Polska ma coraz lepszą cyfrową administrację. E-recepta strzałem w dziesiątkę

Poziom rozwoju cyfrowej administracji w państwie to ważny wskaźnik cywilizacyjny. Jest on mierzony na kilka sposobów – między innymi przez Organizację Narodów Zjednoczonych. W ubiegłym roku w zestawieniu United Nations E-governments Development Index Polska zajęła 24 miejsce. Oznacza to, że nasz kraj awansował o aż 9 pozycji w porównaniu z rokiem poprzednim. Dane użyte do zestawienia ONZ zebrane zostały jeszcze przed pandemią i dotyczą dostępu obywateli do usług telekomunikacyjnych oraz poziomu rozwoju narzędzi cyfrowych w administracji państw. Polska w każdym z tych obszarów notuje dobre wyniki – zarówno na poziomie światowym, jak i europejskim. Tutaj warto wspomnieć o tym, na ile Polacy z tej administracji korzystają – szczególnie w ubiegłym roku, kiedy to dostęp do urzędów na normalnych zasadach był w zasadzie niemożliwy. Przywołać można więc dane Ministerstwa Cyfryzacji – zgodnie z którymi w ubiegłym, 2020 roku, ponad 4 miliony osób założyło profil zaufany. Stanowi to niemal połowę wszystkich profili zaufanych, jakie obecnie są w użytku. Około połowy nowo nazwanych dzieci zostało zarejestrowanych drogą elektroniczną. Widać więc, że wykorzystanie cyfrowych usług administracyjnych rośnie.

– Największy postęp zanotowaliśmy w filarze dostępu do infrastruktury telekomunikacyjnej. Oprócz tego zestawienia, stworzonego dla krajów całego świata, warto przyjrzeć się corocznemu rankingowi DESI (Digital Economy Society Index), stworzonemu przez Komisję Europejską. W obszarze usług i administracji Polska zajmuje 20 miejsce – co również jest awansem w porównaniu z 2019 rokiem, kiedy było to miejsce 23, i 2018, który przyniósł nam 25 miejsce – powiedział serwisowi e-Newsroom Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej w PIE. – Od tego stopniowego przesuwania się na tle innych krajów ważniejsze jest jednak to, że cały czas poprawiamy dystans zarówno do średniej unijnej, jak i do krajów liderów. Jednak z usług wprowadzonych w Polsce tuż przez wybuchem epidemii okazała się strzałem w dziesiątkę. Mowa o e-recepcie, która pomogła Polakom w zakupie leków – gdy każdorazowa wizyta u lekarza wiązała się z dużą obawą zarażenia się. E-recepta okazała się rozwiązaniem bardzo dobrze trafiającym w swój czas. To pokazuje, jak cyfrowa administracja jest potrzebna. Szczególnie w kryzysowych sytuacjach, z jaką mamy cały czas do czynienia – wskazuje Święcicki.

Ostatnie dni konsultacji Krajowego Planu Odbudowy. Duże miasta walczą o większy dostęp do unijnych środków

Największe polskie miasta i ich obszary metropolitalne zostały potraktowane jak beneficjenci drugiej kategorii – to stanowisko prezydentów miast zrzeszonych w Unii Metropolii Polskich dotyczące rządowego Krajowego Planu Odbudowy. W toku trwających konsultacji postulują włączenie dużych miast do różnych obszarów projektów, z których zostały one wyłączone, m.in. dotyczących transportu szynowego czy ochrony środowiska. Konsultacje dokumentu potrwają do 2 kwietnia.

Krajowy Plan Odbudowy jest dokumentem, który w dużej mierze opiera się na wsparciu za pośrednictwem organów centralnych. W naszej ocenie efektywniejsze i dużo skuteczniejsze będzie działanie poprzez samorządy i o takie rozwiązania będziemy zabiegać – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Kamiński, dyrektor Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta Urzędu Miasta Poznania. – Konsultacje jeszcze trwają, ale składamy stosowne postulaty poprzez Unię Metropolii Polskich, jako samorząd oraz za pośrednictwem innych podmiotów, które z nami współpracują i są w te działania zaangażowane.

Krajowy Plan Odbudowy opracowany przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej to dokument, który ma być podstawą do wydatkowania przyznanych Polsce funduszy pomocowych Unii Europejskiej w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności. W tej chwili trwają jego konsultacje społeczne. Prezydenci miast Unii Metropolii Polskich ocenili go krytycznie, argumentując, że nie uwzględnia on w wystarczającym stopniu potrzeb największych miast Polski oraz ich obszarów metropolitalnych. Stwierdzili także, że pominięcie największych polskich miast w dostępie do środków finansowych UE na niskoemisyjny transport czy zielone i niebieskie inwestycje może spowodować, że wykorzystanie funduszy i zrealizowanie celów UE będzie niemożliwe.

– Zaskakujące jest to, że wsparcie jest skoncentrowane bardziej na podmiotach małych lub średnich. Oczywiście mamy świadomość potrzeb, jakie występują w małych samorządach, i konieczność finansowania zadań, które są w małych i średnich miastach, a także na wsiach, ale duże miasta wojewódzkie są motorem napędowym lokalnych gospodarek. Pominięcie ich w niektórych obszarach KPO stanowi bardzo duży problem i będziemy próbowali nadal dyskutować ze stroną rządową, aby te relacje odwrócić – zapowiada Grzegorz Kamiński.

Jak podkreśla, dyskryminujące dla dużych miast są m.in. zapisy dotyczące komunikacji i transportu. Zakładają one wsparcie tylko dla inwestycji w obszarze komunikacji autobusowej, opartej na wodorze czy pojazdach elektrycznych, ale zupełnie pomijają transport szynowy.

Duże miasta miałyby zrezygnować z tramwajów na rzecz autobusów? Nie ukrywam, że ja sobie tego nie wyobrażam – kwituje ekspert z Urzędu Miasta Poznania.

Zaznacza, że poza transportem w dużych metropoliach jest wiele innych obszarów, które wymagają wsparcia. Należy do nich np. ochrona jakości powietrza. W tej kwestii potrzebna jest pomoc finansowa zarówno dla mieszkańców na wymianę źródeł ciepła, jak i dla miast na budowę sieci ciepłownictwa miejskiego oraz tworzenie obszarów zielonych.

– Emisja z transportu, ograniczenie emisji pyłów z tzw. kopciuchów może wpłynąć na poprawę jakości życia mieszkańców, ale także na atrakcyjność inwestycyjną miasta – wyjaśnia dyrektor Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta w poznańskim urzędzie. Kolejny obszar to wsparcie dla przedsiębiorców. Jeżeli KPO ma być planem popandemicznym, to powinniśmy w dużej mierze wspierać lokalną gospodarkę. Z pewnością wzrośnie bezrobocie, szczególnie w tych branżach, które są najbardziej dotknięte przez lockdown i pandemię, zatem należy stworzyć ofertę pomocową dla przedsiębiorców i mieszkańców, np. instrumenty wsparcia w zakresie najmu lokali lub zachęty do tworzenia nowych firm – wymienia.

Poznań liczy również na dofinansowanie nowoczesnych rozwiązań w edukację zdalną i kolejne e-usługi dla mieszkańców.

To wszystko może dać mieszkańcom i przedsiębiorcom z dużych ośrodków szansę na szybszy wzrost po pandemii – podkreśla Grzegorz Kamiński. – Każde środki finansowe, które będą wydane w Wielkopolsce, będą pieniędzmi dobrze zainwestowanymi. Od wielu lat widzimy, że rządowe finansowanie koncentruje się na regionach wschodnich. Oczywiście mamy świadomość potrzeb w tych regionach, ale niestety w ten sposób tworzymy potencjał inwestycyjny na Wschodzie, tracąc ten, który jest na Zachodzie. Mimo tego, że regiony zachodnie nadal dynamicznie się rozwijają, moglibyśmy osiągnąć więcej, rozwijać się jeszcze szybciej, tworzyć jeszcze lepszą przestrzeń i dawać szansę do bogacenia się mieszkańców i przedsiębiorców.

Krajowy Plan Odbudowy powstał w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej we współpracy z resortami odpowiedzialnymi za poszczególne obszary. 26 lutego rozpoczęły się konsultacje społeczne projektu, a od kilku dni równolegle trwają również wysłuchania KPO. Zakończą się one 2 kwietnia, a do 30 kwietnia KPO trafi do Komisji Europejskiej, która będzie mieć dwa miesiące na jego zaakceptowanie. Dokument będzie podstawą do skorzystania z Funduszu Odbudowy, w ramach którego Polska otrzyma 58 mld zł w postaci dotacji i pożyczek.

