Koszty refundacji nowych leków na cukrzycę nie muszą być wysokie. Robią to wszystkie kraje UE poza Polską

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej środowisk medycznych apeluje do ministra zdrowia o refundację leków inkretynowych. W Polsce na cukrzycę choruje około 3 mln osób, którym grożą poważne powikłania z powodu braku dostępu do nowych terapii. Koszty leczenia nowymi lekami są poza zasięgiem większości pacjentów, dlatego we wszystkich krajach UE są one refundowane. Wyjątkiem jest Polska.

Ryzyko powikłań jest znaczące. Mimo to zdaniem lekarzy w Ministerstwie Zdrowia nie ma zrozumienia dla wagi i skali tego problemu. Leczenie cukrzycy nie przynosi efektów w krótkim czasie, dlatego urzędnicy wolą koncentrować się np. na poprawie leczenia nowotworów – uważa prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Cukrzyca nie jest tak spektakularną chorobą jak choroby nowotworowe czy układu krążenia. Nie zabija natychmiast, a to, co się poprawia w leczeniu cukrzycy nie przynosi efektów za pół roku, za rok, tylko po 5-10, a nawet 20 latach, więc trudno spodziewać się szybkich efektów – tłumaczy prof. Czupryniak.

Według środowisk medycznych rząd obawia się wysokich kosztów refundacji leków inkretynowych. Lekarze zwracają uwagę, że we wszystkich krajach UE są one dotowane, również w krajach o podobnym do Polski PKB.

3 mln osób choruje na cukrzycę, więc wszyscy się boją, że refundacja leków pożre cały budżet. Ale z tym problemem radzą sobie wszystkie kraje i podchodzą do tego reaktywnie. Dochodzą do wniosku, że te leki są potrzebne dla określonych grup pacjentów, i te problemy są rozwiązywane. Nie chcę używać tu słowa ,,zaniedbanie”, myślę, że to jest raczej niezrozumienie i niechęć, a z tego płynie zaniedbanie – ocenia prof. Czupryniak.

Terapia lekami inkretynowymi dla polskiego pacjenta to jest rząd wielkości od 150 zł do 600 zł miesięcznie. Przy naszych zarobkach, rentach czy emeryturach, a rzecz dotyczy często osób starszych, polskiego pacjenta nie stać na tego typu leki. Jesteśmy jedynym państwem w Europie, które nie refunduje tych leków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Skutek jest taki, że polscy pacjenci są nadal leczeni lekami z połowy ubiegłego wieku. Mogą one doprowadzić do szeregu powikłań, które są następstwem niedocukrzenia (hipoglikemii).  Leki inkretynowe są bezpieczniejsze dla pacjentów, bo utrzymują odpowiedni poziom cukru.

Część leków hamuje łaknienie. Uwrażliwiają one komórki beta wysp Langerhansa, czyli wysp trzustkowych, na działania glukozy, a zatem zmniejszają poziom glikemii, czyli poziom cukru we krwi. Doustne leki inkretynowe nie wywołują też objawów hipoglikemii – bardzo niebezpiecznego objawu, który predysponuje do szeregu bardzo niebezpiecznych zaburzeń, głównie neurologicznych, na przykład do udarów mózgu – wyjaśnia Sutkowski.

Prof. Czupryniak podkreśla, że jeżeli dla Ministerstwa Zdrowia lub NFZ ważnym argumentem jest rachunek ekonomiczny, to od kosztów refundacji tych leków powinny być odjęte koszty związane z pogorszeniem stanu zdrowia pacjentów, w tym zwłaszcza koniecznej hospitalizacji.

W takich krajach jak Dania czy Finlandia, jedna trzecia chorych na cukrzycę leczonych doustnie jest leczona właśnie lekami inkretynowymi. To się przekłada na istotną redukcję liczby hospitalizacji z powodu niedocukrzeń – wskazuje prezes Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego.

Lekarze zwracają także uwagę, że dzięki nowej ustawie refundacyjnej rząd może ograniczyć koszty związane z refundacją, przerzucając część z nich na firmy farmaceutyczne. 

To instrumenty podziału ryzyka, czyli ustalenia kwoty refundacji rocznej z góry i umówienia się, że jeżeli to będzie przekroczone, to producent zapłaci sam za pozostałe koszty refundacji. Te instrumenty też nie są jakoś chętnie wdrażane przez rząd, chociaż chyba przemysł jest gotowy je przyjąć – uważa Czupryniak.

Coraz więcej seniorów na świecie korzysta z internetu i mediów społecznościowych

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba seniorów aktywnie korzystających z internetu. Przekonują się oni również do mediów społecznościowych. W ubiegłym roku największy wzrost aktywnych użytkowników Facebooka w Stanach Zjednoczonych miał miejsce właśnie w tej grupie wiekowej. Podobnie jak młodsi ludzie, seniorzy szukają w sieci możliwości komunikacji.

Światowy trend jest bardzo ciekawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bucki, wykładowca, trener, specjalista ds. komunikacji z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. – Seniorzy to jest grupa, która najszybciej przyrasta w mediach społecznościowych i która najbardziej angażuje się w korzystanie z tych kanałów komunikacji. 

W Stanach Zjednoczonych w ubiegłym roku liczba osób starszych korzystających z social mediów wzrosła o 16 proc., podczas gdy w 2012 r. wzrost był 4-proc. Na Facebooku to właśnie seniorzy byli tą grupą wiekową, której członkowie w 2013 r. najbardziej zwiększyli aktywne uczestnictwo na portalu. Co ciekawe, najbardziej spadła wtedy liczba aktywnych użytkowników w wieku do 24. roku życia. Również w Polsce w ostatnich trzech latach to w grupie wiekowej 50+ portal zyskiwał najwięcej użytkowników – ich liczba podwoiła się z 718 tys. w 2010 roku do 1,55 mln w 2013 roku. Stanowią oni ok. 10 proc. użytkowników Facebooka.

