Jabłoński: prawo UE nie radzi sobie z działaniami dyskryminującymi, realizowanymi pod pretekstem walki z pandemią

Mariusz Marszałkowski: Jak zmieniła się europejska gospodarka w czasie pandemii? Czy już widać jakieś strukturalne zmiany?

Michał Jabłoński: To, że się zmieniła, to oczywiste. Mamy do czynienia z bezprecedensowym przerwaniem łańcuchów dostaw, zatorami płatniczymi, czy zmianami w zachowaniach konsumentów. Faktycznie wiele przedsiębiorstw przestało funkcjonować. Pytanie, czy ten stan utrzyma się po zakończeniu okresu pandemicznego, a zatem czy te zmiany będą rzeczywiście strukturalne i długofalowe. Myślę, że tak będzie. Na wstępie warto podkreślić, że – mimo pandemii – niektóre gałęzie gospodarki radzą sobie całkiem dobrze, czasem jeszcze lepiej niż przed pandemią, z kolei inne radzą sobie fatalnie. Ogromne znaczenie dla przyszłości będą miały dwie kwestie. Pierwsza to potencjalnie długofalowa zmiana preferencji konsumentów – należy oczekiwać, że wygaszenie pandemii nie spowoduje automatycznie, że konsumenci od razu wrócą do swoich przyzwyczajeń zakupowych, czy korzystania z określonych usług, tak jak przed COVID-19. To będzie powolny proces, choć w pewnym zakresie prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z krótkim „boomem”, gdyż każdy z nas będzie chciał „odżyć”. Kwestia druga to prawdopodobna zmiana podejścia inwestorów. Chodzi o to, że niektóre rodzaje inwestycji przed pandemią wydawały się niezachwiane i niosące perspektywę pewnego zysku, np. budowa hotelu w kurorcie turystycznym. Okazało się teraz, że doszło do degradacji turystyki, w konsekwencji te inwestycje nie zarabiają, a przynoszą ogromne straty. Sądzę, że inwestorzy będą ostrożniej wybierali cele inwestycyjne z obawy o powtórkę epidemii. Może być więc tak, że po ustąpieniu pandemii zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy jeszcze przez jakiś czas będą podejmowali decyzje zachowawczo. Na razie trudno powiedzieć jaka będzie tego skala, ale z pewnością powrót do pełnej normalności potrwa bardzo długo.

M.M.: Jak do inwestycji będą podchodzić sami przedsiębiorcy?

M. J.: No właśnie, oni będą się zastanawiali czy pewne inwestycje nie wiążą się z ryzykiem w przyszłości, zwłaszcza, że nie ma gwarancji, że taka sytuacja nie będzie się powtarzać częściej. To wpłynie na alokowanie zasobów w gospodarce, na cele inwestycyjne. Inwestorzy będą starali się szukać branż, które będą odporne na takie ryzyka. Ja zakładam, że jeżeli nie dojdzie do powtórek podobnego kryzysu, to wszystko wróci do normy w ciągu około dekady. Z pewnością jednak po tego rodzaju okresie „przejściowym” wszystko wróci do normy, gdyż na dłuższą metę biznes napędzany jest zyskiem.

M.M.: Czy widać już ze strony rządów państw UE działania protekcjonistyczne?

M. J.: Takie działania widać już teraz, one przybierają różne formy. Nie zawsze są to działania legislacyjne, chociaż i takie bywają. Już zauważamy takie zjawiska np. w branży spożywczej czy transportowej, one nie mają jeszcze formuły opartej na regulacji, ale wystarczy, że państwo w imię (czy też pod pozorem) walki z pandemią będzie bardziej rygorystycznie podchodzić np. do kontroli pewnych branż. To bardzo łatwo może prowadzić do działań protekcjonistycznych, choćby przez bardziej „skrupulatny” nadzór nad przedsiębiorcami zagranicznymi, względem krajowych. To może ewoluować w kierunku modelu znanego z niektórych krajów pozaunijnych, gdzie np. kontrole fitosanitarne traktowane są nie jako środek dbania o zdrowie konsumentów, a raczej narzędzie polityki, czy ochrony własnych firm. W UE oczywiście to nie działa w takiej skali, ale widać, że w niektórych sektorach kontrole prowadzą do wykluczania usług i towarów z innych państw, z powołaniem się na walkę z pandemią.

Do tego dochodzą rozwiązania legislacyjne. Te mechanizmy pojawiają się w branżach, które dany rząd uznaje za strategicznie ważne z perspektywy bezpieczeństwa państwa. Do niedawna to kojarzyło się nam z obronnością, telekomunikacją, itp. Teraz paleta branż strategicznych jest znacznie szersza. Już teraz wprowadza się ograniczenia, np. w branży medycznej, choćby poprzez ograniczenia eksportowe.

Trzecim elementem protekcjonizmu jest tworzenie pewnego rodzaju atmosfery przez rządzących. Oczywiście, ona nie może być oceniana wyłącznie negatywnie, choć prowadzi do protekcjonizmu. Mówię tutaj np. o nawoływaniu obywateli do zakupu towarów pochodzących z danego państwa. To tak zwany patriotyzm gospodarczy. To nie jest do końca złe, bo np. zachęcanie społeczeństwa do kupowania u sąsiada, czy w restauracji osiedlowej na wynos nie jest w zamyśle złym działaniem, ale w szerszym zakresie wspieranie, np. polskich, niemieckich, czy francuskich produktów odbywa się kosztem kogoś innego. Jeżeli politycy czescy nawołują do kupowania tylko czeskich produktów żywnościowych, to oczywistym jest, że uderza to w polskich eksporterów żywności, którzy są największymi dostawcami spożywczymi do Czech. Podobny skutek ma np. oznaczanie produktów, co do tego czy pochodzą z danego kraju. To jest co do zasady neutralne, bo konsument nie ma przecież obowiązku wyboru takiego produktu ze względu na pochodzenie, ale niewątpliwie prowadzi to do takiego „miękkiego” faworyzowania własnej produkcji.

M.M.: Czy w przypadku Polski widać takie działania protekcjonistyczne?

