40 proc. rodziców obawia się nieszczęśliwych wypadków i kontuzji dzieci. Najczęściej do takich zdarzeń dochodzi na terenie szkoły

40 proc. rodziców obawia się nieszczęśliwych wypadków i kontuzji dzieci. Najczęściej do takich zdarzeń dochodzi na terenie szkoły 1

Rozpoczęcie roku szkolnego to dla rodziców duży projekt organizacyjny i logistyczny, który wiąże się z szeregiem obowiązków. 49 proc. Polaków za największe wyzwanie uważa zorganizowanie dzieciom zajęć pozaszkolnych. Z kolei dla 43 proc. ankietowanych bardzo ważne jest zadbanie o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci w trakcie szkoły – wynika z raportu Nationale-Nederlanden. 

Badanie Nationale-Nederlanden „Przed pierwszym dzwonkiem. Kondycja i bezpieczeństwo polskich dzieci” pokazuje, że dla 1/3 rodziców dużym wyzwaniem jest odrabianie lekcji wspólnie z dzieckiem (31 proc.). Podobny odsetek (30 proc.) wskazuje natomiast na konieczność zorganizowania szkolnej wyprawki. Ta obejmuje nie tylko zakup podręczników, zeszytów i przyborów szkolnych, lecz także zakup ubrań, obiadów w szkole czy ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków.

Z powrotem dzieci do szkoły wiąże się także szereg obaw. Blisko połowa Polaków obawia się samodzielnej drogi dziecka do i ze szkoły. Dla 40 proc. rodziców zmartwieniem są nieszczęśliwe wypadki, które mogą się przydarzyć dziecku w szkole, jak i poza nią.

Wynika to z doświadczeń rodziców, ponieważ 40 proc. deklaruje, że ich dzieci przynajmniej raz doświadczyły już takiego uszczerbku na zdrowiu. Najczęściej to są m.in. wstrząśnienia mózgu, urazy związane z wybiciem zęba czy złamania, zwichnięcia, skręcenia, czyli typowe urazy, które się zdarzają u dziecka np. podczas aktywności sportowej – mówi agencji Newseria Biznes Michał Nestorowicz, dyrektor ds. badań i analiz rynkowych w Nationale-Nederlanden. – Aż 13 proc. rodziców twierdzi, że ich dziecko doświadczyło więcej niż jednego takiego wypadku w szkole i poza nią.

Największy niepokój budzą urazy w obrębie głowy i szczęki, na które wskazuje 1/3 rodziców. Dla 25 proc. najgorszym rodzajem kontuzji są złamania, a blisko co dziesiąty wskazał na rany wymagające szycia. Najczęściej do takich wypadków dochodzi na terenie szkoły (33 proc.), ale niewiele mniej incydentów zdarza się w domu (27 proc.) i podczas zabaw na podwórku (25 proc.). 19 proc. rodziców martwi się, że ich dziecko dotknie choroba związana z trybem życia i brakiem ruchu, np. otyłość czy cukrzyca.

– Nasze badanie pokazało, że rodzice są świadomi zagrożeń i podejmują różnego rodzaju działania profilaktyczne. Obecnie ok. 80 proc. dzieci prowadzi siedzący, mało aktywny tryb życia, więc rodzice starają się to przełamać. 3/4 ojców twierdzi, że stara się odciągnąć dziecko od komputera czy mobilnych urządzeń i promować aktywny styl życia – mówi Michał Nestorowicz. – Rodzice są również praktyczni i są realistami, ponieważ często ubezpieczają swoje dzieci na okoliczność nieszczęśliwych wypadków, które mogą się zdarzyć w szkole i poza nią.

W ramach profilaktyki 2/3 Polaków rozmawia ze swoimi dziećmi o ryzykach i zagrożeniach, które mogą je spotkać. Co drugi uczy zasad ruchu drogowego, natomiast 45 proc. badanych wykupuje polisę NNW. Ta jest dużą pomocą finansową w razie nieszczęśliwego wypadku – ponad 2/3 dzieci, które doświadczyły takiego urazu, otrzymało wypłatę z ubezpieczenia NNW. Jak wynika z badania Nationale-Nederlanden, dla blisko połowy ankietowanych (48 proc.) najważniejsze w kontekście ubezpieczenia NNW dziecka jest to, jakie urazy i zdarzenia obejmuje.

– Rodzice wybierają te ubezpieczenia coraz bardziej świadomie. Już niemal 1/4 decyduje się wykupić je indywidualnie, poza szkołą, co oznacza, że rodzice sami chcą zdecydować, jak wygląda zakres takiego ubezpieczenia – podkreśla Michał Nestorowicz. – Zwracają coraz większą uwagę na to, co takie ubezpieczenie oferuje, od jakich ryzyk dzieci są chronione, jaka jest suma ubezpieczenia i jaka kwota zostanie przekazana rodzicom w razie nieszczęśliwego wypadku. Ważne są również usługi dodatkowe, które oferują ubezpieczyciele, np. dodatkowe korepetycje.

Wciąż jednak bardzo duża grupa rodziców podkreśla, że istotne jest dla nich to, żeby polisa została zakupiona za pośrednictwem szkoły. To oznacza, że wiele osób korzysta z najprostszego rozwiązania i decyduje się na ubezpieczenie NNW proponowane im najczęściej podczas pierwszego zebrania. Takie produkty nie gwarantują jednak pełnej ochrony, a kwota świadczenia jest niewielka i – jak wynika z danych Rzecznika Finansowego – wynosi średnio 13 tys. zł. W przypadku drobnych urazów kwoty są zdecydowanie mniejsze, a ich wypłata zależy od tego, czy dziecko doznało trwałego uszczerbku na zdrowiu. Jeżeli ulegnie ono poważnemu wypadkowi, taka kwota może okazać się nieadekwatna do wielkości obrażeń.

Sektor kosmiczny pilnie potrzebuje kadr. Poszukiwani są zwłaszcza inżynierowie i zdolni programiści

Sektor kosmiczny pilnie potrzebuje kadr. Poszukiwani są zwłaszcza inżynierowie i zdolni programiści 2

Polski rynek firm kosmicznych liczy obecnie ok. 300 podmiotów, pracuje w nim łącznie blisko 3 tys. osób. Branża szybko się rozwija i potrzebuje dopływu nowych kadr – poszukiwani są zwłaszcza inżynierowie, którzy skończyli uczelnie wyższe na kierunkach technicznych i zdolni programiści. Polskie przedsiębiorstwa muszą konkurować o nich z europejskimi i globalnymi firmami.

 Rynek pracy w sektorze kosmicznym potrzebuje ekspertów z wielu dziedzin. Najbardziej poszukiwani są inżynierowie, którzy skończyli uczelnie wyższe na kierunkach technicznych. Potrzebne są osoby, które znają się na elektronice, mechanice i zdolni programiści – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego, dyrektor ds. sektora kosmicznego w firmie GMV.

Według Agencji Rozwoju Przemysłu polski rynek firm kosmicznych liczy ok. 300 podmiotów, pracuje w nim łącznie niemal 3 tys. osób, a jego wartość systematycznie rośnie. Jak podaje Polska Agencja Kosmiczna, w Polsce dynamicznie rozwijają się takie kosmiczne specjalizacje, jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne. Duży odsetek przedsiębiorstw koncentruje swoją działalność na obszarze technologii satelitarnych.

– Od około sześciu lat, w trakcie których mieliśmy do czynienia z bardzo dynamicznym rozwojem sektora kosmicznego, miejsc pracy przybywa. Ten sektor oferuje potencjalnym pracownikom wyzwania, ciekawe projekty i relacje międzynarodowe – mówi Paweł Wojtkiewicz.

Sektor kosmiczny – jak każda branża high tech – potrzebuje wysoko wykwalifikowanej kadry. Brak wyspecjalizowanych pracowników może zahamować jego rozwój. Zwłaszcza że wielu polskich wykwalifikowanych specjalistów z dziedziny IT, robotyki i pokrewnych branż wybiera rozwój i pracę dla zagranicznych podmiotów.

 Polskie przedsiębiorstwa konkurują o pracowników z firmami, które mają swoje siedziby w innych państwach europejskich i na całym świecie. Sektor kosmiczny jest globalny, a pracownicy są bardzo mobilni. To są z reguły wysoko wykwalifikowane osoby, więc bardzo łatwo im znaleźć pracę za granicą, wybierają oferty, które są dla nich najlepsze. Nie oszukujmy się, ciągle pewnie łatwiej jest im znaleźć dobrze płatną pracę za granicą, a nie w kraju –mówi Paweł Wojtkiewicz.

Kształcenie kadr na potrzeby tej branży to jeden z priorytetów przyjętej w 2017 roku Polskiej Strategii Kosmicznej. Zakłada ona m.in. zwiększenie udziału polskich firm w obrotach europejskiego sektora kosmicznego do 3 proc. w 2030 roku. Budowanie kompetencji i edukację przyszłych kadr dla sektora kosmicznego w Polsce to również cel opracowanego przez Polską Agencję Kosmiczną Krajowego Programu Kosmicznego na lata 2019–2021. Służą temu m.in. programy stażowe i nowe kierunki otwierane na wyższych uczelniach. Agencja Rozwoju Przemysłu we współpracy ze Związkiem Pracodawców Sektora Kosmicznego uruchomiła z kolei specjalny program stażowy „Rozwój kadr sektora kosmicznego”, który jest pierwszym tego typu programem organizowanym w Polsce i jednym z trzech w Europie.

– Uczelnie techniczne w Polsce od pewnego czasu mocno zwracają uwagę na sektor kosmiczny i uruchamiają specyficzne, dedykowane mu kierunki. Ważne jest też to, że firmy chętnie przyjmują absolwentów uczelni, a nawet studentów IV roku na staże. Dlatego bardzo cenne są programy, np. taki jak uruchomiony przez ARP we współpracy ze ZPSK konkurs o staż w firmach z sektora kosmicznego. W ramach tego konkursu co roku kilkanaście osób ma szansę odbyć praktyki. Z reguły mamy dziesiątki kandydatów, spośród których firmy wybierają najlepszych. Te osoby mogą pracować w ramach projektów realizowanych m.in. dla Europejskiej Agencji Kosmicznej – mówi Paweł Wojtkiewicz.

Program „Rozwój kadr sektora kosmicznego” jest skierowany do młodych naukowców i absolwentów z tytułem inżyniera lub magistra inżyniera na kierunkach takich, jak m.in. automatyka i robotyka, elektronika i telekomunikacja, elektrotechnika, fizyka techniczna, informatyka, inżynieria materiałowa, lotnictwo i kosmonautyka, mechatronika, mechanika i budowa maszyn. Wyłonieni w nim stażyści podejmują półroczny staż w  polskich firmach z branży, takich jak Astronika czy Creotech Instruments.

– Od pracowników branży kosmicznej wymaga się nie tylko wiedzy dotyczącej praw fizyki, lecz także specyficznej wiedzy na temat tego, jak dane urządzenia czy rozwiązania będą funkcjonowały w środowisku, jakim jest np. orbita okołoziemska. To jest wiedza, którą nabywa się wraz z doświadczeniem, w miarę realizacji kolejnych projektów dla Europejskiej Agencji Kosmicznej albo innych agencji czy też projektów komercyjnych w ramach sektora kosmicznego – mówi Paweł Wojtkiewicz.

Jak podkreśla, jeszcze około 10 lat temu specjaliści z sektora kosmicznego byli zatrudnieni głównie w instytutach badawczych i na wyższych uczelniach. Obecnie coraz więcej ich przechodzi do sektora prywatnego.

 Młodzi ludzie, studenci I i II roku, a nawet maturzyści, którzy zastanawiają się nad pracą w sektorze kosmicznym, powinni wybierać kierunki techniczne, ale nie tylko. Wszyscy myślą, że muszą iść na politechnikę, tymczasem sektor kosmiczny poszukuje także zdolnych osób, które potrafią programować i myśleć analitycznie, a więc absolwentów uczelni IT. Najłatwiej pracę w sektorze kosmicznym znajdą osoby, które skończyły politechnikę albo inne uczelnie kształcące programistów – mówi prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Innowacyjna platforma przetargowa pozwoli polskim firmom pozyskać zagraniczne kontrakty. Zredukuje także koszty wejścia na nowe rynki

Innowacyjna platforma przetargowa pozwoli polskim firmom pozyskać zagraniczne kontrakty. Zredukuje także koszty wejścia na nowe rynki 3

Dzięki innowacyjnej platformie automatyzującej system przetargowy polskie firmy mają szansę wejść na azjatycki rynek. Budowana przez polskich i singapurskich programistów platforma pozwoli pozyskać kontrakty budowlane o wartości nawet 30 mln dol. rocznie. Obecnie zaledwie kilka polskich przedsiębiorstw budowlanych realizuje inwestycje na azjatyckich rynkach. Jedną z głównych barier są wysokie koszty wejścia, sięgające nawet 650 tys. zł, oraz wysokie ryzyko.

– BIMproQr to platforma zajmująca się automatyzowaniem systemu przetargów w branży budowlanej, przede wszystkim na rynkach azjatyckich, ale nie tylko tam – również na rynkach polskich i międzynarodowych. Obecnie dąży się do eliminacji tradycyjnych przetargów, spekulacji itd. Mamy już stworzoną architekturę systemu, która umożliwi wejścia online dla producentów i deweloperów oraz obliczanie kosztów i estymacji w czasie rzeczywistym –mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ireneusz Krasucki, współwłaściciel start-upu BIMproQr.

Jak wskazują analitycy Deloitte, zaledwie kilka z grona 15 największych polskich firm budowlanych uzyskuje przychody na rynku azjatyckim. Nie podają one jednak wysokości swoich kontraktów. Rozwiązanie proponowane przez zespół złożony z polskich i singapurskich programistów ma znacznie ułatwić polskim firmom działającym w branży budowlanej, również tym mniejszym, zaistnienie na rynkach zagranicznych. Szczególnie obiecująca może być dla nich właśnie Azja.

– 15 proc. polskich firm działa na rynkach zagranicznych, ale obejmujących bardziej Europę. W Azji działają może 2–3 firmy z Polski, które produkują podzespoły dla dużych firm azjatyckich. W ciągu 2 lat chcemy, żeby polskie firmy osiągnęły poziom minimum 30 mln dol. obrotu na rynku azjatyckim. To ok. 2 proc. rynku azjatyckiego. Odpowiada to od 2 do 4 kontraktów rocznie – twierdzi ekspert.

Na rynku powstaje coraz więcej platform pozwalających pozyskiwać zlecenia międzynarodowe. Building Radar to inteligentna wyszukiwarka zleceń z całego świata w czasie rzeczywistym. Wykrywa nowe projekty budowlane ogłaszane na całym świecie i prezentuje je na kilka miesięcy przed ogłoszeniem w informatorach czy biuletynach branżowych. Platforma funkcjonuje 24 godziny na dobę w oparciu o pracę inteligentnych algorytmów. Wyszukiwanie można zawęzić do konkretnego sektora branży budowlanej, obszaru geograficznego czy inwestora.

Dzięki korzystaniu z platformy BIMproQr, polskie firmy mogą z kolei skutecznie eliminować koszty wejścia na nowy rynek. Te dla firm wchodzących na rynki zagraniczne są bardzo duże. Jak tłumaczy ekspert, firma musi jednorazowo zainwestować ponad 650 tys. zł i to bez gwarancji pozyskania klienta. Korzyści powinni odczuć również deweloperzy. Dzięki zakontraktowaniu polskich wykonawców będą oni mogli w znaczny sposób zredukować koszty inwestycji. Te mogą w Singapurze sięgać nawet 30 proc. całkowitej wartości przetargu.

– System umożliwia wyeliminowanie do 90 proc. kosztów osobowych. Mamy już stworzoną całą architekturę systemu. Teraz są nam potrzebne dofinansowania do stworzenia blockchainu, który umożliwi wejście na rynek. Do kwietnia 2020 roku jesteśmy w stanie udostępnić platformę na rynku międzynarodowym – zapowiada Ireneusz Krasucki.

Autobusy zamówimy za pośrednictwem smartfona. Powstają pierwsze systemy komunikacji publicznej na życzenie

Autobusy zamówimy za pośrednictwem smartfona. Powstają pierwsze systemy komunikacji publicznej na życzenie 4

Systemy komunikacji miejskiej coraz częściej wzbogacają się o usługi ridesharingowe. Po erze rozwiązań pokroju Ubera czy BlaBlaCar na popularności zyskują pojazdy transportu publicznego dostępne na życzenie, które można wynająć za pośrednictwem aplikacji mobilnej. W tę nowatorską technologię inwestują zarówno koncerny samochodowe, jak i start-upy zaznajomione ze specyfiką funkcjonowania lokalnego rynku transportu publicznego. Usługę zamawiania transportu zbiorowego na życzenie za pomocą smartfona przygotowuje także polski start-up.

– Broomee jest systemem do zarządzania i wdrażania elastycznego transportu zbiorowego na żądanie. To transport, który nie ma ustalonych wcześniej tras, nie ma ustalonego rozkładu jazdy, nie ma też tak naprawdę ustalonych przystanków. Jest to wciąż transport publiczny, ale zamawiany przez smartfon. Mamy możliwość zamówienia takiego niestandardowego transportu zbiorowego, który jest dostosowany do nas i występujący w momencie takiej potrzeby – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Stefan Cylwik z firmy Broomee.

Sposób funkcjonowania elastycznej komunikacji miejskiej ma przypominać rozwiązania wykorzystywane w nowoczesnych aplikacjach taksówkarskich. Broomee pozwoli współdzielić przejazdy systemami transportu publicznego na wspólnej trasie w taki sam sposób, w jaki np. Free Now udostępnia współdzielone przejazdy taksówkami.

Użytkownik za pośrednictwem aplikacji mobilnej będzie mógł wyznaczyć przybliżone miejsce odbioru oraz punkt docelowy. System inteligentny przeanalizuje trasy pobliskich pojazdów i skieruje w żądane miejsce ten, który będzie w stanie w optymalnym czasie dowieźć pasażera we wskazane miejsce. Oprogramowanie w czasie rzeczywistym optymalizuje i wyznacza kolejne punkty przesiadkowe, aby zapewnić wszystkim pasażerom możliwie jak najkrótszy czas podróży do miejsca docelowego.

– Transport zmienia się. Kiedyś były taksówki na telefon, potem pojawiły się rozwiązania ridesharingowe takie jak Uber, rozwiązania quasi-taksówkowe, carsharingowe, bikesharingowe, skutersharingowe. Transport zbiorowy zmienia się znacznie wolniej. Wymaga otwartości zarządców miast, żeby chcieli wdrażać innowacje, które przynoszą szereg korzyści zarówno dla miast, jak i mieszkańców. Wprowadzane są już pewne modyfikacje przy transporcie zbiorowym: biletomaty, sposoby liczenia pasażerów czy innego rodzaju rozwiązania, lecz prawdziwa rewolucja dopiero nadejdzie – twierdzi ekspert.

Na zastosowanie systemów sztucznej inteligencji w usprawnianiu systemów komunikacji publicznej postawiły władze Singapuru. Na wyspie Sentosa uruchomiono pilotażowy program autonomicznych autobusów transferowych dostępnych na życzenie. Pojazdy można zamówić za pośrednictwem aplikacji mobilnej bądź specjalnych kiosków. Zaprogramowano je w taki sposób, aby ułatwiały turystom przemieszczanie się do najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych.

W równie ciekawy sposób do kwestii transportu publicznego podeszła firma DeepBlue Technology, która zaprojektowała inteligentny autobus łączący funkcję transportową i zakupową. Autobus ma być wyposażony w szereg rozwiązań inteligentnych, które usprawnią jego funkcjonowanie. Obok autopilota oraz systemu automatycznego wykrywania niebezpiecznych zachowań współpasażerów zainstalowano w nim platformę sprzedażową, która pozwoli zrobić zakupy w trakcie jazdy, autoryzując je za pośrednictwem systemów biometrycznych.

W tym roku Volkswagen rozpoczął dwuletni proces testów małych autobusów autonomicznych stworzonych przez firmę-córkę MOIA. Pojazdy te mają funkcjonować na pograniczu rynku autobusowego i taksówkowego: pozwolą realizować przejazdy współdzielone w dużych grupach, dzięki czemu klient zapłaci za podróż niewiele drożej niż za jednorazowy bilet komunikacji miejskiej. Do końca roku flota MOIA ma się składać z aż 400 pojazdów.

Polski projekt tymczasem jest dopiero na początku fazy wdrożeniowej.

– Wdrożenie Broomee zaplanowane jest na 2020 rok, planowo będzie uruchomione w Wielkopolsce. Rozmawiamy również z innymi miastami na temat wdrożenia. Jesteśmy w stanie przygotować miastu ofertę, przeanalizować częściowo ich transport i zasugerować, czy i gdzie ewentualnie, jeśli rzeczywiście taka potrzeba będzie tego rodzaju, transport wdrożyć – zapowiada Stefan Cylwik.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku transportu współdzielonego do 2025 roku osiągnie 218 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 20 proc.

Najlepiej tankować w niedziele. W piątki, czwartki i środy jest najgorzej

Na prawie 3,5 tys. stacji paliw przeprowadzono badanie obejmujące blisko 600 tys. młodych konsumentów. Analiza 5 mln. wizyt wykazała, że większość tych osób pojawia się tam średnio 3 lub więcej razy na 3 miesiące. Zdecydowanie najczęściej wybierany jest ORLEN. Kolejne pozycje w zestawieniu mają BP, Shell oraz Circle K. Tego typu placówki są najliczniej odwiedzane od godz. 14.00 do 16.00. Zwiększony ruch zaobserwowano głównie w piątki, czwartki i środy. Odwrotnie jest w niedziele. Najwięcej wizyt odnotowano w woj. mazowieckim i śląskim, a najmniej – w podlaskim. Warto też dodać, że ORLEN cieszy się największą popularnością w mazowieckim, a BP, Shell i Circle K – w śląskim.

Jak często i gdzie bywa klient?

Z najnowszego raportu firmy technologicznej Proxi.cloud wynika, że młodzi Polacy korzystający z aplikacji mobilnych przeważnie odwiedzają stacje benzynowe 3 lub więcej razy na 3 miesiące – 67,5%. Z tego można wnioskować, że pojawiają się tam średnio raz na ok. 30 dni. Krzysztof Romaniuk, Dyrektor ds. Analiz Rynku Paliw z Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, uważa, że głównym powodem tak częstych wizyt jest tankowanie samochodów i innych pojazdów. Oczywiście konsumenci korzystają też ze sklepów i restauracji znajdujących się w takich punktach.

– Sądzę, że prawie 70% badanych osób w wieku od 18 do 34 lat rzeczywiście posiada samochód osobowy. Pozostałą grupę stanowią młodzi ludzie, którzy robią tam najpotrzebniejsze zakupy w niedziele niehandlowe, a także w godzinach nocnych, gdy okoliczne sklepy są już zamknięte. 19,4% konsumentów pojawia się na stacjach paliw raz na 3 miesiące, a 13,1% – 2 razy – informuje Adam Grochowski, analityk z Proxi.cloud.

Najbardziej oblegany jest ORLEN. W ciągu 3 miesięcy badany konsument odwiedza go średnio 5,03 razy. Potem jest BP – 3,36, Shell – 3,14, a także Circle K – 2,94. Pierwszą piątkę zamyka Lotos – 2,53. Lider rankingu ma znaczącą przewagę nad konkurencją z powodu największej liczby placówek. Dzięki mocno rozbudowanej sieci, łatwiej do niego trafić i może zaproponować swoim klientom bardziej rozwinięte programy lojalnościowe.

PKN Orlen, stacje paliw
Orlen stacje paliw

– Stacje ORLEN są nowoczesne, atrakcyjne wizualnie i oferują szeroki asortyment towarów. Placówki pozostałych sieci posiadają podobny standard wyposażenia i oferowanych usług, ale pod względem ilości znacznie odbiegają od płockiego potentata. I to jest główny powód zaobserwowanej różnicy – stwierdza ekspert z Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego.

Godziny, województwa i dni

Analiza wykazała również, że największy ruch na stacjach panuje od godz. 14.00 do 16.00 – ok. 8% odwiedzin. Dr Jakub Bogucki, Analityk Rynku Paliw z portalu e-petrol.pl, tłumaczy, że o tej porze dnia większość młodych osób wraca z pracy lub z uczelni i w drodze do domu jedzie na stację. Przy okazji tankowania samochodu można zrobić niezbędne zakupy, a także szybko zjeść ciepły posiłek. Dzięki temu niektórzy zyskują poczucie zaoszczędzonego czasu.

– Najwięcej wizyt odnotowano w woj. mazowieckim i śląskim – odpowiednio 15,93% i 15,66%. Na 3. miejscu jest wielkopolskie – 9,7%. W tych częściach Polski mieszka najwięcej osób, co w bezpośredni sposób przekłada się na ruch na stacjach paliw. Ponadto występuje tam najlepiej rozbudowana infrastruktura drogowa, przez co mieszkańcy dość często podróżują samochodami – wyjaśnia Adam Grochowski.

