Dolar pod presją, drożeją obligacje skarbowe USA

Wiceprezes Fed, J. Williams sporo namieszał w ostatnim wystąpieniu przed rozpoczęciem się okresu medialnej ciszy poprzedzającej posiedzenie FOMC 31 lipca. Williams przekonywał, że gdy istnieje do tego przestrzeń należy szybko i agresywnie ciąć stopy procentowe przy pojawieniu się pierwszych oznak dekoniunktury, czy przy materializowaniu się czynników ryzyka.

Po tych stwierdzeniach dolar znalazł się pod presją, mocno podrożały obligacje skarbowe USA a bazując na rynku pieniężnym wycena prawdopodobieństwa cięcia stóp o 50 pb wzrosła ponowie ponad 60 proc. pomimo pozytywnych informacji napływających ostatnio z gospodarki.

Eurodolar podskoczył do szczytów z początku tygodnia przy 1,1285. Spodziewamy się, że rynek będzie wygaszał ten wyskok kursu a kurs zostanie wciągnięty w kierunku 1,1240. Okazuje się bowiem, że zdaniem the Wall Street Journal Williams nie miał zamiaru sterować rynkowymi oczekiwaniami a jedynie wyrażał swoją ogólna opinię. Co więcej, Williamsa należy zaliczyć do zwolenników bardziej łagodnej polityki w FOMC, może nie jest to zadeklarowany gołąb, ale wśród decydentów o neutralnych poglądów jest tym, który będzie optował za łagodniejszą polityką. Warto też zauważyć, że EUR/USD nie pokonał nawet najbliższych, lokalnych szczytów. Dowodzi to, że inwestorzy przy strumieniu negatywnych informacji o koniunkturze w strefie euro nie kwapią się by kupować wspólną walutę, nawet gdy dolar jest pod ostrą presją.

W największym stopniu słabość USD wykorzystał dolar nowozelandzki. Kiwi pokonał szczyty z przełomu czerwca i lipca i porusza się w ugruntowanych trendzie wzrostowym. Analogiczny opór pokonał również dolar australijski, ale skala ruchu jest znacznie mniejsza a nasze spojrzenie na perspektywy tej waluty zdecydowanie mniej konstruktywne ze względu na gorsze fundamenty i bank centralny bardziej skłonny do luzowania.

Warto zwrócić uwagę na siłę odbicia funta. GBP/USD w środę rano był na dwuletnich dołkach po 1,24 a wczoraj wieczorem przekraczał 1,2550. Funt potrzebuje jednak ciągłego paliwa do aprecjacji. Rynek boi się twardego brexitu i konfrontacji ze stroną unijną w wykonaniu Borisa Johnsona, który lada dzień obejmie przywództwo. Nie widzimy szans, by w najbliższych tygodniach negatywne nastawienie dla GBP wyparowało, rynek wciąż powinien pozostawać w trybie sprzedaży odbić a bliskość lipcowym maksimów powinna aktywizować sprzedających.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Kurs franka do złotego. Jakie prognozy dla kursu franka szwajcarskiego?

Frank szwajcarski jest obecnie najmocniejszy w stosunku do złotego od września ubiegłego roku. Niepewności dotyczące światowego handlu, mimo rozejmu między USA a Chinami, działają na korzyść franka, postrzeganego jako waluta bezpieczna.

Drugim czynnikiem umacniającym franka jest podwyższenie prognoz inflacyjnych przez szwajcarski bank centralny. Jest to krok zastanawiający w porównaniu do banków centralnych innych krajów, które decydują się na zmniejszenie prognoz i przewidują luźniejszą politykę monetarną w przyszłości.

Decyzja SNB została odczytana przez rynki finansowe jako potencjalną zapowiedź podwyżek stóp procentowych. Inwestorzy i posiadacze kredytów we frankach nie powinni się jednak obawiać. Trudno spodziewać się, żeby szwajcarskiemu bankowi centralnemu zależało na zbytnim umocnieniu narodowej waluty. Prawdopodobnie CHF będzie w najbliższych tygodniach spadał z obecnego poziomu 3,85 zł.

Złoty jest za to mocny w stosunku do funta i euro. Jego siła może wynikać z niskiej rentowności polskich obligacji dziesięcioletnich, która spadła do okolic 2,27 proc. To jeden z najniższych poziomów w okresie ostatnich 10 lat – mówi Michał Stajniak z XTB w rozmowie z MarketNews24.

Co prawda polski dług jest nadal bardziej rentowny niż amerykański, gdzie dziesięcioletnie rentowności kształtują się na poziomie ok. 2 proc., jednak spadek polskich rentowności z okolic 3 proc. pokazuje, że zainteresowanie zagranicznych inwestorów polskimi obligacjami jest duże.

Nie liczą się fundamenty. Bitcoin numerem 1 spekulacji

Co stałoby się, gdybyśmy wyłączyli bitcoina? Być może niewiele. Ale na pewno spekulanci straciliby wiele okazji inwestycyjnych.

W momencie, gdy regulatorzy i prawodawcy „rzucają kłody pod nogi” globalnej kryptowalucie Libra, którą planuje wprowadzić Facebook, wiele osób zastanawia się, jaką rolę kryptowaluty odegrają w gospodarce przyszłości.

Jeżeli, czysto teoretycznie, za miesiąc „wyłączylibyśmy” bitcoina, nic dramatycznego nie stałoby się w światowej gospodarce. Bo tak naprawdę ta kryptowaluta nie jest jej dzisiaj potrzebna. Tylko, że to samo można było powiedzieć we wczesnej fazie rozwoju internetu i wielu innych wynalazków.

– Ja sugeruję nie zastanawiać się nad tym, czy bitcoin to waluta przyszłości, czy nie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Lepiej skoncentrować swoją uwagę na cenie i spekulacji, bo po to właśnie jest teraz bitcoin. Właśnie to jest najważniejsze dla osób, które interesują się kryptowalutami.

Dla tych, którzy lubią ryzyko, ale nie aż tak duże, jak to, które wiąże się z inwestowaniem w bitcoiny, stworzono koszyki i indeksy kryptowalut. – Pozwalają one na dywersyfikację ryzyka. Ale bitcoin i tak będzie w takich koszykach odgrywał największą rolę – ocenia Wardyn.

A jak dalej będą kształtować się notowania bitcoina? – Rynek walczy z przedziałem 10-13 tys. USD. Zejście poniżej to może być zjazd do 2 tys. USD, a nawet mniej. Z kolei przebicie definitywne tego poziomu w górę może oznaczać wzrost nawet do 20 tys. USD. Bo bitcoin to „król spekulacji” – tłumaczy ekspert CMC Markets.

Waloryzacja kontraktów budowlanych – GDDKiA nie dopłaci do starych kontraktów

W przypadku niektórych generalnych wykonawców realizujących kontrakty drogowe na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad pojawił się problem znacznej podwyżki cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy. Stał się argumentem w kwestii wywiązania się z zawartych umów. Część z firm postawiła jasny warunek – jeśli GDDKiA nie dopłaci do kontraktów, nie będą one realizowały dalszych prac. Przerwanie budowy i niska mobilizacja w niektórych przypadkach doprowadziła do odstąpienia od współpracy z generalnymi wykonawcami. Stanowisko GDDKiA zostało uzgodnione z Ministerstwem Infrastruktury, jak i Prokuratorią Generalną oraz Urzędem Zamówień Publicznych.

– Nie ma możliwości prawnych, aby waloryzować stare kontrakty na zasadach wskazywanych przez niektórych generalnych wykonawców – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Można zauważyć, że różnica w cenach ofert proponowanych przez firmy, z którymi odstąpiono od umów – w porównaniu z przedstawianym im kosztorysem – pokrywa się z środkami, jakich obecnie się domagają. GDDKiA wychodzi z założenia, że wina leży więc po stronie wykonawców, którzy źle obliczyli swoje koszty. Teraz bezpodstawnie domagają się dodatkowych środków. Przekazanie im takich funduszy miałoby szerokie konsekwencje. Zaburzona zostałaby konkurencja w stosunku do przedsiębiorców, którzy rzetelnie przygotowali swoje oferty, ale na etapie postępowania nie byli najlepsi. Przeszkodą jest także kwestia niedozwolonej pomocy publicznej czy ewentualnego zagrożenia utraty dofinansowania z środków unijnych. Po pierwsze więc wymagania niektórych wykonawców są bezpodstawne. Po drugie przepisy nie pozwalają na zrealizowanie ich żądań w postaci setek milionów złotych. Odpowiedzią na sygnały płynące z sektora budowlanego jest nowa klauzula waloryzacyjna wprowadzona przez GDDKiA. Przy jej tworzeniu brali udział także przedstawiciele branży. Wypracowano kompromis w kwestii ryzyka waloryzacyjnego, aby nie generować sztucznie wzrostu wartości kontraktów. Podzielono je pół na pół między wykonawców a inwestora. Klauzula jest już wpisywana we wszystkie umowy zawierane od 21 stycznia 2019 roku. Póki co nie było jeszcze konieczności, aby ją uruchomić. W przyszłości zapewne okaże się, jak rozwiązanie to zadziała w praktyce – dodał Piechowiak.

Liczba obywateli Ukrainy osiedlających się w Polsce przekroczyła 200 tys. osób

Od początku roku liczba obywateli Ukrainy posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy wzrosła o 12 proc. i przekroczyła 200 tys. osób. Przeważają osoby w przedziale wiekowym 20-39 lat. Najchętniej wybieranym regionem do zamieszkania jest województwo mazowieckie.

Dane nie dotyczą osób przebywających w kraju tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Tego typu krótkoterminowe pobyty charakteryzujące się dużą cyrkulacją są najczęstsze w przypadku obywateli Ukrainy. Coraz więcej z nich chce jednak pozostać w kraju na dłuższy czas.

Świadczy o tym rosnąca liczba wniosków o zezwolenia na pobyt, a także liczba osób już posiadających takie zezwolenia. Obecnie nieco ponad 200 tys. obywateli Ukrainy posiada ważne dokumenty uprawniające do długoterminowego pobytu w kraju. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 179 tys. i 145 tys. osób.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Zdecydowana większość obywateli Ukrainy posiada zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 158 tys. osób. Nieco ponad 42 tys. dysponuje prawem pobytu stałego i rezydenta długoterminowego.

Najbardziej popularnymi regionami wśród obywateli Ukrainy są województwa: mazowieckie – 45 tys. osób, wielkopolskie – 22 tys., małopolskie – 21,5 tys., dolnośląskie – 15,5 tys. oraz śląskie – 14 tys. Około 57 proc. stanowią osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, prawie 30 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 11 proc. poniżej 20. roku życia. Przeważają mężczyźni – 115 tys. osób (57 proc.), w porównaniu do 86 tys. kobiet.

Obywatele Ukrainy stanowią obecnie 50 proc. populacji cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce.

Zaniedbania bezpieczeństwa w chmurze

Eksperci z F5 Labs od 2017 r. notują przypadki organizacji z całego świata, które utraciły swoje zasoby chmurowe z powodu źle skonfigurowanych baz danych w chmurze lub usłudze pamięci masowej Amazon[1]. Ponieważ w takich przypadkach dostęp dla nieautoryzowanych użytkowników – hakerów – jest możliwy jedynie wtedy, gdy ktoś celowo usunie lub zdegraduje domyślą ochronę, oznacza to świadome działanie i podejmowanie ryzyka po stronie „poszkodowanych”.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Z posiadanych przez F5 danych wynika, że miesięcznie dochodzi średnio do ok. trzech naruszeń z podobnego powodu. Niewiele? Jeśli wskaźnik wzrostu takich zdarzeń, który między 2017 a 2018 r. był na poziomie 200% się utrzyma, to możemy prognozować około 90 włamań do końca br. z powodu celowo zdjętych zabezpieczeń. Zwróćmy uwagę, że dane F5 odnoszą się jedynie do monitorowanych przez firmę przedsiębiorstw, więc szacunki mogą być wierzchołkiem góry lodowej.

Nie oznacza to jednak, że rozwiązania chmurowe same w sobie są źle zabezpieczone i narażają firmy na ryzyko. Chodzi tu wyłącznie o sytuacje, w których organizacje czy użytkownicy wprowadzają zmiany w domyślnej ochronie i tym samym wystawiają na publiczny widok dane, które przechowują. Może mieć to bardzo znaczące konsekwencje dla ich rzeczywistych właścicieli. Ponieważ takie zdarzenia obserwuje się we wszystkich branżach, wycieki mogą dotyczyć np. historii kredytowych, danych osobowych klientów firmy czy innych poufnych informacji, a tym samym narazić prawdziwych ludzi na ogromne ryzyko. Z doświadczenia F5 wynika, że w większości przypadków, za zmiany ustawień w chmurze i tym samym upublicznienie danych, odpowiedzialne były osoby, które nie znajdują się po stronie operacyjnej. Inżynierowie sieci, administratorzy baz danych czy inżynierowie systemów lub bezpieczeństwa – nie popełniliby takich błędów. 

Biznes pędzi, presja na IT rośnie

Migracja do chmury umożliwia programistom zrezygnowanie z niektórych tradycyjnych ról w działach IT. Postępująca automatyzacja, a tym samym skrócenie procesów, tworzy potencjalne zagrożenie wdrażania systemów o źle skonfigurowanych funkcjach bezpieczeństwa. W chwili, gdy zadania te przejmują deweloperzy, od których oczekuje się coraz szybszych wdrożeń – takie ryzyko wzrasta. Ponadto mogą oni nie znać potencjalnych konsekwencji lub błędnie założyć, że ataki nie są prawdopodobne.

Domyślne wdrożenia – ograniczona wiedza

W domyślnych wdrożeniach w chmurze dostępne są tylko ograniczone raporty bezpieczeństwa. Niezbędne informacje[2], które wcześniej deweloperzy mogli pozyskać wewnątrz przedsiębiorstwa (u inżynierów sieci i systemów) są dla nich niedostępne. W przypadku większości chmur publicznych organizacje muszą kupować narzędzia kontroli bezpieczeństwa, aby nadal być w stanie generować wystarczająco szczegółowe raporty. Oczywiście powrót do długich opóźnień „z powodu zabezpieczeń” we wdrożeniach (na co skarżą się zespoły Dev) nie jest rozwiązaniem.

Coraz istotniejsza jest współpraca i wymiana informacji pomiędzy deweloperami, odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo i działami operacyjnymi: DevSecOps. Takie podejście ma szansę wprowadzić dobre praktyki bezpieczeństwa do dewelopmentu. Celowe zmniejszanie potencjału bezpieczeństwa dla wygody czy prędkości działania, naraża na dotkliwe konsekwencje nie tylko organizacje, ale też ludzi, którzy powierzają im dane.

Ireneusz Wiśniewski, Dyrektor Zarządzający F5 Polska

[1] W folderach S3 bucket

[2] Np. listy podsieci, szczegółowe listy kontroli dostępu, dane dot. uprawnień

Resort przedsiębiorczości chce decentralizacji. 31 urzędów może czekać wyprowadzka z Warszawy

Resort przedsiębiorczości chce decentralizacji. 31 urzędów może czekać wyprowadzka z Warszawy 1

Tylko 14 ze 107 urzędów jest dziś zlokalizowanych poza Warszawą – wynika z danych Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Przeniesienie innych ze stolicy do jednego z byłych miast wojewódzkich pozwoliłoby m.in. obniżyć koszty funkcjonowania i zapewnić dopływ nowych kadr. Przeprowadzka może czekać w sumie 31 urzędów, w tym np. URE, UKE i PARP. Dla tych miast to może oznaczać szybszy rozwój, pobudzenie lokalnej przedsiębiorczości i sposób na zatrzymanie młodych ludzi – podkreśla prezes Związku Powiatów Polskich.

Od wielu lat, mimo przywrócenia samorządności powiatom i województwom, obserwujemy pewną centralizację. Tak nie powinno się dziać. Przykład Niemiec pokazuje, że tam, gdzie zachodzi deglomeracja, następuje rozwój danej miejscowości. Pochodzę z Bielska-Białej, która swego czasu była miastem wojewódzkim, a dzisiaj jest to miasto na prawach powiatu i wyraźnie obserwujemy odpływ decyzyjności z naszego miasta. Nastąpiła pewna degradacja działalności. Owszem, mieszkańcy przejęli wiele spraw w swoje ręce, rozwój postępuje, natomiast on został spowolniony. Dlatego uważam, że kierunek prac ministerstwa jest bardzo słuszny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Płonka, prezes zarządu Związku Powiatów Polskich, starosta bielski.

MPiT przeprowadziło analizę miast, w których w niedalekiej przyszłości mogłyby funkcjonować wybrane urzędy państwowe. Wnioski z tej analizy minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz zaprezentowała przedwczoraj w raporcie „Uwarunkowania delokalizacji centralnych urzędów w Polsce”. W opinii MPiT do regionów mogłyby pozostać przeniesione te urzędy, które podlegają poszczególnym ministrom lub są przez nich nadzorowane. Resort wyłonił w sumie 31 takich instytucji, wśród których są m.in. Urząd Regulacji Energetyki, Centrum Projektów Polska Cyfrowa, Centralna Komisja Akredytacyjna, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Polski Instytut Sztuki Filmowej, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa czy też Agencja Mienia Wojskowego. Ich przeniesienie z Warszawy do jednego z byłych miast wojewódzkich pozwoliłoby m.in. zapewnić dopływ nowych kadr i obniżyć koszty ich funkcjonowania. W tej chwili, zgodnie z danymi MPiT, ze 107 urzędów tylko 14 jest zlokalizowanych poza Warszawą.

Jak podkreśliła minister Emilewicz, planowana deglomeracja ma polegać nie tylko na przeniesieniu wybranych jednostek z Warszawy do regionów, lecz także pobudzaniu lokalnego rozwoju i przedsiębiorczości.

Przeniesienie jednostek i decyzyjności do miast, nawet 50- czy 60-tysięcznych, których mamy w Polsce bardzo wiele, na pewno doprowadziłoby do ich rozwoju. To jest ta wartość dodana, która na dole jest bardzo potrzebna. Już nie wspomnę o tym, że nie trzeba byłoby jeździć do Warszawy, żeby pewne rzeczy załatwić, forsować, procedować. To wyzwoliłoby też przedsiębiorczość lokalnych mieszkańców – ocenia Andrzej Płonka. – Przybywa zadań, przybywa ministerstw i nie ma powodu, dla którego te jednostki nie miałyby być zlokalizowane w Polsce. To przy okazji nie tylko napędza rozwój, tworzy miejsca pracy, lecz także ta decyzyjność pociąga za sobą pewne konsolidowanie się przedsiębiorców, rozwój w sensie inwestycyjnym.

Zgodnie z raportem MPiT głównymi beneficjentami programu deglomeracji mogą być 33 miasta, które ponad 20 lat temu utraciły status miast wojewódzkich. Powinny one spełniać dwa kryteria: efektywności (niższe koszty funkcjonowania, zapewnienie wykwalifikowanych kadr) oraz spójności, co oznacza, że priorytetowe będą traktowane te ośrodki, gdzie liczba wyzwań rozwojowych jest największa.

Myślę, że to jest dobry kierunek, żeby przy okazji zatrzymać w miastach młodzież. Dziś młodzież ucieka – kształci się i przenosi tam, gdzie się łatwiej żyje, a niestety cały czas żyje się łatwiej za granicą. Mimo że powstają nowe miejsca pracy, pozostaje jeszcze kwestia płac, które na Zachodzie są wyższe. Gdyby dzięki deglomeracji, przeniesieniu jednostek z Warszawy do województw czy miast liczących 50–60 tys. mieszkańców, ten rozwój mógł następować szybciej, byłoby to naprawdę dobrym symptomem. W powiatach mamy przecież sądy, szpitale i tę działalność udało się utrzymać, choć przecież były już pomysły na centralizację tego typu zadań – mówi Andrzej Płonka.

W związku z planowaną deglomeracją szefowa MPiT zapowiedziała powołanie Międzyresortowego Zespołu ds. Zrównoważonego Rozwoju Miast. W jego skład – obok przedstawicieli resortów inwestycji i rozwoju, infrastruktury, środowiska oraz przedsiębiorczości – mają wejść reprezentanci samorządów, organizacji pozarządowych i eksperci.

Prezes Związku Powiatów Polskich podkreśla, że efektywna współpraca na linii rząd – samorząd jest kluczowa nie tylko dla planowanej decentralizacji, lecz także dla rozwoju regionalnego w ogóle.

Bez tego nic nie da się zrobić, więc zabiegamy o nią mocno. Tutaj potrzeba dobrej woli dwóch stron. Obserwowaliśmy to już za poprzednich rządów, teraz niestety mamy przyspieszenie centralizacji zadań – mówi Andrzej Płonka. – Następuje centralizacja wszystkich inspekcji, służb, straży – nic z tego nie wyjdzie, jeżeli wszystko będzie zawiadywane tylko z Warszawy. To starosta, który jest na dole, współpracując z wójtami, wie, co jest najbardziej mieszkańcom potrzebne. To my spotykamy się z ludźmi na wiejskich czy osiedlowych zebraniach. Wszelkie fundusze obywatelskie, które w drodze głosowania pozwalają dziś mieszkańcom wybierać celowość inwestycji czy remontów, pokazują, że ta decentralizacja ma sens.

Europejska polityka rolna do poprawki. W Polsce trzy czwarte dopłat z UE trafia do 20 proc. największych gospodarstw

Europejska polityka rolna do poprawki. W Polsce trzy czwarte dopłat z UE trafia do 20 proc. największych gospodarstw 2

Polskie rolnictwo wytwarza około 2,4 proc. PKB, podczas gdy średnia w UE to niecałe 1,5 proc. Zatrudnia też więcej pracowników niż w UE, dlatego ciągle odgrywa bardzo ważną rolę w polskiej gospodarce. Od momentu wstąpienia do Unii liczba środków kierowanych do obszarów wiejskich wzrosła 15-krotnie, ale rolnictwo nadal boryka się z istotnymi problemami o charakterze środowiskowym i społecznym. Wynikają one m.in. z faktu, że w Polsce 3/4 dopłat bezpośrednich trafia raptem do 20 proc. największych gospodarstw. Wspólna Polityka Rolna w tym zakresie wymaga reformy – podkreślają eksperci.

– Mamy w tej chwili złotą erę polskiego rolnictwa. Od czasu wstąpienia do Unii Europejskiej liczba środków publicznych kierowanych do rolnictwa i do obszarów wiejskich wzrosła mniej więcej 15-krotnie w porównaniu z okresem sprzed 2004 roku. Mimo tak dużych pieniędzy nie udało nam się jeszcze rozwiązać wszystkich problemów na tych terenach – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska SGGW w Warszawie.

Jak ocenia, polskie rolnictwo nadal boryka się z dużymi problemami o charakterze społecznymi i środowiskowymi. Społeczne wynikają z faktu, że beneficjentami 74 proc. unijnych dopłat bezpośrednich jest raptem 20 proc. największych gospodarstw w Polsce. Pozostałe 80 proc. rolników otrzymuje zaledwie 1/4 funduszy. To powoduje, że powiększają i rozwijają się tylko duże gospodarstwa, a obszary wiejskie powoli wymierają.

Obecny system płatności bezpośrednich faworyzuje największych producentów, którzy mają najwięcej gruntów. Oni otrzymują najwięcej środków, mogą modernizować, unowocześniać swoje zakłady czy gospodarstwa rolne, przy czym tak naprawdę są to wielkie zakłady produkcji żywności – mówi Zbigniew Karaczun. – W środowisku wiejskim bardzo ważną rolę odgrywają gospodarstwa małe, rodzinne. Ich utrzymanie jest niezwykle istotne z punktu widzenia społecznego, środowiskowego i kulturowego. Ważne, żeby tereny wiejskie były terenami żywotnymi, nie pustoszały, żebyśmy mogli odnaleźć tam również korzenie kulturowe.

„Atlas rolny”, opublikowany na początku czerwca przez Fundację im. Heinricha Bölla i Instytut na rzecz Ekorozwoju, pokazuje, że podobna sytuacja ma miejsce w całej Unii Europejskiej, gdzie 82 proc. dopłat trafia do jedynie 20 proc. największych i najbardziej uprzemysłowionych rolników. Dlatego – jak wskazują eksperci – europejska polityka rolna wymaga zmian i ukierunkowania na wsparcie małych i średnich gospodarstw, które produkują zdrową żywność, przykładają wagę do ekologii i utrzymują wartościowe miejsca pracy.

Jeżeli się nic nie zmieni i Wspólna Polityka Rolna pozostanie w obecnym kształcie, to struktura rolnictwa się zmieni. Pozostaną tylko wielcy producenci, ogromne fermy, przemysłowy chów zwierząt. Stracimy różnorodność europejskiej żywności, będziemy mieć tylko zunifikowaną produkcję – podkreśla Zbigniew Karaczun. – Nie zmieni się podejście rolników i wielkich, przemysłowych producentów do chemizacji rolnictwa, stosowania bardzo dużej ilości środków chemicznych w produkcji rolnej. To z kolei może narazić nas, konsumentów, na problemy zdrowotne i niesmaczne jedzenie.

Wykładowca warszawskiej SGGW ocenia, że utrzymanie unijnej polityki rolnej w dotychczasowym kształcie może spowodować kryzys społeczności wiejskich w wymiarze ekonomicznym i kulturowym.

– Potrzebujemy gruntownej reformy WPR. Ona powinna iść raczej w kierunku wynagradzania rolników za pewne usługi publiczne i ekosystemowe, czyli poprawianie środowiska, tworzenie właściwej struktury społecznej, rozwój terenów wiejskich, a nie płacenia tylko wąskiej grupie największych rolników za to, że mają duży areał – mówi Zbigniew Karaczun. – Powinniśmy zobaczyć w WPR element krajowej polityki, definiować nasze cele krajowe w taki sposób, żeby utrzymać średniej wielkości gospodarstwa rodzinne, zróżnicowaną strukturę polskiego rolnictwa, rolnictwo ekologiczne i zrównoważone, korzystając rozsądnie ze środków, które UE nam oferuje.

Obok społecznych problemów polskie rolnictwo ciągle boryka się także z nierozwiązanymi problemami środowiskowymi.

Cały czas zmniejsza się różnorodność biologiczna, właśnie m.in. w wyniku powiększania się areału gospodarstw rolniczych. Emisja gazów cieplarnianych i udział rolnictwa w zmianach klimatu nadal są duże. Rolnictwo jest w dalszym ciągu bardzo ważnym źródłem zanieczyszczenia wód, gleby i powietrza –mówi ekspert SGGW w Warszawie.

Prezes GPW: Pracownicze plany kapitałowe dadzą impuls do rozwoju warszawskiej giełdzie. Skorzystają przede wszystkim małe i średnie spółki

Prezes GPW: Pracownicze plany kapitałowe dadzą impuls do rozwoju warszawskiej giełdzie. Skorzystają przede wszystkim małe i średnie spółki 3

Napływ kapitału w wysokości od 2 do nawet 6 mld zł w dalszej perspektywie, zwiększone inwestycje i nowy impuls do rozwoju – takie przełożenie na Giełdę Papierów Wartościowych będzie mieć wdrożenie programu pracowniczych planów kapitałowych – ocenia jej prezes dr Marka Dietl. Jak ocenia, dzięki PPK skorzystają przede wszystkim mniejsze spółki notowane na warszawskim parkiecie, które zyskają łatwiejszy dostęp do długoterminowego pieniądza. – Ten dostęp jest kluczowy na ich drodze do podboju światowych rynków – mówi Dietl.

