Sektor bankowy zmienia sposób wykorzystywania danych klientów. To pobudzi konkurencję na rynku

Sektor bankowy zmienia sposób wykorzystywania danych klientów. To pobudzi konkurencję na rynku 1

Zmiany legislacyjne, w tym kluczowa, wdrożona właśnie dyrektywa PSD2, konkurencja i rosnące oczekiwania klientów motywują sektor bankowy do wdrażania cyfrowych technologii i ściślejszej współpracy z fintechami. Jak ocenia Anders Grevstad z norweskiej grupy DNB ASA, w nadchodzących latach to właśnie technologie będą motorem napędowym sektora bankowego. Całkowicie zmienią się oczekiwania klientów detalicznych i korporacyjnych wobec banków, ale pozwolą też lepiej na nie odpowiadać.

Dyrektywa PSD2 niesie za sobą znaczące zmiany. Dziś w bankowości najważniejsze są płatności i dostęp do danych. PSD2 otwiera sektor bankowości dla nowych podmiotów, ale też stwarza nowe możliwości dla banków, wprowadzając zmiany w sposobie wykorzystania danych gromadzonych przez różne instytucje. Dyrektywa umożliwi więc stworzenie nowej, wartościowej propozycji dla klientów, którzy zyskają m.in. lepszy wgląd w informacje o rachunkach oraz dostęp do bardziej zintegrowanych rozwiązań w ramach systemów ERP lub aplikacji. To oznacza nowe możliwości, ale i wyzwania – mówi agencji Newseria Biznes Anders Grevstad, Head of Division Category and Transaction Banking w norweskiej grupie DNB ASA.

PSD2 (Payment Services Directive II) to uchwalona w 2015 roku dyrektywa o usługach płatniczych. Od tego czasu była sukcesywnie dostosowana do lokalnego prawodawstwa w poszczególnych krajach członkowskich UE. W Polsce wdraża ją nowela ustawy przyjęta w połowie ubiegłego roku. PSD2 na nowo reguluje europejski rynek usług płatniczych, uwzględniając rozwój cyfrowych usług i podmiotów, które pojawiły się na nim w ostatnich latach.

Polskie banki musiały wdrożyć zapisy dyrektywy od 14 września br. Nowe prawo wymusiło na nich m.in. stosowanie silnych narzędzi uwierzytelniających (tzw. podwójne uwierzytelnianie) w przypadku logowania klientów do konta bankowego i płatności kartą. Ma to zwiększyć bezpieczeństwo korzystania z elektronicznych usług płatniczych.

Główna zmiana wynikająca z PSD2 to jednak koncepcja tzw. open banking, czyli otwartej bankowości. Zgodnie z unijnymi wymogami banki muszą od 14 września udostępniać zewnętrznym podmiotom (tzw. podmiotom trzecim, TPP) otwarte środowisko API (otwarty interfejs programowania aplikacji). W praktyce oznacza to, że fintechy, start-upy finansowe czy serwisy płatnicze zyskują dostęp do informacji zarezerwowanych do tej pory tylko dla banków, takich jak dane transakcyjne, płatności i inne informacje zgromadzone na rachunkach klientów. W oparciu o nie podmioty te będą mogły projektować całkiem nowe aplikacje i usługi finansowe.

Otwarta bankowość, którą wdraża dyrektywa PSD2, oznacza wyzwanie i rewolucję dla sektora bankowego, który w praktyce traci monopol na dostęp do danych finansowych o klientach. W praktyce banki staną się platformami, za których pośrednictwem fintechy będą mogły oferować klientom całkiem nowe, lepiej spersonalizowane produkty i usługi.

– PSD2 naprawdę wpłynie na kierunek rozwoju sektora bankowości. Pojawią się nowe podmioty, banki nawiążą współpracę z firmami z branży fintech i sektora technologicznego. Rynek będzie jeszcze bardziej ukierunkowany na spełnianie potrzeb klientów. W niektórych segmentach pojawią się bardziej wyspecjalizowane podmioty. Dane staną się siłą napędową nowych modeli biznesowych – mówi Anders Grevstad.

Jak wynika z raportu „Digital Banking Maturity 2018” firmy doradczej Deloitte, polskie banki jak na razie nie wykorzystują jeszcze możliwości, które niesie otwarta bankowość i dostęp do API. W nadchodzących latach to właśnie zadecyduje o ich konkurencyjności i utrzymaniu się w europejskiej czołówce. W przeciwnym razie grozi im utrata części rynku. Jak wynika z ubiegłorocznego badania „PSD2: Voice of the Consumer” Deloitte, tylko w Polsce około 5,2 mln klientów może zmienić bank z powodu dyrektywy PSD2 i nowych usług, które pojawią się dzięki niej na rynku finansowym. Rozwojowi tego sektora mocno sprzyja otwartość Polaków na nowe technologie w finansach.

Kilka lat temu wszystkie firmy z branży fintech starały się konkurować z dużymi bankami, a banki obawiały się tej konkurencji. Teraz obie strony muszą ze sobą współpracować, wzajemnie korzystając ze swoich atutów. Dzięki temu banki zaczęły działać sprawniej, szybciej reagować i znajdować nowe rozwiązania, korzystając z rozwiązań opartych m.in. na chmurze – mówi Anders Grevstad.

Polska już w tej chwili jest jednym z fintechowych liderów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Według wyliczeń Cashless i fundacji Fintech Poland na polskim rynku działa około 170 takich spółek, z których połowa to fintechy płatnicze. Oferują innowacyjne, pionierskie usługi bazujące na nowych technologiach, czego przykładem są m.in. płatności oparte na blockchain, aplikacje mobilne do zarządzania finansami czy wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesach kredytowych.

Współpraca z fintechami odgrywa w strategii banków coraz istotniejszą rolę. Jak wynika z danych firmy doradczej PwC, w Polsce prawie połowa (44 proc.) banków deklaruje współpracę z fintechami, a niemal co piąty (17 proc.) kupuje od nich produkty i usługi.

Nasz bank także stworzył nowe rozwiązanie wspólnie z fintechem – ostatnio wprowadziliśmy na rynek pierwsze oparte na chmurze narzędzie do tworzenia prognoz finansowych. Fintechy zawsze będą starały się znaleźć nisze, z którymi działające na rynku banki nie radzą sobie najlepiej – mówi Anders Grevstad.

Jak podkreśla, w najbliższych latach to właśnie technologie będą motorem napędowym sektora bankowości i całkowicie zmienią oczekiwania, jakie klienci mają wobec banków – zarówno ci detaliczni, jak i korporacyjni. Z drugiej strony to właśnie technologie takie jak sztuczna inteligencja, big data, uczenie maszynowe i chatboty, które wspierają obsługę klientów, pozwolą lepiej na te oczekiwania odpowiadać.

– Zajmujemy się różnymi aspektami nowych technologii. Przenieśliśmy nowe segmenty naszej działalności – związane z danymi, płatnościami i innowacjami – na najwyższy poziom zarządzania grupą. Jednocześnie inwestujemy w nowe przedsięwzięcia ze spółkami z branży fintech. Tworzymy nowe rozwiązania bankowe i zapraszamy wszystkie przedsiębiorstwa technologiczne do udziału w nich. Sami też uczestniczymy w różnego rodzaju projektach i widzimy, jak technologia może działać na korzyść rynku. Przykładem może być DigitalNorway, czyli platforma, której celem jest zwiększanie konkurencyjności w różnych sektorach za pomocą technologii – mówi Anders Grevstad.

Ekspert ocenia, że perspektywy dla polskiego sektora bankowego są optymistyczne. Z raportu „Digital Banking Maturity 2018” Deloitte wynika, że już w tej chwili polskie banki są liderami cyfryzacji na tle Europy Środkowo-Wschodniej – do tego stopnia, że niektóre z największych banków są za granicą nazywane fintechami, a część rozwiązań jest już licencjonowanych za granicą.

Mamy długoterminowe, ambitne plany związane z Polską. Obserwujemy pewną konsolidację rynku, co oznacza więcej możliwości również dla banków. Mamy w Polsce bardzo silne portfolio klientów w głównych sektorach naszej działalności. Naszym celem jest umacnianie w nich silnej pozycji – mówi Anders Grevstad.

Rośnie zapotrzebowanie na kadry dla lotniska. Sam Centralny Port Komunikacyjny wygeneruje 37 tys. nowych miejsc pracy

Rośnie zapotrzebowanie na kadry dla lotniska. Sam Centralny Port Komunikacyjny wygeneruje 37 tys. nowych miejsc pracy 2

Rynek lotniczy – zarówno w Polsce, jak i całej Europie – rośnie bardzo szybko. IATA szacuje, że w 2037 europejska branża obsłuży już 1,9 mld pasażerów. Do tego czasu liczba podróżnych obsługiwanych przez polskie porty lotnicze wzrośnie już do ok. 100 mln z niecałych 46 mln w ubiegłym roku. Szybkie wzrosty pociągają za sobą także większe zapotrzebowanie na kadry. Sektor ma ogromny deficyt mechaników, pilotów, personelu pokładowego i naziemnego. Problem będzie się zaostrzać wraz z przechodzeniem na emeryturę obecnej, doświadczonej kadry i oddaniem Centralnego Portu Komunikacyjnego – tylko ten hub ma wygenerować dla lotnictwa ok. 37 tys. nowych miejsc pracy.

– W kontekście kadr sytuacja w branży lotniczej jest dużym wyzwaniem. Dynamika przyrostu usług w tym sektorze, wzrastająca liczba przewozów i pasażerów linii lotniczych i przewozów zdecydowanie wykracza poza aktualne możliwości rynku pracy – mówi Marcin Opaliński, prezes zarządu LS Airport Services i LS Technics.

Rynek lotniczy rośnie bardzo szybko – zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Jeszcze w 2015 roku liczba pasażerów na polskich lotniskach wynosiła 30 mln. W ubiegłym roku porty obsłużyły ich już 45,7 mln, czyli o 14 proc. więcej w stosunku do poprzedniego. Natomiast w tym roku – według prognoz ULC – łączna liczba pasażerów polskich lotnisk powinna już przekroczyć 50 mln. Przy utrzymaniu dotychczasowej dynamiki wzrostu – do 2035 roku ta liczba ma się jeszcze podwoić i sięgnąć już blisko 100 mln.

Podobny trend notuje cała Europa. Prognozy IATA zakładają, że w 2037 roku na całym świecie liczba przewożonych pasażerów podwoi się w stosunku do stanu obecnego i wyniesie już 8,2 mld. Co istotne, szybko rośnie nie tylko pasażerski, ale i towarowy ruch lotniczy.

Jak wynika z nowego raportu „Zatrudnienie w lotnictwie”, opracowanego przez TOR i Rynek Lotniczy – wzrost całego rynku pociąga za sobą także większe zapotrzebowanie na kadry.

– Dwucyfrowy wzrost generuje określone potrzeby w kontekście zatrudniania. Tylko w ubiegłym roku zatrudniliśmy 1,1 tys. pracowników. Dla porównania, w 2014 mieliśmy ich w sumie 1,4 tys., a aktualnie ponad 3,5 tys., co oznacza wzrost o 116 proc. – mówi Marcin Opaliński.

Według prognoz Boeinga, do 2038 roku w globalnej skali lotnictwo będzie potrzebować 769 tys. techników lotniczych, 914 tys. członków personelu pokładowego i 804 tys. nowych pilotów. Polskie Linie Lotnicze LOT tylko do końca tego roku planują zatrudnić ok. 200 nowych pilotów – wówczas ich liczba wzrośnie do 930.

– Odnośnie potrzeb rynku w branży zawsze mówi się o potrzebach dotyczących pilotów, personelu pokładowego czy mechaników lotniczych. Natomiast nikt nie zdaje sobie sprawy, że wprowadzenie do sektora jednego pilota łączy się z koniecznością zatrudnienia od 3 do 5 pracowników obsługi naziemnej. Dlatego jeśli w wymiarze globalnym do 2037 roku zapotrzebowanie sięgnie ok. 800 tys. nowych pilotów – to pokazuje też, jakie są potrzeby są w sektorze usług handlingowych – mówi Marcin Opaliński.

Z raportu TOR i Rynku Lotniczego wynika, że tylko do 2022 roku zapotrzebowanie na pracowników firm handlingowych (obsługa naziemna) sięgnie 83 tys. wakatów. Jednak w przypadku prac fizycznych – jak obsługa bagażu – branża przegrywa walkę o pracowników z handlem i gastronomią, gdzie na dodatek nie są wymagane specjalne uprawnienia do pracy na lotnisku. Ponadto praca na płycie lotniska jest postrzegana jako mało prestiżowa i słabo opłacana. Dlatego – jak podkreślają eksperci – konieczne są zmiany w systemie szkolenia kadr dla lotnictwa, ale również podniesienie prestiżu lotniska jako miejsca pracy.

– Wiele mówi się o konieczności ponownego przywrócenia prestiżu lotniska jako miejsca pracy. Odpowiedzią na pytanie w jaki sposób tych pracowników przyciągnąć są bez wątpienia szerokie działania emloyer brandingowe, które mają za zadanie po pierwsze przywrócić prestiż, a po drugie – uatrakcyjnić tę pracę, szczególnie dla pracowników fizycznych. LS Airport Services realizuje kampanię pod hasłem „Schody do twojej kariery”, gdzie – przy użyciu zaawansowanej technologii VR 360 – umożliwiamy zainteresowanym kandydatom przeniesienie się do ich docelowego miejsca pracy w wirtualnej rzeczywistości – mówi Marcin Opaliński.

Co istotne, rosnące zapotrzebowanie na kadry dla lotnictwa w kolejnych latach będzie wynikać z dwóch czynników: nie tylko wzrostu rynku, ale i przechodzenia na emeryturę obecnych pracowników. Już w tej chwili ok. 30 proc. mechaników lotniczych jest bądź zbliża się do wieku emerytalnego, a nowi przedstawiciele tego zawodu stanowią raptem 2 proc.

– 52 proc. aktualnej załogi LS Airport Services stanowią millenialsi, ale specyfika procesów obsługowych w obsłudze naziemnej jest tak zróżnicowana, że potrzebujemy zarówno pracowników młodych, jak i pracowników z pokolenia X czy baby boomers – mówi Marcin Opaliński.

Problem z niedoborem kadr będzie się pogłębiać. Obecnie w Polsce pracuje w niej ok. 40 tys. osób. Ta liczba znacząco wzrośnie jednak wraz z uruchomieniem Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma zostać ukończony w 2027 roku i docelowo będzie mógł obsłużyć nawet 100 mln pasażerów rocznie, stając się jednym z największych hubów przesiadkowych w regionie CEE, konkurując z lotniskiem we Frankfurcie. Szacuje się, że CPK będzie potrzebować około 37 tys. pracowników.

– Niewątpliwie technologia będzie w przyszłości w stanie zastąpić jakąś część tych potrzebnych zasobów, natomiast nie w kontekście podstawowych procesów związanych bezpośrednio z pracą fizyczną – mówi prezes zarządu LS Airport Services i LS Technics.

Ponad 40 proc. uczniów ma problemy ze wzrokiem. Niewykryte wady mogą rzutować na ich relacje społeczne i dalszy rozwój

Ponad 40 proc. uczniów ma problemy ze wzrokiem. Niewykryte wady mogą rzutować na ich relacje społeczne i dalszy rozwój 3

Krótkowzroczność to najczęstsza, ale niejedyna wada wzroku spotykana u najmłodszych. Dotyczy ona już ponad 40 proc. dzieci w wieku szkolnym. Zdaniem ekspertów zaniepokojenie rodziców powinny wzbudzić objawy takie, jak siadanie zbyt blisko telewizora, częste bóle głowy, pocieranie czy łzawienie oczu, a także zaburzenia motoryki, niechęć do aktywności ruchowej. Im szybciej rodzice zauważą niepokojące objawy i trafią z dzieckiem do specjalisty, tym większa szansa na szybkie skorygowanie wady. Konsekwencje zaniedbań w tym zakresie dzieci mogą odczuwać potem przez całe życie.

– W większości przypadków dzieci nie są w stanie same zauważyć, że mają problemy ze wzrokiem. Tutaj istotna jest rola rodziców i opiekunów, którzy jako pierwsi mogą zauważyć, że coś jest nie w porządku z procesem widzenia i funkcjonowaniem oczu. Do najczęstszych zachowań, które mogą sugerować występowanie wady wzroku, należą sytuacje, kiedy dziecko siada zbyt blisko telewizora, zbliża przedmioty i książki do oczu, często pociera oczy. To także objawy takiej jak częste łzawienie oczu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Robert Grabowski, dyrektor medyczny w Vision Express Polska.

Jak podkreśla, już sam wygląd powierzchni oka może wskazywać, że coś złego dzieje się ze wzrokiem u dziecka. Zaczerwienione oko może świadczyć m.in. o stanie zapalnym spojówki. Ale zaniepokojenie rodziców powinny wzbudzić także problemy związane z aktywnością ruchową dzieci, udziałem w zabawach i grach sportowych, które mogą wskazywać na zaburzenia widzenia.

– Dzieci, aby poprawić sobie ostrość wzroku, często mrużą oczy, co może skutkować uporczywymi bólami głowy, utrzymującymi się przez długi czas. To wywołuje także kumulujące się zmęczenie, ponieważ dziecko musi włożyć większy wysiłek w odebranie wielu bodźców, co pogarsza koncentrację. W rezultacie dzieci mogą uzyskiwać gorsze wyniki w nauce, niż gdyby nie miały wady wzroku – mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy z Uniwersytetu Warszawskiego.

– Jeśli rodzice czy opiekunowie zauważą niepokojące objawy związane z zaburzeniami widzenia, powinni jak najszybciej trafić z dzieckiem do specjalisty. W przypadku stwierdzenia wady wzroku czy związanej z funkcjonowaniem układu optycznego, lekarze okuliści sugerują, żeby kolejne badanie zostało powtórzone w ciągu około pół roku. W przypadku dzieci, u których w danym momencie nie stwierdzono wady wzroku, badania powinny być przeprowadzane z częstotliwością mniej więcej raz na rok bądź półtora roku – dodaje dr Robert Grabowski.

Najczęściej spotykaną wadą wzroku u dzieci jest krótkowzroczność. Dotyczy ona ponad 40 proc. wszystkich dzieci w wieku szkolnym. Na rozwój tej wady wpływają m.in. takie czynniki, jak korzystanie z tabletów i komputerów.

– Coraz częściej spotykamy się z występowaniem astygmatyzmu, mamy do czynienia z zaburzeniem układu mięśniowego gałki ocznej. Mniej więcej 10 proc. dzieci zezuje, ale najczęściej spotykaną i najistotniejszą z punktu widzenia korekcji wadą jest krótkowzroczność – mówi dr Robert Grabowski. – Dzieci, u których po raz pierwszy dokonuje się doboru okularów, mogą mieć problemy z zaakceptowaniem tej pomocy optycznej.

Oprawki okularów powinny być dostosowane głównie do wieku dziecka. W przypadku najmłodszych dzieci, 2–3-letnich, istotne jest, żeby były wykonane z bezpiecznych, elastycznych materiałów. Przydatna jest także opaska, która utrzymuje okulary na głowie dziecka w trakcie aktywności ruchowej. Równie ważne jest też to, aby kolor i stylistyka okularów odpowiadały dziecku, zachęcały do korzystania z nich.

– W przypadku dzieci starszych trzeba pamiętać, żeby część optyczna, w której zlokalizowana jest soczewka, pokrywała cały obszar gałki ocznej – mówi dr Robert Grabowski. – Dobierając soczewki do okularów, warto również pamiętać, że powinny być wykonane z lekkich materiałów i posiadać specjalne powłoki ochronne, a zwłaszcza filtry. Dzieci często korzystają z różnych urządzeń, które emitują promieniowanie ultrafioletowe czy krótkofalowe, więc dobrze jest zadbać, aby takie filtry zostały zastosowane w soczewkach okularowych.

Jak podkreśla dr Aleksandra Piotrowska, konsekwencje zaniedbania problemów ze wzrokiem u dziecka mogą być krótkotrwałe, ale równocześnie bardzo rozległe i przekładać się na zdolności poznawcze, motoryczne dziecka, a nawet na warstwę emocjonalną i społeczną. Z drugiej strony mogą równie dobrze być odczuwalne przez całe życie.

– Wśród krótkotrwałych można wymienić m.in. to, że dziecko fizycznie bierze udział w lekcjach, ale traci pewne informacje, odbiera je w sposób zniekształcony albo niepełny. Skutkuje to tym, że pojawiają się luki w wiedzy. Co gorsza, nikt nie ma świadomości, że dzieje się coś złego – mówi dr Aleksandra Piotrowska. – Dzieci z niekorygowaną czy niewykrytą wadą wzroku często są też postrzegane jako mniej inteligentne niż w rzeczywistości, bo niedostatki w ich funkcjonowaniu najłatwiej jest wytłumaczyć takimi ograniczeniami. Poza tym niedostatecznie ostry i wyraźny obraz to także gorsza koordynacja ruchowo-wzrokowa, a więc dziecko często coś przewróci, potrąci, o coś się potknie. Kiedy dziecko ma 7–10 lat, sprawność ruchowa jest bardzo ważnym wyznacznikiem jego notowań społecznych.

Polska produkcja mleka za duża w stosunku do potrzeb polskiego ryniu. Na eksport trafia jedna trzecia produkcji

Polska produkcja mleka za duża w stosunku do potrzeb polskiego ryniu. Na eksport trafia jedna trzecia produkcji 4

Polak wypija i zjada średnio w postaci przetworów ok. 225 litrów mleka rocznie, czyli więcej niż pół litra dziennie. Mimo to wytwórcy, by sprzedać surowiec, muszą eksportować około jednej trzeciej produkcji. Jak podkreślają eksperci, udaje się to dzięki wysokiej jakości wyrobów i wsparciu Funduszu Promocji Mleka, choć nie brak konsumentów, którzy rezygnują ze spożywania produktów pochodzących od zwierząt.

– Polscy hodowcy radzą sobie świetnie z utrzymaniem jakości mleka. Najpierw dostarczane jest ono do zakładów przetwórczych czy spółdzielni mleczarskich, później sprzedawane na krajowym rynku oraz część z tych produktów są zmuszeni eksportować na rynki trzecie, ponieważ w Polsce mamy nadprodukcję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Iwański, rzecznik prasowy Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka. – Od dłuższego czasu blisko 1/3 produkcji sprzedajemy poza granice naszego kraju, to świadczy o tym, że sobie na tym rynku dobrze radzimy. Hodowcy jednak zawsze uważają, że ich praca powinna być lepiej wynagradzana i ceny za mleko powinny być bardziej stabilne. Obecnie cena mleka kształtuje się na poziomie około 1,3-1,4 zł, większe gospodarstwa mają 1,5 zł netto za kilogram mleka, które sprzedają ze swojego gospodarstwa.

Od stycznia do maja 2019 roku polscy producenci wyprodukowali 50,06 mln hl mleka, o 3,1 proc. więcej niż w takim samym okresie 2018 roku. Ceny od lutego powoli spadają, ale i tak są wyższe niż przed rokiem – średnio w ciągu pierwszych pięciu miesięcy roku wynosiły 1,37 zł za litr, o 2,2 proc. więcej niż rok wcześniej.

Eksport artykułów mleczarskich zwiększył się w I kwartale br. o 3,3 proc. do 1,13 mld l w przeliczeniu na mleko surowe. Pod wpływem wysokich cen światowych i wzrostu krajowej produkcji znacznie zwiększył się eksport mleka w proszku (o 40,2 proc.). Większy niż w I kwartale 2018 r. był także eksport jogurtów i innych napojów mlecznych, mleka płynnego i śmietany (o 13,6-14,3 proc.) oraz lodów (o 36,1 proc.). Znacząco zmniejszył się natomiast eksport masła (o 28,2 proc.), mimo wzrostu produkcji, gdyż niższe ceny detaliczne spowodowały powrót polskich konsumentów do tego produktu. Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, wpływy ze sprzedaży przetworów mlecznych wzrosły o 4,9 proc. do 559,1 mln euro, o czym zadecydowały wyższe niż przed rokiem ceny uzyskiwane w eksporcie mleka w proszku i suszonej serwatki, a także masła, serów i twarogów oraz lodów.

– Naszym głównym odbiorcą są kraje Unii Europejskiej, ale oczywiście dotyczy to również rynków trzecich – mówi Radosław Iwański. – Różnego rodzaju kampanie przeciwko producentom i spożyciu mleka traktujemy jako taką dość ohydną grę, którą stosuje się przeciwko nam. Ponieważ od dawna dobrze wiemy, że mleko jest świetnym produktem białkowym, uzupełnia niedobory wielu składników w organizmie człowieka i tak naprawdę to mleko dotyczy bardzo wielu osób, które je spożywają i które sobie nie wyobrażają dzisiaj życia bez spożywania mleka czy też jego produktów. I te produkty uczestniczą w naszej diecie i nie ma wyjścia innego. Zresztą proszę spojrzeć na piramidę żywienia Instytutu Żywności chociażby w Polsce czy też wielu światowych organizacji, ona pokazuje wyraźnie, że te produkty muszą być obecne w naszej diecie, żeby zaspokajać potrzeby naszego organizmu i żebyśmy mogli żyć.

Największymi odbiorcami polskich produktów mleczarskich są kraje Unii, do których wysyłane jest niemal trzy czwarte całego wolumenu polskiego eksportu mleczarskiego. Na czele są Niemcy, następnie Czechy, Holandia i Wielka Brytania. Z krajów pozaunijnych istotnymi kupcami są Algieria, Chiny, Wietnam, Indonezja, Arabia Saudyjska czy Białoruś.

Zarówno polscy, jak i światowi konsumenci zwracają uwagę – a producenci starają się za tymi trendami nadążać – na oznaczenia produktów „bez GMO”, co oznacza, że mleko pochodzi od krów karmionych paszą niemodyfikowana genetycznie, czy też „bez laktozy”, co umożliwia picie mleka alergikom. Część konsumentów odchodzi jednak w ogóle od produktów pochodzenia zwierzęcego, rezygnując nie tylko ze spożywania mięsa, ale też mleka, jaj czy miodu. Zdaniem przedstawiciela Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, choć trend ten jest zauważalny, to ze względu na swą niszowość nie zagraża branży.

– Kampanie, które są organizowane przez chociażby wegan, którzy adresują je do konsumentów, przy okazji sprzedając swoje produkty, traktujemy mało poważnie i nie dostrzegamy zagrożenia z ich strony. Aczkolwiek jest to jakiś trend, który może niepokoić, dlatego też hodowcy stworzyli jakiś czas temu Fundusz Promocji Mleka. Ten fundusz został stworzony ustawą i środki z niego są adresowane m.in. na promocję spożycia produktów mlecznych – mówi Radosław Iwański. – Dzisiaj tak cały rynek jest zbudowany, nie tylko tego produktu, ale wielu innych, że bez środków na ten cel tak naprawdę moglibyśmy zapomnieć o istnieniu na niejednym rynku. Zresztą polskie mleczarnie, jeżeli wchodzą na jakiś rynek światowy, to takie kampanie były np. adresowane również do konsumentów chińskich, do zmiany ich trybu życia. Oczywiście to jest bardzo długi proces, który jest realizowany, ale dzięki temu tam też polskie produkty się znajdują.

Zmiany klimatu będą miały wpływ także na polską gospodarkę. Zmianie musi ulec m.in. polityka rolna

Zmiany klimatu będą miały wpływ także na polską gospodarkę. Zmianie musi ulec m.in. polityka rolna 5

Konsekwencje ocieplenia klimatu dotkną także Polski i spowodują m.in. konieczność dostosowania gospodarki rolnej do nowych warunków klimatycznych. Ekstremalne zjawiska pogodowe będą mieć w nadchodzących latach przełożenie także na biznes turystyczny, transport, branżę budowlaną czy energetyczną.  – Podstawowa zasada to nie szkodzić, czyli w tym przypadku nie emitować składników, które są kluczowe w systemie klimatycznym i odpowiadają za wzrost temperatury globalnej – mówi dr Mieczysław Sobik z Zakładu Klimatologii Uniwersytetu Wrocławskiego.

– W skali całego globu efekty zmian klimatu i ocieplenia są obecne właściwie we wszystkich regionach, z tym że w niektórych bardziej intensywne, w innych słabsze. Do największych wzrostów temperatury dochodzi przede wszystkim w wysokich szerokościach geograficznych półkuli północnej – a więc w Arktyce i na jej obrzeżach, gdzie doszło do redukcji zasięgu lodów morskich. Lód morski zastąpiła stosunkowo ciepła woda, płynąca wraz z Prądem Norweskim i Spitsbergeńskim daleko na północ Atlantyku, wypierając pola lodowe o kilkaset kilometrów dalej. Tam ocieplenie przekracza nawet 3°C w ciągu ostatnich 100 lat. Natomiast w innych regionach globu typową wartością jest około 1°C – mówi dr Mieczysław Sobik z Zakładu Klimatologii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jak podkreśla, klimat na Ziemi zmieniał się zawsze w różnych kierunkach raz było cieplej, raz chłodniej. W ciągu ostatnich 100 lat postępuje ocieplenie w skali globalnej i średnia temperatura na Ziemi jest w tej chwili o około 1-1,2°C wyższa, niż pod koniec XIX wieku, kiedy rozpoczął się proces ocieplania klimatu. Także ostatni, ubiegłoroczny raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) potwierdza, że obecna, średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego.