Polscy seniorzy nie różnią się niczym od seniorów na całym świecie, może poza tym, że częściej dotyka ich problem wykluczenia cyfrowego – zauważa Bucki.

W Polsce wśród 13,7 mln osób w wieku 50+ z sieci nie korzysta 67 proc., czyli ponad 9 mln osób. Według badań Megapanel PBI Gemius z 2012 r. wśród osób w wieku 60 + tylko 12 proc., a więc ponad 900 tysięcy osób, wykorzystuje komputer i internet. Dla porównania wśród osób w wieku 7-59 lat internetem posługuje się 65 proc. osób. Jednak istnieje szansa na poprawę tej sytuacji, gdyż sieć jest często odpowiedzią na problemy seniorów.

Portale społecznościowe pozwalają seniorom aktywniej uczestniczyć w życiu rodziny, np. poprzez rozmowy online z dziećmi i wnukami, które mieszkają daleko od rodzinnego domu, czy przez śledzenie zdjęć umieszczanych przez nich w sieci.

Starsi Polacy najczęściej w sieci znajdują to, czego brakuje im w świecie analogowym, czyli komunikację i możliwość kontaktu z rówieśnikami. Jest to remedium na ich problemy takie jak depresja czy osamotnienie – wyjaśnia specjalista ds. komunikacji. – Obserwujemy bardzo ciekawe zjawisko polegające na tym, że seniorzy gromadzą się w pewnych zamkniętych społecznościach osób w podobnym wieku i o podobnych zainteresowaniach. Szczególnie wyraźnie widać to w Stanach Zjednoczonych, ale przypuszczam, że ten trend prędzej czy później będzie widoczny także u nas. 

Najczęstsze problemy osób starszych związane są z niedostosowaniem stron do osób słabiej widzących lub nieposiadających najnowszych przeglądarek.

Seniorzy mają też problemy związane z kwestią prywatności w sieci, a także z rozumieniem zasad obowiązujących w internecie. Nie są w tym odosobnieni, jednak problemy te mogą występować u nich częściej – podkreśla wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdyni. – Pamiętajmy, że dorastali oni w świecie, w którym nie było internetu.

Pomocą w rozwiązaniu tych problemów jest edukacja osób starszych w zakresie korzystania z sieci. W Polsce zajmują się tym m.in. uniwersytety trzeciego wieku, na których są zajęcia z obsługi komputera. Niezbędne jest także edukowanie osób starszych przez bliskich.

Transfer wiedzy z pokolenia wnuków na pokolenie dziadków może być dobrą płaszczyzną porozumienia – mówi ekspert WSB. – Niektórzy seniorzy uczą się szybko, ale niektórzy mają problem ze zrozumieniem np. konceptu poruszania się kursorem po ekranie. Jednak ta różnica mentalności może być ciekawa, a przy edukowaniu osób z rodziny niezbędna jest wyrozumiałość i empatia.

Walce z wykluczeniem cyfrowym wśród osób powyżej 50. roku życia służyć mają takie inicjatywy jak program Latarnicy, w którym wolontariusze uczą osoby starsze, jak korzystać z sieci. To o tyle istotne, że oferta usług cyfrowych, związana z różnymi dziedzinami życia, będzie coraz szybciej rosnąć.

UPC uruchomiło nową mobilną usługę. W ramach abonamentu program będzie można oglądać na trzech urządzeniach jednocześnie, również poza domem

UPC Polska zwiększa mobilność usług telewizyjnych. Dzięki usłudze Horizon TV będzie można w tym samym czasie oglądać różne programy na trzech różnych urządzeniach, również poza domem. Z myślą o kibicach piłki nożnej przez kolejne dwa miesiące, również podczas trwania mundialu w Brazylii, usługa będzie bezpłatna.

Horizon TV to wyjątkowa usługa na rynku polskim. Jesteśmy kolejnym krajem z grupy Liberty Global, który to wprowadził. Dlaczego jest wyjątkowa? Ma 98 kanałów, a większość z nich jest dostępna poza siecią domową, poza siecią Wi-Free czy Wi-Fi. Można więc oglądać programy również poza domem, na telefonie komórkowym albo na tablecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu ds. marketingu i sprzedaży w UPC Polska.

Dynamiczny rozwój mobilnych usług to reakcja na dwie przeciwstawne tendencje, które wpływają na spędzanie czasu wolnego, w tym konsumpcję mediów.

– Człowiek ma coraz mniej czasu na oglądanie telewizji, a z drugiej strony jest coraz więcej interesujących rzeczy, które chciałby obejrzeć. I jeśli te dwa trendy się spotkają, to pojawia się potrzeba, żeby oglądać, gdzie się chce, na czym się chce i kiedy się chce – uważa Grzegorz Esz.

Horizon TV posiada funkcję zdalnego nagrywania, wybór kilkuset filmów i programów na żądanie, a także przewodnik TV z wyszukiwarką filmów i seriali. Aplikacja ma również system rekomendacji oraz dzielenia się informacjami o programach w serwisach społecznościowych. Cała usługa będzie dostępna bezpłatnie do 31 lipca bieżącego roku.

Skąd ta data? Mamy wewnątrz firmy kampanię „Koniec walki o pilota, w której chodzi o mistrzostwa świata w piłce nożnej. Myślę, że każdy z nas ma takie doświadczenie z życia, że chciał obejrzeć kolejny danego dnia półtoragodzinny mecz, a rodzina chciała obejrzeć co innego. W związku z tym dajemy realnie możliwość obejrzenia meczu czy innego programu na dodatkowych urządzeniach, i to na trzech jednocześnie – mówi członek zarządu UPC Polska.

