Złoty jest mocniejszy. Rynek akcji stracił pęd wzrostowy

Raz w górę, raz w dół. W oczekiwaniu na ważne wydarzenia kolejnych dni rynki realizują wahania w trendzie bocznym. Po spadkowym poniedziałku dziś zanosi się na wtorek odwrotu. Rynek akcji stracił pęd wzrostowy, ale inwestorzy nie chcą rezygnować z optymistycznej wizji przyszłości. Na FX poszukiwany jest szczyt korekty dolara.

We wtorek uwaga inwestorów jest skupiona na przesłuchaniu Janet Yellen w Kongresie. Była prezes Fed jest nominatką na stanowisko sekretarza skarbu i dla rynków przede wszystkim istotne będzie, jaki ma pogląd na politykę kursową i fiskalną. Prasowe doniesienia sugerują, że Yellen ma potwierdzić zobowiązanie USA do pozostawienia kształtowania się kursu dolara mechanizmom rynkowym oraz nie angażowania się w celowe osłabianie dolara dla poprawy konkurencyjności. W kwestii polityki fiskalnej Yellen ma powiedzieć, że niskie stopy procentowe pozwalają na „działać na wielką skalę” w wydatkach fiskalnych. Wyjątkowo dużo dowiadujemy się o poglądach Yellen zanim jeszcze była prezes Fed zasiadła przed Senacką Komisją Finansów. Tak jakby było to celowe działanie mające pomóc rozładować emocje jeszcze przed faktycznym wydarzeniem. I chyba jest to pierwszy dowód doświadczenia Yellen w kontakcie z rynkami. Nawet jeśli jej komentarze nie powinny być zaskakujące i szokujące. Pozostawienie dolara samemu sobie niemal zawsze było fundamentem polityki kursowej, podczas gdy skala ekspansji fiskalnej bardziej zależy do tego, ile uda się przeforsować przez Kongres. Wygląda jednak na to, że przez ostatnie 4 lata inwestorzy zapomnieli, jak nudna może być polityka gospodarcza, kiedy jest kierowana przez ekspertów nastawionych na rezultaty a nie wielkie obietnice. Jest dla mniej bardziej prawdopodobne, że popołudniowe wystąpienie Yellen nie wywoła większej reakcji rynkowej.

EUR/USD wraca ponad 1,21, ale nie przychodzi to łatwo. Główną siła napędową kursu są zmiany nastawienia względem dolara. Rajd rentowności obligacji skarbowych USA z ostatnich dni już się zakończył i nie wspiera dolara, a teraz tylko niezdecydowanie wokół restartu ruchu wzrostowego na rynku akcji prowadzi do redukcji krótkich pozycji w amerykańskiej walucie. Ale EUR/USD to także problemy euro związane z przedłużaniem się i zaostrzeniem restrykcji w Europie. Perspektywy silnego ożywienia w drugiej części roku dalej są w mocy, ale obawy wiążą się z tym, jak głęboko znajdzie się punkt startowy, jeśli pierwszy kwartał przyniesie przedłużenie recesji. Inwestorzy mogą czekać do czwartku na opinię EBC, zanim podejmą większe kroki w stosunku do EUR/USD. Dziś niemiecki indeks ZEW będzie mieszanką pogorszenia oceny bieżącej (zaostrzenie restrykcji) i poprawie wskaźnika oczekiwań (ożywienie wsparte dystrybucją szczepionek).

Złoty jest mocniejszy, gdyż rynek usuwa z wyceny ryzyko bardziej gołębiego przekazu NBP po tym, jak konferencja prasowa prezesa Glapińskiego w piątek oddaliła ryzyko rychłego luzowania polityki czy silnych skłonności do interwencji walutowych. EUR/PLN przynajmniej do 4,50 ma przestrzeń do podążania za poprawą nastrojów na rynkach zewnętrznych, jednak przy okrągłym poziomie zaczną budzić się obawy, czy niżej złoty nie zacznie być za mocny w oczach banku centralnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

3 mld zł dla LOT-u. Odbudowa ruchu lotniczego najwcześniej w 2022 r.

W ostatnich dniach grudnia spółka Polskich Linii Lotniczych LOT otrzymała od państwa przelew na około 3 miliardy złotych. To pomoc finansowa, którą zatwierdziła Unia Europejska, a którą LOT dostał jako zadośćuczynienie za administracyjne obostrzenia i pomoc na kolejne trudne miesiące. Praktyka ratowania linii lotniczych nie jest niczym niezwykłym. W skali całego świata pomoc dla przewoźników i lotnisk sięgnęła w zeszłym roku aż 220 miliardów dolarów. W tym roku z kas państwowych mają otrzymać kolejne 80-90 miliardów. Dlaczego?

– Wszystkim się wydawało, że w połowie 2020 roku nastąpi odbicie ruchu lotniczego. Rzeczywiście, w wakacje ludzie rzucili się na zakup biletów, żeby gdzieś pojechać i psychicznie odpocząć. Niestety zaraz potem znów zobaczyliśmy pustki w systemach rezerwacyjnych. Znowu mamy pozamykane granice. Docelowo do poziomów latania z 2019 roku, mamy wrócić dopiero w roku 2024 – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Dlatego linie lotnicze sięgają po kolejne fundusze pomocowe. Jak głęboki jest kryzys na tym rynku pokazuje też skala zwolnień w największych liniach lotniczych. Mimo tego, że pomoc finansowa od państwa wymaga utrzymania stałego poziomu zatrudnienia – etaty są redukowane, a płaca obniżana. Dzieje się tak również w polskim LOT. Wszędzie tam, gdzie dotarła pomoc publiczna, nastąpiły zwolnienia. Także w bogatych, najlepszych liniach na świecie – jak linie Emirates, które zwolniły 30 tysięcy pracowników. Lufthansa zwolniła 29 tysięcy osób, Ryanair 3 tysiące, El France prawie 8 tysięcy. 300 osób zwolnionych przez LOT to bolesna strata, ale wciąż niewielka. Miejmy nadzieję, że od połowy roku nastąpi trwała odbudowa ruchu lotniczego i na tych 300 osobach się skończy. Pierwsze odbicie ma nastąpić w wakacje – a szersze podróżowanie dopiero w 2022, 2023 roku. Pieniądze, które trafiły do LOT-u – to nie tylko odszkodowanie za to, że linia była uziemiona decyzjami administracyjnymi, ale też finansowanie na te trudne czasy – podkreśla Furgalski.

