Podróżnym na polskich lotniskach w przyszłości mają pomagać roboty. Wdrożona zostanie także całkowicie biometryczna odprawa

Podróżnym na polskich lotniskach w przyszłości mają pomagać roboty. Wdrożona zostanie także całkowicie biometryczna odprawa 1

Na światowych lotniskach coraz częściej wykorzystywane są najnowsze technologie. Tomografia komputerowa sprawdza bagaże przy odprawie bezpieczeństwa, biometria pozwala na szybszy boarding, a roboty pomagają w poruszaniu się po lotnisku i nadawaniu bagaży. W Polsce nowe technologie na lotniskach to dopiero przyszłość. Port lotniczy w Warszawie wprowadza już bramki biometryczne. W przyszłości możliwe będzie także wykorzystanie inteligentnych robotów i wirtualnych asystentów, którzy przejmą część obowiązków na lotniskach.

– Lotnisko przyszłości na pewno będzie bardziej innowacyjne niż teraz. Na pewno nowe technologie zastąpią w niektórych momentach personel lotniczy, ale samo lotnisko się nie zmieni. Będzie nadal przyjazne, będzie radosne i będzie miejscem, gdzie pasażerowie będą wydawać dużo, dużo pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Kloskowski, prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Lotniska stają się coraz bardziej innowacyjne. Standardem stają się bramki biometryczne. Lotnisko w Dallas rozpoczęło test technologii biometrycznej na każdym etapie podróży pasażerskiej. Dubaj z kolei przygotowuje się do uruchomienia ścieżki biometrycznej, która zapewni pasażerom płynną i bezproblemową podróż na lotnisko w hubie lotniczym. W Polsce pojawiają się dopiero pierwsze bramki biometryczne, ale z biegiem czasu nowych technologii na polskich lotniskach będzie coraz więcej.

– Za granicą mamy już inteligentne checkiny, które często są bezobsługowe, w Polsce odprawiamy się jeszcze tradycyjnie, a nowością są dopiero odprawy przez internet. Natomiast mamy deficyt pracowników na rynku pracy i te nowe technologie do nas wejdą, czy tego chcemy czy nie. Będą pojawiały się na naszych lotniskach coraz szybciej – twierdzi Tomasz Kloskowski.

Coraz powszechniejszym widokiem na terminalach lotniczych są także roboty – m.in. robot Airstar na lotnisku Incheon , robot „Vistara” Rada w Indiach czy humanoidalny robot Josie Pepper w Monachium. Na lotnisku w Hadze pojawiły się autonomiczne wózki do przewozu bagażu i roboty bagażowe. Porty lotnicze wykorzystują też technologie głosowe – lotnisko Heathrow upoważniło podróżnych do proszenia Alexy o informacje na temat statusu lotu, aktualizacji bramek i szczegółów dotyczących przylotów i odlotów. Jeszcze innym rozwiązaniem są inteligentne okulary, które ułatwiają podróż osobom niedowidzącym.

– Technologia wchodzi najszybciej w Azji. To roboty, które pomagają pasażerom w poruszaniu się po lotniskach. Inteligentne systemy, które wspierają samoobsługę, żeby pasażer bezobsługowo przechodził praktycznie od wejścia do terminalu do samolotu. To jest główny kierunek, w którym będą zmierzać lotniska w przyszłości – przewiduje Tomasz Kloskowski.

Konsumenci coraz bardziej przyzwyczajają się do korzystania z produktów wirtualnej rzeczywistości. Dlatego niektóre lotniska starają się stworzyć bardziej wciągające wrażenia zarówno w terminalu, jak i podczas lotu. Inflight VR ​​jako pierwsza firma wprowadziła rozwiązanie rozrywkowe VR „choroba lokomocyjna”, które zostało przetestowane przez Iberię w salonach premium na lotnisku w Madrycie i na wybranych rejsach. Etihad i Emirates wypróbowały zestawy VR w salonach na lotniskach, a Alaska Airlines współpracuje ze SkyLights przy testowaniu VR IFE.

Dla rozwoju lotnisk istotny jest tzw. passenger experience, czyli to jak dany pasażer odbierze podróż – od odprawy, przez poruszanie się po lotnisku, zakupy i posiłki, po sam lot. Nowe technologie mają na celu poprawę komfortu podróży, inne idą jeszcze dalej. W 2018 roku lotnisko w Dubaju, jako pierwsze współpracowało z Deliveroo, jednym ze światowych liderów w dostarczaniu żywności. DeliverooDXB umożliwia dostarczenie świeżo przygotowanego jedzenia bezpośrednio do bramki w ciągu kilku minut od zamówienia. Port lotniczy Amsterdam-Schiphol we współpracy z HMSHost International również poszedł w ich ślady.

– Żeby pasażer do nas wracał, musimy spowodować, że będzie czuł się dobrze. Nie tylko przelecieć z punktu A do punktu B w jak najszybszym czasie, lecz także po drodze zbierze frukty, czyli będzie szczęśliwy. Bo nagle tu dostanie jakiś smaczek, tam coś tanio kupi, tu jeszcze coś go zaskoczy – tłumaczy prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Grand View Research podaje, że rynek inteligentnych lotnisk w 2025 roku będzie wart ponad 25 mld dol.

Polskie szkoły już niebawem z dostępem do szybkiego internetu. Umożliwi to uruchomione właśnie centrum danych

Polskie szkoły już niebawem z dostępem do szybkiego internetu. Umożliwi to uruchomione właśnie centrum danych 2

– Zgodnie z planem w przyszłym roku wszystkie szkoły zostaną przyłączone do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, czyli będą mogły korzystać z dostępu do internetu – mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski. Prace nad wdrażaniem OSE mogą wejść na kolejny etap, ponieważ gotowe jest już serce sieci, czyli nowoczesne data center NASK na warszawskiej Pradze Północ. Obiekt jest odporny na każdą ewentualność: od awarii prądu po powodzie czy pożary. Poza utrzymaniem OSE będzie też świadczyć usługi przechowywania i przetwarzania danych dla administracji rządowej i prywatnych firm.  

– Data Center NASK będzie obsługiwać zarówno komercyjne firmy, jak i systemy administracji publicznej, z których najważniejszym jest Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Za plecami mamy infrastrukturę przygotowaną już pod węzeł centralny OSE, czyli projekt, w ramach którego wszystkie szkoły w Polsce będą miały zapewniony bezpłatny, szybki i bezpieczny internet. Trzeba pamiętać, że NASK – PIB jest jedną z podstawowych instytucji w ramach Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, więc posiadanie odpowiedniego zaplecza infrastrukturalnego jest dla niego bardzo istotne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes minister cyfryzacji Marek Zagórski.

NASK podkreśla, że data center jest odporne na każdą ewentualność: od awarii prądu po powodzie czy pożary. To konieczność, bo będzie tutaj mieścić się też węzeł centralny, czyli serce Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która zapewni dostęp do szybkiego internetu wszystkim szkołom w Polsce.

– Węzeł centralny będzie współpracował z 16 węzłami regionalnymi, które też są już oddawane do użytku. Ma to zapewnić niezakłócone funkcjonowanie sieci w szkołach z prędkością 100 Mbps – mówi Marek Zagórski.

 Data center na Pradze jest sercem OSE. Sieć szkieletowa jest rozprzestrzeniona po całej Polsce, ale w tym miejscu ulokowaliśmy główne elementy systemu. Przede wszystkim tutaj będą umieszczane wszystkie dane, tu będzie transmitowany ruch sieci OSE, tu będą kluczowe elementy bezpieczeństwa –mówi Bartłomiej Klinger, zastępca dyrektora NASK ds. projektów administracyjno-edukacyjnych.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w 19,5 tys. lokalizacji w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu światłowodowego. Dzięki temu lekcje będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a model kształcenia w polskich szkołach ma się całkowicie zmienić – z analogowego na cyfrowy. Jak informuje minister cyfryzacji, projekt przebiega zgodnie z harmonogramem i w przyszłym roku wszystkie szkoły zostaną przyłączone do OSE.

– Dalsze plany zakładają oprzyrządowanie szkół i wyposażenie nauczycieli nie tylko w sprzęt, bo to jest zadanie przede wszystkim dla samorządów, choć tworzymy na ten cel specjalny fundusz, lecz przede wszystkim w narzędzia wspomagające proces edukacyjny – mówi Marek Zagórski.

 OSE to jest projekt cywilizacyjny, który ma za zadanie podłączyć wszystkie szkoły podstawowe i średnie w Polsce do bezpiecznego, szybkiego i bezpłatnego internetu, a także dostarczyć im usługi bezpieczeństwa i dodatkowe elementy wspierające cyfrową edukację w polskich szkołach – mówi Bartłomiej Klinger.

Nowe Data Center NASK na warszawskiej Pradze Północ to jeden z najnowocześniejszych obiektów tego typu w Polsce. Serwerownia liczy prawie 1 tys. mkw., z czego 40 proc. zostało wynajęte firmom komercyjnym. NASK szacuje, że do końca roku stopień komercjalizacji przekroczy już 50 proc.

 Data Center udostępnia powierzchnię dla naszych klientów – zarówno publicznych, jak i prywatnych, którzy lokują tutaj swoje zasoby albo tworzą centra zapasowe na wypadek jakiejś przerwy w swojej działalności – mówi Jarosław Tyc, prezes zarządu NASK – Dalszy rozwój tego miejsca wiąże się z budową nowej powierzchni biurowej i nowych usług związanych m.in. z cyberbezpieczeństwem, sztuczną inteligencją, usługami w chmurze czy internetem rzeczy.

Inwestycja została zrealizowana przez NASK w całości własnymi siłami, bez udziału generalnego wykonawcy. Jak podkreślają jej inicjatorzy, była ona konieczna, bo z roku na rok rośnie zapotrzebowanie administracji i prywatnych firm na przetwarzanie dużej liczby danych.

– Decyzja zapadła po przeanalizowaniu rynku i potrzeb na usługi przechowywania danych, przetwarzania w chmurze, zarówno ze strony rządowej, publicznej, jak i prywatnej. Patrzyliśmy też, jak te usługi rozwijają się w innych krajach, poprzedziliśmy tę decyzję wnikliwą analizą ekonomiczną – mówi Jarosław Tyc. – Cyfryzacja polskiej administracji wymaga odpowiednich zasobów do przechowywania, przetwarzania i udostępniania danych. Ale również sektor prywatny wykazuje duże zainteresowanie, ponieważ nowe wymogi w kwestii cyberbezpieczeństwa wpływają na to, że firmy starają się zapewnić jak największe bezpieczeństwo dla swoich danych.

Warszawskie data center NASK zostało wyposażone w pierwszą w Polsce instalację podtrzymywania zasilania opartą na bateriach litowo-jonowych. Do obiektu doprowadzono też dwa niezależne przyłącza energetyczne od dwóch różnych dostawców, żeby zagwarantować bezpieczeństwo zasilania. Ponadto ma też trzy niezależnie przyłącza światłowodowe z odrębnymi wejściami. Obiekt jest też wyposażony m.in. w system klimatyzacji precyzyjnej i system wczesnej detekcji przeciwpożarowej.

Przedsiębiorcy prowadzący w Polsce jednoosobową działalność gospodarczą mają do odzyskania od kontrahentów 910 mln zł

  • W efekcie mikrofirmy zalegają z płatnościami dla swoich partnerów, a w gospodarce powstaje niebezpieczny efekt kuli śnieżnej.
  • Największe zadłużenie w skali kraju mają przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na Mazowszu (839 mln zł), za nimi są firmy ze Śląska (634 mln zł) oraz przedsiębiorcy z Wielkopolski (499,5 mln zł). 

Kwota jaką mikrofirmy mają do odzyskania przekroczyła już 900 mln (dokładnie 910 mln – dane Krajowy Rejestr Długów – KRD) i na koniec roku może osiągnąć miliard złotych. To bardzo duże pieniądze, a na absurd zakrawa fakt, że ogromną część tej kwoty małe firmy mają do odzyskania od dużych firm. Na nie przypada 47% wierzytelności, jakie mikrofirmy mają „zamrożone”. Takie zaległości powodują, że małe firmy najłatwiej tracą płynność i upadają lub same nie płacą.

Mali kredytują dużych, a sami szukają środków gdzie indziej

Można więc powiedzieć, że małe firmy kredytują duże. Oczywiście nie robią tego z rozmysłem, po prostu nie mogą się doczekać na własne środki, już zarobione i zafakturowane. Część z nich upada, inni szukają rozwiązań zastępczych. Przedsiębiorcy wysyłają faktury, na których zapłatę musieliby długo czekać, do faktorów. Ci, w zamian za prowizję, przekazują środki z faktury do wykonawcy usługi czy producenta towaru od razu po wystawieniu dokumentu i przekazaniu go do faktora.

– Jeszcze kilka lat temu praktycznie nie było instytucji finansowych skłonnych finansować mikroprzedsiębiorców – ani w postaci kredytu, ani w postaci faktoringu. Teraz to się już zmienia i narzędzia finansowania small biznesu są dostępne. Rynek finansowy w Polsce jest już na tyle dobrze rozwinięty, że nie ma w zasadzie firm, które ze względu na swoją wielkość nie kwalifikują się, żeby otrzymać finansowanie. Takich podmiotów jest zbyt dużo i są zbyt ważne, aby pominąć je w obrocie finansowym. My za pomocą faktoringu finansujemy nawet faktury opiewające na kilkaset zł. Zaawansowane metody scoringowe, pozwalają bardzo dokładnie sprawdzić i ocenić dowolną firmę. Generalną zasadą jest elastyczność w ocenie, a w przypadku faktoringu procedury są prostsze i krótsze niż przy kredycie, w dodatku coraz bardziej zdigitalizowane i zautomatyzowanemówi Tomasz Domagalski Dyrektor Zarządzający Finea S.A. – fintechu finansującego mikroprzedsiębiorstwa.

17 tysięcy firm w Polsce już korzysta z takiej formy usługi pośredników w rozliczeniach finansowych (w tym przypadku faktorów). Oznacza to, że pieniądze za swoje faktury otrzymuje nie od swoich kontrahentów, a z innej instytucji finansowej –faktoringowej.

Efekt śnieżnej kuli nawet w upały

Polscy przedsiębiorcy pomimo dobrej koniunktury i rozwoju gospodarczego nie dążą do skracania terminów w jakich regulują swoje zobowiązania za towary i usługi. Najbardziej narażone na nieotrzymanie zapłaty od kontrahentów są właśnie najmniejsze firmy. Przeciąganie przelewów ze strony dużych firm powoduje, że także small biznes swoje zobowiązania reguluje w systemie odroczonej płatności. W rezultacie aż trzy czwarte zadłużonych firm figurujących w KRD to przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Do oddania mają już ponad 5 mld zł (o 3,2 mld zł więcej niż przed 5 laty). Największe zadłużenie w skali kraju mają przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na Mazowszu (839 mln zł), za nimi są firmy ze Śląska (634 mln zł) oraz przedsiębiorcy z Wielkopolski (499,5 mln zł).

– Przez lata sytuacja mikrofirm pogarszała się, bo nikt nie myślał o ich potrzebach finansowych czy inwestycyjnych. W dalszym ciągu są dla banków firmami drugiej, albo nawet trzeciej kategorii, ale na szczęście dla nich rozwijają się nowe narzędzia finansowania. Np. w przypadku faktoringu o przyznaniu finansowania decyduje to, z kim przedsiębiorca handluje, jakie wiążą go umowy handlowe, jakie ma perspektywy rozwoju. W mniejszym stopniu na przyznanie finansowania ma wpływ historia, nawet już 6 miesięczny okres prowadzenia firmy pozwala ubiegać się o finansowanie w formie mikro faktoringu. Małym firmom łatwiej jest o finansowanie, które przyznawane jest na bazie perspektyw rozwoju, a nie długiej historii działalności, której często nie mają – mówi Tomasz Domagalski z Finea S.A.

Wedle raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w Polsce jest ok. 2,3 mln mikrofirm. Aż dwie trzecie z nich to jednoosobowa działalność polegająca na samozatrudnieniu właściciela całego biznesu. Mikrofirmy to około 96 procent wszystkich przedsiębiorstw w Polsce, wytwarzają jedną trzecią krajowego PKB.

Przegląd aktywności pięciu największych światowych brandów na rynku kryptowalut i blockchain

Wielkość rynku kryptowalut szacuje się obecnie na ponad 250 miliardów dolarów, a jego wielkość z roku na rok rośnie. A jednak u wielu osób wciąż budzi kontrowersje. Wzrost tego sektora finansów jest widoczny nie tylko w wartości, ale także w ilości nowopowstałych kryptowalut. Od czasu powstania Bitcoina w 2009 roku powstało ponad 4000 altcoinów. Na wzrost rynku kryptowalut znaczący wpływ mają rozwój technologii blockchain, a także inwestycje światowych gigantów informatycznych. Poniżej opisane zostały działania TOP 5 największych korporacji związane z rynkiem kryptowalut i technologią blockchain.

Amazon

Choć stanowisko Amazona od lat nie zmienia się w stosunku do kryptowalut, firma posiada w pełni zarządzaną bazę danych ksiąg rachunkowych Amazon QLDB, które mogą służyć do rozwoju aplikacji blockchain. Wraz z nią pojawiły się usługi rozwoju skalowalnych sieci blockchain. Równocześnie Amazon nawiązał współpracę z głównymi graczami rynku blockchain: IDEO CoLab, R3 oraz Consensys. Kilka lat temu Amazon zarejestrował domeny amazonethereum.com, amazoncryptocurrency.com oraz amazoncryptocurrencies.com. Oficjalnie celem tego działania było zapewnienie bezpieczeństwa marki. W związku z aktywnością wokół Facebook Libra oraz Walmart’s Stablecoin temat kryptowalut wraca do przedstawicieli Amazona niczym bumerang. W ciągu najbliższych kilku lat Amazon może zmienić front, zwłaszcza biorąc pod uwagę atrakcyjność kryptowalut dla handlu elektronicznego.

Apple

Działania Apple w obszarze blockchain i kryptowalut widać coraz wyraźniej. Apple stworzyło nowy framework dla developerów o nazwie CryptoKit przeznaczony do wykonywania operacji kryptograficznych, w tym także do tworzenia, wymiany i sprawdzania kluczy. Od czerwca 2019 wśród udostępnianych symboli SF Symbols znalazły się nowe ikony ze znakami Bitcoina. Sam wiceprezes działu płatności Apple Pay powiedział, że kryptowaluty mają „interesujący długoterminowy potencjał”. Od momentu pojawienia się Apple Pay firma jest bardzo aktywna w sektorze Fintech, stawiając na bezpieczeństwo swoich klientów. Wprowadzając Apple Card z jednej strony znajduje sposób na utrzymanie ludzi w ekosystemie, z drugiej jednak wyróżnia się, chroniąc prywatność użytkowników.

Google

Google uruchomił nowe narzędzia wyszukiwania powiązane z kryptografią. Rozwój tego narzędzia ma doprowadzić do wyświetlania danych o cyfrowych walutach w bardziej przyjazny sposób. Wśród dostarczanych informacji znajdą się najważniejsze artykuły, a także inne sugerowane waluty. Póki co platforma współpracuje jedynie z najpopularniejszymi walutami wirtualnymi, takimi jak Bitcoin, Ethereum czy Ripple.

Microsoft

Producent najpopularniejszego systemu operacyjnego zapowiedział, że ma w planach stworzenie „tożsamości cyfrowej”. Tożsamość cyfrowa mogłaby być wykorzystana do uzyskiwania dostępu do witryn oraz aplikacji w Internecie. Projekt ma bazować na technologii blockchain wykorzystywanej w Bitcoinie. Działania Microsoftu wskazują, że kryptowaluty są w obszarze zainteresowań firmy. O wspieraniu rozwoju tego sektora świadczą chociażby dodanie symboli Bitcoina do arkusza kalkulacyjnego Excel czy publikacja opisująca działanie blockchain oraz Ethereum.

W maju 2019 uruchomiana została usługa Azure Blockchain Service bazująca na open-source’owej platformie Quorum. Platforma działa w oparciu o protokół Ethereum i skupia obecnie największą społeczność developerów blockchain. Microsoft jest także uczestnikiem projektu prowadzonego przez IOTA Foundation, którego celem jest utworzenie publicznego rynku danych dla Internetu Rzeczy w oparciu o kryptowaluty.

VISA

Światowy gigant usług płatniczych inwestuje w spółkę Anchorage, której wartość przekroczyła ostatnio 40 milionów dolarów. VISA współtworzy także stowarzyszenie Libra, którego celem jest utworzenie i rozwój własnej sieci wokół nowopowstałej kryptowaluty Libra. Obok VISA członkami stowarzyszenia są także Mastercard, PayPal, PayU, eBay, Uber i oczywiście Facebook, który jest pomysłodawcą, a także właścicielem aplikacji Calibra, służącej do zarządzania portfelem nowej kryptowaluty.

VISA współpracuje z największą giełdą krytowalut Coinbase w zakresie stworzenia nowej karty debetowej umożliwiającej płatności z portfela kryptowalut. Docelowo z karty będzie można korzystać na całym świecie, wszędzie tam, gdzie możliwe jest dokonanie płatności z użyciem tradycyjnych kart debetowych i kredytowych VISA. Póki co z karty można korzystać w sześciu europejskich krajach – Hiszpanii, Niemczech, Francji, Włoszech, Irlandii oraz Holandii.

Ruszyła maszyna i nikt jej już nie zatrzyma

Wśród TOP 5 korporacji na świecie nie ma firmy, która przeszłaby obojętnie obok kryptowalut. W różny sposób inwestują swoje zasoby w rynek kryptowalut i technologię blockchain, co wskazuje, że trend rozwoju tego sektora będzie się dalej rozwijał w ciągu najbliższych lat. Firmy, które chcą za tym trendem podążyć, powinny bacznym okiem obserwować start-upy powstające wokół blockchain i/lub przyłączyć się do odkrywania potencjału tej technologii na własną rękę.

Niedziele bez handlu w opinii przedsiębiorców, pracowników handlu i samych konsumentów

Obowiązujące od marca 2018 roku ograniczenie handlu w niedziele w założeniu miało polepszyć sytuację życiową pracowników sektora handlowego i małych przedsiębiorców, a także wpłynąć na zmianę sposobu spędzania wolnego czasu przez Polaków. Jednak jak wynika z najnowszego raportu agencji badawczo-konsultingowej DANAE oraz badań SW Research – nie wszystkim Polakom odpowiadają wprowadzone regulacje.              

Raport stanowi podsumowanie pogłębionych badań społecznych, przeprowadzonych we współpracy z Agencją Badań Rynku i Opinii SW Research, których celem było zdiagnozowanie faktycznego wpływu wprowadzenia zakazu handlu w niedziele na codzienność różnych grup społecznych. Co więcej, jego wydanie miało również na celu zainicjowanie dialogu społecznego, w efekcie którego powstaną rozwiązania spełniające potrzeby wielu grup interesariuszy zaangażowanych w temat niehandlowych niedziel.

W odróżnieniu od przeprowadzonych już wcześniej badań rynkowych dotyczących zakazu handlu w niedziele – diagnoza przeprowadzona przez agencję badawczo-konsultingową Danae, SW Research, precyzuje, co zakaz niedzielnego handlu zmienił w życiu badanych grup zawodowych i społecznych, a także ich rodzin. Wskazuje, jakie są ich oczekiwania odnośnie możliwości pracy w niedziele czy też preferowanych przez nich innych form spędzania ostatniego dnia weekendu.

– Chcieliśmy poznać opinie respondentów o niehandlowych niedzielach, jak również sprawdzić, w jaki sposób zmiany odbiły się na ich życiu, sposobie spędzania czasu, robieniu zakupów, pracy czy prowadzeniu biznesu. Ustawowe ograniczenie handlu niewątpliwie wpływa na życie Polaków, ich codzienne wybory, styl życia czy miejsce zakupów. Wpływ tych zmian jest złożony i zależny od ról społecznych. Obowiązujące regulacje są inaczej oceniane z perspektywy przedsiębiorcy chcącego rozwinąć własny biznes, inaczej z punktu widzenia pracowników handlu, a jeszcze inaczej z perspektywy konsumenta, który musiał zmienić przyzwyczajenia swoje i swojej rodziny – informuje dr Marcin Spławski, Dyrektor Generalny Danae.

MATKA – pracuje, decyduje, kupuje

W części poświęconej matkom analizowano ich sposoby radzenia sobie ze zmianami. To, w jaki sposób oceniają ograniczenie handlu, a także jak zmieniło się ich życie po wprowadzeniu zakazu. I choć wszystkie zgodnie stwierdziły, że w ich życiu najważniejsza jest rodzina, to ich oceny co do wpływu zakazu handlu na relacje rodzinne były podzielone. W założeniach wynikających z ustawy – matki miały skorzystać na zakazie niedzielnego handlu. Tymczasem, sytuacja okazuje się być złożona, a założenie ustawowe – nie takie proste do oceny. Z jednej strony niektóre matki pracujące w handlu uważają, że zyskały więcej czasu dla bliskich, ale z drugiej – część z nich ubolewa, że straciły finansowo. Części matkom niepracującym w handlu zabrano możliwość spędzania czasu, który łączył aspekt praktyczny i przyjemność, jaką były wspólne zakupy i rozrywka z rodziną w galerii handlowej. Co prawda za każdą z badanych matek stoi jej osobista historia, wartości i potrzeby, ale w większości wskazują, że optymalnym rozwiązaniem byłoby zachowanie chociaż dwóch niedziel handlowych.

Utrudnienia dla przedsiębiorców wskutek ograniczenia handlu w niedziele

Kolejna część – to studium utrudnień, z jakim mierzą się mali przedsiębiorcy wskutek ograniczenia handlu w niedziele, ich opinii i oczekiwań odnośnie ograniczenia handlu.  Jak wynika z raportu, aż 45% ankietowanych internautów stwierdziło, że ograniczenie handlu w niedziele utrudnia rozwój drobnego biznesu. Badani przedsiębiorcy skarżyli się na utratę części klientów, a tym samym obniżenie dochodów. Aby zapewnić rentowność biznesu, zmuszeni są rekompensować sobie utracone godziny. Jedni wydłużają czas pracy w tygodniu lub pracują po godzinach w domu, inni zaś usiłują rozszerzyć działalność o sprzedaż internetową, aby spróbować skompensować utracone przychody. Z kolei
w niektórych przypadkach, w których przedsiębiorcy nie mogą wydłużyć godzin pracy, żeby uniknąć zwolnień, zmniejszają swym pracownikom wymiar czasu pracy, a tym samym wynagrodzenia. Badani przedsiębiorcy tłumaczą, że niedziela była najbardziej dochodowym dniem, którego nie da się zrekompensować w inne dni tygodnia. Strata jest tym bardziej odczuwalna, że czynsz i inne koszty stałe pozostały te same. Paradoksalnie na zakazie handlu nie zyskały także małe, osiedlowe sklepy, bo ludzie nauczyli się robić w tygodniu zakupy na zapas w dużych marketach i dyskontach.

Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci
Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci studiów dziennych pracujący w handlu głównie w weekendy – to również istotna grupa, która została przebadana. Natężony ruch klientów w niedziele wymagał od przedsiębiorców zatrudniania dodatkowego personelu. Korzystano wówczas z pomocy studentów i emerytów. Dla obu tych grup była to możliwość dorobienia. Wskutek wprowadzenia ograniczenia handlu w niedziele, niektórych emerytów pozbawiono pracy, którą traktowali również jako sposób radzenia sobie z samotnością. Dzięki pracy mogli poczuć się potrzebni, użyteczni i miała ona dla nich także wymiar psychologiczny. Zarówno dla studentów, jak i emerytów praca w niedziele była wyborem i nie oczekiwali zmiany regulacji w tym zakresie. Wskazywali także na jeden
z najistotniejszych – aspekt finansowy, bo uzyskiwana stawka godzinowa w niedziele była zwykle wyższa niż w pozostałe dni tygodnia. Część z nich zrezygnowała z pracy, ponieważ praca jedynie w soboty okazała się nieopłacalna. Badani wyjaśniali, że po wprowadzeniu ograniczenia handlu w niedziele stracili połowę dochodu weekendowego. W ich opinii  koszty  dojazdu i poświęconego czasu były niewspółmierne do otrzymywanego wynagrodzenia. Badani studenci i emeryci przyznawali, że byli rozżaleni i rozgoryczeni w związku z zaistniałą sytuacją.

