Koniunktura oczami przedsiębiorców: największy optymizm w branży informacji i komunikacji

Najbardziej optymistycznie na gospodarkę patrzą firmy z branży informacji i komunikacji* oraz edukacji, opieki zdrowotnej i pomocy społecznej. Najmniej optymistycznie obecną koniunkturę oceniają przedsiębiorcy z branży finansów, ubezpieczeń i nieruchomości. Sektor przedsiębiorstw w Polsce nie jest jednorodny, MŚP borykają się z innymi problemami niż duże firmy – to główne wnioski płynące z cyklicznego badania PARP „Koniunktura i otoczenie biznesu”.

W kwietniowym badaniu PARP pytała polskich przedsiębiorców m.in. o to:

  • Jak, w porównaniu z marcem ubiegłego roku, oceniają obecną koniunkturę w polskiej gospodarce oraz w branżach, w których działają?
  • Jaka będzie ich zdaniem koniunktura za trzy miesiące?

Koniunktura dobra, ale było lepiej

Po rekordowo dobrze ocenianym roku 2018, bieżący rok przyniósł mniejszy optymizm w postrzeganiu obecnej i przyszłej koniunktury. Ponad jedna czwarta firm, które uczestniczyły w badaniu uznała, że koniunktura gospodarcza jest lepsza niż przed rokiem. Ponad 40 proc. badanych firm w tym roku uważa że nastąpiło pogorszenie koniunktury, przy czym ok. 30 proc. z nich oceniło je jako nieznaczne.

 

W podobnych proporcjach przedstawiają się wskaźniki dotyczące postrzegania przyszłej koniunktury. Około 20 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy zarówno w polskiej gospodarce, jak i branży, w której działają. Jeśli chodzi o pesymistów, jest ich mniej w odniesieniu do oceny przyszłości własnej branży (34 proc.) niż w ocenie dla ogólnej koniunktury w gospodarce (43 proc.).

Co ciekawe, oceny przedsiębiorców dotyczące postrzegania przez nich ogólnej koniunktury w polskiej gospodarce niemal pokrywają się z postrzeganiem koniunktury w branżach, w których działają – zaznacza Robert Zakrzewski, ekspert PARP.

Co wpływa na zmianę w postrzeganiu koniunktury?

Z przeprowadzonych analiz wynika, że głównymi czynnikami wpływającymi na ocenę obecnej sytuacji gospodarczej są ceny towarów i materiałów, popyt oraz dostępność finansowania. Przy ocenie przyszłej koniunktury kluczowymi problemami dla firm są rosnące koszty zatrudnienia, dostępność wykwalifikowanych pracowników oraz dostępność kredytów.

Bolączki znane od lat

Wzrost cen operacyjnych, pogorszenie terminowości regulowania płatności przez kontrahentów oraz mniejsza dostępność kredytów sprawiły, że 1/3 firm obawiała się utraty płynności finansowej. Był to najwyższy wskaźnik od 2015 r. Niemniej, obraz polskich przedsiębiorców nie jest jednorodny – groźba utraty płynności finansowej oraz problemy, przed którymi stają firmy są zróżnicowane: głównie ze względu na wielkość firmy. Duże podmioty radzą sobie stosunkowo dobrze, podczas, gdy trudności dotykają przede wszystkim firm mikro, małych i średnich. Z kolei te największe podmioty cierpią z powodu wysokich kosztów pracy oraz borykają się z brakiem wykwalifikowanych pracowników.

Odpowiedzią na wspomniane bolączki dotykające MŚP jest Ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia zatorów płatniczych przygotowana przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Przepisy przyjęte przez Sejm 4 lipca br. mają wejść w życie od początku 2020 r.

Więcej informacji nt. badania** znajduje się w „Raporcie o stanie sektora MŚP w Polsce” – 22. edycji publikacji PARP o stanie sektora przedsiębiorstw.

—————

* Branża informacji i komunikacji obejmuje m.in. sektor ICT, działalność wydawniczą, produkcję filmów, nagrań wideo, programów tv, telekomunikację oraz działalność usługową w zakresie informacji.

** Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu badawczego PARP „Panel Polskich Przedsiębiorstw”, przy użyciu techniki CAWI (Computer-Assisted Web Interview) w kwietniu br. z udziałem 448 właścicieli i osób zarządzających firmami działającymi w Polsce.

Sezon urlopowy na polskich drogach – trudny czas dla kierowców ciężarówek

W ubiegłym roku Polacy odbyli ponad 70 milionów podróży, z czego 80 proc. stanowiły wyjazdy na terenie kraju, a pozostałą część – wycieczki zagraniczne.[1] Ci, którzy spędzali wakacje w Polsce, najczęściej podróżowali własnym samochodem. Według raportu SW Research ten środek transportu wybrało blisko 70 proc. respondentów. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie podobnie. Jeżeli dodamy do tego zagranicznych turystów, którzy coraz liczniej przyjeżdżają na wypoczynek do Polski, zakazy i ograniczenia w ruchu związane z trwającymi remontami krajowych dróg i autostrad – na polskich trasach robi się tłoczno i niebezpiecznie. Kto na tym może stracić? Zawodowi kierowcy, którzy na co dzień pokonują setki kilometrów, by dostarczyć towar na czas. Z jakimi utrudnieniami mierzą się trakerzy w wakacje?

Lipiec i sierpień to zdecydowanie najbardziej intensywne miesiące urlopowe Polaków, a kierunek podróży to w dużej mierze nadmorskie kurorty, polskie góry lub Mazury. Przy wyborze zagranicznych wycieczek nadal często pojawiają się takie kraje jak Chorwacja, Bułgaria czy Włochy. Co łączy te kierunki? Środek transportu, ponieważ najczęściej Polacy decydują się na podróż własnym samochodem oraz trasa, przez którą nierzadko biegnie szlak tranzytowy. Skutek? Wzmożony ruch na drogach, zakorkowane przejazdy i strata cennego czasu, szczególnie odczuwalna dla branży transportowej.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Okres letni a w szczególności lipiec i sierpień to intensywny, a zarazem stresujący czas dla polskiej branży transportowej. Na drogach pojawia się znacznie więcej aut, często na trasę wyjeżdżają osoby niedoświadczone w długich podróżach, które na co dzień rzadko lub w ogóle nie podróżują samochodem. Dodatkowym wyzwaniem są zagraniczni turyści, szczególnie ci z zachodnich krajów, którzy coraz chętniej na wczasy przyjeżdżają właśnie do Polski. Te z pozoru nieistotne kwestie mają ogromne znaczenie dla branży, która musi zmierzyć się z zastojami na głównych drogach tranzytowych, zadaniem dostarczenia ładunku na czas, a także intensyfikacją ruchu, a co za tym idzie większą ilością sytuacji potencjalnie niebezpiecznych z udziałem wakacyjnych, często niedoświadczonych kierowców – mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Remonty na wakacyjnych szlakach

Największy problem dotyczy tras prowadzących do kurortów wypoczynkowych nad polskim morzem. Chodzi m.in. o budowaną drogę ekspresową S6, czyli najważniejszą trasę Pomorza, łączącą miasta Polski Północnej od Szczecina po Gdańsk. Jednocześnie stanowi ona połączenie polskich portów morskich, a także trasę dojazdu do dróg obsługujących obszary turystyczne w tym rejonie. Nowy szlak ma być kluczową zmianą na mapie tego regionu, a czas przejazdu ze Szczecina powinien się skrócić o niemal godzinę. Trasa ta umożliwi wyprowadzenie ruchu tranzytowego z wielu miejscowości położonych blisko DK6, jednocześnie wpłynie na rozładowanie korków, szczególnie w okresie letnim. Zanim jednak to się stanie, polscy kierowcy muszą jeszcze podczas tych wakacji zmierzyć się
z utrudnieniami na drodze.

Autostrada A6 to jedna z najważniejszych krajowych dróg komunikacyjnych. Stanowi część korytarza transportowego, który łączy obwód kaliningradzki z Europą Zachodnią. Dla polskich przewoźników z północnej Polski to jedna z głównych dróg, umożliwiających przewóz towarów na Zachód, do Niemiec. W okresie letnim, w związku ze wzmożonym ruchem i odbywającym się remontami, trakerzy mają nie lada wyzwanie, aby podróżować tą trasą – wyjaśnia Wolański.

Podobne utrudnienia czekają na polskich kierowców na drodze ekspresowej nr 7, która dopiero za kilka lat ma się stać najdłuższą trasą szybkiego ruchu w Polsce czy na odcinkach autostrady A1 prowadzącej znad morza do kurortów wypoczynkowych w polskich górach. Polacy podróżują tamtędy do zagranicznych krajów, jak Chorwacja czy Bułgaria. Jeśli dodamy do tego trwające remonty na odcinku Tuszyn – Piotrków Trybunalski i obowiązującą nową organizację ruchu, przejazdy w tych rejonach mogą przysporzyć wiele problemów.

Korek na trasie a tachograf

Zatorów na drodze bardzo nie lubią polscy transportowcy. Utrudnienia w przewożeniu towarów na czas, nieterminowość i nierzadko kary z tym związane, nakładane na polskich przewoźników czy temat rejestrowania czasu jazdy i przestojów za pomocą tachografu to tylko nieliczne z problemów, z którymi muszą się mierzyć truckerzy, szczególnie w miesiącach letnich, kiedy tak zwane korki to codzienność. – Podczas okresów wakacyjnych standardową trasę 400 km, która przy prędkości 90 km/h zajmuje zwykle ok. 4,5 godziny, kierowca pokonuje często z 2-3 godzinnym opóźnieniem. Rozpoczyna się walka z czasem, aby z jednej strony dostarczyć towar w określonym terminie, a z drugiej strony nie przekroczyć czasu pracy, a także prawidłowo zaraportować przestój na drodze – mówi ekspert OCRK.

Wyścig z czasem

Często zastanawiamy się, dlaczego ciężarówki z załadunkiem decydują się wyprzedzać inne pojazdy ciężarowe. Jeśli weźmiemy pod uwagę 90 godzin pracy, jakie do swojej dyspozycji mają kierowcy w dwóch następujących po sobie tygodniach, a także różnicę w prędkości dwóch pojazdów na przykład 3-6 km/h, to okazuje się, że jeden z przewoźników może stracić na tej różnicy od 270 do 540 km – czyli od 3-6 godzin jazdy. Jedni mogą sobie pozwolić na taką stratę lub są po prostu zobligowani do poruszania się z prędkością 84 km/h, dla innych te kilka km może warunkować powrót do domu na czas lub nadrobienie okresu, kiedy stali w korkach.

W dzień na parkingu w nocy na drodze

Kolejnym utrudnieniem, z którym muszą zmierzyć się polscy przewoźnicy, są zakazy ruchu ciężarówek obowiązujące w okresie letnim w całej Europie. W Polsce, w każdy wakacyjny piątek, samochody o dopuszczalnej całkowitej masie przekraczającej 12 ton nie będą mogły poruszać się po drogach od godziny 18:00 do 22:00. W soboty zakaz ten dotyczyć będzie godzin od 8:00 do 14:00, natomiast w niedziele od 8:00 do 22:00. Należy również pamiętać o dniach ustawowo wolnych od pracy, jak np. zbliżający się 15 sierpnia. Zakaz ruchu ciężarówek obowiązuje wtedy w godzinach 8:00-22:00, natomiast w dniu poprzedzających święto – auta te nie mogą poruszać się w godzinach 18:00-22:00. Jeśli kierowcy nie dostosują się do określonych wymogów, przewoźnik może zapłacić łącznie nawet 3 500 zł kary.

Najbardziej problematyczne z punktu widzenia branży jest nie tylko ograniczenie w ruchu transportu, ale także zmęczenie kierowcy, który w ciągu dnia podczas największych upałów jest zmuszony do przebywania w kabinie samochodu, która nie zawsze wyposażona jest w sprawny system klimatyzacji. W takich okolicznościach kierowcy, zmęczeni ogromnymi upałami – wyruszają w nocną trasę. Być może warto zastanowić się nad korektą istniejących zakazów, tak aby zminimalizować również w tym obszarze niebezpieczeństwo dojścia do wypadku drogowego – sygnalizuje Kamil Wolański.

W Niemczech zakaz wakacyjny obowiązuje od 1 lipca do 31 sierpnia na niektórych autostradach i drogach federalnych. W tym okresie tirami nie można poruszać się w soboty w godzinach 7-20. Zakazy ruchu obejmują całą sieć dróg także we wszystkie niedziele oraz święta od północy do godziny 22:00. Ograniczenia dotyczą pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 7,5 tony, a także wszystkich samochodów z przyczepami, niezależnie od ciężaru. Zakazy ruchu we Francji, podobnie jak w Niemczech, dotyczą ciężarówek i zestawów pojazdów o DMC powyżej 7,5 tony. Podróżując przez tę republikę, należy liczyć się z tym, że regułą jest tam brak możliwości jazdy w soboty od godziny 22:00 i w przeddzień świąteczny – także od 22:00 do niedzieli lub święta do 22:00, choć też zdarzają się wyjątki. We Francji najbliższe ograniczenia w ruchu pojawią się 14 i 15 sierpnia.

Sezon urlopowy, sezon wypadkowy

Wakacyjna pogoda i wysokie temperatury często usypiają czujność kierowców i choć z punktu widzenia statystyk jest lepiej, bo w ciągu ostatnich lat liczba poważnych wypadków drogowych z udziałem ciężarówek zmalała prawie o połowę, to nadal problem ten jest widoczny. Szacuje się, że każdego roku na drogach UE dochodzi do ok. 26 000 zdarzeń drogowych, z czego w 15 proc. przypadków biorą w nich udział pojazdy ciężarowe.[2] W samej Polsce, według danych Komendy Głównej Policji – kierowcy tirów są sprawcami zaledwie 6,5 proc. wszystkich wypadków. Ponad połowa wypadków jest spowodowana przez kierowców samochodów osobowych.

Niewątpliwie okres letni to wyzwanie dla branży TSL, która musi być przygotowana na ewentualne utrudnienia w ruchu drogowym, zakazy i obostrzenia występujące nie tylko na polskich, ale i zagranicznych drogach. Remonty i przebudowy infrastruktury drogowej mają usprawnić poruszanie się po trasach i zlikwidować zatory w newralgicznych miejscach na mapie Polski.

[1] GUS, Turystyka w Polsce 2018

[2] Volo Tracks, badanie wypadków drogowych

Mazurska Manufaktura Alkoholi zakończyła zbiórkę crowdfundingową z wynikiem 2,54 mln zł

Mazurska Manufaktura Alkoholi – produkująca wódki i nalewki kraftowe – zakończyła zbiórkę crowdfundingową na portalu Beesfund z ponad 1000 nowych akcjonariuszy na pokładzie. Nabyli oni akcje o łącznej wartości 2,54 mln zł, co plasuje firmę na 5. miejscu w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundingowych. Firma zrealizowała już część prac zaplanowanych w ramach budżetu emisyjnego, a jako kolejny cel wyznacza sobie rewitalizację zabytkowego browaru w Szczytnie.

Mazurska Manufaktura Alkoholi to rodzinna firma z siedzibą w zabytkowym, ponad stuletnim browarze w Szczytnie. Od 2001 roku działała tutaj spółka Tarpan Fabryka Likierów, która pod koniec 2016 roku została przejęta przez Jakuba Gromka. Przedsiębiorca dokonał trwającej dwa lata głębokiej restrukturyzacji firmy, która pozwoliła na zwiększenie możliwości produkcyjnych zakładu i rozszerzenie portfela produktowego. Tak narodziła się Mazurska Manufaktura Alkoholi, która specjalizuje się w produkcji alkoholi mocnych, w tym przede wszystkim wyrobów premium. W maju firma powiększyła swoje portfolio o mało popularne na polskim rynku kraftowe wyroby wysokoprocentowe, tworzone metodami rzemieślniczymi, z najwyższej jakości spirytusu pszeniczno-żytniego i wody z mazurskich źródeł, a także w oparciu o tradycyjne receptury. To właśnie w krafcie Spółka dostrzega szansę na podbicie serc konsumentów, a w przyszłości – na uzyskanie 1 proc. udziałów wartościowych w rynku napojów spirytusowych w dwóch kategoriach: wódka oraz likiery, nalewki i smakowe napoje spirytusowe.

Aby zrealizować założone cele firma rozpoczęła na początku kwietnia kampanię crowdfundingową, w ramach której na platformie Beesfund wyemitowała akcje o wartości 4 mln zł, każda po 29,75 zł. Dzięki zaangażowaniu 1010 nowych akcjonariuszy spółka pozyskała 2 538 924,5 zł. – Jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani finałową kwotą zbiórki. Ponad 2,5 mln zebranych środków daje nam 5. miejsce w zestawieniu największych emisji na platformach crowdfundignowych, po tak znanych markach jak PINTA czy Wisła Kraków – mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i pomysłodawca Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. – Jeszcze bardziej cieszy nas liczba pozyskanych akcjonariuszy, bo to właśnie na zaangażowanej w naszą markę społeczności zależało nam najbardziej. Jest nam bardzo miło, że wśród nowych współwłaścicieli naszej Manufaktury znalazła się m.in. pani Magda Gessler, a także, że czwórka z naszych nowych akcjonariuszy – uznanych ekspertów w swojej branży – dołączyła do Rady Nadzorczej – dodaje Jakub Gromek.

Jeszcze w czasie trwania zbiórki crowdfundingowej Mazurska Manufaktura zrealizowała część planów ujętych w budżecie emisyjnym. – W ramach doposażenia zakładu zamontowaliśmy już nową banderolownicę i zakupiliśmy tanki. Jeszcze w lipcu planujemy rozlew dwóch nalewek kraftowych, a także wprowadzenie na rynek legendarnego na Warmii i Mazurach piwa Jurand, którego wskrzeszenie jest swoistą niespodzianką dla naszych akcjonariuszy – mówi Jakub Gromek z Mazurskiej Manufaktury Alkoholi. Kolejnym celem firmy jest rewitalizacja wspomnianego browaru w Szczytnie, który jest ostatnim z istniejących browarów Warmińsko-Mazurskich. Spółka ma w planach przywrócenie browarowi dawnej świetności, a także jego rozbudowę o hotel ze strefą wellness & SPA.

Revolut ma w Polsce pół miliona użytkowników

  •  Społeczność użytkowników Revolut w Polsce liczy ponad pół miliona osób, co miesiąc dołącza 50 tysięcy
  •  Pół tysiąca pracowników Revolut z krakowskiego biura przeniosło się do nowej siedziby, firma podwoi zatrudnienie
  •  Po udostępnieniu Apple Pay, funkcji Donations, zrzutek Group Vaults, firma zapowiada nowe premiery produktowe

Revolut, jeden z najszybciej rosnących europejskich fintechów, po 6 kwartałach od oficjalnego startu w Polsce ogłosił, że ma nad Wisłą ponad pół miliona użytkowników. Posiadacze kont i aplikacji Revolut w Polsce wykonali w czerwcu transakcje o wartości 1 miliarda złotych. By zapewnić właściwe wsparcie użytkownikom, firma inwestuje i zwiększa zatrudnienie. Pół tysiąca polskich pracowników fintechu przeniosło się właśnie do nowego krakowskiego biura, które jest dziś największym centrum usług Revolut na świecie.

Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce

“Błyskawiczny wzrost popularności Revolut w Polsce zawdzięczamy naszym użytkownikom i temu, że nas polecają. To im należą się podziękowania. Na początku zeszłego roku było nas 30 tysięcy. Dziś jest nas już pół miliona, ale to dopiero początek. Chcemy by usługi finansowe były tanie, bezpieczne i dostępne. By produkty, zarezerwowane tradycyjnie dla klientów VIP, stały się dostępne dla każdego“ – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.

Wakacje i zakupy w sieci

Z badań przeprowadzonych w maju wśród 2000 użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat wynika, że korzystają z aplikacji przede wszystkim podczas wakacji (82%), do bezpiecznych zakupów online (69%), w trakcie wyjazdów służbowych (26%) i realizując przelewy do rodziny (16%). Revolut ułatwia też codzienne rozliczenia, jak dzielenie rachunku w restauracji (17%) i oszczędzanie na konkretne cele, z pomocą sejfów Vault (7%).

“Po sześciu kwartałach, udało nam się rozszerzyć dostęp do kategorii kart wielowalutowych w Polsce. Sprawiliśmy, że zakupy online stały się bezpieczne, dzięki kartom wirtualnym ze zmiennym numerem. Nasi użytkownicy lepiej kontrolują swoje wydatki i nie tracą czasu na proste rozliczenia, jak podział rachunku w restauracji. Teraz na cel weźmiemy kolejne usługi finansowe, mają do nich dostęp nieliczni, my otworzymy je dla wszystkich” – dodaje Karol Sadaj.

Innowacje dla każdego

Revolut udostępnił konsumentom w Polsce szereg nowych rozwiązań. Od początku roku można rezerwować przez aplikację saloniki lotniskowe. Firma poszerzyła liczbę subkont walutowych z 24 do 29. Doszły waluty popularnych wśród Polaków destynacji wakacyjnych, jak kuna Chorwacka i lew Bułgarski. Przydatną innowacją okazało się auto-przewalutowanie. Pozwala kupować 29 walut automatycznie, o ile kurs osiągnie oczekiwany przez nas poziom. Nowością, której pomysł wykiełkował z Polski, są wspólne sejfy Vault, pomocne do realizacji zrzutek na prezent i składkowych imprez. Nie sposób pominąć Apple Pay. Fintech udostępnił opcję płacenia telefonem tuż przed sezonem urlopowym. Najnowszą premierą Revolut jest funkcja Donations, która pozwala wspierać organizacje dobroczynne zaokrąglonymi końcówkami z codziennych płatności.

Jesteśmy dumni. W ciągu zaledwie dwóch tygodni od uruchomienia funkcji Donations użytkownicy Revolut przekazali na cele dobroczynne 250 tysięcy złotych. Najwięcej datków przekazano organizacji Save the Children (45%). Hojniejsi od Polaków okazali się jedynie Irlandczycy i Rumuni. Mikro darowizny można włączyć i wyłączyć w każdej chwili. Wierzę, że Polacy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i funkcję Donations aktywują kolejne osoby” – mówi Karol Sadaj.

To dopiero początek

Revolut obchodzi w tym tygodniu czwarte urodziny (15 lipca). To rok, w którym startup wychodzi poza Europę i staje się marką globalną. W czerwcu fintech ogłosił udostępnienie usługi na kontynencie australijskim. Kolejnym krokiem będzie debiut w Azji i Ameryce. Zagraniczną ekspansję wspierają biura w Londynie (277 pracowników) i Krakowie (554 pracowników). Polski zespół Revolut zajął właśnie 3 piętra z zielonymi tarasami w nowym biurze w Krakowie. Fintech rozwija tu swoje największe centrum usług na świecie.

Revolut stale zwiększa inwestycje i zatrudnienie w Polsce. Wygodna przestrzeń nowego biura w Krakowie ma sprzyjać komfortowi pracy, dynamicznemu rozwojowi zespołu i wzrostowi biznesu w Polsce i na świecie” – mówi Karol Sadaj.

W drugiej połowie roku Revolut weźmie na cel rynek usług inwestycyjnych i otworzy dostęp do bezprowizyjnego handlu akcjami. Produkt będzie tani, prosty i dostępny dla każdego. Fintech planuje rozwinąć ofertę dla firm i dopasować ją do potrzeb przedsiębiorców na lokalnych rynkach. Firma będzie kontynuować prace nad kartą dla dzieci i zaprosi do usługi Donations kolejne organizacje charytatywne.

Dane osobowe dłużnika a RODO – rejestr długów, giełda wierzytelności, windykacja

W 2016 roku Parlament Europejski zobowiązał wszystkie kraje członkowskie UE do wdrożenia rozporządzenia o ochronie danych osobowych, w skrócie RODO. Co dzieje się, gdy informacje o dłużniku trafiają do publicznego rejestru długów? Czy osoba zadłużona może wnioskować – w imię ochrony prywatności – o usunięcie swoich danych? W jaki sposób wierzyciele powinni chronić dane osób zadłużonych?

Co w polskim prawie zmieniło rozporządzenie RODO? Przede wszystkim spowodowało konieczność nowelizacji ustawy o ochronie danych osobowych z 1997 roku, która została zastąpiona nową ustawą z dnia 10 maja 2018 roku. Rolę Generalnego Inspektora Danych Osobowych przejął Urząd Ochrony Danych Osobowych (w skrócie: UODO) na czele z Prezesem tegoż Urzędu (PUODO). Wszystkie polskie przedsiębiorstwa, także te, które świadczą usługi windykacyjne, musiały dostosować swoją politykę do przepisów RODO. Co to oznacza w praktyce? Oto trzy najczęściej spotykane przypadki, w których RODO i windykacja mają wspólny mianownik.

Przypadek 1:

Dane osobowe dłużnika w rejestrze długów

Często słyszy się, że osoby zadłużone nie wyraziły zgody na wpisanie ich do rejestru dłużników ze względu na ochronę danych osobowych i rozporządzenie RODO. Czy nowe przepisy „chronią” dłużników przed upublicznieniem ich danych w takich rejestrach?

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

– Gdyby faktycznie tak było, należałoby podważyć sens działania biur informacji gospodarczej. To podmioty, które – co do zasady – przetwarzają dane osób zadłużonych, by informować o niespłaconych zobowiązaniach. Ochrona danych osobowych nie będzie uznana za usprawiedliwienie dla unikania terminowego regulowania zobowiązań, mimo tego, iż RODO wprowadziło wiele zmian prawnych w dotychczasowych przepisach podnoszących poziom ochrony. Jedynie wywiązywanie się ze zobowiązań i płacenie swoich długów pozwoli uchronić dłużnika przed tym, by jego dane nie były upubliczniane w jednym z rejestrów – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami windykacyjnymi zrzeszonymi w jej strukturach prowadzi kampanię edukacyjną „Windykacja? Jasna Sprawa”.

Biura Informacji Gospodarczej (a jest ich w Polsce kilka) działają w oparciu o ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Na podstawie tych przepisów dłużnik ma prawo sprzeciwu dotyczącego przetwarzania jego danych. Między innymi wtedy, gdy są one niewłaściwe (np. jest błąd w nazwisku) lub podana kwota zadłużenia jest inna niż w rzeczywistości. Osoba zadłużona może wnioskować o usunięcie swoich danych z rejestru, ale musi to dobrze udokumentować (np. przedstawić dowody, że jej zadłużenie zostało uregulowane lub jej nie dotyczy). Czy Biura Informacji Gospodarczej, wzorem innych podmiotów przestrzegających rozporządzenia RODO, muszą informować wszystkich dłużników, że ich dane są przetwarzane i widnieją w bazach? Nie – same BIG-i nie mają takiego obowiązku, zwłaszcza, że niejednokrotnie posiadają wiele takich informacji. O zamiarze wpisu do rejestru musi jednak zawiadomić zadłużonego sam wierzyciel.

