Szczepienia na choroby zakaźne powinny być standardem wśród seniorów. Na grypę szczepi się tylko 14 proc. z nich

Osoby w wieku 65+ z uwagi na choroby przewlekłe i towarzyszącą temu osłabioną odporność mogą być bardziej narażone na infekcje. W związku z tym szczepienia przeciw chorobom zakaźnym są ważnym, jeśli nie najważniejszym, elementem profilaktyki zdrowotnej. Zalecane są szczególnie regularne szczepienia przeciw grypie oraz pneumokokom. – Szczepienia pozwalają uniknąć choroby albo powodują, że ma ona łagodniejszy przebieg. Korzyści zdrowotne są ewidentne, a powikłania notuje się bardzo rzadko – przekonują lekarze.

– W przypadku seniorów, podobnie jak właściwie w przypadku całej populacji, szczepienia przeciwko chorobom zakaźnym są najistotniejszym elementem profilaktyki zdrowotnej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Jak podkreśla specjalista, seniorzy z uwagi na przewlekłe schorzenia związane z układem krążenia, oddechowym czy pokarmowym mają zaburzoną odporność, więc podatność na zarażenie jest u nich dużo wyższa.

W związku z tym wśród osób w wieku 65+ szczepienia powinny być równie powszechne jak w przypadku małych dzieci. Dotyczy to szczególnie patogenów, które występują masowo. Do tych najpowszechniej występujących należą pneumokoki, które są przyczyną większości infekcji osób w wieku 65+ – dodaje Andrzej Fal. – Senior powinien szczepić się przeciw pneumokokom według kalendarza szczepień. Oznacza to, że konieczne są co najmniej dwa szczepienia, choć Amerykanie zalecają trzy dawki w odstępach pięciu–siedmiu lat jako pełne zabezpieczenie, w szczególności u osób z istotnymi chorobami przewlekłymi.

W katalogu szczepień dla seniora powinno znaleźć się także szczepienie przeciwko grypie. Osoby starsze, które cieszą się średnim zdrowiem, czyli nie mają poważnych problemów zdrowotnych, ale statystycznie cierpią na przynajmniej jedną chorobę przewlekłą, powinny szczepić się przeciwko tej chorobie co roku.

Problem seniora, który nie zaszczepi się przeciwko grypie czy pneumokokom, a zachoruje, jest dwojaki. Po pierwsze, najprawdopodobniej przebieg infekcji będzie cięższy. Zdecydowanie większy odsetek nieszczepionych seniorów po zachorowaniu na grypę czy infekcję pneumokokową trafia do szpitala, co samo w sobie jest już niebezpieczne dla zdrowia, a tym bardziej dla seniora podczas infekcji. Po drugie, sam fakt pojawienia się infekcji – o łagodnym czy ciężkim przebiegu – jest związany bezpośrednio ze stopniem wyszczepialności populacji seniorów, czyli z odsetkiem osób w populacji, który się zaszczepił – przekonuje specjalista.

Wśród Polaków zainteresowanie szczepieniami przeciw grypie jest wciąż niewielkie. Pod tym względem jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Jak podaje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, w sezonie 2018/2019 przeciw grypie zaszczepiło się zaledwie 3,9 proc. Polaków, a w poprzednim – 3,64 proc. Najwyższy wskaźnik zaszczepienia odnotowano w Polsce w sezonie 2001/2002, kiedy szczepionkę otrzymało 10,57 proc. populacji. W kolejnych sezonach było już gorzej. W ostatnim sezonie epidemicznym najwyższy stan zaszczepienia – na poziomie 14,2 proc. – odnotowano właśnie wśród seniorów.

 Szczepienia są jednymi z bezpieczniejszych interwencji medycznych. Średnio w Polsce rejestruje się jedno powikłanie na 10 tys. podanych szczepionek. Wśród nich są najczęściej miejscowy obrzęk, dwutrzydniowa bolesność, zaczerwienienie. Z kolei poważne powikłanie notuje się średnio raz na pół miliona podanych szczepionek – dodaje Andrzej Fal. – Jeżeli ktoś używa penicyliny jako antybiotyku bądź aspiryny jako leku przeciwgorączkowego, też może doświadczyć bardzo ciężkich powikłań, ale to nie znaczy, że należy odradzić wszystkim używanie aspiryny.

Ryzyko powikłań poszczepiennych nie powinno być argumentem przeciw powszechnemu korzystaniu z profilaktycznych szczepień. Znacznie bardziej niepokojące są dane dotyczące zgonów w wyniku powikłań po grypie. Wprawdzie z danych epidemiologicznych NIZP – PZH wynika, że w sezonie 2018/2019 liczba zachorowań na grypę i zachorowania grypopodobne była niższa w porównaniu do lat poprzednich, ale odnotowano wyższą liczbę zgonów z powodu grypy i jej powikłań. W sezonie 2018/2019 było to 150 przypadków, czyli zmarło o ponad 100 osób więcej w porównaniu do sezonu 2017/2018. Zgony dotyczyły głównie osób po 65. roku życia.

Konopie włókniste mają 50 tys. zastosowań w przemyśle. Mogą zastąpić plastik, są też bardziej ekologicznym źródłem papieru

Do 1883 roku nawet 90 proc. papieru na świecie było produkowane z konopi. Na papierze konopnym spisano m.in. Biblię Gutenberga i dwa pierwsze projekty amerykańskiej Deklaracji niepodległości. To tylko jeden z przykładów przemysłowego wykorzystania konopi, a jest ich nawet 50 tys. Mają one najsilniejsze włókno roślinne na świecie i mogą niemal całkowicie zastąpić plastik. Konopie włókniste można uprawiać niemal na każdej glebie, dlatego areał ich upraw rośnie, także w Polsce.

– Konopie przemysłowe wykorzystuje się przede wszystkim jako materiał włókienniczy, czyli w pozyskiwaniu i produkcji włókna. Pozyskuje się z niego papier – są fabryki, przede wszystkim we Francji, które produkują papier konopny. Jego wytwarzanie jest zdecydowanie lepsze pod względem ochrony środowiska. Wykorzystuje się w nim mniej środków do pozyskania lignocelulozy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Jan Nowak, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi, członek zarządu w Orbis Cannabis.

W przeszłości konopie były już powszechnie stosowane. Szacuje się, że do 1883 roku blisko 90 proc. papieru na świecie było wyprodukowanych właśnie z włókna konopnego.

– Ciekawostką jest, że Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych była stworzona na papierze konopnym – dodaje Dariusz Jan Nowak.

Szacuje się, że konopie włókniste mają około 50 tys. zastosowań w różnych dziedzinach przemysłu. Jak podaje portal National Hemp Association, konopie to plony o wysokiej wydajności. Z jednego akra produkuje się dwa razy więcej oleju niż z jednego akra orzeszków ziemnych i prawie czterokrotnie więcej miazgi włóknistej na papier niż z akra drzew. Ze względu na swoją wytrzymałość włókno konopne może być stosowane do materiałów kompozytowych, które mogą być użyte do wykonania np. samochodów czy myśliwców.

Czyli w pewien sposób zastępuje plastik – przekonuje Dariusz Jan Nowak.

Tworzywa sztuczne wykonane z połączenia konopi i innych roślin są już stosowane. Dzięki swojej wysokiej wytrzymałości i sztywności wykorzystuje się je w budowie samochodów, łodzi czy instrumentów muzycznych. Henry Ford już w 1941 roku stworzył plastikowy samochód napędzany konopiami i innymi paliwami roślinnymi, którego błotniki były wykonane z konopi. Planował „wyhodować” samochody tak, aby wszystkie jego materiały były pochodzenia roślinnego.

Na Zachodzie bardzo mocny jest trend budownictwa naturalnego, w którym wykorzystuje się konopie i tworzy się z nich beton konopny. Taki budynek jest zaś zdrowszy i bezpieczniejszy dla ludzi – mówi prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi.

Eksperci podkreślają, że beton konopny jest niepalny, ma dobrą termoizolacyjność, dobrze reguluje temperaturę i wilgotność wewnątrz domu. Zapewnia także trwałość elementów drewnianych, chroni je przed pasożytami oraz jest odporny na pleśnie i grzyby.

Konopie wykorzystuje się we włókiennictwie, ponieważ ich włókno jest bardzo trwałe. Ubrania z lnu i konopi były trwałe, odporne na przetarcia, więc były często stosowane do ubrań roboczych. W USA było zalecenie, żeby dla żołnierzy produkować mundury z konopi ze względu na ich trwałość – wskazuje Dariusz Jan Nowak.

Konopie mogą szerzej wejść do przemysłu tekstylnego – tkanina konopna chroni przed promieniowaniem UV, ma też właściwości termodynamiczne i hipoalergiczne. W przyszłości z plastiku pochodzenia konopnego mogłyby być produkowane opakowania żywności czy zabawki. Największe koncerny spożywcze już eksperymentowały z plastikowymi butelkami z roślin.

Według raportu Grand View Research globalny rynek konopi przemysłowych do 2025 roku osiągnie wartość 10,6 mld dol. Dlatego też rośnie areał upraw konopi włóknistych. Instytut Gospodarki Rolnej podaje, że w 2017 roku w całej Unii Europejskiej zajmowały one ok. 35 tys. ha, z czego najwięcej we Francji (ok. 10 tys. ha). GUS podaje, że w 2018 roku łączna powierzchnia upraw przemysłowych konopi i lnu wynosiła ponad 5,3 tys. ha. Jak wynika z uchwały Rady Ministrów z 2017 roku wprowadzającej program „Odbudowa i zrównoważony rozwój produkcji oraz przetwórstwa naturalnych surowców włóknistych dla potrzeb rolnictwa i gospodarki na lata 2017–2020″, konopie włókniste wykorzystywane są głównie na cele papiernicze – 73 proc., w budownictwie – 11 proc., w produkcji kompozytów – 10 proc., tekstyliów – 3 proc. oraz 3 proc. do innych zastosowań. W latach 70. Polska była znaczącym producentem włókien naturalnych, m.in. konopi włóknistych. Powierzchnia upraw wynosiła wówczas ok. 15 tys. ha.

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania

0

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania 1

Niemcy to wciąż największy polski partner handlowy, odpowiadający za więcej niż jedną czwartą wartości naszego eksportu. Polska jest dla tego kraju szóstym największym kontrahentem, w ubiegłym roku przegoniła Wielką Brytanię. Niemieccy konsumenci mają coraz lepszą opinię o polskich towarach i usługach, które często wygrywają nie tylko ceną, ale też jakością i szybkością wykonania. Firmy, które chciałyby podjąć działalność w Niemczech, muszą jednak pamiętać o gruntownym zapoznaniu się z lokalnymi regulacjami.

– Niemieccy konsumenci bardzo sobie cenią polską innowacyjność, podejście do realizacji projektów, jesteśmy też znani z wysokiej jakości usług i produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Kasiubowski, prezes i założyciel serwisu Polando.de, współpracującego z polskimi firmami w Niemczech. – Niemieccy klienci cenią sobie elastyczność polskich przedsiębiorców, którzy są bardziej skoncentrowani na efekcie w przeciwieństwie do niemieckich, którzy są głównie skoncentrowani na procedurach.

Polskie firmy chwalone są również za kreatywność. Jak podkreśla Kasiubowski, tam, gdzie niemiecka firma widzi regulaminy i biurokrację, polska widzi po prostu pracę do wykonania.

– Polskie firmy nauczone są realizacji projektów na wczoraj, jesteśmy w stanie o wiele szybciej zrealizować pewne zadania i zlecenia, co jest pozytywnym zaskoczeniem dla niemieckich kontrahentów. Te elementy oczywiście przekładają się też na cenę – podkreśla prezes Polando.de.

W 2019 roku do Niemiec trafiło 27,6 proc. wartości polskiego eksportu, co oznacza sprzedaż na poziomie 279,6 mld zł, o 4,2 proc. wyższą niż rok wcześniej. Dodatnie jest też nasze saldo wymiany z zachodnim sąsiadem – w ubiegłym roku nadwyżka wyniosła 60,8 mld złotych.

– Polska jest zdecydowanym liderem w branży stolarki okiennej i budowlanej, również firmy budowlane cieszą się renomą. Polska coraz bardziej i coraz silniej jest postrzegana również na rynku szeroko rozumianej turystyki medycznej, czyli od zabiegów kosmetycznych, przez stomatologię, po bardziej zaawansowane operacje – mówi Artur Kasiubowski.

Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa szacuje, że nad Renem i Menem działa nawet 1,5 tys. polskich spółek, a jednoosobową działalność gospodarczą prowadzą dziesiątki tysięcy polskich przedsiębiorców. Z ankiety przeprowadzonej przez nią w październiku 2019 roku wśród polskich firm w Niemczech wynika, że mimo spowolnienia gospodarczego 93 proc. z nich powtórzyłoby swoją decyzję o podjęciu działalności na sąsiednim rynku.

– Rynek niemiecki jest atrakcyjny z perspektywy każdej firmy, zarówno wielkich graczy, jak i drobnych przedsiębiorców czy firm jednoosobowych – mówi Artur Kasiubowski. – Ważne jest, żeby to zrobić od samego początku dobrze i profesjonalnie.

Ekspert radzi, żeby osoby zainteresowane dotarciem do niemieckiego rynku gruntownie zapoznały się z lokalnymi przepisami i zwyczajami. Te pierwsze mogą się różnić nawet w zależności od kraju związkowego, a ich naruszenie grozi poważnymi konsekwencjami finansowymi. Szczególną ostrożność powinni zachować przedsiębiorcy działający w branży e-commerce. Nieznajomość mentalności i potrzeb lokalnych klientów może przyczynić się do biznesowej porażki.

– Kolejna kwestia to różnice kulturowe. Często błędnie oceniamy nasze szanse na rynku niemieckim, opierając się na naszych polskich realiach, nie zdając sobie sprawy z tego, że niemiecki klient kieruje się zupełnie innymi wartościami przy decyzji zakupowej – mówi Artur Kasiubowski. – Dostosowanie oferty do niemieckiej mentalności i oczekiwań jest kluczowe.

W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa. Często lepsza niż droga reklama jest dobrze wykonana usługa, dzięki czemu zleceniodawca poleci ją swojemu sąsiadowi.

Polando.de to działający od 2016 roku portal, który ma pokazać Niemcom zalety polskich przedsiębiorców. Zajmuje się kompleksową obsługą marketingową krajowych firm. W 2019 roku strona odnotowała 5 mln odsłon.

Na polskie domy przypada 87 proc. węgla spalanego w gospodarstwach domowych w Unii Europejskiej. W ciągu 10 lat możliwe jest odejście od tego surowca

W Polsce sektor ciepłownictwa zużywa ok. 26 mln ton węgla. Połowa z tego przypada na gospodarstwa domowe. Co więcej, spalamy w nich 87 proc. węgla wykorzystywanego w gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Z tego powodu proces odchodzenia od tego surowca będzie długi i kosztowny. Polski Instytut Ekonomiczny i Forum Energii szacują, że dekarbonizacja całego sektora ciepłownictwa pochłonie ponad 550 mld zł do 2030 roku. Eksperci podkreślają, że niezbędna jest kompleksowa strategia dla rozwoju branży – bez niej Polska nie da rady wypełnić zobowiązań, jakie narzuca polityka klimatyczna UE.

Polskie ciepłownictwo bazuje na węglu. Zużywa go ok. 24–26 mln ton rocznie. Same gospodarstwa domowe spalają aż 12 ton węgla. Jeśli spojrzymy z perspektywy całej UE, okazuje się, że Polacy spalają w domach ponad 80 proc. węgla, który jest wykorzystywany we wszystkich gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Czyli Polska jest całkowitym ekstremum pod względem spalania węgla w indywidualnych budynkach – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes Forum Energii.

Jak wynika z raportu Forum Energii i PIE, w Polsce 47 proc. gospodarstw domowych ogrzewa swoje domy paliwami stałymi, a w indywidualnych instalacjach grzewczych powstaje 76 proc. ciepła. Pozostałe 24 proc. jest wytwarzane w systemach ciepłowniczych, z których 80 proc. jest nieefektywnych. Rokrocznie ciepłownictwo emituje 68 mln ton CO2 (czyli 1/4 krajowej emisji).

Niska emisja (ze źródeł o wysokości poniżej 40 m), pochodząca z indywidualnych źródeł wytwarzania ciepła w ok. 5 mln budynków w Polsce, jest jedną z głównych przyczyn złej jakości powietrza. Około 3,5 mln budynków jest zaopatrywanych w ciepło z niskosprawnych źródeł opalanych węglem. Stare i nieefektywne energetycznie kotły i piece to natomiast główne źródło smogu, z którym borykają się polskie miasta i samorządy. Choroby będące jego skutkiem kosztują budżet państwa rokrocznie ok. 30 mld euro („Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– W okresie zimowym właśnie to, co spalamy w domach, we własnych piecach, jest największym problemem, szczególnie na południu Polski. Na to nakładają się również transport, przemysł i energetyka – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

W Polsce dużym problemem jest niska efektywność energetyczna budownictwa mieszkalnego. Z ubiegłorocznego „Barometru zdrowych domów” przygotowanego na zlecenie Velux wynika, że 58 proc. polskich zasobów budowlanych to budynki starsze niż 40 lat, a jedynie 10 proc. ma świadectwa energetyczne klasy A lub B. To oznacza, że przeważająca większość polskich domów jednorodzinnych ma niski bądź bardzo niski standard energetyczny, a tym samym wysokie zapotrzebowanie na ciepło.

Największym problemem są budynki jednorodzinne na terenach wiejskich. Jak podkreśla prezes Forum Energii, to wymaga uwzględnienia w rządowym programie Czyste Powietrze oraz wypracowania kompleksowej strategii poprawy efektywności energetycznej budownictwa mieszkaniowego.

Powinniśmy mieć konkretne cele, które chcemy osiągnąć. W tej chwili dzięki programowi Czyste Powietrze jesteśmy w stanie poprawić efektywność energetyczną o ok. 15 proc., natomiast to może być za mało, to powinno być co najmniej 30 proc. – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera. – Biorąc pod uwagę długofalową perspektywę i fakt, że dyskutujemy o neutralności klimatycznej, chcemy, aby gospodarstwa domowe nie płaciły więcej za ciepło i odchodziły od węgla, to jedynie dobra efektywność energetyczna może nam w tym pomóc.

Niska efektywność to również problem ciepłownictwa systemowego. Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Jednak 80 proc. z nich jest nieefektywne energetycznie (w rozumieniu unijnej dyrektywy o efektywności energetycznej). To, że nie spełniają unijnych kryteriów, de facto eliminuje je ze wsparcia finansowego.

Koszty uprawnień do emisji CO2 wzrosły w ostatnim czasie o 250 proc. Zakład ciepłowniczy musi je ponieść samodzielnie, co oznacza, że trudno będzie im w tej sytuacji odchodzić od węgla. W Polsce systemy ciepłownicze w dalszym ciągu produkują z niego 75 proc. energii. Polskie ciepłownictwo systemowe, mimo że jest jednym z największych w Unii Europejskiej, jest na zakręcie – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Forum Energii zaznacza, że Polska nie ma ani spójnej strategii rozwoju ciepłownictwa, ani jasnych deklaracji dotyczących ograniczania korzystania z węgla. To utrudnia systemowe działania. Tymczasem niekorzystny bilans paliwowy i wadliwy system taryfowania negatywnie odbijają się na konkurencyjności sektora, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów UE i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Bez reformy w obszarze ciepłownictwa nie będzie to możliwe.

Potrzebujemy strategii czystego ciepła, musimy postawić sobie cele odejścia od węgla na rzecz czystych źródeł energii. Uważamy, że 2030 rok dla gospodarstw indywidualnych i 2035 rok dla systemów ciepłowniczych to realne daty. Do tego oczywiście są potrzebne środki finansowe i plan wdrażania konkretnych mechanizmów. O tym powinniśmy w kolejnych miesiącach intensywnie rozmawiać z Brukselą, bo trudno nam będzie poradzić sobie z tą skalą wyzwań i kosztami – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Z szacunków Forum Energii wynika, że na transformację ciepłownictwa w ciągu najbliższej dekady potrzeba ok. 558 mld zł, ale utrzymywanie status quo będzie równie kosztowne – pochłonie ok. 200 mld zł, nie przynosząc przy tym żadnych wymiernych korzyści ekonomicznych i zdrowotnych (raport „Czas na ciepłownictwo” Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Forum Energii).

– Koszty transformacji ciepłownictwa są duże, bo obejmują nie tylko koszt modernizacji i wymiany źródeł ciepła. Fundamentem tej transformacji jest też poprawa efektywności energetycznej. Najpierw trzeba w to zainwestować, a dopiero później wymieniać źródło ciepła. Te środki nie mogą pochodzić tylko z zewnątrz. Sami też musimy opracować odpowiednie mechanizmy finansowania – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

Urzędnicy boją się rozwiązywać spory publiczno-prywatne w drodze mediacji. Według nich bezpieczniej zdać się na wyrok sądu

Wzrosła liczba sporów publiczno-prywatnych rozwiązywanych w drodze mediacji, która kończy się ugodą. W ubiegłym roku zawarto ich  84, podczas gdy w 2018 roku – jedynie 22. Wciąż jednak przeważająca większość z ok. 3 tys. takich spraw rocznie trafia na długie lata do sądów. Konsekwencją jest strata czasu i pieniędzy – zarówno po stronie inwestora publicznego, jak i wykonawcy. Najczęściej wynika to z faktu, że urzędnicy boją się odpowiedzialności i są przekonani, że bezpieczniej jednak iść do sądu. Tymczasem prawo sprzyja mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów, a odrzucenie racjonalnej propozycji ugody może wręcz być rozpatrywane przez NIK jako niegospodarność w zakresie wydatkowania środków publicznych.

Zaletą mediacji jest czas. Tą drogą można szybko rozwiązywać spory i to jest plus zarówno dla wykonawców, jak i dla zamawiających, bo nie marnujemy czasu na sprawy sądowe, które nierzadko trwają pięć–sześć lat. Czas to także pieniądze, które w trakcie spraw sądowych wykonawcy mają zamrożone. Oczywiście mediacje mają też ujemne strony, bo jest to forma porozumienia: zarówno wykonawca, jak i inwestor muszą pozbyć się swoich części roszczeń i rozwiązać spór za pomocą kompromisu – mówi agencji Newseria Biznes Robert Proczko, dyrektor biura eksperckiego w Warbud.

Spory publiczno-prywatne najczęściej pojawiają się przy inwestycjach infrastrukturalnych i drogowych. Zwykle są wynikiem opóźnień w realizacji kontraktu albo różnic w interpretacji postanowień zawartych w umowie. Co roku do Prokuratorii Generalnej RP, która reprezentuje Skarb Państwa przed sądami powszechnymi i polubownymi, trafia około 3 tys. takich spraw o łącznej wartości roszczeń sięgającej ok. 15 mld. W ostatnich latach częściej dochodzi do rozwiązania ich na drodze mediacji, która kończy się ugodą. Mimo to przeważająca większość spraw nadal trafia na długie lata do sądu.

Niestety z punktu widzenia generalnych wykonawców rozwiązywanie sporów poprzez mediacje nie jest w Polsce często stosowane. Nad czym ubolewamy, bo jesteśmy na to rozwiązanie bardzo otwarci – mówi Robert Proczko.

Strona publiczna, samorządowa stosunkowo rzadko sięga po mediacje. Podstawową przeszkodą jest po prostu decyzyjność. Na etapie mediacyjnym, przy ustalaniu warunków ugody, trzeba podjąć decyzję dotyczącą jej zawarcia, zejść trochę ze swoich roszczeń, wyjść naprzeciw drugiej stronie. Urzędnicy, których obowiązuje dyscyplina finansów publicznych i są odpowiedzialni za wydatkowanie środków publicznych, częściej wolą przesunąć tę odpowiedzialność na sąd – dodaje Ewelina Stobiecka, mediator, koordynator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

To jednak oznacza stratę pieniędzy i czasu, bo spory sądowe w takich sprawach trwają długie lata.

