Producenci telewizorów w 2018 roku stawiają na sztuczną inteligencję i asystentów głosowych. Nowe modele OLED 4K trafią na rynek w marcu

Producenci telewizorów w 2018 roku stawiają na sztuczną inteligencję i asystentów głosowych. Nowe modele OLED 4K trafią na rynek w marcu 1

W marcu 2018 roku na rynek ma trafić nowa linia telewizorów LG OLED, oferujących rozdzielczość 4K i technologię ThinQ. Ich sercem będzie procesor nowej generacji Alpha9 oferujący nową jakość obrazu i elementy sztucznej inteligencji. Technologia AI oraz asystenci głosowi to przyszłość rynku telewizorów. Niestety, w Polsce część funkcji z najnowszej linii telewizorów OLED 4K nie będzie dostępna ze względu na brak obsługi języka polskiego.

Linia nowych telewizorów LG OLED C8 składa się z modeli o przekątnej ekranu 55, 65 oraz 77 cali. Wszystkie wyposażone są w nowy, inteligentny procesor Alpha9. Układ ma zapewnić nową jakość obrazu niezależnie od jego źródła – jakość 4K będzie można uzyskać nawet z kablówki. Co więcej, dzięki technologii High Frame Rate odtworzy nawet 120 klatek na sekundę (obecnie standardem jest 60 kl./s).

– Niezależnie od tego, czy oglądamy telewizję z kablówki, satelity czy nawet anteny naziemnej, dzięki temu procesorowi podniesiemy jakość obrazu do rozdzielczości samego telewizora, czyli do natywnego 4K. Pracować będzie na to bardzo dużo systemów działających w tle. Dzięki nim uzyskamy płynniejsze przejścia tonalne, jeszcze bardziej wyraziste szczegóły oglądanego obrazu, a także dużo lepszą ostrość i głębię – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wiesław Kowalczyk z LG Electronics Polska.

Nowy inteligentny chip LG zawiera także elementy sztucznej inteligencji. Telewizor będzie można kontrolować głosem – wyposażony jest w Asystenta Google i kompatybilny jest z głośnikiem Amazon Echo. Niestety, oba nie są na razie dostępne w polskiej wersji językowej.

– Sztuczna inteligencja w telewizorze jest chociażby po to, żeby można było o wiele łatwiej nim sterować i wchodzić w interakcje. Będziemy mogli dowiedzieć się od niego, jaka jest pogoda albo czegoś o programie, który oglądamy, wyszukać filmy z danym aktorem czy przejrzeć zdjęcia na dysku Google. Musimy poczekać do polskiej premiery, żeby zobaczyć, które z tych funkcjonalności będą dostępne na rynku polskim – mówi Wiesław Kowalczyk.

Włączenie telewizora w system inteligentnego domu pozwoli nam na zarządzanie gospodarstwem domowym sprzed telewizora. Stanie się tak, jeżeli reszta urządzeń będzie kompatybilna z technologią ThinQ. Aktualnie w ofercie LG znajduje się lodówka, zmywarka, pralka i piekarnik, wspierające tę technologię i komunikujące się ze sobą za pomocą łączności Wi-Fi.

– Z telewizora będziemy mogli zobaczyć, co mamy w lodówce, albo powiedzieć za jego pośrednictwem, żeby nasza pralka wyprała rzeczy o danej godzinie. Gdy pralka skończy prać, my oglądając film i siedząc w dużym pokoju, dostaniemy powiadomienie na telewizorze – tłumaczy ekspert.

Na razie nie jest znana cena nowego modelu telewizora od LG, ale można przypuszczać, że będzie ona oscylowała początkowo wokół kwoty 10 tys. złotych. 55-calowy model C7 obecnie kosztuje około 8000 zł.

Według analityków Grand View Research wartość rynku Smart TV w 2025 roku wyniesie niemal 300 mld dol. W 2018 r. sprzedanych zostanie 114 mln tego typu telewizorów.

Polscy naukowcy pracują nad generatorem wytwarzającym energię elektryczną z marnowanego ciepła. Urządzenie może przynieść duże zyski elektrociepłowniom i biogazowniom

Polscy naukowcy pracują nad generatorem wytwarzającym energię elektryczną z marnowanego ciepła. Urządzenie może przynieść duże zyski elektrociepłowniom i biogazowniom 2

Polscy naukowcy prowadzą prace nad modułami termoelektrycznymi, które umożliwiają konwersję energii cieplnej na elektryczną. Na ich bazie powstał prototyp generatora termoelektrycznego TEG, który ma przetwarzać ciepło marnowane np. w elektrowni biogazowej. Zastosowanie technologii pozwalającej na odzysk nawet niewielkiej ilości energii i podniesienie sprawności istniejących bądź wdrażanych systemów energetycznych mogą według twórców prowadzić do gigantycznych zysków energetycznych i finansowych zarówno w skali Polski, jak i świata.

Zaprojektowany i wykonany w projekcie TERMOMOD, finansowanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, generator termoelektryczny TEG wykorzystuje ciepło ze spalanego biogazu. Instalacja bezpośrednio konwertuje energię cieplną na energię elektryczną za pomocą modułów termoelektrycznych.

– Proces przetwarzania energii cieplnej w energię elektryczną przebiega przy wykorzystaniu modułu termoelektrycznego, który zbudowany jest ze specjalnych materiałów półprzewodnikowych. Są to tzw. materiały termoelektryczne. Połączone w szereg w specjalnym ogniwie tworzą złącza, które przetwarzają bezpośrednio energię cieplną w energię elektryczną – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Rafał Zybała z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych.

Twórcy stawiają sobie za zadanie przetwarzanie energii, która pochodzi z już istniejących źródeł jako odpadowa energia cieplna. Według szacunków eksperta z ITME nawet 60–70 proc. energii marnowane jest w sposób bezpowrotny. To energia pochodząca między innymi z elektrowni biogazowych. Wykorzystanie modułów termoelektryczych pozwoli odzyskać przynajmniej część tej energii i przetworzyć ją na energię elektryczną.

– Zastosowanie technologii pozwalającej na odzysk nawet niewielkiej ilości energii, a w TEG jest to od kilku do kilkunastu procent, i podniesienie sprawności istniejących bądź wdrażanych systemów energetycznych, może prowadzić do gigantycznych zysków energetycznych i finansowych zarówno w skali Polski, jak i w skali świata – przekonuje ekspert z ITME.

Moduły termoelektryczne już są stosowane, przede wszystkim w branży chłodniczej. Powszechnym rozwiązaniem są ogniwa Peltiera, w których w wyniku przepływu prądu wymuszany jest przepływ ciepła. Moduły TE opracowywane przez ITME wykorzystują odwrotny efekt – Seebecka, przetwarzając bezpośrednio energię cieplną na energię elektryczną. Najbardziej powszechnym zastosowaniem są w tym momencie zastosowania kosmiczne oraz wojskowe, natomiast w przyszłości moduły termoelektryczne mogą być stosowane zarówno w przemyśle motoryzacyjnym, jak i w szeroko rozumianym przemyśle energetycznym.

– Wykorzystanie technologii TEG nie dotyczy tylko biogazu czy ogromnych obiektów takich jak np. elektrociepłownie, ale stosując technologię wykorzystującą efekty termoelektryczne, możemy usprawnić istniejące procesy technologiczne wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z niezagospodarowanym ciepłem odpadowym – tłumaczy dr inż. Rafał Zybała.

Generator Termoelektryczny TEG zostanie testowo uruchomiony w ciągu najbliższych dni w ramach instalacji energetycznej polskiej firmy NOVAGO.

Pielęgnacja układu napędowego i karoserii w motocyklu

Jeśli chcemy, aby dobrze działały te maszyny, które zostały wyposażone w łańcuchy rolkowe, musimy liczyć się z tym, że niezbędne okaże się podjęcie w tym celu kilku kroków. Na pierwszy plan w tym kontekście wysuwa się regularne czyszczenie i smarowanie łańcucha, Najlepiej, jeśli ma to miejsce co 500 przejechanych kilometrów, choć konserwacja powinna nastąpić szybciej, jeśli jeździmy w deszczu. Zaleca się przy tym nakładanie smaru na kolejne ogniwa wtedy, gdy są one jeszcze ciepłe, pozwoli to bowiem na szybsze pozbycie się rozpuszczalnika.

Jeśli pozwolimy sobie na zaniedbanie łańcucha rolkowego, musimy liczyć się z tym, że szybko ulegnie on zniszczeniu. W takim przypadku jedynym rozwiązaniem okaże się zakup nowej części. Jeśli nie mamy pewności, czy nadszedł już czas na wymianę sprawdźmy, czy ogniwa łańcucha nie zacinają się, sam łańcuch można odciągnąć do końca wysokości zęba, a koniec skali znajduje się na napinaczach tam, gdzie kończy się wahacz. Wystarczy, że dojdzie do jednej z opisanych sytuacji, a należy pogodzić się z tym, że oszczędzanie nie ma sensu. Najlepszym rozwiązaniem jest wówczas wymiana całego zestawu.

Napędy motocyklowe

W większości motocykli to łańcuchy rolkowe są uznawane za najważniejsze części napędowe. Jeśli jednak mamy do czynienia z Harleyami oraz motocyklami marki Buell, mogą być one napędzane pasami zębatymi. Innym dość często spotykanym rozwiązaniem jest napęd wałem. Oczywiście, każde z rozwiązań nie tylko posiada określone zalety, ale również nie jest wolne od wad. Trwałość poszczególnych elementów w dużej mierze jest uzależniona przy tym od działań pielęgnacyjnych. Dowiedz się więcej o łańcuchach rolkowych ze strony: www.janus.com.pl

Jak myć i konserwować motocykl?

Choć wiele osób uważa, że dbanie o (link nofollow, anchor tekst) -> łańcuch rolkowy łańcuch rolkowy jest zadaniem priorytetowym, nie można zapominać i o tym, jak dużą rolę ma do odegrania czysta karoseria. Najlepiej zainwestować w tym celu w środki czyszczące wysokiej jakości, w tym choćby pasty polerskie. Na szczęście, lakiery motocyklowe oraz te, które wykorzystują kierowcy samochodów są niemal identyczne, choć w tym pierwszym przypadku zazwyczaj mamy do czynienia z większą liczbą warstw i bardziej fantazyjnymi barwami. Mycie karoserii może odbywać się na kilka sposobów i nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby użyć w tym celu szamponu. Tu szczególnie dobrze sprawdzają się szampony wolne od wosku, ten bowiem lubi osiadać na częściach wykonanych z plastiku, co obniża ich walory estetyczne. Pomocne okazuje się dodatkowo wiaderko z ciepłą wodą i mokra gąbka. Już po umyciu te części, które są lakierowane, powinny zostać wytarte szmatką z mikrofibry.

Jak wybrać pastę polerską?

Gdy umyjemy karoserię, musimy zastanowić się nad jej zabezpieczeniem, zawsze ze szczególną troską o części plastikowe. Tu szczególnie pomocne okazują się cleanery, pozwalają one bowiem na usunięcie zmatowiałej i utlenionej warstwy lakieru, a nawet niewielkich rys pojawiających się na nim. Łagodne pasty polerskie w płynie nie powinny też doprowadzić do uszkodzenia karoserii.

Wysokiej klasy pasty polerskie znajdziesz na stornie: sklep.motogo.pl

Jeśli lakier ma ciemną barwę, możemy mieć pewność, że skuteczna okaże się politura.
Ważnym elementem pielęgnacyjnym jest też wosk. Również tu można kierować się doświadczeniami zdobytymi podczas czyszczenia karoserii samochodu, choć w sprzedaży dostępne są także preparaty stworzone jedynie z myślą o motocyklach. Jeśli do gustu przypadł nam wosk w sprayu zwracajmy uwagę na to, aby nie pozostawił śladów na kołach i elementach układu hamulcowego. Wszystkie czynności pielęgnacyjne mają ten plus, że nie wymagają ani czasu, ani wysiłku. Sam efekt końcowy daje przy tym ogromną satysfakcję.

Dzień spekulanta

Czwartkowa decyzja Europejskiego Banku Centralnego z pewnością nie należy do przełomowych. Ostatnie przecieki prezentowane przez agencję Reutera dawały cień szansy na usunięcie tzw. „easing bias”, aczkolwiek w opublikowanym komunikacie pozostawiono wzmiankę o możliwości dostosowania parametrów luzowania w zależności od perspektyw gospodarczych. Solidną dawkę zaskoczenia zapewniły słowa prezesa ECB Mario Draghiego, które były zdecydowanie mniej gołębie niż można było tego oczekiwać. Seria dość wymijających odpowiedzi na temat zagrożeń wynikających z sytuacji na rynku walutowym została potraktowana jako zachęta do kupna, co przez moment pozwoliło na uplasowanie EUR/USD nad kolejnym z kamieni milowych.

Pierwsze godziny amerykańskich notowań poskutkowały częściowym umocnieniem dolara, aczkolwiek w dalszej mierze uznaje on wyższość wszystkich walut państw G10 oraz Emerging Markets. Obecnie euro (0,6 proc.) stara się ustabilizować notowania EUR/USD w okolicach poziomu 1,2485, tj. dokładnie figurę niżej względem obliczonego przez nas długookresowego „fair value”, gdzie wykorzystaliśmy elastyczne podejście do nieubezpieczonego parytetu stóp procentowych, odchylenia indeksów cen oraz różnicę w wycenie klas poszczególnych aktywów.

Wśród głównych walut prym wiedzie szwajcarski frank (1,0 proc.), który spycha kurs EUR/CHF dokładnie 20 pipsów poniżej solidnie testowanego punktu zwrotnego przy 1,1700. Podobną skalę umocnienia notuje norweska korona (1,0 proc.) znajdująca się na fali za sprawą nie tylko sprzyjających przetasowań na rynku ropy, ale również dzięki podtrzymaniu stosunkowo jastrzębiego stanowiska przez władze Norges Banku. Przy poziomach nienotowanych od połowy września znajduje się japoński jen (0,5 proc.), który obecnie próbuje zepchnąć kurs USD/JPY pod wsparcie przy 108,60. Lekki cios w wycenę dolara kanadyjskiego (0,2 proc.) zdecydował się wymierzyć Stephen Poloz, gubernator BOC, informujący o ponadprzeciętnej wrażliwości gospodarki na coraz wyższe stopy procentowe. Wpływ jego wypowiedzi zniwelowała zaskakująco dobra sprzedaż detaliczna, która w ujęciu bazowym odnotowała miesięczny skok rzędu 1,6 proc. (konsensus: 0,9 proc.). Na samym dnie zestawienia znajduje się funt szterling (0,1 proc.) – obecnie kurs GBP/USD oczekuje przy 1,4260 na pojawienie się sygnału warunkującego sentyment.

Najsilniejszą walutą regionu okazał się być polski złoty (1,0 proc.), który okrył cieniem dzisiejszą zwyżkę w wykonaniu rosyjskiego rubla (0,7 proc.) oraz czeskiej korony (0,7 proc.). Skali zanotowanego umocnienia nie przeszkodziło dość gołębie wystąpienie Adama Glapińskiego, prezesa NBP, informującego w Davos o zamiarach utrzymania stóp procentowych na niezmienionych poziomach przez cały 2018 rok. Jego zdaniem kluczowe jest utrzymywanie stabilnych parametrów prowadzonej polityki, które w dalszej mierze nie powinny być postrzegane jako niskie. Glapiński nie wycofuje się z forward-guidance – informuje on, że planowana podwyżka stóp procentowych zostanie ogłoszona ze stosownym wyprzedzeniem. Glapiński nie jest pewny utrzymania stopy referencyjnej na poziomie 1,5 proc. w 2019 roku, co utożsamia z efektem transmisji czynników inflacyjnych z państw trzecich. Obecnie EUR/PLN schodzi pod 4,1400, USD/PLN stabilizuje się przy 3,3100, CHF/PLN wraca do 3,5450, a GBP/PLN czeka przy 4,7240.

Beneficjentami niezbyt gołębiego podejścia okazali się być inwestorzy w Madrycie oraz Mediolanie, gdzie pokaźne wzrosty spółek z sektora bankowego wypchnęły indeksy IBEX 35 oraz FTSE MIB odpowiednio 0,3 proc. oraz 0,4 proc. nad poziomy z wczorajszych zamknięć. W wyraźnym odwrocie znalazł się frankfurcki DAX (-0,9 proc.). Na jego dnie znalazły się takie walory jak Deutsche Post (-2,9 proc.), Henkel (-1,8 proc.) oraz Lufthansa (-1,7 proc.). Skalę odnotowanej zniżki usilnie próbowały ograniczyć Commerzbank (1,4 proc.) oraz Linde (2,8 proc.), które oczekuje na finał fuzji z Praxair.

Jedną z najsilniej tracących spółek w Londynie okazał się być Rolls-Royce (-2,0 proc) będący pod presją decyzji Emirates w sprawie wyboru dostawcy silników do zamówionych modeli A380. Nieco bardziej pokaźną zniżkę odnotowało British American Tobacco (-2,1 proc.) za sprawą doniesień związanych z rozpoczęciem śledztwa przez francuskie organy. W naruszenie zasad konkurencji dodatkowo są zamieszane Japan Tobacco International oraz Imperial Tobacco (-1,9 proc.). Na dnie indeksu FTSE 100 (-0,4 proc.) znalazły się walory Sage (-2,3 proc.), którego władze poinformowały o planowanym zwiększeniu przychodu organicznego na poziomie 10 proc. w horyzoncie najbliższych trzech lat. Na szczycie indeksu znalazły się spółki ze świeżo zmienionymi rekomendacjami. Najsilniej rosnącą z nich okazał się być Smith and Nephew (4,2 proc.), który według analityków JPMorgan zasłużył na „przeważaj”.

Zdecydowanie silniejszy rajd w stronę niższych poziomów ma za sobą WIG 20 (-1,2 proc.), który przełamał okrągły poziom 2 600 pkt. Na samym dnie indeksu znalazł się Orlen (-5,3 proc.) za sprawą wysoce rozczarowujących wyników za miniony kwartał. Spółka poinformowała, że zysk netto za ostatnie trzy miesiące 2017 roku uplasował się na poziomie 1,59 mld PLN (konsensus: 1,66 mld PLN). Dodatkowy cios wymierzył spadek marży rafineryjnej (3,20 USD za baryłkę), który zgodnie z oczekiwaniami władz będzie kontynuowany w nadchodzących miesiącach. Za niezbyt pozytywne nastroje przy Książęcej odpowiedzialne były również spółki z sektora bankowego. Do dodatkowej przeceny przyczyniły się słowa Adama Glapińskiego, który nie przewiduje konieczności zaangażowania dodatkowego kapitału w rodzime instytucje finansowe. Na szczycie indeksu znalazło się PZU z 1,1 proc. zwyżką. Obojętnie wobec niezbyt przychylnej noty Raiffeisenu Centrobanku przeszło PGNiG (0,6 proc.), które na koniec sesji znalazło się przy 6,83 PLN za walor (cena docelowa: 6,90 PLN).

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Szwajcaria nie boi się kryptowalut, a my?

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że polski rząd rozważa wprowadzenie zakazu handlu kryptowalutami. I nie jest w tym odosobniony. Podobne głosy słychać też z innych krajów. Tymczasem np. Szwajcaria widzi w kryptowalutach potencjał, a agencja ratingowa Weiss Ratings podjęła się oceny najpopularniejszych kryptowalut – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

W środę na konferencji ekonomicznej w Davos, kilka tygodni po pogłoskach o wprowadzaniu Polcoina, Mateusz Morawiecki zapytany o kryptowaluty zapowiedział, że Polska zwiększy regulacje lub wprowadzi całkowity zakaz obrotu kryptowalutami. Polski premier chciałby w ten sposób uniknąć skandalu podobnego jak ten sprzed kilku lat z Amber Gold.

W wywiadzie dla RMF FM zapowiedziom premiera wtórował prezes Narodowego Banku Polskiego, który stwierdził, że “kryptowaluty wnoszą niepokój” oraz że Polska może zakazać handlu kryptowalut, jeżeli podobnie postąpią inne kraje w Europie.

Minister widzi “krypto-naród”

Czy tak się stanie? Cytowany przez Financial Times Johann Schneider-Ammann, minister gospodarki Szwajcarii, powiedział w zeszłym tygodniu na konferencji kryptowalut w St. Moritz, że chce aby Szwajcaria stała się “krypto-narodem”. Wcześniej, we wrześniu, szwajcarski regulator, Finma, ostrzegał przed niektórymi ICO (initial coin offering – oferta publiczna kryptowalut), które mogły być wykorzystywane m.in. do prania pieniędzy. Finma ma w niedługim czasie zaktualizować jak chce regulować ICO.

Z kolei szwajcarski sekretarz stanu, Jörg Gasser, widzi ogromny potencjał w rynku ICO. Szwajcaria chce, by rynek ten eliminował swoje niedostatki i rozwijał się “bez uszczerbku dla standardów lub integralności rynków finansowych”.

Według danych zebranych przez Financial Times, zdecydowanie mniejsza od Polski Szwajcaria odważniej operuje kryptowalutami i wprowadza oferty publiczne oparte o kryptowaluty (ICO). W okresie od stycznia do października 2017 r. całkowita wartość tych ofert publicznych wyniosła 550 mln dolarów, czyli 12 razy więcej niż w Polsce (45 mln dol.). ICO więcej wyniosły tylko w USA – 580 mln dol.

Agencja ratingowa ocenia

Skrajnie rozbieżne podejście krajów do kryptowalut wynika m.in. z tego, że kryptowalutowy rynek znajduje się w początkowej fazie rozwoju. Sytuacja może się zmienić wraz z rozwojem kryptowalut, a także szerszą implementacją technologii blockchain, na których opiera się część z nich.

Dziś inwestycje w kryptowaluty wiążą się z dużym ryzykiem. Ich oceny podjęła się ostatnio agencja ratingowa Weiss Ratings, która sklasyfikowała 74 najpopularniejszych kryptowalut na rynku w skali od A do E. Żadna z ocenianych nie otrzymała najwyższego ratingu – A (doskonały). Bitcoin, którego cena spadła w miesiąc o blisko połowę, dostał notę C+, co oznacza poziom zadowalający. Najpopularniejszej z kryptowalut służyła dość powszechna “adopcja”, ale ciążyły m.in. wysokie koszty transakcyjne czy tzw. wąskie gardła powodujące opóźnienia. Pod względem tych czynników lepiej wypadło Ethereum, sumarycznie uzyskując ocenę B (poziom “dobry”).

Co się stanie dalej, zależy m.in. od rządów państw. Jeżeli coraz więcej z nich zaadoptuje wirtualne pieniądze i technologię blockchain, rynek się rozwinie, stanie się bardziej zrozumiały, a kryptowaluty i ich technologie mogą znaleźć szerokie zastosowanie w życiu codziennym.

Wznowienie postępowania podatkowego

Podatnikowi niezadowolonemu z decyzji ostatecznej w zakończonej sprawie przysługuje zaskarżenie. Jednak jedynie w wyjątkowych przypadkach podatnik ma prawo do wycofania niekorzystnej decyzji z obrotu.

Podatnik, który otrzymał niekorzystną decyzję organu II instancji, ma zazwyczaj jedną drogę do tego, by ją zaskarżyć – skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego wraz z wnioskiem o wstrzymanie jej wykonania. Taka decyzja jest bowiem ostateczna w administracyjnym toku postępowania i jeszcze nie prawomocna, o ile podatnik zdecyduje się na dalszą walkę z fiskusem przed sądem. Wskazać również należy, że przy wystąpieniu dość specyficznych elementów stanu faktycznego sprawy czy procedowania z nim w trakcie postępowania, podatnik ma do dyspozycji jeszcze jedną istotną kartę przetargową. Może skutecznie postarać się o wznowienie postępowania zakończonego decyzją, czego skutkiem będzie wyrugowanie jej z obrotu prawnego.

Wznowienie postępowania to jeden z tzw. nadzwyczajnych trybów postępowania podatkowego, w którym dochodzi do weryfikacji ostatecznej decyzji wydanej przez organ podatkowy. Nawet jeśli postępowanie podatkowe zostało zakończone, podatnik ma szansę na zmianę ostatecznej decyzji wydanej w zakończonej sprawie. Ten tryb znajduje zastosowanie w odniesieniu do decyzji ostatecznych, które jednakże są dotknięte jedną z wad wyliczonych w § 240 Ordynacji podatkowej.