– Konsekwencje wzrostu temperatury w skali globalnej są wielorakie. Podstawową jest systematyczny wzrost poziomu wody w oceanie światowym z uwagi na topnienie lodowców – zwłaszcza marginalnych partii lądolodu, głównie grenlandzkiego, ale i antarktycznego. Gdyby stopił się lód na Grenlandii – to poziom wody podniósłby się aż o 7 metrów, co zmieniłoby gospodarkę i stosunki społeczne wielu krajów. Nie mówiąc o tym, co stałoby się po stopieniu lądolodu antarktycznego, kiedy ten wzrost poziomu morza sięgnąłby 70 metrów – mówi dr Mieczysław Sobik.

Konsekwencje ocieplenia klimatu dotkną także Polski i spowodują m.in. konieczność dostosowania gospodarki rolnej do nowych warunków klimatycznych.

– Musielibyśmy wprowadzać nieznane nam, uprawiane dotąd na innych obszarach gatunki roślin. Kiedy rośnie temperatura, nie wiadomo też jak zachowają się opady. Jeśli nie wzrosną, będziemy mieli coraz intensywniejsze parowanie i zaostrzający się problem suszy. Przesunięciu ulegną zasięgi stref klimatycznych, a więc gospodarka na różnych obszarach uległaby zmianie. Są też oczywiście konsekwencje drobniejsze, dotyczące np. biznesu turystycznego. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie stacji narciarskich w Polsce, gdyby zimy miały być o 4°C cieplejsze niż obecnie – mówi dr Mieczysław Sobik.

Wpływ zmian klimatycznych na polską gospodarkę podkreśla też przyjęta w sierpniu „Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku”. Rządowy dokument strategiczny pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie, będą mieć w nadchodzących latach przełożenia na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej.

Jak wynika z prognoz IPCC, jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C już w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

– Nie da się uniknąć wzrostu stężenia gazów cieplarnianych, przynajmniej w najbliższym 10-leciu. Najbardziej pesymistyczne prognozy mówią o ociepleniu klimatu nawet o 4-5°C do końca tego stulecia, ale w większości jest mowa o przedziale 1 do 3°C – mówi dr Mieczysław Sobik. – Emisja gazów cieplarnianych rośnie i będzie rosła, ale musi zostać ograniczona. Jeżeli miałaby rosnąć w takim tempie, jak dotąd – skutki faktycznie będą bardzo złe dla naszego systemu klimatycznego, chociaż nie jest to perspektywa kilkudziesięcioletnia, ale znacznie dłuższa, zanim ujawnią się kilkustopniowe różnice temperatury w stosunku do czasów współczesnych.

Z prognoz naukowców wynika, że globalne ocieplenie będzie też mieć wpływ na produkcję żywności oraz drastycznie zaostrzy problem głodu na świecie. Wzrost globalnej, średniej temperatury o ponad 3–4°C może również spowodować, że do 2100 roku poziom mórz podniesie się nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata.

Uniknięcie czarnego scenariusza jest jeszcze możliwe, ale do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku, natomiast do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla i przestawić się na odnawialne źródła energii – wynika z szacunków IPCC.

– Podstawowa zasada to nie szkodzić, czyli w tym przypadku nie emitować składników, które są kluczowe w systemie klimatycznym i odpowiadają za wzrost temperatury globalnej. A więc spalać mniej paliw kopalnych, zostawiać mniejszy ślad. Stąd potrzeba pozyskiwania energii z odnawialnych źródeł energii, z OZE. Wydaje się, że takim kluczowym w perspektywie dziesięcioleci będzie jednak pozyskiwanie jej wprost z energii słonecznej. Powierzchnia wielkości Teksasu wystarczy, aby zaopatrzyć całą gospodarkę światową w energię elektryczną. Jeśli więc rozprowadzimy sobie ten Teksas po świecie w małych kawałkach to wcale nie tak dużą powierzchnię musielibyśmy przeznaczyć pod elektrownie. Oczywiście ta technologia jest ciągle bardzo droga, ale tanieje wskutek postępu technologicznego. Umiejętnie skomponowana struktura podaży energii przy jednoczesnym ograniczeniu popytu i wprowadzeniu technologii oszczędzających energię na wielu poziomach naszego życia może dać podstawę do funkcjonowania bez stałych paliw kopalnych – mówi dr Mieczysław Sobik z Zakładu Klimatologii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Blockchain zwiększy bezpieczeństwo transakcji i wymiany danych przez internet. Technologia może zastąpić notariuszy i zrewolucjonizować medycynę

Blockchain zwiększy bezpieczeństwo transakcji i wymiany danych przez internet. Technologia może zastąpić notariuszy i zrewolucjonizować medycynę 6

Upowszechnienie się technologii blockchain zrewolucjonizuje nie tylko rynek walutowy. Rozwiązania blockchainowe są coraz częściej wdrażane w procesie bezpiecznego przetwarzania i przesyłania dokumentów. Banki wykorzystują je do komunikacji z klientami za pośrednictwem kanałów internetowych. Technologia już zaczyna być wykorzystywana także w administracji publicznej przy księgach wieczystych, a wkrótce może zastąpić nawet notariuszy. Przedstawiciele branży zdrowotnej z kolei rozważają wykorzystanie jej do stworzenia elektronicznej dokumentacji medycznej.

 W przypadku technologii blockchain, jeżeli dokument jest przypisany do konkretnej osoby, to nie ma możliwości go podrobienia. Wiele czynności, także notarialnych, będzie weryfikowanych przez technologię, a nie za pomocą człowieka. Zaufanie zostanie przeniesione z instytucji bądź osoby na technologię – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Gancarz, prezes Blockchain Development Foundation.

Nad wykorzystaniem technologii blockchain w procesie weryfikacji tożsamości użytkowników pracuje wiele korporacji, które widzą w rozproszonych danych niezawodną i bezpieczną metodę przetwarzania danych za pośrednictwem internetu. Jeden z najbardziej zaawansowanych projektów tego typu prowadzą południowokoreańskie korporacje, które chcą stworzyć uniwersalny mobilny system autoryzacyjny. Partnerem technologicznym projektu została firma Samsung, a do udziału w nim zaproszono także banki, firmy telekomunikacyjne oraz rządowego dostawcę infrastruktury.

Projekt zakłada stworzenie niezależnych serwerów blockchainowych, które zostaną wykorzystane w procesie weryfikacji tożsamości. Testowa wersja platformy wystartuje jeszcze w tym roku i będzie wykorzystywana do wystawiania zaświadczeń o ukończeniu studiów na południowokoreańskich uczelniach. Jeśli się przyjmie, to w 2020 roku doczeka się komercjalizacji na szeroką skalę.

Już teraz technologia wykorzystywana jest w administracji publicznej m.in. w Emiratach Arabskich, gdzie wkrótce może zastąpić notariuszy.

– W Emiratach Arabskich już w tej chwili są prowadzone księgi wieczyste w technologii blockchain i niedługo zmierzą na rynek pierwotnych transakcji, czyli nieruchomości od dewelopera nie będą wymagały transakcji notarialnej. Całość będzie przeniesiona w formie kontraktu na rejestrze blockchain w tej technologii – wyjaśnia Kamil Gancarz.

Także w Polsce mamy już za sobą pierwsze wdrożenia rozwiązań blockchainowych. Informatycy PKO BP sięgnęli po technologię rozproszonych danych w celu stworzenia bezpiecznego systemu wysyłki dokumentów finansowych za pośrednictwem kanałów internetowych. Bank wykorzysta blockchain w procesie weryfikacji autentyczności dokumentów, które klienci otrzymują drogą mailową. Podobne rozwiązanie wdrożył Alior Bank, który w roli systemu autoryzacji dokumentów prawnych wykorzystał sieć blockchainową Ethereum. Nowa platforma komunikacyjna ma służyć przede wszystkim do wysyłki informacji o zmianach w regulaminie.

– Przewagą technologii blockchain jest przede wszystkim nałożenie na internet warstwy zaufania. Do dzisiaj wysyłając przez internet np. e-maila, wysyłaliśmy tylko kopię. Dlatego nie można było wysyłać pieniędzy przez internet. Oczywiście można było skorzystać z PayPala, innych procesorów płatności czy banków, ale wymagało to pośrednika tzw. zaufanej trzeciej strony. Blockchain ściąga obowiązek posiadania zaufanej trzeciej strony, jest nią warstwa technologiczna, która zmieni sposób, w jaki będziemy funkcjonować – twierdzi ekspert.

Blockchainem zainteresowane jest także Ministerstwo Cyfryzacji, które powołało do życia Grupę Roboczą ds. Rejestrów Rozproszonych i Blockchain. Jej zadaniem będzie wskazanie potencjalnych zastosowań tej technologii we wdrożeniu systemów e-administracyjnych.

Jednym z sektorów administracji publicznej, który mógłby w największym stopniu skorzystać na wdrożeniu blockchaina, jest służba zdrowia. Dobrym przykładem jest tu brytyjska platforma MedicalChain, która umożliwia bezpieczne przechowywanie i przetwarzanie danych o pacjentach i metodach leczenia za pośrednictwem technologii danych rozproszonych. Usługa umożliwia pacjentom przeglądanie kart zdrowia za pośrednictwem urządzeń mobilnych, a lekarzom przeglądanie pełnej dokumentacji medycznej bez konieczności ściągania jej z różnych placówek.

– Jest też szwajcarski start-up, który buduje dzisiaj dokumentację medyczną, zlokalizowaną w blockchainie. Podróżując w dowolne miejsce na świecie, możemy udzielić praw dostępu lekarzowi w innym kraju do naszej dokumentacji medycznej. To będzie ratować życie – przekonuje Kamil Gancarz.

Według analityków MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań blockchainowych w 2018 roku wyniosła 1,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 23,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 80 proc.

Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w III kwartale 2019 r.

  • W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. ogłoszono 737 postanowień o upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła, to niewiele ponad 1 proc. więcej niż analogicznym okresie 2018 r.
  • Wśród wszystkich rodzajów postępowań najwięcej ogłoszono upadłości – 412. Stanowią one aż 56 proc. wszystkich postępowań.
  • Łączna liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 5 proc.W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. zanotowano ich łącznie 325, co stanowi 44 proc. wszystkich postępowań.
  • Najbardziej znamienny jest ciągły wzrost liczby przyspieszonych postępowań układowych. Ich liczba wzrosła r/r o 15 proc. i w trzech kwartałach 2019 roku ta najszybsza forma restrukturyzacji stanowiła już 70 proc. wszystkich postępowań restrukturyzacyjnych i 31 proc. ogółu postanowień sądowych.
  • Pozostałe formy: upadłości, postępowania układowe i sanacyjne zanotowały spadek.
  • Upadłości w branżach odzwierciedlają sytuację obserwowaną na rynku. Roczny wzrost o 34 proc. zanotował transport (w ciągu dwóch o 122 proc.) oraz o 9 proc. handel (w ciągu dwóch lat o 34 proc.). O 21 proc. wzrosła liczba postanowień w rolnictwie.
  • Poprawę zanotowała produkcja (- 4 proc.), budownictwo (- 9 proc.) oraz pozostałe branże, głównie usługi (- 9 proc.). W tym roku produkcja straciła pozycję lidera w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji na rzecz handlu. Upadłości i restrukturyzacje firm handlowych stanowią 26 proc. wszystkich postanowień.
  • Udział budownictwa w ogólnej liczbie upadłości i restrukturyzacji zmniejszył się do 12,9 proc., co daje wynik prawie o połowę niższy w porównaniu z rekordowym rokiem 2012, kiedy co czwarte postanowienie sądowe dotyczyło firmy budowlanej.

Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w III kwartale 2019Komentuje Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej

W pierwszych trzech kwartałach tego roku liczba upadłości i restrukturyzacji przedsiębiorstw w Polsce zwiększyła się nieznacznie – zaledwie o 1,2%. Jednak oczekujemy, że w kolejnych kwartałach wzrost liczby postępowań nabierze na sile. Szczegółowe dane kwartalne wskazują, że już od drugiej połowy tego roku sytuacja płynnościowa przedsiębiorstw ulega pogorszeniu. Podczas gdy jeszcze w pierwszej połowie tego roku odnotowano stabilizację liczby ogłoszonych upadłości i restrukturyzacji to jedynie w trzecim kwartale liczba postępowań zwiększyła się o ponad 4% w porównaniu z trzecim kwartałem ubiegłego roku. Wśród firm doświadczających trudnej sytuacji płynnościowej nadal dużą popularnością cieszą się postępowania restrukturyzacyjne, których udział wyniósł już niemal 44%.

Sytuacja makroekonomiczna, w której działają firmy jest coraz trudniejsza. Główne ryzyko pochodzi ze strony rynków zagranicznych. Statystyki upadłościowe potwierdzają, że rośnie liczba postępowań w branżach z dużą ekspozycją eksportową – wśród producentów mebli liczba upadłości i restrukturyzacji wzrosła dwukrotnie. W innych branżach zależnych od popytu na rynkach zewnętrznych, zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio poprzez dostarczenie części i komponentów do produkcji przeznaczonej na eksport, również odnotowano wzrost liczby postępowań – wśród producentów urządzeń elektrycznych, wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych czy w sektorze chemicznym. Wiele podmiotów z tych branż współpracuje z branżą motoryzacyjną, która nie generuje już tak korzystnych perspektyw jak w zeszłych latach. W ramach ocen ryzyka sektorów już dwukrotnie obniżyliśmy w tym roku ocenę dla motoryzacji w Europie. Spadek popytu, zwłaszcza na kluczowych dla Polski rynkach Europy Zachodniej, zmieniające się preferencje zakupowe klientów, konieczność ponoszenia wysokich kosztów inwestycji czy opóźnienia w dostosowaniu się do nowych norm emisji spalin to jedne z wielu trudności na jakie napotyka obecnie branża. Ponadto, perspektywy naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec są dosyć pesymistyczne. Dane za trzeci kwartał tego roku prawdopodobnie potwierdzą, że gospodarka niemiecka wpadła w techniczną recesję, na co już wskazują mizerne wyniki tamtejszego przemysłu. Nasza ostatnia prognoza zakłada, że wzrost gospodarczy Niemiec sięgnie zaledwie 0,5% w tym, jak również w przyszłym roku. Jeszcze w 2017 r. gospodarka niemiecka rosła w tempie 5-krotnie szybszym. Pomimo, że spowolnienie w Europie Zachodniej nie jest jak na razie dotkliwe dla naszej gospodarki to jego wpływ będzie coraz bardziej odczuwalny. Przez ostatnie kwartały obserwujemy wzrost liczby upadłości i restrukturyzacji w transporcie, którego ekspozycja na rynki zagraniczne jest duża, a branża zazwyczaj jako jedna z pierwszych odczuwa zmiany koniunktury.

Niemniej jednak, nasza prognoza zakłada wzrost gospodarczy Polski na nadal dosyć solidnym poziomie 4,4% w tym roku. Zarówno gospodarka, jak również biznes w Polsce korzystają na dalszym wzroście popytu wewnętrznego, zwłaszcza konsumpcji gospodarstw domowych. Utrzymująca się sytuacja na rynku pracy oraz wsparcie ze strony stymulacji fiskalnej sprawiają, że konsumpcja prywatna pozostaje główną siłą napędową wzrostu gospodarczego Polski. Korzyści odczuwają zwłaszcza firmy bezpośrednio nastawione na popyt gospodarstw domowych, jednak nie eliminuje to trudności jakich doświadczają. Wysoka konkurencja ograniczająca możliwości zwiększania marż, presja na wzrost wynagrodzeń czy trudności w zapełnieniu wakatów należą do wyzwań z jakimi zmaga się branża handlowa. Pomimo sprzyjającego popytu, liczba upadłości i restrukturyzacji w pierwszych trzech kwartałach tego roku wzrosła w handlu detalicznym o 37%, zwłaszcza wśród mniejszych podmiotów, dla których rosnące koszty działalności są znacznie bardziej dotkliwe niż dla dużych podmiotów działających na rynku.

CHARAKTERYSTYKA UPADŁOŚCI I RESTRUKTURYZACJI W WYBRANYCH SEKTORACH

Charakterystyka upadłości i restrukturyzacji w wybranych sektorach

Komentuje Barbara Kamińska, dyrektor działu oceny ryzyka w Coface

Najnowsze statystyki upadłościowe w Polsce wskazują na nieznaczne pogorszenie sytuacji – po 9 miesiącach 2019 roku liczba postanowień o upadłości i restrukturyzacji wzrosła o 1,2%. Warto wspomnieć, że po 3 kwartałach ubiegłego roku ogólna liczba upadłości wzrosła aż o 15%, co potwierdza, że na poziomie mikroekonomicznym wciąż widoczna jest w 2019 roku dobra koniunktura gospodarcza napędzana zwłaszcza konsumpcją prywatną, ale również wzrostem inwestycji.

Na uwagę zasługujesektor budowlany, w którym kolejny kwartał z rzędu notowaliśmy spadek upadłości o 9% rok do roku. Była to jednak zmiana mniejsza w porównaniu do danych półrocznych (-16%). Należy wspomnieć, że udział branży w sumie wszystkich upadłości był stosunkowo wysoki i wynosił blisko 13%. Z jednej strony branża rozwijała się w sposób skorelowany z rosnącym PKB, niskim poziomem bezrobocia i wzrostem płac w gospodarce, z drugiej zauważalny był spadek nowych pozwoleń na budowę, znaczący wzrost kosztów czynników produkcji, takich jak zasoby ludzkie czy materiały budowlane, co stanowiło rosnące zagrożenie branżowe. Szczególnie niepokojąca wydaje się sytuacja podmiotów, które zawarły kontrakty infrastrukturalne przed wzrostem kosztów i obecnie borykają się z problemem ich waloryzacji. Rozstrzygnięcie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów frankowych może mieć znaczny wpływ na sektor bankowy w Polsce, a co za tym idzie dostępność kredytów mieszkaniowych.

Liczba upadłości wsektorze handlowymw pierwszych 3 kwartałach 2019 r wzrosła o 9% (16 przypadków więcej rok do roku), co przy najwyższym udziale upadłości firm handlowych wynoszącym 26% ogółu postanowień sądowych jest zjawiskiem niepokojącym. Najwięcej upadłości zanotowano wśród hurtowników (116), jednak obserwowana jest wysoka dynamika wzrostu upadłości w segmencie detalicznym (41;+37%). Postępująca konsolidacja branży, rosnące koszty pracy, zakaz handlu w niedzielę, czy zmiany zachowań konsumpcyjnych to tylko niektóre czynniki ryzyka wpływające na marżowość i problemy płynnościowe firm. W perspektywie pozostaje kwestia podatku handlowego, którego zasadność bada obecnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Branża transportowa od dłuższego czasu boryka się z problemami płynnościowymi, co znajduje odzwierciedlenie w największych średnich opóźnieniach płatniczych tego sektora wg badania Coface. Upadłości firm transportowych wykazały wysoką dynamikę wzrostu w ostatnim badaniu (+34%), choć sam udział branży we wszystkich zanotowanych postanowieniach sądowych wyniósł niecałe 7%. Problemem sektora jest duże rozdrobnienie, rosnące koszty pracy i wahania cen paliw, jak również uzależnienie od koniunktury na rynkach zagranicznych (zwłaszcza w Europie Zachodniej), która ulega osłabieniu. Dodatkowe wyzwanie stanowi niedawno przegłosowany przez Parlament Europejski pakiet mobilności, który znacząco ograniczy konkurencyjność usług transportowych z Europy Środkowo-Wschodniej i z pewnością będzie miał wpływ na dalszą dodatnią dynamikę liczby upadłości wśród przedsiębiorstw transportowych.

Liczba upadłości wśród firm produkcyjnych spadła o 4% do 189. Pozytywną tendencję zanotowano wśród producentów metali, w przetwórstwie drewna i przemyśle maszynowym. Wśród branż sektora produkcyjnego, które zanotowały ponadnormatywnie wysokie wzrosty liczby upadłości należały przemysł meblarski (+100%) oraz produkcja gum i tworzyw sztucznych (+111%). Przemysł meblarski w znacznej mierze uzależniony jest od popytu zagranicznego, a ten słabnie w związku ze znacznym spowolnieniem gospodarczym u naszego zachodniego sąsiada. Wzrost kosztów pracy i energii dodatkowo kładzie się cieniem na kondycji branży. Wiele firm z sektora tworzyw sztucznych to poddostawcy branży motoryzacyjnej, która weszła w fazę dekoniunktury.

CHARAKTERYSTYKA UPADŁOŚCI I RESTRUKTURYZACJI w regionachBlisko 18 proc. spośród wszystkich upadających oraz objętych restrukturyzacją firm ogłosiły sądy na Mazowszu. Województwo, gdzie zarejestrowanych jest najwięcej firm, jak zawsze otwiera listę ze 132 postanowieniami. Niepokojąco duże wzrosty zanotowały województwa łódzkie, warmińsko-mazurskie, podlaskie i dolnośląskie. Statystykę zamykają tradycyjnie województwa z najmniejszą liczbą niewypłacalności – opolskie, lubuskie i świętokrzyskie.

Liczba upadłości wśród firm

W pierwszych trzech kwartałach 2019 r. sytuacja pogorszyła się w grupie przedsiębiorców (wzrost o 11 proc.) i spółek z o.o. (+ 3 proc.), pozostałe formy prawne zanotowały spadki lub podobną liczbę postanowień sądowych. Znamienny jest obserwowany od dłuższego czasu wzrost liczby upadających przedsiębiorców (rok temu wzrost był na poziomie +38 proc.).

Największą grupę wśród firm upadających lub objętych restrukturyzacją stanowią jak zawsze spółki z ograniczoną odpowiedzialnością (48,6 proc. wszystkich postępowań). Na drugim miejscu znalazła się grupa przedsiębiorców (35 proc.).

Europejskie magazyny coraz bardziej pożądanymi aktywami

Z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills wynika, że w pierwszej połowie 2019 roku w Europie wynajęto rekordowe 11,9 mln mkw. powierzchni magazynowo-przemysłowej. Z kolei na rynku inwestycyjnym duże zainteresowanie aktywami z tego sektora powoduje presję zniżkową na stopy kapitalizacji odnotowywaną na całym kontynencie.

Dane opublikowane przez Savills pokazują, że do bezprecedensowego poziomu popytu ze strony najemców przyczyniła się ekspansja sektora e-commerce odnotowana na wszystkich przeanalizowanych rynkach europejskich.

W Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemczech i Francji, gdzie obroty w handlu internetowym stanowią ponad 10% ogólnej sprzedaży detalicznej, popyt na powierzchnię logistyczną wyniósł w pierwszym półroczu odpowiednio 1,5 mln mkw., 2,0 mln mkw., 2,9 mln mkw. i 1,4 mln mkw. 

Wartość transakcji najmu w sektorze nieruchomości logistycznych w Europie

Wartość transakcji najmu w sektorze nieruchomości logistycznych w Europie
Źródło: Savills

„Kraje takie jak Wielka Brytania, Niemcy i Holandia nadal cieszą się największym zainteresowaniem, ale obserwujemy duży wzrost aktywności także na rynkach logistycznych na Półwyspie Iberyjskim i w Europie Środkowo-Wschodniej w wyniku dalszego rozwoju europejskiej sieci dystrybucji” – komentuje Marcus de Minckwitz, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

„Wskaźniki pustostanów nadal maleją w całej Europie, a zwłaszcza na głównych rynkach, co może spowodować dalszy wzrost czynszów w krótkiej i średniej perspektywie, ponieważ podaż nowej powierzchni nie zaspokaja rosnącego popytu na większości rynków. Dotyczyć to będzie przede wszystkim najbardziej atrakcyjnych nieruchomości położonych w strategicznych lokalizacjach, w pobliżu głównych dróg, portów i lotnisk, gdzie widzimy wyjątkowo zażartą rywalizację o tego typu obiekty. Najemcy chcą być obecni w tych lokalizacjach, co przyciąga spore zainteresowanie inwestorów, a to z kolei powoduje rekordowy wzrost cen najlepszych nieruchomości na rynku inwestycyjnym” – dodaje Marcus de Minckwitz.

Wielka Brytania i Niemcy odnotowały spadek aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości logistycznych wskutek niewystarczającej podaży odpowiednich aktywów (odpowiednio o -19% i -18%), ale wartość transakcji inwestycyjnych w takich krajach jak Szwecja (+91%), Polska (+83%), Czechy (+80%) i Norwegia (+16%) przekroczyły średnią pięcioletnią za pierwsze półrocze.

Wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości logistycznych w Europie (w mld euro)

Wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości logistycznych w Europie
Źródło: Savills

Wysoki poziom aktywności inwestycyjnej w ostatnich latach spowodował kompresję stóp kapitalizacji na największych rynkach. Według Savills średnia stopa kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości logistycznych w Europie obniżyła się w pierwszej połowie 2019 roku o 20 pb z 4,9% do 4,7%, mimo iż na głównych rynkach utrzymała się w zasadzie na dotychczasowym poziomie. Większe spadki stóp kapitalizacji odnotowano w pierwszym półroczu w Pradze (-150 pb), Sztokholmie (-30 pb) i Madrycie (-25 pb).

Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości magazynowych w Europie (%)

Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości magazynowych w Europie
Źródło: Savills

W Polsce w pierwszej połowie 2019 r. wartość transakcji kupna i sprzedaży nieruchomości logistycznych wyniosła 423 miliony euro, co oznacza wzrost o 25% w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Jednocześnie w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku wynajęto 1,8 mln m kw., co przekłada się na spadek rok do roku o 16%.

„Nieruchomości przemysłowe i logistyczne w Polsce to moim zdaniem obowiązkowa pozycja dla funduszy planujących poszerzenie swojego portfela inwestycyjnego. Aktywa generujące dochód w tym sektorze cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem inwestorów, ale ich podaż jest ograniczona. Z tego względu na popularności zyskują bardziej złożone struktury inwestycyjne takie jak forward funding i forward purchase” – mówi John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska.

Michał Kramarz szefem Google for Startups w Polsce i regionie

Z początkiem października stanowisko dyrektora Google for Startups w regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz szefa warszawskiego Campusu Google objął Michał Kramarz, dotychczasowy Head of Startups, Export & Entrepreneurship Development w Google. Na tym stanowisku zastąpi Agnieszkę Hryniewicz – Bieniek, która od lipca br. pełni obowiązki globalnej dyrektor Google for Startups.

Wraz z powołaniem nowego szefa, warszawski campus Google for Startups zwiększy wsparcie dla startupów w zakresie m.in. wykorzystania oraz dostępu do narzędzi i technologii Google. Przedsiębiorcy będą mogli w ramach kilku programów poszerzać swoją wiedzę m.in. z narzędzi analitycznych, technik reklamy czy technologii chmury obliczeniowej, ale także rozwijać swoje umiejętności biznesowe – m.in. w zakresie budowy i zarządzania zespołami czy tworzenia modeli biznesowych.

Google for Startups to globalny dział firmy, który zajmuje się wspieraniem rozwoju startupów, dostarcza im wiedzy o technologiach Google, a także prowadzi programy akceleracyjne i współpracuje z mentorami, inwestorami i społecznościami przedsiębiorców. Inicjatywy Google for Startups prowadzone są w ponad 125 krajach i obejmują wspólne działania z ponad 50 inkubatorami, akceleratorami i przestrzeniami co-workingowymi. W ramach tej sieci Google do tej pory otworzył 7 Campusów, w różnych częściach świata, jeden z nich w Warszawie, tym właśnie kierować będzie Michał Kramarz.

Kramarz jest absolwentem International Faculty of Engineering na Politechnice Łódzkiej
i Executive MBA na Towson University/University of Maryland. W branży internetowej działa od 15 lat. Do Google dołączył w 2006 roku, będąc jednym z pierwszych pracowników firmy
w Polsce. W 2015 został szefem zespołu wspierającego ekspansję polskich startupów na rynki globalne. Wcześniej odpowiadał za rozwój współpracy z branżą handlową, e-commerce, finansową i turystyczną. Przed dołączeniem do Google pracował dla grupy Bankier.pl S.A.

“Chcemy być centrum startupowym dla całego regionu, w którym oferujemy to co najlepsze od Google – naszą wiedzę i doświadczenie w budowie biznesu o światowej skali
z wykorzystaniem najnowszych technologii. Jeszcze większą uwagę poświęcimy też wydarzeniom łączącym startupy z inwestorami. Zamierzamy też kontynuować nasze zaangażowanie w rozwój branży gamingowej, która ma ogromny potencjał globalny, a Polska i cały nasz region dysponują imponującym zapleczem, które świetnie nas predestynują do sukcesów w tej branży.”
– powiedział Kramarz.

Google wspiera startupy w Warszawie

Siedziba Google PolskaW listopadzie 2015 r., z myślą o dynamicznie rozwijającym się polskim ekosystemie startupowym, Google otworzył na warszawskiej Pradze Campus dla startupów. Tylko w 2018 roku obyło się tam 615 wydarzeń dla polskiej społeczności startupowej. Ale Campus to nie tylko miejsce wymiany doświadczeń, spotkań z mentorami i inwestorami. To przede wszystkim przestrzeń, gdzie można zakładać i rozwijać własne firmy. Startupy zrzeszone w warszawskim Campusie utworzyły do tej pory ponad 2300 nowych miejsc pracy i zebrały prawie 70 milionów złotych finansowania. Co roku Campus uruchamia dla przedsiębiorców darmowe programy wsparcia typu equity-free. W tym roku Google postawił na sektor mobile gaming i przyjął 12 startupów z 4 krajów do programu intensywnego rozwoju Google for Startups Residency.