Artyści wciąż w trudnej sytuacji finansowej. Wiele grup zawodowych w teatrach straciło ponad połowę swoich zarobków

70 proc. artystek i artystów teatralnych ocenia swoją sytuację zawodową jako złą, w tym ok. 30 proc. wskazuje, że jest bardzo zła. Mimo że aż 74 proc. pracuje online, zdecydowanej większości towarzyszy niepokój związany z pandemią. To wnioski z badania wykonanego na zlecenie Instytutu Teatralnego. Spadek zarobków deklarowali przedstawiciele każdej z badanych grup artystów, ale w niektórych przypadkach skala jest alarmująca. Przykładowo aktorzy scen muzycznych zadeklarowali spadek zarobków o 77 proc. w porównaniu do poziomu sprzed pandemii, ze średniej miesięcznej ok. 6836 brutto do zaledwie ok. 1553 zł brutto.

Kilka dni przed Międzynarodowym Dniem Teatru, który przypada 27 marca, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego opublikował raport z badania przeprowadzonego  przez Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS na temat sytuacji zawodowej i społeczno-ekonomicznej artystek i artystów teatru w dobie pandemii. Wyniki nie napawają optymizmem.

Sytuacja materialna artystek i artystów teatralnych w znacznym stopniu pogorszyła się przez pandemię: aż 92 proc. osób uznało, że ograniczenie działalności teatrów wpłynęło na poziom ich zarobków, a u 80 proc. osób zmieniła się sytuacja zawodowa, w zasadzie zawsze na gorsze. Tylko 26 proc. respondentów pracowało w takim samym wymiarze czasu jak przed zamrożeniem gospodarki.

Sytuacja zawodowa artystów była dość trudna już przez pandemią. Część z nich żyła na skraju ubóstwa. Od ponad roku po wybuchu pandemii dochody artystów, którzy w większości pracują na tzw. umowach śmieciowych, są bardzo niestabilne i niepewne. W większości przypadków, chociażby wśród artystów teatru, praca stała się po prostu niemożliwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Emilia Cholewicka, artystka, tancerka i doktorantka Centrum Badań nad Gospodarką Kreatywną Uniwersytetu SWPS.

Ponad 32 proc. respondentów przyznaje, że korzysta ze wsparcia finansowego ze strony bliskich. Podobny odsetek twierdzi, że nie ma żadnych oszczędności, tyle samo – że ma ich najwyżej na trzy miesiące. Tylko niespełna co czwarta osoba (24 proc.) ma oszczędności wystarczające na przeżycie dłużej niż trzy miesiące.

Choć w teatrach mogą się odbywać próby oraz praca na sali i po wejściu do większości teatrów wydaje się, że życie płynie normalnie, to nikt nie wychodzi na scenę. To ma ogromne znaczenie, bo umowy o dzieło, zlecenia i niestabilna praca dają znać o sobie w momencie, kiedy artysta nie może wykonać dzieła. Jeśli nie zagra przedstawienia, to wynagrodzenie nie zostaje mu wypłacone – tłumaczy Emilia Cholewicka.

Jak podkreśla, pomoc oferowana przez rząd w formie zapomogi dla artystów z resortu kultury to 1,8 tys. zł, czyli jest to kwota, za którą chociażby w Warszawie przeżycie jest praktycznie niemożliwe.

Część artystek i artystów teatralnych pracuje na etacie i wydawałoby się, że są chronieni przed utratą dochodów, ale system płac przewiduje bardzo małe wynagrodzenie podstawowe, a de facto zarabia się poprzez granie przedstawień. Kiedy nie wychodzi się na scenę, to pozostaje niewielkie wynagrodzenie. Tylko część teatrów, tak jak chociażby Opera Narodowa, która ma swoje stałe zespoły, zmieniły ten system płac i podstawa jest wyższa – mówi ekspertka Uniwersytetu SWPS.

74 proc. respondentów badania zadeklarowało, że podjęło się pracy artystycznej online. Wśród badanych grup zawodowych deklarację pracy artystycznej online złożyli wszyscy dramaturdzy i kierownicy literaccy, ale już tylko połowa scenografów. Emilia Cholewicka zwraca jednak uwagę, że w badaniu nie zostały uwzględnione osoby zajmujące się techniczną stroną przedstawień, ale ich również dotknęły obniżki dochodów.

W gronie artystów teatralnych aż 94 proc. ocenia, że ich zarobki znacznie spadły w stosunku do tego, jaka była ich sytuacja przed pandemią. 74 proc. z nich mówi o znacznie skróconym czasie pracy i wykonywania zawodu. Najbardziej dotkniętą grupą są artyści scen muzycznych, którzy utracili ok. 77 proc. zarobków. Scenografowie zadeklarowali spadek zarobków o 66 proc., reżyserzy teatralni – o 64 proc., a dramaturdzy o 61 proc..

Tylko 56 proc. uczestników badania zadeklarowało, że korzystało z różnych form wsparcia. 38 proc. sięgnęło po środki z MKiDN (38 proc.) oraz ogólnodostępnego wsparcia państwowego (tarcza antykryzysowa i świadczenia postojowe) – 33 proc.

– Mówimy tutaj zarówno o środkach z Funduszu Wsparcia Kultury, który miał na celu wsparcie konkretnych działań internetowych, ale również o systemie zapomóg, które nie są niczym nowym, bo od zawsze artysta nieposiadający pracy może aplikować o taką pomoc. Jest jednak pewien mankament – proces otrzymania takiej zapomogi trwa aż cztery miesiące – uściśla Emilia Cholewicka. – Kiedy jednak uniemożliwia się artyście wykonywanie jakiejkolwiek pracy, jest to suma, która nie pozwala na przeżycie.

Nieco mniej niż połowa artystek i artystów teatru nie korzystała z pomocy państwa czy z jakichkolwiek innych środków, np. z Unii Europejskiej. Trudności z uzyskaniem wsparcia najczęściej wynikały z braku informacji o możliwościach uzyskania pomocy (48 proc.) i z wyzwań administracyjnych (42 proc.). Ponad połowa badanych przyznała, że zabrakło im w programach rządowych pomocy finansowej, która pozwoliłaby im na przeżycie oraz na rozwój artystyczny.

Dr Leszek Borkowski: Najbardziej niepokojąca jest łatwość rozprzestrzeniania nowych mutacji wirusa. Problem mają również kraje z rewelacyjną służbą zdrowia

– Niepokoi nas łatwość, z jaką wirus przechodzi z jednej osoby na drugą, co jest efektem mutacji – mówi farmakolog, dr Leszek Borkowski. Brytyjska odmiana koronawirusa charakteryzuje się nie tylko większą zakażalnością, lecz także prowadzi do większej liczby hospitalizacji. A to z kolei jest powodem niewydolności służby zdrowia. Wczoraj resort zdrowia poinformował, że zajętych jest 75 proc. łóżek covidowych i respiratorów. Jak podkreśla rząd, to najtrudniejszy moment pandemii od 13 miesięcy. Problemy z wydolnością systemu mają także kraje, w których służba zdrowia jest oceniana dużo lepiej niż w Polsce.

Objawy COVID-19 teraz i rok temu są w sumie bardzo podobne. Na szczęście już umiemy je rozróżniać od grypy i chorób grypopodobnych. Natomiast niepokoi nas łatwość, z jaką ten wirus przechodzi z jednego człowieka na drugiego, czyli jego rozprzestrzenianie się. Jest to efekt mutacji i również pojawiają się pewne mutacje, które powodują, że w wyniku tego przeniesienia wirus jest bardziej zjadliwy, bardziej zaraźliwy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie. – Mówię tutaj o mutacji E484K, która powoduje, że wirus uodpornia się na blokowanie go przez przeciwciało znajdujące się w organizmie człowieka po kontakcie z białkiem wirusowym. Na szczęście nie jest to jeszcze bardzo powszechne, ale za to jest intensywnie obserwowane.

W czwartek Ministerstwo Zdrowia podało, że w ciągu ostatniej doby na COVID-19 zachorowało ponad 34 tys. osób, a zmarło 520. Specjaliści twierdzą, że jesteśmy w szczycie trzeciej fali koronawirusa i najtrudniejszym momencie od początku pandemii, dlatego od 27 marca rząd wprowadza dalsze obostrzenia: zamyka punkty usługowe, np. salony fryzjerskie i kosmetyczne, sklepy meblowe, żłobki i przedszkola, ogranicza liczbę osób w sklepach i kościołach.

