Cisco pomaga ponownie zebrać zespół Apollo, aby uczcić 50 rocznicę lądowania na Księżycu

w przyszłym tygodniu mija 50 lat od kiedy rakieta Saturn V rozpoczęła misję kosmiczną Apollo 11, zmieniając na zawsze obraz świata jaki znamy. Wydarzenie to doprowadziło do pierwszych kroków człowieka na Księżycu. Aby je uczcić, we wtorek 16 lipca odbędzie się gala Apollo 50th, która będzie miała miejsce w Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego, w historycznym Apollo / Saturn V Center.

Większość z nas kojarzy misję z Neilem Armstrongiem czy Buzzem Aldrinem. W rzeczywistości, sukces Apollo 11 wymagał działań ogromnego zespołu liczącego aż 400 000 osób. Podczas gali odbędzie się specjalna prezentacja, która zgromadzi pozostałych członków zespołu w celu odnowienia relacji, kontemplacji i wspominania ogromu wspólnej pracy, która doprowadziła człowieka na Księżyc. Jakość komunikacja podczas panelu będzie zmaksymalizowana dzięki technologii Cisco Webex.

Co więcej, dzięki aplikacji Webex każdy będzie miał szansę oglądać spotkanie na żywo. W tym celu wystarczy wejść na stronę Cisco.com o godzinie 2:45, 17 lipca. Wydarzenie będzie można śledzić także na profilach firmy w serwisach społecznościowych.

Webex połączy astronautów, personel kontroli misji, osoby specjalizujące się w namierzaniu satelitów i ratowników.

Astronauci Apollo w Centrum Kosmicznym Kennedy’ego.

W uroczystej gali weźmie udział ponad 500 gości, w tym legendy misji Apollo, które połączą się z uczestnikami z Australii przy pomocy Cisco Webex:

  • Mike Collins, astronauta Apollo 11. Jego drugi lot kosmiczny odbył się w charakterze pilota modułu dowodzenia Apollo 11. Podczas gdy on przebywał na orbicie wokół Księżyca, Neil Armstrong i Buzz Aldrin pozostali w module księżycowym Apollo, by dokonać pierwszego załogowego lądowania na jego powierzchni.
  • Charles Duke, astronauta Apollo 16. Jako pilot modułu księżycowego dla Apollo 16 w 1972 roku został dziesiątą i jednocześnie najmłodszą osobą, która chodziła po Księżycu. Duke odbył aż 4 147 godzin lotu, z czego 3 632 godziny w samolotach odrzutowych, 265 godzin w kosmosie oraz 20 godzin i 15 minut podczas spacerów kosmicznych. Obecnie jest prezesem zarządu Fundacji Stypendiów dla Astronautów.
  • Rusty Schweickart, astronauta Apollo 9. Schweickart był pilotem modułu księżycowego na misji Apollo 9 w 1969 roku – pierwszym testowym załogowym locie modułu księżycowego, podczas którego przeprowadził test przenośnego systemu podtrzymywania życia używanego przez astronautów Apollo w przestrzeni kosmicznej.
  • Gerry Griffin, dyrektor lotów Apollo. Griffin był dyrektorem lotów w centrum dowodzenia i służył w tej roli we wszystkich misjach obsadzonych przez Apollo. Był głównym dyrektorem lotu w trzech misjach lądowania na Księżycu: Apollo 12, 15 i 17. Podczas lotu Apollo 13, Griffin miał poprowadzić zespół lądowania na Księżycu w centrum dowodzenia. Kiedy lądowanie zostało odwołane po eksplozji zbiornika z tlenem, poprowadził jeden z zespołów kontrolerów lotu, który odpowiedzialny był za bezpieczny powrót astronautów.

Satelitarne urządzenia w Canberze w Australii

Aby NASA mogła nadal komunikować się z załogą Apollo wraz z obracaniem się Ziemi, potrzebowała trzech teleskopów radiowych w różnych częściach świata. Jeden z nich znajdował się w Australii, gdzie 20 lipca 1969 r. najbardziej znany zespół przekazał światu pierwsze historyczne obrazy telewizyjne astronauty Neila Armstronga stawiającego stopę na Księżycu. Aby uzyskać ten sygnał i „uratować” dzień, zespół „trackerów” dołożył wszelkich starań, walcząc z niezwykle trudnymi lokalnymi burzami.

Członkowie australijskiej załogi z 1969 roku, którzy pojawią się na gali dzięki technologii Webex to:

  • John Saxon. John wspierał wszystkie misje Apollo przy głównej konsoli operacyjnej i zdobył wyjątkowe doświadczenie w rozmowach z astronautami Johnem Youngiem i Charlsem Duke’iem na powierzchni Księżyca podczas Apollo 16.
  • Mike Dinn. Jako zastępca dyrektora, Dinn był aktywnie zaangażowany w misje Apollo od 7 do 14.
  • Hamish Lindsay. Autor książki “Tracking Apollo to the Moon”. Lindsay specjalizował się w pomiarze czasu, komunikacji głosowej i badaniu zasięgu podczas misji Mercury, Gemini oraz Apollo.

Ratownicy znajdujący się na pokładzie okrętu USS Hornet w Zatoce San Francisco.

Załoga USS Hornet wyłowiła uczestników misji Apollo 11 po tym jak wylądowali w Pacyfiku 24 lipca 1969 roku.

Członkowie załogi ratunkowej USS Hornet, którzy pojawią się na gali za pośrednictwem Cisco Webex:

  • John McLachlan, członek podwodnej ekipy wyburzeniowej (UDT). McLachlan uczestniczył w misji odzyskiwania elementów z wypraw Apollo 8 i Apollo 11 jako członek zespołu pływackiego. Dla misji Apollo 11, helikopter McLachlana i zespół UDT były pierwszymi jednostkami przy statku kosmicznym, które znajdowały się w stabilnej pozycji 2 (do góry nogami). Jego zespół uważnie monitorował prawidłowy przebieg całej sytuacji, aby upewnić się, że wszystko poszło dobrze. Dodatkowo przygotowany był do skoku do wody w razie ewentualnych problemów. Grupa zapewniła mu także wsparcie zespołu ratowniczego.
  • Larry Silva, marynarz USS Hornet. Podczas rekonwalescencji Apollo 11, Silva został wybrany do służby specjalnej na pokładzie samolotu z załogą kamery ABC. Z tego punktu mógł obserwować przylot i odlot śmigłowca prezydenta Nixona, a także procedury odzyskiwania statków kosmicznych i astronautów.
  • Sierżant Joe Holt, marynarz USS Hornet. Sierżant Holt zapewnił bezpieczeństwo prezydentowi Richardowi Nixonowi, gdy ten znajdował się na pokładzie w trakcie wodowania. Obejmowało to m.in. zabezpieczenie pokładu dla przylotu i odlotu helikoptera prezydenta oraz jego otoczenia. Następnie Holt był częścią zespołu, który dbał o bezpieczeństwo statku kosmicznego Apollo 11 oraz astronautów podczas rejsu do portu Pearl.

„Pięćdziesiąt lat temu, ten ogromny zespół działał wbrew przeciwnościom, by wspólnie zrealizować jedno z największych osiągnięć w historii ludzkości. Pamiętajmy, że nie było wtedy Internetu czy urządzeń mobilnych oraz jakichkolwiek komputerów osobistych” – powiedziała Aruna Ravichandran, wiceprezes ds. marketingu i współpracy w Cisco. „Dzięki niewiarygodnym narzędziom, które mamy dziś do dyspozycji – w tym Webex – nawet niebo nie stanowi ograniczenia”.

Gala Apollo 50th odbędzie się 16 lipca, w dniu 50. rocznicy wystartowania Apollo 11 z przylądka Canaveral na Florydzie w 1969 roku. Podczas uroczystości, w której wezmą udział setki gości, odbędzie się dyskusja panelowa o Apollo z legendami kosmicznych wypraw, aukcje wyjątkowych „kosmicznych” pamiątek oraz nagrody dla osób, które są pionierami w dziedzinie przestrzeni kosmicznej i kształtują nową generację pracowników. Wszystkie wpływy z tego wydarzenia zostaną przekazane na rzecz Fundacji Rodziny Aldrin i Fundacji Stypendiów Astronautów.

Wańka wstańka

Wycena wysokie prawdopodobieństwa cięcia stóp przez Fed o 50 pb. Świetne w zakresie zmiany zatrudnienia dane z rynku pracy USA. Jerome Powell mówiący o słabym profilu inflacji, spełnionych kryteriach by ciąć stopy i piętrzących się zagrożeniach dla gospodarki USA. Lepsze od prognoz dane o inflacji.

Lipiec na rynkach to sekwencja naprzemiennych impulsów: pozytywnych i negatywnych dla dolara. Pozytywne płyną z gospodarki, negatywne od władz monetarnych. Klamka zapadła, decyzja o luzowaniu jest przesądzona a retoryka Fed wygląda trochę jak szukanie argumentów wspierających pewne już luzowanie. O ile dla dolara jest to sytuacja negatywna, gdyż nie ma odwrotu i Fed będzie stymulował , o tyle dla rynków ryzykownych aktywów, a zwłaszcza dla rynku akcji USA jest to szklarniowe środowisko. Dla hossy przy niskiej zmienności nie ma nic lepszego niż łagodzenie monetarne przy dobrej kondycji gospodarki. Dopóki nie będzie sygnałów pogarszania się koniunktury, waluty EM i surowcowe powinny pozostać mocne. W tym gronie najmniej preferujemy AUD a najbardziej CAD i NOK.

Protokół z posiedzenia ECB potwierdził natomiast nieodzowność luzowania w strefie euro. Argumentem za tym są m.in. obniżające się rynkowe miary oczekiwań inflacyjnych. Dokument pokazał, że jest zgoda co do potrzeby, ale decydenci są podzieleni co do wyboru odpowiednich narzędzi. W końcu łagodzenie polityki przez EBC jest posunięte do takiego ekstremum, że konieczne są modyfikacje znanych instrumentów. Spodziewamy się, że we wrześniu zostanie obniżona stopa depozytowa o 10 pb, ale prawdopodobnie towarzyszyć temu będzie system różnicowania stóp procentowych dla różnych grup instytucji. To dość skomplikowany i budzący kontrowersje pomysł, który lansuje Członek Zarządu EBC, Coeure. Argumentuje on m.in., że istnieją systemy bankowe, które cierpią ze względu na ujemne stopy i charakteryzowane są przez nadpłynność sektora. W innych państwach, na peryferiach strefy euro wymagane byłoby dalsze luzowanie parametrów polityki. Tzw. tiering mógłby teoretycznie pogodzić dbałość o kondycję sektora bankowego z dążeniem do wsparcia kredytu tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Przy redukcji oczywistym krokiem jest przedłużenie zobowiązania do utrzymywania stóp na bieżącym poziomie o kolejne kwartały.

Naszym scenariuszem bazowym nie jest natomiast wznowienie skupu aktywów, ale gdyby zdecydowano się na taki krok, to tutaj też potrzebne byłyby zmiany. Przybrałyby one postać podniesienia limitu maksymalnego zaangażowania EBC w papiery z poszczególnych emisji (prawdopodobnie z 33 do 49 proc.). W szerszym horyzoncie pozostajemy pozytywnie nastawieni do wspólnej waluty, ponieważ Fed ma znacznie większe pole do luzowania niż ECB. Choć podkreślamy, ze naszym zdaniem dołki EUR/USD zostały już ustanowione, to bez oznak wychodzenia Eurolandu z koniunkturalnej zadyszki może być trudno o wykrystalizowanie się trwałego trendu.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

40 tys. pracowników branży pożyczkowej może stracić pracę. To prognozowany efekt propozycji nowych przepisów

40 tys. pracowników branży pożyczkowej może stracić pracę. To prognozowany efekt propozycji nowych przepisów 1

Firmy pozabankowe udzielają ponad 3,5 mln pożyczek rocznie. Średni dochód przypadający na jednego klienta wyniósł 70 zł, a rentowność branży wynosi ok. 3,2 proc. Nowelizacja ustawy antypożyczkowej może sprawić, że spadnie ona poniżej poziomu opłacalności, a to oznacza problemy dla całej branży. 40 tys. osób może stracić pracę – wskazuje Polski Związek Instytucji Pożyczkowych. To przełoży się bezpośrednio na przychody budżetu państwa, więc ten efekt będzie się rozlewał na całą gospodarkę – podkreśla Fundacja Rozwoju Rynku Finansowego.

 Rząd przygotował ustawę na bazie już nieaktualnego stanu prawnego, która przeregulowuje sektor pożyczkowy, czyniąc jego działalność po prostu nieopłacalną. Gdy wejdzie ona w życie, legalny sektor pożyczkowy w Polsce po prostu przestanie istnieć – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Ryba, prezes Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych.

– Projekt ustawy zawiera część regulacji, które są pożądane i gdyby tylko do nich się ograniczał, to cały sektor by je poparł. To są m.in. regulacje, które mają na celu likwidację lichwy cywilnej, procederu przejmowania nieruchomości. Natomiast projekt zawiera też bardzo niebezpieczne dla rynku pożyczkowego regulacje, w szczególności obniżenie limitów kosztów pozaodsetkowych – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Przyjęta przez rząd ustawa przewiduje obniżenie pozaodsetkowych kosztów kredytów z 55 do 20 proc. Zdaniem wielu ekspertów spowoduje to całkowity upadek branży firm pożyczkowych. Już wprowadzenie zapisu o maksymalnych kosztach z 2016 roku wpłynęło na zmniejszenie rentowności sektora pożyczek pozabankowych o 12 pkt proc. Obecnie, jak wynika z raportu „Sektor pożyczek pozabankowych – dwie strony rynku” opracowanego przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego i Polski Związek Instytucji Pożyczkowych, rentowność rynku szacuje się na 3,2 proc. W 2017 roku zysk pięciu największych firm spadł o 38 proc. rdr., a średni dochód na jednego klienta wynosi 70 zł.

 Jeżeli ustawa zostanie w takim kształcie uchwalona, obawiamy się eksplozji punktów lombardowych i szarej strefy, bardzo dużej patologizacji stosunków społecznych na tle finansowym. To będzie ogromny problem dla prokuratury, która zostanie zalana falą doniesień o różnego rodzaju drobnych oszustwach pożyczkowych, które będą poza całkowitą kontrolą, bo rynek nie znosi próżni. Dla budżetu będzie to oznaczało spadki dochodów w skali roku o 2,2 mld zł, bo tyle wpłaca sektor instytucji pożyczkowych – mówi Jarosław Ryba.

Ustawa antylichwiarska oznacza też utratę pracy nawet przez 40 tys. osób. Będzie mieć też poważne konsekwencje dla całego rynku finansowego i poziomu wykluczenia finansowego, które i tak w Polsce jest dość wysokie.

– Jest też ryzyko efektu domina, dlatego że firmy pożyczkowe to również pracodawcy, czyli będą redukować zatrudnienie i w związku z czym bez pracy znajdzie się kilkadziesiąt tysięcy osób. To oczywiście przełoży się bezpośrednio na przychody budżetu państwa, więc ten efekt będzie się rozlewał na całą gospodarkę – prognozuje Agnieszka Wachnicka.

Ministerstwo Sprawiedliwości prace nad ustawą pożyczkową tłumaczyło brakiem odpowiednich regulacji sektora. Tymczasem istnieje już obowiązek jasnego informowania o RRSO w reklamach pożyczek czy konieczność zwrotu wszelkich opłat pobranych od klienta w przypadku niezawarcia umowy o kredyt, więc prawa klientów firm pożyczkowych są zabezpieczone. Spośród 18 tys. spraw, w których w 2017 roku klienci prosili Rzecznika Finansowego o interwencję, zaledwie 279 dotyczyło instytucji pożyczkowych, a 3,6 tys. – banków.

Nawet uzasadnienie projektu ustawy, którą właśnie procedujemy, świadczy o tym, że to nie w braku przepisów prawa jest problem, tylko w braku egzekucji tych przepisów. Inflacja prawa w tym nam nie pomoże, żeby skuteczniej te przepisy egzekwować i żeby prokuratura i sądy skuteczniej karały za przestępstwa, które już dzisiaj są przewidziane w przepisach prawa – mówi prezes FRRF.

W 2017 roku firmy udzieliły 3,87 mln pożyczek. Według szacunków FRRF i PZIP liczba klientów sektora pozabankowego przekroczyła 3 mln osób. Jednocześnie spada przyznawalność pożyczek. W 2013 roku firmy pożyczkowe zrzeszone w PZIP akceptowały 4 z 10 wniosków kredytowych od nowego klienta. W 2017 roku już 17 proc. Wciąż jednak dla wielu klientów firmy pożyczkowe są jedyną szansą na załatanie domowego budżetu, nie tylko dla tych, którzy na kredyt z banku nie mają co liczyć.

 Jeżeli potrzebujemy pożyczki na 1 tys. zł i mamy do wyboru złożyć wniosek w aplikacji i dostać za 15 minut pożyczkę na konto, albo udać się do banku i przedstawiać pełną dokumentację o zarobkach, zaświadczenie od pracodawcy, zakładać konto bankowe, to jest chyba oczywiste, że wolimy zapłacić 100 czy też 200 zł więcej i uzyskać taką pożyczkę wygodnie, bezpośrednio na konto – ocenia Jarosław Ryba.

PGNiG i Startup Hub Poland szukają innowacji wśród zagranicznych młodych firm. Współpracują już z Brytyjczykami nad pilotażem technologii zdjęć satelitarnych

PGNiG i Startup Hub Poland szukają innowacji wśród zagranicznych młodych firm. Współpracują już z Brytyjczykami nad pilotażem technologii zdjęć satelitarnych 2

W ramach programu akceleracyjnego Startup Hub: Poland Prize do końca tego roku 24 zagraniczne start-upy utworzą w Polsce swoje zespoły, które będą pracować nad projektami z obszaru energetyki oraz nowoczesnych technologii informatycznych. Każdy z nich może liczyć na finansowy grant i możliwość wejścia na polski rynek. Wśród zagranicznych start-upów Fundacja Startup Hub Poland oraz Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo chcą znaleźć innowacje odpowiadające na wyzwania całej grupy kapitałowej. Zwycięzca pierwszej edycji Startup Hub: Poland Prize – brytyjski Spottitt – współpracuje już ze spółką z grupy kapitałowej PGNiG nad pilotażowym wdrożeniem swojej technologii.

 Stworzyliśmy satelitarną technologię przeznaczoną dla sektora energetycznego. Polega ona na wykonywaniu zdjęć satelitarnych, ich analizie przy pomocy sztucznej inteligencji i tworzeniu na tej bazie informacji dostosowanych do potrzeb energetyki. Te dane są wykorzystywane m.in. w celu badania lokalizacji inwestycji czy monitorowania stanu infrastruktury – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Filiberto Amati, doradca brytyjskiego start-upu Spottitt.

Młoda spółka z Cambridge odpowiada na jedno z największych wyzwań w sektorze energetycznym, jakim jest konieczność wykonywania dużej liczby analiz, np. pod kątem planowanych inwestycji. Te zajmują sporo czasu, są kosztowne, często wymagają też stałego monitorowania danego fragmentu terenu. System stworzony przez Brytyjczyków analizuje zdjęcia satelitarne Ziemi i dostarcza informacje firmom z sektora energetyki, które na tej bazie mogą przykładowo wybrać optymalną lokalizację dla elektrowni czerpiących energię z OZE albo na bieżąco śledzić stan sieci energetycznych.

Jeżeli planujemy założenie farmy wiatrowej, szukamy miejsca na instalację fotowoltaiczną lub chcemy sprawdzić, czy nowe domy nie są budowane zbyt blisko gazociągu, to opracowane przez nas rozwiązanie ułatwia realizację tych zadań – mówi Filiberto Amati. – Umożliwia ono wykonywanie zdjęć satelitarnych oraz pozyskiwanie informacji za ułamek dotychczasowej ceny, na dodatek przy wyższej wiarygodności statystycznej. 

PGNiG i brytyjski start-up pracują już nad pilotażowym wdrożeniem nowego rozwiązania. Spottitt to przykład innowacji bardzo potrzebnych w energetyce, która musi mierzyć się z takimi wyzwaniami jak polityka klimatyczna i ograniczanie emisji CO2, smog, rosnące zapotrzebowanie na energię, nowe technologie w obszarze wydobycia czy konieczność magazynowania energii z niestabilnych, odnawialnych źródeł.

Bardzo nas cieszy, że start-up z programu Poland Prize prowadzi zaawansowane rozmowy z Polską Spółką Gazownictwa z naszej grupy kapitałowej. Rozwiązanie, które oni oferują, jest złożone, stąd tak długi czas niezbędny do przygotowań, ale trzymamy kciuki za to przedsięwzięcie – mówi Joanna Podgórska, dyrektor Departamentu Innowacji i Rozwoju Biznesu w PGNiG. – Branża energetyczna to trudny i wymagający biznes, tutaj wiedzę ekspercką nabywa się latami. Od start-upów oczekujemy, że dosyć szybko rozpoznają podstawy naszej działalności i będą w stanie wpiąć swoje innowacje we właściwe miejsca w łańcuchu wartości, w którym działa nasza grupa kapitałowa.

Spottitt został wybrany przez PGNiG po pierwszej rundzie akceleracyjnej programu Startup Hub: Poland Prize. Z początkiem lipca 2019 roku została zainaugurowana druga runda akceleracyjna. Innowacje dla branży energetycznej i informatycznej zaprezentowało 8 start-upów z zagranicy, wyłonionych z blisko 400 zgłoszeń. Stworzone przez nie usługi i technologie dotyczą m.in. oczyszczania wody z oleju i metali przydatnego w przypadku awaryjnych wycieków, generowania dodatkowej energii elektrycznej kosztem różnicy ciśnień gazu ziemnego oraz ograniczenia emisji spalin w dużych piecach przemysłowych, kotłach i silnikach.

W sumie w ramach Startup Hub: Poland Prize odbędą się trzy rundy akceleracyjne. W każdej z nich weźmie udział 8 zagranicznych start-upów. To oznacza, że do końca tego roku powstaną w Polsce 24 innowacyjne zespoły, które pracować będą nad projektami z obszaru energetyki oraz nowoczesnych technologii informatycznych i komunikacyjnych (ICT). Za rekrutację start-upów i koordynację programu odpowiada Startup Hub Poland – jedna z 6 organizacji wybranych przez PARP do rozdysponowania grantów o wartości 5 mln zł.

Inicjatywa cieszy się dużym zainteresowaniem, a Polska przyciąga start-upy z różnych części świata. Za każdym razem, kiedy organizujemy nabór wniosków, otrzymujemy około 400 zgłoszeń start-upów i to nie tylko z Europy Środkowo-Wschodniej, skąd pochodzi 66 proc. chętnych, lecz także z Europy Zachodniej, Izraela czy USA – mówi Vikas Malhotra, dyrektor strategiczny Startup Hub Poland.

Jak podkreśla, Polska przyciąga start-upy m.in. dużymi zasobami wykwalifikowanych kadr.

– Poza tym są w Polsce korporacje, którym zależy na pozyskiwaniu obiecujących start-upów. W rozmowach z zagranicznymi przedsiębiorcami wspominamy o możliwości współpracy z korporacjami nad pilotażowymi projektami, a to jest bardzo duża zachęta dla startupowców, żeby rozwijać swoją technologię w Polsce ­– podkreśla Vikas Malhotra.

Jedną z takich korporacji jest PGNIG, która jest partnerem strategicznym programu Startup Hub: Poland Prize.

– Jesteśmy otwarci na różne propozycje. Interesuje nas przede wszystkim otwartość tych zespołów, ich zaangażowanie, ciężka praca i determinacja, żeby poznać naszą branżę. Oczekujemy od start-upów tego, że będą dobrze przygotowane do rozmów z nami. W praktyce to oznacza, że start-upy muszą przedstawić w miarę konkretne, dojrzałe propozycje, nie tylko wizje. Oceniamy je nie po tym, jaką mają prezentację, ale jak przechodzą cały proces przygotowania do wdrożenia pilotażu i jakie są tego efekty – mówi Joanna Podgórska.

Wszystkie wybrane zagraniczne projekty – po utworzeniu swoich spółek w Polsce – otrzymają wsparcie finansowe w wysokości 50 tys. zł (non-equity grant) ze środków PARP. W trakcie programu firmy rywalizują również o kolejne 60 tys. zł, zaś podczas finałowych prezentacji – nawet o 90 tys. zł.

Mogą się do nas zgłaszać podmioty dysponujące prototypem lub produktem znajdującym się już w sprzedaży. Preferujemy start-upy zaawansowane pod względem technologicznym, mile widziane są te działające w branży e-handlu. Ponadto muszą być to podmioty zagraniczne. Przy wyborze start-upów uwzględniamy szereg różnych czynników, jak zespół czy pozycja rynkowa, która uwidacznia się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą jest posiadanie bazy klientów, a drugą – realizacja inwestycji typu venture capital, udział w renomowanych programach akceleracyjnych czy otrzymane nagrody. Na podstawie takich informacji możemy stwierdzić, że dany start-up dobrze funkcjonuje na rodzimym rynku i składamy mu propozycję wejścia do Polski – mówi dyrektor strategiczny Startup Hub Poland.

Dzieci coraz chętniej uprawiają sport. To efekt m.in. zaangażowania gwiazd i promocji w mediach społecznościowych

0

Dzieci coraz chętniej uprawiają sport. To efekt m.in. zaangażowania gwiazd i promocji w mediach społecznościowych 3

W drugiej edycji programu Drużyna Energii 25 tys. uczniów podstawówek brało udział w różnego rodzaju aktywnościach sportowych. W kolejnej, już zapowiadanej edycji organizatorzy chcą zachęcić do sportu jeszcze większą liczbę uczniów. Organizatorzy planują rozszerzyć program o kolejne dyscypliny drużynowe, m.in. piłkę ręczną, ale także rozszerzyć promocję akcji na nowe kanały. – Zależy nam na rozwijaniu kanału tiktokowego, aby naturalnie rosło zainteresowanie projektem – zapowiada Robert Leszczyński z New Balance Polska.

– Pod względem frekwencji, liczby nadsyłanych filmików, zaangażowania uczniów widzimy gigantyczne wzrosty. Przez dwie edycje uczniowie nadesłali nam aż 40 tys. filmów! To też interakcje bezpośrednie z uczniami, nauczycielami na naszych kanałach social mediowych. Wyciągamy też wnioski organizacyjne – ciągle doskonalimy program i wykorzystujemy narzędzia social mediów, nowych kanałów, aby jeszcze bardziej promować projekt – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Leszczyński, dyrektor marketingu sportowego New Balance.

Niedawno zakończona II edycja Drużyny Energii to 25 tys. uczniów z 200 podstawówek w całej Polsce i ponad 20 tys. nadesłanych wideo z ćwiczeniami. Kolejna edycja może być pod tym względem rekordowa, bo organizatorzy zapowiadają rozszerzenie programu o kolejne dyscypliny. Co istotne, program ma być znacznie szerzej promowany, przede wszystkim w mediach społecznościowych popularnych u najmłodszych użytkowników internetu, np. TikToku.

