USA i Chiny na drodze negocjacji

Obawy o światową wojnę handlową opadają, co powoduje spore wzrosty na azjatyckich i amerykańskich giełdach. Stało się to po tym, jak ogłoszono, że Chiny i USA rozpoczną negocjacje w sprawie polepszenia dostępu Amerykanów do chińskiego rynku, a Amerykanie mają nie nakładać nowych ceł na produkty z Chin. W efekcie amerykańskie indeksy giełdowe zanotowały najwyższe jednodniowe wzrosty od sierpnia 2015 r., niektóre odzyskując niemal połowę zeszłotygodniowych strat, a był to najgłębszy tygodniowy spadek od ponad 2 lat. Informacja o negocjacjach spowodowała też odejście inwestorów od bezpiecznych przystani, a tym samym spadek wartości dolara, a jeszcze bardziej japońskiego jena. Na tej fali rośnie z kolei euro, funt i złotówka.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,56%), a traci do euro (-0,7%), brytyjskiego funta (-0,51%), dolara kanadyjskiego (-0,23%) oraz dolara australijskiego (-0,09%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,245, GBP/USD – 1,423, USD/CAD – 1,283, AUD/USD – 0,773 i USD/JPY – 105,6. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+1,24%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,875. Złotówka zyskuje do głównych walut. We wtorek rano dolar kosztuje poniżej 3,39 zł, euro – poniżej 4,22 zł, funt – 4,82 zł, a frank – poniżej 3,59 zł.

Giełdy

Na światowe giełdy poza Europą powrócił kolor zielony. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,48%, niemiecki indeks DAX – 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – 0,57%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 2,72%, meksykański indeks Bolsa – o 0,74%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,84%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 2,65%, indeks Shanghai Composite – o 1,05%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,86%.

Ropa i złoto

Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 70,12 USD (-0,47%), a ropy WTI – 65,55 USD (-0,5%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy pozostała na poziomie 75 USD. Z kolei złoto kontynuuje wzrosty. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1353 USD. To 8 USD więcej (+0,59%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

10:00 – Strefa euro – Podaż pieniądza M3 (r/r), luty (prognoza 4,6%)
11:00 – Strefa euro – Wskaźniki koniunktury gospodarczej, marzec
14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, marzec (oczekiwania: bez zmian)
16:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Atlanty
16:00 – USA – Indeks zaufania konsumentów – Conference Board, marzec (prognoza 131 pkt.)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Silniejsze euro, stabilizacja na złotym, funt nadal zyskuje

Niska podaż na przetargu może mieć ograniczony wpływ na notowania polskich obligacji. Spokojny początek tygodnia z silniejszym euro (w okolicach 1,245 USD) i stabilnym złotym (w relacji do euro na poziomie bliskim 4,22-4,23).

Rynek walutowy i stopy procentowej

Bieżący tydzień rozpoczął się umocnieniem euro względem dolara. Nominalnie kurs EURUSD ponownie przełamał opór na 1,24. Zmiany te to nadal pokłosie ujemnego dla dolara bilansu zeszłotygodniowych doniesień nt. rosnącego konfliktu handlowego pomiędzy USA a Chinami. Dodatkowo wczoraj wsparcie wspólnej walucie dała wypowiedź J. Weidmanna (prezesa Bundesbanku i kandydata Niemiec na przyszłego prezesa EBC), potwierdzająca wcześniejsze doniesienia, że oczekiwania rynku w kwestii przyszłorocznych podwyżek stóp w strefie euro „nie są do końca nierealistyczne”.

Pomimo wzrostu notowań głównej pary walutowej złoty stabilizował się. W czwartek notowania EURPLN oscylowały w okolicach 4,22-4,23. W tym tygodniu RPP opublikuje protokół z marcowego posiedzenia, który zapewne nie będzie wspierał złotego. Jednakże z racji, że Rada wyraźnie określiła swoją politykę na najbliższe kwartały wydarzenie to nie powinno mieć istotnego przełożenia na notowania PLN, który nadal pozostawać powinien pod wpływem nastrojów na rynku globalnym.

Minutes RPP nie powinny mieć istotnego wpływu również na ceny polskich instrumentów dłużnych. Pomimo kilku jastrzębich wypowiedzi członków RPP (m.in. prof. Gatnara), przeważa stanowisko wait-and-see wskazujące na oczekiwanie na kolejne publikacje danych gospodarczych. W tym nurcie utrzymana była ostatnia wypowiedź dr Eryka Łona, który jest uznawany za jednego z gołębi, widząc nawet potencjał do obniżki stóp procentowych w przypadku znacznego obniżenia aktywności gospodarczej.

W trakcie pierwszego kwartału istotny wpływ na notowania polskich obligacji miała niższa podaż papierów na aukcjach Ministerstwa Finansów. Na ostatnim przetargu w tym kwartale MF zaoferuje obligacje za 3mld PLN, co może krótkoterminowo wspierać notowania, jednak fakt ten jest już w dużym stopniu wyceniony i nie powinien prowadzić do tak silnych spadków rentowności, jakie były obserwowane od początku lutego.

Negatywnie na wyceny obligacji w Europie w najbliższych dniach może wpływać wzrost inflacji. W marcu wygasają efekty niskiej bazy, które spychały wskaźnik HICP w Niemczech do poziomu 1,2% r/r, przez co prognozowane jest przyspieszenie inflacji do 1,6% r/r. Wzrost inflacji po jej spowolnieniu na początku 2018 roku oraz wzrost cen ropy, gdzie baryłka Brent notowana jest obecnie w okolicach 70 dolarów, będą ciążyć wycenom instrumentów dłużnych.

W poniedziałek kalendarz publikacji gospodarczych nie zawierał żadnych istotnych pozycji, stąd uwaga inwestorów koncentrowała się na polityce handlowej, która może istotnie wpływać na średnioterminową ścieżkę amerykańskiej inflacji, bowiem nasilenie się konfliktu to czynnik inflacjogenny dla USA. W tym tygodniu poznamy m.in. wskaźnik bazowy PCI za luty (preferowana przez Fed miara inflacji). Rynek oczekuje stabilizacji na poziomie 1,5% r/r. Obok czwartkowych danych inflacyjny już dzisiaj opublikowany zostanie indeks Conference Board, który zapewne pokaże, że dobra sytuacja na amerykańskim rynku pracy wraz z obniżką podatków wspierają nastroje Amerykanów. Z kolei w strefie euro planowana na wtorek publikacja wskaźnika ESI potwierdzi zapewne dotychczasowe trendy, pokazując pogorszenie koniunktury w krajach wspólnoty.

Tymczasem, na wartości nadal zyskuje funt brytyjski. Pozostając pod wpływem jastrzębich wypowiedzi członka BoE, który wskazał, że stopy procentowe w bieżącym cyklu podwyżek powinny wzrosnąć jeszcze nawet dwukrotnie, kurs GBPUSD przełamał w poniedziałek opór na 1,42. Na rynku wzrosło przekonanie, że w maju BoE podniesie koszt pieniądza o 25 pb z obecnych 0,5%.poczatek tygodnia na rynkach finansowychAutorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Analiza techniczna srebra oraz złota 27.03.2018

Rezerwa Federalna podwyższyła stopy procentowe o kolejne 25 punkty bazowe. Zachowała także swoje poprzednie prognozy dot. ścieżki podwyżki stóp procentowych w 2018 roku. Z kolei tzw. fedokropki sugerują bardziej jastrzębią politykę monetarną na 2019 oraz 2020 roku.

Sama podwyżka stóp procentowych była wyceniana przez rynek, dlatego najważniejszy były projekcje. Po komunikacie FED-u dolar amerykański został wyprzedany na szerokim rynku, tak samo jak rynek akcji. Największym wygranym były metale szlachetne.

W tym momencie warto również zwrócić uwagę na zachowanie notowań złota po każdej podwyżce stóp procentowych przez Rezerwę Federalną. Poniżej zobrazowano grafikę złota na tle zacieśniania monetarnego.

XAUSD, amerykańskie stopy procentowe

XAUSD, amerykańskie stopy procentowe

Źródło: Bloomberg

Od 2017 roku każda podwyżka stóp procentowych kończyła się bardzo mocną aprecjacją złota, tak samo jak i srebra. Jedynie po podwyższeniu kosztu pieniądza w czerwcu 2017 roku złoto zanurkowało jeszcze bardziej, ale po kilku miesiącach odrobiło straty z dużą nadwyżką. Czy tym razem będzie tak samo?

Pierwsza reakcja złota oraz srebra po publikacji stóp procentowych wskazuje, że jest to bardzo prawdopodobnie. W poprzednim tygodniu złoto oraz srebro zyskało odpowiednio 2.66 oraz 2.02 procenta. Spójrzmy, co na ten temat ma do powiedzenia analiza techniczna.

Gold – analiza techniczna

Pomimo mocnych wzrostów na notowaniach złota nie doszło do pokonania żadnego istotnego poziomu. Jednakże na interwale tygodniowym została wyrysowana formacja flagi, pokonanie górnej lub dolnej bandy rzuci światło na dalszy kierunek notowań.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Jeżeli zjawisko aprecjacji złota po podwyżce stóp procentowych zadziała, to większe prawdopodobieństwo leży po stronie wybicia górą z formacji flagi. Aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że po wybiciu z formacji strona kupująca będzie musiała zmierzyć się z bardzo mocnym oporem wyznaczonym przez szczyt z 2016 roku na poziomie 1374 USD. Dopiero pokonaniu tej strefy będziemy mogli mówić o kontynuacji trendu wzrostowego.

Z drugiej strony, gdyby dolar amerykański zaczął się umacniać, to nie możemy wykluczyć wybicia dołem z formacji flagi. W takim przypadku ratunkiem dla byków byłaby strefa popytu 1277-1290. Dopiero po jej pokonaniu strona sprzedająca otworzy drogę do poziomu 1250 USD.

Srebro – analiza techniczna

Wzrosty na notowaniach srebra są mniej ograniczone, ponieważ poniżej znajduje się tygodniowy opór, który stanowi wsparcie dla strony kupującej. Z drugiej strony najbliższy opór wyznaczony jest na podstawie górnej bandy konsolidacji, w której srebro porusza się od połowy 2017 roku. Niemniej jednak należy pamiętać, że notowania srebra uzależnione są od notowań złota. Spadek cen złota przyczyniłby się na dalszą deprecjację srebra w okolicę wspomnianego wcześniej wsparcia 15.65-16.00.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Odreagowanie

Wczoraj widzieliśmy solidny dzień odwrotu po piątkowej wyprzedaży bez zakłóceń w postaci jakichkolwiek informacji, a szczególnie tych podsycających strach przed wojną handlową. Wall Street odbił, za nim Azja, a dziś Europa dopełnia klimatu. Na FX cofają się USD i JPY, co może być spotęgowane porządkowaniem pozycji na koniec miesiąca.

W poniedziałek nie otrzymaliśmy żadnej szokującej nowej „rewelacji” z Białego Domu, za to pojawiły się sygnały ze strony Chin i USA o chęci do negocjacji, więc główna dyskusja na rynkach w ciągu ostatnich 24 godzin zaczęła krążyć wokół tematu, czy rynki nie przereagowały? Osobiście sądzę, że tak, ale powtórzę za wczorajszym komentarzem: nie w tym rzecz. Ryzyko totalnej wojny handlowej jest niskie i jej wartościowe przełożenie na zaburzenia w wymianie międzynarodowej dóbr i usług będzie niewielkie. Ale ryzykiem w krótkim terminie wciąż pozostaje, czy temat ten znowu nie stanie się głównym generatorem emocji i będzie potęgował odbiór słabszych odczytów danych i aktywności gospodarczej? W tym tygodniu mamy koniec miesiąca/kwartału i przerwy świątecznej, więc pokusa do ucinania pozycji jest duża. To działa na niekorzyść USD względem NOK, EUR i NZD, ale za to USD/JPY jest wyżej wraz z odreagowaniem spadków na giełdach. Dalej sądzę, że to jeszcze nie koniec niepokojów związanych z ryzkiem wojny handlowej, choć (jak widać po wczoraj) nie jest to kwestia, która będzie trzymać rynki w garści bez przerwy. Podtrzymuję ostrożne podejście.

EUR/USD wciąż ma przestrzeń do wzrostów w kierunku zeszłomiesięcznych szczytów przy 1,2550 i z braku innych powodów rynek może chcieć przetestować techniczne bariery. USD/JPY jest napędzany odbicie giełd, mimo że generalny trend jest spadkowy, więc tutaj bardziej realne jest wcześniejsze przebudzenie sprzedaży. CAD całe zło (gołębi BoC, ryzyko rozpadu NAFTA) ma już w cenach, a silny odczyt CPI oraz lepsze wieści z negocjacji handlowych Kanady z USA pomagają w odbiciu. GBP podobnie ma za sobą politykę i dane, brakuje jednak siły do kupna, ale pozostaję cierpliwy. Wreszcie brak turbulencji na rynkach zewnętrznych pozwala na spokojnie na rynku złotego, ale w mojej ocenie nowa rzeczywistość dla EUR/PLN jest powyżej 4,20.

Dziś w kalendarzu badanie nastrojów w Eurolandzie i USA. Raport Komisji Europejskiej oraz indeks Conference Board pozwolą ocenić, czy kwestia nasilającego się protekcjonizmu rzutuje na nastroje konsumentów i biznesu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Priorytetem działów zakupów na całym świecie pozostają oszczędności

Najważniejszym priorytetem dla dyrektorów działu zakupów (CPO) w Polsce i na świecie pozostaje redukcja kosztów oraz zarządzanie ryzykiem łańcucha dostaw. Może to być jednak trudne, biorąc pod uwagę, że prawie dwie trzecie z nich przyznaje, że łańcuchom tym w ich organizacji brak przejrzystości lub występuje ona w niewielkim stopniu. Jak wynika z globalnego badania firmy doradczej Deloitte „Leadership: Driving innovation and delivering impact. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2018” pod wpływem nowoczesnych technologii model zakupów przechodzi intensywny okres zmian. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy największy wzrost zainteresowania wśród menedżerów odpowiedzialnych za zakupy zanotowała automatyzacja z wykorzystaniem robotów.  

Badanie zostało przeprowadzone wśród menedżerów kierujących działem zakupów (CPO) z 504 firm, mających siedzibę w 39 krajach, w tym również w Polsce. Łączne obroty tych przedsiębiorstw wynoszą 5,5 biliona dolarów.

Łańcuch dostaw bez kontroli

Zaskakującym wnioskiem z tegorocznego badania jest, że aż 65 proc. ankietowanych menedżerów zakupów kontroluje jedynie poziom swoich bezpośrednich dostawców i nie wie co dzieje się w kolejnych ogniwach. – Ma to istotne konsekwencje dla wszystkich organizacji i branż, w szczególności w zakresie spełniania wymogów prawnych i korporacyjnych, odpowiedzialności społecznej oraz identyfikacji potencjalnych ryzyk – mówi Michał Syga, starszy konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte. – Jest to tym bardziej niepokojące, że ponad połowa ankietowanych upatruje w zarządzaniu ryzkiem łańcucha dostaw jedną z trzech czołowych strategii zakupowych – dodaje.

Osiągniecie jak największej przejrzystości może mieć pozytywny wpływ na realizację głównych priorytetów zakupowych wynikających z badania, czyli redukcji kosztów (78 proc.) oraz rozwoju nowych produktów i rynków (58 proc.). Pozwoli to także zwiększyć pewność, że strategiczni dostawcy są gotowi sprostać i wesprzeć plany rozwoju firmy. Obecnie przekonanych o tym jest jedynie 52 proc. ankietowanych.

Co ważne współpraca z dostawcami z roku na rok spada na liście priorytetów ankietowanych menedżerów. W tym roku wskazało na nią jedynie 23 proc. badanych, podczas gdy rok temu było to 26 proc., a w 2016 roku 39 proc.

Trudne do osiągnięcia oszczędności

Menedżerowie kierujący działem zakupów byli również pytani o to, jak radzą sobie z osiąganiem stawianych przed nimi celów oszczędnościowych. 61 proc. badanych zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku udało się im osiągnąć wyższy poziom oszczędności niż rok wcześniej. To o 3 pp. wynik lepszy niż rok temu. Co ciekawe tylko 13 proc. polskich CPO zadeklarowało, że udało im się w ciągu ostatniego roku poprawić poziom oszczędności. Jedna piąta przyznała, że rezultat ten był gorszy, a 53 proc., że był bez zmian. – Gorsze wyniki deklarowane przez polskich menedżerów mogą wynikać z kilku powodów. Po pierwsze, jesteśmy krajem niskich kosztów, które nie jest łatwo ciąć w nieskończoność. Po drugie, co ważniejsze, polscy menedżerowie zakupów, w przeciwieństwie do reszty świata wciąż w większym stopniu wykorzystują tradycyjne dźwignie zakupowe takie jak cena zakupu, a w mniejszym te wymagające bardziej strategicznego spojrzenia – mówi Jakub Rosiecki, starszy menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Koncentrację na konsolidacji wydatków deklaruje 50 proc. polskich respondentów wobec 37 proc. globalnie, prace nad usprawnieniem specyfikacji produktów i usług deklaruje 50 proc. wobec 24 proc kolegów na świecie, a zwiększanie konkurencji planuje 44 proc. polskich CPO wobec 31 proc. globalnie.

Jednocześnie zyskujące na znaczeniu globalnie, redukcja całkowitego kosztu posiadania całkowitego kosztu dobra w jego cyklu życia (32 proc.) oraz zwiększanie współpracy z dostawcami (23 proc.) uzyskały jedynie po 13 proc. wskazań polskich menedżerów.

Niewystarczające kompetencje

Przedsiębiorstwa muszą dostosować się do nowego środowiska niepewności gospodarczej, jednak tegoroczna edycja pokazała pewne uspokojenie nastrojów makroekonomicznych. Poziom ryzyka związanego z zakupami, choć wciąż wysoki, wydaje się być pod kontrolą. Wskazuje na nie 47 proc. respondentów. Rok temu było to 50 proc.

Rosnącą rolę działów zakupów potwierdza fakt, że 73 proc. badanych ma poczucie bycia wspieranym przez zarząd swojej organizacji. Jednocześnie jedynie jeden na czterech menedżerów jest postrzegany jako silny partner biznesowy przynoszący istotną wartość firmie – Jest to wyzwanie dla liderów działów zakupów, którzy, aby odgrywać większą rolę w strategiach biznesowych swoich firm, muszą uzyskiwać lepsze wyniki. Na przeszkodzie staje liderom czynnik ludzki – 49 proc. liderów uważa ze ich zespołom brakuje kompetencji, aby zrealizować strategie zakupowe. Mimo spadku o 9 pp. rok do roku odsetek ten wciąż jest wysoki – mówi Jakub Rosiecki. Wśród polskich menedżerów 69 proc. ma wątpliwości co do kompetencji swojego zespołu w tym zakresie – dodaje. Nie znajduje to jednak odzwierciedlenia w inwestycjach w szkolenia. 15 proc. polskich menedżerów nie planuje wcale szkoleń w kolejnym roku, a 38 proc. przyznaje, że wydaje na szkolenia więcej niż 1 proc. swojego budżetu  (podczas gdy na świecie jest to 66 proc). Podobnie ma się sytuacja w zakresie szkoleń związanych z kompetencjami cyfrowymi (synteza danych, kompetencje analityczne) – w Polsce w takie szkolenia chce inwestować 8 proc. respondentów, dwa razy mniej niż na świecie. – To niezrozumiałe z kilku powodów. Po pierwsze 85 proc. rodzimych menedżerów wskazuje narzędzia analityczne jako technologię, która będzie miała największy wpływ na ich pracę w kolejnych 2 latach, a po drugie to właśnie technologie cyfrowe dają nam dużą szansę na szybkie dogonienie liderów w zakresie efektywności zakupów – mówi Jakub Rosiecki.

Coraz ważniejsze  – automatyzacja i robotyzacja

Nadal wysoko na liście priorytetów CPO znajdują się nowoczesne technologie. Ponad jedna trzecia liderów zakupów uważa, że dzięki digitalizacji będą w stanie zrealizować cele zakupowe i dostarczyć wartość biznesową. Cyfryzacja zakupów jest również wymieniana jako kluczowy czynnik w ich strategii. – Istotę cyfryzacji podkreśla fakt, że trzecim najważniejszym obszarem szkoleń dla zespołów zakupów, obok szkoleń technik negocjacyjnych i kompetencji miękkich, są właśnie umiejętności cyfrowe – mówi Jakub Rosiecki. Jednocześnie 17 proc. ankietowanych firm nie ma strategii cyfryzacji zakupów. A spośród tych, które mają ją wypracowaną, mniej niż jedna trzecia wierzy, że znacząco podniesie ona szanse zrealizowania celów zakupowych.

W zakresie technologii, które najbardziej wpłyną na biznes w kolejnych dwóch latach na uwagę zasługują zaawansowana analityka (54 proc. wskazań). Eksperci Deloitte wskazują też na rosnącą rolę automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Jej popularność w ciągu roku wzrosła prawie dwukrotnie, z 13 do 24 proc., co związane jest z korzystnym poziomem zwrotu z inwestycji oraz dużą skalowalnością tej technologii. – Żaden z polskich dyrektorów nie wskazał na robotyzację jako technologię mogącą mieć zastosowanie w zakupach, co jest ważnym sygnałem wskazującym na duży potencjał optymalizacji rodzimych przedsiębiorstw. Temat ten powinien jak najszybciej trafić na agendę dyrektorów zakupów, gdyż pozwala przynieść istotne oszczędności w operacyjnych procesach zakupowych. – Robotics Process Automation (RPA) cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem – dodaje Paweł Zarudzki, lider robotyki procesowej w Dziale Konsultingu Deloitte – Robotyzacja pozwala na automatyzację np. wymagających logowania się do różnych rozproszonych systemów informatycznych, uspójniania danych, przetwarzania zapotrzebowań, zamówień czy obróbki faktur. Zakupy operacyjne są obszarem, który bardzo dobrze poddaje się robotyzacji – dodaje.

Głównymi barierami digitalizacji, których pokonanie mogłoby usprawnić proces zakupów są brak integracji danych w łańcuchu dostaw (46 proc.) a także niska jakość samych danych (45 proc.). – Są to rzeczywiście problemy które napotykamy na co dzień w trakcie projektów zakupowych. Paradoksalnie, cyfryzacja może pomóc pokonać te bariery. Automatyzacja procesów w zakupach z pomocą robotów może poprawić istotnie przepływ i jakość danych nawet w sytuacji niepełnej integracji systemów – przekonuje Jakub Rosiecki.

Nord Stream 2 oznacza destabilizację Ukrainy i zwiększenie roli Gazpromu

Projekt Nord Stream 2 prezentowany jest jako doskonała alternatywa ekonomiczna dla niepewnych dostaw gazu przez Ukrainę. Rzekomo korzystny projekt ma jeden podstawowy cel polityczny – destabilizację naszego wschodniego sąsiada. Unia Europejska, Stany Zjednoczone, kraje Zachodnie zainwestowały dotychczas miliardy w uspokojenie sytuacji na Ukrainie. Polskie, niemieckie i inne firmy rozważają inwestycje w tamtejszy sektor elektroenergetyczny i gazowy. Nie da się uzasadnić projektu Nord Stream 2 z punktu widzenia wspólnej polityki energetycznej oraz interesu politycznego. Także ze względu na zagrożenie monopolem rosyjskim nie ma przemawiających za nim argumentów ekonomicznych.

– Wszystko to zostanie zaprzepaszczone, jeśli powstanie Nord Stream 2. Pozwoli on Rosji na dalsze destabilizowanie Ukrainy, omijanie jej w dostawach na Europy – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Przy okazji spowoduje to zwiększanie roli Gazpromu na rynkach europejskich w sytuacji, kiedy umawiano się na zmniejszanie zależności od głównych dostawców. PR-owe działania ze strony rosyjskiej zarówno w Brukseli, jak i Moskwie skutecznie przyczyniają się do pozyskiwania jego zwolenników. Istnieją w Europie firmy, które chcą zarabiać na większej ilości taniego gazu z Rosji. Partykularyzmy te służą dzieleniu Unii Europejskiej i krajów zachodnich w odpowiedzi na Nord Stream 2. Przez to nie potrafimy przyjąć jasnego, negatywnego stanowiska w tej sprawie. Sprawa nie jest jednak zamknięta. Rada Europejska wciąż może działać na rzecz ograniczenia projektu w ramach prawa europejskiego. Nie wiadomo na razie jakie czynności zostaną podjęte, ponieważ są kraje, które – jeśli nie oficjalnie, to potajemnie – wspierają Nord Stream 2. Trudno będzie osiągnąć konsensus w kwestii decyzji, która zablokowałaby projekt. Można mówić o jego pewnych regulacjach, zmniejszających negatywny wpływ na rynek Europy Środkowej i Wschodniej. O to dzisiaj walczy Polska w ramach dyskusji o rewizji dyrektywy gazowej – podkreślił Jakóbik.

Polskie firmy będą się rozwijać dzięki innowacjom. Potrzebne jednak większe wsparcie ze strony nauki

Polskie firmy będą się rozwijać dzięki innowacjom. Potrzebne jednak większe wsparcie ze strony nauki 1

Innowacje to gwarancja rozwoju przedsiębiorstwa. Połączenie innowacyjnych technologii z ludzką kreatywnością umożliwi firmom rozwój, stworzenie całkiem nowych produktów i usług oraz wyjście z nimi na rynki zagraniczne. Duże firmy czerpią też korzyści ze współpracy ze środowiskiem akademickim. Taka wymiana stwarza szansę na wypracowanie niesztampowych rozwiązań – podkreślają przedstawiciele firm nagrodzonych w konkursie agencji informacyjnej Newseria „Inspiratorzy biznesu 2018” w kategorii Innowacje.

–  Dziś w dobie nowoczesnych technologii bez innowacyjności trudno wyobrazić sobie rozwój jakiegokolwiek przedsiębiorstwa. Dlatego bardzo istotne staje się umiejętne połączenie biznesu z tym, co oferuje nauka. Ścisła współpraca firm z polską nauką staje się czymś nieodzownym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kozłowski, prezes firmy Emitel.

Organizacjom, które nie korzystają z zaawansowanych technologii, grozi zepchnięcie na margines. Globalna firma doradcza IDC szacuje, że większość największych firm postawiła już technologie cyfrowe w centrum swojej strategii biznesowej, a w 2019 roku wydatki na inicjatywy związane z transformacją cyfrową przekroczą na całym świecie już 2,2 bln dol.