Wolność wyboru dla pracownika

Dzięki raportowi poznajemy również perspektywę pracowników handlu i usług, którzy zwyczajowo pracują w niedziele. Diagnoza przedstawia opinie, w jaki sposób reprezentanci różnych branż oceniają ograniczenie handlu, na ile ich zdaniem były one zasadne, w jaki sposób przed wprowadzeniem niehandlowych niedziel wyglądała ich praca oraz co się zmieniło. Rozmówcy zastanawiali się, dlaczego wyróżniono jedną grupę zawodową, jaką są pracownicy handlu, podczas gdy np. pracownicy usług nadal pracują w niedziele. Wątek ten zdecydowanie obrazował niezrozumienie dla założeń reformy
i dawał wyraźny sygnał o poczuciu niesprawiedliwości, a wskazywali go głównie pracownicy gastronomii i sektora rozrywkowego. Zarówno pracownicy, jak i klienci zgodnie podkreślali, że zostali pozbawieni możliwości wyboru. Jak wynika z raportu aż 83% ankietowanych uznało, że pracownicy powinni mieć wolny wybór i samodzielnie decydować o tym, czy chcą w pracować niedziele czy też nie. Zaledwie 12% respondentów opowiadało się za dniem wolnym od pracy w niedziele. Aż 90% rozmówców uznało, że pracującym w niedziele powinny przysługiwać benefity, tj. wyższa stawka godzinowa lub zapewnienie wolnego dnia w zamian za każdą przepracowaną niedzielę.

Kompromis sacrum i profanum

Niedziela to wyjątkowy dzień z punktu widzenia osób religijnych. Raport DANAE przedstawia, jakie zdanie o niehandlowych niedzielach mają zarówno osoby wierzące i regularnie praktykujące, jak i niewierzące, czy zmiany miały wpływ na ich codzienność i praktyki religijne. Co interesujące – jak pokazują badania SW Reaserch, 93,8% wierzących respondentów przed wprowadzeniem ograniczenia handlu w niedziele, przynajmniej raz na jakiś czas robiło zakupy w niedziele. Stanowi to większą grupę niż w przypadku niewierzących. W ich opinii zarówno uczestnictwo w nabożeństwie niedzielnym, jak
i zakupy, nie wykluczały się. Wierzący i praktykujący respondenci deklarowali, że wspólne rodzinne zakupy, ale i msza, to zwyczajowo ich rodzinne, niedzielne praktyki, które nie muszą się wzajemnie wykluczać. Zapewniali, że w niedzielnych planach było miejsce i czas zarówno na jedno, jak i na drugie. Niektórzy badani przyznawali, że odczuwali wyrzuty sumienia z powodu przesuwania niedzielnej mszy na dalszy plan, mimo to zakupy traktowali zdecydowanie jako przyjemność i sposób na spędzenie czasu wolnego.

Czy sobota stała się koszmarem przez niehandlowe niedziele?

Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zgodnie przyznawały, że w wyniku wprowadzenia zakazu handlu w niedziele, sobotni ruch w sieciach i galeriach handlowych jest nieporównywalnie większy niż w tygodniu. Czy zatem sobota stała się dla nich koszmarem przez niehandlowe niedziele? Owszem, takie jest odczucie części badanych. Wynikające z tego niedogodności są wyraźnie zauważalne przez właścicieli drobnych przedsiębiorstw, etatowych pracowników handlu oraz przede wszystkim przez samych klientów. Problemy te są najbardziej odczuwalne przez pracowników zatrudnionych
w galeriach handlowych oraz przez osoby wielodzietne.

Niehandlowe niedziele niedogodne dla mieszkańców małych miast i wsi
O niehandlowe niedziele zapytano również mieszkańców wsi i miast do 20 tysięcy mieszkańców. Zmiany, jakie nastąpiły w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, miały także wpływ na ich życie codzienne. Jak wynika z raportu, dla tych osób niedzielna wyprawa do miasta wiązała się z różnego rodzaju aktywnościami, których brak w ich miejscu zamieszkania. Dostarczała rozrywki takiej jak kino, wyjście na wspólne zakupy i posiłek czy atrakcje dla dzieci. Rodzice podkreślali, że zakaz handlu dotkliwy jest zwłaszcza zimą oraz w deszczowe niedziele. Rozmówcy oceniali, że obecnie wyprawa do miasta w niedzielę tylko w jednym celu, traci dla nich sens. Osoby mieszkające na prowincji zaznaczały także, że wraz z zakazem handlu skasowano część połączeń komunikacyjnych, co w znacznym stopniu utrudnia im aktualnie dotarcie do miasta. Część z badanych podkreśla, że po wprowadzeniu niehandlowych niedziel zmuszeni byli zmienić nie tylko sposób spędzania czasu w niedziele, ale nawet cały układ tygodnia. Ze względu na tę uciążliwość, badani mieszkańcy wsi korzystający przed ograniczeniem z usług centrów handlowych, byli wyraźnie przeciwni ograniczaniu handlu w niedziele. Dla wielu rozmówców niedziela przed wprowadzeniem ograniczenia handlu była również zwykłym dniem pracy lub dobrym czasem na zrobienie zakupów czy realizacji usług, które są niedostępne na wsi.

– Jak pokazały wyniki badania SW Research, ponad połowa ankietowanych robiła zakupy
w przynajmniej kilka niedziel w miesiącu, a  co piątemu zdarzało się to około raz w miesiącu. Jedynie 6% respondentów deklaruje, że nigdy nie robiło zakupów w niedziele. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie zakupów spożywczych i odzieżowych. Co piąty badany wskazuje, że powodem wizyt w galeriach handlowych przed wprowadzeniem ograniczenia było spędzanie czasu wolnego, możliwość skorzystania z oferty gastronomicznej (18%) oraz rozrywkowej (17%). Tylko część naszych rozmówców
wykazała mniejszą wrażliwość na wprowadzone zmiany – wskazywali, że nigdy nie robili zakupów w weekend i nawet nie zauważyli zmian, a dla części nie ma znaczenia, czy uzupełniają zapasy w sobotę czy w niedzielę – wyjaśnia Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Badań i Analiz SW Research.

Podsumowując wyniki raportu Danae oraz wynik badań SW RESEARCH, należy podkreślić, że zmiany w niedzielnym handlu mają istotny wpływ na życie wielu Polaków, jednak nie zawsze jest on pozytywny i nie taki, jak zakładał ustawodawca. Wprowadzony zakaz niedzielnego handlu wpłynął na organizację czasu aktywnych zawodowo rodziców oraz mniejszych przedsiębiorców. Niedzielne zakupy obecnie przesunięte na inne dni tygodnia – odbywają się w ich przypadku najczęściej kosztem czasu spędzanego wcześniej z rodziną. Nie pozostają bez echa również aspekty społeczne wynikające z raportu.
Dla samotnych emerytów, którzy pracowali w niedziele, była to zarówno szansa na dodatkowe dochody, ale również okazja na kontakt ludźmi. Różnorodne opinie na ten temat pokazują, że zdecydowanie warto szukać rozwiązań, które w istotnie większym stopniu niż obecnie będą łączyły punkty widzenia i interesy różnych grup Polaków .

***
Raport prezentuje wyniki 60 wywiadów pogłębionych uzupełnionych badaniami ilościowymi wśród respondentów. Badanie jakościowe przeprowadzono w 2019 r., przy wykorzystaniu techniki indywidualnych wywiadów pogłębionych w 10 miastach i wsiach w całej Polsce, zróżnicowanych pod względem ich wielkości. Ponadto respondenci zróżnicowani byli pod względem wieku, płci, stylu życia, a także poziomu zaangażowania religijnego. Z kolei badanie ilościowe zostało zrealizowane w kwietniu i maju 2019 r., przez agencję SW Research metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W zależności od pytania, przeprowadzono ponad tysiąc ankiet z reprezentatywną próbą internautów powyżej osiemnastego roku życia.

Magazynowanie energii elektrycznej kluczem do sukcesu transformacji energetycznej

Krajobraz energetyczny w naszym kraju ulega zmianom – rząd coraz mocniej stawia na Odnawialne Źródła Energii (OZE). Pod koniec sierpnia, w życie weszła nowelizacja ustawy o OZE, dzięki której zgodnie z deklaracjami rządu w 2020 r. Polska ma osiągnąć 15% udział energii odnawialnej w łącznej konsumpcji. Jak zapewnia Ministerstwo Energii, przepisy te przyczynią się do powstania nowych mocy wytwórczych zielonej energii na poziomie 3,4 GW, głównie za sprawą energetyki wiatrowej na lądzie oraz fotowoltaiki. Kolejnym celem do osiągnięcia będzie próg 21% OZE do 2030 r. Jak wskazują eksperci Europejskiego Instytutu Miedzi, żeby go zrealizować nie wystarczy jedynie zmienić metody wytwarzania energii. Kluczem do sukcesu będzie jej magazynowanie oraz stworzenie niezawodnej  sieci energetycznej.

– Musimy pamiętać, że OZE to specyficzny rodzaj energii. Tradycyjnie wytwarzaliśmy w danym momencie tyle energii, na ile mieliśmy planowe zapotrzebowanie. Natomiast przy OZE jesteśmy w dużej mierze uzależnieni od natury i jej cykli – pór dnia i roku, stopnia nasłonecznienia czy siły i kierunku wiatru. To powoduje, że często popyt nie koresponduje w czasie z produkcją, a niedobory energii musielibyśmy uzupełniać energią opartą na paliwach kopalnych. Aby uelastycznić podaż i sprawić, że OZE będzie opłacalne, zieloną energię należy magazynować, a następnie przesyłać ją do odbiorców w momencie największego zapotrzebowania. Dlatego integracja wydajnych magazynów energii z nowoczesną i efektywną siecią elektroenergetyczną będzie kluczem dla powodzenia tego projektu – mówi Michał Ramczykowski, prezes Europejskiego Instytutu Miedzi.

O skali infrastrukturalnego wyzwania, które przed nami stoi, najlepiej świadczą prognozy Bloomberg New Energy Finance (BNEF), według których do 2050r., 50% światowej produkcji energii będzie pochodzić właśnie z OZE.

Spektakularny wzrost w ciągu 20 lat

Ubiegły rok okazał się przełomowy dla rozwoju magazynowania energii, kiedy to na świecie wdrożono dwukrotnie więcej takich projektów niż w 2017 r., osiągając pojemność 8GWh[1]. BNEF przewiduje, że to dopiero początek wielkiego boomu – potencjał tych magazynów będzie stale rosnąć, z 17GWh w 2018 r. do ponad 2850GWh w 2040 r. co oznacza ponad 100-krotny wzrost, a wartość inwestycji przekroczy 660 mld dolarów! W dodatku BNEF do swoich analiz nie wlicza elektrowni szczytowo-pompowych, czyli aktualnie najpopularniejszej metody gromadzenia energii elektrycznej.[2]

Magazynowanie przez elektrownie szczytowo-pompowe to klasyczny, doskonale znany sposób gromadzenia energii, lecz posiada on szereg znanych ograniczeń – trudno go udoskonalić i poprawić znacznie efektywność. Dlatego współczesna nauka i inżynieria szuka nowych, wydajniejszych i tańszych w eksploatacji rozwiązań. Jednym z nich są magazyny oparte o baterie litowo-jonowe, których koszt produkcji do 2030 r. ma zdaniem BNEF spaść aż o połowę. Spowoduje to ich upowszechnienie, także w gospodarstwach domowych, dzięki czemu w niedalekiej przyszłości odbiorcy indywidualni będą mogli jeszcze lepiej wykorzystywać  energię, którą produkują z własnych instalacji OZE.

Według firmy badawczej IDTechEx, magazynowanie energii w zastosowaniach mobilnych i stacjonarnych zwiększy roczny popyt na miedź o 2,3 mln ton do 2029 roku[3]. W najbliższych latach warto zwrócić uwagę na technologię produkcji baterii, która jest często postrzegana jako posiadająca duży potencjał w zakresie dekarbonizacji systemów energetycznych i transportowych.

Kluczowa jest efektywność

– Samo magazynowanie nie wystarczy do upowszechnienia OZE. Równie ważne jest zapewnienie maksymalnej efektywności sieci przesyłowych i dystrybucyjnych. Bez sprawnych i wydajnych sieci, energia elektryczna nie dotrze do jej odbiorców, bez względu na to z jakich źródeł odnawialnych będzie pochodzić. Im nowocześniejsza sieć elektroenergetyczna, tym mniejsze straty energii, co przekłada się na ilość, ale i jakość energii elektrycznej, którą należy wyprodukować i dostarczyć odbiorcom – podkreśla prof. dr inż. Przemysław Komarnicki z Fraunhofer IFF.

Dlatego systemy energetyczne warto opierać na miedzi. Przewodzi ona prąd o 65% lepiej niż tradycyjne aluminium. Każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym oszczędza od 500 do 50 000 kWh energii pierwotnej, czyli przynosi oszczędności od 60 do 6000 euro.

Do procesu transformacji energetycznej powinniśmy podchodzić holistycznie i pamiętać o każdym z elementów składowych: produkcji, przesyle, dystrybucji, magazynowaniu i odbiorze. Tylko w ten sposób zapewnimy bezpieczeństwo, elastyczność i wydajność całego systemu, przy jednoczesnym zapewnieniu opłacalności ekonomicznej i ochronie środowiska – dodaje Michał Ramczykowski.

[1] https://www.iea.org/tcep/energyintegration/energystorage/

[2] https://about.bnef.com/blog/energy-storage-investments-boom-battery-costs-halve-next-decade/

[3] https://www.idtechex.com/de/research-article/2-3-million-tonne-energy-storage-boost-for-copper/16871

Już połowa Polaków do centrum handlowego idzie nie na zakupy a zjeść

Polacy coraz częściej jedzą poza domem. Już połowa decyduje się na posiłek w centrum handlowym co najmniej raz w miesiącu, a co trzecia młoda osoba stołuje się w ten sposób co najmniej raz w tygodniu – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie CBRE. Eksperci wskazują, że zmieniający się styl życia polskiego konsumenta ma wpływ na rosnące znaczenie strefy gastronomicznej. Oferta się urozmaica – restauracje i kawiarnie w centrach handlowych to już nie tylko fast-food, ale kuchnia z całego świata na wysokim poziomie oraz rozwiązania podążające za najnowszymi trendami.CBRE_infografika_gastronomia

Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE
Magdalena Frątczak, Szef Działu Powierzchni Handlowych w CBRE

– Strefa gastronomiczna w centrum handlowym jest niezwykle istotna. To już nie tylko miejsce odpoczynku po intensywnych zakupach, ale kierunek sam w sobie. Klienci chcą zatrzymać się tam na dłużej i spędzić czas w atrakcyjnym otoczeniu z rodziną bądź znajomymi. Już od co najmniej 5 lat, projekty stref gastronomicznych z urozmaiconą ofertą, pojawiają się zarówno w nowopowstających centrach handlowych, jak i w starszych obiektach, które modernizują swoje powierzchnie i celowo powiększają strefę gastronomiczną kosztem regularnych lokali – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Polacy ruszają do restauracji w centrach handlowych. Obroty idą w górę

Z badania przeprowadzonego na zlecenie CBRE wynika, że Polacy regularnie odwiedzający centra handlowe, chętnie korzystają z oferty gastronomicznej. Co dziesiąty na posiłek w strefie food court decyduje się codziennie lub 2-3 razy w tygodniu. Raz w tygodniu stołuje się w ten sposób 12% konsumentów, 2-3 razy w miesiącu 17%, a raz w miesiącu 15%. Również 15% respondentów wskazało, że w ogóle nie korzysta z gastronomii w centrum handlowym. Popularność food courtu zależy od wieku. Aż 36% młodych osób (18-24 lata) jada w centrum handlowym co najmniej raz w tygodniu, podczas gdy tylko co dziesiąty 55-latek (lub starszy) decyduje się na to z taką częstotliwością.

Duża popularność kawiarni i restauracji przekłada się na rosnące obroty. Z danych Retail Institute opublikowanych w „Experts Review, wyniki centrów i sieci handlowych w II kw. 2019 roku” wynika, że w dużych centrach handlowych obroty wzrosły aż o 16,2% rok do roku, w średnich centrach o 5,7%, a w małych o 4,5%. Jak wskazują eksperci CBRE, wyniki związane z dochodami stref gastronomicznych są zaniżone przez zakaz handlu w niedzielę. Gdyby ten nie istniał wzrosty obrotów byłyby jeszcze większe.

Wzrost obrotów restauracji i kawiarni zanotowane w pierwszej połowie roku są naprawdę znaczące. Właściciele centrów handlowych zrozumieli, że urozmaicona oferta gastronomiczna jest w stanie ściągnąć klientów równie skutecznie jak np. nowy sklep, co sprawdza się szczególnie w niehandlowe niedziele, kiedy większa część obiektów handlowych jest zamknięta. W tym aspekcie zdecydowanie lepiej radzą sobie duże obiekty handlowe w największych miastach i zlokalizowane w centrach – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Oferta kulinarna coraz bardziej trendy

Eksperci CBRE w raporcie „Retail.me 2019” zwracają uwagę, że spójnie zaprojektowana i zaaranżowana strefa gastronomiczna w centrach handlowych jest traktowana jako odrębna całość. Najemcy dbają m.in. o spójność przestrzeni tworząc strefy skierowane do konkretnych odbiorców. Dużą wagę przykłada się do aranżacji: układu przestrzeni, zastosowanych materiałów wykończenia wnętrz czy budowania atmosfery miejsca. Widać to m.in. w Galerii Młociny, gdzie całą przestrzeń na poziomie +2 przeznaczono na ofertę rozrywkową i gastronomiczną. Przestrzeń podzielona jest na kilka stref tematycznych: „Karuzela” przypomina klasyczny food court, „Dechy na Bielanach” oferują food trucki i taras, a „Hala Hutnik” to przestrzeń ze wspólnymi stołami w industrialnym klimacie. Przestrzeń restauracyjna może pomieścić aż 1,5 tys. osób.

Restauracje ze swoją ofertą nadążają również na najnowszymi trendami społecznymi, m.in. związanymi z ekologią i zdrowym odżywianiem. Klienci znajdą miejsca z daniami wysokiej jakości, które są przygotowywane ze zdrowych i świeżych składników. Coraz częściej też stosowane są materiały wielokrotnego użytku, m.in. Soup Culture specjalizuje się w wegańskich i wegetariańskich zupach, które są podawane w jadalnych kubkach.

Metodologia: Badanie przeprowadzone we wrześniu 2019 roku dla CBRE na panelu Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa. Liczba respondentów: 1052 osób powyżej 18 roku życia. Kwoty dobrane według reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI.

Modernizacja wielkiej płyty

Mieszkań z tzw. wielkiej płyty w całym kraju jest ok. 2,5 mln. Większość z nich to budynki powstałe pomiędzy latami 60. a 90. ubiegłego wieku, a więc wiekowe i nierzadko wymagające znacznych remontów. Nienajlepsza kondycja mieszkań z wielkiej płyty w jasny sposób przekładała się na ich cenę, w porównaniu z podobnymi metrażowo, lecz nowymi lokalami bywają tańsze o nawet 40 %. Już niedługo może się to jednak zmienić. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju chce przeznaczyć miliardy złotych na dopłaty do remontów bloków z wielkiej płyty.

Mieszkania w tzw. wielkiej płycie nadal są popularne, szczególnie jeśli chodzi o wynajem. Ich niewątpliwą zaletą i tym co przyciąga potencjalnych najemców jest ich lokalizacja. Znaczna część osiedli powstałych pomiędzy latami 60. a 90. znajduje się bowiem w dobrze zlokalizowanych częściach miast lub wręcz w ich centrach. To w połączeniu z niższą niż w przypadku nowego budownictwa ceną tworzy atrakcyjną ofertę.

Podobnie przedstawia się kwestia zakupu takiego mieszkania. Inwestycja w nieruchomości nadal postrzegana jest jako jedna z najbardziej opłacalnych i stosunkowo bezpiecznych. Ceny mieszkań w wielkiej płycie są średnio tańsze od 20% do nawet 80% od tych w innym typie budownictwa – w zależności do powierzchni, liczby pomieszczeń i stanu lokalu. Większość tych najtańszych wymaga generalnego remontu, nierzadko włącznie z modernizacją wszystkich instalacji. Biorąc jednak pod uwagę ceny nowopowstających mieszkań, zakup remont lokalu w wielkiej płycie może okazać się finalnie dużo lepsza decyzją, zwłaszcza, że rząd chce wspomóc finansowo modernizację tego typu budownictwa.

W moim przekonaniu program, który uruchomiło Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, z jednej strony może wpłynąć na wzrost cen i atrakcyjności wielkiej pyty, ale też wpłynie znacznie na komfort i bezpieczeństwo samych mieszkańców. Budynki powstałe w technologii wielkiej płyty mają wiele mankamentów budowlanych, a ich użyteczność została przewidziana na 50-60 lat od powstania. Wiele z nich już teraz wymaga gruntownych remontów i dodatkowych wzmocnień płyt z których powstały. Pozwoli to na przetrwanie budynków w stosunkowo dobrym stanie przez kolejne lata.  W dłuższym okresie na pewno przełoży się to również na oszczędności i pozytywnie wpłynie na środowisko. Dokładna izolacja, wymiana okien, dodatkowe ocieplenie budynków to tylko część projektu zapowiadanego przez ministerstwo.

Kluczowym i według mnie przynoszącym największe oszczędności elementem jest w mojej opinii instalacja na dachach urządzeń fotowoltaicznych. Są już w Polsce osiedla które wykorzystują z powodzeniem energię słoneczną, co przekłada się wprost na oszczędności. Uzyskany w ten sposób prąd wykorzystywany jest do zasilania wspólnych części budynków czy oświetlania korytarzy, obsługi wind lub innych urządzeń elektrycznych.

Jestem przekonany, że gruntowna modernizacja wielkopłytowych blokowisk jest właściwym kierunkiem, zwłaszcza, że w naszym kraju nadal mamy deficyt mieszkań i z moich obserwacji wynika, że w najbliższych kilkunastu latach sytuacja nie ulegnie znacznej poprawie. Obecnie w całym kraju brakuje ponad 2 mln mieszkań.  Wartością dodaną do takiej inwestycji jest jej pozytywny wpływ na środowisko, co jest ważnym argumentem, biorąc pod uwagę dynamicznie zmieniający się klimat.

Zarządzanie dostawami i zamówieniami podlega ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów

Przedsiębiorcy współpracujący w ramach grup kapitałowych wciąż mają problemy z odpowiednim klasyfikowaniem nabywanych usług do kategorii określonej w art. 15e ustawy o CIT, dodanym z początkiem 2018 r. Pomimo tego, że regulacje te obowiązują już od dłuższego czasu, praktyka interpretacyjna i orzecznicza znacznie się rozmijają. Na ich ostateczne rozstrzygnięcie trzeba będzie poczekać do czasu, aż tego rodzaju spory trafią na wokandę NSA.

Często współpraca pomiędzy podmiotami powiązanymi odbywa się w oparciu o umowę agencyjną. W ten sposób mogą być zorganizowane procesy zakupowe, sprzedażowe czy logistyczne. Takie procesy mogą podlegać limitowaniu, o czym przekonują się podatnicy w interpretacjach, a taki stan rzeczy potwierdzają sądy w wyrokach.

Zasada ogólna

Zgodnie z art. 15e ust. 1 ustawy o CIT wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów podlegają koszty określonych usług, opłaty i należności za korzystanie lub prawo do korzystania z określonych praw i wartości oraz koszty przeniesienia ryzyka niewypłacalności dłużnika z tytułu określonych pożyczek, poniesione bezpośrednio lub pośrednio na rzecz (regulowane do) podmiotów powiązanych lub podmiotów mających miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium lub w kraju stosującym szkodliwą konkurencję podatkową w części, w jakiej koszty te przekraczają 5% EBITDA podatnika (obliczanej w oparciu o wartości podatkowe).

Najwięcej sporów odnoszących się do kosztów podlegających ograniczaniu w zaliczaniu do kosztów uzyskania przychodów dotyczy usług niematerialnych: doradczych, badania rynku, reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze. W dniu 25 kwietnia 2018 r. Ministerstwo Finansów wydało szczegółowe omówienie, w jaki sposób należy interpretować nowe przepisy art. 15e updop. Mimo iż omówienie nie ma mocy wiążącej, stanowi źródło ważnych i przydatnych wskazówek interpretacyjnych. Zgodnie z tymi wyjaśnieniami do „usług zarządzania i kontroli” można w szczególności zaliczyć następujące usługi wyszczególnione we wskazanej klasyfikacji statystycznej:

  • PKWiU 69.20.40.0 „Usługi zarządzania masą upadłościową”;
  • PKWiU 70.10.10.0 „Usługi firm centralnych (head offices) i holdingów, z wyłączeniem holdingów finansowych. Grupowanie to obejmuje usługi firm centralnych (head offices) i holdingów w zakresie kontrolowania i zarządzania innymi spółkami lub przedsiębiorstwami;
  • PKWiU 70.22.17.0 „Usługi zarządzania procesami gospodarczymi”.

Ostatnia kategoria jest bardzo szeroka, co przy sformułowaniu przepisu „oraz świadczeń o podobnym charakterze” pozwala urzędnikom na sklasyfikowanie do tego punktu bardzo wielu procesów występujących na co dzień w firmach.

Definicja pojęcia zarządzanie i świadczeń o podobnym charakterze

Dyrektor KIS w ograniczonym stopniu korzysta z wyżej wymienionych wytycznych Ministerstwa Finansów. W zamian odwołuje się do wykładni językowej tych pojęć. W jednej z interpretacji podatkowych organ wskazał, że „w doktrynie prawa przyjęło się uważać, że zarządzanie w szerokim ujęciu oznacza „zrobienie czegoś za pomocą wysiłków innych osób”” (B. Kudrycka, B.G. Peters, P.J. Suwaj, Nauka administracji, Warszawa 2009); „organizowanie działań dla osiągnięcia określonych celów przy zachowaniu zasad skuteczności i sprawności organizacyjnej z uwzględnieniem realnej odpowiedzialności za osiągnięte rezultaty” (por. interpretacja indywidualna z dnia 27 listopada 2018 r., sygn. 0111-KDIB1-3.4010.528.2018.1.MO). Organ podkreślił jednocześnie, że jest to pogląd prezentowany także w orzecznictwie sądów administracyjnych.

Według fiskusa pojęcie „zarządzania” musi być rozumiane szeroko jako zbiór różnorodnych czynności i działań zmierzających do osiągnięcia określonego celu związanego z interesem (potrzebą) danego przedmiotu zarządzania. „Zarządzanie” można też określić jako zestaw metod i technik opartych na akceptowanych zasadach zarządzania (administrowania) używanych do planowania, oceny i kontrolowania pożądanych rezultatów (por. Interpretacja indywidualna z dnia 11 kwietnia 2019 r., sygn. 0111-KDIB2-3.4010.42.2019.2.APA).

Zarządzanie dostawami i zamówieniami vs art. 15e

Z powyższych przykładów interpretacji wynika, że do kategorii zarządzanie i kontrola oraz usługi o podobnym charakterze organy podatkowe klasyfikują bardzo szeroki zakres świadczeń. Podatnicy zaczęli więc szukać pomocy w sądach administracyjnych. Przykładowo Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 18 lipca 2019 r. (sygn. III SA/Wa 2655/18) stwierdził, że firma, która zleca zarządzanie zakupami surowców i opakowań spółce powiązanej, nie odliczy całości kosztów z tego tytułu. Inaczej byłoby w sytuacji wydatków bezpośrednio związanych z wytworzeniem lub nabyciem towaru czy usługi, co dałoby podstawę do wyłączenia obowiązku stosowania limitu.

