Polski biznes tworzy listę postulatów dla rządu

Czołowi przedstawiciele polskiego biznesu chcą stworzyć Kodeks, zawierający szkice ustaw, które mogłyby poprawić warunki do prowadzenia biznesu w Polsce. W tym celu zawiązali największą w tej części Europy inicjatywę, która ma na celu wyłonienie spośród regulacji 21 państw Europy Środkowo-Wschodniej takich rozwiązań, które najlepiej wspierają lokalny biznes i które można by wdrożyć także w Polsce. Zacznijmy od reform w takich obszarach jak prawo podatkowe, prawo pracy i prawo zamówień publicznych – mówią zgodnie. Konkretne propozycje zmian w formie Raportu mają zostać przedłożone Radzie Ministrów.

To jedna z pierwszych takich inicjatyw, gdzie polski biznes chce wziąć sprawy w swoje ręce i zamanifestować potrzebę reform mówiąc jednocześnie jak chciałby to zrobić. Partnerem do dyskusji są środowiska prawne, organizacji pozarządowych, przedstawiciele samorządów,  które chcą wesprzeć tworzenie szkiców nowych regulacji, zwłaszcza w obszarze: prawa podatkowego, prawa pracy, prawa zamówień publicznych czy partnerstwa publiczno-prywatnego. Wnioski zostaną przedstawione na Forum dla Wolności i Rozwoju, które odbędzie się w dniach 28 – 30 października w Katowicach.

„Motorem rozwoju gospodarczego w Europie jest lokalny biznes. Dla przykładu w Polsce małe i średnie przedsiębiorstwa odpowiadają za niemal 50% PKB, duże polskie firmy są z kolei siłą napędową wielu regionów. Warto poszukać rozwiązań legislacyjnych, które w sposób szczególny będą wspierały krajowe biznesy”, mówi dr Andrzej Arendarski, Prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Inicjatywę wspiera kilkanaście firm, m.in. Atlas, Fakro oraz kilkunastu ekspertów z obszaru prawa, biznesu, nauki i polityki.

„Jest wiele obszarów, które mają wpływ na to, czy za kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat będziemy żyć w kraju dobrobytu i stabilności gospodarczej czy w kurczącej się ekonomii i zależności od zewnętrznych wpływów. Już teraz powinniśmy wdrażać odpowiednie zmiany. Temu właśnie ma służyć Forum dla Wolności i Rozwoju”, podsumowuje Henryk Siodmok, Prezes Grupy Atlas, wpierający inicjatywę.

Podczas kongresu 28-30 października, odbędzie się m.in. 20 paneli tematycznych poświęconych różnym obszarom gospodarki i funkcjonowania państwa. Wszystkie dyskusje będą toczyć się na forum publicznym, a w każdej z nich wezmą udział eksperci prawni, którzy na bieżąco będą oceniać możliwości wdrożenia w życie konkretnych postulatów zgłaszanych przez przedstawicieli biznesu. Wśród prelegentów znajdą się m.in. Tibor Navracsics – Komisarz Europejski ds. Edukacji, Kultury, Młodzieży i Sportu, Ryszard Florek – Prezes zarządu spółki FAKRO, Mateusz Morawiecki – Prezes zarządu Banku Zachodniego WBK, Marcin Beme – Założyciel i prezes Audioteki, Wojciech Dziomdziora – Radca prawny w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, Maciej Gawroński – Partner zarządzający polskiego biura Bird&Bird i Rafał Fronczek – Prezes Krajowej Rady Komorniczej.

Więcej informacji: www.law4growth.com

Małe firmy rentowne i płynne

0

Katarzyna Puchalska z Instytutu Ekonomicznego NBP o najnowszym raporcie „Sytuacja finansowa małych przedsiębiorstw na tle kondycji przedsiębiorstw dużych i średnich. Lata 2005-2014”.

Transformacja energetyki szansą na rozwój gospodarczy

W Unii Europejskiej trwają prace nad reformą europejskiej gospodarki. Za ważne uznaje się pobudzenie inwestycji w kluczowych sektorach przemysłu i energetyki. Jednym z rozwiązań jest tzw. plan Junckera, który dzięki inżynierii finansowej ma wygenerować projekty inwestycyjne warte 315 mld euro. Dokonanie tego jest możliwe tylko poprzez radykalną transformację tych sektorów i modernizację w oparciu o najnowsze technologie. O takich właśnie rozwiązaniach rozmawiali uczestnicy konferencji NEUF 2015 „Transformacja gospodarki poprzez energetykę i przemysł – efektywność, produktywność, dialog społeczny”, która odbyła się w Ministerstwie Gospodarki.

Transformacja potrzebna od zaraz

Coraz większe wymagania w zakresie polityki energetycznej, efektywności wytwarzania energii i redukcji emisji CO2 sprawiają, że przemysł i energetyka, zwłaszcza w Polsce stoją przed widmem ponoszenia ogromnych kosztów. Nie sprzyja temu również wcześniejsze uruchomienie Market Stability Reserve. MSR jest bowiem największym wrogiem energetyki węglowej i górnictwa węgla kamiennego, który pozwala na swobodne i arbitralne wycofywanie z rynku pozwolenia na emisję CO2 (EUA). Celem stworzonego systemu jest usuwanie nadmiaru pozwoleń, które powstają w wyniku mniejszej niż przewidywana konsumpcji energii w Europie. Szacuje się, że na dzień dzisiejszy pozwolenia te generują o 2 mld ton szkodliwych związków za dużo. Usunięcie pozwoleń sprawi, że na rynku będzie ich mniej, a więc utrzymane zostaną wysokie ceny za emisję, co z kolei obciąży w szczególności polską gospodarkę, a zwłaszcza sektor energetyczny. Koszty związane z emisją CO2 przełożą się nie tylko na przemysł, ale również na społeczeństwo. Wyższe koszty produkcji, to wyższe koszty wytwarzanych produktów czy usług. W konsekwencji zdrożeć może każdy produkt, który dostępny jest dziś na sklepowych półkach. Sposobem na uniknięcie tych problemów jest silna transformacja przemysłu i energetyki w oparciu o najnowsze technologie.

Produkcja energii a transformacja systemów przesyłowych i dystrybucyjnych

Produkcja energii elektrycznej jest i będzie szczególnie obciążona ze względu na działania związane z polityką klimatyczną. Problemem jest nie tylko wytwarzanie energii, ale również jej dystrybucja.

W Unii Europejskiej rzeczywiste starty energii w sieciach przesyłowych i dystrybucyjnych sięgają 6%, co w przeliczeniu daje nam poziom około 7 mld euro rocznie. W Polsce sytuacja jest podobna, średnie starty wynoszą 7-8%, przy czym warto podkreślić, że najlepsi są w stanie ograniczyć je nawet do 6%. W sieciach dystrybucyjnych procent strat jest wyższy i sięga 10%, co w roku 2011 przełożyło się na kwotę około 1,8 mld złotych. To również w nich powstają największe straty, które stanowią 84% wszystkich strat powstających w całym systemie sieci energetycznych. Są to więc ogromne kwoty, które wyparowały z naszych budżetów, dlatego warto zastanowić się, jak unikać podobnych kosztów w przyszłości.

Nowoczesne technologie energetyczne wspierane informatyką i komunikacją stanowią doskonałe rozszerzenie podejmowanych dziś działań na rzecz zwiększenia efektywności energetycznej i dodatkowo podnoszą niezawodność sieci. Przy dzisiejszej dynamice zmian zachodzących w energetyce, narzędzia informatyczne stają się niezbędne Dodatkowo, wdrażanie takich rozwiązań, jak magazyny energii, samochody elektryczne, energetyka rozproszona, czy niestabilne źródła energii odnawialnej powodują, że nasze sieci energetyczne stają się coraz bardziej skomplikowane, a zarządzanie nimi wymaga stosowania nowych narzędzi. mówił Michał Ajchel, Wiceprezes ds. Rynku Energii w Schneider Electric Polska. Podobnie jak kilka lat temu w telekomunikacji, dziś energetyka przeżywa podobną rewolucję technologiczną. Będzie ona korzystna zarówno dla operatorów systemów, jak i dla odbiorców. Doświadczenia Schneider Electric pokazują, że nasze systemy, są w stanie zidentyfikować miejsce i wielkość powstających start z dużą dokładnością.  Dla przykładu w sieci niskiego napięcia zasilanej przez transformator o mocy 630 kVA, do którego przyłączonych jest od 5 do 15 odbiorców, można zlokalizować starty na poziomie 100W. Jest to moc jednej żarówki! Ta liczba najlepiej oddaje możliwości narzędzi, jakimi dzisiaj dysponujemy – dodaje Michał Ajchel.

Nowe wyzwania biznesowe

Nowym wyzwaniem również dla sieci dystrybucyjnych są rozproszone źródła energii, zwłaszcza, jeśli chodzi o energetykę wiatrową. Ich niestabilność i duże wahania mocy wprowadzanej do systemu sprawiają (tylko teoretycznie) dużo problemów. Istnieją jednak rozwiązania, które pozwalają te problemy rozwiązywać. Jednym z nich jest opracowany przez naszą firmę system WeatherSentry, który służy do prognozowania pogody
i dostarczania informacji na temat tego ile energii w danym dniu czy okresie będzie w stanie wyprodukować farma wiatrowa przy danej pogodzie –
mówi Michał Ajchel Wiceprezes ds. Rynku Energii w Schneider Electric Polska. Co więcej system pozwala przewidywać także zapotrzebowanie na energię w systemie, na podstawie swoich prognoz i profili odbiorców – dodaje Michał Ajchel.

Zachodzące zmiany w energetyce mogą być również traktowane, jako okazja do zmian dotychczasowych modeli biznesowych i do osiągania jeszcze lepszych wyników. Chodzi tu głównie o dostosowanie się do zmian, jakie zachodzą na rynku producentów i odbiorców energii związanych głównie z pojawianiem się instalacji typu odnawialne źródła energii. Zastosowanie nowoczesnych technologii rozdziału, magazynowania i przesyłu energii będzie istotnie wpływać na pojawianie się nowych systemów rozliczeniowych dla klientów. Na nowoczesnych technologiach może zyskać już dziś klient indywidualny, który powinien dostać możliwość zmian taryf oraz dostosowania zapotrzebowania na energię do własnych potrzeb. Na nowoczesnych technologiach może wygrać także każdy przedsiębiorca, w tym producent, dystrybutor i sprzedawca energii, o ile dostrzeże w porę zachodzące zmiany i w porę dostosuje do nich swój model biznesu. Wprowadzenie wszystkich omawianych podczas konferencji zmian pozwoli na rzeczywistą transformację sektora i zwiększy szansę na przyśpieszenie rozwoju polskiej gospodarki oraz dostosowanie się do nowych potrzeb globalnego rynku.

Gra Kremla czy zmiana rządu? Pięć dróg dla Grecji

– Nawet jeżeli Rosja nie miała nic wspólnego z rozwojem sytuacji w Atenach, to i tak wygodnie byłoby jej rozpuszczać takie plotki. Zbudowanie scenariusza zakładającego udział Kremla nie jest zresztą trudne. Jaką drogą może pójść Grecja i co może się stać z tym krajem? Komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Społeczeństwo wybiera oszczędności

W tej chwili wydaje się, że Grecy w referendum odrzucą plan wierzycieli i zrezygnują z polityki oszczędności, skoro wcześniej wybrali populistyczną Syrizę. Zaprzeczają jednak temu sondaże przeprowadzone w ub. tygodniu i publikowane przez greckie pracownie badawcze Kapa Research oraz Alco Polls.

Według pierwszej z nich, 53 proc. ankietowanych nie popiera działań rządu prowadzących do wyjścia ze strefy euro, a jedynie 43 proc. są zwolennikami polityki konfrontacji.

Z kolei według Alco Polls, 57 proc. badanych uważa, że Grecja powinna osiągnąć porozumienie z wierzycielami. Przeciwnego zdania jest natomiast co trzeci ankietowany (29 proc.). Pod znakiem zapytania stoi jednak kwestia, czy te opinie nie zmienią się po wprowadzeniu kontroli przepływu kapitału.

Czy brak dostępu do gotówki spowoduje, że społeczeństwo bardziej się zradykalizuje, czy też otrzeźwieje i zobaczy, że życie bez ochronnej strefy euro będzie jeszcze trudniejsze? Niedługo zostaną opublikowane nowe sondaże. To będzie jedna z najważniejszych informacji.

Zmiana rządu

Jeżeli Grecy w referendum uznają, że należy kontynuować politykę oszczędności, wtedy najprawdopodobniej nastąpi zmiana rządu. Ten obecny nie będzie miał mandatu do wprowadzania reform, skoro się z nimi nie zgadzał. Prawdopodobnie powstanie techniczny gabinet, a w niedługim czasie zostaną ogłoszone nowe wybory.

Dodatkowo najprawdopodobniej wierzyciele będą robić wszystko, aby nagrodzić Greków za wybór rozwiązania narzuconego przez Brukselę. Niewykluczone więc, że zaproponują nawet wyczekiwaną redukcję długów, co spowoduje, że szanse na zwycięstwo proeuropejskiej koalicji znacznie się zwiększą.

Waluta równoległa

Odrzucenie przez Greków planu narzuconego przez Brukselę zwiększy prawdopodobieństwo wyjścia Hellady ze strefy euro. Niewykluczone jednak, że przez pewien czas w Atenach będzie można posługiwać się dwiema walutami. W jednej (krajowej), wartej mniej niż euro, będą wypłacane wynagrodzenia sektora publicznego, pobierane daniny dla państwa oraz sprzedawane czy też dotowane przez rząd najpotrzebniejsze towary. W euro natomiast będzie rozliczał się sektor prywatny.

To spowoduje, że nominalne pensje budżetówki znacznie spadną. Obniży to koszty działalności państwa, a jednocześnie umożliwi generowanie dodatkowej gotówki przez bank centralny. Pozwoli to również ograniczyć szok gospodarczy, który mógłby powstać, gdyby z dnia na dzień wprowadzono nową, znacznie zdewaluowaną walutę.

Grexit

Wyjście Grecji ze strefy euro, scenariusz oceniany jeszcze przed weekendem jako mało realny, zaczyna być przez niektórych odbierany jako najbardziej prawdopodobny. Mohamed El-Erian, były szef największego na świecie funduszu instrumentów dłużnych PIMCO, uważa nawet, że na 85 proc. nastąpi Grexit. Według banku Morgan Stanley, ryzyko nastąpienia Grexitu do końca 2016 r. wzrosło z 45 proc. do 60 proc.

Nie wszyscy są jednak tak pesymistycznie nastawieni. BNP Pribas, Credit Suisse oraz UBS oceniają szanse na opuszczenie obszaru wspólnej waluty przez Grecję na odpowiednio 20 proc., 33 proc. oraz 40 proc. Niewykluczone jednak, że te wskazania będą się jeszcze zmieniać po publikacji nowych sondaży dotyczących niedzielnego referendum.

Kreml i oś Moskwy

Nawet jeżeli Rosja nie miała nic wspólnego z obecnym rozwojem sytuacji w Atenach, to i tak Moskwie będzie wygodnie rozpuszczać takie plotki. Zbudowanie scenariusza zakładającego udział Kremla nie jest zresztą trudne. Po upokorzeniu, które zafundował mu Zachód wprowadzeniem sankcji, Rosja planuje odwet. Wybiera sobie za cel najsłabsze ogniowo, czyli Grecję. Rozżalone społeczeństwo głosuje na populistycznego Tsiprasa, który gra va banque z Brukselą, gdyż wie, że w razie czego dostanie pomoc Moskwy (przedpłata za transfer gazu). Zresztą obecny premier Grecji nawet nie kryje się z tym, że jego stosunki z Putinem są bliskie. Kilka dni przez zakładanym porozumieniem z wierzycielami odwiedza szczyt gospodarczy w Petersburgu i spotyka się z prezydentem Rosji. Dodatkowo wiemy, że z Tsiprasem wielokrotnie kontaktował się sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych podczas kluczowych momentów negocjacji. Czyżby Jack Lew znacznie wcześniej miał sygnały o kolejnej wizerunkowej rozgrywce między mocarstwami?

Stanisław Cichocki z IE o rynku pracy w I kw. 2015

0

O rynku pracy w pierwszym kwartale 2015 r. mówi Stanisław Cichocki z Instytutu Ekonomicznego NBP

Co trzeci klient banków, za najważniejszą cechę przelewu uznaje szybkość jego realizacji

Z najnowszego badania opinii, przeprowadzonego przez Związek Banków Polskich we współpracy z KIR wynika, że co trzeci klient banków, za najważniejszą cechę przelewu uznaje szybkość jego realizacji. Opinie respondentów znajdują potwierdzenie w rosnących statystykach prowadzonego przez KIR systemu Express Elixir, obsługującego przelewy natychmiastowe. Wśród innych istotnych aspektów przelewu, ankietowani wymieniali również niskie opłaty, bezpieczeństwo transakcji i łatwość obsługi.

W tegorocznym badaniu „Wizerunek polskiego sektora bankowego”, zrealizowanym przez ZBP we współpracy z KIR, jedna trzecia ankietowanych klientów banków (32 proc.), obok kwestii związanych z opłatami, za najważniejszą cechę przelewu uznała szybkość transakcji. Wyniki wyraźnie pokazują, że czas realizacji przelewów bankowych ma coraz istotniejsze znaczenie. – Łatwiejszy dostęp do Internetu, m.in. dzięki urządzeniom mobilnym, takim jak smartfony, powoduje, że częściej korzystamy z usług dostępnych od ręki – zauważa, wiceprezes Zarządu KIR. – Przykładem może być kupno biletu, rezerwacja hotelu czy zakup treści elektronicznych. To oczekiwanie przenosi się na branżę finansową, w tym płatności. Ze względu na sieciowy charakter usług płatniczych, spełnienie rosnących oczekiwań klientów wymaga od banków podejmowania wspólnych działań – zaznacza M. Szymański.

co trzeci klient banków, za najważniejszą cechę przelewu uznaje szybkość jego realizacji

Z udostępnianych przez KIR statystyk systemów rozliczeniowych wynika, że wśród Polaków rośnie zapotrzebowanie na płatności natychmiastowe. Tylko w maju br. klienci banków zlecili ponad 116 tys. takich przelewów, o wartości przekraczającej 521 mln zł. W stosunku do danych z maja 2014 r., liczba transakcji zwiększyła się o 67 proc. (z 69,4 tys.), przy równoczesnym wzroście wartości o 74 proc. (z 299 mln zł). Łącznie – od momentu uruchomienia w czerwcu 2012 r. do końca maja 2015 r. – liczba transakcji rozliczonych w systemie Express Elixir przekroczyła 1,86 mln, osiągając wartość 8,6 mld zł.

Na kolejnych miejscach, wśród cech przelewu wskazanych przez respondentów jako istotne, znalazły się: bezpieczeństwo transakcji (25 proc.) oraz łatwość ich obsługi (18 proc.). Choć badanie wykazało stosunkowo niewielkie zapotrzebowanie na usługę przelewu bankowego wykonywanego z wykorzystaniem telefonu (6 proc.), to zdaniem KIR, sytuacja ta będzie się zmieniać wraz ze wzrostem popularności bankowości mobilnej. – Już wkrótce klienci banków będą mogli dokonywać płatności typu P2P (person to person), które zlecane będą bezpośrednio na numer telefonu komórkowego drugiej osoby. Przelewy te będą przetwarzane w systemie Express Elixir z wykorzystaniem prowadzonej przez spółkę PSP bazy aliasów. W tym modelu, numer telefonu będzie automatycznie zamieniany na odpowiadający mu numer rachunku bankowego odbiorcy, czyli NRB – zapowiada M. Szymański.

Badanie zrealizowane zostało w marcu 2015 r. w ramach cyklicznego wielotematycznego badania Omnibus, przeprowadzanego przez TNS Polska na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie Polaków w wieku 15+. Liczebność próby (N=998).

KIR

Zmiany w Zarządzie ING Commercial Finance

0

Rada Nadzorcza ING Commercial Finance podjęła decyzję o zmianach w składzie zarządu spółki. 1 lipca 2015 roku, stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Commercial Finance obejmie Paweł Mitoraj.  

Paweł Mitoraj z dniem 1 lipca br. obejmie stanowisko Wiceprezesa Zarządu ING Commercial Finance, odpowiedzialnego za nadzór nad ryzykiem kredytowym i procesami. W ING Banku Śląskim pracuje od początku swojej kariery zawodowej, najpierw jako FX i Money Market Dealer, następnie szef Zespołu Obsługi Klientów Korporacyjnych w Departamencie Skarbu oraz Dyrektor Regionalny w Pionie Klientów Korporacyjnych w Gliwicach. W 2008 roku został powołany na Dyrektora Departamentu Korporacyjnych Produktów Kredytowych, a w 2011 roku objął stanowisko Dyrektora Departamentu Ryzyka Kredytowego Regionów.

Paweł Mitoraj ukończył Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach.

Marek Szymański, dotychczasowy Członek Zarządu ING Commercial Finance, obejmie stanowisko Dyrektora Centrum Korporacyjnego Ryzyka Kredytowego w Pionie Klientów Korporacyjnych w ING Banku Śląskim.

 

Częstochowa prezentuje biznesowe oblicze

Dynamiczny rozwój branży BPO/SSC sprawił, że mniejsze miasta wychodzą z cienia wielkich biznesowych ośrodków. Jednym z przykładów jest Częstochowa. Zaplecze akademickie, konkurencyjne koszty prowadzenia działalności gospodarczej, dobre położenie geograficzne i dwie strefy ekonomiczne w trzech lokalizacjach sprawiają, że miastem zaczynają interesować się inwestorzy z sektora usług dla biznesu.

Częstochowa, postrzegana do tej pory jako miasto z potencjałem turystycznym, rozwija się obecnie jako ośrodek gospodarczy i akademicki. Miasto słynęło zawsze z przemysłu tekstylno-włókienniczego i metalurgicznego, a obecnie wiodąca jest branża motoryzacyjna, paliwowo-energetyczna i szklana. Z najnowszego raportu Fundacji Pro Progressio wynika, że  prężnie rozwija się również sektor usług dla biznesu.

Miejsce przyjazne inwestorom

Miasto rozumie trend, zgodnie z którym Polska staje się liderem branży BPO/SSC w Europie i stara się stworzyć potencjalnym inwestorom sprzyjające środowisko biznesowe. Poza ulgami podatkowymi wynikającymi z pozwolenia na działalność w SSE, miasto oferuje atrakcyjne zwolnienia z podatku od nieruchomości dla przedsiębiorców tworzących nowe miejsca pracy. Dodatkowo można liczyć na wsparcie administracyjne i organizacyjne przy realizacji każdej inwestycji,  a także przejrzystą procedurę zakupu gruntów, dedykowaną konkretnej inwestycji. Bardzo zaawansowane są również prace nad stworzeniem kolejnej uchwały, która zwolni z ww. podatku, deweloperów, budujących biurowce o standardzie B+ i wyższym.