Bez zaskoczenia

W ostatnim tygodniu odbyło się posiedzenie RPP, co prawda scenariuszem bazowym był brak zmiany stóp procentowych, natomiast ostatnie wypowiedzi członków RPP budziły niepokój. NBP nie kryje się z tym, że zależy mu na osłabianiu złotówki, aby wspomóc szybsze wyjście z kryzysu. Z komunikatu po spotkaniu RPP wynika, że w kolejnych miesiącach nie należy spodziewać się zmiany stóp procentowych, chyba że sytuacja gospodarcza uniknie znacznemu pogorszeniu.

Po uzyskaniu przewagi w Senacie przez Demokratów, Amerykanie mogli być praktycznie pewni nowego pakietu fiskalnego. W czwartek poznaliśmy nowe założenia Amerykańskiego Planu Ratunkowego, który ma wynieść 1,9 bln usd. Większość Amerykanów ma otrzymać dodatkowo 1400 usd, poza już wcześniej ustalonymi 600 usd. Rynki już wcześniej oczekiwały nowego pakietu, także odbyło się bez zaskoczenia. Na pewno będzie to kolejny cios dla finansów publicznych USA, co odbija się na wzroście rentowności amerykańskich obligacji.

W drugiej połowie ostatniego tygodnia pogorszyły się nastroje na rynkach akcji, co skutkowało spadkami na głównych indeksach. Indeks WIG stracił w ciągu tygodnia 3,29%, a WIG20 osunął się 4,20%. Znacznie lepiej radziły sobie średnie i małe spółki – mWIG40 stracił 1,37%, a sWIG80 spadł 0,85%.

W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem dla rynków będzie posiedzenie ECB, które odbędzie się w czwartek. W środę odbędzie się inauguracja nowego prezydenta USA Joe Bidena, natomiast nie powinno to mieć większego wpływu na giełdę.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dramatyczna sytuacja w gastronomii. Północna Izba Gospodarcza apeluje o specjalny program wsparcia dla tego sektora gospodarki

– W Północnej Izbie Gospodarczej zrzeszonych jest kilkanaście lokali gastronomicznych i restauracji. Od każdych słyszymy słowa żalu i krytyki, że obostrzenia dotknęły ich w pierwszej kolejności, a na wsparcie trzeba czekać długimi miesiącami i nie wystarcza ono na pokrycie zobowiązań i planowanie dalszej działalności, kiedy lockdown minie. Apelujemy o dodatkowe wsparcie dla tego sektora gospodarki i mówimy wprost: jeżeli wsparcia dla gastronomii nie będzie większe, to niestety wiosną może nie być czego otwierać – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Północna Izba Gospodarcza o protestach: „Nie nawołujemy, ale rozumiemy”

Gastronomia jest wymieniana jako jedna z gałęzi gospodarki, która najsilniej odczuwa restrykcje związane z pandemią koronawirusa. Straty sięgają 80%, a dowożenie dań do klientów i sprzedaż na wynos bardzo rzadko jest gwarancją jakiegokolwiek zwrotu, nie mówiąc już o zysku. W ostatnich dniach masowo obserwujemy inicjatywy przedsiębiorców, którzy otwierają swoją działalność pomimo rządowych rozporządzeń. – To jest desperacja przedsiębiorców. Ich bunt wynika ze zbyt małego wsparcia i braku perspektywy na poprawę sytuacji w najbliższym czasie. Wysłuchałam dziesiątek historii firm, które często długimi latami budowali swoje restauracje, kluby, domy weselne, a od miesięcy nie generują żadnych przychodów i nie mogą liczyć na wsparcie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk. –  Parafrazując pewien znany cytat: Nie nawołujemy do protestów i otwierania restauracji, ale je rozumiemy – dodaje Prezes Mojsiuk.

– Kryzys dotyka przedsiębiorców bardzo szeroko. Upadają młode biznesy, ale w tarapaty wpadają znane marki, które od laty są obecne na rynku. Upadła lodziarnia „Fabryka lodów”, jedna z pierwszych lokalnych lodziarni rzemieślniczych. Media opisywały problemy Baru Turysta. Sytuacja gastronomii wymaga pogłębionej analizy – dodaje Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Mirosław Sobczyk.

Spadek obrotów o… 85%

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie zbiera opinie przedsiębiorców działających w branży gastronomicznej. Nie brakuje żalu oraz rozczarowania lockdownem i oferowanym wsparciem: – Państwo zamknęło restauracje, nie dając nic w zamian. Mam trzy miesiące zamkniętą restaurację i nie dostałem ani złotówki wsparcia – mówi Maciej Szabałkin, właściciel restauracji Piastów 30.   – Aby otrzymać pomoc rządową wymagane jest spełnienie m.in. warunku, polegającego na posiadaniu konkretnego wiodącego PKD na dzień 30.09.2020r. Większość firm pomimo prowadzenia np. restauracji, nie ma tego wpisanego jako główną działalność, co eliminuje ich z otrzymania jakiejkolwiek pomocy.  Gdyby Pan Premier powiedział swoim urzędnikom: „pracujecie pół roku za darmo”, jestem przekonany, że oburzyliby się jeszcze bardziej niż przedsiębiorcy pozostawieni bez grosza – dodaje Maciej Szabałkin.

–  Jest ciężko, a przyszłość jest niejasna, bo nie wiadomo kiedy nas otworzą. Nasza restauracja bazuje na owocach morza i rybach, czyli rzeczach, których nie da się kupić na zapas i nie zawsze da się przygotować tak, by sprzedawać na wynos. Czy tarcza będzie dla nas pomocą to się okaże, bo jesteśmy na etapie ustalania tego, na co możemy liczyć. Nasze działanie to jest obecnie 15% możliwości. To gigantycznie trudna sytuacja – mówi Michał Kamiński, właściciel restauracji Paprykarz.

Aktywność Północnej Izby Gospodarczej

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie wystąpiła do Premiera Mateusza Morawieckiego z szeregiem apeli m.in. o rozszerzenie ilości kodów PKD kwalifikujących do pomocy, otwarcie gospodarki czy wsparcie zachodniopomorskich gmin turystycznych, które ucierpiały na lockdownie. – Czekamy  z niecierpliwością na działania rządu , który powinien  natychmiast wesprzeć przedsiębiorców będących największymi płatnikami do budżetu,  aby oni  za chwilę nie stali się beneficjentami  zasiłku dla bezrobotnych – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Przedsiębiorcy to już konsumenci. Co to oznacza dla kupujących “na firmę” i dla sprzedawców?

Od 1 stycznia obowiązują nowe przepisy w prawie konsumenckim oraz Kodeksie Cywilnym. Są bardziej przyjazne dla klientów – przedsiębiorców i dają im prawa, jakie dotąd miały tylko osoby prywatne. Jakie są najważniejsze zmiany i pod jakimi warunkami obowiązują?