Wymarzone warszawskie mieszkanie – gdzie się znajduje?

Praktycznie każda osoba kupująca warszawski lokal musi godzić się na pewne kompromisy. Dotyczą one głównie metrażu oraz lokalizacji. Wyjątek stanowią jedynie bardzo zamożni nabywcy lokali, którzy mogą swobodnie przebierać w ofertach. Warto jednak dowiedzieć się, jakie warszawskie dzielnice wybraliby internauci, gdyby nie ograniczały ich kwestie finansowe. Właśnie taki był cel ankiety, którą przeprowadził Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl. Po sprawdzeniu wyników wspomnianego badania okazało się, że dwie dzielnice mają szczególnie dobrą opinię jako optymalne miejsce do zamieszkania.

Warszawiacy chętnie wybierają Mokotów oraz Żoliborz

Sposobność do opisania preferencji internautów pojawiła się, gdy ekspert nieruchomości Leszek Markiewicz na portalu LinkedIn zadał następujące pytanie: „Gdybym Ci powiedział, że dostaniesz ode mnie za darmo mieszkanie w dowolnej lokalizacji Warszawy, to którą dzielnicę byś wybrał?”. To pytanie wzbudziło bardzo duży odzew, o czym świadczy aż 247 komentarzy. W ramach odpowiedzi, niektórzy użytkownicy portalu LinkedIn podawali więcej niż jedną preferowaną lokalizację, jaką powinien mieć warszawski lokal. Poniższa tabela prezentuje te lokalizacje, które były najczęściej wymieniane. Chodzi o warszawskie dzielnice oraz dwie części Pragi – Południe (Saską Kępę oraz pozostały obszar dzielnicy). „Taki podział Pragi – Południe jest zasadny, ponieważ Saska Kępa mocno wyróżnia się na tle pozostałej części dzielnicy i jednocześnie zebrała sporo głosów” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Poniższe zestawienie prezentuje również udział głosów na poszczególne dzielnice. Warto podkreślić, że taki odsetek głosów został obliczony tylko z uwzględnieniem dzielnic, na które oddano co najmniej 20 głosów. Do grupy najczęściej wskazywanych dzielnic zakwalifikowały się następujące lokalizacje:

  • Mokotów – 17% głosów wskazujących miejsce, gdzie powinien znajdować się wymarzony warszawski lokal
  • Żoliborz – 17% głosów
  • Ursynów – 11% głosów
  • Wilanów – 11% głosów
  • Bielany – 10% głosów
  • Śródmieście – 8% głosów
  • Ochota – 8% głosów
  • Saska Kępa – 7% głosów
  • Wola – 4% głosów
  • Bemowo – 4% głosów
  • Praga – Południe (poza Saską Kępą) – 3% głosów
Gdzie chcielibyśmy kupić warszawskie
Źródło: mapa.um.warszawa.pl

Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że osoby odpowiadające na pytanie o optymalną dzielnicę, stosunkowo rzadko wskazywały Śródmieście. Może to wynikać z faktu, że centralna dzielnica Warszawy jest bardzo zatłoczona. Lepsze wyniki niż Śródmieście odnotowały następujące części stolicy: Mokotów, Żoliborz, Ursynów, Wilanów oraz Bielany. „Taka sytuacja sugeruje, że większa odległość od centrum Warszawy nie stanowi problemu, jeżeli dana dzielnica jest połączona linią metra (patrz Bielany oraz Ursynów). To ważna wskazówka dla osób, które planują kupić warszawski lokal z myślą o zyskownej odsprzedaży lub wynajmie” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Co ciekawe, świeżo ukończone metro na Targówek nie zdołało jednak zapewnić tej dzielnicy miejsca na liście najczęściej wybieranych lokalizacji. W poniższej tabeli zabrakło również Białołęki, Pragi – Północ, Wesołej, Rembertowa, Wawra, Ursusa oraz Włoch. Jak zauważa Leszek Markiewicz, poza nieco zaniedbaną Pragą – Północ, wszystkie te dzielnice można uznać na peryferyjne.

Preferencje mieszkaniowe warszawiaków niezależnie od posiadanego budżetu: wyniki sondażu na portalu LinkedIn (wrzesień 2019 r.)
Nazwa dzielnicy/części miasta

Udział wskazań danego obszaru przez uczestników sondażu (każda osoba mogła wybrać więcej niż jedną lokalizację)*
Mokotów 17%
Żoliborz 17%
Ursynów 11%
Wilanów 11%
Bielany 10%
Śródmieście 8%
Ochota 8%
Saska Kępa 7%
Wola 4%
Bemowo 4%
Praga – Południe (poza Saską Kępą) 3%

*- Przy obliczaniu wyników uwzględniono tylko lokalizacje posiadające przynajmniej 20 wskazań.

Źródło: opracowanie własne

Faktyczny rozkład mieszkaniowych transakcji jest inny

Zaprezentowane powyżej preferencje internautów, warto porównać z faktycznym rozmieszczeniem wszystkich stołecznych mieszkań kupowanych w 2018 r. Położenie lokali nabywanych w minionym roku, bardzo dobrze pokazuje poniższa mapa przygotowana przez urząd miasta. Informacje z mapy potwierdzają m.in. sporą popularność Białołęki, Pragi – Południe oraz Targówka. „Tani” Ursus też cieszył się zainteresowaniem osób zamierzających kupić warszawski lokal. Stosunkowo niewiele transakcji miało natomiast miejsce na terenie Rembertowa. Trudno się temu dziwić, ponieważ wspomniana dzielnica podobnie jak Wawer oraz Wesoła cechuje się dużym udziałem budownictwa jednorodzinnego. „Tymczasem transakcje dotyczące domów nie zostały uwzględnione na poniższej mapie. Warto przypomnieć, że prezentuje ona tylko zakupy lokali mieszkalnych (zarówno nowych, jak i używanych)” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

NBP nadal nie wprowadza zmian w polityce pieniężnej

W tym tygodniu w końcu poznaliśmy decyzję Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie polskich kredytów we frankach szwajcarskich. Wyrok TSUE okazał się korzystny dla frankowiczów. Trybunał stwierdził, że polskie sądy przy orzekaniu powinny kierować się interesem klienta i mogą unieważniać umowy kredytowe jeśli zawarto w nich nieuczciwe klauzule. Każda sprawa ma być jednak rozpatrywana indywidualnie. Po ogłoszeniu decyzji napięcie na polskim rynku finansowym opadło, co pomogło złotemu się umocnić. Na orzeczenie Trybunału nie mógł zareagować NBP, ponieważ posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej odbyło się przed jego ogłoszeniem. Jednakże, nawet gdyby decyzja TSUE zapadła wcześniej, i tak nie spodziewano się zmian w polityce pieniężnej.

Warto wspomnieć również o sytuacji gospodarczej w USA, gdzie nastąpił spadek indeksów ISM dla usług i produkcji. W przypadku sektora produkcyjnego jest to najgorszy wynik od czasów kryzysu finansowego.

Złoty w tym tygodniu znacznie się umocnił. Miała na to wpływ przede wszystkim decyzja TSUE oraz odbicie od oporu na poziomie 4,38 EUR/PLN. Kurs złotego w stosunku do euro w piątek rano wynosił 4,33 EUR/PLN. Natomiast dolar amerykański lekko się osłabił w stosunku do euro, za co odpowiedzialne są gorsze wyniki makroekonomiczne w tym tygodniu. Wartość eurodolara na koniec tygodnia wynosiła ok. 1,097.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

PPK: najwięcej formalności dopiero przed pracodawcami – stracą specjaliści

Minął prawie kwartał od początku wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych. Od tego momentu już prawie 1320 firm podpisało umowy z instytucjami finansowymi i zdaniem wiceprezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, nic nie wskazuje na to, aby pozostali przedsiębiorcy nie zdążyli do granicznej daty 25 października[1]. Najwięcej pracy jednak dopiero przed nimi. 24 września uchwalono nowy budżet, w którym zniesiono 30-krotność. Co takie regulacje zmieniają dla pracownika i pracodawcy?

W dalszym ciągu nie są do końca znane konsekwencje wprowadzenia PPK w Polsce. Ani pracodawcy, ani pracownicy nie mają jasnej sytuacji jeśli chodzi o koszty zatrudnienia i ich przyszłe emerytury. Będą one widoczne dopiero w perspektywie kilku lat, ale już teraz czekają ich spore zmiany. Najmniej optymistyczne perspektywy rysują się przed wysoko wykwalifikowanym personelem.

Stracą specjaliści

Pracodawcy wskazują, że może dojść do odpływu technologii, kapitału i wykwalifikowanej siły roboczej, szczególnie w branżach, które cechuje wysoka innowacyjność.

– Zniesienie 30 krotności dotknie pracowników, którzy zarabiają powyżej 11 tysięcy miesięcznie. Będzie to skutkować wzrostem kosztów zatrudnienia i w efekcie może znacząco obniżyć wynagrodzenie wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Może się okazać, że Polska nie będzie już dla nich atrakcyjnym miejscem pracy – komentuje Marta Tomaszewska, Kierownik Zespołu Wsparcia Kadry i Płace w firmie KalasoftTaka decyzja będzie miało duży wpływ na zmniejszenie atrakcyjności Polski w zakresie tworzenia miejsc pracy dla kadry wysoko wykwalifikowanej oraz może skłonić potencjalnych inwestorów do zmiany swojej dotychczasowej polityki inwestycji i zatrudnienia. Dużo wyższe koszty zatrudnienia mogą przyczynić się do zastępowania umów o pracę na korzyść tzw. „szarej strefy”. Zgodnie z tym co przewidują pracodawcy, problem mogą stanowić też świadczenia emerytalne a dokładnie rozwarstwienie ich wysokości.

Ogrom pracy przed przedsiębiorcami w związku z Pracowniczymi Planami Kapitałowymi

Na wszystkich tych przedsiębiorstwach, które zbliżają się do daty granicznej objęcia obowiązkiem tworzenia PPK tj.: 01.01.2020 skupia się obecnie obowiązek informowania pracowników o tym, jak działają Pracownicze Plany kapitałowe

[1] https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1431661,ppk-firmy-umowy-o-prowadzenie.html

Ruszyła druga edycja programu Poland Prize powered by Huge Thing

9 zagranicznych startupów bierze udział w drugiej edycji Poland Prize powered by Huge Thing, a siódmej od początku działania akceleratora. Każdy z nich otrzyma grant w wysokości do 45 tys. euro oraz czteromiesięczne wsparcie wykwalifikowanych mentorów, a także miejsce do pracy w Google for Startups Campus Warsaw. Celem inicjatywy jest przyciągnięcie zagranicznych startupów do Polski i umożliwienie im rozwoju. Partnerami Huge Thing są globalne firmy: Santander Bank Polska, Procter & Gamble, SpeedUp Venture Capital Group oraz Google for Startups.

W tegorocznej edycji programu bierze udział 9 startupów, w tym 8 z Europy i jeden z USA. Dwa z nich pochodzą z Ukrainy – Greenbin oraz Ninja Lender, pozostałe to: brytyjski Conundrum, irlandzki Eiravato, estoński – WebTotem, rosyjski Timeflip, łotewski Datainvision, portugalski Parcela Já oraz Vimix z USA.

-Po raz kolejny startujemy z procesem akceleracyjnym dla startupów z zagranicy. Dla firm z Europy Polska jest naturalnym przystankiem w drodze na zachód, a dla startupów spoza Europy to idealna wyskocznia do dalszego rozwoju na naszym kontynencie. Tak, jak w poprzednich edycjach będziemy wspierać startupy w rozwoju poprzez umożliwienie współpracy z najlepszymi ekspertami, pomoc w pozyskiwaniu klientów, a także wsparcie w formie grantumówi Kamila Chmielewska, Program Coordinator w Huge Thing.

Podczas programu, wsparcia udzielać będzie nie tylko zespół Huge Thing, ale
i przedstawiciele partnerów, którymi są Santander Bank Polska, Procter & Gamble, Google for Startups oraz SpeedUp Venture Capital Group – to oni wesprą zespoły swoją wiedzą ekspercką oraz sprawdzą potencjał wdrożenia rozwiązań w tych organizacjach.

-Wszystkie działania, jakie podejmowane są w ramach Poland Prize, czyli zarówno przyznanie grantu jak i mentoring, ale oczywiście także networking, są po to, aby firmy te miały możliwość rozwoju w Polsce – dodaje Chmielewska.

Druga edycja Poland Prize powered by Huge Thing ruszyła z początkiem października. Proces akceleracyjny potrwa do końca stycznia.

Brak podatku u źródła za usługi IT oraz licencje za korzystanie z oprogramowania

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w wydanej 16 sierpnia 2019 r. interpretacji indywidualnej potwierdził, że płatności spółki na rzecz podmiotu powiązanego z tytułu usług wsparcia informatycznego oraz licencji za korzystanie z oprogramowania komputerowego w świetle ustawy o CIT oraz polsko-niemieckiej umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania nie podlegają w Polsce opodatkowaniu podatkiem u źródła (sygn. 0111-KDIB2-3.4010.164.2019.2.HK).

Podatek u źródła, czyli podatek dochodowy z tytułu uzyskanych na terytorium RP przychodów z usług przetwarzania danych, usług doradczych oraz świadczeń o podobnym charakterze, a także z praw autorskich lub praw pokrewnych przez osoby prawne niemające na tym terytorium siedziby lub zarządu, wynosi 20% przychodu (art. 21 ust. 1 ustawy o CIT). Przedsiębiorcy, którzy dokonują z tych tytułów wypłat należności do wysokości nieprzekraczającej w roku podatkowym obowiązującym u wypłacającego te należności łącznie kwoty 2 000 000 zł na rzecz tego samego podatnika, są obowiązani w dniu dokonania wypłaty pobrać zryczałtowany podatek dochodowy (art. 26 ust. 1 ustawy o CIT).

Zgodnie jednak z art. 7 Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i od majątku, podpisanej w Berlinie w dniu 14 maja 2003 r.: „Zyski przedsiębiorstwa Umawiającego się Państwa podlegają opodatkowaniu tylko w tym Państwie, chyba że przedsiębiorstwo prowadzi działalność gospodarczą w drugim Umawiającym się Państwie poprzez położony tam zakład” (Dz.U. z 2005 r. nr 12, poz. 90, zwana dalej UPO).

Usługi IT i licencje w ramach międzynarodowej grupy kapitałowej

Mająca siedzibę na terytorium RP spółka z o.o. podlegająca opodatkowaniu od całości swoich dochodów w Polsce, bez względu na miejsce ich osiągania, prócz głównej działalności świadczy również usługi księgowe na rzecz spółek powiązanych z międzynarodowej grupy kapitałowej. Sama zaś nabywa od spółki-babki będącej niemieckim rezydentem podatkowym usługi wsparcia informatycznego oraz powiązaną z nimi licencję na korzystanie z oprogramowania komputerowego do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. Usługi IT są polskiej spółce niezbędne m.in. do świadczenia usług księgowych. Spółka z o.o. wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że w zakresie nabycia tych usług IT oraz licencji nie będzie zobowiązana do pobrania podatku od źródła.

Licencja końcowego użytkownika

Zgodnie z ustawą o prawie autorskim programy komputerowe podlegają takiej samej ochronie jak utwory literackie (art. 74 ust. 1), co sprawia, że na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych podlegają one zakresowi definicji należności licencyjnych. Jednakże ustawa o CIT w art. 22a wskazuje, że przepisy m.in. art. 21 tej ustawy należy stosować z uwzględnieniem zawartych przez Polskę umów w sprawie unikania podwójnego opodatkowania. Natomiast zawarta z Niemcami UPO w art. 12 pod pojęciem należności licencyjnych wskazuje „wszelkiego rodzaju należności płacone za użytkowanie lub prawo do użytkowania wszelkich praw autorskich do dzieła literackiego, artystycznego lub naukowego” (Dz.U. z 2005 r. nr 12, poz. 90). Identyczną definicję zawiera art. 12 Modelowej konwencji OECD w sprawie podatku od dochodu i majątku. Choć § 13.1 Komentarza do art. 12 tej konwencji stwierdza, że program komputerowy może być traktowany jako utwór literacki, artystyczny lub naukowy, jednakże § 14.2 tego Komentarza precyzuje, że opłaty za jego używanie dla potrzeb własnych ponoszone przez użytkownika końcowego w celu zapewnienia możliwości korzystania z programu nie stanowią należności licencyjnych.

Spółka na poparcie swego stanowiska przytoczyła wydaną przez Dyrektora KIS interpretację z dnia 18 lipca 2018 r., w której ustosunkował się on do ponoszonych przez wnioskodawcę opłat z tytułu nabycia licencji do korzystania z oprogramowania komputerowego od brytyjskiego i niemieckiego kontrahenta: „Zakupiona przez Wnioskodawcę licencja na programy komputerowe umożliwia korzystanie z oprogramowania wyłącznie na jej własne potrzeby zgodnie z ich przeznaczeniem (…) Uzyskana licencja na korzystanie z programu wskazuje, że jest to tzw. licencja końcowego użytkownika. (…) świadczenia wypłacane przez Wnioskodawcę (…) nie mieszczą się w definicji należności licencyjnych i nie podlegają one opodatkowaniu w Polsce podatkiem dochodowym na podstawie art. 21 ust. 1 pkt 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych” (sygn. IPPB5/423-418/14-5/S/PW).

Przesłanka posiadania zakładu w drugim umawiającym się państwie

Ponieważ ponoszone przez spółkę opłaty licencyjne za korzystanie z oprogramowania komputerowego nie podlegają regulacji art. 12 polsko-niemieckiej UPO, zastosowanie do uzyskiwanych przez niemiecką spółkę dochodów licencyjnych powinien mieć art. 7 tej umowy. Zgodnie z jego treścią: „Zyski przedsiębiorstwa Umawiającego się Państwa podlegają opodatkowaniu tylko w tym Państwie, chyba że przedsiębiorstwo prowadzi działalność gospodarczą w drugim Umawiającym się Państwie poprzez położony tam zakład” (Dz.U. z 2005 r. nr 12, poz. 90).

Mając na uwadze fakt, iż niemiecka spółka-babka nie prowadzi na terenie Polski zakładu, jak i ww. interpretację przepisów Modelowej konwencji OECD oraz polsko-niemieckiej UPO, polska spółka-wnuczka zajęła stanowisko, że nie musi pobierać podatku u źródła z tytułu wypłacanych należności za korzystanie z licencji do oprogramowania komputerowego.

Usługi IT nie mają charakteru doradczego

Fakt nieposiadania na terenie Polski zakładu przez niemiecką spółkę-babkę posłużył także polskiej spółce za argument, zgodnie z art. 7 UPO, do niepobierania podatku u źródła w zakresie nabywania usług wsparcia informatycznego. Usługi te nie mieszczą się bowiem w katalogu świadczeń objętych obowiązkiem jego pobierania, wymienionych w art. 21 ust. 1 pkt 2a ustawy o CIT, zarówno zgodnie z przytoczonymi interpretacjami podatkowymi (sygn. 0114-KDIP3-1.4011.282.2017.2.IF z 19.10.2017 r. oraz 0111-KDIB1-2.4010.384.2017.2.BG z 18.01.2018 r. i IBPB-1-2/4510-470/16/MS z 28.06.2016 r.), jak i słownikowym rozumieniem „usług IT”. Trudno bowiem usługom tym przypisać charakter doradczy, skoro ich świadczeniodawca nie będzie udzielał wnioskodawcy porad. Nie stanowią również usług przetwarzania danych, bo przetwarzać to – jak wskazuje słownik PWN – porządkować, zabezpieczać, archiwizować oraz udostępniać zbiory danych, a także opracowywać zbiory danych. A świadczone przez spółkę niemiecką usługi nie spełniają ww. funkcji.

Licencje podlegają podatkowi u źródła, ale jednak nie podlegają

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej przyznał, że usługi IT nie podlegają dyspozycji art. 21 ust. 1 pkt 2a ustawy o CIT. Zatem w związku z treścią art. 7 UPO osiągane z ich tytułu przez niemiecką spółkę przychody, w braku posiadania przez nią na terenie Polski zakładu, będą podlegały opodatkowaniu wyłącznie na terenie Niemiec.

Co do kwestii oprogramowania, organ poinformował, że Polska złożyła w Komentarzu do modelowej konwencji OECD w sprawie podatku od dochodu i majątku, w pkt 43, zastrzeżenie do art. 12 tej Konwencji, zgodnie z którym zastrzega sobie prawo traktowania i opodatkowania jako należności licencyjnych wszelkich dochodów z tytułu oprogramowania, które nie pochodzą z całkowitego przekazania praw do oprogramowania, w tym także dochodów z tytułu użytkowania lub prawa do użytkowania praw autorskich objętych programem komputerowym. Jednakże zastrzeżenie to nie obejmuje swą mocą użytkownika końcowego.

„…należy zatem uznać, że należności z tytułu użytkowania lub prawa do użytkowania programu komputerowego mieszczą się w definicji należności licencyjnych zawartych w art. 12 ust. 3 umowy polsko-niemieckiej. (…) Wnioskodawca nie ma prawa do kopiowania, powielania na potrzeby osób trzecich, modyfikowania oraz rozpowszechniania zakupionego programu komputerowego lub dostępu do baz. Wnioskodawca jest użytkownikiem końcowym (…) Zakres uprawnień nabywcy do korzystania z oprogramowania komputerowego i baz danych jest ograniczony jedynie do wykorzystania ich na własne potrzeby, w określonym czasie. W związku z powyższym nie dochodzi do przeniesienia praw autorskich ani do przekazania tych praw do używania Wnioskodawcy, a co za tym idzie należności za korzystanie z aplikacji IFS oraz oprogramowania Oracle nie są należnościami licencyjnymi w rozumieniu przepisów ww. umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 16 sierpnia 2019 r., sygn. 0111-KDIB2-3.4010.164.2019.2.HK).

Audyt prawno-podatkowy zapewni realizację celów

Współpraca między podmiotami powiązanymi w zakresie korzystania ze wsparcia oferowanego przez wyspecjalizowane w danej dziedzinie jednostki grupy kapitałowej jest powszechnym, uzasadnionym ekonomicznie działaniem. Samodzielne próby podejmowania działań w tych dziedzinach bądź korzystanie z zewnętrznych usług podmiotów trzecich mogą generować znacznie wyższe koszty, lub wpływać na spowolnienie działalności przedsiębiorstwa.

Przygotowując umowy współpracy, umowy zakupu usług oraz planując cały proces optymalizacji działalności przedsiębiorstwa, należy to robić nie tylko przez pryzmat krajowego prawa podatkowego, ale i umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, a przede wszystkim międzynarodowych standardów podatkowych i konwencji. Tak, jak w przytoczonym przykładzie, może to uchronić przed nadmiernymi ciężarami podatkowymi. Zwłaszcza gdy dokona się precyzyjnego z punktu widzenia prawno-podatkowego określenia zakresu świadczonych między podmiotami powiązanymi usług czy też jak w ww. przypadku licencji – zapewni udostępnianie jej wyłącznie użytkownikowi noszącemu – w rozumieniu prawa podatkowego – miano użytkownika końcowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Siła złotego po TSUE

Zgodnie z oczekiwaniami, dzisiejszy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) – istotny w kontekście kredytów frankowych – jest korzystny dla frankowiczów.

Co stwierdził TSUE?

Zgodnie z komunikatem prasowym po decyzji TSUE ws. C-260/18 Kamil Dziubak i Justyna Dziubak przeciwko Raiffeisen Bank International AG: “W zawartych w Polsce umowach kredytu indeksowanego do waluty obcej, nieuczciwe warunki umowy dotyczące różnic kursowych nie mogą być zastąpione przepisami ogólnymi polskiego prawa cywilnego”. I dalej “Jeżeli po usunięciu nieuczciwych warunków charakter i główny przedmiot tych umów może ulec zmianie w zakresie, w jakim nie podlegałyby one już indeksacji do waluty obcej równocześnie podlegając stopie oprocentowania opartej na stopie obowiązującej w odniesieniu do tej waluty, prawo Unii nie stoi na przeszkodzie unieważnieniu tych umów”.

Co oznacza decyzja TSUE?

Decyzja TSUE oznacza, że posiadacze kredytów indeksowanych do CHF zawierających niezgodne z prawem zapisy mogą z większą pewnością ubiegać się o unieważnienie umów kredytowych. Wygląda na to, że decyzje w kwestii tego, czy w takiej sytuacji należy unieważnić całą umowę kredytową, zostawić ją w mocy (za zgodą dłużnika), czy też zastosować inne rozwiązanie (np. przewalutowanie kredytu po kursie zaciągnięcia przy zastosowaniu stopy LIBOR CHF) najpewniej będą musiały podjąć jednak polskie sądy.

W kontekście wyroku TSUE warto wspomnieć, że odnosi się on do kredytów indeksowanych, czyli części zawieranych w Polsce kredytów frankowych. Wielu prawników komentujących wyrok TSUE sugeruje jednak, że otwiera on drogę do walki w sądach o unieważnienie kredytu również kredytobiorcom posiadającym kredyty denominowane w CHF.

Niekorzystny dla banków wyrok TSUE oznacza niemałe koszty, które będą musiały ponieść te instytucje, w których istotną część portfela kredytowego stanowią kredyty frankowe. Najbardziej zaangażowanymi w kredyty frankowe bankami są Getin Noble Bank, Bank Millennium oraz mBank, jednak lista banków jest dłuższa.

Jak zareagował rynek?

Zgodnie z naszą opinią skala obaw rynku związana z wyrokiem TSUE była przesadna. Rynek zareagował w myśl zasady „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”, a złoty po ogłoszeniu wyroku TSUE doświadczył umocnienia, w pełni odrabiając straty, których doświadczył po informacji z dnia 20 października, kiedy poznaliśmy datę ogłoszenia wyroku TSUE.

Kurs EUR/PLN (wrzesień ‘19-październik ‘19)

Kurs EUR PLNŹródło: Bloomberg Data: 03/10/19

Dziś wyraźnie wzrósł również wolumen obrotu akcjami banków zaangażowanych w kredyty frankowe. Zmienność na rynku w okolicy ogłoszenia wyroku była wyjątkowo duża. Po jego ogłoszeniu ceny akcji części „frankowych” banków wzrosły.

Ceny akcji mBanku (lewa oś) oraz Banku Millennium (prawa oś) (03/10/19)

Ceny akcji mBankuŹródło: Bloomberg Data: 03/10/19

Zachowanie to nie jest jednak regułą – cena akcji mniej zaangażowanego w kredyty frankowe od banków wymienionych powyżej, PKO BP spada. Na czerwono świeci się dziś również indeks WIG-Banki (w którym największy udział ma właśnie wspomniany PKO BP).

Cena akcji PKO BP (lewa oś) i indeks WIG-Banki (prawa oś) (03/10/19)

Cena akcji PKO BPŹródło: Bloomberg Data: 03/10/19

Jak na wyrok zapatrują się regulatorzy?

Polski złoty, jeszcze wczoraj pozytywnie reagował na retorykę prezesa Narodowego Banku Polskiego, Adama Glapińskiego, który podczas konferencji prasowej po spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej sugerował, że kwestia wyroku TSUE nie budzi w nim większych obaw.

Dziś rynki obiegł również komunikat prasowy Komisji Nadzoru Finansowego, którego ton jest uspokajający. Cytując jego fragment: „W ocenie Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) sektor bankowy w Polsce jest dobrze skapitalizowany i bezpieczny. Polityka realizowana od długiego czasu przez Komisję i inne instytucje sieci bezpieczeństwa finansowego spowodowała, że banki z dużym udziałem kredytów walutowych zostały zobowiązane do posiadania odpowiednich kapitałów, co jest czynnikiem ograniczającym ryzyko związane z tymi kredytami”.

Co dalej z polskim złotym?

Jak wspominaliśmy wcześniej, naszym zdaniem w dłuższym terminie rozwiązanie problemu kredytów frankowych, ciągnącego się za sektorem od lat nie powinno negatywnie przekładać się na zachowanie polskiej waluty. Ostatecznie zniknie bowiem problem, który był jednym z kluczowych wewnętrznych czynników ryzyka, wpływających na pewną niechęć inwestorów do polskiego złotego w ostatnich latach.

W kolejnych dniach optyka inwestorów powinna się zmienić – spodziewamy się, że na pierwszy plan najpewniej znów wysunie się sytuacja zewnętrzna, znaczenie w kontekście zachowania złotego powinno mieć również nastawienie inwestorów do perspektyw działań Rady Polityki Pieniężnej. Liczymy, że kolejne kwartały przyniosą poprawę sentymentu względem aktywów ryzykownych. W przeciwieństwie do części rynku nie spodziewamy się również luzowania polityki pieniężnej ze strony Rady Polityki Pieniężnej w kolejnych latach, a raczej sytuacji zgoła odwrotnej. W związku z powyższym cały czas liczymy na umocnienie polskiej waluty w relacji do euro i dolara amerykańskiego w kolejnych kwartałach.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

TSUE umocnił złotego

Polski złoty miał wczoraj wyjątkowo dobry dzień. Notowaniom polskiej waluty mocno pomogła decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który wsparł frankowiczów w walce z nieuczciwymi zapisami umów kredytowych, ale równocześnie nie pogrążył polskiego systemu bankowego.