Gdzie się ulokować? Jak dojechać?Częstochowa prezentuje biznesowe obliczeCzęstochowa prezentuje biznesowe oblicze

Częstochowa prezentuje biznesowe obliczeObecnie miasto posiada 22 100 m kw.  Powierzchni biurowej klasy B/B+. W budowie jest kolejnych 6 088. Średni koszt wynajmu w budynku klasy B to 30-45 zł za m kw. a opłaty serwisowe wahają się między 10 a 15 zł. Stanowi to konkurencyjną ofertę w stosunku do większych ośrodków biznesowych. Infrastruktura drogowa (autostrada A1 oraz drogi krajowe 46, 1 i 3) oraz oddalone o niecałe 60 km lotnisko w Katowicach (35 kierunków wylotów) zapewniają dobre skomunikowanie z innymi ośrodkami biznesowymi.

Kadry szyte na miarę

Częstochowa posiada wykwalifikowane kadry pracownicze, a średnie koszty pracy są tu niższe niż w aglomeracji śląskiej. Cztery lokalne uczelnie oferują studia na filologiach języków obcych, których znajomość w zaawansowanych usługach dla biznesu jest niezwykle istotna.  Warto podkreślić, że szkoły wyższe są otwarte na współpracę z miastem w zakresie kształcenia studentów, zgodnie z potrzebami konkretnego inwestora.

Zrozumieć biznes

Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio podkreśla, że o sile destynacji biznesowej decyduje nie tylko potencjał inwestycyjny wynikający z odpowiedniej infrastruktury czy zasobów kadrowych. Równie ważna jest odpowiednia promocja gospodarcza, o czym polskie miasta niekiedy zapominają. Częstochowa rozumie potrzebę budowania wizerunku miejsca atrakcyjnego inwestycyjnie. Miasto jest członkiem Klubu Outsourcingu, organizuje cykliczne wydarzenia dla przedsiębiorców, udostępnia dane na sześciojęzycznej platformie Best2Invest. Mocno kibicujemy Częstochowie i jesteśmy przekonani, że  będzie ona szybko zyskiwała nowe przedsiębiorstwa zarówno produkcyjne jak i usługowe. Lokalizacja jest już doceniana przez krajowych, ale także i międzynarodowych inwestorów, stąd obecność tu np. centrum operacyjnego firmy TRW – mówi Prezes Fundacji Pro Progressio.

Pełen raport Focus On Częstochowa dostępny tutaj:

  • http://www.proprogressio.pl/pl/baza-wiedzy/focus-on/focus-on-czestochowa-pl.html

7 grzechów głównych polskiego rekrutera

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że niemal jedna trzecia bezrobotnych w Polsce to osoby poniżej 30 roku życia. Często są to osoby z dyplomem uczelni wyższej. Młodych i wykształconych, czyli teoretycznie pożądanych przez pracodawców kandydatów, nie brakuje, a mimo to, rekrutacja nowego pracownika nie jest zadaniem łatwym i stanowi duże wyzwanie dla bardzo wielu firm. Aby sprostać oczekiwaniom zarówno pracodawców, jak i samych kandydatów, rekruterzy muszą bardzo dobrze przygotować się do tego zadania. Eksperci eRecruiter podpowiadają, jak uniknąć najważniejszych grzechów rekrutacyjnych.

Jako firma dostarczająca narzędzie wspierające pracodawców w zarządzaniu tysiącami projektów rekrutacyjnych widzimy, że obecnie w bardzo wielu branżach to pracodawcy w Polsce powinny zabiegać o dobrego pracownika, a nie odwrotnie. Wzorem państw zachodnich, gdzie z taką sytuacją mamy do czynienia już od kilkunastu lat, firmy powinny większą uwagę przywiązywać do działań w obszarze employer brandingu, w tym o dbałość o jakość procesu rekrutacyjnego. W innym wypadku mogą mieć poważny problem z pozyskaniem lub zatrzymaniem największego kapitału firmy, jakim są ludzie – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

Lista błędów, często nieświadomie popełnianych przez rekruterów poszukujących pracowników, może być naprawdę długa.

Grzech pierwszy: schematyczne ogłoszenia o pracę

Szablonowe ogłoszenie z pewnością nie pomoże w pozyskaniu dobrego kandydata. W wielu branżach jak np. w IT, osoby, z którymi chętnie porozmawialibyśmy podczas spotkania rekrutacyjnego, bardzo często w ogóle nie przeglądają ofert. A jeśli już, to odpowiadają tylko na te, które w szczególności przykuły ich uwagę. Dlatego aktywnością powinny wykazać się same firmy i rekruterzy. Kreatywne billboardy, oferty zaszyfrowane w języku programowania czy ogłoszenia wyświetlane w miejscach publicznych – to tylko wybrane kreatywne sposoby, które mają za zadanie zwrócić uwagę wymagającej grupy zawodowej. Ograniczenie się do tradycyjnego ogłoszenia, które nie będzie się wyróżniać na tle innych, może w wielu sytuacjach okazać się niewystarczające.

Grzech drugi: za długi formularz aplikacyjny

Formularze aplikacyjne mogą znacznie ułatwić selekcję aplikacji, warto więc z nich korzystać, jednak należy też pamiętać, że za każdym razem powinny być „uszyte na miarę”. Oznacza to, że pytania w nim zawarte powinny być indywidualnie dopasowane do grupy zawodowej. Każdy kandydat oczekuje pytań, które są związane z polem jego specjalizacji, natomiast zniechęca go nadmiar szczegółowych pytań, które odbiegają od meritum sprawy. Zbyt mocno rozbudowany formularz aplikacyjny może odstraszyć i zniechęcić do wypełnienia.

Grzech trzeci: nieznajomość branży kandydata

Aż 1/3 respondentów badania „Candidate Experience” przeprowadzonego przez eRecruiter odpowiedziała, że rekruterom w Polsce brakuje specjalistycznej wiedzy. – Taki wynik martwi, bo sukces skutecznej rekrutacji tkwi również w znajomości branży, do przedstawicieli której jest skierowana oferta. Każdy rekruter powinien posiadać przynajmniej podstawową wiedzę o firmie, oferowanych przez nią produktach i usługach, którą podczas spotkania rekrutacyjnego może podzielić się z kandydatem – mówi Marcin Sieńczyk. Ponadto, zagłębienie się w specyfikę danej branży pozwoli na zdobycie wiedzy na temat wyróżników kandydatów – co jest dla nich ważne, a czego nie tolerują. Dzięki temu dużo łatwiej można przygotować strategię employer brandingową i znaleźć „kartę przetargową” w staraniach o największe talenty.

Grzech czwarty: brak kontaktu z kandydatem

Piętą Achillesa wielu prowadzonych rekrutacji jest brak komunikacji z kandydatem w czasie trwania procesu. Kontakt z potencjalnym pracownikiem powinien być utrzymany na każdym etapie rekrutacji. Już po otrzymaniu aplikacji warto wysłać do kandydata maila zwrotnego z podziękowaniami za udział w rekrutacji i informacją na temat kolejnych kroków. Warto podkreślić, że jeśli kandydat bierze udział w kilku kolejnych etapach takich jak rozmowa telefoniczna czy spotkanie, bardzo istotne jest, aby otrzymywał informację zwrotną po każdym z nich. Dzięki temu będzie czuł się nie tylko dobrze poinformowany, ale przede wszystkim ważny. Wpłynie to z pewnością na jego ogólne wrażenie z procesu rekrutacji i zostanie docenione niezależnie od jego ostatecznego wyniku.

Grzech piąty: niekończąca się historia

Rekrutacja powinna być wcześniej zaplanowana i przebiegać zgodnie z przygotowanym harmonogramem. Aby uniknąć przedłużania się procesu, rekruter musi zadbać m.in. o płynną komunikację z menedżerami działów, którzy będą wspierać rekrutację i sprawdzać kompetencje kandydatów. Zamiast spotkań z kilkunastoma kandydatami, warto pierwszej selekcji dokonać na podstawie rozmowy telefonicznej bądź wideo rekrutacji. To pozwoli na oszczędność czasu zarówno rekrutera jak i samego kandydata. A jeśli niestety proces wydłuża się, należy zadbać o właściwą komunikację z kandydatami – każdy z nich powinien otrzymać informację o statusie procesu i czasie, w jakim może spodziewać się odpowiedzi.

Grzech szósty: brak elastyczności pracodawcy

Pracodawcy bardzo często oczekują od kandydatów elastyczności, m.in. w zakresie dostępności. Na to samo powinni liczyć potencjalni pracownicy. To może dotyczyć terminu spotkania rekrutacyjnego czy czasu potrzebnego na przygotowanie zleconego zadania. Warto także pamiętać, że nawet w sytuacji, gdy rekruter znalazł doskonałego kandydata zainteresowanego propozycją pracy, ten może zawsze wycofać się z procesu. Zdarza się tak m.in. z uwagi na sztywne ustalenia i niepodlegające negocjacjom warunki. Czasem drobne ustępstwa ze strony firmy, jak określone benefity czy możliwość pracy z domu, mogą przeważyć o podjęciu przez kandydata pozytywnej decyzji.

Grzech siódmy: brak bazy kandydatów                                                                 

Większość rekruterów skupia się tylko na kandydatach, którzy przeszli do finalnego etapu rekrutacji, a zapomina o tzw. kandydatach odrzuconych. Nie zdają sobie sprawy, że przygotowana i następnie odpowiednio zarządzana baza może ułatwić im przyszłe rekrutacje. W sytuacji, w której rekruter ma niewiele czasu na zrekrutowanie nowego specjalisty, lub otrzymał niewiele aplikacji w odpowiedzi na ofertę pracy, zawsze może zajrzeć do bazy CV i dać drugą szansę wybranym kandydatom. Taką bazę, w szybki i prosty sposób można stworzyć np. dzięki elektronicznym platformom rekrutacyjnym jak eRecruiter.

– Zorganizowanie i właściwe przeprowadzenie procesu rekrutacji w rzeczywistości jest bardziej skomplikowane niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Uzyskanie oczekiwanego efektu w postaci wartościowego kandydata powinno być poprzedzone solidnym przygotowaniem. I to nie tylko ze strony rekrutera, ale także firmy, która powinna zadbać o wyposażenie personelu w odpowiednie narzędzia rekrutacyjne – radzi Marcin Sieńczyk z eRecruiter.

Na rynkach wciąż jeden temat

Grecja nie schodzi z czołówek biznesowych. Dzisiaj minie termin kiedy niespłacona zostanie pierwsza rata i dojdziemy do tego, co bez woli współpracy było nieuniknione.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Dzisiaj mija termin spłaty skonsolidowanej raty płatności wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego przez Greków. Po fiasku negocjacji pomocowych mało kto wierzy w utrzymanie spłaty zobowiązań. Kwota, która musiałaby dzisiaj trafić na rachunki w MFW wynosi 1,55 mld euro i najprawdopodobniej pomimo nie wypłacenia pełnych pensji i emerytur władze w Atenach w dalszym ciągu nie dysponują taką sumą. Rząd grecki potwierdził, że nie zapłaci, aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że akurat ta instytucja w tym procesie wielokrotnie mijała się z prawdą.

Agencja Ratingowa S&P obniżyła perspektywę kredytową Grecji do poziomu CCC-. Co oznacza ten poziom? Wszystko co znajduje się poniżej BBB uznawane jest już za papiery nieinwestycyjne. W tym wypadku wyjaśnienie brzmi “papiery, w przypadku których potrzebne są korzystne warunki ekonomiczne lub polityczne by w ogóle mogły być spłacone”. Takimi warunkami w dalszym ciągu jest obecność w strefie euro i wola politycznych przywódców wspólnoty na nie robienie precedensu. Agencja co ciekawe wycenia szansę na opuszczenie przez Greków strefy euro na około 50%. Jest to zaskakująco wysoka ocena, ale najwyraźniej wciąż brany jest pod uwagę scenariusz zrzucenia się przez resztę Unii na Greków by nie wpuścić tej części świata do rosyjskiej strefy wpływów.

Władze w Atenach, czekając na zaplanowane 5 lipca referendum, chwytają się różnych pomysłów. Wczoraj ogłosiły pozwanie EBC przed Trybunałem Sprawiedliwości. Powodem pozwu miało być nie zwiększenie pomocy dla greckich banków. Co w efekcie nie pozwoliło bankom uzupełnić depozytów. Podstawowy problem z jakim przyjdzie się teraz Unii zmierzyć to brak procedur wychodzenia państw z poszczególnych porozumień lub w ogóle struktur unijnych.

Co będzie się zatem działo w tym tygodniu? Banki i giełda czekają z otwarciem na 6 lipca. Będzie to poniedziałek po najdziwniejszym referendum. Grecy jako ojcowie demokracji staną przed pytaniem czy chcą zapłacić zadłużenie czy uwierzyć Syrizie, że spłacanie własnych zobowiązań jest bez sensu i lepiej żeby zrobili to inni. Kuriozalna jest tutaj wypowiedź Donalda Tuska, który zwrócił uwagę, że odrzucenie spłaty w referendum nie wzmocni pozycji do negocjacji greckiego rządu.

EUR/PLNKomentarz walutowy 30.06.2015  Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 30.03.2015 do 30.06.2015

Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2000, a po jego przebiciu górne ograniczenie kanału na 4,2500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1650.

CHF/PLNKomentarz walutowy 30.06.2015  Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 30.03.2015 do 30.06.2015

Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Oporem dla dalszych wzrostów jest górne ograniczenie kanału przebiegające w okolicach 4,1000. Poziom ten spędza sen z powiek kredytobiorcom frankowym. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na znacznie sympatyczniej wyglądającym poziomie 3,9800.

USD/PLNKomentarz walutowy 30.06.2015  Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 30.04.2015 do 30.06.2015

Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8200. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,6800 a następnie minima ostatnich tygodni na 3,6500.

GBP/PLNKomentarz walutowy 30.06.2015  Maciej Przygórzewski - główny analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 30.04.2015 do 30.06.2015

Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji utworzył się krótkoterminiowy bardziej stromy trend wzrostowy z którego doszło do wybicia górą. Paliwem dla tego ruchu były wydarzenia polityczne i można mieć nadzieję, że w razie uspokojenia nastrojów kurs powróci przynajmniej do wspomnianej formacji. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8650. Dla ruchu w górę oporem jest wczorajsze maksimum na 5,9400 a następnie psychologiczna bariera 6,0000.

Liczba bankructw spada. Poprawa w budownictwie, pogorszenie w transporcie. Raport nt. upadłości firm w Polsce w I półroczu 2015 roku.

Coface przygotował raport dotyczący bankructw firm polskich I półroczu br. W badanym okresie sądy wydały postanowienia o upadłości 382 polskich przedsiębiorstw. W pierwszej połowie br. zmniejszył się odsetek upadłości w celu likwidacji majątku (o 6 proc.), za to liczba postępowań upadłościowych z możliwością zawarcia układu pozostała na tym samym poziomie. Wyraźny wzrost liczby upadłości zanotowano w transporcie (+28 proc.). Wzrost liczby bankructw za całe półrocze nie jest już jednak tak spektakularny jak w I kwartale br. (wtedy było to +86 proc.). Nieco gorzej jest także w produkcji (+3 proc.). I półrocze br. przynosi znaczny wzrost (+38 proc.) liczby upadłości w woj. mazowieckim, co jest zmianą w stosunku do roku ubiegłego, gdzie w analogicznym okresie zanotowano spadek (-13 proc.).

Postanowienia upadłościowe w Polsce w I półroczach lat 2002-2015

rodzaj postępowania upadłościowego I-VI 2008 I-VI 2009 I-VI 2010 I-VI 2011 I-VI 2012 I-VI
2013
I-VI 2014 zmiana2015/14 I-VI 2015
Upadłości w celu likwidacji majątku 170 274 287 290 348 380 347 327
Upadłości z możliwością zawarcia układu 32 49 65 58 76 75 55 55
ogółem 202* 323* 352* 348* 424* 455* 402** – 5% 382**

* Stan wg wiedzy na koniec każdego roku.

** Stan wg wiedzy na koniec II kwartału. Statystyki wieloletnie pokazują, że ostateczna liczba upadłości w I półroczu będzie wyższa o około 10-15 przypadków.

Komentuje Marcin Siwa, dyrektor oceny ryzyka w Coface

Liczba upadłości w pierwszym półroczu tego roku spadła o 5 proc. w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego. To dobra wiadomość, po niezbyt obiecującym początku roku (wzrost liczby upadłości o 3 proc. w I kwartale 2015 r.). Statystyki upadłościowe odzwierciedlają bardzo dobre wyniki polskiej gospodarki. Wzrost PKB przyspiesza, ostatnio nawet do 3,6 proc. r/r w 2015 r., bezrobocie nadal spada, rozpędzać zaczyna się branża budowlana. Produkcja budowlano-montażowa rośnie, coraz więcej jest nowych inwestycji infrastrukturalnych. Perspektywy teoretycznie są bardzo dobre i można uwierzyć w kolejne lata szybkiego rozwoju. To, co jednak nie pozwala na optymizm, to sytuacja gospodarcza i polityczna w naszym sąsiedztwie. Dalsze losy Unii Europejskiej, a przede wszystkim stan jej gospodarki w perspektywie najbliższy lat, są mocno niepewne. Grecja jest na skraju bankructwa. Jej ewentualne wyjście ze strefy euro może mieć bardzo niebezpieczne skutki zarówno dla wzrostu gospodarczego Unii jak i jej przyszłości politycznej. Kursy walut są niepewne, co może wpłynąć zarówno na polską wymianę handlową jak i na sytuację przeciętnego Polaka. Obserwowane ostatnimi czasy wzrosty konsumpcji prywatnej wcale nie muszą trwać długo. Niepewność jest dominującym obecnie uczuciem na rynkach europejskich. Dalszy rozwój naszej gospodarki w ogromnym stopniu zależy od tego, jak uda się obecny kryzys rozwiązać. Nie należy również zapominać o ciągnącym się problemie na wschodzie Ukrainy i wynikających z tego tytułu zagrożeniach dla Polski. Nie popadajmy jednak w pesymizm. Polskie firmy radzą sobie dobrze, ich przeciętna płynność jest coraz lepsza, a ryzyko braku zapłaty obecnie mniejsze niż jeszcze przed rokiem. Coface prognozuje spadek liczby upadłości o około 7-8 proc. na koniec 2015 r.

Transport – wzrost liczby bankructw

Ograniczenia w handlu z Rosją i Ukrainą nadal dotykają branżę transportową. Wzrost liczby upadłości za całe półrocze nie jest już tak spektakularny jak w I kwartale br. (wtedy było to +86 proc.), jednak przewoźnicy nadal borykają się z mniejszą ilością zleceń, dużą konkurencją i malejącymi obrotami. Ceny paliw znów zaczęły rosnąć, co również nie sprzyja poprawie sytuacji w branży. Nadal nierozwiązana pozostaje kwestia stawek płaconych kierowcom poruszającym się po niemieckich drogach. Ryzyko wzrostu kosztów dla sektora wciąż istnieje. Podtrzymanie embarga na wybrane polskie produkty spożywcze ze strony Rosji również nie daje nadziei na szybkie odblokowanie kierunku wschodniego dla polskiej wymiany handlowej, a co za tym idzie, szanse na zwiększenie przewozów za wschodnią granicę są małe.

Przetwórstwo przemysłowe – nieznaczny wzrost liczy upadłości

Sytuacja w przemyśle jest stosunkowo stabilna, lecz nie widać tutaj poprawy, która odzwierciedlałaby ogólne wskaźniki makroekonomiczne. Po znaczącej poprawie, jaka miała miejsce w roku 2014, I półrocze bieżącego roku wskazuje minimalne pogorszenie statystyk, zwłaszcza w przetwórstwie metali, tworzyw sztucznych czy odzieży i wyrobów tekstylnych. Wyraźna presja na ceny i brak akceptacji podwyżek przez rynek wciąż sprawiają, że sytuacja w przetwórstwie metali, czy tworzyw sztucznych jest trudna. Poprawiające się wskaźniki konsumpcji prywatnej oraz wzrost inwestycji generują wyższe przychody i jednocześnie ograniczają ryzyko upadłości w produkcji artykułów spożywczych, papieru i wyrobów chemicznych, a także maszyn czy urządzeń. Ogólnie sytuację w sektorze produkcyjnym należy ocenić pozytywnie, choć zachowania płatnicze oraz ryzyko upadłości bardzo uzależnione są od rodzaju produkcji. Rosnący popyt wewnętrzny oraz eksport sprawiają, że sytuacja płynnościowa przedsiębiorstw jest jednak generalnie stabilna.

Handel – gorzej w handlu hurtowym, lepiej w detalicznym

Rosnące płace i konsumpcja wewnętrzna, a także comiesięczny wzrost sprzedaży detalicznej pozytywnie odbijają się na sytuacji płynnościowej firm handlowych, szczególnie detalicznych. Konsumenci chętniej kupują, sieci i sklepy detaliczne odnotowują wzrost przychodów, a płynność poprawia się. Instytucje finansowe chętniej wspomagają sprzedawców detalicznych nowymi środkami, a dostępność kapitału obniża ryzyko upadłości. Nieco gorzej wygląda sytuacja na rynku hurtowym – przede wszystkim ze względu na postępującą konsolidację. Łańcuch dostaw się skraca, coraz częściej producenci trafiają bezpośrednio do detalistów z pominięciem hurtowni, co wynika z coraz większej siły zakupowej detalistów (sprzedaż detaliczna konsoliduje się szybciej i jest już ważnym partnerem dla producentów). Deflacja i walka cenowa również nie ułatwiają życia hurtownikom, którym coraz trudniej jest wygenerować marże na poziomie wystarczającym do zachowania rentowności i wypłacalności.

Budownictwo – znaczna poprawa

Największym beneficjentem poprawy koniunktury jest budownictwo. Statystki upadłościowe potwierdzają znaczącą poprawę sytuacji w tym segmencie gospodarki. Poprawa jest szczególnie widoczna w drugim kwartale bieżącego roku. Pierwszy, tradycyjnie słaby w budownictwie, przyniósł jeszcze sporo upadłości (33 upadłości – wartość porównywalną z rokiem ubiegłym), jednak drugi był zdecydowanie lepszy i całe półrocze należy ocenić zdecydowanie na plus. Rosnący popyt na usługi budowlane, duża ilość inwestycji mieszkaniowych i komercyjnych, a także ruszająca stopniowo machina inwestycji infrastrukturalnych powodują, że nastrój w sektorze jest zdecydowanie lepszy niż w roku ubiegłym, a ilość pieniądza większa. Nie zmienia to faktu, że ryzyko płynnościowe w sektorze budowlanym nadal istnieje i dotyczy szczególnie mniejszych podmiotów, uzależnionych od terminowych płatności od generalnych wykonawców czy inwestorów. Branża nadal generuje dużo przeterminowanych zobowiązań i sytuacja zapewne szybko nie ulegnie zmianie.

I półrocze br. przynosi znaczny wzrost (+38 proc.) liczby upadłości w woj. mazowieckim, co jest zmianą w stosunku do roku ubiegłego, gdzie w analogicznym okresie zanotowano spadek (-13 proc.). Gorzej jest również w woj. świętokrzyskim (+43 proc.) oraz śląskim (+19 proc.). Znacznie mniej upadłości zanotowało natomiast woj. podlaskie (-60 proc.).

