10 tys. czujników umieszczonych w szkołach będzie badać jakość powietrza. Edukacja dzieci, ich rodziców i nauczycieli ma pomóc w walce ze smogiem

10 tys. czujników umieszczonych w szkołach będzie badać jakość powietrza. Edukacja dzieci, ich rodziców i nauczycieli ma pomóc w walce ze smogiem 1

Nie tylko przemysł i spaliny samochodów odpowiadają za smog. Największym problemem są domowe piece grzewcze opalane drewnem lub węglem. W Polsce niska emisja odpowiada za 52 proc. pyłów PM10 oraz 82 proc. benzo(a)pirenu w powietrzu. Kluczowa jest zmiana przyzwyczajeń, do tego jednak niezbędna jest edukacja. Edukacyjna Sieć Antysmogowa pomaga w zmianie przyzwyczajeń. Czujniki zanieczyszczenia powietrza umieszczone w szkołach są wysyłane do NASK za pośrednictwem internetu lub Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. Do projektu dołączyło już ponad 330 szkół i 50,5 tys. uczniów.

Projekt Edukacyjnej Sieci Antysmogowej jest w dużej mierze synergicznym z Ogólnopolską Siecią Edukacyjną. Jest to narzędzie edukacyjne, które może być wykorzystywane do działań z zakresu ochrony środowiska. W projekcie generowanych jest ogromna liczba danych z wielu czujników, na razie mamy ich co prawda kilkaset, ale zakładamy, że będziemy ich mieli kilka tysięcy. A to oznacza, że będziemy dysponować bardzo dużą bazą danych, które muszą być transferowane – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w 19,5 tys. lokalizacji w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu światłowodowego. Dzięki OSE wszystkie szkoły mają przejść na cyfrowy model edukacji. Program ESA jest przykładem wykorzystania szybkiego internetu do celów edukacyjnych.

Wykorzystanie różnych nośników informacji jest kluczowe dla procesu edukacyjnego. Szkoła nie jest w stanie zapewnić wszystkich możliwych pomocy dydaktycznych, a baza tych pomocy znajduje się tak naprawdę w sieci – przekonuje Dariusz Milewski, dyrektor Zespołu Szkół im. Żołnierzy Armii Krajowej w Makowie Mazowieckim.

Obecnie jednak, jak wynika z badania „Nastolatki 3.0” przeprowadzonego przez NASK, w polskich szkołach nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny – ponad 80 proc. uczniów przyznaje, że jeżeli nauczyciele wykorzystują już internet na zajęciach, to najczęściej do odtwarzania filmów i prezentacji. Dzięki OSE ma się to już wkrótce zmienić.

Zbudowaliśmy sieć szkieletową bazującą na 16 węzłach i jednocześnie przyłączamy kolejne szkoły. W tej chwili mamy ponad 7 tys. szkół z instalacją, z tego blisko 4 tys. mają już sygnał, możliwość korzystania ze wszystkich usług OSE. Do końca roku tych szkół ma być 10–11 tys. – zapowiada Marek Zagórski.

Dzięki OSE możliwy jest rozwój projektu ESA, czyli Edukacyjnej Sieci Antysmogowej. Program edukacyjny ma upowszechnić wiedzy o tym, jak powstaje smog, jaki wpływ ma na nasze zdrowie, uczy też, jak zapobiegać zanieczyszczeniom powietrza.

Projekt polega na tym, żeby opomiarować polskie szkoły, połączyć te informacje w jedną sieć i zaprezentować, jakie informacje à propos czystości powietrza wokół tych szkół się mogą pojawić. W ślad za tym chcemy pójść z edukacją, żeby nauczyć dzieci, nauczycieli i rodziców, z czym się wiąże to, że powietrze jest czyste albo, że jest zanieczyszczone, co zrobić, żeby było coraz czystsze, jak możemy wpływać na powietrze, nie paląc nieodpowiednimi rzeczami – tłumaczy Bartłomiej Klinger, dyrektor ds. projektów administracyjno-edukacyjnych NASK.

Jak podaje NASK, w Polsce to nie przemysł i spaliny samochodów odpowiadają za smog. W największym stopniu odpowiedzialne są domowe piece grzewcze opalane drewnem lub węglem. Właśnie niska emisja odpowiada za 52 proc. pyłów zawieszonych PM10 oraz 82 proc. benzo(a)pirenu. Pomaga to zmierzyć 337 czujników umieszczonych w szkołach, ale docelowo mają być zamontowane w co najmniej 10 tys. placówkach.

Byliśmy pierwszą z dziesięciu pilotażowych szkół, gdzie zamontowano czujnik zanieczyszczenia powietrza, co pozwoliło nam na rozpoczęcie akcji uświadamiającej. Sami się zmagamy jako mieszkańcy tego obszaru właśnie z tym zanieczyszczeniem. Maków to kominy przestarzałych instalacji grzewczych, które produkują wyłącznie smog. Dlatego przyjęliśmy na siebie wyzwanie uświadomienia zagrożeń związanych z zanieczyszczeniem powietrza – mówi Dariusz Milewski.

Do projektu ESA dołączył Microsoft. Dzięki sztucznej inteligencji i chmurze obliczeniowej będzie można lepiej analizować dane i przewidzieć pomiary.

Podpisaliśmy porozumienie z firmą Microsoft po to, żeby zaangażować ich potencjał technologiczny i częściowo też finansowy do wsparcia procesu analizy danych, które zbieramy z czujników w sieci ESA. Firma Microsoft zaoferowała współpracę, zarówno własną, jak i partnerów swoich technologicznych w przygotowaniu modelu analitycznego, który sprawdzi te dane, poogląda te wszystkie dane historyczne i bieżące. Będzie też w stanie podpowiedzieć, co może być jutro, pojutrze, za tydzień – wskazuje Bartłomiej Klinger.

W sezonie 2018/2019 (styczeń–marzec) w ramach projektu 209 szkół zostało objętych edukacją. Eksperci przeszkolili 3 093 nauczycieli. W zajęciach, warsztatach i akcjach informacyjnych wzięło udział 50 598 uczniów, 33 963 rodziców i opiekunów oraz 923 mieszkańców miejscowości w pobliżu zaangażowanych szkół.

Aby pomóc gminom włączyć się do projektu, NASK pod patronatem Ministerstwa Cyfryzacji rozpoczyna nowy, poszerzony program „Razem dla czystego powietrza”, który ma na celu mobilizację gmin do podejmowania działań na rzecz poprawy jakości powietrza.

Polska jednym z niewielu państw na świecie z oświadczeniami majątkowymi wypełnianymi ręcznie. Kontrola nad tym systemem jest iluzoryczna

Polska jednym z niewielu państw na świecie z oświadczeniami majątkowymi wypełnianymi ręcznie. Kontrola nad tym systemem jest iluzoryczna 2

W grupie niewielu krajów na świecie, gdzie oświadczenia majątkowe są wypełniane ręcznie, wciąż znajduje się Polska. Jak podkreśla Krzysztof Izdebski z Fundacji ePaństwo, kontrola społeczna i instytucjonalna nad systemem oświadczeń majątkowych jest iluzoryczna. Dodaje, że zamiast realnych zmian, które mogłyby się przyczynić do większej skuteczności polityki antykorupcyjnej, rząd skupił się na korzystnej wizerunkowo nowelizacji przepisów o jawności majątków urzędników i ich rodzin.

– Najważniejszy problem z systemem oświadczeń majątkowych jest taki, że Polska jest jednym z niewielu krajów na świecie, gdzie te oświadczenia są wypełniane ręcznie. Wszędzie na świecie mamy już digitalizację i można to zrobić za pomocą komputera. Dzięki temu można te oświadczenia rozczytać, analizować i kontrola nad systemem oświadczeń majątkowych jest realna. W Polsce wygląda to fatalnie. Z punktu widzenia kontroli społecznej, z punktu widzenia służb takich jak CBA, kontrolna nad oświadczeniami majątkowymi jest po prostu iluzoryczna. To jest pierwsza rzecz, która powinna się zmienić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.

Jak ocenia, zamiast wprowadzić realne zmiany w systemie oświadczeń majątkowych, rząd skupił się na tych bardziej popularnych i nośnych społecznie, czyli ustawie o jawności majątku rodzin najważniejszych urzędników państwowych.

Jej projekt (przewiduje nowelizację łącznie pięciu ustaw), który powstał w kancelarii Premiera, trafił do Sejmu w końcówce sierpnia. Został przyjęty 11 września. Zakłada, że najważniejsi urzędnicy państwowi – w tym m.in. premier, ministrowie, posłowie i europosłowie, senatorowie, prezesi Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Sądu Najwyższego oraz szefowie innych instytucji państwowych – będą zobowiązani do umieszczania w oświadczeniach majątkowych informacji o majątku swoich małżonków, dzieci i osób, z którymi pozostają we wspólnym pożyciu.

Przepisami zajmował się ostatnio Senat. Wcześniej senacka Komisja Regulaminowa, Etyki i Spraw Senatorskich zarekomendowała odrzucenie projektu ustawy w całości ze względu na liczne błędy. Po posiedzeniu plenarnym projekt ze zgłoszonymi poprawkami ponownie trafił do prac w komisji. Dyrektor Fundacji ePaństwo ocenia, że jedną z głównych wad jest w tym przypadku brak jakichkolwiek konsultacji z organizacjami pozarządowymi.

– Pomysł wyszedł z rządu, ale zupełnie nie został skonsultowany i od razu trafił do parlamentu. W uzasadnieniu, dlaczego nie przeprowadzono żadnych konsultacji, znalazło się jedno zdanie, że społeczeństwo oczekuje takich zmian. Natomiast nie dostarczono dowodów, nie wyjaśniono, dlaczego akurat takich zmian społeczeństwo oczekuje. Faktycznie to jest kwestia szeroko dyskutowana, która pojawiała się w debacie publicznej. Jednak naszym zdaniem, jako organizacji, która zajmuje się przeciwdziałaniem korupcji, nie jest to najważniejszy problem, z którym mamy do czynienia w systemie oświadczeń majątkowych – mówi Krzysztof Izdebski.

Jak podkreśla, oświadczenia majątkowe wymagają przede wszystkim digitalizacji, żeby umożliwić ich skuteczniejszą kontrolę, a realne zmiany w tym systemie przyczyniłyby się do większej skuteczności polityki antykorupcyjnej.

– Skala korupcji w Polsce się zmienia. To, z czym mieliśmy do czynienia jeszcze przed kilkoma laty, czyli taka drobna korupcja w przypadku policji, kolejek do lekarzy, ustąpiła miejsca większej korupcji, związanej z zamówieniami publicznymi i tymi obszarami, gdzie rzeczywiście wydaje się duże publiczne pieniądze. Natomiast na szczęście Polska nie jest krajem przodującym w tych działaniach korupcyjnych, plasujemy się w europejskiej średniej. Ale to też jest wynikiem działań legislacyjnych prowadzonych na przestrzeni wielu lat, chociażby wprowadzania wiele lat temu obowiązku składania oświadczeń majątkowych. Natomiast w tym temacie zawsze może być lepiej, dlatego trzeba o nim mówić – zaznacza Krzysztof Izdebski.

W opublikowanym w styczniu przez międzynarodową organizację Transparency International rankingu Indeks Percepcji Korupcji, Polska zajęła 36. miejsce na 180 państw (z wynikiem 60 punktów na maksymalnie 100), utrzymując tym samym pozycję sprzed roku. Awans w rankingu natomiast zanotowały Czechy (z 42. na 38.), Węgry (z 66. na 64.) i Ukraina (z 130. na 120.).

W polskiej armii służy już ponad 800 rosomaków. Ich producent poszukuje nowych rynków eksportowych

W polskiej armii służy już ponad 800 rosomaków. Ich producent poszukuje nowych rynków eksportowych 3

Na wyposażeniu polskiej armii jest już ponad 800 opancerzonych transporterów Rosomak w różnych wersjach: od bojowej aż po wozy ewakuacji medycznej. Rosomaki, sprawdzone przez polskich żołnierzy w warunkach bojowych na misji w Afganistanie, przeszły od tego czasu już kilkaset modyfikacji. ich producent prezentował niedawno nową koncepcję pojazdów w układzie 6×6, o zmniejszonych wymiarach, masie i cały czas poszukuje dla rosomaków nowych rynków eksportowych.

– Na ten moment polskiej armii zostało dostarczonych już ponad 800 rosomaków w różnych wersjach specjalnych. Ich możliwości są zróżnicowane, w zależności od wersji. Generalnie konstruujemy te pojazdy w taki sposób, aby spełniały wymagania danego użytkownika – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Cholewa, starszy specjalista ds. marketingu w spółce Rosomak SA.

Pierwsze Kołowe Transportery Opancerzone Rosomak dla polskiego wojska zostały dostarczone w 2004 roku. Od tego czasu w pojazdach – produkowanych na licencji przez Rosomak SA (dawniej Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach Śląskich) – wprowadzono już kilkaset zmian konstrukcyjnych. Wiele z nich było efektem informacji przekazywanych przez polskich żołnierzy podczas misji w Afganistanie. Polskie wojsko uczestniczyło w misji w Afganistanie między 2007 a 2014 rokiem, a dla Rosomaków, które trafiły na wyposażenie armii trzy lata wcześniej, był to pierwszy sprawdzian w trakcie realnych działań bojowych.

– Jedną z bardziej rozpoznawalnych wersji jest wersja bojowa. Tutaj najważniejszy jest system uzbrojenia, na który składa się wieża HITFIST z armatą kalibru 30 mm i sprzężonym karabinem maszynowym 7,62. Główną rolę odgrywa siła ognia, precyzja tego uzbrojenia. Najlepsze dowody jej skuteczności dostaliśmy właśnie w Afganistanie. Mamy również m.in. wersję pojazdów ewakuacji medycznej, które pełnią rolę ambulansów i również są wykorzystywane w działaniach bojowych, oraz pojazdów rozpoznania technicznego, które są swego rodzaju jeżdżącą stacją diagnostyczną – mówi Michał Cholewa.

KTO Rosomak jest pojazdem pływającym, może być też transportowany koleją, drogą morską albo powietrzną. W wersji bojowej załogę pojazdu stanowią kierowca, dowódca i działonowy oraz 8 żołnierzy piechoty. Specjalna konstrukcja pojazdu umożliwia szybką wymianę poszczególnych systemów i układów.

Podczas tegorocznych targów MSPO w Kielcach producent rosomaków prezentował nową koncepcję swojego kołowego transportera opancerzonego w układzie 6×6, o zmniejszonych wymiarach i masie, dzięki czemu pojazd może z lekkością manewrować w trudnym terenie. Nowością na MSPO był także ciężki kołowy pojazd ewakuacji i ratownictwa technicznego Hardun.

– Jest to pojazd zupełnie nowy, do tej pory polskie wojsko nie dysponowało tego typu sprzętem. Pojazd przeznaczony jest do wsparcia oddziałów, które wyposażone są właśnie w kołowe transportery opancerzone Rosomak. Służy do zabezpieczenia technicznego, ewakuacji pojazdów uszkodzonych w najcięższych warunkach terenowych. Jest wyposażony w urządzenie podnosząco-holujące, którym można Rosomaka zaczepić na hol, podnieść i wyciągnąć nawet w trudnym terenie. Dodatkowo żuraw o udźwigu nawet do 16 ton również może być wykorzystywany przy ewakuacji uszkodzonego pojazdu na polu walki. Ten pojazd jest wyposażony w wyciągarki, systemy podpór i wszystko to, co jest potrzebne w działaniach bojowych – mówi Michał Cholewa.

MON zamówiło już 27 takich pojazdów, przeznaczonych do prowadzenia akcji ewakuacyjno–ratowniczych i holowania samochodów ciężarowych oraz kołowych transporterów opancerzonych.

– Jesteśmy już na ostatniej prostej, rozpoczęliśmy procedurę przekazywania tych pojazdów do użytkownika, czyli do polskiego wojska – mówi Michał Cholewa.

Jak podkreśla, producent rosomaków cały czas poszukuje też nowych rynków eksportowych. Na początku tego roku spółka, która wchodzi w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej, informowała, że stara się o udział w przetargu na dostawę transporterów opancerzonych dla sił zbrojnych Republiki Macedonii Północnej, oferując sprzedaż 40 rosomaków.

– Dostarczyliśmy kilka lat temu 40 pojazdów do jednego z krajów arabskich, a w tej chwili trwają konsultacje. Zarząd naszej spółki, łącznie z Polską Grupą Zbrojeniową i Biurem Handlu Zagranicznego, prowadzi różne rozmowy, cały czas poszukuje nowych rynków, natomiast zbyt wcześnie, żeby mówić tutaj o jakichś konkretach – mówi Michał Cholewa, starszy specjalista ds. marketingu w spółce Rosomak SA.

Amazon powoli zdobywa polski rynek. Z platformy korzysta coraz więcej kupujących, ale polscy sprzedawcy nie do końca wykorzystują jej możliwości

Amazon powoli zdobywa polski rynek. Z platformy korzysta coraz więcej kupujących, ale polscy sprzedawcy nie do końca wykorzystują jej możliwości 4

Choć udział Amazona w polskim e-commerce nie przekracza dziś 5 proc., amerykański gigant zdobywa w nim udziały krok po kroku, przejmując powoli rynek, na czym w największym stopniu może stracić rodzime Allegro. Polacy na Amazonie mają dziś do wyboru ponad 200 mln artykułów z opisami tłumaczonymi na język polski i korzystają z niego w coraz większym stopniu. Polskie firmy sprzedające za pośrednictwem Amazona mogą pochwalić się dziś dużymi przychodami z tego tytułu, ale wciąż nie do końca wykorzystują możliwości, jakie platforma im oferuje.

– Choć Amazon.pl jest dzisiaj przekierowany na Amazon.de, to cały serwis jest dostępny w języku polskim. Firma zatrudnia w Polsce programistów, ma centra logistyczne i coraz więcej ludzi w marketingu i sprzedaży. To znaczy, że de facto Amazon jest już w Polsce dostępny, choć czekamy jeszcze na agresywniejszą walkę o swój udział w rynku, na billboardy i kampanię w internecie. To jest kwestia czasu, my to nazywamy cichym przejęciem rynku, bo z roku na rok Amazon coraz bardziej rozwija się w Polsce i ma tu coraz więcej kupujących – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sascha Stockem, prezes zarządu i założyciel firmy Nethansa.

Amerykański gigant sprzedaży internetowej zanotował w ubiegłym roku obroty rzędu 277 mld dol. brutto. W polskim rynku e-commerce ma na razie udział, sięgający – według różnych szacunków – od 3 do 5 proc.

– Wszyscy wiemy, że w Polsce liderem rynku jest dzisiaj Allegro, które od dłuższego czasu z pewnością mocno obserwuje to, co robi Amazon, czego przykładem jest chociażby program Prime. Z drugiej strony w Polsce wielu konsumentów kupuje bezpośrednio w sklepach online, ale trend będzie migrował coraz bardziej w kierunku marketplace’u. Podobnie jak na rynkach w Wielkiej Brytanii czy Niemczech, gdzie większość kupujących robi zakupy na Amazonie, w Polsce ten fenomen też się zjawi – przekonuje Sascha Stockem.

Jak zauważa ekspert, polscy użytkownicy Amazona mają już dzisiaj do wyboru ponad 200 mln artykułów z opisami tłumaczonymi na język polski i korzystają z serwisu w coraz szerszym stopniu, choć często trafiają do niego raczej przez przypadek niż jako świadomi i stali klienci. Z drugiej strony polskie firmy sprzedające za pośrednictwem platformy Amazon już od kilku lat cieszą się dużymi obrotami generowanymi za pośrednictwem tego serwisu i stanowi to poważną część ich przychodów. Wciąż jednak nie do końca wykorzystują wszystkie możliwości, jakie oferuje im platforma.

– Większość firm jeszcze nie korzysta z tego w pełni i dopiero się rozgląda albo bada możliwości. To ewidentnie idzie do przodu, ale nie w takim tempie, jak w innych krajach. W związku z tym cały czas mamy dużo do nadrobienia – mówi Sascha Stockem.

Założyciel Nethansy, która zajmuje się wprowadzaniem polskich przedsiębiorstw na Amazona, podkreśla że e-commnerce&HASH39;owy gigant oferuje przede wszystkim możliwość korzystania ze swojej infrastruktury i dostęp do ponad 310 mln kupujących na całym świecie, w tym 100 mln w samej Europie. Żadna inna platforma internetowa nie ma dostępu do tak dużej liczby klientów.

– Można rozpocząć sprzedaż bardzo szybko i skalować w ekspresowym tempie przy minimalnym nakładzie inwestycji. Jedyne, co trzeba zrobić, to się zgłosić. Natomiast z punktu widzenia kupujących, Amazon jako wielka firma zorientowana prokonsumencko, zapewnia im przede wszystkim bezpieczeństwo. Co za tym idzie – sprzedawcy na Amazonie nie muszą budować zaufania klientów, ponieważ mają je z góry. To jest element, z którego po prostu warto skorzystać – przekonuje Sascha Stockem.

Jak wynika z raportu Statista Digital Market Outlook, Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W 2019 roku wartość krajowego e-handlu ma wzrosnąć do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. Natomiast w przyszłym roku – według prognoz przytaczanych przez PwC („Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu”) – może przekroczyć 60 mld zł. Według ostatniego badania Gemiusa w internecie kupuje już 62 proc. internautów (wzrost o 6 pkt. proc. rok do roku), czyli ponad 17 mln Polaków.

Instytut Millenials: Na zatrudnieniu millenialsów firma może tylko skorzystać. Konieczne jednak jest dopasowanie się do ich potrzeb, a nie próba ich zmiany

Instytut Millenials: Na zatrudnieniu millenialsów firma może tylko skorzystać. Konieczne jednak jest dopasowanie się do ich potrzeb, a nie próba ich zmiany 5

Do 2025 roku millenialsi będą stanowić nawet 75 proc. wszystkich pracowników. W Polsce jest ich obecnie ok. 10 milionów. W pracy istotny jest dla nich rozwój zawodowy, który millenialsi stawiają na równi z wysokością wynagrodzenia. Cenią komunikacje, oczekują jasnych wskazówek, chcą nowych wyzwań. Choć wśród pracodawców millenialsi mają opinię roszczeniowych i wymagających, to na obecności najmłodszych pracowników firma może tylko zyskać – ocenia dr Łukasz Srokowski, założyciel Instytutu Millenials.

 – Millenialsi są dla rynku pracy zagrożeniem i szansą jednocześnie. To jest na pewno grupa, która będzie stanowiła duże wyzwanie dla obecnego managementu firm, bo wymaga zupełnie innego podejścia. Ale z drugiej strony daje niesamowitą szansę firmom na przekroczenie dotychczasowych granic działania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Łukasz Srokowski, założyciel Instytutu Millenials z Grupy edukacyjnej Navigo.

Millenialsi, czyli pokolenie Y, to osoby urodzone w ostatnich 20 latach XX wieku. W 2020 roku pracownicy należący do pokolenia millenialsów będą stanowili blisko 60 proc. nowo rekrutowanych osób. Według Deloitte w 2025 roku może to być już 75 proc. Już teraz ich obecność w firmach jest mocno zauważalna, millenialsi zmieniają sposób organizacji pracy i prowadzenia biznesu.

– Kluczowe dla tego pokolenia jest to, że wchodzili w dorosłość po roku 1998, w którym zaczął się w Polsce pojawiać szerokopasmowy internet. I od tego momentu ich całe dorastanie miało miejsce w sieci. Jeżeli ktoś miał wówczas 13–14 lat, całe dojrzewanie przechodził w internecie, który kieruje się zupełnie inna logiką, innymi regułami i kształtuje inne postawy i sposób myślenia – tłumaczy dr Łukasz Srokowski.

Millenialsi to pierwsze pokolenie, które wychowywało się w cyfrowym świecie, i pierwsze, które przeniosło wiele nawyków z internetu do świata pracy. Mają inne oczekiwania i inne systemy wartości zawodowych niż choćby pokolenie X. Niczego nie przyjmują za pewnik, mają też zupełnie inne potrzeby w miejscu pracy.

– Dzisiaj z założenia przełożony dla takiego typowego millenialsa ma autorytet zerowy, ale może go zbudować, jeżeli będzie mądrze i odpowiedzialnie zarządzał. I to jest logika przeniesiona całkowicie z forów internetowych – wskazuje ekspert.

Raport Deloitte „2018 Deloitte Millennial Survey” wskazuje, że dla millenialsów rozwój zawodowy jest równie ważny co wynagrodzenie, elastyczny czas pracy i pozytywna kultura w firmie. Badanie „Millenialsi w MŚP. Pod lupą” Europejskiego Funduszu Leasingowego pokazuje zaś, że miarą sukcesu dla pokolenia Y jest stabilność finansowa (89 proc.) i zachowanie równowagi między pracą a życiem osobistym (86 proc.).

