Apel Pracodawców RP do MZ i GIS ws. mobilnych badań diagnostycznych

Pracodawcy RP apelują do Ministra Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego o wprowadzenie rozwiązań umożliwiających mobilne wykonanie kontrolnych badań diagnostycznych.

W związku z epidemią koronawirusa Pracodawcy RP wystosowali pismo do Ministra Zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego, w którym proponują rozwiązania z zakresu mobilnej diagnostyki. Mają one przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa pacjentów oraz personelu medycznego.

Propozycja obejmuje:

1) określenie procedury – standardu postępowania powrotu do pracy, w tym konieczności wykonania kontrolnego badania diagnostycznego,

2) zapewnienie mobilnego wykonania takiego badania diagnostycznego – kontrolnego przed zakończeniem kwarantanny,

3) organizację mobilnego badania, w tym:

  • zapewnienie pojazdów CORONA BUS służące do transportu medycznego, w tym ze służb mundurowych,
  • wydzielenie stanowiska  do  pobrania i przechowania materiału biologicznego,
  • pozyskanie grupy osób np. studentów medycyny, pielęgniarstwa do tej akcji oraz skorzystanie z innych osób po przeszkoleniu,
  • konieczne pełne zabezpieczenie pracowników CORONA BUS, w tym kierowcy oraz obsługi w środki ochrony osobistej,
  • pobranie materiału bezpośrednio pod miejscem zamieszkania pacjenta po uprzednim umówieniu,
  • przekazanie partii pobranego materiału do laboratorium.

–  Rozszerzenie możliwości wykonywania badań diagnostycznych poprzez dopuszczenie udzielania świadczeń zdrowotnych polegających na pobraniu materiału biologicznego do badania laboratoryjnego w pojazdach przyczyni się do zwiększenia dostępności do tych świadczeń, a jednocześnie pozwoli na bezpieczny powrót personelu medycznego do pracy, a tym samym – zapewni bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów i pozostałego personelu medycznego – czytamy w piśmie.

Tarcza …kryzysowa – firmy branży targowej o propozycjach Rządu

Rozczarowanie – firmy branży targowej nazywają tak to, co znalazło się w tzw. Tarczy Antykryzysowej. – Do końca wierzyliśmy, że rząd uwzględni nasze propozycje. Zabrakło dużej części postulowanych rozwiązań, które pozwoliłby poprawić płynność firm niezależnie od ich wielkości – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego (PIPT), dodając, że potrzeby i oczekiwania przedsiębiorców minęły się z propozycjami Rządu.

  • – Jest owszem kilka punktów stycznych, ale to jak dać lizaka głodnemu od trzech dni dziecku z Afryki – przyznaje Beata Kozyra, mając jednocześnie „iskierkę nadziei”, bo proces legislacyjny trwa.
  • A, jak mówią, nadzieja umiera ostatnia, dlatego – zwraca się jeszcze do senatu, sejmu i prezydenta o uwzględnienie propozycji branży targowej i zwrócenie uwagi na rozwiązania przyjęte w innych krajach europejskich.
  • W poniedziałek – wtorek firmy mają podjąć decyzje co do swojej dalszej egzystencji i zatrudnionych osób.

 

Przedsiębiorcy działający w sektorze targowym czekają na konkretne rozwiązania ze strony rządu. Dali sobie czas do poniedziałku – wtorku na decyzje, co robić dalej. – To praktycznie ostatni dla nich dzień, aby postanowić, czy będą działać i ilu pracowników będą musieli zwolnić – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Co się stanie z branżą targową?

Jak przypomina Beata Kozyra, skutki koronawirusa odczuwają wszystkie firmy branży już od 2 miesięcy. Większość firm ma dziś przychody na poziomie 0 zł.

Jeśli nie otrzymają prawdziwej pomocy, to:

    • ponad 60 % firm planuje redukcję zatrudnienia z końcem marca br.
    • co 4-ta z tych firm myśli o zwolnieniu od 50% do 70% pracowników
    • ponad 26% deklaruje, że będzie zmuszona w ogóle zawiesić lub zamknąć działalność.

Bez pracy może zostać nawet 15 tys. osób zatrudnionych dotąd w naszej branży. Dzięki m.in. ich oddaniu, takie imprezy jak ITM, BUDMA, Targi Meble, MSPO, Plastpol czy Targi Książki stały się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wizytówką Polski w świecie. Nieuwzględnienie tego przy opracowywaniu antykryzysowych rozwiązań przez rząd oznaczać będzie definitywne przejście tych wydarzeń do historii. Nasze miejsce zajmą inni, tyle że w innych krajach. Dlatego zwracamy się do marszałków sejmu i senatu oraz prezydenta o uzupełnienie Tarczy Antykryzysowej o unormowania, które utrzymają nas na powierzchni, a ludziom pozwolą zachować pracę– apeluje Beata Kozyra. Przyznaje, że jest realistką i docenia to, co już rząd zaoferował przedsiębiorcom. Jest to jednak niewystarczające.

Co oferuje rząd? Branża targowa ocenia rozwiązania w projekcie Tarczy i sugeruje ich uzupełnienie.

  • abolicja składek ZUS dla samozatrudnionych oraz prowadzących mikrofirmy na 3 m-ce jest jak najbardziej wskazana. Szkoda tylko, że nie dotyczy ona wszystkich MŚP (Małych i Średnich Przedsiębiorstw), które przecież generują 80% polskiego PKB. Również okres abolicji dla firm, które nie odzyskają źródła przychodów w ciągu 3 miesięcy powinien być stosownie wydłużony. Nie łudźmy się, że jakiekolwiek targi odbędą się przez wrześniem 2020.
  • wprowadzenie prawa do świadczenia postojowego i dopłaty państwa do wynagrodzeń w wysokości 40% średniej krajowej to również posunięcie we właściwym kierunku. Ale niewystarczające, aby utrzymać 100% zatrudnienia. W przypadku, kiedy firmy branży targowej nie mają żadnych przychodów, nie będą w stanie opłacić pozostałych 40% wszystkim swoim pracownikom. Należy się również liczyć z tym, że część pracowników nie będzie chciała obniżki swojej pensji o 20% i poszuka innej pracy.
  • 5 tys. zł pożyczki dla mikroprzedsiębiorstw – OK. Żywa gotówka na pewno się przyda. Tylko na co ją wydać? Czy na pensję 1-2 pracowników za marzec, może na połowę kwietniowego czynszu, a może na ratę leasingu maszyn w kwietniu? A co z płatnościami za czerwiec, lipiec, sierpień…?
  • umożliwienie podatnikom CIT i PIT straty poniesionej w 2020 r. od dochodu
    z działalności uzyskanego w 2019 r. Rozwiązanie we właściwym kierunku. Ale rozliczyć należy się w dość krótkim horyzoncie czasowym? A rzeczywiste straty firmy będą miały w kwietniu, bo do marca rozliczały imprezy ze stycznia i lutego. Zatem, tak na prawdę, niewielka korzyść.
  • przesunięcie terminu płatności zaliczek na podatek dochodowy od wynagrodzeń wypłacanych w marcu i kwietniu 2020 r. do 1 czerwca 2020 r. To działanie mało strategiczne, bo prowadzi do niepotrzebnej kumulacji zobowiązań.

– Można by tu przytoczyć jeszcze kilka przykładów, jednak nawet pomoc ta liczona   łącznie jest absolutnie niewystarczająca, aby pomóc firmom utrzymać płynność finansową, a w wielu przypadkach uchronić firmę przed upadkiem – ocenia Beata Kozyra.

Jakie będą konsekwencje dla Polski?

  • mniejszy wpływ do budżetu państwa o 2-3 mld zł. Mówimy tu tylko o jednej branży czyli targowej. Jeśli dodamy do tego branżę turystyczną i MICE, wpływy do budżetu będą niższe aż o kilkanaście procent niż przed rokiem – czyli ok 20 mld zł.
  • na rynek wyjdzie kilka milionów bezrobotnych – in. z branży targowej, turystycznej i MICE. Czy Polski Rząd jest gotowy na ich przyjęcie? Czy Polski Rząd jest gotowy wypłacać przez najbliższe miesiące 3 mld zasiłku miesięcznie?
  • zniknie bezpowrotnie wiele imprez targowych, które co roku przyciągają tysiące wystawców i miliony zwiedzających
  • zagrożone będą największe targi, które do tej pory były wizytówką Polski: Budma, Targi Meble, ITM, Motor Show, Cavaliada organizowane przez Międzynarodowe Targi Poznańskie, MSPO, ENEX, PLASTPOL w Kielcach, Targi Katowice, Targi książki czy Krakdent w Krakowie, Bowtshow w Łodzi, Energetab w Bielsku Białej. A nie zapominajmy, że targi są dźwignią polskiego eksportu.

To chyba ostatnia szansa, z której możemy i powinniśmy skorzystać. Zwracamy się raz jeszcze do wszystkich parlamentarzystów o podjęcie wysiłku, aby ostateczny kształt Tarczy Antykryzysowych rzeczywiście obronił przedsiębiorców przed skutkami epidemii – nie traci nadziei Beata Kozyra. Uważa, że autorzy ustawy mogą dokonać jeszcze niezbędnych korekt.

Co rząd może jeszcze zrobić?

  • Przede wszystkim stworzyć łatwy dostęp do umarzalnych kredytów na 2-3 lata do 3 mln zł dla firm poszkodowanych przez koronawirusa
  • Podjąć decyzję o natychmiastowym zwrocie VATu oraz uwolnieniu pieniędzy z kont VAT-owskich
  • Natychmiast uprościć procedury przyznawania wszelkiej pomocy przedsiębiorstwom.

– Autorzy Tarczy Antykryzysowej powinni oprzeć się na pozytywnych przykładach także z krajów znajdujących się dziś w znacznie trudniejszej sytuacji. Warto mieć na uwadze także to, że najprawdopodobniej jesteśmy jeszcze przed najsilniejszym uderzeniem epidemii, a jej skutki znane będą dopiero za kilka miesięcy – przewiduje prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Co robią rządy innych krajów?

Rządy innych krajów, bardzo szybko poszły po rozum do głowy i nie bronią już za wszelką cenę budżetu, tylko przedsiębiorstw, które do tego budżetu się dokładają.

  • Francja: od 26 marca państwo przejęło do 80% rekompensaty wynagrodzeń i umożliwiło na korzystnych warunkach przedsiębiorcom wzięcie pożyczek od 12,5 tys. do 12 mln Euro.
  • Holandia: rząd dołoży do 90% do wynagrodzeń najbardziej dotkniętych kryzysem firm.
  • Wielka Brytania: MŚP w mogą zaciągnąć nieoprocentowany przez 12 miesięcy kredyt do 5 mln GBP.
  • Węgry: rząd wprowadził całkowite zwolnienie z płacenia podatków dla najbardziej poszkodowanych firm do czerwca 2020, a także niskie i centralnie regulowane oprocentowanie łatwo dostępnych pożyczek.
  • Niemcy: rząd opracował program pożyczek w wysokości 513 mld Euro, aby firmy mogły utrzymać dotychczasowy poziom produkcji i zatrudnienia

Ile procent PKB przeznaczają kraje na wsparcie przedsiębiorstw?

  • Hiszpania ok. 15 proc. PKB,
  • Włochy ok.18 proc. PKB,
  • Francja ok.21 proc. PKB,
  • Niemcy ok.15 proc, PKB
  • Polska – 8 proc. PKB.

– Propozycje innych krajów to myślenie strategiczne, ale nie krótkowzroczne, nastawione na tu i teraz. Wygląda to tak, jakby nasz rząd nie dostrzegał, że zabija dojną krowę czyli polskie przedsiębiorstwa. Krowa zdechnie i nie będzie mleka, a więc wpływów do budżetu – zwraca uwagę Beata Kozyra, której zdaniem priorytetem powinno być dziś utrzymanie gospodarki za wszelką cenę.– Świadczenia socjalnie czy inwestycje rządu w zbrojenie armii, ekologię, czy drogi mogą na chwilę zejść na drugi plan. Co zagrozi życiu polskich rodzin bardziej, brak 500+ przez 3 miesiące czy brak wypłaty przez najbliższe pół roku z powodu utraty pracy?– pyta Beata Kozyra i podsumowuje: – W tej chwili sytuacja doszła już do takiego punktu, że najważniejsze staje się jednak jak najszybsze przyjęcie Tarczy, nawet w jej obecnym kształcie, aby pomoc dla przedsiębiorstw mogła już płynąć, aby firmy nie musiały już dzisiaj zwalniać pracowników.  Kolejnym krokiem byłby nowelizacje Tarczy i uwzględnienie w nich najczęściej wymienianych przez przedsiębiorców postulatów – Według prezes zarządu PIPT dziś trzeba przede wszystkim minimalizować skutki strat, które niemal z godziny na godzinę się powiększają.

Wartość polskiej branży targowej i wystawienniczej szacuje się na ok. 3 mld złotych. Na rynku tym operuje ponad 500 firm, a zatrudnienie w branży znajduje prawie 20tysięcy osób.

Jaka będzie przyszłość rynku ropy?

Bezprecedensową przecenę na rynku „czarnego złota” można porównać do otwarcia puszki Pandory. Jak wojna cenowa wpłynie na rynek, skoro – według doniesień EIA – popyt na ropę nie wzrośnie pierwszy raz od 2009 roku, czyli od kryzysu finansowego?

Notowania ropy WTI to około 20 USD za baryłkę. Nie pomaga słabszy rynkowy sentyment, nie pomagają informacje z rynku surowca, nie pomagają fundamenty. Arabia Saudyjska poinformowała, że od początku wojny cenowej nie nawiązano żadnego kontaktu z Rosją w celu wznowienia rozmów o koordynacji wydobycia surowca. Dodatkowo, indyjski rząd zalecił rafineriom, by w obliczu braku popytu wstrzymały przerób ropy i import surowca. Ma to niebagatelne znaczenie, gdyż Indie to trzeci największy światowy odbiorca, importujący prawie 5 mln baryłek na dzień. Pojawiają się też pierwsze symptomy wskazujące, że radykalna wojna cenowa i załamanie popytu uderzają w producentów z USA. Liczba aktywnych wież wiertniczych obniżyła się aż o 40, i do 624.

– Spadek produkcji w Stanach Zjednoczonych jest nieunikniony, ale tendencja ta będzie rozwijać się wiele miesięcy. Średnioroczny poziom wydobycia będzie w 2020 roku wciąż przewyższał przeciętną produkcję z ubiegłego roku – ocenia Bartosz Sawicki, ekspert ds. rynku surowców i kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Przecena na rynku „czarnego złota” od początku 2020 roku sięgnęła niebotycznego poziomu 65 proc. Cena surowca spadła poniżej minimum z lutego 2016 roku. Obecnie za baryłkę ropy WTI płacimy najmniej od 17 lat. Krach na rynku ropy został spotęgowany coraz gorszymi danymi tj. ostatnie PMI, pokazującymi że efektem pandemii nie będzie spowolnienie globalnej gospodarki, a głęboka recesja. Oznacza to tym samym spadek popytu na ropę. Obecnie nadpodaż surowca wynosi 5 mln baryłek dziennie.

Będzie gorzej

Kryzys doskwiera również całej  branży naftowej. Świadczy o tym chociażby zmniejszona do 50 proc. kapitalizacja takich gigantów jak Saudi Aramco, British Petroleum Company (BP) czy Shell. W rafineriach dochodzi do mniejszego przerobu surowca, ponieważ chętnych na niego jest po prostu coraz mniej. Według doniesień EIA, popyt na ropę nie wzrośnie pierwszy raz od 2009 roku, czyli od kryzysu finansowego.

Krach na rynku ropy został pogłębiony przez pandemię i ograniczenie ludzkiej mobilności, ale nie oznacza to, że problemów na rynku brakowało. Schody zaczęły się – plus minus – w 2014 roku, kiedy Arabia Saudyjska zaczęła zwiększać wydobycie, by uderzyć w sektor wydobywczy USA. To był impuls do rozpoczęcia trwającej do 2016 roku surowcowej bessy. W 2020 roku natomiast w porozumieniu zrzeszającym producentów ropy pozostało 10 państw OPEC, ale tylko połowa z nich wypełniała porozumienie.

Irak, ZEA i Nigeria wydobywały za dużo, a Ekwador opuścił OPEC. Z 10 uczestniczących w porozumieniu państw spoza kartelu tylko Oman i Azerbejdżan
odpowiednio ograniczyły produkcję. Rosja, Kazachstan i Meksyk, czyli najważniejsi gracze z tej grupy, notorycznie przekraczali limity. Projekt OPEC+ okazał się więc podwójną porażką. Między innymi dlatego, że opierał się na błędnych założeniach i słabej dyscyplinie. Niska skuteczność była tylko gwoździem do trumny tej idei. Idea nie miała bowiem siły przebicia nad motywowanym politycznie oporem przed redukcją produkcji.

Wojna cenowa

Czarny poniedziałek weryfikuje. 9 marca dochodzi do najsilniejszego spadku cen ropy od wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. 18 marca, kurs WTI spada 25%, do 20 USD, czyli najniżej od lutego 2002 r. 19 marca następuje bezprecedensowe odbicie – wzrost cen ropy WTI o 24% to najwyższy dzienny wzrost w historii. Zmienność na rynku ropy jest najwyższa od globalnego kryzysu finansowego. Co to oznacza?

– Niskie ceny ropy naftowej to coś, do czego powinniśmy się przyzwyczaić. Po podwójnym szoku popyt załamał się ze względu na walkę z pandemią. W 2020 roku po raz pierwszy od globalnego kryzysu finansowego świat zużyje mniej ropy niż rok wcześniej, a w tym samym czasie ostro rośnie wydobycie – mówi kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers Bartosz Sawicki i przypomina, że Arabia Saudyjska eksportować o 30 proc. więcej niż w styczniu, rezultatem czego będzie powstanie gigantycznego nawiasu zapasów.

– Ich absorpcja będzie trwać minimum przez drugą połowę 2020 roku. Dlatego też w dalszej części roku należy spodziewać się średniej ceny brent w granicach 35 USD za baryłkę. Przy czarnym scenariuszu pandemii na długie tygodnie paraliżującej aktywność gospodarczą, transport i komunikację, kurs ropy brent w drugim kwartale spadnie pod 20 USD za baryłkę – tłumaczy ekspert.

Walka ze skutkami pandemii

Światowe banki centralne ruszyły do walki z gospodarczymi konsekwencjami pandemii. Cięte są stopy, uruchamiane programy tanich pożyczek dla sektora bankowego, wznawiane programy skupu aktywów. Władze monetarne rzuciły do walki wszystkie dostępne środki i szybko wyczerpały dostępną amunicję.

Kolejne rządy uruchamiają szeroko zakrojone pakiety fiskalne. W niektórych przypadkach, np. w Nowej Zelandii ich wartość to nawet 4 proc. PKB. Polityka fiskalna dostarcza skuteczniejszych narzędzi łagodzących wpływ koronawirusa na wzrost gospodarczy. W kolejnych tygodniach to na niej będzie spoczywać ciężar. Nie oznacza to, że polityka monetarna nie ma roli do odegrania.

– Banki centralne przede wszystkim pompują płynność w system finansowy i chronią rynek kredytowy przed poważniejszymi turbulencjami. Szybka reakcja, to dobra reakcja, ponieważ sytuacja jest wystarczająco skomplikowana, by dodatkowo ryzykować pogorszeniem kondycji gospodarek przez nieefektywne działanie systemu finansowego – ocenia Bartosz Sawicki z TMS Brokers.

Zdaniem eksperta kombinacja szoków popytowego i podażowego będzie skutkować gigantyczną nadpodażą i wzrostem zapasów, a agresywna polityka cenowa i gwałtowne podniesienie eksportu ma na celu zmuszenie Rosji do współpracy w drugiej części roku. Tak rysuje się plan na nowy porządek na rynku „czarnego złota”.

Covid-19 [Koronawirus] wpływa na rynek nieruchomości

Kraje, które nie przyjęły euro lub ich waluty nie są powiązane ze wspólną europejską walutą, odnotowały w lutym i marcu 2020 r. osłabienie kursów walut o około 10%. Wyjątkiem jest rumuński lej, który stracił zaledwie 1%, głównie dzięki interwencji banku centralnego. W związku z tym, że większość umów najmu w Europie Środkowo-Wschodniej jest denominowana w euro, może to stanowić dodatkowe obciążenie dla najemców, zwłaszcza tych, którzy uzyskują większość dochodów w walutach lokalnych (CZK, PLN, HUF i RON).

– Osłabienie walut,  oprócz przymusowego lub dobrowolnego zamknięcia lokali handlowych, gastronomicznych, rozrywkowych i hotelowych, biur oraz części zakładów produkcyjnych w celu ochrony zdrowia ludzkiego, stawia zarówno wynajmujących, jak i najemców w bardzo niekorzystnej sytuacji. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją – pandemia oraz związane z nią stany wyjątkowe ograniczają możliwości normalnego działania wielu osób i firm. W związku z tym sposobem długofalowej ochrony wszystkich interesów będzie z pewnością znalezienie kompromisu pozwalającego zminimalizować skutki tej niesprzyjającej sytuacji – mówi Kevin Turpin, dyrektor regionalny ds. badań rynku na Europę Środkowo-Wschodnią w Colliers International.

Z jednej strony wynajmujący będą chcieli ze zrozumiałych względów pobierać czynsze w celu ochrony swoich inwestycji, a z drugiej najemcy będą chcieli się skupić na zabezpieczeniu przyszłości swoich firm i pracowników. We wszystkich sektorach rynku panuje obawa przed scenariuszem, w którym mogłoby zabraknąć firm chętnych na najem powierzchni komercyjnych, ale też takim, w którym firmom zabraknie przestrzeni umożliwiających im prowadzenie działalności.

Należy mieć nadzieję, że każdy z krajów w regionie CEE opracowuje własne sposoby wyjścia z sytuacji, takie jak wakacje kredytowe lub inne środki finansowe, w tym pakiety pomocy rządowej. Dopóki nie uzyskamy więcej szczegółowych informacji na temat przyjętych metod, musimy znaleźć inne realne rozwiązania, które będą mogły z nimi współgrać, oczywiście zakładając, że ewentualne wsparcie z zewnątrz nie okaże się panaceum – wskazuje Luke Dawson, dyrektor zarządzający i dyrektor ds. rynków kapitałowych na region CEE w Colliers International.

Widzimy pierwsze przypadki, w których – zamiast od razu wszczynać spory prawne dotyczące płatności – wynajmujący rozważają krótkookresowe zwolnienia z czynszów lub przesuwają na bieżący okres umowne wakacje czynszowe (zazwyczaj wypadające na koniec umowy najmu). W zamian za to oczekują, że najemcy wydłużą umowy najmu o czas odpowiadający obecnemu trudnemu okresowi lub dłuższy.

Więcej informacji o wpływie koronawirusa na rynki regionu EMEA można znaleźć na portalu Colliers’ COVID-19 Insights, na którym nasi eksperci w każdym tygodniu  udostępniają nowe informacje i analizy dotyczące wpływu pandemii na poszczególne sektory rynku nieruchomości komercyjnych.

Fiskus zabiera, potem myśli

Prawo podatkowe nakazuje, by organy, rozstrzygając sprawę podatnika, wyjaśniły mu i uzasadniły, dlaczego akurat tak, a nie inaczej należy interpretować dany przepis. Organ zobowiązany jest wskazać, jakie argumenty stoją za jego postępowaniem. Nie może też stosować wykładni przepisów prowadzącej do zwiększenia obciążeń podatkowych, które mogą być nakładane na podatników tylko w drodze ustawy. W wyroku z 23 stycznia 2020 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu uchylił zaskarżoną przez spółkę interpretację organu podatkowego, bo ten naruszył wszystkie wskazane wyżej reguły, pozbawił spółkę prawa do pełnego odliczenia poniesionych na nabycie usług wydatków, nie wykazując przy tym logicznego procesu rozumowania.

Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych w art. 15e zawiera ograniczenie, zgodnie z którym poniesione przez spółkę wydatki na usługi doradcze, badania rynku, usługi reklamowe, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze, nabyte od podmiotów powiązanych, nie mogą być w przeważającej części zaliczane do kosztów uzyskania przychodów tej spółki.

Usługi badawczo-rozwojowe i informatyczne

Jedna ze spółek z o.o., będąca polskim rezydentem podatkowym, jest producentem materiałów budowlanych. Należy do grupy kapitałowej, w ramach której nabywa od jednego ze swoich podmiotów powiązanych usługi w zakresie działalności badawczo-rozwojowej (B+R) oraz usługi informatyczne (IT).