Generalnie liczba upadłości wśród poszczególnych form prawnych spadła. Wyjątkiem są tylko spółki z ograniczoną odpowiedzialnością tu nieznaczny wzrost (+1 proc.). Największą poprawę widać wśród spółdzielni (-22 proc.) oraz spółek akcyjnych i przedsiębiorców (po -15 proc.).

Upadłości a rok założenia firmy i zatrudnienie

Analizując wiek firm (Coface dysponuje danymi w 75 proc. przypadków) – spośród upadających przedsiębiorstw jedno z nich – Fabryka Urządzeń Mechanicznych PORĘBA Sp. z o.o. – ma ponad dwustuletnią tradycję (rok założenia firmy 1798). Firm, które zbankrutowały, a zostały utworzone przed 1989 r. było 27, a tych po 89’ r. aż 288.

Wśród bankrutów znalazło się jedno przedsiębiorstwo – Zakład Usług Gospodarczo-Socjalnych ANTEMA Sp. z o.o. – które zatrudniało ponad 2 tys. osób. 7 bankrutujących firm to zakłady, które zatrudniały powyżej 250 osób. Aż 187 przedsiębiorstw to bankruci z zatrudnieniem do 250 osób.

Prezentowane statystyki są przygotowywane przez ubezpieczyciela należności Coface od 1997 roku w oparciu o daty wydania postanowień sądów o ogłoszeniu upadłości, czyli faktyczne daty upadłości. Wyniki za I półrocze 2015 nie są ostateczne i należy się jeszcze spodziewać wzrostu o kilkanaście przypadków. Jednak dane sprzed roku, do których liczony jest ostatni wzrost procentowy r/r, pochodzą także z końca I półrocza, co zapewnia rzetelność porównań statystycznych. Dane historyczne, dotyczące lat 2002-2013, pokazują wyniki znane na koniec każdego roku.

Majowo-czerwcowa korekta okazją do wejścia na rynek akcji. Bezpieczeństwo w trakcie wakacji zapewnią fundusze obligacji lub rynku pieniężnego

CEO Magazyn Polska

Od połowy maja WIG20 stracił na wartości blisko 8 proc. Powodem, nie licząc ostatniego spadku związanego z Grecją, mogła być przedwakacyjna realizacja zysków. Dla osób z długim horyzontem inwestycyjnym ostatnia – niemal dwumiesięczna – korekta jest dobrą okazją do powrotu lub wejścia na rynek akcji. Obecne wyceny na polskiej giełdzie są bardziej atrakcyjne niż na Zachodzie. Alternatywą dla obawiających się ryzyka, którzy chcą dla swoich oszczędności znaleźć bezpieczną przystań na czas wakacji, są fundusze obligacji korporacyjnych oraz rynku pieniężnego.

–  Jak zwykle wszystko zależy od naszego horyzontu inwestycyjnego. Jeżeli jest krótki, to powinniśmy wybierać bezpieczne inwestycje, natomiast jeżeli mamy pieniądze do zainwestowania na dłużej, to możemy bardziej zaryzykować i ulokować większą część chociażby w akcjach czy nieruchomościach – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Lis, dyrektor biura aktywów akcyjnych BPH TFI.

Ekspert zwraca uwagę na silną korektę na rynkach akcji, która miała miejsce w ostatnich tygodniach zarówno w Polsce, jak i Europie Zachodniej. Choć część analityków tłumaczy ją napiętą sytuacją w Grecji, to jednak w opinii Jarosław Lisa jej przyczyną (nie licząc poniedziałkowych spadków) mogła być po prostu przedwakacyjna realizacja zysków. Od połowy maja indeks WIG20 stracił na wartości blisko 9 proc.

Dyrektor biura aktywów akcyjnych BPH TFI osobom szukającym bezpiecznych aktywów na wakacje poleca przede wszystkim fundusze rynku pieniężnego oraz obarczone nieco większym ryzykiem, ale oferujące wyższe zyski fundusze obligacji korporacyjnych. W opinii Lisa warto też teraz rozważyć powrót lub wejście w rynek akcji.

– Wyceny akcji, przynajmniej na rynku polskim, są niskie i atrakcyjne nawet w stosunku do Europy Zachodniej i myślę, że to jest dobry moment na pomyślenie o takiej inwestycji czy nawet zainwestowanie na polskim rynku akcji i oczekiwanie na pokaźne stopy zwrotu przynajmniej w horyzoncie kilku kwartałów – wyjaśnia przedstawiciel BPH TFI.

Ekspert w rozmowie z agencją Newseria Inwestor wskazuje na fundusze inwestycyjne wyspecjalizowane w małych i średnich spółkach. To właśnie te podmioty w dużo większym stopniu korzystają z poprawy koniunktury, a ich wyceny ciągle znajdują się na atrakcyjnych poziomach. Jarosław Lis przestrzega natomiast przed kupnem akcji spółek zachodnioeuropejskich.

– Oczekiwałbym jednak, że ten nasz region, czy rynek polski, czy akcje w Europie Środkowo-Wschodniej, będzie jednak lepszym wyborem od akcji z Europy Zachodniej z tego względu, że mamy de facto te same czynniki wpływające na koniunkturę, a wyceny są dzisiaj dużo niższe – tłumaczy dyrektor biura aktywów akcyjnych BPH TFI.

Lis tłumaczy, że wysoka stopa zwrotu wygenerowana w ostatnich miesiącach na rynkach Europy Zachodniej jest w dużej mierze spowodowana drukiem pieniądza przez Europejski Bank Centralny. Przykładowo francuski indeks CAC 40 znajduje się obecnie o ponad 7 wyżej niż w momencie ogłoszenia planu luzowania ilościowego w Europie w połowie stycznia bieżącego roku.

Wzrost ilości pieniądza jest również czynnikiem, który będzie ciągnął w górę polski rynek. Nastąpi to w momencie, kiedy uspokoi się sytuacja w Grecji.

– Myślę, że teraz wchodzimy w okres korzystny dla porównań historycznych i stopy zwrotu, które możemy obserwować za rok, dwa czy nawet trzy lata są na tyle atrakcyjne, że zachęcą inwestorów do zwiększenia zdecydowanie obecności na rynku akcyjnym, a to przełoży się na napływy do funduszy akcyjnych – ocenia Jarosław Lis.

Dane Analiz Online pokazują, że po pierwszym kwartale 2015 roku do funduszy inwestycyjnych napłynęło łącznie 5,5 miliarda złotych. Aż 1,5 miliarda przypada na fundusze akcyjne. Napływy środków do krajowych TFI były dodatnie w każdym z ostatnich 24 miesięcy.

Cloud Technologies planuje za rok obecność na głównym parkiecie GPW

0

CEO Magazyn Polska

Cloud Technologies chce przyspieszyć rozwój i wejść na nowe rynki. Na emisję akcji i inwestycje firma planuje przeznaczyć 10 mln zł. Emisję połączy z przejściem na rynek główny warszawskiej giełdy. Spółka chce wykorzystać rozwój nowych technologii związanych z pozyskiwaniem danych z urządzeń mobilnych oraz wzrostem segmentu gier na urządzenia mobilne. Nie kryje też zainteresowania ewentualnymi przejęciami innych firm branży.

Będę rekomendował walnemu zgromadzeniu przejście na rynek regulowany do końca czerwca przyszłego roku – mówi w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies. – Planujemy emisję około 10 mln zł, będą to środki przeznaczone na przyspieszenie po części naszego rozwoju organicznego lub ewentualne akwizycje w zakresie rozwiązań mobilnych – wskazuje.

Ubiegły rok był przełomowy dla Cloud Technologies. Firma osiągnęła przychody w wysokości 17,5 mln zł, czyli o ok. 40 proc. wyższe od oczekiwanych (12,5 mln zł), przy zysku netto 8 mln. Dla porównania w 2013 roku przychody przekroczyły 2,6 mln zł, a zysk netto 16,5 tys. zł. Dynamicznie rozwija się cały rynek reklamy internetowej w zakresie big data, firma szuka jednak nowych dróg rozwoju w oparciu o produkty i usługi przeznaczone na urządzenia mobilne.

Podstawą naszej działalności jest big data. To jest wspólny mianownik naszych produktów i usług. Natomiast wszystkie badania wskazują na to, że np. reklama internetowa w ciągu 2-3 lat będzie zdominowana przez rozwiązania mobilne, czyli przewaga urządzeń mobilnych będzie wyraźna. Dlatego już dziś inwestujemy właśnie w te technologie, które nie tylko są przyszłościowe, lecz także jeszcze w bardzo łatwy sposób dają nam dostęp do rynków globalnych – przekonuje Prajsnar.

Dla firmy ważnym obszarem jest cała Unia Europejska, ale ze względu na inwestycje w rozwiązania mobilne ważnym celem jest USA. Pod koniec 2014 roku został tam pozyskany zespół, który zajmuje się tworzeniem gier mobilnych. W kwietniu tego roku premierę miała Bouncing Ball, dotychczas pobrana przez ok. 5 mln użytkowników. Już wkrótce na rynku powinna się pojawić druga gra, a do końca roku firma planuje stworzyć łącznie nawet 10 gier mobilnych. Do połowy czerwca spółka stworzyła łącznie cztery gry mobilne.

Bankowość inwestycyjna dla średnich i mniejszych firm to priorytet Vestor Domu Maklerskiego. Broker chce też rozwijać usługi dla zamożnych klientów indywidualnych

CEO Magazyn Polska

Vestor Dom Maklerski chce utrzymać pozycję lidera usług bankowości inwestycyjnej dla małych i średnich firm. Reforma związana z OFE sprawiła, że wiele firm zaczęło poszukiwać płynności za granicą, dlatego przyszłością mniejszych przedsiębiorstw jest finansowanie poprzez giełdę. Dom maklerski zamierza się też skupić na rozwoju usług pośrednictwa inwestycyjnego dla zamożnych klientów, większy ma być również udział w transakcjach polskich inwestorów na zagranicznych giełdach. 

Jesteśmy jedną z wiodących firm na rynku finansowania i wsparcia rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, zarówno poprzez emisje akcji prywatne i publiczne, jak i emisje obligacji. To nisza, która tak naprawdę w finansowaniu polskich przedsiębiorstw wciąż nie jest wyeksplorowana w prawidłowy sposób. Duże firmy inwestycyjne koncentrują się na dużych transakcjach, małe firmy na małych, a pośrodku jest bardzo dużo miejsca, żebyśmy mogli się rozwijać – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jakub Bartkiewicz, prezes zarządu Vestor Dom Maklerski.

Klientami Vestora są firmy szukające pieniędzy z emisji obligacji, ale też te firmy, którym trudno pozyskać finansowanie bankowe. Przy emisji akcji dom maklerski zwraca uwagę na mniejsze, ale innowacyjne przedsiębiorstwa. W tym roku Vestor chce przeprowadzić ok. 5 IPO i 35 emisji obligacji na ok. 1 mld zł.

Rynek ten z racji reformy OFE ma ogromny potencjał wzrostowy. Wszystkie przedsiębiorstwa, które w Polsce finansowały się z dużych funduszy inwestycyjnych, dzisiaj są w lekkim odwrocie, natomiast małe i średnie przedsiębiorstwa, zarówno na giełdzie, jak i poza giełdą, to przyszłość naszego rynku – podkreśla Bartkiewicz.

Raport „Rynek kapitałowy jako narzędzie finansowania rozwoju polskich regionów” przygotowany przez firmę PwC wskazuje, że przez ostatnie 25 lat ponad tysiąc polskich przedsiębiorstw pozyskało finansowanie poprzez giełdę, emitując akcje lub obligacje. Rola rynku kapitałowego w najbliższych latach powinna jeszcze wzrosnąć, prezes Vestora liczy na kilkuletnią hossę.

Dom maklerski chce też skoncentrować się na usługach private brokerage, adresowanych do zamożniejszych klientów indywidualnych.

Przede wszystkim chodzi nam o osoby zamożne z Polski. Natomiast bardzo wiele osób, do których dotarliśmy i które zaczynają z nami współpracować, to osoby, które do tej pory korzystały z podobnych usług za granicą. Mamy nadzieję na istotny powrót dużej części tych pieniędzy do Polski – wskazuje prezes zarządu.

Vestor zakłada też zwiększenie udziału w transakcjach polskich inwestorów na giełdach zagranicznych. Po reformie OFE, ze względu na ograniczenie płynności towarzystwa funduszy inwestycyjnych coraz częściej uciekają za granicę. W tym roku OFE zwiększyły swoje zaangażowanie na giełdach zagranicznych do rekordowego poziomu ponad 9 mld zł. Dla porównania, w styczniu 2014 roku było to 5 mld.

Zarządzający TFI i OFE od 2 lat aktywnie kupują akcję za granicą. To większe, płynniejsze rynki, lepszy pricing firm i lepsze możliwości zarządzania płynnością funduszy i powierzonych środków. Widzimy bardzo duży flow transakcji tego typu z Polski za granicą i uważamy, że jeśli chodzi o polskich inwestorów instytucjonalnych, to jest to dopiero początek. Przed nami kilka lat tego typu operacji – zaznacza Jakub Bartkiewicz.

Od lipca zmiany w procesach karnych. Zebranie dowodów będzie obowiązkiem stron postępowania, a nie sądu

0

CEO Magazyn Polska

1 lipca wchodzi w życie reforma zmieniająca prowadzenie procesu karnego. Obowiązek gromadzenia dowodów będzie spoczywał wyłącznie na stronach, a sąd będzie pełnił raczej funkcję obserwatora i arbitra. Nowe prawo daje też więcej możliwości porozumienia między stronami. W szybkich trybach ma kończyć się 80 proc. spraw, które wpływają do sądów.

Nowelizacja procesu karnego stawia przed przedsiębiorcami nowe wyzwania, jeżeli zechcą dochodzić swoich roszczeń w postępowaniu karnym. Przede wszystkim proces idzie w kierunku kontradyktoryjności, czyli zwiększenia aktywności stron w postępowaniu. Teraz przedsiębiorcy, którzy chcą dochodzić swoich praw w procesie, będą musieli sami przedstawiać dowody, zbierać i przedkładać je przed sądem – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Matusiak, adwokat z Kancelarii Bird & Bird, szef praktyki prawa karnego gospodarczego.

Po zmianach w kodeksie obowiązek przedstawienia dowodów będzie spoczywał wyłącznie na stronach. To model znany choćby ze Stanów Zjednoczonych. Sąd, który dotychczas zbierał dowody, teraz będzie pełnił wyłącznie funkcję arbitra. Co więcej, dowody będzie można przedstawić w określonym terminie, w apelacji i sądzie drugiej instancji będzie można skorzystać z dowodów przedstawionych do zakończenia rozprawy w pierwszej instancji.

Kolejna trudność jest taka, że już na etapie postępowania apelacyjnego sąd odwoławczy będzie rozpoznawał sprawę tylko w granicach zarzutów. To z kolei oznacza w praktyce konieczność korzystania z profesjonalnego pełnomocnika, który te zarzuty w prawidłowy sposób sformułuje. Ten obowiązek będzie dotyczył każdej strony. Czyli jeżeli ktoś będzie działał sam, to sam będzie musiał sformułować te zarzuty w taki sposób, ażeby w ich granicach sąd apelacyjny mógł rozpoznać sprawę – wyjaśnia adwokat.

W nowych przepisach nie będzie już powództwa adhezyjnego, czyli możliwości dochodzenia roszczeń cywilnych w procesie karnym. Taka możliwość była korzystna np. dla firm, które zostały oszukane.

Mogły one złożyć powództwo adhezyjne w procesie cywilnym. Nie trzeba było ponosić kosztów postępowania w procesie cywilnym, tylko dochodzić roszczeń w procesie karnym. Ta możliwość znika, natomiast rozszerzone zostają uprawnienia pokrzywdzonego w zakresie dochodzenia roszczeń wnioskiem o naprawienie szkody – podkreśla Arkadiusz Matusiak.

Wniosek będzie można złożyć do zakończenia rozprawy (obecnie do zakończenia pierwszego przesłuchania). Dzięki zmianom w kodeksie większą wagę zyskują natomiast środki kompensacyjne. Zdaniem Matusiaka przedsiębiorcy zyskają przede wszystkim na sprawiedliwości naprawczej w procesie, gdzie istotne będzie nie tylko ukaranie sprawcy, lecz także naprawienie szkody.

Jeśli przy przestępstwach przeciwko mieniu zagrożonych karą do 5 lat pozbawienia wolności dojdzie do pojednania pomiędzy pokrzywdzonym a sprawcą i do naprawienia szkody, to wówczas taki przedsiębiorca będzie mógł złożyć wniosek o umorzenie postępowania. Dochodzimy do modelu, w którym przedsiębiorca odzyska wszystko, co stracił na skutek przestępstwa, a sprawca będzie mógł uniknąć kary, czyli obie strony będą miały z tego korzyść w postępowaniu – tłumaczy adwokat.

Rozszerzony zostaje też zakres konsensualnego rozstrzygnięcia postępowań, gdzie dochodzi do ugody z prokuratorem i dobrowolnego poddania się karze. Zmiany mają na celu zwiększenie efektywności postępowania przy zachowaniu gwarancji procesowych oskarżonego i pokrzywdzonego. To rozwiązanie korzystne dla pokrzywdzonych, ponieważ będą mogli uzależnić wydanie zgody na daną karę od naprawienia zadanej mu szkody. Do tej pory ich stanowisko nie było brane pod uwagę.

Dzisiaj w sposób konsensualny kończy się nie więcej niż połowa spraw, które są w sądzie. Po nowelizacji założenie jest takie, że 80 proc. spraw będzie się kończyć poprzez porozumienie pomiędzy pokrzywdzonym i prokuratorem a oskarżonym, a tylko 20 proc. to będą faktyczne procesy, które będą się toczyć przed sądem – mówi Matusiak.

Dzięki nowelizacji nowy kształt zyskają też przepisy dotyczące postępowania odwoławczego. Zmieniony będzie skład w sądach odwoławczych – dla większości spraw zamiast kilkuosobowych składów będzie jednoosobowy skład. Procesy powinny też przebiegać szybciej, poszerzona zostanie możliwość orzekania reformatoryjnego, czyli zmianie orzeczenia sądu I instancji przez sąd II instancji poprzez rozstrzygnięcie istoty sprawy. Dotychczas w sądach apelacyjnych dominowała kasacja, odsyłanie spraw do ponownego rozpatrzenia przez sąd I instancji.

Nowelizacja ma spowodować, żeby sąd wydawał końcowy wyrok: albo skazywał, albo uniewinniał, a żeby wyroki uchylające stanowiły jak najmniejszą część orzeczeń sądów odwoławczych. To powinno przyspieszyć dochodzenie roszczeń w procesie karnym, a często dochodzenie roszczeń w procesie cywilnym uzależnione jest od ustalenia winy w procesie karnym. I to powinno skrócić postępowanie – podkreśla Arkadiusz Matusiak.

Centralny system wymiany informacji przyspieszy proces zmiany sprzedawcy energii

CEO Magazyn Polska

Powstaje centralny system wymiany informacji między operatorami systemów dystrybucyjnych (OSD) a spółkami obrotu energią elektryczną. Ma on m.in. przyspieszyć proces zmiany sprzedawcy energii elektrycznej przez odbiorców, którzy skorzystają z tego prawa. W systemie następują również inne drobne, ale ważne zmiany – m.in. wdrażany jest automatyczny odczyt zużytej energii.

Aby usprawnić zarówno odbiorcom zmianę sprzedawcy energii, jak i spółkom obrotu przyspieszenie tej zmiany i przekazywanie pełnej informacji pomiarowej, tworzymy obecnie centralny system wymiany informacji. Poprzez ten system dane ze wszystkich punktów pomiarowych będą przekazywane do spółek obrotu energią elektryczną – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Tabiś, dyrektor biura Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Jak tłumaczy Wojciech Tabiś, obecnie wymiana informacji między operatorami a spółkami obrotu, czyli sprzedawcami energii elektrycznej, następuje w formie papierowej poprzez 5 różnych platform. Do tego klienci decydują się na zmianę najczęściej pod koniec roku, co powoduje spiętrzenie liczby spraw w tym okresie i wydłuża czas ich przetwarzania. System informatyczny, który tworzy pięciu OSD zrzeszonych w PTPiREE, ma być oparty na europejskich standardach (zgodny z systemem ebIX) i m.in. przyspieszy proces zmiany sprzedawcy.

Na rynku trwa też proces wdrażania inteligentnych liczników zużycia energii elektrycznej. Takie urządzenia umożliwiają przesyłanie danych o zużytej energii do spółek dystrybutorskich, co również usprawnia proces wystawiania rachunków.

Każdy odbiorca chciałby być właściwie rozliczany za zużytą energię elektryczną. Chcielibyśmy również płacić należności adekwatnie do poziomu zużycia – zaznacza Wojciech Tabiś.

Przy licznikach starego typu klienci indywidualni są rozliczani na podstawie prognoz zużycia energii, a faktyczny odczyt odbywa się zwykle raz na pół roku. Jedynie odbiorcy przemysłowi mogą liczyć na odczyt na bieżąco.

Wojciech Tabiś zwraca uwagę na to, że zmiany następują także pod względem fakturowania za zużycie i dystrybucję energii elektrycznej. Po rozdzieleniu tych dwóch segmentów (obrót jest zliberalizowany, dystrybucja regulowana) odbiorcy mogą otrzymywać jedną lub dwie faktury. Zmiany w administracji i prawie regulującym płatności nadążają za liberalizacją przepisów dotyczących sprzedaży energii elektrycznej – podkreśla dyrektor biura PTPiREE.

Staramy się ułatwić naszym odbiorcom korzystanie z usług spółek dystrybucyjnych, a także korzystanie z możliwości wyboru sprzedawcy energii elektrycznej, tak aby ta część spraw administracyjnych, spraw umownych, spraw faktur była zintegrowana. Dlatego oferujemy, zgodnie zresztą z uzgodnieniami Urzędu Regulacji Energetyki, tzw. umowy kompleksowe – mówi Wojciech Tabiś.

Zgodnie z umową kompleksową faktura jest wystawiana przez spółki obrotu energią elektryczną, czyli sprzedawców energii. To oni biorą na siebie odpowiedzialność za ściągnięcie opłat od klientów i przekazanie odpowiedniej części firmom dystrybuującym energię.

Taki model wymaga jednak zabezpieczeń, które chronią interesy firm dystrybucyjnych.

Ponieważ jest bardzo dużo spółek obrotu o różnym statusie finansowym dążymy do tego, żeby te należności dla spółek sieciowych [dystrybucyjnych – red.] były w jakiś sposób zabezpieczone. Gwarancje są taką formą zabezpieczenia – wyjaśnia Wojciech Tabiś.