Werdykt korzystny nie tylko dla kredytów indeksowanych?

Rozmawiając o wyroku, warto wspomnieć, że formalnie nie dotyczy on wszystkich pożyczek frankowych. Zasadniczo odnosi się tylko do jednego ich rodzaju, czyli indeksowanych do waluty. Jest to rodzaj kredytu, w którym kwota zobowiązania podana jest w złotych, ale wypłacana w walucie obcej przeliczanej od razu na PLN. Takie rozwiązanie pozwalało na podpięcie kredytu pod stawki LIBOR zamiast WIBOR i odwzorowywanie jego wartości w walucie. Warto nadmienić, że ten mechanizm pojawiał się również w pożyczkach w innych walutach niż CHF i wyrok dotyczy także tych produktów. Teoretycznie decyzja Trybunału nie odnosi się do drugiego typu kredytów, w których kwota zadłużenia była podana od razu w obcej walucie (denominowanych). Trzeba podkreślić, że nie bez powodu używamy tu słowa “teoretycznie”. Orzeczenie TSUE to tylko (i aż) wskazówka dla polskich sądów. Dopiero praktyka naszej temidy, czyli sposób i zakres realizacji zaleceń, które znalazły się w uzasadnieniu do tej decyzji, da nam ostateczną odpowiedź, jak szeroko zamierzają je stosować sędziowie. Dopiero wtedy zobaczymy też, jak układają się relacje finansowe banku z klientem po operacji anulowania kredytu.

Niespodziewana siła złotego

Po wczorajszej decyzji najbardziej niezadowoleni byli eksporterzy. PLN bardzo szybko zaczął ruch umacniający go względem głównych walut. Euro staniało o 3 grosze z 4,36 zł na 4,33 zł. Jeszcze mocniej staniał frank, bo aż o 4 grosze z 3,99 zł na 3,95 zł. Jest to miła niespodzianka dla posiadaczy kredytów denominowanych, którzy (przynajmniej na razie) nie są bezpośrednimi beneficjentami wyroku TSUE. Dolar i funt straciły na wartości względem złotego odpowiednio 4 i 3 grosze. Na warszawskim parkiecie w górę szła też większość banków, aczkolwiek nie wszystkie. Powodem takiej reakcji rynków jest uniknięcie przez Polskę najczarniejszego scenariusza dla systemu bankowego. Wiele osób obawiało się go po wcześniejszym komentarzu rzecznika Trybunału (z reguły jego stanowisko jest bardzo zbliżone do ostatecznych rozstrzygnięć).

Słabsze dane z USA

Inwestorzy czekali na dobry moment, aby zamknąć inwestycje w dolara. Nie wiadomo, czy wczoraj była najlepsza chwila, ale wielu z niej skorzystało. Pretekstem do przeceny USD były najnowsze amerykańskie odczyty. O godzinie 16:00 poznaliśmy wyniki zamówień na dobra oraz indeks ISM. Zamówienia były niemal dokładnie równe przewidywaniom, ale zdecydowanie gorzej wypadł indeks ISM. Spadł on od ostatniego badania o 6,3 pkt, przy czym analitycy oczekiwali spadku o zaledwie 2,5 punktu. Efektem tych danych było umocnienie się euro względem dolara i właśnie dlatego wczoraj PLN zyskał bardziej względem USD niż EUR.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – handel zagraniczny,
  • 14:30 – USA – rynek pracy,
  • 20:00 – USA – wystąpienie szefa FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Firmy branży IT chcą powołania Instytucji ds. Rozwoju Sztucznej Inteligencji

Nawet 30-procentowy roczny wzrost działalności i miliard złotych obrotów, a do tego eksport większości swoich usług. W bieżącej działalności polskich MŚP z sektora IT obok wielu sukcesów nie brakuje jednak wyzwań. Aby wzmocnić głos krajowych firm IT, reprezentujących strategiczny dla Polski sektor gospodarki, powołana została Organizacja Pracodawców Usług IT (ang. Software Development Association Poland – SoDA). Związek postuluje m.in. powołanie współpracującej z biznesem i przez niego współfinansowanej instytucji naukowej zajmującej się badaniami nad sztuczną inteligencją. Jednak niewystarczająca współpraca środowisk naukowych z biznesem to nie jedyne wyzwania, z którymi mierzą się firmy programistyczne. Debata im poświęcona odbędzie się w trakcie 9. Europejskiego Kongresu MŚP w Katowicach.

Polskie software housy dobrze sobie radzą

Wedle szacunków około 1000 polskich firm kwalifikuje się do miana producenta oprogramowania. Według szacunków skupiającej takie przedsiębiorstwa Organizacji Pracodawców Usług IT pracuje w nich nawet 50 tys. pracowników. Spośród ponad 250 tysięcy, które w naszym kraju pracują jako programiści. Polscy producenci oprogramowania skutecznie konkurują na zagranicznych rynkach. Osiągają spektakularne sukcesy, a ich współpraca z zagranicznymi klientami trwa nawet po 20 lat. Szacuje się, że ich łączne roczne obroty kształtują się na poziomie ok. 1 mld PLN. Firmy te notują wzrosty przekraczające nawet 30 proc. (r/r), a większość swoich usług (70 proc.) eksportują.

Jednak polskie firmy programistyczne odczuwają coraz silniejszą presję ze strony konkurencji z krajów, które również oferują ciekawe rozwiązania IT, a także jak np. Bułgaria czy Rumunia niższe koszty.

– Mamy dobrych inżynierów i dobre rozwiązania, lecz trzeba ten potencjał nieustannie umiejętnie promować. Jeśli chcemy utrzymać dobrą pozycję na światowych rynkach, to musimy o to zabiegać. Nie bez znaczenia są również kwestie lobbowania za rozwiązaniami, które będą pomocne w pokonaniu najważniejszych barier utrudniających rozwój polskiej branży IT – mówi Michał Sztanga, dyrektor zarządzający Future Processing, jednej z firm członkowskich Organizacji Pracodawców Usług IT.

Organizacja Pracodawców Usług IT głosem branży

Głosem MŚP polskiego sektora IT jest Organizacja Pracodawców Usług IT (ang. Software Development Association Poland – SoDA). W organizacji, powołanej w 2018 roku, zrzeszone są 63 firmy, choć przedsiębiorstw w nieformalnej sieci jest już kilkaset.
– Impulsem do powołania związku była między innymi chęć nawiązania współpracy pomiędzy firmami o podobnym profilu i podobnych wyzwaniach, dzięki której możemy wspierać się w bieżącej działalności operacyjnej. Chcemy, aby dzięki takiemu zjednoczeniu głos firm mających niebagatelny udział w budowie nowoczesnej polskiej gospodarki był bardziej słyszalny wśród decydentów. Branża IT to przecież jeden ze strategicznych kierunków jej rozwoju – mówi Bartosz Majewski, prezes SoDA, oraz własnej firmy Codibly. – Posługujemy się angielskim odpowiednikiem nazwy ze względu na międzynarodowe środowisko, w jakim funkcjonujemy. Promujemy polskie firmy za granicą i stąd potrzeba posługiwania się zrozumiałą na całym świecie marką – dodaje.

Problemy polskich producentów oprogramowania – problemami polskiej gospodarki

Mimo odnoszonych sukcesów polska branża IT ma również swoje bolączki. Pomimo ogromnego potencjału, produkuje wartość intelektualną dla firm zachodnich, pozycjonując się tym samym dość nisko na drabinie wartości dodanej. W opinii SoDA jedną z najważniejszych kwestii jest niewystarczająca współpraca środowisk naukowych z biznesem. Dlatego organizacja postuluje powołanie ściśle współpracującej z firmami i współfinansowanej przez przedsiębiorców, instytucji naukowej, która będzie zajmować się badaniami nad sztuczną inteligencją.

– Współpraca biznesu i nauki jest niezbędna, jeżeli chcemy mówić o większej wartości dodanej, a w szczególności o rozwijaniu innowacyjnych produktów. Efekty tej kooperacji wykorzystywane byłyby przy opracowywaniu innowacyjnych na światową skalę rozwiązań z wielu dziedzin, takich jak FinTech i Przemysł 4.0, między innymi w zakresie elektromobilności oraz e-Commerce.

Widzimy również potrzebę utworzenia instytucji w Polsce zajmującej się rozwojem sztucznej inteligencji – mówi Konrad Weiske, wiceprezes SoDA oraz Chief Executive Officer w Spyrosoft.

Skupieni w SoDA przedstawiciele firm programistycznych postulują także rozważenie wprowadzenia zmian przeciwdziałających wzrostowi kosztów w branży. To pozwoliłoby polskim firmom na zgromadzenie środków finansowych na inwestycje w najbardziej zaawansowane technologie umożliwiające utrzymanie się na rynku, dalsze zwiększanie wartości dodanej oraz tworzenie własnych produktów, które staną się produktem eksportowym polskiej branży IT.

Innym palącym problemem są też stale rosnące koszty pracy programistów, co już teraz doprowadza do utraty konkurencyjności zarówno firm polskich, jak i ulokowanych w Polsce oddziałów zachodnich firm.

– W przeciągu kilku lat będzie to skutkowało negatywnymi dla gospodarki naszego kraju zjawiskami. Przenoszeniem miejsc pracy do krajów o niższych kosztach na przykład do Indii, Filipin, Wietnamu, na Ukrainę, Białoruś czy do Rumunii. Obawiamy się również stagnacji zarobków w branży, a tym samym wyhamowania wzrostu zamożności tysięcy polskich rodzin, a także zmniejszeniem ilości dobrze płatnych miejsc pracy w Polsce – mówi Konrad Weiske.

Barierą w rozwoju jest również ograniczony dostęp do pracowników.

– Zasadnym a jednocześnie korzystnym dla budżetu państwa rozwiązaniem byłoby stworzenie „programu wprowadzającego” dla osób chcących się przebranżowić i rozwijać zawodowo jako programiści. Koszty zatrudnienia byłyby w pierwszym roku równo podzielone pomiędzy państwo i pracodawcę. Taki wydatek, będący de facto inwestycją, szybko zwróciłby się w formie wpływów z podatków CIT, PIT i VAT. Korzyścią dla firm IT byłaby możliwość bardziej dynamicznego rozwoju, dzięki zatrudnieniu większej liczby pracowników – ocenia Konrad Weiske.

Przedsiębiorcy doceniają działania prowadzone w ramach programu GovTech m.in. w obszarze przetargów publicznych.

– Rząd, dzięki działaniom programu, wychodzi naprzeciw potrzebom Software house-ów. Liczymy na pogłębienie przynoszącej konstruktywne rozwiązania współpracy, dlatego przedstawicieli GovTech nie mogło zabraknąć na organizowanej przez Organizację Pracodawców Usług IT konferencji, która towarzyszyć będzie Europejskiemu Kongresowi MŚP w Katowicach – wyjaśnia Bartosz Majewski, prezes SoDA.

SoDA zaprasza na EKMŚP w Katowicach

Podczas Konferencji SoDA poznamy także doświadczenia firm i osób tworzących podstawy sukcesu polskiego sektora IT, w szczególności z perspektywy MŚP. Uczestnikami będą polscy przedsiębiorcy prowadzący działalność na rynkach poza Polską oraz zagraniczni specjaliści. W trakcie wydarzenia zaprezentowany zostanie również Raport Fundacji Kronenberga dotyczący branży IT. Konferencja odbędzie się 18 października 2019, w trakcie trzeciego dnia Europejskiego Kongresu MŚP w Katowicach.
***

Relacja z VII edycji IT Future Expo

26 września na stadionie Legii w Warszawie odbyła się VII edycja dorocznego spotkania elity polskiego IT, poświęcona technologiom dla biznesu. Każdy z nas miał szansę dowiedzieć się, co naprawdę napędza branżę IT. Firmy prezentowały aktualne trendy w rozwoju technologii dla biznesu. Jak co roku, uczestnicy mogli wymienić się doświadczeniami oraz pozyskać cenną wiedzę oraz nowych Partnerów Biznesowych.

W targach wzięło udział szerokie gremium ekspertów i specjalistów z całej branży IT. Dzięki temu, udało nam się stworzyć idealną atmosferę networkingową. Wyselekcjonowane grono Liderów IT oraz kluczowych ekspertów branżowych, umożliwiło uczestnikom wymianę merytorycznej i trudno dostępnej wiedzy.

Oprócz firm z Polski, w roli wystawców zaprezentowały się również firmy z zagranicy, co bez wątpienia sprzyjało licznej frekwencji. IT Future Expo jest imprezą międzynarodową, co raz bardziej rozpoznawalną i cenioną również na rynkach zagranicznych.

25  września, inauguracją targów była jak zawsze – Gala IT Future Awards, która wyłoniła najlepsze rozwiązania i usługi IT na polskiej arenie informatycznej. Już po raz szósty, firmy technologiczne przystąpiły do wielkiej rywalizacji o miano Lidera IT.
Kolejna edycja Konkursu
, była podsumowaniem dokonań całej branży technologicznej w bieżącym roku.

Laureaci dowiedzieli się o swoim zwycięstwie podczas Gali IT Future Awards 25 września na Stadionie Legii. Wówczas odebrali statuetki za dokonane osiągnięcia. Goście wydarzenia mieli okazję poznać przodujące firmy sektora IT w Polsce i Europie, a także spotkać przedstawicieli kadry zarządzającej oraz innych, ważnych reprezentantów otoczenia branży informatycznej.IT Future_2019_mm_822 IT Future_2019_mm_772 IT Future_2019_mm_759 IT Future_2019_mm_480 IT Future_2019_mm_173 IT Future_2019_mm_833

 Niezmiernie miło jest nam przedstawić tegorocznych Laureatów Konkursu Liderzy IT 2019:

? AI FORCE 1 z produktem Chatbot – Panel Trenera, narzędzie do wirtualizacji pracowników, w kategorii BI Trends
? Pirxon z produktem Pirxon Robot w kategorii BPM Leader
? 3S Data Center z produktem 3S Cloud2B Backup w kategorii Cloud Computing
? Agraf Systemy Interaktywne z Monitorem Interaktywnym Newline VN w kategorii Computer & Equipment Technology
? HSC z z systemem okablowania strukturalnego AIM FUTURE-PATCH TKM wraz z oprogramowaniem DCIM PATCH MANAGER w kategorii Data Center Leader
? Samito – formerly SaveCart z produktem rozpoznawania obrazów dla e-commerce w kategorii E-commerce Innovation
? wfirma.pl – Księgowość Online z produktem wFirma.pl w kategorii ERP Trends
? CRIF India z produktem Credit Check System Wymiany Informacji, w kategorii Industry Dedicated IT Solutions
? ATEN Poland z produktem ATEN KVM over IP Matrix System w kategorii Infrastructure Innovation
? Cloudware Polska Sp. z o.o. z produktem Next Vision One w kategorii Innowacja Roku 2019
? Cypherdog Security z produktem Cypherdog w kategorii IT Security
? Matrix42_de z produktem Matrix42 Workspace Management w kategorii IT Services Leader
? SOTI Inc. z produktem SOTI ONE Platform – Enterprise Mobility Management w kategorii Mobile Trends
? Archman z produktem Business Navigator w kategorii Workflow Management

Gratulujemy wygranej i życzymy dalszych sukcesów!

Jak co roku, kluczowym punktem merytorycznym podczas Gali IT Future Awards była Debata Liderów Branżowych – Bezpieczeństwo w erze cyfrowej transformacji. W debacie wzięło udział 6 Panelistów. Moderatorem był Pan Damian Klimas.

Po wnikliwej dyskusji odbył się bankiet, w trakcie którego Goście mieli czas na zacieśnienie relacji biznesowych i chwilę relaksu.

Wieczór został wzbogacony o część artystyczną. W tym roku, swym pięknym głosem oczarowała widownię Patrycja Malinowska. Wokalistka wprowadziła uczestników w przyjemny nastrój i choć na chwilę zmniejszyła napięcie, które towarzyszyło w oczekiwaniu na wyniki konkursu Liderzy IT 2019.

Podczas samych targów, uczestnicy mogli zdobyć cenne informacje m.in. z zakresu cyberbezpieczeństwa, przetwarzania danych, infrastruktury IT, elektronicznego obiegu dokumentów, czy złożonych procesów biznesowych. Wystawcy dzielili się swoimi doświadczeniami, chętnie udzielali porad i odpowiadali na pytania techniczne.

Jak co roku, tradycją była strefa 3D, gdzie uczestnicy mogli podziwiać technologie drukarek 3D.

Gościem Specjalnym eventu był znany Autor Bloga – Artur Kurasiński, który przybliżył nam tematykę sztucznej inteligencji. Słuchacze mogli dowiedzieć się dlaczego tak wiele osób boi się sztucznej inteligencji o co niesie za sobą ta technologia w przyszłości dla całej populacji jak i biznesu. Prelegent przedstawił fakty oraz mity dotyczące AI.

Wydarzenie odbyło się pod Patronatem Honorowym Ministerstwa Cyfryzacji, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, a także Polskiego Towarzystwa Informatycznego.

Sponsorem Strategicznym targów była firma Archman, która przygotowała zjawiskowe stoisko wystawiennicze, co bez wątpienia przykuło uwagę odwiedzających. Pan Marcin Kowalski – Prezes firmy Archman, podczas swojego wystąpienia, opowiedział o budowie aplikacji biznesowych. Prelekcja była na wysokim poziomie merytorycznym, o czym świadczyła frekwencja słuchaczy.

Wydarzeniem wiodącym pod względem merytorycznym, był niewątpliwie IT Future Congress. Nie zabrakło prelekcji z zakresu bezpieczeństwa IT, data center, BPM, czy sztucznej inteligencji. Pan Michał Kurek rozpoczął wykład inauguracyjny i przykuł uwagę słuchaczy prelekcją o metodach ochrony przed zaawansowanymi cyberatakami. Bardzo dobrze ocenioną prelekcją wśród uczestników był wykład Pana Grzegorza Filarowskiego z firmy LOG Systems, który opowiedział o wzroście roli systemów ITSM w działach biznesowych.

Najbardziej kluczowym punktem kongresu była Debata – Czy warto robotyzować procesy biznesowe? Moderatorem był Pan Jarosław Żeliński, a w dynamicznej dyskusji wzięli udział Paneliści:

  • Wojciech Szremski, RPA CoE Head / Schaeffler Global Services
  • Sebastian Drzewiecki, Dyrektor Zarządzający – GSK
  • Agnieszka Belowska-Gosławska, Group Head of Robotics – Nordea Bank Abp
  • Marcin Basaj, Dyrektor IT- Fraikin
  • Michał Marlinga, Senior Vice President – Citi
  • Marcin Kowalski, Prezes Zarządu – Archman Sp. z o.o.
  • Jan Karasek, Partner, Management Consulting – KPMG Advisory Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością sp.k.

Wszechstronne spektrum zagadnień poruszonych podczas kongresu, przyciągnęło bardzo liczne grono odpowiednio stargetowanych odbiorców.

Tegoroczną edycję targów odwiedzili m.in.: Dyrektorzy IT, IT Managerowie, osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo IT, Właściciele firm, a także Prezesi i Członkowie Zarządów. Wśród uczestników znaleźli się przedstawiciele wielu branż m.in.:

  • Administracji Publicznej
  • Energii i Surowców
  • Finansów
  • FMCG oraz Retail
  • Motoryzacji
  • Nauki i Edukacji
  • Przemysłu i Produkcji
  • Telekomunikacji
  • Transportu

Taki dobór grupy docelowej sprawił, iż łatwiej było nawiązywać relacje biznesowe Wystawcom. A poniżej kilka opinii:

Jesteśmy bardzo zadowoleni z targów. Nawiązaliśmy wiele nowych kontaktów i przeprowadziliśmy ciekawe rozmowy na temat nowych, potencjalnych projektów. Umiejscowienie naszego stoiska było bardzo dobre. Wszystko co zamówiliśmy było na miejscu. Dziękujemy za organizację i przygotowanie targów. innovaphone AG

Bardzo dziękuję za kolejny rok goszczenia nas na tak fajnym wydarzeniu. Zmianę miejsca targów oceniam bardzo pozytywnie. W moim subiektywnym odczuciu było więcej odwiedzających 🙂 Gratuluję organizacji. MTT Polska

Ogólnie stwierdzamy, że były to pierwsze targi, po których mamy konkretne spotkania handlowe i początki dyskusji z kilkoma znaczącymi sieciami handlowymi, na których nam najbardziej zależy. Xnet Communications, Ltd.

W imieniu Organizatora – Wszystkim Wystawcom oraz zwycięzcom Konkursu życzymy samych sukcesów w dalszej pracy i doskonaleniu swoich rozwiązań, a Sponsorom i Patronom Medialnym dziękujemy za wsparcie imprezy! Dziękujemy za liczne przybycie oraz aktywne uczestnictwo wszystkim Zwiedzającym i Słuchaczom i do zobaczenia już niebawem!

Wykup samochodu z leasingu na cele osobiste bez podatku

Osoby fizyczne, prowadzące działalność gospodarczą, użytkujące samochody osobowe w ramach leasingu operacyjnego na koniec okresu umowy stają przed decyzją odnośnie do wyboru sposobu wykupu pojazdu. Możliwości są zależne od umowy leasingu, ale najczęściej spotykany jest wykup pojazdu „na firmę”, czyli do dalszego wykorzystywania w działalności. Większość firm oferuje także możliwość wykupu tzw. prywatnego, tj. na cele osobiste podatnika. Decyzja dokonana w momencie wykupu ma istotny wpływ na dalsze rozliczenia podatkowe związane z użytkowaniem pojazdu oraz jego sprzedaż. W związku z tym każdorazowo decyzja o wykupie pojazdu powinna zostać dokładnie przemyślana, zwłaszcza pod kątem wynikających z niej efektów podatkowych.

Wykup pojazdu „na firmę”

W przypadku wykupu pojazdu do celów prowadzenia dalszej działalności gospodarczej kwestia rozliczenia podatkowego zależy od sposobu użytkowania samochodu.

Jeżeli samochód ma być wykorzystywany jedynie na potrzeby działalności gospodarczej, podatnik będzie mógł co do zasady odliczyć pełną kwotę podatku VAT związaną z zakupem oraz kosztami eksploatacji pojazdu. Niezbędne jest jednak poinformowanie urzędu o wykorzystaniu samochodu osobowego jedynie na potrzeby działalności gospodarczej oraz prowadzenie odpowiedniej ewidencji. Dobrą praktyką jest także przygotowanie odpowiedniego regulaminu/instrukcji wykluczającej możliwość użytku mieszanego, tzn. także na cele prywatne, gdyż w przeciwnym razie nawet jednorazowe wykorzystanie na cele prywatne może skutkować zakwestionowaniem przez ograny podatkowe odliczenia VAT w całości.

W przypadku wykorzystania pojazdu na cele mieszane tj. na potrzeby działalności gospodarczej oraz prywatne podatnik co do zasady ma prawo do odliczenia 50% VAT naliczonego, wykazanego na fakturach za zakup pojazdu oraz materiałów i usług związanych z eksploatacją. Nie trzeba przy tym prowadzić żadnej ewidencji oraz udowadniać, że wydatek został poniesiony w związku z działalnością gospodarczą.

W przypadku sprzedaży samochodu osobowego wykupionego „na firmę” powstaje konieczność odpowiedniego opodatkowania VAT transakcji. Nie ma przy tym znaczenia, czy pojazd wykorzystywany był tylko do działalności gospodarczej, czy do użytku mieszanego. W efekcie wartość pojazdu powinna uwzględniać opodatkowanie VAT wg stawki 23%. Ponadto należy odprowadzić podatek dochodowy od sprzedaży pojazdu. Jeżeli więc wartość pojazdu to 61 500 zł, to kwota netto wyniesie 50 000 zł. Należy ją jeszcze pomniejszyć o efekt podatku dochodowego (załóżmy 18%) i w efekcie kwota, jaka pozostaje podatnikowi po rozliczeniu podatków to 41 000 zł.

Wykup na cele osobiste

Część firm leasingowych umożliwia podatnikowi wykup używanego samochodu osobowego na cele osobiste. W takim przypadku opodatkowanie transakcji wygląda inaczej. Warto wskazać, że taka możliwość dotyczy głównie osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, gdyż w tym przypadku stroną umowy jest co do zasady ta sama osoba.

W przypadku wykupu na cele osobiste podatnika nie przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT z faktury sprzedaży wystawionej przez firmę leasingową. Potwierdza to interpretacja Dyrektora KIS z dnia 15 maja 2018 r. (sygn. 0115-KDIT1-2.4012.231.2018.1.RS). Jest to też zgodne z podstawową zasadą odliczenia VAT naliczonego, wyrażoną w art. 86 ust. 1 ustawy o VAT, tj. brak prawa do odliczenia w sytuacji, gdy wydatek nie był związany z działalnością opodatkowaną.

Należy podkreślić, że w przypadku zakupu pojazdu na cele osobiste podatnika, nie będzie on także uprawniony do odliczenia podatku VAT od zakupu materiałów i usług eksploatacyjnych, jak np. paliwo, naprawy, myjnia itp.

Ponadto, jeżeli w istocie wykupiony po zakończeniu umowy leasingu operacyjnego samochód nie będzie stanowił składnika majątku firmy, to przychód uzyskany ze sprzedaży tego samochodu nie będzie stanowił przychodu z działalności gospodarczej. Zbycie samochodu zgodnie ze stanowiskiem fiskusa wyrażonym m.in. w interpretacji indywidualnej z dnia 3 lipca 2019 (sygn. 0115-KDIT2-3.4011.259.2019.1.JG) należy zakwalifikować do źródła przychodów, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. d) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, czyli do odpłatnego zbycia rzeczy. W takiej sytuacji przychód nie powstanie, jeżeli zbycie rzeczy będzie miało miejsce po upływie pół roku, licząc od końca miesiąca, w którym nastąpiło jej nabycie (wykup z leasingu). Natomiast w przypadku sprzedaży przedmiotowego samochodu przed upływem pół roku, licząc od końca miesiąca, w którym nastąpiło jego nabycie (wykup z leasingu), powstanie obowiązek podatkowy na podstawie ww. przepisu. Dodatkowo sprzedaż pojazdu z majątku osobistego podatnika nie będzie podlegała opodatkowaniu VAT.

Przykładowo, jeżeli wartość pojazdu wynosi 61 500 zł, to w przypadku sprzedaży z majątku osobistego po upływie pół roku od zakupu pojazdu od firmy leasingowej będzie można sprzedać go za 61 500 zł bez konieczności zapłaty podatku VAT oraz podatku dochodowego. Nabywca będzie zobowiązany uiścić jedynie podatek od czynności cywilnoprawnych. Przy sprzedaży przed upływem półrocznego okresu należy pamiętać o konieczności zapłaty podatku dochodowego wg odpowiedniej stawki.

Podsumowanie

Kwestia wykupu pojazdu od firmy leasingowej jest wielowątkowa. Pod uwagę należy wziąć nie tylko kwotę wykupu, ale także sposób użytkowania pojazdu po wykupie, utratę wartości w czasie oraz decyzję o ewentualnej sprzedaży. Odpowiednia analiza skutków podatkowych może przynieść podatnikowi znaczne oszczędności podatkowe. Warto przy tej okazji skonsultować się z doradcą podatkowym, który przedstawi szczegółowo wpływ podatków na dany sposób wykupu pojazdu.

Autor:

radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ile za ile? Koszty budowy autostrad

Oceniając postępy w realizacji inwestycji drogowych w Polsce trzeba pamiętać, że parametry jezdne polskich autostrad są jednymi z najwyższych w Unii Europejskiej. Budowane są według najwyższych standardów technicznych i środowiskowych. Koszt budowy 1 km autostrady to nawet około 35 mln zł, jak wynika z autorskich obliczeń Multiconsult Polska na podstawie analizy kosztowej odcinka A1. Czy i dlaczego jest „tak drogo” oraz co wpływa na ostateczną cenę realizacji drogowych inwestycji? Eksperci Multiconsult Polska wyjaśniają w najnowszym raporcie o stanie polskich autostrad.

Ile to kosztuje?

Koszty budowy autostradWedług danych GUS w 2017 roku nakłady inwestycyjne na drogi publiczne w Polsce wyniosły ponad 24,13 mld zł. Co więcej, według danych GDDKiA w ramach realizacji PBDK 2014-2023 (z perspektywą do 2025 r.), ogłoszonych zostało już 176 postępowań przetargowych na roboty budowlane o łącznej długości 2257,9, km. Podpisano 165 umów na roboty budowlane o łącznej długości 2 122,1 km na kwotę ok. 70 mld zł[1].

Warto podkreślić, że gwałtowny wzrost cen materiałów, brak rąk do pracy oraz znacząco zwiększone zarobki pracowników, a także trudności logistyczne i niedoszacowane stare umowy wpłynęły na wzrost cen nowych kontraktów. Do tego cały czas mamy do czynienia z trudnymi relacjami kontraktowymi. W tym roku mieliśmy aż 10 zerwanych umów na budowy dróg. Ich przyczyny były prozaiczne – brak odpowiednich marż. Jeśli ceny materiałów wzrosły o kilkadziesiąt procent to firmy z marżami na poziomie 3-4 proc. nie były w stanie dotrzymać umów podpisanych kilka lat temu – wskazuje Jarosław Wielopolski, Prezes Multiconsult Polska.