Szacując napływy z tytułu PPK, liczymy, że na początku będą to 2 mld, później 4 mld, a potem 6 mld zł, bo ten program jest wdrażany stopniowo. Co istotne, szczególnie duży impuls dzięki PPK napłynie do średnich i mniejszych spółek. Dzisiaj warszawska giełda, polski rynek kapitałowy jest uznawany za rozwinięty przez FTSE Russell, więc mamy dostęp do praktycznie nieograniczonego zasobu kapitału. Indeks FTSE Global All Cap obejmuje 37 największych spółek. Te, które są od nich mniejsze, mają trochę trudniejszy dostęp do kapitału i właśnie dla nich szczególnie ważne będzie PPK – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Pracownicze plany kapitałowe mają zwiększyć stopę oszczędności Polaków i zapewnić im dodatkowe środki na emeryturze. Najwięksi pracodawcy, zatrudniający ponad 250 osób, do 25 października br. są zobowiązani zawrzeć umowy o zarządzanie z instytucjami finansowymi i wprowadzić pracowników do systemu PPK.

Dla tych, którzy dzisiaj nie mają zbyt dużych oszczędności, PPK to przede wszystkim wielka szansa, żeby dołączyć do grona osób zarabiających nie tylko na pracy, lecz także na kapitale. Nierówności w Stanach Zjednoczonych są w mniejszym stopniu związane z zarobkami, a w bardziej z poziomem oszczędności. Dlatego PPK to dla Polaków wielka, pokoleniowa szansa, żeby stać się właścicielami, a nie tylko pracownikami – mówi dr Marek Dietl.

Jak podkreśla, dla warszawskiej giełdy wdrożenie PPK oznacza przede wszystkim, że polskie firmy będą mieć łatwiejszy dostęp do kapitału i długoterminowego pieniądza.

– Liczymy, że giełda rozwinie się poprzez nowe debiuty. W ciągu ostatnich 3 lat połowa debiutów na warszawskiej giełdzie to były firmy, które mają globalnie skalowalny produkt. Właśnie dla nich dostęp do długoterminowego pieniądza, do pieniądza przyszłych emerytów jest kluczowym czynnikiem w ich drodze do podboju świata – mówi dr Marek Dietl.

Prezes warszawskiej GPW ocenia też, że wdrożenie PPK może spowodować efekt kuli śnieżnej i zwiększone inwestycje na giełdzie. Zwłaszcza że niemal równolegle trwają prace nad przekształceniem otwartych funduszy emerytalnych w IKE. Rząd ma się zająć projektem ustawy o przekształceniu jeszcze w tym kwartale, zgodnie z założeniami ma wejść w życie w 2020 roku.

Mamy nadzieję, że część tych osób, które teraz staną się uczestnikami bardzo elastycznego systemu IKE, zachowa środki przeniesione z OFE, ale będą chcieli również je inwestować, żeby mieć kolejną „nogę” swojej emerytury – mówi dr Marek Dietl. – Dla ludzi PPK jest tylko narzędziem konwersji oszczędności w wyższe emerytury. Natomiast faktycznie na PPK mogą zyskać instytucje finansowe. W pierwszej kolejności oczywiście ci, którzy będą zarządzać naszymi pieniędzmi, ale też pośrednicy, firmy inwestycyjne, biura maklerskie. Ważne, żeby ten krwiobieg dobrze działał.

Segment farb i lakierów jednym z najszybciej rosnących na rynku chemii budowlanej. Konsumenci coraz częściej wybierają produkty premium i eko

0

Segment farb i lakierów jednym z najszybciej rosnących na rynku chemii budowlanej. Konsumenci coraz częściej wybierają produkty premium i eko 4

Kilkuprocentowy wzrost rynku farb dekoracyjnych w ujęciu wartościowym i wzrost ilościowy rzędu 1–1,5 proc. – takie są przewidywania Śnieżki na 2019 rok. Prezes grupy Piotr Mikrut ocenia, że w branży farb i lakierów coraz silnej zaznacza się trend ekologii, a konsumenci migrują w kierunku grup produktów premium i bardziej przyjaznych środowisku. Ta branża nie ucieknie też od cyfryzacji, zwłaszcza w obszarze kanałów sprzedaży. Plany Śnieżki na nadchodzące lata zakładają umacnianie pozycji grupy na rynku polskim, ale też rozwój za granicą.

Według naszych szacunków w roku 2018 rynek farb i lakierów w Polsce ilościowo utrzymał poziom z roku poprzedniego, natomiast wartościowo odnotował kilkuprocentowy wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mikrut, prezes zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka.

Rynek farb i lakierów – podobnie jak i cały segment chemii budowlanej – jest silnie powiązany z dobrą koniunkturą w budownictwie. W 2018 roku – podobnie jak w latach ubiegłych – farby dekoracyjne były wykorzystywane przede wszystkim do remontów. Szacuje się, że ok. 80 proc. wszystkich sprzedawanych na polskim rynku produktów jest przeznaczanych na ten cel. Pozostała część wykorzystuje się przy wykańczaniu nowo powstających obiektów. Według danych firmy badawczej IBP Research przytaczanych przez branżowy portal chemiabudowlana.info w ubiegłym roku segment chemii budowlanej (obejmujący 12 grup produktowych, w tym m.in. farby, lakiery, tynki, kleje i systemy dociepleń) odnotował ilościowy wzrost sprzedaży o 7 proc. do poziomu 4,5 mln ton. Wartość sprzedaży sięgnęła natomiast 8 mld zł netto, co przełożyło się na 11-proc. wzrost rok do roku. Według IBP Research dobra koniunktura zostanie zachowana przez kolejne dwa lata, a jednym z najszybciej rosnących segmentów do 2020 roku będą właśnie farby ścienne.

Prognozy Śnieżki zakładają kilkuprocentowy wzrost rynku farb dekoracyjnych w ujęciu wartościowym w 2019 roku. Według firmy wzrost ilościowy może sięgnąć natomiast 1–1,5 proc.

– Obserwujemy interesujący trend związany z migracją konsumentów w kierunku produktów wyższej jakości. Rozwijają się kategorie produktów segmentu premium oraz value for money, czyli produkty droższe, ale oferujące lepsze właściwości aplikacyjne – mówi Piotr Mikrut. – Klienci mają większe możliwości finansowe, ale przede wszystkim coraz większą świadomość. Rozumieją, że wybór produktów, które są droższe, ale zapewniają im znacznie lepsze właściwości użytkowe i dłuższą trwałość, może w konsekwencji okazać się rozwiązaniem lepszym ekonomicznie niż wybór najtańszych farb.

Jak podkreśla, klienci przywiązują również coraz większą wagę do ekologii – wybierają produkty, które zawierają mniej substancji lotnych i mają mniejszą emisję z powłoki. To drugi wyraźny trend na rynku farb.

Świadomość konsumentów w kwestii wyboru jest coraz większa i tutaj wyraźnie podążamy za trendami, które rozpoczęły się w Europie Zachodniej – mówi Piotr Mikrut.

Prezes Śnieżki ocenia także, że ta branża – podobnie jak każda inna – nie ucieknie od cyfryzacji. Zwłaszcza młodsi klienci chcą mieć nie tylko możliwość porównania i zakupu produktu w internecie, lecz także m.in. zweryfikowania kolorystyki czy stworzenia projektu wnętrza w różnych wersjach kolorystycznych.

Cyfryzacja obejmuje też sam zakup online w połączeniu z całym procesem omnichannelowym, czyli klient chce kupić w internecie, ale odebrać bądź zwrócić produkt w sklepie – mówi Piotr Mikrut.

W Polsce zużycie farb w przeliczeniu na mieszkańca to około 12–14 litrów rocznie. Rynek wciąż ma potencjał rozwoju, bo – dla porównania – w Europie Zachodniej ten poziom wynosi około 18–20 litrów rocznie. Wciąż jest jednak większy niż w krajach Europy Wschodniej, np. na Ukrainie czy Białorusi, gdzie zużycie farb sięga ok. 8 do 10 litrów rocznie w przeliczeniu na mieszkańca.

– Pod tym względem jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między wschodem a zachodem Europy – mówi Piotr Mikrut.

Prezes Śnieżki podkreśla, że w perspektywie nadchodzących lat grupa zamierza nie tylko umacniać swoją pozycję na rynku polskim, lecz także rozwijać się za granicą. Jednym z elementów tej strategii jest podpisanie umowy inwestycyjnej na Węgrzech i nabycie 80 proc. udziałów w spółce Poli-Farbe, która jest jednym z wiodących graczy na rynku węgierskim.

– W dłuższej perspektywie należy się spodziewać wzrostu rynku, ponieważ konsumpcja farb w Polsce znacznie odbiega od średnich europejskich, więc będziemy podążać za Europą i na pewno rynek będzie rósł i ilościowo, i wartościowo. Trudno natomiast powiedzieć, w jakim tempie to będzie postępować –mówi prezes zarządu Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka.

Co czwarty pies ma ukruszone lub złamane zęby. Głównym powodem są zbyt twarde zabawki i gryzaki

Co czwarty pies ma ukruszone lub złamane zęby. Głównym powodem są zbyt twarde zabawki i gryzaki 5

Ponad 80 proc. psów cierpi na choroby przyzębia. Co czwarty ma ukruszone lub złamane zęby, przede wszystkim z powodu gryzienia zbyt twardych zabawek czy kości.  Eksperci przypominają, że choroby zębów i dziąseł wpływają na cały organizm czworonogów i mogą powodować poważne problemy m.in. z nerkami czy płucami. Dlatego istotna jest codzienna profilaktyka i higiena jamy ustnej psów. Jednak niewielu opiekunów regularnie o to dba.

Psy najczęściej chorują na choroby przyzębia. Według ostatnich danych dotyczy to ponad 80 proc. psów w Polsce. Drugim problemem pod względem częstości występowania są złamania zębów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Katarzyna Jodkowska, stomatolog weterynaryjna.

Choć zdecydowana większość psów cierpi na choroby zębów i przyzębia, problem zauważa zaledwie kilka procent opiekunów. Najczęstszym problemem są choroby dziąseł spowodowane brakiem higieny jamy ustnej i nadmierną ilością płytki bakteryjnej gromadzącej się na zębach. Przy braku reakcji właściciela może to doprowadzić do utraty zębów, a bakterie, które przedostaną się do krwiobiegu, mogą powodować groźne choroby i uszkodzenia ważnych narządów, w tym serca, wątroby czy nerek. Odpowiadają też za infekcje narządów wzroku i słuchu.

W przypadku złamań zębów głównym problemem jest gryzienie nieprawidłowych rzeczy, takich jak kości, butelki plastikowe, zbyt twarde zabawki i piłki. Może wówczas dochodzić do starcia lub złamania zębów – wskazuje Katarzyna Jodkowska.

Badania wskazują, że złamania zębów u czworonogów najczęściej dotyczą ważnych pod względem funkcji zębów, które służą do chwytania i rozdrabniania. Właściciele przeważnie bagatelizują problem. Z badania Oral Health Study wynika, że ponad 60 proc. z nich nie postrzega chorób jamy ustnej u psów jako problemu zdrowotnego. Blisko 40 proc., choć przyznaje, że zwierzak ma chorą jamę ustną, to jego ogólny stan zdrowia ocenia jako dobry.

W przypadku złamań zębów, kiedy dochodzi do obnażenia miazgi, może w konsekwencji powstać zgorzel, ropień okołowierzchołkowy, co w skrajnych przypadkach może wręcz doprowadzić do sepsy, czyli do zakażenia krwi. Dlatego tak ważne jest też, by natychmiast interweniować, kiedy zauważymy u czworonoga złamany ząb i albo go wyleczyć, albo usunąć – radzi ekspertka.

Jak podkreśla, psy odczuwają ból tak samo jak ludzie. Nawet jeśli wydaje się, że czworonogom nic nie dolega, warto zwrócić uwagę na nadmierną senność czy apatię. Aby nie narażać pupili na cierpienie, konieczna jest profilaktyka, przede wszystkim regularna kontrola zdrowia – obejrzenie skóry, sierści czy jamy ustnej. W przypadku higieny zębów nie ma skuteczniejszej metody niż codzienne mycie zębów.

Są zwierzęta, które nie pozwolą sobie myć zębów. Można wówczas zastosować różnego rodzaju gryzaki czy dodatki żywieniowe, które pomogą nam utrzymać higienę jamy ustnej. Natomiast psom, które przyzwyczaimy do mycia zębów, regularnie, o stałej porze powinniśmy myć zęby specjalnymi pastami do zębów – mówi stomatolog weterynaryjna.

Warto też zadbać o odpowiednie zabawki dla pupila. Te zbyt twarde, jak np. preparowane i plastikowe kości, mogą prowadzić do złamań zębów.

Nie jestem także zwolenniczką naturalnych, suszonych części ciała innych zwierząt, bo mogą stanowić zagrożenie mikrobiologiczne dla ludzi. Natomiast wszystkie zabawki, które mają atest, produkowane przez znane firmy i te, które pomagają utrzymać higienę jamy ustnej, jak najbardziej są przez nas, lekarzy weterynarii, polecane – radzi Katarzyna Jodkowska.

Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Pensylwanii dzięki wsparciu firmy Mars wskazują, że wiele dostępnych na rynku zabawek i przekąsek dla psów jest zbyt twardych dla czworonogów. Problem w tym, że do tej pory brakowało standardów, według których można by je było oceniać pod kątem bezpieczeństwa. Amerykańskie badania mogą teraz posłużyć producentom, lekarzom weterynarii i opiekunom zwierząt jako wskazówki do takiej oceny.

Zamiast borowania i plomb wystarczą komórki macierzyste. Już wkrótce będzie można wyhodować nowy, zdrowy ząb w zaledwie 9 tygodni

Zamiast borowania i plomb wystarczą komórki macierzyste. Już wkrótce będzie można wyhodować nowy, zdrowy ząb w zaledwie 9 tygodni 6

Niemal połowa osób po 35 roku życia nie ma pełnego uzębienia. Większość Polaków ma też problem z próchnicą. Protezy nie zawsze się sprawdzają, są niewygodne, implanty dentystyczne mogą natomiast zawieść i nie mają możliwości „przebudowy”, ponieważ otaczająca kość szczęki zmienia się z wiekiem. Rozwiązaniem może być hodowla zębów z komórek macierzystych. Naukowcom udało się już stworzyć tzw. pąki zębowe, które po wszczepieniu mogłyby rosnąć i wyglądać jak zwykłe zęby. Dzięki wykorzystaniu komórek można będzie też zregenerować zęby dotknięte próchnicą.

– Trwają już różne badania nad tym, jak można wyhodować zęby z komórek macierzystych. To jednak wciąż trochę science fiction i myślę, że będziemy jeszcze bardzo długo czekać na to, żeby taki ząb można było faktycznie wszczepić człowiekowi. Natomiast udało się już naukowcom wyhodować pączki zębowe. To już jest bardzo dużo, bo od tego się zaczyna – mówi agencji Newseria Innowacje Monika Stachowicz, stomatolog z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

Naukowcy znaleźli sposób na wzrost zęba wyhodowanego z komórek macierzystych, które wrastają w trójwymiarowe rusztowanie umieszczone w ustach pacjenta. Gdy komórki macierzyste „skolonizują” rusztowanie, ząb urośnie i połączy się z otaczającą tkanką. Sama budowa zęba ma przypominać budowę zwykłej struktury, gdzie ciało samo dokłada cegły. Nowy anatomicznie prawidłowy ząb może powstać w ciągu zaledwie dziewięciu tygodni.

– Jest to bardzo obiecujące, ale nadal myślę, że należałoby to traktować w ramach ciekawostki i czekać na efekty. Natomiast bardzo wielu lekarzy już przeszczepia zęby, na przykład bierze ósemkę, która nam jest niepotrzebna i wszczepia w miejsce czwórki, która została usunięta. U wielu pacjentów się to przyjmuje – twierdzi Monika Stachowicz.

Komórki macierzyste już są wykorzystywane w leczeniu i terapii ok. 70 różnych schorzeń, w tym także nowotworów. Mogą też być przydatne w leczeniu ubytków spowodowanych próchnicą. Obecnie stosuje się plomby, jednak nawet te najnowocześniejsze nie zawsze są idealne. Testy przeprowadzone przez naukowców na gryzoniach wykazały, że przy leczeniu próchnicy przydatny może być lek stosowany przy chorobie Alzheimera, który pobudza komórki macierzyste do regeneracji zębiny. To przełom, bo dotychczas o ile udawało się odtworzyć kość czy nawet dziąsło, o tyle zębiny nie można było zregenerować, tym bardziej odbudować.

 Bezinwazyjne leczenie próchnicy wykorzystuje potencjał autonaprawczy naszego organizmu. Lek na Alzheimera blokuje pewne białko, które hamuje powstawanie zębiny. Nasz organizm jest sam w sobie bardzo kreatywny i nawet w przypadku próchnicy, broni się przez tworzenie warstwy zębiny. Jednak przez pojawiające się białka ten proces hamują. Lek wyhamowuje z kolei białko, dzięki czemu to narastanie zębiny jest niczym nieograniczone – tłumaczy Monika Stachowicz.

W ostatnich latach pojawia się coraz więcej możliwych zastosowań komórek macierzystych. Przeprowadzono już testy na skuteczność leczniczych plomb – wyprodukowane z biomateriałów stymulują komórki macierzyste do regeneracji uszkodzonej tkanki miazgi i otaczającej ją zębiny. Dzięki nowoczesnym technologiom możliwa jest regeneracja tkanek nieożywionych, takich jak szkliwo. Z kolei sterowana regeneracja tkanek i kości wykorzystuje materiały kościotwórcze lub krew pacjenta i pozwala odbudować utracone tkanki albo przyspieszyć ich regenerację.

Już wkrótce wszystkie nowoczesne formy leczenia mogą się stać powszechne. To ratunek dla znacznej części społeczeństwa – tylko w Polsce z badań epidemiologicznych wynika, że 4 proc. osób w wieku 35–44 lata nie ma ani jednego własnego zęba. Połowa 40-latków nosi protezy, a niemal połowa osób po 35 roku życia nie ma pełnego uzębienia.

Polskie miasta przyspieszają z wdrażaniem 5G. Eksperci: Budowa infrastruktury jest ważna, ale potrzebny jest także popyt na innowacyjne usługi i edukacja społeczeństwa

Polskie miasta przyspieszają z wdrażaniem 5G. Eksperci: Budowa infrastruktury jest ważna, ale potrzebny jest także popyt na innowacyjne usługi i edukacja społeczeństwa 7

Wdrożenie infrastruktury 5G jest pierwszym krokiem na drodze do unowocześnienia społeczeństwa i gospodarki. Firmy technologiczne już teraz pracują nad usługami, które w pełni wykorzystają potencjał sieci nowej generacji. Programy pilotażowe bazujące na rozwiązaniach 5G prowadzą m.in. przedstawiciele administracji publicznej, którzy chcą wykorzystać ją do stworzenia inteligentnych miast oraz firmy technologiczne zainteresowane wdrożeniem innowacyjnych usług i upowszechnieniem szybkiego internetu.

– 5G jako infrastruktura jest ważna, ale same sieci nie wystarczą. Żadna strategia oparta tylko na infrastrukturze się nie uda, ponieważ kluczowy jest popyt. Musimy myśleć o tym, jak budować popyt zarówno na usługi podstawowe, dostępowe związane z infrastrukturą, jak i na wszelkie usługi administracji czy e-commerce. Ten popyt to nic innego jak użytkownicy, którzy są świadomi tego, co mogą zyskać, rozumieją te technologie, potrafią ich używać i się ich nie boją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Alek Tarkowski, prezes Fundacji Centrum Cyfrowe.

Wdrożenie sieci 5G w dłuższej perspektywie czasowej jest koniecznością. Obecne pasma radiowe wykorzystywane do komunikacji bezprzewodowej powoli osiągają limit swojej wydajności. Dzięki technologii 5G operatorzy będą mogli nie tylko obsłużyć znacznie więcej urządzeń w jednym czasie, lecz także znacząco zredukują czas potrzebny na wymianę informacji. Pozwoli to uruchomić usługi, które nie mogłyby funkcjonować w ramach technologii 4G.

Na rozwój infrastruktury 5G duży nacisk kładzie Komisja Europejska, która wydała dyspozycję, aby do 2020 roku w każdym kraju członkowskim sieć 5G była dostępna na zasadach komercyjnych przynajmniej w jednym dużym mieście. W nowych przepisach uchwalonych przez Komisję zawarto wskazania, które mają ułatwić rozbudowanie krajowych sieci 5G. Wśród nich znajdziemy m.in. rozwiązania obniżające koszty budowy oraz eksploatacji infrastruktury telekomunikacyjnej.

Polski sejm odpowiedział na zalecenia komisji. Aby przyspieszyć rozwój tej innowacyjnej technologii, uchwalono ustawę o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych. Ułatwi ona operatorom zagęszczanie zasięgu sieci 5G m.in. w parkach narodowych czy rezerwatach przyrody, a co za tym idzie – rozszerzy zasięg funkcjonowania usług i rozwiązań 5G. Potencjał infrastruktury 5G doceniła także Fundacja Centrum Cyfrowe, która widzi w niej narzędzie do usprawnienia funkcjonowania społeczeństwa pod kątem społecznym i kulturowym.

– Mówi się, że infrastruktura 5G jest potrzebna do rozwoju nowych gałęzi związanych z ideami smart, takimi jak inteligentne miasta czy inteligentny transport. Ale wydaje się, że w ogóle rozwój tej infrastruktury telekomunikacyjnej prawdopodobnie jest potrzebny dzisiaj do rozwoju wszystkich branż, bo tak bardzo już całe społeczeństwo jest zawładnięte technologią – twierdzi ekspert.

Włodarze polskich miast prowadzą już rozmowy dotyczące realizacji założeń Komisji Europejskiej. Rzeszowscy samorządowcy podpisali listy intencyjne z firmami, które zbudują miejską infrastrukturę 5G. Do współpracy zaproszono m.in. operatora telekomunikacyjnego Exatel, specjalizującego się w usługach cyberbezpieczeństwa, oraz firmę Fibrain, zajmującą się tworzeniem infrastruktury sieciowej. Władze Rzeszowa liczą na to, że dzięki sieci 5G miasto będzie mogło przeprowadzić m.in. pilotażowy program testowy pojazdów autonomicznych.

Z kolei operator Play we współpracy z Huawei rozpoczyna konsumenckie testy technologii 5G. Do testów pilotażowych zaproszono najbardziej wymagających klientów operatora, aby sprawdzić rzeczywistą wydajność nowej technologii w warunkach użytkowych. Program pilotażowy obejmie wąski zakres częstotliwości 5G – od 3,5 do 3,6 GHz.

Play jest także jednym z sygnatariuszy umowy powołujących do życia Akcelerator S5 w Łodzi. Firma we współpracy z Ericssonem, Łódzką Specjalną Strefą Ekonomiczną, Politechniką Łódzką oraz Urzędem Komunikacji Elektronicznej będzie badała przemysłowy potencjał technologii 5G. Do udziału w przedsięwzięciu zaproszono 40 start-upów, które będą pracowały nad projektami koncepcyjnymi wykorzystującymi rozwiązania z zakresu sieci 5G.

Rozwój 5G oznacza jednak potrzebę rozbudowy infrastruktury, w tym masztów telekomunikacyjnych. Jak podkreśla ekspert, ważna jest mądra edukacja.

– Ludzie chcieliby jednocześnie mieć komórkę działającą w kieszeni i nie mieć masztu za oknem. Problem jest taki, że infrastruktury nie da się wybudować daleko, ona musi być w całym kraju. Zwykła edukacja, prosta kampania uświadamiająca czy billboardy tu nie wystarczą. Gdy zajmujemy się technologią myślenie w kategoriach lęków nie jest dobre. Musimy do nich po prostu podchodzić mądrze, czyli być świadomym zagrożeń, ale lęk nie jest tutaj dobrym doradcą, zagrożenia trzeba po prostu rozwiązywać – uważa Alek Tarkowski.

Według firmy badawczej ResearchsandMarkets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Indeks nastrojów mikroprzedsiębiorców 2019 – większa satysfakcja pomimo rosnących trudności

Polscy mikroprzedsiębiorcy odczuwają większą satysfakcję z prowadzenia własnego biznesu, mimo że – według ich opinii – warunki do prowadzenia działalności gospodarczej w naszym kraju są coraz trudniejsze. Z przeprowadzonego przez firmę inFakt Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości 2019 wynika jednak, że indeks obrazujący ich nastroje w porównaniu z rokiem poprzednim zmalał.

Indeks inFakt to wskaźnik opracowany na bazie odpowiedzi udzielonych przez właścicieli najmniejszych firm w Badaniu Polskiej Mikroprzedsiębiorczości. Są oni proszeni m.in. o skomentowanie poziomu ich satysfakcji z prowadzonego biznesu, łatwości prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce oraz bieżącej i prognozowanej sytuacji finansowej. Indeks może przyjmować wartości od -100 pkt. do 100 pkt., przy czym -100 pkt. oznacza skrajny pesymizm, 0 pkt. – równowagę, a 100 pkt. – skrajny optymizm.

Według Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości przeprowadzonego w marcu br. wartość indeksu inFakt wyniosła 2,7 pkt. Tegoroczny wynik wciąż wskazuje na lekki optymizm wśród mikroprzedsiębiorców, chociaż jest o 0,5 pkt. niższy niż w ubiegłym roku.

Wśród czynników, na bazie których wyliczany jest indeks, wzrost dotyczył poziomu satysfakcji z prowadzonej działalności gospodarczej. Odsetek badanych, który deklarował, że posiadanie własnego biznesu przynosi satysfakcję, wzrósł z 56% w roku ubiegłym do 64% w najnowszym badaniu. Warto podkreślić, że satysfakcja rośnie wraz ze stażem prowadzenia działalności.

Mikroprzedsiębiorcy największą korzyść widzą w możliwości samodzielnego decydowania o sobie, bycia swoim własnym szefem – wskazało tak blisko 70% ankietowanych. Potrzeba niezależności i samodzielności to również najczęstszy powód, dla którego badani zdecydowali się założyć własny biznes.

Wynik dotyczący satysfakcji może być zaskakujący, jeśli wziąć pod uwagę, że mikroprzedsiębiorcy niżej niż w ubiegłorocznym badaniu ocenili łatwość prowadzenia własnego biznesu. Nieco wyższy odsetek niż w 2018 uważa, że sytuacja finansowa ich firm jest w tym roku gorsza niż w roku poprzednim. Natomiast znacznie mniej niż w ubiegłym roku wierzy, że ich sytuacja finansowa się poprawi. Obecnie aż 67% mikroprzedsiębiorców uważa, że nie osiąga wynagrodzenia, które jest satysfakcjonujące i adekwatne do ich wkładu pracy.