W lipcu rusza kolejna runda negocjacji TTIP. Europejsko-amerykańska umowa o wolnym handlu ma ożywić gospodarkę na obu kontynentach

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w lipcu odbędzie się dziesiąta runda negocjacji TTIP. Mają one doprowadzić do zawarcia umowy o wolnym handlu pomiędzy Unia Europejską a Stanami Zjednoczonymi, co ma zwiększyć liczbę miejsc pracy, także w Polsce. Powinno też spowodować spadek cen energii i surowców energetycznych w Europie i zmniejszyć uzależnienie kontynentu od dostaw z Rosji.

Umowa pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi o Transatlantyckim Partnerstwie na rzecz Handlu i Inwestycji może zostać podpisana, jak prognozują eksperci, za jakieś dwa lata. Negocjacje toczą się od 2013 roku i kolejna, dziesiąta już, runda rozmów odbędzie się w lipcu.  

Chcemy dobrej umowy dla Europy, która przyczyni się do wzrostu zatrudnienia i wzrostu gospodarczego w całej Europie mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Talko z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej, koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP. – 31 mln ludzi w Europie jest zatrudnionych w handlu, z czego 2 mln w samej Polsce. Im więcej eksportujemy z Europy, tym więcej takich miejsc pracy się tworzy. Umowa o wolnym handlu z Ameryką spowoduje zwiększenie tego eksportu, co  mamy nadzieję, automatycznie spowoduje zwiększenie zatrudnienia.

Wśród pozytywnych skutków umowy wymienia się zniesienie barier we wzajemnym handlu, także tych biurokratycznych, związanych z koniecznością uzyskiwania różnego rodzaju certyfikatów i zgód na sprzedaż swych wyrobów za oceanem. W praktyce oznacza to, że na rynek amerykański będą mogły wejść także mniejsze firmy, których dotąd nie było stać na podobną inwestycję.

– Jest taka firma pod Wrocławiem, która produkuje bardzo specjalistyczne, nowoczesne narzędzia, np. do chirurgii kolana przytacza przykład Wojciech Talko. – I oni nie mogą eksportować swoich rzeczy do Stanów Zjednoczonych, ponieważ certyfikacja tych urządzeń jest zbyt droga dla tej małej firmy, nie stać jej na coś takiego. Natomiast w TTIP mamy za zadanie uprościć takie rzeczy, te wszystkie biurokratyczne wymagania, co spowoduje, że ta firma będzie mogła sprzedawać więcej i konsekwencją tego będzie też zwiększenie zatrudnienia.

Zniesienie barier, ceł oraz przepisów ochronnych to atuty negocjowanego traktatu. Jego przeciwnicy zwracają jednak uwagę na to, że amerykańska gospodarka jest w znacznie lepszej sytuacji niż europejska. Liberalne prawo pracy oznacza, że koszty firm są niższe, a mniej restrykcyjne przepisy dotyczące ochrony środowiska i bogate złoża surowców łupkowych pozwalają na znacząco tańszą produkcję energii. W rezultacie amerykańska żywność czy choćby wyroby chemiczne są dużo tańsze ode unijnych.

 Oczywiście zdajemy sobie sprawę z wrażliwych elementów polskiej czy europejskiej gospodarki zastrzega koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej. – Tu chodzi o rolnictwo, w Polsce dość głośno chemia mówi o swoich problemach czy wątpliwościach. Największe zastrzeżenia w przypadku firm z Polski pojawiają się przy cenach energii, ponieważ w Ameryce dzięki rewolucji łupkowej ceny energii są dużo niższe.

Dlatego jednym z europejskich warunków w negocjacjach jest zniesienie amerykańskich ograniczeń w eksporcie surowców energetycznych.

Chcemy znieść restrykcje eksportowe, które mają Amerykanie, ponieważ bardzo trudno kupić od nich ropę czy gaz podkreśla Wojciech Talko z Dyrekcji Generalnej ds. Handlu, Komisji Europejskiej. Chcemy znieść w umowie handlowej te restrykcje, co by spowodowało pewne wyrównanie czy obniżenie cen gazu, a także zwiększyło nasze bezpieczeństwo w Polsce, bo nie mielibyśmy dostaw tylko od partnera ze Wschodu, lecz także z Zachodu.

Ograniczenie stosowania przez rolników środków ochrony roślin spowodowałoby spadek dochodów w UE o miliardy euro

CEO Magazyn Polska

Cały cykl produkcji środków ochrony roślin – od wprowadzenie na rynek, rejestracji, aż po ich stosowanie – podlega rygorystycznym regulacjom prawnym. Wszystko po to, by zagwarantować, że produkowana żywność jest bezpieczna. Jednym z przykładów bezpośredniego wpływu regulacji na produkcję rolną jest wprowadzony przez Komisję Europejską dwa lata temu zakaz zaprawiania nasion rzepaku substancjami z grupy neonikotynoidów. W Polsce spadek produkcji rzepaku może wynieść nawet 10 proc., a w całej UE – 7 proc. Szacuje się, że w razie dalszych ograniczeń stosowania różnego typu środków plony i zbiory mogą być niższe o kilkadziesiąt proc., a łączne dochody w UE spadną o miliardy euro.

Jak informuje Polskie Stowarzyszenie Ochrony Roślin, dzięki stosowaniu środków ochrony roślin rolnicy mogą zwiększać produkcję i dbać o bezpieczeństwo żywności, zaś bezpieczeństwo stosowania środków ochrony roślin gwarantują liczne regulacje prawne. Branża środków ochrony roślin należy do jednej z najbardziej regulowanych w Polsce i Unii Europejskiej. Regulacje prawne obejmują cały cykl produkcji środka  od rejestracji w celu dopuszczenia do sprzedaży, aż po ustalenie dopuszczalnych poziomów pozostałości środków ochrony roślin w żywności.

– Nie tylko rejestracja, lecz także stosowanie środków ochrony roślin jest regulowane przez prawo – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Tuleja, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin. – Każdy rolnik, czyli profesjonalny użytkownik, który produkuje żywność, ma obowiązek ukończenia szkolenia chemizacyjnego.

Podczas takiego szkolenia producent rolny dowiaduje się, jak odpowiedzialnie i bezpiecznie stosować środki ochrony roślin, jak przygotować sprzęt, aby zabiegi przebiegły właściwie i były bezpieczne dla niego samego, osób postronnych i środowiska naturalnego. Zdobywa także wiedzę na temat odpowiedniej ochrony osobistej. Szkolenie ma jednak określony okres ważności, musi być powtarzane co pięć lat.

Wiąże się to z tym, że technologia idzie naprzód i co trochę pojawiają się nowe środki ochrony roślin – tłumaczy Anna Tuleja. – Ustawodawca dba o to, żeby rolnik na bieżąco dowiadywał się, jak stosować tego rodzaju produkty.

PSOR prowadzi liczne projekty edukacyjno-informacyjne, skierowane między innymi do trenerów i użytkowników środków ochrony roślin. Flagowym działaniem jest szerzenie wiedzy na temat odpowiedniej ochrony operatora przed zabiegami agrochemicznymi  i w trakcie ich wykonywania. Od ponad 11 lat stowarzyszenie koordynuje także ogólnopolską zbiórkę opakowań połączoną z edukacją użytkowników i sprzedawców ŚOR.

Rolnik stosujący środki ochrony roślin musi się także liczyć z kontrolą – podkreśla Anna Tuleja. – W każdej chwili do gospodarstwa może przyjść inspektor i poprosić o zeszyt ewidencji zabiegów agrochemicznych, w którym musi być wpisany każdy zabieg z użyciem środków ochrony roślin.

Środki ochrony roślin (fitofarmaceutyki) to produkty przeznaczone do ochrony roślin uprawnych przed grzybami (fungicydy), szkodnikami (insektycydy) i chwastami (herbicydy). Dzięki nim rośliny uprawne i ich plony będą zdrowe. Stosowane są w rolnictwie, ogrodnictwie (zarówno profesjonalnym, jak i amatorskim), na obszarach miejskich (poza strefami wyłączonymi), a także w leśnictwie. Wokół tego rodzaju produktów ostatnimi laty narosło wiele mitów.

Stowarzyszenie stara się wspierać tych, którzy stosują środki ochrony roślin, prowadząc rozmaite kampanie informacyjne – informuje Tuleja. – Tym bardziej że system prawny kształtowany jest obecnie na poziomie unijnym, a decyzje, które zapadają , często są motywowane przez najróżniejsze głosy społeczne. Decydenci nie zawsze dobrze rozumieją, w jaki sposób projekt decyzji lub aktu prawnego przełoży się na produkcję roślinną.

Przykładem jest ograniczenie stosowania m.in. w uprawach rzepaku zapraw nasiennych z grupy neonikotynoidów, wprowadzone przez Komisję Europejską w 2013 roku.  Powodem były obawy, że środki ochrony roślin, którymi zaprawiane były nasiona, mają negatywny wpływ na zdrowie pszczół. Raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności wskazywał wprawdzie, że niewłaściwie używanie środków z tej grupy może być zagrożeniem dla pszczół, ale nie rekomendował wprowadzenia ograniczeń. Dane opublikowane przez europejską organizację zrzeszającą rolnicze związki zawodowe i organizacje spółdzielcze (Copa-Cogeca) mówią o 7-proc. spadku unijnej produkcji rzepaku. Analitycy Sparks’a przewidują ponad 10-proc. spadek zbiorów w Polsce. Obie organizacje przyczyny poszukują w zakazie stosowania zapraw nasiennych z grupy neonikotynoidów

Jak wynika z danych ECPA (European Crop Protection Association), w branży środków ochrony roślin na terenie Unii Europejskiej pracuje 20 tys. osób, nie licząc tych zatrudnionych przy dystrybucji i obsłudze.

Gdyby ograniczyć ochronę roślin uprawnych spadek plonów pszenicy i innych zbóż wyniósłby około 40 proc., nasion oleistych (w tym rzepaku) – 50 proc., warzyw i owoców – ponad 30 proc. Szacuje się, że łączne dochody w Unii Europejskiej spadłyby o miliardy euro. 

Coraz więcej miejsc pracy u producentów części samochodowych. W przyszłym roku wzrośnie zatrudnienie przy produkcji aut

CEO Magazyn Polska

Wraz z rosnącymi zamówieniami na części i akcesoria samochodowe producenci dynamicznie zwiększają zatrudnienie. W produkcji aut wzrosty są niewielkie, ale przyspieszenia można się spodziewać na początku przyszłego roku ze względu na planowane na przyszły rok uruchomienie fabryki Volkswagena we Wrześni. Znalezienie dobrych pracowników może być coraz trudniejsze.

Z szacunków firmy AutomotiveSuppliers.pl wynika, że w tym roku w Polsce zostanie wyprodukowanych ponad 630 tys. samochodów, o ok. 54 tys. więcej niż w 2014 roku. To będzie drugi rok z rzędu z odnotowanym wzrostem produkcji. Dobra sytuacja w produkcji wpływa na lepsze wyniki sprzedaży, również zagranicznej, oraz na zwiększanie zatrudnienia. U producentów pojazdów (grupa PKD 29.10) jest on jednak nieznaczny – w I kwartale przeciętne zatrudnienie wyniosło 30 tys. osób, o 0,2 tys. więcej niż przed rokiem.

Zatrudnienie u producentów pojazdów jest raczej na stałym poziomie i wzrosty na razie są dosyć niskie. Zakładamy, że będą zdecydowanie wyższe, ale na początku przyszłego roku, kiedy w fabryce we Wrześni ruszy najważniejszy proces rekrutacyjny związany z pracownikami produkcyjnymi – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Rafał Orłowski z AutomotiveSuppliers.pl.

W zakładach dużych i średnich grupy PKD 29 (pojazdy, przyczepy i naczepy) po I kwartale br. przeciętne zatrudnienie wynosiło 164,3 tys. zatrudnionych, o 6,3 tys. więcej niż rok wcześniej.

Najwięcej nowych miejsc pracy tworzą producenci części i akcesoriów (PKD 29.30) W ciągu 12 miesięcy przeciętne zatrudnienie wzrosło o 5,3 tys. osób do poziomu 126,1 tys.

To efekt ogólnej sytuacji na rynku europejskim. Od blisko 20 miesięcy rośnie wreszcie sprzedaż nowych samochodów, a wiele firm z Polski współpracuje z fabrykami w innych krajach. Im lepiej sprzedają się samochody produkowane w Europie, im szybciej rośnie produkcja samochodów w Niemczech, a więc na największym rynku motoryzacyjnym w Europie, tym kondycja polskich dostawców jest lepsza, co przekłada się zarówno na większe obroty, jak i na wzrost zatrudnienia – wyjaśnia Rafał Orłowski.

Na koniec I kwartału w przemyśle motoryzacyjnym w Polsce zatrudnionych mogło być blisko 270 tys. osób, wliczając w to również osoby zatrudnione przez agencje pracy czy przedsiębiorstwa zaliczane do innych grup niż PKD 29.

Prognozy na kolejne miesiące są bardzo dobre. AutomotiveSuppliers.pl przypomina, że kolejni producenci dostali zezwolenia na inwestycje (np. CSF Poland, Gestamp, Wirthwein Polska), co oznacza dalsze zwiększanie zatrudnienia.

Zakładamy, że poprawi się produkcja samochodów, choć pojawią się też pewnego rodzaju problemy, bo wiele firm motoryzacyjnych i producentów części informuje, że sytuacja na rynku pracy jest coraz trudniejsza, mówię tu oczywiście o poszukiwaniu nowych pracowników – mówi Orłowski.

Według danych AutomotiveSuppliers.pl w marcu br. eksport przemysłu motoryzacyjnego z Polski osiągnął rekordową wartość ponad 1,97 mld euro. To o 16,83 proc. więcej niż przed rokiem. W pierwszych trzech miesiącach tego roku eksport wyniósł ponad 5,35 mld euro i był o 14,04 proc. wyższy niż przed rokiem. W marcu br. również eksport części i akcesoriów osiągnął najwyższą w historii wartość – 809,36 mln euro, czyli o 14,57 proc. więcej niż przed rokiem. Natomiast wartość eksportu części i akcesoriów w I kwartale wyniosła 2,22 mld euro (o 10,76 proc. więcej niż przed rokiem).

Konkurencyjność Polski może się poprawić dzięki większym wydatkom na badania i rozwój, a nie niskim kosztom pracy

CEO Magazyn Polska

Doświadczenia bardziej rozwiniętych państw pokazują, że innowacje i technologie, a nie niskie koszty pracy w dłuższej perspektywie dają przewagi konkurencyjne. Pod względem innowacji Polska jest w ogonie Europy – wydatki na badania i rozwój wynoszą zaledwie 0,9 proc. PKB. Kraje skandynawskie wydają na ten cel ponad 3 proc. Przykładem dla Polski może być Szwecja, gdzie innowacje i badania są traktowane priorytetowo, również przez sektor publiczny.

Szwecja pokonała drogę od jednego z biedniejszych krajów Europy do jednej z najsilniejszych gospodarek na świecie. Jednym z czynników, który przyczynił się do sukcesu tego kraju, była duża otwartość w handlu, na imigrację i zagraniczne wpływy. To właśnie klucz do sukcesu w zglobalizowanym świecie – podkreśla Jakob Hellman, dyrektor ds. polityki innowacji w Vinnova, szwedzkiej agencji rządowej promującej innowację.

Pod względem innowacji na tle Europy wypadamy bardzo słabo – według Komisji Europejskiej zajmujemy 25. miejsce w UE. W Globalnym Rankingu Innowacyjności przygotowanym przez Cornell University, INSEAD i WIPO jesteśmy na 45. pozycji, a oprócz światowych potęg wyprzedzają nas takie kraje, jak Barbados. Potrzebne są zmiany, choć jak podkreśla ekspert, nie ma jednej magicznej recepty. Kluczem nie mogą być na pewno niskie koszty pracy. A te w Polsce wynoszą ok. 30 proc. kosztów zachodniej Europy. W 2014 roku było to 32 zł za godzinę przy średniej europejskiej 110 zł. W Szwecji to 140 zł, a w otwierającej ranking Norwegii – 203 zł (dane Eurostatu).

W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie w Szwecji, że nie będziemy konkurować w tej kategorii, bo to droga na dno. Zamiast tego chcemy rywalizować w dziedzinie kompetencji, technologii, bo to droga na szczyt. Trzeba znaleźć konsensus polityczny wokół przyszłości dla Polski. Nie będziecie w stanie konkurować niskimi kosztami na dłuższą metę – przekonuje Hellman.

W Polsce wydatki na badania i rozwój nie były dotychczas priorytetem. Brakuje też współpracy między światem nauki a biznesu, a to na pewno pomogłoby skomercjalizować wynalazki. Problemem jest finansowanie wydatków na B+R przez prywatne przedsiębiorstwa – w Szwecji stanowią one 70 proc. ogółu nakładów, w Polsce to niewiele ponad 40 proc.

Dopóki na badania i rozwój Polska nie będzie przeznaczać więcej środków, trudno będzie dogonić Zachód. Choć w ciągu 10 lat wydatki na innowacje się podwoiły, to jesteśmy w dziesiątce tych krajów europejskich, których wydatki na B+R są nadal poniżej 1 proc. PKB (0,87 proc. w 2013 roku). Najwięcej wydaje się w krajach skandynawskich – Finlandia i Szwecja przeznaczają na ten cel 3,2 proc. PKB.

W Szwecji mamy agencje wspierające i współfinansujące projekty, których celem jest rozwinięcie innowacji. To element stymulujący prywatne inwestycje w badania i rozwój – tłumaczy ekspert. – Mamy też tradycję partnerstw publiczno-prywatnych. Globalizacja badań i rozwoju powoduje, że szwedzkie firmy inwestują w innych krajach, nie tylko u siebie. W organizacjach działy badań i rozwoju są mniej rozbudowane, ale za to bardziej skłonne do współpracy, łączą siły w sferze prywatnej i publicznej – podkreśla.

Hellman przypomina, że jeszcze kilka lat temu innowacje w Szwecji były domeną branży inżynieryjnej i politechnik, a największe sukcesy odnosiły duże firmy, jak Volvo czy Ericsson. Obecnie do długoterminowych inwestycji zachęcane są też mniejsze przedsiębiorstwa. Innowacje stają się również istotne dla administracji publicznej.

Administracja powinna być innowacyjna, a sektor publiczny ma duże możliwości, by napędzać innowacje w sektorze prywatnym – mówi Hellman.

Polska przyciągnęła ponad 114 mld złotych niemieckich inwestycji

W ocenie inwestorów niemieckich, Polska po raz trzeci z rzędu jest na pierwszym miejscu pod względem atrakcyjności inwestycyjnej wśród 16 krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ponad 6 tys. firm z udziałem kapitału niemieckiego prowadzi w Polsce swoją działalność, zatrudniając około 300 tys. osób. Zaangażowanie kapitałowe niemieckich przedsiębiorstw jest szczególnie widoczne w przetwórstwie przemysłowym, m.in. w branży motoryzacyjnej oraz chemicznej. Niemcy to także największy dostawca towarów do Polski i główny odbiorca polskiego eksportu.

Polska pierwsza w regionie

W 10. edycji badania atrakcyjności inwestycyjnej krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przeprowadzonym przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) i 15 innych niemieckich izb bilateralnych w regionie, wśród ponad 1400 inwestorów niemieckich, Polska utrzymała pierwsze miejsce w rankingu. Obroniła przy tym po raz trzeci pozycję lidera, zdobytą w 2013 r. W tegorocznym badaniu, na 6 możliwych do uzyskania punktów Polska uzyskała 4,16 pkt. (w ub. r. 4,09 pkt), Czechy – 4,00 pkt, a Estonia – 3,89 pkt. Na kolejnych pozycjach znalazły się: Słowacja, Słowenia, Łotwa i Litwa. Z badania wynika, że 86% firm z kapitałem niemieckim, które zainwestowały w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, potwierdziło podjętą w przeszłości decyzję o lokalizacji inwestycji. Największy odsetek odpowiedzi pozytywnych na pytanie: „Czy zainwestowaliby Państwo ponownie w kraju lokalizacji firmy?” odnotowano wśród inwestorów zagranicznych w Polsce i Estonii (94%), na Litwie (93%) oraz w Czechach (92%).

Kadry vs. skomplikowany system podatkowy

Inwestorzy niemieccy ocenili atrakcyjność inwestycyjną krajów Europy Środkowo-Wschodniej w oparciu o 21 czynników. Najwyżej punktowane czynniki – zarówno w przypadku całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, jak i inwestorów działających tylko w Polsce – to: członkostwo danego kraju w Unii Europejskiej, zalety pracowników (kwalifikacje, zaangażowanie i produktywność), a także jakość kształcenia akademickiego. Najgorsze oceny dla regionu dotyczą: braku przejrzystości w procesie przetargów publicznych, niskiej przewidywalności polityki gospodarczej i nieefektywnej walki z przestępczością i korupcją. Wyniki badania regionalnego w niewielkim stopniu pokrywają się z ocenami dla Polski. W 2015 roku największą krytykę inwestorów niemieckich w Polsce wywołały natomiast skomplikowany system podatkowy i działanie instytucji podatkowych oraz nieefektywność działania administracji publicznej.

Co warte podkreślenia, w ocenie ankietowanych przedsiębiorstw – na tle regionu Europy Środkowo-Wschodniej pozytywnie wyróżnia się kondycja polskiej gospodarki. 42% respondentów ocenia sytuację gospodarczą w Polsce jako dobrą, a 52% jako satysfakcjonującą, a więc łącznie 94% jest z niej zadowolonych. Średnia ocen dobrych i satysfakcjonujących dla 16 krajów regionu objętych badaniem to 65%.

– mówi Michael Kern, dyrektor generalny, członek zarządu Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (AHK Polska).

Wartość skumulowanych bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce na koniec 2013 roku sięgnęła 114 mld złotych

Niemcy są w Polsce największym inwestorem zagranicznym. Do końca 2013 roku wartość bezpośrednich inwestycji w Polsce stanowiła aż 17% łącznej wartości inwestycji zagranicznych w naszym kraju. Dotychczas niemieckie podmioty najwięcej zainwestowały w Polsce w branży przetwórstwa przemysłowego (31% niemieckich inwestycji ogółem), m.in. w motoryzacji i branży chemicznej. Na kolejnych pozycjach pod względem wielkości inwestycji plasują się: działalność finansowa i ubezpieczeniowa (26%) oraz handel hurtowy i detaliczny (15%).

Struktura bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce (stan na koniec 2013 roku)

Struktura bezpośrednich inwestycji niemieckich w Polsce (stan na koniec 2013 roku)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Firmy niemieckie zatrudniają w Polsce ponad 300 tys. pracowników

W 2013 roku w Polsce prowadziło działalność 6 230 firm z udziałem kapitału niemieckiego. Blisko cztery na dziesięć przedsiębiorstw stanowiły podmioty zatrudniające 10 i więcej pracowników.

Liczba podmiotów z kapitałem niemieckim w Polsce stale rośnie. Wśród działających w Polsce firm z udziałem kapitału zagranicznego zdecydowanie najwięcej jest właśnie przedsiębiorstw niemieckich. Okazuje się, że podmiotów niemieckich jest w Polsce 2,5 razy więcej niż firm z kapitałem holenderskim i blisko 5 razy więcej niż firm z kapitałem francuskim. Warto dodać, że firmy niemieckie są w Polsce najważniejszym zagranicznym pracodawcą i według naszych szacunków zatrudniają w Polsce już ok. 300 tys. osób
– mówi mówi Janusz Charytonowicz, partner w dziale audytu ogólnego w KPMG w Polsce.