– W przeciwieństwie do pokolenia poprzedniego, X, które bardzo ceniło karierę, rozwój, finansowy również, pokolenie millenialsów w dużym stopniu przyszło na gotowe. Te kariery i dobrobyt zbudowało pokolenie ich starszych braci i ojców, sióstr i matek, a teraz oni mogą sobie pozwolić na powiedzenie: rzeczy materialne nie są dla mnie takie ważne, chcę zbierać doświadczenia, to jest esencją mojego życia – przekonuje założyciel Instytutu Millenials.

Millenialsi chcą, by ich życie zawodowe było podobnie dynamiczne, jak życie online. Nie boją się zmian, oczekują jednak od pracodawców, że będą mogli podnosić kwalifikacje i zdobywać nowe umiejętności. Obecnie jednak tylko co czwarty millenials jest zdania, że pracodawca dba o rozwój kompetencji.

– Żeby skorzystać z tego, co oferują millenialsi, firmy potrzebują otworzyć się na to, że są to zupełnie inni ludzie często pod kątem sposobu myślenia i działania. W większości firm menadżerowie podchodzą do millenialsów jak pies do jeża, zakładając, że jest z nimi jakiś problem i trzeba ich teraz wychować i zmienić tak, żeby pasowali. Tymczasem firma, żeby skorzystać z doświadczenia millenialsów, powinna zacząć pytać ich o zdanie, dawać im możliwość dzielenia się swoimi pomysłami, dawać im często feedback – przekonuje ekspert.

Mają poczucie własnej wartości, stabilność zatrudnienia jest dla nich mniej istotna niż poczucie realnego wpływu na firmę. Jak przekonuje dr Srokowski, zależy im na autentyczności i spójności w działaniu firmy. Jednocześnie ponad 40 proc. millenialsów planuje odejść z pracy w ciągu najbliższych dwóch lat (Deloitte Millennial Survey).

– Gdy widzą niespójność zachowań szefa, jego nieautentyczność, traktują to natychmiast jako powód do rezygnacji. Wciskają emocjonalny guzik „unsubscribe” i wyłączają się z tej relacji w firmie, a chwilę później składają fizyczne wypowiedzenie. W związku z czym, żeby wykorzystać millenialsów, trzeba otworzyć się na to, że oni są już ukształtowani, nie zmienią się, nie wychowamy ich do tego, żeby byli tacy jak ich poprzednicy, za to można skorzystać z całego bogactwa doświadczeń, które wnoszą – podkreśla dr Łukasz Srokowski.

Wkrótce stanie w Polsce pierwszy dom z całkowicie solarnym dachem. Wyprodukowana przez niego energia pokryje całe zapotrzebowanie domu na prąd

Dach z paneli słonecznych zastąpi całe zapotrzebowanie na energię. Nadwyżkę można przeznaczyć na naładowanie samochodu elektrycznego lub ogrzewanie domu. SunRoof to dach solarny. Zamiast często stosowanych pojedynczych paneli, produkuje energię elektryczną, a przy tym całkowicie spełnia funkcję pokrycia dachowego. SunRoof jest też bardziej wydajny, niż dach podobnej wielkości zrobiony przez Teslę. W Polsce pierwszy budynek z solarnym dachem powstanie już na początku 2020 roku.

– SunRoof buduje zintegrowane dachy z paneli słonecznych, czyli zamiast zwykłego materiału, którego się dzisiaj używa, mamy panele słoneczne, które generują prąd do naszego domu. Nie trzeba budować wszystkich warstw dachu, żeby później na dach kłaść panele. To panele stają się zewnętrzną warstwą dachu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Lech Kaniuk z SunRoof.

Gonty słoneczne lub płytki słoneczne, czyli fotowoltaika zintegrowana z budynkiem, naśladują wygląd zwykłych produktów dachowych. Zyskały na popularności, gdy Tesla wprowadziła swój dach solarny Solar Roof. Produkt zaprezentowany przez Elona Muska to szklana płytka słoneczna, która wykorzystuje druk hydrograficzny, aby nadać płytce wygląd przypominający łupek, dachówkę glinianą lub ciemny gont. Warstwa szklana zawiera żaluzje, które wpuszczają światło do płytki z góry.

– Mamy technologię do zbudowania dachu solarnego w taki sposób, że zastępujemy np. dachówki i od razu kładziemy szczelne panele fotowoltaiczne, które nie przeciekają i mogą być zewnętrzną warstwą naszego domu. Cała technologia, system montażowy są najbardziej innowacyjne w naszym systemie – mówi Lech Kaniuk.

Firm, które już wprowadziły, lub dopiero planują wypuścić na rynek panele fotowoltaiczne, trudno policzyć. Zdecydowana większość ma jednak w ofercie panele, które kładzie się na dach i w ten sposób czerpie energię solarną. Zamiennikiem całego dachu, podobnie jak Tesla, ma być produkt startupu Forward. SunRoof jest zaś nie tylko solarnym dachem, ale przy tym bardziej wydajnym, niż dach Tesli.

– 100 mkw. dachu może produkować około 15 tys. kWh. Przeciętny dom dzisiaj w Polsce zużywa około 5 tys. kWh, więc taki dach mógłby spokojnie zastąpić całe nasze zapotrzebowanie i jeszcze odkładać energię na to, żeby ładować nasz samochód elektryczny, albo żebyśmy mogli  ogrzewać nasz dom prądem, który sami generujemy – twierdzi ekspert.

SunRoof bazuje na takiej samej technologii, jak tradycyjnie stosowane panele i gonty fotowoltaiczne. Jest jednak znacznie tańszy, niż zwykłe panele, bo zastępuje dach. Koszty zwracają się w krótkim czasie. Koszt dachu szacuje się na 600 zł za mkw. Różnica między takim, a zwykłym dachem spłaca się w ciągu 2-4 lat.

– Dajemy gwarancję, że nasze panele będą produkować przynajmniej 90 proc. energii przez co najmniej 30 lat. To oznacza, że przez ten czas SunRoof spłaci nie tylko ten dach, ale bardzo prawdopodobnie także dużą część domu. Zwykłe dachy to tylko koszt – przekonuje Lech Kaniuk.

Pomysłów na to, jak wykorzystywać i magazynować zieloną energię nie brakuje. Startup w Szwajcarii, Energy Vault, wykorzystuje nadwyżkę energii elektrycznej zebranej w wietrzne dni do układania cegieł zautomatyzowanymi dźwigami, a odzyskuje energię kinetyczną, gdy cegły spadają na ziemię. Inne firmy magazynują energię elektryczną pompując wodę do zbiorników, aby później wykorzystać ją jako energię wodną.

Najczęściej stosuje się jednak fotowoltaikę. Obecnie w Polsce moc zainstalowanych instalacji fotowoltaicznych szacuje się na 1007 MW (dane na 1 października). Według szacunków, moc mikroinstalacji fotowoltaicznych na koniec 2019 roku może wynieść już 800 MW z łącznej mocy instalacji fotowoltaicznych 1,3 GW.

– Jeśli zobaczymy jak wygląda nasza konsumpcja energii, jakie są trendy, to na pewno będziemy zwiększać konsumpcję. Po pierwsze, większy popyt na samochody hybrydowe albo elektryczne sprawia, że potrzebujemy więcej energii. Tymczasem ceny energii idą w górę. Także aspekty środowiskowe powodują, że musimy więcej energii produkować ze źródeł odnawialnych – mówi ekspert.

Solarne dachy SunRoof są już dostępne w kilku krajach europejskich. Wkrótce pierwszy budynek z takim dachem powstanie w Polsce.

– W Polsce prawdopodobnie zbudujemy pierwszy projekt na początku przyszłego roku i będzie to prawdopodobnie dach domu jednorodzinnego – zapowiada Lech Kaniuk.

Powstaje pierwszy dom w Polsce z całkowicie solarnym dachem. Wyprodukowana w taki sposób energia pozwoli na całkowite zapotrzebowanie na nią mieszkańców budynku

Dach z paneli słonecznych zastąpi całe zapotrzebowanie na energię. Nadwyżkę można przeznaczyć na naładowanie samochodu elektrycznego lub ogrzewanie domu. SunRoof to dach solarny. Zamiast często stosowanych pojedynczych paneli, produkuje energię elektryczną, a przy tym całkowicie spełnia funkcję pokrycia dachowego. SunRoof jest też bardziej wydajny, niż dach podobnej wielkości zrobiony przez Teslę. W Polsce pierwszy budynek z solarnym dachem powstanie już na początku 2020 roku.

– SunRoof buduje zintegrowane dachy z paneli słonecznych, czyli zamiast zwykłego materiału, którego się dzisiaj używa, mamy panele słoneczne, które generują prąd do naszego domu. Nie trzeba budować wszystkich warstw dachu, żeby później na dach kłaść panele. To panele stają się zewnętrzną warstwą dachu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Lech Kaniuk z SunRoof.

Gonty słoneczne lub płytki słoneczne, czyli fotowoltaika zintegrowana z budynkiem, naśladują wygląd zwykłych produktów dachowych. Zyskały na popularności, gdy Tesla wprowadziła swój dach solarny Solar Roof. Produkt zaprezentowany przez Elona Muska to szklana płytka słoneczna, która wykorzystuje druk hydrograficzny, aby nadać płytce wygląd przypominający łupek, dachówkę glinianą lub ciemny gont. Warstwa szklana zawiera żaluzje, które wpuszczają światło do płytki z góry.

– Mamy technologię do zbudowania dachu solarnego w taki sposób, że zastępujemy np. dachówki i od razu kładziemy szczelne panele fotowoltaiczne, które nie przeciekają i mogą być zewnętrzną warstwą naszego domu. Cała technologia, system montażowy są najbardziej innowacyjne w naszym systemie – mówi Lech Kaniuk.

Firm, które już wprowadziły, lub dopiero planują wypuścić na rynek panele fotowoltaiczne, trudno policzyć. Zdecydowana większość ma jednak w ofercie panele, które kładzie się na dach i w ten sposób czerpie energię solarną. Zamiennikiem całego dachu, podobnie jak Tesla, ma być produkt startupu Forward. SunRoof jest zaś nie tylko solarnym dachem, ale przy tym bardziej wydajnym, niż dach Tesli.

– 100 mkw. dachu może produkować około 15 tys. kWh. Przeciętny dom dzisiaj w Polsce zużywa około 5 tys. kWh, więc taki dach mógłby spokojnie zastąpić całe nasze zapotrzebowanie i jeszcze odkładać energię na to, żeby ładować nasz samochód elektryczny, albo żebyśmy mogli  ogrzewać nasz dom prądem, który sami generujemy – twierdzi ekspert.

SunRoof bazuje na takiej samej technologii, jak tradycyjnie stosowane panele i gonty fotowoltaiczne. Jest jednak znacznie tańszy, niż zwykłe panele, bo zastępuje dach. Koszty zwracają się w krótkim czasie. Koszt dachu szacuje się na 600 zł za mkw. Różnica między takim, a zwykłym dachem spłaca się w ciągu 2-4 lat.

– Dajemy gwarancję, że nasze panele będą produkować przynajmniej 90 proc. energii przez co najmniej 30 lat. To oznacza, że przez ten czas SunRoof spłaci nie tylko ten dach, ale bardzo prawdopodobnie także dużą część domu. Zwykłe dachy to tylko koszt – przekonuje Lech Kaniuk.

Pomysłów na to, jak wykorzystywać i magazynować zieloną energię nie brakuje. Startup w Szwajcarii, Energy Vault, wykorzystuje nadwyżkę energii elektrycznej zebranej w wietrzne dni do układania cegieł zautomatyzowanymi dźwigami, a odzyskuje energię kinetyczną, gdy cegły spadają na ziemię. Inne firmy magazynują energię elektryczną pompując wodę do zbiorników, aby później wykorzystać ją jako energię wodną.

Najczęściej stosuje się jednak fotowoltaikę. Obecnie w Polsce moc zainstalowanych instalacji fotowoltaicznych szacuje się na 1007 MW (dane na 1 października). Według szacunków, moc mikroinstalacji fotowoltaicznych na koniec 2019 roku może wynieść już 800 MW z łącznej mocy instalacji fotowoltaicznych 1,3 GW.

– Jeśli zobaczymy jak wygląda nasza konsumpcja energii, jakie są trendy, to na pewno będziemy zwiększać konsumpcję. Po pierwsze, większy popyt na samochody hybrydowe albo elektryczne sprawia, że potrzebujemy więcej energii. Tymczasem ceny energii idą w górę. Także aspekty środowiskowe powodują, że musimy więcej energii produkować ze źródeł odnawialnych – mówi ekspert.

Solarne dachy SunRoof są już dostępne w kilku krajach europejskich. Wkrótce pierwszy budynek z takim dachem powstanie w Polsce.

– W Polsce prawdopodobnie zbudujemy pierwszy projekt na początku przyszłego roku i będzie to prawdopodobnie dach domu jednorodzinnego – zapowiada Lech Kaniuk.

Przestrzeń powietrzna otwiera się dla bezzałogowych pojazdów latających. Trwają testy systemów zarządzania bezzałogową flotą dronową

W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na drony pojawiła się potrzeba uregulowania rynku, aby bezzałogowe pojazdy latające mogły bezpiecznie poruszać się w przestrzeni powietrznej obok istniejących korytarzy powietrznych. Powstają pilotażowe projekty systemów zarządzania bezzałogowym ruchem powietrznym, które umożliwią powszechne wykorzystanie dronów do celów dostawczych bądź monitoringowych. Testuje się także rozwiązania, które ułatwią transportowanie niewielkich przesyłek zarówno w warunkach miejskich, jak i tam, gdzie nie istnieją dobrze utrzymane sieci drogowe.

Polski Instytut Ekonomiczny szacuje, że dziś w polskiej przestrzeni powietrznej funkcjonuje przeszło 100 tys. dronów, a ich liczba z biegiem lat będzie systematycznie rosnąć. W związku z tym pojawiła się potrzeba prawnego uregulowania tego segmentu gospodarki. Przedstawiciele Instytutu opracowali we współpracy z Ministerstwem Infrastruktury Białą Księgę Rynku Bezzałogowych Statków Powietrznych, która ma stworzyć ramowy plan rozwoju dla polskiej branży dronowej,

Działania legislacyjne mają pomóc wdrożyć rozwiązania, które uregulują sposób funkcjonowania bezzałogowych pojazdów latających zwłaszcza w strefach o wzmożonym ruchu powietrznym – aglomeracjach czy przy lotniskach. Powstają już pierwsze systemy, które mają pomóc w bezkolizyjnym zarządzaniu flotami dronowymi.

– Stworzyliśmy webaplikację, która działa na każdej platformie – laptopie, smartfonie, tablecie, na dowolnym systemie – i można wykorzystywać ją w taki sam sposób jak Ubera. Wybieramy osobę albo miejsce docelowe, a oprogramowanie bierze pod uwagę nawigację, omijanie przeszkód i autoryzację. W tej chwili są prowadzone prace, żeby tworzyć systemy zarządzania ruchem bezzałogowym, które połączone z odpowiednimi jednostkami, będą dawały autoryzację dla lotnisk, policji czy nawet szpitali, posiadających własne helikoptery. Będziemy dzięki temu mogli unikać zderzenia w przestrzeni powietrznej z innymi maszynami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Kornatowski, współzałożyciel Dronistics.

Za usystematyzowaniem ruchu dronowego opowiada się m.in. Komisja Europejska, która forsuje ideę U-Space polegającą na wydzieleniu miejskich przestrzeni powietrznych zarezerwowanych dla bezzałogowych pojazdów latających. To w tej strefie, odseparowanej od korytarzy powietrznych lotnictwa załogowego, funkcjonowałyby wszystkie firmy wyspecjalizowane m.in. w komercyjnych usługach transportowych wykorzystujących drony. W kontekście komercyjnych systemów transportu dronowego najczęściej wspomina się o korporacji Amazon, która od lat prowadzi testy autonomicznych pojazdów kurierskich.

Ale nie tylko Amerykanie eksperymentują z tym nowatorskim środkiem transportu, Polacy również prowadzą interesujące projekty związane z tą branżą. Firma Spartaqs, która przygotowuje się do terenowych testów drona medycznego Hermes. Pojazd już w listopadzie odbędzie pierwsze loty próbne na terenie Warszawy, które mają przygotować go do wykonywania regularnych, autonomicznych kursów. Jeśli testy przebiegną pomyślnie, w przyszłości dron posłuży do błyskawicznego transportowania krwi do warszawskich szpitali.

Firma Dronistics testuje z kolei system dronowych dostaw krótkiego zasięgu, który mógłby sprawdzić się do transportowania niewielkich ładunków o wadze do 500 gramów. Wykorzystano w nim pojazdy ze śmigłami zabezpieczonymi specjalną siatką, która umożliwia dronom latanie blisko skupisk ludzkich. Projekt od Dronistics ma stworzyć sieć szybkich dostaw leków oraz małego osprzętu w krajach rozwijających się, w których nie istnieje dobrze rozwinięta infrastruktura komunikacyjna.

– Kraje rozwijające się są jednym z lepszych miejsc, aby zacząć. Nie ma tam tak bardzo gęstego zaludnienia, latanie jest bezpieczniejsze i łatwiej jest uzyskać autoryzację. W tych krajach nie ma dobrze rozwiniętego systemu dróg, jest problem z przemieszczaniem się z miejsca do miejsca. W miejscach górzystych jest ciężko, zwłaszcza osobie chorej, przemieścić się do szpitala. Dlatego chcemy, żeby realizować dostawy do osób, które znajdują się w niedalekiej odległości od szpitala, kliniki, żeby mogły bezpośrednio dostać leki w krótkim czasie – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów w 2018 roku wyniosła 13,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Blisko, coraz bliżej. Konflikty wojenne na świecie wpłyną na naszą gospodarkę

Prowadzenie działalności gospodarczej zależne jest od wydarzeń społecznych i politycznych na świecie. Dotyczy to nie tylko eksportu i importu, lecz także handlu na rynku rodzimym. Do tej pory Polska borykała się głównie z niemożliwością prowadzenia wolnego handlu, a lata po transformacji przyniosły problemy z uspokojeniem nieokrzesanego kapitalizmu. Teraz eksperci zwracają uwagę na nowe czynniki, z którymi musimy się liczyć prowadząc w Polsce biznes. Nie tylko krajowe zmiany legislacyjne i polityczne konflikty mają wpływ na przedsiębiorczość. Coraz bardziej musimy uważać na konflikty wojenne, które niebezpiecznie zbliżają się do naszych granic. Niespokojna atmosfera gospodarcza, która jest efektem wojny i konfliktów zbrojnych, udziela się także naszemu krajowi.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej

– Jesteśmy znacznie bliżej działań wojennych niż do tej pory. Może mieć to znacznie większy wpływ na nasze codzienne życie niż do tej pory myśleliśmy, zwłaszcza na życie gospodarcze – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Ostatnie kilka lat upłynęło pod znakiem dużego napięcia między Ukrainą a Rosją. Ukraina w inny sposób kształtuje swoją codzienność gospodarczą, niż mogłaby to robić, gdyby na jej granicach panował pokój. Taka bliskość konfliktu wojennego wpływa również na codzienność gospodarczą Polski. Wciąż rośnie także napięcie na Bliskim Wschodzie, gdzie ścierają się mniejsi i więksi gracze w światowej układance. Rosnące niepokoje na świecie, także w zmieniających się relacjach handlowych między wielkimi imperiami, mogą mieć duży wpływ na naszą gospodarkę – analizuje Soroczyński.

Leasing pracowniczy – kto, jak, komu i za co?

Leasing pracowniczy to bardzo proste rozwiązanie pozwalające uniknąć problemów mogących wyniknąć z przejściowego zastoju w firmie. Dość często takie momenty kryzysowe skutkują redukcją etatów, podczas gdy leasing pracowniczy daje nam możliwość efektywnego wykorzystania potencjału dobrych pracowników bez konieczności zwalniania ich. Dzięki niemu pracownik może wykonywać obowiązki na rzecz różnych podmiotów – na przykład zrzeszonych w tej samej grupie, spółek zależnych itp. – bez przerwania ciągłości pracy.

W Polsce ta praktyka wciąż jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Wiele przedsiębiorstw wciąż się jej obawia, mimo że ma ona szereg zalet. Przede wszystkim sprawdza się, gdy zachodzi konieczność wykonania unikalnego zlecenia. Ale stanowi również doskonałe remedium na przykład na chwilowe niedobory kadr. Samo słowo „leasing” wielu właścicielom firm kojarzy się głównie z samochodami czy sprzętem elektronicznym i dziwią się, że może dotyczyć ludzi. Na czym więc polega?

Leasing pracowniczy to nic innego jak po prostu „wypożyczenie” pracownika innemu pracodawcy. By jednak proces ów przebiegł prawidłowo i zgodnie z prawem, należy spełnić kilka warunków. Kwestią podstawową jest udzielenie pracownikowi bezpłatnego urlopu, by w tym czasie mógł świadczyć usługi innemu podmiotowi. Konieczne jest również zawarcie porozumienia pomiędzy „wypożyczającymi”.

– Tego rodzaju porozumienie powinno przede wszystkim określać długość urlopu, w trakcie którego nasz pracownik będzie wykonywał obowiązki dla innej organizacji, ale również musi precyzyjnie definiować, jaki konkretnie rodzaj pracy będzie wykonywany i jakie wynagrodzenie pracownik za nią otrzyma. Powinno zostać również określone stanowisko, jakie „wypożyczona” osoba będzie zajmowała – wyjaśnia Natalia Bogdan z agencji pośrednictwa pracy Jobhouse. I dodaje – Co prawda nie istnieją żadne szczególne, opisane w kodeksie pracy wymogi odnośnie do tego, jak takie porozumienie ma brzmieć, ważne jest jednak, by zostało zawarte na piśmie.

Odrębne porozumienie powinno też zostać zawarte między „wypożyczanym” pracownikiem, a jego obecnym pracodawcą. Musi ono przede wszystkim określać długość trwania urlopu bezpłatnego i – podobnie jak w ustaleniach między samymi pracodawcami – rodzaj pracy i wysokość wynagrodzenia. Kolejnym elementem niezbędnym, by procedura mogła zostać uznana za legalną, jest umowa na czas określony z nowym podmiotem. A więc w tym czasie pracownik de facto będzie pozostawał w dwóch stosunkach pracy.

– Okres przebywania na urlopie bezpłatnym, w trakcie którego świadczymy pracę podmiotowi innemu niż pierwotnie zatrudniający nas, jak najbardziej wlicza się do naszego stażu pracy. Taki urlop jest bowiem objęty tzw. domniemaniem ciągłości zatrudnienia – mówi dalej Natalia Bogdan.

Warto też położyć nacisk na rozróżnienie między leasingiem a pracą tymczasową. Zwłaszcza że mogą się nim zajmować także agencje pracy tymczasowej. W pierwszym przypadku to firma, która zdecydowała się skorzystać z pomocy oddelegowanych do niej osób, wypłaca im wynagrodzenie. Natomiast w drugim pensję otrzymujemy od agencji.

Miesięczny budżet większości studentów nie przekracza 1500 zł

Dla wielu młodych ludzi studia to pierwsze doświadczenia w samodzielnym zarządzaniu budżetem. Rozpoczęcie nauki na uczelni wyższej często wiąże się z przeprowadzką, opłatą czesnego czy przejęciem od rodziców chociaż części kosztów utrzymania. Studenci, rzuceni na głęboką wodę, uczą się zarządzania domowym budżetem na swoich błędach.

Życie na własny rachunek

Studenci chętnie korzystają z finansowego wsparcia rodziców. Pieniądze od rodziny dostaje aż 45 proc. badanych. Z tego źródła finansowania  często korzystają studiujący dziennie. W przypadku studentów zaocznych i wieczorowych odsetek ten nie przekracza 25 proc. Jak pokazują wyniki Barometru Providenta, młodzi ludzie chcą być samodzielni i już na studiach mają pierwsze własne dochody. Ponad połowa z nich pracuje dorywczo, a co czwarty znalazł już stałą pracę. Forma zatrudnienia zależy od trybu studiów. Studenci dzienni najczęściej jedynie dorabiają do swojego budżetu, natomiast zaoczni preferują stabilne wynagrodzenie. Młodzi ludzie, którzy uczą się wieczorowo, niemal równie chętnie wybierają obie formy zatrudnienia. Dodatkowo żacy często są wspierani przez swoje uczelnie. Niemal 24 proc. badanych otrzymuje stypendium naukowe, a prawie 22 proc. – socjalne.

Zmieścić się w budżecie

Niemal 60 proc. studentów swoje miesięczne wydatki musi ograniczyć do 1500 zł, a tylko jeden na trzech dysponuje kwotą w przedziale 1501 – 3000 zł. Uśredniając, dochody studenckie wynoszą 1518,72 zł.. Największymi funduszami mogą pochwalić się mieszkańcy miast powyżej 50 tys. – ich miesięczny budżet średnio sięga 1617,23 zł.

