnymi podstawami do rozwoju

Firmy wróciły do rozmów, dotyczących przedłużania i renegocjacji umów

We Wrocławiu popyt na powierzchnie biurowe generują przede wszystkim firmy z sektora usług dla biznesu. A to jedna z branż, która notuje najszybszy wzrost i dobrze radzi sobie w aktualnej rzeczywistości. Daje to szansę wrocławskiemu rynkowi biurowemu na dalszy, regularny rozwój. Wrocław jako pierwszy wyspecjalizował się bowiem w ściśle określonej dziedzinie. Skupia firmy świadczące szeroko rozumiane usługi biznesowe, szczególnie silnie rozwijają się w nim centra technologiczne i IT.

Inwestycje dedykowane

Przykładem inwestycji biurowych dedykowanych sektorowi we Wrocławiu może być realizacja budynku Nowa Strzegomska o powierzchni 10 tys. mkw. na terenie Wrocławskiego Parku Biznesu, który zajmie firma informatyczna GlobalLogic S.A., gdzie pracować będzie około 1000 osób.

Dodatkowo, inwestorzy w stolicy Dolnego Śląska są mocno wspierani przez jednostki samorządowe. Korzystają również z imponującego zaplecza, jakim jest świetnie wykwalifikowana kadra, wykształcona na kierunkach dedykowanych sektorowi outsourcingu. Takie podstawy dają miastu stabilność i bezpieczeństwo, jeśli chodzi o rozwój biznesu i tym samym wzrost rynku biurowego.

– Wrocławski rynek biurowy od połowy marca br., podobnie jak inne rynki krajowe pozostaje w fazie zamrożenia gospodarczego, ale perspektywy jego rozwoju oparte są na mocnych fundamentach. Przeszkodą w rozwoju inwestycji są tu, jak we wszystkich aglomeracjach w kraju, przeciągające się procesy administracyjne, braki pracownicze i niepełna ciągłość dostaw, budowa obiektów biurowych w mieście jednak nie stanęła. Realizacja projektów jest konsekwentnie kontynuowana, a buduje się nie mało, bo w powstających aktualnie we Wrocławiu biurowcach znajdzie się łącznie prawie 220 tys. mkw. powierzchni – mówi Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz.

Pierwszy kwartał z wysokim wolumenem najmu

– Najemcy we Wrocławiu, jak wszędzie przyjęli najpierw postawę wyczekującą, przyglądając się rozwojowi wypadków, jednak obserwujemy ponowne ożywienie na rynku biurowym. Firmy wróciły do rozmów, dotyczących relokacji i renegocjacji umów. Co więcej, „lockdown” nie zatrzymał finalizacji umów, które były podpisywane w tym niecodziennym okresie. Wrocławscy najemcy są świadomi, że „home office” nie jest w stanie w pełni zastąpić efektywnej pracy w biurze, gwarantującej rozwój biznesu – przyznaje Martyna Markiewicz, Senior Leading Negotiator w Walter Herz. – W pierwszych trzech miesiącach tego roku popyt we Wrocławiu utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. Wolumen transakcji sięgnął 48 tys. mkw. powierzchni i był dwukrotnie wyższy od odnotowanego w analogicznym okresie 2019 roku. Kolejny kwartał z pewnością przyniesie wiele zmian, nowe tendencje i oczekiwania ze strony najemców. Jednak  najważniejsze, że wracamy do działania, zarówno na rynku biurowym, jak i  na polu inwestycyjnym – dodaje.

Zasoby biurowe Wrocławia, jak oblicza Walter Herz, sięgają już prawie 1,2 mln mkw. powierzchni. W I kwartale bieżącego roku został oddany w prawdzie tylko jeden budynek o powierzchni 8,2 tys. mkw., ale deweloperzy prowadzą projekty, których planowe ukończenie może przynieść w tym roku jeszcze niemal 60 tys. mkw. biur. Znajduje się wśród nich m.in. kolejny budynek w inwestycji City Forum i biurowiec w projekcie Centrum Południe.

Budowy idą planowo

Ale, jeśli nawet wszystkie inwestycje oddane zostaną w terminie, nowa podaż będzie o połowę mniejsza niż w rekordowym pod tym względem 2019 roku, kiedy na wrocławski rynek weszło prawie 150  tys. mkw. powierzchni biurowych, w tym m.in. Business Garden Wrocław II z 79 tys. mkw. biur. Ubiegły rok był drugim z rzędu, w którym zasoby biurowe Wrocławia rosły w tak rekordowym tempie.

Przy czym należy zwrócić uwagę, że obiekty oddawane w ciągu ostatnich dwóch lat skupione były głównie w zachodniej części miasta, a inwestycje realizowane obecnie ogniskują się przede wszystkim w centrum i południowym obszarze aglomeracji. Przy centralnie położonej ulicy Powstańców Śląskich w realizacji jest obecnie  budynek MidPoint71 firmy Echo Development i biurowiec Wielka 27 firmy i2 Development.

Pracodawcy RP: Polska nie jest dziś krajem wiarygodnym ekonomicznie

Polska nie jest dziś krajem wiarygodnym ekonomicznie – ostrzegają autorzy 15. Alertu Gospodarczego. Reguły gospodarowania są niestabilne, źródłem prawa są konferencje prasowe premiera, a stan finansów publicznych jest zafałszowany. Zdaniem autorów raportu, w tym głównego ekonomisty Pracodawców RP dr. Sławomira Dudka, wiarygodność Polski podważa w pierwszej kolejności sytuacja sektora finansów publicznych.

Przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe zostały wsparte dotacjami na dużą skalę, nie znajduje to jednak odzwierciedlenia w budżecie państwa. Całkowicie pominięto w nim wydatki antykryzysowe. „Istnieje niebezpieczeństwo, że w wyniku planowanego skupu przez NBP obligacji wyemitowanych przez Polski Fundusz Rozwoju, a także wcześniejszych wykupów obligacji rządowych, deficyt budżetowy zostanie ukryty w NBP, co podważałoby wiarygodność sektora finansów publicznych, a także banku centralnego” – piszą autorzy raportu.

Reguły prawne i ich niestabilność to następny słaby punkt. Pod względem inflacji prawa Polska daleko za sobą zostawiła nie tylko wszystkich swoich sąsiadów, ale nawet Francję czy Włochy, czyli kraje uchodzące często za liderów biurokracji. Obszarem, w którym szczególnie potrzebne jest powstrzymanie inflacji prawa są podatki. Ostatnie półtora roku, dla którego publikowane są odpowiednie dane były czasem nasilonej zmienności prawa podatkowego. Od 15 czerwca 2018 r. do końca 2019 r. (według barometrprawa.pl) zmieniono blisko jedną trzecią przepisów zawartych w ustawach podatkowych. „Jednym z głównych problemów związanych z porządkiem prawnym stało się to, że w istocie najważniejszym źródłem prawa stały się konferencje prasowe premiera i ministra zdrowia. Pomijano regularnie, że ograniczenia podstawowych praw i wolności powinny być dokonywane mocą ustawową. Ogromnym problemem pospiesznej legislacji były też późniejsze, zupełnie nieczytelne i chaotyczne nowelizacje” – twierdzą autorzy raportu.

Zdaniem dr Sławomira Dudka wiarygodność ekonomiczna polskiego państwa uległa zdeprecjonowaniu. Ale na razie epidemia COVID przysłoniła chwilowo te problemy. „Po kryzysie niska wiarygodność jednak „wypłynie” i negatywnie wpłynie na postrzeganie naszej gospodarki, naszych instytucji” – ostrzega Dudek.

Transakcje z podmiotami powiązanymi i podatek „u źródła” na celowniku fiskusa

Rozliczenia transakcji z podmiotami powiązanymi w rozumieniu przepisów podatkowych rodzą wiele praktycznych trudności i dokumentacyjnych obowiązków. Również zmieniające się zasady opodatkowania dywidend i płatności za niektóre usługi podatkiem „u źródła” (WHT) budzą wątpliwości co do ich prawidłowego stosowania. Obydwa zagadnienia coraz częściej są przedmiotem weryfikacji ze strony organów administracji skarbowej.

Czym są podmioty powiązane na gruncie prawa podatkowego?

W odróżnieniu od niezależnych przedsiębiorców, podmioty powiązane niekoniecznie muszą ustalać między sobą warunki wzajemnych transakcji na zasadach rynkowych. Niejednokrotnie może się zdarzyć, że jeden z podmiotów godzi się na to, aby płatności za usługi nabywane od drugiego z nich były ponadstandardowo wysokie, gdyż w ten sposób nabywca może zwiększyć sumę kosztów uzyskania przychodów dla celów podatkowych. Z drugiej strony można sobie wyobrazić sytuację, gdy z różnych względów, często fiskalnych, podmiot świadczący usługi preferuje otrzymać z tego tytułu niższe wynagrodzenie.

Tego typu operacje, nie zawsze odzwierciedlające wolnorynkowe relacje gospodarcze, istotnie wpływają na rozliczenia podatkowe. Z jednej strony prowadzą one do podwyższenia kosztów uzyskania przychodów z tytułu prowadzonej działalności, z drugiej do obniżenia należnej daniny podlegającej wpłacie do organu podatkowego. W związku z powyższym obowiązujące przepisy nakazują stosowanie w transakcjach między powiązanymi jednostkami takich cen, jakie przyjęłyby w relacjach gospodarczych podmioty niezależne (tzw. zasada arm’s length). Przyjęcie takiej koncepcji w polskim systemie podatkowym rodzi po stronie przedsiębiorców liczne obowiązki, również dokumentacyjne. Ich niewypełnienie będzie skutkować nie tylko oszacowaniem przychodu, a w konsekwencji określeniem należnego podatku na warunkach, jakie ustaliłyby między sobą niepowiązane podmioty, ale również koniecznością uiszczenia odsetek i dodatkowego karnego zobowiązania podatkowego. Osoby fizyczne, w tym członkowie zarządu spółek zobowiązanych do sporządzenia dokumentacji cen transferowych przyjętych w obrocie, muszą się także liczyć z możliwością poniesienia sankcji karnoskarbowych.

Od 1 stycznia 2019 r. w polskich przepisach podatkowych zmieniła się ustawowa definicja podmiotów powiązanych. Przepisy posługują się w tym zakresie kryterium znaczącego wpływu wywieranego przez i na powiązane jednostki, nie tylko poprzez relacje kapitałowe czy prawa zarządzania takimi podmiotami, ale również z uwagi na wymienione w ustawach o PIT i CIT powiązania rodzinne. Z kolei przepisy o podatku od towarów i usług (VAT), definiując podmioty powiązane, odwołują się także do relacji wynikających ze stosunku pracy i przysposobienia.

Ceny transferowe w transakcjach między powiązanymi jednostkami

Podmioty powiązane w rozumieniu przepisów o podatkach dochodowych zobowiązane są stosować w obrocie między sobą takie ceny transferowe, jakie przyjęłyby jednostki niezależne. Co więcej, w przypadku przekroczenia ustawowych progów transakcji i spełnienia wskazanych w przepisach warunków podmioty takie będą zobligowane do sporządzenia lokalnej dokumentacji cen transferowych (TP) pozwalającej na wykazanie, że zostały uzgodnione na takich warunkach, jakie przyjęłyby niepowiązane jednostki oraz do złożenia do urzędu skarbowego stosownego oświadczenia o jej sporządzeniu. Podmioty sporządzające skonsolidowane sprawozdanie finansowe, po przekroczeniu ustawowego progu transakcji, mają także obowiązek sporządzać tzw. grupową dokumentację cen transferowych.

Przepisy podatkowe osobno regulują również wymóg sporządzania dokumentacji TP przez podmioty pozostające w relacjach z jednostkami z siedzibą w państwach stosujących tzw. szkodliwą konkurencję podatkową (czyli w „rajach podatkowych”). Ponadto grupa wskazanych w ustawie podmiotów, zwolnionych z obowiązku sporządzenia dokumentacji m.in. z uwagi na nieponiesienie w danym okresie rozliczeniowym straty podatkowej, ma obowiązek przekazywać Szefowi KAS informacje na temat cen transferowych drogą elektroniczną.

Na żądanie organu podatkowego podatnicy mają obowiązek przedłożyć stosowną dokumentację w terminie 7 dni od otrzymania urzędowego wezwania. Przedsiębiorcy muszą zadbać o rzetelne jej przygotowanie, poprzedzając opracowanie dokumentacji TP analizą porównawczą poziomu cen rynkowych. W przypadku, gdy na skutek powiązań między jednostkami uzgodnione zostaną warunki odbiegające od takich, jakie przyjęłyby podmioty niezależne, co spowoduje wykazanie niższego dochodu lub wyższej spodziewanej straty w przypadku braku takich powiązań, fiskus określi taki dochód (stratę), nie uwzględniając warunków będących następstwem takich relacji. W interesie podatników leży zatem gruntowna, oparta na realiach rynkowych analiza ekonomiczna i należyte udokumentowanie transakcji dokonywanych z powiązanymi podmiotami.

Ryzyko w zakresie VAT

Jakkolwiek pojęcie „podmiotów powiązanych” powszechnie kojarzy się z kalkulacją podatku dochodowego, należy je wziąć również pod uwagę w zakresie podatku VAT. Zgodnie z obowiązującymi przepisami w sytuacji, gdy istniejące między dostawcą towaru (usługodawcą) a nabywcą towaru (usług) powiązania miały wpływ na wysokość wynagrodzenia z tego tytułu w taki sposób, że odbiega ono od wartości rynkowej, organ skarbowy określi podstawę opodatkowania VAT, bazując na tej wartości. Wartością rynkową w rozumieniu przepisów VAT jest kwota, jaką musiałby zapłacić nabywca towarów i usług niezależnemu dostawcy towarów lub usługodawcy.

Mając na uwadze, że jedną z przesłanek określenia podstawy obliczenia należnego podatku na opisanych zasadach jest brak prawa do odliczenia podatku naliczonego po stronie nabywcy, fakt ten może mieć istotne znaczenie np. w przypadku sprzedaży towarów przedsiębiorstwa do jego pracowników niebędących podatnikami VAT. W sytuacji, gdy taka sprzedaż będzie się odbywać po cenach znacząco niższych i wyraźnie odbiegających od tych stosowanych w obrocie między niezależnymi kontrahentami, organ podatkowy może w konsekwencji określić należny do zapłaty VAT, przyjmując za podstawę jego kalkulacji ceny praktykowane w relacjach wolnorynkowych. Takie zaniżenie podatku wiązać się będzie z koniecznością uiszczenia odsetek od powstałej zaległości, jak również z ryzykiem odpowiedzialności karnoskarbowej. Podobnie zatem jak w przypadku dokumentacji TP, ustalenie dla celów VAT cen stosowanych w obrocie z powiązanymi jednostkami wymaga biznesowego uzasadnienia i odniesienia do poziomu cen rynkowych.

Co z podatkiem u „źródła” w jednostkach powiązanych?

Relacje między powiązanymi jednostkami mają również istotne znaczenie, jeśli chodzi o pobór tzw. podatku dochodowego u źródła (WHT) od płatności dokonywanych z tytułu niektórych usług (np. IT, doradczych, księgowych) oraz dywidend wypłacanych m.in. na rzecz powiązanych podmiotów z siedzibą na terytorium RP, Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego. W zakresie wymienionych wypłat wciąż jeszcze obowiązują dotychczasowe zasady poboru daniny, zgodnie z którymi płatności kierowane do podmiotów powiązanych korzystają ze zwolnienia z WHT. Na horyzoncie widać już jednak nowe regulacje, których wejście w życie już kilkakrotnie było odkładane przez resort finansów (aktualnie do końca bieżącego roku) i nie należy spodziewać się, że fiskus zrezygnuje z planowanej w zakresie WHT rewolucji.

Zgodnie z założeniami płatnicy dokonujący wypłat należności ze wskazanych wyżej tytułów będą niejako z góry zobowiązani do pobrania podatku „u źródła” bez możliwości skorzystania ze zwolnienia lub zastosowania niższej stawki na podstawie obowiązujących przepisów lub umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Dopiero w dalszej kolejności będą mogli wnioskować do fiskusa o zwrot wpłaconych kwot, a chcąc skorzystać ze zwolnienia bez ponoszenia ekonomicznego ciężaru podatku, powinni zabezpieczyć się, uzyskując za wysoką, urzędową opłatą opinię Szefa KAS. Inna dostępna opcja to sporządzenie przez płatnika pod rygorem odpowiedzialności karnoskarbowej oświadczenia o dysponowaniu dokumentami potwierdzającymi prawo do zastosowania zwolnienia.