Liczba firm z udziałem kapitału zagranicznego prowadzących działalność w Polsce (2013)

Liczba firm z udziałem kapitału zagranicznego prowadzących działalność w Polsce (2013)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Niemcy są największym dostawcą towarów do Polski i największym importerem polskich produktów

Według wstępnych danych GUS w 2014 roku wartość importu towarów z Niemiec wyniosła 152 mld zł. Jest to więcej niż łączna wartość importu z Chin i Rosji, które zajmują drugie i trzecie miejsce wśród najważniejszych dostawców towarów do Polski. Eksport polskich towarów do zachodniego sąsiada w 2014 roku osiągnął rekordową wartość 178 mld zł.

Polsko-niemiecka wymiana towarowa (mld zł)

Polsko-niemiecka wymiana towarowa (mld zł)
Żródło: Raport KPMG w Polsce i Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
pt.: „Perspektywiczne sąsiedztwo. Polsko-niemieckie relacje gospodarcze”

Sprzedaż portfela wierzytelności przez Alior Bank

29 czerwca br. Alior Bank i jego spółka zależna Meritum Bank ICB S.A. zawarły umowy sprzedaży pakietu wierzytelności ze zidentyfikowaną utratą wartości (NPL) segmentu klienta indywidualnego. Całkowite saldo zbywanych wierzytelności wynosi 663 mln zł.

Podpisanie umów jest jednym z elementów zarządzania jakością portfela kredytowego Alior Banku.

W efekcie transakcji poprawi się struktura aktywów Banku i obniży się poziom wskaźnika NPL. Dodatkowo transakcja zmniejszy obciążenia kapitałowe oraz poprawi płynność Alior Banku.

Łączna cena sprzedaży pakietu kształtuje się na poziomie rynkowym, a sama transakcja ma pozytywny wpływ na rachunek zysków i strat Banku. Alior Bank nie wyklucza zawierania kolejnych transakcji sprzedaży wierzytelności ze zidentyfikowaną utratą wartości w 2015 r.

Źródło: Alior Bank

Czerwiec pod znakiem ważnych spotkań w sektorze nieruchomości

Drugi tydzień czerwca br. przyniósł dwa kluczowe wydarzenia dla uczestników rynku nieruchomości. Pierwszą okazją do merytorycznej dyskusji i wymiany doświadczeń stało się V Forum Rynku Nieruchomości w Sopocie. Dwa dni później miejscem spotkania ponad 1400 przedstawicieli branży retail w regionie CEE stał się Stadion Narodowy, który przez dwa dni stanowił arenę międzynarodowych Targów ReDI.

Po bardzo dobrym dla wszystkich segmentów rynku nieruchomości roku 2014, nadal obserwujemy wzmożoną aktywność ze strony deweloperów oraz  inwestorów. Boom w sektorze magazynowym, wzrost podaży mieszkań, przenikanie się zakupów tradycyjnych ze sprzedażą online, jak również zmieniające się zwyczaje zakupowe konsumentów – to tylko niektóre trendy, które będą kształtowały sektor nieruchomości w Polsce w 2015 roku, stawiając przed jego uczestnikami kolejne wyzwania.rd_bud_ch_riviera

O tym, czym charakteryzują się inwestycje handlowe w nowych realiach rynkowych dyskutowali w dn. 8-9 czerwca 2015 r. uczestnicy V Forum Rynku Nieruchomości w Sopocie. Deweloperzy, architekci, firmy budowlane, a także przedstawiciele banków i pośredników finansowych, którzy przybyli do Sheraton Hotel Sopot pokusili się również o próbę odpowiedzi na pytanie „Co zrobić z bańką na stołecznym rynku biurowym?”. Rozmawiano także o prognozach dla rynku mieszkaniowego w odniesieniu do aktualnej sytuacji gospodarczej, a także o znaczeniu nowych przepisów dotyczących handlu w Internecie dla branży magazynowej. Wśród prelegentów, panelistów i uczestników konferencji, którzy podjęli branżową dyskusję znaleźli się wybitni dziennikarze, uznani analitycy oraz wiodący przedstawiciele polskiego sektora nieruchomości. Zgodnie z tradycją ubiegłych lat swoją wiedzę, doświadczenie i portfolio podczas tego dwudniowego wydarzenia zaprezentowała firma RD bud, wyspecjalizowana w budowie „pod klucz” centrów handlowych, hoteli, biur, obiektów mieszkaniowych, centrów logistycznych i przemysłowych, a także salonów samochodowych i stacji serwisowych.

„Udział w V Forum Rynku Nieruchomości umożliwił nam nie tylko zaprezentowanie ważnych dla firmy projektów. Stał się również znakomitą okazją do odbycia wielu ciekawych spotkań, których celem było między innymi budowanie i pogłębianie relacji biznesowych. Poprzez uczestnictwo w targach otrzymaliśmy również szansę zdobycia najbardziej aktualnej wiedzy na temat rynku, na którym działamy” – mówi Eric Agnello, Dyrektor Generalny RD bud Sp. z o.o.

Dla deweloperów, najemców czy firm budowlanych wykazujących aktywność w sektorze real estate, V Forum Rynku Nieruchomości okazało się znakomitym wprowadzeniem do kolejnego ważnego dla branży wydarzenia – Międzynarodowych Targów ReDI, które odbyły się 10 i 11 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie. Podczas drugiej edycji spotkania zaprezentowanych zostało ponad 120 projektów handlowych z Polski oraz zagranicy. Wśród nich nie zabrakło prestiżowych realizacji firmy RD bud takich jak m.in. modernizacja Centrum Handlowego Arkadia w Warszawie czy certyfikowanego w systemie BREEAM Centrum Handlowego Riviera w Gdyni. W ciągu dwóch dni ponad 1400 przedstawicieli europejskiego sektora retail prowadziło ożywione negocjacje biznesowe, jednocześnie prowadząc rozmowy o przyszłości branży. Okazją do dyskusji była strefa konferencyjna „ReDI to TALK” zbudowana w oparciu o panele dyskusyjne, w ramach których poruszano takie tematy jak m.in. miejsce polskich projektantów w retailu, rola handlu w rozwoju pasażerskich węzłów komunikacyjnych, bariery administracyjno-prawne w rozwoju i modernizacji obiektów handlowych czy standardy międzynarodowe RICS w obszarze zarządzania nieruchomościami w odniesieniu do rynku polskiego.

„Targi ReDI, choć organizowane przez Polską Radę Centrów Handlowych dopiero po raz drugi, już zyskały renomę najważniejszego w Europie Środkowo-Wschodniej miejsca spotkań przedstawicieli sektora nieruchomości handlowych. Już pierwsza edycja tego wydarzenia spotkała się z dużym zainteresowaniem decydentów z tej branży oraz przedstawicieli sieci handlowych i usługowych. W tym roku organizatorzy odnieśli kolejny sukces organizacyjny, przypieczętowany znakomitą frekwencją uczestników. Dla Generalnego Wykonawcy wyspecjalizowanego w budowie i modernizacji centrów handlowych targi ReDI to unikalna szansa spotkania – w jednym miejscu i czasie – wielu obecnych i potencjalnych partnerów z różnych regionów Europy. Wśród odwiedzających znaleźli się goście między innymi z Czech, Ukrainy, Łotwy, Litwy, Węgier, Rumunii, Białorusi, Francji, Niemiec, Włoch czy Wielkiej Brytanii.” – mówi Eric Agnello, Dyrektor Generalny RD bud Sp. z o.o.

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.06.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Mariusz Golec Prezesem Zarządu Wielton SA

29 czerwca 2015 roku Rada Nadzorcza powołała Mariusza Golca na stanowisko Prezesa Zarządu spółki Wielton SA. Mariusz Golec będzie odpowiedzialny za dalszą ekspansję grupy w kraju i za granicą oraz rozwój innowacyjnych rozwiązań i produktów dla zwiększania konkurencyjności spółki w branży. Celem Zarządu na najbliższe lata jest zdobycie pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep.

W związku z kolejnym ważnym etapem rozwoju grupy Wielton, zdecydowaliśmy się na powierzenie funkcji Prezesa Zarządu Panu Mariuszowi Golcowi. Dogłębna znajomość branży, wiedza dotycząca optymalizacji procesów zarządzania i produkcji w spółce oraz wieloletnie doświadczenie w obszarze rozwoju innowacyjności to kluczowe kompetencje Mariusza Golca, które przyczynią się do dalszego budowania pozycji Wieltonu na rynku, mówi Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady Nadzorczej Wielton SA.

Rada Nadzorcza w dn. 29 czerwca br. powołała Mariusza Golca na stanowisko Prezesa Zarządu na trzyletnią kadencję. Umowa o zarządzanie spółką z dotychczasowym Prezesem Wieltonu, Panem Andrzejem Szczepkiem, który kierował spółką od 2010 roku, wygasa.

Doceniamy ogromny wkład Pana Prezesa Andrzeja Szczepka w rozwój Wieltonu. W ciągu ostatnich5-ciu lat pod kierownictwem Prezesa Szczepka, Wielton stał się europejską firmą z nowoczesnym podejściem do zarządzania oraz stabilnym zapleczem kadrowym i produkcyjnym potrzebnym do dalszego rozwoju. Wielton dziś to spółka gotowa do nowych wyzwań z potencjałem ekspansji na świecie, podkreśla Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady.

Andrzej Szczepek przyczynił się do skokowego rozwoju Wieltonu w ostatnich latach. Do największych sukcesów Prezesa Szczepka należy, między innymi, optymalizacja wewnętrznej organizacji spółki oraz rozbudowa i usprawnienie procesów zarządczych. Istotnym wkładem Prezesa Szczepka jest również implementacja systemu pracy z kadrami. W ramach ekspansji Wieltonu w kraju i za granicą,

Prezes Szczepek przyczynił się do sukcesu przejęcia firmy Fruehauf. W maju br. Wielton podpisał umowę przejęcia lidera francuskiego rynku naczep. Zakup firmy Fruehauf otwiera grupie Wielton drogę do zdobycia pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep z początkowym potencjałem produkcyjnym na poziomie 11 tys. produktów rocznie.

Wielton staje dziś przed nowymi wyzwaniami. Celem Zarządu jest zdobycie pozycji trzeciego największego europejskiego producenta naczep. Kompetencje i doświadczenie Pana Mariusza Golca odpowiadają potrzebom spółki w tym nowym etapie rozwoju, mówi Paweł Szataniak, Przewodniczący Rady.

Zmiana warty w Wieltonie jest efektem naturalnego procesu przygotowywania następcy na stanowisko Prezesa Zarządu. Mariusz Golec, od 16 lat związany z Wieltonem jako Wiceprezes Zarządu, posiada dogłębną wiedzę na temat spółki, jej produktów i obszarów działalności. Mariusz Golec jest ekspertem w dziedzinie procesów zarządzania i produkcji oraz innowacyjności, co ma szczególne znaczenie dla dalszego zwiększania konkurencyjności spółki. Absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Łódzkiej oraz podyplomowych studiów MBA z Zarządzania Przedsiębiorstwem na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

WIELTON – GO GLOBAL

Przed nami ogromne perspektywy rozwoju. Stawiamy na optymalizację procesów zarządczych i wytwórczych oraz innowacyjność rozwiązań w obszarze produkcji, co powinno przełożyć się na jakość produktów i przewagę konkurencyjną w branży. W planach jest dalsza ekspansja w kraju i za granicą. Miejsce w pierwszej trójce europejskich producentów to cel dla Zarządu w najbliższych latach wskazuje Mariusz Golec, Prezes Zarządu Wielton SA.

Wielton jest obecny na ponad 35 rynkach, w Europie, Azji i Afryce, gdzie wypracował przewagę konkurencyjną w segmentach wywrotek i zestawach wysokogabarytowych, dzięki stałemu wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań. Odbiorcami pojazdów Wieltonu są firmy transportowe, budowlane, produkcyjne i dystrybucyjne w kraju oraz zagraniczni dealerzy pojazdów ciężarowych i naczep. W szczególności klientami grupy są firmy z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Węgier, Litwy, Łotwy, Czech, Bułgarii, Rumunii, Słowacji, Estonii, Niemiec, Austrii, Francji, Holandii, Słowenii oraz Serbii.

W planach jest podbój rynków w Europie, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. W ofercie spółki znajduje się ok. 60 typów wyrobów dostosowanych do potrzeb różnych klientów w kraju i za granicą.

DALSZY ROZWÓJ INNOWACYJNOŚCI DLA BUDOWANIA PRZEWAGI KONKURENCYJNEJ NA RYNKU

Nowo powołany Zarząd Wieltonu stawia na dalszy rozwój organizacji, między innymi, poprzez optymalizację procesów zarządczych i produkcyjnych oraz innowacyjność.

Kluczem do sukcesu na dzisiejszym rynku jest nowoczesna i elastyczna organizacja, w której DNA zapisana jest innowacyjność. Taką firmą jest właśnie Wielton, który ma wszystkie atuty niezbędne do tego, by wraz ze zwiększaniem skali działalności zdobywać kolejne rynki, wskazuje Mariusz Golec, Prezes Zarządu Wielton SA.

W czerwcu br. Wielton otworzył biuro projektowe w Parku Naukowo-Technologicznym Technopark Gliwice. Biuro projektowe będzie wspierać transfer innowacyjnych technologii z Politechniki Śląskiej do biznesu i zwiększać konkurencyjność Wieltonu. Wielton SA ma status Centrum Badawczo-

Rozwojowego, co pozwala działać jak jednostce naukowej i finansować prace badawczo-rozwojowe ze środków zewnętrznych, m.in. z funduszy unijnych oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Innowacyjność produktów i procesów produkcyjnych oraz 100% gwarancja, że wdrażany wyrób będzie działał przez dekady pozwoli nam budować markę, która z powodzeniem będzie rywalizować z podmiotami o największym udziale w rynku światowym, mówi Prezes Golec. W ramach dalszego dynamicznego rozwoju grupy chcemy równocześnie utrzymać to, co zawsze było naszą silną stroną: elastyczność organizacyjną i umiejętność szybkiego dostosowywania się do potrzeb rynkowych oraz zaspokajania oczekiwań klientów zarówno tych z potrzebami wielkoseryjnych produktów, jak i tych z indywidualnymi zamówieniami, podkreśla Mariusz Golec.

Żaneta Berus i Dariusz Matysiak dołączyli do władz Sapphire Group Poland

Od czerwca br. Żaneta Berus, Prezes EXPO XXI Warszawa, dołączyła do Zarządu Sapphire Group Poland, właściciela obiektu. Natomiast Dariusz Matysiak, Dyrektor Administracyjny EXPO XXI Warszawa, objął stanowisko Dyrektora Operacyjnego. Zmiany podyktowane są strategicznymi planami rozwoju grupy w kraju i za granicą.

Sapphire Group Poland jest dynamicznie rozwijającym się konsorcjum spółek, działających w szeroko pojętym przemyśle spotkań w Polsce, Rosji i Azji. Swoim klientom oferuje kompleksowe portfolio usług związanych z organizacją wydarzeń specjalnych. Firma jest zarówno właścicielem jednego z najbardziej znanych obiektów eventowych w stolicy – EXPO XXI Warszawa, jak również zarządza spółką specjalizującą się w przygotowaniu i realizacji różnego rodzaju konferencji, kongresów i eventów – Blue Business Media.

Aby zapewnić kontynuację przyjętej strategii i realizację biznesowych celów firmy oraz w pełni wykorzystać możliwości wynikające z kompleksowej oferty usług dla branży MICE, Zarząd firmy podjął decyzję
o włączeniu Żanety Berus do Executive Team Sapphire Group Poland oraz awansowaniu Dariusza Matysiaka na stanowisko Dyrektora Operacyjnego.

Żaneta Berus w Zarządzie Sapphire Group Poland

EXPO XXI Warszawa Żaneta Berus
EXPO XXI Warszawa Żaneta Berus

Żaneta Berus z EXPO XXI Warszawa związana jest od 2000 roku, początkowo pracowała na stanowisku Dyrektora Handlowego. W 2006 roku objęła funkcję Dyrektora Zarządzającego, a w 2010 roku Prezesa Zarządu jednego z najbardziej znanych obiektów typu muliti-venue w Warszawie. Żaneta jest także szanowanym ekspertem z wieloletnim doświadczeniem w swojej dziedzinie. Za działania na rzecz samorządu i zasługi dla promocji Polski, otrzymała w październiku 2013 roku Srebrny Krzyż Zasługi, drugie najważniejsze odznaczenie państwowe, przyznane przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Także branża eventowa doceniła jej zaangażowanie. W 2012 roku uhonorowana została tytułem MP-12, jako menedżer obiektu w kategorii Dostawca-Venue, zaś rok później EXPO XXI Warszawa otrzymało nagrodę MP Power Awards 2013 – Power Venue w kategorii „Kongres venue”. W styczniu bieżącego roku Żaneta Berus odebrała kolejne wyróżnienie branżowe – tytuł „Osobowość Roku 2014” w kategorii „Menadżer obiektu”, a w czerwcu nagrodę Businesswoman Roku 2014 w kategorii „Lider branży MICE”.

Zadaniem Żanety Berus w ramach nowo objętego stanowiska członka Zarządu Sapphire Group Poland, jest nadzór nad kluczowymi obszarami działalności firmy – kierowanie EXPO XXI Warszawa oraz rozwój spółki zarówno w kraju, jak i za granicą. W ramach swoich nowych obowiązków będzie odpowiedzialna zarówno
za realizację biznesowych celów grupy i wysoką jakość oferowanych usług, jak i strategię jej rozwoju w oparciu o dostępne zasoby i specjalistyczną wiedzę.

Dariusz Matysiak nowym Dyrektorem Operacyjnym w Sapphire Group Poland

EXPO XXI Warszawa Dariusz Matysiak
EXPO XXI Warszawa Dariusz Matysiak

Dariusz Matysiak z EXPO XXI Warszawa współpracuje od 2001 roku, początkowo na stanowisku Dyrektora Technicznego. W 2012 roku dołączył do Zarządu jednego z najbardziej znanych obiektów eventowych stolicy. Dariusz Matysiak posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie zarządzania wielkopowierzchniowymi obiektami typu muliti-venue. W ramach swojej pracy w EXPO XXI Warszawa odpowiada za sprawne funkcjonowanie i bezpieczeństwo budynków, koordynując zarówno pracę zespołu technicznego, administracyjnego, IT i sprzedaży, jak i centrum usług. Jest także cenionym doradcą, wspierającym Klientów na każdym etapie organizacji eventu oraz licencjonowanym specjalistą ds. systemów zarządzających budynkami. Za swoją wiedzę i osiągnięcia Dariusz Matysiak został nominowany do jednej z najważniejszych nagród branżowych – Osobowość Roku 2013 branży MICE w kategorii „Manager obiektu”.

Zadaniem Dariusza Matysiaka, po objęciu stanowiska Dyrektora Operacyjnego Sapphire Group, jest współpraca z Żanetą Berus w zakresie zarządzania EXPO XXI Warszawa i rozwoju spółki zarówno na rynku polskim, jak i za granicą.

Jak reklamować nieudaną wycieczkę?

Zbliżający się okres wakacyjny zachęca do dokładniejszego przyjrzenia się tematyce reklamacji imprezy turystycznej. Zyskują one coraz większą popularność, jednak świadomość praw korzystającego z takiej formy wypoczynku wciąż jest niska. Niezależnie od ceny wycieczki i trybu jej zakupienia biuro podróży zobowiązuje się dostarczyć nam pełnowartościową usługę. Jeżeli organizator nie wywiąże się z umowy i nie zapewni warunków, jakie obiecał w  umowie, mamy możliwość złożenia reklamacji imprezy turystycznej.

Impreza turystyczna – co to jest?

Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl
Andrzej Lazarowicz, Prezes wfirma.pl

Pojęcie imprezy turystycznej wyjaśnia w art. 3 pkt 2 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o usługach turystycznych. Na jej podstawie możemy zdefiniować ją jako co najmniej dwie usługi turystyczne tworzące jednolity program i objęte wspólną ceną, jeżeli usługi te obejmują nocleg lub trwają ponad 24 godziny, albo jeżeli program przewiduje zmianę miejsca pobytu. Ustawa definiuje także usługi turystyczne jako usługi przewodnickie, hotelarskie i wszystkie inne, świadczone turystom.

Jak dokonać reklamacji imprezy turystycznej?

Imprezę turystyczną możemy reklamować na podstawie przepisów o niewykonaniu lub nienależytym wykonaniu zobowiązania, zawartych w kodeksie cywilnym. Oprócz tego można powołać się na przepisy ustawy o usługach turystycznych –  art. 16b szczegółowo opisuje problematykę złożenia reklamacji i samą procedurę reklamacyjną.

Klient nierzetelnego biura podróży nie musi składać reklamacji – ma prawo zwrócić się ze swoimi roszczeniami bezpośrednio do sądu. Sam proces jest jednak długi i kosztowny, warto więc rozpocząć dochodzenie swoich praw od złożenia reklamacji. Istnieje też możliwość złożenia skargi do samorządu gospodarczego, urzędu marszałkowskiego województwa lub do Ministerstwa Sportu i Turystyki, nie jest to jednak równoznaczne ze złożeniem reklamacji.

Termin złożenia reklamacji imprezy turystycznej

Reklamację powinno się złożyć nie później niż 30 dni od dnia zakończenia wyjazdu. Skrócenie tego terminu jest niedozwolone i wszelkie modyfikujące go zapisy, zawarte w regulaminie organizatora, uznawane są za klauzule niedozwolone. Organizator musi odpowiedzieć na reklamację w ciągu 30 dni od dnia otrzymania reklamacji – jeśli tego nie zrobi, uznaje się, że uznał reklamację za uzasadnioną.

Kto i do kogo może złożyć reklamację imprezy turystycznej?

Każdy klient, czyli osoba która zamierza zawrzeć lub zawarła umowę o świadczenie usług turystycznych na swoją rzecz lub na rzecz innej osoby, a przedmiot umowy nie stanowi przedmiotu jej działalności gospodarczej, może złożyć reklamację. Co ważne, może to być nie tylko osoba fizyczna, ale także osoba prawna – na przykład firma wykupująca wyjazd dla pracowników.

Reklamację składa się do organizatora imprezy turystycznej, nawet jeżeli wycieczkę kupiliśmy bezpośrednio u agenta. Agent nie odpowiada za jakość wycieczki i złożenie reklamacji na jego ręce może tylko wydłużyć proces reklamacyjny.

Forma i treść reklamacji imprezy turystycznej

Przepisy prawa nie przewidują szczególnej formy dla reklamacji, będzie ona zatem ważna niezależnie od formy, w jakiej ją przedłożymy, pod warunkiem, że zawrzemy w niej wszystkie ważne informacje, takie jak nasze dane (imię, nazwisko adres, telefon kontaktowy), dane organizatora (nazwa, adres siedziby), dokładne oznaczenie umowy, opis wad wyjazdu, wysokość kwoty, jakiej żądamy w ramach odszkodowania lub kwoty obniżenia ceny usługi turystycznej, oznaczenie miejsca i daty złożenia reklamacji, podpis reklamującego, a także numer konta bankowego, na które odszkodowanie powinno być wpłacone.