W postępowaniach sądowych zawsze mamy do czynienia z długim czasem rozpatrywania, szczególnie przy sporach złożonych, wielowątkowych, o dużej wartości przedmiotu sporu. W mediacjach strony mogą dużo szybciej dojść do porozumienia. Dzięki temu sektor prywatny jest lepiej wypłacalny, a publiczny – nie wydaje pieniędzy podatników na przeciągający się konflikt w sądzie – podkreśla ekspertka.

Prawo sprzyja w tej chwili ugodom i mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym. Rozwiązania legislacyjne wprowadzone w ostatnich kilku latach usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym, a artykuł 54a ustawy o finansach publicznych z 2017 roku stwarza duże możliwości zawierania ugód, jeżeli te okazują się korzystniejsze niż przewidywany wynik postępowania sądowego. Jednak problemem pozostaje nieumiejętność zastosowania istniejących rozwiązań prawnych.

Przepisy są wystarczające do tego, aby osiągać porozumienie metodą mediacji. Nie widzę w nich jakichkolwiek trudnych kwestii, które przeszkadzałyby w takich rozstrzygnięciach – dodaje Robert Proczko.

W przypadku sektora publicznego i urzędników bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej, które będzie prowadzić do przegrania procesu i wydatkowania jeszcze większych kwot ze środków publicznych, może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności.

Kontrolerzy NIK doskonale znają te przepisy i z pewnością będą oceniać postępowanie kontrolowanych jednostek pod kątem art. 54a. Wcześniej, kiedy tego przepisu jeszcze nie było, zawieranie ugód wydawało się takim jednostkom problematyczne. Jednak teraz mamy wyraźną podstawę prawną. To stwarza możliwość kontroli w drugą stronę – czy rezygnacja z tej formy rozwiązania sporu mieści się w granicach legalności, celowości, rzetelności i gospodarności – mówi Zbigniew Wrona, radca prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Potrzeba uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych

Zdarza się, że podczas pobytu w szpitalu zarażamy się chorobą zakaźną. Najczęściej winimy za to narzędzia, używane bezpośrednio przy czynnościach zabiegowych lub przy leczeniu. Badania wskazują jednak, że za przenoszenie wirusów i bakterii w szpitalach często odpowiedzialna jest bielizna. Prześcieradła, pościel i poduszki – a także ubrania operacyjne lekarzy i chusty chirurgiczne – mogą być powodem zakażenia, gdy nie są odpowiednio prane i czyszczone. To poważny problem, gdyż nie ma w Polsce jednolitych regulacji dotyczących prania bielizny i asortymentu szpitalnego. Firmy świadczące takie usługi dla placówek medycznych nie są związane żadnymi obostrzeniami, wyznaczającymi standardy prania.

– Od 2008 roku w Polsce nie obowiązują żadne jednolite, powszechnie obowiązujące normy w wykonywaniu usług pralniczych dla szpitali – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Ponieważ bielizna szpitalna jest częstą przyczyną zarażenia chorobami, sposób jej prania powinien spełniać konkretne standardy. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniu, że ta luka prawna zostanie usunięta, Federacja Przedsiębiorców Polskich opracowuje rekomendacje uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych. Dzięki temu wszystkie usługi pralnicze wykonywane w szpitalnictwie zapewniałyby należytą jakość prania i czystość bielizny, która trafia do szpitala – zapowiada Lang.

Jak przejść na zeroemisyjną gospodarkę? Wzrost cen energii może wymusić zmiany

Jak należy dzisiaj traktować brudne, węglowe źródła energii? Paradoksalnie mogą okazać się one szansą. Należy je postrzegać, jako czynnik, który otwiera możliwości – a nie odwrotnie. Obecnie słyszy się o zielonym wodorze w kontekście Unii Europejskiej – który wyklucza wodór ze źródeł konwencjonalnych, czyli jako produkt spalania węgla czy gazu. Niemniej mamy jednak jego ogromne ilości, które można spożytkować na ten cel. Oczywiście, nie dokonamy transformacji energetycznej z węgla do źródeł zeroemisyjnych bez zmiany polskiej gospodarki. Nie zmieni tego postawa, w której dopuszczalne będzie, aby samochody były zasilane energią wyprodukowaną przez elektrownie węglowe.

– Już dzisiaj wiadomo, że cena uprawnień do emisji CO2 wzrośnie ok. 50 euro za tonę. Docelowo może wzrosnąć nawet o 100 dolarów – powiedział serwisowi eNewsroom Tomoho Umeda, Przewodniczący Komitetu Technologii Wodorowych KIG. – Licząc ceny energii powiększone o koszty emisji dwutlenku węgla – wszelkie technologie i regulacje, które pomogą nam uniknąć ich poniesienia, będą na wagę złota. To przewidywana sytuacja nie tylko z punktu widzenia regulatora i rządu, ale przede wszystkim z perspektywy obywateli. Wspomniane podwyżki będą miały ogromny wpływ na ceny energii, co spowoduje dążenie do obniżenie jej kosztów. W tej sytuacji nie potrzeba jednak żadnych nowych regulacji w tym zakresie. Konieczna jest zmiana na rynku. Odpowiedzialność spoczywa przede wszystkim nie na rządzie, czy Komisji Europejskiej – ale na przedsiębiorcach. To oni muszą stworzyć rynek nowej energii, elektromobilności opartej na zielonej energii. Sprzyjać będzie temu środowisko prawne i koszty regulacyjne – co ma miejsce już teraz. Bez inicjatywy firm zmiana jednak nie nastąpi. Wygranymi zaś będą ci, którzy pojawią się na rynku pierwsi – wskazuje Umeda

Czeka nas druga rewolucja w elektromobilności. Wodór ma być przyszłością transportu, a Polska jest jednym z liderów tego rynku w Europie

Popularyzacja ogniw wodorowych będzie symbolem drugiej rewolucji w elektromobilności – twierdzą eksperci rynku. W pierwszej kolejności wodór posłuży do zasilania ciężarówek i autobusów, ale już dziś testowane są też auta osobowe o takim zasilaniu. Polska jest jednym z głównych graczy na tym rynku w Europie, a w ciągu kilku najbliższych lat rynek ogniw wodorowych zanotuje spektakularny, ponad 60-krotny wzrost.

– Polska jest jednym z pierwszych miejsc w produkcji wodoru w Europie, a wodór czysty nadaje się idealnie do tankowania samochodów elektromobilnych. Rewolucja, która za chwilę przyjdzie, będzie drugą rewolucją elektromobilności. Pierwsza była dwa lata temu, kiedy weszliśmy w samochody elektryczne, drugą będą samochody o napędzie wodorowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Piotrowicz, ekspert ds. energii i systemów wodorowych w TÜV SÜD Polska.

Technologia pozwalająca na stosowanie wodoru jako napędu do samochodów elektrycznych znana jest od dawna, jednak na popularności zyskała w wyniku promowania zrównoważonego transportu. Elektrolizery, dzięki którym można produkować wodór w wyniku elektrolizy wody, mogą być zasilane z instalacji odnawialnych źródeł energii (OZE), które stają się coraz tańsze.

– Odbyły się już pierwsze przetargi na stacje wodorowe w Polsce. Rok 2021 przyniesie rozkwit stacji tankowania wodorem, ponieważ cała procedura ich instalacji trwa od 8 do 12 miesięcy, więc pierwsze stacje staną zapewne w 2021 roku. Obserwujemy też zainteresowanie ze strony przemysłu i firm prywatnych, które chciałyby taką stację postawić na potrzeby własnych flot samochodów wodorowych. Tutaj dużą rolę odgrywa transport. Pierwsze takie ciężarówki już jeżdżą po Niemczech – wskazuje Paweł Piotrowicz.

Zainteresowanie transportem wodorowym wykazuje także Norwegia. Przykładem może być pilotażowy program realizowany przez hurtownię Asko i organizację badawczą SINTEF. W ramach tego przedsięwzięcia na terenie firmy powstała stacja produkująca wodór. Energia elektryczna wytwarzana przez panele słoneczne zainstalowane na 9 tys. mkw. pokrycia dachu w regionalnym magazynie Asko jest wykorzystywana do elektrolizy wody. Powstały w ten sposób wodór tankowany jest do ciężarówki opracowanej we współpracy z firmą Scania. Ma ona silnik o mocy 290 kW, a do zasilania służą akumulator litowo-jonowy 56 kWh oraz ogniwo paliwowe PEM 90 kW. Na jednym tankowaniu ciężarówka może pokonać nawet 500 km.

– Zawsze w takich nowościach pierwszymi wykorzystywanymi samochodami będą autobusy bądź samochody ciężarowe. Dziś to są jeszcze dosyć drogie technologie, w związku z czym stać na nie będzie instytucje, przemysł lub firmy, które dużo zarabiają – twierdzi ekspert.

Nikola Motor Company, firma specjalizująca się w tworzeniu pojazdów ciężarowych zasilanych wodorem, zaprezentowała niedawno auto o nadwoziu pick-up. Auto zasilane jest przez akumulator oraz ogniwo paliwowe. Na samym akumulatorze jego zasięg wynosi ponad 480 km. Korzystanie z obu źródeł wydłuża zasięg dwukrotnie. Osobowe samochody o napędzie wodorowym jeżdżą już po drogach USA. Departament Energii otrzymał od marki Hyundai pięć egzemplarzy modelu Nexo. Południowokoreański koncern pomoże też w instalacji centrum tankowania wodoru, które ma stanąć w Waszyngtonie.

– W Polsce też mamy samochód wodorowy. Jest to pokazowa Toyota, czekamy natomiast na rozwój infrastruktury. Im szybciej ona powstanie, tym szybciej samochody wodorowe będą jeździć po polskich drogach – mówi Paweł Piotrowicz.

Według Allied Market Research rynek ogniw wodorowych w 2018 roku był wyceniany na niemal 652 mln dol. Do 2026 roku ma wzrosnąć do ponad 42 mld dol.

Potrzebujesz pieniędzy? Poproś sztuczną inteligencję

Wpływ sztucznej inteligencji na nasze życie przewidzieli już Stanisław Lem, Philip K. Dick oraz Steven Spielberg. Choć jej udział w rozwiązywaniu problemów finansowych nie prezentowałby się zbyt spektakularnie w hollywoodzkich produkcjach sci-fi, to w rzeczywistości staje się coraz silniejszy. Liderami w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w biznesie są branże: finansowa, hi-tech i telekomunikacja. Sztuczna inteligencja pozwala nie tylko na szybką analizę potrzeb klienta i dopasowanie najlepszej oferty. Dzięki AI firmy mogą mieć niższe koszty obsługi, wyższe przychody, sprawniejsze procesy i wyższą jakość. A to gwarantuje budowanie pozytywnych doświadczeń klienta. Czy gdzieś jest haczyk?

O sztucznej inteligencji (AI) słyszymy już od lat 50. ubiegłego wieku i jeszcze do niedawna kojarzyła się głównie z hollywoodzkimi superprodukcjami. Historia sztucznej inteligencji to jednak znacznie więcej. Termin ten zazwyczaj odnosi się do zdolności maszyn do uczenia się, i podejmowania słusznych decyzji, czy rozwiązywania problemów na podstawie zgromadzonych danych.

– Choć możemy sobie nie zdawać z tego sprawy, ze sztuczną inteligencją spotykamy się każdego dnia, bo znajduje zastosowanie w takich produktach jak np. aplikacja Siri stworzona przez Apple czy Google Assistant. AI odpowiada nam na zadawane pytania np. o prognozę pogody, wysyła SMS, czy uruchamia ulubiony program TV. Sztuczną inteligencję spotykamy też w autonomicznych samochodach, inteligentnych sieciach energetycznych, telewizorach, czy grach – mówi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna firmy Smartney należącej do francuskiej Grupy Oney Bank nazywanej często nie tyle fintechem, co smarttechem.

Potencjał jest ogromny

Wielkie i znane firmy przeznaczają ogromne pieniądze na badania i rozwój sztucznej inteligencji. Chociażby Microsoft, który uruchomił pięcioletni program AI for Health wspierający naukowców i organizacje non-profit w wykorzystaniu sztucznej inteligencji do poprawy zdrowia ludzi na świecie. Firma zamierza przeznaczyć na ten cel 40 milionów dolarów. W Wielkiej Brytanii AI jest już bardzo istotnym elementem opieki zdrowotnej, która wspiera diagnozę chorób oczu i nowotworów. Ponadto celem sztucznej inteligencji jest również zmniejszenie kolejek do lekarzy, odciążenie personelu tamtejszej służby zdrowia jak i spersonalizowanie leczenia. Na wszystkie te rzeczy brytyjski rząd w najbliższym czasie przeznaczył 250 milionów funtów. Dodatkowo zdaniem badaczy z pisma “Nature Biotechnology” sztuczna inteligencja ma wkrótce dobierać najodpowiedniejsze leki chorym na depresję. Już pokonuje lekarzy w odczycie badania mammograficznego, które pozwala wykryć wczesne, potencjalne groźne zmiany w piersiach. Nie wygrał z nią żaden z sześciu uczestniczących w eksperymencie specjalistów.

Pożyczka? Tak… z wykorzystaniem sztucznej inteligencji

Z badań przeprowadzonych przez NASK wynika, że świadomość codziennej styczności ze sztuczną inteligencją ma coraz więcej polskich internautów. Już ponad połowa respondentów (52,3 proc.) uważa, że sztuczna inteligencja wpływa na ich codzienne życie.

W jakich obszarach technologia wpływa na życie respondentów? Rozrywka i gry, transport, motoryzacja, komunikacja publiczna oraz media internetowe. Prawda jest jednak inna, co pokazuje raport „Artificial intelligence: The next digital frontier” przeprowadzony przez firmę doradczą McKinsey. Liderami w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji są takie sektory jak finanse i bankowość oraz hi-tech i telekomunikacja. W pierwszej połowie 2018 r. w fintech, czyli wszelkiego rodzaju technologie finansowe, zainwestowano na świecie 60 miliardów dolarów. To o 70 proc. więcej niż przez cały 2017 r. Z tej sumy prawie 45 proc. przypadło na Europę – czytamy w raporcie firmy KPMG. Również polska branża fintech nie opiera się światowym trendom i dynamicznie rośnie – nasz rynek technologii finansowych wyceniany jest t na ok. 850 milionów dolarów.

– Szeroko rozumiana technologia to podstawowa siła która będzie napędzać rozwój rynku consumer finance w kolejnych 10 latach – twierdzi Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney. Jej zdaniem przyszłość AI w branży pożyczkowej jest ogromna. Korzyści płynące z rozwoju, a następnie wykorzystania technologii będą zauważalne np. w zmniejszeniu strat kredytowych, wyższych przychodach, niższych kosztach obsługi i pozytywnym doświadczeniu klienta na wszystkich etapach kontaktu z pożyczkodawcą. Już dziś prawie 60 proc. polskich programistów przepytanych przez Fundację Infoshare uważa, że nie dalej niż za pięć lat to wyłącznie sztuczna inteligencja będzie oceniać naszą zdolność kredytową. Dzięki technologii otrzymamy pożyczkę szybciej, a AI dodatkowo zauważy o wiele więcej zależności w zebranych danych na temat klienta, które z kolei pozwolą stworzyć bardziej dokładny profil kredytobiorcy.

– Dzięki wykorzystaniu AI pożyczkodawca może estymować dochody i sytuacje finansowa klienta. O ile tradycyjnie klient musi mozolnie wypełnić wniosek i podać wiele szczegółowych danych, o tyle technologia pozwala wykonać dokładną analizę bez ręcznie wprowadzanych deklaratywnych danych. Analiza wspomaga zaproponowanie najrozsądniejszej kwoty pożyczki i warunków spłaty i chroni przed przekredytowaniem. Jednym z podstawowych założeń wykorzystania AI w ocenie ryzyka kredytowego jest to, że ludzie go konfigurujący robią to profesjonalnie – podkreśla Katarzyna Jóźwik.

Czy to bezpieczne?

Do wykrywania oszustów zaciągających pożyczki w internecie zaangażowano uczenie maszynowe, czyli mówiąc najprościej zapamiętanie wzorców i zachowań, których maszyna już kiedyś „doświadczyła”. Algorytm obserwuje jak pożyczkobiorca zachowuje się przy rejestracji na stronie, a także z jakiego oprogramowania i sprzętu korzysta. Następnie te informacje porównuje z danymi we wniosku o kredyt i ocenia prawdopodobieństwo oszustwa.

– W Smartney ponad 95 proc. wniosków kredytowych jest przetwarzana w pełni automatycznie. O ile w bankach często analityk kredytowy podejmuje decyzje kredytową, w Smartney taka funkcja w ogóle nie występuje. Co nie oznacza, że człowieka w procesie nie ma. Wszelkie wątpliwości zaznaczone przez automaty jako niejednoznaczne do podjęcia automatycznej decyzji trafiają pod opiekę doświadczonego specjalisty. Elementy uczenia maszynowego można spotkać w fintechach proponujących rozwiązania przeciwdziałające nadużyciom. Smartney z takich właśnie korzysta – podsumowuje Katarzyna Jóźwik.
Zanosi się więc na to, że w najbliższej perspektywie pożyczkodawcy online i dostawcy usług fintech będą nadal przewodzić w rozwoju sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Być może banki i inni tradycyjni pożyczkodawcy także z czasem poczynią znaczne postępy w tej dziedzinie.

Niemiecka giełda bije rekordy

Pomimo słabych danych z gospodarki główne indeksy giełdowe wydają się żyć własnym życiem. Główne indeksy największych państw Unii Europejskiej biją kolejne rekordy, co nie ma odzwierciedlenia w realnych danych. Czy czeka nas korekta?

Inflacja rośnie

Dzisiaj poznaliśmy inflację na Węgrzech. Wynik wyniósł 4,7%, jest to powyżej oczekiwań na poziomie 4,3%. Warto zwrócić uwagę, że Węgry (w przeciwieństwie do Polski) już w zeszłym roku miały odczyty inflacji na poziomie niemal 4%. Z drugiej strony stopa procentowa na Węgrzech wynosi 0,9%, zatem jest miejsce na jej podwyższenie. Ruch ten jednak nie jest wcale taki oczywisty, biorąc pod uwagę słabe dane z wielu państw europejskich, mogące zwiastować spowolnienie w gospodarce.

Niemiecka giełda lepsza niż gospodarka

Dysproporcje pomiędzy osiągami głównego niemieckiego indeksu DAX i osiągów gospodarczych krajów od dłuższego czasu dziwią analityków. Giełda jest historycznych maksimach, z kolei wskaźniki koniunktury, wzrostu gospodarczego, produkcji przemysłowej, czy sprzedaży detalicznej błądzą w okolicach wskazujących na recesję. Jedynym istotnym parametrem tamtejszej gospodarki, budzącym zaufanie inwestorów, jest gwałtownie spadające zadłużenie względem PKB. To właśnie rezerwa środków mogących w razie negatywnego scenariusza wesprzeć gospodarkę podnosi wiarygodność kraju. Dlaczego jednak giełda jest na maksimach? Pewną wskazówką mogą być alternatywy, ujemna stopa procentowa powoduje, że nie da się zarobić ani na lokatach, ani na obligacjach. Inwestorzy są więc niejako skazani na giełdę. W rezultacie kursy akcji rosną, mimo że część produkcji jest wstrzymana przez epidemię w Chinach.  

Budżet zrównoważony

Zdaniem Jadwigi Emilewicz będziemy mieć w tym roku pierwszy po 1989 roku zrównoważony budżet. Biorąc pod uwagę zadłużenie w poprzednich latach, śmiało można było ten rok przeciągnąć wcześniej. Pewnym problemem są jednak bardzo optymistyczne dane makroekonomiczne. PKB ma rosnąć 3,7% w skali roku, a inflacja o 2,5%. Oznacza to, że gospodarka musiałaby obecnie o 1% przyspieszyć, a inflacja spowolnić o tyle samo. Nie bez znaczenia są jednak sztuczki księgowe i zadłużanie się w funduszach. W ten sposób księgowo można dowieść każdy wynik. Pytanie brzmi, czy nadal jest to zrównoważony budżet.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Polacy opracowali nowoczesną technologię namnażania komórek odpowiedzialnych za młody wygląd. Nowe rozwiązanie trafi na rynek jeszcze w 2020 roku

Przybywa rozwiązań, które mają wygładzić, odmłodzić i poprawić koloryt skóry. Coraz więcej kobiet decyduje się na zabiegi medycyny estetycznej. Polacy opracowali bezpieczną i naturalną metodę, której efekty mogą utrzymywać się około siedmiu lat. Dzięki pobranym od pacjenta fibroblastom, czyli komórkom odpowiedzialnym za młody wygląd, naukowcy stworzyli preparaty ze 100120 mln fibroblastów na milimetr. Produkt, który zrewolucjonizuje medycynę estetyczną, może trafić na rynek w drugiej połowie 2020 roku.

– W naszej metodzie nie wstrzykujemy np. kwasu hialuronowego czy też botuliny, natomiast podajemy preparat przygotowany właściwie z komórek konkretnego pacjenta z określoną dużą ilością fibroblastów. One podejmują funkcje, do jakich służą skórze właściwej, przez to efekt odmłodzenia może się utrzymywać do pięciu–siedmiu lat, na co mamy kliniczne podstawy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Czynsz z BioCellLab.

Fibroblasty są głównym składnikiem komórkowym tkanki łącznej skóry. Pełnią w skórze wiele funkcji, m.in. kontrolują skład i strukturę składników macierzy zewnątrzkomórkowej skóry właściwej, jak kolagen czy elastyna. To właśnie fibroblasty są odpowiedzialne za młody wygląd, jednak ich liczba wraz z wiekiem spada. Według badań naukowców produkcja kolagenu w skórze osób starszych jest średnio o 75 proc. niższa niż u ludzi młodych, a całkowita liczba fibroblastów spada o 35 proc. Już w 1994 roku amerykańscy naukowcy wykazali, że wprowadzenie dodatkowych fibroblastów do skóry pomaga wypełnić zmarszczki. Polacy mogą jednak sprawić, że leczenie nimi stanie się łatwiejsze.

– Funkcjonowanie fibroblastów w medycynie estetycznej znane jest od dwudziestu kilku lat. Nasza innowacyjność polega na odpowiednio dużym namnażaniu populacji. Do tej pory była to populacja 40–60 mln, nasza technologia sprawia, że może to być 100–120 mln w jednym mililitrze. Kluczowa jest więc ilość fibroblastów do podania pacjentowi, ponieważ im jest ich więcej, tym element rozświetlenia i działania właściwego dla skóry jest pełniejszy – tłumaczy Piotr Czynsz.

Podczas projektu od pacjenta pobiera się fragment skóry, najczęściej zza ucha. Pobierane są z niego fibroblasty, które następnie są namnażane. Taki preparat można już zastosować u pacjenta. Jak przekonuje ekspert, na rozwiązaniu skorzystają nie tylko osoby pragnące przedłużyć młody wygląd, ale też te walczące z niedoskonałościami skóry czy np. bliznami potrądzikowymi.

– Badania trwały prawie dwa lata, zanim osiągnęliśmy efekt docelowy, czyli 100–120 mln fibroblastów w mililitrze. Stąd chęć zaprezentowania światu tego efektu, ponieważ to jest praktycznie dwa razy więcej niż dotychczasowe możliwości namnażania, czyli naprawdę dużo – przekonuje przedstawiciel BioCellLab.