Szacowanie kosztów budowy drogi zależy od jej charakteru – czy jest to autostrada, droga ekspresowa czy droga klasy GP. Każda ma szereg wymagań technicznych od najdroższych po umiarkowane. Do tego dochodzą: wykup gruntów – im bardziej zurbanizowane tereny, tym drożej, ukształtowanie terenu, wymagany przez zamawiającego plan oraz niweleta, liczba i rodzaj obiektów, w tym bardzo kosztownych związanych z ochroną środowiska czy wzmocnieniem podłoża.

Według autorskich obliczeń firmy Multiconsult Polska koszt budowy 1 km autostrady to 35 mln zł (na przykładzie A1 – odcinek C). Należy jednak brać pod uwagę, że nakłady finansowe różnią się od siebie w przypadku poszczególnych odcinków jednej trasy. Dobrym przykładem jest porównanie fragmentów autostrady A1 na Śląsku z tymi w okolicach Częstochowy i Łodzi. Odcinki w terenie mocno zurbanizowanym, górzystym i czasami ze szkodami górniczymi wymagały dużych nakładów finansowych. Koszt wybudowania 1 km fragmentów A1 Pyrzowice – Piekary Śląskie, Piekary Śląskie – Maciejów i Maciejów – Sośnica wynosił odpowiednio 99,9 mln, 51,0 mln, 135,7 mln zł netto. Natomiast odcinki autostrady A1 w woj. łódzkim i w okolicy Częstochowy w terenie stosunkowo płaskim, niezurbanizowanym wyniosły w przeliczeniu na 1 km: węzeł Kamieńsk (bez węzła) – węzeł Radomsko (z węzłem) – 27,9 mln zł netto, węzeł Radomsko – granica województw łódzkiego i śląskiego – 39,2 mln zł netto, Tuszyn (bez węzła) – węzeł Piotrków Południe (z węzłem) – 24,6 mln zł netto.

A co ze środowiskiem?

Koszt urządzeń ochrony środowiska w ramach budowy dróg szybkiego ruchu jest bardzo wysoki. Dotyczy to głównie przejść dla zwierząt. Instytut Badawczy Dróg i Mostów podaje, że łączna wartość nakładów finansowych budowy, przebudowy lub dostosowania wszystkich rodzajów przejść dla zwierząt, poniesionych w latach 1996-2016 wyniosła około 7 mld zł. Przygotowanie jednego takiego rozwiązania generuje ogromne koszty. Jak podaje Instytut, przeciętna budowa przejścia dla średnich i dużych zwierząt w GDDKiA wyniosła około 7,8 mln zł.

Multiconsult Polska przygotowuje koncepcje programowe dla trzech odcinków planowanej autostrady A2, od Mińska Mazowieckiego do granicy państwa. Na jednym fragmencie od Mińska Mazowieckiego do Siedlec, o długości około 37 km, planowane są do realizacji łącznie 54 przejścia, w tym 9 dla zwierząt dużych (w tym 3 górne), 6 dla zwierząt średnich (w tym 1 górne) oraz 17 przejść dla zwierząt małych i 22 przepusty dla płazów. Przykładowy szacowany koszt przejścia górnego dla dużych zwierząt (o szerokości użytkowej 70 m) na tej autostradzie może wynieść około 20-30 mln zł. Natomiast przejścia dolnego dla dużych zwierząt waha się między 9-10 mln zł. Jeśli w grę wchodzą długie estakady nad dolinami cieków to są to koszty jeszcze większe.

Przejścia dla zwierząt są niezbędne, aby zachować ciągłość korytarzy ekologicznych i szlaków migracji. Można wydać fortunę, a przejścia mogą okazać się nieskuteczne i niefunkcjonalne – mówi Joanna Borzuchowska, Koordynator Obszaru Środowiska, Multiconsult Polska.

Kluczowy jest więc odpowiedni dobór lokalizacji i parametrów przejść dla zwierząt oraz odpowiednie zagospodarowanie jego otoczenia. Istotnym elementem jest także przeprowadzany monitoring porealizacyjny w celu weryfikacji efektywności przejść dla zwierząt.

[1] https://www.gddkia.gov.pl/pl/aprint/32041/Programu-Budowy-Drog-Krajowych-na-lata-2014-2023-z-perspektywa-do-2025-r-najwazniejsze-liczby-z-dotychczasowej-realizacji

Branża cyfrowa chce przyśpieszenia prac nad cyfryzacją radia

Powołanie międzyresortowego zespołu ds. wdrożenia w Polsce cyfrowego radia, przyjęcie rozporządzenia, które określi minimalne wymagania techniczne dla cyfrowych odbiorników radiowych oraz opracowanie wspólnej, ogólnopolskiej koncepcji marketingowej promocji radia cyfrowego w Polsce – oto część postulatów, jakie polska branża cyfrowa kieruje do regulatorów rynku, w tym m.in. Ministerstwa Cyfryzacji, KRRiT oraz Polskiego Radia.

Związek Cyfrowa Polska, który zrzesza największe w Polsce firmy z branży nowoczesnych technologii opracował specjalny raport „DAB+: postęp cyfryzacji radia w Polsce na tle światowym i europejskim. Analiza sytuacji i rekomendacje”, który zwraca uwagę na  najważniejsze i najpilniejsze kwestie w drodze do wdrożenia w naszym kraju radia cyfrowego.

Korzyści z cyfryzacji radia

Zdaniem Związku, cyfryzacja radia powinna być elementem cyfrowej transformacji całego państwa. Dlatego – jak twierdzą autorzy raportu – Polska powinna iść śladem innych europejskich krajów i wdrożyć działania, które przyśpieszą ten proces w naszym kraju. Jak tłumaczy prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik, cyfrowe radio to nie tylko więcej miejsca w eterze czy lepsza jakość dźwięku, ale przede wszystkim szansa dla konsumentów na dostęp do nowoczesnych usług oferowanych w ramach darmowego sygnału cyfrowego. – Korzyści z radia cyfrowego z całą pewnością docenią słuchacze, ponieważ sygnał cyfrowy przyczyni się do bardziej urozmaiconej oferty oraz umożliwi dostęp do większej ilości informacji – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Poza tym skoro mamy aspiracje inwestowania w gospodarkę cyfrową, to cyfryzacja radia powinna być tego naturalną konsekwencją.

Z kolei dla przedsiębiorców z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii cyfryzacja radia będzie szansą na dodatkowe zaistnienie na rynku poprzez oferowanie nowoczesnych, cyfrowych odbiorników radiowych.

Droga do cyfryzacji radia

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Jak zwraca uwagę w swoim raporcie Cyfrowa Polska, aby przyśpieszyć proces cyfryzacji radia należy pilnie przyjąć rozporządzenie określającego minimalne wymagania techniczne dla cyfrowych odbiorników radiowych w technologii DAB+.  Dziś bowiem nie wszystkie dostępne w sprzedaży cyfrowe odbiorniki radiowe gwarantują, że konsumenci będą mogli odbierać w przyszłości sygnał cyfrowy. Powód? Zostały one bowiem wyprodukowane w technologii DAB. Tymczasem w Polsce, aby móc słuchać cyfrowego radia trzeba posiadać radioodbiornik wyposażony w nowocześniejszą technologię – DAB+. – Niewiedzę konsumentów wykorzystuje nieuczciwa konkurencja, która sprzedając odbiorniki w technologii DAB wprowadzają ich w błąd – przestrzega Michał Kanownik.

Autorzy raportu przy tej okazji zauważają, że pomimo braku obowiązywania standardów wymagań technicznych, liczba radioodbiorników cyfrowych w polskich gospodarstwach domowych, a przy tym i potencjalnych słuchaczy radia cyfrowego, systematycznie zwiększa się. Od 2013 r. do dziś ich łączna sprzedaż przekroczyła już ponad 100 tys. sztuk.  Producenci elektroniki przewidują, że ogłoszone w tym roku przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji konkursy na lokalne multipleksy radia cyfrowego, a co za tym idzie rozszerzenie oferty programowej, przyczynią się do znaczącego wzrostu popytu na cyfrowe radioodbiorniki.

W rekomendacjach dla rozwoju radia cyfrowego w naszym kraju, Cyfrowa Polska proponuje też powołanie specjalnego międzyresortowego zespołu roboczego z udziałem rynkowych ekspertów, którzy opracują wspólnie propozycję strategii wdrożenia radia cyfrowego w Polsce wraz z wyznaczeniem horyzontów czasowych oraz warunków granicznych, po których mogłoby nastąpić wyłączenie radia analogowego. W ocenie autorów raportu, trzeba też jak najszybciej określić priorytety budowania zasięgu nadawania radia cyfrowego oraz uwzględnić w pierwszej kolejności pokrycie sygnałem głównych samochodowych szlaków komunikacyjnych – autostrad, dróg ekspresowych, dróg krajowych.

Zadaniem przedstawicieli polskiej branży cyfrowej potrzebna jest również koncepcja marketingowa promocji radia cyfrowego, która byłaby stworzona i prowadzona wspólnie przez nadawców, producentów odbiorników, sprzedawców i organów administracji państwowej, jak np. resort cyfryzacji czy UKE.  Promocja radia cyfrowego powinna zostać zakwalifikowana jako kampania społeczna – zaznacza Cyfrowa Polska w raporcie.

Opóźnione przekształcenie użytkowania wieczystego nadal z niewiadomą

5 października 2019 r. mija rok od wejścia w życie ustawy o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów, która notabene doczekała się już trzech nowelizacji.

Prócz zasady, zgodnie z którą z dniem 1 stycznia 2019 r. prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe przekształciło się w prawo własności, ustawodawca wprowadził instytucję tzw. opóźnionego przekształcenia w art. 13 omawianej ustawy.

Choć jej wprowadzenie miało wyeliminować problemy, jakie pojawiały się przy zastosowaniu dotychczasowych przepisów regulujących określone stany faktyczne związane z przekształceniem prawa użytkowania wieczystego w prawo własności, przyjęte brzmienie art. 13 wcale nie jest tak jednoznaczne i zero jedynkowe, jak zakładali autorzy ustawy.

Na pierwsze rzut oka wydaje się, że z treści przepisu wynika, iż w przypadku wzniesienia po dacie 1 stycznia 2019 r. na gruncie przeznaczonym do zabudowy na cele mieszkaniowe budynku mieszkalnego w rozumieniu ustawy, prawo użytkowania wieczystego tego gruntu przekształca się w prawo własności z dniem uostatecznienia się decyzji o pozwoleniu na użytkowanie tego budynku.

– Pierwsze zagadnienie, jakie wyłania się na tle omawianej regulacji, sprowadza się do ustalenia, czy warunkiem przekształcenia opóźnionego jest trwająca w dniu 1 stycznia 2019 roku budowa na gruncie. Część komentatorów stoi na stanowisku, iż istotnie trwająca i formalnie niezakończona z końcem 2018 r. budowa jest warunkiem niezbędnym, aby móc skorzystać z dobrodziejstwa art. 13. Stanowisko przeciwne zajęli jednak autorzy projektu ustawy, a także za wykładnią odmienną od przedstawionej opowiadają się urzędnicy mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksandra Karteczka, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Twierdzą, że w dniu 1 stycznia 2019 roku grunt może być niezabudowany, ulec zabudowie w sposób określony w ustawie może w późniejszym czasie, relewantnym zaś momentem do zastosowania przepisu jest dzień uzyskania przez decyzję o pozwoleniu na użytkowanie budynku mieszkalnego. Skoro bowiem celem ustawy jest wyeliminowanie prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe, to wykładania przyjmująca warunek trwającej budowy w dniu 1 stycznia 2019 roku nie jest trafna, jako że nie realizuje postulatu wyeliminowania prawa użytkowania wieczystego w sposób w miarę kompleksowy, jak zakładano przy projektowaniu ustawy.

Kolejnym problematycznym zagadnieniem, z którym można się spotkać w praktyce jest kwestia zabudowy gruntu – ustawodawca nie posługuje się pojęciem nieruchomości w art. 13. W sytuacji, gdy dana działka gruntu jest jedyną działką objętą daną księgą wieczystą, problem ma znaczenie marginalne. Nie jest jednak oczywiste, jak należy postąpić w sytuacji, w której jedna księga wieczysta obejmuje kilka działek gruntu o różnej klasyfikacji w ewidencji gruntów, z których tylko jedna zostaje zabudowana w sposób określony w ustawie, a inwestor uzyskał decyzję o pozwoleniu na użytkowanie wzniesionego na niej budynku. Z uwagi na fakt, że inwestor posłużył się pojęciem gruntu, a nie nieruchomości, należy przyjąć, że tylko prawo użytkowania wieczystego tej zabudowanej działki gruntu może ulec przekształceniu w prawo własności, zaś pozostałe niezabudowane działki nie.

– W konsekwencji taką działkę należy odłączyć do nowozałożonej księgi wieczystej i wpisać w dziale II jako właściciela dotychczasowego użytkownika wieczystego – wyjaśnia A.Karteczka (Zięba&Partners).

Pracownicze Plany Kapitałowe w 10 pytaniach i odpowiedziach

Dane GUS dla I kwartału 2019 r. pokazują, że w Polsce na 8,9 mln emerytów i rencistów przypada 16,2 mln pracujących. W przyszłości te proporcje zmienią się jeszcze bardziej na niekorzyść systemu emerytalnego. Kołem ratunkowym ma być dla niego wprowadzenie rządowego programu Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Największe firmy (zatrudniające co najmniej 250 osób) zostały nim objęte od lipca 2019 r. Najpóźniej do 25 października br. są zobowiązane podpisać umowę o zarządzanie PPK, a do 12 listopada – zawrzeć umowę o prowadzenie PPK w imieniu pracowników. Czasu pozostało zatem niewiele, natomiast wątpliwości co do zasad działania programu wciąż jest dużo.

Problem związany z niewydolnością polskiego systemu emerytalnego nie jest nowy. Z raportu opublikowanego przez Komisję Europejską w kwietniu 2018 r. wynika, że czas przebywania Polaków na emeryturze znacząco się wydłuży. W 2056 r. przewidywany średni okres wyniesie 28 lat dla kobiet, a dla mężczyzn – 21,5 roku.
W 2016 r. było to odpowiednio 24 i 17 lat. Rządowy program Pracowniczych Planów Kapitałowych ma pomóc zabezpieczyć egzystencję Polaków po ukończeniu 60. roku życia dzięki gromadzeniu oszczędności w trakcie pracy zawodowej.

Wysokość wpłat do PPK

Zgodnie z zapowiedziami, wpłata podstawowa do PPK wyniesie 2 proc. wynagrodzenia od uczestnika programu i 1,5 proc. wynagrodzenia od podmiotu zatrudniającego. Uczestnik PPK, którego miesięczne wynagrodzenie uzyskiwane z różnych źródeł będzie równe lub niższe niż 120 proc. minimalnego wynagrodzenia w danym roku, będzie mógł dokonywać wpłaty podstawowej niższej niż 2 proc., ale nie mniejszej niż 0,5 proc.

Podmiot zatrudniający będzie mógł zadeklarować w umowie dokonywanie wpłaty dodatkowej w wysokości do 2,5 proc. Oznacza to, że pracodawca każdemu pracownikowi będzie dodawał przynajmniej 1,5 proc., ale nie więcej niż 4 proc. (wpłata podstawowa i dodatkowa). Uczestnik PPK będzie mógł także zadeklarować wpłatę dodatkową do 2 proc., co daje łącznie maksymalnie 4 proc. (wpłata podstawowa i dodatkowa).

Co należy wiedzieć o PPK?

Choć przed pracownikami stoi ważna decyzja, czy gromadzić oszczędności na emeryturę w ramach państwowego programu, wciąż wielu z nich nie wie, na czym polegają Pracownicze Plany Kapitałowe. Adwokat Robert Adamczyk zebrał 10 odpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania.

  1. Czy uczestnictwo w Pracowniczym Planie Kapitałowym jest obowiązkowe?

Nie, z uczestnictwa w PPK można zrezygnować. Należy złożyć pracodawcy lub zleceniodawcy deklarację
o rezygnacji z dokonywania wpłat do systemu. Warto podkreślić, że pracodawca nie może namawiać osób zatrudnionych do rezygnacji z PPK. Jeśli by do tego doszło, grozi mu wysoka kara finansowa.

Jeśli wyrażamy chęć dołączenia do PPK i mamy od 18 do 54 lat, nie musimy nic robić. Każda osoba zatrudniona (na umowę o pracę lub na umowę zlecenie), która spełnia ustawowe kryteria, w tym podstawowe kryterium wieku, zostanie do PPK zapisana automatycznie, bez konieczności dopełnienia przez nią jakichkolwiek formalności. Osoby w wieku od 55 do 69 lat, które będą chciały przystąpić do PPK, muszą o to zawnioskować u pracodawcy lub zleceniodawcy. Natomiast osoby w wieku 70+ w ogóle nie będą włączane do systemu.

  1. Jak powinna wyglądać deklaracja o rezygnacji z PPK?

Deklaracja musi zostać złożona na piśmie i zgodnie ze wzorem, który znajduje się w rozporządzeniu Ministra Finansów. Wzór ten obowiązuje od 29 czerwca 2019 r. i zawiera:

  • imię (imiona) i nazwisko,
  • numer PESEL, a w przypadku osób nieposiadających numeru PESEL datę urodzenia,
  • serię i numer dowodu osobistego lub numer paszportu albo innego dokumentu potwierdzającego tożsamość w przypadku osób nieposiadających obywatelstwa polskiego,
  • nazwę podmiotu zatrudniającego,
  • oświadczenie uczestnika PPK o posiadaniu przez niego wiedzy o konsekwencjach złożenia deklaracji.

Deklarację o rezygnacji z PPK można pobrać pod tym linkiem: https://www.mojeppk.pl/pliki/repozytorium-plikow/materialy-do-pobrania/pdf/deklaracja_o_rezygnacji_z_dokonywania_wplat_do_ppk.pdf

  1. Do kiedy trzeba złożyć deklarację o rezygnacji z PPK?

Deklarację można złożyć w dowolnym terminie. Trzeba jednak pamiętać, że wpłaty do systemu zostaną zawieszone dopiero od miesiąca złożenia deklaracji. Nie można z PPK zrezygnować z datą wsteczną i ubiegać się o zwrot pieniędzy wpłaconych przed miesiącem złożenia rezygnacji.

  1. Czy można zrezygnować z PPK przed zapisaniem?

Tak, przepisy dopuszczają taką możliwość. Osoba, która zrezygnuje z dokonywania wpłat do systemu zanim jej pracodawca lub zleceniodawca utworzy u siebie PPK (zawrze umowę o prowadzenie PPK na rzecz osób zatrudnionych), w ogóle nie stanie się uczestnikiem programu. Dane takiej osoby nie będą figurować
w załączniku do umowy o prowadzenie PPK.

Jeżeli rezygnacja z dokonywania wpłat do PPK nastąpi po zawarciu przez podmiot zatrudniający umowy o prowadzenie PPK, wtedy pracownicy i współpracownicy staną się już uczestnikami systemu. Mogą wtedy jedynie zrezygnować z dokonywania wpłat. O takiej rezygnacji pracodawca i zleceniodawca musi powiadomić instytucję finansową, która prowadzi PPK. Ma na to 7 dni, licząc od daty złożenia rezygnacji przez uczestnika programu.

  1. Jak długo obowiązuje rezygnacja z PPK?

Rezygnacja obowiązuje przez 4 lata. Po upływie tego czasu, od 1 kwietnia danego roku wpłaty do PPK zostaną wznowione. W przypadku, gdy osoba, która zrezygnowała z oszczędzania w programie, chce zmienić swoją decyzję i złożyć wniosek o ponowne dokonywanie wpłat, wówczas poprzednia rezygnacja obowiązuje tylko do dnia jej odwołania.

Należy pamiętać, że po zmianie pracy nowy pracodawca ma obowiązek zapisania nowozatrudnionej osoby do PPK (co do zasady – po 3 miesiącach zatrudnienia). W takiej sytuacji należy złożyć deklarację o rezygnacji z PPK także u nowego podmiotu zatrudniającego.

  1. Co w sytuacji, gdy po 4 latach pracownik zapomni ponownie zrezygnować z PPK? Czy wpłaty będą potrącane bez jego wiedzy?

Nie, taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. W roku, na który przypadnie wznowienie wpłat do PPK, pracodawca ma obowiązek poinformować pracownika lub współpracownika o wznowieniu wpłat do systemu od 1 kwietnia. Informację tę musi przekazać najpóźniej do końca lutego. Oznacza to, że będzie jeszcze co najmniej miesiąc (marzec danego roku) na podjęcie decyzji. Jeżeli nie złożymy rezygnacji, zostaniemy ponownie zapisani do PPK, bez konieczności składania jakiegokolwiek wniosku.

  1. Ile razy można zrezygnować z PPK i ponownie do niego przystąpić?

Przepisy nie ograniczają liczby rezygnacji z PPK i liczby ponownego przystąpienia do programu. Częste rezygnacje i ponowne przystępowanie do PPK nie będą jednak dobrze służyły długoterminowemu gromadzeniu oszczędności. Lepiej zatem dobrze przemyśleć swój wybór i podjąć wyważoną decyzję
w zakresie uczestnictwa w tym systemie.

  1. Jakie są konsekwencje rezygnacji z uczestnictwa w PPK?

Wynagrodzenie osoby, która zrezygnuje z uczestnictwa w PPK, nie będzie pomniejszana o składki do PPK. Jednak z drugiej strony, nie uzyska ona tej części oszczędności, które uczestnikowi PPK musi sfinansować jego pracodawca lub zleceniodawca. Nie otrzyma też dopłat finansowanych przez państwo (250 zł jednorazowej wpłaty powitalnej i raz do roku 240 zł dopłaty rocznej). W długiej perspektywie oznacza to, że osoba rezygnująca z PPK nie zgromadzi dodatkowego kapitału, który może wykorzystać po ukończeniu 60 lat.

Na chwilę obecną nie wiadomo, jaka będzie przewidywana kwota gromadzonych oszczędności. Pieniądze
z PPK będą inwestowane, m.in. w akcje giełdowe. Jednak ustawa o PPK nie gwarantuje osiągnięcia określonej stopy procentowej zysku od zgromadzonych środków. Nie mamy również gwarancji zachowania pełnej kwoty wpłaconego kapitału.

  1. Czy można zdecydować się na pobieranie wpłat do PPK tylko od pracodawcy, a niepobieranie ich
    z własnych środków?

Nie, ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych mówi o wpłatach wykonywanych przez obie strony. Nie można zatem zdecydować się na wstrzymanie własnych wpłat i jednoczesne kontynuowanie wpłat przez podmiot zatrudniający. To samo dotyczy kwot finansowanych przez państwo – otrzymają je tylko te osoby, które same finansują wpłaty do PPK.

  1. Jeśli ktoś jest zatrudniony w dwóch firmach, czy może należeć do PPK w jednej z nich, a zrezygnować w drugiej? Czy uczestnicząc w PPK u obu pracodawców, otrzymamy podwójne dopłaty z pieniędzy państwowych?

Osoby mające równolegle kilka miejsc zatrudnienia, mogą dowolnie wybrać, czy będą uczestnikami PPK we wszystkich firmach, czy tylko w wybranej lub w wybranych. Mogą także złożyć rezygnację z uczestnictwa
w PPK we wszystkich miejscach zatrudnienia.

Niezależnie od tego, w ilu podmiotach jesteśmy uczestnikami PPK, otrzymamy tylko jedną wpłatę powitalną (250 zł) oraz tylko jedną w danym roku dopłatę roczną (240 zł).

Fiskus nie łagodzi stanowiska w sprawie podatku od mieszkań pracowniczych

Resort finansów przekonuje, że zapewnienie zakwaterowania pracownikom nie należy do obowiązków pracodawcy, określonych w przepisach prawa pracy. I wskazuje na wyrok NSA, który zmienił linię orzeczniczą ws. opodatkowania mieszkań pracowniczych. Z kolei zdaniem prawników, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Nieodpłatne świadczenie może być uznane za przychód pracobiorcy pod warunkiem spełnienia odpowiednich przesłanek. Wskazał je Trybunał Konstytucyjny, ale i one podlegają różnym interpretacjom. Znawcy tematu twierdzą, że każdy przypadek należy odrębnie analizować. Przypominają również, że jedną z opcji jest podnoszenie wynagrodzeń. Dzięki temu zatrudnieni będą mogli sami wynajmować lokale.  

Niekorzystny kierunek

W listopadzie ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok, który drastycznie zmienił linię orzeczniczą. Jak zaznacza Aleksander Dyl z Kancelarii Ożóg Tomczykowski, stało się tak, mimo że przepisy nie uległy modyfikacjom. Ekspert zaznacza, że nawet Wojewódzkie Sądy Administracyjne, które do tej pory wydawały orzeczenia raczej korzystne dla pracobiorców, teraz inaczej podchodzą do tematu.

– Zagadnienie mieszkań pracowniczych czy szerzej – noclegów pracowników od dawna budzi kontrowersje, zaś stanowisko organów i sądów nie jest niestety jednolite i konsekwentne. Kwestie te nie są uregulowane w sposób precyzyjny. Kryteria uznania danego świadczenia za przychód, wypracowane w orzecznictwie, w tym Trybunału Konstytucyjnego, podlegają różnym interpretacjom – komentuje Wojciech Pławiak, radca prawny i doradca podatkowy, ekspert z BCC.

Według Aleksandra Dyla, sytuacja ws. opodatkowania mieszkań pracowniczych jest skomplikowana. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, wartość zakwaterowania pracowników do 500 zł miesięcznie jest traktowana jako przychód zwolniony z opodatkowania. Jednak orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego sugeruje, że w niektórych przypadkach świadczenie to w ogóle nie powinno stanowić przychodu.

– Naszym zdaniem, zmiana wykładni przez sąd ustawy o PIT jest konsekwencją ostatnio zauważalnej tendencji profiskalnej, prezentowanej przez organy podatkowe. Mieszkanie przekazywane pracownikowi nieodpłatnie może stać się dla niego przychodem ze stosunku pracy. Istotna jest m.in. miesięczna wartość udostępnianego noclegu. Do wysokości nieprzekraczającej 500 zł miesięcznie korzysta się ze zwolnienia. Ono ma zastosowanie do pracowników, których miejsce zamieszkania jest położone poza miejscowością, w jakiej znajduje się zakład pracy. Ponadto nie mogą oni korzystać z podwyższonych kosztów uzyskania przychodu – mówi Krzysztof Pałka z Działu Prawa Podatkowego Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Trybunał w tle

Inne nieodpłatne świadczenia mogą być uznane za przychód pracownika, co podkreśla Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministra Finansów. Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 8 lipca 2014 roku wskazał przesłanki, które muszą być łącznie spełnione w takiej sytuacji. Po pierwsze, pracownik wyraził zgodę na świadczenia, skorzystał z nich w pełni dobrowolnie. Po drugie, rozwiązanie to było w jego interesie, a nie pracodawcy, oraz przyniosło mu korzyść w postaci powiększenia aktywów lub uniknięcia wydatku, jaki musiałby ponieść. Po trzecie, ten zysk jest wymierny i przypisany indywidualnemu pracownikowi, nie jest dostępny w sposób ogólny dla wszystkich podmiotów.

– Wskazówki Trybunału właściwie określają istotę problemu. Na ich podstawie, w indywidualnej sytuacji należy określić, czy dane świadczenie w postaci mieszkania pracowniczego jest w większej mierze realizacją wymogów i interesów pracodawcy, czy też rzeczywistą, dobrowolną korzyścią pracownika. W mojej ocenie, w większości przypadków mieszkań pracowniczych przychód, w rozumieniu wskazanym przez TK, nie powstaje – stwierdza Wojciech Pławiak.

Jak dodaje ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski, właśnie na powyższych przesłankach opiera się większość orzeczeń w tej kwestii. Wskazywano, że skoro pracodawca organizuje takie mieszkanie, to chce, żeby pracownicy mieli bliżej do pracy i byli bardziej dyspozycyjni. Wnioskowano, że nie jest to świadczenie leżące w interesie zatrudnionych, którzy poza miejscem noclegu zapewnianym przez firmę, prowadzą własne gospodarstwo domowe. Mogliby w nim przebywać, gdyby nie wyraźne życzenie przełożonego. Ale właśnie ta przesłanka została inaczej zinterpretowana przez NSA. Stwierdzono, że w takiej sytuacji korzyść leży po obu stronach. To z kolei pozwala dojść do wniosku, że udostępnienie lokalu powinno być traktowane jako zdarzenie powodujące powstanie przychodu do opodatkowania. Dlatego ekspert nie jest przekonany, czy linia przyjęta przez sąd jest właściwa.