Jedenaście przesłanek

Ordynacja podatkowa przewiduje jedenaście przesłanek wznowienia postępowania zakończonego decyzją ostateczną. Ustawa wylicza następujące wady:

  1. dowody, na których podstawie ustalono istotne dla sprawy okoliczności faktyczne, okazały się fałszywe;
  2. decyzja wydana została w wyniku przestępstwa;
  3. decyzja wydana została przez pracownika lub organ podatkowy, który podlega wyłączeniu na podstawie przepisów Ordynacji podatkowej;
  4. strona nie z własnej winy nie brała udziału w postępowaniu;
  5. wyjdą na jaw istotne dla sprawy nowe okoliczności faktyczne lub nowe dowody istniejące w dniu wydania decyzji nieznane organowi, który wydał decyzję;
  6. decyzja wydana została bez uzyskania wymaganego prawem stanowiska innego organu;
  7. decyzja została wydana na podstawie innej decyzji lub orzeczenia sądu, które następnie zostały uchylone, zmienione, wygaszone lub stwierdzono ich nieważność w sposób mogący mieć wpływ na treść wydanej decyzji;
  8. decyzja została wydana na podstawie przepisu, o którego niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, ustawą lub ratyfikowaną umową międzynarodową orzekł Trybunał Konstytucyjny;
  9. ratyfikowana umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania lub inna ratyfikowana umowa międzynarodowa, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, ma wpływ na treść wydanej decyzji;
  10. wynik zakończonej procedury wzajemnego porozumiewania lub procedury arbitrażowej, prowadzonych na podstawie ratyfikowanej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania lub innej ratyfikowanej umowy międzynarodowej, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, ma wpływ na treść wydanej decyzji;
  11. orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma wpływ na treść wydanej decyzji.

Kiedy podatnik może żądać wznowienia

Postępowanie wznowieniowe może zostać wszczęte zarówno z urzędu, jak i na żądanie strony. Podatnik będący stroną postępowania może żądać jego wznowienia w czterech przypadkach.

Po pierwsze, każdy podatnik, który nie brał udziału w postępowaniu nie z własnej winy, ma jeszcze szansę na jego wznowienie. Strona powinna w tym celu złożyć stosowny wniosek w ciągu miesiąca od chwili powzięcia informacji o wydaniu decyzji ostatecznej w sprawie.

Drugą z możliwości jest sytuacja opisana w § 8 przytoczonego przepisu – jeśli decyzja w sprawie została wydana na podstawie przepisu, o którego niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, ustawą lub ratyfikowaną umową międzynarodową orzekł Trybunał Konstytucyjny, podatnik ma miesiąc na wniesienie żądania o wznowienie.

Trzecia przesłanka umożliwia wznowienie postępowania w sytuacji, w której orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE miało wpływ na wydaną decyzję. Termin na złożenie żądania wznowienia postępowania wynosi w tym przypadku miesiąc od publikacji orzeczenia w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej.

Ostatnią przesłanką, na podstawie której postępowanie wznowieniowe następuje na żądanie podatnika, jest niezgodność decyzji z ratyfikowaną umową o unikaniu podwójnego opodatkowania lub inną ratyfikowaną umową międzynarodową, której stroną jest Polska. Ustawodawca w tym przypadku nie określił terminu na wniesienie żądania.

Jeśli organ podatkowy stwierdzi zasadność wznowienia postępowania, wydaje w sprawie stosowne postanowienie, które stanowi podstawę do przeprowadzenia przez właściwy organ dwóch postępowań. Organ rozstrzygnie zarówno co do przesłanek wznowienia, jak i co do istoty sprawy. W przypadku odmowy wznowienia postępowania podatnik może się odwołać na zasadach ogólnych.

Uprawnienia podatnika przy wznowieniu postępowania

W sytuacji gdy zachodzi prawdopodobieństwo uchylenia decyzji w przypadku postępowania wznowieniowego, Ordynacja podatkowa w art. 246 przewiduje możliwość wstrzymania z urzędu lub na żądanie strony wykonania spornej decyzji przez właściwy w sprawie organ podatkowy. Podatnikowi przysługuje prawo złożenia zażalenia na postanowienie w sprawie wstrzymania wykonania decyzji, z wyłączeniem sytuacji, w której postanowienie zostało wydane przez ministra właściwego ds. finansów publicznych, dyrektora izby skarbowej, dyrektora izby celnej lub samorządowe kolegium odwoławcze.

Jak można zauważyć, pewne przesłanki wznowienia postępowania (zwłaszcza wydanie orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny RP albo Trybunał Sprawiedliwości UE) mogą zostać spełnione nawet po kilku latach od wydania niekorzystnej decyzji. Z tego powodu część decyzji będzie już prawdopodobnie wykonanych, wobec czego wskazany przepis art. 246 Ordynacji podatkowej ma bardzo ograniczone zastosowanie i stanowi iluzoryczne uprawnienie podatnika, z którego prawdopodobnie nie będzie miał on okazji skorzystać, gdyż nie można wstrzymać wykonania już wykonanej decyzji.

Ku przestrodze

Przepisy dotyczące wznowienia postępowania dotyczą jedynie decyzji ostatecznej, tj. takiej, od której nie przysługuje odwołanie w administracyjnym toku postępowania. Należy zawsze głęboko zastanowić się, czy warto zaskarżyć decyzję do sądu, czy lepiej będzie wystąpić o wznowienie postępowania. W jednym i w drugim przypadku przesłanki wymienione w art. 240 Ordynacji podatkowej stanowić będą zarzuty procesowe oraz będzie można wnosić o wstrzymanie wykonania decyzji.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Dolina blockchainowa w Polsce?

Polska ma szansę znaleźć się w czołówce państw rozwijających blockchain twierdzi Bogdan Szafrański, członek rady nadzorczej Polskiego Funduszu Rozwoju. Z kolei prof. Krzysztof Piech, ekonomista z uczelni Łazarskiego, uważa, że szturmem zdobywająca rynek technologia jest ważniejsza od inwestycji w samochody elektroniczne, a w Polsce mogłaby powstać dolina blockchainowa. Jest tylko jeden warunek: potrzeba zgody premiera.

Technologia blockchain największy rozgłos zyskała za sprawą kryptowalut. Bez niej ich istnienie byłoby niemożliwe, jednak jej zastosowanie nie kończy się na cyfrowych środkach płatniczych. Zdaniem ekspertów to zaledwie wierzchołek góry lodowej. – Mówiąc o systemie blockchain, powinniśmy myśleć przede wszystkim o kontraktach. Obecnie jeśli chcemy zawrzeć kontrakt potrzebujemy rządu i prawników. Rządu, który skontroluje, czy jesteśmy uczciwi oraz prawników, którzy sprawdzą, czy dokumenty są w porządku. Jeśli ktoś złamie kontrakt, rząd upewni się, że zostanie pociągnięty do odpowiedzialności tłumaczy Kamran Khan, prezes zarządu Partner of Infra-Tech Capital, który w latach 2013-2016 z nominacji Baracka Obamy pełnił funkcję wiceprezydenta MCC (ranga asystenta sekretarza rządu USA). Jego zdaniem blockchain wraz z inteligentnymi kontraktami eliminuje potrzebę korzystania z pośredników, takich jak prawnicy czy organa państwowe. – Dochodzimy do porozumienia, które nie jest tylko świstkiem papieru, ale obowiązującą, w pełni zautomatyzowaną umową dodaje Khan podczas konferencji Blockchain Connect Warsaw 2018.

To, jak wielki potencjał posiadają rozproszone rejestry dostrzega również prof. Krzysztof Piech, który przekonuje, że Polska powinna nie tylko otworzyć się na inwestorów angażujących swój kapitał w rozwój projektów opartych o tę technologię, lecz również stworzyć dla nich przyjazną przestrzeń na wzór doliny krzemowej. To jest kapitał, plus technologia, plus know-how. Jeśli nasz kraj by się otworzył na tego typu nowych inwestorów, to na prawdę można byłoby taką nową dolinę blockchain’ową zrobić. Jeśli szwajcarzy mogli zrobić dolinę kryptowalutą, my możemy zrobić coś bardziej zaawansowanego, ale to wymaga decyzji premiera – mówi ekonomista z uczelni Łazarskiego i dodaje, że Państwo powinno angażować się nie tylko w samochody elektryczne, lecz również, jeśli nie przede wszystkim, we wsparcie rozwiązań wykorzystujących rozproszone rejestry. W podobnym duchu wypowiedział się również Bogdan Szafrański, członek rady nadzorczej Polskiego Funduszu Rozwoju. Jego zdaniem oparte o blockchain źródła finansowania inwestycji, również tych w infrastrukturę, mogą za kilka lat zdominować rynek i należy je bacznie obserwować. – Polska ma szansę znaleźć się w czołówce państw rozwijających tę technologię – dodaje Szafrański.

Według Krzysztofa Gagackiego z IOVO.io, polskiego startupu dedykowanego decentralizacji i demokratyzacji dostępu do danych osobistych oraz powstających na ich bazie wyników scoringowych, jest o co walczyć, bo rynek takich rozwiązań rozwija się w błyskawicznym tempie. Potwierdza to raport firmy analitycznej MarketsandMarkets, z którego wynika, że już w 2017 r. osiągnął on wartość 415.5 mln dolarów, a przez następne pięć lat jego wzrost szacuje się na 79.6 proc. rdr. Jeśli prognozy analityków się spełnią, to w roku 2022 rynek blockchain wart będzie już 7,683.7 mld dolarów. — Blockchain zmieni świat tak samo, jak zmienił go internet. Jest to technologia, która sprowadza nas do w pełni scentralizowanego rejestru danych, w związku z czym nie będziemy mieli w przyszłości żadnych pośredników i wszystko będzie transparentne — twierdzi Gagacki.

Blockchain to tzw. rozproszony rejestr. W dużym uproszczeniu coś raz w nim zakodowane pozostaje na wieczność, a tego zapisu nie da się usunąć ani go sfałszować. Wszystko dzięki temu, że technologia zapisuje te same informacje u wszystkich uczestników systemu. Dodatkowo każda zmiana zatwierdzana jest według określonych reguł, które muszą zgadzać się z kodem innych rejestrów. Nie można więc podrobić informacji, włamując się tylko do jednego z elementów systemu. Dzięki temu można je błyskawicznie odtworzyć. Taki sposób zapisywania danych jest najwyższym gwarantem bezpieczeństwa — Świętym Graalem firm z wielu sektorów.

Dynamiczny rozwój tej technologii nie oznacza wcale, że nie spotka się on ze sporym sprzeciwem. – Za każdym razem, kiedy pojawia się ruch, który ma na celu usprawnienie przejrzystości lub demokratyzację działań, mamy do czynienia z próbą siły. Innowatorzy korzystać będą z tej technologii, a sam rynek ukarze firmy, które nie będą chciały być transparentne, tak że w końcu i one się zmienią – stwierdził Daniel Jeffries, ekspert i wizjoner, podczas konferencji Blockchain Connect Warsaw 2018.

Do grona firm sprzeciwiających się przejrzystości z pewnością nie należy EY, światowy lider w zakresie audytu, doradztwa podatkowego, doradztwa biznesowego oraz doradztwa transakcyjnego, który już dziś prowadzi szereg inicjatyw skierowanych do środowiska firm technologicznych, takich jak program EYnovation czy Startberry, będąc partnerem w dyskusji o zastosowaniu technologii blockchain w biznesie oraz nowych metodach pozyskiwania środków finansowych poprzez transakcje ICO.   Ostatnie dwie dekady to czas rewolucyjnych zmian w sposobie prowadzenia biznesu, wywołanych nowymi technologiami cyfrowymi, komunikacyjnymi i powszechną mobilnością. Internet i telefonia komórkowa na zawsze zmieniły sposób, w jaki się komunikujemy. Jednak wraz z rozwojem internetu pojawiły się nowe zagrożenia. Blockchain jest technologią, która może przywrócić zaufanie niezbędne do bezpiecznego prowadzenia biznesu – mówi Tomasz Kibil, Associate Partner, EMEIA Advisory Center IoT Strategy Leader, EY.  Doskonale widać to na przykładzie produkcji przemysłowej i logistyki, gdzie rozwiązania oparte o rozproszone rejestry są już testowane i wdrażane. — Transparentność i identyfikacja w łańcuchu dostaw produkcji odgrywają w logistyce istotną rolę. Zdecentralizowane rejestry mogą je znacząco poprawić. Są odporne na próby oszustwa i umożliwiają lepszą kontrolę dostępu. Za ich pośrednictwem można gromadzić kluczowe dane o pochodzeniu każdego pojedynczego składnika wykorzystanego w procesie produkcyjnym  tłumaczy Krzysztof Gagacki z IOVO.io.

Automatyzacja (nie) do zatrzymania: jaki będzie kolejny krok ludzkości w przyszłość?

Valentyn Kropov, Delivery Director w SoftServe
Valentyn Kropov, Delivery Director w SoftServe

Dzięki automatyzacji możliwe jest to, co jeszcze jakiś czas temu wydawało się niewyobrażalne. Automatyzacja pozwala na wybudowanie domu w parę godzin, sprowadzenie rakiety wielokrotnego użytku na Ziemię (tzw. rakiety jednostopniowej) w celu ponownego startu, czy też na przeprowadzenie skomplikowanego zabiegu chirurgicznego, podczas gdy pacjent znajduje się na innym kontynencie. Roboty, inteligentne urządzenia i wysokowydajne systemy, pracujące z ogromnymi i ciągle rosnącymi przepływami danych, na zawsze zmieniły otaczającą nas rzeczywistość. Osiągnięcia automatyzacji dają człowiekowi niewyobrażalny wcześniej komfort i swobodę działania oraz uwalniają od rutyny. Dzięki nim ludzie mogą rozwijać swoja kreatywność, dążyć do samorealizacji i podejmować nowe aktywności, na które wcześniej, przez nakład pracy, brakowało czasu.

Ponad 100 lat temu Henry Ford posadził całą Amerykę za kierownicą, organizując pierwszą masową produkcję urządzenia nowej technologii – samochodu. Jego konstrukcja musiała zostać ujednolicona dla linii produkcyjnej, a sam Ford poświęcił połowę swojego życia na masową instalację linii produkcyjnych. Efekt był tego warty. Automatyzacja przyniosła rekordową sprzedaż, ale przede wszystkim była impulsem do rozwoju kultury motoryzacyjnej w USA. Dzięki temu milionom Amerykanów zwiększył się komfort życia na przedmieściach. Ponadto, automatyzacja pozwoliła na szybszy rozwój infrastruktury drogowej i transportu. Jeszcze nie tak dawno cykl „pomysł-realizacja-masowe użytkowanie” mógł zajmować nawet 30-40 lat i  więcej (np. wynalezienie lodówek, które na zawsze odmieniło branżę produkcji, przechowywania i sprzedaży towarów spożywczych). Dziś od stworzenia do masowego zastosowania mija zaledwie kilka lat (np. smartfony, które w ciągu mniej niż 10 lat użytkuje zdecydowana większość ludzi).

„Chwała robotom!”

Co przyczyniło się do takiego rozwoju automatyzacji? Kluczowym czynnikiem jest tu szybkość wykonania zadań i podejmowania decyzji. Wykonując wiele podobnych do siebie operacji, z czasem każdy człowiek zaczyna działać nieefektywnie lub popełniać błędy, nieraz krytyczne, a nawet fatalne. Podobnie jak pociąg i samochód stały się lepszym środkiem komunikacji niż pojazdy zaprzęgowe, tak roboty i inteligentne programy wykonują rutynowe zadania znacznie szybciej i dokładniej niż ludzie. Automatyzując procesy liczy się z jednej strony na zwiększenie produktywności i jakości przy wzroście ilości, a z drugiej – na pozbawienie wad, których przyczyną może być człowiek.

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych przez firmę McKinsey[1], przy obecnym poziomie technologii automatyzacja może objąć niemal wszystkie obszary działalności. Objętość tego rynku to ponad połowa wszystkich pracowników na świecie, z kapitałem wynagrodzeń około 15 trylionów dolarów. Produkcja, hotelarstwo i gastronomia, branża retail – właśnie tutaj automatyczne rozwiązania  pojawią się w pierwszej kolejności. Przy czym, zautomatyzowana zostanie nie tylko praca nisko płatna, lecz także obszary, w których potrzebny jest średni lub wysoki poziom kwalifikacji.

Typy automatyzacji

Aby zrozumieć, czym jest automatyzacja, warto rozróżniać automatyzację z udziałem robotów i bez nich. Pierwszy typ możemy spotkać np. w budownictwie (druk 3D ścian, zautomatyzowana budowa domów z milimetrową dokładnością), produkcji przemysłowej, służbie zdrowia (roboty dla wykonania badań i zabiegów chirurgicznych).

Drugi typ automatyzacji nie dotyczy świata fizycznego, ponieważ zakłada on pracę z danymi i ich przekształcaniem. Uważa się, że taka automatyzacja nabiera masowego charakteru dopiero teraz, ale jeśli się przyjrzeć, to korzystamy z niej już od dawna. Wystarczy tylko przypomnieć autokorektę i sprawdzenie pisowni w programach tekstowych, formuły w arkuszach kalkulacyjnych, środki autouzupełniania formularzy, automatyczne tłumaczenie stron internetowych i wiele innych możliwości. W USA procesy gromadzenia i analizy danych uważa się za jeden z najbardziej podatnych na automatyzację obszarów. Razem z pracą fizyczną w wysoko zorganizowanych i przewidywalnych obszarach stanowią one 51 proc. krajowej gospodarki, co przekłada się na 2,7 trylionów dolarów w postaci wynagrodzeń dla pracowników.

Bot czy specjalista?

Najbardziej atrakcyjnymi obszarami dla automatyzacji będą te, w których większość informacji jest przedstawiona w formie elektronicznej, a rozwiązania można zidentyfikować stosunkowo łatwo. Jednym z takich obszarów jest prawoznawstwo: jego ogromny potencjał można realizować w miarę łatwo dzięki temu, że wszystko jest udokumentowane, biorąc oczywiście pod uwagę możliwość dostępu do ustaw i statutów w wersji elektronicznej. Efektywna praca z dużą ilością danych w tym obszarze jest w stanie przynieść niesamowity rezultat. Duże możliwości dla automatyzacji są w obszarze prawa precedensowego (takie jest np. w USA). Przerabiając coraz większe ilości informacji zautomatyzowany „prawnik” może znacznie dokładniej określić prawdopodobieństwo wygrania procesu, niż człowiek. Możliwości żywego prawnika są ograniczone, m.in doświadczeniem, które zdążył zgromadzić w ciągu swojej kariery. Bot natomiast może podejmować decyzję o wiarygodności pozytywnego rozwiązania sprawy na podstawie wszystkich podobnych przypadków. Idealny scenariusz automatyzacji procedury prawnej wygląda w następny sposób: zadajemy pytanie i w odpowiedzi dostajemy algorytm działań wyposażony w artefakty, którymi są szablony wniosków, ankiet, każda dokumentacja, która jest potrzebna dla danego precedensu. Na przykład w odpowiedzi na pytanie jak zarejestrować firmę, możemy otrzymać nie tylko listę niezbędnych dokumentów, ale także analizę podobnych spraw, skomplikowanych przypadków, statystyki, itd.

Jednak pomimo że prawoznawstwo ma ogromny potencjał w obszarze automatyzacji oraz prowadzone są dyskusje na jej temat w tym kontekście, analiza rynku pokazuje, że realnych osiągnięć na razie jest mało. Dziś funkcjonalność „botów-prawników” jest bardzo ograniczona, obejmuje ona tylko niektóre typowe sytuacje i nie jest używana powszechnie w kontekście komercyjnym. Na rynku jednak stopniowo pojawiają się inteligentne systemy wyszukiwania, służące podniesieniu efektywności pracy prawników, wykorzystujące analizę legislacyjną i uczenie maszynowe zamiast tradycyjnego wyszukiwania według słów kluczowych. Możliwości wyspecjalizowanych narzędzi, łączących technologie Natural Language Processing, Machine Learning i Latent Semantic Indexing, wykorzystywane są najczęściej do analizy kontraktów i sprawdzania zgodności z polityką firmy.

Jeszcze jeden perspektywiczny obszar dla automatyzacji to ochrona prawna i ochrona własności intelektualnej. Już dziś giganci branży IT w postaci YouTube i Facebooka z powodzeniem automatyzują procesy w zakresie ochrony praw własności intelektualnej, zapewniając weryfikację treści pod kątem zgodności z prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Wykonanie automatycznych wyszukiwań dla rejestracji znaków towarowych w różnych regionach świata, automatyzacja procedury rejestracji znaku towarowego dla towarów i usług zgodnie z typowym scenariuszem – praca z danymi w tym obszarze bezpośrednio jest związana z działalnością komercyjną. Należy tutaj przypomnieć ukraiński PatentBot, który nauczył się już rejestrować znaki towarowe nie tylko na Ukrainie, ale także w Stanach Zjednoczonych. Tego typu produkty informatyczne, mimo iż nie uwzględniają wszystkich szczegółów i skomplikowanych przypadków rejestracji, pełnią ważną misję. Sprawiają, że usługi z zakresu praw własności intelektualnej stają się bardziej przystępne dla szerokiego grona odbiorców, popularyzują się oraz  wspierają działanie mechanizmów legislacyjnych na rzecz biznesu.

Kwestia automatyzacji procesów związanych z prawami własności intelektualnej z biegiem czasu będzie coraz istotniejsza, ponieważ ilość przetwarzanych ręcznie danych rośnie wykładniczo. Takie instytucje, jak np. działający na terenie Polski Urząd Patentowy potrzebują kilku miesięcy, by sprawdzić podobieństwo znaku towarowego do już zarejestrowanych. To samo można w większości przypadków wykonać za pomocą algorytmów uczenia maszynowego, pozostawiając do ręcznego sprawdzania tylko sprzeczne lub najbardziej skomplikowane przypadki.

Oprócz dziedziny prawnej najbardziej atrakcyjnymi obszarami do automatyzacji są takie, w których najwięcej dokumentów jest w wersji elektronicznej, a także te, których algorytmy działania mają formę deterministyczną. Branże takie jak rachunkowość, bankowość, handel, marketing, edukacja i nawet medycyna ogólna już teraz są obserwowane zarówno przez duże firmy jak i startupy. Można spodziewać się najpierw powstania instrumentów znacznie ułatwiających pracę specjalistów, a z czasem – kompleksowych rozwiązań, które będą w stanie praktyczne całkowicie ich zastąpić.

O krok od przyszłości i etyka

Dzięki automatyzacji ciężkiej pracy fizycznej oraz rutynowych procedur, człowiek otrzymuje możliwość skoncentrowania się na samym produkcie, procesie jego tworzenia i udoskonalenia. Pojawia się więcej czasu i pieniędzy dla warsztatów kreatywnych, które są motorem postępu. Zastosowanie automatyzacji pozwala znacznie obniżyć cenę produktów i usług, i pozwala zaproponować je w bardziej dostępnej dla szerokiej publiczności formie. Automatyzacja zmienia biznesy, branże i świadomość. Zmienia się krajobraz rynku pracy, wymierają nieaktualne i rodzą się nowe zawody. Dobrą wiadomością dla sceptyków jest to, że na poziomie makro procesy te idą dosyć wolno. Eksperci uważają, że do 2055 roku uda się zautomatyzować tylko połowę istniejących dzisiaj zawodów. Celem końcowym tego postępu jest jednak pełna automatyzacja pracy człowieka. Znany futurolog, badacz i romantyk świata maszyn Raymond Kurzweil przepowiedział, że w 2045 roku nastąpi technologiczna osobliwość. Jest to moment, kiedy istniejącym rozwiązaniom technologicznym do ich rozwoju już nie będzie potrzebna nasza pomoc. Ale ten moment jest jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Taka tendencja może przestraszyć, ponieważ powstaje uzasadnione pytanie: co powinna robić ludzkość, jeśli pracy dla niej w ciągu najbliższych 100 lat praktycznie nie zostanie? Prawda jest zawsze względna. Jeśli bazować na suchych faktach, to jeszcze 150 lat temu 80 proc. ludności zajmowało się rolnictwem. Pojawienie się maszyn do uprawy ziemi, automatycznego nawadniania i zbiorów tak samo przeraziły naszych przodków. Dziś już natomiast zaledwie 12 proc. ludzkości zaangażowane jest w rolnictwo, i to wcale nie oznacza, że reszta nie ma czym się zająć. Automatyzacja rolnictwa zmusiła ludzi do zastanowienia się nad tym, co robić dalej, jakie obszary rozwijać i dokąd zmierzać. W ten sam sposób, zamiast kosy i brony nasi przodkowie zaczęli pracować w zakładach mechanicznych w miastach. Możemy się więc spodziewać, że w najbliższej przyszłości powstaną nowe, atrakcyjne branże i zawody.