– Zdefiniowanie innowacji nie jest wbrew pozorom takie proste. Nam wszystkim kojarzy się to z tym, że to innowacyjna technologia, natomiast jest nią również innowacyjne podejście do technologii, które już są obecne i wykorzystywane. Można powiedzieć, że innowacja jest po części związana z nowymi pomysłami i z nowymi technologiami – ocenia Tadeusz Woszczyński, Country Manager Hitachi Europe Ltd.

W gronie kluczowych dla biznesu technologii stymulujących transformację są obecnie big data, analityka predykcyjna, internet rzeczy i uczenie maszynowe. Z raportu „Sztuczna inteligencja w biznesie” MarketingLink wynika, że do 2020 roku 75 proc. przedsiębiorstw będzie wykorzystywać sztuczną inteligencję w biznesie.

– Współczesna firma przede wszystkim musi patrzeć na to, jak rozwija się rynek, inwestować w innowacyjne technologie. Nie tylko w produkty, które chcemy wprowadzać na rynek, trzeba także wdrażać innowacje wewnątrz firmy, żeby pracownicy mogli efektywnie pracować i mieli komfortowe warunki pracy. Trzeba budować firmę na inwestowaniu w pracowników i w ich rozwój, bo to dzięki ich pomysłom i kreatywnemu myśleniu możemy wprowadzać innowacje na rynek – tłumaczy Woszczyński.

Cyfrowa transformacja i wykorzystanie technologii wymagają zaangażowania wielu stron. Niezbędne jest stworzenie multidyscyplinarnego zespołu, a także szeroka współpraca biznesu z nauką.

 Bez nauki nie byłoby postępu technologicznego. Dzisiaj mówimy o rozwiązaniach gospodarki 4.0, czyli cyfrowego świata. To wszystko zaczęło się w nauce, od podróży w kosmos, dzięki temu, że kiedyś pierwszy człowiek postawił stopę na księżycu, dzisiaj, kilkadziesiąt lat później, możemy korzystać z dobrodziejstwa nauki – mówi Andrzej Kozłowski.

Dzięki nowym technologiom, szerszym wykorzystywaniu innowacji możliwe jest stworzenie projektów, które w znaczący sposób przełożą się na większy komfort życia. Takie projekty zostały nagrodzone w konkursie agencji Newseria „Inspiratorzy biznesu 2018” w kategorii Innowacje.

Jednym z laureatów została firma Arcus i jej rozwiązania mobilnego druku.

– Arcus Kyocera Zeccer to rozwiązanie stworzone z myślą o niszy, czyli osobach, które chcą zarządzać dokumentem, chcą drukować zdalnie przez aplikację mobilną czy też wysyłając pliki na adres mailowy urządzenia, które dostępne jest w galerii handlowej czy w akademikach. Drugą płaszczyzną jest innowacyjność technologiczna. Wydruki realizowane są przez aplikację mobilną, która jest pilotem wszystkich urządzeń dostępnych w sieci Arcus Kyocera Zeccer, a także wysyłka pliku na adres mailowy – tłumaczy Michał Gembal, dyrektor ds. marketingu w Grupie Arcus.

Dzięki Arcus Zeccer drukowanie ma być prostsze i szybsze, a przy tym całkowicie bezpieczne, cały proces przesyłania dokumentów z telefonu do drukarki jest szyfrowany, a pliki usuwane są po wydrukowaniu.

Nagrodę „Inspiratorów Biznesu” otrzymał także Emitel za sieć transmisyjną stworzoną na potrzeby IoT i smart city na bazie technologii Long Range, która otwiera wiele nowych obszarów zastosowań, szczególnie takich, w których instalacja czujnika jest skomplikowana, a dostęp do źródła zasilania ograniczony lub niemożliwy.

 Jeszcze 100 lat temu miasta zamieszkiwane były przez niespełna 15 proc. populacji świata, dzisiaj zamieszkuje je już połowa ludzkości. Tymczasem miasta stanowią tylko 2 proc. powierzchni świata. Stwarza to nowe możliwości dla biznesu i z tych możliwości trzeba korzystać – przekonuje Andrzej Kozłowski.

Kolejna z nagrodzonych firm – Hitachi – została wyróżniona z kolei za macierz WORM (Write-Once-Read-Many) tj. Hitachi Content Platform, która jest odpowiedzią na nowe regulacje w sektorze bankowym, m.in. MIFID2 czy RODO oraz problem trwałego nośnika. Umożliwia bezpieczne przechowywania danych na trwałym nośniku, bez późniejszej możliwości ich zmodyfikowania.

 Hitachi Content Platform to technologia macierzy WORM od lat sprawdzona w sektorze bankowym. My, jako Hitachi w Polsce, opracowaliśmy koncepcję prawną, funkcjonalną i technologiczną wykorzystania macierzy WORM do rozwiązania problemu trwałego nośnika – wyjaśnia Tadeusz Woszczyński.

Hodowcy szukają możliwości zwiększenia opłacalności produkcji trzody chlewnej. Ich największym problemem jest rozprzestrzeniający się afrykański pomór świń

Hodowcy szukają możliwości zwiększenia opłacalności produkcji trzody chlewnej. Ich największym problemem jest rozprzestrzeniający się afrykański pomór świń 2

Wirus ASF, czyli afrykański pomór świń, niska opłacalność produkcji trzody chlewnej i uzależnienie krajowego rynku od europejskich cen – to główne problemy, z którymi borykają się dziś polscy hodowcy. Rozwiązaniem może być bioasekuracja, która chroni trzodę chlewną przed czynnikami zakaźnymi. Jej zaostrzone zasady są jednym z głównych narzędzi walki z ASF, poza tym pozwalają rolnikom ograniczyć koszty leczenia weterynaryjnego i śmiertelność trzody chlewnej. 

– Problemów w hodowli trzody chlewnej jest dziś kilka, jednym z najważniejszych jest ASF, który rozprzestrzenia się na terenie kraju. Linia Wisły została przekroczona, w związku z tym należy oczekiwać, że ASF będzie się przesuwał w kierunku zachodnim. Problemem jest też niska opłacalność produkcji, która wynika przede wszystkim ze skali. Skala determinuje to, jak dalece opłacalna jest hodowla – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Jagiełłowicz, prezes zarządu Agro Gobarto.

Afrykański pomór świń, czyli wirus ASF, pojawił się w Polsce w lutym 2014 roku. Od tego momentu stwierdzono ponad 1,6 tys. przypadków tej choroby u dzików i 108 ognisk wśród świń. Walka z wirusem kosztowała gospodarkę ponad 140 mln zł. Jak podaje Główny Inspektorat Weterynarii, ASF powoduje duże straty ekonomiczne w przemyśle mięsnym oraz hodowli powodowane upadkami świń, kosztami likwidacji ognisk choroby, a także wstrzymaniem obrotu i eksportu świń, mięsa wieprzowego oraz produktów pozyskiwanych od świń.

– Trendy cenowe wynikają z tego, co dzieje się dzisiaj w Chinach, USA, krajach Ameryki Łacińskiej i Europie. Ostatnie dwa lata to bardzo dobra koniunktura, spowodowana m.in. tym, że rynek chiński potrzebował bardzo dużo wieprzowiny, a Europa była jednym z liderów dostaw wieprzowiny na rynek chiński – mówi Jacek Jagiełłowicz.

Głównym kierunkiem eksportu polskiego mięsa jest w tej chwili głównie Europa Zachodnia, Kanada i Chile. Ze względu na rozprzestrzenianie się wirusa ASF polscy producenci zostali wykluczeni z dużych i dochodowych, czołowych rynków azjatyckich takich jak Chiny, Japonia i Korea.

Bioasekuracja jest jednym z najważniejszych narzędzi w walce z wirusem. Obejmuje ona szereg działań, które mają zminimalizować możliwości wprowadzenia i szerzenia się czynników zakaźnych w obrębie gospodarstwa i poza nim.

– W bioasekuracji zewnętrznej osoby postronne nie mogą wchodzić do strefy czystej, samochody nie mogą wjeżdżać na teren fermy. W wewnętrznej świętą zasadą jest: „całe pomieszczenie pełne, całe pomieszczenie puste”. Chodzi o to, by nie było możliwości przeniesienia czynników zakaźnych z jednej grupy na drugą. Przykładowo, hodujemy zwierzęta na warchlakarni, następnie opróżniamy to pomieszczenie, myjemy, dezynfekujemy i dopiero potem wprowadzamy zwierzęta z innej grupy. Ważne jest, żeby osoba zajmująca się zwierzętami, przechodząc między pomieszczeniami, miała czyste obuwie czy ubranie, bo nie przestrzegając tej zasady, może ona przenieść te czynniki zakaźne – wyjaśnia Artur Jabłoński, adiunkt w Zakładzie Chorób Świń Instytutu Weterynarii w Puławach.

W związku z afrykańskim pomorem świń w lutym zaostrzone przepisy dotyczące bioasekuracji zostały rozszerzone na teren całego kraju decyzją Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Na hodowców świń nowe przepisy nakładają szereg wymogów i nakazów, a bioasekuracja wzbudziła wiele emocji zwłaszcza w mniejszych gospodarstwach, dla których wiążę się ona z dodatkowymi kosztami.

Jednak ekspert Zakładu Chorób Świń Instytutu Weterynarii w Puławach podkreśla, że bioasekuracja wewnętrzna ma fundamentalne znaczenie nie tylko w związku z ASF. Jest kluczowa także dla rentowności produkcji i od niej zależy, jak tanio produkowane są tuczniki. Jeżeli hodowane są tak, aby nie mogły zarażać się od innych zwierząt, to rzadziej chorują, a rolnik nie ponosi związanych z tym kosztów leczenia.

– Bioasekuracja wewnętrzna ma zasadnicze znaczenie dla rentowności produkcji i tak naprawdę istotnie zmniejsza jej koszty. Dzięki temu więcej zostaje hodowcy w kieszeni. Każda złotówka wydana na środki zwiększające poziom bioasekuracji zwraca się wielokrotnie. Nas, hodowców, lekarzy, nie stać na to, żeby zwierzęta leczyć. Kiedy są leczone, hodowca notuje ogromne straty. My bioasekurujemy po to, żeby je szybko hodować, żeby przyrastały i by nie miały problemów ze śmiertelnością – mówi Artur Jabłoński.

Prezes Agro Gobarto ocenia, że profesjonalizacja polskich gospodarstw i odpowiednia skala produkcji są niezbędne, żeby uczynić ją bardziej opłacalną. W tej chwili polskie gospodarstwa rolne utrzymujące trzodę chlewną są jednymi z najbardziej rozdrobnionych w Europie. Około 172 tys. gospodarstw utrzymuje ok. 12 mln sztuk trzody, podczas gdy Niemcy utrzymują 25 milionów świń w niespełna 22 tys. gospodarstw.

– Widzimy, jak duża jest różnica. To odbija się również na poziomie produkcji – widzimy, na jakim poziomie produkują Niemcy, Duńczycy, Hiszpanie, a na jakim my. My, a także inne duże podmioty, produkujemy bardzo dobrze, niestety – średnia krajowa pozostawia wiele do życzenia. Dlatego powinniśmy edukować rolników. Hodowla musi być bardziej profesjonalna, a fermy czy gospodarstwa rolne powinny być lepiej zorganizowane i zarządzane – mówi Jacek Jagiełłowicz.

Agro Gobarto to spółka należąca do Grupy Gobarto, jednej z największych w Polsce firm działających w branży mięsnej, która eksportuje m.in. do krajów Europy, Azji, Afryki, Kanady i Chile. W marcu zainicjowała cykl bezpłatnych spotkań Akademii Rolnika, których celem jest edukacja rolników w zakresie najnowszej wiedzy i standardów hodowli trzody chlewnej. Inicjatywa powstała w odpowiedzi na bieżące problemy tego rynku.

Szkolenia będą prowadzone na terenie całej Polski i mają przybliżyć uczestnikom zagadnienia związane z nowoczesnymi technikami tuczu trzody chlewnej, efektywnego zarządzania gospodarstwem oraz wysoce opłacalnej hodowli świń. Praktycy hodowli i eksperci weterynarii będą poruszać na nich tematy takie jak zapobieganie ASF, bioasekuracja, odpowiednie żywienie trzody, ekonomika produkcji, nowoczesne technologie w budynkach inwentarskich czy wymogi dotyczące ochrony środowiska.

– Poprzez te szkolenia chcielibyśmy także dotrzeć do najlepszych i najbardziej aktywnych hodowców. Tych, którzy mogliby współtworzyć z nami program Gobarto 500. Polega on na tym, aby wspólnie z rolnikiem zainwestować w obiekt produkcyjny, który będzie w pełni profesjonalny, wyposażony, bioasekuracyjnie zabezpieczony, a jego skala będzie pozwalała hodowcy i jego rodzinie godziwie żyć. Proponujemy wszystkim rolnikom, żeby zwracali uwagę przede wszystkim na bioasekurację w związku z ASF, ale również na stworzenie odpowiedniego mikroklimatu, dostarczania jak najlepszej jakości pasz dla zwierząt. To jest kierunek, który pozwoli prowadzić opłacalną hodowlę – mówi Jacek Jagiełłowicz.

Polska branża lotnicza w czołówce pod względem innowacyjności. Śląski Klaster Lotniczy wśród najlepszych klastrów w Europie

Polska branża lotnicza w czołówce pod względem innowacyjności. Śląski Klaster Lotniczy wśród najlepszych klastrów w Europie 3

Śląski Klaster Lotniczy – jako pierwszy klaster w Polsce – zdobył najwyższy certyfikat Gold Label, przyznawany przez Europejski Sekretariat ds. Analizy Klastrów (ESCA) za jakość zarządzania. To stawia go w szeregu z najlepszymi klastrami w Europie. Eksperci doceniają ŚKL także za działalność innowacyjną. W ubiegłym tygodniu prezes klastra Krzysztof Krystowski odebrał nagrodę specjalną podczas gali „Inspiratorzy biznesu: Innowacje”. 

 Śląski Klaster Lotniczy – jako pierwszy w Polsce – otrzymał złotą odznakę jakości w zarządzaniu klastrem. Jest to odznaczenie przyznawane przez Europejski Sekretariat ds. Analizy Klastrów, który na zlecenie Komisji Europejskiej bada jakość zarządzania takimi organizacjami wspierającymi przedsiębiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, prezes zarządu Śląskiego Klastra Lotniczego oraz prezes Związku Pracodawców Klastry Polskie.

Śląski Klaster Lotniczy tworzy ponadsześdziesiąt podmiotów – przedsiębiorstw z branży lotniczej, wyższych uczelni i instytucji otoczenia biznesu. Jego główne kompetencje to m.in. produkcja szybowców oraz samolotów lekkich i bezzałogowych, produkcja modułów do silników lotniczych, usługi remontowe i doradcze dla lotnictwa czy szkolenia dla branży lotniczej. ŚKL powstał w celu wzmocnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami i stworzenia optymalnych warunków dla transferu wiedzy i innowacji w obrębie branży lotniczej.

Klaster ściśle współpracuje z podkarpacką Doliną Lotniczą. Jego członkowie generują roczny przychód w wysokości ok. 3 mld zł, z czego 80 proc. pochodzi z eksportu, i zatrudniają ponad 15 tys. pracowników. ŚKL zainicjował też utworzenie na Politechnice Śląskiej specjalizacji w kierunkach Lightweight Structures oraz Aircraft Design, dzięki czemu studenci mogą szybko odnaleźć się na rynku pracy w przemyśle lotniczym.

W lutym tego roku Śląski Klaster Lotniczy wziął udział w audycie prowadzonym przez ESCA (European Secretariat for Cluster Analysis) i jako pierwszy klaster w Polsce uzyskał Złoty Certyfikat Jakości przyznawany najlepszym klastrom w Europie. ŚKL może się posługiwać nim przez dwa lata.

 W Polsce działa dziś szesnaście klastrów kluczowych wybranych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, a wśród nich jest również Śląski Klaster Lotniczy. Jako pierwsi w Polsce otrzymaliśmy ten prestiżowy tytuł. Jest to coś naprawdę niesamowitego, jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, że klastrów, które mają ten tytuł jest w Europie bardzo niewiele, dla przykładu na Słowacji czy w Rumunii funkcjonuje tylko po jednym klastrze – mówi Krzysztof Krystowski.

W dowód uznania i docenienia działalności innowacyjnej Śląski Klaster Lotniczy został także wyróżniony nagrodą specjalną podczas gali „Inspiratorzy biznesu: Innowacje”, która odbyła się 20 marca br. Warszawie. Odbierając wyróżnienie, Krzysztof Krystowski ocenił, że krajowe i europejskie wyróżnienie przyczyni się do większej rozpoznawalności Śląskiego Klastra Lotniczego w Polsce i na arenie międzynarodowej.

W Polsce działa aktualnie około dwustu klastrów, czyli organizacji skupiających firmy z określonego sektora gospodarki. Współpraca w ramach klastra pozwala im osiągać wspólne cele, na przykład realizować prace badawczo-naukowe, podnosi innowacyjność, ułatwia nawiązywanie kontaktów handlowych, stwarza też korzystne warunki do powstawania nowych firm. Najwięcej polskich klastrów działa w sektorze technologii informacyjno-komunikacyjnych, energetyki, odnawialnych źródeł energii i budownictwa, branży medycznej i turystycznej oraz w usługach dla biznesu.

Najnowsze technologie wkraczają do branży fitness. Inteligentne hula-hoop z czujnikiem ruchu pokaże m.in. liczbę spalonych kalorii

Najnowsze technologie wkraczają do branży fitness. Inteligentne hula-hoop z czujnikiem ruchu pokaże m.in. liczbę spalonych kalorii 4

Inteligentne rozwiązania coraz częściej wykorzystywane są w sporcie. VHOOP, czyli inteligentne hula-hoop to kolejny, obok skakanki Smart Rope LED, produkt z branży fitness zaprezentowany na targach Mobile World Congress 2018 w Barcelonie. Wbudowany w nie czujnik ruchu zbiera dane, takie jak spalone kalorie, liczba obrotów czy czas treningu, a następnie przesyła do aplikacji mobilnej, gdzie są analizowane. Trend wearables, czyli inteligentnych urządzeń noszonych przez człowieka – także tych sportowych – błyskawicznie się rozwija.

Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych urządzeń do ćwiczeń, które pozwalają zwiększyć jakość wykonywanych treningów. W najbliższej przyszłości rynek inteligentnych rozwiązań dla branży fitness poszerzy się przede wszystkim o urządzenia typu wearables (inteligentną odzież i akcesoria do noszenia, takie jak smartwatche), a także o coraz bardziej zaawansowane przyrządy do ćwiczeń, a nawet całe siłownie.

Inteligentne hula-hoop VHOOP składa się z ośmiu elementów, dzięki czemu można je łatwo złożyć i rozłożyć – montaż i demontaż nie powinny zająć więcej niż 2 minuty. Urządzenie dostarczane jest z ośmioma dodatkowymi obciążnikami ze stali nierdzewnej, pozwalającymi na modyfikowanie trudności treningu. Hula-hoop ma wbudowaną baterię, która po 1,5-godzinnym ładowaniu wystarczy na 15 dni treningowych (po godzinie treningu dziennie).

– Z VHOOP można ćwiczyć tak samo jak z normalnym hula-hoop, ale ma ono czujnik ruchu, więc można je podłączyć za pośrednictwem bluetootha do aplikacji i np. konkurować ze swoimi znajomymi. Można zwiększać obciążenia, a także złożyć i spakować do torby, więc można ćwiczyć, gdzie się chce – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Hyeyoung Baek z firmy Mice Leech, dystrybuującej urządzenie.

Po pobraniu aplikacji VHOOP na ekranie smartfona otrzymamy w czasie rzeczywistym pełne dane dotyczące każdego z treningów – liczbę spalonych kalorii, długość treningu oraz liczbę wykonanych obrotów. Mamy dostęp także do pełnej historii treningów. Można się także porównywać z trenującymi na całym świecie, a nawet urządzić zawody w gronie znajomych. Urządzenie, choć znajduje się w fazie prototypu, jest już dostępne w sprzedaży w internecie za pośrednictwem portalu crowdfundingowego Indiegogo. Jego ceny zaczynają się od 79 dolarów.

– Urządzenie jest zrobione z polipropylenu i estromalu. Nie zawiera substancji toksycznych, ale jest na tyle wytrzymałe, by można było wykonywać ćwiczenia. Jednocześnie jest bardziej elastyczne niż zwykłe hula-hoop i bardzo bezpieczne – zapewnia Hyeyoung Baek.

Poza inteligentnymi przyrządami do ćwiczeń na rynek trafiają coraz bardziej zaawansowane rozwiązania dla trenujących, związane z technologią wirtualnej rzeczywistości. Black Box VR to pierwsze na świecie rozwiązanie wirtualnej rzeczywistości do profesjonalnego treningu fitness. Po założeniu gogli przenosimy się do wirtualnego świata, by w niewyobrażalnych na co dzień sytuacjach sprawdzić możliwości organizmu i siłę mięśni. Z kolei maszyna do ćwiczeń Icaros za pomocą wirtualnej rzeczywistości pozwala trenować niemal wszystkie partie mięśni. Na urządzeniu kładziemy się w pozycji deski (z ang. plank), a w trakcie treningu prowadzimy wirtualny, futurystyczny myśliwiec.

Według danych Global Market Insights, rynek sprzętu fitness w 2016 roku był wart ponad 10 mld dol. Do 2024 r. ma on rosnąć w tempie ponad 3 proc. średniorocznie. Allied Market Research zakłada, że rynek ten w 2022 roku osiągnie wartość niemal 13 mld dol.

Z danych Ministerstwa Sportu wynika, że w 2017 roku tylko co siódmy Polak w wieku 15–69 lat osiągał poziom aktywności fizycznej w czasie wolnym, jakie rekomenduje Światowa Organizacja Zdrowia.

Grafen przyszłością medycyny i rehabilitacji. Czujniki wykorzystujące ten materiał m.in. sprawdzą napięcie mięśni podczas ćwiczeń

Grafen przyszłością medycyny i rehabilitacji. Czujniki wykorzystujące ten materiał m.in. sprawdzą napięcie mięśni podczas ćwiczeń 5

Ta alotropowa odmiana węgla jest przezroczysta, elastyczna i biokompatybilna, co pozwala umieszczać zbudowane na niej czujniki bezpośrednio na skórze. Grafenowy czujnik napięcia skóry, opracowywany przez fiński instytut VTT, może pomóc m.in. w terapiach rehabilitacyjnych. Na bazie grafenu tworzone są również elektroniczne tatuaże mogące mierzyć rytm serca czy specjalne fotodetektory do błyskawicznego wykrywania infekcji u człowieka. Komercjalizacja grafenowych wynalazków może jednak potrwać nawet kilka lat.

Grafen jest płaską strukturą złożoną z atomów węgla, przypominającą kształtem plaster miodu. Choć sam węgiel jest pierwiastkiem znanym już od wieków, to jego nowa odmiana uznawana jest za przyszłość technologii. Jest doskonałym przewodnikiem ciepła i prądu, a do tego cechuje się dużą wytrzymałością mechaniczną i elastycznością.

– Opracowaliśmy bardzo elastyczny i biokompatybilny czujnik oparty na grafenie. Można go zakładać bezpośrednio na skórę i mierzyć jej napięcie na danym obszarze oraz monitorować ruchy kończyn. Grafen jest elastyczny i przezroczysty, więc idealnie nadaje się do takich zastosowań – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Henrik Sandberg z instytutu VTT z Espoo.

Opracowana przez fiński instytut VTT elastyczna opaska z grafenu, mierzy napięcie skóry na badanym obszarze oraz monitoruje ruchy kończyn. Dane z czujnika przekazywane są za pośrednictwem elastycznego układu scalonego do aplikacji w smartfonie, gdzie są analizowane. Cały proces będzie przydatny zwłaszcza w rehabilitacji, a także w sporcie.

– W naszym projekcie grafen pełni rolę czujnika oporu, a dane zbiera elastyczny układ scalony i przesyła je do telefonu komórkowego. W aplikacji mobilnej można zobaczyć, jak badana osoba rzeczywiście się rusza. Urządzenie można wykorzystywać w terapii lub w sporcie, by sprawdzać, czy ćwiczenia wykonywane są poprawnie – mówi Henrik Sandberg.

Grafen w przyszłości będzie użyteczny w medycynie i terapiach rehabilitacyjnych. Naukowcy z Uniwersytetu w Teksasie opracowali metodę aplikacji grafenowych czujników w skórę na zasadzie tymczasowego tatuażu. Elektroniczny tatuaż potrafi mierzyć m.in. rytm serca czy napięcie mięśni. Szwedzki instytut KTH opracowuje grafenowe fotodetektory, które potrafią błyskawicznie rozpoznać infekcję u człowieka. Wystarczy delikatne ukłucie palca, by urządzenie wykryło molekularny odcisk choroby.

Za wyizolowanie grafenu, do którego doszło w 2004 roku, Andre Geim i Konstantin Novoselov zostali wyróżnieni Nagrodą Nobla w dziedzinie fizyki. Nad opracowywaniem technologii wytwarzania grafenu od 2006 roku pracuje między innymi Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych w Warszawie. Zakład Technologii Chemicznych ITME opracował technologię wytwarzania grafenu płatkowego, dzięki której możliwa stała się jego produkcja na skalę przemysłową, a także modyfikacje pozwalające na dostosowywanie materiału do konkretnych potrzeb.

Mimo tego na świecie wciąż jest mało gotowych rozwiązań opartych na grafenie. Główną barierą jest komercjalizacja wynalazków naukowców, które zwykle potrzebują co najmniej kilku lat, by zadebiutować na rynku w postaci gotowych produktów.

– Na razie testujemy samą technologię. Oczekujemy, że w ciągu kilku lat powinny się pojawić pierwsze komercyjne zastosowania tej technologii – zapowiada przedstawiciel instytutu VTT.

Według analityków Research and Markets rynek grafenu w 2025 r. ma osiągnąć wartość 1 mld dol.

„Rzęsiście”, „ancymonek” i „prażynka” uznane za najpiękniejsze słowa w języku polskim. Internauci znacznie częściej sięgają jednak po te najbrzydsze

„Rzęsiście”, „ancymonek” i „prażynka” uznane za najpiękniejsze słowa w języku polskim. Internauci znacznie częściej sięgają jednak po te najbrzydsze 6

Polacy coraz chętniej powracają do staromodnych słów i lubią zabawy językowe – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. Średnio sześćset razy miesięcznie w internecie pojawiły się najpiękniejsze słowa wybrane w plebiscycie „Mów do mnie pięknie…” ogłoszonym przez Bibliotekę Śląską w Katowicach, czyli „rzęsiście”, „ancymonek” i „prażynka”. Ponadsześciokrotnie częściej w sieci pojawiają się jednak słowa uznane za brzydkie i nieciekawe: „szpanować”, „flaki” i „flegma”. Dzięki powstającemu „Wirtualnemu leksykonowi pięknych (i niepięknych) słów”, który opracowuje Biblioteka Śląska, tych najładniejszych może jednak w polskim internecie przybywać.