Na rynku najczęściej stosowane są zastrzyki z botoksu, peelingi chemiczne czy wypełniacze tkanek miękkich. Coraz większą popularność zdobywa mikroneedling, czyli technika, w której lekarz wielokrotnie nakłada na skórę narzędzie zawierające wiele małych, cienkich i ostrych igieł. Powodują one drobne urazy, które stymulują produkcję kolagenu i elastyny. Dodatkowo można przy tym stosować kwas hialuronowy lub kwas askorbinowy. Metoda jest stosunkowo bezpieczna, jednak nie można jej porównywać z fibroblastami.

– Jest to bezpieczne, ponieważ uzyskujemy preparat, który powstał z komórek danego pacjenta. Nie mieszamy go z jakimkolwiek innym składnikiem, który może wywołać niepożądane reakcje. Tego preparatu jest podawana niewielka ilość, ponieważ koncentracja fibroblastów w danej jednostce objętości, czyli w 1 ml, jest bardzo wysoka. Stąd też nakłucia nie są tak duże jak przy klasycznych wypełnieniach i efekt utrzymuje się przez lata – tłumaczy Piotr Czynsz.

Jak zapowiada ekspert, produkt może pojawić się na rynku jeszcze w drugiej połowie 2020 roku.

Sztuczna inteligencja na rynku pożyczek konsumenckich

Najnowsze technologie wkraczają do sektora finansowego. O tym jak można zastosować sztuczną inteligencję na rynku drobnych pożyczek konsumenckich rozmawiamy z Bartoszem Tomczykiem – przewodniczącym rady nadzorczej spółki Provema.

Jak zmienia się rynek pożyczek konsumenckich? Jakie cechy, według Pana, powinna mieć nowoczesna firma pożyczkowa?

Naszym celem, od początku, było stworzenie firmy o wysokich standardach etycznych, przyjaznej i rozpoznawalnej marce oraz o najwyższej wiarygodności wśród inwestorów. Aby to osiągnąć, musimy oferować atrakcyjne produkty, spełniające oczekiwania i potrzeby klientów. Niezwykle istotne jest stosowanie jasnych i zrozumiałych dla klienta umów oraz etycznych metod windykacji. Z kolei inwestorów chcemy przyciągnąć wysoką stopą zwrotu i niskim ryzykiem inwestycji. Z punktu widzenia rentowności naszego biznesu kluczowe znaczenie mają koszty związane z niespłacanymi pożyczkami. Obniżamy je inaczej niż tradycyjne instytucje finansowe i moim zdaniem robimy to bardziej skutecznie. Dzięki temu ryzyko ponoszone przez inwestorów jest znacznie niższe. Nasz pomysł na biznes od początku polega na informatyzacji procesu podejmowania decyzji kredytowej. Robimy to dzięki naszym autorskim rozwiązaniom opartym na algorytmach z użyciem sztucznej inteligencji.

Co to właściwie jest sztuczna inteligencja? Czy nie ufają Państwo za bardzo rozwiązaniom informatycznym? Czy inwestorzy się tego nie przestraszą?

Nasz system informatyczny korzysta z ogromnych zbiorów danych. Chodzi tu nie tylko o sprawdzenie, czy dana osoba nie figuruje w bazach nierzetelnych dłużników, ale także analizę integralności podanych danych czy sposobu wypełniania wniosku na naszej stronie internetowej. Używamy wszystkich danych, które mamy i szukamy korelacji pomiędzy nimi a niespłaconymi później pożyczkami. Nasze oprogramowanie samodzielnie się uczy i samodzielnie osiąga stawiane mu cele. Właśnie te cechy decydują o tym, że mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją a nie z zaawansowaną analizą statystyczną.

Pyta Pan, czy nie ufamy za bardzo sztucznej inteligencji. Moim zdaniem jest znacznie bardziej wiarygodna niż komisja kredytowa w tradycyjnym banku. Ludzki mózg bardzo często wpada w pułapki utrudniające mu podejmowanie racjonalnych decyzji. Tymczasem oprogramowanie podejmuje je bez emocji i tylko na podstawie danych statystycznych. Osobny temat to koszty. Dyrektorzy banków zasiadający w komitetach kredytowych pobierają z reguły bardzo wysokie wynagrodzenia. Natomiast nasze oprogramowanie pracuje za darmo, tym bardziej, że rozwijamy je we własnym zakresie. Inwestorzy z reguły bardzo lubią, gdy maszyna lub oprogramowanie zastępuje człowieka i w dodatku wykonuje jego pracę lepiej i taniej. Dzięki temu nasza szkodowość spada nie tylko z roku na rok, ale również z miesiąca na miesiąc. Z jednej strony ograniczamy koszty administracji a z drugiej koszty niespłacanych pożyczek.

Organiczne tempo rozwoju Pana biznesu jest bardzo wysokie. Dlaczego więc chcecie pozyskać inwestorów?

Rzeczywiście, rozwijamy się w tempie geometrycznym. W 2017 udzieliliśmy zaledwie 1.916 pożyczek, w 2018 było ich 6.5 tysiąca, a w zeszłym roku aż 17.184. Mamy bardzo ambitne plany rozwojowe. W najbliższym czasie rozpoczynamy działalność w Hiszpanii i na Litwie, do końca tego roku planujemy wystartować w Chorwacji i Bułgarii. Moim zdaniem polscy przedsiębiorcy za rzadko decydują się na ekspansję międzynarodową. Dane pokazują, że 60% polskich startupów nie ma w ogóle klientów za granicą. Tymczasem to właśnie tam są największe szanse na rozwój.

Rozwijamy też naszą aplikację mobilną, która już teraz zapewnia naszym klientom bardzo wysoki poziom obsługi. A planujemy dalsze usprawnienia. Chcielibyśmy też w przyszłości przekształcić się w Bank. Dzięki temu mielibyśmy łatwiejszy dostęp do kapitału, a nasze rozwiązania informatyczne mogłyby służyć do zaoferowania klientom znacznie większej gamy atrakcyjnych produktów finansowych.

Wywiadu udzielił Bartosz Tomczyk – Przewodniczący Rady Nadzorczej w firmie Provema, absolwent Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Poznaniu oraz Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Doświadczenie zawodowe zdobywał w bankach HSBC, Millennium i BGŻ BNP Paribas.

Coraz częściej sprzedajemy usługi IT za granicę

Eksport polskich usług rośnie ponad dwa razy szybciej niż eksport towarów. Tuż po transporcie, znaczący udział mają tutaj usługi z sektora technologii informatycznych. Istnieją firmy IT, które swoje usługi w większości eksportują, a kontrakty podpisują nie w Warszawie, a Berlinie.

Polskie firmy sprzedają coraz więcej usług związanych z technologiami informatycznymi za granicę. W okresie 2010-2018 wartość eksportu polskich usług IT wzrosła aż ponad 6-krotnie.  Zgodnie ze statystykami NBP, wzrost polskiego eksportu usług branży IT jest jednym z najwyższych w UE (po Niemczech i Belgii). Od dłuższego czasu w Polsce utrzymuje się także dodatni bilans wymiany handlowej, czyli więcej usług sprzedajemy za granicę, niż zza granicy kupujemy. Rola polskiego sektora usług IT na rynku globalnym rośnie.

Wąska specjalizacja sposobem na sukces?

W ramach unijnego programu monitorowania naszej planety – Copernicus – kilka lat temu powstał pomysł, aby dane, które na bieżąco są zbierane za pomocą szeregu urządzeń i czujników, w tym przez europejskie satelity z rodziny Sentinel, zostały udostępnione wszystkim zainteresowanym. Miały one służyć nie tylko prognozowaniu meteo i rozwojowi nauk o Ziemi, ale także europejskim firmom w celu tworzenia produktów i usług wykorzystujących dane z obserwacji naszej planety. Informacje miały być dostępne w ramach pięciu internetowych platform DIAS (Data and Information Access Services) z wyszukiwarką oraz możliwością przeglądania i pobierania danych. Pojawił się jednak problem związany z ilością tych informacji. Zdecydowano o rozpisaniu przetargu na stworzenie odpowiedniej chmury obliczeniowej. Ostatecznie zbudowanie dwóch z pięciu platform – CREODIAS i WEkEO – powierzono polskiemu CloudFerro wraz z partnerami.

Komisja Europejska stawia na chmurę w administracji publicznej i rozwój sektora kosmicznego, tymczasem Polska zmniejsza składki odprowadzane do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Dodatkowo wykorzystanie chmury w sektorze publicznym jest, póki co, znikome. Dla firmy takiej jak nasza, o wąskiej specjalizacji, wyjście za granicę okazało się więc znacznie korzystniejsze niż rozwój wyłącznie na rynku lokalnym na którym dzisiaj generujemy niewielką część przychodów. Dzięki tej odważnej decyzji ze startupu staliśmy się w ciągu kilku lat firmą średniej wielkości – tłumaczy Przemysław Mujta, menadżer technicznego wsparcia sprzedaży w CloudFerro.

Łatwiej sprzedawać za granicą niż w Polsce?

Nie tylko CloudFerro jest przykładem polskiej firmy IT, która podpisuje większe kontrakty poza Polską niż w kraju:   

– Za granicą sprzedaje się usługi informatyczne i wiedzę łatwiej niż w Polsce. Wynika to z jednej strony z większego zrozumienia nowoczesnych technologii i tego jaki wpływ ma to na rozwój firmy, co przekłada się na większą świadomość i rosnące potrzeby w zakresie informatyzacji. Niewystarczająca lokalna podaż rozwiązań IT powoduje, że firmy zachodnie poszukują innowacji na rynkach zewnętrznych. A jeżeli oprócz wysokiej jakości, polski podwykonawca jest w stanie zaoferować atrakcyjną cenę to wybór wydaje się prosty. Ma to duże znaczenie zwłaszcza w kontekście spowolnienia gospodarczego o którym mówi się coraz częściej. Ono sprawia, że firmy uważniej liczą pieniądze – zwraca uwagę Maciej Sawa, prezes OnAudience.com, należącej do grupy Cloud Technologies, specjalizującej się w Big Data marketingu.

Ale są też inne powody dla których sprzedaż polskich usług za granicę rośnie. To m.in. zasługa wysokich kompetencji polskich specjalistów, którzy są świetnie oceniani nie tylko w Europie. Polska, jako kraj kształcący świetnych specjalistów, jest jednocześnie miejscem tworzenia cenionych rozwiązań technologicznych, które znajdują zadowolonych nabywców na zachodzie. – Niedawno rozmawialiśmy z naszymi partnerami biznesowymi w Nowym Jorku i oni mówią tak: słuchajcie, tworzycie aplikacje na poziomie, którego nie powstydziliby się Amerykanie, ale jesteście od nich nawet kilkakrotnie tańsi. Powinniście bardziej się cenić, bo możecie. Zrozumieliśmy wtedy, że czasem brakuje nam odwagi, by sprzedawać więcej za granicą – wspomina Łukasz Karwacki, CEO Sunscrapers, firmy projektującej aplikacje głównie na rynek Stanów Zjednoczonych.  

Rozwój na rynkach zagranicznych

Export usług ułatwiają także dotychczasowe doświadczenia w wymianie handlowej. Tak jest w przypadku CloudFerro, dla której wielkim otwarciem na rynki zagraniczne był pierwszy duży kontrakt, podpisany z Europejską Agencją Kosmiczną. Dziś firma może pochwalić się już doświadczeniem na kilku rynkach:

Na rynku niemieckim, który od lat jest naszym największym partnerem handlowym, jest łatwiej o kontrakty niż np. we Francji, która promuje własne firmy i rozwiązania. W obszarze technologii sprzyja nam też europocentryzm – Komisja Europejska zwraca dużą uwagę na przetwarzanie danych cyfrowych lokalnie, ze szczególnym uwzględnieniem prawodawstwa EU oraz bezpieczeństwem danych, niechętnie patrząc np. na ofertę takich dostawców jak Amazon. Daje nam to możliwość startowania w największych przetargach na równych prawach z innymi dostawcami usług chmurowych z Europy – tłumaczy Przemysław Mujta z CloudFerro, która w ubiegłym roku pozyskała kontrakt na wdrożenie platformy chmurowej dla niemieckiej agencji aerokosmicznej – DLR.

Eksport bez transportu?

Nowe technologie oraz globalizacja procesów biznesowych to szansa dla polskich firm. Dziś nawet znacząca odległość czy różne strefy czasowe nie są przeszkodą w sprawnej współpracy. Co więcej, rozwój technologii umożliwia funkcjonowanie usług w zupełnie nowych modelach. Dobrym przykładem jest firma Pix Moving z chińskiego Guiyang, która przygotowuje się do sprzedaży autonomicznych aut w USA bez fizycznego ich eksportu. Model działania firmy ma opierać się na przesyłaniu do chmury obliczeniowej planów dla drukarek 3D dotyczących tworzenia poszczególnych komponentów. Klienci zagraniczni będą mogli pobrać instrukcje i na swoich drukarkach wyprodukować pojazdy lub części do samochodów. To kolejny krok w kierunku globalnego rozwoju handlu usługami.

Innowacyjne firmy, tworzące świetne technologie, mogą je dziś sprzedawać właściwie wszędzie. Kraje, które kilka dekad temu postawiły na edukację specjalistów IT, dziś są nie tylko ośrodkami outsourcingu dla globalnych gigantów, ale także miejscem tworzenia innowacyjnych rozwiązań. Granice nie mają już większego znaczenia. Dzięki nowoczesnym technologiom, produkcja i eksport wkrótce będą wyglądać zupełnie inaczej.

Pozytywna rekomendacja dla CAT od GS. Microsoft z podniesioną ceną docelową

Otwarcie na amerykańskim rynku, podobnie jak w Azji czy w Europie znajduje się niżej niż wczorajsze zamknięcie z racji skokowego wzrostu stwierdzonych nowych przypadków zachorowań spowodowanych przez koronawirusa. Ten gwałtowny przyrost jest spowodowany m.in. tym, że zmieniono metodologię klasyfikacji chorych, co może mieć jedynie jednorazowy wpływ na tak istotną zmianę.

Warto jednak pamiętać, że amerykański rynek akcji wciąż jest blisko ustanowionych wczoraj rekordów wszech czasów i nie brakuje pozytywnych informacji dla poszczególnych spółek. Dziś w handlu przed sesją wyróżniała się spółka Caterpillar, która była jedyną zyskującą w indeksie Dow Jones Industrial Average, skupiającego akcje 30 przedsiębiorstw. Caterpillar, Inc. (CAT) zajmuje się produkcją sprzętu budowlanego i wydobywczego, silników diesla i tych napędzanych gazem ziemnym, turbin gazowych czy lokomotyw spalinowo-elektrycznych. Pozytywny sentyment do CAT pojawił się po rekomendacji banku Goldman Sachs. GS podniósł cenę docelową dla ceny akcji spółki na 168 USD, czyli o ponad 20 proc. wyżej niż cena obecna.

Również pozytywne informacje pojawił się dla jednej z gwiazd obecnej hossy, czyli spółki Microsoft. MSFT, którego cena akcji w rok wzrosła o prawie 80 proc., a z kolei od początku tego roku o około 17 proc., otrzymał wyższą cenę docelową od analityków Evercore ISI. Została ona podniesiona z poziomu 190 USD do 2012 USD, co oznacza potencjał 15 proc. wzrostu od wczorajszego zamknięcia. Według danych zebranych przez Bloomberga Microsoft na Wall Street ma 39 rekomendacji kupna, 3 rekomendacje trzymaj i zero rekomendacji sprzedaży.

Tymczasem popularna sieć kawiarni Starbucks otrzymała od MKM Partners rekomendację kupna z ceną docelową na poziomie 105 USD, która znajduje się o 19 proc. powyżej środowego zamknięcia. Na Wall Street spółka ma 15 rekomendacji kupna, 17 trzymaj i tylko 1 sprzedaj. W tym miesiącu cena akcji Starbucks wzrosła o około 5 proc.

Warto odnotować, że środę 12 stycznia Apple odnotowało rekordową cenę zamknięcia. Dziś cena akcji nieznacznie zniżkuje, ale pozytywną informacją dla byków może być fakt, że Apple poinformowało, iż niektóre sklepy w Pekinie zostaną otwarte już jutro 14 lutego. Sklepy będą na razie czynne w specjalnych godzinach od 11 do 18.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Wystąpienie ze spółki cywilnej i jej likwidacja nie są obojętne podatkowo

Spółka cywilna jest jedną z najczęstszych form wspólnego prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza tej o niewielkiej skali. Zakłada ona stosunkowo proste uregulowania dotyczące relacji między wspólnikami, czytelne zasady podziału zysku oraz praw i obowiązków wspólników, a także stosunkowo niewielki formalizm przy zakładaniu i prowadzeniu biznesu w tej formule współpracy. Stosunkowo proste są także rozliczenia podatkowe w podatku dochodowym – podatnikami są tylko wspólnicy, nie sama spółka. Pewne komplikacje mogą jednak zaistnieć zwłaszcza w sytuacji wystąpienia ze spółki lub jej rozwiązania.

Spółka cywilna to rodzaj umowy

Spółka cywilna jest w istocie jedynie rodzajem stosunku zobowiązaniowego między podmiotami, które decydują się na wspólne prowadzenie działalności gospodarczej. W ujęciu prawnym nie jest ona odrębnym podmiotem praw i obowiązków, pozostając jedynie formą prowadzenia działalności przez wspólników. Tylko oni są też przedsiębiorcami. To oznacza, że spółka cywilna nie podlega wpisom do rejestrów prowadzonej działalności gospodarczej, nie jest też podatnikiem podatku dochodowego.

Przychody i koszty prowadzonej działalności w ujęciu podatkowym są rozpoznawane bezpośrednio po stronie wspólników i to ich dotyczą wszelkie obowiązki z tym związane. Tym samym w trakcie prowadzenia działalności w ramach spółki rozliczenia nie powinny rodzić szczególnych problemów związanych z tą formą współpracy – istotniejsze jest natomiast jej zakończenie.

Wystąpienie wspólnika i rozwiązanie spółki

Jeżeli umowa spółki została zawarta przez wspólników na czas nieokreślony, wspólnik ma prawo w dowolnym momencie, z zachowaniem właściwego terminu, wypowiedzieć swój udział. Wówczas, zgodnie z art. 871 kodeksu cywilnego, konieczne jest dokonanie z nim rozliczeń.

Rozliczenia są konieczne także w przypadku, gdy spółka ulega rozwiązaniu. Może to nastąpić m.in. w przypadku upływu terminu, na który spółka została zawarta, śmierci lub wystąpienia jednego ze wspólników (zwłaszcza gdy w spółce miałby pozostać tylko jeden z nich) lub decyzji wspólników o zakończeniu współpracy.

Dokonując rozliczeń, wspólnicy mogą kierować się zasadami określonymi w kodeksie cywilnym lub przyjąć inne rozwiązania. Nie ma to jednak kluczowego znaczenia dla rozliczeń podatkowych. Istotne jest natomiast to, co wspólnik wówczas otrzymuje – środki pieniężne czy inne składniki majątku spółki.

Otrzymanie pieniędzy

W przypadku otrzymania przez wspólnika środków pieniężnych w związku z likwidacją spółki, ich wartość nie stanowi przychodu. Dzięki temu nie powstaje problem podwójnego opodatkowania zysków wygenerowanych przez spółkę w trakcie jej działalności – przychód, a w konsekwencji także dochód podlegający opodatkowaniu powstawały u wspólników na bieżąco w trakcie prowadzenia przez spółkę działalności. Tym samym wypłata środków w momencie zakończenia działalności nie może być opodatkowana.

Inne zasady znajdują zastosowanie w przypadku wystąpienia wspólnika ze spółki, choć jedynie w ograniczonym zakresie.

Zgodnie z ogólną zasadą wyrażoną w art. 14 ust. 1 pkt 16 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej „u.p.d.o.f.”) otrzymane przez występującego wspólnika środki stają się dla niego przychodem w momencie ich otrzymania. Źródłem tego przychodu jest działalność gospodarcza. Jednocześnie do tego przychodu nie zalicza się wartości zysku wygenerowanego przez spółkę (i w odpowiedniej części wypłaconego wspólnikowi) w trakcie jej działalności, gdyż te środki już wcześniej zostały rozpoznane jako przychód wspólnika.

Dodatkowo nie całość tak określonego przychodu podlega opodatkowaniu. Przepisy w art. 23 ust. 4b u.p.d.o.f. określają bowiem także specyficzne zasady ustalania wysokości kosztów uzyskania przychodów, które sprawiają, że dochodem jest jedynie różnica między przychodem wspólnika a wydatkami na nabycie lub objęcie prawa do udziałów w takiej spółce.

Opodatkowaniu podlega więc tylko kwota, która nie jest jedynie spłatą jego udziału wniesionego do spółki i jednocześnie nie została już wcześniej rozpoznana jako przychód po stronie wspólnika w związku z prowadzeniem przez spółkę działalności. Dzięki temu wyeliminowane zostanie ryzyko podwójnego opodatkowania tego samego dochodu.

Otrzymanie składników majątkowych

Inaczej rzecz ma się w przypadku przyznania wspólnikowi innych składników majątku. Zasadą jest, że przychód z tego tytułu powstać może dopiero w momencie zbycia takiego składnika. Co jednak istotne, jeżeli zbycie nastąpi po upływie 6 lat od dnia nabycia, przychód w ogóle nie powstanie. Zasadę tę stosuje się zarówno w przypadku, gdy wspólnik występuje ze spółki, jak również w przypadku jej rozwiązania.

Kosztem uzyskania przychodów w takim przypadku są wydatki poniesione w celu nabycia lub wytworzenia określonego składnika majątkowego, które nie zostały wcześniej zaliczone do kosztów uzyskania przychodów. Co istotne, znaczenie ma tutaj rozpoznawanie takich kosztów przez wspólników spółki w czasie jej trwania. Tym samym, w ramach przykładu, jeśli określony środek trwały znajdujący się we wspólnym majątku wspólników spółki cywilnej podlegał dokonywanej przez nich amortyzacji, dla ustalenia dochodu wspólnika z tytułu sprzedaży takiego składnika po jego nabyciu do jego wyłącznego majątku należy uwzględnić niezamortyzowaną wartość tego środka.

Dodatkowo, jeżeli wspólnik po wystąpieniu ze spółki cywilnej kontynuuje prowadzenie działalności gospodarczej, do której wykorzystuje nabyty składnik majątku, ma on prawo kontynuować jego amortyzację według zasad stosowanych przez wspólników wcześniej.

Przy końcowych rozliczeniach należy zachować ostrożność

Zasady opodatkowania środków pieniężnych lub innych składników majątku przyznawanych wspólnikowi spółki cywilnej w chwili jego wystąpienia lub zakończenia działalności przez spółkę są analogiczne jak w przypadku spółek osobowych określonych w kodeksie spółek handlowych. Mimo to są to inne instytucje prawne, a odrębności między nimi na gruncie innych regulacji zawsze należy mieć na uwadze. Same kwestie opodatkowania nie powinny być przeszkodą we wspólnym prowadzeniu działalności w tym schemacie. Jednak zawsze należy zachować daleko idącą ostrożność, aby nie popełnić błędów przy rozliczeniach, zwłaszcza w momencie kończenia współpracy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

8. edycja Poland & CEE Digital Finance Summit coraz bliżej

Już 26 lutego rozpocznie się 8. edycja jednej z największych i najbardziej dynamicznych konferencji FinTech w Polsce. Wydarzenie potrwa 2 dni. Weźmie w nim udział 60 prelegentów, którzy opowiadać będą m.in. o strategiach po wdrożeniu PSD2, technologii chmury finansowej, big data, analityce, blockchain i AI.