– Jak pokazują wyniki Barometru Providenta, największym budżetem rozporządzają badani, którzy ze względu na tryb studiów mogą rozpocząć pracę zawodową. Dlatego też studenci dzienni muszą bardziej liczyć złotówki w swoim portfelu, ale też częściej wspierają się jeszcze budżetami rodzinnymi. Dochód deklarowany przez 70 proc. studentów z tej grupy nie przekracza 1500 zł. Wśród badanych studiujących zaocznie i wieczorowo, odsetek ten wynosi odpowiednio 26 proc. i 45 proc. – podkreśla Anna Karasińska, Ekspert ds. Badań Rynkowych w Provident Polska. – Różnicę w budżecie widać także między magistrantami, którzy często łączą naukę z pracą, a tymi, którzy są na studiach licencjackich. Starsi żacy mają średni miesięczny dochód o ponad 300 zł wyższy niż ich młodsi koledzy.

Polscy studenci, pytani o trzy najważniejsze pozycje w swoim budżecie, najczęściej wskazywali na koszty wyżywienia, zakwaterowania oraz rachunków. Zakup jedzenia jest znaczącym wydatkiem dla 71 proc. badanych i przeciętnie kosztuje 544,50 miesięcznie. Kwestie mieszkaniowe, średnio pochłaniające 804,60 zł, w dużym stopniu obciążają budżet niemal połowy studentów, a opłaty za media w kwocie 492,30 zł są bardzo istotne dla 38 proc respondentów.

Na edukację badani przeciętnie przeznaczają 528,60 zł miesięcznie. Ważnym wydatkiem w studenckim budżecie jest także rozrywka, która wynosi średnio 377,30 zł i ubrania, które średnio kosztują 366,50 zł miesięcznie. Co ciekawe, studenci, którzy posiadają własny samochód, wydają na jego utrzymanie niemal 600 zł miesięcznie.

Oszczędności na przyszłość

Mimo skromnych budżetów, aż 84 proc. badanych studentów regularnie odkłada jakąś sumę pieniędzy. Najczęściej są to niewielkie kwoty – 35 proc. z nich miesięcznie oszczędza nie więcej niż 100 zł, a 37 proc. na przyszłość odkłada sumę pomiędzy 101 a 300 zł. Na poziom oszczędności wpływ ma płeć badanych. Mężczyźni częściej niż kobiety oszczędzają i odkładają większe kwoty.

– Nasze badania potwierdzają, że niemal połowa badanych pieniądze zbiera po prostu na przyszłość, ale niektórzy studenci mają już sprecyzowane cele. 37 proc. oszczędza na wakacje, natomiast co czwarty buduje już wkład na własne mieszkanie – mówi Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska. – Co ciekawe niektórzy studenci myślą już o emeryturze. Na starość pieniądze odkłada 3 proc. badanych.

27 proc studentów deklaruje, że gdyby miało dodatkowe 10 tys. złotych, odłożyłoby je na konto bankowe lub lokatę. Co piąty wyjechałby na wakacje, a 15 proc. kupiłoby samochód. W sprzęt elektroniczny zainwestowałoby 5 proc. badanych.

Amazon stworzy ponad 9000 sezonowych miejsc pracy na okres przedświąteczny

– Amazon rozpoczął coroczną rekrutację na stanowiska sezonowe; – Firma planuje stworzyć ponad 9000 miejsc pracy na okres przedświąteczny; – Amazon dotychczas stworzył w Polsce ponad 16000 stałych miejsc pracy. Pracownicy sezonowi wesprą obecnie zatrudnione osoby przy realizacji świątecznych zamówień klientów; – Wszyscy pracownicy sezonowi otrzymają konkurencyjne wynagrodzenie oraz atrakcyjny pakiet benefitów, w tym dodatkowy bonus frekwencyjny do 1500 zł brutto.

Amazon zapowiedział stworzenie w nadchodzącym okresie przedświątecznym ponad 9000 sezonowych miejsc pracy. Osoby, które dołączą do zespołu, wesprą 16000 obecnie zatrudnionych pracowników przy realizacji zamówień klientów. Wszyscy pracownicy sezonowi otrzymają konkurencyjne wynagrodzenie oraz atrakcyjny pakiet benefitów.

„Cieszymy się, ze w tym roku stworzymy ponad 9000 sezonowych miejsc pracy w Polsce. Oprócz konkurencyjnego wynagrodzenia i atrakcyjnego pakietu benefitów, przygotowaliśmy także wiele świątecznych atrakcji i bonusów – mówi Steven Harman, wiceprezes ds. operacyjnych Amazon w Europie. – Nie możemy się już doczekać, aby powitać nowych członków naszego zespołu, a także tych pracowników, którzy dołączają do nas na sezon przedświąteczny już po raz kolejny. Jesteśmy dumni z tego, że postrzegają oni naszą ofertę pracy sezonowej jako atrakcyjną oraz cenią miejsce i atmosferę pracy, które stworzyliśmy” – dodaje.

„Ponieważ wciąż zwiększamy naszą obecność w regionie, w 2020 roku wiele sezonowych miejsc pracy zostanie przekształconych w stałe – powiedziała Marta Dworowska, dyrektor HR Amazon w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Dla Amazon ważne jest, aby tworzyć szeroką i elastyczną ofertę zatrudnienia, cenioną zarówno wśród osób, które poszukują pracy na pełen etat, jak i tych, które wolą pracować w niepełnym wymiarze godzin – dodaje.

Zarówno stali, jak i sezonowi pracownicy Amazon mogą liczyć na atrakcyjną stawkę godzinową w wysokości od 20 zł brutto za godzinę oraz dodatkową premię miesięczną do 15 proc. za frekwencję indywidualną i produktywność zespołu. Firma oferuje także dodatkowe benefity, takie jak darmowy transport czy ciepłe posiłki za 1 zł. Pracownicy otrzymają także specjalny, przyznawany w okresie sezonu świątecznego, bonus frekwencyjny do 1500 złotych brutto.

Rekrutacja pracowników sezonowych już trwa. Szczegółowe informacje nt. aktualnych ofert pracy można uzyskać wchodząc na stronę: www.pracujwamazon.pl lub dzwoniąc na specjalną infolinię rekrutacyjną Amazon.

Firma wciąż poszukuje także pracowników na stanowiska managerskie, którzy dołączą do działów HR, finansów, IT i logistyki w siedmiu centrach logistyki oraz Centrum Rozwoju Technologii Amazon w Gdańsku.

Amazon prowadzi program Zwiedzania Centrów Logistyki E-Commerce. Każdy zainteresowany procesami operacyjnymi, najnowocześniejszymi technologiami, czy warunkami pracy w firmie, może zapisać się na wycieczkę na stronie www.zwiedzanieamazon.pl.

Poznaliśmy laureatów Ogólnopolskiego Programu Firma Roku 2019

W poniedziałek 14 października Centrum Prasowym PAP odbył się Finał Ogólnopolskiego Programu Firma Roku 2019 , którego organizatorem jest Certyfikacja Krajowa.Poznaliśmy laureatów kolejnej edycji Programu Firma Roku! (1) Poznaliśmy laureatów kolejnej edycji Programu Firma Roku! (2)

Podczas spotkania organizatorów reprezentował Marcin Andrzejewski  Dyrektor Programowy Certyfikacji Krajowej. Wśród zaproszonych gości byli m.in. Maciej Kujawski Prezes Zarządu firmy JANTEX, Maciej Frukacz – Prezes Zarządu Emerson Polska, Anna Mrożewska Dyrektor Marketingu Herbapol Lublin, Paweł Mielczarek Wiceprezes Zarządu Hollywood SA oraz inni przedstawiciele ogólnopolskiego środowiska biznesu.

W spotkaniu, wśród blisko 100  gości, obok najlepszych przedsiębiorców z całej Polski, znaleźli się także przedstawiciele świata kultury oraz przedstawiciele ogólnopolskich mediów.

Wręczenie statuetek zostało poprzedzone prelekcją eksperta z dziedziny ubezpieczeń, Edyty Dziankowskiej – specjalisty ds. ubezpieczeń i inwestycji firmy Aviva.

Podczas uroczystości zostali ogłoszeni Laureaci, wybrani w drodze postępowania certyfikacyjnego w kategoriach: Firma Roku, Produkt Roku oraz Hit Konsumenta.

Laureatom zostały wręczone statuetki oraz roczny program intensywnej promocji od Organizatora.

Ideą programu Firma Roku jest nominacja, weryfikacja oraz finalnie nagrodzenie najlepszych podmiotów, produktów i usług w Polsce. Pod uwagę brane są m.in.: jakość świadczonych usług i oferowanych produktów, bezpieczeństwo użytkowania, innowacyjność oraz poziom satysfakcji Klientów. To firmy godne zaufania i polecenia, których działalność wykracza ponad ogólnie przyjęte standardy jednocześnie wyznaczając nowe.

Statuetki z rąk Dyrektora Programowego Certyfikacji Krajowej Marcina Andrzejewskiego odebrały poniższe firmy.

 Statuetką Firma Roku 2019 zostały nagrodzone firmy:

  • Budimex SA
  • UNIQUE ONE
  • Herbapol Lublin
  • Wilshire Holding
  • REZERW- PLAST
  • Hollywood SA
  • PKS Łęczycza
  • NUCTECH
  • Budpol Poznań
  • ELECTRIS
  • DLM
  • Best Coffee System
  • Erjox
  • Symico
  • Polecam Nie polecam
  • Emerson Polska
  • Koltech
  • Centrum Elektyczne Ania
  • Megmar
  • Jantex Polska
  • ID Media
  • Salon Strefa Piękna

Statuetką Produkt Roku 2019 zostały nagrodzone poniższe produkty :

  • Usługi logistyczne w zakresie prowadzenia magazynów dla produktów chemicznych firmy Wilshire Holding 
  • XT2100HS (CT), Kylin (CT) firmy NUCTECH
  • Stacja ładowania samochodów elektrycznych – Firma Produkcyjno Handlowa JB
  • Kolekcja Jesień/Zima 2019 firmy Quiosgue
  • Klej hybrydowy FX2GT, Piankoklej do płytek G-K, Piana Ultra Fast 70. – firmy Selena
  • Jaja OMEGA 3 firmy Jantex Polska

Nasze programy mają na celu nominację, selekcję oraz intensywną roczną promocję najlepszych podmiotów w branży, robimy to skutecznie od ponad 15 lat! – mówi Elżbieta Michalska prezes Certyfikacji Krajowej. Przyznajemy Statuetki najlepszym podmiotom na rynku, potwierdzając ich wysokie standardy i wiarygodność – dodaje.

Zdjęcia: Kasia Saks

Dyskonty i hipermarkety napędzają poczytność gazetek promocyjnych

Łącznie aż 60% konsumentów przegląda gazetki od 3 do 6 razy w miesiącu. Prawie połowa klientów dyskontów czyta je 5-6 razy – 46%. Podobny wynik odnotowano w hipermarketach – 40%. Natomiast w supermarketach najwięcej osób sięga po publikacje 1-2 razy – 34%. I tak samo rzadko robi to 48% badanych w sieciach convenience. Tak wynika z badania przeprowadzonego przez Grupę AdRetail i międzynarodową firmę Hiper-Com Poland.

Badanie na próbie ponad 1000 konsumentów wykazało, że 30% czyta gazetki promocyjne 3-4 razy w miesiącu. I tyle samo osób przegląda je 5-6 razy. Jak komentuje Katarzyna Grochowska z Hiper-Com Poland, te wyniki idealnie odzwierciedlają częstotliwość planowania zakupów w Polsce. Klienci wykonują je średnio raz w tygodniu. Wtedy też tworzą listy zakupowe, szukają promocji i decydują, do jakiego sklepu chcą się udać.

– W sumie aż 60% badanych przegląda publikacje promocyjne od 3 do 6 razy w miesiącu. Tak wysoki wynik przede wszystkim świadczy o tym, że gazetki wciąż stanowią bardzo ważne źródło informacji dla klientów. Konsumenci, którzy czytają je częściej niż 4 razy w miesiącu, zapewne porównują oferty kilku sieci handlowych w jednym czasie – mówi Karol Kamiński, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Patrząc na poszczególne formaty, można zaobserwować, że najbardziej poczytne są gazetki dyskontów. Blisko połowa ich klientów czyta je 5-6 razy w miesiącu – 46%. Ponad jedna trzecia sięga po nie 3-4 razy – 35%. Zdecydowanie mniej osób przegląda publikacje 1-2 razy – 10%. Są też tacy konsumenci, którzy robią to powyżej 6 razy miesięcznie – 8%. Natomiast 1% badanych nie potrafi tego określić.

– Dyskont to format skierowany do konsumenta, który dość regularnie robi większe i zaplanowane zakupy. Cena ma dla niego duże znaczenie. Dlatego chce zapoznawać się ze wszystkimi publikacjami, jakie są wydawane. A jak wiadomo, gazetki tych sieci pojawiają się w sklepach i w Internecie co kilka dni. Dlatego są najbardziej poczytne – dodaje Katarzyna Grochowska.

Z kolei dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) uważa, że gazetki dyskontów są użyteczne w odnajdywaniu atrakcyjnych ofert wśród produktów, które i tak w tych sklepach są tańsze niż w innych punktach sprzedaży. Zainteresowanie promocjami jest dodatkowo wzmacniane reklamami w mediach i akcjami edukacyjnymi prowadzonymi przez sieci. Istotne znaczenie gazetek w tym formacie wynika też z bardzo dobrej lokalizacji tych placówek handlowych. Osoby czytające publikacje mogą łatwo do nich dotrzeć i skorzystać z rabatów.

– W hipermarketach sytuacja wygląda podobnie jak w dyskontach, tj. 5-6 razy w miesiącu czyta gazetki 40% badanych. 3-4 razy deklaruje 33% konsumentów, 1-2 razy – 18%, a powyżej 6 razy – 6%. I tylko 3% nie umie tego określić. Oba formaty służą robieniu dużych zakupów. Poprzedza je wyszukiwanie najniższych cen na rynku. Co ważne, konsumenci mogą porównywać między sobą oferty dyskontów i hipermarketów, które są publikowane ze zbliżoną do siebie częstotliwością. Dlatego wyniki są porównywalne – wyjaśnia Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

Ekspert z PIE przypomina, że klienci rzadziej robią zakupy w hipermarketach niż w dyskontach, ale za to większe i bardziej zróżnicowane. Gazetki handlowe pomagają im optymalizować wydatki oraz czas poświęcony na zakupy. Pozwalają najpełniej skorzystać z promocji w trakcie wizyty w wielkopowierzchniowej placówce. Informują i edukują. Pogłębiają wiedzę o nowych produktach i o ich zastosowaniu.

– W supermarketach sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Klienci przyznają, że najczęściej przeglądają gazetki 1-2 razy w miesiącu – 34%. 3-4 razy robi to 27% badanych, 5-6 razy – 21%, a powyżej 6 razy – 8%. Natomiast 10% respondentów nie potrafi tego określić. W tym formacie robi się szybsze i mniejsze zakupy – raczej w celu bieżącego uzupełnienia zasobów. Dlatego potrzeba zaglądania do gazetek jest dużo mniejsza. Oczywiście klienci nie rezygnują z tego zupełnie, bo tego typu sklepy też oferują atrakcyjne promocje – przekonuje Karol Kamiński.

Niższa poczytność gazetek supermarketów jest prawdopodobnie wynikiem cech tego formatu handlu, jak stwierdza dr Kłosiewicz-Górecka. Placówki są nieco mniej dostępne w porównaniu z dyskontami. Występują w nich droższe artykuły, w tym markowe i o charakterze luksusowym. A obniżone ceny tych produktów nie mają aż tak dużego znaczenia dla kluczowych klientów, jak to jest w przypadku sieci dyskontowych. Publikacje są zatem mniej użyteczne dla konsumentów, zarówno jako źródło informacji, jak i pomoc w optymalizacji zakupów.

– W sieciach typu convenience aż 48% respondentów wskazało, że czyta gazetki średnio 1-2 razy w miesiącu. 3-4 razy przegląda je 26% badanych, 6 razy – 11%, a powyżej 6 razy – 3%. Z kolei 12% konsumentów nie umie tego określić. Sytuacja wygląda podobnie jak z supermarketami z tą różnicą, że tu zakupy robi się raczej okazjonalnie i szybko. Nikt nie sprawdza, czy akurat na brakujący w domu cukier jest promocja, tylko zwyczajnie po niego idzie np. do Żabki. Dlatego uważam, że tego typu sklepy i tak uzyskały dobry wynik – ocenia ekspert z Grupy AdRetail.

Jak podsumowuje ekspert z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, klienci sieci convenience to najczęściej osoby spieszące się, kupujące artykuły pod wpływem impulsu lub z braku możliwości odwiedzenia innego sklepu. Cena nie jest istotnym kryterium wyboru produktu ani też miejsca zakupu. Promocje nie stanowią więc magnesu przyciągającego konsumentów. Istotna jest wygoda i szybkość zakupu. Dlatego przydatność i poczytność gazetek jest stosunkowo niska.

Badanie zrealizowano na terenie 10 dużych miast i 11 miejscowości. Analizą objęto 51 hipermarketów, 49 dyskontów, 46 supermarketów i 44 sieci convenience. Łącznie przeprowadzono 1008 wywiadów bezpośrednich w 190 placówkach. Wśród ankietowanych było 54% kobiet i 46% mężczyzn, w wieku od 18 do 49 lat.

Przygotuj swoją firmę na pracowników przyszłości, zanim będzie za późno

W świecie coraz szybciej rozwijających się technologii, szybkiego i powszechnego dostępu do informacji i mnożących się możliwości, firmy, które chcą pozostać konkurencyjne na rynku pracodawców muszą nadążać za zmieniającymi się oczekiwaniami i stylem życia swoich pracowników. Te zmiany to nie jest odległa przyszłość, widać je już dość wyraźnie na horyzoncie. Jak przygotować się więc na pracowników przyszłości? Oto kilka elementów, o których warto pomyśleć zawczasu, aby poradzić sobie z tym wyzwaniem.

Obecni pracownicy znacznie się będą różnić od tych z przyszłości. Dlatego poznanie sposobów na przyciągnięcie i zatrzymanie talentów jest kluczowe dla firm, które chcą pozostać konkurencyjne na rynku pracy.

Warto sięgnąć pamięcią do czasów sprzed 5 albo 10 lat i przypomnieć sobie, w jaki sposób wtedy wyglądała nasza praca. Można też spróbować odkopać w pamięci obraz tego, jak wyglądała praca naszych rodziców, aby jeszcze lepiej unaocznić zmiany i uzmysłowić sobie tempo zmian. Mając to na uwadze, wielu ekspertów spekuluje na temat tego, jak będzie wyglądać sposób pracy i pracownicy przyszłości. Będą oni, według nich, charakteryzować się takimi cechami i potrzebami:

  • Elastyczne ścieżki kariery – do kompetencji przyszłości należy z pewnością umiejętność szybkiego uczenia się nowych rzeczy. Pracownicy przyszłości będą sprawnie nabywać nową wiedzę i umiejętności. W związku z tym, będą też siebie widzieć nie tylko w jednej określonej raz na zawsze domenie i ścieżce rozwoju, ale zechcą próbować sił na innych polach. Jeśli firma będzie w stanie zapewnić im stały rozwój, a także możliwości próbowania i uczenia się różnych rzeczy, to możesz mieć pewność, że pracownik zostanie w niej na dłużej. Jak to zrobić? Np. oferując pracownikom możliwość odbycia stażu w innym dziale.
  • Wsparcie wyboru – Pracownicy przyszłości będą oczekiwać coraz większej elastyczności i rozszerzania im możliwości wyboru tego gdzie, z kim i kiedy mogą pracować. Nieskończone możliwości wyboru ścieżek kariery i rozwoju mogą jednak powodować „zawrót głowy”. Dlatego też firmy, które będą potrafić przedstawić zatrudnionym u siebie osobom opcje i możliwości rozwoju i w ten sposób pomogą pokierować wyborem pracowników, zgodnie z ich talentami i kompetencjami, będą za to z pewnością przez nich docenione.
  • Synergia celów prywatnych i zawodowych – Możliwość ścisłego oddzielenia sfer życia zawodowego i prywatnego jest fikcją i prowadzi do alienacji. Tak jak każdy potrzebuje czuć sens życia, tak i świadomość celu i przydatności swojej pracy jest potrzebna, aby czuć z niej satysfakcję i zadowolenie. Pracodawca powinien zadbać o to, aby pracownik widział celowość swoich działań i aby nie odbiegały one drastycznie od jego życiowych wyborów.
  • Zarządzanie talentami – Już dziś wiadomo, że zarządzanie zespołami poprzez odpowiednie dobieranie talentów przynosi korzyści zarówno firmom, jak i daje satysfakcję zatrudnionym w nich pracownikom. Pracodawcy przyszłości będą musieli umieć zidentyfikować mocne strony każdego pracownika i odpowiednio dobrać do ich potrzeb szkolenia i propozycje rozwoju w strukturze firmy. Znaczenie tej strategii zarządzania będzie rosło. Wyzwaniem dla firm będzie wyszukanie pracownika o odpowiednich kompetencjach i zatrzymanie go.

Być pracodawcą przyszłości

Powyższe wskazówki pokrywają się z prognozami Jacoba Morgana, które przedstawił w swojej książce „The future of work”. Pracownicy przyszłości, będą, według niego, oczekiwać elastycznego systemu pracy i możliwości zdalnego wykonywania zadań w dowolnym czasie, czyli konieczność dojazdu do biura przez całe miasto, siedzenia w swoim boksie w open space’ie i pracy od 9 do 17 będą musiały odejść w niepamięć. Jedna ścieżka kariery przez całe życie to także koncept, który się zdezaktualizuje.

Liderami będą osoby, które wykorzystują technologie i wewnętrzne systemy do współpracy i dzielą się wiedzą, informacjami czy feedbackiem z kolegami, menedżerami i dyrektorami. Dzielenie się wiedzą i informacjami to istotna odsłona pracy przyszłości. Kolejna futurystyczna wizja dotyczy sposobów komunikacji w firmie. Email nie będzie jedynym możliwym sposobem na komunikację współpracowników. O wiele większe znaczenie będą miały coraz szerzej stosowane platformy służące do wspólnej pracy nad projektami.

Morgan zwraca też uwagę na zmianę w postrzeganiu wiedzy i umiejętność uczenia. Gdy dostęp do wiedzy jest tak powszechny i otwarty, największą wartością będzie zdolność przyswajania nowej wiedzy i jej adaptowania do nowego środowiska i okoliczności. Nauka może się odbywać np. dzięki wykorzystaniu platform do współpracy nad projektami. Gdy pracownik zna łatwy sposób na wykonanie jakiegoś zadania lub chce się podzielić ciekawostką ze swojej branży – może np. nakręcić wideo i wrzucić na wspólny dysk czy inną platformę współpracy.

Firmy skierowane na rozwój w przyszłości, powinny się oprzeć na tych sugestiach i już teraz myśleć o tym, w jaki sposób mogą odpowiedzieć na przyszłe wyzwania – według Petera Balazsika, prezesa i założyciela Talentuno. – W naszej firmie, również stawiamy czola temu wyzwaniu, dlatego już dziś oferujemy naszym rekruterom, MatchMakerom, opcje poszerzania wiedzy z zakresu rekrutacji, jak również mamy elastyczne podejście w kwesti czasu i miejsca pracy – podkreśla Balazsik.

Roboty u bram

Podobnie jak w przypadku poprzednich rewolucji przemysłowych, przyszłość pracy – zwanej także „przemysłem 4.0” – jest napędzana przez pojawienie się nowych technologii w postaci automatyzacji, big data, Internetu rzeczy, sztucznej inteligencji, blockchain, dronów i 5G. Liderzy biznesu przewidują, że niedopasowanie umiejętności wielu obecnych pracowników pojawi się szybko, bo w ciągu najbliższych kilku lat, szczególnie w odniesieniu do automatyzacji i sztucznej inteligencji.[1]

Od dłuższego czasu, roboty i automatyzacja zadań nie powinny być już kojarzone wyłącznie z branżą spożywczą czy samochodową. Obecnie jest ona wprowadzana lub testowana przez wiele firm i korporacji. Dobrym przykładem może być branża rekrutacji, gdzie pewne procesy, np. selekcja kandydatów poprzez cv czy chatboty są już zautomatyzowane. Pracowników przyszłości nie zastąpią całkowicie roboty, ale będzie on musiał wykazać zdolność do pracy z nim lub pod jego kontrolą. Różne branże w różnym stopniu zostaną dotknięte technologiczną rewolucją, ale nie będzie takiej, która się jej całkowicie oprze. Rekrutacja jest tego świetnym przykładem – komentuje Peter Balazsik prezes i założyciel Talentuno, platformy rekrutacyjnej opartej na automatycznym systemie selekcji kandydatów.

Obecni pracownicy znacznie się będą różnić od tych z przyszłości. Dlatego poznanie sposobów na przyciągnięcie i zatrzymanie talentów jest kluczowe dla firm, które chcą pozostać konkurencyjne na rynku pracy.

