Druga połowa 2018 roku przyniosła gwałtowną deprecjację peso kolumbijskiego (COP). Zwłaszcza ostatnie pięć miesięcy minionego roku cechowały się agresywną wyprzedażą waluty. Od początku kwietnia aż do końca grudnia ubiegłego roku COP doświadczył deprecjacji rzędu 10% w relacji do dolara amerykańskiego. Co dalej? O tym w raporcie Ebury.
Za gwałtownym osłabieniem kursu peso kolumbijskiego w znacznym stopniu stały szerokie umocnienie amerykańskiej waluty, które obserwowaliśmy w zeszłym roku, jak i stosunkowo gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Kolumbijska gospodarka jest w istotnym stopniu zależna od produkcji tego surowca. Wraz z drożejącą ropą na początku 2019 roku COP zaczął odrabiać straty z poprzednich kwartałów. W ostatnich tygodniach peso zaczęło jednak ponownie tracić. W maju kurs USD/COP wzrósł do najwyższego poziomu od trzech lat.
Od kilku lat ceny ropy naftowej stanowią jeden z najbardziej istotnych czynników mających znaczenie dla kształtowania się kursu peso kolumbijskiego w relacji do dolara amerykańskiego. Eksport ropy odpowiada za około dwie trzecie całości dochodów Kolumbii z handlu zagranicznego, stąd kurs peso w parze z dolarem amerykańskim naśladował zachowanie cen ropy naftowej. O ile dotychczas w 2019 roku notowaliśmy spadek korelacji COP i cen ropy, w najbliższych miesiącach może dojść do powrotu tego powiązania, warunkiem jest utrzymanie podwyższonego poziomu cen ropy naftowej.
Kurs COP/USD a ceny ropy naftowej Brent (2014-2019)
Pod koniec 2018 roku doszło do istotnego spadku cen ropy naftowej, który na szczęście nie zdołał przełożyć się na trwałe osłabienie kolumbijskiej gospodarki. W czwartym kwartale 2018 roku PKB Kolumbii rosło w tempie 2,8% w ujęciu rocznym, czyli nieco szybciej niż w poprzednim kwartale. Wzrost w końcówce roku wspierała przede wszystkim silna konsumpcja oraz odbicie w inwestycjach. Stosunkowo niskie stopy procentowe kolumbijskiego banku centralnego oraz inflacja utrzymująca się w ryzach rokują optymistycznie dla perspektyw gospodarczych kraju. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że Kolumbia w 2019 roku osiągnie 3,5-procentowy wzrost PKB. Niemniej, należy zaznaczyć, iż istotnym ryzykiem dla wysokiego wzrostu gospodarczego jest możliwość pogłębienia się kryzysu w Wenezueli.
Wzrost PKB w Kolumbii w ujęciu rocznym (2006-2019)
Dość wysokiemu poziomowi ekspansji gospodarczej sprzyjała polityka monetarna Centralnego Banku Kolumbii. Pod koniec 2016 roku w kraju rozpoczęto serię cięć stóp procentowych, co miało na celu m.in. wsparcie aktywności gospodarczej. W ciągu nieco ponad roku stopy procentowe w Kolumbii spadły o 375 punktów bazowych. W związku z utrzymywaniem dynamiki cen w okolicy celu inflacyjnego banku centralnego, widzimy całkiem spore szanse, że podczas nadchodzących spotkań decyzyjnych banku centralnego (jednak najpewniej nie wcześniej niż w trzecim kwartale bieżącego roku) decydenci po raz pierwszy od 2016 roku zdecydują się na podwyżkę stóp procentowych.
W kwietniu inflacja CPI wzrosła do poziomu 3,3%, znajdując się tym samym w okolicy środka widełek celu inflacyjnego kolumbijskiego banku centralnego (3%, +/- 1%). Dynamika cen na poziomie celu sprawia, że realne stopy procentowe pozostają dodatnie. Od początku ubiegłego roku wahają się one wokół jednego procenta. Uważamy, że utrzymanie dodatnich realnych stóp procentowych w Kolumbii powinno stanowić ważne źródło wsparcia dla COP przez resztę 2019 roku.