Warto także załączyć dowody potwierdzające przedstawione nieprawidłowości – mogą to być zdjęcia, oświadczenia innych osób uczestniczących w wyjeździe lub rachunki za usługi, które miały być bezpłatne.

Zadośćuczynienie za stracony urlop

Urlop jest według orzecznictwa polskich sądów dobrem osobistym, a nieprawidłowe wykonanie umowy przez organizatora jest jego naruszeniem. W związku z tym możemy też wstąpić na drogę sądową i w ten sposób żądać od organizatora imprezy turystycznej zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, jaką jest zmarnowany urlop.

Andrzej Lazarowicz, wfirma.pl

Jest praca dla specjalistów ds. finansów

W ciągu pierwszych pięciu miesięcy roku na portalu Pracuj.pl oblikowano 28 000 ogłoszeń o pracę dla ekspertów odpowiedzialnych za finanse. Największe zapotrzebowanie odnotowano na specjalistów odpowiedzialnych za księgowość, analityków finansowych oraz specjalistów ds. bankowości detalicznej. Najwięcej ofert pracy pochodziło z branży finansowej, handel i sprzedaż oraz przemysł ciężki.

Eksperci ds. finansów są jednymi z najbardziej poszukiwanych specjalistów na rynku pracy. Zapotrzebowanie na nich utrzymuje się od wielu miesięcy na niezmiennie wysokim poziomie, stawiającym tych ekspertów w czołówce najbardziej poszukiwanych pracowników na rynku.

 Jakich specjalistów z obszaru finansów poszukiwano?

 W pierwszych pięciu miesiącach 2015 roku specjalistom odpowiedzialnym za finanse dedykowano 28 000 ogłoszeń o pracę. Głównie poszukiwano księgowych, analityków finansowych, ekspertów ds. bankowości detalicznej, ekspertów od audytu finansowego, kontrolingu.

Porównując obecne zapotrzebowanie z analogicznym okresem w 2014 roku, największy wzrost zapotrzebowania odnotowano na analityków finansowych (o 24,5%) oraz na specjalistów odpowiedzialnych za analizę ryzyka w bankowości (wzrost o 22,3%,). Dynamicznie wzrosło również zapotrzebowanie na specjalistów ds. analizy ryzyka w ubezpieczeniach (wzrost o 13,6%), a także na księgowych (wzrost o 12,2%) oraz ekspertów ds. kontrolingu finansowego (wzrost o 12,1%).

 Specyfika rekrutacji w branży finansowej

 Największym pracodawcą dla specjalistów ds. finansów jest oczywiście branża finansowa. W ogólnej sumie 28 000 ofert pracy dedykowanych tym specjalistom (opublikowanych od stycznia do maja 2015 roku na portalu Pracuj.pl), 15 415 pochodziło z branży bankowość/finanse/ubezpieczenia. Co istotne, realizacja wyznaczonych celów w takich firmach wymaga odpowiedniej polityki HR i jej dopasowania do biznesu, dlatego – przy rosnącym zapotrzebowaniu na pracowników – tak istotne stają się nowoczesne metody rekrutacji.

 Podmioty z branży finansowej to bardzo często duże firmy o rozbudowanej strukturze, które otrzymują nawet kilkaset aplikacji dziennie, w związku z prowadzeniem jednocześnie od kilkunastu do kilkudziesięciu procesów rekrutacyjnych. Wsparciem są nowoczesne platformy rekrutacyjne, które umożliwiają kompleksowe prowadzenie projektów rekrutacyjnych, bez względu na liczbę nadesłanych aplikacji i złożoność całego procesu – ocenia Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

 Platformy rekrutacyjne są dla rekruterów nie tylko wsparciem w zarządzaniu procesami rekrutacyjnymi, ale także swoistym narzędziem do komunikacji i kooperacji z biznesem. Umożliwiają podjęcie szybkich i efektywnych działań, które w dynamicznie rozwijającym się sektorze finansowym są niemal codziennością.

Rekrutacja w branży finansowej to bardzo złożony proces. Korzystanie z nowoczesnych narzędzi jak np. eRecruiter, pozwala nam na monitorowanie całego procesu, zarządzanie bazą kandydatów, a także mierzenie efektywności naszych działań – wyjaśnia Maciej Stroński, Starszy Koordynator ds. rekrutacji Sił Sprzedaży w ING Życie.

 Gdzie najłatwiej o pracę dla finansistów?

 Od stycznia do maja 2015 r. najwięcej ogłoszeń o pracę skierowanych do specjalistów ds. finansów opublikowały firmy największe (powyżej 250 pracowników) – było ich 10 870, na drugim miejscu uplasowały się firmy małe (11-50 pracowników) z liczbą 7 300 ofert.

Najwięcej ofert pochodziło z województw: mazowieckiego – 7 469 ogłoszeń, małopolskiego – 4 240 i dolnośląskiego – 2 829. Największy wzrost ogłoszeń dla specjalistów ds. finansów odnotowano w województwie małopolskim i wyniósł on niemal 25%.

 

5 powodów, dla których warto mieć długoterminowe ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW)

Zbliża się okres wakacyjnych wojaży. Pomimo rosnącej popularności zagranicznych wycieczek, bardzo dużo Polaków będzie spędzało wakacje również w Polsce. Okres letni to także czas wielu festiwali, koncertów i innych wydarzeń promujących lokalną turystykę oraz zachęcających Polaków do krajowych podróży i korzystania z wielu atrakcji. Wzmożona aktywność sprzyja niestety wypadkom i urazom, dlatego warto rozważyć zakup ubezpieczenia NNW.  

Co to jest nieszczęśliwy wypadek?

Choć w potocznym rozumieniu każde zdarzenie niosące ze sobą konsekwencje zdrowotne jest nieszczęśliwym wypadkiem, to ubezpieczyciele stosują określoną definicję tego pojęcia, zawsze jasno przedstawioną w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Najczęściej nieszczęśliwy wypadek jest opisany jako zdarzenie niezależne od woli, gwałtowne i nagłe, wywołane przyczyną zewnętrzną, niezwiązane z jakimkolwiek istniejącym stanem chorobowym i które miało miejsce w trakcie trwania ochrony ubezpieczeniowej. W świetle takiej definicji ubezpieczyciel ma prawo odmówić pomocy i wypłaty świadczenia w sytuacji, gdy do trwałego uszczerbku na zdrowiu doszło np. z powodu omdlenia lub zawału – są to bowiem konsekwencje stanu chorobowego ubezpieczonego, a nie konsekwencje nieszczęśliwego wypadku. Jeśli już jednak dojdzie do zdarzenia określonego w definicjach OWU jako nieszczęśliwego wypadku, ubezpieczeni posiadający dobrowolną polisę NNW mogą liczyć na wypłatę świadczenia. Wysokość tego świadczenia określona jest również w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia, a obliczana jest procentowym udziałem uszczerbku na zdrowiu powstałym na skutek nieszczęśliwego wypadku. Podstawowy zakres ubezpieczenia, charakteryzujący się również niezbyt wysokimi sumami ubezpieczenia, jest możliwy do nabycia w biurach podróży lub w agencjach ubezpieczeniowych już w cenie około 10 zł za 3 dni ochrony. Jednak wybierając ubezpieczenie o niskich sumach i podstawowym zakresie świadczeń, warto się przygotować na fakt, że wysokość świadczenia w razie nieszczęśliwego wypadku nie będzie zadowalająca.

A jak zadbać o swój komfort w razie nieprzewidzianej sytuacji? Warto rozważyć zakup długoterminowej polisy NNW, która niesie ze sobą szereg korzyści.

  1. Szeroki zakres świadczeń

Polisy NNW zawierane na dłuższy okres oferują z reguły dużo szerszy zakres ochrony oraz dużo wyższe wartości świadczeń. Chronią klienta począwszy od zdarzeń, takich jak pobyt w szpitalu, złamania i oparzenia, po poważniejsze skutki nieszczęśliwych wypadków: trwałe inwalidztwo, operacje, czy nawet śmierć. Ponadto, polisy te mogą zapewniać również dodatkowe usługi
i świadczenia.

Na rynku dostępne są polisy, które w razie inwalidztwa, a tym samym utrudnienia lub wręcz utraty możliwości zarobkowania, oferują wypłatę comiesięcznego świadczenia, tzw. renty i to przez okres nawet 10 lat – mówi Bożena Trzaska, Dyrektor ds. Rozwoju Produktów w MetLife.

Polisy NNW zawierane na dłuższy czas zapewniają dodatkowo kompleksową pomoc medyczną w razie nieszczęśliwego wypadku.  Oznacza to między innymi oddanie do dyspozycji ubezpieczonych całodobowego centrum pomocy i organizację przez konsultantów badań medycznych, konsultacji lekarskich, procesów rehabilitacyjnych i wielu innych usług.

Usługi assistance, przeważnie realizowane przez współpracujące z towarzystwem firmy assistance, to rozwiązanie, które zdejmuje z ubezpieczonego ciężar samodzielnych poszukiwań lekarza specjalisty, placówki medycznej, transportu itp. W ramach tych usług, ubezpieczeni mogą liczyć na zakup i dostarczenie leków, czy sprzętu rehabilitacyjnego, a także organizację rehabilitacji oraz zabiegów i badań ambulatoryjnych, w tym rezonansu oraz tomografii komputerowej. Dzięki tym usługom, rolą ubezpieczyciela jest nie tylko wypłata odszkodowania, ale przede wszystkim realna pomoc w wyjątkowej dla klienta sytuacji – dodaje Bożena Trzaska.

Warto też sprawdzić, czy polisa NNW chroni wypadki jedynie na terytorium Polski. Przeważnie te długoterminowe polisy NNW mają zniesione ograniczenia terytorialne i oferują ochronę bez względu na miejsce zdarzenia ubezpieczeniowego.

  1. Rosnąca suma ubezpieczenia

Długoterminowe polisy NNW to korzyść zarówno dla ubezpieczonego, jak i towarzystwa ubezpieczeń, które z kolei potrafi docenić lojalność klienta i może zaoferować mu dodatkowe benefity. Na rynku dostępne są produkty ubezpieczeniowe, których wartość rośnie wraz z czasem od ich zakupu.

W niektórych ofertach, klienci otrzymują np. 10% wzrost sumy ubezpieczenia z każdym kolejnym rokiem. Przy czym warto podkreślić, że składka najczęściej pozostaje niezmienna. Z jednej strony towarzystwa ubezpieczeń zachęcają tym klientów do korzystania z ich oferty i jest to element lojalnościowy, jednak tak naprawdę beneficjentem tego rozwiązania jest sam ubezpieczony, który w razie nieszczęśliwego wypadku ma szansę otrzymać wyższe świadczenie – dodaje Rafał Piotrowski, Dyrektor Działu Rozwoju i Marketingu Produktów w MetLife.

Wraz z czasem trwania umowy pomiędzy ubezpieczonym a towarzystwem ubezpieczeń, rośnie również zaufanie, które również skutkuje korzyściami dla obu stron.

  1. Dobra współpraca z towarzystwem ubezpieczeń

Historia, jaką klient posiada z towarzystwem ubezpieczeń, ma ogromne znaczenie. Niektóre towarzystwa na jej podstawie obliczają składkę, biorąc pod uwagę tzw. szkodowość klienta. Zaufanie do klienta i historia współpracy wpływa również na proces obsługi roszczeń i zawierania kolejnych polis ubezpieczeniowych. Czasem zwalnia się „zaufanego klienta” z konieczności dostarczenia dokumentacji medycznej, czy przeprowadzenia badań, co wpływa na szybkość rozpatrzenia wniosku i wypłatę świadczenia lub zakup ubezpieczenia. Również długoletnia historia z ubezpieczycielem pozytywnie wpływa na określenie wysokości składki w innych polisach z oferty danego towarzystwa (np. ubezpieczenia na życie, OC, majątkowego etc.), czy objęcie dodatkową ochroną ubezpieczeniową bliskich.

  1. Możliwość rozszerzenie ochrony na bliskich

Dobrze jest, gdy polisa NNW jest tzw. polisą rodzinną i obejmuje ochroną wszystkich członków. Jeszcze lepiej, gdy składka nie jest pomnażana przez liczbę ubezpieczonych.

W dobrych polisach NNW dostępnych na rynku, ubezpieczający może objąć ochroną małżonka lub partnera/partnerkę oraz pozostające na ich utrzymaniu dzieci bez konieczności podnoszenia składki ubezpieczeniowej. To taki pakiet rodzinny, w którym składka jest stała bez względu na ilość osób objętych ochroną – mówi Bożena Trzaska z MetLife .

Towarzystwa ubezpieczeń obejmują automatycznie ochroną również nowych członków rodziny – nowonarodzone dzieci lub przysposobionych podopiecznych. Wystarczy zgłosić fakt pojawienia się nowego członka rodziny do towarzystwa ubezpieczeń. Co ważniejsze zakres ochrony przeważnie jest identyczny dla każdego dziecka objętego ubezpieczeniem.

  1. Automatyczne przedłużenie ochrony

Dobre towarzystwo ubezpieczeń myśli za klienta i dba, aby klient był nieprzerwanie chroniony. A to oznacza, że klient nie musi pamiętać o tym, kiedy zawarł polisę i kiedy kończy się jej ochrona oraz samodzielnie ją przedłużać. Obecnie dostępność wielu sposobów kontaktu z klientem (telefon, sms, mail, system do zarządzania polisami itp.) pozwala tak zarządzić kontaktem z ubezpieczającym, by ułatwić mu proces zakupu polisy i zachęcić do dokonania jedynej czynności – opłacenia składki, najlepiej obniżonej za lojalność i dobrą współpracę.

Internet of Things – w obliczu kolejnej rewolucji

Ponad 20 lat temu Internet odbierany był głównie na jednym typie urządzeń, czyli na komputerach PC. Na przestrzeni lat bardzo wiele się zmieniło, głównie dzięki urządzeniom mobilnym, które zrewolucjonizowały rynek Internetu. Teraz stoimy w obliczu kolejnej rewolucja nazywanej potocznie Internetem rzeczy (ang. Internet of Things, IoT). Można śmiało powiedzieć, że już w niedalekiej przyszłości będziemy mieć do czynienia z podłączeniem wszystkiego i wszystkich do sieci Internetowej.

Internet rzeczy to koncepcja, wedle której wszystkie przedmioty codziennego użytku mogą pośrednio albo bezpośrednio gromadzić, przetwarzać lub wymieniać dane za pośrednictwem sieci komputerowej. Do tego typu przedmiotów możemy zaliczyć wszelkiego rodzaju sprzęty codziennego użytku – od małej elektroniki po rozbudowane zespoły, sprzęty domowe, jak również całe domy, czy nawet budynki. Już teraz takie pojęcia jak inteligentne czytniki, inteligentne domy, czy inteligentne samochody weszły do naszego codziennego słownictwa.

Zdajemy sobie sprawę, że przyszły rozwój rynku IT zdefiniują te firmy, które będą w stanie wyjść na przeciw oczekiwaniom Klientom i zaoferować usługi odpowiadające rynkowym trendom – mówi Jakub Szewdzik Dyrektor Operacyjny Nespro Sp. z o.o.- I to nie tylko Internet od Things, ale również cloud, mobility, Big Data, drukowanie 3D, robotyzacja i cybersecurity. Jeszcze wiele lat pracy przed nami, ale w najbliższych czasie planujemy mocny rozwój w kierunku zgodnym ze światowymi trendami. Na chwilę obecną nie mogę jednak zdradzić, który to kierunek – dodaje.”

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wraz z postępem technologicznym nasze życie staje się prostsze. Miejmy nadzieję, że również Internet od Things przełoży się na poprawienie komfortu naszej pracy, wykonywania obowiązków, czy spędzania wolnego czasu.

 

Wynagrodzenia w Grecji

W ciągu kilka lat od wejścia Grecji do Unii Europejskiej (1981 rok), nastąpiło przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Kraj odszedł od gospodarki rolno-surowcowej i skoncentrował się na usługach. Niestety w 2009 roku nastąpił koniec okresu szybkiego wzrostu. Główną przyczyną złej sytuacji nie był jednak kryzys na rynkach światowych. Nałożył się on jedynie na fatalną sytuację kraju i przyspieszył bieg zdarzeń.

Gospodarka Grecji z powodu braku reform znajdowała się w stanie nierównowagi. Jednym z głównych problemów była niska skuteczność ściągania podatków. Natomiast rząd notorycznie przekraczał limity wydatków, a ich znaczna część była przeznaczona na transfery socjalne i wynagrodzenia w sektorze publicznym. Pracownicy otrzymywali trzynaste pensje na Boże Narodzenie a czternaste na Wielkanoc. Grecja była również liderem w kwestii rozdawania benefitów. Przykładowo w jednym z przedsiębiorstw sfery budżetowej oferowano dodatek za mycie rąk (420 EUR/miesięcznie). Pracownicy innej państwowej firmy otrzymywali 600 EUR miesięcznie za niespóźnianie się do pracy. W wielu przypadkach dodatki stanowiły 50% wartości pensji. Greckie prawo pracy było również przyjazne dla pracowników. Część Greków mogła przejść na emeryturę po ukończeniu 53 roku życia, a osoby utrzymujące się z turystyki pracowały przez 4-5 miesięcy w roku. W pozostałych miesiącach otrzymywały zasiłek, który pozwalał na dostatnie życie.

Najwyższe przeciętne wynagrodzenie w Grecji było w 2009 roku i wyniosło 1 838 EUR brutto. Jeszcze w pierwszej połowie 2009 roku grecka gospodarka prosperowała poprawnie, przynajmniej na papierze. Jesienią odbyły się wybory, władzę w państwie przejęli socjaliści. W tym czasie na światło dzienne wyszły problemy, z którymi już od początku roku borykała się Grecja, a które skutecznie tuszowali poprzedni rządzący. Ogromny dług publiczny i dziura budżetowa stały się gwoździem do trumny. Inflacja wzrosła do 10,3%, a kraj pogrążał się w recesji.

To wszystko przełożyło się na wysokość średnich wynagrodzeń. W 2010 roku odnotowano pierwszy spadek przeciętnego wynagrodzenia. Średnia płaca wynosiła wówczas 1 767 EUR brutto. Od tego czasu zapoczątkowana została tendencja spadkowa przeciętnego wynagrodzenia spowodowana rządowym planem naprawy finansów. W porozumieniu z Unią Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym, rząd zobowiązał się do likwidacji tak zwanych trzynastych i czternastych pensji w sektorze publicznym, ograniczenia zatrudnienia i likwidacji godzin nadliczbowych.

Plan oszczędności zakładał zwolnienie 150 tys. pracowników sektora budżetowego, podniesienie podatków, obniżenie płacy minimalnej oraz zwiększenie tygodnia pracy z 37,5 godzin do 40 godzin. Co więcej, władze były zmuszone dokonać masowej prywatyzacji. W 2011 roku średnie wynagrodzenie spadło do 1 700 EUR brutto. W połowie 2012 roku obniżono płacę minimalną. co przełożyło się na dalsze spadki średniego wynagrodzenia. W 2013 roku wynosiło ono 1 541 EUR brutto, czyli było prawie o 300 EUR niższe niż w roku, w którym rozpoczął się kryzys. W 2009 roku bezrobocie oscylowało w granicach 9%, obecnie przekracza 25%, a wśród młodych mieszkańców Grecji, przed ukończeniem 25. roku życia jest prawie dwukrotnie wyższe.

Wykres 1. Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w Grecji na przestrzeni lat (w EUR)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Europejskiej Komisji Gospodarczej
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Europejskiej Komisji Gospodarczej

Produkt Krajowy Brutto w Grecji najwyższą wartość osiągnął w 2008 roku – 242 096 mln EUR. W 2009 roku, zanotowano pierwszy, niewielki spadek PKB. Do 2014 roku wartość PKB spadła do 179 081 mln EUR, co odpowiada wartości PKB z 2003 roku.

Wykres 2. Produkt krajowy brutto Grecji na przestrzeni lat (w mln EUR)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu

Do 2008 roku w Grecji systematycznie notowano wzrosty PKB oraz średnich wynagrodzeń. W 2002 roku dynamika średniego wynagrodzenia osiągnęła aż 11,3%. Rok później, w 2003 roku PKB wzrósł o 10%. Pierwszy spadek średniego wynagrodzenia, o 3,9%, nastąpił w 2009 roku. W 2013 roku przeciętna płaca spadła już o 6,4%. Od 2009 roku średnie płaca spadła o ponad 16%. Podobnie było z PKB. Pierwszy, zaledwie 1,9% spadek odnotowano w 2008 roku. Największy spadek stwierdzono w 2011 roku – o 8,2%. Recesja w Grecji trwa do chwili obecnej.

Wykres 3. Dynamika produktu krajowego brutto i średniego wynagrodzenia netto w Grecji na przestrzeni lat (w %)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu

Grecja była jednym z nielicznych krajów europejskich, w którym minimalne wynagrodzenie przekraczało 50% płacy średniej. Do 2012 roku odnotowywano systematyczne jej wzrosty. Na początku 2012 roku wynosiła ona 877 EUR, natomiast w połowie roku pierwszy raz zdecydowano się na jej obniżenie. Stało się tak za sprawą porozumienia Grecji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Unią Europejską. Rząd musiał zdecydować się na ten krok w celu uzyskania wsparcia. Od 2012 roku płaca minimalna jest na stałym poziomie i wynosi 684 EUR brutto.

Wykres 4. Płaca minimalna w Grecji na przestrzeni lat (w EUR brutto)*

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu *P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
*P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze

Na początku XXI roczna dynamika wynagrodzenia minimalnego oscylowała między 4 – 6%. W drugiej połowie 2012 roku spadek był drastyczny bo aż 22%. Od tego czasu dynamika płacy minimalnej wynosi 0%. Warto wspomnieć, że Grecja nie jest jedynym krajem UE, który w ciągu ostatnich kilku lat zdecydował się na obniżenie płacy minimalnej. W 2006 roku również Francja postanowiła obniżyć wynagrodzenie minimalne o 5,3%.

Wykres 5. Dynamika minimalnego wynagrodzenia w Grecji na przestrzeni lat (w %)*

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu *P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Eurostatu
*P1 – pierwsze półrocze, P2 – drugie półrocze

Redakcja portalu wynagrodzenia.pl

Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń 2014

Bezrobocie najniższe od 6 lat i dalej będzie spadać

GUS potwierdził ogłoszone wcześniej przez resort pracy dane o bezrobociu w maju. Wynika z nich, że poziom bezrobocia zmniejszył się z 11,2 proc. w kwietniu do 10,8 proc. w maju. W porównaniu z majem poprzedniego roku spadek wyniósł 1,7 pkt. proc. Można zatem powiedzieć, że utrzymuje się tempo spadku bezrobocia obserwowane od kilkunastu miesięcy. Firmy coraz chętniej zatrudniają nowych pracowników. W maju pracodawcy zgłosili do urzędów 120,9 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej.