M. J.: Nie mamy strukturalnego protekcjonizmu w Polsce, bowiem prawo UE ogranicza taką możliwość. Jednak pewne próby, czy plany działań protekcjonistycznych pojawiają się, czego dowodzi np. koncepcja państwowych sklepów spożywczych, która pojawiła się tej wiosny. To oczywiście pomysł etatystyczny, ale jest bez wątpienia również wymierzony w zagraniczne sieci detaliczne. Mamy też w niektórych branżach działania państwa, które nie wyglądają wprost na protekcjonistyczne, ale de facto nimi są. Przykładowo, na początku pandemii wprowadzono przepisy dotyczące czynszu najmu w galeriach handlowych. Wydaje się, że to regulacja neutralna, skoro jednak większość właścicieli galerii handlowych to firmy zagraniczne, a najemcami przestrzeni handlowych są głównie przedsiębiorcy krajowi, można wysnuć wniosek, że chodziło o ochronę rodzimego biznesu kosztem inwestorów zagranicznych.

Polski protekcjonizm zatem się pojawia i jest zarówno związany z pandemią, jak też czasami wynika z określonej polityki rządu.

M.M.: Czy Unia Europejska reaguje na działania protekcjonistyczne i jakie ma do tego narzędzia?

M. J.: Mam wrażenie, że UE jeszcze do końca nie przyjrzała się tego typu działaniom podejmowanym przez poszczególne rządy. Są oczywiście wypowiedzi polityków i ekspertów europejskich, z których wynika, że ryzyko powrotu protekcjonizmu jest dostrzegane. Ale widać jednocześnie, że Komisja Europejska, póki co, nie podejmuje w tym kierunku żadnych poważniejszych działań. Problemem jest, że regulacje występujące w państwach UE zmieniają się bardzo szybko. Czas życia takich regulacji jest czasami krótszy niż kilka-kilkanaście tygodni, co utrudnia zbadanie skutków takich działań dla wspólnego rynku. Komisja Europejska ma oczywiście instrumenty do reakcji, gdyby zostały naruszone regulacje traktatowe związane z handlem. Takim narzędziem jest np. składanie skarg do Trybunału Sprawiedliwości UE na ewentualne łamanie swobód traktatowych przez państwo członkowskie. Ta procedura jednak trwa na tyle długo, że istnieje ryzyko, że zanim Trybunał zajmie się danym naruszeniem, to ta regulacja może już dawno stać się nieaktualna.

M.M.: A czy sami przedsiębiorcy mają możliwość walki z ryzykiem protekcjonizmu?

M. J.: Tak, mają możliwość np. wytaczania powództw odszkodowawczych przed sądami danego państwa (jako sądami UE) w ramach ścieżki prawa krajowego. Nie widać na razie takich powództw opartych o zarzut naruszenia prawa UE, podczas gdy np. w Polsce dużo mówiło się o zastrzeżeniach związanych z ograniczeniem swobód obywatelskich, ale raczej w kontekście możliwego naruszenia Konstytucji. Głośno było w tym zakresie, np. o pozwie branży turystycznej. Nie ma jednak na razie, wg mojej wiedzy, spraw sądowych dotyczących ograniczeń związanych z COVID-19, opartych głównie na tezie, że doszło do dyskryminującej działalności państwa wobec przedsiębiorstw z innych państw członkowskich. Tego na razie nie widać, chociaż taki problem już zapewne występuje i jest przedmiotem przedprocesowych analiz niektórych przedsiębiorców. Mam przy tym wrażenie, że UE zapomniała, że poza rzuceniem na rynek miliardów euro w ramach pomocy gospodarce unijnej, wypadałoby jednak przyjąć w jakimś przyspieszonym tempie regulacje prawne, które harmonizowałyby, albo w pewnym zakresie nawet ujednolicały zasady wprowadzania obostrzeń pandemicznych względem firm w zakresie, który ma znaczenie dla obrotu wewnątrzunijnego. Tego na razie nie ma. Są oczywiście ogólne zasady traktatowe, które muszą być przestrzegane, np. zasady swobody przepływu osób, usług i kapitału. Od tych zasad są jednak wyjątki usprawiedliwiające wprowadzenie pewnych ograniczeń. Do tych wyjątków należą m.in. względy ochrony zdrowia publicznego. Uzasadniona takim ważnym interesem publicznym restrykcja nie przejdzie jednak testu zgodności z prawem UE, jeśli będzie miała charakter dyskryminacyjny. Przepisy prawa krajowego nie mogą mieć bowiem ani celu ani skutku dyskryminującego przedsiębiorców z innych państw UE. Procedura podważenia takiej legislacji przez przedsiębiorców jest jednak bardzo długa. Wymaga najpierw uruchomienia postępowania przed sądem krajowym danego państwa i dopiero sąd, w trybie prejudycjalnym, może tę kwestę przedstawić Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Przedsiębiorca nie może uruchomić sam działania przed sądem UE czy TSUE. Ewentualnie, może skarżyć się do KE, jednak ta ścieżka również jest długa i nie ma gwarancji, że Komisja podejmie oczekiwane działania.

Obecne prawo UE nie radzi sobie zatem z działaniami dyskryminującymi państw, realizowanymi pod pozorem walki z pandemią. Zwłaszcza, że w każdym kraju są różne obostrzenia, co utrudnia skoordynowane działanie.

M.M.: Czy przedsiębiorcy, nawet jeżeli nie wystąpią na drogę sądową, mogą oczekiwać jakiejś kompensaty finansowej?