TikTok to must have w kategorii klas 6–8, więc bardzo mocno zależy nam na rozwijaniu tego kanału i pokazywaniu tam naszych ambasadorów. Wszystko po to, aby zainteresowanie projektem rosło i żeby jeszcze więcej uczniów chciało się angażować w część sportową, a nie tylko w obserwowanie poczynań Drużyny Energii – zapowiada Robert Leszczyński.

Drużyna Energii jest już promowana na Facebooku, Instagramie, YouTubie czy TikToku, teraz organizatorzy chcą zachęcić użytkowników tego ostatniego medium. Zwłaszcza że to właśnie TikTok jest najpopularniejszym kanałem wśród nastolatków, zwłaszcza z mniejszych miejscowości. Agencja GetHero podaje, że 65 proc. korzystających pochodzi z małych miejscowości, a zdecydowana większość ma 13–15 lat.

W naszym projekcie Drużyny Energii w zasadzie chodzi o to, żeby dzieci lubiły każdą aktywność fizyczną. Mamy parę dyscyplin: piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę, freestyle piłkarski i myślę, że będziemy ten zestaw jeszcze poszerzać. Nie zależy nam na tym, żeby ktoś był mistrzem w jednej dyscyplinie, tylko żeby spróbował każdego sportu i nabył przynajmniej podstawowe umiejętności – przekonuje Bartosz Ignacik, dziennikarz sportowy, ambasador II edycji Drużyny Energii.

Obecnie wśród młodzieży najpopularniejsze są te same dyscypliny, co wśród ogółu uprawiających sport. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za 2016 rok wynika, że blisko 60 proc. wybiera sporty drużynowe, zwłaszcza piłkę nożną (ok. 40 proc.), siatkówkę (ok. 8 proc.) i koszykówkę.

– Warto ten projekt poszerzać o kolejne dyscypliny, choćby piłkę ręczną – wskazuje Bartosz Ignacik.

Konkursy są tak zbudowane, że dzieci muszą nauczyć się trochę grać w kosza, w siatkówkę i trochę opanować sztuczki. Są w tym wieku, że trzeba im pokazać wszystko, a oni muszą sami wybrać – podkreśla Marek Citko, ambasador Drużyny Energii.

Jak podkreślają eksperci, najważniejsze, by zaszczepić w dzieciach chęć do uprawiania sportu. Zachęcenie dzieci i młodzieży do ruchu ma kluczowe znaczenie, bo odsetek ośmiolatków z nadmierną masą ciała w naszym kraju przekracza 30 proc.

Mamy nadzieję, że to są impulsy, które powodują, że dzieciaki odchodzą od komputera, telefonu i ćwiczą. Przekazujemy im, że sami zaczynaliśmy w małych klubach, w małych miejscowościach i że można wiele osiągnąć, jeżeli tylko ktoś chce, ma marzenia i nie poddaje się, bo po drodze są porażki, kontuzje, różne problemy. Chcemy przekazać dzieciakom: musicie ciągle coś w życiu robić, bo siedzenie na kanapie nic wam nie da. Nawet jak nie będziecie mistrzami, to przeżyjecie fajną przygodę – mówi Marek Citko.

Dlatego im większy wybór dyscyplin sportowych i zaangażowanie ambasadorów, znanych sportowców, tym większa szansa na wzrost aktywności fizycznej u dzieci i młodzieży.

Kieszonkowcy najczęściej wykorzystują niefrasobliwość pasażerów. Przed większością kradzieży można się jednak zabezpieczyć

Kieszonkowcy najczęściej wykorzystują niefrasobliwość pasażerów. Przed większością kradzieży można się jednak zabezpieczyć 4

Złodzieje kradną coraz częściej w komunikacji miejskiej. Wykorzystują tłok lub sami robią sztuczny tłum, aranżują przypadkowe dotknięcie. W ten sposób kradną portfele i telefony. Wykorzystują roztargnienie pasażerów i ich nieuwagę. Przed częścią kradzieży można jednak się zabezpieczyć. Eksperci podkreślają, że wystarczy zwracać baczną uwagę na bagaż, nie zachęcać złodzieja, a w podróż zabierać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Pomocne są także gadżety, które zwykłą torebkę zamienią w prawdziwy sejf – specjalne karabińczyki, stalowe linki zamknięte w uchwycie czy wewnętrzne stalowe siateczki.

– Kradzieże w komunikacji miejskiej zdarzają się praktycznie codziennie, natomiast trudno jest podać dokładną liczbę takich zdarzeń, dlatego że nie są osobno klasyfikowane. Są klasyfikowane, jeżeli jest to kradzież z rozbojem i wtedy przyjeżdża policja, spisuje notatkę, ale często poszkodowani tych kradzieży nie zgłaszają, niesłusznie oczywiście. A po drugie, nawet, jeżeli zgłaszamy, to trudno ocenić dokładną skalę tego zjawiska – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Arkadiusz Majewski z firmy Pacsafe Polska.

Złodzieje działają w pojedynkę lub w grupie. Lubią tłum, ale i sami potrafią stworzyć sztuczny tłok i skorzystać z zamieszania. Kradzież jest wówczas niemal nie do zauważenia. Kieszonkowcy przede wszystkim jednak wykorzystują niefrasobliwość pasażerów, którzy niekiedy sami zachęcają do kradzieży.

– Najczęściej w komunikacji miejskiej ofiarami złodziei padają osoby, które albo przez roztargnienie, albo przez swego rodzaju nonszalancję pozostawiają część swojego bagażu otwartą, w związku z tym nazywamy to kradzieżami okazjonalnymi. Wtedy złodzieje sięgają po prostu po portfel, telefon czy po coś cennego, nawet torbę pozostawioną pod krzesełkiem gdzieś w autobusie czy w tramwaju – opisuje Arkadiusz Majewski.

Kradzieże okazjonalne, kiedy złodzieje po prostu wykorzystują nadarzającą się okazję, zdarzają się stosunkowo często. Łatwo też paść łupem manipulatora, który wykorzystuje tłok i w zamieszaniu rozpina torbę, wyciąga portfel lub telefon z kieszeni.

– Trzecia grupa to kradzieże ofensywne, które wymagają jakiegoś narzędzia, najczęściej to brzytwa, jakiś ostry nożyk, nożyk do tapet, którym rozcina się bagaż i z niego automatycznie wypadają co cięższe przedmioty, najczęściej portfel lub telefon – mówi ekspert.

Większość kieszonkowców działa w ukryciu, pozostaje niezauważona. Zdecydowanie rzadziej złodzieje działają w ramach rozboju, czyli po prostu wyrywają torebkę czy torbę z ręki, najczęściej tuż przez zamknięciem się drzwi pojazdu, kiedy pogoń jest praktycznie niemożliwa.

Kieszonkowca bardzo trudno złapać na gorącym uczynku, dlatego tak ważne jest zapobieganie kradzieży.

– Po pierwsze, nie zabierajmy ze sobą takich rzeczy, które są nam niepotrzebne podczas podróży. Zabierzmy tylko to, co jest do tej podróży absolutnie niezbędne. Telefon, 1–2 karty kredytowe, których naprawdę używamy, a nie 10, które nam zostały wydane. Jeżeli mamy drogą torebkę albo plecak, to pilnujmy już tego, żeby np. zamki w tej torebce były zamknięte, a nie, żeby ta torebka była do połowy lub całkowicie otwarta – wskazuje Majewski.

Dobrym rozwiązaniem jest też dokładna obserwacja otoczenia, zwrócenie uwagi na osoby zachowujące się w nietypowy sposób, ale przede wszystkim zadbanie o własny bagaż. Portfel czy telefon w kieszeniach, zwłaszcza tylnych, to zaproszenie do kradzieży. Klucze do mieszkania lepiej nosić w innym miejscu niż dokumenty z adresem, a torbę, saszetkę, plecak trzymać przed sobą, zawsze zapięte. Warto też nie chować wartościowych przedmiotów do reklamówek, które łatwo przeciąć.

Innym rozwiązaniem jest wykorzystanie dostępnych na rynku gadżetów, np. portfeli, które chronią dokumenty i karty wykorzystujące technologię RFID przed zeskanowaniem i kradzieżą tożsamości, samoblokujące się suwaki czy np. wyposażyć się w torebkę, gdzie w uchwytach ukryte są metalowe linki uniemożliwiające przecięcia.

– Dostarczamy takie akcesoria, to są specjalne torebki damskie albo plecaki, które są wyposażone w specjalne karabińczyki, gdzie możemy zsunąć zamki ze sobą i zamieniamy taką torbę praktycznie w sejf. Wewnątrz materiału znajduje się stalowa siateczka, która uchroni przed rozcięciami tego materiału. I to są takie drobiazgi, które po pierwsze, dobrze wyglądają, po drugie, nie zwracają na siebie uwagi, a po trzecie, autentycznie chronią nasz dobytek przed tego rodzaju kradzieżami – wyjaśnia Arkadiusz Majewski.

Tokenizacja to nowy sposób na pozyskanie kapitału przez małe firmy. W Polsce wciąż brakuje przepisów umożliwiających rozwój tej technologii

Tokenizacja to nowy sposób na pozyskanie kapitału przez małe firmy. W Polsce wciąż brakuje przepisów umożliwiających rozwój tej technologii 5

Pozyskanie kapitału na zasadach takich jak w przypadku giełdy papierów wartościowych umożliwi tokenizacja. Pozwoli na wyemitowanie blockchainowych odpowiedników papierów wartościowych firmom, które nie mają możliwości zaistnienia na giełdzie. W Polsce barierą rozwojową tej technologii jest brak regulacji prawnych, tymczasem z powodzeniem rozwija się już ona w Niemczech, Szwajcarii czy Estonii.

– Polskie firmy coraz częściej tokenizują się czy też widzą możliwości pozyskania kapitału poprzez szeroko pojętą tokenizację. Tokenizacja w normalnym rozumieniu, patrząc przez pryzmat tradycyjnego rynku, to jest nic innego jak pozyskanie kapitału. Młody rynek kryptowalutowy bardzo chętnie szuka stabilnych projektów. Firmy, które mają ugruntowaną pozycję na rynku, a nie mają jeszcze wydanych tradycyjnych akcji, uzyskują kapitał właśnie poprzez tokenizację – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Rozmus, CEO projektu Tokeneo.

Tokenizacja to forma cyfryzacji biznesu, która opiera się na technologii blockchain. Zamiast papierów wartościowych emituje się tokeny lub kryptowaluty i przypisuje się je właścicielom. Dzięki zdecentralizowanej technologii blockchain i możliwości zawierania inteligentnych kontraktów możliwe jest tokenizowanie aktyw każdego rodzaju – środków pieniężnych, inwestycji, towarów czy materiałów. To szansa przede wszystkim dla mniejszych firm, które nie mogą sobie pozwolić na wejście na giełdę.

– Każda firma może wygenerować sobie własny token i nadać mu identyczne prawo, co spółka akcyjna. Jest to zupełnie darmowe, bezkosztowe. Dawniej tylko największe firmy mogły wejść na giełdę i wyemitować akcje, co było i do tej pory jest bardzo kosztownym procesem. Samo utrzymanie akcji na warszawskiej giełdzie to około 30 tys. zł miesięcznie – mówi Tomasz Rozmus.

Barierą rozwojową takiej formy pozyskiwania przez firmy kapitału jest jednak stan prawny. Również z uwagi na to przedsiębiorcy często obserwują ten rynek, ale przystępują do niego raczej niechętnie. Brakuje też giełd, na których następowałaby wymiana handlowa. Do ich uruchomienia potrzebna jest licencja, a tej w Polsce dostać nie można. Dodatkowo rynek kryptowalut wciąż jest niepewny. Niedawno z powodu utraty płynności finansowej zamknięta została giełda kryptowalut – Bitmarket.

– Oczywiście w Polsce nie ma jeszcze odpowiednich przepisów, żeby tworzyć takie tokeny, które mają znamiona papierów wartościowych, ale w ościennych krajach jest już to możliwe. Dzieje się tak chociażby w Niemczech czy Szwajcarii. Także Estonia w tym momencie wprowadziła bardzo dogodne warunki do tego, żeby firmy, zamiast wydawać tradycyjne akcje, emitowały tokeny, które będą miały takie same prawa do konkretnego aktywa jak tradycyjne akcje –mówi Tomasz Rozmus.

Estońska giełda kryptowalutowa, która ruszyła na początku roku jest na mocy prawa europejskiego w pełni uregulowana. Mogą z niej korzystać wszyscy mieszkańcy krajów UE oraz z USA. Handel na giełdzie daje możliwość kupowania, sprzedawania i wymiany cyfrowych walut, papierów wartościowych oraz walut fiducjarnych. Rynek obejmuje dolary, euro, japońskie jeny i funty oraz około 10 najpopularniejszych kryptowalut, a także akcje ponaddziesięciu największych spółek technologicznych, takich jak Facebook, Amazon, Tesla, Intel, Microsoft, Apple, Baidu, Nvidia oraz Netflix.

– Przedsiębiorcy powinni w tym momencie właśnie kierować się w stronę Niemiec, Szwajcarii bądź też niedalekiej Estonii, bo te przepisy już tam obowiązują. Ten trend już jest widoczny, bo większość polskich przedsiębiorstw, które zostały stokenizowane albo przechodzą ten proces właśnie, wykorzystują te jurysdykcje. Prędzej czy później rynek musi wymóc na Polsce zmianę takich przepisów – przewiduje Rozmus.

Tokenizacja pozwala jednak nie tylko na pozyskiwanie kapitału na inwestycje o charakterze biznesowym, lecz także na finansowanie innych projektów, np. kulturalnych. Działająca w branży blockchain firma ZERO wspólnie z przedsiębiorstwem filmowym Vision Tree chce zebrać 40 mln dol. na film biograficzny o Nolanie Bushnellu, założycielu Atari. Oprócz tokenów, które inwestorzy otrzymają z zysków z filmu, będą mieli oni również głos w sposobie wydatkowania pieniędzy, łącznie z honorariami dla obsady.

– Głośnym polskim przykładem jest tokenizacja Polskiej Fabryki Wódek. Ta firma w tym momencie tokenizuje 20 proc. swoich udziałów, czyli przekazuje inwestorom cyfrowe akcje w postaci tokenów. 20 proc. akcji będzie w posiadaniu ludzi, którzy rzeczywiście interesują się inwestycjami na rynku kryptowalutowym – wskazuje ekspert.

Według MarketsandMarkets rynek technologii blockchain osiągnie w 2023 roku wycenę na poziomie 23,3 mld dol. Oznacza to niemal dwudziestokrotny wzrost w stosunku do roku 2018.

5G to rewolucja nie tylko dla rynku mobilnego. Pozwoli zautomatyzować procesy produkcyjne oraz branżę motoryzacyjną

5G to rewolucja nie tylko dla rynku mobilnego. Pozwoli zautomatyzować procesy produkcyjne oraz branżę motoryzacyjną 6

W skali globalnej technologia łączności 5G zadebiutowała w branży mobilnej. Dzięki niej firmy telekomunikacyjne będą mogły zwiększyć przepustowość danych, a co za tym idzie – uniknąć ryzyka wystąpienia przeciążenia sieci. Ale potencjał tej technologii w pełni wykorzystają przede wszystkim firmy z branży automatyki przemysłowej oraz motoryzacji. Upowszechnienie sieci 5G ułatwi zautomatyzowanie procesów produkcyjnych oraz usprawnienie funkcjonowania internetu rzeczy i inteligentnych samochodów. Trwają już pierwsze prace nad technologią 6G, która pozwoliłaby jeszcze lepiej wykorzystać sztuczną inteligencję i technologię blockchain.

– Technologia 5G jest najpierw wdrażana w urządzeniach mobilnych i smartfonach. Stworzono ją jednak z zamiarem połączenia wszelkiego rodzaju obiektów, w tym m.in. samochodów, fabryk czy procesów przemysłowych, i w takim kierunku będzie ewoluować – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Ignacio Contreras z firmy Qualcomm Technologies.

Międzynarodowa organizacja 3GPP przygotowuje branżę technologiczną na nadejście ery 5G. Specjaliści 3GPP opracowali 15 specyfikacji 5G opisujących głównie urządzenia, które w pierwszej kolejności wykorzystają potencjał nowej technologii. Kolejnym krokiem na drodze do upowszechnia 5G będzie zakończenie prac nad Listą 16, czyli zbiorem specyfikacji opisujących wykorzystanie wspomnianej technologii na znacznie szerszą skalę. Według organizacji, nowa lista ma być ukończona w grudniu 2019 roku.

Po upowszechnieniu nowych modułów łączności w smartfonach i tabletach, producenci układów 5G planują skupić się na rozwiązaniach z zakresu motoryzacji, internetu rzeczy oraz przemysłu 4.0.

– Będziemy świadkami ewolucji w obszarze CV2X, tj. komunikacji pomiędzy pojazdami oraz pojazdów z ich otoczeniem. Jednym z możliwych zastosowań 5G jest wspólny dostęp do danych z kamery samochodowej dla dwóch pojazdów. Wyobraźmy sobie sytuację, że jeden samochód jedzie z przodu, a tuż za nim podąża ambulans. Dzięki dostępowi do danych z kamery umieszczonej w pierwszym pojeździe kierowca ambulansu może sprawdzić sytuację na skrzyżowaniu i szybciej, bezpieczniej dotrzeć na miejsce zdarzenia – tłumaczy Ignacio Contreras.

Potencjał technologii 5G w branży motoryzacyjnej dostrzegły m.in. firmy ZTE oraz Orange, które podjęły współpracę na rzecz stworzenia systemu transportu nowej generacji. W ramach prototypowego projektu HASHConnectedVehicleCampus5G zaprezentowały oprogramowanie umożliwiające zdalne kontrolowanie pojazdów przy wsparciu kamer rejestrujących obraz w wysokiej jakości. Dzięki wykorzystaniu sieci 5G obraz z rejestratorów wideo może być przesyłany do operatora bez żadnych opóźnień, co umożliwia przejęcie zdalnej kontroli nad pojazdem.

Z kolei w ramach projektu HASH5GRobotControl firmy zaprezentowały podobne rozwiązanie zaprojektowane z myślą o przemyśle 4.0. W ramach pokazu testowego udowodniono, że wykorzystanie modułów łączności bezprzewodowej 5G umożliwia błyskawiczną wymianę danych z robotami przemysłowymi, a co za tym idzie – przejęcie zdalnej kontroli nad całą maszyną.

– Właściciele zakładów produkcyjnych mogą stworzyć wewnętrzną sieć 5G. Sieć ta może być obsługiwana przez operatora lub bezpośrednio przez jednostkę zarządzającą zakładem. Rozwiązanie to umożliwia zarządzanie wszystkimi przemysłowymi urządzeniami przenośnymi, robotami czy liniami transportowymi. Każdym elementem wyposażenia, które działa w oparciu o 5G, niezależnie od tego, czy konieczna jest wysoka przepustowość lub małe opóźnienia, czy też potrzebna jest duża liczba czujników – twierdzi ekspert.

Potencjał technologii 5G dostrzegają także politycy. Polskie Ministerstwo Cyfryzacji realizuje „Strategię 5G dla Polski”, program który ma za zadanie do 2020 roku wdrożyć system łączności 5G przynajmniej w jednym dużym mieście. Pierwszym polskim miastem 5G będzie Łódź. Węgrzy z kolei powołali do życia organizację 5G Coalition zrzeszającą przedstawicieli jednostek rządowych, firmy technologiczne, przedstawicieli świata biznesu oraz nauki, którzy mają wypracować rozwiązania umożliwiające wdrożenie rozwiązań 5G na szeroką skalę.

Opłacalność inwestowania w infrastrukturę 5G na potrzeby przemysłu potwierdzają m.in. badania przeprowadzone przez brytyjski zespół Worcestershire 5G Consortium zajmujący się rozwojem tej branży. Według analityków wdrożenie sieci 5G na potrzeby przemysłu 4.0 pozwoliłoby zwiększyć produkcyjność brytyjskich przedsiębiorstw nawet o 2 proc. w skali roku, co przełożyłoby się na zyski rzędu 3,76 mld funtów.

Podobne wnioski płyną z raportu opracowanego przez Capgemini Research Institute. Analitycy przebadali przedstawicieli 800 firm przemysłowych oraz 150 telekomów z 12 państw świata, aby dowiedzieć się, jakie nadzieje pokładają w upowszechnieniu technologii 5G.  65 proc. firm planuje zainwestować w infrastrukturę 5G w ciągu dwóch lat od jej rynkowego debiutu. 54 proc. respondentów liczy na to, że dzięki niej uda się zwiększyć bezpieczeństwo przeprowadzanych operacji, a według 52 proc. wdrożenie 5G pozwoli zwiększyć efektywność przedsiębiorstwa i zredukować koszty operacyjne.

Rozwój infrastruktury komunikacyjnej nie skończy się na upowszechnieniu sieci 5G. Samsung poinformował, że wspólnie z prywatnymi przedsiębiorstwami pracują nad założeniami sieci 6G, która objęłaby nie tylko rozwiązania z branży mobilnej, ale także przemysłowe technologie wykorzystujące narzędzia blockchainowe oraz systemy sztucznej inteligencji.

Podobną deklarację złożył Donald Trump, który zapowiedział na początku roku, że Stany Zjednoczone muszą rozpocząć prace nad wdrożeniem technologii 6G tak szybko, jak to możliwe. Technologia ta jest również w centrum zainteresowania chińskiego Ministerstwa Przemysłu oraz Technologii Informacyjnych. Chiny rozpoczęły już prace nad infrastrukturą 6G, dzięki czemu technologia ta mogłaby trafić na rynek za około 10 lat.

– Od mniej więcej dekady obserwujemy w branży przemysłowej zapotrzebowanie na technologię nowej generacji. Ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, iż rozwój technologiczny, przy jednoczesnym utrzymaniu kompatybilności wstecznej, staje się coraz większym wyzwaniem. Zapotrzebowanie na technologię 5G dostrzegliśmy w momencie, gdy próbowaliśmy przekroczyć granice możliwości pod względem utrzymania kompatybilności wstecznej. Zobaczymy, co przyniesie technologia 6G, lecz na chwile obecną skupiamy się na rozwiązaniach z zakresu 5G. To właśnie bieżący rok będzie pod tym względem przełomowy – mówi Ignacio Contreras.

Według firmy badawczej Research and Markets  wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 227 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie przeszło 111 proc. w skali roku.

Odbiór mieszkania – o czym musisz pamiętać, aby później uniknąć niemiłych niespodzianek

Zakup mieszkania wiąże się z wieloma emocjami. Warto jednak odłożyć to na bok i na wiele elementów spojrzeć trzeźwym okiem po to, aby później uniknąć niemiłych niespodzianek – komentarz Mariusza Łubińskiego, prezesa firmy Admus.

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Odbiór mieszkanie to zawsze ważny moment. Wiąże się to z dużymi emocjami, a to nie pomaga w racjonalnej ocenie stanu nowego lokum. Jest przynajmniej kilka elementów na które warto zwrócić uwagę, jeśli chcemy uniknąć niemiłych rozczarowań przy ostatecznym wykańczaniu mieszkania.

W należności od tego czy kupujemy mieszkanie z rynku pierwotnego czy wtórnego, warto zwrócić uwagę na inne elementy. Jest również kilka gadżetów, które przydadzą się podczas odbioru, dalmierz laserowy czy urządzenie pomocne w sprawdzaniu kątów i pionu ścian.

Po pierwsze metraż. Kupując mieszkanie płacimy za jego każdy centymetr, warto więc dokładnie sprawdzić, czy powierzchnia zgadza się z tym, co mamy wpisane na umowie i za co płacimy. Najlepiej zabrać ze sobą umowę deweloperską, gdzie podane są wszystkie wymiary. Zwykle jest tam też zapis o możliwych odstępstwach, margines błędu to najczęściej 2% od tego co znajduje się w umowie. Trzeba pamiętać, że znaczne odstępstwa od zapisów zawartych w umowie deweloperskiej mogą stanowić podstawę do odstąpienia od niej.

Drugim, również ważnym punktem są ściany oraz sufity, o których często zapominamy. Podczas odbioru należy sprawdzić pion i poziom ścian oraz katy na ich styku. Warto też dokładnie sprawdzić, czy ściany dobrze wyschły i czy nie ma widocznych plam i oznak wilgoci.

Kolejny punkt to podłogi. Należy przede wszystkim sprawdzić, że są równe, tu pomoże poziomnica. Warto też sprawdzić kąty. Jeżeli zdecydowaliśmy się na mieszkanie na parterze warto też zorientować się co do ocieplenia podłogi. Jeżeli ocieplenie będzie niewłaściwie wykonane, powinniśmy liczyć się z wyższymi kosztami ogrzewania, ponieważ ciepło będzie uciekać przez podłogę. Z kolei podłoga na balkonie czy tarasie oraz parapety powinny być skonstruowane w ten sposób, żeby bez problemu odpływał z nich woda.

Przy odbiorze mieszkania warto też sprawdzić, czy wszystkie instalacje są doprowadzone, a co ważniejsze, czy działają. Nowopowstałe mieszkania, których wykonawcy dostali zgodę na budowę po 23 lutego 2013 roku, muszą mieć doprowadzone światłowody oraz instalację umożliwiającą odbiór telewizji kablowej i naziemnej. Na etapie odbioru trudno to zweryfikować. Warto jednak dopytać dewelopera czy wszystko zostało właściwie doprowadzone, w razie wątpliwości, należy skonsultować się ze specjalistą. Analogiczne wygląda spraw, jeżeli chodzi instalację elektryczną. Dobrze jest zaopatrzyć się w oprawki z żarówkami i sprawdzić, czy wszystko działa. Prąd w gniazdach z łatwością sprawdzimy przy użyciu próbnika. Deweloper powinien przekazać również raport z pomiaru izolacji elektrycznej mieszkania. Warto również sprawdzić czy szyby w oknach oraz parapety nie są porysowane.

Kupując mieszkanie na rynku wtórnym te warto zwrócić uwagę na wymienione powyżej elementy. Jeżeli znajdziemy wadę jakiej sprzedający nie zaznaczył, jest to naturalny powód do obniżenia ceny. Prócz technicznych elementów które warto sprawdzić, warto zweryfikować stan prawny nieruchomości.

Jedną z pierwszych rzeczy jakie należy sprawdzić jest kto według księgi wieczystej jest właścicielem nieruchomości. Pozwoli to jednoznacznie ustalić, czy sprzedający rzeczywiście jest właścicielem czy tylko najemcą. Jeżeli okaże się, że mieszkanie nie posiada księgi wieczystej, co w przypadku mieszkań spółdzielczych jest częste, warto poprosić o zaświadczenie potwierdzające własność mieszkania, np. akt notarialny.  Po ustaleniu kto jest faktycznym właścicielem nieruchomości należy ustalić, czy nie jest ona obciążona tzw. prawem dożywotnim. Co ważne w księdze wieczystej nie musi być zapisu na ten temat. Najlepszym rozwiązaniem jest oświadczenie sprzedającego, w którym zapewnia, że mieszkaniu nie ma takich lokatorów i że nikt nie jest w nim zameldowany. Przed podpisaniem umowy warto upewnić się, że mieszkanie nie jest obciążane zaległościami w stosunku do wspólnoty mieszkaniowej. Przed podpisaniem umowy dobrze tez spisać stan liczników, zarówno wody, z rozróżnienie ciepłej zimnie oraz licznik elektryczny. To pozwoli nowym właścicielom na kontrolę tego, ile wody czy prądu zużywają.