Minister zdrowia Adam Niedzielski niedawno poinformował, że w Polsce mutacja brytyjska wypiera inne warianty wirusa. Jej udział w kolejnych badaniach genomu sięga już 80 proc. Jeszcze na początku marca było to 30 proc. Ta mutacja jest groźniejsza nie tylko z powodu wyższej zakaźności, ale i śmiertelności.

– Mutacja to jest błąd, jaki powstaje w przepisywaniu białka w czasie replikacji. Jeżeli takich mutacji mamy więcej, to mamy wariant, jeżeli ta zmiana się utrwala, to wtedy mamy nowy szczep wirusa. Na szczęście szczepu nie zarejestrowano, zarejestrowano kilka wariantów, mówię tutaj o wariancie brytyjskim, południowoafrykańskim, brazylijskim, szczególnie tym związanym z miastem Manaus, czy kalifornijskim – wylicza ekspert. – Limfocyty B, czyli limfocyty pamięci, uczą się, jak rozpoznawać białka wirusa w pewnym przedziale. Jeżeli białko wirusa zawiera fragment zmutowany, który wykracza poza tolerancję pamięci limfocytu B, to wtedy ochrona organizmu będzie zdecydowanie mniejsza. Cały czas mówimy o najgroźniejszym białku kolca, ono stanowi klucz do drzwi naszej komórki. Jeżeli mamy metodę zablokowania tego klucza, to wirus nie dostanie się do naszych komórek i nie zarazi nas.

Farmakolog podkreśla, że nie można przewidzieć, w jakim kierunku pójdą mutacje. Przypomina, że zarejestrowano już ponad 15 tys. mutacji, a z tej liczby naprawdę groźnych jest około pięciu. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaszczepienie jak największej liczby osób, tymczasem w Polsce zaszczepionych dwiema dawkami zostało niespełna 1,9 mln osób, a przynajmniej jedną dawkę (czyli do tej grupy wchodzą też zaszczepieni obiema dawkami) otrzymało ok. 3,5 mln Polaków. To nieco ponad 8 proc. społeczeństwa. Szczepionki chronią nie tylko przed konkretną formą wirusa, ale także przed innymi – poprzez ćwiczenie układu immunologicznego. W rezultacie nawet jeśli dojdzie do zachorowania, zakażona osoba przechodzi chorobę lżej i nie wymaga hospitalizacji czy respiratora.

– Zawsze na tysiąc zakażonych jest jakaś liczba osób, które wymagają hospitalizacji, a wśród nich jest zawsze jakiś ułamek procenta tych, którzy mają przebieg choroby bardzo ciężki i wymagają respiratora. Im więcej jest zachorowań, to tym więcej będzie hospitalizacji i potrzebnych miejsc z respiratorem – wyjaśnia dr n. farm. Leszek Borkowski.

Rząd przyznaje, że dochodzimy do granic wydolności służby zdrowia. Jesienią, w szczycie drugiej fali, obłożenie łóżek było rzędu 23 tys., teraz przekracza 27 tys. Zajętych jest ok. 75 proc. covidowych łóżek i respiratorów. Celem rządu jest zwiększenie bazy łóżek, ale większym problemem jest dostępność kadr medycznych. Najtrudniejsza sytuacja jest w województwach śląskim i mazowieckim.

– Ta niewydolność systemu opieki zdrowotnej dotyka nas, na szczęście, nie w tym samym czasie w całej Polsce, ale ona dotyka nas na różnych oddziałach SOR, w różnych szpitalach w kraju. Dzięki temu szpitale z sąsiednich województw mogą wspierać pracę swoich kolegów w tych województwach, które sobie nie dają rady. Proces ten jest typowy dla wszystkich krajów, w których jest pandemia, to nie jest tylko problem Polski, ale również tych krajów, które dotychczas mówiły, że mają rewelacyjną służbę zdrowia – podkreśla farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim w Warszawie.

Większa zakaźność nowej mutacji koronawirusa to jedna z przyczyn szybko rosnącej liczby chorych. Drugą, bardziej prozaiczną, jest nieprzestrzeganie zasad dystansu, higieny czy noszenia maseczek. Lekarz wolskiego szpitala podkreśla, że im dłużej utrzymują się restrykcje, tym trudniej społeczeństwu jest się do nich stosować, ale bez tego cały trud służby zdrowia idzie na marne.

– SARS-CoV-2 na pewno będzie wirusem endemicznym, który będzie żył razem z nami, ale niekoniecznie musi zakażać. Takie wirusy mają to do siebie, że pozostają długo w uśpieniu, nagle coś się dzieje i atakują ludzi bądź zwierzęta, bo ten problem dotyczy również zwierząt – konkluduje dr. n. farm. Leszek Borkowski. – Tu będzie podobnie. Nie da się usunąć całkowicie SARS-CoV-2 z naszego otoczenia, natomiast chodzi o to, żeby on był w stanie uśpionym. Poza tym będziemy coraz bardziej odporni, im więcej będziemy mieli czasu, tym lepiej będziemy mogli myśleć o nowych szczepionkach i lekach. Ludzkość przetrwała wiele pandemii i również z tą sobie poradzimy, tylko musimy być rozsądni.

Leczenie biologiczne może się stać dużo tańsze. Przełomowa technologia oczyszczania białek pozwoli obniżyć koszty produkcji przeciwciał

Niezwykle skuteczne w leczeniu przewlekłych chorób przeciwciała monoklonalne można produkować w dużo mniej kosztowny niż dotychczas sposób. Dzięki oczyszczaniu białek w procesie wytrącania będzie się dało radykalnie obniżyć koszt produkcji leków wykorzystywanych w programach terapii nieswoistych chorób zapalnych jelit, łuszczycy, reumatoidalnego zapalenia stawów czy nowotworów. Na razie wysoka cena sprawia, że dostęp do leczenia jest znacznie ograniczony. Przeciwciała monoklonalne są także rozpatrywane jako możliwa terapia choroby COVID-19.

– Osiem na dziesięć najlepiej sprzedających się leków należy do kategorii przeciwciał monoklonalnych – wskazuje Andrew Zydney, profesor inżynierii chemicznej na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. – Każdego roku osoby fizyczne i firmy ubezpieczeniowe wydają ponad 100 mld dol. na przeciwciała, a koszty leczenia jednego pacjenta często przekraczają 50 tys. dolarów. Nadal istnieje ogromne, niezaspokojone zapotrzebowanie na te produkty w leczeniu coraz większej liczby chorób.

W Polsce dostępnych jest pięć terapii biologicznych, stosowanych w programach lekowych choroby Leśniowskiego-Crohna. Leczenie jest jednak dostępne w przypadku osiągnięcia indukcji remisji tylko przez maksymalnie dwa lata, a nie dopóki utrzymana jest odpowiedź kliniczna. W rezultacie pacjent chcący zachować ciągłość leczenia musiałby samodzielnie finansować terapię. Roczny koszt w przypadku najtańszego leku to 15 tys. zł, a najdroższego – 200 tys. zł. Przeważająca część kosztów tych leków to drogi proces produkcyjny przeciwciał.

Nowy proces produkcyjny, oparty na oczyszczaniu białek, polega na dodawaniu chlorku cynku i glikolu polietylenowego do roztworu zawierającego przeciwciało. Umożliwia to bezproblemowe wypłukanie zanieczyszczeń.

– Wytrącać się oznacza „wydostawać się” z roztworu w postaci stałej – tłumaczy Andrew Zydney. – Na przykład sól się rozpuszcza, gdy włożymy ją do ciepłej wody. Ale jeśli włożymy dużo soli do zimnej wody, część tej soli pozostanie w postaci stałych kryształów. W ten sam sposób białka normalnie rozpuszczałyby się w roztworze, ale w pewnych warunkach można je znaleźć w postaci stałej.

Proces ten jest stosowany już od 70 lat przy preparowaniu osocza krwi. Nigdy wcześniej jednak nie był stosowany w odniesieniu do białek. Te otrzymywane były w bardzo kosztownym i dość powolnym procesie chromatografii.

– To, co robimy w naszej grupie badawczej, ma stosunkowo niewielką skalę – wskazuje naukowiec. – Jednak proces wytrącania może być łatwo skalowany, co potencjalnie umożliwi firmom biofarmaceutycznym produkcję tańszych przeciwciał dla pacjentów, którzy ich potrzebują.