Przesunięcie o pół roku wejścia w życie przepisów nadających przedsiębiorcom część uprawnień konsumenckich miało ułatwić firmom handlowym przygotowanie się na nowe regulacje. Jednak końcówka ubiegłego roku okazała się obfitującym w wydarzenia i pracowitym czasem, szczególnie dla sklepów internetowych. Najwyższa pora przyjrzeć się konsekwencjom, jakie niosą za sobą ostatnie zmiany prawne.

Jak dotąd mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami klientów: konsumentami i przedsiębiorcami. Tym pierwszym przysługuje więcej praw chroniących ich interesy. Ci drudzy, zwłaszcza właściciele mikrobiznesów, z różnych względów dokonują licznych zakupów jako firmy, nawet gdy te nie są bezpośrednio związane z ich działalnością zarobkową. Z tego względu nie przysługiwało im np. prawo do zwrotu towaru w ciągu 14 dni od zakupu i to właśnie zmieniają nowe przepisy.

– W przypadku sklepów internetowych sytuacja jest o tyle ciekawa, że sprzedawcy zwykle sami prowadzą też mikrofirmy. Nowe zmiany prawne dotyczą ich więc podwójnie i tym bardziej powinni się z nimi zapoznać – mówi Oliwia Tomalik, Marketing Manager Shoper.

Co zmieniają nowe przepisy dla przedsiębiorców?

Najważniejszą z wprowadzonych zmian wydaje się możliwość odstąpienia od umowy zawartej na odległość przez kupującego przedsiębiorcę (popularnie nazywana zwrotem) w ciągu 14 dni od daty zakupienia produktu. W przypadku konsumentów ta możliwość nierzadko stała się wręcz częścią strategii zakupowej np. świadomego kupowania ubrań z myślą, by przymierzyć je w domu i ewentualnie zwrócić. Teraz to prawo zyskali też przedsiębiorcy.

Podobnie jest z prawem do rękojmi, które dotąd przysługiwało wyłącznie konsumentom. Od stycznia klient-firma również może żądać wymiany rzeczy lub usunięcia wady produktu i jeśli sprzedawca nie ustosunkuje się do niej w ciągu 14 dni, reklamacja zostanie automatycznie uznana. Na zgłoszenie reklamacji przedsiębiorca otrzymuje teraz aż dwa lata, jak również rok na stwierdzenie wady fizycznej towaru.

Co również istotne, stosowanie niedozwolonych klauzul umownych zostało teraz zakazane także w przypadku przedsiębiorców. Tego rodzaju postanowienia zawarte w regulaminach sklepów nie są już wiążące.

– Jak zwykle przy tego typu zmianach dopiero rzeczywistość pokaże, czy problem jest duży. Patrząc jednak na to, jak chętnie konsumenci korzystają z możliwości „zakupu na próbę”, można się spodziewać, że ochoczo do nich dołączą kolejni kupujący, którzy do tej pory nie mieli do tego prawa.

Tym sposobem na sprzedawców zostają nałożone kolejne obowiązki, ale najtrudniejszym wyzwaniem z pewnością będzie ocena, czy z danym zakupem wiążą się zarezerwowane dotychczas dla konsumentów przywileje – mówi Zofia Babicka-Klecor, prawniczka z kancelarii Legal Geek, która dba o aktualność regulaminów w sklepach Shoper.

Wyjątki od nowych regulacji

Warto pamiętać, że wprowadzone z początkiem roku przepisy dotyczą wyłącznie jednoosobowych działalności gospodarczych. Ponadto, aby nowe regulacje miały zastosowanie, zakup nie może mieć “charakteru zawodowego”.

Oznacza to, że produkt kupiony w związku z bazową działalnością firmy nie jest objęty przepisami które czynią przedsiębiorcę konsumentem. Z kolei zakup pomocniczy np. drukarki będzie już podlegał tym regulacjom. Weryfikacja, czy dana czynność ma zawodowy charakter, ma się odbywać w oparciu o wpisane do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG) kody PKD, określające rodzaje działalności gospodarczej.

– Z początku na pewno wyzwaniem dla sprzedawców będzie ustalenie której transakcji dotyczą nowe regulacje, a której nie. Na pewno w takiej sytuacji zalecalibyśmy naszym klientom, jak i wszystkim, którzy sprzedają online, by zaktualizowali regulaminy swoich sklepów. Dobrą praktyką, która sprawdzi się nie tylko w tym przypadku, jest bycie o parę kroków bardziej pro konsumenckim niż wymagają tego przepisy np. oferowanie kupującym nie tylko 14 ale 30 lub 60 dni na zwrot towaru bez względu na to, czy kupują prywatnie czy na firmę – proponuje Oliwia Tomalik z Shoper.

W czasie lockdownu rozgrywki e-sportowe zyskały na popularności. Branża walczy jednak ze spadkiem przychodów

E-sport był jedną z form rozrywki, która w dobie pandemii i lockdownu znacząco zyskała na popularności. Wprawdzie wiele stacjonarnych wydarzeń przełożono lub odwołano, co wpłynęło na globalne przychody branży, ale te, które w całości odbywały się online’owo, przyciągnęły rzeszę nowych graczy, również z grup do tej pory niemających związku z e-sportem. Dla wielu młodych ludzi staje się on rozrywką numer jeden, co powoduje, że również część budżetów mediowych jest przesuwana do tej branży ze sportu tradycyjnego.

Ten rok był skomplikowany dla branży e-sportowej, tak jak dla wszystkich dziedzin życia w Polsce. Z jednej strony mierzyliśmy się z tymi samymi problemami, niedogodnościami w związku z epidemią. Natomiast z drugiej strony też notowaliśmy pewne korzyści. Była to jedna z niewielu dziedzin rozrywki, która poprzez pandemię nie została w pełni zablokowana, w czasie lockdownu rozgrywki e-sportowe toczyły się całkowicie online’owo. Ciągłość została zachowana i nasze oglądalności w czasie lockdownu notowały wzrosty względem poprzednich lat – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Kowalczyk, prezes Polskiej Ligi Esportowej.

Jak wynika z październikowych szacunków firmy Newzoo („Global Esports Market Report”), przychody z globalnego e-sportu w 2020 roku wyniosły nieco ponad 950 mln dol., choć jeszcze przed pandemią szacowane były na 1,1 mld dol. Zrewidowana w dół prognoza jest też nieco niższa niż wynik osiągnięty w 2019 roku. Ten spadek nie jest jednak efektem mniejszej liczby widzów czy organizatorów wydarzeń e-sportowych, ale jedynie przełożonych i odwołanych w 2020 roku eventów. W Polsce pierwszą taką decyzją było zakazanie udziału publiczności w finałach Intel Extreme Masters w Katowicach. Wiadomo już, że tegoroczny turniej również odbędzie się bez obecności widzów.