Podmioty wypłacające należności z tytułu usług i dywidendy objęte WHT będą zatem musiały spełnić szereg wymogów, również w zakresie należytej weryfikacji kontrahentów w celu wykazania, że są oni rzeczywistymi beneficjentami należności, a nie pośredniczą jedynie w ich przekazaniu do finalnego odbiorcy. Konieczne jest przeanalizowanie zakresu nabywanych usług w celu ustalenia, czy podlegają one podatkowi „u źródła”, gdyż prawidłowość rozliczeń z tego tytułu z pewnością będzie kontrolowana przez fiskusa. Do wejścia w życie nowych regulacji trzeba się również odpowiednio przygotować poprzez rewizję ustaleń biznesowych z kontrahentami (wprowadzenie do umów tzw. klauzul „gross-up”) i wdrożenie wewnętrznych procedur w firmowych działach finansowo-podatkowych (weryfikacja kontrahentów, gromadzenie dokumentacji dla celów WHT).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wybory korespondencyjne 2020 – na większą skalę taka forma mogłaby nie zdać egzaminu

W tym roku, podobnie jak przed pięcioma laty, firma badawczo-projektowa Symetria, postanowiła sprawdzić, jak wygląda pełna procedura oddawania głosu w trybie korespondencyjnym. Z przeprowadzonej analizy wynika, że chociaż od 2015 roku odnotowano wiele pozytywnych zmian w tym procesie, to wciąż nastręcza on kłopotów. Długi czas realizacji, brak komunikacji na linii obywatel-organy administracji państwowej i w końcu mało przystępna instrukcja to tylko niektóre z wad wskazanych przez ekspertów od poprawy doświadczeń użytkownika z Symetrii. 

Już w najbliższą niedzielę, tj. 28 czerwca, Polacy będą mogli udać się do lokalnych komisji wyborczych, by w ramach przysługującego im prawa oddać swój głos na wybranego kandydata na Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. To jedna z najważniejszych decyzji, jaką podejmują uprawnieni do głosowania obywatele, ponieważ biorąc pod uwagę czas trwania kadencji, obrana przez naród głowa państwa zamieszka w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu na okres co najmniej 5 lat.

Nasze analizy, zarówno te obecna, jak i zrealizowane przed pięcioma laty, miały za zadanie pokazać, jak z perspektywy obywatela rzeczywiście wygląda proces uczestniczenia w wyborach, bez konieczności odwiedzania lokalnej komisji wyborczej. Z logicznego punktu widzenia, biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął od pierwszego testu oraz patrząc na dynamikę zmian w świecie technologii, wydawać by się mogło, że proces ten zostanie zrealizowany diametralnie inaczej. Dlatego postanowiliśmy zweryfikować nasze oczekiwania ze stanem rzeczywistym. Czy jest lepiej? Jest, ale wciąż sporo elementów nadaje się do poprawy – mówi Monika Banach, UX Team Leader z Symetrii, przodującej polskiej agencji UX (User Experience).

Pozytywów nie brakuje

Jedną z największych zmian na plus, jakie odnotowano podczas realizacji badania jest wstępny etap wnioskowania o pakiet uprawniający do głosowania korespondencyjnego. W przeszłości, kiedy posiadanie profilu zaufanego było mało popularnym zjawiskiem, a co za tym idzie ta metoda identyfikacji wykorzystywana była o wiele rzadziej to alternatywna procedura “ręczna” była dosyć karkołomna i wymagała przesłania wydrukowanego, podpisanego i zeskanowanego zgłoszenia do właściwego urzędu gminy. Dzisiaj proces ten jest dużo łatwiejszy i przede wszystkim – szybszy w realizacji. Wystarczy, że obywatel posiada profil zaufany, jaki może łatwo założyć w systemie bankowości elektronicznej swojego banku. Nie potrzeba nawet komputera stacjonarnego – wystarczy smartfon z smartfon z dostępem do internetu. Również sam wniosek o wydanie zgody i odpowiedniego pakietu można przesłać z poziomu telefonu komórkowego.

Kolejne usprawnienie dotyczy samego procesu wysyłki przygotowanej przez wnioskodawcę dokumentacji. Dzięki wykorzystaniu profilu zaufanego internauta nie musi samodzielnie szukać adresu e-mail na jaki ma wysłać zeskanowane zgłoszenie, a w tym celu posługuje się wyłącznie systemem przygotowanym przez rząd. Po drugie, gdy wniosek zostanie wysłany, generowane jest urzędowe potwierdzenie, stanowiące dowód na to, że przesłany plik został odebrany przez administrację. W przypadku wykorzystania “ręcznej” metody wygląda to zgoła inaczej, internauta musiał zdać się na łut szczęścia i liczyć na to, że wysłany plik dotarł. Wnioskodawca zyskał więc większe poczucie kontroli nad procesem, a ten z kolei stał się bardziej czytelny.

Sporym ułatwieniem jest również zmiana sposobu dostarczania pakietu do głosowania korespondencyjnego i mniejszy rozmiar przesyłki. O ile w przeszłości był to skomplikowany formalnie list polecony, który wymagał złożenia podpisu i osobistego odbioru z rąk listonosza lub w dedykowanej placówce pocztowej, tak dziś dokumenty trafiają bezpośrednio do skrzynki pocztowej osoby wnioskującej. To łatwiejsze i szybsze rozwiązanie, które redukuje niepotrzebny punkt frustracji, jakim jest konieczność osobistego odbioru przesyłki. Natomiast sam jej wymiar pozwala, żeby schować ją do torby czy plecaka, lecz wciąż jest zbyt duży, aby zmieściła się w np. w damskiej torebce.

Również sposób późniejszego przekazania kompletu uzupełnionych już dokumentów, uwzględniających wypełnioną kartę do głosowania i oświadczenie, zmienił się diametralnie. Wystarczy wrzucić odpowiednio przygotowany pakiet do nadawczej skrzynki pocztowej lub dostarczyć go samodzielnie do właściwego urzędu gminy. Wrzucenie przesyłki do skrzynki jest proste, nie czasochłonne. Nie wymaga stania w kolejce czy wypełniania dodatkowych druków. Wyborca musi jedynie znaleźć skrzynkę pocztową, ale ta znajduje się co najmniej przy najbliższym urzędzie pocztowym.

Komunikacyjny impas

Analizując wyniki badania, można dojść do wniosku, że wszelkie kwestie związane z komunikacją są piętą achillesową całego procesu. Eksperci z firmy Symetria zidentyfikowali dwa kluczowe momenty, w których obywatel może poczuć się niewystarczająco poinformowany o tym, co dzieje się z jego pakietem wyborczym. Nie wiadomo, kiedy należy spodziewać się przesyłki oraz czy po uzupełnieniu i odesłaniu, pełen pakiet dokumentów na pewno dotrze do Obwodowej Komisji Wyborczej.

Gdyby organy państwowe były firmą komercyjną, sprzedającą swoje produkty, istnieje ryzyko, że klienci skorzystaliby z oferty konkurencji. Zgodnie z obliczeniami Baymard Institute, przedsiębiorstwa ignorujące doświadczenia użytkowników korzystających z ich usług czy produktów sporo tracą. Blisko 70% klientów twierdzi, że gdy ich poziom UX spada, opuszczają sklep i rezygnują z zakupu. Co więcej inna analiza American Express podkreśla, że ludzie rozczarowani jakością obsługi, podzielą się swoją negatywną opinią z około 15 osobami. Władza ma zatem szczęście, że Państwo to nie korporacja i użytkownicy nie wybierają jego usług na zasadach wolnego rynku – zwraca uwagę Piotr Chwiedziewicz, Marketing Manager z Symetrii.

A przecież wykorzystując integrację z profilem zaufanym, system mógłby bez problemu poinformować wnioskodawcę o aktualnym statusie, jak ma to miejsce w wielu rozwiązaniach komercyjnych. W przeciwnym wypadku, traktowany w ten sposób klient czuje się pozostawiony sam sobie i zagubiony, co budzi frustrację, niepokój i umacnia negatywne skojarzenia, które mogą skutkować niechęcią do skorzystania z usługi w przyszłości.

Ocena wizualna

Elementem, który nie doczekał się większego liftingu jest instrukcja postępowania, jaką administracja dołącza do pakietu. Jej ton jest mocno zniechęcający, formalny, pozbawiony emocji, a nawet – demotywujący, jako że wykorzystuje metodę kija, a nie marchewki. Informacje zawarte w broszurze skupiają się na negatywnych konsekwencjach niezastosowania się do procedur, które sprowadzają się do nieuwzględnienia karty podczas ustalania wyników głosowania. Brakuje tu pozytywnego przekazu, pokazującego co możemy zyskać prawidłowo wypełniając formalności. Dokument pozbawiony jest również elementów wizualnych, grafik czy schematów. Stanowi jedynie ścianę tekstu.

Ludzki mózg przetwarza obrazy 60 000 razy szybciej niż tekst, a 90% informacji przekazywanych do mózgu ma charakter wizualny. Dlatego to, jak wygląda dokument jest kluczowe dla pomyślnego transferu komunikatu. Nie od dziś wiadomo, że jesteśmy wzrokowcami, a wiele z odbieranych bodźców traktujemy pobieżnie i oceniamy na zasadzie szybkiego rzutu okiem – tłumaczy Piotr Chwiedziewicz z Symetrii.

Patrząc na proces głosowania korespondencyjnego nie da się ukryć, że przez okres ostatnich 5 lat dokonano w nim licznych usprawnień, które istotnie wpływają na komfort realizacji. Mimo to, niektóre z przeoczeń wymagają zdecydowanej i jak najszybszej interwencji, szczególnie biorąc pod uwagę jak duże są możliwości technologiczne, jakie oferują nowoczesne systemy IT. Wiele z usprawnień jest łatwych do wdrożenia, a ich brak jest kłopotliwy i niepotrzebnie zakłóca cały proces. Nasuwa się więc oczywiste pytanie: czy jesteśmy gotowi na w pełni korespondencyjne wybory w razie powrotu pandemii?

W obecnej formie byłoby ciężko przeprowadzić taki proces, szczególnie na tak szeroką skalę, jednak uważam, że wystarczyłoby nanieść kilka drobnych poprawek, które znacznie usprawnią procedurę głosowania korespondencyjnego – twierdzi Monika Banach i wskazuje na kluczowe elementy, jakie jej zdaniem pozwolą odmienić oblicze procesu. – Biorąc pod uwagę nasze obserwacje, istotnym problemem z punktu widzenia osoby oddającej swój głos jest instrukcja, która jest mało zrozumiała i nieprzyjazna dla odbiorcy. W poprzednich wyborach aż 95% wszystkich nieważnych głosów korespondencyjnych, związanych było z brakami formalnymi i proceduralnymi, które określone były w instrukcji. Dlatego rekomendowałabym przygotowanie kilku różnych koncepcji instrukcji i następnie przeprowadzenie badań w grupie potencjalnych użytkowników. Na tej podstawie jesteśmy w stanie dosyć szybko wybrać tę, która jest zrozumiała, daje czytelne wskazówki i pozwala wyborcom uniknąć błędów – podsumowuje ekspertka Symetrii.

OZE kusi wizją zysków

W Nowej Południowej Walii ponad 100 inwestorów chce wybudować wraz z rządem największą w Australii strefę OZE. Gra warta jest świeczki, ponieważ instalacje będą dostarczać prąd do 1/3 gospodarstw stanu. Chęć wyłożenia kapitału przez prywatnych partnerów pokazuje, że zielona energia może znacząco wpływać nie tylko na klimat, ale też ożywienie lokalnych gospodarek.

Popularność OZE rośnie z roku na roku. Co chwilę pojawiają się informacje o kolejnych inwestycjach w zieloną energię. To wzmożone zainteresowanie jest spowodowane nie tylko koniecznością zapobiegania klimatycznym zmianom, ale również faktem, iż inwestorzy dostrzegają szanse zysku w dynamicznie rozwijającym się sektorze.

Australijskie firmy w wyścigu po odnawialną energię

Przykładem, który doskonale ilustruje ten potencjał, jest Nowa Południowa Walia. To obszar, który już niedługo zyska nowe znaczenie dla całego stanu, a być może i kraju. Rząd stanowy zamierza wydać 40 mln dolarów na stworzenie w okolicach miasta Dubbo pilotażowej strefy OZE, która będzie mogła wygenerować 3 tys. megawatów energii elektrycznej i ma mieć wydajność elektrowni. W przedsięwzięciu mają partycypować również prywatni inwestorzy. Chęć na udział w tej inwestycji wyraziła ponad setka przedsiębiorstw. Dzięki temu wzmożonemu zainteresowaniu można by wyprodukować 9 razy więcej energii niż było to początkowo szacowane. Łączny koszt inwestycji w partnerstwie publiczno-prywatnym ma wynosi 4,4 mld dolarów.

– Moc wytwarzana w strefie będzie w stanie zapewnić prąd nawet 1/3 gospodarstw domowych w całym stanie. Tymczasem zainteresowanie firm okazało się znacznie przewyższać oczekiwania władz, bo z tyloma inwestorami centrum mogłoby wytworzyć nie 3, a 27 tys. megawatów energii. To kolejny dowód na to, że odnawialne źródła energii stanowią teraz jeden z najgorętszych trendów inwestorskich, a jego rozwój wciąż będzie postępował. Budowa tak wielkiego przedsięwzięcia energetycznego to także okazja do wzbogacenia się regionu – według obliczeń rządowych strefa wygeneruje 450 nowych miejsc pracy w branży budowlanej – mówi Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska.

Stany Zjednoczone liczą na zielone dolary

Z raportu opracowanego przez firmę Ernst & Young wynika, że najbardziej atrakcyjnym krajem dla inwestorów, którzy chcą zarabiać na zielonej energii, są Stany Zjednoczone. Komentatorzy uważają, że trend może być szansą dla Teksasu, który przez dziesięciolecia był symbolem stanu, zawdzięczającego rozwój ropie naftowej. W 2019 roku jej wydobycie stanowiło 40 proc. tego w całym kraju. Z drugiej strony Teksas jest jednocześnie numerem jeden pod względem wytwarzania energii wiatrowej. W 2019 r. był producentem 28 proc. energii tego typu.

Teksas powinien opowiedzieć swoją historię energii wiatrowej i promować swoją markę jako amerykańskiego i światowego lidera na drodze do zrównoważonego rozwoju. (…) Nawet przy tej pandemii widzimy, że przedsiębiorcy są pewni długoterminowego perspektyw z inwestowania w czystą energię – ocenia Kyra Buckley, specjalistka od energetyki.

Chile: potentat wydobywczy inwestuje w odnawialne źródła energii

Potencjał zysków z OZE dostrzegają też firmy zajmujące się tradycyjnym sektorem wydobywczym. Pierwszy szansę w Chile dostrzegł gigant górniczy – Barrick Gold Corp – pokazując, jak można zarabiać na energetycznej transformacji. Przedsiębiorstwo wybudowało w Chile farmę wiatrową Punta Colorada wartą 50 mln dolarów. Inwestycja powstała w  miejscowości La Higuera i składa się z 10 turbin wiatrowych, które miały możliwość wytworzenia 20 megawatów mocy, czyli ilości pokrywającej zapotrzebowanie energetyczne 10 tys. rodzin. Przy okazji Barrick Gold Corp tym biznesowym posunięciem zapisało się w historii jako twórca największej farmy wiatrowej, jaką kiedykolwiek zbudowała firma górnicza w tym kraju.

To przykład dla innych państw, także dla Polski, że zielona energia nie musi być powodem upadku kopalń i może stymulować gospodarkę, bo przedsiębiorstwa zajmujące się tradycyjnym wydobyciem z powodzeniem mogą zmieć swój profil i dalej dostarczać prąd, ale już w ekologicznym wydaniu. Chile w ogóle jest państwem godnym naśladowania pod względem transformacji energetycznej – można tu mnożyć przykłady kopalń, które decydują się na pozyskiwanie energii potrzebnej do własnego zasilenia z OZE. Jednym z najnowszych przykładów jest kopalnia miedzi Zaldívar w Chile, która właśnie podpisała umowę i będzie funkcjonować korzystając w 100 proc.  z odnawialnych źródeł energii – mówi Sebastian Biela, wiceprezes firmy Energia Polska.

Era technologii 5G niesie za sobą nieuniknione zagęszczenie infrastruktury

Z 5G wiązane są bardzo wysokie oczekiwania, zarówno na rynku B2B i jak i wśród klientów indywidualnych. Wiele osób uważa, że nowa technologia  ​​wprowadzi prawdziwie transformacyjne zmiany, zapewniające bezproblemowe doświadczenie dla klientów. Będzie to wymagało stworzenia nowych modeli biznesowych i usług wykorzystujących możliwości giga=bitowych prędkości oraz poprawioną wydajność i niezawodność sieci. Jednym z największych wyzwań jest zaspokojenie potrzeby bardziej elastycznego wdrażania – nieuniknione jest m.in. zgęszczenie infrastruktury.