– Każda sytuacja powinna być odrębnie analizowana pod kątem skutków podatkowych. Przykładowo, jeśli pracownik jest oddelegowany do pracy poza siedzibą firmy lub wymaga relokacji bądź czasowego wykorzystania mieszkania w danej lokalizacji, to trudno przyjąć, że osiąga z tego tytułu korzyść – przychód. Konieczność zapewniania zakwaterowania wynika w głównej mierze z interesów pracodawcy. Gdyby nie wymogi miejsca pracy, pracownik nie interesowałby się zakwaterowaniem w danej miejscowości – zaznacza ekspert z BCC.

Z kolei Aleksander Dyl zwraca uwagę na pracowników wyższej kadry menedżerskiej. Jeśli taka osoba przyjeżdża z innego miasta, to standardowo otrzymuje mieszkanie dla siebie i rodziny, które jest opłacane przez pracodawcę. Taka nieruchomość jest przyznawana na równi z innymi dodatkami pozapłacowymi, bez których kandydat nie zdecydowałby się na podjęcie pracy w danym miejscu. Zatem powinna być uznawana za świadczenie nieodpłatne i tym samym – podlegać opodatkowaniu.

– Jeśli w umowie o pracę wprost wskazano mieszkanie służbowe jako jeden z dodatkowych benefitów, to wykazanie, iż nie stanowi ono przychodu dla pracownika, może być niemożliwe. Niemniej jednak np. przedstawiciele handlowi odbywają podróże po kraju. Nie mogą przewidzieć, gdzie w danym dniu będą nocować. Jeżeli za noclegi w hotelach otrzymują następnie zwrot, to nie powinien on stanowić dla nich przychodu – twierdzi ekspert z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Poszukiwanie rozwiązań

Obecna sytuacja na rynku pracy sprawia, że część firm zapewnia bezpłatne mieszkania. Robią tak, aby zachęcić kandydatów do skorzystania z danej oferty zatrudnienia. Mogłoby to świadczyć o tym, że jest to działanie w interesie zatrudniającego, a nie pracownika.

– Ministerstwo Finansów nie podziela takiego stanowiska. Pracodawcy dysponują wieloma rodzajami pozapłacowych świadczeń, które mogą mieć wpływ na decyzje podejmowane przez kandydatów. Jako przykład takich powszechnie oferowanych pozapłacowych zachęt można wskazać udostępnienie samochodu do celów prywatnych czy abonamenty medyczne dla całej rodziny.  Nie oznacza to jednak, że takie korzyści nie będą przychodem ze stosunku pracy w rozumieniu ustawy o PIT– informuje Paweł Jurek.

Natomiast ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski przekonuje, że pracodawca może podwyższać pensje pracownikom zamiast udostępniać im mieszkania. Wówczas będzie miał pewność, co do prawidłowości swojego postępowania. Ale równie dobrze ma prawo dalej zapewniać zakwaterowanie i traktować jego wartość w części przekraczającej 500 zł miesięcznie jako część przychodu podlegającego opodatkowaniu. Niestety, tacy pracobiorcy będą w gorszej sytuacji od osób zatrudnionych w firmach traktujących udostępnienie mieszkania jako świadczenie niepowodujące powstania przychodu. Wynagrodzenie netto tych pierwszych będzie niższe o wartość podatku.

– Przy ocenianiu konsekwencji podatkowych udostępnionego mieszkania, należy się odnieść m.in. do charakteru pracy wykonywanej przez danego pracownika oraz okresu udostępnienia mu lokalu. Naszym zdaniem, dominującym stanowiskiem będzie traktowanie mieszkania dla pracownika jako dodatkowego przychodu. Oczywiście w sytuacji, w której wartość tego świadczenia przekracza ww. kwoty. Wpływ na to ma coraz szersza, nazwijmy to profiskalna wykładnia, prezentowana przez sądy i organy podatkowe – podsumowuje Krzysztof Pałka.

Liczba mieszkańców miast spada, liczba mieszkańców wsi rośnie

Ukazał się nowy raport demograficzny Głównego Urzędu Statystycznego. W wynikach badań widać trend, który może okazać się dużym problemem dla polskich miast. Znane już opinii publicznej statystyki wskazujące na zmniejszanie się liczby ludności w Polsce różnią się bowiem, kiedy podzielimy wyniki na miasta i wsie. Podczas, gdy liczba mieszkańców miast spada, liczba mieszkańców wsi rośnie. Nieznaczny wzrost populacji wsi na tle ogólnych statystyk nie dziwi. Eksperci tłumaczą go nową tendencją mieszczuchów, którzy przenoszą ognisko rodzinne na wieś – dojeżdżając do pracy w mieście. Jednak spadająca populacja miast martwi ekspertów. Polski Instytut Ekonomiczny porównał wyniki raportu GUSu ze swoimi badaniami, które przeprowadził na próbie 299 średnich i małych miast. Instytut badał liczbę wyludniających się miast. Uzyskane wyniki są dosyć niepokojące.

– Ponad połowa miast stwierdziła, że są miastem wyludniającym się – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w PIE. – W wielu województwach odsetek miast wyludniających się jest o wiele większy niż 50%. Na przykład województwo lubelskie, gdzie jest 65% takich wskazań oraz województwo łódzkie – gdzie 64% badanych miast stwierdziło, że są miastami wyludniającymi się. Mieszkańców przyciąga bardziej stolica województwa, lub stolica kraju – jak w przypadku Łodzi, skąd coraz więcej osób wyjeżdża do Warszawy. Jednak są również województwa, gdzie ten odsetek jest niski – jak pomorskie i zachodniopomorskie. Zmniejszająca się liczba mieszkańców jest niepokojącą tendencją dla polskich miast, które powinny pracować nad tym, by swoich mieszkańców zatrzymać. Jednak nawet najlepsze starania nie zmienią tego, że Polaków po prostu jest coraz mniej. Ta liczba spada z roku na rok – podkreśla Dębkowska.

Branża bukmacherska rośnie jak na drożdżach, Polacy obstawią coraz większe stawki

W 2018 roku szacowana wartość całego polskiego rynku bukmacherskiego wyniosła ok. 9 miliardów złotych. Firmy z zezwoleniami Ministerstwa Finansów walczą o klienta z operatorami offshore, a obciążenia fiskalne im tego nie ułatwiają. W pierwszym półroczu br. podatek od zakładów wzajemnych przekroczył 382 miliony złotych. W branży mówi się, że w ubiegłym roku tylko dwie firmy przyniosły zysk. Z kolei gracze często walczą o wygrane do kilku tysięcy zł, natomiast rekordowa wygrana w Fortunie to 2,4 miliona zł, a w STS-ie – ponad 1,2 miliona zł. Znawcy tematu prognozują dalszy wzrost rynku i liczą na ograniczanie szarej strefy. Ona systematycznie się kurczy, co wynika z analiz resortu finansów.  

Konkurencja i podatki

Około 9 miliardów złotych był warty cały rynek bukmacherski w Polsce w 2018 roku, co podkreśla Konrad Komarczuk, prezes Fortuny Online Zakłady Bukmacherskie. I dodaje, że tylko 60% z tego stanowiło legalną część. Ekspert przekonuje, że w ubiegłym roku zwiększyła się konkurencja wśród firm w naszym kraju. Te z licencją Ministerstwa Finansów rywalizują z operatorami offshore. A oni nie są zmuszeni do pobierania od klientów 12% podatku od stawki.

– W Irlandii podatek obrotowy, który w ogóle jest dosyć rzadko stosowany na świecie, wynosi 1% od przychodu, a u nas – 12%. Patrząc na wiele innych rynków, standardem są daniny naliczane jako różnica od płaconych stawek i wypłaconych wygranych. Wtedy mówimy o opodatkowaniu na poziomie 20-25%, a niekiedy jeszcze mniejszym. Gdyby u nas przełożyć wspomniane 12% na ten schemat z innych państw, to mielibyśmy podatek w wysokości aż 60% – wylicza Patryk Włodarski, prezes zarządu Cherry Online Polska.

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że w pierwszym półroczu tego roku podatek od gier wyniósł 1,124  mld zł. Największą jego część, bo 382,186 mln zł, stanowiły zakłady wzajemne. Dalej znalazły się gry liczbowe (368,108 mln zł), kasyna (220,019 mln zł), loterie pieniężne (109,653 mln zł), e-kasyno (34,642 mln zł), salony gier na automatach (5,714 mln zł), loterie audiotekstowe (4,239 mln zł) i fantowe (7 tys. zł). Za cały poprzedni rok podatek od gier to 1,934  mln zł, a rok wcześniej – 1,657 mln zł. W tych okresach danina z zakładów wzajemnych stanowiła odpowiednio 622,847 mln zł oraz 407,367 mln zł. Wówczas to były kwoty mniejsze niż z gier liczbowych, wynoszące 713,941 mln zł i 695,165 mln zł.

– Ten rynek w Polsce na przestrzeni ostatnich lat intensywnie się rozwija. W ubiegłym roku obroty legalnie działających w Polsce bukmacherów wyniosły niemal 5,2 mld zł, z czego ok. 47% wygenerował STS. Cała branża odnotowała w 2018 roku wzrost o ponad 60% r/r. W pierwszym kwartale 2019 roku obroty operatorów z zezwoleniem Ministra Finansów wzrosły o ponad 32%, czyli do kwoty 1,6 mld zł – informuje Łukasz Borkowski, PR Manager z STS Zakłady Bukmacherskie.

Natomiast Fortuna zamknęła pierwszy kwartał br. wzrostem przychodów na poziomie 32% w porównaniu z analogicznym okresem w 2018 roku. Warto też dodać, że część firm bukmacherskich nie chce informować o swoich obrotach, zasłaniając się tajemnicą przedsiębiorstwa. Inne odpowiadają bardzo ogólnie, zaznaczając np. zdecydowany wzrost w analogicznych okresach bieżącego i ubiegłego roku. Są też podmioty, które prowadzą działalność zbyt krótko, aby dokonać takich porównań.

– W 2018 roku Polacy zostawili w zakładach wzajemnych na pewno ok. 1 mld zł. Jednak na wszystkie firmy bukmacherskie w naszym kraju tylko dwie były rentowne, one przyniosły zysk. Reszta generuje stratę, walcząc o swoje miejsce na rynku i płacąc ustanowione podatki. Jak się wszystko podliczy, to około 80 groszy od każdej złotówki trafia do Skarbu Państwa z przychodów spółek – opisuje Patryk Włodarski.

Stawka idzie w górę

2,4 mln zł to najwyższa wygrana wypłacona graczowi Fortuny w ciągu jednego dnia. Klienci tej firmy najczęściej walczą o wartości z przedziału od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Ale są też osoby grające o kwoty sięgające 600 tysięcy złotych na jednym kuponie. W STS-ie rekord został ustanowiony w marcu tego roku. Wówczas jeden z typujących postawił 76 zł, a wygrał ok. 1,25 mln zł. Na swoich kuponach miał m.in. spotkania FC Barcelona-Olympique Lyon, Manchester City-Schalke 04 Gelsenkirchen, czy Juventus Turyn-Atletico Madryt.

– Średnia wygrana nie jest miarodajna, bo klientów należy podzielić na tych, którzy grają za niskie i wysokie stawki. Jest także cała masa innych czynników wpływających na bilans gracza. W naszej promocji Najlepsze Kupony odnotowujemy największe wygrane netto. Rekord od lutego to 90 297,56 zł. Z kolei najwyższy trafiony kurs łączny wynosi 691,11 zł – mówi Maciej Stolarczyk z działu marketingu TOTALbet.

Natomiast Łukasz Seweryniak, marketing&operations director w TOTOLOTEK S.A. stwierdza, że kwota wygranych będzie rosła. Na rynku panuje bowiem trend, aby zakłady były prostsze, bardziej przyjazne, a klienci wygrywali więcej pieniędzy. Z kolei Patryk Włodarski zaznacza, że z sezonu na sezon wzrasta średnia obstawiana stawka. Kiedyś było to 30, później 40, a obecnie zbliża się do 50 zł. Według Macieja Stolarczyka, Polacy najczęściej typują piłkę nożną. Zakłady na tę dyscyplinę to ponad 60% obrotu na rynku bukmacherskim. Zainteresowanie rozgrywkami można uszeregować następująco – Ekstraklasa, Premier League, LaLiga, Serie A, Bundesliga. Różnice nie są duże, wszystkie ligi są chętnie wybierane.

– Gracze chętnie obstawiają również tenisa czy skoki narciarskie w sezonie zimowym. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się zakłady e-sportowe. To dziedzina, która notuje kilkucyfrowy wzrost. Ze względu na dużą i cały czas rosnącą liczbę rozgrywek, to niezwykle interesująca i perspektywiczna dyscyplina dla bukmacherów – dodaje Łukasz Borkowski.

Firmy rozszerzają ofertę związaną z wydarzeniami spoza świata sportu. Można typować np. zwycięzcę wyborów parlamentarnych czy zdobywcę Oskara. Natomiast Łukasz Kieza, Country Manager LV BET Zakłady Bukmacherskie, podkreśla, że wydarzenia polityczne, rozrywkowe lub społeczne raczej nie generują dużych obrotów. Dla bukmacherów to przede wszystkim aspekt PR-owy i możliwość dotarcia do klienta, który rzadziej korzysta z ich usług.

Dalszy rozwój

– W zeszłym roku cała legalna część polskiej branży bukmacherskiej wygenerowała obrót na poziomie 5,2 mld zł. Rok wcześniej było to 3,2 mld zł. Z szacunków Stowarzyszenia Graj Legalnie wynika, że sektor będzie dalej się rozwijał i w tym roku możliwe jest osiągnięcie obrotów na poziomie ponad 6 mld zł. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że szara strefa nadal odpowiada za nawet 60% rynku zakładów wzajemnych online – zaznacza ekspert STS-u.

Jak przekonuje Łukasz Kieza, rynek cały czas rośnie i każdy podmiot obecnie działający w Polsce będzie miał za 2019 rok dodatnie statystyki w rubryce dynamika wzrostu. W 2020 roku sytuacja może się już jednak zmienić, ponieważ licencje uzyskują kolejni bukmacherzy. Wśród nich będą tacy, którzy mają za sobą lata doświadczeń jako tzw. firmy offshore. Im będzie łatwiej zdobyć większy udział w obrotach polskiego rynku, z uwagi na rozpoznawalną markę oraz dobrą jakość produktu.

– W przyszłym roku mamy piłkarskie EURO, które powinno pozytywnie wpłynąć na wzrost obrotów firm bukmacherskich. Mistrzostwa Świata i Europy w piłce nożnej to zawsze jest najlepszy czas dla branży. Wydaje się, że rynek legalnych zakładów wzajemnych będzie cały czas rósł, wiele jednak zależy od skuteczności walki z szarą strefą. Niestety nadal dużo osób, często nieświadomie, gra u nielegalnych bukmacherów – stwierdza Paweł Majewski, dyrektor ds. marketingu w forBET Zakłady Bukmacherskie.

Z prowadzonych przez resort finansów analiz wynika, że systematycznie zmniejsza się szara strefa na rynku zakładów wzajemnych online, z poziomu 83,9% w 2015 r. do 47,2% w pierwszym kwartale 2019 r. Z kolei prognoza dochodów budżetu państwa z tytułu podatku od gier za 2019 r. zawarta jest w ustawie budżetowej. W tym przypadku mowa jest o kwocie prawie 2,1 mld zł. Jednak te rachuby przygotowywane są zbiorczo, a więc bez podziału na poszczególne rodzaje gier, w tym zakłady wzajemne.

Złoty stopniowo odreagowuje zamieszanie wywołane wyrokiem TSUE

Tylko wyjątkowo wysoki odczyt zatrudnienia w raporcie NFP zostawi miejsce do wątpliwości, czy Fed w październiku będzie kontynuował obniżki stóp procentowych. Dwa fatalne wyniki indeksów ISM obudziły strach przed recesją i może jeszcze za wcześnie na tak duże słowa, ale awersja do ryzyka na bazie globalnego spowolnienia staje się tematem numer 1, niezależnie od stanu sporu handlowego USA-Chiny.

W tym tygodniu indeksy ISM wyraźnie pokazały, że gospodarka USA nie jest zieloną wyspą i dosięga ją globalne spowolnienie. Jakkolwiek spadek wskaźnika dla przemysłu można tłumaczyć konsekwencjami zaostrzenia wojny handlowej z Chinami, tak dominujący sektor usługowy powinien być odporny na politykę celną wobec dóbr. Na poziomie 52,6 ISM dla usług wciąż świadczy o ożywieniu w sektorze, ale jednocześnie jest ponad 8 pkt niżej od szczytu z września 2018 r. i obecnie jest najniżej od trzech lat. Wzrost gospodarczy słabnie i nawet jeśli wciąż powinien być dodatni i bliski 2 proc., nie są to pozytywne informacje. Kolejna obniżka stóp procentowych Fed o 25 jest teraz dużo bardziej realna, nawet jeszcze w październiku. Przed posiedzeniem 30 października rynkowa wycena cięcia skoczyła do 85 proc. z niecałych 40 proc. dyskontowanych na początku tygodnia. Słabe odczyty ISM przede wszystkim odbierają argumentację jastrzębim członkom FOMC, którzy uważali, że gospodarka nie potrzebuje wsparcia. Jeśli prezes Powell wyczekuje chwili, kiedy forsowanie dalszego luzowania przyniesie najmniejsze podziały w Komitecie, teraz jest najlepszy moment.

Dziś przyjdzie się nam jeszcze zmierzyć z raportem z rynku pracy USA. Ostatnio dane straciły na znaczeniu, gdyż rynek pracy wciąż był mocny, a nawet i stopniowe słabnięcie tempa przyrostu zatrudnienia nie jest czymś osobliwym na tym etapie cyklu koniunkturalnego. Obecnie wystarczy miesięczny przyrost miejsc pracy na poziomie 100 tys., aby nie generować presji na wzrost stopy bezrobocia. Mimo to dużo niższy wynik przeleje czarę goryczy i przesądzi o obniżce Fed. Konsensus przed odczytem zatrudnienia w sektorze pozarolniczym wynosi 145 tys. Choć to więcej niż w środę pokazał raport ADP, to trzeba pamiętać, że ADP informuje tylko o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym. Dane NFP będą dodatkowo wzmocnione przez zatrudnienie przy spisie powszechnym, który we wrześniu powinien dostarczyć ok. 15 tys. miejsc. Ryzykiem dla odczytu są niepokojące sygnały z raportów ISM. Subindeks zatrudnienia w przemyśle na 46,3 był najniżej od stycznia 2016 r. W ważniejszych usługach cofnął się do 50,4, najniżej od lutego 2014 r. i niewiele powyżej granicy 50 pkt, oddzielającej wzrost od spadku zatrudnienia w sektorze. To zapewne już ustawiło nisko rynkowe oczekiwania, więc odczyt blisko 100 tys. nie powinien być już dla nikogo szokujący. Ale jeśli wejdziemy w dwucyfrowe wartości, USD będzie cierpiał.

Złoty stopniowo odreagowuje zamieszanie wywołane wyrokiem TSUE ws. kredytów frankowych. Choć orzeczenie TSUE przychyla się woli kredytobiorców chcących pozywać banki, nie implikuje natychmiastowej realizacji strat sektora bankowego i powstania negatywnej presji na złotego. Wyrok TSUE pozostawia wiele niewiadomych w postaci liczby nowych pozwów, tempa ich procesowania, a przede wszystkim interpretacji sądów w przypadku sprzeciwu konsumentów wobec unieważnienia umowy kredytowej. Zbudowana premia za ryzyko nie ma uzasadnienia do dalszego podtrzymania, gdyż ewentualna presja z tytułu domykania ryzyka walutowego przez banki będzie rozłożona na lata (wraz z zapadaniem wyroków w polskich sądach).

W odniesieniu do raportu NFP sądzę, że złoty powinien więcej zyskać na rozczarowujących danych, gdyż słabszy USD i oczekiwania na obniżkę Fed będą ważniejsze dla segmentu rynków wschodzących niż silniejsze obawy o recesję w USA. Odwracanie długich pozycji w USD/PLN powinno mieć największą siłę oddziaływania i pomóc w dalszym trawieniu pozytywnego wyroku TSUE.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska branża elektroniczna: Nowe unijne przepisy spowodują, że w domach będzie więcej energooszczędnego sprzętu

Reprezentujący polską branżę elektroniczną Związek Cyfrowa Polska ocenia, że przyjęte przez Komisję Europejską rozporządzenia ws. ekoprojektowania urządzeń elektronicznych mogą przyśpieszyć proces wymiany sprzętu RTV i AGD w całej Unii przez konsumentów na bardziej energooszczędny. Konieczna będzie jednak kampania uświadamiająca zalety takich rozwiązań.

W nowych przepisach, które mają wejść w życie od 2021 r., Komisja Europejska główny nacisk kładzie na to, aby dostępne na rynku UE urządzenia elektroniczne były energooszczędne – zużywające mniej prądu i wody. Unijni urzędnicy oszacowali, że przyniesie to realne oszczędności na energii – nawet 167 terawatogodzin rocznie do 2030 r. oraz przyczyni się do redukcji emisji CO2 – o 46 mln ton. Na producentach będzie spoczywał również obowiązek, by wybrane produkty RTV, jak telewizory oraz AGD, np. pralki, suszarki, zamrażarki, lodówki wprowadzane na unijny rynek były możliwe do zreperowania, gdy się zepsują. Dla każdego typu sprzętu wyznaczono czas, w jakim producenci muszą zapewniać dla konsumentów bądź serwisów naprawy dostęp do części zamiennych urządzenia oraz do jego oprogramowania. Urządzenia mają być także tak projektowane, żeby było łatwiej jej przetwarzać, odzyskiwać lub poddawać recyklingowi.

Realne zyski środowiskowe – to wymiana sprzętu na lepszy technologicznie

Związek Cyfrowa Polska pozytywnie ocenia fakt, że Komisja Europejska poprzez nowe prawo promuje sprzęt RTV i AGD z najwyższą klasą efektywności energetycznej. W ocenie organizacji, jeśli nowe rozwiązania połączone będą z kampanią społeczną uświadamiającą korzyści wynikające z posiadania energooszczędnego sprzętu, to proces wymiany na tego typu urządzenia przyśpieszy. Jednak w działaniach unijnych urzędników widzi też pewną sprzeczność. Z jednej strony Komisja Europejska mówi o celach, jakimi są redukcja emisji dwutlenku węgla i oszczędność na energii, a z drugiej staje po stronie radykalnych środowisk prokonsumenckich, które chciałyby długoletnich, nawet 10-letnich gwarancji na te urządzenia. A żeby mówić o realnych zyskach środowiskowych konsumenci muszą co jakiś czas dokonywać wymiany urządzeń, aby korzystać z coraz to nowych, lepszych rozwiązań inżynieryjnych – energooszczędnych i mających mniej szkodliwy wpływ na środowisko – ocenia prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. I dodaje: – Na szczęście konsumenci są coraz bardziej świadomi oszczędności, jakie wynikają z wymiany sprzętu na taki z większą klasą efektywności. Nie czekają aż sprzęt ulegnie awarii, tylko dokonują świadomej wymiany na lepszy – dodaje.

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Michał Kanownik zauważa również, że nowe przepisy błędnie są potocznie nazywane „Prawem do naprawy”. – Dziś przecież żaden producent nie zabrania konsumentom naprawiania urządzeń. Każdy z nas ma do tego prawo. Błędnie zatem sugeruje się mówiąc o nowych przepisach jako „prawo do naprawy”, że podstawowe prawo, jakie ma konsument jest zagrożone – zauważa prezes Cyfrowej Polski.

Sprzeczność z obowiązkiem zbiórki ZSEE

Nowe przepisy – w ocenie Związku – stoją również w znacznej sprzeczności z obowiązkiem osiągania przez producentów rocznych limitów poziomów zbiórki zużytego sprzętu elektronicznego. W 2021 r., kiedy wejdą w życie nowe przepisy, zgodnie z innymi unijnymi regulacjami, producenci będą musieli zbierać aż 65 proc. masy sprzętu elektronicznego, który został wprowadzony do obrotu w Polsce. Jak podkreśla Cyfrowa Polska, przy założeniach Komisji Europejskiej, która chciałaby, by urządzenia elektroniczne były rzadziej wymieniane na nowe i dłużej służyły konsumentom, a więc aby rzadziej się ich pozbywano, trudniej będzie producentom osiągnąć takie limity.

W nowoczesnych domach stawiamy na ekologię. Polacy coraz chętniej instalują pompy ciepła i panele fotowoltaiczne

Polacy stawiają na pompy ciepła i panele fotowoltaiczne. To najpopularniejsze urządzenia służące do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych, jakie instalują w domach. Z raportu Oferteo.pl wynika, że coraz więcej osób decyduje się na takie ekologiczne rozwiązania.

Instalujemy głównie pompy ciepła

Jakiego urządzenia Państwo poszukująJesień i początek sezonu grzewczego to moment, w którym co roku odżywa dyskusja na temat smogu, zanieczyszczenia powietrza, a przy okazji także kosztów związanych z ogrzewaniem. Aby przyczynić się do poprawy stanu środowiska w miastach oraz zmniejszyć koszty energii, Polacy coraz częściej decydują się na instalację w domu urządzeń umożliwiających pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Z badań przeprowadzonych przez Oferteo.pl wynika, że najczęściej stawiają oni na pompy ciepła. Takie rozwiązanie wybrała w ostatnim roku ponad połowa badanych. 41% zdecydowało się na instalację paneli fotowoltaicznych, a 7% – kolektorów słonecznych.

Pompy ciepła to rozwiązanie, które w ostatnich latach zdobywa coraz więcej zwolenników. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że są one tanim w eksploatacji i oszczędnym źródłem ciepła o długiej żywotności. Mogą być wykorzystywane do ogrzewania pomieszczeń oraz wody użytkowej, a ich rozmiary zbliżone są do niewielkiej lodówki. Ciepło przekazywane jest ze źródła dolnego (powietrza, gruntu, wody) do górnego dzięki wodzie, która krąży w instalacji centralnego ogrzewania.

Ogrzewamy budynki i wodę

Do czego ma służyc poszukiwane urządzenieWyniki badania Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, pokazują, że w ciągu ostatniego roku Polacy decydowali się na założenie instalacji OZE w domu głównie do ogrzewania zarówno budynku jak i wody. Taki powód wskazało aż 68% badanych. 15% poszukiwało urządzenia do chłodzenia, a podgrzewanie wody jako wyłączny cel wskazało 9% ankietowanych. Pozostałe 8% zainteresowane było tylko ogrzewaniem budynku.

OZE nie tylko w nowych domach

Ile lat ma domNa ekologiczne rozwiązania Polacy decydowali się często już na etapie budowy lub projektu. Odsetek takich zapytań wynosił odpowiednio 18 i 14%. Jednocześnie okazuje się, że urządzenia do pozyskiwania energii odnawialnej chętnie implementujemy również w istniejących budynkach. 27% wszystkich zapytań dotyczyło domów 6-letnich i starszych, a 38% zleceniodawców to właściciele domów maksymalnie 2-letnich.

Najczęściej (49% przypadków) zapytania dotyczyły budynków do 150 m2, a w 46% – od 150 do 300 m2. Zamieszkiwały je zwykle 3 lub 4 osoby (58%). Rzadziej były to rodziny 5–6-osobowe (20%), a także single i pary (18%).

Dlaczego pozyskiwać energię ze źródeł odnawialnych?

Niezależność i samowystarczalność energetyczna budynków staje się obecnie bardzo popularnym kierunkiem w budownictwie. Coraz więcej osób podejmuje decyzję o instalacji urządzeń służących do pozyskiwania energii z OZE. Najczęściej kierują się oni aspektami finansowymi oraz ekologicznymi.

Instalacja pompy ciepła lub paneli fotowoltaicznych to jednorazowy koszt od około 30 do nawet 70 tys. złotych. Taka cena odstrasza wielu inwestorów. Jednak oszczędności wynikające z wdrożenia tego typu rozwiązań pozwalają na zwrot inwestycji w ciągu kilkunastu lat. Ponadto biorąc pod uwagę, że koszty paliw nieodnawialnych (węgla, gazu) będą prawdopodobnie wzrastać, to czas ten może się nawet skrócić.

Coraz więcej osób decyduje się zostać prosumentem (czyli jednocześnie producentem oraz konsumentem wyprodukowanej energii) także z powodów ekologicznych. Potrzeba ograniczenia emisji szkodliwych dla zdrowia zanieczyszczeń powietrza oraz walka ze smogiem to tematy powracające co roku wraz z nadejściem sezonu grzewczego. Niektóre miasta zaczęły już podejmować realne działania w celu poprawy stanu powietrza. W Krakowie od 1 września bieżącego roku obowiązuje uchwała antysmogowa, która wprowadziła całkowity zakaz palenia węglem i drewnem. Za jego złamanie grozi grzywna w wysokości nawet do 5 000 zł.

Dofinansowanie

Wysoka cena instalacji to powód, który zmusza wiele chętnych osób do rezygnacji z ekologicznych rozwiązań w swoim domu. Niekoniecznie jednak musi tak być. Warto mieć świadomość, że samodzielna produkcja energii ze źródeł odnawialnych to inicjatywa bardzo mocno wspierana przez rząd. Istnieją liczne programy wsparcia prosumentów takie jak dotacje, ulgi podatkowe, nisko oprocentowane pożyczki.