[1] https://www.fastcompany.com/90380050/amazon-upskilling-100000-employees-and-the-future-of-work

Współczesny przemysł – jak działa i czym się charakteryzuje?

Gospodarka światowa w ostatnich latach nie radziła sobie zbyt dobrze. Weszła nawet w kryzys, a recesja przejawiała się raz w mniejszym, a raz w większym stopniu. Ten temat dotknął praktycznie cały świat i nie miało znaczenia, w czym specjalizuje się rynek krajowy oraz na jakim poziomie jest tam przemysł.

Ten stan rzeczy trwał kilka dobrych lat, jednak obecnie większość analityków rynkowych namawia do powrotu na rynek ze swoim kapitałem. Od jakiegoś czasu można bowiem zaobserwować wzrosty w wielu sektorach – także przemysłowym. Ten, kto zdecydował się na powrót już dziś osiąga zyski z podjętych działań. Każdy następny dzień, miesiąc i rok będzie przynosił kolejne. Nie tylko sami przedsiębiorcy, ale również spółki i zakłady przemysłowe oraz fabryki mają szansę osiągać coraz lepsze wyniki.

Inwestycje w usprawnienie procesów produkcyjnych – czy to się opłaca?

Kapitał powracający po latach do sektora przemysłowego, to nieoceniona sprawa. Stanowi on ogromne wsparcie dla ogromnych przedsiębiorstw, jak również dla małych zakładów, które cały czas powstają w różnych regionach świata. Dotyczy to zarówno tych bogatych, jak i biedniejszych krajów. W każdym z tych kapitał przyczynia się także do wzrostu konkurencyjności.

przemysł automatyka

Warto więc inwestować. Jeśli posiadasz swoje przedsiębiorstwo produkcyjne, nie wahaj się i ulokuj pieniądze w następujących aspektach:

  • Interfejsy użytkownika(https://www.akcesoria.cnc.info.pl/86-automatyka/panele-operatorskie-hmi) – umożliwiają pracownikom zajmującym się nadzorem lub kontrolą urządzeń i maszyn wydawanie sprecyzowanych poleceń, jak również zmianę parametrów pracy w razie konieczności.

  • Silniki i enkodery(https://www.akcesoria.cnc.info.pl/81-automatyka/silniki-krokowe) – są to układy przeniesienia napędu, które rozkładają go na poszczególne układy, a także elementy całego systemu, konieczne do prawidłowego przeprowadzenia procesu synchronizacji pracy na liniach produkcyjnych.

  • Napędy – stanowią one obowiązkową część każdej linii produkcyjnej, ale nie tylko. Ich trwałość i wysoka jakość podczas pracy (nawet w najtrudniejszych warunkach), wpływa na ulepszenie funkcjonowania zakładu czy fabryki.

  • Programowalne kontrolery logiczne(https://www.akcesoria.cnc.info.pl/84-automatyka/plc-sterowniki-programowalne) – są to procesory, które same kierują konkretnymi procesami następującymi w zakładzie produkcyjnym, jak również przemysłowym.

  • Procesy kontroli i nadzoru jakości – połączone są z systemem zbierania danych i prowadzeniem statystyk.

  • Systemy zabezpieczające oraz rozwiązania podnoszące bezpieczeństwo pracy w granicach automatycznej linii produkcyjnej.

  • Rozwiązania z zakresu robotyki, jak również mechatroniki.

  • Sprzedaż, montaż oraz parametryzacja frezarek, obrabiarek i pozostałych maszyn CNC.

Lokata kapitału w te rozwiązania, jak i wdrożenie konkretnych systemów do swojego przedsiębiorstwa produkcyjnego to dobra decyzja, ponieważ niewątpliwie bardzo szybko się zwróci. Nie wahaj się więc i zrób to właśnie teraz, kiedy perspektywy na zyski są tak obiecujące. Światowy przemysł radzi sobie świetnie, dlatego Twoja firma z pewnością również nie straci na takich inwestycjach.

Elementy automatyki przemysłowej znajdziesz w sklepie Akcesoria.cnc.info.pl

Specjalistyczne akcesoria do maszyn CNC

Never ending brexit…

Sobotnia porażka Borisa Johnsona w Izbie Gmin może wymusić przesunięcie terminu brexitu o kolejne 3 miesiące. Premier Wielkiej Brytanii jest jednak przekonany, że uda mu się zrealizować aktualny plan i możliwe, że jeszcze w tym tygodniu podejmie kolejną próbę przechylenia szali w parlamencie na swoją korzyść. Jednak po jego dotychczasowych działaniach i osiągnięciach można stwierdzić, że szanse na powodzenie tych wysiłków wydają się bardzo niewielkie.

Czy wyjście z UE dojdzie do skutku?

Zgodnie z oczekiwaniami Boris Johnson, nie mając większości w Izbie Gmin, przegrał głosowanie w sprawie “ostatecznego” porozumienia z przywódcami Wspólnoty. W konsekwencji wcześniej przyjętych ustaw oznaczało to, że musi on skierować prośbę do Donalda Tuska o kolejne przedłużenie terminu opuszczenia struktur unijnych. Tak też uczynił, ale biorąc przykład z prezydenta USA, postanowił działać niestandardowo. Do Brukseli wysłał dwa pisma. W jednym poprosił o przesunięcie wyznaczonej daty w celu spełnienia formalnego obowiązku, ale na wszelki wypadek nie zostało ono podpisane. W drugim dokumencie tłumaczy, że opóźnienie jest błędem i Unia nie powinna się na nie zgadzać, ale dać mu jeszcze dodatkowy czas do działania. Nie wiadomo, w jaki sposób Boris Johnson przez 10 dni chce załatwić sprawy formalne w Wielkiej Brytanii (do czego zmusiła go poprawka zgłoszona przez byłego ministra Konserwatystów), skoro parlamentarna arytmetyka jest dla niego wciąż nieubłagana i w przypadku ponownego głosowania w dalszym ciągu stoi na przegranej pozycji. Wydawać by się mogło, że kolejna porażka premiera spowoduje duże zmiany na funcie. Nic bardziej mylnego, analitycy spodziewali się mniej więcej takiego rozwiązania. Dlatego GBP pozostaje w miarę stabilny względem zarówno złotego, jak i głównych walut.

Dobre dane z Polski

W piątek poznaliśmy informacje na temat wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce. Rośnie ona o 5,6% w ujęciu rocznym. To o 0,6% powyżej oczekiwań. Jest to tym ważniejsze, że niespodziewanie poprzedni odczyt tego wskaźnika był ujemny. Inwestorzy uznali te dane za korzystne, dzięki czemu PLN znów atakował pułap 4,28 zł względem euro. Dzisiaj od rana udało się przekroczyć tę barierę. Warto zwrócić uwagę, że tym samym jest to najtańsze euro od końca lipca.

Wybory w Szwajcarii

Wynik nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Wygrała, ale z wyraźnie mniejszym poparciem w porównaniu do poprzedniego głosowania (o prawie 4%), prawicowa Szwajcarska Partia Ludowa. Zdobyła ona 54 z 200 miejsc w Radzie Narodu, czyli izbie niższej tamtejszego parlamentu. Socjaldemokraci oraz Wolni Demokraci zdobyli odpowiednio 31 i 29 mandatów. Kolejne dwa miejsca zajęli Zieloni oraz Zielona Partia Liberalna. Szczególnie istotne jest osiągnięcie przez Zielonych lepszego rezultatu od Chrześcijańskiej Demokracji. Oznacza to, że prawdopodobnie to ta formacja zamiast chadeków będzie miała przedstawiciela w Radzie Federalnej (odpowiedniku naszego rządu). Rynki przyjęły te wiadomości dosyć neutralnie, a CHF utrzymuje wartość względem głównych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Brexit nadal w centrum uwagi

W mijającym tygodniu rynek walutowy reagował przede wszystkim na wieści natury politycznej. Pozytywny rozwój sytuacji w kontekście negocjacji związanych z Brexitem umożliwił wzrost funta brytyjskiego oraz pomógł umocnić się innym europejskim walutom.

W niedzielę wieczorem podczas sesji azjatyckiej funt utracił część zysków z ubiegłego tygodnia, od tamtej pory odrobił jednak te straty. Wydaje się jasnym, że w ocenie rynków prawdopodobieństwo Brexitu bez umowy jest obecnie znacznie niższe oraz że akceptacja umowy regulującej wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przez Izbę Gmin jest co najmniej możliwa.

W tym tygodniu uwagę rynków powinien przykuwać przede wszystkim rozwój sytuacji związanej z Brexitem, aczkolwiek na nastroje wpływ mogą mieć również wieści dotyczące konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. Patrząc na kalendarz ekonomiczny, najważniejszą datą będzie czwartek, czyli dzień, w którym odbędzie się spotkanie decyzyjne europejskiego Banku Centralnego. W tym dniu poznamy również najważniejsze dane makroekonomiczne tego tygodnia, czyli wstępne odczyty indeksów PMI opisujących aktywność biznesową w strefie euro w październiku.

PLN

Miniony tydzień był dobry dla polskiego złotego. Poprawę sentymentu do PLN można wiązać m.in. ze wspomnianym, lepszym nastawieniem inwestorów do kwestii Brexitu.

Informacje z Polski z zeszłego tygodnia były dość mieszane. Wśród wszystkich odczytów najistotniejsza wydaje się informacja o tym, że inflacja bazowa w Polsce we wrześniu wzrosła o 2,4%, osiągając najwyższą dynamikę od kwietnia 2012 roku i przekraczając oczekiwania konsensusu. Kolejne pozytywne zaskoczenie poziomem jednej z kluczowych dynamik cen można odbierać jak następny sygnał sugerujący, że w 2020 roku Polskę może czekać wyższa inflacja niż można się było spodziewać jeszcze kilka miesięcy temu. Kluczowym pytaniem pozostaje, jak w kontekście globalnego spowolnienia i ryzyk dla perspektyw zareaguje na to Narodowy Bank Polski.

GBP

Podczas sobotniego posiedzenia Izby Gmin niższa izba brytyjskiego parlamentu nie wyraziła jednoznacznego stanowiska wobec Withdrawal Agreement wynegocjowanego przez Borisa Johnsona. Posłowie nie wypowiedzieli się ani „za”, ani „przeciw” nowej umowie. Członkowie Izby Gmin przyjęli natomiast dokument zobowiązujący Borisa Johnsona do złożenia wniosku o ponowne przedłużenie terminu Brexitu. W momencie pisania tego komentarza wydaje się, że Unia Europejska jest gotowa zaakceptować wniosek Wielkiej Brytanii, jeżeli umowa Johnsona nie uzyska w najbliższym tygodniu poparcia parlamentu.

Utrzymujemy nasze dotychczasowe stanowisko, że na ten moment najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla Wielkiej Brytanii jest kolejne przedłużenie terminu Brexitu, a następnie zorganizowanie wyborów parlamentarnych. Nadal istnieje również możliwość zorganizowania drugiego referendum, w którym jedną z opcji do wyboru może być pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej

EUR

W obliczu stosunkowo mało istotnych publikacji makro ze strefy euro, kurs wspólnej europejskiej waluty w relacji do głównych walut reagował na dwie kwestie: informacje o postępach w związku z Brexitem oraz rosnący optymizm w kontekście relacji handlowych USA i Chin. Euro zdążyło umocnić się od początku października, kiedy to w parze z dolarem amerykańskim waluta znajdowała się na najniższym poziomie od ponad dwóch lat.

Wstępne odczyty indeksów PMI, które zostaną opublikowane w czwartek będą najważniejszą publikacją makroekonomiczną, którą poznamy na przestrzeni najbliższych kilku dni. Jest całkiem możliwe, że ponowny wzrost optymizmu w kontekście Brexitu może skutkować pozytywną niespodzianką w wynikach ankiet. Z kolei najbliższe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego nie powinno przynieść wielu istotnych informacji, zwłaszcza, że jest to ostatnie posiedzenie, któremu przewodniczyć będzie Mario Draghi, zanim jego funkcję obejmie Christine Lagarde.

USD

Ostatnia słabość dolara ma związek z optymizmem inwestorów i wzrostem apetytu na ryzyko. W minionym tygodniu na gorszy sentyment względem USD wpływ miał również stosunkowo słaby odczyt danych o sprzedaży detalicznej. Rozczarowały również dane makroekonomiczne drugie kategorii. Kalendarz dla USA na najbliższe dni nie obfituje ani w istotne wydarzenia ani publikacje, stąd spodziewamy się, że amerykańska waluta będzie reagowała na informacje zewnętrzne, szczególnie te płynące z Europy, a zwłaszcza Wielkiej Brytanii.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Na tle Unii Europejskiej inwestycje w nieruchomości w Polsce to wciąż dobry sposób na zarabianie

Niektórzy twierdzą, że zwiększenie kwoty 10.000 zł o 10% jest bardzo trudne, natomiast 1.000.000 zł „mnoży się sam”. I nawet jeśli jest w tym nieco przesady, to i tak prawdą pozostaje fakt, że im większy kapitał, tym łatwiej go powiększyć – choćby inwestując w nieruchomości.

Od lat jednym z najatrakcyjniejszych a zarazem bezpiecznych sposobów lokowania kapitału są nieruchomości – dotyczy to także mieszkań, którymi można obracać (kupując taniej i sprzedając drożej) lub które można wynajmować.

Mieszkania coraz droższe

Dlaczego nieruchomości? Jeśli ktoś był zainteresowany zakupem mieszkania kilka lat temu, to z pewnością zauważył, że od tego czasu ceny lokali znacząco wzrosły. W szczególnie atrakcyjnych lokalizacjach, jak np. na warszawskim Wilanowie mieszkanie, które 5-6 lat temu było oferowane na rynku pierwotnym za ok. 400 tys. zł, dziś można sprzedać na rynku wtórnym za ok. 700 tys. zł. Te największe wzrosty cen nieruchomości dotyczą dużych miast i dobrych lokalizacji, ale nawet w mniej atrakcyjnych miejscach wzrost cen o 1/3 na przestrzeni kilku lat nie jest niczym wyjątkowym.

Istnieje oczywiście jeszcze wiele innych sposobów pomnożenia gotówki, jednak albo nie są one tak zyskowne (np. lokata) albo wymagają specjalistycznej wiedzy i są obciążone sporym ryzykiem (akcje, handel kryptowalutami). Mieszkania są znacznie bardziej opłacalne niż inne typy nieruchomości, bo po pierwsze – są to najczęściej wyszukiwane typy  lokali, a po drugie – ich metraże są znacząco mniejsze niż domów, co powoduje, że są tańsze.

Jak wynika z raportu Deloitte Property Index 2019, średnie ceny transakcyjne mieszkań w Polsce (1.370 euro/m2) są nadal znacznie niższe niż w innych krajach europejskich. Najwyższe ceny odnotowano we Francji (powyżej 4.000 tys. euro/m2). Dane te mogą sugerować, że jeśli koniunktura w Polsce nie zmieni się w sposób znaczny, to nadal możemy spodziewać się zmian cen, które powoli będą zwyżkowały w kierunku średnich wartości europejskich.

Podaż mieszkań w Polsce należy do najniższych wśród analizowanych krajów.  Na 1000 osób przypada obecnie niecałe 380 mieszkań, co wskazuje na potencjał i atrakcyjność naszego rynku nieruchomości. Nie ma wątpliwości, że w najbliższych latach bardzo wielu Polaków (ale też obcokrajowców mieszkających w Polsce) będzie dążyło do zakupu własnego lokum. Zapotrzebowanie na mieszkania będzie też nakręcało rynek wynajmu.

Trend ogólnoeuropejski

Wzrost cen mieszkań w Polsce nie jest zjawiskiem wyjątkowym. Niemal we wszystkich europejskich krajach ceny nieruchomości mieszkaniowych w ciągu ostatnich 4 lat znacznie wzrosły.

Jak wynika z danych European Mortgage Federation oraz Eurostatu rekordzistami pod tym względem są Węgry – tam ceny nieruchomości mieszkaniowych pod koniec 2018 roku osiągnęły poziom 132% cen z roku 2015, a ich roczny wzrost w porównaniu do 2017 roku wyniósł 9,7%.  Powodem tego jest bardzo ekspansywna polityka fiskalna obecnego rządu, a także liczne ulgi mieszkaniowe i obniżony VAT na zakup mieszkań z rynku pierwotnego. Do tego dochodzi wzrost zainteresowania węgierskim rynkiem nieruchomości ze strony inwestorów zagranicznych.

Podobny wzrost cen nieruchomości mieszkaniowych daje się odczuć w Czechach. To z kolei zasługa wzrostu gospodarczego oraz bardzo dużego zainteresowania inwestorów zagranicznych rynkiem nieruchomości naszych południowych sąsiadów.

Mogłoby się wydawać, że duże zainteresowanie kreują rynki krajów południowych, takich jak np. Włochy. Tak jednak nie jest. Popyt mieszkaniowy generują głównie osoby w wieku 25-40 lat, a udział tej grupy wiekowej w strukturze demograficznej włoskiego społeczeństwa spada. Włosi zmagają się z dwucyfrowym bezrobociem, a problem ze znalezieniem pracy dotyczy głównie ludzi młodych. To powoduje, że nie mają oni często szansy na zakup lokalu.

Mieszkanie zarabia non-stop

Powyższe dane nie oznaczają, że każde kupione w Polsce lokum szybko i znacząco zwiększy swoją wartość. Mieszkanie, które ma być inwestycją, musi spełniać kilka istotnych warunków. Warto szukać nieruchomości w dużych miastach, a najlepiej w tych dzielnicach, które cieszą się największą popularnością. Unikać natomiast należy takich, które w rozmaitych sondażach i rankingach wskazywane są jako najmniej atrakcyjne do zamieszkania. Przed zakupem warto zainteresować się rankingiem dzielnic, publikowanym rokrocznie w internecie.

Ogólna zasada brzmi: im bliżej centrum i dzielnic biznesowych – tym lepiej. Jeśli chcemy zainwestować w nieruchomość, powinniśmy mieć świadomość, że do zakupu należy podejść inaczej niż wtedy, gdy kupujemy mieszkanie dla siebie. Skoro chcemy zarabiać, to od osobistych preferencji ważniejsza będzie chłodna kalkulacja.

– Mieszkanie, które kupujemy po to, aby za kilka lat sprzedać je z zyskiem, może na siebie zarabiać przez cały okres, gdy będzie naszą własnością – podpowiada Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej nieruchomości na wynajem. –  Najchętniej wynajmowane są mieszkania niewielkie, do 50 m2, ponieważ osobami wynajmującymi są najczęściej single lub młode pary, które nie posiadają jeszcze dzieci, zatem nie jest im potrzebna duża przestrzeń – podkreśla.

W przypadku inwestycji w mieszkanie na wynajem do bardzo istotnych elementów należą: lokalizacja, dobra komunikacja oraz miejsce postojowe. Dodatkową zaletą będzie cicha okolica (o co może nie być łatwo w centrum miasta) oraz balkon. Są to jednak „bonusy”, a nie główne atuty.

Kupuj, remontuj, wynajmuj

Mieszkania w najlepszych lokalizacjach, mimo niewielkiego metrażu, są dość kosztowne. Warto jednak poświęcić swój czas na znalezienie idealnego lokum, a gdy chcemy to zrobić szybko i dobrze – zlecić to zadanie specjalistom.

– W dużych miastach można jeszcze znaleźć ciekawe nieruchomości w okolicach centrum lub w innej atrakcyjnej dzielnicy, jednak należy się liczyć z koniecznością remontu. Dzięki temu jednak możemy kupić mieszkanie w stosunkowo dobrej cenie, a poprzez przemyślaną renowację, znacznie zwiększyć wartość nieruchomości. Pozwoli to także na uzyskanie większego czynszu z wynajmu – wyjaśnia przedstawicielka Baransu.

Wcześniej warto dokładnie skalkulować, jaką kwotę możemy przeznaczyć na lokal, a jaką na remont i potrzebne opłaty. Pamiętajmy, że mieszkanie na wynajem musi zostać urządzone tak, aby dobrze prezentowało się na zdjęciach w ogłoszeniach i aby mogło zainteresować szczególnie ludzi młodych. Stare, rozlatujące się meble, obdrapane ściany i czterdziestoletnia hydraulika z pewnością nie przysporzą nam klientów.

Wzrost cen nieruchomości mieszkaniowych jest zauważalny prawie w całej Europie. To wynik poprawy kondycji sektora finansowego, wzrostu siły nabywczej ludności czy pozytywnych zmian zachodzących na rynku pracy. Kraje dawnego bloku wschodniego są coraz atrakcyjniejsze dla osób z zagranicy, które często przyjeżdżają tu do pracy lub na  studia. Dysponując większą gotówką niż Polacy, szukają mieszkań, które staną się ich domem na czas pobytu. Warto skorzystać z tej hossy na rynku nieruchomości.

Branża finansowa wchodzi w nową erę. Produkty będą szerzej dostępne, tańsze i nowocześniejsze

Postępująca rewolucja technologiczna na rynku finansowym już wkrótce doprowadzi do spadku cen produktów i ich zwiększonej dostępności dla osób obecnie wykluczonych. Poprawi się również przejrzystość usług i ich dopasowanie do potrzeb klienta – wynika z raportu CFA Society Poland i Spot Data „Przyszłość sektora finansowego. Ewolucje i rewolucje”. Wskazane trendy wyłoniono na podstawie analizy aż 1000 raportów 50 największych instytucji finansowych na świecie oraz 40 publikacji naukowych. Eksperci przekonują, że postępująca cyfryzacja i automatyzacja oraz związany z tym spadek cen spotęguje erę inkluzywności w branży finansowej. Specjalistom łatwiej będzie zdobywać informacje na temat potrzeb i specyfiki grup docelowych produktów finansowych, dzięki czemu sektor będzie skuteczniej odpowiadał na ich potrzeby.

Konto osobiste, karta płatnicza, a nawet aplikacja bankowa to przykłady produktów, z których powinien korzystać każdy. Nadal jednak istnieje spore grono osób, które tego nie robi. To wyzwanie dla banków, które właśnie teraz przechodzą z modelu rozwoju ekstensywnego do intensywnego. To oznacza m.in. większe skupienie się na docieraniu z ofertą do osób aktualnie wykluczonych. Dzięki nowoczesnym technologiom będzie to łatwiejsze. Automatyzacja nie będzie jednak całkowita. Robot, na podstawie kilku parametrów, dobierze ofertę skrojoną na miarę potrzeb klienta, ale to doradca będzie musiał do niego dotrzeć i wytłumaczyć szczegóły. Oczywiście duże znaczenie będzie miało obniżenie kosztów produktów, ale równie istotna będzie transparentność oferty – mówi Krzysztof Jajuga, prezes zarządu CFA Society Poland.

Inkluzywny, czyli przeznaczony dla każdego

Inkluzywny, czyli przeznaczony dla każdegoZ analizy słów kluczowych, używanych w raportach najważniejszych instytucji finansowych na świecie, wynika, że w ostatnich latach najbardziej na znaczeniu zyskała inkluzywność, czyli zwiększanie dostępności oferty finansowej dla grup dotychczas wykluczonych, np. ludzi uboższych lub małych firm.

Co prawda, w Polsce ubankowienie systematycznie rośnie, ale nadal pozostaje pole do popisu dla instytucji finansowych. Z raportu Związku Banków Polskich[1] z 2019 roku wynika, że aż 89% Polaków powyżej 15 roku życia ma konto w banku, co oznacza, że nadal co dziesiąta osoba pozostaje bez tego podstawowego produktu finansowego. Natomiast sondaż CBOS[2] wskazuje, że aż 45% Polaków nie posiada żadnych oszczędności, a co za tym idzie produktów oszczędnościowych. To wciąż ogromny potencjał dla banków do edukacji i przekonania do odpowiednich usług.

Kiedyś wysokiej klasy sprzęt RTV czy nowoczesne samochody kosztowały tyle, że tylko nieliczni mogli sobie na nie pozwolić. Dziś, dzięki rozpowszechnieniu technologii, usprawnieniu dystrybucji i co za tym idzie, spadkowi cen są dostępne szeroko. Konsumenci mogą też łatwo dotrzeć do opinii o produktach. Podobnie będzie w finansach – wskazują eksperci CFA Society Poland. Rewolucja technologiczna i pojawienie się nowych podmiotów na rynku, takich jak fintechy i bigtechy, sprawią, że wiele mniejszych firm czy osób o niskich dochodach będzie mogło sięgnąć po teraz niedostępne dla nich produkty. Będą one bardziej zrozumiałe, tańsze, a dzięki nowoczesnym technologiom, idealnie dopasowane do klientów.

Produkty skrojone cyfrowo na miarę klienta

Warunkiem większej dostępności produktów finansowych jest ich przejrzystość i dopasowanie do potrzeb. Jak wskazują eksperci CFA Society Poland, szerszy zasięg będzie dotyczył przede wszystkim najprostszych produktów, czyli np. depozytów, pożyczek, kart płatniczych. Spadek cen sprawi, że łatwiej będzie dotrzeć z ofertą i przybliżać ją tym, którzy do tej pory nie mieli z nią styczności.