Cyfrowa transformacja w świecie biznesu

Sieci 5G będą projektowane pod kątem udostępniania i zarządzania większą różnorodnością usług w zakresie danych, nie tylko prostego usprawnienia przeglądania czy strumieniowania treści lub zwiększającego się wolumenu danych w sieciach społecznościowych. Prognoza możliwości 5G jest ogromna, ponieważ sieć ma działać na całym świecie, bez względu na to, gdzie i z jakiego urządzenia łączy się użytkownik. W łączności i szerokopasmowych usługach spowoduje to zmianę w sposobie komunikacji między urządzaniami, gdyż sieci 5G zostaną wdrożone globalnie.

Jednym z kluczowych wyzwań dla dostawców usług przy wdrażaniu 5G jest zapewnienie elastyczności w obsłudze wielu nowych zastosowań, przy jednoczesnym uproszczeniu operacji. Szybkość i opóźnienie 5G otworzą drzwi do nowych zastosowań. Wiele z nich będzie mieć źródło w firmach, które chcą wykorzystać przewagi technologiczne 5G w swoich innowacyjnych technologiach obliczeniowych, sztucznej inteligencji i usługach w chmurze.

5G oferuje szereg korzyści w porównaniu z obecnymi technologiami mobilnymi, takimi jak wyższe prędkości niż 4G, mniejsze opóźnienia (umożliwia przetwarzanie bardzo dużego wolumenu danych z minimalnymi opóźnieniami) i niższe zużycie energii. Korzyści te mogą poprawić jakość świadczonych usług poprzez np. przesyłanie lepszego obrazu, krótsze czasy reakcji i lepsze wykorzystanie możliwości połączonych urządzeń. Pierwsze proponowane zastosowania 5G obiecują rozwój IoT dla inteligentnych autostrad, pojazdów autonomicznych, aplikacji rozszerzonej rzeczywistości wysokiej jakości, a także robotów i czujników AI z obsługą IoT w celu usprawnienia świadczenia usług. Jednak związane z tym koszty oraz obecność innych konkurencyjnych technologii sprawiają, że uzasadnienie biznesowe dla 5G nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać – uważa Leszek Szczech z Colt Technology Polska.

Przejście do standardu 5G, stawia wiele wyzwań, przede wszystkim znacznie zwiększonych szybkości przesyłania danych, ekstremalnie niskich opóźnień, wysokiej niezawodności i bezpieczeństwa. Technologia komunikacji bezprzewodowej czwartej generacji LTE i LTE Advanced została już wdrożona na całym świecie. 5G wymaga jednak nowego standardu do obsługi ultraszybkich usług o niskim opóźnieniu dla klientów.

Nie da się przewidzieć, gdzie nastąpią zmiany. 5G będzie musiało łączyć heterogeniczne systemy i technologie komunikacji mobilnej i zmusić je do współpracy, zoptymalizować wymagania usług i warunki operacyjne.

Nowa konkurencja na rynku infrastruktury sieciowej

Aby spełnić wymagania standardów wydajności sieci 5G podczas jej stopniowego wdrażania, dostawcy usług będą musieli wprowadzić strategiczne ulepszenia swojej dotychczasowej warstwy 4G poprzez modernizację infrastruktury 4G w obszarach zasięgu 5G. Obecnie wszyscy wydają się skupieni na urządzeniach i możliwościach, które przyniesie nowa technologia. Najważniejszym wyzwaniem jest jednak ewolucja i modernizacja sieci infrastrukturalnej i to w tych obszarach należy poczynić większość inwestycji. Wprowadza to nowy wymiar i nową konkurencję na rynek infrastruktury sieciowej.

Bardzo wysokie koszty związane z opracowaniem całkowicie nowej sieci dosyłowej, najprawdopodobniej skłonią firmy do opracowania nowych technologii i nowych modeli biznesowych, które umożliwią wykorzystanie i rozszerzenie już istniejącej infrastruktury w bardziej wydajny sposób.

Potencjalnie bardziej opłacalną alternatywą dla nich jest ściślejsza współpraca z wyspecjalizowanymi dostawcami usług dosyłowych, którzy mają zarówno zdolność, jak i wiedzę specjalistyczną, aby dostarczyć wymaganą gotową infrastrukturę.

Chociaż 5G ostatecznie przyniesie znaczną poprawę prędkości, opóźnień i usług, wymagana transformacja architektoniczna sprawia, że ​​wdrożenie jest złożonym i wielowarstwowym przedsięwzięciem. Operatorzy bezprzewodowi zaczynają teraz postrzegać współdzieloną infrastrukturę sieciową jako bardziej ekonomiczny sposób na rozwój usług, a następnie wykorzystać marketing, aby wyróżnić swoje oferty. W Colt chcemy by wdrożenie 5G przyspieszało, ponieważ uważamy, że jest to dla nas okazja do zapewnienia usług typu backhaul. Będą one ważne dla poprawnego działania 5G, ponieważ potrzebne będą światłowody, aby połączyć wszystkie małe stacje bazowe – mówi Szczech.

Przedsiębiorstwa wdrażające 5G, aby poradzić sobie ze zwiększonymi prędkościami muszą ponieść znaczne koszty modernizacyjne swojej podstawowej infrastruktury. Realizacja tych założeń wiąże się z pewnymi wyzwaniami. Aby zaspokoić potrzeby zbliżającego się wprowadzenia 5G, operatorzy będą musieli znacznie zainwestować w szybkie sieci światłowodowe. Gdy inwestycje w sieć przewodową okażą się niewystarczające do obsługi zwiększonego ruchu, będą musieli zbudować nowe duże lub miniaturowe stacje bazowe (small cells).

Lockdown, w pewnym sensie

Rynki generalnie odbijają piątek, ale optymizm jest budowany na kruchych podstawach. Poluzowanie regulacji dla amerykańskich banków i solidne dane z USA pomogły wesprzeć nastroje pomimo obaw o rosnącą liczbę potwierdzonych przypadków zachorowań na koronawirusa. W szerszym kontekście ceny aktywów znalazły się w stanie lockdownu bez chęci ruchu w którymkolwiek kierunku.

Z pozytywnego startu tygodnia pozostało już niewiele, gdyż temat pandemii coraz trudniej jest zagłuszać nadziejami na szybszą odbudowę ożywienia gospodarczego. Do inwestorów w końcu dociera, że z ożywienia nic nie będzie, jeśli koronawirus będzie dalej rozprzestrzeniał się w niekontrolowany sposób. Wiele stanów w USA walczy z rosnącą liczbą przypadków, a także oporem społecznym dla zachowania najprostszych środków ostrożności. Jakkolwiek władze stanowe jak ognia unikają tematu przywrócenia lockdownu, sam strach przed zakażeniem się może istotnie zaważyć na działalności gospodarczej i skłonności do konsumpcji. A te ryzyka dla wzrostu gospodarczego nie dotyczą wyłączenie USA i łatwo o ekstrapolację obaw na resztę świata. Jakkolwiek powrót zapaści z marca/kwietnia światu nie grozi, a dane potwierdzają, że sytuacja się poprawia, tak w obliczu drugiej fali (a może raczej kontynuacji pierwszej fali) zachorowań przyjdzie zrewidować w dół oczekiwania odbicia ożywienia.
Słabe przekonanie o słuszności kierunku oraz perspektywa weekendu prawdopodobnie zamkną dzisiejsze notowania w wąskim paśmie wahań. Na FX inwestorzy dalej preferują odchodzenie od USD na rzecz innych walut, ale jeśli sentyment temu nie służy, kursy grzęzną w miejscu. Widać to dobrze o EUR/USD przy 1,12 czy GBP/USD blisko 1,24. Będące zwykle miernikiem apetytu na ryzyko AUD i NZD także przeszły w trend boczny. Przy rosnących obawach pierwszy na myśl przychodzi EUR/CHF i tutaj potwierdzeniem są najniższe poziomu od maja. Mimo to od początku tygodnia frank umocnił się o niecałe 30 pipsów – nie jest to odzwierciedlenie paniki rynkowej. Trudno zwiastować głęboką korektę, jeśli władze fiskalne i monetarne są postawione w stan gotowości i w każdym momencie może pojawić się czynnik stabilizujący. Z drugiej strony sytuacja związana z wirusem jest daleka od opanowania i już niemożliwa do dalszego bagatelizowania.

Huśtawka rynkowa odbija się na złotym, który wczoraj przejściowo osłabił się do 4,47, ale ruch szybko został skorygowany do 4,45. Wygaszanie zmienności może mieć związek z pierwszą turą wyborów w weekend, gdyż część inwestorów nie chce pozostać z pozycją wrażliwą na ryzyko polityczne. Wydaje się jednak, że potencjał do poniedziałkowych wahnięć kursu jest niewielki. Ostatnie sondaże przedwyborcze wskazywały na stabilny rozkład poparcia dający najwyższy wynik prezydentowi Andrzejowi Dudzie w pierwszej turze, ale z niepewną wygraną nad Rafałem Trzaskowskim w drugiej turze. Rynek dotychczas ignorował potencjalne ryzyko osłabienia pozycji rządu w przypadku utraty „swojego” prezydenta i po wynikach pierwszej tury wyborów (jeśli będą zgodne z sondażami) nie powinno się to zmienić. Jest bardziej prawdopodobne, że w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach zewnętrznych kwestia przegranej prezydenta Dudy może być wykorzystana jako dodatkowy pretekst do sprzedaży złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Krakowski oddział firmy GlobalLogic stworzył aplikację na smartfony, która ułatwia personalizację wnętrza samochodu i systemów pokładowych

Personalizacja wnętrza samochodu i systemów pokładowych działa w oparciu o usługi chmurowe, łącząc samochód z aplikacją w smartfonie. Dzięki temu jeszcze przed skorzystaniem z pojazdu można pobrać najnowsze motywy i ustawienia, które implementują się automatycznie po zajęciu miejsca we wnętrzu auta. System informatyczny o takich funkcjonalnościach opracowali specjaliści z krakowskiego oddziału firmy GlobalLogic. Rozwiązanie jest w fazie testów w pojazdach jednego ze światowych producentów samochodów premium.personalizacja wnętrza samochodu i systemów pokładowych (1)

Dlaczego koncerny motoryzacyjne postanowiły inwestować w rozwiązania informatyczne, które umożliwiają personalizację wnętrza pojazdu? Przede wszystkim ze względu na nas – użytkowników, ponieważ coraz częściej korzystamy z samochodów. W Polsce, kierowca spędza statystycznie aż 4 lata życia w samochodzie. Dla wielu osób, które codziennie pokonują kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów, stał się on niemal drugim domem i przestał być jedynie środkiem lokomocji. Jest miejscem pracy, relaksu i rozrywki, z coraz większą ilością rozmaitych funkcjonalności, które wspomagają kierowcę nie tylko w prowadzeniu pojazdu. Równie silną zachętę do inwestycji stanowi systematyczny wzrost ilości użytkowanych pojazdów. Wspomniany trend nakręca wyścig technologiczny między producentami samochodów, którzy prześcigają się w pomysłach na przyciągnięcie nowych nabywców, jednocześnie budując coraz bardziej zautomatyzowane i nowoczesne maszyny.

Motoryzacja potrzebuje technologii informatycznych

Jednocześnie, razem z producentami samochodów, w wyścigu biorą udział firmy IT. Ich zadaniem jest realizowanie systemów informatycznych obecnych w samochodzie, które wychodzą naprzeciw nowym trendom i oczekiwaniom użytkowników. Jedną z takich firm jest GlobalLogic Poland. Specjaliści z krakowskiego oddziału firmy opracowali system informatyczny, który umożliwia wyświetlanie zestawu wskaźników w wybranym motywie graficznym. Użytkownik systemu wybiera interesujące go funkcjonalności, korzystając z aplikacji w smartfonie. Ta z kolei łączy się z serwisem w chmurze w celu aktualizacji profilu użytkownika lub pobrania nowych motywów.

Wszystko wyświetli nam…cluster

O wybranych przez użytkownika ustawieniach samochód dowiaduje się za pośrednictwem wspomnianego profilu użytkownika przechowywanego w chmurze. System odpowiedzialny za odbiór i implementację danych w samochodzie nazywany jest z języka angielskiego clustrem. Jest on połączony z chmurą, co zapewnia  łatwy dostęp do personalnych ustawień użytkownika samochodu. GloFace automatycznie rozpozna kierowcę, wsiadającego do samochodu i dopasuje ustawienia do tych zapisanych przez użytkownika w swoim profilu w chmurze. Ponadto służy do agregowania sygnałów przychodzących z innych podsystemów w samochodzie (takich jak prędkość, stan paliwa, czy obroty silnika) a następnie za pomocą elementów graficznych zaprojektowanych w GRID HMI prezentuje je użytkownikowi w nowoczesny sposób, wykorzystując zaawansowane efekty graficzne (animacje, przejścia). Komunikacja pomiędzy centralnymi elementami systemu odbywa się za pomocą protokołów sieciowych, zaprojektowana w celu zagwarantowania szybkiej i sprawnej wymiany informacji.

Nasz projekt łączy elementy user interface design, serwisów chmurowych, systemów wbudowanych i rozpoznawania twarzy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji  – stwierdza Jan Stojowski (Project Manager GlobalLogic Poland). – Uzupełnieniem systemu jest GRID HMI – zintegrowane oprogramowanie, które stworzyliśmy dla grafików. Dzięki niemu mogą oni tworzyć najbardziej atrakcyjne i intuicyjne graficznie motywy dla użytkownika końcowego

Pijemy coraz więcej win białych

Wina białe to najszybciej rozwijający się segment win spokojnych w Polsce. Zmniejsza się też dominacja win czerwonych –  najbardziej popularnych na rodzimym rynku. Tak wynika z najnowszego raportu organizacji The IWSR*. Świeżość, lekkość, niezobowiązujący charakter – za to cenimy białe wina. Wina gronowe – jak mówią eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa – to u nas kategoria z wielkim potencjałem.

Co mówi raport

Według raportu IWSR, lidera badań rynku alkoholowego, w roku 2018 udział win białych w rynku win spokojnych stanowił 40,8%, a w 2019 r. wzrósł do ok. 44%. Odnotowano ilościowy rozwój tego segmentu o 7,7 %, co sprawia, że wina białe są najszybciej powiększającą się kategorią win spokojnych w Polsce. Chardonnay, sauvignon blanc, pinot grigio, chenin blanc – to najczęściej wybierane odmiany. Jednocześnie należy zaznaczyć, że zmniejsza się dominacja win czerwonych, a te są wciąż najbardziej popularne w naszym kraju.

Trend, który będzie się umacniał

Obserwacje firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa potwierdzają te dane. Od dłuższego czasu przedsiębiorstwa z branży winiarskiej odnotowują wzrosty sprzedaży win białych. – Trend ten wynika ze wzrostu zainteresowania winami gronowymi jako kategorią – mówi Jakub Nowak, Prezes JNT Group. –  Wina czerwone postrzegane są jako cięższe, wymagające znajomości zasad sztuki sommelierskiej czy zasad food pairingu. Z kolei wina białe nie stawiają przed konsumentem takich barier, są mniej zobowiązujące. Stąd wszyscy, którzy dopiero rozsmakowują się w winie, zaczynają od win białych. Warto też zauważyć, że w ostatnich miesiącach, w związku z ograniczeniami i dystansem społecznym, rośnie konsumpcja i sprzedaż win, które spożywamy w domu- takich, które  nie wymagają od nas szczególnej wiedzy, więc można powiedzieć, że pandemia również przyczynia się do coraz większej popularności win białych – mówi Jakub Nowak.

Warto podkreślić, że czas win białych dla wielu nastaje latem. To wtedy ich sprzedaż jest najwyższa.

– Wysokie temperatury sprzyjają konsumpcji lżejszych win, które zapewniają przyjemne orzeźwienie – zauważa Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w firmie Henkell  Freixenet Polska. –  A takimi właśnie są wina białe.  Polscy konsumenci szukają w nich przyjemnie owocowych nut, stąd na rynku pojawiło się wiele win o takim profilu smakowym.

Z kolei Artur Boruta, Dyrektor Zarządzający firmy Dom Wina zauważa, że na rynku pojawia się coraz więcej win białych „solidnie zbudowanych”. – Mam na myśli to, że wielu producentów w procesie winifikacji używa  metod podobnych do tych, stosowanych w produkcji win czerwonych. Dlatego wina białe z powodzeniem mogą dziś stawać w szranki z winami czerwonymi – mówi Artur Boruta.