– W Bibliotece Śląskiej w Katowicach powstaje swoisty leksykon, słownik najładniejszych wyrazów, które są używane przez nas w sytuacjach ciekawych i niezwykłych. To dokument, który powstaje dzięki pracownikom biblioteki, ale też kręgowi innych osób, dla których słowo ma kształt niezwykły. W słowniku tym znajdą się najciekawsze i najważniejsze słowa, np. „rzęsisty” czy „ancymonek”. Dodamy również argumentację napisaną przez osoby, które przywołały dany wyraz – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej w Katowicach.

„Wirtualny leksykon pięknych i niepięknych słów” powstaje na bazie wyników projektu „Mów do mnie pięknie…” zorganizowanego w lutym przez Bibliotekę Śląską. Do udziału zostali zaproszeni użytkownicy języka polskiego, którzy mieli zaproponować słowa i zwroty uważane przez nich za piękne, a z drugiej strony przywołać te, których uroda językowa budzi kontrowersje. Za najpiękniejsze zostały uznane słowa „rzęsiście”, „prażynka” i „ancymonek”. Wśród niepięknych słów znalazły się „szpanować”, „flaki” i „flegma”.

– Dla nas ważniejszy jest użytkownik języka. To on decyduje o wyborze słów najważniejszych, najciekawszych i pięknych. Z drugiej strony jest tylko ktoś, kto opracowuje i korzysta z tego, co każdy z nas może powiedzieć o języku. To legło u podstaw całego przedsięwzięcia. Chcielibyśmy wydobyć te słowa, które zapadły w pamięć, które kojarzą się każdemu z nas z tym, co dla niego istotne, piękne. Jest więc zachowana funkcja etyczna i estetyczna. Nasz słownik będzie mieć inny charakter niż te, które powstawały wcześniej. Będą w nim te wyrazy, które są wciąż ważne, ale i te, które chcielibyśmy, żeby weszły do użytku – przekonuje prof. Jan Malicki.

W plebiscycie wyróżniono także słowotwórczość. Słowo „razemek” i „razemka” to zaproponowana nazwa towarzysza życia. Może zastąpić prawne „konkubinat”. Nowe słowo miałoby określać związek romantyczny, choć nieformalny.

– Z jednej strony wydobywamy to, co wiąże się z aktywnością, współkreacją, współtworzeniem języka, a z drugiej strony wysłuchujemy tych wyrazów, które mają coś, co nazywam szlachetnością, arystokratyzmem w rozmowie z drugim człowiekiem – podkreśla prof. Jan Malicki.

Choć może się wydawać, że przynajmniej w sieci używamy ich rzadko lub wcale, nie jest to prawdą.

– Instytut Monitorowania Mediów postanowił sprawdzić, jak te najpiękniejsze i mniej piękne słowa są używane przez internautów i użytkowników mediów społecznościowych. Trzy najpiękniejsze, czyli „ancymonek”, „prażynka” i „rzęsiście”, ukazują się w publikacjach średnio sześćset razy miesięcznie. Najczęściej pada słowo „rzęsiście”, które wykorzystywane jest w rozmaitych kontekstach. Mamy nie tylko rzęsiste brawa i deszcze, lecz także kółka z dymu, harmider czy gitary w utworze muzycznym – mówi Magdalena Pawłowska, ekspertka Instytutu Monitorowania Mediów.

Z badania IMM wynika, że najpopularniejsze wśród pięknych słów jest „rzęsiście” – 260 wzmianek miesięcznie – i „prażynka” – ok. 200. Oba słowa mają raczej wydźwięk pozytywny, pojawiają się przede wszystkim w mediach społecznościowych i portalach. Słowo „ancymonek” – co do którego walorów estetycznych nie można mieć wątpliwości – używane jest nieco rzadziej (120 wzmianek), ale pojawia się w ironicznym użyciu.

 Jedna trzecia publikacji internetowych wykorzystuje to słowo z wydźwiękiem negatywnym, dlatego że użytkownicy korzystają z niego w kontekście ironicznym, np. określając w ten sposób nielubianych przez siebie polityków – wskazuje ekspertka IMM.

IMM zbadał też popularność trzech niepięknych słów wskazanych w ankiecie Biblioteki Śląskiej – „szpanować”, „flaki” i „flegma”. Liczba publikacji z ich użyciem jest dużo większa, nawet sześciokrotnie, w porównaniu z treściami zawierającymi piękne słowa. W internecie i social mediach pojawiają się cztery tysiące razy miesięcznie.

– Niestety, są to często słowa wykorzystywane jako obelgi, szczególnie w gorących internetowych dyskusjach, np. przy wymianie tweetów, na forach czy w komentarzach pod artykułami na portalach – podkreśla Magdalena Pawłowska.

Do 2020 r. wszystkie domowe urządzenia mają być podłączone do internetu. W centrum idei smart home stanie inteligentna lodówka

Do 2020 r. wszystkie domowe urządzenia mają być podłączone do internetu. W centrum idei smart home stanie inteligentna lodówka 7

Systemy inteligentnego domu z roku na rok zyskują coraz większą popularność. Wciąż pojawiają się także nowe pomysły na usprawnienie tego typu rozwiązań. W najnowszym podejściu do idei smart home centrum systemu inteligentnego domu może stać się lodówka, która jest jedynym domowym sprzętem pracującym 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Już w 2020 roku wszystkie urządzenia z rynku RTV, AGD i elektroniki użytkowej, mają mieć dostęp do internetu i komunikować się między sobą.

– W ręku użytkownika znajduje się smartfon i wychodząc poza obrys swojego domu to smartfon jest centrum zarządzania. W samym domu, w sercu systemu znajdują się jednak urządzenia różnego typu, od telewizorów do lodówek. To lodówka jest tym elementem, który jest podłączony do zasilania elektrycznego w trybie ciągłym, przez co w sposób naturalny można z tej lodówki zrobić urządzenie, wokół którego będą się integrować pozostałe urządzenia infrastruktury mieszkania lub domu – twierdzi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Arkadiusz Wójcik, szef IM IT & Mobile w Samsung Electronics Polska.

Idea inteligentnego domu opiera się na dwóch filarach – energooszczędności oraz ułatwienia życia. Rosnące koszty energii elektrycznej wymuszają na gospodarstwach domowych oszczędności. Współpracujące i komunikujące się między sobą sprzęty w sposób bardziej efektywny mogą korzystać z energii elektrycznej. Dla przykładu termostat kontrolujący temperaturę grzejnika otrzyma informację od smartfona z GPS-em, że zbliżamy się do domu i odpowiednio wcześnie dostosuje temperaturę wnętrza do naszych potrzeb. Użytkownik może także samodzielnie zarządzać oświetleniem czy ogrzewaniem z poziomu smartfona.

– Urządzeniami, które konsumują energię elektryczną będziemy mogli sterować z naszego smartfona, uruchamiając poszczególne elementy domowej infrastruktury w sposób korzystny i w odpowiednim w oczekiwanym przez użytkownika momencie – zapewnia przedstawiciel Samsunga.

Inteligentny dom ułatwia również codzienne życie. Na rynku są już dostępne elektroniczne zamki współpracujące z aplikacjami na telefonie. Dzięki temu nie musimy pamiętać o kluczach, a nawet możemy dać czasowy dostęp do naszego mieszkania innej osobie. Inteligentne rozwiązania są także dostępne w przypadku sprzętu gospodarstwa domowego. Roboty sprzątające wykorzystują sztuczną inteligencję i uczą się najbardziej efektywnego sposobu sprzątania konkretnego domu czy mieszkania. Szereg udogodnień znajdziemy także w kuchni, gdzie specjalne urządzenia dobiorą optymalny czas przyrządzenia danej potrawy, wykorzystując uczenie maszynowe i wbudowane czujniki.

– Z naszej perspektywy urządzenia oprócz tego, że raportują swój stan pracy oraz są zarządzane przez użytkownika, mają również możliwość komunikacji bezpośredniej między sobą, np. możliwość prezentowania zdjęć ze smartfona na telewizorze oraz odbierania obrazu z telewizora na smartfonie. Już dziś w tej idei działają smartfony, telewizory, roboty odkurzające czy wybrane modele pralek. Podłączyliśmy je do internetu w ramach tzw. smart hub i docelowo będziemy chcieli, żeby te urządzenia w domu działały między sobą i były włączone w jeden ekosystem, jedno środowisko – przekonuje Arkadiusz Wójcik.

Jak oceniają eksperci, wzrost rynku inteligentnych domów związany jest z rozwojem internetu rzeczy (IoT) oraz poszukiwaniem przez konsumentów coraz częściej rozwiązań zapewniających wygodę, bezpieczeństwo, a także wpływających na mniejsze zużycie energii elektrycznej. Do idei inteligentnego domu wprowadzanych jest więc coraz więcej urządzeń.

– Po roku 2020 chcemy, aby wszystkie urządzenia dostarczane na rynek konsumencki miały możliwość podłączenia do internetu oraz zintegrowania w ramach środowiska smart hub. Dzięki aplikacjom chcemy umożliwić zarządzanie tymi urządzeniami oraz chcielibyśmy, żeby użytkownik mógł monitorować stan pracy poszczególnych urządzeń podpiętych do internetu – tłumaczy ekspert.

Z raportu Markets and Markets wynika, że w najbliższych latach średnioroczny wzrost rynku smart home będzie oscylował w granicach 13,5 proc., by w 2023 roku osiągnąć wartość 138 mld dol.

Na nowe leki czeka przynajmniej 200 chorych z zaawansowanym szpiczakiem. Odkładanej w czasie od kilku miesięcy refundacji nie doczekało już ponad 60 pacjentów

Na nowe leki czeka przynajmniej 200 chorych z zaawansowanym szpiczakiem. Odkładanej w czasie od kilku miesięcy refundacji nie doczekało już ponad 60 pacjentów 8

Innowacyjne terapie to jedyna szansa dla chorych z zaawansowanym lub nawrotowym szpiczakiem plazmocytowym. Obecnie w Polsce pilnie czeka na lek ok. 200 osób. Mimo zapowiedzi resortu zdrowia od jesieni ubiegłego roku najbardziej oczekiwany lek pomalidomid nie znalazł się na liście refundacyjnej. Środowiska pacjenckie zapowiadają dalszą walkę o dostęp do tej terapii, zwłaszcza że pacjenci ze szpiczakiem od blisko 10 lat nie otrzymali żadnych nowych terapii.

Ogromny postęp medycyny w zakresie onkologii sprawił, że wiele nowotworów złośliwych ma dzisiaj status chorób przewlekłych, a nie śmiertelnych. Lekarze mają do dyspozycji takie nowoczesne metody leczenia, jak immunoterapia pobudzająca układ odpornościowy pacjenta do walki z rakiem oraz przeciwciała monoklonalne wykorzystywane w terapiach celowanych molekularnie. Terapie te znacznie przedłużają życie chorych oraz poprawiają ich jakość ze względu na niską toksyczność. W Polsce potrzeby onkologii w zakresie innowacyjnego leczenia wciąż nie są jednak odpowiednio zaspokajane.

– W polskim systemie ochrony zdrowia jest jeszcze bardzo dużo braków. Jako organizacje pacjenckie walczymy o to, żeby pacjenci mieli lepszy dostęp do nowoczesnych terapii onkologicznych. Przez 1,5 roku udało się naprawdę bardzo wiele osiągnąć w tej dziedzinie – mówi agencji informacyjnej Newseria  Biznes Szymon Chrostowski z Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Zdaniem ekspertów priorytetem w zakresie refundacji nowoczesnych terapii powinny być obecnie nowotwory płuca, piersi, a zwłaszcza szpiczak plazmocytowy. W resorcie zdrowia toczą się dwa postępowania w sprawie objęcia refundacją skutecznej terapii przeciwko rakowi piersi, od listopada dostęp do nowoczesnego leczenia zyskała natomiast część chorych na raka płuca. Ogromnym problemem pozostaje jednak kwestia pacjentów ze szpiczakiem plazmocytowym, na którego w Polsce cierpi ok. 10 tys. osób. W szczególnie trudnej sytuacji znajdują się chorzy z zaawansowaną lub oporną na leczenie postacią tej choroby.

Naszym priorytetem będzie m.in. szpiczak, bo ta grupa pacjentów od 10 lat nie ma zabezpieczenia innowacyjnego leku, a wiedząc, że jest w trakcie procedowania, na to zwrócimy szczególną uwagę, bo tej grupie się to bardzo należy – mówi Krystyna Wechmann, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Lekarze i pacjenci walczą o dostęp do przynajmniej trzech z sześciu zarejestrowanych na świecie leków przeznaczonych do walki z zaawansowaną, nawrotową i oporną na leczenie postacią szpiczaka plazmocytowego. Jednym z nich jest pomalidomid, na świecie dostępny i szeroko stosowany już od blisko 5 lat. Jest to preparat z grupy leków immunomodulujących, a więc hamujący rozwój komórek nowotworowych poprzez stymulowanie do działania układu odpornościowego pacjenta. Lek ten, często stosowany w terapiach skojarzonych, nawet dwukrotnie wydłuża życie chorych, a także zmniejsza ryzyko wystąpienia powikłań.

Brak pomalidomidu jest dla pacjentów tragedią. Umierają w zastraszającym tempie, od listopada to już 60 osób. Żyjemy od leku do leku, od remisji do remisji. Nasze remisje to nowe leki, bo nie możemy wracać do leków, które były nam podane na początku choroby. Szpiczak uodparnia się na to leczenie, potrzebujemy nowych leków nowej generacji – mówi Anna Leoniuk, członek Fundacji Carita – Żyć ze szpiczakiem.

Pomalidomid jest lekiem podawanym doustnie, co eliminuje konieczność hospitalizacji. Dzięki temu pacjenci są w stanie prowadzić w miarę normalny tryb życia. Jesienią ubiegłego roku Ministerstwo Zdrowia nie wykluczało wprowadzania tej terapii do programu lekowego już na początku 2018 roku.

Najbardziej obawiamy się w przyszłości tego, że to leczenie nie zostanie przez ministerstwo zrefundowane. Tylko w Polsce nie ma nowych leków dla pacjentów ze szpiczakiem, wszędzie byśmy żyli z tą chorobą jak z chorobą przewlekłą, a u nas jest to choroba śmiertelna – mówi Anna Leoniuk.

O wprowadzenie leku na listę refundacyjną apelowały środowiska pacjenckie w oficjalnych listach do resortu zdrowia. Eksperci podkreślają, że preparat został pozytywnie oceniony przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, liczne badania kliniczne wykazują jego wysoką skuteczność, nie ma więc merytorycznych przesłanek, by nie objąć go refundacją.

– Pacjent słyszy doniesienia, czyta w prasie, w internecie, że pacjenci w Europie są leczeni w sposób nowoczesny. Kiedy weryfikują u swojego lekarza prowadzącego, czy nie można podać właśnie tego typu leczenia, słyszą: niestety, nie mamy dostępu – mówi Szymon Chrostowski.

Relacja z IV Europejskiego Kongresu Jakości

„Future of Quality”. Pod takim hasłem odbył się IV Europejski Kongres Jakości, który w Łodzi zgromadził przedstawicieli świata biznesu i nauki . To industrialne, rozwijające się miasto w pierwszy dzień wiosny stało się stolicą jakości. Licznie zgromadzeni uczestnicy, prelegenci i paneliści promowali  wdrożone w swoich organizacjach rozwiązania, przedstawiali realne case studies i poznawali najnowsze trendy związane z systemami zarządzania jakością. Kulminacyjnym punktem wydarzenia było wręczenie Certyfikatów JAKOŚĆ ROKU® oraz zaprezentowanie nowego projektu Fundacji Qualitas: European Quality Certificate®.

Nietuzinkowe wystąpienie inauguracyjne wygłosił dr Mateusz Grzesiak ekspert i wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej. Ten międzynarodowy trener biznesu szkolący w 7 językach, psycholog, autor 14 bestsellerowych książek z zakresu psychologii, sprzedaży i zarządzania, wspólnie z uczestnikami szukał odpowiedzi na pytania, czym tak właściwie jest jakość, a także jak to pojęcie ma się do decyzji, które podejmujemy jako konsumenci. Na podstawie przeprowadzonych badań pokazał, jacy jesteśmy, my Polacy: czego oczekujemy od produktów i usług, a także jak nasza mentalność przejawia się w różnych aspektach zarządzania i prowadzenia biznesu. Uświadomił zebranym gościom, jak ważne, obok wykształcenia i zdobytego doświadczenia, są kompetencję miękkie. Na wielu przykładach udowodnił że szkolenie z zakresu nowoczesnych modeli zarządzania i właśnie umiejętności miękkich to „must have” każdego nowoczesnego przedsiębiorstwa.

Po solidnej dawce wiedzy, motywacji i inspiracji temat był płynnie kontynuowany, a to za sprawą dr Joanny Rosak-Szyrockiej z Politechniki Częstochowskiej, która pod lupę wzięła pojęcie jakości, ale w kontekście promowania firmy, jej produktów i usług. Radziła, jak wykorzystać działania podejmowane w celu polepszania wdrożonych standardów w strategiach promocyjnych i marketingowych. Podkreśliła także znaczenie zdobytego certyfikatu JAKOŚĆ ROKU® jako świetnego narzędzia zwiększającego sprzedaż i budującego wiarygodność zarówno przedsiębiorstw, jak i samych marek.

Zamknięciem pierwszej części tego merytorycznego spotkania praktyków był pierwszy panel dyskusyjny, który poprowadziła dr Rosak – Szyrocka. Wspólnie z zaproszonymi do rozmowy panelistami szukała odpowiedzi na pytania, jak stres wpływa na naszą skuteczność i wydajność oraz dlaczego warto uzyskać równowagę w tzw. work-life balance. Swoimi doświadczeniami i różnymi perspektywami widzenia z uczestnikami Kongresu podzielili się: Danuta Hanna Jakubowska, rzecznik prasowy Przedsiębiorstwa Farmaceutycznego LEK-AM Sp. z o.o., Aldona Dybuk, dyrektor ds. promocji i PR Energy Events oraz Adam Różycki, prezes zarządu Grupy Producentów Agros Sp. z o.o.

Specyfikę firm rodzinnych w kontekście patriotyzmu zakupowego przybliżył uczestnikom Jakub Kołodziej, członek zespołu zarządzającego Roleski Sp.j. Pokazał, jakie są różnice tego typu przedsiębiorstw w stosunku do modelu korporacyjnego oraz w jaki sposób rodzinna organizacja pozwala budować przewagę konkurencyjną. Podkreślił, że produkty pochodzące z Polski i od polskich przedsiębiorców są obecnie nie tylko kupowane, ale i szczególnie poszukiwane przez konsumentów, jako te odznaczające się wysoką jakością.

Po przybliżeniu uczestnikom firm rodzinnych przyszedł czas na temat, który spędza sen z powiek chyba wszystkim przedsiębiorcom – dostosowanie systemu ochrony danych osobowych do przepisów RODO. Kwestię tą, w kontekście systemów zarządzania jakością, rozwinął w swoim wystąpieniu Piotr Ubych, menedżer produktu ds. danych osobowych w DEKRA Certification Sp. z o.o.

Z kolei Jakub Kocjan z portalu LeanCenter.pl na chwilę zabrał wszystkich zebranych gości do Japonii – ojczyzny Toyoty, koncepcji lean management i stawiania jakości na pierwszym miejscu. Wyjaśnił enigmatyczne dla niektórych słowa gembajidoka oraz podkreślił wagę pracowników wszystkich szczebli w procesie wykrywania błędów i ich naprawiania.

Po kolejnej turze wystąpień przyszedł czas na temat innowacji, które znajdują się w kręgu zainteresowań każdego przedsiębiorcy dążącego do nieustannego rozwoju i bycia zawsze o krok przed konkurencja. Panel dyskusyjny na ten „medialny” temat poprowadził dr hab. inż. Marek Roszak, prof. , prezes Klubu Polskie Forum ISO 9000, członek Kapituły. Na pytania, czym są innowacje, jak je wdrażać oraz w jaki sposób z ich pomocą napędzać swój biznes, opowiadali praktycy, którym ta tematyka jest szczególnie bliska: Marcin Śpiewok, Menedżer ds. Rozwoju spółki SILBO, wiodącego polskiego producenta opakowań do żywności, Sławomir Harazin, wiceprezes zarządu ACTION S.A., właściciela marki Activejet® oraz Zygmunt Król, prezes zarządu Saatbau Polska Sp. z o.o., czołowej polskiej firmy produkującej nasiona i rośliny rolnicze. Podkreślali oni, że innowacji nie trzeba przedstawiać ani jej nazywać, ponieważ rynek sam ją dostrzeże. Zwracali uwagę na to, że innowacje wymagają inwestycji, często bardzo ryzykownych, a także sporych nakładów pracy w badania dotyczące nowych technologii.

Na zakończenie części merytorycznej wystąpił Marcin Kałużny, Przewodniczący Kapituły i prezes zarządu Fundacji Qualitas, który zaprezentował nowy projekt: European Quality Certificate®, wspierający dążenia i marzenia polskich przedsiębiorców, aby „Made in Poland” stało się powszechnym, niekwestionowanym synonimem jakości.

Po części merytorycznej , w trakcie Gali Finałowej, uroczyście przyznane zostały Certyfikaty JAKOŚĆ ROKU® 2017. Dyplomy i statuetki wręczali Członkowie Kapituły w asyście Jakuba Mielczarka, Sekretarza Województwa Łódzkiego.

Przyznana została także specjalna nagroda Audytorów Certyfikatu: Manager Jakości. Tytuł w tym roku otrzymał Zygmunt Król, prezes zarządu Saatbau Polska Sp. z o.o., za profesjonalizm, działalność CSR oraz osobiste zaangażowanie w rozwój firmy, branży i regionu. Nagrodę uroczyście wręczyła ubiegłoroczna Laureatka Tytułu, Katarzyna Szczur, prezes zarządu TEXTRA Poland Sp. z o.o.

Tytuł IKARA JAKOŚCI za najlepszą pracę dyplomową z zakresu zarządzania powędrował do mgr Elżbiety Marekwicy oraz jej promotorki, dr inż. Jadwigi Malkiewicz z Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej, Wydziału Zamiejscowego w Cieszynie. Tytuł nagrodzonej pracy to Projekt wdrożenia metodologii WCM (World Class Manufacturing) z wykorzystaniem narzędzi i metod doskonalenia jakości w przedsiębiorstwie produkcyjnym Lys Fusion Poland”.

Punktem kulminacyjnym tej części wydarzenia było wręczenie tytułów honorowych ORŁOM JAKOŚCI, czyli elitarnemu gronu przedsiębiorstw, które przez lata udowadniały, że jakość zarządzania ma znaczenie dla sukcesu w biznesie i które stanowią niekwestionowany wzór dla innych. Tegoroczni Laureaci tytułu, na wniosek przewodniczącego Kapituły, dołączyli do Rady Programowej Fundacji Qualitas.

Po Gali Finałowej odbył się uroczysty bankiet. Był to czas na rozmowy kuluarowe i wymianę kontaktów biznesowych.

W ten sposób zakończył się IV Europejski Kongres Jakości. Teraz czas na wdrożenie koncepcji projakościowych do swoich działań biznesowych, podkreślenie jakości zdobyciem EUROPEAN QUALITY CERTIFICATE 2018® i…

…do zobaczenia na V jubileuszowym Europejskim Kongresie Jakości!

Podwyżki cen paliw na Święta Wielkanocne

Kierowcy kolejny raz nie mają szczęścia do kosztów tankowania paliwa w czasie wielkanocnych podróży. Na europejskim rynku zauważalnie wzrosły ceny benzyny bezołowiowej oraz diesla. Powody podwyżek są jednak inne niż przed rokiem, a ich skutki prawdopodobnie również będą inne, bardziej dotkliwe – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Baryłka ropy Brent kosztuje już ponad 240 zł, czyli blisko 10 proc. więcej niż dwa tygodnie temu. „Czarne złoto” jest również o włos od ustanowienia najwyższych poziomów od połowy 2015 r. Droższa ropa ciągnie w górę ceny benzyny oraz diesla. Na europejskim rynku ARA kosztują one odpowiednio 1,70 oraz 1,80 zł za litr, po wzrostach o 14 gr w porównaniu do pierwszej połowy marca.

Tropy wiodą do Iranu i Wenezueli

Ceny ropy rosną przede wszystkim w następstwie napięć geopolitycznych w Zatoce Perskiej. Zmiany w administracji amerykańskiej mogą sugerować, że Stany Zjednoczone będą reprezentować bardziej konfrontacyjne podejście do Iranu. Od porozumienia nuklearnego zawartego w 2015 r. Teheran podniósł wydobycie ropy o ponad milion baryłek dziennie, czyli o niemal 40 proc. Obecnie ta zwiększona w ostatnich latach podaż może być zagrożona.

W pewnym stopniu wyższe ceny to także rezultat niższej produkcji ropy w Wenezueli. Dramatyczna sytuacja ekonomiczna w tym kraju powoduje, że w ciągu trzech miesięcy produkcja zmniejszyła się o 200 tys. baryłek – do najniższych poziomów od 14 lat.

Już to przerabialiśmy, ale powody były inne

W minione Święta Wielkanocne także mieliśmy do czynienia z silnymi wzrostami cen paliw. W kwietniu 2017 r. był to jednak głównie rezultat silniejszego od oczekiwań popytu na paliwa po obu stronach Atlantyku, co powodowało obawy, że topniejące zapasy mogą przełożyć się na jeszcze wyższe ceny podczas sezonu wakacyjnego.

Wtedy jednak nie było strachu o podaż ropy naftowej, a także o kwestie geopolityczne. Krótko po okresie świątecznym (na rynku hurtowym) oraz po weekendzie majowym (na rynku detalicznym) ceny zaczęły wyraźnie się obniżać i początek wakacji już był dla kierowców względnie łaskawy. Średnie ceny benzyny 95, według danych Eurostatu, kształtowały się na poziomie 4,35 zł, czyli o prawie 40 gr mniej niż w okolicach świąt.

Albo drogo, albo jeszcze drożej

Czy można więc liczyć, że podobnie jak w zeszłym roku po świętach ceny hurtowe zaczną wyraźnie spadać? Raczej jest to mało prawdopodobne. Cena równowagi na rynku ropy naftowej jest obecnie wyraźnie wyżej niż w 2017 r. To skutek przedłużającego się porozumienia między OPEC oraz Rosją o ograniczaniu produkcji. Nie pozwala to na wywieranie presji cenowej ze strony podaży i ogranicza konkurencję.