Na niekorzyść perspektyw gospodarczych Kolumbii działa rosnący deficyt na rachunku obrotów bieżących. Za wzrost nierównowagi w handlu zagranicznym Kolumbii częściowo odpowiada kryzys gospodarczy w Wenezueli. Do niedawna sąsiad Kolumbii był jednocześnie jej drugim partnerem handlowym, natomiast obecnie Wenezuela odpowiada za niecałe 0,5% wartości kolumbijskiego eksportu.
Jesteśmy zdania, że perspektywy dla gospodarki Kolumbii nie są tak złe, jak mogłaby to sugerować niedawna deprecjacja COP. Wzrost krajowego PKB utrzymuje się na stabilnym poziomie i najpewniej będzie wspierany przez wyższe ceny ropy naftowej. Niedawna wyprzedaż waluty sprawiła również, że peso znajduje się na poziomach które uznajemy za niedowartościowane. Tym samym uważamy, że w 2019 roku istnieje spora szansa na umocnienie COP w parze z dolarem amerykańskim.
USD/COP
EUR/COP
COP/PLN*
Q2-2019
3200
3680
0,116
Q3-2019
3150
3650
0,117
E-2019
3100
3625
0,117
Q1-2020
3075
3655
0,116
E-2020
3000
3715
0,113
*groszy
Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
12 czerwca rozpoczęła się wizyta Prezydenta RP w USA, a szczególnie istotnym tematem będzie budowa elektrowni jądrowej w Polsce.
– Prezydent będzie rozmawiał o tym, jakie są możliwości inwestycji Amerykanów w polski projekt jądrowy. To jedyne rozwiązanie, które pozwoliłoby na bezproblemową realizację tak drogiego przedsięwzięcia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Pomoc finansowa ze strony USA zakończyłaby dyskusję na temat tego projektu i moglibyśmy być pewni, że elektrownia jądrowa powstanie.
Jest to rozstrzygnięcie bardzo ważne, bo od decyzji dotyczącej tej inwestycji zależna jest strategia energetyczna Polski, której projekt ma być przyjęty w wakacje.
Uchylenie lub zmiana decyzji ostatecznej to jeden ze sposobów wzruszenia decyzji podatkowych, od których nie przysługuje żaden zwyczajny środek odwoławczy. Rozwiązanie to w niektórych przypadkach może okazać się jedynym skutecznym sposobem zmiany niekorzystnego rozstrzygnięcia.
Podatnik może skorzystać na zmianie
Zgodnie z art. 253 Ordynacji podatkowej decyzja ostateczna, na mocy której strona nie nabyła prawa, może być uchylona lub zmieniona przez wydający ją organ podatkowy, jeżeli przemawia za tym interes publiczny lub ważny interes podatnika.
W prawie podatkowym kryterium nabycia prawa wydaje się niejasne. Przyjmuje się jednak zgodnie z orzecznictwem sądów, że nabycie prawa tworzą decyzje uznaniowe, wprost stanowiące o przyznaniu uprawnień, określające ich rodzaj lub czas trwania.
Jeśli więc decyzja nie daje podatnikowi żadnych uprawnień, jest to decyzja, na mocy której strona nie nabyła prawa. Taką decyzją będzie przykładowo decyzja odmawiająca tego, o co podatnik wnioskował (np. odmowa umorzenia zobowiązania podatkowego lub decyzja odmawiająca rozłożenia zobowiązania na raty).