Wszystkie te zmiany umożliwi technologia. Uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja i big data odgrywają coraz większą rolę w doradztwie finansowym, obsłudze klienta, sprzedaży itp. Eksperci  CFA Society Poland podkreślają mocno znaczenie chmury, która ich zdaniem zmienia sektor finansowy na dwa sposoby. Po pierwsze znacząco obniża koszty infrastruktury, które mają duży udział we wszystkich wydatkach firm. Po drugie obniża bariery wejścia na rynek, ułatwiając start małym organizacjom, dzięki czemu wspomaga konkurencję i rozwój nowych modeli biznesowych.

Po produkty finansowe nie tylko do banku

Kierunek zmian, przed którym stoi rynek finansowy, to także łączenie różnego rodzaju usług finansowych, np. ubezpieczenia z oszczędzaniem, ale również produktów z zupełnie innych branż np. abonamentu na telefon z kontem oszczędnościowym. Tę ewolucję będzie wspierać postępująca automatyzacja i cyfryzacja. Jednak zdaniem ekspertów CFA Society Poland, pełna automatyzacja to nie jest przyszłość – zaufanie i kontakt z drugim człowiekiem pozostaną niezbędne, szczególnie w przypadku skomplikowanych produktów, np. inwestycyjnych.

Nowe technologie znacząco wpłyną na dostępność, ale jak wskazują eksperci CFA Society Poland – to nie fintechy będą dominować, ale duże instytucje, które je przejmą. Ogromne znaczenie natomiast będą mieć tzw. bigtechy, czyli np. Amazon, Apple, Facebook, Google, a także popularne dziś w Chinach Alibaba i Tencent, które uzyskując możliwość oferowania produktów finansowych mogą mocno wpłynąć na rynek.

[1] https://zbp.pl/aktualnosci/wydarzenia/9-milionow-polakow-ma-bank-w-telefonie

[2] https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2019/K_065_19.PDF

Odroczone terminy płatności – wydłużenie terminu zapłaty faktury, odsetki i kwestie prawne

Ani cywilnoprawna zasada swobody umów, ani ustawa o terminach zapłaty w transakcjach handlowych nie sprzeciwiają się wspólnemu uzgodnieniu przez kontrahentów dłuższego terminu zapłaty, jeśli tylko nie będzie to rażąco nieuczciwe wobec wierzyciela. W wyroku z 26 sierpnia 2019 r. łódzki sąd okręgowy obalił takie ustalenia dokonane zgodnie przez przedsiębiorców, bo jak stwierdził: „(…) nie wystąpiły żadne szczególne okoliczności uzasadniające przedłużenie terminu zapłaty zgodną wolą stron do 150 dni, ani sąd nie dopatrzył się obiektywnych przesłanek wynikających z właściwości tej umowy uzasadniających takie przedłużenie” (sygn. akt XIII Ga 334/19).

Zgodnie z wyrażoną w art. 353¹ Kodeksu cywilnego zasadą swobody umów strony mogą kształtować łączący je stosunek prawny, w tym uzgodnienia co do terminów zapłaty, wedle swojego uznania. W tym zakresie Ustawa z dnia 8 marca 2013 r. o terminach zapłaty w transakcjach handlowych w art. 7 ust. 2 stanowi, że „Termin zapłaty określony w umowie nie może przekraczać 60 dni, liczonych od dnia doręczenia dłużnikowi faktury lub rachunku, potwierdzających dostawę towaru lub wykonanie usługi, chyba że strony w umowie wyraźnie ustalą inaczej i pod warunkiem, że ustalenie to nie jest rażąco nieuczciwe wobec wierzyciela” (Dz.U. 2013 poz. 403, ze zm.).

Umowa międzynarodowego przewozu

W sierpniu 2018 r. Sąd Rejonowy w Kaliszu zasądził od pozwanej firmy na korzyść będącej stroną powodową spółki z o.o. kwotę należną z tytułu wykonania umowy przewozu w transporcie międzynarodowym oraz odsetki ustawowe za opóźnienie w transakcjach handlowych od dnia 28 października 2017 r. do dnia zapłaty. Łączący strony kontrakt regulowały przepisy Konwencji o umowie międzynarodowego przewozu drogowego towarów (CMR) z dnia 19 maja 1956 r. (Dz.U. nr 49 z 1962 roku, poz. 238 – dalej jako „Konwencja CMR”).

Wydłużenie terminu płatności wskutek opóźnienia doręczenia faktury

Pozwana firma nie kwestionowała wykonania przez spółkę usługi przewozu ani wysokości należnego jej za to wynagrodzenia. Uważała jednak wbrew powódce, że roszczenie jest przedwczesne, gdyż ona sama wyraziła w umowie przewozu zgodę na zawarcie w niej zastrzeżenia, że w przypadku opóźnienia w doręczeniu faktury pozwanej przysługiwać będzie prawo do wydłużenia terminu płatności o 90 dni. A takie opóźnienie w istocie nastąpiło.

Zapis umowny bez znaczenia, bo zawarty wbrew art. 7 ust. 2 ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych

Rozpoznający apelację Sąd Okręgowy w Łodzi XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy przywołał cel wprowadzenia nowelizacji niektórych ustaw, w tym ustawy o terminach płatności w transakcjach handlowych, jakim było ograniczenie zatorów płatniczych za dostawy towarów lub usług (Druk sejmowy nr 1229 z dnia 8 lipca 2019 r. opinia do ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych). W przekonaniu sądu drugiej instancji w świetle takich dążeń ustawodawcy wydłużenie do 150 dni terminu płatności sprzeciwia się przepisowi art. 7 ust. 2 ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych.

„Brak terminowej zapłaty za towary lub usługi (…) generuje szereg negatywnych konsekwencji dla obrotu gospodarczego. (…) wprowadzane rozwiązania prawne mają mobilizować dłużników transakcji handlowych (…) do dokonywania zapłaty w ustalonym terminie, jak również zniechęcać do narzucania przez nich nieuzasadnionych, wydłużonych terminów zapłaty. (…) W przekonaniu Sądu Okręgowego nie wystąpiły żadne szczególne okoliczności uzasadniające przedłużenie terminu zapłaty zgodną wolą stron do 150 dni, ani sąd nie dopatrzył się obiektywnych przesłanek wynikających z właściwości tej umowy uzasadniających takie przedłużenie” (sygn. akt XIII Ga 334/19).

Różne stawki odsetek ustawowych a odsetek ustawowych za opóźnienie w transakcjach handlowych

Sąd apelacyjny podzielił rozstrzygnięcie sądu rejonowego co do należności głównej przysługującej przewoźnikowi. Zmienił jednak zaskarżony apelacją wyrok w części dotyczącej odsetek. Przywołał bowiem treść art. 5 ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych (dalej u.t.z.t.h), zgodnie z którą, jeżeli strony ustaliły w umowie termin zapłaty dłuższy niż 30 dni, to po upływie tego terminu wierzyciel może żądać odsetek ustawowych liczonych od dnia spełnienia swojego świadczenia i doręczenia dłużnikowi faktury lub rachunku, potwierdzających dostawę towaru lub wykonanie usługi, do dnia zapłaty, ale nie dłużej niż do dnia wymagalności świadczenia pieniężnego.

Sąd zauważył, że w niniejszej sprawie 30-dniowy termin od dnia doręczenia faktury i dokumentów upłynął 19 października 2017 r. Zatem od tego dnia do 18 listopada 2017 r. wierzyciel mógł żądać jedynie odsetek ustawowych. Jako że przed sądem rejonowym wierzyciel domagał się zapłaty odsetek od dnia 28 października 2017 r., sąd okręgowy zmienił zaskarżony wyrok w ten sposób, że wierzycielowi przysługują od dnia 28 października 2017 r. do dnia 18 listopada 2017 r. odsetki ustawowe, a od dnia 18 listopada 2017 r. do dnia zapłaty odsetki ustawowe za opóźnienie w transakcjach handlowych.

Prawnik – doradca w sprawach gospodarczych

Przykład powyższej sprawy pokazuje, że w praktyce stosowania prawa nie wolno zapominać o idei, jaka przyświecała jego powołaniu. Ogólnie obowiązująca fundamentalna zasada, że to, co nie jest zakazane, jest dozwolone, nie musi oznaczać, że to, co jest dozwolone, nie może się okazać zakazane. W powyższej sprawie przedsiębiorcy kształtujący wiążącą ich umowę, odczytując zawarte w art. 7 ust. 2 u.t.z.t.h. przyzwolenie na wydłużenie terminu zapłaty, w takim bowiem nieprawidłowym przekonaniu pozostawali.

Tworząc kontrakty mające potem funkcjonować w obrocie gospodarczym bez zakłóceń i zapewniać jego stronom bezpieczeństwo, warto skorzystać z porady prawnika doświadczonego w tworzeniu umów gospodarczych między przedsiębiorcami. Doradztwo prawne w tych stosunkach nie może bowiem koncentrować się jedynie na weryfikacji brzmienia przepisów, ale i idei ich powołania i praktyce stosowania. Prawnik – doradca powinien być dla przedsiębiorcy doradcą strategicznym, zarówno w kwestiach prawnych, jak i biznesowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Więcej aplikacji, więcej kont, większe ryzyko

Mamy dziś przeciętnie ponad 80 aplikacji zainstalowanych na swoim smartfonie. Wchodzimy w interakcję z dziewięcioma z nich każdego dnia i trzydziestoma w ciągu miesiąca[1]. „Jest do tego aplikacja” przestało być tylko chwytliwą frazą marketingową – stało się rzeczywistością.

Apetyt biznesu na zbieranie danych i badanie nawyków konsumentów sprawia, że aplikacje wymagają na ogół stworzenia konta użytkownika. Dla uzyskania dostępu do najbardziej przydatnych czy interesujących nas funkcji, konieczna jest rejestracja – podpięcie istniejącego już konta społecznościowego lub utworzenie nowego.

Liczba zakładanych na platformach społecznościowych kont rośnie. W 2018 r. mieliśmy średnio 8,5 konta na osobę. Jest to niemal dwa razy więcej niż w 2014 r., kiedy wskaźnik ten wynosił 4,8. Inaczej jest ze średnią liczbą kont e-mail – jest znacznie niższa niż liczba kont w mediach społecznościowych czy używanych przez nas aplikacji. W 2018 r. wynosiła 1,8 (dane z Radicati[2]) lub 2,5 (badanie DMA[3]) na osobę.

Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nie mamy w zwyczaju przypisywać osobnych adresów e-mailowych do poszczególnych kont w mediach społecznościowych. Staliśmy się tak samo przywiązani do naszych e-maili jak do numerów telefonów. Wspomniane badania DMA wykazały, że 51% osób posiada ten sam e-mail od ponad 10 lat. Sama również jestem tego świetnym przykładem: osobiste konto e-mailowe posiadam od ponad 20, a firmowy od prawie 13 lat. Jak łatwo sobie wyobrazić, te dwa adresy e-mail są powiązane ze znacznie większą liczbą aplikacji i kont w mediach społecznościowych.

Nie jest też niespodzianką, że mój osobisty e-mail już wielokrotnie pojawił się na listach adresów, które wyciekły podczas różnych przypadków naruszenia bezpieczeństwa danych. Zgodnie ze statystyką, większość ludzi może powiedzieć to samo. Jeśli przyjmiemy na kolejne cztery lata liniowy przyrost liczby kont (a jednocześnie celów ataków hakerskich) w mediach społecznościowych na osobę, trzeba też założyć wzrost ilości wyłomów bezpieczeństwa.

Jest to sygnał dla biznesu, że warto przyjrzeć się zwyczajom pracowników i zapoznać się z raportem od dostawcy zarządzania hasłami – LastPass[4]:

  • 43% z listy TOP30 domen używanych przez zatrudnionych w firmach to również popularne aplikacje konsumenckie (np. Dropbox)
  • 50% pracowników nie różnicuje haseł do kont osobistych i służbowych.

Powyższe badanie, co niepokojące, wskazuje także, że przeciętny pracownik dzieli aż 6 haseł ze współpracownikami – udostępnia je kolegom.

Organizacje ignorują nawet podstawowe praktyki bezpieczeństwa haseł i aplikacji mimo dostępnej wiedzy w tym zakresie. Dzieje się tak, ponieważ przypomnienia, że bezpieczeństwo jest obowiązkiem każdego, są bagatelizowane przez pracowników. Potwierdza to raport Verizon Data Breach Investigations, który wskazuje, że ponad 70% zatrudnionych swoje prywatne hasła ponownie wykorzystuje w pracy.

Dlatego ważne dla organizacji jest uznanie i ustanowienie lepszej ochrony własnych zasobów korporacyjnych. Zasobów, do których zwykle uzyskujemy dostęp za pomocą jednego z dwóch-i-pół używanych standardowo adresów e-mail.

Na szczęście są zabezpieczenia.

Zastosowanie uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA) i ustanowienie wymagań dotyczących złożoności haseł to jedne z najlepszych sposobów obrony przed atakującymi, którzy metodą prób i błędów znajdują drogę do lukratywnych źródeł danych. Jest to również jedna z najlepszych metod obrony przed udostępnianiem – dzieleniem się hasłami, ponieważ uwierzytelnianie wieloskładnikowe wymaga, obok podania hasła, dodatkowego, indywidualnego działania niedostępnego dla współpracowników.

Ryzyko dla organizacji zwiększa się z każdym kolejnym kontem i aplikacją dołączaną do zasobów korporacyjnych. Zastosowanie uwierzytelniania wieloskładnikowego nie jest kompletną metodą. Ale jest za to dobrym początkiem zmniejszania ryzyka, które będzie rosło wraz z liczbą aplikacji w naszych smartfonach wykorzystywanych jednocześnie do użytku prywatnego i korporacyjnego.

Lori MacVittie, Principal Threat Evangelist, F5 Networks

[1] https://techjury.net/stats-about/app-usage/

[2] http://www.radicati.com/wp/wp-content/uploads/2014/01/Email-Statistics-Report-2014-2018-Executive-Summary.pdf

[3] https://www.zettasphere.com/how-many-email-addresses-people-typically-use/

[4] https://www.lastpass.com/business/articles/password-benchmark-report

Głośna sprawa ciszy nocnej

Zakłócanie ciszy nocnej to jedna z najczęstszych przyczyn sąsiedzkich konfliktów. Z jednej strony decydując się na mieszkanie w bloku musimy się liczyć z tym, że mogą do nas docierać odgłosy z sąsiednich mieszkań. Z drugiej strony każdy z nas powinien być świadomy tego, że są granice nocnych hałasów.

Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus Sp. z o.o. zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Wielogodzinne imprezy, głośne awantury czy uciążliwe remonty. Dla wielu mieszkańców bloków takie sytuacje to codzienność. O ile remont jest uciążliwy przez określony czas, bo prędzej czy później się kończy z hałaśliwymi sąsiadami niestety nie musi być już tak prosto.

Przy wejściach do zarządzanych przez nas budynków, na tablicy informacyjnej znajduje się informacja, która w jasny sposób informuje, że cisza nocna obowiązuje w zwyczajowych godzinach, tj. di 22.00 do 6.00 rano. To najczęściej w tych porach mieszkańcy informują policję, że dochodzi do zakłócania ciszy nocnej. Nie ma jednak przepisu prawnego, który w jednoznaczny sposób odnosiłby się do problemu nadmiernego hałasu za ścianą. Przepisy wskazują w sposób ogólny czym jest zakłócanie spokoju i porządku publicznego.

Art. 51. § 1. Kto krzykiem, hałasem, alarmem lub innym wybrykiem zakłóca spokój, porządek publiczny, spoczynek nocny albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.

Do zakłócania porządku może być każde zachowanie o dowolnej porze. Godziny pomiędzy 22.00 a 6.00 rano są przyjęte zwyczajowo jako godziny ciszy nocnej. Wszelkie uciążliwe działania takie jak prace remontowe powinny odbywać się w ciągu dnia. Wtedy większość mieszkańców przebywa poza domem, więc jest mniejsze prawdopodobieństwo, że będziemy komuś przeszkadzać. Przepisy nie ograniczają właścicieli lokali co do godzin w jakich mają wykonywać remonty, jednak co nieco na ten temat mówi kodeks cywilny.

Art. 144. Właściciel nieruchomości powinien przy wykonywaniu swego prawa powstrzymywać się od działań, które by zakłócały korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę, wynikającą ze społeczno-gospodarczego przeznaczenia nieruchomości i stosunków miejscowych.

Dobrą praktyką jest poinformowanie współmieszkańców o tym, że prowadzimy remont czy zamierzamy zaprosić gości. Co prawda nie zniweluje to związanych z tym utrudnień, jednak nie będą oni niemile zaskoczeni.

Hałasy zza ściany mogą być bardzo uciążliwe, zanim jednak sięgniemy po najbardziej radykalne środki warto spróbować porozumieć się z sąsiadami. Czasem wystarczy krótka rozmowa i prośba o ściszenie muzyki czy przeniesienie najgłośniejszych prac remontowych na inny dzień.

Kredyt kształtuje świadomość (ubezpieczeniową)

Osoby, które ubezpieczyły się na życie, biorąc kredyt na mieszkanie, często kontynuują polisę, gdy już nie wymaga tego bank – wynika z doświadczeń agentów Avivy. Hipoteka wyraźnie zwiększa świadomość i motywację do zakupu ubezpieczenia na zdrowie i życie. Liczba czynnych kredytów hipotecznych w Polsce przekracza 2,3 miliona – według najnowszego raportu AMRON-SAFRiN (2/2019).

Osoby decydujące się na kredyt hipoteczny przez pierwsze lata zwykle muszą wykupić polisę na życie, które jest dla banku dodatkowym zabezpieczeniem. Najczęściej decydują się na ubezpieczenie proponowane przez bank, która ma niższą składkę, ale też węższy zakres ochrony. Jednak pod wpływem tego doświadczenia później chętniej decydują się na zakup polisy obejmującej ochroną zdrowie i życie oraz dodatkowo ubezpieczają mieszkanie.

Trzech na czterech klientów, z którymi rozmawiam o ubezpieczeniu, ma kredyt hipoteczny. Przez pierwszych kilka lat spłaty polisa jest obowiązkowa, ale zwykle chroni tylko bank. Hipoteka zwiększa jednak świadomość. Po kilku latach klienci szukają ubezpieczenia, które nie tylko pokryje wartość kredytu, gdyby ich zabrakło, ale również zapewni im pieniądze w razie poważnego zachorowania lub wypadku, a rodzinie w razie ich śmierci – mówi Paweł Ryciak, agent ubezpieczeniowy Avivy.

Ubezpieczenie na życie – ale na jaką sumę?

Osoba, która bierze kredyt hipoteczny nie chce, żeby rodzina utraciła mieszkanie (dom), gdyby jej zabrakło. W ten sposób racjonalizuje sobie wydatek na obowiązkową polisę na życie, oferowaną przez bank. Ze względu na bardzo napięty w tym okresie domowy budżet rzadko jednak decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie.

Wraz z upływem czasu i spłacanych rat klienci zaczynają zastawiać się, co by było, gdyby zachorowali na nowotwór, mieli udar lub poważny wypadek. Polisa zawarta przez bank zazwyczaj nie chroni ich w takich sytuacjach. Dlatego tak ważne jest ubezpieczenie od poważnych zachorowań i niezdolności do pracy, które zapewni środki na leczenie i spłatę zobowiązań w kryzysowych sytuacjach – mówi Paweł Ryciak z Avivy.

Klienci mają często kłopot z wybraniem odpowiedniej sumy ubezpieczenia, zarówno w polisie na życie, jak i dla poważnego zachorowania. Suma ubezpieczenia powinna odpowiadać potrzebom, ale zarazem wynikająca z niej składka powinna mieścić się w domowym budżecie.

W przypadku ubezpieczenia na życie można wyjść od sumy miesięcznych wydatków w gospodarstwie domowym. W zależności od sytuacji rodzinnej, wysokości zarobków i posiadanych oszczędności, suma ubezpieczenia powinna pokryć wydatki co najmniej przez 2-3 lata. Polisę na życie kupujemy po to, aby rodzina była w stanie utrzymać się bez obniżania poziomu życia oraz dostosować do nowych warunków, co często oznacza znalezienie nowego źródła utrzymania – mówi Paweł Ryciak, agent ubezpieczeniowy Avivy.

W przypadku sumy ubezpieczenia dla poważnych zachorowań, warto uwzględnić zarówno bezpośrednie koszty związane z leczeniem, jak i te pośrednie, takie jak konsultacje ze specjalistami, rehabilitacja czy opieka pielęgniarska, dojazdy na badania i do szpitala, pomoc w domu czy utrata źródła dochodu.

Klienci deweloperów narzekają na wysokie ceny

Rynek nowych mieszkań, mimo wysokich cen, nie zwalnia tempa. Dlaczego Polacy wciąż decydują się kupować dużą część mieszkań na rynku pierwotnym? Tej sprawie przyjrzał się serwis Morizon.pl w swoim najnowszym raporcie.

Nowe mieszkania kupujemy przede wszystkim dla siebie – tak wynika z nowego raportu serwisu Morizon.pl. Ponad połowa zapytanych nabywców odpowiedziała, że do kupna lokalu skłoniła ich chęć zamieszkania „na swoim”. Co piąty ankietowany zdecydował się na zakup ze względu na konieczność przeprowadzki do większego lokum.

Jak piszą autorzy raportu, w ankietach często przewijały się narzekania klientów na wysokie ceny. „Obecne ceny są za wysokie! Niestety reklamy w internecie przedstawiają ceny niższe, niż później się okazuje w biurze sprzedaży” – mówi jeden z respondentów.

Klienci zwrócili też uwagę na zaskakująco duże koszty urządzenia mieszkania. Raport przytacza wypowiedź osoby, która ostrzega przyszłych nabywców przed dwu-, a nawet trzykrotnym przekroczeniem pierwotnego budżetu – powodem miałyby być właśnie wysokie nakłady na wykończenie lokalu.

Do poniesienia tych kosztów skłania jednak fakt, iż lokale od dewelopera pachną świeżością: nowość jako najcenniejszy atut mieszkań z rynku pierwotnego wymieniło 27% respondentów. Do tego należy też dołączyć możliwość samodzielnego wykończenia mieszkania, którą za istotną uznał co piąty ankietowany.

Nowe mieszkania są przy tym często tańsze niż lokale dostępne na rynku wtórnym. Ten atut nie wydaje się jednak istotny z punktu widzenia kupujących: w badaniu jedynie co dziesiąty nabywca zwrócił uwagę na tę zależność. Podobnie wygląda sprawa z lokalami inwestycyjnymi: tylko 10% nabywców kupuje nowe mieszkanie wiedziony chęcią zysku.Morizon_zakup_od_deweloperaMorizon_ważne Morizon_powody Morizon_mieszkanie_od_dewelopera

Klasa biznes w samolocie – na co możemy liczyć?

Podróże samolotem są obecnie niezwykle powszechne i coraz atrakcyjniejsze cenowo. Jeśli jednak zależy nam na komforcie, odpowiedniej przestrzeni, spokoju czy obsłudze na najwyższym poziomie, klasa ekonomiczna może nas nie zadowalać. Rozwiązaniem będzie klasa biznes w samolocie. Co warto o niej wiedzieć? Czy jest warta swojej ceny? Na jakie udogodnienia możesz liczyć? Rozwiewamy wątpliwości!

Klasa biznes w samolocie a pozostałe – najważniejsze różnice

Pierwszą i nadrzędną kwestią jest fakt, że nie każdy samolot oferuje wyższą klasę. Trzeba też pamiętać, że w zależności od rodzaju linii lotniczej, inne będą standardy – np. przestrzeń na nogi, rodzaj foteli, dostęp do gniazdek czy ekrany multimedialne. Czasem udogodnienia są dostępne już w klasie ekonomicznej lub ekonomicznej premium, a czasem dopiero w klasie pierwszej albo klasie biznes.

Różnice odnotujesz również w dodatkowych udogodnieniach – np. rodzajach napojów oraz posiłków i sposobie ich serwowania (szkło, porcelana, metalowe sztućce zamiast plastiku). Dodatkowo najczęściej masz do dyspozycji w pełni rozkładane siedzenia, które są szersze, a przestrzeń na nogi nawet kilkukrotnie większa.

Na lotniskach dla osób lecących klasą biznes znajdują się często także specjalne poczekalnie, w których możesz zjeść przekąski czy napić się alkoholu. W niektórych samolotach na pokładzie znajduje się nawet bar z prawdziwego zdarzenia, do którego możesz podejść i zamówić gorące i zimne przekąski oraz najróżniejsze napoje i drinki.

Ile kosztuje lot klasą biznes?