Pamiętajmy, że warto o wszystko zapytać i upewnić się co do najmniejszego szczegółu związanego z zakupem nieruchomości. To my bowiem, będziemy mieszkać w danej nieruchomości przez wiele lat. Ominięcie potencjalnych drobnych czy większych kłopotów jest zatem po prostu w naszym interesie.

8 wskazówek, dzięki którym Twoja kolejna podróż służbowa zakończy się sukcesem i wzrostem wpływów w euro na konto firmy

businessmen-3073637_1280Bez względu na to, czy wybierasz się na konferencję, wydarzenie branżowe lub spotkanie biznesowe, podróże służbowe mogą być dość stresujące, a nawet wyczerpujące.

Jak sprawić, aby Twoja podróż była jak najbardziej efektywna i przyjemna? Sprawdź 8 wskazówek na udaną podróż służbową, które pozwolą Ci się z niej cieszyć, a nawet – przy okazji  – odpocząć.

01 | Łatwo pozbyć się energii i zapału do pracy, gdy jesteś zmęczony lub zestresowany podróżowaniem. Zbyt duże ilości spożywanych słodyczy lub słonych przekąsek nie wpłyną pozytywnie na Twój nastrój i chęci do realizacji zamierzonych celów. Mało tego – po co wydawać ciężko zapracowane euro na tak nieistotne rzeczy? Czy nie lepiej przyłożyć się i owocnym spotkaniem zapewnić firmie większe wpływy, a sobie samemu sowitą premię w euro? Kurs wymiany euro według https://internetowykantor.pl/kurs-euro/ wskazuje na bardzo atrakcyjną sytuację, co oznacza, że jesteś w stanie zapewnić sobie korzyści większe, niż Ci się wydaje!

Aby wzbić się na wyżyny efektywności i poprawić nastrój oraz zwiększyć zapał do pracy, weź kilka euro i udaj się po świeże warzywa i owoce.

02 | Większość z nas uważa pierwszą noc w nowym miejscu za nieprzyjemną. Przekuj to na swoją korzyść, unikając sprawdzania tabletów, smartfonów lub innych elektronicznych gadżetów przed pójściem spać, aby zapewnić sobie spokojny sen i obudzić się w pełni zregenerowanym. Chwila spokojnego czytania może być doskonałym sposobem na relaks.

03 | Jeśli chodzi o wydatki, unikaj nieprzyjemnych niespodzianek, sprawdzając ostrożnie politykę firmy dotyczącą zwrotu kosztów. Może okazać się, że euro, które wydasz na swoje przyjemności, nie zostanie Ci zwrócone po powrocie z podróży. Podjęcie tego środka ostrożności pozwoli ci dokonać właściwych wyborów zarówno przed podróżą, jak i w jej trakcie. Zadbaj o prywatną gotówkę euro.

04 | Wybierz zakwaterowanie w centrum miasta, dzięki czemu nie będziesz miał problemów z dotarciem na miejsce spotkania.  Pobieranie aplikacji, takich jak Google Maps lub z recenzjami najlepszych restauracji, może Ci pomóc w znalezieniu lokali serwujących prawdziwe przysmaki – w dodatku na rozsądną liczbę euro.

05 | Podróże służbowe są znane z małej ilości czasu oraz z wielu stresujących spotkań. Zaplanuj spotkania, ale także swój wolny czas jeszcze przed wyjazdem, aby zmaksymalizować wydajność, oszczędzając jednocześnie trochę czasu na własne przyjemności i relaks.

06 | Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek nie można efektywnie pracować bez stałego dostępu do naszych urządzeń mobilnych. Nie zapomnij o ładowarkach lub innych kablach zasilających i koniecznie zabierz ze sobą naładowany powerbank. W europejskich miastach możesz być zmuszony do zapłaty wielu euro za tego typu gadżety.

07 | Rób zdjęcia lub zrzuty ekranu wszystkich map i tras, które mogą być potrzebne podczas podróży służbowej. W przypadku braku połączenia Wi-Fi, zawsze będziesz mógł łatwo odnaleźć drogę.

08 | Na koniec wyślij e-mailem kopię wszystkich istotnych dokumentów – ważne abyś zrobił to jeszcze przed wyjazdem (akredytacje, dokumenty tożsamości itp.). Jeśli Twój bagaż zostanie zgubiony lub skradziony, zawsze będziesz miał dostęp do najważniejszych rzeczy.

Nowe spojrzenie na vending – ważne kwestie dla konsumentów i dostawców

Rozwój rynku automatów w Polsce nie jest tak dynamiczny, jak jeszcze w początkowym okresie pojawiania się automatów vendingowych. Mimo to nadal obszar ten ciągle się rozwija, istnieją przestrzenie niezagospodarowane. Czy nasi rodacy korzystają z takiej formy nabywania towarów? Czego szukają? Na co wskazują aktualne trendy?Rozwój rynku automatów w Polsce nie jest tak dynamiczny, jak jeszcze w początkowym okresie pojawiania się automatów vendingowych. Mimo to nadal obszar ten ciągle się rozwija, istnieją przestrzenie niezagospodarowane. Czy nasi rodacy korzystają z takiej formy nabywania towarów? Czego szukają? Na co wskazują aktualne trendy?

Rynek vendingowy w Polsce – co o nim wiemy?

Agencja badawcza Nielsen przygotowała w Polsce analizę dotyczącą rynku vendingowego. Jej wynik pokazał wiele ważnych faktów na temat rynku tych usług w naszym kraju. Jak się okazało, z takich maszyn korzystają wszyscy, tutaj nie ma podziału na wiek, czy płeć.

Istnieje jednak pewna tendencja, częściej kupują w ten sposób mężczyźni, a także osoby młodsze w wieku od 15 do 25 lat, podobnie jak ludzie z przedziału 36-45 lat mający niepełnoletnie dzieci. Korzystają z nich nawet najmłodsi, aż 25 proc. kupuje w automatach przekąski i napoje zamiast drugiego śniadania lub obiadu.

Lokalizacja takich automatów może być bardzo różna. Są to zazwyczaj miejsca często uczęszczane przez ludzi, między innymi dworce, szpitale, biurowce, a także szkoły. Takie maszyny to jeden z rozwiązań wpisujących się w trend convenience, konsumentów, dla których liczy się wygoda i oszczędność czasu.

Maszyna vendingowa jest o wiele bardziej atrakcyjna, ponieważ jest bardziej dostępna, niż sklep znajdujący się w okolicy. Dlatego tak wartościowe jest lokowanie automatów w miejscach, w których pojawia się potrzeba korzystania z nich. Jak pokazują badania, w takich automatach kupuje nawet 59 proc. Polaków. Robią to przynajmniej raz na miesiąc. Natomiast 25 proc. nabywa w nich swoje produkty raz w tygodniu. Na jakie towary postawić, aby zaopatrzenie automatów vendingowych budziło zainteresowanie?

Zaopatrzenie automatów vendingowych – najnowsze trendy!

Coraz bardziej rośnie zainteresowanie poszerzaniem asortymentu o zdrowe przekąski i napoje. Wiąże się to z silnym trendem zdrowotnym, wpisującym się w sprzedaż produktów impulsywnych. W tej roli znakomicie sprawdzają się przekąski na bazie bakalii, bogate w cenne witaminy i minerały. Wśród takich składników odżywczych znajdują się między innymi: potas, fosfor, magnez, miedź i żelazo.

Nowoczesna, szybka i skuteczna dostawa produktów – jak to osiągnąć?

W przypadku dostarczania produktów do automatów vendingowych, a także innych punktów ze zdrową żywnością konieczna jest szybkość dostawy. A taką zapewnia nowoczesna platforma zakupowa ebakalland.pl. Każde zamówienie złożone do godziny 12 danego dnia może być zrealizowane już następnego. Co więcej, dostawy wysyłane są do każdego miejsca w naszym kraju.

Ty również możesz skorzystać z przekazu produktów tego dystrybutora zdrowej żywności! Bogactwo asortymentu oraz szeroki wybór produktów sprawiają, że zakupy w tym miejscu odbywają się w sposób szybki i zupełnie bezproblemowy. Tutaj nie ma miejsca na niepotrzebne formalności, faktury zakupu dostępne są online, co znacznie skraca i ułatwia cały proces nabywania towarów. Dodatkowo przygotowana została możliwość śledzenia zamówienia online. Sprawia to, że zamawiający może samodzielnie czerpać informacje na temat etapu realizacji paczki. Wie, kiedy będzie mógł dostarczyć towar do automatów vendingowych, czy do innych punktów. Nie musi obawiać się, że wystąpią jakiekolwiek opóźnienia.

Największa tegoroczna transakcja na rynku nieruchomości handlowych za ok. 298 mln euro

Atrium European Real Estate Limited, wiodący właściciel, zarządca i deweloper centrów handlowych w Europie Środkowej sfinalizował transakcję sprzedaży Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin. Kupującym jest ECE European Prime Shopping Centre Fund II. Wartość transakcji to ok. 298 mln euro, co oznacza ok. 3% premię w porównaniu do wartości księgowych na 31 marca 2019. W procesie sprzedaży Atrium doradzał zespół ekspertów inwestycyjnych z firmy JLL, pod kierownictwem Agaty Sekuły.

Atrium Felicity
Atrium Felicity

Oba centra są absolutnymi liderami rynku w swoich regionach. Atrium Felicity oferuje ok. 77 000 mkw. powierzchni handlowej (całkowita wartość powierzchni najmu Atrium, bez uwzględnienia sklepu Auchan, wynosi 57 200 mkw.). Galeria jest zlokalizowana w Lublinie, który jest prężnie rozwijającym się ośrodkiem akademickim i zapleczem administracyjnym w południowo-wschodniej Polsce, z liczbą mieszkańców przekraczającą 340 000 osób. Centrum zostało otwarte w marcu 2014 roku i jest wiodącym obiektem pod względem obecności marek modowych. Swoje sklepy mają tu m.in. Zara, H&M, czy Reserved, które sąsiadują z hipermarketem Auchan i marketem budowlanym Leroy Merlin oraz rozległym food courtem i strefą rozrywki z 9-ekranowym kinem Cinema City.

Atrium Koszalin oferuje 57 300 mkw. powierzchni handlowej, a do grona najemców obiektu należą m.in. Tesco, Castorama, H&M, Reserved czy C&A. Klientów przyciąga również rozwinięta strefa rozrywkowa, której elementem jest m.in. Multikino. Strefę zasięgu Atrium zamieszkuje 250 000 osób, a w promieniu 70 kilometrów nie ma znaczącego konkurencyjnego obiektu. Mocnej pozycji centrum sprzyja również atrakcyjność inwestycyjna Koszalina, jednego z najbardziej rozwiniętych ośrodków gospodarczych północno-zachodniej Polski.

Agent Smith – nowy gatunek malware atakuje urządzenia mobilne

W legendarnej trylogii Matrix Braci Wachowski, “Agent Smith” opisuje ludzi jako gatunek rozmnażający się aż do czasu wyczerpania wszystkich zapasów. W rzeczywistości prawdziwym wirusem, rozprzestrzeniającym się z niepokojącą prędkością, jest “Agent Smith” – złośliwe oprogramowanie atakujące urządzenia mobilne, wskazuje firma Check Point Software Technologies.

Dział Check Point Researchers niedawno odkrył nowy wariant złośliwego oprogramowania atakującego urządzenia mobilne, który w sposób niezauważalny zainfekował około 25 milionów urządzeń, o czym ich użytkownicy nie mieli najmniejszego pojęcia. Główna część tego programu, ukrywającego się pod postacią aplikacji Google, wykorzystuje różne luki systemu Android i automatycznie zastępuje aplikacje zainstalowane na urządzeniu ich złośliwymi wersjami bez jakiegokolwiek udziału użytkownika.

Jak do tej pory największa grupa ofiar to mieszkańcy Indii, chociaż są wśród nich również mieszkańcy innych krajów Azji, takich jak Pakistan i Bangladesz, a nawet znaczna liczba mieszkańców Wielkiej Brytanii, Australii i USA.

Malware ten, określany jako “Agent Smith”, obecnie wykorzystuje szeroki dostęp do zasobów urządzenia do wyświetlania fałszywych reklam w celu osiągnięcia korzyści finansowych. Jego działanie przypomina działanie występujących w przeszłości złośliwych programów, np. Gooligan, Hummingbad oraz CopyCat i może infekować wszystkie smartfony, nawet te z wersjami programu Android 7.0.

“Agent Smith” służy do osiągania zysków finansowych poprzez wyświetlanie złośliwych reklam. Jednak może on być z łatwością wykorzystywany do działań o większym stopniu ingerencji i szkodliwości, np. kradzieży danych umożliwiających dostęp do kont bankowych, a także podsłuchów. Co więcej, ze względu na zdolność do ukrywania ikon tak, że nie są widoczne oraz do udawania istniejących popularnych aplikacji cieszących się zaufaniem użytkownika, złośliwe oprogramowanie może spowodować wiele szkód na urządzeniu użytkownika.

Co robi “Agent Smith”?

Atak oprogramowania “Agent Smith” odbywa się w ramach trzech zasadniczych etapów.

Na pierwszym z nich użytkownik urządzenia mobilnego jest nakłaniany do pobrania aplikacji wprowadzającej ze sklepu z aplikacjami, takiego jak 9Apps. Aplikacje te zazwyczaj mają formę bezpłatnych gier, aplikacji użytkowych lub aplikacji rozrywkowych dla osób dorosłych, jednak zawierają zaszyfrowane złośliwe oprogramowanie. Następnie aplikacja inicjująca sprawdza, czy na urządzeniu zainstalowane są popularne aplikacje, np. WhatsApp, MXplayer, ShareIt i inne aplikacje znajdujące się na liście atakującego. Jeśli jakakolwiek z tych aplikacji znajduje się na zainfekowanym urządzeniu, “Agent Smith” na kolejnym etapie atakuje oryginalne aplikacje.

W drugim etapie, po pobraniu aplikacji wprowadzającej na urządzenie ofiary, aplikacja automatycznie odszyfrowuje złośliwe oprogramowanie do formy pierwotnej, tzn. pliku APK (plik instalacyjny systemu Android), który stanowi zasadniczą część ataku “Agenta Smitha”. Następnie aplikacja inicjująca wykorzystuje kilka znanych luk oprogramowania do zainstalowania właściwego programu złośliwego bez jakiejkolwiek interakcji z użytkownikiem.

Na trzecim etapie, złośliwy program prowadzi atak na każdą zainstalowaną aplikację znajdującą się na jego liście. Złośliwy program w sposób niezauważalny pobiera plik APK danej aplikacji, uzupełnia go o dodatkowe złośliwe moduły, a następnie wykorzystuje kolejny zestaw luk systemu do niezauważalnego zastąpienia oryginalnej wersji aplikacji wersją złośliwą.Agent Smith Nowy wirus infekuje urządzenia mobilne

Ponieważ “Agent Smith” został pierwotnie pobrany z popularnego niezależnego sklepu z aplikacjami 9Apps, przeznaczonego głównie dla klientów mówiących w języku hinduskim, arabskim, rosyjskim i indonezyjskim, nic dziwnego, że liczba zainfekowanych urządzeń jest tak duża. Jak wiadomo niezależne sklepy z aplikacjami często nie posiadają zabezpieczeń niezbędnych do blokowania aplikacji z oprogramowaniem adware.

Ze względu na tak przebiegłą metodę infekcji, jaką jest zastępowanie aplikacji zainstalowanych na urządzeniu ich złośliwymi wersjami, użytkownicy muszą pamiętać o konieczności pobierania aplikacji wyłącznie z zaufanych sklepów z aplikacjami, w celu ograniczenia ryzyka infekcji.

Jeśli Twoje urządzenie zostało zainfekowane przez aplikacje podobne do “Agenta Smitha” lub inne, wykonaj następujące działania w celu usunięcia złośliwych aplikacji.

W przypadku urządzeń z systemem Android:

  1. Przejdź do Menu Ustawienia.
  2. Kliknij Aplikacje lub Menedżer Aplikacji.
  3. Przejdź do podejrzanej aplikacji i odinstaluj ją.
    Jeśli nie możesz znaleźć danej aplikacji, usuń wszystkie ostatnio zainstalowane aplikacje.

W przypadku iPhone’ów:

  1. Przejdź do Menu Ustawienia.
  2. Przejdź do “Safari”.
  3. Sprawdź, czy na liście opcji zaznaczona jest opcja “blokuj wyskakujące okienka”.
  4. Następnie przejdź do “Zaawansowane” -> “Dane strony internetowej”.
  5. Jeśli na liście znajdują się dane jakiejkolwiek strony, której nie rozpoznajesz, usuń te strony.

Eksperci Colliers International poprowadzą studia podyplomowe w Krakowskiej Szkole Biznesu Uniwersytetu Ekonomicznego

Od roku akademickiego 2019/2020 Colliers International będzie współtworzył wraz z Krakowską Szkołą Biznesu Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie studia podyplomowe na kierunku szacowanie nieruchomości. Trzy ekspertki firmy doradczej – Alicja Zajler, Monika Bronicka i Paulina Plewka – zostaną wykładowczyniami w małopolskiej uczelni.

Kierunek obejmuje kształcenie z zakresu prawa, ekonomii, wiedzy technicznej, rzeczoznawstwa majątkowego oraz rynku nieruchomości. Program studiów umożliwi studentom uzyskanie rozległej wiedzy oraz umiejętności praktycznych w zakresie szacowania nieruchomości, wyceny maszyn i urządzeń, ograniczonych praw rzeczowych oraz wyceny podmiotów gospodarczych. Opiekunem studiów jest dr hab. Bartłomiej Marona z Katedry Ekonomiki Nieruchomości i Procesu Inwestycyjnego Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Alicja Zajler przedstawi studentom zagadnienia z zakresu wyceny niezabudowanych nieruchomości zurbanizowanych oraz nieruchomości zabudowanych obiektami handlowymi, usługowymi i przemysłowymi, Monika Bronicka podzieli się swoją wiedzą dotyczącą doradztwa nieruchomościowego, zaś Paulina Plewka będzie nauczała o podejściu dochodowym w ramach bloku zajęć: podejścia, metody i techniki wyceny nieruchomości w Polsce.

— W Colliers International duży nacisk kładziemy na dzielenie się wiedzą, zwłaszcza ze studentami – przyszłymi ekspertami rynku, z którymi być może w przyszłości będziemy mieli okazję współpracować. Dlatego tak istotne jest przekazywanie im wiedzy, którą będą mogli wykorzystać w praktyce i która przyspieszy rozwój ich kariery. Nawiązanie współpracy z Krakowską Szkołą Biznesu jest ważnym krokiem w tym kierunku, gdyż władze tej placówki bardzo dbają o to, by wyposażyć studentów w jak najbardziej aktualną, opartą na praktyce zawodowej wiedzę oraz przydatne umiejętności. Jestem przekonana, że dla obu stron ta wymiana doświadczeń będzie satysfakcjonująca  — mówi Alicja Zajler, dyrektor Działu Wycen i Doradztwa Colliers International.

Alicja Zajler zajmuje stanowisko dyrektora Działu Wycen i Doradztwa w Colliers International od czerwca 2018, jest licencjonowanym rzeczoznawcą majątkowym. Ma 15 lat doświadczenia w wycenie wszystkich rodzajów nieruchomości komercyjnych, w tym nieruchomości portfelowych – również od strony instytucji weryfikujących zabezpieczenia. Zdobyła certyfikat Związku Banków Polskich dla rzeczoznawców przeszkolonych w wycenie dla sektora bankowego.

Monika Bronicka jest związana z Colliers International od ponad 12 lat, obecnie zajmuje stanowisko Associate Director w Dziale Wycen i Doradztwa. Ma wieloletnie doświadczenie w wycenie wszystkich rodzajów nieruchomości komercyjnych. Specjalizuje się w wycenie nieruchomości handlowych oraz doradztwie przy projektach deweloperskich i inwestycyjnych. Jest licencjonowanym rzeczoznawcą majątkowym, należy do Royal Institution of Chartered Surveyors oraz Małopolskiego Stowarzyszenia Rzeczoznawców Majątkowych.

Paulina Plewka zajmuje w Colliers International stanowisko Senior Valuer w Dziale Wycen i Doradztwa, jest licencjonowanym rzeczoznawcą majątkowym. Ma doświadczenie w wycenie zarówno nieruchomości handlowych, magazynowych, biurowych, jak i projektów deweloperskich. Specjalizuje się również w systematyzacji i tworzeniu baz danych.

Raport Bain & Co.: Pięć modeli handlu detalicznego, które przetrwają rewolucję

Dynamiczne zmiany zachodzące w handlu na skutek ewoluujących zwyczajów zakupowych konsumentów i nowych rozwiązań technologicznych są poważnym wyzwaniem dla sieci detalicznych. W swoim najnowszym raporcie firma doradztwa strategicznego Bain & Company wskazuje pięć modeli biznesowych, które pozwolą odnieść sukces w nowej rzeczywistości.

Jeszcze do niedawna osiągnięcie pozycji lidera na lokalnym rynku było gwarancją sukcesu i wyższej rentowności. Jednak w obliczu silnej konkurencji ze strony takich graczy, jak Amazon, czy AliExpress, sama skala działania już nie wystarcza. Bain & Company szacuje, że tylko w USA z powodu zamian zachodzących w sektorze handlu z rynku mogą zniknąć firmy, których łączne zyski stanowią obecnie około 30% zysków generowanych przez całą branżę handlu detalicznego.

– Choć wyzwań jest niemało, wielu detalistów będzie sobie w stanie z nimi poradzić, o ile zawczasu podejmą odpowiednie kroki – uważa Marc-Andre Kamel, odpowiedzialny w Bain & Company za sektor handlu i współautor raportu The Future of Retail: Winning Models for New Era (Przyszłość Handlu: Modele Biznesowe Nowej Ery).

W warunkach globalnej konkurencji, sieci handlowe muszą inwestować w innowacyjne rozwiązania technologiczne i analitykę danych, aby lepiej rozpoznawać oczekiwania klientów i móc im sprostać. Obecnie największe firmy z branży detalicznej przeznaczają na rozwiązania IT zdecydowanie mniejszą część swoich przychodów niż np. Amazon. Jeżeli ten trend się utrzyma, to w ciągu pięciu lat najwięksi gracze wydadzą na rozwiązania technologiczne o około 100 mld dol. mniej niż Amazon, co jeszcze bardziej pogłębi przepaść, jaka dzieli ich od giganta Jeffa Bezosa.

W raporcie Bain & Company wskazuje pięć typów modeli biznesowych, które mają szansę przetrwać w nowej rzeczywistości:

– Ekosystemy. To model biznesowy, który ma największą szansę na odniesienie sukcesu. Firmy tworzące ekosystem oferują konsumentom szeroki wachlarz doświadczeń (zakupy, czaty, gry, itd.). Jednocześnie posiadają rozwiązania dla zewnętrznych dostawców towarów i usług, w tym firm zajmujących się logistyką, reklamą czy analizą danych. Jednak sam fakt bycia ekosystemem nie jest gwarancją wzrostu i rentowności. Można bowiem zostać zmarginalizowanym przez inny ekosystem – przykra lekcja, którą dostał eBay.

– Liderzy skali. To model firmy, której udało się osiągnąć skalę zarówno w handlu offline i online. Przykładem może być Ahold Delhaize, jedna z największych grup handlu detalicznego na świecie. Jednak nie tylko wielkość jest wyznacznikiem ich sukcesu. Te sieci potrafią szybko reagować na nowe zjawiska i chętnie korzystają z innowacji technologicznych. Aby utrzymać pozycję liderów, będą nadal musiały inwestować w innowacyjność, uważnie zarządzać ruchem zarówno w Internecie jak i w sklepach stacjonarnych oraz szukać nowych źródeł przychodów.

– Liderzy ceny. To model dyskontowy, którego celem jest oferowanie klientom najniższej ceny. Jednak prawdziwi liderzy ceny, jak Biedronka czy Lidl, potrafią stworzyć klientom doświadczenia zakupowe odbiegające od wyobrażeń o dyskoncie. Aby nadal rosnąć, będą musiały zwiększyć liczbę punktów sprzedaży, obniżać koszty zakupów i wciąż poszukiwać rozwiązań, które uatrakcyjnią ich ofertę.

– „Autostopowicze”. To stosunkowo niewielkie sieci detalistów, które wyróżnia umiejętność tworzenia unikalnych produktów.  Firmy te są jednak zbyt małe by samodzielnie inwestować w logistykę, systemy IT, czy analitykę danych, dlatego współpracują z większymi graczami, posiadającymi takie kompetencje. Przykładem modelu „Autostopowicza” jest Adidas, czy Levi Strauss & Co., które współpracują z Amazonem i Zalando. By nadal rosnąć, muszą doskonalić swoje kluczowe kompetencje, czyli rozwój produktu i marketing, szczególną uwagę zwracając na pozycjonowanie swoich produktów w wyszukiwarkach.

– Lokalne perełki. To model firm, którym udało się zbudować silną pozycję w handlu tradycyjnym na lokalnym rynku. Aby sprostać konkurencji firm sprzedających przez Internet, powinny inwestować w zarządzanie systemem relacji z klientami i rozwiązania cyfrowe wspomagające sprzedawców.

Firmy, których modele biznesowe nie wpasowują się w powyższe typy mogą mieć trudności z przetrwaniem w nowych warunkach. Do tej kategorii z jednej strony trafiają firmy, które już z trudem radzą sobie ze zmianami zachodzącymi w handlu, a z drugiej, pionierzy innowacji, którzy na fali cyfryzacji mają środki na wdrażanie rozwiązań, ale ich model biznesowy nie generuje wystarczających zysków.

Pełny raport: https://www.bain.com/insights/the-future-of-retail-winning-models-for-a-new-era/

Fundusz Sunfish Partners inwestuje w spółkę programistyczną PerfOps

Sunfish Partners to fundusz venture capital z Berlina, specjalizujący się        w inwestowaniu w polskie startupy, wykorzystujące najnowsze technologie z zakresu deep tech. Założyciele dokonali już pierwszej inwestycji                    w PerfOps. Pozyskane środki spółka programistyczna przeznaczy na rozwój narzędzia Flexbalancer.

Sunfish PartnersSunfish Partners, jako jeden z pierwszych niemieckich funduszy, aktywnie funkcjonuje na polskim rynku startupowym. Zespół planuje zainwestować w Polsce 65 mln zł w przeciągu najbliższych czterech lat.