Tabelę zamyka podlaskie – 1,66%. Poprzedza je świętokrzyskie – 2,06%, a przed nim jest opolskie – 2,59%. Dyrektor Romaniuk nie jest tym zaskoczony. W tych województwach mieszka mniej osób niż np. w mazowieckim. Jest też stosunkowo mało placówek największych koncernów. Za to funkcjonuje sporo stacji niezależnych operatorów. Natomiast w badaniu analizowani są liderzy rynku. Zasobność portfeli mieszkańców danego terenu wpływa na miejsce i częstotliwość tankowania pojazdów czy robienia zakupów na stacjach paliw, gdzie towary są zwyczajowo nieco droższe niż w innych punktach sprzedaży.

– Widać, że największy ruch jest w piątki – 15,75%, w czwartki – 15,60, a także w środy – 15,03%. W tych dniach Polacy tankują swoje samochody przed planowanymi wyjazdami weekendowymi, aby nie musieć już tego robić np. na autostradach, gdzie benzyna może być droga. Młodzi ludzie zapewne najczęściej jeżdżą w odwiedziny do rodzinnych miejscowości, oddalonych od miast, w których studiują czy pracują – zauważa ekspert z Proxi.cloud.

Najmniej użytkowników aplikacji pojawia się na stacjach w niedziele – 11,07%. Dr Jakub Bogucki podkreśla, że Polacy tradycyjnie wtedy wypoczywają. Z kolei Krzysztof Romaniuk dodaje, że po zakończonym weekendzie większość podróżujących osób jak najszybciej chce dojechać do domu przed wieczorem. I to obniża ruch na stacjach.

Liderzy rynku

– ORLEN ma największą popularność w woj. mazowieckim, z którego się wywodzi – 16,51%. Płocki koncern odnotował też bardzo dobre wyniki w dolnośląskim – 11,06%, a także w śląskim – 10,62%, gdzie posiada dużą liczbę stacji. Najsłabiej jest w woj. podlaskim – 1,84%, podkarpackim – 2,84%, jak również w świętokrzyskim – 2,88% – wylicza Adam Grochowski.

Prawie połowa młodych klientów płockiego koncernu pojawia się na stacjach 3 lub więcej razy na 3 miesiące – 49,15%. Jedną wizytę odbywa 32,63%, a 2 razy jest 18,22%. Świadczy to o tym, że firma bardzo dobrze wykorzystuje swoją przewagę w liczbie placówek. Ponadto wiele osób tankuje specjalnie na stacjach opatrzonych logiem orła ze względu na atrakcyjne oferty lojalnościowe.

– Z kolei BP cieszy się szczególnym uznaniem w woj. śląskim – 21,18%, mazowieckim – 18,45%, a także w małopolskim – 12,09%. Najsłabsze wyniki ma w woj. podlaskim – 0,66%, opolskim – 1,56%, jak również w warmińsko-mazurskim – 1,69%. Na liczbę odwiedzin może wpływać mniej lub bardziej rozbudowana sieć placówek w określonych województwach. Z badania wynika też, że młodzi klienci BP średnio raz na 3 miesiące pojawiają się na tych stacjach – 45,60% – podaje dr Bogucki.

Shell również ma największą liczbę odwiedzin w woj. śląskim – 21,36%. W mazowieckim zanotował 14,37%, a w dolnośląskim – 10,92%. Najgorzej jest w świętokrzyskim – 0,61%, podlaskim – 0,86%, a także w opolskim – 1,82%. Zdaniem Adama Grochowskiego, lider wyprzedza inne województwa ze względu na szczególny rodzaj aglomeracji, pozbawiony ścisłego centrum. Komunikacja miejska nie jest tam aż tak dobrze rozwinięta, jak np. w Warszawie. Wielu mieszkańców codziennie pokonuje duże odległości, jadąc samochodem do pracy czy na uczelnię. To zwiększa częstotliwość wizyt na stacjach paliw. Ekspert dodaje, że klienci tego brandu pojawiają się tam średnio raz na 3 miesiące – 47,36%.

– Circle K, podobnie jak inne duże sieci, ma największą popularność w woj. śląskim – 16,49%. Zbliżonym uznaniem cieszy się w mazowieckim – 15,20%, a nieco mniejszym – w małopolskim – 8,71%. Mało odwiedzin widać w woj. opolskim – 1,91%, podlaskim – 2,08%, a także w świętokrzyskim – 2,74%. Młodzi klienci tych stacji są na nich średnio raz na 3 miesiące – 50,54%. To głównie efekt rozlokowania stacji – wskazuje Krzysztof Romaniuk.

Stacje Lotos cieszą się największym uznaniem w woj. mazowieckim – 15,34%. Podobne wyniki odnotowało wielkopolskie – 14,16%, a także śląskie – 14,01%. Na 4. miejscu jest woj. pomorskie, gdzie firma ma główną siedzibę. Natomiast najsłabiej jest w woj. świętokrzyskim – 0,77%, lubuskim – 1,30%, jak również w lubelskim – 2,93%. Należy dodać, że młodzi klienci tej sieci zazwyczaj odbywają jedną wizytę na 3 miesiące – 55,18%.

– Jak widać, tylko ORLEN ma dużą liczbę klientów, którzy przynajmniej raz w miesiącu pojawiają się na stacjach. Najbliższa konkurencja jest w tej kwestii daleko w tyle. To pokazuje, jak ogromne znaczenie na rynku dystrybucji paliw ma rozbudowana sieć placówek. Koncern aktywnie sponsoruje też polski sport, przez co buduje w świadomości klientów obraz rodzimej marki. Konsumencki patriotyzm przyczynia się również do sukcesu spółki – podsumowuje Adam Grochowski.

Badaniem objęto prawie 3,5 tys. stacji paliw. Na przestrzeni maja, czerwca i lipca br. odnotowano tam w sumie ponad 5 mln wizyt. Odbyło je blisko 600 tys. użytkowników kilku największych w Polsce aplikacji. Konsumenci byli w wieku od 18. do 34. roku życia. Firma technologiczna Proxi.cloud zebrała dane do analizy za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie. Po ich zainstalowaniu dokonano rejestru osób wchodzących na dany teren i korzystających z ww. narzędzi mobilnych.

Najbiedniejsi podatnicy sfinansują emerytury najbogatszych?

Zapisana w projekcie budżetu państwa na 2020 r. likwidacja limitu podstawy składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe byłaby złym rozwiązaniem. Doprowadziłaby ona bowiem do powstania tzw. kominów emerytalnych oraz związanego z tym daleko idącego pogłębienia rozwarstwienia wysokości wypłacanych świadczeń. Oznaczałoby to, że wszyscy podatnicy – włącznie z osobami uzyskującymi bardzo niskie dochody – zostaliby obarczeni ciężarem finansowania wypłaty emerytur i rent dla najlepiej zarabiających w przeszłości osób, w kwotach sięgających kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie – wskazują Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Jak wskazano w załączniku do Wieloletniego Planu Finansowego, skutek netto zniesienia limitu 30-krotności dla sektora finansów publicznych – po uwzględnieniu związanego z tym zmniejszenia wpływów z tytułu PIT i CIT –wyniósłby 5,2 mld zł w 2020 r. Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje inny sposób na osiągnięcie zakładanego przez rząd efektu fiskalnego. Wprowadzenie w życie opracowanego w szczegółach przez Federację Przedsiębiorców Polskich pakietu przyniosłoby poprawę salda polskiego sektora finansów publicznych o 10,4 mld zł rocznie, a więc dwukrotnie więcej niż zniesienie limitu 30-krotności. Dzięki temu budżet państwa byłby nie tylko zrównoważony, lecz osiągnąłby nadwyżkę.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
„Limit podstawy składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe wynosi obecnie w skali roku 30-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Nie powinno być rolą systemu ubezpieczeń społecznych zapewnienie gwarancji utrzymania poziomu życia najbogatszym osobom, które dysponują szerokimi możliwościami zabezpieczenia się na przyszłość w indywidualnym zakresie. Z tego właśnie powodu w znacznej części krajów Unii Europejskiej funkcjonują rozwiązania podobne do polskiego limitu 30-krotności – np. Austrii, Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Słowacji, Czechach, Hiszpanii czy Szwecji” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Propozycja FPP obejmuje uporządkowanie polskiego systemu ubezpieczeń społecznych – czyli modyfikację zasad płacenia składek przez prowadzących działalność gospodarczą oraz powiązanie podstawy ich wymiaru z dochodem, do limitu 30-krotności. FPP zakłada również restytucję, polegającą na zabezpieczeniu okresów składkowych oraz zaewidencjonowaniu składek emerytalno-rentowych dla osób zatrudnianych w przeszłości na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń, uwolnieniu przedsiębiorców od ciężaru prowadzenia sporów z ZUS w sprawie interpretacji niejasnych historycznych przepisów art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, a także likwidację zbiegów tytułów do ubezpieczeń przy umowach zlecenia.

Równocześnie rozwiązania te miałyby pozytywny wpływ na warunki prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce – osiągnięta zostałaby znacząca poprawa w zakresie pewności prawa. Aktualnie wątpliwości interpretacyjne związane z art. 9 ustawy o systemie o ubezpieczeń społecznych oraz stosowaniem zbiegów tytułów do ubezpieczenia społecznego są poważnym źródłem ryzyka prowadzonej w Polsce działalności gospodarczej. Dzięki proporcjonalności składek płaconych przez przedsiębiorców rozwiązany zostałby natomiast problem nadmiernych obciążeń z tytułu składek w stosunku do rzeczywistych możliwości finansowych firmy – w warunkach bieżącego roku, niższe składki niż obecnie płaciliby przedsiębiorcy uzyskujący miesięczny dochód netto poniżej 5718 zł miesięcznie. Taki system pełniłby również funkcję automatycznego stabilizatora koniunktury w gospodarce – w przypadku spadku zysków przedsiębiorców, ich składki automatycznie uległyby obniżeniu.

Rynek powierzchni magazynowych w Polsce po I poł. 2019 roku

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała pełną wersję raportu „Marketbeat” podsumowującego rynek powierzchni magazynowych w Polsce po I poł. 2019 roku. Rynek magazynowy w Polsce pozostaje w bardzo dobrej kondycji, o czym świadczy rekordowy poziom nowej podaży odnotowany w pierwszej połowie roku, kontynuacja wysokiej aktywności najemców oraz niski poziom wskaźnika powierzchni niewynajętej.

Na koniec czerwca 2019 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęły 16,89 mln mkw., co daje wzrost o 18% w ujęciu rocznym oraz o 7% w porównaniu do stanu na koniec 2018 roku. Dobra koniunktura gospodarcza, dalsza poprawa infrastruktury transportowej oraz rozwój branży e-commerce to główne czynniki sprzyjające utrzymaniu dynamicznego tempa rozwoju rynku magazynowego, obserwowanego w Polsce już od ponad pięciu lat. – Rozwój ten dotyczy zarówno największych rynków magazynowych jak Warszawa, Górny Śląsk, Polska Centralna, Poznań i Wrocław, na których skoncentrowane jest 81% całkowitej podaży w Polsce, jak i mniejszych rynków regionalnych, które zyskują potencjał dzięki rozbudowie sieci dróg ekspresowych i autostrad czy też lepszej dostępności siły roboczej. Na mapie logistycznej Polski powstają także całkowicie nowe lokalizacje jak Częstochowa zlokalizowana przy autostradzie A1 czy Kielce położone przy S7 i Legnica przy S3 – to tylko niektóre przykłady miast, w których odnotowuje się wzrost aktywności deweloperskiej. Wśród pozostałych lokalizacji branych pod uwagę przez deweloperów są m.in. Gorzów Wielkopolski i Radom – komentuje, Adrian Semaan, konsultant w dziale powierzchni przemysłowych i logistycznych, Cushman & Wakefield, autor raportu.

PODAŻ

W pierwszej połowie 2019 roku deweloperzy ukończyli 47 projektów o łącznej powierzchni 1,09 mln mkw., co stanowi rekordowy poziom nowej podaży odnotowany w okresie pierwszych sześciu miesięcy roku. Prawie 70% wolumenu zrealizowanych inwestycji zlokalizowano na pięciu rynkach: w regionie Polski Centralnej (23%), w okolicach Warszawy (14%), w Trójmieście (11%), we Wrocławiu (11%) i w rejonie Szczecina (9%). Ponadto w Olsztynku zakończyła się realizacja dużego projektu Hillwood BTS Zalando Lounge (121 000 mkw.). Aktywność deweloperska utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. W II kwartale 2019 roku deweloperzy uruchomili nowe projekty o łącznej powierzchni 680 000 mkw. a całkowity wolumen inwestycji w budowie pod koniec czerwca 2019 roku osiągnął 2,24 mln mkw. w 70 projektach inwestycyjnych. Około 75% realizowanej powierzchni zlokalizowane jest na czterech głównych rynkach: na Górnym Śląsku (26% wolumenu inwestycji w budowie), w regionie Warszawy (18%), rynku wrocławskim (16%), i w Polsce Centralnej (16%). Wśród mniejszych rynków regionalnych na szczególną uwagę zasługuje znaczący wzrost aktywności deweloperskiej w regionie Polski Wschodniej. W pierwszym półroczu 2019 roku ukończono tam ponad 60 tys. mkw., a dodatkowe 120 tys. mkw. znajduje się w trakcie realizacji.

WSKAŹNIK PUSTOSTANÓW

Wskaźnik powierzchni niewynajętej utrzymuje się na zdrowym poziomie i na koniec czerwca 2019 roku wyniósł 5,6%, co stanowi nieznaczny wzrost o 1,6 pp. w porównaniu do analogicznego okresu 2018 roku. Najwyższy poziom wskaźnika odnotowano na rynku Warszawa – miasto (13%), gdzie większość dostępnej powierzchni znajduje się w kilkunastoletnich obiektach magazynowo-biurowych. Na pozostałych rynkach omawiany wskaźnik waha się od 2% we Wrocławiu do 7,5% w regionie Poznania. Brak dostępnej powierzchni dotyczył rynków: szczecińskiego i Polski Zachodniej. Niewielka ilość dostępnej powierzchni i dobra kondycja rynku po stronie popytowej, sprzyjają decyzjom deweloperskim o realizacji obiektów spekulacyjnych. Dotyczy to jednak jedynie pięciu głównych rynków. W pozostałych regionach, nowe powierzchnie powstają po podpisaniu umowy z najemcą (pre-let).

magazyny w polsceAKTYWNOŚĆ NAJEMCÓW

Całkowita aktywność najemców wyniosła ponad 1,8 mln mkw., co stanowi drugi, najwyższy wynik popytu odnotowany w pierwszych sześciu miesiącach roku, jednakże wyraźnie niższy o 14% w porównaniu do analogicznego okresu z 2018 roku. Spadek ten wynikał głównie z mniejszej liczby dużych transakcji w zakresie od 20 tys. do 60 tys. mkw., czy też braku inwestycji BTS o powierzchniach przekraczających 100 tys. mkw. odnotowanych rok wcześniej. W ujęciu regionalnym, obserwujemy wzrost zainteresowania najemców rynkiem Wrocławia i okolicami Warszawy. Niższą aktywność najemców odnotowano na Górnym Śląsku, a także w Polsce Centralnej, gdzie pojawiło się mniej dużych projektów typu BTS. W strukturze popytu nadal dominuje popyt netto, tj. nowe umowy i rozszerzenia – stanowiące łącznie 66% wolumenu transakcji najmu. Pozostałe 34% przypadło na renegocjacje. W strukturze branżowej popytu, podobnie jak w poprzednim roku, największy udział miały firmy logistyczne z 36-procentowym udziałem w wolumenie transakcji najmu. Aktywne pozostały także firmy z sektora lekkiej produkcji (13%), sieci sklepów (10%), FMCG (6%), motoryzacyjne (6%), e-commerce (6%), spożywczej (4%) i kurierskiej (3%).

popyt na magazynyCZYNSZE

Czynsze bazowe na większości rynków magazynowych w Polsce kształtują się na poziomie 2,50-3,80 EUR/mkw./miesiąc. Czynsze efektywne, uwzględniające zachęty finansowe dla najemców, takie jak okresy bezczynszowe oraz kontrybucję finansową, wahają się od 2,10 do 3,20 EUR/mkw./miesiąc, przy czym najniższe możliwe do osiągnięcia stawki dotyczą Poznania i Polski Centralnej oraz pojedynczych lokalizacji w okolicach Warszawy. Na większości rynków magazynowych nadal obserwujemy rosnące oczekiwania czynszowe deweloperów, podyktowane wzrostem cen gruntów inwestycyjnych w najlepszych lokalizacjach czy też rosnącymi kosztami generalnego wykonawstwa. Z drugiej strony na rynkach charakteryzujących się relatywnie wysokim odsetkiem powierzchni niewynajętej bądź dużą konkurencją wśród deweloperów, najemcy nadal mają dużą siłę negocjacyjną.

Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield
Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield

– Całkowita aktywność najemców wyniosła ponad 1,8 mln mkw., co stanowi drugi, historycznie najwyższy wynik popytu, odnotowany w pierwszych sześciu miesiącach roku. Branże związane ze sprzedażą internetową, jak również sektory motoryzacyjny, AGD i spożywczy, generują stabilne zapotrzebowanie na nową powierzchnię magazynowo-przemysłową. Wysoki poziom aktywności wykazują firmy logistyczne i kurierskie, które rozwijają swoją sieć dystrybucji chcąc sprostać rosnącemu wolumenowi przesyłek dla branży e-commerce. To również rekordowy rok pod względem podażowym – deweloperzy ukończyli 47 projektów o łącznej powierzchni 1,09 mln mkw. W ujęciu regionalnym, obserwujemy wzrost zainteresowania najemców rynkiem Wrocławia i okolicami Warszawy. Pod kątem produktowym pogłębia się dywersyfikacja – deweloperzy dostarczają szeroki wachlarz projektów, od dużych powierzchni magazynowych typu BIG-BOX (szczególnie na największych rynkach), po mniejsze projekty typu Small Business Units, zlokalizowane na obszarach miejskich czy też powierzchnie specyficzne jak obiekty produkcyjne czy cross-docki. Biorąc pod uwagę obraz całościowy, spodziewamy się kontynuacji dotychczasowych trendów i kolejnych pracowitych miesięcy dla rynku magazynowego w Polsce – powiedziała Joanna Sinkiewicz, Partner, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Plast-Box z dwucyfrowym wzrostem po I połowie 2019 r.

Plast-Box, producent opakowań z tworzyw sztucznych, odnotował znaczny wzrost wyników finansowych w I połowie 2019  roku. Zysk netto Grupy po 6 miesiącach roku sięgnął  4,3 mln zł i był niemal dwukrotnie wyższy od wyniku za analogiczny okres 2018 roku. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wzrosły o ponad 32,2%, do 111,9 mln zł, w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Wynik EBITDA wzrósł w tym czasie do 13,1 mln zł i był wyższy o 84,6% r/r.

W ujęciu jednostkowym Plast-Box S.A. – spółka matka w Grupie Kapitałowej Plast-Box i jednocześnie podmiot zarządzający, I półrocze br. zakończyła względem roku ubiegłego wyższym o 79,8% wynikiem EBITDA (stopa EBITDA 9,9%) oraz zyskiem netto 3,8 mln zł, przy przychodach na poziomie 78,8 mln zł.

Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.
Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

Budowana przez ostatni rok struktura Grupy Plast-Box i osiągnięte kompetencje, poprzez zrealizowanie pod koniec ubiegłego roku akwizycji, gwarantują nam realizację strategii wzrostu wartości ekonomicznej, co znalazło odzwierciedlenie w wynikach tego roku –  mówi Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A. – Pomimo wysokich cen surowców, wzrostu kosztów pracy i energii, osiągnęliśmy bardzo dobre rezultaty na wszystkich poziomach rentowności  – informuje.

Po 6 miesiącach br. Grupa zwiększyła sprzedaż krajową o 51,0% do poziomu 49,9 mln zł, generując w ten sposób 44,6% obrotów Grupy. Poza rozwojem w kraju priorytetowy pozostaje rynek eksportowy, gdzie  w I połowie 2019 roku Plast-Box rok do roku zwiększył sprzedaż o 20,2%.

Od lat skutecznie realizujemy strategię dotyczącą eksportu, a także dywersyfikacji geograficznej. Dzięki temu możemy budować długofalowy, stabilny wzrost Grupy Plast-Box – podkreśla Grzegorz Pawlak.

Grupa Kapitałowa Plast-Box należy do czołówki producentów opakowań plastikowych w Polsce i w Europie. W skład Grupy wchodzą: Przetwórstwo Tworzyw Sztucznych Plast-Box S.A., Plast-Box Ukraina Sp. z o.o., Plast-Box East Sp. z o.o., Plast-Box Development Sp. z o.o., Plast-Box Apartments Sp. z o.o. oraz Stark Partner Sp. z o.o. i Stark Partner Nieruchomości Sp. z o.o. Do Grupy należą 3 zakłady produkcyjne zlokalizowane w Polsce i na Ukrainie, a jej siedziba główna mieści się w Słupsku. Plast-Box istnieje od 1983 r., od 2004 r. jest notowany na GPW.

Branża elektroniczna: Obowiązkowy split payment pozytywnie wpłynie na rynek

Obligatoryjne stosowanie mechanizmu podzielonej płatności w obrocie elektroniką pomoże branży odbudować zaufanie pomiędzy kontrahentami oraz na linii przedsiębiorca – fiskus – ocenia Związek Cyfrowa Polska, reprezentujący największe firmy sektora nowoczesnych technologii.

Obligatoryjny split payment, który wejdzie w życie z początkiem listopada obejmie ponad setki towarów i usług. Prezydent Andrzej Duda w czwartek (29 sierpnia) podpisał projekt ustawy w tej sprawie.

Podzielona płatność ma być przede wszystkim ratunkiem dla gałęzi gospodarki szczególnie narażonych na proceder wyłudzania podatku VAT. Obowiązkowy split payment, który obejmie m.in. towary i wyroby elektroniczne, będzie stanowić kontynuację oczyszczania branży z oszustów. Związek Cyfrowa Polska, reprezentujący polską branżę elektroniczną, pozytywnie ocenia wprowadzone rozwiązanie.

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

To nie tylko wpłynie na komfort działania uczciwych przedsiębiorców, ale również w efekcie ukrócenia potężnych wyłudzeń i uszczelnienia systemu, przyniesie znaczne korzyści państwowemu budżetowi – ocenia prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. – Obowiązkowe stosowanie mechanizmu podzielonej płatności pomoże odbudować zaufanie pomiędzy kontrahentami, które przez ostatnie lata zostało nadszarpnięte poprzez działalność oszustów podatkowych – dodaje.

Część przedsiębiorców obawia się jednak, że obligatoryjny split payment nadwyręży ich płynność finansową – środkami przeznaczonymi na odprowadzenie VAT nie będzie można bowiem obracać w inny sposób. – Ustawodawca przewidział jednak pewne ułatwienia dla przedsiębiorców. Gromadzone na specjalnym subkoncie pieniądze na odprowadzenie VAT można np. będzie wykorzystać do opłacenia składek ZUS, podatku dochodowego, akcyzy czy cła – odpowiada Michał Kanownik.

Zdaniem Cyfrowej Polski spodziewać można, że obligatoryjny split payment wpłynie na to, że przedsiębiorcy będą korzystali z tej metody płatności także w innych transakcjach – nie objętych obligatoryjnym split payment. Jedną z zachęt do stosowania tej metody jest m.in. zwolnienie z solidarnej odpowiedzialności w przypadku nieświadomego udziału w podatkowych przestępstwach karuzelowych.

Do Portugalii nie tylko na wakacje. Portugalia potrzebuje pracowników, także z Polski

Liczba zarejestrowanych w Portugali bezrobotnych spadła do najniższego poziomu od 1991 roku. Z kolei w ub.r. zanotowano największy od dwudziestu lat wzrost gospodarczy. Prognozy na bieżący kwartał sprzyjają poszukującym zatrudnienia. Inwestorzy zagraniczni tworzą wiele nowych miejsc pracy i wkrótce uruchomią kolejne projekty. Tymczasem 46% pracodawców ma trudności ze znalezieniem nowych pracowników. Sytuację na rynku mogą poprawić m.in. imigranci. Jednak, według ekspertów, dla Polaków jest to przede wszystkim kierunek turystyczny. I to w najbliższym czasie nie powinno się zmienić.

W Portugalii brakuje pracowników, co ma związek z polepszającą się sytuacją na tamtejszym rynku pracy. Dlatego coraz częściej pojawiają się głosy o potrzebie zatrudniania imigrantów, zwłaszcza wykwalifikowanych. Ponadto, rządzący liczą na powrót obywateli, którzy w ostatnich latach masowo wyjechali z kraju ze względu na recesję.

– Liczba zarejestrowanych bezrobotnych jest najniższa od 1991 roku i wynosi 298,2 tys. osób, w tym 27,7 tys. osób poniżej 25. roku życia. W czerwcu br. stopa bezrobocia była na poziomie 6,7%. Jej postępujący spadek jest wynikiem rozkwitu gospodarczego. W ubiegłym roku Portugalia zanotowała najwyższy wzrost gospodarczy od dwudziestu lat. Niższe bezrobocie jest częściowo pochodną zauważalnej migracji młodych Portugalczyków, udających się za granicę w celu podjęcia dalszej edukacji lub pracy. Od apogeum kryzysu w 2010 roku do dzisiaj kraj opuściło ponad pół miliona mieszkańców – informuje Dariusz Duda, kierownik Zagranicznego Biura Handlowego PAIH w Lizbonie.