Korzystanie z usługi Horizon TV poza domem umożliwi wprowadzana właśnie usługa Wi-Free. To bezpłatna sieć hotspotów, oparta na modemach Wi-Fi użytkowników UPC. Po pilotażowym wdrożeniu usługi dla klientów w Krakowie i Sopocie, którzy mają internet o przepustowości łącza co najmniej 30 Mb/s, zasięg UPC Wi-Free jest teraz poszerzany dla wszystkich klientów UPC na obszarze działania sieci operatora.

Docelowo sieć UPC Wi-Free tworzyć będzie 600 tys. hotspotów. Po zalogowaniu się klienci mogą jej używać wszędzie tam, gdzie znajdą sygnał i mogą jej używać bezpłatnie – podkreśla Esz.

UPC podkreśla, że udostępnianie łącza nie oznacza, że osoba posiadająca np. pakiet z łączem 30 Mb/s będzie miała odpowiednio niższy maksymalny transfer. To dlatego, że modemy tworzące sieć posiadają dodatkową przepustowość.

Horizon TV będzie musiał zmierzyć się z konkurencją ze strony źródeł, które oferują nielegalny dostęp do mediów. Według Grzegorza Esza, skala tego zjawiska stawia Polskę w „awangardzie europejskiej”. Nowa usługa telewizyjna ma być legalną alternatywą dla tych serwisów.

Ściągamy nielegalnie bardzo dużo seriali, oglądamy bardzo dużo serwisów, które liniowo w internecie udostępniają programy telewizyjne, wydarzenia sportowe, jak walki bokserskie czy mecze. My, w ramach Horizon TV, oferujemy blisko 100 programów legalnie – wskazuje członek zarządu UPC.

Lubawa walczy o nowe kontrakty w Stanach, Somalii i Nigerii, w tym na dostawę trap ratunkowych dla cywilnych Boeingów

0

CEO Magazyn Polska

Lubawa SA negocjuje duże kontrakty z Boeingiem – jednym z nich są dostawy komponentów dla cywilnych samolotów amerykańskiego producenta. Współpraca z koncernem w dłuższej perspektywie zapewni znaczny wzrost przychodów spółki i co nawet ważniejsze dla jej zarządu, zdywersyfikuje ich źródła. Negocjacje trwają również z rządami Somalii i Nigerii i dotyczą one sektora wojskowego.

Podpisaliśmy list intencyjny z rządem Somalii, ustalamy specyfikację poszczególnych produktów, które ten rząd interesują, i rozmawiamy również na temat kwestii finansowania tych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Lubawa SA – To kraj o olbrzymich potrzebach, a zarazem o olbrzymich możliwościach jeśli chodzi o sprzedaż naszych produktów.

Lubawa była pierwszą zagraniczną firmą z branży obronnej, która odwiedziła Somalię. Kraj ten bardzo powoli zbliża się do końca trwającej od 1991 r. wojny domowej. Kubica podkreśla, że współpraca skupi się na najpilniejszych potrzebach, takich jak dostawa baz namiotowych dla Somalii i systemów ochrony indywidualnej. Problemem jest zapewnienie finansowania, bo Somalia nie ma wciąż stabilnego budżetu, ale pomóc mogą granty z UE i Stanów Zjednoczonych.

Dużo łatwiejsza, a równie obiecująca, jest współpraca z Nigerią. Kubica przypomina, że prezydent tego kraju, Goodluck Jonathan, zatwierdził budżet celowy w wysokości miliarda dolarów na wyposażenie czterech dywizji nigeryjskiej armii. Na początku czerwca do Polski przyjedzie delegacja lotnictwa tego kraju, a w późniejszym terminie sił lądowych.

Każda z tych delegacji odwiedzi nasze zakłady po to, by dokonać ostatecznej weryfikacji i zatwierdzenia oferty produktowej, którą my już tam uplasowaliśmy. W konsekwencji w tym roku spodziewamy się zamówień ze strony nigeryjskiej na te produkty. Takie deklaracje otrzymujemy z tamtej strony – mówi Kubica. – Ten miliard dolarów będzie przeznaczony w najbliższym okresie na zakupy sprzętu, mam nadzieję przede wszystkim pochodzącego z naszego źródła.

Poza kontraktami z państwami afrykańskimi Lubawa blisko współpracuje też z Amerykanami. Spółka zrealizowała już dwa zamówienia systemów kamuflażu wielozakresowego dla Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Za oceanem działa spółka zależna Lubawa USA, w której polska spółka ma 52 proc. udziałów. Dzięki temu sprzedaż na ten rynek jest łatwiejsza, bo Lubawa jest zweryfikowana przez departamenty obrony i stanu, nie tylko w zakresie produktów wojskowych, lecz także np. związanych z zabezpieczeniami przeciwpowodziowymi. Budzą one duże zainteresowanie klientów m.in. z St. Louis oraz dorzecza Missisipi.

To jest pierwszy element naszej obecności na miejscu w USA, a drugi element to jest przełożenie aktywności podmiotów amerykańskich na rynku polskim i skanalizowanie jej poprzez nasze struktury. Nasze działania już procentują, jesteśmy w samym środku negocjacji z koncernem Boeing, to jest bardzo duża sprawa dla nas jako dla Lubawy. Negocjacje dotyczą kilku elementów – po pierwsze, naszej współpracy w zakresie systemu obronnego, po drugie, naszej współpracy w zakresie rynku cywilnego – mówi Marcin Kubica.

Współpraca cywilna mogłaby dotyczyć produkcji w zakładach Lubawy nadmuchiwanych trapów ratunkowych dla samolotów cywilnych. Skorzystałby na tym również LOT, który mógłby serwisować trapy w swoich Boeingach 787 w Polsce – w tej chwili jest to możliwe tylko w Europie Zachodniej. Kubica zauważa, że w ten sposób Lubawa realizowałaby nie tylko własny, lecz także narodowy interes. Po spotkaniu z wiceprezesem Boeinga Kubica ocenia, że jest wola dalszych rozmów z obydwu stron.