Zobowiązanie podatkowe oraz terminy zapłaty wynikają z przepisów prawa. Decyzje organu w tym zakresie zwykle nie są więc konieczne. Podatnik, występując np. o rozłożenie zaległości na raty, wnosi tym samym o pewną zmianę swojej sytuacji, a więc możliwość uregulowania zobowiązania w innym terminie niż wskazują na to przepisy prawa, bez konieczności zapłaty odsetek za opóźnienie. Organ podatkowy może przystać na zaproponowane przez podatnika warunki, jednak przepisy nie zobowiązują go do wydania decyzji o określonej treści. Ten więc może wydać rozstrzygnięcie według własnego uznania (decyzje uznaniowe). W przypadku wydania decyzji odmownej sytuacja podatnika w żadnej mierze nie ulega zmianie – wciąż wiążące pozostają podstawowe regulacje prawne. Tym samym na mocy takiej decyzji strona nie nabywa prawa.
Takie decyzje organ może zmienić lub uchylić, jeżeli stwierdzi, że przemawia za tym ważny interes podatnika lub interes publiczny. Kryteria te są bardzo cenne, co utrudnia stosowanie regulacji. Przyjmuje się jednak, że wystąpienie takiego interesu należy określać w kontekście powszechnie aprobowanych wartości – w przypadku interesu podatnika będą to więc np. życie, zdrowie czy środki pozwalające na utrzymanie siebie i rodziny. Interesem publicznym będzie zaś to, co jest korzystne dla całego społeczeństwa jak np. bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Jeśli więc decyzja narusza te wartości, organ może ją zmienić lub uchylić.
Przepis art. 253a Ordynacji podatkowej wskazuje, że także decyzja, na mocy której strona nabyła prawo, może być uchylona lub zmieniona, jeżeli nie sprzeciwiają się temu przepisy szczególne i przemawia za tym interes publiczny lub ważny interes strony. Przesłanki są więc podobne, jednak bezpieczeństwo podatnika sprawia, że konieczna jest wówczas jego wyraźna zgoda. Co przy tym szczególnie istotne, taka zmiana nie może pogorszyć sytuacji podatnika. Zastosowanie omawianych regulacji będzie więc zawsze dla podatnika korzystne.
Jako przykład wskazać można zmianę decyzji rozkładającej zaległość podatkową na raty, zwłaszcza w przypadku, gdy ostatnia rata ma charakter tzw. raty balonowej (większość zobowiązania zostaje spłacona w ostatniej racie). Taka decyzja przyznała stronie prawo i określiła jej sytuację. Podatnik może być jednak zainteresowany zmianą także tej decyzji np. poprzez rozłożenie raty balonowej na dalsze raty lub odroczenie jej płatności. Decyzja taka byłaby zasadniczo dla podatnika korzystna, jednak podważałaby ona harmonogram spłat określony w decyzji wcześniejszej. Z tego powodu organ, zmieniając taką decyzję, najpierw musi uzyskać zgodę podatnika.
Nie wszystkie decyzje można uchylić lub zmienić
Nie wszystkie decyzje mogą zostać uchylone lub zmienione. Przepisy art. 235b Ordynacji podatkowej przewidują, że wskazanych regulacji nie stosuje się do decyzji ustalających albo określających wysokość zobowiązania podatkowego, odpowiedzialności podatkowej płatników, inkasentów i osób trzecich, decyzji określających wysokość odsetek za zwłokę określającej wysokość zwrotu podatku czy o odpowiedzialności spadkobiercy.
Zmiana okoliczności – zmiana decyzji
Odrębna regulacja wskazana w art. 254 Ordynacji podatkowej przewiduje, że decyzja ostateczna ustalająca lub określająca wysokość zobowiązania podatkowego na dany okres może być zmieniona, jeśli po jej doręczeniu nastąpiła zmiana okoliczności faktycznych mających wpływ na ustalenie lub określenie wysokości zobowiązania, a skutki wystąpienia tych okoliczności zostały uregulowane w przepisach prawa podatkowego obowiązujących w dniu wydania decyzji. Jako przykład może tu posłużyć decyzja dotycząca podatku przy opodatkowaniu w ramach karty podatkowej.