Konsekwencją odwoływania wydarzeń w halach i na stadionach było również wstrzymanie sponsoringu firm partnerskich.

Liczba offline’owych wydarzeń e-sportowych w ostatnich miesiącach uległa znacznemu ograniczeniu – mówi Paweł Kowalczyk. – Nagrody były ściśle powiązane z wydatkami marketingowymi, więc na początku lockdownu zostały ograniczone ze względu na to, że i część wydatków marketingowych wielu firm została wstrzymana. Myślę, że nie jest to stała sytuacja i ona będzie się ponownie zmieniać wraz z powrotem do normalności.

Wydarzenia organizowane online nie są dla sponsorów tak atrakcyjne jak offline ze względu na mniejszą ekspozycję marki i inne spadające korzyści z inwestycji.

Liczymy na to, że już w drugiej połowie roku zostanie w jakimś stopniu przywrócona działalność offline’owa związana z eventami, czyli to, co jest bardzo ważnym elementem działalności e-sportowej. Największe światowe podmioty organizujące rozgrywki już ogłosiły, że jesienią odbędą się pierwsze eventy – mówi prezes Polskiej Ligi Esportowej.

Jak podkreślają eksperci Collegium Da Vinci w raporcie „E-sport 2020. Biznes – Rynek pracy – Edukacja”, dłużej utrzymujący się stan zawieszenia może negatywnie wpłynąć na przychody, a także zniechęcić część sponsorów do inwestowania w e-sport. Jest to jednak na tyle nowa przestrzeń, że powinna poradzić sobie z tym kryzysem i zaproponuje inne podejście do inwestowania. Długoterminowe perspektywy są wciąż bardzo pozytywne dla branży. Newzoo zrewidowało je nawet w górę. W 2023 roku globalne przychody mają wynosić blisko 1,6 mld dol., a coroczny wzrost szacowany jest na 15,5 proc.

Poprzez to, że zachowana została ciągłość wszystkich wydarzeń, potencjał branży znacząco urósł. Prognozy wskazują, że jest to jedna z najbardziej dynamicznie rosnących gałęzi rozrywki, co powoduje, że możemy być optymistami – podkreśla Paweł Kowalczyk. – Bardzo ważne jest też to, że dla młodych ludzi gaming oraz e-sport stają się rozrywką numer jeden. Im te osoby będą starsze, tym więcej w populacji będziemy mieć osób, które są zainteresowane takimi rozgrywkami.

Newzoo wskazuje, że w Europie liczba widzów w 2020 roku wzrosła o ponad 7 proc., do 92 mln, z czego 33 mln to entuzjaści, którzy oglądają rozgrywki częściej niż raz w miesiącu.

Do e-sportu napływa coraz więcej widzów, którzy do tej pory nie mieli z nim do czynienia, chociażby z grupy mainstreamowych. Udało się trafić z e-sportem do tych grup za pomocą wielu kanałów medialnych. Liczymy, że ta grupa coraz bardziej będzie wpływała także na wyniki oglądalności – mówi prezes Polskiej Ligi Esportowej. – Coraz bardziej zauważamy, że e-sport zbliża się do sportu tradycyjnego, dla wielu marek i organizatorów stał się nowym sportem, wiele budżetów mediowych jest przesuwanych ze sportu tradycyjnego do e-sportu, więc na pewno będziemy mieli do czynienia ze wzrostem aktywności medialnych i marketingowych.

Celem powołanej w maju ub.r. Polskiej Ligi Esportowej jest profesjonalizacja e-sportu – stworzenie profesjonalnej ligi e-sportowej i jej promowanie, m.in. w telewizji i platformach wideo online. W PLE są dwie grupy: Lotto Dywizja Profesjonalna oraz Dywizja Mistrzowska, z których każda składa się z ośmiu w pełni profesjonalnych drużyn. Platformą zmagań jest gra Counter-Strike: Global Offensive, pozostająca od lat w czołówce gier komputerowych na świecie. Pula nagród, o które jesienią walczyły drużyny, to 100 tys. zł w Dywizji Mistrzowskiej i 10 tys. zł w Lotto Dywizji Profesjonalnej. Finałowe rozgrywki zgromadziły w peaku blisko 11 tys. widzów na Twitchu i ponad 53 tys. w kanale telewizyjnym Polsat Games.

Chcemy krok po kroku dążyć do coraz większej profesjonalizacji rynku, ale też wszystkich drużyn, które występują w ramach Polskiej Ligi Esportowej. Myślę, że już niedługo będziemy namacalnie widzieli, jak bardzo ten rynek się sprofesjonalizował i jak bliski jest chociażby benchmarkom lig sportowych – mówi Paweł Kowalczyk.

W 2021 roku PLE planuje rozbudować rozgrywki o nowe tytuły. Chce także wspierać ligi amatorskie promujące e-sport jako dyscyplinę sportową, ligi szkolne czy regionalne. Start rozgrywek przewidziany jest na marzec/kwiecień 2021 roku.

Zależy nam na tym, żeby w coraz większym stopniu, wraz ze zmniejszaniem restrykcji covidowych, być obecnym w świecie offline’owym, żeby kibice mieli możliwość styku z zawodnikami. Sami zawodnicy chcą rywalizować w ramach takich wydarzeń, bo brakuje im fizycznej rywalizacji – zapowiada prezes PLE.

Prawie 450 tys. seniorów 80+ zarejestrowanych na szczepienia przeciw COVID-19. Wciąż duża grupa społeczeństwa jest nastawiona sceptycznie

– Szczepionka przeciwko COVID-19 jest bezpieczna i skuteczna. Dowiodły tego badania prowadzone przed wejściem szczepionki do użytku. Wszelkie dywagacje na temat różnych działań niepożądanych, które można znaleźć w internecie, są bezpodstawne – mówi lekarz Michał Sutkowski. Liczba zaszczepionych do tej pory pacjentów z grupy zero to prawie pół miliona. Jak wskazują dane resortu zdrowia, w tej grupie odnotowano 133 niepożądane odczyny poszczepienne. Chętnych na szczepienia przybywa, ale wciąż duża grupa społeczeństwa pozostaje sceptyczna.