Z kolei dyplomatyczne przepychanki na Bliskim Wschodzie mogą się utrzymywać tygodniami, jeśli nie miesiącami. Stwarza to ryzyko, że przy jakichkolwiek zaburzeniach (np. pogodowych) w produkcji czy zwiększonym popycie (sezon wakacyjny) ceny będą dalej rosły. W rezultacie raczej musimy się przyzwyczaić, że za popularną bezołowiówkę będziemy płacić średnio 4,70 zł/litr lub więcej, a nie liczyć na powtórzenie scenariusza z zeszłego roku i spadki do 4,35 zł/litr.

Polska rajem podatkowym… dla fiskusa

Wstrzymywane zwroty VAT, przewlekłe wydłużanie okresu kontroli podatkowych i skarbowych oraz niejasne i wadliwe przepisy, do tego wprowadzanie coraz to nowych obciążeń podatkowych przy jednoczesnym odbieraniu ulg, a nawet zakazywanie prowadzenia działalności – to obecna rzeczywistość polskiego obrotu gospodarczego. Sam fiskus nazywa to skutecznym uszczelnianiem systemu podatkowego. Systemu, w którym to on jest jedynym suwerenem.

W trakcie odbywającego się w styczniu w Davos Światowego Forum Ekonomicznego premier Mateusz Morawiecki powiedział, że uszczelniając lukę w VAT, Unia Europejska powinna brać przykład z Polski. Podczas gdy Komisja Europejska szacuje, że unijna luka wynosi 155–160 mld euro, Polska może pochwalić się jej obniżeniem o 30 mld złotych w 2017 r. Z tej kwoty aż 20 mld budżet Skarbu Państwa zawdzięczać może wyłącznie uszczelnieniu systemu podatkowego.

Obietnice za 9 mld

Pytanie tylko, ile z tej kwoty pochodzi z owego uszczelniania, a ile pieniędzy zostało wyciągniętych wprost z kieszeni podatników. Zgodnie z badaniem projektu budżetu Skarbu Państwa na 2017 rok, opublikowanym w październiku 2016 r. na łamach „Gazety Wyborczej”, a przeprowadzonym przez Fundację CenEA, złamanie obietnic obniżenia stawek podatkowych powinno przynieść budżetowi dodatkowe 6,6–8,9 mld złotych. Od 1 stycznia 2017 r. miały bowiem obowiązywać niższe stawki VAT, odpowiednio 22% zamiast 23% i 7% w miejsce 8%. Dodatkowe miliardy są także wynikiem ukrytej podwyżki podatków, osiągniętej dzięki zamrożeniu wysokości kwoty wolnej od podatku, limitów ulg oraz limitów kosztów uzyskania przychodu na poziomie z 2016 r.

Wstrzymane zwroty VAT

Według informacji Ministerstwa Finansów, ujawnionych w odpowiedzi na zapytania poselskie, w okresie od 1 stycznia do 27 października 2016 r. fiskus wstrzymał podatnikom zwroty VAT na kwotę ponad 3 mld złotych. Rok później, w okresie tylko od 1 stycznia do 3 lipca 2017 r., były to ponad 2 mld złotych. Brak jeszcze danych, jaka część wskazanej przez premiera sumy wpływu z VAT do budżetu państwa pochodzi ze wstrzymanych przedsiębiorcom zwrotów w całym 2017 r.

Kontrole podatkowe i skarbowe bez ograniczeń

Chyba jeszcze trudniejszym niż odzyskanie nadpłaconego VAT zadaniem, przed jakim stoją obecnie przedsiębiorcy, jest poradzenie sobie z kontrolą podatkową. Mimo istniejących pozornie ograniczeń czasowych, może ona bowiem trwać w nieskończoność. Według Ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej, kontrola dokonywana przez organ u przedsiębiorcy nie może przekroczyć w jednym roku kalendarzowym:

1) w odniesieniu do mikroprzedsiębiorców – 12 dni roboczych,
2) w odniesieniu do małych przedsiębiorców – 18 dni roboczych,
3) w odniesieniu do średnich przedsiębiorców – 24 dni roboczych,
4) w odniesieniu do pozostałych przedsiębiorców – 48 dni roboczych.

Przepisy Ordynacji podatkowej mówią o maksymalnie 2-miesięcznym okresie załatwienia skomplikowanych spraw. W rzeczywistości pracownicy urzędów skarbowych po wszczęciu ograniczonej ww. limitami kontroli podatkowej, gdy natkną się na nieprawidłowość, wszczynają postępowanie podatkowe – a to, w braku formalnych ograniczeń czasowych, trwa o wiele dłużej, często miesiące czy nawet lata. Wystarczy tylko, jeśli dla zachowania procedur organy co 2 miesiące będą informować o jego przedłużeniu. Nie można też zapomnieć, że po zaistnieniu pewnych przesłanek – będą one mogły dokonać powtórnej kontroli – i to w tym samym roku kalendarzowym.

Fiskus robi, co chce

W październiku 2016 r. WSA w Białymstoku zobowiązał organ, który dziewięciokrotnie przedłużał prowadzoną u podatnika kontrolę, do zakończenia postępowania w terminie 2 miesięcy. W swoim wyroku stwierdził: „Prowadzenie kontroli podatkowej przez ponad dwa lata, przy dalszym braku możliwości określenia terminu jej zakończenia, nie może być uznane za nieprzewlekłe niezależnie od przyczyn takiego stanu” (wyrok z 5 października 2016 r., I SAB/Bk 4/16).

Choć zgodnie z orzecznictwem sądów „przeprowadzenie kontroli podatkowej pod pozorem postępowania kontrolnego stanowi istotne naruszenie prawa” (wyrok WSA w Poznaniu z 2 lutego 2011 r., I SA/Po 709/10), suweren fiskus nic sobie z tego nie robi.

W odpowiedzi na interpelację poselską nr 12905 w sprawie kontroli skarbowych, po wejściu w życie ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwo Finansów poinformowało, że w okresie od 1 marca do 7 czerwca 2017 r. wszczęto 369 kontroli celno-skarbowych, a średni czas oczekiwania na zakończenie wszczętego postępowania kontrolnego wynosił 164 dni, a więc ponad 5,5 miesiąca.

Wiem, ale nie powiem

W obliczu takiej skali bezprawia urzędniczego część zwiększonych wpływów z VAT stanowić mogą podatki nieodebrane w drodze zwrotu z obaw przed ewentualnymi reperkusjami ze strony organów podatkowych. Skuteczna działalność PR-owa fiskusa – chwaląca sukces walki na polu uszczelniania VAT i siejąca strach groźbami wysokich sankcji za udział w karuzelach podatkowych – sprawia, że podatnicy wolą zapłacić podatek, rezygnując z wystąpienia o jego zwrot.

Spory wpływ na tę sytuację ma wprowadzona w życie 15 lipca 2016 r. klauzula obejścia prawa podatkowego. Daje ona organom podatkowym legitymację do odmowy wydawania interpretacji indywidualnej i opinii zabezpieczającej w sytuacji, gdy powezmą tylko podejrzenie, że mogłyby one dotyczyć stanów faktycznych lub zdarzeń przyszłych, mogących stanowić przedmiot decyzji wydanej z zastosowaniem przepisów klauzulowych. Według informacji Ministerstwa Finansów, ujawnionych w odpowiedzi na interpelację poselską nr 11902 z 12 kwietnia 2017 r., w okresie od 15 lipca 2016 r. do 27 kwietnia 2017 r. z tego właśnie powodu wydano 584 postanowień o odmowie udzielenia interpretacji indywidualnej. Obawy podatników nie dziwią w sytuacji, gdy fiskus działa według zasady: „Nie powiem ci, czy chcesz zrobić źle. Zdecyduję, jak zrobisz”.

Unia idzie w odwrotną stronę

We wtorek, 23 stycznia 2018 r., Unia Europejska zmniejszyła o blisko połowę liczbę państw na tzw. czarnej liście krajów niewspółpracujących w obszarze podatkowym. Z widniejących na niej 17 państw zostało już tylko 9.

Państwa wykreślone z czarnej listy tzw. rajów podatkowych:

  • – Barbados;
  • – Grenada;
  • – Korea Płd.;
  • – Makau;
  • – Mongolia;
  • – Panama;
  • – Tunezja;
  • – Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Państwa, które pozostały na liście rajów podatkowych:

  • – Bahrajn;
  • – Guam;
  • – Namibia;
  • – Palau;
  • – St. Lucia;
  • – Samoa;
  • – Samoa Amerykańskie:
  • – Trynidad i Tobago:
  • – Wyspy Marshalla.

Pięć dni wcześniej, w czwartek, 18 stycznia 2018 r., Komisja Europejska ogłosiła kolejne propozycje zmian w związku z wielką reformą systemu VAT. Jak donosi „Rzeczpospolita”, Bruksela chce znacznie zliberalizować przepisy o VAT, zezwalając m.in., by państwa członkowskie stosowały swobodnie, według własnego uznania, obniżoną stawkę tego podatku do wielu produktów i usług. Komisja proponuje również całkowite zwolnienie małych przedsiębiorstw z VAT i jednocześnie wprowadzenie szeregu ułatwień, takich jak choćby zwolnienie małych i średnich przedsiębiorstw od obowiązku składania deklaracji podatkowych.

Brexit po polsku

Zniesienie nierównych zasad dotyczących możliwości stosowania obniżonych stawek VAT na terenie poszczególnych państw Unii Europejskiej (jedne mogą, inne nie – decyduje o tym głównie staż danego kraju w strukturze UE, a zmian można dokonać tylko przy uzyskaniu jednomyślnej zgody wszystkich krajów członkowskich) miało być jednym z argumentów zatrzymania Wielkiej Brytanii w szeregach Wspólnoty. Unia, widząc swą niekonkurencyjność gospodarczą wobec innych rynków, również w sferze podatkowej, próbuje tę sytuację zmienić i wprowadza rozwiązania korzystne dla przedsiębiorców funkcjonujących na jej terenie.

Inną, własną drogą zdaje się podążać Polska. Fiskus pod egidą zarówno walki z luką w VAT, jak i naprawy finansów państwa przemyca coraz to nowe obciążenia podatkowe.

A będzie jeszcze gorzej

W październiku ub.r., podczas prezentacji budżetu na 2018 rok, ówczesny Minister Finansów Mateusz Morawiecki zapowiedział, że to właśnie w tym roku nastąpi prawdopodobnie całkowite zlikwidowanie luki w VAT. Naprawa budżetu państwa rozpoczęła się już pierwszego dnia nowego roku – wprowadzenie podatku od nieruchomości komercyjnych, zwiększenie stawki zryczałtowanego podatku od najmu, objęcie szerszym zakresem opodatkowania podmiotów posiadających zagraniczne spółki kontrolowane… Inne daniny, jak np. od tzw. wyrobów nowatorskich oraz papierosów elektronicznych, choć zostały wprowadzone na początku 2018 r., to do jego końca funkcjonować będą ze stawką zerową, stąd w praktyce zaczną obciążać podatników dopiero w 2019 r. Wtedy też ma zacząć obowiązywać zakwestionowany przez Komisję Europejską podatek od sprzedaży detalicznej.

Fiskus sięga wprost do kieszeni

Naprawiać budżet można nie tylko, nakładając coraz to nowe podatki. Innym sposobem jest zabieranie ulg, a w konsekwencji zwiększanie wpływów z już istniejących danin. Nowelizacja ustawy o VAT wyrzuca część towarów z obniżonej stawki 8%, wciągając je na wyższy próg 23%. Dotyczy to niektórych wyrobów higienicznych i farmaceutycznych, cystyny czy niesłużących korekcie wzroku soczewek okularowych. Innym przykładem sięgania wprost do kieszeni podatnika jest pomysł zniesienia górnej granicy składki ZUS.

Sposobem na zwiększanie wpływów z podatków jest również odbieranie podatnikom legalnych możliwości obniżania ich wymiaru. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji indywidualnej z dnia 9 stycznia 2018 r. odebrał im choćby możliwość zaliczania do kosztów podatkowych wydatków poniesionych na organizację imprezy integracyjnej w firmie w części przypadającej na pracowników niezatrudnionych na podstawie umowy o pracę (0111-KDIB1-2.4010. 411.2017.1.MS). Jeśli więc firma będzie chciała zacieśnić stosunki z pracownikami zatrudnionymi, współpracującymi z nią na podstawie umów zleceń, o dzieło czy w tzw. formie B2B, czyli poprzez prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej, to już teraz nie będzie mogła odliczyć poniesionych w tym celu kosztów.

Test wytrzymałości

Wszyscy i wszystko ma swoje granice zarówno możliwości, jak i wytrzymałości. A polscy podatnicy muszą być wytrzymali potrójnie. Już wkrótce duzi przedsiębiorcy będą musieli zmierzyć się ze skierowanym przeciw nim trójzębem – z obciążeniem podatkiem od sprzedaży detalicznej, podatkiem od nieruchomości komercyjnych i z ograniczeniem możliwości handlu w niedziele.

Rosnące koszty zatrudnienia już dawno spowodowały, że rynek pracy musiał szukać od nich ucieczki w inne formy współpracy niż tylko etat. Teraz przyjdzie mu się zmierzyć z kolejnym obciążeniem, jakim będzie zniesienie limitu składek ZUS. Przywołana wyżej interpretacja indywidualna dyrektora KIS to kolejny cios.

Sukces fiskusa na polu skutecznego poboru podatku VAT nie powinien być więc niczym zaskakującym. Niemal niczym nieograniczona moc decydowania w przedmiocie opodatkowania sprawia, że pod tym względem Polska to dla fiskusa istny raj podatkowy.

Autor:

radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Komentarz Prezesa Mostostal Warszawa S.A. Andrzeja Goławskiego do skonsolidowanego sprawozdania finansowego za 2017 rok

Andrzej Goławski – Mostostal Warszawa.
ANDRZEJ GOŁAWSKI – MOSTOSTAL WARSZAWA SA
FOT. BRUNO FIDRYCH

Grupa Mostostal Warszawa w 2017 roku osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 1,1 mld zł, zanotowała zysk brutto w wysokości 26,9 mln zł oraz poniosła stratę netto w wysokości 5,0 mln zł. Zmniejszenie poziomu przychodów za rok 2017 w stosunku do roku 2016 spowodowane było zmniejszającymi się, zgodnie z harmonogramem, przerobami na budowie bloków energetycznych w Opolu, a także niższą niż oczekiwano kontraktacją w latach wcześniejszych. Ponadto, na osiągnięte wyniki znaczący wpływ miały zdarzenia jednorazowe takie jak spisanie części aktywa z tytułu podatku odroczonego i utworzenie odpisu aktualizującego wartość należności od Lubelskiego Węgla Bogdanka S.A. w związku z przegranym sporem przed Sądem Arbitrażowym, a także rozpoznanie aktywa praktycznie pewnego na tle postępowań sądowych obejmujących roszczenia Spółki. Ponadto, działając na podstawie wydanej w 2017 roku rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego w zakresie  dokonania ponownego przeglądu zaksięgowanych przez Spółkę przychodów z tytułu roszczeń oraz dokonania właściwej korekty sprawozdań finansowych, przeprowadziliśmy analizę wszystkich sporów sądowych i arbitrażowych z udziałem Spółki. W rezultacie tych czynności, stosując się do rekomendacji, dokonaliśmy istotnej aktualizacji kwot uznanych uprzednio za przychód. Nie zmienia to jednak podejścia Mostostalu Warszawa w zakresie dochodzenia roszczeń wcześniej rozpoznanych, czy to w drodze negocjacji, czy też w ramach toczących się sporów. Naszym celem jest odzyskanie wszystkich należności. Każda otrzymana z nich kwota wpłynie pozytywnie na sprawozdania finansowe w przyszłości.

Obecnie Grupa odbudowuje portfel zleceń. Od początku 2017 roku zawarliśmy kilkanaście nowych kontraktów o łącznej wartości 1,1 mld zł. Najbardziej owocną kontraktację odnotowaliśmy w budownictwie ogólnym, gdzie zasadniczą część stanowią inwestycje mieszkaniowe (osiedla Vis á Vis Wola, apartamentowiec Mennica Residence II, Lipowe Zacisze w Pruszkowie), biurowe (budynek LPP w Gdańsku, Libra BC II w Warszawie), publiczne (Mediateka w Piotrkowie Trybunalskim, kryty basen w Bydgoszczy) oraz budynki dydaktyczne dla Politechniki Poznańskiej i AGH. Realizujemy również nowe zadania w sektorze ochrony środowiska. Są to modernizacje oczyszczalni w Krośnie i w Otwocku. Portfel Grupy wypełniają kontrakty z sektora ogólnobudowlanego, przemysłowego, energetycznego i infrastrukturalnego. Systematycznie uzupełniany portfel zamówień pozwoli na dalszy, stabilny rozwój Grupy.

Profil zadłużenia finansowego nie uległ zmianie w porównaniu do ubiegłego roku i nadal jest dla nas bardzo korzystny. Tylko 29 mln zł z 222 mln zł to kredyty bankowe i leasing (17 mln zł według stanu na dzień 31 grudnia 2016 r.). Pozostała kwota to pożyczki otrzymane od spółki matki – Acciona Construcción z siedzibą w Madrycie.

Na koniec 2017 roku kapitał własny ogółem Grupy Mostostal Warszawa wyniósł 139 mln zł. Zatrudnienie osiągnęło poziom 1.552 pracowników, utrzymując się na zbliżonym poziomie w porównaniu do stanu na koniec 2016 roku.

Naszym celem na rok 2018 jest dalszy wzrost portfela zamówień i poprawa wyników finansowych. Ten cel chcemy zrealizować poprzez konsekwentny rozwój wszystkich obszarów biznesowych.

W ciągu pięciu lat wydatki Ukraińców w Polsce wzrosły dwukrotnie

W ubiegłym roku ukraińscy konsumenci dołożyli do naszego obrotu detalicznego aż 7,7 mld zł, o 8% więcej niż w 2016 roku. W samym IV kwartale 2017 roku Ukraińcy wydali 2,1 mld zł – wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Więcej niż Ukraińcy w 2017 roku wydali w Polsce jedynie Niemcy, którzy zostawili w sklepach i na usługi aż 16 mld zł, a w IV kwartale 2017 roku 3,2 mld zł. Eksperci Personnel Service wskazują, że od 2012 roku wydatki Ukraińców w Polsce wzrosły aż dwukrotnie – z 3,6 mld w 2012 roku do 7,7 mld w 2017 roku.

Z najnowszego raportu GUS wynika, że w 2017 roku cudzoziemcy przekroczyli granicę Polski 287,1 mln razy, co oznacza wzrost o 4% w porównaniu do ubiegłego roku. Obcokrajowcy zostawili w Polsce w 2017 roku 41,5 mld zł, a w IV kwartale 2017 roku 9,5 mld zł.

Biorąc pod uwagę tylko ostatni kwartał ubiegłego roku, największy udział miały wydatki[1] przekraczających granicę z Niemcami (40,5%), następnie z Ukrainą (26,3%), Czechami (11,5%), Słowacją (7,6%), Białorusią (7,7%), Litwą (4,5%) i Rosją (1,7%). Jeżeli jednak spojrzymy na średnie wydatki ponoszone przez przedstawicieli poszczególnych państw podczas jednej wizyty w Polsce – rekordowe kwoty wydali Ukraińcy. Podczas jednej wizyty w IV kwartale 2017 roku zostawiali aż 777 zł, podczas gdy Niemcy zaledwie 424 zł.

Rosnące wydatki Ukraińców to oczywiście pochodna coraz większej ich obecności w Polsce. Z naszego najnowszego „Barometru Imigracji Zarobkowej” wynika, że Ukraińcy pracują już w 39% dużych firm. Jednak na razie nie chcą zostawać na stałe. Tylko 11% deklaruje chęć osiedlenia się w Polsce, co z punktu widzenia rozwoju naszej gospodarki, nie jest korzystne. Ukraińcy, którzy zostawaliby w naszym kraju na dłużej, przyczyniliby się jeszcze bardziej do wzrostu naszego PKB – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.

Co kupują cudzoziemcy?

Cudzoziemcy w IV kwartale 2017 roku kupowali w Polsce przede wszystkim towary nieżywnościowe, na które przeznaczyli ok. 85% swoich wydatków. Na żywność i napoje bezalkoholowe wydali 12%, a na pozostałe produkty i usługi ok. 3%. Spośród artykułów nieżywnościowych największym zainteresowaniem cudzoziemców cieszyły się materiały do budowy, remontu i konserwacji mieszkania lub domu (ok. 24% wydatków na towary nieżywnościowe), sprzęt RTV i AGD (ok. 20%) oraz części i akcesoria do środków transportu (ok. 13%).

Z naszego raportu wynika, że Ukraińcy przebywający w Polsce na utrzymanie wydają najczęściej od 200 do 500 zł miesięcznie. To niewiele, ale warto pamiętać, że do obrotu detalicznego wchodzą nie tylko wydatki pracujących u nas Ukraińców, ale też odwiedzających ich rodzin czy znajomych. Podobnie było jak my zaczynaliśmy wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Londyn już od jakiegoś czasu jest jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych. Dla Ukraińców takim miejscem są polskie miasta, gdzie zostawiają coraz więcej gotówki – podsumowuje Krzysztof Inglot.

[1] Biorąc pod uwagę lądową granicę

Połowa Polaków obawia się, że wprowadzenie euro będzie niekorzystne

Co drugi Polak jest zdania, że na wejściu do strefy euro i wprowadzeniu w naszym kraju wspólnej waluty stracą rodzime firmy. Pozytywny wpływ zakłada dopiero co trzeci zapytany, a prawie co szósta osoba sądzi, że polskie przedsiębiorstwa nie odczują zmian w związku z dołączeniem do Eurolandu, wykazało badanie przeprowadzone przez SW Research dla instytucji płatniczej AKCENTA.

Polacy nie spodziewają się prędkiego dołączenia do strefy euro. 2/3 z nas prognozuje, że nie nastąpi to przez najbliższą dekadę, w tym aż blisko co trzecia osoba zakłada, ze w ogóle do niej nie przystąpimy. Równie sceptycznie Polacy odnoszą się do potencjalnych korzyści płynących z przyjęcia wspólnej waluty. – Aż połowa z nas sądzi, że euro będzie dla polskich firm kłopotem i źle wpłynie na rodzimy biznes. Tak przyznało dokładnie 50,7% respondentów – wskazuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY, która zleciła badanie.

Wykres 1.przyjęcie euro dla polaków

Opór przed zmianą

Obecnie polska gospodarka i handel zagraniczny świetnie się rozwijają. Według danych Głównej Urzędu Statystycznego PKB naszego kraju wzrósł w IV kwartale 2017 r. o 5,1% r/r  a eksport towarów, liczony w PLN, w całym minionym roku o 8,3%. W dodatku już trzeci rok z rzędu Polsce udało się utrzymać dodatnie saldo wymiany handlowej, podkreśla AKCENTA. – Dobrą kondycję gospodarczą i intensywny rozwój kraju widzą i odczuwają także sami Polacy. Rosną pensje, bezrobocie jest rekordowo niskie, mamy mnóstwo zamówień z zagranicy. Stąd też wynika zapewne obawa przed zmianą i zastąpieniem złotówki przez euro, co mogłoby wpłynąć na polską gospodarkę i tym samym na życie przeciętnego Kowalskiego – tłumaczy ekspert AKCENTY.

Eurosceptyczni Milenialsi

Co ciekawe, największe obawy przed niekorzystnym wpływem dołączenia Polski do strefy euro przejawiają reprezentanci pokolenia Millenialsów, czyli tzw. generacji Y. Najbardziej pesymistyczna jest w tej kwestii grupa osób w wieku 25-36 lat, w której aż blisko 2/3 badanych (64,5%) odpowiedziało, że dołączenie do Eurolandu może źle odbić na polskim biznesie. W dodatku, tylko blisko co piąty respondent w tym wieku wskazał odpowiedź odwrotną (21%). Młodsi reprezentacji pokolenia Milenialsów, w wieku od 18 do 24 lat, także częściej niż starsze generacje wskazywali na pesymistyczny scenariusz dla krajowych firm po dołączeniu do Eurolandu (55,7%). Najmniejsze obawy mają natomiast respondenci w wieku powyżej 50. roku życia. W ich grupie odsetek odpowiedzi wskazujących na niekorzystny wpływ euro wyniósł 42,8%. Równocześnie przedstawiciele najstarszego pokolenia odznaczali się na tle pozostałych najwyższym przekonaniem o prawdopodobnym pozytywnym efekcie euro (38,7%). Skąd takie różnice między generacjami? Radosław Jarema z AKCENTY wskazuje, że może to wynikać z obaw młodych osób, które dopiero rozpoczynają kariery i zakładają rodziny, że zmiana waluty osłabi dobrą koniunkturę i konkurencyjność polskich firm, a tym samym niekorzystnie wpłynie na ich sytuację finansową. Starsze osoby doświadczyły już wielu przełomowych transformacji w kraju, nie będzie to, więc pierwsza zmiana gospodarcza, z którą się zmierzą, dodaje ekspert AKCENTY.

Wykres 2.

przyjęcie euro dla polaków 2* Badanie zostało zrealizowane na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA w dniach 12.02-14.02.2018 przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 1024 ankiet z Polakami powyżej 18 roku życia.

Spokojne ruchy bitcoina

W ciągu ostatniego tygodnia bitcoin wykonywał stosunkowo dość spokojne ruchy w górę i w dół i poruszał się w widełkach pomiędzy 8,3 tys. USD a 9,1 tys. USD. W poniedziałek rano kosztuje 8,5 tys. USD, czyli podobnie jak 19 marca. W porównaniu z piątkiem rano, kiedy najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała 8,4 tys. USD, oznacza to minimalny wzrost o ok. 1%. Od początku roku bitcoin stracił ok. 37% swojej wartości. Nadal jednak kosztuje 39% więcej niż w tegorocznym dołku z 6 lutego.

Waluty

W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,33%), a traci do euro (-0,04%), brytyjskiego funta (-0,16%), dolara kanadyjskiego (-0,12%) oraz dolara australijskiego (-0,32%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,236, GBP/USD – 1,415, USD/CAD – 1,287, AUD/USD – 0,772 i USD/JPY – 105. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,35%) i kurs EUR/JPY wynosi 129,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,873. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka zyskuje do franka szwajcarskiego, traci do euro i funta i pozostaje na podobnym poziomie do dolara. W poniedziałek rano dolar kosztuje poniżej 3,42 zł, euro – ponad 4,22 zł, funt – poniżej 4,84 zł, a frank – ponad 3,6 zł.