– Pamiętajmy, że wierzyciel musi poinformować zadłużoną osobę lub firmę o zamiarze wpisania jej do danego Biura Informacji Gospodarczej. Powinien wysłać mu listownie lub wręczyć osobiście wezwanie do zapłaty ze specjalnym zapisem o tym, że brak zapłaty może spowodować dopisanie informacji gospodarczej o zadłużeniu do rejestru prowadzonego przez konkretny BIG. Jeśli do kilku BIG-ów, to wtedy powinien wpisać w takiej klauzuli informacyjnej nazwy wszystkich, do których zostanie dopisana informacja o zadłużeniu. Dzięki temu zadłużony wie, że jego dane mogą, zgodnie z prawem, być przekazane do konkretnego BIG-u lub nawet do wszystkich działających BIG-ów – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Przypadek 2:

Dane osobowe dłużnika na giełdzie wierzytelności

Zadłużenie, zarówno osoby prywatnej jak i firmy, można wystawić na tzw. giełdzie wierzytelności, czyli platformie umożliwiającej odsprzedanie go innemu wierzycielowi. Firma, która wystawia dług na sprzedaż publikuje wtedy nie tylko kwotę zadłużenia, podstawę roszczenia i cenę, za jaką chce je odsprzedać, ale również dane osobowe dłużnika. W przypadku osób fizycznych – imię, nazwisko, miasto zamieszkania i kod pocztowy. Czy robi to zgodnie z prawem?

– Wyniki kontroli UODO, czyli Urzędu Ochrony Danych Osobowych potwierdzają, że giełdy wierzytelności działają zgodnie z unijnym rozporządzeniem, a publikowanie danych osobowych dłużników na stronach internetowych takich giełd jest zgodne z prawem – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Warto też pamiętać, że za poprawność danych, które są publikowane w takim serwisie odpowiada przedsiębiorca, który je tam zamieszcza. Dłużnik może zakwestionować poprawność swoich danych. W takich przypadkach (aż do chwili wyjaśnienia sprawy) dane osobowe są ukrywane.

Przypadek 3:

Przetwarzanie danych osobowych w procesie windykacji

Warto pamiętać, że rozporządzenie RODO dotyczy również danych osobowych dłużników przetwarzanych w procesie windykacji przez wierzycieli (w tym firmy windykacyjne). Zgodnie z RODO, przesłanką do tego, by przetwarzać czyjeś dane osobowe są „prawnie uzasadnione interesy”. Jeżeli celem jest dochodzenie roszczenia (czyli odzyskanie długów) to wierzyciel może przetwarzać dane dłużnika – również wtedy, gdy nie uzyskał na to jego zgody. Gdy wierzyciel osiągnie swój cel (czyli odzyska dług) powinien zaprzestać przetwarzania danych osobowych i usunąć je. Powyższe zasady dotyczą również tych instytucji, które uzyskały prawo do danej wierzytelności w oparciu o umowę cesji.

– Firmy zarządzające wierzytelnościami powinny dokładać wszelkiej staranności w kwestii ochrony danych osobowych dłużników. To oczywiste i niezwykle ważne, by dane te nie były wykorzystywane do innych celów niż do tych, do których zostały one przekazane – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

 

Zasady Dobrych Praktyk Windykacyjnych

Profesjonalne firmy windykacyjne zrzeszone w Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych są zobowiązane do przestrzegania w codziennej pracy Zasad Dobrych Praktyk. To obszerny dokument, który określa m.in. w jaki sposób powinna wyglądać komunikacja z osobą zadłużoną (w tym korespondencja, rozmowy telefoniczne, czy wizyty przedstawiciela terenowego), jakie są praktyki zakazane i niedozwolone, jak chronić dane osobowe. Kluczowe jest zachowanie tajemnicy i pełna ochrona danych osobowych oraz niewykorzystywanie ich do celów innych niż do tych, do których zostały udostępnione.

Jeżeli zatem firma windykacyjna kontaktuje się z osobą zadłużoną i chce negocjować uregulowanie należności, dłużnik ma prawo wiedzieć skąd pozyskała jego dane i w jaki sposób je przetwarza. Dane osobowe powinny być objęte tajemnicą, a to oznacza, że firmie windykacyjnej nie wolno informować rodziny, sąsiadów, czy współpracowników, że osoba ma zadłużenie.

Warto pamiętać, że ochrona danych osobowych nie może być pretekstem do unikania swoich zobowiązań, a mimo zmian w prawie jedna rzecz pozostała niezmienna – uniknięcie wpisu do rejestru dłużników jest możliwe tylko wtedy, gdy opłaci się faktury oraz rachunki w terminie. Dobrze jednak znać swoje prawa dotyczące danych osobowych, także wtedy, gdy są one przetwarzane przez wierzycieli.

Czy sztuczna inteligencja pomoże polskim drużynom dostać się do europejskich pucharów?

W FC Liverpool, który triumfował w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, analizą danych dotyczących gry zarówno całej drużyny, jak i poszczególnych zawodników zajmuje się 15 specjalistów. Mniejsze kluby, takie jak Piast Gliwice walczący o awans do najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych na świecie, nie mogą sobie na to pozwolić. Dobrym rozwiązaniem może być dla nich skorzystanie z usług zewnętrznych firm analitycznych, takich jak SciSports, które w swojej pracy wykorzystują sztuczną inteligencję.

Piast Gliwice, zremisował w zeszłym tygodniu pierwszy, wyjazdowy mecz eliminacji Ligi Mistrzów z BATE Borysów. Mistrz Białorusi posiada większe doświadczenie w europejskich pucharach od mistrza Polski, dlatego przed rewanżem drużyna ze Śląska musi mieć się na baczności i dobrze przygotować do tego spotkania. Z pewnością sztab szkoleniowy będzie dokonywał wielu analiz stylu gry przeciwnika, ale również wewnętrznych, dotyczących zawodników Piasta.

Obecnie wyzwanie nie polega na zdobyciu dostępu do danych, gdyż jest ich bardzo dużo. Bez większego problemu można dotrzeć do nagrań z archiwalnych spotkań drużyny przeciwnej, których analiza mówi dużo o jej stylu gry. Wyzwanie stanowi właściwa selekcja tych informacji. Sztab szkoleniowy nie może otrzymać wszystkich informacji, gdyż nie byłby w stanie przyswoić ich w dość krótkim czasie i wyciągnąć właściwych wniosków. Tutaj pojawiają się systemy analityczne, które pozwalają zaprezentować informacje w przystępny, przejrzysty i zrozumiały sposób osobom, które na co dzień nie zajmują się analityką – mówi  Łukasz Leszewski, Lider praktyki Data Management w SAS Polska.

19,6 TB danych na mecz

Zanim komputer będzie zdolny do prowadzenia analiz wspierających sztab szkoleniowy najpierw musi nauczyć się samej gry, tzn. jak odróżniać zawodników od innych obiektów, w tymi piłki, która też porusza się po boisku. Informacje, które analizuje maszyna pochodzą z 14 kamer rozmieszczonych wokół boiska. Podczas spotkania każda z nich generuje 1,4 TB danych, co daje 19,6 TB danych na mecz. Eksperci SciSports analizują 2000 meczów tygodniowo. Wszystkie zebrane informacje składają się na ogromną bazę danych. Niektóre z nich są wykorzystywane do długofalowych działań, opracowywania skutecznych strategii taktycznych i szkoleniowych. Inne są wykorzystywane jeszcze w trakcie trwania meczu. W tym przypadku niezbędne jest przeprowadzenie analiz w czasie rzeczywistym. Technologia edge computing pozwala na prowadzenie analiz z poziomu poszczególnej kamery, co znaczenie przyśpiesza cały proces. Dzięki chmurze obliczeniowej wyniki można odczytywać z dowolnego miejsca, co jest niezwykle przydatne w przypadku meczów wyjazdowych.

Football Manager w prawdziwym świecie

Inspiracją dla założycieli firmy SciSports, która obecnie prowadzi analizy dla takich klubów, jak: Feyenoord Rotterdam, FC Basel, Leeds United czy Ajax Amsterdam była popularna gra Football Manager, która umożliwia wcielenie się w rolę osoby zarządzającej klubem piłkarskim. Gracz odpowiada zarówno za ustalanie taktyki, jak i negocjacje kontraktów z zawodnikami czy kontakty z mediami. Gracz musi również monitorować w jakiej formie są piłkarze, dbać o morale, gdyż ich nastrój ma wpływ na grę na boisku. Kluczem do osiągnięcia sukcesu w Footbal Managerze jest m.in. właściwa polityka transferowa, a także szkolenie utalentowanych zawodników, których można następnie sprzedać z zyskiem do innego klubu. Football Manager zyskał miano gry kultowej, ponieważ niezwykle wiernie oddaje ona realia profesjonalnego futbolu. W rzeczywistości kluby piłkarskie prowadzą podobne działania, z tą różnicą, że stawką są ogromne pieniądze.

Komputer zdecydował o przyszłość gwiazdy Manchesteru United

Eksperci SAS i SciSports podkreślają, że za każdym projektem analitycznym w sporcie kryją się historie prawdziwych zawodników, a obliczenia dokonywane przez komputer mają niekiedy duży wpływ na ich losy. Przykład stanowi kariera holenderskiego napastnika Memphisa Depaya. Po udanym występie na Mistrzostwach Świata w Brazylii i zdobyciu tytułu króla strzelców holenderskiej Eredivisie w sezonie 2014/2015, w barwach PSV Eindhoven, przeszedł do Manchesteru United. Niestety w lidze angielskiej nie odnosił już tak spektakularnych sukcesów i po dwóch sezonach musiał szukać nowego klubu. Chcąc dokonać dobrego wyboru skorzystał z pomocy specjalistów SciSports. System analityczny pomógł mu zdecydować gdzie powinien się przenieść w oparciu o analizę celów zawodnika, a także jego stylu gry. Te informacje skorelowano z danymi dotyczącymi klubów, które złożyły ofertę na zakup Memphisa. Ostatecznie wybór padł na Olympique Lyon, gdzie Depay stał się kluczowym zawodnikiem drużyny, a jego kariera wróciła na właściwe tory.

Kiedy, jeśli nie dziś

Zmienność jest w fazie wakacyjnego zaniku, ale wtorkowa sesja przynosi kilka odczytów, które mają potencjał by wyrwać rynki z marazmu. Będą to dziś sprzedaż detaliczna z USA a wcześniej raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii oraz indeks ZEW oddający nastroje w niemieckiej gospodarce.

Jeśli chodzi o dane z USA to uważamy, że istnieje większe pole do rozczarowań, zwłaszcza w przypadku kategorii bazowej sprzedaży detalicznej. Tu poprzeczka oczekiwań jest szczególnie wysoko postawiona. Fed nie bierze pod uwagę zaniechania luzowania pod wpływem pozytywnych sygnałów z gospodarki, dlatego rynek powinien wygaszać umocnienie dolara po dobrych odczytach. Podobnie może być z danymi z Wielkiej Brytanii. Rynek pracy jest mocno rozgrzany, a prawdziwymi problemami dla funta są pogłębiająca się brexitowa niepewność i gołębi zwrot w wykonaniu Banku Anglii. Spodziewamy się, że w szerszym horyzoncie funt będzie tracił na wartości względem euro.

Do wykrystalizowania się tej tendencji potrzebne będą dobre dane z Eurolandu, a tych ciągle nie widać. Podobnie widzimy zresztą perspektywy takich par jak EUR/CHF, czy nawet EUR/USD. W tym ostatnim przypadku nasze długoterminowe prognozy wzrostu notowań opieramy na założeniu, że Europejski Bank Centralny po cięciu stóp we wrześniu stanie pod ścianą i właściwie wyczerpie dostępne mu instrumentarium a Fed po cyklu podwyżek z ostatnich lat ma znaczną przestrzeń do redukcji kosztu pieniądza bez odwoływania się do niekonwencjonalnych narzędzi. Przed dzisiejszym odczytem ZEW nie jest zakładana poprawa koniunktury.

Sporo informacji trafia na rynek także z Antypodów. Inflacja w Nowej Zelandii odbiła zgodnie z oczekiwaniami, ale tendencja ta wynika z trendów w cenach paliw a nie intensyfikacji wzrostu presji ze strony kategorii bazowych. Nie uważamy, że RBNZ będzie zmuszony by w najbliższych miesiącach luzować politykę. Zupełnie inaczej postrzegamy perspektywy polityki RBA. W opublikowanych w nocy minutkach z lipcowego posiedzenia co prawda nie ma jednoznacznych sugestii, że luzowanie jest bliskie i nieodzowne (a tak było poprzednio), ale władze monetarne zachowują łagodne nastawienie. A tak się składa, że raport ten ujrzy światło dzienne w tym tygodniu. Notowania AUD/USD nie mogą wyjść nad opór 0,7040, co jest jednoznacznie negatywnym sygnałem. W obecnej sytuacji naszym zdaniem do zdyskontowania słabości australijskiej waluty, najbezpieczniejszym wehikułem są krótkie pozycje na AUD/CAD.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Jak powinna wzrosnąć płaca minimalna w 2020 roku?

W ramach prac Rady Dialogu Społecznego toczyły się negocjacje w sprawie ustalenia wysokości płacy minimalnej na 2020 rok. Propozycja rządu zakładała podniesienie najniższego wynagrodzenia o 200 złotych brutto miesięcznie – z 2250 złotych obecnie do 2450 złotych. Federacja Przedsiębiorców Polskich w swoich propozycjach poszła nawet dalej niż strona rządowa. Zaproponowała wzrost do 2500 złotych brutto miesięcznie. To dobre rozwiązanie zarówno dla pracowników, jak i przedsiębiorców.

– Z rozmów z członkami naszej organizacji wynika, że według realiów rynkowych stawki oferowane obecnie pracownikom nie są niższe niż 2,5 tysiąca złotych miesięcznie – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – To normalne w dzisiejszych warunkach niskiego bezrobocia i niedoboru pracowników. Dla firm działających na rynku zamówień publicznych ważne jest, aby wysokość pensji minimalnej odpowiadała rzeczywistym relacjom na rynku pracy. To właśnie podwyżka najniższej płacy proponowana przez rząd może stanowić podstawę do waloryzacji wynagrodzenia wykonawców realizujących kontrakty. Dlatego w ocenie FPP podwyżka w kwocie 250 złotych byłaby neutralna dla większości przedsiębiorców. Jednocześnie stanowiłaby bardzo istotne wsparcie dla firm realizujących zamówienia publiczne. Należy zauważyć, że większa podwyżka spowodowałaby też wzrost wpływów do sektora finansów publicznych z tytułu wyższych wpłat składek na ubezpieczenie społeczne oraz zaliczek na podatek dochodowy. FPP proponuje, aby część tych dodatkowych przychodów przeznaczyć na obniżenie klina podatkowego dla najniżej zarabiających. Zwiększenie kosztów uzyskania przychodu dla pracowników mogłoby wynieść aż trzykrotność kwoty, z którą mamy do czynienia obecnie.To stanowiłoby duże wsparcie dla wielu Polaków – zwłaszcza tych z najniższym wynagrodzeniem. W ten sposób część płaconych przez nich danych wróciłoby do ich kieszeni. Przeciwdziałałoby to wzrostowi klina podatkowego w tej grupie pracowników – ocenił Kozłowski.

Rynki wyceniają obniżkę stóp procentowych

Wystąpienie przewodniczącego Rezerwy Federalnej poprawiło nastroje na rynkach akcji. Według analityków wystąpienie Jerome Powell w zasadzie przypieczętowało lipcową obniżkę stóp procentowych za oceanem, co dodatkowo osłabiło dolara. Inwestorzy szacują z ponad 80 procentową pewnością, że stopa funduszy federalnych zostanie obniżona o 25 pb w lipcu, a na niecałe 20 procent oceniane jest prawdopodobieństwo cięcia o 50 pb. Będzie to pierwsza obniżka kosztów kredytu w USA od ponad 10 lat. Posiedzenie Fed, na którym prawdopodobnie zostaną obniżone stopy procentowe jest zaplanowane na 30-31 lipca.

W Polsce, na koniec ubiegłego tygodnia GPW zanotowała umiarkowane osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 0,19%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) straciły 0,95%, natomiast indeks małych i średnich spółek (sWIG80) zakończył tydzień wzrostami +0,42%.

Trzeci tydzień lipca (15-19.07.2019) przyniesie wiele danych z polskiego rynku. We wtorek (16.07.2019) poznamy dane o inflacji, w środę zostaną ujawnione dane dotyczące zmian na polskim rynku pracy (m. in. o zatrudnieniu oraz średnim wynagrodzeniu), w czwartek będziemy mieli szanse zapoznać się z danymi dotyczącymi produkcji przemysłowej. Z kolei w piątek opublikowane zostaną dane o sprzedaży detalicznej. Na rynkach globalnych oczy inwestorów będą skierowane na wtorkową publikację danych o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w USA.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Ceny rosną coraz szybciej, głównie przez drożejącą żywność. Jeśli ceny paliw pójdą w górę, inflacja może sięgnąć 4 proc.

Ceny rosną coraz szybciej, głównie przez drożejącą żywność. Jeśli ceny paliw pójdą w górę, inflacja może sięgnąć 4 proc. 1

Choć latem zazwyczaj ceny rosły wolniej niż zimą, zwłaszcza ceny żywności, w tym roku inflacja nie odpuszcza, a najmocniej drożeją właśnie podstawowe produkty spożywcze. Ekonomiści spodziewają się również wzrostu cen paliw ze względu na drożejącą ropę naftową oraz kolejnego impulsu inflacyjnego w postaci świadczeń socjalnych. W tej sytuacji nie jest wykluczone, że inflacja przekroczy wyznaczoną przez Narodowy Bank Polski górną granicę celu inflacyjnego, czyli 3,5 proc.

– Inflacja szybko rośnie, ale nadal nie jest wysoka. Rośnie przede wszystkim ze względu na wzrost popytu konsumpcyjnego. W koszyku, który jest brany pod uwagę do oszacowania wskaźnika cen detalicznych, największy wpływ mają wzrosty cen żywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Artur Walasik z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – Niepokojące jest to, że w praktyce zazwyczaj okresy letnie oznaczały raczej spadek inflacji, a nie jej wzrost. Jeżeli dołożymy do tego to, że w drugiej połowie roku napłyną kolejne środki związane z rozszerzeniem programu 500+, to presja inflacyjna może być jeszcze większa.

Według szybkiego szacunku inflacji Głównego Urzędu Statystycznego za czerwiec 2019 roku średnie ceny towarów i usług wzrosły o 2,6 proc. rok do roku. To najmocniej od listopada 2012 roku i także od tego czasu po raz pierwszy tempo wzrostu cen przekroczyło cel inflacyjny (2,5 proc.), choć pozostaje w dopuszczalnym paśmie wahań (+/-1 pkt proc.). Jednak według prognoz banku Santander na początku przyszłego roku ceny mogą rosnąć nawet w tempie 4 proc. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce siedem lat temu – w lipcu 2012 roku. Referencyjna stopa procentowa NBP wynosiła wtedy 4,75 proc. Obecnie (od ponad czterech lat) jest na poziomie 1,5 proc.

– Jest to rok wyborczy, mamy do czynienia z bardzo ekspansywną polityką fiskalną, czyli obniżaniem podatków i zwiększaniem wydatków. Jeżeli bank centralny będzie chciał podjąć pewne działania zapobiegające wzrostowi cen, to będzie się to wiązało z koniecznością podwyższenia stóp procentowych. Natomiast nie ma tych deklaracji, nie ma takiej woli po stronie rządu, czyli jest to polityka, która będzie miała wyraźnie skutek w postaci wzrostu cen – przewiduje Artur Walasik. – Są pewne czynniki niezależne od nas, które mają wpływ na wskaźnik cen detalicznych, chociażby ceny ropy naftowej. To jest sytuacja szczególna, bo inflacja rośnie, mimo że ceny paliw nie są odpowiedzialne za ten wzrost. Więc rzeczywiście obawy niektórych ekonomistów, że jest to pierwszy sygnał przed czekającą nas jeszcze wyższą inflacją mogą się spełnić.

Głównym czynnikiem podbijającym wzrost cen jest żywność i napoje bezalkoholowe, która to kategoria waży najwięcej w koszyku inflacyjnym obliczanym przez GUS, bo 24,89 proc. W maju podrożała ona o 5 proc. rok do roku, a ceny ogółem o ponad połowę mniej, bo o 2,4 proc. Co więcej, najmocniej drożeją podstawowe artykuły, takie jak mąka i pieczywo (odpowiednio o 9 proc. i 9,8 proc. rdr), wieprzowina (12,2 proc.) czy warzywa (22,6 proc.), a także cukier (19,9 proc.), z tym że ten ostatni wcześniej staniał o niemal jedną trzecią, po tym, jak Unia Europejska uwolniła rynek cukru jesienią 2017 roku. Co więcej, drożeją też surowce: pszenica w skupie podrożała w ujęciu rocznym o 17,5 proc., trzoda chlewna – o 31,1 proc.

Sytuacja musiała zaskoczyć także Narodowy Bank Polski, bo o ile w marcowym „Raporcie o inflacji” jego ekonomiści spodziewali się wzrostu cen żywności w tym roku o 2,2 proc., to w lipcowej edycji było to już 3,8 proc.

– Przewiduję, że w 2019 roku wzrost inflacji rok do roku nie będzie znacząco wyższy, niż odnotowujemy dzisiaj. Natomiast mając na uwadze prognozy w dłuższej perspektywie, możemy się spodziewać presji inflacyjnej. Jeżeli do tego dołożyłyby się zawirowania na Bliskim Wschodzie, których konsekwencją byłby wzrost cen ropy naftowej, to 4-proc. inflacja w przyszłym roku jest prawdopodobna – uważa ekonomista.

Tylko w ciągu ostatniego miesiąca ceny ropy naftowej wzrosły o 14 proc., a od początku roku podrożała ona o 33 proc. Tymczasem paliwa do prywatnych środków transportu podrożały od stycznia do maja tylko o 6,1 proc., a benzyny – tylko o 4,2 proc. Wzrost cen ropy naftowej to głównie efekt porozumienia państw OPEC i kilkunastu innych producentów ropy, w tym Rosji, w sprawie ograniczenia produkcji o 1,2 mln baryłek dziennie. Na początku lipca zostało ono przedłużone na kolejnych dziewięć miesięcy, a uczestniczące w nim państwa podpisały umowę o stałej współpracy.

– Na pewno zaskakujące jest to, że ceny paliw nie rosną tak szybko jak rosły w latach poprzednich, ale to jest raczej konsekwencja tego, co dzieje się poza Polską. Natomiast ceny ropy naftowej, a podążające za tym również ceny paliw, mogą być w jakiś sposób ograniczane przez rząd, bo tu możliwe jest wycofanie się z pewnych opłat, które są w cenie paliwa – tłumaczy Artur Walasik. – Jeżeli w dłuższej perspektywie będziemy mieli do czynienia z jakimiś politycznymi zawirowaniami, to te ceny przełożą się również na ceny dóbr konsumpcyjnych.

Polskie firmy bardzo powoli przekonują się do inwestycji na Czarnym Lądzie. Mimo że oferuje chłonne rynki i młodą kadrę

Polskie firmy bardzo powoli przekonują się do inwestycji na Czarnym Lądzie. Mimo że oferuje chłonne rynki i młodą kadrę 2

Gros polskich eksporterów koncentruje się na rynkach rozwiniętych, zwłaszcza unijnych. Te jednak wymagają bardzo wysokiej jakości i są już nasycone, trudno więc konkurować na nich inaczej niż ceną. Zdaniem Roberta Zduńczyka z Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia to właśnie wybrane kraje tego kontynentu będą w nadchodzących latach dawać szansę na wzrost i zwrot z inwestycji. Ta wymaga jednak cierpliwości, pracy i czasu.

– Skala inwestycji polskich przedsiębiorców w Afryce jest cały czas niewielka, natomiast widać pozytywną zmianę w dynamice – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Zduńczyk, założyciel i prezes Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia. – Kilka lat temu można było te inwestycje dosłownie liczyć na palcach jednej ręki, w tej chwili w sumie jest ich kilkadziesiąt w różnych branżach. Często przedsiębiorcy zaczynają np. od branży turystycznej, ale są również inwestycje w branży przetwórstwa przemysłowego, co jest z kolei bardzo istotne dla krajów afrykańskich.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu od ubiegłego roku prowadzi w Afryce dziewięć zagranicznych biur handlowych: w Abidżanie (Wybrzeże Kości Słoniowej), Addis Abebie (Etiopia), Algierze (Algieria), Casablance (Maroko), Dakarze (Senegal), Johannesburgu (RPA), Kairze (Egipt), Lagos (Nigeria) i Nairobi (Kenia). Tylko w ubiegłym roku odnotowały one 700 zapytań polskich firm zainteresowanych eksportem i inwestycjami w Afryce. W połowie czerwca zakończył się też nabór wniosków na wsparcie ekspansji do Egiptu, Algierii i RPA w ramach Polskich Mostów Technologicznych. Jak mówią przedstawiciele PAIH, w tych krajach jest duże zapotrzebowanie na inwestycje z dziedzin przetwórstwa żywności, IT czy wyposażenia medycznego.

– Ktoś powiedział, że w Afryce można kamień rzucić i z niego drzewo wyrośnie. To oddaje to, co się dzieje na tym kontynencie. Twierdzę, że jest to kontynent XXI wieku z kilku powodów – tłumaczy Robert Zduńczyk. – Przede wszystkim przemawia za tym demografia. Jest to bardzo młody kontynent, za tym idzie ogromna energia ludzi, którzy tam mieszkają, często niezaspokojona, stąd różnego rodzaju problemy i presje, m.in. dotyczące migracji. Inwestowanie na miejscu jest bardzo istotne również ze społecznego punktu widzenia. Dzięki inwestycją ludzie, którzy tam mieszkają, mają możliwość godnego życia na miejscu.

Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego kilka afrykańskich krajów rozwijać się będzie w tym roku w imponującym tempie: Rwanda – 8,6 proc., Etiopia – 7,7 proc., Wybrzeże Kości Słoniowej – 7,4 proc., Senegal i Uganda – po 6,2 proc., Egipt – 5,5 proc. Pod względem demograficznym kontynent ten będzie się rozwijać równie szybko: o ile w 2015 roku na całym kontynencie było tylko sześć miast z liczbą mieszkańców przekraczającą 5 mln, o tyle w 2030 roku ich liczba wzrośnie do 17, przy czym 5 z nich będzie miało ponaddziesięciomilionową populację. Jak zauważa firma konsultingowa McKinsey, produkcja przemysłowa w Afryce wzrośnie z 500 mld dol. dwukrotnie w czasie najbliższej dekady.

– Obiecujące są wszystkie branże związane z rosnącą liczbą ludności, a więc przede wszystkim rolnictwo i przemysł przetwórstwa żywności – mówi prezes Fundacji Ekonomicznej Polska–Afryka Wschodnia. – Afryka to obecnie jeden wielki plac budowy, w związku z tym ważne są wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia związane z rynkiem budownictwa czy rynkiem okołobudowlanym, jak materiały budowlane, osprzęt budowlany. Kiedyś nie było zapotrzebowania na tego typu produkty i usługi. Jeszcze 10 lat temu rusztowania były robione z drewna, z bambusa, w tej chwili na większości dużych budów widać już duże, profesjonalne rusztowania z rur metalowych czy aluminiowych. Na każdym kroku widać ten postęp.