Uchylenie decyzji a niedopełnienie obowiązku
Przepisy art. 255 Ordynacji podatkowej przewidują, że organ podatkowy uchyla decyzję, jeżeli została ona wydana z zastrzeżeniem dopełnienia przez stronę określonych czynności, a strona nie dopełniła ich w wyznaczonym terminie. Praktyczne znaczenie regulacji wydaje się jednak marginalne – przepis wskazuje bowiem na wykonanie decyzji w określony sposób. Decyzje podatkowe określać mogą natomiast elementy takie jak np. termin zapłaty podatku (w przypadku odroczenia płatności podatku), co nie może być utożsamiane ze sposobem wykonania decyzji, a przepisy prawa przewidują odrębne, specyficzne konsekwencje niedotrzymania warunków w nich wskazanych (np. wygaśnięcie decyzji o odroczeniu płatności podatku w razie niezachowania terminu zgodnie z art. 259 § 1 Ordynacji podatkowej). To sprawia, że sens art. 255 Ordynacji podatkowej jest bardzo wątpliwy, a znaczenie regulacji niemal wyłącznie teoretyczne.
Kiedy uchylenie lub zmiana nie będą możliwe?
Uchylenie lub zmiana decyzji podlegają ograniczeniom. Zgodnie z przepisami organ odmawia wszczęcia postępowania w sprawie uchylenia lub zmiany decyzji ostatecznej, jeżeli żądanie zostało wniesione po upływie 5 lat od jej doręczenia. Podobny termin obowiązuje w przypadku dokonywania zmian w decyzji z urzędu.
Znaczenie dla podatnika
Dla podatnika największe znaczenie mają regulacje wskazane w pierwszej kolejności – uchylenie i zmiana decyzji określających i nieokreślających prawa podatnika. Przepisy te mogą bowiem doprowadzić do zmiany rozstrzygnięcia o istotnym dla podatnika znaczeniu. Decyzje podlegające tym regulacjom to tzw. decyzje uznaniowe. Nie określają one zatem podstawowych zobowiązań podatkowych lub ich wysokości, ale często mogą gruntownie zmieniać pozycję podatnika – w nich bowiem organ według swojego uznania może odroczyć zapłatę podatku.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Całkowite zatrudnienie w sektorze w Polsce wynosi 307 tysięcy pracowników – wynika z najnowszego raportu ABSL „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2019” współtworzonego wraz z EY, Randstad Polska, Randstad Sourceright oraz JLL. To wzrost na poziomie 10% w stosunku do zeszłego roku. Firmy z branży nie tylko zatrudniają coraz więcej pracowników, ale także podnoszą poziom i zakres świadczonych w kraju usług.
Podstawowym źródłem informacji na temat funkcjonowania firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce są wyniki ogólnopolskiego badania, które ABSL przeprowadził w I kw. 2019 r. W tegorocznym badaniu wzięło udział 200 firm zatrudniających w swoich centrach usług w Polsce łącznie 155 tys. osób, czyli 51% pracowników sektora. Raport wskazuje, że liczba zatrudnionych w centrach usług BPO, SSC/GBS, IT, R&D w Polsce w I kw. 2019 r. była o 10% wyższa w porównaniu do I kw. 2018 r. Przybyło zatem 28 tys. miejsc pracy. W ciągu ostatnich trzech lat, dziennie tworzonych było średnio 85 nowych miejsc pracy w sektorze. Wzrost ten będzie się utrzymywał, a według najbardziej prawdopodobnego scenariusza, wielkość́ zatrudnienia w usługach biznesowych w Polsce w I kw. 2020 r. osiągnie poziom 336 tys. Ponad połowa, bo 55% nowych miejsc pracy powstała w trzech największych ośrodkach usług biznesowych w kraju – w Krakowie, Warszawie oraz Wrocławiu.