Giełdy

Na światowych giełdach nadal króluje kolor czerwony. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,44%, niemiecki indeks DAX – 1,77%, a paryski indeks CAC 40 – 1,39%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 2,1%, meksykański indeks Bolsa – o 1,78%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,46%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 0,72%, indeks Shanghai Composite spadł o 0,6%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,17%.

Ropa i złoto

Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej znowu idą w górę. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 70,45 USD (+2,19%), a ropy WTI – 65,88 USD (+2,4%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy wzrosła o 2 USD do 75 USD. Także złoto w porównaniu z piątkiem notuje wzrosty. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1345 USD. To 3 USD więcej (+0,22%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:45 – Francja – PKB (k/k), IV kw. – 0,7% (prognoza 0,6%)
  • 10:30 – Niemcy – Wystąpienie szefa Bundesbanku
  • 16:30 – USA – Indeks Dallas Fed dla przemysłu, marzec (poprzednio 37,2 pkt.)
  • 17:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Nowego Jorku
  • 21:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland

 Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

Trzy sygnały, że Bitcoin to jednak bańka

Zapewnienia, że „nic nie będzie już takie jak dawniej” i rozmowy o inwestycjach w Bitcoiny w poczekalniach u dentystów to najlepsze argumenty, by trzymać się od kryptowalut z daleka.

W tym roku mija 35 lat od kiedy magazyn Time po raz pierwszy posłużył się terminem „nowa ekonomia”, choć popularność zyskał on w połowie lat dziewięćdziesiątych, a rozkwit w czasie wielkiej technologicznej hossy z przełomu wieków. Choć sam termin miał tylko opisywać przejście z gospodarki przemysłowej na rzecz technologicznej, opartej na wiedzy, w czasie internetowego boomu używano go do odróżnienia firm działających w sektorze przemysłu oraz firm internetowo-technologicznych. Z czasem termin nowa ekonomia zaczął być używany ironicznie, w odniesieniu do firm internetowych, które nie osiągają zysków, lecz dotychczasowe prawidła funkcjonowania przedsiębiorstw miałyby ich nie obejmować.

Być może najlepszą ilustracją internetowego szaleństwa i późniejszego otrzeźwienia były notowania Yahoo!, którego kapitalizacja wystartowała z 848 mln dolarów w 1996 r. by osiągnąć 125 mld dolarów w 2000 r. i zawrócić do 10 mld dolarów rok później. (Ostatecznie w 2016 r. Verizon kupił internetowe aktywa firmy – wyszukiwarkę, konta mailowe i komunikator – za 4,8 mld dolarów w 2016 r.). Pytanie brzmi, w którym miejscu tej historii jest Bitcoin lub inne kryptowaluty?

Nadchodzi nowe

Bańka internetowa to najświeższe spośród wielu skojarzeń, a schemat powstawania baniek na przestrzeni dziejów wydaje się zbliżony, począwszy od tulipanowej sprzed 400 lat. W inwestorach narasta przekonanie, że oto stoją przed szansą współuczestniczenia w historii, która na zawsze odmieni oblicze świata (nowa ekonomia), w którym żyją, przy czym same przemiany są na bardzo wczesnym etapie, co ma gwarantować krociowe zyski w długim terminie – gdy rewolucja zmieni się w nową rzeczywistość. I – co najciekawsze – to rzeczywiście działa, tyle, że rzadko w wypadku pionierów. Google debiutował na giełdzie z ceną 50 dolarów za akcję obecnie jest to ponad 1100 dolarów i to Alphabet, a nie Yahoo! zawładnął Internetem i to nie w skali USA, ale wymiarze globalnym.

Nie zawsze też zyski muszą pochodzić z dziedziny bezpośrednio związanej z nową gospodarką. Najbogatszą firmą na świecie jest wszak Apple, który zarabia na produkcji sprzętu (a więc „po staremu”), a najbogatszym człowiekiem świata – Jeff Bezos – założyciel Amazona, który swoją potęgę buduje na optymalizacji dostaw zakupów internetowych, choć gdyby nie hossa dotcomowa, Amazon nigdy nie mógłby powstać, a użyteczność iPhonów nie zostałaby doceniona.

Jeśli spojrzymy w ten sposób na Bitcoina, to łatwo dojść do przekonania, że bliżej mu do Yahoo! niż Google’a. Choć sam pomysł na powstanie kryptowaluty był przełomowym, to technologia sprzed dekady, sprawia, że w porównaniu do późniejszych kryptowalut bywa uznawany za walutę przestarzałą, która nie spełni pokładanych oczekiwań. Natomiast firmy, które jako pierwsze zdołają skomercjalizować technologię blockchain na dużą skalę, mogą osiągnąć sukces, pod warunkiem jednak, że zaakceptują płatności także w tradycyjnych walutach.

Wszyscy o tym mówią

Już w latach 30. minionego wieku mawiano, że gdy pucybut zapyta jakie akcje ma kupić warto ewakuować się z giełdy. Dekadę temu o inwestycjach giełdowych za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych gawędzono w barach, kolejkach do sklepowej kasy i innych miejscach publicznych. Giełdowa hossa przebiła się do głównych wydań wiadomości telewizyjnych, podobnie jak nocne kolejki społeczne pod oddziałami domów maklerskich przyjmujących zapisy na akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw, a gotówka całymi miliardami napływała do TFI i to w skali miesięcznej.

Czy z Bitcoinem jest podobnie? Dziś dzienniki telewizyjne nie mają już tej samej siły oddziaływania, a bieżących informacji częściej szuka się w Internecie, gdzie faktycznie kolejne rekordy notowań Bitcoina (i jego późniejszy spadek) skwapliwie odnotowywały największe serwisy ogólnotematyczne. Sam byłem świadkiem rozmowy o Bitcoinach w poczekalni dentystycznej, co oczywiście niczego jeszcze nie dowodzi.

Ale już sytuacja, w której firmy porzucają dotychczasowy profil działalności na rzecz bardziej modnego i potencjalnie zyskownego może być takim sygnałem ostrzegawczym. Pod koniec lat 90. wystarczyło ogłosić zamiar stworzenia serwisu internetowego, by kapitalizacja spółki wzrosła o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset procent ( np. Agora i jej projekt Gazeta.pl lub Softbank i projekt Expander.pl). Dziś podobnie wygląda reakcja inwestorów na spółki, które postanowiły na poważnie zająć się blockchainem.

To jest uzasadnione

Problem z bańkami polega na tym, że nawet w ich apogeum zaangażowani w nie inwestorzy na ogół są w stanie używać z pozoru sensownych argumentów uzasadniających wycenę danego aktywa. Dopiero z perspektywy czasu trudno zrozumieć, dlaczego ktoś zapłacił za cebulkę tulipana równowartość domu z ogrodem, albo kupował akcje, gdy ich wycena sięgała kilkuset lat przyszłych zysków czy też metr mieszkania w klasie ekonomicznej za kilkakrotność średniego miesięcznego wynagrodzenia.

Z Bitcoinem sprawa jest jeszcze trudniejsza, ponieważ za jego wycenę odpowiadają czyste siły popytu i podaży, nie ma w nim natomiast wartości fundamentalnej, chyba, że za taką uznać ilość energii elektrycznej i mocy obliczeniowej potrzebnej do jego „wykopania”. Co prawda zwolennicy krytpowalut twierdzą – nie bez racji – że o tradycyjnych walutach można powiedzieć dokładnie to samo, ponieważ ich wartość opiera się tylko na wierze uczestników gospodarki co do swojej wartości, niemniej dolary, euro czy złote są w pełni wymienialne na godziny pracy, usługi, czy towary, zaś Bitcoin to nadal głównie instrument spekulacyjny, a nie waluta. Hasła o zerwaniu z zależnością wartości pieniądza od nieprzemyślanych lub chroniących partykularne interesy decyzji politycznych brzmią kusząco, a nawet logicznie, ale gdy wstaniemy od stołu, liczy się to, czy Bitcoinem można wygodnie zapłacić za codzienne zakupy. Nie wystarczy bowiem, że pieniądz jest ideologicznie czysty, by zyskał powszechną akceptację – musi być jeszcze w pełni wymienialny i – to najważniejsze – stabilny. Świat nigdy nie zaakceptuje pieniądza, którego wartość – w przeliczeniu na towary, usługi i godziny pracy – skacze i spada o kilkadziesiąt procent w kilka tygodni, dni i godzin, nawet jeśli technologia, która za nim stoi, rzeczywiście może zmienić obieg pieniądza w gospodarce.

Emil Szweda dla Michael/Ström Dom Maklerski

Z dużej chmury mały deszcz, czyli protekcjonistyczne pomysły Trumpa

Wojna handlowa postrachem giełd ale nie rynków walutowych. Wzrost awersji na rynkach spowodowany nieobliczalną politykom Trumpa. Wskaźniki nastrojów konsumentów i przedsiębiorców mogą obrać tendencje spadkowe w obawie przed konsekwencjami wprowadzenia ograniczeń w handlu wymierzonych przede wszystkim w Chiny. Na parach złotowych spokój z szansą na odreagowanie przy wsparciu po stronie giełd światowych i ich odbicia z ubiegłotygodniowego dna. Funt brytyjski na fali w efekcie GBP/PLN z szansami nawet na poziom 5,00 w perspektywie kilku tygodni.

 

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 02.02.2017-26.03.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1317 3,5650 3,3136 4,6630
Maksimum 4,2380 3,6550 3,4550 4,8530

 

EUR/PLN

euro 26.03.2018Początek tygodnia nie przynosi póki co większych zmian w wycenie EUR/PLN. Technicznie jednak nadal znajdujemy się w trendzie wzrostowym od poziomu ostatniego minimum czyli 4,1320. Mimo zdecydowanego wzrostu awersji do ryzyka w ostatnich dniach trend osłabiający złotego nieco wyhamował. Poprzedni tydzień wydawało się, że będzie pod znakiem posiedzeń banków centralnych. I owszem był z tym, że zszedł nieco na dalszy plan a gwiazdą tygodnia postanowił być znów prezydent USA. Po raz kolejny zaserwował rynkom niepewność. Zapowiedział kolejną porcję protekcjonizmu, który tym razem został ukierunkowany szczególnie wobec Chin. Szczegółów tak naprawdę jeszcze nie znamy, czego mogłyby dotyczyć ograniczenia w handlu. Niemniej jednak powoli już pojęcie wojny handlowej przybiera na sile. Trudno więc w obecnej chwili szukać czynników za odreagowaniem kursu i powrotem choćby w okolice 4,20. Zarówno podwyżka stóp w USA jak i zmniejszenie apetytu na ryzyko nie zachęcają do zajmowania pozycji w złotówce. Po stronie czynników wewnętrznych a więc gołębiej postawy RPP również raczej mamy do czynienia z czynnikami podażowymi. Wydaje się więc, że aktualny kierunek EUR/PLN to powinna być konsolidacja w rejonie 4,21-4,24.

CHF/PLN

frank 26.03.2018Mimo solidnej wyprzedaży na rynkach akcyjnych w ubiegłym tygodniu i tym samym awersji do ryzyka CHF/PLN utrzymał się w dość wąskim paśmie wahań. Jest to związane przede wszystkim z tym, że coraz odważniejsze pomysły Trumpa z wprowadzeniem nowych ograniczeń w handlu wywołały reakcję przede wszystkim na giełdach. Rynek walutowy te plany przetrawił nieco na chłodno i ucieczki do walut uznawane za bezpieczne nie było. Owszem jen japoński jest na poziomach nie widzianych od końca 2016 roku ale trzeba pamiętać, że jest to związane przede wszystkim z osobą S. Abe. Również sytuacja techniczna na parze EUR/CHF sprzyja ruchom na CHF/PLN. Jesteśmy powyżej 1,17 a więc i kurs CHF/PLN jest w okolicach 3,60. Obecnie testowane jest wsparcie w postaci linii krótkoterminowego trendu wzrostowego. Jeśli uda się pokonać poziom 3,60 i dodatkowo nastąpi odbicie na giełdach światowych to jest szansa na zejście niżej kilka groszy.

USD/PLN

dolar 26.03.2018Bez wątpienia sporo się działo w zeszłym tygodniu na parach walutowych powiązanych z dolarem. Można powiedzieć, że na USD/PLN powoli widzimy symptomy odwrócenia trendu wzrostowego. Stało się tak za sprawą nieco rozczarowującego posiedzenia Fed. Owszem stopy znów w USA poszły w górę ale inwestorzy liczyli na coś więcej. Chodzi o tzw kropki, które mówią o tym ile podwyżek stóp zobaczymy w kolejnych latach. I tzw dot chart pokazały, że w 2018 tempo podwyżek pozostanie niezmienione. To spowodowało wyprzedaż waluty amerykańskiej na szerokim rynku. USD/PLN szybko spadł o 5 groszy i obecnie testuje wsparcie w postaci linii trendu wzrostowego. Wydaje się jednak, że kluczowym wsparciem może być poziom 3,40. Zamieszanie wokół planów wprowadzenia kolejnych ograniczeń w handlu przez Trumpa może skutkować odwrotem inwestorów od amerykańskiej waluty. USD/PLN ma więc szansę na większe odreagowanie. A służy temu scenariuszowi odwrócenie trendu na EUR/USD gdzie jesteśmy blisko 1,24.

GBP/PLN

funt 26.03.2018Zdecydowanie na fali w ostatnich dniach jest funt brytyjski. Tak naprawdę na rynek trafiają same pozytywy dla brytyjskiej waluty co pozwala jej się umacniać na szerokim rynku. Najpierw ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że negocjacje brexitowe przebiegają bardzo dobrze. Wielka Brytania doszła do porozumienia z UE co do okresu przejściowego. Pozostaje kwestia Irlandii ale wydaje się, że w tym momencie ważniejsze było uzyskanie dłuższego terminu dostępu do wspólnego rynku. Również funt dostał wsparcie ze strony Banku Anglii. Posiedzenie nie przyniosło co prawda zmian w polityce monetarnej ale rozkład głosów a mianowicie dwóch członków było za podwyżką stóp znacznie przybliżyło taki ruch już na kolejnym majowym zebraniu. Inwestorzy szybko więc zdyskontowali taki ruch w notowaniach funta. W efekcie GBP/PLN porusza się w dość dynamicznym trendzie wzrostowym, a ruch w samym marcu z 4,67 na maksimum 4,85 musi robić wrażenie. Trzeba też wspomnieć o danych z gospodarki, które również potwierdzają radzenie sobie w trudnym otoczeniu a więc wyjścia ze struktur UE.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Akcje, amerykańskie obligacje, surowce czy waluty – w co inwestować?

Po ostatnich spadkach na giełdach w Stanach Zjednoczonych i Europie wielu inwestorów zadaje sobie pytanie, w co należy dalej inwestować. Wymaga to zastanowienia, ponieważ dotychczasowe trendy mogą nie być już kontynuowane z taką siłą jak dotąd.

– Pozostajemy pozytywnie nastawieni do akcji, ale w pierwszym kwartale należy spodziewać się  podwyższonej zmienności – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bogusz, prezes zarządu Baltic Capital TFI –  Będzie to powodować nagłe ruchy na giełdach. W takim wypadku amerykańskie obligacje mogą być dobrą opcją na ten krótki okres. Ceny surowców są stosunkowo niskie i zsynchronizowany silny wzrost gospodarczy może spowodować, że złoto, srebro czy ropa mogą znowu pójść w górę. Z drugiej strony waluty rynków wschodzących (ang. emerging markets) cały czas są wycenione bardzo nisko. Po ostatnim gwałtownym wzroście (ang. rally) należy jednak spodziewać się korekty w pierwszym kwartale – dodał Bogusz.

Columbus Energy S.A. publikuje wyniki za 2017 r.

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, będąca liderem rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce, zakończyła 2017 r. blisko czterokrotnym wzrostem przychodów na poziomie skonsolidowanym w ujęciu rdr., które przekroczyły 30,6 mln zł. W minionym roku Spółka intensywnie pracowała nad rozwojem struktury oraz umacnianiem swojej marki.

W 2017 r. Columbus Energy S.A. wypracowała prawie 2,59 mln zł zysku na działalności operacyjnej na poziomie skonsolidowanym, a jej przychody sięgnęły 30,66 mln zł. Rok wcześniej wartość przychodów wyniosła 8,39 mln zł, co świadczy o ogromnej dynamice wzrostu zanotowanej w 2017 r. Spółka konsekwentnie realizuje działania prorozwojowe, których celem jest utrzymanie pozycji lidera w branży mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. Emitent wprowadził do swojej oferty panele fotowoltaiczne monokrystaliczne „full black” w standardowej ofercie o podwyższonej mocy, będące zarazem przeskokiem technologicznym na rynku polskim. Columbus Energy S.A. bardzo mocno inwestuje w zasoby ludzkie i dalszy rozwój struktury, dzięki czemu jest w stanie docierać ze swoją ofertą praktycznie do każdego miejsca w Polsce. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia osiągnięte wyniki finansowe w 2017 r. i liczy, że dzięki podejmowanym działaniom rozwojowym będzie w stanie utrzymać wysoką dynamikę wzrostu.

„W 2017 roku realizowaliśmy politykę maksymalizacji dynamiki wzrostu, szczególnie w 4 kwartale praktycznie dwukrotnie zwiększyliśmy zasoby ludzkie. Równolegle ewoluowała nasza oferta. Dzisiaj współpracując z bankami i instytucjami finansowymi jesteśmy w stanie dostarczyć właścicielowi domu czy firmy finansowanie dedykowane z RRSO poniżej 4,5% na stałej stopie procentowej. W połączeniu z technologią najwyższej jakości standard, jaki oferujemy, jest o kilka kroków przed rynkiem. Ta technologia nigdy nie była tak dostępna jak teraz. 30 mln zł przychodów to dużo, jednak nasze ambicje sięgają zdecydowanie dalej, a koniunktura, popyt, taniejące technologie i fantastyczny zespół, jaki zbudowaliśmy, daje nam wiarę w to, że nasze cele będą się spokojnie realizować. To, co cieszy najbardziej, to to, że jesteśmy prekursorami większości innowacji produktowo-usługowych w Polsce, nawet korporacje energetyczne nas naśladują.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu spółki Columbus Energy S.A.

Rozwój Columbus Energy S.A. z pewnością nie byłby tak szybki, gdyby nie obecność na rynku publicznym. Spółka przeprowadziła w 2017 r. 4 emisje obligacji, pozyskując z nich łącznie ponad 11 mln zł. Środki te zostały przeznaczone na realizację montaży instalacji fotowoltaicznych. Wszystkie serie wyemitowanych obligacji zostały już wprowadzone do obrotu na rynku Catalyst.

Z kolei pod koniec 2017 r. Emitent złożył do Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego sporządzonego w związku z ofertą publiczną dopuszczenia papierów wartościowych do obrotu na rynku regulowanym GPW. Przeniesienie notowań akcji na rynek główny GPW stanowi jeden z głównych celów strategicznych Spółki i powinno przyczynić się do jej dalszego wzrostu oraz zwiększenia zainteresowania nią wśród inwestorów instytucjonalnych.

„Rynek kapitałowy ma swoje zalety. Pozyskanie ponad 11 mln zł z emisji obligacji było kluczowe w życiu naszej organizacji. Mieliśmy możliwość wykorzystania tych środków na sfinansowanie programu abonamentowego, czyli montaży na dachach naszych klientów instalacji w czasie, kiedy negocjowaliśmy z bankami umowy finansowania naszych klientów. Dzisiaj banki i instytucje finansowe zostały przez nas przekonane, że warto dać tanie finansowanie na niskim ryzyku prosumentom. Wykonaliśmy tytaniczna pracę w tamtym czasie i widać już tego efekty. Zeszły rok przyniósł też postawienie pierwszego kroku w złożonej inwestorom obietnicy, tj. rozpoczęcia procesu przeniesienia notowań na rynek regulowany GPW. Jesteśmy w trakcie procesowania prospektu w Komisji Nadzoru Finansowego i liczymy na to, że w najbliższych miesiącach proces ten zakończy się sukcesem. Dzięki temu wizerunek naszej firmy będzie mocniejszy, kojarzony z dużymi firmami, a docelowo chcemy, aby marka Columbus Energy była marką z segmentu energetyki, odnawialnej, ale jednak energetyki.” – podsumowuje Prezes Zieliński.

W marcu br. Spółka wprowadziła do swojej oferty kolejne innowacje – Abonament Elastyczny. Nowe rozwiązanie pozwoli klientom indywidualnym oraz biznesowym na dopasowywanie instalacji do własnych potrzeb przy zachowaniu bardzo atrakcyjnego finansowania.

W 2017 roku w trosce o zdrowie konsumentów zmodyfikowano skład ponad 33,5 tys. produktów spożywczych

Od 1980 roku liczba osób zmagających się z otyłością podwoiła się, a jednocześnie wciąż dwa miliardy ludzi na świecie cierpi z powodu niedożywienia. Kwestia zdrowia, którego niezbędnym elementem jest odpowiednie odżywianie, staje się coraz ważniejsza dla producentów żywności i sieci handlowych. Najwięksi na świecie producenci i sieci handlowe skupione są w The Consumer Goods Forum, organizacji promującej działania prozdrowotne. Jak wynika z najnowszej edycji raportu „Health & Wellness Progress Report”, przygotowanego przez tę organizację przy współpracy z firmą doradczą Deloitte, w ubiegłym roku na świecie zmieniono skład 33,7 tys. produktów, tak aby miały bardziej pozytywny wpływ na zdrowie klientów.

Liczba organizacji zrzeszonych w The Consumer Goods Forum wynosi obecnie 83, z czego 15 wstąpiło do niej w ostatnim roku. Ich łączne przychody wynoszą 3,1 biliona dolarów, a liczba pracowników 6,8 mln osób. Wśród organizacji, które są członkami Forum znajdują się, m.in.: Carrefour, Coca-Cola, Danone, Ferrero, Heineken, Henkel, Jeronimo Martins, Johnson-Johnson, L’Oreal, Nestle, P&G, PepsiCo, Unilever, Tesco czy Walmart.

Naprzeciw oczekiwaniom konsumentów

– Prawie połowa firm, które należą do The Consumer Goods Forum to producenci żywności i napojów. Z kolei sieci handlowe stanowią 39 proc. członków tej inicjatywy. Z roku na rok zwiększa się grono firm, które rozumieją, że zdrowie i dobre samopoczucie ich klientów to jeden z czynników, który będzie decydował o przewadze konkurencyjnej – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte. Jest to tym ważniejsze, że świadomość konsumentów rośnie. Wśród nich z jednej strony mamy coraz większą grupę starszych osób cierpiących na choroby cywilizacyjne, z drugiej strony dominujący głos na rynku zaczyna należeć do milenialsów, których wymagania wobec sprzedawców i producentów są znacznie większe niż wcześniejszych pokoleń – dodaje.

Społeczna odpowiedzialność

Działalność The Consumer Goods Forum ma duży oddźwięk społeczny. Aż 58 proc. firm członkowskich bierze udział w akcjach, które mają na celu zwalczanie głodu. W ciągu ostatniego roku przekazały one potrzebującym 77 ton żywności i 180 mln posiłków.

Z danych wynika, że w ubiegłym roku w programach prozdrowotnych, zainicjowanych przez członków Forum na całym świecie uczestniczyło ponad 527 tys. szkół, czyli 37 proc. więcej niż rok wcześniej. Aż 85 proc. firm działających w CGF przyznało, że w aktywnościach tych wspierają je społeczni partnerzy (rok wcześniej 72 proc.).

The Consumer Goods Forum działa nie tylko na rzecz konsumentów, ale również pracowników firm przystępujących do inicjatywy. Jedno ze zobowiązań dotyczy bowiem uruchomiania programów prozdrowotnych dla zatrudnionych w nich osób. W 2017 uczestniczyło w nich 1,6 mln pracowników, o 23 proc. więcej niż rok wcześniej.

Realne działania

Jak wynika z raportu w ubiegłym roku producenci żywności zmienili skład 33,7 tys. produktów, tak, aby były one zdrowsze i bardziej wartościowe. Aż 88 proc. firm ma w swojej ofercie produkty, których skład został zmodyfikowany z myślą o zdrowiu konsumentów. Z kolei połowa członków CGF przeformułowała składy swoich produktów z myślą o mieszkańcach niektórych regionów, w których działa. W przypadku żywności zmiany składu dotyczyły przede wszystkim redukcji ilości soli i cukru. Zadeklarowało je odpowiednio 75 i 68 proc. firm. Połowa producentów zdecydowała się na zmniejszenie ilości tłuszczów w swoich produktach, w tym szczególne tłuszczów nasyconych i trans.

W kategorii kosmetyków i produktów higieny osobistej 13 firm zmieniło skład prawie 100 produktów. Eliminowano głównie szkodliwe parabeny i mikrogranulki.

Coraz szerszy zasięg

Uczestnicy The Consumer Goods Forum co roku podpisują zobowiązania oraz rezolucje, które są związane z ideami przyświecającymi jego powstaniu. Pierwsza z rezolucji dotyczy oferowania klientom szerokiej gamy produktów wspierających zdrowy styl życia. Aż 97 proc. firm zadeklarowało, że wdrożyło programy, które wspierają takie działania. Kolejna rezolucja dotyczy udzielania klientom przejrzystych i transparentnych, a także opartych na faktach informacji handlowych, a także odpowiedzialnego marketingu. Aż 97 proc. firm aktywizowało programy, mające na celu wprowadzenie w życie tej rezolucji. Aż 94 proc. uważa, że wprowadzone przez nich zmiany wykraczają poza lokalne prawo na rynkach, na których działają.

Trzecia z rezolucji dotyczy komunikacji z klientami i edukacji na temat diet i zdrowego stylu życia.

Aż 92 proc. firm członkowskich w ankietach zadeklarowało, że działa zgodnie z tą rezolucją. Jest to ogromna poprawa w ciągu ostatnich dwóch lat. Po raz kolejny w zdecydowanej większości przypadków (85 proc.), społeczeństwo ma dostęp do polityk korporacyjnych dotyczących tych programów, nie tylko za pośrednictwem tradycyjnych kanałów, ale także poprzez dobrowolne publikowanie ich na stronach internetowych czy przedstawienie raportów dotyczących społecznej odpowiedzialności biznesu.

Reklamy tak, ale nie skierowane do dzieci

Zrzeszone w The Consumer Goods Forum firmy zobowiązały się również, że zostaną ujednolicone zasady etykietowania produktów i informacji dla klientów. Już 37 proc. firm wdrożyło w tym celu odpowiednie procedury i procesy, a 20 proc. chce tego dokonać w ciągu najbliższego roku.