Przedsiębiorczość pomimo trudnych warunków

W rankingu Wolności Gospodarczej 2019 fundacji Heritage i „The Wall Street Journal”, który ocenia politykę rządów pod kątem wolności gospodarczej, Polska zajmuje 46. miejsce na świecie (spadek o jedną pozycję rok do roku) i 23. w Europie. Zdaniem autorów rankingu Polska jest więc „umiarkowanie wolnym” gospodarczo krajem. Tak samo zostały sklasyfikowane m.in. Bułgaria, Słowacja, Węgry, ale też Francja, Włochy czy Hiszpania.

Co ciekawe w tym kontekście, według raportu GEM (Global Entrepreneurship Monitor) 20% Polaków rozważa założenie działalności gospodarczej w ciągu najbliższych trzech lat od daty badania[1].

Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt
Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt

Polacy są przedsiębiorczy, chcą zakładać i rozwijać swoje biznesy. Mamy potencjał, którego nie wolno zmarnować – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. – Niestety, przedsiębiorcy co roku wskazują ciążące na nich daniny na rzecz państwa oraz brak przejrzystości w obciążeniach podatkowych. Do tego dochodzi brak stabilizacji w prawie i często zmieniające się przepisy. Wyniki naszego badania wskazują, że oczekiwaliby od państwa przede wszystkim obniżenia składek ZUS i podatków. Warto przy tym podkreślić, że nie są to nowe tematy. Dlatego tym większej satysfakcji dostarczają sukcesy w biznesie pomimo trudnych warunków prowadzenia działalności.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Dla przedsiębiorców ważne jest również to, aby obowiązujące prawo było jasne. 44% badanych odpowiedziało, że oczekuje uproszczenia przepisów o VAT. – W tym przypadku korzystne byłoby wprowadzenie matrycy VAT, o której rząd informował w lutym tego roku. Pozwoliłaby ona na ujednolicenie stawek VAT. Niestety, prace nad tym projektem zostały wstrzymane – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert podatkowy w firmie inFakt.

Wsparciem dla przedsiębiorców miały być rozwiązania wprowadzone w 2018 roku w pakiecie ustaw nazwanym „Konstytucją dla biznesu”. Tymczasem okazało się, że nie miały one odczuwalnego wpływu na ich ocenę sytuacji prawnej. Co więcej, 56% mikroprzedsiębiorców jest zdania, że w ciągu ostatnich trzech lat warunki do prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce pogorszyły się.

Metodologia opracowania indeksu inFakt

W celu pozyskania informacji do Indeksu w marcu 2019 roku przeprowadzono badanie ankietowe wśród mikroprzedsiębiorców. Badanie zrealizowała agencja ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interviewing) na reprezentatywnej grupie 1 097 mikrofirm (osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą oraz spółki zatrudniające do 9 osób). Udzielając odpowiedzi na pytania będące komponentami Indeksu, respondenci w swoich ocenach posługiwali się skalą pięciostopniową. Poszczególnym wariantom odpowiedzi przypisane zostały odpowiednie wagi – waga 1,0 dla wariantu bardzo pozytywnego, waga 0,5 dla wariantu umiarkowanie pozytywnego, waga 0 dla wariantu neutralnego, waga -0,5 dla wariantu umiarkowanie negatywnego oraz waga -1,0 dla wariantu bardzo negatywnego). Dla pytań tych obliczano następnie statystyki bilansowe (salda), które, po przeliczeniu, dały wynik tegorocznego Indeksu inFakt.

[1] https://www.gemconsortium.org/report/gem-2018-2019-global-report

Bitcoinowa koparka – polski fiskus surowy dla podatników

Według wiodącego polskiego serwisu traktującego o bitcoinie waluta ta zanotowała udany pierwszy kwartał 2019 r., co ma być konsekwencją wzrostu jej wartości o ponad 30%. Prawdą jest, że wirtualne waluty nadal wzbudzają szerokie zainteresowanie. Chodzi tutaj nie tylko o ich specyfikację techniczną, ale również o inwestycje czy po prostu o ich nabycie i odsprzedaż podyktowane chęcią wzbogacenia się. Co jednak ważne, w wyniku zapędów polskiego fiskusa zarobek ten może być nieco niższy. Dotyczy to w szczególności osób zamierzających wydobywać bitcoina, czyli w praktyce wykopywać go przy użyciu urządzeń elektronicznych. Przyczyna wynika z negatywnej dla podatników wykładni przepisu dotyczącego kosztów uzyskania przychodu mających pomniejszać przychód osiągnięty z tytułu zbycia wirtualnej waluty. Precyzyjniej rzecz ujmując, chodzi tutaj o wydatki poniesione na dedykowany sprzęt komputerowy, bez którego wydobycie bitcoina nie byłoby możliwe. Przekonał się o tym jeden z podatników, który już na początku swej przygody z biznesem bitcoinowym potknął się o kłodę rzuconą przez organ podatkowy.

Istota sporu

Jeden z podatników postanowił rozpocząć prowadzenie własnego biznesu polegającego na tzw. kopaniu (pozyskiwaniu) wirtualnej waluty przy użyciu urządzeń elektronicznych (np. kart graficznych GPU lub układów ASIC). Skutkiem tej aktywności miało być pozyskiwanie kryptowaluty w sposób „pierwotny”, czyli wskutek wykonywania obliczeń matematycznych za pomocą urządzeń elektronicznych. Pozyskany w ten sposób bitcoin miał być następnie zbywany na rzecz osób trzecich.

Jak słusznie zauważył podatnik, kopanie wirtualnej waluty będzie generować po jego stronie określone wydatki m.in. na zakup sprzętu przeznaczonego do wydobywania oraz na energię elektryczną zużywaną w tym celu. Podatnik podniósł przy tym, że proces kopania jest energochłonny, a samo wydobycie waluty bez sprzętu oraz bez użycia energii elektrycznej jest w praktyce niemożliwe.

Nie tracąc powyższego z pola widzenia, podatnik postanowił upewnić się, czy wydatki poniesione na sprzęt komputerowy (tzw. koparkę) oraz na energię elektryczną, która ma być zużyta na wydobycie bitcoina, mogą zostać uznane za wydatki obniżające przychód z tytułu zbycia wirtualnej waluty.

Brzmienie przepisów

Jak wynika z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, dochód z tytułu zbycia wirtualnej waluty opodatkowany jest stawką w wysokości 19%. Wynika to z brzmienia art. 30b ust. 1a ww. ustawy. Dochodem z odpłatnego zbycia walut wirtualnych jest natomiast różnica między sumą przychodów uzyskanych z tytułu odpłatnego zbycia a kosztami uzyskania przychodów określonymi na podstawie art. 22 ust. 14-16 ww. ustawy.

W opisywanej sprawie kluczowy okazał się art. 22 ust. 14, który mówi o tym, jakie wydatki mogą zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów z tytułu zbycia kryptowalut. Zgodnie z jego brzmieniem do takich kosztów można zaliczyć wydatki, które są udokumentowane oraz które bezpośrednio zostały poniesione na nabycie wirtualnej waluty.

Stanowisko organu

Biorąc pod uwagę jasne brzmienie przywołanego powyżej art. 24 ust. 14, należy przyjąć, że podatnik wniósł raczej o potwierdzenie swojego stanowiska, aniżeli o rozwianie wątpliwości, jakie mogły spowodować omówione regulacje prawne. Nie będzie bowiem ryzykiem przyjęcie tezy, że każdy przeciętny uczestnik obrotu gospodarczego zauważy istnienie bezpośredniego związku pomiędzy zakupem bitcoinowej koparki a jego wydobyciem, które bez tego zakupu – co oczywiste – nie wystąpi.

Niestety, jedno z najnowszych rozstrzygnięć w przedmiocie kryptowalut zaprezentowane przez organ podatkowy nie spotkało się z argumentacją podatnika. Fiskus uznał bowiem, że wydatek poniesiony na zakup sprzętu komputerowego oraz na zużycie prądu nie może stanowić kosztu uzyskania przychodu z tytułu zbycia wirtualnej waluty. W jego opinii brak jest bezpośredniego związku pomiędzy nabyciem bitcoinowej koparki a wydobywaniem kryptowaluty.

W obliczu takiego rozstrzygnięcia i braku wyjaśnienia przez organ toku rozumowania trudno o racjonalny komentarz. Warto jednak dostrzec, że w wielu orzeczeniach organy podatkowe przyjmują, iż bezpośredni związek pomiędzy wydatkiem a uzyskaniem przychodu występuję wtedy, kiedy poniesiony wydatek przekłada się wprost na uzyskanie konkretnego przychodu. Skoro zatem zakup bitcoinowej koparki takiego związku nie wykazuje, to pojawia się obawa o wydanie przedmiotowego orzeczenia bez odczytania literalnego brzmienia przepisu, ale również w oderwaniu od otaczającej rzeczywistości.

Wniosek

Trzeba niestety stwierdzić, że ugruntowanie się linii orzeczniczej prezentującej ww. stanowisko spowoduje, iż obrót bitcoinem będzie mniej korzystny dla polskich podatników. Przyczyną będzie obowiązek zadeklarowania wyższego dochodu, czyli bez uwzględnienia wskazanych powyżej wydatków. Po raz kolejny zatem orzecznictwo fiskusa może zablokować prowadzenie biznesu z powodu jego nieopłacalności. Stąd zaś krótka droga do podjęcia przez podatników decyzji o przeniesieniu aktywności ekonomicznej bądź jej części poza granice naszego kraju.

W świetle powyższego warto zwrócić uwagę, że w dniu 8 maja 2019 r. wydane zostało orzeczenie potwierdzające, że pewne grupy podmiotów obracające kryptowalutą nie będą opodatkowane podatkiem dochodowym. Mowa tutaj o polskim przedsiębiorcy posiadającym zakład podatkowy poza Polską, za pośrednictwem którego waluta jest zbywana. Do drugiej grupy należą rezydenci podatkowi z innych krajów, którzy de facto w ogóle nie są objęci przepisami polskich ustaw podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Efekt z układania, czyli krótka historia o wdrożeniu Lean Management

Rozwój organizacji w kierunku podnoszenia efektywności pracy oraz satysfakcji klienta niesie za sobą konieczność analizy i ciągłego doskonalenia procesów, a także podnoszenia zakresu odpowiedzialności poszczególnych osób za podjęte działania. Firmy chcąc osiągnąć przewagę konkurencyjną stawiają obecnie na podejście procesowe. Jednym z jego filarów jest zbudowanie kultury ciągłego doskonalenia.

Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group
Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group

Dobrym przykładem efektywnego wdrożenia Lean Management w strukturach własnej organizacji jest firma TELKA SA, której udało się przeprowadzić taką transformację. Dzięki niej osiągnięto wymierne efekty – utrzymano bardzo wysoki poziom wzrostu sprzedaży z ubiegłego roku a dokładnie 40%, a ilość przygotowanych i zaakceptowanych ofert w maju wzrosła o około 70%. Jak to wdrożenie przebiegało opowiada Agata Nowak – konsultant Lean Management Consulting Group, która wspólnie z drugim konsultantem  Edwardem Kastelikiem pomogła firmie przejść przez całą transformację.

Zaangażowanie najwyższej kadry zarządzającej jest kluczem do sukcesu

Jednym z podstawowych warunków powodzenia transformacji Lean w organizacji jest zaangażowanie kadry najwyższego szczebla i przekonanie pozostałych pracowników, że organizacja powinna się stale doskonalić. Takie podejście do zarządzania swoją firmą ma Joanna Telka-Dudkowska, Wiceprezes Zarządu, Dyrektor handlowy firmy Telka SA, polskiego producenta i dystrybutora systemów deskowań, rusztowań i ogrodzeń. Pomimo dotychczasowych, dobrych wyników sprzedażowych Pani Joanna wyszła z inicjatywą  nawiązania współpracy z firmą zewnętrzną w celu udoskonalenia systemu zarządzania sprzedażą oraz wprowadzania podejścia i myślenia procesowego wśród pracowników swojej organizacji. Wspólnie z konsultantami firmy Lean Management Consulting Group udało się osiągnąć zamierzone efekty, a przede wszystkim zaangażować w zmianę pracowników i trwale zaszczepić im kulturę wprowadzania codziennych usprawnień.

Po kilkumiesięcznym wdrożeniu uzyskaliśmy poprawę efektywności na wielu stanowiskach administracyjnych, np.: skrócenie czasu pracy na określonym stanowisku, wprowadzenie rejestru ubrań roboczych, ułożenie norm i standardów, których wcześniej nie było, obsługę rozrachunków. Dział handlowy pracuje  teraz w oparciu o cel i plan. Raport menadżerski jest systematycznie uzupełniany o nowe wskaźniki, co na poziomie zarządczym generuje wymierną korzyść w postaci informacji niezbędnych do podejmowania działań korygujących.” – mówi Joanna Telka-Dudkowska.

Bez zaangażowania pracowników w zmianę nie udałoby się osiągnąć opisanej efektywności, a przede wszystkim zgodnego stanowiska w najważniejszych z tego punktu widzenia kwestiach: co jest wartością dodaną w procesie, jakie czynności są marnotrawstwem oraz w kwestii wypracowania skutecznego podejścia do rozwiązywania problemów w procesie oraz eliminacji marnotrawstw.

Wdrożenie Lean sprawiło, że spojrzeliśmy z nowej perspektywy na organizację pracy naszej organizacji. Dzięki przeprowadzonym warsztatom inaczej postrzegam swoje otoczenie – nie tylko zawodowe. Wszystko wokół jest poukładane i zorganizowane. Wyeliminowaliśmy marnotrawstwa w procesie, a ja nauczyłam się, że zawsze można coś udoskonalić, poprawić i zwiększyć wydajność – nie tylko w środowisku pracy, ale również w życiu prywatnym.” – twierdzi Ewelina Lewandowska, Specjalista ds. płatności i rozliczeń w firmie Telka SA.

Podobnego zdania jest również Pani Joanna Telka-Dudkowska, która podkreśla, że patrzenie na proces z perspektywy klienta stworzyło możliwość udoskonalenia wielu obszarów współpracy, dzięki czemu firma osiąga jeszcze lepsze rezultaty, zwiększając satysfakcję obecnych oraz nowych klientów.  „Tak naprawdę postrzegam Lean jako ogromną skrzynię narzędzi do układania naszego przedsiębiorstwa i podnoszenia satysfakcji klientów. To wdrożenie nauczyło mnie jak umiejętnie wykorzystywać te narzędzia w praktyce. Mówiąc najkrócej, Lean zafascynował mnie zdroworozsądkowym podejściem do procesów oraz podejściem do zarządzania zasobami ludzkimi.”

Rozwój procesów to rozwój ludzi

Ciągłe doskonalenie niesie za sobą korzyści związane nie tylko z samą poprawą efektywności procesu. Lean Management to przede wszystkim rozwój kompetencji oraz budowanie zaangażowania wśród pracowników całego zespołu. Przechodząc transformację procesową pracownicy stają się coraz bardziej odpowiedzialni za realizowane procesy – a  co najważniejsze wiedzą, że są integralną częścią procesu pracy, którą wykonują.

Jako zespół jesteśmy bardziej zorganizowani, zdyscyplinowani, nastawieni na dalszy rozwój.  Najbardziej podobały nam się warsztaty dotyczące rozwiązywania problemów. Pierwszy raz prawidłowo przeprowadziliśmy burzę mózgów i doszliśmy do rozwiązania największego problemu w dziale sprzedaży. 5S wprowadziło komfort, ład, prządek i bezpieczeństwo na moim stanowisku pracy oraz w administracji, a przede wszystkim wyeliminowało chaos i hałas. Standaryzacja pracy pomogła mi w stworzeniu standardu procesu windykacji, kontroli oraz samodyscypliny w działaniach windykacyjnych. Wszystko jest policzone, jasne i klarowne. Kolejny przykład to optymalizacja procesu podpięcia skanu faktury, która usprawniła moją pracę na tyle, że w ciągu miesiąca zyskałam ponad 5 godzin i 14 minut na wypełnianie pozostałych obowiązków.” – stwierdza z zadowoleniem Ewelina Lewandowska.

„Równie ważne było precyzyjne ustalenie celu zespołu oraz planu i zadań, aby go osiągnąć. Nasza praca jest teraz pod wieloma aspektami bardziej uporządkowana. Każdy z operatorów wie jaki jest jego cel dzienny, tygodniowy oraz miesięczny, a my jako zespół pracujemy wspólnie na osiągnięcie celu rocznego.” – uzupełnia Adrianna Kubot, Lider sprzedaży i specjalista ds. sprzedaży zagranicznej.

Pokonywanie trudności umacnia pozytywne nastawienie zespołu

„Pierwszą trudnością było przekonanie moich wspólników do wprowadzenia kultury Lean w naszej firmie. Dlatego czuję dużą odpowiedzialność za powodzenie tego projektu – na razie na wybranych obszarach naszego przedsiębiorstwa. Spotkałam się też z oporem niektórych osób. Takie wdrożenie to szansa dla pracodawcy, aby zaobserwować jakie jest nastawienie pracowników do rozwoju organizacji i zmiany,  jak angażują się w proces doskonalenia przedsiębiorstwa. Lean dał mi ogromną wiedzę na temat mojego zespołu. Dziś już wiem że, kolejnym wyzwaniem będzie utrzymanie osiągniętych standardów, systematyczne używanie narzędzi Lean oraz realizacja rozpoczętych projektów udoskonalających.” – mówi Joanna Telka-Dudkowska.

Wielką trudnością jest takie zorganizowanie czasu pracy, żeby wygospodarować go na dodatkowe zadania związane z Lean. Bardzo ważne jest też odpowiednie podejście uczestników do podjętych działań (pracowników i pracodawcy).”  – mówi Anna Sołoducha , Specjalista ds. kadr i płac.

„ Najtrudniejsze na etapie wdrożenia filozofii Lean jest zaufanie, przekonanie, że proponowane metody przyniosą efekty, pozytywne nastawienie na zmiany oraz zaangażowanie. Bez zaangażowania i chęci przeorganizowania swojej pracy, warsztaty nie przyniosą rezultatów.”  – potwierdza Ewelina Lewandowska.

„Najtrudniejsze, według mnie, było wdrożenie nowego standardu. Wcześniej każdy z operatorów miał swój wyuczony standard pracy. Sporą trudność sprawiało na początku odejście się od wcześniejszych przyzwyczajeń i praca wg określonych schematów. ” – Opisuje Adrianna Kubot, Lider sprzedaży/Specjalista ds. sprzedaży zagranicznej.

Lean nie jest jednorazowym projektem ani szkoleniem. To transformacja, która pomaga organizacjom osiągać jeszcze lepsze wyniki, budować efektywniejsze procesy i rozwijać potencjał oraz kompetencje ludzi. Transformacjom procesowym zawsze powinna przyświecać myśl: „Doskonaląc procesy biznesowe zawsze doskonalimy ludzi.” Bez tego nie ma możliwości osiągnięcia optymalnego efektu z układania procesów.

„Obecnie wszyscy wspólnie jesteśmy skoncentrowani na osiągnięciu celu. Uświadomiliśmy sobie jak ważne są nasze spotkania, więcej rozmawiamy o trudnościach. Wielką wartością były warsztaty praktyczne, dotyczące np. rozwiązywania problemów. Ogromną satysfakcję czuliśmy również podczas wspólnego wdrażania 5s. Ja osobiście jestem bardzo zmotywowana do dalszych wdrożeń. Nasza przygoda z Lean tak naprawdę dopiero się rozpoczęła.” – podsumowuje sukces swojego zespołu oraz firmy Joanna Telka-Dudkowska.

Agata Nowak – Konsultant, Partner w firmie Lean Management Consulting Group 

Alliance Ventures inwestuje w Mobility House

Alliance Ventures, strategiczny fundusz kapitałowy sojuszu Renault-Nissan-Mitsubishi, inwestuje w firmę technologiczną Mobility House. Jest to twórca platformy integrującej akumulatory samochodowe z systemem sieci energetycznych, dzięki zastosowaniu inteligentnych rozwiązań w zakresie ładowania i magazynowania energii.

Inwestycja ta jest kolejnym elementem programu inwestycyjnego Alliance Ventures, polegającego na rozwoju współpracy ze startupami, które dostarczają rozwiązań technologicznych najnowszej generacji dla branży motoryzacyjnej. Firma The Mobility House ma siedziby w Niemczech, w Szwajcarii i w Dolinie Krzemowej w Kalifornii.

FRANÇOIS DOSSA
FRANÇOIS DOSSA

„Celem Alliance Ventures jest zapewnianie członkom sojuszu dostępu do ekosystemu otwartych innowacji, który ma umożliwić zbudowanie mobilności jutra” – powiedział François Dossa, prezes Alliance Ventures i wiceprezes do spraw otwartych innowacji. „Mobility House posiada bogatą wiedzę w zakresie e-mobilności i transformacji energetycznej, która przyczyni się do zaangażowania Sojuszu w budowę pojazdów i realizacji naszej wizji: kształtowania elektromobilności jutra”.

Firmy członkowskie Sojuszu i Mobility House zrealizowały wspólnie już kilka projektów. Na przykład, dzięki współpracy z Mobility House, Nissan LEAF był pierwszym samochodem elektrycznym, który został wykorzystany w projekcie Vehicle-to-Grid (V2G) w aglomeracji Hagen, w Niemczech. Z kolei, współpracując z Grupą Renault, Mobility House wprowadzi na rynek największy europejski system magazynowania energii, wykorzystujący akumulatory samochodów elektrycznych. Ten inteligentny ekosystem energetyczny przyczyni się do przekształcenia portugalskiej wyspy Porto Santo, leżącej w pobliżu Madery w pierwszą „inteligentną energetycznie wyspę” na świecie.

„Alliance Ventures jest doskonałym partnerem strategicznym i inwestorem dla Mobility House” – powiedział Thomas Raffeiner, założyciel i dyrektor generalny Mobility House. „Nasza wcześniejsza współpraca dowiodła, że nasze wizje i zakres umiejętności są zbieżne w kwestii realizacji wspólnych celów. Cieszymy się z możliwości wspólnej realizacji kolejnych projektów i wizji, które służą wspólnemu celowi: wspieraniu rozwoju systemu zrównoważonej energetyki.”

Poza inwestycją w Mobility House, sojusz Alliance Ventures zrealizował już 11 projektów inwestycyjnych w startupy w Ameryce Północnej, Europie i Chinach.

Informacje finansowe dotyczące inwestycji w Mobility House nie będą podane do publicznej wiadomości.

Black Pearls VC inwestuje w NANOXO 1 mln PLN

Polska firma rozwijająca własną technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku (ZnO QDs) zdobyła właśnie inwestora: fundusz Black Pearls VC wsparł NANOXO kwotą 1 mln PLN. Kropki kwantowe to niezwykle innowacyjny materiał wykorzystywany obecnie głównie w produkcji wyświetlaczy. Dzięki technologii NANOXO, znajdzie on swoje zastosowanie w kolejnych gałęziach przemysłu.

Projekt ze świata naukowego

Jednym z założycieli NANOXO jest profesor Janusz Lewiński, kierownik dwóch grup badawczych Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej i Instytutu Chemii Fizycznej PAN. To właśnie w ramach współpracy tych zespołów rozwinięto technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku o unikalnych w porównaniu z materiałami dostępnymi na rynku własnościach. Prace naukowe trwały ponad 10 lat, w etap komercjalizacji wchodzi więc dojrzała technologia.

Przy użyciu naszej technologii wytwarzania kropek kwantowych, jesteśmy w stanie opracować materiały o bardzo wysokiej czystości i stabilności oraz niskiej toksyczności, co otwiera drogę do wielu różnorodnych zastosowań praktycznych. Kluczową zaletą naszej technologii jest precyzyjna kontrola nad zachodzącymi procesami chemicznymi, pozwalająca na projektowanie nanomateriałów uwzględniających możliwość ich późniejszego zastosowania w produktach naszych klientów. Jako spółka NANOXO, ze wsparciem inwestora zamierzamy dalej rozwijać technologię i rozszerzać jej komercjalizację. Już na tym etapie naszej działalności realizujemy prace badawczo-wdrożeniowe we współpracy z partnerami przemysłowymi.  – profesor Janusz Lewiński, współzałożyciel, główny udziałowiec i szef Rady Naukowej NANOXO

Kropki kwantowe: zastosowania

Zastosowanie Rynek nanomateriałów opartych o kropki kwantowe jest obecnie zdominowany przez producentów nowej generacji wyświetlaczy QLED. Potencjalnych obszarów zastosowań tego typu materiałów jest jednak znacznie więcej. Do tej pory jednak, ze względu na toksyczność, niską stabilność oraz brak efektywnych metod precyzyjnego projektowania i syntezy kropek kwantowych, rozwój w nowych kierunkach ich wykorzystania był bardzo utrudniony. Technologia opracowana przez NANOXO rozwiązuje powyższe problemy, dzięki czemu kropki kwantowe mogą być szeroko stosowane w obszarach dotychczas uznawanych za niszowe.

Produkowane naszą metodą quantum dots mogą być używane jako skuteczne znaczniki luminescencyjne do zabezpieczeń oryginalności produktów, markery sortujące, fluorescencyjne tusze czy materiały samoczyszczące. Znajdą też zastosowanie w bardziej zaawansowanych rozwiązaniach elektronicznych jak czujniki UV, nowoczesne panele fotowoltaiczne, diody LED czy lasery. – Emil Bojarski, prezes Nanoxo

Do obszarów potencjalnego wykorzystania kropek kwantowych tlenku cynku należą też biomedycyna i przemysł kosmetyczny – tutaj sprawdzą się jako nośniki leków, efektywne filtry UV czy znaczniki do obrazowania. Ponadto mogą one przyczynić się do rozwoju nowych zastosowań takich jak komputery kwantowe, spintronika, czy nowe metody wykorzystania energii słonecznej np. w fotokatalizie.

Wsparcie inwestora

Black Pearls VC zainwestował w NANOXO 1 mln złotych z funduszu LQT Fund II w ramach programu BRIdgeAlfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, a transakcję z ramienia funduszu przeprowadził Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Investment Manager).

Możliwość pracy z polskimi naukowcami i zaangażowanie w rozwój tak zaawansowanej technologii, to dla naszego zespołu niezwykle interesujące wyzwanie. Potencjał komercjalizacyjny kropek kwantowych jest ogromny nie tylko ze względu na zaawansowany etap rozwoju tej technologii, ale przede wszystkim w związku z szerokim spektrum zastosowań powstałych przy jej użyciu materiałów. – Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC.