Dodaje, że nowe kontrakty obronne i cywilne to działania, które przyniosą efekty w długiej perspektywie czasowej. Pozwolą zwiększyć przychody spółki, ale przede wszystkim zdywersyfikują ich źródła i pozwolą na zdobycie nowych kompetencji.

Oczywiście to są dla nas działania o charakterze strategicznym, to nie przełoży się na zamówienia od Boeinga za 2-3 tygodnie, bo to nie jest takie łatwe. Trzeba być najpierw zweryfikowanym przez ten podmiot, proces certyfikacji cały czas trwa. Jeżeli pojawi się przełożenie tego na konkretne kontrakty, biorąc pod uwagę skalę działalności koncernu Boeing, będzie to wzrost skokowy w naszych przychodach – prognozuje Kubica.

Pierwsza polska firma, która ma szansę zarobić na łupkach. Baltic Ceramics Investments sprzedaje akcje

CEO Magazyn Polska

Do 29 maja można zapisać się na akcje spółki, która buduje pierwszą w Europie fabrykę proppantów ceramicznych, czyli innowacyjnych materiałów ceramicznych wykorzystywanych przy wydobyciu gazu łupkowego. Baltic Ceramics Investments planuje zebrać z emisji akcji 10 mln zł i zachęca inwestorów szybko rosnącym rynkiem zbytu na proppant. Jest on wykorzystywany w eksploatacji trudnych geologicznie złóż, w tym łupkowych, których wydobycie rośnie dynamicznie na całym świecie.

Ta emisja zaspokoi niemal wszystkie potrzeby inwestycyjne tego projektu. Jest to 10,2 mln zł i służy do tego, aby sfinansować brakującą część inwestycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Janus, prezes IndygoTech Minerals.

Baltic Ceramics Investments, spółka z portfela IndygoTech Minerals, planuje wprowadzić akcje serii M do obrotu na rynku NewConnect na przełomie czerwca i lipca. Cena emisyjna akcji wynosi 2,8 zł, co w przypadku objęcia całej emisji oznacza, że udział nowych inwestorów w akcjonariacie wyniesie 8 proc. – napisano w komunikacie spółki. 

Obok emisji akcji budowa fabryki zostanie sfinansowana także dzięki dotacji z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w wysokości 40 mln zł. W zakładzie w Lubsku w woj. lubuskim znajdzie zatrudnienie ok. 30 osób, a docelowy poziom produkcji wyniesie 135 tys. ton proppantów ceramicznych rocznie. Według prognoz spółki będzie to stanowiło 5 proc. światowego rynku. Inwestycja już się rozpoczęła, spółka wybrała generalnego wykonawcę, który zrealizuje inwestycję na przełomie I i II połowy 2015 roku.

Jesteśmy w trakcie budowy pierwszej w Unii Europejskiej i na kontynencie europejskim fabryki proppantów ceramicznych. Są to malusieńkie ceramiczne kuleczki, które mają cechy piasku, ale przewyższają ten piach wielokrotnie i dlatego – pomimo wyższej ceny – są stosowane przy wydobyciu gazu i ropy naftowej – tłumaczy Janus.

Proppanty ceramiczne są wykorzystywane do stabilizacji otworów, przez które przepływa ropa lub gaz. Wchodzą w skład wpompowywanej do szczelin skalnych mieszkanki i dzięki swoim właściwościom zapobiegają ich zamykaniu się. Proppanty są stosowane zarówno przy poszukiwaniu, jak i eksploatacji złóż konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, w tym łupkowych.

Wykorzystywane są one do złóż podmorskich, stosuje się je wszędzie tam, gdzie panują ciężkie warunki geologiczne i trudno jest wydobyć węglowodory. Mamy coraz mniej zasobów konwencjonalnych, natomiast zasoby niekonwencjonalne gazu i ropy są ogromne, na niektórych kontynentach wielokrotnie większe niż konwencjonalne. Będziemy zmuszeni do tego, aby sięgać w coraz większym stopniu do tych zasobów – przewiduje prezes IndygoTech Minerals.

Dobrze obrazuje to przykład Rumunii, która w przeszłości była ważnym w Europie producentem ropy naftowej i gazu z konwencjonalnych złóż w Transylwanii i na przedpolu Karpat. Obecnie większość z nich jest bliska wyczerpaniu, dlatego rząd w Bukareszcie stał się zwolennikiem rozwoju wydobycia gazu z łupków. 

Rumunia jest jednym z wielu miejsc, gdzie budowana fabryka będzie mogła eksportować swoje wyroby. Ze względu na lokalizację spółka pokłada duże nadzieje w eksporcie do zachodnich sąsiadów, gdzie również korzysta się z proppantów ceramicznych.

– Proppanty są powszechnie stosowane w Niemczech w złożach piaskowca przy wydobyciu gazu, a także są wykorzystywane na Morzu Północnym przy wydobyciu gazu i ropy wokół Afryki oraz w Arabii Saudyjskiej. Jest to produkt, który jest stosowany na masową skalę od kilkunastu lat. W ciągu ostatnich 12 latach roczny wzrost wolumenu produkcji i konsumpcji proppantów wynosił 24 proc. Szacuje się, że za następne 10 lat wartość tego rynku liczona w dolarach wzrośnie ponad dwukrotnie – prognozuje Dariusz Janus.
 
Pewne ryzyko dla rynku proppantów wiąże się z polityką państw UE, gdzie część z nich wprowadziła moratorium na wydobycie surowców z łupków. Nie jest jednak wykluczone, że ze względu na bezpieczeństwo energetyczne te decyzje zostaną uchylone. Obecna sytuacja polityczna w Europie zmniejsza też prawdopodobieństwo, by kolejne rządy rezygnowały z gazu łupkowego.