Z kolei w wyroku z 25 lipca 2019 r. w sprawie o sygnaturze III SA/Wa 2255/18 WSA w Warszawie uznał, że usługi zarządzania dostawami i zamówieniami nabywane w oparciu o umowy agencyjne stanowią usługi podobne do usług zarządzania i usług doradczych, o których mowa w art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. W konsekwencji koszty ponoszone na nabycie tych usług podlegać będą ograniczeniu w zaliczeniu do kosztów uzyskania przychodów, o którym mowa w tym przepisie.

Skutki

Rozbieżności w orzecznictwie WSA pokazują, że przepisy dotyczące wydatków na usługi niematerialne wciąż są niejasne i rodzą trudności w stosowaniu, zarówno po stronie podatników, organów, jak i sądów. W konsekwencji ustalenie limitu na stosunkowo niskim poziomie 5% EBITDA, nawet z uwzględnieniem progu 3 mln zł, powoduje, że u wielu podatników istotne kwoty kosztów z tytułu nabywanych usług są wyłączane z kosztów uzyskania przychodów. Nie jest to przy tym powiązane z brakiem gospodarczego uzasadnienie dla nabywania tych usług czy nierynkowym charakterem wynagrodzenia za te usługi. W takich sytuacjach podatnicy powinni zaangażować profesjonalnych doradców i albo zebrać argumenty za odpowiednim traktowaniem usług na potrzeby podatkowe, albo wystąpić z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej. W przypadku wielu kategorii kosztów jedynym sposobem wyłączenia ich spod ograniczeń jest uzyskanie porozumienia w sprawach ustalenia cen transakcyjnych. We wszystkich przypadkach warto skonsultować się wcześniej z profesjonalnym doradcą podatkowym i opracować strategię podatkową w tej materii.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Udany debiut Red Dev Studio na rynku NewConnect

Dziś na rynku NewConnect zadebiutowała spółka gamingowa Red Dev Studio. Kurs akcji w trakcie debiutu wzrósł o ponad 25 proc., osiągając na otwarciu poziom 2,39 zł.

Red Dev Studio to warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne. Firma powstała w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą i atrakcyjną oprawą graficzną.

Debiut na NewConnect to pierwszy etap budowania marki Red Dev Studio na rynku. Spółka planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Firma podpisała w ostatnich dniach list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Red Dev Studio dotychczas wydał 4 tytuły. Pierwszy z większych projektów firmy, Professor Madhouse, odnotował ponad 30 000 pobrań. Bardzo dobry wynik uzyskał także Chicken Rider, który na rynku pojawił się w lipcu 2018 roku. Już tydzień po premierze grę pobrano ponad 20 000 razy (tylko na iOS), natomiast na platformie Steam liczba pobrań pozwoliła grze objąć prowadzenie w kategorii „popularne nowości”. Spółka wydała również takie tytuły jak rozbudowana gra platformowa Down to Hell czy logiczno-zręcznościowy Powertris.

Dolar powyżej 4 zł

Pomimo wielu czynników przemawiających za osłabieniem USD, główna waluta świata się nie poddaje i wciąż zyskuje na wartości. Jest to dość specyficzna sytuacja, bo dolar nie jest mocny z powodu własnej siły, ale karmi się słabością pozostałych walut. Jednak taki stan rzeczy nie musi (i pewnie nie będzie) trwać wiecznie.

USD przebił granicę 4 zł

Był już na tym poziomie przez moment w poniedziałek, ale dopiero wczoraj przebicie trwało dłużej. Jest to o tyle dziwne, że analitycy w dalszym ciągu wskazują na obniżkę stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu FOMC. Można zatem uznać, że lansowany przez prezydenta Donalda Trumpa scenariusz serii obniżek stóp będzie realizowany. Dodatkowym problemem dla dolara jest trwająca licytacja wydatków w ramach rozkręcającej się kampanii wyborczej do fotela w Gabinecie Owalnym. Kontrkandydatem ze strony demokratów może okazać się Elizabeth Warren (w tej chwili w sondażach wyprzedza ją jedynie Joe Biden). Obiecuje ona pokaźne wydatki z budżetu federalnego, nie pokazując źródeł ich finansowania, co może utrudnić utrzymanie mocnej pozycji USD w długim okresie.

Czy grozi nam odpływ pracowników z Ukrainy?

Po wydarzeniach z ostatnich lat wiele osób traktowało Ukrainę jako jeden wielki problem gospodarczy. Obecnie nasz wschodni sąsiada prezentuje się coraz lepiej. Roczne tempo wzrostu PKB wynosi już 4,6%, ostatni raz gospodarka rosła szybciej w 2011 roku. Bezrobocie spadło do 7,8%, czyli najniższego poziomu od końca 2013 roku. Inflacja wciąż wynosi niemal 9%, ale przynajmniej jest stabilna. Pewnym problemem są wciąż wysokie stopy procentowe, ale i one są stopniowo normalizowane. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest bardzo szybki wzrost płac. Oczywiście są one wciąż znacząco niższe niż nad Wisłą, ale w ciągu roku skoczyły z równowartości 25% polskiej średniej pensji do 32%. Powodem było zarówno umocnienie się samej waluty, jak i realny podwyższenie zarobków w hrywnach.

Nowa szefowa MFW

Już niedługo Christine Lagarde przestanie szefować Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, a rozpocznie swoją misję jako prezes Europejskiego Banku Centralnego. W związku z tym w MFW zwalnia się wakat. Na czele tej instytucji stanie Kristalina Georgiewa – dotychczasowa wiceprezes tej organizacji, a wcześniej m.in. unijna komisarz do spraw rozwoju i pomocy humanitarnej. Stanowisko to zwyczajowo obejmuje Europejczyk, za to Bankiem Światowym zarządza Amerykanin. Na razie trudno powiedzieć, czego możemy się spodziewać po nowej szefowej. Jej pierwsze wypowiedzi akcentują duży nacisk na to, że MFW ma być dla wszystkich członków, a nie tylko głównych i najpotężniejszych państw.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – PKB,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Rosnąca podaż nieruchomości handlowych wpłynie na drugorzędne rynki

Wyniki najnowszego badania RICS Poland Commcercial Property Monitor za II kw. 2019 r. pokazują, że w sektorze biurowym oraz przemysłowym popyt ze strony najemców nadal rośnie, natomiast zainteresowanie powierzchnią handlową pozostaje w pewnej stagnacji, podobnie jak w I kw. Uczestnicy badania przewidują także spadek wartości drugorzędnych nieruchomości handlowych w dłuższym okresie.

Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate
Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate

Polska w I połowie 2019 r. była liderem w regionie CEE w zakresie inwestycji w nieruchomości komercyjne. Ogólne warunki inwestycji na rynku nieruchomości ulegają stopniowej poprawie, ważne dla inwestorów wskaźniki badające sentymenty najemców pozostają na dodatnim poziomie +7 i +13. Wyniki obu wskaźników Occupier and Investment Sentiment zmniejszyły się w porównaniu do stanu sprzed pół roku, co może wskazywać na niewielkie złagodzenie ogólnej dynamiki rynku.

Tymczasem poszczególne sektory rynku nieruchomości komercyjnych rozwijają się w Polsce nawet w szybszym tempie niż dotychczas. Dostępność nieruchomości w sektorze biurowym i przemysłowym (pod względem salda netto) rosła w II kwartale tego roku najszybciej od 2015 r. Największą popularnością nadal cieszą się nieruchomości biurowe. Respondenci objęci badaniem RICS Poland Commcercial Property znów zgłosili wzrost aktywności deweloperskiej, choć mniejszy niż w I kwartale 2019 r.

Sektory biurowy i przemysłowy w dalszym ciągu przyciągają spore zainteresowanie inwestorów. W II kw. roku nastąpił również niewielki wzrost popytu ze strony inwestorów na nieruchomości handlowe, chociaż w okresie tym zapytania ze strony międzynarodowych nabywców utrzymywały się na stosunkowo płaskim poziomie w całym sektorze.

Po przeanalizowaniu wyników badań widać, że niewielka różnica we wzroście aktywności deweloperskiej między dwoma kwartałami 2019 roku jest w dużej mierze spowodowana spadkiem nowej działalności budowlanej w sektorze nieruchomości handlowych, podczas gdy w niemal wszystkich innych obszarach aktywność inwestycyjna rośnie. Analizy RICS potwierdzają panujące trendy na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. W nadchodzącym roku przewidywany jest solidny wzrost cen czynszów płaconych za najlepsze biura wysokiej klasy oraz za nieruchomości przemysłowe.

Uwzględniając liczbę obecnie toczących się negocjacji jest bardzo prawdopodobne, że będziemy mieć w Polsce kolejny dobry rok pod względem wolumenu inwestycji. Na tak pozytywny wynik mają wpływ głównie dynamicznie rozwijający się sektor biurowy i magazynowy. Również sektor handlowy, niejako wbrew przewidywaniom, był stabilny osiągając drugie miejsce w zakresie wolumenu inwestycji w I półroczu tego roku. — tłumaczy Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate. Tendencję spadkową wykazuje aktualnie sektor drugorzędnych nieruchomości handlowych, w którym przewidywany jest spadek czynszów o -3,5 proc., ale jak zapewnia Izabela Mucha: — Sektor nieruchomości handlowych, w zakresie tzw. „secondary assets”, jest jedynym sektorem, w którym spodziewane są spadki.

W dłuższej perspektywie wartości kapitałowe na rynku drugorzędnych nieruchomości handlowych w Polsce ulegną dalszemu osłabieniu: saldo netto – 52 proc. każe oczekiwać rosnącej dynamiki spadków po upływie dwunastu miesięcy.

Oczekiwania dotyczące wartości kapitału wskazują na dalszy wzrost na rynku nieruchomości komercyjnych we wszystkich głównych sektorach, nawet jeśli kwartalne prognozy dotyczące poszczególnych z nich przewidują zmniejszenie oczekiwanych wartości na 2020 rok. Zdecydowanie najlepiej rozwija się w Polsce sektor biurowy i przemysłowy. — Silne fundamenty rynku najmu w sektorze biurowym jak i magazynowym, połączone ze stabilnymi i atrakcyjnymi warunkami kredytowymi za sprawą niskich stóp procentowych oraz możliwość dodatkowych korzyści z transakcji tzw. hedgingu walutowego, tworzą dobre podstawy do dalszych inwestycji w naszym regionie, w drugiej połowie roku — ocenia Izabela Mucha.

„Najnowsze badania RICS w pełni potwierdzają obecnie panujące trendy na rynku nieruchomości komercyjnych. Polska w I połowie 2019 roku była liderem w zakresie inwestycji w nieruchomości komercyjne w regionie CEE. W naszym kraju zainwestowano ok. 2.7 mld euro, na drugim miejscu ulokowały się Czechy z kwotą 1,7 mld euro, na kolejnych Węgry ok 0,7 mld euro oraz Rumunia ok. 0,3 mld euro. Uwzględniając liczbę obecnie toczących się negocjacji jest bardzo prawdopodobne, że będziemy mieć kolejny dobry rok pod względem wolumenu inwestycji w Polsce. Na tak pozytywny wynik wpływ głównie mają dynamicznie rozwijający się sektor biurowy i magazynowy. Również sektor handlowy niejako wbrew przewidywaniom, był stabilny osiągając 2 miejsce w zakresie wolumenu inwestycji w I półroczu tego roku.

Największym zainteresowaniem w ostatnich 6 miesiącach cieszyły się nieruchomości biurowe. W badanym okresie sprzedano ok. 50 biurowców za łączną kwotę 1.7 miliarda euro (w tym 1,1 miliarda w 2 kwartale), co stanowiło ok 60% całkowitego wolumenu. Do największych transakcji w 2 kwartale należały: sprzedaż przez HB Reavis dwóch warszawskich budynków West Station I & II za kwotę 190 mln euro na rzecz Malezyjskiego funduszu Mapletree oraz portfelowa transakcja zakupu przez Henderson Park 70% udziału w 11 budynkach EPP (O3 Business Park I&II w Krakowie, Malta Office Park w Poznaniu oraz Symetris Business Park I&II w Łodzi). Za tak dobrą kondycję tego sektora odpowiada utrzymujący się dodatni popyt na rynku najmu, zwłaszcza w nowo wybudowanych obiektach, co zauważamy również w ankiecie RICS.

W sektorze handlowym zainwestowano ok 452 mln euro, co stanowiło ok. 17% udziału w rynku. W samym 2 kwartale była to kwota 414 mln z 15% udziałem. Nadal obserwujemy zainteresowanie inwestorów mniejszymi projektami (parkami handlowymi czy też centrami zakupów codziennych tzw. „convenience stores”). Do największych transakcji w 2 kwartale należały m.in. kolejne 4 centra handlowe M1 z zakupionego przez EPP w ubiegłym roku portfela Chariot Top Group B.V. za kwotę ok. 222 mln euro położone w Bytomiu, Częstochowie, Radomiu i Poznaniu oraz Galeria Leszno sprzedana przez Blackstone za kwotę ok. 70 mln euro. Jednak prognoza w tym sektorze na kolejne półrocze, co potwierdzają również badania RICS jest bardziej umiarkowana. Jest to spowodowane głównie transformacją tego sektora w zakresie e-commerce i obostrzeń dotyczących handlu w niedziele. Warto jednak dodać, że rynek nowoczesnego handlu w Polsce pozostaje w relatywnie dobrej kondycji, głównie za sprawą sprzyjającej koniunktury gospodarczej w kraju, rosnącej zamożności konsumentów oraz wciąż niskiego, w porównaniu do innych krajów europejskich, ok. 6% udziału e-commerce w handlu detalicznym, co wciąż pozostawia naszemu sektorowi pewien margines czasu na dostosowanie się do nowych warunków.

Na rynku magazynowym zaś, napędzanym dynamicznym rozwojem sektora e-commerce i miejskiej logistyki, a co za tym idzie popytem ze strony najemców z tych sektorów, w I połowie roku sprzedano kilkanaście nieruchomości za łączną rekordową kwotę ok. 410 mln euro stanowiącą ok. 15% całkowitej kwoty wolumenu inwestycyjnego. W 2 kwartale zainwestowano ok. 329 mln euro (12% udziału w rynku). Największe transakcje dotyczyły obiektów zakupionych przez południowo-koreańskich inwestorów – budynków Amazon we Wrocławiu oraz Eurocash w Koninie przejętych przez Hines/Mirae Asset Global Investments od Blackstone za ok. 129 mln euro oraz centrum dystrybucyjnego Zalando Lounge koło Olsztynka nabytego przez Hines/IGIS Asset Management za kwotę ok. 85 mln euro.

Jak pokazują badania RICS w najbliższym okresie prognozuje się dalsze wzrosty, choć już bardziej umiarkowane w porównaniu do 1 kwartału tego roku, w zakresie czynszów oraz wartości kapitałowych nieruchomości dla najlepszych obiektów typu „prime”, natomiast ich spadek w obiektach mniej atrakcyjnych tzw. „secondary assets”, głównie w sektorze nieruchomości handlowych. To jednak przekłada się na zwiększone zainteresowanie inwestorów oportunistycznych, którzy poszukują atrakcyjnych cenowo ofert pośród takich projektów. Dlatego przewidujemy dalszą aktywność inwestycyjną również w tym zakresie, w kolejnych miesiącach.

W 2 kwartale nastąpił spadek stóp kapitalizacji w sektorze nieruchomości biurowych w Warszawie, dla najlepszych projektów typu „prime” do poziomu ok. 4,5%, na rynkach regionalnych natomiast stopy były stabilne, na poziomie ok. 5,5% – 5,75%. W sektorze nieruchomości magazynowych utrzymywały się na poziomie ok. 5% dla powierzchni wynajętych długoterminowo, głównie przez najemców z branży e-commerce, dla powierzchni przemysłowych i logistycznych ok. 6% – 6,25%. Spodziewamy się dalszej ich kompresji do końca roku w obu sektorach. Nie przewidujemy spadku stopy kapitalizacji w sektorze nieruchomości handlowych, która na koniec ubiegłego roku wyniosła ok. 4,25%.

Podsumowując, silne fundamenty rynku najmu w sektorze biurowym jak i magazynowym, połączone ze stabilnymi i atrakcyjnymi warunkami kredytowymi, za sprawą niskich stóp procentowych oraz możliwość dodatkowych korzyści z transakcji tzw. hedgingu walutowego, tak dziś atrakcyjnego dla inwestorów azjatyckich, kreują dobre podstawy do dalszych inwestycji w naszym regionie, w drugiej połowie roku”, Izabela Mucha, MRICS, Head of Valuation CEE w BNP Paribas Real Estate.

Ratownicy medyczni porzucają wyuczony zawód na rzecz pielęgniarstwa. Powodem są lepsze zarobki

Średnia miesięczna płaca ratownika medycznego Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi nieznacznie przekracza 6 tys. złotych brutto. W przypadku dyspozytora jest ona o ponad 300 złotych wyższa. Natomiast Pogotowie Ratunkowe we Wrocławiu zapewnia na tych stanowiskach wynagrodzenia od przeszło 4 tys. złotych. W tej instytucji można otrzymać nawet blisko 7600 złotych. Z kolei w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie „widełki” wynoszą 4000-6000 złotych. W branży mówi się o zróżnicowaniu płacowym pomiędzy przedstawicielami ww. zawodu i pielęgniarstwa. Właśnie ten problem skłania część osób do porzucania dotychczasowego zajęcia i podejmowania nauki na wydziałach pielęgniarskich.

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, ile zarabiają ratownicy i dyspozytorzy medyczni. Pytania dotyczące wynagrodzeń trafiły do stacji we wszystkich województwach. Część z nich nie udzieliła odpowiedzi, m.in. zasłaniając się tajemnicą pracodawcy.

– Należy zaznaczyć, że średnie wynagrodzenie dla ratownika medycznego, zatrudnionego w ZRM, wynosi 6 013,89 zł brutto miesięcznie. W przypadku umowy cywilno-prawnej stawka godzinowa na terenie Łodzi dla kierownika zespołu podstawowego to 35 zł brutto/godz. Pobory dyspozytorów są porównywalne z płacami ratowników medycznych lub pielęgniarzy systemu zatrudnionych w zespołach ratownictwa medycznego. Dokładna kwota średnia to 6 336,18 zł brutto – mówi rat. med. Adam J. Stępka, rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.

W lipcu Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans” SP ZOZ w Warszawie przedstawiła szczegółowe warunki konkursu na świadczenie usług medycznych w ZRM. Stawki maksymalne dla ratowników medycznych zaproponowane przez zamawiającego wyniosły 20 zł/godz. (doświadczenie zawodowe poniżej 2 lat), 21 złotych (od 2 do poniżej 5 lat), 24 złotych (od 5 do poniżej 10 lat) oraz 25 złotych (10 lat i więcej). Ponadto przewidziano dodatki za kierowanie zespołem ratownictwa medycznego (4 zł/godz.) oraz za świadczenie usług w dwuosobowym zespole ratownictwa medycznego (4 zł/godz.). Zaplanowano też stawkę o 50% wyższą od standardowej za świadczenie dyżurów rozpoczynających się 1 listopada, 24-26 grudnia, 31 grudnia i 1 stycznia.

– Wynagrodzenie brutto ratownika medycznego w SPZOZ Pogotowie Ratunkowe we Wrocławiu w ramach umowy o pracę kształtuje się od 4250 do 7590 zł, a dyspozytora medycznego – od 4350 do 6870 zł. W porównaniu z 2018 rokiem zmianie uległa wysokość dodatku celowanego dla ratowników medycznych z kwoty 800 zł do kwoty 1200 zł brutto w przeliczeniu na pełny etat i z 5 zł/godz. do wysokości 7,50 złotych w przypadku umów cywilnoprawnych – informuje Dariusz Matuszkiewicz, z-ca dyrektora ds. logistyczno-eksploatacyjnych Pogotowia Ratunkowego we Wrocławiu.

W Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie wynagrodzenie ratownika medycznego wynosi od 4000 do 6000 zł brutto miesięcznie, a dyspozytora medycznego o ok. 1000 zł więcej. Ratownicy medyczni z Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego zarabiają od 4 662 do 5 728 zł brutto. Natomiast płaca dyspozytora medycznego z wykształceniem właściwym dla ratownika medycznego mieści się w przedziale 5214 a 6045 złotych brutto. Z kolei w Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku średnia wynosi 5109 zł brutto.

– Obecnie stawka wynagrodzenia zasadniczego dla ratownika medycznego zatrudnionego w stosunku pracy wynosi od 3100 do 3500 złotych brutto plus należne dodatki, tj. nocny, świąteczny i za staż pracy. Do tego dochodzi premia uznaniowa od 500 do 800 zł brutto. Stawka wynagrodzenia zasadniczego dla dyspozytora medycznego zatrudnionego w stosunku pracy wynosi od 3700 złotych brutto plus należne dodatki – podaje Robert Judek z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu.

Z kolei Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach wypłaca 35,57 zł brutto za godzinę (28 + 7,57 dodatku) ratownikom medycznym – kierownikom i kierowcom ZRM. 4 złote mniej (24 + 7,57) otrzymują ratownicy nieprowadzący ambulansów. Jak wskazuje Wojciech Miciński, zastępca dyrektora ds. ratownictwa medycznego WPR w Katowicach, na ww. stanowiskach stawki wzrosły o 1 zł w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019 roku, a o 3,53 zł – z pierwszym kwartałem 2018 roku. Natomiast dyspozytor ratownik medyczny zarabia obecnie 35,57 zł brutto za godzinę (28 + 7,57). To o 5 zł więcej niż w pierwszym półroczu bieżącego roku, kiedy wypłacano po 30,57 zł brutto za godzinę (23 + 7,57). Natomiast w okresie od stycznia do czerwca 2018 roku obowiązywała godzinowa stawka w wysokości 28,04 zł brutto (23 + 5,04).

– Jednym z problemów jest zróżnicowanie płacowe pomiędzy ratownikami medycznymi a pielęgniarkami. Ministerstwo Zdrowia przekazuje dodatkowe środki na wzrost płac. W odniesieniu do ratowników medycznych, ten podwójnie ubruttowiony dodatek wynosi 1200 zł, co daje ok. 800 zł netto. Personel pielęgniarski otrzymuje dodatek w wysokości 1600 zł, czyli 1200 zł netto. Skłania to wielu ratowników medycznych do kształcenia się na kierunkach pielęgniarskich i porzucania zawodu ratownika medycznego – podsumowuje rat. med. Adam J. Stępka z Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.

Radosław Woźniak prezesem Europejskiego Funduszu Leasingowego

Obejmując stanowisko prezesa EFL, Radosław Woźniak dołączył do Korporacyjnego Komitetu Wykonawczego Crédit Agricole Leasing & Factoring. Crédit Agricole Leasing & Factoring (CAL&F) jest ekspercką spółką zależną Grupy Crédit Agricole w zakresie specjalistycznego finansowania.

Stając na czele Europejskiego Funduszu Leasingowego, Radosław Woźniak zamierza wzmacniać dotychczasowe silne strony firmy i na nich budować stabilne funkcjonowanie na trudnym, konkurencyjnym rynku.

– EFL jest postrzegany jako jedna z najbardziej innowacyjnych firm w branży leasingowej w Polsce. Moim celem będzie utrzymanie tej pozycji poprzez kreowanie i wdrażanie kolejnych rozwiązań, wykorzystując nasz wewnętrzny potencjał, którym dysponujemy – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.

Millennialsi: zaangażowani, aktywni, zdolni, ale nieidealni podwładni

Rodzice millennialsów starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Odpowiedzi szuka dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Na rynku usług szkoleniowych i doradczych coraz większe jest zapotrzebowanie na działania wspierające menedżerów w zarządzaniu pokoleniem pracowników urodzonych na przełomie wieków. Pokolenie to jest różnie nazywane: Y, czytane jako [łaj] (z ang. dlaczego), nextersi, millennialsi. Co ciekawe, jak wykazał Peter Jennings w badaniu przeprowadzonym na potrzeby amerykańskiej telewizji ABC, nazwę pokolenie Y, powiązaną z żartem językowym Y = dlaczego, preferują starsi. Młodzi wolą być nazywani millennialsami.

Zdolni niezdolni

Ci sami menedżerowie, którzy proszą o wsparcie w zarządzaniu pracownikami z pokolenia Y, często zadają sobie pytania dotyczące „zarządzania” millennialsami w domu, czyli po prostu wychowywania własnych dzieci. Portret tej generacji rysowany przez ich przełożonych, rodziców, nauczycieli i badaczy wydaje się raczej mnożyć wątpliwości, niż pomagać w ich wyjaśnianiu. Z jednej strony mamy relacje opisujące „najlepiej poinformowanych, najszybciej się uczących, najzdrowszych ludzi, jacy kiedykolwiek stąpali po ziemi”.[1] Z drugiej strony mówi się o osobach niezdolnych do zdefiniowania własnych celów, niechętnie poświęcających cokolwiek dla dobra organizacji, mało odpowiedzialnych i niezdolnych do dłuższego skupienia uwagi. Te czasem skrajne głosy zgadzają się co do jednego: millennialsi charakteryzują się specyficznym podejściem do rodziny, życia społecznego i pracy.

Wychowani daleko od trzepaka

Pokolenie Y przeżyło dość charakterystyczne dzieciństwo. To nie byli ludzie wychowani na trzepaku, bo trzepak jest niehigieniczny i niebezpieczny. Rodzice skupiali się na maksymalnej realizacji ich potrzeb: od zapewniania im zoptymalizowanej diety do możliwości ciągłego doskonalenia się. Wozili na lekcje karate i baletu w samochodach oznaczonych plakietką „dziecko na pokładzie” i informowali szkołę, gdy ich dzieci nie tolerowały glutenu. Taki styl rodzicielstwa został nazwany przez Annette Lareau, socjolożkę z Uniwersytetu Pensylwanii, „ustrukturalizowaną pielęgnacją”. Polega ona także na uwzględnianiu dziecka w procesie podejmowania decyzji, np. dotyczących wakacji. Rodzice uczą dzieci komunikowania potrzeb, rozwijają ich kompetencje, jednocześnie budując w nich oczekiwania związane z dostarczaniem im bogatego programu zajęć i rozrywek. Zwalniają też dzieci z lekcji z powodu wydarzeń związanych z życiem rodziny. Tak wychowani młodzi ludzie są blisko związani z rodzicami, uważnie obserwują ich decyzje i nie wahają się dawać im informacji zwrotnej dotyczącej ich życia. Zobowiązania prywatne i rodzinne przedkładają nad obowiązki szkolne, a potem nad organizacyjne. Przymus poświęcania życia prywatnego, by zostać dłużej w pracy, wydaje się im czymś niezgodnym z wartościami, jakie im wpojono. Zwłaszcza jeśli dodatkowo w domu słyszą wypowiedzi negatywnie oceniające pracodawcę rodziców, który „zabiera im czas na życie”.

Świadomi i aktywni

Łatwość, z jaką millennialsi angażują się społecznie, działają w wolontariatach, włączają się w różnego rodzaju akcje o charakterze społeczno-politycznym, także wydaje się efektem specyficznych doświadczeń związanych z tym, co prezentują dom i szkoła. Pokolenie Y ma powszechny i łatwy dostęp do informacji – ich prace domowe polegają często na przeszukaniu odpowiednich źródeł elektronicznych. Są przyzwyczajeni, że biorą udział w dyskusjach, które toczą się w domu, a jeśli potrzebują konkretnego argumentu lub informacji, sięgają po prostu do kieszeni po telefon. Są świadomi różnorodności świata, nie szokują ich różnice rasowe, religijne czy ekonomiczne. Nie dziwią się na widok osób wyglądających inaczej niż oni lub mówiących w obcym języku.

Badania pokazują, że millennialsi wykazują zainteresowanie problemami społecznymi, umieją sprawdzać otrzymywane informacje i czują się uprawnieni do wyrażania własnych opinii oraz dzielenia się nimi z szerszą publicznością. Łatwość w posługiwaniu się mediami społecznościowymi zwiększa skalę ich zasięgu.