Z badań Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i ARC Rynek i Opinia przeprowadzonych w grudniu ubiegłego roku wynika, że tylko 17 proc. Polaków zamierza się zaszczepić na COVID-19 tak szybko, jak to będzie możliwe, a 23 proc. dopiero po jakimś czasie. To bardzo podobny wskaźnik do badania przeprowadzonego w czerwcu ub.r. 38 proc. ankietowanych w ogóle nie zamierza się szczepić, a co piąty nie ma zdania na ten temat. Dużo bardziej sceptyczne wobec szczepień są kobiety – tylko 11 proc. z nich chce się zaszczepić w pierwszym możliwym terminie, a 45 proc. nie zamierza się szczepić w ogóle. W przypadku mężczyzn odsetek chętnych, którzy chcą skorzystać ze szczepienia możliwie szybko, jest znacznie wyższy, bo wynosi 24 proc., a 32 proc. ankietowanych panów deklaruje, że nie podda się szczepieniu.

Eksperci podkreślają, że sceptyczne nastawienie to może być efekt fake newsów publikowanych w internecie na temat możliwych powikłań poszczepiennych.

Te informacje tumanią ludzi i przypominają okres średniowiecza. Nie możemy sobie na to pozwolić, bo to oznacza cofanie się ludzkości o 200–300 lat, jakby nie było dokonań naukowych, które są przecież powszechnie znanym zjawiskiem. Informacje na temat kodu czy materiału genetycznego, z którym rzekomo ma się łączyć koronawirus, to oczywiście bzdura. Podobnie jak informacje na temat różnych działań niepożądanych, chociażby działania przeciwko płodności. Są one rozpowszechniane przez przeciwników szczepień, którzy chcą na tym zbić kapitał. To nie powinno w ogóle mieć miejsca – kwituje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, specjalista medycyny rodzinnej i chorób wewnętrznych, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Lekarze podkreślają, że koronawirus może wywołać wielonarządową i wielokierunkową chorobę, z której skutkami pacjenci będą się zmagać przez długi czas. To m.in. zaburzenia wydolności fizycznej, duszności czy zaburzenia w koncentracji.

Z jednej strony mamy bardzo ciężką chorobę, a z drugiej strony mamy narzędzie antycovidowe, którego się dramatycznie boimy. To nie ma sensu. Szczepionka jest bezpieczna, czego dowiodły badania, które były przeprowadzone przed jej wejściem do użytku. Bezpieczeństwo jest rzeczą priorytetową dla firm, które tworzą leki. Trzeba o tym normalnie rozmawiać – podkreśla prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Jak wskazują poniedziałkowe statystyki Ministerstwa Zdrowia, na ponad 475 tys. osób zaszczepionych w grupie zero były zaledwie 133 przypadki niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Aby zwiększyć bezpieczeństwo pacjentów, rząd zadecydował o stworzeniu Funduszu Kompensacyjnego. Będą z niego wypłacane świadczenia dla osób, które doznałyby ciężkiej reakcji anafilaktycznej lub ze względu na NOP były hospitalizowane przez ponad 14 dni.

Sceptycy jednak wydają się nieprzekonani. Niepokojący w badaniach jest wysoki odsetek osób, które przyznają, że nic by ich nie przekonało do szczepienia się na COVID-19 (ok. 33 proc.). Nieco mniej deklaruje, że byłaby to pewność, że szczepionka całkowicie uchroni przed zachorowaniem. Mniej liczne grupy osób wymieniały, że przekonujące mogłyby być takie „profity” jak możliwość spotykania się ze znajomymi, wyjazdu za granicę czy chodzenia bez maseczki.

Osoby, które się zaszczepią, będą korzystały z pewnych profitów, to jest oczywiste – mówi dr Michał Sutkowski. – Natomiast nie powinno to dotyczyć obowiązku noszenia maseczki. Nie ma dzisiaj takich dowodów, że pacjent zaszczepiony nie może zarazić. Wirus może się na tyle namnożyć, że ta osoba nie będąc sama chora, może jednak zarazić innych. Dotychczas rekomendacje o zdejmowaniu maseczek nie występują w momencie, kiedy mamy pandemię.

Badania WUM oraz ARC Rynek i Opinia pokazały, że wśród Polaków największymi zwolennikami szybkich szczepień są osoby z grupy wiekowej 45–65 lat (22 proc.). Z kolei najbardziej niechętni szczepieniom są respondenci w wieku 18–24 lata. 45 proc. z nich nie zamierza się szczepić.

Statystyki resortu zdrowia wskazują, że do poniedziałku zaszczepionych było 475 tys. osób z grupy zero, a kolejne 580 tys. czeka w kolejce. To w sumie 81 proc. osób w tej grupie. W systemie zarejestrowano już także niecałe 450 tys. seniorów z grupy wiekowej 80+, którzy są w pierwszej grupie.

Michał Sutkowski podkreśla, że są pewne przeciwwskazania do szczepień, ale dotyczą one określonych sytuacji i nielicznych grup pacjentów. Są to m.in. występowanie w przeszłości ciężkiej reakcji uczuleniowej, niewyrównana choroba przewlekła, np. cukrzyca z bardzo wysokimi poziomami cukrów, a także infekcje. W tym ostatnim przypadku pacjent może się zaszczepić po wyzdrowieniu.

Polacy nie doceniają ryb z Bałtyku. Częściej trafiają one na stoły w Skandynawii i Europie Zachodniej

Statystyczny Polak zjada rocznie ok. 14,5 kg ryb, czyli nawet trzykrotnie mniej niż mieszkańcy krajów śródziemnomorskich. Co istotne, rzadko też sięgamy po ryby z Bałtyku. Rodzime gatunki, takie jak śledź, szprot, flądra, łosoś, turbot czy sandacz, częściej trafiają na stoły w Skandynawii czy Europie Zachodniej, gdzie są lubiane i cenione przez konsumentów ze względu na swoje prozdrowotne właściwości: dużą zawartość białka, witamin A i D czy kwasów omega-3. Z kolei w Polsce wciąż jeszcze pokutuje mit dotyczący zanieczyszczenia chemikaliami bałtyckich ryb. Badania wykazują jednak, że ryby odławiane w Bałtyku spełniają rygorystyczne normy unijne.

– Bałtyk jest morzem zamkniętym, śródlądowym, gdzie wymiana wód z oceanem jest niewielka i na pewno następuje kumulacja związków, które spływają rzekami. Zawartość metali ciężkich w rybach bałtyckich jest jednak niewielka – nie przekracza nawet połowy dozwolonej normy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr inż. Wojciech Sawicki, ekspert ds. bezpieczeństwa żywności z Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie.