Problem, który mieliśmy ostatnio z Unią Europejską, nie dotyczył szczelinowania czy używania proppantów, a tylko i wyłącznie wydobywania gazu łupkowego. Jednakże instytucje unijne postanowiły, że każdy kraj będzie sam decydował, w jaki sposób i na jakich warunkach będzie mógł wydobywać gaz łupkowy – mówi prezes IndygoTech Minerals.

Nowoczesne technologie ułatwiają komunikację rodzica z nauczycielem

CEO Magazyn Polska Szkoła w starym wydaniu nie zdaje już egzaminu, dlatego nauczyciele chętnie wykorzystują nowe media, by skutecznie dotrzeć do uczniów. Korzystają z elektronicznych, a co za tym idzie wielofunkcyjnych materiałów edukacyjnych. Wiele placówek wprowadza e-dzienniki i wykorzystuje specjalne aplikacje w urządzeniach mobilnych, poprzez które informacje o ocenach i frekwencji ucznia błyskawicznie trafiają do jego opiekunów.

Tradycyjne tablice z kredą i gąbką są wypierane przez urządzenia multimedialne, które dają nieograniczone możliwości prezentacji. Stare mapy z powodzeniem zastępuje rzutnik wielkości laptopa i ekran projekcyjny, a zamiast stosu kserówek uczniowie dostają pomocne materiały na czytnikach pamięci. Zmienia się też sposób kontaktu nauczycieli z rodzicami.

– Jest dziennik elektroniczny, są platformy e-learningowe, komunikatory, dzięki którym rodzic ma bieżący dostęp do informacji: co dziecko ma zaplanowane, jak sobie radzi z pewnymi zadaniami, jak je motywować, na które obszary rodzic powinien zwrócić uwagę, w których elementach dydaktycznych jego dziecko jest mocne – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Tomasz Babicz, dyrektor sprzedaży systemów informatycznych dla edukacji Librus. – Kolejnym etapem w przyspieszeniu dostępu do tych informacji jest technologia direct push, która istnieje w urządzeniach mobilnych. Dzięki niej rodzic dostaje informację na temat swojej pociechy praktycznie w momencie, kiedy jest ona wpisywana do systemu.

Szybki przepływ informacji na linii szkoła – rodzic ma swoje plusy i minusy. Na tradycyjnej wywiadówce rodzice dostawali karteczki z ocenami i mieli czas na to, aby ochłonąć, przeanalizować sytuację i dopiero w domu porozmawiać z dzieckiem. W dobie nowoczesnych technologii, kiedy rodzic ma dostęp do informacji tu i teraz i wystarczy tylko zalogować się do systemu czy wejść w aplikację, dlatego dużo trudniej jest powstrzymać emocje.

– Szybszy dostęp do informacji, który będzie nieumiejętnie wykorzystany, może wpłynąć bardzo destruktywnie na ucznia. Proszę wyobrazić sobie taką sytuację, w której dziecko ma pisać kartkówkę, a w międzyczasie inny nauczyciel wpisuje do systemu ocenę ze sprawdzianu. Jeśli to będzie słabsza ocena, rodzic dostaje informacje na swój smartfon i pierwsze, co robi pod wpływem emocji, bierze telefon i zaczyna dzwonić do dziecka z pytaniem, dlaczego taka ocena, nie myśląc o tym, że dziecko w tym czasie jest w szkole, że być może za chwilę będzie miało kartkówkę – tłumaczy Tomasz Babicz.
Nowoczesne technologie ułatwiają kontakt i przepływ informacji, jednak nie zastąpią bezpośredniej rozmowy rodzica z nauczycielem. Pedagodzy podkreślają też, że ważna jest poprawna interpretacja wiadomości, które są umieszczone w elektronicznych dziennikach.

– Motywujmy dziecko, a nie szukajmy tylko negatywnych informacji i krytyki. Stosujmy tak zwaną kanapkę psychologiczną, czyli doceniajmy to, co jest pozytywne w dziecku, ponieważ w systemie mamy takie informacje, mamy pochwały, pozytywne oceny, ale z drugiej strony też starajmy się motywować dziecko do tego, aby te negatywne elementy można było poprawić – dodaje Tomasz Babicz.

Narzędzia ułatwiające organizację czasu pracy

Właściwa organizacja czasu, zarówno służbowego, jak i prywatnego, w powszechnym przekonaniu kojarzona jest po pierwsze z określonymi umiejętnościami, po drugie zaś – z niemal żelazną konsekwencją. Mało kto jednak wie, że równie istotne są nawyki podnoszące naszą efektywność. A wsparcie w tym zakresie stanowić może kilka powszechnie dostępnych narzędzi.

Szukając sposobów na poprawę wydajności w domu czy też w pracy w pierwszej kolejności przyjrzeć się powinniśmy naszym nawykom. Jak się bowiem okazuje, aż 40% codziennych decyzji podejmujemy odruchowo, niemalże bez udziału świadomości.

Skoro za prawie połową naszych wyborów stoją powielane latami przyzwyczajenia, warto zadbać o to, by pracowały one na naszą korzyść. Powinniśmy dołożyć też wszelkich starań, by stworzyć otoczenie, które będzie nas wspierać, a nie przeszkadzać w realizacji założonych celów.

Wzrost efektywności zarządzania swoim czasem zagwarantować może zatem zestaw odpowiednio dobranych narzędzi, które wymuszą pewną powtarzalność i pozwolą wykreować pozytywne nawyki.

Uwolnij swoją pamięć

– Tempo życia w dzisiejszych czasach sprawia, że robimy wszystko, by ułatwić sobie pracę. I nie ma w tym nic dziwnego – obecnie średnio w ciągu tygodnia wykonujemy podobną ilość zadań, jaka jeszcze 200 lat temu zajmowała ludziom co najmniej rok – zauważa ekspert zarządzania czasem, Grzegorz Frątczak.