– Innowacje w sektorze finansowym mają przełożenie na cały biznes. Nowoczesne metody płatności napędzają e-commerce, chmura zmienia bankowość, chatboty i technologie AI optymalizują procesy, a PSD2 sprawia, że na rynku pojawiają się nowe usługi i nowe modele biznesowe. Formuła konferencji pozwala na przedstawienie bardzo wielu przykładów zastosowania technologii fintech w praktyce. Zapraszam na Poland & CEE Digital Finance Summit – komentuje Łukasz Piechowiak, redaktor naczelny portalu Fintek.pl, członek Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit.

Poland & CEE Digital Finance Summit to jedno z najciekawszych wydarzeń FinTech w Polsce. Program konferencji jest przygotowywany przez osiemnastoosobową radę programową, w której skład wchodzą przedstawiciele najbardziej rozpoznawalnych przedsiębiorstw technologiczno-finansowych w kraju.

– Sektor cyfrowych finansów cały czas bardzo dynamicznie się zmienia, dlatego istotne jest, by być świadomym możliwości, jakie niesie ze sobą najbliższa przyszłość oraz umiejętnie korzystać z pojawiających się szans. Warto o tym rozmawiać, żeby odpowiednio przygotować rozwiązania wewnątrz swojej organizacji, tak by wychodzić naprzeciw oczekiwaniom i wartościom naszych klientów – komentuje Monika Charamsa, CEO Bancovo, członkini Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit. Udział w wydarzeniach, takich jak Digital Finance Summit daje szereg korzyści, niezależnie czy występujemy w roli prelegenta, członka rady programowej, czy uczestnika. Jest to zawsze szansa na wymianę doświadczeń, zdobycie dużej dawki inspiracji i branżowych kontaktów, dlatego zawsze chętnie uczestniczymy w konferencjach dotyczących sektora finansowego, w tym FinTech. Chcemy być na bieżąco z trendami – dodaje.

Uczestnicy konferencji będą mieli okazję zapoznać się z przykładami zastosowania przełomowych technologii w usługach finansowych, nowe źródła wartości i modele biznesowe oraz ich wpływ na szerszy ekosystem. Przeprowadzone zostaną również analizy strategii po wdrożeniu PSD2. Prelegenci będą przyglądać się dokładnie technologii chmury finansowej, big data, blockchain, AI i innym narzędziom wykorzystywanym zarówno w zakresie back office, jak i w rozwoju produktu.

Nowe technologie zmieniają branżę finansową na niespotykaną do tej pory skalę. Otwarta bankowość, rozwiązania chmurowe, blockchain, czy robotyzacja i sztuczna inteligencja dają nieograniczone możliwości tworzenia nowych usług, produktów finansowych oraz usprawniania istniejących procesów i narzędzi. Partnerstwa między instytucjami finansowymi a fintechami umożliwiają zwinne wdrażanie innowacji, a tym samym szybkie odpowiadanie na potrzeby klientów. Wierzę, że warto dzielić się doświadczeniami, pokazywać przykłady udanych kooperacji, a także prezentować synergie, które powstają we współpracy instytucji finansowych i startupów technologicznych – mówi Daniel Daszkiewicz, CIO w Alior Banku oraz członek Rady Programowej Poland & CEE Digital Finance Summit.

Kursy co 15 sekund i dojazd do klienta w 5 minut – iTaxi podsumowuje kolejny rok działalności

Miliony przejazdów zrealizowanych w 2019 roku, o 40% więcej kierowców, liczne inwestycje w rozwój oferty skierowanej do biznesu i powołanie Łukasza Wejcherta do Rady Nadzorczej firmy – tak zakończył się 2019 rok dla iTaxi, czołowego dostawcy usług związanych z podróżowaniem. W 2020 roku firma planuje w dalszym ciągu zwiększać zasięg o kolejne lokalizacje, w których będzie można skorzystać z coraz bardziej zaawansowanej technologicznie aplikacji, a także rozwijać ofertę dla klientów biznesowych. W styczniu br. iTaxi znalazło się na liście Top Polish startups to follow in 2020, przygotowanej przez Sifted, portal należący do Financial Times.

Szybciej i więcej

W ubiegłym roku klienci zamawiali kursy iTaxi średnio co 15 sekund, a 92% wszystkich kursów zrealizowano za pośrednictwem własnej floty pojazdów. Liczba aktywnych kierowców wzrosła o 40%, co przełożyło się na skrócenie czasu oczekiwania na kierowcę – w Warszawie wyniósł on średnio 5 min. (poprawa o 8% względem 2018 roku).

Firma znacznie zwiększyła flotę dostępną w Małopolsce. W listopadzie 2019 roku iTaxi podjęło współpracę z krakowską korporacją Radio-Taxi Barbakan, dzięki której liczba aut wzrosła do 500. Zainwestowano również w nową flotę aut premium, dzięki czemu w barwach iTaxi jeżdżą teraz m.in. najnowsze modele aut m.in. Mercedes-Benz Klasy E.

Biznes w górę

W 2019 roku zaobserwowano znaczny wzrost zainteresowania usługami iTaxi skierowanymi do biznesu. Firma podpisała umowę z ponad 2000 firmami z całej Polski i zyskała kilkadziesiąt tysięcy nowych użytkowników B2B. Największy przyrost klientów z tego sektora przypadł na ostatni kwartał ubiegłego roku – 55% nowych aktywacji.

Aplikacja na maxa

2019 rok był także czasem intensywnych prac nad rozwojem technologii. Kierowcy otrzymali zupełnie nową aplikację do obsługi przejazdów (za którą iTaxi otrzymało nominację do nagrody dla najlepszej aplikacji firmowej w konkursie Mobile Trends 2018). Jednym z przełomowych momentów było usprawnienie user experience w aplikacji pod kątem osób niewidomych, a drugim zupełnie nowa odsłona iTaxi 4.0 z innowacyjną usługą Biletu iTaxi, w której cena za przejazd jest znana z góry.

Dodatkowo pasażerowie mogą już płacić za przejazd za pośrednictwem BLIK, GPay czy Apple Pay. Pod koniec 2019 roku rozpoczęto prace nad nowym panelem biznesowym. Nowy panel jest responsywny dzięki czemu dopasowuje się do urządzenia logującego się klienta. Unowocześniliśmy jego wygląd, a także pojawiły się w nim w nowe funkcjonalności ułatwiające kontrolowanie kosztów przejazdów  pracowników. Nasi klienci na bieżąco mogą śledzić statystyki przejazdów, porównywać je z poprzednimi miesiącami. Nowy panel to także nowe możliwość zamawiania taksówek nie tylko dla pracowników, ale również dla gości danego klienta. Wszystko to sprawia że aktualnie iTaxi kreuje i wyznacza nowe trendy na rynku taxi.

– Uważam, że poprzedni rok zakończyliśmy z sukcesem. Wprowadziliśmy szereg usprawnień zarówno pod względem rozwoju aplikacji dla pasażerów, jak i usług dla biznesu. Cieszę się, że zainteresowanie naszymi usługami stale rośnie. W ostatnim kwartale ten wzrost był znaczący, co tylko potwierdza, że jakość świadczonych przez nas usług oraz dostępność naszej floty jest doceniana przez kolejnych Klientów. Na ten rok mamy ambitne plany, ale jestem przekonany, że jesteśmy w stanie je zrealizować, bo mamy wiedzę, doświadczenie i zaangażowany zespół. Firma to ludzie, a ja mam to szczęście, że na pokładzie iTaxi mam energiczny i przedsiębiorczy zespół  – mówi Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Dalszy rozwój

W 2020 roku iTaxi planuje zwiększać zasięg działalności o nowe lokalizacje, w których będzie można skorzystać z zaawansowanej technologicznie aplikacji, a także rozwijać ofertę dla klientów biznesowych. Firma nadal będzie kłaść nacisk na rozwój oferty skierowanej do biznesu, jak również wprowadzi nowe rozwiązania dla klientów indywidualnych.

Konsekwencje Brexitu dla polskiego transportu

Oficjalnie Wielka Brytania nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Brytyjska flaga zniknęła z siedziby Unii w Brukseli, jednak, poza tym niewiele się zmieniło. Tysiące firm transportowych z Polski wciąż czeka na prawdziwe oblicze Brexitu. Jaką widzą przyszłość? Czego się boją? Czy są gotowi? Odpowiadają przedstawiciele polskiego transportu drogowego.

Polski transport drogowy od lat jest znaczącą siłą na gospodarczej arenie całej Europy. To polskie firmy (według Eurostatu) przewożą najwięcej ton ładunków w transporcie drogowym w Unii Europejskiej. Ponadto, transport na trasach Polska-Wielka Brytania ma dla naszej gospodarki szczególne znaczenie. Wielka Brytania to czołowy partner eksportowy Polski, zajmujący trzecie miejsce po Niemczech i Czechach. Według GUS-u obroty handlu zagranicznego z UK wyniosły w 2018 prawie 20 miliardów euro.

Znaczenie Wielkiej Brytanii dla polskiego transportu widać na przykładzie serwisu aukcji transportowych Clicktrans.pl:

Od 10 lat, czyli początków Clicktrans.pl, obserwujemy, jak ogromne znaczenie ma Wielka Brytania dla naszego, rodzimego transportu. Duża liczba przewoźników współpracujących z Clicktrans obsługuje zlecenia od małych biznesów albo klientów indywidualnych, którzy chcą przewieźć coś większego bądź zorganizować przeprowadzkę na trasach pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. Z ich perspektywy szczególnie ważne jest, aby Wielka Brytania i Unia Europejska zawarły korzystne porozumienia. Zwłaszcza, że zakończenie okresu przejściowego planowane jest do końca 2020 roku, a zapisy umów zagranicznych są ciągle nieznane. Każdego dnia polskie firmy transportowe tracą czas, który mogłyby przeznaczyć na przygotowanie do zmian, gdyż wciąż nikt nie wie, jak będą one wyglądać – mówi Michał Brzeziński, CEO Clicktrans.

Rynek mniejszych zleceń transportowych może jako pierwszy odczuć konsekwencje właściwego Brexitu. Przekonuje o tym właściciel firmy transportowej lublin-transport.pl, korzystający z Clicktrans:

Jeśli nastąpi tzw. „twardy” Brexit i powrócą opłaty celne oraz odprawy graniczne, to część przewoźników może zmienić kierunki transportu, a nawet zrezygnować z transportu. Z pewnością Brexit najbardziej odczują przewoźnicy zajmujący się transportem pojazdami do 3,5 t. Ich biznesy są oparte na zleceniach od mniejszych firm i klientów indywidualnych, których mogą przerosnąć stawki celne – tłumaczy Krzysztof Pawełczak, właściciel firmy lublin-transport.pl, specjalizującej się w transporcie na trasach Polska – Wielka Brytania.

Jednak zmiany idące za Brexitem dają także promyk nadziei:

Brexit niesie za sobą szansę dla firm, które działają zgodnie z literą prawa, ponieważ dodatkowe procedury i kontrole na granicach ograniczą działalność przewoźników, którzy naginają prawo, zatrudniając kierowców na wątpliwe umowy czy ukrywając ładunki w dokumentacji. Jednak na ten moment czekamy, zobaczymy co wydarzy się w okresie przejściowym. Brexit to wciąż jedna wielka niewiadoma – dodaje Pawełczak.

Podobnie uważa współwłaścicielka Monika-Trans – firmy regularnie obsługującej zlecenia transportowe na trasach Wielka Brytania-Polska:

Jeśli pojawi się nowe cło na towary, zapewne wzrosną ceny transportu. Większe kontrole to wydłużenie czasu transportu, więc trudniej będzie zrealizować priorytetowe zlecenia. Ciekawe, jak będzie wyglądać przepływ promów, pewnie wydłuży się wjazd na prom, możliwe że wzrosną także ceny biletów. Oczywiście za większą papierologią i kontrolami kryją się także plusy. Z rynku mogą zniknąć firmy, które nie posiadają wymaganych dokumentów, unikają opłat czy odprowadzania podatków. Jednak dopóki zmiany nie zaczną wchodzić w życie, trudno określić, co może się wydarzyć – mówi Monika Syrocka – współwłaścicielka firmy transportowej Monika-Trans.

Aman Khan nowym dyrektorem generalnym Beyond.pl

Aman Khan został nowym Prezesem Zarządu Beyond.pl, wiodącego międzynarodowego dostawcy rozwiązań i usług chmurowych i kolokacyjnych w Polsce i Europie Wschodniej. „Stawiamy na dynamiczny rozwój, a tym samym zwiększenie naszego udziału w rynku w Polsce i za granicą. W naszych dwóch centrach danych w Polsce oferujemy usługi kolokacji, chmury prywatnej i publicznej. Nasza oferta obejmuje również rozwiązania Hybrid Cloud, umożliwiające bezpieczne połączenie naszych usług z chmurami globalnymi m.in. Microsoft Azure i AWS, dzięki czemu Beyond.pl jest wiodącym dostawcą dla przedsiębiorstw, instytucji finansowych i sektora publicznego, w tym segmentu opieki zdrowotnej dla polskich i międzynarodowych klientów” – podkreślił Aman Khan.

Aman Khan ukończył studia MBA, pracuje w branży IT od ponad 30 lat, pełnił szereg międzynarodowych funkcji zarządczych wyższego szczebla na rynku rozwiązań i usług IT. Pracował dla takich firm jak Global Switch, Dimension Data, Star Alliance, PSINet i General Electric (GE).

Toyota TJ Cruiser może zadebiutować jeszcze w tym roku

TJ Cruiser, pomysłowy minivan i SUV w jednym, zaprojektowany z myślą o aktywnym stylu życia, podróżach i sportach outdoorowych, zadebiutował jako koncept ponad 2 lata temu. Teraz japoński magazyn Best Car donosi, że auto ma trafić do sprzedaży. Wersję produkcyjną poznamy najprawdopodobniej już w maju.Toyota TJ Cruiser (1) Toyota TJ Cruiser (2) Toyota TJ Cruiser (3) Toyota TJ Cruiser (4) Toyota TJ Cruiser (5)

W październiku 2017 roku na targach w Tokio Toyota pokazała oryginalny samochód koncepcyjny, który łączy w jednej bryle dwie wielkie motoryzacyjne miłości Wschodu i Zachodu – minivany i SUV-y. Tak jak Ameryka i Europa kochają SUV-y, tak w Azji symbolem statusu jest luksusowy minivan. Toyota połączyła je w jedno auto, dodając młodzieżowy styl rodem z Minecrafta i superpraktyczne rozwiązania w nadwoziu i wnętrzu. Kanciasty koncept nazwano TJ Cruiser, nawiązując do innego pomysłowego SUV-a Toyoty – FJ Cruisera.

TJ Cruiser na pierwszy rzut oka przypomina skrzynkę na kołach. To zresztą intencjonalny zabieg, na co wskazuje nazwa auta. Litera T oznacza bowiem „toolbox” czyli skrzynkę na narzędzia, zaś „j” to skrót od „joy” (radość). Jednak po bliższym przyjrzeniu się łatwo zauważyć zarówno hipsterski design w stylu retro, jak i bardzo oryginalne, nowoczesne rozwiązania stylistyczne, które trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.

Auto zostało zbudowane na platformie TNGA, tej samej co nowa Corolla i Toyota C-HR. Ma długość 4300 mm, szerokość 1775 mm, wysokość 1620 mm i rozstaw osi 2750 mm. W środku mieszczą się 4 osoby, co jednak nie oznacza, że jest tam ciasno. Do samochodu można spakować przedmioty o długości 3 metrów, w tym rowery czy deski surfingowe. Po złożeniu foteli pasażerskich z przodu i z tyłu powstaje płaska podłoga. Auto łatwo zapakować dzięki szerokiej tylnej klapie i dużym wejściom bocznym.

TJ Cruiser powstał po to, by pomagać w realizowaniu pasji, dlatego otrzymał wzmocnione zawieszenie i duże opony, a maska, dach i błotniki są wykonane z materiałów odpornych na zadrapania. Auto będzie napędzane prawdopodobnie napędem hybrydowym TNGA z silnikiem 1,8 l lub 2,5 l oraz alternatywnie silnikiem benzynowym 2,0 l. Napęd ma być przenoszony na przód lub na obie osie za sprawą elektrycznego układu AWD-i.

Magazyn Best Car nie informuje, na których rynkach nowy model ma szanse się pojawić. Zapewne będzie to Japonia, gdzie klienci są przyzwyczajeni do niekonwencjonalnej stylistyki, ale co do Europy trudno powiedzieć. Na szczęście globalny charakter platformy TNGA sprawia, że wdrożenie produkcji w różnych częściach świata oraz dostosowanie auta do poszczególnych rynków jest bardzo łatwe. Wersja produkcyjna ma zawierać wiele rozwiązań pokazanych w koncepcie, jak składane siedzenia, elastyczne aranżacje bagażnika czy drzwi przesuwne. Prawdopodobnie w ofercie będą dostępne zarówno dwa, jak i trzy rzędy siedzeń.

Rynkowa euforia przygasła w odpowiedzi na doniesienia z Chin

Rynkowa euforia po kolejnym dniu rekordów na Wall Street przygasła w Azji, kiedy rynek przerzucił uwagę na niespodziewany skok liczby zakażonych w chińskiej prowincji Hubei. Jakkolwiek 15 tys. nowych przypadków jest szokującą liczbą, przyrost bierze się ze zmian w metodologii, ale sytuacja przypomina, że podstawy ostatniej poprawy nastrojów wciąż są kruche.

Sporo szumu narobiły doniesienia z Chin o zmianach w metodzie klasyfikacji przypadków zakażenia. Spośród 14840 nowych przypadków zarażenia odnotowanych wczoraj przez chińskie władze, aż 13332 pochodzi z doliczenia przypadków „zdiagnozowanych klinicznie” od 5 lutego. Są to osoby, które mają objawy zarażenia wirusem, ale z powodu braku sprzętu medycznego do wykonania testów nie można tego całkowicie potwierdzić. Istotne jest, że zmiany w klasyfikacji dotyczą tylko prowincji Hubei, a w reszcie Chin przypadki liczone są od początku tak samo. A tam tempo przyrostu nowych zakażonych systematycznie spada, co potwierdza, że punkt kulminacyjny epidemii już jest za nami.

Euforia rynkowa została ostudzona, ale nie ma co spodziewać się nawrotu paniki. Inwestorom zostało przypomniane, że koronawirus wciąż jest problemem, którego skutki jeszcze nie raz uderzą w rynki (np. w słabszych danych aż I kwartał). Dzisiejsza sesja na rynkach akcji w Europie i USA odbędzie się pod dyktando ostrożnego badania kierunku: czy potrzebna jest głębsza korekta, czy jednak można już wracać do śrubowania nowych szczytów na DAX i S&P500? O ile na rynek nie napłynie nowa niespodziewana informacja, jeden dzień przystanku wydaje się najbardziej sensownym scenariuszem.

Rynek FX rządzi się swoimi prawami i choć po nocy odznacza się umiarkowany zwrot w kierunku bezpiecznych przystani, to nie ma on znamion silnego risk-off. Na boku umocnienia JPY, CHF i USD względem AUD, NZD, NOK i SEK uwagę przyciąga EUR, które jest najsłabsze względem USD od maja 2017 r. Silny dolar jest tylko częściowym wytłumaczeniem. Euro cierpi przez obawy, jak spowolnienie gospodarcze Chin uderzy w strefę euro (głównie Niemcy), co w konsekwencji zmusi Europejski Bank Centralny do luzowania polityki monetarnej. Ten strach jest też powodem, dlaczego EUR, w porównaniu do innych walut z ujemnymi stopami procentowymi – CHF i JPY, nie może przyciągać kapitału w okresach skoku awersji do ryzyka. W efekcie unijna waluta jest sprzedawana, gdy nastroje są złe, ale też, gdy ulegają poprawie. A jednak mam wątpliwości, czy ten strach jest słuszny. W końcu już wrześniowa runda luzowania monetarnego spotkała się ze sprzeciwem niemal połowy członków Rady Zarządzającej, a nowa prezes EBC Christine Lagarde jest bardziej za fiskalnym wspieraniem ożywienia niż szukaniem cudownego naboju w arsenale banku centralnego. Ale żeby rynkowe oczekiwania się odmieniły, wpierw musi zostać oddalona wizja stagnacji/recesji gospodarczej. Nie nastąpi to z dnia na dzień, zatem i istotne odbicie EUR/USD jest odroczone.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyzwania na rynku inwestycyjnym w 2020 r.

Rok 2019 był dla rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce pod wieloma względami rekordowy: odnotowaliśmy blisko 150 transakcji (w porównaniu do 100 w 2018), których wartość osiągnęła 7,7 miliarda euro (w 2018: 7,2 mld euro). 2020 może być jeszcze lepszy – szacujemy dalszy wzrost płynności. Jest to związane z napływem kapitału inwestycyjnego spoza Europy, przede wszystkim z Bliskiego i Dalekiego Wschodu oraz Ameryki Północnej, o zróżnicowanym profilu ryzyka – od core/core+ (Korea Południowa, Chiny, potencjalnie Japonia, Kanada, Australia, Izrael) do value-add (Singapur, Filipiny, Malezja, ale również Kanada i Izrael). Pojawią się też nowi inwestorzy z Europy Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim z Czech, Węgier i ze Słowacji, którzy będą zwiększać swoje zaangażowanie w Polsce.

Stopy kapitalizacji nieruchomości komercyjnych nadal będą pod presją zniżkową. Wynika to z kilku czynników: dalszego napływu kapitału z zagranicy i związanej z tym rosnącej konkurencji między istniejącymi inwestorami, wciąż rosnących cen nieruchomości w Europie Zachodniej, deficytu produktów inwestycyjnych na sprzedaż w Warszawie i miastach regionalnych, a także bieżącej nadpłynności zarządzających funduszami w związku z zebranym kapitałem.

Duży popyt, niska podaż

Niewątpliwie na sytuację na rynku nieruchomości wciąż będzie miał wpływ problem z dostępnością działek. Już od kilku lat w dobrych lokalizacjach odnotowujemy deficyt gruntów inwestycyjnych pozbawionych wad prawnych i technicznych. Dotyczy to nie tylko stolicy, ale również miast regionalnych. Banki ziemi deweloperów szybko topnieją, dlatego coraz częściej pojawiają się wątpliwości, czy inwestorzy będą w stanie zapewnić grunty pod nowe projekty – zarówno komercyjne, jak i mieszkaniowe. Znalezienie atrakcyjne działki staje się wyzwaniem jeszcze poważniejszym niż problemy związane ze znalezieniem pracowników w sektorze budowlanym oraz rosnące koszty ich utrzymania. Siłą rzeczy odbija się to na cenach działek budowlanych, które wciąż rosną i wiele wskazuje, że w 2020 r. ten trend nie zostanie zahamowany, choć powinien się ustabilizować. Wpływ na taką sytuację mają także zagraniczni inwestorzy, m.in. z Dalekiego Wschodu i południowej Afryki, którzy chętnie inwestują w polską ziemię. Nie będą to już jednak tak spektakularne wzrosty, jak w ostatnich 3 latach, zbliżamy się do szklanego sufitu.

Inaczej sytuacja przedstawia się na rynku gruntów pod obiekty magazynowe, który rządzi się innymi prawami. Tam większym problemem od dostępności działek jest brak rąk do pracy, dlatego inwestorzy z coraz większą nadzieją spoglądają na Polskę wschodnią, która intensywnie nadrabia infrastrukturalne braki. Magazyny będą powstawać w niepopularnych dotąd lokalizacjach, takich jak: Białystok, Lublin czy Olsztyn. W zachodniej części kraju na znaczeniu nabierają małe i średnie miasta, m.in. Elbląg, Kalisz, Sulechów i Świebodzin. Umacniać będzie się również trend budowania magazynów miejskich w centralnych lokalizacjach, które będą obsługiwać rosnący na znaczeniu sektor e-commerce.