Oczywiście, jeśli ktoś nie liczy wydatków, nie będzie wahał się pomiędzy wyborem klasy ekonomicznej a klasy biznes. Ta druga to szereg udogodnień, które sprawiają, że nawet kilkunastogodzinny lot upłynie przyjemnie. Postanowiliśmy sprawdzić, jak kształtują się różnice w cenach lotu Warszawa – Sydney tym samym samolotem w jednej z linii lotniczych:

  • Ekonomiczna: 7 200 zł
  • Ekonomiczna premium: 8 560 zł
  • Biznes klasa: 11 300 zł

Jak widzisz, różnica w cenie jest duża. Co jednak zyskujesz? W tym przypadku będzie to: dostęp do saloników biznesowych na wszystkich głównych lotniskach na świecie, priorytetowy check-in, większy bagaż, przestronne i wygodne fotele wyposażone w gniazdko elektryczne, port USB i indywidualny system rozrywki pokładowej, wykwintne menu, szeroki wybór win i alkoholi mocnych.

A gdy biznes klasa to za mało…

Bardzo wymagający klienci lubią mieć wszystko pod kontrolą, dopięte na ostatni guzik i dopasowane do ich oczekiwań. Standardem wyższym od klasy biznes jest klasa pierwsza. W niej standard jest jeszcze wyższy – zarówno pod względem wyposażenia, posiłków, napojów, jak i obsługi. Jeśli to jednak wciąż za mało, a niezwykle cenna staje się swoboda, brak konieczności dopasowywania się do terminów lotu czy możliwość rezerwacji liczby miejsc na większej ilości osób, rozwiązaniem są loty prywatnym odrzutowcem. Taką ofertę ma na przykład polski operator Jet Story, będący jednocześnie największym przewoźnikiem w Europie Środkowo-Wschodniej.

Podsumowując, biznes klasa ma wiele atutów. Mówi się, że kto raz nią poleci, nigdy więcej nie będzie zadowolony w klasie ekonomicznej. A co, jeśli polecisz prywatnym odrzutowcem? Wówczas prawdopodobnie zakochasz się w tej formie podróżowania i już zawsze będziesz zwolennikiem posiadania pokładu na wyłączność!

Kiedy warto jest kupować odnowiony sprzęt elektroniczny?

Prawdopodobnie zauważyłeś, że coraz większa ilość producentów zaczyna oferować odnowione wersje swoich produktów. Zastanawiasz się, kiedy warto kupować takie urządzenia, co kupować i czym należy się kierować podczas zakupu? Sprawdź już teraz!

Sprzęt odnowiony, a używany – różnice

Podczas kupowania elektroniki z drugiej ręki należy przede wszystkim znać różnicę pomiędzy sprzętem używanym, a odnowionym. Sprzęt używany, jak sama nazwa wskazuje, to taki, który był normalnie użytkowany, a następnie wystawiony na sprzedaż. Używana elektronika sprzedawana jest w takiej formie, jak przedstawiana – bez upewnienia się, czy komponenty są w 100% sprawne oraz bez gwarancji, że sprzęt posłuży jeszcze przez długi czas.

Produkt odnowiony to taki, który powrócił do producenta, często nieużywany, który został sprawdzony pod kątem usterek, naprawiony (w razie potrzeby), a następnie wystawiony na sprzedaż. Od strony technicznej, taka elektronika nie odbiega funkcjonalnością w żadnym stopniu od produktu nowego oraz posiada pełną gwarancję. Jakie są więc różnice? Oczywiście jest to cena, która potrafi być zdecydowanie niższa. Nie należy także zapomnieć o ochronie środowiska oraz mniejszej ilości zanieczyszczeń.

Co warto kupować?

Dobrym przykładem typu odnowionej elektroniki, który warto jest kupować to np. sprzęt sieciowy CISCO refurbished (z ang. odnowiony). Dlaczego? Po pierwsze oszczędność ceny! Zniżki na tego rodzaju sprzęt potrafią być naprawdę duże. Liczy się także niezawodność – CISCO to marka o ugruntowanej pozycji, a produkowany przez nich sprzęt sieciowy jest naprawdę wytrzymały. Ważny się także sposób użytkowania – sprzęt sieciowy nie jest narażony na zmęczenie materiału spowodowane np. ciągłym przenoszeniem.

Myśląc o zakupie odnowionego produktu, należy mieć na uwadze także jakość materiałów zewnętrznych, a w przypadku bardziej rozbudowanych urządzeń, także podzespołów, jak ma to miejsce np. w laptopach. W takim przypadku warto jest się zdecydować na laptopy renomowanych marek. Gwarantuje to, że odnowiony komputer posłuży Ci jeszcze długo, nawet po skończeniu gwarancji.

Zakup jakiegokolwiek sprzętu, w tym odnowionego, rozpocząć należy od przeszukania Internetu. Twoim celem będzie odnalezienie możliwych wad produkcyjnych interesującego Cię modelu. Dzięki temu poznasz szczegóły dotyczące danych urządzeń, które pozwolą zaoszczędzić Ci w przyszłości wiele nerwów. Dowiesz się, np. że komputer posiada notoryczne problemy z klawiaturą, jak to miało miejsce aż w trzech generacjach Macbook Pro. Co z tego, że komputer posiadać będzie rozszerzoną gwarancję, jak co parę miesięcy trzeba będzie zlecać naprawę, która trwa tygodnie.

Coraz to większym zainteresowaniem cieszą się także odnowione i powystawowe smartfony. Nic w tym dziwnego – co roku produkowanych jest dziesiątki nowych modeli, a część klientów potrafi przesiadać się na nowe urządzenia parę razy w roku. Powstały nawet specjalne programy wymiany oferowane przez producentów, które pozwolą Ci na zmianę Twojego urządzenia na najnowsze (oczywiście za dopłatą). Owe programy generują także dużą ilość używanych urządzeń, które następnie są odnawiane, sprawdzane oraz otrzymują pełną gwarancję. Jak tylko nie przeszkadza Ci posiadanie urządzenia poprzedniej generacji, zakup odnowionego telefonu zaoszczędzi Ci dużą ilość pieniędzy. Czym należy się kierować podczas takiego zakupu? Największą uwagę należy zwrócić na to, czy urządzenie jest wyposażone także we wszystkie akcesoria, jak np. słuchawki i instrukcje.

Na co należy zwracać uwagę kupując odnowione produkty

Bez względu na rodzaj urządzenia, kupując odnowione produkty warto jest zwrócić uwagę na poniższe aspekty:

  • Polityka zwrotów. Sprawdź, ile masz czasu na zwrot zakupionego produktu, nawet w przypadku, gdy jest on w 100% sprawny. Czasami po prostu nie będziesz zadowolony z zakupu bądź produkt nie spełnia Twoich oczekiwań. Niektóre firmy oferować mogą 14 dni, inne 30, a duże sieci – nawet 90 dni.
  • Gwarancja. Odnowiony produkt sprzedawany przez producenta lub autoryzowanego sprzedawcę powinien mieć gwarancję, przynajmniej roczną. Oferowanie np. 1-miesięcznej gwarancji “rozruchowej” nie wróży niczego dobrego. W zależności od przeznaczenia produktu, możesz nawet otrzymać 2- lub 3-letnią gwarancję – jak ma to miejsce w omawiany wcześniej sprzęcie sieciowym.
  • “Certyfikowane” odnowienie. Nie wszystkie odnowione produkty będą takie same. Staraj się kupować certyfikowane produkty, oferowane na stronach internetowych producentów, lub też autoryzowanych sprzedawców. Dzięki temu będziesz mieć pewność, że otrzymasz profesjonalne wsparcie lub że firma, która sprzedała Ci sprzęt nie zapadnie się pod ziemię.

Problemy branży tekstylnej w Polsce

Jest praca, ale nie ma chętnych. W ten sposób można opisać rynek pracy w kontekście krawcowych i szwaczek. Problemem jest nie tylko brak wykwalifikowanej i doświadczonej kadry, ale również deficyt szkół przygotowujących do tego zawodu. Sytuacji nie poprawiają producenci odzieży, którzy tnąc wydatki sprowadzają towar z Azji, gdzie koszty pracy są niższe, niestety, często ceną w tym wypadku jest spadek jakości.

Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej od czterech lat przeprowadza cykliczne badanie – Barometr zawodów, ma ono na celu przedstawienie informacji o poszczególnych zawodach oraz zapotrzebowaniu na nie. W powiększającej się puli zawodów, w których odnotowano deficyt znajdują się m.in. te wymagające zdobycia kosztownych i czasochłonnych uprawnień. Drugą grupę stanowią zawody, do których wykonywania zniechęcają trudne warunki pracy.

Szwaczki i krawcowe to jedne z najbardziej deficytowych profesji w skali całego kraju. Deficyt zawodu to sytuacja, w której liczba ofert przekracza liczbę osób zdolnych podjęć pracę. Tylko w dwóch województwach – podkarpackimi mazowieckim ta profesja znalazła się w grupie zrównoważonej, co oznacza, że liczba ofert i potencjalnych pracowników znajduje się na zbliżonym poziomie.

Pracodawcy alarmują, że brak wykwalifikowanych i doświadczonych pracowników to nie jedyny problem. Problemem manufaktur krawieckich jest nie tylko deficyt doświadczonych i wykwalifikowanych krawcowych, ale też brak chętnych do nauki tego zawodu. Szkoły średnie coraz rzadziej otwierają klasy kształcące na kierunkach krawieckich. Żeby stworzyć klasę o takim profilu szkoła potrzebuje określonej liczby chętnych, niestety niewykonalne jest stworzenie klasy dla 3-4 chętnych osób. Stąd też niewielka liczba młodych krawcowych – mówi Justyna Serwańska menager Manufaktury Formy.

Wydawać by się mogło, że ze względu na deficytowy charakter zawodu zarobki doświadczonych krawcowych powinny rosnąć. Jednak nie jest to tak oczywiste. O ile niewielkie szwalnie czy luksusowe atelier doceniają finansowo zatrudnione tam osoby, to duże firmy odzieżowe produkcję przenoszą na tańsze, zwykle azjatyckie rynki, niwelując tym samym koszty produkcji. Kwietniowa akcja „Who made my clothes” miała za zadania uświadomić konsumentom w jaki sposób powstają ich ubrania. Na przestrzeni ostatnich 5 lat import ubrań do państw UE wzrósł o 25%, głównie z Chin i innych państw Azji.  

Zarobki krawcowych w Polsce są zróżnicowane i zależą od kliku czynników. Po pierwsze kwalifikacje i doświadczenie. Trzeba rozróżnić szwaczkę i krawcową, wykonują one różne zadania i ich zarobki różnią się od siebie. Szwaczka wykonuje prostsze czynności, z reguły ich praca ma ograniczony odtwórczy charakter. Ich praca rozliczana jest na zasadnie akordowej, jeżeli szwaczka jest doświadczona i sprawnie wykonuje swoje zadania, jej wynagrodzenie rośnie. Krawcowa natomiast odpowiada za wszystkie etapy produkcji ubrania – od stworzenia wzoru, poprzez przygotowanie wykroju, aż po uszycie gotowej kreacji. Jej zarobki są wyższe, często też otrzymuje procentowe wynagrodzenie od projektów, jak na przykład w salonach sukien ślubnych. Najwyższe pensje otrzymują osoby pracujące w małych pracowniach krawieckich, są to kwoty od 3500 zł netto wzwyż. Inaczej wygląda sytuacja w szwalniach, gdzie najczęściej praca jest zautomatyzowana – skupiona na odszyciu konkretnych części garderoby czy tapicerki. Tam nie jest wymagane wykształcenie kierunkowe, pracodawcy są wstanie przyuczyć do wykonywania prostych czynności, jednak w takich przypadkach zarobki są na najniższym możliwym poziomie.

Głównym wyzwaniem branży jest przenoszenie produkcji za granicę i brak wykwalifikowanych pracowników.  Te dwie kwestie są ze sobą związane. Produkcja jest przenoszona do Azji, gdzie koszty pracy, pracownicy i materiały stanowią ułamek tego co w Polsce. Niestety, otrzymany w ten sposób produkt co prawda jest tańszy, jednak jakość pozostawia wiele do życzenia. Ubrania tworzone w Polsce, w niewielkich, często rodzinnych atelier są nieporównywalnie lepszej jakości. Chodzi zarówno o jakość materiału, wykonania, ale też indywidualne podejście do klienta. Wszystko to wiąże się jednak z wyższą ceną. Ubrania tworzone na zamówienie nie są produktami jednosezonowymi, tylko służą latami. Pomimo wyższej ceny, w dłuższej perspektywie wydamy na nie mniej niż kupując co sezon nową koszulę czy płaszcz – podsumowuje Justyna Serwańska.

Toyota Auris najczęściej kradzionym pojazdem w Polsce. Statystyki głównie nabija Warszawa

Toyota Auris, Audi A4 i A6, Volkswagen Passat, a także Ford Focus to najczęściej kradzione pojazdy osobowe w Polsce w pierwszej połowie 2019 roku. Jak wynika z policyjnych statystyk, zginęło ponad 100 egzemplarzy każdego z wyżej wymienionych modeli. Aurisy są zawłaszczane przede wszystkim w Warszawie i jej okolicach. W tej części kraju złodzieje upodobali sobie głównie pojazdy marek japońskich. W większości województw tego typu zestawienia wyglądają inaczej. Czołowe pozycje w nich zajmują auta producentów europejskich. 

Według policyjnych statystyk za pierwsze 6 miesięcy bieżącego roku, Toyota Auris była najczęściej kradzionym samochodem osobowym zarejestrowanym w KSIP (Krajowy System Informacyjny Policji). W tym okresie utracono ich 137 egzemplarzy, przy czym w pierwszym kwartale – 75, w drugim – 62.

– Według opinii osób z branży motoryzacyjnej, pojazdy japońskie, w tym Toyota, charakteryzują się małą awaryjnością i są kradzione w celu dalszej ich sprzedaży. Istnieje przekonanie, że posiadają one stosunkowo niewiele detali identyfikujących samochód, a złodzieje łatwo nadają im cechy auta z legalnego źródła – komentuje Aleksandra Stróżyk, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Niedźwiedź-Lock.

Kolejne miejsca w rankingu pojazdów utraconych w okresie od stycznia do czerwca br. zajmują modele Audi. W przypadku A4 mówimy o 129 sztukach (64 w pierwszym kwartale i 65 w drugim), natomiast A6 – 115 (70 i 45). Dalej w statystykach widnieją Volkswagen Passat – 112 egzemplarzy (64 i 48) oraz Ford Focus – 104 (49 i 55).

– Modele znajdujące się na czele tej listy są również niezwykle popularne na rynku. Z tego wynika ogromne zapotrzebowanie na ich części zamienne. Im nowszy pojazd, tym ceny poszczególnych podzespołów są wyższe, szczególnie dostępnych jedynie w ASO. Złodzieje doskonale orientują się w tym, jak funkcjonuje rynek części zamiennych oraz co warto ukraść, by później jak najszybciej pozbyć się zdobytego łupu – mówi Bogdan Kwiatkowski, dyrektor sprzedaży z firmy Gannet Guard Systems.

Na 137 utraconych Aurisów, aż 117 widnieje w statystykach Komendy Stołecznej Policji, a więc obejmującej obszar Warszawy i jej najbliższych okolic. Ranking najczęściej kradzionych modeli w tej części kraju jest zdominowany przez marki japońskie (Toyota, Honda, Mazda i Nissan) oraz koreańską (Hyundai).  Z kolei w większości województw na czele są pojazdy europejskich producentów.

– Na terenie województwa mazowieckiego działają grupy specjalizujące się w kradzieży aut marek japońskich i koreańskich. Złodzieje opracowali technologie, z których skutecznie korzystają. Jedynym ratunkiem dla właścicieli samochodów z Azji są systemy lokalizacji pojazdów. Zwłaszcza rozwiązania bazujące na technologii radiowej, które pozwalają odzyskać auto w mniej niż 24 godziny od momentu jego kradzieży – informuje Bogdan Kwiatkowski.

Z kolei od stycznia do czerwca 2018 roku, najczęściej kradzionym samochodem osobowym zarejestrowanym w KSIP, było Audi A4. W tym okresie utracono 143 takie pojazdy, z czego 72 w pierwszym kwartale, a 71 – w kolejnym. W statystykach KWP Katowice widnieje 29 takich pojazdów, a w KWP Gdańsk – 24.

– Samochody marki Audi słyną z tego, że są niezawodne, mają niewielkie zużycie paliwa, dobre zawieszenia i nie trzeba z nimi często odwiedzać warsztatów. Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny element. Auta kradnie się głównie po to, aby rozłożyć je na części, które potem trafiają do sprzedaży lub są wykorzystywane do złożenia kolejnego samochodu. Audi należy do Grupy VW, czyli części eksploatacyjne pasują też do innych marek jak np. VW, Skoda czy Seat – podkreśla Aleksandra Stróżyk.

Drugie miejsce w rankingu pojazdów utraconych w okresie od stycznia do czerwca br. zajęła Mazda 6 – 129 sztuk (67 w pierwszym kwartale i 62 w drugim). Dalej są Toyota Auris – 128 (67 i 61), Audi A6 – 119 (47 i 72) oraz Volkswagen Passat – 113 (58 i 55).

– Zmiany w czołówce, porównując dane z 2018 i 2019 roku, są niewielkie. Zazwyczaj to dokładnie te same modele znajdują się na celowniku amatorów cudzej własności. One są bardzo popularne, często wybierane przez klientów poszukujących zarówno nowych, jak i używanych samochodów. Skoro tak chętnie się je kupuje, potrzeba również wiele części zamiennych, a na „zalegalizowane” pojazdy również jest popyt, szczególnie na wschodzie – podsumowuje ekspert z Gannet Guard Systems.

„Nieistniejące długi”. Co to takiego?

Każdego dnia banki i instytucje pożyczkowe otrzymują wnioski o kredyt. Część z nich jest składana z użyciem skradzionych danych osobowych. Takie wyłudzenia są możliwe nie tylko wtedy, gdy dojdzie do kradzieży lub zgubienia dokumentów. W erze cyfryzacji do zaciągnięcia takiego zobowiązania wystarczy kradzież tożsamości w Internecie. Warto pamiętać, że próby wyłudzeń dotykają nie tylko samych konsumentów, którzy muszą borykać się z unieważnieniem „nie swojego długu”. Ten problem dotyczy również instytucji finansowych, czy firm zarządzających wierzytelnościami, do których często trafiają takie niespłacone zobowiązania. 

Wyobraźmy sobie Panią Anię, której ktoś ukradł dane osobowe. Złodziej, posługując się jej tożsamością, zaciągnął z powodzeniem kredyt konsumencki. Kredytodawca, który go udzielił (na przykład bank lub instytucja pożyczkowa) rozpoczął proces odzyskiwania swoich należności gdy raty nie były spłacane w terminie. Mógł też sprzedać wierzytelności firmie windykacyjnej, by to ona dochodziła roszczeń z tytułu zadłużenia. W końcu skontaktował się też bezpośrednio z Panią Anią. W obu przypadkach Pani Ania odebrała wezwanie do zapłaty lub telefon od wierzyciela i była całą sytuacją zdziwiona. Przecież nie zaciągnęła żadnego kredytu.

– Czy to możliwe, żeby ktoś dowiadywał się o zadłużeniu… jako ostatni? Niestety tak. Powstanie takiego zobowiązania to swoistego rodzaju łańcuch przyczynowo skutkowy, w którym konsument uczestniczy z oczywistych względów bez swojej wiedzy i woli. Na początku tego łańcucha jest bowiem kradzież danych osobowych, wynikająca czasem z naszej nieostrożności czy naiwności – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych (dawniej KPF) – organizacji która wraz z firmami zarządzającymi wierzytelnościami prowadzi kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa!”.

Każdy jest narażony na kradzież danych

W cyberświecie każdy narażony jest na kradzież danych osobowych. Polacy chętnie udostępniają informacje na swój temat, na przykład w zamian za darmowy dostęp do usług, w hotelach, urzędach, wypożyczalniach czy przychodniach lekarskich. Często trzymają dokumenty lub skany, zawierające dane osobowe, na swoich skrzynkach mailowych, do których można się włamać. Inną kwestią jest kradzież dowodu osobistego lub jego zgubienie.

Jeżeli jesteśmy nieświadomi kradzieży danych osobowych niewiele możemy zrobić, by zatrzymać próbę wyłudzenia. Dobrym sposobem są na przykład tzw. Alerty BIK, czyli powiadomienia SMS lub e-mail z informacją, że dana instytucja finansowa analizuje nasz wniosek kredytowy. Jeżeli nie wnioskowaliśmy o żadną pożyczkę, może być to sygnał, że ktoś próbuje wyłudzić kredyt z wykorzystaniem naszych danych osobowych. Jeżeli zgubiliśmy lub straciliśmy dowód osobisty w wyniku kradzieży, musimy go jak najszybciej zastrzec. Kradzież należy zgłosić nie tylko na Policję, ale także w Urzędzie Miejskim oraz w banku czy instytucji pożyczkowej.

Warto przypomnieć, że w Polsce działa tzw. system Dokumentów Zastrzeżonych, w skrócie DZ. Dzięki niemu możemy zastrzec swój dowód osobisty podczas jednej wizyty w banku (niekoniecznie swoim), a informacja ta zostanie automatycznie przekazana do wszystkich pozostałych uczestników systemu DZ. Część banków nie wymaga osobistej wizyty w placówce, lecz przyjmuje informacje o chęci zastrzeżenia dowodu osobistego również telefonicznie. Dobrym pomysłem jest również zastrzeżenie PESELU w systemie Bezpieczny Pesel. Korzysta z niego wielu pożyczkodawców, a dzięki umieszczeniu swojego peselu na odpowiednim portalu instytucje pożyczkowe korzystające z systemu będą poinformowane, że dany konsument nie zamierza zaciągać żadnego nowego zobowiązania, co pomaga w zapobieganiu oszustwom i wyłudzeniom.

Gdy otrzymamy wezwanie do zapłaty

Co zrobić, gdy ktoś z powodzeniem zaciągnął na nas kredyt lub pożyczkę, a o tym fakcie dowiadujemy się otrzymując wezwanie do zapłaty z banku lub firmy zarządzającej wierzytelnościami? Najważniejsze to podjąć rozmowę. Z ostatniego badania opinii ZPF wynika, że co piąty Polak, który odbiera telefon z firmy windykacyjnej jest zdziwiony próbą kontaktu, a kolejne 21 proc. przyznaje, że w ogóle nie zamierza rozmawiać z przedstawicielem takiej instytucji.

– Uczulam, że warto podjąć rozmowę, by wyjaśnić o jakim zadłużeniu mowa i z jakiego tytułu powstało. Może się bowiem okazać, że ktoś zaciągnął kredyt lub pożyczkę posługując się naszymi danymi. Dla własnego dobra należy jak najszybciej zamknąć tę sytuację. A bez udziału osoby oszukanej nie da się tego zrobić. Na pewno dużo lepiej byłoby, gdyby instytucje finansowe oraz firmy zarządzające wierzytelnościami miały dostęp do centralnej bazy adresowej. Dzięki temu mogłyby „dotrzeć do” konsumentów znacznie wcześniej, a nie dopiero na etapie windykacji. Niestety, póki co, takiego rejestru nie ma – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

W takiej sytuacji należy niezwłocznie zgłosić sprawę na policję, a zaświadczenie o zgłoszeniu wyłudzenia trzeba przedłożyć zarówno w firmie pożyczkowej lub banku, w których ktoś zaciągnął zobowiązanie, jak i w firmie windykacyjnej, która skontaktowała się z nami celem spłaty należności.

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Instytucje pożyczkowe bądź banki – co do zasady – wstrzymują, do czasu wyjaśnienia sytuacji, wszelkie działania windykacyjne w przypadku zgłoszenia im wyłudzenia. – Jeżeli żądanie zapłaty długu, który powstał w wyniku wyłudzenia, zostanie skierowane do sądu lub dopiero na tym etapie dowiemy się o takim zobowiązaniu, to w sądzie należy wyjaśnić, że stało się to bez naszego udziału, w wyniku posłużenia się dowodem osobistym, co zostało zgłoszone Policji. Wówczas, we wnioskach dowodowych będzie można żądać od kredytodawcy przedłożenia dokumentacji celem zweryfikowania podpisu pod umową, adresu IP przy pożyczkach online lub numeru rachunku bankowego, na który pożyczona kwota została przekazana. Warto podkreślić, że również na etapie egzekucji można podjąć działania wyjaśniające – nigdy nie jest na nie za późno. Najlepiej wówczas skontaktować się z firmą windykacyjną osobiście lub zwrócić się o pomoc i wsparcie ze strony profesjonalisty w sferze ochrony praw konsumentów – rzecznika konsumentów – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF.