W parze z nawałem obowiązków nie idzie jednak, aż tak duże poszerzenie naszych możliwości intelektualnych. Próba spamiętania tego wszystkiego daje często efekt odwrotny do zamierzonego – umysł zaczyna się buntować i drastycznie zwalniać, tak jak zwalnia komputer przeciążony zbyt dużą liczbą procesów.

By się od tego problemu uwolnić warto uzyskać dostęp do narzędzi, które w znaczący sposób odciążą naszą pamięć.

– Swoją uwagę skierować powinniśmy przede wszystkim w stronę produktów wspierających zarządzanie zadaniami (np. wg metodyki Getting Things Done – jak np. Nozbe), które zwalniają z obowiązku pamiętania o wszystkich zobowiązaniach, pozwalając jednocześnie zachować wysoką produktywność w pracy. Równie pomocne mogą okazać się aplikacje do zarządzania zadaniami wg zasad Kanban. Wśród nich prym wiedzie zwłaszcza Trello – dodaje specjalista z CEO Solutions.

Jeśli z kolei mamy trudności z przypominaniem sobie wielu różnych loginów i haseł, ratunkiem może się dla nas okazać oprogramowanie takie, jak np. Keepass. Zyskamy w ten sposób poczucie bezpieczeństwa nieobarczone żadnym dodatkowym wysiłkiem.

Nie marnuj więcej czasu

Zadania, z którymi się zmagamy, pochłaniają nie tylko naszą uwagę, ale także czas. By nad nim zapanować w pierwszej kolejności należy więc określić, jak to, co na co dzień robimy, przybliża nas do założonego wcześniej celu.

– W tym wypadku skorzystać możemy np. z programu Rescue Time, w którym zarejestrujemy wszystkie wykonywane przez nas czynności, pogrupujemy je tematycznie, a następnie sprawdzimy, ile minut czy godzin po prostu zmarnowaliśmy lub spędziliśmy produktywnie – podpowiada Frątczak.

Osoby często odwiedzające portale informacyjne czy platformy blogowe powinny także zainteresować się czytnikami RSS (jak chociażby Feedly). Narzędzia te agregują wszystkie pojawiające się w wybranych mediach nowości i pozwalają zaoszczędzić czas przeznaczany do tej pory na wielokrotne wchodzenie na ulubione strony w poszukiwaniu newsów.

Skup się na pracy

Jednym z najistotniejszych elementów w pracy intelektualnej jest skupienie się na wykonywanej aktualnie czynności. Jak wielokrotnie udowodniono, koncentrację w znaczący sposób poprawić może muzyka.

Nie chodzi tu jednak o radio grające na parapecie, gdzie piosenki co chwila przerywane są wiadomościami lub reklamami. W poszukiwaniu dźwięków wspierających wysiłek umysłowy z całą pewnością warto za to odwiedzić stronę Focus@Will.

– Jeśli jednak mimo pomocnej muzyki zbyt często zdarza nam się tracić czas na różnych portalach, zainteresować się powinniśmy dodatkami do przeglądarki, które chwilowo blokują dostęp do poszczególnych internetowych adresów – mówi specjalista projektowania czasu.

W zależności od używanego przez nas oprogramowania, skorzystać możemy z wtyczek takich, jak np. LeechBlock czy też StayFocusd.

Kopie zapasowe rób automatycznie

Trudno chyba wyobrazić sobie wydarzenie, które mocniej zdezorganizuje naszą pracę, niż utrata potrzebnych w danym momencie plików czy dokumentów. Urządzenia techniczne, choć często niezbędne, nie zawsze okazują się być w 100% niezawodne. Nigdy nie powinniśmy więc zapominać o tworzeniu kopii zapasowej.

– Ręczne powielanie danych to jednak niewdzięczne i czasami czasochłonne zadanie, które przeważnie odkładamy „na później”. Pozwólmy się zatem w tej kwestii wyręczyć i korzystajmy z coraz popularniejszych wirtualnych dysków – dodaje na koniec Grzegorz Frątczak.

Rozwiązania typu GoogleDrive, SkyDrive, Dropbox czy Sugarsync dodatkowo dadzą nam także dostęp do naszych plików z dowolnego miejsca na świecie. A to pozwoli dokończyć pracę np. podczas powrotu do domu czy też w trakcie wyjazdu na zasłużony odpoczynek.

Olga Grygier Siddons na czele PwC w Europie Środkowo –Wschodniej. Nowy prezes PwC w Polsce

Z dniem 1 lipca 2014 r. Olga Grygier–Siddons dotychczas stojąca na czele firmy w Polsce, obejmie stanowisko Prezesa w Europie Środkowo–Wschodniej (CEE). Firmą doradczą PwC na polskim rynku od początku lipca kierować będzie Adam Krasoń, obecnie zarządzający działem Assurance (obejmującym audyt, zarządzanie ryzykiem, doradztwo księgowe oraz usługi doradcze z zakresu sprawozdawczości finansowej i rachunkowości).

Olga Grygier–Siddons objęła stanowisko prezesa w Polsce w roku 2009. Wcześniej przez 5 lat jako partner zarządzający działem doradztwa biznesowego była odpowiedzialna za rozwój części konsultingowej biznesu PwC. Przez ostatnie pięć lat pod kierownictwem Olgi Grygier – Siddons PwC odnotowało ponad 30% wzrost przychodów, a zespół konsultantów rozrósł się do 1800 osób. W tym okresie firma przeszła także ogromne zmiany umacniając pozycję na rynku usług konsultingowych – obecnie ta część działalności doradczej porównywalna jest pod względem uzyskiwanych przychodów z usługami audytorskimi. PwC dokonało także szeregu inwestycji otwierając m.in. własną kancelarię prawną, biuro maklerskie, nowe biuro w Łodzi oraz Centrum Usług Wspólnych w Katowicach, pracujące na potrzeby kilkudziesięciu krajów.