Podkreśla jednak, że inwestycje na Czarnym Lądzie trzeba traktować długoterminowo i nastawiać się na trwałą współpracę. Zwłaszcza że nie brakuje konkurencji. Bardzo intensywnie zagospodarowują ten kontynent Chińczycy, którzy odpowiadają za 12 proc. produkcji. Jak wskazują dane, w Afryce działa 10 tys. chińskich firm, zatrudniających głównie Afrykanów, przy czym 85 proc. tych przedsiębiorstw to firmy prywatne.

– Na Afrykę nie można patrzeć przez pryzmat tego, jak szybko można zarobić. To jest błędne myślenie – zastrzega Robert Zduńczyk. – Tam trzeba po prostu współpracować z ludźmi tak, żeby oni również się rozwijali. To jest taka sama sytuacja, jaką mieliśmy w Polsce na początku lat 90., więc powinno nam być łatwiej zrozumieć potrzeby ludzi po tamtej stronie.

E-sport pilnie poszukuje pracowników. Pracodawcy sami muszą ich kształcić

E-sport pilnie poszukuje pracowników. Pracodawcy sami muszą ich kształcić 3

Rozwój e-sportu spowodował powstanie wielu profesji, które do tej pory nie istniały i nie ma jeszcze szkół ani studiów, które by takich pracowników przygotowywały – mówi Aleksander Szlachetko, dyrektor ESL Polska. Dlatego zadanie to przejmują pracodawcy z branży. Firmy potrzebują wielu nowych pracowników, ale na rynku brakuje kadr. Praca w e-sporcie może być atrakcyjną ścieżką kariery dla młodych, bo oznacza de facto współtworzenie tego sektora, możliwość łączenia hobby z pracą i częstego podróżowania.

E-sport w znacznym stopniu zmienia rynek pracy. Zatrudniamy ponad setkę pracowników, a jesteśmy tylko jednym z wielu graczy na rynku e-sportowym. Co istotne, pracują u nas ludzie, którzy nie byli do tych zawodów bezpośrednio przygotowywani. W praktyce pozyskujemy z rynku specjalistów różnych dziedzin, np. telewizji, z zakresu projektowania czy programowania, którzy mają solidny warsztat, ale samego rynku e-sportowego, gamingu najczęściej uczą się u nas – mówi agencji Newseria Biznes Aleksander Szlachetko, dyrektor zarządzający ESL Polska.

W raporcie z lutego br. analitycy Newzoo prognozują, że w tym roku globalnie e-sport wygeneruje przychody w wysokości 1,1 mld dol., co będzie oznaczać prawie 27-proc. wzrost rok do roku. Ponad 80 proc. tej kwoty (897,2 mln dol.) będzie pochodzić z inwestycji marek (np. prawa medialne, reklama, umowy sponsorskie). Z kolei liczba widzów e-sportu sięgnie w tym roku już blisko 454 mln, w tym ponad 201 mln entuzjastów i 252,6 mln widzów okazjonalnych (wzrost o 15 proc. rok do roku). Profesjonalni gracze e-sportu z całego świata dziś niczym nie różnią się od najlepiej opłacanych gwiazd tradycyjnego sportu.

Polska jest jednym z większych e-sportowych rynków (ponad 1 086 zawodników i 2,8 mln fanów), obok Niemiec, Hiszpanii czy Szwecji. We wrześniu ubiegłego roku powstał oficjalnie Polski Związek Sportów Elektronicznych, który stawia sobie za cel m.in. promowanie e-sportu. Wirtualny sport jest jednym z najszybciej rosnących segmentów rynku rozrywki, co powoduje duże zapotrzebowanie na nowych pracowników.

– Mamy w tej chwili sporą potrzebę, żeby zatrudniać nowych specjalistów i musimy przyznać, że jest ich na rynku niedosyt – mówi Aleksander Szlachetko. – E-sport wytworzył sporo zawodów, które do tej pory nie istniały i nie ma jeszcze szkół, studiów, które by takich pracowników przygotowywały. W tej chwili to zadanie spoczywa w głównej mierze na barkach pracodawców.

Wyszkolenie pracowników jest problemem, bo elektroniczny sport to relatywnie nowa dziedzina, ale już pojawia się coraz więcej edukacyjnych inicjatyw, ukierunkowanych na tę branżę. Dla przykładu AWF Katowice uruchomiła podyplomowe studia na kierunku „zarządzanie e-sportem”, a sieć techników TEB Edukacja od września wprowadzi nowy, autorski program nauczania z zakresu e-sportu, przygotowany w porozumieniu z Esports Association.

– Klasy e-sportowe są bardzo fajnym pomysłem. One nie kształcą graczy, ale raczej przygotowują do pracy na rynku e-sportowym, dają podstawy wiedzy o tym, czym jest rynek gamingowy. Są klasy, które dodatkowo mają też zajęcia z projektowania i programowania. Nawet jeżeli ktoś w przyszłości nie chciałby pracować w e-sporcie, to są bardzo przydatne umiejętności, pożądane na rynku pracy – mówi Aleksander Szlachetko.

Jak podkreśla, praca w e-sporcie w dużej mierze wiąże się z organizacją turniejów i eventów, stąd poszukiwani są m.in. project i event managerowie, pracownicy z doświadczeniem w telewizji, którzy dodatkowo znają specyfikę branży e-sportowej, czy specjaliści z zakresu projektowania i programowania.

– Wszelakie specjalizacje od projektowania 2D, 3D, wideoedycji, specjalizacje telewizyjne – to jest w naszym wypadku 70 proc. kadry. To są osoby, które produkują i współtworzą te przedsięwzięcia. Trochę inaczej jest w przypadku firm stricte gamingowych – tam jest bardzo dużo zawodów związanych z projektowaniem i programowaniem – mówi Aleksander Szlachetko. – Ścieżka kariery jest dwustopniowa, bo z jednej strony trzeba się nauczyć podstaw danego rzemiosła, jak np. w przypadku operatorów, producentów, wideoedytorów. To są fachowcy, którzy rozwijają swoje specjalizacje w szkołach filmowych. Następnie bezwzględnie potrzebna jest ta wiedza na temat samego rynku e-sportu i gamingu.

Praca w branży e-sportowej to przyszłościowe zajęcie, bo sektor z każdym rokiem lawinowo zyskuje na popularności. Z drugiej strony to także szansa na połączenie pracy z hobby dla osób, które lubią gry komputerowe. Dodatkowym bonusem są częste podróże, których wymaga międzynarodowa specyfika tej branży.

– Poza wydarzeniami w Polsce, z których jesteśmy znani, realizujemy też przedsięwzięcia e-sportowe na całym świecie. Nasi pracownicy podróżują pomiędzy wszystkimi kontynentami. W ciągu ostatnich kilku miesięcy byli w Montrealu, São Paulo, Sydney, Nowym Jorku i Kolonii. Ta praca daje dużo dobrej energii i możliwość pracowania w bardzo nowoczesnym środowisku – mówi dyrektor zarządzający ESL Polska.

Polki spędzają z dziećmi najwyżej rok po porodzie. O powrocie do pracy decydują głównie względy ekonomiczne

Polki spędzają z dziećmi najwyżej rok po porodzie. O powrocie do pracy decydują głównie względy ekonomiczne 4

Wyłącznie opiece nad dzieckiem Polki chciałyby się poświęcić przez pierwsze trzy lata jego życia. Zdecydowana większość młodych mam już po rocznym urlopie macierzyńskim wraca jednak do pracy. Kierują się zarówno względami ekonomicznymi, jak i chęcią samorozwoju. Udanemu łączeniu życia zawodowego z rodzinnym sprzyjają benefity ze strony pracodawców, m.in. elastyczny czas pracy, możliwość wykonywania niektórych obowiązków zdalnie oraz punktualnego wychodzenia z biura.

Narodziny dziecka to duża zmiana w życiu każdej kobiety, zarówno prywatnym, jak i zawodowym. Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pokazują, że polscy mężczyźni coraz mocniej angażują się w opiekę nad dziećmi – w 2017 roku urlop ojcowski wykorzystało aż 64 proc. panów, główny ciężar wychowania maluchów wciąż spada jednak na kobiety. W 2017 roku z prawa do urlopu na opiekę nad dziećmi skorzystało 519 tys. Polek i tylko nieco ponad 188 tys. Polaków. Po urodzeniu dziecka Polki dość szybko wracają do pracy. Jak pokazuje raport Pracuj.pl, panie decydują się najczęściej tylko na roczny urlop macierzyński, choć znaczna ich część wolałaby spędzić z maluchem więcej czasu.

– W Fundacji Świętego Mikołaja kiedyś zrobiliśmy badania, które pokazały, że wymarzonym czasem, jaki byśmy chciały spędzić w domu z dziećmi, są trzy lata. Wiele kobiet rezygnuje z obowiązków zawodowych na rzecz opieki nad dziećmi, bo tego chce i to jest naturalna potrzeba mam – mówi agencji informacyjnej Newseria Joanna Paciorek, autorka książki „Mama w pracy”, wiceprezes zarządu Fundacji Świętego Mikołaja.

Jak pokazuje raport GUS „Kobiety i mężczyźni na rynku pracy 2018”, obowiązki rodzinne to druga, po emeryturze, przyczyna bierności zawodowej Polek. W grupie wiekowej 25–34 lata tę przyczynę wskazuje blisko 80 proc. pań. Decyzję o powrocie do pracy zawodowej Polki podejmują najczęściej ze względów ambicjonalnych lub ekonomicznych. 48 proc. osób przebadanych przez Pracuj.pl zadeklarowało, że kierowali się chęcią kontynuowania kariery zawodowej i samorozwoju, tyle samo stwierdziło, że budżet domowy wymagał, by oboje rodzice pracowali zawodowo.

– Wiele kobiet łączy pracę z wychowywaniem dzieci, bo do tego zmusza nas życie, a często chcemy pracować i się rozwijać. Ale też warto docenić mamy, które postanawiają nie pracować i zająć się domem, rodziną, wychowywaniem dzieci. To też bardzo ciężka praca, często niedoceniana – mówi Joanna Paciorek.

W przypadku młodych mam rozwój zawodowy jest możliwy, choć wymaga wiele wysiłku. Niezbędny jest partnerski podział obowiązków domowych między rodziców, tak aby ciężar opieki nad dzieckiem i domem nie spadał głównie na barki kobiet. Bardzo ważne jest wsparcie najbliższej rodziny, zwłaszcza babć i dziadków, którzy mogą odciążyć kobietę w opiece nad dzieckiem. Nie bez znaczenia są również benefity uzyskiwane od pracodawcy, m.in. elastyczny czas pracy, możliwość wcześniejszego wyjścia z biura oraz wykonywania części obowiązków zdalnie.

– Wydaje mi się, że taka życzliwość ze strony pracodawcy, umożliwienie powrotu do pracy na mniejszy wymiar etatu czy w ogóle umożliwienie powrotu jest kluczowe. Badania pokazują, że najważniejsze dla mam pracujących jest to, żeby mogły po prostu punktualnie wyjść z pracy – mówi Joanna Paciorek.

Po urodzeniu dziecka kobiety często wpadają w pułapkę dążenia do doskonałości. Chcą świetnie sprawdzać się w roli mam i pań domu, a jednocześnie osiągać doskonałe wyniki w miejscu pracy. Efektem bywa przemęczenie, życie w permanentnym stresie, utrata wiary we własne możliwości oraz ciągłe niezadowolenie z siebie. Eksperci podkreślają, że młode mamy powinny pozwalać sobie na niedoskonałość.

– Nie stawiajmy sobie zbyt wysokich wymagań bycia idealną w domu i w pracy. Cudownie jest, kiedy możemy się zatrzymać w pewnym momencie i dokonać wyboru, że nie musimy pracować przez jakiś czas – mówi Joanna Paciorek.

Komórki macierzyste można uzyskać także z zębów. Procedura pobrania jest mniej inwazyjna niż ze szpiku

Komórki macierzyste można uzyskać także z zębów. Procedura pobrania jest mniej inwazyjna niż ze szpiku 5

Komórki macierzyste z miazgi zęba to przyszłość stomatologii regeneracyjnej. Mogą być również wykorzystywane w onkologii, kardiologii, neurologii, a także ortopedii. Największa ich ilość znajduje się w mleczakach, można je jednak pozyskać także z zębów stałych osób dorosłych. Procedura pobierania jest znacznie mniej inwazyjna niż w przypadku komórek ze szpiku, a czas przechowywania wynosi 25 lat.

Komórki macierzyste to pierwotne i niewyspecjalizowane komórki, które odznaczają się ogromnymi zdolnościami do regeneracji i namnażania. Odgrywają one kluczową rolę w procesach autonaprawczych organizmu, przekształcają się bowiem w różnego rodzaju tkanki, które uległy uszkodzeniu. Dzięki zdolnościom do samoodnowy są z powodzeniem wykorzystywane kosmetologii oraz w medycynie, m.in. w terapii chorób krwi, zaburzeń układu odpornościowego, a nawet niektórych typów nowotworów. Komórki macierzyste występują głównie w szpiku kostnym i krwi pępowinowej, ich źródłem może być jednak także miazga zęba.

–  Jest ich bardzo dużo w zębach mlecznych, dlatego w tej chwili jest tendencja, żeby nie tylko gromadzić komórki macierzyste z krwi pępowinowej, co już jest procedurą dosyć powszechną, lecz także z zębów mlecznych. Te zęby muszą być w miarę zdrowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Stachowicz, stomatolog z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

Komórki macierzyste można pozyskać również z zębów stałych, np. ósemek usuwanych w trakcie leczenia ortodontycznego. Należy jednak pamiętać o tym, że ich ilość w miazdze zębowej maleje wraz z wiekiem, w zębach osoby dorosłej będzie ich więc znacznie mniej niż w mleczakach. Tak pozyskane komórki macierzyste można wykorzystywać w szerokiej gamie zabiegów stomatologicznych. Wielu badaczy widzi w nich ponadto przyszłość endodoncji regeneracyjnej. Innowacyjne badania z wykorzystaniem komórek macierzystych u dzieci po urazach zębowych pokazały, że możliwe jest pobranie tych komórek z miazgi zęba mlecznego, namnożenie ich w warunkach laboratoryjnych, a następnie użycie w celu regeneracji uszkodzonych zębów.

– Mogą one być wykorzystywane także m.in. w leczeniu chorób autoimmunologicznych, onkologii, wierzymy, że w przyszłości również w innych chorobach będą pomocne. Warto zabezpieczyć sobie czy swojemu dziecku taką możliwość, że ten potencjał naprawczy zmagazynujemy w jakimś banku – mówi Monika Stachowicz.

Procedura pobrania komórek macierzystych z miazgi zęba jest znacznie mniej inwazyjna niż ze szpiku kostnego. Pacjent otrzymuje z banku komórek macierzystych specjalny pojemnik, w którym stomatolog umieszcza usunięty ząb. Rodzice dziecka mogą przechować także ząb mleczny, który wypadł samoistnie, istnieje jednak ryzyko, że nie zrobią tego we właściwy sposób. Dlatego, gdy tylko mleczak zaczyna się ruszać, warto się wybrać do lekarza dentysty.

– Także wszystkie osoby dorosłe, które mają do usunięcia zdrowe zęby, czyli bez leczenia kanałowego czy próchnicy głębokiej, mogą taki ząb sobie przechować czy dać do laboratorium w banku, żeby sprawdzili, czy jest wystarczająca ilość komórek, które mogą być w przyszłości pomocne – mówi Monika Stachowicz.

W laboratorium, po odpowiednim opracowaniu i namnożeniu, komórki zamrażane są w ciekłym azocie w temperaturze -190 st. C. Na razie technologia pozwala na przechowywanie ich przez okres 25 lat, w przyszłości czas ten może jednak ulec wydłużeniu. W razie konieczności komórki są rozmrażane i wykorzystywane do zabiegu.

Inteligentne miasta muszą być przyjazne seniorom. Technologie ułatwią im transport i dostęp do opieki zdrowotnej

Inteligentne miasta muszą być przyjazne seniorom. Technologie ułatwią im transport i dostęp do opieki zdrowotnej 6

Seniorzy coraz lepiej radzą sobie z nowymi technologiami, choć w Polsce ich stopień informatyzacji wciąż jest niewystarczający. Tylko 28 proc. osób starszych regularnie korzysta z komputera, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych 85 proc. osób powyżej 65 roku życia ma telefony komórkowe. Rozwiązania z zakresu smart city mogą być dla osób starszych znacznym ułatwieniem w codziennym życiu. Potrzebne jest jednak dostosowanie komunikatów do potrzeb seniorów oraz szeroko zakrojona kampania informacyjna.

– Miasto przyjazne seniorom, jak mówi Światowa Organizacja Zdrowia, powinno spełniać bardzo wiele kryteriów, ale gdyby je pogrupować sprawnie, to są to tak naprawdę trzy obszary. Pierwszy – mieszkalnictwo i transport, taka codzienna mobilność. Drugi to obszar zdrowia i edukacji, czyli pogłębiania edukacji seniora i usprawnianie komunikacji w zakresie lecznictwa i opieki, także tej w domu. I trzeci obszar to jest obszar wykorzystania technologii w tym, żeby senior nie był wykluczony społecznie – wskazuje Grażyna Trzpiot z Katedry Demografii i Statystyki Ekonomicznej na Wydziale Informatyki i Komunikacji Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Według danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny rośnie stopień informatyzacji seniorów. Wciąż jest on jednak stosunkowo niewielki. W 2018 roku niemal 28 proc. osób w wieku 65–74 lat regularnie korzystało z komputera. Stanowi to wzrost o 7,8 pkt proc. w porównaniu do sytuacji z 2014 roku. Blisko 11 proc. seniorów korzystało w 2018 roku z internetowych usług komunikacyjnych, 19 proc. używało poczty elektronicznej, a 10 proc. było obecnych w mediach społecznościowych.

Inaczej sytuacja wygląda w Stanach Zjednoczonych. Według danych opublikowanych przez Pew Research Center 95 proc. Amerykanów ma telefon komórkowy. 75 proc. z tej grupy korzysta ze smartfonów. W gronie osób w wieku powyżej 65 lat 85 proc. korzysta z telefonów komórkowych, a połowa tej grupy to użytkownicy smartfonów.

Niezbędne są programy walki z wykluczeniem cyfrowym seniorów.

– Jest bardzo wiele programów pilotażowych, w których seniorzy mogą uczestniczyć, uczyć się nowych technologii, nowych rozwiązań. Musi do nich jednak wstępnie dotrzeć informacja, że tego rodzaju projekty są podejmowane. Dobrym przykładem jest program Erasmus+, który do tej pory był tylko dla studentów. Teraz otwiera się właśnie na grupy senioralne – mówi Grażyna Trzpiot.

Tech Savvy Seniors z kolei to program online zawierający szereg modułów obejmujących filmiki i instrukcje napisane w 11 językach. Dzięki nim osoby starsze mogą zdobyć podstawowe umiejętności związane z korzystaniem z komputera, internetu i smartfonów. Twórcy tego typu rozwiązań zakładają, że zainteresowani dorośli mają już podstawowy dostęp do internetu lub przynajmniej kogoś, kto pomoże im w początkowej konfiguracji i przejściu do trybu online. Dla tych, którzy nie mają tego rodzaju wsparcia, organizacje non-profit organizują programy szkoleń odbywających się w lokalnych bibliotekach.

Filarem budowania inteligentnego miasta przyjaznego seniorom ma być także obszar zdrowia i edukacji.

– Zaczęliśmy od tego, że rozdawaliśmy seniorom koperty zdrowia, a teraz rozdajemy opaski. Są to te same funkcje, ale już zapisane cyfrowo. Ci wszyscy chorzy, którzy muszą się komunikować ze względu na swój stan zdrowia, czyli przykładowo muszą wykonywać monitoring rozrusznika serca, już nie robią tego przez telefon, ale są do tego aplikacje cyfrowe, takie jak właśnie ta opaska – wskazuje ekspertka.

Amerykańskie miasta, takie jak Columbus w stanie Ohio i Pittsburgh należą do miast, które dla ułatwienia życia seniorom podjęły się modernizacji infrastruktury, takich jak naprawianie chodników i zwiększanie bezpieczeństwa skrzyżowań. Do działań podjętych w celu asymilacji osób starszych w przestrzeni inteligentnego miasta należy w nich także promowanie międzypokoleniowych działań, które stymulują wymianę wiedzy również w zakresie nowych technologii.

– Przyjeżdżając do dużego miasta, to inteligentne miasto powinno jak najbardziej ułatwić dostanie się do miejsca takiego jak Łazienki Królewskie. To najprostsze technologie, ale jednocześnie bardzo użyteczne. Brak przeszkód, czyli ograniczenie nawet tak prostej rzeczy jak schody. Jednocześnie ekrany np. dotykowe z większą czcionką w dostępnych miejscach, które informują seniora o różnych rzeczach – mówi Grażyna Trzpiot.

Komunikacja kwantowa przyczyni się do powstania internetu nowej generacji. Europa może się stać liderem w tej dziedzinie

Komunikacja kwantowa przyczyni się do powstania internetu nowej generacji. Europa może się stać liderem w tej dziedzinie 7

Powstają pierwsze systemy komunikacji kwantowej, które posłużą do skonstruowania komputerów nowej generacji. Upowszechnienie komunikacji i urządzeń kwantowych przyczyni się do powstania bezpiecznego internetu, przyspieszy proces analizy dużych zbiorów danych zgromadzonych w ramach big data, pozwoli opracować niezawodne szyfry oraz udoskonalić technologię uczenia maszynowego.​ Na rynku pojawiają się już pierwsze komercyjne produkty oparte na technologii kwantowej.

– W dziedzinie komunikacji kwantowej istnieją już produkty komercyjne przeznaczone do szyfrowania. Możemy więc w wybranych lokalizacjach montować urządzenia do komunikacji kwantowej, które są połączone i umożliwiają wymianę współdzielonego klucza oraz komunikację. Jest to bardzo przydatne w szyfrowaniu, gdyż pozwala nam wymieniać i uzyskiwać kopię danego klucza kryptograficznego w dwóch miejscach. To coś, co ma prawdziwe zastosowanie i potencjał komercyjny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Carlos Abellan z firmy Quside.

Potencjałem technologii kwantowych zainteresowała się m.in. Komisja Europejska, która w ramach programu Horizon 2020 powołała do życia inicjatywę European Quantum Technologies Flagship. W pierwszej fazie wdrożeniowej w jej ramach zostanie zrealizowanych 20 projektów, które uzyskają łączne wsparcie rzędu 132 mln euro. Budżet na kolejne lata będzie znacznie większy – na rozwój technologii kwantowych przeznaczono aż 1 mld euro. Członkowie Komisji liczą na to, że dzięki European Quantum Technologies Flagship kraje Unii Europejskiej staną się globalnym liderem na rynku rozwiązań kwantowych.

Na Uniwersytecie Padewskim we Włoszech przeprowadzono już pionierskie badania nad systemami satelitarnej komunikacji kwantowej. Naukowcom udało się przesłać informacje z rosyjskiego systemu nawigacji satelitarnej GLONASS do Centrum Kosmicznej Geodezji Włoskiej Agencji Kosmicznej. Eksperyment dowiódł, że istnieje możliwość przesyłania pojedynczych fotonów pomiędzy satelitą a stacją odbiorczą oddaloną o przeszło 20 tys. km przy wykorzystaniu metody kwantowej dystrybucji klucza. Technologia ta mogłaby doprowadzić do powstania satelitarnego internetu kwantowego i bezpiecznej wymiany informacji pomiędzy komputerami. Dane transmitowane metodą kwantową byłyby niemożliwe do rozszyfrowania.

– W przyszłości największą zmianą oraz wydarzeniem będzie wyjście z rynków specjalistycznych i niszowych do systemów, które charakteryzują się prawdziwym potencjałem wdrożeniowym i z których będzie mogło korzystać dużo więcej użytkowników. To pierwszy etap dystrybucji kluczy kwantowych, rozpoczynamy integrację tego typu rozwiązań. W przyszłości, gdy pojawią się już komputery kwantowe i symulatory wymagające wzajemnej komunikacji, taka technologia kwantowa umożliwi ich połączenie i komunikację – przewiduje ekspert.

Jednym z najważniejszych wynalazków w tej branży może się okazać prototypowy układ optyczny opracowany przez naukowców z amerykańskiego Narodowego Instytutu Standaryzacji i Technologii. Pozwoli on rozwiązać jeden z największych problemów, jaki napotykają na swojej drodze projektanci systemów kwantowych: metodę wymiany informacji pomiędzy urządzeniami przetwarzającymi i przechowującymi dane a światłowodami transportującymi informacje. Te pierwsze wykorzystują światło widzialne, drugie zaś – podczerwone, o wielokrotnie dłuższej fali. Do stworzenia efektywnego systemu optycznej wymiany danych wykorzystano zjawisko galerii szeptów. Wspomniany układ wykorzystuje światło laserowe, które wpadając w rezonator o kształcie pierścienia tworzy fotony światła widzialnego i podczerwonego. Upowszechnienie się tej technologii pozwoliłoby przyspieszyć stworzenie tanich, wysoce funkcjonalnych systemów komunikacji kwantowej.

Technologia kwantowa oznacza także przełom w kryptografii. Kwantowe generatory liczb losowych mogą posłużyć do stworzenia systemów szyfrowania, które byłyby niemożliwe do złamania. Usprawniłyby funkcjonowanie banków oraz urządzeń komunikujących się w ramach internetu rzeczy. Nad takim generatorem pracuje firma Quside, która ma patent na metodę generowania gigabitowej losowej liczby w ciągu jednej sekundy przy wykorzystaniu technologii kwantowej. Kolejnym krokiem firmy będzie miniaturyzacja układu optycznego, aby przystosować go do masowej produkcji i umożliwić wykorzystanie go w dowolnym urządzeniu.

– Kwantowe generowanie liczb losowych umożliwia wyciąganie losowych cyfr z procesów kwantowych. Jest to bardzo przydatne w kryptografii i szyfrowaniu, ale również znajduje zastosowanie w kasynach internetowych i symulacjach metodą Monte Carlo – mówi ekspert.

Programy rozwoju technologii kwantowych rozwijane są także przez polskie instytucje. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowych Agend Badawczych powołała do życia Centrum Teorii Technologii Kwantowych przy Uniwersytecie Gdańskim. Zadaniem nowej jednostki będzie badanie rozwiązań z zakresu m.in. komputerów, symulacji, komunikacji kwantowej oraz idei internetu kwantowego.

– Pierwsze rozwiązania kwantowe pojawią się na rynku już wkrótce, w nadchodzących latach. Pewne urządzenia są już w drodze do klientów – twierdzi Carlos Abellan.

Według analityków z firmy ReportsnReports wartość globalnego rynku kwantowych systemów kryptograficznych w 2018 roku wyniosła 101 mln dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 506 mln dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 38 proc.