Z kolei Patrycja Miązek, koordynator ds. PR w ManpowerGroup Polska, powołuje się na „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” dla trzeciego kwartału br. Z tego raportu wynika, że różnica pomiędzy liczbą pracodawców deklarujących przyjęcia i zwolnienia pracowników wynosi +12%. W praktyce oznacza to dobre perspektywy dla osób poszukujących pracy. Więcej firm będzie powiększać swoje zespoły niż je redukować. Obecnie najwięcej ofert jest w sektorze związanym z finansami i usługami dla biznesu oraz w hotelarstwie i restauracjach, a najmniej – w przemyśle.

– Portugalia stała się bardzo atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów, którzy chętnie tu umiejscawiają swoje projekty inwestycyjne i reinwestycyjne. Dla wielu z nich kraj ten jest bardziej korzystny kosztowo niż np. Polska. W najbliższym czasie nowe projekty uruchomią tu takie firmy jak Google, Amazon, Volkswagen, Mercedes-Benz czy Bosch, tworząc kilka tysięcy nowych miejsc pracy. W latach 2015-2018 liczba nowych inwestycji typu greenfield rosła rocznie o 161%, dając Portugalii w tej kategorii pierwsze miejsce spośród krajów Europy Zachodniej – komentuje Dariusz Duda.

Raport „Niedobór talentów”, przygotowany przez ManpowerGroup, wskazuje również stanowiska najtrudniejsze do obsadzenia. Listę otwierają wykwalifikowani pracownicy fizyczni, czyli elektrycy, spawacze i mechanicy. Na kolejnych miejscach znajdują się technicy (kontrolerzy jakości, personel techniczny) oraz kierowcy (pojazdów ciężarowych, budowlanych, publicznego transportu zbiorowego). Czołową piątkę uzupełniają inżynierowie (elektromechaniki, chemii, cywilni) oraz personel sprzątający.

– Z raportu „Niedobór talentów” wynika, że 46% pracodawców w Portugalii ma trudności w obsadzaniu miejsc pracy nowymi pracownikami. 25% ankietowanych stwierdziło, że kandydaci nie posiadają potrzebnych kompetencji twardych. Z kolei 24% uczestników badania zwróciło uwagę na niedostępność jakichkolwiek kandydatów, a 13% na brak wymaganego doświadczenia zawodowego. Co dziesiąty pracodawca jako przyczynę problemów podał także brak potrzebnych kompetencji miękkich. Tyle samo wskazań otrzymały zbyt wysokie oczekiwania finansowe kandydatów– wylicza Patrycja Miązek.

Natomiast Bogdan Jędrzejowski, oficer prasowy z Ambasady RP w Lizbonie, przytacza dane SEF-u, tj. portugalskiego urzędu imigracyjnego. Wynika z nich, że na koniec 2018 roku liczba imigrantów wyniosła 480 300. Najwięcej z nich, bo 105 423, wywodziło się z Brazylii. Natomiast z całej Europy przybyło 202 514 osób. W tej grupie znalazło się 2320 Polaków. Nasi rodacy upodobali sobie Dystrykt Lizboński, było ich tam 1061.

– Rokrocznie jeździ tam ok. 250 tys. turystów z Polski. Natomiast Portugalia nie stanowi już atrakcyjnej destynacji zarobkowej dla naszych rodaków. W tym roku wyprzedzimy ją w ujęciu PKB per capita, mierzonym według parytetu siły nabywczej, czyniąc nasz kraj de facto bogatszym. Republika Portugalska stanowi jednak doskonałą lokalizację do prowadzenia biznesu – wzajemne obroty handlowe z Polską rosną w rocznym tempie 14,5%, a nasze rodzime firmy mają cenowo i jakościowo konkurencyjną ofertę eksportową – podkreśla kierownik Zagranicznego Biura Handlowego PAIH w Lizbonie.

Do tej pory z Portugalii do Polski docierało mało ofert zatrudnienia. Wśród nich były propozycje pracy związane z obsługą klientów międzynarodowych korporacji. Jedna z firm zapewnia na takim stanowisku 900-1100 euro brutto miesięcznie oraz zakwaterowanie. Doświadczenie nie jest wymagane, ale trzeba znać języki obce, np. niemiecki, niderlandzki, rosyjski czy hebrajski.

– Głównym wyzwaniem dla Polaków podejmujących zatrudnienie w Portugalii są kwestie natury biurokratycznej i duża dowolność w interpretacji przepisów. Tak wynika z naszego doświadczenia i kontaktów z rodakami. Oni często zgłaszają nam sytuacje, w których dwóch urzędników tej samej instytucji wymaga od nich zupełnie innych dokumentów do załatwienia zupełnie tej samej sprawy. Dotyczy to np. rejestracji rezydencji, uzyskania numeru podatnika, rejestracji w państwowym zakładzie ubezpieczeń społecznych czy przerejestrowania samochodu. Dla osób, które dopiero zaczynają swoja przygodę z tym krajem, jest to konfundujące – zaznacza oficer prasowy z Ambasady RP w Lizbonie.

Wśród ekspertów od HR-u mówi się, że Polacy nie zmienią nagle przyzwyczajeń związanych z wyjazdami zarobkowymi. Portugalia nie będzie tak kuszącym kierunkiem, jak inne państwa Europy Zachodniej, również po brexicie. Proponowane wynagrodzenia pozostaną niższe niż w innych zakątkach kontynentu. Ponadto nie należy spodziewać się wysypu ofert kierowanych do kandydatów znad Wisły.

– Rząd Portugalii usilnie zabiega o powrót swoich rodaków do ojczyzny, oferując bezpośrednie transfery finansowe lub ulgi podatkowe. W ramach programu Regressar proponuje wsparcie finansowe, sięgające aż 6,5 tys. euro. Kolejną zachętą jest obniżenie o połowę podatku dochodowego na okres 5 lat dla Portugalczyków, którzy opuścili kraj przed 2015 rokiem. Do tego dochodzi jeszcze 20% stawka podatku dochodowego na okres 10 lat dla pracowników o wysokich kwalifikacjach, czyli Residente Não Habitual – podsumowuje Dariusz Duda.

Miedź – ekologiczny materiał przyszłości w chłodnictwie i klimatyzacji

W dobie zmian klimatycznych i rosnących amplitud temperatur, kluczowe staje się posiadanie wydajnej instalacji oraz urządzeń do klimatyzacji, wentylacji i chłodzenia (HVACR), zapewniających odczucie komfortu cieplnego. W najbliższych latach będziemy obserwować zwiększone zapotrzebowanie na korzystanie z klimatyzacji w biurowcach i budynkach mieszkalnych oraz z systemów chłodniczych w sklepach. Zdaniem ekspertów Europejskiego Instytutu Miedzi, przełoży się to na poszukiwanie rozwiązań ekologicznych i efektywnych energetycznie. A te zapewniają komponenty oparte na miedzi. 

– Dlaczego miedź? Ponieważ jest trwała, niezawodna, odporna na wysokie i niskie temperatury oraz korozję. Miedź jest doskonałym przewodnikiem ciepła. Swoją popularność zawdzięcza własnościom wykorzystywanym w trakcie produkcji i eksploatacji instalacji. Należą do nich m.in.: wysoka plastyczność, duża trwałość czy bakteriostatyczne oddziaływanie. Metal ten jest przyjazny dla środowiska, gdyż w 100% podlega recyklingowi. A przede wszystkim jego zastosowanie pozwala zmaksymalizować wydajność systemu przy jednoczesnej minimalizacji kosztów instalacji i użytkowania. Taki efekt można uzyskać m.in. montując rury miedziane o mniejszej średnicy niż dotychczasowe – mówi Michał Ramczykowski, prezes zarządu Europejskiego Instytutu Miedzi.

Mniejsze, lżejsze i bardziej efektywne

Minimalne średnice  rzędu 4 – 7 mm  są stosowane w specjalnych rurach wewnętrznie gwintowanych lub rowkowanych. Gwintowanie/rowkowanie zwiększa powierzchnię wewnętrzną rury przy zmniejszeniu jej średnicy, co powoduje: bardziej efektywny transfer ciepła i pozwala zastosować  mniejsze, lżejsze  wymienniki lub większy transfer ciepła i większą wydajność przy tej samej wielkości  wymiennika. Kolejną zaletą takich ekologicznych rur miedzianych jest również znaczne zmniejszenie objętości drogiego czynnika chłodzącego, co oznacza niższe koszy eksploatacji. Rurki o małej średnicy to także mniejsze zużycie materiałów oraz redukcja masy i wielkości  instalacji oraz urządzeń HVACR.

Przykładowo dla funkcjonalnie równoważnych wymienników ciepła o mocy 5 kW, ciężar rur zmniejszono o 31 procent i 46 procent, gdy średnice rur miedzianych zamieniono odpowiednio z 3/8 cala na 7 mm i z 3/8 cala na 5 mm. Instalacje te mogą także pracować przy wyższych ciśnieniach, wymaganych do kondensacji nowych ekologicznych czynników chłodniczych, takich jak R410a lub R744[1]  – mówi Kazimierz Zakrzewski, ekspert Europejskiego Instytutu Miedzi.

Łatwa wymiana i recykling

W branży chłodniczej i klimatyzacyjnej trudno będzie zastąpić unikalne właściwości miedzi, w zakresie odporności na korozję, niezawodności i długiej żywotności. Jednak  jeśli wymiana instalacji okaże się konieczna, nie sprawi to żadnych problemów. Wytwarzanie, montaż, serwis i naprawa nie ulegają zasadniczym zmianom, dlatego przejście z tradycyjnych rur miedzianych na  grawerowane/profilowane rury o małych średnicach jest stosunkowo proste. Natomiast zużyte komponenty miedziane poddaje się recyklingowi.

Do wykonywania instalacji klimatyzacyjnych oraz chłodniczych zazwyczaj wykorzystuje się rury miedziane, wykonane zgodnie z normą PN-EN 12735-1. Jednakże nie spełniają one kryteriów wysokich ciśnień, wymaganych przy stosowaniu przyjaznego dla środowiska czynnika chłodzącego, jakim jest CO2. Wówczas coraz częściej używa się stopu miedzi z małą domieszką (ok. 2,5 %) żelaza, co pozwala na wykonanie ekonomicznej instalacji systemów chłodniczych o ciśnieniu roboczym do 120 barów.

Różne systemy łączeń

Instalacje chłodnicze łączone są lutem twardym z minimalną 2% zawartością srebra. Drugim, stale zyskującym na popularności, sposobem łączenia jest zaprasowywanie przy użyciu łączników zgodnych z Europejską Dyrektywą Ciśnieniową 97/23/WE (określana jako dyrektywa PED). W porównaniu do lutowania, ten typ połączenia jest znacznie bardziej estetyczny i szybszy w montażu. Może być także wykonany przez instalatora o niższych kwalifikacjach.

[1] https://www.copper.org/applications/plumbing/comml_tube/hvac_faqs.html

Bank ma prawo skanować dowód

Nie powinniśmy godzić się na kserowanie dokumentów tożsamości przez wypożyczalnie rowerów czy kajaków. Pomimo zmian ustawowych mogą to nadal robić banki.

Przepisy o dokumentach publicznych pojawiły się w polskim systemie prawnym z inicjatywy także banków, a chodziło przede wszystkim o to, aby z obrotu wyeliminować tzw. dokumenty kolekcjonerskie takie jak dowód osobisty czy prawo jazdy, bo nieuczciwi klienci na takie dokumenty próbowali założyć konto bankowe.

Wprowadzono zakaz sprzedaży takich dokumentów kolekcjonerskich. Zakaz obowiązuje po wejściu w życie ustawy o dokumentach publicznych, czyli od 22 listopada 2018 r. Jednak przy tej okazji pojawiły się wątpliwości czy banki mogą kopiować dowody osobiste bądź paszporty.

– Ponieważ jest wiele różnych interpretacji, to chciałbym zapewnić, że banki mogą kopiować dokumenty tożsamości, a wynika to z innych ustaw. Z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowania terroryzmu i ustawy prawo bankowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich. – Pozyskiwanie danych osobowych poprzez kserowanie dowodu osobistego ma na celu bezpieczeństwo środków ulokowanych w banku, a kopie takich dokumentów nigdy z banków nie wyciekają.

ZBP przestrzega, że podczas wakacji zbyt łatwo godzimy się na pozostawienie dowodu osobistego w wypożyczalni kajaków czy rowerów. Nie powinniśmy się też godzić na kserowanie dokumentów tożsamości. Lepiej zostawić kaucję, oczywiście za pokwitowaniem.

Sierpień: Miesiąc zmienności na rynkach

Sierpień zapamiętamy przede wszystkim jako okres spadków na rynkach wschodzących. Bezpośrednim skutkiem wojen handlowych, patrząc w skali całego miesiąca, była przecena nie tyle na rynkach rozwiniętych, które zdołały odrobić część strat, ale właśnie na rynkach wschodzących. Co więcej, patrząc w skali całego roku, rynki rozwinięte w dalszym ciągu mogą pochwalić się dobrymi stopami zwrotu, gdzie w przypadku MSCI EM można mówić o poziomach bliskich 0%.

Bezpieczne przystanie

Zdecydowanym wygranym minionego miesiąca są tak zwane „bezpieczne przystanie”. Silnie umocnił się dolar amerykański i to pomimo perspektywy obniżek stóp, oraz frank szwajcarski. Pierwszy raz od 6 lat barierę 1500 dolarów za uncję przekroczyło złoto. Sytuacja jest specyficzna ponieważ, pomimo że perspektywa szybkiego zakończenia wojny handlowej jest mało realna w obecnych okolicznościach, to dalecy jesteśmy od globalnej recesji.

Nieprzewidywalności amerykańskiego prezydenta

Kluczem do obecnych wydarzeń jest nieprzewidywalność, jaka związana jest z dalszymi krokami amerykańskiego prezydenta. Od przełomu lipca i sierpnia, gdy przypomniały o sobie kwestie związane z wojną handlową, mało było przesłanek, które mogłyby przybliżyć koniec handlowego sporu. Strona chińska nie pozostała bierna, najpierw administracyjnie osłabiła swoją walutę, by następnie odpowiedzieć pakietem ceł retorsyjnych na groźby Stanów Zjednoczonych. Odpowiedzi Donalda Trumpa były szybkie i raczej niepodparte głęboką analizą, co tylko zwiększało niepokój ze strony inwestorów. Uspokojenie nastrojów przyniosła dopiero nieco bardziej koncyliarna odpowiedź Chin w ostatnim tygodniu sierpnia, które zatrzymały groźną już licytację na kolejne cła i sankcje. Trudno jednak oczekiwać, by w szybkim czasie spór uległ rozwiązaniu. Inwestorzy potrzebowali jednak tej niewielkiej dawki spokoju, by indeksy mogły nieśmiało powrócić do wzrostów.

Koszt sporu USA – Chiny

Patrząc szerzej, datą graniczną w dalszym ciągu wydają się amerykańskie wybory, gdyż koszty z obu stron uderzają bezpośrednio w konsumentów. Estymowany koszt wojen handlowych w przeliczeniu na amerykańskie gospodarstwo domowe tylko w lipcu wzrósł z 600 dolarów do tysiąca dolarów rocznie. Dalsza eskalacja sporu może nie pomóc Donaldowi Trumpowi w reelekcji, stąd spodziewać się należy powrotu do rozmów, przeplatanych dalszymi wybiegami negocjacyjnymi z obu stron. Możliwe jednak, że czeka nas teraz moment spokoju.

Warszawski parkiet

Wracając na moment do kosztów wojny handlowej, w perspektywie rynków, dobrym przykładem jest warszawski parkiet. W momencie największej eskalacji spadków WIG 20 znalazł się najniżej od 2017 roku, tegoroczne dołki osiągnęły też pozostałe indeksy. Warszawska giełda była pod presją zarówno wydarzeń globalnych, jak i wielu czynników lokalnych, jak wyprzedaż banków frankowych związana z groźbą wyroku TSUE. A zgodnie z powszechnie obowiązującym przysłowiem, na GPW bez banków nie ma hossy. Krajowym pożyczkodawcom nie pomaga również ogólna przecena banków europejskich, związana zarówno ze spowolnieniem gospodarczym w Strefie Euro, jak również z polityką EBC. Ponadto, warszawska giełda znajdowała się pod presją zmian w składzie indeksów MSCI EM. Najgorszy etap tych zmian jest już jednak za nami. Pozostaje niepewna kwestia dalszej podaży ze strony OFE, jak również zbliżający się moment startu PPK. Biorąc jednak pod uwagę bardzo niskie wyceny, jak również wskazania technicznych indeksów, bardziej prawdopodobnym scenariuszem są umiarkowane wzrosty w pozostałej części roku. Do tego potrzeba jest jednak poprawa nastrojów na globalnych rynkach akcji, a tutaj klucz posiadają banki centralne.

Co we wrześniu?

W nadchodzącym miesiącu czekają posiedzenie EBC, gdzie powszechnie oczekuje się rozpoczęcia programu luzowania monetarnego. Będzie to jednak preludium przed wrześniowym posiedzeniem FOMC, które ustawi nastroje na rynkach do końca roku. Poza oczekiwaną obniżką stóp procentowych o 25 pb., inwestorzy liczą na bardziej zdecydowane deklaracje ze strony Jerome Powella. Nieco słabsze dane z gospodarki USA, jak również groźba dalszej eskalacji wojen handlowych zdają się wspierać ten scenariusz.

Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami w Vienna Life TU na Życie S.A Vienna Insurance Group.

Aplikacja mObywatel – czym jest i dlaczego warto ją mieć?

Aplikacja mObywatel – czym jest i dlaczego warto ją mieć?Jednym z przydatnych rozwiązań jest rządowa aplikacja mObywatel umożliwiająca łatwe i szybkie potwierdzenie swojej tożsamości. Dowiedz się więcej o aplikacji i sprawdź, dlaczego warto zainstalować ją w telefonie!

mObywatel – wirtualny portfel

mObywatel to aplikacja dająca szybki dostęp do elektronicznych dokumentów. Jest to krok, który wraz z rozwojem płatności mobilnych pozwala niemal na dobre pozbyć się tradycyjnego portfela. Dziś wszystko, co najważniejsze możesz mieć przy sobie zawsze wtedy, gdy masz telefon. mObywatel umożliwia korzystanie z wirtualnego odzwierciedlenia danych z dowodu osobistego, dowodu rejestracyjnego pojazdu czy legitymacji szkolnej (a wkrótce także studenckiej). To wszystko w jednej aplikacji.

Aplikacja nie zastępuje dowodu osobistego. Jako obywatele mamy obowiązek mieć ważny dowód osobisty, jednak nie mamy obowiązku zawsze nosić go przy sobie. Wtedy może przydać się mObywatel.

mTożsamość – odzwierciedlenie danych z dowodu osobistego

Dowód osobisty często się przydaje. Przy załatwianiu spraw urzędowych nadal potrzebny jest fizyczny dokument, jednak w wielu sytuacjach wystarczy wylegitymować się za pomocą aplikacji mObywatel, a konkretnie funkcji nazwanej mTożsamość. Wystarczy ona do potwierdzenia swojej tożsamości w hotelu czy sklepie. Upoważni też do odebrania listu poleconego na poczcie, a także podczas kontroli biletów w pociągu. To niesamowita wygoda – teraz załatwisz wiele spraw, nawet gdy nie masz przy sobie portfela.

mPojazd – dokumenty samochodu, motocykla, skutera

Również dokumentów pojazdu nie musisz już ze sobą wozić. Nowe przepisy zniosły konieczność posiadania przy sobie dowodu rejestracyjnego, jednak dane w nim zawarte niekiedy okazują się przydatne. Co wtedy? Z aplikacją mObywatel, w której jest moduł mPojazd, w telefonie możesz przechowywać, takie dane jak: data rejestracji, numer VIN czy rok produkcji pojazdu. Co więcej, jest ona przystosowana również do przechowywania informacji o ubezpieczeniu OC, a 30 dni przed jego wygaśnięciem przyśle Ci stosowne przypomnienie. Dzięki temu już nigdy więcej nie zapomnisz o przedłużeniu polisy!

Usługa mPojazd dostępna jest dla wszystkich posiadaczy smartfonów z systemem Android (6.0 wzwyż).

mLegitymacja – coś dla uczniów

Również osoby niepełnoletnie mogą skorzystać z funkcjonalności aplikacji mObywatel, jaką jest mLegitymacja.  Uczniowie mogą przechowywać w niej dane swojej legitymacji szkolnej. mLegitymacja daje prawo do otrzymania zniżek przysługujących uczniom, nie tylko w środkach transportu zbiorowego (w tym w pociągach), ale także np. przy zakupie biletów do kina czy punktach rozrywki.

Wszędzie tam wirtualna legitymacja zastąpi tę fizyczną. Będzie ją znacznie trudniej zgubić czy zniszczyć – to doskonała informacja zarówno dla dzieci, jak i rodziców.

mLegitymacje mogą być wydawane uczniom szkół podstawowych i ponadpodstawowych, zarówno publicznych, jak i niepublicznych. Aby je uruchomić, uczniowie muszą mieć telefon z systemem operacyjnym Android w wersji co najmniej 6.0.logotypy_z_nask

Zmiana na stanowisku Dyrektora Wywiadu Narodowego USA

Prezydent Donald Trump ogłosił zmianę na stanowisku dyrektora Wywiadu Narodowego USA. Obecnego dyrektora Dana Coatsa ma zastąpić kongresmen z Teksasu John Ratcliffe. D. Coats to były republikański senator z Indiany, który był także ambasadorem w Niemczech. Stanowisko piastował od początku prezydentury Trumpa w 2017 r. Jednak w trakcie swojej kadencji starł się z prezydentem w kilku kwestiach.

Publiczne, a niekiedy osobiste spory dotyczyły głównie rosyjskiej ingerencji w wybory w USA i zdolności nuklearnych Korei Północnej. Trump od dawna sceptycznie odnosi się do krajowych agencji wywiadowczych, wywoływały jego gniew, kiedy oceniły, że Rosja ingerowała w wybory prezydenckie w 2016 r.

Coats zyskał reputację dzięki trzeźwym wnioskom wywiadowczym, które czasami były sprzeczne z celami politycznymi Trumpa. Na przykład wyjawił śledczym specjalnego prokuratora Muellera, że Trump, zły na rozwój śledztwa w sprawie powiązań między jego kampanią a Rosją, bezskutecznie próbował zmusić go do złożenia publicznego oświadczenia odrzucającego tego rodzaju związki.

W lutym publicznie poddał w wątpliwość możliwość nakłonienia Korei Północnej do zakończenia programu jądrowego, pomimo wysiłków dyplomatycznych administracji, która ogłosiła takie ograniczenie jako fakt i jedno z najważniejszych osiągnięć swojej polityki zagranicznej. Coats publicznie krytykował również relacje prezydenta z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Ratcliffe, pomimo trzeciej kadencji, jest stosunkowo mało znanym członkiem Kongresu. Jego nominacja, zgodnie z nowym regulaminem Senatu, wymaga zwykłej większości 51 głosów, ale nie pozostawia miejsca na błąd, ponieważ republikanie mają większość jedynie 53 mandatów.

Ratcliffe w swoim pierwszym wystąpieniu w Fox News Channel wszedł od razu w retorykę Trumpa. Powiedział, że nadszedł czas, aby skończyć rozmowy o impeachmencie, zakwestionował wartość raportu Muellera w sprawie rosyjskiej ingerencji w wybory i wezwał do przeprowadzenia dochodzenia w sprawie potencjalnych wykroczeń administracji Obamy.

Lider Demokratów w Senacie, Chuck Schumer, napisał na Twitterze, że Ratcliffe został wybrany na stanowisko ponieważ wykazywał ślepą lojalność wobec D. Trumpa. Dodał, że jeśli republikanie w Senacie przegłosują jego kandydaturę, to będzie to duży błąd.

Źródło: The Guardian z 28.07.2019 i 29.07.2019

Niemieckie firmy nie mają złudzeń co do przyszłości gospodarki ich kraju

W mijającym tygodniu utrzymywała się nerwowa atmosfera na rynkach finansowych. Dodatkowo, w Europie na wzrost napięcia miały wpływ również wyniki indeksu nastrojów gospodarczych Ifo. Indeks ponownie zanotował spadek, i to do 94,3 pkt. Wskaźnik ten jest tworzony na podstawie oceny 9000 uczestników, reprezentujących firmy z różnych gałęzi. Jego wynik sugeruje, że niemiecka gospodarka jest w dołku, a perspektywy na wyjście z niego są pesymistyczne. Warto też wspomnieć, że badanie zostało przeprowadzone w czasie, gdy nie było jeszcze wiadomo, że wojny handlowe będą się nasilać. Pod koniec ubiegłego tygodnia Chiny zareagowały odwetem na protekcjonistyczne środki USA. Donald Trump odpowiedział na ten ruch groźbami. Oznajmił też, że był w kontakcie ze stroną chińską, która wg jego wypowiedzi, jest zainteresowana negocjacjami w sprawie ukończenia wojen handlowych. Chiny takiego stanowiska jednak nie potwierdziły.