Podobnie jak rok temu jedno z zobowiązań dotyczyło zaprzestania reklamowania produktów uznawanych za niezdrowe wśród dzieci i młodzieży poniżej 12. roku życia. Aż 58 firm ogłosiło, że zaprzestało tego typu praktyk. W ubiegłym roku taką deklarację złożyło 51 proc. członków CGF. Jednocześnie połowa firm, które proces ten mają jeszcze przed sobą, przyznała, że nie wiedzą od czego zacząć. – Obszary, na które stawia The Consumer Goods Forum, takie jak: reformulacja produktów, transparentna komunikacja na temat składu żywności, zaprzestanie reklamowania produktów uznawanych za niezdrowe wśród dzieci, czy w końcu komunikacja i edukacja na temat diet i zdrowego stylu życia, leżą u podstaw odpowiedzialności tego sektora i to te obszary powinny być drogowskazem przy wyborze strategicznych priorytetów w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu. Firmy powinny też dzielić się z rynkiem najlepszymi praktykami z tych obszarów, a tym samym inspirować inne firmy. To z korzyścią nie tylko dla konsumentów, ale też całego środowiska biznesowego – mówi Irena Pichola, Partner, Lider Sustainability Consulting w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte. – Aktywność takich organizacji jak The Consumer Goods Forum to także wywieranie presji na wszystkich uczestników rynku, którzy wcześniej czy później będą musieli grać według tych samych zasad, co firmy, które uważają, że społeczna odpowiedzialność biznesu to nie tylko slogan, ale szansa na realny wpływ na dalszy rozwój ludzkości – dodaje.

Prawie 50 proc. Polaków nie wyobraża sobie poranka bez kawy. Dla co trzeciego ważne są codzienne rytuały z tym związane

Prawie 50 proc. Polaków nie wyobraża sobie poranka bez kawy. Dla co trzeciego ważne są codzienne rytuały z tym związane 9

Dla 43 proc. Polaków kawa jest nieodłącznym elementem poranka. Większość najchętniej pije ją z mlekiem, a 83 proc. konsumentów ma swój ulubiony kubek lub filiżankę, w której lubić pić poranną kawę. Średnio co trzeci ma też swoje rytuały związane z poranną kawą – wynika z badań konsumenckich przeprowadzonych przez SW Research Agencja Badań Rynku i Opinii na zlecenie marki Nespresso Polska.

– Polacy zdecydowanie preferują kawy mleczne. Lubimy duże kawy – czarna czy z mlekiem, chcemy mieć dużo kawy w filiżance czy kubku. Polacy zwracają również uwagę na smak – ważne jest dla nich, żeby kawa nie była zbyt kwaskowata, żeby miała dużo aromatów i była dosyć intensywna – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Oleksak, coffee ambassador Nespresso.

Jak wynika z badań konsumenckich przeprowadzonych na zlecenie marki wśród konsumentów pijących kawę, 39 proc. preferuje kawę sypaną, natomiast 14 proc. przygotowuje ją w ekspresie ciśnieniowym. Na trzecim miejscu ex aequo (po 11 proc.) znalazł się ekspres przelewowy i kawiarka, a na piątym – kawa porcjowana (kapsułki), którą przygotowuje 8 proc. badanych. Raport pokazuje też, że wiele osób (47 proc. Polaków) najchętniej pije kawę z mlekiem, a 38 proc. preferuje mocny czarny napar bez dodatków.

– Bardzo wielu Polaków deklaruje, że nie wyobraża sobie poranka bez określonej ilości kawy. To jest element pewnego porannego trybu funkcjonowania. Nieco mniejsza część – 34 proc. Polaków – deklaruje, że ma z tym związane określone rytuały. Wiele osób czerpie przyjemność z samego przygotowywania kawy, nieco mniej ceni również moment konsumpcji kawy z najbliższymi – mówi dr Tomasz Kozłowski, socjolog, kierownik Katedry Edukacji i Nowych Mediów w Collegium Da Vinci w Poznaniu.

Z badań zleconych przez Nespresso Polska wynika, że dla 43 proc. Polaków kawa jest nieodłącznym elementem poranka. Liczy się nie tylko, co pijemy, lecz także jak i z kim. 83 proc. konsumentów ma swój ulubiony kubek lub filiżankę, w której lubić pić poranną kawę. Dwie trzecie twierdzi, że dzięki temu doznania są przyjemniejsze. Średnio co trzeci ma też swoje rytuały związane z poranną kawą, na przykład parzy ją w określony sposób albo wykorzystuje tę chwilę na krótki odpoczynek i wyciszenie.

– W Polakach z pewnością istnieje potencjał do tego, żeby takie zwyczaje kawowe się upowszechniały i pogłębiały. Istnieje wiele przykładów konsumenckich rewolucji, przez które Polacy przeszli i które dają im ogromną przyjemność. Myślę, że kawa ma wszelkie predyspozycje, żeby stać się takim kolejnym rynkowym obszarem – mówi dr Tomasz Kozłowski.

Socjolog zwraca też uwagę na to, że 50 proc. Polaków deklaruje, że pije kawę w samotności – zarówno o poranku, jak i później, w pracy.

– To oznacza, że nie upowszechniła się jeszcze do końca kultura picia kawy wspólnie – mówi dr Tomasz Kozłowski.

Polacy najbardziej doceniają w dobrej kawie przede wszystkim smak (61 proc.) i odpowiedni aromat (37 proc.), ale 8 proc. konsumentów wskazuje też na jej pobudzające właściwości. Jak wskazuje Anna Oleksak, coffee ambassador marki Nespresso, kawę można dobrać nie tylko pod kątem preferencji smakowych, lecz także samopoczucia czy stylu życia.

– Dla tych, którzy wybierają espresso, zwykle to jest moment, w którym mogą się zatrzymać, pomyśleć przez pięć minut, a potem biegną dalej do swoich spraw. Ci, którzy mają więcej czasu, wybierają kawę lungo albo americano, przy której mogą przejrzeć poranną prasę. W weekend może nas rozpieścić cappuccino, z którym można posiedzieć na kanapie. Naprawdę warto próbować różnych kaw, w różnej formie, bo dzięki temu można zbudować swoje rytuały, które sprawią, że miło zaczniemy dzień – mówi Anna Oleksak.

Marka Nespresso Polska wystartowała w tym tygodniu z kampanią dostosowaną do polskiego mlecznego rynku.

– W pierwszym tygodniu marca rozpoczeliśmy kampanię „ Awaken your Senses – A Ty, jak lubisz spędzać poranki?”. Nespresso do tej pory kojarzone głównie z ciemną i mocną kawą, espresso bądź ristretto, z nową kampanią wychodzi naprzeciw oczekiwanion polskich konsumentów. Polska jest rynkiem mlecznym, dlatego marka Nespresso w ramach kampanii proponuje takie rozwiązania, które pozwolą otrzymać ten perfekcyjny kubek kawy z mlekiem. Latissima Ona, nasz nowy ekspres, pozwala za jednym dotknięciem przycisku otrzymać kawę z dokładnie taką ilością mleka, jakiej oczekujemy. A selektywnie dobrane zestawy kaw w ramach kampanii Awaken Your Senses pozwalają otrzymać najlepsze połączenia mleczne – mówi Hala Halabi, senior brand manager Nespresso Polska.

Polska ma jedne z najsurowszych przepisów dotyczące stref czystego transportu. Na takie restrykcje nie zdecydowały się największe europejskie miasta

Polska ma jedne z najsurowszych przepisów dotyczące stref czystego transportu. Na takie restrykcje nie zdecydowały się największe europejskie miasta 10

Przyjęta w styczniu ustawa o elektromobilności nie uwzględnia coraz popularniejszych na polskim rynku samochodów hybrydowych. Wyklucza też wstęp do stref czystego transportu dla hybryd typu plug-in, w których napęd można przełączyć na tryb elektryczny. Tak restrykcyjnych przepisów nie wprowadził wcześniej żaden kraj w Europie. W największych europejskich metropoliach jak Berlin czy Londyn wjazd do ekostref był początkowo dozwolony dla pojazdów niskoemisyjnych, a kryteria zaostrzano stopniowo.

– Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych zaproponowała strefy czystego transportu, które są jednymi z najbardziej restrykcyjnych na świecie. Do tych stref mają prawo wjazdu wyłącznie pojazdy czysto elektryczne napędzane wodorem oraz pojazdy napędzane CNG. Nie mają natomiast możliwości wjazdu pojazdy typu hybrydy plug-in, czyli takie, które można przełączyć na zeroemisyjny tryb. Jest wielką zagadką, dlaczego te pojazdy nie mogą wjeżdżać do stref, tak jak ma to miejsce wszędzie w Europie – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Tak restrykcyjnych zapisów, które zabraniałyby PHEV-om (plug-in hybrid electric vehicle) wjazdu do ekostref nie ma w innych europejskich państwach, w których jest łącznie ponad dwieście takich specjalnych, wydzielonych obszarów.

 Między innymi właśnie po to koncerny motoryzacyjne stworzyły kategorię samochodów typu hybrydy plug-in, by w obrębie miasta poruszać się na silniku elektrycznym, natomiast pomiędzy aglomeracjami, gdy zasięg samochodu elektrycznego jest niewystarczający, wspomagać się silnikiem z napędem konwencjonalnym. Mamy coraz większe zasięgi PHEV-ów obecnie to jest około 30–50 km, lecz są już producenci, którzy deklarują, że auta te mogą być wyposażone w baterie pozwalające na przejechanie nawet 150 km. To oznacza, że w trakcie codziennego użytkowania pojazdu można jeździć tylko i wyłącznie na silniku elektrycznym, czyli zeroemisyjnym. Tym samym powinny one być dopuszczone do wjazdu do stref czystego transportu – ocenia Maciej Mazur.

W innych krajach Europy tak restrykcyjne przepisy były wprowadzane etapami, z uwzględnieniem okresów przejściowych. Przykładem są ekostrefy w Berlinie czy Londynie, gdzie początkowo dopuszczone do ruchu były pojazdy niskoemisyjne, a kryteria zaostrzano stopniowo. Londyńska strefa dopiero od przyszłego roku będzie dostępna wyłącznie dla aut z napędem zeroemisyjnym.

– Musimy się pogodzić z tym, co jeździ po naszych drogach – nie są to niestety samochody zeroemisyjne, a głównie wysokoemisyjne. Stąd strefy powinny dopuszczać niską emisję: hybrydy klasyczne, hybrydy typu plug-in czy nawet samochody spełniające normę EURO 4, 5 lub 6, a następnie docelowo za 10–15 lat dopuścili w tych strefach wyłącznie samochody elektryczne – uważa Maciej Mazur.

Dyrektor PSPA dodaje, że ustawa o elektromobilności w ogóle nie uwzględnia samochodów hybrydowych, których na polskim rynku jest najwięcej. Hybrydy łączą dwa typy napędu – elektryczny i konwencjonalny. Pozwala to na osiągnięcie dużo większych zasięgów, ponieważ główną bolączką rynku elektromobilności jest nadal ograniczony dystans, jaki można przejechać na jednym ładowaniu.

– Producenci najpierw wprowadzili hybrydy klasyczne, a następnie pojazdy hybrydowe, które można doładować ze źródła zewnętrznego – są to hybrydy typu plug-in. Stanowią one odpowiedź na ograniczone zasięgi, które cały czas są jedną z największych barier rozwoju  elektromobilności. Aczkolwiek to już zaczyna się zmieniać, bo kolejni producenci deklarują, że w najbliższych miesiącach wprowadzą do obrotu pojazdy, które będą mogły przejechać 300–400 km na jednym naładowaniu. Pozwoli to zrównać je z zasięgami pojazdów z napędem konwencjonalnym. Musimy jednak dochodzić do tego etapami, a hybrydy są ważnym etapem w drodze do zeroemisyjności – mówi Maciej Mazur.

Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych zakłada, że kierowcy, którzy zdecydują się na zakup auta o napędzie elektrycznym lub wodorowym, nie będą musieli płacić akcyzy ani uiszczać opłat za parkowanie w płatnych strefach. Będą za to mogli korzystać z uprzywilejowanych buspasów.

Z kolei przedsiębiorcy zyskają możliwość większego odpisu amortyzacyjnego. Do końca 2020 roku w całej Polsce ma powstać również sieć 6,4 tys. punktów ładowania energią elektryczną (400 szybkich ładowarek i 6 tys. o normalnej mocy). Obecnie udział elektryków i hybryd typu plug-in w polskim rynku wciąż jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc. W 2017 roku zarejestrowano niespełna tysiąc pojazdów elektrycznych.

Ponad 150 tys. Polaków zapada co roku na nowotwory. Wciąż brakuje jednak kompleksowej opieki onkologicznej

Ponad 150 tys. Polaków zapada co roku na nowotwory. Wciąż brakuje jednak kompleksowej opieki onkologicznej 11

Warunkiem skutecznej walki z nowotworami jest nie tylko dostęp do nowoczesnych terapii, lecz także objęcie pacjentów skoordynowaną opieką wielu specjalistów ściśle ze sobą współpracujących. Kompleksowa opieka onkologiczna zakłada także dostęp do pełnego zakresu usług terapeutycznych, diagnostycznych i rehabilitacyjnych w jednej placówce leczniczej. Brak takiej opieki nad pacjentem onkologicznym skutkuje mniejszą efektywnością leczenia i niepotrzebnymi kosztami dla budżetu państwa – podkreślali eksperci podczas VII Forum Pacjentów Onkologicznych.

Zachorowalność na nowotwory złośliwe stale rośnie. W Polsce co roku choroby te diagnozowane są u ponad 150 tys. pacjentów. Kobiety najczęściej dotyka rak piersi, jelita grubego lub płuca, w przypadku mężczyzn nowotwór atakuje przede wszystkim płuca i gruczoł krokowy. Jednocześnie nowotwory złośliwe stanowią drugą przyczynę zgonów w Polsce. Rocznie z ich powodu umiera blisko 100 tys. osób. Dzięki postępowi medycyny choroba onkologiczna coraz częściej staje się chorobą przewlekłą, chorzy żyją wiele lat i są w stanie prowadzić w miarę normalne życie. Polscy pacjenci borykają się jednak z wieloma problemami instytucjonalnymi, które zmniejszają ich szanse na skuteczną walkę z chorobą, m.in. brakiem kompleksowej opieki medycznej.

 Dla pacjenta taka opieka to gwarancja bezpieczeństwa w systemie opieki zdrowotnej. Dziś pacjent czuje się zaniepokojony, bo nie wie, gdzie trafi, z kim się skontaktować, a taka kompleksowa opieka to prowadzenie pacjenta za rękę i skupienie systemu opieki wokół pacjenta i jego potrzeb, a nie potrzeb danej jednostki organizacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Adam Maciejczyk, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu, prezes Ogólnopolskiego Zrzeszenia Publicznych Centrów i Instytutów Onkologicznych.

Brak kompleksowej opieki medycznej to także niepotrzebne koszty dla budżetu państwa. Obecnie wśród najpoważniejszych problemów polskiej onkologii, obok zbyt wysokich cen leków i braków kadrowych, wymienia się m.in.: multiplikowanie świadczeń, nieodpowiednie leczenie powodujące wzrost powikłań lub przedwczesne zgony. Koszty generują również renty i zasiłki dla osób, które po błędnie zastosowanym leczeniu nie mogą wrócić do normalnego życia zawodowego. Choroby nowotworowe wymagają złożonego, wielospecjalizacyjnego podejścia, dlatego skoordynowana opieka onkologiczna powinna obejmować szereg działań, od edukacji zdrowotnej począwszy.

Tego obecnie oczekują pacjenci, opieki kompleksowej, koordynowanej, czyli prowadzenia, poczynając od diagnostyki, poprzez leczenie oraz włączenie od razu na etapie diagnozy rehabilitacji, czyli wsparcia psychologicznego i żywieniowego, przywrócenia do aktywności – mówi Beata Ambroziewicz, członek zarządu Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.

Podstawą objęcia pacjentów kompleksową opieką onkologiczną jest wielodyscyplinarny zespół, w którego skład wchodziliby nie tylko onkolodzy, lecz także specjaliści z innych dziedzin. Lekarze ci przekazywaliby sobie pacjenta na różnych etapach leczenia, a ich pracę koordynowałby lekarz prowadzący chorego. W jednej placówce pacjent mógłby zostać tym samym objęty zarówno opieką diagnostyczną, jak i późniejszą radioterapią, chemioterapią oraz rehabilitacją po zakończeniu leczenia. Zdaniem ekspertów drogą do zbudowania systemu koordynowanej opieki onkologicznej jest powstanie Narodowego Instytutu Onkologii zapowiedziane przez premiera Mateusza Morawieckiego.

– To ma być pomysł na zintegrowanie całego środowiska onkologicznego, odpowiedź na potrzeby pacjentów – takiej opieki, która nie tylko pozwoli wcześniej wdrożyć nowe formy leczenia, lecz także sprawdzić efektywność tych innowacyjnych terapii. Zdecydowanie poprawi wyniki leczenia – mówi prof. Adam Maciejczyk.

W terapii chorób nowotworowych niezwykle ważne jest psychologiczne wsparcie pacjenta. Jak dotąd zapewniają to jedynie organizacje pozarządowe, takie jak Fundacja Black Butterflies założona blisko 2 lata temu przez Ewę Minge. Fundacja prowadzi Dom Życia w Zielonej Górze, w którym pomoc znajdą osoby borykające się ze śmiertelnymi chorobami oraz członkowie ich rodzin. Placówka, mająca dziś pod opieką kilkudziesięciu pacjentów, oferuje wsparcie psychologów, onkologów dietetyków, a nawet prawników. Podopieczni mogą też uczestniczyć w różnego rodzaju aktywnościach artystycznych i sportowych.

Mamy np. grupę fotografii, malarstwa, decoupage’u, sztucznej biżuterii, projektowania mody i szycia kolekcji. Możemy się nauczyć języka niemieckiego czy angielskiego, tańca brzucha. Mamy zajęcia pilatesu, swój własny gabinet kosmetyczny. Poprzez art terapię i inne aktywności umysłowe i fizyczne często poprawia się jakość życia i często ludzie wychodzą z tej choroby – mówi Ewa Minge.

Jak podkreśla, wspieranie pacjentów w powrocie do normalnego życia jest dużo łatwiejsze przy współpracy wielu instytucji.

Warto być w Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych z kilku powodów. Pierwszym jest to, że wymieniając swoje doświadczenia, możemy się bardzo dużo dowiedzieć. To absolutna wszechnica wiedzy. Z drugiej strony mamy ogromne wsparcie pod każdym względem. Samodzielnie możemy mniej. W koalicji widzimy, że nie jesteśmy odosobnieni. Im więcej nas, tym lepiej – dodaje Ewa Minge.

Kompleksowa opieka onkologiczna powinna obejmować ponadto dostęp do nowoczesnych terapii oraz technik chirurgicznych. Innowacyjne leczenie opiera się przede wszystkim na immunoterapii, a więc pobudzaniu organizmu pacjenta do walki z chorobą. Ostatnie lata przyniosły przełom w leczeniu wielu nowotworów złośliwych, m.in. jelita grubego i czerniaka, nowoczesne terapie są w stanie znacznie przedłużyć życie, dając możliwość doczekania pojawienia się kolejnych, jeszcze skuteczniejszych metod terapeutycznych. Znaczna część tych terapii nie jest jednak dostępna dla polskich chorych.

– Oczy pacjentów zwrócone są w kierunku raka płuca, a także nowotworów piersi, nowotworów hematoonkologicznych. Bardzo trudna jest sytuacja chorych ze szpiczakiem i przewlekłą białaczką limfocytową, którzy oczekują na sekwencyjne leczenie, czyli umożliwiające przedłużenie życia w dobrym stanie pacjenta, którego nie da się wyleczyć, ale który może żyć z nowotworem normalnie – mówi Beata Ambroziewicz.

Kompleksowa opieka onkologiczna była wiodącym tematem VII Forum Pacjentów Onkologicznych, które odbyło się 21 marca w Warszawie. Spotkanie rozpoczęła debata z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia oraz Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP. Podczas tegorocznego forum po raz trzeci wręczono nagrody Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych „Jaskółki Nadziei”, przyznawane za wsparcie, niesienie nadziei oraz tworzenie dobrych wzorów i praktyk w polskiej onkologii.

Polska ma szansę stać się transportowym centrum Europy. Umożliwi to współpraca z największym chińskim prywatnym operatorem logistycznym

Polska ma szansę stać się transportowym centrum Europy. Umożliwi to współpraca z największym chińskim prywatnym operatorem logistycznym 12

Średni obrót handlowy krajów Unii Europejskiej i Chin przekracza miliard euro dziennie. Polski udział w tej wymianie może być jeszcze większy nie tylko ze względu na rosnącą wymianę towarową, lecz także za sprawą planowanego hubu logistycznego w naszym kraju. Ten potencjał dostrzegł największy chiński prywatny operator logistyczny Worldwide Logistics Group, który we współpracy z gdyńską spółką ATC Cargo podjął decyzję o rozpoczęciu ekspansji w Europie. Dzięki kooperacji ma powstać liczący się gracz na europejskim rynku logistycznym. Dla Polski jest to duża szansa, zwłaszcza w kontekście projektu Nowego Jedwabnego Szlaku.

Worldwide Logistics Group (WWL) to największy operator prywatny w Chinach, jeden z dwudziestu największych na świecie. Od lutego znalazł się w gronie akcjonariuszy ATC Cargo. To nie jest prosta inwestycja kapitałowa, bo jest to inwestor branżowy, natomiast związane są z tym pewne wspólne plany rozwoju grupy WWL. My będziemy odpowiedzialni za rozwój grupy w innych krajach Europy. To tutaj będzie centrum decyzyjne, tutaj będziemy układać procesy. Naszą domeną w ramach grupy pozostanie rynek europejski – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Jadeszko, prezes zarządu ATC Cargo.

ATC Cargo, największy polski kontenerowy operator logistyczny, od lat współpracuje z WWL. Teraz współpraca nabierze tempa. W lutym chińska spółka odkupiła od TFI PZU pakiet 7,54 proc. akcji polskiej firmy. Docelowo kooperacja ma sprawić, że powstanie silny gracz nie tylko na rynku europejskim, lecz także jeden z czołowej dziesiątki na świecie.

– W ramach współpracy z ATC Cargo chcemy zapewnić naszym klientom kompleksową obsługę logistyczno-transportową. Będzie ona obejmowała nie tylko połączenia między Polską a Chinami, lecz także usługi, które możemy świadczyć na całym świecie – wskazuje Jacky Lim, prezes zarządu Worldwide Logistics Group.

Współpraca wpisuje się w inicjatywę wskrzeszenia historycznego Szlaku Jedwabnego jako sieci kolejowo-drogowej. Polska, nie tylko ze względu na położenie geopolityczne, została wybrana na centrum operacyjne ekspansji Grupy w Europie.

Polska będzie jednym z najważniejszych w Europie centrów naszej działalności. Stąd będziemy chcieli świadczyć usługi w całej Europie i na całym świecie. Infrastruktura w Europie, zwłaszcza portowa, jest bardzo dobrze rozwinięta, a to pozwoli na znaczne obniżenie kosztów obsługi, co w rezultacie przyczyni się do dalszego rozwoju transportu morskiego – tłumaczy Jacky Lim.

Artur Jadeszko podkreśla, że Polska ma szansę stać się nie tylko krajem tranzytowym, lecz także centrum dystrybucji i budowania dalszych relacji handlowych na terenie Unii Europejskiej.

– Polska jest na całym szlaku jednym z najważniejszych ogniw z tego względu, że na granicy zmienia się podwozia pociągów. Z portu w Gdańsku będą trafiały kontenery z produktami do krajów w Europie Północnej, a także do wszystkich krajów graniczących z Polską – podkreśla Jacky Lim.

Dla ATC Cargo współpraca z chińską spółką oznacza dużą szansę na rozwój. Polski rynek logistyczny jest bardzo rozdrobniony, a dzięki kooperacji z WWL polska firma może zwiększyć swój udział na rynku. Łatwiej będzie jej też wyjść na rynki zagraniczne. Artur Jadeszko podkreśla, że dotychczas nie istniał polski sieciowy operator logistyczny, obecny w portach i centrach logistycznych w krajach Europy Zachodzie. Alians z WWL Group ma szansę to zmienić.

Projekt jest też szansą dla całej gospodarki, zwłaszcza w kontekście Nowego Jedwabnego Szlaku.

 Nowy Jedwabny Szlak jest przede wszystkim olbrzymim projektem infrastrukturalnym. Nie możemy się koncentrować i patrzeć na to zagadnienie tylko przez pryzmat aktualnych połączeń kolejowych z Chin do Europy. To jest projekt rozpisany na dziesięciolecia, konsekwentnie realizowany dopiero od 2013 roku i tutaj Polska może być jego olbrzymim beneficjentem z uwagi na położenie geograficzne – ocenia prezes ATC Cargo.

Chiny to najważniejszy partner handlowy dla Unii Europejskiej. Eurostat szacuje, że średni obrót handlowy Państwa Środka ze Starym Kontynentem przekracza miliard euro dziennie. W latach 2006–2016 eksport do Chin wzrósł niemal trzykrotnie, import zaś o 76 proc. Dla porównania udział Stanów Zjednoczonych w przywozie towarów do UE-28 był o prawie 6 pkt proc. niższy od udziału Chin.

– Na przestrzeni ostatnich lat szczególnie rośnie eksport do Państwa Środka. Chiny otwierają się coraz mocniej na produkty pochodzące z Zachodu. Jest to olbrzymie pole do popisu, rynek jest niemalże nie do oszacowania dla europejskich producentów, a my podążamy jako logistycy tym śladem – mówi Artur Jadeszko.

W 2017 roku, jak wynika z danych Głównego Urzędu Celnego ChRL, wymiana gospodarcza Polski i Chin przekroczyła 21 mld dol. Dominuje import z Chin (ok. 18 mld dol.), ale wzrósł też polski eksport – do poziomu 3,3 mld dol., co jest najwyższym wynikiem w historii. Wysoka jest również procentowa dynamika wzrostów, osiągająca rok do roku wartości dwucyfrowe.

– Kiedyś mówiliśmy o przewadze chińskiego eksportu do Europy Zachodniej, ale od kilku lat ta tendencja zaczyna się odwracać – coraz więcej produktów z Europy trafia do Chin. Są to zwłaszcza produkty żywnościowe oraz produkty z segmentu luksusowego. Z Polski sprowadzamy bardzo dużo żywności, w tym jabłka i mięso – podsumowuje prezes Worldwide Logistics Group Jacky Lim.