RLTY Investments przedstawia strategię dotyczącą swoich spółek. Pierwszy producent gier planszowych ma trafić na GPW

Na briefingu prasowym zorganizowanym w warszawskim Zebra Tower przedstawiciele trzech spółek z portfolio nowej RLTY Investments opowiedzieli o planach ekspansji na rynku gier wideo i planszowych. – Każda z naszych spółek ma ambitne plany giełdowe i w każdej jesteśmy przede wszystkim nastawieni na słuchanie graczy. Nie sztuką jest wydać morze pieniędzy na wysokobudżetową produkcję. Nam zależy na solidnych biznesowych fundamentach i mądrym reagowaniu na potrzeby rynku – powiedział współzałożyciel RLTY i członek rady nadzorczej Movie Games, Filip Szklarzewski.

Licznie zgromadzeni w warszawskim wieżowcu dziennikarze mieli w poniedziałek okazję porozmawiać z twórcami sukcesu Movie Games, którzy po zebraniu doświadczenia przy rozwijaniu i wprowadzaniu na rynek New Connect tej spółki, będą wykorzystywać swoje umiejętności również przy budowie innych projektów. W ten sposób powstała spółka inwestycyjna RLTY Investments, posiadająca w swoim portfolio nie tylko akcje Movie Games, ale również tworzącej gry wideo o tematyce społecznej Hydra Games, czy rozpoczynającej działalność w segmencie gier planszowych spółki Bored Games. – Zaprezentowane projekty stanowią naszą kluczową oś działania, jednak nie ograniczamy się do branży rozrywki i szeroko pojętego gamingu, w najbliższych miesiącach konsekwentnie prezentować będziemy nowe inwestycje, które znacząco zdywersyfikują nasze portfolio – zadeklarował Mateusz Wcześniak.

Budżet to nie tylko pieniądze

Przedstawiciele Movie Games, wydawcy między innymi takich tytułów jak horror erotyczno-okultystyczny „Lust for Darkness” czy niezwykle popularny „Plane Mechanic Simulator”, podkreślali, że kluczowym elementem ich strategii biznesowej jest dywersyfikacja i świadome skalowanie działań. – Nie będziemy postępować agresywnie, nie planujemy wydawać ogromnych pieniędzy na rozbudowaną grafikę bez uprzedniego zbadania rynku. Przede wszystkim nie chcemy przekonywać graczy do polubienia czegoś, co nam się podoba: to my mamy ich słuchać i wpisywać się w ich potrzeby. Nasze gry to często produkcje średniobudżetowe ‘’na papierze’’ jednak prawdą jest, że na budżet gry nie składają się jedynie środki finansowe, ale także, a w naszym mniemaniu nawet przede wszystkim czynnik ludzki i oryginalność pomysłu, których nie sposób przeliczyć na pieniądze – mówił Mateusz Wcześniak.

Strategia Movie Games opiera się na kilku filarach. Jednym z nich jest Kickstarter i prowadzone za jego pośrednictwem zbiórki crowdfundingowe. Dla Movie Games i pozostałych spółek z portfolio RLTY to przede wszystkim narzędzie służące badaniu uczuć graczy, a także świetna platforma do promocji tytułu. – Dzięki Kickstarterowi praktycznie eliminujemy ryzyko niepowodzenia produkcji w momencie trafienia gry do sprzedaży. Weryfikacja projektu na jego inicjalnym etapie przez obserwację reakcji i zainteresowania potencjalnych jej odbiorców pozwala określić, czy produkcja powinna być kontynuowana, doinwestowana czy może zawieszona. Dotychczas Kickstarter jest dla nas niezawodny, czego dowodzi chociażby sukces kampanii Lust for Darkness poparty późniejszymi znakomitymi wynikami finansowymi – podkreśla prezes Movie Games. Przedstawiciele spółki nie zamierzają jednak rezygnować z wysokiej jakości swoich produkcji. Wielkimi krokami zbliża się premiera horroru psychologicznego „The Beast Inside”, który wedle zapowiedzi przedstawicieli spółki ma być najbardziej złożoną grą, jaką kiedykolwiek wydali – Niedługo poinformujemy o dacie premiery. Na pewno warto czekać na tę grę – zdradził Mateusz Wcześniak.

Duży potencjał w planszówkach

Do niedawna gry planszowe wielu osobom kojarzyły się z czymś archaicznym, co miało być wyparte przez rozwijające się w olbrzymim tempie gry wideo. Te pogłoski, podobnie jak kilkadziesiąt lat wcześniej informacje o śmierci radia ze względu na pojawienie się telewizji, okazały się przesadzone. Największym atutem „gier bez prądu” jest element wspólnotowy, społeczny, a dodatkowo powracająca  moda retro sprawia, iż „planszówki” mają się świetnie. Ten rynek w Polsce jednak nie jest jeszcze odpowiednio zagospodarowany. Z tą świadomością, i fundamentem w postaci kreatywnego myślenia i biznesowego doświadczenia – na rynek gier planszowych wkracza Bored Games, nowa spółka z portfolio RLTY.

Rynek gier planszowych rośnie w coraz większym tempie. Jeszcze kilka lat temu to było 8 procent w skali roku, w 2018 wzrost przekroczył 30 procent. Bardzo się z tego cieszę, bo z grami w różnej formie jestem związany od 30 lat, a teraz mogę się oddać swojej pasji, czyli „planszówkom”. Mogę zdradzić, że nasza pierwsza produkcja, nad którą prace są już w zaawansowanej fazie to produkcja w konwencji horroru. Gracze wcielą się w milionerów, którzy sponsorują seryjnych morderców. Chcemy nie tylko bawić, ale też dać do myślenia: psychopaci to nie tylko ci, którzy mają krew na rękach i pianę na ustach. Tacy, którzy dla własnej rozrywki wykorzystują ludzi często mają dostęp do najgroźniejszej broni – pieniędzy – podkreślił prezes Bored Games Sebastian Srebro. Wspomniana przez niego gra będzie nosić tytuł „Horror Game Show” i w nadchodzących miesiącach można spodziewać się jej debiutu na Kickstarterze.

Przemyślenia po wyłączeniu komputera

Ekspansja RLTY Investments w sektorze rozrywki nie ogranicza się jednak do gier planszowych. Wciąż fundamentem są gry wideo i adresowanie nisz na rynku. Odpowiedzią na jedną z takich dostrzeżonych luk jest powstanie spółki Hydra Games, która ma tworzyć gry wideo o tematyce społecznej. – Będziemy poruszać trudne tematy. W prostej formie chcemy opowiedzieć ciekawą, poruszającą historię. Nasza pierwsza produkcja, ,,Bad Trip’’ przedstawiać będzie między innymi zgubne efekty używek. Gdybyśmy stworzyli grę z niezwykłą grafiką, która opowiadałaby o tej tematyce, mogłoby odwrócić to uwagę od faktycznego problemu poruszanego w grze. Jednak dzięki skupieniu sie na porywającej historii i postawieniu jej ponad zaawansowane rozwiązania graficzne, możemy poruszyć gracza. Na tym chcemy opierać swoją działalność. Gracz ma nie tylko myśleć jak przejść grę, ale przede wszystkim zabrać ze sobą to czego doświadczył jeszcze na długo po wyłączeniu komputera.. Nie chcę używać górnolotnych słów typu „misja”, ale zależy nam na tym, żeby otwierać ludziom oczy – podkreśliła prezes Hydra Games Dominika Szot.

Funkcjonalność, estetyka, a może ekologia – czym kierują się Polacy aranżując łazienkę?

Po co komu ta łazienka? – spytała babcia Wolańska w kultowej scenie filmu „Galimatias, czyli kogel-mogel II”. No jak to? Żeby ludzie myśleli, że Solska to byle kto, że nie stać nas na łazienkę – odpowiedziała babcia Solska. Czy dzisiaj łazienka nadal jest symbolem statusu społecznego? Czy aranżując jej wnętrze kierujemy się funkcjonalnością,  estetyką, czy może ekologią? Na pytania te odpowiedź przynoszą wyniki najnowszego badania opinii społecznej, które pod koniec maja przeprowadziła Agencja Badań Rynku i Opinii SW Research.  

Prysznic czy wanna? – oto jest pytanie

Decyzja o tym, czy w łazience stanie wanna, czy może zamontowany zostanie prysznic, to chyba jeden z pierwszych dylematów, przed którym stają osoby aranżujące tę przestrzeń. Wybór ten podyktowany może być ekonomią, ekologią, indywidualnymi upodobaniami, ale również powierzchnią, którą dysponujemy. Okazało się, że zwłaszcza to ostanie kryterium ma istotne znaczenie. 74 proc. respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że prysznic jest dobrym rozwiązaniem w małych, a wanna w dużych łazienkach. Wyposażenie oraz wystrój łazienki powinien godzić również preferencje użytkowników, a te są różne. Jak wynika ze zrealizowanych badań, zdecydowanie większymi fanami prysznica są mężczyźni. (Za zamontowaniem natrysku opowiedziało się 61 proc. ankietowanych, za wanną jedynie 25 proc.). Kobiety zaś lubią kąpiel w wannie (46 proc.), ale doceniają również zalety związane z wzięciem prysznica (36 proc.).

Funkcjonalność przede wszystkim

Większość Polaków remontując łazienkę myśli o tym, by była ona funkcjonalna również
w przyszłości, czyli przystosowana do potrzeb osób starszych, dzieci czy też osób niepełnosprawnych. Udogodnieniami, na które w badaniu wskazywano najczęściej, są maty antypoślizgowe (78 proc.), poręcze i uchwyty (69 proc.) oraz podgrzewana podłoga (53 proc.). Jeśli w rodzinie są małe dzieci, wanna zdaje się być niezastąpiona. 57 proc. ankietowanych zwraca uwagę, że zdecydowanie lepiej kąpać dzieci w wannie, gdyż boją się one wody wpadającej do oczu. Kąpiel w wannie – jeśli do wody dodamy aromatyczne olejki lub sól kąpielową – może też mieć działanie relaksacyjne. Ponad połowa badanych dostrzega lecznicze zalety korzystania z prysznica. Przy bólach kręgosłupa, blisko 60% korzysta z dodatkowych funkcji deszczownicy. Jeżeli zaś chodzi o dodatkowe elementy wyposażenia łazienek, które zdaniem ankietowanych poprawią jej funkcjonalność najczęściej wymieniane były odświeżacz powietrza (56 proc.), chodniki łazienkowe (51 proc.) oraz kosz na śmieci (51 proc.).

Urządzamy łazienkę

Zdaniem ponad 70 proc. badanych, najważniejszymi elementami wyposażenia łazienek, poza WC kompaktem, jest lustro, umywalka i prysznic. Uważają oni, że w każdej łazience powinien znaleźć się również kaloryfer (67 proc.), kosz na pranie (65 proc.) i pralka (60 proc.). Co czwarty ankietowany chciałby posiadać w swojej łazience bidet. Wbudowana funkcja bidetu to cecha, na którą zwraca uwagę ponad 60 proc. badanych wybierających WC kompakt do swojej łazienki. Jednak najważniejszą cechą WC kompaktu, na którą zwracają uwagę ankietowani, jest możliwość pionowego montażu (81 proc.). Dla ponad połowy biorących udział w badaniu istotny jest również sposób spłukiwania z kołnierzem oraz podtynkowy mechanizm spłukujący. Dla 83 proc. respondentów ważne jest, aby system spłukiwania wody był oszczędny, posiadał zawór „STOP” lub system 3/6 litra.

Oprócz sprzętów typowo użytkowych, respondenci podczas badania często wskazywali elementy, które poprawiają wygląd łazienki. Dzięki nim wnętrze nabiera indywidualnego charakteru, a przebywanie w nim staje się przyjemniejsze. Zwracali oni uwagę na fakt, że są to dekoracyjne elementy wyposażenia, które można często zmieniać, podążając za obowiązującymi trendami. Co ciekawe, dla ponad połowy kobiet ważnym elementem wystroju łazienki są nastrojowe świeczki i kadzidełka. Zdanie to podziela jedynie 24 proc. mężczyzn. 40 proc. kobiet i 25 proc. mężczyzn chciałoby mieć w swojej łazience żywe rośliny doniczkowe.

Zdaniem ankietowanych najbardziej użytecznym sprzętem w łazience jest kaloryfer ścienny  (tzw. żeberka), tak uważa 77 proc. badanych. Równie potrzebne są stojak na ręcznik (74 proc.) i  podświetlane lustro 73 proc.. Za zupełnie zbędne w łazience uchodzą krzesła oraz radio – tak twierdzi ponad 40 proc. ankietowanych.

Inspiracje

Zdecydowana większość Polaków najczęściej inspiracje projektowe czerpie z Internetu (66 proc.). 53 proc. ankietowanych korzysta z katalogów oferowanych przez firmy z asortymentem łazienkowym, ponad połowa ogląda kanały telewizyjne poświęcone remontom i aranżacjom wnętrz, np. HGTV, a 45 proc. samodzielnie tworzy projekt kierując się własną wyobraźnią i intuicją.

Wyniki zrealizowanego przez nas badania ilustrują obecne trendy, związane z aranżacją łazienek. Okazuje się, że głównym kryterium, decydującym o wyposażeniu tego pomieszczenia jest funkcjonalność. Co istotne, badania pokazały, że przeprowadzając remont, czy też urządzając łazienkę, wybiegamy w przyszłość i staramy się, aby zastosowane rozwiązania użyteczne były również za kilka lat. Wydaje się, że takie pragmatyczne podejście podyktowane jest nie tylko ewentualnymi kosztami przearanżowania łazienki, ale również uciążliwością, która temu towarzyszy – podsumowuje wyniki badania Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Analiz w Agencji SW Research. Ale wyniki badania mogą być również doskonałą wskazówką dla przedstawicieli firm, działających w branżach związanych z wyposażeniem, aranżacją oraz projektowaniem łazienek. Podpowiadają one w jakim kierunku zmierzają upodobania Polaków, co w rezultacie przekłada się na to, jakich rozwiązań poszukują – dodaje Zimolzak.

Inflacja w Polsce – ceny idą w górę

Dane GUS pokazują, że inflacja rośnie najszybciej od 2012 roku. Głównym powodem jest wzrost cen żywności. Wielu analityków obawia się, co stanie się gdy uwolnione zostaną ceny prądu.

Inflacja w Polsce

Główny Urząd Statystyczny potwierdził, że inflacja w czerwcu wyniosła 2,6%. Jest to pierwszy odczyt od ponad 5 lat powyżej celu inflacyjnego NBP. Bez uwzględnienia 1% progu tolerancji oczywiście. Za wzrost cen w dużej mierze odpowiada wzrost cen żywności i napojów. Nie bez znaczenia są też usługi. Warto pamiętać, że artykuły spożywcze (gdzie zmiany te, być może są zauważalne na co dzień) to tylko mniej więcej ¼ wagi koszyka inflacji. Analitycy z niepokojem patrzą na ceny energii. Dotychczas były one zamrożone, co sztucznie obniża wskaźnik inflacji. Jeżeli dojdzie do ich urealnienia, szybko będziemy mogli zobaczyć jej znaczny wzrost. W tym kontekście dziwi prognoza spadku inflacji na koniec roku do poziomu 2%.

Dane z Chin lepsze od oczekiwań

W nocy poznaliśmy trzy ważne odczyty z Pekinu. Wzrost gospodarczy utrzymuje się powyżej bariery 6% w skali roku, aczkolwiek 6,2% to najgorszy wynik od dekady. Wyraźnie wolniej Chiny rozwijały się ostatni raz na początku lat 90-tych. Z drugiej strony, ile lat z rzędu gospodarka może rosnąć tak szybko? Na uwagę zasługują za to dane o produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej. Obydwa te parametry rosły szybciej od oczekiwań, wzrastają odpowiednio o 6,3% i 9,8%. Oznacza to, że pomimo wojny handlowej gospodarka w dalszym ciągu ma się nieźle. Inwestorzy przyjęli te dane dosyć spokojnie. Juan od rana zyskuje względem dolara.

Plan gospodarczy opozycji

Jeżeli do teraz analitycy mieli wyobrażenie, że opozycja ma w Polsce program bardziej konserwatywny gospodarczo ostatnie dni powinny ich wyprowadzić z błędu. Przedstawione postulaty Koalicji Europejskiej wyraźnie pokazują w jaką stronę skręcamy. Jest to o tyle ważne, że niezależnie od wyniku jesiennych wyborów Polska będzie zwiększać wydatki socjalne. Przy wysokim wzroście gospodarczym możliwe jest utrzymanie ich relacji do PKB w ryzach. Problem może się pojawić, gdy na świecie przyjdzie spowolnienie, o którym ostatnio coraz częściej słyszymy. Wtedy bardzo szybko zadłużenie może wyskoczyć w górę. Scenariusz ten byłby mocno niekorzystny dla złotego.

Dzisiaj dzień wolny w Japonii i Turcji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Ponad 15 lat w UE. Jak zmienił się eksport Polski, Czech i Węgier?

Wejście do Unii Europejskiej miało ogromne znaczenie dla rozwoju polskiego eksportu. Przed akcesją, jak i obecnie, wędruje tam ok. 80% krajowej sprzedaży zagranicznej. Jak wskazują eksperci instytucji płatniczej AKCENTA, od 2003 do 2018 r. polski eksport ogółem wzrósł o 390% i jego wartość jest już prawie 5-krotnie wyższa niż przed wejściem do UE. Czechy i Węgry także mają się czym pochwalić.

Pod kątem gospodarczym Polskę najczęściej porównuje się z Czechami i Węgrami. Wszystkie kraje łączy m.in. położenie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, posiadanie własnych lokalnych walut oraz wreszcie wspólne wstąpienie do Unii Europejskiej w 2004 roku.

Polska eksportowym czempionem?

Unia Europejska przed akcesją, jak i po, jest dla Polski, Czech i Węgier kluczowym rynkiem zbytu. Udział eksportu do państw członkowskich sięgał w 2018 r. od ok. 80% w przypadku Polski, 80,8% Węgier, do nawet 83,4% dla Czech. W 2003 roku, przed wejściem do UE wartość eksportu ogółem tych krajów wynosiła odpowiednio blisko 43 mld USD, 49 mld USD, 54 mld USD. W przypadku Węgier po ponad 15 latach jest on prawie 3 razy większy i w 2018 r. wyniósł, wg węgierskiego urzędu statystycznego, prawie 126 mld USD. Jeszcze większy przyrost eksportu jako państwo unijne w okresie 2004-2018 zanotowały Czechy. Wartość całkowitego wywozu tego kraju w ubiegłym roku sięgała 203 mld USD. W porównaniu do danych z przed akcesji czeski eksport urósł ponad 4-krotnie, podaje AKCENTA. W ciągu przeszło 15 lat przynależności do UE największy przyrost sprzedaży zagranicznej wśród tej grupy państw wypracowała jednak Polska. W 2018 r. wartość krajowej sprzedaży zagranicznej osiągnęła prawie 5-krotnie wyższy poziom (262 mld USD).

W analizach i porównaniach Polski z Czechami czy Węgrami nie można jednak pominąć znaczących różnic. O ile Czechy i Węgry są krajami o bardzo podobnej wielkości i liczbie ludności, to Polska jest dużo większym rynkiem. Zsumowana powierzchnia obu tych państw, odpowiada niewiele ponad połowie powierzchni kraju nad Wisłą. Kolejną różnicą jest posiadanie przez Polskę dostępu do morza. Bałtyk daje dodatkowe możliwości rozwoju eksportu drogą morską. Wokół jego basenu położone są też intratne rynki zbytu, w tym bogatych państw skandynawskich – zauważa Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY i dodaje, że w analizach warto brać na te cechy poprawkę, a wynik Polski na tle Węgier i Czech przyjmować z rezerwą. Wynik kraju nad Wisłą jest też zasługą wielkości rynku i związanych z tym możliwości.

Wartość eksportu w mld USD w 2003 r. i 2018 r.

Rok Węgry Czechy Polska
2003 43,0 48,7 53,6
2018 125,9 202,7 261,8
Źródło: Opracowanie AKCENTY na podst. danych urzędów statystycznych Węgier, Czech i Polski.

Walutowy hamulec

Nie ulega wątpliwości, że eksporterzy z Polski, Czech i Węgier bardzo dobrze spożytkowali członkostwo swoich państw w UE i dostęp do wspólnego rynku. Wciąż jednak nie korzystają z jednego z podstawowych ułatwień w handlu, jakie oferuje Unia – wspólnej waluty, wskazują eksperci instytucji płatniczej AKCENTA. Jako nieliczne państwa w UE nie przyjęły bowiem euro. – Posiadanie przez kraj własnej, lokalnej waluty ma duże przełożenie na handel z zagranicą. Oznacza konieczność przewalutowań transakcji z zagranicznymi partnerami – czy to z euro, czy innych popularnych w wymianie międzynarodowej walut. Niestety, wiąże się to z dodatkowymi kosztami oraz ryzykiem kursowym, czyli możliwością zmiany notowań danej pary walutowej, co z kolei wpływa na wysokość finalnej kwoty po przewalutowaniu. Jak można się domyślić, to spore utrudnienie w prowadzeniu biznesu – zaznacza przedstawiciel AKCENTY.

Bez euro też sobie radzimy

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Część polskich, jak i czeskich oraz węgierskich firm handlujących z innymi krajami stara się niwelować negatywne efekty nieprzystąpienia do strefy euro. Strategii oszczędzania na obsłudze walutowej jest wiele, jednak tylko część z nich jest skuteczna i przynosi realną korzyść dla biznesu. Wg danych AKCENTY[1] w Polsce tylko blisko co piąty eksporter korzysta z jakichś form zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym. Najczęściej są to transakcje forward, które zamrażają kurs wymiany danej kwoty na konkretny termin w przyszłości, zwykle oparty na założeniach kontraktu eksportowego. To najskuteczniejsze rozwiązanie, bo umożliwia nie tylko eliminację ryzyka kursowego, ale również – dzięki pewności co do przyszłych wpływów z kontraktu –  ułatwiające firmie planowanie biznesu. – To zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż np. uwzględnienie możliwych wahań kursów w cenach sprzedawanych produktów. Forwardy nie obniżają konkurencyjności eksportera, a jednocześnie są darmowe. W obliczu małego prawdopodobieństwa szybkiego przyjęcia euro w Polsce, to najlepszy sposób na zniwelowanie zagrożenia w sferze wahań kursów walut – zaznacza Radosław Jarema z AKCENTY.

Innym sposobem na oszczędności w sferze transakcji walutowych jest korzystanie ze specjalnych platform instytucji płatniczych, gdzie dostępne są atrakcyjne kursy walut, a także często tańsze przelewy zagraniczne. W banku część firm, szczególnie mniejszych, nie znajduje bowiem korzystnej oferty. Co więcej, w przypadku instytucji finansowych specjalizujących się w obsłudze walutowej, przedsiębiorcy mają możliwość znacznie obniżyć koszty tej sfery swojego biznesu. Mogą nie tylko wymieniać waluty po lepszym kursie oraz zabezpieczać bezpłatnie swoje kontrakty forwardami, ale także dokonywać transakcji bezpośrednio w walutach kontrahentów. Przykładowo, z partnerami z Czech, drugiego najważniejszego w polskim eksporcie kierunku, firmy mogą bez przeszkód rozliczać się np. z czeskiej korony na polski złoty, bez przewalutowań pośrednich np. do euro. W przypadku instytucji płatniczych, które oferują takie możliwości często taniej niż banki, wiele oferuje również dodatkowe korzyści dla użytkowników swoich platform, wynikające np. z obecności tej instytucji na innych zagranicznych rynkach.

W AKCENCIE, mamy wiele dodatkowych zwolnień z opłat w ramach rachunków w krajach, w których jesteśmy obecni. Często jesteśmy także w stanie dużo szybciej obsłużyć płatność między tymi rynkami, co z punktu widzenia biznesu jest bardzo ważne – mówi Radosław Jarema. Instytucje płatnicze są też bardziej elastyczne niż banki. – Eksporterzy i importerzy mogą negocjować warunki swojej obsługi w zależności od potrzeb. W obliczu zapowiadanego osłabienia koniunktury na europejskim rynku i spadku popytu na eksportowane towary, tego rodzaju oszczędności mogą okazać się dla wielu firm kluczowe – podsumowuje dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

[1] Badanie „MŚP handlujące z zagranicą a ryzyko kursowe 2016”, https://www.akcenta.pl/files/raporty/akcenta-badanie-msp-handlujace-z-zagranica-a-ryzyko-kursowe-2016.pdf.

Polisa D&O ochroni przed karami UOKiK

  • Od początku roku wydano 43 wyroki na mocy decyzji UOKiK, a łączna wysokość kar przekroczyła 74 mln złotych.
  • 70% z nich dotyczy ochrony interesów konsumentów.
  • OC władz spółek może pokryć nie tylko koszt odszkodowań, ale również kar administracyjnych.

Od początku roku sądy wydały już 43 wyroki w postępowaniach wszczętych na podstawie decyzji Prezesa UOKiK. W ciągu całego 2018 roku było ich 105. Postępowania dotyczą najczęściej ochrony zbiorowych interesów konsumentów – 70% wyroków wydanych w tym roku. Choć część decyzji UOKiK została przez sądy uchylona, to łączna wartość kar finansowych, których dotyczyły tegoroczne wyroki  wyniosła ponad 74,2 mln złotych[1].

Działania będące przedmiotem oceny UOKiK są efektem decyzji biznesowych podejmowanych przez kadrę zarządzającą firmy. W związku z tym w przypadku rzeczywistego naruszenia zasad uczciwej konkurencji można zazwyczaj wskazać konkretne osoby odpowiedzialne za narażenie przedsiębiorstwa na straty finansowe i wizerunkowe. Trzeba zauważyć, że coraz częściej właściciele firm czy rady nadzorcze decydują się zatem na wysunięcie wobec nich roszczeń, które mają pokryć poniesione przez przedsiębiorstwo dodatkowe koszty. Rozwiązaniem, które może uchronić zarówno firmę, jak i menedżera przed koniecznością pokrycia ich z własnej kieszeni, jest ubezpieczenie OC członków władz, czyli tzw. polisa D&O – zauważa Łukasz Górny, radca prawny, Dyrektor Departamentu Rozwoju EIB SA.

W jaki sposób firmy naruszają zasady uczciwej konkurencji?

Najwięcej decyzji UOKiK i będących ich wynikiem wyroków dotyczy ochrony zbiorowych interesów klientów. Co to oznacza w praktyce? Przyjrzyjmy się trzem przykładom, w przypadku których zasądzono wysokie kary finansowe. Wszystkie dotyczą operatorów telekomunikacyjnych.

  1. Operator automatycznie przedłużał umowy na czas oznaczony na kolejny okres bez działania ze strony klienta. Postępowanie UOKiK wszczęło na podstawie skarg konsumentów. Zasądzona kara przekroczyła 28 mln zł.
  2. Sieć komórkowa zorganizowała loterię dla abonentów. W wiadomościach przesyłanych konsumentom sugerowano, że zgłoszenie uczestnictwa dotyczy tylko jednego dnia, a jego wysłanie skutkowało uczestnictwem do końca jej trwania lub złożenia rezygnacji. Co więcej, treść wiadomości wprowadzała w błąd, co do kosztów związanych z uczestnictwem w akcji. Kara – ponad 15 mln zł.
  3. Operator nie poinformował o wszystkich kosztach. W materiałach reklamowych odnoszących się do akcji promocyjnej podał on w sposób nieczytelny (zastosował zbyt małą czcionki) lub pominął informacje o rzeczywistej cenie usługi. Na podstawie wyroku musi zapłacić ponad 13 mln zł.