Pozytywny trend na rynku pracy potwierdzają majowe dane o zatrudnieniu i wynagrodzeniach w sektorze przedsiębiorstw, które obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło do 5 577,2 tys., czyli o 2,1 tys. w stosunku do kwietnia. Dzięki temu osiągnęło najwyższy poziom od 2005 r., od kiedy zaczęto liczyć te dane. Zatrudnienie rośnie w ostatnim czasie w dość stabilnym tempie o ok. 1,1 proc. w ujęciu rocznym, czyli nieco wolniej niż spada bezrobocie. Utrzymywanie się tego tempa będzie prowadzić do bicia rekordów zatrudnienia i bezrobocia w kolejnych miesiącach. Zmiany te będą postępować m.in. dzięki utrzymującej się dobrej sytuacji ekonomicznej, ale także w wyniku podejmowania prac sezonowych, zwłaszcza w handlu, gastronomii i hotelarstwie, turystyce. Możliwe będzie także przyspieszenie wzrostu zatrudnienia w budownictwie, transporcie i logistyce. Wiele osób może znaleźć okresowe zatrudnienie np. w usługach i rolnictwie. Dzięki temu stopa bezrobocia powinna wkrótce spaść poniżej poziomu 10 proc.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Grexit – czy to już koniec euro?

60 euro na osobę – tyle wynosi limit dziennych wypłat z bankomatów w Grecji. Bankomaty w tym kraju dzisiaj będą nieczynne, a banki będą zamknięte cały tydzień do 6 lipca. W Bankier.pl piszemy o przyczynach, konsekwencjach i możliwych scenariuszach wydarzeń – w tym także dla Polski.

Fiasko negocjacji między UE a Grecją doprowadziło do weekendowego runu na bankomaty w tym kraju. W związku z tym grecki rząd podjął decyzję o zamknięciu banków na tydzień, wprowadzeniu limitu wypłat z bankomatów, a także o zawieszeniu notowań na giełdzie w Atenach. Na wydarzenia w Grecji zareagowała Komisja Europejska, która w najbliższym czasie przedstawi prawdopodobnie łagodniejsze warunki wsparcia finansowego dla Greków. Jeżeli rząd w Atenach do jutra nie wniesie do MFW 1,55 mld euro (6,3 mld zł) to rozpocznie się procedura ogłoszenia bankructwa tego kraju.

Zadłużenie Grecji wynosi ok. 320 mld euro (1334 mld zł). PKB tego kraju to 179 mld euro. Innymi słowy, dług państwa greckiego wynosi 175% PKB. Na jednego Greka przypada 32 tys. euro (133 tys. zł) długu. Dla porównania w Polsce zadłużenie publiczne wynosi 192 mld euro (802 mld zł), co stanowi 47% PKB. Na jednego Polaka przypada 5,2 tys. euro (22 tys. zł) długu.

– Grecy silnie zadłużali się w latach 2003-2008, m.in. w związku z organizacją Olimpiady w Atenach a także rozbudowując programy zabezpieczenia socjalnego dla obywateli (wysokie emerytury, stypendia studenckie, dodatki do wynagrodzeń i inne świadczenia), które nie miały pokrycia w zebranych podatkach. Gdy wybuchł kryzys relacja greckiego długu do PKB wynosiła 130%. Wierzyciele zgodzili się na częściowe umorzenie oraz zaproponowali Grekom „pakiet pomocowy”, który nie spełnił pokładanych w nim nadziei. „Pakiet pomocowy” miał na celu ratowanie banków, które pożyczyły Grecji pieniądze. Sama Grecja tylko na nim straciła: relacja długu publicznego do PKB wystrzeliła w górę, sięgając 177% na koniec 2014 roku. W rezultacie grecki dług z niespłacalnego stał się absolutnie niespłacalny – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Sytuacja w Grecji odbiła się na rynkach walutowych i giełdach na całym świecie, ale najsilniej w Europie. Polskie GPW na otwarciu straciło prawie 3,6%. Podobnie reagowały główne europejskie rynki akcji: niemiecki DAX otworzył się ze stratą 3,3%, francuski CAC40 spadł aż o 4,7%, a w Londynie FTSE100 obniżył się o 2,2%. Giełda w Atenach pozostanie zamknięta prawdopodobnie przynajmniej do końca tygodnia.

Grecy płaczą, a frankowcy płacą

Dramat w Grecji mocno wpłynął na kurs walutowy, co jest fatalną wiadomością dla osób zadłużonych we franku szwajcarskim. Zgodnie z przypuszczeniami analityków niepewność na rynkach doprowadziła do wzrosu kursu helweckiej waluty do 4,05 zł – frank nie był tak drogi od 5 miesięcy. To wzrost o ok. 5 groszy względem piątku. Szef Szwajcarskiego Banku Centralnego (SNB) w ubiegłym tygodniu powiedział, że kryzys długu w Europie, zapoczątkowany w 2007 roku kryzysem kredytów wysokiego ryzyka w USA (subprime), spowodował wzrost zainteresowania frankiem jako walutą bezpieczną. Zwiększony popyt doprowadził do zwiększenia wartości franka. Część analityków uważa, że helwecka waluta jest mocno przewartościowana, co negatywnie wpływa nie tylko na szwajcarską gospodarkę, ale sytuację kredytobiorców walutowych m.in. w Polsce. Umocnieniu uległ dolar i funt. Euro traci wobec każdej pary. To samo dotyczy złotego.

– Grecy są w bardzo trudnej sytuacji. Olbrzymia niepewność wśród obywateli może doprowadzić do wybuchu konfliktów. Na razie na ulicach spokojnie, ale tylko dlatego, że obywatele tego kraju są przekonani, że nic gorszego nie może się już wydarzyć. Ponadto wielu  przezornie wyciągnęło wcześniej pieniądze z banków. Jednak utrzymujące się wakacje bankowe, brak jednoznacznych decyzji odnośnie do reform i sposobu regulacji zadłużenia wobec wierzycieli może doprowadzić np., do wstrzymania wypłat emerytur i pensji w sektorze publicznym. Protestom nie byłoby wtedy końca. Jeżeli wierzyciele nie zgodzą się na radykalne umorzenie greckiego długu, to najprawdopodobniej ci ogłoszą bankructwo i zrezygnują z euro. Dla Greków oznacza to radykalne obniżenie siły nabywczej pieniądza (zubożenie), ale w dłuższym okresie większa konkurencyjność prawdopodobnie umożliwiłaby im powrót na ścieżkę rozwoju gospodarczego. A co by się stało w Polsce? Wycofanie inwestorów zagranicznych z giełdy oraz silny wzrost kursu franka prawdopodobnie negatywnie odbiłyby się na rodzącej się w bólu dobrej koniunkturze gospodarczej. Innymi słowy, raty kredytów by wzrosły, a podwyżek pensji by nie było. Niestety, niezależnie od tego co zrobią Grecy, odbije się to na nas negatywnie – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

 

Nowe mieszkanie w Warszawie 8 razy tańsze niż w Londynie

Metr kwadratowy nowego mieszkania w Warszawie kosztuje średnio tysiąc siedemset pięćdziesiąt euro. W Polsce od czterech lat ceny nieruchomości podlegają jedynie nieznacznym wahaniom. Spośród badanych stolic taniej jest tylko w Budapeszcie i Lizbonie. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi prawie 14,1 tys. euro, a w Paryżu ponad 10,2 tys. euro. Polska nadal boryka się z niedoborem mieszkaniowym, z najniższą w Europie liczbą mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców – to niektóre z wniosków tegorocznej 4. edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Raport podsumowuje rynek nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej, Rosji oraz Izraelu.

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, oceniając rynek mieszkań nowych, tuż za Londynem i Paryżem, znalazł się Tel Aviv z ceną ok. 6,5 tys. euro za metr kwadratowy. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w Porto (dla Portugalii dane dla rynku mieszkań starszych), gdzie metr kwadratowy kosztuje średnio 860 euro. Niskie ceny w Portugalii wynikają z nadal trudnej sytuacji sektora nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim.

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Budapeszcie (1,2 tys. euro za m2) i w Warszawie (nieco ponad 1,7 tys. euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 2 tys. euro za m2.

Dla Polski, raport pokazuje również ceny dla sześciu innych dużych miast: Krakowa (ok. 1,5 tys. euro za m2), Poznania (ok. 1,5 tys. euro za m2), Wrocławia (ok. 1,4 tys. euro za m2), Gdańska (ok. 1,4 tys. euro za m2), Katowic (ok. 1,2 tys. euro za m2) oraz Łodzi (ok. 1,1 tys. euro za m2).

Tylko w jednym mieście zanotowano ceny czterokrotnie przekraczające wartość średniej dla całego kraju. Była to Moskwa (ok. 3,8 tys. euro za m2), co można tłumaczyć ogólnym zjawiskiem dysproporcji zamożności społeczeństwa rosyjskiego. Ceny mieszkań w Moskwie kształtują się na poziomie cen wiedeńskich i mediolańskich. Trzy razy wyższe ceny niż w skali całego kraju notuje się w Monachium, a dwa razy wyższe w Hamburgu, Barcelonie oraz Paryżu.

Wśród analizowanych miast, największy procentowy spadek cen w 2014 roku w stosunku rocznym odnotowano w Lizbonie (-14 proc.). Z kolei największy procentowy wzrost cen miał miejsce w Dublinie (+34 proc.), w centralnych dzielnicach Londynu (+32 proc.) oraz Madrycie (+24 proc.). Warszawa w tym zestawieniu dynamiki zmian odnotowała przyrost cen na poziomie ok. +3 proc.

Średnia cena metra kwadratowego dla całej Polski wynosiła w ubiegłym roku nieco ponad tysiąc euro. Wśród analizowanych krajów, taniej jest tylko w Rosji, na Węgrzech oraz w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu, Szwecji i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio pięć razy więcej. W 2014 r. ceny polskich mieszkań w porównaniu z rokiem 2013 właściwie się nie zmieniły (wzrost na poziomie ok. 1 proc.). Na poziomie cen mieszkań środkowoeuropejskich kształtują się ceny w Hiszpanii i Portugalii.

„W 2014 roku w Polsce odnotowano rekordową, najwyższą od 2008 roku, sprzedaż mieszkań. Wynikało to z kilku przyczyn: po pierwsze stabilnych cen nieruchomości, niskich stóp procentowych, oraz coraz lepszej jakości nieruchomości proponowanych przez deweloperów. Jednocześnie tak wysoka aktywność wynikała z chęci uniknięcia kolejnych obostrzeń na rynku kredytów hipotecznych, które od stycznia 2015 roku wprowadziła Komisja Nadzoru Finansowego. Z tych powodów wielu kupujących zmobilizowało się do zawarcia transakcji jeszcze w 2014 roku” – wyjaśnia Marta Kamionowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Zespół Doradztwa ds. Rynku Nieruchomości, Deloitte.

W większości badanych krajów ceny mieszkań wzrosły. Największe wzrosty cen nowych nieruchomości odnotowano w Irlandii (o 31,7 proc.) oraz Izraelu (o 25,6 proc.). Z kolei największe spadki cen odnotowano w Rosji (o -16,6 proc.), co wiąże się głównie z ogólną sytuacją gospodarczą tego kraju i dużą deprecjacją rubla.

W roku 2014 średnie zasoby mieszkaniowe w piętnastu z analizowanych krajów wyniosły 452 mieszkania w przeliczeniu na tysiąc obywateli. Największymi zasobami mieszkaniowymi mogą pochwalić się Włochy (580 mieszkań na 1000 mieszkańców, dane za 2013 rok, 28% powyżej średniej dla badanych krajów), Portugalia (565 mieszkań, dane za 2013 rok, tu prawie 25% ponad średnią) oraz Hiszpania (549 mieszkań). Warto zwrócić uwagę, że jest to częściowo efekt statystyczny, wynikający z wysokiej liczby mieszkań wakacyjnych, tzw. drugiego miejsca zamieszkania. Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców w 2014 roku było w Irlandii (342 mieszkania). Na drugim miejscu po Irlandii znalazła się Polska, w której wskaźnik ten wyniósł 360 mieszkań na 1000 mieszkańców w 2013 roku. Nasz kraj niezmiennie pozostaje poniżej średniej europejskiej.

Wśród badanych krajów, średnia liczba ukończonych/ oddanych nowych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców zwiększyła się z 2,5 w 2013 roku do prawie 3 w 2014 roku. Miejscem, gdzie nastąpiła największa intensyfikacja prac budowlanych w 2014 roku jest Rosja (7,6 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców, o 1,2 mieszkania więcej niż rok wcześniej). Wśród krajów unijnych, liderem w tej kategorii jest Francja (6,2 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli). Powyżej przeciętnej znalazły się także Polska (3,7), Belgia, Niemcy oraz Holandia. Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano na Węgrzech (0,8 mieszkań na 1000 mieszkańców) oraz w Portugalii (0,9 mieszkań na 1000 mieszkańców).

„Przy wysokiej intensywności sprzedaży w roku 2014, towarzyszący mu dosyć wysoki wskaźnik nowo oddawanych mieszkań powinien pozytywnie wpłynąć na utrzymanie się stabilnego poziomu cen również w roku bieżącym. Wciąż mamy problem podaży mieszkań, ale cieszy fakt, że deweloperzy starają się ten deficyt uzupełniać w tempie powyżej średniej dla badanych krajów. Grunty przeznaczone pod przyszłe inwestycje w ich portfelach powinny zagwarantować ciągłość tempa budowy nowych mieszkań” komentuje Marta Kamionowska.

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Belgowie, których już po 38 miesiącach (3 lata i 2 m-ce) pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum na rynku pierwotnym w Belgii. Mieszkańcy Izraela muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez 12 lat i 7 miesięcy lat (151 miesięcznych pensji). Polska znalazła się w grupie krajów (wraz z m.in. Włochami, Czechami, Węgrami i Francją), w której mieszkańców stać na własne lokum po ok. 6-8 latach nieprzerwanej pracy i odkładania wszystkich zarobków. W przypadku Polski byłoby to po siedmiu latach i 2 miesiącach. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie krajów (średnich zarobków w danym kraju do średnich cen mieszkań).

Kolejny rok z rządu zbadano zdolności negocjacyjne nabywców w wybranych krajach i okazuje się, że w Polsce możemy liczyć na zaledwie 6 proc. upust od ceny nowych mieszkań. Dla porównania Hiszpanie mogą liczyć na nawet 20 proc. rabaty (najwyższy w analizowanych krajach). Warto jednak zauważyć, że jeszcze rok temu było to w Hiszpanii 30 proc. Zmiana ta może sugerować stopniowy wzrost popytu na nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim, co z kolei spowodowane jest dotychczas stosunkowo niskim poziomem cen na tle krajów Starej Unii.

Cena nowego mieszkania od starego w badanych krajach jest wyższa od 10 do blisko 50 proc. Dla Polski różnica ta wynosi ok. 17 proc. Ciekawe jest natomiast zjawisko odwrotne, zanotowane w Izraelu, Rosji oraz Wielkiej Brytanii, gdzie ceny mieszkań starych przekraczają ceny mieszkań nowych.

O raporcie:

Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets 2014” został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w czerwcu br. Raport analizuje rynek w 2014 r. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w piętnastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Dania, Francja, Holandia, Irlandia, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Szwecja, Wielka Brytania) oraz Rosji i Izraelu.

Wizja krąży po Europie – wizja obrotu bezgotówkowego

Już co najmniej od kilku lat. Zakłada ona redukcję lub całkowitą eliminację rozliczeń gotówkowych z obrotu, w którym udział biorą krajowe podmioty sektora publicznego, firmy, konsumenci.

Skala gotówkowości obrotu

Stopień gotówkowości obrotu mierzyć można na różne sposoby. W Polsce, najczęściej wspomina się o udziale transakcji gotówkowych w ogólnej liczbie transakcji detalicznych. Wartość 81,8%, zaczerpnięta z badania NBP Zwyczaje płatnicze Polaków (opr. Tomasz Koźliński, Warszawa, maj 2013,), była chyba najczęściej wspominanym, najbardziej „medialnym” wskaźnikiem opisującym skalę obrotu gotówkowego w Polsce. Podobnie jest obecnie z ilościowym udziałem transakcji gotówkowych w całości obrotu płatniczego w Polsce, który wynosi 79,9%.

Polska jest, przy okazji wymieniania tego wskaźnika, przeciwstawiana takim krajom, jak Niemcy (60,8%), Wielka Brytania (45,3%), Szwecja (38,3%), Finlandia (36,1%), czy choćby średnia UE (59,7%). Rzadziej wspomina się o przypadku Austrii, w której wskaźnik ten (zgodnie z wynikami badania prowadzonego przez Komisję Europejską) wyniósł ponad 85%.

Sporo uwagi i badań poświecono analizie przyczyn tak wysokiego – w przypadku Polski – udziału transakcji gotówkowych w obrocie. Wnioski wskazują na kompleks przyczyn, nie zaś na pojedynczego „winowajcę”. Nie ma też konsensu co do czynnika dominującego. Jeszcze więcej mówi się i pisze o sposobach upowszechniania obrotu bezgotówkowego, ale tu, o jednolite stanowisko, w rozumieniu bardzo konkretnej praktyki, która miałaby objąć większość rynku, jeszcze trudniej.

Motywy „walki z gotówką”

Nie podaje się w wątpliwość tezy, że obrót gotówkowy – w sensie zarówno inwestycji, jak i bieżącej eksploatacji – jest bardziej kosztowny od bezgotówkowego. Szacunki kosztów obrotu gotówkowego w skali całej gospodarki są – w zależności od instytucji, która je przeprowadza i momentu badania – mocno zróżnicowane. Raport NBP na ten temat (Diagnoza stanu obrotu bezgotówkowego w Polsce, grudzień 2013, s. 59,) wskazuje, że w Polsce koszty te mogą kształtować się na poziomie 0,8%-1,0% PKB. To właśnie ten koszt miałby być podstawowym i ostatecznym motywem redukowania skali obrotu gotówkowego.

Zmniejszanie obrotu gotówkowego jest też celem Ministerstwa Finansów, które postrzega go jako wehikuł rozliczeń – pozostającej poza kontrolą systemu fiskalnego – „szarej strefy”. Stąd właśnie, to MF wystąpiło niedawno z inicjatywą, powstrzymaną przez Ministerstwo Gospodarki, obniżenia progu gotówkowych rozliczeń gospodarczych z pułapu równowartości 15 tys. EUR do 3 tys. EUR.

Fiskalizm jest dość powszechnym motywem wprowadzania limitów transakcyjnych w Europie: kilka lat temu Włochy wprowadziły pułap do 1 tys. EUR dla transakcji gotówkowych, a Francja wprowadza taki limit w bieżącym roku. Pomimo kontrowersji, związanych niemal wyłącznie z poziomem limitu dopuszczalnych transakcji gotówkowych, zasadność postępowania w kierunku elektronizacji obrotu nie jest w Polsce kwestionowana i uznawana jest za powszechnie przyjęty cel „modernizacyjny”.

Niewątpliwie, ograniczenia obrotu gotówkowego są też wymuszane przez globalną politykę zwalczania prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Ten motyw staje się z czasem coraz silniejszy i choć często postrzegany jest jako przejaw stopniowego zacieśniania sfery prywatności obywateli, w zasadzie nie jest głośno kwestionowany.

Być może krajowy konsens w sprawie elektronizacji obrotu jest tak powszechny, bowiem w Polsce nikt nie wygłasza tak radykalnych poglądów polityczno-ekonomicznych, jak niedawny głos b. ekonomisty Banku Anglii, Jima Leavissa, który na łamach londyńskiego The Telegraphz 13 maja br. opowiedział się za całkowitym wyjęciem gotówki spod prawa. W artykule pt. Jak skończyć z hossą i krachem: zdelegalizować gotówkę, Leaviss sugeruje umieszczenie całych płynnych zasobów finansowych ludności na rachunkach w jednym banku państwowym albo centralnym. Od tej chwili, władze mogłyby ręcznie sterować skłonnością obywateli do konsumpcji i oszczędzania, w odpowiednich momentach pobudzając konsumpcję podatkiem od utrzymywanych oszczędności. Gdy zaś władze chciałyby powstrzymać konsumpcję, nakładałyby podatek na każdą, dokonywaną za pomocą bezstykowej karty, mobilnej aplikacji albo przelewu, płatność.

Polska pozostaje pod tym względem na pozycji racjonalnej modernizacji: granica pomiędzy celem tj. gospodarką zdominowaną przez obrót elektroniczny, a jedynie wizją tj. społeczeństwem całkowicie bezgotówkowym, wydaje się być wyraźna.

Wyznaczanie ról

Sporo mówi się o tym, co mogłoby mieć istotny wpływ na zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w obrocie. Mniej jednak o tym, kto miałby realizować konkretne działania, tj. na czyich barkach miałoby spoczywać główne brzemię działań zmierzających do zaplanowanej z góry redukcji udziału płatności gotówkowych w gospodarce. Zadania nie zostały ostatecznie wyznaczone ani przydzielone. Poszczególne grupy podmiotów działają zatem na rzecz obrotu bezgotówkowego w takim stopniu, w jakim jest to zgodne lub co najmniej nie kłóci się z ich ekonomicznymi i społecznymi interesami. Niezależnie od niedawnych, ustawowych zmian zasad rządzących dotąd rynkiem płatności kartowych, jak i reguł realizacji usług płatniczych, nie podejmowano dotąd w Polsce – w tym zakresie – działań o charakterze bezpośrednio administracyjnym.

Przyjrzyjmy się krajowemu otoczeniu rynkowemu i wynikającym z niego motywacjom poszczególnych stron do zwiększania skali płatności bezgotówkowych.

Do roku 2014, funkcjonujący w Polsce model biznesowy dla kart płatniczych, oparty na stosunkowo wysokim interchange fee, skłaniał wydawców kart (głównie banki) do motywowania płatników, aby w transakcjach detalicznych korzystali raczej z kart płatniczych, niż z gotówki. Co więcej, nagrody w konkursach i zwroty (tzw. moneybacki) oferowane przez banki, nakierowane były na zwiększanie przez użytkowników częstotliwości i skali zakupów dokonywanych kartami. Przy okazji, do kart dodawane były różnorodne usługi, takie jakassistance, czy ubezpieczenia. Ważną częścią tych usług był niemal powszechny dostęp do bezpłatnych bankomatów.

Na tym polu widać było silną, wzajemną konkurencję banków, prześcigających się w coraz to atrakcyjniejszych, kierowanych do klientów, pakietach promujących płatności bezgotówkowe. Mechanizm transferu wartości finansowej był następujący: interchange fee, pobierana przez wydawcę karty od sprzedawcy, przeznaczana była w istotnej części na marketing i komunikację oraz na darmowe usługi (np. wydanie karty, ubezpieczenie, wypłaty gotówki z bankomatów), jak również na transfer do finalnego użytkownika karty. Pod wpływem wszystkich tych bodźców, posiadacz karty nie tylko chętniej po nią sięgał, ale też coraz częściej z niej korzystał, rezygnując z dokonywania wielu transakcji gotówką.