Obecnie dostępne są następujące programy wsparcia:

  1. „Czyste powietrze” – program umożliwiający pomoc w formie dotacji lub pożyczki na montaż źródeł ciepła w budynkach. (2018–2029)
  2. „Mój prąd” – ogólnopolski rządowy program wsparcia finansowego inwestycji polegających na montażu instalacji fotowoltaicznych o mocy od 2 kW do 10 kW. (2019–2024)
  3.  „Prosument” – program skierowany do osób, które planują wykonanie małej instalacji lub mikroinstalacji OZE, produkującej prąd lub ciepło na własne potrzeby z możliwością sprzedaży nadwyżek energii.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 26 tys. zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl od września 2018 roku do końca sierpnia 2019 roku przez osoby poszukujące urządzeń do pozyskiwania energii z odnawialnych źródeł.

Co czwarty młody Polak żyje ponad stan. Łączne długi osób poniżej 24 roku życia przekraczają 1 mld zł

Co czwarty młody Polak żyje ponad stan. Łączne długi osób poniżej 24 roku życia przekraczają 1 mld zł 7

W rejestrze dłużników figuruje obecnie 150 tys. młodych Polaków pomiędzy 18 a 24 rokiem życia. Łącznie mają do spłaty już ponad miliard złotych. Średnia zaległość na osobę przekracza w tej chwili 7 tys. zł i w ciągu ostatnich trzech lat wzrosła aż o połowę – wynika ze statystyk Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor. Badania przeprowadzone na zlecenie BIG pokazują z kolei, że co 4. młody Polak w wieku 18–24 lata przyznaje się do życia ponad stan, tracąc miesięcznie co najmniej 10 proc. swojego budżetu na zakup zbędnych rzeczy.

– W rejestrach InfoMonitora i Biura Informacji Kredytowej jest łącznie około 2,8 mln dłużników ze zobowiązaniami sięgającymi 76 mld zł. Na tym tle młodzi wyglądają całkiem nieźle, bo jest ich tylko 150 tys., a ich skumulowany dług wynosi 1 mld zł. Takich młodych osób między 18 a 24 rokiem życia jest dziś w Polsce 3 mln, przy czym około 1,23 mln idzie właśnie na studia – mówi Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej BIG InfoMonitor.

Jak pokazują statystyki, młodzi dość dobrze radzą sobie z finansami. Dane BIG InfoMonitor pokazują, że w gronie 3,1 mln osób między 18 a 24 rokiem życia niespłacone zobowiązania ma zaledwie ok. 150 tys. osób. To oznacza, że kłopoty finansowe ma raptem co dwudziesty młody Polak. Ich łączne zobowiązania przekraczają już jednak 1 mld zł, który niemal równo rozkłada się na przeterminowane zobowiązanie kredytowe (535 mln zł) i pozakredytowe (526 mln zł).

– Połowa z tego miliarda to długi o charakterze kredytowym, czyli zobowiązania w bankach. Druga połowa to zobowiązania pozakredytowe, czyli różnego rodzaju rachunki za gaz, wodę czy prąd albo niezapłacone rachunki za telefon komórkowy czy telewizję kablową – mówi Sławomir Grzelczak.

Co istotne, w ciągu ostatnich trzech lat (od czerwca 2016 roku do czerwca br.) w tej grupie wiekowej przybyło najmniej niesolidnych dłużników. Ich liczba zwiększyła się w tym czasie o 7 proc., podczas gdy ogólna liczba osób opóźniających spłatę kredytów i bieżących rachunków wzrosła o 22 proc.

Z drugiej strony młodzi, którzy już wpadną w kłopoty finansowe, powiększają swoje zaległości w znacznie szybszym tempie niż starsze pokolenia. W trzy lata zaległości 18–24-latków wzrosły prawie o połowę – podczas gdy w czerwcu 2016 roku średnia zaległość na osobę w tej grupie wiekowej wynosiła 4,9 tys. zł, tak obecnie dochodzi już do 7,1 tys. zł.

– Sytuacja ulega pogorszeniu. Widzimy to przede wszystkim po średniej kwocie zaległości na osobę, która w ciągu trzech lat zwiększyła się o 3 tys. zł. Widzimy to też po liście dłużników – rekordzistów, na której najbardziej zadłużona osoba z województwa lubelskiego ma do spłaty 3,5 mln zł długu, podczas gdy jeszcze niedawno było to ok. 1,9 mln zł – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Statystyki pokazują też, że w dziesiątce obecnych rekordzistów pojawiły się też aż cztery kobiety, podczas gdy przed rokiem była tylko jedna. Natomiast w podziale na województwa widać, że największe problemy ze spłatą swoich zobowiązań finansowych mają młodzi mieszkający w zachodniej i północnej części Polski oraz na Górnym Śląsku.

– Najwięcej dłużników jest w największych województwach, to proste przełożenie. My natomiast zwracamy uwagę również na to, ile osób w tej kategorii wiekowej 18–24 lata ma przeterminowane zobowiązania w przeliczeniu na 1 tys. mieszkańców. Pod tym względem dominują województwa Polski Zachodniej – lubuskie, zachodniopomorskie i dolnośląskie, tam jest około 70 zadłużonych osób na tysiąc mieszkańców w wieku 18–24 lat. Natomiast lepiej pod tym względem wypada wschodnia część Polski – w województwach takich jak świętokrzyskie, małopolskie czy podkarpackie te długi są najlepiej spłacane – mówi Sławomir Grzelczak.

Z badania Quality Watch przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor wynika, że aż 25 proc. młodych Polaków w wieku 18–24 lata przyznaje się do życia ponad stan, tracąc miesięcznie co najmniej 10 proc. swojego budżetu na zakup rzeczy zbytecznych czy zbyt drogich. Najczęściej jest to sprzęt RTV i AGD (32 proc.), dalej plasuje się elektronika – prawie ¼ badanych przeznacza zbyt duże kwoty na komputery, tablety czy telefony. Dalej młodzi Polacy wskazują wakacyjne wyjazdy i samochód, a spory odsetek (17 proc.) przyznaje też, że nie oszczędza na prezentach dla swoich bliskich – przyjaciół, partnera czy rodziny. Jedynie 12 proc. osób do 24 roku życia deklaruje, że w ogóle nie traci pieniędzy na zbyt drogie zakupy.

– Młodzi wydają więcej, niż pozwalają im na to zarobki, również na różnego rodzaju kursy, na dodatkową edukację, co akurat uważam za pozytywne, bo jest to inwestycja w przyszłość. Rzeczywiście jest szansa, że tego typu wydatki zwrócą się w życiu dorosłym – mówi Sławomir Grzelczak.

Prezes BIG InfoMonitor podkreśla jednak, że życie ponad stan i nadmierne zadłużanie może skutkować wpisem do rejestru dłużników, co później znacznie utrudni np. zaciągnięcie kredytu na zakup własnego mieszkania.

– Jeżeli w naszych rejestrach banki czy firmy telekomunikacyjne widzą takiego dłużnika, to po prostu nie udzielają mu finansowania. Nie dadzą mu kolejnego telefonu czy dostępu do telewizji kablowej. Trzeba będzie płacić za różnego typu usługi gotówką i pożyczać od znajomych czy rodziny, co też nie zawsze jest możliwe, albo zdobywać jakieś droższe finansowanie, choćby od firm pożyczkowych. Dlatego lepiej mieć dobrą historię kredytową w BIK-u i w BIG InfoMonitorze, bo potem będzie łatwiej np. zaciągnąć kredyt hipoteczny na własne mieszkanie – mówi Sławomir Grzelczak.

Energia z pierwszych farm wiatrowych na Bałtyku ma popłynąć w 2027 roku. Ich budowa będzie jedną z największych inwestycji infrastrukturalnych w kraju

0

Energia z pierwszych farm wiatrowych na Bałtyku ma popłynąć w 2027 roku. Ich budowa będzie jedną z największych inwestycji infrastrukturalnych w kraju 8

Na ukończeniu są prace nad planem zagospodarowania obszarów morskich, który wskaże lokalizacje pod farmy wiatrowe na Bałtyku. Wstępne założenia wskazują trzy rejony i obszar o powierzchni ponad 2 tys. km². Potencjał polskich obszarów morskich jest ogromny. Jeżeli uda się osiągnąć zakładany w krajowej polityce wolumen 10 GW mocy zainstalowanych w farmach morskich, wówczas produkcja energii elektrycznej może sięgnąć 40 TWh w skali roku. To około 25 proc. całego krajowego zapotrzebowania na energię. Budowa wiatraków będzie jednym z największych przedsięwzięć infrastrukturalnych w kraju.

– Zniecierpliwienie w sektorze przemysłu morskiej energetyki wiatrowej jest uzasadnione. Wszyscy od 2010 roku czekamy, aż ruszy polski sektor energetyki na morzu. Liczymy, że to będzie połowa przyszłej dekady. Na przełomie 2025/2026 powinniśmy zobaczyć pierwsze projekty stawiane na wodach Bałtyku. Rząd zakłada, że prąd z tych farm popłynie w 2027 roku, może ten termin uda się nieco przybliżyć. Niemniej jednak z całą pewnością ta dekada upłynie pod znakiem przygotowań i uruchamiania realizacji projektów morskich farm wiatrowych w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Witoński, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Jak podkreśla, już samo przygotowanie projektów morskich farm wiatrowych jest procesem długotrwałym, który wymaga skomplikowanych i szeroko zakrojonych badań środowiskowych i długiego etapu rozpoznania warunków technicznych dla inwestycji na obszarach morskich.

– W polskich realiach de facto będzie to okres około 10-letni od momentu przystąpienia do prac koncepcyjnych aż do osiągnięcia gotowości danego projektu do fazy realizacji, czyli budowy pierwszych instalacji na obszarach morskich. Sam okres budowy farm wiatrowych o takiej skali, jakiej spodziewamy się na Bałtyku, powinien zamknąć się w perspektywie około 2–3 lat dla projektów rzędu 400–600 MW – mówi Mariusz Witoński.

Lokalizacje morskich farm wiatrowych wskaże plan zagospodarowania obszarów morskich, nad którym kończą się prace.

– Plan ten wskazuje obszar o powierzchni ponad 2 tys. km² pod lokalizację morskich elektrowni wiatrowych. Są to trzy rejony: położone na wschód i na północ od Ławicy Słupskiej, wschodni stok Ławicy Odrzańskiej oraz południowy stok Ławicy Środkowej. Farmy będą sytuowane w odległości powyżej 12 mil morskich od brzegu, co pozwoli chronić walory krajobrazowe polskiego wybrzeża, jednocześnie w pełni wykorzystując potencjał polskich obszarów morskich – mówi prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.

Jeżeli uda się osiągnąć zakładany w krajowej polityce energetycznej wolumen 10 GW mocy zainstalowanych na morzu, produkcja energii elektrycznej może sięgnąć 40 TWh w skali roku. To około 25 proc. całego zapotrzebowania na energię elektryczną w skali kraju. Oznacza to, że w perspektywie nadchodzących lat morska energetyka wiatrowa będzie stanowić istotny element krajowego bezpieczeństwa energetycznego, zapewniający produkcję energii z OZE.

– Szacujemy, że na obszarach wskazywanych w projekcie planu zagospodarowania możliwe będzie ulokowanie 8–10 GW mocy zainstalowanych. To jest potężny potencjał produkcyjny, biorąc pod uwagę to, że cały polski system elektroenergetyczny to nieco ponad 40 GW. W związku z tym produktywność farm wiatrowych zlokalizowanych na morzu będzie niemal dwukrotnie wyższa od farm wiatrowych pracujących na lądzie. Spodziewamy się, że uzysk energii będzie rzeczywiście bardzo wysoki – mówi Mariusz Witoński.

Jak podkreśla, przy projektowaniu, budowie i obsłudze morskich farm wiatrowych trzeba wykorzystać potencjał polskich firm – rodzimego przemysłu morskiego, kablowego i maszynowego, który już w tej chwili jest przygotowany, aby zabezpieczyć łańcuch dostaw dla takich inwestycji. Wiele z nich już od lat doskonale radzi sobie na rynkach eksportowych, dostarczając komponenty morskich farm wiatrowych do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Danii.

– To, ile będziemy w stanie wygenerować zielonego prądu z morskich farm wiatrowych, będzie zależało wprost od tego, w jakim stopniu uda się zrealizować nasze ambitne zamierzenia inwestycyjne. W Polsce nigdy tego typu projektów nie realizowaliśmy. To będzie naprawdę olbrzymi poligon inwestycyjny. Działania instalacyjne na morzu oraz obszarach nadmorskich będą realizowane przez okres 10–15, może nawet 20 lat. Skala tych realizacji wydaje się porównywalna jedynie z największymi projektami infrastrukturalnymi okresu 20-lecia międzywojennego – mówi Mariusz Witoński.

Wyzwaniem będzie nie tylko budowa farm wiatrowych na Bałtyku, ale i przygotowanie systemu elektroenergetycznego na przyjęcie wygenerowanej przez nie energii. To oznacza konieczność znaczących inwestycji po stronie Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Harmonogram tych inwestycji infrastrukturalnych, które mają przygotować polski system przesyłowy, powinien być skoordynowany z harmonogram realizacji morskich farm wiatrowych.

Młode firmy poszukują finansowania swojej działalności. 40 proc. z nich uzyskało takie wsparcie od instytucji państwowych

Młode firmy poszukują finansowania swojej działalności. 40 proc. z nich uzyskało takie wsparcie od instytucji państwowych 9

Większość start-upów finansuje się z własnych środków, ale 40 proc. z nich korzysta również ze środków PARP czy NCBR. Jest im trudno pozyskać wsparcie z sektora finansowego, ponieważ są to często projekty ryzykowne, ich potencjał komercjalizacyjny jest jeszcze nieznany i potrzebne są prace badawczo-rozwojowe. W Polsce szczególnie dynamicznie rozwija się sektor biotechnologii. Obecnie to ok. 300 firm i jednostek badawczych, z których większość to szybko rozwijające się młode spółki, tworzące innowacyjne rozwiązania. 

– Mamy kilka bardzo dobrych przykładów projektów urządzeń medycznych z obszaru biotechnologii, które pokazują, że w środowisku medycznym jest duże zainteresowanie tym obszarem. Mamy kilka aktywnych start-upów w tym ekosystemie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Kuc, dyrektor Działu Inwestycji B+R w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju.

W Polsce działa ok. 300 firm i jednostek badawczych związanych z biotechnologią, z których większość to młode spółki, które dopiero się rozwijają i tworzą autorskie rozwiązania. Wiele z nich to firmy wsparte przez NCBR. Z raportu „Polskie start-upy” wynika, że większość początkujących firm finansuje działalność z własnych środków (68 proc.), to już 40 proc. deklaruje korzystanie ze wsparcia PARP i NCBR.

– Ciekawym projektem jest nowatorska igła do biopsji prostaty. Zespół z Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku uzyskał finansowanie z funduszu finansowanego przez NCBR. To  była koinwestycja dwóch funduszy, a następnie udało się uzyskać wsparcie z programu „Szybka ścieżka”. Inny przykład to gogle do leczenia wad wzroku, projekt wsparty z programu BRIdge Alfa – wymienia Włodzimierz Kuc.

NCBR przygotowało szereg konkursów, w ramach których firmy mogą się starać o dofinansowanie prac badawczo-rozwojowych. „Szybka ścieżka” pozwala rozpocząć proces badawczy już od wczesnych badań przemysłowych aż do osiągnięcia zaawansowanych prac rozwojowych. Dofinansowane mogą być także prace przedwdrożeniowe już po zakończeniu badań. To właśnie w ramach „Szybkiej ścieżki” może się rozwijać Bioceltix, który opracowuje weterynaryjne leki biologiczne oparte na mezenchymalnych komórkach macierzystych, czy SensDx, który opracował test do wykrywania wirusów i bakterii.

– Jest dużo projektów, które wymagają dużego nakładu, są najbardziej ryzykowne, nie uzyskają wsparcia inwestora prywatnego, gdyż ich potencjał komercjalizacyjny jest jeszcze nieznany i są potrzebne prace badawczo-rozwojowe. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju weźmie na siebie ciężar na tym etapie, gdzie ryzyko niepowodzenia projektu jest największe. Jesteśmy tak naprawdę firmą ubezpieczeniową, ubezpieczamy ryzyko naukowców – wskazuje dyrektor Działu Inwestycji B+R w NCBR.

Poziom wsparcia projektu w konkursie „Szybka  ścieżka” jest uzależniony od wielkości przedsiębiorstwa. Na największe wsparcie mogą liczyć mikro i mali przedsiębiorcy (do 80 proc.). Wsparcie można uzyskać również na prace przedwdrożeniowe, ściśle związane z realizowanym projektem – testy, certyfikaty, atesty. Do 16 grudnia przedsiębiorcy mogą składać wnioski o dofinansowanie w drugiej edycji konkursu z budżetem 1,05 mld zł.

Poza konkursami ze wsparcia NCBR będzie można korzystać także w ramach programu BRIdge Alfa, w którym centrum przeznaczyło ponad 2 mld zł na współfinansowanie najbardziej innowacyjnych projektów we wczesnej fazie rozwoju.

– Mamy przykład, gdzie fundusz zainwestował na bardzo, bardzo wczesnym etapie, ale później to wsparcie merytoryczne doprowadziło do takiego etapu rozwoju tego projektu, gdzie założyciele uzyskali kolejne wsparcie z programu „Szybka ścieżka” czy „Horyzont 2020”. I to pozwala im opracować ten produkt we współpracy z funduszem. Taka synergia pomiędzy profesjonalnymi zarządzającymi funduszem inwestycyjnym a naukowym zespołem, który aspiruje do globalnej firmy, która komercjalizuje nowe technologie w obszarze biotechnologii, to efekt, którego oczekujemy – tłumaczy ekspert.

Całkowity budżet wszystkich konkursów ogłaszanych przez NCBR w tym roku z funduszy europejskich w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój przekracza 4 mld zł. Młodzi przedsiębiorcy mogą korzystać też z innych programów na przyspieszenie rozwoju własnego biznesu i sfinansowanie firmy. Najczęściej są to instrumenty bezzwrotne, które nie wiążą się z oddawaniem udziałów.

– Start-upy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej dzięki licznym programom uruchomionym w Polsce, takim jak ScaleUp, Poland Pride i fundusze, które zostały uruchomione dzięki programom NCBR-u czy PFR-u, przynoszą taki efekt, że jesteśmy ciekawym rynkiem. Możliwości finansowania w Polsce dzisiaj są wręcz wyjątkowe – podkreśla Włodzimierz Kuc.

Niedotlenienie w trakcie porodu zdarza się w Polsce częściej niż w UE. Kontrolowane obniżenie temperatury ciała noworodka zapobiegnie nieodwracalnym zmianom w mózgu

Niedotlenienie w trakcie porodu zdarza się w Polsce częściej niż w UE. Kontrolowane obniżenie temperatury ciała noworodka zapobiegnie nieodwracalnym zmianom w mózgu 10

Niedotlenienie okołoporodowe zdarza się średnio cztery razy na 1 tys. porodów i prowadzi do ciężkiej niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej dziecka. Zapobiec im może hipotermia terapeutyczna, która polega na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała noworodka. Liczy się jednak czas, bo po sześciu godzinach zmiany w mózgu dziecka mogą być już nieodwracalne. Uniwersytet Medyczny w Poznaniu wspólnie z Grupą Generali wdrażają właśnie projekt, który pozwoli zastosować tę terapię już w trakcie transportu noworodka do szpitala. Projekt obejmie na razie trzy województwa, sprzęt trafi do karetek neonatologicznych w Poznaniu, Bydgoszczy i Zielonej Górze.

– Niedotlenienie okołoporodowe doprowadza do stanu, który nazywamy kwasicą metaboliczną i wiąże się ze zbyt małą ilością tlenu w tętnicach noworodka i zbyt dużym stężeniem dwutlenku węgla. W następstwie tych zmian niedotlenienie okołoporodowe doprowadza do ciężkiego uszkodzenia wielonarządowego – w tym przede wszystkim uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jan Mazela z Katedry Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Niedotlenienie okołoporodowe to niewydolność oddechowa noworodka, która może wystąpić przed lub w trakcie porodu. Po przekroczeniu granicy 6 godzin od urodzenia zmiany powstałe w mózgu dziecka w wyniku niedotlenienia są już nieodwracalne. Mogą doprowadzić do niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, mózgowego porażenia dziecięcego, a w najgorszym wypadku również do śmierci.

W Polsce niedotlenienie okołoporodowe zdarza się średnio 4–6 razy na 1 tys. porodów. Ten wskaźnik jest wyższy niż średnia europejska, która waha się w przedziale 1–3.

– Kiedy dojdzie do niedotlenienia okołoporodowego, należy takiemu małemu pacjentowi zapewnić leczenie płynami dożylnymi i profilaktycznie zastosować terapię hipotermią. Badania wykazały, że to właśnie obniżenie temperatury ciała i temperatury mózgu może zapobiec dalszym uszkodzeniom komórek ośrodkowego układu nerwowego – mówi prof. Jan Mazela.

Wyniki leczenia dzieci dotkniętych niedotlenieniem okołoporodowym (tj. asfiksją) poprawia hipotermia terapeutyczna, która polega na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała noworodka. Jednak liczy się czas, w jakim takie leczenie zostanie wdrożone. Okno terapeutyczne to maksymalnie 6 godzin zanim zmiany w mózgu dziecka staną się nieodwracalne.

W Polsce jest tymczasem 28 ośrodków wyposażonych w stacjonarny sprzęt niezbędny do hipotermii terapeutycznej, gdzie noworodki mogą zostać poddane tej metodzie leczenia w trakcie hospitalizacji. Są to placówki o najwyższym stopniu referencyjności (III), położone w dużych miastach. To oznacza, że dzieci urodzone w mniejszych miejscowościach muszą dotrzeć do takiej placówki w kluczowych sześciu godzinach od porodu.

– Leczenie hipotermią jest bardzo specjalistyczną terapią, prowadzoną tylko przez wyspecjalizowane ośrodki, których w Polsce jest 28. Jeżeli dziecko rodzi się w miejscu, gdzie nie ma możliwości zastosowania takiego leczenia, to musi zostać do niego dowiezione. Terapia, aby była skuteczna, musi zostać rozpoczęta w ciągu 6 godzin. Dlatego najlepiej, aby została zastosowana już w transporcie, kiedy taki noworodek jedzie do ośrodka, gdzie można wdrożyć ją już stacjonarnie – precyzuje prof. Jan Mazela.

Na zastosowanie hipotermii terapeutycznej już w trakcie transportu noworodka do szpitala pozwoli wdrażany właśnie projekt, który jest efektem współpracy Generali Polska, Fundacji The Human Safety Net oraz Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Program obejmuje obecnie trzy województwa. W każdym województwie jedna karetka zostanie wyposażona w specjalistyczny sprzęt.

– Celem tej inicjatywy jest wsparcie transportu noworodków o system, który umożliwia hipotermię terapeutyczną. Dotyczy to przede wszystkim dzieci, które urodziły się jako wcześniaki, miały zbyt niską masę urodzeniową bądź właśnie tych, u których doszło do niedotleniania okołoporodowego. Hipotermia w trakcie transportu do ośrodka o wyższym stopniu referencyjności pozwala ograniczyć lub całkowicie wyeliminować skutki tego niedotlenienia – mówi prof. Ewa Wender-Ożegowska, prorektor ds. współpracy z zagranicą UM w Poznaniu.

W specjalistyczny sprzęt, ufundowany przez Generali i fundację The Human Safety Net zostaną wyposażone karetki neonatologiczne, które trafiły do trzech szpitali: w Poznaniu, Zielonej Górze oraz Bydgoszczy.

– Jesteśmy dumni, że Generali Polska może być częścią tego wyjątkowego projektu. Ubezpieczenia to nie tylko biznes, lecz także sposób myślenia o świecie i misja społeczna. Niezwykle ważne jest dla nas życie i zdrowie innych. W DNA Generali wpisana jest także pomoc, dlatego wraz z The Human Safety Net i Uniwersytetem Medycznym w Poznaniu postanowiliśmy połączyć siły, aby pomóc noworodkom, które rodzą się z niedotlenieniem. W Polsce możemy zrobić wiele dobrego w tym zakresie i realnie wpływać na lepszą przyszłość tych najbardziej bezbronnych – noworodków, zapobiegając ich niepełnosprawności, a nawet śmierci – mówi Andrea Simoncelli, prezes zarządu Generali Polska.

W ciągu roku od uruchomienia projektu lekarze i eksperci ocenią jego efektywność i sprawdzą, czy faktycznie skrócił się czas wdrożenia hipotermii terapeutycznej u noworodków, których stan tego wymagał. Natomiast po 18 miesiącach ocenią ich rozwój i sprawdzą, jak wpłynęło na niego wczesne zastosowanie tej metody leczenia.

– Bez odpowiedniego finansowania ze strony Generali ten projekt nie zostałby wprowadzony, a na pewno nie tak szybko. To wsparcie finansowe ma na celu zakup sprzętu i późniejsze szkolenia dla lekarzy, wprowadzenie odpowiedniej infrastruktury i dokumentacji, które pozwolą tę terapię prowadzić w sposób dokładny – mówi prof. Jan Mazela.

Jak podkreśla prezes Generali Polska Andrea Simoncelli, projekt prowadzony we współpracy z UM w Poznaniu i fundacją Human Safety Net jest częścią szerokiej, CSR-owej strategii grupy.

– Generali jest jednym z największych towarzystw ubezpieczeniowych na świecie, z czym wiąże się działanie w sposób społecznie odpowiedzialny. W krajach, w których prowadzimy działalność, naszym obowiązkiem jest wspieranie lokalnych potrzeb, w szczególności rodzin, które w przyszłości będą naszymi partnerami na całe życie – mówi Andrea Simoncelli.

Działalność fundacji The Human Safety Net, należącej do Grupy Generali, skupia się m.in. na wsparciu rodzin i zdrowia noworodków. Obecnie projekt fundacji realizowany jest w 20 z 50 krajów, w których działa Generali.

– Pomoc noworodkom to jeden z trzech obszarów naszej działalności. Dlatego jesteśmy zadowoleni, że w ramach programu, realizowanego w Polsce wspólnie z Ginekologiczno-Położniczym Szpitalem Klinicznym w Poznaniu, możemy szybko dotrzeć do coraz większej liczby dzieci, podnosząc szanse na ich skuteczne leczenie – mówi Emma Ursich, dyrektor Fundacji The Human Safety Net. – Na rzecz zdrowia noworodków działamy również m.in. w Czechach, na Węgrzech i oczywiście w Polsce. W każdym z tych krajów współpracujemy ze środowiskiem medycznym, aby rozpoznać potrzeby i zapewnić możliwie najlepszą opiekę nowo narodzonym dzieciom.

Niestabilność przepisów daje się we znaki przedsiębiorcom. Tylko przez ostatnie cztery lata prawo podatkowe było nowelizowane ponad 70 razy

Niestabilność przepisów daje się we znaki przedsiębiorcom. Tylko przez ostatnie cztery lata prawo podatkowe było nowelizowane ponad 70 razy 11

Stabilność regulacyjna to kluczowy czynnik wpływający na poziom inwestycji przedsiębiorstw. Tymczasem w ciągu ostatniej kadencji Sejmu prawo podatkowe było nowelizowane ponad 70 razy, energetyczne – 36 razy. Aż ¼ ustaw istotnych dla przedsiębiorców w ogóle nie była im znana przed wpłynięciem do Sejmu, a średnio jedna na trzy była uchwala w pośpiechu – podkreślają eksperci Pracodawców RP. Efektem jest chaos i dodatkowe, nieuwzględnione wcześniej po stronie przedsiębiorców koszty, które w największym stopniu uderzają w mały i średni biznes.

– Kluczową kwestią jest to, że w Polsce tworzy się bardzo dużo prawa, ta liczba z roku na rok jest coraz większa. Niektórzy przeliczają to na liczbę godzin, jaką przedsiębiorcy musieliby spędzić, żeby przeczytać te wszystkie projekty aktów prawnych. Ale nie idzie o ilość, ale jakość stanowionego prawa, które później nie podlega szerokiej interpretacji, jest omijane albo często są to wręcz martwe przepisy – mówi Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP.

Jak wynika z raportu „Podsumowanie VIII kadencji Sejmu RP”, opracowanego przez Pracodawców RP – w ciągu ostatnich czterech lat posłowie zgotowali podatnikom legislacyjny potop. W tym czasie ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych nowelizowano ponad 70 razy, prawo energetyczne – 36 razy, a telekomunikacyjne – 24 razy.

– Podsumowaliśmy VIII kadencję Sejmu w trzech obszarach, istotnych dla prowadzenia biznesu, czyli dla przedsiębiorców. To szeroko rozumiane prawo gospodarcze, prawo pracy i prawo podatkowe. Jest to ocena całej kadencji Sejmu – tworzenia przepisów, ich stosowania, ale także konsultacji społecznych, czyli tego, jak rząd konsultuje projektu ustaw ze stroną społeczną, organizacjami pozarządowymi. Można tutaj wskazać na szereg problemów, nazywamy je grzechami polskiej legislacji – mówi Arkadiusz Pączka.

Eksperci Pracodawców RP wzięli pod lupę ustawy przyjęte od listopada 2015 roku do sierpnia br., które miały największy wpływ na biznes. Jak wskazują, nowe przepisy zbyt często były uchwalane w pośpiechu i bez poszanowania zasad dialogu społecznego, co powodowało konieczność ciągłych poprawek.