Olga związana jest z PwC od 1991 roku, przed powrotem do Polski pracowała w Wielkiej Brytanii. Posiada bogate doświadczenie w doradztwie dla rządów, urzędów i gmin oraz wiodących międzynarodowych koncernów z sektora energetycznego i infrastruktury zdobyte w Wielkiej Brytanii, Polsce i innych krajach Europy Środkowej.

W nowej roli Oldze podlegać będzie ponad 8000 osób ulokowanych w 30 krajach – od Mongolii, przez Rosję i kraje byłego ZSRR, po Węgry i Słowenię. Pracownicy PwC w regionie CEE obsługują ponad 16 tysięcy klientów. Wybór Olgi przez 270 partnerów oznacza, że po raz pierwszy stanowisko to obejmie kobieta, a zarazem osoba pochodząca z jednego z krajów regionu (dotychczas byli to Amerykanie lub Brytyjczycy). Firma będzie przez najbliższe 5 lat zarządzana z Warszawy. Olga wejdzie również w skład Globalnej Rady Strategicznej firmy.

Olga jest zamężna, ma dwójkę dzieci. Swój wolny czas najchętniej spędza z rodziną, jeździ na nartach i uprawia jogę.

Wraz z przejęciem przez Olgę Grygier-Siddons nowych obowiązków, stanowisko prezesa PwC w Polsce obejmuje Adam Krasoń. Przez ostatnie dwa lata Adam Krasoń jako partner zarządzający stał na czele działu Assurance. Wcześniej przez 5 lat kierował zespołem ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki w Polsce, a przez 3 lata odpowiadał za usługi nieaudytowe w ramach Assurance dla całego regionu CEE. Z PwC związany jest od początku swojej drogi zawodowej – w firmie przeszedł pełną ścieżkę kariery, dwa lata pracując w jej amerykańskim oddziale. Jako szef PwC w Polsce Adam Krasoń stawia na zrównoważony rozwój – zamierza wzmacniać wszystkie trzy linie serwisowe firmy (Assurance, doradztwo podatkowo-prawne, konsulting). Jego celem będzie zebranie „pod jednym dachem” strategicznych kompetencji dostępnych na rynku, a w efekcie dostarczanie klientom jednolitej i kompleksowej oferty usług odpowiadającej ich biznesowym wyzwaniom.

Adam Krasoń ma kilkunastoletnią córkę. W wolnym czasie podróżuje, biega i jeździ na nartach.

Po zmianach działem Assurance kierować będzie Krzysztof Szułdrzyński. Krzysztof związany jest z PwC od prawie dwóch dekad. W ostatnich latach jego działania koncentrowały się na rozwoju usług związanych z audytem i doradztwem w zakresie szeroko pojętego systemu kontroli wewnętrznej przedsiębiorstw: procesów i kontroli, systemów informatycznych, zarządzania ryzykiem i audytu wewnętrznego. Obecnie stoi na czele 300-osobowego zespołu Risk Assurance Solutions (RAS) w regionie Europy Środkowo–Wschodniej, świadczącego tego typu usługi. Od kilku lat Krzysztof współpracuje z Radami Nadzorczymi polskich spółek giełdowych w ramach Forum Rad Nadzorczych, którego jest współtwórcą i organizatorem. Zasiada też w Komitecie Dobrych Praktyk Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Jest żonaty, ma dwie kilkunastoletnie córki, a wolny czas najchętniej spędza słuchając muzyki i podróżując.

Totalizator Sportowy chce udostępnić gry i loterie przez internet

Ponad 300 mln zł może trafić do polskiego sportu w ciągu trzech lat dzięki poszerzeniu działalności Totalizatora Sportowego. Spółka chce wkrótce udostępnić gry i loterie przez internet. Czeka też na zgodę ministra finansów, by stać się członkiem europejskiej loterii EuroJackpot.

Jeżeli uda nam się doprowadzić do sytuacji, w której nasze gry i loterie zostaną wsparte nowym kanałem dystrybucji, czyli internetem, i dostaniemy zgodę ministra finansów na wprowadzenie Polski do gry multijurysdykcyjnej i biura EuroJackpota, to jest szansa na to, żeby polski sport w ciągu najbliższych trzech lat, licząc od momentu wprowadzenia tych produktów i nowego kanału dystrybucji, mógł się pochwalić dodatkowym przychodem w granicach 300 mln złotych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szpil, prezes zarządu Totalizatora Sportowego.

Zwiększenie finansowania sportu związane z rozszerzeniem oferty Totalizatora to jedna z rekomendacji Okrągłego Stołu Polskiego Sportu. Po drugim spotkaniu tego forum pojawił się apel, by zmienić przepisy ustawy hazardowej. Uczestnicy Okrągłego Stołu apelowali też m.in. o zmniejszenie biurokracji w sporcie, poprawienie współpracy i ustanowienie długoterminowej strategii.

Dzięki sprzedaży zakładów przez internet oraz uczestnictwie w EuroJackpot wzrosłyby przychody Totalizatora, a to bezpośrednio przekłada się na finansowanie sportu. Spółka od 2003 r. ustawowo przekazuje 77 proc. dopłat do gier liczbowych i loterii (wynoszą odpowiednio 25 i 10 proc. ceny zakładu) na finansowanie sportu. Z każdej złotówki 19 groszy trafia na sport i kulturę.

W międzynarodowej loterii EuroJackpot bierze obecnie udział 14 państw, a maksymalna wygrana może sięgnąć 90 milionów euro. Do tej pory rekordzista wygrał w Finlandii ponad 57 milionów euro.