W najbliższym czasie planujemy wprowadzenie na rynek nowych nanomateriałów oraz wysokiej jakości perowskitów będących interesującą alternatywą w stosunku do obecnych na rynku produktów. Obecnie cały świat poszukuje rozwiązań w tym zakresie, aby możliwe było wytworzenie stabilnych ogniw nowej generacji. Przygotowujemy też nowe zgłoszenia patentowe oraz jesteśmy w trakcie uruchamiania sklepu internetowego będącego naturalnym kanałem sprzedaży dla branży naukowej. Uważamy, że ścisła współpraca z klientami naukowymi zwiększy konkurencyjność naszych produktów oraz umożliwi szybszą komercjalizację wśród globalnych partnerów przemysłowych. Cieszymy się także z możliwości współpracy z tak dojrzałym partnerem biznesowym jakim jest fundusz Black Pearls VC, który podchodzi z dużym zrozumieniem i otwartością do firm z sektora nowych technologii.  – Emil Bojarski, prezes Nanoxo

Sztuczna inteligencja ochroni turystów

Nawet 1,9 mln pasażerów miesięcznie obsługuje lotnisko na Okęciu w okresie wakacyjnym – to prawie dwa razy więcej, niż np. w lutym 2018 roku[1]. Okres wzmożonych podróży wiąże się jednak także ze wzrostem liczby sytuacji stanowiących zagrożenie dla zdrowia lub życia, jak wypadki czy przestępstwa. Tylko w często odwiedzanym latem Gdańsku w czerwcu br. doszło do 37 kradzieży dziennie[2]. W dbaniu o bezpieczeństwo turystów może pomóc sztuczna inteligencja.

Lokalne służby nie dysponują środkami do zapewnienia bezpieczeństwa tysięcy osób odwiedzających popularne miejsca i zabytki oraz monitorowania ich zachowania. Nie jest też możliwe np. ściągnięcie latem policjantów z całej Polski do pilnowania wakacyjnych kurortów. Z pomocą przychodzą natomiast m.in. inteligentne systemy wideo, które w kilka sekund weryfikują to, co człowiekowi zajęłoby wiele godzin.

Bezpieczeństwo real-time

Lotniska, autostrady, transport publiczny, dworce, pociągi, deptaki, zabytki historyczne – wszystkie te obiekty mogą być chronione skuteczniej dzięki zastosowaniu inteligentnych kamer. Samych Pompejów, które w sezonie odwiedza dziennie nawet 15 tys. turystów, strzeże ponad 350 takich urządzeń[3]. Inteligentne systemy wideo automatycznie analizują pozyskiwane informacje w czasie rzeczywistym, a następnie sugerują służbom zdarzenia, którym warto się przyjrzeć. Monitorują ruch, alarmują o podejrzanych pakunkach, niestandardowym zachowaniu, „wałęsających się” w danym miejscu osobach, ale też np. kręcących się wokoło zagubionych dzieciach.

Zdrowie pod szybką kontrolą

Kamery nie tylko łapią kieszonkowców czy wandali, ale też umożliwiają szybką pomoc w przypadku zagrożenia dla zdrowia. Wychwytują upadki osób, zasłabnięcia czy potrącenie przez samochód, mogą też automatycznie reagować na zbyt głośny dźwięk i wykrywać machanie rękami nad głową sugerujące, że ktoś potrzebuje pomocy. Inteligentne systemy wideo ułatwiają również służbom poruszanie się po mieście i szybkie dotarcie na miejsce wypadku, np. dzięki tworzeniu map 3D i informowaniu o zatorach drogowych.

– Inteligentne kamery poprawiają poczucie bezpieczeństwa, zmniejszają poziom przestępczości i liczbę urazów czy wypadków, pomagają dyspozytorom w szybkim reagowaniu. Natomiast pozytywne efekty ich stosowania można oczywiście obserwować nie tylko w sezonie turystycznym. Są aktywne przez cały rok – chronią zarówno odwiedzających, jak i miejscowych. Mogą także zostać połączone z miejskimi systemami monitorowania warunków atmosferycznych, dyspozytorami straży pożarnej i pogotowia czy działaniami prowadzonymi przez organizacje charytatywne, co przynosi mieszkańcom dodatkowe korzyści – wskazuje Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta.

[1] Źródło: https://www.lotnisko-chopina.pl

[2] http://www.gdansk.policja.gov.pl/pm1/statystyki/statystyka-przestepstw/2019/79254,Statystyka-przestepstw-2019.html

[3] https://www.mobotix.com

Transformacja druku do modelu usługowego

W sytuacji, gdy coraz więcej firm przenosi swoje kluczowe dane i aplikacje do chmury, nabywając produkty IT i infrastrukturę technologiczną w formie usług, model oparty na subskrypcji staje się dominującą formą w korporacjach. Korzyści są dobrze udokumentowane, a perspektywa lepszej kontroli kosztów, zwiększonego bezpieczeństwa, większej zwinności i dostępu do najnowszych technologii zwiększa dynamikę rynku.

Deloitte Global szacuje, że do 2022 r. przedsiębiorstwa wydadzą około 50% swoich budżetów IT na usługi – co wyraźnie wskazuje, że tradycyjna, licencjonowana technologia wdrażana u klienta, traci wiodącą pozycję. Transformacja w sposobie dostarczania technologii informatycznych jest przyczyną wprowadzania zmian przez zespoły IT. Organizacje stają przed wyzwaniem identyfikowania nowych pomysłów, w jaki sposób usługi mogą być dostosowane do potrzeb biznesowych, zapewniając jednocześnie skuteczne wdrożenie nowych rozwiązań opartych na chmurze.

Dodatkowo zespoły IT już teraz mierzą się z niekończącą się listą zadań: zajmują się zagrożeniami związanymi z coraz bardziej złożonymi sieciami, utrzymaniem sprawności przeciążonej infrastruktury technologicznej, przyczynianiem się do zwiększania produktywności firmy, przy jednoczesnym minimalizowaniu wydatków.

Rewolucja ITaaS

Historycznie zadaniem działu IT było budowanie i utrzymywanie dużych centrów danych, które mieściły biznesowe systemy backendowe. Realizacja zamówień trwała wtedy długo, a priorytetem było zapewnienie stabilnego środowiska operacyjnego za wszelką cenę, co oznacza że było ono nieelastyczne i powolne.

Niedawno w branży IT zaczął dominować model oparty na chmurze, który szybko zastępuje tradycyjną technologię. Znaczna część tego wzrostu jest napędzana przez transformację aplikacji biznesowych, będących jednym z najwcześniejszych przykładów zastosowania technologii chmury. Ponieważ organizacje dostrzegają podstawowe korzyści płynące z nowej fali aplikacji biznesowych, zespoły IT mogą odejść od roli opiekunów technologii, stając się katalizatorami cyfrowej transformacji.

Rozwiązania „IT jako usługa” (ITaaS) zapewniają wsparcie poprzez przeniesienie dużej części obciążeń związanych z bezpieczeństwem, dostępnością i wydajnością na dostawcę usług w chmurze. Dobrym przykładem tego trendu jest infrastruktura druku w chmurze jako usługa (CPIaaS). Zamiast posiadać fizyczną infrastrukturę druku i zarządzać nią wraz z towarzyszącymi jej kosztami usług, klienci płacą tylko za to, z czego korzystają.

Nowe podejście do druku korporacyjnego

CPIaaS to jeden z przykładów, jak model ITaaS całkowicie zmienia sposób świadczenia tradycyjnych usług. Zapewnia on użytkownikom korporacyjnym dostęp do nowoczesnego, bezpiecznego środowiska druku poprzez usługę subskrypcji, w której wyeliminowano fizyczną infrastrukturę środowiska druku – w tym serwery druku w siedzibie firmy, wdrażanie sterowników i zarządzanie użytkownikami.

Zamiast wysyłać dokumenty za pośrednictwem serwera do wyznaczonego urządzenia drukującego, są one przekazywane dostawcy usług w chmurze, gdzie są przechowywane, dopóki użytkownik nie zaloguje się lub nie uwierzytelni się za pomocą identyfikatora przy drukarce. Ustawienia urządzenia podłączonego do chmury, zgodność, aktualizacje oprogramowania układowego i zbieranie danych są monitorowane i zarządzane zdalnie.

Dzięki flotom drukarek zarządzanych przez dostawcę CPIaaS np. Lexmark, wydatki stają się bardziej elastyczne, a zespoły IT odzyskują czas potrzebny na badania i określanie urządzeń dla cykli RFP. Ponadto dostawca przejmuje trudne zadania polegające na tworzeniu planów wdrożenia sprzętu, które uwzględniają wzorce użytkowania, zabezpieczenia oraz przyszłe potrzeby w zakresie drukowania i skanowania – wszystko to można łatwo skalować w czasie, aby sprostać zmieniającym się wymaganiom.

CPIaaS wspiera również IT za pomocą zautomatyzowanych, inteligentnych, połączonych z IoT usług, takich jak realizacja dostaw na czas oraz głębokie, oparte na miernikach analizy z algorytmami predykcyjnymi, które pomagają uniknąć przestojów. Dostęp do danych dotyczących wydajności, analizy i zarządzania w czasie rzeczywistym oznacza, że zespół IT może stale monitorować wydajność oraz szczegółowo analizować wszystkie ważne aspekty floty drukarek na poziomie urządzenia.

Ewoluująca rola IT

Zalety usług w chmurze – między innymi samoobsługa i automatyczne egzekwowanie polityki  – nie oznaczają, że rozwiązania ITaaS mogłyby działać całkowicie samodzielnie. Rola IT w świecie usług w chmurze pozostaje tak samo ważna, jak kiedyś, ale ewoluuje w kierunku odpowiedzialności za planowanie przepustowości, zapewnienia zgodności między wykorzystaniem a rozliczaniem, zarządzania IT, a przy CPIaaS również skupienia się wyłącznie na niezbędnej przepustowości druku, podczas, gdy o resztę już zadbano.

Stawienie czoła wyzwaniu, jakim jest obniżanie kosztów przy jednoczesnym zapewnieniu wartości dodanej, nie pozostawia liderom IT dużego marginesu błędu. Przyjmując ITaaS jako praktykę, szybko zdadzą sobie sprawę, że mogą odzyskać kontrolę nad rosnącą złożonością IT. Co najważniejsze, mogą powierzyć partnerom ITaaS prace związane ze wsparciem krytycznych aplikacji biznesowych, podczas gdy sami skoncentrują się na innowacjach, strategii i długoterminowej wizji, dzięki czemu ich rola
w nowym świecie IT pozostanie istotna.

Wypadek kierowcy w czasie pracy. Stało się! Co teraz?

W pierwszym kwartale 2019 roku w wyników wypadków przy pracy poszkodowanych zostało łącznie 15 800 osób. Niestety dużą część stanowią kierowcy ciężarówek. Jakie sytuacje mogą się wydarzyć w codziennej pracy truckera oraz jakie obowiązki z nimi związane spoczywają na przewoźniku? Niełatwy temat wyjaśnia Mariusz Skurzyński, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców w zakresie PIP.

Zgodnie z definicją wskazaną w art. 3 ust. 1 ustawy z dn. 30.10.2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, wypadkiem jest zdarzenie mające charakter nagły, wywołane przyczyną zewnętrzną, powodujące uraz lub śmierć, które nastąpiło w związku z pracą. Aby zdarzenie zakwalifikować jako wypadek przy pracy koniecznym jest spełnienie łącznie wszystkich czterech warunków – tłumaczy Mariusz Skurzyński, ekspert w zakresie Państwowej Inspekcji Pracy z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).Zatem, oprócz prowadzenia pojazdu, za pracę w przypadku kierowcy uznane są czynności takie jak rozładunek, załadunek, czynności spedycyjne, obsługa codzienna pojazdów i przyczep, nadzór oraz pomoc osobom wysiadającym lub wsiadającym do kabiny ciężarówki. Wszystkie niezbędne formalności administracyjne, utrzymanie pojazdu w czystości oraz inne prace podejmowane w celu wykonania zadań służbowych lub w celu zapewnienia bezpieczeństwa osób, pojazdu i rzeczy są czynnościami wchodzącymi w zakres pracy kierowcy zawodowego, co szczegółowo określa ustawa o czasie pracy kierowców.

Nowe statystyki

Część wypadków przy pracy kierowcy może mieć miejsce na drodze. W 2018 roku policję powiadomiono 31 674 razy o wypadku drogowym. W wyniku tych zdarzeń 37 359 osób zostało rannych, a 2862 uczestników zajść zmarło.[1] Liczby są alarmujące. Polska znajduje się w czołówce państw z liczbą śmiertelnych wypadków – na naszych drogach na 1 mln osób przypada aż 76 ofiar. Gorzej jest jedynie w Chorwacji (77 ofiar), na Łotwie (78 ofiar) i w Bułgarii (88 ofiar) – stawkę zamyka Rumunia z wynikiem 96 przypadków śmiertelnych na 1 mln osób. Ponadto, po raz pierwszy Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu porównała kraje UE jednym z najdokładniejszych wskaźników, oceniających poziom bezpieczeństwa na drodze – ilość ofiar wypadków przeliczonych na 1 miliard km pokonanych przez samochody. Polska niechlubnie zajmuje pierwsze miejsce wśród krajów Wspólnoty pod względem śmiertelności z wynikiem 14,6, w momencie, gdy średnia europejska plasuje się na poziomie 5,8.[2]

Jaki udział mają tutaj kierowcy ciężarówek? Jak się okazuje – stosunkowo niewielki. Truckerzy według policyjnych statystyk są prowodyrami wypadków w ok. 10% sytuacji.[3] Udział ciężarówek w zajściach ze skutkiem śmiertelnym wynosi ok. 15% wszystkich zabitych na drogach. [4]

Warto zwrócić szczególną uwagę, że przytoczone dane pochodzą głównie ze statystyk policyjnych, natomiast zasadnym jest przyjąć, że precyzyjniejszymi informacjami na temat wypadków drogowych z udziałem zawodowych kierowców dysponują firmy ubezpieczeniowe. Wynika to głównie z dokładniejszego przyjrzenia się zdarzeniom wypadkowym, przekładającego się na szerszą perspektywę monitorowania sytuacji po zdarzeniu. Na zróżnicowanie źródła danych pomiędzy ww. instytucjami może wskazywać również fakt niezgłaszania wszystkich zdarzeń organom Policji– zauważa Mariusz Skurzyński.

O jakim wypadku mówimy tym razem?

Wśród wypadków, do których dochodzi podczas wykonywania czynności służbowych możemy wyszczególnić cztery rodzaje:

  • Wypadki śmiertelne
  • Wypadki ciężkie
  • Wypadki zbiorowe
  • Wypadki lekkie.

Za wypadek śmiertelny uznawane są takie, w skutek których nastąpiła śmierć osoby poszkodowanej w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy od daty zdarzenia w skutek odniesionych obrażeń lub pogorszenia się stanu zdrowia spowodowanego zajściem. Wszystkie sytuacje, w których doszło do ciężkiego uszkodzenia ciała jak np. utrata wzroku lub gdy konsekwencją było naruszenie podstawowych funkcji organizmu (w tym także nieuleczalna choroba) np. utrata palca dłoni, choroba psychiczna, są klasyfikowane jako wypadki ciężkie. Zdarzenie, w którym wypadkowi uległy co najmniej dwie osoby jest wypadkiem zbiorowym, zaś lekkim wypadkiem przy pracy są wszelkie zajścia,
w wyniku których pracownik doznał urazu, który nie wpisuje się w definicję wypadku ciężkiego. Bardzo częstą kontuzją występującą w przypadku zawodowych kierowców jest skręcenie stawu skokowego –
tłumaczy ekspert

Stało się! Co teraz?

Wypadek przy pracy nakłada na przedsiębiorcę odpowiedni instruktaż postępowania, w którym odnaleźć można zapisy dotyczące m.in. udzielenia pomocy poszkodowanemu, zabezpieczenia miejsca wypadku, zawiadomienie wskazanych organów oraz przeprowadzenia badań okoliczności i przyczyn zajścia, co szczególnie w przypadku specyfiki pracy truckera może być wyjątkowo trudne.

Oczywistym jest, że gdy do wypadku dochodzi w siedzibie firmy, a stan poszkodowanego wymaga interwencji – należy mu takiej pomocy udzielić np. poprzez wezwanie służb medycznych. Kolejną kwestią, co do której przedsiębiorca jest zobligowany to zabezpieczenie miejsca, w którym doszło do całej sytuacji. W momencie, gdy do wypadku dochodzi poza siedzibą firmy, zabezpieczenie miejsca zajścia może nie być łatwe, jednak ustawodawca nie przewiduje takiej ewentualności.

Pracodawca zobowiązany jest do niezwłocznego zgłoszenia wypadku przy pracy odpowiednim organom. Zajścia ze skutkiem śmiertelnym, ciężkie lub zbiorowe, należy bezwzględnie zgłosić do Państwowej Inspekcji Pracy oraz Prokuratury. –Zdarza się, iż pracodawca w natłoku emocji zapomina dokonać przedmiotowego zgłoszenia, a jest to sytuacja niedopuszczalna. Jeśli organy nie zostaną poinformowane o wypadku przy pracy o znamionach wypadku ciężkiego, zbiorowego lub w razie wypadku śmiertelnego, do którego doszło podczas wykonywania obowiązków służbowych, to przedsiębiorca powinien liczyć się z możliwą grzywną w wysokości do 30 000 zł lub nawet karą w postaci ograniczenia wolności, o czym traktuje art. 221 Kodeksu Karnego – podkreśla Mariusz Skurzyński. Ponadto należy pamiętać, że nawet jeśli PIP i Prokuratura już biorą udział w wyjaśnianiu szczegółów wypadku, to pracodawca i tak musi osobiście zawiadomić te organy, przy czym w celach dowodowych spełniania ustawowego obowiązku wskazaną formą powiadomienia organów jest forma pisemna – dodaje.

W wyjaśnianiu okoliczności zdarzenia ze strony pracodawcy czynności prowadzi powołany przez niego zespół powypadkowy. Czynności wyjaśniające powinny zostać podjęte niezwłocznie, tak aby właściwie określić okoliczności i przyczyny wypadku a następnie dokonać odpowiedniej kwalifikacji badanego zdarzenia. Zgodnie z przepisami zespół powypadkowy ma 14 dni na dokonanie stosownych ustaleń i sporządzenie protokołu.

Co w sytuacji, gdy do wypadku dochodzi daleko od siedziby firmy i zanim pracodawca pojawi się na miejscu – przestrzeń ta zostanie uprzątnięta? – To dość częsta sytuacja, do której dochodzi – zwłaszcza w branży transportowej. Służby zobligowane są do przywrócenia ruchu na danym odcinku drogi, więc wszystkie ślady powypadkowe zostają uprzątnięte. Wówczas zespół powypadkowy powinien wystąpić do służb i organów prowadzących czynności na miejscu wypadku o udostępnienie dokumentacji – protokołów, szkiców, fotografii, które będą znaczące dla wyjaśnienia zajścia – radzi Mariusz Skurzyński z OCRK.

Powodów jest wiele…

Według danych z I kwartału 2019 r. wskazanych przez GUS aż 60% takich zdarzeń spowodowanych jest niewłaściwym zachowaniem się pracownika. Niespełna w 10% wypadków winny jest zły stan techniczny czynnika niematerialnego – maszyny lub pojazdu.[5]

Należy zauważyć, iż w odniesieniu do kierowców ciężarówek, gdy dochodzi do wypadku samochodowego – winne okazują się być: kondycja prowadzącego – przemęczenie, znużenie, senność, brak odpowiedniego skupienia. W tej kwestii kluczowe jest także sprawdzenie zapisów z tachografu rejestrującego pracę truckera. Dzięki urządzeniu zespół powypadkowy, prokuratura lub PIP weryfikują, czy pracownik przestrzegał ustawowych norm czasu pracy, a co w takich sytuacjach ważniejsze, czasu wymaganych odpoczynków. Znacznie większy odsetek wypadków zdarza się w przypadku kierowców pojazdów lżejszych – do 3,5 tony, których nie obowiązuje rejestrowanie czasu jazdy za pomocą tachografu, co wprost przekłada się na ilość zdarzeń mających charakter wypadku przy pracy – zauważa ekspert.

Niestosowanie się kierującego do obowiązujących przepisów czasu jazdy, manipulacje tachografami, nierespektowanie przepisów ruchu drogowego i zbytnie wyeksploatowanie pojazdu lub jego części, są wynikiem braków kadrowych, przesadnego poszukiwania oszczędności albo niedopatrzenia. Nie można jednak „przymykać oka” na takie praktyki, gdyż mogą się one okazać tragiczne w skutkach. Jak podaje GUS najczęściej w wypadkach przy pracy dochodzi do urazów kończyn – aż 77,9%. Zdecydowanie bardziej narażone są kończyny górne – w I kwartale tego roku odnotowano aż 43,5% takich przypadków, urazów nóg doznało 34,4% poszkodowanych.

 

Choć na co dzień ludzki umysł stara się wyprzeć wszystko, co negatywne, to warto pamiętać o zadbaniu o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i pozostałych uczestników ruchu. Ostrożność i stosowanie się do obowiązujących przepisów mogą niejednokrotnie uratować życie w sytuacjach kryzysowych. Warto o tym pamiętać – szczególnie w okresie letnim, gdy aura może nie sprzyjać koncentracji za kółkiem, a ruch na drodze w wakacje jest zwiększony.

[1] Komenda Główna Policji, Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Warszawa 2019

[2] https://etsc.eu/wp-content/uploads/ETSC-PIN-AR_2019-Final-EMBARGO.pdf

[3] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

[4] Raport Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Komenda Główna Policji – Biuro Ruchu Drogowego

[5] Główny Urząd Statystyczny, Wypadki przy pracy w I kwartale 2019 r. – dane wstępne 31.05.2019 r.

Branża lotnicza w Polsce na razie nie odczuwa skutków zbliżającego się brexitu

W ciągu ostatniego roku z Warszawy do Wielkiej Brytanii wyleciało o 4,5% więcej pasażerów niż w poprzednich dwunastu miesiącach. W Balicach liczba podróżnych wzrosła o 13%, natomiast w Pyrzowicach – o 1%. Wizja brexitu nie wpłynęła negatywnie na ruch w mniejszych portach lotniczych, które także obsłużyły więcej osób. Dla przykładu można podać, że w okresie od czerwca 2016 roku do maja 2017 roku doliczono się niemal 357 tys. podróżujących z Wrocławia. 2 lata później kierunek na Wyspy wybrało ponad 417 tysięcy ludzi.

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, jak wyniki referendum w sprawie brexitu wpłynęły na ruch lotniczy z Polski do Wielkiej Brytanii. Głosowanie odbyło się 23 czerwca 2016 roku, więc ten miesiąc został przyjęty jako początek badanego okresu. Wyróżniono 3 roczne przedziały: VI 2016 roku – V 2017 roku, VI 2017 roku – V 2018 roku oraz VI 2018 roku – V 2019 roku.

– Dokładnie 580 150 pasażerów połączeń regularnych odleciało w okresie VI 2016 roku – V 2017 roku do Wielkiej Brytanii z Lotniska Chopina w Warszawie. Liczba ta zmniejszyła się tylko o 1%, do 574 488, w przedziale od VI 2017 roku do V 2018 roku. Z kolei dane za VI 2018 roku – V 2019 roku wskazują na wzrost o 4,5%, czyli do 600 322 pasażerów, w porównaniu z wcześniejszym rokiem – wylicza Piotr Rudzki, specjalista ds. komunikacji zewnętrznej z Lotniska Chopina w Warszawie.

Z kolei Kraków Airport udostępnia jedynie podsumowania roczne. Jak informuje Natalia Vince, rzecznik prasowy lotniska, w całym 2016 roku odleciało do Wielkiej Brytanii 625 tys. pasażerów, w 2017 roku – 730 tysięcy, a w 2018 roku – 771 tys. Ekspert zaznacza, że od VI 2016 roku do V 2017 roku nastąpił wzrost o 25% w stosunku do analogicznego okresu 2015/2016. Natomiast od VI 2017 roku do V 2018 roku zwiększyła się liczba pasażerów o 9% w porównaniu z wcześniejszym przedziałem czasowym. W okresie VI 2018 roku – V 2019 roku zanotowano przyrost o 13% w odniesieniu do poprzedniego interwału czasowego.

– Liczba pasażerów odlatujących z Gdańska do Wielkiej Brytanii wyniosła w pierwszym okresie 481 840. W kolejnym – wzrosła do 518 288, a w trzecim – mieliśmy 513 205 podróżnych – mówi Agnieszka Michajłow, specjalista ds. komunikacji z Portu Lotniczego Gdańsk.

Plany związane z brexitem nie mają wpływu na liczbę pasażerów korzystających z Katowice Airport, o czym przekonuje Cezary Orzech, rzecznik prasowy Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego S.A. Od VI 2016 roku do V 2017 roku z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii odleciało 714 439 osób. W kolejnym okresie liczba ta wzrosła do 745 929, a w ostatnim – do 756 193.

– U nas ruch wygląda stabilnie. Od VI 2016 roku do V 2017 roku mieliśmy prawie 357 tysięcy pasażerów, którzy odlecieli do Wielkiej Brytanii. W kolejnych dwunastu miesiącach z takich połączeń skorzystało ponad 390 tysięcy osób. W ostatnim roku na Wyspy poleciało ponad 417 tysięcy – zaznacza Monika Półtorzycka-Jon, manager ds. marketingu i PR z Port Lotniczy Wrocław S.A.

Jak przekonuje Wioletta Gnacikowska, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Łódź, wpływ decyzji o brexicie jest niezauważalny w odniesieniu do ruchu pasażerskiego. Na Wyspy cały czas latają samoloty wypełnione w 95-97%. W pierwszym analizowanym okresie było to 150 003 pasażerów, w drugim – 147 111, a w trzecim – 144 557. Z kolei Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu i rzecznik prasowy Portu Lotniczego Bydgoszcz, zaznacza, że r/r wzrastała liczba odprawionych podróżnych. Wzrost ruchu widać na wszystkich dostępnych destynacjach. Jednak szczegółowe dane, dotyczące rejsów do Wielkiej Brytanii, nie są przedstawiane. Lublin Airport również nie udostępnia statystyk odnoszących się do poszczególnych kierunków, a jedynie zbiorcze informacje dla całej siatki połączeń.

– Nasza analiza dotyczy zarówno pasażerów przylatujących, jak i odlatujących z lotniska w Rzeszowie. W pierwszym okresie obsłużono 321 987 osób przy oferowanych 1 840 rotacjach, w kolejnym – 340 581 przy 1 982, a ostatnio – 341 241 przy 1 959 połączeniach – informuje Marcin Kołacz z biura prasowego Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka.

W siatce połączeń Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury znajdują się 2 brytyjskie kierunki. Zostały one uruchomione w 2016 roku, tj. 16 czerwca i 1 listopada, co zaznacza Dariusz Naworski, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury. W pierwszym analizowanym okresie obsłużono 32 007 pasażerów, w drugim – 48 308, a w trzecim –  44 471.