W ramach tych pierwszych usług podmiot powiązany organizuje spotkania pracowników z różnych podmiotów grupy kapitałowej mające służyć wymianie spostrzeżeń, doświadczeń i wiedzy technologicznej, jak i współpracy w innych obszarach. Podczas tych spotkań pracownicy współpracują z zamiarem rozwiązywania konkretnych problemów grupy, w tym także spółki. Usługi B+R polegają również na udzielaniu przez ten podmiot dostępu do wykorzystywanych w produkcji programów i systemów informatycznych. Spółka zaznaczyła, że część z tych usług może zostać jej udzielona nie tylko przez ten podmiot, ale także przez inne podmioty, wchodzące w skład grupy.

Z kolei nabywane przez spółkę usługi IT dają jej dostęp do platform internetowych i aplikacji wykorzystywanych przez kierownictwo spółki do zarządzania procesami biznesowymi, sprzedażowymi i controllingu. Spółka nazywa je usługami dostępu, bowiem nadają kierownictwu i odpowiednim pracownikom dostęp różnego stopnia do tych aplikacji. Poza tego typu usługami spółka nabywa również inne usługi informatyczne, czyli np. zarządzania modułem CRM czy związane z prowadzeniem strony internetowej spółki. W ich skład wchodzą m.in.: hosting, aktualizacje techniczne, obsługa front-end i back-end strony.

Wniosek o wydanie interpretacji

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji przepisów prawa podatkowego, czy nabywane przez nią usługi B+R oraz IT będą traktowane przez fiskusa jako usługi doradcze, a więc, czy będą one podlegać ograniczeniu w możliwości zaliczenia poniesionych na nie wydatków do kosztów uzyskania przychodów tej spółki zgodnie z art. 15e ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Przy czym zgodnie z wymogami wniosku przyporządkowała nabywane od podmiotu powiązanego usługi do nomenklatury Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług, wskazując, że klasyfikacja ta nie oddaje rzeczywistego charakteru tych usług, a została wykorzystana jedynie na potrzeby wniosku.

Organizacja spotkań i hosting stron www

Organ uznał stanowisko spółki za nieprawidłowe w zakresie nabywanych przez nią usług B+R w części dotyczącej organizacji kongresów oraz usług IT w części dotyczącej nabywania usług zarządzania stroną internetową. Swoją decyzję uzasadnił w ten sposób, iż do zbioru usług objętych ograniczeniami zaliczenia do kosztów uzyskania przychodów na mocy art. 15e ustawy o CIT należą dwie kategorie usług: te wprost wymienione w tym przepisie, jak np. usługi doradcze i przetwarzania danych, oraz usługi nienazwane, ale mające charakter świadczeń do nich podobnych. Za takie świadczenia podobne organ uznał usługi zarządzania stronami internetowymi (hosting) oraz usługi związane z zarządzaniem systemami informatycznymi. Stwierdził, że mają one wystarczające cechy usług doradczych i usług zarządzania. Podobnie zakwalifikował nabywane przez spółkę usługi organizacji spotkań, ujęte w Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług jako usługi związane z organizacją kongresów. Stwierdził, że są to usługi podobne do usług doradczych, zarządzania oraz reklamowych.

Katalog usług jest otwarty, ale nie nieograniczony

Spółka wniosła skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. WSA w Poznaniu przyznał, że katalog usług objętych ograniczeniem w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodu wskazany w art. 15e ustawy o CIT jest co prawda otwarty (z uwagi na użyty zwrot: „oraz świadczeń o podobnym charakterze”), niemniej nie jest katalogiem nieograniczonym. Pod jego zakres można podciągnąć tylko te usługi, które są równorzędne pod względem prawnym do usług w nim nazwanych.

Niedopuszczalna wykładnia rozszerzająca na niekorzyść podatnika

Sąd przyznał słuszność organowi, który w braku zdefiniowania usług doradczych czy zarządzania i kontroli w przepisach ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych odwołał się do definicji słownikowej. Jednak pomimo właściwej drogi interpretacji dokonał jej niewłaściwie, bo uznał, że słowa: „doradzać” czy „zarządzać” należy rozumieć szeroko, przy czym nie uzasadnił dlaczego, ani nie odniósł tych pojęć do stanu faktycznego przedstawionego przez spółkę we wniosku. WSA zwrócił uwagę, że niedopuszczalne jest takie właśnie rozszerzające interpretowanie przepisów podatkowych, jeśli w konsekwencji prowadzi do zwiększenia ciężarów podatkowych. Te ostatnie mogą być nakładane tylko w drodze ustawy. Wyjątkowo wykładnia rozszerzająca może zostać zaakceptowana, ale tylko, jeśli będzie z korzyścią dla podatnika.

Spotkania w celu wymiany wiedzy to nie doradztwo

WSA w Poznaniu, odnosząc się do nabywanych przez spółkę, a zakwestionowanych przez organ usług B+R, orzekł, że polegają one właśnie na organizacji spotkań w celu wymiany wiedzy, analizy produktowej czy rozwoju współpracy w wielu innych kwestiach, także na udzielaniu dostępu do danych systemów. Natomiast nie polegają bynajmniej na doradzaniu, opiniowaniu, a na działaniu. Sąd stwierdził, że w zakresie usług doradczych zachodzi nierówność stron tego świadczenia, bowiem to posiadający wyspecjalizowaną wiedzę usługodawca doradza usługobiorcy. Z kolei w przypadku opisanym przez spółkę dochodzi do wymiany doświadczeń między podmiotami.

Pracownicy usługodawcy nie wydają poleceń spółce, a zatem nią nie zarządzają

Żadnej opinii nie wydaje również podmiot powiązany, który świadczy spółce usługi IT. Umożliwia jej natomiast korzystanie z systemów, aplikacji oraz programów informatycznych, jednocześnie obarczając spółkę kosztami hostingu strony internetowej, transferu danych czy serwisu zarządzania Firewall. Co prawda w ramach tych usług pracownicy usługodawcy udzielają pracownikom spółki fachowych porad, jednak są to porady związane z używaniem, korzystaniem z udostępnianych systemów. Zatem nie stanowią kluczowego elementu będącej przedmiotem zakupu usługi.

Sąd zwrócił również uwagę, że nabywane przez spółkę usługi IT nie mogą zostać uznane za usługi zarządzania i kontroli, bowiem brak w nich przyznania usługodawcy kompetencji zarządczych czy kontrolnych nad spółką. Pracownicy usługodawcy ani sam usługodawca nie wydają poleceń spółce i jej pracownikom, jak również nie weryfikują, a więc nie kontrolują ich i jej działań.

By świadczyć reklamę, trzeba reklamować

Sąd stwierdził również, że z opisu stanu faktycznego nie wynika, aby spółka nabywała od podmiotu powiązanego usługi polegające na rozpowszechnianiu informacji o jej produktach czy też w inny sposób promujące ich zalety. Stąd też bezpodstawne jest ustalenie organu, jakoby część z nabywanych usług B+R można uznać za usługi reklamowe.

„…analiza poszczególnych świadczeń wchodzących w skład usług w ocenie skarżącej nie pozwala na postawienie tezy, że występuje w nich element doradczy, reklamowy czy też zarządzania, który miałby przeważający charakter nad pozostałymi elementami tych świadczeń. W konsekwencji trudno zatem zgodzić się ze stanowiskiem organu, że część usług B+R i Usług IT stanowi usługi podobne do usług doradztwa, zarządzania czy reklamowych, gdyż ich charakter jest całkowicie odmienny” (wyrok WSA w Poznaniu z 23 stycznia 2020 r., sygn. akt I SA/Po 871/19).

Organy też muszą przestrzegać prawa

Sąd, uznając zaskarżoną przez spółkę interpretację za niezgodną z prawem, pouczył organ podatkowy, że forsowana przez niego wykładnia rozszerzająca prowadzi do absurdów, gdzie każda usługa nabywana przez przedsiębiorcę mogłaby zostać uznana za usługę doradczą czy też zarządzania. W zakończeniu swojego wyroku wskazał równocześnie, że takie zasady postępowania podatkowego, jak zasada prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów podatkowych, nie są pustą literą prawa i organy muszą ich przestrzegać.

Brak logiki i rozumowania to nie problem organów, a przedsiębiorców

Zapoznając się z wyrokiem poznańskiego sądu, można nabrać podejrzeń, że organy podatkowe standardowo łamią zasady prowadzenia postępowania podatkowego, a więc zasady, których urzędnicy jako funkcjonariusze publiczni szczególnie powinni przestrzegać. Celem nadrzędnym wydaje się bowiem dla nich w jak najwyższym stopniu odebranie podatnikowi korzyści podatkowych. Zwłaszcza gdy podatnikiem tym jest przedsiębiorca, bo przecież istnieje szansa, że w obawie o byt swojej firmy, nie odważy się on sprzeciwić fiskusowi.

„…organ nie przedstawił procesu rozumowania – wykładni, który doprowadził go do stwierdzenia, że stanowisko skarżącej jest nieprawidłowe oraz nie odniósł się w wyczerpujący i kompleksowy sposób do tegoż stanowiska. Organ naruszył zatem art. 14c § 1 i 2 O.p. nie tylko przez brak logicznie spójnego odniesienia się organu interpretacyjnego do stanowiska wnioskodawcy, ale i niewyczerpujące zaprezentowanie uzasadnienia prawnego do przedstawionego stanu faktycznego” (sygn. akt I SA/Po 871/19).

Przedsiębiorcom, którzy na taką samowolę, nieopartą na żadnym procesie rozumowania, nie chcą się zgodzić, pozostaje przeniesienie swojego biznesu lub rezydencji podatkowej za granicę, do bardziej przyjaznej, „logicznej” jurysdykcji. W przeciwnym razie, w obliczu takich działań urzędników podatkowych, warto zadbać o audyt prawny przedsiębiorstwa. Przekształcenie spółki lub jej restrukturyzacja, to często najlepszy sposób na ochronę jej majątku i prowadzonej przez nią działalności.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czego potrzebują przedsiębiorcy podczas kryzysu?

Do branż turystycznej i gastronomicznej, które dotychczas najbardziej ucierpiały z powodu epidemii koronawirusa, szybko dochodzą kolejne. To przede wszystkim branże usługowe, których działalność odbywa się głównie w przestrzeni obcowania z klientem. To także firmy sprzedające towary luksusowe, na które drastycznie spada popyt w sytuacji kryzysu. Eksperci przewidują, że branża żywieniowa poradzi sobie z trudną sytuacją, ale może cierpieć na niedobór pracowników. Jednak aby przestój gospodarki nie spowodował upadku większości firm, państwo musi szybko przygotować odpowiedni pakiet pomocowy.

– Rząd musi przygotować konkretne rozwiązania i propozycje, zmierzające do ochrony miejsc pracy i przedsiębiorców, zwłaszcza tych małych i średnich – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Największą trudnością jest płynność finansowa. Opóźnienie płatności za wykonywane zlecenia i umowy będzie dużym problemem dla wszystkich firm. Wiemy już jednak, że rząd zaangażował sektor bankowy – który ma przygotować konkretne rozwiązania, by poprawić sytuację przedsiębiorców. Oczekujemy też, że rząd w przygotowanej specustawie, czy też ustawie antykryzysowej, zaproponuje skuteczne odroczenie płatności składek na ubezpieczenie społeczne, odroczenie płatności fiskalnych i podatkowych. Chcielibyśmy stworzyć takie warunki dla przedsiębiorców, w których mogliby spokojnie prowadzić swoje biznesy. I móc je dalej rozwijać, gdy koronawirus przeminie – zaznacza Kowalski.

Fitch utrzymał długoterminowy rating kredytowy Polski

Pomimo wyraźnych problemów na świecie rating polski pozostał niezmieniony. Pamiętając jednak ostatnie osiągnięcia agencji ratingowych i tempo, w którym obniżały one ratingi, należy mieć pewien dystans do tego sukcesu.

Agencja ratingowa Fitch o Polsce

Fitch utrzymał długoterminowy rating kredytowy Polski na poziomie A-. Biorąc pod uwagę rozwój sytuacji i ogólny wzrost ryzyk to bardzo dobra informacja. Wskazuje, co prawda, na niemal pewne złamanie reguły wydatkowej w tym roku, ale docenia wyważone działania w ramach tarczy antykryzysowej. Wielu przedsiębiorców z pewnością nie ocenia w ten sposób tych działań. Jest to jednak zawsze kompromis między ich kosztem a skutecznością. Z punktu widzenia budżetu niewydanie zbyt wysokich kwot jest korzystne. Agencja zwraca uwagę na dużą samowystarczalność polskiej gospodarki, co powinno pozwolić jej przejść przez ten kryzys relatywnie łatwiej niż innym państwom z naszego koszyka ryzyk.

Eryk Łon o roli NBP

W Radzie Polityki Pieniężnej często miewamy wyraziste charaktery. Czasem osoby te chcą zrewolucjonizować rolę NBP. Taką osobą jest Eryk Łon. Dotychczas znany głównie z ciągłej chęci obniżek stóp procentowych, która wreszcie doczekała się poparcia reszty członków Rady. O ile misja RPP wyraźnie wskazuje na stabilność cen, o tyle wypowiedzi Pana Eryka wskazują na prowadzenie znacznie szerszej polityki gospodarczej. Skup obligacji na rynku pierwotnym, czyli zadłużanie państwa w NBP jest ostatnio jednym z mocno dyskusyjnych postulatów. Pojawiły się również takie niestandardowe postulaty, jak możliwość inwestowania przez NBP w akcje spółek, czy obligacje korporacyjne. Co ciekawe, w ostatnim wywiadzie dalsze obniżki stóp uznał za jedynie niemożliwe do wykluczenia. Musimy poczekać oczywiście na innych członków Rady, ale jak widać, wiele może nas jeszcze zaskoczyć.

Kanada tnie stopy procentowe

 Bank Kanady obniżył w piątek główną stopę procentową z 0,75% na 0,25%. Po ostatnich działaniach FED-u, który przywrócił rekordowo niskie stopy w USA, taka decyzja była właściwie oczywistością. Patrząc na siłę powiązań biznesowych z tym partnerem zbyt wysokie sotpy procentowe umacniałyby dolara kanadyjskiego względem dolara, tym samym utrudniając korzystny eksport towarów do głównego partnera handlowego. Dolar kanadyjski  od początku roku wyraźnie stracił względem amerykańskiego, jednak ostatnie dni pozwoliły mu odrobić część strat.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Limitowanie z 15e a usługi IT

Usługi IT obejmują szeroki katalog usług, począwszy od klasycznych usług zarządzania siecią informatyczną, poprzez usługi serwisowe, skończywszy na udostępnianiu infrastruktury. Z uwagi na brak występowania w ustawie o podatku dochodowym pojęcia „usługi kompleksowej” świadczenia w zakresie IT powinny być analizowane odrębnie. Ma to istotne znaczenie zwłaszcza w przypadku świadczenia tego rodzaju usług pomiędzy podmiotami powiązanymi. Obowiązujący art. 15e ustawy o CIT wprowadza limitowanie w kosztach uzyskania przychodu tego rodzaju wydatków. Warto zaznaczyć, że zdaniem fiskusa w przypadku usług IT część świadczeń jest objęta wspomnianym limitem, a część nie. Dlatego każdorazowo w razie zakupu usług IT od podmiotu powiązanego należy pochylić się nad kwestią odpowiedniej klasyfikacji.

Zarządzanie siecią i systemami informatycznymi

Usługi takie obejmują w szczególności szereg czynności związanych z zarządzaniem, wdrażaniem, integracją i koordynacją sprzętu, oprogramowania oraz ludzi wykonujących pracę w zakresie IT. Istotne jest jednak, aby element zarządczy determinował świadczenie tych usług. W takim przypadku z uwagi na bezpośrednie wskazanie usług zarządzania w treści art. 15e ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT usługi te będą podlegały limitowaniu (interpretacja z 16 lipca 2019 r., sygn. 0114-KDIP2-2.4010.214.2019.2.RK).

Licencje typu end-user

Licencje typu end-user są to licencje użytkownika końcowego, najczęściej bez prawa do ich kopiowania, modyfikowania, odsprzedaży czy publicznego rozpowszechniania. Są one używane najczęściej na potrzeby własnej działalności gospodarczej.

Organy podatkowe traktują takie licencje jako opłaty za uprawnienie do korzystania z prawa i wskazują, że zostały one wprost wymienione w treści art. 15e ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT (przykładowo interpretacja z dnia 3 października 2019 r., sygn. 0111-KDIB1-1.4010.288.2019.1.NL). Takie stanowisko organów podatkowych stoi w sprzeczności ze stanowiskiem fiskusa w zakresie podatku u źródła od licencji typu end-user, gdzie fiskus twierdzi, że takie licencje leżą poza zakresem regulacji podatku u źródła (interpretacja z 23 października 2019 r., sygn. 0111-KDIB2-1.4010.351. 2019.2.AT).

Rozbieżność interpretacji fiskusa w tym zakresie jest bardzo duża i pokazuje jego determinację, aby do limitowania kosztów uzyskania przychodu z art. 15e zaliczać jak największą liczbę różnego rodzaju świadczeń, nawet jeżeli w zakresie podatku u źródła klasyfikuje te świadczenia inaczej.

Usługi hostingu

Organy podatkowe konsekwentnie twierdzą, że usługi hostingu, w tym m.in. usługi wsparcia związane z tzw. chmurą, stanowią usługi doradcze oraz zarządzania i jest to ich główny charakter (interpretacja z dnia 3 października 2019 r., sygn. 0111-KDIB1-1.4010.288.2019.1.NL). W przypadku limitowania z art. 15e ustawy o CIT organy podatkowe traktują te usługi w sposób odmienny niż w przypadku podatku u źródła, gdzie fiskus hosting traktuje jako wynajem urządzenia przemysłowego.

Usługi serwisowe i wdrożeniowe

Usługi IT to także usługi serwisowe oraz wdrożeniowe, obejmujące m.in. usługi utrzymania (tzw. maintenance). Organy podatkowe potwierdzają, że w takich przypadkach nie znajdzie zastosowania limit z art. 15e ustawy o CIT, ponieważ usługi te są bezpośrednio związane z osiągnięciem przychodu z tego tytułu (Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji z dnia 23 stycznia 2020 r., sygn. 0114-KDIP2-2.4010.502.2019.1.RK).

Infrastruktura IT

Zdaniem organów podatkowych usługi w zakresie dostarczania infrastruktury IT nie podlegają limitowaniu, ponieważ nie mogą być zaklasyfikowane do usług doradztwa, kontroli, przetwarzania danych, zarządzania czy usług o podobnych charakterze. Zatem w ocenie organów usługi infrastruktury IT polegające na konfiguracji i utrzymaniu serwerów, udzielaniu dostępu do systemów komunikacji, konferencji wideo, e-mail oraz sieci Internet nie podlegają limitowaniu z art. 15e ustawy o CIT (interpretacja z 27 listopada 2019 r., sygn. 0111-KDIB1-1.4010.386.2019.2.2019.ŚS).

Helpdesk

Usługi typu helpdesk polegają na świadczeniu wsparcia technicznego dla użytkowników systemów informatycznych. W tym zakresie organy podatkowe stosują jednolite podejście i z uwagi na techniczny charakter tych usług wskazują, że znajdują się one poza limitem z art. 15e (interpretacja z dnia 26 września 2018 r., sygn. 0111-KDIB2-3.4010.124.2018.3.KK).

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę stanowisko fiskusa w zakresie limitowania różnego rodzaju usług IT, można wskazać, że co do zasady limitowaniu nie podlegają usługi techniczne, związane z utrzymaniem infrastruktury czy wsparciem technicznym. W przypadku jednak wystąpienia chociażby pierwiastka usług zarządczych czy doradczych podatnik powinien wystąpić o interpretację. Wspomniana wyżej praktyka pokazuje, że podejście fiskusa jest bardzo restrykcyjne w zakresie limitu z 15e. Fiskus wręcz rozszerza katalog usług niematerialnych w porównaniu do tej samej treści przepisu art. 21 ust. 1 pkt 2a ustawy o CIT (regulacje dotyczące podatku u źródła). Być może w przypadku nabywania usług IT z zagranicy korzystniej byłoby wystąpić w pierwszej kolejności o interpretację w zakresie podatku u źródła, a dopiero potem w zakresie limitu 15e, wykorzystując stanowisko fiskusa z pierwszej interpretacji.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Analiza danych o COVID-19

W trakcie minionego weekendu w Polsce zanotowano istotne podwyższenie liczby nowych zidentyfikowanych przypadków COVID-19. Wszelkie przeprowadzane analizy wskazywały, że to właśnie teraz i przez najbliższe około dziesięć dni, dzienne przyrosty będą coraz większe. Dostępne dane wskazują, że Polska przeprowadziła zdecydowanie najwięcej testów w porównaniu do krajów z podobną liczbą potwierdzonych zakażeń.

Porównanie dnia osiemnastego wskazuje, że Polska jest wśród zdecydowanych liderów Europy pod względem skuteczności zmniejszania tempa rozprzestrzeniania się wirusa.  Jest to efekt systematycznego współdziałania społeczeństwa.20200329-covid19-cykl-pl-vs-inne-kraje20200329-covid19-cykl-europa-dzien-nr-18

W trakcie ostatnich dni wielokrotnie odpowiadałem na pytania odnośnie liczby testów przeprowadzanych w Polsce. Istnieje bardzo wiele nieporozumień w tym zakresie. Poniżej podsumowanie na bazie usystematyzowanych założeń.

Porównywanie liczby testów na milion mieszkańców kraju wprowadza w błąd.

Proces epidemii jest rekurencyjny, tzn. poprzednie przypadki produkują nowe. Z poprzednich przypadków powstają wskazania do testowania kolejnych osób, które weszły w interakcję z potwierdzonymi chorymi. Proces epidemii rozwija się podobnie, w zasadzie niezależnie od liczby mieszkańców (poza przypadkami minimalnych populacji). Znacznie większe znaczenie mają lokalne społeczności.

Liczba testów jako funkcja liczby potwierdzonych przypadków

Działania podejmowane w krajach mają bezpośredni wpływ na liczbę nowych zakażeń, a ta ma wpływ na liczbę podejrzanych o nowe zakażenia, a ta liczba ma znaczący wpływ na potrzebę wykonywania nowych testów (służby sanitarno-epidemiologicznie przeprowadzają „śledztwa” w tym zakresie).

Analiza porównawcza krajów Europy:

Dostępne dane wskazują, że Polska przeprowadziła zdecydowanie najwięcej testów w porównaniu do krajów z podobną liczbą potwierdzonych zakażeń. Liczba testów na jednego chorego wskazuje, że Polska średnio testowała (do tej pory) dodatkowe 24 osoby przy jednym pozytywnym wyniku, co również plasuje Polskę w czołówce krajów Europy. 2020329-covid19-testy-na-1-chorego 2020329-covid19-testy-liczby-total

Uwaga 1 – powyższe nie oznacza, że Polska wykonuje dostatecznie dużo testów. Powyższe oznacza, że wiele krajów ma z tym kłopot. Zwiększenie poziomu testów jest absolutnie niezbędne, abyśmy mogli wyjść z domu. Masową izolację można zastąpić izolacją celowaną, co jest niezbędne, aby ponownie uruchomić gospodarkę.

Uwaga 2 – na ten moment nie istnieją odpowiednie testy przesiewowe dla COVID-19, które minimalizują wskazanie fałszywie negatywne trzymając w ryzach wskazanie fałszywie pozytywne.

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, Opracowanie własne z dnia 29.03.2020 na podstawie danych udostępnianych przez

The Johns Hopkins University, https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19 oraz „COVID-19 testing” https://en.wikipedia.org/wiki/COVID-19_testing

Burzliwy start tygodnia

Burzliwy start tygodnia z nasileniem presji na aktywach ryzykownych, gdyż weekend tradycyjnie już przynosi nagromadzenie negatywnych informacji związanych z wirusem. Nadchodzący tydzień prawdopodobnie przyniesie więcej tego samego: uwaga pozostaje na wdrażanych narzędziach fiskalnych i monetarnych, wsparciu służby zdrowia i trajektorii rozwoju pandemii.

Po silnym rajdzie ryzyka w ubiegłym tygodniu teraz wracają niedźwiedzie nastroje, gdy negatywne informacje dotyczące rozwoju pandemii podnoszą obawy o skutki ekonomiczne i kredytowe. USA prześcignęły Chiny i Włochy w liczbie zachorowań (142 tys.), a Nowy Jork jest nowym epicentrum pandemii. Główny ekspert od chorób zakaźnych rządu USA dr. Fauci dopuszcza scenariusz, w którym z powodu koronawirusa w USA umrze 100-200 tys. osób. Prezydent Trump zgodził się, aby wytyczne dotyczące dystansu społecznego dla Amerykanów obowiązywały do 30 kwietnia (zamiast do 12 kwietnia). Tymczasem w Europie zeszłotygodniowy bilans ofiar we Włoszech i Hiszpanii podkreśla tragizm bieżącej sytuacji.