Dodajmy, że wino białe najlepiej pić schłodzone. Doskonale łączy się z rybami, drobiem, sałatkami czy serami. Jest idealne jako aperitif. Pija się je również dla orzeźwienia, między posiłkami.

Skąd najlepsze

Nowa Zelandia – to z niej pochodzą jedne z najlepszych win białych na świecie. – Potrafią być one dwukrotnie droższe niż wina białe z krajów europejskich – tłumaczy Artur Boruta z Domu Wina. – Wynika to chociażby z drogiego transportu. Oprócz Nowej Zelandii doskonałe chardonnay wytwarzane jest także w Burgundii. Z kolei wyśmienitych rieslingów warto szukać w Niemczech, Austrii czy Polsce.  Osoby, które pijają bardziej skomplikowane wina, bardzo chwalą inne  ciekawe szczepy – albariño, pochodzący z hiszpańskiej Galicji,  a także torrontes z Argentyny –mówi Artur Boruta.

Z produkcji win białych słyną przede wszystkim kraje znajdujące się w chłodniejszej strefie klimatycznej, dlatego  Polska ma tu spore szanse. – Co prawda na razie jeszcze daleko nam do krajów takich jak Francja czy Włochy, ale jakość naszych win jest coraz wyższa i konsumenci chętnie poszukują ich na sklepowych półkach – mówi Prezes Jakub Nowak.   

Wina gronowe kategorią z potencjałem

Jak zauważa Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, wciąż – w porównaniu z innymi krajami europejskimi – pijemy mało wina. – Nie możemy porównywać się z Portugalczykami czy Włochami, którzy konsumują ponad dziesięć razy tyle, co Polacy. Oznacza to jednak duży potencjał. Można liczyć na to, że dalej, sukcesywnie zainteresowanie winem w Polsce będzie wzrastać. Bo też wzrasta winiarska wiedza i doświadczenie Polaków. Poszukujemy win, które nie tylko uświetnią ważne uroczystości, ale również takich do konsumpcji  na co dzień. Wiele białych win bardzo dobrze wpisuje się w tę potrzebę, szczególnie latem – podsumowuje Prezes ZP PRW.

*International Wine and Spirit Research

Sytuacja przedsiębiorstw w czasach koronawirusa – czerwcowe wyniki badań Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej

  • 38 proc. respondentów negatywnie ocenia kondycję swojej firmy (wobec 42 proc. w maju). W skali od 0 do 10 średnia ocena to 4,7, wobec 4,5 przed miesiącem, ubytek pesymistów nie jest już tak duży jak miesiąc wcześniej
  • Tendencje nie są jednak jednoznaczne, mamy odbicie w usługach dla ludności i mikro firmach, ale w firmach średnich i dużych oceny nawet lekko się pogorszyły, także kryzys trwa…
  • Firmy od własnej sytuacji gorzej oceniają stan całej gospodarki, 66 proc. firm negatywnie ocenia jej kondycję. Nie wierzymy więc w istotne odbicie w całej gospodarce.
  • Teraz głównym czynnikiem trudności firm to spadek popytu, 70 proc. wskazuje ten czynnik.
  • Firmy negatywnie oceniają działania rządu dot. odmrażania gospodarki. 57 proc. firm negatywnie odmrażanie. Średnia ocena to 3,7.
  • Płynność firm stale się poprawia. Problemy w tym zakresie ustępują. Najlepszą sytuację w zakresie płynności mają duże firmy.
  • Przepisy zawarte w tzw. Tarczy Antykryzysowej są skomplikowane i biurokratyczne, firmy narzekają, że oczekiwanie na decyzje i przekazanie środków jest zbyt długie.
  • Panuje ogromna niepewność co do otwarcia gospodarki.
  1. W czerwcu tylko nieznacznie poprawiła się własna ocena kondycji firm. Respondenci oceniają kondycję swoich firm w skali od 0 do 10 (przy czym 5 to ocena neutralna) na 4,7. Przed miesiącem ta ocena wynosiła 4,5, a w kwietniu 3,6. Nadal więc oceny są po stronie pesymistycznej, ale ubyło tych najbardziej pesymistycznych. Łącznie negatywną ocenę (oceny od 0-4) wystawiło ok. 38 proc. pytanych w najnowszym badaniu wobec ok. 42 proc. w maju i 55 proc. w kwietniu. Z tego ok. 6 proc. firm ocenia kondycję swojej firmy bardzo źle (0). W maju było to 9 proc., a w kwietniu aż 16 proc.. Ale są również pozytywne oceny, łącznie to ok. 26 proc. Niestety optymistów ubyło. Przed miesiącem było ich 33 proc., wobec 19 proc. w kwietniu (oceny 6-10). Jedynie 1,4 proc. dało teraz najwyższą ocenę (10 – bardzo dobrze).
  2. Mamy jednak polaryzację, jeżeli chodzi o kierunek zmian. Znacząco poprawiły się oceny formułowane przez samozatrudnionych i w branży usług dla ludności (np. kosmetyczne, fryzjerskie). W tym zakresie firmy w zasadzie były w 100 proc. zamknięte, a w okresie objętym badaniem zniesiono obostrzenia. Stąd poprawa. Ale dalej to jest ubytek pesymistów, oceny nadal są w negatywach obszarach. Poprawiły się też oceny mikro-firm (1-9). Niestety oceny w średnich i dużych firmach uległy pogorszeniu. Także tendencje nie są jednoznaczne. Nadal utrzymały się słabe oceny w turystyce i gastronomii (ok. 3 pkt.).
  3. Własną sytuację firmy oceniają lepiej niż stan całej gospodarki. W przypadku tej ostatniej średnia ocen to bowiem 3,5 (przed miesiącem 3,2). Nadal także przeważają oceny negatywne, obecnie 66 proc. ocen jest negatywnych (wobec 75 proc. poprzednio). Obecnie jedynie 8,5 proc. pytanych pozytywnie ocenia kondycje całej gospodarki (wobec 6 proc. poprzednio).
  4. Firmy nie wierzą więc w istotne odbicie w całej gospodarce. To niedobrze, to oznacza niepewność. W świetle takich ocen firmy raczej nie ruszą z inwestycjami….
  5. Większość firm (ok. 76 proc., poprzednio 79 proc.) oczekuje spadku przychodów w czerwcu. Średni (nieważony) spadek to ok. 31 proc. (wobec 39 proc. Poprzednio i 55 proc. w kwietniu). Ok. 35 proc. oczekuje zmniejszenia zatrudnienia (37 proc. poprzednio), średnia redukcja to 3,4 proc. (wobec 7 proc. poprzednio).
  6. Największe spadki przychodów są oczekiwane w turystyce i gastronomii (średnio ok. 72 proc.), w budownictwie ok. 26 proc., a w przemyśle 25 proc.
  7. Najczęściej wskazywaną przyczyną złej sytuacji firm jest spadek popytu. Obecnie ten czynnik wskazuje ponad 70 proc. respondentów (59 proc. poprzednio). Prawie 49 proc. firm ma problemy z powodu ograniczenia działalności na skutek wprowadzonych barier administracyjnych. Wzrosły też wskazania zatorów płatniczych do 38 proc. (35 proc. poprzednio).
  8. Firmy negatywnie oceniają działania rządu dot. odmrażania gospodarki. 57 proc. firm negatywnie odmrażanie. Średnia ocena to 3,7 w skali od 0 do 10 (przy czym 5 to ocena neutralna). Pozytywne oceny to tylko 11 proc.. Neutralne – 32 proc.
  9. Płynność finansowa przedsiębiorstw poprawiła się w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Obecnie jedynie 16 proc. firm deklaruje, że jest w stanie przetrwać z płynnością finansowa nie dłużej niż 1 miesiąc. W maju było to 21 proc., a w kwietniu 39 proc. Jednie 1,4 proc. deklaruje, że utraciło płynność a w poprzednich badaniach było to nawet ponad 10 proc. Obecnie 28 proc. respondentów deklaruje, że posiada bufory bezpieczeństwa płynnościowego na okres powyżej 6 miesięcy. W dużych firmach jest to nawet 55 proc. firm, w mikro firmach ok. 19 proc., a wśród samozatrudnionych 33 proc.
  10. Jednak nadal wśród samozatrudnionych są firmy z problemami, ok. 8 proc. deklaruje, że utraciło płynność. Ale przed miesiącem było to 33 proc.
  11. Najbardziej popularnym instrumentem pomocowym wciąż pozostaje umorzenie składek ubezpieczeniowych (67 proc. respondentów wskazało ten instrument). Następnie pożyczka dla mikroprzedsiębiorców (46 proc.) oraz dopłaty do wynagrodzeń (42 proc.)
  12. 48 proc. wskazuje na niejasność przepisów instrumentów pomocowych. 42 proc. firm wskazuje też na nadmiar biurokracji, a 30 proc. na zbyt długie oczekiwanie na decyzję. Te dane pokazują, że składanie wniosków o pomoc przewidzianą w Tarczach Antykryzysowych jest zbyt skomplikowane a rząd nie udziela odpowiedniego wsparcia.
  13. Mikro, małe oraz średnie firmy najczęściej chcą skorzystać z umorzenia składek ZUS i pożyczek dla mikroprzedsiębiorstw. Mikro i Małe firmy zadeklarowały, że już skorzystały ze świadczenia postojowego oraz pożyczek dla mikroprzedsiębiorców. Średnie i duże wskazują też często na dofinansowanie do wynagrodzeń oraz rozwiązania z zakresu elastycznego czasu pracy.
  14. W porównaniu do maja większość firm zadeklarowało, że już skorzystało z pomocy przewidzianej w ramach Tarcz Antykryzysowych. Odsetek pozytywnych decyzji, w tym zakończonych przyznaniem środków wynosi:
    1. Odroczenia składek ZUS – 55 proc. (maj – 22 proc.)
    2. Dofinansowania do pensji swoich pracowników – 80 proc. (maj – 24 proc.)
    3. Pożyczek dla mikroprzedsiębiorców – 85 proc. (maj – 36 proc.)
    4. Świadczenia postojowego – 85 proc. (maj – 28 proc.)
  15. Firmy wciąż chcą korzystać z instrumentów finansowych i płynnościowych oferowanych przez PFR, BGK i ARP – deklaruje taką chęć 50,7 proc. ankietowanych, co jest nieco mniejszym wynikiem niż w poprzednim miesiącu (maj – 54 proc.). Większość z tych firm wykazuje duże zainteresowanie Tarczą Finansową PFR. Tarcza Finansowa charakteryzuje się największym stopniem realizacji wniosków – prawie 90 proc. firm, spośród tych, które złożyły aplikację deklaruje, że skorzystało z tego instrumentu w porównaniu do maja, gdyż ten wskaźnik wynosił tylko 50 proc.. Ale jest jeszcze grupa 16 proc. firm, która planuje skorzystanie z tego instrumentu.
  16. Spośród instrumentów niewprowadzonych przez rząd, zdaniem przedsiębiorców zabrakło: uwolnienia VAT w split-payment, obniżenia klina podatkowo-składkowego oraz zawieszenia wpłat na PPK.
  17. Mimo tego, że wycofano większość restrykcji ograniczających prowadzenie działalności gospodarczej, dotychczas panuje duża niepewność co do daty powrotu do normalnej rzeczywistości. 37 proc. nie wie, kiedy nastąpi otwarcie gospodarki. Ponad 30 proc. twierdzi, że później niż na początku września. Zdaniem 9,2 proc. respondentów sytuacja już się ustabilizowała. Największa niepewność panuje wśród samozatrudnionych (58 proc. nie jest w stanie określić daty powrotu do normalności), natomiast największym pesymizmem wykazują się średnie i duże firmy (odpowiednio 53 proc. i 45 proc. uważa, że sytuacja się ustabilizuje dopiero w październiku bądź później).
  18. W związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa obawy przedsiębiorców związane z nawrotem epidemii rosną, co zadeklarowało około 90 proc. firm. Ponadto 62 proc. boi się wzrostu podatków.

Badanie przeprowadzono w dn. 9-24.06.2020 r. metodą CAWI. N=142. Kwestionariusz rozesłano do firm członkowskich i współpracujących z organizacjami zrzeszonymi i współpracującymi z Radą Przedsiębiorczości.

Raport: Zarobki freelancerów w Polsce w 2020 r.

Liczba freelancerów zarabiających na rękę powyżej 5 tys. zł miesięcznie wzrosła w tym roku aż o 43% vs 2019 r. „Wolnych strzelców”, których wynagrodzenie przekracza 10 tys. zł jest najwięcej od 4 lat. Wśród nich, nierzadko zdarzają się osoby otrzymujące 15 czy nawet 20 tys. zł netto miesięcznie. Jak kształtują się płace w rozbiciu na płeć? Jak koronawirus wpłynął na freelancerów i ich zarobki?

wykres_5kFreelancing to coraz atrakcyjniejszy sposób zarobkowania, rozwoju zawodowego, jak i po prostu styl życia. Możliwość realnego wpływania na wynagrodzenie, godziny w których się wykonuje obowiązki czy korzysta z urlopu, czyli możliwość bycia kapitanem, sterem i okrętem, przypada do gustu coraz większej liczby Polaków. Takie wnioski płyną z najnowszych badań, przeprowadzonych w czerwcu 2020 r. przez Useme.com – największą w Europie Centralnej platformę pracy zdalnej oraz narzędzie do jej rozliczania. Co warto podkreślić, jest to cykliczne badanie realizowane przez portal co roku od czterech lat.

Liczba freelancerów wykonujących swoją pracę w obszarze elektronicznych usług dla biznesu, wzrosła w tym roku do poziomu ćwierć miliona osób, przy dynamice na poziomie 15% w stosunku do 2019 r. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – Największy wpływ na ten stan ma 11% wzrost liczby podmiotów i osób fizycznych związanych z programowaniem, a także szeroko rozumianym IT. Na uwagę zasługuje także fakt, że przez ostatnie 12 miesięcy, kiedy po raz ostatni badaliśmy polskich wolnych strzelców, wzrósł odsetek osób utrzymujących się tylko i wyłącznie z tej profesji, do ok. 140.000 osób i firm. – dodaje Głośny.  

Zarabiają więcejwykres_ileZarabiaja

Rodzimi freelancerzy z roku na rok zarabiają co raz więcej. Fakt ten dotyczy zarówno tych, którzy pracując we freelancingu traktują to zajęcie jako główne źródło dochodu, jak i tych którzy dla których jest to sposób na dorobienie do stałego wynagrodzenia. Z tegorocznych badań wynika, że dla blisko połowy (49,5%) badanych, freelancing jest jedyna formą zarobkowania, a dla pozostałych 50,5% stanowi formę dorobienia do etatu lub innej formy głównego zajęcia zawodowego.

Co warto podkreślić, w stosunku do ubiegłego roku został odnotowany dynamiczny, bo aż 43% wzrost, osób które zarabiają powyżej 5 tysięcy złotych. W 2019 roku procent freelancerów, którzy uzyskiwali miesięcznie 5 tysięcy lub więcej kształtowała się na poziomie 8,53%, a w 2020 r. jest to już 12,3%. – mówi Przemysła Głośny, prezes Useme.com. – Warto także dodać, że w tej grupie 9% badanych zarabia na rękę miedzy 5 a 10 tysięcy złotych, a 3,2% freelancerów otrzymuje ponad 10 tysięcy złotych miesięcznie. Wśród wolnych strzelców mamy także całkiem sporą grupę profesjonalistów, dla których zarobki na poziomie 15 czy nawet 20 tysięcy miesięcznie nie są czymś nieosiągalnym i niecodziennym. – podsumowuje Głośny z Useme.wykres_czymSieZajmuja

Jak pokazują wyniki badań, grupą która najwięcej zarabia są freelancerzy oferujący usługi programistyczne i IT. Blisko czterech na dziesięciu badanych w tej grupie, otrzymuje wynagrodzenie powyżej 5 tysięcy złotych co miesiąc. Warto zaznaczyć, że to ponad dwa razy więcej niż ma to miejsce dla wszystkich freelancerów. Aż 17% z informatyków zarabia więcej niż 10 tysięcy złotych miesięcznie na rękę, podczas gdy średnia dla takich zarobków w całej grupie respondentów stanowi 4%.

Wśród wolnych strzelców, którzy zarabiają co raz lepiej znajdują się także profesjonalni wykonawcy stron i sklepów internetowych, graficy, w tym Ci którzy projektują w 3D, specjaliści od SEO, SEM oraz tłumacze. Do czołówki dołączyli w tym roku także freelancerzy architekci oraz konsultanci/ stratedzy.