– Ten rynek ciągle się lekko rozwija. W Wielkiej Brytanii funkcjonuje bardzo duża polska społeczność, obejmująca, według różnych szacunków, od miliona do prawie trzech milionów osób. Dopóki ta grupa nie zmniejszy się w istotny sposób, to popyt na loty na tych trasach będzie dalej taki sam albo jeszcze wzrośnie. Linie lotnicze starają się dodawać połączenia coraz bardziej atrakcyjne cenowo i pod względem dostępności – stwierdza Sebastian Gościniarek, jeden z założycieli i Partner w firmie BBSG, specjalizującej się obsłudze sektora lotniczego.

W trzech ostatnich latach pasażerowie najczęściej wybierali rejsy do Londynu. W tym okresie siatki połączeń się zmieniały, jednak częściej dochodziło do ich rozszerzania niż ograniczania. Przykładowo, w Kraków Airport nie zlikwidowano żadnej trasy do Wielkiej Brytanii, a dodano m.in. Londyn Luton, Glasgow czy Birmingham.

– Warunki brexitu dla branży lotniczej nie są jeszcze znane. Jednym z możliwych rozwiązań jest zamrożenie ruchu na poziomie, który będzie w momencie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Przewoźnicy przygotowują się do tego scenariusza, bazując na pewnych siatkach połączeń. Później zawsze będą mogli zrezygnować z danych kierunków, a dodanie nowych stanie się trudniejsze. Nie spodziewam się, też żeby linie ograniczały swoją ofertę bezpośrednio przed brexitem lub zaraz po nim – podsumowuje Sebastian Gościniarek.

Jacek Paszke nowym prezesem Bricomarché w Polsce

Z dniem 1 lipca 2019 r. Jacek Paszke, dotychczasowy Członek Zarządu Dyrekcji Handlowej Bricomarché, objął funkcję Prezesa Bricomarché w Polsce. Od 2012 roku Jacek Paszke jest właścicielem sklepu Bricomarché w Wałczu. Od kilku lat jest także udziałowcem Grupy Muszkieterów. Wcześniej pracował na stanowisku Dyrektora Finansowego Bricomarché oraz pełnił obowiązki Dyrektora Generalnego Bricomarché.

Jacek Paszke – Prezes Bricomarché
Jacek Paszke – Prezes Bricomarché

Cieszymy się, że możemy czerpać z wieloletniego doświadczenia Jacka w naszych strukturach od teraz już w roli Prezesa. Wierzę, że dzięki jego doskonałej znajomości branży oraz wyczuciu biznesowemu sieć Bricomarché będzie się dalej prężnie rozwijać mówi dr Katarzyna Jańczak-Stefanide, Dyrektor Generalna sieci Bricomarché w Polsce i dodaje Jak wynika z danych GfK w ubiegłym roku nasze udziały w rynku DIY wynosiły blisko 11 proc. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że funkcjonujemy w okresie dynamicznych zmian na rynku e-commerce w naszej branży i chcemy nie tylko za nimi nadążyć, ale wręcz je wyprzedzać. Zrobiliśmy już wiele w tym zakresie i nie spoczywamy na laurach.

Jacek Paszke na stanowisku Prezesa Bricomarché zastąpił Erica Perinelle’a (również właściciela sklepu Bricomarché), który zarządzał siecią od początku 2011 roku. W tym czasie spółka między innymi podniosła kapitał własny z 50 000 PLN do 138 000 000 złotych oraz otworzyła 86 sklepów, zwiększając ich liczbę do 157. Obecnie Eric Perinelle będzie pełnił z ramienia ITM Polska funkcję wspierającą dalszy rozwój sieci Bricomarché. Pozostały skład Zarządu pozostaje niezmieniony.

Trump znów starszy nowymi cłami. Dolar słabnie

Donald Trump znów starszy Chiny nowymi cłami. W obliczu wybuchu nowej odsłony wojen handlowych w drugim kwartale pojawiają się również (i zakładam, że będą nawet częściej pojawiać się) niekorzystne dla rynkowego sentymentu informacje ze spółek. Groźba schłodzenia entuzjazmu inwestorów i wzrostu rynkowej zmienności jest realna.

Dobre nastroje na rynkach ryzykownych aktywów wynikały ostatnio z połączenia łagodnej komunikacji Fed nielicującej z dobrymi danymi. Taki stan będzie trudny do utrzymania. Albo władze monetarne nie będą aż tak skore do cięcia stóp w czwartym kwartale (redukcja w lipcu jest przesądzona), albo gospodarka wyhamuje. W obu przypadkach efektem jest mniej korzystne dla rynków akcji i emerging markets środowisko inwestycyjne. Przede wszystkim istnieje pole do wzrostu zmienności, także na rynku opcji. Wczoraj naszym klientom rekomendowaliśmy kupno kontraktu dającego ekspozycję na ETF rosnący przy wzroście indeksu VIX obliczanego w oparciu o zmienność opcji na S&P500.

Na rynku walutowym dolar słabnie. Eurodolar znalazł lokalny dołek przy 1,12 i oczywiście nadal nie widzimy potencjału do zejścia notowań na nowe średnioterminowe minima. Z kolei brytyjska waluta próbuje uciec znad krawędzi przepaści. Tylko w lipcu funt stracił do dolara prawie 2,5 proc. i mocno odstaje w stawce głównych walut. Notowania GBP/USD szukają dołka wokół 1,24, czyli najniżej od ponad dwóch lat. Niżej jest już tylko otchłań poreferendalnego załamania i pole do osłabienia o kolejne 2,5 proc. Inwestorzy zupełnie obojętnie przechodzą obok serii pozytywnych sygnałów z gospodarki. Rynek pracy Wielkiej Brytanii imponuje siłą pomimo brexitowej niepewności i chaosu na scenie politycznej. Stopa bezrobocia jest bliska najniższym pułapom w historii. Z kolei płace rosną w nieosiągalnym dla innych gospodarek rozwiniętych, najwyższym od globalnego kryzysu tempie. Nie pozwala to Bankowi Anglii patrzeć pobłażliwie na tendencje cenowe, zwłaszcza w najważniejszych dla władz monetarnych kategoriach bazowych. Zresztą dynamika CPI jest przy celu inflacyjnym i przekroczy projekcje banku centralnego. Rynek pieniężny wierzy, że Wielka Brytania oprze się globalnej fali łagodzenia. W gronie ośmiu najważniejszych walut niższa wycena prawdopodobieństwa redukcji stóp w horyzoncie trzech miesięcy wspiera tylko dolara kanadyjskiego, który w dużej mierze dzięki temu wiedzie prym. Przyczyn słabości funta należy szukać – jakżeby inaczej – w brexicie. Wśród Torysów lada moment zostanie wyłoniony nowy przywódca. Murowany faworyt, B. Johnson zajmuje ostre stanowisko ws. irlandzkiego bezpiecznika. Mówi się również o wrogiej atmosferze na ostatnim spotkaniu negocjatorów. Postrzeganie przesadnie przecenionego funta nie poprawi się nawet przy najsolidniejszych fundamentach, jeśli ryzyko twardego brexitu nie zacznie maleć. Obecnie kurs walczy na oporze 1,2440. Rynek powinien pozostać w trybie wygaszania odbić. Dwa ostatnie dni pokazują, że dobre dane nie aktywizują kupujących. W przypadku rozczarowania dzisiejszą sprzedażą detaliczną pretekst do wygaszenia odbicia zostanie podany na tacy.

Waluty Antypodów walczą o załamanie negatywnego zwrotu, do którego doszło w poprzednich dniach i ponownie zagrażają lokalnym oporom. Z dwójki NZD i AUD preferujmy wzrosty kiwi. Nocny raport z rynku pracy Australii nie wniósł nic nowego do dyskusji o cięciu stóp przez RBA. Jest to dla dolara australijskiego o tyle korzystne, że nie ma nowych argumentów za cięciem stóp w sierpniu – wraz z upływem czasu taki scenariusz jest mniej prawdopodobny. Jednocześnie odczyty nie przekonały nikogo, że RBA w tym roku w ogóle nie zetnie stóp. Zatrudnienie wzrosło jedynie minimalnie, gdyż o 500 osób. To jednak wypadkowa silnego wzrostu liczby pełnych etatów i spadku liczby niepełnych etatów. Dodatkowo zrewidowano w górę dane za maj. Co się odwlecze, to nie uciecze. Nadal negatywnie podchodzimy do oceny relatywnej siły AUD na tle NZD i CAD, ze względu na najgorsze fundamenty makro i największą przestrzeń do łagodzenia polityki.

Sporządził:
Bartosz Sawicki

Kontrole celno-skarbowe na festynach i imprezach plenerowych

Latem wzrasta liczba kontroli celno-skarbowych na festynach. Tak dzieje się już od lat. Nie ukrywają tego poszczególne izby administracji skarbowej. Jednocześnie przekonują, że nie powstały zarządzenia, akty prawne czy plany ws. czynności w tym obszarze. Kontrolerów interesuje nie tylko kwestia wydawania paragonów. Zwracają uwagę na wyroby spirytusowe oferowane do sprzedaży i degustacji. W ten sposób zapobiegają zatruciu alkoholem niewiadomego pochodzenia. Anonimowe sygnały o nieprawidłowościach docierają od obywateli, którzy mają do dyspozycji Krajowy Telefon Interwencyjny KAS oraz skrzynkę e-mailową. Sama decyzja o kontroli jest podejmowana m.in. w oparciu o analizę ryzyka.

Czas na łowy

Z informacji uzyskanych w izbach administracji skarbowej wynika, że nie ma wydanych zarządzeń czy ustalonych planów w zakresie prowadzenia czynności kontrolnych podczas festynów na terenie danych województw. Jak podkreśla Anna Chałupa, Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (IAS) we Wrocławiu, w powyższym zakresie obowiązują przepisy prawa dotyczące kontroli celno-skarbowej. Są one ujęte w ustawie o Krajowej Administracji Skarbowej i rozporządzeniach wykonawczych. Kontrolerzy odwiedzają targowiska, bazary, dożynki, festiwale i inne imprezy plenerowe.

– To są działania doraźne, prowadzone przez służbę celno-skarbową, wynikające z bieżącej analizy i realizacji wyznaczonych zadań, ukierunkowanych głównie na towary akcyzowe, tj. wyroby alkoholowe i tytoniowe. Widoczny jest wzrost kontroli w okresie wiosenno-letnim, ze względu na większą liczbę festynów i pikników w tym okresie. W 2018 roku w województwie świętokrzyskim przeprowadzono ich 7, a w pierwszym półroczu 2019 roku, tj. do 14 czerwca – 2 – informuje Anna Stępień, rzecznik prasowy IAS w Kielcach.

W wielu przypadkach są to działania prewencyjne. Agnieszka Pawlak, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Łodzi, zaznacza, że czynności podejmowane w tym obszarze mają nie tylko wymiar fiskalny. Odnoszą się do dbania o bezpieczeństwo obywateli, poprzez zapobieganie zatruciu alkoholem niewiadomego pochodzenia. Działania służą też zapewnieniu równej konkurencji legalnym producentom napojów spirytusowych.

– Kontrolerzy sprawdzają w szczególności, czy sprzedający rzetelnie deklaruje podstawę opodatkowania oraz prawidłowo oblicza i wpłaca podatek. Ponadto weryfikują ewidencjonowanie obrotu za pomocą kasy fiskalnej. Zwracają też uwagę na prawidłowość przestrzegania przepisów regulujących obrót wyrobami alkoholowymi oraz urządzania wykorzystywane do prowadzenia gier hazardowych – wyjaśnia st. rachmistrz Edyta Chabowska, rzecznik prasowy IAS w Rzeszowie.

Jeśli osoba świadcząca usługę lub sprzedająca towar nie wyda klientowi paragonu, to szybko może odczuć tego skutki. Ewa Markowicz, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Zielonej Górze, mówi, że najpierw pracownicy KAS przedstawiają się i okazują legitymacje służbowe oraz stałe upoważnienia do kontroli. Następnie informują o rodzaju wykroczenia, które zaobserwowali, jego kwalifikacji prawnej, a także wynikających z tego konsekwencji. Proponują mandat adekwatny do sytuacji, mieszczący się w granicach ustawowych. W przypadku odmowy przyjęcia kary, wyjaśniają, że sprawa zostanie skierowana na drogę postępowania sądowego.

– Nielegalne wyroby alkoholowe, oferowane do sprzedaży lub degustacji, są obligatoryjnie zajmowane do postępowania podatkowego i karnego-skarbowego. W przypadku przedsiębiorców dodatkowo informowane są organy odpowiedzialne za wydawanie zezwoleń na prowadzenie określonej działalności gospodarczej – dodaje dyrektor Anna Chałupa.

W latach 2017-2019 funkcjonariusze Podkarpackiego Urzędu Celno-Skarbowego w Przemyślu przeprowadzili 6 kontroli o charakterze prewencyjnym na tego typu imprezach. I nie zostały stwierdzone nieprawidłowości w zakresie oferowania wyrobów spirytusowych. Natomiast od momentu utworzenia Krajowej Administracji Skarbowej (1 marca 2017 r.), IAS w Gdańsku, w wyniku przeprowadzonych działań kontrolnych ujawniła przypadki sprzedaży wyrobów akcyzowych bez polskich znaków akcyzy. Przy czym najwięcej nieprawidłowości odnotowano w zakresie nieewidencjonowania obrotu za pomocą kas fiskalnych.

Sygnały od obywateli

– Czynności kontrolne są prowadzone nie tylko na stanowiskach z alkoholem, ale także w innych punktach handlowych i gastronomicznych. Działania te nie podlegają uprzedniemu planowaniu. Wykonywane są w zależności od aktualnego kalendarza imprez i napływających informacji zewnętrznych. Obywatele zawiadamiają o nieprawidłowościach w zakresie ewidencjonowania przychodów na kasach rejestrujących – opisuje Karol Pepliński z Referatu Obsługi Klienta i Komunikacji Zewnętrznej Izby Administracji Skarbowej w Gdańsku.

Przykładowo, komórki kontroli celno-skarbowej rynku Pomorskiego Urząd Celno-Skarbowego (PUCS) w Gdyni samodzielnie zbierają informacje dotyczące mających odbyć się w regionie imprez plenerowych. Spośród nich typują te, które zostaną skontrolowane. Z kolei do dyspozycji obywateli jest bezpłatny i całodobowy Krajowy Telefon Interwencyjny (800 060 000), co podkreśla Michał Kasprzak, rzecznik prasowy IAS w Katowicach. Linia ta służy przyjmowaniu informacji z całego kraju m.in. nt. naruszeń przepisów prawa podatkowego czy celnego. Ponadto, zgłoszenia przyjmowane są na adres – [email protected]. Zarówno telefon interwencyjny, jak i e-mail, zapewniają anonimowe przekazanie wiadomości.

– Informacje otrzymywane od obywateli są traktowane bardzo poważnie, podlegają weryfikacji i sprawdzeniu. Często stanowią podstawę dalszych niezwłocznych działań kontrolnych. Co ważne, część z nich znajduje potwierdzenie poprzez skuteczne kontrole zakończone konkretnymi ujawnieniami – stwierdza Konrad Zawada, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

Jak podkreśla Michał Kasprzak, decyzja o konieczności przeprowadzenia każdego rodzaju kontroli, w tym również podczas festynów, należy do kierowników jednostek. Mowa tu o naczelnikach urzędów skarbowych oraz o Naczelniku Urzędu Celno-Skarbowego. Postanowienie jest oparte m.in. o analizę ryzyka.

– Przy szacowaniu ryzyka bierze się pod uwagę dwa kryteria. To prawdopodobieństwo zaistnienia negatywnego zdarzenia oraz jego ewentualne następstwa, w tym finansowe, np. istotne dla budżetu państwa. Przyszłe sytuacje są przewidywane m.in. na podstawie posiadanych danych historycznych, obrazujących skalę występowania danego zjawiska w przeszłości, z uwzględnieniem charakteru jego zmian. Podejmowane działania są adekwatne do poziomu ryzyka oszacowanego wg trzystopniowej skali, tj. wysokie, średnie lub niskie – wyjaśnia Konrad Zawada.

Dyrektor IAS w Łodzi wielokrotnie informował o obowiązku przestrzegania przepisów prawa podatkowego. W tym celu przesyłano ulotki odnoszące się do nielegalnej sprzedaży napojów alkoholowych, co podkreśla Agnieszka Pawlak. Z kolei opolska KAS prowadziła akcję edukacyjną, w ramach której przeprowadzono szkolenie „Organizacja festynu przez lokalne społeczności – obowiązki podatkowe organizatorów”. W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele lokalnych organizacji społecznych, rad sołeckich i rodziców, a także przedsiębiorcy oraz pracownicy Urzędu Gminy, o czym informuje Bożena Kaleta, zastępca dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Opolu.

– Działania prewencyjne, informacyjne i edukacyjne są podejmowane równocześnie z tymi o charakterze kontrolno-sankcyjnym. Pomimo braku akceptacji społecznej dla przedsiębiorców działających w szarej strefie zawsze znajdą się przypadki naruszenia i obejścia przepisów prawa – podsumowuje rzecznik Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

Należności polskich przedsiębiorstw po I połowie 2019 roku

Firmy z najsilniejszych gospodarczo województw ponoszą, jak również same generują większe koszty sprzedaży niż przed rokiem. Z kolei firmy z regionów o gospodarczo bardziej lokalnej specyfice starają się ograniczać swoje straty limitując kredyt kupiecki odbiorcom – wynika z badania przeprowadzonego przez Euler Hermes z grupy Allianz na podstawie danych z Programu Analiz Należności.

  • Firmy w Polsce coraz częściej oczekują od swoich dostawców takich warunków płatniczych, na jakie zgadzają się w przypadku swoich odbiorców
  • W kilku kluczowych gospodarczo województwach: mazowieckie, wielkopolskie czy pomorskie nastąpiło wydłużenie średniego obiegu należności. Najdłuższy okres oczekiwania na należności jest w woj. pomorskim
  • W województwach: lubelskim, podlaskim, warmińsko-mazurskim, lubuskim ale także zachodnio-pomorskim firmy szybciej płaciły / „ściągały” z rynku swoje należności

Program Analiz Należności Euler Hermes to największy tego typu projekt w Polsce. Jest to narzędzie online dostępne dla firm do szybkiej analizy bieżącego tempa regulowania należności przez ponad 400 tys. najbardziej aktywnych odbiorców, na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca*

Z analizy przeprowadzonej w pierwszym półroczu 2019 roku przez Euler Hermes, wiodącego globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że działające w Polsce firmy generalnie oczekują zbliżonych, jeśli nie takich samych warunków sprzedaży, jakich same udzielają swoim odbiorcom. Podyktowane jest to przede wszystkim zachowaniem ich płynności finansowej, jak i w pewnym stopniu pozycją rynkową.

Ryzyko ma swoją cenę: aktywna sprzedaż to większa skala opóźnień w obiegu należności

Zmiany w skali roku generalnie wydają się nie być duże, ale znamienne jest, iż w kilku kluczowych gospodarczo województwach, takich jak mazowieckie, wielkopolskie czy pomorskie nastąpiło równoczesne wydłużenie średniego obiegu należności (Wielkopolska – aż o 9 dni!) oraz wzrost wartości tych znacznie opóźnionych – de facto nieściągalnych strat. Te drugie są efektem pierwszego – akceptowania przez dostawców zdecydowanie dłuższych (o tydzień i więcej) terminów płatności, które miały służyć ekspansji lub utrzymaniu obrotów.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

– Ryzyko ma więc swoją cenę – nie tylko wyższe koszty zamrożenia kapitału jako skutek dłuższego okresu rotacji należności, ale także wyższy odsetek strat co przekłada się także na to, jak firmy same regulują swoje zobowiązania wobec dostawców – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Można by postawić pytanie – czy to się opłaciło, ale wydaje się, iż nie była to kwestia wyboru, ale konieczności – przynajmniej w oczach zarządzających tymi firmami. Utrzymanie skali działalności za cenę większej ekspozycji na ryzyko.

Skracanie obiegu należności niekoniecznie jako efekt świetnej koniunktury finansowej

Bo o tym, że mamy z nim do czynienia świadczy też przykład innych województw – tych bardziej zdecentralizowanych, bez tak dużych aglomeracji (o potencjale ludnościowym, akademickim etc., a więc i gospodarczym). Firmy w tych województwach były ostrożniejsze – nie generowały (i analogicznie wobec w dużej mierze lokalnej skali działalności – nie akceptowały) dłuższych terminów płatności, a nawet przeciwnie, szybciej płaciły /„ściągały” z rynku swoje należności. Miało to miejsce w woj. lubelskim, podlaskim, warmińsko-mazurskim, lubuskim ale także zachodnio-pomorskim. Skala tych zmian była mniejsza – już nie tydzień i więcej jak w odniesieniu do wspomnianych, najsilniejszych gospodarczo regionów, w których nastąpiło spowolnienie, ale o jeden-dwa, maksymalnie cztery dni. Świadczy to też o kondycji odbiorców, ich płynności finansowej, która limitowała te próby ograniczenia ryzyka kredytowego w sprzedaży. Dlaczego w tych województwach firmy częściej (bo znowu – nie wszystkie, to wyniki uśrednione) ograniczały ryzyko, niż je podejmowały? Bo miały (średnio!) bardziej lokalny charakter (m.in. w na mniejszą skalę były eksporterami), a więc i mniejsze zasoby, którymi ostrożniej zarządzają. Mając tego świadomość firmy broniły swoich finansowych podstaw działalności starając się bardziej aktywnie i wybiórczo kredytować sprzedaż.

* Program Analiz Należności jest narzędziem oferowanym firmom przez Euler Hermes do samodzielnego sprawdzania (onlinie) przez nie bieżącej kondycji finansowej kontrahentów oraz trendów płatniczych w danej branży. Pozwala weryfikować aktualne opóźnienia płatnicze odbiorcy wobec wszystkich dostawców, jego moralność płatniczą oraz rating uwzględniający wszystkie wskaźniki – a dzięki temu wcześniej wychwycić jego strukturalne problemy. Oprócz eliminacji firm nierzetelnych stwarza też możliwość wyszukiwania firm solidnych. Jest to unikalne, łatwe w samodzielnej obsłudze – i bardzo konkurencyjne cenowo narzędzie dla wszystkich działów handlowych.Należności polskich przedsiębiorstw po I połowie 2019 roku

Skracanie obiegu należności w odpowiedzi na większe zagrożenie braku zapłaty to nic nowego, co więcej jest to dopiero pierwszy krok temu służący – stwierdza Tomasz Starus. Kolejnym jest ograniczanie już nie tylko warunków kredytu, ale jego samego i zastępowanie go w części lub całości przedpłatami, itp. formami zabezpieczenia rozliczeń. Mieliśmy z tym do czynienia przed dekadą, gdy co prawda formalnie Polska pozostała „zieloną wyspą” na tle innych krajów przeżywających kryzys gospodarczy, ale faktycznie wiele firm musiało w ten sposób radzić sobie w obliczu jednocześnie mniejszej dostępności kredytu obrotowego dla sektora MSP, jak i większego ryzyka niewypłacalności swoich odbiorców.

Inne silne gospodarczo województwa: gdy nie jest lepiej, to jest…

Średni okres obiegu należności od firm z kilku innych województw, także z grupy tych rozwiniętych gospodarczo (jak to kiedyś określano – uprzemysłowionych): kujawsko-pomorskiego, śląskiego czy małopolskiego nie uległ wydłużeniu w porównaniu do połowy ubiegłego, 2018 roku, ale mimo wszystko firmy tam sprzedające (i w dużej części – także tam działające) ponoszą obecnie (en bloc oczywiście – nie każda z nich) wysokie koszty sprzedaży, wiąże się to z utrzymującą się na stosunkowo wysokim poziomie lub rosnącą skalą zaległości płatniczych, zwłaszcza tych najbardziej przeterminowanych. Pogorszenie nie jest może lawinowe, ale nawet utrzymanie skali (wartości) tych przeterminowanych znacznie należności przez odbiorców z tych województw świadczy o braku poprawy przeciętnej kondycji finansowej firm w nich zarejestrowanych. Braku poprawy w sytuacji dynamicznego w tym czasie wzrostu PKB, wzrostu jego składowych: konsumpcji, produkcji, eksportu świadczących przecież o większej skali działalności firm, ich większego zaangażowania kapitałowego a tym samym większej ekspozycji na ryzyko.Należności polskich przedsiębiorstw po I połowie 2019 roku 2

Gdzie w takim razie ryzyko jest największe?

Poza przedstawionym ogólnym podziałem na bardziej/mniej rozwinięte gospodarczo województwa, co w jakiś sposób rzutuje na specyfikę działających tam firm i tłumaczy zmiany następujące w spłacie przez nie zobowiązań oraz w rotacji ich należności, wpływ na jego długość mają też inne czynniki. Przede wszystkim geografia gospodarcza, czyli rozkład poszczególnych sektorów, w tym gałęzi przemysłu. Każdy bowiem z nich ma specyficznie inny okres obiegu należności. Lokalny miks gospodarczy wpływa wiec na średni wynik płynności sprzedaży w danym województwie – bez wartościowania gdzie jest lepiej lub gorzej. Do takich porównań lepiej uwagę zwracać nie na bezwzględne wartości wspomnianego DSO czy poziomu tzw. trudnych długów, ale na zmiany w czasie – gdzie ulegają one zmniejszeniu lub zwiększeniu, w jakiej skali – i przede wszystkim dlaczego.

Tym niemniej, gdy aż 10% wartości ogółu należności to trudne długi (przeterminowanie 120 dni po terminie płatności), tak jak ma to miejsce w woj. lubelskim i pomorskim to jest to na pewno obiektywny wyznacznik ryzyka. Podobnie, bo niewiele rzadziej trudne długi występują w woj. świętokrzyskim, kujawsko-pomorskim czy zachodnio-pomorskim. Na przeciwległym biegunie, z blisko trzykrotnie mniejszą średnio wartością trudnych długów generowanych przez lokalnych odbiorców są województwa wielkopolskie i podkarpackie.

Znaczne różnice są również w odniesieniu do średniego dla danego województwa okresu obiegu należności – czasu, po jakim tam operujący nabywcy płacą swoim dostawcom. Rekordowy, bo aktualnie średnio 97 dniowy okres oczekiwania na należności jest w woj. pomorskim, gdy tymczasem w niektórych regionach jest to przeciętnie niewiele ponad 70 dni. Jeszcze dekadę temu średnia wartość była przeciętnie o tydzień mniejsza, gros obiegu należności mieściło się w przedziale sześćdziesiąt – siedemdziesiąt kilka dni, a nielicznymi wyjątkami (2-3) były województwa o ponad osiemdziesięciodniowym okresie DSO.

USA odgrywają coraz większą rolę w obronności i gospodarce Polski

Zacieśniają się kontakty Stanów Zjednoczonych i Polski. Przy okazji warto wspomnieć, jaki wpływ na polskie bezpieczeństwo mają  Stany Zjednoczone. Jednym z sojuszy, które gwarantują nam wsparcie militarne i strategiczne, jest bowiem Sojusz Północnoatlantycki (NATO), w którym USA odgrywa dominującą rolę. Obecnie zauważyć można, że działania militarne Stanów Zjednoczonych mają dla Polski szczególnie dużą wartość. Przejawia się to we wzmożonej, fizycznej obecności amerykańskich żołnierzy w regionie wschodnio-europejskim oraz w umożliwieniu Polsce zakupu amerykańskiego uzbrojenia, niedostępnego dla wszystkich członków NATO. Jednak we współpracy z Ameryką warto pamiętać, że równie ważny jest dla nas drugi sojusz – będący podstawą naszego bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego.