Co zapewnia ubezpieczenie D&O?

Zadaniem ubezpieczenia D&O (Directors and Officers Liability Insurance) jest ochrona przedsiębiorstwa oraz jego władz przed negatywnymi skutkami finansowymi roszczeń, jakie mogą być wysunięte wobec firmy. W przypadku kadry zarządzającej dotyczy ona także tych wystosowanych przez zatrudniające ich przedsiębiorstwo. Oznacza to, że na mocy polisy ubezpieczyciel wypłaci środki konieczne na zapłatę zarówno ewentualnych odszkodowań, a także wszelkich innych kosztów związanych z postępowaniami prawnymi i administracyjnymi służącymi wyjaśnieniu zasadności roszczeń, jak koszty obrony prawnej, sądowe czy związane z zatrudnieniem niezależnych ekspertów i rzeczoznawców.

Nakłady finansowe potrzebne na zapłatę odszkodowań oraz kosztów procesowych zapewniane są przez podstawowy wariant ubezpieczenia D&O. Warto jednak pamiętać, że istnieje też szereg możliwości rozszerzenia ubezpieczenia. Szczególnie istotne jest objęcie ochroną kar i grzywien administracyjnych. Z tego tytułu można pokryć np. kary nałożone bezpośrednio na osoby zarządzające – dodaje Łukasz Górny z EIB.  

 

Taką bronią dysponuje także Prezes UOKiK, jednak karać może tylko w przypadku umyślnych działań kadry kierowniczej. A wina umyślna jest jednym z podstawowych wyłączeń odpowiedzialności w polisie.

Dlatego w polisie D&O dla managera należy skupić się na roszczeniach o zwrot zapłaconej kary, które spółka może kierować do ubezpieczonego członka swojej kadry kierowniczej. Takie roszczenia mają charakter odszkodowawczy i obejmują zwrot kwoty odpowiadającej wysokości kary administracyjnej, nałożonej na samą spółkę w związku z błędami konkretnej osoby zarządzającej – wyjaśnia Łukasz Górny.

Innym ważnym uzupełnieniem do standardowej polisy może okazać się rozciągnięcie ochrony na współmałżonków czy partnerów życiowych, jak i spadkobierców ubezpieczonego. Umową ubezpieczenia można też objąć podmioty zależne przedsiębiorstwa.

Jak w przypadku każdej polisy ubezpieczeniowej, istnieje też szereg sytuacji, w których ubezpieczyciel może odmówić pomocy w ramach ubezpieczenia. Poza wspomnianym już wyłączeniem z  ochrony skutków umyślnego przestępstwa lub naruszenia prawa, polisa nie zadziała również wobec zdarzeń i okoliczności sprzed rozpoczęcia obowiązywania umowy, co do których ubezpieczony miał podejrzenie, że będę skutkować roszczeniami. To jedna z podstawowych cech ubezpieczeń – dotyczą zdarzeń przyszłych i niepewnych.

Źródło: EIB

[1] Źródło danych: baza wyroków dostępna na https://www.uokik.gov.pl

Oszczędzając w ramach PPK, warto wskazać osoby uprawnione do dziedziczenia środków

Robert Juszczak, Regionalny Menedżer ds. Wdrażania i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI
Robert Juszczak, Regionalny Menedżer ds. Wdrażania
i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI

Zgromadzone w ramach PPK środki nie przepadają po śmierci uczestnika – podlegają bowiem dziedziczeniu. Przepisy pozwalają uczestnikowi określić do kogo i w jakim trybie one trafią – ma on tu pełną dowolność i może to zrobić zarówno w chwili przystąpienia do PPK, jak i później. Jeśli oszczędzający w PPK tego nie zrobi, spadkobiercy zostaną wyłonieni zgodnie z zasadami prawa spadkowego w drodze orzeczenia sądu. Istnieje jednak kilka powodów, dla których warto wcześniej wskazać osoby uprawnione do dziedziczenia.

Wcześniejsze pisemne określenie osób uprawnionych w przypadku PPK pozwala bowiem uniknąć skomplikowanej i angażującej procedury związanej z ustaleniem praw spadkowych, a poza tym daje możliwość wpływu zarówno na udział poszczególnych spadkobierców, jak i to kim one dokładnie będą. Szczególnie dotyczy to sytuacji osób żyjących w nieformalnym związku – zwykle partner lub partnerka nie ma w takiej sytuacji uprawnień do dziedziczenia. Taka osoba może być jednak zabezpieczona, jeśli tylko zostanie pisemnie wskazana przez uczestnika PPK jako osoba uprawniona do środków.

Możliwości uczestnika PPK nie ograniczają się wyłącznie do wyboru osób uprawnionych do dziedziczenia. Można również pisemnie wskazać procentowy udział poszczególnych osób w zgromadzonym w ramach PPK kapitale. Jeśli takie wartości nie są uściślone, uznaje się, że udziały wskazanych osób są równe. Co ważne, podjętą decyzję w kwestii osób uprawnionych do otrzymania oszczędności oraz ich udziałów można w każdym momencie zmienić.

Osoba, która odziedziczy kapitał uczestnika PPK może dokonać wypłaty transferowej – w zależności do wskazania – na własne PPK, IKE czy  PPE lub otrzymać zwrot środków w formie pieniężnej. W każdym z tych przypadków instytucja finansowa ma 3 miesiące na realizację zlecenia od momentu złożenia prawidłowego wniosku. Warto mieć na uwadze, że dziedziczony w ramach PPK kapitał podlega atrakcyjnym zwolnieniom podatkowym. Przede wszystkim osoba dziedzicząca środki zebrane w ramach PPK nie zapłaci od nich podatku od zysków kapitałowych, nie będzie musiała również odprowadzać podatku od spadków i darowizn niezależnie od stopnia pokrewieństwa z uczestnikiem PPK, dodatkowo nie zostaną na nią nałożone przez instytucję finansową jakiekolwiek dodatkowe opłaty za sam fakt dziedziczenia. Natomiast, jeśli uczestnik PPK pozostawał w związku małżeńskim, w którym nie został zniesiony ustrój wspólności majątkowej, to niezależnie od jego decyzji w kwestii osób uprawnionych współmałżonek każdorazowo ma prawo do połowy środków i może nimi dysponować jak każda osoba uprawniona – decydując się na wypłatę transferową na własne PPK, IKE czy PPE lub uzyskując zwrot w formie pieniężnej.

Autorem komentarza jest Robert Juszczak, Regionalny Dyrektor ds. Wdrażania i Rozwoju Planów Emerytalnych w Esaliens TFI

Charakter organizacji poznasz po jej biurze

Zdecydowaną większość współczesnej populacji stanowią wzrokowcy. Na bodźcach wizualnych często opieramy także pierwsze wrażenie w sferze decyzji zawodowych.  Wygląd biura stanowi bowiem niezwykle istotny element wspierający wizerunek firmy. Jak podkreślają eksperci CBRE, design to jedno z kluczowych narzędzi kreowania opowieści o marce oraz jej wartościach. Dobrze wykorzystany może znacząco wpłynąć na poziom identyfikacji pracowników z firmą oraz pozyskiwanie talentów z zewnątrz.

Na to, jakie są nasze wrażenia względem danego biura i czy jest ono odzwierciedleniem charakteru zajmującej je firmy, składa się wiele czynników. Wśród najbardziej istotnych możemy wymienić: układ funkcjonalny przestrzeni, użyte kolory lub materiały, a także rodzaj uwzględnionych w planie pomieszczeń.

Sposoby, w jakie możemy wyrazić istotę danej marki są niezliczone. Aby osiągnąć idealny kompromis pomiędzy pięknem a komfortem, potrzebny jest czas, budżet oraz szczegółowa wiedza o potrzebach biznesowych i kadrowych organizacji. Tworzenie nowego miejsca pracy zaczyna się od przygotowania planu funkcjonalno-przestrzennego, dopiero w drugiej kolejności wymyślamy design, który będzie spójny z wizerunkiem i DNA firmy. Wizję powinniśmy przede wszystkim dostosować do wartości organizacji oraz profilu pracownika. Przykładowo biura, które znajdują się w Kalifornii są określane mianem najpiękniejszych na świecie i przyciągają ludzi nieograniczonym designem i zaawansowanymi rozwiązaniami IT. Natomiast przestrzenie do pracy w Skandynawii lub Niemczech są doceniane za wysoki poziom komfortu, osiągnięty dzięki m.in. większej liczbie mkw. przypadającej na pracownika oraz ergonomicznym meblom – podsumowuje Iwona Pasik, szefowa działu aranżacji wnętrz w CBRE.

Najpierw układ

Już na etapie projektowania ogólnego układu pomieszczeń firmy są w stanie pokazać swoje główne wartości oraz cechy charakterystyczne marki. Przykładowo otwarta przestrzeń oraz brak stałych ścianek działowych może podkreślać zarówno transparentność prowadzonego biznesu, jak i nacisk na pracę zespołową. Natomiast duża, jasna recepcja, która płynnie przechodzi w strefę kawiarnianą może np. uwydatnić nieformalny charakter organizacji. Układ funkcjonalny może także wspierać efektywność pracowników firmy – i tak w branży kreatywnej będzie on otwarty i niestandardowy, natomiast w kancelarii prawnej będzie bardziej kameralny, umożliwiający narady w mniejszym gronie lub spotkania z klientami.

Papaya Films – OSS 2018Biuro Papaya Films, laureata OFFICE SUPERSTAR 2018

Biuro nie tylko do pracy

Jak wskazują eksperci CBRE, liczba pomieszczeń zamkniętych oraz np. dźwiękoszczelnych w stosunku do przestrzeni otwartych może również sugerować, co chcemy pokazać poprzez naszą biurową przestrzeń. Niezależnie od tego, czy otwarta czy zamknięta, sercem większości biur wciąż jest kuchnia. Jednak – wedle obecnych trendów – firmy chcące się wyróżnić, dysponują też innymi pomieszczeniami, np. do integracji (zwanymi strefami rozrywki) czy relaksu. Przykładowo biura z branży technologicznej, zarówno te należące do światowych gigantów, jak i rodzimych liderów IT, jak np. Codewise, przepełnione są strefami rozrywki, wellness oraz miejscami wypoczynku. Taki zabieg, poza oczywistymi korzyściami Employer Brandingowymi, ma na celu stworzenie komfortu pracy i środowiska, które wspiera różne aktywności i potrzeby człowieka.

Codewise – OSS 2018Biuro Codwise, laureata OFFICE SUPERSTAR 2018

W firmowych barwach

Najbardziej powszechny sposób budowania identyfikacji wizualnej marki w biurze to oczywiście sięgnięcie do kolorów czy materiałów charakterystycznych dla danej firmy. Podczas projektowania przestrzeni można zatem czerpać z barw widocznych na logotypie i użyć ich jako motywu przewodniego w całym biurze lub wpleść je symbolicznie w strategicznych pomieszczeniach. Inną, równie atrakcyjną dla oka drogą jest zainspirowanie się kolorami czy teksturami, które najlepiej oddają rodzaj działalności danego pracodawcy. I tu np. firma specjalizująca się w ekologicznych rozwiązaniach w budownictwie będzie mieć zielone, jasne biuro urządzone przy wykorzystaniu przyjaznych środowisku mebli, a znany producent drabin i rusztowań postawi na elementy metalowe, spełniające funkcje dekoracyjne i użytkowe.Drabest – OSS 2018

Biuro Drabest, laureata OFFICE SUPERSTAR 2018

Droids On Roids – OSS 2018Biuro Droids On Roids, laureata OFFICE SUPERSTAR 2018

Rekordowe obciążenie sieci energetycznej – w Warszawie padł rekord

W stolicy w czerwcu, padł historyczny rekord zapotrzebowania na moc elektryczną latem. W ciągu kilku dekad średnia temperatura w Warszawie wzrosła o 2 st. C i zbliża się do klimatu Bałkanów.

Tymczasem wciąż brakuje przepisów, które ograniczałyby problem zapotrzebowania na energię miejskich wysp ciepła.

Temperatury znacznie przekraczające 30 st. C i pełne słońce sprawiły, że warszawski operator sieci dystrybucyjnej – Innogy Stoen Operator – odnotował najwyższe w historii zapotrzebowanie odbiorców na moc latem – 1300,7 MW. To 4 proc. więcej, niż poprzedni rekord z lipca 2018 roku.

To wciąż mniej od najwyższego obciążenia sieci zimą. Przy trzaskającym mrozie od minus 10 do minus 15 st. C, jaki był 26 lutego 2018 roku w Warszawie, obciążenie sieci osiągnęło absolutny rekord – 1352 MW. Jednak letnie obciążenie niebezpiecznie zbliża się przez ostatnią dekadę do tego notowanego zimą. W tym roku zimowe obciążenie było bowiem już tylko o 15 MW wyższe od letniego rekordu z 12 czerwca br.

– Letnie rekordy to efekt rosnącego zapotrzebowania na klimatyzację w pomieszczeniach nie tylko biurowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – To oznacza też, że inaczej trzeba będzie planować remonty w elektrowniach, aby nie odbywały się latem, gdy zapotrzebowanie na energię staje się największe.

W Europie Zachodniej, ale też np. w Estonii, problem ocieplania klimatu i coraz częstszych i dłuższych fal upałów, dotkliwych zwłaszcza w zabetonowanych miastach, jest ograniczany poprzez nowe technologie. W Szwecji, Helsinkach i Tartu fińskie Fortum zbudowało miejskie sieci chłodnicze. W samej stolicy Szwecji, gdzie system centralnego chłodu rozwijany jest od zaledwie kilku lat, sieć chłodnicza liczy sobie już 250 km (niemal jedna dziesiątą sieci ciepłowniczej). Z kolei w takich miastach jak Paryż i Wiedeń poprzez obowiązkowe przepisy dla nowych inwestycji lub systemy wsparcia i promocji, dachy budynków wykorzystywane są pod instalacje fotowoltaiczne albo ogrody, ograniczające nagrzewanie się budynków i zatrzymujące silne opady deszczu.

W Polsce nie stosuje się żadnego z tych rozwiązań. Co więcej, przez lata ministerstwo budownictwa wstrzymywało zaostrzenie norm efektywności energetycznej dla nowych budynków. W efekcie wiele z nich mogłoby już dziś potrzebować dużo mniej mocy, niż podobne inwestycje na Zachodzie.

Nie długi, a wzrost cen żywności jest problemem dla gospodarstw domowych

Według ostatniego raportu z badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, prowadzonego co kwartał wśród polskich gospodarstw domowych przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, najczęstsza wysokość zaciągniętego zobowiązania mieści się w przedziale od 1 tysiąca do 10 tysięcy złotych, co oznacza poprawę sytuacji w tym zakresie. Maleje także wysokość deklarowanej comiesięcznej raty, spłacanej przez statystycznego Polaka w banku lub instytucji pożyczkowej. Skutek? Zmniejszają się długi i obawy Polaków o ich spłatę w najbliższej przyszłości.

W przypadku zadłużenia kredytowego dominują te gospodarstwa domowe, które posiadają kredyt lub pożyczkę o wartości mieszczącej się w przedziale od 1 001 do 10 000 zł. Stanowią one obecnie 43,7 proc. ogółu, a w ciągu roku przybyło ich o około 1/4. To dobra wiadomość. Stało się tak dzięki zmniejszeniu się odsetka gospodarstw domowych w wyższej grupie zadłużenia – od 10 001 do 50 000 zł. Na drugim miejscu plasują się te, które mają w swoich portfelach długi przekraczające 50 000 zł – dziś to 24 proc. wszystkich zadłużonych gospodarstw. Co szósty ankietowany posiada zobowiązanie kredytowe w wysokości od 10 do 50 tys. zł. Jeszcze rok temu łączny udział zobowiązań wobec instytucji kredytowych, przewyższających 10 tysięcy złotych, wynosił ponad 50%, podczas gdy aktualnie jest to niewiele ponad 39%. Drobnokwotowe zadłużenie (poniżej 1 000 zł) posiada 17 proc. respondentów – o prawie 1/5 więcej niż przed rokiem, co jest także dobrą wiadomością.

Nie długi, a wzrost cen żywności jest problemem dla gospodarstw domowychCo prawda, rośnie udział zobowiązań kredytowych o wielkości powyżej 50 tysięcy złotych, ale nie jest to zła wiadomość. Nawet wprost przeciwnie – oznacza to, że polskie gospodarstwa domowe są dobrze oceniane przez instytucje finansowe z punktu widzenia ryzyka kredytowego. Poprawia się bowiem ich pozycja finansowa oraz powiększa się majątek np. poprzez inwestycje w nieruchomości mieszkalne.

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

– Ta sytuacja może dziś napawać optymizmem, pomimo doniesień o rosnących saldach informacji negatywnej w biurach informacji gospodarczej, tzw. BIG-ach. To ostatnie zjawisko wynika nie wprost i wyłącznie, jak często się to błędnie przedstawia, z drastycznego pogarszania się sytuacji w obszarze nadmiernego zadłużenia. W głównej mierze wynika ono z rosnącej odpowiedzialności przedsiębiorców i świadomości potrzeby dzielenia się informacją o dłużnikach. Tak działa coraz więcej przedsiębiorców, dzięki czemu to bazy danych w BIG-ach rosną, a nie drastycznie gorzej jest w gospodarce – twierdzi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Z wielkością posiadanych zobowiązań ściśle powiązana jest przeciętna wielkość spłat dokonywanych przez gospodarstwa domowe. Podobnie jak w przypadku osób spłacających miesięcznie ponad 1 tys. zł, spada odsetek osób płacących miesięczną ratę w wysokości od 501 do 1 000 zł. Dziś to prawie 19 proc. respondentów, podczas gdy rok temu było ich 24 proc. Co trzeci badany posiada miesięczne zobowiązanie kredytowe mieszczące się w przedziale pomiędzy 201 a 500 zł. To spadek o prawie 15 proc. w stosunku do analogicznego okresu w zeszłym roku. Obecnie aż 28,9 proc. gospodarstw domowych stanowią te, których miesięczna rata wynosi mniej niż 200 zł. W ciągu minionego roku ich liczba zwiększyła się prawie dwukrotnie, co jest skutkiem transferu do tej grupy tych gospodarstw domowych, których obciążenia comiesięczną ratą były wcześniej wyższe.

Nie długi, a wzrost cen żywności jest problemem dla gospodarstw domowych 2– Zmniejszający się udział comiesięcznej raty to efekt rosnących wynagrodzeń. Już o blisko 15% wzrosła średnia krajowa, ale i płaca minimalna – wyjaśnia dr Mirosław A. Bieszki, Doradca KPF ds. ekonomicznych. – Dodatkowo do spadku udziału obciążeń miesięcznych przyczynia się wydłużanie okresu, na jaki zaciągamy zobowiązania kredytowe. Już ponad 50% ogólnej wartości kredytów konsumpcyjnych to zobowiązania na ponad 60 miesięcy.

Malejące miesięczne kwoty rat kredytów i pożyczek oraz odchodzenie od kredytu przez część gospodarstw domowych, skutkują poprawą ocen gospodarstw domowych co do możliwości spłaty ich zobowiązań w najbliższej przyszłości. Jak wskazuje badanie, grupa gospodarstw domowych spodziewających się bezproblemowej obsługi swoich zobowiązań dominuje – jej udział utrzymał się na poziomie ok. 65 proc. Co ważne, zmniejszyła się grupa gospodarstw przewidujących duże problemy z obsługą zobowiązań – jeszcze pół roku temu stanowiła ona 4,6 proc., a obecnie 2,5 proc. ogółu. Zmalała też niepewność, tj. odsetek wariantu „nie wiem”, który wyniósł 16,4 proc. Zwiększył się natomiast do 15,7 proc. odsetek deklarujących małe problemy (kosztem udziału tych, którzy wcześniej deklarowali problemy duże). Bardzo dobrą wiadomością jest z kolei przewidywanie przez gospodarstwa domowe zaprzestania spłaty zobowiązań jedynie w jednej dziesiątej procenta. W porównaniu z sytuacją sprzed roku, to bardzo duży, bo aż siedmiokrotny spadek odsetka takich osób.

Nie długi, a wzrost cen żywności jest problemem dla gospodarstw domowych 3– Optymistyczne brzmią deklaracje gospodarstw domowych co do przyszłych spłat zobowiązań, w szczególności te dotyczące przewidywań na temat ewentualnego zaprzestania spłaty jakichkolwiek zobowiązań, które można uznać za synonim niewypłacalności. Uzyskane tu wyniki są potwierdzeniem braku konieczności ingerencji ustawodawcy w obowiązujące przepisy ustawy o upadłości konsumenckiej – tłumaczy Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF. – Taką potrzebę ingerencji legislacyjnej, czasem nawet w obszarze limitowania kosztu kredytu konsumenckiego, tłumaczy się rosnącymi saldami długów ujawnianych w rejestrach BIG. Wyniki aktualnej edycji badań KPF i IRG SGH wskazują jednak, że jest odwrotnie – sytuacja finansowa Polaków się poprawia, nawet w odniesieniu do tych gospodarstw domowych, które wcześniej deklarowały poważne problemy finansowe, będąc w sytuacji nadmiernego zadłużenia.

O wiele groźniejsza dla portfeli Polaków okazuje się… inflacja. W opinii respondentów tego samego badania wzrost cen żywności był w ostatnim czasie silniejszy niż wzrost ogólnych kosztów utrzymania. Już więcej niż co piąty Polak na obserwowany w ostatnim czasie wzrost cen towarów spożywczych zareagował opóźnieniami w dokonywaniu spłaty bieżących zobowiązań. Wzrost cen żywności powoduje także konieczność zmniejszania wydatków na remont lub wyposażenie domu, udział w kulturze czy zakup ubrań. Na ten wariant wskazało aż 78 proc. badanych gospodarstw domowych. Spora grupa w wyniku wzrostu cen żywności zmuszona jest do kupowania tańszych towarów od mniej znanych producentów (76,2 proc.), a wręcz ograniczenia ilości kupowanych towarów (76 proc.).

Gołębia retoryka Rezerwy Federalnej ciągnie w dół dolara amerykańskiego

W ubiegłym tygodniu najgorzej radzącą sobie walutą G10 był dolar amerykański. Winą za jego słabość należy obarczyć retorykę prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella.

Podczas cyklicznego przemówienia prezesa Rezerwy Federalnej przed amerykańskim Kongresem ponownie padło wiele gołębich sformułowań. Retoryka Jerome’a Powella wyraźnie wskazywała na wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych Rezerwy Federalnej podczas nadchodzącego spotkania decyzyjnego w lipcu. Co prawda już następnego dnia wysoki odczyt dynamiki cen w Stanach Zjednoczonych kontrastował ze słowami przewodniczącego FOMC, jednak rynki zdawały się pomijać tę sprzeczność. W rezultacie w ubiegłym tygodniu dolar okazał się najgorzej radzącą sobie walutą w grupie G10.

W ostatnich dniach sporo działo się na rynkach wschodzących. Podczas gdy większość walut gospodarek należących do tego grona, na czele z realem brazylijskim, doświadczyło umocnienia, kurs liry tureckiej wyraźnie spadł po tym, jak prezydent Recep Erdogan usunął ze stanowiska dotychczasowego prezesa tureckiego banku centralnego.

Kalendarz ekonomiczny na nadchodzące dni jest zaskakująco pusty. O ile nadal nie można pominąć ryzyk, jakie generują konflikt handlowy na linii USA-Chiny oraz niepewność związana z Brexitem, spodziewamy się, że najbliższy tydzień przyniesie typowy dla okresu letniego spokój na rynku walutowym.

PLN

Polski złoty w ubiegłym tygodniu charakteryzował się pewną słabością. W ostatnich dniach poznaliśmy publikację lipcowej projekcji makroekonomicznej Działu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego, których fragmentem podzielił się prezes NBP kilka dni wcześniej. Projekcja zakłada wyższy od wcześniej szacowanego wzrost gospodarczy zarówno w tym, jak i przyszłym roku oraz jednocześnie utrzymywanie się dość umiarkowanej inflacji, zwłaszcza w tym roku.

Kalendarz ekonomiczny dla Polski w tym tygodniu jest wyjątkowo obfity. Wśród odczytów szczególną uwagę warto zwrócić na wtorkową publikację inflacji bazowej w czerwcu oraz dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w tym samym okresie, które poznamy w drugiej części tygodnia.

GBP

Publikacje ekonomiczne dla Wielkiej Brytanii nadal nie wskazują jednoznacznie, w jaki sposób niepewność związana z Brexitem wpływa na aktywność biznesu i zaufanie konsumentów. Brak silnego załamania w inwestycjach sugeruje, że brytyjskie firmy zachowują umiarkowany optymizm w obliczu prawdopodobieństwa Brexitu bez umowy, mimo że bukmacherzy wyceniają obecnie szanse na ten scenariusz na około 30%.

EUR

W minionym tygodniu pozytywnie zaskoczyły dane o produkcji przemysłowej w strefie euro w maju. O ile jak na realia rynkowe te dane są już dość stare, to zdają się one potwierdzać, że prawdopodobieństwo recesji we wspólnym bloku walutowym jest bardzo niskie. Aktywność europejskich konsumentów pozostaje wysoka, czemu sprzyja stabilne tempo kreacji miejsc pracy oraz umiarkowany wzrost realnych wynagrodzeń.

Euro nie zareagowało dotychczas na lepsze od oczekiwań dane makroekonomiczne, ponieważ w tle czai się możliwość ponownego poluzowania polityki monetarnej ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Stąd żeby zaobserwować jakiekolwiek umocnienie wspólnej europejskiej waluty, należałoby oczekiwać mniej gołębiej retoryki EBC. W najbliższym czasie jednak raczej nie ma co na to liczyć.

USD

Z zainteresowaniem obserwujemy rozwijającą się na naszych oczach dychotomię pomiędzy odczytami makroekonomicznymi z USA a komentarzami docierającymi ze strony decydentów. Z jednej strony Fed definitywnie przystroił się w „gołębie” pióra, a sam przewodniczący FOMC wyraźnie potwierdził zamiar obniżenia stóp procentowych podczas spotkania Rezerwy Federalnej w końcówce lipca. Z drugiej natomiast nowy odczyt inflacji bazowej w USA (nieuwzględniającego zmian cen najbardziej zmiennych komponentów tj. energii i żywności) pokazuje, że przez 18 miesięcy z rzędu dynamika cen w USA wynosiła co najmniej 2-procent, nie schodząc poniżej celu inflacyjnego Rezerwy Federalnej.