Inwestorzy poszukują przede wszystkim startupy wykorzystujące najnowsze technologie z zakresu deep tech, które pozwalają fundamentalnie zmienić branże, w jakich będą wykorzystywane. Deep tech to między innymi takie technologie, jak machine learning, AI (artificial intelligence), blockchain, Internet of Things, a także szeroko pojęte rozwiązania DevOps. Właśnie taką spółką okazało się PerfOps, które jako pierwsze otrzymało finansowanie od Sunfish Partners.

PerfOps to polska spółka programistyczna, która dostarcza analitykę dla firm zajmujących się infrastrukturą internetową. Opracowane przez startup narzędzie FlexBalancer to nowatorskie rozwiązanie do równoważenia obciążenia serwerów, oparte na chmurze. Dynamicznie kieruje ono ruchem sieciowym w czasie rzeczywistym oraz monitoruje infrastrukturę internetową.

Zdecydowaliśmy się wesprzeć PerfOps, ponieważ właściciel spółki ma bogate
i międzynarodowe doświadczenie w branży. Firma przedstawiła nam przekonującą wizję wprowadzenia zaawansowanych technologii sieciowych do firm każdej wielkości. Dodatkowo, szanse na jej sukces umacnia wykwalifikowany zespół polsko-ukraiński
– komentuje Max Moldenhauer, Senior Partner Sunfish Partners.

Wsparcie Sunfish Partners to następny ważny punkt w historii spółki. Zdobyliśmy kolejnego liczącego się partnera, co przełoży się na rozszerzenie skali działalności. Nowy kapitał zapewni szybszy rozwój oraz zdobycie większych udziałów w rynku – zapowiada Dmitriy Akulov, założyciel i CEO PerfOps.

Spółka zakończyła w ubiegłym roku etap finansowania zalążkowego w wysokości          2 milionów złotych. Na podstawie obecnej umowy z Sunfish Partners, na koniec maja, PerfOps otrzymał milion złotych dofinansowania. Drugi milion pochodzi od funduszu Finch Capital.

5 argumentów za PPK

Ruszyły Pracownicze Plany Kapitałowe. W pierwszej fali program wprowadzony zostanie do ponad czterech tysięcy największych firm w Polsce. Teraz wyzwaniem jest przekonanie milionów pracowników do pozostania w systemie. Jak wynika z raportu Nationale-Nederlanden „PPK oczami Polaków” aż 86 proc. ankietowanych przyznaje, że wie na ten temat niewiele. Dlatego w najbliższych tygodniach decydująca będzie dyskusja o najważniejszych założeniach programu oraz wsparciu, jakie oferuje w kontekście budowania zabezpieczenia finansowego na przyszłość. O pozostaniu w PPK każdy pracownik będzie musiał zdecydować samodzielnie.   

Udział w planach kapitałowych jest dobrowolny. Jednak program opiera się na zasadzie automatycznego zapisu. Wkrótce pracownicy największych firm będą musieli podjąć decyzję, czy pozostają w programie, czy też z niego rezygnują. Jakie argumenty przemawiają za tym, żeby poważnie rozważyć udział w PPK?

  1. Finansowy bonus

Największą korzyścią programu jest to, że do oszczędności odłożonych przez każdego uczestnika prawie drugie tyle dołoży państwo i pracodawca. Mechanizm PPK przewiduje bowiem, że podstawowe wpłaty z pensji pracownika wyniosą 2 proc. wynagrodzenia brutto (lub 0,5 proc. dla osób najmniej zarabiających). Jednocześnie swój wkład w kapitał gromadzony przez pracownika będzie miał pracodawca (wpłata min 1,5 proc.). Natomiast z Funduszu Pracy uczestnik może liczyć na jednorazową wpłatę powitalną (250 zł) oraz roczne wpłaty za uczestnictwo (240 zł). Tak więc za samo uczestnictwo w PPK w ciągu 30 lat od państwa można otrzymać prawie 7,5 tys. zł.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

– PPK to rozwiązanie, jakiego w Polsce jeszcze nie było. To pierwszy powszechny, całkowicie prywatny program długoterminowego oszczędzania, w którym uczestnik otrzymuje wartościowy benefit w postaci finansowego bonusu – mówi Grzegorz Chłopek, prezes zarządu Nationale-Nederlanden PTE.

  1. Korzyści podatkowe

Głównym celem PPK jest umożliwienie pracownikom oszczędzania w programie co najmniej do 60 roku życia. Dlatego to właśnie najbardziej wytrwali uczestnicy zyskają najwięcej. Oprócz dodatkowych wpłat ze strony pracodawcy oraz państwa, mogą oni liczyć również na korzyści podatkowe.

Każdy będzie mógł wypłacić zgromadzone pieniądze w dowolnym momencie po osiągnięciu 60 lat. Domyślnie wypłata będzie podzielona na dwie części – jednorazową (25 proc. zgromadzonej kwoty) oraz wypłacaną przez 10 lat w miesięcznych ratach (pozostałe 75 proc. środków). W takim scenariuszu uczestnik zostanie zwolniony z obowiązku opłaty podatku od zysków kapitałowych. Każdy, kto do tej pory samodzielnie inwestował, może część z tych środków co miesiąc przeznaczać na wpłaty dodatkowe do PPK, aby nie płacić podatku od zysków z inwestycji. Co więcej, dzięki temu, że za obsługę programu odpowiada pracodawca – będzie to o wiele wygodniejsze, niż indywidualne odkładanie pieniędzy (na przykład kupowanie jednostek uczestnictwa funduszu inwestycyjnego czy odnawianie depozytów).

  1. Prywatność

To zdecydowanie kluczowy argument, którego powinni używać wszyscy, którzy chcą zachęcić do pozostania w planach kapitałowych. Prywatność środków gromadzonych w PPK jest zagwarantowana w ustawie. Oznacza to, że uczestnik w dowolnej chwili ma dostęp do swoich pieniędzy i może zdecydować o ich wypłacie. Ten zapis sprawia, że PPK to rozwiązanie, jakiego w Polsce jeszcze nie było.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że dotychczasowe doświadczenia związane z systemem emerytalnym mocno nadszarpnęły zaufanie Polaków. Tym bardziej, zapis o prywatności środków oraz prace nad przekształceniem OFE w Indywidualne Konta Emerytalne, powinny pomóc w odbudowania zaufania społecznego do PPK.

  1. Elastyczność

Każdy pracownik może samodzielnie decydować jak wygląda jego udział w PPK. W każdym momencie można tymczasowo zawiesić oszczędzanie w programie lub dowolnie zwiększyć swoje wpłaty o max. kolejne 2 proc. pensji brutto.

Elastyczność dotyczy również wypłat pieniędzy. W dowolnej chwili można wycofać oszczędności z programu. Trzeba jednak pamiętać, że wycofując pieniądze przed 60 rokiem życia, do dyspozycji pozostaje cały kapitał odłożony z wynagrodzenia pracownika po uwzględnieniu podatku dochodowego oraz 70 proc. wpłat od pracodawcy. Pozostałe 30 proc. wpłacone zostanie na subkonto pracownika w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Decydując się na wcześniejszą wypłatę, przepadają natomiast pieniądze z Funduszu Pracy.

  1. Wsparcie w wyjątkowych sytuacjach

Program PPK daje możliwość wykorzystania pieniędzy również w krótszym horyzoncie czasowym. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych przewiduje dwie sytuacje, w których wyjątkowo, wcześniejsza wypłata pieniędzy nie wiąże się z utratą korzyści podatkowych. Pierwszą z nich  jest ciężka choroba pracownika lub jego najbliższej rodziny. W takiej sytuacji uczestnik może bezzwrotnie skorzystać z 25 proc. oszczędności zebranych w PPK. Każdy uczestnik do 45 roku życia może również może wypłacić 100 proc. odłożonego kapitału i przeznaczyć go na wkład własny na zakup mieszkania lub domu. Pieniądze te należy zwrócić w ciągu 15 lat.

Czy gospodarka światowa znów jest w impasie?

  • Po dwóch latach silnego wzrostu, światowa gospodarka znów znajduje się w impasie, podobnie jak w latach 2015-16. Euler Hermes przewiduje, że światowa gospodarka urośnie o 2,7% w latach 2019 i 2020.
  • Utrzymująca się na całym świecie niepewność skłoniła Euler Hermes do zrewidowania swoich prognoz rozwoju handlu międzynarodowego na lata 2019 i 2020 (+2,2% pod względem wolumenu w bieżącym roku i +2,5% w 2020, po +3,8% w 2018).
  • Kolejne spowolnienie będzie testem zdolności decydentów do podjęcia odpowiednich działań w odpowiednim momencie, ponieważ tradycyjne narzędzia polityczne i siła współpracy międzynarodowej ulegną osłabieniu.

Po dwóch latach silnego wzrostu, światowa gospodarka znów jest w „czyśćcu” ze względu na globalną niepewność, wojnę handlową między USA a Chinami oraz skutki represji finansowych, stwierdza w swoim międzynarodowym scenariuszu makroekonomicznym na lata 2019 i 2020 Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych.

Czego możemy się spodziewać w światowej gospodarce w latach 2019 i 2020?

Ubezpieczyciel należności handlowych przewiduje, że światowy PKB wrośnie jedynie o 2,7% w roku 2019 i 2020, w porównaniu ze wzrostem o 3,1% w 2018.

W roku 2019 i 2020 zostanie również odnotowany siedmioprocentowy wzrost liczby niewypłacalności, w tym znaczny ich wzrost w Azji (+15% w 2019), odbicie w Europie (+3%) i stopniowe odwrócenie trendu w USA do 2020. W siedmiu na dziesięć krajów odnotowany zostanie wzrost niewypłacalności spółek w 2019, a w co drugim rok 2019 zakończy się większą liczbą niewypłacalności niż miało to miejsce rocznie przed globalnym kryzysem z lat 2008-2009.

Ponadto, biorąc pod uwagę panującą obecnie na świecie niepewność oraz fakt, że dług publiczny USA stanie się w czwartym kwartale 2020 źródłem niestabilności, amerykańska gospodarka urośnie według prognoz o 2,5% r/r w 2019 i o 1,7% w 2020.  Gospodarka Chin spowolni natomiast do odpowiednio +6,3% oraz +6,2%. W strefie euro również zostanie odnotowane poważne spowolnienie: +1,2% w roku 2019 i 2020, w porównaniu z +1,9% w 2018.

Czy rywalizacja między USA a Chinami doprowadzi do globalnej wojny handlowej?

Przewidziany kilka miesięcy temu przez Euler Hermes scenariusz wojny handlowej między USA a Chinami będzie prawdopodobnie trwał do końca roku. Tak jak to miało miejsce do tej pory, będzie on utrudniał handel na całym świecie oraz cykl inwestycyjny, ponieważ jego skutki odczuwają już rynki rozwijające się.  Fakt ten skłonił spółkę Euler Hermes do obniżenia swojej prognozy rozwoju międzynarodowej wymiany handlowej do +2,2% pod względem wolumenu w bieżącym roku i +2,5% w 2020, po +3,8% w 2018.

Co więcej, wojna handlowa może objąć kilka innych pól walki poza USA i Chinami. Napięcia handlowe wzrosły niedawno również między Koreą Południową a Japonią. Napięcia polityczne, w tym zbliżające się ważne wybory w krajach rozwijających się oraz niedawne wybory na główne stanowiska, jak również nowy skład Parlamentu Europejskiego również wskazują na możliwość wystąpienia niespodzianek w polityce handlowej.

Ryzyko polityczne i handlowe: błędne koło wciąż się kręci

Globalne ryzyko polityczne, które obecnie jest blisko swojego historycznie maksimum, to kolejny „samobójczy” proces. Interwencjonizm, przerost wydatków publicznych i zmiany tradycyjnych polityk gospodarczych na całym świecie stymulują utrzymywanie się zamieszania na rynkach.  Na szczęście, ich wpływ na gospodarstwa domowe i firmy pozostawał jak do tej pory ograniczony, choć widoczny.

Co więcej, represje finansowe coraz bardziej zamieniają się w błędne koło, w którym niezwykle niskie poziomy stóp procentowych z trudnością utrzymują gospodarki na powierzchni, jednocześnie narażając je na rosnące ryzyko w średnim terminie. Euler Hermes wierzy, że nadmiar taniego pieniądza może prowadzić do recesji. Na chwilę obecną mamy w szczególności do czynienia z rozdźwiękiem między czynnikami fundamentalnymi, a rynkiem kapitałowym, który w przyszłości może doprowadzić do niestabilności.

Kolejna recesja, prawdopodobnie płytsza i krótsza niż poprzednia, będzie testem zdolności spółek i potęg gospodarczych do podjęcia odpowiednich działań w odpowiednim momencie, ponieważ tradycyjne narzędzia polityczne i siła współpracy międzynarodowej ulegną osłabieniu.

Wieża Warsaw Spire sprzedana IMMOFINANZ za 386 mln euro

Ghelamco i Madison International Realty, będące równoprawnymi właścicielami wieżowca Warsaw Spire, poinformowały o sprzedaży całości swoich udziałów w budynku. Flagowa realizacja Ghelamco Poland stała się własnością spółki IMMOFINANZ. Wartość transakcji wynosi 386 mln euro, co jest nowym rekordem na warszawskim rynku nieruchomości biurowych.

Wieża Warsaw Spire – Warszawa (2)Umowa sprzedaży budynku A w kompleksie Warsaw Spire pomiędzy dotychczasowymi właścicielami – Ghelamco i Madison International Realty – a firmą IMMOFINANZ została podpisana. Wysokość wieżowca wraz z iglicami sięga 220 m (49 pięter), a jego powierzchnia biurowa to 65 000 mkw. Obiekt jest w całości wynajęty, wśród jego najemców są m.in.: Goldman Sachs, Samsung, JLL, Mastercard, Shire, The Heart, Daftcode, Panattoni i Ghelamco Poland.

Warsaw Spire jest jedną z flagowych inwestycji Ghelamco i zarazem najwyższym budynkiem biurowym w Europie Środkowo-Wschodniej. W 2017 roku wieżowiec otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę branży nieruchomości na świecie – MIPIM Awards w kategorii Best Office & Business Development.

Warsaw Spire to niezwykle atrakcyjna nieruchomość dla inwestorów. W 2017 roku Ghelamco sfinalizowało transakcję sprzedaży budynku B, w którym mieści się siedziba Frontexu (Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej) za kwotę ponad 100 mln euro. Rok później ten sam inwestor zakupił budynek C, również za ok. 100 mln euro. Madison International Real Estate Liquidity Fund VI LP stał się równoprawnym właścicielem wieży Warsaw Spire w kwietniu 2018 roku, kiedy to nabył od Ghelamco 50% udziałów w obiekcie.

– Jestem bardzo dumny z Warsaw Spire. Został on doceniony nie tylko przez najlepszych najemców, ale także kluczowych graczy na rynkach finansowych. Warsaw Spire na nowo zdefiniował centrum biznesowe Warszawy i stał się ikoną dynamicznie rozwijającej się stolicy. Integralną częścią projektu jest plac Europejski – jedna z najlepszych przestrzeni publicznych stworzonych w Polsce. Mamy nadzieję, i wierzymy w to, że nowy właściciel będzie kontynuował sukces tego miejsca jako tętniącego życiem serca miasta – mówi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco na Europę Środkowo-Wschodnią.

Warsaw Spire rozpoczął rozwój nowej, tętniącej życiem dzielnicy biznesowej Warszawy. Ghelamco kontynuuje dalszy rozwój tego miejsca, budując tu nowe projekty: trzy wieżowce w kompleksie The Warsaw HUB oraz 200-metrową wieżę Warsaw UNIT.

– Na naszych oczach rośnie nowe centrum biznesowe Warszawy. W bezpośrednim sąsiedztwie powstają biura, hotele, mieszkania, sklepy, obiekty gastronomiczne i atrakcyjne przestrzenie publiczne. Myślę, że w niedalekiej przyszłości miejsce to stanie się wizytówką nowoczesnej stolicy – dodaje Jeroen van der Toolen.

– Cieszymy się, że pomyślnie zakończyliśmy sprzedaż wieży Warsaw Spire spółce IMMOFINANZ. Nasze przekonanie o silnej rentowności Warszawy w porównaniu z innymi europejskimi miastami Tier 1 połączone z możliwością współpracy z Ghelamco, ekspertem na polskim rynku nieruchomości i doskonałym partnerem biznesowym, pozwoliło firmie Madison wejść na ten nowy rynek. Po naszej ostatniej inwestycji w Capital Park nadal szukamy interesujących możliwości zainwestowania, ponieważ uważamy Polskę za atrakcyjny rynek dla naszej firmy – mówi Matthias Cordier, dyrektor zarządzający Madison International Realty.

Wieża Warsaw Spire – Warszawa (1)– Wieżowiec Warsaw Spire umacnia naszą pozycję jednej z wiodących firm oferujących najwyższej klasy powierzchnie biurowe w Warszawie i stanowi optymalne połączenie wysokiej jakości, bogatej infrastruktury i rozpoznawalnej grupy najemców. Wieża ta stanowi doskonałe uzupełnienie naszego portfela inwestycyjnego i w długim okresie znacząco wzmocni stabilną stopę zwrotu IMMOFINANZ – mówi Oliver Schumy, CEO IMMOFINANZ.

W transakcji Ghelamco i Madison International Realty były reprezentowane przez CBRE, JLL i Greenberg Traurig. IMMOFINANZ reprezentowała kancelaria Magnusson.

Wieża Warsaw Spire – Warszawa (3)– Zakup wieży Warsaw Spire przez IMMOFINANZ potwierdza, jak duży popyt panuje wśród inwestorów na najatrakcyjniejsze produkty w stolicy Polski, która osiągnęła status jednego z najbardziej dynamicznie rozwijających się rynków najmu w Europie. Utrzymujące się wysokie zainteresowanie powierzchnią biurową, przewyższające liczbę oddawanych mkw., oraz presja na wzrost czynszów sprawiają, że Warszawa jest jednym z najciekawszych i cechujących się największą płynnością rynków dla międzynarodowego kapitału. Inwestorzy dostrzegają tę wyjątkową okazję, więc spodziewamy się dalszej kompresji stóp kapitalizacji w nadchodzących miesiącach – mówi Sean Doyle, szef działu Property Investment w CBRE.

– Ta transakcja potwierdza, że Wola to wiodąca pod względem inwestycyjnym lokalizacja na rynku biurowym w CEE, a Warsaw Spire to jeden z najlepszych projektów biurowych w regionie. Sprzedaż tego obiektu stanowi też doskonały prognostyk dla deweloperów, którzy właśnie tutaj budują najbardziej prestiżowe projekty biurowe w Polsce i tej części Europy. Na bieżąco rozmawiamy z kolejnymi inwestorami zainteresowanymi uzupełnieniem swojego portfolio o biurowce, które są realizowane w nowym centrum biznesowym Warszawy. To miejsce cechujące się świetną lokalizacją i wysokim poziomem komercjalizacji. W pełni wynajęty Warsaw Spire biurowiec o ponadczasowej architekturze i z bardzo mocnym portfolio najemców jest tego znakomitym przykładem – mówi Tomasz Puch, dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych w JLL.

Rynek budowlany rośnie piąty rok z rzędu

Łączne przychody stu największych światowych przedsiębiorstw budowlanych wzrosły w skali globalnej rok do roku o 10 proc. Wiodące na świecie spółki rozwijają swoją działalność poprzez ekspansję na nowe rynki oraz dywersyfikację działalności. Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Global Powers of Construction 2018” poddali analizie największe na świecie firmy działające w sektorze budowlanym, uwzględniając, m.in. ich pozycje rynkowe, wysokość przychodów, kapitalizację giełdową, stopień umiędzynarodowienia czy rentowność.

Aż 45 firm w zestawieniu odnotowało wzrost dwucyfrowy. Pierwsze miejsce zajęła chińska grupa China State Construction Engineering Corp. Ltd., z przychodami sięgającymi 181 mld dolarów. Kolejne trzy pozycje także należą do chińskich firm, są to China Railway Group Ltd. (112 mld dolarów), China Railway Construction Corp. Ltd. (110 mld dolarów) oraz China Communications Construction Group Ltd. (74 mld dolarów). Do spółek z Chin należy 41 proc. całkowitych przychodów setki największych graczy, ale najwięcej przedsiębiorstw ujętych w rankingu, bo aż 15, pochodzi z Japonii. Wśród stu najlepszych znajdziemy 44 europejskie przedsiębiorstwa, w zestawieniu nie ma jednak żadnej polskiej spółki. Najwyżej spośród europejskich firm uplasowały się francuskie Vinci, hiszpańskie ACS i francuskie Bouygues, odpowiednio na 5., 6., i 8. pozycji. Całkowite przychody tej trójki ze sprzedaży wyniosły ponad 136 mld dolarów.

Niepewne nastroje inwestorów

Całkowita kapitalizacja, czyli wartość giełdowa spółek, w 2018 roku zmalała. Zagregowana wartość kapitalizacji dla pierwszej trzydziestki firm z sektora budowlanego pod koniec 2018 roku wyniosła 428 mld dolarów, to mniej o 8 proc. niż w 2017 roku.

Spadek kapitalizacji giełdowej firm w rankingu jest wypadkową wielu czynników. Przede wszystkim to wynik obaw inwestorów przed ryzykiem. Charakteryzuje ich ostrożne podejście ze względu na rosnące zagrożenie recesji gospodarczej, wojnę handlową między Chinami i USA oraz wzmożoną niepewność polityczną w Europie – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Europie Środkowej, Deloitte.

Pomimo znacznego spadku względem ubiegłego roku, francuska firma Vinci odnotowała najwyższą wartość kapitalizacji giełdowej, z wynikiem 49 mld dolarów w 2018 roku.

Dwie ścieżki rozwoju

Z raportu Deloitte wynika, że najczęstszymi strategiami firm z sektora budowlanego w celu zwiększenia przychodów są ekspansja zagraniczna oraz dywersyfikacja działalności. Już teraz badane firmy generują 21 proc. całkowitych przychodów poza rynkiem rodzimym. Najbardziej umiędzynarodowione przedsiębiorstwa pochodzą z Europy – tam odsetek przychodów z działalności zagranicznej wynosi 57 proc., a najbardziej międzynarodową spółką jest hiszpańska ACS, która poza granicami rodzimego kraju generuje aż 86 proc. całkowitych przychodów. Strategia dywersyfikacji usługowej jest natomiast częściej obierana w USA i w Azji. Średnio 40 proc. przychodów firm indyjskich, południowokoreańskich oraz amerykańskich pochodzi z działalności innej niż budowlana.

Działalność inną niż budowlana cechuje wyższa marża operacyjna. W ten sposób rankingowa setka wygenerowała 22 proc. całkowitych przychodów – mówi Łukasz Michorowski, Partner Associate w Dziale Audytu, Deloitte.

Wśród działań innych niż budowlane, ankietowani wymieniają m.in. rozwój nieruchomości, koncesję czy działania związane z sektorem energetycznym.

Obiecujące prognozy

Przewiduje się, że podczas gdy światowa gospodarka do 2022 roku będzie rosła w tempie od 2,5 do 3 proc. rocznie, dla sektora budowlanego ta dynamika może wynieść aż 3,6 proc. z szacowanymi przychodami na 2025 rok w wysokości 15 bln dolarów. Sytuacja w Unii Europejskiej wygląda równie obiecująco – po licznych turbulencjach będących pokłosiem kryzysu finansowego, rynek budowlany w UE rośnie już piąty rok z rzędu. Według danych Eurostatu, średnia produkcja budowlana dla krajów UE w 2018 roku wzrosła o 2 proc. względem 2017 roku, osiągając największą dynamikę wzrostu na Węgrzech (17,5 proc.) i w Polsce (11,4 proc.).

Przemysł budowlany ma bezpośredni wpływ na kondycję gospodarki światowej. Rozbudowana infrastruktura przyczynia się do wzrostu PKB, co z kolei wpływa na produktywność i konkurencyjność podmiotów oraz rozwój współpracy gospodarczej – podsumowuje Maciej Krasoń.

Rekordowe kary za naruszenie RODO

Ponad 1 mld złotych – kary na taką sumę w ciągu dwóch dni nałożył brytyjski odpowiednik Urzędu Ochrony Danych Osobowych (Information Commissioner Office) na dwie globalne firmy.

Krzysztof Grabowski, Inspektor Danych Osobowych z międzynarodowej firmy doradczej Crowe
Krzysztof Grabowski, Inspektor Danych Osobowych z międzynarodowej firmy doradczej Crowe

British Airways oraz sieć hoteli Marriott mają zapłacić odpowiednio 183 mln i 99 mln funtów brytyjskich. W obu przypadkach kary zastały nałożone za wyciek danych osobowych. Z baz danych obu firm zostało wykradzionych prawie 4% danych osobowych ludności na całym świecie. Największa ilość danych wyciekła z bazy Marriott – incydent dotyczy 339 mln klientów.

Co należy zrobić w przypadku wykrycia wycieku danych?

Jeśli dojdzie do sytuacji naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych kluczowe jest jak najszybsze jego wykrycie i poinformowanie – maksymalnie w ciągu 72 godzin – organ nadzorujący ochronę danych osobowych -– mówi Krzysztof Grabowski, Inspektor Danych Osobowych z międzynarodowej firmy doradczej Crowe.

W przypadku obu ukaranych przez ICO firm reakcja na incydent nie była natychmiastowa. Sieć Marriott czekała 4 lata na poinformowanie o tym zdarzeniu opinii publicznej i ofiar wycieku danych. British Airways wykrył naruszenie ponad 3 miesiące od momentu jego zajścia, co może świadczyć o niewystarczającym poziomie zabezpieczenia procesu.

W przypadku utraty wrażliwych danych czas jest decydujący. W obu sprawach do nieuprawnionych osób trafiły bowiem  m.in. numery kard kredytowych klientów, a w przypadku sieci Marriott także numery paszportów.

W sytuacji naruszenia ochrony danych osobowych należy w jak najkrótszym czasie zadbać o bezpieczeństwo osób poszkodowanych. Kluczowa w tym procesie jest komunikacja, skierowana na powiadomienie ofiar wycieku o incydencie i ostrzeżenie o potencjalnych ryzykach – dodaje Krzysztof Grabowski.

Przypadki wycieków danych w Polsce

W 2018 roku do Urzędu Ochrony Danych Osobowych zostało zgłoszonych ponad 3 tysiące skarg, w tym kilkanaście przypadków naruszeń bezpieczeństwa danych bardzo dużą skalę. W grudniu głośny na polskim rynku był przypadek masowego wycieku danych klientów sklepu internetowego Morele.net.  Wśród wykradzionych informacji znajdowały się imiona i nazwiska, numer PESEL czy sytuacja finansowa 2,5 mln klientów firmy. Pięć miesięcy po poinformowaniu o wycieku osób poszkodowanych, w internecie zostały opublikowane hasła i loginy klientów.  Obecnie sprawa jest  wyjaśniana przez UODO.

Za naruszenie wymogów RODO firmom  grożą kary do 20 mln EUR lub sięgające 4 proc. rocznych globalnych obrotów przedsiębiorstwa.

Cyfrowe uzależnienie. Czy smartfonowy detoks może się udać?