Płatni wolontariusze

Stosunek millennialsów do rodziny i ich łatwość angażowania się w dyskusje społeczno-polityczne ukształtowały postawę tego pokolenia wobec miejsca pracy. Na ich charakterystykę jako pracowników znacząco wpływa także otoczenie technologiczne, w którym dorastali. Menedżerowie przechodzący szkolenia dotyczące zarządzania najmłodszym pokoleniem pracowników często konkludują: „Wygląda na to, że trzeba ich traktować jak płatnych wolontariuszy”. Płatnych, bo jak każdy pracownik interesują się swoim wynagrodzeniem (oraz łatwo wymieniają się informacjami o pracodawcach), ale jak wolontariuszy, ponieważ angażują się tylko w te działania, które ich poruszają i mają dla nich znaczenie. Jeśli praca nie ma sensu, to po co marnować na nią czas i rezygnować ze spotkań z rodziną i przyjaciółmi?

Millennialsi opisywani są jako bardzo elastyczni, pewni siebie, ale umiejący grać w zespole, szybko i chętnie się uczący, pod warunkiem, że jest to coś interesującego. Zauważalną cechą tego pokolenia jest również oczekiwanie, że dołączają do nowej organizacji po to, żeby od razu w pełni uczestniczyć w różnych aspektach współpracy. Chcą uczestniczyć w procesie grupowego podejmowania decyzji oraz w pełni wykorzystywać różne kompetencje i możliwości. Takie mieli przecież wcześniejsze doświadczenia i w domu, i w szkole.

Rodzice millennialsów bardzo starali się wychować dzieci pewne siebie, kompetentne, obeznane z problemami świata. Dlaczego więc, gdy przychodzi im zarządzać takimi pracownikami, mają trudności we współpracy? Młodzi, w swoim dotychczasowym życiu zawsze uwzględniani w procesie podejmowana decyzji, przekonani o własnej wszechwiedzy płynącej z internetu, mogą mieć problem z podporządkowaniem się decyzjom osób stojących wyżej w hierarchii.

I zaangażowani, i narcystyczni

Zasada „zwolnimy cię z zajęć, bo wyjazd rodzinny jest ważniejszy” może wyrobić w młodym człowieku wysokie poczucie bliskości z rodziną, ale może mu utrudniać zrozumienie, że gdy minie deadline, zniknie szansa na wzięcie udziału w projekcie, a kolejnej już nie będzie. Bogate w możliwości dzieciństwo z pewnością owocuje szerokimi kompetencjami poznawczymi, ale może spowodować trudności w samodzielnym ustanawianiu własnych celów, w mozolnym wdrapywaniu się po szczeblach hierarchii organizacyjnej, zwłaszcza gdy ta wspinaczka wymaga wykonywania zadań niezbyt i atrakcyjnych i mało ambitnych.

Doświadczenia całego życia, związane z ciągłym dostępem do informacji i niemal natychmiastowym otrzymywaniem odpowiedzi na każde zadane pytanie, budują w młodych oczekiwanie natychmiastowych rezultatów w pracy i pochwał w wypadku każdego osiągnięcia. To wszystko może utrudniać radzenie sobie ze stresem i z konfliktami w organizacji, a w dalszej konsekwencji budować nieufność i niechęć do włączania się w zhierarchizowane struktury korporacji z ujednoliconymi protokołami, dress code’ami nieuwzględniającymi indywidualnych potrzeb pracowników, długimi godzinami pracy i deadline’ami. Dla tego zarówno badacze, jak i osoby współpracujące z millennialsami dość znacznie wahają się w swoich ocenach, portretując to pokolenie jako społecznie zaangażowanych rewolucjonistów z jednej strony, ale pokolenie rozwydrzonych narcyzów bez wdrożonej etyki pracy z drugiej. Prawda leży pewnie nie tyle pośrodku, ile w całym spektrum tego portretu.

A więc nie dziwmy się

Kierowani szlachetnymi intencja mi rodzice, starający się zapewnić dzieciom jak najlepsze doświadczenia, wychowują z pewnością fantastycznych ludzi, gotowych „ruszyć z posad bryłę świata”. Ale skoro chcemy zapewniać dzieciom doświadczenia lepsze od naszych, nie dziwmy się, że tych naszych nie chcą powtarzać. Właśnie dlatego podważają hierarchię zawodową, o której sami przecież wypowiadamy się niezbyt przyjaźnie, i odchodzą z nieatrakcyjnego miejsca pracy, na które sami w domu narzekamy.

Zanim zarzucimy millennialsom brak etyki pracy, zastanówmy się, jaką postawę im pokazujemy. A może oni naprawdę zrewolucjonizują w przyszłości rynek pracy, pracując w zawodach, ja kich jeszcze nie znamy i rozwiązując problemy, których istnienia nie podejrzewamy?

dr Magdalena Łużniak-Piecha, ekspert kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

[1] Generations at Work, Zemke i inni.

IHG wybuduje Holiday Inn Express Wrocław

IHG® (InterContinental Hotels Group) kontynuuje swój dynamiczny rozwój w Polsce, czego wyrazem jest nowa umowa na budowę Holiday Inn Express Wrocław. Wydarzenie zostało zakomunikowane podczas Dnia Inwestora i odbyło się w hotelu InterContinental w Warszawie, gdzie przedstawiciele IHG podpisali umowę franczyzową z partnerem sieci – IMS Budownictwo oraz firmą zarządzającą – Hotel Professionals Management Group. Nowy hotel zostanie otwarty pod koniec 2021 roku.

Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)   From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)
Jacek Tokarski (Hotel Professionals), Alex Kloszewski (Hotel Professionals), Szymon Rodziewicz (IMS budownictwo), Tomasz Przewozniak (IMS budownictwo representative)
 
From left to right (bottom): Mateusz Sejud (IMS budownictwo), Miguel Martins, Development Director Poland (IHG)

Polska gospodarka należy do 10 największych w Unii Europejskiej. Ponadto kraj ten został uhonorowany tytułem Najlepszego Europejskiego Kierunku Podróży w 2018 roku, w związku z czym miejscowy biznes hotelarski notuje dynamiczny wzrost. Najnowsza umowa stanowi symbol błyskawicznej ekspansji sieci hotelarskiej w Polsce, a także zaangażowanie IHG w lokalny rynek. Hotel Holiday Inn Express Wrocław ulokowany będzie przy jednej z najpopularniejszych arterii miasta i pięknie zwrócony w kierunku dynamicznie rozwijającej się dzielnicy Wrocław-Południe obfitującej w atrakcje kulinarne. Obiekt zaoferuje 142 pokoje w nowo zbudowanym budynku. Będzie to już siódmy hotel Holiday Inn Express w Polsce – wyraz silnej obecności marki na krajowym rynku.

Mario Maxeiner, Managing Director, Northern Europe, IHG, komentuje: „Niezwykle cieszy nas dynamiczny rozwój w Polsce. To dla nas ważny rynek z ogromnym potencjałem wzrostu dla całej sieci IHG. Holiday Inn Express Wrocław stworzy nowe miejsca pracy we Wrocławiu. To istotna inwestycja i wkład w rozwój polskiej gospodarki. Odczuwamy satysfakcję, że naszym partnerem jest IMS Budownictwo, firma, której wizja rynku jest zbieżna z naszą”.

Eugeniusz Chodacki, Prezes IMS Budownictwo dodaje: „Współpraca z IHG otwiera przed nami nowe możliwości – bogate doświadczenia rynkowe i systemowe naszego partnera. Jesteśmy zaszczyceni możliwością zaanonsowania naszego partnerstwa i poinformowania o nowym hotelu podczas Dnia Inwestora w Polsce, tradycyjnej platformy wymiany nowych idei i kontaktów biznesowych wszystkich partnerów IHG”.

Holiday Inn Express to najszybciej rosnąca marka z rodziny IHG, doceniana przez podróżnych, którzy poszukują niewyszukanego, lecz oferującego wszystkie udogodnienia miejsca pobytu. Marka oferuje wysoki zwrot dla inwestorów dzięki swojej unikatowości, a także przynależności do potężnego systemu IHG, w tym do IHG ® Rewards Club, największego na świecie hotelowego programu lojalnościowego.

02_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHG 01_Holiday Inn Express Wroclaw_(c)IHGIHG ma obecnie 11 hoteli w Polsce reprezentujących marki InterContinental, Holiday Inn, Holiday Inn Express i Hotel Indigo. IHG planuje otwarcie kolejnych 19 hoteli – większość z nich do 2022 roku. W ten sposób sieć trzykrotnie powiększy swoje rozmiary w kraju, rozszerzy także swoje portfolio o dwie dodatkowe marki: Crowne Plaza i Staybridge Suites.

Hines Global Income Trust nabył kolejną nieruchomość logistyczną w Polsce

Hines, międzynarodowa firma działająca na rynku nieruchomości, ma przyjemność poinformować, że Hines Global Income Trust („Hines Global”) nabył nieruchomość logistyczną w Łodzi. Jest to obiekt klasy A, który został zaprojektowany zarówno na potrzeby magazynowania, jak i tzw. produkcji lekkiej. Zarządcą inwestycji została spółka Hines Polska. To już drugie centrum logistyczne zlokalizowane w Polsce, które we wrześniu 2019 roku przejął Hines Global. Pierwsza transakcja dotyczyła zakupu parku magazynowego k. Gdańska.

Obiekt, którego powierzchnia wynosi ponad 36 000 m kw., powstał w 2019 roku i jest w pełni skomercjalizowany. Wśród najemców magazynu są firmy o ugruntowanej pozycji na rynku: Damco Poland – spółka z grupy MAERSK dostarczająca rozwiązania w obszarze logistyki kontraktowej, transportu, spedycji, frachtu morskiego i lotniczego oraz Deles Polska – firma działająca głównie w obszarze produkcji opakowań. W obiekcie znajdują się także magazyny firm Intelligent Logistic Solutions i Panasystem PL – spółki specjalizującej się w segmencie motoryzacyjnym. Portfolio klientów magazynu uzupełnia także marka Inter Cars – największy w Europie Środkowo-Wschodniej dystrybutor części zamiennych do samochodów osobowych, dostawczych i ciężarowych.

Lokalizacja nieruchomości we wschodniej części Łodzi gwarantuje najemcom obiektu doskonały dostęp do infrastruktury miejskiej, jak również do Autostrady A1 i węzła łączącego trasy A1 oraz A2, zapewniających świetne połączenie z drogami międzynarodowymi.

– Świetna lokalizacja z dostępem do transportu publicznego oraz najwyższej klasy przestrzeń magazynowa – to, bezsprzecznie, najważniejsze atuty projektu, który właśnie nabyliśmy w imieniu Hines Global. Jestem przekonany, że budynek spełnia oczekiwania wszystkich najemców – zarówno tych skoncentrowanych na świadczeniu dostaw w obrębie Łodzi, jak i dystrybutorów regionalnych czy ogólnopolskich – mówi Przemysław Iznerowicz, Dyrektor Zarządzający w Hines Polska. – Stale poszukujemy nowych możliwości inwestycyjnych i w najbliższym czasie zamierzamy zintensyfikować nasze działania właśnie na rynku polskim – dodaje.

Zakup magazynu sfinansował ING Bank Śląski. Podczas transakcji, firmę Hines Polska wspierały: firma prawnicza Dentons, doradca podatkowy Crido oraz doradca techniczny DIL Polska Baumanagement Sp. z o.o.

DNB: Samorządy, by móc inwestować, nie powinny się bać zielonych obligacji

Unia Europejska chce do 2030 roku ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. Tak ambitne cele będą wymagały znacznych inwestycji w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową oraz technologie niskoemisyjne. Dużą ich część będą musiały ponieść jednostki samorządu terytorialnego, które borykają się z coraz większymi ograniczeniami budżetowymi. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska rozwiązaniem mogą być zielone obligacje (ang. green bonds), czyli papiery wartościowe, z których finansowane są inwestycje chroniące środowisko. Z raportu „Dlaczego warto emitować i inwestować w zielone obligacje?” przygotowanego przez DNB Bank Polska i KPMG wynika, że w najbliższych latach rynek zielonych obligacji ma szanse na bardzo szybki rozwój. Ich udział w globalnym rynku obligacji wynosił dotąd około 2 proc. Ale już w pierwszym kwartale tego roku było to 4,4 proc[1].

Wiele samorządów alarmuje, że w związku z chociażby z obniżką PIT oraz rosnącymi wydatkami bieżącymi, będą musiały ograniczyć swoje wydatki inwestycyjne. Po II kwartale br. wyniosły one w skali kraju 13,1 mld zł wobec całorocznego planu 67,35 mld zł. Jak przekonywali samorządowcy podczas spotkania „Wizja polskich miast 2030” zorganizowanego przez DNB Bank Polska oraz Instytut Samorządowy w 2020 roku może to być 47,1 mld zł, a rok później już tylko 33 mld zł. – Tymczasem potrzeby mieszkańców nie maleją. Naszym zadaniem jako samorządowców jest zapewnienie im coraz lepszego standardu życia. Problemem jest, skąd wziąć na to pieniądze – mówiła Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi.

Jednym z możliwych narzędzi do wykorzystania przez JST są zielone obligacje.  Głównym czynnikiem odróżniającym je od obligacji tradycyjnych jest „zieloność” celu emisji. Jego realizacja ma wpłynąć pozytywnie na środowisko naturalne, np. zwiększyć produkcję energii z odnawialnych źródeł czy obniżyć emisję zanieczyszczeń. Mogą one sfinansować różnego rodzaju cele na przykład instalacje wykorzystujące źródła energii odnawialnej, transport publiczny, zrównoważone gospodarowanie zasobami wodnymi i ściekami, zielone budownictwo czy ochronę bioróżnorodności.

Jak wynika z raportu DNB i KPMG globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dolarów. W 2018 roku było to 167,3 mld dolarów. Od czasu pierwszej zielonej obligacji wyemitowanej  w2007 roku przez Europejski Bank Inwestycyjny ich wartość do czerwca tego roku wyniosła około 550 mld euro. Tylko w pierwszym półroczu tego roku było to już 100 mld euro. Szacunki rynkowe mówią o tym, że w całym 2019 roku wartość wyemitowanych obligacji sięgnie 250 mld dolarów. – Na światowym i europejskim rynku finansowym wyraźnie zauważalny jest trend związany z angażowaniem się w zrównoważone inwestycje, w szczególności poprzez emitowanie i nabywanie zielonych obligacji. W tym zakresie Europa jest światowym liderem. Kolejne miejsca zajmują Ameryka Północna i Azja. Ponadto, warto zauważyć, że wolumen zielonych obligacji wyemitowanych na świecie przez jednostki samorządu terytorialnego wg stanu na koniec pierwszego półrocza 2019 roku uległ podwojeniu w stosunku do pierwszego półrocza 2018 roku – mówi Tomasz Kołodziejczyk, menedżer w dziale usług doradczych w zespole zarządzania ryzykiem finansowym w KPMG w Polsce. Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja, Niemcy oraz Holandia. Jak wynika z raportu DNB i KPMG prawie połowa ze wszystkich europejskich „zielonych” emitentów to instytucje niefinansowe, którym przypisać można około jedną trzecią wolumenu ogółu zielonych emisji. Z kolei jednostki samorządu terytorialnego, rządy państw i organizacje kontrolowane oraz finansowane przez rządy stanowią wspólnie również około jedną czwartą wszystkich emitentów i odpowiadają za około 40 proc. wolumenu emisji.

UE zachęca, a polskie samorządy wciąż się boją

Polska w 2016 roku jako pierwszy kraj na świecie wyemitowała obligacje rządowe określone mianem zielonych o wartości 750 mln euro. Z kolei z początkiem 2018 roku i w lutym tego roku polski rząd wyemitował zielone papiery warte łącznie 3 mld euro, a Ministerstwo Finansów zapowiedziało cykliczną emisję takich obligacji. – W Europie nie brakuje także przykładów miast, które wyemitowały zielone obligacje. Pod tym względem przodują samorządy w Szwecji i Francji, które aktywnie wykorzystują ten instrument już od kilku lat. Pierwszy na świecie emitent municypalny, region Île-de-France, jest również największym emitentem w swojej kategorii sektorowej. Kolejne największe pod względem wolumenu zielonych emisji samorządy to Sztokholm i Goteborg. Praktyka europejskich samorządów pokazuje, że zielone obligacje cieszą się większym zainteresowaniem inwestorów niż obligacje tradycyjne – mówi Małgorzata Zielińska, Dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska. – W Polsce póki co żaden samorząd nie zdecydował się na taki krok. Z tego co wiemy przygotowania w niektórych miastach już trwają i to tylko kwestia czasu, kiedy to nastąpi – dodaje.

Jedną z poważniejszych barier rozwoju rynku zielonych obligacji w Polsce, są wyższe niż przy standardowych obligacjach koszty transakcyjne. Zieloność celu emisji oraz proces monitorowania przekazywania środków na ten cel powinny zostać uwiarygodnione niezależną weryfikacją przeprowadzoną przez zewnętrzną i niezależną instytucję oraz ewentualną certyfikacją nadaną przez uznaną organizację ustanawiającą kryteria zieloności emisji (np. Climate Bonds Initiative). Obecnie rynek zielonych obligacji chce również uregulować Komisja Europejska. W czerwcu zapowiedziano utworzenie unijnych norm. Ma to pomóc w określeniu, która inwestycja zasługuje na miano „zielonej”, a która nie, by uniknąć takiej sytuacji, w której zielone obligacje finansują na przykład rozwój nieekologicznych gałęzi przemysłu. Komisja zaleca również utworzenie scentralizowanego systemu akredytacji dla zewnętrznych weryfikatorów, a także wprowadzenie zachęt w celu zwiększenia wzrostu emisji zielonych obligacji i powiązań z innymi zrównoważonymi instrumentami finansowymi.

Dzięki zielonym obligacjom polskie miasta mogłyby przyspieszyć, skonsolidować i w lepszym stopniu skoordynować swoje działania na rzecz poprawy jakości środowiska i przeciwdziałać tak ważnym problemom jak smog, czy ograniczony dostęp do wody. – Obok względów finansowych zachętą do stania się pionierem w emisji zielonych obligacji powinna być wzrastająca świadomość społeczeństwa. Ludzie coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki cel i w jaki sposób są wydawane publiczne pieniądze. Rosnąca świadomość ekologiczna będzie sprzyjać tego typu inicjatywom – mówi Małgorzata Zielińska.

Na koniec pierwszego półrocza 2019 roku większość inwestycji finansowanych za pomocą zielonych obligacji obejmowały: energetykę odnawialną, transport niskoemisyjny i zielone budownictwo oraz termomodernizację. Już teraz na polskim rynku realizowanych lub planowanych jest wiele inwestycji dotyczących ww. sektorów, które potencjalnie mogłyby zostać sfinansowane za pomocą zielonych obligacji.

[1]https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/business_economy_euro/banking_and_finance/documents/190618-sustainable-finance-teg-report-green-bond-standard_en.pdf

 

Dolar odzyskał siłę

Próba impeachmentu Trumpa zaskoczył rynek. Kryzys w obozie prezydenckim został dość szybko zgaszony, procedura ta nie ma szans na powodzenie bazując na zapisie rozmowy z prezydentem Ukrainy . Większość tendencji z wtorku została w ostatnich godzinach wymazana: przede wszystkim dotyczy to spadków indeksów giełdowych, ale także zwyżek kursu złota oraz osłabienia dolara.

Dolar odzyskał siłę, ale nie bez znaczenia były też wieści z gospodarki (silny rynek nieruchomości) oraz wystąpienie Evansa z Fed. Wypowiedział się on, że polityka pieniężna jest w odpowiednim miejscu i nie widzi w tej chwili potrzeby dalszej redukcji stóp. Mamy w rezultacie mocno podzielony FOMC: trzech decydentów przeciwko luzowaniu, Bullarda, który chciałby agresywnie ciąć koszt pieniądza i pewnie dwóch – trzech niezdecydowanych. Oznacza to, ze wszystko rozstrzygną napływające dane, zwłaszcza informacje z rynku pracy za wrzesień, ale także indeksy nastrojów. EUR/USD utrzymuje się w trendzie bocznym, ale osunął się do jego dolnego ograniczenia. Dołki kursu z pierwszej części miesiąca są na wyciagnięcie ręki, ale nie widzimy dużo przestrzeni do osłabienia wspólnej waluty. Silniejszy dolar i lepsze nastroje na rynkach akcji pomogły wywindować kurs USD/JPY ponad 107,50. Widzimy duże prawdopodobieństwo, ze odbicie to będzie wygaszane. Dołków szukają waluty Antypodów, ale nastawienie rynku do AUD i NZD jest jednoznacznie negatywne. Bark ewidentnej skłonności władz monetarnych do luzowania polityki był w ostatnich dniach trzykrotnie manifestowany. Gubernator RBA nie dał wskazówki, że cięcie za tydzień jest przesądzone. Komunikat RBNZ optymistyczniej niż można by się spodziewać opisywał koniunkturę i jej perspektywy. Dziś gubernator Orr powiedział także, że obniżanie stóp działa i nie ma potrzeby myśleć o niekonwencjonalnych instrumentach polityki. Wszystkie te wydarzenia podbijały kursy AUD/USD lub NZD/USD, ale rynek ewidentnie wygasza je i wykorzystuje do odnawiania krótkiej ekspozycji. GBP/USD jeszcze w poprzednich dniach zbliżył się do 1,26, ale pomimo tarapatów, w których znalazł się Boris Johnson po wyroku Sądu Najwyższego notowania cofnęły się na niemal 2 proc. od szczytów. Taka skala korekty wydaje się odpowiednia i z bieżących pułapów, czyli okolic 1,2350 można zakładać próbę powrotu do zwyżki. EUR/PLN pozostaje blisko 4,40 i nie widzimy pola do silniejszej aprecjacji przed wyrokiem TSUE ws. hipotek walutowych.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ponad połowa osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z pracy

Niemal 54 proc. osób zatrudnionych na Śląsku jest zadowolonych z ogólnych warunków zatrudnienia. Jednak wysokość zarobków satysfakcjonuje jedynie 25 proc. z nich – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Jakie benefity są najbardziej atrakcyjne dla pracowników z tego regionu i co może skutecznie skusić ich do zmiany pracy?

W poszukiwaniu nowej pracy…

Zgodnie z danymi GUS, stopa bezrobocia w województwie śląskim, która na koniec lipca 2019 r. wynosiła 3,8 proc., jest jedną z najniższych w Polsce. Średnia w tym samym okresie dla całego kraju szacowana jest na 5,2 proc. Wobec takich danych, nie dziwi zatem fakt, że dla śląskich pracodawców znalezienie, pozyskanie i zatrzymanie pracowników w firmie staje się coraz większym wyzwaniem. Firma rekrutacyjna Michael Page zapytała kandydatów ze Śląska o to, jakie powody mogłyby potencjalnie skłonić ich do zmiany pracy. Okazuje się, że najczęściej wskazywanymi czynnikami są chęć poszerzania nowych kompetencji i umiejętności (55 proc.) oraz zbyt małe zarobki (47 proc.). 38 proc. badanych dostrzega także ograniczone możliwości rozwoju w obecnym miejscu zatrudnienia, a 32 proc. chciałoby pracować w bardziej etycznej firmie. Szukając nowej pracy, najwięcej kandydatów zwróciłoby uwagę na dostęp do szkoleń (98 proc.), relacje z przełożonymi i innymi pracownikami (98 proc.) oraz możliwość utrzymania work-life balance (92 proc.).

Sytuacja gospodarcza Katowic i województwa śląskiego jest coraz lepsza, a stopa bezrobocia w tym regionie systematycznie maleje. Kandydaci odważniej negocjują warunki zatrudnienia i są coraz bardziej świadomi swojej pozycji. Aż 45 proc. ankietowanych przewiduje, że znalezienie nowej pracy zajęłoby im mniej niż 30 dni, a 30 proc. sądzi, że nowego pracodawcę znajdzie w czasie krótszym niż 3 miesiące – mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page.

Coraz silniejszy rynek pracownika

Z ogólnych warunków zatrudnienia w województwie śląskim zadowolonych jest 53 proc. ankietowanych. W poprzednim roku pozytywne noty temu rynkowi wystawiło niemal tyle samo respondentów. Coraz więcej pracowników optymistycznie ocenia także szansę na awans. Z badania Confidence Index za II kwartał 2019 r. wynika, że na wyższe stanowisko w pracy liczy 20,5 proc. ankietowanych – w analogicznym okresie ubiegłego roku było to 17 proc. respondentów. Pracownicy ze Śląska lepiej oceniają także stabilność swojej pracy. Pewnych zatrudnienia jest 61 proc. respondentów, czyli o 10 p.p. więcej niż w 2018 r. (52 proc.).

Przyszłość rynku pracy w Katowicach wygląda obiecująco. Pracodawcy coraz chętniej oferują pracownikom atrakcyjne dodatki do pensji, a w niektórych branżach wręcz walczą o nowego kandydata. Do najbardziej pożądanych przez kandydatów benefitów należą prywatna opieka zdrowotna (90 proc.) i ubezpieczenie na życie (82 proc.). Prawie 80 proc. respondentów biorących udział w naszym badaniu wierzy, że w ciągu następnych 6 miesięcy sytuacja na rynku pracy jeszcze się poprawi – podsumowuje Radosław Szafrański.

***

O badaniu Confidence Index

Confidence Index to cykliczny sondaż przeprowadzany przez Michael Page, który bada nastroje wśród osób poszukujących pracy w wybranych krajach w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii. Badanie mierzy poziom optymizmu kandydatów na stanowiskach specjalistycznych i managerskich w odniesieniu do szans na znalezienie nowej pracy, przewidywanego czasu trwania poszukiwań, oczekiwań wobec własnej sytuacji zawodowej i sytuacji gospodarczej kraju oraz powodów, które skłoniły ich do zmiany miejsca zatrudnienia. Badanie jest prowadzone online wśród kandydatów, którzy aplikowali na ofertę pracy za pośrednictwem strony Michael Page.

Modzelewski: Czego możemy spodziewać się po negatywnym dla banków wyroku TSUE

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie dotyczącej frankowiczów zapadnie 3 października. Dla frankowiczów informacje jakie napłyną z TSUE mogą być zbawienne. Dla sektora bankowego zaś oznaczać wielomiliardowe straty. Jak banki będą bronić się przed negatywnym dla nich wyrokiem wyjaśnia profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów
profesor Witold Modzelewski, profesor nauk prawnych, ekonomista i były wiceminister finansów

Kilkaset tysięcy osób posiadających kredyty we frankach wytoczyło swoim bankom procesy. Oskarżają je o niewłaściwe zaprojektowanie umów kredytowych i narażenie klientów na niepotrzebne ryzyko oraz o nieuczciwe przeliczanie walutowe kredytów. Większość tych spraw została wygrana, jednak do dzisiaj banki sprzeciwiają się przewalutowaniu kredytów. Tę sytuację zmienić może wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który najpewniej poznamy już w tym miesiącu. Jeśli TSUE wstawi się za kredytobiorcami, do sądów wpłynie więcej pozwów i prawdopodobnie zostaną one rozwiązane z korzyścią dla kredytobiorców. Co w tej sytuacji zrobią banki? Prawdopodobne jest, że zostaniemy zaszantażowani wizją konsekwencji, które spadną na nas wraz z przewalutowaniem kredytów. Wizja problemów finansowych i bankructwa banków ma przestraszyć państwo i jego obywateli. Nie warto jednak ugiąć się przed lobbingiem sektora bankowego.

– Akcje banków mogą gwałtownie zacząć spadać, wymyślą więc wtedy koncepcję racjonalnej ścieżki wyjścia – czyli dogadania się z klientami. Zostanie przedstawiona narracja, że my z tego kryzysu musimy wyjść bardzo powoli, żeby nie zagrozić interesom właścicieli akcji – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Oczywiście wtedy zacznie się krzyk i szantażowanie państwa, że musi się dołożyć do tego interesu. Miejmy nadzieję, że państwo zachowa trzeźwość umysłu i nie będzie podatne na lobbing bankowy. Powinniśmy powiedzieć bankom, że to one są autorami swoich kłopotów – to one zaproponowały te kredyty, więc same muszą rozwiązać swój problem. Państwo nie musi dokładać się do źle prowadzonych interesów finansowych – stwierdził Modzelewski.