Ważna jest jakość
– Firmy z sektora nie tylko stale zwiększają zatrudnienie, ale także podnoszą poziom i zakres świadczonych w kraju usług. Są to coraz częściej skomplikowane procesy wymagające odpowiednich umiejętności i wykształcenia zatrudnionych w sektorze pracowników. Widać wyraźny trend w przenoszeniu i tworzeniu w Polsce globalnych, seniorskich stanowisk, które mają przełożenie na kilkanaście rynków. Często wysoko wyspecjalizowane zespoły tworzone w kraju posiadają unikatowy zestaw umiejętności i realizują usługi dla klientów globalnych. Wraz z podnoszeniem poziomu świadczonych usług, rosną również wynagrodzenia. Wykształceni Polacy nie muszą emigrować, mogą w kraju rozwijać swoje kariery, a nasza konkurencyjność opiera się̨ przede wszystkim na kapitale ludzkim, wiedzy i umiejętnościach potencjalnych pracowników – komentuje Wojciech Popławski, Wiceprezes ABSL oraz Dyrektor Zarządzający Accenture Operations. Potwierdza to badanie przeprowadzone przez ABSL, w którym firmy wskazały 60% ogółu obsługiwanych przez siebie procesów jako zaawansowane i wiedzochłonne. Wskaźnik ten był zdecydowanie wyższy w grupie centrów IT/R&D i wyniósł 70%. Ponadto w porównaniu do 2018 r. zwiększył się̨ udział stanowisk specjalistycznych w strukturze zatrudnienia centrów usług (o 5 p.p.).
– To co pozwala nam tworzyć najwyższą jakość usług i rozwój sektora w Polsce to kompetencje pracowników rozwijane dzięki m.in. transferowi wiedzy, dobrze wykształcona kadra oraz współpraca biznesu z uczelniami. Dotychczasowy wzrost sektora w Polsce był możliwy dzięki stabilnym warunkom biznesowym i stabilnemu otoczeniu prawnemu. Dla dalszego jego rozwoju i tworzenia wartościowych miejsc pracy opartych na wiedzy potrzebne jest utrzymanie tej stabilności i przewidywalności oraz utrzymanie konkurencyjności Polski i kosztów zatrudnienia – dodaje Wiceprezes ABSL, Wojciech Popławski.
Liderzy usług biznesowych wśród miast
Centra nowoczesnych usług biznesowych wygenerowały miejsca pracy w blisko 50 miastach w Polsce, w tym dziewiętnastu, w których zatrudnienie w sektorze wynosi co najmniej 1 tys. osób. W 11 największych ośrodkach usług biznesowych w Polsce zatrudnionych jest 95% pracowników branży. Zdecydowanym liderem pod względem zatrudnienia w sektorze pozostaje niezmiennie Kraków. W krakowskich centrach usług pracuje 70 tys. osób, co przekłada się̨ na blisko 23% udział miasta w strukturze zatrudnienia branży w kraju. Ponad 56 tys. miejsc pracy sektor stworzył w Warszawie, a 47,5 tys. we Wrocławiu. Warto dodać́, że zdecydowana większość́ nowych miejsc pracy (70%) wygenerowanych przez sektor w okresie I kw. 2016 r. – I kw. 2019 r. jest wynikiem zwiększenia zatrudnienia w dotychczas funkcjonujących już̇ centrach usług. Pozostałe 30% to efekt nowych inwestycji. Wśród analizowanych głównych ośrodków usług biznesowych, największym procentowym wzrostem zatrudnienia w sektorze w ciągu ostatniego roku charakteryzowały się Poznań i Katowice wraz z obszarem metropolitalnym. W obu ośrodkach liczba miejsc pracy wzrosła o 14% r/r. W pierwszej trójce miast o największym wzroście znalazła się również Warszawa (wzrost 12% r/r).