Według The Business Research Company światowy rynek produkcji przeciwciał monoklonalnych wygenerował w 2020 roku przychody sięgające niemal 107 mld dol. W roku 2021 obroty wzrosną do niemal 114,5 mld dol.

Przeciwciała monoklonalne są także rozpatrywane jako możliwa terapia choroby COVID-19.

Biometria bezdotykowa w najbliższych latach zanotuje spektakularne wzrosty. W Polsce rozwijany jest m.in. system płatności za pomocą oka

W wyniku pandemii koronawirusa biometria bezdotykowa może zanotować spektakularne wzrosty. Rozwiązania opierające się na skanowaniu tęczówki oka, twarzy, rozpoznawaniu głosu czy np. chodu, są higieniczne i bezpieczne. Zwłaszcza technologia skanowania tęczówki, która umożliwia dokonywanie płatności bez żadnego kontaktu, jedynie za pośrednictwem spojrzenia, może się rozwinąć w dobie pandemii. Aplikację pozwalającą na płacenie okiem rozwija polski start-up.

– Od momentu, kiedy wybuchła pandemia, na całym świecie można zaobserwować zdecydowany, skokowy wzrost zainteresowania systemami biometrycznymi. Biometria nie tylko w pandemii zyskała na znaczeniu, dużo wcześniej była bardzo istotnym elementem rozwiązań, nie tylko technologicznych, ale w ogóle informacyjnych, przekazywania danych, identyfikacji ludzi na świecie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Barbara Mróz-Gorgoń, dyrektor ds. marketingu w PayEye.

Z raportu MarketsandMarkets wynika, że światowy rynek systemów uwierzytelnianych przez biometrię zanotuje w najbliższych latach wzrost z 36,6 mld dol. w 2020 roku do 68,6 mld dol. w roku 2025. Zdaniem analityków największy wpływ na kształtowanie popytu na kontaktowe systemy biometryczne miał wybuch pandemii COVID-19. Eksperci uważają, że po jej ustąpieniu zapotrzebowanie na kontaktowe systemy biometryczne prawdopodobnie drastycznie spadnie. Analogicznie oczekuje się, że bezkontaktowe systemy biometryczne, takie jak rozpoznawanie twarzy, tęczówki i rozpoznawanie głosu, w wyniku pandemii zanotują spektakularne wzrosty.

– Jeżeli obserwujemy trendy całego rynku, to klienci chcą, wręcz domagają się rozwiązań bardziej intuicyjnych, prostszych, bezpiecznych i higienicznych, czasem nawet nieświadomie. Natomiast wszelkie dyrektywy, cały system prawny, właściwie globalnie, również skłania nas ku temu, że biometria będzie warunkiem sine qua non, tą drugą na pewno, a nie wiadomo, czy kiedyś nie najważniejszą formą identyfikowania konsumentów – wskazuje ekspertka.

Jednym z rynków, na których zwłaszcza bezkontaktowa biometria jest pożądana w czasie pandemii koronawirusa, są finanse. Do zabezpieczania płatności jest obecnie wykorzystywanych już kilka technologii biometrycznych. Aplikacje płatnicze są wyposażone w algorytmy rozpoznawania twarzy, skanowania odcisków palców, a nawet biometrii behawioralnej. Polski start-up rozwija technologię płacenia za pomocą skanu tęczówki oka.

– Oczywiście od dawna znamy system, kiedy policja rozpoznawała sprawców poprzez odciski palców. Rozwiązanie PayEye opiera się na skanowaniu tęczówki oka. Biometria oparta na tym rozwiązaniu jest zdecydowanie bezpieczniejsza. W piramidzie biometrycznych rozwiązań jest druga zaraz po kodzie DNA, dlatego że ma ponad 250 unikatowych elementów, a odcisk palca tylko 40 – wylicza Barbara Mróz-Gorgoń.

Rozwiązanie oferowane przez polski start-up umożliwia autoryzację transakcji poprzez skanowanie tęczówki oka. Aby móc dokonać płatności w ten sposób, należy wypełnić formularz online i stworzyć osobisty wzorzec na bazie tęczówki oka oraz potwierdzić tożsamość. Samo płacenie sprowadza się już tylko do zeskanowania oka. Co ważne, PayEye podlega nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego, co świadczy o wiarygodności dostawcy aplikacji. Możliwość dokonywania płatności w sposób zupełnie bezdotykowy, niezwiązany z wymianą pieniędzy, wyciąganiem karty czy zbliżaniem telefonu lub zegarka do czytnika, zyskała znaczenie zwłaszcza w obliczu pandemii koronawirusa.

– Od dawna obserwujemy trend rosnący, natomiast pandemia zdecydowanie tutaj przyspiesza, szczególnie w kontekście naszego rozwiązania, które opiera się na skanowaniu oka, a zatem rozwiązania bezdotykowego, bardzo higienicznego i wysoce bezpiecznego – podkreśla Barbara Mróz-Gorgoń.

Kompostownik – wszystko, co powinieneś o nim wiedzieć

W dobie rosnących trendów ekologicznych coraz więcej osób rozumie potrzebę prowadzenia kompostownika. W ten sposób mogą oni samodzielnie przetwarzać odpady organiczne pochodzące z gospodarstwa domowego, na przykład obierki z warzyw czy cytrynę i fusy po herbacie. Efektem tej pracy jest uzyskanie próchnicy – wspaniałego, naturalnego nawozu pod warzywa, kwiaty czy też inne nasadzenia. Na jaki rodzaj kompostownika się zdecydować? Jaki rozmiar będzie idealny do potrzeb przeciętnego gospodarstwa domowego? Z jakiego materiału, drewna czy plastiku, lepiej wybrać pojemnik?

Jak wybrać rozmiar kompostownika?

Rozmiar kompostownika powinien być dopasowany do rozmiarów gospodarstwa domowego oraz jego bieżących potrzeb. Jeżeli produkujesz mało odpadów organicznych, które możesz utylizować we własnym zakresie, zdecyduj się na mniejszy pojemnik. Z kolei jeśli masz dużą rodzinę, a w Waszym śmietniku codziennie gromadzi się bardzo dużo herbacianych fusów, skórek z owoców i warzyw, skorupki po jajkach, możesz zdecydować się na większy pojemnik. Bardziej pojemny zbiornik to także rozwiązanie polecane w przypadku tych posesji, na których posadzone są maliny, porzeczki i większe krzewy czy duże drzewa – wówczas istnieje realne prawdopodobieństwo, że uzbiera się zdecydowanie więcej odpadów pochodzenia organicznego, które można przerobić na próchnicę. Duży kompostownik będzie również doskonałym rozwiązaniem dla posiadaczy okazałych ogrodów – można w nim składować ściętą trawę i chwasty, które po pewnym czasie dadzą żyzną glebę z substancjami organicznymi i solami mineralnymi, idealną do ponownego zastosowania.

Z jakiego materiału warto wybrać kompostownik?

Kompostownik może być wykonany z naturalnego drewna lub z tworzywa sztucznego. Pierwszy z nich na pewno lepiej wpisuje się w ogrodową, przydomową przestrzeń. Drewno nie jest jednak odporne na wilgoć, zatem procesy gnilne, w połączeniu z opadami deszczu i śniegu, mogą negatywnie wpłynąć na jego konstrukcję i wygląd. Decydując się na kompostownik wykonany z desek, należy pamiętać o okresowej konserwacji pojemnika przy użyciu farby lub oleju do drewna.

W sklepach ogólnobudowlanych i ogrodniczych, takich jak Castorama, bez problemu można nabyć również kompostowniki wykonane z tworzywa sztucznego. Ich zaletą jest większa wytrzymałość na warunki atmosferyczne. Polipropylen, z którego zazwyczaj są wykonane, świetnie radzi sobie zarówno z ostrym letnim słońcem, jak również deszczem czy mrozem. Niestraszny mu również śnieg. Na skutek ostrego słońca czy skrajnych temperatur może się jednak z czasem wypaczyć. Trudno go też zakonserwować – z biegiem lat najprawdopodobniej wyblaknie i wypłowieje. Jak więc widać wyraźnie, każdy z rodzajów kompostowników ma swoje plusy i minusy.

Kompostownik otwarty czy z klapą? Który z nich wybrać do swojego ogrodu?