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem

Rośnie liczba cyberataków na infrastrukturę kolejową. Mogą one grozić paraliżem 3

Infrastruktura kolejowa jest kluczowa nie tylko ze względu na przewozy pasażerskie, lecz także towarowe, zwłaszcza transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa czy węgiel. – Jeżeli ruch kolejowy zostanie sparaliżowany, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej – mówi Andrzej Bartosiewicz, ekspert Thales Polska. Jak podkreśla, liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, do której zalicza się transport kolejowy, rośnie gwałtownie, a problemem wciąż pozostaje bardzo długi, nawet 6-miesięczny, czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty.

Dziś konflikty zbrojne nie odbywają się już tylko w obszarze militarnym, lecz zagrożone są też elementy infrastruktury krytycznej, m.in. transport kolejowy, lotniczy, wodociągi czy energetyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Andrzej Bartosiewicz, dyrektor sprzedaży i rozwoju biznesu w obszarze cybersecurity Thales Polska.

Infrastruktura krytyczna jest kluczowa dla ciągłości funkcjonowania państwa. Zalicza się do niej m.in. transport kolejowy, zarówno towarowy, jak i osobowy. Ten musi być nie tylko punktualny, sprawny i bezpieczny, lecz także jako potencjalny cel ataków hakerskich zabezpieczony przed cyberatakami.

Ruch kolejowy to nie tylko pasażerowie. To też transport krytycznych z punktu widzenia państwa produktów, jak ropa naftowa, benzyna czy węgiel. Jeżeli zostanie sparaliżowany ruch kolejowy, możemy mieć np. przerwy w dostawach energii elektrycznej. Dlatego bezpieczeństwo ruchu kolejowego jest elementem bezpieczeństwa państwa. Trzeba poświęcić dużo uwagi, żeby nie stało się jego słabym elementem – podkreśla Andrzej Bartosiewicz.

Liczba ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną wzrasta, co potwierdziły m.in. dane Federalnego Urzędu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego, które na początku tego roku ujawnił niemiecki dziennik „Welt am Sonntag”. Wynika z nich, że tylko w II połowie ubiegłego roku doszło w Niemczech do 157 ataków hakerskich na infrastrukturę krytyczną, z czego 19 na sieci elektroenergetyczne. Jeszcze na przełomie roku 2016/2017 takich incydentów odnotowano raptem 34.

Mamy całą masę wirusów i złośliwego oprogramowania, którego celem jest zidentyfikowanie słabych elementów sieci i zaatakowanie ich. Hakerzy mają tutaj wiele celów do osiągnięcia. Pierwszym jest pozyskanie szczegółowych danych o elementach tych systemów, o tym, co jest zainstalowane. Następnie dokonują spersonalizowanych, dedykowanych ataków, np. po to, żeby zatrzymać ruch kolejowy albo dokonać jakiegoś innego działania, które potencjalnie zagraża bezpieczeństwu pasażerów czy transportu towarów – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Główny problem w przypadku takich incydentów stanowi wciąż bardzo długi czas pomiędzy atakiem a momentem, w którym zostanie wykryty. Ten potrafi sięgać nawet 6 miesięcy.

To oznacza, że haker buszuje w sieci przez 6 miesięcy i zaatakowany dowiaduje się o tym dopiero, kiedy dojdzie np. do poważnych zniszczeń czy kradzieży danych. Dlatego bardzo istotnym elementem działań po stronie operatorów infrastruktury krytycznej jest skrócenie tego czasu od ataku do jego wykrycia – mówi Andrzej Bartosiewicz. – Kolejna rzecz to cały system wymiany informacji między Polską a innymi krajami Unii Europejskiej. Takie ataki często są skoordynowane i dotyczą kilku krajów, dlatego współpraca między podmiotami zajmującymi się bezpieczeństwem w każdym z krajów Unii Europejskiej musi być ścisła.

Co istotne, infrastruktura kolejowa, podobnie jak inne typy infrastruktury krytycznej, różni się od systemów IT znanych z biur. To przede wszystkim systemy, które sterują ruchem kolejowym albo spełniają inne zadania, ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa pasażerów czy ruchu towarowego.

– Takie systemy muszą być stale monitorowane. Wszelkie anomalie muszą być wykrywane, a następnie właściwe służby po stronie operatora muszą takie potencjalne zagrożenia eliminować – zaznacza Andrzej Bartosiewicz.

Jak podkreśla, infrastruktura kolejowa jest częścią infrastruktury krytycznej, określonej przez Komisję Europejską w dyrektywie NIS przyjętej trzy lata temu, a w ubiegłym roku wdrożonej do polskiego prawa w postaci ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

Dlatego operatorzy infrastruktury kolejowej są zobligowani przepisami prawa do jej zabezpieczenia – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Celem dyrektywy jest przede wszystkim zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej i umożliwienie skutecznej walki z zagrożeniami.

W Polsce ustawa o KSC i ustawa o zarządzaniu kryzysowym, komplementarne wobec siebie, nakładają na operatorów infrastruktury krytycznej wymóg, aby każdy atak hakerski i incydent naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin zgłaszać do CSIRT GOV lub CSIRT MON (Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego).

Ustawa o KSC jest latarnią, która wyznacza operatorom infrastruktury kolejowej i innych krytycznych elementów, jak np. energetyka, jakie działania muszą podjąć, aby zwiększyć bezpieczeństwo. Operatorzy muszą m.in. dokonać analizy ryzyka i ocenić, które elementy są potencjalnie narażone na ataki ze strony hakerów. Kolejny krok to wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych. Należy zainwestować czas i pieniądze, aby to bezpieczeństwo zwiększyć – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Ekspert podkreśla, że w Polsce wymogi, które na operatorów infrastruktury krytycznej nakłada ustawa o KSC, są dość restrykcyjne w porównaniu z prawodawstwem w innych krajach UE. Przepisy wymagają m.in. wyznaczenia osób odpowiedzialnych i wdrożenia odpowiednich procedur reagowania w przypadku incydentów zagrożenia bezpieczeństwa.

– Pasażerowie nie powinni odczuć tych działań dokonywanych w celu zabezpieczenia sieci. Idea jest taka, że operatorzy wprowadzają rozwiązania, które są dla pasażerów niewidoczne – mówi Andrzej Bartosiewicz.

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje

Resort środowiska: Zmiany klimatyczne i zanieczyszczenia powietrza zagrożeniem dla rozwoju gospodarczego. Potrzebne wielomiliardowe inwestycje 4

Ekstremalne zjawiska pogodowe, takie jak nasilające się powodzie czy fale upałów i związane z nimi susze, będą mieć w nadchodzących latach przełożenie na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu, branży budowlanej czy energetycznej – wynika z „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku”. Dokument pokazuje, że skutki postępujących zmian klimatycznych i zła jakość powietrza to główne problemy środowiskowe dla Polski. W ich rozwiązywaniu mają pomóc uruchamiane ostatnio programy, jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus”. Wiceminister środowiska Sławomir Mazurek podkreśla, że resort będzie je na bieżąco udoskonalać i rozszerzać.

Dobra jakość środowiska to także dobre warunki do inwestowania i pracy. Bezpieczeństwo ekologiczne ma swoją wartość, jeśli inwestorzy chcą rozwijać swoje zakłady w danym obszarze i widzą, że państwo chce inwestować w innowacyjne, nowoczesne technologie, wtedy stwarzamy im pole do działania –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

Kierunki działań w obszarze ochrony środowiska wyznacza przyjęta w sierpniu „Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku”. Dokument ten będzie podstawą do przyszłych działań legislacyjnych i inwestowania środków UE z perspektywy finansowej na lata 2021–2027.

– Zakładamy, że „Polityka ekologiczna państwa” będzie sprzyjać takiej synergii między dynamicznym rozwojem gospodarczym a poszanowaniem zasobów przyrodniczych, w niektórych sytuacjach nawet renaturalizacją czy poprawą stanu środowiska – mówi Sławomir Mazurek.

Jak wynika z nowej strategii ekologicznej, główne problemy środowiskowe w Polsce to m.in. nieodpowiednia jakość powietrza, niska zasobność wód, skutki postępujących zmian klimatycznych i deficyt narzędzi kreowania ładu przestrzennego. Te problemy mają zaadresować uruchamiane przez rząd programy jak „Czyste powietrze” czy „Energia Plus” ukierunkowane na poprawę jakości powietrza i rozwój energetyki odnawialnej.

Priorytetem jest poprawa jakości powietrza i w tym obszarze będziemy realizować program „Czyste Powietrze”, na który przeznaczymy 103 mld zł w ciągu 10 lat. Chcemy także rozwijać odnawialne źródła energii i tutaj z pomocą przychodzi program „Mój Prąd”, w ramach którego przeznaczymy 1 mld zł na rozwój fotowoltaiki. Będziemy także wspierać rolników indywidualnych, aby mogli na swoich posesjach rozwijać OZE. Chcemy rozwijać ciepłownictwo w miastach, stąd specjalny program „Ciepłownictwo powiatowe”, ale pamiętamy również o zasobach geologicznych. Tutaj z kolei wychodzimy z programem „Geotermia Plus” – wylicza Mazurek.

Jak podkreśla, resort środowiska będzie monitorować, jak działają uruchamiane ostatnio programy, i na bieżąco je udoskonalać albo rozszerzać ich zakres, aby były jak najbardziej efektywne.

„Polityka ekologiczna państwa do 2030 roku” pokazuje, że ekstremalne zjawiska pogodowe – takie jak nasilające się fale upałów czy powodzie – będą mieć w nadchodzących latach przełożenia na gospodarkę i mogą zakłócać funkcjonowanie transportu czy sektora energetycznego. To właśnie te dwie branże – obok budowlanych – są w największym stopniu narażone na negatywne skutki ekstremalnych zjawisk klimatycznych. Dlatego nowo przyjęta polityka ma też wyznaczać standardy do opracowywania nowych projektów infrastruktury transportowej i modernizacji już istniejącej. Wyzwaniem jest także zapewnienie właściwego systemu finansowania przedsięwzięć środowiskowych, tak żeby działania sektora prywatnego i publicznego wzajemnie się uzupełniały.

– Mówimy tutaj o kwotach miliardowych. Chcemy, żeby te środki były efektywnie wykorzystywane i aby faktycznie rozwijając i poprawiając jakość środowiska, wzmacniać także rozwój gospodarczy – mówi wiceminister środowiska.

W przygotowaniu jest również „Polityka energetyczna państwa do 2040 roku”, której projekt został opublikowany przez resort energii w końcówce ubiegłego roku. Ta ma zostać przyjęta najprawdopodobniej po zbliżających się wyborach parlamentarnych.

– Jest szereg innowacji dotyczących zgazowania węgla czy produkcji wodoru. Mówimy także o błękitnym węglu, jest więc szereg innowacyjnych rozwiązań, które możemy wykorzystywać w oparciu o nasze zasoby geologiczne. Pamiętamy o tym, że musimy się kierować w stronę transformacji energetycznej zakładającej, że udział odnawialnych źródeł energii z każdym rokiem będzie rósł – mówi Sławomir Mazurek.

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety

Wyższe opłaty w sprawach cywilnych nie zmniejszą ilości pracy w sądach. Wpłyną za to na ich budżety 5

Modyfikacja niektórych stawek kosztów sądowych w sprawach cywilnych i wprowadzenie nowych opłat były szeroko komentowaną zmianą. Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy miała ona na celu urealnienie obowiązujących opłat i dostosowanie do dzisiejszego poziomu cen, a także częściową redukcję zbytniego obciążenia sądów pracą i obniżenie nakładów państwa na wymiar sprawiedliwości. Obowiązujące od miesiąca stawki są czasami kilkukrotnie wyższe od poprzednich. – Nie są to jednak rewolucyjne zmiany, które mogłyby wpłynąć na zmniejszenie liczy spraw wpływających do sądów – mówi Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki w kosztach sądowych w sprawach cywilnych zaczęły obowiązywać 21 sierpnia br. i mają zastosowanie do wszystkich pism, które są wnoszone do sądu od tej daty. Została wprowadzona także, co umyka w tej nowelizacji, nowa opłata za wniosek o sporządzenie uzasadnienia wyroku. Nawet jak sprawa jest w toku i ona została wniesiona dużo wcześniej, to za ten wniosek również trzeba uiścić opłatę – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Ulejczyk, adwokat z Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński.

Nowe stawki to element dużej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Wynikają one z nowelizacji ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych. Głównie są to podwyżki dotychczasowych opłat. Przykładowo, podniesiono maksymalną opłatę pobieraną w sprawach o prawa niemajątkowe (oraz w niektórych sprawa o prawa majątkowe). Do tej pory było to 5 tys. zł, a po zmianach – 10 tys. zł.

Nowym prawem wprowadzono także opłaty od pism, które wcześniej albo nie funkcjonowały w postępowaniu cywilnym, albo nie wiązały się z żadnymi kosztami. Przykładem może być wniosek o doręczenie orzeczenia wraz z uzasadnieniem. Przed wejściem w życie nowych przepisów jego złożenie nie podlegało opłacie, a od 21 sierpnia wiąże się ze stałą opłatą w wysokości 100 zł.

Co istotne, zostały zmienione opłaty za wniesienie wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, które do tej pory wynosiły 40 zł, jeżeli roszczenie nie przekraczało 10 tys., albo 300 zł, jeżeli przekraczało ten limit. W tym momencie będzie to 1/5 wartości powództwa, czyli naszego roszczenia. To jest chyba najbardziej rewolucyjna zmiana – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Inna ważna zmiana to wprowadzenie opłaty od wniosku o wezwanie na rozprawę świadka, biegłego lub strony, jeśli jego złożenie następuje po zatwierdzeniu przez sąd planu rozprawy.

Do tego jeszcze jest kwestia opłat kancelaryjnych. Jeżeli potrzebujemy uzyskać odpis wyroku, do tej pory płaciliśmy 6 zł za każdą rozpoczętą stronę. W tym momencie zostało to zmienione i płacimy 20 zł za każde rozpoczęte 10 stron – mówi Katarzyna Ulejczyk. – Za jedną kartkę kopii do tej pory płaciliśmy złotówkę, w tym momencie również jest 20 zł za każde rozpoczęte 20 stron, co oznacza, że jeżeli tych kopii będziemy chcieli mieć 5 kartek, będziemy musieli zapłacić 20 zł, a nie 5 zł, jak było to dotychczas.

Zdaniem adwokat Kancelarii BCLA większość wprowadzonych zmian nie będzie drastycznie odczuwalna przez strony.

Niektóre koszty, tak jak opłaty kancelaryjne czy nowa opłata za wniosek o uzasadnienie wyroku faktycznie wzrosną, natomiast nie jest to aż tak drastyczna różnica dla osób, które dochodzą swoich roszczeń w sądach. Niemniej jeżeli ktoś nie może sobie pozwolić na poniesienie takich opłat, zawsze można wnosić do sądu o zwolnienie z kosztów – wyjaśnia Ulejczyk.

Jak podkreśla, nie będzie to też miało istotnego wpływu na ilość pracy w sądach i liczbę wpływających praw.

– Jedynie w zakresie zawezwań do prób ugodowych jest to duża zmiana i w tym jednym punkcie faktycznie może być trochę mniej wniosków tego typu. Natomiast w skali całego działania sądów nie będzie to miało większego wpływu – mówi Katarzyna Ulejczyk.

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory

Pracownicy Amazona przez dwa dni pracowali w piżamach. Wsparli w ten sposób dzieci chore na nowotwory 6

Pracownicy Amazona przez dwa dni mogli przyjść do pracy w piżamach. Za każdą osobę, która się na to zdecydowała, e-commercowy gigant przelał określoną kwotę na konto organizacji działających na rzecz dzieci chorych na nowotwory. Akcja jest częścią wrześniowej kampanii Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Jak podkreśla PR manager Amazona Magdalena Węglewska, pracownicy firmy wręcz oczekują od niej działań zgodnych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu.

 Amazon zatrudnia w Polsce ponad 16 tys. osób w 7 regionach. Jesteśmy obecni na rynku od ponad 5 lat na rynku i naszym celem jest nie tylko tworzenie miejsc pracy, lecz także wspieranie lokalnych społeczności. Społeczna odpowiedzialność biznesu to tak naprawdę działanie na rzecz osób, które tej pomocy potrzebują – nie tylko naszych pracowników i ich rodzin, ale i lokalnych społeczności. To także współpraca z organizacjami charytatywnymi czy organizacja projektów edukacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Węglewska, PR Manager Amazon.

Jak podkreśla, działania CSR-owe marki są bardzo istotne z punktu widzenia samych pracowników, którzy z jednej strony bardziej integrują się z firmą, a z drugiej – niejednokrotnie sami wychodzą z inicjatywą wsparcia kolejnych projektów i aktywnie się w nie włączają.

– W DNA naszej marki jest transparentność, otwartość i działanie na rzecz innych. Zapraszamy wszystkich do tego, żeby przyszli, zobaczyli na własne oczy, a być może również włączyli się do naszych akcji. Można zarejestrować się na stronie ZwiedzanieAmazon.pl. Przez pięć dni w tygodniu dwa razy dziennie zapraszamy na zwiedzanie centrum, gdzie można zobaczyć, jak na co dzień nasi pracownicy włączają się i wspierają lokalne społeczności – mówi Magdalena Węglewska.

Działalność CSR-owa przekłada się nie tylko na wizerunek, lecz także na wymierne korzyści dla firmy. Jak wynika z raportu „CSR w praktyce – barometr Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej” firmy angażują się w działania CSR ze względu m.in. na zwiększające się zaufanie wśród pracowników (35 proc.) i klientów (32 proc.). Blisko 40 proc. ma świadomość korzyści z prowadzenia działalności zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności.

Jedną z inicjatyw, w którą zaangażował się e-commercowy gigant, jest wrześniowa kampania Fundacji „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”, której celem jest promowanie profilaktyki takich schorzeń wśród najmłodszych. Szacuje się, że tylko w tym roku ponad 300 tys. dzieci usłyszy diagnozę nowotworową. Rak to druga najczęstsza przyczyna zgonów dzieci wśród chorób nieinfekcyjnych.

– Jak co roku Amazon dołącza do tej kampanii pod znakiem złotej wstążki – mówi Magdalena Zagrodnik, HR manager w Amazon Polska. – We wrześniu nasi pracownicy przez dwa dni mogą przyjść do pracy w piżamach, żeby okazać wsparcie dla najmłodszych dzieci walczących z chorobą nowotworową, które spędzają dużo czasu w szpitalu. Będziemy liczyć, ile było takich osób i na tej podstawie przekażemy określoną kwotę do wybranych fundacji działających w miastach, w których znajdują się nasze centra.

– Mamy dzień piżamowy i choć dziwnie to wygląda na korytarzach, to pieniądze trafiają na konto dzieci chorych na raka. Ta akcja jest organizowana w Amazonie po raz drugi i chcielibyśmy, żeby była również w następnych latach – mówi Dorota Makolądra, pracownik Amazon od czterech lat.

Wrześniowa akcja to nie jest pierwsze partnerstwo firmy z Fundacją „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”. Amazon Fulfillment już od kilku lat prowadzi akcję Kindloteka, w ramach której został uruchomiony w różnych miejscach kącik czytelniczy „Amazon. Kocham czytać” z miejscem do przechowywania elektronicznych czytników. Na małych pacjentów czeka tam 10 urządzeń Kindle, które mogą wypożyczyć w każdym momencie, oraz 100 różnych książek w tradycyjnym, papierowym wydaniu. Te mają nie tylko wartość rozrywkową, lecz także terapeutyczną – dzieciom, które spędzają w szpitalnych łóżkach długie tygodnie, pozwalają na oderwanie myśli od choroby.

 W onkologii niesłychanie ważna jest profilaktyka. Wykrycie nowotworów w pierwszym i drugim stadium pozwala na wyleczalność rzędu 90 proc., zbliżoną nawet do stu. Im później ten nowotwór się wykrywa, im później się go diagnozuje, tym szanse na wyleczenie maleją. Dlatego regularne badania profilaktyczne to po prostu szansa na powrót do zdrowia – podkreśla Bartłomiej Dwornik, Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową”.

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne

Rośnie zainteresowanie systemami przemysłowego internetu rzeczy. Okulary AR czy inteligentne rękawice zautomatyzują i usprawnią procesy produkcyjne 7

Firmy coraz częściej inwestują w rozwiązania z branży przemysłowego internetu rzeczy. Inteligentne okulary czy rękawice wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną pozwalają sprawniej zarządzać siecią urządzeń połączonych, łańcuchami produkcyjnymi czy przetwarzać dokumentację bez opuszczania stanowiska pracy. Wdrożenie kompleksowych sieci urządzeń połączonych umożliwi przeprowadzanie monitoringu procesów przemysłowych w czasie rzeczywistym.

– Zadaniem Crove jest pomaganie firmom prowadzącym obszerną dokumentację w jej optymalizacji i cyfryzacji. Rękawica wykonuje rutynowe zadania i przygotowuje dokumentację, a wszystko wykonywane jest w tle podczas normalnej pracy użytkownika. Przy tym nie potrzebujemy wizualnego potwierdzenia wykonanych zadań. W przyszłości działanie rękawiczki będzie wsparte sztuczną inteligencją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alicia Sophia Hinon, współzałożycielka EngageLabs.

Rękawica Crove została zaprojektowana w taki sposób, aby pracownicy mogli aktywować i kontrolować urządzenia wchodzące w skład przemysłowego internetu rzeczy (IIoT) z dowolnego miejsca, bez konieczności bezpośredniego obsługiwania maszyny. Po wgraniu do rękawiczki odpowiedniego protokołu, sprzęt gotowy jest do zdalnego kontrolowania urządzeń przypisanych do konkretnych gestów.

Nad podobnym projektem pracują inżynierowie z firmy ProGlove, którym udało się pozyskać od Summit Partners 36 mln euro na rozwój inteligentnej rękawicy przemysłowej. Sprzęt ma zastąpić klasyczne skanery kodów kreskowych i umożliwiać błyskawiczne skanowanie produktów w fabrykach czy centrach magazynowych. Urządzenie odciąża pracownika, integrując skaner w ubraniu roboczym. Takie rozwiązanie pozwala zredukować czas potrzebny do zeskanowania produktu, gdyż odczytanie kodu nie wymaga wyjmowania narzędzia.

W procesach produkcyjnych pomagają także inteligentne okulary. Druga generacja Google Glass Enteprise została opracowana z myślą o optymalizacji pracy w fabrykach, dzięki czemu ułatwi obsługę urządzeń przemysłowych. W nowej wersji inżynierowie zastosowali wydajny, czterordzeniowy procesor Qualcomm Snapdragon XR1, który we współpracy z 8-megapikselowym aparatem pozwoli na płynną pracę w środowisku rzeczywistości rozszerzonej. Wykorzystujące sztuczną inteligencję gogle mogą pomagać pracownikom np. na linii produkcyjnej, zapewniając dostęp do informacji bez użycia rąk.

– Crove można określić jako produkt uniwersalny, ponieważ można z niego korzystać w różnego rodzaju branżach wymagających prowadzenia obszernej dokumentacji. Dzięki temu, że jest to inteligentne urządzenie działające w oparciu o technologię IIoT oraz pozwalające na sterowanie zdalne, w przyszłości będzie można z niego korzystać w połączeniu z wszelkiego rodzaju systemami IIoT wykorzystywanymi przez przedsiębiorstwa – twierdzi ekspertka.

W fabryce Boers & Co FineMetalworking wdrożono zarówno rękawice ze skanerem kodów kreskowych, jak i cyfrowy plan zakładu z podglądem każdej maszyny oraz jej aktualnym statusem. Uzupełnieniem platformy jest dron, który nieustannie odczytuje informacje z tagów RFID i automatyzuje proces inwentaryzacji zapasów w trybie dziennym. Inteligentne okulary czy rękawice rozpoznające gesty mają stanowić uzupełnienie takich kompleksowych sieci IIoT i ułatwić obsługę skomplikowanych procesów produkcyjnych.

– Rynek inteligentnych urządzeń do noszenia dopiero się rozwija. Nasza wizja przyszłości to pracownicy i zakłady wyposażone w 3 inteligentne systemy – okulary z rozszerzoną rzeczywistością, systemy ERP i precyzyjne rękawice. Przewidujemy, że rynek tego typu urządzeń będzie wart miliard dolarów – wskazuje Alicia Sophia Hinon.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku przemysłowego internetu rzeczy w 2017 roku wyniosła blisko 146 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do ponad 232 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8 proc.

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie

Elektroniczne usługi medyczne rewolucjonizują służbę zdrowia. W Polsce wystawia się już ponad 220 tys. e-recept dziennie 8

W Polsce można już bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską, otrzymać receptę, a nawet poprosić o jej wykupienie i wysyłkę leku. Na popularności coraz bardziej zyskują też instrumenty takie jak elektroniczna recepta czy skierowanie. Wprowadzenie cyfrowej dokumentacji medycznej pozwoli natomiast usprawnić analitykę i obsługę kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia. Właśnie wystartowała nowa platforma rządowa, na której wszystkie sprawy, w tym zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

– Wideokonsultacje czy też rozwiązania telemedyczne już zaczynają być implementowane do polskiego systemu ochrony zdrowia i jak najbardziej istnieje przestrzeń do ich rozwoju. Technicznie nie jest to żadna bariera, więc będziemy mieli coraz więcej takich rozwiązań – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Czech, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

W Polsce funkcjonują już przychodnie on-line. Jedną z nich jest działająca na terenie Unii Europejskiej przychodnia Dimedic, w której można bez wychodzenia z domu odbyć konsultację lekarską i otrzymać receptę. Pacjent może wybrać również opcję wykupu recepty. Placówka udziela konsultacji głównie w sprawach związanych z antykoncepcją, otyłością czy zaburzeniami seksualnymi

– W obszarze e-zdrowia i wszystkiego, co jest związane z rozwiązaniami cyfrowymi w zdrowiu, to obecnie jesteśmy w fazie pełnej akceleracji. E-recepta, e-skierowanie, e-zwolnienie, konto pacjenta, to są wszystko elementy cyfryzacji, które wchodzą szybko do systemu ochrony zdrowia i dzięki temu gonimy państwa, które uważamy za modelowe, np. Estonię – mówi Marcin Czech.

Recepty elektroniczne można w Polsce zrealizować w każdej aptece od 1 stycznia 2019 roku. Od 1 stycznia 2020 roku wszystkie przychodnie będą miały natomiast obowiązek ich wystawiania. Według danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, do tej pory wystawiono w Polsce ponad 7 mln takich recept, a według najnowszych danych, dziennie jest ich już wystawianych ponad 220 tysięcy. Liczba podmiotów wystawiających e-recepty w samym tylko sierpniu wzrosła w stosunku do lipca o 46 proc. i wynosi już prawie 4 tysiące.

Kolejnym krokiem w rewolucjonizowaniu polskiej służby zdrowia ma być wprowadzenie w 2021 r. elektronicznej dokumentacji medycznej. W Internetowym Koncie Pacjenta po zalogowaniu się za pomocą Profilu Zaufanego będzie można przejrzeć nie tylko swoją dokumentację medyczną, w tym historię wizyt u lekarza w ramach NFZ od 2008 r., lecz także swoich dzieci.

– To będzie otwarcie wrót do olbrzymich możliwości analitycznych, które tkwią w systemie. I to uzupełni dane, które są zbierane dla potrzeb refundacji czy dla potrzeb NFZ-u. W cyfryzacji będzie wiele nowych rzeczy i wiele nowych rozwiązań dla dobra profesjonalistów medycznych i pacjentów – przewiduje prezes Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego.