[1] https://www.mckinsey.com/global-themes/digital-disruption/harnessing-automation-for-a-future-that-works

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Historyczne maksima bez entuzjazmu

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Nastroje na początku tego roku są szampańskie. Dominuje pogląd, że inwestorzy giełdowi są wręcz skazani na wzrosty. Wynika to z bardzo sprzyjającego środowiska makroekonomicznego. Większość gospodarek doświadcza bowiem ożywienia gospodarczego. Od czasu ostatniego kryzysu praktycznie nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, szczególnie jeżeli dodamy do tego utrzymujące się bardzo korzystne warunki monetarne. Główne banki centralne są bardzo ostrożne z zaostrzeniem swojej polityki, a takie stanowisko jest uzasadnione utrzymującą się niską inflacją. Śrubuje to wyceny akcji i prowadzi do wyznaczania nowych historycznych maksimów. Na Wall Street praktycznie każda kolejna sesja przynosi nowe rekordy. W Azji wiele parkietów również pokonało wcześniejsze maksima, a w tym tygodniu dołączył do tego grona niemiecki DAX oraz krajowy WIG. Brakuje jednak przy tym wyraźniejszego optymizmu, co szczególnie widać na GPW. Z jednej strony nowe maksima powinny cieszyć i potwierdzać panującą hossę. Ta jednak pozostaje wyjątkowo wybiórcza i to pod wieloma względami. Otóż prym w sposób wyraźny wiedzie sektor bankowy, który zdecydowanie pozytywnie wyróżnia się na tle rynku. Pozostałe branże już tak okazale się nie prezentują. Ponadto najbardziej we wzrostach partycypuje kapitał zagraniczny. Krajowy od dłuższego czasu pozostaje w defensywie. Polacy zachłysnęli się nieruchomościami oraz funduszami inwestującymi w bezpieczne dłużne aktywa. Od akcji wciąż stronimy, co wynikać może z zakorzenionych przez wcześniejszych kryzys i wciąż żywych obaw oraz konserwatywnej naturze. Bliżej nam bowiem do skupionych na bezpieczeństwie Niemców niż Amerykanów, którzy zakochali się w funduszach typu ETF. Jednocześnie ciężko oczekiwać, aby te postawy miały się w najbliższym czasie zmienić. Dość dobrze różnicę oddaje fakt, że nowe rekordy na Wall Street przyciągają świeży kapitał, a na GPW już niekoniecznie. Zresztą wtorkowa rekordowa sesja niemalże zakończyła się stratami, a kolejna na większe apetyty popytu nie wskazywała. Problemem zaczyna być niezbyt szeroka partycypacja spółek po stronie wyraźnych wzrostów. Z tego względu na GPW wciąż prawdziwej hossy nie czuć. Niestety, trudno będzie o zmianę tego stanu rzeczy, szczególnie w roku przejściowym, kiedy Pracownicze Plany Kapitałowe jeszcze nie powstały, a OFE zmierzyć się muszą z wyższą alokacją na rynku i wciąż niemiłosiernym suwakiem. W tym kontekście dochodzimy do pewnego paradoksu, że źródłem kapitału stają się wezwania, co w okresie bicia rekordów nie powinno mieć przecież miejsca.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Historyczne maksima bez entuzjazmu

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Nastroje na początku tego roku są szampańskie. Dominuje pogląd, że inwestorzy giełdowi są wręcz skazani na wzrosty. Wynika to z bardzo sprzyjającego środowiska makroekonomicznego. Większość gospodarek doświadcza bowiem ożywienia gospodarczego. Od czasu ostatniego kryzysu praktycznie nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, szczególnie jeżeli dodamy do tego utrzymujące się bardzo korzystne warunki monetarne. Główne banki centralne są bardzo ostrożne z zaostrzeniem swojej polityki, a takie stanowisko jest uzasadnione utrzymującą się niską inflacją. Śrubuje to wyceny akcji i prowadzi do wyznaczania nowych historycznych maksimów. Na Wall Street praktycznie każda kolejna sesja przynosi nowe rekordy. W Azji wiele parkietów również pokonało wcześniejsze maksima, a w tym tygodniu dołączył do tego grona niemiecki DAX oraz krajowy WIG. Brakuje jednak przy tym wyraźniejszego optymizmu, co szczególnie widać na GPW. Z jednej strony nowe maksima powinny cieszyć i potwierdzać panującą hossę. Ta jednak pozostaje wyjątkowo wybiórcza i to pod wieloma względami. Otóż prym w sposób wyraźny wiedzie sektor bankowy, który zdecydowanie pozytywnie wyróżnia się na tle rynku. Pozostałe branże już tak okazale się nie prezentują. Ponadto najbardziej we wzrostach partycypuje kapitał zagraniczny. Krajowy od dłuższego czasu pozostaje w defensywie. Polacy zachłysnęli się nieruchomościami oraz funduszami inwestującymi w bezpieczne dłużne aktywa. Od akcji wciąż stronimy, co wynikać może z zakorzenionych przez wcześniejszych kryzys i wciąż żywych obaw oraz konserwatywnej naturze. Bliżej nam bowiem do skupionych na bezpieczeństwie Niemców niż Amerykanów, którzy zakochali się w funduszach typu ETF. Jednocześnie ciężko oczekiwać, aby te postawy miały się w najbliższym czasie zmienić. Dość dobrze różnicę oddaje fakt, że nowe rekordy na Wall Street przyciągają świeży kapitał, a na GPW już niekoniecznie. Zresztą wtorkowa rekordowa sesja niemalże zakończyła się stratami, a kolejna na większe apetyty popytu nie wskazywała. Problemem zaczyna być niezbyt szeroka partycypacja spółek po stronie wyraźnych wzrostów. Z tego względu na GPW wciąż prawdziwej hossy nie czuć. Niestety, trudno będzie o zmianę tego stanu rzeczy, szczególnie w roku przejściowym, kiedy Pracownicze Plany Kapitałowe jeszcze nie powstały, a OFE zmierzyć się muszą z wyższą alokacją na rynku i wciąż niemiłosiernym suwakiem. W tym kontekście dochodzimy do pewnego paradoksu, że źródłem kapitału stają się wezwania, co w okresie bicia rekordów nie powinno mieć przecież miejsca.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Historyczne maksima bez entuzjazmu

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Nastroje na początku tego roku są szampańskie. Dominuje pogląd, że inwestorzy giełdowi są wręcz skazani na wzrosty. Wynika to z bardzo sprzyjającego środowiska makroekonomicznego. Większość gospodarek doświadcza bowiem ożywienia gospodarczego. Od czasu ostatniego kryzysu praktycznie nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, szczególnie jeżeli dodamy do tego utrzymujące się bardzo korzystne warunki monetarne. Główne banki centralne są bardzo ostrożne z zaostrzeniem swojej polityki, a takie stanowisko jest uzasadnione utrzymującą się niską inflacją. Śrubuje to wyceny akcji i prowadzi do wyznaczania nowych historycznych maksimów. Na Wall Street praktycznie każda kolejna sesja przynosi nowe rekordy. W Azji wiele parkietów również pokonało wcześniejsze maksima, a w tym tygodniu dołączył do tego grona niemiecki DAX oraz krajowy WIG. Brakuje jednak przy tym wyraźniejszego optymizmu, co szczególnie widać na GPW. Z jednej strony nowe maksima powinny cieszyć i potwierdzać panującą hossę. Ta jednak pozostaje wyjątkowo wybiórcza i to pod wieloma względami. Otóż prym w sposób wyraźny wiedzie sektor bankowy, który zdecydowanie pozytywnie wyróżnia się na tle rynku. Pozostałe branże już tak okazale się nie prezentują. Ponadto najbardziej we wzrostach partycypuje kapitał zagraniczny. Krajowy od dłuższego czasu pozostaje w defensywie. Polacy zachłysnęli się nieruchomościami oraz funduszami inwestującymi w bezpieczne dłużne aktywa. Od akcji wciąż stronimy, co wynikać może z zakorzenionych przez wcześniejszych kryzys i wciąż żywych obaw oraz konserwatywnej naturze. Bliżej nam bowiem do skupionych na bezpieczeństwie Niemców niż Amerykanów, którzy zakochali się w funduszach typu ETF. Jednocześnie ciężko oczekiwać, aby te postawy miały się w najbliższym czasie zmienić. Dość dobrze różnicę oddaje fakt, że nowe rekordy na Wall Street przyciągają świeży kapitał, a na GPW już niekoniecznie. Zresztą wtorkowa rekordowa sesja niemalże zakończyła się stratami, a kolejna na większe apetyty popytu nie wskazywała. Problemem zaczyna być niezbyt szeroka partycypacja spółek po stronie wyraźnych wzrostów. Z tego względu na GPW wciąż prawdziwej hossy nie czuć. Niestety, trudno będzie o zmianę tego stanu rzeczy, szczególnie w roku przejściowym, kiedy Pracownicze Plany Kapitałowe jeszcze nie powstały, a OFE zmierzyć się muszą z wyższą alokacją na rynku i wciąż niemiłosiernym suwakiem. W tym kontekście dochodzimy do pewnego paradoksu, że źródłem kapitału stają się wezwania, co w okresie bicia rekordów nie powinno mieć przecież miejsca.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

2 lata Prawa restrukturyzacyjnego

Prawo restrukturyzacyjne działa od 2016 r. Według raportu Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA, przygotowanego we współpracy ze SpotData, od tego czasu otwarto 585 postępowań restrukturyzacyjnych, co stanowi równo 1/3 łącznej liczby upadłości i restrukturyzacji.

Szacujemy, że ok. 40% tych postępowań pojawiło się w miejsce upadłości układowej, natomiast ok. 60% to pozytywna reakcja na wprowadzenie nowych regulacji, czyli wykorzystanie nowej, wcześniej niedostępnej szansy.

Postępowania restrukturyzacyjne w Polsce napotykają wiele barier – głównie finansowych i organizacyjnych

Do końca 2017 roku zatwierdzonych zostało 111 układów w postępowaniach restrukturyzacyjnych (są to dane wstępne – ostateczna liczba może okazać się nieco wyższa), co stanowi jedną piątą liczby otwartych postępowań. Z jednej strony to lepszy wynik, niż w czasie obowiązywania prawa upadłościowego i naprawczego, a z drugiej pokazuje, że postępowania restrukturyzacyjne w Polsce napotykają na wiele barier, szczególnie finansowych i organizacyjnych, a część firm wybrała procedurę restrukturyzacyjną na wyrost. Są to firmy, które powinny de facto znaleźć się w postępowaniu upadłościowym.

Koncentracja postępowań restrukturyzacyjnych w największych sądach usprawni procedury

Jednocześnie warto zauważyć, że w ponad jednej czwartej sądów nie zakończyło się jeszcze żadne postępowanie restrukturyzacyjne. To pokazuje na jak wczesnym etapie znajduje się w Polsce proces wprowadzania nowych instytucji prawnych w tym obszarze, a jednocześnie jest ewidentnym dowodem na konieczność koncentracji restrukturyzacji i upadłości przedsiębiorców w 12 największych sądach w miejsce dotychczasowych 30.

Brak nowego finansowania główną przeszkodą w powodzeniu sanacji

Najwięcej zatwierdzonych układów było w procedurze przyspieszonego postępowania układowego (81), a najmniej w procedurach postępowania sanacyjnego i układowego (8). Taki rozkład nie dziwi, ponieważ postępowanie sanacyjne nastawione jest nie tylko na restrukturyzację długów, ale również procesów biznesowych a zwykle także wymaga pozyskania nowego finansowania, dlatego trwa dłużej niż inne postępowania. W sanacji bowiem najmocniej objawia się brak przygotowania rynku do finansowania podmiotów w restrukturyzacji. Najbardziej efektywne (w rozumieniu procenta zatwierdzonych układów w stosunku do liczby postępowań) natomiast okazuje się postępowanie o zatwierdzenie układu, gdzie na 16 wniosków 15 układów zostało zatwierdzonych.

Przewlekłość procedur odwoławczych kolejną bolączką postępowań restrukturyzacyjnych

Najdłuższe są postępowania sanacyjne i układowe, które trwają średnio ok. 250 dni (i czas ten rośnie). Natomiast przyspieszone postępowanie układowe to najczęściej ok. 110 dni. To bardzo dobre wyniki, który nie uwzględniają jednak czasu trwania procedur odwoławczych, których przewlekłość jest w tej chwili największą bolączką postępowań restrukturyzacyjnych.

Geograficzny rozkład otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych bardzo dobrze odzwierciedla znaczenie gospodarcze poszczególnych miast i regionów.

Liderem jest Warszawa, gdzie w sądzie rejonowym otwarto 13,3% postępowań. Dla całego Mazowsza jest to 15,6%, co stanowi odsetek bardzo zbliżony do udziału tego województwa w liczbie firm aktywnych w Polsce (16,1%). Na Śląsku, czyli w Katowicach, Gliwicach i Częstochowie, otwarto 13,2% wszystkich postępowań, wobec 13-procentowego udziału tego regionu w populacji firm. Trzecim regionem jest Wielkopolska (Poznań, Gorzów Wielkopolski i Kalisz), gdzie otwarto 10,6% postępowań wobec 10,6% udziału tego województwa w populacji firm.

Podsumowując, restrukturyzacja działa i to skutecznie. Nie jest to jeszcze działanie modelowe, zgodne z założonym wzorcem, ale po zrealizowaniu założeń ustawy czyli:

  • wprowadzeniu Rejestru czyli elektronicznego systemu prowadzenia i dostępu do akt spraw restrukturyzacyjnych,
  • odciążeniu sądów restrukturyzacyjnych przez usunięcie z ich właściwości upadłości konsumenckich,
  • szerokim rozpropagowaniu wśród przedsiębiorców wiedzy o restrukturyzacji,

ma wszelkie szanse zrealizować pokładane w niej nadzieje i ochronić znaczącą liczbę przedsiębiorstw przed upadłością

Wysoka aktywność najemców na warszawskim rynku biurowym w 2017 roku

Rok 2017 charakteryzował się dużą aktywnością najemców, szczególnie przedsiębiorstw z sektora usług finansowych. Aktywność ta, przy jednoczesnej średniej podaży, spowodowała kompresję wskaźnika pustostanów na warszawskim rynku biurowym do poziomu 11,7%. To najniższa wartość zanotowana od III kwartału 2013 roku. Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała warszawski rynek biurowy w raporcie „Marketbeat. Rynek biurowy w Warszawie. Podsumowanie 2017 roku.”

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w stolicy wynoszą obecnie 5,28 mln mkw., a w kolejnych trzech latach wzrosną łącznie o ponad 855 000 mkw. W 2017 roku dostarczono na rynek 275 400 mkw. w 27 budynkach i jest to wartość zbliżona do średniej z ostatnich 6 lat. Jednak to i tak około 132 000 mkw. mniej niż w rekordowym 2016 roku. Do największych biurowców oddanych do użytku w ubiegłym roku należą: Business Garden II (54 800 mkw.), West Station II (35 000 mkw.) oraz D48 (23 400 mkw.). Powiększono obszar Strefy Centralnej – obejmuje ona teraz także okolice Ronda Daszyńskiego, Dworca Gdańskiego i Placu Unii Lubelskiej.

– Wraz z relatywnie niskim poziomem nowej podaży planowanej do oddania w 2018 oraz 2019 roku, na przestrzeni najbliższych kwartałów będziemy obserwować efekt luki podażowej, zwłaszcza w przypadku najemców poszukujących biur o powierzchni większej niż 5 000 mkw. Najprawdopodobniej będą oni zmuszeni wstrzymać swoje plany relokacji lub ekspansji do 2020 roku, w którym planowane jest oddanie do użytku ponad 430 000 mkw. nowej powierzchni biurowej – mówi Anna Kwiatkowska, Associate w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych, Cushman & Wakefield.

Wolumen transakcji najmu wyniósł w ubiegłym roku prawie 825 000 mkw., czyli o 9,8% więcej niż w roku 2016 oraz jedynie o 1,7% mniej niż w rekordowym roku 2015. Wśród największych transakcji można wymienić: wynajęcie przez Citi 18 500 mkw. w Generation Park X, odnowienie przez Bank Millennium umowy najmu 18 300 mkw. w Harmony Office Centre oraz wynajęcie 15 500 mkw. przez J.P Morgan w Atrium Garden.

– W 2017 roku rekordowo wysoki poziom popytu był w dużej mierze rezultatem bardzo dużej aktywności najemców o profilu SSC/BPO, którzy po okresie dynamicznego rozwoju branży w miastach regionalnych coraz częściej doceniają większe zasoby wyspecjalizowanych pracowników dostępnych w Warszawie – komentuje Piotr Capiga, Associate w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w Cushman & Wakefield.

Niewynajęta powierzchnia biurowa wynosi obecnie 615 700 mkw., z czego 185 000 mkw. znajduje się w strefie centralnej. Liczba ta odpowiada 9,1% całkowitego zasobu tej strefy i jest to wartość o 6,1 pkt. proc. mniejsza niż w 2016 roku. Największy wskaźnik pustostanów (23%) odnotowano w strefie Żwirki i Wigury, a najmniejszy w strefie północnej (3,7%).

Czynsze nominalne dla najlepszych biur w Centralnym Obszarze Biznesu w Warszawie utrzymują się na poziomie 23,5-23,75 €/mkw., w strefie Centralnej Zachodniej, gdzie aktywność najemców jest największa, czynsze wahają się w przedziale 17-19 €/mkw. Dla lokalizacji poza centrum stawki pozostają na niezmienionym poziomie i wynoszą od 13 do 16,5 €/mkw.

– W 2017 roku przeprowadziliśmy aż trzy z pięciu największych transakcji najmu. Zaobserwowaliśmy rekordowo wysoki popyt przekraczający 820 000 mkw., spadek wskaźnika pustostanów do poziomu 11,7%, prężny rozwój firm oraz wejście na rynek nowych najemców, a także coraz mocniej zaznaczający się trend związany z wdrażaniem przez pracodawców rozwiązań z dziedziny „workplace” w celu poprawienia retencji pracowników. Ciekawym trendem okazał się też skokowy wzrost zainteresowania Warszawą ze strony operatorów co-workingowych, takich jak Mindspace, CIC, Brain Embassy, Rent24, Spaces itd, odpowiadających na rosnący popyt najemców – mówi Krzysztof Misiak, Partner, Dyrektor Sekcji Miast Regionalnych w Cushman & Wakefield.

– Warszawski rynek biurowy w 2018 roku będzie charakteryzował się stosunkowo niską podażą oraz niskim poziomem pustostanów. Wraz z malejącą dostępnością powierzchni biurowych, rosnącymi kosztami zatrudnienia i kosztami budowy, możemy spodziewać się nieznacznych podwyżek czynszów. Ograniczone zasoby mogą również wpłynąć na wzrost liczby renegocjacji obecnych umów najmu – mówi Richard Aboo, Partner w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w Cushman & Wakefield.

Biznes traci miliony z powodu smogu

Z badań przeprowadzonych przez międzynarodową grupę Data-Driven Yale, do której należą badacze, naukowcy i programiści z różnych dziedzin wynika, że zanieczyszczenie powietrza wpływa negatywnie nie tylko na nasze zdrowie, lecz także na kondycję biznesu w miastach. Badanie przeprowadzone na terenie Hiszpanii wskazuje, że firmy zlokalizowane w obszarze aglomeracji tracą z powodu smogu od 19 do 30 miliardów dolarów rocznie.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zanieczyszczenie powietrza dotyka ponad 90 proc. światowej populacji i prowadzi do przedwczesnej śmierci 7 mln osób rocznie. W opinii Komisji Europejskiej z powodu zanieczyszczenia powietrza w Unii Europejskiej każdego roku umiera przedwcześnie ok. 440 tys. osób, a w Polsce ok. 44 tys. Jak dowodzą najnowsze badania grupy Data-Driven Yale, smog odbija się negatywnie nie tylko na naszym zdrowiu i budżecie państwa, lecz także na kondycji biznesów zlokalizowanych w miastach.

Naukowcy przeanalizowali codzienne wydatki mieszkańców w zestawieniu z jakością powietrza w 12 hiszpańskich prowincjach. Wnioski są zaskakujące. Okazuje się, że hiszpańscy konsumenci wydają dziennie od 29 do 48 mln dolarów mniej w sytuacji, gdy zanieczyszczenie powietrza ozonem jest o 10 proc. wyższe niż normalnie i dodatkowo od 23 do 35 milionów dolarów dziennie, kiedy poziom zanieczyszczenia pyłami (PM 10 i PM 2.5) jest o 10 proc. wyższy niż normalnie. Wzrost zanieczyszczenia pyłami i ozonem o zaledwie 10 proc. może skutkować tym, że hiszpański konsument wyda rocznie od 19 do 30 miliardów dolarów mniej.

Dzięki wykorzystaniu systemów informacji geograficznej (GIS) i programów statystycznych, badacze odkryli, że wraz ze wzrostem poziomu zanieczyszczeń, konsumenci częściej zostają w domach, unikają chodzenia do restauracji, na zakupy czy podejmowania innych form rozrywki co prowadzi do „dławienia” lokalnych biznesów.

Badanie może posłużyć jako ostrzeżenie dla biznesu i postępującej urbanizacji. Badacze z Yale udowadniają, że firmy zlokalizowane w mieście są dużo bardziej narażone na kwestie związane z pogorszeniem stanu powietrza. Mieszkańcy miast czterokrotnie częściej zmieniają swoje decyzje zakupowe pod wpływem informacji o zanieczyszczeniu powietrza niż osoby z terenów podmiejskich i wiejskich. Wraz z postępującym rozwojem miast, włodarze i biznesmani starają się zrozumieć wpływ rosnącej liczby mieszkańców na ekosystem aglomeracji. GIS i analityka biznesowa (location analytics) mogą pomóc w identyfikacji zagrożeń i szukaniu nowych rozwiązań biznesowych.

Ma to szczególne znaczenie w sytuacji, w której populacja coraz mocniej koncentruje się w dużych miastach. Stopień urbanizacji w takich krajach jak Hiszpania i USA przekroczył już 80 proc., a w Wielkiej Brytanii osiągnął poziom 90 proc. W Polsce współczynnik urbanizacji wynosi 61 proc., jednak jakość powietrza w polskich miastach jest najgorsza w całej Europie (6 spośród 10 najbardziej zanieczyszczonych europejskich miast znajduje się w Polsce[1]). Nasuwa się pytanie – skoro w krajach takich jak Hiszpania konsumenci ograniczają swoją aktywność z uwagi na wzrost zanieczyszczenia powietrza o 10 proc., to jak mogłaby wyglądać sytuacja, w polskich miastach, gdzie stężenie pyłów sięga 1600 proc.?

Rozwiązania GIS pomagają przeanalizować wpływ zmian klimatycznych oraz pogodowych na rozwój biznesu i znaleźć odpowiedź na pytanie jak temperatura, opady czy smog wpływają na kondycję firmy.

[1] Wg. badań Europejskiej Agencji Ochrony Środowiska

Dolar w odwrocie. Mateusz Morawiecki o handlu kryptowalutami

Kolejny dzień i kolejne spadki na dolarze. Mateusz Morawiecki wyraził swoje stanowisko wobec handlu kryptowalutami. Norwegowie nie zmienili stóp procentowych.

Kolejny cios dla dolara

Wczoraj w Davos Steven Mnuchin potwierdził to co wielu analityków już wcześniej zauważało. Słaby dolar nie jest problemem USA. Jest wręcz jego strategią. Osłabienie rodzimej waluty podnosi bowiem atrakcyjność eksportu. W rezultacie realizując wizję pozostawienia miejsc pracy w USA zamiast wynosić je po za granicę. Słowa prezydenta Donalda Trumpa o zbyt mocnym dolarem miały miejsce co prawda gdy był on niemalże 20% mocniejszy niż obecnie. W tej sytuacji silna presja padła na Mario Draghiego. Prezes EBC jest w sytuacji w której, jeżeli rozpocznie cykl normalizacji polityki monetarnej jeszcze bardziej umocni euro tylko pogłębiając problemy gospodarki Unii Europejskiej. Możemy być świadkami fascynującej walki na wzajemne osłabianie swoich walut. Walki, w której swoja drogą Szwajcaria bierze już udział od dawna.