Dane o bazowej inflacji CPI w czerwcu okazały się lepsze od oczekiwań konsensusu. Nie widać również sygnałów spowolnienia w danych o kreacji miejsc pracy, a z drugorzędnych publikacji na temat rynku pracy wyłania się obraz asertywnej i pewnej siebie siły roboczej. Uwzględniając ten, względnie dobry krajobraz makroekonomiczny uważamy, że w Stanach Zjednoczonych dojdzie do mniejszej liczby obniżek stóp procentowych, niż sugeruje to wycena kontraktów fed funds futures.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Kardiomonitory i kasy fiskalne, czyli elektronika korzystająca z dobrodziejstw druku 3D

Elementy o wysokich właściwościach przewodzących, złącza do samochodów elektrycznych, personalizowane obudowy oraz detale do urządzeń elektronicznych – to wszystko można już dziś wydrukować w 3D. Z technologii tej korzystają na co dzień nie tylko tacy giganci jak Panasonic, Whirlpool czy Electrolux, ale i polskie firmy, które w druku 3D znalazły sposób na rozwój i sukces w starciu z konkurencją.

Z danych GUS wynika, że w minionych dwóch latach produkcja branży elektrotechnicznej wzrosła, wspomagając szybki rozwój polskiej gospodarki. Wynika to w dużej mierze z tego, że sektor ten odważnie sięga po innowacje technologiczne. Jedną z nich jest druk przestrzenny, który doskonale odnajduje się w produkcji małoseryjnej i nieregularnej – typowej przy konstruowaniu urządzeń takich jak defibrylatory, kardiomonitory czy kasy fiskalne.

Mała seria, duży kłopot

Firmy produkujące urządzenia elektroniczne bardzo często stają w obliczu problemów związanych z zakończeniem produkcji elementów czy podzespołów dostarczanych przez podwykonawców zewnętrznych. Jeszcze parę lat temu szukano by pewnie nowego dostawcy lub podjęto decyzję o zakończeniu produkcji – tracąc cenny czas i pieniądze. Dziś przedsiębiorstwa mają inną opcję – inwestycję w drukarkę 3D, dzięki której mogą na życzenie konstruować potrzebne detale czy narzędzia, a także wykonywać prototypy.

– Technologie addytywne zmieniły sposób, w jaki opracowywane są dziś profesjonalne urządzenia elektroniczne, a wykorzystanie druku 3D w małoseryjnej produkcji wydaje się już czymś zupełnie naturalnym – mówi Mateusz Sidorowicz, dyrektor marketingu w firmie 3DGence. – Firmy zamiast kupować drogie narzędzia i formy do produkcji – niezbędne w tradycyjnym procesie wytwarzania – mogą zainwestować w dobrą drukarkę 3D.

Druk 3D sprawdza się tam, gdzie istnieje potrzeba wyprodukowania niewielkiej liczby modeli, również personalizowanych. Zapewnia ciągłość pracy, uniezależniając firmy od dostawców zewnętrznych i proponowanej przez nich ceny, która zazwyczaj jest wyższa, gdy w grę wchodzi produkcja jednostkowa.

– Produkujemy kilkaset sztuk urządzeń rocznie i zawsze naszym największym kłopotem było pozyskanie podwykonawców detali konstrukcyjnych, mechanicznych, wykonywanych z tworzywa lub metalu, którzy niechętnie przyjmują takie zlecenia – mówi Wojciech Przybycień z EMTEL Śliwa. – Zdecydowaliśmy się kupić drukarkę 3D i od tego czasu jesteśmy samowystarczalni. W technologii druku 3D wykonujemy m.in. prototypy obudów naszych nowych  kardiomonitorów.

Firma Emar z kolei, inwestując w przemysłową drukarkę, usprawniła swoje procesy produkcyjne – drukuje przyrządy technologiczne oraz wykonuje prototypy nowych urządzeń.

– Technologia druku 3D pozwala nam wytwarzać obiekty o złożonych kształtach. Korzystając z drukarki wyposażonej w dwie głowice, możemy z użyciem materiału podporowego produkować przedmioty skomplikowane geometrycznie z zachowaniem dużej precyzji i jakości wykonania – mówi Marcin Bartosiński z Emar Samoraj i spółka.

Cosmos is the limit

Druk 3D podąża w coraz ciekawszych kierunkach. Izraelska firma Nano Dimension, która produkuje w technologii 3D układy elektroniczne, otrzymała niedawno grant od rządu Izraela (Israel Innovation Authority) na sfinansowanie projektu drukowanych, ceramicznych materiałów 3D na potrzeby przemysłu kosmicznego. Aktualnie realizuje z firmą Harris Corporation roczny projekt dla NASA, w którym opracowywuje w 3D systemy kosmiczne o częstotliwości radiowej (RF).

– Z uwagą śledzimy, co dzieje się w branży druku 3D na świecie, i najbardziej podoba się nam to, że dobry sprzęt pozwala firmom na dużą samodzielność w procesie produkcji – dodaje Mateusz Sidorowicz z 3DGence. – Teraz projektanci i inżynierowie mogą błyskawicznie przejść od innowacyjnego pomysłu, przez badanie prototypu, do systemów testowych – samodzielnie drukując w 3D potrzebne komponenty, a nawet – jak się okazuje – własne wielowarstwowe płytki PCB. To wszystko sprawia, że mają większą kontrolę nad cyklami projektowymi, wzrasta też poziom bezpieczeństwa oraz spada cena produkcji.

Druk 3D w branży elektronicznej sprawia, że otwarci na innowacje projektanci i inżynierowie mogą nie tylko realizować swoje nawet najśmielsze pomysły, ale przy okazji optymalizować biznes – eliminować przestoje w produkcji, usprawniać prototypowanie i zaspokajać wymagania klientów, dopasowując produkty do ich potrzeb. Pamiętać jednak należy, że jak każda technologia, również ta posiada swoje ograniczenia i nie w każdym przypadku może być używana. Dlatego decyzja o wprowadzeniu jej do procesów produkcyjnych przedsiębiorstwa powinna być poprzedzona analizą ryzyka i testami, które potwierdzą słuszność jej zastosowania.

Zastój w inwestycjach MŚP już trzeci kwartał z rzędu

Po wyraźnej poprawie nastrojów MŚP w ubiegłym kwartale, optymizm sektora się pogorszył. W III kwartale br. Barometr EFL[1], wskaźnik monitorujący nastroje w mikro, małych i średnich firmach, osiągnął wartość 52,2 pkt. (-2,3 pkt. kw./kw.) i jest to najsłabszy wynik dla III kwartału od 2015 roku. Wszystko za sprawą pesymistycznych prognoz dotyczących inwestycji – ich wzrost planuje tylko 21 proc. przedsiębiorców. Inwestycyjny pesymizm utrzymuje się już od początku 2019 roku, co może wskazywać, że MŚP obawiają się spowolnienia w Polsce.

Wynik Barometru EFL na III kwartał 2019 roku wyniósł 52,2 pkt., czyli był o 2,3 pkt. proc. niższy niż w II kwartale br. i o 0,7 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2018 roku. Jednocześnie, osiągnięty poziom jest jednym z trzech najniższych od początku realizacji pomiaru Barometr EFL (od stycznia 2015 roku) – niższy był tylko w I kwartale tego roku (49,9 pkt.) oraz IV kwartale 2018 roku (51,1 pkt.).

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

– Kondycję sektora mikro, małych i średnich firm w EFL monitorujemy już piąty rok i śmiało możemy wskazać na cykliczną powtarzalność wyników. Zgodnie z nią, między II a III kwartałem następuje obniżenie głównego wskaźnika, co zaobserwowaliśmy również w tym roku. Optymistycznym jest fakt, że odczyt wciąż znajduje się ponad progiem OR[2], co oznacza, że pomimo gorszych prognoz, mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Jednak biorąc pod uwagę pomiary z poprzednich lat, zgodnie z którymi nastroje słabną również pomiędzy III i IV kwartałem, spodziewamy się około 2-punktowego spadku w kolejnym pomiarze. W związku z tym istnieje duże ryzyko osiągnięcia wyniku poniżej granicy 50 pkt. już drugi raz w tym roku – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

W inwestycyjnym dołku

Za niską wartość głównego wskaźnika odpowiadają przede wszystkim oceny planowanych inwestycji. Tylko 21,1 proc. przedsiębiorców spodziewa się ich wzrostu, podobnie jak kwartał wcześniej (21,2 proc.) i tylko nieco więcej niż na początku roku (18,3 proc.). Więcej zarządzających firmami obawia się spadku inwestycji (28,2 proc.), co również miało miejsce w dwóch poprzednich kwartałach. Eksperci EFL zwracają uwagę, że tak słabych prognoz i długo trwającego inwestycyjnego pesymizmu nie było od początku realizacji badania.

Największymi pesymistami są najmniejsze firmy zatrudniające do 9 osób, wśród których ponad 31 proc. obawia się spadku inwestycji, a tylko niecałe 18 proc. liczy na ich wzrost. W przypadku małych firm liczących od 10 do 49 pracowników, niecałe 31 proc. zapytanych wskazało na spadek inwestycji, a 19 proc. na ich wzrost. Największymi optymistami są średnie firmy, wśród których więcej przedsiębiorców planuje zwiększenie inwestycji niż ich zmniejszenie (28 proc. vs. 21 proc.).

Warto dodać, że największa część MŚP nie spodziewa się żadnych zmian w obszarze inwestycji (42,7 proc.).

Sprzedaż nakręca przedsiębiorców

W przypadku oceny poziomu sprzedaży odsetek optymistów spadł, jednak wciąż jest jednym z lepszych wyników w historii pomiarów od roku 2015. Na większe zamówienia liczy 33,4 proc. zapytanych przedsiębiorców, o 6,6 pkt. proc. mniej niż w II kwartale br. Co więcej, wciąż utrzymuje się dosyć duża przewaga optymistów nad pesymistami wynosząca blisko 15 pkt. proc.

Optymizm w kontekście sprzedaży rośnie wraz z wielkością firmy. Największy wykazują firmy średnie – prawie 36 proc. z nich liczy na większe zamówienia, podczas gdy wśród małych ten odsetek wynosi 35 proc., a wśród mikro 30 proc.

W przypadku oceny płynności finansowej odsetek optymistów spadł o ponad 6 pkt. proc. i wyniósł 19 proc. Tym samym zbliżył się do poziomu z trzech pomiarów pomiędzy III kwartałem 2018 roku a I kwartałem tego roku, czyli do przedziału 18-20 proc.

Zmiany w prognozach dotyczących finansowania zewnętrznego pozostają niewielkie od przynajmniej 5 pomiarów , w których odsetek optymistów zawiera się w przedziale 9-12 proc.

(Nie)zerowy podatek – jakie obowiązki?

Nawet kilka tysięcy złotych oszczędności rocznie dla każdego młodego podatnika (wg różnych szacunków) może przynieść wprowadzenie tzw. „zerowego PIT”. Wejdzie on w życie już 1 sierpnia 2019r. Ze szczegółami zmian powinny zapoznać się zarówno różne grupy pracodawców (typu MŚP, uczelnie, korporacje), jak i młodzi pracownicy. Nowe przepisy oznaczają nie tylko korzyści, ale również dodatkowe obowiązki.

Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.

Termin wejścia w życie „zerowego PIT” zbliża się nieuchronnie. Głos w dyskusji o zmieniających się przepisach w zakresie „Przychodów ze stosunku służbowego, stosunku pracy, pracy nakładczej, spółdzielczego stosunku pracy oraz umów zlecenia otrzymywanych przez  podatnika do ukończenia 26. roku życia do wysokości nie przekraczającej w roku podatkowym kwoty 85 528 zł” zabrała również Marta Tomaszewska, Kierownik Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.:

  1. Pilnować limitu

– Zmiana sposobu rozliczenia PIT w ciągu roku może wprowadzić pewne zamieszenie związane z pilnowaniem limitu. Należy pamiętać, że limit w roku 2019 będzie kalkulowany proporcjonalnie, czyli od sierpnia br. będzie wynosił 5/12 pierwszego progu tj. 35 636,67 zł. Na chwilę obecną ustawa nie określa jasno, kto ma pilnować przekroczenia kwoty oraz od jakiego momentu ma być naliczamy podatek. Podatnicy mogą mieć przecież różne źródła dochodu. Optymalnie byłoby, gdyby przepisy zaczęły obowiązać więc od nowego roku podatkowego (tj. od 1 stycznia 2020r.).

  1. Pamiętać o innych obowiązkach

Zgodnie z zapisami ustawy płatnik nie będzie musiał obliczać i pobierać zaliczek na PIT (od sierpnia do grudnia), jeżeli młody podatnik złoży stosowne oświadczenie, że jego dochody w całości zostaną objęte zwolnieniem PIT. Część podatku zostanie zwrócona młodemu podatnikowi podczas rozliczenia rocznego.

Warto zwrócić również uwagę na fakt, że nowa „ulga” nie zwolni też nikogo z obowiązku zapłaty składek emerytalnych i rentowych do ZUS oraz zdrowotnych do NFZ (jeśli dana forma zatrudnienia będzie ich wymagać). Nie zmieni się też sytuacja pracujących doktorantów. Zatrudniając się na umowę wskazaną w ustawie, będą oni zwolnieni tylko i wyłącznie z podatku dochodowego.

  1. Rzeczywiście zyskać na zmianach

Na zmianach najwięcej zyskają zatem uczniowie i studenci pracujący na umowę zlecenie, w ramach której są oni także zwolnieni z opłacania składek ZUS. W praktyce każda umowa zlecenie oznacza dużo wyższe wynagrodzenie dla pracujących uczniów czy studentów i zerowe koszty dla pracodawców.

Wprowadzone rozwiązanie postawi wspomniane grupy na uprzywilejowanej pozycji. Z perspektywy finansowej pracodawcom jeszcze bardziej będzie opłacało się zatrudniać osoby uczące się do 26. roku życia niż wykwalifikowanych pracowników. Należy mieć jednak na uwadze  fakt, od umów o pracę wciąż będą obowiązywały składki ZUS. W tym przypadku pracodawcy „oszczędzą” więc tylko i wyłącznie na podatku dochodowym.

  1. Zdobywać doświadczenie

Niewykluczone, że potencjalnie wyższe wynagrodzenie zmotywuje młode osoby, które do tej pory zastanawiały się nad podjęciem pracy. Z moich doświadczeń wynika jednak, że studenci w dalszym ciągu będą chętniej łączyć naukę ze zdobywaniem doświadczenia, niż odkładać ją „na później”  – podsumowała Marta Tomaszewska z Kalasoft.

Patrząc na konsekwencje wejścia tzw. „zerowego podatku” warto pamiętać też, że nie obejmie on zatrudnionych w oparciu o umowy o dzieło oraz prowadzących własną działalność gospodarczą. Takie osoby będą zobowiązane do zapłaty podatku dochodowego.

Wyrok TSUE C-12718 – podatnicy VAT mogą odzyskać nadpłacone środki

8 maja 2019 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał kolejny wyrok, który może potwierdzić nieprawidłową implementację dyrektywy 2006/112 w sprawie podatku VAT do polskiego porządku prawnego. Powyżej celowo użyto zwrotu „może”, ponieważ orzeczenie TSUE zostało wydane na gruncie ustawy VAT obowiązującej w Republice Czeskiej. Tym niemniej podkreślenia wymaga, że w niedługim czasie TSUE wyda wyrok w polskiej sprawie, podobnej w swym przedmiocie do sprawy rozstrzygniętej z udziałem czeskiego podatnika. Mając na uwadze, że Trybunał właściwie nie odstępuje od swej praktyki orzeczniczej, należy przyjąć, że także i w tym przypadku dojdzie do pozytywnego dla polskich przedsiębiorców rozstrzygnięcia.

W przypadku ziszczenia się tego scenariusza wielu polskich podatników, którym zakwestionowano zwrot podatku VAT w zw. z korektą dokonaną na gruncie tzw. ulgi na złe długi, będzie mogło starać się o odzyskanie nadpłaconego podatku.

Polskie regulacje

Jak wynika z ustawy o VAT, brak uiszczenia przez kontrahenta zapłaty wynagrodzenia udokumentowanego fakturą daje możliwość odzyskania podatku VAT, który zawarty był w tym wynagrodzeniu. Taką możliwość daje instytucja nazywana w praktyce ulgą na złe długi, która zawitała do polskiego porządku prawnego w 2005 r. Do tego czasu Polska była jednym z niewielu państw UE, które nie przewidywało odzyskania podatku VAT w przypadku, kiedy kontrahent nie wywiązał się z płatności.

Wprowadzenie tego rozwiązania, jakkolwiek pozytywnego dla podatników, mogło zostać dokonane przez polskiego ustawodawcę nieprawidłowo. Uchybienie to może polegać na ustanowieniu zbyt restrykcyjnych warunków, których spełnienie jest obowiązkowe dla odzyskania podatku.

W obecnym stanie prawnym podatnik może skorygować podstawę opodatkowania oraz podatek VAT w przypadku wierzytelności, których nieściągalność została uprawdopodobniona. Uprawdopodobnienie to wystąpi, jeśli wierzytelność nie została uregulowana lub zbyta w jakiejkolwiek formie w ciągu 90 dni od dnia upływu terminu jej płatności.

Polski prawodawca, nie poprzestając na tych warunkach, wprowadził kolejne. Zgodnie z nimi korekta podatku będzie możliwa, jeśli na dzień poprzedzający dzień złożenia deklaracji podatkowej, w której dokonuje się korekty:

  • wierzyciel i dłużnik są podatnikami zarejestrowanymi jako czynni podatnicy VAT;
  • dłużnik nie jest w trakcie postępowania restrukturyzacyjnego, postępowania upadłościowego lub w trakcie likwidacji.

Czeskie regulacje

Przepisy obowiązujące u naszych południowych sąsiadów dot. ulgi na złe długi są zbliżone swą treścią do polskich odpowiedników. Przede wszystkim czeska ustawa, podobnie jak polska, czyni niemożliwym dokonanie korekty w przypadku, gdy dłużnik przestał być podatnikiem VAT. W praktyce oznacza to, że jeśli dłużnik nie posiada statusu podatnika VAT – co naturalnie jest niezależne od woli wierzyciela i samej transakcji – to korekta jest niedopuszczalna. Zatem podatek, który nigdy nie wpłynął do kasy przedsiębiorcy, nie będzie mógł być zwrócony przez organ podatkowy.

Jeden z czeskich podatników, nie dając za wygraną, doprowadził do zawieszenia postępowania przed tamtejszym sądem najwyższej instancji, który jednocześnie zwrócił się do Trybunału z pytaniami prejudycjalnymi. Pytania te dotyczyły zasadności wprowadzenia do krajowego porządku prawnego przepisów określających dodatkowe przesłanki warunkujące uzyskanie zwrotu podatku, m.in. posiadanie statusu podatnika VAT.

Wyrok TSUE

Znając realistyczne podejście Trybunału do spraw podatników, rozstrzygnięcie sprawy mogło być tylko jedno. Stwierdzono, że art. 90 dyrektywy 2006/112 w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej należy interpretować w ten sposób, że stoi on na przeszkodzie przepisom krajowym, które przewidują, iż podatnik nie może dokonać omawianej korekty, jeżeli dłużnik nie jest już podatnikiem VAT.

Co ważne, Trybunał podkreślił rzecz oczywistą – oznajmił, że skoro dłużnik utracił status podatnika VAT, to tym bardziej przemawia to za możliwością dokonania korekty. Jest bowiem namacalne, że jeśli dłużnik nie prowadzi działalności gospodarczej, to znaczy, że utracił źródło zarobkowania, a to stanowi wyraźny element uzasadniający ostatecznie charakter niewywiązania się z płatności.

Podatnicy VAT zacierają ręce

Mając na uwadze, że w niedługim czasie Trybunał odniesie się do polskich przepisów, istnieje wysokie prawdopodobieństwo nowelizacji ustawy o VAT uchylającej obowiązek posiadania przez dłużnika statusu podatnika VAT oraz statusu strony postępowania upadłościowego. Odbije się to naturalnie pozytywnym echem, jako że zwolni się hamulec zaciągnięty przez organy podatkowe, blokujący obecnie odzyskanie nadpłaconego podatku.

Co równie istotne, bieżące brzmienie przepisów spowodowało odmowę zwrotu podatku wielu podmiotom. Podatnicy, którym odrzucono wniosek o zwrot, powinni zatem zweryfikować swój stan faktyczny oraz wydane decyzje podatkowe w świetle możliwości wznowienia postępowania. Jeśli bowiem istnieją ku temu podstawy, to droga do odzyskania podatku będzie prosta i klarowna.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Programiści na równi z pracownikami fizycznymi. Jakich kompetencji najczęściej szuka polski pracodawca?

W Polsce brakuje rąk do pracy. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force[1] pracodawcy określają problem braku pracowników jako poważny. Na rynku pracy na wagę złota są nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni. Największe trudności ze znalezieniem pracownika mają duże firmy. Polski pracodawca idzie z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków. Zatrudniający prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy. Na jakie benefity mogą najczęściej liczyć pracownicy?

Polski pracownik mało kompetentny?

W skali od 1 „nie mamy problemów” do 5 „mamy bardzo duże problemy”  pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników na 3,16. Trudności najbardziej odczuwają duże przedsiębiorstwa (3,13), nieco mniejsze średnie (3,03) i małe (2,69). Pracodawcy narzekają na niedopasowanie poziomu kompetencji do potrzeb przedsiębiorstwa. Popyt na określone kompetencje napędza przede wszystkim gospodarka cyfrowa oraz Przemysł 4.0.

W opinii przedstawicieli firm podwładni mają największe problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi. Brakuje im także kompetencji językowych, specjalistycznych, cyfrowych, umiejętności rozwiązywania problemów, pracy w grupie/w zespołach projektowych. Luka w zakresie kompetencji analitycznych i cyfrowych wydaje się być szczególnie niepokojąca – praca z najnowszymi technologiami, dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej profesji.

Rys.  1 Kompetencje, jakich brakuje współczesnym pracownikom w opinii przedstawicieli przedsiębiorstw.

Kompetencje, jakich brakuje współczesnym pracownikom w opinii przedstawicieli przedsiębiorstwPoziom dopasowania do potrzeb przedsiębiorstwa oceniano w skali 1-5, gdzie 1 – poziom  tych kompetencji, z punktu widzenia potrzeb przedsiębiorstwa jest całkowicie nieodpowiedni, 5 – oznacza, że osoby mają dokładnie takie kompetencje jakich przedsiębiorstwo potrzebuje. (N=336)

Źródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.

Sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę

Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów w tym obszarze. Jednocześnie wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta popyt na pracowników fizycznych. Według raportu OTTO Work Force przedsiębiorcom coraz trudniej jest znaleźć podwładnych, posiadających zaawansowane kompetencje cyfrowe – programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach IT. Ze względu na otwarcie granic i lepsze zarobki u naszych sąsiadów zatrudniający narzekają także na niedobór pracowników fizycznych, w szczególności – hydraulików, elektryków i montażystów. Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy najczęściej poszukują: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.

Multisport i opieka medyczna to już standard. Czym kusi pracodawca?

Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który nierzadko musi zabiegać o personel z określonymi kompetencjami. Wysokie zarobki i cykliczne premie już nie wystarczają, by zachęcić do zatrudnienia w danej firmie. Przedsiębiorcy starają się znaleźć inne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują pracownikom dodatkowe programy rozwojowe/ścieżki kariery, przeprowadzają szkolenia w zakresie brakujących kompetencji, a także proponują dodatkowe benefity.

Rys. 2 Działania, jakie przedsiębiorstwa zamierzają podjąć, by poradzić sobie z brakiem pracowników o określonych kompetencjach.Działania, jakie przedsiębiorstwa zamierzają podjąć, by poradzić sobie z brakiem pracowników o określonych kompetencjach

Zakres działania określono w skali 1-5: (1 – nie planujemy takiego działania, 5 – planujemy bardzo duży zakres tego działania) (N=336).

Źródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.

Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska

Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej – ofeuje  je już prawie połowa polskich firm (49 %). Równie powszechne są dodatkowe ubezpieczenie grupowe, które wprowadza co drugie przedsiębiorstwo (46 %).

W czasach dynamicznie rozwijającego się rynku pracy coraz więcej benefitów staje się standardem. Jeżeli benefity mają być jednym z czynników, który decyduje o wyborze miejsca zatrudnienia, konieczne wydaje się poszukiwanie nowych rozwiązań, dopasowanych do zindywidualizowanych oczekiwań pracowników – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Rys. 3 Benefity (świadczenia dodatkowe), jakie oferują przedsiębiorstwa swoim pracownikom według opinii badanych (% wskazań) (N=336).

Benefity (świadczenia dodatkowe), jakie oferują przedsiębiorstwa swoim pracownikom według opinii badanychŹródło: Teresa Kupczyk, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników? OTTO Work Force, 2019.

[1] W badaniach ankietowych (ilościowo – jakościowych) wzięło udział 336 przedstawicieli przedsiębiorstw z Dolnego Śląska, dobranych celowo, głównie z dużych (41%), średnich (23%) i małych (20%) firm. Badani to przede wszystkim kadra kierownicza (43%), dyrektorzy działów HR (7%), pracownicy działów HR (12%) i specjaliści (38%).

Papier toaletowy coraz droższy. W tym roku ceny pójdą jeszcze mocno w górę

W bieżącym roku minimalne ceny promocyjne papieru toaletowego spadły średnio o 6%. 4-paki najbardziej potaniały w hipermarketach, 6-paki – tylko w drogeriach i aptekach, a 8-paki – wyłącznie w dyskontach. Maksymalne koszty zakupu w promocji wzrosły aż o 33%. 4 rolki najmocniej zdrożały w sieciach typu convenience. Artykuł pakowany po 6 szt. też wyraźnie poszedł w górę w tym formacie. 8-rolkowe opakowania szczególnie podrożały w hipermarketach. Z kolei średnie ceny promocyjne zwiększyły się o nieco ponad 5%. Poza drobnymi wyjątkami, bez względu na rozmiar paczki, prawie wszędzie były podwyżki.

Ceny minimalne

Spadek minimalnych cen promocyjnych średnio o ponad 6% może być dla klientów zaskoczeniem, gdyż stale mówi się o tym, że papier toaletowy drożeje. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, wyjaśnia, że sieci wykorzystują ten produkt do podnoszenia ruchu w sklepach. Jest on jednym z najczęściej umieszczanych na listach zakupowych konsumentów. Koszt jego nabycia wielokrotnie decyduje o wyborze placówki.

– Moim zdaniem, w tym roku ceny najtańszych artykułów pójdą mocno w górę. Produkowanie recyklingowego papieru toaletowego staje się coraz trudniejsze, ponieważ zmniejsza się liczba dostawców odpowiedniej makulatury. Kurczy się też rynek prasy drukowanej w Polsce. Dotychczas sprzedawcy i konsumenci mogli tego nie odczuwać. Jednak niedawno jedno z wiodących wydawnictw podjęło decyzję o zamknięciu dwóch swoich drukarni. I to może mieć istotny wpływ na wzrost najniższych cen tego typu produktu – mówi Łukasz Jaskulski z Wytwórni Papieru Toaletowego EKO-KLAN.

Opakowania po 4 szt. najbardziej potaniały w hipermarketach – o 35,09%. W sieciach cash&carry również był widoczny duży spadek – o 23,89%. Warto pamiętać o tym, że sklepy należące do tych formatów składają duże zamówienia u dostawców. Mogą więc wynegocjować dla siebie najlepsze warunki. To pozwala im na okresowe promowanie wybranych produktów w bardzo niskich cenach. W pozostałych kanałach sprzedaży zaobserwowano mniejsze obniżki lub brak zmian.