Nerwowa sytuacja w handlu, związana również ze zbliżającym się Brexitem, odbija się na walutach regionalnych. Przykładem może być węgierski forint, który w czwartek spadł na najsłabszą historycznie wartość w stosunku do euro, do poziomu 331 EUR/HUF. Osłabienie kontynuował również polski złoty, którego kurs w piątek rano był na poziomie 4,38 EUR/PLN. Eurodolar na koniec tygodnia wynosił 1,10 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Hiszpański bank zamieszany w skandal szpiegowski

BBVA, drugi co do wielkości bank w Hiszpanii, został objęty dochodzeniem w związku z powiązaniami z nielegalną siecią, która od ponad 20 lat szpiegowała polityków, biznesmenów, dziennikarzy i sędziów.

Zasadnicze śledztwo dotyczy José Manuela Villarejo, 67-letniego byłego szefa policji, który od listopada 2017 r. pozostaje w areszcie. Prokuratorzy oskarżają go o prowadzenie nielegalnego przedsiębiorstwa gromadzącego informacje, które naruszyło prywatność setek obywateli. Ofiary Villarejo były atakowane przez korporacyjnych konkurentów i indywidualnych klientów. Wielu szantażowano na podstawie informacji zebranych przez byłego szefa policji i jego sieć.

We wtorek 30 lipca 2019 r. hiszpański Sąd Najwyższy wszczął formalne postępowanie wobec banku BBVA, który był jednym z głównych klientów Villarejo. Według prokuratury bank dokonywał nielegalnych płatności na rzecz firmy o nazwie Cenyt, która była własnością Villarejo. Płatności trwały ponad 13 lat, a Villarejo zarobił od BBVA blisko 10 mln EUR (11,1 miliona dolarów). W zamian jego sieć prowadziła operacje inwigilacyjne na rzecz banku.

Jedna z operacji była skierowana przeciwko Sacyr, dużej hiszpańskiej firmie budowlanej, która próbowała kupić BBVA w 2004 i 2005 roku. Prokuratorzy oskarżają BBVA o przekupstwo, ujawnianie poufnych informacji i korupcyjne praktyki biznesowe.

W styczniu 2018 r. pięciu funkcjonariuszy policji i pracownik hiszpańskiego urzędu skarbowego, zdecydowali się zeznawać w sądzie na temat sieci Villarejo. Proces Villarejo trwa.

Źródło: portal intelNews.org z 31.07.2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski – Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Polska gospodarka wciąż silna. Inflacja rośnie o 2,8%, wzrost gospodarczy 4,5%

Pozytywnym efektem obecnych transferów socjalnych jest szybkie tempo rozwoju kraju. Podczas gdy Niemcy mają coraz wyraźniejsze problemy gospodarcze, rodzima gospodarka wciąż rośnie i to w bardzo solidnym tempie 4,5%. Niemcom co prawda udało się wygenerować imponującą nadwyżkę budżetową, ale Polska również ogranicza zadłużenie.

Dane z Polski

Poznaliśmy dzisiaj dwa bardzo ważne odczyty dla naszej gospodarki. Inflacja rośnie o 2,8% w skali roku. Oznacza to zgodny z oczekiwaniami spadek o 0,1% względem poprzedniego miesiąca. Najważniejszym czynnikiem powodującym wzrost inflacji jest cena żywności. Ceny są jednak stabilizowane przez spadek cen paliw i energii. Pytanie, jak to będzie wyglądało za rok, po uwolnieniu cen prądu. Drugim ważnym odczytem był wzrost gospodarczy. 4,5% wzrostu to bardzo dobry wynik, szczególnie biorąc pod uwagę kondycję naszego zachodniego sąsiada. Przewyższył on oczekiwania, bo obserwatorzy spodziewali się większego spadku. Jednocześnie jest to jeden z najniższych odczytów na tle ostatnich kilku lat. Złoty przyjął te dane w miarę stabilnie zyskując nieznacznie względem głównych walut.

Argentyna i MFW

Ostatnie niespodzianki wyborcze w Argentynie zmusiły obecnego prezydenta do zmiany kursu. Jak się okazuje, prowadzenie racjonalnej polityki gospodarczej po raz kolejny przegrywa z populizmem obiecującym ludziom rzeczy, na które państwa nie stać. W rezultacie obecny prezydent podchwycił retorykę renegocjacji umów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Skuteczność tych działań będzie najprawdopodobniej żadna, ale wybije opozycjonistom z rąk argument, że można w ten sposób łatwo zaoszczędzić dużo pieniędzy. Dla przypomnienia, jeszcze na początku sierpnia za jednego dolara płacono około 45 peso, teraz jest to już niemal 60 peso.

Budżet Polski bez deficytu

Jak już pisaliśmy, pojawił się projekt budżetu bez deficytu. Okazuje się jednak, że nie uwzględnia on jednej ze sztandarowych obietnic ekipy rządzącej – wypłaty dodatkowych emerytur. Koszt tego zabiegu to 11 mld złotych. Jest to niemała kwota i ciężko sobie wyobrazić, że ktoś nagle “znajdzie” takie pieniądze w oszczędnościach. Z drugiej strony, nawet z takim debetem byłby to najbardziej optymistyczny projekt budżetu w historii. Ograniczanie deficytu to dobry sygnał, który świadczy o tym, że pomimo zwiększonych wydatków socjalnych nie przejadamy jako naród całej dobrej koniunktury.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – Kanada – wzrost PKB,
  • 14:30 – USA – wydatki Amerykanów,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Wybory prezydenckie w USA na szpiegowskim celowniku wielu krajów

Według „Washington Post”, które powołuje się na ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa, wiele krajów, nie tylko Rosja, podejmuje wysiłki, aby wpływać na nadchodzące wybory prezydenckie w USA w 2020 r. Rosja co prawda w tych działaniach zajmuje czołowe miejsce, ale operację wywiadowcze w tym zakresie prowadzą również Izrael, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wenezuela i Chiny.

Większość zagranicznych operacji informacyjnych odbywa się na portalach społecznościowych, takich jak YouTube, Twitter, Instagram i Facebook. Ale są też kampanie, które wpływają na bardziej tradycyjne amerykańskie media, na przykład poprzez nakłanianie gazet do publikowania listów do redakcji, które są w rzeczywistości napisane przez agentów zagranicznych wywiadów.

Analitycy z FireEye, Graphika oraz innych firm zajmujących się cyberbezpieczeństwem i analizą sieci twierdzą, że niektóre operacje informacyjne są trudne do wykrycia, ponieważ obecność państwowych służb wywiadowczych nie zawsze jest widoczna. Jednak wiadomości przekazywane w tweetach, postach na Facebooku, filmach online itp. powtarzają – często słowo w słowo – retorykę obcych rządów i promują ich cele geopolityczne.

Cele te są różne. Rosyjskie, izraelskie i saudyjskie operacje informacyjne zazwyczaj wyrażają silne poparcie polityczne dla prezydenta USA Donalda Trumpa, którego reelekcję postrzegają jako korzystną dla swoich interesów narodowych. Irańskie operacje informacyjne służą dezawuowaniu Trumpa za jego negatywne stanowisko w sprawie irańskiego porozumienia nuklearnego i poparcie dla interwencji Arabii Saudyjskiej w Jemenie.

Według dziennika wszystkie duże portale społecznościowe zatrudniają zespoły operatorów „przesiewowych”, których misją jest wykrywanie i eliminowanie kampanii dezinformacyjnych. Jednak eksperci pozostają sceptycznie nastawieni co do skuteczności zwalczania tego zjawiska, biorąc pod uwagę, że liczba i zaawansowanie takich kampanii stale rośnie.

Wiele krajów – w tym Izrael i Stany Zjednoczone – prowadzi obecnie zaawansowane operacje informacyjne ukierunkowane na wybory wewnętrzne na kilku kontynentach. Z kolei inne, jak Katar, Filipiny i Turcja stosują te techniki na własnych wyborcach, ale mogą potencjalnie wykorzystać je w niedalekiej przyszłości do atakowania obcych społeczeństw, w tym Amerykanów. Oczekuje się, że wybory prezydenckie w USA w 2020 r. będą najgorętsze w historii pod względem zmagań w cyberprzestrzeni.

Źródło: The Washington Post z 25.07.2019 r.

Milenialsi – to oni królują na rynku e-commerce

Trzy czwarte (75 proc.) milenialsów (osób urodzonych w latach 80-tych i 90-tych) kupuje w internecie – jak wynika z badania przeprowadzonego przez Kantar TNS na zlecenie KIR i Związku Banków Polskich[1]. E-sklepy dwoją się i troją, by dotrzeć do tej licznej, acz wymagającej gruby konsumentów. Kim są i czego potrzebują kupujący z pokolenia milenialsów?

Coraz częściej u osób młodych zakupy online stają się pierwszym wyborem. Nie wymagają wyjścia z domu i czasochłonnego przemierzania alejek centrów handlowych. W ciągu jednej godziny znajdziemy w sklepie internetowym znacznie więcej interesujących produktów, niż odwiedzając kolejne sklepy stacjonarne. Rozwój e-commerce nikogo zatem nie dziwi. Jest szybciej, wygodniej i często także taniej.

Czym kierują się milenialsi?

Milenialsi chętnie korzystają z mediów społecznościowych, a w wyborze stron kierują się rekomendacjami. Częściej niż pozostali e-nabywcy zwracają swoje zakupy i mają wyższe wymagania jeśli chodzi o łatwość korzystania z danej strony. Młodzi użytkownicy są świadomi sytuacji rynkowej i cenią sobie szeroki wybór produktów. Jak wynika z raportu Barometer E-shopper 2018 przygotowanego na zlecenie DPDgroup, aż 45 proc. z nich dokonuje zakupów na zagranicznych stronach internetowych.

To właśnie milenialsi najczęściej są tzw. „nowymi nabywcami” (aż 52 proc. tej grupy). To świadomi nabywcy – lubią programy lojalnościowe, cenią łatwość procesu zakupowego i bezpieczeństwo transakcji  – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.

Młodzi kupują mobilnie

Przedstawiciele pokolenia milenialsów do załatwiania swoich codziennych zadań najczęściej wykorzystują smartfon. Jak wynika z badania Barometer E-shopper 2018 aż 62 proc. milenialsów robi zakupy za pośrednictwem smartfona, co jest wynikiem  o 13 p.p. wyższym niż dwa lata wcześniej. E-commerce zaś szybko odpowiada na oczekiwania milenialsów, gdyż nowe technologie oferują e-sklepom niemal nieograniczone możliwości – od tworzenia aplikacji i responsywnych stron internetowych, poprzez kreowanie i podtrzymywanie pozytywnego wizerunku online, aż po inwestowanie w kampanie reklamowe w mediach społecznościowych.

Jakość usług przede wszystkim

Dla milenialsów bardzo istotna jest jakość usług kurierskich. Oczekują oni szybkiego doręczenia przesyłki z możliwością określenia godziny wizyty kuriera. Szczególnie ważna jest dla nich możliwość wyboru spośród różnych opcji dostarczenia zamówionej paczki. Są otwarci na alternatywne warianty usług – click and collect (zamów online, odbierz w sklepie), odbiór w punkcie nadań i odbiorów czy w automacie.

[1] Badanie zostało zrealizowane w marcu 2019 r. na ogólnopolskiej próbie 1009 osób w wieku powyżej 15 lat.

Millenialsi chociaż samotni to silni, pokolenie które zmienia rynek

Co trzecia osoba urodzona w latach 1980 – 1994 przyznaje, że często czuje się opuszczona i samotna, donosi YouGov w badaniu “Friendship”, które przeprowadzono w lipcu br. Czy bardzo im to przeszkadza? Niezupełnie, ponieważ pocieszenia szukają tam, gdzie mają najbliżej – w sieci. Braki w kontaktach z ludźmi zastępują sobie technologią, zamieniając związki z rówieśnikami, na relacje z produktami i wymuszając zmianę na biznesie.

To nie są dobre czasy dla millenialsów. Niegdyś oskarżani o mamisynkowatość, później obarczeni winą za niską wydajność, a teraz – podążający przez życie z łatką aroganckich i roszczeniowych przypiętą im przez pracodawców i socjologów. Żeby tego było mało, los zafundował im kolejne wyzwanie – samotność. Okazuje się, że ich nastawienie nie zachęca do nawiązywania nowych znajomości, donoszą badania brytyjskiej firmy analitycznej YouGov, która w 2019 r. została uznana za jedną z 25 najlepszych firm badawczych na świecie (raport GRBN Top 25).

Wyniki analizy 1400 przypadków pokazują, że Millenialsi są grupą, która najczęściej zgłasza, że czuje się osamotniona. Szczególnie, gdy Ygreków porównamy do generacji X i Baby Boomers. Aż 30% zapytanych twierdzi, że zawsze lub często czuje się samotna, gdzie w przypadku członków pokolenia X, tylko jeden na pięciu (20%). Jeszcze mniejszy odsetek dotyczy osób z wyżu demograficznego lat 70 (15%).

Cyfrowa rzeczywistość – tak w domu jak i w pracy

Zdaniem badaczy, braki w życiu realnym, młode pokolenia rekompensują sobie sympatią do techgadżetów i wzmożoną aktywnością w sieci, wykorzystując platformy społecznościowe, platformy blogowe czy ecommerce. Cieszą się też producenci, jak donosi Ped Dew Research, raptem jeden na dziesięciu Millenialsów nie posiada smartfona (92%), to najwyższy wynik spośród wszystkich badanych grup wiekowych – w porównaniu z 85% pokolenia Xów i 67% wyżu demograficznego. Wymusza to na współczesnym biznesie poważne zmiany w sposobie komunikacji i kształtowaniu całej strategii produktowej. Millenialsi nie chcą zgadywać, oczekują spersonalizowanych doznań i dostępu informacji, zawsze i wszędzie, równocześnie dzieląc się z korporacjami swoją prywatnością, donosi SalesForce w raporcie “Trends in Customer Trust”. Czy rzeczywiście tak jest?

Proces tworzenia produktów uległ fundamentalnej zmianie. Dzisiaj firmy wykorzystują Big Data, by stworzyć niepowtarzalną ofertę, która jak najlepiej wpasuje się w gusta odbiorców.” – komentuje Tomasz Sokół, członek zarządu agencji Online Advertising Network, która będąc częścią grupy Cloud Technologies, specjalizuje się w realizowaniu kampanii online z wykorzystaniem Big Data: – “Śledząc dane swoich widzów, Netflix kręci kolejne produkcje filmowe na podstawie ich preferencji, Spotify pomaga opracować twórcom lepsze piosenki, Amazon tworzy osobiste rekomendacje produktów, a Alphabet, spółka matka Google, dostarcza rozbudowane usługi, oparte o sztuczną inteligencję, które są w stanie odpisać za nas na maila czy zamówić obiad.

Zmiana w nastawieniu pokolenia Millenialsów, spowodowała bądź dopiero spowoduje, modyfikację strategii HR wielu korporacji. Potwierdzają to wyniki najnowszych badań marki VMware, z których jednoznacznie wynika, że doświadczenia cyfrowe będą istotnym czynnikiem wpływającym na wybór miejsca pracy wśród Millenialsów. W całym regionie EMEA 70% pracowników uważa, że ich obecni pracodawcy powinni bardziej skupić się na rozwoju ich cyfrowych doświadczeń. Ponad 66% ankietowanych z regionu EMEA przyznaje, że swoboda wyboru cyfrowych narzędzi pracy ma wpływ na decyzję o podjęciu pracy u danego przedsiębiorcy. W Polsce ponad 75% zatrudnionych uzależnia ten wybór od poziomu cyfrowej wolności, co stanowi wynik średnio o 15% wyższy niż w Niemczech, Francji czy Wlk. Brytanii.

Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA
Jean Pierre Brulard, wiceprezes i dyrektor generalny VMware w regionie EMEA

Kapitał ludzki jest dzisiaj o wiele bardziej niezbędny dla sukcesu firmy niż kiedykolwiek wcześniej. To ludzie stanowią źródło innowacji i pozwalają firmie zdobyć przewagę konkurencyjną. Najlepsi fachowcy mają jednak coraz więcej możliwości rozwoju, które są zgodne z ich stylem życia i celami zawodowymi. Pracodawcy nie mają wyboru i muszą o nich walczyć jak nigdy dotąd.” – komentuje wyniki Jean Pierre Brulard, dyrektor generalny VMware w regionie EMEA. – “Inwestycje w rozwój cyfrowych doświadczeń pracowniczych, dających swobodę wyboru narzędzi i stylu pracy są najlepszym sposobem pozyskania uzdolnionych pracowników” – dodaje.

Praca to również ważne miejsce rozwijania relacji społecznych i tworzenia nowych znajomości- większość  ankietowanych YouGov twierdzi, że zawarła przynajmniej jedną przyjaźń dzięki swojej aktywności zawodowej (76%).

Wirtualni więźniowie, czyli za kratami hashtagów

Specjaliści YouGov nie potrafią wskazać bezpośredniej przyczyny samotności Millenialsów, ale powołują się na analizy, które upatrują winnych w mediach społecznościowych. Istnieje ryzyko, że: “w miarę jak codzienne życie staje się coraz bardziej cyfrowe, populacje żyjące wyłącznie w świecie offline, będą nadal wypychane na margines społeczeństwa”, twierdzą autorzy raportu.

Nadmierne korzystanie z portali typu Facebook i Instagram, może być tylko jednym z powodów dla których ankietowani czują się odizolowani. Aż 3 na 10 (31%) pytanych twierdzi, że trudno jest im się zaprzyjaźnić. Najczęstszy powód to nieśmiałość (53%), kolejne 27% osób twierdzi że „nie czuje się tak, jakby potrzebowały przyjaciół”. Podobna liczba (26%) utrzymuje, że nie ma żadnych zainteresowań, które mogłyby ułatwić nawiązywanie przyjaźni.

Jednym z badań potwierdzających postawioną tezę jest “No More FOMO: Limiting Social Media Decreases Loneliness and Depression” z University of Pennsylvania, które wykazuje zależność między korzystaniem z mediów społecznościowych, a gorszym samopoczuciem. Psycholog Melissa G. Hunt, która była za nie odpowiedzialna, twierdzi, że: – “Korzystanie z mniejszej liczby mediów społecznościowych, prowadziłoby do znacznego zmniejszenia zarówno depresji, jak i samotności. Nasze ustalenia pokazują, że ograniczenie serwisów społecznościowych do około 30 min. dziennie może prowadzić do znacznej poprawy samopoczucia.”

Czekamy w niezdecydowaniu

Jeśli w ciągu kolejnych dwóch dni nic się nie zmieni w relacjach handlowych USA i Chin, następny tydzień rozpocznie się od implementacji nowych ceł importowych. Dla rynków jest to przypomnienie nieuchronnego ryzyka, które wisi nad globalną gospodarką, stąd nikt nie rezygnuje z defensywnych pozycji. Ale mamy koniec miesiąca i trochę szumu może zawsze wprowadzić porządkowanie portfeli na koniec okresu.

Odbicie rentowności obligacji skarbowych USA pomaga dolarowi, ale szkodzi długim pozycjom w złocie. Ale nie wyciągałbym daleko idących wniosków zwiastujących zwrot na rynkach. Mamy koniec miesiąca nakładający się na długi weekend w USA (Święto Pracy), zatem ruchy domykające pozycje są oczywistym rezultatem. Poza tym preferowane jest pozostawanie na defensywnych pozycjach w związku z nieuchronną eskalacją konfliktu handlowego. Od niedzieli administracja USA wprowadza nowe cła w wysokości 15 proc. na kolejne towary z Chin o wartości 125 mld USD. Strona chińska już w ubiegłym tygodniu zapowiedziała działania odwetowe, ale wcale nie oznacza to, że nie może czegoś dodać w ten weekend. Choć prezydent Trump stwierdził wczoraj, że pewne rozmowy handlowe odbyły się z Chinami, a kolejne rozmowy zostały zaplanowane na przyszły miesiąc, to z rezerwą należy podchodzić do tego typu komentarzy. Wszak jeszcze na początku tygodnia przełom miał zapowiadać rzekomy telefon strony chińskiej z prośbą o wznowienie negocjacji. Minęły 4 dni i nikt w Pekinie nie chce potwierdzić, że do takiej rozmowy doszło. Wychodzi tu cała istotna ryzyka politycznego – jedno zdanie może wszystko zmienić albo nie zmienić nic, jeśli nie znajdzie prędko konfirmacji. A inwestorów zmusza to do czekania w niezdecydowaniu.

Euro pozostaje pod presją, gdyż inwestorzy są już myślami przy 12 września i posiedzeniu EBC, na którym ma zostać ogłoszony pakiet luzowania monetarnego. Obniżka stóp procentowych i restart programu skupu aktywów są oczywistymi argumentami do osłabienia waluty. Jednak wczoraj padł sygnał, że nie wszyscy w Radzie Prezesów banku zgadzają się z ekspansywnym podejściem. Klaus Knot powiedział, że aktualnie nie ma potrzeby wznawiać QE. Jego zdanie może się zmienić, jeśli wróci ryzyko deflacji, ale do tego czasu Knot chciałby pozostawić sobie zapas amunicji. Czy słowa Knota mogą sugerować mniejsze szanse na „bazookę” EBC we wrześniu? Nie sądzę. W banku przeważają obawy o sytuację gospodarczą i większość widzi potrzebę reakcji, a jak przed kilkoma dniami stwierdził Olli Rehn z EBC, „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. Rehn będzie dziś ponownie przemawiał i może kolejny raz zatrząść rynkiem euro. Bez wątpienia rynek już częściowo zdyskontował nowy pakiet luzowania EBC, ale potwierdzenie oczekiwań w kontrze do wczorajszych słów Knota może być dobrym pretekstem by pchnąć EUR/USD pod 1,10.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Unia Europejska i Polska zyskują na sporze handlowym USA-Chiny

  • Pomimo eskalującego sporu handlowego, głównie na linii USA-Chiny, wymiana handlowa jest dosyć odporna i jednocześnie w jego efekcie stała się bardziej zróżnicowana
  • Przekierowanie handlu, na którym Europa zyskuje:
  • – miejsce towarów amerykańskich, których eksport do Chin spadł, zajęły dobra europejskie
  • – także towary, które nie zostały wywiezione w drugim kierunku: z Chin do USA zostały prawie zbilansowane przez eksport UE do USA
  • Polska w grupie krajów zyskujących najwięcej: nasz eksport na rynki poza wspólnotowe wzrósł w I półroczu o 8,7% r/r (Eurostat). Na wzroście Polskiego eksportu do USA najbardziej korzystają branże chemiczna, spożywcza i maszynowa

Jeśli nie zaznaczono inaczej – prezentowane są dane Działu Badań Ekonomicznych Euler Hermes i Allianz oraz Eurostat

Spory handlowe wnoszą atmosferę niepewności w światowym handlu i obok innych czynników, takich jak m.in. Brexit studzą nastroje inwestorów oraz przekładają się na wyhamowanie dynamiki wzrostu światowego handlu. Są też efekty uboczne wprowadzenia taryf i innych ograniczeń administracyjnych – odbiorcy szukają nowych dostawców a dotychczasowi dostawcy próbują znaleźć alternatywne rynki zbytu.

Efekt kompensacji: Unia Europejska zastępuje w pewnym stopniu USA i Chiny w ich wzajemnej wymianie handlowej

W przypadku mającego największa skalę sporu na linii USA-Chiny w jego efekcie zgodnie z oczekiwaniami wymiana handlowa pomiędzy tymi dwoma krajami spadła o 38,5 mld Euro w okresie I-VI 2019 w porównaniu do analogicznego okresu przed rokiem. Planowanym działaniom i ich efektom towarzyszą jednak także efekty uboczne – handel nie cierpi próżni i miejsce dostawców, a także odbiorców pomiędzy tymi dwoma krajami zajęła Unia Europejska. W efekcie wymiana handlowa pomiędzy tymi trzema rynkami (USA, Chiny, UE) jest na plusie – wzrosła ona w omawianym okresie I półrocza br. o 22,7 mld Euro (w porównaniu r/r).

2019-08-29-globaltradediversion-PLEksport UE do Chin wzrósł r/r w I półroczu 2019 r. o 8,3 mld Euro, a do Stanów Zjednoczonych o 21,6 mld Euro. Europa oczywiście nie tylko eksportuje, ale także w większym stopniu importuje z tych dwóch krajów, zastępując im niejako utracone wzajemnie rynki zbytu – mianowicie eksport USA do UE r/r wzrósł w I półroczu o 13,9 mld Euro, a Chin do UE wzrósł w tym czasie o 17,4 mld Euro. W efekcie handel światowy jest dosyć odporny, a jednocześnie bardziej zróżnicowany.