Mateusz Morawiecki ostro o kryptowalutach

Podczas wywiadu w Davos Mateusz Morawiecki zapytany pod koniec wywiadu przez dziennikarkę Bloomberga o kryptowaluty określił bardzo wyraźnie stanowisko. Kryptowaluty będą uregulowane lub nielegalne. Argumentem za tym podejściem jest chęć ochrony polskich nieprofesjonalnych inwestorów przed instrumentem wiążącym się bardzo dużym ryzykiem. Padło również porównanie do piramid finansowych i dobrze znanej spółki Amber Gold. Kryptowaluty trafią zatem przynajmniej do podobnego koszyka co Forex. W tym scenariuszu obejmą je również wymogi ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Sprawa ma być wyjaśniona w przeciągu miesiąca, kiedy to dedykowany zespół ma przedstawić rekomendacje.

Norwegia nie zmienia stóp procentowych

Zgodnie z oczekiwaniami analityków na dzisiejszym posiedzeniu Banku Norwegii nie doszło do zmian stóp procentowych. Zostały one utrzymane na obecnym poziomie. Przed samą decyzją było widać sporą nerwowość kiedy to korona norweska najpierw traciła na wartości by nagle tuż przed ogłoszeniem wystrzelić w górę. Po decyzji wróciła jednak na poziomy na których zaczynała dzień.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:45 – Strefa Euro – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak widoczność reklam wpływa na Twój biznes?

Widoczność reklam na stronie jest ważna zarówno dla reklamodawców, jak i dla wydawców. Efektywnie i dobrze ustawiona reklama dotrze do szerokiego grona odbiorców, zachęcając ich do podjęcia konkretnego działania: odwiedzenia internetowego sklepu, dokonania zakupu czy kontaktu z działem obsługi. Czym jest widoczność i jak wpływa na reklamę? Tłumaczy Yield Riser, firma zajmująca się optymalizacją przychodów z reklamy w Internecie.

Widoczność – co to jest?

Widoczność (viewability) jest wskaźnikiem, dzięki któremu użytkownik dowiaduje się, czy reklama na stronie ma szansę zostać zauważona przez użytkownika. Dane z badań widoczności zapewniają marketerom informację na temat tego, czy reklama została wyświetlona prawidłowo. Informacje są pozyskane za pomocą miernika, który zbiera dane na podstawie rzeczywistej liczby reklam, które były widoczne dla użytkowników.

Dlaczego to jest ważne?

Jeśli reklama jest niewidoczna, może mieć to związek z nieprawidłowym rozmieszczeniem reklam na stronie, a w konsekwencji prowadzić do utraty zaufania do marki. W reklamie online, widoczność jest najważniejszą wartością, zaraz po oglądalności. Dane zebrane na podstawie analizy dostarczają marketerom jasnych i skutecznych informacji, które wyjaśniają w jaki sposób lokować budżety i które media są najbardziej wartościowe.

W grudniu 2014 roku został opublikowany raport Google Active View nt. wyświetlania i wskaźnika widoczności reklam. Wyniki były zaskakujące – 56% reklam w Internecie nie ma szansy na wyświetlenie. Badania te pokazują, jak ważne jest umiejętne zarządzanie widocznością na stronie. Biorąc pod uwagę te dane oraz sytuację na rynku, media plannerzy coraz częściej proszą o statystyki reklamowe. Następnie, po analizie danych wybierając wyłącznie te miejsca, gdzie widoczność jest większa niż 60%.

Zdanie branży

W 2013 roku, Interactive Advertising Bureau (IAB) oraz Media Ratings Council (MRC) przy współpracy z dużymi agencjami, reklamodawcami, wydawcami i firmami technologicznymi zainicjowali badanie w celu ujednolicenia i stworzenia jednego standardowego pomiaru widoczności reklam.

Po 18 miesiącach pracy, IAB i MRC stworzyli definicję widoczności dla reklamy graficznej – co najmniej 50% reklamy musi być widoczna przez 1 sekundę. Wspólna metoda pomiaru rzeczywistej wartości wyświetlanej reklamy jest ważna, aby móc przewidywać, optymalizować i ustawiać reklamy skutecznie.

Podsumowanie

Zmiany wprowadzone przez IAB i MRC dają reklamodawcom wiedzę o ilości wyświetlanych reklam oraz pomagają w ich optymalizacji. Dzięki badaniu, wiedzą która kampania ma najwyższą wartość oraz jaki jest jej koszt. Z drugiej zaś strony, wydawcy uzyskali informacje jak korzyści reklamowe rozkładają się w witrynie. Najważniejszą zmianą jest ograniczenie wyświetlania reklam na stronie. Na tą chwilę takowych nie ma i niektóre witryny bombardują użytkowników nieskończona ilość reklam. Miejmy nadzieję, że dzięki rezultatom badania oraz zawiązanej w zeszłym roku koalicji Better Ads wkrótce to zmieni.

Źródło: blog Yield Riser – yieldriser.com/blog.

NWZA Laser-Med S.A. zatwierdziło połączenie z One More Level S.A.

NWZA notowanej na rynku NewConnect Spółki Laser-Med S.A. zatwierdziło połączenie z One More Level S.A. działającą w branży gier komputerowych. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę na One More Level S.A. i będzie się zajmowała produkcją gier komputerowych.

Akcjonariusze Laser-Med S.A. podczas NWZA Spółki, które odbyło się w dniu 24.01.2018 r., podjęli Uchwałę o połączeniu ze Spółką One More Level S.A. Połączenie nastąpi w drodze przejęcia przez Spółkę Laser-Med S.A. Spółki One More Level S.A. poprzez przeniesienie całego majątku One More Level S.A. na Laser-Med S.A. w zamian za nowo emitowane akcje serii B. Po połączeniu Spółka zmieni nazwę na One More Level S.A. i będzie zajmowała się produkcją gier komputerowych. Głównym celem przeprowadzanego procesu jest stworzenie silnego podmiotu działającego w branży gier komputerowych i notowanego na rynku publicznym. One More Level S.A. jest producentem gry „God’s Trigger”, której wydawcą jest firma Techland. Produkcja ta została zaprezentowana w sierpniu 2017 r. podczas branżowych targów Gamescom i otrzymała bardzo dobre recenzje oraz nagrodę w kategorii: Best Puzzle / Skill Game, a także była nominowana w kategorii: Gamescom award for best booth. Gra „God’s Trigger” znajduje się w finalnej fazie produkcji. Produkcja ta będzie dostępna na platformach PC, PS4 oraz Xbox One.

„Podjęcie przez NWZA Uchwały w sprawie połączenia z One More Level S.A. znacząco nas przybliżyło do finalizacji całego procesu. Wiążemy bardzo duże nadzieje z rozpoczęciem działalności w nowym obszarze biznesowym, jakim jest produkcja gier komputerowych. Gra „God’s Trigger”, której producentem jest One More Level S.A., ma przed sobą bardzo dobre perspektywy sprzedażowe. Naszym głównym celem będzie efektywne wykorzystanie potencjału stojącego przed branżą gier komputerowych i dalszy wzrost wartości Spółki.” – ocenia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki Laser-Med S.A.

Zarząd Spółki Laser-Med S.A. otrzymał informację od Zarządu Spółki One More Level S.A., że jej Akcjonariusze podczas NWZA Spółki w dniu 24.01.2018 r. również wyrazili zgodę na połączenie z Laser-Med S.A. podejmując Uchwałę NWZA jednomyślnie.

”Obecność Spółki na NewConnect będzie dla One More Level kolejnym ważnym krokiem w jej rozwoju. Niezmiernie cieszymy się z jednogłośnej decyzji NWZA. W najbliższych miesiącach nakładem wydawnictwa Techland ukaże się szeroko oczekiwany przez graczy największy tytuł Spółki – „God’s Trigger”. Obecnie Spółka koncentruje się na jego dopracowaniu, tak by spełnił on wysokie oczekiwania graczy i inwestorów. W tym roku czeka nas jeszcze wiele pozytywnych komunikatów związanych z projektami, nad którymi Spółka aktualnie pracuje.” – podsumowuje Iwona Cygan, Członek Zarządu Spółki One More Level S.A.

One More Level S.A. otrzyma także dofinansowanie w wysokości 1,9 mln zł w ramach konkursu GameINN organizowanego przez NCBiR. Złożony przez One More Level S.A. wniosek o dotację na realizację projektu o nazwie „Symulator warunków panujących na Marsie jako narzędzie dydaktyczne oraz deweloperskie” w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, Działanie 1.2, prowadzonego przez NCBiR – GameINN, został oceniony pozytywnie i zakwalifikowany do dofinansowania. Całkowita wartość kosztów kwalifikowanych tego projektu wynosi ponad 3.026 tys. zł, a kwota rekomendowanej dotacji sięga 1.901 tys. zł i jest równa kwocie wnioskowanej przez One More Level S.A.

Dwie trzecie firm w Polsce uważa, że ma lepsze cyberzabezpieczenia niż ich konkurencja

43% osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo IT w działających w Polsce firmach jest przekonanych o wysokim poziomie swoich rozwiązań ochronnych – wynika z badania przeprowadzonego przez Fortinet. Pomimo tego w ciągu ostatnich dwóch lat naruszeń bezpieczeństwa doświadczyło aż 95% przedsiębiorstw w Polsce.

68% respondentów jest zdania, że zabezpieczenia w ich firmach są lepsze niż w innych przedsiębiorstwach działających w tej samej branży. Jedynie 6% badanych przyznaje, że ich zabezpieczenia pozostają w tyle za konkurencją. Uczestnicy badania odpowiedzieli także, jakie były dla nich kluczowe inwestycje w bezpieczeństwo w 2017 roku. Najwięcej, bo 30% wskazało na wprowadzenie nowych rozwiązań i usług bezpieczeństwa. Dla 16% badanych było to natomiast wdrożenie zasad i procesów bezpieczeństwa, dla 8% – aktualizacja dotychczasowych rozwiązań. Tylko 5% badanych wymieniło szkolenia pracowników.

Świadomość pracowników to podstawa bezpieczeństwa

Respondenci wskazali, że 37% przypadków naruszenia bezpieczeństwa w ciągu ostatnich dwóch lat było efektem socjotechniki, ataków ransomware oraz phishingu. W związku z tym, w 2018 roku 65% firm planuje wdrożenie programów edukacyjnych dla pracowników z zakresu bezpieczeństwa informatycznego. – Ten wynik odzwierciedla rosnącą świadomość faktu, że znaczna część naruszeń spowodowana jest nieostrożnością, niewiedzą bądź ignorancją pracowników – komentuje Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę.

Warto podkreślić, że 45% respondentów zapytanych o to, co inaczej zrobiłoby w swojej dotychczasowej karierze zawodowej, odpowiedziało, że zainwestowałoby więcej w szkolenia podnoszące świadomość bezpieczeństwa wśród pracowników.

Kolejnym ważnym zadaniem dla decydentów IT jest ochrona dostępu do sieci. Tylko 35% z nich twierdzi, że ma pełną widoczność i kontrolę nad wszystkimi podłączonymi do niej urządzeniami. Natomiast 45% badanych uważa, że ma kontrolę nad wszystkimi pracownikami użytkującymi sieć.

Ten brak pewności co do pełnej kontroli sieci pokazuje, że jest to obszar, który powinien być potraktowany priorytetowo przez zarząd. Jednak tylko 15% firm planuje wdrożenie w 2018 roku tak podstawowego środka bezpieczeństwa jak segmentacja sieci. Bez tego złośliwe oprogramowanie raz do niej wprowadzone, będzie mogło z łatwością się tam rozprzestrzeniać.

Kto według zarządu ponosi odpowiedzialność za naruszenia bezpieczeństwa?

Co ciekawe, w 58% przypadków naruszenia bezpieczeństwa zarząd w pierwszej kolejności obwiniał dział IT – albo konkretną osobę (12%), albo cały zespół (46%). Pracownicy spoza działu IT byli obwiniani za 23% przypadków naruszeń

Tymczasem ciągle wzrasta popularność IoT oraz BYOD (Bring Your Own Device), a coraz powszechniejsze wykorzystanie aplikacji chmurowych oraz zjawisko shadow IT sprawiają, że dział IT nie może być wyłącznie odpowiedzialny za bezpieczeństwo. W coraz większym stopniu za ten  obszar odpowiadają także pozostali pracownicy firmy.

Metodologia badania

Badanie Fortinet Global Enterprise Security Survey 2017 zostało przeprowadzone na zlecenie Fortinet przez niezależną firmę badawczą Loudhouse w celu przeanalizowania postaw wobec cyberbezpieczeństwa w biznesie w lipcu i sierpniu 2017 roku.

Globalna ankieta skierowana do osób odpowiedzialnych za podejmowanie decyzji w kwestiach informatycznych, które mają w firmach także wpływ na bezpieczeństwo informatyczne, objęła 1801 anonimowych respondentów z 15 krajów (Stany Zjednoczone, Kanada, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Włochy, RPA, Polska, Korea, Australia, Singapur, Indie, Hong Kong i Indonezja) oraz z Bliskiego Wschodu. Respondenci internetowej ankiety nie znali celu ani sponsora badania.

EBC uważa, że QE miało nieistotny wpływ na kurs euro

Rosną rentowności obligacji na świecie wraz z poprawą oczekiwań inflacyjnych. Mocne dane ze strefy euro pchnęły EUR/USD na nowe szczyty.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Środa 24 stycznia przyniosła umocnienie euro wobec dolara oraz złotego wobec tych obu walut. Kurs EUR/USD wzrósł z ok. 1,2340 do około 1,24 a kurs EUR/PLN spadł z około 4,17 do około 4,15.

Głównymi czynnikami, które za tym stoją to dobre dane ze strefy euro jakie napływały w ostatnich dniach (ZEW z Niemiec, PMI z Francji, Niemiec i strefy euro) a także wypowiedź M. Draghiego, który stwierdził, że „realizowany w strefie euro program skupu aktywów nie doprowadził do istotnych statystycznie zmian kursu euro”. W kontekście zeszłotygodniowych wypowiedzi oficjeli EBC, którzy wyrażali obawy co do „niepomocnej” siły wspólnej waluty, ta wypowiedź została zinterpretowana jako jastrzębi sygnał dla rynków, pobudzając tym samym aprecjację kursu EUR/USD.  W ślad za wzrostem kursu EUR/USD nastąpił również spadek kursu EUR/PLN (który zwykle również występuje w takich przypadkach) aczkolwiek w mniejszej proporcjonalnie skali, prawdopodobnie ze względu na bardzo gołębie stanowisko RPP w kwestii perspektyw podwyżek stóp w 2018 roku. Generalnie uważamy, jednak że potencjał do kontynuacji obserwowanych trendów jest raczej ograniczony. Pomimo poprawy wskaźników wzrostowych, inflacja w strefie euro pozostaje na relatywnie niskim poziome (1,4% rok do roku), co przy wysokim zadłużeniu krajów peryferyjnych strefy euro i powolnej poprawie kondycji sektorów bankowych w tych krajach będzie wymuszać zachowywanie względnej ostrożności przez EBC w kwestii istotnych modyfikacji swojej polityki. Z drugiej strony w ramach Fedu widać wyraźne oznaki „jastrzębienia” gołębi co może sugerować, rychłe podwyżki stóp w USA i ich znaczną liczbę w perspektywie 2018 roku. Również zapędy protekcjonistyczne D. Trumpa, które ostatnio wyraźnie się zwiększyły mogą pomagać dolarowi i szkodzić walutom rynków wschodzących, jeżeli tylko uda się na dłuższy czas rozwiązać kwestię limitów długu budżetu federalnego.

Na rynku stopy procentowej środa przyniosła zauważalne wzrosty rentowności obligacji skarbowych. Na polskim rynku kontynuowany był wzrost nachylenia krzywej dochodowości, gdzie rentowności papierów 5-letnich i 10-letnich rosły o około 4pb, a ich spread wobec 2-letnich przekraczał odpowiednio 280pb oraz 110pb. Notowania krótkiego końca krzywej wciąż są utrzymywane nisko przez gołębią RPP, która według ostatnich słów prezesa Glapińskiego mogłaby podnieść stopy procentowe dopiero w 2019 roku. Oprócz zmian notowań na rynku obligacji, środa przyniosła spory ruch stawek IRS, który w przypadku instrumentów 10-letnich zwiększyły się o 10pb, a ASW w tym samym tenorze spadł poniżej 40pb. Mocniejszy wzrost stawek swapowych od rentowności obligacji jest między innymi skutkiem zmniejszenia planowanej podaży podczas piątkowej aukcji Ministerstwa Finansów. Na przetargu uplasowane zostaną papiery serii OK0720, WZ1122, PS0123, WS0428 oraz WZ0528 za łączną kwotę od 5 do 7mld PLN wobec planowanych wcześniej 5-9mld PLN. Naszym zdaniem MF nie powinien mieć problemów z uplasowaniem całej oferty, podobnie jak na pierwszej aukcji w styczniu, której towarzyszył wysoki popyt.

Jednak w środę głównie za zmianą cen obligacji przemawiały czynniki globalne, gdzie zarówno krzywe dochodowości w strefie euro jak i w Stanach Zjednoczonych przesunęły się w górę. Czwartkowemu posiedzeniu EBC towarzyszy duża niepewność, gdyż po zaskakująco jastrzębich minutes, rynek zaczął nawet wyceniać możliwość podwyżki stopy depozytowej jeszcze w grudniu tego roku (obecnie takich ruch widziany jest w około 40%), co dawało pole do wzrostu rentowności. Podobnie w USA, rynek jest bardziej jastrzębi niż kilka miesięcy temu, oczekując podwyżki stóp już nawet w marcu. Oprócz oczekiwań na działania władz monetarnych, rentowności papierów z dłuższym terminem do wykupu rosły wraz z odbiciem oczekiwań inflacyjnych, które mierzone swapem USD 5Y5Y zbliżyły się do 2,45%, osiągając najwyższy poziom od stycznia 2017 (szczyt oczekiwań po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich). Na oczekiwania inflacyjne w dużym stopniu wpływają ceny ropy, które w ostatnich tygodniach oscylują wokół 70 USD za baryłkę Brent.. EBC uważa, że QE miało nieistotny wpływ na notowania euro

Autorzy: Arkadiusz Trzciołek, Jarosław Kosaty – PKO Bank Polski

Mnuchin komentuje – kurs dolara dołuje

Słowa sekretarza skarbu USA rozpętał ostatnią spiralę wyprzedaży dolara, który już wcześniej był z pogardą traktowany przez inwestorów. Spekulacje o wojnach handlowych mogą szybko przerodzić się w wojny walutowe. Zadanie prezesa EBC M. Draghiego dziś po południu stało się jeszcze trudniejsze.

Sekretarz skarbu USA Greg Mnuchin pozwolił sobie wczoraj na nietypowy komentarz, jak na funkcję, która pełni. Powiedział, że „naturalnie słaby dolar jest dobry dla nas, gdyż przysparza handlu i możliwości”. Tym samym Mnuchin zapisał się na kartach historii jako pierwszy sekretarz skarbu od wczesnych lat 90., który nie agituje za silną walutą. Powiedzieć, że dolało to oliwy do ognia, to jak nic nie powiedzieć. Rynek od pewnego czasu krążył wokół tematu nasilenia protekcjonizmu przez administrację prezydenta Trumpa i odnowienie wojen handlowych i wczoraj dostał dowód, by bez oporów porzucać dolara. A sam Mnuchin jest w błędzie. Słaby dolar może i pomoże krajowym eksporterom konkurować na rynkach zagranicznych, ale USA więcej importują niż eksportują, zatem deprecjacja dolara rozdmucha ich deficyt handlowy. Obstawianie przez rząd słabości waluty podkopuje zaufanie do dolara jako waluty rezerwowej i odstrasza kapitał zagraniczny chcący inwestować w USA. Oczywiście prezydent Trump może uważać, że gospodarka USA jest sama wszystko wytworzyć i nie potrzebuje „złego” importu, który zabiera prace uczciwym Amerykanów? Powodzenia z tym tokiem myślenia.

Dolar ma za sobą ciężkie 24 godziny i choć pierwsze takty w Europie przynoszą próby odreagowania, to równie dobrze może być to przystanek przed kolejną falą osłabienia. Jednak przecena dolara to równocześnie silna aprecjacja innych walut i rodzi się pytanie, czy i kiedy usłyszymy odzew ze strony władz. A nawet jeśli pojawia się werbalne interwencje przeciw umocnieniu lokalnych walut, czy rynek rzeczywiście się zatrzyma? Najbliższa okazja do komentarza to oczywiście konferencja prasowa prezesa EBC Mario Draghiego, który ma jeszcze trudniejsze zadanie wybrzmieć gołębio, niż to się mogło wydawać na początku tygodnia. Trzeba jednak pamiętać, że rajd EUR/USD to przede wszystkim słabość USD. Jeśli popatrzymy na zachowanie indeksu EUR ważonego wolumenem handlu, aprecjacja unijnej waluty nie jest tak dramatyczna (od poprzedniego posiedzenia EBC w grudniu indeks wzrósł o 1.5 proc., kiedy EUR/USD zyskał 5 proc.). To daje pewne pole manewru dla EBC, ale z drugiej strony, jeśli Draghi nie zastosuje swojej magii i nie powstrzyma zmian na rynku walutowym, kolejna fala wzrostów EUR/USD będzie już zasługą kupowania euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Urzędnicy Trumpa wchodzą do gry

Dla Wall Street środa była też, podobnie jak w Eurolandzie, dniem publikacji indeksów PMI, ale nie to było istotne. Istotne było to, co mówili urzędnicy prezydenta Trumpa.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Amerykanie przyznali, że odpowiada im słaby dolar. W Davos powiedział to Steven Mnuchin, sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych. Sekretarze skarbu zawsze mówili, że chcą silnego dolara (mimo że myśleli tak jak Mnuchin). Tym razem Mnuchin powiedział m.in., że spadek wartości dolara stanowi wsparcie dla amerykańskiej gospodarki. Przyznanie, że USA chcą osłabienia dolara może skończyć się prawdziwą wojną walutową.

Wtórował mu kolejny urzędnik. Wilbur Ross, sekretarz ds. handlu USA, pytany o to, czy nie obawia się rozpętania wojny handlowej powiedział, że „Wojna handlowa trwa od dłuższego czasu. Teraz różnicą jest to, że do gry wchodzą siła amerykańskie”. Po podniesieniu ceł na chińskie panele słoneczne i pralki taka wypowiedź mogła być zapowiedzią dalszych takich działań. A Chiny bezczynne nie pozostaną.

W pełnej skali wojna walutowa i handlowa między Chinami i USA (oraz Niemcami) byłaby końcem globalnego rozwoju gospodarczego. To zauważyli Europejczycy i dlatego spadały indeksy europejskie. Amerykanie mogli jednak pozostać w swoim wspaniałym świecie bez przerwy rosnących indeksów (ironia).

W tej sytuacji dane makro miały trzeciorzędna znaczenie. Opublikowano wstępne Indeksy PMI (wstępne odczyty dla sektorów przemysłowego i usług). Dowiedzieliśmy się, że indeks dla przemysłu wyniósł 55,5 pkt. (oczekiwano spadku z 55,1 na 55 pkt.), a dla usług wyniósł 53,3 pkt. (oczekiwano wzrostu z 53,7 na 54 pkt.). Pojawiły się też dane o cenach domów w listopadzie oraz o sprzedaży domów na rynku wtórnym w grudniu. Ceny domów wzrosły tak jak oczekiwano o 0,4%, a sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła o 3,6% (oczekiwano spadku o 2%).

Wall Street na początku sesji postanowiła całkowicie zlekceważyć słowa sekretarza ds. handlu i cieszyła się słabością dolara oraz wzrostem ceny ropy. Po godzinie pojawiły się pierwsze oznaki niepokoju i indeksy zabarwiły się na czerwono. Jednak na trzy godziny przed końcem sesji Wall Street zanurzyła się w swojej bajce o hossie bez końca i indeksy zaczęły rosnąć. Udało się doprowadzić S&P 500 do poziomu neutralnego, a NASDAQ stracił 0,63%. Nic nieznacząca korekta.