Multifunkcjonalność

Rozwój e-commerce w dalszym ciągu będzie miał również niebagatelny wpływ na branżę handlową. Właściciele centrów handlowych z jednej strony zmieniają podejście do zarządzania, z drugiej – dywersyfikują się na poziomie rozwoju czy nabywania kapitału. Coraz częściej będziemy mieć do czynienia z projektami nie stricte handlowymi, ale typu mixed-use, które łączą w sobie funkcje biurowe, usługowe, handlowe i mieszkalne. Ten trend obserwujemy już od kilku lat i jak widać na przykładzie istniejących inwestycji wpisał się w rynek. Jest popierany przez urbanistów, a co najważniejsze takie projekty są dobrze przyjmowane przez najemców i mieszkańców miast, ponieważ tworzą atrakcyjną tkankę miejską. Projekty mixed-use są też odpowiedzią deweloperów komercyjnych na sytuację na rynku gruntów. Taka inwestycja pozwala im skuteczniej rywalizować z deweloperami mieszkaniowymi i zachować wyższą rentowność. Przychylniej patrzą na nie też banki, które chętniej kredytują tego typu przedsięwzięcia. W 2020 roku zapowiadane jest otwarcie wielu kolejnych ciekawych inwestycji o takim charakterze, m.in. Browary Warszawskie czy Elektrownia Powiśle.

Wchodzący do Polski inwestorzy większą uwagę zaczynają zwracać na zespoły, które zarządzają lokalnym kapitałem. Nieruchomości w coraz większym stopniu postrzegane są jako usługa, dlatego jej jakość i partnerzy, z którymi nawiązuje się współpracę, zyskują kluczowe znaczenie. Dotyczy to wszystkich sektorów: biurowego, mieszkaniowego, hotelowego i alternatywnych, jak akademiki, senior housing i mieszkania na wynajem.

Zrównoważony rozwój

Nowym trendem obserwowanym w 2020 roku będzie oddziaływanie zmian klimatycznych na rynek inwestycyjny. Dla inwestorów będą one miały wpływ na politykę inwestycyjną i przeprowadzane due diligence. Właściciele budynków staną się coraz bardziej narażeni na negatywne skutki zmian klimatu, które pośrednio lub bezpośrednio im zagrażają. Jak chronić swoje aktywa i zmniejszać ryzyko utraty przez nie wartości? To jedno z kluczowych pytań, przed którymi współcześnie staje branża nieruchomości. W obliczu tych wyzwań, a także zaostrzających się przepisów w zakresie emisji dwutlenku węgla przez budynki, inwestorzy będą coraz większą wagę przywiązywać do ekologicznych rozwiązań stosowanych w budynkach, certyfikacji, a także ich właściwego zarządzania, aby jak najlepiej wpisywały się w politykę zrównoważonego rozwoju.

Dane, które jedna osoba produkuje w ciągu roku są warte tyle, ile dobry samochód

Ile danych tworzymy każdego dnia? Zastanówmy się nad tym i spróbujmy odpowiedzieć. Podana będzie jednak i tak prawdopodobnie niedoszacowana. Wszyscy łącznie na całym świecie wytwarzamy codziennie kwintyliony gigabajtów danych. Oczywiście nic się nie stanie, jeśli się pomylimy w naszych szacunkach. Dokładne określenie ilości danych generowanych przez każdego z nas jest bardzo trudne. Znacznie łatwiej jest oszacować ich wartość. Jak wynika z badań przeprowadzonych niedawno przez firmę Veeam, konsumenci brytyjscy uważają, że dane, które każdy z nich wytwarza niezależnie w ciągu roku, są warte średnio 27 000 funtów brytyjskich (około 136 tys. złotych). Wiele osób mogłoby za tę sumę opłacić wymarzone studia, kupić samochód,  a nawet spłacić kredyt hipoteczny.

Każdy z nas zauważył pewnie, że odwiedzając dla przykładu stronę z meblami, niemal natychmiast zostaniemy zaatakowani reklamami sklepów meblowych praktycznie na każdej stronie, którą odwiedzamy. Wygenerowaliśmy jakieś dane o sobie, które ktoś przeanalizował i na ich podstawie dopasował nam reklamę finalnie zarabiając na tym. Im więcej danych udaje się przeanalizować, tym bardziej rośnie ich wartość – ta realna, którą da się przekuć w zysk. A to tylko przykład wykorzystujący proste mechanizmy śledzenia naszej aktywności w sieci. Dużo więcej wartościowych danych kryje się danych, które już zostały wygenerowane, a których jeszcze nie poddano analizie – komentuje Andrzej Niziołek, dyrektor regionalny w Veeam Software, lidera w zakresie profesjonalnych rozwiązań do backupu danych.

Wielka niewiadoma

Ochrona danych osobowych i zmiany regulacji w tym zakresie to tematy, które często goszczą dziś na łamach mediów. Dzięki temu ludzie zauważyli, że mają swoją „cyfrową wartość” dla firm, i przywiązują do niej dużą wagę. Nie ulega więc wątpliwości, że świadomość rośnie, ale z drugiej strony przedsiębiorstwa i konsumenci wciąż jeszcze nie wiedzą o wielu sprawach. Choć wszyscy generujemy masę danych, jesteśmy w stanie efektywnie wykorzystać tylko 2% zgromadzonych informacji. 98% pozostaje niewykorzystane i cały czas czeka na analizę.

Mechanizmy sztucznej inteligencji są coraz doskonalsze i potrafią już z tej niewielkiej liczby danych trafnie odgadywać nasze potrzeby, zainteresowania czy preferencje polityczne. Wraz z przyrostem taniej i łatwo dostępnej mocy obliczeniowej efekty będą jeszcze lepsze. Głęboka analiza danych firmowych, poszukiwanie w nich zależności i związków stanie się kluczem do budowania przewagi konkurencyjnej, obniżania kosztów czy unikania kosztownych błędów. Aby jednak móc tego dokonać w przyszłości musimy zgromadzić i zabezpieczyć dane. Ich utrata pozbawia nas szans na rozwój i zyski, tym bardziej, że konkurenci również wiedzą o tym, jak wiele da się wywnioskować ze zgromadzonych informacji – dodaje Andrzej Niziołek.

Gdybyśmy mieli narzędzia do analizowania tych danych, moglibyśmy odczytywać informacje za pomocą metod, jakich jeszcze nie znamy. Pozwoliłoby nam to rozwiązać wiele problemów, z którymi dotąd nie mogliśmy sobie poradzić, lub zadawać nowe pytania, jakie wcześniej nie przyszłyby nam do głowy.

Dane znajdujące się już w naszych systemach moglibyśmy wykorzystać do rozwiązywania problemów z różnych dziedzin. Na przykład wykryć sprawcę niewyjaśnionej zbrodni sprzed lat, opracować lek na nieuleczalną chorobę, a nawet znaleźć planetę nadającą się do zamieszkania poza Układem Słonecznym. To ostatnie już się częściowo udało. Dzięki archiwalnym danym zgromadzonym przez należący do NASA teleskop Hubble’a odkryto parę wodną w atmosferze planety K2-18b, która ma podobną wielkość jak Ziemia i jest od nas oddalona o 110 lat świetlnych. Tym samym wzrosły nadzieje na znalezienie światów możliwych do zamieszkania poza naszym układem planetarnym.

Szczególna staranność

Nie jest tajemnicą, że technologie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, które szybko stają się coraz bardziej inteligentne, zwiększają naszą zdolność do interpretowania i przetwarzania danych. W oczekiwaniu na jeszcze większe możliwości tych technologii możemy zrobić ważną rzecz, a mianowicie zadbać o ochronę naszych danych ze szczególną starannością. Chodzi o ochronę nie tylko przed szkodliwym oprogramowaniem lub kradzieżą, lecz również przed przypadkowym uszkodzeniem. Firma, która nie zapewni ciągłej dostępności swoich danych, może w nadchodzących latach ponieść ogromne straty.

Co jednak oznacza „szczególna staranność”? Chodzi przede wszystkim zainstalowanie odpowiedniej technologii, dzięki której nasze dane na pewno nie znikną. Planując strategię efektywnego zabezpieczenia danych i zarządzania nimi, powinniśmy na pierwszym miejscu zadbać o właściwe rozwiązanie chroniące przed zagrożeniami cybernetycznymi. Równie ważne są jednak narzędzia do tworzenie kopii zapasowych oraz systemy pamięci masowej. Dzięki nim dane i usługi będą dostępne zawsze, niezależnie od okoliczności.

Niedawne problemy z aplikacjami WhatsApp, Facebook i TSB pokazały, że gdy przestają działać najważniejsze usługi, następuje chaos operacyjny. To nie przesada. Utrata dostępu do danych przynosi podobne skutki, ale może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje w długim terminie.

Niespodziewane korzyści

We współczesnym świecie biznesu każda firma musi szukać najlepszych sposobów zapewnienia ciągłej dostępności danych. Ma to zasadnicze znaczenie nie tylko dla utrzymania klientów. Gdy w wyniku szybkiego rozwoju technologii pojawią się nowe możliwości, może się okazać, że dane gromadzone i archiwizowane przez lata przyniosą nam korzyści, jakich wcześniej się nie spodziewaliśmy. Można więc śmiało stwierdzić, że każdy, kto ma duże zasoby zgromadzonych danych, siedzi na żyle złota.

Autor: Danny Allan, wiceprezes ds. strategii produktowej w firmie Veeam

Branża cyfrowa apeluje do polskiego premiera – więcej pieniędzy z UE na cyfryzację

Polska i europejska branża cyfrowa zaapelowała do premiera Mateusza Morawieckiego o poparcie podczas odbywającego się 20 lutego w Brukseli nadzwyczajnego szczytu postulatów o zwiększenie nakładów finansowych z unijnego budżetu na transformację cyfrową.

Z apelem wystąpił Digital Europe, organizacja reprezentująca europejską branżę cyfrową wraz ze Związkiem Cyfrowa Polska, skupiającym największe firmy sektora nowoczesnych technologii działających w naszym kraju. Sprawa dotyczy tworzonego po raz pierwszy w ramach unijnego budżetu specjalnego funduszu przeznaczonego na rozwój gospodarki cyfrowej. W projekcie na lata 2021 – 2027 zaplanowano 3 proc. wydatków na kwestie cyfryzacji. Europejskie organizacje cyfrowe postulują jednak., aby dokonać przesunięć w projekcie unijnego budżetu i zwiększyć środki na ten cel do nawet 10 proc.

Fundusze na wsparcie w cyfrową infrastrukturę i kompetencje

Zdaniem Digital Europe i Związku Cyfrowa Polska fundusze te są niezbędne do zapewnienia cyfrowego rozwoju dla Polski, jak i całej Europy. „Pilnie potrzebujemy wsparcia inwestycji w infrastrukturę i kompetencje, które umożliwią cyfrowo zaawansowanym firmom rozwijać się i pomagać nam w życiu w zgodzie z europejskimi standardami” – napisano w liście do polskiego premiera. I dodano: „Aby zrealizować ambitne założenia Europejskiego Zielonego Ładu, musimy skupić się na cyfryzacji gałęzi przemysłu najintensywniej wykorzystujących energię. Fundusze na cyfryzację pomogą Polsce także rozwijać e-usługi, poszerzać kompetencje cyfrowe obywateli, a także wspierać innowacyjne projekty polskich start-upów, by te mogły jeszcze śmielej i łatwiej komercjalizować swoje pomysły. To również szansa dla polskiej branży cyberbezpieczeństwa, która dziś ma wielki potencjał, ale potrzebuje wsparcia i impulsu do dalszego rozwoju”.

Jak podkreśla prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik postulat zwiększenia środków na cyfryzację jest tym bardziej kluczowy, że dziś trwają testy oraz prace nad wdrożeniem sieci piątej generacji. – Od tego, kiedy wdrożymy sieć 5G, od jej bezpieczeństwa oraz tego, jak dzięki niej będziemy rozwijać rynek innowacyjnych narzędzi czy usług będzie zależeć, czy Polska i Europa staną się realną konkurencją w wyścigu globalnym – mówi Michał Kanownik.

Więcej na badania i rozwój

Związek Cyfrowa Polska i Digital Europe zaapelowani również do premiera Morawieckiego o działania na szczycie europejskim zmierzające do zamierzające do poszerzenia programu unijnego Digital Europe (Cyfrowa Europa), który wystartuje w 2021 r. z 9,2 miliardów euro do 25 miliardów euro. To po to, aby – jak wyjaśniają w piśmie do premiera Morawieckiego – „zmaksymalizować krótko- oraz średnioterminowy wpływ na kompetencje, sztuczną inteligencję oraz cyfryzację MŚP w całej UE”. Zdaniem branży cyfrowej istotne są również wydatki na badania i rozwój. Te w ich opinii powinny zostać zwiększone z 2 proc. do 3 proc. PKB UE.

Niemcy spowalniają polski eksport towarów

Wartość polskiego eksportu towarów wyniosła w 2019 roku 235,8 mld euro i była o 5,5 proc. wyższa niż rok wcześniej. Import towarów miał zaś wartość 234 mld euro, co oznaczało wzrost o 2,6 proc. W porównaniu z 2018 r. nastąpiło zatem wyraźne spowolnienie obrotów towarowych: o 2,7 pp. w eksporcie i aż o 8,1 pp. w imporcie. Niższa dynamika wzrostu importu niż eksportu sprawiła, że Polska odnotowała nadwyżkę obrotów towarowych w wysokości 1,8 mld euro (w 2018 r. saldo to było ujemne i wyniosło -4,6 mld euro). Łukasz Ambroziak, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zauważa, że to czwarty rok od początku lat 90. XX wieku, kiedy Polska notuje dodatnie saldo w handlu towarami.

Do spowolnienia w polskim eksporcie przyczyniła się przede wszystkim niższa dynamika sprzedaży na rynku niemieckim. W 2019 r. eksport do Niemiec wzrósł zaledwie o 3,1 proc. (r/r), a udział tego kraju w polskim eksporcie zmniejszył się o 0,6 pp., do 27,6 proc. Blisko 2/3 polskiego eksportu trafiającego do Niemiec to dobra inwestycyjne oraz dobra przeznaczone na tzw. zużycie pośrednie – mówi Łukasz Ambroziak. Są one wykorzystywane w niemieckich fabrykach, produkujących głównie na eksport. Sprzedaż za Odrą zależy zatem w dużym stopniu od zagranicznego popytu na niemieckie towary i usługi, a ten w 2019 r. wyraźnie wyhamował. Niemiecki eksport towarów zwiększył się o zaledwie 0,8 proc. (r/r).

Dynamika polskiego eksportu i importu towarów, w proc. (r/r)

Dynamika polskiego eksportu i importu towarów
Źródło: Opracowanie własne PIE na podstawie danych GUS.

Zdaniem Łukasza Ambroziaka amerykańsko-chińska wojna handlowa w ograniczonym stopniu wpłynęła na bezpośredni eksport Niemiec do USA i Chin: eksport wyrażony w euro wzrósł w 2019 r. odpowiednio o 4,7 proc. oraz 3,2 proc., r/r. W większym stopniu – poprzez globalne łańcuchy wartości – przyczyniła się do spowolnienia w handlu światowym, od którego uzależniona jest gospodarka niemiecka. Niższa dynamika niemieckiego eksportu to także efekt niepewności związanej z brexitem (sprzedaż na Wyspy zmalała o ponad 4 proc., r/r) oraz zmniejszonego popytu ze strony ważnych gospodarek strefy euro, tj. Włoch, Francji i Holandii.

Analityk zauważa, że w świetle tych informacji, zaskakująco dobra dla polskiego eksportu do Niemiec była końcówka zeszłego roku. Mimo największego od czasu kryzysu finansowo-gospodarczego 2008/2009 spadku produkcji przemysłowej w Niemczech w grudniu ubiegłego roku, polski eksport do tego kraju zwiększył się o ponad 8 proc. w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Popyt na zagraniczne dobra konsumpcyjne jest w Niemczech nadal silny, co wynika ze stabilnej sytuacji gospodarstw domowych będącej efektem niskiej stopy bezrobocia i wzrostu wynagrodzeń.

Efekt brexitu był widoczny również w polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii: wzrósł on zaledwie o 1,3 proc. (r/r) Tym samym udział Wielkiej Brytanii w eksporcie ponownie zmalał – o 0,2 pp., do 6,0 proc. Mimo to nadal pozostaje ona trzecim, po Niemczech i Czechach, największym odbiorcą polskich towarów.

W 2019 r. w tempie dwucyfrowym rósł zaś polski eksport do Stanów Zjednoczonych oraz Chin. Łukasz Ambroziak częściowo tłumaczy to efektem przesunięcia strumieni handlu w wyniku wojny handlowej. Po nałożeniu wzajemnych sankcji, USA i Chiny poszukiwały nowych dostawców towarów objętych tymi sankcjami. Wysoka dynamika eksportu na rynek amerykański i chiński cechowała wiele krajów Unii Europejskiej – mówi.

Ponad 10 proc. wzrost polskiego eksportu do Francji w 2019 r. to efekt m.in. zwiększonych dostaw części i akcesoriów motoryzacyjnych. Dotyczyło to głównie akumulatorów litowo-jonowych wykorzystywanych w samochodach elektrycznych oraz silników benzynowych nowej generacji. W ubiegłym roku Polska znalazła się bowiem w czołówce unijnych eksporterów baterii litowo-jonowych.

Amerykańsko-chińska wojna handlowa przyczyniła się w istotny sposób do wzrostu polskiego importu z Chin. W 2019 r. dostawy towarów z tego kraju zwiększyły się o 9,9 proc. (r/r), tj. o 2,6 mld euro. Cła nałożone przez amerykańską administrację na chińskie towary (w większości w wysokości 25 proc.) sprawiły, że ich przywóz do USA stał się praktycznie nieopłacalny, dlatego chińscy eksporterzy poszukiwali odbiorców na te towary w innych krajach. Największy wzrost w polskim imporcie z Chin odnotowano właśnie w przypadku tych towarów, na które Amerykanie nałożyli karne cła – tłumaczy Łukasz Ambroziak. Były to m.in. części do komputerów i laptopów, monitorów i odbiorników, lamp i pozostałego sprzętu oświetleniowego, transformatorów elektrycznych i przekształtników, mebli do siedzenia oraz ich części, a także urządzeń ciekłokrystalicznych.

Prognozy dla polskiego eksportu na 2020 r.

Analityk PIE upatruje potencjalnych zagrożeń dla wzrostu polskiego eksportu w 2020 r. w dalszych trudnościach w ekspansji eksportowej Niemiec, związanych z zakończeniem amerykańsko-chińskiej wojny handlowej oraz z problemami tamtejszej branży motoryzacyjnej. Umowa gospodarczo-handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która wejdzie w życie 15 lutego, może nie być korzystna dla Polski oraz innych krajów UE – ostrzega Łukasz Ambroziak. Istnieje ryzyko, że aby wywiązać się ze zobowiązań, Chiny zwiększą z USA import towarów wymienionych w umowie (m.in. maszyny i urządzenia, samochody, leki, artykuły rolne) kosztem dostaw z innych krajów. Ucierpieć może na tym głównie niemiecki eksport towarów, wytwarzanych w ramach globalnych łańcuchów wartości, w których jako poddostawca części i komponentów uczestniczy również Polska – dodaje.

Również perspektywy wzrostu popytu zagranicznego na niemieckie samochody, do których polscy producenci dostarczają znaczny wkład w postaci części i podzespołów, nie są obiecujące. Wynika to z rosnącej w wielu krajach popularności samochodów zasilanych alternatywnymi źródłami energii i niedostatecznego dopasowania do preferencji nabywców oferty zgłaszanej przez niemieckie koncerny. Negatywny wpływ na polski eksport może mieć coraz wolniejszy wzrost gospodarczy w Chinach, który – już obecnie – w związku z epidemią koronawirusa i związanymi z tym perturbacjami w globalnych łańcuchach dostaw, szacowany jest w bieżącym roku na około 5 proc.

Pozytywnie na polski eksport może natomiast początkowo wpływać okres przejściowy związany z brexitem i uczestnictwo Wielkiej Brytanii w jednolitym rynku europejskim. Jednakże pod koniec roku, w sytuacji braku umowy handlowej, znowu może wzrosnąć niepewność związana z ryzykiem wyjścia bez umowy i powrotu do handlu na zasadach Światowej Organizacji Handlu.

Opieka psychiatryczna w Polsce zaczyna wychodzić z głębokiego kryzysu. Resort zdrowia znacząco zwiększył dostęp do psychiatrów

Niedofinansowanie, zła organizacja i brak lekarzy to główne bolączki polskiego systemu opieki psychiatrycznej. Dotyczy to zarówno leczenia dorosłych, jak również dzieci i młodzieży. Sytuacja jednak powoli się zmienia. Resort zdrowia realizuje pilotażowy projekt w opiece nad dorosłymi pacjentami, który już przynosi pierwsze efekty – znacząco zwiększył dostęp do psychiatrów. – Dzięki większym naborom na kierunek lekarski w ciągu czterech–pięciu lat powinien się zmniejszyć niedobór lekarzy, ale wciąż mamy niewykorzystany potencjał w postaci kadry psychologów – mówi Marek Balicki, zajmujący się reformą psychiatrii dorosłych.

Opieka psychiatryczna przeżywa kryzys od wielu lat, a dotyczy to psychiatrii dorosłych, dzieci i młodzieży, ale także psychiatrii sądowej oraz leczenia uzależnień – uściśla w rozmowie z agencją Newseria dr Marek Balicki, pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy psychiatrii dorosłych. – Od trzech lat jest realizowany program naprawy poszczególnych obszarów psychiatrii, na początek w obszarze leczenia osób dorosłych. W 2018 roku został uruchomiony pilotażowy projekt polegający na zmianie sposobu organizacji i finansowania opieki psychiatrycznej. Polega on na tym, że jeden podmiot leczniczy gwarantuje wszystkie formy opieki: szpitalną, ambulatoryjną, domową i dzienną.

Opieka ta jest realizowana w ramach jednego budżetu, często z udziałem partnerów, którzy funkcjonują jako podwykonawcy. Dotąd w takiej formie działało 27 Centrów Zdrowia Psychicznego, a wraz z początkiem tego roku zostało uruchomionych kolejnych siedem. Ministerstwo szacuje, że około 10 proc. dorosłych jest objętych nowymi rozwiązaniami z zakresu opieki psychiatrycznej. Marek Balicki podkreśla, że pierwsze efekty są bardzo pozytywne.

Zwiększyła się liczba świadczeń ambulatoryjnych, spadła liczba i długość hospitalizacji, poprawił się dostęp do świadczeń, nie ma kolejek – wymienia pełnomocnik ministra zdrowia. – Każde z Centrów Zdrowia Psychicznego prowadzi punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, czyli zapewnia pierwszy kontakt z profesjonalistą, psychologiem, terapeutą środowiskowym bez oczekiwania. Pacjent zgłasza się i zostaje przyjęty w zasadzie w tym samym momencie, a nie po wielu miesiącach oczekiwania, jak to bywa w niektórych dużych miastach.

W przyszłym roku ma zapaść decyzja o upowszechnieniu tego rozwiązania w całym kraju. Kolejnym krokiem mają być rozwiązania dotyczące psychiatrii dzieci i młodzieży – nowo uruchamiane poradnie psychologiczne, które będą miejscem pierwszego kontaktu z lekarzem. Wszystko po to, aby dziecko nie było kierowane od razu do szpitala psychiatrycznego. 10 lutego opublikowano zarządzenie NFZ o zmianie planu finansowego, które zakłada zwiększenie o ponad 242 mln zł wydatków planowanych w związku z uruchomieniem od 1 kwietnia nowego modelu opieki. Kolejnym etapem będą zmiany w psychiatrii sądowej. W ubiegłym tygodniu minister zdrowia powołał pełnomocnika, który zajmie się tym obszarem.