Wprowadzenie możliwości przeprowadzania elektronicznych konsultacji z lekarzami różnych specjalizacji pozwala walczyć z problemem kolejek. Na prywatną wizytę u urologa trzeba w Kielcach czekać nawet trzy tygodnie. Wizyta w ramach kontraktu z NFZ to już czas oczekiwania sięgający co najmniej 3,5 miesiąca. W przypadku zdecydowania się na konsultację przez kanał elektroniczny czas ten skraca się nawet do czterech dni.

Z uwagi na znaczne usprawnienie systemu ochrony zdrowia dzięki narzędziom on-line możliwe będzie też wypracowanie oszczędności finansowych, ale i poprawy jakości opieki.

– Na początku musimy się nauczyć jak z tego systemu korzystać, ale potem wszystko będzie na tzw. kliknięcie, co zaowocuje sporymi oszczędnościami. Być może wymusi to również zmiany polegające na tym, że lekarze będą bardziej się zajmować pacjentem i leczeniem, a np. szeroko zapowiadani asystenci medyczni będą bardziej obsługiwać systemy informacji. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Marcin Czech.

W budżecie Polski na 2019 rok nakłady na służbę zdrowia sięgnęły kwoty niemal 100 mld zł, co stanowi 4,86 proc. PKB. W 2020 ma to być już 5,03 PKB, a do 2025 roku 6 proc. Właśnie wystartowała rządowa platforma gov.pl, na której wszystkie e-usługi, w tym także zdrowotne, można załatwić w jednym miejscu.

Dlaczego warto przechowywać dane z tachografu

Pół tysiąca złotych za dzień w przeliczeniu na jeden pojazd. Tyle może zapłacić przedsiębiorca za brak danych z tachografu. Odczyty czasu pracy kierowców zawodowych są podstawowymi informacjami, które przewoźnik powinien przechowywać. Inspekcja Transportu Drogowego może je sprawdzić nawet rok wstecz. Michał Senger, ekspert Inelo, radzi, jak bezpiecznie gromadzić dane w firmie transportowej.

Tachograf odczytujemy maksymalnie co 90 dni kalendarzowych, używając do tego karty przedsiębiorstwa, na którą tacho zostało zablokowane. Dobrą praktyką jest odczyt częściej niż przewidziane trzy miesiące. Gdy spóźnimy się z odczytem, narażamy się na kolejną karę w wysokości 500 zł (na pojazd za każdy dzień).

Jeżeli więc w firmie jest kilkanaście samochodów i wszystkie mają nieterminowe odczyty, możemy otrzymać maksymalny mandat przewidziany taryfikatorem. Wówczas nie jest istotne to, że kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami. Jeśli więc ze względu na specyfikę transportu kierowcy nie wracają zbyt często do bazy i nie ma możliwości regularnego odczytania tachografów w siedzibie, wskazane jest zainstalowanie w pojazdach systemu telematycznego, umożliwiającego zdalny odczyt danych – sugeruje Michał Senger, ekspert Inelo ds. rozliczeń i szkoleń.

Blokada kartą przedsiębiorstwa

W przypadku, gdy przewoźnik zakupi samochód ciężarowy tak zwany używany, to taki pojazd może być zablokowany kartą poprzedniego właściciela. Dlatego w pierwszej kolejności po zakupie i wprowadzeniu do pamięci rejestratora nowego numeru rejestracyjnego, należy w serwisie tachografów od razu zablokować ciężarówkę kartą danego przedsiębiorstwa. Jeśli o tym zapomnimy, w przyszłości może nie udać się odczytać danych dla zatrudnionych kierowców. Uzyskamy co prawda plik odczytu, ale z opisem brak czynności/brak danych. Jak zweryfikować, czy możemy odczytać dane z tachografów używanych pojazdów? Można to zrobić w prosty sposób w programie do rozliczania czasu pracy kierowcy, takim jak 4Trans. Wystarczy sprawdzić, czy da się otworzyć klika losowo wybranych dni z różnych okresów
i czy widać zarejestrowane czynności.

Jeżeli okaże się, że nie możemy otworzyć testowanego przez nas dnia, należy udać się do serwisu tachografów i odczytać tacho kartą warsztatową, gdyż jest ona nadrzędną nad kartą przedsiębiorstwa i za jej pomocą da się odzyskać te dane. Warto jednak wiedzieć, że rejestrator danych kierowcy ma ograniczoną pamięć i może okazać się, że potrzebne informacje nie są już dostępne. Jeśli więc w tachografie zapisane będą dane tylko z ostatnich 200 dni (w razie kontroli wymagane są odczyty z całego roku), to grzywna dla przedsiębiorcy będzie wysoka. Na przykład za brak odczytów z okresu 165 dni to aż 82 500 zł i to tylko za jeden pojazdwyjaśnia ekspert Inelo.

Kontrola poprawności odczytów

Prawidłowe dane to takie, gdzie wszystkie czynności zapisane w tachografie pokrywają się z tymi na karcie kierowcy.

Prawidłowy wygląd odczytów w widoku rocznym[1]

Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografuPrawidłowy wygląd dnia[2]Dlaczego powinieneś przechowywać dane z tachografu 2

Co w przypadku, gdy odczytamy dane z tachografu i okaże się, że w związku z ich uszkodzeniem
z jednego dnia cały plik nie chce się wczytać do programu? Wówczas należy rozbić taki odczyt na dwie części. Na przykład jeśli uszkodzone są dane z 29.06.2019 r., ustawiamy jeden odczyt od pierwszego dnia do 28.06.2019 r. oraz drugi od 30.06.2019 r. do dnia bieżącego. Otrzymujemy dwa pliki, które należy wczytać do programu. Co z dniem, w którym dane uległy uszkodzeniu? Na 29.06.2019 najlepiej uzyskać z serwisu tachografów pisemne potwierdzenie, że pliki z tego dnia są uszkodzone i nie da się ich odzyskać
radzi Michał Senger.

Brak potrzebnych informacji o tym, jak pracuje kierowca, może kosztować przedsiębiorcę pół tysiąca złotych za każdy dzień dotyczący jednego pojazdu. W przeliczeniu na liczbę samochodów w taborze
i inne naruszenia kierowców to grzywna, która może zachwiać płynnością finansową niejednej firmy transportowej.

[1] Dane z programu 4trans.

[2] Ibidem.

Cenne witaminy, składniki mineralne i lubiane przez dzieci smaki. To trzy powody, dla których kaszki powinny pojawić się w diecie niemowlęcia każdego dnia

Produkty zbożowe stanowią istotny element diety każdego człowieka – zarówno niemowlęcia, jak i osoby dorosłej. Kaszki przeznaczone specjalnie dla najmłodszych to wartościowe uzupełnienie codziennego jadłospisu. Dostarczają małemu organizmowi witaminy, ważne składniki mineralne oraz węglowodany złożone niezbędne do jego prawidłowego rozwoju. Ich konsystencja i delikatny, owocowy smak są łatwo akceptowalne przez maluchy. Właśnie dlatego kaszki idealnie sprawdzą się jako element codziennej diety najmłodszych.

Wczesne dzieciństwo to okres bardzo szybkiego wzrostu i intensywnego rozwoju dziecka. W tym czasie dojrzewa układ pokarmowy i nerwowy malucha, kształtuje się jego odporność oraz metabolizm. W pierwszych latach życia kształtują się również nawyki żywieniowe, które mogą być powielane przez dziecko w przyszłości. Ze względu na tak dynamiczne przemiany zachodzące w młodym organizmie niezwykle ważne jest dbanie o odpowiednią dietę niemowlęcia, a później małego dziecka. Taką, która dostarczy niezbędne składniki odżywcze w odpowiednich ilościach i proporcjach. Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) przez sześć pierwszych miesięcy życia dziecko powinno być karmione wyłącznie mlekiem matki – wówczas właśnie ten pokarm najlepiej zaspokaja wszystkie potrzeby żywieniowe niemowlęcia.

– Z czasem – nie wcześniej niż przed ukończeniem 17. tygodnia życia i nie później niż w 26. tygodniu – zaleca się wprowadzanie posiłków uzupełniających, które dodatkowo pomagają pokryć rosnące zapotrzebowanie organizmu na energię i składniki odżywcze. Posiłki uzupełniające wprowadza się przy jednoczesnym kontynuowaniu karmienia piersią – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Mariola Darzycka, ekspert BoboVita.

Na etapie rozszerzania diety jako pierwsze do jadłospisu malucha powinno się wprowadzać warzywa. Po około dwóch tygodniach można zacząć podawać owoce, a następnie produkty zbożowe dopasowane do potrzeb niemowlęcia. Te ostatnie stanowią cenne źródło witamin i składników mineralnych, które wspierają prawidłowy rozwój młodego organizmu, z tego względu nie powinno ich zabraknąć w codziennej diecie.

 Zboża zawierają również węglowodany złożone, które z kolei są źródłem energii potrzebnej maluchowi do codziennej aktywności, zabawy czy też poznawania świata – mówi Mariola Darzycka.

Przykładem takich produktów są kaszki przeznaczone dla niemowląt i małych dzieci. Ułatwiają one przechodzenie z diety opartej wyłącznie na mleku do produktów o bardziej stałej konsystencji. Są dopasowane do potrzeb młodego organizmu i w pełni dla niego bezpieczne.

– Zboża, które znajdują się w składzie takich kaszek, przechodzą nawet kilkaset testów jakości i bezpieczeństwa, a ich skład i wartość odżywcza są odpowiednio zbilansowane – mówi Mariola Darzycka.

Ze względu na wartości odżywcze kaszki doskonale sprawdzą się jako element diety niemowlęcia każdego dnia – zarówno na śniadanie, jak i na kolację. Warto pamiętać, że przy wyborze produktu odpowiedniego dla malucha powinno się kierować widocznym na opakowaniu wskazaniem wieku, np. po 6. czy 8. miesiącu.

Dzięki Lean wygrywamy wszyscy! – wywiad z Michaelem Balle

Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym każdy powinien mieć okazję się zmierzyć – przekonuje Michael Balle, światowej sławy ekspert w zarządzaniu współpracujący z największymi, globalnymi markami. Zdaniem założyciela Institut Lean France, o sukcesie każdego przedsiębiorstwa, niezależnie od wielkości czy branży, decyduje gotowość na zmiany dotychczasowego modelu ich funkcjonowania – zamiast odgórnego wyznaczania nierealistycznych celów, należy skoncentrować się na budowie kultury pracy, zaangażowaniu wszystkich pracowników i umożliwieniu im ciągłego doskonalenia umiejętności. Michael Balle będzie gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” poświęconej Strategii Lean, organizowanej 17 października w Warszawie.

Prawdopodobnie każdy przedsiębiorca słyszał kiedyś o Strategii Lean – ale niewielu potrafi wskazać jasną, precyzyjną definicję. Jak Pan opisałby tę koncepcję?

  1. Balle*: Strategia Lean to przełomowe i podparte pozytywnymi doświadczeniami największych globalnych przedsiębiorstw podejście do istoty funkcjonowania każdej organizacji. Często firmy koncentrują się na tworzeniu wizjonerskich planów, których realizacja okazuje się z różnych powodów (technicznych, materialnych, kadrowych) niemożliwa. Strategia Lean z kolei podpowiada, że prawdziwym sercem każdego przedsiębiorstwa jest tzw. gemba – miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. W produkcji to hala produkcyjna, w usługach – punkt ich świadczenia. To właśnie ono powinno kształtować ramy w jakich funkcjonuje i rozwija się dana organizacja. Dlatego zamiast tradycyjnego podejścia (szalenie ambitne plany, a następnie próby wcielenia ich w życie), Strategia Lean rekomenduje trafną identyfikację możliwości i potencjału gemby i na tej bazie planowanie dalszego rozwoju przedsiębiorstwa.

Istnieją jakieś fundamentalne założenia Strategii Lean?

Każde przedsiębiorstwo, niezależnie od branży czy wielkości, decydując się na realizowanie założeń Strategii Lean staje przed trzema identycznymi wyzwaniami:

  1. Określenia wyzwań, którym trzeba sprostać, jeśli firma ma utrzymać już osiągniętą pozycję na rynku i rozwijać się, budując swoją przewagę konkurencyjną.
  2. Przyjęcia nowej filozofii organizacji, nazywanej przeze mnie „kulturą pierwszeństwa problemów”. Chodzi o jak najszybsze identyfikowanie, zapobieganie lub rozwiązywanie rzeczywistych bądź potencjalnych kryzysów. Kluczowe jest przy tym uznanie autonomii pracownika w samodzielnym rozwiązywaniu problemów i jego poczucie bezpieczeństwa przy okazji dzielenia się spostrzeżeniami i wychodzenia z własnymi inicjatywami.
  3. Nabycia zdolności do tworzenia nowych produktów bądź usług poprzez eliminację marnotrawstwa i uwolnienie innowacyjności oraz potencjału twórczego pracowników – co pozwoli na dalszy rozwój firmy i umacnianie jej pozycji na rynku.

Korzenie Lean sięgają Japonii. Jakie elementy tamtejszej kultury i organizacji pracy są najważniejsze i mogą być wykorzystywane przez firmy na całym świecie?

„Lean” to termin amerykański. Pierwsza na szeroką skalę wdrożyła go Toyota. Japoński gigant korzystał przy tym z usług amerykańskich, brytyjskich i niemieckich specjalistów. Ja sam wiedzę o Strategii Lean zdobywałem i rozwijałem we Francji. Uważam więc Lean za pierwsze, prawdziwie globalne i uniwersalne podejście w zarządzaniu.

Sukcesy bądź porażki we wdrażaniu rozwiązań Lean nie zależą od kultury, języka czy narodowości. Wszystko sprowadza się do intencji, otwartości i odwagi liderów danej firmy:

  1. Czy mają ambicję, żeby wciąż wygrywać i rozwijać się, czy też celem jest jedynie pozostanie w grze?
  2. Czy są gotowi na naukę i zmiany, czy też markują działania i szukają alibi aby zachować status quo?

Pańska słynna książka „Dyrektor firmy jako Lean Menadżer” nie jest poświęcona Toyocie, ale przedsiębiorstwu z francuskiej prowincji…

Ale mechanizmy są powtarzalne! Toyota jest firmą globalną działającą na różnorodnych rynkach, ale mimo że wszędzie realizuje zasady Strategii Lean – każda z jej fabryk różni się od innych. Dzieje się tak ponieważ nie da się wprost skopiować i powielić pewnych rozwiązań czy schematów. Mechanizmy sprawdzające się w jednym obiekcie mogą nie dawać żadnych efektów w drugim. Wracam tu do poruszanego już przeze mnie, innowacyjnego podejścia Lean – nie skupiamy się na ambitnych cenach, ale rozwiązywaniu problemów i usprawnianiu procesów w konkretnym miejscu pracy gemba. Strategia Lean to więc te same narzędzia, ale unikalne rozwiązania.

Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorca decyduje się na Strategię Lean i zaczyna wdrażać ją od zera. Na co powinien zwrócić szczególną uwagę, jakie powinny być jego pierwsze kroki?

Powinien zacząć od rzeczy najprostszych – odwiedzenia działu obsługi klienta i sprawdzenia, dlaczego klienci są niezadowoleni z obecnej oferty. Przeczytania o podstawowych definicjach i narzędziach Lean – chociażby Kanban, czyli obrazowej metodzie prawidłowego organizowania procesu produkcji eliminującego marnotrawstwo. Niekiedy pozornie banalne rozwiązania wyraźnie poprawić efektywność pracy całej organizacji. Warto też skłonić wszystkich pracowników do wspólnej refleksji nad przyszłym rozwojem przedsiębiorstwa.

Jakie wymierne korzyści przynosi wprowadzenie Strategii Lean dla całej organizacji – zarówno dla kierownictwa, jak i zwykłych pracowników?

Lean jest metodą pojednawczą – pozwala pogodzić firmę z klientami, kierownictwo z pracownikami, odbiorców z dostawcami. Korzyścią, poza satysfakcją z wyników, jest również większe zaangażowanie pracowników, którzy uzyskując podmiotowość dzięki opartej na zaufaniu kierownictwa autonomii, czują się współodpowiedzialni za osiągane efekty. Firma staje się bardziej rentowna, ponieważ pozyskuje więcej klientów przy jednoczesnym obniżeniu kosztów całkowitych i eliminacji marnotrawstwa. Jest to strategia rozwoju która sprawia, że każdy, od członka zarządu po pracownika operacyjnego, czuje się wygranym.

Czyli nie chodzi jedynie o zwiększenie zysków firmy i lepsze samopoczucie kadry kierowniczej?

Każdy pracownik organizacji korzysta na wdrożeniu rozwiązań Strategii Lean, gdyż jej podstawą jest wzajemne zaufanie. Tworząc bezpieczeństwo psychiczne w pracy, poprawiasz samopoczucie każdego członka załogi, wyzwalasz jego kreatywność, skłaniasz do rozwijania umiejętności. To wszystko bezpośrednio wpływa na efektywność całego przedsiębiorstwa, pomaga szybciej i sprawniej rozwiązywać problemy. Ma to rzecz jasna przełożenie na wyniki finansowe przedsiębiorstwa – ale uzyskuje się je nie kosztem pracowników, lecz dzięki zaangażowaniu ich w ciągłe ulepszanie procesów.

Czy istnieją obszary zagrożenia – elementy ryzyka, które wymagają szczególnej uwagi?

Och, wiele! Zawsze powtarzam, że nie można odnieść sukcesu, jeśli nie jest się naprawdę gotowym na zmiany, których wymagamy od swoich podwładnych i współpracowników. Większość niepowodzeń w zakresie wdrażania Strategii Lean związana jest z błędną postawą menedżerów wyższego szczebla. Traktują oni Lean jak każdy inny program: wynająć firmę konsultingową, znaleźć luki w wydajności, zorganizować warsztaty i szkolenia wprowadzające, odnaleźć oszczędności – a następnie powrócić do poprzednich, złych nawyków. Jest to dobrze udokumentowana prawidłowość skutkująca ostatecznym niepowodzeniem. W Strategii Lean nie ma miejsca na półśrodki – aby uzyskać długofalowe korzyści, musimy raz na zawsze zmienić filozofię prowadzenia i funkcjonowania przedsiębiorstwa.

17 października będzie Pan gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości” w warszawskim hotelu Marriott. Po wygłoszeniu wykładu zaprezentuje Pan swoją najnowszą książkę. Czy mógłby Pan uchylić rąbka tajemnicy – co będziemy mogli w niej znaleźć?

Zgadza się, przyjeżdżam do Warszawy na zaproszenie firmy DPC Polska zajmującej się wdrażaniem rozwiązań leanowych w przedsiębiorstwach oraz edukacją przyszłych dyrektorów i menadżerów. Organizowana przez nią konferencja „Bliżej doskonałości” będzie pokazywać Lean z różnych perspektyw – kompleksowości, różnorodności, przywództwa. Tematem mojej prelekcji jest: „Kultura uczenia się sposobem na budowanie przewagi konkurencyjnej”.

Nad Wisłą promować Pan będzie również swoje najnowsze dzieło.

Książka pod tytułem „Strategia Lean” jest wynikiem owocnej współpracy z Danielem Jonesem (założycielem brytyjskiej Lean Enterprise Academy), Orrym Fiume (jednym z pionierów Lean Managementu na świecie), Jacquesem Chaize (wieloletnim doradcą rad nadzorczych największych, globalnych spółek). Wszyscy od dekad śledzimy i współkształtujemy rozwój tej metody zarządzania. Ostatnio uznaliśmy, że najwyższy czas wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, która przez ten długi czas narosły wokół Strategii Lean – na czele z nazywaniem ją wielokrotnie „kolejną, bezproduktywną teorią”. Natomiast to radykalny przełom w całej nauce o zarządzaniu, zmiana paradygmatów i dotychczasowych koncepcji budowania kultury pracy w organizacjach. Strategia Lean to wspaniała przygoda i intelektualne wyzwanie, z którym chcemy, aby każdy miał okazję się zmierzyć.

Employer branding, przyszłość rynku pracy z perspektywy nowego pokolenia sukcesorów w firmach rodzinnych

Budowanie wizerunku pracodawcy staje się wyzwaniem każdego pracodawcy. Dotyczy to nie tylko firm rodzinnych, gdyż walka o zatrudnienie i utrzymanie utalentowanych pracowników czy zmniejszenie rotacji kadr stanowi dziś wyzwanie dla całego rynku pracy w Polsce. Dlaczego na niektóre oferty pracy na portalach pracy nikt nie odpowiada, a inne mają setki zgłoszeń, chociaż rekrutują na takie samo stanowisko, mają zbliżone stawki wynagrodzeń i są z tego samego miasta? Dlaczego takie firmy jak Amazon, które są światowymi gigantami, mają w Polsce trudności ze znalezienie odpowiedniej kadry pracowniczej? Employer branding, czyli budowanie marki pracodawcy to dziedzina z pogranicza HR i marketingu, a więc interdyscyplinarna, i tym samym ogromnie złożona.

Employer branding w Polsce

– Employer branding można rozpatrywać dwojako. Wewnątrz organizacji, gdzie szczególnie w większych miastach pieniądze przestały być głównym motywatorem do pracy, a ważna stała się odpowiednia reakcja pracodawcy na nowoczesne potrzeby pracownika, a także odpowiednia integracja życia prywatnego z życiem zawodowym, z pracą, w której istotny będzie zgrany zespół, zarówno kulturowo, jak i organizacyjnie. W pracy i poza nią. Czy istnieje recepta na stworzenie z pracownika ambasadora firmy? Natomiast na zewnątrz organizacji employer branding to wszelkie działania w oparciu o budowę wizerunku atrakcyjnego pracodawcy, głównie w celach rekrutacyjnych oraz public relations. Jest to niezwykle istotne zarówno w przypadku większych miast, jak i mniejszych miejscowości – wprowadził w dyskusję uczestników debaty moderator, Łukasz Tylczyński, Ekspert ds. Badań i Rozwoju Instytutu Biznesu Rodzinnego.

– Z jednej strony przyszłość rynku pracy, gdzie czynnik ludzki zastępują maszyny, pracowników oprogramowania, a całe działy w przedsiębiorstwach się outsourcuje. Być może employer branding wcale nie będzie problemem? Jak transformacja cyfrowa może pomóc firmom? Jak wykorzystać systemy informatyczne? Jak w tym wszystkim ma odnaleźć się sukcesor firmy rodzinnej i jakie ma w tym obszarze doświadczenia? – dodał Łukasz Tylczyński.

– Większość firm popełnia ten sam błąd w działaniach employer brandingowych. Skupia się na rekrutacji i wydaje olbrzymie pieniądze na działania na zewnątrz. Być może nie jest to błąd, lecz wyrachowanie, wynikające z założenia, że millennialsów nie da się w firmie zatrzymać na dłużej? Trzeba więc pogodzić się z wyższą rotacją pracowników i starać się zatrzymać tylko tych najlepszych, którzy będą chcieli u nas pracować w perspektywie kilku lat. W dużych firmach problemem jest coś, co nazywam konglomeratem. Zarówno korporacje, jak i duże firmy rodzinne mają problem ze zbudowaniem w świadomości pracowników swojej tożsamości. Brak wyraźnej strategii i poczucia, kim jako firma jesteśmy, powoduje, że po prostu nie utożsamiamy się z tą firmą – mówi Jacek Pawłowski, Partner w PwC Legal, Radca Prawny. – Nie doceniamy tego, jak bardzo zewnętrzny employer branding wpływa na tych pracowników, których już mamy. Pracownicy śledzą działania swojej firmy i widzą komunikaty pracodawcy, jak chciałby być postrzegany i są w stanie ocenić, czy w ich konkretnym przypadku to jest prawda. Dowiadują się wtedy również o zupełnie nowych obszarach funkcjonowania firmy. Porównując zachowanie korporacji i firm rodzinnych w zakresie employer brandingu można wskazać, że firmy rodzinne często popełniają błąd ślepo kopiując rozwiązania employer brandingowe z dużych korporacji, co przeważnie kończy się fatalnie – dodaje Jacek Pawłowski.

– Uważam, że rozdzielanie employer brandingu na zewnątrz i do wewnątrz jest błędem. Jakikolwiek branding rodzi się tylko i wyłącznie wewnątrz, bo nie ma czegoś takiego jak marka robiona na zewnątrz i marka robiona wewnątrz. Jeżeli mówimy poza organizacją cokolwiek innego, niż mamy w jej środku, to nie jest to employer branding, a reklama. Branding tworzy się w umysłach interesariuszy na podstawie doświadczeń, a więc jeżeli zaczniemy opowiadać na zewnątrz historię, która będzie zupełnie inna od tej, którą mamy wewnątrz firmy, to, krótko mówiąc, wcale nie budujemy wizerunku marki, a prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Sam czegoś takiego doświadczyłem, gdy opowiadałem o firmie coś, co myślałem, że funkcjonuje w dany sposób, a okazywało się, że wewnątrz tak do końca nie jest. Taka spójność tego, co mamy w środku, z tym, jak chcemy, by widziano nasz biznes, jest podstawą to dobrego employer brandingu – opowiada Mateusz Kowalewski, Prezes rodzinnej firmy Hortimex.

– Budowaniu marki wewnątrz służy również odpowiednia forma rotacji pracowników. Rotacja jest pożądana, ale powinna być robiona z pomysłem. Pracownik nie powinien za długo piastować jednego stanowiska w firmie, no chyba, że firma się dynamicznie zmienia, rozwija i zmienia się też zajmowane stanowisko. Przykładem firmy, która dobrze rozwiązała ten problem wewnątrz, jest znany w Polsce producent żywności dla dzieci i niemowląt. Tam pracownik nie mógł pracować na jednym stanowisku dłużej niż trzy lata. Po tym czasie miał obowiązek albo zmienić stanowisko wewnątrz firmy, czyli awansować, albo odejść. Taka karuzela wymusza na pracownikach ciągły rozwój i zmianę. Moja firma, choć zdecydowanie mniejsza, stara się działać podobnie. 

– Właściciel musi dojrzeć w swojej świadomości, że pracownika nie ma na zawsze, na wyłączność. Oczywiście olbrzymią radość sprawia fakt, gdy pracownik pracuje u nas długo, ale gdy pracownik jest długo na jednym stanowisku, które do tego nie należy do najbardziej rozwojowych w firmie, to rodzi się u niego frustracja, poczucie rutyny, spada jego zapał. Millennialsi, o których dziś często mówimy, nie są ludźmi z innej planety, oni po prostu położyli akcenty na te wartości, które poprzednie pokolenie, pokolenie baby boomersów, nauczyło się chować głęboko do kieszeni. Na przykład poczucie własnej satysfakcji, realizowania samego siebie. Pieniądze są ważne, ale nie najistotniejsze. Starsze pokolenie z racji niskiej podaży pracy potrafiło zrezygnować z własnych marzeń na rzecz stabilizacji finansowej. Młodzi żyją w większym komforcie, bo na rynku pracownika mają możliwość elastycznego wyboru miejsca pracy, a przedsiębiorcy chcąc temu wyzwaniu sprostać, muszą to zaakceptować i stworzyć warunki, w których młodzi będą chcieli się rozwijać i pracować – dodał Kowalewski.

Millennialsi potrzebują autorytetów i wartości

– Firmom rodzinnym zdecydowanie łatwiej niż korporacjom jest budować komunikat i markę na zewnątrz. Bliskie jest mi stwierdzenie, że marka to te wartości, które firma rodzinna ma w sobie, w osobie właścicieli i zaangażowanych w nią pracowników i z którymi idzie świat. Często to właściciele zarażają swoją charyzmą i energią pracowników, tym samym wcielają się w rolę autorytetów, liderów i przyciągają do siebie właśnie millennialsów – młodych, ambitnych, którzy w anonimowym świecie właśnie tych autorytetów potrzebują – mówi Anna Bielak-Dworska, sukcesorka z firmy rodzinnej Grupa Saternus. – Jako millennialsi chcemy rozwijać się w atmosferze i aurze mądrości, którą ci liderzy w sobie mają i to jest to, co buduje dobre, nowoczesne zespoły, w których jest charyzmatyczny przywódca łączący w sobie rolę mentora, przewodnika, autorytetu. Dla mnie autorytetem w świecie biznesu jest Ryszard Wtorkowski, prezes LUG S.A., którego wartości i podejście do biznesu oświetlają nam w jakiś sposób drogę do realizacji własnych marzeń, przy jednoczesnym życiu w zgodzie z samym sobą. W takich firmach, które są spójne wewnętrznie, jest potencjał rozwoju, jest lider, jest atmosfera wspólnego celu, każdy szanujący się millennials chciałby pracować. Wtedy taka komunikacja employer brandingu na zewnątrz ma jak najbardziej sens – dodaje Bielak – Dworska.