– Ważne jest, by Stany Zjednoczone ze zrozumieniem podeszły do drugiego filaru naszego bezpieczeństwa, którym jest współpraca gospodarcza w ramach Unii Europejskiej. Te dwa elementy w różnych przestrzeniach niestety ze sobą rywalizują – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Widać to bardzo dobrze w przestrzeni energetycznej, gdzie Stany Zjednoczone próbują zablokować inwestycję w Nordstream II – która zmierza do zwiększenia ilości rosyjskiego gazu w Europie. Widać jednak, że Polski rząd zdecydował się na pewne rozwiązania, zbliżające nas do amerykańskiej strony tego konfliktu. Stawiamy nie tylko na większą współpracę militarną ze Stanami, ale też  na dywersyfikację źródeł dostaw surowców energetycznych, w tym gazu naturalnego – właśnie w kierunku amerykańskim – podsumowuje Roszkowski.

Społeczne budownictwo czynszowe przyspiesza. Ponad 2 tys. rodzin w mieszkaniach z umiarkowanym czynszem

Społeczne budownictwo czynszowe przyspiesza. Ponad 2 tys. rodzin w mieszkaniach z umiarkowanym czynszem 8

W Polsce na tysiąc mieszkańców przypadają 381 mieszkania, czyli ponad 50 mniej niż średnio w Unii Europejskiej. Mniej więcej 40 proc. społeczeństwa nie może pozwolić sobie na kupno ani wynajem na komercyjnych zasadach, a jednocześnie są zbyt zasobni, aby przysługiwało im mieszkanie od gminy. Wpadają oni w tzw. lukę czynszową, z którą boryka się wiele samorządów. W jej wypełnieniu pomagają preferencyjne kredyty z Banku Gospodarstwa Krajowego. W programie Społecznego Budownictwa Czynszowego do użytku oddano już ponad 2 tys. lokali, kolejnych 4 tys. jest w przygotowaniu. BGK poprawia również warunki mieszkaniowe osób o średnich i niskich dochodach. W tym i przyszłym roku na wsparcie budownictwa komunalnego i socjalnego trafi po 500 mln zł, a od 2021 roku – nawet 1 mld zł rocznie.

Osoby, które wpadają w tzw. lukę czynszową, to znacząca część naszego społeczeństwa. Fundacja Habitat for Humanity szacuje, że ok. 40 proc. Polaków nie stać na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych na wolnym rynku, czyli nie są w stanie wynająć mieszkania komercyjnie, zaciągnąć kredytu hipotecznego, a tym bardziej kupić mieszkania za gotówkę. Z drugiej strony są zbyt zamożni, żeby ubiegać się o mieszkanie socjalne czy komunalne w gminie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stachera, dyrektor zarządzający pionem programów mieszkaniowych w Banku Gospodarstwa Krajowego.

W uporaniu się z brakiem odpowiednich lokali pomagają programy budownictwa mieszkaniowego Banku Gospodarstwa Krajowego. Z programu Społecznego Budownictwa Czynszowego (SBC) budowę lub remont lokali mogą sfinansować towarzystwa budownictwa społecznego, spółdzielnie mieszkaniowe i spółki gminne. Dzięki tanim kredytom już ponad 2 tys. rodzin może mieszkać w mieszkaniach z umiarkowanym czynszem.

Program mieszkaniowy ma sens wtedy, kiedy odpowiada potrzebom najemców. W tym segmencie potrzebą jest niski czynsz. To oznacza bardzo dużą presję na to, żeby finansowanie było długoterminowe i tanie. My zapewniamy jedno i drugie, ponieważ z Funduszu Dopłat finansowanie jest całkowicie bezzwrotne, natomiast w ramach SBC jest preferencyjnie oprocentowane. Inwestorzy płacą wyłącznie równowartość stawki WIBOR jako oprocentowanie kredytu, nie ma tutaj żadnej marży banku. To pozwala utrzymać czynsz na poziomie nawet o kilkadziesiąt procent niższym, niż oferuje rynek – podkreśla Dariusz Stachera.

Najwięcej mieszkań czynszowych powstało na Śląsku, Mazowszu i Dolnym Śląsku, a mieszkań komunalnych i socjalnych – na Mazowszu, Pomorzu i w Wielkopolsce.

Z problemem deficytu lokali dla osób o średnich i niskich dochodach boryka się wiele samorządów. Gminy, spółki gminne, powiaty czy organizacje pożytku publicznego mogą korzystać z bezzwrotnego wsparcia z Funduszu Dopłat na takie cele, jak tworzenie lokali mieszkalnych o ograniczonym czynszu, noclegowni czy schronisk dla bezdomnych.

W ramach programu bezzwrotnego wsparcia budownictwa komunalnego i socjalnego z Funduszu Dopłat powstało ponad 18 tys. mieszkań i ponad 1 tys. miejsc noclegowych dla osób bezdomnych. Natomiast w programie wsparcia SBC, czyli programu, który celuje w lukę czynszową, powstało w tej chwili 2 tys. mieszkań. To są mieszkania, które zostały już oddane do użytkowania najemcom, natomiast bank łącznie sfinansował już 4 tys. mieszkań. Finansujemy kolejne na bieżąco – wyjaśnia Dariusz Stachera.

Mieszkań komunalnych i socjalnych będzie przybywać, bo w latach 2019–2025 BGK będzie mieć do rozdysponowania dla inwestorów dużo wyższe kwoty. W programie Społecznego Budownictwa Czynszowego na akcję kredytową dostępne będzie 1,3 mld zł, natomiast program bezzwrotnego wsparcia z Funduszu Dopłat w latach 2019–2020 będzie zasilany kwotą po 500 mln zł rocznie, natomiast od 2021 do 2025 roku – 1 mld zł rocznie. To oznacza, że w praktyce środków powinno wystarczyć na wszystkie przedsięwzięcia spełniające wymagania formalno-prawne.

Mieszkania przy naszym wsparciu najczęściej budują gminy w programie realizowanym z Funduszu Dopłat. Jeżeli chodzi o program kredytowy – tu naszą główną grupą kredytobiorców są TBS-y, czyli towarzystwa budownictwa społecznego, ale również spółdzielnie mieszkaniowe i spółki komunalne – mówi Dariusz Stachera.

Jak podkreśla, w ostatnim czasie nastąpiło sporo zmian wspierających budownictwo czynszowe. W ubiegłym roku najważniejszą było wprowadzenie możliwości łączenia bezzwrotnych grantów dla gmin z kredytami preferencyjnymi dla inwestorów z sektora społecznego budownictwa czynszowego, czyli TBS-ów, spółdzielni mieszkaniowych i spółek komunalnych. W tym roku w życie wejdzie kolejny pakiet zmian w związku z podpisaną na początku lipca przez prezydenta nowelizacją ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości.

– Podstawową zmianą jest to, że proces inwestycyjny został dość mocno uproszczony dla spółdzielni mieszkaniowych. Po drugie, został podniesiony limit dochodowy dla najemców w programie Społecznego Budownictwa Czynszowego i – to chyba najważniejsza zmiana – została też usunięta konieczność weryfikacji dochodów osiąganych przez najemców co dwa lata. Czyli najemca, wprowadzając się do takiego budynku czynszowego, może spać spokojnie, ponieważ musi spełnić kryterium dochodowe tylko przy podpisywaniu umowy najmu. Jeżeli awansuje i będzie więcej zarabiał, nie musi wyprowadzać się z lokalu ­– wymienia ekspert BGK.

Kolejną ważną zmianą jest podniesienie limitu dochodowego w programie „Mieszkanie na start”, obejmującym bezpośrednie dopłaty do czynszów

– Na rynek te zmiany powinny wpłynąć pozytywnie, ponieważ dzięki nim nasze programy stają się bardziej atrakcyjne dla inwestorów, dla samorządów i liczymy na to, że będzie większe będzie więcej wniosków i więcej beneficjentów – mówi Dariusz Stachera.

Spersonalizowane i przejrzyste oferty, doradztwo i budowanie zaufania. Tak banki zabiegają o lojalność klientów

Spersonalizowane i przejrzyste oferty, doradztwo i budowanie zaufania. Tak banki zabiegają o lojalność klientów 9

Coraz większa konkurencja w sektorze finansowym oraz zbliżające się wdrożenie dyrektywy PSD2 powodują, że banki muszą szukać elementów, które wyróżnią je na rynku i zbudują grono lojalnych klientów, niezależnie od kanału kontaktu. Kreowanie pozytywnych doświadczeń klientów jest dla banków zwyczajnie opłacalne – w co drugim przypadku pozytywna ocena prowadzi do polecenia jego usług. – Kluczem do sukcesu jest personalizacja, zaufanie oraz wygoda i prostota oferty – wskazuje Aleksandra Gorbacz z Banku Millennium, który niedawno został doceniony za obszar relacji z klientami.

 W dobie przyspieszenia i cyfryzacji, kiedy oferty banków stają się do siebie coraz bardziej podobne, to właśnie relacja z klientem będzie miała kluczowy wpływ na budowanie przewagi konkurencyjnej. Ten element będzie zyskiwać na znaczeniu, zwłaszcza w świetle wejścia w życie dyrektywy PSD2, kiedy zmiana banku będzie tak szybka i prosta jak nigdy do tej pory. Dlatego banki już teraz robią, co tylko mogą, żeby lojalizować swoich klientów, oferując im jak najlepsze doświadczenia – mówi agencji Newseria Biznes Aleksandra Gorbacz, kierująca zespołem badań w departamencie jakości Banku Millennium.

Aż 70 proc. klientów uważa, że banki są pomocne, tzn. rozwiązują problemy, ułatwiają życie i celują w ich potrzeby. Trzech na czterech klientów jest generalnie zadowolonych z usług swojego banku. Jednocześnie 24 proc. rozważa zmianę. Nowego banku poszukuje 7 mln klientów – pokazuje czerwcowy raport „Bank oczami klienta – konieczne narzędzie czy zaufany partner?” firmy doradczej PwC. Inne badanie PwC wskazuje, że 57 proc. klientów byłoby skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. To szczególnie istotne w kontekście wejścia w życie dyrektywy PSD2, która otwiera fintechom dostęp do oferowania usług płatniczych. Banki muszą więc szukać takich elementów, które wyróżnią je na rynku i zbudują grono lojalnych klientów niezależnie od kanału kontaktu, z którego korzystają.

Wynika z niego również, że pozytywne doświadczenia klientów są dla banku opłacalne. W 20 proc. prowadzą do rozwoju relacji z bankiem, a w przypadku co drugiego klienta skutkują poleceniem usług banku. Tymczasem polskie banki, choć w większości spełniają oczekiwania klientów, to wciąż mają w tym aspekcie wiele do zrobienia.

– Budując relacje z klientami, trzeba pamiętać o trzech elementach. Pierwszym jest zaufanie, czyli dotrzymywanie obietnic, informowanie klientów o wszystkim, co jest dla nich istotne. Zaufanie jest fundamentem każdej relacji, także międzyludzkiej. Musimy pamiętać o tym, żeby nie obiecywać więcej, niż jesteśmy w stanie dostarczyć. Kolejnym elementem jest prostota i wygoda, czyli oferowanie rozwiązań, które ułatwiają życie naszym klientom. Niezależnie od sposobu, w jaki klient z nami się skontaktuje, czy to przez kanały cyfrowe, infolinię czy poprzez wizytę w oddziale, powinniśmy umieć rozwiązywać jego problemy przy pierwszym kontakcie – mówi Aleksandra Gorbacz.

Jak podkreśla, kolejnym kluczowym elementem jest personalizacja, czyli dostarczanie klientowi takich usług i produktów finansowych, które są w jak największym stopniu dopasowane do jego indywidualnych potrzeb, w miejscu i czasie, w którym on się obecnie znajduje.

– Personalizacja będzie miała kluczowy wpływ na budowanie relacji z klientami, co obserwujemy również w badaniach realizowanych w naszym banku –mówi Aleksandra Gorbacz.

Na przełomie lutego i kwietnia br. firma doradcza PwC przeprowadziła badanie „Indeks Relacji z Klientem 2019” na potrzeby konkursu „Gwiazdy Bankowości” współorganizowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”. W badaniu wzięło udział 12 tys. respondentów, którzy oceniali polskie banki w pięciu kategoriach: relacje z klientami, całokształt działalności, innowacje, wzrost oraz stabilność i efektywność. Bank Millennium zdobył w badaniu najwyższe oceny klientów – miał najwięcej wskazań pokazujących, że jest dla klientów zaufanym partnerem finansowym oraz największy odsetek ocen typu „dla mnie jest to bank idealny” i „jestem bardzo zadowolony”. Na tej podstawie otrzymał prestiżowy tytuł „Gwiazdy relacji z klientem”.

 Jest to suma pracy wszystkich pracowników naszego banku. Klient nie wydziela poszczególnych działów czy procesów, on widzi i ocenia całość. Dlatego myśląc o klientocentryczności i projektując nowe rozwiązania, musimy czasem wyjść z naszych działów i wejść w buty klienta, spróbować spojrzeć na procesy jego oczami. W ten sposób zbudujemy rozwiązania, które klienci będą lubić i polecać – mówi Aleksandra Gorbacz.

Na konkursowym podium Millennium znalazł się w sumie trzykrotnie. Poza zwycięstwem w kategorii „Relacja z klientem” zajął też drugie miejsce w kategoriach „Innowacyjność” oraz „Wzrost”.

Ponad 70 proc. Polaków jest zadowolonych z działań władz lokalnych. Firmy powinny brać z tego przykład do budowania społecznego kapitału

0

Ponad 70 proc. Polaków jest zadowolonych z działań władz lokalnych. Firmy powinny brać z tego przykład do budowania społecznego kapitału 10

Po 30 latach funkcjonowania samorządu terytorialnego w Polsce zaufaniem darzy go 2/3 Polaków, a ponad 70 proc. jest zadowolonych z działań lokalnych władz. Jeszcze większy odsetek deklaruje zainteresowanie sprawami lokalnymi – pokazują badania CBOS. – Tak wysoki poziom zaufania i zadowolenia Polaków z samorządu to inspiracja dla sektora przedsiębiorstw, jak prowadzić efektywny dialog i budować kapitał społeczny – podkreślają eksperci Krajowej Izby Gospodarczej.

– Samorządność jest jednym z filarów państwa i od tego, jak będzie się rozwijała, zależy jakość Polski. Reforma samorządu terytorialnego zbudowała zupełnie nową jakość. Ludzie mają poczucie, że ich przedstawiciele, których wybierają do władz lokalnych, mają z nimi kontakt, który nie urywa się w momencie zakończenia wyborów, że są bardziej zorientowani w rzeczywistych problemach danych społeczności. Patrząc na badania opinii publicznej, samorząd bije na głowę władze centralne pod względem zaufania i dobrej oceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Samorząd terytorialny w Polsce obchodzi swoje 30-lecie. W 1989 roku rozpoczęto prace nad ustawą, która stworzyła podwaliny samorządu terytorialnego. 27 maja 1990 roku Polacy po raz pierwszy wybrali w demokratycznych wyborach przedstawicieli niezależnych organów władzy lokalnej (wzięło w nich udział 42 proc. uprawnionych do głosowania obywateli), a samorząd terytorialny stał się jednym z filarów przemian politycznych. Dziś 73 proc. Polaków deklaruje zadowolenie z pracy dotychczasowych władz samorządowych w swojej miejscowości, a negatywnie ocenia ją co piąty (20 proc.) – wynika z ubiegłorocznego badania CBOS. Ocena władz lokalnych niezmiennie utrzymuje się na wysokim, stabilnym poziomie, począwszy od 2006 roku.

Polacy uznają wybory jednoosobowych władz wykonawczych w jednostkach samorządu terytorialnego – a więc wójtów, burmistrzów i prezydentów miast – za najważniejszą część wyborów samorządowych. 76 proc. deklaruje zainteresowanie sprawami lokalnymi, a 64 proc. ocenia, że głos mieszkańców jest brany pod uwagę przez lokalne władze przy podejmowaniu decyzji („Zaangażowanie Polaków na rzecz społeczności lokalnej” CBOS). 59 proc. Polaków ma poczucie wpływu na sprawy lokalne, co oznacza prawie czterokrotny wzrost w porównaniu z początkiem lat 90. Dla porównania tylko nieco ponad jedna trzecia (34 proc.) Polaków ocenia, że ma wpływ na decyzje podejmowane na szczeblu ogólnokrajowym.

Samorząd w Polsce i samorządność w ogóle to zjawisko, którego często nie doceniamy. Tymczasem po 30 latach – biorąc pod uwagę skalę zaufania społecznego, jakim darzymy samorządy – można powiedzieć, że w zasadzie dokonał się cud. Ponad 70 proc. Polaków jest dziś zadowolonych ze swoich władz samorządowych – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Wskazują na to m.in. badania GUS – zaufanie do samorządu terytorialnego deklaruje 60,7 proc. Polaków, podczas gdy do rządu oraz Sejmu i Senatu ma odpowiednio 31,1 i 27,4 proc. („Jakość życia w Polsce 2017”).

Konrad Ciesiołkiewicz podkreśla, że powinna to być inspiracja dla sektora przedsiębiorstw w zakresie tego, jak prowadzić efektywny dialog i budować kapitał społeczny.

– To są wskaźniki, których pozazdrościć mogą wszyscy prezesi firm. Jest to też sygnał, który pokazuje coraz większą potrzebę upodmiotowienia, równego traktowania koleżanek i kolegów w pracy. Stąd wszelkie formy dialogu społecznego, konsultacji, budżetów partycypacyjnych, wspierania rad pracowniczych, a także pokojowego i rzeczowego dialogu oraz współpracy ze związkami zawodowymi powinny być dzisiaj kluczowymi punktami agendy publicznej w Polsce – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez agencję IQS na zlecenie House of Skills, FOB-u oraz KIG-u („Problemy i wyzwania w organizacjach – znaczenie kapitału społecznego 2017”), 95 proc. pracowników i menadżerów firm w Polsce obserwuje w swoim miejscu pracy zjawiska, które wskazują na deficyt kapitału społecznego: słabość przepływu informacji, skupienie na indywidualnych celach zamiast celów organizacji, brak chęci brania dodatkowej odpowiedzialności czy słabą współpracę zespołową.

Sektor przedsiębiorstw ma dla polskiej gospodarki takie samo znaczenie, jak samorząd terytorialny dla funkcjonowania demokracji. Zgodnie z „Raportem o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” PARP, udział przedsiębiorstw w tworzeniu polskiego PKB wynosi około 75 proc. i rośnie.

Andrzej Arendarski dodaje, że ważną funkcję spełnia w tym zakresie samorząd gospodarczy. W Polsce działa dziś ok. 160 niezależnych izb gospodarczych (w porównaniu do ok. 3 tys. jednostek samorządu terytorialnego), które mają dużą siłę oddziaływania na rząd i parlament, a także są inicjatorem wielu zmian legislacyjnych, prowadzących do poprawy warunków prowadzenia biznesu w Polsce i wzrostu jego konkurencyjności. Jak podkreśla, w tym obszarze wciąż jest jednak wiele do zrobienia.

– Zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie rozwoju samorządu gospodarczego. On niby jest, ale nie jest powszechny ani obligatoryjny. W związku z tym nie ma legitymacji, jaką ma samorząd terytorialny do pełnej reprezentacji całej społeczności biznesu. Takie samorządy działają np. w Niemczech, Austrii, Francji i wielu innych krajach, ale nie w Polsce – mówi prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Niemniej jednak te ponad 160 izb gospodarczych, które w Polsce istnieją, które są niezależne, stanowią dużą siłę oddziaływania. Samorząd gospodarczy jest autorem wielu bardzo potrzebnych inicjatyw, które prowadzą do tego, aby można było w Polsce  prowadzić biznes uczciwie i efektywnie, by było on nowoczesny i konkurencyjny – dodaje.

Kurs bitcoina na huśtawce. Najpopularniejsza kryptowaluta może zyskać dzięki uregulowaniu rynku

Kurs bitcoina na huśtawce. Najpopularniejsza kryptowaluta może zyskać dzięki uregulowaniu rynku 11

Od początku tego roku cena bitcoina wzrosła już prawie trzykrotnie. Po załamaniu z 2018 roku najpopularniejsza kryptowaluta znów wróciła do łask inwestorów. Kurs bitcoina na przestrzeni ostatniego miesiąca to jednak ciągła huśtawka, co potwierdza niestabilność kryptowalutowego rynku. Tomasz Rozmus, prezes grupy produktów kryptowalutowych Tokeneo, prognozuje, że wartość bitcoina będzie rosła wraz z postępującymi regulacjami. – Wszystko rozchodzi się o to, żeby powstały odpowiednie przepisy, które pozwolą wejść na ten rynek dużemu, instytucjonalnemu kapitałowi – ocenia.

– Porównując sytuację z 2017 roku i bańkę na rynku kryptowalutowym, po której w 2018 roku nastąpiły duże spadki, dziś widać, że ludzie znowu zaczynają przychylnie patrzeć na kryptowaluty. Rynek cały czas rośnie, natomiast nie są to już takie wartości jak dwa lata temu. Wolumen handlowany na rynkach jest dużo mniejszy, a research z czerwca pokazuje, że samo wyszukiwanie frazy „bitcoin” czy „kryptowaluty” w Google stanowi raptem 10 proc. wyszukiwań z końca 2017 roku, kiedy bitcoin bił rekordy cenowe – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Rozmus, prezes Tokeneo.

Bitcoin po załamaniu w końcówce 2018 roku zyskuje obecnie na wartości. Jeszcze na początku tego roku był wart niecałe 4 tys. dol. Natomiast ostatni miesiąc wyraźnie pokazał, dlaczego eksperci przestrzegają przed inwestycjami w kryptowaluty ze względu na niestabilność rynku i ogromne wahania. W przedostatnim tygodniu czerwca bitcoin gwałtownie zyskał na wartości – z nieco ponad 5 tys. dol. w kilka dni kurs przeskoczył do 11 tys. dol., po czym osiągnął tegoroczne maksima 14 tys. dol. Następnie w ciągu jednej doby stracił na wartości 4 tys. dol.

Obecnie bitcoin jest wart niecałe 11 tys. dol., choć kurs nadal jest daleki od rekordów z 2017 roku, kiedy cena sięgała 20 tys. dol. Eksperci oceniają, że huśtawka kursu bitcoina na przestrzeni ostatniego miesiąca jest powiązana m.in. z zapowiedziami Facebooka o utworzeniu własnej kryptowaluty – Libry, zmianą w polityce pieniężnej USA i osłabieniem kursu dolara oraz krytyką Libry przez szefa amerykańskiego Fedu Jeroma Powella i Donalda Trumpa. Żadna inna tradycyjna waluta nie zmienia jednak wartości tak gwałtownie pod wpływem zewnętrznych czynników.

– Kryptowaluty jako instrument inwestycyjny są wciąż uważane za bardzo ryzykowne, bo ten rynek nie jest uregulowany przepisami, więc wahania są bardzo duże. To powoduje również duże ryzyko inwestycyjne dla osób, które niewiele mają z nimi do czynienia. Natomiast brak regulacji nie powinien wprost zagrozić temu rynkowi. Pokazuje to chociażby fakt, że bitcoin kosztuje dzisiaj ok. 11 tys. dol. i mimo dużego ryzyka popyt cały czas się utrzymuje –mówi Tomasz Rozmus.

Ryzyko związane z inwestowaniem w kryptowaluty potwierdza też upadek polskiej giełdy Bitmarket.pl, która z dnia na dzień ogłosiła utratę płynności. Branża szacuje, że w jej depozytach były bitcoiny o łącznej wartości ok. 110 mln zł, a klienci mają niewielkie szanse na odzyskanie pieniędzy, bo rynek nie jest regulowany ani nadzorowany. Komisja Nadzoru Finansowego i NBP już w grudniu 2017 roku zaczęły akcję ostrzegającą przed inwestycjami w kryptowaluty. Raptem kilka dni później japońska giełda Bitpoint padła ofiarą hakerów, którzy w sumie ukradli 32 mln dol., a lwia część tych pieniędzy należała do klientów.

Co istotne, zdania dotyczące przyszłości kryptowalutowego rynku są mocno podzielone. Część ekspertów podkreśla, że nie stoi za nimi żadna realna wartość i wykazują wszystkie cechy bańki spekulacyjnej, a po obecnych wzrostach bitcoin znów straci na wartości. Z drugiej strony bitcoin stał się pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych. Przybywa firm, które umożliwiają płacenie nim za usługi, a eksperci Satis Group w raporcie „Crypto Asset Market Coverage” przewidują, że w kilku lat wartość bitcoina może sięgnąć nawet 100 tys. dol. Także założyciel Morgan Creek Mark Yusko w wywiadzie dla CNBC prognozował, że jeszcze w tym roku bitcoin wróci do historycznego maksimum 20 tys. dol., a do poziomu 100 tys. dol. dosięgnie przed 2022 rokiem. Część ekspertów ocenia, że może się do tego przyczynić Libra – kryptowaluta Facebooka (ma zostać wprowadzona w 2020 roku), która posłuży do wygodnych płatności internetowych i docelowo mogłaby nawet zagrozić dolarowi. Branża prognozuje, że w ślady Facebooka pójdą też inni technologiczni giganci, jak Amazon czy Google.

Prezes Tokeneo podkreśla, że wirtualne pieniądze będą zyskiwać na wartości dzięki postępującej regulacji rynku. Rządy narodowe pracują już nad uregulowaniem rynku kryptowalut, m.in. po to, żeby umożliwić inwestowanie graczom instytucjonalnym. Naciskają na to chociażby fundusze inwestycyjne, które postrzegają rynek kryptowalut jako perspektywiczny, jednak dziś ich status nie pozwala im lokować pieniędzy na rynku nieregulowanym.

– Wszystko rozchodzi się o to, żeby powstały odpowiednie przepisy, które pozwolą wejść na ten rynek dużemu, instytucjonalnemu kapitałowi. Jeżeli tak się stanie, będziemy mieli potężny skok cen, wywołany przez masę pieniędzy wpompowanych w ten rynek. Myślę, że już dzisiejsze wzrosty cen bitcoina są efektem tego, że jesteśmy coraz bliżej wypracowania konkretnych przepisów, głównie w Stanach Zjednoczonych – mówi Tomasz Rozmus.