W tym otoczeniu trudno oczekiwać, by z perspektywy rynków najgorsze minęło. Wprawdzie przy zintensyfikowanych działaniach banków centralnych na rzecz zapewnienia płynności jest mniejsza szansa na paniczne załamanie i spadek cen w przepaść (jak było 18-19 marca). Jednak inwestorzy musza nastawiać się na przedłużone okresy obowiązywania zakazów poruszania się i wstrzymania działalności firm, a zatem głębsze pogorszenie perspektyw wzrostu gospodarczego. Więcej przypadków zachorowań tam, gdzie epidemia jest na bardzo wczesnym etapie (gospodarki wschodzące); ryzyko drugiej fali zachorowań w Azji. Wreszcie za pogorszenie perspektyw wzrostu idą rewizje miar ryzyka kredytowego. W piątek agencje ratingowe obniżyły noty dla Wielkiej Brytanii i RPA.

Żądza złapania dołka jest silna, tak samo jak wrażliwość na każdy impuls dający pretekst do euforii. Z tego powodu zmienność w najbliższym czasie powinna być dwukierunkowa z okresami risk-on. Jednak w ogólnym ujęciu jest to rynek obaw i przeważających okresów ucieczki od ryzyka. Musimy liczyć się z pogłębieniem dołków na indeksach. Na rynku walutowym nie osłabnie znaczenie USD, JPY i CHF jako bezpiecznych przystani. Ropa naftowa fundamentalnie nie ma nic, co mogłoby ją uchronić przed dalszymi sadkami o 5-7 USD na baryłce. Złoto w końcu zacznie brylować w środowisku dołujących rentowości obligacji skarbowych (o ile nie będzie szkodził rajd dolara).

W środowisku podwyższonej awersji do ryzyka wyzwaniem dla EUR/PLN będzie powrót pod 4,50. Z drugiej strony przy usunięciu z rynków czynnika paniki i skupieniu uwagi rynków na efektach polityki fiskalnej i monetarnej na świecie możliwe jest ustabilizowanie notowań i odsunięcie wizji ponownego skoku ponad 4,60. Reszta jednak zależy od klimatu na rynkach zewnętrznych, a ten pozostaje generalnie nieprzychylny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przegląd trendów i płac w FMCG

Polski rynek FMCG ma duży potencjał do rozwoju. Wyzwanie dla firm stanowi intensywna cyfryzacja sektora, rozwój e-commerce i mniejszych pozakoncernowych marek, które przeobrażają istniejące struktury w przedsiębiorstwach i generują potrzebę tworzenia nowych etatów. Jak wpływa to na rynek pracy i pozycję specjalistów? Katarzyna Filas z Michael Page przedstawia najnowsze trendy w FMCG i aktualne stawki wynagrodzeń ekspertów najbardziej pożądanych w tej branży.

Rynek pracy w sektorze FMCG jest bardzo konkurencyjny, a dominującą pozycję odgrywają na nim kandydaci. Rosną oczekiwania specjalistów względem miejsca zatrudnienia – zarówno pod kątem wysokości wynagrodzeń, oferowanych możliwości rozwoju, czy awansu w organizacji. Na niższych stanowiskach presję płacową potęguję natomiast deficyt „rąk do pracy”, wzrost płacy minimalnej, i wysoka rotacja pracowników, która sprawia, że zapewnienie ciągłości produkcji i sprzedaży jest jednym z głównych wyzwań dla pracodawców. Eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page sprawdzili
o jakich specjalistów firmy najbardziej rywalizują i jak kształtują się ich płace.

Marketingowcy rozdają karty

W FMCG, w większości kategorii produktowych, obserwujemy dobrą koniunkturę, co zwiększa skłonność firm do inwestycji, a tym samym generuje potrzebę tworzenia nowych miejsc pracy. Wg ekspertów Michael Page, w 2020 r. pensje pracowników w branży produktów szybkozbywalnych, bez względu na obszar specjalizacji, wzrosną średnio o 2,5%. Niektórzy eksperci – zwłaszcza ci, których deficyt na rynku jest najbardziej odczuwalny – mogą spodziewać się znacznie większych podwyżek. Należą do nich np. specjaliści od digital marketingu, których wynagrodzenia obecnie oscylują w granicach 4 000 do 7 000 zł brutto miesięcznie. Ich przełożeni – Marketing Managerowie oraz Digital Managerowie w 2020 r. mogą zarobić średnio 20 000 zł brutto miesięcznie.

Rosnące potrzeby rynku – również w zakresie np. personalizacji ofert, czy budowania bliskich relacji z klientem, sprawiają, że zapotrzebowanie na specjalistów w obszarze digital marketingu nie będzie się zmniejszać. Ze względu na małą dostępność kandydatów, doświadczeni pracownicy w tym obszarze mogą spodziewać się dalszych wzrostów płac, aczkolwiek już nie tak dynamicznych jak dotychczas.

Eksperci od sprzedaży w cenie

Coraz więcej firm skłania się ku oferowaniu swoim klientom różnorodnych kanałów sprzedaży (omnichannel), aby jak najlepiej odpowiedzieć na potrzeby kupujących, a tym samym zapewnić im maksymalną wygodę i oszczędność czasu podczas robienia zakupów. Na znaczeniu zyskuje zatem pozycja Omnichannel Managera, a jego zarobki oscylują w granicach 15 000 – 23 000 zł brutto miesięcznie. W obszarze sprzedaży, nie słabnie również popularność Key Account Managerów, a ich płace kształtują się na poziomie średnio 13 000 zł brutto miesięcznie.

Specjalista od e-commerce poszukiwany

W związku z intensywną cyfryzacją sektora i rozwojem e-commerce, na brak ofert pracy nie narzekają również specjaliści od e-commerce. Ich zarobki wynoszą średnio od 7 500 – 10 500 zł brutto miesięcznie. Managerowie w tym obszarze mogą liczyć na pensje od 12 000 – 18 000 zł brutto miesięcznie, a średnie płace dyrektorów przekraczają 25 000 zł brutto miesięcznie. Wg raportu Nielsena za 2018 r. sprzedaż online produktów FMCG w Polsce rośnie 4 razy szybciej niż sprzedaż tradycyjna. To może oznaczać, że w najbliższej przyszłości zapotrzebowanie na doświadczonych kandydatów od handlu internetowego będzie jeszcze większe.

Płace w korporacjach vs. w lokalnych firmach

Moda na zdrowe, ekologiczne i naturalne jedzenie oddziałuje na rozwój mniejszych pozakoncernowych marek, którym zdecydowanie łatwiej jest wkroczyć na rynek. Polacy są coraz bardziej świadomymi konsumentami i częściej sięgają również po regionalne produkty od lokalnych producentów żywności. Dla wielu z nich to szansa na szybkie pozyskanie klientów, a dla największych graczy to nisza, w której dopiero próbują swoich sił. W wyniku rozwoju regionalnych marek, na rynku pojawiają się również nowe miejsca pracy. Choć jeszcze do niedawna, zarobki w mniejszych firmach z sektora FMCG znacznie się różniły od płac w międzynarodowych korporacjach, to możemy zauważyć, że pod tym względem dysproporcje znacznie się zmniejszają.

Oczekiwania względem kandydatów

W związku z dużą konkurencją na rynku pracy, firmy są bardziej skore do spełniania oczekiwań kandydatów. Aby pozyskać talenty coraz więcej pracodawców oferuje szerokie możliwości rozwoju, planuje indywidualne ścieżki kariery w ramach organizacji oraz rozszerza pakiety świadczeń pozapłacowych proponując np. możliwość pracy zdalnej, czy elastyczne godziny wykonywania obowiązków. Od kandydatów, poza wymaganymi na danym stanowisku umiejętnościami twardymi, oczekuje się coraz częściej również wysoko rozwiniętych kompetencji miękkich, które ułatwiają odnalezienie się w dynamicznym środowisku pracy. Szczególnie cenione są takie cechy, jak np. elastyczność, umiejętność dostosowywania się do zmian, komunikatywność, łatwość nawiązywania relacji, czy odporność na stres.

Praca zdalna – co musisz o niej wiedzieć? – komentarz eksperta

Od wejścia w życie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych w wielu zakładach pracy zapanował organizacyjny chaos. Z jednej strony chęć zastosowania się do rekomendacji rządu i obawa przed zarażaniem, a z drugiej realna obawa o dalsze, efektywne funkcjonowanie zakładu pracy. Wielu z pracodawców umożliwiło swoim pracownikom pracę zdalną. Dla tych, którzy dotychczas jej nie wykorzystywali, nowa sytuacja okazuje się być nie lada wyzwaniem. Czym praca zdalna tak właściwie jest i co każdy pracodawca wiedzieć powinien, aby przejść ten ciężki czas odpowiedzialnie? Na te pytania i wiele innych dotyczących organizacji pracy w obliczu epidemii koronawirusa odpowiada Marta Lazar – aplikantka adwokacka z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy.

Praca zdalna – czym właściwie jest?

Żadne z obecnie obowiązujących przepisów nie definiują pojęcia pracy zdalnej. Nie należy jej utożsamiać z tzw. telepracą, szczegółowo uregulowaną w kodeksie pracy, polegającą na wykonywaniu pracy regularnie poza zakładem pracy i przekazywaniu jej wyników pracodawcy w szczególności za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej (art. 675 i n. KP).

Praca zdalna to pojęcie szersze. Najkrócej rzecz ujmując, pracownik wykonuje wszystkie dotychczasowe obowiązki z taką różnicą, że robi to w miejscu innym niż zakład pracy. Tzw. home office może więc przebiegać w różnoraki sposób, w tym także bez użycia środków komunikacji elektronicznej (komputera, internetu) i bez bieżącego raportowania. Jego przebieg uzależniony jest od charakteru pracy i indywidualnych obowiązków pracowniczych. Przykładowo pracownik na odległość analizuje, sporządza dokumenty, projekty, zadania a pracodawcy przekazywane są wyłącznie efekty jego pracy.

Odpowiedzi i wskazówek nie daje również sama ustawa, z której pracodawca może jedynie wywnioskować, że praca zdalna to praca określona w umowie o pracę, wykonywana poza miejscem stałego jej wykonywania w celu przeciwdziałania COVID-19. Nie bez znaczenia jest fakt, że niekoniecznie jest to praca wykonywana z domu – przepisy ustawy nie odwołują się do warunków mieszkaniowych lub rodzinnych pracownika przy polecaniu pracy zdalnej. Za w pełni uzasadnione zatem można uznać obawy i wątpliwości pracodawców – brak ewidencji, faktycznej kontroli nad pracownikami może przełożyć się na jakość pracy wykonywanej zdalnie. Szereg wątpliwości budzi również bezpieczeństwo powierzanych pracownikom danych czy sprzętów.

Co na pewno wiadomo?

  1. To pracodawca, a nie pracownik decyduje o pracy zdalnej

Decyzja o poleceniu pracy zdalnej leży wyłącznie w gestii pracodawcy. Pracownik może oczywiście zawnioskować o pracę w takim trybie, jednak nie może on na pracodawcy niczego wymusić, powołując się np. na obawy przed zarażeniem. Zgodnie z treścią art. 100 § 1 k.p. obowiązkiem pracownika jest stosowanie się do poleceń przełożonych, które dotyczą pracy, jeżeli nie są one sprzeczne z przepisami prawa lub umową o pracę. Odmowa wykonania polecenia pracodawcy, o ile nie jest ono sprzeczne z prawem lub umową o pracę, może skutkować nałożeniem na pracownika kary porządkowej. Pracodawca może stosować karę upomnienia lub nagany za nieprzestrzeganie przez pracownika ustalonej organizacji i porządku w procesie pracy, jak również przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy (art. 108 § 1 k.p.).

  1. Forma polecenia pracy zdalnej

Zważywszy, że ustawa nie reguluje formy polecenia pracy zdalnej, uznać należy, że może ono zostać wydane w dowolnej formie, również ustnie. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie jednak z pewnością wydanie polecenia w formie pisemnej, ewentualnie przesłanie drogą mailową na służbowy adres e-mail. Należy też pamiętać, że zgodnie z art. 3 ustawy, praca zdalna może być polecona pracownikowi, a zatem preferowanym jest, aby polecenie było skierowane indywidualnie do każdego z pracowników. Ustawa nie nakłada na pracodawcę obowiązku zawarcia w poleceniu uzasadnienia, określa natomiast, że pracodawca może polecić pracownikowi pracę zdalną tylko w celu przeciwdziałania COVID-19. Zgodnie z treścią art. 2 ust. 2 ustawy, przez przeciwdziałanie COVID-19 rozumie się wszelkie czynności związane ze zwalczaniem zakażenia, zapobieganiem rozprzestrzenianiu się, profilaktyką oraz zwalczaniem skutków choroby wywołanej zakażeniem wirusem SARS-CoV-2. Polecając pracownikowi pracę zdalną, pracodawca powinien więc działać w takim celu.

  1. Tylko na czas określony

Zgodnie z treścią wskazanego przepisu polecenie pracy zdalnej może zostać nałożone na czas określony. Pracodawca zobowiązany jest więc z góry oznaczyć czas pracy zdalnej pracownika. Nie ma możliwości, aby pracodawca wydał polecenie pracy zdalnej na czas nieokreślony. Jednocześnie ustawodawca nie wskazał maksymalnego okresu wykonywania pracy zdalnej – należy jednak pamiętać, że to, jak długo praca wykonywana będzie w tym trybie uzależnione jest od celu, w jakim pracownik został na nią skierowany, tzn. przeciwdziałania COVID-19. Pewną wskazówkę stanowi art. 36 ust. 1 ustawy, zgodnie z którym część z przepisów, w tym przepisów regulujący pracę zdalną, traci swą moc po upływie 180 dni od dnia wejścia w życie. Uzasadnionym jest więc, aby czas pracy zdalnej pracownika nie przekraczał okresu, liczonego od 8 marca 2020 r., tzn. dnia, w którym ustawa weszła w życie. Ustawa nie zawiera żadnych ograniczeń w zakresie ewentualnego skracania lub wydłużania okresu wykonywania pracy zdalnej, należy zatem uznać, że dopuszczalne jest zarówno jego skrócenie jak i wydłużenie na czas oznaczony i uzasadniony przeciwdziałaniem COVID-19.

Z treści art. 3 ustawy wynika ponadto, że regulacja w zakresie polecenia pracy zdalnej dotyczy wyłącznie pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę. Nie jest jednak wykluczone, aby zdecydował się on skierować do wykonywania pracy zdalnej także osoby nieobjęte umowami o pracę.

  1. Regulamin pracy zdalnej

Praca zdalna rodzi wiele potencjalnych niebezpieczeństw zarówno po stronie pracodawcy, jak i pracowników. Po pierwsze pojawia się wiele wątpliwości co do kwestii ochrony danych, powierzonych sprzętów i odpowiedzialności za niego, a także bezpieczeństwa i higieny pracy. Niełatwo jest również wydawać wiążące polecenia, w tym zlecań zadania na odległość. Wszystko w tym zakresie zależy od dobrej woli i zrozumienia obu stron stosunku pracy. Nie ułatwia również sygnalizowany brak rozwiązań prawnych, które narzuciłyby odgórnie określony tryb i zasady, według których praca zdalna mogłaby funkcjonować.

Dlatego też każdy z pracodawców, który zdecydował się na powierzenie pracownikom pracy zdalnej powinien rozważyć przyjęcie wewnątrzzakładowego aktu prawa pracy jakim jest regulamin wykonywania pracy zdalnej. W interesie każdego przedsiębiorcy jest, aby praca, w tym zdalna, świadczona była w sposób efektywny i zorganizowany oraz aby mógł on wyegzekwować od pracowników stosowanie się do jasno ustalonych reguł. W treści regulaminu warto więc zawrzeć ogólne zasady organizacji pracy zdalnej, w tym m.in. zasady kontaktowania się pracodawcy z pracownikami, sposoby ewidencjonowania faktycznego czasu spędzanego na pracy (np. przed komputerem), prawa i obowiązki obu stron, w tym w szczególności instrukcje bezpiecznej i higienicznej pracy. Należy mieć bowiem na uwadze, że zakres obowiązków pracodawcy względem pracowników w tym zakresie zasadniczo się nie zmienia.

Największym wyzwaniem wydaje się jednak zabezpieczenie szeroko pojętych danych, w tym danych osobowych. Te kwestie, zważywszy, że brak jest jakichkolwiek wymagań dotyczących warunków, w jakich pracownik pracuje zdalnie, powinny być uregulowane szczególnie pieczołowicie. Odpowiednio sporządzony i zredagowany regulamin powinien zobowiązać pracownika do stosowania adekwatnych zabezpieczeń przy świadczeniu pracy, w tym w zakresie korzystania ze sprzętu komputerowego i telefonów służbowych, używania mobilnych nośników danych oraz obsługiwania poczty elektronicznej. Należy także zwrócić uwagę na zasady odpowiedzialności za powierzony pracownikowi sprzęt elektroniczny. Dzięki kompleksowo przygotowanej regulacji, pracodawca może zabezpieczyć się i ograniczyć ryzyko wystąpienia wielu potencjalnych problemów mogących ujawnić się podczas okresu obowiązkowej izolacji. Nie należy też zapominać, że taki dokument może być także wykorzystany w przyszłości, w każdym innym przypadku, w którym zajdzie potrzeba zastosowania pracy zdalnej – która ma przecież sama w sobie wiele zalet.

Tylko 30 proc. zmian wdrażanych przez firmy kończy się sukcesem. Najlepiej wypadają branża finansowa, szkolnictwo i przemysł

Modyfikacja struktury, strategii oraz kultury organizacyjnej – to najczęściej wskazywane cele wprowadzania zmian w firmach i organizacjach. Wyniki V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą pokazały, że proces ich wdrażania jest skuteczny tylko w co trzecim przypadku. Powody tak słabego wyniku to m.in. zbyt małe zaangażowanie zarządu w zmiany i niewystarczająca komunikacja z pracownikami. – Kolejnym istotnym czynnikiem sukcesu jest wykorzystanie odpowiedniej metodologii, czyli technik zwinnego zarządzania – przekonują twórcy badania.

 Wyniki uzyskiwane przez polskie firmy są zbliżone do światowych statystyk, które również pokazują, że ok. 30 proc. przeprowadzonych zmian kończy się pełnym sukcesem. W związku z tym można uznać, że skuteczność wprowadzania zmian jest na poziomie średnio zadowalającym – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Naumiuk, partner w Szkole Zarządzania Zmianą.

Według danych z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą przeprowadzonego przez Szkołę Zarządzania Zmianą najwyższy poziom pełnej realizacji celów wykazywały zmiany polityki jakości (50 proc zakończyło się sukcesem), a najniższy – te związane z modyfikacją technologiczną (15 proc.). W przypadku strategii co czwarty proces zmian można uznać za sukces. Powodów niskiej skuteczności działania firm i organizacji w tym zakresie jest wiele. Jak podkreśla Marek Naumiuk, jednym z nich jest stosowana metodologia zarządzania zmianą.

– Nowoczesne metody zarządzania, które gwarantują większe prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu, są stosunkowo rzadko stosowane, ale jest ich coraz więcej. Przykładowo metody zwinne [w których plan i lista priorytetów zmienia się wraz z postępami w projekcie – red.] wprowadza 32 proc. badanych firm. Organizacje w Polsce ciągle się ich uczą – dodaje ekspert Szkoły Zarządzania Zmianą. – Tradycyjne metody waterfallowe [kaskadowe, zakładające sekwencyjną realizację poszczególnych, z góry zaplanowanych etapów projektu – red.] z roku na rok coraz rzadziej stosowane – w ubiegłym roku wykorzystywało je tylko 45 proc. badanych, a jeszcze dwa lata temu było to 60 proc.

Najlepiej z wprowadzaniem zmian radzą sobie firmy z branży finansowej (banki, firmy ubezpieczeniowe oraz świadczące usługi finansowe), gdzie poziom realizacji celów sięga 64 proc. (pełna realizacja – 29 proc.). Na drugim biegunie znalazła się branża FMCG ze skutecznością na poziomie 38 proc. ocen zadowalających i 13 proc. pełnego osiągnięcia celów. Firmy działające w obszarze nauki i szkolnictwa mają taki sam odsetek ocen zadowalających i pełnego sukcesu (40 proc.), branża IT osiągnęła wyniki satysfakcjonujące w połowie przypadków, a całkowity sukces w 15 proc. Sektor produkcji przemysłowej zajął drugie miejsce pod względem skuteczności, przy ocenie poziomu sukcesu zmian w branży jako zadowalający w 54 proc. przypadków oraz w 23 proc. przypadków jako pełny sukces.

– Najczęściej przyczyną niepowodzenia we wprowadzaniu zmian jest zła komunikacja – wyjaśnia Marek Naumiuk. – Organizacje nie dbają o należyte komunikowanie się wszystkich pracowników tak, aby wiedzieli oni, czemu służą wprowadzane zmiany i jaka jest wizja na przyszłość. Kolejna kwestia, która ewidentnie wpływa na niepowodzenia we wdrażaniu zmian, to brak odpowiedniego zaangażowania ze strony zarządu.

Jak zaznacza ekspert, bardzo istotna jest rola menedżerów, bo to oni mogą pozytywnie wpłynąć na zaangażowanie ze strony innych pracowników. Ich zadaniem jest pokazać swoją postawą, że zmiana jest istotna dla firmy.

Dobra komunikacja może w największym stopniu wpłynąć na powodzenie zmiany, a jednocześnie zła komunikacja w największym stopniu psuje zmianę – podkreśla ekspert.

Badania pokazują, że nie warto pomijać pracowników w procesie wdrażania modyfikacji. Okazało się bowiem, że najbardziej efektywne są te zespoły, które składają się z menedżerów i pracowników liniowych. Zróżnicowane grupy dają większe szanse na odniesienie sukcesu. To właśnie zbudowanie takiego zespołu, w którym będą zarówno członkowie zarządu i menedżerowie średniego szczebla, jak i pracownicy liniowi – zdaniem eksperta Szkoły Zarządzania Zmianą – powinno być punktem wyjścia do skutecznego wprowadzania zmian.

– Następnie należy stworzyć kanwę strategicznej zmiany, która składa się z kilku elementów. Jednym z nich jest wizja i cel zmiany. Jest to niezwykle ważne, żeby już na tym początkowym etapie wszystkie osoby, które mają wdrażać zmianę, dokładnie rozumiały, w którym kierunku mają podążać. Kolejny element kanwy to odpowiedź na pytanie, czy zmiana jest ważna i pilna. Nasze doświadczenia pokazują, że wiele osób dostrzega ważność zmian, ale nie przypisuje im priorytetu. To z kolei powoduje mniejsze zaangażowanie w ten proces – tłumaczy Marek Naumiuk.

Sprzedaż bezpośrednia przechodzi w całości do internetu. Branża walczy też z nieuczciwymi sprzedawcami, którzy chcą zarobić na koronawirusie

Pandemia koronawirusa wymusiła na firmach zajmujących się sprzedażą bezpośrednią sporą zmianę trybu działania. W tej chwili wsparcie konsumenta odbywa się wyłącznie za pośrednictwem komunikatorów lub telefonicznie, a przedsiębiorstwa przyjmują zamówienia zdalnie i wysyłają je do paczkomatów. Pandemia i związane z nią ograniczenia tylko przyspieszają proces digitalizacji, który zachodzi w branży już od kilku lat, ale – jak podkreśla przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej – pojawiają się też nieuczciwe firmy, które chcą na niej zarobić, oferując klientom np. suplementy rzekomo pomocne w zwalczaniu COVID-19.

 Jesteśmy i działamy. Nasze dostawy nie są zagrożone. Robimy wszystko, żeby nasi konsumenci czuli niezmienną satysfakcję z korzystania z systemu zakupowego w sprzedaży bezpośredniej – podkreśla Konrad Szałkiewicz, przewodniczący zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprzedaży Bezpośredniej.

Pandemia koronawirusa i rządowe ograniczenia, m.in. zakaz wychodzenia z domu i konieczność utrzymywania odległości min. 1,5 metra od rozmówcy, wymusiły na firmach zajmujących się sprzedażą bezpośrednią zmianę sposobu działania. Zamówienia przyjmowane są zdalnie i dostarczane do paczkomatów, konferencje, warsztaty i konsultacje odbywają się online, a konsultanci zapewniają wsparcie i odpowiadają na pytania klientów za pośrednictwem komunikatorów lub telefonicznie.

 Dzięki temu, że branża od lat wykorzystuje narzędzia online, jej reorganizacja przebiega bez zakłóceń – mówi Konrad Szałkiewicz. – Większość firm sprawnie zaadaptowała się do nowego modelu.

W Polsce z branżą sprzedaży bezpośredniej współpracuje ok. 1 mln konsultantów. Ta forma sprzedaży opiera się na osobistym kontakcie i dobrej, długotrwałej relacji z klientami, którzy doceniają, że mogą w spokoju, bez wychodzenia z domu przetestować dany produkt przed zakupem i zasięgnąć fachowej porady konsultanta. Wdrożone zmiany i nowe narzędzia mają zarówno zapewnić bezpieczeństwo konsumentom i partnerom, jak i zachować ciągłość działalności magazynów i płynność dostaw.