– Firma, która jest prawdziwie rodzinna, przenosi swoje wartości do wewnątrz organizacji. Traktuje swoich pracowników fair, pozwala się rozwijać i w momencie, gdy to działa i jest prawdziwe, to problem związany z szukaniem ludzi do pracy, do zespołów, jest w takiej firmie niewielki. Pamiętam, że gdy rozpoczynałem pracę w rodzinnej firmie kilkanaście lat temu i szukaliśmy pracownika do działu handlowego, to otrzymaliśmy ponad 3000 CV. W tej chwili, gdy szukamy pracownika, to otrzymujemy ok. 300-400 CV na jedno miejsce. Nie prowadzimy jakiejś szeroko zakrojonej akcji employer brandingowej i wydaje mi się, że specjalnie nie musimy, bo ludzie pocztą pantoflową mówią po prostu, jak jest naprawdę. Kilkanaście lat temu rozwój naszej firmy postępował głównie przez rodziny pracowników, którzy już w niej pracowali, tym bardziej, że u nas w YES przedmiotem funkcjonowania firmy są złoto i kamienie szlachetne, więc kwestia odpowiedniego zaufania była zawsze kluczowym elementem – opowiada Tomasz Kwiatkiewicz, sukcesor rodzinnej firmy YES. – Więc nie było za bardzo rekrutacji, a gdy potrzebowaliśmy kogoś do rozwoju firmy, to pocztą pantoflową otrzymywaliśmy namiary na konkretnych ludzi. Jeżeli wszystko po rozmowie rekrutacyjnej było w porządku, to taka osoba dołączała do nas do zespołu. Dopiero teraz, gdy mamy 200 osób w centrali i prawie 800 w lokalizacjach w całej Polsce, wprowadzamy jakieś szersze działania rekrutacyjne, bo wymaga tego sytuacja i rozwój firmy. Natomiast wydaje mi się, że w employer brandingu niezwykle istotna jest ta spójność, koherentność tego, co mówimy, z tym, jak jest w firmie naprawdę. Oczywiście, że w każdej firmie są jakieś problemy, są jakieś konflikty, którym musimy sprostać. Czasem trzeba kogoś przenieść na inne stanowisko, czasem zwolnić, czasem zażegnać konflikt. Wydaje mi się, że jeżeli ludzi wewnątrz traktuje się fair, to na dzisiejszym rynku pracy, który jest ewidentnie rynkiem pracownika, firma rodzinna poradzi sobie z rekrutacją – dodaje Kwiatkiewicz.

Jak sukcesor powinien budować swój zespół?

– Budowanie zespołu w firmie, czy to przez sukcesora, czy to przez managera, nie ma jednego skutecznego rozwiązania. Rola dobrego managera powinna sprowadzać się do słuchania ludzi. Obojętność na uwagi czy sygnały idące z dołu są często powodem, dla którego wartościowi ludzie odchodzą z organizacji. Z moich obserwacji i doświadczeń, czy to z naszej firmy, czy z firm, z którymi mam kontakt lub gdzie mam znajomych, wynika, że głównym powodem odejścia ludzi jest obojętność szefa – mówi Tomasz Kwiatkiewicz. – Jest nawet takie powiedzenie, że ludzie przychodzą do firmy, a odchodzą od szefa – dodaje Mateusz Kowalewski.

– Głównym problemem polskich szefów jest słuchanie. Gdy pracownik przychodzi do szefa i opowiada o swoim problemie, to szef przeważnie próbuje przekazać mu swoje rozwiązania, a chodzi przecież o to, by pracownika wysłuchać, dać mu możliwość wykazania się kompetencjami, możliwościami. Dobrze jest również, by zespół był w miarę różnorodny, by nie byli to sami faceci nastawieni na wynik, bo wtedy będzie źle. Ważne jest to, by były różne charaktery w zespole, by pracownicy mogli się nawzajem uzupełniać – mówi Kwiatkiewicz.

– W październiku ubiegłego roku w ramach kongresu Next Generation organizowanego przez Instytut Biznesu Rodzinnego opowiadałem o swojej ścieżce sukcesora i namawiałem wszystkich, by swoją karierę rozpoczynali od pracy w innej firmie, najlepiej w międzynarodowej dużej korporacji, najlepiej za granicą. Wtedy sukcesor ma ogląd narzędzi i mechanizmów dobrze funkcjonujących w dużej firmie, nie pracuje z szefem, który jest mamą czy tatą, a jego nazwisko niewiele w takiej firmie znaczy – kończy Tomasz Kwiatkiewicz.

Słuchać i motywować

– W zależności od specyfiki branży, w której funkcjonuje rodzinna firma, wygląda to różnie. W naszej firmie, która zajmuje się budownictwem przemysłowym, gros pracowników stanowią pracownicy niższego szczebla, słuchanie odbywa się już na poziomie brygad, gdzie brygadzista pełni rolę nie tylko lidera zespołu, ale też jest filtrem problemów, uwag i sugestii, z którymi następnie udaje się do szefa. Oczywiście, że zdarzają się różnice zdań i odmiennych poglądów – opowiada dr inż. Izabela Chrostowska – Siwek z firmy rodzinnej Kruk Technika i Energia.

– Motywacją do pracy starszych pracowników czy w ogóle pracowników fizycznych są pieniądze. Widoczne jest aż nadto, że mamy rynek pracownika, a młodzi nie za bardzo chcą podjąć się ciężkiej i odpowiedzialnej pracy fizycznej, która ich przeraża. Problemem jest to, że większość naszych pracowników jest w wieku 55+, a w perspektywie kilku lat wielu z nich odejdzie na emeryturę – dodaje Izabela Chrostowska – Siwek.

– Pracując w firmie rodzinnej staram się maksymalnie możliwie słuchać potrzeb i uargumentowanych próśb naszych pracowników. Pracownicy mogą do mnie przyjść, opowiedzieć o swoich pomysłach, problemach. Staram się maksymalnie integrować nasz zespół. Oczywiście pieniądze, premie i podwyżki są bardzo ważne dla pracowników, nie mniej istotne jest również dla nich to, jakie mają emocje w stosunku do firmy. Staram się organizować wspólne wyjazdy integracyjne, takie jak kajaki, wspólne bieganie, imprezy okolicznościowe. To są kwestie istotne w momencie, w którym Ci młodzi ludzie dostają ofertę pracy. Zawsze przemyślą swoją decyzję, nie boją się też nawet powiedzieć mi o tej ofercie. Często słyszę: Aniu, dostałem nową ofertę pracy, ale zdecydowanie lepiej czuje się u Was, bo tutaj jest fajnie, rodzinnie, a tam tego nie ma. Praca nad tym, by pracownicy dobrze czuli się w naszej firmie, jest bardzo ważna. Trzeba mieć dla nich czas, słuchać. Jako sukcesorka firmy staram się zrozumieć i być otwarta na pracowników, którzy często boją się przyjść do mojego taty, bo boją się jego autorytetu. Organizuję spotkania, zbieram sugestie, które potem filtruję na życzenia pracowników i wartościowe idee, które faktycznie mogą poprawić komfort pracy. Wtedy odpowiednio przedstawiam te pomysły mojemu tacie i wiele z nich udaje się wprowadzić w życie – mówi Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej, Andre Abrasive Articles.

Wielkie miasta versus mniejsze miasta

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z zatrudnieniem. Dotyczy to w dużej mierze wyższych stanowisk, czasami przez pół roku szukamy managera. Ogłaszamy się w dużych miastach, na portalach, przez agencje headhunterskie, ale nie ma po prostu żadnych zgłoszeń. Mniejsza miejscowość, jak moje rodzinne Koło, jest dla robiących wielkie kariery managerów po prostu mało atrakcyjna – opowiada Anna Andre, sukcesorka firmy rodzinnej Andre Abrasive Articles.

– W mniejszych miejscowościach jest ogromny problem z infrastrukturą. Brakuje mieszkań, które taki manager mógłby wynająć, sama miałam ogromny problem ze znalezieniem własnego mieszkania. Rynek pracy osób, którzy po studiach z wyższym wykształceniem wracają do takiego miasta, jak Koło, jest znikomy. Młodzi ludzie, którzy u nas pracują, to tylko osoby, których rodzice mieszkają w okolicy. Problem pojawia się z zatrzymaniem na dłużej tych osób, gdyż są to przeważnie ambitni młodzi ludzie, którzy po zdobyciu u nas doświadczenia, przy jednoczesnym posiadaniu kwalifikacji, które w naszej specyfice branży są bardzo cenione, są atrakcyjnymi pracownikami wśród pracodawców z dużych miast, gdzie poza pieniędzmi, które w większych miastach są naturalnie lepsze, mogą zakosztować szerokiego spectrum atrakcji wielkomiejskiego życia – dodaje Anna Andre.

Inwestycja w employer branding? Fakty i mity

– Firmy rodzinne, często jako zdecydowanie bardziej wyspecjalizowane podmioty niż duże korporacje, mogą łatwiej przekazać wartości swoim pracownikom – komentuje prof. Maciej Stradomski, Przewodniczący Rady Programowej Instytutu Biznesu Rodzinnego. – Jednakże, by dodać naszej dyskusji łyżkę dziegciu, w ostatnich latach zauważam, także wśród swoich studentów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, jak bardzo ten trend ulega zmianie. Kilka lat temu studenci mówili, że nie chcą i nie będą pracować w korporacjach, bo kojarzy im się to z takim drygiem wojskowym, pracą 24 godziny na dobę, delegacjami itp. W naturalny sposób więc trafiali do firm rodzinnych. Teraz spotykam się z dwiema wątpliwościami wśród millennialsów. Z jednej strony młodzi ludzie czują się niejednokrotnie przytłoczeni wartościami w firmie rodzinnej. Wchodzą jako pracownicy do podmiotu, który jest przesiąknięty wartościami nestora, sukcesora, a to są kwestie, którymi najtrudniej w organizacji się steruje i najtrudniej się je zmienia. Jeżeli ja jako pracownik reprezentuję inne wartości niż zatrudniająca mnie firma rodzinna, to bardzo trudno jest to scalić w całość. Ciężko jest również przeanalizować i zweryfikować aspekty miękkie u kandydata do pracy na podstawie 10-minutowej rozmowy rekrutacyjnej, listu motywacyjnego i CV. Może da się zweryfikować kompetencje, ale w zasadzie tylko tyle. Przychodzi pracownik do firmy rodzinnej i wdrażając się w nią natrafia na mur nie do sforsowania w postaci braku jasnych reguł funkcjonowania. W korporacjach pracownik otrzymuje zakres obowiązków, plan dnia i dokładnie wie, co i o której godzinie ma robić. To, co często jest zaletą firm rodzinnych, czyli ta elastyczność, zwinność i szybkość, przy employer brandingu może być problemem. Drugą wątpliwością, którą napotykam rekrutując na stanowiska finansowe do firm rodzinnych, jest niechęć kandydatów spowodowana brakiem możliwości awansu. Managerowie odpowiadają mi przeważnie, że nie chcą iść do pracy w firmie rodzinnej, bo nigdy nie będą wyżej niż przykładowo dyrektorem finansowym, bo tam jest założyciel – prezes, czwórka jego dzieci, gdzie każde z nich jest dyrektorem operacyjnym, marketingu, eksportu czy HR, co ewidentnie może być blokadą nie do przejścia dla managera z zewnątrz i jednocześnie dużym wyzwaniem dla firm rodzinnych, która budując dobry zespół prędzej czy później się z tymi dylematami spotka – opowiada prof. Stradomski.

– Ciężko jest w jakikolwiek sposób wycenić działania employer brandingowe przedsiębiorstwa, gdyż jest to relatywnie nowy, interdyscyplinarny proces z pogranicza marketingu i HR-u. Powoli uczymy się, w jaki sposób wyceniać marki, ale sam employer branding to nie marka, to element budowy marki. Zazwyczaj employer branding mierzy się za pośrednictwem hybrydy różnych mierników, np., ile kosztuje dotarcie do tysiąca klientów, pozyskanie jednego leada czy zebranie 1000 CV na rekrutacji na dane stanowisko, ankiet wśród pracowników i konsumentów itp. Wyzwaniem jednak będzie coś zupełnie innego, bo, o ile uda nam się stworzyć wskaźnik pomiaru efektywności działań employer brandingowych, w którym firma będzie miała przykładowo 8,72 punktu efektywności, to problem będzie z benchmarkingiem, porównaniem tego wskaźnika. Nie ma baz danych i źródeł do mierzenia takich wskaźników, bo są one zazwyczaj poufnymi danym w każdej organizacji – kończy swoją wypowiedź prof. Stradomski.

Utrzymanie wiarygodnego wizerunku firmy rodzinnej jako pracodawcy – wyzwaniem sukcesorów

W firmach rodzinnych, szczególnie tych istniejących na rynku przez ponad dwie dekady, coraz więcej odpowiedzialności za przyszłość biznesu przechodzi w ręce sukcesorów. To właśnie ich zadaniem będzie stworzenie wewnątrz przedsiębiorstwa środowiska, które będzie w stanie sprostać aktualnym wyzwaniom biznesu: konieczności transformacji cyfrowej, budowania zespołów, integracji i zatrzymania wewnątrz firmy wartościowych pracowników. Możliwość rozwoju kadr w firmie stwarza szansę, by z pracowników zrobić ambasadorów firmy i tym samym zbudować silną, dobrze postrzeganą markę pracodawcy, u którego chcą pracować ambitni ludzie. Zadanie jest bardzo trudne i złożone, a jego ewentualne skutki mogą zaważyć na przyszłości wielu rodzimych rodzinnych firm.

Jesteś sukcesorem? Przejąłeś zarządzanie firmą rodzinną lub dopiero przygotowujesz się do roli prezesa? Chcesz dowiedzieć się, jak przeżyć sukcesję i nie zwariować? Szukasz wsparcia w rozwijaniu swoich mocnych stron?

Użytkownicy zamiast właścicieli. Polacy zmieniają podejście do posiadania nieruchomości

Większość Polaków wciąż chce mieć mieszkanie na własność, choć powoli zaczyna się to zmieniać. Kiedyś na własne lokum czekało się latami, ale było ono wyznacznikiem statusu społecznego. Dziś o mieszkanie dużo łatwiej, nie tylko w kontekście finansowania zakupu, ale przede wszystkim dostępności. Tymczasem na światowych rynkach coraz popularniejsza jest ekonomia współdzielenia, w której dużo ważniejsze jest korzystanie niż bycie właścicielem. W Polsce mieszkania wynajmuje niecałe 20 proc. rodaków. To niewiele w porównaniu z Europą. W Niemczech aż 50 proc. społeczeństwa mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. W Austrii 45 proc. a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc. O podejściu Polaków do posiadania nieruchomości rozmawiamy z Robertem Majkowskim, Prezesem Funduszu Hipotecznego DOM. 

Skąd w Polakach chęć, by posiadać mieszkanie na własność?

Z danych NBP wynika, że Polacy mają około 14,5 mln mieszkań i z roku na rok liczba ta rośnie. Dane Eurostatu wskazują natomiast, że ok. 84 proc. polskich domów i mieszkań znajduje się w rękach prywatnych[1]. To więcej niż w Unii Europejskiej, gdzie wskaźnik ten plasuje się na poziomie 69 proc. W Niemczech natomiast – 51 procent. W żadnym państwie członkowskim UE odsetek najemców nie przekracza odsetka osób zajmujących własne lokale mieszkalne. W Europie jedynie w Szwajcarii, która nie jest członkiem UE więcej osób wynajmuje mieszkania, aniżeli mieszka we własnych lokalach (odsetek najemców wynosi 58,7 proc. Ludności i od lat rośnie).

Eksperci wskazują, że podejście Polaków do mieszkań ma swoje korzenie w PRL oraz jest efektem naszego „niskiego bogactwa”. Warto zwrócić uwagę na widoczną zależność, że im dany kraj jest bogatszy, tym większa skłonność jego mieszkańców do wynajmowania nieruchomości. Adam Czerniak główny ekonomista Polityka Insight w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wskazywał, że to właśnie czasy socjalistyczne nauczyły nas traktowania mieszkania jako społecznego przywileju, a okres transformacji dał przeświadczenie, że własność jest święta. W dodatku wśród Polaków panuje przekonanie, że kupując mieszkanie na własność, akumulujemy swoje bogactwo i robimy swego rodzaju lokatę (również na starość), która po spłaceniu kredytu, będzie mogła na nas zarabiać. Dotychczas to „zarabianie na starość” postrzegaliśmy głównie poprzez wynajem pokoju lub całego mieszkania, sprzedaż nieruchomości, gdy będziemy nagle potrzebować pieniędzy lub zamianę na mniejsze lokum. W ostatnich latach seniorzy zarzynają dostrzegać kolejne rozwiązanie, które pozwala spieniężyć kapitał zamrożony w nieruchomości – hipotekę odwróconą i rentę dożywotnią.

A jak jest z podejściem do wynajmowania? Coraz większa liczba osób decyduje się na najem

Europejski Urząd Statystyczny wskazuje, że w wynajętych mieszkaniach żyło w 2017 r. prawie
16 proc. mieszkańców Polski. Jest to wynik o 3 proc wyższy niż odczyt z 2010 roku. Oficjalne statystyki wskazują, że rynek rośnie, ale powoli. Warto jednak zwrócić uwagę na tzw. szarą strefę. Wiele osób, w tym również studentów, wynajmuje mieszkania bez umowy, zatem najem może przybierać znacznie większą skalę, aniżeli wskazują na to oficjalne statystyki. Póki co daleko nam chociażby do zachodniej Europy, gdzie najem cieszy się znacznie większą popularnością. W Niemczech aż 49 proc. ludności wynajmuje mieszkania, w Austrii 45 proc., a w Wielkiej Brytanii i Szwecji – 35 proc.

Dane Eurostatu wskazują, że w Polsce udział gospodarstw domowych, których mieszkańcy są właścicielami zamieszkiwanej nieruchomości  od 2009 roku stale rośnie. Jeszcze w 2009 roku 69 proc. było zamieszkiwane przez właścicieli, a obecnie jest to aż 84 proc. Co było przyczyną takiego wzrostu? W dużej mierze niski koszt i dostępność kredytu hipotecznego, który zachęca do nabywania nieruchomości, a także rosnące wynagrodzenia. Nie można tutaj również pominąć rządowego programu „Mieszkanie dla młodych”, który zachęcił wiele osób do zaciągnięcia kredytu na swoje własne mieszkanie, niż do jego wynajmowania. Program kosztował 3 mld zł, a z dopłat skorzystało łącznie 110 tys. osób. Trzeba również wspomnieć, że rynek najmu w Polsce ma bardzo złe otoczenie prawne ze względu na przewlekłe postępowania sądowe i ochronę bezumownych najemców. W Polsce osoba, która przestaje płacić za wynajem mieszkania może przez lata z niego korzystać na koszt właściciela. Takie warunki powodują, że inwestor wynajmujący mieszkanie musi wysoką ceną rekompensować ryzyko prawne i najem długoterminowy w Polsce jest po prostu drogi.

Czy to oznacza, że coraz mniej osób będzie wynajmować lecz kupować?

W mojej opinii najem będzie coraz częściej spotykany i to nie tylko wśród młodych. Polska goni Europę i świat, a tam znaczenie najmu jest duże i wciąż rośnie. Jednak jest szereg barier rozwoju rynku najmu. Aktualnie zdecydowanie korzystniej ekonomicznie jest nabyć nieruchomość na kredyt. Rata kredytu w większości miast Polski będzie niższa od czynszu najmu, a dodatkowo zyskuje się własność nieruchomości, posiadamy aktywo, które kiedyś można będzie spieniężyć (sprzedać lub skorzystać z hipoteki odwróconej).

Polskę czeka stopniowa zmiana podejścia zarówno do własności nieruchomości, jak i korzystania z niej, ale te zmiany nie zajdą w oderwaniu od rachunku ekonomicznego. Za granicą, zarówno osoby młodsze jak i starsze, są coraz mniej przywiązane emocjonalnie do prawa własności, co nie oznacza, że nie są przywiązane emocjonalnie do mieszkań, w których żyją. Dla nich korzystanie z lokum jest tożsame z bezpieczeństwem. Nie trzeba być właścicielem lokum, aby czuć się bezpiecznie. To ważne, także w kontekście hipoteki odwróconej.

No właśnie. Gdzie w tym wszystkim jest hipoteka odwrócona? Wszak kogoś kto zdecydował się na takie rozwiązanie finansowe nie można nazwać ani najemcą, ani właścicielem nieruchomości.

Hipoteka odwrócona stwarza zupełnie nowe możliwości i to nie tylko w postrzeganiu własności mieszkaniowej. Dotychczasowe definicje, które odnosiliśmy do posiadania, czy użytkowania nie mają już stuprocentowego odniesienia, jeżeli przyłożymy je do hipoteki odwróconej. Dlaczego? Weźmy przykładowego seniora, który podpisuje umowę renty dożywotniej i przekazuje świadczeniodawcy prawo własności do nieruchomości. Taki senior zyskuje jednocześnie (na mocy zapisu o tzw. służebności osobistej mieszkania) dożywotnie prawo do mieszkania w dotychczasowym lokum. Od tej chwili nie jest już właścicielem mieszkania lecz „dożywotnio korzystającym”. Z racji zabezpieczeń prawnych, które chronią go w tym „korzystaniu” trudno byłoby nazwać go najemcą. W jego życiu na pozór nie zmienia się absolutnie nic. Poza tym, że świadczeniodawca płaci czynsz, reguluje inne opłaty za nieruchomość i wypłaca comiesięczną rentę.

Mimo to „oddanie własności” może być dla kogoś niekomfortowe

Podpisanie takiej umowy to wciąż jedna z ważniejszych życiowych decyzji i trzeba ją dobrze przemyśleć. Zwłaszcza, że na rynku nie brakuje podmiotów i osób indywidualnych, których celem są wyłudzenia. Wracając jednak do samego postrzegania „korzystania” z mieszkania zamiast posiadania go na własność…. Dla wielu zagranicznych seniorów „korzystanie bez posiadania” nie stanowi problemu. U nas wciąż jest to problematyczne, nie tylko ze względu na przepisy prawne, które Rząd powinien wprowadzić, by uregulować rynek renty dożywotniej w Polsce i zapewnić seniorom bezpieczeństwo. Mowa również o względach emocjonalnych, więziach rodzinnych, przyzwyczajeniach.

[1] Distribution of population by tenure status, type of household and income group – EU-SILC survey, Eurostat

Wypalenie zawodowe – czy Happiness Manager w firmie rozwiąże twój problem?

W maju bieżącego roku wypalenie zawodowe zostało wpisane do Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, jednak nie jako choroba a „syndrom zawodowy” znacząco wpływający na stan zdrowia[1]. Według badań Instytutu Gallupa osoby, które kiedykolwiek doświadczyły tego stanu aż o 23% częściej odwiedzają szpitalną izbę przyjęć[2]. Firmy szukają sposobów na walkę ze skutkami tego zjawiska, m.in. zatrudniając menedżerów ds. szczęścia w firmie.

Choroba korporacji

Termin „wypalenia zawodowego” pierwszy raz pojawił się 25 lat temu, wymyślił go psychoanalityk Freudenberger w Stanach Zjednoczonych. W jednym z pierwszych opisów naukowych syndrom wypalenia zawodowego objawia się zarówno wyczerpaniem psychicznym, jak i fizycznym, bólem głowy i brzucha, złym samopoczuciem czy bezsennością. Najpowszechniejszym pierwszym sygnałem, który powinien zaniepokoić jest sytuacja, gdy niedzielny wieczór staje się koszmarem, bo pojawia się świadomość, że następnego ranka trzeba iść do pracy i ta myśl nie pozwala się odprężyć i cieszyć z wciąż trwającego weekendu.

Istnieją trzy stadia wypalenia zawodowego:

  • wyczerpanie emocjonalne – poczucie permanentnego zmęczenia i wyczerpania;
  • depersonalizacja i cynizm – dystans wobec współpracowników i klientów, brak zaangażowania w wykonywane zadania;
  • brak poczucia osobistych osiągnięć i kompetencji w wykonywanej pracy – myśl, że się nie nadaję do danej pracy.

Przyczyną wypalenia zawodowego jest długotrwały stres towarzyszący najczęściej zawodom, które polegają na kontakcie z ludźmi, m.in. lekarzom, pielęgniarkom czy pracownikom socjalnym. Równie poważne konsekwencje może mieć stale poczucie niesprawiedliwego traktowania w pracy, przeciążenie obowiązkami, nieuzasadniona presja czasu i brak wsparcia ze strony szefa. Nie ma konkretnego wieku albo długości stażu zawodowego, w którym pojawiają się objawy wypalenia zawodowego. Według ubiegłorocznych badań, w których udział wzięło prawie 7,5 tys. amerykańskich pracowników, 28% millenialsów przyznało, że odczuwa częste lub stałe objawy wypalenia zawodowego, a 45% – że odczuwa je czasami. To oznacza, że niemal ¾ osób urodzonych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku w mniejszym lub większym stopniu doświadcza syndromu wypalenia zawodowego[3].

Zarządzanie szczęściem w firmie

Wpisanie syndromu na listę chorób cywilizacyjnych sprawiło, że HR-owcy i managerowie zaczęli dużo bardziej zwracać uwagę na objawy tej choroby oraz poważniej traktować skutki wypalenia zarówno dla danej jednostki, jak i innych osób w firmie. Coraz więcej mówi się o nowym podejściu do organizacji pracy, jakim jest workplace wellbeing czy też zatrudnianiu specjalisty odpowiedzialnego za dbanie o dobrostan i poczucie szczęścia pracowników, tzw. happiness managera.

Badania, a także moje osobiste obserwacje potwierdzają, że osoby, które czują się dobrze i przychodzą do pracy z pozytywnej motywacji mają dużo więcej pomysłów, są bardziej kreatywne, a także lepiej wypełniają swoje obowiązki. Pracownicy działu sprzedaży, którzy są zadowoleni ze swojej pracy, mają dużo wyższe wskaźniki relacji i utrzymania klientów, a tym samym lepsze wyniki sprzedaży – mówi Dorota Wierzbicka-Kot, promotorka koncepcji szczęścia w pracy i marki Chief Happiness Officer, na co dzień finansistka i menedżerka.

„Zarządzanie szczęściem” w firmie polega w dużej mierze na wzroście zaangażowania, poczucia sensu i wartości wykonywanych zadań oraz na rozwijaniu u pracowników tzw. mojo[4] czyli pozytywnego nastawienia do pracy, wynikającego z wewnętrznego stanu ducha. Według M. Goldsmitha, światowej sławy pedagoga i trenera biznesu, to ostatnie można obserwować w dwóch kategoriach: mojo profesjonalne (elementy, które trzeba zaangażować, aby dobrze wykonać zadania: motywacja, wiedza, umiejętności, pewność siebie, autentyczność) i osobiste (korzyści z wykonywania danego zadania dla pracownika: szczęście, satysfakcja, poczucie celowości, nauka, wdzięczność). Analiza tych wartości to dobry sposób, aby uświadomić sobie jak bardzo satysfakcjonująca lub nie jest obecna praca.