Cyfryzacja w Polsce przyspiesza. Rząd zapowiada internet światłowodowy dla każdego i jedną rządową platformę z e-usługami w chmurze

Cyfryzacja w Polsce przyspiesza. Rząd zapowiada internet światłowodowy dla każdego i jedną rządową platformę z e-usługami w chmurze 12

Administracja rządowa uruchomi kolejne e-usługi. Według zapowiedzi Ministerstwa Cyfryzacji każde gospodarstwo domowe ma uzyskać możliwość podłączenia internetu światłowodowego. Powstaje także jedna, rządowa platforma ze wszystkimi e-usługami, przeniesionymi do chmury. Jak oceniają eksperci, wzrost ilości i jakości administracyjnych usług dostępnych przez internet zwiększa zaufanie obywateli do Państwa.

– Rozwój e-usług w Polsce przebiega bardzo szybko. Od trzech lat widzimy bardzo duży wzrost i dynamikę. Przybywa usług administracji państwowej. Mamy dwa główne portale dla ludzi i przedsiębiorców, czyli odpowiednio obywatel.gov.pl i biznes.gov.pl. Tych usług przyrasta bardzo dużo. Jest to niezmiernie istotny element, bo to jest też budowanie zaufania do państwa. Stabilne usługi adresujące konkretne potrzeby budują zaufanie do państwa, jest nam to na pewno potrzebne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Szubert, visiting fellow z Uniwersytetu w Oksfordzie.

Obecnie w ramach portalu Gov.pl działa 19 stron internetowych poszczególnych ministerstw, w tym serwisy z e-usługami dla obywateli i przedsiębiorców. Liczba e-usług administracji państwowej dla obywateli ma się jeszcze poszerzyć. Ministerstwo Cyfryzacji planuje zapewnić dostęp do internetu światłowodowego dla każdego gospodarstwa domowego. Kolejne plany zapowiadane przez ministra to projekt gov.pl, w ramach którego cała administracja, łącznie z kontem obywatela, ma być dostępna w jednym miejscu. Ponadto cała administracja zostanie przeniesiona do chmury.

Usługi realizowane przez rząd to jednak tylko jeden z sektorów e-usług. Nie mniej istotnym, z punktu widzenia użytkowników, jest też sektor komercyjny.

– Usługi komercyjne pojawiają się głównie w obszarach takich, jak rozrywka i retail. Szacuje się, że już blisko 20 proc. transakcji przebiega w internecie. Zakupów dokonują głównie nie najmłodsi, jak by się mogło wydawać, ale generacja X, czyli urodzeni miedzy 1966 a 1981 rokiem. W całej grupie najwięcej wydają panowie, a nie panie – wskazuje Krzysztof Szubert.

Według analityków rynku, trend związany z rozwojem e-usług komercyjnych, zwłaszcza w handlu detalicznym, utrzyma w najbliższych latach dużą dynamikę. Według Fortune Business Insights branża e-retail do 2023 roku osiągnie wycenę na poziomie 5 bln dolarów. Oznacza to podwojenie wartości w stosunku do 2018 roku. W Polsce strona rządowa dość dynamicznie reaguje na potrzeby obywateli w zakresie elektronicznego dostępu do usług administracji państwowej. Mimo tego, wciąż w obszarze cyfryzacji pozostajemy w tyle Europy.

– Główny wskaźnik DESI, czyli The Digital Economy and Society Index, to indeks, który mierzy cyfrowość społeczeństw poszczególnych państw. W obszarze e-usług nie jesteśmy źli. Natomiast w całym wskaźniku nasze miejsce stałe to jest pozycja 23-24 na 27-28 państw. Na pewno mamy dużo do nadrobienia, szczególnie, że w obszarach, które są brane pod uwagę. To obszar dostępu do internetu mobilnego czy kompetencje. Inne raporty europejskie, OECD czy amerykańskie pozycjonują nas wyżej w różnych kategoriach – mówi ekspert.

Polscy kierowcy mogą już sprawdzić online liczbę punktów karnych czy przechowywać dokumenty pojazdu na telefonie. Usługi te cieszą się dużym zainteresowaniem. Według danych resortu cyfryzacji, w pierwszym kwartale 2019 roku kierowcy skorzystali 150 tys. razy z usługi sprawdzenia punktów karnych. W całym 2018 roku było to ponad 360 tys. razy. Usługa mTożsamość pozwala nie nosić przy sobie dowodu osobistego. Z kolei mPojazd przechowuje dane o pojeździe: dowód rejestracyjny i polisę OC. Z myślą o osobach podróżujących poza strefę Schengen została też stworzona aplikacja Granica, która pozwala śledzić ruch na wschodnich przejściach granicznych, łącznie z nawigacją i udostępnianiem obrazu z kamer.

– Widać, że kierunek przyjęty około trzy lata temu przy budowie Ministerstwa Cyfryzacji jako osobnego bytu, który też jest dość unikalny w skali europejskiej było podejściem na tamten moment dobrym, być może wymagającym z czasem jakiegoś dopracowania. Materia cyfrowa bardzo szybko ulega zmianom, a regulacje za tym nie nadążają – twierdzi Krzysztof Szubert.

Od początku 2019 r. serwis obywatel.gov.pl odwiedziło prawie 7,5 mln użytkowników. To o niemal 2,7 mln więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Coraz więcej wypadków z udziałem rowerzystów. Jest szansa na poprawę infrastruktury dla tej grupy użytkowników dróg

Coraz więcej wypadków z udziałem rowerzystów. Jest szansa na poprawę infrastruktury dla tej grupy użytkowników dróg 13

Opracowane przez Instytut Transportu Samochodowego wytyczne bezpiecznego ruchu rowerowego mają poprawić bezpieczeństwo tej grupy użytkowników dróg. Odpowiednia infrastruktura jest konieczna, bo na rowerach jeździ coraz więcej Polaków. Rowerzyści mają dziś do dyspozycji ok. 12 tys. ścieżek. Niektóre jednak nagle się urywają lub kończą chodnikiem, problemem są także skrzyżowania z ruchem samochodowym i pieszym. Przygotowane wytyczne do budowy dróg rowerowych mają ujednolicić infrastrukturę w całym kraju. To zachęta, by szukać rozwiązań bardziej ekonomicznych i równie skutecznych – podkreśla dyrektor ITS.

 Opracowane przez Instytut Transportu Samochodowego wytyczne dla ruchu drogowego, wykonane na zapotrzebowanie Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, to katalog propozycji dobrych praktyk, z których mogą skorzystać zarządcy dróg w celu zastosowania we własnej lokalnej infrastrukturze drogowej. Mogą te rozwiązania porównać pod kątem wad, zalet, opisu technicznego, ale też kosztów i zobaczyć, czy daną społeczność stać na tego typu rozwiązania – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. nzw. dr hab. inż. Marcin Ślęzak, dyrektor Instytutu Transportu Samochodowego.

Opracowanie to zbiór praktycznych wskazówek na temat tego, jak organizować środowisko drogowe przy coraz mocniej rozwijającym się ruchu rowerowym. Rosnąca popularność jednośladów wymaga stworzenia odpowiedniej sieci infrastruktury rowerowej, która spełni oczekiwania rowerzystów, nie będzie powodowała konfliktów z innymi uczestnikami ruchu, a co najważniejsze – zapewni bezpieczeństwo na drogach. Z danych GUS wynika, że w Polsce jest nieco ponad 12 tys. km dróg rowerowych pod zarządem jednostek samorządu terytorialnego (dane za 2017 rok).

– Przygotowaliśmy 30–40 konkretnych propozycji dla ścieżek rowerowych ulokowanych wzdłuż dróg różnego rodzaju, przy skrzyżowaniach. Obejmują one wszystkie te elementy, które kierujący rowerem może spotkać na drodze, szczególnie w tych obszarach, gdzie dochodzi do kolizji z innymi użytkownikami dróg – wymienia prof. Marcin Ślęzak.

W katalogu są m.in. schematy bezpiecznych rozwiązań geometrycznych i organizacji ruchu, zdjęcia przykładowych rozwiązań, kryteria i warunki ich stosowania czy schematy przykładowych konstrukcji nawierzchni, ale również jednostkowe kalkulacje cenowe, które pomogą szacować koszty poszczególnych inwestycji.

Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, wypadków z udziałem rowerzystów jest coraz więcej. W I kwartale 2019 roku było ich 464, podczas gdy rok wcześniej 364. W całym 2018 roku rowerzyści uczestniczyli w ponad 4,7 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 286 osób. Rok wcześniej było to odpowiednio 4,2 tys. i 220 osób. Przygotowane wytyczne wskazują, że do 66 proc. wypadków dochodzi na jezdni, a 18 proc. – w lokalizacjach przygotowanych dla ruchu rowerowego. Co dziesiąty wydarza się w strefach przeznaczonych dla ruchu pieszego.

– Do tej pory samorządy miały własne opracowania, które różniły się pod kątem rozwiązań. To jest katalog uniwersalny dla całego kraju, więc można by się spodziewać, że te rozwiązania będą podobne. Ale to wszystko zależy od specyfiki – mówi dyrektor ITS. – Najbardziej bezpieczny jest ruch odseparowany, najlepiej zielenią lub pasem, od ruchu pieszego czy jezdnego, ale nie zawsze to się da zastosować.

Przygotowany przez ITS katalog dobrych praktyk dotyczy nie tylko lokalizacji ścieżek dla rowerów, lecz także nawierzchni, oświetlenia i znaków drogowych. Na razie nie bierze pod uwagę coraz popularniejszych rowerów elektrycznych, w przyszłości jednak takie wytyczne mogą powstać i dla innych pojazdów.

Jak podkreśla dyrektor ITS, wytyczne nie są obowiązkowe, ich stosowanie jest dobrowolne i zależy od samorządów. To raczej zachęta, by szukać rozwiązań nie tylko bardziej ekonomicznych, ale i skutecznych.

 To choćby przypadek Jaworzna, które poprzez działania poprawiające infrastrukturę drogową i rowerową osiągnął całkiem niezłe wyniki w zakresie poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Nie zawsze nakaz jest elementem koniecznym, żeby poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego. Można to robić, jeżeli lokalny samorząd dojdzie do wniosku, że takie działania chce podejmować – podkreśla prof. Marcin Ślęzak.

Polskie miasta przygotowują się na rewolucję smart city. Pojawią się w nich nawet inteligentne latarnie i śmietniki

Polskie miasta przygotowują się na rewolucję smart city. Pojawią się w nich nawet inteligentne latarnie i śmietniki 14

Za sprawą nowoczesnych technologii zmienia się relacja obywateli z miastem. Pojawienie się zaawansowanych systemów inteligentnych funkcjonujących w ramach sieci 5G pozwoli zautomatyzować procesy zarządzania aglomeracjami i lepiej przystosować tkankę miejską do zindywidualizowanych potrzeb obywateli. Upowszechnienie się rozwiązań z zakresu internetu rzeczy umożliwi wdrożenie na masową skalę inteligentnych systemów transportowych, oświetleniowych, a nawet zautomatyzowanych harmonogramów odbioru odpadów komunalnych.

– Mieszkaniec jest interfejsem cyfrowej przestrzeni miasta w kategoriach potrzeb, które formułuje. Jest interfejsem, esencją miasta i jego odbiorcą. Istotne jest to, jakie ma potrzeby, jak będzie wyglądało jego życie dzisiaj, zaraz i w horyzoncie następnych lat. Jak cyfryzacja przestrzeni miejskiej wpłynie na jego życie. Za tym idą trendy społeczne i gospodarcze, czyli jak będzie musiał reagować, pracować, wypoczywać, realizować swoje podstawowe potrzeby, dojeżdżać do miasta czy poruszać się po mieście. W tych kategoriach mieszkaniec jest przede wszystkim generatorem wiedzy o tym, jak miasto powinno być skonstruowane – mówi agencji Newseria Innowacje Remigiusz Wiśniewski, członek Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji.

W Polsce systemy autonomiczne bazujące na rozwiązaniach z zakresu internetu rzeczy są dopiero we wczesnej fazie rozwoju. Technologie inteligentne najczęściej wdraża się w ramach pilotażów oraz na niewielką skalę. Aby spopularyzować rozwiązania tego typu, Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy, która będzie monitorować i kontrolować rozwój tej perspektywicznej gałęzi przemysłu. W pierwszej kolejności ministerialni eksperci opracowali obszerny raport „IoT w polskiej gospodarce”, w którym opisali obecny stan prawny umożliwiający wdrażanie rozwiązań z zakresu IoT, wskazali także branże, które najbardziej skorzystają na tej technologii.

– Nasza populacja zmienia się w horyzoncie czasu. Do 2050 roku będzie nas raptem 35 mln, a w pesymistycznych prognozach może nawet mniej. Musimy się z jednej strony zastanowić, jak wypełnić ten deficyt ludności, a z drugiej, jak skłonić ludzi, żeby zostali w naszym kraju, w miastach. Przygotowanie nas do stworzenia lepszego miejsca do życia, zapewnienia lepszej komunikacji, usprawnienia transportu czy lepszego gospodarowania zasobami – to jest tak naprawdę istotne z punktu widzenia tworzenia przestrzeni miejskiej – twierdzi ekspert.

Z raportu wynika, że na rozwoju branży IoT skorzystają zarówno producenci prostych urządzeń kontrolowanych za pośrednictwem internetu, jak i twórcy skomplikowanych rozwiązań autonomicznych przeznaczonych m.in. do autonomizacji transportu czy robotów przemysłowych oraz projektanci cyfrowych platform biznesowych przeznaczonych m.in. do optymalizacji zużycia energii czy inteligentnej kontroli systemów transportu publicznego.

– Przykłady już są, chociaż na razie są zdecydowanie bardziej silosowe. Dotyczą inteligentnego oświetlenia, ITS-ów, gdzieniegdzie pojawiają się inteligentne śmietniki i parkingi, ale cały czas to jest jeszcze etap początkowy, rozwojowy, patrząc też na inne kraje europejskie – mówi Remigiusz Wiśniewski.

Pierwsze polskie miasta już eksperymentują z technologiami smart city. Do życia powołano Akcelerator Inteligentnych Miast, który ma ułatwić wdrażanie narzędzi tego typu. Po pomoc Akceleratora sięgnęły m.in. władze Katowic, które z jego pomocą zorganizowały konkurs na realizację systemu do komunikacji urzędników z mieszkańcami. Z kolei władze Mysłowic udowodniły, że systemy inteligentne można z powodzeniem wdrożyć nawet do pojemników na śmieci. Miejskie kosze zostaną podpięte do internetu, a stan ich zapełnienia będzie monitorowany zdalnie za pośrednictwem aplikacji.

Jedną z najistotniejszych technologii umożliwiających rozwój platform IoT będą systemy łączności 5G, które pozwolą przesyłać dane szybciej i sprawniej niż przy wykorzystaniu obecnych systemów łączności. O kluczowej roli w ekspansji systemów inteligentnych wspominają analitycy z firmy Ericsson. Według szacunków korporacji tylko do 2021 roku w ramach internetu rzeczy będzie funkcjonowało niemal 28 mld urządzeń, a znaczna część z nich będzie wykorzystywana w systemach do obsługi inteligentnych miast. Według Ericssona tylko upowszechnienie się technologii 5G umożliwi wykorzystanie pełnego potencjału rozwiązań z zakresu IoT.

– Internet rzeczy zmieni absolutnie każdą dziedzinę naszego życia. To już się dzieje. U nas jeszcze tego tak bardzo nie widać, natomiast można oczekiwać, że w horyzoncie najbliższych dziesięcioleci nasze życie będzie wyglądało inaczej. Urbanizacja spowoduje, że problemy transportowe i wyzwania, które stoją przed nami, wymuszą stosowanie rozwiązań, które po prostu zmienią oblicze naszych miast. Już widać takie małe projekty w postaci chociażby hulajnóg elektrycznych na wynajem czy carsharingu, bo to też jest wymiar inteligentnego miasta – mówi Remigiusz Wiśniewski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku technologii z zakresu inteligentnych miast w 2018 roku wyniosła 308 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 717,2 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,4 proc.

Czy rynek mieszkaniowy zwalnia? Deweloperzy odpowiadają

Dlaczego w tym roku trafia na rynek mniej inwestycji mieszkaniowych? Czy deweloperzy wstrzymują budowy, bo spodziewają się spadku popytu? Czy oferta kurczy się ze względu na trudności ze zdobyciem gruntów, pozwoleń na budowę, czy planowanymi zmianami w przepisach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Mniejszą liczba wydanych pozwoleń na budowę wiązać należy raczej z przerostem biurokracji organów administracyjnych. Nie ma to związku z popytem na mieszkania, który w mojej ocenie niezmiennie będzie się utrzymywał na wysokim poziomie. Nieprzystępne procedury budowlane, przeciągające się postępowania administracyjne oraz procedury związane z różnego rodzaju decyzjami mają niekorzystny wpływ na sektor nieruchomości. W tej przestrzeni rynek jest nazbyt nieprzewidywalny. Proces wydawania zgód i decyzji, m.in. pozwoleń na budowę czy użytkowanie jest odczuwalnie dłuższy, a to ma z kolei przełożenie na poziom oferty oraz koszty prowadzenia inwestycji. I choć mamy rozbudowany bank ziemi i zaplecze pozwalające prowadzić wiele projektów jednocześnie, to ze względu na przeciągające się postępowania administracyjne część inwestycji jesteśmy zmuszeni wprowadzić do sprzedaży później, niż się to początkowo zakładaliśmy.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Powód wstrzymania wielu inwestycji jest prosty: znaczący wzrost kosztów realizacji. Cały proces inwestycyjny trwa czasem nawet kilka lat. Decyzja o zakupie gruntu jest poprzedzona kalkulacją opłacalności, w której zasadnicze znaczenie ma koszt budowy. Jeżeli w ciągu roku, czy dwóch oferty na realizację budynku są wyższe o kilkadziesiąt procent, wtedy opłacalność realizacji i sprzedaży staje pod znakiem zapytania i jedyną sensowną decyzją jest wstrzymanie inwestycji.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Spadek w liczbie wydawanych pozwoleń na budowę był już widoczny w 2018 roku. O ile w całej Polsce w minionym roku wydano więcej PNB niż w 2017, o tyle w większości dużych miast spadki te były bardziej widoczne, rzędu nawet 38 proc. Jest to efekt przede wszystkim przeciągających się procedur administracyjnych, a w szczególności różnego rodzaju uzgodnień, jak również problemów z pozyskaniem gruntów wolnych od obciążeń i szeroko pojętych problemów inwestycyjnych.

Związany z wyższymi cenami spadek popytu na mieszkania nie ostudził deweloperów. Planujemy rozpoczęcie budowy nowych inwestycji w Gdańsku, Poznaniu i Pruszkowie. Trudności ze zdobyciem gruntów nie dotyczą J.W. Construction. Mamy bank ziemi, który wystarczy nam na kolejne lata. Czy wprowadzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego spowoduje wzrost cen? Sądzę, że wśród przedstawicieli firm deweloperskich panuje przekonanie, że tak właśnie się stanie.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

W latach 2017- 2018 wydano rekordową ilość pozwoleń na budowę. Większość deweloperów jest zajętych realizacją inwestycji oraz planowaniem kolejnych projektów. Nie oznacza to, że rynek spowalnia. Wynika to z faktu, że szerokie grono deweloperów ruszyło z inwestycjami w podobnym momencie, wtedy kiedy koniunktura na rynku była korzystna. Nie przewidujemy, żeby popyt na nieruchomości malał w najbliższym czasie. Faktem jest, że coraz trudniej pozyskać grunty. Szczególnie w atrakcyjnych lokalizacjach, jakimi są centra miast. Sporo proponowanych zmian w przepisach spowoduje, że rentowność inwestycji zmaleje i na pewno wpłynie negatywnie na koniunkturę na rynku. W zależności od miasta czas potrzebny na procedury administracyjne znacząco się różni, jednak nie stanowi przeszkody w osiągnięciu celu, jakim jest uzyskanie pozwolenia na budowę.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży w Allcon Osiedla

Popyt na mieszkania jest w trendzie rosnącym. W naszym kraju w dalszym ciągu istnieje pokaźna luka popytowa, a rosnąca zamożność społeczeństwa kreuje nowy popyt, co tę lukę jeszcze bardziej powiększa. Problem leży po stronie podażowej. Poczynając od gruntów. Gdzie nie chodzi wyłącznie o ich malejącą dostępność, ale o stan prawny, który wymaga czasochłonnego procesu zakupowego. Poprzez problemy z podwykonawcami, którzy zagwarantowaliby wysoką jakość, terminowość i realizację warunków umowy z obowiązkami gwarancyjnymi włącznie. Na czasochłonnych procedurach administracyjnych kończąc. Priorytetem dla deweloperów jest teraz możliwość prowadzenia inwestycji wieloetapowych. Każdy etap limituje nową podaż. Podniesiony przez analityków alarm jest efektem analizy popytu, która nie daje pełnego obrazu rynku i nie zawsze prowadzi do prawdziwych wniosków.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Deweloperzy uważniej obserwują sytuację na rynku i szybciej się do niej dostosowują. Za wyjątkowo dużą podażą w 2018 roku nadeszło uspokojenie, jednak główną przeszkodą są inne aspekty zewnętrze. Biznes deweloperski jest wielowątkowy i zależy od licznych czynników. Sądzę, że wielu deweloperów boryka się z przedłużającymi się procedurami, niepewnością w sferze legislacyjnej oraz zawirowaniami w gospodarce globalnej. Zdajemy sobie sprawę również z deficytu dostępnych nieruchomości gruntowych. Dziś nie ma już prostych projektów, wiele z nich wymaga czasochłonnego i ryzykownego przygotowania przez dewelopera. Niestety nie znamy jeszcze ostatecznych wytycznych we wprowadzanym Funduszu Deweloperskim. Rozumiem intencję ustawodawcy, mającą na celu jeszcze większe zabezpieczenie klienta, ale musimy sobie zdawać sprawę, że kolejne obostrzenia wpłyną na końcowa cenę produktu. Nie sądzę, że rynek nieruchomości wymaga dodatkowej regulacji Państwa.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Z pewnością mniejsza ilość wydanych pozwoleń na budowę może mieć związek z dostępnością nowych gruntów. Deweloperzy chcieliby budować coraz więcej, ale niestety zasób działek pod inwestycje jest ograniczony. Poza tym, po zakupie gruntów kolejną barierą do szybkiego wprowadzenia inwestycji na rynek są zazwyczaj przeciągające się procedury administracyjne związane z wydawaniem pozwoleń.

Mamy tu oczywiście do czynienia z kilkoma czynnikami, które wpływają na spadek liczby wydawanych pozwoleń na budowę. W mojej ocenie kluczowym powodem są przedłużające się i skomplikowane procedury administracyjne, w związku z czym znacząco wydłużył się okres pomiędzy zakupem gruntu a wprowadzeniem mieszkań do oferty. Na pewno możemy mówić też o wysokich cenach gruntu i niewielkiej dostępności działek w atrakcyjnych lokalizacjach. Na aktualną sytuację ograniczającą portfel projektów deweloperów wpływ ma jednak głównie przedłużający się proces uzgodnień i postępowań administracyjnych dotyczący gruntów często kupionych kilka lat wcześniej.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Na rynku łódzkim wciąż widoczny jest deficyt nowych mieszkań, nie obserwujemy zwolnienia rynku. Atrakcyjne działki w centrach miast są trudne do zdobycia na przykład ze względu na ich nieuregulowany stan prawny. Możliwe więc, że w takich obszarach inwestycje lokowane będą na trenach, które wcześniej wykorzystywane były jako inwestycyjne. Planowany fundusz gwarancyjny zakłada odprowadzanie składki od każdej wpłaty nabywcy na mieszkaniowy rachunek powierniczy w maksymalnej wysokości 5 proc. w przypadku otwartego, mieszkaniowego rachunku powierniczego oraz 1 proc. w przypadku zamkniętego mieszkaniowego funduszu powierniczego. W przepisach nie ma jednak informacji, co stanie się w sytuacji, kiedy w trakcie realizacji inwestycji zostanie zmienione rozporządzenie określające wysokość tejże składki. Utrudni to skalkulowanie wysokości całkowitych kosztów inwestycji.

Autor: Dompress.pl

Sytuacja na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec I półrocza 2019

W I półroczu deweloperzy oddali do użytku 215 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, a rynek odnotował sześć debiutów międzynarodowych marek.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec I półrocza 2019.

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL
Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Łącznie, w I półroczu rynek urósł o 215 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Najważniejszym wydarzeniem w tym czasie było otwarcie warszawskiej Galerii Młociny (78 500 mkw. powierzchni handlowej). To największy projekt w całym 2019 r. i największa galeria handlowa od otwarcia Posnanii w 2016. Szacujemy, że w drugiej połowie roku rynek handlowy urośnie jeszcze o ok. 278 000 mkw. w ramach wszystkich formatów, chociaż ukończenie niektórych inwestycji może przesunąć się na 2020 rok. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce na koniec I półrocza 2019 wyniosła blisko 14,5 mln mkw., z czego ok. 10,2 mln mkw. oferowały 422 centra handlowe. Nasycenie powierzchnią galerii handlowych (wyłączając ulice handlowe) w naszym kraju wynosi 265 mkw. na 1000 mieszkańców, co zbliża nas do średniej w krajach Europy Zachodniej (279 mkw. na 1000 mieszkańców).

Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Nasycenie rynku centrów handlowych rośnie, co w połączeniu ze zmieniającymi się zwyczajami zakupowymi coraz bardziej wymagających konsumentów oznacza większą potrzebę właściwej analizy rentowności każdego nowego obiektu i przyjęcia innowacyjnego podejścia do projektowania, koncepcji funkcjonalnej i doboru najemców. Tym bardziej, że dojrzali i świadomi konsumenci mają coraz wyższe oczekiwania wobec doświadczeń zakupowych i portfolio sklepów. Zaspokojeniu tych potrzeb będą sprzyjać debiuty międzynarodowych marek na polskim rynku, które urozmaicą dotychczasową ofertę nieruchomości handlowych. – Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Popyt – nowe marki wchodzą do Polski, kolejne debiuty na horyzoncie

W II kwartale tego roku do Polski weszły cztery nowe międzynarodowe marki, z czego trzy wybrały Galerię Młociny. Były to: Sloggi – niemiecka marka bieliźniana, która otworzyła swój pierwszy sklep monobrandowy, włoski Gagliardi oferujący ekskluzywną męską modę i Pesto Café z Ukrainy. Kolejna włoska marka, Boxeur des Rues, oferująca odzież sportową, uruchomiła salon w Factory Poznań. Wcześniej TEPfactor otworzył swój park rozrywki w Blue City, a My Shoes zadebiutował jednocześnie w Galerii Mokotów, Galerii Katowickiej i Galerii Echo Kielce. Najbardziej oczekiwany debiut roku może mieć miejsce jesienią, również w Galerii Młociny, gdzie – według doniesień prasowych – swój pierwszy sklep w Polsce otworzy Primark. Co więcej, American Urban Outfitters i szwedzka marka H&M Weekday planują otwarcie wiosną 2020 roku w warszawskiej Elektrowni Powiśle, a kolejna marka H&M – Monki pojawi się w Katowicach i Krakowie.