Takie reakcja Wall Street dają złudną nadzieję urzędnikom administracji Trumpa, którzy mogą stwierdzić, że wojna handlowa i słaby dolar to jest to, czego chce gospodarka i Wall Street. Mogą się bardzo przeliczyć, ale ten obłęd może jeszcze chwilę potrwać.

GPW rozpoczęła środową sesję pokazem słabości, który był kontynuacją tego, co widać już było we wtorek. Bykom nie pomagały tez inne indeksy na europejskich giełdach. Polskie indeksy spadały i po godzinie WIG20 tracił około pół procent. Przed południem rynek wszedł w fazę marazmu.

Dopiero po pobudce w USA nastroje zaczęły się poprawiać. Najwyraźniej czekano na pomoc Amerykanów. Jednak rosnące kontrakty na amerykańskie indeksy nie pomagały europejskim giełdom, a końcówka sesji była w Europie bardzo słaba. Szaleństwa Wall Street niespecjalnie się w Europie podobają. Nic dziwnego, ze WIG20 spadł, ale stracił tylko 0,33%, a MWIG40 i SWIG80 straciły jeszcze mniej.

Wypowiedzi sekretarzy skarbu i handlu USA są niezwykle niepokojące, ale słabnący dolar i szybko drożejące surowce powodują skierowanie kapitałów funduszy inwestycyjnych na waluty i akcje krajów rozwijających się. Nieprzerwana hossa rwa również na tych rynkach. Co się jednak stanie, jeśli woja handlowa zacznie dolara umacniać? Być może już dzisiaj po posiedzeniu ECB?

Oczywiście nic w polityce monetarnej strefy euro się nie zmieni, ale może zmieć się słownictwo komunikatu/wypowiedzi szefa ECB, co może wpłynąć na zachowanie rynku walutowego i obligacji, a za ich pośrednictwem również rynku akcji. Siła euro może, a nawet powinna spowodować, zdecydowanie „gołębią” wymowę komunikatu i/lub konferencji.

Gdyby euro zaczęło tracić to pomogłoby rynkowi akcji w Eurolandzie, ale niekoniecznie w USA i niekoniecznie rynkom rozwijającym się. Jednak pierwsze umocnienie dolara przemknęłoby na emerging markets raczej niezauważone.

Autor: Piotr Kuczyński – Główny Analityk, Dom Inwestycyjny Xelion

Na co czekamy?

Otóż czekamy dziś – o ile interesuje nas rynek forex, a w szczególności eurodolar – na kilka faktów. Zacznijmy od tych mniej ważnych. Na przykład o 8:00 poznamy niemiecki indeks zaufania konsumentów GfK, natomiast o 9:00 stopę bezrobocia dla Hiszpanii. O 10:00 przyjdzie czas na dość istotny wskaźnik niemiecki, ważniejszy niż GfK, tj. indeks instytutu Ifo.

Dziś jednak kluczowa będzie kwestia obrad EBC. O 13:45 władze Banku określą stopy procentowe – i tu nie oczekujemy zmian, zapewne zostanie utrzymany poziom -0,4 proc. w depozycie i zerowy w refinansowaniu. Program QE zachowa wartość 30 mld EUR. Ale o 14:30 mamy konferencję prasową z udziałem Mario Draghiego. Niewykluczone, a nawet całkiem możliwe jest to, że Draghi spróbuje dokonać zbicia poziomu eurodolara. Innymi słowy, może sobie pozwolić na jakieś gołębie uwagi – np. takie, że operacja QE nadal jest potrzebna, bo wyniki gospodarcze i inflacyjne, choć niezłe, to jednak nie są całkowicie klarowne i wymagają potwierdzenia tudzież wsparcia etc. Tymczasem teraz eurodolar jest ustawiony bardzo wysoko, przy 1,2430. Sugeruje to, że część graczy podbiła na zapas kurs, by później mieć skąd schodzić – o ile będą tymi, którzy zareagują szybko i prawidłowo.

O tejże 14:30 mamy też wnioski o zasiłek dla bezrobotnych w USA, natomiast o 16:00 poznamy tamtejsze dane o sprzedaży nowych domów, jak również wskaźnik wyprzedzający Conference Board. O 17:00 czeka nas indeks Kansas City Fed dla przemysłu.

Co z innymi parami walutowymi? O 14:30 mamy listopadowy odczyt o sprzedaży detalicznej w Kanadzie, zakłada się dynamikę +0,8 proc. m/m. USD/CAD jest teraz na 1,2315, co stanowi dość niski poziom, bo np. 19 stycznia w szczycie notowano 1,25. Kurs ostro spadł przedwczoraj.

O 12:00 poznamy wskaźnik sprzedaży detalicznej dla Wielkiej Brytanii, liczony przez organizację CBI. Prognozuje się spadek z 20 do 15 pkt. GBP/EUR, dodajmy, rośnie od prawie 10 dni, z okolic 1,1220 szybko przebył drogę do 1,15. GBP/USD jeszcze 12 stycznia kreślił poziomy rzędu 1,3540, teraz to 1,43.

Temat polskiego złotego

Euro-złoty lokuje się na poziomie 4,1480, wczoraj bywał momentami jeszcze niżej. Tak więc złoty znacząco się wzmocnił, wykres pary w szczególności odszedł od rejonu 4,17. Tym niemniej faktycznym przełomem byłoby dopiero przebicie wsparcia przy 4,1425.

Wyraźne zmiany widzimy natomiast na dolarze, USD/PLN jest już przy 3,3360 i niżej. Tutaj trudno wyznaczyć klarowne wsparcie, acz jest dość prawdopodobne, że wykres zawróci na północ, jeżeli eurodolar skoryguje dziś swe notowania. Tym niemniej trzeba zaznaczyć, że pojawiają się wątpliwości co do tego, czy wykres dokona potwierdzenia linii wzrostowej po minimach z lat 2011 i 2014. Wątpliwości, rysy, ale sprawa nie jest przesądzona.

Autor: Tomasz Witczak, FMC Management

Kolejny rekord PKN Orlen – wynik za 2017 rok wyższy o 1 mld zł

Do osiągnięcia rezultatu EBITDA LIFO za 2017 rok na poziomie 10,4 mld zł, przyczyniły się wszystkie segmenty działalności, w tym rekordowy wynik segmentu detalicznego. W minionym roku Koncern odnotował rekordowy przerób ropy, a także historycznie najwyższą sprzedaż. W omawianym okresie Koncern realizował inwestycje rozwojowe, w zakresie petrochemii w Polsce i Czechach, a także umacniał swoją pozycję w obszarze energetyki, uruchamiając blok parowo-gazowy we Włocławku oraz realizując podobną inwestycję w Płocku.

PKN ORLEN zabezpieczył dostawy ropy naftowej na rok 2018, współpracując z największymi światowymi producentami surowca, a także pozostając otwartym na różne kierunki dostaw i wykorzystywanie okazji rynkowych. W segmencie wydobywczym, zgodnie z założeniami strategicznymi, Koncern zwiększył łączne zasoby gazu i ropy (2P). W ramach wzmacniania struktury własnościowej Koncern ogłosił w grudniu wezwanie na dobrowolny wykup akcji Unipetrol. W minionym roku Koncern osiągnął najwyższy rating w historii od Moody’s, na poziomie Baa2 z perspektywą stabilną, a także wypłacił najwyższą dywidendę w historii, wynoszącą łącznie 1,3 mld zł, czyli 3,00 zł na akcję. Rada Nadzorcza Koncernu powołała w tym okresie Zarząd na nową 3-letnią kadencję.

W 2017 roku PKN ORLEN:

• Wypracował rekordowy wynik EBITDA LIFO na poziomie 10,4 mld zł
• Osiągnął rekordowy przerób ropy na poziomie 33,2 mln ton oraz najwyższą w historii firmy sprzedaż 42,4 mln ton
• Wypracował rekordowy wynik ponad 2 mld zł w segmencie detalicznym

– Osiągnięte już kolejny rok z rzędu rekordowe wyniki Koncernu pokazują, że dzięki dobrze skonstruowanej i konsekwentnie realizowanej strategii, a także elastyczności w działaniach i trafnym decyzjom biznesowym, w pełni wykorzystujemy nasz potencjał. Co istotne nie zapominamy o ciągłym umacnianiu naszej pozycji konkurencyjnej. Inwestujemy w nowe aktywa produkcyjne oraz prowadzimy działania mające na celu efektywniejsze wykorzystywanie tych, którymi już dysponujemy. Przełom osiągnięty na Litwie oraz plan przejęcia pełnej kontroli nad Unipetrolem, są tego najlepszym przykładem. Chcemy dalej integrować nasze aktywa, tak aby w pełni wykorzystywać możliwe synergie i być bardziej odpornym na negatywny wpływ czynników makroekonomicznych – powiedział Wojciech Jasiński, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

– To co powinno cieszyć nas szczególnie to fakt, że udział w rekordowych wynikach Koncernu mają wszystkie segmenty działalności. To pokazuje, że nawet w okresie pogorszenia warunków makroekonomicznych, potrafimy doskonale wykorzystywać nasze przewagi. Ma to szczególne znaczenie na niezwykle dynamicznie zmieniającym się i konkurencyjnym rynku, na którym funkcjonujemy – powiedział Mirosław Kochalski, Wiceprezes Zarządu PKN ORLEN.

W 2017 roku Koncern niezmiennie cieszył się zaufaniem gremiów eksperckich, po raz kolejny uzyskując tytuł The World’s Most Ethical Company, a także Top Employer Polska. W 2017 roku PKN ORLEN znalazł się na globalnej liście Thomson Reuters Top 100 Energy Leaders wśród 100 wiodących firm energetycznych oraz 25 czołowych przedsiębiorstw z sektora oil&gas. Spółka otrzymała również wyróżnienia za raport zintegrowany, w ramach konkursu The Best Annual Report 2016, a także nagrody Best in Central & Eastern Europe oraz Best ESG communications od IR Magazine. PKN ORLEN zajął również 43. miejsce wśród największych koncernów energetycznych na świecie notowanych w rankingu Platts TOP250, awansując w ciągu roku o 15 pozycji.

W IV kwartale 2017 roku PKN ORLEN odnotował wynik EBITDA LIFO na poziomie 2 mld zł. Na rezultat pozytywny wpływ miał wzrost przychodów o 8% (r/r), osiągnięty przy wzroście ceny ropy i wolumenów sprzedaży, którego efekt został ograniczony wpływem zmiany czynników makro względem IV kwartału 2016 r. Wpływ na rezultat porównania rok do roku miał również fakt, iż w IV kwartale 2016 odnotowano pozytywny efekt odszkodowania z tytułu awarii Steam Cracker w Unipetrol. W omawianym okresie (r/r) odnotowano spadek modelowej marży downstream o (-) 0,5 USD/bbl, przy wzroście średniej ceny ropy o 12 USD/bbl, do poziomu 61 USD/bbl. Na wszystkich rynkach, na których obecny jest Koncern, w IV kwartale 2017 roku odnotowano wzrost konsumpcji oleju napędowego, w tym w Polsce o 12% r/r. Na wspomnianych rynkach odnotowano również wzrost konsumpcji benzyn, z wyjątkiem rynku czeskiego, gdzie utrzymał się on na stabilnym poziomie.

Segment detaliczny PKN ORLEN odnotował kolejny rekordowy kwartał osiągając wynik EBITDA LIFO na poziomie 491 mln zł. Rezultat został osiągnięty przy wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 11% (r/r) i wzroście udziałów rynkowych w Niemczech, na Litwie i w Czechach, gdzie w minionym roku włączono do sieci stacje przejęte od OMV. Marże paliwowe w tym okresie wzrosły na rynku czeskim i niemieckim, przy porównywalnych marżach na rynku litewskim oraz niższych marżach na rynku polskim (r/r). Koncern kontynuował rozwój oferty pozapaliwowej, na koniec IV kwartału funkcjonowały 1793 punkty Stop Cafe, w tym 1571 w Polsce, z czego 180 w nowym formacie O!SHOP, 199 w Czechach i 23 na Litwie. W I kwartale 2018 Koncern rozpoczął postępowanie przetargowe na zakup 23 ładowarek elektrycznych, które w ramach projektu pilotażowego do 2019 roku mają zostać zainstalowane na stacjach paliw PKN ORLEN przy trasach tranzytowych w całej Polsce.

W IV kwartale 2017 roku segment downstream wypracował wynik EBITDA LIFO na poziomie 1,6 mld zł. Rezultat został osiągnięty przy wyższym o 5% (r/r) przerobie, oraz wzroście łącznych wolumenów sprzedaży o 4% (r/r). Efekt tych czynników został ograniczony przez pogorszenie czynników makro (r/r), w tym między innymi efekt niższego dyferencjału Ural/Brent, wyższych kosztów zużyć surowców na własne potrzeby energetyczne oraz umocnienia kursu PLN względem walut obcych. W IV kwartale blok parowo-gazowy w Płocku osiągnął moc maksymalną ok. 600 MWe, po raz pierwszy dostarczył także parę technologiczną do Zakładu. W tym okresie prowadzony był szereg czynności eksploatacyjnych niezbędnych do otrzymania pozwolenia na użytkowanie, które uzyskano w styczniu 2018 roku.

W obszarze wydobycia, zgodnie z założeniami strategii, zwiększono zasoby ropy i gazu (2P) do poziomu 152 mln boe na koniec roku 2017, co oznacza wzrost o 38 mln boe w porównaniu z końcem roku ubiegłego. Wynik segmentu EBITDA LIFO wynosił 78 mln zł, a średnie wydobycie w IV kwartale 2017 roku osiągnęło poziom 16,2 tys. boe/d i było wyższe o 17% w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. W ramach krajowych koncesji zakończono wiercenie 2 otworów poszukiwawczych na obszarze Karpaty oraz Edge, a także rozpoczęto wiercenie 3 kolejnych otworów. Kontynuowano też akwizycje oraz analizy danych sejsmicznych, a także prace przygotowawcze dla kolejnych otworów. W ramach działań na aktywach kanadyjskich wraz z partnerami w minionym kwartale rozpoczęto wiercenie 5 odwiertów, zabiegowi szczelinowania poddano 7 odwiertów. Do produkcji podłączono 5 kolejnych otworów. W rejonie Kakwa kontynuowano między innymi przygotowania do rozbudowy instalacji do wstępnego przerobu gazu. Na obszarze Ferrier zakończono prace związane z budową rurociągu do sprzedaży węglowodorów ciekłych oraz wykonano akwizycję danych sejsmicznych 3D.

W 2017 roku Koncern utrzymywał bardzo dobrą sytuację finansową m.in. obniżając poziom długu netto i dźwigni finansowej, a także dywersyfikując źródła finansowania. Na koniec 2017 roku zadłużenie netto Koncernu wynosiło 800 mln zł, natomiast dźwignia finansowa utrzymywała się na poziomie 2,2%. W grudniu Koncern zakończył z sukcesem sprzedaż drugiej serii emisji obligacji detalicznych na kwotę 200 mln zł.

Przodujemy w korzystaniu z internetu przez urządzenia mobilne. Najczęściej sięgamy po aplikacje dostarczane przez sklepy, banki i media społecznościowe

Przodujemy w korzystaniu z internetu przez urządzenia mobilne. Najczęściej sięgamy po aplikacje dostarczane przez sklepy, banki i media społecznościowe 3

Ponad 56 proc. użytkowników na świecie i ponad 60 proc. w Polsce korzysta z internetu poprzez urządzenia mobilne. To więcej niż liczba korzystających z komputerów osobistych. Najbardziej popularnymi narzędziami są aplikacje dostarczane przez sklepy, banki i media społecznościowe. Najwięksi światowi gracze branży mobilnej zmieniają strategię i stawiają na sztuczną inteligencję oraz rozwiązania głosowe.

– Google jasno i wyraźnie ogłosił zmianę strategii z tzw. mobile first na A.I. first, czyli ukłon w kierunku sztucznej inteligencji. Można zauważyć rozwój sztucznej inteligencji i tzw. machine learning, to są obszary zainteresowania dużych graczy na rynku, było tego dużo w zeszłym roku, będzie jeszcze więcej w tym, to są obszary, które należy obserwować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Monika Mikowska, współwłaścicielka Mobee Dick.

Oprócz sztucznej inteligencji na rynku mobilnym coraz mocniej widoczny będzie trend rozwiązań głosowych. Chociaż w Polsce ciągle nie są dostępni najpopularniejsi asystenci głosowi, tacy jak Siri, Asystent Google, Amazon Alexa, czy Cortana od Microsoftu, to na świecie rozwiązania te zyskują coraz większe grono użytkowników.

– Obserwujemy wzrost wyszukiwań głosowych w wyszukiwarkach internetowych. Dwa lata temu udział tego typu wyszukiwań stanowił 20 proc., w zeszłym roku 25 proc., a comScore przewiduje, że w 2020 roku ten udział wzrośnie aż do 50 proc. Znowu pojawia się ten trend przyszłości opartej na rozwiązaniach głosowych – przekonuje ekspertka.

Google i Amazon to także potentaci na rynku inteligentnych głośników. Amazon Echo z asystentem Alexa i Google Home z asystentem głosowym Google’a kontrolują niemal 100 proc. tego rynku. Wkrótce swoje rozwiązania w tym segmencie zaproponują także Microsoft i Apple. Urządzenia odpowiednio Invoke i Homepod mają być zaprezentowane jeszcze w tym roku.

Zarówno na świecie, jak i w Polsce społeczeństwo staje się coraz bardziej mobilne. Komputery osobiste coraz częściej zamienia na smartfony i tablety. Już ponad 56 proc. użytkowników na świecie i ponad 60 proc. w Polsce korzysta z internetu poprzez urządzenia mobilne – wynika ze statystyk StartCounter. Według specjalistów coraz więcej użytkowników korzysta już wyłącznie ze smartfona. Z drugiej strony dynamika wzrostu ruchu z urządzeń mobilnych słabnie.

– Jeszcze w 2014 roku grupę ludzi, którzy korzystają z danego produktu, danej usługi wyłącznie przez smartfona stanowiło ok. 3 proc. Teraz obserwujemy już kilkunastoprocentowy udział. Teraz jest czas, żeby swój biznes przestawić bardzo mocno z myśleniem na użytkownika mobilnego, że on tylko ze smartfonem w ręku może się chcieć komunikować z firmą – twierdzi współwłaścicielka Mobee Dick.

W 2017 roku branża mobilna odnosiła w Polsce duże sukcesy. Na platformie Allegro już ponad 50 proc. ruchu pochodzi z urządzeń mobilnych, również mBank może się pochwalić ponad 50-proc. udziałem logowań z urządzeń mobilnych do swojego serwisu transakcyjnego. W zeszłym roku pojawiła się nowa wersja aplikacji mobilnej Rossmann, którą pobrało ponad 5 mln użytkowników. Bank PKO BP zeszły rok kończył z 2 mln aktywnych użytkowników swojej aplikacji mobilnej IKO.

– To liczby pokazujące potencjał polskiego rynku i świadczące o tym, że to dzieje się teraz. Umiemy już korzystać z aplikacji mobilnych, rozumiemy wartość dodaną, którą one przynoszą – podsumowuje Monika Mikowska.

Po w pełni autonomicznym metrze czas na kolej. UE wdraża system pozwalający prowadzić pociąg w pełni lub częściowo autonomicznie

Po w pełni autonomicznym metrze czas na kolej. UE wdraża system pozwalający prowadzić pociąg w pełni lub częściowo autonomicznie 4

W pełni bezobsługowe pociągi to przyszłość rynku transportowego. Metro bez maszynisty działa od prawie dekady w Dubaju. Obecnie powstaje w Glasgow. Według ekspertów nie ma przeciwwskazań technicznych, aby tego typu komunikacja powstała także w Polsce. Autonomia to przyszłość także na rynku naziemnych pociągów osobowych i towarowych. Unia Europejska wdraża Europejski System Sterowania Pociągiem, pozwalający prowadzić pociąg w pełni lub częściowo autonomicznie.

– Budujemy w Glasgow pierwsze pojazdy bezobsługowe. W przyszłości może to być bardzo ważny segment rynku. Zasada jest taka, że nie ma maszynisty, jazda jest znacznie prostsza, ponieważ są specjalne szyny, nie ma żadnych przeszkód na drodze, którą porusza się metro – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Peter Spuhler, właściciel i przewodniczący rady nadzorczej Stadler Rail.

W zautomatyzowanym metrze wykorzystuje się system CBTC (Communication Based Train Control), który opiera się na dwukierunkowej transmisji informacji pomiędzy pociągiem a przytorowymi komputerami sterującymi. Pociąg wysyła informacje o swoim aktualnym położeniu, prędkości i kierunku, w jakim się przemieszcza. Składy metra są zaś wyposażone w systemy detekcji przeszkód, a jeśli takie pojawią się na torze, pociąg automatycznie hamuje. Maszynistę zastępują odpowiednie systemy bezpieczeństwa, m.in. zamontowane nad szynami nadajniki i odbiorniki na podczerwień.

– Za bezobsługowym metrem stoją specjalne balisy montowane w torach, które przekazują sygnały do centrali. W ten sposób pociąg jest sterowany. Druga kwestia to ogromna liczba różnych czujników zastosowanych w pojazdach – mówi Peter Spuhler.

Z danych International Association of Public Transport (UITP) wynika, że w 2017 roku już ponad 13 proc. wybudowanej miejskiej infrastruktury kolejowej stanowiły pociągi w pełni zautomatyzowane. Jeśli nie brać pod uwagę Chin, całkowicie automatyczne metro to 36 proc. nowo budowanej infrastruktury. Jak przekonuje ekspert, nic nie stoi na przeszkodzie, aby także w Polsce zbudować autonomiczne metro.

– Technicznie jesteśmy w stanie zaoferować i wykonać takie rozwiązania również dla polskich przewoźników, ale wszystko zależy od operatorów kolejowych – przekonuje właściciel i przewodniczący rady nadzorczej Stadler Rail.

Bezobsługowe metro to przyszłość komunikacji miejskiej, ale w dalszej przyszłości większy poziom automatyzacji może doprowadzić do bezobsługowych pociągów. Na razie panującym trendem jest wymiana pociągów spalinowych na elektryczne lub hybrydowe.

W Polsce na 18 tys. torów zelektryfikowanych jest nieco ponad 11 tys. Po pozostałych torach mogą się poruszać tylko pojazdy spalinowe. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa w ramach Krajowego Programu Kolejowego planuje przeznaczyć 66 mld zł na modernizację linii kolejowych w ciągu najbliższych 6 lat.

– W ostatnich latach w Polsce dokonał się znaczny postęp, jeśli chodzi o innowacyjność rynku kolejowego, ale jest tutaj jeszcze wiele do osiągnięcia. Myślę, że w przyszłych latach również Polska będzie poprawiać innowacyjność, jeśli chodzi o system sterowania ruchem kolejowym i o kwestie bezpieczeństwa – ocenia ekspert.

Problem stanowią też przestarzałe technologie sterowania ruchem kolejowym. Pod tym względem sytuacja jednak się zmienia. Zgodnie z wdrażanym w Unii Europejskiej systemem ERTMS (European Rail Traffic Management System), pociągi powinny być wyposażone w Europejski System Sterowania Pociągiem (ETCS), pozwalający prowadzić pociąg w pełni lub częściowo autonomicznie.

Za 10 lat Polacy będą korzystać z usług banku za pomocą robotów, a bankowość przeniesie się do smartfonów

Za 10 lat Polacy będą korzystać z usług banku za pomocą robotów, a bankowość przeniesie się do smartfonów 5

Robo-doradcy, wirtualne oddziały, spersonalizowane oferty pożyczek w czasie rzeczywistym oraz kupowanie na kredyt z reklamy po jej zeskanowaniu – tak Polacy wyobrażają sobie przyszłość bankowości i usług finansowych. Większość klientów jest otwarta na innowacje i kolejne nowinki technologiczne, które sprawią, że korzystanie z banku będzie prostsze, wygodniejsze i bezpieczniejsze. Ograniczone zaufanie wciąż budzi sztuczna inteligencja, której zdecydowane nie mówi prawie dwie trzecie Polaków – wynika z badania HASHfinanseprzyszłości dla Banku Millennium.