Wypalenie to poważne zagrożenie nie tylko dla samopoczucia, ale i zdrowia każdej osoby. Czasami jedynym sposobem, aby wyrwać się z frustrującego lub toksycznego środowiska jest zmiana pracy.  Warte rozważenia jest także przejście na styl freelancera, gdzie stres może być znaczenie zredukowany. To rozwiązanie nigdy nie było tak łatwe do wprowadzenia w życie, a bycie samemu sobie szefem to sposób na odjęcie sobie wielu zmartwień i niepotrzebnej presji. Współpraca na zasadach freelancerskich z platformami cyfrowymi pozwala pracować z domu czy z dowolnego innego miejsca i wtedy gdy ma się na to ochotę. Ze względu na dużą swobodę i pracę przy kilku projektach, freelancer jest znacznie mniej narażony na znudzenie, wypalenie zawodowe czy brak motywacji – mówi Peter Balazsik, prezes i współzałożyciel platformy rekrutacyjnej Talentuno.

Mimo że wypalenie zawodowe nie jest oficjalnie uznane za chorobę, to wpis na listę Światowej Organizacji Zdrowia oraz liczne badania sugerują, że staje się ono coraz poważniejszym problemem wśród pracowników. Niektórzy pracodawcy próbują stawić mu czoła, jednak inni wciąż traktują go jak wymysł, co może mieć opłakane skutki dla nich i „wypalonych” pracowników.

[1] https://www.who.int/mental_health/evidence/burn-out/en/

[2] https://www.gallup.com/workplace/237059/employee-burnout-part-main-causes.aspx

[3] https://www.gallup.com/workplace/237377/millennials-burning.aspx

[4] Marshall Goldsmith „Pozytywne nastawienie. Jak uzyskać, utrzymać lub odzyskać swoje mojo”

Cesja praw do nieruchomości z umowy przedwstępnej opodatkowana tak samo, jak umowa przyrzeczona

„Ostatecznie rację ma zatem skarżąca, że transakcje zbycia praw i obowiązków z umowy przedwstępnej lub deweloperskiej, należy na gruncie podatku od towarów i usług traktować tak samo jako dostawę nieruchomości, której te umowy dotyczą, co oznacza, że będą one opodatkowane na takich samych zasadach (zwolnienie lub obniżona stawka podatku), jak finalna dostawa nieruchomości objętych tymi umowami” – orzekł 23 lipca 2019 r. WSA w Bydgoszczy w sprawie przedsiębiorcy, którego transakcje cesji praw do nieruchomości fiskus chciał opodatkować stawką 23% zamiast 8% i stawką zwolnioną.

Ustawa o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.) w art. 43 ust. 1 pkt 10 stanowi, że zwalnia się od podatku dostawę budynków, budowli lub ich części, z wyjątkiem sytuacji, gdy jest ona dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim, lub pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą upłynął okres krótszy niż 2 lata. Z kolei zgodnie z art. 41 ust. 2 w zw. z art. 41 ust. 12 dla dostawy, budowy, remontu, modernizacji, termomodernizacji lub przebudowy obiektów budowlanych lub ich części zaliczonych do budownictwa objętego społecznym programem mieszkaniowym stawka podatku wynosi 8%.

Cesja praw z umowy przedwstępnej korzysta z takich samych warunków opodatkowania, co umowa przyrzeczona

Jedna ze spółek z o.o. prowadząca działalność gospodarczą w obrocie nieruchomościami, w którego ramach m.in. skupuje mieszkania celem ich dalszej odsprzedaży, w praktyce swej działalności ma do czynienia z sytuacjami, gdy po zawarciu przez nią umowy deweloperskiej lub przedwstępnej umowy zakupu określonej nieruchomości pojawia się chętny na jej nabycie. Nim więc sama dokona nabycia nieruchomości, sprzedaje ogół swoich praw do niej, wynikających z umowy przedwstępnej. Kupujący te prawa od spółki uiszcza jej z tego tytułu wynagrodzenie, które wyraża się w cenie sprzedaży ogółu praw i obowiązków wynikających z przedwstępnej umowy sprzedaży.

Spółka stała na stanowisku, że w przypadku cesji praw i obowiązków wynikających z umowy przedwstępnej dotyczącej sprzedaży lokalu mieszkalnego, użytkowanego przez okres dłuższy niż 2 lata, cesja ta zwolniona będzie z opodatkowania VAT, gdyż ze zwolnienia tego zgodnie z art. 43 ust. 1 pkt 10 ustawy o podatku od towarów i usług korzystałaby umowa przenosząca własność tego lokalu. Analogicznie w przypadku, gdy umowa przenosząca własność mieszkania deweloperskiego objętego społecznym programem mieszkaniowym korzysta z obniżonej 8% stawki VAT, z takiej też stawki opodatkowania korzystać powinna umowa cesji praw i obowiązków z umowy deweloperskiej.

Zawarte umowy cesji to usługa, a nie dostawa towaru

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej odmówił słuszności stanowisku spółki. Przywołując treść art. 7 ustawy o VAT, wskazał, że przez dostawę towarów rozumie się przeniesienie prawa do rozporządzania towarami jak właściciel, a zgodnie z art. 8 tej ustawy przez świadczenie usług rozumie się każde świadczenie na rzecz osoby fizycznej, osoby prawnej lub jednostki organizacyjnej niemającej osobowości prawnej, które nie jest dostawą towarów w rozumieniu art. 7. Z kolei art. 509 Kodeksu cywilnego stanowi, że przedmiotem cesji może być tylko prawo majątkowe, a nie towar.

Konkludując, organ stwierdził, że skoro spółka ani nie przenosi prawa do rozporządzania towarem jak właściciel, ani przedmiotem dokonywanych przez nią cesji nie jest towar, to transakcje będące przedmiotem jej zapytania są świadczeniami podlegającymi opodatkowaniu na zasadach ogólnych – stawką VAT 23%. W wydanej 3 kwietnia 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor KIS poinformował, że:

„…mając na uwadze powołane przepisy prawa oraz opisane zdarzenia przyszłe należy stwierdzić, że przeniesienie przez Wnioskodawcę na Nabywcę praw i obowiązków z umowy przedwstępnej, jak również z umowy deweloperskiej, wskutek zawarcia umowy cesji stanowić będzie usługę świadczoną przez Wnioskodawcę na rzecz Nabywcy, a nie dostawę towaru” (0115-KDIT1-3.4012.66.2019.2.JC).

Liczy się cel ekonomiczny transakcji

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy, w wyroku z 23 lipca 2019 r. uchylił zaskarżoną przez spółkę interpretację organu. Sąd z uwagi na harmonizację podatku VAT na terytorium Unii Europejskiej wskazał na głos orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE oraz sądowoadministracyjnego. Między innymi, jak zawarto w wyroku ETS w sprawie C-185/01, oceny skutków podatkowych zdarzenia gospodarczego na gruncie VAT należy dokonywać w oparciu o wykładnię celowościową, a umowy przedwstępna oraz deweloperska, cesja uprawnień z tych umów oraz umowa przenosząca własność zmierzały do jednego celu ekonomicznego w postaci dostawy lokali mieszkalnych.

Zgodnie natomiast z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 23 marca 2017 r. (sygn. I FSK 1406/15) na gruncie podatku VAT definicjom użytym w obejmujących go regulacjach należy zasadniczo przypisywać autonomiczne dla tego podatku znaczenie – oderwane od ich rozumienia na gruncie krajowych regulacji prawa cywilnego. W innym orzeczeniu, z 8 stycznia 2007 r. (sygn. I FPS 1/06), NSA zaznaczył, że definicja dostawy towaru z art. 7 ust. 1 ustawy o VAT celowo została oderwana od pojęcia przeniesienia własności w cywilistycznym tego słowa znaczeniu. Liczy się bowiem cel ekonomiczny transakcji.

„Zatem przy interpretacji pojęć użytych w ustawie o podatku od towarów i usług decydujące znaczenie ma walor i skutki ekonomiczne danej czynności opodatkowanej, a nie jego definicja w krajowym prawie cywilnym, które w każdym państwie członkowskim jest inne. (…) Cesji uprawnień z tytułu umowy przedwstępnej czy deweloperskiej nie można dla celów opodatkowania podatkiem od towarów i usług odrywać od pozostałych czynności, które poprzedzają bądź dopełniają transakcje zbycia lokali mieszkalnych. Skoro w rezultacie zawarcia umowy przedwstępnej, a w dalszej kolejności cesji praw i obowiązków z niej wynikających ma dojść do dostawy lokali, nieracjonalne jest traktowanie jednej z czynności, jaka wystąpiła przed tą dostawą, w rozważanym przypadku cesji praw i obowiązków, jako usługi” (wyrok WSA w Bydgoszczy z 23 sierpnia 2019 r., sygn. I SA/Bd 314/19).

Prawno-podatkowe zabezpieczenie transakcji z korzyścią dla obu jej stron

Jak wynika z orzeczenia bydgoskiego sądu, na gruncie opodatkowania VAT cesja praw i obowiązków z umów przedwstępnych i deweloperskich może być traktowana jak czynność przeniesienia prawa do rozporządzania towarem jak właściciel. Wszystko zależy od ekonomicznej istoty dokonywanej transakcji, a dokładnie od zgodności z nią przedmiotu i celu umowy cesji. Właściwie przygotowana z prawno-podatkowego punktu widzenia i przeprowadzona transakcja może więc uchronić dokonującego ją podatnika, w tym przypadku przedsiębiorcę prowadzącego działalność na rynku nieruchomości, od nadmiernych, niepotrzebnych, i – jak się okazuje – niesłusznych obciążeń fiskalnych. Ale nie tylko jego, bo możliwość skorzystania z niższych stawek opodatkowania może korzystnie wpłynąć także na klientów przedsiębiorcy, którzy z nim, a nie bezpośrednio z deweloperem, zawierają umowy zakupu mieszkania. Dzieje się tak głównie z uwagi na posiadaną przez niego pozycję i kontakty branżowe, pozwalające nabyć i odsprzedać prawo do lokalu na korzystniejszych warunkach.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce

Kraków kontynuuje swoją dobrą passę jako drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy podpisano tam umowy najmu na blisko 135 000 mkw. Tym samym, stolica Małopolski odpowiada za 44% zapotrzebowania na nowoczesne powierzchnie biurowe poza Warszawą. Do największych transakcji zawartych w tym czasie, zarówno w Krakowie, jak i na największych rynkach regionalnych, należały: rekordowy przednajem UBS na 19 600 mkw. w Fabryczna Office Park, przednajem Sabre na blisko 16 000 mkw. w Tischnera Office oraz odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office.

Fabryczna Office Park
Fabryczna Office Park

Prognozy, zwłaszcza te dotyczące podaży, są bardzo dobre. Kraków ma najmocniejszą w Polsce markę turystyczną i jedną z najlepszych w Europie oraz jest uznanym ośrodkiem akademickim. Te czynniki sprawiają, że miasto nadal utrzymuje pozycję najatrakcyjniejszej lokalizacji dla inwestycji z sektora usług Polsce. Jak wynika z naszych danych, firmy z tej branży mają blisko 60% udziału w zajętej powierzchni biurowej na krakowskim rynku. Zaskakujące jest, że wolumeny transakcji na rynku są coraz większe, jednak oferta parków biurowych o dużej skali powyżej 50 000 mkw. nadal jest ograniczona. – Dorota Gruchała, Dyrektor Biura JLL w Krakowie

Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów. W Krakowie zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej, po oddaniu do użytku między innymi V.Offices (prawie 22 000 mkw.) wynoszą już prawie 1,35 mln mkw. powierzchni. Aktualnie w budowie znajduje się 230 000 mkw. biur, a największym projektem w trakcie realizacji jest czwarty i piąty budynek w ramach kompleksu High5ive. Oba dostarczą na rynek blisko 32 000 mkw.

Współczynnik pustostanów w Krakowie na koniec pierwszego półrocza wyniósł 10,05%. Natomiast czynsze transakcyjne za metr kwadratowy miesięcznie w Krakowie kształtowały się na poziomie 13,5-15,5 euro.

Kolejne niespodzianki: Zjazd Bitcoina i impeachment Trumpa

Pesymiści stają się ostatnio coraz skuteczniejszymi analitykami. Na rynkach znów zmaterializowało się kilka przewidywanych wcześniej ryzyk. Najgłośniejsze z nich to informacja, że demokratyczna większość w Kongresie zamierza rozpocząć procedurę odsunięcia od władzy prezydenta USA Donalda Trumpa. Nawet jeśli do impeachmentu ostatecznie nie dojdzie, to pozycja amerykańskiego przywódcy w światowej polityce gwałtownie słabnie, co może okazać się dużą przeszkodą w sporze handlowym z Chinami.

Inwestorzy znów się boją

Wraz ze wzrostem strachu na rynku kapitał coraz szerzej płynie do inwestycji uchodzących za bezpieczne. Wśród nich możemy wymienić m.in. metale szlachetne i szwajcarskiego franka. W ciągu ostatnich dwóch tygodni widzieliśmy na złocie odbicie w górę (z 1485 USD za uncję 10 września do nawet 1532 USD dziś rano). Nie jest ono tak drogie, jak pod koniec sierpnia, ale warto zauważyć, że w ciągu roku ten kruszec zyskuje już ponad 25% na wartości. CHF również zbliża się do swoich maksimów z końca ubiegłego miesiąca. Obecnie względem euro brakuje niecałego centa. Poprzedni raz tak mocnego franka oglądaliśmy w połowie 2017 roku. Przekłada się to również na cenę względem PLN. Polski złoty traci względem EUR, a skoro europejska waluta traci względem szwajcarskiej, to efekt może martwić kredytobiorców. Za 1 CHF trzeba już płacić 4,04 zł i może to nie być koniec ruchu w górę.

Impeachment w USA?

Za oceanem pojawiło się nowe ryzyko. Jest to groźba odsunięcia od władzy (kontrowersyjnego dla wielu ludzi) prezydenta USA. Demokraci przekonują, że uzależniał on pomoc dla Ukrainy od śledztwa tamtejszej administracji przeciwko synowi Joe Bidena, który jest faworytem w wyścigu o nominację partii Demokratycznej do walki z Trumpem w przyszłym roku. Połączenie tego wraz ze słabszym od oczekiwań, lecz wciąż przyzwoitym indeksem oczekiwań, nie zostało dobrze przyjęte przez rynki. W efekcie wczoraj obserwowaliśmy wyraźne przeceny głównych indeksów w Nowym Jorku. Nieznacznie tracił również sam dolar.

Zjazd Bitcoina

Wczoraj otrzymaliśmy kolejny ekscytujący dzień na kryptowalutach. W ciągu niecałej godziny bitcoin spadł o ponad 700 dolarów, a cały dzień zakończył imponującą przeceną o 1500 USD (dziś w południe za jednego BTC trzeba było zapłacić 8368 USD). 15% utraty wartości budzi olbrzymie emocje, nawet na tym rynku. Trudno wskazać przyczynę tak błyskawicznej przeceny, która doprowadziła do najniższych poziomów od czerwca. Analitycy zwracają uwagę na spadek obrotów na giełdach kryptowalutowych w ostatnich miesiącach. Wprowadzenie kontraktów terminowych w kolejnym podmiocie miało odwrócić ten trend. Tak się jednak nie stało i połączenie coraz mniejszej liczby graczy na rynku z aktywowaniem się automatycznych zleceń, mogło przynieść tak silną reakcję.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Złoty wciąż słaby

Co stało za ostatnim osłabieniem polskiego złotego? Jak długo może potrwać słabość? M.in. na te pytania stara się dziś odpowiedzieć analityk Ebury.

Ostatnie dni przyniosły podbicie zmienności na parach z polskim złotym. Osłabienie polskiej waluty rozpoczęło się w piątek, kiedy to złoty gwałtownie tracił po informacji o wyznaczeniu przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej daty podania wyroku istotnego w kontekście kredytów frankowych. Wyrok ogłoszony zostanie 3 października i obecnie – m.in. w związku z wydaną wcześniej opinią rzecznika generalnego TSUE – zakłada się, że będzie on niekorzystny dla banków. Niekorzystne orzeczenie może wskazywać, że banki powinny traktować kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego jak złotowe, oprocentowane według stopy LIBOR CHF.

Takie orzeczenie TSUE mogłoby oznaczać dla banków niemałe koszty. Związek Banków Polskich szacuje je na ok. 60 mld złotych (ponad 4-krotność zysku sektora w 2018 roku), z kolei agencja Moody’s sugeruje, że w najgorszym scenariuszu wyniosą one 1,5 zysku sektora w 2018 r, czyli będą bliższe 20 mld złotych.

Oczywiście, zakładając, że dojdzie do niekorzystnego dla banków orzeczenie TSUE i polskie sądy będą się do niego stosować, istotne będzie to, jak wielu kredytobiorców zdecyduje się zawalczyć o zwrot kosztów w polskich sądach oraz ile potrwają same procesy. Rozłożenie potencjalnych kosztów dla banków w czasie – przy założeniu, że są one bliższe szacunkom Moody’s niż ZBP – sugeruje raczej niewielkie ryzyko dla sektora i gospodarki.

Mimo, że w naszej opinii skala obaw rynku jest przesadna, ostatnie dni udowodniły, że kwestia TSUE może wpływać na zachowanie złotego w krótkim terminie. Zmienność na parach z PLN może być wyższa szczególnie w okresie do 3 października. Jesteśmy jednak zdania, że w dłuższym terminie rozwiązanie problemu kredytów frankowych, ciągnącego się za sektorem od lat, nie powinno negatywnie przekładać się na zachowanie polskiej waluty – ostatecznie zniknie bowiem problem, który był jednym z kluczowych wewnętrznych czynników ryzyka, wpływających na pewną niechęć inwestorów do polskiego złotego ostatnich latach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,37-4,40. Dane ekonomiczne ze strefy euro z ostatnich dni raczej nie budzą optymizmu. W poniedziałek zawiodła publikacja wstępnych danych PMI dla strefy euro we wrześniu. Głębokie spadki odnotował zarówno indeks dla przemysłu, jak i usług, co sprawiło, że zbiorczy indeks PMI znalazł się na poziomie 50,4 – najniższym od sześciu lat.

Wczoraj poznaliśmy z kolei dane Ifo, opisujące nastroje biznesu w Niemczech. O ile wrześniowe odczyty kluczowego wskaźnika nastrojów biznesowych oraz oceny bieżącej sytuacji zaskoczyły na plus, pokazując wzrost w relacji do poprzedniego miesiąca, o tyle już indeks opisujący oczekiwania odnotował kolejny spadek i obecnie znajduje się na najniższym poziomie od 2009 roku. Wskazuje to na to, że przedsiębiorcy w największej gospodarce strefy euro obawiają się przyszłości.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,94-4,98.  Wczorajszy dzień przyniósł umocnienie brytyjskiej waluty w relacji do głównych walut. Poprawa sentymentu względem funta miała związek z decyzją Sądu Najwyższego w Wielkiej Brytanii, który stwierdził, że zawieszenie parlamentu, do czego doprowadził Boris Johnson, było niezgodne z prawem. Brytyjski parlament dziś wrócił do pracy. Pojawiły się głosy, że w konsekwencji decyzji Sądu, Boris Johnson powinien podać się do dymisji, jednak nic nie wskazuje, żeby miało tak się stać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,97-4,00. Wtorek przyniósł osłabienie USD również w relacji do głównych walut. Dolarowi wczoraj nie sprzyjały m.in. rozczarowujące dane z gospodarki oraz kolejny skandal z udziałem prezydenta Trumpa.

Co tyczy się pierwszej kwestii – wczoraj zawiodła publikacja indeksu Conference Board opisującego sentyment konsumentów. Indeks niespodziewanie obniżył się do poziomu 125,1, notując największe tempo spadku od 9 miesięcy. O ile nadal pozostaje on stosunkowo blisko ostatnich maksimów, jeśli indeks będzie kontynuował spadek, może to wywołać obawy Rezerwy Federalnej o perspektywy konsumpcji, czyli jednego z głównych motorów napędowych amerykańskiej gospodarki.

W kwestii prezydenta USA – ostatnio media obiegła informacja jakoby Trump miał wywierać nacisk na prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełeńskiego, aby ten nie zwlekał z zarządzeniem śledztwa wymierzonego w Huntera Bidena, syna kontrkandydata Trumpa w wyborach prezydenckich, Joe Bidena. Hunter Biden zasiadał w radzie nadzorczej ukraińskiej firmy gazowniczej, wobec której prowadzono śledztwo prokuratorskie na Ukrainie.

Trump stwierdził, że faktycznie czasowo wstrzymywał pomoc dla Ukrainy o wartości blisko 400 mln USD, jednak zgodnie z jego słowami było to związane z tym, iż chciał, aby inne kraje również wsparły ten kraj. Prezydent USA zadeklarował opublikowanie pełnej transkrypcji rozmowy między liderami obu państw, jednak nie zatrzymało to Demokratów w niższej izbie amerykańskiego parlamentu przed rozpoczęciem śledztwa ws. impeachmentu prezydenta USA. Na to, że dojdzie do impeachmentu jednak nie ma co liczyć – o ile prawdopodobnym jest, że w przypadku głosowania wniosek mógłby zostać zaakceptowany przez niższą izbę, o tyle niemal na pewno zostałby zablokowany w Senacie, gdzie Demokraci nie posiadają wystarczającej ilości głosów.

Reszta środy nie przyniesie istotnych publikacji ekonomicznych. Na wartościowe informacje z globalnej gospodarki musimy zaczekać na koniec tygodnia.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

GPW rozpoczyna pracę nad utworzeniem funduszu typu Corporate Venture Capital

  • GPW rozpoczyna prace nad uruchomieniem funduszu venture capital
  • Celem jest rozwój kompetencje GPW w obszarze VC oraz pogłębienie relacji ze środowiskiem innowacji

Zarząd GPW zdecydował o rozpoczęciu projektu, którego celem jest potencjalne utworzenie funduszu typu Corporate Venture Capital („fundusz CVC”) wspólnie z innymi podmiotami rynku finansowego. W związku z tym GPW opublikowała na stronie internetowej zapytanie o informację (RFI) skierowaną do zespołów doświadczonych w zarządzaniu funduszami typu venture capital.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

– Rozpoczynamy pracę nad kolejnym przedsięwzięciem. Tym razem naszym celem jest otwarcie funduszu cvc – będzie to efektywne narzędzie do inwestowania lub współpracy z firmami z sektora fintech rozwijającymi technologie dla uczestników rynku kapitałowego. To właśnie innowacyjność jest fundamentem naszych założeń strategicznych i jestem przekonany, że tym działaniem rozpoczynamy nowy rozdział w rozwoju spółki oraz prowadzonych przez nas giełd, a doświadczeni i kompetentni zarządzający, których pozyskamy do projektu przesądzą o jego sukcesie – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Wybierany Zespół Zarządzający ma za zadanie dostarczać spółkom portfelowym tzw. smart-money, tym samym zwiększając znacząco ich szanse na komercyjny sukces na rynku polskim oraz międzynarodowym.

W kolejnym etapie rekrutacja GPW wyśle Request for Proposal (RFP) do wybranych Zespołów Zarządzających , a ostateczne decyzje o wyborze podejmie komisja przetargowa.

Płaca minimalna 2020 – zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawią się zwolnienia

Masowe zwolnienia osób zatrudnionych w handlu, protesty zarówno pracowników, jak i pracodawców, a także próby omijania wymogów zbyt szybko rosnącego wynagrodzenia minimalnego. Tak się kończy eksperyment południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa. Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących. Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.

Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej. Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.

Każdy ma zarabiać co najmniej 10 tys.

Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu. Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).

Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD. Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.

O zgubnej polityce ostrzegał MFW, OECD i państwowy think-tank

Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.

W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także OECD, sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.

Nawet publiczny think-tank KDI (Korean Development Institute) przygotował opracowanie „Employment effect of Minimum Wage Increase”, w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej będzie skutkować utratą 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Jednak na te wszystkie głosy Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.

Zamiast wzrostu wynagrodzeń pojawiły się zwolnienia

Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.

Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).

Reuters pisał z kolei w analizie „Moonwalking: South Korea’s wage, hours policies backfire for jobless, low income workers”, że strategia gospodarcza rządu, zamiast powodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw). Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co zrobił prezydent Moon?

„Przepraszam” i najniższy wzrost od dekady

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak została poniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na podniesienie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.

Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona). Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.

Eksperyment się nie udał, ale Polska go powtórzy?

Wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego. Zresztą w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładają gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?

W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w UE) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej (dane Eurofound „Minimum wages in 2019: annual review”). Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem.

Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej. Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata. Fundamentalnie więc Polska jest narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

FPP i CALPE: 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa

Federacja Przedsiębiorców Polskich oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) opracowały program gospodarczy dla Polski, który zabezpiecza zarówno transfery socjalne, jak i wpływy do budżetu państwa. W ramach rekomendacji upubliczniono także raport wskazujący na 7 rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Postulaty obejmują: ograniczenie zmian prawa, podniesienie efektywności nowych regulacji, prowadzenie regularnych przeglądów obowiązującego prawa, zwiększenie znaczenia oceny skutków regulacji (OSR), ekspercką ocenę projektów aktów prawnych, ograniczenie i kumulowanie nowelizacji – wreszcie stanowienie prostych i zrozumiałych aktów prawnych oraz stworzenie przyjaznego systemu dostępu i wyszukiwania obowiązujących regulacji.

FPP i CALPE postulują, aby konsultacje były warunkiem legalności aktu prawnego – bez względu na podmiot występujący z inicjatywą ustawodawczą. Nowelizacje powinny być kumulowane w cyklach rocznych – a docelowo powinno być jedno źródło urzędowe o aktach prawnych, łączące wszystkie funkcje ułatwiające przeszukiwanie i aktualizację wiedzy o prawie.

Program gospodarczy dla Polski FPP i CALPE zakłada wpływ na saldo sektora finansów publicznych na poziomie +4,6 mld zł rocznie, w tym wzrost dochodów i ograniczenie wydatków w kwocie 13,7 mld zł.

Niepewność i niestabilność prawa to największa bariera rozwoju gospodarczego, a jakość prawa ma podstawowe znaczenie dla skuteczności realizacji polityk publicznych. W Polsce pole do ograniczenia liczby i podniesienia jakości nowo przyjmowanych przepisów jest bardzo duże. Proces legislacyjny powinien obejmować szczegółowe i – w miarę możliwości – ustandaryzowane metody oceny projektowanych rozwiązań, podczas gdy interwencja legislacyjna powinna być ostatecznością. Należy przyjąć uporządkowany sposób decydowania o podjęciu interwencji legislacyjnej, który jest wyczerpująco odzwierciedlony w dokumencie poprzedzającym podjęcie prac legislacyjnych” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Tzw. projekty pilne powinny zawsze mieć ograniczony czas obowiązywania, warto też wprowadzić obowiązek szczegółowego uzasadniania poprawek zgłaszanych w toku procesu legislacyjnego w parlamencie i aktualizowania uzasadnień. Dodatkowo postulujemy wprowadzenie przeglądów prawa, które powinny wynikać z decyzji o wysokiej randze – co najmniej uchwały Rady MinistrówCo do zasady, nowelizacje powinny być wynikiem tylko przeglądu wcześniej przyjętych przepisów. Wyjątki powinny być nieliczne – tylko gdy jest naprawdę pilna potrzeba – ale wtedy powinny mieć charakter okresowy, epizodyczny. Trzeba również wzmocnić rolę koordynatora OSR w procesie stanowienia prawa. W tym celu należałoby powołać niepolityczne, niezależne ciało oceniające OSR-y przygotowywane przez projektodawców aktów prawnych, w szczególności przez rząd” – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wśród głównych wad przyjmowanego prawa, które mają swoje źródło w obecnym procesie i strukturach jego stanowienia, należy wymienić:

• nadmierną zmienność przepisów, w tym notorycznie zbyt krótkie okresy na przygotowanie się adresatów do nowych przepisów (vacatio legis)
• zbyt pobieżne uzasadnienia (w tym ustosunkowywanie się do uwag partnerów społecznych) i oceny skutków społeczno-gospodarczych
• często trudne do jasnego określenia relacje między regulacjami różnych aktów prawnych
• niedostateczną jakość językową i nadmierne skomplikowanie brzmienia nowych przepisów
• zastępowanie, bez wyraźnego powodu, dotychczasowych przepisów nowymi, o tej samej wartości normatywnej