Badania wskazują, że ryby i przetwory rybne z naszego morza zawierają niewielkie zawartości zanieczyszczeń i nie zagrażają konsumentom.

– Ze względu na bezpieczeństwo konsumentów wprowadzono limity określone prawem, których wartości w surowcu nie mogą być przekroczone, aby mógł być on przeznaczony do konsumpcji dla ludzi – wskazuje dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert, zastępca dyrektora ds. naukowych w Morskim Instytucie Rybackim – Państwowym Instytucie Badawczym. – Poziomy zanieczyszczeń w rybach i w środowisku morskim podlegają kontroli w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska, jak również w ramach monitoringu żywności. Badania prowadzą także sami przetwórcy, dlatego że to w ich interesie jest sprawdzenie, czy surowiec, z którego korzystają, jest bezpieczny. W innym przypadku w razie kontroli groziłyby im surowe kary.

Według danych Europejskiego Obserwatorium Rynku Rybołówstwa (EUMOFA) statystyczny Polak zjada około 14,5 kg ryb rocznie. To nawet trzykrotnie mniej, niż spożywają mieszkańcy Hiszpanii, uznawanej za jeden z najzdrowszych narodów na świecie. Choć statystyki dotyczące konsumpcji ryb w ostatnich latach powoli się poprawiają, to jednak nadal odbiegają od zaleceń, według których ryby powinny pojawiać się na talerzu co najmniej dwa–trzy razy w tygodniu. Polacy wciąż pozostają pod tym względem w europejskim ogonie, a dodatkowo rzadko też sięgają po ryby z Bałtyku, w przeciwieństwie do społeczeństw ze Skandynawii.

– Ryby bałtyckie – szproty, śledzie, flądry, dorsze, łososie, belony i gładzice – są bardzo cenione na Zachodzie i w Skandynawii. Ogromne ilości wyjeżdżają na zachód i północ Europy. Polacy nie mają pojęcia, jak olbrzymia jest tego skala. Dobrze pasowałoby tu powiedzenie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Od lat próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nasze ryby są cenione przez ekologicznie wyedukowane społeczeństwa na Zachodzie, podczas gdy do Polski trafiają te pochodzące z innych mórz – mówi Marcin Radkowski, prezes Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb, inicjator programu Naturalnie Bałtyckie.

Ryby bałtyckie warto dodać do jadłospisu ze względu na wysoką zawartość cennych dla organizmu składników, jak np. pełnowartościowe białko, które bierze udział w budowaniu masy mięśniowej, produkcji hormonów i przeciwciał. Jest ono także bogate w aminokwasy, przez co ryby morskie stanowią dobry zamiennik dla jaj i mięsa. Zwłaszcza że białko w rybach jest lepiej przyswajalne i trawione przez organizm niż białko mięsne.

– Poza tym w rybach jest wiele składników mineralnych: fosfor, fluor, wapń, jod i selen oraz witaminy rozpuszczalne w tłuszczach, szczególnie witamina D3 – wymienia dr inż. Wojciech Sawicki.

Zawarta w rybach witamina D3 zmniejsza ryzyko rozwoju chorób układu krążenia, nowotworów i depresji. Z kolei ważna dla prawidłowego funkcjonowania organizmu witamina A, która również w dużych ilościach znajduje się w rybach, bierze udział w produkcji białek oraz w procesie wzrostu i regeneracji komórek, wspomaga proces widzenia i wykazuje silne działanie przeciwutleniające.

– Ryby zawierają wiele substancji bardzo korzystnych dla naszego zdrowia. To przede wszystkim kwasy omega-3. Kwasy tłuszczowe EPA i DHA pełnią w naszym organizmie bardzo ważną funkcję, jeśli chodzi o układ krążenia czy układ nerwowy. Znajdziemy je tylko w środowisku morskim, a więc tylko w rybach, bo nie ma ich np. w olejach roślinnych. Te zawierają kwasy omega-3, ale całkiem inne – tłumaczy dr hab. inż. Joanna Szlinder-Richert.

Włączając ryby do swojej diety, warto zwracać uwagę na ich pochodzenie i sposób połowów. Ryby złowione w Bałtyku nie musiały przebyć tysiąca kilometrów, zanim trafiły na sklepową półkę, przez co spożywanie ich jest bardziej ekologiczne i zostawia mniejszy ślad węglowy niż w przypadku np. mięsa czy ryb z innych obszarów połowowych. Bałtyckie ryby warto jednak wybierać nie tylko ze względu na ekologię i korzyści zdrowotne. Kolejny plus to wsparcie rodzimego rybołówstwa.

– To szczególnie ważne teraz, w dobie pandemii. W ten sposób można pomóc naszym rybakom, przetwórcom i tysiącom ludzi, którzy są zatrudnieni w całej tej branży – podkreśla Marcin Radkowski, inicjator programu Naturalnie Bałtyckie.

Program ten ma na celu promowanie racjonalnego wykorzystywania zasobów Morza Bałtyckiego i świadomej konsumpcji ryb. Znakiem Naturalnie Bałtyckie oznaczane są produkty rybne wytwarzane z ryb pozyskanych zgodnie z najwyższymi standardami jakościowymi.

Federacja Przedsiębiorców Polskich: Kolejne zmiany stawek akcyz na papierosy i wyroby nowatorskie nie są potrzebne. Trzeba brać pod uwagę również politykę zdrowotną państwa

Federacja Przedsiębiorców Polskich krytykuje podnoszenie stawek akcyzy na nowatorskie wyroby tytoniowe. Z wyliczeń wynika, że po uwzględnieniu zawartości tytoniu w opakowaniu opodatkowanie VAT i akcyzą 1 g w tradycyjnych papierosach wynosi w tej chwili 82 gr, natomiast w podgrzewaczach tytoniu – 76 gr. – To oznacza, że nie ma potrzeby kolejnej zmiany stawek – podkreślają eksperci FPP i zwracają też uwagę na potencjalnie niższą szkodliwość nowatorskich wyrobów tytoniowych. – Polityka akcyzowa państwa też powinna to uwzględniać – dodają. 

Jeszcze do niedawna podatkiem akcyzowym były objęte tylko tradycyjne wyroby tytoniowe, natomiast papierosy elektroniczne i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Akcyzę na nie wprowadzono wprawdzie w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. Zmieniło się to od 1 października ub.r. Ministerstwo Finansów ustaliło stawkę akcyzy na 0,55 zł za 1 ml płynu do e-papierosów oraz ok. 305,39 zł za 1 kg tytoniu w przypadku podgrzewaczy tytoniu. W swoim oświadczeniu eksperci FPP piszą  wprost, że prof. Witold Modzelewski w swoich wypowiedziach medialnych się myli.