– Polacy są bardzo otwarci na innowacje i nowe technologie. Ponad 90 proc. osób uważa, że w przyszłości obsługa bankowości będzie zautomatyzowana. Ta gotowość na nowe rozwiązania – takie jak chatboty, wirtualna rzeczywistość czy sztuczna inteligencja – powoduje, że nasi respondenci są przekonani, że w przyszłości banki będą znacznie wygodniejsze, będą obsługiwały klientów w sposób lepszy i bardziej spersonalizowany – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Misiak, dyrektor Departamentu Marketingu Bankowości Detalicznej w Banku Millennium.

Na zlecenie banku Instytut IBRiS zapytał Polaków o to, jak wyobrażają sobie usługi finansowe w perspektywie najbliższych dziesięciu lat. Z badania wynika, że zdecydowana większość spodziewa się kolejnych innowacji i technologicznych ułatwień w kontaktach z bankiem. Zdaniem 90 proc. własnoręczny podpis zostanie zastąpiony elektronicznym, obsługa w większości oddziałów będzie automatyczna, a prawie wszystkie sprawy będzie można załatwić za pomocą wirtualnej rzeczywistości.

– Prawie 40 proc. respondentów uważa, że w przyszłości oddziały bankowe nie znikną i w dalszym ciągu będą istnieć. Będą jednak w pełni automatyczne, a większość usług będzie można załatwić samodzielnie, bez pomocy doradcy. Co istotne, 92 proc. osób sądzi, że proste sprawy – takie jak założenie lokaty czy wzięcie kredytu – będzie można załatwić za pomocą wirtualnej rzeczywistości, niekoniecznie odwiedzając w tym celu oddział – mówi Tomasz Misiak.

Badanie HASHfinanseprzyszłości pokazuje również coraz silniejsze przywiązanie Polaków do bankowości mobilnej. Jeszcze kilka lat temu bank dostępny w smartfonie czy przez internet był tylko dodatkiem do obsługi oddziałowej. Obecnie prawie 80 proc. klientów sądzi, że za dziesięć lat kredyt czy lokatę będzie załatwiać w aplikacji mobilnej.

 Już dzisiaj widzimy bardzo mocny trend i zainteresowanie klientów obsługą za pośrednictwem bankowości mobilnej – podkreśla Tomasz Misiak.

Polacy są też przekonani, że w przyszłości, dzięki rozwiązaniom biometrycznym, logowanie do banku i korzystanie z jego usług będą dużo prostsze i wygodniejsze. Ponad połowa z nich twierdzi, że za 10 lat będzie można się logować do banku czy bankomatu za pomocą odcisku palca, komendy głosowej albo skanowania siatkówki oka.

Chociaż dzisiaj banki nie oferują możliwości logowania z użyciem Facebooka, to 36 proc. respondentów sądzi, że będzie to możliwe w przyszłości. Dziś tylko 8 proc. uważa, że można się już logować poprzez media społecznościowe – mówi Tomasz Misiak.

Ekspert Banku Millennium podkreśla też, że przyszłością usług finansowych jest automatyzacja i roboty. To zdanie podziela blisko połowa Polaków (46 proc.). Podkreślają, że w przyszłości banki zaoferują usługi wirtualnego doradcy, który będzie doradzać najlepsze inwestycje, sposoby oszczędzania, przedstawiać spersonalizowane oferty kredytów i pożyczek. 35 proc. uważa natomiast, że za dziesięć lat będzie ich obsługiwać sztuczna inteligencja.

Zanim jednak upowszechnią się takie rozwiązania, będą musiały zdobyć zaufanie klientów. Jak wynika z badania HASHfinanseprzyszłości, dziś Polacy nie ufają jeszcze sztucznej inteligencji i wolą zachować wpływ na podejmowane decyzje. Na obsługę przez wirtualnego doradcę zdecydowanie nie zgodziłoby się blisko 60 proc. ankietowanych.

– Klienci mają dosyć specyficzne podejście do automatyzacji i robo-doradztwa. Na dzisiaj tylko nieliczna grupa ufa takim rozwiązaniom. Ponad 77 proc. jest na „nie”, z czego 58 proc. to „zdecydowane nie”. Na szczęście wraz z upływem czasu to podejście się zmienia. W 2028 roku duża część klientów – ponad 36 proc. – będzie ufać i korzystać z takich rozwiązań – mówi Tomasz Misiak.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez IBRiS na zlecenie Banku Millennium, w przyszłości kolejne procesy zostaną zautomatyzowane, dokumentacja papierowa wyeliminowana, a akcja kredytowa ściślej powiązana z zakupami. Zdaniem 40 proc. Polaków za dziesięć lat będzie możliwe kupowanie na kredyt rzeczy bądź usług z reklamy, bezpośrednio po jej zeskanowaniu. Niewielka grupa (6 proc.) sądzi, że będzie to możliwe jeszcze w tym roku. Natomiast zdecydowana większość (90 proc. badanych) sądzi, że za 10 lat oferty banku będą dostarczane zdalnie, w czasie rzeczywistym i w konkretnej lokalizacji (np. ubezpieczenie turystyczne podczas kupowania biletów lotniczych lub pożyczka podczas wybierania w sklepie nowego modelu pralki).

Jawność zarobków w branży PR przynosi korzyści agencjom i ich pracownikom. Doceniają to szczególnie millenialsi

Jawność zarobków w branży PR przynosi korzyści agencjom i ich pracownikom. Doceniają to szczególnie millenialsi 6

Serwis PRoto.pl opublikował tegoroczny, drugi już raport o zarobkach w agencjach PR. Przełamanie tabu płacowego ma pomóc pracownikom i kandydatom lepiej odnaleźć się na rynku, a agencjom PR zaprezentować się jako rzetelni, transparentni pracodawcy i skrócić czas rekrutacji. Eksperci podkreślają, że jawność wynagrodzeń jest doceniana zwłaszcza przez millenialsów, którzy za kilka lat będą pożądaną grupą specjalistów w agencjach PR. 

– W branży PR jest bardzo dużo plotek na temat wynagrodzeń. Są one formułowane m.in. na podstawie kosztów kampanii, które rzeczywiście bywają dość wysokie. Mamy nadzieję, że nasz raport trochę te plotki ukróci – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Przybylski, młodszy redaktor PRoto.pl.

Jawność systemu płac jest korzystna przede wszystkim dla kandydatów i pracowników branży public relations. Ubiegając się o pracę, będą się mogli zorientować, na jakie warunki zatrudnienia mogą liczyć i czy dana propozycja pracy im odpowiada. Autorzy podkreślają, że takie informacje pomogą ukrócić plotki o pensjach w branży PR, które krążą w mediach społecznościowych dzięki poczcie pantoflowej.

Nasz raport ma być przydatny dla osób pracujących w branży PR. Dlatego poprosiliśmy agencje, żeby przedstawiły swoje siatki płac nie w kwotach brutto – jak jest to zwykle podawane w raportach płacowych – ale w kwotach netto, w korelacji z informacjami dotyczącymi rodzajów umów, jakie są w stanie zagwarantować swoim pracownikom. Kandydaci, wiedząc, w jakich przedziałach kształtują się zarobki w danych agencjach, mogliby się dzięki temu lepiej przygotować do rozmów kwalifikacyjnych – wyjaśnia Maciej Przybylski.

W zestawieniu przygotowanym przez PRoto.pl znalazły się informacje dotyczące widełek płacowych na danym stanowisku, formy zatrudnienia, przewidzianego zakresu obowiązków oraz benefitów i dodatków, na które może liczyć pracownik agencji.

Jak wynika z badania, które przeprowadziła w tym roku agencja doradztwa zawodowego Work Service, to wiedza pożądana nie tylko przez PR-owców. Zdecydowana większość, bo aż 84 proc. Polaków, opowiada się za jawnością wynagrodzeń i podawaniem widełek płacowych w ogłoszeniach o pracę. Takie rozwiązanie jest stosowane w większości krajów skandynawskich i zachodnioeuropejskich, m.in. w Wielkiej Brytanii.

– W kontekście jawności wynagrodzeń, szczególnie ważny jest wątek millenialsów. To grupa, która wchodzi na rynek pracy i za kilka lat będą specjalistami, na których najbardziej będzie zależało agencjom PR. Millenialsi bardzo cenią sobie jawność pracodawców w kontekście wynagrodzeń. Lubią mieć jasno rozrysowaną ścieżkę kariery, co może ich czekać w danym miejscu, i lubią wiedzieć, że ich działania będą miały realne znaczenie w firmie – mówi Maciej Przybylski.

Z punktu widzenia employer brandingu przełamanie tabu płacowego to też korzyść dla samych agencji PR. Wiedząc, jak kształtują się zarobki w branży, mogą zweryfikować własną siatkę wynagrodzeń, ukrócić spekulacje dotyczące pensji i zaprezentować się jako transparentny i otwarty pracodawca, który jest zadowolony z poziomu swoich wynagrodzeń. Jawność systemu płac pozwala też uniknąć niedomówień podczas rozmów o pracę i zaoszczędzić czas w trakcie rekrutacji.

– Agencje PR mogą też pokazać, że nie zatrudniają na tzw. śmieciówkach, ale na umowach o pracę. Przy okazji mogą skrócić i ułatwić sobie proces rekrutacji, ponieważ dzięki temu, że pokazują, ile dany kandydat może zarobić, odfiltrowują tych, którym dana stawka nie odpowiada – mówi Maciej Przybylski.

W poprzednim raporcie placowym z 2016 roku agencje PR deklarowały, że będą zwiększać lub przynajmniej utrzymywać zarobki na tym samym poziomie. Tegoroczna edycja pokazuje, że te prognozy się sprawdziły, a dodatkowo agencje starają się przyciągać i motywować pracowników różnego rodzaju benefitami pozapłacowymi, jak służbowy laptop, ubezpieczenie chorobowe, szkolenia, pakiety typu Multisport, wycieczki integracyjne dla pracowników albo pożyczki okolicznościowe w razie potrzeby.

– Wierzymy, że rozmowa na temat jawności wynagrodzeń w branży może się przysłużyć jej profesjonalizacji. Co więcej, eksperci i szefowie agencji, z którymi rozmawialiśmy przy poprzedniej edycji, przyznali, że udział w raporcie i upublicznienie siatki płac rzeczywiście przyczyniło się do usprawnienia pracy agencji. Zwiększyła się dzięki temu świadomość klientów, i dzięki temu, że wiedzieli, ile kosztuje praca PR-owca, byli w stanie ocenić, czy dana wycena jest na odpowiednim poziomie, zbyt niska lub zbyt wysoka – mówi redaktor PRoto.pl.

Rekordowe zainteresowanie obligacjami skarbowymi. Rośnie popularność długoterminowych papierów

Rekordowe zainteresowanie obligacjami skarbowymi. Rośnie popularność długoterminowych papierów 7

Rosnąca inflacja, niskie stopy procentowe i związane z tym niskie oprocentowanie lokat bankowych sprawiły, że na obligacje skarbowe Polacy wydali w 2017 roku ponad 6,8 mld zł. Podobny wynik zanotowano ostatnio w 2008 roku. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się obligacje 4-letnie, których oprocentowanie zależy od inflacji. Popularność tej formy inwestycji będzie rosła – przekonuje Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

– Rok 2017 był rekordowy dla rynku obligacji skarbowych. Nabywcy indywidualni wydali na ich zakup 6,8 mld zł. To o 48 proc. więcej niż rok wcześniej, a trzeba pamiętać, że 2016 rok też był bardzo udany i wzrost sprzedaży wyniósł ponad 40 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

Obligacje skarbowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem od 2015 roku, kiedy stopy procentowe zostały obniżone do poziomu 1,5 proc., a średnie oprocentowanie lokat bankowych spadło z 2,4 do 1,7 proc. Wówczas na obligacje przeznaczyliśmy 3,2 mld zł, rok później już 4,6 mld zł. Rok 2017 zakończony ze sprzedażą o wartości 6,8 mld zł, to najlepszy wynik od lat. Ostatnio tak dobry wynik zanotowano w 2008 roku, kiedy kupiliśmy obligacje na łączną kwotę 6,2 mld zł.

– To był szczyt kryzysu finansowego i załamania na rynkach finansowych. Właśnie z tego powodu posiadacze oszczędności swój kapitał lokowali w obligacjach, które traktowali jako bezpieczny instrument finansowy. Dziś mamy rozkwit gospodarczy, bardzo dobrą sytuację na rynkach finansowych, a mimo to obligacje cieszą się jeszcze większym powodzeniem niż poprzednio – zauważa Przasnyski.

Rosnące zainteresowanie obligacjami skarbowymi to efekt niskich stóp procentowych utrzymujących się na poziomie 1,5 proc. i spadającego oprocentowania lokat bankowych (średnio 1,5 proc. na koniec 2017 roku).

– Widzimy wyraźną tendencję wycofywania się posiadaczy oszczędności z lokat bankowych i szukania innych alternatyw – jedną z nich stały się obligacje skarbowe. Drugi powód wynika ze wzrostu inflacji, która w listopadzie sięgała 2,5 proc., w grudniu 2 proc. Lokaty bankowe nie chronią przed deprecjacją kapitału, a obligacje skarbowe dają taką szansę – tłumaczy główny analityk Gerda Broker.

Zainteresowanie obligacjami to także efekt coraz lepszej sytuacji gospodarczej. Spada bezrobocie, rośnie liczba Polaków aktywnych zawodowo, więc coraz więcej oszczędzamy.

– Jesteśmy bardziej zamożni, co powoduje napływ środków do różnych instrumentów finansowych. Najchętniej wybierane są te najbardziej bezpieczne, mniej chętnie ostatnio lokaty, za to coraz większym powodzeniem cieszą się obligacje czy fundusze inwestycyjne, za pomocą których również można uczestniczyć w rynku obligacji. Ta tendencja powinna się utrzymać w kolejnych latach – analizuje Przasnyski.

Rośnie udział czteroletnich obligacji w sprzedaży. O ile jeszcze w 2016 roku dominowały obligacje dwuletnie o stałym oprocentowaniu 2,1 proc.(stanowiły blisko 75 proc. całości), o tyle w 2017 roku ich sprzedaż powoli topniała (do 43 proc.) kosztem obligacji czteroletnich (36 proc.), gdzie oprocentowanie zależy od inflacji – w pierwszym roku oprocentowanie wynosi 2,2 proc., w następnych latach to stopa inflacji i 1,25 pkt proc.

 To dowód na to, że inwestorzy indywidualni dobrze się orientują w mechanizmach, jakie rządzą na rynku finansowym. W okresie niskiej inflacji i deflacji dwuletnie obligacje stanowiły dość dobrą lokatę kapitału, tym bardziej że oszczędzający wybierają jak najkrótsze terminy zamrażania swoich oszczędności. W październiku 2017 roku pojawiły się obligacje trzymiesięczne, na razie sondażowo, ale cieszyły się dużym powodzeniem, mimo że ich oprocentowanie jest zbliżone do oprocentowania lokat bankowych – wskazuje główny analityk Gerda Broker.

Choć trzymiesięczne obligacje były dostępne trzy miesiące, to wydano na nie niemal co dziesiątą złotówkę zainwestowaną w obligacje (łącznie 650 mln zł).

Jak zauważa Przasnyski, świadomość inwestorów jest coraz większa, jednak dotyczy to przede wszystkim osób 50+, bo to one właśnie stanowią największą grupę inwestujących w obligacje (75 proc.).

– Nieco ponad 20 proc. stanowią osoby między 35 a 50 rokiem życia, a młodzi ludzie stanowią jedynie około 4 proc. nabywców. Miejmy nadzieję, że to zacznie się powoli zmieniać – mówi Roman Przasnyski.

Zakup okrętów podwodnych kluczowy dla modernizacji armii. Jeden z oferentów – niemiecka stocznia TKMS – w poważnych tarapatach

Zakup okrętów podwodnych kluczowy dla modernizacji armii. Jeden z oferentów – niemiecka stocznia TKMS – w poważnych tarapatach 8

Sfinalizowanie kluczowych programów zbrojeniowych i przetargów wartych w sumie kilkadziesiąt miliardów złotych to najważniejsze zadanie dla nowego kierownictwa MON. Eksperci podkreślają, że Mariusz Błaszczak powinien zdecydowanie przyspieszyć zakupy dla wojska. W kolejce czekają m.in. program „Wisła” i podpisanie umowy z amerykańskim dostawcą baterii Patriot, zakup śmigłowców i program „Orka”, czyli zakup nowych okrętów podwodnych. Szczególnie ten ostatni wybór musi zostać podjęty rozważnie, gdyż nie wszystkim producentom okrętów dobrze wychodzi ich budowa. Jeden z oferentów, niemiecka stocznia TKMS, boryka się ostatnio z poważnymi problemami.

Przed ministrem obrony narodowej stoi ogromne wyzwanie w kwestii modernizacji Sił Zbrojnych. Co niezmiernie ważne, musi on przyspieszyć proces zakupowy. Marynarka Wojenna od kilkudziesięciu lat czeka na nowe okręty. Siły lądowe i siły specjalne oczekują nowych śmigłowców, cały kraj potrzebuje obrony przeciwrakietowej – podkreśla dr Łukasz Kister, ekspert do spraw bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego.

Na liście czekających na rozstrzygnięcie przetargów są m.in. program „Wisła” i podpisanie umowy z amerykańskim dostawcą baterii Patriot, zakup śmigłowców i program „Orka”, czyli zakupy nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej.

– Marynarka Wojenna jest najbardziej zaniedbanym rodzajem sił zbrojnych, który zawsze był traktowany po macoszemu. Politycy dotychczas nie rozumieli jak ważnym i strategicznym akwenem jest Bałtyk i jak wiele zależy od tego, czy będziemy w stanie chronić nasze interesy na tym morzu – ocenia dr Łukasz Kister.

Zgodnie z deklaracjami MON już pod koniec ubiegłego roku miał zostać wybrany partner strategiczny do zakupu trzech okrętów podwodnych wraz z rakietami manewrującymi. Program „Orka” się jednak opóźnia.

– Marynarka Wojenna potrzebuje okrętów wyposażonych w pociski manewrujące, sprawdzonych w warunkach operacyjnych, oraz takich, które będziemy w stanie samodzielnie modernizować – podkreśla dr Łukasz Kister.

Resort obrony prowadzi rozmowy z trzema oferentami: francuskim Naval Group, szwedzkim Saab oraz niemieckim TKMS. Ten ostatni boryka się jednak z poważnymi problemami ze względu na pasmo usterek niemieckich okrętów bojowych i doniesienia o słabej kondycji finansowej i niedoinwestowaniu.

– Ostatnie doniesienia pokazują, że niemiecka marynarka nie ma szczęścia do własnych okrętów podwodnych. Z drugiej strony przemysł stoczniowy nie ma niezbędnych zdolności, żeby modernizować czy remontować zarówno okręty podwodne, jak i flotę nawodną. Niemiecki przemysł stoczniowy okazuje się być niedoinwestowany albo przestarzały. W ostatnich tygodniach musi się zmagać z międzynarodową krytyką, która zakrawa o śmieszność – ocenia ekspert Instytutu Jagiellońskiego.

Pod koniec listopada prasa informowała o złym stanie kilońskich zakładów TKMS. Według niemieckich mediów stocznia nie jest w stanie dostarczyć żadnego z zakontraktowanych okrętów podwodnych w terminie, a kary finansowe za opóźnienia powodują, że produkcja jest nieopłacalna. Przykładowo, okręty podwodne budowane dla Turcji są opóźnione już o trzy lata, a suma kar z tego tytułu przekroczyła 100 mln euro.

Wcześniej, w październiku, wyszło z kolei na jaw, że żaden z sześciu niemieckich okrętów podwodnych nie jest w gotowości bojowej. Wszystkie nowoczesne jednostki typu 212A są uszkodzone, w trakcie prac naprawczych albo czekają na remont. To oznacza, że teoretycznie przynajmniej do jesieni Niemcy są niezdolne do obrony od strony morza. W tym miesiącu okazało się też, że zbudowana dla Deutsche Marine fregata „Baden-Württemberg” nie zostanie przyjęta do służby i musi wrócić do stoczni w celu naprawienia licznych usterek.

– To miał być okręt, który przyćmi wszystkie inne okręty nawodne w Europie i będzie dumą niemieckiej marynarki i niemieckiego przemysłu stoczniowego. Okazuje się, że 3 mld euro i wiele lat pracy to za mało, żeby okręt był zdolny pływać właściwie po morzach i oceanach. Co gorsza, musiał wrócił do stoczni, gdyż jego warunki pływające nie spełniały niezbędnych, minimalnych kryteriów bezpieczeństwa – mówi dr Łukasz Kister.

Ekspert do spraw bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego podkreśla, że kłopoty niemieckich stoczni powinny wzbudzić ostrożność MON, które w najbliższych miesiącach będzie negocjować zakupy dla Marynarki Wojennej.

Chcemy rozwijać naszą Marynarkę Wojenną, więc musimy na to patrzeć z niepokojem, żeby po zakupie okrętów nie borykać się z takimi samymi problemami i żeby te okręty, które zakupimy, były właściwie wykorzystywane przez naszych marynarzy – mówi dr Łukasz Kister.

Ponad połowa Polaków nie ma żadnych planów na tegoroczny karnawał. Najchętniej bawiliby się z Anną i Robertem Lewandowskimi

Ponad połowa Polaków nie ma żadnych planów na tegoroczny karnawał. Najchętniej bawiliby się z Anną i Robertem Lewandowskimi 9

Tylko 30 proc. dorosłych Polaków zaplanowało bądź właśnie planuje zabawy karnawałowe – wynika z badania przeprowadzonego przez agencję IQS. Pozostali jeszcze się nad tym nie zastanawiali lub odkładają podjęcie decyzji na później. Najpopularniejszą formą zabawy karnawałowej pozostaje tzw. domówka. Z kolei 16 proc. ankietowanych w ogóle nie zamierza w żaden sposób świętować. Najliczniej takich odpowiedzi udzielono w grupie prywatnych przedsiębiorców, co oznacza, że plany związane z zabawami karnawałowymi nie są związane ze statusem zawodowym czy majątkowym.

Ponad połowa Polaków zapytana o plany na tegoroczny karnawał odpowiada, że ich nie posiada lub jeszcze się nad tym nie zastanawiała.

– Byliśmy ciekawi, czy Polacy chcą i będą się bawić w karnawale. Większość na razie jeszcze nie ma żadnych planów, być może będą podejmować decyzje w ostatniej chwili. Z naszych badań wynika, że 16 proc. nie chce się bawić w karnawale. Zdecydowanie częściej są to osoby starsze i z wyższym wykształceniem – mówi agencji Newseria Katarzyna Furman z agencji badawczej IQS.

Wśród karnawałowych imprez najpopularniejsze są domówki u znajomych, przyjęcia organizowane we własnym mieszkaniu, a także imprezy w klubach i bale.

 Ci, którzy chcą się bawić i mają już plany, będą czas karnawałowy spędzać na domówkach u swoich przyjaciół i znajomych – taką formę wybiera co dziesiąty Polak. Podobna liczba badanych planuje zorganizować domówki u siebie, zapraszając swoich najbliższych. 7 proc. Polaków wybierze się na zorganizowany bal, czyli taką formę, którą tradycyjnie kojarzymy z karnawałem. W odpowiedziach pojawiło się też coś nowego – wyjazdy rodzinne, wyjazdy z dziećmi. Takie plany na karnawał ma 4 proc. Polaków – mówi Katarzyna Furman.

Okres karnawału rozpoczyna Święto Trzech Króli, a kończy tradycyjnie Środa Popielcowa, rozpoczynająca Wielki Post. Polacy lubią spotykać się w gronie przyjaciół i znajomych, sporą popularnością cieszą się również koncerty.

Badania i obserwacje wskazują na to, że Polacy w czasie karnawału lubią się bawić tak samo chętnie, jak przed laty, natomiast jest zdecydowanie większa konkurencyjność różnych imprez – mówi Katarzyna Furman.

 Ankietowani przyznają, że gwarantem udanej zabawy karnawałowej jest dobre towarzystwo.

– Z naszego badania wynika, że Polacy najchętniej bawiliby się z Anną i Robertem Lewandowskimi. Jedna czwarta ankietowanych wybrała właśnie tą parę. Na drugim miejscu wskazywano państwa Pazurów – 15 proc. Polaków najchętniej wybrałoby się z nimi na bal karnawałowy. Na trzecim miejscu podium znaleźli się Katarzyna Cichopek i jej mąż Marcin Hakiel. Taki dobór par wskazuje, że szukamy w towarzystwie różnych cech, od fajnych, miłych rozmów na różne tematy, przez humor i dowcipy, do tańców i hulanek – mówi Katarzyna Furman.