O dawna marzymy o tym, żeby choć na chwilę odseparować się od społeczeństwa, uciec do lasu, wyjechać w góry. Ale szczególnie dziś, gdy nasze telefony wszędzie mają zasięg, a nasza tożsamość jest spleciona z życiem online, wydaje się to niemożliwe. A jednak próbujemy. Czego obiecujemy sobie po cyfrowym detoksie – wyjaśnia Mateusz Halawa, socjolog ze School of Form Uniwersytetu SWPS.

W 1854 roku Henry David Thoreau opublikował Waldena, długą medytację o prostym życiu, w którym dojrzały człowiek w samotności może odnaleźć spokój, oddzielić to, co ważne, od tego, co nieważne, i stać się lepszy. Thoreau zdobywał doświadczenia, mieszkając na odludziu przez dwa lata w domu w lesie w Massachusetts. Odłączył się od zgiełku świata, by poszukiwać sensu swojego „ja”, aby wreszcie móc być sobą i ze sobą. Czytany dzisiaj Walden zwraca uwagę niebywałą wprost aktualnością. Podobnie dziś czuje się każdy wycieńczony i zestresowany pracownik, któremu po kolejnym bezsensownym spotkaniu, znad trzydziestu otwartych zakładek w komputerze, wśród wibrujących telefonów, wracając do domu, zdarzyło się westchnąć i pomyśleć, by może to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady?

Cyfrowe uzależnienie

Dziennikarz „The Wall Street Journal” Michael Hsu nawiązał do Waldena w dziale „Sprzęt i gadżety”, nawołując do uproszczenia życia z technologią, która staje się dziś symbolem opresji. Jak wskazuje Hsu, w czasach rewolucji informacyjnej wydaje nam się, że używamy Facebooka, a w rzeczywistości to Facebook używa nas, kolonizując umysł trywialnymi informacjami i czyniąc nas zakładnikami powiadomień i polubień. Z raportów ZenithOptimedia wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat prawie podwoiliśmy ilość czasu spędzanego online, a korzystanie z sieci trwale przenosi się do mobilnych urządzeń, które mamy zawsze przy sobie.

Coraz bardziej umacnia się trend, który można by nazwać „utopiami odłączenia”. Są to praktyki nakierowane na wizję lepszego życia, dzięki odcięciu się od technologii. Cyfrowy detoks sugeruje, że media stały się czymś w rodzaju uzależnienia, nad którym należy zapanować. Uczestnicy „tygodnia bez ekranów” zachęcają innych, by „wyłączyli monitory i włączyli życie”. Fizjolodzy snu ostrzegają przed niebezpieczeństwami wszechobecnych monitorów i niebieskiego światła ekranów, a rodzice coraz częściej starają się ograniczać „czas ekranowy” swoich dzieci. Odłączenie wymaga jednak przełamania FOMO (ang. Fear of Missing Out), czyli strachu przed przegapieniem czegoś w niekończącym się strumieniu informacji.

Relacje rzeczywiste i wirtualne

W książce E-migranci również inspirująca się Waldenem Susan Maushart opisuje doświadczenie odłączenia od technologii w swojej rodzinie. Przechodząc przez fazy irytacji, frustracji i nudy, stopniowo relacje rodzinne nabrały innego kształtu: członkowie zbliżyli się do siebie, a wspólny czas był inaczej zorganizowany.

Media formatują relacje między nami. Wyłączyć je, to dać sobie zadanie ułożenia tych relacji na nowo. Ostatecznie Maushart wraca do świata. Podobnie dziennikarz „The Verge”, Paul Miller, który nie korzystał z sieci przez rok. Jego wniosek jest paradoksalny: chciał być w społeczeństwie inaczej niż poprzez sieć, ale właśnie to alternatywne uspołecznienie okazało się nieautentyczne. Prawdziwy Paul i prawdziwy świat okazali się nierozerwalnie związani z internetem.

Projektanci coraz częściej podejmują problematykę technologicznego detoksu. Studio Kovert szuka pomysłów na nowe rodzaje przedmiotów-mediów, które można mieć ze sobą bez poczucia napięcia nerwowego. Organizują wyjazdy, podczas których obserwują uczestników i odnotowują zmiany ich zachowania po odstawieniu technologii. Zwrócili uwagę na to, że bez mediów ludzie rozmawiają inaczej, częściej patrzą sobie w oczy i doświadczają głębokiej współobecności z drugą osobą. Co ciekawe, zmieniały się ich ciała, nie pochylone już nad kurczowo trzymanymi ekranami, po których przesuwają się palce, lecz nagle wyprostowane, emanujące spokojem i otwarte na doświadczenie.

Cielesne symptomy odłączenia

Poprzedni akapit napisałem z pomocą aplikacji Freedom, która ma pomagać w skupieniu, wyłączając dostęp do sieci, ale i tak co chwilę machinalnie próbuję sprawdzać Facebooka. Firma Kleiner Perkins Caufield & Byers policzyła, że użytkownicy smartfonów średnio odblokowują je nawet do 150 razy dziennie. Psycholodzy i neurolodzy obserwują od jakiegoś czasu HPVS, syndrom fantomowych wibracji. Użytkownikom telefonów wydaje się, że ich urządzenie wibruje, ożywione połączeniem przychodzącym, SMS-em lub powiadomieniem z jakiejś aplikacji. W istocie nic się nie dzieje, oni jednak czują wibracje, podobnie jak osoby, które po amputacji kończyny wciąż odczuwają w niej ból. To pokazuje, jak mocno media nie tylko wplotły się w życie codzienne, ale wręcz zrosły z naszymi ciałami.

Socjolog Marek Krajewski uważa, że w czasach nowych mediów doświadczamy inaczej swoich ciał. „Podłączone do sieci, zachęcające do interakcji urządzenia technologiczne wprawiają właścicieli w stan czuwania” – pisał. „Ciało staje się częścią technologicznych sieci, nie tylko reaguje na impulsy z nich napływające, ale także samo je generuje. Jednostka istnieje i odczuwa tylko wtedy, gdy jej organizm (…) staje się aktywnym routerem, odbierającym informacje i przesyłającym je dalej, gdy jest zaangażowany w podtrzymywanie życia sieci, której jest częścią”.

Rozpoznanie, że wyposażeni w elektroniczne gadżety i podłączeni do sieci jesteśmy dziś routerami, jednocześnie ekscytuje i przeraża. Ekscytuje, bo przekroczenie ograniczeń śmiertelnego ciała, błyskawiczna komunikacja z innymi, nieograniczony dostęp do informacji i rozszerzenie świadomości na sieć pozostają marzeniem obywateli nowoczesności. Przeraża, bo wydaje się, że w pogoni za tym marzeniem, nie tyle wyposażyliśmy człowieka w nowe narzędzia, co stworzyliśmy nowy rodzaj człowieka: cyborga, człowieka-maszynę, którego ciało pulsuje w rytmie i w interesie informacyjnych sieci.

Nomofobia

Pracując ze studentami School of Form Uniwersytetu SWPS, czasami proponuję im i sobie eksperyment polegający na spędzeniu doby bez telefonu i mediów elektronicznych, bez telewizora czy muzyki. Robimy notatki. Spotykamy się kilka dni później i zajęcia z reguły wyglądają jak sesja terapii grupowej. Jedna ze studentek opowiadała, że przez cały dzień prześladowały ją myśli o tym, że jej bliscy zginęli, a ona jest tego nieświadoma. Bez poczucia, że jest potencjalnie dostępna, uchwytna, że czuwa – czuła lęk. Naładowany smartfon podłączony do sieci traktujemy jak amulet, który chroni nas od złego. W opowieściach odłączonych wracają metafory amputacji („jak bez ręki”).

Inni czują się głupi bez podręcznego Google’a: zdani na własną pamięć i własną wiedzę popadają w bezradność. Regularne używanie wyszukiwarki sprawia, że ludzie znacznie przeceniają swoją faktyczną inteligencję, udowodnili niedawno psycholodzy z Yale. Ktoś wspomina o chodzeniu po nieznanym mieście z Google Maps: „Wtedy wiem, gdzie jestem, a teraz, bez telefonu, nie mogę na sobie polegać”. Zwróćmy uwagę na to sformułowanie – choć w istocie polegamy na smartfonie, przeżywamy to jako poleganie na sobie.

Badacze z Uniwersytetu Iowa stworzyli nawet kwestionariusz, w którym możemy rozpoznać własne problemy w stwierdzeniach takich, jak „bez telefonu czułbym się oderwany od swojej tożsamości online” czy „czułbym się dziwnie, bo nie wiedziałbym, czym się zająć”. Nasze eksperymenty w School of Form ujawniają serię paradoksów, które lepiej pozwolą nam zrozumieć, dlaczego tak trudno się odłączyć.

Po pierwsze, chcemy znaleźć spokój i prostotę, bo nadmiar treści i szybkość transmisji nas przytłaczają, ale okazuje się, że odłączeni czujemy niepokój. To sieć jest naszym punktem zaczepienia w świecie i daje nam pewność osadzenia w relacjach z innymi, którą socjolog Anthony Giddens nazywa „bezpieczeństwem ontologicznym”. Anthony Elliott i John Urry sięgają wręcz po psychoanalizę i twierdzą, że cyfrowe i mobilne media stają się dziś maszynami do poskramiania egzystencjalnego lęku. To on leży u podstaw nomofobii. Gdy jesteśmy w zasięgu, a baterię mamy naładowaną, nieświadomie rozładowujemy emocjonalne napięcia, bawiąc się smartfonem.

Projektanci i programiści dobrze o tym wiedzą, dlatego podkreślają znaczenie dotyku i tworzą interfejsy, które dają nam poczucie, że gadżet ożywa pod naszymi palcami, wydaje się nas słuchać, zna nasze potrzeby, przechowuje nasze wspomnienia i przywołuje kojące doświadczenia. Ten kierunek rozwoju technologii znakomicie sportretował Spike Jonze, opowiadając w filmie Ona miłosną historię między mężczyzną a jego systemem operacyjnym, mówiącym zmysłowym głosem Scarlett Johansson. Thoreau zachęcał do tego, by pobyć samemu, ale z dostępem do sieci samemu nie jest się nigdy, bo w dobie interaktywnych mediów, jak choćby bohater filmu, żyjemy w emocjonalnych relacjach z przedmiotami-mediami, które wydają się ożywiać w naszych rękach.

Po drugie, podążając za Thoreau, chcemy poczuć się wolni i wyzwolić od świata przepracowania i konsumpcji, ale okazuje się, że odłączeni tracimy sprawczość. Obecny etap życia z technologią ma dosyć przebiegłą cechę: rozmyły się w nim granice i zmienił rodzaj władzy, którą ma nad nami technologia. Robotnica w dziewiętnastowiecznej fabryce odchodziła od maszyny do rzeczywistości zdecydowanie odmiennej. Wyraźnie oddzielone w niej były: czas pracy w fabryce, czas pracy w domu i czas wolny. Dziś te podziały upadają, szczególnie u tych, którzy pracują w branżach kreatywnych. Te same urządzenia towarzyszą nam w miłości, przyjaźni i wypoczynku, co w pracy i konsumpcji. Te wymiary nieustannie się mieszają, dlatego tak dużo rozmawiamy dziś o prokrastynacji, problemach ze skupieniem i spadku produktywności pracowników zajętych śledzeniem treści na Facebooku z jednej strony oraz spadku atrakcyjności partnerów zaabsorbowanych służbową korespondencją po pracy z drugiej strony. Odłączenie jest w tym przypadku tyleż atrakcyjne, co niemożliwe, bo ani partner, ani szef nie lubi zbyt długo czekać na odpowiedź.

Zamiast mniej technologii wybieramy nawet więcej technologii: kolejne aplikacje, które odfiltrują pożądane komunikaty z niepożądanych; kolejne urządzenia, które pozwolą nam na odłożenie innych urządzeń, jak iWatch, reklamowany – zupełnie serio! – obietnicą, że dzięki niemu nie będziemy musieli tak często patrzeć w smartfona. Wszystkie te działania nakierowane są na odzyskanie podmiotowości, poczucia sprawstwa i wolności, a pomagają nam w nich już nie dwudziestowieczne, nieludzkie i kanciaste maszyny, lecz przyjaźnie gaworzące z nami i wsłuchane w nas obiekty. Ich władza nad nami polega na tym, że są do nas podobne i mówią głosem Waldena: „Prostota, prostota i jeszcze raz prostota!”.

Od czasów Thoreau zaszła znacząca zmiana: ludzie chcący odłączyć się od zgiełku świata i doświadczyć swojego prawdziwego „ja” mają dziś do dyspozycji świetnie zaprojektowane cyfrowe aplikacje do medytacji zen, tak jakby świat poza technologią był nie do pomyślenia. W ten sposób cyfrowe media obiecują rozwiązać problemy, które same współtworzą.

Po co się odłączać?

Oczywiście, by poznać siebie, odpowiadamy za Waldenem, by żyć świadomie, by podążać za swoim rozumem i emocjami. Utopie odłączenia koncentrują się często właśnie na tym zadaniu. Pobrzmiewa w nim charakterystyczne dla indywidualistycznej kultury nowożytnego Zachodu przekonanie, że istnieje jakieś integralne, mocne „ja”, które można poznać, wyrazić i ulepszyć. Trzecia i bodaj najważniejsza nauczka z prób odłączenia jest taka, że podejmujemy je, bo chcemy dostępu do tej prawdziwej tożsamości, ale jak widzieliśmy, okazuje się, że odłączenie kończy się raczej tożsamościowym kryzysem. Nagle nie można na sobie polegać, trudno ze sobą wytrzymać, nie ma się komu zaprezentować. Bez baz danych kontaktów i archiwów zdjęć; bez skalibrowanych do naszych gustów algorytmów PageRank (Google) i EdgeRank (Facebook), które filtrują nam rzeczywistość; bez zakładek i folderu „Moje Dokumenty”; bez nieustannego potwierdzania własnego istnienia przez reakcje innych i samodzielnie wykonywane selfie – poczucie „ja” okazuje się zaskakująco słabe.

Cyfrowy detoks zamiast oczyszczać prawdziwe „ja” z zakłóceń, ujawnia, że bez sieci nasze „ja” jest niepełne albo podatne na rozpad. Nowe media są świadomie projektowane i używane jako maszyny tożsamościowe, narzędzia dla usieciowionych indywidualistów. Russell Belk pisze, że należy właściwie myśleć o „rozszerzonym ja”, w którym to, co o sobie wiemy, jest uwikłane w linki, tagi i profile. Innymi słowy, będąc online, jestem w kontakcie nie tylko z innymi, ale przede wszystkim ze sobą samym w oczach innych. Sieć staje się rodzajem lustra. Etnograficzne badania użytkowników nowych mediów pokazują, że by poznać siebie i pracować nad sobą, raczej intensyfikują oni korzystanie z technologii, niż próbują się od niej odłączać.

Im większą rolę cyfrowe media odgrywają w naszej codzienności, tym mocniej powracają w kulturze utopie odłączenia. Dzieje się tak dlatego, że takie projekty są rodzajem medytacji nad miejscem człowieka w coraz bardziej stechnologizowanym świecie. W Zachodniej Virginii istnieje miasto Green Bank odcięte od wszelkich bezprzewodowych sieci, by nie zakłócać działania radioteleskopu. To „miasto bez zasięgu” zyskało garstkę nowych mieszkańców, którzy twierdzą, że ich ciała są szczególnie wrażliwe na fale elektromagnetyczne. Przyciąga jednak uwagę o wiele większej liczby osób na całym świecie, bo pokazuje, jak bardzo wszędzie indziej naszą przestrzeń wypełnia niewidzialny przepływ danych. Badacz Adrian Mackenzie pisze, że (w większości miejsc poza Green Bank) doświadczamy dziś nieustannego podłączenia do przedmiotów infrastruktur; wi-fi stało się naszym powietrzem. Dlatego projektanci, programiści i artyści podejmują dziś nowy problem: jak aktualizować wciąż żywe marzenia z Waldena w na wskroś cyfrowej i sieciowej rzeczywistości, w której inaczej niż w czasach Thoreau nie ma już gdzie od technologii uciec?

Mateusz Halawa, socjolog, School of Form Uniwersytetu SWPS

Przyszłość inwestycji drogowych – GDDKiA odstąpiła od kontraktów

W ostatnich miesiącach Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad jako inwestor była zmuszona do odstąpienia od kilku umów na realizację kontraktów drogowych. Dotyczyły one m.in. autostrady A1, dróg ekspresowych S3, S7 czy S61. W przypadku niektórych z tych umów udało się już wszcząć procedury związane z wyłonieniem firmy, która dokończy inwestycje. Ich wykonawcami były wcześniej włoskie firmy – Sallini i Impresa Pizzarotti, Toto Construzioni oraz hiszpański Rubau. Łącznie to siedem kontraktów.

– Żadna z inwestycji nie jest zagrożona i prace nad nimi będą kontynuowane. W miarę możliwości będą ukończone w terminie według zakładanego początkowo harmonogramu – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, z-ca Dyrektora Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – Pomóc może w tym ostatni wyrok Krajowej Izby Odwoławczej. Wskazano w nim, że wybrany przez GDDKiA tryb negocjacji bez ogłoszenia jest zgodny z przepisami. To rozwiązanie, które miało na celu zlecenie nowemu wykonawcy dokończenie jednego z odcinków autostrady A1 – obwodnicy Częstochowy realizowanej wcześniej przez firmę Sallini. W związku z koniecznością odstąpienia od kontraktów z winy wykonawców GDDKiA jasno wskazuje na brak zagrożenia w kwestii dofinansowań unijnych.Przewidziany został tu pewien bufor bezpieczeństwa. W przypadku wyłaniania nowego wykonawcy, kiedy procedura ta będzie jednak powodem przesunięcia daty zakończenia inwestycji, środki otrzymane na realizację kontraktów drogowych w perspektywie 2014-2020, będą mogły być wydatkowane aż do końca grudnia 2023 roku – zapewnił Piechowiak.

Firmy energetyczne zainwestują ponad 2 bln dol. w transformację cyfrową. Chcą w ten sposób walczyć o młodych klientów

Firmy energetyczne zainwestują ponad 2 bln dol. w transformację cyfrową. Chcą w ten sposób walczyć o młodych klientów 7

Branża energetyczna inwestuje w cyfrową obsługę klienta. Dziś blisko 50 proc. ich wydatków na IT w obsłudze klienta trafia na personalizację usług, internetowe serwisy zakupowe i różnorodne kanały cyfrowe. Jak ocenia IDC, za dwa lata firmy energetyczne przeznaczą na transformację cyfrową 2,1 bln dol. – Powodowane jest to w dużym stopniu oczekiwaniami młodych pokoleń klientów, szukających wygodnych i partnerskich form korzystania z energii – przekonują eksperci SAP.

– Transformacja w sektorze energetyki wynika z jednej strony z jego deregulacji i powstawania nowych modeli biznesowych, a z drugiej z nowych form dystrybucji energii, m.in. energetyki rozproszonej. Preferencje konsumentów energii ewoluują. Coraz młodsze pokolenia wchodzące na rynek jako konsumenci napędzają tę transformację cyfrową, która ma przynieść firmom energetycznym nowe możliwości sprzedaży swoich usług i produktów – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Kowalski, General Manager, Energy & Natural Resources w regionie MEE w SAP.

Do końca 2019 roku 85 proc. firm z branży użyteczności publicznej z listy Forbes Global 2000 ma dysponować działem odpowiedzialnym za przyspieszanie innowacji i transformację ich biznesu. Eksperci podkreślają, że sektor ten musi przenieść nacisk w swojej strategii – z orientacji na operacje na orientację na klienta. Tylko w ten sposób firmy dotrą do konsumentów z nowej generacji.

 Kiedyś firma energetyczna skupiała się na tym, żeby dostarczyć energię, potem ją rozliczyć i wystawić fakturę. Obecnie wygląda to zupełnie inaczej. Energetyka rozproszona uruchamia wiele nowych możliwości, szczególnie np. w obrębie prosumencji czy magazynowania energii, wykorzystania samochodów elektrycznych. I tak naprawdę to klient staje się centrum. To już nie jest tylko proste dostarczenie energii elektrycznej, lecz także dostarczenie szeregu dodatkowych produktów i usług do tego klienta, który w nowych modelach biznesowych nie jest tylko odbiorcą, lecz także partnerem np. dla sprzedawcy energii – podkreśla Filip Kowalski.

Firmy coraz częściej sięgają po rozwiązania, które poprawiają ich komunikację z klientami i upraszczają cały proces sprzedaży. Według IDC w 2018 roku połowa wydatków firm energetycznych na IT w obsłudze klienta była przeznaczana na personalizację usług, internetowe serwisy zakupowe i obecność w innych kanałach cyfrowych. Dzięki temu zarówno firmy energetyczne, jak i inni przedstawiciele sektora użyteczności publicznej (np. firmy chemiczne) mogą skuteczniej dotrzeć do klienta z ofertą, lepiej odpowiedzieć na jego potrzeby, a także mocniej zaangażować go w relacje z firmą.

Przykładowo, firma Śnieżka korzysta z rozwiązań, które umożliwiają rozwój cyfrowej ścieżki klienta w modelu end-to-end – od promocji produktów trafiającej do odpowiednich adresatów, przez skuteczną sprzedaż, po zarządzanie danymi o konsumentach i ich sprawną obsługę.

 Przykładem może być także serwis SmartMart, stworzony przez firmę First Energy, który obejmuje serwis sprzedażowy dla klientów indywidualnych. Mogą sobie zamówić dodatkowe produkty i usługi, np. dotyczące inteligentnego domu – mówi przedstawiciel SAP Polska. – Ciekawym przykładem jest też firma UGI ze Stanów Zjednoczonych, która wdrożyła z dużym sukcesem tzw. self service. Klient przez internet ma dostęp do pełnej informacji o tym, jak konsumuje energię, jakie ma rachunki, usługi czy jakie korzyści może mieć np. ze współpracy z daną firmą energetyczną.

Dzięki cyfrowej transformacji także klienci zyskują nowe możliwości, np. prostsze narzędzia płatności, pełną kontrolę nad zużyciem energii czy informacji o sposobach jej konsumpcji. Dane na ten temat trafiają potem do firmy, są przetwarzane i analizowane, dzięki czemu klient może liczyć na spersonalizowaną ofertę.

– Gromadzone dane, oczywiście w zgodzie z RODO, pozwalają na profilowanie, a także na odpowiednią segmentację klientów. Inaczej mówiąc, możemy lepiej zrozumieć, czy dany klient jest bardziej eko, jaka oferta go zainteresuje i jaką drogą do niego dotrzeć z produktem, którego potrzebuje – wskazuje ekspert. – Z kolei spółkom dystrybucyjnym analiza danych pozwala lepiej zrozumieć i przewidzieć, gdzie wystąpią zagrożenia i konieczność zadbania o stabilność sieci elektroenergetycznej.

Według analityków SAP i IDC dla firm z sektora utilities kluczowe jest dziś budowanie relacji z klientami i zewnętrznymi partnerami, którzy wzmocnią ofertę firmy, np. agregatorami zielonej energii. Docelowo każda z trzech grup (firmy-klienci-partnerzy) – dzięki cyfrowym platformom – będzie mogła ze sobą współpracować, wymieniać się korzyściami i korzystać z dobrze dopasowanych produktów.

Cyfrowe ekosystemy to dużo więcej niż standardowa energetyka. Konsument staje się bardzo aktywnym elementem i wspólnie z partnerem może odgrywać coraz większą rolę w funkcjonowaniu całego systemu elektroenergetycznego – podkreśla Filip Kowalski.

Resort finansów chce certyfikować zawód księgowego. Efektem będzie wzrost jakości usług, ale i cen

Resort finansów chce certyfikować zawód księgowego. Efektem będzie wzrost jakości usług, ale i cen 8

Ponad połowa osób świadczących usługi księgowe i 43 proc. spośród korzystających z nich ocenia, że efektem wprowadzonej pięć lat temu deregulacji był spadek jakości usług – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów. W oparciu o jego wyniki resort pracuje nad cofnięciem deregulacji. Zamierza wprowadzić nowy system certyfikacji zawodu księgowego i obowiązek dokształcania. Jak ocenia wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach Mariusz Rutke, efektem tych zmian będzie wzrost profesjonalizmu księgowych, z drugiej zaś strony spadek liczby podmiotów, które świadczą takie usługi, a w konsekwencji wzrost cen.

 Ministerstwo Finansów zapowiedziało powrót do certyfikacji zawodu księgowego, a ściślej rzecz biorąc, usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Resort planuje również okresowe szkolenia dla tych osób. Trzeba podkreślić, że te wszystkie zmiany mają dotyczyć usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych w formie działalności gospodarczej, natomiast nie obejmą osób pracujących na podstawie umowy o pracę w działach księgowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Rutke, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Deregulacja usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych miała miejsce pięć lat temu. Jej autorem był ówczesny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin. W jej efekcie dziś, żeby świadczyć usługi związane z prowadzeniem ksiąg rachunkowych, nie są wymagane żadne uprawnienia. Przed wejściem w życie ustawy deregulacyjnej w tym celu wymagany był certyfikat księgowego, tytuł biegłego rewidenta albo tytuł doradcy podatkowego.

– Deregulacja, która weszła w życie w sierpniu 2014 roku, spowodowała, że w celu prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli pełnej księgowości, taki podmiot musi dzisiaj mieć ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej, pełną zdolność do czynności prawnych i nie być karanym za pewne rodzaje przestępstw, np. przestępstwa skarbowe. Z kolei w przypadku uproszczonej księgowości, przykładowo w formie podatkowej księgi przychodów i rozchodów, nie jest wymagane nawet ubezpieczenie OC – mówi Mariusz Rutke.

Ministerstwo Finansów pracuje teraz nad odwróceniem deregulacji. Zamierza wprowadzić nowy system certyfikacji zawodu księgowego i obowiązek dokształcania. Projekt odpowiednich rozwiązań legislacyjnych ma powstać w porozumieniu z MEN, ale terminy ani szczegóły propozycji nie są jeszcze znane.

– Niestety, nie podano szczegółów dotyczących tego, jak miałaby wyglądać certyfikacja usług księgowych. Natomiast na podstawie reguł, które przestały obowiązywać w 2014 roku, możemy wnioskować, że certyfikacja objęłaby zarówno prowadzenie ksiąg rachunkowych, czyli tzw. pełną księgowość, jak i uproszczoną księgowość, przykładowo w postaci podatkowej księgi przychodów i rozchodów – mówi Mariusz Rutke.

Do zmiany przepisów skłoniły Ministerstwo Finansów wyniki ankiety przeprowadzonej na przełomie ubiegłego roku. Jej celem była ocena skutków wprowadzonej pięć lat temu deregulacji usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Jak wynika z badania, efektem tej zmiany był spadek cen usług księgowych, ale z drugiej strony jakości świadczonych usług. Taka opinia dominowała wśród badanych – zarówno tych, którzy wykonują usługi księgowe (52 proc.), jak i tych, którzy z nich korzystają (43 proc.).