M. J.: Oczywiście mogą to robić przed sądami krajowymi. W Polsce jest to w ogóle bardzo mało realne. Nasz system odszkodowań za niezgodne z prawem działania państwa kuleje. W praktyce sądy bardzo rzadko uwzględniają takie powództwa. To jest kilka do kilkunastu procent wygranych spraw tego rodzaju. Dawniej inwestorzy zagraniczni mieli tzw. Umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji. Na podstawie tych traktatów inwestorzy mogli dochodzić kompensaty przed trybunałem arbitrażowym. Było to szybsze działanie i bardziej ryzykowne dla państwa przyjmującego inwestora. Jednak teraz tego instrumentu w ramach UE już nie ma. Jeżeli zakładamy, że w niektórych państwach UE jest problem z wymiarem sprawiedliwości i nie mam tu na myśli tylko Polski (mogą to być problemy związane z efektywnością wymiaru sprawiedliwości), to dochodzenie odszkodowania przez zagranicznego inwestora przed sądem danego państwa może być fikcją. Jeżeli inwestor wie, że nie może skutecznie podważyć legislacji w danym państwie, to dla niego rozwiązaniem jest zamknięcie biznesu w danym państwie, albo pogodzenie się z niesprawiedliwym traktowaniem. Mówi się, że luka po systemie sądów arbitrażowych w ramach UE powinna być jakoś uzupełniona. Sądy UE nie są odpowiednikami np. amerykańskich sądów federalnych. Nie jest tak, że strona niezadowolona, np. z wyroku polskiego sądu, może się odwołać do sądu UE. Tak to nie działa. Albo pewnego dnia dojdzie do większego sfederalizowania unijnego wymiaru sprawiedliwości, albo będzie tak, że zostanie stworzony na podstawie prawa UE rodzaj sądu arbitrażowego, który rozstrzygałby spory inwestycyjne wewnątrz UE. To jest konieczne działanie, aby przedsiębiorcy mogli skutecznie walczyć o kompensaty wynikające ze złego prawa i działań protekcjonistycznych.

Michał Jabłoński

Partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński sp.p.

Doktor nauk prawnych, adwokat, posiadający wcześniej kilkanaście lat doświadczenia w obsłudze sporów sądowych i administracyjnych w jednej z największych kancelarii prawnych na świecie, reprezentujący klientów m.in. przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, Sądem Najwyższym, Trybunałem Konstytucyjnym i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Specjalista w zakresie prawa publicznego i zagadnień dotyczących postępowań sądowych. Wieloletni wykładowca i autor wielu publikacji naukowych. Prowadził wykłady m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, a także na zaproszenie uczelni zagranicznych.

Wiceprezes Fundacji „Laboratorium Prawa i Administracji”, współkierujący największymi projektami naukowo-badawczymi Fundacji.

Nominowany w rankingu Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra 2019.

Branża cyfrowa Grupy V4 wspiera kandydaturę Polski ws. europejskiego centrum cyberbezpieczeństwa

Organizacje branży cyfrowej z Polski, Czech i Węgier zrzeszone w Grupie Digital V4 popierają polskie starania, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa powstała w naszym kraju. Jak argumentują, byłoby to ważne wzmocnienie roli całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej w Unii Europejskiej.

Grupa Digital V4 to inicjatywa organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Grupy Wyszehradzkiej. –  Czesi i Węgrzy w ramach naszej Grupy Digital V4 popierają starania Polski, by to w Warszawie mieściła się siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, którego organizacja wchodzi w skład Digital V4. I dodaje: – Wspieranie polskiej kandydatury jest w naszym wspólnym interesie, bo lokalizacja Centrum w Polsce pomoże wypełnić misję grupy Digital V4 i zacieśnić współpracę polityczną, naukową i przemysłową w naszym regionie.

Europejskie Centrum Kompetencji ds. Cyberbezpieczeństwa w dziedzinie Przemysłu, Technologii i Badań Naukowych (ECCC) będzie miało na celu poprawę koordynacji na europejskim poziomie cyberbezpieczeństwa projektów badawczo-rozwojowych, wspieranie wdrażania innowacyjnych rozwiązań w Europie oraz wdrażanie funduszy cyberbezpieczeństwa z programu Cyfrowa Europa i Horyzont Europa.

Polska z szerokim zapleczem eksperckim

Jak podkreśla w stanowisku Grupa Digital V4, pod którym podpisały się przedstawiciele branży cyfrowej z Czech, Polski i Słowacji, kraje Grupy Wyszehradzkiej mają wiele zbieżnych interesów, jak m.in. budowanie infrastruktury cyfrowej w naszym regionie oraz potencjału badawczo-rozwojowego jako zaplecza techniczno-naukowego, gdzie innowacyjne pomysły z zakresu np. sztucznej inteligencji i robotyki będą następnie wykorzystywane w UE i poza nią.

Digital V4 argumentuje, że w Polsce z roku na rok rośnie w siłę społeczność podmiotów przemysłowych, badawczych i rozwojowych oraz świadczących usługi cyfrowe. Istnieje też znaczące zaplecze eksperckie, jak np. Związek Cyfrowa Polska czy #CyberMadeinPoland, który zrzesza 44 innowacyjnych firm z branży cyberbezpieczeństwa. W Polsce istnieje też około 30 hubów IT oraz ponad 20 instytutów badawczych, w tym np. NASK, Państwowy Instytut Łączności czy Wojskowa Akademia Techniczna. Ponadto Polska prowadzi w pełni finansowany przez państwo program badawczo-rozwojowy o nazwie CyberSecIdent. Od 2017 roku Polska zainwestowała ponad 60 mln euro w projekty badawczo-rozwojowe w obszarze cyberbezpieczeństwa, w tym pierwsze w kraju laboratorium do testowania i oceny produktów ICT.

Polska ważna dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej

„Jako organizacje z Czech, Węgier i Polski doceniamy fakt, że Polska jest bardzo aktywna w obszarze cyberbezpieczeństwa na szczeblu UE. Oceniamy, że umiejscowienie Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa będzie miało pozytywny wpływ na rozwój całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej i będzie świetną okazję do rozwoju i wzmocnienia cyberbezpieczeństwa” – napisano stanowisku Grupy. Zdaniem Digital V4, przełoży się to również na zwiększone możliwości współpracy z partnerami na całym świecie. Jednocześnie kraje regionu będą miały możliwość aktywniejszego udziału w procesie decyzyjnym w Centrum, dzięki czemu będą mieć jeszcze większy wpływ na kierunki jego pracy i działań. „Dlatego jako Digital V4 wyrażamy pełne poparcie dla kandydatury Polski w staraniach, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa Przemysłowego, Technologicznego i Badawczego mieściła się w Warszawie” – zadeklarowano.

Jak Polacy planują spędzić Sylwestera 2020/21

Polacy sceptycznie podchodzą do uczestnictwa imprezach sylwestrowych w czasie pandemii koronawirusa, przeszło 63% badanych wskazało, że nie wybierze się na uroczystości związane ze świętowaniem Nowego Roku.