Kompostownik otwarty ma tę zaletę, że łatwiej dokładać do niego kolejne chwasty i odpady organiczne. To najtańsze i bardzo proste w eksploatacji urządzenie. Niestety wiąże się z wolniejszymi procesami rozkładu. Może też prezentować się nieestetycznie – w przypadku małych ogródków. Z kolei kompostownik zamknięty może ograniczać wydostawanie się z pojemnika mało przyjemnych zapachów na cały ogród, a także cechuje się szybszym rozkładem materii organicznej na próchnicę. Domownicy i goście nie muszą też oglądać jego zawartości, gdyż jest dyskretnie zakryta. Niezależnie od tego, czy wybierzesz kompostownik otwarty, czy też z klapą, warto pojemnik przesypywać i stale przerabiać. Warto również spulchnić zawartość kompostownika raz na jakiś czas (co najmniej co trzy tygodnie) przy użyciu wideł. Wówczas dżdżownice i inne owady lepiej sobie z nimi poradzą i szybciej je przerobią. Nie będą też wtedy odbywać się procesy beztlenowe i nie będą pojawiać się chorobotwórcze grzyby czy pleśnie.

Gdzie postawić kompostownik?

Kompostownik nie jest elementem, który warto eksponować – zarówno z uwagi na widoki (na przykład żerujące na odpadkach larwy, wijące się dżdżownice czy ślimaki), jak również na odór. Właściciele ogrodów mogą przeznaczyć na niego skrajny róg posesji. Zapachy dochodzące z pojemnika, związane z gromadzeniem rozkładających się odpadków organicznych, ale także gniciem chwastów czy orzechów, mogą nie być najprzyjemniejsze dla domowników i gości przybywających do ogrodu na przykład na grilla. Dlatego też najlepiej wygospodarować na kompostownik miejsce jak najbardziej oddalone od domu, altany czy innych zabudowań służących relaksowi.

Zalety i wady kompostowania

Wśród oczywistych zalet kompostowania znajduje się nieinwazyjne pozbywanie się liści, kwiatów i odpadów z gospodarstwa domowego. Odpadki pochodzenia organicznego nie trafiają do plastikowych worków (jak to bywa często w przypadku mieszkańców bloków) i nie są przewożone na wysypisko, lecz dokonuje się ich wstępna selekcja bezpośrednio na posesji, na której zostały wytworzone. To służy lepszej segregacji i przeróbce odpadów. Wadą kompostowania może być jedynie nieprzyjemny zapach, wynikający z przebiegających procesów próchnicowych.

Warunki podyktowane pandemią uwypukliły wyzwania w zakresie ryzyk niefinansowych

O 17 p.p. wzrósł odsetek dyrektorów ds. ryzyka, którzy w najbliższych dwóch latach spodziewają się wzmożonych działań w obszarze zarządzania ryzykiem kredytowym.

Wśród trendów, które w ciągu najbliższych dwóch lat będą miały największy wpływ na funkcjonowanie instytucji finansowych, specjaliści zajmujący się zarządzaniem ryzykiem najczęściej wymieniają kwestie związane z obecną sytuacją gospodarczą i społeczną. 48 proc. z nich wskazuje na światowy kryzys finansowy, a 42 proc. na pandemię – wynika z 12. edycji badania „Global risk management survey. A moving target: Refocusing risk and resiliency amidst continued uncertainty” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte.

12. edycja badania „Global risk management survey” firmy Deloitte to kolejny etap serii badań prezentujących stosowane w branży finansowej praktyki zarządzania ryzykiem i wyzwania, z którymi musi się ona mierzyć. Ankietę przeprowadzoną od marca do września 2020 r. wypełnili reprezentanci 57 instytucji finansowych na całym świecie, działających w różnych sektorach i posiadających łączne aktywa w wysokości 27,2 bln dolarów.

Pierwsze obawy dotyczące perspektyw ekonomicznych pojawiły się już na początku minionego roku, ale scenariusz przebiegu pandemii jest zaskoczeniem dla większości ekspertów i wciąż istotnie wpływa na postrzeganie ryzyka w sektorze finansowym.

Wynikające z pandemii ostre spowolnienie gospodarcze miało poważne konsekwencje dla zarządzania ryzykiem. Szczególnie w zakresie udzielania kredytów konsumentom i przedsiębiorstwom. Wiele banków zezwoliło na odroczenie płatności lub zaproponowało modyfikacje warunków kredytów, ale jednocześnie zaostrzyło kryteria udzielania nowych. Koronakryzys dodatkowo uwypuklił znaczenie ryzyk niefinansowych, na których w ostatnich latach skupiały się instytucje finansowe. – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

Rosnące ryzyko kredytowe w trudnych czasach

Obawy dotyczące ryzyka kredytowego zwykle osiągają najwyższy poziom w okresie spowolnienia gospodarczego, nie dziwi więc, że 20 proc. respondentów badania Deloitte określiło właśnie ryzyko kredytowe jako to, które będzie miało największy wpływ na ich instytucje w najbliższych dwóch latach. To wskazanie zdecydowanie dominuje nad innymi – kwestiami zrównoważonego rozwoju i klimatu oraz zagrożeniami regulacyjnymi (po 14 proc.), a także zagadnieniami z obszaru strategii (11 proc.) i cyberbezpieczeństwa (5 proc.).

W porównaniu do poprzedniej edycji badania widać, że kwestie dotyczące ryzyka kredytowego są obecnie o wiele bardziej istotne dla ankietowanych. W 2018 r. tylko 3 proc. pytanych wskazywało ryzyko kredytowe jako to, którego znaczenie wzrośnie najbardziej w kolejnych dwóch latach, teraz taką ocenę przedstawia co piąty badany – żadne inne ryzyko nie było w tym kontekście wskazywane częściej. A zatem pomiar ewentualnego ryzyka kredytowego będzie w najbliższej przyszłości kluczową kwestią dla 62 proc. przedstawicieli branży finansowej. – mówi Paweł Jagłowski, dyrektor, dział zarządzania ryzykiem, Deloitte.

Respondenci reprezentujący banki wskazują, iż z ich perspektywy obszarami zarządzania ryzykiem kredytowym, które w najbliższych latach spowodują największe trudności mogą być: wycena zabezpieczeń oraz kredyty komercyjne (po 48 proc.), nieruchomości komercyjne oraz kredyty niezabezpieczone (po 43 proc.) i pożyczki lewarowane (41 proc.).

Większy nacisk na ryzyko pozafinansowe

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez ekspertów Deloitte, przedstawiciele badanych instytucji uznali, że znaczący wpływ zarówno na osiągane wyniki biznesowe, ale także na reputację rynkową firmy mogą mieć różne rodzaje ryzyka niefinansowego.

Rozmowy z przedstawicielami polskich banków potwierdzają, że ryzyko kredytowe pomimo utrzymującej się na rynku niepewności i jest dobrze zarządzane i mierzone, bo to na nim skupiała się uwaga przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Znacznie więcej wyzwań będzie stanowić pomiar, zarządzanie i wyznaczenie apetytu na poszczególne niefinansowe rodzajeryzyka, takie jak prawne, ryzyko zgodności, ryzyko fraudów, ryzyko operacyjne, w tym bezpieczeństwa i niezawodność systemów, a także cyberbezpieczeństwo, ryzyko zewnętrzne oraz dotyczące czynników ESG. – ocenia Przemysław Szczygielski.

W tym zakresie pozytywnie efektywność działania swoich organizacji ocenia tylko dwie trzecie pytanych, podczas gdy w obszarze finansowym prawie wszyscy respondenci określili swoje firmy jako wyjątkowo lub bardzo skuteczne. Wskazania są jeszcze niższe, gdy przyjrzymy się ich poszczególnym rodzajom: zarządzanie i kultura korporacyjna (55 proc.), czynniki geopolityczne (42 proc.), jakość gromadzonych danych (26 proc.).

Według ekspertów Deloitte wiele instytucji ma jeszcze sporo do zrobienia, aby zwiększyć swoje możliwości i poprawić rezultaty osiągane w zakresie zarządzania ryzykiem niefinansowym. Tylko nie więcej niż jedna trzecia respondentów stwierdziła, że w ich instytucjach szczególnie lub bardzo dobrze rozwinięte są takie metody działania jak: analiza przyczyn zdarzeń (33 proc.), analizy scenariuszy (25 proc.), modelowanie ryzyka i kapitału (25 proc.), karty wyników (23 proc.) i wykorzystanie zewnętrznych informacji o zagrożeniach (21 proc.). Żaden z ankietowanych tak wysoko nie ocenił jednak swoich instytucji, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych zbiorów informacji. Są to np. dane nieustrukturyzowane, czyli niespełniające konkretnego standardu zapisu ani nie zorganizowane w określony z góry sposób. Ich charakter skutkuje często nieprawidłowościami i niejasnościami, co uniemożliwia ich efektywne wykorzystanie.