BRANŻA / ZAROBKI do 1000 zł 1001-2000 zł 2001-3000 zł 3001-5000 zł 5001-10 000 zł powyżej 10 000 zł
programowanie i IT 22% 10% 13% 17% 21% 17%
grafika (w tym projektowanie 3D) 39% 16% 14% 16% 13% 3%
copywriting i social media 46% 21% 13% 13% 5% 1%
strony i sklepy internetowe 27% 28% 21% 11% 11% 1%
fotografia, wideo i animacja 34% 20% 23% 16% 6% 1%
SEO i SEM 28% 25% 13% 19% 13% 3%
wirtualna asystentura (bazy danych, księgowość, szkolenia, rekrutacja itp.) 43% 28% 20% 8% 3% 0%
działalność manualna – naprawy/rękodzieło itp. 55% 0% 27% 9% 0% 9%
doradztwo/consulting 45% 27% 0% 9% 18% 0%
Tłumaczenia 38% 16% 16% 22% 5% 3%
Architektura 22% 0% 11% 44% 22% 0%
Inna 42% 32% 3% 13% 6% 4%
średnia zarobków 37% 19% 15% 16% 10% 4%

Procentowe wyliczenia, gdzie 100% to liczba freelancerów, którzy wskazali daną branżę, np. 22% z programistów zarabia do 1000 zł pracując jako freelancer.

Freelancerki zarabiają, ale mniej

Niestety, kobiety pracujące w tej profesji otrzymują niższe wynagrodzenia, z resztą tak samo jak w przypadku pozostałych gałęzi polskiej gospodarki. W grupie 6% wolnych strzelców zarabiających ponad 10 tysięcy złotych, jedynie 1% to kobiety, podczas gdy mężczyźni stanowią 5%. W przedziale 5 – 10 tysięcy złotych reprezentowanym przez 18% badanych, panie to zaledwie 7%, panowie 11%. Z kolei w grupie, w której freelancing jest jedynie dodatkiem i sposobem na dorobienie do stałej pracy, w której zarobki są do 1 tys. złotych miesięcznie, kobiety to aż 44%, a mężczyźni do 31%.

płeć/zarobki do 1000 zł 1001-2000 zł 2001-3000 zł 3001-5000 zł 5001-10 000 zł powyżej 10 000 zł
kobieta 44% 21% 13% 14% 7% 1%
mężczyzna 31% 20% 17% 15% 11% 5%

 

 

Czy pandemia wpłynęła na rynek freelancerów w Polsce?

Jak pokazują wyniki badań przeprowadzonych przez Useme.com, Covid 19 i kilkutygodniowy lockdown miał znaczący wpływ na freelancerów w Polsce. Aż dwie trzecie (64,29%) wolnych strzelców ocenia, że ogólna sytuacja w branży uległa pogorszeniu lub znaczącemu pogorszeniu. Dla 6 na 10 badanych (57,89%) zmniejszyła się liczba zleceń czy ogólnie pracy. Dla co czwartego (28,2%) pozostała bez zmian. W konsekwencji dla ponad połowy (57,14%) respondentów w okresie pandemii zmniejszył się dochód. Dla blisko połowy freelancerów (48,12%) pandemia zmniejszyła stabilność zatrudnienia, a dla 42,48% wpłynęła negatywnie na wyceny realizowanych przez nich projektów. Natomiast, korona wirus dla ponad połowy (51,88%) badanych nie wpłynął ani negatywnie, ani pozytywnie na wysokość wyceny prac.

Co warto podkreślić, pandemia nie wpłynęła na decyzje freelancerów w Polsce prowadzących działalność gospodarczą w zakresie je zawieszenia lub zamknięcia. Jedynie 5,3% badanych rozważa taką opcję, a aż blisko 95% respondentów chce w dalszym ciągu ją kontynuować.wykres_jakRozliczaja

Badanie zostało przeprowadzone w czerwcu 2020 roku metodą CAWI i wzięło w nim udział 1076 freelancerów. Odpowiedzi udzieliło 51,8% kobiet i 48,2% mężczyzn, pochodzących przede wszystkim z dużych (35,1,0%) i średnich miast (21,8%).

Wielkość polskiego rynku wierzytelności – I kwartał 2020 r.

  • Łączna wartość nominalna obsługiwanych wierzytelności 110,17 mld PLN +5,1% kw./kw.
  • Łączna liczba obsługiwanych wierzytelności 16,06 mln szt. +4,1% kw./kw.
  • Przeciętna wartość jednej obsługiwanej wierzytelności 6,86 tys. PLN +0,9% kw./kw.
  • Łączna wartość wierzytelności kupionych w I kwartale 2020 roku przez firmy zarządzające wierzytelnościami do obsługi w imieniu własnym 97,44 mln PLN -53,28% kw./kw.
  • Łączna wartość wierzytelności przyjętych w I kwartale 2020 roku przez firmy zarządzające wierzytelnościami do obsługi na zlecenie 2,91 mld PLN +22,56% kw./kw.

Komentuje Piotr Maciągowski Prezes Zarządu e-Kancelaria Grupa Prawno-Finansowa sp. z o.o.

Firma jest członkiem Związku Przedsiębiorstw Finansowych i brała udział w przygotowaniu raportu.

Kończące się półrocze dla branży windykacyjnej to czas drastycznych zmian okoliczności funkcjonowania. Były to zarówno zdarzenia pozytywnie wpływające na biznes jak i mocno negatywne. Rok zaczął się dobrze – jak pokazują dane na koniec pierwszego kwartału kluczowe wskaźniki były na plusie – wartość obsługiwanych wierzytelności wyniosła 110,2 mld PLN, czyli o 5,1% więcej niż w ostatnim kwartale 2019 i o 17,2% więcej porównując pierwsze kwartały rok do roku. O ponad 4% (kwartał do kwartału) wzrosła liczba obsługiwanych wierzytelności – do ponad 16 mln sztuk.

Niestety pod koniec marca, zanim jeszcze skończył się pierwszy kwartał, gospodarkę dotknął potężny kryzys wywołany przez koronawirusa. W pierwszym okresie pandemii przedsiębiorcy tłumnie ruszyli do firm windykacyjnych, żeby odzyskać swoje stare długi. Wzrost zleceń windykacji długów w marcu w stosunku do lutego sięgał kilkuset procent. W mojej firmie w pewnym okresie wynosił on 375%. Mikroprzedsiębiorcy, którzy wcześniej w obawie o pogorszenie relacji biznesowych nie egzekwowali kategorycznie starych długów, po wybuchu pandemii wyciągali z dna szuflad zapomniane faktury.  Wtedy wciąż były branże, które pozytywnie reagowały na propozycje polubownego porozumienia w sprawie długu.

W kolejnym etapie nadeszło załamanie – epidemia zachwiała podstawami gospodarki i wprowadziła wiele zamieszania i niepewności w poczynania biznesu. Widać to także po zmieniającej się z miesiąca na miesiąc liczbie zleceń windykacyjnych. W kwietniu takich wniosków było o 21% mniej (niż w marcu), wzrosła za to łączna wartość przedmiotu sporu, czyli kwota zlecona do windykacji. Maj to znowu wzrost liczby zleceń windykacji długów – o 27%. Wygląda na to, że mały i średni biznes szuka teraz w zaległych zobowiązaniach pieniędzy na ponowny start po odmrożeniu.

Pogorszenie sytuacji gospodarczej, wywołane lockdownem, przełożyło się także na efektywność spłat. Krótkoterminowo pogorszyło spłacalność, głównie w sektorze długów osób fizycznych. Początkowo powodem były wezwania do pozostania w domu i strach osób starszych (którzy rzadziej funkcjonują online) przed wychodzeniem z domu. Istotnym czynnikiem jest ciągle obawa przed utratą pracy i krótkoterminowe kumulowanie środków na tzw. „czarną godzinę”. Niestety taka strategia powoduje jeszcze większe kłopoty i koszty (np. komornicze i sądowe), jeśli dłużnik ucieka od porozumienia w mediacjach. Długi przecież nie znikną podczas pandemii.

Kolejna przyczyna jest prozaiczna – to okresowy brak wizyt windykatorów terenowych w czasie ostrych restrykcji.

Początkowo lockdown zmniejszył także zdolności operacyjne firmy windykacyjnych, głównie ze względu na ograniczenia w bezpośrednim kontakcie. Ten czynnik przestaje już jednak działać. Poza tym wiele czynności prowadzimy z wykorzystaniem narzędzi telefonicznych i internetowych. Z pewnością windykatorzy stawiający na bardziej bezpośrednie, konserwatywne metody mają teraz z przyczyn obiektywnych mniejszą efektywność.

Załamanie gospodarcze, które w większym czy mniejszym stopniu nas czeka z pewnością zwiększy liczbę niespłacanych wierzytelności. Z drugiej strony wielu małych przedsiębiorców będzie bardzo potrzebowało zwrotu pieniędzy, które im się należą za wykonaną pracę czy usługi. W wielu przypadkach będzie to wręcz decydowało o przetrwaniu – bądź nie – wielu małych, rodzinnych biznesów.

Podaż długu nie będzie malała, a wręcz rosław naszych prognozach wzrosty są dwucyfrowe. Biznes w czasie epidemii wyraźnie odczuł już „na własnej skórze” jak ważna jest płynność finansowa i zaczyna bardziej racjonalnie podchodzić do opóźnianych płatności. Przedsiębiorcy nie tracą już czasu czekając i myśląc „może jednak zapłaci” tylko zlecając sprawy do windykacji specjalistom, nawet przy niewielkim opóźnieniu.

Długoterminowo, jeśli gospodarka zahaczy o recesję i liczba przedsiębiorstw znacznie się zmniejszy podaż długów może zmaleć, ale to absolutnie czarny scenariusz. Nie tylko dla windykatorów, ale dla całej gospodarki. Trudno teraz prognozować marże w najbliższych miesiącach, bo niemal w każdym tygodniu docierają do nas sprzeczne prognozy gospodarcze. Można jednak powiedzieć, że na branżę windykacyjną działają podobne czynniki, jak na inne dziedziny biznesu. Tu także można oczekiwać ruchów konsolidacyjnych.

Webinary – branża, która wzrosła kilka razy w czasie pandemii

Jak wynika z najnowszego raportu ClickMeeting świat webinarów dzieli się na ten sprzed i po pandemii. Tylko w marcu tego roku liczba wydarzeń organizowanych na badanej platformie wzrosła czterokrotnie w porównaniu do ubiegłego roku i wyniosła 300 tys. W gronie użytkowników 36% z nich wykorzystuje narzędzie do celów edukacyjnych, co widać też po głównie wykorzystywanych funkcjach.

Najbardziej spektakularny wzrost liczby wydarzeń organizowanych na platformie w marcu br. odnotowano w Polsce. Wyniósł on 1156%. Niemniej jednak odnotowano również wzrost zainteresowania spotkaniami online poza granicami naszego kraju. Na przykład liczba webinarów w Niemczech w tym samym okresie zwiększyła się o 519%, w Grecji o 868%, a we Francji o 423%.

Webinary-grafika1

Pandemia wymusiła zmianę wielu zachowań, a narzędzia do webinarów, takie jak polski ClickMeeting stanęły przed nie lada wyzwaniem. W marcu z dnia na dzień przybywało użytkowników naszej platformy – i w efekcie w tym miesiącu ich łączna liczba wyniosła 3 203 034, czyli prawie 1/3 całkowitej liczby spotkań w 2019 roku. To spowodowało, że musieliśmy zwiększyć zasoby naszej platformy o 90%. W okresie pandemii zaobserwowaliśmy też wiele nowych trendów, jeśli chodzi o sposoby wykorzystania webinarów, do których musieliśmy się adaptować. – mówi Dominika Paciorkowska, Dyrektor Zarządzająca ClickMeeting

Więcej krótszych spotkań, najczęściej we wtorki

Według danych badanej platformy średnia dzienna liczba spotkań organizowanych online w marcu tego roku wzrosła ponad 4 razy. Wyniosła ona średnio 7908 wydarzeń dziennie, podczas gdy rok temu było ich 1918. Natomiast, najpopularniejszym dniem spotkań użytkowników jest wtorek i ten dzień niezmiennie utrzymuje się na pozycji lidera od kilku lat.

Co ciekawe pandemia wpłynęła na to ile trwają spotkania online. Z jednej strony średni czas trwania wydarzenia skrócił się z 85 do 77 minut, natomiast z drugiej strony średni czas, który uczestnicy spędzili na oglądaniu i słuchaniu webinaru, zwiększył się z 53 do 56 minut. Co pokazuje, że organizujemy krótsze konferencje, ale jesteśmy w stanie dłużej w nich uczestniczyć.

Od freelancerów po korporacje

Webinary głównie wykorzystywane są do celów edukacyjnych. Szkoły i uniwersytety to 26% użytkowników, natomiast szkolenia i kursy online odpowiadają za 10% całości. Dodatkowo na tle innych grup wyróżniają się branże marketingowa i PR oraz IT odpowiednio z 17% i  10% udziałem w gronie użytkowników.

Jeśli chodzi o wielkość organizacji, które wykorzystują platformę nie ma tu lidera, ponieważ korzystają z niej wszyscy. Według badania freelancerzy to 18,66%, organizacje do 10 osób to 14,89%, od 10 do 50 osób to 22,91%, od 51 do 200 osób to 22,59%, a a firmy i instytucje powyżej 200 osób to 20,95%. Warto zauważyć, że 8 na 10 respondentów deklaruje, że kiedy sytuacja na świecie się uspokoi nadal będzie korzystało z tego rozwiązania.Webinarygrafika3

Automatyzacja webinarów liderem

Największym liderem okazał się zestaw funkcji  do automatyzacji, ponieważ pozwalają one zaoszczędzić użytkownikom czas. Wykorzystanie webinarów na żądanie, czyli rodzaju wcześniej nagranego wydarzenia, które umożliwi uczestnikom dołączenie do niego gdziekolwiek i kiedykolwiek zechcą, jest większe  o 1100%. Automatyczne webinary , czyli te nagrane wcześniej, które mają mieć miejsce o wyznaczonej godzinie, są popularniejsze o 164%. Natomiast zainteresowanie automatycznymi wiadomościami przesyłanymi po spotkaniu i automatycznie wysyłane zaproszenia na nadchodzące wydarzenia wzrosły kolejno o 840% i 1310%.

Funkcje zyskujące na popularności

Webinary-grafika2W czasie pandemii spotkania musiały odbywać się przede wszystkim online, dlatego funkcje: współpracy, pracy nad projektami i przekazywania informacji w trakcie spotkań cieszyły się jeszcze większym zainteresowaniem. Popularność opcji prezentacji w czasie pandemii wzrosła o 545%. Użytkownicy częściej o 726% używają też funkcji tablica, która pozwala na notowanie i pisanie. Chętnie stosowane są również: udostępnianie pulpitu czy materiału na Youtube. Tu widoczne są wzrosty kolejno o 780% i 477%.

Warto wspomnieć też o opcji wydania certyfikatu po ukończeniu spotkania. To nowa funkcja, która była potrzebna, ponieważ zainteresowanie kursami online w czasie pandemii jest znacznie większe, a uczestnicy oczekują, że dostaną dokument, który potwierdzi ich udział w wydarzeniu. W tym wypadku zainteresowanie jest wyższe o 995%.  W czasie pandemii wzrosło również znaczenie funkcji umożliwiających interakcję z użytkownikiem. Są to na przykład: ankiety i testy, Q&A – tryb pytań i odpowiedzi czy Call-To-Action – zachęcenie do działania, a ich wzrost to średnio 600%.

Europejscy rolnicy mają do 2030 roku ograniczyć używanie pestycydów o połowę. Według nich może to zagrozić pozycji europejskiej żywności

Organizacje rolników i sadowników sprzeciwiają się przedstawionemu przez Komisję Europejską projektowi strategii „Od pola do stołu” i różnorodności biologicznej. To składowe Europejskiego Zielonego Ładu. Ich zdaniem założenia są nierealne i nie tylko nie pomogą rozwiązać problemów wsi, ale wręcz sprawią, że europejska żywność stanie się droga, niekonkurencyjna i zostanie wyparta przez import spoza UE, gdzie nie obowiązują proekologiczne zasady, a uprawy często pozyskiwane są za pomocą gospodarki rabunkowej. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przez ostatnie dni zbierało uwagi do nowej strategii.