W ocenie eksperta efektem planowanych zmian będzie przede wszystkim wzrost jakości usług i profesjonalizmu księgowych, którzy będą zobligowani do podnoszenia i aktualizowania swojej wiedzy.

 Kolejną zaletą będzie możliwość zdobycia certyfikatu księgowego przez osoby, które nie zrobiły tego wcześniej. Po 2014 roku ta możliwość była stopniowo wygaszana i nowe osoby napływające do zawodu nie mogły tego certyfikatu uzyskać. Jeżeli ministerstwo wprowadzi zapowiadane zmiany, oni również będą mogli taki certyfikat księgowy uzyskać – mówi Mariusz Rutke.

Z drugiej strony powrót do certyfikacji w zawodzie księgowego będzie prawdopodobnie wiązać się ze spadkiem liczby podmiotów, które świadczą takie usługi, a w konsekwencji – wzrostem cen i zmniejszeniem konkurencji na rynku.

– Do innych wad należy również zaliczyć kwestię rozpoczynania biznesu w postaci biura rachunkowego przez młode i nowe w zawodzie osoby. Niestety, nie będą one mogły rozpocząć takiej działalności na próbę, bez większego zaangażowania, ale będą musiały najpierw zdobyć certyfikat księgowy – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Pacjenci onkologiczni mogą być leczeni szybciej i skuteczniej. Walka z nowotworami wymaga jednak zmiany podejścia

Pacjenci onkologiczni mogą być leczeni szybciej i skuteczniej. Walka z nowotworami wymaga jednak zmiany podejścia 9

Medycyna potrzebuje przejścia z systemu opartego na płatności za usługę na system płatności za wartość tej usługi dla pacjenta – podkreślają eksperci. Wdrożenie modelu value based healthcare umożliwi m.in. dalszy postęp w walce z nowotworami. Pacjenci nie będą musieli stać w długich kolejkach, tylko będą leczeni szybciej i skuteczniej, również dzięki terapiom personalizowanym. W tym zakresie dużą rolę do odegrania mają nowe technologie oraz współpraca szpitali, lekarzy i firm technologicznych. Przykładem takiej współpracy może być podpisanie listu intencyjnego między firmą Philips a warszawskim Centrum Onkologii Instytutem im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Jesteśmy w trakcie ustanawiania Narodowej Sieci Onkologicznej, Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych i te nowe zadania, chociaż opierające się na dotychczas realizowanych, wymagają nowych możliwości działania i analizy danych. Wierzymy, że firma Philips, zaangażowana m.in. w zaawansowane technologie, także analizy danych, nam w tym pomoże – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Jan Walewski, dyrektor Centrum Onkologii Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie.

– List intencyjny, który podpisaliśmy z warszawskim Centrum Onkologii, pozwoli na rozwój projektów w obszarach: Data Warehouse, stosowania sztucznej inteligencji w onkologii, a także wykorzystania najnowszych technologii – podkreśla Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Przyszłe projekty w ramach współpracy mają obejmować między innymi inwestycje i badania w obszarze monitorowania i analizowania parametrów życiowych oraz wspieranie rozwoju cyfrowej patomorfologii. Zaawansowane technologie w tym zakresie są kluczem do wdrożenia nowego modelu value based healthcare, skoncentrowanego przede wszystkim na wartości leczenia, jaką ono stanowi dla pacjenta, a nie jego kosztach.

– Wartości, które value based healthcare wnosi do systemu, to podniesienie jakości i efektywności działania systemu tak, żeby pacjent był leczony lepiej, szybciej, skuteczniej, żeby nie czekał w kolejkach, a zastosowane terapie były w jego przypadku skuteczne, bo spersonalizowane – wskazuje dr Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO.

Korzyści dla pacjentów z zastosowania tej idei to przede wszystkim wysoka jakość udzielanych świadczeń. Nie dotyczy to tylko leczenia, lecz także diagnostyki. Jakikolwiek błąd na etapie diagnostyki, niestety, przekłada się na bardzo złe wyniki leczenia. Pacjent źle zdiagnozowany jest przede wszystkim źle leczony – przekonuje dr n. med. Beata Jagielska, zastępca dyrektora ds. lecznictwa otwartego i rozliczeń świadczeń zdrowotnych Centrum Onkologii Instytutu w Warszawie.

Do tego właśnie są potrzebne rzetelne dane na temat choroby i pacjenta.

Aby móc prawidłowo zakwalifikować pacjenta do nowoczesnego leczenia, musimy mieć miarodajne, dobre wyniki. To nie są zwykłe badania, sięgamy po najnowsze technologie i zdobycze badań genomicznych. Musimy mieć prawidłowe narzędzia, musimy wiedzieć, jak się nimi posługiwać, a to wymaga zewnętrznej certyfikacji, żeby ktoś sprawdził, czy rzeczywiście wykonujemy wszystko poprawnie. Nieprawidłowy wynik to właściwie wyrok dla pacjenta: brak możliwości skorzystania z leczenia albo nieprawidłowe zakwalifikowanie go do terapii – mówi dr Beata Jagielska.

Z kolei dla szpitali value based healthcare oznacza konkretne oszczędności. To szczególnie istotne w obliczu prognoz, które mówią o dynamicznym wzroście wydatków na opiekę zdrowotną. Raport Deloitte „2019 Global health care outlook” wskazuje, że w latach 2017–2022 tempo wzrostu na świecie wyniesie 5,4 proc. rocznie, dzięki czemu nakłady na ten sektor sięgną globalnie 10 bln dol.

 Likwidujemy koszty, których można uniknąć. Premiowanie świadczeniodawców ośrodków onkologicznych za usługę powoduje eskalację kosztów, niekoniecznie uzasadnionych. To nie sprzyja oszczędnościom, nie sprzyja koncentracji na trafnych rozwiązaniach, tylko są premiowane jakiekolwiek rozwiązania, które są dostępne – mówi prof. Jan Walewski.

Raport „Value based healthcare – nowa definicja ochrony zdrowia i jej wpływ na poprawę jakości leczenia”, opracowany przez Polską Koalicję Medycyny Personalizowanej, Instytut Innowacji Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO i Centrum Onkologii Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, wskazuje, że w krajach, które wdrożyły taką koncepcję w życie, system opieki zdrowotnej znacznie się poprawił – zarówno jakość leczenia, jego dostępność, łańcuch dostaw opieki zdrowotnej, koordynacja i integracja procesów terapeutycznych. Przykładem mogą być m.in. Holandia i Stany Zjednoczone. Co istotne, polscy pacjenci i lekarze są już gotowi na nowoczesne rozwiązania w opiece zdrowotnej.

– Patrząc na wyniki Future Health Index, widać, że ponad 80 proc. pacjentów, którzy nie mają dostępu do elektronicznych danych medycznych, chce go mieć, zaś 69 proc. osób, które korzystają z tego dostępu, chciałoby, aby miał go także personel medyczny. Co więcej, także lekarze widzą korzyści z posiadania dostępu do danych medycznych pacjentów i historii ich choroby. Ponad połowa z nich wskazuje na poprawę wyników leczenia jako rezultat. Inne wskazywane przez nich korzyści to podniesienie satysfakcji z pracy i jakości oferowanej opieki – podkreśla Reinier Schlatmann.

Polacy stawiają na gotowe dania. Sięga po nie 85 proc. konsumentów, a rynek jest wart ponad 1 mld zł

Polacy stawiają na gotowe dania. Sięga po nie 85 proc. konsumentów, a rynek jest wart ponad 1 mld zł 10

Coraz szybsze tempo życia przekłada się na szybki rozwój rynku dań gotowych. Według Kantar Millward Brown po dania instant w kubeczkach sięga niemal 85 proc. Polaków, a cały rynek jest wart ponad 1 mld zł i rośnie w tempie blisko 7-proc. rocznie. Polacy coraz chętniej włączają do menu także te smaki, które poznają w trakcie podróży, stąd rosnący udział dań orientalnych, np. kuchni azjatyckiej. Producenci dostosowują swoją ofertę także do potrzeb wegan i wegetarian.

– W Polsce wartość rynku dań gotowych wynosi ponad 1 mld zł rocznie. W ostatnim czasie notujemy około 5-proc. wzrost w skali roku. Jest to więc dla nas atrakcyjny rynek, nie tylko jeśli chodzi o zupy błyskawiczne i dania z makaronem, lecz także wyroby wegetariańskie i wegańskie czy makaron ryżowy. Dostrzegamy w Polsce duże możliwości rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Toshiro Tsuboi, prezes zarządu Ajinomoto Poland.

Zwyczaje żywieniowe Polaków zmieniają się na przestrzeni ostatnich lat. Tempo życia jest coraz szybsze, a co za tym idzie – nie każdy jest w stanie wygospodarować codziennie czas na przygotowanie domowego posiłku. Stąd coraz większa popularność gotowych posiłków. Jeszcze w 2012 roku wartość kategorii dań instant wynosiła ok. 924 mln zł. Natomiast według Economist Intelligence Unit w 2018 roku sięgnęła już 1,53 mld zł, a prognozy zakładają, że w kolejnych latach będzie rosnąć z 7–8-proc. dynamiką. Według badań Kantar Millward Brown po dania instant w kubeczkach sięga niemal 85 proc. Polaków.

– Rynek produktów gotowych rośnie. Nasza kategoria produktów – makaronów i dań smażonych – jest warta ponad 400 mln zł i rośnie o kilka procent rok do roku. Wśród trendów zauważamy wzrost sprzedaży produktów orientalnych. Tradycyjne polskie smaki, typu kurczak czy zupa pomidorowa, są dalej ważne i stanowią zdecydowaną większość sprzedawanych produktów, ale tempo wzrostu marek orientalnych jest znacznie większe, na poziomie ok. 20 proc. w ciągu ostatnich trzech lat versus kilka procent w markach tradycyjnych – mówi Sergiusz Matusiak, wiceprezes zarządu Ajinomoto Poland.

Badania konsumenckie potwierdzają zmieniające się preferencje smakowe Polaków. Coraz większą popularnością cieszą się smaki orientalne. Według badań Nielsena z września 2018 roku ich udział w rynku rośnie, zarówno wartościowo, jak i ilościowo. Udział ilościowy produktów orientalnych wzrósł do 42 proc., a udział wartościowy – do 37 proc.

– Polacy znają kuchnię azjatycką od wielu lat, natomiast ostatnio ich świadomość zdecydowanie rośnie. Na początku naszej działalności 20 lat temu produkty azjatyckie sprzedawały się na poziomie kilkuset milionów złotych, w tej chwili rynek jest wart 1,5 mld zł. Ludzie coraz więcej podróżują po Azji, lubią i cenią kuchnię azjatycką – najbardziej japońską, która jest synonimem jakości i zdrowia. My z kolei staramy się w Polsce poprzez nasze produkty promować kuchnię azjatycką i japońską, a jednocześnie oferować produkty wygodne i łatwe w przygotowaniu – mówi Sergiusz Matusiak.

W 2017 roku 43 proc. ankietowanych Polaków odwiedzało restauracje oferujące kuchnię chińską bądź wietnamską (wobec 15 proc. w 2015 roku), a 25 proc. – restaurację japońską (wobec 9 proc. jeszcze dwa lata wcześniej). W Warszawie liczba restauracji oferujących sushi i dania kuchni japońskiej rośnie w tempie ok. 5 proc. rok do roku. Wiceprezes Ajinomoto Poland podkreśla, że ten trend przekłada się również na rynek dań gotowych.

– Perspektywy rozwoju rynku są dobre, widzimy rosnącą popularność kuchni orientalnej, a jednocześnie produktów wygodnych i łatwych w przygotowaniu. Ważne, żeby oferta była coraz szersza, żeby to nie były ciągle te same smaki, tylko wybór był coraz bogatszy – mówi Sergiusz Matusiak.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich 20 lat na rynku dań gotowych udział marek własnych spadł o kilkanaście procent. Z drugiej strony rośnie udział marek producenckich.

– Jest to istotne o tyle, że przestajemy się powoli koncentrować na cenie. W walce na ceny często zapominamy o jakości i odbija się to niekorzystnie na konsumentach. Firmy inwestują w R&D, działy badawcze, skupiają się na jakości, bo jeżeli jest to produkt markowy, to jego jakość wpływa na reputację firmy. Dlatego cieszy nas to, że Polacy zwracają coraz większą uwagę na jakość produktów, a nie tylko na cenę – mówi Sergiusz Matusiak.

Ajinomoto – z ofertą japońskich zup i dań z makaronem pod marką OYAKATA – zamierza wprowadzić na polski rynek kolejne produkty gotowe inspirowane kuchnią japońską. W tym roku planuje import oryginalnych tajskich zup pod marką YumYum w trzech najbardziej popularnych smakach.

 Chcielibyśmy wypuścić na rynek wyroby odżywcze typu instant, zarówno wyroby z makaronem, jak i produkty dla wegetarian i wegan. Planujemy też inwestycje w działania marketingowe. Nie chcemy się ograniczać wyłącznie do działalności w mediach społecznościowych, takich jak Instagram czy Facebook, ale także wdrożyć kampanię telewizyjną w innych środkach masowego przekazu – mówi Toshiro Tsuboi.

Firma jest obecna na polskim rynku od 20 lat. Należący do niej zakład produkcyjny w Małkini w tym czasie dwukrotnie zwiększył zatrudnienie i wydajność produkcji, a obecnie pracuje w nim ponad 300 osób. W 2016 roku firma uruchomiła w nim nowoczesną, zaprojektowaną w Japonii linię do produkcji zup instant z makaronem w kubkach.

– Dwadzieścia lat temu podjęliśmy decyzję o wkroczeniu na polski rynek, ponieważ jest to drugi pod względem wielkości w Unii Europejskiej rynek dań błyskawicznych z makaronem. Pierwszym powodem były więc duże możliwości rynkowe, jakie dostrzegliśmy w Polsce. Drugim powodem były głębokie, bardzo bliskie i ugruntowane relacje pomiędzy Polską a Japonią – mówi prezes zarządu Ajinomoto Poland.

W tym roku planowane są inwestycje związane z rozbudową powierzchni magazynowej o dodatkowe 33 miejsca paletowe oraz zaplecza socjalnego dla pracowników.

– Kolejnym kierunkiem działań jest uruchomienie wewnętrznej produkcji przypraw płynnych. Obecnie przyprawy wykorzystywane w naszych produktach pochodzą od dostawców zewnętrznych. W niedalekiej przyszłości planujemy uruchomienie własnej produkcji – mówi Toshiro Tsuboi.

Czerwcowe upały były odczuwalne także w mediach społecznościowych. Internauci dyskutują o zmianach klimatu i betonozie

Czerwcowe upały były odczuwalne także w mediach społecznościowych. Internauci dyskutują o zmianach klimatu i betonozie 11

Tylko w czerwcu w internecie pojawiło się 4,6 tys. publikacji o zmianach klimatycznych, które mogły dotrzeć do 38 mln osób – wynika z badań Instytutu Monitorowania Mediów. Zainteresowanie tym tematem wzrosło przez falę blisko 40-stopniowych upałów. Coraz częściej w tym kontekście w dyskusjach internautów zaczęło się pojawiać słowo „betonoza”, oznaczające wycinanie drzew z przestrzeni miejskiej i zastępowanie ich betonem. W efekcie miasta w upalne dni przypominają patelnię, a temperatura w centrum jest nawet o kilkanaście stopni wyższa niż w parkach.

Nasze badania pokazały przede wszystkim, że czerwcowe upały bardzo doskwierały Polakom. Rozprawiali w internecie na temat kryzysu klimatycznego. W sieci pojawiło się ponad 4,6 tys. publikacji. To pokazuje wagę tego zjawiska i tego, jak ważny temat jest to dla Polaków – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Górska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Najczęściej w mediach można było przeczytać o usychającej palmie na warszawskim rondzie de Gaulle’a czy klimatycznym strajku wakacyjnym 13-letniej Igi, wzorowanym na akcji podjętej przez nominowaną do pokojowej nagrody Nobla Gretę Thunberg, 16-latkę ze Szwecji. Dyskusje dotyczyły też słów papieża Franciszka o konieczności działań w kontekście kryzysu klimatycznego.

Z kryzysem klimatycznym ściśle wiąże się pojęcie tzw. betonozy. Po raz pierwszy odnotowaliśmy to słowo w naszym monitoringu w połowie czerwca, a już na koniec miesiąca pojawiło się ponad 1,1 tys. publikacji na ten temat – wskazuje ekspertka IMM. – Szacunkowo z pojęciem kryzysu klimatycznego mogliśmy się spotkać prawie 38 mln razy. W przypadku betonozy dotarcie odnotowane tylko w przypadku social mediów wynosiło ponad 3 mln, co może pokazywać, że co dziesiąty Polak mógł się spotkać z tym pojęciem.

O betonozie, czyli wycinaniu drzew z przestrzeni miejskiej i powstawaniu betonowych pustyń, zrobiło się głośno, gdy na Twitterze pojawiło się zdjęcie Starego Miasta we Włocławku – niegdyś zielonego, z trawnikami i drzewami, teraz z wszechobecnym betonem, bez skrawka cienia. Internet zalały zdjęcia kolejnych miast przed i po rewitalizacji.

W sąsiedztwie drzew temperatura może się obniżyć o kilkanaście stopni. Tymczasem polskie miasta do upałów są zupełnie nieprzystosowane. Udowodniły to czerwcowe upały, a internauci dzielili się w sieci swoimi spostrzeżeniami. Kurtyny wodne nie są ratunkiem, pomóc mogłaby zieleń, tej jednak w centrum miast po prostu brakuje.

W czasie upałów sprawdzaliśmy, jak wygląda temperatura w mieście. Robiliśmy to na warszawskim Placu Bankowy, w pobliżu ratusza. Sprawdziliśmy temperaturę w miejscu, gdzie nie ma żadnych drzew, przy wejściu do metra, a potem przenieśliśmy się 200 metrów dalej, gdzie jest piękna aleja starych drzew. Okazało się, że między tymi miejscami jest ponad 20 stopni różnicy – wylicza Jan Mencwel, prezes Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.

Fundacja EkoRozwoju podaje, że właściwości chłodzące jednego drzewa można porównać do pięciu klimatyzatorów włączonych przez cały dzień. W ciągu doby może się uwolnić z drzewa nawet 400 litrów wody, a do tego zieleń skutecznie chroni przed nagrzewaniem się otoczenia. Tymczasem asfalt i beton nagrzewają się w ciągu chwili, dlatego centra miast w upalne dni przypominają patelnię.

Wszystkie badane miejsca, które były odsłonięte i nasłonecznione, miały temperaturę powyżej 40 stopni, nawet 45. Z kolei w tym miejscu, gdzie rosną drzewa, to w taki upalny dzień mamy 25 stopni – wskazuje Jan Mencwel.

Na Zachodzie coraz bardziej widoczny jest trend proekologiczny. Przykładem może być Plac Republiki w Paryżu, gdzie posadzono aleję wysokich drzew. W Mediolanie do 2030 roku zasadzonych ma być 3 mln drzew. W efekcie 30 proc. powierzchni miasta ma być pokryte drzewami. W Polsce drzewa raczej się wycina. Przykładem może być Warszawa, gdzie w latach 2007–2016 wycięto nieco ponad 230 tys. drzew.

To nie chodzi o to, żeby było jedno drzewo raz na jakiś czas posadzone, tylko żeby tworzyć takie zielone korytarze, gdzie można jeździć na rowerze czy przyjemnie się przejść. W takich miastach da się po prostu żyć. Chętniej turyści przyjadą do miasta, w którym są drzewa niż do takiego, w którym latem w sezonie turystycznym nie da się wytrzymać – przekonuje prezes Stowarzyszenia MJN.

Tylko presja społeczeństwa może powstrzymać dalsze betonowanie polskich miast. Im więcej wpisów dotyczących kryzysu klimatycznego w internecie, tym większa szansa, że centra miast znów się zazielenią.

– Chcielibyśmy stworzyć modę na drzewa w mieście i antymodę na betonozę. Żeby burmistrzowie, którzy decydują w zaciszu swoich gabinetów o wycięciu drzew i zrobieniu fajnego, w ich mniemaniu, betonowego placu, wiedzieli, że może ich za to spotkać krytyka i nie będą mieli najlepszego PR-u w internecie – tłumaczy Jan Mencwel.

Systemy bezzałogowych pojazdów latających rewolucjonizują rolnictwo. Pozwolą precyzyjne planować zasiewy oraz dozować nawozy

Systemy bezzałogowych pojazdów latających rewolucjonizują rolnictwo. Pozwolą precyzyjne planować zasiewy oraz dozować nawozy 12

W rolnictwie coraz częściej wykorzystuje się bezzałogowe pojazdy latające do monitoringu upraw. Zaawansowane systemy pozwalają wzbogacić zdjęcia satelitarne o szczegółowe dane ułatwiające analizę stanu upraw oraz planowanie prac związanych z zasiewami oraz zbiorami. Powstają systemy dronów wyspecjalizowane w przeprowadzaniu misji realizowanych na potrzeby konkretnych upraw oraz kompleksowe platformy monitoringu wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz technologię blockchain.

– Wspólnie z kilkoma firmami realizujemy projekt, który pozwala na kalibrację zdjęć satelitarnych, aby w odpowiedni sposób planować uprawy. Wykrywamy, analizujemy zawartość pierwiastków stałych w glebie oraz dostarczamy informacje w taki sposób, aby rolnik lub inwestor, był w stanie w sposób zrównoważony prowadzić politykę nawozową na danym terenie. To rozwiązanie pozwala na ograniczenie zawartości azotu w glebach oraz prowadzenie w sposób zrównoważony i precyzyjny polityki nawożenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Krzysztof Śmierciak, prezes zarządu spółki UAVS Poland.

Prace nad bezzałogowymi pojazdami obserwacyjnymi, które umożliwiłby prowadzenie monitoringu hiperspektralnego na potrzeby odbiorców indywidualnych, trwają od wielu lat. W tej chwili wykorzystanie bezzałogowych technologii rozpoznawczych jest już prowadzone na szeroką skalę. Zespół UAVS Poland opracował m.in. samostabilizacyjną głowicę obserwacyjną na potrzeby obserwacji obszarów leśnych czy jednostkę inercyjnej nawigacji umożliwiającą badanie orientacji obiektów pozbawionych stałego punktu odniesienia. Firma podjęła także współpracę ze specjalistami z Aero Login, którzy specjalizują się w opracowywaniu szczegółowych map pól i upraw za pośrednictwem narzędzi hiperspektralnych.

– W przypadku wykorzystania nalotów spektralnych i hiperspektralnych to jest cały projekt, który jest ułożony na najbliższych parę lat. Same naloty są stosunkowo drogie ze względu na koszt sprzętu, który jest wykorzystany. Ale to są naloty, które są oferowane spółdzielniom rolniczym, które w ten sposób są w stanie prowadzić dla swoich członków odpowiednią politykę zakupu nawozów. Czyli obniżenie kosztów zakupów nawozów liczone w sposób globalny dla danego regionu – tłumaczy ekspert.

W Polsce nad rozwiązaniami tego typu pracują także inżynierowie z FlyTech UAV, konstruktorzy specjalistycznych dronów geodezyjnych, energetycznych czy właśnie rolniczych. Firma opracowała kompleksowy system kontroli i planowania lotów, którego kluczowym elementem są bezzałogowe drony Birdie wyposażone w moduły łączności bezprzewodowej 4G LTE. Dzięki nim zasięg działania systemu jest znacznie szerszy niż w przypadku wielu konkurencyjnych rozwiązań.

Podobne rozwiązanie opracował Parrot we współpracy z francuską firmą Airinov. Drony Parrot Airinov wykonują analizę stanu upraw w czterech różnych spektrach, nie bazując jedynie na analizie w spektrum światła widzialnego. Dzięki temu mogą dostrzec niepokojące zmiany na polach uprawnych, które są niewidoczne na zdjęciach satelitarnych.

Potencjał automatycznych systemów kontroli upraw dostrzegli także pracownicy Microsoftu, którzy postulują wdrożenie do branży rolniczej rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Pierwsze eksperymenty z takim kompleksowym systemem monitoringu przeprowadzono w ramach brazylijskiego projektu FarmBeats. Firma zbudowała zautomatyzowane narzędzie zarządzania uprawami wykorzystujące drony, technologię blockchain, sztuczną inteligencję czy urządzenia z internetu rzeczy. Wdrożenie tego systemu nie tylko ułatwiło zarządzanie uprawami, lecz także pozwoliło zredukować zużycie wody aż o 30 proc.

Monitoring teledetekcyjny roślinności na potrzeby rynku rolniczego z wykorzystaniem systemów satelitarnych również prowadzony jest od wielu lat. Metodyka badań została opracowana z myślą o analizie obszarów w całym kraju. W dobie dynamicznego rozwoju systemów inteligentnych takie metody analizy stanu upraw okazują się niewystarczające.

– Możemy kalibrować i doszczegóławiać mapy satelitarne, dzięki czemu rolnicy uzyskują bardzo szczegółową analizę w czasie rzeczywistym. Bo proszę pamiętać, że mapy satelitarne są dostępne w określonych algorytmach czasu, nie na bieżąco. Poza tym są ograniczone ze względu na wykorzystanie satelit. Tutaj możemy w czasie rzeczywistym podawać aktualne stany i w odpowiedni sposób prowadzić politykę nawozową. Ograniczamy ilość nawozu, ograniczamy koszty nawożenia, więc to się bezpośrednio przekłada na koszty prowadzenia przez rolnika swojego gospodarstwa – przekonuje Krzysztof Śmierciak.

Według analityków z firmy Market Watch wartość globalnego rynku dronów rolniczych w 2018 roku wyniosła 990 mln dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do 6,73 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 27 proc.

Nanomateriały mogą rozwiązać problem antybiotykooporności. Nawet ich niewielka ilość na szpitalnym prześcieradle czy opatrunku może zastąpić antybiotyk

Nanomateriały mogą rozwiązać problem antybiotykooporności. Nawet ich niewielka ilość na szpitalnym prześcieradle czy opatrunku może zastąpić antybiotyk 13

Potrzebne są nowe sposoby ochrony przed bakteriami. Inaczej grozi nam powrót do ery sprzed wynalezienia penicyliny. Dzięki nanomateriałom będzie można ochronić organizm przed bakteriami bez stosowania antybiotyków. Niewłaściwe i nadmierne stosowanie leków z tej grupy powoduje, że bakterie uodparniają się na nie. W rezultacie nawet niewielka infekcja może być trudna do leczenia, a nawet niebezpieczna dla życia. Polska jest jednym z krajów, w których zażywa się najwięcej antybiotyków.

– Szpitale są jednym z głównych ognisk bakterii. Rozwijają się one tam niesamowicie szybko, więc stosowanie nowych materiałów jest bardzo potrzebne. Z rozwiązaniem przychodzi nanotechnologia, czyli bardzo małe obiekty, które wykazują niesamowite właściwości. Takimi związkami są m.in. tlenek cynku, srebro lub miedź lub nawet ich mieszaniny, które mają bardzo dobre właściwości antybakteryjne lub antygrzybiczne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartosz Woźniak z Laboratorium Nanostruktur Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie.