Cyberbezpieczeństwo i potencjał informatyczny

Wynikające z pandemii zmiany w sposobie wykonywania obowiązków zawodowych i powszechny zdalny model pracy spowodowały, że zagrożenie cyberatakami, z którym instytucje finansowe borykają się od lat, dodatkowo przybrało na sile. Dla jednej trzeciej ankietowanych niebezpieczeństwa informatyczne są na drugim miejscu wśród trzech ryzyk, które będą w najbliższym czasie zyskiwały na znaczeniu. Tylko 61 proc. respondentów uznało, że ich instytucje są wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu tego rodzaju ryzykiem, a 87 proc. stwierdziło, że poprawa ich zdolności w tym zakresie będzie dla nich niezwykle lub bardzo ważna w ciągu najbliższych dwóch lat.

Respondenci najczęściej, bo w 67 proc. przypadków, uważali, że największym wyzwaniem w zwalczaniu cyberzagrożeń jest przewidywanie i wyprzedzanie ewoluujących potrzeb biznesowych – związanych ze sposobem pracy, otoczeniem biznesowym czy zachowaniem konsumentów. Co więcej, we wszystkich branżach widać wyraźnie silną konkurencję w pozyskiwaniu ekspertów w tej dziedzinie. 57 proc. ankietowanych wskazało na poważne trudności w wyszukiwaniu i zatrudnianiu wykwalifikowanych specjalistów. – zauważa Paweł Jagłowski.

W wynikach badania widać też wyraźny wzrost potencjału wykorzystania sztucznej inteligencji oraz technologii cyfrowych w celu obniżenia kosztów i zwiększenia efektywności zarządzania ryzykiem. Choć aż połowa respondentów dostrzega zasadność stosowania takich rozwiązań i wynikające z nich korzyści, większość instytucji jeszcze ich nie wdrożyła. Najczęściej stosowano przetwarzanie danych w chmurze (46 proc.), 29 proc. instytucji twierdzi, że korzysta ze zrobotyzowanej automatyzacji procesów (RPA), uczenie maszynowe wymienia 27 proc. pytanych, a analizę kognitywną 13 proc.

Istotne z punktu widzenia zarządzania wiedzą o potencjalnych zagrożeniach jest wykorzystanie nowych technologii do efektywnego oraz bezpiecznego gromadzenia i przetwarzania kompleksowych, wysokiej jakości, aktualnych danych dotyczących ryzyka.

Zyskują czynniki ESG

Tylko 44 proc. respondentów oceniło swoje instytucje jako wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu ryzykiem wynikającym z relacji z osobami trzecimi, w tym zagrożeniami dotyczącymi prywatności danych, niewypełniania obowiązków, nieetycznego postępowania czy utraty ciągłości procesów biznesowych. Takie podejście skutkuje z kolei wskazaniem przez 64 proc. ankietowanych, że poprawa zarządzania ryzykiem ze strony stron trzecich będzie dla ich instytucji w nadchodzących dwóch latach niezwykle lub bardzo ważna.

Wraz z pogłębiającą się troską o zagrożenia klimatyczne i rosnącą wagą społecznej odpowiedzialności biznesu, na znaczeniu w strategiach instytucji finansowych zyskują też kwestie czynników ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność, ład korporacyjny). 38 proc. respondentów wskazało raportowanie pozafinansowe jako jeden z trzech rodzajów ryzyka, które będą miały największe znaczenie dla ich instytucji w ciągu najbliższych dwóch lat. Jednak tylko 33 proc. pytanych uznało, że ich instytucje są wyjątkowo lub bardzo skuteczne w zarządzaniu tymi zagrożeniami.

Instytucje finansowe powinny zachować czujność i aktywnie monitorować, w jaki sposób sytuacja pandemiczna wpływa zarówno na rozmiar, jak i charakter szeregu ryzyk finansowych i niefinansowych. Gwałtowne spowolnienie gospodarcze w połączeniu z nagłymi zmianami zachowań konsumentów i strategii biznesowych przedsiębiorstw oznaczają, że dotychczasowe modele działania oparte na danych sprzed kryzysu wywołanego przez COVID-19 nie będą już odpowiadać rzeczywistości postpandemicznej. – podsumowuje Przemysław Szczygielski.

O badaniu
Raport “Global risk management survey. A moving target: Refocusing risk and resiliency amidst continued uncertainty” przedstawia wyniki 12. edycja badania prowadzonego przez firmę doradczą Deloitte między marcem a wrześniem 2020 r. Zebrano w nim opinie dyrektorów ds. ryzyka lub ich odpowiedników z 57 instytucji finansowych z Ameryki Północnej, rejonu Azji i Pacyfiku oraz Europy, o aktywach wynoszących łącznie 27,2 bln dol.

Barometr Rynku Pracy XV: Ciągłe obawy a nowy optymizm

W obliczu nowej sytuacji gospodarczej 57% pracujących Polaków odczuło negatywny wpływ pandemii na swoją sytuację zawodową. Choć 34% z nich obawia się utraty pracy, 46,8% oczekuje wzrostu wynagrodzenia. Zamierza je zwiększyć 22,5% firm, a aż 74,6% chce utrzymać ich poziom. Kryzys gospodarczy jest odczuwalny przez ponad 40% przedsiębiorstw, wynika z badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service.

„Barometr Rynku Pracy” pokazuje z jednej strony, w jakim stopniu Polacy odczuwają konse­kwencje pandemii i jak widzą swoją zawodową przyszłość, z drugiej – perspektywę firm, ich plany dotyczące zatrudnienia i rozwoju działalności.

– Wyniki badania pokazują rzeczywisty obraz polskiego rynku pracy po blisko roku walki z pandemią. Choć wciąż unikamy pesymistycznego scenariusza zapaści gospodarczej i znacznego wzrostu bezrobocia, firmy i zatrudnieni postrzegają sytuację jako trudną, a przede wszystkim wciąż niestabilną. Pracownicy odczuwają skutki spadku zatrudnienia i obniżenia wynagrodzeń, a znajdujące się w niełatwej sytuacji gospodarczej firmy nie mają spójnej strategii powrotu do normalności. Czynnik zdrowotny związany z COVID-19 wciąż wprowadza niepewność – komentuje dr hab. Jacek Męcina, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan.

Pandemia a sytuacja zawodowa Polaków

Negatywny wpływ pandemii na swoją sytuację zawodową odczuło 57% pracujących Polaków, wynika z Barometru Rynku Pracy przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Work Service w grudniu 2020 i styczniu 2021. Średnio jeden na trzech pracujących miał zmniejszone wynagrodzenie, jeden na pięciu został objęty bezpłatnym urlopem. 16% badanych straciło pracę, przy czym dwukrotnie częściej były to kobiety niż mężczyźni. Zmniejszenie wynagrodzenia dotyczyło zazwyczaj jednej osoby w rodzinie (73%), znacznie rzadziej większej liczby. Spośród wszystkich zatrudnionych najwięcej osób deklarowało obniżkę od 11% do 30% pensji, a jednemu procentowi badanych obniżono wynagrodzenie o ponad połowę.

Rekordowy wzrost obaw przed utratą pracy

34,6% pracujących Polaków obawia się utraty pracy w ciągu najbliższych dwóch lat. To dwukrotnie więcej niż lipcu 2020 roku. Spokojnych o zatrudnienie jest 43%, podczas gdy w lipcu 2020 roku było to blisko dwa razy więcej. Utraty zatrudnienia najbardziej obawiają się zatrudnieni na niepełnym etacie, najmniej zarabiający oraz pracujący w oparciu o umowę zlecenia lub o dzieło. Najbardziej niepewni przyszłości są pracownicy handlu.