Internet rzeczy i sztuczna inteligencja mogą napędzić polską gospodarkę. Konieczne odpowiednie zachęty dla inwestycji

Internet rzeczy i sztuczna inteligencja mogą napędzić polską gospodarkę. Konieczne odpowiednie zachęty dla inwestycji 13

Rozwój technologii internetu rzeczy czy sztucznej inteligencji będzie mieć fundamentalne znaczenie dla gospodarki Polski w najbliższym czasie – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego. Polskie firmy – ze względu na wykwalifikowane kadry – mają duży potencjał, by odegrać istotną rolę w rewolucji technologicznej, ale konieczne do tego jest wsparcie państwa. Rząd, samorządy czy spółki Skarbu Państwa powinny kreować popyt na rozwiązania IoT i AI poprzez zamówienia publiczne oraz różnego rodzaju zachęty dla inwestycji.

Rozwój technologii internetu rzeczy czy sztucznej inteligencji będzie mieć fundamentalne znaczenie dla gospodarki Polski w najbliższym okresie. Wiele gospodarek europejskich, amerykańskich czy Bliskiego i Dalekiego Wschodu bazuje na tych technologiach i dzięki nim zdobywa przewagę konkurencyjną. Polska – jeżeli nie chce zostać w tyle – też musi inwestować w te technologie. Mówię o inwestycjach w zasoby ludzkie, czyli ludzi, którzy je rozumieją, potrafią budować i rozwijać, a także w firmy, które potrafią z dobrodziejstw tych technologii korzystać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Aleksander Poniewierski, współautor raportu, partner, Globalny Lider Sektora IoT w EY, który jest partnerem raportu.

Raport „Internet of Things (IoT) i Artificial Intelligence (AI) w Polsce. Jak wykorzystać rewolucję technologiczną Internetu Rzeczy i Sztucznej Inteligencji w rozwoju Polski” Instytutu Sobieskiego wskazuje, że Polska, chcąc uczestniczyć w rewolucji technologicznej, powinna określić, w jakim zakresie chce mieć udział nowych technologii w PKB. Na rozwoju IoT i AI skorzystają niemal wszystkie branże, przede wszystkim zaś te, które mają bezpośredni kontakt z klientem.

– To m.in. branża energetyczna, dóbr konsumpcyjnych, finansowa, ubezpieczeniowa, a także transport i administracja państwowa. To są branże, które z dobrodziejstw IoT i AI będą korzystały najwięcej. Informacja o kliencie i jego preferencjach, a z drugiej strony lepsza utylizacja zasobów dla produkcji to jest przyszłość – ocenia Poniewierski.

Pod względem innowacyjności Polska ma jeszcze sporo do zrobienia. Z Networked Readiness Index, który bada usieciowienie gospodarek, czyli kluczowy element internetu rzeczy wynika, że Polska zajmuje 42. miejsce na 139 krajów. Największy wpływ na stosunkowo niskie miejsce w rankingu mają wyniki w zakresie wykorzystywania sieci przez rząd i samorząd (82. miejsce) oraz przez biznes (64. miejsce).

Największą barierą w rozwoju tych technologii jest wiedza o ich istnieniu i zrozumienie technologii oraz możliwości ich wykorzystania. Branża – czy to jest telekomunikacja, czy to jest infrastruktura – poradzi sobie z adaptacją tej technologii. Natomiast wiedza o ich możliwości, edukacja użytkowników i pracowników to największa bariera – wskazuje dr Aleksander Poniewierski.

Eksperci Instytutu Sobieskiego oceniają, że rynek rozwiązań IoT oraz AI można podzielić na piętnaście obszarów zastosowań. W każdym z nich polski rząd powinien opracować strategię i wybrać te elementy łańcucha (producenci, usługodawcy, użytkownicy), w których wspieranie krajowych firm będzie najważniejsze.

– W raporcie zachęcamy, by instytucje rządowe tworzyły popyt na usługi związane z IoT i AI. Jest to najlepszy mechanizm rozwijania firm, które oferują tego typu rozwiązania. Mówiąc w skrócie: kupowanie usług – przekonuje Bartłomiej Michałowski, autor raportu, ekspert Instytutu Sobieskiego ds. nowych technologii. – W innych krajach widzimy dużą aktywność rządów, agend rządowych i dużych firm, które kupują tego typu usługi. Najlepszym przykładem są firmy Elona Muska, który realizuje strategiczne projekty dzięki zamówieniom agend rządowych.

Dla przykładu, w obszarze Opieka Zdrowotna lekarze mogliby wykonywać zdalnie – za pomocą innowacyjnych technologii – część badań i konsultacji. Innym pomysłem – tym razem z obszaru Rolnictwo – jest uzależnienie premii dyrekcji Lasów Państwowych od stopnia wykorzystania rozwiązań IoT i AI w zarządzaniu zasobami leśnymi. W obszarze Usługi Bankowe polski bank mógłby – zgodnie z rekomendacjami NBP i KNF – wyemitować e-złotówki w technologii blockchain, a np. resort nauki i szkolnictwa wyższego wypłacałby w nich stypendia.

Innym mechanizmem wsparcia państwa mogą być zachęty fiskalne do inwestycji w nowoczesne technologie. Michałowski podkreśla, że moglibyśmy czerpać z przykładów innych państw.

Premier Izraela Binjamin Netanjahu w czasie wizyty w USA na konferencji prasowej opowiada o innowacyjnych rozwiązaniach Iot i AI wykorzystywanych przez izraelskie firmy w rolnictwie. Kolejny przykład – miasta holenderskie kupują inteligentne systemy oświetleniowe i systemy do zamkniętego zarządzania odpadami miejskimi. W Polsce powinniśmy robić to samo – przekonuje ekspert Instytutu Sobieskiego.

Polskie firmy mają duży potencjał, by aktywnie włączyć się w rozwój nowych technologii. Zwłaszcza że pod względem edukacji pracowników jesteśmy wśród najlepszych. Ranking The HackerRank (największy serwis oceniający pracę i wyniki specjalistów IT) ocenia, że polscy informatycy należą do światowej czołówki. Pod względem kompetencji wyprzedziliśmy Chiny, Rosję czy Szwajcarię.

Według OECD 91 proc. dorosłych w wieku 25–64 lat ma co najmniej wykształcenie średnie, co jest dużo lepszym wynikiem niż średnia OECD wynosząca 76 proc. Również poziom oświaty jest w Polsce wyższy niż średnia OECD – przeciętny polski uczeń w teście PISA (2016) oceniającym umiejętność czytania, matematyki i rozumowania w naukach przyrodniczych zyskał 521 punktów, przy średniej OECD wynoszącej 497.

Blisko 20 lat temu pewien student na Wydziale Elektroniki Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej postanowił jako pracę magisterską napisać od początku system operacyjny. Dziś ten student jest prezesem Phoenix System, wdraża ten system operacyjny, który przeszedł od tamtego czasu rewolucję, a od nowego roku akademickiego na tym samym wydziale system RTOS będzie wykładany studentom – mówi dr Jacek Madajczyk, wiceprezes Phoenix Systems, partnera raportu.

Wyzwaniem jest jednak zatrzymywanie najlepszych talentów w Polsce. Eksperci IS podkreślają, że jeśli najzdolniejsi będą rozwijać swoje firmy i kompetencje poza krajem, to Polska straci szansę na rozwój.

We wszystkich piętnastu obszarach zastosowania IoT i AI największe ryzyka wiążą się z cyberbezpieczeństwem, a konkretnie z ochroną infrastruktury oraz  poprawności danych i zabezpieczeniem własności intelektualnej i tajemnicy przedsiębiorstwa.

Fundamentalne przy dbaniu o cyberbezpieczeństwo jest zwrócenie uwagi na dostępność specjalistów w obszarze, a następnie zastosowanie odpowiedniej technologii do danego przejawu działalności. Pracując z nowoczesnymi technologiami, patrzymy na te rozwiązania z perspektywy architektury bezpieczeństwa. Kluczowe jest dostosowanie jego mechanizmów do modelu biznesowego firmy. Bez tego przy zastosowaniu rozwiązań punktowych efektywne zabezpieczenie firmy jest praktycznie niemożliwe – ocenia Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w firmie CISCO Polska, która jest partnerem raportu.

Zgodnie z rekomendacjami autorów raportu państwo powinno mieć zespół ok. stu osób wyspecjalizowanych w dziedzinie technologii cyfrowych i cyberbezpieczeństwa. To jednak wymaga konkurencyjnych względem innych krajów wynagrodzeń. Autorzy raportu zalecają stworzenie budżetu na wynagrodzenia dla najlepszych specjalistów w wysokości co najmniej 500 tys. zł rocznie na jeden etat.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu dane makro prawdopodobnie pozostaną w cieniu debaty o szansach na zaostrzenie wojen handlowych i narastających ryzykach geopolitycznych. W tym kontekście szczególna uwaga może dotyczyć indeksów zaufania konsumentów w strefie euro i USA. Szacunki inflacji będą wskazówką dla przyszłych decyzji EBC, Fed i RPP.

Przyszły tydzień: wojny celne, indeksy nastrojów konsumentów i biznesu w USA/EZ, CPI z Niemiec, minutki RPP, rewizja mandatu RBNZ

Ewolucja sytuacji wokół wojen celnych będzie głównym tematem dla rynków finansowych. Interesującym będzie, czy inne kraje (w tym głównie Chiny) przejdą do bezpośredniego odwetu za cła nałożone przez USA. Prezydent Trump pozostaje niewiadomą także w kontekście roszad personalnych na najwyższym szczeblu w Biały Domu. W tym klimacie na dalszy plan schodzą dane makro, których też nie ma zbyt wiele w związku ze skróconym tygodniem przez Wielkanocą.

W USA publikacje będą skupione na ocenie nastrojów gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Słabe odczyty indeksów zaufania konsumentów (Conference Board – wt, Uniwersytet Michigan – czw) oraz regionalnego wskaźnika koniunktury (Chicago PMI – czw) podniosą obawy, że polityka Trumpa jest zagrożeniem dla ożywienia. Po indeksie PCE Core, preferowanym przez Fed mierniku inflacji, oczekuje się wzrostu o 0,2 proc. m/m, w zgodzie z odczytem CPI sprzed kilku dni. Finalna rewizja PKB (śr) powinna przejść bez echa. USD cierpi przez to, że USA są w centrum wydarzeń, a do tego dochodzi rozczarowanie po decyzji Fed. To podtrzyma presję względem JPY i CHF, ale awersja do ryzyka będzie premiować dolara względem walut ryzykownych.

W strefie euro dwie rzeczy mogą zwrócić uwagę. Interesujące będzie, czy kwestia nasilającego się protekcjonizmu rzutuje na nastroje konsumentów i biznesu (wt). Wstępny szacunek marcowej inflacji z Niemiec (czw) z dużym prawdopodobieństwem pokaże wzrost (według prognozy z 1,4 proc. do 1,7 proc.) głównie na fali podwyżek cen przed Wielkanocą. Nie będzie to jednak żaden impuls do wzmocnienia oczekiwań wobec polityki EBC. EUR jest przejściowo odbiorcą niż kreatorem impulsów do handlu, ale w krótkim terminie widzimy ryzyko, że potencjalna panika rynkowa będzie skłaniać do redukcji masywnej długiej pozycji w EUR.

W Wielkiej Brytanii z twardych danych mamy jedynie ostatnią rewizję PKB za IV kw. (czw), jednak od czasu poprzedniego szacunku nie pojawiły się informacje sugerujące zmianę z 1,4 proc. r/r. Poza tym dane są już mocno historyczne i obecnie perspektywy inflacji i płac są kluczowe dla oczekiwań dla podwyżki BoE w maju, która po ostatnim komunikacie banku stała się bardzo prawdopodobna. To i wzrost szans na „miękki” Brexit powinno wspierać GBP w krótkim terminie.

W Polsce protokół z posiedzenia RPP (czw) raczej nie zmieni gołębiego odbioru konferencji, na której prezes Glapiński zasugerował brak podwyżek stóp procentowych nawet do 2020 r. Jeśli już to minutki przypomną, że złoty został pozbawiony fundamentalnego wsparcia w postaci oczekiwań na jastrzębi zwrot RPP, w rezultacie pozostaje bardziej podatny na osłabienie przy wzroście globalnej awersji do ryzyka. Dalej uważamy, że EUR/PLN stoi przed ryzykiem testu 4,25, albo nawet 4,30, w zależności od skali zawirowań na rynkach zewnętrznych.

W Japonii kalendarz oferuje sprzedaż detaliczną (czw) i produkcję przemysłową (pt), ale JPY pozostanie barometrem apetytu na ryzyko. Obawy o zaostrzenie protekcjonizmu w połączeniu z eskalacją ryzyka geopolitycznego pod wpływem zmian kadrowych w Białym Domu wysyłają negatywny sygnał dla rynku akcji, co będzie wywierać presję na osłabienie USD/JPY.

W Nowej Zelandii na pierwszym planie będzie publikacja nowego mandatu RBNZ (pon), nad którym od kilku miesięcy pracował rząd. Według przecieków do celu inflacyjnego (1-3 proc.) ma zostać dołożone dbanie o „maksymalizację zatrudnienia”. Jeśli informacje się potwierdzą, zwiększałoby to ryzyko utrzymywania luźnej polityki dłużej, co byłoby negatywne dla NZD. W Australii kalendarz nie zawiera istotnych publikacji, podczas gdy w Kanadzie styczniowy PKB (czw) będzie miał większy wpływ przy pozytywnym zaskoczeniu, gdyż po rozczarowaniu odczytem sprzedaży detalicznej ryzyka przeważają po stronie gorszego wyniku. Ogólnie jednak zachowanie walut surowcowych w większym stopniu zależeć od czynników zewnętrznych, w tym przede wszystkim od kształtowania się sentymentu wokół wizji wojen handlowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Układ częściowy – argument do porozumienia z wierzycielami

Zadłużeni przedsiębiorcy szukający sposobu na przeprowadzenie oddłużenia w pierwszej kolejności pomocy mogą szukać… u własnych wierzycieli. To główny wniosek płynący z ustawowego celu postępowania restrukturyzacyjnego. Prawo restrukturyzacyjne wprowadziło wiele instytucji prawnych służących uzyskaniu porozumienia dłużnika z wierzycielami co do sposobu oddłużenia. Jedną z takich instytucji jest układ częściowy, szczególnie przydatny w sytuacji konieczności układania się z wieloma wierzycielami.

Restrukturyzacja – zasada działania

Postępowanie restrukturyzacyjne daje dłużnikowi szeroki wachlarz narzędzi prawnych polepszających jego pozycję w rozmowach z wierzycielami. Należy pamiętać, że fiasko nieformalnych rozmów z wierzycielami co do umorzenia czy obniżenia części długów wcale nie determinuje braku podstaw do wszczęcia postępowania restrukturyzacyjnego. Trzeba bowiem pamiętać, że jego celem w założeniu samych projektodawców ustawy „jest wprowadzenie skutecznych instrumentów pozwalających na przeprowadzenie restrukturyzacji przedsiębiorstwa dłużnika i zapobieżenie jego likwidacji. Zachowanie przedsiębiorstwa dłużnika w wielu przypadkach jest znacznie korzystniejsze dla wierzycieli niż jego likwidacja. Zachowanie przedsiębiorstwa dłużnika oznacza również zachowanie miejsc pracy oraz, co do zasady, możliwość nieprzerwanego realizowania kontraktów, a więc ma pozytywne znaczenie społeczne i gospodarcze”.

Potwierdza to treść przepisu art. 3 ust. 1 prawa restrukturyzacyjnego, zgodnie z którym „celem postępowania restrukturyzacyjnego jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami, a w przypadku postępowania sanacyjnego – również przez przeprowadzenie działań sanacyjnych, przy zabezpieczeniu słusznych praw wierzycieli.”

Postępowanie restrukturyzacyjne, wraz z jego główną częścią, jaką jest wypracowanie akceptowalnego dla stron układu, zmierza do zawarcia swoistej umowy między dłużnikiem i wierzycielami, w której obydwie strony godzą się na wzajemne ustępstwa. Przykładowo wierzyciele ze swojej strony rezygnują z części należności lub godzą się na odroczenie płatności, w zamian za co dłużnik zobowiązuje się do zapłaty na rzecz wierzycieli określonych kwot w konkretnych terminach lub udziela zabezpieczenia na dodatkowych składnikach swojego majątku.

Układ częściowy

Jedną z największych trudności w przeprowadzeniu skutecznej restrukturyzacji jest przygotowanie propozycji układowych, które będą odpowiadać wszystkim wierzycielom lub przynajmniej tym, których głosy niezbędne są do przyjęcia układu. Zadanie jest utrudnione przy dużej liczbie wierzycieli. Jednak i w takim wypadku możliwe jest zawarcie układu. Ta perspektywa znacznie się polepszyła po 1 stycznia 2016 r., wraz z wejściem w życie przepisów prawa restrukturyzacyjnego, kiedy dłużnik otrzymał konkretne środki prawne ułatwiające prowadzenie z wierzycielami skutecznych rozmów dotyczących propozycji ugodowych. Z perspektywy dłużnika efektywne może okazać się wykorzystanie instytucji układu częściowego dającego możliwość wyłączenia określonego kręgu wierzycieli z rozmów o zatwierdzeniu układu.

Układ częściowy możliwy jest do zastosowania w postępowaniu o zatwierdzenie układu albo w przyspieszonym postępowaniu układowym. Zgodnie z art. 180 ust. 1 prawa restrukturyzacyjnego dłużnik może złożyć propozycje układowe dotyczące jedynie niektórych zobowiązań, których restrukturyzacja ma zasadniczy wpływ na dalsze funkcjonowanie jego przedsiębiorstwa. Do wyodrębnienia wierzycieli objętych układem częściowym powinno stosować się obiektywne, jednoznaczne i uzasadnione ekonomicznie kryteria. Jednocześnie ustawodawca wskazał w art. 180 ust. 4 Prawa restrukturyzacyjnego pewne wskazówki stosowane przy określeniu, które wierzytelności mogą być objęte układem częściowym. W układzie częściowym powinny znaleźć się więc wierzytelności o strategicznym znaczeniu dla działalności dłużnika, takie jak kredyty, pożyczki, umowy leasingu, dostawy, wierzytelności opiewające na największe sumy, a także zabezpieczone hipoteką, zastawem, zastawem rejestrowym, zastawem skarbowym lub hipoteką morską na przedmiotach i prawach niezbędnych do prowadzenia przedsiębiorstwa dłużnika.

Należy pamiętać jednak, że instytucja układu częściowego w żadnym wypadku nie daje dłużnikowi całkowitej swobody przy wybieraniu kręgu wierzycieli, z którymi dłużnik będzie rozmawiać o propozycjach układowych, z pominięciem nieprzychylnych sobie wierzycieli.

Zarówno bowiem w postępowaniu o zatwierdzenie układu, jak i w postępowaniu o otwarcie przyspieszonego postępowania układowego w pierwszej kolejności sąd bada zgodność z prawem kryteriów wyodrębnienia wierzycieli objętych układem częściowym. W przypadku stwierdzenia niezgodności z prawem zaproponowanych kryteriów wyodrębnienia sąd w postępowaniu o zatwierdzenie układu odmawia zatwierdzenia układu częściowego, a w postępowaniu o otwarcie przyspieszonego postępowania układowego stwierdza niezgodność z prawem kryteriów wyodrębnienia wierzycieli objętych układem częściowym. Jeżeli w przyspieszonym postępowaniu układowym sąd orzekł o niezgodności z prawem kryteriów wyodrębnienia wierzycieli objętych układem częściowym, dłużnik uprawniony jest do złożenia zażalenia. W terminie przewidzianym do jego wniesienia dłużnik może zaproponować inne kryteria wyodrębnienia wierzycieli, co wynika z art. 182 ust. 4 Prawa restrukturyzacyjnego.

A co na to wierzyciel?

Ustawodawca, wyważając interes wierzycieli i konieczność zapewnienia efektywności restrukturyzacji dłużnika, wskazał w art. 183 ust. 1 Prawa restrukturyzacyjnego, iż propozycje układowe nie mogą przewidywać dla wierzycieli objętych układem częściowym korzyści, które zmniejszają możliwość zaspokojenia wierzytelności nieobjętych układem. Jednocześnie w postępowaniu o zatwierdzeniu układu wierzyciel nieobjęty układem częściowym może wnieść zażalenie, z tym zastrzeżeniem, iż jego zarzuty ograniczają się wyłącznie do ewentualnego naruszenia art. 180 lub art. 183 ust. 1 Prawa restrukturyzacyjnego.

Praktyczne znaczenie art. 183 ust. 1 Prawa restrukturyzacyjnego jest takie, że we wniosku o zatwierdzenie układu częściowego lub wszczęcie przyspieszonego postępowania układowego powinno zostać wskazane, w jaki sposób dłużnik przewiduje zaspokoić wierzycieli nieobjętych układem częściowym.

Potencjalne trudności przy tworzeniu układu częściowego

Postępowanie restrukturyzacyjne jest złożonym procesem. Błędy popełnione na jego poszczególnych etapach mogą całkowicie zaprzepaścić zatwierdzenie układu z wierzycielami. Przykładowo, przed opracowaniem kryteriów wyodrębnienia wierzycieli do układu częściowego powinno się przenalizować strukturę wierzytelności dłużnika. Uprawomocnienie się postanowienia stwierdzającego niezgodność z prawem kryteriów wyodrębnienia wierzycieli powoduje umorzenie całego postępowania. Co prawda w zażaleniu można wskazać inne kryteria wyodrębnienia, jednak, jak wynika wprost z przepisów prawa restrukturyzacyjnego, kryteria wyodrębnienia wierzycieli mogą tylko raz zostać zmienione. Stwierdzenie niezgodności z prawem nowych kryteriów skutkować będzie utratą szansy na zatwierdzenie układu częściowego.

Układ częściowy daje realną szansę uzyskania zatwierdzenia propozycji układowych. Jest to jeden z wielu powodów, dla których warto rozważyć rozpoczęcie restrukturyzacji w sytuacji, gdy zawiodły rozmowy z wierzycielami. Przedsiębiorca powinien pamiętać, że przygotowanie we właściwy sposób układu częściowego zwiększa szansę na późniejsze zatwierdzenie propozycji układowych w drodze głosowania wierzycieli.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Dobre prognozy na 2018 rok dla światowej gospodarki

Globalna gospodarka nabrała rozpędu. W ubiegłym roku tempo światowego wzrostu gospodarczego sięgnęło 3,1 proc. To zauważalne przyspieszenie, po 2,6 proc. osiągniętym w 2016 roku. Bieżąca prognoza zakłada tegoroczny wzrost na poziomie 3,2 proc. Będzie to zasługą ożywienia w wielu gospodarkach rozwijających się. W państwach rozwiniętych także widać lepsze perspektywy. Szczyt cyklu koniunkturalnego w Stanach Zjednoczonych został przedłużony w związku ze znacznym wsparciem fiskalnym. Ważna dla Polski strefa Euro także odnotowuje dobre wyniki i koniunkturę, zwłaszcza w przemyśle.

– Dla Polski i rodzimych przedsiębiorców ważne jest to, co dzieje się w otoczeniu zewnętrznym. Jesteśmy gospodarką relatywnie wysoko otwartą  powiedział serwisowi eNewsroom.pl Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej –  Takie kraje, jak Brazylia czy Rosja wyszły już z recesji i pomimo wciąż obecnych trudności, rozwijają się szybciej. Gospodarka niemiecka rozwija się w zadowalającym tempie. To dobra wiadomość dla polskich eksporterów. Bardzo istotne są także czynniki krajowe. Polski biznes rozwija się szybciej, a wskaźniki finansowe poprawiają się w wielu branżach. Nie oznacza to jednak, że firmy te żyją w idealnych czasach. Wciąż pojawia się wiele trudności na rynku pracy. To czynnik znacznie ograniczający rozwój polskich przedsiębiorstw. Rosnąca presja płacowa zmniejsza marże i zyskowność firm. Kolejnym problemem jest sytuacja płynnościowa. Badania przeprowadzone przez Coface pokazują wzrost opóźnień płatniczych, które średnio w Polsce sięgają obecnie dwóch miesięcy – aż 62,5 dnia, czyli 11 dni dłużej niż w ubiegłym roku – wskazał Sielewicz.

Szalona noc sponsorowana przez Trumpa

USA i Chiny przerzucają się zapowiedziami ceł importowych. Trump wymienia doradcę ds. bez. narodowego na zwolennika twardej polityki międzynarodowej, co przywraca niepokój o przyszłe stosunki z Koreą Płn. i Iranem. Reakcja rynku jest jednoznaczna: USD/JPY pod 105, indeksy w Azji wykrwawiają się, ropa zyskuje.

Nie chcę się chwalić, ale: „A nie mówiłem?”. W ostatnich dniach przestrzegałem, że kiedy rynek odwróci uwagę od Fed, pozostanie tylko Trump i jego decyzje na polu kadrowym i polityki handlowej. Nie minęło 48 godzin, a wszystkie lampki ostrzegawcze zostały zapalone. Wczoraj Trump podpisał memorandum nakładające cła na import towarów z Chin o wartości 50 mld USD, co do których USA ma podejrzenia, że powstały z kradzieży intelektualnej patentów z USA. Chiny nie pozostały dłużne i w nocy zapowiedziały wprowadzenie ceł na import niektórych towarów z USA za ok. 3 mld USD. Nerwowość inwestorów wzmocniła decyzja o odejściu z Białego Domu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego McMastera, co zwiastuje chaos w polityce międzynarodowej. Nie dość, że już mianowany John Bolton jest trzecią osobą na tym stanowisko w ciągu 14 miesięcy, to jego poglądy nie zwiastują nic dobrego. Bolton jest zaciętym przeciwnikiem Korei Północnej, nie raz optując za prewencyjnym atakiem na kraj. Kilka lat temu ostro wyrażał się też o Iranie, będąc przeciwnym porozumieniom nuklearnym i widząc wyjście jedynie w zbrojnej interwencji. Nic dziwnego więc, że na hasło Chiny tąpnęły indeksy azjatyckich rynków schodzących, na hasło Korea Płn. pikuje USD/JPY, a na hasło Iran szybuje ropa naftowa.