Polska – rynki poza unijne motorem dynamiki wzrostu eksportu

Polskie przedsiębiorstwa również w większym stopniu korzystają na zwiększonym popycie na rynkach trzecich, poza wspólnotowych. Polski eksport na nie wzrósł w I półroczu o 8,7%, przede wszystkim w oparciu o dobra pośrednie (+11,6% r/r), ale wyraźnie zyskiwali także eksporterzy dóbr konsumpcyjnych (+7% r/r) i inwestycyjnych – kapitałowych (+5,9%). Dla porównania – w tym samym czasie polski eksport na rynku unijne wzrósł „tylko” o 4,6% r/r.

Dla przykładu: w I półroczu bieżącego roku polski eksport do Stanów Zjednoczonych rósł najdynamiczniej spośród 10 największych rynków polskiego eksportu – o 18,1%r/r liczony w PLN i o 15,5% w Euro (za GUS). W największym stopniu zyskiwał na tym polski przemysł chemiczny (w tym farmaceutyczny) – wzrost eksportu do USA w I półroczu o 18% r/r, spożywczy (+10%) i maszynowy (+7,8%).

Przyspieszał także eksport do Chin – z dużo niższego pułapu, ale wrażenie robi imponujące tempo +35,5% r/r w I półroczu (za GUS), chociaż jego wartość wciąż jest dziesięciokrotnie mniejsza niż import z tego kraju.

Wymiana handlowa Polski z USA i z Chinami rosła nie tylko po stronie polskiego eksportu – zwiększał się także import z tych krajów, a jego dynamika był analogicznie do eksportu – największa pośród największych naszych dostawców (Chiny +14% r/r, USA +11,7% r/r; denominowane w złotych polskich, za GUS).

Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes
Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes

Podczas gdy wzrost eksportu, zwłaszcza na mniej dotychczas eksplorowane rynki pozaeuropejskie jest dobrą wiadomością dla polskich przedsiębiorstw, to jednak obecnie warunki handlowe transakcji – w tym terminy zapłaty są często mniej korzystne, rentowność eksportu spada a zarabianie pieniędzy może być czasem trudne. Euler Hermes wspiera polskich eksporterów, pomagając im w identyfikacji wiarygodnych partnerów handlowych, zarządzając inkaso w dowolnym miejscu na świecie oraz zapewniając ochronę przed brakiem płatności w przypadku niewypłacalności lub niedotrzymania zobowiązań płatniczych. Eksporterzy muszą mieć pewność, że rozwijając swoją działalność na światowych rynkach osiągną nie tylko zwiększenie sprzedaży, ale także zysków, co nie zawsze jest tożsame – uważa Paul Flanagan, Prezes Zarządu Euler Hermes w Polsce.

Zarobki programistów w I półroczu 2019 r.

2019 rok przyniósł zmiany na rynku pracy informatyków. Płace w branży IT nadal rosną. W pierwszej połowie 2019 roku mediana wynagrodzeń doświadczonych specjalistów IT zwiększyła się o 1,5 proc. Jednak tempo wzrostu płac programistów zwolniło, a w niektórych specjalizacjach i lokalizacjach zaobserwować można spadki. Może to mieć związek z rosnącą liczbą młodych, utalentowanych adeptów programowania, którzy właśnie wchodzą na rynek pracy.NFJ_infografika_2 (1)NFJ_zarobki wedlug_technologii1 NFJ_zarobki_wedlug_miast_3

Najnowsze dane od No Fluff Jobs nie pozostawiają tu złudzeń – programistom żyje się w Polsce bardzo dobrze. Ich zarobki w pierwszym półroczu 2019 roku w porównaniu z 2018 rokiem wzrosły, choć i tak były już na bardzo wysokim poziomie. Dynamika i kierunek zmian jest jednak zależna od specjalizacji, używanej technologii, doświadczenia i miejsca zamieszkania. Są bowiem kategorie, w których pracodawcy byli skłonni na tych samych stanowiskach oferować nieco mniejsze pensje niż w ubiegłym roku. Ale są i takie, gdzie pensje rosną w tempie kilkunastu procent.

Opłacalne technologie

Jeśli chodzi o technologię i język programowania najwyższe pensje w I półroczu 2019 roku oferowane były specjalistom zajmującym się Big Data – tu mediana wynagrodzenia na umowę o pracę i B2B oscylowała wokół 14500 zł. Niewiele mniej – 14115 zł – zanotowano w ogłoszeniach w technologii Node. Najbardziej w stosunku do 2018 roku wzrosły pensje specjalistów technologii Python (11,57%), iOS (12,5%) i Android (18,18%). Najniżej są opłacani deweloperzy PHP, Ruby i C++ zarabiając odpowiednio 10000 zł, 12000 zł i 12250 zł.

Najbardziej dochodowe specjalizacje

Najwyższe zarobki w ogłoszeniach o pracę w branży IT były oferowane specjalistom z kategorii DevOps – mediana wyniosła tu do 13500 zł, i była o 6 proc. wyższa niż w całym 2018 r. Na kolejnym miejscu plasują się specjaliści backend – mediana to 13000 zł ze wzrostem o 8% w stosunku do 2018 roku.

Jeśli patrzeć na wzrosty procentowo, najbardziej zwiększyły się mediany pensji na umowę o pracę i B2B Project Managerów (o 11 proc. do 12250 zł) oraz ekspertów od Mobile (o 18 proc. do 13000 zł). Największy spadek dotyczył kategorii Support, aż o 21% do 7000 zł.

– Z raportu wynika, że na atrakcyjne zarobki mogą liczyć programiści Mobile,  przede wszystkim znający platformę Android, których wynagrodzenie w ostatnim czasie wzrosło aż o 18 proc. Niezmiennie od kilku lat, najlepiej zarabiającą grupą w IT są specjaliści DevOps. Wynika to z bardzo specyficznego profilu kandydata, bowiem osoba taka musi posiadać nie tylko duże doświadczenie programistyczne, ale również kompetencje z zakresu zarządzania infrastrukturą, konfiguracją oraz procesami od fazy wdrożenia do operacji – mówi Tomasz Bujok, CEO & Founder No Fluff Jobs.

Seniorzy kontra juniorzy

Aby zobrazować, jak duży wpływ na zarobki specjalistów IT ma staż ich pracy, warto prześledzić medianę wynagrodzeń w zależności od lat doświadczenia i rodzaju umowy. Ze zgromadzonych przez No Fluff Jobs danych odnotowano, że po raz pierwszy od kilku lat pensje osób z niskim stażem spadły. Z zebranych ofert pracy wynika, że w I półroczu 2019 roku spadek pensji na stanowiskach juniorów wyniósł aż 9 proc. do 5 500 zł niezależnie czy jest to umowa na etat czy współpraca B2B.

W odróżnieniu od stanowisk juniorskich, pensje osób na stanowiskach seniorskich w pierwszej połowie 2019 wzrosły. Deweloperzy Mid zarabiają o 2,4% więcej (z 10500 zł do 10750 zł miesięcznie), a starsi programiści o 0,6% (z 16000 zł do 16100 zł miesięcznie). Odnosząc się do roku ubiegłego, wyraźnie widać jednak, że tempo wzrostu pensji programistów znacznie zwolniło.

Najbardziej poszukiwani programiści według języków

Najwięcej w I półroczu br. zarabiali programiści NODE (14115 zł), JAVA (13500 zł), PYTHON (13500 zł), iOS (13500 zł) oraz BIG DATA (14500 zł). W porównaniu z poprzednim rokiem nadal odnotowujemy wzrost wynagrodzeń osób specjalizujących się w powyższych językach programowania. Niewiele mniej płacono deweloperom .NET, SCALA, ANGULAR – 13 000 zł. Na największy wzrost zarobków mogli liczyć specjaliści iOS, Python, C++ – odpowiednio o 12,5%, 11,57% oraz 11,3%.

Tempo wzrostu wynagrodzeń w przypadku najpopularniejszych języków Java i Javascript przyspieszyło w stosunku do 2018 roku. Pensje programistów specjalizujących się w tych językach wzrosły odpowiednio o 5,46 proc. do 13500 zł i o  6,38 proc. do 12500 zł.

Gdzie można zarobić najwięcej? Kraków i Warszawa!

W jakich miastach czy województwach opłaca się szukać pracy? W pierwszym półroczu 2019 roku na największe zarobki oscylujące wokół 13250 zł mogli liczyć programiści w Krakowie i w Warszawie. Z kolei największy wzrost mediany oferowanych wynagrodzeń na nastąpił na Śląsku (o 14 proc.  z 10 000 zł na 11 430 zł) i w Poznaniu (o 12 proc. z 10 000 zł na 11 200 zł). Niespodziewanie, po znacznych wzrostach w 2018 roku, spadły zarobki programistów w Trójmieście. Spadek aż o 12,5% z 12000 zł do 10500 zł.

Nowe zasady doręczania pism sądowych

Od listopada tego roku zgodnie ze zmianami kodeksu postępowania cywilnego pozew wysłany przez powoda może dostarczyć komornik, jeśli wcześniejsze dwie próby dostarczenia pisma z sądu nie przyniosły pożądanego skutku, tzn. druga strona nie odebrała awiza. To efekt zniesienia fikcji związanej z przepisem, że doręczenie przesyłki sądowej jest skuteczne, jeśli zostały pozostawione dwa awiza. Nawet jeśli pozwany żadnego z nich nie odebrał. Czy takie zmiany przyśpieszą sprawy sądowe czy raczej doprowadzą do paraliżu sądów, gdy komornikowi nie będzie się opłacać szukać pozwanego po całej Polsce lub zagranicą? Czy to szansa na rozwój elektronicznego arbitrażu, którego nie obowiązują nowe przepisy?

„Fikcja doręczeń” – irytująca, ale skuteczna

Kiedyś pisma sądowe doręczali woźni sądowi, a ich funkcja była niezwykle ważnym i odpowiedzialnym zajęciem. Po rozbiorach urząd woźnego sądowego zlikwidowano. Zaczęto ewidencjonować miejsce zamieszkania a oficjalną korespondencję doręczać za pomocą poczty. W mniej więcej ten sam sposób pozwy doręcza się do dziś. Kłopot zaczyna się, kiedy nie znamy faktycznego adresu pozwanego albo jest on na tyle przebiegły, że nie chce odbierać naszej korespondencji. Kiedyś w takiej sytuacji woźny sądowy zostawiał pozew u włodarza lub sołtysa albo go trzykrotnie ogłaszał na rynku i sprawa była załatwiona. Dziś sytuację taką łagodzi tak zwana „fikcja doręczenia”, likwidowana przez nowe przepisy. Polega ona na tym, że jeżeli listonosz nie zastanie pozwanego w miejscu zameldowania lub siedzibie firmy, zostawia w drzwiach czy skrzynce pocztowej tak zwane „awizo”, a więc informację, że przesyłka jest do odbioru w placówce pocztowej w terminie 7 kolejnych dni. Po upływie tych 7 dni przesyłka jest awizowana ponownie. Jeżeli ponownie nie zostanie odebrana, Poczta Polska odsyła ją do sądu, a ten uznaje, że została ważnie doręczona. Właśnie dlatego nazywa się to fikcją doręczenia – sąd uznaje przesyłkę za doręczoną, pomimo że adresat jej właściwie wcale nie otrzymał.

Nowe zasady opóźnią postępowanie sądowe?

Zgodnie z najnowszymi zmianami w KPC, jeżeli przesyłka z pozwem nie zostanie odebrana przez pozwanego na poczcie w okresie jej dwukrotnego awizowania, wówczas poczta zwraca ją do sądu. Sąd jednak nie uznaje jej za doręczoną. Inicjatywę przejmuje za to powód, który może wnieść o doręczenie pozwu za pośrednictwem… komornika! Kosztować to będzie 60 złotych. Komornik zaś – jak niegdyś woźny sądowy – będzie musiał pozwanego poszukać, popytać w okolicy, porozmawiać z dzielnicowym czy sprawdzić w urzędzie, i – jeżeli uda mu się pozwanego odnaleźć – wręczy mu przesyłkę osobiście. Jeżeli komornik nie znajdzie pozwanego i nie doręczy pozwu, sąd może zawiesić postępowanie lub powód może zlecić komornikowi ustalenie nowego adresu pozwanego.

W trakcie takiego postępowanie możemy żądać informacji o poszukiwanej osobie od organów podatkowych, banków czy ZUS-u, ale na pewno zastosowanie takiego mechanizmu wydłuży cały proces sądowy. Szczególnie, jeśli pozwany czasowo przebywa za granicą bądź – co często się zdarza – świadomie unika odbioru korespondencji. Nie jestem także przekonany, czy ta dodatkowa stawka 40 złotych za znalezienie nowego adresu pozwanego pokryje wszystkie koszty związane z wystąpieniem do określonych instytucji z zapytaniem o nowe miejsce zamieszkana  pozwanego. Jeśli komornik nie ustali nowego adresu pozwanego postępowanie sądowe może zostać zawieszone. To może oznaczać, że firmy pozywające swoich dłużników nie odzyskają swojego długu, bo sąd nie będzie mógł szybko i sprawnie wydać wyroku” – komentuje Jacek Wróbel, komornik z Łańcuta.

W sądach arbitrażowych można ustalać własne zasady doręczeń (art. 1160 §1 Kpc). Zmiany w KPC nie wiążą więc sądów arbitrażowych.

„O ile nowe rozwiązania należy uznać za słuszne, jeżeli chodzi o ochronę osób fizycznych nie prowadzących działalności gospodarczej przed nadużyciami, które niewątpliwie miały miejsce, o tyle przenoszenie ich na spory między przedsiębiorcami może łatwo spowodować paraliż sądów gospodarczych. Firmy pełnią w obrocie niezwykle ważną funkcję. Obracają kapitałem, inwestują, zatrudniają pracowników, mają majątek, biura i oddziały. Tymczasem już niedługo odpowiedzialność stąd wynikająca uzależniona będzie od tego, czy przedsiębiorca zechce odebrać skierowane do niego pismo czy nie.

W Ultima Ratio to przedsiębiorca ma zadbać o to, by można mu było doręczyć pozew. Pozwy doręczamy więc pocztą elektroniczną na adres podany przez przedsiębiorcę w umowie stron albo oficjalnym rejestrze. Skoro wskazuje on taki adres, godzi się na tę formę kontaktu. Równolegle – dla celów bezpieczeństwa – pozew doręczamy również listem poleconym. Za moment wiążący uznajemy jednak doręczenie pozwu pocztą elektroniczną. Jedynie wówczas, gdy ani w umowie stron ani w którymś z państwowych rejestrów nie ma adresu poczty elektronicznej – za moment doręczenia pozwu uznajemy termin trzech dni od daty nadania przesyłki z pozwem listem poleconym. 

Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio
Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio

Nowe przepisy kodeksu postępowania cywilnego mogą wpłynąć na rozwój arbitrażu elektronicznego. W Ultima Ratio wyroki zapadają co do zasady w 3 tygodnie od wniesienia pozwu. W praktyce zatem wierzyciel w naszym Sądzie dysponuje tytułem wykonawczym, kiedy wierzyciel w sądzie powszechnym oczekuje dopiero na termin posiedzenia przygotowawczego. To zaś ważna dla firm informacja w kontekście statystyk, które pokazują, że po roku wierzyciel ma już tylko 10% szans na odzyskanie zaległej płatności. – komentuje Robert Szczepanek, współtwórca Pierwszego Elektronicznego Sąd Polubownego Ultima Ratio.

Ultima Ratio rozpatruje sprawy gospodarcze, w których stronami są firmy i przedsiębiorstwa. E-sąd, budowany przez ostatnie 2 lata, swoją premierą miał w kwietniu tego roku. Żeby złożyć pozew, obydwie strony muszą w zawartej na początku współpracy umowie zgodzić się na rozstrzygnięcie sporu przez Ultima Ratio. E-sąd rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać. Pozew składa się w ciągu kilku minut, po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Sąd korzysta z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Ułatwia to identyfikacje tożsamości użytkowników, którzy będą występować przed sądem w charakterze stron. Arbitrami są notariusze przeszkoleni w Stowarzyszeniu Notariuszy RP. Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Arbiter zaś ma możliwość kontaktowania się ze stronami poprzez dedykowany każdej sprawie czat.

Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej. System informatyczny Ultima Ratio został zbudowany przez polską spółkę ZETO Rzeszów.

Rewolucja propagandy politycznej – manipulacja, farmy trolli, boty, fałszywe informacje

Na naszych oczach przetacza się prawdziwa rewolucja w propagandzie. Farmy trolli, boty, fałszywe informacje czyli tzw. fake newsy – to nowe metody uprawiania polityki i tłumienia sprzeciwu obywateli oraz manipulowania nimi. Znane zarówno w demokratycznej Wielkiej Brytanii , jak i autorytarnej Rosji Putina, stosowane w Ameryce prezydenta D. Trumpa, jak i na Filipinach rządzonych przez Rodrigo Duterte (przykład tych ostatnich wywołujemy nieprzypadkowo). Nieśmiało, póki co, sięgają po nie rządzący w Polsce. Nie jest tajemnicą, iż ostatnia wygrana PiS to konsekwencja m.in. dominacji nad opozycją w Internecie. Sen pokoleń o prawdziwej, rzetelnej, wolnej od cenzury informacji wprawdzie się ziścił, ale z czasem, stopniowo przepoczwarza się w koszmar. Okazało się, iż lekiem na brak informacji wcale nie musi być jej nadmiar.

Mija trzydzieści lat od czasu, kiedy wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, w krajach naszego regionu likwidowano cenzurę. To instytucja, która ograniczała elementarne prawo obywateli do swobodnego czytania, słuchania i mówienia tego, co chcieli. Dzisiaj świat o którym wówczas się marzyło wydaje się bliższy, bowiem żyjemy w czasach, które określa się erą „obfitości informacji”. Ale czy naprawdę o taki świat chodziło? W pierwszych kilku, kilkunastu latach niewątpliwe byliśmy usatysfakcjonowani choćby faktem, iż informacja pozostawała w zasięgu ręki. Była obszerna i wielowątkowa. Czuliśmy się doinformowani. Obecnie satysfakcja wygasa, bowiem założenia leżące u podstaw walki o prawa i wolności z XX wieku – walki między obywatelami uzbrojonymi w prawdę a reżimami z cenzorami i tajną policją – zostały wywrócone do góry nogami. Mamy teraz więcej informacji niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie przyniosło to wyłącznie korzyści.

Więcej informacji miało oznaczać świadomą, rzetelną debatę, ale wydaje się, iż dzisiaj jesteśmy mniej zdolni do takiej debaty niż kiedykolwiek wcześniej. Więcej informacji miało być tożsame z większą swobodą w przeciwstawianiu się wszelkiej władzy, tymczasem dało władzy nowe potężne narzędzie do miażdżenia i uciszania sprzeciwu. Więcej informacji miało oznaczać wzajemne zrozumienie ponad granicami, ale umożliwiło także nowe i bardziej subtelne formy przewrotów politycznych. Żyjemy w świecie – jak pisze P. Pomerantsev w „The Guardian” – w którym rozmnożyły się środki manipulacji, w świecie mrocznych reklam, hacków, botów, miękkich faktów, fake newsów, Putina, trolli i Trumpa.

Dezinformację kochają dyktatury i demokracje

Spójrzmy na owe zmiany na przykładzie Filipin. W latach 70. Filipinami rządził pułkownik Ferdinand Marcos, wspierany przez USA dyktator wojskowy, który używał armii i cenzury do trzymania w ryzach społeczeństwa. Stosował spektakularne formy tortur, a czaszki ofiar bielały na poboczach dróg, aby zastraszyć przechodniów. Reżim Marcosa upadł w 1986 r., kiedy miliony w proteście wyszły na ulice, domagając się zmian.

Dziś Manila wita nie tylko odorem gnijących ryb i zapachem popcornu, ścieków i oleju kuchennego. Ocenia się, iż na Filipinach media społecznościowe cieszą się najwyższą popularnością w przeliczeniu na mieszkańca, odnotowuje się wysokie wykorzystanie wiadomości tekstowych. Powrót cenzury w jej XX-wiecznej wersji byłby tu prawie niemożliwy. Ale i bez niej nowy prezydent Rodrigo Duterte, przywraca krajowi reputację z czasów pułkownika Marcosa. Znalazł nowe sposoby wywierania wpływu i manipulowania społeczeństwem, zamykania niewygodnych ust. Nie wykorzystuje armii – opanował technologię.

Kiedy Duterte stawał do wyborów prezydenckich w 2015 r., pod hasłami walki z przestępczością narkotykową, skupił aktywność na mediach społecznościowych. W debacie jaką zorganizowano na Facebooku pojawił się jedynie on. W kampanii obiecał, że jako prezydent zabije 100 tysięcy ludzi w ciągu kilku miesięcy. Zapowiedział, że jego rządy będą krwawe. O zgrozo, ujął tym ludzi i wygrał wybory z przewagą 15 milionów głosów nad rywalem. A potem dotrzymał słowa. Zaraz po objęciu władzy pozwolił policjantom na zabijanie każdego sprzedawcy narkotyków, którego zauważą. Obiecał swoim wyborcom, że „wrzuci do rzek tyle ciał zabitych, że ryby się utuczą”. Używał terminu „wojna” co pomogło w jakimś sensie „zracjonalizować” jego działania, straty w ludziach stały się bardziej akceptowalne. Ale tylko do czasu, kiedy zrozumiano, że to droga donikąd, że giną niewinni. Nie znana jest dokładnie liczba ofiar „wojny narkotykowej”. Organizacje praw człowieka szacują liczbę zabitych na 12 000, rząd twierdzi , że ta liczba wynosi 4 200. W pewnym momencie dziennie ginęły średnio 33 osoby.

Kiedy prasa i portale opozycyjne, zwłaszcza internetowa agencja informacyjna Rappler, poczęły opisywać zabójstwa Duterte, pojawiła się starannie wyselekcjonowana witryna internetowa, na której w pewnych okresach zamieszczano 90 wiadomości na godzinę. Twierdzono, że Rappler wymyśla zbrodnie, że płacił wrogom Duterte, że wszystkie jego informacje to fake newsy. Wiadomości były jak inwazja owadów, roiło się od nich w skrzynkach e-mailowych, spadały jak plaga na portale społecznościowe. W centrach handlowych dziennikarzy witano wrogimi okrzykami. Wszczynano sprawy sądowe, a potem zmuszano do wpłaty kaucji.

Kiedy zaczęto badać skąd się biorą owe ataki, uwagę przykuły koreańskie gwiazdy popu, które na portalach społecznościowych zapewniały o wyjątkowości Duterte. Po głębszej analizie ich komentarzy okazało się, że ich konta były fałszywe, najprawdopodobniej kontrolowane z tego samego źródła. Łączył ich ten sam język, te same frazy. Podobnie w przypadku kont „prawdziwych” Filipińczyków okazało się, że nikt o nich nie słyszał, że konta atakujące dziennikarzy są wprawdzie dobrze zamaskowane, ale fałszywe. W sumie z 24 kont powtarzano te same informacje, które docierały do 3 mln odbiorców. Atak był niewątpliwie dobrze skoordynowany, ale nie sposób było autorytatywnie stwierdzić kto za tym stoi.

Czym się różni obecna sytuacja na Filipinach od czasów dyktatora Marcosa? W okresie reżimu tego ostatniego wróg był rzeczywisty, realny. Jego agenci mogli przyjść, aresztować czy nawet zabić. Dzisiaj wróg jest zakamuflowany, niekonkretny. Jest wszędzie i nigdzie. Jak więc można walczyć z internetowym tłumem? Nie sposób stwierdzić, który z atakujących istnieje naprawdę. W ten sposób rząd może utrzymywać, że nie ma nic wspólnego z tymi internetowymi kampaniami. Po prostu jacyś zaniepokojeni obywatele korzystają z prawa do wolności słowa.

Jest to taktyka powielana na całym świecie. Kampanie mogą być podżegane przez prorządowych internetowych bandytów, jak w Turcji, lub przez „farmy trolli” należące do rosyjskich potentatów lojalnych wobec Kremla. Demokracje też nie są odporne na tego rodzaju działania. Jak podaje raport think tanku Institute for the Future, kiedy prezydent Trump identyfikuje swoich krytyków natychmiast jego Twitter wypluwa lawinę obelżywych słów. Ten zwyczaj był już widoczny w kampanii prezydenckiej w 2016 r., Ale teraz osiągnął nowy poziom, kiedy Trump zażądał aby „wysłać do domu” krytycznie do niego nastawione kolorowe kongresmenki.

W polityce obserwujemy sytuację, w której mowa jest postrzegana jako broń cenzury. Fiasko ponosi stara, zdawało się że prawdziwa teza, jakoby odpowiedzią na „fałszywą informację” było „więcej informacji”, że żyjemy na „rynku idei”, gdzie wygrywają najlepsze „produkty informacyjne”. Niestety ten rynek można sfałszować.

Inny przykład to Meksyk. Przez 70 lat, w XX wieku, Meksyk był państwem jednopartyjnym, w którym „prawda” była dyktowana odgórnie. Dzisiaj za sprawą rządu lub karteli narkotykowych tzw. „narcos” boty, trolle i cyborgi często tworzą symulowaną opinię publiczną, co jest działaniem bardziej podstępnym, bardziej osaczającym niż to czyniły stare media – transmisyjny pas władzy. Symulacja bywa dodatkowo wzmacniana, gdy ludzie modyfikują swoje zachowanie, aby były zgodne z tym, co uważają za rzeczywistość. Innymi słowy, nowa generacja botów i trolli wpycha obywateli w świat czystej symulacji.