– Wprowadzone zostały pewne ograniczenia wynikające z bezpieczeństwa m.in. osób pracujących w magazynach. Te z kolei – jak dotąd – działają bez zmian, a dystrybucja produktów jest płynna – mówi przewodniczący PSSB.

Co istotne, pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia przyspieszają proces digitalizacji, który w branży sprzedaży bezpośredniej zachodzi już od kilku lat. Udział cyfrowych kanałów kontaktu z klientami sukcesywnie rośnie – do tej pory już blisko 3/4 zamówień było składanych online i przy użyciu mobilnych narzędzi, za to na przestrzeni ostatnich lat spadał udział poczty czy tradycyjnego telefonu.

Branża sprzedaży bezpośredniej wykorzystuje również obecny okres na intensywną edukację pracowników struktur. Prowadzone są wewnętrzne szkolenia online w formie wideokonferencji czy webinariów, które mają podnieść kompetencje konsultantów i przedstawicieli handlowych.

Przewodniczący PSSB podkreśla jednak, że pewne firmy spoza stowarzyszenia próbują wykorzystać kryzysową sytuację w nieuczciwy sposób.

– Na rynku pojawiają się nieuczciwi sprzedawcy, którzy oferują konsumentom produkty niespełniające obowiązujących standardów. Wykorzystują obecną sytuację i promują suplementy, które ich zdaniem „leczą” lub są pomocne w zwalczaniu COVID-19 – mówi Konrad Szałkiewicz. – Przypominamy, że wszystkie firmy w stowarzyszeniu działają zgodnie z naszym kodeksem etycznym, który stanowczo zabrania stosowania takich praktyk oraz ma na celu dobro i ochronę konsumentów. Tylko na podstawie ścisłego przestrzegania tego dokumentu dana firma może być członkiem PSSB.

Polskie Stowarzyszenie Sprzedaży Bezpośredniej działa na rynku od ponad 25 lat i skupia kilkadziesiąt przedsiębiorstw prowadzących sprzedaż bezpośrednią na terenie Polski. Jego główne cele to stanowienie etycznych standardów sprzedaży, monitorowanie ich przestrzegania przez firmy członkowskie i promocja tego kanału dystrybucji.

Technologie szansą na odbicie gospodarcze w czasie kryzysu. Tą drogą poszły też Chiny

W obszarze cyfryzacji Polska wciąż ma dużo do nadrobienia względem bardziej rozwiniętych zachodnich gospodarek. W ubiegłorocznym rankingu DESI zajęła dopiero 25. miejsce wśród 28 państw w Unii Europejskiej, a według raportu McKinsey gospodarka cyfrowa stanowi w niej tylko nieco ponad 6 proc. krajowego PKB. Prezes Fundacji Digital Poland podkreśla, że konieczne są wzrost wydatków w tym obszarze i większa adaptacja cyfrowych technologii w sektorze MŚP. W obliczu spodziewanego spowolnienia wywołanego pandemią koronawirusa to może być szansa na wzrost. Taki plan mają też Chiny.

– Cyfrowe technologie mogą wesprzeć wzrost gospodarczy. W Polsce szykuje się spowolnienie i paradoksalnie może to być dobry impuls do wzrostu wydatków na nowe technologie, ponieważ one pozwalają zoptymalizować koszty w fabrykach, biznesie, w kontakcie z klientem. W związku z tym wydatki na nie powinny wzrosnąć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Kryzys wywołany rozprzestrzenianiem się koronawirusa SARS-CoV-2 uderza w polską gospodarkę. Ekonomiści spodziewają się gwałtownego hamowania. Agencja ratingowa Fitch prognozuje, że w tym roku wzrost polskiego PKB spowolni do 1,8 proc. Z kolei Polski Instytut Ekonomiczny ocenia, że w najbardziej optymistycznym scenariuszu tegoroczny wzrost sięgnie 1,1 proc., a z kolei w najbardziej pesymistycznym (spowolnienie liczby zachorowań latem i powrót epidemii jesienią) – spadek wyniesie 4,7 proc. Konsekwencje epidemii dotkliwie odczuły już przedsiębiorstwa zwłaszcza w takich branżach jak transport, hotelarstwo, turystyka, handel i gastronomia.

Aby zamortyzować skutki pandemii dla polskiej gospodarki, Sejm przyjął w nocy z piątku na sobotę projekt tarczy antykryzysowej. Rządowy pakiet rozwiązań ma kosztować w sumie 212 mld zł, czyli ok. 9,2 proc. krajowego PKB i – poza szeregiem instrumentów wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników – obejmuje także m.in. wsparcie służby zdrowia kwotą 7,5 mld zł oraz 30 mld zł na inwestycje publiczne. Jak podkreśla prezes Fundacji Digital Poland, Polska – wzorem Chin – powinna też stymulować gospodarkę poprzez inwestycje w cyfryzację i nowe technologie.

– W obliczu koronawirusa Chiny ogłosiły, że postawią na nowe technologie, przeznaczą znaczne sumy na budowę infrastruktury światłowodowej, sieci 5G, zatem w tym roku stymulant fiskalny ma być w tym kraju skoncentrowany wokół nowych technologii – mówi Piotr Mieczkowski.

Jak wynika z szacunków McKinsey & Company, przyspieszenie cyfryzacji i oparcie systemu ekonomicznego na nowych technologiach mogłoby stać się nowym motorem wzrostu rodzimej gospodarki. Analitycy w 2018 roku wyliczyli, że dzięki niej polskie PKB mogłoby wzrosnąć o dodatkowe 64 mld euro do 2025 roku, co umożliwiłoby zwiększenie konkurencyjności na globalnych rynkach, poprawę sytuacji ekonomicznej 38 mln obywateli i awans do grona najbardziej zaawansowanych cyfrowo gospodarek w Europie. W takim scenariuszu odsetek PKB, który generuje gospodarka cyfrowa Polski, wzrósłby z 6,2 proc. aż do 15 proc. PKB w 2025 roku (raport „Polska jako Cyfrowy Challenger”).

W tej chwili – jak ocenia prezes Fundacji Digital Poland – Polska wciąż ma na tym polu dużo do nadrobienia względem bardziej rozwiniętych zachodnich gospodarek. W ubiegłorocznej edycji indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI), opracowywanego przez Komisję Europejską, zajęliśmy dopiero 25. pozycję na 28 państw.

– Pod względem cyfryzacji Polska na tle Europy wypada słabo. Świat nam ciągle ucieka, inni robią to szybciej. Drugi powód to sektor MŚP – póki małe i średnie polskie spółki nie ruszą z cyfryzacją, nie zaczną korzystać z grantów Unii Europejskiej czy pożyczek i nie zaczną cyfryzować się na większą skalę, to statystycznie będzie nam trudno pójść do góry – mówi Piotr Mieczkowski.

Jak zauważa, niski stopień cyfryzacji wśród MŚP odzwierciedlają m.in. dane Eurostatu, które pokazują, ile z nich korzysta z analizy Big Data. O ile działające na polskim rynku korporacje mieszczą się pod tym względem w unijnej średniej, o tyle MŚP pozostają daleko w tyle. Jak wynika z raportu Fundacji Digital Poland „Big data w Polsce. Praktyczny i krótki przewodnik dla MŚP, w Polsce zaledwie 8 proc. firm korzysta z tej technologii, podczas gdy średnia dla UE wynosi prawie 30 proc.

– Bez impulsu ze strony dużych spółek, w szczególności Skarbu Państwa, raczej też bym nie oczekiwał, że cyfryzacja nagle ruszy z kopyta – mówi prezes Fundacji Digital Poland.

Opracowano pierwszą na świecie metodę odzyskiwania sadzy z opon. Polskie rozwiązanie pozwoli uniknąć spalania paliw kopalnych i emisji CO2

Co roku na świecie zużywa się ponad miliard opon. Większość trafia na wysypiska. Dzięki polskiej firmie zużyte opony można niemal w 100 proc. przywracać do obiegu. Pojedyncza instalacja Syntoilu uzdatnia sadzę z 6 tys. opon do parametrów sadzy technicznej, która zazwyczaj powstaje z gazu ziemnego czy ropy naftowej. Aby wyprodukować tradycyjną drogą tonę sadzy, trzeba wyemitować do atmosfery tony CO2. To pierwsza na świecie metoda oczyszczania sadzy.

– W Syntoilu zajmujemy się odzyskiwaniem sadz ze zużytych opon. Sadza jest nieprawdopodobnie ważnym produktem w przemyśle. Nowa opona bez niej byłaby w stanie przejechać tylko 100 km, inaczej by się starła. Zwykła opona zawiera do 30 proc. sadzy. Dzisiaj sadza jest pozyskiwana ze spalania paliwa kopalnego. My odzyskujemy ją z produktu, który już został kiedyś wyprodukowany, czyli zużytych opon – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Martyna Sztaba, prezes i współzałożycielka firmy Syntoil.

Według „Analizy rynku globalnego recyklingu opon 2025” przygotowanej przez Goldstein Research wynika, że co roku powstaje ponad 1,6 mld nowych opon, a zużywa się blisko miliard. Przemysł recyklingu przetwarza 100 mln opon rocznie. Z okruchów gumy ze zużytych opon powstają powierzchnie placów zabaw i boisk sportowych. Może też powstać wytrzymały asfalt. Wciąż jednak odzyskuje się niewielką część opon.

Polska firma opracowała pierwszą na świecie metodę oczyszczania sadzy. W ten sposób powstaje sadza techniczna o czystości 99,68 proc. Zazwyczaj produkuje się ją poprzez spalanie ropy naftowej czy gazu ziemnego, tym samym do atmosfery emituje się tony CO2. Syntoil pozwala odzyskać sadzę w sposób ekologiczny,  a przy tym znacznie tańszy.

– Rynek sadzy to ok. 14 mln ton, co przekłada się na 14 mld dolarów. To bardzo duży rynek, tym bardziej że sadza jest nie tylko wypełniaczem do mieszanek gumowych czy produktów gumowych, lecz także pigmentem do różnych tworzyw i innych czarnych rzeczy. W Polsce mamy bardzo silny przemysł gumowy, dlatego nasz produkt świetnie się tutaj sprawdza. Ale sprawdzi się też w każdym kraju, gdzie produkuje się opony i wyroby gumowe – przekonuje Martyna Sztaba.

Syntoil wpisuje się ze swoją technologią w ekonomię zamkniętego obiegu, gdzie każda rzecz może znaleźć kolejne zastosowania. W ramach circular economy z plastikowych butelek znalezionych w morzach i oceanach powstają zabawki dla dzieci. Technologia EcoVolt amerykańskiej firmy Cambrian Innovation oczyszcza ścieki zanieczyszczone procesami przemysłowymi, przekształca je w czystą wodę i przy okazji wytwarza biogaz. Lehigh Technologies przekształca stare opony i inne odpady gumowe w mikronizowany gumowy proszek, który można następnie wykorzystać przy produkcji opon, asfaltu i materiałów budowlanych. Holenderska firma DyeCoo opracowała z kolei proces farbowania tkanin, który w ogóle nie zużywa wody, a dwutlenek węgla można ponownie wykorzystywać.

– Nasz model biznesowy opiera się na trzech filarach. Pierwszy to circular economy, czyli obieg zamknięty. Odzyskujemy odpad, czyli coś, co właściwie mogłoby zostać wyłącznie spalone, natomiast my z tego półproduktu robimy faktyczny produkt, który wraca na rynek. I trzeci, chyba najważniejszy filar to idea zero waste czy less waste – nie zużywamy za każdym razem nowych chemikaliów, tylko doczyszczamy te, które już raz były użyte – tłumaczy ekspertka.

Syntoil, według zapowiedzi, może co roku przetwarzać 6 tys. opon. Na razie jednak produkt jest testowany wspólnie z producentami opon i gumy.

– Obecnie dopasowujemy naszą produkcję do przemysłowej skali. Takie przemysłowe projekty trwają zazwyczaj 18–20 miesięcy. Mamy nadzieję, że to się zamknie w ciągu kolejnych miesięcy – zapowiada Martyna Sztaba.

Sejm w nocnym głosowaniu uchwalił tarczę antykryzysową i jednocześnie zablokował możliwość jej niezwłocznego wprowadzenia

Przedsiębiorcy potrzebują natychmiastowej pomocy, aby ratować miejsca pracy. Sytuacja polskich firm i pracowników jest dramatyczna! Tymczasem, w ostatniej chwili, do ustawy wprowadzono zapisy m.in. grożące paraliżem dialogu z przedsiębiorcami. Komplikując tak ustawę, rządzący de facto opóźniają jej wprowadzenie.

Oburza nas, że nie tylko nie zwiększono wsparcia dla pracowników i przedsiębiorców, ale w przyjętych przepisach, premier uzyskał możliwość odwoływania członków Rady Dialogu Społecznego zgodnie ze swoim uznaniem. Rada jest dziś ostatnim miejscem gdzie toczy się dialog przedstawicieli pracowników i przedsiębiorców z rządem. Ma ustawowe uprawnienia do konsultowania ustaw. Jeżeli przyjęty przepis wejdzie w życie, premier będzie mógł de facto rozmawiać tylko z tymi, których do rozmów wybierze. Oznaczać to będzie likwidację jakiejkolwiek, rzetelnej współpracy związków zawodowych i organizacji pracodawców z rządem. I dzieje się to w momencie, gdy premier apeluje o wspólne działanie w tej wyjątkowej sytuacji.

Tarcza ma ratować polskich przedsiębiorców. Tymczasem wprowadzono do niej zapisy, które nie mają nic wspólnego z pomocą dla biznesu. Zmiany w Kodeksie wyborczym i ustawie o RDS są jednak tak kontrowersyjne, że mogą opóźnić wprowadzenie przepisów, które mają ratować miejsca pracy. Konfederacja Lewiatan – jako organizacja pracodawców zdecydowanie protestuje przeciwko takim działaniom.

Ruch w sieciach handlowych nawet o połowę mniejszy. Sprzedaż przenosi się do Internetu

Podczas dwutygodniowej „kwarantanny narodowej” ruch w sklepach stacjonarnych średnio zmniejszył się o blisko 50%, porównując tydzień do tygodnia. Najbardziej spadł w hipermarketach, w sieciach cash&carry i w sklepach convenience – wszędzie o ponad połowę. Poniżej 50% mniej wizyt odnotowały też dyskonty i supermarkety. Z kolei na stacjach paliw ruch obniżył się o nieco ponad 40%, a w aptekach – o prawie 50%. Tak wynika z analizy firmy technologicznej Proxi.cloud oraz UCE RESEARCH, przeprowadzonej na podstawie obserwacji blisko 900 tys. dorosłych Polaków i ponad 21 tys. obiektów.

Raport wskazuje, że liczba wizyt w największych sieciach handlowych średnio spadła o 48,5% w okresie od 16 do 22 marca w porównaniu z tygodniem od 9 do 15 marca br. Jak podkreśla dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, to bardzo duża i uzasadniona zmiana. Konsumenci szybko nasycili się towarami, które pospiesznie kupowali w związku z epidemią. Przyzwyczaili się do anormalnej sytuacji i przestali obawiać się zamknięcia sklepów.

– Obniżony ruch klientów w przypadku handlu art. spożywczymi nie musi świadczyć o mniejszych obrotach. Zachowania zmieniły się w związku z akcją „Zostań w domu”. Klienci raczej rzadziej wychodzą do sklepów, ale w trakcie jednej wizyty robią na ogół większe zakupy. Należy oczekiwać zatem, że średnia wartość koszyka może być wyższa niż przed epidemią. Niemniej jest jeszcze za wcześnie, żeby oceniać wszystkie skutki pandemii dla handlu. Wstępną wiedzę będziemy mieć około połowy kwietnia, kiedy poznamy dane z marca – zaznacza Maciej Ptaszyński, Wiceprezes Zarządu Polskiej Izby Handlu (PIH).

Z kolei w opinii Andrzeja Wojciechowicza, eksperta Komisji Europejskiej, społeczeństwo zrozumiało, że podstawą bezpieczeństwa jest izolacja. Konsumenci korzystają ze swoich zapasów i wybierają się do sklepów głównie po produkty świeże. W FMCG przedsiębiorcy mają teraz niższe obroty od regularnych. Jednak ich sumaryczna wielkość za kwartał powinna utrzymać się w normie. Polacy nie będą mniej jedli. Może nawet zaczną spożywać więcej, np. z nudów. Straty implikować mogą zwiększone koszty prowadzenia handlu. Gorzej jest w branżach, w których nastąpiło spowolnienie, funkcjonuje tylko sprzedaż online. Dotyczy to np. branży modowej, obuwniczej, dekoracji wnętrz etc. Dlatego cały handel jako taki mocno zubożeje.

– W dobie pandemii handel przenosi się do Internetu. W Polsce wzrost sprzedaży online niektórych produktów żywnościowych wynosi ponad 380%, a artykułów sanitarnych – nawet 2000%. Następuje też podświadome samoograniczenie zakupowe przed nadchodzącymi w wielu rodzinach trudnymi czasami. Wiąże się to z lękiem o zdrowie, zatrudnienie i dochody. Jeszcze tego nie widać w statystykach, ale można już dostrzec, że klienci zaczynają kupować tylko to, co jest faktycznie niezbędne – mówi Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki.

Analizując poszczególne formaty, widać, że największy średni spadek ruchu z tygodnia na tydzień nastąpił w hipermarketach – o 55,9%. Dalej są placówki typu cash&carry – 53,4%, convenience – 50,7%, a potem dyskonty – 47,5%. Najmniejsza zmiana dotknęła supermarkety – 46,7%. Jak przekonuje dr Faliński, różnice między ww. kanałami sprzedaży nie są duże. Mieszczą się w granicach błędu pomiaru. Zdaniem eksperta, wynik hipermarketów nie powinien dziwić. Tam podczas jednej wizyty można kupić wiele towarów na trudne czasy. I w tego typu sklepach głównie zaopatrywali się konsumenci w chwili paniki.

– Minimalizacja obecności w przestrzeni publicznej przekłada się na to, że zakupy są realizowane w najbliższym otoczeniu, gdzie jest też najniższa frekwencja kupujących. W mojej ocenie, to istotnie wzmacnia małe, lokalne placówki i powoduje przesunięcia w przepływie klientów pomiędzy poszczególnymi formatami – komentuje Janusz Piechociński.

Na największych na rynku stacjach paliw średni ruch zmniejszył się w drugim analizowanym tygodniu o 43,3%. – Kiedy pojawiły się informacje o tzw. narodowej kwarantannie, Polacy zatankowali samochody praktycznie do pełna. Teraz nie wychodzą z domów. Jeżeli ktoś jedzie autem, to ma ku temu naprawdę ważny powód. Znaczne ograniczenie dotknęło też transport ciężarowy i komunikację zbiorową. Na ocenę strat jest jeszcze za wcześnie. Pierwsze dane zostaną zebrane w kwietniu – informuje Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. Analiz Rynku Paliw w Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN).

Analiza wykazała też, że średnia liczba wizyt klientów w aptekach spadła o 49,7% w okresie od 16 do 22 marca br. w porównaniu do wcześniejszego tygodnia. – Na jakiekolwiek oceny rynku jest za wcześnie. Nasze dane wyraźnie wskazują, że nadal istnieje wzmożony ruch. Od 14 do 23 marca farmaceuci obsłużyli ponad 20 mln pacjentów. Z kolei od początku pandemii apteki odwiedziło ponad 40 mln osób. Od wielu dni prosimy pacjentów, aby nie robili zapasów leków i kupowali tylko potrzebne produkty, a także ograniczyli do minimum zakup suplementów diety, szamponów czy kosmetyków – zwraca uwagę Tomasz Leleno, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Raport pochodzi z firmy technologicznej Proxi.cloud, która we współpracy z analitykami UCE RESEARCH zebrała dane do analizy za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Po ich zainstalowaniu dokonano rejestru osób wchodzących na dany teren. Monitoring trwał pełne dwa tygodnie, w rozbiciu na równe okresy, tj. od 9 do 15 oraz od 16 do 22 marca br. Obserwacji poddano łącznie 895 tys. dorosłych Polaków. Działaniami objęto 23 największe sieci handlowe, w tym hipermarkety, dyskonty, supermarkety, sieci convenience i cash&carry (16 746 placówek), duże i średnie sieciowe apteki (823 punkty) oraz 8 ogólnopolskich brandów stacji paliw (3 491 obiektów) we wszystkich 16 województwach.

Czy czeka nas powtórka kryzysu z 1929 roku?

Wielu komentatorów teraźniejszej sytuacji gospodarczej, stojącej na progu załamania w związku z epidemią koronawirusa, sięga do porównań z przeszłymi, wielkimi kryzysami finansowymi XX wieku. Jednym z nich jest Wielka depresja, która dotknęła światową gospodarką w latach 1929-1939. Jednak porównywanie współczesnej sytuacji do sytuacji ekonomicznej tych lat byłoby całkowicie błędne.

– Za wielkie spadki na giełdach w roku 1929 i wzrost bezrobocia w Stanach Zjednoczonych do 30% w latach 1930-tych odpowiedzialny był w dużym stopniu rząd i bank centralny USA, które nie zadziałały od razu i w takiej skali, która skutecznie zmniejszyłaby koszty gospodarcze kryzysu – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Rezultatem był głęboki spadek zaufania ze strony prywatnych inwestorów, rezultacie silny spadek wydatków inwestycyjnych. Ten spadek spowodował z kolei spadek popytu na wszystko, w rezultacie bankructwa firm na wielką skalę. W Stanach Zjednoczonych, a także w innych krajach, ta reakcja od strony polityki fiskalnej przyszła z opóźnieniem, w postaci tzw. New Deal Roosevelta. Kryzys gospodarczy, z którym mierzymy się dzisiaj, ma dość znaczną skalę Ale będzie on krótszy i mniej groźny, ponieważ jakość mechanizmów gospodarki rynkowej jest teraz dużo wyższa, a reakcja obronna ze strony polityki gospodarczej rządów i banków centralnych jest poprawna. Te czynniki spowodują, że dojdzie do stosunkowo szybkiego polepszenia sytuacji. To jest ta różnica – podkreśla Gomułka.

Najbliższe tygodnie będą niepewne dla polskiej waluty

Złoty odrobił część strat wobec dolara, euro i franka szwajcarskiego, ale nadal będzie walutą pozostającą pod dużą presją spowodowaną niepokojem wśród inwestorów.

– Złoty znajduje się niestety po złej stronie rynkowych zawirowań – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rosnący niepokój powoduje, że kapitał ucieka do amerykańskiego dolara.

Dolara brakuje tym, którzy są zadłużeni w tej walucie, a muszą odnowić zabezpieczenia walutowe. To sprawiło, że za dolara płaciliśmy nawet 4,30 zł.

Kurs dolara spadł pod koniec marca do 4,11 zł, złotemu brakuje jednak nadal dużo do 3-miesięcznego najniższego kursu, gdy 9 marca za dolara płaciliśmy 3,79 zł.

Sytuacja uległa względnemu uspokojeniu po potężnych interwencjach banków centralnych, a zwłaszcza Fed, który na różne sposoby próbował ożywić nie tylko amerykański rynek kredytowy. Skala tej interwencji jest olbrzymia, a euro wzmocniło się wobec dolara, dzięki temu zyskała też polska waluta.

Lekka poprawa nastrojów inwestorów, którzy odetchnęli, gdy udało się ugasić pierwszy pożar spowodowała, że złoty odrobił trochę strat także wobec euro i franka szwajcarskiego.

Okres dużej presji wywieranej na złotego nie jest jednak za nami, a kilka najbliższych tygodni będzie kluczowych, bo jeżeli wrócą duże spadki na globalnych rynkach akcji, jeżeli na rynku będzie dużo strachu, to euro będzie kosztować ponad 4,60 zł.

Za euro pod koniec marca trzeba było płacić ok. 4,50 zł, czyli niewiele mniej niż wynosiło lokalne maksimum z 24 marca (4,60 zł za 1 euro).

– Patrząc na punkt startowy, w którym jest złoty i na mniejszą skalę nierównowag w porównaniu do kryzysowego 2008 r., to osłabienie złotego nie będzie tak dynamiczne jak wówczas, a po kilku miesiącach polska waluta powinna odrobić co najmniej część strat – komentuje ekspert XTB. – Patrząc właśnie długoterminowo kurs złotego wobec euro powinien powrócić do poziomu 4,40 zł.

Jak Europa walczy ze skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa?

Sejm rozpoczął pracę na tarczą antykryzysową, która zdaniem biznesu jest niewystarczająca i wypada blado przy pakietach innych państw. Najbliższe dni będą krytyczne dla wielu firm. Brak adekwatnego wsparcia pociągnie za sobą bankructwa i zwolnienia na skalę, nawet większą jak w czasie globalnego kryzysu finansowego przed dekadą.