Realizacja postulatu prof. Modzelewskiego dotyczącego „urealnienia” stawek akcyzy oznaczałaby zatem, że opodatkowanie 1 grama tytoniu w nowatorskich wyrobach tytoniowych byłoby prawie 2,5-krotnie wyższe niż w zwykłych papierosach, przy spalaniu których wydzielanych jest znacznie więcej szkodliwych dla zdrowia substancji w porównaniu z podgrzewaniem tytoniu – podkreśla w komunikacie Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

– Pojawiają się w ostatnim czasie głosy nawołujące do ujednolicenia stawek opodatkowania wyrobów tytoniowych, tzn. aby w jednolity sposób opodatkowywać różne kategorie, czyli m.in. papierosy, tytoń do palenia, papierosy elektroniczne i tzw. wyroby nowatorskie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Porównanie poziomu opodatkowania poszczególnych typów wyrobów tytoniowych nie zawsze odzwierciedla rzeczywistość. Kiedy porównuje się je według sztuki, to tworzy mylne wrażenie, że nowe typy produktów są opodatkowane znacznie niżej. Tymczasem w rzeczywistości te różnice opodatkowania są znacznie mniejsze, ponieważ w ich przypadku zawartość tytoniu w sztuce produktu jest prawie dwukrotnie niższa niż w tradycyjnych papierosach.

Według analiz Kantar i Krajowej Izby Gospodarczej w największym stopniu akcyzą są w tej chwili obciążeni producenci podgrzewaczy tytoniu (1,95 zł w paczce) i producenci liquidów do tzw. otwartych e-papierosów (ze zbiornikiem na płyn do samodzielnego uzupełniania – 2,31 zł).

– Obecne zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich sprowadzają się do opodatkowania tytoniu, który jest zawarty w produkcie końcowym. Tymczasem pojawiają się propozycje, by opodatkować je tak samo jak papierosy, czyli od sztuki. Ale w takiej sytuacji porównujemy zupełnie nieporównywalne typy produktów, ponieważ w tradycyjnych papierosach zawartość tytoniu jest znacznie wyższa niż w wyrobach nowatorskich. W ten sposób można łatwo doprowadzić do sytuacji, w której nowe wyroby byłyby opodatkowane wyżej niż zwykłe papierosy, co zniechęcałoby do korzystania z tego rodzaju produktów – mówi Łukasz Kozłowski.

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich błędne są porównania prof. Witolda Modzelewskiego, które wskazują, że tzw. nowatorskie wyroby tytoniowe są de facto objęte kilkukrotnie niższym obciążeniem akcyzowym. Są bowiem liczone w odniesieniu do jednej sztuki produktu. Pomijają więc fakt, że w nowych wyrobach zawartość tytoniu jest znacznie niższa niż w tradycyjnych papierosach. Jedna paczka (20 sztuk) papierosów zawiera ok. 14 g tytoniu, podczas gdy jedna paczka (20 sztuk) wkładów do podgrzewania tytoniu zawiera go ponad dwukrotnie mniej, bo ok. 6 g.

– To tytoń jest tutaj głównym składnikiem, który powinien stanowić podstawę opodatkowania. Jeżeli porównamy poziom opodatkowania względem rzeczywistej zawartości tytoniu w wyrobie finalnym, wówczas okazuje się, że różnice są niewielkie – wskazuje ekspert FPP. – Realizacja postulatu dotyczącego wyrównania opodatkowania między poszczególnymi typami produktów w praktyce oznaczałoby, że wyroby nowatorskie byłyby opodatkowane 2,5-krotnie wyżej niż tradycyjne w przeliczeniu na zawartość tytoniu. 

Z szacunków FPP wynika, że pod względem zawartości tytoniu opodatkowanie akcyzą 1 g wynosi 66 gr w przypadku papierosów tradycyjnych i 31 gr w przypadku wyrobów nowatorskich. Po doliczeniu podatku VAT obciążenie wynosi odpowiednio 82 gr i 76 gr. To oznacza, że tytoń zawarty w obu tych produktach już w tej chwili podlega zbliżonemu opodatkowaniu.

– Polityka akcyzowa powinna być ukierunkowana nie tylko na maksymalizowanie dochodów budżetu państwa, lecz przede wszystkim na ochronę zdrowia publicznego i realizowanie polityki zdrowotnej. W tym kontekście na podstawie dowodów naukowych należy ocenić poziom szkodliwości każdej z tych grup produktów i w zależności od niej różnicować poziom opodatkowania ich akcyzą. W ten sposób będziemy skłaniać konsumentów do tego, żeby korzystali z produktów, które potencjalnie będą powodować mniejsze szkody zdrowotne – podkreśla ekonomista.

W ubiegłym roku po czterech latach badań i analiz naukowych amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) zarekomendowała podgrzewacz tytoniu IQOS jako pierwsze urządzenie alternatywne dla papierosów o profilu zmodyfikowanego ryzyka, „właściwe dla promocji zdrowia publicznego”. Podobne podejście ma Public Health England, agenda brytyjskiego ministerstwa zdrowia, która zaleca palaczom przechodzenie na produkty alternatywne dla tradycyjnych papierosów jako formę redukcji szkód i ryzyka zdrowotnego związanego z paleniem. PHE już w 2015 roku opublikowała raport, z którego wynika, że są one o 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych, ponieważ nie zawierają substancji smolistych obecnych w dymie tytoniowym.

– Decyzje wiodących na świecie agencji zajmujących się kwestiami bezpieczeństwa żywności i leków, w tym np. amerykańskiej FDA, poprzedzone wieloletnią analizą dokumentów i badań naukowych, zdają się potwierdzać, że nowatorskie produkty mogą być mniej szkodliwe. Polityka akcyzowa państwa powinna to uwzględniać – podkreśla Łukasz Kozłowski. – Niższy poziom opodatkowania wyrobów nowatorskich w stosunku do zwykłych papierosów nie świadczy o tym, że w polskim systemie podatkowym istnieje luka podatkowa. Świadczy o tym, że państwo – w kształtowaniu swojej polityki akcyzowej – kieruje się nie tylko względami fiskalnymi, lecz także względami zdrowotnymi, uwzględniając mniejszą ilość substancji szkodliwych dla zdrowia, jaka wydziela się w czasie używania tych produktów.

Od stycznia 2020 roku branża musi już mierzyć się z podwyżką stawki akcyzy na wyroby tytoniowe o 10 proc., w październiku akcyzę zaczęli płacić również producenci płynów do e-papierosów i wkładów do podgrzewaczy tytoniu. Na poziomie Komisji Europejskiej trwają prace nad przygotowaniem nowej dyrektywy tytoniowej. Dlatego eksperci zwracają uwagę, że kolejna zmiana przepisów obejmująca ten rynek nie przysłużyłaby się jego stabilności.