 Nie zgadzamy się ze stanowiskiem, które zaproponowała Komisja Europejska w sprawie Zielonego Ładu, „Od pola do stołu”. Jest tam wiele kwestii, na które nie ma dzisiaj odpowiedzi i nie wiadomo, jakie będą na ten cel finanse. Założenia strategii są dzisiaj dla rolników nie do spełnienia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

W ramach zaproponowanej strategii europejscy rolnicy mieliby do 2030 roku ograniczyć używanie pestycydów o połowę, ugorować 10 proc. gruntów w celu przywrócenia różnorodności biologicznej oraz pozyskiwać 25 proc. żywności z upraw ekologicznych. Zdaniem rolników są to cele nierealne do uzyskania, bo dziś z upraw ekologicznych pochodzi 6-7 proc. europejskiej żywności.

Co do ugorowania, rolnicy płacili za ziemię po to, żeby rodziła plony i przynosiła im dochody. Wyłączenie 10 proc. to praktycznie pozbawienie ich  dochodów. Pytanie, jaka będzie z tego tytułu rekompensata finansowa. Ogromne ilości ziemi są dzisiaj wyłączane pod urbanizację, więc to jest niezrozumiałe ograniczenie. Tym bardziej jeżeli mówimy o tym, że ludność na kuli ziemskiej w najbliższym czasie wzrośnie o 2 mld, a my zaczynamy wycofywać się z produkcji rolnej – mówi Wiktor Szmulewicz.

Ograniczenie użycia środków ochrony roślin wpłynęłoby na niższe plony i pozbawiło rolników części dochodów. Wymagałoby także użycia bardziej kosztownych metod odchwaszczania, np. mechanicznych, a do tego brakuje rąk do pracy lub pieniędzy na inwestycje w nowe maszyny.

 W Europie są różne limity stosowania środków ochrony roślin, nawożenia. Takie kraje jak Francja i Niemcy mają limit stosowania czystego składnika na hektar około 400 kg, my mamy mniej niż 150 kg. Jeżeli ograniczymy to o 50 proc., to będziemy mieć 75 kg, a Francuzi 200 kg – argumentuje prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. – Mamy rolnictwo rozdrobnione, rodzinne. To jest cel, do którego w Europie chcemy dążyć, więc jeżeli nam się to ograniczy, to może być mniej chętnych wśród młodych do zostawania na wsi, bo opłacalność produkcji będzie mniejsza. Na końcu konsument musi sobie zadać pytanie, czy jest w stanie za tę żywność zapłacić więcej. Albo też będzie spływała do nas żywność z całego świata, produkowana bez żadnych obostrzeń. To grozi likwidacją rolnictwa w Europie.

Ekspert podkreśla, że choć trudno jeszcze oceniać, jakie będzie przełożenie finansowe, to sam fakt, że rolnicy będą mieć więcej pracy w trudniejszych warunkach i za niższe wynagrodzenie, może skłaniać ich do porzucania gospodarstw na rzecz łatwiejszego życia w mieście. Dotyczy to zwłaszcza młodych ludzi. Dlatego organizacje branżowe związane z rolnictwem oraz hodowlą zwierząt zawiązały porozumienie, by wspólnie namawiać do debaty na temat Europejskiego Zielonego Ładu i strategii „Od pola do stołu” (Farm 2 Fork). Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi w ostatnich dniach zbierało uwagi na temat nowej propozycji KE, by na ich podstawie wypracować stanowisko rządu

– Nie za bardzo widać zwiększone środki na rolnictwo, raczej się je ogranicza. Jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej wspólna polityka rolna to było około 50 proc. budżetu unijnego. W ostatniej perspektywie to było około 36 proc., a dzisiaj proponuje nam się około 21 proc., jednocześnie narzucając dodatkowe cele, nawet jeśli one są ważne – zastrzega prezes KRIR. – Poza tym jeżeli z rynku wypadnie europejski producent żywności, to te produkty będą musiały powstawać gdzie indziej. Czyli np. będą wycinane lasy w Brazylii pod pola rolne. Wtedy ten cel, aby chronić planetę i dbać o środowisko, nie zostanie osiągnięty.

Warszawa stawia na rozwój elektromobilności

Mobilność można uznać za bezsprzeczne wyzwanie XXI wieku miast na całym świecie. Niezwykle istotne jest zapewnienie mieszkańcom swobody w poruszaniu się w ośrodkach. Ogromnym problemem stało się jednak zanieczyszczenie powietrza, spowodowane koniecznością codziennego przemieszczania się. Odpowiedzią staje się więc elektromobilność. Dzięki niej możliwe będzie zminimalizowanie emitowania szkodliwych substancji do atmosfery przez środki transportu. Warszawa w tej kwestii realizuje społeczny, bardzo rozbudowany programy jeśli chodzi o komunikację publiczną. W 2007 roku podjęto decyzję o przeniesieniu jak największej liczby pasażerów z transportu samochodowego na kolejowy. Jak się okazuje, był to pierwszy krok w kierunku elektromobilności.

– Tramwaje, kolej, czy metro to środki zasilane przez elektryczność. Nie powodują więc emisji dwutlenków węgla do atmosfery. Dzisiejszym wyzwaniem jest zmodernizowanie taboru autobusowego, który zawsze w mieście będzie niezbędny – tak aby wytwarzał jak najmniej spalin – powiedział serwisowi eNewsroom Michał Olszewski, Zastępca Prezydenta m.st. Warszawy. – Dzisiaj stolica bardzo mocno inwestuje w rozwój transportu autobusowego. Chodzi zarówno o technologie elektromobilności, ale i niskoemisyjność z wykorzystaniem gazu sprężonego i ziemnego. Obecnie Warszawa ma podpisany jeden z największych w Europie kontraktów na dostawę 130 elektrycznych autobusów. To bardzo zmieni stołeczny transport. Stolica zacznie w ten sposób mocno przechodzić z pojazdów zasilanych przez paliwa kopalne na elektromobilność. Prowadzi to trzeciego filaru polityki miasta w zakresie transportu. Kolejnym krokiem jest bowiem stawianie na osobowe samochody elektryczne. Z pomocą muszą przyjść jednak przedsiębiorcy, którzy już teraz dostarczają nowego technologie i rozwiązania – jak m.in. carsharing oparty na elektormobilności. To współdzielenie, które daje mieszkańcom możliwość wyboru nie tylko, co do posiadania pojazdu – ale i sposobu jego zasilania. Jak się okazało, taka oferta bardzo dobrze odpowiada na potrzeby warszawiaków. Pojawia się coraz więcej aut w modelu carsharingowym, które umożliwiają bezemisyjny transport. Następna zmiana, której należy spodziewać się w przyszłości, dotyczy stref płatnego parkowania oraz wprowadzania rozwiązań, które będą wspierały wybierających elektromobilność indywidualną lub transport publiczny – przewiduje Olszewski.

Amerykanie dadzą impuls polskiej gospodarce. Microsoft i Google zainwestują nad Wisłą ponad 3 mld dol.

0

Google i Microsoft zadeklarowały, że w najbliższych latach zainwestują w Polsce w sumie 3 mld dol., tworząc kilka tysięcy miejsc pracy. Dzięki inwestycjom big-techów – które dadzą impuls krajowej gospodarce – Polska ma stać się głównym hubem cyfrowym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Amerykanie już w tej chwili są drugim największym inwestorem nad Wisłą – zarówno pod względem zainwestowanych środków, jak i nowo utworzonych miejsc pracy. W ciągu ostatnich 20 lat dzięki inwestycjom firm z USA do Polski trafiło ponad 15 mld zł, a zatrudnienie znalazło ponad 70 tys. osób. Co istotne, średnio co czwarty projekt amerykańskiej firmy w naszym kraju jest związany z rozwojem nowych technologii.

– Stany Zjednoczone są drugim największym w Polsce inwestorem pod względem nakładów inwestycyjnych. To blisko 60 mld zł zainwestowanych od początku lat 90., choć nasze szacunki pokazują, że ta kwota może sięgać nawet 200 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Kamoji-Czapiński, dyrektor Centrum Inwestycji Strategicznych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

PAIH obsługuje łącznie inwestycje o wartości kilkunastu miliardów złotych rocznie. W ciągu ostatnich trzech lat odnotowała ponaddwukrotny wzrost – z 6 mld zł w 2016 roku do blisko 13 mld zł w ubiegłym roku. Wśród 260 projektów, które wsparła w tym czasie, ponad 1/4 (26 proc.) pochodziła właśnie ze Stanów Zjednoczonych. To 70 amerykańskich inwestycji o łącznej wartości blisko 5 mld zł, dzięki którym powstało w Polsce 22 tys. nowych miejsc pracy. W tej chwili agencja wspiera ponad 30 kolejnych amerykańskich inwestycji nad Wisłą.

– Główne atuty polskiego rynku to z pewnością jakość pracowników, ich wykształcenie, znajomość języków obcych. To przyciągało dotąd wszystkich inwestorów, nie tylko amerykańskich. Akurat w ich przypadku atutem Polski jest również bliskość geopolityczna ze Stanami Zjednoczonymi. Nasze partnerskie stosunki są ważnym czynnikiem, podobnie jak dostępność i jakość infrastruktury, która znacząco poprawiła się w ostatnich latach – mówi Jan Kamoji-Czapiński.

W sumie, począwszy od 2000 roku, PAIH (wcześniej jako PAIiIZ) wsparła już ponad 200 amerykańskich inwestycji w Polsce, których łączna wartość przekroczyła 3,6 mld euro (15,5 mld zł) i dzięki którym powstało nad Wisłą blisko 70 tys. miejsc pracy.

– Szacujemy jednak, że ta kwota może być wielokrotnie wyższa i sięgać ok. 60 mld zł, ponieważ amerykańskie firmy wielokrotnie reinwestują tu swoje zyski – mówi dyrektor Centrum Inwestycji Strategicznych PAIH.

Tylko w tym roku Polska Agencja Inwestycji i Handlu wsparła już siedem amerykańskich inwestycji z takich branż jak nowoczesne usługi dla biznesu (BSS), elektronika i AGD. Wśród nich jest m.in. projekt firmy Hyland Software, która planuje utworzyć w Polsce centrum badawczo-rozwojowe, gdzie blisko 80-osobowy zespół inżynierów będzie rozwijać nowe produkty i usługi na potrzeby międzynarodowej grupy. Również w tym roku specjalizująca się w przetwarzaniu danych firma Mohawk zatrudniła 30 programistów i otworzyła swoje biuro w Krakowie. Tam też ruszył najnowszy projekt amerykańskiej spółki Aptiv. Należące do niej centrum badawczo-rozwojowe zatrudnia już ponad 2 tys. inżynierów i 900 specjalistów korporacyjnych i jest jednym z największych laboratoriów B+R firmy na świecie.

Prawie 60 proc. amerykańskich projektów nad Wisłą dotyczy sektora nowoczesnych usług dla biznesu, który odpowiada za ok. 340 tys. miejsc pracy. Jednak średnio co czwarta jest związana z rozwojem wysokich technologii (procesy IT i B+R). To istotne o tyle, że udział tego typu projektów wśród wszystkich obsłużonych przez PAIH od 2000 roku wyniósł raptem 10 proc.

– Branża nowoczesnych technologii IT z pewnością pozostaje perspektywiczna. Ogłoszona niedawno inwestycja Microsoftu i Google’a pokazuje, że będą to gigantyczne inwestycje w centra danych, ale również usługi z nimi związane. W przyszłości liczymy głównie na nowoczesne technologie czy sektor motoryzacyjny, w szczególności związany z elektromobilnością – mówi Jan Kamoji-Czapiński.

Jak poinformował w tym tygodniu szef Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys, Google i Microsoft zadeklarowały, że w najbliższych latach zainwestują w Polsce w sumie 3 mld dol. Na początku przyszłego roku nad Wisłą ma wystartować najpierw warta 1,5–2 mld dol. inwestycja w Google Cloud, dzięki której powstanie kilka tysięcy nowych miejsc pracy. Z kolei Microsoft w maju podpisał z operatorem Chmury Krajowej porozumienie, na mocy którego utworzy w Polsce wart około 1 mld dol. regionalny hub technologiczny, czyli pierwszy region przetwarzania danych tej firmy w Europie Środkowo-Wschodniej. Oba projekty mają znacząco napędzić krajową gospodarkę i uczynić z Polski główny, cyfrowy hub w tym regionie Europy.

Jak dotąd trójkę największych pod względem nakładów inwestorów z USA stanowiły GM Manufacturing, Dell i Guardian Częstochowa. Z kolei największą liczbę nowych miejsc pracy nad Wisłą utworzyły Amazon, IBM i Dell.

Wykluczenie dostawców sprzętu do budowy sieci 5G może znacznie opóźnić jej powstanie. Zwiększy też ceny usług operatorów komórkowych

Kolejni europejscy operatorzy telekomunikacyjni deklarują, że nie zamierzają wykluczać żadnych dostawców technologii 5G. Niemiecki Deutsche Telekom, największy operator komórkowy w Europie, zapowiedział, że dalej będzie współpracował z Huawei przy rozbudowie sieci nowej generacji. Jak podkreślają przedstawiciele firm telekomunikacyjnych, tylko otwarty dostęp do rynku pozwoli na szybką budowę 5G. – Wykluczenie dostawców oznacza wyższe koszty budowy sieci 5G dla całego rynku i wyższe ceny dla konsumentów oraz znaczne opóźnienia w rozwoju nowoczesnej telekomunikacji w Polsce – przekonuje Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający fundacji Digital Poland.

– Najwięksi europejscy operatorzy, tacy jak numer 1 w Europie, czyli firma Deutsche Telekom, czy numer 3 – firma Vodafone, jasno deklarują chęć współpracy ze wszystkimi dostawcami technologii 5G. To słuszne podejście zapewniające Europie od lat wiodącą pozycję w nowoczesnej komunikacji. Do tej pory żadne państwo w Europie nie wykluczyło dostawców z Chin. W związku z tym należy założyć, że tak pozostanie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski.

Jak podkreśla, szybka i tania budowa infrastruktury 5G będzie jednak możliwa tylko przy zachowaniu zasad konkurencji i niewykluczaniu żadnego z dostawców. Odnosi się w ten sposób do problemów firmy Huawei, do której bojkotu wzywa Donald Trump. Jak jednak pokazują doświadczenia innych krajów, wykluczenie z rynku jednego z dostawców wiązałoby się z ogromnymi kosztami. Deutsche Telekom, który we współpracy z Huawei chce rozbudować sieć 5G i podłączyć do niej 40 mln osób, wylicza, że koszt zastąpienia chińskiej firmy w Niemczech wyniósłby około 3 mld euro.

Brytyjski Vodafone UK ostrzega z kolei, że wykluczenie jednego z dostawców znacznie opóźniłoby budowę sieci, w wyniku czego Wielka Brytania wypadnie z grona światowych liderów we wdrażaniu technologii 5G. „The Telegraph”, powołując się na raport Enders Analysis, podał, że gdyby zakazać czterem operatorom korzystania z urządzeń Huawei, kosztowałoby to blisko 1,5 mld funtów.

– W Polsce operatorzy komórkowi masowo wykorzystują sprzęt Huawei w sieciach komórkowych i stacjonarnych. Nie można uruchomić tanio ogólnopolskiej sieci 5G bez wykorzystania sieci poprzednich generacji, w tym LTE. Wykluczenie dostawców oznacza znacznie wyższe koszty budowy sieci dla całego rynku, wyższe ceny dla konsumentów i znaczne opóźnienia w rozwoju nowoczesnej telekomunikacji w Polsce – przekonuje dyrektor zarządzający fundacji Digital Poland.

Jak wskazuje raport Związku Pracodawców Polskich „Wdrożenie 5G w Polsce – zagrożenia i szanse”, cyfryzacja i automatyzacja niemal wszystkich aspektów życia, powszechne wykorzystywanie sztucznej inteligencji  oraz rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości będzie możliwe dzięki szybkości transmisji i przepustowości, jaką gwarantuje tylko sieć 5G. Szacuje się, że dzięki rozpowszechnieniu tej sieci w naszym kraju do 2028 roku PKB może wzrosnąć o ponad 63 mld zł.

Pomimo pandemii koronawirusa budowa infrastruktury 5G trwa. Choć w Polsce odwołano aukcje na nowe częstotliwości, operatorzy oferują już sieć nowej generacji, wykorzystując do tego obecną infrastrukturę LTE. Z kolei w Niemczech sieć 5G rozrasta się w ogromnym tempie.

To największa inicjatywa 5G w Niemczech. Chcemy zapewnić dostęp do tej sieci na terenach miejskich i wiejskich dla przeszło połowy niemieckiej populacji. Dokonujemy tego nawet wcześniej, niż zakładaliśmy – podkreśla Dirk Wössner, prezes Telekom Deutschland. – Do końca roku na terenie Niemiec rozmieścimy 40 tys. nadajników zgodnych z 5G.