Jak podkreśla dr Marek Balicki, największą bolączką systemu opieki psychiatrycznej jest niedofinansowanie. Wydatki na psychiatrię stanowią mniej niż 3,5 proc. całkowitych wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia, podczas gdy w Niemczech przekraczają 10 proc., a dodatkowo są to nieporównanie większe kwoty.

 Opieka psychiatryczna przez wiele lat podlegała stygmatyzacji, była piętnowana, wypychana na margines do szpitali poza dużymi miastami, ze złymi warunkami dla pacjentów. Odwracamy ten proces i mamy nadzieję, że to będzie skuteczne, ale zdajemy sobie sprawę, że potrzebna jest nie tylko lepsza organizacja opieki psychiatrycznej, ale również większy udział zdrowia psychicznego w wydatkach publicznych na opiekę zdrowotną – zakłada dr Marek Balicki.

Istotną barierą ograniczającą dostęp pacjentów do opieki psychiatrycznej w Polsce są niedobory lekarzy psychiatrów. Według zestawienia Naczelnej Izby Lekarskiej z października 2019 roku mamy 4,5 tys. specjalistów psychiatrii, z czego 4,2 tys. aktywnie wykonuje zawód. W specjalizacji dla dzieci i młodzieży liczba specjalistów wynosi 477 (441 wykonuje zawód).

 Od kilku lat jest prowadzony większy nabór na kierunek lekarski i myślę, że za cztery–pięć lat zmniejszy się niedobór lekarzy w obszarze psychiatrii dzieci i młodzieży oraz dorosłych – ocenia dr Marek Balicki. – Na szczęście mamy jeszcze wielki zasób ludzki, do tej pory niewykorzystany, czyli wielu wykształconych psychologów. Wielu z nich poszukuje inspirującej pracy, a taką mogą zaoferować Centra Zdrowia Psychicznego oraz poradnie psychologiczne.

Nowy standard na polskim rynku telekomunikacyjnym. Można odstąpić od umowy nawet w ciągu 30 dni

Na polskim rynku telekomunikacyjnym pojawiła się możliwość, która jest już powszechna w wielu branżach, czyli 30-dniowy czas na rezygnację z zakupionych usług. Nowa oferta T-Mobile zapewnia możliwość przetestowania i zrezygnowania z usług bez konsekwencji, jeżeli klient nie będzie z nich zadowolony. – To jak jazda próbna przed zakupem samochodu – mówi prezes zarządu T-Mobile Polska. Operator zapowiada również komercyjne uruchomienie sieci 5G w połowie tego roku. Do tego czasu infrastruktura sieci nowej generacji ma objąć swoim zasięgiem ponad 6 mln klientów.

– Dla nowych klientów indywidualnych uruchamiamy ofertę „Gwarancja najlepszej sieci” – mówi agencji Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes zarządu T‑Mobile Polska. – Od teraz klienci mogą zdecydować się na plan taryfowy, przetestować go i zrezygnować, jeśli nie spełnia ich wymogów. Podobnie jak z jazdą próbną przed zakupem samochodu. To nowe podejście, które w branży telekomunikacyjnej w Polsce zastosowaliśmy po raz pierwszy. W tej chwili klienci muszą podpisać umowę, a jeśli nie są zadowoleni z usługi, nic nie mogą z tym zrobić. Chcemy wyróżnić się pod tym względem na tle konkurencji.

T-Mobile gwarantuje klientom pełny zwrot kosztów aktywacji, abonamentu i ceny telefonu w ofercie abonamentowej w przypadku rezygnacji z usług w ciągu 30 dni od jej zawarcia. Dotyczy to zarówno najpopularniejszych abonamentów, jak i oferty na kartę. Formalności są ograniczone do minimum, więc rezygnację można będzie złożyć, wypełniając krótki formularz zwrotu i dokument odstąpienia od umowy, a następnie wysłać je pocztą, e-mailem lub złożyć w punkcie sprzedaży. Operator podkreśla jednak, że mocno stawia zarówno na jakość sieci, jak i standard obsługi klientów, dzięki czemu jest w stanie zapewnić jak najlepszą usługę.

– Sieć jest fundamentem. Wprowadziliśmy możliwość przetestowania usługi i rezygnacji w przypadku, gdy nie spełnia ona oczekiwań. Jesteśmy jednak przekonani, że wymagania większości naszych klientów zostaną spełnione – mówi Andreas Maierhofer.

Operator przygotowuje się również do komercyjnego uruchomienia sieci 5G. Rozbudowa infrastruktury w tym zakresie jest jednym ze strategicznych kierunków rozwoju T-Mobile. W tej chwili w samej Warszawie operator ma już 800 stacji bazowych, które są gotowe do świadczenia usług w sieci piątej generacji. Do połowy tego roku ich liczba ma się już podwoić – do 1,6 tys. stacji w pięciu polskich miastach: w stolicy, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Katowicach.

– Pierwszych komercyjnych uruchomień sieci 5G możemy się spodziewać w połowie tego roku – zapowiada prezes zarządu T‑Mobile Polska. – Pod koniec czerwca planujemy mieć już 1,6 tys. stacji, co oznacza, że zasięg sieci 5G obejmie ponad 6 mln mieszkańców Polski.

Operator wstrzymuje się z komercyjnym uruchomieniem nowej usługi, czekając na pojawienie się telefonów i routerów kompatybilnych z siecią 5G.

– Mówimy o paśmie częstotliwości 2100 MHz, dla których nie ma jeszcze dostępnych urządzeń. Na tym etapie komercyjne uruchomienie nie miałoby sensu. Przeprowadzimy je, gdy tylko takie urządzenia będą dostępne, i będzie to pierwszy etap komercjalizacji technologii 5G. Jednocześnie po zakończeniu aukcji na pasmo 3,6 GHz rozpoczniemy uruchamianie sieci w tym paśmie – mówi Andreas Maierhofer.

Sieć 5G będzie rewolucją nie tylko dla klientów indywidualnych, lecz także biznesu, który dzięki temu będzie mógł oferować zupełnie nowy standard usług.

– Klienci indywidualni będą mogli skorzystać m.in. z architektury edge computing, która pozwoli na korzystanie z niezbędnej mocy obliczeniowej umieszczonej w chmurze. Takie rozwiązanie przypadnie do gustu np. graczom, którzy będą mogli grać w nawet najbardziej wymagające gry w jakości 4K na urządzeniach mobilnych. Z kolei w sektorze B2B pierwsze rozwiązania będą związane z sieciami prywatnymi. 5G zapewni także większą pojemność sieci, co pozwoli na wprowadzanie kolejnych usług – mówi Petri Pehkonen, członek zarządu ds. technologii i innowacji w T‑Mobile Polska.

Jak podkreśla, to właśnie nowe możliwości i usługi będą największą korzyścią dla użytkowników. W dodatku sieć ma być elastycznie konfigurowana, a w ramach jednej infrastruktury będzie można oferować różnym użytkownikom usługi dopasowane do ich potrzeb. Przykładem nowej usługi może być właśnie edge computing, dzięki któremu gracze nie będą musieli już kupować najnowszego sprzętu komputerowego, bo cała moc obliczeniowa zostanie umieszczona w chmurze.

Jerzy Buzek: Unia Europejska może dać przykład reszcie świata w walce o klimat. To też może napędzić europejską gospodarkę

– Przeciwdziałanie zmianom klimatycznym to największe wyzwanie dla polskiej i europejskiej gospodarki – ocenia Jerzy Buzek. Jak podkreśla, działania nastawione na przeciwdziałanie pogorszeniu klimatu mogą być dla Unii Europejskiej impulsem do rozwoju gospodarczego, zwłaszcza w obliczu spodziewanego spowolnienia. Unia jest jednym z globalnych liderów w zakresie obniżania emisji gazów cieplarnianych przy jednoczesnym utrzymywaniu wzrostu gospodarczego. Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, w 2018 roku emisje tych gazów  były o 23 proc. niższe niż w 1990 roku, natomiast PKB Unii wzrósł w tym czasie o 61 proc.

Zmiany klimatu są zagrożeniem cywilizacyjnym. Europa ma tutaj szczególnie dużo do zrobienia. Mimo że w globalnej skali nie odpowiadamy za aż tak wielką emisję gazów cieplarnianych, bo bez Wielkiej Brytanii jest to około 8 proc., to Unia Europejska jest dzisiaj zapewne jedyną organizacją, która może dać przykład reszcie świata. Ważne, żeby inni poszli naszym śladem i żebyśmy zachowali konkurencyjność naszej gospodarki i miejsca pracy, nie powodując przy tym zanieczyszczenia środowiska. To może być największy wkład Europy w dzieło przetrwania, bo tak dzisiaj trzeba to oceniać – mówi agencji Newseria Jerzy Buzek, europoseł, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego i były premier.

Jak ocenia, przeciwdziałanie zmianom klimatycznym to w tej chwili największe wyzwanie zarówno dla polskiej, europejskiej, jak i globalnej gospodarki. Agencja ratingowa Moody’s, powołując się na raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), szacuje, że konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C będą kosztować światową gospodarkę 69 bln dol. do 2100 roku.

Wynika to z faktu, że wzrost liczby klęsk żywiołowych oznacza m.in. straty dla ubezpieczycieli, banków i przedsiębiorstw, które muszą liczyć się m.in. z zakłóceniami łańcuchów dostaw czy wzrostem cen energii. Ekstremalne zjawiska pogodowe będą też mieć przełożenie na biznes turystyczny, transport, branżę budowlaną, energetyczną czy rolną.

W Polsce kolejny rok z rzędu mamy suszę. Rolnicy najlepiej widzą realne, dramatycznie szybkie zmiany klimatyczne. Przyzwyczajamy się już do tajfunów czy nadzwyczajnych powodzi – mówi Jerzy Buzek.

Dane przytaczane przez KE pokazują, że w latach 2000–2016 częstotliwość występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrosła o 46 proc., a w latach 2007–2016 spowodowane nimi straty ekonomiczne zwiększyły się o 86 proc. (117 mld euro w 2016 roku).

– Przeciwdziałając globalnemu ociepleniu, pomagamy również sami sobie. Mamy fatalne powietrze, w Polsce znajduje się ponad 30 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie, więc jesteśmy na szarym końcu. Stąd biorą się choroby nowotworowe, choroby układu oddechowego. Walko o klimat to też walka o czystsze powietrze, co jest ważne dla naszego zdrowia – mówi Jerzy Buzek.

W Polsce wpływ zmian klimatu na krajową gospodarkę podkreśla „Polityka ekologiczna państwa 2030”. Rządowy dokument strategiczny pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe – takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie – będą w nadchodzących latach zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej, stanowiąc realne zagrożenie dla rozwoju gospodarczego.

– Trzeba się tym zająć na poważnie i inwestować w to środki finansowe. Europejski Bank Inwestycyjny, Bank Światowy, fundusze norweskie, fundusze szwajcarskie, nasz własny fundusz – wszystko to może złożyć się na wygraną w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym. Ale to wymaga również poważnego zaangażowania się w nowy Europejski Zielony Ład – mówi Jerzy Buzek.

Europejski Zielony Ład został w grudniu ubiegłego roku przyjęty przez Komisję Europejską. Zakłada, że do 2050 roku UE osiągnie neutralność klimatyczną (czyli gospodarka będzie emitować tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania) przy jednoczesnym wsparciu dla innowacyjnej gospodarki. Zgodnie z projektem przejście na zrównoważoną i neutralną emisyjnie gospodarkę będzie jednak wymagać inwestycji we wszystkich sektorach (m.in. w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową) w wysokości 260 mld euro rocznie do 2030 roku. To z kolei będzie wymagać mobilizacji zarówno sektora publicznego, jak i prywatnego.

30 lat temu w Polsce rzeki były tak zanieczyszczone, że do żadnej z nich nie można było wejść, bo to groziło po prostu egzemą, chorobami i zatruciem. Dzisiaj kąpiemy się niemal we wszystkich polskich rzekach. W ciągu 20–30 lat wydaliśmy setki miliardów złotych, żeby mieszkać w kraju, gdzie są czyste rzeki. Czy ktoś żałuje tych miliardów złotych? Nie, bo chcemy żyć w czystym kraju. I tak trzeba potraktować Europejski Zielony Ład – podkreśla Jerzy Buzek.

Unia Europejska już w tej chwili jest jednym z globalnych liderów w zakresie obniżania emisji gazów cieplarnianych przy jednoczesnym utrzymywaniu wzrostu gospodarczego. Jak wynika z danych KE, w 2018 roku emisje tych gazów były o 23 proc. niższe niż w 1990 roku, natomiast PKB Unii w analogicznym okresie wzrósł o 61 proc.

Jak ocenia były premier, nawet spodziewane w tym roku spowolnienie w polskiej i europejskiej gospodarce nie powinno opóźnić wdrażania rozwiązań i inwestycji, które mają przeciwdziałać zmianom klimatu.

Spowolnienie oczywiście jest zagrożeniem, ale z drugiej strony Europejski Zielony Ład może również napędzić gospodarkę. To przede wszystkim działania ukierunkowane na jej innowacyjność i konkurencyjność – podkreśla Jerzy Buzek.

Według danych przytaczanych przez Komisję Europejską przeważająca większość Europejczyków (95 proc.) uważa ochronę środowiska za bardzo istotną, a niemal 8 na 10 (77 proc.) jest zdania, że działania nastawione na ochronę środowiska mogą pobudzać wzrost gospodarczy.

Prawie 8,5 mld zł na gwarancje kredytowe dla polskich przedsiębiorstw. Z programu można skorzystać jeszcze przez półtora roku

Utrudniony dostęp do finansowania to jedna z największych barier dla rozwoju mikro-, małych i średnich firm. Zwykle mają one problem z zaciągnięciem kredytu obrotowego bądź inwestycyjnego, jeżeli nie dysponują wystarczającym zabezpieczeniem na jego spłatę. W takich przypadkach wsparciem są m.in. gwarancje COSME, udzielane przez Bank Gospodarstwa Krajowego, które zabezpieczają 80 proc. kredytu do wysokości 600 tys. zł. Umowa BGK podpisana z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) umożliwia udzielenie gwarancji o łącznej wartości 8,4 mld zł, które zabezpieczą ok. 10,5 mld zł kredytów dla firm. Przedsiębiorcy mogą skorzystać z programu do października 2021 roku.

– Bank Gospodarstwa Krajowego we współpracy z całym sektorem szuka rozwiązań, które będą wspierały rozwój mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Przykładem takiego rozwiązania jest gwarancja COSME, dzięki której firmy mające problem z pozyskaniem finansowania, z uwagi na brak odpowiednich zabezpieczeń kredytu, mogą wnioskować o zabezpieczenie kredytu tą gwarancją – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kasprzak, dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gwarancje COSME są finansowane z unijnego programu COSME oraz Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych ustanowionego na mocy planu inwestycyjnego dla Europy.

 W programie COSME przedsiębiorcy mogą uzyskać zabezpieczone gwarancjami finansowanie w formie kredytów obrotowych oraz kredytów inwestycyjnych – mówi Robert Kasprzak. – Wszystkie formalności związane z pozyskaniem kredytu z gwarancją są proste i, co ważne, załatwiane są w jednym miejscu, tj. w banku kredytującym. Gwarancje są dostępne w 12 największych bankach, w tym również w bankach spółdzielczych.

Program gwarancji COSME został właśnie wydłużony na mocy podpisanej z EFI umowy. Firmy z sektora MŚP mogą zaciągnąć kredyt z gwarancjami BGK do końca października 2021 roku.

– Podpisana umowa pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego a Europejskim Funduszem Inwestycyjnym umożliwia wydłużenie okresu, w którym polscy przedsiębiorcy będą mogli pozyskiwać kredyty wsparte przez gwarancje COSME. Kwota gwarancji została podniesiona do wysokości 8,4 mld zł, co pozwoli na udzielenie kredytów zabezpieczonych tymi gwarancjami do wysokości aż 10,5 mld zł – mówi Robert Kasprzak.

Od początku realizacji przez BGK programu COSME łączny limit gwarancji dostępnych dla przedsiębiorców wzrósł już przeszło dziesięciokrotnie – z 800 mln zł do 8,4 mld zł. W ciągu czterech lat BGK udzielił 25 tys. gwarancji dla 22 tys. przedsiębiorstw na łączną kwotę prawie 4,5 mld zł.

– BGK jest państwowym bankiem rozwoju, którego misją jest wspieranie rozwoju społeczno-gospodarczego kraju. Realizujemy ją poprzez finansowanie polskich przedsiębiorstw, udzielanie wsparcia przy inwestycjach infrastrukturalnych, finansowanie handlu zagranicznego, budownictwa czy rozwoju transportu. Specjalnym obszarem naszej działalności są gwarancje dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw – podkreśla Robert Kasprzak.

Długoterminowy wynajem samochodów zdobywa coraz większą popularność. Przybywa rozwiązań dla klientów indywidualnych

0

Długoterminowy wynajem samochodów jest usługą, z której dotąd korzystały głównie duże firmy i korporacje. Coraz chętniej w ich ślady idą także MSP, a nawet indywidualni klienci. Dlatego też ubiegły rok był dla branży udany, bo zanotowała ponad 10-proc. wzrost, a ten zapowiada się jeszcze lepiej ze względu na podwyżki cen samochodów osobowych. Rynek wciąż jest jednak daleki od nasycenia i ma duży dystans do zachodnioeuropejskich, gdzie auta wykorzystywane w tej formule stanowią nawet 70–80 proc. wszystkich pojazdów służbowych.

Wynajem długoterminowy to druga – obok leasingu – forma finansowania samochodów służbowych przez firmy, które nie chcą inwestować własnych środków we flotę. Jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, z tego rozwiązania korzysta co piąty przedsiębiorca w Polsce, który decyduje się na służbowe auto.

– Miniony rok był udany dla rynku długoterminowego wynajmu aut. Pojawia się coraz więcej rozwiązań dostępnych również dla osób, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Jeszcze do niedawna usługa najmu była kierowana głównie do klientów biznesowych i korporacyjnych, wśród nich jest już w zasadzie pewnym standardem – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Domański, prezes Carsmile.

Z usługi dedykowanej dotąd głównie dużym korporacjom obecnie równie chętnie korzystają drobni przedsiębiorcy, a coraz częściej także klienci indywidualni.

 To pokazuje, że coraz bardziej świadomie podchodzimy do kwestii związanych z użytkowaniem samochodu – mówi Domański. – Wśród klientów indywidualnych rośnie świadomość, że samochód traci na wartości, a koszty ponoszone na wstępie, w momencie zakupu, nie są jedynymi. Na podstawie chłodnej kalkulacji są w stanie stwierdzić, że wynajem – mimo że klient fizycznie nie jest właścicielem tego samochodu – może być zdecydowanie bardziej opłacalny niż zakup auta za gotówkę. Dlatego widzimy rosnące zainteresowanie konsumentów tą usługą. W tym bądź przyszłym roku obie strony, czyli konsumenci i przedsiębiorcy, będą już równoważni na tym rynku – prognozuje Łukasz Domański.

Jak podaje PZWLP, w ubiegłym roku rynek wynajmu długoterminowego wzrósł o 10,6 proc. w  ujęciu rocznym. Liczba nowych aut osobowych kupiona na jego potrzeby wzrosła o 6,1 proc. r/r, podczas gdy całkowita sprzedaż aut do firm, uwzględniająca wszystkie formy finansowania, wzrosła tylko o 2,1 proc. Na 392,6 tys. zakupionych nowych samochodów osobowych za 86,8 tys. odpowiadała branża wynajmu długoterminowego i jej udział w ogólnej sprzedaży zwiększył się o 0,8 proc. r/r. Branża wynajmu radzi sobie zdecydowanie lepiej niż sektor leasingowy. Związek Polskiego Leasingu podał, że w 2019 roku wartość wyleasingowanych samochodów osobowych i dostawczych do 3,5 tony była o ponad 11 proc. mniejsza niż w 2018 roku.

 Bieżący rok może być dla branży wynajmu długoterminowego równie udany co poprzedni, m.in. ze względu na spodziewane podwyżki cen nowych samochodów. Mogą one sięgnąć nawet 20 proc. Podwyżki będą dużo boleśniej odczuwalne w przypadku zakupu samochodu na własność, za gotówkę czy kredyt. Wynika to z faktu, że w przypadku wynajmu w miesięcznych ratach spłacamy jedynie pewną część całkowitego kosztu zakupu samochodu, a nie całość  – mówi Łukasz Domański.

Wynajem długoterminowy jest pod wieloma względami podobny do leasingu. Polega na wydzierżawieniu samochodu na okres wskazany w umowie. W obu przypadkach auto pozostaje własnością firmy leasingującej/wynajmującej, a klient jest tylko jego użytkownikiem. Różnica polega na tym, że wynajem zdejmuje z użytkownika konieczność pokrywania kosztów eksploatacji. Wydatki związane m.in. z ubezpieczeniem, naprawami i przeglądami są opłacane przez firmę wynajmującą.

Jednym z wyzwań, które stoją przed branżą w tym roku, są kwestie związane z legislacją i koniecznością zmiany wzorców umów wynajmu i leasingu dla przedsiębiorców. W drugiej połowie roku te umowy będą musiały być bardziej przyjazne. Dzisiaj konsument jest objęty szeroką ochroną, natomiast w przypadku przedsiębiorców już tak nie jest. Stąd kwestia związana z dostosowaniem wzorców umów będzie pewnym wyzwaniem dla branży. Z drugiej strony to dla rynku szansa, ponieważ część przedsiębiorców, która nie miała dotąd do czynienia z wynajmem, być może zastanowi się nad tą formą finansowania, widząc, że umowa jest zrozumiała i napisana przyjaznym językiem – mówi Łukasz Domański.

W Europie Zachodniej wynajem długoterminowy jest obecnie podstawową formą finansowania firmowych flot. W niektórych krajach auta nabywane w tej formule stanowią 70–80 proc. wszystkich pojazdów służbowych. W Polsce ta usługa wciąż jest stosunkowo młoda, a rynek – jak podaje PZWLP – wciąż daleki od nasycenia. To powoduje, że ma przed sobą dobre perspektywy. Tempo rozwoju utrzymuje się na wysokim poziomie już od wielu lat – każdego roku po polskich drogach jeździ średnio o 12–14 proc. więcej samochodów służbowych finansowanych w ten sposób.

Nowoczesne akumulatory zastąpią nawet tysiąc zwykłych baterii. Pełne ładowanie zajmie dwie godziny

Tylko w Stanach Zjednoczonych co roku wyrzuca się 3 mld baterii rocznie. Inne badania szacują, że przeciętne gospodarstwo domowe zużywa blisko 50 baterii każdego roku. Pojawiają się więc pierwsze ekologiczne baterie, bez szkodliwych substancji, litu i ołowiu. Innym rozwiązaniem mogą być akumulatory. Wprowadzone na rynek akumulatory AA i AAA Tenavolts mają stałą moc 1,5 V, a jeden akumulator zastępuje nawet tysiąc zwykłych baterii alkalicznych.

– Wiele urządzeń ma obecnie wbudowane baterie litowe, jednak nadal liczna grupa urządzeń jest zasilanych jednorazowymi bateriami alkalicznymi. Postawiliśmy sobie za cel wprowadzenie nowoczesnych akumulatorów litowych na rynek baterii do użytku domowego – mówi agencji Newseria Innowacje Lei Dong z Fujian Nanping Nanfu Battery.

Baterie litowo-jonowe wciąż jeszcze dominują na rynku, a ich użycie wzrasta. Tymczasem są one szkodliwe dla środowiska. Dlatego też na rynku baterie coraz częściej są zastępowane przez akumulatory, także te ładowane przez światło słoneczne czy wiatr.