Zjawisko antybiotykooporności jest jednym z najpoważniejszych problemów współczesnej medycyny. Z uwagi na upowszechnienie stosowania antybiotyków bakterie stały się oporne na leki z tej grupy. Jeśli nie zostanie ograniczone ich stosowanie, może nam grozić sytuacja, z jaką cywilizacja miała do czynienia przed wynalezieniem penicyliny. Rozwiązaniem problemu antybiotykooporności może się okazać nanotechnologia. Obiecujące wyniki wykazały np. nanocząstki tlenku cynku, złota i srebra oraz tlenek grafenu.

– Produkty na bazie nanotechnologii, czyli nanocząstki można stosować w maściach lub jako warstwy na tkaninach, m.in. w szpitalach jako prześcieradła, odzież szpitalna oraz na opatrunkach. Dzięki zastosowaniu nanotechnologii liczba stosowanych materiałów jest bardzo mała. Może to być nawet 100 ppm, czyli 100 cząstek na milion. Już tak mała ilość powoduje bardzo dobre działania antybakteryjne – przekonuje ekspert.

Tańszą i bardziej przyjazną dla środowiska alternatywą mogą być także antybakteryjne nanomateriały polimerowe. Naukowcy z College of Textiles and Modern Textile Institute na Uniwersytecie Donghua opracowali serię nanożeli opartych na guanidynie. Nanożele mają dużą powierzchnię właściwą, dzięki czemu są skutecznymi materiałami antybakteryjnymi. Mogą być stosowane jako samodzielne materiały lub sczepione na innych powierzchniach, takich jak tkanina bawełniana. Działanie antybakteryjne pochodzi ze zdolności nanożeli do rozrywania błony komórkowej.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, aż 33 proc. pacjentów chirurgicznych zmaga się z zakażeniami pooperacyjnymi. Ponad połowa zakażeń może dotyczyć antybiotykoopornych szczepów. U 43 proc. pacjentów dochodzi do niepotrzebnej kontynuacji antybiotykoterapii w okresie pooperacyjnym. W rezultacie antybiotyk stosowany jest niepotrzebnie, a właśnie takie praktyki w dużej mierze prowadzą do powstania zjawiska oporności bakterii.

– Obecnie w przypadku poważniejszego zadrapania możemy w bardzo łatwy sposób sięgnąć po antybiotyki i wyleczyć daną ranę, co oczywiście nie jest do końca dobre. Niestety, poprzez takie działania powodujemy, że bakterie nabierają nowych mechanizmów obrony przed nimi i uodporniają się na nie. Dlatego też trzeba szukać nowych materiałów, które będą innowacyjne i będą tak samo dobrze lub nawet lepiej działały niż antybiotyki – mówi Bartosz Woźniak.

Tymczasem Polska znajduje się na piątym miejscu w europejskiej czołówce krajów, w których WHO zanotowała największe przyjmowanie antybiotyków. Pomimo prowadzonej od kilku lat kampanii mającej ograniczyć stosowanie antybiotyków w naszym kraju współczynnik ten stale rośnie. Wykorzystanie antybiotyków w leczeniu szpitalnym notowane w Polsce jest znacznie niższe niż średnia europejska. Oznacza to, że największy odsetek wykorzystania leków z tej grupy odbywa się w warunkach domowych, co jeszcze bardziej stymuluje rozwój problemu antybiotykooporności.

System CRM a ERP, czym się różnią?

Współcześni przedsiębiorcy coraz chętniej stosują zintegrowane rozwiązania informatyczne usprawniające zarządzanie firmą. Do najpopularniejszych z nich należą systemy ERP oraz CRM. Oba są w stanie ułatwić prowadzenie działalności i przełożyć się na maksymalizację efektywności. Nie należy ich jednak ze sobą mylić, ponieważ pomimo tego, że ich głównym zadaniem jest usprawnienie zarządzania firmą, różnią się przede wszystkim pod względem zakresu działania.

Cyfryzacja w biznesie

Modele zarządzania w nowoczesnych przedsiębiorstwach znacząco odbiegają od tych, które jeszcze do niedawna wydawały się świetnie funkcjonować. Trudne uwarunkowania rynkowe i duża konkurencja sprawiają, że na rynku są w stanie utrzymać się tylko podmioty właściwie wykorzystujące zasoby i przewidujące potencjalne zagrożenia. Wbrew pozorom systemy informatyczne wspierające te segmenty działalności nie są adresowane wyłącznie do dużych firm i zakładów produkcyjnych. Z ich potencjału mogą skorzystać także osoby zarządzające małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Odpowiedni dobór oprogramowania pozwoli zminimalizować koszty i znacznie zwiększyć efektywność, a łatwe w konfiguracji moduły ułatwiają dostosowanie się do zmieniających się uwarunkowań.

System ERP – czym jest?

System ERP (ang. Enterprise Resource Planning – planowanie zasobów przedsiębiorstwa) stanowi najbardziej kompleksowe podejście do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. W zależności od przyjętej koncepcji i wybranych modułów może obejmować część lub wszystkie działy firmy – rozpoczynając na produkcji, poprzez kontrolę jakości, magazynowanie, dystrybucję, serwis i marketing, na finansach i kadrach kończąc. Jak podkreślają specjaliści z firmy Kotrak S.A., ERP usprawnia obieg informacji, a także wykorzystuje zintegrowaną bazę danych, która pozwala na efektywną pracę w czasie rzeczywistym i skuteczne zarządzanie poszczególnymi działami. Dzięki jego możliwościom możliwe staje się także sporządzanie zaawansowanych analiz i długofalowe planowanie rozwoju firmy. Jego architektura pozwala z kolei na odpowiednie zabezpieczenie informacji, będących jednym z najcenniejszych zasobów współczesnych przedsiębiorstw.

CRM, czyli zarządzanie relacjami z klientami

W przeciwieństwie do rozbudowanego i wielozadaniowego ERP rola systemu CRM (ang. customer relationship management – zarządzanie relacjami z klientami) sprowadza się do formowania strategii komunikacji z klientami i koordynowania oraz kontroli procesu sprzedaży, pośrednio pomaga także w kształtowaniu odpowiedniej strategii marketingowej. CRM umożliwia stworzenie bazy, w której obok standardowych danych konsumentów pojawią się informacje pozwalające stworzyć szczegółową charakterystyką konkretnego kupującego i na tej podstawie odpowiednio formułować strategię sprzedażową. Systemy CRM coraz częściej są także wzbogacane o funkcje ułatwiające zarządzanie kampaniami marketingowymi w internecie, w tym działaniami w zróżnicowanych kanałach social media.

ERP czy CRM – co wybrać?

Systemy ERP i CRM nie konkurują ze sobą – właściwie rzecz biorąc, wzajemnie się uzupełniają. ERP, jako rozbudowane oprogramowanie ułatwiające zarządzaniem wszystkimi procesami w przedsiębiorstwie, umożliwia redukowanie kosztów i zwiększanie efektywności firmy. CRM jest z kolei skupiony na aspekcie sprzedażowym i wsparciu promocji produktu, dzięki czemu staje się skutecznym narzędziem służącym do maksymalizacji zysków, utrzymywania relacji z dotychczasowymi klientami i poszukiwania nowych odbiorców.

Jerzy Hołub nowym dyrektorem marketingu w polskim oddziale Mastercard

Od 1 lipca stanowisko dyrektora marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe objął Jerzy Hołub.

Jerzy Hołub, Mastercard
Jerzy Hołub, Mastercard

Jerzy Hołub będzie odpowiedzialny za strategię i realizację działań promujących markę, rozwiązania i produkty Mastercard oraz za projekty sponsoringowe firmy w Polsce, takie jak m.in. Mastercard OFF CAMERA, Orange Warsaw Festiwal, Open’er Festival i Kraków Live Festival, a także za współpracę marketingową z partnerami biznesowymi firmy.

Jerzy ma 17-letnie doświadczenie marketingowe, które zdobył pracując dla wiodących marek, takich jak Orange, T-Mobile, LUXMED i PZU. Do zespołu Mastercard dołączył bezpośrednio z Orange, gdzie odpowiadał za marketing komercyjny B2B oraz  współpracę marketingową z Google, Samsung, i Cisco.

Kładąc duży nacisk na analityczne rozumowanie, Jerzy koncentruje się na holistycznym podejściu do marketingu, począwszy od strategii cyfrowej i nowych technologii, poprzez wiedzę o zachowaniach konsumenckich, a skończywszy na rozwijaniu najlepszych w swojej klasie narzędzi wsparcia sprzedaży.

Jerzy Hołub jest doktorem socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz Czeskiej Akademii Nauk oraz absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Pasją Jerzego jest klasyczna literatura rosyjska oraz boks.

Wizytówkowe savoir viviré

Wizytówka jest niezwykle ważnym elementem komunikacji biznesowej. Wymiana tych niepozornych kartoników to nieodzowna część rytuału obowiązującego podczas wszelkich spotkań, które odbywają się „w interesach”. Ale uwaga! Aby wizytówka spełniła swoje zadanie, musisz wiedzieć, jak i komu ją wręczyć. Oto najważniejsze zasady, które trzeba znać.

Brak wizytówki to poważne faux pas!

Warto zacząć od oczywistego: wizytówka to obowiązkowy element wyposażenia każdego biznesmena. Jeśli prowadzisz działalność gospodarczą, bez względu na branżę, upewnij się, że masz pod ręką choć kilka kartoników. Nigdy nie wiesz, kiedy Ci się przydadzą.

Wizytówkę wręcza się na początku spotkania

Najlepiej, jeśli zrobisz to tuż po uściśnięciu dłoni swojego partnera, przedstawiając mu się. Wizytówkę warto wręczyć każdej osobie, która uczestniczy w spotkaniu – zwłaszcza, jeśli mowa o gronie kilku – kilkunastu rozmówców. Jeśli kogoś pominiesz, może to zostać źle odebrane.

Opcjonalnie możesz ją wręczyć na zakończenie rozmowy – np. sytuacji, gdy znałeś rozmówcę wcześniej. Jak więc widać, do tematu momentu wręczania wizytówek warto podejść z wyczuciem. Ale uwaga! Przenigdy nie przekazuj ich w trakcie jedzenia. Jeśli z partnerem umówiłeś się na kolację, wymiany wizytówek dokonaj przed lub po posiłku.

Pamiętaj, że nie bez znaczenia jest także technika wykonania wizytówki.

kontaktRys.1. Typy lakieru na wizytówce; źródło: https://www.openprint.pl/wizytowki

Jak wręcza się wizytówkę?

Wizytówkę wręczaj, odwracając ją tak, aby były widoczne Twoje dane. Możesz to zrobić jedną ręką lub trzymając ją w obu dłoniach. Uwaga! Wizytówka powinna ZAWSZE trafić bezpośrednio do ręki rozmówcy, a nie na stół!

Komu wręczać wizytówkę?

Zgodnie z zasadami biznesowego savoir vivre’u, wizytówkę powinna jako pierwsza wręczyć osoba o wyższym statusie – to istotne zwłaszcza podczas wewnętrznych spotkań firmowych. W przypadku spotkań między biznesowymi partnerami ma to mniejsze znaczenie. Jeżeli jednak czujesz, że jesteś na nieco „gorszej” pozycji – poczekaj na ruch ze strony rozmówcy.

Pamiętaj też, że jeżeli Tobie została wręczona wizytówka, nieuprzejmym byłoby nie odwzajemnić tego gestu. Co jednak, kiedy nie bardzo chcesz przekazywać rozmówcy swojego numeru telefonu czy adresu e-mail? Rozwiązanie jest bardzo proste: przygotuj część wizytówek bez tych danych. Sprawdzą się w takich sytuacjach idealnie.

Nie chowaj wizytówki od razu do kieszeni

Co zrobić z wizytówką tuż po jej otrzymaniu? Nie do przyjęcia jest włożenie jej do kieszeni (tym bardziej, o zgrozo, do tylnej kieszeni spodni!). Schemat zachowania zależy od sytuacji. I tak:

  • jeśli wymiana następuje podczas przypadkowego spotkania „na ulicy” lub na spotkaniu networkigowym, podczas którego rozmawiacie na stojąco, dobrym pomysłem jest dokładne przyjrzenie się wizytówce i przeczytanie zawartych na niej informacji. Następnie możesz ją trzymać w dłoni aż do zakończenia spotkania, a na jego koniec – schować do portfela lub (lepiej) wizytownika,
  • gdy wizytówka została Ci wręczona na standardowym spotkaniu „zasiadanym”, powinna do końca spotkania pozostać na stole, gdzieś w zasięgu Twojego wzroku. Na koniec możesz również umieścić ją w wizytowniku.

Design wizytówki ma znaczenie

Aby dobrze wypaść w oczach partnera biznesowego, warto również zadbać o jakość wizytówek. Zwróć uwagę na:

  • format – najlepiej wybrać ten standardowy, a więc 90 x 50 mm (taką wizytówkę łatwo umieścić w portfelu czy wizytowniku),
  • jakość papieru – warto wybrać ten wyższej klasy, aby podnieść prestiż tego druku,
  • zastosowany font – przyjęło się, że w wizytówkach firmowych nie stosuje się kursywy. Warto też pozostać przy bardziej „profesjonalnych” krojach czcionki.

Przy projektowaniu wizytówki warto więc zasięgnąć rady ekspertów, a jej projekt wykonać u grafika. Takie rozwiązanie oferują dobre drukarnie, np. OpenPrint.pl. Specjaliści przygotują layout wizytówki zgodny z systemem identyfikacji Twojej marki i podpowiedzą, jakie parametry sprawdzą się najlepiej – tak, abyś wywarł pozytywne wrażenie i na pewno nie popełnił faux pas.

Śródmieście, Wola i Mokotów biurowymi gwiazdami Warszawy

Warszawa, która dysponuje przeszło połową krajowych zasobów biurowych, przyciąga biznes jak żadne inne miasto w Polsce. Inwestorów zachęca m.in. rekordowy popyt na biura i wysoka stopa zwrotu, sięgająca na warszawskim rynku nawet 9 proc., czytamy w najnowszym raporcie Walter Herz.

Warszawa; Plac Europejski fot. Walter Herz
Warszawa; Plac Europejski fot. Walter Herz

Od 2012 roku, jak obliczają analitycy Walter Herz, zasoby biurowe Warszawy rosły średnio 6,5 proc. rocznie. Siedem lat temu miasto oferowało zaledwie 3,69 mln mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych, a dziś dysponuje 5,65 mln mkw. biur. Posiada pięć razy większe zasoby niż Kraków, czy Wrocław. Co roku na warszawski rynek wchodzi kilkanaście nowych biurowców. Ogromny potencjał inwestycyjny Warszawy potwierdza choćby ilość projektów, które aktualnie realizowane są w mieście. W aglomeracji powstaje prawie 800 tys. mkw. powierzchni biurowych, podczas gdy w Krakowie 250 tys. mkw., a we Wrocławiu około 200 tys. mkw.

Trzy czwarte biur w trzech dzielnicach

Centra biznesowe rozwijają się przede wszystkim w trzech warszawskich dzielnicach, w Śródmieściu, na Woli i Mokotowie. W tych trzech dystryktach skupione jest łącznie aż trzy czwarte warszawskich biur (73 proc.). Jak podaje raport Walter Herz, w warszawskim Śródmieściu znajduje się 26 proc. spośród wszystkich stołecznych biurowców, na Mokotowie – 23  proc., a na Woli, która najszybciej się rozwija – 17 proc. budynków biurowych.

W rejonie ronda Daszyńskiego trwa budowa największych inwestycji w mieście, jak Warsaw Unit, Warsaw Hub, Skyliner, Generation Park, czy Mennica Legacy Tower. Po zakończeniu ich realizacji, w tym kilku drapaczy chmur, obszar ten stanie  się jednym z największych centrów biznesowych w kraju. Jego ozdobą będzie, położony w południowo-zachodniej części dzielnicy Varso, kompleks w którym powstanie najwyższy budynek w Unii Europejskiej.

Po ukończeniu aktualnych budów Wola osiągnie podaż 1,4 mln mkw. powierzchni, większą od dzisiejszych zasobów biurowych Krakowa, czy Wrocławia. Dzielnica będzie oferowała podobną ilość powierzchni, jaką dysponuje dziś Służewiec Przemysły, gdzie mieści się największe zagłębie biurowe w Polsce, które teraz zachęca najemców głównie niższymi stawkami czynszowymi niż w Śródmieściu i na Woli.

Dominują obiekty o powierzchni 5-20 tys. mkw.

Z analizy Walter Herz wynika, że średnia powierzchnia budynku biurowego w Warszawie wynosi 11,4 tys. mkw. Przeszło połowa warszawskich biur mieści się w obiektach o powierzchni od 5 tys. mkw. do 20 tys. mkw. Biurowce o powierzchni od 20 tys. mkw. do 30 tys. mkw. odpowiadają tylko za 15 proc. podaży. Ale już ponad jedną czwartą powierzchni skupiają obiekty o powierzchni przekraczającej 30 tys. mkw., których wśród stołecznych biurowców jest tylko 7 proc. Jedna trzecia budynków biurowych w mieście ma powierzchnię mniejszą niż 5 tys. mkw. i jest w nich zaledwie 8 proc. stołecznych biur.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

Zróżnicowanie  jakości oferowanej w Warszawie powierzchni biurowej przekłada się na dużą rozpiętość stawek czynszowych. – Najdroższe powierzchnie na warszawskim rynku są blisko czterokrotnie droższe od najtańszych oferowanych biur. Podobnie jest z kosztami eksploatacyjnymi, najwyższe stawki są ponad trzykrotnie większe w porównaniu z najniższymi – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz.

Ekspert zauważa, że w ostatnich latach widoczne są zmiany wysokości czynszów w mieście. – Po spadku stawek w latach 2012-2015, możemy obserwować wzrost cen w dzielnicach centralnych. Powodem podwyżek jest utrzymujący się na rekordowo wysokim poziomie popyt na powierzchnie i niewspółmiernie wolno do zapotrzebowania rosnąca podaż. Sytuacja może ulec zmianie w przyszłym roku, w którym planowane jest oddanie 400 tys. mkw. powierzchni biurowych, połowy z budowanych teraz w Warszawie. Boom inwestycyjny, którego jesteśmy świadkami napędzają m.in. atrakcyjne na tle rynków europejskich stopy zwrotu notowane w Warszawie. W przypadku projektów zlokalizowanych w centrum miasta utrzymują się one w okolicy 5 proc., a w strefach poza nim osiągają poziom nawet 9 proc. – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik.

Średnio ponad 15 euro/mkw./mies.

Według danych zawartych w raporcie Walter Herz, średnia wysokość czynszu w warszawskich biurowcach wynosi 15,41 EUR/mkw./mies. Najtańsze powierzchnie biurowe oferowane w mieście można wynająć od 7 EUR/mkw./mies., ale obiekty ze stawkami poniżej 10 EUR/mkw./mies. stanowią zaledwie 2 proc. W jednej czwartej budynków biurowych w Warszawie czynsz nie przekracza 12,5 EUR/mkw./mies. Za powierzchnie w najdroższych biurowcach trzeba zapłacić blisko 27 EUR/mkw./mies.

Wysokość kosztów eksploatacyjnych również jest bardzo zróżnicowana, stawki mieszczą się w przedziale od 11 PLN/mkw./mies. do 29,5 PLN/mkw./mies. W co czwartej nieruchomości koszty eksploatacyjne nie przekraczają 17 PLN/mkw./mies., a w blisko 25 proc. budynków wynoszą ponad 21 PLN/m kw./mies. Średni koszt w Warszawie to około 19 PLN/mkw./mies.

Realny wpływ na koszty związane z funkcjonowaniem obiektu ma coraz powszechniejsze stosowanie technologii oraz rozwiązań pro-ekologicznych. Budynki posiadające certyfikat charakteryzują się kosztami eksploatacyjnymi niższymi od obiektów, które ich nie posiadają o blisko 4,5 proc. w przypadku BREEAM oraz blisko 9 proc. w przypadku certyfikacji LEED.

Najwięcej pustych biur na Mokotowie

W Warszawie certyfikaty BREEAM posiada 27 proc. biurowców, a LEED około 10 proc. Zwykle mogą się nimi pochwalić największe obiekty, co sprawia że ponad połowa powierzchni biurowej na warszawskim rynku jest certyfikowana.

Chłonność stołecznego rynku osiągnęła poziom, który nie był dotąd notowany. W ubiegłym roku w Warszawie wynajęte zostało ponad 850 tys. mkw. powierzchni biurowych, podczas gdy w Krakowie ponad 200 tys. mkw., a we Wrocławiu 150 tys. mkw. Zainteresowanie warszawskimi biurami przekłada się na spadek poziomu pustostanów. Wskaźnik powierzchni niewynajętych obniżył się już do średniego poziomu 8,7 proc. Najmniej wolnych biur jest w centrum – 5,2 proc. i w pobliżu Alei Jerozolimskich – 6,7 proc. Na Mokotowie, w rejonie Służewca do wzięcia jest natomiast 18,2 proc. powierzchni, a w okolicy ulicy Żwirki i Wigury – blisko 17 proc.

Michał Krupiński: Jak brexit wpłynie na Polskę

Prędzej czy później Wielka Brytania zapewne opuści szeregi Unii Europejskiej. Z powodu brexitu mocno ucierpi unijna gospodarka. Spadnie PKB, a Unia stanie się mniej atrakcyjnym miejscem dla inwestorów. Negatywnych konsekwencji – również dla Polski – będzie jednak więcej.

„Oceniam […], że bez Wielkiej Brytanii trudniejsze będzie przeprowadzanie liberalnych, wolnorynkowych reform gospodarczych w Unii Europejskiej, które są w interesie Polski. Polska ma wydajną gospodarkę. Polska chce konkurować, i to już nie tylko ceną, ale także jakością, zwłaszcza jeśli chodzi o usługi. Chciałbym, abyśmy mieli do czynienia z sytuacją, w której te reformy będą dalej pogłębiane, a nie z sytuacją, w której prezydent Macron ściga polskich kierowców ciężarówek” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Michał Krupiński, prezes Banku Pekao.

Na brexicie może też stracić branża bankowa. Należy zauważyć, że w Wielkiej Brytanii sektor bankowy jest zaawansowany. Jest tam dużo neobanków, od których tradycyjne banki mogą się różnych rzeczy uczyć. Dotyczy to np. podejścia do otwartej bankowości czy API (interfejs programistyczny aplikacji). Pojawia się jednak obawa, czy po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii wiedza ta w dalszym ciągu będzie tak samo dostępna.

Co powie Powell, a co usłyszy rynek?

Środa może przynieść sporo odpowiedzi na pytania związane z przyszłością amerykańskiej polityki monetarnej. Przeciwnicy w wojnie handlowej wrócili do rozmów, ale nie do negocjacji. ASF podkręca inflację w Chinach.

Dzień z Powellem

Dzisiejszy handel może się okazać przełomowy przede wszystkim dla dolara, choć siła rażenia sięgnie pewnie też wielu innych walut. Uwaga inwestorów jest w tym momencie skupiona na Waszyngtonie, gdzie o 14:30 swoje przemówienie rozpoczął szef FED Jerome Powell. Co prawda jego słowa będą skierowane do Komisji ds. Usług Finansowych Izby Reprezentantów, ale będzie ich bacznie nasłuchiwać praktycznie cały rynek. Półtorej godziny później powinno zrobić się jeszcze ciekawiej, ponieważ Powell zacznie odpowiadać na pytania senatorów. A tych nie brakuje. Oczywiście najważniejsze będą dotyczyć stóp procentowych. Rynek jeszcze do niedawna oczekiwał podwójnego cięcia na koniec lipca, ale już teraz oczekiwania udało się zbić do zwykłej obniżki. W przeszłości takie przesłuchania dawały znacznie lepszy obraz sposobu prowadzenia polityki monetarnej niż standardowe konferencje prasowe po posiedzeniach FOMC. Ostatnie ruchy na dolarze pokazują, że przynajmniej na razie udało się utemperować gołębie zapędy rynku. Od początku miesiąca USD wyraźnie zyskuje na wartości, chociażby względem złotego, wobec którego podrożał o przeszło 7 groszy. Jeśli komuś będzie mało samego przesłuchania, to o 20:00 poznamy minutki z ostatniego posiedzenia FOMC.

Daleko do przełomu

Do opinii publicznej trafiła informacja o rozmowie telefonicznej przeprowadzonej przez przedstawicieli dwóch stron wojny handlowej. Powinniśmy się cieszyć, że rozmawiali ze sobą tak wysocy przedstawiciele obu administracji, czyli wicepremier Chin Liu He oraz sekretarz skarbu USA Steven Mnuchin. Jednak rynek dość szybko zrozumiał, że ta konwersacja nie przyniosła żadnego skutku. Co istotne nie były to wcale negocjacje mające zakończyć konflikt handlowy, a raczej próba ustalenia, kiedy takie pertraktacje mogłyby się zacząć. Coraz mniej pozostaje z optymizmu po ostatnim szczycie G-20. Strona amerykańska zarzuca Pekinowi, że ten wbrew zapowiedziom wcale nie zwiększył skali importu ze Stanów. Patrząc na drugą stronę frontu, wszystko wskazuje, że nie zostanie również dotrzymana obietnica prezydenta Trumpa o zaniechaniu nowych ceł. Kolejne opłaty mają zostać nałożone na stal budowlaną. Relacje między stronami konfliktu pozostają raczej chłodne i trudno dostrzec jakiekolwiek szanse ich poprawy.

Żywność wciąż drożeje

Nie brakuje dziś ciekawych odczytów makroekonomicznych. Najszerzej komentowanym jest poziom inflacji w Chinach. Wynosi ona 2,7% i jest mocno podbijana w górę przez ceny żywności. Przede wszystkim przez koszty wieprzowiny oraz owoców. Pierwszy problem wynika wprost z epidemii ASF (afrykańskiego pomoru świń). Szacuje się, że wymusi ona wybicie nawet 130 mln zwierząt, choć niektóre źródła wskazują, że jest to wciąż mocno zaniżona liczba. Ceny wieprzowiny w ostatnim roku wzrosły o ponad 20%. Jeszcze bardziej drożeją owoce, za które Chińczycy płacą o ponad 40% więcej niż przed rokiem. Co ważne inflacja żywności jest niejako eksportowana za granicę, w tym także do Polski. Również dzisiaj poznaliśmy dynamikę PKB w Wielkiej Brytanii, która pozytywnie zaskoczyła analityków. Nie dość, że aktualny odczyt był wyższy od oczekiwań, to poprzedni także został zrewidowany w górę. Brytyjska gospodarka rośnie w tempie 1,5% w skali roku.

Złoty dziś wyraźnie traci. Euro dość gładko poradziło sobie z oporem przy 4,27 zł. Dolar testuje ważny poziom 3,81 zł. Frank szwajcarski jest znów blisko rocznych maksimów i kosztuje 3,84 zł. Dobry odczyt PKB wspiera funta, który drożeje do 4,75 zł.