Podsumowując: pamiętajmy, by chronić swoje dane osobowe i nie udostępniać ich, jeżeli nie ma takiej konieczności. Warto trzymać skany dokumentów na dobrze zabezpieczonym serwerze, a jeżeli już przechowujemy takie dane na skrzynce mailowej, zadbać o dobry program antywirusowy i zmieniać hasło raz na jakiś czas. W przypadku kradzieży dokumentów należy zastrzec jak najszybciej dowód osobisty. Warto podkreślić, że osoba, która padła ofiarą oszustwa nie musi spłacać zadłużenia zaciągniętego z użyciem jej danych osobowych. Firmy windykacyjne dysponują szeregiem odpowiednich procedur, które uruchamiają w takich sytuacjach, co oznacza, że nie traktują takich osób jak nierzetelnych dłużników. Odnosząc się do przykładu Pani Ani, można wręcz powiedzieć, że bank czy instytucja pożyczkowa również stały ofiarą oszustwa, tak samo jak firma zarządzająca wierzytelnościami, ponieważ nabyła w dobrej wierze wierzytelność, pochodzącą z fraudu, nie mając o tym pojęcia.

Sądny dzień dla funta odwołany?

Dziś miał być albo dzień rajdu funta, albo jego załamanie. Nic z tego się nie wydarzyło, gdyż brytyjski parlament odłożył na późniejszy termin głosowanie nad porozumieniem brexitu. Jednak wciąż pozytywny scenariusz jest możliwy i najbardziej prawdopodobny, a weekendowe wydarzenia skutecznie niwelują ryzyko chaotycznego rozwodu z UE na koniec października.

Przed weekendem wydawało się, że Westminster ma przed sobą wybór jednego z dwóch rozwiązań: przyjąć projekt porozumienia brexitu wypracowany przez premiera Johnsona z UE, albo go odrzucić. Jednak, co już chyba staje się tradycją, parlamentarzyści lubią na każdym kroku zaskakiwać i znaleźli trzecie wyjście. Zamiast głosować nad projektem, parlament przyjął poprawkę Letwina (głosami 322-306), według której parlament wstrzyma się z akceptacją porozumienia do czasu, aż ustawa implementująca brexit w brytyjskim prawie nie zostanie przyjęta. Tą drogą posłowie chcą zapełnić lukę prawną, obawiając się, że w przypadku nieuchwalenia do końca października legislacji wdrażającej brexit, Wielką Brytanię czekałoby chaotyczne wyjście z UE, mimo że porozumienie byłoby teoretycznie uzgodnione.

Można założyć, że posłowie dmuchają na zimne, ale odroczenie głosowania nad porozumieniem ma jeszcze jeden dodatkowy polityczny skutek. Bez akceptacji w sobotę, Johnson został zobligowany do wystosowania prośby do UE o przedłużenie negocjacji o 3 miesiące (według uchwały Benna), co może zrujnować jego obietnice wyprowadzenia Wielkiej Brytanii z UE do 31 października. Moim zdaniem niepotrzebnie podgrzewa to atmosferę w Westminsterze, choć biorąc pod uwagę, że wszystkie partie (i frakcje w tych partiach) szykują grunt pod przedterminowe wybory, każda próba osłabienia przeciwnika się liczy.

Ogólnie jednak weekendowe wydarzenia są pozytywne dla funta, gdyż do zera sprowadzają ryzyko bezumownego brexitu 31 października. Przy szybkim (może nawet jeszcze dziś) uchwaleniu legislacji wdrażającej brexit odroczenie do stycznia będzie zbyteczne i premier Johnson spełni swoją obietnicę. Z resztą decyzji o odroczeniu jeszcze nie ma, bo UE spokojnie czeka na rozwój wypadków w Londynie. Nawet jeśli prace parlamentu się przeciągną, odroczenie nie musi być wypełnione do końca stycznia, tylko może się zakończyć np. w połowie listopada. Saga brexitu może mieć dopisany kolejny mini rozdział, ale chyba powoli zmierzamy do szczęśliwego zakończenia. Asymetria ryzyk przemawia za aprecjacją funta, jedyną niewiadomą pozostaje czas i tempo rajdu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

RODO nie pomaga dłużnikom. Zgoda na przetwarzanie danych osobowych nie jest potrzebna

W przypadku sprzedaży przeterminowanego zobowiązania nie jest potrzebna zgoda dłużnika do przetwarzania jego danych osobowych. O takie zezwolenie nie muszą się starać biura informacji gospodarczej. Z kolei firma windykacyjna, która nabyła wierzytelność, staje się administratorem danych osobowych nierzetelnego płatnika. I ma obowiązek przestrzegać RODO. Wówczas zadłużony może wnieść sprzeciw, czyli wniosek o usunięcie lub aktualizację informacji gospodarczej. Musi przy tym udokumentować okoliczności uzasadniające takie działanie. Po wycofaniu zgody na przetwarzanie danych do celów marketingowych przestaną tylko docierać do niego oferty handlowe. Jednak to nie sprawi, że poprawi swoją sytuację w rejestrze.

Wpis bez zgody dłużnika

Przedsiębiorcy mogą dochodzić należnych roszczeń samodzielnie lub korzystać z pośrednictwa wyspecjalizowanych firm. Alternatywnym rozwiązaniem pozostaje sprzedaż długu innemu podmiotowi. Przetwarzanie danych osobowych w takim przypadku jest prawnie dopuszczalne. Nie jest do tego potrzebna zgoda osoby, której one dotyczą.

– Rozpatrując kwestię wierzytelności, to nie zgoda osoby jest podstawą przetwarzania jej danych, a konkretne przepisy. Należy wziąć tu pod uwagę przepisy kodeksu cywilnego, które pozwalają bez zgody dłużnika przenieść wierzytelność na osobę trzecią. Może nią być także firma windykacyjna. Stanowi o tym art. 509 kodeksu cywilnego, odnoszący się do cesji. Wraz z wierzytelnością przechodzą na nabywcę wszelkie związane z nią prawa, w szczególności roszczenie o zaległe odsetki – informuje Adam Sanocki, rzecznik prasowy Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Jak podkreśla Grzegorz Pietraszkiewicz, radca prawny Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, BIG-i nie potrzebują zgody dłużników na przetwarzanie ich danych. Stanowią istotny element systemu finansowego, ich celem jest mobilizacja dłużników do spłaty i ochrona interesów wierzycieli. Trudno więc sobie wyobrazić sytuację, w której jakikolwiek nierzetelny płatnik dobrowolnie zgadza się na wpis do rejestru.

– Biura informacji gospodarczych nie pozyskują zgody dłużnika na przetwarzanie jego danych osobowych będących elementem informacji gospodarczej, gdyż przetwarzają te dane na podstawie Ustawy z 9 kwietnia 2010 roku o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Zatem żądanie dłużnika o wycofanie zgody na przetwarzanie danych, kierowane do biura i na tej podstawie usunięcia informacji gospodarczej o zobowiązaniu, nie powoduje usunięcia takich informacji – mówi Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska, menedżer ds. analiz rynkowych i komunikacji z Krajowego Rejestru Długów BIG SA.

Z kolei Mateusz Jakóbiak, członek zarządu Vindicat, zwraca uwagę na podstawę przekazywania danych do Biura Informacji Kredytowej. Jest to ściśle określone przez prawo bankowe. Jeżeli opóźnienie w spłacie kredytu przekroczyło 60 dni, a jednocześnie upłynęło kolejnych 30 od momentu poinformowania przez bank o zamiarze przetwarzania tych informacji, to może się ono odbywać bez zgody klienta przez 5 lat.

– Firma, która nabyła wierzytelność, staje się administratorem danych osobowych dłużników i zobowiązana jest do przestrzegania przepisów RODO. Powinna więc np. informować ich m.in. o podstawie prawnej i celu ich przetwarzania. Może to robić np. w pismach wzywających do zapłaty. Jednocześnie powinna też wskazywać, że nierzetelnemu płatnikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych oraz możliwość ich poprawiania – dodaje Adam Sanocki.

Czas na sprzeciw

Jak podkreśla Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska, należy rozróżnić dwie sprawy. Wycofanie zgody na przetwarzanie danych jest czymś innym niż sprzeciw dłużnika, czyli wniosek o usunięcie lub aktualizację informacji gospodarczej. Obie te kwestie traktowane są w KRD inaczej.

– Należy wskazać na dotychczasowe orzecznictwo, w tym decyzje samego GIODO. W nim ugruntowane zostało stanowisko, iż dłużnik nie może zasłaniać się ochroną danych osobowych w celu uniknięcia spłaty swoich zobowiązań. Powoływanie się na RODO w tym przypadku służyłoby właśnie unikaniu odpowiedzialności i spełniania zobowiązań – stwierdza radca prawny z BIG InfoMonitor.

Osoba, której dane dotyczą, ma prawo w dowolnym momencie wycofać zgodę, jeżeli to na tej podstawie administrator przetwarza dane, co zaznacza Adam Sanocki. Ekspert dodaje, że w przypadku wierzytelności zgoda nie jest jednak taką podstawą. Przetwarzanie w takiej sytuacji odbywa się na podstawie przepisów prawa. Jednak w przypadku dłużnika najbardziej uzasadnionym jest dokonanie spłaty zadłużenia, celem wykreślenia z rejestru dłużników.

– Jeśli dłużnik, który jest wpisany do KRD, kieruje do nas pismo z wycofaniem zgody na przetwarzanie danych, to my nie usuwamy ich z rejestru na tej podstawie. Naszą działalność reguluje Ustawa z 9 kwietnia 2010 r. o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie tych danych. Ona wskazuje, w jaki sposób i w jakim trybie dłużnik może złożyć sprzeciw i żądać usunięcia takich informacji – komentuje Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska.

Dłużnik ma prawo wnieść do biura sprzeciw dotyczący nieaktualności, nieprawdziwości, niekompletności, przekazania lub przechowywania niezgodnie z ustawą informacji gospodarczych mających status informacji aktualnych. Jak wskazuje rzecznik UODO, w takiej sytuacji należy udokumentować okoliczności uzasadniające sprzeciw. Jednocześnie biuro może zwrócić się do wierzyciela lub dłużnika o dodatkowe wyjaśnienia.

– Jeśli chodzi wyłącznie o wycofanie zgody na przetwarzanie danych do celów marketingowych, postępujemy zgodnie z obowiązującymi przepisami RODO. Do osoby takiej nie kierujemy już ofert marketingowych lub handlowych – podsumowuje ekspert z Krajowego Rejestru Długów.

Urząd Celno-Skarbowy po 5 latach podwyższył wartość celną towaru zaimportowanego z Chin

Naczelnik urzędu celno-skarbowego zanegował zadeklarowaną przez polską spółkę wartość importowanego z Chin towaru. Stwierdził, że jest za niska i po przeprowadzeniu kontroli zwiększył spółce zobowiązanie w należnym podatku z tytułu importu towarów, doliczając do ich wartości celnej koszty pośrednictwa świadczone na rzecz spółki przez pośrednika w Chinach. Jego decyzję uchylił jednak sąd, bo organ „W sposób dorozumiany, uznał wszystkie inne usługi za związane z pośrednictwem. Nie wyjaśnił jednak swoich motywów (…). Uniemożliwia to prześledzenie toku rozumowania organu zwiększającego wartość celną towaru o poszczególne wydatki…” (wyrok WSA w Gorzowie z 29 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Go 348/19).

Wspólnotowy Kodeks Celny, a dokładnie Rozporządzenie Rady (EWG) nr 2913/92 z dnia 12 października 1992 r. ustanawiające Wspólnotowy Kodeks Celny, w art. 29 ust. 1 wskazuje, że „Wartością celną przywożonych towarów jest wartość transakcyjna, to znaczy cena faktycznie zapłacona lub należna za towary, wtedy gdy zostały one sprzedane w celu wywozu na obszar celny Wspólnoty, ustalana, o ile jest to konieczne, na podstawie art. 32 i 33…” (Dz.Urz. UE L 302 z 19.10.1992 r.). Art. 32 ust. 1 lit. a) tiret (i) WKC precyzuje, że: „W celu ustalenia wartości celnej z zastosowaniem art. 29 do ceny faktycznie zapłaconej lub należnej za przywożone towary dodaje się następujące elementy w wysokości, w jakiej zostały poniesione przez kupującego, lecz nieujęte w cenie faktycznie zapłaconej lub należnej za towary: prowizje i koszty pośrednictwa, z wyjątkiem prowizji od zakupu”.

Organ po 5 latach od importu towaru podwyższył jego wartość celną

Agencja celna działająca w imieniu jednej z polskich spółek w 2013 r. zgłosiła do procedury dopuszczenia do obrotu importowane przez spółkę sztuczne ognie z Chin. W grudniu 2018 r. naczelnik urzędu celno-skarbowego podwyższył spółce wysokość zobowiązania w podatku od towarów i usług z tytułu dokonanego importu. Stwierdził, że została ona zaniżona, bowiem działająca jako przedstawiciel bezpośredni agencja celna, nie ujęła w deklaracji zgłoszeniowej kosztów usług pośrednictwa, jakie polski importer nabył od chińskiego pośrednika w zakresie związanych z nabyciem towaru działań na terytorium Chin. Jak stwierdził organ:

„Działalność zatrudnionego agenta stanowiła element składowy tej działalności, wspomagający i kreujący import towarów dokonywany przez przedsiębiorcę. Wynagrodzenie uiszczone pośrednikowi (koordynatorowi na terenie Chin) w samej swej istocie stanowiło element kosztów (nakładów) ponoszonych w związku z dokonywanym importem” (sygn. akt I SA/Go 348/19).

Konieczne umocowanie pośrednika do zawierania umów sprzedaży Polski importer odwołał się do Dyrektora Izby Administracji Skarbowej. Jak wyjaśniał, chiński współpracownik dokonywał jedynie czynności związanych z zarządem jego biura zarejestrowanego na terenie Chin, co częściowo przyznał sam organ pierwszej instancji, uznając za niepodlegające doliczeniu do wartości celnej towaru, wykonywanie przez tego współpracownika czynności związanych z zarządem nieruchomością lokalową.

DIAS utrzymał jednak w mocy decyzję domiarową organu pierwszej instancji. Zwrócił uwagę na zapis art. 32. ust. 4 WKC wyjaśniający, czym jest wskazana w art. 32. ust. 1 lit. a) tiret (i) tego kodeksu prowizja od zakupu, która zgodnie z tym przepisem nie jest dodawana do wartości celnej towaru. „…określenie „prowizja od zakupu” oznacza opłaty poniesione przez importera na rzecz jego agenta za usługę polegającą na reprezentowaniu go przy zakupie towarów…” (Dz.Urz. UE L 302 z 19 października 1992 r.). Zdaniem organu odwoławczego chińska spółka nie była upoważniona do reprezentowania importera, w tym do zawierania w jego imieniu umów, dlatego też koszty świadczonych przez nią usług należało uwzględnić przy ustalaniu wartości celnej importowanego towaru.

Organ nie wyjaśnił, tylko zwiększył wartość celną towaru

Spółka złożyła skargę, zarzucając organowi rażące naruszenie przepisów nakładających na niego obowiązek ustalenia i wyjaśnienie w sposób wyczerpujący sprawy, w tym nieprzeprowadzenia dowodów tak istotnych, jak uzyskanie od chińskiego pośrednika pisemnego raportu do faktur z tytułu świadczonych usług, który wyjaśniłby ich zakres oraz rodzaj. Pojawił się także zarzut nieprzeprowadzenia dowodu z przesłuchań świadków na okoliczność zgodnej woli stron co do zakresu usług i świadczeń objętych współpracą.

WSA w Gorzowie przyznał stronom rację po połowie. Zgodził się z organem, że aby móc zakwalifikować wydatek za usługę jako prowizję od zakupu, pośrednik musi posiadać umocowanie do zawierania umów sprzedaży w imieniu mocodawcy, a takiego wymogu część ze świadczonych przez chińską spółkę usług na rzecz polskiego importera nie spełniało. Z drugiej jednak strony w pierwszym wyroku w tej sprawie WSA w Gorzowie, uchylając decyzję DIAS, podzielił skargę spółki, że organ nie poczynił dostatecznych ustaleń i nie przeprowadził rzetelnego postępowania dowodowego, które pozwoliłoby prawidłowo zakwalifikować świadczone przez chińską spółkę usługi, oraz jak i w jakiej wysokości podwyższyły one wartość celną towaru.

„Niepełne zebranie materiału dowodowego w zakresie ustalenia czynności wykonanych w 2011 r. w ramach umowy z […].01.2011 r., jak i pominięcie wartości pozostałych zgłoszeń celnych z 2011 r. doprowadziło do sytuacji, w której organ nie miał podstaw (danych) do prawidłowego określenia wysokości zobowiązania (…). Na tym etapie brak jest podstaw do uznania, w jakiej wysokości koszty wynikające z usług świadczonych na podstawie umowy powiększały wartość celną towarów na podstawie art. 32 ust. 1 lit. a) pkt i) WKC…” (wyrok WSA w Gorzowie z 16 listopada 2017 r., sygn. akt I SA/Go 385/17).

To organ, a nie przedsiębiorca, musi udowodnić, że ma rację

W maju 2019 r. sprawa ponownie trafiła przed gorzowski sąd, bowiem organy nie dostosowały się do zaleceń wyroku z 2017 r. Do tej skargi sąd również się przychylił. Podzielił stanowisko zajęte przez sąd we wskazanym wyroku. Uchylając zaskarżoną decyzję, orzekł: „(…) w decyzji będącej przedmiotem zaskarżenia w niniejszym postępowaniu organ nie dokonał podziału wskazanych w umowie usług na związane i niezwiązane z pośrednictwem. (…) W sposób dorozumiany uznał wszystkie inne usługi za związane z pośrednictwem. Nie wyjaśnił jednak swoich motywów, co stanowiło naruszenie w szczególności art. 124 Ordynacji podatkowej, zgodnie z którym organy podatkowe powinny wyjaśniać stronom zasadność przesłanek, którymi kierują się przy załatwianiu sprawy (…) Uniemożliwia to prześledzenie toku rozumowania organu zwiększającego wartość celną towaru o poszczególne wydatki (…)” (wyrok WSA w Gorzowie z 29 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Go 348/19).

Jak widać na kanwie powyższej sprawy, jeśli istnieje możliwość podwyższenia zobowiązania podatkowego podatnika, organy skarbowe nawet „nie bawią się” w logiczne, uzasadnione argumentowanie ustalenia tego ciężaru w wyższym wymiarze. Takiego toku rozumowania organów nie rozumie nawet posiadający szeroką wiedzę prawną sąd. Choć patrząc na praktykę i przykłady innych spraw, schemat tego rozumowania wydaje się prosty. Gdy podatnikiem jest przedsiębiorca, to musi zapłacić – najlepiej jak najwięcej, czyli tyle, ile się da. Przedsiębiorcy powinni jednak pamiętać, że to na organach, a nie na nich, spoczywa ciężar udowodnienia, że wartość celna towaru została ustalona w niewłaściwej wielkości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych – jak działa i kogo dotyczy?

Od 13 października 2019 r. niemal wszystkie spółki prawa handlowego w Polsce są obciążone nowym, nieznanym dotąd ustawowym obowiązkiem. Tego dnia swoje funkcjonowanie rozpoczyna Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych.

Elektroniczny rejestr osób fizycznych sprawujących kontrolę w polskich spółkach jest wyjątkowo ważny dla wielu polskich przedsiębiorców, ponieważ niewypełnienie ustawowych obowiązkowych może skutkować nałożeniem na te podmioty kary pieniężnej w wysokości nawet do 1.000.000 zł.

– Wedle przepisów ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, każda spółka prawa handlowego, poza publicznymi spółkami akcyjnymi i spółkami partnerskimi, będzie zobowiązana do zgłoszenia danych tak zwanego beneficjenta rzeczywistego do wspomnianego rejestru – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Ziemska, prawnik z kancelarii Zięba&Partners.

Beneficjent rzeczywisty, w pewnym uproszczeniu, to osoba fizyczna, która z racji posiadanych przez nią uprawnień, sprawuje bezpośrednią lub pośrednią kontrolę nad spółką. Przykładowo, w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością czy spółkach akcyjnych, za beneficjentów rzeczywistych uznaje się między innym takie osoby, które posiadają więcej niż 25% udziałów lub głosów w spółce.

Początek funkcjonowania Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych oznacza, że spółki będzie obciążać niełatwy obowiązek zidentyfikowania beneficjenta rzeczywistego oraz zweryfikowania jego tożsamości, a w przypadku, gdy beneficjentem jest osoba prawna, także ustalenia jej struktury własności i kontroli.

– Informacje o beneficjentach rzeczywistych zgłoszone do rejestru będą jawne, nieodpłatne, a więc dostępne dla każdego – wyjaśnia J.Ziemska, Zięba&Partners. – To zgodnie z intencją ustawodawcy, ma zwiększyć bezpieczeństwo obrotu oraz zapewnić transparentność funkcjonowania osób prawnych.

Ryzyko nałożenia dotkliwych kar finansowych, które w szczególności dla niewielkich spółek mogą okazać się całkowicie destablizujące, powinno skłonić przedsiębiorców do podjęcia odpowiednio wcześniej szeregu kroków zmierzających do identyfikacji swoich beneficjentów rzeczywistych. Tylko właściwe przekazanie niezbędnych informacji do rejestru uchroni bowiem przedsiębiorców przed surowymi konsekwencjami finansowymi.

Powstanie Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych jest więc z jednej strony kolejnym krokiem w kierunku uszczelniania obowiązującego systemu prawnego i dodatkowym narzędziem zapewnienia przejrzystości w obrocie, a jednocześnie dodatkowym obowiązkiem dla podmiotów gospodarczych, któremu może nie być łatwo sprostać.

Andrzej Sadowski: Administracja publiczna w Polsce jest w epoce pieczątki i papieru

Polska gospodarka jest jedną z najnowocześniejszych w Unii Europejskiej. Naszą rentę zapóźnienia wykorzystano inwestując w najnowocześniejsze technologie i linie przemysłowe. W innych starych krajach członkowskich są one często nieosiągalne. Z drugiej jednak strony w XXI wieku gospodarka opiera się głównie na rozwiązaniach cyfrowych, a nie analogowych. Polska pod tym względem jest bardzo zacofana. Różnice w tej kwestii są tak duże, że można by je niemal porównać do przepaści między silnikami parowymi i elektrycznymi.

– Administracja w Polsce jest w epoce pieczątki i papieru. Technologie cyfrowe stosowane są tak naprawdę jedynie do skanów formularzy. W efekcie w formie elektronicznej istnieją tylko zapisy papierowych dokumentów – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. –  Widzimy więc dwa równoległe, nie pasujące do siebie światy. Taka sytuacja nie pozwala na zapewnienie najlepszej jakości serwisu, jaki oferują obecnie firmy prywatne. To wymóg, który państwo powinno dzisiaj spełniać wobec gospodarki i obywateli. Kiedy nie jest spełniony pojawiają się niekompatybilności oraz napięcia gospodarcze i społeczne. Państwo nie jest w stanie w żaden sposób nadążyć za zmianami technologicznymi, ale przede wszystkim też ogromnym rozwojem gospodarczym. W efekcie co jakiś czas pojawiają się próby zatrzymania tego wzrostu za pomocą regulacji, które w oczach polityków wydają się słuszne – analizuje Sadowski.

Eksperci w Lean Management na konferencji „Bliżej Doskonałości”

W warszawskim hotelu Marriott odbyło się niezwykle, wyczekiwane przez biznes wydarzenie. Podczas organizowanej przez DPC Polska konferencji „Bliżej Doskonałości”, eksperci od wykorzystywania Lean Managementu podzielili się z uczestnikami tajnikami skutecznego wykorzystania tej strategii w biznesie. Największe zainteresowanie wzbudziło wystąpienie światowej sławy autorytetu w tej dziedzinie, Michaela Balle.Konferencja – Bliżej doskonałości fot.1

Olbrzymi sukces konferencji „Bliżej Doskonałości”, w trakcie której sala pękała w szwach, to kolejny dowód na niezwykle szybko rosnącą popularność Strategii Lean w Polsce. Lean ma ma swoje korzenie w słynącej z optymalizacji procesów i przemyślanego działania Japonii. To tam w połowie XX wieku, w niewielkiej wówczas firmie Toyota, urodził się ten sposób zarządzania. Dziś Toyota jest światowym liderem rynku motoryzacyjnego, a Lean Management jest wykorzystywany z sukcesami na całym świecie. Pomaga zarówno małym przedsiębiorstwom, jak i wielkim koncernom z przeróżnych sektorów rynków, takich jak usługi, logistyka, transport czy opieka medyczna. W warszawskim hotelu Marriott zebrało się kilkaset osób, chcących zgłębiać leanowe tajniki oraz pójść w ślady skutecznych liderów, umiejętnie wprowadzających tę strategię w życie.

Prześwietlenie Strategii Lean

Wydarzenie, prowadzone przez dziennikarza Igora Sokołowskiego, rozpoczęło się od wystąpienia Tomasza Bereźnickiego o uczeniu się jako warunku niezbędnym w drodze do doskonałości. Ekspert z firmy DPC Polska kładł nacisk na stały rozwój przedsiębiorstw i umiejętne identyfikowanie strat w procesie produkcyjnym – to kluczowy czynnik rozwoju, niezależnie od tego czy dane przedsiębiorstwo dostarcza klientom samochody, książki, usługi medyczne, czy też coś jeszcze innego. – Sukces organizacji jest możliwy, gdy zarówno pracownicy jak i liderzy są gotowi na zmiany, eksperymenty i naukę. Droga do doskonalenia się może być wyboista, ale powinna być świadoma i konsekwentna – podkreślał Tomasz Bereźnicki.