Najwięcej wskazań na Lewandowskich pojawiło się w grupie osób w wieku 15–24 lata. Na tę parę częściej głosowali panowie (28 proc.) niż panie (20 proc.).

Już poza podium, bo na czwartym miejscu, uplasowali się ex aequo Lidia Popiel i Bogusław Linda, a także Magda Gessler i Waldemar Kozerawski. Na dalszych pozycjach pojawi się także Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan oraz Agnieszka i Grzegorz Hyży.

Branża logistyczna dynamicznie rośnie. Największymi wyzwaniami w tym roku brak pracowników i rosnąca presja płac

Branża logistyczna dynamicznie rośnie. Największymi wyzwaniami w tym roku brak pracowników i rosnąca presja płac 10

Rosnący popyt wewnętrzny i eksport, większa wymiana handlowa ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami, napędzają branżę logistyczną. Bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Dynamicznie rośnie powierzchnia magazynowa i zapotrzebowanie na nią przez firmy. Logistyka inwestuje w nowe technologie i innowacyjne rozwiązania. Branża boryka się też z brakiem pracowników. Dodatkowo presja płac sprawia, że branża będzie musiała przeprowadzić serię podwyżek dla klientów.

– Branża logistyczna rozwija się bardzo dynamicznie, nasze przychody piąty rok z rzędu rosną w dwucyfrowym tempie, widzimy niesamowicie rosnące zapotrzebowanie na eksport w polskim biznesie. Rozwijamy bardzo dynamicznie połączenia ze Stanami Zjednoczonymi i z Chinami w kontekście przewozów lotniczych i morskich, bardzo szybko rośnie nam również siatka połączeń w Europie – podsumowując, w tym roku mamy około dwieście połączeń tygodniowo, w tym codzienne połączenia z Niemcami czy Włochami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Iwo Chmielewski, dyrektor ds. rozwoju w Rohlig Suus Logistics.

Polska jest potęgą na europejskim rynku transportowym. Rodzime firmy mają w nim około 25-proc. udział, a według prognoz firmy doradczej PwC do 2025 roku przewozy międzynarodowe będą rosnąć w tempie 1,8–2,2 proc. rocznie. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrósł z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku). Raport „Poland Logistics Confidence Index 2017” wskazuje, że wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie logistyki i łańcucha dostaw w Polsce został określony na poziomie 60,7, przy czym w przypadku firm logistycznych osiągnął wartość 62,1.

– Bardzo szybko rozwija się również branża logistyczna, logistyka kontraktowa, czyli powierzchnia magazynowa rośnie w szybkim tempie, firmy budujące magazyny nie mają żadnego problemu z najemcami. W 2017 roku otworzyliśmy 27 tys. mkw., w 2018 roku planujemy otworzyć jeszcze ponad 30 tys. kolejnych mkw., jest zapotrzebowanie, klienci kupują usługi logistyczne, polscy przewoźnicy wiodą prym na rynkach europejskich – wskazuje Chmielewski.

Jak wynika z danych JLL, na koniec pierwszego półrocza 2017 roku, zasoby rynku magazynowego w Polsce osiągnęły 11,9 mln mkw. Rośnie popyt na powierzchnię magazynową, do 1,719 mln mkw. w I półroczu 2017 roku (przy 1,347 mln mkw. w tym samym okresie 2016 roku).

– Widzimy bardzo duży potencjał w rozwoju technologicznym, inwestujemy sporo pieniędzy w innowacje, w tym roku otworzyliśmy nowy magazyn, który działa w systemie VNA. Wózek systemowy jest prowadzony po powierzchni magazynu samodzielnie przez system i doprowadzany do odpowiedniego miejsca, gdzie ma pobierać towar. Takiego rodzaju rozwiązania są bardzo pożądane przez branżę automotive, zwłaszcza w części aftermarket, czyli obsługi rynków dystrybucyjnych w częściach zamiennych – tłumaczy ekspert.

Rozwój technologii sprawia, że część procesów odbywa się w sposób niemal całkowicie zautomatyzowany. Odbieranie, pakowanie towarów czy prace w magazynach mogą już niedługo zostać zdominowane przez roboty, które zwiększą wydajność i szybkość pracy. Technologie zastosowane w inteligentnych łańcuchach dostaw mogą zmienić praktycznie każdy jego etap – procesy wytwarzania, logistykę, przechowywanie oraz ostatni etap dostaw do odbiorcy, czyli tzw. ostatnią milę. W ciągu kolejnych pięciu lat zmieni to całkowicie branżę logistyczna i wyniki przez nią osiągane.

– Otworzyliśmy też skład podatkowy, w ramach którego jesteśmy w stanie wszystkie towary w ramach UE i spoza Unii trzymać przez nieograniczony czas przed opłaceniem akcyzy przez naszego klienta. Tego rodzaju nowoczesne, nowe, zaawansowane rozwiązania są bardzo mile widziane przez klientów, klienci oczekują tego od nas i od całej branży – wskazuje Chmielewski.

Branża boryka się jednak z problemami. Przede wszystkim z brakiem wykwalifikowanych pracowników, przede wszystkim kierowców. Już teraz braki kadrowe sięgają 100 tys. wakatów dla zawodowych kierowców. Firma doradcza PwC i Związek Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” oszacowali, że na polskim rynku jest obecnie ok. 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców („Rynek pracy kierowców w Polsce 2016”). Co roku z zawodu odchodzi ok. 25 tys. osób, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to około 35 tys., co nie pozwala na uzupełnienie niedoborów. Mimo że w ubiegłym roku podwoiła się liczba ukraińskich i białoruskich pracowników zatrudnionych w polskich firmach transportowych, problem się nie zmniejszył – wynika z analiz PwC i TLP.

– Jako branża mamy bardzo duże wyzwanie związane z presją płac i pracownikami na stanowiskach szeregowych, czyli całej naszej siły w wymiarze magazynów i kierowców. Dlatego spodziewamy się, że dla branży największym wyzwaniem będzie przeprowadzenie długiej serii wysokich podwyżek cen klientów, dlatego że tylko optymalizując się wewnętrznie jako firmy, nie jesteśmy w stanie pochłonąć tego wymagania, jakie stawiają przed nami pracownicy – analizuje Piotr Iwo Chmielewski.

Które urzędy skarbowe w Polsce zwracają najszybciej pieniądze z PIT?

Gdzie najszybciej rozliczają PITy?  Poznaj rankingi badania dotyczącego zwrotu podatku z PIT w 2017 r.

Kto rozlicza się wcześniej i wypełnia PITy online, ten szybciej dostaje zwrot podatku. W ubiegłym roku podatnicy, składający e-deklaracje PIT w styczniu, otrzymali pieniądze średnio już po 23 dniach. Ci, którzy zwlekali do kwietnia, czekali  dwukrotnie dłużej, nawet do 52 dni. Należności najszybciej wypłacały urzędy skarbowe z województwa świętokrzyskiego, opolskiego i podkarpackiego. Jakie są prognozy na ten rok? Co zrobić, aby szybko otrzymać zwrot z nadpłaconego podatku i które urzędy skarbowe są w ścisłej czołówce rozliczeń? Firma e-file, producent aplikacji e-pity do rozliczeń PIT-ów on-line, opublikowała wyniki pierwszego, największego w Polsce badania dotyczącego terminów zwrotu podatku z PIT w 2017 roku

Urzędy skarbowe mają ustawowo 3 miesiące na oddanie obywatelom nadpłaty wykazanej w rocznym rozliczeniu podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT). Według danych Ministerstwa Finansów, kwota podatku należnego z deklaracji PIT za 2016 rok, wyniosła 62.509 mld złotych. Nadpłata podatku, czyli kwota jaką fiskus zwrócił podatnikom, wyniosła prawie 10 mld złotych. Tyle finalnie środków, trafiło do naszych portfeli w 2017 r. Ile czasu w rzeczywistości potrzebowała administracja skarbowa na zwrot pieniędzy podatnikom? Firma e-file przeprowadziła sondaż wśród 24 940 podatników, składających w ubiegłym roku e-deklaracje PIT 37, PIT 36, PIT 38 i PIT 39.

Im szybciej tym lepiej. Kiedy opłaca się złożyć deklaracje PIT?                               

Wszystko zależy od terminu i sposobu złożenia deklaracji podatkowej. Wyniki badania przeprowadzonego przez e-file, wyraźnie pokazują, że warto pospieszyć się z rozliczeniem, jeżeli zależy nam na stosunkowo szybkim uzyskaniu zwrotu. Styczeń i luty to najlepszy czas na złożenie PITa. Podatnicy, którzy składali deklaracje podatkowe w styczniu, otrzymywali zwrot najszybciej, średnio po 23 dniach. Wraz z kolejnymi miesiącami złożenia deklaracji, przeciętny czas oczekiwania rósł. W lutym wynosił średnio 26 dni, w marcu 41 dni, a Ci, którzy złożyli rozliczenie w kwietniu, czekali nawet 52 dni! wylicza Donata Basińska z firmy e-file

Numerem 1 w szybkości zwrotów, okazała się najpopularniejsza deklaracja PIT-37, co oznacza, że zwrot podatku najszybciej docierał do rozliczających swój dochód pracowników, zleceniobiorców, emerytów i rencistów. Nieco dłużej czekano na zwrot ze zbywania nieruchomości (PIT-39) czy działalności gospodarczej (PIT-36) – najdłużej natomiast, na zwrot z kapitału rozliczanego w PIT-38.

PITmapa – najszybsze urzędy skarbowe w Polsce

Najszybciej w Polsce, średnio w ciągu 28 dni, pieniądze ze zwrotu podatku w 2017 r. otrzymali mieszkańcy województwa świętokrzyskiego. Dobrze z czasem wypłat radziły sobie urzędy skarbowe w województwie opolskim i podkarpackim (średnio 35 i 37 dni). Najdłużej czekali rozliczający się w województwach mazowieckim, pomorskim, dolnośląskim i warmińsko-mazurskim, gdzie czas oczekiwania wynosił powyżej 43 dni.

Liderem szybkości zwrotów, wśród urzędów skarbowych, okazał się US w Ostrowcu Świętokrzyskim – który zwracał pieniądze średnio w ciągu 20 dni. Na drugim miejscu znalazły się placówki w Przeworsku i Grodzisku Mazowieckim (21 dni). Podium -zamknął Pierwszy Urząd Skarbowy w Kielcach (22 dni).

Wśród małych miejscowości najszybsza była mazowiecka gmina miejska Rościszewo – tu podatnicy czekali na zwrot ok. 17 dni. Na drugim miejscu znalazła się Włoszczowa, miasto powiatowe z woj. świętokrzyskiego (średnio 18 dni na zwrot). Trzecie miejsce zajęły ex aequo Przeworsk (woj. podkarpackie), Bodzechów (woj. świętokrzyskie) i Żuromin (woj. mazowieckie). Mieszkańcy tych miejscowości otrzymywali zwrot podatku średnio po 20 dniach.

W kategorii dużych miast, najszybciej z zeznaniami podatników poradziły sobie urzędy skarbowe w Bydgoszczy. Tu średni czas oczekiwania na zwrot podatku wynosił 44 dni. Na drugim miejscu, z wynikiem 45 dni na zwrot, znalazły się Poznań oraz Lublin. Zaraz za nimi, uplasowały się Kraków, Łódź i Szczecin (46 dni).

Jak będzie w tym roku? Prognozy zwrotu dla konkretnych urzędów skarbowych można sprawdzić na interaktywnej mapie przygotowanej przez e-file. Na stronie https://www.e-pity.pl/znajdz-urzad-skarbowy-online/ znajduje się Baza Wszystkich Urzędów Skarbowych w Polsce, w której sprawdzimy prognozowany czas oczekiwania na pieniądze.

E-deklaracje wygrywają

Jaki mamy wpływ na szybszy zwrot podatku z PIT? Oprócz terminu złożenia poprawnego rozliczenia, liczy się tryb w jakim złożymy zeznanie. Szybciej dostaniemy pieniądze, jeśli rozliczymy się drogą elektroniczną – szczególnie na początku roku, gdy do urzędów skarbowych napływa jeszcze niewielka liczba formularzy. W minionym roku złożenie e-deklaracji miało zasadniczy wpływ na skrócenie czasu oczekiwania na zwrot podatku, przyspieszało bowiem pracę samych urzędów, zwalniając funkcjonariuszy skarbowych z obowiązku rejestrowania i wprowadzania danych z deklaracji do systemów komputerowych fiskusa mówi Donata Basińska z e-file.

e-Deklaracje, to nie tylko szybsza, ale również zdecydowanie wygodniejsza forma na rozliczenie. Według e-file, średni czas wypełnienia, drukowania, lub przesyłania e-pita, skrócił się w minionym roku do 7 min i 33 sekund, ale zdarzali się wybitnie szybcy podatnicy, którzy potrafili zrobić to w czasie zdecydowanie krótszym.

Ministerstwo Finansów również zachęca do rozliczania się z Administracją Skarbową w formie elektronicznej. Nic więc dziwnego, że liczba wysyłanych e-deklaracji rośnie z roku na rok. PIT-y można wysyłać przez Internet od 2008 r., w pierwszym roku tą drogą przesłano jedynie 390 zeznań. W kolejnych latach e-deklaracje zyskały jednak zdecydowanie większą popularność. Według danych Ministerstwa Finansów – w 2015 roku złożono ponad 7 milionów PIT-ów elektronicznych, w 2016 – ponad 8 mln 400 tys., a w 2017 roku, aż 9 670 215!

Podsumowanie badania

Co zrobić, żeby dostać zwrot podatku jak najszybciej? Najlepiej złożyć deklarację on-line do końca stycznia.  Administracja skarbowa ułatwia nam rozliczanie się przez Internet, a my mamy coraz więcej odwagi w korzystaniu z nowoczesnych rozwiązań państwa. Wystarczy kilkanaście minut, aby wypełnić obowiązek corocznego rozliczenia podatku. Im wcześniej, tym lepiej. Warto o tym pamiętać, planując wydatki na kolejne miesiące nowego roku.

Wejście Polski do strefy euro

Decyzja o wejściu Polski do strefy euro jest, mimo zobowiązań traktatowych, na razie czysto teoretyczna. Nasz kraj nie jest do tego przygotowany ani prawnie, ani gospodarczo.

Mowa jest o przygotowaniu na przyjęcie euro, a nie przygotowaniu na funkcjonowanie w strefie euro. Żeby wiedzieć, jak polskie firmy czy polscy konsumenci zareagowaliby na strefę euro, należy pomyśleć o czasach kryzysu. Oczywiście są firmy, szczególnie te będące częścią międzynarodowych koncernów, które  działają jako podwykonawcy firm ze strefy euro i którym uprościłoby to codzienną działalność. Jednak dla wielu polskich firm, a także dla wielu gospodarstw domowych strefa euro na razie byłaby bardziej ciężarem niż pomocą. – Na dziś ta reakcja mogłaby być bolesna – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego 

 Zastanówmy się, jaka powinna być reakcja polskiej gospodarki w sytuacji, kiedy Polska jest gotowa na wejście do strefy euro za kilka, może kilkanaście lat. Jeżeli będziemy dobrze przygotowani, to najbardziej prawidłowa reakcja gospodarki jest żadna. Polsce nie powinno sprawiać różnicy, czy jest w strefie euro, czy w niej nie jest – jeżeli do tej strefy się nadaje. Dla funkcjonowania w strefie euro testem będzie pierwszy kryzys gospodarczy.

Polską walutę wbrew pozorom najbardziej odczuwaliśmy wtedy, kiedy w gospodarce było źle. Złotówka była poduchą, swego rodzaju buforem – który pozwalał suchą nogą, nieco sprawnej przebrnąć przez okresy zawirowań. Osłabienie waluty okazywało się wielokrotnie ręką wyciągniętą w stronę tonących polskich firm.

Pozwalało przebrnąć przez okres najgorszej zawieruchy. Wydaje się, że w tej chwili polska gospodarka nie jest jeszcze na to gotowa. Nie jest gotowa na poziomie przygotowania powiedziałbym psychicznego, o ile gospodarka może mieć psychikę. My przyzwyczailiśmy się do działania w takim scenariuszu, w którym nasza waluta nam pomaga. Nie jesteśmy jeszcze gotowi na to, by przejść na sztywny reżim. Jest jeszcze druga warstwa o której nie można zapominać. Strefa euro – to w coraz większym stopniu centrum tworzenia polityki ekonomicznej w Unii Europejskiej. Wymiar ekonomiczny nie jest jedynym, dla którego warto być w strefie euro. Kiedy dyskutujemy o strefie euro warto pamiętać także o tym, by być przy tym stoliku, gdzie tworzy się nowa polityka ekonomiczna i mieć na nią wpływ – podkreślił Tomasz Kaczor.

Ryzyka cybernetyczne: kadry zarządzające w obliczu wyzwania

Kadry zarządzające powinny pełnić kluczową rolę w zakresie zarządzania ryzykiem cybernetycznym – wynika z najnowszego raportu przygotowanego przez Marsh & McLennan Companies we współpracy z FireEye. Trzy znaczące ataki cybernetyczne z 2017 roku zmieniły postrzeganie cyber ryzyk w organizacjach – podkreśliły ich destrukcyjny potencjał: ogromną skalę działania (pod względem geograficznym i sektorowym, wielkość poniesionych strat, zakłócenia operacyjne, utracony kapitał czy reputację firmy).

Raport, którego premiera odbyła się 23 stycznia podczas Światowego Forum Ekonomicznego, określa dwa trendy, które dodatkowo komplikują nową cyber rzeczywistość. Po pierwsze, nowe regulacje w Europie i pozostałych krajach będą wymagać od organizacji wprowadzenia bardziej rygorystycznych praktyk w zakresie zarządzania bezpieczeństwem, w celu ochrony danych i systemów. Po drugie, ataki nabierają coraz bardziej destrukcyjnego charakteru – zagrażają już nie tylko zasobom cyfrowym, ale mogą prowadzić do zniszczenia mienia i obrażeń ciała.

Wychodząc z założenia, że cyber bezpieczeństwo to jedno z kluczowych wyzwań dla kadry zarządzającej, raport Marsh & McLennan Companies i FireEye przedstawia informacje, w jaki sposób zarządy oraz menedżerowie mogą chronić swoje organizacje przed cyber atakami. Publikacja dostarcza wskazówek na temat działań w obszarach: technologii, kultury pracy, współpracy z organizacjami i rządami oraz zarządzania ryzykiem.

Anna Pluta – Lider Praktyki Ryzyka Cybernetyczne w Marsh Polska podsumowuje: „Wyniki przeprowadzonych przez Marsh i FireEye badań, oraz głośne zdarzenia cybernetyczne, które wystąpiły w 2017 roku pokazują, że zagrożenia i cyber ryzyko nie znają granic i mogą dotyczyć różnych organizacji, o różnym zasięgu terytorialnym czy sektorowym. Rok 2017 zapisał się w historii głównie z uwagi na ataki  WannaCry czy NotPetya – te odczuły także firmy działające w Polsce. Atak na amerykański Equifax i kradzież blisko 150 mln danych obywateli miał bezpośredni wpływ na kadrę zarządczą, która po ujawnieniu wycieku i śledztwie ustąpiła ze swoich stanowisk (zmiany nastąpiły na stanowiskach  CIO, CISO, CEO). Scenariusze szkodowe przynosi „codzienne życie” – warto więc odpowiednio „nadążać”: analizować i zarządzać ryzykiem cybernetycznym.

Rok 2018 zapowiada się interesująco – dwa główne obserwowane trendy dotyczą zmian w prawie (RODO) oraz ukierunkowanych ataków na infrastrukturę krytyczną. Już od 25 maja 2018 r. zacznie obowiązywać nowe, jednolite prawo z zakresu bezpieczeństwa danych osobowych. Wiele zmieni się w obszarze danych osobowych – obowiązki notyfikacyjne wynikające z RODO mogą istotnie wpłynąć na wizerunek i sytuację finansową spółek, w których wystąpią wycieki czy kradzieże danych osobowych. Według raportu Marsh i FireEye: 23% respondentów potwierdziło, że ich organizacje w ciągu ostatnich 12 miesięcy były ofiarami skutecznych cyber ataków.

W kontekście obowiązków i sankcji wynikających z RODO, konsekwencje takich zdarzeń powinny wymusić na kadrze zarządzającej analizę procedur zarządzania sytuacjami kryzysowymi. Ataki cybernetyczne ukierunkowane na infrastrukturę krytyczną – np. dotyczącą zdrowia publicznego, transportu, rolnictwa, usług finansowych, czy wodociągów mogą nasilać się, stanowiąc poważne zagrożenie nie tylko w przestrzeni cyfrowej, informatycznej ale także dla tej fizycznej, materialnej. W tym obszarze firmy powinny angażować i liczyć na wsparcie państwa, bo przewidując nieprzewidywalne w cyber przestrzeni gospodarka i rząd muszą współpracować bardziej niż kiedykolwiek”.

Silna wyprzedaż dolara

Środa to przede wszystkim silna wyprzedaż dolara amerykańskiego, który stracił do wszystkich walut wchodzących w skład koszyka G10. Najsilniejszy ruch względem USD odnotował GBP (+1,45 proc.), choć niedużo dalej znajdziemy CHF (+1,3 proc.). Nie można także przejść obojętnie obok rynku akcji, gdzie prawdopodobnie rozpoczyna się spadkowa korekta – wskazuje na to m.in. zniżka niemieckiego DAXa o ponad 1 proc. Ropa WTI pod wpływem raportu DOE zdołała dziś wyjść na chwilę powyżej 65 USD/bbl, co jest najwyższym poziomem od grudnia 2014 r.

Dolar z rana „oberwał” po słowach sekretarza skarbu USA Mnuchina, który powiedział, że „słabszy dolar jest dobry dla handlu”. Jednocześnie na rynek trafiły komentarze sekretarza handlu USA Rossa, według którego „wojny handlowe są obecne od jakiegoś czasu”, ale tym razem to USA wkracza do walki. To zachęca rynek do spekulacji, że USA mogą szykować się do agresywniejszej polityki handlowej.

Euro nie znalazło wiele zainteresowania we wstępnych szacunkach indeksów PMI z Eurolandu za styczeń, który wypadają blisko oczekiwań i potwierdzają solidne tempo ekspansji sektorów przemysłowego i usługowego. W szczegółowych danych mamy lekką korektę w przemyśle (59,6 z 60,6), ale lepszy wynik usług (57,6, poprz. 56,6). PMI Composite jest wyżej na 58,6.

Wiceprezes szwedzkiego banku centralnego Skingsley potwierdziła swoje jastrzębie nastawienie. Jej zdaniem ma uzasadnienie rozpoczęcie normalizacji polityki pieniężnej zanim zrobi to EBC, gdyż cel banku w kwestii inflacji został osiągnięty.

Raport z brytyjskiego rynku pracy nie oferuje wielu zaskoczeń, choć dane są dobre. Stopa bezrobocia pozostaje na minimach na 4,3 proc., dynamika wynagrodzeń utrzymała się na 2,5 proc. r/r, ale zarobki z wyłączeniem bonusów przyspieszyły do 2,4 proc. (prog. 2,3 proc.).

Zapasy ropy naftowej skurczyły się zeszłym tygodniu o 1,07 mln baryłek, co jest dziesiątym z rzędu spadkiem zapasów. Odczyt zupełnie różni się od wskazań wczorajszego raportu API, które zakładały wzrost zapasów o 4,75 mln baryłek. Oprócz tego zapasy benzyny i destylatów wzrosły o odpowiednio 3,1 mln baryłek i 639 tys. baryłek. Po publikacji raportu ropa WTI chwilowo wyszła ponad 65 USD (najwyższy poziom od grudnia 2014 r.), jednak strona popytowa nie zdołała utrzymać na długo tego poziomu.

Od rana na rynku walutowym obserwowaliśmy silną wyprzedaż dolara amerykańskiego. Najsilniejszy ruch względem USD odnotował GBP (+1,45 proc.), niedużo dalej znajdziemy CHF (+1,3 proc.) czy JPY (+0,95 proc.). Na końcu tabeli wypada CAD ze zwyżką wynoszącą „jedynie” 0,5 proc. Obecnie EUR/USD jest przy 1,2390; USD/JPY 109,20; GBP/USD 1,4195; AUD/USD 0,8060; EUR/PLN 4,1525; USD/PLN 3,3520.