To jest oczywiście estymacja w granicach 300 mln złotych. Liczymy na to, że to jest ta bezpieczna kwota, natomiast jesteśmy przekonani, że w zależności od tego, kiedy te produkty i ten kanał dystrybucyjny mogłyby zostać wprowadzone, kwota również mogłaby ulec zwiększeniu – podkreśla Szpil.

Dodaje, że dzięki wsparciu przez Totalizator Sportowy imprez sportowych w Polsce rośnie ich znaczenie. Przykładem jest warszawski lekkoatletyczny Memoriał Kamili Skolimowskiej, który odbędzie się w tym roku już po raz piąty. Zawody zostaną rozegrane w sierpniu na Stadionie Narodowym, a jedną z gwiazd ma być rekordzista świata w sprincie na 100 i 200 metrów Jamajczyk Usain Bolt.

Cieszę się, że Memoriał odbywa się w Warszawie. Myślę, że kwoty są ważne, ważne są gwiazdy, które przyjadą i które będziemy mogli zobaczyć na własne oczy. Myślę, że ta przyjemność obserwowania ich na żywo, a nie w telewizji, sprawi, że cały Stadion Narodowy zapełni się publicznością, która będzie kibicowała zarówno polskim uczestnikom, jak i gościom, którzy się pojawią na tej imprezie – ocenia Szpil.

Dodaje, że to nie jedyna duża impreza sponsorowana przez Totalizator. Spółka patronowała też m.in. marcowym halowym mistrzostwom świata w lekkoatletyce w Sopocie. Szpil dodaje, że sponsorowane przez Totalizatora Sportowego wydarzenia odbywają się także m.in. w Krakowie i Poznaniu.

Nowa strategia Rafako: więcej samodzielnych realizacji i ekspansja na Wschód i Bałkany

0

CEO Magazyn Polska

Rafako stawia na średniej wielkości samodzielne projekty, które mają uzupełnić ofertę dużych projektów w kraju i za granicą oraz wzmocnić pozycję spółki przed planowaną na drugą połowę roku kolejną emisją akcji. W ubiegły piątek spółka ogłosiła, że zostanie wykonawcą nowej elektrociepłowni dla Grupy Azoty w Kędzierzynie za 375 mln zł. Rafako chce też wzmacniać pozycję na wschodzie Europy i Bałkanach, choć sytuacja polityczna to utrudnia.

 – Aktualnie pracujemy nad strategią grupy kapitałowej. Po pierwsze, musimy wykonać analizę rynku, tego, gdzie nasze produkty mogą być sprzedawane. Po drugie, pozyskać odpowiednią wiarygodność tego, czy projekty będą zamawiane w terminie – bo z tym też było różnie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Mortas, prezes zarządu Rafako Grupa PBG.

Nowa strategia ma doprowadzić do planowanej na drugą połowę roku emisji akcji. Mortas podkreśla, że duże projekty, takie jak warta łącznie 11,6 mld zł budowa dwóch nowych bloków energetycznych w Opolu, są ważne dla spółki, ale bardzo skomplikowane. W przypadku Opola rozpoczęcie prac nastąpiło dopiero dwa lata po podpisaniu umowy. Rafako nie realizuje też tak dużych projektów samodzielnie – w Opolu jest liderem konsorcjum z Polimeksem-Mostostal i Mostostalem Warszawa, a generalnym projektantem jest Alstom Power. Rafako dostarczy urządzenia i elementy za 650 mln zł.

Mortas zwraca uwagę, że Rafako zamiast w tych trudnych finansowo i organizacyjnie projektach chce się specjalizować w obszarze instalacji oczyszczania i ochrony powietrza. Liczy też na powrót węgla do łask oraz na mniejsze projekty, w których spółka ma duże doświadczenie.

Rafako ciągle chce utrzymywać produkty eksportowane, ale by nie było tak, że spółka jest przeznaczona tylko pod realizację dużych kontraktów typu Opole czy Jaworzno. To jest ogromny wysiłek zarówno organizacyjny, jak i finansowy. Szukamy projektów dla naszych produktów o różnej wielkości, jak kontrakt z Grupą Azoty na 375 milionów  to jest strzał w dziesiątkę: krótki okres i samodzielne działanie. Nie musimy szukać konsorcjów technologicznych. To projekt, w którym produkty z Rafako wystarczą, by samodzielnie go zrealizować, i terminowo, i marżowo. Oby więcej takich – tłumaczy Mortas.

W ramach podpisanej w piątek umowy z Zakładami Azotowymi Kędzierzyn z Grupy Azoty Rafako za 375 mln zł netto wykona pierwszy etap elektrociepłowni węglowej. Prace powinny zakończyć się w pierwszym kwartale 2016 r.

Mortas dodaje, że technologia, pracownicy i możliwości realizacji kontraktów nie są problemem dla Rafako. Z uwagi na sytuację gospodarczą trudniej jest jednak o zapewnienie finansowania. Pomóc ma emisja akcji, a także dywersyfikacja inwestycji na rynkach zagranicznych.

Bardzo dobrze czujemy się w Europie. Do tej pory rynki wschodnie były dla nas dobre, mieliśmy tam oferty. Natomiast dziś jest tam trudna sytuacja. Wróciłem właśnie z Możejek – tam też składamy oferty – dla nas stabilizacja nie tylko polityczna, lecz także finansowa klientów jest najważniejsza. Nie sztuką jest sprzedać, sztuką jest odzyskać pieniądze, dlatego to wymaga precyzji. Jesteśmy też pod rygorem finansowym, ponieważ zanim dostaniemy finansowanie pod naszą ofertę, każdy bank, każdy gwarant sprawdzi, czy nasz klient jest wiarygodny i aby na pewno środki za dany produkt uzyskamy – podkreśla Mortas.

Poza Europą Wschodnią Rafako działa też na terenie byłej Jugosławii, a w Belgradzie jest jedno z biur projektowych spółki.