– Przełom 2020 i 2021 roku był rewolucyjny dla rynku pracy. W pierwszej połowie ub. roku tylko jeden na dziesięciu zatrudnionych obawiał się utraty źródeł dochodów, a spokojnych o pracę było ponad 80%. Polacy zadziwiali pozytywnym postrzeganiem rynkowych realiów. Od tego czasu sytuacja diametralnie się zmieniła. Różnica między lękającymi się i spokojnymi o zawodową przyszłość wynosi zaledwie 10% – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Najwyższy od lat odsetek zamierzających zmienić pracę

Odsetek osób, które myślą o zmianie miejsca zatrudnienia jest najwyższy od 2014 roku, wynika z Barometru Rynku Pracy. Jeden na trzech pracujących Polaków zamierza zmienić pracę w ciągu najbliższego roku. Jednocześnie do 45,8% zmalał odsetek osób, które tego nie planują, a sześciokrotnie zwiększyła się liczba niezdecydowanych. Odsetek poszukujących zatrudnienia jest wyższy wśród osób obawiających się utraty pracy i stanowi 55,3% tej grupy. Jest znacznie wyższy niż latem i na początku 2020 roku.

Większość  badanych planuje szukać zatrudnienia na portalach pracy. Blisko połowa chce korzystać z dedykowanych aplikacji, mediów społecznościowych lub relacji ze znajomymi. W porównaniu z lutym 2020 roku wzrosła popularność urzędów pracy oraz agencji zatrudnienia.

Odwrócenie trendu? Wzrost otwartości na przekwalifikowanie się

Przekwalifikowanie się bierze pod uwagę ponad 65% osób rozważających zmianę pracy lub obawiających się zwolnienia. Odsetek osób zamierzających zmienić zawód jest obecnie znacznie wyższy niż we wcześniejszych falach badania. Chęć zmiany może wynikać z obecnego poczucia niepewności powodowanej ekonomicznymi i społecznymi konsekwencjami pandemii. Najczęściej zmianę zawodu biorą pod uwagę osoby pracujące w handlu, to aż 78,4% spośród obawiających się utraty pracy lub rozważających jej zmianę.

W oczekiwaniu na podwyżki

Blisko 47% zatrudnionych oczekuje wzrostu pensji w najbliższych miesiącach. Jednym z istotnych powodów tak wysokiego odsetka może być fakt, że wielu pracodawców obniżyło wynagrodzenia w 2020 roku.  Znacznie mniej osób, niż pół roku temu spodziewa się utrzymania poziomu wynagrodzenia w najbliższych miesiącach. Nieznacznie wzrósł odsetek osób oczekujących podwyżki, więcej osób liczy się z obniżeniem pensji.

Dwukrotny wzrost rozważających emigrację zarobkową

Wyjazd za granicę w celach zarobkowych w ciągu najbliższego roku rozważa blisko 18% badanych powyżej 18 roku życia, pracujących, bezrobotnych, uczących się, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. To blisko dwa razy więcej niż w lipcu 2020 roku. Zdecydowanych jest ponad 6%, podczas gdy pół roku wcześniej było to dwa razy mniej. Spadł odsetek Polaków niewykluczonych z rynku pracy, którzy nie planują wyjazdu za granicę z 87,3% w lipcu 2020 do 69,7% w grudniu ub. roku. Jednocześnie czterokrotnie wzrosła w tym okresie liczba niezdecydowanych. Podobnie jak w poprzednich latach, rozważający wyjazd najczęściej wskazywali Niemcy, Holandię i Wielką Brytanię.

Kryzysu gospodarczego nie odnotowuje 51,5 % przedsiębiorstw

Jak wynika z XV „Barometru Rynku Pracy”, kryzys gospodarczy jest odczuwalny przez ponad 40% firm, w szczególności małych. Pogorszenie sytuacji zaobserwowała w pierwszej kolejności branża handlowa i usługowa, w najmniejszym stopniu – sektor publiczny i produkcja.

– Podczas pandemii przedsiębiorcy skupili się na walce o efektywność przy jednoczesnej ochronie miejsc pracy, a decyzje o wstrzymaniu zatrudnień nie były dla nikogo zaskoczeniem. Ceną za ograniczenie zwolnień było obniżenie wymiaru czasu pracy i płacy oraz wprowadzenie bezpłatnych urlopów. Pomocne były też tarcze antykryzysowe. W rezultacie odsetek firm, które chcą utrzymać zatrudnienie i wysokość wynagrodzeń nadal pozostaje wysoki. Następujące po sobie odmrażania gospodarki i wprowadzanie obostrzeń wpływają jednak na niepewność przyszłości i tym samym znaczną ostrożność – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service.

Utrzymanie poziomu zatrudnienia

Choć odsetek pracodawców planujących utrzymanie zatrudnienia zmalał o blisko 7% rok do roku, nadal pozostaje wysoki i na początku roku wyniósł 74,6%. Rekrutację pracowników, na którą nastawiają się głównie firmy średnie i duże, z sektora usług i przemysłu, planuje w ciągu następnego kwartału ponad 35% firm. Chcą w ten sposób uzupełnić niedobory kadrowe lub zwiększyć zatrudnienie. Redukcję planuje 4%, czyli tyle, ile w poprzednich latach.

Na zbliżonym poziomie rok do roku pozostaje liczba firm zamierzających zwiększyć liczbę pracowników (około 14%). Do 7,2% wzrósł odsetek przedsiębiorców, którzy nie są w stanie określić zakresu zmian. To najwyższy odsetek od początku realizacji „Barometru Rynku Pracy”, świadczący o niepewności firm w obecnej sytuacji gospodarczej.

A jednak rekrutacje!

Odsetek firm, które planują rekrutację w najbliższym kwartale znacząco wzrósł w porównaniu z poprzednimi latami i wynosi 69,5%, chce zatrudnić pracowników niższego szczebla. Pracowników średniego szczebla chce zatrudnić blisko 40% firm, o 11,5% mniej niż rok wcześniej. W ciągu ostatnich lat systematycznie rosło zapotrzebowanie na przedstawicieli kadry zarządzającej (obecnie 12,8%). Pracowników niższego szczebla najczęściej potrzebują duże firmy, przede wszystkim branży przemysłowej, usług i handlu, a średniego szczebla – sektor publiczny oraz branża handlowa.

– Mimo rosnącego bezrobocia nie zwiększa się dostępność pracowników o oczekiwanych kompetencjach. Odsetek przedsiębiorstw, które odczuwają bariery w prowadzeniu działalności wynikające z niedoboru pracowników w różnych branżach, rośnie w ostatnich miesiącach. Może to oznaczać – obserwowany w badaniach międzynarodowych, m.in. OECD – wzrost dynamiki oczekiwań kompetencyjnych pracodawców, związany ze zmianą treści pracy będącej wynikiem digitalizacji – komentuje dr hab. Łukasz Sienkiewicz, prof. Politechniki Gdańskiej, Prezes Zarządu Instytutu Analiz Rynku Pracy. Ekspert ds. rynku pracy Komisji Europejskiej. 

Pensje jednak w górę?

Pomimo niełatwej sytuacji gospodarczej aż 65,5% firm chce utrzymać poziom wynagrodzeń w ciągu najbliższego kwartału, a 22,5% zamierza je zwiększyć. Przy czym prawdopodobnie część z nich obniżyła pensje po wybuchu pandemii. O zmniejszeniu wynagrodzeń myśli zaledwie 1,6% przedsiębiorstw. Jedna firma na dziesięć nie wie, jakie podejmie decyzje dotyczące wynagrodzeń. Jest to najwyższy odsetek odnotowany w ramach wszystkich edycji „Barometru Rynku Pracy”. Zwiększenie wynagrodzeń planuje w pierwszej kolejności przemysł i handel, ich utrzymanie– usługi, sektor publiczny i handel.

Łatwiejsza rekrutacja pracowników, specjalistów jednak brak

68,6% firm nie odnotowało trudności w znalezieniu pracowników w ciągu ostatnich miesięcy. To blisko 20% więcej niż rok wcześniej. Z problemami w rekrutacji pracowników, zwłaszcza niższego szczebla, borykało się 28,2% firm. Łatwiejsze niż w latach poprzednich pozyskanie kadr można tłumaczyć aktualną sytuacją na rynku pracy, w tym wzrostem bezrobocia oraz niepewnością dotyczącą perspektyw opanowania pandemii. Zwiększona liczba rozważających zmianę pracy lub przebranżowienie może dodatkowo ułatwić firmom rekrutację. Najmniejszy problem z pozyskaniem pracowników ma handel, największy – przedsiębiorstwa przemysłowe i firmy działające w usługach.