Rząd w obliczu masowych protestów antykorupcyjnych wprzęga do walki z nimi technologie. Sterowane farmy trolli czynią rzeczy fundamentalnie szkodliwe. Ingeruje się w relacje między ludźmi i ich pragnienia zmian społecznych, spamuje Internet wiadomościami z fałszywych kont, podszywa się pod osoby popierające rząd, wykorzystując częściowo zautomatyzowane, częściowo osobiste konta „cyborgi”, aby zniechęcić protestujących do organizowania się. Stosuje się przy tym prowokacje. Z fałszywych kont, rzekomo wspierających protesty, wychodzą apele zachęcające do przemocy, aby zdyskredytować samą istotę protestów.

Podobne techniki są stosowane na całym świecie. Badacze z Harvardu pokazali, w jaki sposób chiński rząd publikuje rocznie 448 milionów komentarzy w mediach społecznościowych, których celem nie jest mobilizacja społeczna, ale rozproszenie uwagi, ponieważ krytyczne tematy są zastępowane pozytywnymi.

W konsekwencji, w erze cyfrowej, podważona została obowiązująca przez wiele dekad wiara, jakoby „więcej informacji” prowadziło do lepszej demokracji. Otóż era cyfryzacji podstępnie gwałci nasze wyobrażenia o tym, kim jest wolna osoba. Pozornie jesteśmy wolni jak nigdy dotychczas. Dziś media społecznościowe absolutnie nie ograniczają naszych pragnień wyrażania samego siebie. Każdy z nas może być autorem wszelakich tekstów na swoim koncie na Facebooku. Może spełniać się w „pisarstwie”. Ale ta nasza samoekspresja podlega nieustannej analizie, a następnie zostaje przekształcana w konkretne dane. Język, którego używamy, nasze upodobania i opinie, są przekazywane do brokerów danych, a następnie do reklamodawców i spin doktorów, którzy celują w nas specjalnie dostosowanymi kampaniami, o których często nie mamy zielonego pojęcia. Im więcej naszej samoekspresji, tym jesteśmy coraz słabsi, stajemy się bezradni i osaczeni.

Brexit czyli wielka manipulacja

W taki oto sposób wykuwa się nowy model propagandowy. Zamiast wpychać, jak dotychczas, nachalną propagandę w gardła ludzi za pośrednictwem telewizji i radia, spin doktorzy dostosowują określone wiadomości dla różnych grup z mediów społecznościowych. W opinii Thomasa Borwicka, dyrektora cyfrowego Vote Leave, frakcji brytyjskiej optującej za wyjściem z UE, 20-milionowy kraj potrzebuje od 70 do 80 rodzajów ukierunkowanej wiadomości. Zadaniem tegoż Borwicka, ale też wszelkiej maści spin doktorów na całym świecie, jest połączenie indywidualnych preferencji ludzi z prowadzoną kampanią, nawet jeśli początkowo związek ten wydaje się wątpliwy.

Brexit to kwintesencja nowego modelu propagandowego. To zwycięstwo zwolenników opuszczenia Unii oparte na kłamstwie i dezinformacji. Dla przykładu, cyfrowi manipulatorzy uznali, że najskuteczniejszą informacją zachęcającą ludzi do głosowania za wyjściem z UE będą prawa zwierząt. Stąd Vote Leave twierdził, że Unia jest okrutna wobec zwierząt, ponieważ wspierała rolników w Hiszpanii hodujących byki przeznaczone do walki. W konsekwencji w segmencie „prawa zwierząt” wysyłano reklamy z tego rodzajami informacjami, wzmacniane zdjęciami okaleczonych zwierząt do jednego rodzaju wyselekcjonowanych wyborców, a do innych łagodniejsze reklamy ze zdjęciami milutkich owiec.

Warto nadmienić, iż zarówno Vote Leave, jak i rywalizująca z nim „Britain Stronger in Europe”, zostały wręcz ekskomunikowane przez media i środowiska akademickie za prowadzenie „brudnej kampanii”, która była pozbawiona prawdziwych, rzetelnych informacji, a która została dokładnie opisana przez Stowarzyszenie Reformy Wyborów. I co z tego wynika? Ano nic, mleko się rozlało. Tego rodzaju kampanie, oparte na tych samych komunikatach spreparowanych przez spin doktorów prowadzone są na całym świecie. Pewnym wyzwaniem związanym z mikro-targetowaniem jest to, że zjednoczenie dużych grup wyborców wymaga ogromnej ilości pustych tożsamości (kont), aby ludzie mogli się z nimi identyfikować sądząc, iż oto reprezentują „naród”, a przynajmniej „wielu”. Tymczasem wykształcony w ten sposób populizm nie jest oznaką jednoczącego się „narodu”, ale w istocie przyczynia się do rozbicia i dzielenia narodu rzeczywistego. A jeśli ludzie mają z sobą coraz mniej wspólnego, to na każde wybory należy tworzyć nową wersję „narodu”. Skąd my to znamy?

W polityce, zwłaszcza w kampaniach wyborczych, fakty stają się raczej przeszkodą niż pomocą. Ponieważ podnoszenie realnych problemów groziłoby odrzuceniem bądź zniechęceniem części wyborców, należy po pierwsze jednoczyć ludzi wokół lidera, a po drugie skupiać ich wokół niejasnych, ale chwytliwych haseł, jak na przykład „odzyskać kontrolę nad państwem”, „wyrwać nasze dzieci z rąk zboczeńców”, „walka z zarazą”. Jeśli te hasła poda się z należytą dawką świętego oburzenia, wówczas skupia się uwagę rozdrobnionych grup, otrzymuje się więcej „polubień”. Pokazywanie środkowego palca faktom i wrzucanie kłamstw w przestrzeń publiczną to umiejętności, które opanowało wielu liderów, a D. Trump i B. Johnson znajdują się czołówce.

Jeśli więc prowadzi się kampanię wyborczą na wiele różnych sposobów i adresuje do różnych ludzi, to w istocie rozmywa się realne problemy. Czy w Brexicie chodziło o prawa zwierząt? A może o imigrację? Oczywiście, że nie! Owa „wola ludzi” to produkt prowadzonej na wielką skalę manipulacji i dezinformacji. Nowe gry informacyjne zdecydowanie ograniczają możliwość rzeczowej debaty opartej na faktach i tym samym niszczą tkankę demokracji.

Cze da się przeciwstawić się dezinformacji?

Wiele rządów dostrzega zagrożenia płynące z wszechobecnej cyfrowej dezinformacji. Państwa demokratyczne, takie jak Niemcy, Francja, a być może w niedalekiej przyszłości Wielka Brytania, próbują bądź będą podejmować wysiłki nałożenia cenzury na dezinformację. To reakcja zrozumiała, ale niewłaściwa. Oznacza – w przypadku naszego regionu – odwrót od zdobyczy z 1989 roku. Jeśli więc Putin słyszy, że Niemcy zaostrzają prawo dotyczące „fałszywych informacji”, to głośno klaszcze w ręce i ma dobry pretekst, aby wziąć za mordę rodzime sieci internetowe.

Nie o cenzurę więc chodzi, ale o jawność. Cenzura dzisiaj polega na subtelnym kształtowaniu otaczającego nas środowiska informacyjnego. Stąd zamiast likwidować bądź ograniczać prawo do otrzymywania i przekazywania informacji powinniśmy wymagać wiedzy, czy dane konto online jest rzeczywiste, czy jest botem. Czy przekazana treść jest źródłowa, czyli autentyczna, czy też wzmacniana przez trolle. Przykład Meksyku pokazuje, że anonimowość jest koniecznością w przypadku postępowych aktywistów, ale powinniśmy wiedzieć czy konto ma fałszywą tożsamość.

Powinniśmy mieć prawo do wiedzy, dlaczego programy komputerowe pokazują nam określoną treść, a nie inną. Winniśmy rozumieć dlaczego określona reklama, artykuł, czy wiadomość jest skierowana specjalnie do nas, a nie do innych. Wreszcie fundamentalną sprawą powinna być wiedza o tym, jakie nasze dane i dlaczego zostały wykorzystane do wpływania na nas i „obróbki”. Jeśli spełnione byłyby takie warunki nie potrzebna byłaby cenzury, a i demokracja miałaby się lepiej.

Autorzy wykorzystali niektóre informacje i tezy artykułu Petera Pomerantsev pt. „Wiek dezinformacji. Rewolucja w propagandzie” zamieszczonego w „The Guardian” z 27 lipca 2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski – Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Nowelizacja KPC przywraca odrębną procedurę gospodarczą

Rewolucyjna zmiana kodeksu postępowania cywilnego, wprowadzająca fundamentalne zmiany w przebiegu postępowań sądowych, już wkrótce stanie się częścią obowiązującego systemu prawnego.

Jedną z zasadniczych zmian w tej szeroko komentowanej ustawie jest przywrócenie odrębnego postępowania gospodarczego. Ten specjalny tryb postępowania pozwoli na rozstrzyganie sporów cywilnych pomiędzy przedsiębiorcami, a także między innymi w sprawach z umów o roboty budowlane czy umów leasingu.

Odrębny tryb procedowania w sprawach gospodarczych nie jest całkowitą nowością dla polskiego porządku prawnego, ponieważ odpowiednie przepisy w tym zakresie obowiązywały jeszcze do 2012 roku. Obecnie, po kilku latach od ich uchylenia, ustawodawca zdecydował się na ponowne wprowadzenie postępowania gospodarczego, dodając jednak kilka nowych, nieznanych dotąd instytucji.

– W szczególności warto zwrócić uwagę na istotne skrócenie terminów w postępowaniu gospodarczym. Nowelizacja wprowadza bowiem obowiązek podejmowania czynności przez sąd tak, aby rozstrzygnięcie w sprawie zapadło nie później niż w ciągu sześciu miesięcy od dnia złożenia odpowiedzi na pozew – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Ziemska, młodszy prawnik w kancelarii Zięba&Partners.

Jednocześnie, dla zapewnienia krótszego terminu rozpoznania spraw, nowa ustawa zakłada trzy kluczowe zmiany w zakresie postępowania dowodowego.

Pierwszą z nich jest wprowadzenie prekluzji dowodowej, która zobowiązuje strony do powołania wszystkich twierdzeń i dowodów w pierwszych pismach procesowych, to jest odpowiednio w pozwie oraz odpowiedzi na pozew. Oznacza to, że twierdzenia i dowody powołane w późniejszym terminie będą podlegały pominięciu, chyba że strona uprawdopodobni, że ich powołanie nie było możliwe albo potrzeba ich powołania wynikła później.

Drugą ze zmian jest zapewnienie prymatu dowodów w postaci dokumentów. Według nowej procedury dopuszczenie dowodu z zeznań świadków będzie możliwe jedynie wtedy, gdy po wyczerpaniu innych środków dowodowych lub w ich braku pozostaną niewyjaśnione fakty istotne dla rozstrzygnięcia sprawy.

Trzecią ze zmian jest wprowadzenie nieznanej dotąd w polskim systemie prawnym instytucji umowy dowodowej. Umowa ta umożliwi stronom wyłączenie określonych dowodów w postępowaniu w sprawie z określonego stosunku prawnego powstałego na podstawie umowy. Zawarcie takiej umowy na piśmie albo ustnie przed sądem spowoduje, że sąd nie dopuści z urzędu wyłączonego w ten sposób dowodu.

Nowelizacja zakłada więc wprowadzenie szeregu narzędzi mających służyć szybszemu rozwiązaniu sporów pomiędzy przedsiębiorcami, natomiast ceną za tę szybkość jest zdecydowanie większy formalizm i rygoryzm procedury i to zarówno dla samych stron postępowania, jak i dla orzekającego w sprawie sądu.

– Przedsiębiorcy powinni pamiętać więc w szczególności o krótszych terminach i zasadzie koncentracji materiału procesowego, gdyż to w założeniu ustawodawcy, ma usprawnić i przyspieszyć postępowanie sądowe zgodnie z oczekiwaniami społecznymi – komentuje J.Ziemska z Zięba&Partners.

Kontrakty budowlane z nową klauzulą waloryzacyjną

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad – w porozumieniu z przedstawicielami branży, m.in. z Polskim Związkiem Pracodawców Budownictwa, Ogólnopolską Izbą Gospodarczą Budownictwa, a także we współpracy z Ministerstwem Infrastruktury, Urzędem Zamówień Publicznych czy Głównym Urzędem Statystycznym – wypracowała nową klauzulę waloryzacyjną, która jest stosowana w przypadku wszystkich kontraktów podpisywanych od 21 stycznia 2019 roku.

– Klauzula dotyczy wszystkich umów, które trwają dłużej niż 12 miesięcy. Obejmuje nie tylko generalnych wykonawców inwestycji, ale również podwykonawców – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Została ona zbudowana w oparciu o koszyk waloryzacyjny. W jego skład wchodzą ceny paliwa, asfaltu, betonu, stali, kruszyw, ale także średniego wynagrodzenia w branży. Wartości uzupełnione są o wskaźnik inflacji. Każda z nich ma swoją wagę. Na podstawie zmian cen określana jest waloryzacja. Jej ryzykiem GDDKiA dzieli się z przedsiębiorcami po połowie. W 50 proc. za różnice cen odpowiadają więc wykonawcy – zaznaczył Piechowiak.

Tylko 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. 75 tys. nauczycieli będzie się szkolić, jak lepiej wykorzystywać technologię w szkole

Tylko 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. 75 tys. nauczycieli będzie się szkolić, jak lepiej wykorzystywać technologię w szkole 5

Choć zdecydowana większość nauczycieli uważa, że nowe technologie pozwalają uatrakcyjnić edukację, to często nie potrafią w pełni wykorzystać możliwości, jakie one dają. Tylko ok. 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji, a 3 proc. komunikuje się online z nauczycielami – mówi Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange. Już 2 września rusza nabór grantów na szkolenia dla nauczycieli w ramach projektu Lekcja:Enter. Docelowo przez cztery lata z zakresu nowych technologii zostanie przeszkolonych 75 tys. nauczycieli.

W dużym stopniu jeszcze wciąż mamy problem z internetem w szkołach, mamy też cały czas braki w umiejętnościach cyfrowych nauczycieli. W związku z tym wyzwań jest jeszcze sporo, ale stopniowo szkoła się zmienia. Dość duże jest już nasycenie nowym sprzętem w postaci interaktywnych tablic i monitorów dzięki programowi Aktywna Tablica. Ruszają też programy, które mają na celu przygotowanie do korzystania z e-materiałów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Lew-Starowicz, zastępca dyrektora w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Jeszcze do połowy 2018 roku tylko 10 proc. placówek miało dostęp do szybkiego internetu. Obecnie szerokopasmowy dostęp do sieci ma już 12 tysięcy placówek, czyli niemal połowa.

Nowoczesne technologie wchodzą dosyć szeroko do polskich szkół, głównie w postaci świetnej infrastruktury, dostępu do internetu, światłowodu, coraz lepiej wyposażonych sal lekcyjnych. Natomiast to, co wydaje się być barierą i wyzwaniem, to poziom przygotowania kadr, jej kompetencji cyfrowych i otwartości do pracy z technologiami – dodaje Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange.

Choć ok. 80 proc. nauczycieli ocenia, że technologie pozwalają uatrakcyjnić i zwiększyć skuteczność edukacji, to – jak wynika z badań EU Kids Online 2018 – tylko ok. 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. Z nauczycielami komunikuje się online zaledwie 3 proc. uczniów.

Aby zaktywizować nauczycieli, potrzebne są dobre programy edukacji cyfrowej. Przed taką szansą właśnie stajemy w Polsce. Rusza pierwszy na taką skalę ogólnopolski projekt cyfrowej edukacji Lekcja:Enter, w ramach którego przeszkolimy ponad 75 tys. nauczycieli w polskich szkołach na różnych poziomach – zapowiada Ewa Krupa.

Od 2 września publiczne i niepubliczne placówki doskonalenia nauczycieli będą mogły składać wnioski o granty na realizację szkoleń. Skorzystają z nich nauczyciele szkół podstawowych i średnich, zarówno humaniści, jak i nauczyciele matematyki czy informatyki. 30 proc. uczestników będą stanowić nauczyciele z małych miejscowości i wsi.

W projekcie Lekcja:Enter chcemy nauczyć uczestników tworzenia e-zasobów edukacyjnych, wymieniania się tymi zasobami, bycia aktywnymi kreatorami materiałów edukacyjnych dla dzieci, ale też zależy nam, aby materiały odpowiadały temu, czego dzieci w tej chwili poszukują – podkreśla Wojciech Szajnar, dyrektor Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Na etapie składania wniosku każda instytucja ubiegająca się o grant wyznaczy czterech trenerów regionalnych, którym zespół Lekcji:Enter zapewni szkolenia merytoryczne. Następnie grantobiorcy przeprowadzą rekrutację trenerów lokalnych, którzy w kolejnym etapie dotrą ze szkoleniami do nauczycieli z wybranych szkół. Docelowo projekt obejmie po 15 proc. pedagogów z każdego województwa.

– Pierwszy nabór potrwa do 23 września. Do składania wniosków zapraszamy ośrodki doskonalenia nauczycieli samodzielnie lub wspólnie z organizacjami pozarządowymi, jednostkami samorządu terytorialnego, uczelniami wyższymi. Kolejne nabory planujemy na 2020 i 2021 rok – zapowiada Ewa Krupa.

Lekcja:Enter jest niesamowitą szansą dla szkół, ponieważ obejmie dużą liczbę nauczycieli. Jest to przełomowy projekt również, jeśli chodzi o zawartość merytoryczną – zaznacza Rafał Lew-Starowicz. – Włączenie w projekt Lekcja:Enter ośrodków doskonalenia nauczycieli powoduje, że nie jest to tylko incydentalna akcja szkoleniowa. Mamy tutaj pewien efekt trwałości i zmianę oblicza tych placówek.

Lekcja:Enter to tyko jeden z elementów transformacji cyfrowej polskich szkół. W połączeniu z takimi projektami, jak Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, Program Aktywna Tablica, czy platformy z e-zasobami edukacyjnymi, ma zmienić oblicze szkół i zbudować kompetencje cyfrowe u nauczycieli i uczniów.

– Inwestujemy w kompetencje nauczycieli, uczymy ich podstaw programowania po to, żeby uczyli dzieci w klasach 1–3 i zarażali je pasją do nowoczesnych technologii. Uczymy, jak tworzyć e-zasoby edukacyjne. Inwestujemy w sprzęt, organizujemy projekt Centrum Mistrzostwa Informatycznego, w którym uczymy utalentowanych młodych ludzi ze szkół średnich podstaw algorytmiki – wymienia Wojciech Szajnar.

– Realizujemy programy edukacji cyfrowej już od kilkunastu lat. Nasze flagowe działania jak MegaMisja czy HASHSuperKoderzy pokazują, że nawet nie mając żadnej umiejętności korzystania z technologii, można uczyć dzieci w klasach 1–3 podstaw programowania i zrobić to po bardzo krótkim kursie. Wystarczy odwaga, otwartość na technologie i chęć spotkania się w tym świecie cyfrowym – mówi prezeska Fundacji Orange.

Od 2020 roku prawo będzie bardziej przyjazne dla najmniejszych firm. W życie wejdzie kilkadziesiąt ułatwień

Od 2020 roku prawo będzie bardziej przyjazne dla najmniejszych firm. W życie wejdzie kilkadziesiąt ułatwień 6

Przygotowany przez MPiT pakiet Przyjazne Prawo ma ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie biznesu. Obejmuje kilkadziesiąt ułatwień, zwłaszcza dla małych i średnich firm, wśród których główne to m.in. prawo do błędu przez pierwszy rok prowadzenia działalności gospodarczej i ochrona konsumencka dla firm zarejestrowanych w CEIDG. Zmiany są spójne z innymi, wprowadzonymi wcześniej w Konstytucji dla Biznesu oraz Pakiecie MŚP. Mają wyeliminować te przepisy, które są przestarzałe, zbyt restrykcyjne i nie przystają do współczesnych realiów gospodarczych. Większość z nich wejdzie w życie od stycznia 2020 roku.

Przygotowany przez MPiT projekt zmian w blisko 70 ustawach, czyli pakiet Przyjazne Prawo (PPP), który ma ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie biznesu, został podpisany przez prezydenta w pierwszej połowie sierpnia. Większość przewidzianych w nim zmian ma zacząć obowiązywać od stycznia 2020 roku. Wśród najważniejszych jest m.in. wydłużenie terminu rozliczania VAT w imporcie w celu wzmocnienia pozycji polskich portów w konkurencji z zagranicznymi, ochrona konsumencka dla firm zarejestrowanych w CEIDG oraz prawo do błędu przez pierwszy rok działalności.

 Jeżeli jednorazowo w ciągu 12 miesięcy naruszą oni przepisy obowiązującego prawa – może to być prawo podatkowe, ustawa o ubezpieczeniach społecznych czy RODO – nie będą ponosili z tego tytułu odpowiedzialności. Pierwsze takie naruszenie będzie skutkowało upomnieniem, pod warunkiem że młody przedsiębiorca naprawi je bardzo szybko – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Jaraczewski, radca prawny i partner w Lawmore.

To również obejmie wyłącznie przedsiębiorców zarejestrowanych w CEIDG i będzie obowiązywać przez 12 miesięcy od momentu podjęcia działalności gospodarczej po raz pierwszy (albo ponownie po upływie co najmniej 36 miesięcy od dnia ostatniego zawieszenia lub zakończenia działalności).

– Istotną rzeczą jest również przyznanie quasi-statusu konsumenta przedsiębiorcy jednoosobowemu. Będzie obowiązywać w szeregu przypadków, kiedy będzie on zawierał umowę bezpośrednio związaną z prowadzoną działalnością gospodarczą, ale z której charakteru będzie wynikało, że nie jest ona zawierana w celach związanych z działalnością zawodową – mówi Marcin Jaraczewski.

Wprowadzona w PPP ochrona konsumencka będzie przysługiwać firmom z CEIDG w relacjach z innymi przedsiębiorcami – jednak obejmie tylko te umowy, które nie mają dla przedsiębiorcy charakteru zawodowego. Przykładowo, mechanik samochodowy, któremu popsuła się drukarka, będzie miał takie samo prawo do reklamacji jak konsument, nawet jeśli wykorzystuje drukarkę w warsztacie (i rozliczył jej zakup jako koszt prowadzonej działalności). Nowe przepisy obejmą około 2,7 mln polskich przedsiębiorstw, a podobne rozwiązania obowiązują już m.in. we Francji w Niemczech, Danii czy na Słowacji.

Nowe przepisy wprowadzają też szereg ułatwień dotyczących sukcesji praw. To m.in. prawo do przekazania w drodze zapisu windykacyjnego ogółu praw i obowiązków w spółce osobowej.

– Rzemieślnikom umożliwiono wreszcie prowadzenie działalności nie tylko w formie jednoosobowej działalności gospodarczej, lecz także w formie spółek osobowych, w których wszyscy wspólnicy prowadzą działalność wytwórczą, a także w formie jednoosobowej spółki z o.o. czy spółki akcyjnej przekształconej z jednoosobowej działalności gospodarczej. To jest ważną zmianą w kontekście firm rodzinnych, które będą działały w bardziej ustrukturyzowanej formie, ułatwiającej kontynuację działalności, ale też przekazywanie know-how, doświadczeń w ramach jednej spółki – mówi Marcin Jaraczewski.

Zmiany obejmą ponad 211 tys. rzemieślników z dyplomem mistrza lub świadectwem czeladnika i są wzorowane na rozwiązaniach funkcjonujących już m.in. w Belgii i Austrii. Zgodnie z nimi przedsiębiorcy-rzemieślnicy będą mogli prowadzić działalność w firmie spółki jawnej, komandytowej, komandytowo-akcyjnej czy jednoosobowej spółki kapitałowej – pod warunkiem że wspólnikami będą osoby mające kwalifikacje zawodowe w rzemiośle lub członkowie rodziny (małżonek lub krewni w linii prostej).

Pakiet Przyjazne Prawo wprowadza także m.in. ułatwienia dla pracowników gastronomii, którzy będą mogli się przebadać na własny wniosek. Poza tym, jeśli mają aktualne orzeczenie lekarskie, przy zmianie pracodawcy nie będą podlegać ponownym badaniom sanitarno-epidemiologicznym (w okresie ważności orzeczenia).

Kolejną zmianą jest wyłączenie z egzekucji kwot niezbędnych przedsiębiorcy i jego rodzinie do utrzymania przez dwa tygodnie. Natomiast w firmach, które należą do przedsiębiorcy i jego małżonka, po śmierci jednego z nich możliwe będzie powołanie drugiego na tymczasowego przedstawiciela. Ten będzie zarządzać spadkiem w części dotyczącej udziału w przedsiębiorstwie do czasu załatwienia formalności spadkowych u notariusza albo w sądzie.