Co drugi Polak planuje spędzić wakacje nad morzem lub jeziorem. Ratownicy wodni przypominają o przestrzeganiu zasad bezpieczeństwa

Według badań Polskiej Organizacji Turystycznej 27 proc. osób planujących wakacje w Polsce wybierze morze, a 16 proc. miejscowości nieopodal jezior. Bezpieczny wypoczynek nad wodą wymaga trzeźwego myślenia i stosowania się do zasad bezpieczeństwa. Ratownicy przypominają, żeby bezwzględnie unikać niestrzeżonych kąpielisk i nie wchodzić do wody po spożyciu alkoholu. Alkohol i brawura to najczęstsze przyczyny wypadków nad wodą.

– Najczęstszą przyczyną niebezpiecznych sytuacji nad wodą jest korzystanie z miejsc do tego nieprzystosowanych albo takich, w których bardzo dynamicznie zmieniają się warunki, czyli np. w rzekach. Drugim źródłem problemów jest brawura i towarzyszący jej alkohol oraz przecenianie swoich umiejętności pływackich – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Draczyński, OSP Ratownictwo Wodne – Warszawa, ambasador kampanii edukacyjnej Trzeźwo Myślę.

Słoneczna pogoda i wysokie temperatury sprzyjają wypoczynkowi nad wodą. Według danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego w Polsce jest obecnie czynnych 606 kąpielisk, gdzie można popływać. Jednak żeby bezpiecznie spędzić urlop nad morzem czy jeziorem, trzeba pamiętać o kilku zasadach. Przede wszystkim należy unikać wchodzenia do wody w miejscach do tego nieprzystosowanych i korzystać wyłącznie z kąpielisk, które są zorganizowane i oznakowane.

– Obecnie w Polsce są stosowane tylko dwa rodzaje flag, które oznaczają możliwość kąpieli albo jej brak. Biała flaga informuje, że kąpielisko zostało sprawdzone i jest bezpieczne dla osób z niego korzystających. Czerwona flaga natomiast sygnalizuje zakaz kąpieli ze względu na czynniki atmosferyczne lub inne zagrożenia miejscowe. Jeżeli z kolei na maszcie nie ma flagi, to oznacza, że w danej chwili nie ma nadzoru ratowników nad kąpieliskiem – tłumaczy Tomasz Draczyński.

Czerwona flaga oznacza więc bezwzględny zakaz wchodzenia do wody z powodu warunków grożących wypadkami albo utrudniających niesienie pomocy w razie zagrożenia życia.

– Czerwona flaga nie pozwala nam nawet na wejście do wody po kolana. Taka głębokość może stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo dla dzieci, którym jednocześnie dajemy zły przykład swoim postępowaniem – podkreśla ambasador kampanii Trzeźwo Myślę. – Wiele wypadków zdarza się w miejscach niestrzeżonych lub takich, w których kąpiel jest zabroniona. Wbrew powszechnej opinii najwięcej wypadków zdarza się na zbiornikach wodnych znajdujących się najbliżej miejsca zamieszkania. Najbardziej niebezpieczne są kąpiele w rzece, gdzie dno potrafi zmienić się z godziny na godzinę, a nurt jest nieprzewidywalny, czy skakanie do wody.

Według statystyk Komendy Głównej Policji to właśnie w jeziorach, stawach i rzekach najczęściej dochodzi do utonięć, w ubiegłym roku było to aż 239 z 456 przypadków. Ich najczęstszymi przyczynami są brak umiejętności pływania, brawura, przecenianie swoich sił i umiejętności, skakanie do wody, pływanie w miejscach zabronionych albo w stanie nietrzeźwym.

– Mężczyźni stanowią prawie 90 proc. ofiar. Najczęściej tonęły osoby w wieku od 45 do 60 lat. Z kolei ponad 25 proc. osób, które utonęły, było pod wpływem alkoholu. Nieodpowiedzialne spożywanie alkoholu jest jednym z najbardziej niebezpiecznych czynników powodujących wypadki nad wodą – mówi Tomasz Draczyński.

Co istotne, na plaży czy kąpielisku warto też zwracać uwagę na zachowanie osób, które wypoczywają obok nas. Często ich zachowanie, brawura, przecenianie własnych możliwości może prowadzić do śmiertelnego zagrożenia. Tymczasem od reakcji osób znajdujących się na kąpielisku zależy, czy ratownicy będą mieli czas i szansę pomóc osobie tonącej.

– Jeżeli ktoś jest świadkiem niebezpiecznej sytuacji nad wodą, powinien najpierw poinformować służby ratownicze pod numerem 112 albo dedykowanym dla ratownictwa wodnego 601 100 100. Dopiero potem może podjąć akcję ratunkową z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa, dbając przede wszystkim o własne bezpieczeństwo. Apelujemy, żeby nie podawać ręki bezpośrednio osobie tonącej, ale spróbować podać jej wiosło, gałąź czy chociażby ręcznik. Dlaczego? Otóż osoba tonąca z łatwością może wciągnąć nas pod wodę – podkreśla ratownik wodny.

Trzeźwe myślenie nad wodą to odpowiedzialne zachowanie nie tylko w wodzie, ale również na brzegu. Jak podkreśla ekspert, przebywając na plaży czy kąpielisku, należy zapoznać się z jego regulaminem i bezwzględnie przestrzegać wszelkich zaleceń i uwag ratowników. Wypoczywając nad morzem, jeziorem czy rzeką, bezwzględnie trzeba zwrócić uwagę na bezpieczeństwo dzieci, które korzystając z chwili nieuwagi dorosłych, mogą wejść do wody albo oddalić się i zgubić na plaży.

– Po dłuższej kąpieli słonecznej wejście do wody powinniśmy poprzedzić stopniowym schłodzeniem ciała. Unikajmy kąpieli bezpośrednio po posiłku – mówi Tomasz Draczyński. – Kategorycznie zabraniamy kąpieli po wypiciu alkoholu. Każda taka kąpiel – nawet po nieznacznej ilości alkoholu – może powodować zagrożenie życia. Nadmierna utrata ciepłoty ciała, skurcze mięśniowe, dreszcze, zaburzenia orientacji przestrzennej i czasowej są niezmiernie niebezpieczne podczas kąpieli.

Jak podkreśla ekspert, skakanie na główkę do wody – zwłaszcza w miejscach nieznanych – może skończyć się śmiercią albo trwałym kalectwem. Nie należy też wypływać poza wyznaczony teren kąpieliska ani daleko od brzegu na dmuchanych zabawkach.

– Dmuchane zabawki nie mogą stanowić sprzętu asekuracyjnego – zaznacza ambasador kampanii Trzeźwo Myślę. – Pamiętajmy też, że korzystanie ze wszelkich urządzeń wodnych – w tym kajaków, rowerów wodnych, żaglówek czy motorówek – powinniśmy poprzedzić zapoznaniem się z regulaminem i zasadami bezpieczeństwa. Korzystanie z nich pod wpływem alkoholu jest ogromną nieodpowiedzialnością i może stanowić zagrożenie nie tylko dla nas, ale też innych osób, które można spotkać w wodzie.

O odpowiedzialności i bezpieczeństwie nad wodą zwłaszcza latem ma przypominać kampania Trzeźwo Myślę, zainicjowana przez Carlsberg Polska. W tym roku rusza jej czwarta edycja, która promuje odpowiedzialność – za siebie i innych – w kontekście podejścia do życia, jak i konsumpcji alkoholu.

Naukowcy opracowali rewolucyjne koszulki na bazie grafenu, obniżające temperaturę ciała. Technologia znajdzie też zastosowanie w kosmosie [DEPESZA]

Odzież wykonana z grafenu może pewnego dnia uczynić ludzi kuloodpornymi. Materiał ten ma zdolność do magazynowania nieskończonych ilości energii cieplnej, przewodzi prąd, odpycha bakterie i rozprasza nadmiar wilgoci w ciele. Naukowcy z Uniwersytetu w Manchesterze opracowali prototypowe ubranie wykonane z grafenu, które pozwala na pełną kontrolę promieniowania cieplnego. Wyniki badań naukowców nad właściwościami optycznymi tego materiału znajdą zastosowanie m.in. przy zarządzaniu temperaturą satelitów krążących wokół Ziemi.

Naukowcy z Narodowego Instytutu Grafenu z Uniwersytetu w Manchesterze stworzyli prototypowe inteligentne tkaniny, które mogą obniżyć temperaturę ciała. Ludzki organizm emituje energię w postaci fal elektromagnetycznych w spektrum podczerwieni. W cieplejszym klimacie promieniowanie podczerwone można wykorzystać tak, aby obniżyć temperaturę ciała, za pomocą tkanin przezroczystych w podczerwieni. Z kolei osłony blokujące podczerwień pozwalają zminimalizować straty energii z ciała.

– Zdolność kontrolowania promieniowania cieplnego jest kluczową koniecznością w kilku krytycznych zastosowaniach, takich jak zarządzanie ciepłotą ciała w warunkach zwiększonej temperatury. Koce termiczne są powszechnym przykładem stosowanym do tego celu. Jednak utrzymanie tych funkcji w miarę nagrzewania się lub stygnięcia otoczenia było wyjątkowym wyzwaniem – tłumaczy kierujący badaniami prof. Coskun Kocabas z Narodowego Instytutu Grafenu na Uniwersytecie w Manchesterze.

Technologia wykorzystuje warstwy grafenu do kontroli promieniowania cieplnego z powierzchni tekstylnych. Naukowcom z Manchesteru udało się elektrycznie dostroić emisyjność w podczerwieni, czyli zdolność do emitowania energii, warstw grafenu zintegrowanych z tekstyliami. Wykorzystali tę technologię w koszulce, która pozwoliła użytkownikowi wyświetlać zakodowane wiadomości, odczytywane tylko przez kamery na podczerwień. Jak jednak przekonują naukowcy, zastosowanie technologii jest znacznie szersze.

– Udana demonstracja modulacji właściwości optycznych na różnych materiałach pozwoli wykorzystać wszechstronne zastosowanie struktur włóknistych i umożliwić wykorzystanie nowych technologii działających w podczerwieni i innych obszarach spektrum elektromagnetycznego do szerokiego wachlarza zastosowań, w tym wyświetlaczy tekstylnych, komunikacji, adaptacyjnych kombinezonów kosmicznych i mody – wymienia prof. Kocabas.

O właściwościach grafenu mówi się już od dawna, także w kontekście przemysłu odzieżowego. W  Korei Południowej stworzono odzież z grafenu, która działa jak czujnik gazu. Opracowano już także kurtki narciarskie, które pozwalają zachować odpowiednią temperaturę użytkownikowi. Materiał ten jest też ognio- i wodoodporny. Teoretycznie odzież grafenowa może pewnego dnia uczynić ludzi kuloodpornymi, a materiał ma zdolność do magazynowania nieskończonych ilości energii cieplnej. Przewodzi również prąd, odpycha bakterie, rozprasza nadmiar wilgoci w ciele. Możliwości jego zastosowania jest nieskończenie wiele.

– Nasze badania pokazują możliwość przekształcenia wyjątkowych właściwości optycznych grafenu w nowatorskie technologie wspomagające. Wykazanych możliwości nie można osiągnąć w przypadku konwencjonalnych materiałów – przekonuje badacz z Narodowego Instytutu Grafenu.

Kontrola promieniowania cieplnego grafenu może znaleźć zastosowanie m.in. w kosmosie. Nie tylko przy tworzeniu skafandrów dla kosmonautów, lecz także do regulacji temperatury satelitów.

–  Kolejnym wyzwaniem w tym obszarze badań jest potrzeba dynamicznego zarządzania temperaturą satelitów krążących wokół Ziemi. Satelity na orbicie doświadczają przekroczenia temperatury, gdy są zwrócone w stronę Słońca, i zamarzają w cieniu Ziemi. Nasza technologia umożliwi dynamiczne zarządzanie temperaturą satelitów poprzez kontrolowanie promieniowania cieplnego i regulację temperatury satelity na żądanie – wyjaśnia prof. Coskun Kocabas.

Fundusze MCI i Grupa Eurocash sfinalizowały sprzedaż Frisco S.A.. Finalna wartość transakcji wyniosła 132,5 mln zł

Grupa Eurocash była strategicznym akcjonariuszem Frisco od 2014 r., z udziałami na poziomie 44% akcji. W grudniu 2019 r. Spółka zdecydowała się na zwiększenie zaangażowania we Frisco i nabycie 56% akcji od funduszy MCI. Finalna wartość transakcji wyniosła 132,5 mln zł.

– Frisco.pl należy obecnie do liderów polskiego rynku e-grocery. Dzięki przejęciu Frisco S.A. nasza Grupa zyska wiedzę i szerokie doświadczenie w sprzedaży internetowej, co pozwoli nam na dalszy rozwój tego obszaru dla naszych klientów, właścicieli niezależnych sklepów detalicznych – mówi Jacek Owczarek, członek zarządu Grupy Eurocash. Ta inwestycja to kolejny element realizacji naszej strategii wspierania niezależnego handlu w Polsce.

Frisco.pl jest liderem warszawskiego rynku e-grocery, to jeden z największych i najdłużej działających supermarketów online.

Transakcja nabycia Frisco S.A. została sfinansowana z kredytu udzielonego przez Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju („EBOiR”) w kwocie stanowiącej w złotych ekwiwalent 50 mln euro. Środki te, poza nabyciem Frisco SA, zostaną wykorzystane również na zarządzanie kapitałem obrotowym w bieżącej działalności operacyjnej Grupy.

Ponadto, w ramach zmian w strukturze finansowania Grupy, w dniu 19 czerwca b.r. Eurocash zawarł umowę o 3-letni kredyt rewolwingowy na łączną kwotę 600 mln zł. Zawarta umowa pozwoli na refinansowanie obecnego zadłużenia z tytułu umowy kredytu zawartej w dniu 14 września 2015 r., której termin spłaty upływa w dniu 14 września 2020 r. Nowe umowy kredytowe przyczynią się do wzrostu bezpieczeństwa finansowania Grupy w długim okresie.

Ponad 14 mld zł wydatkował ZUS na wsparcie dla przedsiębiorców

Ponad 3,7 mln wniosków o różne formy wsparcia w związku z epidemią COVID-19 wpłynęło do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych od 1 kwietnia. Łączna kwota umorzenia składek wyniosła ponad 11 mld zł, natomiast świadczenia postojowe wypłacono już w kwocie ponad 3 mld zł – poinformował Krzysztof Jędrzejewski, dyrektor II oddziału ZUS w Łodzi podczas kolejnego webinarium z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”.

Jeszcze do 30 czerwca można składać wnioski o zwolnienie z obowiązku opłacania składek (na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Fundusz Emerytur Pomostowych). Zwolnienie obejmuje trzy miesiące: od marca do maja 2020 r.

Z pełnego zwolnienia mogą skorzystać małe firmy, ubezpieczające od 1 do 9 ubezpieczonych, jeśli przychód z działalności w pierwszym miesiącu, za który jest składany wniosek, nie przekracza kwoty 15681 zł, tj. 300 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia brutto za 2020 r. lub jeśli przychód przekracza 3-krotność średniego wynagrodzenia (15681 zł)ale dochód z tej działalności nie był wyższy niż 7000 zł mogą skorzystać ze zwolnienia z opłacania składek, ale w tym przypadku tylko za kwiecień i maj. W przypadku płatników opłacających składki na własne ubezpieczenia oraz osób duchownych zwolnienie dotyczy składek obliczonych od najniższej podstawy ich wymiaru.

Na całkowite umorzenie mogą też liczyć duchowni i spółdzielnie socjalne zgłoszone przed dniem 1 kwietnia 2020 r. jako płatnik składek w ZUS.
Natomiast przedsiębiorstwa zatrudniające od 10 do 49 osób mogą ubiegać się o 50 proc. umorzenia kwoty składek wykazanej w deklaracjach rozliczeniowych.
Wszyscy płatnicy występujący o zwolnienie z opłacania składek nie mogli znajdować się w trudnej sytuacji finansowej w grudniu 2019 r.

Do uzyskania zwolnienia niezbędne jest przesłanie do ZUS deklaracji rozliczeniowych i imiennych raportów miesięcznych należnych za marzec, kwiecień i maj 2020 r. Wnioski o umorzenie całości lub połowy składek od 24 czerwca 2020 r. można złożyć elektronicznie przez PUE ZUS lub za pośrednictwem strony gov.pl.

Co bardzo ważne, przedsiębiorcy, jak i pracujące dla nich osoby, zachowają prawo do świadczeń zdrowotnych i z ubezpieczeń społecznych za okres zwolnienia ze składek. Przedsiębiorca zachowuje prawo do świadczeń, jeśli podlegał ubezpieczeniu chorobowemu na dzień 1.02.2020 r.