To podejście jest silnie zróżnicowane między pokoleniami. Spośród wszystkich badanych 15% wybiera się na imprezę sylwestrową, organizowaną np. w formie balu, domówki, imprezy tanecznej, zaś w przypadku osób w wieku do 24 lat podobne plany ma już 38%, z kolei analogiczny wskaźnik dla osób 50 lat + wynosi jedynie 8%.

Co ciekawe, mężczyźni (18%) częściej niż kobiety (11%) wskazywali, że wybierają się na imprezę sylwestrową. 22% respondentów wskazało, że jeszcze nie podjęli żadnych decyzji związanych ze świętowaniem nadejścia Nowego Roku.IP Sylwester

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Polacy z dystansem podeszli do ponownego otwarcia centrów handlowych. Im młodsi badani, tym częściej odwiedzili galerie w ostatnim czasie

Od soboty 28-ego listopada zgodnie z decyzją rządu czynne mogą być centra handlowe. Przeszło 12% badanych zadeklarowało, że odwiedzili galerię tego samego dnia. Kolejne 16% udało się do centrum handlowego po ponownym otwarciu w inny dzień. 72% Polaków nie odwiedziło jeszcze żadnej galerii.

Centra handlowe w dniu ponownego otwarcia najsilniej przyciągały ludzi młodych. 19% spośród osób w wieku do 24 lat wskazało wizytę już w sobotę, z kolei osoby w wieku 50 lat + nie śpieszyły się na zakupy w galerii w tym dniu (9%).IP Galerie

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Polacy nie wierzą statystykom podawanym przez Ministerstwo Zdrowia

Zaledwie 16 proc. badanych deklaruje, że wierzy w statystyki zawarte w regularnych raportach Ministerstwa Zdrowia dotyczących nowych rozpoznanych przypadków COVID-19 – wynika z najnowszego badania omnibusowego, zrealizowanego przez agencję SW Research.

W ostatnim tygodniu powstało wiele kontrowersji wokół dziennej liczby zachorowań na COVID-19 raportowanej przez Ministerstwo Zdrowia.  Jednym z powodów są zastanawiające istotne wahania statystyk w stosunkowo krótkim czasie. Przykładowo w dniach 28 i 29 listopada było między ok. 11, a 16 tys. nowych przypadków, w kolejnych dwóch dniach zaledwie ok.  6-9 tys.  zachorowań, a między 2. a 4. grudnia ta liczba wróciła do poprzedniego poziomu ok. 12-14 tys. wykrytych przypadków. Warto wspomnieć, że w tym czasie nie dokonano żadnych zmian w obostrzeniach czy zaleceniach GIS czy Sanepidu, a liczba dziennie wykonywanych testów utrzymywała się w tym czasie na podobnym poziomie. Co więcej, dotychczasowe dane Ministerstwa Zdrowia zostały skutecznie zakwestionowane przez p. Michała Rogalskiego, 19-letniego studenta, twórcy najbardziej kompletnego arkusza danych o epidemii  „COVID-19 w Polsce”.

Wyżej wymienione zjawiska mogły mieć istotny wpływ na odbiór publikowanych danych w całym społeczeństwa. Jak pokazują najnowsze badania SW Research,  co drugi Polak (52 proc.) nie wierzy w dzienne raporty Ministerstwa Zdrowia, co trzeci (32 proc) nie ma wyrobionej opinii, a zaledwie co szósty (16 proc.) jest przekonany o prawdziwości danych o zakażeniach. Najbardziej nieufni są najmłodsi uczestnicy życia społecznego – w grupie 18-24 latków nieufnych jest 54 proc, a wśród 25-34 latków już 57 proc. Najbardziej sceptyczni są mieszkańcy średnich miast – wśród mieszkańców miejscowości 100-200 tys. mieszkańców 57 proc. nie wierzy w dane Ministerstwa, a miastach 200-500 tys. mieszkańców ten poziom wynosi 55 proc.

IP Ministerstwo dane

PKN ORLEN wyemituje obligacje z najniższym oprocentowaniem w historii Koncernu

PKN ORLEN zakończył budowanie książki popytu i jeszcze w tym roku przeprowadzi emisję obligacji o wartości 1 mld zł i marży na poziomie 90 punktów bazowych ponad  6-miesięczny Wibor. Koncern uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Będzie to również pierwsza w historii Europy Środkowej emisja korporacyjnych obligacji zrównoważonych, których oprocentowanie będzie oparte na niezależnym ratingu ESG, czyli ocenie zaangażowania emitenta w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu. Środki z emisji zostaną przeznaczone m.in. na bieżące projekty inwestycyjne, zgodne z przyjętą strategią osiągnięcia przez koncern neutralności emisyjnej do 2050 r.

Skierowana do inwestorów kwalifikowanych emisja spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony uczestników rynku kapitałowego. Zapisy na obligacje PKN ORLEN złożyły 54 podmioty. Łączna wartość zapisów wyniosła 2,2 mld zł, co oznacza ponad 2-krotną nadsubskrypcję.

– Odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie inwestorów, pomimo tak niestabilnego dla rynku kapitałowego okresu, wywołanego pandemią COVID-19. Jest to dla nas wyraźny sygnał, świadczący o słuszności przyjętych kierunków rozwoju i podejmowanych przez PKN ORLEN działań biznesowych. Potwierdzeniem tego jest również kurs naszych akcji, który od ogłoszenia nowej strategii wzrósł o blisko 20%, a od październikowego minimum o ponad 60%. Jesteśmy też dumni z faktu, że jako pierwsza firma w Europie Środkowej wyemitujemy obligacje oparte na ratingu ESG. Aktywnie uczestniczymy w transformacji energetycznej, postrzegając ten proces nie tylko przez pryzmat wyzwań, ale przede wszystkim szansy na dalszy, zrównoważony rozwój PKN ORLEN. Zgodnie z naszą długoterminową strategią, realizujemy ambitne projekty, które umożliwią nam osiągnięcie neutralności emisyjnej do 2050 roku. Jesteśmy wiarygodnym i stabilnym partnerem, prowadzimy nowoczesny biznes, dlatego finansowanie inwestycji będzie opierać się m.in. na środkach pochodzących z emisji obligacji zrównoważonego rozwoju – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Koncern wyemituje na rynku polskim obligacje na okaziciela z 5-letnim okresem zapadalności. Emisja przeprowadzona będzie w ramach umowy istniejącego krajowego programu emisji obligacji spółki. Obligacje zostaną wprowadzone do obrotu w alternatywnym systemie obrotu prowadzonym przez GPW. Do emisji zostaną wprowadzone elementy ESG. Poziom marży uzależniony będzie od ratingu ESG nadawanego przez agencję MSCI.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do neutralności ekologicznej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Rosnące kompetencje koncernu w obszarze ESG odzwierciedla poprawa oceny ratingowej agencji Sustainaltytics z 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG).