Resort środowiska rozszerza opłatę recyklingową na wielorazowe, grubsze torby foliowe. Efekt może być odwrotny do zamierzonego

0

Resort środowiska rozszerza opłatę recyklingową na wielorazowe, grubsze torby foliowe. Efekt może być odwrotny do zamierzonego 7

Od początku ubiegłego roku obowiązuje w Polsce opłata recyklingowa na lekkie torebki foliowe. Z początkiem września obejmie ona również grubsze foliówki, a punkty sprzedaży detalicznej będą musiały co miesiąc raportować o liczbie sprzedanych torebek. Branża producentów ocenia, że pomysł jest chybiony, bo spowoduje on wycofanie grubszych foliówek ze sprzedaży, a klienci wrócą do korzystania z tzw. zrywek, które najbardziej zaśmiecają środowisko. Tymczasem grubsze torebki foliowe spełniają kryteria wielorazowego użytku, na co wskazuje sama Komisja Europejska. 

 Od 1 września jednostki handlu detalicznego są zobowiązane do pobierania opłaty recyklingowej w wysokości 20 gr plus VAT od torebek z tworzywa sztucznego. Nawet tych, które mają wszyte rączki czy też takich, które tradycyjnie klienci uważają za wielorazowe, co wydaje się dość dziwne – mówi agencji Newseria Biznes Robert Szyman, dyrektor generalny Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska zwolnione z opłaty recyklingowej będą tylko i wyłącznie torebki popularnie zwane zrywkami, które służą do pakowania produktów spożywczych luzem. Dodatkowo, na jednostkach handlu detalicznego od 1 września będzie ciążyć obowiązek sprawozdawczości w systemie comiesięcznym – muszą one raportować ilość sprzedanych torebek tzw. lekkich, czyli do 50 mikrometrów (μm) i torebek grubszych, powyżej 50 μm.

– Szacujemy, że ta regulacja, która obejmuje torby wielorazowego użytku powyżej 50 μm, spowoduje, że klienci powrócą do lekkich torebek foliowych, co stoi w sprzeczności z ochroną środowiska. Dlatego m.in. nasza organizacja sprzeciwiała się wprowadzeniu tej regulacji – mówi Robert Szyman.

W 2015 roku Unia Europejska wydała dyrektywę dotyczącą torebek handlowych z tworzywa sztucznego (tzw. lekkich toreb o grubości od 15 do 49 μm) i zobligowała kraje członkowskie do wprowadzenia regulacji, które ograniczą ich zużycie. Te są przez konsumentów najczęściej porzucane bez kontroli i szybciej stają się odpadami, które trafiają do środowiska. Wobec toreb grubszych niż 49 μm nie wprowadzono żadnych restrykcji, ponieważ te spełniają kryteria wielokrotnego użytku.

W 2017 roku Ministerstwo Środowiska – w zgodzie z unijną dyrektywą – wprowadziło ustawę nakładającą tzw. opłatę recyklingową na lekkie torby z tworzywa sztucznego w celu ograniczenia ich zużycia. Ta weszła w życie z początkiem ubiegłego roku. Zgodnie z nowymi wytycznymi resortu teraz opłatą recyklingową zostaną objęte również grubsze foliówki.

– Cały sens dyrektywy dotyczącej torebek foliowych był taki, aby ograniczyć zużycie lekkich torebek. Konsumenci traktują je jako jednorazowe i pozostawiają w środowisku. Przeciętny Polak zużywa ok. 9 sztuk torebek lekkich, czyli jesteśmy bardzo zdyscyplinowanym społeczeństwem, na poziomie Irlandii. Zakaz bezpłatnej dystrybucji torebek ma taki właśnie skutek. To znaczy, że Polska wpisała się w trend innych państw, gdzie tego rodzaju regulacje wprowadzono. Natomiast opłata recyklingowa od torebek grubszych spowoduje powrót do tych lekkich – tłumaczy Robert Szyman.

Jak ocenia, grubsze torebki foliowe powyżej 50 μm są przez klientów traktowane jako wielorazowego użytku.

– Torby grubsze są najbardziej przyjazne dla środowiska, nawet w porównaniu z torbami bawełnianymi czy papierowymi, więc absolutnie nie widzimy uzasadnienia dla tego, aby obejmować je opłatą – mówi Robert Szyman.

Również przygotowany na zlecenie Komisji Europejskiej raport BIO Intelligence Service, pokazuje, że najlepszą opcją środowiskową jest wielokrotne użycie toreb, a te grubsze, powyżej 50 μm, nie stanowią zagrożenia środowiskowego. Klienci korzystają z ich wielokrotnie, a na dodatek są znacznie bardziej trwałe i łatwiej je utrzymać w czystości niż torby bawełniane czy papierowe. Ponadto, w produkcji toreb foliowych wykorzystuje się polimer łatwy do recyklingu, więc doskonale nadają się one do odzysku i spełniają kryteria GOZ.

Dyrektor Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych podkreśla, że rozszerzenie opłaty recyklingowej po 17 miesiącach od jej wprowadzenia będzie mieć negatywny wpływ zarówno na środowisko, jak i na handel.

– Jest dodatkowy obowiązek sprawozdawczy nałożony na jednostki handlu detalicznego, które muszą raportować w cyklu comiesięcznym, a nie jak w poprzednich regulacjach raz do roku, liczbę sprzedanych torebek foliowych oraz zarejestrować w bazie elektronicznej, co również wiąże się z istotną opłatą dla małych sklepów. To spowoduje, że małe rodzinne sklepy zatrudniające poniżej 10 osób, których na ryku detalicznym w Polsce jest około 25 proc., w ogóle zrezygnują ze sprzedaży torebek foliowych – mówi Robert Szyman.

Na polskim rynku działa około 120 przedsiębiorców zajmujących się produkcją toreb z tworzywa sztucznego, które zatrudniają ok. 4 tys. pracowników. Te po wprowadzeniu opłaty recyklingowej w 2018 roku stanęły przed koniecznością modernizacji lub wymiany swojego parku maszynowego, aby dostosować się do nowych regulacji.

– Dla branży jest to problem. W pierwszej fazie administracja wysyła sygnał dotyczący tego, że transponujemy dyrektywę, ograniczamy zużycie torebek jednorazowych, więc sektor przetwórstwa tworzyw sztucznych poczynił pewne inwestycje. Następnie wprowadza się regulację, która powoduje powrót do struktury sprzed 1,5 roku. W mojej ocenie jednak powinniśmy współpracować na rzecz ochrony środowiska – mówi dyrektor generalny Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.

Rodzice ruszyli do sklepów po wyprawkę szkolną. Na jej skompletowanie wydadzą średnio 1,7 tys. zł

Rodzice ruszyli do sklepów po wyprawkę szkolną. Na jej skompletowanie wydadzą średnio 1,7 tys. zł 8

Koniec wakacji to dla większości domowych budżetów wymagający okres. W tym roku na wyprawkę szkolną rodzice wydadzą średnio 1,7 tys. zł, przede wszystkim na przybory szkolne, odzież oraz podręczniki i książki – wynika z badania Deloitte. Polacy to łowcy okazji – 75 proc. w poszukiwaniu najlepszych cen zamierza zrobić zakupy w kilku różnych miejscach, także w sklepach internetowych. Zdecydowana większość rodziców wykorzysta na szkolne zakupy środki z rządowego programu „Dobry start”.

 W tym roku na wyprawkę szkolną wydamy nieco więcej. W przypadku jednego dziecka to 1 388 zł, w przypadku dwójki dzieci kowta jest nieco niższa per dziecko – 949 zł. Podobnie jest w przypadku trójki i większej liczby dzieci – średnio 849 zł. Sumarycznie jest to dość spory wydatek, który czeka rodziców przed wrześniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Venulet, dyrektor w dziale strategii w firmie Deloitte.

Z raportu „Wyprawka szkolna 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, wynika, że średnio na szkolne rzeczy wydamy 1 718 zł. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem ta kwota wyniesie średnio prawie 1 400 zł, z dwojgiem – prawie 1 900 zł, a z trojgiem – ponad 2 700 zł. Połowa Polaków planuje, że zakupy będą kosztować tyle samo co przed rokiem, ale co trzeci szacuje, że wyda więcej. Zdecydowana większość rodziców deklaruje, że wesprze się w tym środkami z rządowego programu „Dobry Start”. O dodatkowe 300 zł zamierza wnioskować blisko 90 proc. rodziców.

– Wynika to z jednej strony ze wzrostu cen, a z drugiej strony z rosnących potrzeb dzieci. Dzieci są bardziej świadome przyborów, których potrzebują, a gadżetów, które chcą posiadać, jest coraz więcej, więc ich wymagania rosną – tłumaczy Patrycja Venulet.

W koszykach zakupowych znajdą się artykuły papiernicze (90 proc. wskazań), odzież i obuwie (86 proc.), podręczniki i książki oraz plecaki (po ok. 80 proc.). Najwięcej pieniędzy wydamy na ubrania i buty (35 proc. budżetu na wyprawkę) oraz przybory szkolne (32 proc.).

 W Ameryce, jako na rynku trochę bardziej rozwiniętym niż nasz, wydatki plasują się podobnie pod kątem przedmiotów, których potrzebujemy. Tam jest jednak większa dostępność darmowych podręczników i przyborów szkolnych, u nas obejmuje to tylko dzieci w szkole podstawowej – mówi Patrycja Venulet.

Zdecydowana większość Polaków zakupów nie zostawia na ostatnią chwilę, blisko 70 proc. planuje je jeszcze w sierpniu. W dużej mierze to efekt licznych rabatów i promocji, a statystyczny Polak jest łowcą okazji – to właśnie cena jest czynnikiem, który w największym stopniu wpływa na decyzje zakupowe. Blisko 75 proc. deklaruje, że w poszukiwaniu najlepszych cen odwiedzi kilka sklepów.

– Najpierw odwiedzamy różne rodzaje sklepów, a potem dokonujemy zakupu tam, gdzie jest najbardziej korzystnie. W przypadku drobnych rzeczy jak zeszyty, długopisy, kredki, rodzice raczej decydują się na zakup w pierwszym sklepie – mówi Venulet.

Przy kompletowaniu szkolnej wyprawki odwiedzimy średnio cztery sklepy stacjonarne, gdzie spędzimy 7,4 godziny. Dla blisko połowy Polaków zakupy szkolne to przyjemność i sposób na spędzanie czasu z rodziną. O ile jeszcze do niedawna zakupy szkolne były domeną kobiet, o tyle teraz biorą w nich udział także ich partnerzy i dzieci.

– W przypadku takich artykułów jak odzież, obuwie, artykuły szkolne, plecaki, piórniki, nadal to kobiety decydują, jaki to jest zakup i gdzie go dokonujemy. W przypadku elektroniki i gadżetów technologicznych panowie mają większy wpływ na te zakupy – podkreśla ekspertka Deloitte.

Coraz chętniej kupujemy w internecie. Średnio sprawdzimy ofertę trzech e-sklepów, na czym spędzimy 4,4 godziny. Co piąty Polak deklaruje, że więcej kupi w sieci niż w tradycyjnych sklepach.

 W sklepach internetowych najczęściej kupujemy sprzęt elektroniczny, gadżety technologiczne. Tu szukamy już oszczędności – po upatrzeniu odpowiedniego modelu rodzice sprawdzają, która strona oferuje korzystniejsze warunki cenowe – wskazuje Patrycja Venulet.

Co dziesiąte importowane do Polski auto sprowadzane jest z Wielkiej Brytanii. Są one tańsze w zakupie, ale trzeba zapłacić więcej za ich ubezpieczenie

Co dziesiąte importowane do Polski auto sprowadzane jest z Wielkiej Brytanii. Są one tańsze w zakupie, ale trzeba zapłacić więcej za ich ubezpieczenie 9

Połowa aut sprowadzanych z zagranicy pochodzi z Niemiec. 10 proc. importu stanowią auta z Wielkiej Brytanii, w tym tzw. angliki, czyli z kierownicą po prawej stronie. Chociaż są one tańsze niż używane auta przystosowane do ruchu prawostronnego, to ta oszczędność może się okazać pozorna. Ubezpieczenie w Polsce takich pojazdów może być bardzo kosztowne – ponaddwukrotnie droższe niż tego samego auta z kierownicą po lewej stronie.

Wyższa składka ubezpieczenia OC czy AC wynika z faktu, że ubezpieczyciele uwzględniają większe ryzyko związane z prowadzeniem auta z kierownicą po prawej stronie i naliczają wyższe składki. Eksperci podkreślają, że kierowcy przyzwyczajeni do jazdy po prawej stronie jezdni, prowadząc „anglika” odczuwają większy stres i dyskomfort, szczególnie na początku użytkowania. Wzrasta zagrożenie stłuczką czy wypadkiem.

Gorzej czujemy gabaryty samochodu, czujemy się mniej komfortowo, a z perspektywy ubezpieczyciela w przypadku stłuczki kwoty odszkodowań są po prostu dużo większe, co znajduje niestety swoje odzwierciedlenie w składkach – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porówneo.pl.

W Polsce nowe auta kupują głównie firmy. Trafia do nich 70 proc. wszystkich sprzedanych pojazdów. Większość Polaków kupuje auta używane. W 2018 roku do naszego kraju sprowadzono prawie milion aut o wartości 16 mld zł – wynika z danych Ministerstwa Finansów. W większości to pojazdy z kierownicą po lewej stronie. Prawie 50 proc. aut sprowadzamy od naszych zachodnich sąsiadów – wynika z raportu Clicktrans.pl. Na drugim miejscu jest Francja, skąd przyjeżdża niecałe 10 proc. pojazdów. Podobny odsetek trafia do Polski z Wielkiej Brytanii, w tym także „angliki”. Używane auta sprowadzane z wysp brytyjskich znajdują w Polsce nabywców, bo są tanie. Koszt zakupu może być kilkanaście tysięcy złotych niższy niż auta z kierownicą po lewej stronie. Co najmniej dwukrotnie wyższy jest za to koszt ubezpieczenia.

Jak wynika z naszego porównania, osoba, która nie miała żadnej historii szkodowej, może ubezpieczyć 10-letni samochód klasy średniej za 790 zł. Dokładnie to samo ubezpieczenie OC dla „anglika” kosztowałoby ponad 2 tys. zł – mówi Andrzej Popielski.

Trzydziestoletni mieszkaniec Warszawy, który chce ubezpieczyć Volkswagena Passata kombi z 2009 roku z kierownicą po prawej stronie, musi się liczyć z tym, że za OC w Polsce zapłaci między 3,1 tys. a 8 tys. zł – wynika z analizy Porówneo.pl. Oferta dla identycznego auta, który ma kierownicę z lewej strony, oscylowała w granicach 722 – 2,6 tys. zł.

Od sierpnia 2015 roku, dzięki zmianie przepisów, w Polsce możliwa jest rejestracja aut z kierownicą po prawej stronie bez konieczności ich przerabiania. Przed zmianą przepisów konieczne było m.in. przeniesienie kierownicy i pedałów na lewą stronę, czy instalacja deski rozdzielczej. Obecnie wymagane modyfikacje samochodu z Anglii lub Irlandii ograniczają się tylko do zmian dotyczących reflektorów, lusterek i prędkościomierza (wymagana skala w km/h). Przed zmianą przepisów trudniej było też „anglika” ubezpieczyć, bo na rynku było mało ofert. To także zmieniło się na plus. Wciąż jednak nie wszyscy ubezpieczyciele mają w swojej ofercie polisy dla samochodów z kierownicą po prawej stronie.

Ubezpieczyciel, po pierwsze, kalkuluje wyższe koszty ewentualnych odszkodowań, nie tylko z tytułu OC, lecz także z tytułu autocasco i napraw, które mogą się wydarzyć w trakcie ubezpieczenia tego samochodu i konieczności pokrycia kosztów tychże napraw – mówi prezes Porówneo.pl.

Decydując się na zakup sprowadzonego auta, trzeba też pamiętać o procedowanych przepisach nakładających na nabywców dodatkowe obowiązki. Wprowadzą one obowiązek rejestracji w ciągu 30 dni. W przeciwnym razie nabywca zapłaci karę w wysokości od 200 do 1 000 złotych. Grzywnę zapłacimy też, jeśli nie poinformujemy starosty o zakupie lub sprzedaży pojazdu zarejestrowanego w Polsce. Tu nie ma rozróżnienia, czy pojazd ma kierownicę z lewej, czy z prawej strony.

Nowe technologie usprawnią systemy ochrony pożarowej. Powstają innowacyjne materiały oraz nowe sposoby projektowania budynków

Nowe technologie usprawnią systemy ochrony pożarowej. Powstają innowacyjne materiały oraz nowe sposoby projektowania budynków 10

Rozwój technologii inteligentnych doprowadził do powstania nowych rozwiązań w zakresie ochrony przeciwpożarowej budynków. Inżynierowie pracują nad wdrożeniem innowacyjnych konstrukcji odpornych na podpalenie oraz ognioodpornych materiałów budowlanych. Zmiany zachodzą także w procesach projektowych – narzędzia wykorzystujące rozwiązania BIM pozwalają dostosować ognioodporność danej konstrukcji do stopnia zagrożenia pożarowego.

– Inwestycje, jakie w tej chwili są budowane, są zupełnie inne niż to miało miejsce w przeszłości. Weźmy przykład galerii handlowych, mamy do czynienia z bardzo dużymi garażami, mamy do czynienia z wielkimi kubaturami. Podobnie, jeśli jest mowa o biurowcach wysokościowych czy nawet o mieszkaniówce. To wszystko stawia zupełnie nowe wyzwania przed ochroną przeciwpożarową. Nowe technologie muszą nadążać za tymi wymaganiami – mówi agencji Newseria Innowacje Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży Promat.

Technologia Modelowania Informacji o Budynku (BIM) jest jedną z największych zmian, jaką wprowadzono w ostatnich latach w budownictwie. Projektowanie w oparciu o rozwiązania BIM ułatwia architektom przeprowadzanie konsultacji z branżystami, w tym m.in. specjalizującymi się w ochronie przeciwpożarowej, już na wczesnym etapie powstawania budynku. Nowe technologie pozwalają dokładnie zasymulować scenariusze w przypadku potencjalnego zagrożenia.

Autodesk opracował szereg narzędzi przeznaczonych do analizy bezpieczeństwa budynków. Oprogramowanie Autodesk Navisworks pozwala opracować plany ewakuacyjne, Autodesk CFD umożliwia symulowanie rozkładu temperatur podczas pożaru i analizować sposoby odprowadzania dymu, zaś Autodesk Project Scorch pozwala projektantom przeanalizować zachowanie się ognia w projektowanym budynku.

– Przy projektowaniu budynków wykorzystuje się bardzo mocno symulacje komputerowe. Symulujemy powstanie pożaru, np. w garażu, gdzie źródłem pożaru najczęściej jest samochód, w którym zapalić może się silnik czy coraz częściej ogniwa w samochodzie elektrycznym. Wówczas największym zagrożeniem jest nie temperatura, ale dym, który powoduje, że ludzie zatruwają się, nie widzą drogi ucieczki. Symulacje pozwalają tak zaprojektować przestrzeń, by odprowadzić ten dym w sposób bezpieczny, a jednocześnie w sposób umożliwiający ewakuację ludziom – tłumaczy ekspert.

Skuteczna ochrona przeciwpożarowa to jednak przede wszystkim czujniki, które pozwolą szybko wykryć źródło pożaru. Jeden z ciekawszych systemów opracowali inżynierowie z firmy FFE. Czujka Fireray One została zaprojektowana w taki sposób, aby do jej instalacji nie była wymagana specjalistyczna wiedza instalacyjna. Sprzęt sam przeprowadza proces kalibracji, dzięki czemu może być z łatwością zainstalowany nie tylko w dużych obiektach, lecz także w małych domach jednorodzinnych.

Prowadzone są także prace nad powłokami, dzięki którym elementy do tej pory łatwopalne, byłyby odporne na ogień. Promat eksperymentuje z powłokami zwiększającymi ognioodporność materiałów konstrukcyjnych, w tym elementów drewnianych. Naukowcy z Texas A&M University z kolei chcą stworzyć nietoksyczną, ognioodporną powłokę wykonaną wyłącznie z naturalnych materiałów, która zmniejszyłaby podatność pianki poliuretanowej na podpalenie. Materiał ten jest powszechnie wykorzystywany w produkcji mebli domowych oraz w systemach dociepleniowych dachów. Pokrycie go nanopowłoką opóźni moment zapłonu, co może zapobiec wielu pożarom.

– Wcześniej mieliśmy restrykcyjne podejście, budynek o danej wysokości, o danej liczbie mieszkańców ma mieć takie, a nie inne klasy odporności ogniowej. Dzisiaj wchodzimy głębiej w funkcje poszczególnych części tego budynku, w funkcje, jakie będzie spełniał. Część budynku, która tworzy większe zagrożenie, będzie zabezpieczana lepiej, będą w niej użyte inne materiały – tłumaczy Tomasz Mazanek.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku systemów ochrony przeciwpożarowej w 2018 roku przekroczyła 57 mld dol. Do 2025 roku wzrośnie do blisko 95,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,1 proc.

Wdrożenie sieci 5G może przyspieszyć rozwój branży gier wideo. Producenci stawiają na gry mobilne i strumieniowe przesyłanie

Wdrożenie sieci 5G może przyspieszyć rozwój branży gier wideo. Producenci stawiają na gry mobilne i strumieniowe przesyłanie 11

Upowszechnienie się smartfonów wyposażonych w duże ekrany i wydajne podzespoły zmieniło oblicze branży gier. Dystrybutorzy zaczęli zwracać większą uwagę na produkcję tytułów mobilnych, a korporacje rozpoczęły wdrażanie serwisów, które umożliwią granie za pośrednictwem chmury danych. Wdrożenie infrastruktury sieci 5G przyspieszy rozwój tej branży – ułatwi pobieranie gier mobilnych i umożliwi odpalanie najwyższej klasy tytułów na każdym urządzeniu.

– Sieć 5G będzie miała ogromny wpływ na segment rynku gier związany z e-sportem, czyli grami takimi jak Counter-Strike, League of Legends czy StarCraft. Dlaczego? Sieć 5G pozwoli na dużo niższe opóźnienia, które są bardzo istotne w rozgrywkach e-sportowych. Także na pewno będzie miało ogromny wpływ na ten konkretny segment rynku. Może mieć też oczywiście wpływ na gry mobilne. Jeżeli one są dużego rozmiaru, to pobieranie takiej gry zabiera dość dużo czasu. Sieć 5G zdecydowanie skróci czas pobierania takich gier – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Kuczera, prezes zarządu Vixa Games.

Wdrożenie technologii 5G według badań przeprowadzonych przez Ericsson Consumer Lab będzie miało zauważalny wpływ na przepustowość łączy telekomunikacyjnych. Nowa infrastruktura pozwoli łączyć się z internetem nawet 100 urządzeniom na metr kwadratowy, poprawi zasięg i wydajność sieci komórkowych przy jednoczesnym zmniejszeniu opóźnień w przesyle danych. To wszystko ułatwi korzystanie ze streamingowych platform gamingowych.

Na nadejście ery 5G w komunikacji przygotowuje się już kilka firm zainteresowanych branżą gier mobilnych. NVIDIA zapowiedziała uruchomienie betatestów mobilnej odsłony serwisu GeForce NOW, który zaprojektowano z myślą o uruchamianiu pecetowych gier za pośrednictwem chmury danych. Podobną usługę wdroży na jesieni Google. W ramach platformy Stadia gracze będą mogli uruchomić gry z chmury, korzystając wyłącznie z aplikacji bądź przeglądarki Chrome. Stadia przeszła już fazę testów i jest gotowa, aby wejść na rynek komercyjny. W tym m.in. na urządzenia mobilne, funkcjonujące zarówno w obrębie sieci Wi-Fi, jak i szybkiej sieci 5G.

Na gry mobilne postawili także inżynierowie Apple, którzy opracowali serwis gamingowy Arcade. W przeciwieństwie do konkurencyjnych rozwiązań, nie działa on jako platforma streamingowa. Aplikację będzie można pobrać z AppStore, trafią do niej gry, które będzie można uruchomić na dowolnych urządzeniu od Apple, w tym m.in. smartfonach oraz tabletach, również będąc offline. Arcade będzie dostępny na jesieni tego roku.

– Patrząc na to, jak rynek ewoluował, zdecydowanie będziemy grać w gry mobilne, niekoniecznie na telefonach czy tabletach, ale na konsolach mobilnych. Tutaj rynek zawojował Nintendo Switch, ale jest jeszcze spora nisza, która w żaden sposób nie jest wypełniona. W zasadzie Nintendo Switch jest jedyną taką mobilną konsolą przenośną w danym momencie – twierdzi ekspert.

Nintendo poszło jeszcze o krok dalej, przestawiając się na projektowanie gier z myślą o odbiorcach zainteresowanych tytułami mobilnymi. W najnowszej, odświeżonej wersji hybrydowej konsoli Switch poprawiono przede wszystkim żywotność baterii, wydłużając ją dwukrotnie. Tańszy model Switcha, który pojawi się w sprzedaży w najbliższym czasie, będzie urządzeniem przeznaczonym wyłącznie do grania mobilnego – producent pozbawił konsolę możliwości przesyłania obrazu na ekran telewizora.