Spadki dolara pozytywnie wpływają na kurs surowców, wśród metali szlachetnych wyraźnie dominuje kolor zielony. Najjaśniej świeci srebro ze zwyżką rzędu 2,3 proc., dalej znajdziemy złoto (+0,95 proc. do 1354 USD), pallad (+0,95 proc.) i platyna (+0,55 proc.). Nie można także przejść obojętnie obok metali przemysłowych – miedź (+3,6 proc.) z nawiązką wymazała wczorajsze spadki – tak duży wzrost może świadczyć o zakończeniu zniżkowej korekty.

Globalny rynek akcji doczekał się korekty – zarówno w Europie jak i USA indeksy wyraźnie spadają pod kreskę. Na Starym Kontynencie najsilniejszą zniżkę zanotował brytyjski FTSE 100 (-1,14 proc.) pod wpływem gwałtownego wzrostu funta szterlinga. Nisko sesję zakończył także niemiecki DAX (-1,07 proc.) czy włoski FTSE MIB (-0,9 proc.). Za oceanem najgorzej radzi sobie technologiczny Nasdaq 100 nurkujący 0,8 proc. Trochę lepiej sytuacja wygląda na S&P 500 (-0,2 proc.), a o miejsce nad kreską walczy Dow Jones.

Maciej Morawski
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Za 5 lat biura opustoszeją

Wiele wskazuje na to, że w niedalekiej przyszłości liczba osób pracujących zdalnie przewyższy liczbę tych wykonujących swoje obowiązki w siedzibie firmy. Już dziś systematycznie rośnie nie tylko liczba „home offices”, ale także ludzi pochłoniętych pracą w miejscach najmniej kojarzących się z biznesem. Coraz częściej ich stanowiska pracy de facto mieszczą się w kieszeni czy teczce.

Jak wynika z badania firmy Virgin Media Business, praca zdalna zyskuje na popularności z każdą godziną. Zdaniem 5 tys. przebadanych przedsiębiorców już za 5 lat nawet 60% pracowników stanowić będą osoby pracujące w domu bądź innym miejscu w żaden sposób nie przypominającym stereotypowego biura. Wszystko za sprawą technologii zmieniających modele pracy.

Dogodna lokalizacja przestanie być atutem?

To nie jedyne badania, które mówią o znaczących zmianach w obszarze zatrudnienia. Brytyjski „The Guardian” cytuje w jednej z publikacji wyniki ankiety, zgodnie z którymi dla jednej trzeciej badanych pracowników codzienny dojazd do miejsca pracy stanie się reliktem przeszłości już w 2036 roku. Możliwe, że nastąpi to nawet nieco wcześniej, gdyż już dzisiaj daje się zauważyć rosnące oczekiwania pracowników w zakresie wykonywania pracy zdalnej. Badanie, którego podjęła się firma Softchoice, pokazuje, że 85% pracowników biurowych z Ameryki Północnej wymaga od swoich pracodawców dostępu do technologii umożliwiających wykonywanie zadań z dowolnie wybranego przez siebie miejsca. Co więcej, blisko trzy czwarte z nich przyznaje, że nie miałoby żadnych problemów z opuszczeniem dotychczasowego miejsca pracy na rzecz nowego, gwarantującego im taką możliwość. Nawet jeśli ich wynagrodzenie miałoby pozostać na tym samym poziomie.

Nie ulega wątpliwości, że w najbliższej przyszłości będziemy mieli do czynienia z rosnącą popularnością pracy zdalnej. Ma to bezpośredni związek ze zmianami społecznymi, wejściem na rynek nowego pokolenia pracowników wychowanych w erze nieprzerwanego dostępu do informacji, a także cyfrową transformacją przedsiębiorstw. Przenoszą one przynajmniej część zasobów i procesów biznesowych do środowisk chmurowych, które umożliwiają całodobowy dostęp do zasobów firmowych z dowolnego miejsca na ziemi, z poziomu smartfona, notebooka czy tabletu, znosząc jednocześnie potrzebę inwestowania w budowę własnej infrastruktury IT – zwraca uwagę Monika Jaśkielewicz z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Wymagania? Doświadczenie, kompetencje i… szybka sieć

W Internecie nie brakuje portali i serwisów skupiających w jednym miejscu oferty pracy zdalnej w wielu obszarach. Portal www.weworkremotely.com zawiera ogłoszenia o pracę z dziedzin takich jak design, programowanie, obsługa klienta czy marketing. W funkcjonującym na dużo większą skalę serwisie www.flexjobs.com bez problemu odnaleźć można propozycje podjęcia zdalnej współpracy jako specjalista ds. HR, analityk medyczny, a nawet ekspert z dziedziny oceanografii.

W przypadku wielu tego typu ofert pracy dodatkowym wymaganiem dla kandydatów jest posiadanie szybkiego połączenia internetowego. Jest to konieczne ze względu na ciągłość komunikacji i przekazywanie dużych plików z wykorzystaniem popularnych kanałów typu Slack, Trello czy Dropbox, działających w chmurze. Infrastruktura jest jednak coraz lepsza i wydajna na tyle, że dzisiaj nie stanowi to większego problemu – dodaje Monika Jaśkielewicz z Atmana.

Zdalnie często znaczy intratnie

Jeśli ktoś sądzi, że ze względu na odmienny stosunek pracy, model „remote” musi wiązać się z niższym wynagrodzeniem, jest w błędzie. Warto zestawić rankingi najlepiej opłacanych stanowisk w przypadku klasycznego modelu i w przypadku pracy wykonywanej zdalnie w pełnym wymiarze, skupiając się na jednej branży. Ze względu na atrakcyjność zarobków, przyjrzyjmy się sektorowi IT.

Pierwszy typ rankingu opracowała niedawno firma Glassdoor. Wynika z niego, że najlepiej opłacaną funkcją jest Applications Development Manager ze średnią pensją 112 045 dolarów rocznie. Na drugim miejscu znalazł się Software Engineering Manager z zarobkami rzędu 109 350 dolarów, a na trzecim – Information Technology Architect ze średnimi dochodami wynoszącymi 105 303 dolarów.

Jak wygląda to w przypadku pracy zdalnej? Tutaj z pomocą przychodzi ranking opracowany przez wspominany już serwis www.flexjobs.com. Pierwsze miejsce w tym zestawieniu zajmuje funkcja Senior iOS Developer z oferowanymi rocznymi zarobkami na poziomie 130-160 tysięcy dolarów, drugie – Senior System Engineer z widełkami płacowymi 100-150 tysięcy dolarów. Podium zamyka Qualitative User Experience Researcher, który wykonując swoje obowiązki z dowolnego miejsca na świecie jest w stanie otrzymać pensję rzędu 100 do 120 tysięcy dolarów.

„Zdalność” na lokalnym gruncie

Analizując sytuację na rodzimym gruncie, należy podkreślić duże zamiłowanie Polaków do zdalnego modelu pracy. Według badania „Praca zdalna jestem na TAK” zrealizowanego przez Instytut Kantar Public, ponad połowa (57%) zatrudnionych rodaków chciałaby pracować zdalnie, zaś aż 81% samodzielnie decydować o czasie swojej pracy. – Atrakcyjność pracodawców jest coraz bardziej zależna od oferowanej elastyczności. Dostrzegając ten trend, jesteśmy w Atmanie otwarci na pracę zdalną na stanowiskach, których specyfika nie wymaga bezpośredniej, osobistej interakcji z klientami lub współpracownikami. W przypadku branży IT chodzi zwłaszcza o bardzo pożądanych obecnie na rynku specjalistów, na przykład w zakresie rozwiązań oferowanych jako usługa (XaaS), którzy bez najmniejszego problemu mogą być zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy, wykonując swoje obowiązki w dowolnym miejscu na terenie kraju – dodaje Monika Jaśkielewicz, HR Manager z Atmana.

Branża budowlana liderem zadłużenia i bankructw

Pomimo wyraźnej poprawy koniunktury w budownictwie sytuacja finansowa przedsiębiorstw z tego sektora okazała się gorsza niż przed rokiem. Problemy ze spłatą zobowiązań ma 31 852 firm. Łączne zadłużenie firm budowlanych sięga 4,27 mld zł. To aż 470 mln zł więcej niż rok wcześniej.

-Branża budowlana jest liderem zadłużenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Wzrost zadłużenia wynosi ok. 10 proc.

Jak wynika z raportu BIG InfoMonitor oraz Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa „Sytuacja finansowa przedsiębiorstw budowlanych. Wzrost cen blokuje hossę” najwięcej działających firm budowlanych w Polsce znajduje się na Mazowszu, w Małopolsce oraz w Wielkopolsce. Pod względem kwoty przeterminowanego zadłużenia i liczby niesolidnych dłużników dominuje Mazowsze. Firmy z województwa mazowieckiego zadłużone są w sumie na 654,1 mln zł, a ich średnie zadłużenie – 137,8 tys. zł – jest tylko trochę wyższe od średniego zadłużenia firm budowlanych w kraju – 134,1 tys. Zł.

Inaczej rozkłada się na województwa liczba firm zadłużonych w relacji do ogółu działających firm w danym województwie.

-Najłatwiej wpaść na firmę, która źle płaci w województwach dolnośląskim i śląskim – wyjaśnia prezes S.Grzelczak. – Najmniejsze jest takie prawdopodobieństwo w Małopolsce i Podkarpackim.

Trudną sytuację w budownictwie potwierdzają to dane GUS, wskaźnik zyskowności sprzedaży w budownictwie jest obecnie niższy niż dla ogółu podmiotów gospodarczych, po I półroczu 2017 r. wyniósł 2,5 proc., wobec 5,3 proc. dla pozostałych firm. Najwyższą zyskowność 3,9 proc. osiągały firmy budowlane zatrudniające od 10 do 49 pracowników, zaś wraz ze wzrostem wielkości firmy wskaźnik zyskowności obniża się do 2,0 proc. w przypadku średnich i 1,9 proc. dla największych (powyżej 250 zatrudnionych).

W ostatnich latach, branży szczególnie dały się we znaki cykliczne zmiany związane z realizacją unijnych programów, powodujące bądź spiętrzenie prac wraz z jego negatywnymi konsekwencjami, bądź przy braku środków zastój skutkujący wstrzymaniem zamówień. Obecnie znów mamy do czynienia z ogromnym popytem na usługi firm budowlanych.

Czwartek może zmienić na długo kurs euro

Sytuacja wydawała się stabilna, dopóki nie ujawniono grudniowej dyskusji na posiedzeniu EBC. Okazało się, że liczna jest grupa zwolenników podwyższenia stóp procentowych. W najbliższy czwartek zbiera się EBC, a prezes tego banku centralnego będzie musiał się wypowiedzieć na temat podwyżek stóp procentowych. To wpłynie na kurs euro.

– EBC utrzymuje ujemne stopy procentowe i aktywny program skupu obligacji, choć koniunktura gospodarcza poprawiła się, a wyniki 2017 r. były niespodzianką – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – I wydawało się, że w tym roku nic się nie zmieni, dopóki nie ujawniono zapisów grudniowej dyskusji.

W czwartek prezes EBC będzie musiał wypowiedzieć się na ten temat, jak zmienia się polityka Europejskiego Banku Centralnego.

– Jeżeli zapowiedziane zostaną podwyżki stóp procentowych, to euro będzie się wzmacniać – komentuje dr Przemysław Kwiecień.

„Sprawcy” przestępstw gospodarczych skazani na pożarcie

Metody, po jakie sięga fiskus w walce z przestępczością gospodarczą, wzbudzają wiele kontrowersji. Choć jest to bowiem walka uzasadniona, to nie ma wątpliwości, że bywa nieuczciwa – przede wszystkim dlatego, że uszczelnienie systemu podatkowego to jedno z głównych źródeł wpływów do kasy skarbu państwa. Dumny ze swych działań fiskus, szczęśliwi obywatele… A w jakiej sytuacji są ci, którzy w te przestępstwa zostali uwikłani?

Według policyjnych statystyk w ubiegłym roku w całym kraju stwierdzono 150 385 przestępstw gospodarczych. To o 17 356 mniej niż w roku 2015. Równocześnie to pierwszy przypadek od 1999 r. (czyli daty, od której zaczyna się omawiana statystyka), gdy zanotowano spadek w stosunku do roku poprzedniego. Do tej pory liczba naruszeń prawa o charakterze gospodarczym rosła bowiem systematycznie: od 60 393 przypadków we wspomnianym 1999 r. do 167 741 w roku 2015.

Równie ciekawie wygląda zestawienie wykrywalności przestępstw gospodarczych. Jak dotąd nie była ona wcale niska – do 2011 r. nie spadła poniżej 94%. Od 2012 r. zaczęła pikować w dół, by w 2016 sięgnąć najniższego poziomu 82,5%.

Przestępstwa gospodarcze wg danych policyjnych za lata 1999–2016 (*statystyka.policja.pl):

rok      stwierdzone   wykryte         % wykrycia

2016    150 385           124 443           82,5
2015    167 741           142 124           84,4
2014    161 135           141 132           87,1
2013    159 624           142 233           88,9
2012    141 483           131 181           92,4
2011    151 655           143 643           94,4
2010    154 341           146 645           94,8
2009    151 265           143 789           94,8
2008    135 305           127 729           94,0
2007    143 108           134 828           94,0
2006    145 314           137 125           94,1
2005    136 801           129 836           94,5
2004    152 148           146 112           95,9
2003    151 596           147 188           96,9
2002    109 698           106 114           96,6
2001    103 521           100 346           96,7
2000    84 260             81 701            96,8
1999    60 393             58 476            96,7

Zwiększenie świadomości przedsiębiorców

Na ponad 10-procentowy spadek liczby przestępstw gospodarczych wpłynęła zapewne zaostrzona polityka ścigania i karania sprawców, którym zgodnie z nowymi przepisami karno-skarbowymi grożą już nie tylko sankcje majątkowe, ale i osobiste w postaci kar bezwzględnego pozbawienia wolności. Spora część przedsiębiorców podejmujących kiedyś kroki biznesowe, których pełna zgodność z obowiązującymi przepisami była wątpliwa, teraz stała się bardziej ostrożna. Przedsiębiorcy zaczęli częściej korzystać z pomocy prawnej i audytów podatkowych oferowanych przez kancelarie prawne specjalizujące się zwłaszcza w postępowaniach prowadzonych przez organy skarbowe.

Niepewnych transakcji i niepotrzebnego ryzyka narażenia na sankcje karne można uniknąć także dzięki wywiadowi gospodarczemu. Niektórzy przedsiębiorcy już od dawna go stosują – po to, by ustrzec się zostania, nawet nieświadomie, przestępcami gospodarczymi.

Typy przestępców gospodarczych

Wspomniana świadomość przedsiębiorców jest niezwykle istotna. Zgodnie bowiem ze znanym w literaturze podziałem, można wyróżnić trzy typy sprawców przestępstw gospodarczych[1]:

  • sprawców zawodowych – utrzymujących się z przestępstw w różnych dziedzinach gospodarki;
  • sprawców sytuacyjnych – dopuszczających się przestępstw w celu utrzymania lub ratowania swego przedsiębiorstwa;
  • sprawców okazjonalnych, którzy na co dzień prowadzą działalność gospodarczą zgodnie z prawem, a na popełnienie przestępstwa decydują się pod wpływem nadarzającej się okazji łatwego zarobku czy wysokich zysków.

Ten klasyczny już podział autorstwa Klausa Tiedemanna należałoby dziś poszerzyć o kolejny, czwarty typ: sprawców nieświadomych, a więc takich, którzy działając legalnie, stają się podmiotem przestępstw gospodarczych w sposób niezamierzony, nieumyślnie, najczęściej na skutek czynności dokonanej w obrocie gospodarczym z podmiotem działającym właśnie w celu popełnienia przestępstwa.

Media i fiskus zapewniają, że uczciwi przedsiębiorcy nie muszą się niczego obawiać, bo nieumyślne naruszenia przepisów, jako czyny niezamierzone, nie będą traktowane jako przestępstwa. Zamiar będzie musiał zostać dopiero udowodniony, czego ciężar spoczywać ma na prokuraturze.

Czy uczciwym też to (nie) grozi?

Czy jednak organy procesowe będą stosować inną logikę w udowadnianiu winy niż ta, którą posługują się organy podatkowe? Dotychczas tym ostatnim do orzeczenia o winie przedsiębiorcy przeważnie wystarczało stwierdzenie, że zastosował on inną interpretację przepisów niż organ podatkowy. A skala problemu interpretacyjnego jest ogromna. Interweniował w niej nawet sam Rzecznik Praw Obywatelskich, który wystąpieniem z dnia 19 października 2016 r., uzupełnionym pismem z dnia 7 kwietnia 2017 r., skierował zapytanie do Ministra Rozwoju i Finansów w sprawie problemów związanych z nowymi mechanizmami dotyczącymi systemu interpretacji podatkowych.

Czy w związku z tym uczciwy podatnik może spać spokojnie? Można mieć taką nadzieję. Historia jednak pokazuje, że waga popełnionego błędu nie zawsze jest wprost proporcjonalna do surowości kary, jaką ponoszą przedsiębiorcy.

Korrida

Doprowadzeni do upadłości przez działania fiskusa, a niesłusznie wplątani w oszustwa gospodarcze przedsiębiorcy mogą chociaż liczyć na sprawiedliwość dziejów i co najmniej częściową naprawę ich krzywd przez sądy. Nie do pozazdroszczenia jest natomiast sytuacja tych, którzy przypadkowo stali się sprawcami przestępstw gospodarczych. Ich sytuację można porównać do sytuacji byka na korridzie, który, zewsząd kaleczony, w końcu pada. Mimo że ich winą jest najczęściej niedochowanie należytej ostrożności w transakcjach handlowych czy podczas innych czynności szeroko pojętego obrotu gospodarczego, to traktowani są oni na równi z zawodowymi przestępcami. W trakcie prowadzonego przez organ podatkowy postępowania często padają też ofiarą urzędniczych nadużyć, które nie dotykają tylko własności przedsiębiorcy. A przecież oprócz sankcji finansowych czy zakazu wykonywania działalności gospodarczej przedsiębiorcom grozi również kara pozbawienia wolności.

Jak się chronić?

Być może spadek współczynnika tzw. wykrywalności przestępczości gospodarczej wynika z tego, że przedsiębiorcy po prostu nabyli umiejętność obrony przed nadużyciami urzędniczymi. To, że organy podatkowe stwierdzą naruszenie prawa, wcale nie oznacza bowiem, że takowe nastąpiło, skoro organy ścigania nie potrafią potem przypisać komukolwiek winy.

Przy trudnościach interpretacyjnych przepisów podatkowych, co do których wątpliwości miał nawet Rzecznik Praw Obywatelskich, przedsiębiorcy powszechnie już korzystają z pomocy profesjonalnych podmiotów, zwłaszcza tych specjalizujących się w walce z przytoczonymi nadużyciami. Podmioty te oferują wsparcie i reprezentowanie przedsiębiorcy przy kontrolach skarbowych i w sporach z organami podatkowymi. Ale istotna jest też profilaktyka.

Weryfikacja bieżących działań

Dlatego też warto zainteresować się wywiadem gospodarczym. Zapewnia on ochronę prewencyjną i może mieć zastosowanie do działań zarówno planowanych, jak i bieżących, już podejmowanych. W ramach wywiadu przeprowadza się tzw. audyt podatkowy, którego głównym celem jest sprawdzenie funkcjonujących w przedsiębiorstwie schematów i rozwiązań podatkowych. Wykrycie uchybień odpowiednio wcześnie może uchronić przedsiębiorców przed negatywnymi skutkami działań aparatu państwowego.
Wspomniana weryfikacja opiera się na badaniu zgodności działań przedsiębiorcy z przepisami prawa podatkowego oraz zapisami w księgach rachunkowych. Analiza umów, bieżących rozliczeń podatkowych oraz innych istniejących w firmie procedur, w tym także biznesowych, przeprowadzana jest pod kątem występowania ryzyka podatkowego.
Audyt zawsze kończy się raportem wskazującym dostrzeżone zagrożenia dla przedsiębiorstwa. W razie potrzeby zawiera on także propozycję przeprowadzenia programu naprawczego, który zminimalizuje jakiekolwiek obawy związane z kontrolą skarbową w firmie do zera.

W roli podejrzanego

Jeśli już jednak do kontroli skarbowej doszło, to znak, że firmę objęło szeroko pojęte postępowanie podatkowe, jakże przypominające pod pewnymi względami postępowanie karne. Przede wszystkim przedsiębiorca często występuje w roli podejrzanego. Poza tym w postępowaniu podatkowym przysługuje mu prawo do obrony, podobnie jak podejrzanemu w procesie karnym. Zapewnia to zasada czynnego udziału stron w postępowaniu, wyrażona w art. 123 Ordynacji podatkowej.

Niestety, w obliczu urzędniczych nadużyć skorzystanie z tego prawa bywa jedynym wyjściem. Potwierdza to m.in. treść wyroku WSA w Lublinie z 2014 r.: „Skargi spółki zasługują na uwzględnienie. Objęte nimi postępowania kontrolne, które odpowiednio mają status postępowań podatkowych (…) były prowadzone w sposób przewlekły, a stwierdzoną przewlekłość, w ocenie sądu, należy kwalifikować jako rażąco naruszającą prawo” (I SAB/Lu 3/14).

[1] K. Tiedemann, Ocena międzynarodowego stanu badań przestępczości gospodarczej, „Przestępczość na Świecie” 1986, t. XIX, s. 39.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Masło tańsze, ale nadal niemal o połowę droższe niż w Finlandii

Kończy się maślane szaleństwo cenowe, jednak w polskich sklepach ceny topnieją bardzo powoli. Za masło płacimy dziś mniej więcej tyle samo co Holendrzy i o blisko 45 proc. więcej niż Finowie. Dlaczego? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Od czterech miesięcy spadają hurtowe ceny masła w Europie. Skala obniżek jest jednak bardzo różna. Ostatnie publikacje polskiego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW) pokazują, że ceny na giełdach masła w Niemczech czy w Holandii spadły z historycznych szczytów o prawie 40 proc. W Polsce te obniżki są znacznie skromniejsze, co powoduje, że hurtowe ceny masła są wyższe w naszym kraju niż u naszych zachodnich sąsiadów.

Hurtowe ceny wyższe u nas niż w Holandii czy w Niemczech

Biuletyny informacyjne MRiRW ze stycznia, zestawiające ceny masła w Polsce oraz na głównych rynkach hurtowych w Europie, mogą tłumaczyć dlaczego przed świętami Bożego Narodzenia polscy konsumenci wciąż słono płacili za masło, mimo że trend na rynku zmienił się już kilka miesięcy wcześniej.

Średnia grudniowa cena sprzedaży 100 kg masła wynosiła wynosiła w Polsce 481 euro. Z kolei w Niemczech czy w Holandii było to odpowiednio 425 oraz 420 euro.

Jesienią płaciliśmy w sklepach więcej niż Holendrzy

Według danych Eurostatu przeciętna cena detaliczna kilograma masła w 2015 r wynosiła w Holandii 5,12 euro, a w Polsce 4,92 euro. Wzrost cen sklepowych smarowidła w porównaniu do przeciętnych wartości z 2015 r. był np. w październiku ub.r. jednak wyższy w Polsce – 51,9 proc. niż w Holandii – 44,3 proc. Oznacza to, że Holendrzy płacili w sklepach za masło mniej niż Polacy. Było to odpowiednio 7,39 oraz 7,47 euro za kilogram.

Masło w Polsce droższe o ok. 45 proc. niż w Finlandii

Zaskakuje, już sam fakt, że za masło holenderscy konsumenci płacą mniej więcej tyle samo co polscy, biorąc pod uwagę np. różnice w kosztach pracy pomiędzy tymi krajami.

Co ciekawsze – z danych Eurostatu za grudzień br. wynika, że ceny detaliczne masła w Finlandii wzrosły jedynie o 3,03 proc. w porównaniu ze średnim poziomem w 2015 r, a w Polsce w analogicznym okresie było to 49,1 proc. Ponieważ w 2015 r. Finowie i Polacy płacili w sklepach praktycznie tyle samo za ten popularny tłuszcz – ok. 5 euro kg, teraz masło kosztuje nas ok. 45 proc. więcej niż Finów.