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Ailleron przyspiesza rozwój – wydziela i znacząco dokapitalizowuje Software Mind wraz z Enterprise Investors

Spółka Ailleron podpisała z Polish Enterprise Fund VIII, funduszem private equity zarządzanym przez Enterprise Investors (EI) przedwstępną umowę sprzedaży udziałów i inwestycji w Software Mind. Transakcja zakłada wydzielenie całego segmentu działalności Ailleron – Enterprise Services do spółki Software Mind (po uzyskaniu zgody walnego zgromadzenia akcjonariuszy Ailleron). Wartość wydzielonej części biznesu została wyceniona na 150 mln zł (221 mln po wniesieniu środków). Enterprise Investors odkupi od Ailleron za 40 mln zł 26,7% akcji Software Mind, a następnie dokapitalizuje spółkę kwotą 71 mln zł, co zwiększy udział funduszu do 50,2%.

Enterprise Investors to jedna z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. Swoją działalność rozpoczęła w 1990 roku i od tego czasu utworzyła dziewięć funduszy o łącznym kapitale przekraczającym 2,5 miliarda EUR. Fundusze EI zainwestowały 2 miliardy EUR w 146 spółek działających w różnych sektorach gospodarki oraz zakończyły inwestycje w 134 spółkach, uzyskując przychody brutto w wysokości 4,1 miliarda EUR. Do tej pory zarządzane przez Enterprise Investors fundusze zainwestowały 112,5 mln EUR w 17 spółek z branży IT, takich jak m.in. AVG Technologies, BLStream czy intive.

Segment Enterprise Services odpowiada za kompleksowe usługi budowy, rozwoju i utrzymania dedykowanych systemów informatycznych dla branży finansowej, telekomunikacyjnej oraz „jednorożców” z Doliny Krzemowej. Spółka nawiązuje z klientami długoterminowe partnerstwa, pomagając skalować dynamicznie rozwijające się biznesy. Segment może poszczycić się bogatymi doświadczeniami związanymi ze wspieraniem procesów cyfrowej transformacji firm na całym świecie budując wspólnie z klientami zespoły badawczo-rozwojowe. Zakres świadczonych usług obejmuje całe spektrum potrzeb klientów chcących przetransformować swoje organizacje i dostosować sposób oferowania produktów do nowoczesnych kanałów elektronicznych. Enterprise Services współpracuje z wieloma klientami na całym świecie m.in. w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria czy Skandynawia. Ponadto aktywnie wspiera największych operatorów sieci komórkowy w Polsce oraz kilkunastu poza granicami kraju.

Celem działań podjętych przez Grupę Ailleron jest dalszy rozwój części usługowej oraz produktowej jako niezależnie działających podmiotów z jasno zdefiniowanymi, indywidualnymi strategiami działania. Pod marką Ailleron rozwijany będzie obszar działalności o charakterze produktowym, skupiony obecnie w ramach dywizji FinTech. Software Mind natomiast rozwijał będzie działalność o charakterze usługowym obejmującą swoim zakresem obszar rozwijany przez dywizję Enterprise Services. Ailleron w segmencie FinTech dostarcza m.in. systemy bankowości internetowej i mobilnej, zdalne kanały obsługi klientów z wykorzystaniem wideokomunikacji, oferujące najnowsze technologie i rozwiązania wspierające sprzedaż produktów finansowych i leasingowych.

Prowadzenie wspólnego przedsięwzięcia z EI będzie skutkowało efektywniejszym wykorzystaniem potencjału Spółki w celu dalszego dynamicznego rozwoju segmentu Enterprise Services w działalności grupy kapitałowej, co wpłynie na jeszcze lepsze wyniki w efekcie ich konsolidacji na poziomie Grupy Ailleron.

–  Obszar Enterprise Services odnotowuje od wielu lat dynamiczny wzrost organiczny poprzez rozwój współpracy z dotychczasowymi partnerami biznesowymi oraz pozyskiwanie nowych klientów. Na przestrzeni ostatnich 2,5 roku podwoiliśmy skalę działalności w tym obszarze. Jestem przekonany, że pozyskane fundusze pozwolą na dalszy, dynamiczny rozwój na strategicznych rynkach dzięki akwizycjom oraz wzrostowi organicznemu. Celem długoterminowym jest zbudowanie wiodącej Grupy na polskim rynku software house’ów, która będzie liderem w wybranych specjalizacjach i osiągnie kilkukrotnie większą skalę działalności. Ailleron będzie aktywnie wspierał rozwój tej części biznesu. Będzie też dostarczał obsługę back-office-ową do czasu osiągnięcia pełnej niezależności – powiedział Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Ailleron. Pozyskane przez Ailleron środki pozwolą Spółce na rozwój i realizację strategii w obszarze segmentu FinTech w ramach obecnie istniejących linii produktowych jak również dzięki akwizycjom poszerzającym obecną ofertę firmy zwłaszcza w obszarze zdalnych kanałów obsługi klientów, w którym obecnie zauważalne jest wzmożone zainteresowanie rozwiązaniami Spółki wpisującymi się znakomicie w trwającą transformację cyfrową – dodał.

Cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Pandemia nie wpłynęła negatywnie na plany dotyczące zakupu nowych mieszkań lub domów. Nawet 1,7 miliona osób w naszym kraju, czyli blisko 7 proc. dorosłych Polaków zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy zainwestować we własną nieruchomość. Obecnie14 proc. pełnoletnich mieszkańców Polski wciąż mieszka z rodzicami, kolejne 12 proc. najmuje lokal. Wśród kryteriów wyboru miejsca zamieszkania kierujemy się m.in. sąsiedztwem terenów zielonych, punktów opieki zdrowotnej oraz transportu publicznego – wynika z raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przygotowanego przez Clear Communication Group.

Rynek budownictwa mieszkaniowego w Polsce od wielu lat przeżywa niesamowity rozkwit. Nie tylko w największych miastach, gdzie jak grzyby po deszczu powstają nowe osiedla, ale także w mniejszych miejscowościach. Tam również coraz częściej, obok indywidualnych inwestycji, powstają mini osiedla domów jednorodzinnych czy segmentów oraz bloki mieszkalne.

Zapotrzebowanie na mieszkania w Polsce jest ogromne. Od dawna mówi się, że realnie wciąż brakuje nawet do miliona lokali. Rynek ten tak naprawdę nigdy nie będzie w stanie się nasycić. Zmieniają się bowiem nie tylko preferencje lokalowe, ale także bardzo szybko rozwijają się duże ośrodki miejskie.

Rynek mieszkaniowy przechodzi COVID bezobjawowo

O dużym potencjale rynku świadczy fakt, że pandemia koronawirusa, która bardzo negatywnie wpłynęła na większość branż, tylko na chwilę wstrzymała ruch w budownictwie. I było to wyłącznie zatrzymanie wynikające z konieczności szybkiego przestawienia się na nowy tryb działania oraz zapewne potrzeby oceny przez firmy deweloperskie, na ile długotrwały będzie wpływ marcowego lockdownu na rynek.

Jednak szybko okazało się j, że warunki do dalszej działalności istnieją, a długość procesu inwestycyjnego powoduje, że nawet chwilowe załamanie popytu nie jest powodem do wstrzymania działalności. Oczywiście nie można mówić, że branża nie odczuwa negatywnych skutków pandemii. Jednak ostatnie dane o rekordowej liczbie nowo rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych pokazują, że dostosowanie do nowej normalności było błyskawiczne.

Nie bez znaczenia pozostaje wpływ na ten sektor praktycznie zerowych stóp procentowych. To przekonuje część osób do inwestycji w nieruchomości, a więc stymuluje popyt. Nie wiadomo, jak długo taka sytuacja potrwa, z uwagi na to, że druga fala pandemii będzie oddziaływać na nastroje kupujących. Już teraz widać także, że wpływa na zmianę preferencji co do wyboru mieszkań. O ile w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z ogromnym popytem na małe mieszkania – na co wpływały rosnące ceny nieruchomości, tak dziś konieczność spędzania większości czasu w domu, może odwrócić ten trend.

Wyniki badania zrealizowanego w połowie października dla firmy doradczej Clear Communication Group przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych pokazują, że obecnie cena za metr kwadratowy jest istotna wyłącznie dla jednej piątej Polaków. Kluczowe stało się usytuowanie mieszkania lub domu – pod kątem dostępu do terenów zielonych (39 proc. wskazań) oraz – co zapewne ma związek z pandemią – bliskość placówek opieki medycznej.cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Wiele wskazuje na to, że pandemia może trwale wpłynąć na preferencje Polaków dotyczące miejsca, w którym mieszkają. Dlatego firmy deweloperskie powinny zwracać uwagę na zmieniające się potrzeby klientów oraz brać je pod uwagę, planując przyszłe inwestycje. Powinny także uwzględnić to w swojej komunikacji – eksponując nie tylko kwestie związane ze standardem oferowanej nieruchomości, ale także otoczeniem, w jakim jest ona usytuowana. – mówi Marek Gieorgica, partner zarządzający w Clear Communication Group, współautor raportu

Gdzie mieszkają Polacy?gdzie mieszkają polacy

Wyniki badania pokazują, że zdecydowana większość z nas – bo aż blisko 70 proc. ma własne mieszkanie lub dom. Jednak w grupie osób między 18 a 29 rokiem życia odsetek ten spada do zaledwie 17 proc.

Jednak, aż 14 proc. pełnoletnich Polaków przyznaje, że wciąż mieszka z rodzicami. W tej grupie jest o wiele więcej mężczyzn (19 proc.) niż kobiet (8 proc.). Co dość oczywiste najczęściej z rodzicami mieszkają ludzie młodzi, do 29 roku życia. Odpowiedź taką w badaniu wskazało 57 proc. osób w tym wieku. Ale także aż 20 proc. Polaków pomiędzy 30 a 39 rokiem życia mieszka z rodzicami.

Prawie 13 proc Polaków najmuje mieszkania. Zdecydowanie częściej są to mężczyźni (17 proc.) niż kobiety (8 proc.) oraz ludzie młodzi (27 proc. osób do 30 roku życia oraz 22 proc. pomiędzy 30 a 40 rokiem życia). Powyżej średniej sytuuje się jednak także grupa najemców między 40 a 49 rokiem życia. Aż jedna czwarta mieszkańców największych polskich miast żyje w najmowanych mieszkaniach.

instetne wybory nieruchomościW badaniu zrealizowanym dla Clear Communication Group badani opowiadali o swoich planach w zakresie zakupu nowego mieszkania lub domu. W ciągu najbliższych 12 miesięcy na taki ruch chce zdecydować się blisko 7 proc. badanych. To spora zbiorowość zważywszy na okoliczności, w jakich znaleźliśmy się w związku z pandemią. W 2019 r. w Polsce żyło nieco ponad 24 miliony osób w wieku produkcyjnym, także 7 proc. to ok. 1,7 miliona.

Aż jedna piąta osób pomiędzy 30 a 39 rokiem życia myśli o zakupie nowego mieszkania lub domu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Powyżej średniej znajduje się także grupa najmłodszych, wśród nich – 10 proc. zamierza kupić mieszkanie w ciągu roku. Plany zakupowe są szczególnie widoczne wśród rodziców. Aż jedna czwarta tej grupy zamierza kupić nowe mieszkanie w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Z badania wynika, że znacznie powyżej średniej w tym zakresie plasuje się grupa osób prowadzących własną działalność gospodarczą (24 proc. badanych, którzy jako główne źródło dochodów wskazało własną firmę).