Wojny handlowe i ryzyka geopolityczne są toksyczną mieszanką dla apetytu na ryzyko, co już dało 3-proc. spadki na Wall Street, 4,5-proc. zjazd Nikkei i rajd złota. JPY i CHF są pierwszym wyborem dla inwestorów; USD cierpi przez to, że USA są w centrum wydarzeń, a do tego dochodzi niesmak po decyzji Fed. Jeśli ten klimat się utrzyma, w końcu mocniejszej przecenie poddadzą się AUD, NOK, NZD i CAD, a także waluty emerging markets, w tym PLN. W ostatnich miesiącach wstępną panikę ratowały dane z gospodarki globalnej, które przypominały, że ożywienie postępuje. Ale jak już wspominałem nie raz w ostatnich dniach, najbliższe dwa tygodnie są pozbawione publikacji istotnych figur, a jeśli już jakieś dostajemy, to nie pomagają. Wczoraj indeksy PMI ze strefy euro rozczarowały, jednak rynek nie przywiązywał do nich większej uwagi. Teraz może sobie o nich przypomnieć przy każdej kolejnej oznace, że globalna aktywność gospodarcza zwalnia. Dziś warto uważać na sprzedaż detaliczną z Kanady i zamówienia na dobra trwałe z USA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Korzystny wyrok dla menedżerów w sprawie podatku PIT od odszkodowań i odpraw

Obowiązujące od 1 stycznia 2016 r. przepisy ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych przewidują opodatkowanie odpraw i odszkodowań z tytułu zakazu konkurencji członków zarządu spółek Skarbu Państwa drakońskim 70% podatkiem. Pospiesznie uchwalony projekt mający w założeniu zwalczać patologie w przyznawaniu wysokich odpraw odchodzącym menedżerom nie jest jednak precyzyjny w swoich rozwiązaniach. Z jednej strony sprzyja to swobodnej i profiskalnej wykładni przepisów dokonywanej przez organy podatkowe, z drugiej zaś umożliwia takie ukształtowanie relacji między spółką a członkiem zarządu, aby wysokiej daniny można było uniknąć.

Od 1 stycznia 2016 r. obowiązuje wysoka stawka opodatkowania odpraw lub odszkodowań z tytułu zakazu konkurencji i skrócenia okresu wypowiedzenia.

25 listopada 2015 r. sejm uchwalił poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych dotyczący opodatkowania odpraw lub odszkodowań z tytułu zakazu konkurencji dla menedżerów, do których zapłaty zobowiązana jest spółka, w której Skarb Państwa, jednostki samorządu terytorialnego, ich związki lub inne państwowe albo komunalne osoby prawne dysponują bezpośrednio lub pośrednio większością głosów na zgromadzeniu wspólników lub walnym zgromadzeniu. Niesłychanie wysoka, 70% stawka podatku obejmuje odszkodowanie „w części, w której jego wysokość na podstawie przepisów o zakazie konkurencji przekracza wysokość wynagrodzenia otrzymanego przez podatnika z tytułu umowy o pracę lub umowy o świadczenie usług wiążącej go ze spółką w okresie sześciu miesięcy poprzedzających pierwszy miesiąc wypłaty odszkodowania.” Przepis dotyczy także odszkodowań i odpraw z tytułu skrócenia okresu wypowiedzenia umowy o pracę lub rozwiązania umowy przed upływem terminu, na jaki została zawarta. W lakonicznym uzasadnieniu do projektu, którego regulacje obowiązują od 1 stycznia 2016 r., czytamy, iż projekt zmierza do „przeciwdziałania patologiom polegającym na przyznawaniu wyjątkowo wysokich odpraw oraz odszkodowań z tytułu zakazu konkurencji członkom zarządu spółek z udziałem Skarbu Państwa”. W praktyce okazuje się jednak, że szybko wprowadzone i w założeniu restrykcyjne rozwiązanie prawne prowadzi do sporów interpretacyjnych z organami podatkowymi, a efektem pospiesznych prac legislacyjnych jest akt prawny pełen ewidentnych luk.

Nieprzychylne stanowisko organów podatkowych

Według organów podatkowych, zajmujących w wielu interpretacjach stanowisko niekorzystne dla odchodzących członków zarządu, niejasne jest, co w rozumieniu omawianych przepisów oznacza „większość głosów”, którą Skarb Państwa ma dysponować, aby można było stosować przepisy o wysokim podatku od odpraw i odszkodowań. Mogłoby się wydawać, iż 70% stawki PIT nie stosuje się w odniesieniu do spółek, w których Skarb Państwa nie dysponuje ponad połową głosów na zgromadzeniu wspólników bądź walnym zgromadzeniu. Zdaniem fiskusa nie jest to jednak tak oczywiste. W interpretacji z dnia 25 kwietnia 2017 r., nr 1462-IPPB4.4511.186.2017.1.JK2 dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził, że w pewnych sytuacjach wystarczające może być dysponowanie mniejszościowym pakietem praw udziałowych, pod warunkiem że z uwagi na rozproszenie akcjonariatu lub frekwencję na zgromadzeniach zagwarantowane jest dysponowanie przez Skarb Państwa bezwzględną większością głosów. Fiskus, opierając się na uzasadnieniu projektu, a tym samym biorąc pod uwagę ratio legis obowiązujących od 1 stycznia 2016 r. przepisów, przyjął, iż sam fakt, że Skarb Państwa posiada jedynie 33% głosów na zgromadzeniu, nie przesądza definitywnie, iż faktycznie nie dysponuje on większością głosów. Tym samym przy uwzględnieniu konkretnych okoliczności możliwe będzie zastosowanie wysokiej stawki PIT do odpraw i odszkodowań wypłacanych członkom zarządu spółek z udziałem Skarbu Państwa z tytułu zakazu konkurencji. Stanowisko organów podatkowych jest skrajnie profiskalne, ale na szczęście przełamuje je orzecznictwo sądów administracyjnych. Być może skłoni ono organy podatkowe do przyjęcia interpretacji korzystniejszej dla podatników.

Efektem szybkiego i, jak się okazuje, w praktyce nie do końca przemyślanego procedowania projektu jest wystąpienie w omawianych przepisach ewidentnej luki pozwalającej na stosunkowo łatwe uniknięcie wysokiego podatku. Potwierdza to np. interpretacja dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z dnia 27 lutego 2017 r., nr 0461-ITPB2.4511.1023.2016.2.IB, w której stwierdza się m.in., że opodatkowanie wypłacanej odprawy 70% zryczałtowanym podatkiem dochodowym od osób fizycznych dotyczy wyłącznie takiego świadczenia, które wynika z umowy o pracę, a nie z – odrębnego porozumienia zawartego np. pomiędzy spółką a członkiem zarządu. Oznacza to, że odchodzący menedżer uniknie opodatkowania należnej mu odprawy lub odszkodowania, o ile zostanie ona określona w odrębnym porozumieniu, a nie będzie wynikała z umowy o pracę. Wydaje się, że umknęło to uwadze ustawodawcy, w związku z czym istnieje obawa, że w przyszłości przepisy zostaną znowelizowane w trosce o realizację ich celu, tak aby dotyczyły wszelkich odszkodowań i odpraw bez względu na ich podstawę.

W kwestii „większości głosów” WSA stanął po stronie menedżerów

Jeśli chodzi o rozumienie pojęcia większości głosów, którą Skarb Państwa dysponuje na zgromadzeniu wspólników lub walnym zgromadzeniu, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach w wyroku z dnia 26 października 2017 r., sygn. akt I SA/Ke 535/17 sprzeciwił się argumentacji zaprezentowanej przez organ podatkowy. Sąd przyjął, że „«podmiot dysponujący bezpośrednio lub pośrednio większością głosów na zgromadzeniu wspólników albo na walnym zgromadzeniu» jest to taki podmiot, który dysponuje przewagą głosów obliczonych w stosunku do całkowitej liczby głosów przysługujących z wszystkich praw, udziałów ustalanej w oparciu o sformalizowane kryteria – dokumenty statuujące ustrój spółki. Według WSA w Kielcach dysponowanie bezpośrednio lub pośrednio większością głosów na zgromadzeniu wspólników albo na walnym zgromadzeniu jest równoznaczne z posiadaniem bezwzględnej większości głosów (50% plus 1 głos) w ogólnej liczbie głosów istniejących w danym podmiocie. Zdaniem Sądu tylko takie pojęcie większości jest weryfikowalne, a wykładnia przyjęta przez organ charakteryzuje się wieloznacznością, pozostawia organom podatkowym dużą swobodę interpretacyjną, a w rezultacie może prowadzić do naruszenia konstytucyjnej zasady określoności i pewności prawa podatkowego.” WSA opowiedział się zatem za precyzyjną wykładnią pojęcia większości głosów, bez rozszerzania go w sposób zaproponowany przez organ Krajowej Administracji Skarbowej.

Dotychczasowe doświadczenia w stosowaniu przepisów o opodatkowaniu stawką 70% odpraw i odszkodowań należnych członkom zarządu spółek z udziałem Skarbu Państwa pokazują wyraźnie, że radykalizm rozwiązań przewidzianych w obowiązujących od 1 stycznia 2016 r. przepisach został znacząco złagodzony przez ich nieprecyzyjność. Z drugiej zaś strony z tego samego powodu organy podatkowe mogą pozwolić sobie na swobodną interpretację przepisów w sposób niekorzystny dla podatnika.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Nowa technologia komunikacji poprzez światło zapewni szybkie i bezpieczne połączenie. Li-Fi nie zastąpi jednak technologii Wi-Fi i 5G

Nowa technologia komunikacji poprzez światło zapewni szybkie i bezpieczne połączenie. Li-Fi nie zastąpi jednak technologii Wi-Fi i 5G 14

Szkocka firma PureLiFi przesłała za pomocą technologii Li-Fi pliki pomiędzy laptopem a smartfonem z prędkością 42 Mb/s. To pierwsza tego typu komunikacja za pomocą światła. Do przesłania danych w obu kierunkach posłużyły specjalna obudowa na smartfon oraz odbiornik USB wpięty do laptopa. Nie jest to rekordowa przepustowość w przesyłaniu danych, ale została uzyskana za pomocą światła LED, a nie fal radiowych. Do 2021 roku rynek urządzeń do komunikacji światła białego ma być wart 80 mld dol.

– Li-Fi jest technologią, w której do komunikacji mobilnej i przesyłania danych wykorzystuje się światło dwukierunkowe o wysokiej prędkości. To technologia bezprzewodowa podobna do Wi-Fi, z tą różnicą, że wykorzystuje częstotliwość spektrum światła – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Harald Burchardt, dyrektor handlowy firmy PureLiFi.

Przesyłanie danych odbywa się poprzez modulowanie intensywności światła, które jest następnie odbierane przez fotoczuły detektor. Transmisja odbywa się w sposób niedostrzegalny dla ludzkiego oka. Dzięki tej technice możliwe jest szybkie przesyłanie informacji pomiędzy różnymi urządzeniami za pośrednictwem żarówki LED, która pełni rolę przekaźnika.

Technologia ta pozwala w teorii na transfer danych z prędkością aż stukrotnie większą, niż ma to miejsce w przypadku Wi-Fi opartego na falach radiowych. Jak na razie podczas demonstracji na targach Mobile World Congress 2018 w Barcelonie uzyskano znacznie mniejsze prędkości transferu – 42 Mb/s dla pobierania i wysyłania danych. Dla porównania technologia radiowa LTE zapewnia teoretyczne prędkości na poziomie odpowiednio 100 i 50 Mb/s, ale według testu Speedtest.pl średnie uzyskiwane w Polsce prędkości łącza wynoszą ok. 20 i 10 Mb/s dla pobierania i wysyłania danych.

– Używanie spektrum światła zamiast spektrum radiowego znacznie zwiększa szerokość pasma. Spektrum światła jest ponad tysiąc razy większe niż całe spektrum radiowe. Światło nie przenika przez ściany, przez co jest dużo bezpieczniejsze w połączeniach prywatnych – twierdzi dr Harald Burchardt.

System demonstrowany na targach MWC 2018 w Barcelonie wymaga umieszczenia smartfona w specjalnym etui pełniącym funkcję odbiornika. Sygnał nadawany jest z laptopa, do którego wpięty został dongle LiFi-XC Station. Tak skonfigurowane urządzenia zdolne są do przesyłania danych z prędkością 42 Mb/s, co pozwoliło na bezproblemowe wysłanie filmu na smartfona.

System komunikacji światła białego może być wykorzystywany zarówno do użytku domowego, jak i w biurach czy pomieszczeniach magazynowych. Jego zastosowanie nie ogranicza się jednak wyłącznie do zamkniętych pomieszczeń.

– Liczba zastosowań jest właściwie nieograniczona. W istocie wszędzie, gdzie jest światło i występuje potrzeba bezprzewodowej komunikacji, co w dzisiejszych czasach oznacza właściwie zawsze i wszędzie, można stosować Li-Fi. Ta technologia działa również na zewnątrz, więc możemy ją stosować w inteligentnych miastach, inteligentnych budynkach, inteligentnych domach, wykorzystując wszystkie te przewagi, które światło ma nad radiem –przekonuje ekspert.

Przykładem na niekonwencjonalne zastosowanie takiej formy przesyłania danych może być opona Goodyear Oxygene, która komunikuje się z innymi pojazdami, infrastrukturą i systemami zarządzania inteligentną motoryzacją dzięki połączeniu Li-Fi. Z kolei Oledcom MyLiFi to lampka biurkowa LED, która za pośrednictwem światła dostarcza także połączenie internetowe do laptopa z podpiętym odbiornikiem. Lampka zapewnia połączenie praktycznie całkowicie odporne na atak hakerski. Gadżet kosztuje 700 euro.

Z badań przeprowadzonych przez firmę We Are Social wynika, że w 2017 roku z internetu korzystało na świecie 3,77 mld użytkowników. Głównymi technologiami przesyłania danych w najbliższej przyszłości będą Wi-Fi i 5G, jednak Li-Fi jest aktywnie rozwijana przez kilka firm i organizacji na całym świecie.

– Li-Fi może być uzupełnieniem do całej infrastruktury radiowej. Zapewnia dodatkową szerokość pasma i pozwoli na znacznie większą przepustowość w sieciach mobilnych. Wi-Fi i 5G pozostaną jednak kluczowymi technologiami do obsługi codziennych potrzeb – przewiduje przedstawiciel PureLiFi.

Według prognoz firmy badawczej Research and Markets globalny rynek Li-Fi w 2021 roku ma być warty 80 mld dol.

Sprawdź najważniejsze dane makroekonomiczne zaplanowane na…

Po emocjonującym tygodniu przyszedł czas na odpoczynek. W nadchodzącym tygodniu kalendarzowym nie czaka na nas żadna publikacja stóp procentowych. Kalendarium makroekonomiczne zostanie otwarte przez opublikowanie europejskiej koniunktury w przemyśle, która zaplanowana jest na 27 marca na godzinę 10:00.

W środę poznamy niemiecki optymizm konsumentów oraz wzrost amerykańskiego PKB. Z kolei czwartek będzie najważniejszym dniem tygodnia w kalendarzu makroekonomicznym, bowiem poznamy amerykańskie dochody oraz wydatki osobiste. Gospodarka amerykańska w dużym stopniu oparta jest o konsumpcję, dlatego wzrost dochodów oraz wydatków jest bardzo ważną zmienną dla inwestora. Oprócz tego w ten sam dzień poznamy brytyjski wzrost gospodarczy oraz siłę niemieckiego rynku pracy. W ostatni dzień przyszłotygodniowej sesji czekają na nas tylko dwie ważniejsze publikację – brytyjski optymizm konsumentów oraz japońska stopa bezrobocia.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – wydatki oraz dochody osobiste

Gospodarka Stanów Zjednoczonych w głównej mierze oparta jest na konsumpcji. Z tego względu wzrost dochodów osobistych jest niemalże jednoznaczny ze wzrostem wydatków osobistych i na odwrót. Idąc dalej, zwiększająca się konsumpcja prawdopodobnie wpłynie na ceny produktów, czyli na inflację. Zatem, wzrost dochodów oraz wydatków byłby na rękę amerykańskim władzom monetarnym.

dochody osobiste r/r

Źródło: Admiral Markets

Instrument do obserwacji

W przyszłym tygodniu na okładce jest para walutowa USDCAD, która znalazła się w ciekawym miejscu. Od maja do października 2017 roku na instrumencie finansował panował bardzo byczy sentyment, natomiast od tamtego czasu sporo się zmieniło. Pierwszą mocniejszą korektę zobaczyliśmy na początku października, trwała ponad dwa miesiące. Po dotarciu do mocnego wsparcia w okolicy 1.285 sprzedający po raz kolejny zaatakowali, notowania spadły po raz kolejny w okolicę październikowego dołka.

Aczkolwiek na tym się skończyło, nie udało im się pokonać ostatniego minima, została wyrysowana formacja podwójnego dna. W styczniu zaczął się prawdziwy rajd notowań w odwrotnym kierunku. Trend wzrostowy został potwierdzony po wybiciu szczytu wspomnianej korekty.

Notowania USDCAD, interwał tygodniowy

Notowania USDCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Opór w postaci strefy 1.280-1.292 został z łatwością pokonany. Tygodniowa świeca z 11 marca wskazuje większe prawdopodobieństwo dalszych wzrostów, które mogą dotrzeć w okolicę kolejnego oporu 1.322-1.331.

Spoglądając na wskaźniki techniczne podążające za trendem na interwale tygodniowym oraz dziennym wszystkie pięć wskazują trend wzrostowy. Z kolei schodząc na interwał czterogodzinowym tylko dwa z nich wskazują na trend spadkowy, jest to EMA 14 oraz PSAR, czyli dwa najszybsze wskaźniki analizy technicznej.

Na chwile obecną możemy przeczekać korektę sugerowaną przez dwa wskaźniki analizy technicznej. Zmiana koloru na niebieski na interwale czterogodzinowym będzie jednoznaczne z zakończeniem korekty i powrotem do wzrostów.

Dział Analiz Admiral Markets

Polski asystent głosowy Google jeszcze w tym roku. Nie wszystkie funkcje będą jednak dostępne od razu

Polski asystent głosowy Google jeszcze w tym roku. Nie wszystkie funkcje będą jednak dostępne od razu 15

Google jeszcze w tym roku chce udostępnić swojego Asystenta w polskiej wersji językowej, potwierdza w wywiadzie dla Newserii Innowacje dyrektor polskiego oddziału firmy. Nie wszystkie jego funkcje znane z angielskiej wersji będą jednak dostępne od razu. Petycję w sprawie opracowania polskiej wersji Asystenta podpisało w internecie niemal osiem tysięcy osób. Oczekiwane są również polskojęzyczne wersje innych asystentów głosowych – Alexy od Amazona oraz Cortany od Microsoftu.

Asystent głosowy jest rozwiązaniem, dzięki któremu można się komunikować z urządzeniem za pomocą komend głosowych. Choć proste polecenia są bez problemu obsługiwane na przykład przez smartfony z Androidem, to asystent zapewnia zupełnie nową jakość takiej komunikacji. Można się do niego zwracać w naturalny sposób, pełnymi zdaniami. Co więcej, uczy się języka, więc w automatyczny sposób sam udoskonala swoją funkcjonalność.

Asystent może pośredniczyć np. w zakupach czy sprawdzeniu prognozy pogody. Jednym z najbardziej obiecujących zastosowań może być jednak sprzężenie z różnorodnymi systemami inteligentnego domu, a także wbudowanie w inteligentne głośniki, takie jak Google Home czy Amazon Echo. W ubiegłym roku 57 proc. posiadaczy Amazon Echo i Google Home dokonało zakupów w internecie właśnie za pomocą komend głosowych.

– Idea asystenta jest taka, że w każdej sytuacji, kiedy czegoś potrzebujemy, telefon, a dokładnie asystent, który przez telefon się z nami komunikuje, potrafił podpowiedzieć nam właściwe rozwiązanie. Najprostszym przykładem jest podanie komendy, że chcemy zjeść obiad. Asystent wskaże nam najbliższą restaurację serwującą to, co lubimy, a do tego dysponującą wolnym stolikiem – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innoacje Artur Waliszewski, dyrektor Google Polska.

Brak polskojęzycznych wersji asystentów głosowych może wynikać ze specyfiki polskiego języka, który uchodzi za jeden z najtrudniejszych na świecie, zarówno pod względem semantyki, składni, jak i wieloznaczności wypowiedzi. Ponadto rynek jest stosunkowo mały, w porównaniu z np. językiem angielskim czy hiszpańskim. Osób posługujących się językiem polskim na całym świecie jest ok. 60 mln.

W grudniu 2017 roku Amazon udostępnił w polskim App Store i Google Play aplikację Alexa, którą możemy skonfigurować względem polskiej lokalizacji i zapytać np. o pogodę, choć nadal trzeba do niej mówić w języku angielskim. Do Google została skierowana petycja w sprawie polskiej wersji Asystenta. Podpisało się pod nią elektronicznie niemal 8 tys. osób. Mimo że żaden z asystentów głosowych wciąż nie potrafi rozpoznać polskiego języka. Zmieni się to jeszcze w tym roku.

– Planujemy odpalenie Asystenta w Polsce jeszcze w tym roku. Pracujemy nad tym, żeby to się udało. Na pewno nie będzie w nim wszystkich funkcji, które widzimy na przykład w wersji amerykańskiej, ale z czasem tego wszystkiego będzie przybywało. Asystent jest produktem, który cały czas ewoluuje ­– twierdzi Artur Waliszewski.

Na polskim rynku jest już jeden polski asystent głosowy. W październiku 2017 roku rumuński producent smartfonów Allview udostępnił na swoich telefonach asystenta AVI, obsługującego m.in. język polski. Chociaż w praktyce nie jest on tak rozbudowany, jak chociażby Asystent Google, to potrafi porozumiewać się po polsku i jest dostępny w smartfonach już za ok. 1 000 zł.

Z danych dostarczanych przez Markets and Markets wynika, że w 2018 roku wartość rynku inteligentnych głośników wyniesie 2,68 mld dol. Do 2023 roku rynek ten ma wzrosnąć do poziomu 11,79 mld dol. przy średniorocznym przyroście na poziomie około 34 proc.

Według firmy Market Research Future rynek asystentów głosowych rośnie w tempie 34 proc. średniorocznie i osiągnie wartość 7 mld dol. w 2023 roku.

Co trzecia firma planuje w tym roku zainwestować w chmurę. Wysoko na liście priorytetów jest też poprawa bezpieczeństwa

Co trzecia firma planuje w tym roku zainwestować w chmurę. Wysoko na liście priorytetów jest też poprawa bezpieczeństwa 16

Jak wynika z globalnej ankiety firmy Red Hat, w tegorocznych budżetach działów IT na liście priorytetów są integrowanie danych i aplikacji, inwestycje w usługi chmurowe oraz tworzenie nowoczesnych aplikacji. To duża zmiana względem ubiegłego roku, kiedy firmy znacznie częściej skupiały się na optymalizacji już posiadanych zasobów  IT. Co ciekawe, większość działów IT nie zamierza prowadzić w tym roku prac nad rozwiązaniami sztucznej inteligencji czy internetu rzeczy, uważając te technologie za wciąż mało dojrzałe. 

– Priorytetem w tym roku w środowisku IT jest bez wątpienia modernizacja. Każdy szef firmy odpowiedzialny za strukturę informatyczną budzi się z jednym pytaniem: czy jestem w stanie dogonić czy przegonić konkurencję? 42 proc. badanych osób, szefów największych firm w Polsce i w Europie, mówi jednym słowem: musimy się zmodernizować i musimy wyprzedzić konkurencję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Rocki, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią firmy Red Hat.

Z ankiety Red Hat Global Customer Tech Outlook 2018, przeprowadzonej wśród 400 firm z całego świata, wynika, że przeważająca część budżetów na IT trafi w tym roku na integrację danych, które posiada firma. Tak uważa 76 proc. respondentów. 36 proc. wskazuje na technologie chmurowe, a 30 proc. – na tworzenie i wdrażanie nowoczesnych aplikacji.

– Firmy IT widzą szeroko pojęte środowisko chmurowe jako jeden z obszarów, w którym oszczędności mogą być osiągane najszybciej, 36 proc. badanych uważa, że to wydarzy się w najbliższym czasie. 61 proc. badanych zastanawia się w tej chwili nad tym, czy przejść do środowiska hybrydowego, chmury prywatnej czy też publicznej – wyjaśnia Krzysztof Rocki.

Kluczowy dla efektywności i kosztów procesów zarządzania firmą może być wybór właściwego rozwiązania w obszarze technologii chmurowych.

– Bez wątpienia chmura prywatna czy hybrydowa mają swoje zalety, np. obniżenie kosztów. A to jest wyzwanie. Każdy z nas korzysta ze środków IT, każdy widzi, że to jest szansa, ale nie każdego na to stać, stąd obniżenie kosztów jest priorytetem – podkreśla Krzysztof Rocki.

Rozwiązaniem preferowanym przez firmy jest chmura hybrydowa łącząca zalety chmury prywatnej i publicznej. 37 proc. organizacji, które wzięły udział w badaniu Red Hat, zmierza w kierunku systemów wielochmurowych – wdrażając lub planując wdrożenie takiej infrastruktury w 2018 roku.

– IT jest obszarem, w którym wszystkie firmy szukają oszczędności. To jest możliwe. Spójrzmy na takiego giganta jak Deutsche Bank, który stając w ubiegłych latach przed bardzo trudnym wyzwaniem redukcji kosztów, z 11 mld euro potrafił zredukować koszty przy użyciu IT o ponad 1,5 mld. Widzimy, jak olbrzymie są to zasoby. Zostało to dokonane z użyciem narzędzi open source, z czego jesteśmy bardzo dumni – podkreśla Krzysztof Rocki.

Na liście priorytetowych inwestycji na razie nie znalazły się sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe czy internet rzeczy. Większość działów IT traktuje te technologie jako wciąż niedojrzałe. Zdaniem ekspertów Red Hat z pewnością będzie o nich głośno w sondażach w kolejnych latach.

Z badania Red Hat wynika, że choć o cyfrowej transformacji biznesu wiele się mówi, to w praktyce wygląda to inaczej. Tylko 19 proc. ankietowanych firm zamierza w tym roku realizować zadania związane z cyfrową transformacją. W opinii ekspertów tak niski odsetek może wynikać stąd, że przedsiębiorcy chcą najpierw zbudować i zmodernizować infrastrukturę, a następnie zająć się poważniejszymi zmianami.

– Każda firma dzisiaj ma swoją wersję transformacji cyfrowej, niektóre firmy zostały do tego zmuszone, np. firmy telekomunikacyjne przez konieczność obniżenia cen. Wymusiło to na nich transformację cyfrową w celu obniżenia kosztów. To się dzieje dzisiaj również w sektorze finansowym, bankowym i ubezpieczeniowym. Ale niestety widać też, że wiele firm wycofuje się z przeprowadzenia takiej transformacji – mówi Krzysztof Rocki.

Jak podkreśla, efekt takiej decyzji może być jeden – utrata konkurencyjności.

– Według naszych badań za 7 lat 30 proc. firm, które dzisiaj znamy jako marki ogólnoświatowe, przestanie istnieć. Przyczyną będą nie tylko fuzje i przejęcia, lecz także zaniechanie procesu transformacji cyfrowej – prognozuje Rocki.