Z kolei w ciągu ostatniego roku największa liczba nowych centrów usług powstała w Warszawie, Krakowie i Trójmieście – było to kolejno 15, 13 i 12 nowych inwestycji. Dokładnie to samo grono ośrodków charakteryzowało się̨ największą liczbą nowych inwestycji w poprzednim analizowanym okresie (od pocz. I kw. 2017 r. do końca I kw. 2018 r.). Wymienione ośrodki skupiają̨ blisko połowę̨ ogólnokrajowej liczby inwestycji w centra usług (45%), które rozpoczęły działalność́ od początku 2018 r. Sektor ma zdecydowanie największy wpływ na lokalny rynek pracy w Krakowie i Wrocławiu. W obu tych ośrodkach można mówić o usługach biznesowych jako specjalizacji lokalnej.
Potencjał miast średnich dla inwestycji firm z sektora
Warto dodać, że wyniki badań ABSL przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju (Potencjał Miast Średnich w Polsce dla lokalizacji inwestycji BPO/SSC/IT/R&D, Warszawa 2019) wskazują̨, że wybrane miasta średnie w Polsce mogą̨ stać́ się̨ alternatywnymi miejscami lokalizacji nowoczesnych usług biznesowych. – Szanse na rozwój sektora nowoczesnych usług biznesowych w badanych miastach są̨ silnie zróżnicowane. Zależą̨ od sytuacji poszczególnych ośrodków w zakresie analizowanych w raporcie czynników lokalizacji inwestycji istotnych z punktu widzenia sektora. Najwyżej ocenione miasta w raporcie – Opole, Tarnów, Płock, Elbląg, Nowy Sącz, Kalisz, Legnica, Koszalin, Gorzów Wielkopolski i Piła – charakteryzują się̨ co najmniej ponadprzeciętnym potencjałem inwestycyjnym dla centrów BPO, SSC, IT, R&D i mogą̨ stać́ się̨ trwałym elementem ekosystemu sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. Ich szanse na rozwój analizowanej branży zależą̨ jednak od szeregu działań prorozwojowych i proinwestycyjnych na poziomie lokalnym – komentuje Janusz Górecki, Head of Research w ABSL.
Struktura zatrudnienia w sektorze oraz dalszy rozwój
Sektor charakteryzuje duży odsetek zatrudnionych cudzoziemców – 14% pracowników sektora to obcokrajowcy. Stanowi to około 35 tys. osób. Struktura zatrudnienia w sektorze odznacza się̨ również̇ dużym odsetkiem młodych osób – aż 71% pracowników to osoby w wieku do 34 lat.
– Zapotrzebowanie na specjalistyczne umiejętności, w tym językowe oraz konkurencja w pozyskiwaniu pracowników to codzienność pracodawców w sektorze nowoczesnych usług biznesowych. To sprawia, że firmy coraz bardziej świadomie podchodzą do budowania wizerunku atrakcyjnej marki pracodawcy. Inwestują w działania ukierunkowane na zarządzanie talentami poprzez umożliwianie im ciągłego rozwoju, oferowanie rozbudowanych i atrakcyjnych ścieżek karier czy też programów rozwoju umiejętności menedżerskich – wyjaśnia Katarzyna Potrzuska, Senior Account Manager SSC/BPO w Randstad Polska.
Ważnym aspektem rynku pracy w obszarze nowoczesnych usług biznesowych – uzupełnia Katarzyna Potrzuska – jest fakt, że wraz z rozwojem zaawansowania procesów funkcjonujących w centrach, standardami stają się funkcje jeszcze tak niedawno postrzegane jako unikatowe, przykładem czego jest obszar Data Science.
Przyszły wzrost sektora w Polsce zapowiadają̨ plany firm zrzeszonych w ABSL. 85% badanych firm ma w planach zwiększenie zatrudnienia w ciągu najbliższego roku. Jest to wynik o 2 p.p. większy niż̇ w badaniu z 2018 r. Ponadto 87% centrów planuje w ciągu najbliższego roku poszerzyć́ zakres swojej działalności. Jest to najwyższy odsetek od 2017 r. (włącznie). Wśród firm mających w planach rozszerzenie działalności większość́ bierze pod uwagę̨ zarówno zwiększenie zakresu działalności o nowe procesy jak i o obsługę̨ nowych rynków.