– W przypadku 6 szt. odnotowano praktycznie same wzrosty. Wyjątkiem były drogerie i apteki, w których koszty zakupu zmniejszyły się średnio o 16,69%. Można z tego wnioskować, że większe powierzchniowo sklepy nie koncentrują się na promowaniu najtańszych 6-paków. Dlatego podnoszą ich ceny. Największe podwyżki zanotowały sieci cash&carry, bo aż o 305,88%. Bardziej opłaca im się zachęcać klientów do kupowania innych opakowań – twierdzi Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Papier toaletowy pakowany po 8 szt. też zdrożał w większości formatów, np. w hurtowniach o 54,10%, a w sieciach typu convenience o 38,06%. Tylko dyskonty obniżyły minimalne ceny promocyjne, tj. o 12,53%. Marcin Lenkiewicz tłumaczy, że mogło to być podyktowane ostrzejszą rywalizacją w tym segmencie i potrzebą mocniejszej ekspozycji atrakcyjnych ofert. Klienci dyskontów chętnie kupują najtańsze artykuły na zapas. Dlatego ceny 8-paków są dla nich ważne. Inaczej jest np. w sieciach convenience. Osoby zaopatrujące się w tych sklepach bardziej dbają o swoją wygodę niż o oszczędność.

Górne wartości

– W badanym okresie maksymalne ceny promocyjne wzrosły średnio aż o 33,02%. To jest efektem tego, że papier – bez względu na jego rodzaj – drożeje. Sieci starają się promować powszechnie używany produkt w bardzo atrakcyjnych cenach. Okresowo oferują duże obniżki, na które wydawać by się mogło, nie wpływa ogólna sytuacja na rynku papierniczym. Jednak to nie jest prawdą, bo sklepy nie działają w oderwaniu od dostawców czy wytwórców – mówi Katarzyna Grochowska.

Ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix uważa, że wzrost może wynikać z pozycji silnych marek na rynku i z rosnącej zamożności konsumentów. Osoba, która wybiera droższy produkt, oczekuje zwykle lepszej jakości. Podwyżka przekraczająca nawet 30% nie stanowi dla niej problemu, wręcz jest niezauważalna, jeżeli inne cechy produktu odpowiadają jej oczekiwaniom. Sama promocja jest dodatkową zachętą do zakupu preferowanego artykułu. Wielkość obniżki ma tutaj drugorzędne znaczenie.

– Z każdym rokiem rosną oczekiwania Polaków względem produktów codziennego użytku. Chcąc im sprostać, wytwórcy zwiększają koszty produkcji. Przez długi czas brali je na siebie, ale już nie są w stanie tego robić. Muszą radzić sobie m.in. z podwyżkami opłat za energię elektryczną. Podnoszą płace pracownikom, którzy grożą odejściem z pracy. Jednak największą bolączką dla nich jest wzrost cen celulozy, masowo nabywanej przez Chińczyków. To właśnie z niej powstaje wysokogatunkowy papier toaletowy – dodaje Łukasz Jaskulski.

Opakowanie 4 szt. najbardziej zdrożało w sieciach typu convenience – o 34,66%. Zdaniem Marcina Lenkiewicza, klienci tego typu sklepów często nie zwracają uwagi na ceny. Robią zakupy w pośpiechu, np. po drodze z pracy do domu. Dlatego podwyżki mogą być dla nich zupełnie nieistotne. Podobnie może być w przypadku osób kupujących w supermarketach. W tym segmencie również zaobserwowano spore wzrosty – o 26,34%. Niewielki spadek zanotowały tylko drogerie i apteki oraz cash&carry – po 10%.

– W kategorii 6-paków można zauważyć dwa duże wzrosty, tj. w convenience – aż o 95,24%, a także w cash&carry – o 33,02%. Strategie promocyjne poszczególnych formatów są dopasowane do określonych grup klientów. Ci, którzy kupują 6-rolkowe opakowania w tych kanałach sprzedaży, są w stanie wydać więcej w zamian za określoną jakość. W innych sklepach konsumenci mogą wymagać z kolei większej zachęty do zakupu tej wielkości opakowania. I tak najbardziej widoczne spadki były w supermarketach – o 57,18% – informuje Katarzyna Grochowska.

Produkt pakowany po 8 szt. najbardziej zdrożał w hipermarketach – aż o 49,57%. Wyraźnie poszedł też w górę w DIY – o 33,39%. Najwyższy spadek zanotowano w supermarketach – o 20,01% i w cash&carry – o 16,64%. W tego typu sklepach konsumenci mogą chętniej sięgać po duże opakowania papieru toaletowego. I sieci dostosowują do tego swoje promocje.

Średnie koszty

– Przeciętne promocje wzrosły jedynie o 5,33%. To niewielka różnica w porównaniu do wyżej wymienionych. Wygląda na to, że sieci starają się bardzo atrakcyjnymi cenami minimalnymi wyważyć wzrost tych maksymalnych, aby klient nie odczuł podwyżek. Skrajne wartości robią większe wrażenie na konsumentach niż średnie – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

W zakresie opakowań 4 szt. widzimy, że ceny tylko szły w górę. Najbardziej zauważalne różnice wystąpiły w supermarketach – na poziomie 10,46%. To odzwierciedla fakt, że surowce znacznie zdrożały i ta tendencja dalej się utrzymuje. Sieci nie manipulują cenami średnimi, bo klienci i tak nie zauważają specjalnych różnic w ich przypadku.

– Jeśli chodzi o opakowania po 6 szt. zanotowano podwyżki m.in. w convenience o 25,17%, a także w dyskontach o 15,40%. Z kolei spory spadek widać w supermarketach – o 26,93%, jak również w drogeriach i aptekach – o 15,82% – podaje Marcin Lenkiewicz.

Należy dodać, że produkt pakowany po 8 szt. zdrożał w większości formatów. Najbardziej było to widoczne w sieciach DIY – 33,39%, a także w dyskontach – 10,43%. Wyjątkiem był niewielki spadek w cash&carry – o 2,07%. Jak podsumowuje Katarzyna Grochowska, w formacie DIY klienci kupują papier toaletowy raczej przy okazji. Tego typu sklepom nie opłaca się więc promowanie ww. produktu.

Raport został przygotowany przez ekspertów z Hiper-Com Poland i z Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Materiał porównawczy obejmuje pierwszych pięć miesięcy ub. i tego roku. Do analizy wzięto dane z gazetek promocyjnych wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash&carry, drogerii i aptek, hurtowni oraz DIY.

Nie taki bitcoin straszny, jak go malują?

Bitcoin na dobre wyrwał się z zimowego snu i ponownie zaczął dostarczać emocji. Jednak w obliczu upadków kolejnych giełd kryptowalut, jak mantra powraca pytanie: czy inwestycje w bitcoina są bezpieczne? Okazuje się, że tak jak w przypadku większości produktów finansowych, inwestujący zawsze ryzykują, ale tylko od nich zależy gdzie zdecydują się zainwestować swój kapitał, aby zminimalizować ryzyko dostawcy.

Byki wróciły na rynek kryptowalut

Obecnie cena jednego bitcoina oscyluje wokół poziomu 11600 dolarów. Patrząc na wykres, nie ma żadnych wątpliwości, że notowania głównej kryptowaluty weszły w zaawansowaną fazę wzrostową. Rynek byka rozpoczął się na dobre, a jego potwierdzeniem było nagłe przyspieszenie kursu w maju i jeszcze bardziej dynamiczne w czerwcu. Wzrost na bitcoinie od 5 miesięcy wyniósł ponad 223 proc., a jego czerwcowa wycena była najwyższa od stycznia 2018 roku. Widoczna jest również stale rosnąca kapitalizacja. Na przełomie czerwca i lipca przekroczyła 200 miliardów dolarów.

Grafika: Wykres BTCUSD w okresie od października 2017 r. do lipca 2019 r., aplikacja mobilna TMS Brokers
Grafika: Wykres BTCUSD w okresie od października 2017 r. do lipca 2019 r., aplikacja mobilna TMS Brokers

Niepewny bitcoin?

Mimo hossy na bitcoinie, wiele osób ostrzega przed inwestowaniem w kryptowalutę. Jedną z nich jest amerykański prezydent Donald Trump, który stwierdził ostatnio, że wartość, zarówno bitcoina, jak i innych wirtualnych walut jest bardzo niestabilna, stąd należy podchodzić do nich z rezerwą. W tym kontekście podkreśla się również, że duże wahania kursu bitcoina mogą rodzić ryzyko powstania bańki spekulacyjnej. Wiąże się to z wciąż niską świadomością czym tak naprawdę jest kryptowaluta i jak się ją pozyskuje. Enigmatyczność bitcoina wpływa na niepewność związaną z pokryciem wirtualnego pieniądza.

Niepokój inwestorów wzbudzają także kolejne doniesienia o upadkach giełd kryptowalut. Są to miejsca, w których można nabyć, ale i przechowywać bitcoina. W chwili, w której giełda znika z sieci, właściciele kryptowalut pozostają bez dostępu do informacji i haseł do swoich portfeli, gdzie znajdowały się bitcoiny. Giełdy kryptowalut nie są bowiem kontrolowane przez Komisję Nadzoru Finansowego, dlatego w takim wypadku, odzyskanie środków może okazać się nie lada wyzwaniem.

Kryptowaluty inaczej

Mimo wielu kontrowersji, wielu, także początkujących, inwestorów dostrzega ogromny potencjał bitcoina. Znany, amerykański dziennikarz ekonomiczny Max Keiser sądzi, że kryptowaluta może wkrótce zastąpić złoto i stać się nową „bezpieczną przystanią”. Jego zdaniem, rosnące problemy starego świata finansów, m.in. banków, wzmacniają wirtualne waluty.

Argumentem przemawiającym za bitcoinem jest także możliwość inwestowania w instrumenty pochodne związane z kryptowalutą, co pozwala zarabiać nie tylko na jej wzrostach, ale także na spadkach.

– Inwestowanie w kontrakty oparte o bitcoina, umożliwia wykorzystanie potencjału drzemiącego w kryptowalucie, jednocześnie ograniczając ryzyko związane z jej zakupem na giełdzie. Zwiększa to także bezpieczeństwo inwestycji, ponieważ domy maklerskie, w przeciwieństwie do giełd kryptowalut, podlegają nadzorowi KNF – podkreśla Łukasz Zembik, ekspert TMS Brokers.

Z odpowiednim podejściem kryptowaluty nie są więc instrumentami bardziej ryzykownymi niż te, na które inwestorzy stawiają od lat, jak choćby akcje giełdowe. Kluczowym aspektem, jak zwykle okazuje się być zdrowy rozsądek.

Rynek pod presją licznych wyzwań i w obliczu strukturalnych zmian

Od 2016 r. tempo wzrostu sektora nowoczesnego handlu w Polsce wyraźnie spada. W I połowie 2019 roku rynek przyrósł o ok. 225 000 m kw. powierzchni najmu, osiągając na koniec czerwca br. 14,8 miliona m kw., jak wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland. Wzrost wolumenu podaży jest w dużej mierze kreowany przez rozwój rynków w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys.

Wszystkie statystyki wskazują, że polski rynek nowoczesnego handlu osiągnął fazę dojrzałości. Od pięciu lat dynamika wzrostu nowej powierzchni najmu wyraźnie zwalnia. Spodziewany tegoroczny wolumen nowej podaży, nieznacznie tylko przekraczający 400 000 m kw. powierzchni, to najniższy przyrost w ciągu ostatnich dwóch dekad. Co więcej, następne lata przyniosą dalsze ograniczenie nowej powierzchni, a jednym z dominujących trendów będą modernizacje i przebudowy obiektów istniejących.

Wśród nowych obiektów dominują centra i parki handlowe o wielkości poniżej 15 000 m kw., lokalizowane na mniejszych rynkach bądź w dynamicznie powstających nowych obszarach mieszkaniowych. Od stycznia oddano do użytku m.in.: centrum Tkalnia w Pabianicach, Galerię Sokółka w Sokółce, Atut Ruczaj w Krakowie czy Galerię Hosso w Drawsku Pomorskim. Trend otwierania mniejszych formatów utrzymuje się w Polsce od dłuższego czasu i nic nie wskazuje, aby w najbliższych kwartałach tendencja ta miała się zmienić.

Wyjątkiem od tej reguły było uruchomienie centrum handlowo – rozrywkowego Galeria Młociny w Warszawie o powierzchni najmu 76 tys. m kw. Obiekt, będący wspólnym przedsięwzięciem Echo Investment i EPP, należy do dziesiątki największych w kraju galerii handlowych. Oferuje zarówno szeroki wybór sklepów i punktów usługowych, jak i możliwości spędzania czasu wolnego. W ocenie analityków BNP Paribas Real Estate Poland na kolejny obiekt takiej skali rynek będzie musiał długo poczekać.

Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor nowoczesnego handlu w Polsce wszedł już w fazę dojrzałości, a wskaźniki nasycenia powierzchnią najmu pokazują, że możliwość absorpcji przez rynek nowych obiektów są ograniczone. Dodatkowo, branża handlowa stoi obecnie w obliczu ogromnych wyzwań nawet pomimo dobrej koniunktury ekonomicznej w kraju i wzrostu zamożności polskich konsumentów. Nie dziwi więc duża ostrożność deweloperów i realizacja tylko tych projektów, które mają w wysokim stopniu szansę znaleźć swoją niszę. W kolejnych kwartałach nowa powierzchnia będzie dostarczana głównie poprzez małe i średnie centra oraz parki handlowe, zlokalizowane najczęściej w miastach liczących nie więcej niż 100 tys. mieszkańców. To właśnie w tych miejscowościach dobrze przygotowane projekty mają szansę trafić w zapotrzebowanie rynku – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa z BNP Paribas Real Estate Poland

W planach jest uruchomienie m.in.: największej galerii handlowej na Podhalu – Color Park w Nowym Targu, Dekady w Nysie, Galerii Chełm w Chełmie, Multibox w Płońsku i Głogowie czy Starej Ujeżdżalni w Jarosławiu.

Zahamowanie wzrostu nowej podaży

Do końca roku łączna powierzchnia najmu powinna przekroczyć pułap 15 milionów m kw. Pod warunkiem oczywiście, że planowane terminy otwarcia obiektów handlowych nie zostaną opóźnione. Na koniec czerwca w budowie znajdowało się ok. 360 000 m kw. powierzchni najmu, z czego połowa przewidziana jest do otwarcia do końca 2019 r. Szacuje się, że w 2020 r. tempo wzrostu nowej podaży jeszcze bardziej wyhamuje, co jest rezultatem braku dużych projektów w fazie budowy. Ponad 2/3 nowej powierzchni stanowić będą obiekty poniżej 20 000 m kw. Nowa podaż generowana będzie również poprzez rozbudowę istniejących już centrów lub parków handlowych. Dzięki poszerzeniu listy najemców, odświeżeniu oferty oraz wprowadzeniu nowych funkcji, m.in. rozrywkowej, właściciele chcą wzmocnić pozycję swoich obiektów, wydłużyć czas wizyt oraz przyciągnąć odwiedzających w te niedziele, kiedy handel nie jest dozwolony.

Rynek nie rozpieszcza ani wynajmujących, ani najemców

Chociaż pozytywne wskaźniki ekonomiczne, takie jak rekordowo niskie bezrobocie, wzrost wynagrodzeń i rosnąca siła nabywcza Polaków powinny sprzyjać dobrej koniunkturze w sektorze nowoczesnego handlu, to jednak aktualna sytuacja branży kształtowana jest przez splot niekorzystnych czynników. Zakaz handlu w niedziele, dynamicznie rosnąca popularność zakupów przez internet, szybko zmieniające się zachowania konsumentów i ich oczekiwania wobec handlu stacjonarnego powodują, że wiele obiektów handlowych stoi przed trudnym egzaminem.

Anna Pływacz
Anna Pływacz

Duże obiekty handlowe, zwłaszcza te o dogodnej lokalizacji, oferujące szeroki wybór sklepów, usług, atrakcji rozrywkowych i gastronomii, zdołały szybko przystosować się do nowych, bardzo wymagających realiów rynku i nie odczuwają spadku poziomu odwiedzalności ani obrotów. Według analiz prowadzonych przez organizacje branżowe, jak PRCH i Retail Institute, przyciągają one nawet więcej klientów i generują wyższe obroty, pomimo wprowadzenia w zeszłym roku ograniczenia handlu niedzielnego. W gorszej sytuacji znajdują się małe obiekty, nieposiadające rozbudowanej oferty usługowej i rozrywkowej. Tracą one klientów i notują niższe obroty. To wszystko, w połączeniu z intensywnym rozwojem sektora e-commerce oraz rosnącą konkurencją rynkową, znacząco wpływa na kondycję najemców i w rezultacie przyprawia o ból głowy zarządców i właścicieli centrów handlowych. – Anna Pływacz, Zastępca Dyrektora w Dziale Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wśród najemców największym zainteresowaniem nieodmiennie cieszą się wiodące obiekty działające na głównych rynkach, mogące dzięki swojej silnej pozycji zapewnić szeroką bazę klientów i stabilność obrotów. O ile na brak najemców nie mogą narzekać obiekty najlepsze w swojej kategorii, o tyle obserwujemy tendencję wzrostu wskaźnika powierzchni niewynajętej w obiektach o gorszej kondycji. Z utrudnieniami rynkowymi nie radzi sobie wielu graczy. Spore problemy przeżywają m.in. New Look i Piotr i Paweł. Jednak mimo trudnej sytuacji w branży, kolejne znane marki zapowiedziały swoją premierę na polskim rynku. W gronie przyszłych debiutantów znajdją się m.in.: Urban Outfitters, Monki, WeekDay oraz długo oczekiwany Primark. Warto zauważyć, że coraz częściej jako miejsce debiutu rynkowego wybierane są nie klasyczne centra handlowe, a kompleksy wielofunkcyjne powstające w ramach rewitalizacji dawnych obiektów przemysłowych i charakteryzujące się dogodną, śródmiejską lokalizacją, czego przykładem jest Elektrownia Powiśle w Warszawie.

Moda na cydr

Ten lekki, niskoalkoholowy, jabłkowy trunek, idealny wprost na lato, tak popularny od lat w Wielkiej Brytanii i Francji, z roku na rok zdobywa coraz więcej miłośników na całym świecie. Mowa oczywiście o cydrze, który doskonale orzeźwia w ciepłe dni. Eksperci zrzeszeni w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa apelują, aby dokładnie czytać etykiety i na półkach sklepowych szukać oryginalnych cydrów, a nie piwa o smaku jabłkowym. A te proponują niektóre browary,  sprytnie wykorzystując modę na cydr.

Jabłkowe zagłębia

Mazowieckie, lubelskie, łódzkie, świętokrzyskie, wielkopolskie, lubuskie – to województwa, które są największymi regionami sadowniczymi w Polsce. Prawdziwym jabłkowym zagłębiem jest oczywiście rejon Grójecko-Warecki na Mazowszu oraz okolice Sandomierza.

To trzeba powiedzieć jasno – mamy idealny klimat do produkcji smacznych jabłek – proporcja dni chłodnych i ciepłych jest idealna. Warunki powodują, że owoce mają odpowiedni smak i są doskonałym surowcem w przemyśle przetwórczym. Obecnie eksportujemy je do 68 krajów! To Polska jest największym producentem jabłek w Unii Europejskiej (w ubiegłym roku ich produkcja wyniosła 4,5  mln ton!), a na świecie,  po Chinach i USA, zajmujemy trzecie miejsce.

Polski cydr

W związku z tym, że produkcja cydru nie jest regulowana przez jednolite unijne przepisy, cydry dostępne w Europie różnią się od siebie charakterem, co wynika z różnych tradycji w poszczególnych regionach. Polska może się poszczycić jednymi z najbardziej restrykcyjnych regulacji, które zostały utworzone w celu zapewnienia wysokiej jakości tej nowej, nieznanej konsumentom kategorii.

Według polskiej definicji, cydr to napój alkoholowy, o zawartości alkoholu 1,2-8,5%. Powstaje poprzez  prowadzoną przez drożdże fermentację alkoholową z nastawu, w którym głównym składnikiem jest sok jabłkowy. Możliwe jest też wytwarzanie cydru bezpośrednio z rozdrobnionych jabłek.

Warto podkreślić, że polskie cydry charakteryzują się wyższym udziałem owoców, niż cydry produkowane w zdecydowanej większości krajów europejskich (mowa oczywiście o minimalnej, dopuszczonej przepisami, ilości soku). –  Kupując cydr wyprodukowany w Polsce możemy mieć pewność, że charakteryzuje się on wysokim udziałem soku jabłkowego – tłumaczy Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. – Obowiązująca u nas w kraju ustawa winiarska stawia wysokie wymagania producentom. Korzystają z wysokojakościowego polskiego surowca, którego pod dostatkiem w naszym kraju i wytwarzają cydry, będące w światowej czołówce jeśli chodzi o zawartość soku jabłkowego. U nas jest to minimum 60%,  w cieszącej się sławą dominanta na rynku Wielkiej Brytanii – jedynie 35%. W Danii i Szwecji jeszcze mniej – min. 15%. Ponadto przy produkcji cydrów w Polsce, prawo nie zezwala na stosowanie barwników i aromatów. Te wszystkie prawne wymagania są gwarancją wysokiej jakości, lecz również powodem dla których polski cydr nie może być tani.

Jak rozpoznać oryginalny cydr?

Na rynku dostępne są napoje alkoholowe próbujące imitować cydry, jednak nie dajmy się zwieść reklamom. Nie są one produktami fermentacji soku jabłkowego. Jak odróżnić prawdziwy cydr od podróbek? Najłatwiejszą, pierwszą wskazówką do identyfikacji oryginalnego cydru jest banderola akcyzowa. Cydry, jako napoje winiarskie są opatrywane znakami akcyzy umieszczonymi na zamknięciu butelek, takimi samymi jakie są aplikowane na opakowaniach wina. Ich brak oznacza, że napój nie jest cydrem.

Problemy producentów cydru w Polsce

Historia tego napoju sięga w Polsce XVI w. Jabłecznik – bo tak wtedy był nazywany, wytwarzano w szlacheckich domach, później jednak, ze względu na uwarunkowania historyczne, napój ten został zapomniany. W 2011 r. w regulacjach krajowych pojawiła się definicja cydru, a w 2013 r. decyzja o wyodrębnieniu niższej stawki podatku akcyzowego stała się impulsem, który pozwolił rodzimym przedsiębiorstwom na rozpoczęcie produkcji. – Mimo dawnych tradycji, cydr jest w Polsce zupełnie nowym produktem – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.

 Wydaje się to zaskakujące, gdyż mowa jest o kraju będącym potęgą sadowniczą  i dysponującym infrastrukturą do produkcji winiarskiej bazującej na owocach. Przed 2013 r. cydry nie były dostępne na półkach sklepowych, a Polacy znali je jedynie ze swoich podróży po Europie. Koniecznością jest więc  zbudowanie świadomości konsumentów i ugruntowanie pozycji marek, a na ten proces potrzeba trochę czasu. Problem stanowi brak możliwości reklamy. Cydry, jako napoje winiarskie nie mogą być, w przeciwieństwie do piwa, reklamowane w Polsce, co stanowi znaczne utrudnienie w dotarciu z informacją do konsumentów. Wykorzystują to producenci branży browarniczej, którzy korzystając z możliwości reklamy swoich produktów oraz niskiej wiedzy na temat cydrów, oferują polskim konsumentom cydropodobne piwa. W ten sposób przejęli istotną przestrzeń rynku i w znacznym stopniu utrudnili rozwój kategorii cydru w Polsce. Dodatkową przeszkodę stanowią przepisy definiujące cydr.  Wnioskujemy do Ministra Rolnictwa o ich zmianę. Do tej pory producenci nie mogą bowiem wytwarzać cydrów o smakach innych niż jabłkowy, co w znacznym stopniu ogranicza ich możliwości w kreowaniu atrakcyjnej oferty, odpowiadającej oczekiwaniom konsumentów.

ZP Polska Rada Winiarstwa wnioskuje również o wprowadzenie zerowej stawki akcyzy na cydr, zgodnie z deklaracjami jakie Premier Morawiecki przedstawił w 2017 r. Bez wsparcia w tym zakresie, w aktualnych warunkach,  rozwój sektora cydrów zdaniem producentów jest wręcz niemożliwy.

– W  sieciach handlowych mamy prawdziwą inwazję  piw smakowych, gdzie piwo jest tylko  nośnikiem alkoholu, a jego  smak kreują różnego rodzaje aromaty i dodatki – mówi Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex. – W takich warunkach bardzo ciężko prowadzić skuteczną kampanię  edukacyjno-marketingową. Nasi konsumenci  nie zdążyli poczuć subtelnej różnicy i poznać  wszystkich właściwości cydrów. Konieczność lokowania cydrów na półkach z winem i alkoholem mocnym bardzo  zawęża  spójną formę przekazu, dodatkowo ograniczając rozwój kategorii. Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że piwo  ma przeważnie więcej procent alkoholu  niż cydr (w większości 4,5 % ) i może być ulokowane praktycznie w każdym miejscu w sklepie. Czyż  nie mamy do czynienia z jawną dyskryminacją? Bez zmian legislacyjnych i wparcia rozwiązań systemowych ze strony Ministerstwa Rolnictwa oraz Ministerstwa Finansów  możemy zapomnieć o cydrze jako produkcie narodowym. A, szkoda, bo rodzime jabłka nadają się wyśmienicie na produkcję cydru.

Firma Bartex, podobnie jak JNT Group, eksportuje swoje cydry za granicę, głownie do państw UE. Prezes firmy JNT Group, Jakub Nowak, mówi krótko: Cydr ma swoje miejsce na rynku i szansą na rozwój tego segmentu jest obiecane zniesienie akcyzy.

W pierwszych latach po przełomowym 2013 r., polski rynek rósł bardzo dynamicznie, w 2016 r. nastąpiła stagnacja, a w 2017 r. i 2018 r  znaczny spadek produkcji. Tymczasem  na świecie segment ten rozwija się intensywnie. Zgodnie z analizami Allied Market Research, do 2023 roku możemy spodziewać się w skali globalnej wzrostu 6,1 % rok do roku. Prognozy mówią, że w 2023 r. wartość rynku cydru osiągnie 16,252 mln $. To najbardziej spektakularny wzrost na dzisiejszym rynku alkoholowym.

Niewątpliwie ten boom to wielka szansa dla polskiego sadownictwa i winiarstwa. Ale by ją w pełni wykorzystać, niezbędna jest zmiana przepisów.

Wyrok w sprawie Banku Millennium – sąd potwierdził nieważność umowy kredytu indeksowanego

Sąd Apelacyjny w Warszawie 10 lipca 2019 roku oddalił apelację Banku Millenium od wyroku Sądu Okręgowego, w którym stwierdzono nieważność umowy kredytu indeksowanego. To sprawa precedensowa, ponieważ po raz pierwszy w Polsce zasądzono kwotę roszczenia na rzecz powoda. Orzeczono, że klauzula indeksacyjna została już wcześniej uznana za nieuczciwą przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie w wyroku przeciwko Bankowi Millenium i decyzja ta wiąże w każdej pojedynczej sprawie. Oznacza to, że dzisiaj wszyscy konsumenci w podobnej sytuacji mogą powołać się na wspomniany wyrok SOKiK-u.