Pełna wersja XV Barometru Rynku Pracy   https://www.workservice.com/pl/Centrum-prasowe/Raporty/Barometr-Rynku-Pracy/Barometr-Rynku-Pracy-Work-Service-XV-edycja

###

Metodologia badania – XV edycja badania Barometr Rynku Pracy została przeprowadzona przez ARC Rynek i Opinia sp. z o.o. na zlecenie Work Service. Zostało zrealizowane w dniach 21.12.2020-12.012021 metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) z przedstawicielami małych, dużych i średnich firm. Próbę 507 pracodawców dobrano w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po ok. 170 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Badanie pracowników zostało przeprowadzone w okresie 17 – 22.12.2020 roku metodą wywiadów online (CAWI) na panelu badawczym epanel.pl należącym do ARC Rynek i Opinia. Próba bazowa 524 pracowników odpowiada strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości miejscowości zamieszkania – dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. W pytaniach dotyczących emigracji zarobkowej próbę tę uzupełniono o bezrobotnych, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz uczących się – próba wraz z pracującymi – 708.

Spółki coraz odważniej zerkają na warszawski parkiet

Największy debiut w historii warszawskiej giełdy przetarł szlak dla kolejnych spółek szukających kapitału. Atrakcyjnych wycen można się spodziewać zwłaszcza w sektorze nowoczesnych technologii. To odzwierciedlenie światowych trendów.

Największy debiut giełdowy w historii Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW), czyli ubiegłoroczne IPO Allegro, przetarło giełdowy szlak dla innych spółek z sektora nowoczesnych technologii szukających kapitału. Paradoksalnie, inwestorzy giełdowi są skłonni płacić za tego typu aktywa więcej niż branżowi.

– Inwestorzy przez ostatnie lata utracili wiarę w giełdę – topniała liczba spółek dających istotne zwroty z kapitału i pokazujących perspektywy dynamicznego rozwoju. Odzwierciedleniem tego negatywnego sentymentu był fakt, że przez kilka lat z rzędu wartość spółek wycofywanych z giełdy była wyższa niż wartość debiutów giełdowych. W ubiegłym roku, wraz z jednym dużym IPO, ten trend się zmienił – mówi Bartłomiej Smolarek, Lider Zespołu ds. Fuzji i Przejęć, Partner EY Polska.

Debiuty i wycofania z giełdy (ilość i wartość w mln EUR w ostatnich trzech latach)

Debiuty i wycofania z giełdy
Źródło: Rocznik statystyczny GPW

– Optymizm co do perspektyw giełdy budzą pojawiający się kolejni inwestorzy finansowi, zmienia się też struktura branżowa giełdy. Kiedyś na GPW królowała branża surowcowa, potem banki, teraz powoli na czoło wysuwa się branża technologiczna, obejmująca e-commerce, imponująca jest również liczba i wycena firm gamingowych na warszawskim parkiecie. Spółki z szeroko pojętego sektora technologii to biznesy perspektywiczne, dające dobre stopy zwrotu. Kupno akcji technologicznych spółek giełdowych daje szansę przysłowiowemu Kowalskiemu na inwestycję w innowacje – mówi Magdalena Warpas, Associate Partner, EY Polska.

Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW (stan na koniec 2019 r.)Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW

Kluczowe sektory spółek notowanych na GPW 2
Źródło: Rocznik statystyczny GPW

Private equity pomoże

Zainteresowanie pozyskiwaniem kapitału z giełdy mogą wzmocnić inwestorzy z sektora private equity. Debiut giełdowy może łatwiej się wpisać w ich naturalny cykl wychodzenia z inwestycji niż pozyskiwanie inwestora strategicznego dla aktywów z portfolio funduszy, zwłaszcza w kontekście ograniczeń związanych z pandemią, która w wielu wypadkach zawęziła obszar pozyskiwania kapitału.

– Ten rok będzie może mniej spektakularny dla rynku pierwotnego. Niemniej jeśli odejmiemy efekt jednej, dużej transakcji z 2020 r., możemy spodziewać się w 2021 r. powtórzenia ubiegłorocznego wyniku. Ubiegły rok umocnił wyraźną od kilku lat zmianę trendu przejawiającego się w zmniejszeniu roli spółek przemysłowych i wzroście znaczenia podmiotów z sektora nowoczesnych technologii, gier czy medycyny. Inwestorzy finansowi przekonali się też, że giełda jest realną i atrakcyjną alternatywą wyjścia z inwestycji wobec próby pozyskania inwestora branżowego. To może stworzyć szansę na zbliżenie się do ubiegłorocznych rekordów w perspektywie kolejnych kilku lat – mówi Robert Klimacki, Partner w Dziale Audytu EY.

Rekordy na GPW w 2020 r.

Polska w ubiegłym roku odpowiadała za 1% światowego rynku IPO pod względem wartości i 0,6% pod względem liczby transakcji. Dla porównania, rok wcześniej było to odpowiednio 0,01% i 1%. Ubiegłoroczny wynik to zasługa oferty publicznej Allegro, największego IPO w historii Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Największy polski e-commerce był drugim co do wielkości debiutem giełdowym w Europie w 2020 r. i dziesiątym debiutem giełdowym na świecie pod względem wartości.

Największe debiuty giełdowe na świecie (wartość w mln USD)

Największe debiuty giełdowe na świecie
Źródło: Dealogic, EY

Ubiegły rok sprawił, że Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie znalazła się na światowej mapie rynków pierwotnych. W Europie była numerem pięć, w zaszczytnym gronie giełd tradycyjnie uznawanych jako centra kapitału.

– Liczymy, że pozytywny sentyment inwestorów i wzmożone zainteresowanie warszawskim parkietem będą kontynuowane w kolejnych latach, umożliwiając trwałe wejście GPW na mapę liczących się ośrodków giełdowych w Europie – mówi Bartłomiej Smolarek.

Największe giełdy w Europie pod kątem IPOs (mln EUR)

Największe giełdy w Europie pod kątem IPOs
Źródło: Global IPO Trends

Boom na debiuty giełdowe

Wzmożone zainteresowanie rynkiem kapitałowym w Polsce jest odzwierciedleniem trendu w Europie i na świecie. Po stosunkowo słabym 2019 r., ubiegły rok był okresem zwiększonej aktywności na rynku debiutów giełdowych na świecie, zwłaszcza w drugiej połowie roku. Z danych EY wynika, że w ubiegłym roku na światowych rynkach zadebiutowały 1363 podmioty, a wartość ofert publicznych wyniosła 268 mld USD. To wzrost odpowiednio o 19% i 29% rok do roku. Wartość ofert publicznych na świecie w 2020 r. była najwyższa od 2010 r.

Liczba i wartość IPO na świecie (mld USD)

Liczba i wartość IPO na świecie
Źródło: Global IPO Trends

– Liczne grono podmiotów przygotowujących się do debiutów giełdowych na światowych giełdach pozwala patrzeć optymistycznie na aktywność na globalnym rynku pierwotnym w pierwszej połowie 2021 r. Wspomagać ten trend będzie wysoka płynność i optymizm towarzyszący coraz większej dostępności szczepionki na koronawirusa. Uzgodnione warunki Brexitu również będą wspierały aktywność na rynku pierwotnym, dzięki zwiększonej przejrzystości zasad współpracy handlowej pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią – mówi Paul Go, EY Global IPO Leader.

Spółki technologiczne niezmiennie na szczycie listy

Zarówno pod względem liczby debiutów, jak również ich wartości, kolejny rok z rzędu na szczycie zestawienia znalazły się spółki technologiczne, czyli związane m.in. z segmentem komputerowym, elektronicznym, internetowym i oprogramowania, usług IT. W 2020 r. na świecie zadebiutowało ich 324, a wartość ofert publicznych wyniosła 89,08 mld USD. W minionym roku na drugą pozycję pod względem liczby debiutów awansowały spółki z sektora przemysłowego, ale pod względem wartości ofert drugie miejsce zajęły firmy z sektora ochrony zdrowia, które w minionym roku zdecydowanie zwiększyły wartość ofert w porównaniu z poprzednimi latami. Rozwój pandemii zwrócił uwagę inwestorów na ten sektor, a na giełdzie w drugim półroczu zadebiutowali między innymi europejscy producenci szczepionki na Covid-19: BioNTech SE i CureVac. W tym roku na giełdzie w Amsterdamie zadebiutował InPost, operator sieci paczkomatów założony przez Rafała Brzoskę.

Spółki technologiczne niezmiennie na szczycie listy

wartość ipo
Źródło: Global IPO Trends