Ponadto, pomimo trwającej konsolidacji rynku FMCG w Polsce (Spar zamierza przejąć sieć delikatesów Piotr i Paweł), rosyjski dyskont Mere planuje swój debiut w Częstochowie. Jednocześnie, w I półroczu brytyjski New Look ogłosił swój plan zamknięcia wszystkich sklepów w Polsce (jako część globalnego planu restrukturyzacji).

Czynsze i pustostany

Czynsze „prime” pozostały względnie stabilne w II kwartale tego roku i wynosiły średnio od 18 do 26 euro za mkw. miesięcznie w miastach od 75 000 do 100 000 mieszkańców oraz od 42 do 60 euro na rynkach regionalnych, osiągając najwyższy poziom 130 euro w Warszawie.

Coraz większe nasycenie rynku handlowego w Polsce stwarza korzystną sytuację dla najemców. Właściciele centrów handlowych zwracają uwagę na dynamicznie zmieniające się otoczenie, często konkurując o cenione marki. Natomiast potencjalni najemcy mają duży wybór pośród różnych lokalizacji i obiektów. Obecnie okresy bezczynszowe lub dofinansowanie aranżacji lokali są najbardziej popularnymi zachętami oferowanymi przez centra handlowe kluczowym markom. – Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Rynek inwestycyjny

Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL
Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL

Na początku lipca 2019 roku wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce wyniosła ok. 730 mln euro. To niższy wynik niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, należy jednak zauważyć, że polska gospodarka rośnie, stopa bezrobocia jest na historycznie niskim poziomie, a sprzedaż detaliczna wzrasta w dobrze funkcjonujących obiektach handlowych. Dlatego też w dłuższej perspektywie oczekujemy wzmożonego popytu inwestorów na dobrze prosperujące nieruchomości handlowe.  – Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Od początku roku zrealizowano pięć znaczących transakcji, spośród których największą była sprzedaż Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin za 298 mln euro do funduszu ECE. Ponadto, właściciela zmieniły centra M1 w Bytomiu, Częstochowie, Radomiu i Poznaniu, które za 224 mln euro trafiły do EPP. Z kolei King Cross Jubilerska w Warszawie został sprzedany za 43 mln euro do Atrium European Real Estate; NEINVER i Nuveen Real Estate przejęły Silesia Outlet w Gliwicach za 31,5 mln euro, a Blackstone sprzedał Galerię Leszno (wartość transakcji nie została ujawniona).

Nastroje w europejskim w handlu detalicznym

Według prognoz analityków GfK w bieżącym roku, w 27 krajach Unii Europejskiej w handlu detalicznym wystąpi nominalny wzrost obrotów o 2,0%. Największe wzrosty prognozowane są w Rumuni i na Litwie. W Polsce prognozowany jest wzrost o 3,9%.

Jakie są europejskie nastroje?

Większość europejskich konsumentów odczuwa niepewność związaną ze sprzecznymi sygnałami wysyłanymi przez globalny rynek. Z jednej strony sugeruje on niepewność związaną z toczącą się procedurą Brexitu, konfliktami handlowymi i słabszą perspektywą wzrostu na ważnych rynkach eksportowych, jak np. Chiny. Z drugiej strony konsumentom sprzyjają: solidny rynek pracy, podwyżki płac i umiarkowane ceny ropy naftowej. European Retail Study to unikalne, przekrojowe spojrzenie na kondycję europejskiego handlu, obejmujące porównanie danych dla 27 krajów. Celem badania jest opis sytuacji bieżącej oraz ocena perspektyw dla rozwoju lokalnych europejskich rynków handlowych, szczególnie w odniesieniu do handlu stacjonarnego. Dlatego porównujemy wskaźniki takie jak m.in.: siła nabywcza konsumentów, obroty w handlu, podaż powierzchni handlowej oraz jej produktywność, czy miejsce wydatków w handlu w ogólnych wydatkach na konsumpcję – komentuje Przemysław Dwojak, starszy dyrektor w GfK.

Siła nabywcza w Europie wynosi 16,878 euro w skali roku

Siła nabywcza przeciętnego mieszkańca Unii Europejskiej w 2018 roku wzrosła o 3% w porównaniu do roku poprzedniego. Największy wzrost odnotowała Łotwa – bo aż o 10,3%. Zamożność Polaka wzrosła natomiast o 7,7%. Warto zaznaczyć, że w przypadku Polski występują duże zróżnicowania regionalne. Mieszkaniec najbiedniejszego powiatu przysuskiego dysponuje siłą nabywczą na poziomie 4,295 euro w skali roku, podczas gdy mieszkaniec Warszawy posiada 13,535 euro – dodaje ekspert. „Nowe kraje Unii” zmniejszają dystans do średniej europejskiej, ale wciąż widać znaczące różnice w zamożności pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią Europy. Najzamożniejsze obszary Polski, Czech czy Węgier są ciągle mniej zamożne niż najbiedniejsze obszary w Wielkiej Brytanii, Niemczech lub Francji.

Prognoza handlu stacjonarnego

Prognozujemy, że w 2019 roku w 27 krajach Unii Europejskiej handel stacjonarny wzrośnie o 2%. Motorami wzrostu zostaną kraje Europy Środkowo-Wschodniej, których bogacenie się zwiększa konsumpcję. Włochy powinny wyjść z negatywnego trendu i osiągną wzrost na poziomie 1,1%, w Niemczech handel spadnie z już niskiego poziomu 1% o dodatkowe 0,2%, w Rumunii handel wzrośnie o 7%, a na Ukrainie aż o 11,1% – komentuje Przemysław Dwojak.

Udział wydatków w handlu w konsumpcji prywatnej

Trendy migracyjne do dużych aglomeracji wyraźnie wpływają na koszty utrzymania lub wynajmu mieszkania, co przekłada się bezpośrednio na trend spadkowy w wydatkach w handlu. W 2018 udział wydatków w handlu w konsumpcji prywatnej spadł o 0,4% do poziomu 30,5% dla 28 krajów UE. Polska ma wynik 35,3%, Niemcy 26%, Węgry 50% a Ukraina 79,3%. Różnice te wyraźnie ilustrują poziom rozwoju, zamożności, potrzeb i zwyczajów konsumpcyjnych – konkluduje Dwojak.

 Przegląd najistotniejszych rezultatów badania

  • Siła nabywcza: w roku 2018 roku, każdy obywatel unii dysponował średnio siłą nabywczą w wysokości 16,878 euro. Równa się to nominalnemu wzrostowi o 3,0%. w porównaniu z poprzednim rokiem. Wszystkie dziesięć krajów UE, które zanotowały w ostatnim roku najwyższy wzrost siły nabywczej ma ten wskaźnik nadal poniżej średniej europejskiej (są to wszystkie kraje przyjęte do UE w ramach pierwszego otwarcia EU na wschód lub po nim).
  • Prognoza obrotów na rok 2019: w kontekście utrzymującego się dynamicznego wzrostu w internetowym handlu detalicznym, GfK prognozuje nominalny wzrost obrotów w handlu stacjonarnym o 2,0% (dla krajów UE-27); najwyższy wskaźnik wzrostu spodziewany jest w Rumunii (7,0%) i na Litwie (5,9%).
  • Inflacja: spadek cen energii, który rozpoczął się już pod koniec roku 2018 sugeruje, że wskaźnik inflacji dla UE będzie spadać. Trwające nadal spory handlowe z USA i osłabienie europejskiej gospodarki na początku roku 2019 studzą nastroje ekonomistów. W rezultacie, dla Unii Europejskiej spodziewana jest w 2019 roku niższa stopa inflacji, której wartość wyniesie 1,6%.
  • Podaż powierzchni sprzedażowej: całkowita podaż powierzchni sprzedażowej dla wszystkich krajów objętych badaniem zanotowała wzrost w roku 2018, był on jednak na znacznie niższym poziomie w porównaniu z poprzednimi latami. Wzrost podaży powierzchni sprzedaży na poziomie UE był równoważony wzrostem populacji. W związku z tym, podaż powierzchni sprzedażowej na osobę wyniosła 1,13 m² i pozostała taka sama jak w poprzednim roku. Wśród trzech krajów o największej podaży powierzchni sprzedażowej na osobę znalazły się: Belgia (1,66m²) i Holandia (1,60m²) oraz Austria (1,62m²).
  • Produktywność powierzchni sprzedażowej: nie odnotowano zmian w porównaniu z poprzednim rokiem w czołówce trzech krajów o najwyższej produktywności powierzchni sprzedażowej. Niekwestionowanym liderem pozostał Luksemburg (około 7.250 EUR/m²), który zanotował nawet nieznaczny wzrost (1,4%) produktywności powierzchni sprzedażowej w roku 2018. Drugie i trzecie miejsce zajęły odpowiednio Norwegia (około 6.430 EUR/m²) i Szwajcaria (około 6.220 EUR/m²). Podobnie jak w przypadku podaży powierzchni sprzedaży, istnieją duże różnice w produktywności powierzchni sprzedażowej pomiędzy badanymi krajami europejskimi, a ich wartość znacząco spada w miarę przesuwania się na wschód i południowy wschód UE.

Inflacja w Polsce nadżera rosnące płace

Płace w kraju cały czas dynamicznie rosną, jednak wyższa inflacja sprawia, że pracownicy mogą odczuć mniejszą zmianę w portfelach niż w ubiegłym roku.

Wczorajsze dane pokazały, że bazowa dynamika cen w czerwcu wzrosła do najwyższego poziomu od końcówki 2012 roku. W poniedziałek z kolei uzyskaliśmy potwierdzenie, że inflacja CPI w tym samym miesiącu podskoczyła do poziomu 2,6%, co oznacza, że po raz pierwszy od sześciu i pół roku indeks przekroczył środek celu inflacyjnego NBP. Wyższa inflacja – o ile wzrost byłby kontynuowany – w teorii powinna wspierać zacieśnienie polityki monetarnej ze strony Narodowego Banku Polskiego, jednak ostatnia retoryka RPP sugeruje, że Rada raczej nie zakłada wzrostu kosztów kredytu w najbliższym czasie.

O ile wzrost cen jest dobrą informacją dla gospodarki, o tyle sprawia, że nadal szybko rosnące płace nominalne przekładają się na relatywnie niższy realny wzrost zasobności portfeli Polaków. A ostatnio pojawiają się sygnały mogące sugerować, że może czekać nas wyhamowanie dynamiki zarobków. Dzisiejsze dane dla sektora przedsiębiorstw pokazały wyraźny spadek dynamiki płac. 5,3-procentowy wzrost w czerwcu był niższy niż zakładały nawet najgorsze prognozy. W ostatnim miesiącu pomiarów dynamika spadła do najniższego poziomu od dwóch lat.

Jeden odczyt nie musi jeszcze oznaczać istotnej zmiany trendu, zwłaszcza jeśli uwzględnimy efekt kalendarzowy (wyraźnie mniejszą liczbę dni roboczych w czerwcu), który nie pozostał bez wpływu na dane. Niemniej, chociażby ze względu na samą wyższą inflację, zarówno bieżący, jak i przyszły rok najpewniej będą dla pracowników nieco gorsze niż świetny rok 2018.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,25-4,26. Euro wczoraj traciło również w parze z dolarem amerykańskim. Wspólnej europejskiej walucie nie sprzyjały m.in. dane ZEW wskazujące na utrzymywanie się słabych nastrojów względem sytuacji ekonomicznej i perspektyw gospodarczych strefy euro. Dzisiejsza rewizja danych inflacyjnych przynosi nieco więcej pozytywnych informacji. Inflacja CPI w czerwcu okazała się nieco wyższa od wstępnych szacunków (1,3% zamiast 1,2%), co zdaje się wspierać stabilizację kursu EUR/USD po wczorajszej wyprzedaży.

W kontekście środy warto również wspomnieć o przemówieniu jednego z członków EBC. Benoit Coeure podczas porannej wypowiedzi stwierdził, że bank centralny jest zdeterminowany do „podjęcia działań” i „dostosowania wszystkich swoich instrumentów” w zależności od potrzeb, w celu zapewnienia, że dynamika cen nadal będzie kierowała się w stronę celu inflacyjnego. Jego słowa potwierdzają zwrot w retoryce banku centralnego. W kontekście działań banku centralnego warto będzie obserwować spotkanie EBC w przyszłym tygodniu. Wyceny na rynku instrumentów pochodnych na stopę procentową sugerują, że inwestorzy nie wykluczają obniżki stóp procentowych w lipcu. Szacują jednak, że wrzesień przyniesie dużo większe szanse na taki ruch.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 4,71-4,74. Wczorajszy dzień przyniósł kontynuację wyprzedaży brytyjskiej waluty po niepokojącej poniedziałkowej debacie między kandydatami o fotel premiera Wielkiej Brytanii, której wydźwięk sugerował, że żaden z nich nie wyklucza, ani specjalnie nie obawia się Brexitu bez porozumienia.

Po wczorajszej, całkiem dobrej publikacji danych z brytyjskiego rynku pracy, która pokazała wzrost dynamiki płac w maju do najwyższego poziomu 11 lat, dziś nadeszły dane inflacyjne, które w przypadku kluczowych wskaźników okazały się zbieżne z oczekiwaniami. Rynek jednak nie poświęca im zbyt dużo uwagi. Wszystkie oczy zwrócone są na kwestię Brexitu i jakiekolwiek informacje, które rzuciłyby nieco więcej światła na to, jakim ryzykiem w rzeczywistości jest no-deal Brexit i z jakim prawdopodobieństwem może do niego dojść.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,78-3,80. Amerykańska waluta radziła sobie wczoraj wyjątkowo dobrze, zyskując na słabości pozostałych głównych walut. W drugiej części dnia USD wspierały również całkiem dobre dane makroekonomiczne. Wprawdzie nieco rozczarowała czerwcowa dynamika produkcji przemysłowej, która w ujęciu miesięcznym była płaska, tak w czerwcu wyraźnie mocniej od oczekiwań wzrosła sprzedaż detaliczna, sugerując, że zachowanie amerykańskich konsumentów wspierało wzrost gospodarczy USA w końcówce drugiego kwartału.

W kontekście wczorajszego dnia warto również wspomnieć o przemówieniu Jerome’a Powella. Podczas wizyty we Francji, prezes Rezerwy Federalnej zwracał uwagę na kwestię niepewności związanej z handlem międzynarodowym, która zyskała na znaczeniu w ostatnim czasie. Wskazywał jednak, że Fed mimo wszystko, zakłada utrzymanie dobrego tempa wzrostu gospodarczego, któremu towarzyszyć ma silny rynek pracy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o wydanych pozwoleniach na budowę w USA w czerwcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Firma podejrzewana o udział w karuzeli VAT wygrywa z fiskusem w sprawie przedłużania terminu zwrotu VAT

Aż pięciokrotnie organ podatkowy przedłużał spółce z Nowego Sącza termin zwrotu VAT, tyle że jeden z terminów wydłużył już po jego upływie. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie rozpatrujący skargę spółki wniesioną na takie działanie organu stanął po jej stronie, stanowczo stwierdzając, że: „Taka praktyka nie może jednak zostać zaaprobowana … Stan faktyczny sprawy w sposób niewątpliwy wskazuje, iż nastąpiło przerwanie ciągłości w przedłużaniu terminu zwrotu VAT za listopad 2017 r., a zatem jakiekolwiek dalsze czynności procesowe w szczególności wydanie kolejnych postanowień o przedłużeniu terminu tego zwrotu nie były prawnie skuteczne” (wyrok z 18 czerwca 2019 r., sygn. akt I SA/KR 319/19).

Spółka z Nowego Sącza wniosła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie skargę na postanowienie Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Krakowie (dalej: DIAS) ze stycznia 2019 r. utrzymujące w mocy postanowienie Naczelnika Urzędu Skarbowego w Nowym Sączu (dalej: NUS) w przedmiocie przedłużenia terminu zwrotu podatku od towarów i usług za listopad 2017 r. w kwocie ponad 580 tys. zł.

Pięciokrotnie przedłużany termin zwrotu VAT

Deklarację za listopad 2017 r. wykazującą nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym wraz z wnioskiem o jej zwrot w 25-dniowym terminie spółka złożyła 5 grudnia 2017 r. Przed jego upływem NUS przedłużył spółce termin zwrotu nadpłaconego VAT do czasu zakończenia weryfikacji rozliczenia, a dokładnie do 30 kwietnia 2018 r. Pięć dni przed, 25 kwietnia 2018 r., zamiast dokonać na rzecz spółki zwrotu, organ przedłużył jego termin ponownie, tym razem do 25 maja 2018 r. Na tydzień przed jego upływem przedłużył termin zwrotu po raz trzeci, a 7 sierpnia 2018 r. po raz czwarty, wyznaczając ostateczny termin zwrotu do 26 października 2018 r.

W październiku 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie uchylił postanowienie DIAS utrzymujące w mocy postanowienie NUS o przedłużeniu terminu zwrotu VAT z 25 kwietnia 2018 r. Kilka tygodni przed wydaniem rozstrzygnięcia NUS postanowieniem z 4 października 2018 r. po raz piąty wstrzymał spółce zwrot podatku. Jako podstawę wskazał wszczęcie kontroli celno-skarbowej w spółce pod względem rzetelności składanych przez nią deklaracji VAT, jak i pod zarzutem jej udziału w karuzeli VAT.

Przedłużanie terminu po jego upływie

Pełniąca funkcję pełnomocnika spółki Kancelaria Prawna „Skarbiec” zaskarżyła powyższe postanowienie, zarzucając organowi m.in. naruszenie procedury doręczania postanowień o przedłużaniu zwrotu. DIAS przyznał, że NUS wysłał do spółki postanowienie o kolejnym przedłużeniu terminu zwrotu VAT 26 kwietnia 2018 r., a więc na 5 dni przed upływem terminu zwrotu (termin ten upływał 30 kwietnia) zakreślonego w poprzednim piśmie przedłużającym. DIAS potwierdził, że postanowienie zostało doręczone spółce 2 maja 2018 r. Jego zdaniem nie doszło jednak do wygaśnięcia terminu na zwrot, bo chwilą przedłużenia jest data wydania aktu administracyjnego, a nie data jego doręczenia. Stwierdził również, że sam fakt doręczenia spółce postanowienia po upływie terminu zwrotu nie prowadzi do jego nieważności, skoro zostało ono wydane i wysłane w terminie.

W odpowiedzi reprezentująca spółkę warszawska kancelaria „Skarbiec” wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia oraz o zobligowanie organów podatkowych do zwrotu VAT wraz z należnymi odsetkami.

Postanowienia organów drugiej instancji wydane z naruszeniem prawa

Rozpoznający skargę spółki WSA w Krakowie orzekł, że zaskarżone postanowienia organów podatkowych obu instancji zostały wydane z naruszeniem prawa. Jako zasadnicze w sprawie uznał rozstrzygnięcie kwestii skuteczności przedłużenia przez organ terminu zwrotu podatku przed upływem wcześniej przedłużonego terminu.

WSA podzielił pogląd DIAS, że głos orzecznictwa był niejednolity w kwestii, czy o skutecznym przedłużeniu decyduje moment wydania, wysłania czy doręczenia postanowienia o przedłużeniu. Niemniej to właśnie z uwagi na te rozbieżności orzecznicze Naczelny Sąd Administracyjny 16 listopada 2017 r. przedstawił do rozstrzygnięcia składowi 7 sędziów NSA zagadnienie, czy dla zachowania terminu do przedłużenia zwrotu różnicy podatku konieczne jest doręczenie podatnikowi postanowienia przedłużającego przed upływem tego terminu.

Wyrokiem z 23 kwietnia 2018 r. skład 7 sędziów NSA stwierdził, że termin zwrotu różnicy podatku zostaje przedłużony, jeśli przed jego upływem podatnikowi doręczono postanowienie o przedłużeniu (sygn. akt I FSK 255/17). W wyroku tym NSA przywołał rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego z 13 października 2008 r., w którym stwierdzono, że: „chwilą przedłużenia terminu jest data skutecznego wprowadzenia do obrotu prawnego postanowienia przedłużającego termin, czyli odpowiednio data jego doręczenia lub ogłoszenia. Nie jest zatem wystarczające samo tylko sporządzenie (napisanie) i podpisanie postanowienia…” (sygn. akt K 16/07).

Uchylenie postanowień organów

WSA, uchylając postanowienia organów podatkowych pierwszej i drugiej instancji, orzekł: „…od chwili podpisania postanowienia do jego doręczenia, postanowienie faktycznie istnieje, ale nie wywołuje skutków prawnych. (…) Jeżeli zatem podatnikowi nie doręczono postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu różnicy podatku przed upływem terminu (…) to tym samym ma on uprawnione przekonanie, że zwrot różnicy podatku nastąpi w terminie 60 dni (ust. 2) lub 25 dni (ust. 6) od dnia złożenia rozliczenia” (sygn. akt I SA/KR 319/19). Sąd pouczył, że w niniejszej sprawie upływ terminu na przedłużenie zwrotu nastąpił 30 kwietnia 2018 r., bo postanowienie o przedłużeniu z 25 kwietnia 2018 r. weszło do obrotu prawnego już w dacie, gdy objęty przedłużeniem termin upłynął.

Podsumowanie

Przedsiębiorcy są skazani na toczenie sporów z organami podatkowymi, które pod zarzutem udziału w karuzeli VAT, uzasadniają konieczność poszukiwania argumentów do niezwracania podatnikom należnego im nadpłaconego podatku. Co gorsza, jak widać na przykładzie niniejszej sprawy, organy nie chcą zwracać środków po przeprowadzeniu nieskutecznej pod względem znalezienia nieprawidłowości weryfikacji podatnika. Stosują technikę wielokrotnego jej przedłużania w nadziei na znalezienie w końcu uchybienia, które tłumaczyłoby odmowę dokonania zwrotu. Korzystając ze wsparcia kancelarii prawnych doświadczonych w walce z nadużyciami organów, zwłaszcza w obliczu oskarżeń o udział w karuzelach VAT-owskich, przedsiębiorcy mogą z większą skutecznością przeciwstawiać się takiemu urzędniczemu bezprawiu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

TOP5 prac sezonowych na wakacje dla pracowników z Ukrainy w Polsce

Gastronomia, sprzątanie w ośrodkach turystycznych, zbieranie owoców, mały handel i budowlanka to obszary, w których sezonowo latem w Polsce pracuje najwięcej Ukraińców. Jak wskazują eksperci Personnel Service, Polacy chętniej wydają pieniądze w wakacje, a to wpływa na zwiększone zapotrzebowanie na sezonowych pracowników. Dlatego latem potrzeba rąk do pracy rośnie przede wszystkim w ośrodkach turystycznych w gastronomii, hotelarstwie i małym handlu. Ciepłe miesiące to także wzrost aktywności w inwestycjach, których obecnie w kraju jest mnóstwo – stąd prym w tym roku wiedzie również budowlanka. Ukraińcy podejmujący letnie prace sezonowe w Polsce mogą zarobić nawet 30 zł brutto na godzinę.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

– Lato to czas, kiedy pracodawcy częściej poszukują pracowników na krótszy okres. Sięgają po młodych ludzi, którzy mają przerwę w nauce, ale także po pracowników z zagranicy. A oni w tym czasie bardzo chętnie do nas przyjeżdżają. Nasze statystyki wskazują, że co piąty Ukrainiec, który w ciągu ostatnich pięciu lat pracował w Polsce, był w wieku 18-24 lat. Wielu z nich podejmowało prace właśnie w przerwie wakacyjnej – to najlepszy moment na takie przedsięwzięcie. Na przykład w branży HoReCa młodzi Ukraińcy w swoim kraju mogą zarobić około 800 zł w ciągu miesiąca, a w Polsce około 3 tys., plus oczywiście napiwki – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy. TOP5 prac na lato dla pracowników z Ukrainy w Polsce

TOP1, zbieranie owoców (15 – 30 zł brutto za godzinę)

Mimo, że tegoroczna wiosna dała się plantatorom we znaki i plony są niższe niż rok wcześniej, to wciąż brakuje rąk do pracy przy ich zbiorach. Z Barometru Imigracji Zarobkowej Personnel Service wynika, że w niemal jednej trzeciej przedsiębiorstw (31%), niezależnie od branży, Ukraińcy zajmują miejsca pracy, na których Polacy nie chcą już pracować. Jak wskazują eksperci Personnel Service, zbieranie owoców to istotny obszar w tych statystykach mimo, że zarobki sięgają nawet 30 zł brutto za godzinę.

TOP2, budowlanka (15 – 29 zł brutto za godzinę)

Niedobór rąk do pracy w budownictwie ma miejsce niezależnie od sezonu, ale jak wskazują eksperci Personnel Service, ten brak jest szczególnie odczuwalny w miesiącach letnich. Latem, obok uzupełniania wakatów przy budowie dużych inwestycji, Ukraińcy są szczególnie potrzebni do remontów i innych prac wykończeniowych. Z danych homebook.pl wynika, że w 2018 r. aż 83% Polaków planujących remont chciało rozpocząć go właśnie w wakacje. Osoby, które podejmą się takiej pracy w tym roku mogą zarobić od 15 do 29 zł na godzinę.

TOP3, sprzątanie w ośrodkach turystycznych (15 – 25 zł brutto za godzinę)

Liczba hoteli w Polsce w 2018 r. wzrosła w o 2% r/r, a innych obiektów hotelowych o 2,6% r/r – wskazują najnowsze dane GUS. Wciąż wiele tego typu obiektów jest w budowie. W okresie wakacyjnym, kiedy obłożenie jest duże, a wyjeżdżający turyści są natychmiast zastępowani kolejnymi, zapotrzebowanie na osoby sprzątające rośnie. To okres, w którym Ukraińcy mogą łatwo znaleźć zatrudnienie w takich ośrodkach, szczególnie w popularnych miejscowościach turystycznych. Zachęcają zarobki w wysokości od 15 do 25 zł brutto za godzinę.

TOP4, mały handel (15 – 23 zł brutto za godzinę)

Budki z lodami i goframi oraz stoiska z pamiątkami znajdujące się na deptakach w miejscowościach turystycznych, ale również w dużych miastach, zwłaszcza w weekendy przeżywają oblężenie. W sezonie każda godzina bez obsługi takiej budki to strata dla przedsiębiorcy. Dlatego z wyprzedzeniem zapewniają sobie oni odpowiednią liczbę pracowników, którzy za godzinę pracy mogę otrzymać od 15 do 23 zł brutto za godzinę.

TOP5, gastronomia (15 – 22 zł brutto za godzinę)

Więcej Polaków nad morzem i w górach to więcej stolików w knajpkach i restauracjach, które trzeba obsłużyć. Jednak pracodawcy poszukują nie tylko kelnerów – znaczące zapotrzebowanie jest również na kucharzy i pomoce kuchenne. Ogłoszenia o pracy w tych zawodach widoczne były w tym roku z wyprzedzeniem, a stawki zależą od wielkości lokalu i prognozowanej liczby gości. Rozwojowi sektora gastronomicznego sprzyja także zakaz handlu, który sprawia, że w dni wolne od zakupów Polacy coraz chętniej przechadzają się po ośrodkach turystycznych i popularnych deptakach, także w dużych miastach i korzystają z usług restauracji.