Z epidemią COVID-19 walczy cała Europa i przynajmniej na froncie gospodarczym radzi sobie zdecydowanie sprawniej niż my. Spektrum wsparcia, jakie w ostatnich tygodniach zaproponowały rządy, jest bezprecedensowe – tak jak sytuacja, w której się znaleźliśmy. Wśród nich:

  • subsydia dla firm: przede wszystkim do płac, ale również innych kosztów stałych działalności; w wybranych krajach stworzono fundusze stabilizacyjne (solidarnościowe) dla przedsiębiorstw lub branż dotkniętych w szczególny sposób;
  • pożyczki i gwarancje, których celem jest utrzymanie płynności firm – przy czym narzędzia zależą od lokalnych uwarunkowań;
  • komplementarne wsparcie banków w akcji kredytowej, przeciwdziałające naturalnej skłonności do ograniczania przez banki własnego ryzyka;
  • przyjazne rozstrzygnięcia podatkowe: odraczanie płatności, przyspieszone zwroty należności, obniżka podatków, ograniczenie kar i odsetek, wydłużanie terminów;
  • większa tolerancja w krajowych prawodawstwach zamówień publicznych;
  • projektowanie działań na okres po kryzysie: kampanie promocyjne, vouchery itd.
    oraz dość podobne między krajami i wprowadzane powszechnie działania w obszarze rynku pracy, polegające przede wszystkim na:
  • ograniczeniu liczby godzin pracy (jako alternatywie dla zwolnień);
  • uelastycznieniu czasu pracy (także w górę na krytycznych stanowiskach);
  • rozluźnieniu prawodawstwa dotyczącego zwolnień;
  • poszerzeniu zakresu zasiłków opiekuńczych i chorobowych (koszt tych ostatnich niekiedy bierze na siebie państwo);
  • zwiększeniu dostępności zasiłków dla bezrobotnych (w tym dla samozatrudnionych),
  • obniżeniu kosztów pracy np. przez współdzielenie ich z państwem lub zawieszenie płatności składek;
  • ograniczeniu innych obciążeń administracyjnych, np. raportowania.

Obok zakresu wsparcia ważna jest również skala interwencji. Według naszych oszacowań, z obiecanych przez nasz rząd 212 mld zł jedynie około 60 mld zł ma charakter impulsu fiskalnego. Z tej kwoty ok. 22,5 mld ma szansę niezwłocznie trafić do firm – to ledwie 1% PKB z obiecanego ponad 9-procentowego pakietu. To niewiele na tle Niemiec (4,4%) i porównywalnie z Francją (1,1%), chociaż należy wspomnieć, że strefa euro dostanie dodatkowy 2-procentowy bodziec, który Polskę ominie.

Nawet gdyby do tej kwoty dołożyć obietnicę prezydenta o zwolnieniu mikroprzedsiębiorców ze składek, to impuls rośnie do 1,6% PKB. Zwiększenie skali pakietu jest w polskich warunkach ograniczane przez ustawę o finansach publicznych, ale doświadczenia globalne pokazują, że obecny kryzys doprowadził do złamania tabu, jakim dotąd był dług publiczny. Koronawirus ograniczający stronę podażową i popytową gospodarek uruchomił w największych gospodarkach w praktyce nieograniczone zasoby.

W tej chwili, można jeszcze wpisać do tarczy antykryzysowej rozwiązania, które staną się realnym wsparciem dla utrzymania miejsc pracy:

  • zwolnienie z danin publicznych płaconych do ZUS i urzędów skarbowych dla wszystkich firm w kłopotach
  • wprowadzenie przestoju ekonomicznego, obniżonego wymiaru czasu pracy na warunkach dostępnych dla firm
  • zwrot podatku VAT w najkrótszym możliwym terminie oraz zwolnienie środków z konta VAT
  • czasowe zwolnienie z wpłat PPK.

Lewiatan przygotował gotowe poprawki w tych punktach i przekazał do wszystkich klubów parlamentarnych. Liczymy, że posłowie pokażą, że rozumieją powagę sytuacji i wspólnie przegłosują rozwiązania, które są neutralne politycznie, za to mogą okazać się niezwykle pozytywne dla gospodarki.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Tarcza antykryzysowa to sito. I zadziała w czasie ulewy jak sito, nie parasol

Wywiad z Andrzejem Malinowskim, Prezydentem Pracodawców RP i Przewodniczącym Rady Dialogu Społecznego.

Jak Pan ocenia ostateczną wersję tarczy antykryzysowej?

Jak wielu pracodawców jestem rozczarowany. Tarcza przyniesie takie same efekty jak korzystanie podczas ulewy zamiast z parasola – z sita. Pakiet ochronny dla gospodarki zadziała, jeśli każde z ogniw będzie tak samo mocne. Tymczasem tak nie jest. Co z tego, że proponuje się procedury pomocy, skoro są one obłożone warunkami w rodzaju spadek dochodów o 50 proc. 50 proc. dla wielu przedsiębiorstw to bankructwo. W takiej sytuacji potrzebny jest tylko grabarz, a nie lekarz. Co z tego, że jest procedura odroczenia terminu płatności zobowiązań podatkowych o 3 miesiące. Tylko nie dzieje się to automatycznie. Trzeba złożyć wniosek, który musi rozpatrzyć urzędnik. Dziesiątki takich sprzeczności i mielizn zawarliśmy w naszych uwagach. Większości z nich nie uwzględniono.

Co konkretnie, zdaniem pracodawców, trzeba zmienić?

Brakuje np. uwolnienia należnego VAT-u w ramach tzw. split paymentu.  Wsparcie dla dużych firm jest skromne, a należy pamiętać, że tworzą one 24 proc. PKB. Nie zawieszono terminu naliczania odsetek podatkowych od 1 marca do 30 września 2020 r. A wprowadzona możliwość zwolnienia pracodawców z obowiązku opłacania składek na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne, zdrowotne itd. przez 3 miesiące – może doprowadzić do zwalniania pracowników, zamiast ochrony miejsc pracy!

Jak to?

Z tego udogodnienia mogą skorzystać tylko firmy zatrudniające do 9 pracowników. Przecież jak ktoś będzie zatrudniał np. 11 pracowników, to minutę po tym jak przeczyta ten projekt zwolni dwóch z nich! Żeby nie płacić składek za resztę! Tak ma wyglądać ochrona miejsc pracy?

Czy autorzy ustawy uważają, że firma mająca już 10 pracowników jest odporna na kryzys gospodarczy? I że 3 miesiące wystarczą? Moim zdaniem będziemy wtedy w dołku kryzysu. Poza tym dlaczego możliwość zawieszenia składek dotyczy wyłącznie przedsiębiorców działających w oparciu o wpis do ewidencji? Spółka cywilna, komandytowa, kapitałowa, nawet jeśli dziś ma tylko 5 pracowników – nie może skorzystać z tego udogodnienia. To się po prostu nie trzyma kupy. Różnicowanie przedsiębiorców jest niedopuszczalne. Sprzeczne z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. Kryteria skorzystania z tego instrumentu są po prostu bez sensu. Powinien on pomagać również średnim i dużym firmom. Warunek jego przyznania musi być oparty na przesłankach ekonomicznych, on sam powinien być szybko dostępny, „na oświadczenie” i z pomocą prostego formularza. Następnie ostatecznie weryfikowany dopiero ex-post na bazie wyników za kilka miesięcy.

Może nie macie we wszystkim racji?

Wśród naszych poprawek były też czysto redakcyjne. Nawet ich nie uwzględniono! To musi budzić wątpliwości, czy w ogóle ktoś przyjrzał się naszym propozycjom! Można się spierać merytorycznie. Nasze propozycje szczegółowo uzasadniliśmy posługując się logiką i liczbami. To dość mocne narzędzia, bo 2 plus 2 jest cztery niezależnie od barw politycznych. A przynajmniej tak powinno być.

Ale te 212 mld złotych jednak coś polskim przedsiębiorcom da.

Jakie 212 miliardów? Z tej kwoty najpierw obiecano 66 mld zł bezpośredniego wsparcia dla firm, pracowników i służby zdrowia. Potem mówiono nawet o 80 mld zł. Zajrzyjmy jednak do tzw. oceny skutków regulacji. To taka, wymagana prawem, ocena projektu. I co widzimy? Wsparcie jedynie na kwotę zaledwie ok. 38 mld zł w 2020 r.! I to są fakty na temat tarczy. 38 mld złotych! Czy to jest kwota, którą chcemy powstrzymać kryzys?

Mówi się: „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”. Rząd musi utrzymać równowagę finansową w priorytetowych wydatkach.

A co może być priorytetem w czasie pandemii, jak nie walka z jej skutkami? Zdrowotnymi i gospodarczymi? Powiedzmy wreszcie jasno i dokładnie, że to są właśnie priorytety! Rozmaite prezenty oraz transfery służące kampanii wyborcze – na pewno nimi nie są! Bo zwyczajnie być nie mogą! Jest takie powiedzenie pasujące do obecnej sytuacji. „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Gdy grozi nam poważny kryzys, trzeb ciąć to wszystko co nie jest niezbędne. I skupić się na obronie fundamentów.

To znaczy, że Tarcza jest kompletnie zła?

Tarcza w obecnym kształcie to nie mechanizm, który skutecznie zadziała. Można więc powiedzieć „założenia są słuszne, budujcie jednak prawdziwą tarczę”. To rozwiązanie, które trzeba zaproponować we właściwych rozmiarach. A my tracimy czas. Prace trwają zbyt długo, mimo tego, że podobno rząd przygotowywał się od tygodni. Jeśli przegramy walkę z czasem, to oprócz pandemii zdrowotnej doświadczymy pandemii gospodarczej. Dla mnie i dla wielu ekspertów, a myślę też, że i dla członków rządu jest już jasne. W niebezpieczeństwie są dziesiątki tys. firm. A w związku z tym setki tys. miejsc pracy oraz los milionów pracowników i ich rodzin. To są kostki domina. Nie możemy pozwolić, by padła pierwsza z nich, bo wtedy pociągnie za sobą resztę. Dlatego musimy walczyć o zachowanie płynności finansowej firm, gdy z powodów od nich niezależnych nie mają one żadnego dochodu. Trzeba zdjąć z nich koszty pracy, by zachowały one miejsca pracy. Zdjąć daniny i obciążenia fiskalne – by mogły zapłacić swoim kontrahentom. Choćby szczątkowo wywiązać się z swoich zobowiązań biznesowych.

Ale czy firma nie wytrzyma miesiąca – dwóch bez dochodów?

A ilu z Polaków wytrzyma bez dochodów miesiąc, czy dwa nie zmieniając swoich wydatków, spłacając czynsze, rachunki, raty itp.? W firmie wolne pieniądze się ponadto inwestuje, a przynajmniej powinno, by się rozwijać. To jest biznes, nie skarbonka w skarpecie. Dlatego odpowiedź brzmi „nie, nie wytrzyma”. Pewnie, że jakaś część firm da sobie radę, ale przeciętna statystyczna polska firma obróci się w proch i pył. I te firmy z „pierwszego rzutu” pociągną za sobą inne, które być może wytrzymają dłużej. Bo nie spłacą faktur, nie kupią nowych usług czy towarów.

Kostki domina runą, jeśli nie zareagujemy zanim zacznie się chwiać pierwsza z nich. Poza tym dwa miesiące to nie jest minimalny horyzont, na który powinniśmy się nastawiać.

Za dwa miesiące pandemia koronawirusa nie minie?

Mam co do tego wątpliwości patrząc na inne kraje Europy czy choćby Chiny. Eksperci zajmujący się zdrowiem prognozują raczej połowę roku. To trzy, cztery miesiące. A walka ze skutkami ekonomicznymi potrwa dłużej. O wiele dłużej. Nie mamy się co oszukiwać. Jest takie oklepane powiedzenie „las płonie szybko, a rośnie wolno”. To samo niestety można powiedzieć o gospodarce. I musimy mieć tego pełną świadomość.

Świat zmieni podejście do higieny na zawsze. Colgate-Palmolive z rekomendacjami kupna

Po trzech dniach solidnego odbicia na Wall Street koniec tygodnia przynosi niewielką korektę. Warto nadmienić, że skala wzrostów amerykańskich indeksów w tym tygodniu wyniosła około 20 proc., więc aktualne około 3 proc. cofnięcie nie robi już dużego wrażenia. Do historii przejdzie odbicie na indeksie Dow Jones, którego ostatnie trzydniowe wzrosty były największe od niemal 100 lat. Indeks ten zawdzięcza głównie ten wynik oszałamiającym wzrostom cen akcji Boeinga.

Nastroje inwestorów pogorszył fakt, że to Stany Zjednoczone stały się obecnie epicentrum epidemii koronawirusa i to Stany Zjednoczone prześcignęły Chiny w ilości zdefiniowanych przypadków zakażenia. To z drugiej strony daje jednak nadzieję na dalszą pomoc zarówno ze strony Rezerwy Federalnej, rządu jak i prezydenta USA.

Wracając jeszcze do spółki Boeing dostała ona pozytywną rekomendację kupna od Argus. Według analityków tej firmy spółka BA ma lepsze perspektywy długoterminowe ze względu na znaczne zaległości i silną obecność w rozwijającym się komercyjnym przemyśle lotniczym. Dodano także, że rentowny segment obronny firmy znajduje się w pierwszej piątce wykonawców. Jeśli Boeingowi uda się przezwyciężyć krótkoterminowe problemy związane z epidemią COVID-19, to jest szansa, aby cena akcji zmierzała do poziomu docelowego, wynoszącego 220 USD. Obecnie na giełdzie akcje BA można kupić za około 160 USD. Spółka ma 12 rekomendacji kupna, 15 trzymaj i 2 sprzedaj. Średni poziom ceny docelowej znajduje się na 214 USD.

Również pozytywną rekomendację otrzymała dobrze znana nam wszystkim spółka Colgate-Palmolive. Firma może zyskać ze względu na wzrost zapotrzebowania na mydło i inne produkty do mycia ze względu na kryzys związany z epidemią. Analityk SunTrust podniósł rekomendację, z trzymaj, do kupuj, podnosząc cenę docelową z 65 do 75 USD. Odnotowano także możliwość, że pandemia nie tylko teraz wpływa na wyższy standard higieny, ale zmieni go w długiej perspektywie. Dobre nawyki, które zostaną z nami na długo obejmą nie tylko częste mycie rąk, ale także np. pielęgnację jamy ustnej (częstsze używanie płynu do płukania).

Także firma Stifel podniosła rekomendację dla CL i poziom ceny docelowej do 80 USD (na rynku obecnie 65 USD). Stifel oczekuje, że organiczny wzrost sprzedaży w pierwszym kwartale wyniesie 4,5 proc.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Koniec amerykańskiego snu? Rynek pracy w USA ma poważne problemy

Rynek pracy w USA ma poważne problemy. Tylko w ciągu tygodnia ponad 3 miliony Amerykanów złożyło wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Taka liczba sugeruje 2% spadek liczby pracujących osób.

Amerykańskie zasiłki

Wczoraj było wiadomo, że skoro amerykańskie dane o zasiłkach dla bezrobotnych są tygodniowe, będzie się działo. Spodziewano się około 3,5 krotnego wzrostu wniosków, czyli powiedzmy sobie wprost i tak rekordu wszechczasów. Wzrost był ponad 11-krotny. Złożono ponad 3,2 mln wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Dotychczas te dane podawano w tysiącach i biorąc pod uwagę, że właśnie 2% pracujących Amerykanów poprosiło o zasiłek sytuacja ta nie może się długo utrzymać. Wydawać by się mogło, że dane te wstrząsną rynkiem. Nic bardziej mylnego. Dolar owszem tracił, ale podobnie jak miało to miejsce wczoraj. Co ciekawe, na zamknięciu mocno zyskała giełda.

Oddech na  złotym

To byłby bardzo dobry tydzień dla naszej waluty… gdyby zaczął się we wtorek. Poniedziałek zaczął się bowiem ruchem na euro z 4,52 zł do 4,62 zł. Od tego czasu euro w ciągu trzech dni wróciło do poziomu 4,52 zł. Frank stracił nawet więcej. Zaczynał tydzień od 4,30 zł a teraz jest na 4,27 zł. Najlepiej pod tym kątem wypadł dolar, który w ciągu tygodnia taniał nawet 15 groszy, ale to zasługa istotnego osłabienia się dolara względem euro spowodowana między innymi spadkiem stóp procentowych.

Czesi ścięli stopy procentowe

Nasi południowi sąsiedzi wyraźnie biorą przykład z działań FED. W ciągu niecałego miesiąca ścięli stopy procentowe o 1,25% w dwóch ruchach. Po pierwszym o 0,5% wczoraj dołożyli jeszcze 0,75%. Co ciekawe, pomimo odcięcia stóp procentowych czeska korona wczoraj zyskiwała na wartości względem euro. Obniżka była spodziewana o 0,5% a nie o 0,75%, ale inwestorzy widząc, co się dzieje, zareagowali pozytywnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Tarcza Antykryzysowa a prawo ochrony konkurencji i konsumentów

W dniu 26 marca 2020 r. na stronach Rządowego Centrum Legislacji zostały oficjalnie opublikowane dwa rządowe projekty ustaw mających na celu przeciwdziałanie kryzysowi wywołanemu koronawirusem. Tego samego dnia oba projekty zostały skierowane do Sejmu.

Mowa o następujących dokumentach:

  1. projekt ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw[1] (tzw. „Tarcza Antykryzysowa”) oraz
  2. projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w zakresie systemu ochrony zdrowia związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19[2] („Projekt Ustawy Nowelizującej”).

Lektura obu projektów potwierdza prawdziwość wcześniejszych doniesień medialnych dotyczących założeń projektowanych prawnych instrumentów przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19.
Oba projekty (w obecnym brzmieniu) nadają nowe uprawnienia Prezesowi UOKiK oraz zawierają rozwiązania, które mogą mieć znaczenie dla stosowania prawa ochrony konkurencji i konsumentów.

System cen maksymalnych

Obowiązująca od dnia 8 marca 2020 r. tzw. Specustawa COVID-19[3] nadała ministrowi właściwemu do spraw zdrowia kompetencję do ustalania w drodze obwieszczenia maksymalnych cen produktów leczniczych wydawanych bez przepisu lekarza (OTC) oraz z przepisu lekarza (Rp)[4], wyrobów medycznych[5] oraz środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego[6]. Zgodnie z założeniami Projektu Ustawy Nowelizującej katalog ten ma zostać rozszerzony o produkty biobójcze[7]. Dodatkowo, Projekt doprecyzowuje, że kompetencja ta ma obejmować ceny zbytu brutto (zawierających VAT), marżę hurtową oraz marże detaliczne. Celem uniknięcia wątpliwości, możliwość ustalania cen maksymalnych nie obejmuje produktów refundowanych, których ceny zostały ustalone w drodze decyzji administracyjnych ministra właściwego do spraw zdrowia[8].

 

Z kolei pierwotny projekt Tarczy Antykryzysowej został „wzbogacony” o rozwiązania postulowane przez UOKiK. Do Specustawy COVID-19 miałaby zostać wprowadzona delegacja dla ministra właściwego do spraw gospodarki, który – w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw zdrowia oraz ministrem właściwym do spraw rolnictwa i rozwoju wsi – mógłby również wydać rozporządzenie określające maksymalne ceny lub maksymalne marże hurtowe i detaliczne towarów lub usług mających znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych. Maksymalne ceny mogłyby dotyczyć różnych poziomów obrotu towarowego (wprowadzania do obrotu, hurtowego, detalicznego), jak również uwzględniać skalę sprzedaży albo świadczenia usług i uwarunkowania regionalne (np. inne poziomy dla ogólnopolskich sieci sklepów). Przy ustalaniu wysokości maksymalnych cen minister mógłby wziąć pod uwagę wysokość cen w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego, a także uzasadnione zmiany kosztów produkcji i zaopatrzenia. Rozporządzenie powinno również określać podstawę obliczania maksymalnych marż. Maksymalne poziomy określone w rozporządzeniu mogłyby dotyczyć marż dla poszczególnych rodzajów towarów lub marż naliczanych od ceny hurtowej.

Wprowadzenie mechanizmu cen maksymalnych na niezbędne dla konsumentów towary lub usługi jest działaniem uzasadnionym w świetle aktualnej sytuacji. Do stosowania mechanizmów cen maksymalnych, nawet bez urzędowej ingerencji, „zachęcają” samych producentów również organy antymonopolowe zrzeszone w Europejskiej Sieci Konkurencji[9].

Administracyjne kary pieniężne

Na podmioty stosujące wyższe niż maksymalne ceny mogłyby zostać nałożone kary pieniężne w wysokości od 5 tys. do 5 mln zł. Kary te wymierzane byłyby w drodze decyzji przez właściwe organy Inspekcji Farmaceutycznej, Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Inspekcji Sanitarnej lub Inspekcji Handlowej (w zakresie towarów lub usług objętych ich właściwością). Niepokojącym postulatem jest kwestia nadania decyzji o karze – uiszczanej w terminie 7 dni od uostatecznienia się decyzji – rygoru natychmiastowej wykonalności bez możliwości wstrzymania tego rygoru przez sąd administracyjny.

Jeszcze większe kontrowersje budzi możliwość ukarania za opisaną powyżej praktykę również przez Prezesa UOKiK, jeżeli naruszenie (chociażby nieumyślne) miało miejsce „wielokrotnie” w odniesieniu do „wielu towarów lub usług lub na dużą skalę”. W takiej sytuacji organ antymonopolowy miałby mieć możliwość nałożenia kary pieniężnej w wysokości do 10% rocznego obrotu przedsiębiorcy. Warto zwrócić uwagę, że możliwość wydania tzw. decyzji zobowiązującej („uzgodnionej” pomiędzy przedsiębiorcą a organem) miałaby być wyłączona. Ponadto, w przypadku nieudzielenia lub udzielenia organowi nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd informacji, jak również uniemożliwiania lub utrudniania kontroli Prezes UOKiK mógłby nałożyć na przedsiębiorcę karę w wysokości do 5% rocznego obrotu, ale nie więcej niż 50 mln zł.

Kredyty konsumenckie

Szczególne znaczenie dla sektora bankowego mogą mieć zaproponowane przez UOKiK przepisy Tarczy Antykryzysowej, zgodnie z którą – przez 1 rok od dnia wejścia w życie tejże zmiany – miałyby obowiązywać maksymalne limity pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. Koszty te nie mogłyby przekroczyć poziomów obliczonych zgodnie ze wzorami zawartymi w ustawie, jednak nie mogłyby być wyższe niż 45% całkowitej kwoty kredytu. Z kolei, w przypadku, gdy kredytodawca lub podmiot z nim powiązany udzielił konsumentowi kolejnych kredytów w okresie 120 dni od wypłaty pierwszego z nich, na potrzeby ustalenia maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu za całkowitą kwotę uznawana miałaby być kwota pierwszego udzielonego kredytu. W takiej sytuacji maksymalny dopuszczalny poziom pozaodsetkowych kosztów kredytu dotyczyłby pozaodsetkowych kosztów wszystkich kredytów udzielonych w tym okresie.

Naruszenie ww. przepisów mogłoby zostać uznane za praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów. Konsekwencją tej regulacji byłaby możliwość nałożenia przez Prezesa UOKiK kary w wysokości do 10% rocznego obrotu na kredytodawcę naruszającego tymczasowe przepisy o maksymalnych pozaodsetkowych kosztach kredytu. Należy pamiętać, że ustawa od 15 grudnia 2018 r. odpowiedzialność za naruszenie zakazu praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów rozciąga się również na osoby zarządzające przedsiębiorcy, przy czym w przypadku osób zarządzających podmiotami podlegającymi nadzorowi finansowemu kara ta może wynieść nawet 5 mln zł (dla osób zarządzających „pozostałymi” przedsiębiorcami maksymalny poziom kary wynosi 2 mln zł).

Dobrą wiadomością dla sektora finansowego jest fakt, że żaden z analizowanych projektów nie zawiera propozycji obowiązku kredytodawców do zawieszenia wykonania umowy o kredyt konsumencki na wniosek kredytobiorcy. Zgodnie bowiem z pierwotną inicjatywą UOKiK, okres kredytowania miał ulec wydłużeniu o okres zawieszenia (bez negatywnych konsekwencji dla kredytobiorcy), a naruszenie nowego obowiązku również miało stanowić praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów.

Autor: Szymon Gołębiewski, adwokat, senior associate w Taylor Wessing w Warszawie

[1] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-29-20

[2] Link do procesu legislacyjnego na stronie: http://www.sejm.gov.pl/sejm9.nsf/agent.xsp?symbol=RPL&Id=RM-10-28-20

[3] Ustawa z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zaopbieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. 2020 poz. 374).

[4] Art. 23a ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy z dnia 6 września 2001 r. – Prawo farmaceutyczne (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 499 z późn.zm.).