Dla wszystkich osób prowadzących działalność gospodarczą i płacących składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne (bez znaczenia jest wielkość firmy i data rozpoczęcia działalności) dostępne są ulgi w opłacaniu składek za okres od 1 stycznia 2020 r. bez tzw. opłaty prolongacyjnej. Są to: odroczenie terminu płatności lub rozłożenie ich na raty. Jeśli płatnik złoży wniosek przed terminem płatności składek, nie będzie płacił odsetek za zwłokę, natomiast po terminie – ZUS naliczy odsetki za zwłokę na dzień złożenia wniosku.

Kolejna ulga dla osób mających przejściowe trudności z terminowym opłaceniem składek z powodu epidemii – to odstąpienie od pobierania odsetek za zwłokę dla należności za okres od stycznia 2020 r. To rozwiązanie jest możliwe, gdy składki już zostały opłacone, ale po ustawowym terminie płatności.
Przedsiębiorca może też wnioskować o zawieszenie umowy o rozłożenie zadłużenia na raty lub umowy o odroczeniu terminu płatności na 3 miesiące, jeśli je wcześniej zawarł z ZUS-em. Dzięki temu zapłata rat lub należności, których termin płatności został odroczony, zostanie odroczona, wyznaczona na termin późniejszy bez przeliczenia odsetek za zwłokę. Przeliczeniu podlega jedynie opłata prolongacyjna. Zawieszenie realizacji umowy powoduje wydłużenie jej obowiązywania o 3 miesiące.

ZUS realizuje też wypłatę świadczenia postojowego dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz będących na umowach cywilnoprawnych. Co do zasady wynosi ono 2080 zł (80 proc. minimalnego wynagrodzenia) i jest nieoskładkowane oraz nieopodatkowane.

Do jego uzyskania uprawnieni są przedsiębiorcy, których przychód w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku spadł o co najmniej 15 proc. w stosunku do miesiąca poprzedniego, a ich firma działała przed 1 kwietnia 2020 r. Postojowe przysługuje także tym, którzy zawiesili działalność po 31 stycznia. Osoby prowadzące działalność, które rozliczają się w formie karty podatkowej, korzystają ze zwolnienia z podatku VAT, otrzymają świadczenie postojowe w wysokości 1300 zł.

Zatrudnieni na umowy zlecenia, agencyjne, o dzieło, których suma przychodów z tych umów w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku, wynosi do 1299,99 zł (mniej niż 50 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2020 r.), otrzymają „postojowe” równe sumie wynagrodzeń z tych umów (zawartych przed 1 kwietnia br.). Jednak tylko wówczas, gdy ich przychód w poprzednim miesiącu nie przekraczał 300 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału.

Dyrektor Krzysztof Jędrzejewski poinformował też, że weszły w życie przepisy wprowadzające tzw. dodatek solidarnościowy. Mogą z niego skorzystać osoby, które po 15 marca 2020 r., w następstwie COVID-19 straciły pracę lub ich umowa wygasła. Dodatek wynosi 1400 zł i przysługuje od 1 czerwca, maksymalnie przez 3 miesiące. „Wnioski należy składać wyłącznie elektronicznie przez platformę PUE ZUS do 31 sierpnia 2020 r. Wniosek składa się tylko raz” – powiedział Jędrzejewski „Przez dwa dni przyjmowania wniosków wpłynęło ich w skali całego kraju ponad 18 tys.” – uzupełnił.

Nvidia z najwyższą rekomendacją na Wall Street. Alphabet i Facebook mogą być silniejsze

Poziom ceny docelowej dla spółki Nvidia został podniesiony przez Susquehanna Financial Group do najwyższego poziomu na Wall Street z 420 do 450 USD za akcję. Rekomendujący zaznaczył, że do takiego optymizmu skłania go integracja po przejęciu spółki Mellanox. Zdaniem SFG w długim terminie kapitalizacja rynkowa Nvidii może zwiększyć się o 20-30 miliardów dolarów. Aktywa Mellanox mogą rosnąć w tempie dwucyfrowym w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w wycenie spółki. Cena akcji NVDA od marcowego minimum wzrosła o około 90 proc.

Tymczasem docelowa cena dla akcji spółki Activision Blizzard została podniesiona do 83 USD z 80 USD przez firmę KeyBanc Capital Markets. Jest to odzwierciedlone przez bardziej pozytywne nastawienie do wydawców gier wideo przed wydaniem nowych konsol pod koniec tego roku. Wraz z wydaniem nowych konsol oczekuje się, że przestrzeń do wzrostów będzie większa, niż przewidują to obecne szacunki. Activision Blizzard ma potencjał do rozwoju w perspektywie wielu lat, biorąc pod uwagę zarówno zapotrzebowanie na nowe konsole, jak i na nowy gry. Nowy poziom ceny docelowej może implikować wzrost o około 10 proc. od ostatniej ceny zamknięcia. Spółka ma 30 rekomendacji kupna, 5 trzymaj i 1 sprzedaj.

Firma Baird podniosła dziś poziomy dla cen akcji odpowiednio spółki matki Google, jak i dla Facebooka ze względu na stopniowe ożywienie na rynku reklamy internetowej. Cena akcji Alphabet została podniesiona z 1500 do 1650 USD. Z kolei dla Facebooka nowy poziom docelowy wzrósł z 240 do 300 USD. Baird zauważa, że trendy na rynku reklamy cyfrowej powracają, a giganci w tym segmencie mogą korzystać z większego zaangażowania użytkowników. Firma podkreśla, że choć wciąż daleko do niesamowitych i historycznych poziomów wzrostu w handlu elektronicznym, to rynek reklamy cyfrowej prawdopodobnie wydaje się silniejszy w obecnym otoczeniu.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Odbudowa branży turystycznej – bon nie wystarczy

Branża turystyczna jest w sytuacji złej, a firmy zajmujące się spotkaniami biznesowymi, transportem oraz nastawione na klientów zagranicznych w bardzo złej – takie są wnioski webinarium „Przemysł Spotkań i Turystyka. Rzeczywistość, Strategia Odbudowy i Komunikacja” zorganizowanego przez Pracodawców RP oraz Stowarzyszenie Organizatorów Incentive Travel SOIT. Uczestnicząca w nim Olga Semeniuk, podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, przyjęła szereg uwag branży i zadeklarowała udział w następnym spotkaniu 2 lipca.

Przedstawiciele firm już na samym początku webinarium zwrócili uwagę, że branża turystyczna nie jest jednorodna, a fakt ten często umyka w debacie publicznej. W zależności od rodzaju działalności szkody wyrządzone przez lockdown gospodarki i kryzys są dotkliwe lub nawet katastrofalne. Hotele i firmy związane z indywidualnym klientem krajowym powoli ruszają z miejsca. Zdaniem Łukasza Adamowicza, wiceprezesa Stowarzyszenia Organizatorów Incentive Travel (SOIT) firmy związane z obsługą klienta biznesowego, transportem oraz organizatorzy pracujący z klientem zagranicznym stoją całkowicie. „Sytuacja robi się dramatyczna dla najmniejszych, często jednoosobowych podmiotów, którym za 6 dni kończy się jakakolwiek pomoc. Widmo 6-9 miesięcznej luki przychodowej powoduje uzasadnione obawy o płynność wśród przedsiębiorców z sektora MŚP” – powiedział Adamowicz.

Minister Olga Semeniuk podkreśliła dotychczasową pomoc rządową dla sektora turystycznego czyli tarczę finansową i bon turystyczny. Resort chce monitorować sytuację przez wakacje i potem podejmować dalsze decyzje. Według przedstawicieli branży czas wakacji może być jednak właśnie tym okresem, w którym wiele firm zakończy działalność. Dlatego potrzebna jest szybka, krótkoterminowa pomoc w postaci pomocy płynnościowej, dłuższego postojowego dla przewodników pilotów i innych osób działających jednoosobowo w sektorze oraz zmniejszenia kosztów pracy. „Inaczej fala zwolnień i upadłości we wrześniu będzie mieć ogromną skalę” – ostrzegał Adamowicz. „Średnioterminowo potrzebujemy pakietu stymulującego polską branżę spotkań. Zawiera on obniżenie VAT na organizację konferencji do 8 proc., możliwość uwzględnienia organizacji spotkań w kosztach uzyskania przychodu, możliwość wykorzystania środków zgromadzonych na Funduszu Socjalnym na organizację spotkań pracowniczych” – wyliczał Łukasz Adamowicz.

Sytuacja w hotelach nie jest wiele lepsza. Marcin Mączyński, Sekretarz Generalny w Izbie Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego (IGHP) przedstawił wyniki ankiety. Wynika z niej, że do Bożego Ciała hotele średnio zanotowały 10 proc. obłożenia przy 20 proc. obiektów nadal pozostających zamkniętymi. W długi weekend tylko 11 proc. obiektów zanotowało ponad 40 proc. obłożenia. 87 proc. hoteli biorących udział w ankiecie deklaruje trudność w utrzymaniu płynności finansowej.

Wiceminister Rozwoju Olga Semeniuk przyjęła te uwagi dostrzegając problem przemysłu spotkań, w tym MICE. Potwierdziła chęć uczestnictwa w następnym spotkaniu wyznaczonym na 2 lipca. Konieczność przeprowadzenia kolejnych debat podkreślił Arkadiusz Pączka, dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji Pracodawców RP. „Najwyraźniej strona branżowa oraz rządowa dysponują rozbieżnymi danymi. Dlatego cykliczny dialog jest niezbędny” – powiedział.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Auchan 2022- nowa strategia sieci. Oczekiwania klientów w centrum planów w post-pandemicznej rzeczywistości

Nowe przyzwyczajenia i oczekiwania, które pojawiły się przed kryzysem jeszcze bardziej wzmocniły się podczas pandemii. Klienci wybrali przede wszystkim multi-format, cyfrowe zakupy on-line, z dostawą do domu lub z odbiorem typu drive. Oprócz handlu w sklepach stacjonarnych (hipermarket, supermarket) działalność cyfrowa zajęła znaczące miejsce w działalności firmy.

Widzimy potrzebę rozwoju firmy, w odpowiedzi na nowe trendy i  zmieniające się oczekiwania konsumentów, a także  szerokie zmiany o charakterze gospodarczym, technologicznym oraz społecznym. Wiele z tych zmian obserwowaliśmy już wcześniej, natomiast część z nich pojawiła się, lub została wzmocniona, w efekcie kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa, i do nich również odnoszą się założenia naszej transformacji – mówi Gérard Gallet, dyrektor generalny Auchan Retail Polska. Mowa tu głównie o wzroście znaczenia sfery digital w naszym życiu, nowych nawykach zakupowych, rozkwicie usług e-commerce, czy też trendzie preferowania produktów lokalnych, a także okazywaniu solidarności w ramach lokalnych eko-systemów. Wszystkie te zmiany wpisują się w przyjęte przez nas założenia i planowane działania. Chcemy coraz szybciej odpowiadać na nowe potrzeby klientów, być siecią z gruntu nowoczesną, oferującą nowe ścieżki zakupowe i budującą nowe relacje.

Nowe nawyki klientów będą kontynuowane po kryzysie i będą wymagać od Auchan kontynuacji prac transformacyjnych zapoczątkowanych przed kryzysem.  Auchan chce realnie poprawiać jakość życia mieszkańców promując to, co dobre, zdrowe i lokalne, utrzymując przy tym pozycję najtańszej sieci handlowej w Polsce. Auchan.. i życie się zmienia!

“Kryzys podkreślił wielką zdolność Auchan Retail Polska do adaptacji i innowacji, ujawniając potencjał zwinności, który będzie jednym z największych osiągnięć po wyjściu z kryzysu. Aby poradzić sobie z nowymi oczekiwaniami klientów, zespoły wykazały dużą wszechstronność, przełamując bariery między zawodami. Dzielenie się doświadczeniami i wzajemna pomoc między pracownikami różnych zawodów wzbogaciła umiejętności wszystkich. Różnorodność zadań i różnorodność postaw prowadzą więc do rozszerzenia kompetencji naszych współpracowników.          

Z satysfakcją mogę stwierdzić, że w tym trudnym okresie dobrze poradziliśmy sobie z wypełnieniem naszej społecznej misji, jako przedsiębiorstwo użyteczności publicznej. Nie byłoby to możliwe gdyby nie otwartość na nowe potrzeby i oczekiwania, zarówno naszych klientów, jaki i pracowników – dodaje Gérard Gallet.

Nowe ścieżki zakupowe – wykorzystanie doświadczeń z okresu pandemii

Okres pandemii zmienił kryteria doboru formy zakupów wśród konsumentów – miały być one przede wszystkim bezpieczne. Zaowocowało to większym zainteresowaniem możliwością dokonywania zakupów przez internet. Auchan nadal będzie rozwijać tę ścieżkę zakupową, czyli możliwość zakupów online, z dostawą do domu, czy z odbiorem typu drive.

Równocześnie doskonale sprawdził się w nowych warunkach format sklepów fizycznych, zwłaszcza hipermarketów, który pozwalał na zapewnienie szerokiego wyboru produktów żywnościowych i przemysłowych, przy utrzymaniu niskich cen i oferowaniu bezpiecznych warunków zakupowych dzięki dużej powierzchni sklepów i wdrożeniu rygorystycznych procedur reżimu sanitarnego dla pracowników oraz klientów.

Zgodnie z nową strategią oferowany będzie jeszcze szerszy wybór ścieżek zakupowych, które najlepiej odpowiadać będą na nowe potrzeby klientów, w zależności od jego koszyka zakupowego oraz czasu, jakim dysponuje.

Transformacja w ramach projektu Auchan 2022 oparta jest na dwóch filarach:

  1. Pierwszy z nich zakłada budowę odpowiedzialnej, uczciwej i wyjątkowej oferty Auchan będzie współpracować ze starannie wybranymi dostawcami, zwłaszcza lokalnymi, skróci łańcuch dostaw oraz przedstawi klientom unikatową ofertę dopasowaną do różnorodnych smaków, potrzeb i oczekiwań konsumentów. Auchan Retail Polska będzie wprowadzać rygorystyczną specyfikację dotyczącą lokalnych produktów i będzie w sposób trwały współpracować z polskimi producentami, rolnikami i hodowcami odbierając od nich określone wolumeny. Celem jest zwiększenie obrotów ze sprzedaży lokalnych polskich produktów. Identyfikowalność produktu zostanie wzmocniona.
  2. Drugi filar to tworzenie nowych relacji i doświadczeń w celu poprawy jakości życia polskich mieszkańców. Wielopłaszczyznowa współpraca Auchan z lokalnymi społecznościami, dalsze budowanie relacji i zaufania wśród mieszkańców bazować będzie na wspólnocie doświadczeń. Sklepy sieci staną się platformą ich wymiany  to w nich realizowane będą różnorodne projekty, m.in. z udziałem okolicznych mieszkańców i lokalnych producentów żywności.

Wspólny mianownik działań podejmowanych przez Auchan Retail Polska stanowić będzie:

– Zaangażowanie firmy na rzecz Planety poprzez walkę z marnotrawieniem żywności i ograniczeniem zużycia plastiku. Współpraca z Federacją Polskich Banków Żywności, specjalne strefy “niemarnowania żywności” w każdym sklepie oraz praca nad opakowaniami produktów marki własnej to główne osie strategii do 2022 roku.

– Auchan chce również kontrolować swój ślad węglowy poprzez wprowadzenie do roku 2022 metody jego obliczania i systematycznej pracy nad jego zmniejszaniem poprzez wprowadzenie nowoczesnych technologii w swoich sklepach.

W trosce o siłę nabywczą polskiego konsumenta

Globalna strategia firmy będzie wdrażana na polskim rynku przy kluczowym założeniu utrzymania niskich cen dla klientów Auchan Retail Polska. Sytuacja finansowa spółki, będąca konsekwencją kryzysu Covid-19, doprowadzi do decyzji mających na celu ponowne skoncentrowanie się na priorytetach strategicznych przedsiębiorstwa i odzyskanie rentowności niezbędnej do wsparcia transformacji. W tym celu firma prowadzi politykę, której celem jest zapewnienie jej swobody finansowej niezbędnej do realizacji planowanych inwestycji i innowacji, np. w dziedzinie nowych technologii oraz społecznej odpowiedzialności biznesu. Firma wdraża już nową strategię inwestycyjną, zgodnie z którą  priorytetem sieci jest odpowiadanie na oczekiwania konsumentów i skupienie się na wypracowaniu trwałej rentowności. Zaplanowane działania mają na celu  przywrócenie równowagi finansowej i znaczącą zmianę w tym zakresie do 2022 r., przy docelowym wskaźniku EBITDA na poziomie 6%.