Jak wynika z raportu, w pierwszym roku kadencji Sejmu nierzetelne konsultacje społeczne dotyczyły 39 proc. ustaw, w ostatnim ten odsetek wzrósł już do 57 proc. Nierzetelne konsultacje to najczęściej ich brak w ogóle albo skracanie ich terminu poniżej ustawowych 30 dni (w szczególnych przypadkach można skrócić ten czas do 21 dni).

– Rządzący w dużej mierze są przekonani o słuszności swoich propozycji. Dopiero później często okazuje się, że te przepisy są martwe albo przedsiębiorcy inaczej stosują się do tych regulacji – podkreśla Arkadiusz Pączka – Dlatego przyjmowanie uwag partnerów społecznych jest kluczowe, bo one często płyną od praktyków biznesu. Ważne, żeby przeprowadzać te konsultacje społeczne, rozmawiać z przedsiębiorcami i stroną związkową na temat projektowanych rozwiązań. Trzeba pamiętać, że my – jako Rada Dialogu Społecznego – możemy te projekty później zaskarżyć, występować o opinie także na forum międzynarodowym. I są takie projekty ustaw, które w naszej opinii są sprzeczne z aktualnymi przepisami prawa.

Eksperci wskazują, że ¼ ustaw istotnych dla przedsiębiorców w ogóle nie była im znana przed wpłynięciem do Sejmu. Co więcej, średnio jedna na trzy ustawy była uchwala w pośpiechu. Sztandarowym przykładem jest poselski projekt ustawy ustanawiającej dzień 12 listopada dniem wolnym od pracy. Wniesiono go do Sejmu pod koniec października, a przedsiębiorcy dopiero 7 listopada zyskali pewność, że mają się przygotować na dzień wolny za niecały tydzień.

Inny przykład to rządowy projekt ustawy zamrażającej ceny prądu – wniesiony do Sejmu krótko Wigilią Świąt Bożego Narodzenia i uchwalony podczas specjalnego, kilkugodzinnego posiedzenia Sejmu już 28 grudnia ub.r. Eksperci określają je mianem tzw. ustaw instant – gotowych do spożycia w ciągu kilku, najdalej kilkunastu dni od wniesienia ich do Sejmu.

– Zdarza się też dużo błędów legislacyjnych, które występują nawet po przyjęciu projektu ustawy przez Sejm. My często podnosimy te błędy, zwracamy uwagę na różne lapsusy językowe, które pojawiają się w projektach ustaw. Podnosimy też zarzut tajności projektów. Bywa, że o projekcie – który jako partnerzy społeczni powinniśmy otrzymać – dowiadujemy się dopiero z posiedzenia Sejmu, z Komisji Sejmowej – mówi Arkadiusz Pączka.

Jak podkreśla, efektem takiego trybu uchwalania nowych przepisów jest chaos, konieczność kryzysowego reagowania i dodatkowe, nieuwzględnione wcześniej koszty po stronie przedsiębiorców, które w największym stopniu uderzają w mały i średni biznes.

– Oni nie mają służb prawnych, nie mają szeregu prawników. Często jest tak, że po prostu księgowa informuje, że zmieniły się przepisy w tym i w tym obszarze i trzeba zmodyfikować działalność. A to oznacza koszty, o których przedsiębiorcy dowiadują się po fakcie. Oczywiście są duże firmy, które zatrudniają wyspecjalizowane kancelarie i one próbują dostosować się do obowiązujących regulacji. Ale często są to źle przemycone rozwiązania – mówi Arkadiusz Pączka.

Eksperci Pracodawców RP zwracają też uwagę na to, że w ostatnich czterech latach nowe przepisy często były uchwalane bez koncepcji ani jasnego celu tego działania. Świadczą o tym głębokie zmiany w projektach rządowych już na etapie prac sejmowych – czego przykładem są m.in. koleje ustawy o podatku handlowym i wielomiesięczne dyskusje na temat podatku jednolitego.

Większa przejrzystość i poszanowanie zasad dialogu społecznego przy uchwalaniu kolejnych przepisów są o tyle istotne, że stabilność regulacyjna to kluczowy czynnik wpływający na poziom inwestycji. Nieustanne poprawki i uchwalanie prawnych bubli utrudniają przedsiębiorcom ich planowanie, uderzając tym samym w całą gospodarkę.

Przedsiębiorcy chcieliby mieć stabilne prawo. Jeżeli otoczenie prawne jest przewidywalne i stabilne – to przedsiębiorcy wiedzą, jak planować swój biznes, i wiedzą, że można zainwestować. To dotyczy również inwestycji zagranicznych. Dzisiaj biznes dość łatwo alokować do innego kraju, gdzie otoczenie prawne jest na dużo wyższym poziomie niż w Polsce. Chcemy, żeby przedsiębiorcy z dużym wyprzedzeniem wiedzieli o kolejnych zmianach w prawie – zwłaszcza w prawie podatkowym, w prawie pracy czy w prawie gospodarczym. Wtedy łatwiej jest planować, rozważać potencjalne inwestycje i łatwiej jest tworzyć tę wartość dodaną dla całej gospodarki – podkreśla Arkadiusz Pączka, zastępca dyrektora generalnego Pracodawców RP.

Elektrownia jądrowa w Idaho posłuży nie tylko do produkcji energii, lecz także wodoru. Na pierwszą polską elektrownię jądrową zaczekamy jeszcze kilkanaście lat

Elektrownia jądrowa w Idaho posłuży nie tylko do produkcji energii, lecz także wodoru. Na pierwszą polską elektrownię jądrową zaczekamy jeszcze kilkanaście lat 12

Reaktory lekkowodne mogą posłużyć nie tylko do produkcji energii na potrzeby ciepłownictwa, lecz także zasilić proces elektrolizy w produkcji wodoru. Dzięki temu powstanie paliwo, które napędzi zeroemisyjny transport. Tego typu elektrownia atomowa powstanie najprawdopodobniej w Idaho. Tymczasem w Polsce wciąż nie działa żadna taka elektrownia. Pierwsza rozpocznie produkcję nie wcześniej, niż w 2033 roku, podczas gdy np. w Czechach energetyka jądrowa zaspokaja obecnie ponad jedną trzecią zapotrzebowania na energię.

– Pojawił się projekt pierwszej elektrowni jądrowej o mocy 700 MW. Elektrownia na 99 proc. powstanie w Idaho w Stanach Zjednoczonych. Najbliższe lata pokażą, czy rynek to kupi, czy będą zamówienia. Duża firma koreańska zainwestowała w to ponad miliard dolarów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ludwik Pieńkowski, prof. nadzw. na Wydziale Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Amerykański Departament Energii ogłosił niedawno, że Idaho National Laboratory będzie współpracować z FirstEnergy Solutions z siedzibą w Akron, a także z operatorami w Minnesocie i Arizonie. W ramach umowy FirstEnergy Solutions opracuje hybrydowy system energii z reaktorem lekkowodnym, który posłuży do produkcji wodoru. Reaktor zasili flotę transportu zbiorowego w Ohio.

– Technologia lekkowodna jest jedyną, która udowodniła, że może być przydatna dla energetyki. Wszystkie inne technologie nie udowodniły tego. Najbliżej były reaktory prędkie sodowe, ale nie mają takich osiągnięć, są za drogie. W tym przypadku wykorzystywana jest technologia lekkowodna, ale inaczej zorganizowana. Nie jest to jeden duży reaktor, a 12 małych, ale za to umieszczonych w jednym basenie, pod jednym dachem – wyjaśnia prof. Pieńkowski.

Reaktory lekkowodne mogą być wykorzystywane nie tylko do produkcji wodoru. Czeski konglomerat komunalny, Grupa ČEZ, współpracuje z NuScale Power nad stworzeniem nowej modułowej elektrowni jądrowej z reaktorem lekkowodnym, który będzie wykorzystywany do wytwarzania energii głównie na potrzeby ciepłownictwa. Projekt ten ma wzmocnić wykorzystanie nowych technologii w celu zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na energię zeroemisyjną.

Z danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej wynika, że już dziś w Czechach 34,5 proc. energii jest produkowane w elektrowniach jądrowych. W Polsce nie działa jeszcze żadna. Zgodnie z założeniami Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku pierwsza polska elektrownia atomowa ma zacząć działalność do 2033 roku. Pierwszy blok jądrowy ma mieć moc od 1 do 1,5 GW. Kolejnych pięć ma powstać w ciągu kolejnej dekady. Łącznie polska energetyka jądrowa ma mieć moc sięgającą od 6 do 9 GW.

Aby to się stało, niezbędne jest opracowanie modelu finansowania inwestycji oraz wybór technologii i wykonawcy projektu. Lokalizacja będzie natomiast determinowana głównie dostępem do wody chłodzącej. Potencjalne miejsca powstania polskich elektrowni jądrowych to tereny Wybrzeża lub Polski Centralnej.

– Polska powinna pójść w stronę programu odpowiedzialnego. Nie powinniśmy porzucać energetyki jądrowej. Trzeba stworzyć program rozliczalny, w którym byłyby konkretne zadania, pieniądze i cele do osiągnięcia. Prace powinny następować systematycznie, nie na zasadzie: szybka decyzja, przetarg i rozpoczęcie budowy. Tak nikt tego nie robi – zauważa ekspert z AGH.

Reakcje rynków na wyrok TSUE

Poznaliśmy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie kredytów frankowych. Jest on korzystny dla kredytobiorców, ale nie aż tak, jak część z nich miała nadzieję. Jak zareagowały rynki na wiadomość o kompromisowym wyroku?

Główne reakcje widzieliśmy na giełdzie. Akcje dużych banków najbardziej zaangażowanych w akcję kredytową we frankach szwajcarskich gwałtownie zmieniały swoją wartość, by finalnie zakończyć blisko punktu wyjścia. Dobrym przykładem jest Bank Millennium, którego akcje tuż po wyroku wzrosły do 6,1 złotego, następnie spadły złotówkę po czym wróciły w okolice 5,7 złotego. Najwięcej zyskał Getin Bank, który od rana jest ponad 10% na plusie. Cały indeks WIG Banki jest jednak po skokach w górę i w dół, podobnie jak wspomniany bank, blisko punktu wyjścia.

Na walutach czuć było pewne poczucie stabilizacji. Wyrok, który nie jest aż tak niekorzystny dla polskiego systemu bankowego jak sądzono, dał odetchnąć złotemu. Rano euro kosztowało 4,36 złotego, przez moment staniało nawet do 4,33 złotego, by odbić i zatrzymać się poniżej 4,35 złotego. Frank znajduje się dwa grosze poniżej dzisiejszego otwarcia na poziomie 3,97 złotego. Powodem przeceny jest również ruch na parze euro do franka co dowodzi ważności tej decyzji nie tylko dla naszego rynku krajowego. Głównym powodem zyskiwania przez złotego jest fakt, że inwestorzy byli przygotowani na gorszy scenariusz.

Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Currency One, operatora serwisów Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Internetowe zakupy kończą 25 lat. Pięć przewidywań na najbliższe pięć lat e-handlu

  • W 1994 roku przeprowadzono pierwszą na świecie bezpieczną transakcję online przy użyciu karty bankowej[1].
  • Dzisiaj polski rynek e-commerce ma około 18 mln użytkowników i jest wart około 12 mld dolarów[2].
  • Prawie połowa polskich konsumentów (46 proc.) przyznaje, że zakupy online zajmują im znacznie mniej czasu niż kupowanie w sklepie tradycyjnym, a dla 42 proc. są również tańsze[3].
  • Sztuczna inteligencja, rosnąca świadomość konsumenta, social commerce i cyberbezpieczeństwo to obszary, które będą kształtować e-handel w nadchodzącej przyszłości.

Elektroniczny handel miał swój początek 25 lat temu, w sierpniu 1994 roku. Przedmiotem pierwszej bezpiecznej transakcji online, o której wiemy, był solowy album Stinga „Ten Summoner’s Tales”. Teraz, ćwierć wieku później, e-commerce zmieniło wszystko: sposób kupowania, podróży, jedzenia czy nawet prowadzenia biznesu. Życie konsumentów stało się zdecydowanie łatwiejsze. Jaka przyszłość teraz czeka e-handel?

  1. Nie tylko towar się liczy – także idea

Konsumenci będą zwracać uwagę nie tylko na to, co kupują, ale również wartości i wizje firm, które stoją za sprzedawanymi towarami. Istotne dla nich będzie również to, czy swoimi zakupami wspierają krajową gospodarkę, kulturę lub społeczności lokalne. Ponad dwie trzecie przedstawicieli polskiej Generacji Z (69 proc.) chętniej kupuje przedmioty od firm, które angażują się i wspierają inicjatywy społeczne, a połowa konsumentów w tym przedziale wiekowym jest w stanie zapłacić więcej za towar z uwagi na postawę oraz odpowiedzialność społeczną producenta[4].

  1. Sztuczna inteligencja, prawdziwe doświadczenie

Sztuczna inteligencja będzie częściej obecna w naszym codziennym życiu. Wraz z rosnącą ilością przetworzonych danych, algorytmy wykorzystujące AI stworzą coraz więcej możliwości, również w e-handlu. Już 78 proc. marek wdrożyło rozwiązania AI oraz VR lub planuje to zrobić do 2020 roku, aby lepiej służyć klientom[5]. Efektem są m.in. spersonalizowane rekomendacje produktów widoczne na stronach sklepów lub w newsletterach. Z czasem e-sklepy będą mogły zaoferować klientom także możliwość przymierzenia ubrań z pomocą wirtualnej rzeczywistości.

  1. Zakupy społecznościowe

Konsumenci wychowani w erze e-commerce czy m-commerce mają coraz większe oczekiwania – chcą, aby firmy wychodziły im naprzeciw i były tam, gdzie są klienci. A współczesna generacja konsumentów spędza ponad dwie godziny dziennie na portalach społecznościowych[6]. Social commerce to nie tylko ogłoszenia o sprzedaży lub kupnie używanych produktów, ale także możliwość kupowania oryginalnych towarów bezpośrednio z poziomu tych witryn. Czterech na dziesięciu użytkowników sieci sprawdza na portalu społecznościowym towar, który chce kupić w sklepie[7]. Wraz z rozwojem możliwości promocji produktów w mediach społecznościowych, jeszcze silniejsza ekspansja sklepów online do tej sfery jest tylko kwestią czasu.

  1. Okno na e-świat dla MŚP

Handel online niezmiennie oferuje małym i średnim przedsiębiorstwom niesamowite możliwości rozwoju. Wciąż jednak nie są one w pełni wykorzystywane – w Polsce tylko 13 proc. firm tego rozmiaru sprzedaje swoje produkty oraz usługi w sieci. Tymczasem, jak wynika z danych PayPal, podmioty sprzedające transgranicznie odnotowują znacznie większą dynamikę wzrostu (14,3 proc.) w porównaniu do tych, które działają tylko lokalnie (2 proc.)[8]. Potencjał rynku jest ogromny, szczególnie jeśli bierze się pod uwagę możliwość dotarcia do klientów z każdego zakątka świata ­– już w tym roku wartość globalnego e-handlu ma wynieść prawie 2 bln USD[9].

  1. Stała czujność

Bezpieczeństwo danych już teraz jest podstawą funkcjonowania e-handlu – z biegiem czasu będzie ono jeszcze istotniejsze dla obu stron transakcji. Wraz z rosnącą świadomością dotyczącą prywatności w sieci, akty prawne takie jak RODO czy PSD2 zapewniają konsumentom narzędzia do ochrony wrażliwych danych, jednocześnie dotkliwiej karząc sklepy za zaniedbania w zakresie cyberbezpieczeństwa. Kluczowe jednak będzie utrzymanie równowagi między wysokimi standardami bezpieczeństwa a komfortem korzystania z usług.

Jeszcze 25 lat temu nikt nie pomyślałby, że sklepy online będą mogły kiedykolwiek w pełni zastąpić tradycyjne. Jednak dzięki sztucznej inteligencji, wirtualnej rzeczywistości i najnowszym osiągnięciom technologii coraz bardziej zbliżamy się do przełomowego momentu. A nie czeka nas spowolnienie rozwoju rynku – wręcz przeciwnie, firmy będą tylko prześcigać się w udoskonalaniu procesu kupowania, aby usatysfakcjonować klientów.

[1] Shopify

[2] Forrester

[3] Gemius i Izba Gospodarki Elektronicznej

[4] Accenture & FashionBiznes.pl

[5] Oracle

[6] Statista

[7] Statista

[8] PayPal

[9] Statista

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – wrzesień 2019 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 26,3% rdr do 16,1 mld zł we wrześniu 2019 r.
  • Wzrost łącznej wartości obrotu akcjami na rynku NewConnect o 51,5% rdr do poziomu 174,1 mln zł we wrześniu 2019 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 14,4% rdr do poziomu 824,1 tys. szt. we wrześniu 2019 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 13,8% do poziomu 26,5 TWh we wrześniu 2019 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 38,5% rdr do 11,9 TWh we wrześniu 2019 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) na rynku spot o 93,4% rdr do 33,8 ktoe we wrześniu 2019 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 17,1 mld zł we wrześniu 2019 r., czyli o 32,1% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła we wrześniu 2019 r. o 26,3% rdr do poziomu 16,1 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła we wrześniu 2019 r. 768,8 mln zł, o 29,8% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec września 2019 r. wyniosła 57 320,30 pkt i była o 2,8% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect we wrześniu 2019 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 51,5% rdr do poziomu 174,1 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect we wrześniu wzrosła o 68,2% rdr i wyniosła 172,6 mln zł.

We wrześniu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 824,1 tys. szt., czyli o 14,4% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 0,2% rdr do poziomu 445,7 tys. szt., a wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 69,3% rdr do 229,9 tys. szt. We wrześniu 2019 r. obroty opcjami wzrosły o 56,4% rdr do poziomu 26,0 tys. szt.

We wrześniu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 104,8% rdr do poziomu 144,2 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 25,6% rdr do 16,3 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 92,8 mld zł na koniec września 2019 r. wobec 83,1 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła we wrześniu 2019 r. o 78,8% rdr do poziomu 276,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła we wrześniu 2019 r. 18,4 mld zł wobec 40,5 mld zł rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym we wrześniu 2019 r. wyniósł 26,5 TWh, co oznacza spadek o 13,8% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 25,5% rdr do poziomu 2,7 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 16,7% rdr do poziomu 23,8 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł we wrześniu o 38,5% rdr do 11,9 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 72,7% do poziomu 1,5 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 43,6% rdr do poziomu 10,5 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł we wrześniu 2019 r. 1,7 TWh, co oznacza spadek o 57,5% rdr. Wrześniowe dane w tej linii biznesowej są jednak nieporównywalne rdr z uwagi na zakończenie notowań certyfikatów kogeneracyjnych, które nastąpiło w czerwcu 2019 r.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 93,4% rdr osiągając we wrześniu 2019 r. poziom 33,8 ktoe[3].

Kapitalizacja 409 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec września 2019 r. wyniosła 551,13 mld zł (126,01 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 458 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec września 2019 r. 1 112,6 mld zł (254,4 mld EUR).

Na rynku NewConnect we wrześniu tego roku zadebiutowały spółki: Carpathia Capital (wartość oferty 750 tys. zł), e-XIM IT (wartość oferty 44 tys. zł) oraz Red Dev Studio (wartość oferty 1,13 mln zł).

Na rynku Catalyst we wrześniu 2019 r. zadebiutowały obligacje miasta Zduńska Wola (wartość oferty 12,5 mln zł), miasta Sanok (wartość oferty 18 mln zł) oraz miasto Radomsko (wartość oferty 30 mln zł).

We wrześniu 2019 r. na GPW odbyły się 21 sesje giełdowe, w porównaniu do 20 sesji rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Płaca minimalna wzrośnie, czy to dobry pomysł?

Płaca minimalna stała się w Polsce już jakiś czas temu przedmiotem dyskusji, głównie w środowisku politycznym, ale też wśród pracodawców i pracowników. Jej wzrost obserwujemy nieprzerwanie niemal od 20 lat, a wpływ ma nie tylko na zwiększenie zasobności portfeli najmniej zarabiających. Niesie ze sobą o wiele większe skutki i choć zapowiedziano jej wyraźne podniesienie, to do poziomów zachodnioeuropejskich i tak nam wciąż daleko.

Wzrost coraz szybszy

Płaca minimalna na przestrzenni ostatnich dwóch dekad nie wzrosła tylko raz – w 2002 r. Ponieważ rok dwutysięczny wielu z nas pamięta, warto też sobie przypomnieć ile wtedy zarabiali ci najsłabiej opłacani. Było to około 700 złotych brutto. „Na rękę” pracownik dostawał trochę więcej niż 550 złotych za miesiąc pracy. Zestawienie tej kwoty z głośno wypowiedzianą już sumą 4000 brutto na koniec 2023 może więc robić piorunujące wrażenie. To jednak mimo wszystko 23 lata różnicy, czyli całe pokolenie, a przy okazji w tym czasie będziemy już niemal 20 lat w Unii Europejskiej. Po drodze pokonywaliśmy kolejne progi. W 2008 r. najniższą krajową ustalono na poziomie 1126 złotych, cztery lata później doszliśmy do poziomu 1500 złotych. Od stycznia 2020 osiągniemy poziom 2600 złotych. Płaca minimalna od lat oscyluje na poziomie niewiele ponad 40% średniej krajowej. Związki zawodowe dążą do tego, by sięgała przynajmniej jej połowy. Dziś, w zależności od miesiąca, średnia przekracza 5100 złotych brutto. Wydaje się zatem, że w przyszłym roku wyraźnie zbliżymy się do poziomu 50%. Wybiegając w 2023 i trzymając się tych założeń wyglądałoby na to, że będziemy zarabiać średnio 8000 zł brutto? Czy to realny poziom?

– Pensje w Polsce rosną ostatnio o około 7 procent rocznie. Jeśli ten wzrost zostanie utrzymany w najbliższych latach, to na początku 2024 roku przeciętne wynagrodzenie powinno wynosić 7200 brutto – wylicza Agnieszka Książek, dyrektor departamentu marketingu Vienna Life TU na Życie S. A. Vienna Insurance Group.

Unia – czyli dwa światy

Choć ceny w naszym kraju na tle starej Unii są wciąż zauważalnie niższe, to różnica nie jest już znacząca. Szczególnie, jeśli porównamy ceny z dużych polskich miast do tych za granicą. Widać to bardzo dobrze w wielkich marketach obecnych w całej Europie. W wielu przypadkach ceny są bardzo zbliżone. By jeszcze dobitniej pokazać jak to wygląda wystarczy przyjrzeć się kosztowi paliwa. Dużo podróżujemy po Europie, więc możemy to zestawić. Paliwo w Polsce (Pb95) kosztuje średnio 5 złotych za litr. Dla przykładu w Austrii  – 1.30 euro czyli 5.60, we Francji 10 eurocentów więcej. Różnice w najniższych wynagrodzeniach są dużo większe. I właśnie mieszkańcy Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii, Irlandii i Luksemburga dostają miesięcznie przynajmniej 1500 euro. Nasza płaca minimalna wynosi dziś 520 euro. Czyli mniej więcej tyle ile w Chorwacji, Czechach czy na Słowacji. W Grecji to prawie 700 euro, w Portugalii nieco więcej, na Malcie ponad 760, a Słoweńcy mają już gwarancję 890 euro miesięcznie.

– Polacy zarabiają coraz więcej, jednak niepokoi, że nie ma to większego odzwierciedlenia w gromadzonych oszczędnościach. Według danych Eurostatu przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce w trzecim kwartale 2018 roku odłożyło 0,73 proc. swoich dochodów. Mniej oszczędzają tylko Hiszpanie i Portugalczycy, którzy są wręcz na minusie – dodaje Książek.

Pensja minimalna i jej wpływ na gospodarkę

Podwyżka dla pracowników to tylko początek, bo wiąże się ona z wieloma innymi aspektami. Wynagrodzenie obciążone jest kosztami, których pracownik nie widzi, bo nawet nie ma ich na umowie. Do wyliczeń przyjmijmy 2600 złotych, czyli kwotę pensji minimalnej z przyszłego roku. Pracownik na rękę dostanie 1877 złotych, a pracodawca zapłaci 3132. To koszt różnego rodzaju składek i podatków. Z każdej pensji minimalnej do państwa trafi więc 1255 złotych – prawie 200 złotych więcej niż w tym roku, a całkowity koszt pracodawcy wzrośnie o ponad 400.

– Pensja minimalna przekłada się także na wysokość wszelkiego rodzaju świadczeń i zasiłków, bo na jej podstawie są one wyliczane. Eksperci mówią także o znaczącym wpływie na wzrost cen. Inflacji nie da się jednak zaplanować. Można ją jedynie próbować przewidzieć. Dziś wynosi 2.9% i jest blisko górnej granicy akceptowanej przez Radę Polityki Pieniężnej – komentuje Agnieszka Książek.

Tekst powstał w ramach współpracy z ekspertami portalu edukacyjnego Viem.pl.

Wyrok TSUE to nie przycisk zagłady

Dziś o 9:30 Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyda orzeczenie w sprawie hipotek frankowych. W ostatnich dniach temat zelektryzował rynek złotego i czarne scenariusze były przerabiane na liczne sposoby. Sądzę jednak, że strach jest przesadzony, a może i spotęgowany potrzebą wygenerowania zmienności na przeważnie spokojnym rynku złotego.

Na rynku jest już tyle opinii na temat szczegółów i ewentualnych konsekwencji wyroku TSUE dla sektora bankowego i gospodarki, że nie będę ich powielał. Skupię się na tym, co może czekać złotego. Zgadzam się z opinią większości, że orzeczenie Trybunału nie będzie oznaczać natychmiastowych strat dla banków, czy zmusi ich do prędkiego pozbywania się transakcji zabezpieczających ryzyko kursowe związane z kredytami walutowymi. Cokolwiek negatywnego będzie wynikać z orzeczenia, prawdopodobnie skutki tego będą rozłożone w czasie na długo, a ewentualna ich skala będzie mniejsza niż wstępne obawy. Jestem w stanie zrozumieć strach Związku Banków Polskich, który mówił o stratach dla sektora bankowego dochodzących o 100 mld zł. Banki to zbyt poważne instytucje, by pozwalały sobie na niedoszacowanie ryzyka i w ich przypadku lepiej być gotowym na najgorszy scenariusz. Ale jednocześnie nie mogę dawać wiary tak wysokim liczbom, jeśli jest oczywistym, że wyrok TSUE nie zaoferuje jednego czerwonego przycisku zagłady, po naciśnięciu którego wszystkie frankowe umowy kredytowe zostaną natychmiast rozwiązane. Klienci muszą wyjść z inicjatywą złożenia pozwu, liczyć się z wielomiesięcznym procesem, jego kosztami i niepewnością wyroku. I nie zapominajmy o tym, że anulowanie umowy kredytowej oznacza konieczność zwrotu bankowi kwoty kredytu (pomniejszonej o już spłacone raty). Jeśli nie ma się wolnych kilkudziesięciu tysięcy franków albo nie chce się sprzedawać kredytowanego mieszkania, skłonność do złożenia pozwu będzie mniejsza.

No dobrze, ale jednak złoty osłabił się po informacji o terminie wyroku i pozostaje słaby, więc wyrok niesie jakieś ryzyko, prawda? Mój wewnętrzny cynizm pcha mnie w stronę tezy, że w każdej sytuacji rynki preferują zmienność nad stabilność, bo to na zmienności zarabia się pieniądze. Stąd lepiej jest rozegrać czynnik ryzyka poprzez wstępną reakcję i późniejsze odreagowanie niż zaniechać działania w oparciu o trzeźwą kalkulację. Ale jest też drugie wytłumaczenie, po którym są mniejsze szanse, że zostanę uznany za luantyka. Gdy ustalony został termin opublikowanie wyroku TSUE, możliwe stało się zawieranie transakcji zabezpieczających przed ewentualną deprecjacją złotego. Popyt na opcje walutowe EUR/PLN z zapadalnością za dwa tygodnie (licząc od 20 września) generował również presję na kurs spotowy. Popyt na opcje mógł brać się z chęci spekulacji, ale też konieczności zabezpieczenia ryzyka na innych aktywach złotowych (np. obligacjach). Ale to też oznacza, że osłabienie złotego z drugiej połowy września nie oznacza, że ryzyko negatywnego w skutkach wyroku nagle drastycznie wzrosło, a raczej może być skutkiem technicznych potrzeb uczestników rynku.

Jeśli tak było, to sam wyrok nie stanowi dodatkowego ryzyka dla złotego. Oczywiście nie można wykluczyć, że pierwsze nagłówki w serwisach informacyjnych będą celowo zawierały w sobie element szokującego przekazu, który stanie się pożywką dla spekulacyjnego uderzenia w złotego. Jednak po wstępnym szumie spodziewałbym się, że analiza szczegółów wyroku pozwoli na ostudzenia emocji, jak również przysłowiową „sprzedaż faktów”, która pozwoli złotemu na odreagowanie. Muszę jednak powtórzyć w tym miejscu, że pieniądze zarabia się na zmienności i z tego powodu czwartkowy handel może być chaotyczny, jeśli uczestnicy rynku uznają to za dobrą okazję do rozkręcania spirali strachu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.