– Dalszy rozwój sektora będzie zależał w dużej mierze od tego czy centra usług biznesowych będą umiały wykorzystać szanse, które się przed nim pojawiają. Oczekiwaniem zarządów korporacji i ambicją samych centrów jest przejęcie odpowiedzialności za transformację w organizacji i stanie się siłą napędową we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań. Potrzeba do tego zmiany podejścia: myślenia o sobie w kategorii „jesteśmy częścią biznesu”, a nie „obsługujemy biznes”, nastawieniu się na wartość tworzoną dla firmy i jej klientów raczej niż tylko na wydajność pracy oraz znalezieniu sposobu na o wiele większe wykorzystanie technologii – dodaje Marek Grodziński, regionalny lider praktyki GBS w EY Advisory.
Rynek biurowy w Polsce
Siłą napędową polskiego rynku biurowego jest zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie, zarówno ze strony lokalnych, jak i międzynarodowych firm. W rezultacie popyt brutto w 2018 r. osiągnął spektakularne 1,5 miliona mkw., z czego najemcy z sektora usług dla biznesu wygenerowali 25%, a biorąc pod uwagę jedynie rynki regionalne, była to aż połowa całkowitego wolumenu transakcji. Taka dynamika przekłada się na 400 000 mkw. wynajętych biur dla sektora w całej Polsce.
Anna Młyniec, JLL
– Sektor biurowy idzie z duchem czasu, co znajduje odzwierciedlenie w doskonałej jakości powierzchni dostarczanej na rynek, czy liczbie rozwiązań z obszaru PropTech, które są wdrażane przez deweloperów działających w Polsce. Jednak najgorętszym trendem ostatnich miesięcy jest ekspansja operatorów oferujących elastyczne przestrzenie do pracy. Biura serwisowane, coworkingowe lub hybrydowe szturmem podbijają polski rynek biurowy, stanowiąc tym samym odpowiedź na zmieniający się model pracy. Z naszych danych wynika, że Warszawa znajduje się w europejskiej czołówce pod względem udziału przestrzeni elastycznych w całkowitej podaży biurowej. To bardzo ważna wiadomość również dla firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu, które często mierzą się z koniecznością wynajęcia dodatkowej powierzchni od zaraz i ulokowaniem tam zespołu obsługującego projekt biznesowy w krótszym horyzoncie czasowym. Ponadto, powierzchnie flex niosą ze sobą możliwość wielu strategicznych synergii biznesowych, między innymi ze środowiskiem start up’ów i uzyskaniem dodatkowej przewagi konkurencyjnej na rynku – komentuje Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy w JLL.
Emerytura minimalna to obecnie 1 100 zł brutto miesięcznie. Jednak niesłuszne jest, choć popularne przekonanie, że to świadczenie nie może być niższe. Już 227 tys. osób otrzymuje świadczenie niższe od minimalnego.
-To osoby, których aktywność zawodowa była zbyt krótka, albo pracowały w szarej strefie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji Lewiatan. – W Polsce nie ma jeszcze świadomości, że wysokość emerytury jest zależna od tego ile wpłacamy do ZUS i przez jaki okres czasu.
Po obniżeniu wieku emerytalnego mamy najmłodszych w UE emerytów. Konsekwencją będą niskie emerytury i coraz gorsza tzw. stopa zastąpienia, czyli relacja ostatniego wynagrodzenia do pierwszego wypłaconego świadczenia emerytalnego.
Z rządowego programu Mieszkanie Plus pozostała tylko część komercyjna, którą mógłby zrealizować jeden prywatny deweloper.
To miał być program rządowy, adresowany do osób, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego, aby kupić mieszkanie. Rządowi brakuje pieniędzy na realizację tego programu, a ponadto proponowane rozwiązania od początku wzbudzały wątpliwości ekonomistów.
– Miały powstać 3 mln mieszkań, później obiecywano 1 mln, a teraz słyszymy, że to będzie 100 tys. mieszkań i nie w tym roku, ale w ciągu 10 lat – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON.