Krzysztof Adamczak — dealer walutowy Internetowykantor.pl

HackYeah! Trzecia edycja hackathonu już 14-15 września w Warszawie

Trzecia edycja największego hackathonu w Europie odbędzie się już 14-15 września w Warszawie. Chodzi o HackYeah! Interdyscyplinarne wydarzenie, podczas którego uczestnicy muszą znaleźć rozwiązania zadań postawionych im przez organizatorów.

Mamy dla was 30 bezpłatnych wejściówek na to wydarzenie!

Czy warto brać udział?

Zdecydowanie! W zeszłym roku wydarzenie odbywało się w Październiku i zebrało ponad 2500 uczestników, na których czekało kilkadziesiąt zadań z łączną pulą nagród wynoszącą ponad pół miliona złotych!

Na ten moment pula nagród wynosi 140 000 PLN, ale organizatorzy zapewniają, że to jeszcze nie koniec. Najbliższa publikacja zadań zaplanowana jest na 5 sierpnia.

Jeżeli jesteście zainteresowani udziałem, ale nie macie zespołu nic straconego! Organizatorzy przygotowali serwer na Discordzie, gdzie możecie znaleźć zespół, skonsultować się z mentorami lub porozmawiać z zespołem realizującym HackYeah! Do discorda możecie dołączyć klikając w ten link: https://discord.gg/fa83ryF.

Z jakimi zadaniami możecie się zmierzyć na HackYeah?

W tym roku uczestnicy będą stawiać czoła wyzwaniom z zakresu Bezpieczeństwa, Środowiska i Komunikacji — to trzy główne kategorie tegorocznej edycji hackathonu. Zadaniem uczestników będzie stworzenie aplikacji, programów lub urządzeń, które wspierają poprawę warunków życia właśnie w ramach tych trzech tematów. W każdej z tych kategorii na uczestników czekają nagrody o wysokości 10 000 PLN.

Oprócz tego uczestnicy mogą wziąć udział w zadaniach przygotowanych przez partnerów HackYeah. 5 lipca organizatorzy opublikowali pierwszą pulę zadań z tej kategorii. Są wśród nich:

  • CTF (czyli drużynowy turniej, podczas którego drużyny starają się rozwiązać jak najwięcej zadań z kategorii powiązanych z cyberbezpieczeństwem) przygotowany przez Wojsko Polskie z pulą nagród wynoszącą 30 000 PLN oraz wyjątkowymi nagrodami rzeczowymi;
  • ORLEN Mobile – First Aid module zadanie polegające na stworzeniu aplikacji, która ułatwia użytkownikom znalezienie stacji, zbieranie punktów lojalnościowych oraz płatności mobilne gdzie uczestnicy mogą wygrać nagrody o łącznej wartości 20 000 PLN;

●     PKN Orlen — Internal employee communication chatbot — nazwa mówi sama za siebie, Orlen poszukuje narzędzia, które ułatwi pracownikom pozyskiwanie informacji z zakresu HR, opartego na rozbudowanych bazach danych i pozwalającego dodatkowo na interakcję pracowników z działem HR — do wygrania 20 000 PLN.

  • PKN Orlen — IT Security — w tym przypadku uczestnicy mają do wyboru dwa zadania: 1) narzędzie zbierające i ewaluujące informacje o konfiguracji serwera automatyzacji i stacji roboczej z perspektywy security lub 2) oprogramowanie oceniające poziom zabezpieczeń serwerów, stacji kontrolnych itd. i generujące szczegółowy raport na ten temat. W ramach tych zadań do wygrania jest 20 000 PLN.
  • Bosch — Optical Feedback Task — celem zadania jest wykorzystanie dostępnych narzędzi i bibliotek do przetwarzania obrazu i sterowania napędem Bosch Rexroth w celu precyzyjnego pozycjonowania wału przy użyciu obrazu z kamery w czasie rzeczywistym. Zwycięzcy w tej kategorii mogą liczyć na nagrody o łącznej sumie 20 000 PLN.

Szczegóły dotyczące tych zadań możecie znaleźć na stronie https://hackyeah.pl/tasks-prizes/.

Wejściówki i lokalizacja

hackyeahcolorWydarzenie odbędzie się w Ptak Expo w Nadarzynie pod Warszawą. Organizatorzy zapewniają bezpłatny dojazd autobusami na miejsce wydarzenia.

Udział w wydarzeniu jest płatny i wynosi 49,00 PLN, jednak cała pula z biletów jest przeznaczana na rzecz fundacji edukujących dzieci w tematyce programowania — Szkoły 3.0 i Hearty Foundation!

A teraz do wracamy do kwestii baitu z początku artykułu 😉 – Pierwsze 30 osób, które zarejestruje się na stronie www.hackyeah2019.evenea.pl z kodem: MP_CEO wchodzi za darmo!

Więcej szczegółów możecie znaleźć na stronie www.hackyeah.pl.

Ponad 30 mln złotych w 3 miesiące. Poczta Polska uderza w zalegających z abonamentem

W pierwszym kwartale br. Poczta Polska wysłała ponad 64 tysiące wezwań do zapłaty i wystawiła ok. 14 tysięcy tytułów wykonawczych. Tego typu działań wobec zalegających z abonamentem podjęto znacznie mniej niż na początku ubiegłego roku. Wówczas wysłano 126 tysięcy upomnień i wystawiono 33 tysiące tytułów wykonawczych. Podjęte kroki sprawiły, że ostatnio na rachunek KRRiT wpłynęło przeszło 31 mln zł, czyli o ponad 4 mln zł mniej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Niedawno przedawnieniu uległy zaległości za 2013 rok w kwocie 245,1 mln zł. Ponadto Rada umorzyła w pierwszym kwartale br. długi wynoszące blisko 4 mln zł.

Poczta Polska, na podstawie ustawy z 21 kwietnia 2005 roku o opłatach abonamentowych oraz zgodnie z umową zawartą z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, jest operatorem, który realizuje ściągalność opłaty abonamentowej. Od stycznia do marca br. Centrum Obsługi Finansowej Poczty Polskiej wysłało 64 166 upomnień do abonentów zalegających z płatnościami. Zadłużenie w całości lub w części uregulowało 18 383 abonentów, wpłacając kwotę 9,363 mln zł brutto. Po potrąceniu prowizji za obsługę, operator przekazał na rachunek KRRiT 8,801 mln zł.

– W analogicznym okresie roku poprzedniego wysłano 126 837 upomnień. Zadłużenie w całości lub w części uregulowało 14 737 abonentów, wpłacając kwotę 14,272 mln zł brutto. Na rachunek KRRiT operator przekazał 13,415 mln zł – informuje Teresa Brykczyńska, rzecznik prasowy KRRiT.

W stosunku do pozostałych abonentów zalegających z opłatami Poczta Polska wszczynała postępowania administracyjne. W I kwartale br. wystawiła 13 701 tytułów wykonawczych, a zrealizowano 23 798 tytułów na kwotę 24,006 mln zł, natomiast na rachunek Rady przekazano 22,565 mln zł. Statystyki te za okres od stycznia do marca ubiegłego roku osiągnęły wartości 33 422 oraz 24 249, z kolei kwoty wyniosły 23,604 mln zł oraz 22,188 mln zł.

– W całym ubiegłym roku Poczta Polska wysłała 503 796 upomnień, a ponadto wystawiła 149 511 tytułów wykonawczych. Z kolei w zestawieniach za 2017 rok mamy ich analogicznie 557 453 i 108 079 – mówi rzecznik prasowy KRRiT.

W poprzednim roku na rachunek Rady została przekazana kwota 188,342 mln zł, w tym 77,850 mln zł z tytułu wyegzekwowanych upomnień, a 110,492 mln zł z realizacji tytułów wykonawczych. 2 lata temu wpłynęły 142,894 mln zł, a poszczególne składowe wyniosły 76,790 mln zł oraz 66,104 mln zł.

– W przypadku opóźnienia w uiszczaniu opłaty abonamentowej naliczane są odsetki w wysokości jak dla zaległości podatkowych w rozumieniu ustawy z 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa. W związku z tym, zgodnie z art. 70 § 1, zaległości z tego tytułu przedawniają się z upływem pięciu lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności – zaznacza Justyna Siwek, rzecznik Poczty Polskiej.

Bieg terminu przedawnienia ulega zawieszeniu w przypadku skutecznego wszczęcia postępowania administracyjnego przez organ egzekucyjny. W związku z tym, zadłużenie w opłatach abonamentowych może być wymagane za różne okresy zadłużenia. To zależy od sytuacji, czy dłużnik otrzymał tytuł wykonawczy i na jakim etapie postępowania jest jego sprawa.

– Z danych przekazanych przez Pocztę Polską wynika, iż przedawnieniu uległy zaległości za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2013 r. w kwocie 245,1 mln zł. Przy założeniu, że wszystkie gospodarstwa domowe mają zarejestrowane odbiorniki radiowo-telewizyjne oraz wnoszą terminowo opłaty, potencjalne wpływy abonamentowe, bez uwzględnienia tych od klientów instytucjonalnych, w 2018 r. powinny wynieść 3,2 mld zł netto – dodaje Teresa Brykczyńska.

Na wniosek Poczty Polskiej, KRRiT ma prawo umorzyć zaległości. Dzieje się tak, gdy nie jest możliwe ustalenie podmiotu zobowiązanego do wnoszenia opłat, bądź nie posiada on majątku, z którego można zaspokoić należności. W 2018 r. Spółka wnioskowała o umorzenie zaległości 6 788 zadłużonym w kwocie 9,7 mln zł. W pierwszym kwartale br. Rada umorzyła 3,7 mln zł, natomiast rozłożyła na raty – 0,2 mln zł.

– W przypadku abonamentu, pomijając propagandowy charakter TVP, razi jego niska ściągalność. Obstawiam, że koszty ściągania są relatywnie wysokie w stosunku do przychodów, a jednocześnie mało osób uiszcza należności. Teoria ekonomii mówi o tym, że dedykowane podatki powinny płacić osoby bezpośrednio korzystające z finansowanych przez nie usług. Tu nie ma tego związku, więc pewnie taniej i efektywniej byłoby wprowadzić podatek ogólny – komentuje dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista i wiceprezes zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jak stwierdza ekonomista Marek Zuber, abonament jest martwym podatkiem. Sposoby jego poboru i kontroli pozostają wadliwe, a także nieskuteczne. Listonosze nigdy nie będą poborcami podatkowymi, a nadaniu im dodatkowych obowiązków towarzyszyłby opór społeczeństwa. W przeszłości egzekucją zajmowała się skarbówka, co podkreśla prof. UW dr hab. Tadeusz Kowalski. Ekspert z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii zaznacza, że wówczas ludzie zazwyczaj płacili należności, bo nikt nie chciał mieć do czynienia z fiskusem. To przynosiło efekty, a obecne wyniki zależą w dużej mierze od aktywności oddziałów terenowych Poczty Polskiej.

Jadą na podbój Bostonu. Poznajcie finalistów 1. edycji programu akceleracyjnego MIT Enterprise Forum CEE

MIT Enterprise Forum CEE, jeden z największych akceleratorów dla startupów, ogłosił finalistów 1. edycji programu. Co ich wyróżnia? Innowacyjne pomysły, niekonwencjonalne rozwiązania oraz nowoczesne technologie. Zwycięskie startupy wezmą udział w tygodniowym Bootcampie w Bostonie, gdzie zaprezentują swoje rozwiązania w ekosystemie zbudowanym wokół najlepszego na świecie uniwersytetu technologicznego – Massachusetts Institute of Technology.DemoDay

Program MIT Enterprise Forum CEE jest częścią globalnej sieci MIT Enterprise Forum, która posiada swoje oddziały w kilkunastu stanach USA, a także m.in. w Grecji, Hiszpanii, Izraelu, Turcji i Pakistanie. Do tej pory Polska była jedynym krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym realizowano akcelerację startupów pod marką MIT Enterprise Forum.
Od 15 stycznia do tego grona dołączy kolejnych czternaście państw: Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Rumunia, Słowenia, Chorwacja, Serbia, Bułgaria, Ukraina, Białoruś, Litwa, Łotwa oraz Estonia.

Celem akceleracji MIT Enterprise Forum CEE jest wsparcie najbardziej innowacyjnych startupów naukowo-technologicznych z Polski i Europy Środkowo-Wschodniej poprzez połączenie ich potencjału z wiedzą i zasobami dużych przedsiębiorstw z branży finansowej, ubezpieczeniowej, energetycznej oraz life science, a także doświadczeniem mentorów, którzy osiągnęli spektakularne sukcesy w biznesie międzynarodowym.

MARZENIE O PODBICIU AMERYKAŃSKIEGO RYNKU NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

Akcelerację w 1. edycji programu przeszło łącznie 15 młodych firm technologicznych. W trakcie DemoDay, które odbyło się 9 lipca w Warszawie, wyłoniono pięciu finalistów, którzy w nagrodę otrzymali bilety na tygodniowy Bootcamp w Bostonie:

  • AISens: Zapewnia precyzyjne pomiary ruchomości stawów w czasie rzeczywistym. Dzięki Sensorom Orthyo terapia jest bardziej bezpieczna i efektywna, co znacząco ułatwia proces fizjoterapii.
  • ChallengeRocket: Platforma wykorzystująca sztuczną inteligencję do pozyskiwania i rekrutacji talentów z branży IT.
  • Intelliseq: Automatyczny system do szybkiej i precyzyjnej analizy informacji genetycznej z możliwością generowania raportów klinicznych dla wielu wątków diagnostycznych.
  • Phage Armour: Technologia zwalczania bakterii patogennych, w tym szczepów opornych na antybiotyki, za pomocą bakteriofagów, dedykowana m.in. branży weterynaryjnej i firmom zajmującym się produkcją zwierzęcą.
  • Symmetrical Al.: Oferuje usługi kredytowe API Credit Cloud dla klientów w dowolnym kontekście zakupowym poprzez zwiększenie ich poziomu dostępności.

– Tegoroczny wyjazd na Bootcamp to nagroda dla 10 najlepszych startupów z dwóch ostatnich edycji naszego programu. Podczas pobytu w USA młodzi przedsiębiorcy będą mieli okazję zdobyć wiedzę na temat tego, w jaki sposób rozwijać biznes na rynku amerykańskim oraz poznają jeden z największych na świecie ekosystemów innowacji skupiony wokół Massachusetts Institute of Technology – mówi Łukasz Owczarek, Head of Acceleration w Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, która jest organizatorem programu MIT Enterprise Forum CEE. – Dla młodych, innowacyjnych firm to także ogromna szansa na zaprezentowanie swoich technologii przed inwestorami czy potencjalnymi partnerami z USA oraz okazja na komercjalizację swoich produktów i usług na rynkach zagranicznych – dodaje.

Podczas DemoDay przyznano także nagrodę publiczności dla zespołu ChallengeRocket, którego prezentacja otrzymała najwięcej głosów od uczestników wydarzenia.

Od stycznia 2020 r. kolejne zmiany w prawie podatkowym i VAT

24 czerwca 2019 r. Ministerstwo Finansów przedstawiło kolejny projekt zmian w prawie podatkowym. Zmiany dotyczą struktury magazynu konsygnacyjnego, wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów oraz regulacji w zakresie transakcji łańcuchowych.

Pakiet Quick Fixes

Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Kodeks karny skarbowy (nr z wykazu UC158) ma na celu implementację Dyrektywy Rady (UE) 2018/1910 z dnia 4 grudnia 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2006/112/WE w odniesieniu do harmonizacji i uproszczenia niektórych przepisów w systemie podatku od wartości dodanej dotyczących opodatkowania handlu między państwami członkowskimi (Dz.Urz. L nr 311 z 07.12.2018 r., s. 3) oraz Rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) 2018/1912 z dnia 4 grudnia 2018 r. zmieniającego rozporządzenie wykonawcze (UE) nr 282/2011 w odniesieniu do niektórych zwolnień związanych z transakcjami wewnątrzwspólnotowymi (Dz.Urz. L nr 311 z 07.12.2018 r., s. 10).

Oba unijne akty wchodzą w skład tzw. pakietu Quick Fixes czy pakietu zmian naprawczych we wspólnotowym systemie podatku od wartości dodanej. Ma on na celu możliwie jak najszybsze wdrożenie rozwiązań ułatwiających prowadzenie działalności gospodarczej w transgranicznym handlu w Unii Europejskiej poprzez wyeliminowanie szkodliwych w tym zakresie przepisów dyrektywy VAT z 28 listopada 2006 r. (nr 2006/112/WE, Dz.Urz. L nr 347 z 11.12.2006 r., s. 1, ze zm.), jak i sporządzonego do niej 15 marca 2011 r. rozporządzenia wykonawczego (nr 282/2011, Dz.Urz. L nr 77 z 23.03.2011 r., s. 1).

Przemieszczenie towaru własnego do magazynu w innym państwie

Przemieszczenie własnych towarów przez dostawcę z jednego państwa członkowskiego UE do magazynu położonego na terenie innego państwa członkowskiego UE traktowane jest przez poszczególne kraje Unii w różnoraki sposób. Jedne uznają taką czynność za wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów własnych, do którego stosują mechanizm odwrotnego obciążenia VAT, przy następującej po tym nabyciu dostawie krajowej. Inne natomiast jako wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów przez ich nabywcę, w którym obowiązek podatkowy powstaje z chwilą dostarczenia towaru do magazynu. Jeszcze inne, jak Polska, w chwili ich pobrania z magazynu.

Przepisy unijnej dyrektywy VAT zawierają regulacje rozpoznające wewnątrzwspólnotowe przemieszczenie i nabycie towarów własnych podatnika a posiadających cechę beztransakcyjności, jako dostawę zwolnioną z prawem do odliczenia po stronie dostawcy i wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru przez niego samego. Choć obie transakcje co do zasady wyzerują się, jednak problemów może nastręczać wieloetapowe ewidencjonowanie podatkowe takich transakcji w postaci: wewnątrzwspólnotowego przemieszczenia towaru, wewnątrzwspólnotowego nabycia i dostawy krajowej. Problemy rozwiązać ma wprowadzona do systemów prawnych państw członkowskich instytucja magazynu call-off stock (z ang. magazyn do odwołania). Łudząco podobna w swej konstrukcji instytucja znana jest już w polskiej ustawie o VAT pod nazwą magazynu konsygnacyjnego.

Magazyn call-off stock

Celem nowelizacji jest wprowadzenie do ustawy o VAT odrębnych, dedykowanych procedurze magazynu call-off stock, regulacji. Zgodnie z projektem zostaną one dodane w dziale II po rozdziale 3, w rozdziałach 3a i 3b. W uzasadnieniu powołania tych przepisów projektodawcy wskazują, że ustawie znana jest taka instytucja, ujawniona w art. 2 pkt 27c. pod nazwą magazynu konsygnacyjnego: „rozumie się przez to wyodrębnione u podatnika zarejestrowanego jako podatnik VAT UE, o którym mowa w art. 97 ust. 4, miejsce przechowywania na terytorium kraju towarów należących do podatnika podatku od wartości dodanej przemieszczonych przez niego lub na jego rzecz z terytorium państwa członkowskiego innego niż terytorium kraju do tego miejsca, z którego podatnik zarejestrowany jako podatnik VAT UE, przechowujący towary, pobiera je, a przeniesienie prawa do rozporządzania tymi towarami jak właściciel następuje w momencie ich pobrania” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.).

Od początku 2020 r. procedura magazynu call-off stock zastąpić ma „polską” procedurę magazynu konsygnacyjnego. Ujednolici regulacje w tym zakresie i wyeliminuje nieporozumienia, które powstawały i mogłyby nadal powstawać w związku z różnicami, jakie istnieją między obiema instytucjami, a w różny sposób rozumiane przez przedsiębiorców z innych państw. Sama, obowiązująca aktualnie w ustawie o VAT, konstrukcja magazynu, mimo iż nosi nazwę „konsygnacyjnego”, bardziej przypomina konstrukcję magazynu call-off stock. Polega bowiem na tym, że towar zostaje dostarczany na terytorium innego państwa do znanego już przed dostawą odbiorcy, który następnie może używać tego towaru do prowadzenia własnej działalności. Z kolei cechą magazynów konsygnacyjnych (z ang. consigment stock) jest to, że w momencie dokonywania dostawy towaru na teren innego państwa nabywca nie jest jeszcze znany.

„Polska ustawa o VAT przyjęła model magazynu call-off stock, z tym że do końca 2019 r. funkcjonował on pod nazwą magazynu konsygnacyjnego. Procedowana zmiana ustawy ma na celu wprowadzenie porządku terminologicznego w tym obszarze” (Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Kodeks karny skarbowy, nr z wykazu UC158).

Brak informacji o prowadzeniu magazynu call-off karane jak wykroczenie

Wraz z powołaniem do życia regulacji dotyczących magazynów typu call-off skorelowano sankcje za ich nieprzestrzeganie. Do ustawy – Kodeks karny skarbowy zostanie dodany art. 80g § 1 w brzmieniu:

„Podatnik, który wbrew obowiązkowi, nie składa zawiadomienia o prowadzeniu magazynu wykorzystywanego w procedurze magazynu typu call-off stock, znajdującego się na terytorium kraju, albo składa je po terminie lub podaje w nim dane niezgodne ze stanem rzeczywistym, podlega karze grzywny za wykroczenie skarbowe” (nr z wykazu UC158).

Tą samą karą objęte będzie niepowiadomienie organu lub powiadomienie go po terminie, lub podanie nierzetelnych informacji o zmianie danych zawartych w zawiadomieniu o prowadzeniu magazynu typu call-off.

Transakcje łańcuchowe

Unia zaleciła państwom członkowskim ujednolicenie regulacji w zakresie dostawy towarów w transakcjach łańcuchowych, czyli transakcjach, w których biorą udział co najmniej trzy podmioty. Według projektodawców nowelizacji obowiązujące w ustawie o VAT regulacje dotyczące ustalania miejsca dostawy w transakcjach łańcuchowych obejmujących import i eksport są zgodne z prawem unijnym, zatem pozostaną bez zmian. Nowelizacja doprecyzowuje jedynie, dodając do art. 22 ust. 2, sformułowanie: „z terytorium kraju na terytorium państwa trzeciego”, że regulacje określające miejsce świadczenia dotyczą dostawy łańcuchowej o charakterze transgranicznym.

Zmiany mają jednak na celu przede wszystkim uściślenie tego, kto w transakcji łańcuchowej będzie uznawany za podmiot, któremu przyporządkowane zostanie miano odbiorcy dostawy wysyłki lub transportu towaru. Zgodnie z projektowanym art. 22 ust. 2a:

„W przypadku gdy kilka podmiotów dokonuje dostawy tego samego towaru w ten sposób, że pierwszy z nich wydaje ten towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności nabywcy, przy czym towar ten jest wysyłany lub transportowany z terytorium jednego państwa członkowskiego na terytorium innego państwa członkowskiego, to wysyłka lub transport tego towaru są przyporządkowane wyłącznie do dostawy dokonanej do podmiotu pośredniczącego” (nr z wykazu UC158).

W ust. 2b przewidziany został wyjątek od powyższej zasady, natomiast w ust. 2c wyjaśniono pojęcie podmiotu pośredniczącego. To inny niż pierwszy w kolejności dostawca towarów, który wysyła lub transportuje towar samodzielnie albo za pośrednictwem osoby trzeciej działającej na jego rzecz.

Nowe obowiązki dla objęcia 0% stawką wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów

Projekt przewiduje zmiany w katalogu przesłanek koniecznych do spełnienia w celu objęcia wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów 0% stawką VAT. Oprócz dokonania dostawy na rzecz nabywcy posiadającego wymagany numer identyfikacyjny dla wewnątrzwspólnotowych transakcji, nabywca będzie też musiał podać ten numer dostawcy. Kolejnym novum warunkującym zastosowanie stawki 0% jest obowiązek złożenia przez dostawcę prawidłowej informacji podsumowującej VAT-UE.

Co prawda w ustawie o VAT istnieją już zapisy wskazujące na powyższe obowiązki, jednak stanowią one obecnie przesłanki formalne, czyli takie, których niespełnienie nie podważa słuszności zastosowania 0% stawki. Po wejściu w życie zmian nowe wymogi stanowić będą przesłanki materialne, bez których spełnienia o zastosowaniu stawki 0% nie będzie mogło być mowy.

Rozporządzenie wykonawcze 2018/1912 wprowadza w zakresie wewnątrzwspólnotowej dostawy instytucję domniemania, że towary zostały wywiezione z jednego państwa do drugiego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Organy podatkowe będą mogły zakwestionować powyższe domniemanie, dostarczając dowody na to, że towary nie zostały przetransportowane. To z kolei spowoduje niemożność zastosowania stawki 0%. Regulacje unijnych rozporządzeń są wiążące w państwach UE bez potrzeby ich implementacji do krajowego prawa, stąd staną się obowiązujące bez konieczności ich ujmowania w ustawie o VAT.

Wyrok TSUE w sprawie zwrotu VAT podróżnym

28 lutego 2018 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł o sprzeczności z unijną dyrektywą VAT uregulowań polskiej ustawy o podatku od towarów i usług, które uzależniały możliwość uzyskania zwrotu VAT w eksporcie od osiągnięcia limitu obrotowego przez sprzedawcę dokonującego dostawy towaru na eksport a przewożonego w bagażu osobistym przez podróżnego lub też w braku osiągnięcia limitu – wymagających legitymowania się przez tego sprzedawcę umową zawartą z podmiotem uprawnionym do zwrotu VAT podróżnym (sprawa C-307/16 Stanisław Pieńkowski, Dz.Urz. C nr 61 z 23.04.2018 r., s. 5).

Jak stanowi aktualnie obowiązujący art. 127 ust. 6 ustawy o podatku od towarów i usług, sprzedawcy ci mogą dokonywać zwrotu VAT podróżnym, za których uważa się osoby fizyczne niemające stałego miejsca zamieszkania na terytorium Unii Europejskiej, wywożącym nabyte w Polsce towary poza terytorium UE w bagażu osobistym „pod warunkiem że ich obroty (obroty tych przedsiębiorców – przyp. autora) za poprzedni rok podatkowy wyniosły powyżej 400 000 zł oraz że dokonują zwrotu podatku wyłącznie w odniesieniu do towarów nabytych przez podróżnego u tego sprzedawcy” (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Zgodnie z projektem nowelizacji z treści art. 127 ust. 6 zostanie usunięte sformułowanie o konieczności osiągnięcia przez sprzedawcę wskazanego limitu.

Nowe przepisy, nowe obowiązki dla przedsiębiorców

Nowe przepisy mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2020 r. Wymuszają one przejrzenie posiadanych struktur organizacyjnych w przedsiębiorstwie i funkcjonujących w firmie procesów, tak aby już teraz można było przygotować się na nadchodzące zmiany w zasadach wewnątrzwspólnotowej, jak i pozawspólnotowej dostawy towarów. Prowadzący transgraniczną działalność gospodarczą, dokonując jej prawno-podatkowego audytu, powinni mieć na uwadze zarówno obowiązujące, jak i zmieniające się przepisy prawa krajowego, ale i wspólnotowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.