– Konsole i gry mobilne nie znikną z rynku. Ciekawe jednak, co się stanie z wirtualną rzeczywistością. Wszyscy jeszcze parę lat temu krzyczeli, że VR zdobędzie rynek. Jestem bardzo ciekawy, czy adopcja VR się zwiększy. Augmented reality raczej widać, że nie zaadaptował się tak, jak niektórzy przewidywali. To gry mobilne i konsole przenośne stworzą duży segment na rynku – podsumowuje ekspert.

Według firmy badawczej Newzoo wartość globalnego rynku gier mobilnych w 2019 roku osiągnie wartość 68,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10,2 proc. w skali roku.

Smart Home stanie się standardem do 2030 roku

Firma Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) poinformowała, że według oczekiwań konsumentów, inteligentne urządzenia staną się powszechne w ich domach w 2030r. To ustalenia wynikające z badania przeprowadzonego przez niezależną firmę badań rynkowych CITE Research na zlecenie Dassault Systèmes, na reprezentatywnej próbie tysiąca dorosłych Amerykanów.

Dom staje się coraz bardziej inteligentny, wykorzystując łączność, czujniki i Internet Rzeczy, aby lepiej zaspokoić potrzeby konsumentów. Zakres rozwiązań obejmuje inteligentne: oświetlenie, termostaty i urządzenia kuchenne, aż po osobistych asystentów i urządzenia do podlewania roślin. W rezultacie nasze życie domowe w coraz większym stopniu podlega cyfryzacji, co powoduje zmianę oczekiwań konsumentów wobec innowacji technologicznych i związanych z nimi korzyści.

W Polsce urządzenia z kategorii inteligentnego domu dopiero zyskują na popularności. Według danych Oferteo.pl rozwiązania smart home znalazły zastosowanie w 23% domów  budowanych w 2018 roku. Polacy najczęściej wybierali urządzenia mające zapewnić bezpieczeństwo: inteligentne czujniki, alarmy i kamery monitoringu. Jest to spójne z wynikami badania CITE Research/Dassault Systèmes, w którym około dwóch trzecich respondentów wymienia bezpieczeństwo (66%) i efektywność energetyczną (67%) jako najważniejsze zalety rozwoju technologii w domu. Dla ponad połowy zdalny dostęp (57%) i personalizacja (53%) są na trzecim miejscu wśród kluczowych korzyści.

Pozostałe wnioski z badania CITE Research Dassault Systèmes:

  • Domy w 2030 roku będą w pełni połączone i zautomatyzowane. Około trzy czwarte respondentów spodziewa się używać inteligentnych urządzeń w swoich domach w 2030 roku – 73% chciałoby używać zdalnie monitorowanych urządzeń / rozwiązań aktywowanych głosem, a 70% oczekuje powszechności w pełni połączonych systemów inteligentnego domu.
  • Podczas gdy około połowa respondentów spodziewa się korzystania z wirtualnego asystenta domowego lub robota, fizyczny robot w domu lub automatycznie konfigurowalne przestrzenie (takie jak garderoba zmniejszająca się automatycznie, aby stworzyć dodatkową przestrzeń) są uważane za mniej prawdopodobne zastosowania w przyszłości.
  • Wiek i status materialny wpływają na podejście do nowych technologii. Młodsi respondenci (w wieku 18 – 44 lat), zamożniejsi (dochód gospodarstwa domowego powyżej 100 000 USD) i użytkownicy szybko przyjmujący nowinki techniczne częściej twierdzą, że mogą korzystać z którejkolwiek z tych technologii. Pytani o kluczowe zalety innowacyjnych technologii – młodsi uczestnicy (18 – 34 lat) przywiązują największą wagę do personalizacji – 66% osób w wieku 18 – 24 lat i 63% osób w wieku 25 – 34 lat. Personalizacja jest również kluczowa dla początkujących użytkowników technologii (23% uważa ją za zaletę nr 1).

Zaufanie w biznesie – plusy i minusy rozwoju biznesu

Problem niskiego zaufania to jedna z barier w prowadzeniu biznesu. Z drugiej strony poleganie tylko na zaufaniu może doprowadzić do wielu patologii. Jak zaznacza dr hab. Dominika Latusek-Jurczak, autorka książki „Zaufanie w zarządzaniu organizacjami” wydanej właśnie przez Wydawnictwo Naukowe PWN, choć zaufanie jest jednym z najważniejszych czynników w relacji – także biznesowej – ma też swoją ciemną stronę.

Bezgraniczne zaufanie w biznesie jest równie niebezpieczne, jak jego całkowity brak. Może znacząco wpłynąć na rozwój firmy, prowadząc do ograniczenia rozwoju biznesu. Nadmierne zaufanie może doprowadzić do różnego rodzaju nadużyć. Jednym z przykładów jest kryzys finansowy z 2007 roku, z którego skutkami borykamy się do dziś. U jego podstaw leżało m.in. zbyt duże zaufanie do instytucji finansowych i firm audytorskich, które wysoko oceniając produkty finansowe, napędzały ich sprzedaż.

­̶ Im wyższy poziom zaufania, tym mniejsza wrażliwość na niepokojące sygnały we współpracy z biznesowymi partnerami. W skrajnych przypadkach nadmierne zaufanie może nawet utorować drogę do popełnienia przestępstw, takich jak wyłudzenia czy oszustwa finansowe  ̶  ostrzega dr hab. Dominika Latusek-Jurczak z Katedry Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego, która od lat bada kwestię zaufania w Polsce, krajach Europy Zachodniej i Dolinie Krzemowej w Stanach Zjednoczonych, a także przeprowadziła analizę wielu tekstów naukowych poświęconych zaufaniu w organizacji.

Wszystko dlatego, że w sytuacji nadmiernego zaufania firmy przestają reagować na alarmujące sygnały, które do nich docierają, i zaczynają je racjonalizować.

Złoty środek dotyczący zaufania w biznesie

Zbyt duże zaufanie przeradza się w naiwność. Z drugiej strony konsekwencją zbyt niskiego poziomu zaufania może być utrata biznesowych korzyści wynikających z rynkowej współpracy.

– Firmy dążą do relacji opartych na zaufaniu, bo są one szybsze i łatwiejsze. Jednak, nie szukając alternatyw, mogą wybierać opcje, które ekonomicznie będą mniej opłacalne – dodaje dr hab. Dominika Latusek-Jurczak, jednocześnie wskazując na potrzebę stosowania w biznesie arystotelesowskiej idei złotego środka.

– Kiedy prowadzi się firmę, nie można bezwarunkowo ufać biznesowym partnerom. Trzeba dokładnie przemyśleć, kogo obdarza się zaufaniem. Zarówno przesadna nieufność, jak i przesadne zaufanie są dla współpracy na dowolnym poziomie niekorzystne – podkreśla dr hab. Latusek-Jurczak.

Pozytywna strona zaufania w biznesie

Zaufanie ma jasną stronę – m.in. umożliwia podejmowanie ryzyka, czego efektem może być zwiększenie konkurencyjności biznesu. Uważane jest także za mechanizm ułatwiający proces dzielenia się wiedzą, a także ogranicza potrzebę wprowadzenia formalnych mechanizmów kontroli i koordynacji w biznesowej relacji.

Dr hab. Dominika Latusek-Jurczak zauważa, że choć silne zaufanie między partnerami jest w świecie biznesu rzadkością, to może być przekute w ogromną przewagę rynkową. Zestawiła na bazie własnych badań i analizy wielu tekstów naukowych 10 największych zalet zaufania w biznesie.

Oto one:
– zaufanie jest źródłem trwałej przewagi konkurencyjnej,
– redukuje koszty transakcyjne,
– ogranicza ryzyko/redukuje niepewność – niezbędne w radzeniu sobie z kompleksowością i niepewnością,
– przyczynia się do wzrostu efektywności,
– wspomaga uczenie się, kreatywność, innowacyjność i przepływ informacji,
– ułatwia przeprowadzanie zmian,
– jest krytycznym czynnikiem powodzenia każdej współpracy (zespoły, sojusze, partnerstwa),
– wzbogaca relacje, ułatwia rozwiązywanie konfliktów i radzenie sobie z problemami: poprawia „klimat” życia gospodarczego, zapewnia stabilizację instytucji społecznych i rynków,
– uruchamia twórcze myślenie,
– pozwala zrezygnować ze ścisłej kontroli, dokładnych kontraktów, wzajemnego monitoringu,

Lont bez ognia

Aktualnie rynki kręcą się wokół trzech głównych tematów – woja handlowa, obawy o globalną recesję i nadzieje na luzowanie polityki pieniężnej – ale ponieważ przez ostatnią dobę w żadnych z tych tematów nic się nie ruszyło, inwestorzy siedzą w bezczynności. Z czasem coś się zmieni, ale na razie wydaje się lepiej czekać w defensywnych aktywach.

W obecnych warunkach po prostu bardzo trudnym jest branie na siebie odważnych decyzji, jeśli zwrot o 180 stopni może przyjść w każdej chwili. Kiedy niepewność rzuca się cieniem nie tylko na klimat inwestycyjny, ale też na nastroje przedsiębiorców i konsumentów, zdecydowanie łatwiej o negatywne zaskoczenia. Najświeższym potwierdzeniem tych symptomów jest spadek indeksu zaufania biznesu w Nowej Zelandii do 11-letniego minimum. Pomimo medialnej ciszy w czołowych tematach dominuje chęć kierowania kapitału w stronę bezpiecznych aktywów. Ponury obraz przebija się z rynku długu, gdzie rentowności 10-latek USA wróciły pod 1,50 proc. i trzymają się 3-letnich minimów. W Niemczech 10-letnie Bundy na -0,7 proc. są najniżej w historii. Inwersja krzywej dochodowości w USA podsyca obawy, że jest to zapowiedź rychłej recesji. Korelacja ta jest mocno dyskusyjna i osobiście podchodzę do niej bardzo nieufnie, ale nie da się zignorować, że jest obecnie popularyzowanym argumentem.

Innym „mylnym osądem” jest interpretacja ryzyka politycznego we Włoszech po zachowaniu obligacji. Rentowności włoskich 10-latek pierwszy raz w historii spadły poniżej 1 proc., co wiąże się z rosnącymi nadziejami na powstanie nowego rządu w Rzymie i oddaleniu wizji powtórzonych wyborów. Muszę się z tym tłumaczeniem nie zgodzić. Jeśli premia za ryzyko polityczne na europejskich aktywach w ogóle istniała, udzielałaby się także euro. Widzieliśmy to chociażby w listopadzie ubiegłego roku przy sporze z Brukselą nad projektem budżetu. Tymczasem EUR/USD kompletnie nie wykazuje reakcji na wszelkie informacje związane z toczącymi się negocjacjami koalicyjnymi między Ruchem 5 Gwiazd i Partią Demokratyczną. Z perspektywy rynku od początku najbardziej realnym scenariuszem była nowa koalicja R5G i PD. Obu partiom zależy na utworzeniu koalicji, gdyż w powtórzonych wyborach największe szanse na zwycięstwo ma eurosceptyczna Liga. Skoro to było oczywiste, nie ma teraz zmowy o ujmowaniu z wyceny premii za ryzyko. Rentowności włoskiego długu spadają jak innych w Eurolandzie w oczekiwaniu na pakiet luzowania monetarnego EBC.

We wczorajszym odcinku brexitowej telenoweli premier Boris Johnson poprosił królową Elżbietę II o zawieszenie obrad parlamentu począwszy do 9 września aż do 14 października. Następna sesja parlamentu zostanie otwarta tzw. Queen’s Speech, w trakcie którego rząd przestawi zarysy nowej polityki. Funt początkowo zareagował spadkiem, gdyż zawieszenie prac parlamentu oznacza zabranie opozycji czasu na przeforsowanie ustaw mogących zablokować dążenia rządu do przeprowadzenia bezumownego brexitu. Funt jednak zdołał odrobić część strat, gdyż w końcowym rozrachunku trudno powiedzieć, czy i jak zmienił się rozkład szans w procesie brexitu. Opozycja wciąż będzie miała cały przyszły tydzień na zwarcie szyków, czego rezultat nie jest do końca pewny, biorąc pod uwagę historię niejednomyślności posłów. Sam proces zawieszenia parlamentu może zostać zaskarżony, jak również opozycja może pospieszyć się z głosowaniem nad wotum nieufności. Także po Queens Speech i prezentacji expose Johnson będzie poddany głosowaniu nad wotum zaufania, gdzie przegrana oznacza nowe wybory. W takim scenariuszu racjonalnym jest zakładanie zgody UE na ponowne odroczenie daty brexitu. W skrócie, w najbliższych tygodniach szanse na bezumowny brexit mogą spaść, jak i wzrosnąć. Kto sceptycznie podchodzi do funta, z pewnością już ma pozycję – dane Commodity Futures nad Trading Commission mówią o 7 mld USD ulokowanych w krótkich pozycjach w GBP. Kto dopiero wkracza do gry, ogranicza się do zabezpieczania ryzyka na rynku opcji, bez wpływu na rynek spot. Trzymiesięczna implikowana zmienność GBP/USD jest najwyżej od grudnia. Innymi słowy: inwestorzy zakładają, że w tym czasie na funcie „będzie się działo”, nawet jeśli nie mają pewności, w którym kierunku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Orzeczenie TSUE w sprawie przycisku „Like”: operator witryny internetowej współodpowiedzialny za dane osobowe.

Znany z serwisu Facebook przycisk „Lubię to” (ang. „Like”) można obecnie spotkać w sieci już prawie wszędzie. Operatorzy stron internetowych integrują go jako tzw. wtyczkę (ang. „Plug-in”) w kodzie źródłowym stron internetowych, dzięki czemu jej użytkownicy mogą łatwiej udostępniać znajdujące się na nich treści na Facebooku. W niedawnym orzeczeniu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) rozpatrzył możliwość pociągnięcia operatora strony internetowej do odpowiedzialności za potencjalne naruszenia prawa w zakresie danych osobowych, gromadzonych za pomocą wtyczek. W efekcie, by uniknąć kar za naruszenie przepisów dotyczących ochrony danych osobowych, wielu operatorów  będzie musiało odpowiednio dopasować swoje strony internetowe.

Z perspektywy ochrony danych osobowych problematyczny jest mechanizm działania wtyczki społecznościowej „Lubię to”. Już samo wejście na stronę internetową, która zawiera taką wtyczkę, powoduje automatyczne przekazanie serwisowi społecznościowemu Facebook danych użytkownika, takich jak adres IP czy pliki typu cookie. Facebook otrzymuje w ten sposób dane użytkownika odwiedzającego stronę internetową, czego użytkownicy mogli dotychczas nie być świadomi. Dla przekazania danych Facebookowi nie jest przy tym nawet konieczne kliknięcie przycisku „Lubię to”, ani nawet posiadanie konta na portalu Facebook.

Najnowsze orzeczenie TSUE z końca lipca 2019 r. wyraźnie wskazuje, że administratorzy stron internetowych są wspólnie z Facebookiem odpowiedzialni za przetwarzanie danych osobowych. Ostatecznie oba te podmioty wspólnie określają „cele i sposoby” gromadzenia, a następnie transmisji danych osobowych, mając nadzieję na uzyskanie dzięki temu dodatkowej reklamy, a w dalszej kolejności związanej z tym korzyści komercyjnej.

Oznacza to, że operatorzy stron internetowych mają obowiązek informować swoich użytkowników o przekazywaniu danych za pomocą wtyczki społecznościowej „Lubię to”. Według TSUE na operatorach stron internetowych nie ciąży jednak obowiązek informacyjny co do dalszego przetwarzania danych przez Facebook.

Skutki orzeczenia dotyczą przy tym nie tylko wtyczki społecznościowej „Lubię to” Facebooka, ale także wtyczek innych portali społecznościowych (Twitter, LinkedIn, Pinterest etc.), które powodują automatyczne przekazanie danych do firmy z branży mediów społecznościowych, na tej samej zasadzie co wtyczka Facebooka. W przyszłości okaże się, czy oprócz obowiązku dostarczenia informacji o przetwarzaniu danych osobowych, konieczne będzie również uzyskanie zgody użytkowników. TSUE w swoim orzeczeniu świadomie pozostawił tę kwestię otwartą.

Należy dodać, że zgodnie z orzeczeniem, oprócz krajowych organów ochrony danych osobowych, do zgłaszania podobnych naruszeń uprawnione są także organizacje konsumenckie. Ponieważ organizacje te niejednokrotnie ścigają naruszenia prawa ochrony danych osobowych w sposób bardziej zdecydowany niż organy państwowe, administratorzy stron internetowych prawdopodobnie będą musieli w niedalekiej przyszłości stawić czoła większej niż dotychczas liczbie postępowań inicjowanych przez takie organizacje. W celu uniknięcia surowych kar wskazane jest uzyskanie przez przedsiębiorców porady prawnej w sprawie wymogów w zakresie ochrony danych osobowych.

Komentarz: Przemysław Walasek, LL.M., adwokat, partner w Taylor Wessing w Warszawie

Pytania rozstrzygane przez TSUE w opisanej sprawie dotyczyły co prawda jeszcze poprzedniego stanu prawnego i odpowiednich regulacji dyrektywy 95/46/WE obowiązującej przed wejściem w życie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), tym niemniej Trybunał dokonał analizy fundamentalnego dla całego prawnego systemu ochrony danych osobowych pojęcia administratora danych osobowych, przez co jego rozważania pozostają aktualne także na gruncie obowiązujących obecnie przepisów RODO.  Orzeczenie stanowi interesujący przykład szerokiej interpretacji, w  ramach której Trybunał wyszedł ze słusznego założenia, że celem szerokiej definicji pojęcia administratora jest zapewnienie  osobom, których dane dotyczą, skutecznej i pełnej ochrony prawnej.

Nawiązując do wcześniejszych wypowiedzi TSUE w tym zakresie, Trybunał potwierdził, że wbrew intuicyjnemu przekonaniu, brak dostępu do danych nie przekłada się automatycznie na pozbawienie przymiotu administratora, o ile dany podmiot (samodzielnie lub wspólnie z innymi podmiotami) określa cele i sposoby przetwarzania danych osobowych. Zdecydowanie ciekawsze są natomiast rozważania Trybunału zmierzające do uzasadnienia udziału operatora strony internetowej w określaniu celów i sposobów przetwarzania danych. Instalując wtyczkę dostarczoną przez popularną platformę społecznościową operator miałby – w ocenie TSUE – w sposób dorozumiany wyrażać zgodę na gromadzenie i transmisję danych użytkowników strony. Ta okoliczność jak również fakt, że proces ten realizuje gospodarcze interesy zarówno operatora strony internetowej jak i platformy społecznościowej, są zdaniem Trybunału wystarczające do uznania, że oba podmioty wspólnie określają cele i sposoby przetwarzania danych osobowych. Jeszcze bardziej dosadny w tym zakresie był rzecznik generalny Michal Bobek stwierdzając w swojej opinii, że operator strony internetowej  „(współ)ustala parametry odnoszące się do gromadzonych danych po prostu z tej przyczyny, że umieszcza na swojej stronie internetowej przedmiotową wtyczkę”.

Od strony technologicznej jednakże, funkcjonowanie wtyczki jest niejako predefiniowane przez jej dostawcę, co ma bardzo istotne przełożenie zarówno na cele, jak i sposoby przetwarzania danych, które mogą być rzeczywiście realizowane przy użyciu wtyczki. W tym kontekście rola operatora strony internetowej jest zdecydowanie bardziej bierna i zasadniczo sprowadza się do skorzystania z kompletnego rozwiązania technologicznego dostarczonego przez podmiot trzeci (konkretnie do podjęcia, a następnie zrealizowania decyzji o zainstalowaniu wtyczki). Nie sposób więc oprzeć się wrażeniu, że przeprowadzony przez Trybunał wywód nie jest do końca spójny z charakterem analizowanej technologii i zasadami jej funkcjonowania. Reprezentowany przez TSUE pogląd nie jest więc wolny od kontrowersji i bez wątpienia istotne znaczenie będzie miał kierunek, w którym rozwinie się zaproponowana przez Trybunał wykładnia.

Autor: Andreas Schütz, LL.M., adwokat, Partner w Taylor Wessing w Wiedniu

Komentarz: Przemysław Walasek, LL.M., adwokat, partner w Taylor Wessing w Warszawie

33% małych firm uważa cyberzagrożenia za największe wyzwanie dla biznesu

33% małych firm jako największe technologiczne wyzwanie biznesowe wskazuje cyberzagrożenia.[1] Ponad połowa w ostatnim roku doświadczyła naruszenia bezpieczeństwa. Często skutkowało to utratą dochodów, klientów czy szansy na rozwój biznesu, wymuszało też dodatkowe kosztowne działania mające na celu przywrócenie poprawnej pracy środowiska IT.[2] Jednak wykrycie złośliwej działalności w systemie zajmuje przedsiębiorstwom średnio nawet 101 dni[3]. Jak MŚP mogą zadbać o swoje bezpieczeństwo?

MŚP atrakcyjne dla przestępców

W 2018 roku cyberprzestępczość na całym świecie doprowadziła firmy do strat w wysokości nawet 600 mld dolarów.[4] Popularyzująca się praca zdalna, digitalizacja czy Internet przedmiotów sprawiają, że każde przedsiębiorstwo może być zagrożone, niezależnie od rozmiaru i branży.

Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta
Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta

– Sektor MŚP jest postrzegany jako łatwy cel, gdyż nie ma tak zaawansowanej infrastruktury czy procedur bezpieczeństwa jak duże przedsiębiorstwa. Cyberprzestępcy wiedzą, że małym firmom brakuje budżetów na wyszkolony personel, który mógłby zarządzać zagrożeniami i na nie reagować. Niestety, sektor MŚP często zaczyna dostrzegać zagrożenia dopiero po ataku. Odzyskiwanie dostępu do danych po takich incydentach jest jednak trudne i kosztowne, a nawet niemożliwe, gdy firma nie posiada kopii zapasowych – wskazuje Mateusz Macierzyński menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.

Utrata informacji niesie ryzyko sparaliżowania działalności biznesowej. Tylko 35% firm deklaruje, że pozostałoby rentownymi przez dłużej niż 3 miesiące, gdyby całkowicie straciły dostęp do podstawowych danych. Ponad połowa wskazuje, że straciłaby rentowność w czasie krótszym niż miesiąc.[5]

Różne metody, podobne cele

Przestępcy stosują przede wszystkim sztuczki socjotechniczne, których celem są pracownicy firm. Jedną z najczęstszych jest phishing: sprawca wysyła e-maile podszywając się pod znaną firmę lub instytucję i próbuje wyłudzić hasła do logowania czy inne dane dotyczące transakcji. Takiego ataku doświadczyło 64% firm[6]. Przestępcy wykorzystują również aplikacje, linki przesyłane mailem czy strony www do dystrybucji złośliwego oprogramowania, które szyfruje pliki i żąda okupu za ich odblokowanie (ransomware). Częstą metodą są także ataki DDoS[7], w których sieć zostaje zarzucona ogromną ilością spamu, co przeciąża i blokuje system.

 

Wiedza kluczem do ochrony

63% pracowników nie uważa używania nieautoryzowanego urządzenia (np. USB) za zagrożenie dla firmowej sieci, a 61% nie widzi niebezpieczeństwa w instalowaniu nielegalnie pobieranych treści z sieci.[8] Im więcej pracownicy wiedzą o cyberatakach i sposobach ochrony danych, tym lepiej dla bezpieczeństwa firmy. Dlatego ważne jest budowanie świadomości oraz szkolenia kadry.

 

– Podstawą bezpieczeństwa firmy jest wiedza – które dane są wrażliwe, w jakim stanie są zabezpieczenia sieci, jakie urządzenia się z nią łączą i kiedy. Regularna analiza podatności pomaga w ocenie bezpieczeństwa i ryzyka oraz identyfikowaniu luk, które mogą narazić firmę na zagrożenia. Jednym ze sposobów minimalizowania ryzyka ataku jest także ograniczanie liczby dostawców, z których usług korzysta firma. Skraca to czas reakcji i umożliwia lepsze nadzorowanie swojej sieci – podsumowuje Mateusz Macierzyński.

[1] Badanie Konica Minolta SMB Survey 2018, http://fal.cn/SMBsurvey

[2] Raport Małe, lecz potężne, Cisco 2018.

[3] M-Trends 2018, Mandiant.

[4] Barometr Ryzyk Allianz 2019.

[5] State of Cybersecurity Among Small Businesses in North America, BBB, 2017 https://www.bbb.org/globalassets/shared/media/state-of-cybersecurity/updates/cybersecurity_final-lowres.pdf

[6] Raport Cyfrowa Polska 2019, http://cyfrowapolska.org/wp-content/uploads/2019/01/Raport_cyberbezpiecze%C5%84stwo_2019.pdf

[7] Ang. distributed denial of service, rozproszona odmowa dostępu do usługi. Jedna z metod wykorzystywanych do blokowania serwisów internetowych, łączy lub systemów informatycznych poprzez wysyłanie do nich ogromnej ilości danych, jakiej nie są w stanie obsłużyć.

[8] badanie na zlecenie BSA, The Software Alliance, 2018 https://ww2.bsa.org/~/media/Files/StudiesDownload/2018_BSA_GSS_Report_pl.pdf