[5] Ustawa z dnia 20 maja 2010 r. o wyrobach medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 186 z późn.zm.).

[6] Ustawa z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (tekst jednolity – Dz.U. 2019 r. poz. 1252 z późn.zm.).

[7] Ustawa z dnia 9 paźdzernika 2015 r. o produktach biobójczych (tekst jednolity – Dz.U. 2018 r. poz. 2231 z późn.zm.).

[8] Ustawa z dnia 12 maja 2011 r. o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego rpzeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych (tekst jednolity – Dz.U. 2020 r. poz. 357 z późn.zm.).

[9]https://www.concurrences.com/IMG/pdf/european_competition_network_antitrust-_joint_statement_by_the_european_competition_network_ecn_on_application_of_competition_law_during_the_corona_crisis_23_march_2020.pdf?58090/1c6c6dbef875f74d2336a1c1aa208cdfaef9b5fb

Ochrona europejskiej gospodarki powinna być priorytetem dla unijnych przywódców

Przed planowaną na 26 marca br. wideokonferencją Rady Europejskiej, Prezydent BusinessEurope Pierre Gattaz przypomniał o stanowisku federacji w związku z kryzysem: „W tym tygodniu europejscy przywódcy mają historyczną okazję, aby postawić unijną solidarność, działanie i odpowiedzialność w centrum naszej reakcji na kryzys. Długoterminowy dobrobyt Europy można zabezpieczyć tylko wtedy, gdy przywódcy europejscy zrobią wszystko co w ich mocy, aby zachować unię gospodarczą i walutową oraz jednolity rynek. Oba mają zasadnicze znaczenie dla dobrobytu naszej gospodarki, naszych firm i pracowników.”

Dyrektor Generalny BusinessEurope, Markus Beyrer dodał: „Zachowanie jak największej liczby firm i miejsc pracy podczas tego ogromnego kryzysu będzie miało kluczowe znaczenie dla ograniczenia jego długoterminowego wpływu na gospodarkę. EBC podjął zdecydowane działania w celu wsparcia stabilności finansowej i naszej wspólnej waluty. Rada i państwa członkowskie muszą teraz podążać za przykładem EBC, w tym poprzez wprowadzenie ambitnego i skoordynowanego bodźca fiskalnego „.

Chociaż władze muszą podjąć wszelkie niezbędne kroki, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się COVID-19, konieczne jest zdaniem BusinessEurope również:

  • Zwiększenie elastyczności i jasności zasad dotyczących pomocy państwa dot. wsparcia przekraczającego 800 000 EUR, które będzie wymagane w przypadku wielu większych przedsiębiorstw dotkniętych kryzysem.
  • Podjęcie wszystkich niezbędnych kroków, aby transport towarów na jednolitym rynku nie był blokowany. Oznacza to pilne zniesienie niedawno wprowadzonych przez niektóre państwa członkowskie zakazów wywozu środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego i urządzeń medycznych, skrócenie czasu oczekiwania na granicach wewnątrz UE dzięki zharmonizowanym rozwiązaniom dla samochodów ciężarowych oraz utrzymanie mobilności pracowników transgranicznych poprzez szybkie wdrożenie zaproponowanej przez Komisję Europejską Inicjatywy „Green Lanes”.
  • Wdrożenie skoordynowanego podejścia UE do infrastruktury krytycznej oraz podstawowych towarów i usług.
  • Pilne opracowanie unijnego planu konwersji przemysłowej, aby szybko zwiększyć produkcję kluczowych towarów, w tym we wszystkich medycznych łańcuchach dostaw. Firmy dążące do zmiany orientacji produkcji na niezbędne towary muszą uzyskać tymczasowe odstępstwa od normalnych wymagań regulacyjnych oraz szybsze procedury wydawania zezwoleń i certyfikacji. Utrzymanie szeroko rozumianej działalności przemysłowej ma kluczowe znaczenie dla zminimalizowania zakłóceń.
  • Zapewnienie utrzymania międzynarodowych przepływów handlowych, biorąc pod uwagę rosnące ryzyko, że zakazy wywozu niezbędnych artykułów medycznych na całym świecie powodują dodatkowe niedobory dostaw.
  • Odroczenie konsultacji społecznych i propozycji legislacyjnych UE, poza niezbędnymi, aby móc skoncentrować wszystkie wysiłki na zwalczaniu kryzysu COVID19.

W liście do szefów państw i rządów krajów UE, razem z BusinessEurope i innymi federacjami pracodawców, zaapelowaliśmy o kluczowe i pilne rozwiązania. Musimy ochronić jednolity rynek i europejskie łańcuchy dostaw, potrzebujemy skoordynowanego podejścia w zakresie infrastruktury krytycznej i niezbędnych towarów i usług, elastyczności w zakresie wymogów regulacyjnych i przyspieszenia procedur wydawania zezwoleń i certyfikacji, jak również znacznego poprawienia cyfrowego potencjału w Unii – zauważa Kinga Grafa, dyrektorka przedstawicielstwa Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

Kluczowa w tym momencie dla całej UE jest synergia działań zmierzająca do zagwarantowania maksymalnego bezpieczeństwa zarówno zdrowotnego, jak i gospodarczego. Jedno warunkuje drugie, bo ciężko sobie wyobrazić, aby przykładowo w trakcie bardzo złej sytuacji gospodarczej udało się zapewnić wysokie standardy zdrowotne. – mówi Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan ds. UE w Brukseli.

Apel Polskiej Grupy Supermarketów o wsparcie lokalnej przedsiębiorczości

Epidemia COVID-19, która rozprzestrzenia się po Polsce i świecie stała się niezapowiedzianym sprawdzianem dla polityków, przedsiębiorców oraz wszystkich obywateli. Polska gospodarka zaczyna coraz silniej odczuwać skutki kryzysu epidemiologicznego, choć – jak twierdzą eksperci – jego kulminacja jest jeszcze przed nami.

Polska Grupa Supermarketów zwraca się z apelem do wszystkich obywateli i rezydentów o wsparcie drobnych, lokalnych przedsiębiorców. Jednocześnie dziękuje współpracownikom, którzy każdego dnia obsługują tysiące Klientów.

Rozwaga oraz stosowanie się do odgórnych zaleceń bezpieczeństwa to dwa priorytety, którymi powinniśmy kierować się w celu ochrony zdrowia naszego i naszych bliskich. Jednak w tym krytycznym momencie waży się również przyszłość tysięcy mikro- i małych przedsiębiorców oraz ich pracowników, którzy codziennie starają się pełnić obowiązki, dostarczając nam swoje usługi i produkty.

Apelujemy o wsparcie dla tysięcy małych polskich firm –  sklepów i restauracji, których sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana. Wybierajmy lokalne osiedlowe sklepy spożywcze, które od wielu lat znajdują się w trudnej sytuacji, borykając się z niską marżą i konkurencją światowych korporacji. Wspierajmy lokalne usługi, których przyszłość zależy od lokalnych społeczności.   Innymi słowy prosimy o wsparcie dla polskiej gospodarki, której kondycja zależy głównie od ciężkiej pracy wszystkich obywateli.

Polski Rząd ogłosił niedawno wdrożenie wartej około 212 mld złotych „Tarczy Antykryzysowej”, mającej złagodzić m.in. zdrowotne jak i ekonomiczne skutki kryzysu epidemiologicznego. Niestety, już dziś wiemy, że podjęte środki okażą się niewystarczające, by uchronić tysiące polskich firm przed upadłością oraz dziesiątki tysięcy osób przed utratą pracy.

Jako konsumenci mamy jednak niesamowitą moc. Wybierając polskie marki, polskie produkty i usługi pomagamy zachować produkcję i miejsca pracy, czyniąc jednocześnie polską gospodarkę silniejszą na tle światowego rynku. Wspomóżmy w tych ciężkich chwilach tych, którzy na co dzień budują wspólny dobrobyt.

KUPS: podatek cukrowy dobije ocalałe po epidemii COVID-19 polskie gospodarstwa sadownicze oraz firmy producentów napojów owocowych i nektarów

Sejm na posiedzeniu zdecyduje o losach ustawy cukrowej. Czy Sejm odrzuci ustawę cukrową, za czym opowiedział się Senat? To ostatni moment dla posłów na wycofanie się z tej szkodliwej dla osłabionej polskiej gospodarki ustawy. Stowarzyszenie KUPS i organizacje reprezentujące sadownictwo oraz przetwórstwo owoców i warzyw apelują do posłów o zagłosowanie za uchwałą Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. – „Zwracamy się do posłów o jednomyślność z senatorami, by w obliczu negatywnych skutków wywołanych światową epidemią koronawirusa, z jakimi dodatkowo mierzą się dziś przedsiębiorcy – wesprzeć polskie rolnictwo i sadownictwo” – mówi Julian Pawlak, prezes Stowarzyszenia Krajowa Unia Producentów Soków. Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista,  a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru.

– „Mimo naszych uwag, zgłaszanych w toku prac legislacyjnych w polskim parlamencie, do projektu ustawy cukrowej nie udało się wprowadzić poprawek, które zostałyby przyjęte z satysfakcją przez polskich rolników i sadowników, a dotyczących wycofania z objęcia opłatą nektarów i napojów z naturalnym wsadem z  owoców i/lub warzyw. W trakcie dyskusji publicznej dostrzeżono za to szereg absurdów, jak m.in. nieobjęcie podatkiem producentów słodyczy czy pominięcie słodzonych piw smakowych i radlerów. Wyrazem krytyki wobec zasadności dalszego procedowania ustawy, była decyzja Izby Wyższej Senatu o odrzuceniu ustawy w całości. Dodatkowo martwiące nas są słowa Pani Minister Jadwigi Emilewicz, w których wskazuje, że rządzący mają zamiar nadal forsować szkodliwy podatek od 1 lipca 2020, a nie jak deklarowano wcześniej od 1 stycznia 2021. Firmy i gospodarstwa rolne, których nie zniszczy pandemia, zostaną pogrążone przez te fatalne w skutkach decyzje rządzących. Upadłości polskich firm nie będą efektem siły wyższej, ale świadomej, antygospodarczej decyzji polityków” – mówi Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków.

Podzielamy zastrzeżenia senatorów i podtrzymujemy naszą opinię, że ustawa wymaga rzetelnej i spokojnej decyzji oraz wyboru takich mechanizmów, które przybliżą ustawodawcę do osiągnięcia celu prozdrowotnego, zakładanego w ustawie. Aby tak się stało, potrzebna jest na tym etapie jednomyślność obu izb polskiego parlamentu, czyli odrzucenie ustawy w całości także przez Sejm. – „W tych trudnych momentach powodowanych aktualną sytuacją epidemiologiczną, polscy przedsiębiorcy, rolnicy i sadownicy będą liczyć na wsparcie w postaci pakietu rozwiązań ujętych przez rząd w tzw. „tarczy antykryzysowej”, ale równocześnie zostanie im zadany kolejny cios w postaci nowej daniny, której efekty dodatkowo pogrążą branżę i zniwelują wszelkie efekty tarczy. Apelujemy o wsłuchanie się w głosy wielu organizacji pracodawców, którzy podkreślają, że oprócz rozwiązań „tarczy antykryzysowej”, kluczowe jest nienakładanie nowych podatków i opłat na przedsiębiorców” – przekonuje Julian Pawlak.

O naszych obawach związanych z przyszłością branży owoców i warzyw po wejściu w życie ustawy cukrowej wielokrotnie informowaliśmy.  W przypadku tak wrażliwej na wszelkie czynniki zewnętrzne branży  nałożenie dodatkowych obciążeń fiskalnych ma tym większe znaczenie. Negatywne skutki ustawy dotkną przede wszystkim sadowników, a także ważny dla polskiej gospodarki sektor małych i średnich przetwórców. Nie skorzystają na tym też konsumenci, ponieważ dowiedziono, że wyższe podatki nie wpływają na ograniczenie spożywania przez nich produktów zawierających dodany cukier. – „Warto przypomnieć, że  cała kategoria napojowa wykorzystuje tylko ok. 19 proc. cukru spożywanego w Polsce. W ustawie zabrakło zatem opłaty na słodycze oraz pozostałe kategorie napojów alkoholowych jak piwa smakowe i piwa radler” – wskazuje Julian Pawlak, prezes KUPS.

Kilkadziesiąt tys. ton owoców i warzyw pozostanie w sadach i na polach

Podniesienie podatku wywoła podwyżkę cen na napoje owocowe, a ich producenci szukając ratunku drastycznie obniżą zbyt na polskie owoce i warzywa. Prognozowany spadek jest niebagatelny – szacuje się go na kilkadziesiąt  tysięcy ton rocznie.  Sam ten efekt, bez dodatkowych strat spowodowanych epidemią, przełoży się na upadłość części gospodarstw sadowniczych (głównie zajmujących się uprawą jabłek, wiśni, malin, czarnej porzeczki czy aronii) oraz małych i średnich firm przetwórczych.  Ograniczanie zbytu na surowce od polskich dostawców, to poważny problem dla całego krajowego rynku sadowniczego. – „Polska jest jednym z największych producentów owoców i warzyw w Europie i jednym z największych na świecie. Ze względu na rosnącą konkurencję w eksporcie owoców i warzyw oraz ich przetworów bardzo ważne jest zagospodarowanie każdej tony polskich owoców i warzyw na rynku krajowym, także jako składnika do napojów i nektarów” – przypomina prezes Julian Pawlak.

Bankructwa rodzinnych sadów, małych i średnich firm przetwórczych

Skutki finansowe dla całej branży owocowo-warzywnej wynikające z podatku cukrowego, to straty liczone ostrożnie w setkach milionów złotych. W obliczu kryzysu wywołanego przez epidemię koronawirusa, świadome przyzwolenie na spadek konkurencyjności polskich firm wobec zagranicznych przetwórców, to igranie z ogniem i działanie na szkodę polskiego interesu gospodarczego.  Producenci napojów owocowych i warzywnych oraz nektarów to w większości polskie firmy, które po spadku ich wartości narażone są na zagraniczne  przejęcia.

Potrzebna spokojna i merytoryczna dyskusja, jak wpływać na nawyki prozdrowotne i zachęcać do reformulacji 

Odrzucenie ustawy przez Sejm, pozwoli przygotować regulację, której celem będzie rzeczywista, a nie postulowana promocja nawyków prozdrowotnych wśród konsumentów. Ważnym elementem tej regulacji powinno być całkowite wykluczenie z opłaty wartościowych nektarów i napojów z wysoką zawartością soku czy przecieru. Obecnej ustawy, z przyczyn obiektywnych, nie można poprawić z dnia na dzień. Wymaga ona daleko idących zmian, które w trosce o konsumentów niemożliwe są do wprowadzenia na jednym czy drugim posiedzeniu komisji, nawet przy zaangażowaniu wszystkich jej członków. Przygotowanie pakietu racjonalnych rozwiązań w dialogu ze stroną społeczną, daje szansę na poprawę kondycji zdrowotnej polskiego społeczeństwa i podnoszenie świadomości w zakresie właściwego sposobu odżywiania. Deklarujemy pełne wsparcie i zaangażowanie się w ten proces jako branża, która uczyniła wiele w kierunku reformulacji swoich produktów. Służymy naszym doświadczeniem, mając przekonanie, że wspólnie można zdziałać o wiele więcej i lepiej.

Dane tak złe, że aż dobre lub bez znaczenia

Reakcja rynku akcji w czwartek po szokująco złych danych o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA sugeruje, że albo dane są bez znaczenia (gdyż należało się spodziewać gwałtownego skoku bezrobotnych po nagłym zatrzymaniu gospodarki), albo będą zachętą dla rządu i Fed, by zrobić więcej. Wygląda też na to, że inwestorzy są zmęczeni pogrążaniem się w otchłani pesymizmu i chcą trwalszego odreagowania. Ale idzie weekend, a liczba zachorowań w USA już przewyższyła liczbę przypadków w Chinach.

Nastał niewygodny do analizowania okres na rynkach finansowych – kiedy każdą informację można interpretować jako dobrą lub złą i tylko od tego, za którą opcją stoi większa siła, w tamtym kierunku podążą ceny. Szokujący wzrost liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych o 3,28 mln w jedne tydzień bez wątpienia jest dowodem dramatycznego załamania aktywności gospodarczej i bez przemyślanego podejścia w realizacji pomocy fiskalnej może dojść do trwałych i dotkliwych szkód opóźniających powrót ożywienia. Ale jednocześnie terapia szokowa może przynieść skuteczniejszą odpowiedź ze strony władz, zapewnić lepszą ochronę Amerykanów przed utratą pracy, skutkować wprowadzeniem prawa odroczenia spłat kredytów i regulowania czynszów lub wzmocnić wsparcie dla służby zdrowia. Wszystko ma swoje jasne i ciemne strony i tylko od nas zależy, na których się skupimy. W tym tygodniu inwestorzy na rynku akcji są pełni nadziei na przyjście lepszego, co na Wall Street przerodziło się w odbicie indeksów od dołka o ponad 20 proc. Z definicji wkroczyliśmy w rynek byka, ale nie dajmy się ponieść magii liczb. Jeśli już, to wolę przywołać inna wartość: 85612 – tyle na wczoraj było przypadków potwierdzonych zachorowań na koronawirusa w USA. Chorych w USA jest już więcej niż w Chinach i gdziekolwiek na świecie. Boję się pomyśleć, jak te statystki będą wyglądać po weekendzie. Dla przypomnienia, ostatnie trzy poniedziałki przynosiły silne spadki indeksów.

Silnemu odbiciu rynku akcji towarzyszyła wyraźna wyprzedaż dolara i utrzymania tego tempa do końca dnia zapewni najgorszy tydzień w wykonaniu amerykańskiej waluty od 2009 r. Ale biorąc pod uwagę, że poprzedni tydzień był najlepszym dla dolara od 12 lat, nie ma co tu ogłaszać końca ery dolara. Silne wahania na rynku walutowym wzięły się z panicznego poszukiwania płynności w USD, porzucając w zamian wszystko, co jeszcze miało jakąś wartość. Teraz jednak, kiedy globalne banki centralne podjęły kroki na rzecz dostarczenia finansowania w USD, zaspokojenie niedoborów odbiera z crossów z dolarem istotny czynnik ryzyka. Ekstremalne przeceny pozostałych walut G10 są teraz do „odkręcenia”. Ale poziom równowagi zostanie w końcu osiągnięty i ponownie przyjdzie ewaluacja walut pod kątem innych ryzyk. Fatalne dane z USA nie powinny ciążyć na dolarze, jeśli za chwilę z innych gospodarek przyjdą podobnie ponure odczyty. Jeśli już dowody recesji i postepowanie pandemii koronawirusa będzie tyko podnosić awersję do ryzyka, co dla USD stanowi tarczę ochronną w relacji do ryzykownych walut. Najprędzej słabość USD względem JPY ma szanse utrzymać się w przypadku większości scenariuszy. Jestem mniej przekonany do trwałości wzrostów EUR/USD, a duże ryzyko powrotu spadków widzę w GBP/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19: Europejski przemysł oponiarski spodziewa się długotrwałych skutków pandemii i wzywa do wspierania gospodarki

Coraz poważniejszy wpływ globalnej pandemii COVID-19 na nasze społeczeństwa i gospodarkę jest bezprecedensowy. Obawy o zdrowie, braki w dostawach, niski popyt i środki podejmowane przez rządy państw skłoniły europejski przemysł oponiarski do podjęcia zdecydowanych działań. W ciągu ostatniego tygodnia wiele firm członkowskich Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Gumy (ETRMA) ogłosiło tymczasowe zamknięcie swoich zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w Europie. Konsekwencje będą poważniejsze: odczują je również ośrodki badawczo-rozwojowe, inne obszary operacyjne i sieci detaliczne, które mają kluczowe znaczenie dla przyszłości branży. Ze względu na rozległe konsekwencje tego kryzysu dla gospodarki i ludzi, ETRMA wzywa do konstruktywnego dialogu na temat środków zaradczych i systemów wsparcia zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym.

Przemysł oponiarski podejmuje wszelkie właściwe i niezbędne środki w celu ochrony zdrowia pracowników i społeczności oraz szybkiego podjęcia działań mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Przez tymczasowe zamykanie zakładów europejski przemysł oponiarski zastosował się do zaleceń organów międzynarodowych, krajowych i lokalnych w celu ochrony swoich pracowników, przerwania łańcuchów infekcji i pomocy w powstrzymaniu rozprzestrzeniania się pandemii.

„Zawieszenie głównych działań operacyjnych przyniesie niewątpliwie poważne, długotrwałe skutki dla naszej branży. Jest to jedno z największych wyzwań, przed jakimi kiedykolwiek stanął nasz przemysł” – potwierdza Fazilet Cinaralp, sekretarz generalny ETRMA, dodając: „nie mamy jeszcze pewności, kiedy europejski przemysł oponiarski będzie mógł wznowić swoją działalność produkcyjną, a międzynarodowy łańcuch dostaw zostanie przywrócony”.

Ze względu na bezprecedensowy charakter tego kryzysu europejski przemysł oponiarski wzywa do podjęcia zdecydowanych i szybkich działań zarówno na szczeblu UE, jak i krajowym, w celu wprowadzenia w życie polityki, która pozwoli złagodzić skutki tego kryzysu dla europejskich producentów opon. ETRMA wspiera konstruktywny dialog między przemysłem oponiarskim, instytucjami UE i rządami państw członkowskich w celu opracowania programów, które zapewnią wsparcie dla pracowników przemysłu oponiarskiego w czasie trwania pandemii wywołanej wirusem COVID-19, oraz które będą wspierały sprawne i pomyślne wznowienie działalności w tym ważnym dla całej gospodarki europejskiej sektorze, po zakończeniu bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia.

„Opony są kluczowe nie tylko dla przepływu towarów i osób, ale także dla gospodarki europejskiej. W Europie zatrudniamy bezpośrednio około 370 000 osób. Teraz konieczne jest określenie, w jaki sposób wspierać naszych pracowników i służyć sektorowi motoryzacyjnemu oraz naszym klientom, a także jak stymulować ożywienie w naszym sektorze, aby uniknąć trwałej utraty zdolności, potencjału badawczego i innowacji, przy zaangażowaniu wszystkich zainteresowanych stron w Europie” – zakończyła Fazilet Cinaralp.

ETRMA podkreśla swoje stałe poparcie dla środków, które zostały już podjęte zarówno na szczeblu europejskim, jak i krajowym oraz wyraża głęboką wdzięczność wszystkim, którzy znaleźli się na pierwszej linii walki z pandemią, w celu zapewnienia nam bezpieczeństwa.

Tarcza antykryzysowa – konieczne są szybkie zmiany w prawie restrukturyzacyjnym

Tarcza antykryzysowa nie przewiduje póki co rozwiązań na czas tąpnięcia gospodarczego oraz masowych wniosków do sądów. Sądom – nie po raz pierwszy – grozi paraliż, zaś brak szybkich orzeczeń przynieść może fatalne skutki dla przedsiębiorców poszukujących ochrony. Niekorzystne jest również wejście w życie w dniu 24 marca 2020 r. przepisów liberalizujących przesłanki ogłoszenia upadłości konsumenckiej.

Przedsiębiorca w czasach kryzysu ekonomicznego wywołanego epidemią może nie tylko ochronić swoją firmę przed upadłością, lecz również uchronić się przed odpowiedzialnością odszkodowawczą za nieterminowe złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości, rozpoczynając postępowanie restrukturyzacyjne.

Prawo restrukturyzacyjne przewiduje cztery rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych: postępowanie o zatwierdzenie układu, przyspieszone postępowanie układowe, postępowanie układowe i postępowanie sanacyjne. Wybór konkretnego rodzaju postępowania zależy od indywidualnej oceny każdego przypadku.

Poddać pod rozwagę trzeba następujące postulaty:

  1. Zapewnienie szybszej ochrony majątku dłużnika możliwe bez ingerencji sądu. Temu służyć może ochrona przed egzekucją z mocy prawa na skutek samego złożenia wniosku restrukturyzacyjnego. Ochrona trwać będzie do nieprawomocnego rozpoznania wniosku i może być uchylona na wniosek wierzyciela. W jej trakcie firma nie może wyzbywać się majątku, a zatem wierzyciele są również chronieni.
  2. Likwidacja obowiązkowych rozpraw i dopuszczenie posiedzeń niejawnych, przy zachowaniu decyzyjności organu sądowego w tym zakresie. Chodzi o to, aby eliminować przestoje związane z organizacją rozprawy oraz wyłączyć konieczność osobistego uczestnictwa – co jest niewskazane, a obecnie niedopuszczalne.
  3. Wyraźne wskazanie, że wysyłka pism sądowych dla wielu wierzycieli może być przekazana zarządcy lub nadzorcy na mocy zarządzenia sędziego-komisarza. To ograniczy obciążenie pracy sekretariatu wydziału.
  4. W razie konieczności, dopuszczenie składania przez nadzorców sądowych i zarządców pism do sędziego-komisarza za pomocą poczty elektronicznej.
  5. Zmniejszenie liczby spraw podlegających kognicji sądu lub sędziego-komisarza. Przykładowo zbędne są orzeczenia w przedmiocie uprzednio rozpoznanym przez radę wierzycieli. Organ sądowy powinien rozpoznawać spory pomiędzy uczestnikami oraz organami pozasądowymi, a nie zajmować się podejmowaniem decyzji biznesowych.
  6. Uproszczenie wymogów formalnych wniosku o wszczęcie restrukturyzacji oraz innych wymogów – np. co do szczegółowości planu restrukturyzacyjnego – zwłaszcza wobec małych przedsiębiorców. Niektóre obowiązki są zbędne na etapie rozpoznania wniosku – stanowią obciążenie dla dłużnika, który musi je spełnić oraz dla sądu, który musi je zweryfikować.
  7. Wszelkie głosowania oraz posiedzenia odbywane przez wierzycieli muszą być dopuszczalne zdalnie lub drogą obiegową.

„Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, albo zatwierdzenie układu w postępowaniu o zatwierdzeniu układu pozwala na uchronienie się przed wszelkimi negatywnymi skutkami niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości w terminie. Należy jednak zwrócić uwagę, iż nie wystarczy w tym przypadku samo złożenie wniosku – jak w przypadku wniosku upadłościowego. Konieczne jest przynajmniej wydanie przez sąd nieprawomocnego postanowienia o otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego, bądź o zatwierdzeniu układu w postępowaniu o zatwierdzenie układu. Może się to okazać problematyczne, gdyż z uwagi na epidemię wiele sądów odracza wszelkie posiedzenia z wyjątkiem spraw pilnych. Szczęśliwie jednak, zgodnie z § 2 pkt 5 lit. l Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości – Regulamin urzędowania sądów powszechnych, za sprawy takie zostały uznane właśnie wnioski o zatwierdzenie układu w postępowaniu w przedmiocie zatwierdzenia układu i otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego” – komentuje dr Patryk Filipiak, wspólnik w kancelarii Filipiak Babicz.

Nie oznacza to jednak, iż z decyzją co do złożenia wniosku restrukturyzacyjnego można zwlekać, albowiem przygotowanie takiego wniosku jest bardzo czasochłonne. W przeciwieństwie do innych pism sądowych – oprócz szczegółowej analizy prawnej wymaga również przeprowadzenia zaawansowanej analizy ekonomicznej przedsiębiorstwa.

Korzyści płynące z restrukturyzacji

Postępowania restrukturyzacyjne niosą za sobą korzyści, które pozwolą przedsiębiorcy na przetrwanie załamania koniunktury i uregulowanie swoich zobowiązań po powrocie rynku na właściwe tory. Przede wszystkim restrukturyzacja pozwala na zamrożenie zobowiązań powstałych przed otwarciem postępowania restrukturyzacyjnego i ich spłatę na warunkach, które co do zasady proponuje dłużnik. W grę może wchodzić m.in. częściowe umorzenie zobowiązań, rozłożenie na raty, odroczenie terminu płatności, czy konwersja wierzytelności na udziały lub akcje.

W zależności od konkretnego postępowania restrukturyzacyjnego dłużnik otrzymuje również m.in. ochronę przed egzekucją oraz gwarancję, że kluczowe dla działalności przedsiębiorstwa umowy nie zostaną wypowiedziane. Z drugiej strony możliwe jest wypowiedzenie przez dłużnika nierentownych kontraktów oraz przeprowadzenie redukcji zatrudnienia na zasadach, na jakich redukcję tę prowadzi się w upadłości.

Grupa CDRL podsumowała 2019 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2019 roku wypracowała rekordowe skonsolidowane przychody ze sprzedaży, które wyniosły 514,1 mln zł. Oznacza to wzrost o blisko 105 proc. z poziomu 251,3 mln zł rok wcześniej. EBITDA wyniosła 54,2 mln zł i była o 60 proc. wyższa niż rok wcześniej.

CDRL na początku 2019 roku zrealizował szereg akwizycji, które doprowadziły do dwukrotnego powiększenia skali działalności oraz przychodów Grupy. Od 2019 roku portfolio Grupy poza Coccodrillo tworzą również: Buslik (białoruska sieć sklepów z artykułami dla dzieci i niemowląt), Lemon Explore (odzież i obuwie dziecięce), Petit Bijou (akcesoria dziecięce), Broel (czapki) oraz Sale Zabaw Fikołki.

To pierwszy raz, kiedy możemy podsumować działalność nowej, powiększonej Grupy CDRL. W minionym roku koncentrowaliśmy się na intensywnych pracach związanych optymalizacją i konsolidacją Grupy po przejęciach nowych podmiotów. Procesy te nadal trwają, ale już dziś możemy powiedzieć, że jesteśmy znaczącym graczem na rynku międzynarodowym, a jednocześnie jednym z liderów wśród projektantów oraz dystrybutorów odzieży i akcesoriów dziecięcych w Europie Środkowo-Wschodniej. – mówi Marek Dworczak, prezes CDRL

Procesy optymalizacyjne wygenerowały w ubiegłym roku dodatkowe koszty, jednak wprowadzone zmiany już w 2020 r. pozytywnie przełożą się na rentowność Grupy. W 2019 roku CDRL wypracowało 12,7 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej. To wynik o 46 proc. niższy niż rok wcześniej.

Budowa liczącej się na arenie międzynarodowej spółki to praca bardzo żmudna i czasochłonna, wymagająca również nakładów finansowych, poniesienia dodatkowych kosztów w pierwszych kwartałach. Na spadek rentowności miała również wpływ wyjątkowo ciepła zima, która przełożyła się na sprzedaż zarówno w Cocodrillo, jak i w Busliku – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Obecnie spółka koncentruje się na rozbudowie i wzmacnianiu kanału e-commerce, który w związku z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 i obostrzeniami prawnymi związanymi z zamykaniem obiektów handlowych, stał się tymczasowo głównym kanałem sprzedaży na terenie Polski, Czech, Słowacji, Niemiec, Austrii i UE. W styczniu zostało wdrożone nowe oprogramowanie platformy sprzedażowej e‑commerce.

– W ostatnich dniach odnotowaliśmy istotny wzrost ruchu oraz dłuższy czas przebywania użytkownika w sklepie. Dodatkowo, rośnie zaangażowanie użytkownika z offline w online i już 52 proc. użytkowników planuje robić zakupy online. To duża szansa dla tego kanału, którą chcemy wykorzystać. Trudno jednak oszacować dokładną skalę wzrostu tego kanału w perspektywie kolejnych tygodni. – dodaje Marek Dworczak.

Sytuacja związana z rozprzestrzenianiem się wirusa COVID-19 sposób istotny wpłynie na wyniki Grupy, przede wszystkim przez znaczące zmniejszenie przychodów. Dokładny wpływ tej nadzwyczajnej sytuacji na wyniki CDRL, zależy w głównej mierze od długości trwania ograniczeń oraz zakresu ewentualnych państwowych pakietów pomocowych.

W najbliższych dniach przedsiębiorcy będą decydować o utrzymaniu lub cięciu etatów. Największa fala upadłości spodziewana jest latem

W kolejnych dniach przedsiębiorcy muszą zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. W skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy – zauważa Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Cięć etatów można spodziewać się zwłaszcza w branżach najbardziej zagrożonych bankructwem, czyli m.in. w handlu, gastronomii czy turystyce. Wiele firm już w tej chwili ma ogromne problemy z płynnością, ale największej fali upadłości można spodziewać się na przełomie lata i jesieni – prognozują eksperci kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.

– Na pewno trzeba się spodziewać lawinowego wzrostu upadłości spółek i indywidualnych przedsiębiorców. Jest zbyt wcześnie, żeby określić, jaka będzie skala tych bankructw, ponieważ wszystko zależy od pomocy ze strony organów władzy publicznej. Jednak niewątpliwie po ustaniu pandemii sądy upadłościowe i restrukturyzacyjne zostaną zalane wnioskami – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Sierakowski, radca prawny kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA.

Jak podkreśla, szczególnie narażone na problemy z niewypłacalnością będą te branże, które zostały de facto wyłączone z możliwości prowadzenia działalności, czyli m.in. hotelarstwo i branża turystyczna, dla której – wskutek rządowych ograniczeń dotyczących przemieszczania się – kryzys może być najbardziej dotkliwy. Ze stratami musi liczyć się też handel oraz właściciele restauracji, kawiarni i pubów, w których zakazane jest spożywanie posiłków na miejscu.

– Odpowiedź na pytanie, kiedy możemy spodziewać się lawiny bankructw, zależy od tego, jak długo będzie utrzymywać się pandemia. Wydaje się, że koniec lata i wczesna jesień to jest ten moment, kiedy fala bankructw istotnie wzrośnie – mówi Bartosz Sierakowski.

Przedsiębiorcy czekają na wsparcie w ramach tzw. tarczy antykryzysowej. Rządowy pakiet rozwiązań ochronnych obejmuje m.in.: dopłaty do pensji dla pracowników, świadczenia w wysokości około 2 tys. zł dla osób samozatrudnionych i na umowach cywilnoprawnych, które utraciły dochody, mikropożyczki do 5 tys. zł dla mikrofirm, możliwość automatycznego przedłużenia firmowego kredytu obrotowego oraz odroczenia czy nawet rezygnacji z obowiązku płacenia składek ZUS przez trzy miesiące. Rządowy pakiet antykryzysowy ma kosztować w sumie 212 mld zł, czyli ok. 9,2 proc. krajowego PKB.

Tarcza ma wejść w życie od kwietnia. Tymczasem Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że gros firm już w tej chwili ma problemy z płynnością finansową i nie stać ich na opłacanie swoich pracowników ani kontrahentów, z którymi powinny uregulować należności jeszcze za poprzedni miesiąc.

 Pojawienie się SARS-CoV-2 samo w sobie nie jest przesłanką do zerwania czy niewykonania umowy, ale w polskim systemie ponosimy odpowiedzialność za wykonanie umowy na tzw. zasadzie winy. Innymi słowy, jeżeli nie mamy pieniędzy, ponieważ nie możemy prowadzić działalności wskutek siły wyższej, a taką jest stan epidemii, wówczas będziemy mogli zwolnić się z obowiązku zapłaty odsetek za opóźnienie. Wynika to z faktu, że jako kontrahent nie ponosimy winy za nienależyte wykonanie zobowiązania. Nie jest to jednak generalna zasada, gdyż znajdzie ona zastosowanie w konkretnych, indywidualnych przypadkach – mówi Bartosz Sierakowski.

ZPP podkreśla, że ze względu na bliski koniec miesiąca część przedsiębiorców musi szybko zdecydować, czy stać ich na przedłużanie umów z pracownikami. To oznacza, że w skali najbliższego miesiąca zagrożone są setki tysięcy miejsc pracy.

Zdalne lekcje są dla nauczycieli testem cyfrowych kompetencji. Mogą też unowocześnić model nauczania

Blisko 70 proc. uczniów już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online, a 92 proc. z nich miało zadawane prace domowe – wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly. Jednak połowie uczniów brakuje kontaktów z nauczycielami. Jak ocenia dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych, Piotr Stankiewicz, przymusowe zdalne lekcje będą testem cyfrowych kompetencji nauczycieli, ale stworzą również szansę na zmianę dotychczasowego, archaicznego modelu nauczania. – Od dawna mówi się o konieczności przejścia na bardziej angażujący model, w którym nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić – podkreśla ekspert.

W związku z epidemią koronawirusa Ministerstwo Edukacji Narodowej zadecydowało 16 marca o zamknięciu szkół i placówek oświatowych. Od środy, 25 marca do 10 kwietnia obowiązują nowe przepisy MEN, które określają szczegółowe zasady nauczania na odległość oraz wprowadzają możliwość oceniania i klasyfikowania uczniów. Za organizację kształcenia na odległość odpowiada dyrektor szkoły, którego zadaniem jest m.in. powiadomienie rodziców, w jaki sposób będzie zorganizowana nauka, oraz ustalenie z nauczycielami zakresu materiału dla poszczególnych klas i tego, w jaki sposób będą monitorowane i sprawdzane wiedza uczniów i ich postępy w nauce.

– Sytuacja w szkołach jest bardzo zróżnicowana. Nauka zdalna z wykorzystaniem narzędzi online będzie wyglądała inaczej w topowym warszawskim liceum, a inaczej w małej wiejskiej podstawówce. Nie zapominajmy przy tym jeszcze o przedszkolach. Jednak w ostatnich latach wiele zostało zrobione w zakresie wyposażenia szkół w odpowiedni sprzęt i rozwiązania techniczne: zakupiono tablice interaktywne, stworzono platformę Epodreczniki.pl,  a w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej podłączono większość szkół do internetu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Stankiewicz, dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych i profesor na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Jak podkreśla, osobną kwestią są jednak cyfrowe kompetencje nauczycieli i ich umiejętność wykorzystywania interaktywnych narzędzi nauczania. Obecna sytuacja będzie dla nich sprawdzianem i pokaże, jaki jest rzeczywisty efekt licznych kursów i szkoleń, w których masowo brali udział w ramach swojej ścieżki awansu zawodowego.

– Największym wyzwaniem będzie dostosowanie sposobu nauczania do nowej sytuacji. Uświadomienie sobie, że nauczanie zdalne nie polega na zadawaniu uczniom materiału z podręcznika do samodzielnego przerobienia, a następnie zlecaniu zadań przez e-mail i wyznaczaniu terminu na ich odesłanie. Nauka zdalna powinna być zindywidualizowana, oparta na kontakcie z każdym uczniem, interaktywna i angażująca. Zamiast przerabiania materiału z podręcznika powinna opierać się na ustalaniu projektów do samodzielnej pracy. Można przy tym wykorzystać dostępne platformy do nauczania zdalnego, które umożliwiają kontakt z całą klasą – mówi Piotr Stankiewicz.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Brainly, blisko 70 proc. uczniów w Polsce już w ubiegłym tygodniu uczestniczyło w lekcjach online prowadzonych przez ich nauczycieli. Placówki oświatowe najczęściej wykorzystują do nauki online takie platformy jak: dziennik elektroniczny, w tym Librus, ale także Skype, Google Classroom, Discord czy należący do Facebooka Messenger. Mimo przerwy od szkoły 92 proc. uczniów w dalszym ciągu ma zadawaną pracę domową. Samodzielna nauka stwarza jednak pewne problemy, ponieważ prawie połowie uczniów (48 proc.) brakuje wskazówek nauczyciela.

– Powinniśmy potraktować tę sytuację jako szansę, żeby zmienić archaiczny model nauczania, w którym to nauczyciele – będący posiadaczami całej wiedzy – przekazują ją uczniom za pomocą podręczników. W dzisiejszym świecie takie podejście jest nietrafione. Od dawna mówi się o konieczności odejścia od modelu podawczego na rzecz angażującego. W tym ujęciu nauczyciel nie naucza, ale wspiera dziecko w uczeniu się, w poznawaniu świata, rozbudza jego pasje, pomaga kształtować kompetencje i samodzielnie się kształcić, uczy pracy w zespole. Mamy szansę wyjść z tego kryzysu wzmocnieni, ale czy tak się stanie – to zależy przede wszystkim od postawienia sobie takiego celu – mówi dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych.

W czasie pandemii co trzeci Polak zwiększył liczbę płatności online. Rosną obawy o bezpieczeństwo takich transakcji

0

Stan epidemii sprawia, że Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i finanse. 2/3 rodaków obawia się, że sytuacja negatywnie odbije się na ich domowym budżecie – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Biura Informacji Kredytowej. Zdaniem 40 proc. badanych zawirowania związane z koronawirusem mogą  także spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych w sieci. A tych w ostatnim czasie przybywa, szczególnie w związku z częstszymi zakupami produktów spożywczych online. Pozytywne jest to, że ponad połowa Polaków już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu do kont bankowych czy poczty mailowej.

 Polacy boją się zarówno o swoje zdrowie, jak i o finanse. 2/3 rodaków obawia się negatywnych skutków epidemii koronawirusa dla ich sytuacji finansowej w najbliższej przyszłości – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego Biura Informacji Kredytowej.

Z badania opinii przeprowadzonego w dniach 18–19 marca br. na zlecenie BIK wynika, że ponad połowa ankietowanych uważa, że będzie zmuszona naruszyć swoje oszczędności, lokaty czy inwestycje, żeby mieć pieniądze na bieżące potrzeby. Z kolei 45 proc. obawia się, że pracodawca będzie miał problemy finansowe, które odbiją się na ich zatrudnieniu i płacy, co z kolei przełoży się na ich trudności z opłaceniem rachunków czy rat kredytów.

Badanie BIK pokazuje też, że z powodu zaniepokojenia zakażeniem i rządowych ograniczeń, które dotyczą przemieszczania się, wielu Polaków przeniosło dokonywanie zakupów do internetu. Niemal co trzeci zwiększył liczbę transakcji dokonywanych online. W sieci płacimy przede wszystkim za zakupy spożywcze (85 proc.), bieżące rachunki (39 proc.), jedzenie zamawiane z restauracji (36 proc.) i dostęp do rozrywki (24 proc.).

– Niepokój budzi bezpieczeństwo transakcji w cyberprzestrzeni. Polacy są coraz bardziej świadomi czyhających zagrożeń. Zdaniem 40 proc. badanych zwiększenie aktywności w internecie może spowodować zmniejszenie bezpieczeństwa transakcji płatniczych dokonywanych w sieci – mówi Joanna Charlińska

Jak podkreśla, zmieniło się podejście Polaków do bezpieczeństwa danych w sieci. Ponad połowa już podjęła albo zamierza podjąć działania zwiększające bezpieczeństwo haseł dostępu, zwłaszcza do kont bankowych, ale także poczty mailowej, telefonu, komputera i kont w serwisach społecznościowych.

– Badani wskazywali również, że będą zwracać dużą uwagę na linki, które otrzymują w wiadomościach mailowych, na adresy stron sklepów internetowych czy instytucji finansowych, jak również na konieczność instalowania programów antywirusowych. Można więc powiedzieć, że pandemia wpłynęła na zwiększenie świadomości Polaków w zakresie cyberbezpieczeństwa – mówi Joanna Charlińska.

Tak zwany phishing, czyli wysyłanie podejrzanych maili z prośbą o kliknięcie w link lub pobranie pliku, co prowadzi do zawirusowania komputera, to najczęstsza niebezpieczna sytuacja, z jaką Polacy stykają się w sieci. Co trzeci badany zetknął się z nią osobiście albo słyszał o tym od znajomych. Co dziesiąty miał natomiast styczność z kradzieżą tożsamości i bezprawnym wykorzystaniem danych.

– Trzeba zaznaczyć, że na dziś nie ma żadnych wiarygodnych statystyk, które wskazywałyby liczbę i skalę wyłudzeń w okresie pandemii. Należy jednak zachować czujność i słuchać komunikatów instytucji zaufania publicznego, które ostrzegają przed nowymi metodami, jakie stosują przestępcy, żeby pozyskać nasze dane – podkreśla ekspertka z Biura Informacji Kredytowej. – Policja i FinCERT, czyli Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa Związku Banków Polskich, ostrzegają przed fałszywymi SMS-ami, linkami czy transakcjami online. Trzeba w tym czasie zachować wzmożoną czujność w zakresie wszelkich komunikatów, które otrzymujemy SMS-em czy e-mailem i dokładnie je weryfikować.

Dane BIK pokazują, że poczucie bycia narażonym na kradzież tożsamości towarzyszy niemal połowie Polaków, a 30 proc. dopuszcza prawdopodobieństwo stania się ofiarą cyberataku. Z kolei ponad 2/3 badanych czuje się niepewnie co do danych, które udostępniają w internecie. Pozytywnie należy odbierać deklarację, że 61 proc. Polaków przyznaje, że wie, jak postąpić i gdzie zgłosić się w razie podejrzenia kradzieży swoich danych.

Jak podkreśla Joanna Charlińska, we wszystkich niepokojących sytuacjach, gdy chodzi o bezpieczeństwo naszych danych, najlepsza jest prewencja. Metodą na ochronę swoich danych przed ich bezprawnym wykorzystaniem mogą być Alerty BIK, czyli SMS-owe ostrzeżenia o każdej próbie zaciągnięcia kredytu lub pożyczki na skradzione dane. Dotychczas BIK rozesłał już ponad 4 mln takich powiadomień kierowanych do użytkowników tej usługi.

 Alerty przychodzą w postaci SMS-a czy e-maila dokładnie w momencie, kiedy ktoś próbuje wykorzystać nasze dane w celu zaciągnięcia finansowania. Jeżeli nie byliśmy w banku czy instytucji pożyczkowej, a otrzymujemy taki alert, może to świadczyć o próbie wyłudzenia – mówi dyrektor ds. sprzedaży Biura Informacji Kredytowej. – Dzięki tej informacji możemy szybko zareagować, ponieważ w alercie znajdziemy nazwę instytucji, w której ktoś próbuje wyłudzić kredyt, i numer infolinii BIK. Współpracujemy z całym sektorem bankowym, więc informację o próbie wyłudzenia możemy bardzo szybko przekazać do właściwych instytucji w celu zablokowania udzielenia kredytu złodziejowi.

Alerty BIK można aktywować bez wychodzenia z domu, na stronie internetowej biura. Potwierdzenie tożsamości odbywa się z wykorzystaniem danych z dowodu osobistego oraz przelewu weryfikacyjnego na 1 zł, a cały proces nie trwa dłużej niż kilka minut. Po potwierdzeniu tożsamości użytkownika usługa zaczyna działać niemal natychmiast i jest aktywna przez 24 godziny, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy, a jej miesięczny koszt wynosi 2 zł.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość to przyszłość branży PR. Wykorzystanie Big Data pozwoli stworzyć lepsze kampanie reklamowe

Nowe technologie zmieniają branżę PR. Agencje wykorzystują analizę dużych zbiorów danych, aby uzyskać unikatowe informacje od konsumentów i stworzyć skuteczniejsze kampanie. Sztuczna inteligencja w połączeniu z wirtualną i rozszerzoną rzeczywistością pozwala z kolei na lepsze dotarcie do klientów. – Przyszłością branży PR jest przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii VR, AR i MR oraz technologii immersyjnych – ocenia John Dalton, założyciel London School of Public Relations.

– W branży PR w przyszłości będzie można dostrzec zdecydowane przejście w kierunku integracji danych i zwiększone wykorzystanie technologii XR (ang. cross reality, krzyżówka VR, AR i MR – przyp. red.) i technologii immersyjnych. Firmy będą musiały zacząć stosować te technologie i coraz bieglej je wykorzystywać – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje John Dalton, założyciel London School of Public Relations, który przyjechał do Polski na zaproszenie Związku Firm Public Relations.

Technologie immersyjne są coraz częściej stosowane w różnych branżach. Jeszcze kilka lat temu wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość urozmaicały gry, teraz są już niemal powszechne. Wykorzystują je medycyna, przemysł czy turystyka. Także firmy, żeby dotrzeć do klientów, używają nowych technologii. Przykładem może być włoska marka mebli Natuzzi, która połączyła wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość, aby wyświetlać swoje produkty w wirtualnych pokojach. Volvo stworzyło aplikację, która pozwala użytkownikowi prowadzić SUV-a XC90 podczas jazdy testowej bez wychodzenia z domu. Sieć Marriott, aby zachęcić do podróżowania, pokazuje w VR atrakcje położone najbliżej swoich hoteli.

To jednak dopiero początek, gdyż już wkrótce branża reklamy i PR praktycznie nie będzie funkcjonować bez nowych technologii.

– Popularność zyska podejście oparte na dowodach, a zadowolenie klientów będzie rosło, ponieważ akcent zostanie przeniesiony z podejścia jakościowego na ilościowe, w którym dostępne są dowody empiryczne. Wzrośnie też zainteresowanie naukami behawioralnymi i ekonomią behawioralną. Zastosowanie technologii w tych naukach z pewnością zmieni sposób dostarczania treści PR i ich ukierunkowania, a satysfakcja klientów wzrośnie – przekonuje John Dalton.

Nowe technologie pozwalają klientom bezpośrednio, empirycznie doświadczać produktów. Wirtualna czy rozszerzona rzeczywistość umożliwia też lepiej zaktywizować klientów i przywiązać ich do marki. Dzięki wielu aplikacjom i programom dostępnym online, takim jak Hootsuite i Mention, agencje PR mogą zaś być na bieżąco z informacjami o marce i wydarzeniami. VR to szansa dla firm i marek na wykorzystanie technologii, opowiadanie historii i kontaktowanie się z odbiorcami. Także zastosowanie zbiorów danych może być dla agencji PR ogromną szansą, jednak zdaniem eksperta firmy nie potrafią jeszcze w pełni korzystać z tych możliwości.