Nie każda z osób, które planuje w ciągu najbliższego roku kupić mieszkanie, zdecyduje się na rynek pierwotny, jednak z pewnością istotny odsetek wybierze taką właśnie opcję. Jeśli nawet połowa z nich realnie zrealizuje swoje zapowiedzi, to i tak mamy zapotrzebowanie na kilkaset tysięcy nowych mieszkań. Rynek budowlany powinien więc rozwijać się stabilnie, co z pewnością będzie przekładać się na inne gałęzie gospodarki – podsumowuje Marek Gieorgica

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) na zlecenie Clear Communication Group na reprezentatywnej próbie dla ogółu dorosłej populacji Polski wynoszącej (N=1100 osób). Badanie realizowane w dniach 17-18 października metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych, wspomaganych komputerowo (CATI).

Przedsiębiorcy nie chcą zwalniać pracowników. Dlatego wypożyczają ich innym firmom

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie rozpoczęła kolejną akcję – Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Jej celem jest szerzenie wiedzy na temat idei outplacementu. Polega on dna dwóch rodzajach działania: tymczasowym „wypożyczaniu” pracowników między firmami lub pomocom pracownikom w znalezieniu nowego miejsca pracy. Obie inicjatywy są przejawem odpowiedzialności pracodawców za swój zespół. – To poszerzona społeczna odpowiedzialność biznesu – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Pracodawcy nie chcą zwalniać swoich pracowników. „Szkolili ich, wiedzą jak wielkim skarbem są dobre kadry”

Rok temu sytuacja na rynku pracy wyglądała tak, że pracownicy mogli dyktować warunki pracodawcom. Rynek pracownika był rozpędzony, stale rosły pensje, a w interesie menadżerów i kierowników było zdobywanie nowych kadr oraz szkolenie kolejnych osób gotowych i chętnych do podjęcia pracy. Wszystko zmieniło się przez pandemię koronawirusa. Wiele firm zmuszone było do zwolnień, a inne szukają sposobów jak nie zwalniać pracowników, ale jednocześnie nie tracić pieniędzy. Jak mówi dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny do Izby zgłasza się ogromna liczba przedsiębiorców, którzy proszą o pomoc w pośrednictwie w „wypożyczeniu” pracowników do innej firmy. Zjawisko outplacementu jest coraz częstsze i jest jednym z aktów solidarności między przedsiębiorcami.

– Pracodawcy są mocno zżyci ze swoimi pracownikami. Wiedzą, że dobre kadry są na wagę złota i liczą na to, że będą mogli wrócić do pracy w standardowym stanie sprzed pandemii. Chęć utrzymania zespołu powoduje, że przedsiębiorcy szukają nowych rozwiązań takich jak outplacement, czyli wypożyczanie pracowników do innych firm w zamian za pokrycie kosztów ich zatrudnienia – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – To dobra alternatywa, bo niektóre firmy nadal poszukują kadr, a inne nie chcą zwalniać. Taki „barter” zadowala więc wszystkie strony; gwarantuje pracę dla pracowników oraz wsparcie dla firm, które potrzebują zasilenia tymczasową kadrą. Outplacement wymaga zaufania i odpowiednich umów, partnerzy muszą traktować się uczciwie. Póki co, mamy w Szczecinie same pozytywne przykłady takiego działania – mówi dyrektor Izby.

Piotr Wolny podaje kilka przykładów: – Uruchomiliśmy akcję Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Nasz przedsiębiorca bardzo nie chciał zwalniać pracowników, ale czuł, że będzie musiał uszczuplić kadrę o ok. 40 osób, bo tyle może potrwać przestój w jego branży. Umieściliśmy jego ogłoszenie i kilka dni później jego pracownicy byli wypożyczeni innej firmie na bardzo partnerskich zasadach. Wszyscy są zadowoleni, choć takie działanie wymaga otwartości. Pracownicy na jakiś czas zmieniają pracodawcę. Wiemy już, że inne firmy są zainteresowane takim rozwiązaniem – mówi Dyrektor Piotr Wolny.

„Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie”

Specjaliści od HR potwierdzają – outplacement to sposób na przetrwanie kryzysu. Wiele firm decyduje się na takie działanie. Grupy pracowników są wypożyczanie zarówno w przemyśle jak i np. handlu. To praktyka na świecie znana od dawna, ale w Polsce szerzej stosowana dopiero od kilku miesięcy. To zmiana wywołana pandemią koronawirusa. Zdarza się jednak, że pracodawcy decydują się na stałe przekazanie swoich pracowników innej firmie. Takie działanie jest tożsame z wewnętrzną, społeczną odpowiedzialnością biznesu.

–  Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie. Mówię tu o firmach związanych z turystyką biznesową, zajmujących się transportem zbiorowym, hotelach, klubach fitness.  W tej trudnej dla obu stron sytuacji, część pracodawców podejmuje decyzję o wdrożeniu outplacementu, czyli programu pomocy zwalnianym, którego celem jest szybsze znalezienie nowego zatrudnienia przez zwalnianego pracownika.

Z naszego doświadczenia wynika, że program outplacementowy powinien być podzielony na trzy etapy. Pierwszy to przede wszystkim rozmowa z doświadczonym doradcą zawodowym, który pomoże w stworzeniu dobrego CV oraz przekaże wiarygodne informacje na temat lokalnego rynku pracy ze wskazaniem potencjalnych pracodawców – mówi Aleksandra Kowalczykowska z firmy LSJ HR Group. Kolejne etapy to praca nad marką osobistą w social media, coaching oraz wreszcie rozmowy o pracę w firmach w których chcemy pracować – dodaje ekspertka LSJ HR Group.

– Każde z tych działań wspiera zwalnianych pracowników w jak najszybszym znalezieniu nowego zatrudnienia oraz pomaga w zarządzeniu stresem związanym z utratą pracy. Na ich przeprowadzeniu zyskują jednak nie tylko zwalniani, ale i pracodawcy. Co zyskują ci drudzy? Uspokojenie nastrojów i zapobieżenie powstawaniu negatywnego nastawienia u pozostałych pracowników – dodaje Aleksandra Kowalczykowska.