Konferencja – Bliżej doskonałości – Michael Balle fot.3Uczestnicy konferencji mieli okazję poznać Lean Management od każdej strony: poza zaprezentowanym przez Bereźnickiego podejściem przez pryzmat edukacji, eksperci opisywali dążenie do doskonałości pod kątem kompleksowości, digitalizacji, różnorodności, precyzji, przywództwa czy ciągłego usprawniania. Największe wrażenie zrobił zgodnie z przewidywaniami wykład Michaela Balle*. Autor bestsellerów na temat Lean, coach dyrektorów generalnych i charyzmatyczny mówca poprowadził wykład pod hasłem „Lean Strategy. Kultura uczenia się sposobem na budowanie przewagi konkurencyjnej”. Francuz na przykładzie Toyoty dowodził, że lean jest i dla wielu innych firm może być kompletną strategią biznesową.

– Firmy odnoszące sukces to te rozwiązujące właściwe problemy. Lean to umiejętność odnajdywania tych właściwych problemów (z reguły to te trudne, którymi nikt nie chce się zająć), wspólne zrozumienie ich wagi i dalej formułowania ich w sposób, który jest zrozumiały dla wszystkich i wreszcie wypracowywania rozwiązań – eksperymentowania i podejmowania prób w przypadku niepowodzeń. Dla sukcesu Toyoty kluczowa jest elastyczność lokowania budżetu i elastyczność linii produkcyjnych tak, aby na końcu doprowadzić do satysfakcji klienta, którego zadowolenie jest najwyższym priorytetem. Zapytany o to jak Lean wpłynął na jego prywatne życie, guru Strategii Lean Michael Balle swoje wystąpienie spuentował mówiąc: Zrozumiałem, że mój sukces zależy od ludzi wokół mnie. Nie miałem o tym pojęcia zanim nie zająłem się Lean.

Pomocni praktycy biznesu

Żeby zdobyć w swoich branżach takie doświadczenie jak pozostali prelegenci, na przykład prezes zarządu Arriva w Polsce Piotr Halupczok, czy odpowiedzialny za globalny rozwój programu lean w firmie Electrolux Jerzy Kuśnierz, trzeba przepracować wiele lat na kierowniczych stanowiskach. Doświadczeni eksperci chętnie dzielili się jednak wiedzą z uczestnikami, wprowadzając ich w tajniki swojej pracy zawodowej i umiejętnego wykorzystania narzędzi, które daje Strategia Lean. Dzięki ich wiedzy można było się na przykład dowiedzieć, jak w ich przedsiębiorstwach doskonalono funkcjonowanie tzw. gemby. To japońskie słowo w Lean Managemencie oznacza miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. I tak w przedsiębiorstwie produkcyjnym będzie to hala, w której wytwarzane są dobra, a w przychodni gabinet lekarski.

Krzysztof Stencel odpowiedzialny za wprowadzania strategii lean w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Łodzi mówił o tym, że: – Za wprowadzeniem lean managmentu w naszym zakładzie stała chęć zwiększenia innowacyjności i zaangażowania wśród pracowników. Proces ten był trudny głównie ze względu na wojskową specyfikę zakładu, w którym ciężko o przyznawanie się do błędów. Nie łatwe było też stawienie czoła mocno zakorzenionym przyzwyczajeniom zaawansowanej wiekowo załogi. Ostatecznie jednak projekt przyniósł imponujące efekty pozwalając na redukcje czasu obsługi śmigłowców trafiających do zakładu o 30%.

Mniej marnotrawstwa!

Dzięki konferencji „Bliżej Doskonałości” polscy menedżerowie i dyrektorzy, którzy z zainteresowaniem słuchali prelekcji, mają szansę stać się skuteczniejsi w działaniu, a ich przedsiębiorstwa zyskają przewagę konkurencyjną. Strategia Lean pomaga nie tylko w rozwijaniu zespołów i budowie nowej kultury organizacji, ale przede wszystkim prowadzi do zmniejszania marnotrawstwa – czasu i energii zużywanej w przedsiębiorstwie na wykonywanie czynności, które w żaden sposób nie prowadzą do szybszego czy lepszego wytwarzania i dostarczania klientowi produktów.

Wielu liderów nie zdaje sobie sprawy, jak tak naprawdę przebiega proces produkcji w ich firmach. Tylko odpowiednie zidentyfikowanie i nazwanie jego elementów pozwala na rozwój, w którym eliminowane są czynności zbędne i czasochłonne. Pamiętajmy jednak, że wprowadzanie Strategii Lean to jest misja polegająca na stałym monitorowaniu sytuacji, uczeniu się i wyciąganiu wniosków – podkreślał Szymon Stadnik Dyrektor Centrum Operacyjnego Szwajcarskiej grupy outsourcingowej FRISTA w Polsce.

Konferencja „Bliżej doskonałości” była dla przedsiębiorców ciekawym forum wymiany doświadczeń, a także wyborną okazją do poszerzenia swojej wiedzy z zakresu umiejętnego zarządzania. Filozofia Lean Managementu w ostatnich latach staje się coraz bardziej popularna w Polsce i na świecie, ze względu na to, że umożliwia precyzyjne zidentyfikowanie miejsc w firmie, których usprawnienie przyniesie wymierne korzyści.

Konferencja – Bliżej doskonałości – Michael Balle fot.5* Michael Balle – światowej sławy ekspert w dziedzinie transformacji Lean, założyciel Institut Lean France, konsultant globalnych matek takich jak: Renault, Faurecia, Alstom, BNP Paribas, doradca dyrektorów generalnych największych międzynarodowych przedsiębiorstw i współautor bestsellerowych powieści biznesowych poświęconych transformacjom Lean – „Kopalnia złota” i „Dyrektor firmy jako Lean Manager”. 17 października w Warszawie na konferencji „Bliżej doskonałości” promować będzie swoją najnowszą książkę – „Strategia Lean”.

Dzięki danym makroekonomicznym złoty umacnia się już trzeci tydzień z rzędu

Od początku października polska waluta umacnia się i ten tydzień nie był wyjątkiem. Do aprecjacji złotego przyczyniły się między innymi wydarzenia makroekonomiczne z ostatnich dni. W szczególności warto wspomnieć o ugodzie między UE a Wielką Brytanią w sprawie Brexitu, która nieco uspokoiła sytuację na rynkach. Najważniejszą częścią porozumienia jest kwestia Irlandii Północnej. Wg ostatnich ustaleń wraz z Wielką Brytanią opuści ona nie tylko samą UE, ale także unijną strefę celną. Jednak w praktyce w Irlandii Północnej nadal będą obowiązywać przepisy dotyczące wspólnego rynku i taryfy celnej UE. Irlandia będzie w ten sposób wolna od kontroli granicznych i celnych, które zostaną przeniesione na morze między Wielką Brytanią a Irlandią Północną. Powinno to zmniejszyć ryzyko konfliktu na irlandzkiej granicy. Jednak duża część Parlamentu nie zgadza się z tą propozycją, co w dużym stopniu może skomplikować sytuację przed planowanym wyjściem Wielkiej Brytanii z UE 31 października br. Szanse na tzw. twardy Brexit wciąż istnieją, choć nieznacznie spadły.

W przypadku polskiej gospodarki największą rolę w umocnieniu złotego odegrały wyniki krajowego rynku pracy. Zatrudnienie wzrosło we wrześniu o 2,6% r/r a płace aż o 6,6% r/r, głównie z powodu wzrostu wynagrodzeń w sektorze prywatnym.

Na koniec ubiegłego tygodnia złoty ostatecznie znalazł się na poziomie 4,28 EUR/PLN.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Wzrost liczby niewypłacalności polskich firm po trzech kwartałach 2019 r.

Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. Kluczowe wnioski:

  • W ciągu III kwartałów 2019 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 757 niewypłacalnych polskich firmach wobec 723 w tym samym okresie 2018 roku – wzrost o 5% r/r
  • Zsumowany ostatni znany obrót tych firm to 14,35 mld złotych a zatrudnienie około 25,5 tys. osób – niemała jest więc skala strat społecznych i biznesowych, jakie niesie ich niewypłacalność
  • Liczba niewypłacalności rosła niemal we wszystkich sektorach – wytwórczym, handlu, transporcie
  • W budownictwie pogorszenie (lub dopiero jego początki) miało miejsce później niż w innych branżach, ale III kwartał zdecydowanie nie należał do udanych. We wrześniu, czyli w pełni rekordowego sezonu opublikowano aż 17 niewypłacalności firm budowlanych
  • W sektorze usług ryzyko r/r nie wzrosło, ale mierzone liczbą niewypłacalności (195) nadal było jednym z najwyższych na rynku
  • Uwaga – zwiększa się liczba niewypłacalnych producentów żywności – z kilku w skali każdego z poprzednich miesięcy do aż 11 we wrześniu (przede wszystkim hodowla i przetwórstwo mięsa)

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Egzamin z zarządzania – liczba zmian sprawia, że zmienił się cały rynek

To już czwarty z rzędu rok, w którym rośnie liczba niewypłacalności polskich firm. Coraz wyższy punkt odniesienia ponownie został więc przekroczony – obecne trzy kwartały to czas największej liczby niewypłacalności polskich firm w porównaniu z tym samym okresem w latach ubiegłych.

liczba niewypłacalności firm w Polsce w ciągu trzech kwartałów – wykres
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Nie jest to więc na pewno kwestia przypadku, popytowa lub nawet chwilowego splotu kilku czynników” – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. „Mimo, iż wzrost gospodarczy nadal jest solidny, to prosperita sprzyjała tylko tym firmom, które na czas postawiły na optymalizację kosztów i zwiększenie rentowności. Pozostali przedsiębiorcy nie zostali zaskoczeni zmianą poszczególnych czynników rynkowych, ale zderzyli się ze zmianą całego rynku. Obecnie rynku: pracownika, skoncentrowanej nie tylko dystrybucji ale i ślad za tym produkcji, szybkiego przepływu informacji promującego wartość dodaną a nie naśladownictwo, rynku otwartych granic i internacjonalizacji nie tylko dostaw, ale i kryzysów… Rynku z szybko domykanym systemem podatkowym, na którym urząd skarbowy przejął inicjatywę, korzystając m.in. z digitalizacji w większym stopniu niż wiele polskich firm.”

W pierwszym rzędzie problemy firm produkujących wyroby konsumenckie, a nie inwestycyjne!

W skali całego kwartału widoczna była niemała grupa niewypłacalnych firm produkujących na potrzeby budownictwa, części i konstrukcje metalowe czy same maszyny dla przemysłu. Najbardziej widoczne stają się jednak w tym gronie niewypłacalności firm produkujących wyroby konsumenckie, w tym m.in. żywność z silnym akordem na koniec omawianego okresu – we wrześniu opublikowano informacje o niewypłacalności aż 11 firm z branży rolno-spożywczej. Największą grupę wśród nich stanowili producenci mięsa i jego przetworów. Podobnie z meblami – ich producenci byli co miesiąc w statystyce niewypłacalności, ale nie tak licznie i nie o takiej skali działalności jak właśnie we wrześniu (5 firm, z czego jedna o obrotach 130 mln złotych).

Budownictwo – szczyt (niewypłacalności) za czy przed nami?

W sierpniu, a tym bardziej we wrześniu opublikowano zastanawiająco dużo jak na szczyt sezonu informacji o niewypłacalnościach firm budowlanych. Wśród 17 takich przypadków we wrześniu aż 10 wykonywało prace przy inwestycjach infrastrukturalnych (nie tylko sama budowa dróg mostów, ale też m.in. wykopy, prace geologiczne, kanalizacyjno-wodociągowe i oświetleniowe).

niewypłacalności firm w Polsce w ciągu trzech kwartałów – sektory
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Województwa: znaczący wzrost liczby niewypłacalności na Mazowszu, w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku, a spadek na Pomorzu

Nie jest zaskoczeniem, iż w województwie mazowieckim liczna jest reprezentacja, a więc i liczba niewypłacalności (tylko we wrześniu 10) firm usługowych, świadczących je na rzecz firm z innych sektorów.

niewypłacalności firm w Polsce w ciągu trzech kwartałów – wykres zmian
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

niewypłacalności firm w Polsce w ciągu trzech kwartałów – wykres

niewypłacalności firm w Polsce w ciągu trzech kwartałów – regiony
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Poczta Polska z tradycyjnego operatora pocztowego przestawia się na obsługę e-handlu. Za 5 lat usługi paczkowe i kurierskie mają stanowić dużą część jej przychodów

Poczta Polska z tradycyjnego operatora pocztowego przestawia się na obsługę e-handlu. Za 5 lat usługi paczkowe i kurierskie mają stanowić dużą część jej przychodów 6

Polska to jeden z najszybciej rosnących rynków e-commerce, co pociąga za sobą równie dynamiczny wzrost rynku przesyłek. Według szacunków Poczty Polskiej w 2023 roku jego wartość wzrośnie prawie dwukrotnie do poziomu 12 mld zł, a operatorzy obsłużą już ok. 850 mln paczek. Spółka chce być beneficjentem tego wzrostu i z tradycyjnego operatora pocztowego przestawić się na obsługę e-commerce. Stąd zwiększone inwestycje, m.in. w rozwój sieci Odbiór w Punkcie, własną sieć samoobsługowych automatów paczkowych i budowę nowych hubów logistycznych.

– Udział przesyłek związanych z e-commerce w przychodach Poczty Polskiej cały czas się zwiększa. W tej chwili jest to już prawie 1 mld zł. Oprócz klasycznych przesyłek kurierskich, są też mniejsze przesyłki listowe, które również zawierają towary, i w tym roku będą one stanowić już 16 proc. całości naszych przychodów. Strategicznie przewidujemy, że w ciągu najbliższych pięciu lat przychody z tego segmentu będą już dominujące dla naszej firmy – mówi Grzegorz Kurdziel, wiceprezes zarządu Poczty Polskiej ds. sprzedaży.

Podobnie jak inni operatorzy logistyczni Poczta Polska mocno korzysta na rozwoju polskiego e-commerce. Według Statista Digital Market Outlook Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków internetowego handlu, a dane Gemiusa wskazują, że zakupy w sieci robi już ponad 17 proc. Polaków i z roku na rok ten odsetek rośnie. Efektem każdej transakcji jest nowa przesyłka.

Szybki rozwój e-commerce, zwiększona konsumpcja i ogólny wzrost gospodarczy napędzają rynek KEP (przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych), który w Polsce rośnie w skokowym tempie już od kilku lat. Jednym z beneficjentów tego wzrostu jest właśnie Poczta Polska. W październikowym raporcie (Rozwój rynku przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych [KEP] w Polsce od 2014 r. do 2023 roku”) spółka szacuje, że w 2023 roku wartość polskiego rynku KEP sięgnie już blisko 12 mld zł, co w porównaniu z ubiegłym będzie oznaczać prawie 50-procentowy wzrost.

Według Poczty w zeszłym roku operatorzy KEP obsłużyli ponad 476 mln paczek, a wartość rynku przekroczyła 6,9 mld zł. To szacunki nawet wyższe niż te przytaczane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, który podaje, że w ubiegłym roku liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk. To oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do poprzedniego roku. Według UKE w ciągu najbliższych kilku lat ten wolumen ma już wzrosnąć do 500 mln sztuk. Poczta prognozuje z kolei, że do 2023 roku może to być już nawet 850 mln, przy średniorocznym wzrośnie na poziomie 11 proc. Polski rynek KEP – który wciąż stanowi raptem 3 proc. całego rynku europejskiego – wciąż ma więc olbrzymi potencjał rozwoju.

Szybko rosnąca popularność e-commerce i oczekiwania klientów – skupione głównie na jak najszybszym czasie dostawy – napędzają inwestycje operatorów w technologie i nowe usługi, które pozwoliłyby na te oczekiwania odpowiadać. W Polsce coraz większą popularnością cieszy się rozwijana przez Pocztę możliwość odebrania przesyłki w sieci click&collect. Wspólnie z partnerami spółka stworzyła największą w kraju sieć Odbiór w Punkcie, do której należy w tej chwili blisko 12 tys. punktów (placówki pocztowe, sklepy Żabka, stacje PKN Orlen oraz kioski i saloniki prasowe Ruchu).

– W tym roku chcemy powiększyć tę sieć o ponad 2 tys. naszych agencji pocztowych. Rozmawiamy też z kilkoma nowymi partnerami – mam tu na myśli głównie sieci sklepów – i myślę, że jeszcze w tym roku będziemy mogli ogłosić współpracę – mówi Grzegorz Kurdziel.

W tym roku Poczta Polska zaczęła także rozwijać własną sieć automatów do odbioru paczek. Pierwsze samoobsługowe i dostępne 24/7 automaty paczkowe pojawiły się już m.in. w Warszawie.

– W tym roku będziemy mieli 200 nowych punktów z automatami paczkowymi, zlokalizowanych w strefach 24-godzinnych Poczty Polskiej i w popularnych dyskontach Biedronki – zapowiada Grzegorz Kurdziel.

Spółka uzasadnia, że odbiór zamówień w automatach paczkowych to – obok dostawy kurierskiej i odbioru osobistego – trzecia najchętniej wybierana przez polskich konsumentów opcja dostawy. Potwierdza to także ostatni raport Gemiusa, z którego wynika, że preferuje ją 61 proc. klientów e-commerce.

Poczta mocno stawia również na rozwój infrastruktury do obsługi e-commerce’u. W ubiegłym roku uruchomiła już trzy nowe hale (w Łodzi, Koszalinie i Olsztynie), z kolei w tym dołączą jeszcze trzy kolejne (w Niepołomicach pod Krakowem, Białymstoku oraz Grodzisku Mazowieckim).

– W zeszłym roku kupiliśmy też nową maszynę do sortowania paczek do węzła w Zabrzu. Zdecydowanie pozwoli nam poprawić obsługę logistyczną obszaru Polski Południowej. To tylko pierwszy krok, bo cały projekt nowej architektury logistycznej jest jeszcze bardziej ambitny – zapowiada Grzegorz Kurdziel. – Planujemy uruchomienie centralnego hubu w środkowej Polsce, trzech większych hubów logistycznych i 50 depotów do obsługi przesyłek kurierskich i e-commerce’owych. To istotny element przestawiania się Poczty Polskiej z roli tradycyjnego operatora listowego i pocztowego na zaawansowanego operatora logistycznego dla e-commerce’u.

Wiceprezes zarządu spółki podkreśla, że Poczta Polska jest w tej chwili jedyną firmą z polskim kapitałem działającą na rodzimym rynku usług kurierskich. Pozostałe dawno już zostały przejęte przez zagraniczne podmioty, a polski rynek KEP jest bardzo konkurencyjny i rywalizacja pomiędzy operatorami się zaostrza.

– Niemniej jednak myślę, że Poczta Polska ma wiele przewag, które pozwolą nam odnieść sukces i utrzymać się na tym rynku. Ważną przewagą konkurencyjną Poczty Polskiej jest fakt, że jesteśmy największym polskim pracodawcą i nasi ludzie są naszym największym kapitałem. Mamy również bardzo dobrą znajomość polskiego rynku i bardzo silne relacje z naszymi partnerami biznesowymi. W tej chwili Poczta Polska ma podpisane umowy z ponad 90 tys. firm. Od lat pomagamy im w rozwoju biznesu, jesteśmy bardzo ważnym elementem rozwoju rynku e-commerce i to daje nam do ręki mocne karty i pozwala myśleć o naszej przyszłości na rynku z optymizmem – mówi Grzegorz Kurdziel, wiceprezes zarządu Poczty Polskiej ds. sprzedaży.

PGE oddaje do użytku największą inwestycję przemysłową od 1989 roku. Nowe bloki Elektrowni Opole zaopatrzą w energię 4 mln polskich gospodarstw

PGE oddaje do użytku największą inwestycję przemysłową od 1989 roku. Nowe bloki Elektrowni Opole zaopatrzą w energię 4 mln polskich gospodarstw 7

To największa w Polsce inwestycja przemysłowa od 30 lat. Dla PGE Polskiej Grupy Energetycznej jest to zarazem ostatnia inwestycja w źródła oparte na węglu kamiennym. W Elektrowni Opole oddano właśnie do użytkowania drugi nowy blok na węgiel – oba mają łącznie 1 800 MW mocy, a koszt ich budowy wyniósł blisko 11,6 mld zł brutto. Bloki zostały wybudowane w nowoczesnej technologii, dzięki czemu będą emitować o 20–30 proc. mniej dwutlenku węgla niż bloki starszej generacji i zaopatrzą w energię elektryczną około 4 mln gospodarstw domowych w Polsce.

– Jest to największa inwestycja, która została zrealizowana w Polsce po 1989 roku. Oddajemy do eksploatacji dwa ultranowoczesne bloki energetyczne, w sumie ponad 1,8 tys. MW. Tym samym poprawiamy bezpieczeństwo energetyczne kraju i pewność zasilania naszych odbiorców – mówi Henryk Baranowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Polska Grupa Energetyczna przekazała właśnie do eksploatacji drugi z dwóch nowych bloków na węgiel kamienny w Elektrowni Opole. Budowa bloków 5. i 6. – o łącznej mocy 1800 MW – rozpoczęła się w lutym 2014 roku i kosztowała blisko 11,6 mld zł. Blok nr 5 przekazano do eksploatacji już na przełomie maja i czerwca  2019 r., natomiast teraz do użytku oddany został również blok nr 6, który pomyślnie przeszedł wszystkie odbiory.

– Dzięki największej inwestycji w ostatnim 30-leciu Opole staje się centrum energetycznym Polski. To tutaj będzie produkowane 8 proc. energii, jeśli chodzi o zapotrzebowanie całego polskiego rynku. To najnowocześniejszy z bloków węglowych w Europie. Podniesienie efektywności energetycznej oznacza, że z tej samej ilości węgla będzie można wyprodukować dużo więcej energii przy mniejszej emisji – mówi Krzysztof Tchórzewski. minister energii.

Prezes PGE podkreśla Henryk Baranowski podkreśla, że inwestycja powstała przy dużym zaangażowaniu polskich wykonawców, ponieważ z każdej zainwestowanej złotówki 70 gr trafiło do rodzimych przedsiębiorstw. Ponadto inwestycja ta łączy bezpieczeństwo energetyczne z dbałością o środowisko.

– Sprawność tych bloków sięga prawie 45 proc., podczas gdy sprawność starych jest na poziomie 33–34 proc. Jednostkowa emisja dwutlenku węgla na wyprodukowany megawat energii elektrycznej powoduje, że emisja dwutlenku węgla będzie o około 1/3 niższa niż w starych blokach, które były oddawane w latach 60. i 70. zeszłego stulecia – podkreśla Henryk Baranowski.

Energetyczny gigant podkreśla, że rozbudowa Elektrowni Opole to największa inwestycja przemysłowa w Polsce po 1989 roku, a dla PGE – również ostatnia inwestycja w źródła oparte na węglu kamiennym.

– Dwa bloki klasy 900 MW – podobnej inwestycji nie ma w skali całej Europy, z wyjątkiem tych związanych z energetyką jądrową. Chociażby z tego względu jest ona wyjątkowa – mówi Ryszard Wasiłek, wiceprezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej ds. operacyjnych.

Dzięki dwóm nowym blokom Elektrownia Opole będzie teraz trzecią co do wielkości w Polsce po Bełchatowie i Kozienicach. Może zaspokoić około 8 proc. całości krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną.

– Beneficjentem tej inwestycji będą praktycznie wszyscy Polacy, którzy odbierają energię elektryczną. Już dzisiaj te dwa bloki wpisują się w jedne z najbardziej ekonomicznych, przy zarazem najniższym koszcie zmiennym wytwarzania energii elektrycznej, spośród wszystkich elektrowni w kraju – mówi Norbert Grudzień, wiceprezes zarządu PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna ds. inwestycji i zarządzania majątkiem.

Nowe bloki Elektrowni Opole mają produkować do 12,5 TWh energii elektrycznej rocznie i zasilać nawet 4 mln gospodarstw domowych w Polsce.

– Trochę z duszą na ramieniu były podejmowane decyzje dotyczące kontynuacji tej budowy, bo w pewnym momencie było wiele nacisków, aby wszystkie budowy węglowe zostały zatrzymane. Te nowoczesne nie zostały zatrzymane, udało się doprowadzić do ich zakończenia. Wynegocjowaliśmy z Komisją Europejską zgodę na to, żeby one mogły funkcjonować w rynku mocy, co powoduje, że stać nas teraz na duży zryw inwestycyjny w innych dziedzinach. Zabezpieczenie naszej energetyki, naszego przemysłu i obywateli zaczyna się klarować w pełni – mówi Krzysztof Tchórzewski, minister energii.