– Agencje PR muszą trochę zaczekać, zanim będą mogły stosować duże zbiory danych. Potrzeba określonego rodzaju umiejętności, aby je analizować. Jest to więc kwestia pozyskania odpowiednich kadr. Agencje PR muszą dopiero zdobyć umiejętności korzystania z dużych zbiorów danych – ocenia ekspert.

Szersze wykorzystanie zgromadzonych danych to dla agencji PR szansa na lepsze, spersonalizowane kampanie reklamowe, dostosowane do różnych grup odbiorców. Według badania Gartnera już prawie 75 proc. firm używa dużych zbiorów danych do poprawy wydajności, lepszego zrozumienia klientów, konkurencji czy pracowników.

– Zaletą dużych zbiorów danych są wielce interesujące wnioski, które można następnie połączyć, zyskując bardzo ciekawą perspektywę. To oznacza możliwość dotarcia do jednej grupy i w wyniku tego wywarcie wpływu na inną. To fascynująca sieć możliwości – podkreśla John Dalton.

Według analiz ARtillery Intelligence rynek rozszerzonej rzeczywistości w reklamie do 2022 roku osiągnie wartość 2,6 mld dol. Według Technavio obecne tempo wzrostu tego rynku przekracza 31 proc. średniorocznie.

Ratujmy miejsca pracy! Bez pomocy rządu, za kilka dni zacznie się fala zwolnień

Sytuacja polskich pracowników i przedsiębiorców jest dramatyczna! Z badania Lewiatana wynika, że 69% pytanych firm planuje redukcje zatrudnienia. Prawie połowa, jeżeli nie otrzyma wsparcia od państwa, będzie zmuszona zwalniać pracowników w ciągu trzech tygodni. 55% już dziś odczuwa bardzo poważnie skutki pandemii. W tej sytuacji Rząd musi działać skutecznie i błyskawicznie.

Projekt tzw. Tarczy Antykryzysowej wciąż nie jest odpowiedzią na realne potrzeby wielu przedsiębiorców. Zawiera wiele pozytywnych rozwiązań, ale one nie wystarczą do uratowania polskiej gospodarki. Trzeba dużo więcej. Rozmiar pomocy jest za mały, a jej otrzymanie ogromnie uzależnione od biurokratycznych procedur, których nie można stosować w takiej chwili.

Po pierwsze – pomoc musi trafić do firm do 10 kwietnia. Najbliższe 2-3 tygodnie zdecydują o przyszłości dziesiątek tysięcy firm. W najbliższych dniach pracownikom trzeba wypłacić wynagrodzenia. Firmy, które dzisiaj są w kłopotach muszą natychmiast dostać pomoc. Bez względu na ich wielkość. Wsparcie musi obejmować okres od 13 marca, gdy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, a nie od dnia wejścia w życie ustawy.

Po drugie – dziś każdy musi wiedzieć, jaką pomoc otrzyma i jak może działać. Potrzebne jest niezwłoczne, jasne zapewnienie rządu, z jakich danin i obowiązków będą zwolnieni przedsiębiorcy, i to od 13 marca 2020 r. Przedsiębiorcom brakuje również precyzyjnych informacji na jakich zasadach mogą działać, aby – tu gdzie to możliwe – nie zamykać działalności.

Po trzecie – stosujmy proste procedury. Pomoc nie może być uzależniona od rozbudowanych procedur, oczekiwania na decyzje itp. Musi być dostępna na podstawie oświadczenia, które składa przedsiębiorca (weryfikowanego ex post).

Po czwarte – w tarczy musi się znaleźć:

  • zwolnienie na 3 miesiące z danin publicznych, płaconych do ZUS i US, dla wszystkich firm przeżywających trudności ekonomiczne w związku ze skutkami COVID-19, bez ograniczeń co do ich wielkości. Konieczna jest gwarancja utrzymania uprawnień dla ubezpieczonych. Musi też zapewnić możliwość przedłużenia zwolnień na kolejne miesiące.
  • natychmiastowe umożliwienie wszystkim firmom do tego zmuszonym, wprowadzenia przestoju ekonomicznego lub obniżonego wymiaru czasu pracy oraz zagwarantowanie dopłat wynagrodzeń do wysokości połowy przeciętnego wynagrodzenia wraz ze składkami na ubezpieczenia społeczne. Rozwiązanie to musi być wprowadzone bez limitu de minimis, z uwzględnieniem pracy tymczasowej, z dwudniowym terminem konsultacji z pracownikami, obowiązkiem utrzymania zatrudnienia maksymalnie przez okres równy okresowi wsparcia i niezależnie od wielkości firmy.
  • uwolnienie środków z kont split payment VAT i przyspieszony zwrot VAT (14 dni), zagwarantowane w przepisach, a nie oddane uznaniowości urzędów.

Nie mamy już czasu. Aby uratować miejsca pracy i gospodarkę przed zapaścią, potrzebne są natychmiastowe, radykalne i skuteczne działania rządu. Muszą one wykraczać daleko poza obecny projekt Tarczy Antykryzysowej. Sama Tarcza musi być na bieżąco nowelizowana w kolejnych dniach i tygodniach.

W związku z dramatyczną sytuacją w polskich firmach, Zarząd Konfederacji Lewiatan wystosował dziś apel, w którym zwraca się do rządu o niezwłoczne podjęcie działań ratujących miejsca pracy i przedsiębiorstwa przed upadkiem. W swoim stanowisku przedstawia najważniejsze rozwiązania, które muszą znaleźć się w Tarczy Antykryzowej, aby była skuteczna.

Epidemia gwałtownie zwiększy liczbę bezrobotnych w Polsce

Jedną z największych konsekwencji gospodarczych epidemii koronawirusa będzie gwałtownie rosnące bezrobocie. Dane przedstawiające poziom bezrobocia w lutym są już teraz całkowicie nieaktualne. Problemy finansowe małych i dużych przedsiębiorstw szybko przekładają się na masowe zwolnienia. Statystyki zarejestrowanych bezrobotnych urosną – a jeszcze większa będzie liczba osób praktycznie bezrobotnych, których system nie zdoła policzyć. Walka z rozprzestrzenianiem się koronawirusa wygasza kolejne sektory gospodarki. Sytuacja w Polsce nie osiągnęła jeszcze poziomu włoskiego – ale epidemiolodzy przewidują, że również nas czeka całkowity lock-down. A nawet jeśli tak się nie stanie, recesja na rynkach partnerskich będzie miała ogromny wpływ na żywotność gospodarki.

– Pojawia się groźba recesji w Niemczech, Stanach zjednoczonych, Anglii, we Włoszech i w Wielkiej Brytanii. To nasi główni partnerzy handlowi. Brak zamówień i kontraktów z tych rynków sprawi, że zapotrzebowanie na kadrę w Polsce będzie mniejsze. To – obok wygaszania kolejnych gałęzi gospodarczych, gdzie zapasy finansowe nie będą starczać na utrzymanie zatrudnienia – poskutkuje galopującym bezrobociem – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak skala tego zjawiska jest bardzo trudna do określenia. Mamy różne scenariusze, związane z rozwojem epidemii. Epidemiolodzy przewidują, że czeka nas na pewno kilka tygodni silnej izolacji społecznej, która hamuje rozprzestrzenianie się wirusa. Ale może to być także kilka miesięcy, a nawet cały rok. Te długoterminowe scenariusze oznaczają, że także w Polsce docelowo pojawi się recesja. Ciężko jest jednak w tak zmiennej sytuacji przewidzieć, jakiego poziomu bezrobocia mamy się spodziewać – twierdzi Kubisiak.

Koronawirus działa na umysły inwestorów

Media ekonomiczne od dawna, z ogromnym upodobaniem zajmują się wytrącaniem rynków finansowych ze stanu równowagi. Koronawirus to świetna okazja, żeby namieszać inwestorom w głowach jeszcze bardziej. A inwestorzy, słuchając rad szukających sensacji dziennikarzy, stadnie podejmują nieracjonalne decyzje.d

O wpływie koronawirusa na gospodarkę napisano już prawie wszystko. Wiemy, że kłopoty mają sieci hoteli, restauracje i linie lotnicze. Wiemy też, że powstają nowe szanse rynkowe dla sektora e-commerce. Zastanówmy się jednak, jak można rozwiązać najważniejszy problem dzisiejszych rynków, jakim jest skokowy wzrost ryzyka. A ryzyko wzrosło ostatnio tak bardzo, że wielu inwestorów zaczyna na poważnie myśleć o chowaniu gotówki pod materacem. Jest jednak jedno wyjście. Kompasem na wzburzonym oceanie powinno być konsekwentne opieranie strategii inwestycyjnych na danych fundamentalnych.

Czy dolar przestaje być bezpieczną przystanią?

Przeglądając ostatnio światową prasę biznesową można dojść do wniosku, że jedynym problemem inwestorów było to, czy w związku z epidemią koronawirusa, amerykańska rezerwa federalna po raz kolejny obniży stopy procentowe. Wysokość stóp w USA jest ustalana przez Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC), który spotyka się według określonego wcześniej harmonogramu, z reguły mniej więcej raz na dwa miesiące.

W związku z epidemią koronawirusa, 3 marca komitet spotkał się w trybie awaryjnym i obniżył stopy procentowe. Najważniejsza z nich – Federal Funds Base Rate spadła z 1,75 do 1,25%. Rynki finansowe już kilka dni wcześniej spodziewały się tej obniżki, co doprowadziło do panicznej wyprzedaży dolara. Za 1 euro 21 lutego trzeba było zapłacić około 1,08 dolara. Pod koniec dnia, 9 marca, było to już 1,15 dolara. Inwestorzy skoncentrowali się na prasowych doniesieniach o obniżeniu stóp procentowych i kompletnie zapomnieli, że gospodarka USA rozwija się znacznie szybciej niż strefa euro, sytuacja budżetu jest dużo lepsza a podatki niższe. Jeżeli ktoś pod wpływem doniesień prasowych kupił parę walutową EUR/USD, popełnił bardzo poważny błąd, gdyż po trzech dniach intensywnych wzrostów doszło do dużego spadku. 15 marca kurs wrócił w okolice 1,11. Wtedy FED zareagował, ponownie obniżając główną stopę procentową do 0,25%. Wbudziło to entuzjazm grupy inwestorów czekającej na wzrosty. Jednak kurs zamiast wzrosnąć spadł dalej, aż w okolice 1,06. Reakcją FED było ogłoszenie praktycznie nieograniczonego dodruku pieniądza w dniu 23 marca. Rynek na moment zareagował logocznie, czyli niewielkim spadkiem wartości dolara (i wzrostem kursu EUR/USD). Jednak w dalszej perspektywie, wątpliwe jest, czy polityka monetarna ma jeszcze jakikolwiek wpływ na wartość dolara. Nawet po obniżce do 0,25%, amerykańska podstawowa stopa procentowa jest nieskończoną ilość razy wyższa od europejskiej, wynoszącej zero. Nie ma też wątpliwości, że aktualnie strefa euro jest znacznie bardziej narażona na działanie gospodarczych skutków epidemii.

Te wszystkie czynniki dają podstawę do przypuszczeń, że póki co, dolar wcale nie przestał być bezpieczną przystanią. Inwestorom jednak zdarza się tracić orientację tworząc doskonałe okazje inwestycyjne na rynku walutowym. Okazje te dostępne są jednak tylko dla tych, którzy zamiast bezmyślnie czytać, samodzielnie analizują procesy gospodarcze.

Każdy krach giełdowy to bańka spekulacyjna

Bardzo twardy orzech do zgryzienia inwestorzy będą mieć w przypadku najważniejszego rynku finansowego świata, czyli amerykańskich giełd papierów wartościowych o łącznej kapitalizacji około 30 bilionów dolarów. Duża część inwestorów jest przekonana, że epidemia koronawirusa doprowadzi do ogromnych strat.

Na razie ten scenariusz się sprawdza. Indeksy amerykańskie do 25 marca straciły prawie jedną trzecią swojej wartości sprzed kryzysu. Aby przewidzieć przyszłość, dobrze jest przeanalizować historię wcześniejszych krachów giełdowych. We wszystkich przypadkach zaczęło się tak samo. Wielki kryzys lat 30-tych zaczął się od spadków na poziomie 38% pomiędzy sierpniem a listopadem 1929. W 1987 roku indeksy zanurkowały o około 32% pomiędzy sierpniem i listopadem. W 2008 roku spadki były głębsze, bo wyniosły około 43% od sierpnia do listopada.

Największe zniszczenia w gospodarce spowodował kryzys lat trzydziestych. W tamtym czasie rezerwa federalna nie zdecydowała się na zapewnienie płynności instytucjom finansowym upadającym w wyniku krachu na giełdzie. Doprowadziło to do masowej utraty oszczędności przez ludność a także do utraty płynności przez ogromną część podmiotów gospodarczych. Kryzys rozlał się na całą gospodarkę a giełda zanurkowała ponownie. Spadki w sumie osiągnęły ponad 90%.

Zupełnie odwrotna sytuacja miała miejsce w roku 1987. FED, prawdopodobnie nauczony doświadczeniem z lat trzydziestych aktywnie wsparł instytucje finansowe, które straciły płynność w wyniku krachu giełdowego z 19 października. Zdecydowana reakcja władz monetarnych pozwoliła na ograniczenie strat do sektora finansowego.

Obecny kryzys ma cechy obu poprzednich. Z jednej strony władze monetarne działają bardzo aktywnie, z drugiej nie są w stanie zapobiec rozlaniu się kryzysu na całą gospodarkę, gdyż to już się stało. Można więc wysnuć wniosek, że będziemy mieli do czynienia z dalszymi spadkami. Prawdopodobnie, dzięki postawie władz, będą one jednak mniejsze niż w latach trzydziestych.

Cały czas będzie się zwiększać ilość pieniądza w obiegu. Banki centralne, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych będą wprowadzać kolejne programy stymulacyjne. Przynajmniej część tych środków będzie musiała być zainwestowana w akcje. Niewiadomą pozostaje tylko moment, w którym indeksy ponownie przyjmą kierunek „na północ”.

Wielu inwestorów już od dawna krytykowało model, w którym napędzana w ogromnym tempie podaż pieniądza nakręca giełdy. Jednak nic nie wskazuje na to, żeby miał on się w najbliższym czasie zmienić, przynamniej tak długo, jak czołowe banki centralne nie zdecydują się na podwyżki stóp procentowych. Jeżeli w najbliższych miesiącach dojdzie do wzrostów giełdowych, błędem może się okazać rozumienie tego procesu jako symbol siły gospodarki. To, z czym będziemy mieli do czynienia, to raczej spadek wartości dolara w stosunku do indeksów giełdowych.

Autor: Łukasz Blichewicz, Senior Partner w firmie Assay

Globalne trendy zagrożeń pokazują polityczne i ekonomiczne intencje cyberprzestępców

Fortinet, ogłosił wyniki opracowanego przez FortiGuard Labs najnowszego raportu „Threat Landscape”, przedstawiającego aktualne zagrożenia, obecne w cyberprzestrzeni na całym świecie w IV kwartale 2019 r. Informacje poddane analizie zostały zebrane z miliardów czujników obecnych w rozwiązaniach ochronnych firmy Fortinet. Raport pokrywa globalne i regionalne zagadnienia, a skupia się na trzech głównych aspektach: exploitach, złośliwym oprogramowaniu oraz sieciach botnet.

Przeprowadzone badania pokazują, że cyberprzestępcy nie tylko nadal starają się wykorzystywać wszelkie nadarzające się okazje do ataku w infrastrukturze cyfrowej, ale także uważnie obserwują aktualne globalne realia ekonomiczne i polityczne, aby zmaksymalizować korzyści i jeszcze bardziej zwiększyć prawdopodobieństwo realizacji swoich celów.

Według globalnych trendów częstotliwość występowania i wykrywania zagrożeń może różnić się w zależności od położenia geograficznego, ale wyrafinowanie i automatyzacja ataków na całym świecie są spójne. Ponadto, priorytetowa pozostaje konieczność edukowania użytkowników w zakresie cyberhigieny, ponieważ jest to jedna z najskuteczniejszych metod eliminacji ryzyka sprowadzenia na firmę zagrożenia w czasach, gdy siła podejmowanych ataków rośnie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Oto najważniejsze wnioski z badania:

1) Kociak nie jest aż tak czarujący: Wyniki badań pokazują, że w IV kwartale 2019 r. nadal miał miejsce znaczący poziom aktywności cyberprzestępczej w regionach, w których operuje powiązana z Iranem grupa Charming Kitten (Czarujący kociak), specjalizująca się w zaawansowanych, uporczywych atakach (APT). Ten działający od około 2014 r. podmiot jest odpowiedzialny za liczne kampanie cyberprzestępcze. Jego ostatnie działania sugerują, że rozszerzył swoją działalność o akcje związane z zakłócaniem wyborów, po tym jak został powiązany z serią ukierunkowanych ataków na konta poczty elektronicznej należących do osób prowadzących prezydencką kampanię wyborczą w USA. Ponadto zaobserwowano, że grupa Charming Kitten przyjęła nową strategię przeciwko przyszłym ofiarom, które miały na celu ich zmanipulowanie, aby udostępniły wrażliwe informacje.

2) Coraz więcej zagrożeń dla urządzeń IoT: Internet rzeczy to wciąż relatywnie młoda dziedzina, a przez to wiele używanych w tego typu systemach urządzeń (często nie postrzeganych jako potencjalny cel, np. kamer IP) nie jest odpowiednio zabezpieczonych. Sytuację pogarsza fakt, że wiele urządzeń IoT, oferowanych przez różnych dostawców i pod różnymi markami, posiada wbudowane komponenty i oprogramowanie stworzone przez jednego producenta, co w przypadku powodzenia ataku znacznie ułatwia zwiększenie jego zasięgu. Często też są powszechnie dostępne fragmenty kodu (np. bazują na otwartym źródle oprogramowania), przez co cyberprzestępcy z łatwością mogą przeanalizować je i wykryć ewentualne luki. Rosnąca popularność i skala wdrożeń Internetu rzeczy, w połączeniu z częstym brakiem możliwości łatwego wgrania aktualizacji do tych urządzeń, stanowi coraz większe wyzwanie. Brak świadomości dostępności łatek, częste występowanie luk w niektórych urządzeniach IoT oraz udokumentowane próby przejęcia kontroli nad nimi przez botnety – wszystkie te czynniki przyczyniły się do tego, że w ciągu IV kwartału 2019 r. odnotowano trzecią co do wielkości liczbę luk w rozwiązaniach IoT, wykrytych przez wszystkie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS).

3) Starsze zagrożenia pomagają młodszym: W obliczu ciągłej presji, by być gotowym na pojawianie się nowych zagrożeń, często zapomina się o tym, że te starsze nie mają daty ważności, a cyberprzestępcy będą korzystać ze znanych im luk tak długo, jak będzie to opłacalne. Przykładem jest exploit EternalBlue, który był wykorzystywanych w wielu kampaniach, w tym przede wszystkim w atakach ransomware WannaCry i NotPetya. Ponadto, w maju ubiegłego roku wydano łatkę dla luki BlueKeep, która mogłaby być wykorzystana na tak dużą skalę jak miało to miejsce w przypadku ataków WannaCry i NotPetya. Tymczasem w IV kwartale 2019 r. pojawiła się nowa wersja trojana EternalBlue Downloader, który wykorzystuje właśnie lukę BlueKeep. Na szczęście rozsyłana obecnie wersja tego złośliwego kodu nie jest całkowicie dopracowana, przez co zaatakowane urządzenia zawieszają się, zanim zostanie on uruchomiony. Ale należy zakładać, że zdeterminowani cyberprzestępcy prawdopodobnie szybko naprawią swój błąd i będą mieli funkcjonalną wersję tego potencjalnie szkodiwego pakietu w niedługiej przyszłości. I, choć łatka dla BlueKeep jest dostępna od maja ub.r., zbyt wiele przedsiębiorstw nadal nie przeprowadziło aktualizacji swoich krytycznych systemów

4) Nowe spojrzenie na globalną dystrybucję spamu: Niechciane wiadomości nadal są jednym z najważniejszych wyzwań, z którymi muszą radzić sobie firmy i osoby prywatne. W najnowszym raporcie Fortinetu porównano wielkość przepływu spamu pomiędzy krajami z danymi pokazującymi stosunek ilości wysłanego spamu do liczby otrzymanych wiadomości, co umożliwiło nowe spojrzenie na stary problem. Większość wysyłanego spamu wydaje się podążać za trendami gospodarczymi i politycznymi. Przykładowo, oprócz USA, do największych spamowych „oferentów” należą takie kraje jak Polska, Rosja, Niemcy, Japonia i Brazylia. Ponadto, jeśli chodzi o proporcje w ilości spamu wysyłanego wobec otrzymywanego w poszczególnych regionach geograficznych, Europa Wschodnia wiedzie prym na całym świecie, zaś na kolejnych miejscach uplasowały się różne podregiony w Azji. Z kolei znacznie więcej spamu otrzymują niż wysyłają pozostałe podregiony europejskie, za nimi zaś są kraje obu Ameryk i Afryka.

5) Śledzenie cyberprzestępców w celu poznania ich planów: Spojrzenie na sytuacje, w których w danym regionie systemy przeciwdziałania włamaniom (IPS) generowały alarmy, nie tylko pokazuje, jakie zasoby były atakowane, ale także pozwala domniemywać na czym cyberprzestępcy będą skupiać się w przyszłości. Prawdopodobieństwo słuszności tego typu wniosków wynika z faktu, że wystarczająco wiele takich ataków zakończyło się sukcesem oraz że w niektórych regionach stosuje się więcej rozwiązań konkretnego rodzaju. Ale nie zawsze tak jest. Na przykład, według wyszukiwarki shodan.io, zdecydowana większość wdrożeń systemu CRM ThinkPHP zrealizowanych zostało w Chinach – prawie 10 razy więcej niż w Stanach Zjednoczonych. Zakładając, że firmy łatają swoje oprogramowanie w podobnym tempie w każdym regionie, jeśli przed wdrożeniem exploita botnet po prostu sondował podatne na zagrożenia instancje ThinkPHP, liczba alertów powinna być znacznie większa w regionie APAC. Jednak prób instalacji exploita w całym regionie APAC wykryto tylko 6% więcej niż w Ameryce Północnej,. Ponadto, przyjmując podobny styl analizy dotyczącej wykrywania złośliwego oprogramowania, większość zagrożeń kierowanych przeciwko firmom obecnych jest w makrach VBA (Visual Basic for Applications). Jest to prawdopodobne, ponieważ ta technika atakowania nadal jest skuteczna i przynosi efekty.

Potrzebna jest szeroko zakrojona, zintegrowana i zautomatyzowana ochrona

W miarę szybkiego wzrostu liczby aplikacji oraz połączonych ze sobą urządzeń, powstają miliardy nowych kombinacji, a wraz z nimi rośnie prawdopodobieństwo ataku. Konieczne jest więc zapewnienie odpowiedniego zarządzania i chrony. Ponadto, przedsiębiorstwa stają w obliczu coraz bardziej wyrafinowanych ataków wymierzonych w rozszerzającą się infrastrukturę cyfrową, z których część wykorzystuje sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe. Aby skutecznie zabezpieczyć swoje rozproszone sieci, firmy muszą przejść od ochrony konkretnych rozwiązań do zabezpieczania danych rozsianych na brzegu sieci, znajdujących się u użytkowników, w systemach IT, urządzeniach i krytycznych aplikacjach. Tylko platforma cyberochronna, zaprojektowana w celu zapewnienia kompleksowych informacji co do stanu infrastruktury oraz parametrów prowadzonego właśnie ataku – wdrożona na urządzeniach użytkowników (także mobilnych), w środowiskach wielochmurowych i infrastrukturze SaaS – jest w stanie zabezpieczyć dzisiejsze szybko rozwijające się sieci, umożliwiające uzyskanie cyfrowej innowacyjności.

Derek Manky, Chief, Security Insights & Global Threat Alliances, FortiGuard Labs

„W cyberprzestępczym wyścigu zbrojeń wyraźną przewagę często ma ta zła strona, ze względu na rosnące umiejętności, rozszerzającą się powierzchnię cyfrowych ataków oraz dzięki zaskakiwaniu niczego nie podejrzewających użytkowników za pomocą takich taktyk, jak inżynieria społeczna. Aby zminimalizować wpływ coraz bardziej wyrafinowanych i zautomatyzowanych zagrożeń, firmy muszą korzystać z tego samego jak cyberprzestępcy rodzaju narzędzi i strategii w celu obrony swoich sieci. Oznacza to konieczność wdrożenia zintegrowanych platform, które wykorzystują siłę sztucznej inteligencji do walki z zagrożeniami. Powinno się także postępować zgodnie ze zdefiniowanymi mechanizmami w celu zapewnienia ochrony całej cyfrowej infrastruktury oraz możliwości wglądu w parametry jej pracy.”