SunRoof wchodzi do Niemiec

  • SunRoof, startup tworzący dachy solarne 2w1 i innowacyjne fasady, które produkują „zieloną” energię ze słońca, otwiera oddział w Niemczech:
  • Dach solarny SunRoof zastępuje tradycyjny dach i produkuje prąd ze słońca bez instalowania na jego powierzchni paneli fotowoltaicznych.
  • Technologia dachów solarnych opracowana przez SunRoof jest już z powodzeniem stosowana w ponad 100 domach w Szwecji, Norwegii, Polsce i Szwajcarii.

Niemcy są kolejnym rynkiem, na którym klienci dostaną szansę stworzenia samowystarczalnego energetycznie i inteligentnego domu dzięki solarnym innowacjom oferowanym przez SunRoof.

O sukcesie dachu solarnego 2w1 decydują jego kluczowe zalety: pełni funkcję dachu i jednocześnie wytwarza energię elektryczną ze słońca bez dodatkowych instalacji PV, wyróżnia go doskonały szwedzki design i wygląda jak nowoczesna dachówka, a ponadto do jego budowy potrzeba mniej materiałów niż w przypadku standardowego dachu i paneli fotowoltaicznych. SunRoof ma najmniejszy ślad węglowy CO2 w swojej kategorii i pomaga osiągnąć neutralność klimatyczną.

Kiedy w październiku 2016 roku Tesla zaprezentowała swój dach solarny, przyciągnęła uwagę całego świata. Jednak od tego czasu dachy solarne zostały zainstalowane tylko w kilku stanach USA. Plan wprowadzenia do Europy i Australii nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony. Nadal pozostaje więc ważne pytanie: jeśli budynek ma produkować energię słoneczną, to po co mu kolejna warstwa dachówki?

Innowacja firmy SunRoof wypełni tę lukę. Grupą docelową zintegrowanego dachu solarnego są nie tylko ludzie, którzy szukają dachu premium – to rozwiązanie dla wszystkich zainteresowanych wyjątkowym designem.

Z technologicznego punktu widzenia dach solarny SunRoof składa się z trzech warstw. Pierwsza warstwa to system izolacji zapewniający 100% wodoszczelność. Warstwa środkowa to podkonstrukcja montażowa. Natomiast zewnętrzna warstwa zbudowana jest z modułów monokrystalicznych typu glass-glass, które przekształcają promienie słoneczne w energię elektryczną. Dach solarny SunRoof przejmuje funkcję dachówki i standardowego systemu fotowoltaicznego.

SunRoof tworzy cały ekosystem rozwiązań wspierających inteligentne zarządzanie energią – począwszy od dachu solarnego, przez aplikację do monitorowania i zarządzania prądem, po unikatowy na europejską skalę marketplace energetyczny, który umożliwi sprzedaż nadwyżek energii produkowanej przez dachy solarne.

SunRoof rozwija się w rekordowym tempie

SunRoof powstał w 2013 roku w Szwecji z misją stworzenia dachu solarnego w nowoczesnym designie, zintegrowanego z architekturą domu i zapewnienia wszystkim dostępu do zrównoważonej energii. Pierwsze lata jego działalności upłynęły głównie na opracowywaniu i testowaniu autorskiej technologii. SunRoof nabrał rozpędu w 2018 roku po tym, jak dołączył do niego Lech Kaniuk.

Lech Kaniuk już wcześniej z sukcesami budował takie marki jak Delivery Hero, PizzaPortal czy iTaxi, a także inwestował i zarządzał wieloma nagradzanymi spółkami.

Już rok po tym, jak doświadczony przedsiębiorca i inwestor dołączył do SunRoof, startup odnotował wzrost 500% r/r i to zanim jeszcze rozpoczął ekspansję zagraniczną. W październiku tego roku poinformował o pozyskaniu 2 mln euro finansowania od czołowych europejskich funduszy VC, które chce przeznaczyć m.in. na rozwój działalności na kolejnych rynkach. Planuje też pozyskać finansowanie serii A na przełomie Q1/Q2 2021 r., aby zapewnić tę wyjątkową technologię solarną w poszczególnych krajach.

Niemcy są pionierem we wdrażaniu rewolucji energetycznej. Zintegrowane rozwiązania to przyszłość ekologicznego budownictwa, dlatego wprowadzamy skandynawską technologię na niemiecki rynek. Łącząc innowacje i dobry design, chcemy aktywnie uczestniczyć w tworzeniu zrównoważonych miast przyszłości i przyspieszyć przejście na odnawialne źródła energii. Jestem przekonany, że mając na pokładzie Roberta Bruchnera, który będzie odpowiedzialny za działalność biznesową w Niemczech i który rozumie, jak ważny jest dla nas rozwój czystych technologii, wzmocnimy nasz udział w zielonej transformacji energetycznej – mówi Lech Kaniuk, CEO SunRoof.

Robert Bruchner posiada 13-letnie doświadczenie zdobyte w różnych firmach i na różnych stanowiskach w branży solarnej i magazynowej. Zanim nowy Country Manager SunRoof na Niemcy rozpoczął swoją pierwszą pracę w sektorze fotowoltaicznym w 2007 roku, zainstalował system solarny w domu swoich rodziców, aby zdobyć praktyczne doświadczenie. Przez ostatnie cztery lata był odpowiedzialny za wprowadzenie Tesla Powerwall 1&2 w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria) i zbudowanie zespołu sprzedaży Powerwall.

Cieszę się, że dzięki SunRoof mogę wprowadzić na niemiecki rynek produkt, który daje tak wiele korzyści. Zintegrowany dach solarny budujemy bez zbędnych dachówek i systemu do montażu instalacji fotowoltaicznych. Korzystamy z najwyższej klasy falowników, jak również optymalizatorów mocy. Możemy także wyposażyć nasz system w magazyny energii, pompy ciepła i ładowarki do samochodów elektrycznych. Każdy, kto otrzyma wycenę, będzie pozytywnie zaskoczony atrakcyjną ceną naszego rozwiązania – mówi Robert Bruchner, Country Manager Germany SunRoof.