– Zaprojektowaliśmy akumulator Tenavolts AA i AAA. Każdy z nich zapewnia stałe napięcie 1,5 V, co oznacza dla konsumenta jednakowe działanie w każdym z cykli ładowania, niezależnie od tego, ile razy korzystano z akumulatora czy ile pojemności pozostało. Każdego akumulatora Tenavolts można użyć 1000 razy, a jego pełne naładowanie zajmuje mniej niż 2 godziny – przekonuje Lei Dong.

Na rynku można już kupić także akumulatory litowe AA, które są powszechnie stosowane w urządzeniach gospodarstwa domowego. Dodatkowo akumulatory zawierają specjalną płytkę, która chroni przed przepięciem i przegrzaniem, a innowacyjny sterownik zapobiega ewentualnemu zwarciu.

– Innowacje nie ograniczają się do samych akumulatorów. Zaprojektowaliśmy również specjalną ładowarkę na USB, użytkownik może więc ładować akumulatory w dowolnym miejscu, korzystając z powerbanka – dodaje Lei Dong.

Na podstawie danych amerykańskiego Departamentu Recyklingu i Odzyskiwania Zasobów szacuje się, że co roku w USA zużywa się około 4 mld baterii. Tym samym średnie gospodarstwo domowe wyrzuca rocznie 47 baterii. Na rynku są więc już dostępne ekologiczne baterie, trwają też prace nad bateriami w całości wykonanymi z odnawialnych surowców.

Naukowcy z University of Illinois w Chicago wykazali, że akumulatory litowe węgla można zaprojektować tak, aby działały w pełni ładowalny sposób. Tym samym będzie można stworzyć pierwszą neutralną pod względem emisji dwutlenku węgla litową baterię o znacznie większej wydajności. IBM z kolei ogłosił, że jego dział badań opracował nowy rodzaj baterii, wykonany z nigdy wcześniej nieużywanych komponentów, które mogą być wydobyte z wody morskiej. Badacze z MIT opracowali zaś baterię, która może pochłaniać z powietrza dwutlenek węgla.

Rynek zmierza więc do ograniczania wpływu baterii na środowisko.

– Wiele osób nadal korzysta z baterii jednorazowych. Chcemy uświadomić im, że czas zmienić je na technologię akumulatorów litowych, zwłaszcza w urządzeniach, z których korzystają najczęściej. Tymczasem każdy akumulator Tenavolts równa się 1000 baterii jednorazowych. Wyobraźmy sobie, ile czasu i pieniędzy można dzięki temu zaoszczędzić. Dzięki tak dużej wydajności koszty będą znacznie ograniczone, ponieważ kupowanie kolejnych baterii okaże się zbędne – tłumaczy Lei Dong,

Tymczasem rynek baterii litowo-jonowych wciąż się rozwija. Według analityków firmy Fior Markets będzie się on rozwijał w najbliższych latach w tempie ponad 19 proc. średniorocznie, by w 2025 roku osiągnąć wartość blisko 108 mld dol.

Rynek logistyczny sięga po sztuczną inteligencję. Będzie obsługiwać klientów, oszacuje czas i wyliczy koszty dostawy

Inteligentne rozwiązania usprawniają procesy logistyczne. Rynkiem tym interesują się już giganci branży transportowej, tacy jak Uber. Pod koniec ubiegłego roku firma ogłosiła uruchomienie w Polsce usługi Uber Freight. Tymczasem opracowywana przez Polaków platforma pozwoli na bezpośrednią komunikację między zleceniodawcą i zleceniobiorcą, co pomoże ograniczyć koszty i przyspieszyć proces wysyłki.

– TransporterLink to tzw. cyfrowa spedycja. Jesteśmy firmą, która organizuje transport dla biznesu. Są to zazwyczaj ładunki mierzone w paletach. Naszą specjalnością są tzw. transporty ekspresowe, wożone zazwyczaj lekkimi ciężarówkami o łącznej masie z załadunkiem do 3,5 tony. Czyli są to takie transporty, które są potrzebne na zaraz, na już – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Pacha z TransporterLink.

Rozwiązanie dostarczane przez polski start-up łączy bezpośrednio spedytorów z ich klientami, eliminując rolę pośredników. Dzięki temu oraz zautomatyzowaniu procesów związanych z obsługą klienta udaje się uzyskać znacznie krótszy czas dostawy, niż ma to miejsce w przypadku standardowych firm logistycznych. Dużo bardziej przejrzyste są też zasady współpracy.

– Zazwyczaj spedytorów po drodze jest trzech, a nawet pięciu. Do tego są jeszcze m.in. giełdy cyfrowe. My to wszystko integrujemy w jeden ekosystem i mamy konkretne zasady, np. transparentność. U nas firma transportowa wie, za ile wykonuje zlecenie, gdyż pobieramy przejrzystą prowizję. Wydaje się, że są to banalne rzeczy, ale na rynku spedycyjnym, który nie zmienił się od 20 lat, jest to absolutna nowość i czegoś takiego nie ma – przekonuje Dawid Pacha.

Na światowym rynku są jednak już dostępne aplikacje, które służą do zamawiania transportu bezpośrednio u spedytora i zarządzania flotą pojazdów. To m.in. All Ride Logistics. Stosowane przez twórców skalowalne rozwiązania w zakresie wysyłki i dostawy oparte na algorytmach sztucznej inteligencji pozwalają automatyzować szereg procesów. Aplikacja dla nadawcy pozwala np. wybrać miejsce dostarczenia czy oszacować czas dostawy. Aplikacja dla spedytora umożliwia z kolei uzyskanie zdalnego dostępu do szczegółów związanych z realizowaną trasą czy wyświetlić dane kierowcy. Dostawcy rozwiązania twierdzą, że dzięki automatyzacji procesów zarządzania opartej na sztucznej inteligencji ich klientom udaje się wypracować wzrost przychodów nawet o 50 proc.

Rozwiązanie opracowywane przez Polaków również łączy w sobie tego typu funkcje, a do tego zapewnia innowacyjny moduł obsługi klienta.

– Od strony technologicznej wchodzimy w zupełnie nowego rodzaju interfejsy. Znamy takie interfejsy jak aplikacja mobilna czy strona internetowa, a naszym podstawowym interfejsem dla użytkownika jest inteligentny, zautomatyzowany czat, działający 24 godz. na dobę. Zaprzęgamy do niego algorytmy sztucznej inteligencji. Zamawianie transportu i zgłaszanie swojego samochodu jest u nas tak proste jak rozmowa ze znajomym na Facebooku – twierdzi ekspert z TransporterLink.

Pod koniec roku w Polsce zainaugurowana została usługa Uber Freight, łącząca nadawców z przewoźnikami. Dzięki niej możliwe są: rezerwowanie transportu ładunku z poziomu aplikacji mobilnej, rozliczanie usługi zgodnie ze z góry ustaloną stawką oraz monitorowanie przewozu towaru w czasie rzeczywistym.

– Rynek transportu drogowego dla towarów w Europie jest warty ponad 300 mld euro rocznie. Polska jest liderem i zapewnia transport dla ładunków największej liczbie przedsiębiorstw. Nasz udział w rynku stanowi 54 mld euro. Nasza nisza, zwana potocznie busami, czyli szybkimi transportami, jeszcze bardziej jest opanowana przez Polaków. Jest to ogromny rynek, od którego zależy bardzo wiele firm. Tylko w Polsce jest ponad 100 tys. samochodów, które jeżdżą po Europie i rozwożą towary – wylicza Dawid Pacha.

Nieefektywne zarządzanie transportem i opieranie tej gałęzi gospodarki wyłącznie na flocie ciężarowej generuje nie tylko zwiększone koszty, lecz także stanowi obciążenie dla środowiska. Według Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami transport odpowiada za 8 proc. zanieczyszczeń powietrza. To jednak dane uśrednione dla całej Polski. W Warszawie z transportu pochodzi aż 60 proc. zanieczyszczeń.

Obawy związane z koronawirusem nieco zmalały

Tematem numer jeden na rynku walutowym pozostaje kwestia koronawirusa, która w dużym stopniu steruje zachowaniem rynkowego sentymentu i w tym kontekście również polskim złotym.

Napływające informacje dotyczące tej kwestii mogą budzić strach. Zgodnie z najnowszymi danymi liczba przypadków zakażenia wzrosła do ok. 45 tys., z czego blisko 5 tys. osób wyzdrowiało, natomiast nieco ponad tysiąc poniosło śmierć. Część firm w Chinach stoi, a część musiała ograniczyć skalę produkcji. Transport jest ograniczony, a chińscy konsumenci często wolą zostać w domu niż decydować się na wizyty w centrach handlowych. W związku z powyższym, sporo instytucji zajmujących się oceną sytuacji gospodarczej na świecie w ostatnich dniach obcięło prognozy wzrostu gospodarczego Chin w 2020 roku (skala tych cięć to często ok. 0,5 – 1 p.p.).

Niemniej rynek walutowy znajduje się obecnie w zupełnie innym miejscu niż jeszcze nieco ponad tydzień temu. Widać oznaki uspokojenia sytuacji. Kluczowy barometr ryzyka – czyli kurs USD/CNY – obniżył się poniżej psychologicznego poziomu 7,0. Kurs EUR/PLN również powrócił z okolic 4,30 do 4,25 obecnie.

Lepszy sentyment można powiązać z kilkoma kwestiami:

  • kryzys zdrowotny nie wykracza istotnie poza Chiny, gdzie zlokalizowana jest przytłaczająca większość nowych przypadków zakażenia koronawirusem,
  • liczba nowych przypadków zakażenia przestała rosnąć wykładniczo, a raczej stabilizuje się w okolicach 2-3 tys. dziennie,
  • wyraźnie rośnie liczba osób, które poradziły sobie z wirusem.

Uwzględniając poziomy, na których znajdowała się para EUR/PLN przed eskalacją sytuacji związanej z koronawirusem, i zakładając, że za osłabieniem złotego w istotnej części stał właśnie odwrót od ryzyka związany z nowym zagrożeniem, wygląda na to, że w przypadku uspokojenia sytuacji w kolejnych tygodniach można spodziewać się łagodnego umocnienia polskiej waluty. Potencjał głębszych ruchów w tym kontekście wydaje się jednak ograniczony.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,25-4,27. Para EUR/USD wczoraj zeszła na moment poniżej granicy 1,09, jednak przez większość dnia charakteryzowała się stabilnością, kończąc dzień na minimalnym plusie. Wczorajszym wydarzeniem dnia miało być przemówienie Christine Lagarde w Parlamencie Europejskim, jednak przeszło ono bez większego echa. Z rzeczy istotniejszych prezes EBC wspomniała jedynie, że niższa ekspansja gospodarcza działa ograniczająco na wzrost cen w strefie euro, podkreślając, że sama inflacja znajduje się „w pewnej odległości” od celu inflacyjnego.

Dziś natomiast kluczowym punktem w kalendarzu dla strefy euro jest publikacja danych o produkcji przemysłowej we wspólnym bloku. Dane te, jak zawsze, są dość wsteczne (dzisiejszy odczyt opisuje sytuację w grudniu), jednak warto je przytoczyć z uwagi na to, że to jedne z istotniejszych twardych danych opisujących faktyczną sytuację w gospodarce. Tym razem zawiodły – w ujeciu rocznym produkcja spadła o 4,1%, podczas gdy konsensus Bloomberga zakładał spadek o 2,5%. Odczyt rzędu -4,1% notowaliśmy ostatnio rok temu, a przed tym – w 2009 r. Dane wyglądają źle, jednak reakcja rynku walutowego w ich kontekście była bardzo ograniczona. Można to powiązać z faktem, iż pod koniec ubiegłego tygodnia poznaliśmy fatalne dane dla Niemiec, których korelacja z odczytem dla strefy euro jest istotna – obserwowaliśmy wtedy spadek pary EUR/USD.


Produkcja przemysłowa w strefie euro w ujęciu r/r (2015 – 2019)Produkcja przemysłowa w strefie euro

Źródło: Bloomberg Data: 12/02/20

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 5,04-5,06. Fakt, iż funt w parze ze złotym nie znalazł się na poziomie istotnie różnym od tego, na którym go rozpoczął, jest związany z tym, że wczoraj siłę funta balansowała podobna siła polskiej waluty. W parze z euro, jak i dolarem amerykańskim, brytyjska waluta doświadczyła umocnienia.

Kluczową wewnętrzną kwestią, z jaką można powiązać umocnienie, była publikacja danych o PKB w końcówce ubiegłego roku. Uwzględniając, jak słabe były dane opisujące ten sam okres, jednak poprzedzające wczorajszy odczyt, konsensus ekonomistów miał raczej niskie oczekiwania, spodziewając się dynamiki rzędu 0% w ujęciu kwartalnym i 0,8% w ujęciu rok-do-roku. O ile dynamika w ujęciu kwartalnym faktycznie była płaska, tak jednak wzrost w relacji do IV kwartału 2018 r. wyniósł 1,1%. Co więcej, w górę zaktualizowano odczyty za poprzedni okres. Różnica w danych okazała się na tyle duża, że przyćmiła słabe dane o produkcji przemysłowej w grudniu, które – podobnie jak dzisiejszy odczyt dla strefy euro – okazały się dużo gorsze od oczekiwań.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,89-3,91. W kontekście względnej stabilizacji pary EUR/USD, zmiany na USD/PLN były w istotnej mierze determinowane przez zachowanie złotego. Nie oznacza to jednak, że wczoraj brakowało istotnych wieści z USA.

Po pierwsze, wczorajszy raport JOLTS, opisujący sytuację amerykańskiego rynku pracy w grudniu, mocno rozczarował. Wpisał się tym samym w klimat pogorszenia sytuacji, który pokazały grudniowe dane NFP. Liczba nowych ofert pracy okazała się o 364 tys. niższa niż w poprzednim miesiącu i wyraźnie rozczarowała konsensus. Dane nie są pozytywne, jednak warto zwrócić uwagę, że są dość wsteczne, a styczniowy raport NFP z amerykańskiego rynku pracy miał pozytywny wydźwięk. Sugeruje to, że sytuacja na amerykańskim rynku pracy pozostaje dobra.

Po drugie, wczoraj obserwowaliśmy wystąpienie przewodniczącego Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella przed Izbą Reprezentantów. Jego retoryka w ujęciu ogólnym była dość optymistyczna. Sugerował on, że gospodarka USA znajduje się „w bardzo dobrym miejscu”, a polityka monetarna prowadzona obecnie przez amerykański bank centralny jest odpowiednia do sytuacji. Dziś Powell będzie przemawiał drugi raz, tym razem przed wyższą izbą Kongresu.

KLUCZOWE WYDARZENIA

16:00 – Jerome Powell przemawia przed amerykańskim Senatem

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Koronawirus słabnie. Giełdy na nowych szczytach

Ponownie spoglądając na notowania indeksów giełdowych od Azji, przez Europę po Stany Zjednoczone obserwujemy ogromny popyt na akcje, które windują indeksy giełdowe tamtejszych parkietów często na nowe historyczne maksima. Prym wiodą Stany Zjednoczone, a z nimi Niemcy z nowymi rekordami indeksu Dax. Szeroka hossa może być obecnie spowodowana tym, że zdecydowanie spada liczba nowych zachorowań spowodowanych koronawirusem. Jak poinformowała Chińska Narodowa Komisja Zdrowia, liczba nowych przypadków zachorowań jest najniższa od stycznia, co z kolei wzmaga nadzieje na to, że załamanie gospodarcze spowodowane wybuchem epidemii nie będzie aż tak duże, jak wcześniej szacowano. Inwestorzy najwyraźniej doszli do wniosku, że najgorsze jest już za nami. Chińskie władze informują również, że epidemia może zakończyć się do kwietna.

Przechodząc do poszczególnych spółek pozytywną informacją dla Apple, ale także innych producentów sprzętu elektronicznego, jest informacja mówiąca o tym, że firma Foxconn zamierza wznowić 50 proc. swojej produkcji w Chinach do końca lutego. Wcześniej, po wstępnym otwarciu fabryki moce przerobowe sięgały jedynie 10 proc., co kładło się cieniem na notowaniach Apple. Co więcej, Foxconn będzie dążyć do tego, aby w marcu produkcja działała już na 80 proc.

Na Wall Street robi się coraz goręcej i coraz więcej mówi się o spółce Nvidia, która poda wyniki po zamknięciu sesji w czwartek 13 lutego. W ostatnim czasie co najmniej trzy firmy podniosły poziom ceny docelowej dla akcji spółki, oczekując dobrych wyników. Jefferies podniósł poziom docelowy z 255 USD do 315 USD. Z kolei w Susquehanna Financial Group wyznaczono poziom docelowy na 310 USD (podwyżka z 285 USD). Tymczasem Wedbush podniósł swoją cenę docelową do 295 USD z 243 USD. Cena akcji spółki Nvidia znajdowała się na poziomie 268 USD na zamknięciu sesji 11 lutego.

Pozytywna rekomendacja pojawiła się również dla giganta w świecie gamingu, czyli spółki Activision Blizzard. Spółka z kapitalizacją przekraczającą 47 mld USD otrzymała wzrost ceny docelowej akcji od SunTrust o 7 USD do poziomu 68 USD. Decyzja jest podyktowana solidnymi wynikami producenta gier za czwarty kwartał oraz nowymi możliwymi tytułami, przyczyniającymi się do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników finansowych, jak Battle Royale, czyli darmowy tryb gry w Call of Duty Modern Warfare czy oczekiwaniem na kolejne Call of Duty, które zostanie zaprezentowane na wiosnę lub na konferencji E3.

Indeksy giełdowe na otwarciu sesji na Wall Street w środę 12 lutego pną się górę. S&P 500 zyskało 0,5 proc., Nasdaq Composite 0,6 proc., a Dow Jones osiągnął rekordowy poziom po wzroście o 0,6 proc.

Marcin Bogusz, Zarządzający, Copernicus Capital TFI S.A.

Ewolucja rynku detalicznego a oczekiwania konsumentów

Handel detaliczny jest niewątpliwym filarem polskiej ekonomii. Firmy handlowe w Polsce, zgodnie z danymi GUS, stanowią 23% wszystkich przedsiębiorstw, ich udział w PKB szacowany jest na ponad 17%, a zatrudniają ok. 2,4 mln osób.

Filar ten rozwija się bardzo dynamicznie. Rosnąca konsumpcja sprzyja całej branży, która od 30 lat notuje rokroczne wzrosty. Jak podaje opublikowany niedawno przez ZPP raport pt. „Perspektywy poprawy konkurencyjności na rynku handlu detalicznego w Polsce” tylko w ciągu ostatnich dwóch lat (2017-2019) średnioroczne wzrosty w handlu spożywczym szacuje się na 4-5%, przy czym ogólne tempo rozwoju najbardziej sprzyja tym segmentom, które najszybciej dostosowują się do nowych wymagań konsumentów.

Szczególnie jest to widoczne w segmentach dyskontów (dużych sklepów sieciowych oferujących ograniczony asortyment, ale w bardzo agresywnych cenach) oraz convenience (niewielkich sklepów samoobsługowych oferujących produkty „do uzupełnienia w biegu” blisko miejsca zamieszkania, najczęściej również usieciowionych). Oba te segmenty odnotowały wzrosty trzykrotnie wyższe od średniej w sektorze i łącznie zwiększyły swój udział w rynku z 21% do 34%, głównie poprzez systematyczne wypieranie tradycyjnych sklepów niezależnych, dla których utrzymanie stabilnej pozycji staje się coraz poważniejszym wyzwaniem.

Smart shopping

Jednym z głównych motorów tej ewolucji rynku detalicznego są zmiany zachodzące wśród konsumentów. Dzisiejszy klient to coraz częściej tzw. „smart shopper”. Chce robić zakupy szybko i wygodnie, a jednocześnie ma wiedzę o tym, co kupuje i jest na bieżąco z ofertami promocyjnymi. Coraz ważniejsze staje się dla niego to, by punkt handlowy był blisko domu lub pracy, ale zarazem nie chce rezygnować z korzystnych cen i asortymentu dopasowanego do swoich indywidualnych potrzeb.

 

Jeszcze kilka lat temu klienci częściej robili zakupy w dużych dyskontach i hipermarketach, do których wybierali się kilka razy w miesiącu w poszukiwaniu najlepszych cen. Jednak coraz bardziej maleje znaczenie dużego formatu, gdyż „smart shopper” oprócz lepszych cen poszukuje również lepszego asortymentu i wygodniejszej lokalizacji, co powoduje, że zwraca się częściej ku mniejszym placówkom. Wielkopowierzchniowe sieci handlowe, podążając za tym trendem, inwestują więc intensywnie w nowe linie sklepów małoformatowych. Skutkiem tego staje się powolne wypieranie najmniejszych, niezależnych przedsiębiorstw detalicznych, które stanowiły (i nadal stanowią) tradycyjną siłę polskiego handlu.

Liczba małych sklepów detalicznych w Polsce, która oscyluje około stu tysięcy, stanowi ewenement na skalę europejską. W naszym kraju występuje średnio 25 placówek handlowych na każde 10 tysięcy mieszkańców, podczas gdy np. na Węgrzech jest ich 20, w Czechach 15, w Niemczech 4, a we Francji tylko 2. Polskie małe sklepy cały czas utrzymują blisko 40% udziału w łącznej wartości sprzedaży na rynku. Wiele z nich niestety nie wytrzymuje konkurencji. Co roku upada około 4 tysięcy najmniejszych sklepów, które nie są w stanie sprostać wyzwaniom rynkowym.

Przewaga handlu usieciowionego nad tradycyjnymi placówkami niezależnymi wynika częściowo ze skali, która umożliwia im negocjowanie korzystniejszych warunków zakupowych u producentów i hurtowników, ale nie należy zapominać też o przewadze w zakresie wdrażania innowacji technologicznych, które wpisują się w nowe trendy dyktowane przez „smart shoppera”. Warto zauważyć na przykład, że dziś już ponad 65% kupujących przygotowuje dokładne listy zakupów i wie, po co idzie do swojego ulubionego sklepu, a ponad połowa z nich czerpie dodatkowe informacje o ofercie z gazetek promocyjnych. Stąd coraz ważniejsze staje się zapewnienie nie tylko atrakcyjnej ceny w sklepie, ale też skuteczne i szybkie poinformowanie klientów o swojej ofercie.

Szansa dla drobnych detalistów

Właściciele niezależnych sklepów małego formatu, którzy nie chcą przystępować do sieci franczyzowych czy agencyjnych, mogą szukać wsparcia w nowoczesnych technologiach. Na rynku funkcjonują już rozwiązania cyfrowe, które pomagają drobnym przedsiębiorcom analizować sprzedaż, rozliczać płatności i raportować trendy zakupowe wśród swoich klientów. Pojawiają się też rozwiązania dla małych detalistów, które pozwalają im korzystać z ofert promocyjnych pochodzących bezpośrednio od producentów. To, co kiedyś było domeną dużych grup zakupowych, teraz może być wykorzystywane również w najmniejszych, niezależnych punktach sprzedaży. Nawet właściciel małego sklepu, który nie posiada rozbudowanego systemu informatycznego do analizy sprzedaży i rozliczania promocji, może korzystać z usług cyfrowych, w których to producent – w oparciu o wiarygodne dane sprzedażowe – może zdefiniować i zaproponować detaliście atrakcyjne promocje dopasowane do potrzeb jego sklepu. Przykład rozwiązania umożliwiającego realizację takich potrzeb detalistów wspomina w swoim raporcie ZPP. Producenci mogą poprzez platformę cyfrową proponować detaliście atrakcyjne promocje odsprzedażowe, które pomagają zwiększyć obrót sklepu skuteczniej niż zwykłe obniżki ceny,  na przykład stosując zaawansowane mechanizmy promocyjne takie jak „happy hours” czy zestawy promocyjne.