– Sąd Apelacyjny stwierdził także, że klauzula indeksacyjna określa świadczenie główne i w związku z jej nieuczciwością, umowa powinna zostać uznana za nieważną – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radca prawny. – W kontekście samej nieuczciwości postanowienia o indeksacji bardzo ważne jest, że sąd odwołał się do najnowszych orzeczeń Sądu Najwyższego oraz Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wskazano na fakt, że bank dowolnie ustala kurs, stosuje dwa róże kursy – kupna i sprzedaży, a sama umowa wystawia kredytobiorcę na nieograniczone ryzyko walutowe bez możliwości jego ograniczenia. Sąd apelacyjny ostatecznie uznał nieważność umowy, ponieważ na gruncie prawa europejskiego to konsument decyduje o tym, czy lepsza dla niego jest umowa kredytu w złotówkach ze stawką LIBOR czy też stwierdzenie nieważności.

Wyrok ten idzie dalej niż ostatnie decyzje Sądu Najwyższego z kwietnia i maja. Wtedy uznano, że umowa kredytu indeksowanego ma być wykonywana jak kredytu w złotówkach na LIBOR-ze. W tej sprawie zasądzono, że skoro indeksacja określa świadczenie główne – jest ona w całości nieważna. Oprócz tego zauważono, że spłat kredytu dokonanych przez powoda nie można zaliczyć na poczet roszczenia banku z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia wskutek nieważnej umowy. Bank w tym postępowaniu nie złożył oświadczenia o potrąceniu ani nie wystosował własnego roszczenia. Orzekanie w tym kierunku byłoby więc wyjściem ponad żądanie – wyjaśnia Garlacz.

MLP Group podwoiło poziom komercjalizacji

W pierwszej połowie br. MLP Group podpisało 22 umowy, dotyczące wynajęcia łącznie 217 tys. m2 powierzchni magazynowej w Polsce, Niemczech oraz Rumunii. Osiągnięty wynik jest ponad dwukrotnie  wyższy od poziomu sprzed roku, kiedy skomercjalizowano nieco ponad 100 tys. m2.

MLP GroupW pierwszej połowie 2019 r. MLP Group podpisało 22 umowy najmu, komercjalizując łącznie około 217 tys. m2 powierzchni magazynowej i biurowej w Polsce, Niemczech oraz Rumunii. Z tego blisko 122 tys. m2 powierzchni zostało wynajęte przez klientów w ramach nowo realizowanych inwestycji. Transakcje na łącznie około 95 tys. m2 dotyczyły zwiększenia wielkości wynajmowanej  powierzchni przez dotychczasowych klientów lub przedłużeń okresu najmu oraz wynajęcia przez nowych klientów istniejącej powierzchni.

Skomercjalizowana w pierwszej połowie tego roku powierzchnia była ponad dwukrotnie większa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, kiedy wynajętych zostało nieco ponad 100 tys. m2.

Najwięcej umów obejmujących łącznie komercjalizację blisko 79 tys. m2 dotyczyło parku logistycznego MLP Unna działającego na rynku niemieckim. Pozostałe transakcje dotyczyły centrów logistycznych MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Wrocław, MLP Lublin MLP Poznań West oraz MLP Bucharest West.

„Minione półrocze było dla nas bardzo udane. Znaczącą rolę w procesie komercjalizacji odegrał rynek niemiecki. Potwierdza to skuteczną realizację naszej strategii zorientowanej na ekspansji w tym kraju oraz dalszym dynamicznym rozwoju w Polsce. Podwojenie wielkości wynajętej powierzchni w porównaniu do ubiegłego roku, który był również dla nas bardzo udany, oznacza jednocześnie kontynuowanie wieloletniego trendu wzrostu skali działania. Warto podkreślić, że ponad połowa zakontraktowanej w tym roku powierzchni obejmuje nowo budowane obiekty” – podkreśliła Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.

Na polskim rynku pracy w najbliższych latach zabraknie 3–4 mln pracowników. Kryzys demograficzny wymusi na firmach wiele działań

Na polskim rynku pracy w najbliższych latach zabraknie 3–4 mln pracowników. Kryzys demograficzny wymusi na firmach wiele działań 8

W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie ok. 3–4 mln pracowników, a według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego do 2050 roku ta liczba wrośnie już do 10 mln. To jedno z największych wyzwań dla sektora przedsiębiorstw. Kryzys demograficzny będzie wymagać od firm szeregu działań podejmowanych w porozumieniu z administracją rządową i związkami reprezentującymi pracowników. Aktywizacja biernych zawodowo, migracje, wyrównywanie różnic płacowych między kobietami a mężczyznami, tworzenie przyjaznej kultury pracy, automatyzacja i rozwijanie kompetencji miękkich to największe wyzwania dla polskiego rynku pracy w nadchodzących latach – podkreślają eksperci Konfederacji Lewiatan i Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

– Największe z dzisiejszych wyzwań dla przedsiębiorców to rynek pracy. Problemem jest zarówno dostępność pracowników, jak i ich jakość. Szacuje się, że w najbliższych kilkunastu latach na polskim rynku zabraknie nawet 3–4 mln pracowników. Druga sprawa to ich dopasowanie do zmieniających się profili firm. W nadchodzących latach firmy będą przechodzić od bardzo prostych zadań, które zostaną zautomatyzowane, do tych z większą wartością dodaną. Do tego potrzebni będą pracownicy z nowymi kompetencjami. Stąd edukacja na poziomie specjalistów techników jest elementem krytycznym do tego, żeby firmy i gospodarka mogły się dalej rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan, założyciel i honorowy przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Polski rynek pracy już od miesięcy zmaga się z historycznie niskim bezrobociem. Według szacunków MRPiPS stopa bezrobocia rejestrowanego w czerwcu wyniosła 5,3 proc. i była o 0,1 proc. niższa niż miesiąc wcześniej. Niskie bezrobocie to dobra wiadomość dla pracowników, bo wymusza wzrost płac i daje większą elastyczność w szukaniu nowego zatrudnienia. Gorsza dla pracodawców, bo w połączeniu z szybkim wzrostem gospodarczym przekłada się na problemy z pozyskiwaniem kadr i ich rotacją. Jak wynika z ostatniego „Barometru rynku pracy” Work Service, 64,9 proc. polskich firm deklaruje, że niedobór pracowników odbija się na ich działalności. Ponad połowa ogranicza inwestycje lub nie może zawierać nowych kontraktów ze względu na problemy kadrowe.

Sytuacja będzie się zaostrzać, bo – jak wynika z prognoz GUS – do 2050 roku nastąpi spadek liczby ludności Polski o 4,5 mln osób, czyli prawie 12 proc. Z kolei obciążenie osób w wieku produkcyjnym przez emerytów zwiększy się w tym czasie do 52 na 100 zatrudnionych (z 28 jeszcze w 2013 roku). W efekcie w 2050 roku na polskim rynku pracy zabraknie już ok. 10 mln osób w wieku 18–44 lat, aby utrzymać obecną relację ich liczby do populacji osób w wieku poprodukcyjnym.

– Nie zapełnimy rynku przez własną spadającą demografię, stąd migracje są elementem krytycznym – podkreśla Maciej Witucki.

Kolejnym wyzwaniem jest aktywizacja osób biernych zawodowo. Na koniec marca br. w Polsce było 984,7 tys. zarejestrowanych bezrobotnych, z których około 400 tys. stanowiły osoby młode (ponad 250 tys. to osoby przed 30 rokiem życia). Natomiast w sumie grupa tzw. NEETs (osoby młode niepracujące, nieuczące się i niedokształcające się) w 2017 liczyła w Polsce 1,44 mln osób, z których 68 proc. stanowiły kobiety. Główną przyczyną takiego stanu w przypadku Polek była opieka nad dzieckiem lub bliskimi (45 proc.), zajmowanie się domem albo bezrobocie trwające krócej niż rok.

– Z jednej strony jest blisko 1,5 mln ludzi młodych, którzy nie pracują ani się nie uczą. Z drugiej strony mamy zjawisko wypychania z rynku pracy osób w wieku 55 plus, a my ich dzisiaj szalenie potrzebujemy. Wokół tych zagadnień budowałbym agendę organizacji gospodarczych, dialogu prowadzonego ramię w ramię z instytucjami państwa i samorządu – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący KDS KIG.

Jak wskazuje, w kontekście polskiego rynku pracy jednym z najczęściej pomijanych i niedocenianych aspektów pozostaje kwestia tworzenia przyjaznych miejsc pracy. A to wciąż wymaga sporo pracy. Potwierdza to m.in. badanie „The Workforce View in Europe 2017” przeprowadzone przez ADP. Wynika z niego, że ponad 1/5 Polaków codziennie doświadcza stresu w pracy, a blisko połowa stresuje się w pracy często lub bardzo często. Kolejny problem to wzrost zwolnień L4 spowodowanych problemami psychicznymi (o ok. 70 proc. w ostatnich latach), który wiąże się z wypaleniem zawodowym i poczuciem braku sensu wykonywanej pracy. PIP ostrzega też przed zjawiskiem mobbingu, którym może być spowodowana nawet połowa absencji w miejscu pracy.

– Najważniejszy w miejscu pracy jest kapitał ludzki. Przez lata nie docenialiśmy tego aspektu, ale patrząc na poziom stresu i liczbę L4, które rosną z powodu pewnych dysfunkcji społecznych, najwyższy czas, żeby poważnie wziąć go pod uwagę – podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz. – Druga ważna kwestia to wyrównywanie różnic płacowych między kobietami a mężczyznami. To bardzo wpływa na poczucie sprawiedliwości, atmosferę w pracy i jest bez wątpienia jednym z większych wyzwań dla pracodawców. Kolejnym jest tworzenie elastycznych form pracy. Nie mam tutaj na myśli telepracy i niestabilnych umów, ale sytuację, w której tworzymy kulturę pracy na niepełne etaty. Takie rozwiązania w ogromnej mierze wspierają na rynku pracy kobiety i osoby 55 plus.

Eksperci Konfederacji Lewiatan i Komitetu Dialogu Społecznego KIG podkreślają, że zarówno dla pracodawców, jak i pracowników poważnym wyzwaniem będzie też zbliżająca się dużymi krokami automatyzacja i zmiana struktury rynku pracy, ukierunkowana na kompetencje miękkie i specjalistyczne.

– Bardzo liczę, że edukacja podąży tym tropem, bo w świecie zdominowanym przez technologie to właśnie kompetencje miękkie, takie jak łatwość adaptacji, otwartość na zmiany, komunikacja i umiejętności interpersonalne oraz przygotowanie na to, że cały czas musimy się uczyć, wpłyną na to, jak będziemy odnajdywać się na zmieniającym się rynku pracy. Czasy, kiedy do emerytury wykonywaliśmy jeden zawód w jednym zakładzie pracy, już dawno minęły. Dlatego wyzwaniem jest stawianie na kompetencje miękkie, bo one będą nam bardzo potrzebne – mówi Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej.

Według danych GUS w 2017 roku działały w Polsce 2 mln przedsiębiorstw, z których 95 proc. stanowiły mikrofirmy. Łącznie w tym sektorze pracuje 9,9 mln Polaków, czyli 60 proc. wszystkich zatrudnionych, a według danych PARP udział przedsiębiorstw w tworzeniu polskiego PKB wynosi około 75 proc. i systematycznie rośnie. Dobra kondycja sektora przedsiębiorstw ma więc fundamentalne znaczenie dla rozwoju polskiej gospodarki. Stąd – jak podkreśla prezydent Konfederacji Lewiatan – ważną kwestią jest prosty, przyjazny system prawny, który sprzyja inwestycjom, oraz dialog pomiędzy między pracodawcami, związkami zawodowymi a administracją rządową.

– Musimy dyskutować, żeby wywołać postęp społeczny. Z tym nie jest dzisiaj najlepiej, bo instytucje typu Rada Dialogu Społecznego są w tej chwili mocno uwikłane w bieżącą politykę i tam postęp tego dialogu nie jest taki, jakiego byśmy chcieli. Zwiększenie liczebności związków zawodowych i dialog z szerszą reprezentacją pracowników byłby pomocny. Natomiast potrzebne jest też większe zrozumienie i wsparcie ze strony administracji – podkreśla Maciej Witucki.

Ponad 67 tys. przypadków wyłudzeń kredytów w ciągu roku na skradzione dane. Szacowane straty banków z tego tytułu to 600 mln zł rocznie

Ponad 67 tys. przypadków wyłudzeń kredytów w ciągu roku na skradzione dane. Szacowane straty banków z tego tytułu to 600 mln zł rocznie 9

Wyłudzenia kredytów to problem nie tylko konsumentów, lecz także realne straty finansowe dla banków szacowane na około 500–600 mln zł rocznie. Biuro Informacji Kredytowej wspólnie z sektorem bankowym i finansowym współpracują, żeby zapobiegać takim incydentom. Natomiast w przypadku konsumentów kluczowe jest, żeby szybko dowiedzieć się o próbie wyłudzenia i ją udaremnić. W tym celu BIK udostępnia usługę automatycznych Alertów BIK, które alarmują klienta wówczas, gdy jego dane są weryfikowane w procesie kredytowym. Po otrzymaniu powiadomienia, jeśli to nie on jest wnioskodawcą, może się skontaktować z BIK, który pomoże w identyfikacji wyłudzenia i przekaże taką informację do instytucji finansowych. Do tej pory posiadacze Alertów BIK dostali blisko 4 mln takich ostrzeżeń, a usługę systematycznie włączają do swojej oferty kolejne banki.

– W ubiegłym roku udaremniano średnio 15 wyłudzeń kredytów dziennie. Z analiz BIK wynika, że mogło dojść do ok. 67 tys. skutecznych wyłudzeń na łączną kwotę ok. 600 mln zł. Warto też zwrócić uwagę na skalę ataków w cyberprzestrzeni – Polacy boją się ataków w internecie, a według raportu jednej z firm doradczych 70 proc. firm doświadczyło w 2018 roku przynajmniej jednego cyberataku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor w Departamencie Rynku Detalicznego BIK SA.

Banki codziennie rozpatrują tysiące wniosków kredytowych, z których część jest składana przez oszustów, posługujących się fałszywymi albo kradzionymi danymi. Wyłudzenia kredytów to problem nie tylko konsumentów, którzy później muszą się borykać z konsekwencjami kradzieży tożsamości, lecz także realne straty wizerunkowe i finansowe dla banków. Te ostatnie są szacowane na około 500–600 mln zł rocznie.

– Do wyłudzeń kluczowe jest pozyskanie danych. Każdy Polak może paść jego ofiarą, nie trzeba nawet być aktywnym uczestnikiem rynku kredytowego. Przestępcy mają coraz bardziej wyrafinowane metody pozyskiwania danych: podstawiają fałszywe strony, podając się za banki lub znane instytucje, wysyłają SMS-y z przekierowaniami na fałszywe bramki do zapłaty jakiejś kwoty albo informację, że nasze konto zostało zablokowane i należy szybko podać swoje dane w celu jego odblokowania. Niestety, jesteśmy na to podatni – mówi Joanna Charlińska.

Z badania „Ochrona tożsamości”, przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK, wynika, że 41 proc. Polaków w wieku 15–65 lat doświadczyło różnych form zagrożeń bezpieczeństwa danych, a 62 proc. obawia się zagrożeń w cyberprzestrzeni. Przestępcy mają coraz bardziej wyrafinowane metody kradzieży cudzej tożsamości, ale z drugiej strony sami Polacy udostępniają informacje o sobie w wielu sytuacjach i miejscach takich jak przychodnie, wypożyczalnie czy hotele. Na poczcie mailowej także zwykle przechowywane są pliki i dokumenty zawierające dane osobowe.

– Często nieświadomie sami dajemy przestępcom swoje dane, na przykład nie niszcząc wyrzucanych dokumentów, na których są nasze dane osobowe takie jak imię, nazwisko, PESEL, adres czy adres e-mail – podkreśla Joanna Charlińska.

Jak podkreśla, Biuro Informacji Kredytowej na bieżąco współpracuje z sektorem bankowym i największymi firmami pożyczkowymi w celu zapobiegania wyłudzeniom. Dla konsumentów z kolei kluczowy jest czas, kiedy dowiadują się o wyłudzeniu i mogą mu zapobiec. W tym celu BIK udostępnia unikatową na polskim rynku usługę automatycznych Alertów.

– W każdej sytuacji, kiedy boimy się o swoje dane osobowe, powinniśmy korzystać z narzędzi, które chronią nas przed przestępcami. Takim narzędziem są Alerty BIK. Mechanizm ich działania jest prosty – to taki automatyczny system ostrzeżeń, który chroni nasze dane 24 godziny, 7 dni w tygodniu – mówi Joanna Charlińska.

Alerty BIK to automatyczne powiadomienie, wysyłane do klienta SMS-em lub e-mailem w sytuacji, kiedy jego dane są weryfikowane w związku ze złożonym wnioskiem o kredyt lub pożyczkę. Do tej pory posiadacze alertów dostali już blisko 4 mln ostrzeżeń przed wyłudzeniem pieniędzy na swoje skradzione dane.

– Jeżeli wnioskujemy o kredyt i otrzymaliśmy taki alert, wiemy, że proces kredytowy jest w trakcie i wniosek jest rozpatrywany. Natomiast kiedy nie wnioskujemy o kredyt i otrzymaliśmy taki alert, możemy podejrzewać, że nasze dane posłużyły do wyłudzenia. Alert otrzymamy również w sytuacji, kiedy ktoś podpisuje na nasze dane umowę, np. na energię czy gaz, albo próbuje kupić drogi sprzęt. W takim alercie jest informacja o tym, jaka instytucja pytała o nasze dane osobowe oraz numer infolinii Biura Informacji Kredytowej. Jeżeli klient ma wątpliwości, może się skontaktować z BIK, które pomoże w wyjaśnieniu i identyfikacji wyłudzenia – mówi Joanna Charlińska.

W przypadku wyłudzenia kluczowy jest czas, w którym dowiemy się o  przestępstwie i zaczniemy działać. To dlatego tak istotny jest powszechny i łatwy dostęp do aktywacji Alertów BIK. Takimi kanałami, w których klient mógłby łatwo dokonać aktywacji, są właśnie placówki bankowe i bankowość internetowa.

– W tej sytuacji kluczowa jest współpraca z bankami. Banki udzielają finansowania na masową skalę, prowadzą też kilkadziesiąt milionów rachunków w bankowości internetowej. Warto byłoby, żeby Alerty były dostępne właśnie w tych kanałach. Jeden z banków już wdrożył Alerty BIK do kredytu ratalnego –mówi Joanna Charlińska.

Możliwość otrzymania Alertów BIK przy zawieraniu umowy o kredyt ratalny, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online’owych, mają już klienci Alior Banku. Z usługi skorzystało już kilkadziesiąt tysięcy osób.

– Jedna z firm doradczych w swoim raporcie stwierdziła, że to właśnie usługi dodatkowe będą kolejnym etapem rozwoju sektora bankowego. Jest to bardzo powszechne na Zachodzie, polski rynek dopiero rozwija się pod tym kątem, natomiast Alerty BIK mogą być właśnie taką wartością dodaną, dzięki której klienci bankowości będą spać spokojnie – podkreśla dyrektor w Departamencie Rynku Detalicznego BIK SA.

Ponad połowa firm w Polsce musi ograniczać inwestycje przez braki kadrowe. Przedsiębiorstwa coraz częściej inwestują w swój wizerunek, by przyciągnąć pracowników

Ponad połowa firm w Polsce musi ograniczać inwestycje przez braki kadrowe. Przedsiębiorstwa coraz częściej inwestują w swój wizerunek, by przyciągnąć pracowników 10

Problemy z pozyskiwaniem pracowników, a z drugiej strony rosnący popyt na wykwalifikowane kadry zaostrzają konkurencję między pracodawcami, napędzają wzrost płac i wymuszają większe skupienie na obszarze employer brandingu. Ten przestał już być dla firm opcjonalny, a stał się podstawowym narzędziem zatrzymania dotychczasowych i pozyskiwania nowych pracowników. Pomaga w znalezieniu fachowców na konkurencyjnym rynku pracy, a także ogranicza koszty związane z rotacją i procesami rekrutacyjnymi. Eksperci podkreślają, że w obszar employer brandingu powinny inwestować nie tylko przedsiębiorstwa, które mają problem z rekrutacją specjalistów średniego czy wyższego szczebla, lecz także te, które szukają pracowników tymczasowych.

Employer branding jest dziś postrzegany jako kluczowy element pozyskiwania kandydatów do pracy. Mamy rynek pracownika, co oznacza trudności w pozyskiwaniu dobrych, wartościowych pracowników, którzy na długo pozostaną w organizacji. Stąd też umiejętność budowania atrakcyjnego, przyciągającego wizerunku pracodawcy jest kluczowa w pozyskaniu talentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Rippel, ekspert z branży szkoleń i doradztwa personalnego, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Polski rynek pracy jest obecnie w najlepszej kondycji od 1989 roku. Bezrobocie od wielu miesięcy utrzymuje się na historycznie niskim poziomie – według szacunków MRPiPS stopa bezrobocia rejestrowanego w czerwcu wyniosła 5,3 proc. i była o 0,1 proc. niższa niż miesiąc wcześniej. Z kolei wskaźnik Eurostatu za maj br. (wg metodologii BAEL) wyniósł 3,8 proc., co oznacza, że Polska plasuje się w gronie państw z najniższym bezrobociem w całej UE, znacznie poniżej unijnej średniej na poziomie 6,3 proc. (i 7,5 proc. dla strefy euro).

Niskie bezrobocie – w połączeniu z wysokim wzrostem gospodarczym i dobrym poziomem inwestycji zagranicznych – oznacza dla firm problemy z pozyskiwaniem kadr i ich rotacją. Jak wynika z ostatniego „Barometru rynku pracy” Work Service, już 64,9 proc. polskich firm deklaruje, że niedobór pracowników odbija się na ich działalności. 55,2 proc. polskich firm ogranicza inwestycje lub nie może zawierać nowych kontraktów ze względu na problemy kadrowe. Ponad 1/4 przedsiębiorców ma problem ze znalezieniem pracowników niższego szczebla, a 1/5 – średniego szczebla. Na kłopoty kadrowe częściej skarżą się duże firmy, zatrudniające powyżej 249 osób.

Czerwcowy „Barometr Perspektyw Zatrudnienia” Manpower pokazuje z kolei, że 81 proc. firm chce utrzymać dotychczasowy poziom zatrudnienia w III kwartale, a tylko 14 proc. ma zamiar je zwiększyć. Tak niski odsetek może jednak wynikać nie tyle z braku chęci kreowania nowych miejsc pracy, ile z problemów z dostępem do pracowników i obsadzeniem stanowisk – wskazują autorzy raportu.

Trudna sytuacja rynkowa, a z drugiej strony rosnący popyt na wykwalifikowane kadry zaostrzają konkurencję między pracodawcami, napędzają wzrost płac oraz wymuszają większe skupienie na obszarze employer brandingu, czyli budowaniu marki atrakcyjnego pracodawcy.

– Employer branding obejmuje wszelkie działania, które mają pokazać, że firma jest atrakcyjnym, dobrym, rzetelnym i wiarygodnym pracodawcą – mówi Grzegorz Rippel. – Są to m.in. działania zmierzające do popularyzacji marki, pokazania jej jako pracodawcy, który dba o ludzi, dobrą atmosferę, wyróżnia się na tle innych i promuje ważne wartości jak ekologia czy równouprawnienie. Employer branding ma być swego rodzaju reklamą pracodawcy, która spowoduje, że ludzie będą chętniej pracować w takiej firmie.

Pozwala on firmie zaprezentować swoje atuty zarówno już zatrudnionym osobom, jak i nowym kandydatom do pracy.

Employer branding dzieli się na dwie podstawowe kategorie: wewnętrzny i zewnętrzny. Te działania powinny być ze sobą komplementarne, bo to buduje wiarygodność. Nie sztuka przyciągnąć pracownika ciekawą, atrakcyjną ofertą, trzeba jeszcze umieć go utrzymać. Jakość dobrego employer brandingu jest liczona nie tylko ilością i jakością otrzymywanych aplikacji, lecz także poziomem rotacji w firmie – mówi Grzegorz Rippel.

Jak podkreśla, aby zatrzymać pracowników, firmy muszą podejmować takie działania, które zbudują ich lojalność i zaangażowanie. Z badań wynika, że sami pracownicy i potencjalni kandydaci zwracają uwagę na ten aspekt. Ostatni raport Aplikuj.pl „Jakość procesów rekrutacji 2019” pokazuje, że opinia o firmie jest dla nich bardzo ważna – 68 proc. wskazało ją jako jeden z kluczowych elementów przy sprawdzaniu ofert pracy.

Ekspert doradztwa personalnego podkreśla, że w obszar employer brandingu powinny inwestować nie tylko przedsiębiorstwa, które mają problem z rekrutacją specjalistów średniego czy wyższego szczebla, lecz także te, które szukają pracowników tymczasowych.

Pracownicy tymczasowi to dosyć specyficzna grupa, natomiast trzeba pamiętać o tym, że wiele z tych osób w przyszłości będzie szukać pracy na stałe. Wszelkie działania, które pozwolą wyróżnić się pracodawcom, służą budowie dobrej bazy kandydatów do pracy na przyszłość – mówi Grzegorz Rippel.

Ekspert podkreśla, że praca tymczasowa – zwłaszcza dla młodych ludzi – jest próbą sprawdzenia się w organizacji, możliwością zdobycia pierwszego doświadczenia i pieniędzy. Z kolei dla firmy jest to okazja do poznania pracownika i zaproponowania mu współpracy w przyszłości. Natomiast employer branding wspiera nawiązywanie takich długofalowych relacji na linii pracodawca – pracownik.

– Aby pozyskać najlepszych pracowników tymczasowych, firmy wykorzystują bardzo tradycyjne metody: od ulotek, ogłoszeń i gazet po targi pracy, gdzie absolwenci czy stażyści mogą pozyskać informacje o potencjalnych pracodawcach. Jednak dzisiaj głównym źródłem jest internet. Tutaj wszelkiego rodzaju działania kreatywne, które wyróżniają daną firmę, są kluczem. Młody człowiek dzisiaj przede wszystkim w smartfonie poszukuje dobrej oferty pracy, także tymczasowej – mówi Grzegorz Rippel.

Jak pokazuje ostatni raport HRM Institute „Employer branding w Polsce 2018”, zdecydowana większość polskich pracodawców uważa, że dzięki strategii employer brandingu łatwiej jest przyciągnąć kandydatów do firmy. W ubiegłym roku już 53 proc. firm miało taką strategię (o 7 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej). W 42 proc. firm za ten obszar odpowiedzialne są działy personalne, natomiast 11 proc. ma osobny dział employer brandingu. W ocenie 41 proc. przedsiębiorstw niedobór talentów będzie jednym z głównych czynników, które będą wpływać na biznes w nadchodzącym czasie – wobec ubiegłego roku ten wskaźnik zwiększył się o 7 proc.