– Zmienilibyśmy system opodatkowania, który dopiero co zaczął obowiązywać i do którego przedsiębiorcy już się przystosowali. To generowałoby koszty nie tylko dla firm, ale również dla Krajowej Administracji Skarbowej, która musiałaby dostosować swoje systemy poboru akcyzy do nowych reguł prawnych. Na dodatek trzeba liczyć się z tym, że niedługo te przepisy znów będą zmieniane, ponieważ zasady obowiązujące w całej UE prawdopodobnie będą odbiegać od tego, co obecnie się proponuje. To też będzie wymagać zmian w krajowym prawie, żeby ono było zbieżne z dyrektywą unijną. Obecne reguły obowiązują na tyle krótko, że nie mamy jeszcze żadnych danych do oceny, czy ten system działa dobrze, czy źle. Wprowadzanie jakichkolwiek zmian w takiej sytuacji jest przedwczesne – wskazuje główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

UOKiK może już blokować strony internetowe naruszające prawo. Urząd szykuje się też na zwalczanie oszustw wykorzystujących sztuczną inteligencję

W ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez KE stwierdzono, że ponad jedna trzecia sklepów internetowych i stron z rezerwacjami łamie przepisy UE dotyczące konsumentów. Dlatego potrzebne są nowe zasady, aby egzekwowanie tych praw było skuteczniejsze. Implementacja unijnego rozporządzenia CPC daje krajowym organom nowe kompetencje. W Polsce np. UOKiK będzie mógł zablokować dostęp do stron internetowych, za pośrednictwem których naruszane są prawa konsumentów. Wykorzystanie Big Data czy uczących się algorytmów przez nieuczciwych przedsiębiorców sprawia, że potrzebne są nowe reakcje na oszustwa.

– Jeżeli inne mechanizmy nie będą możliwe do zastosowania, w przypadku nieuczciwych praktyk ze strony przedsiębiorców, często działających spoza Unii Europejskiej, z krajów, gdzie niezwykle łatwo jest założyć działalność gospodarczą i z których można zdalnie poprzez internet czy nowoczesne technologie świadczyć usługi i oferować produkty, wówczas w przypadku tego typu mechanizmów, np. systemów promocyjnych typu piramida, będziemy mieli prawo do blokowania danych stron internetowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Organy krajowe państw UE mają teraz większe uprawnienia do wykrywania nieprawidłowości i podejmowania szybkich działań przeciwko nieuczciwym przedsiębiorcom. Implementacja unijnego rozporządzenia CPC z 17 grudnia 2017 roku pozwala blokować i usuwać strony internetowe z powodu naruszenia praw konsumentów. W Polsce takie uprawnienia zyskał UOKiK.

Zmiany są konieczne, bo w ankiecie przeprowadzonej kilka lat temu przez KE stwierdzono, że ponad jedna trzecia sklepów internetowych i stron z rezerwacjami łamie przepisy dotyczące konsumentów. Dwie trzecie stron internetowych, na których można rezerwować podróże, podaje wprowadzające w błąd informacje o cenach. To jednak tylko przykłady, bo zagrożeń jest znacznie więcej. Zwłaszcza że w części krajów założenie działalności jest niezwykle proste, nie jest weryfikowana tożsamość czy kapitał.

–  Tacy nieuczciwi przedsiębiorcy coraz częściej oferują tego typu toksyczne produkty, ryzykowne dla konsumentów w Polsce. Dlatego ten mechanizm ma służyć przede wszystkim ochronie konsumentów, został przewidziany na poziomie europejskim i również ten mechanizm wprowadzamy do polskiego porządku prawnego – tłumaczy Tomasz Chróstny.

Jak przypomina prezes UOKiK, już teraz urząd ma pełny wachlarz stosowanych rozwiązań. Często, jeśli doszło do naruszenia przepisów, wystarczy wskazać nieprawidłowości, które należy usunąć. Blokowanie stron ma być ostatecznością.

–  Niejednokrotnie, gdy widzimy przedsiębiorców działających z wykorzystaniem nowych technologii, przez internet, z tych różnych ciekawych destynacji czy jurysdykcji, gdzie nie odbierają od nas jakiejkolwiek korespondencji, tam ochrona będzie możliwa właśnie poprzez odcięcie tym nieuczciwym przedsiębiorcom możliwości dotarcia do konsumentów i narażenia ich na poważne skutki i szkody finansowe – przekonuje prezes UOKiK.

Zgodnie z unijnymi przepisami organy ochrony konsumentów mogą nakazać poprawienie, ukrycie lub usunięcie stron internetowych czy kont mediów społecznościowych zawierających oszustwa. Mogą również żądać informacji od rejestratorów domen, dostawców usług internetowych i banków, aby śledzić przepływy finansowe i dowiedzieć się, kto stoi za złymi praktykami.

– Poza zmianą wnioskowania o zmianę treści, jeżeli przedsiębiorca się nie zgodzi, będziemy mogli również wpływać na to, że będzie tutaj ostrzeżenie dla konsumentów, że tego typu treści niezgodne z przepisami zostały umieszczone – dodaje Tomasz Chróstny.

Sieć CPC zajmowała się już kilkoma ogólnoeuropejskimi kwestiami. W efekcie np. Booking.com zobowiązał się do wprowadzenia zmian w sposobie przedstawiania ofert, rabatów i cen, Airbnb poprawił i doprecyzował sposób, w jaki prezentuje konsumentom oferty zakwaterowania, np. zapewnia pełne informacje o cenach (w tym wszystkich obowiązkowych opłatach), a pięć wiodących wypożyczalni samochodów – Avis, Europcar, Enterprise, Hertz i Sixt – znacznie poprawiło przejrzystość swoich ofert i obsługi szkód.

– Świat cyfrowy to są ogromne szanse dla całego rynku, ale to są też całkiem inne zagrożenia, których jesteśmy świadomi, podobnie jak Komisja Europejska. Stąd prace zmierzające do zwiększenia ochrony konsumentów, np. przed praktykami realizowanymi z wykorzystaniem algorytmów uczących się, Big Data, także z internetu rzeczy – wymienia prezes UOKiK. – Algorytmy będą wnikały w wykorzystanie przewag konkurencyjnych, często w sposób nieuczciwy, dlatego musimy się na to przygotować, żeby sprawnie tego typu nieuczciwe mechanizmy eliminować z rynku.