W przeciwieństwie do dużych sieci handlowych, w których promocje są ustalane zwykle na poziomie centralnym jednakowo dla kilku tysięcy sklepów, w przypadku platform cyfrowych dla małych sklepów, możliwe jest indywidualne dopasowanie oferty promocyjnej producenta do potrzeb każdego sklepu. Dzięki takim rozwiązaniom konsument dostaje produkt w atrakcyjnej cenie i w wygodnej dla siebie lokalizacji, a sklep może przyciągać dodatkowych klientów akcjami promocyjnymi, które do tej pory były dla niego nieosiągalne. Istotne przy tym jest to, żeby decyzja o przyłączeniu się sklepu do konkretnej promocji, pozostawała w gestii detalisty, gdyż tylko w ten sposób właściciel sklepu może zachować kontrolę nad swoją marżą na sprzedawanych towarach.

Szybka odpowiedź na potrzeby klientów i umiejętne wpisywanie się w trendy rynkowe to obecnie podstawa przetrwania dla niezależnych sklepów. Jeśli natomiast połączą je ze swoją tradycyjną przewagą – dużą elastycznością i łatwością wprowadzania szybkich zmian we własnym biznesie – to zdołają wzmocnić swoją pozycję na rynku. Szczególnie, że dane makroekonomiczne wskazują na stałą poprawę nastrojów konsumenckich, a minimalne bezrobocie, rosnące płace i niskie stopy procentowe sprawiają, że klienci będą kupować coraz więcej.

Tomasz Jasinkiewicz, Członek zarządu Comp Platforma Usług S.A.

Koronawirus obniży stopy procentowe w USA. Bitcoin powyżej 10 000 USD

Coraz więcej banków centralnych w swoich komentarzach porusza kwestię epidemii z miasta Wuhan. Nie wpływa ona w sposób bezpośredni, ale jej konsekwencje: wstrzymana produkcja i utrudnienia w logistyce z największej fabryki świata odbijają się powoli czkawką na wynikach.

Co dalej ze stopami procentowymi w USA

Wczorajszy półroczny raport na temat polityki monetarnej, przedstawiany przed Komisją ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów, nie wstrząsnął rynkiem. Nie pojawiło się tam nic, czego jeszcze byśmy nie wiedzieli. W dyskusji publicznej pojawia się za to coraz częściej kwestia obniżek stóp procentowych. Modne jest argumentowanie tego koronawirusem, aczkolwiek powód jest trochę inny. To strach przed jego eskalacją (objawiający się zamknięciem fabryk, czy utrudnieniami w logistyce morskiej) powoduje, że gospodarka światowa ma rozwijać się wolniej. Skoro spadają prognozy wzrostu, decyzja o obniżce stóp jest bardziej zasadna.

Bitcoin powyżej 10 000 USD

Najpopularniejsza kryptowaluta świata przekroczyła w tym tygodniu pierwszy raz od września bardzo ważną granicę 10 000 dolarów. Gdy spowalnia gospodarka i spadają stopy zwrotu, inwestorzy szukają alternatywnych miejsc do lokowania swoich środków. Okazuje się, że ostatnimi laty kryptowaluty są pewną alternatywą pomimo ich olbrzymiej zmienności.

Nowa Zelandia nie obniży stóp

Posiedzenie Królewskiego Banku Nowej Zelandii nie zaskoczyło inwestorów decyzją. Zaskoczyła ich natomiast deklaracja na konferencji prasowej. Przekazano informację, że nie jest planowana obniżka stóp, o ile epidemia koronawirusa nie będzie silniejsza od oczekiwań. Dodano do tego zmianę oczekiwań długoterminowych, które zamiast obniżek przewidują jedną podwyżkę przed końcem 2021 roku. W rezultacie tych danych dolar nowozelandzki szedł w górę. Wzrost wartości spowodowany był zmianą oczekiwań inwestorów co do stopy zwrotu z inwestycji o niskim ryzyku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – Raport prezesa FED nt. polityki monetarnej przed Komisją Bankową Senatu.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Bankrutuje coraz więcej dużych firm

  • Na szczycie trendu wzrostowego w niewpłacalnościach przedsiębiorstw Euler Hermes odnotował rekordowy poziom bankructw dużych przedsiębiorstw, których obroty przekraczają kwotę 50 mln EUR – z 342 poważnymi przypadkami niewypłacalności o łącznej wartości obrotów przekraczającej kwotę 205 mld EUR w 2019 r.
  • Wzrost liczby dużych bankructw przyspieszył w ostatnim kwartale 2019 r., z rekordową liczbą przypadków (94), i nowym najwyższym poziomem pod względem ciężaru (ich połączone obroty wzrosły +16% r/r do 60.4 mld EUR).
  • Ameryka Północna (+29 przypadków) była kluczowym czynnikiem przyczyniającym się do globalnego wzrostu liczby poważnych przypadków niewypłacalności, wraz z Azją (+5). Jednak to Europa Zachodnia (-9) pozostała najbardziej dotkniętym upadłościami regionem z 133 poważnymi przypadkami niewypłacalności (w porównaniu z 96 przypadkami w Azji).
  • Gorącymi punktami były handel detaliczny i usługi w Europie Zachodniej, sektor energetyczny i handel detaliczny w Ameryce Północnej i budownictwo w Azji.
  • Co to znaczy dla przedsiębiorstw? Większe ryzyko efektu domina z niekorzystnymi konsekwencjami dla wrażliwych dostawców w łańcuchach dostaw.

Działania monitorujące przeprowadzone przez ekspertów z Euler Hermes wskazują rekordowe poziomy liczby poważnych przypadków niewypłacalności i ich ciężaru. W IV kw. 2019 r. odnotowano rekordową liczbę poważnych niewypłacalności od 2016 r. z 94 przypadkami, stanowiącą wzrost +11% kw/kw (tj. +8% r/r). Zsumowane obroty upadłych, dużych przedsiębiorstw również osiągnęły rekordowy wysoki poziom 60,4 mld EUR (+11% kw/kw lub +18% r/r). Dla roku jako całości, liczba upadłości dużych przedsiębiorstw wyniosła 342 (+7 przypadków) z zsumowanymi obrotami na poziomie 205,6 mld EUR (+30% lub + 47.3 mld EUR). Ten wzrost pod względem ciężaru jest w szczególności wynikiem rosnącej liczby bankructw przedsiębiorstw, których obroty przekraczają 1 mld EUR (+19 wzrost do 49 przypadków).

Stany Zjednoczone były motorem wzrostu, podczas gdy Azja i Europa zwiększyły globalną liczbę. Mimo niewielkiego spadku (-9) Europa Zachodnia pozostała najpoważniejszym czynnikiem przyczyniającym się do globalnej liczby upadłości w 2019 r. z 133 przypadkami, przed Azją z 96 przypadkami (+5). Azja odnotowała najmocniejszy wzrost liczby bankructw przedsiębiorstw, których obroty przekraczają 1 mld EUR (+12 wzrost do 26 przypadków). Ameryka Północna odnotowała +29 więcej bankructw (w porównaniu z 2018 r.), ze znaczącym wzrostem liczby (+25) przedsiębiorstw, których obroty mieściły się w przedziale od 100 EUR mln do 1 mld EUR. Europa Środkowa i Wschodnia wyróżnia się spadkiem drugi rok z rzędu (z poziomu -20 w 2018 r. do poziomu -18 w 2019 r. z 41 przypadkami). USA i Chiny dzielą podium w odniesieniu do największych upadłości z odpowiednio 7 i 8 przypadkami z 20 największych bankructw zarejestrowanych w 2019 r.

Handel detaliczny i budownictwo były sektorami najbardziej dotkniętymi bankructwami w 2019 r., ale to sektor energetyczny wyróżniał się najmocniejszym wzrostem liczby dużych przypadków niewypłacalności. Dla 2019 r. jako całości, handel detaliczny (53 przypadków), budownictwo (44) i usługi (37) były sektorami najbardziej dotkniętymi bankructwami w porównaniu do 2018 r. – mimo znaczącego spadku odnotowanego w budownictwie (-16). Sektor energetyczny (+12) odnotował najmocniejszy wzrost liczby upadłości, wraz z pięcioma sektorami, które zarejestrowały więcej niż +6 dużych przypadków niewypłacalności: sektor metalurgiczny, elektroniczny, farmaceutyczny, papierniczy i tekstylny. Przeciwnie, budownictwo (-16) oraz sektor maszyn i urządzeń (-14), odnotowały najmocniejsze spadki w porównaniu do 2018 r. Największą średnią wielkość przedsiębiorstw niewypłacalnych pod względem obrotów zarejestrowano w sektorze elektronicznym, chemicznym, metalurgicznym i energetycznym/sektorze towarów.

W 2019 r. gorącymi sektorami w Europie Zachodniej były handel detaliczny i usługi, sektor energetyczny i handel detaliczny w Ameryce Północnej i budownictwo w Azji. Ostatni kwartał 2019 r. zarejestrował najwyższą liczbę dużych upadłości w sektorze detalicznym w Europie Zachodniej (7 przypadków), ale także znaczący wzrost zaobserwowano w Azji (+9) ze względu na sektor elektroniczny (+5) i sektor usług (+4), oraz w mniejszym stopniu w Ameryce Północnej (+6) ze względu na sektor rolno-spożywczy (+3) i papierowy (+3).

Dla całego roku, w Europie Zachodniej, gorącymi punktami pozostały handel detaliczny (+3 przypadków, wzrost do 27) i usługi (+2 to 20), lecz sektor energetyczny także odnotował znaczący wzrost (+5). Azja zarejestrowała największą liczbę dużych upadłości w budownictwie (17), usługach (10) i sektorze elektronicznym (9), który odnotował znaczący wzrost (+7). Jednak najmocniejszy wzrost wystąpił w Ameryce Północnej w sektorze energetycznym (+12), który odnotował najwyższą liczbę dużych upadłości (20), wyprzedzając handel detaliczny (14).

Rys. 1 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) według kwartałów i wielkości obrotów w mln EUR

Liczba dużych upadłości
Źródło: Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

Rys. 2 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) według sektorów i regionów

Liczba dużych upadłości 2
Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

Rys. 3 Liczba dużych upadłości (obrót przekracza 50 mln EUR) w 2019 r. według sektorów i wielkości obrotów w mln EUR

Liczba dużych upadłości 3
Źródło: Euler Hermes, Allianz Research

AUTOR ANALIZY: MAXIME LEMERLE, Szef Badań nad Sektorami i Upadłościami Euler Hermes

Zajęcie komornicze a obowiązkowy split payment

Przedsiębiorcy, dokonując zakupu towarów lub usług podlegających obowiązkowemu mechanizmowi podzielonej płatności, w razie niedochowania tej procedury przy dokonywaniu należnej dostawcy zapłaty narażają się na wysokie sankcje podatkowe i karno-skarbowe. A co powinien zrobić przedsiębiorca, gdy przed opłaceniem faktury otrzyma wezwanie komornika do uregulowania wynikającej z niej płatności bezpośrednio na rachunek bankowy komornika?

Z dniem 1 lipca 2018 r. wprowadzony został do obrotu gospodarczo-prawnego tzw. mechanizm podzielonej płatności, zwany również split payment, za pośrednictwem którego przedsiębiorcy mają dokonywać zapłaty za faktury na dwa odrębne rachunki bankowe dostawcy towaru lub usługi. Na jeden główny rachunek dostawcy trafiać ma kwota netto faktury, na drugi – wartość podatku VAT przeprowadzonej transakcji. Przedsiębiorca będący adresatem płatności ma bardzo ograniczony dostęp do środków zgromadzonych na tym drugim koncie. Może nimi jedynie regulować swoje zobowiązania VAT wobec fiskusa. Aby wykorzystać je w innym celu, musi na to uzyskać zgodę naczelnika urzędu skarbowego. Dla części rozliczeń dokonywanych do końca października 2019 r. split payment był dobrowolny. Od 1 listopada 2019 r. mechanizm podzielonej płatności dla transakcji, których wartość jest równa lub przekracza wartość 15 000 zł, stała się obowiązkowa. Rodzaj dóbr i usług objętych tym obowiązkiem określa Załącznik nr 15 do ustawy o VAT.

Grożące sankcje

Niezastosowanie obowiązkowego split payment przez przedsiębiorcę dokonującego płatności sprowadza na niego ryzyko poniesienia dotkliwych sankcji podatkowych i karno-skarbowych. W takiej sytuacji zgodnie z art. 108a ust. 7 ustawy o VAT: „…naczelnik urzędu skarbowego lub naczelnik urzędu celno-skarbowego ustala dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości odpowiadającej 30% kwoty podatku przypadającej na nabyte towary lub usługi wymienione w załączniku nr 15 do ustawy, wykazane na fakturze, której dotyczy płatność” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Z kolei, jak stanowi przepis art. 57c § 1 Kodeksu karnego skarbowego:

„Podatnik, który wbrew obowiązkowi dokonuje płatności kwoty należności wynikającej z faktury z pominięciem mechanizmu podzielonej płatności, podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych” (Dz.U. 1999 nr 83 poz. 930, ze zm.).

Zapłata na konto komornika

Spółka będąca czynnym, zarejestrowanym podatnikiem VAT w trakcie prowadzonej działalności otrzymuje od komornika sądowego albo skarbowego tytuł egzekucyjny informujący o zajęciu wierzytelności kontrahenta spółki będącego jej dostawcą towarów i usług, które znajdują się w wykazie towarów i usług objętych od dnia 1 listopada 2019 r. obowiązkowym mechanizmem podzielonej płatności. W tytule tym komornik zobowiązuje spółkę do zapłaty należnych dostawcy na podstawie prawidłowo wystawionych przez niego faktur kwot, bezpośrednio na swój rachunek.

Spółka powzięła wątpliwość, czy wykonując narzucony tytułem wykonawczym obowiązek przelewu należnych jej kontrahentowi środków na konto komornika, zobligowana jest przy tym do stosowania mechanizmu podzielonej płatności, a więc przelania kwoty wartości podatku VAT na celowy, kontrolowany przez skarbówkę rachunek. Będąc świadomą, że brak zastosowania obligatoryjnego od 1 listopada 2019 r. split payment może na nią ściągnąć wysokie sankcje podatkowe i karno-skarbowe, stanęła na stanowisku, że nie musi w tej sytuacji tego mechanizmu stosować. Zdaniem spółki przesądza o tym fakt, iż dokonywany w tych okolicznościach przelew nie stanowi zapłaty za dostawę na podstawie faktury, ale na podstawie tytułu egzekucyjnego, będąc realizacją obowiązku wynikającego z przepisów dotyczących postępowania egzekucyjnego. Dodatkowo komornik, nie prowadząc działalności gospodarczej, nie jest zobowiązany do posiadania rachunku dedykowanego do rozliczeń w ramach split payment.

Relacja prawna o szczególnym charakterze

W wydanej 17 grudnia 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor KIS zgodził się ze stanowiskiem spółki. Stwierdził, że w przedstawionym stanie faktycznym zachodzi relacja prawna o szczególnym charakterze, której nie dotyczy obowiązek realizacji płatności z zastosowaniem mechanizmu podzielonej płatności:

„W takiej sytuacji dokonywana na rzecz komornika płatność nie stanowi zapłaty za nabyte towary lub usługi. W tym przypadku, w miejsce obowiązku zapłaty kontrahentowi za nabyte towary lub usługi, wstępuje nowy tytuł płatności, czyli realizacja egzekucji z zajętej wierzytelności. Stąd w takiej sytuacji podatnik (nabywca) nie będzie miał obowiązku zapłaty do komornika w podzielonej płatności” (sygn. 0114-KDIP1-1.4012.592.2019.1.RR).

Przedsiębiorca uwolniony spod groźby sankcji

W przypadku płatności objętej obligatoryjnym mechanizmem podzielonej płatności, a dokonywanej przez przedsiębiorcę na rachunek bankowy komornika z powodu zajęcia jej tytułem egzekucyjnym, przedsiębiorca ten nie będzie podlegał sankcjom wynikającym z ustawy o podatku od towarów i usług ani z ustawy – Kodeks karny skarbowy, nawet jeśli wystawiona przez dostawcę faktura zawiera klauzulę: „mechanizm podzielonej płatności”. Dodatkowo ujęty na tej fakturze podatek VAT przedsiębiorca, w ramach prowadzonej działalności, będzie mógł odliczyć od podatku należnego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Trendy HR 2020 – na co stawiają rekruterzy?

Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej wskazuje trendy, które w najbliższych latach będą kształtowały obszar HR i pracę w organizacjach.

Firmy poszukują innowacyjnych rozwiązań, które pomogą wybrać utalentowanych kandydatów, a także zatrzymać najbardziej wartościowych pracowników. Kreatywny
i nowoczesny proces rekrutacji to jeden z podstawowych składników sukcesu
w organizacji. Nic więc dziwnego, że nowoczesne technologie, a nawet sztuczna inteligencja są wykorzystywane przez firmy w różnych obszarach jej funkcjonowania.
– mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Cyfrowa rekrutacja

Realizacja procesów rekrutacyjnych z udziałem nowoczesnych technologii jest już bardzo popularna. Videorekrutacje i ATS (aplicant tracking systems)
to narzędzia, które na dobre przyjęły się w środowisku human resources. Cyfrowe narzędzia rekrutacyjne potrafią także wyszukać odpowiednich kandydatów w sieci, porównać CV wybranych osób oraz zweryfikować ich obecność w mediach społecznościowych. Mogą też przeprowadzić testy i oceny kompetencji oraz zarekomendować najlepszych kandydatów do pracy.

Oprócz pytań rekrutacyjnych coraz częściej wykorzystywane są również gry na urządzenia mobilne. Nowoczesne narzędzia poprawiają jakość oceny potencjalnego kandydata i zapewniają równie cenne informacje z zakresu psychodiagnostyki, co metody klasyczne. Dodatkową zaletą jest to, że wyniki rekrutacji uzyskujemy w ciągu kilku minut.

Wirtualna rzeczywistość (VR)

Możliwość przeniesienia się do innego wymiaru jest bardzo przydatna podczas wdrażania nowych pracowników (onboarding).

Dzięki VR zrekrutowany pracownik może łatwo poznać nowe miejsce pracy, czy zaznajomić się z informacjami o funkcjonowaniu poszczególnych działów, oraz pracujących w nich osób.

Wirtualna rzeczywistość jest szczególnie przydatna w szkoleniach pracowników zatrudnionych w działach produkcyjnych, gdzie praca ma określony schemat i jest powtarzalna. Dzięki VR nowi pracownicy znacznie szybciej przyswajają wiedzę o firmie i o przydzielonym im stanowisku, niż podczas tradycyjnych metod wdrażania.

Duże linie lotnicze, jak np. Lufthasa już wykorzystują wirtualną rzeczywistość do szkoleń personelu technicznego oraz personelu pokładowego. Ale to nie jest jedyny przykład. Wallmart w 2017 roku dzięki VR przeszkolił 140 000 pracowników. – komentuje Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Sztuczna inteligencja (AI)

Sztuczna inteligencja umożliwia automatyzację procesów w wielu obszarach firmy. Dzięki takim funkcjom jak wyszukiwanie informacji i symulacja danych, AI może pomóc w podejmowaniu ważnych decyzji pracownikom wyższego szczebla. Pozwala również na ograniczenie tzw. „papierkowej roboty”, a także w rozdzielaniu obowiązków pomiędzy pracownikami. Dzięki pomocy sztucznej inteligencji zwiększa się efektywność firmy, bo poszczególne działy mogą skupić się na najbardziej znaczących dla organizacji zadaniach.

Natomiast dla HR sztuczna inteligencja jest pomocnym narzędziem
do rekrutacji i szkoleń pracowniczych. AI potrafi wyszukać w Internecie potencjalnych kandydatów oraz przejrzeć i ocenić ich zawodowe życiorysy. Dzięki  wykorzystaniu chatbotów podczas procesów rekrutacyjnych, a także podczas szkoleń osoby mogą również zadawać i odpowiadać na pytania.

Według danych komisji europejskiej, szacuje się, że w Wielkiej Brytanii
10,4 miliona miejsc pracy, które stanowią około 30% ogółu, zostanie zautomatyzowanych do 2030 r. Natomiast brytyjska firma badawczo-doradcza Gartner twierdzi, że 69% czynności wykonywanych obecnie przez managerów zostanie zautomatyzowane do 2024 roku.
– wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Work-life-balance i work-life-blend

Praca nadal jest ważnym ogniwem w życiu człowieka, ale powoli przestaje być jego najważniejszym czynnikiem, pod który wszystko jest podporządkowane.

Nie boimy się już zmiany pracodawcy, czy przekwalifikowania. Jesteśmy otwarci na elastyczne formy zatrudnienia. Firmom coraz trudniej będzie zatrzymać najbardziej wartościowych pracowników, ponieważ dla nich kluczową kwestią staje się „employee experience” – czyli oprócz doświadczenia zawodowego i możliwości rozwoju istotne są też komfortowe warunki i dobre samopoczucie.

Do poczucia szczęścia i dobrostanu pracowników przyczynia się autonomia w działaniu, możliwość decydowania o benefitach i o warunkach współpracy. Przeciwdziałanie wypaleniu zawodowemu i chęć zatrzymania najbardziej wartościowych pracowników to wyzwania działów HR i właścicieli firm. Dlatego coraz popularniejsze stają się szkolenia wyjazdowe oparte o immerse experience, takie jak np. „cyfrowy detoks”, które pozwalają skutecznie przeciwdziałać wyczerpaniu emocjonalnemu kadry zarządzającej. Dzięki tego typu szkoleniom nabywamy umiejętności radzenia sobie ze stresem
i komunikacji ze światem.
– wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Lepsze perspektywy polskiego eksportu

Wzrost polskiego eksportu ma szansę na ożywienie w nadchodzących miesiącach – twierdzą ekonomiści Banku Pekao S.A. W swojej najnowszej analizie wskazują, że po spowolnieniu globalnego handlu, obserwowanym w ostatnich latach, w I kwartale 2020 r. zauważalna powinna być lekka poprawa koniunktury za granicą.

Eksport coraz silniej oddziałuje na polską gospodarkę i coraz mocniej stanowi o jej koniunkturze. Udział eksportu w polskim PKB to obecnie ponad 55 proc., co przekłada się na konieczność jeszcze ściślejszego monitorowania sytuacji w światowej gospodarce, a w szczególności u kluczowych partnerów handlowych Polski. Jednoczesne śledzenie koniunktury w kilku gospodarkach i odpowiednie skalibrowanie sygnałów płynących z różnych źródeł, może jednak stanowić wyzwanie.

Dlatego też eksperci Pekao opracowali dwa indeksy kompozytowe, obrazujące łączną koniunkturę w kluczowych dla polskiego eksportu gospodarkach. Oparte są one na wskaźnikach koniunktury z krajów o największym udziale w polskim eksporcie (Niemiec, Czech, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch). Pierwszy z nich pokazuje bieżący stan zagranicznej koniunktury, drugi zaś ma charakter wyprzedzający wobec popytu zagranicznego. Indeksy te pozwalają kompleksowo przyjrzeć się tendencjom panującym na rynkach zagranicznych i odpowiednio na nie reagować.

Najnowsze odczyty opracowanych przez nas wskaźników pokazują wyraźne wyhamowanie dotychczasowej tendencji spadkowej popytu zagranicznego, a jednocześnie sugerują lekką poprawę zagranicznej koniunktury w najbliższej przyszłości. Oznacza to, że polscy eksporterzy mogą liczyć na lepsze perspektywy w kolejnych kwartałach – mówi Piotr Piękoś, starszy ekonomista w Banku Pekao S.A.

Eksperci Pekao zaznaczają jednak, że nie powinniśmy popadać w nadmierny optymizm. Oba wyszczególnione wskaźniki wciąż znajdują się poniżej swojej długoterminowej średniej, a więc nadal mamy do czynienia ze względnie niewysokim popytem zagranicznym.