Ostatni rok przyniósł istotną zmianę mechanizmu finansowania płatności kartowych. Od sprzedawcy otrzymywana jest dziś przez wydawcę karty kwota ok. 5 razy mniejsza, niż poprzednio. Pozwala to bankowi na dokonanie tylko niektórych dalszych transferów i to w stopniu często niewystarczającym do pokrycia kosztów szeroko rozumianej obsługi kart. Dlatego też wydawca karty rezygnuje często z gotówkowego transferu (moneybacku) środków do użytkownika karty z tytułu samej realizacji transakcji bezgotówkowych. Co najwyżej, aktywny użytkownik instrumentu płatniczego może zostać zwolniony z opłat za jego wydanie. Ponadto, wobec braku finansowania infrastruktury i kosztów eksploatacji bankomatów, wycofywane są bezpłatne usługi wypłaty gotówki.

To samo dotyczy bezpłatnych dotąd albo oferowanych poniżej kosztów usług assistance, ubezpieczenia itp. Ograniczona zostaje zatem treść komunikacji do klientów, a tym samym nakłady na marketing instrumentu płatniczego i na skłanianie użytkownika do zwiększania częstotliwości płatności bezgotówkowych.

Cześć przychodów z interchange fee banki przeznaczały na modernizację i utrzymanie infrastruktury: także gotówkowej, w szczególności bardzo kosztownych bankomatów. Były one finansowane przede wszystkim z przychodów kartowych. Dziś, wobec ich odpływu, właściciele bankomatów podejmują kroki, aby zbierać środki na utrzymanie i rozwój tych urządzeń bezpośrednio od posiadaczy kart.

Zmiany w ustawie o usługach płatniczych spowodowały odwrócenie mechanizmu finansowania operacji kartowych: środki pobierane wcześniej od akceptantów przez banki w postaci interchange fee, pozostają niemal w całości w sklepach. Oznacza to transfer tych wartości z powrotem do sprzedawców. Jeśli jednak banki, wraz z organizacjami płatniczymi, zachęcały dotąd konsumentów do płatności kartami (w tym: do wywierania „negatywnego nacisku” na sklepy, które kart nie akceptowały) wszędzie tam, gdzie było to możliwe, obecnie, środki pozostające w sklepach przeznaczane być mogą co najwyżej na zachęcanie do płatności bezgotówkowych w wybranych punktach, czyli tam, gdzie właściciel sklepu zdecydował o nagrodzeniu klienta płacącego kartą.

Fakt, iż znaczne środki, których sprzedawcy nie muszą przeznaczać już na interchange fee, zatrzymywane są w sklepach, niekoniecznie wpłynął na obniżkę cen dla nabywców. W efekcie, nie przełożył się też na tańsze zakupy dla płacących bezgotówkowo. Środki odzyskane przez sprzedawców z mechanizmu interchange fee, w przeważającej części bezpośrednio powiększyły przychody sklepów.

Stało się tak przede wszystkim dlatego, że ten nowy model biznesowy nie niesie z sobą jednoznacznych, silnych bodźców, które motywowałyby sprzedawców do promowania obrotu bezgotówkowego. Różnice w kosztach przyjmowania gotówki i akceptacji płatniczych instrumentów bezgotówkowych są – dla sklepów – zdecydowanie niższe, niż różnice w marżach, które sklepy te stosują z powodów marketingowych. Powodem nie są tu zbyt wysokie koszty obrotu bezgotówkowego, ale niskie ceny obsługi gotówkowej, oferowane przede wszystkim przez banki, klientom firmowym. Co więcej, ostra konkurencja pomiędzy instytucjami finansowymi utrzymuje poziom kosztów gotówki pod względną kontrolą.

Obrót bezgotówkowy czy budowanie lojalności

W tej sytuacji, sprzedawcy, którzy akceptują karty, ostrożnie podchodzą do promowania zakupów bezgotówkowych. Jeśli już oferują rabaty za płatności kartowe, to czynią to mając na celu coś innego, niż redukcję częstotliwości transakcji gotówkowych. Programy rabatowe sklepów i sieci handlowych – nawet jeśli powiązane są z faktem realizacji zakupu kartą – tworzone są głównie w celu pozyskiwania nowych klientów lub przyzwyczajania ich do zakupów w danym sklepie lub sieci.

Dobrym przykładem tej nowej tendencji jest półtoramiesięczna (maj-czerwiec 2015)kampania promocyjna VISA związana z płatnościami kartami tej organizacji, dokonywanymi w Biedronce i na stacjach Orlen. Nagrody lub rabaty realizować można w Allegro, Cinema City, C&A, Intersport, Orlen, Praktiker, Stop Cafe, Telepizza. Dystrybucja wartości dodanej dokonuje się tu bez udziału wydawców kart. Choć promocja ta jest w znacznym stopniu integracją rozproszonych dotąd rabatów, oferowanych wcześniej przez wymienione sieci, stanowi ona pewien krok w kierunku aktywizacji nabywców do zakupów kartami płatniczymi.

Jednocześnie, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców w aliansie z MasterCard organizuje cykl seminariów „Kartą się opłaca”, adresowany do firm małych i średnich, które płatności bezgotówkowych dotąd nie akceptują. Celem seminariów jest przekonanie słuchaczy do akceptacji kart i pomoc w przygotowaniu się do wdrożenia tej formy płatności.

Choć obie akcje są godne zauważenia, nie mają jednak charakteru trwałego, a ich wpływ na zmiany zwyczajów płatniczych Polaków można ocenić jako nieznaczny.

Z drugiej strony, widzimy, że emitenci kart coraz silniej skręcają w kierunku „sprytnych programów lojalnościowych” (skłaniających nie tyle do zakupów „bezprzymiotnikowych”, ale do bardzo konkretnych), których adresatem jest konsument, płacący kartą lub – coraz częściej – mobilnie. Stopniowo znikają z rynku oferty rachunków lub kart z atrakcyjnym, ale nie związanym z konkretnymi zakupami, moneybackiem. W ich miejsce promowane są programy korzyści, które dany bank realizuje we współpracy z konkretnymi grupami sprzedawców. Choć w programach takich – przede wszystkim rabatowych – mogliby uczestniczyć nabywcy niekoniecznie płacący bezgotówkowo, jednak łatwiej jest poszczególne zakupy identyfikować, gdy dokonywane są konkretnym elektronicznym instrumentem płatniczym. Niemniej, celem tych akcji nie jest upowszechnianie płatności bezgotówkowych w ogóle, ale zachęcanie do zakupów – zazwyczaj kartowych – w konkretnych sklepach, a czasem: ściśle określonych asortymentów.

W takim otoczeniu rodzi się oczywiście zapotrzebowanie na szersze programy lojalnościowe, prowadzone przez wyspecjalizowane w tym zakresie firmy. Kłopot w tym, że takie programy nie muszą wcale wiązać się z dokonywaniem zakupów bezgotówkowo.

Skoro środki wykorzystywane dotychczas na finansowanie obrotu bezgotówkowego zostały odzyskane przez akceptantów kart, a jednocześnie, aktualny model finansowy transakcji kartowych i mobilnych nie motywuje zbytnio sprzedawców, by ten rodzaj obrotu upowszechniać wśród nabywców, to co mogłoby takiej motywacji dostarczyć?

Płatności bezgotówkowe w rękach sprzedawców?

Teoretycznie, ważnym impulsem do zainteresowania sprzedawców płatnościami bezgotówkowymi byłby fakt współposiadania przez nich (i czerpania stąd korzyści) elektronicznego systemu płatności detalicznych. Nawet jeśli taki system nie byłby finansowany żadnymi dodatkowymi prowizjami pochodzącymi z zewnątrz, dawałby sklepom uprzywilejowany dostęp do informacji o transakcjach w nim realizowanych.

Choć w większości krajów systemy bazujące na elektronicznych instrumentach płatniczych tworzone są przez organizacje płatnicze, banki, ew. telekomy, duże sieci handlowe przejawiają takimi systemami coraz większe zainteresowanie.

Przykładem takiego aktywnego zainteresowania może być historia tworzenia amerykańskiego systemu płatniczego MCX. Projekt tego wielostronnego systemu płatniczego uzyskał silne wsparcie uczestniczących w tym konsorcjum sieci handlowych (m.in. BP, Walmart, Gap, Dunkin Donuts) w opozycji do systemu ApplePay, w którym akceptanci nie mieli mieć udziału.

Aby takie silne wsparcie było możliwe, sieci sprzedaży muszą przejawiać dostateczne zainteresowanie możliwościami, jakie dawać mogą elektroniczne instrumenty płatnicze w wymiarze systemowym. Oznacza to nie tylko skłonność do inwestowania, ale także rzeczywiste rozpoznanie własnego interesu w tym, jaki użytek (zwł. marketingowy) można czynić mając bezpośredni, bieżący kontakt z szeroką rzeszą klientów i uzyskując uprzywilejowane informacje o ich zachowaniach.

W Polsce, podobne przedsięwzięcia inwestycyjne, które miałyby na celu stworzenie przez sieci handlowe ekosystemu płatności bezgotówkowych, nie są szczególnie popularne. Interesujący, precedensowy projekt zamkniętego systemu płatności mobilnych w sklepach sieci Biedronka – iKasa – najwidoczniej nie spełnił oczekiwań swoich twórców i jego dalszy rozwój został zarzucony. Z drugiej strony, uruchamianie kartowych płatności autostradowych przez Orlen, Routex, a ostatnio Stalexport Autostrada Wielkopolska, sugerowałoby, że systemy płatnicze należące do akceptantów stawiają dopiero pierwsze kroki.

Polskie sieci handlowe wydają się wykazywać ograniczone zainteresowanie podobnymi projektami. W dialogu z przedstawicielami systemów płatniczych formułują oczywiście swoje oczekiwania co do powszechności danego instrumentu płatniczego, jego popularności wśród określonych grup klientów, ich skłonności do wydatków itp. Interesują się też samym przebiegiem procesu zakupowego. Niemniej, polskie sieci handlowe nie wypracowały dotąd jednolitych, wspólnych, bardziej szczegółowych zasad dot. elektronicznych instrumentów płatniczych, które skłonne byłyby akceptować.

Ich stanowisko wobec propozycji banków lub organizacji (instytucji) płatniczych jest raczej reaktywne, precyzowane w odpowiedzi na konkretną propozycję właściciela systemu. To zaś oznacza, że do ew. samodzielnego stworzenia przez sieci handlowe własnego systemu płatniczego droga stosunkowo daleka.

Nie można oczywiście wykluczyć, że w obliczu postępującej demonopolizacji wydawnictwa elektronicznych instrumentów płatniczych, wobec zbliżających się zmian Dyrektywy o Usługach Płatniczych, niosącej dostawcom usług płatniczych otwarcie dostępu do rachunków bankowych osób fizycznych, sytuacja ta ulegnie zmianie. Niemniej jednak, w chwili obecnej, trudno jest dostrzec jakiś dodatkowy impuls do promowania płatności bezgotówkowych przez sklepy, który płynąłby z motywu ich aktywnego uczestnictwa w jakimś systemie płatniczym.

Podsumowanie

Spróbujmy nakreślony wyżej obraz podsumować. Jakie płyną z tego opisu wnioski i wskazówki, przede wszystkim co do tego, kto powinien grać aktywną rolę w promocji korzystania z bezgotówkowych instrumentów płatniczych?

  1. Banki (jako emitenci) utraciły w finansowym modelu detalicznych płatności bezgotówkowych pozycję najbardziej uprzywilejowaną. W tej sytuacji, ew. rola lidera intensyfikacji korzystania z istniejącej infrastruktury i znaczącego ukartowienia konsumentów powinna przypaść sektorowi akceptantów kart. Przy tej okazji, wpływ Narodowego Banku Polskiego – jako najważniejszej instytucji publicznej, która za program rozwoju obrotu bezgotówkowego i za nadzór nad jego realizacją czuje się odpowiedzialna – na kluczowy dla promocji płatności bezgotówkowych sektor, będzie teraz mniejszy,
  2. Aktualny model biznesowy dla kart płatniczych i większości schematów płatności mobilnych nie niesie bieżącym ani potencjalnym akceptantom kart szczególnych zachęt do intensywnego promowania płatności bezgotówkowych. O ile przyjmowanie gotówki nie stałoby się znacząco droższe od akceptacji transakcji kartowych, ta sytuacja nie ulegnie istotnej zmianie,
  3. Warto zatem powrócić do pytania o aktywną rolę rządu jako głównego agenta mogącego promować obrót bezgotówkowy. Fakt, iż Program Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego w Polsce nie został finalnie rozpatrzony przez Radę Ministrów, nie stwarzał optymistycznych perspektyw na przyszłość. A przecież rząd właśnie mógłby zdecydować m.in. o powszechnej akceptacji elektronicznych instrumentów płatniczych w urzędach i w relacjach obywateli oraz firm z własnymi agendami. Warto więc zwrócić uwagę na jaskółkę zmiany: rządowy projekt nowelizacji Ordynacji podatkowejzakłada możliwość zapłaty podatku lub należności celnej kartą płatniczą. Szkoda, że koszty obsługi takiej transakcji pokryć miałby – dodatkowo – wpłacający.
  4. Uczestnicy obrotu handlowego powinni przy tym jasno artykułować, że „walka z gotówką” nie powinna być realizowana w trybie obciążania obrotu gotówkowego jakimś dodatkowym – jawnym albo ukrytym – podatkiem lub tp. Taki kierunek stanowiłby bowiem dodatkowe obciążenie obrotu gospodarczego, w miejsce działań, które powinny go ułatwiać.
  5. Jednym z kierunków ew. dalszego regulowania obrotu może być określenie dopuszczalnych stawek obciążenia akceptantów z tytułu opłat należnych agentom rozliczeniowym. Zapewne nie należałoby stosować tu jakiegoś pojedynczego pułapu prowizji, lecz zależny np. degresywnie od realizowalnego przez sprzedawcę obrotu. Niemniej, prowizje i opłaty na rzecz agentów rozliczeniowych pozostają barierą upowszechniania akceptacji elektronicznych instrumentów płatniczych, której nie poddano regulacji przy ostatnich nowelizacjach ustawy o usługach płatniczych.
  6. Wobec dynamicznego rozwoju e-handlu i związanych z nim usług kurierskich, Ministerstwo Finansów mogłoby rozważyć preferencje szczególnie w tym sektorze (np. związane z zakupami i eksploatacją terminali płatniczych), co zapewniłoby dostępność transakcji kartowych także tym nabywcom, którzy nie są skłonni do przedpłacania należności za zamówione w sieci towary.
  7. Aby zredukować koszty obrotu gotówkowego (w maju 2015 pieniądz gotówkowy rdr przyrósł o 15,5%), wskazany byłby powrót do zarzuconego pomysłu zaokrąglania należności – płatnej gotówkowo – np. do 5 gr, co pozwoliłoby na wycofanie z obrotu monet o nominale 1 gr i 2 gr, znacząco ograniczając ciężar finansowy utrzymywania przez NBP obrotu gotówkowego.

Warto cały czas pamiętać o tym, że koszty obrotu gotówkowego są wysokie nie tyle z punktu widzenia indywidualnego sprzedawcy, sklepu, ale właśnie z punktu widzenia państwa. W przeciwieństwie bowiem do systemów rozliczeń transakcji kartowych i mobilnych, które znajdują się w rękach prywatnych właścicieli, nadmiarowe koszty utrzymywania systemu obrotu gotówkowego ponosi w znacznej mierze państwo i dlatego ono właśnie mogłoby stać się bezpośrednim liderem i najbardziej skutecznym z promotorów rozwoju alternatywnego (elektronicznego) obrotu płatniczego. Aktywność takiego lidera mógłby zostać skuteczniej wsparta przez sektor zarówno handlu, jak i usług płatniczych.

Grzegorz Hansen

Autor jest dyrektorem ds. strategii i rozwoju w Departamencie Bankowości Transakcyjnej mBank SA. Prezentowane tezy odzwierciedlają indywidualne opinie autora.

Dla połowy Polaków służbowy telefon to smycz, której chętnie by się pozbyli

Kto dostanie największe dopłaty do mieszkań po wakacjach

Po wejściu w życie zmian, dotyczących przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowych najwięcej zyskają rodziny z dziećmi. Sejm przyjął właśnie poprawki, dzięki którym rodzinom z trójką dzieci państwo może dopłacić aż 160 proc. więcej niż dotychczas.   

Nowe zasady przyznawania dopłat do kredytów mieszkaniowym zaczną obowiązywać już za 2-3 miesiące. Poza znacznie większym dofinansowaniem dla rodzin z dziećmi, nowelizacja programu Mieszkanie dla młodych przynosi jeszcze jedną zasadniczą zmianę. Rządowe dopłaty obejmą również mieszkania kupowane na rynku wtórnym. W ten sposób program MdM wkroczy także do mniejszych miejscowości, w których deweloperzy nie budują.

Osoby wychowujące jedno dziecko dostaną dopłatę w wysokości 15 proc. do 50 m kw. nabywanego mieszkania, które maksymalnie może mieć metraż 75 m kw. Kredytobiorcy z co najmniej dwójką dzieci otrzymają 20 proc. dopłaty, tj. o jedną trzecią więcej niż obecnie.

30 proc. dopłaty do kredytu dla rodzin z trójką dzieci

Rodziny z trojgiem lub większą liczbą dzieci mogą liczyć na największe wsparcie ze strony państwa. Dostaną aż 30 proc. dopłaty maksymalnie do 65 m kw. kupowanego mieszkania, które może mieć wielkość do 85 m kw. Oznacza to aż 160 proc. więcej dopłaty niż dotychczas. Takich rodzin nie będzie obowiązywał również limit wieku (35 lat) i będą mogły mieć już wcześniej kupioną nieruchomość na własność.

– Dzięki temu rodziny wielodzietne będą mogły zmienić mieszkanie na większe, a rządową dopłatę wykorzystać na pokrycie wkładu własnego do zaciąganego kredytu, który obecnie wynosi minimum 10 proc., a z początkiem przyszłego roku wzrośnie do 15 proc. – zauważa Wojciech Stisz, z firmy Barc Warszawa SA.

Na największym w kraju, warszawskim rynku deweloperskim można obecnie kupić mieszkanie z dopłatą, jeśli jego cena za metr kw. nie przekracza 6588 zł. Największym zagłębiem takich mieszkań jest warszawska Białołęka. Większość powstających w tej dzielnicy mieszkań kwalifikuje się do dopłat. Stawki ofertowe obowiązujące w tym rejonie miasta pozwalają nawet czasem na objęcie dopłatą także miejsca postojowego i wykończenia mieszkania.

Jest to możliwe na przykład w  ramach nowej oferty firmy Barc Warszawa – Wszystko w cenie w MdMie. W powstającym przy ul. Winorośli stołecznym osiedlu Tarasy Dionizosa wybrane mieszkania (w cenie 5500 zł/m kw.) można kupić z wykończeniem i miejscem postojowym w garażu podziemnym i wszystko sfinansować kredytem z dopłatą. Dla rodzin wielodzietnych firma ma w ofercie czteropokojowe mieszkania o powierzchni 74 m kw. w cenie od 431 tys. zł.

Najlepsza sprzedaż nowych mieszkań w historii

Wyższe dopłaty do kredytów dla rodzin z dziećmi prawdopodobnie przełożą się po wakacjach na jeszcze większy popyt na lokale z segmentu popularnego, które obejmuje MdM. A przecież na brak zainteresowania mieszkaniami deweloperzy nie narzekają już od dłuższego czasu. W ubiegłym roku, jak podaje Reas, sprzedali w największych aglomeracjach w kraju o 20 proc. lokali więcej niż w rekordowych latach 2007 i 2013.

Wśród kupujących najbardziej popularne są wciąż lokale dwu i trzypokojowe o niewielkich metrażach. Nabywają je nie tylko osoby chcące się usamodzielnić, ale także inwestorzy na wynajem, dla których niskooprocentowane lokaty bankowe stały się nieatrakcyjne.

Dobra sprzedaż motywuje firmy budujące mieszkania do większej aktywności. W minionym roku deweloperzy rozpoczęli budowę największej liczby mieszkań od pięciu lat. A w ciągu pierwszych 5 miesięcy tego roku zainicjowali w największych aglomeracjach budowę prawie o jedną trzecią większej liczby mieszkań niż w analogicznym okresie przed rokiem. To najlepszy rezultat w historii rynku. W 2014 roku firmy wystąpiły też o największą od trzech lat liczbę pozwoleń na budowę. Śmiało można więc mówić o boomie inwestycyjnym na rynku deweloperskim.

Autor: Barc Warszawa SA.

Ciekawie na rynku długu

Choć dynamika zmian na rynku długu jest ostatnio znacznie mniejsza niż na giełdzie, wciąż trudno narzekać na brak interesujących wydarzeń.

Na uwagę zasługują przede wszystkim dwa zjawiska. Pierwszy to wzrost cent polskich obligacji skarbowych. Tendencja ta utrzymuje się od połowy czerwca. W jej wyniku rentowność papierów dziesięcioletnich obniżyła się z 3,34 do 3,2 proc. Co ciekawe, dzieje się to w warunkach bardzo dużej nerwowości, związanej z negocjacjami między Grecją a jej wierzycielami. W obliczu zagrożenia bankructwem Grecji i jej wyjścia ze strefy euro, można by spodziewać się wyprzedaży polskich obligacji, tymczasem mamy do czynienia z ruchem w przeciwnym kierunku. Może to wskazywać, że inwestorzy dostrzegają fundamentalną siłę naszej gospodarki i dobrze oceniają jej perspektywy. Wzrost cen obligacji wpływa na poprawę wyników funduszy papierów dłużnych, szczególnie tych, które mają w portfelach dużo papierów o stałym oprocentowaniu.

Jednocześnie od prawie dwóch miesięcy utrzymuje się powolna, ale wyraźna tendencja zwyżkowa stawek WIBOR, podwyższająca oprocentowanie obligacji o zmiennym oprocentowaniu, a więc głównie emitowanych przez firmy. Trzymiesięczna stawka poszła od początku maja w górę z 1,65 proc. do 1,72 proc. Obie tendencje sprzyjają funduszom posiadającym dobrze zdywersyfikowany i elastycznie zarządzany portfel papierów dłużnych. Na dłuższą metę jednak tak korzystny splot okoliczności nie ma szans się utrzymać. Perspektywa podwyżki stóp procentowych, choć nadal odległa, będzie spychać ceny obligacji skarbowych w dół. Z kolej stawki WIBOR będą nadal zwyżkowały. Taki układ premiuje fundusze specjalizujące się w obligacjach korporacyjnych, w przypadku których dominuje oprocentowanie zmienne, zależne od zmian stawek rynku pieniężnego. A w odróżnieniu od sytuacji na warszawskiej giełdzie, gdzie nowych spółek jak na lekarstwo, emisji obligacji firm nie brakuje.

————
Michał Stanek
Dyrektor ds. Komunikacji Inwestycyjnej AgioFunds TFI S.A.