Z programu Mieszkanie Plus pozostała tylko część komercyjna, z której będą mogli skorzystać przede wszystkim ci, których prawdopodobnie stać na kupno mieszkania od dewelopera.
– Pozostaje pytanie czy rząd powinien się angażować w rozwiązanie komercyjne, skoro niejeden deweloper ma produktywność zdecydowanie wyższą niż wybudowanie 10 tys. mieszkań rocznie – komentuje ekspert.
Ponad 1000 m2 Medicover Polska udostępnił swoim pacjentom w nowopowstałym centrum medycznym w Gdańsku. Kolejna lokalizacja sieci to nowoczesna galeria handlowa Forum Gdańsk, która znajduje się w samym centrum zabytkowej części miasta.
Artur Białkowski – Medicover Polska
Centrum Medicover zlokalizowane jest na dwóch piętrach budynku. W ramach nowej powierzchni zaaranżowanych zostało ponad 30 gabinetów medycznych. Pacjenci skorzystają w nich z konsultacji m.in. internisty, pediatry, ginekologa, laryngologa, dermatologa, okulisty, ortopedy, lekarza medycyny pracy oraz innych lekarzy specjalistów.
Nowe Centrum Medicover to bardzo ważna inwestycja, która w znaczny sposób zwiększy dostęp do naszych usług w północnej części Polski. Liczymy, że nasze centrum medyczne w Forum Gdańsk spełni oczekiwania mieszkańców Trójmiasta. Nowa lokalizacja gwarantuje dogodny dojazd, na terenie galerii dostępne są miejsca parkingowe. Dbając o potrzeby naszych małych pacjentów zaaranżowaliśmy część pediatryczną, z przyjaznymi gabinetami i odrębną rejestracją – mówi Artur Białkowski, Dyrektor Zarządzający, Medicover Polska.
W centrum można także wykonać badania laboratoryjne i diagnostyczne, w tym między innymi: RTG, USG i echo serca. Dostępne są tu również usługi protetyki słuchu wraz z doborem aparatu słuchowego.
Zdajemy sobie sprawę, że problemy ze słuchem dotyczą wielu pacjentów. Szacuje się, że może mierzyć się z nimi nawet co szósty Polak. Co więcej to temat, który dotyczy nie tylko osób starszych, ale również już 30-latków, czy 40-latków. Korzystanie z aparatu słuchowego może znacząco poprawić komfort życia. Dlatego warto zdecydować się na badanie protetyczne. W naszym gdańskim centrum pacjenci mogą zrobić to bezpłatnie – mówi Artur Białkowski.
W Trójmieście Medicover posiada trzy własne centra medyczne. W całej Polsce funkcjonują 34 Centra Medicover, a pacjenci mogą korzystać również z usług ponad 2,7 tys. partnerów medycznych firmy.
Rozgrywki Ekstraklasy od kilku sezonów zapewniają kibicom wysoki poziom emocji aż do ostatniej kolejki. A jak kształtuje się poziom finansów rodzimych klubów? Przychody wszystkich zespołów grających w Ekstraklasie wyniosły w 2018 roku blisko 528 mln zł. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Piłkarska liga finansowa” wynika, że w 2018 roku przychody z transferów wyniosły 96,8 mln zł, z czego transfery zagraniczne wygenerowały 87,4 mln zł. Liderem rankingu pod względem wpływów do budżetu pozostaje niezmiennie Legia Warszawa. Na podium znalazły się także Lech Poznań i Lechia Gdańsk.
Kolejny rok z rzędu przychody Ekstraklasy przekraczają poziom 0,5 mld zł.
Spadek poniżej tej granicy wydaje się już praktycznie niemożliwy. Rekordowe kontrakty dotyczące praw telewizyjnych warte są pół miliarda złotych, a nowe umowy będą obowiązywać przez dwa kolejne lata. Dodatkowo, w sezonie 2019/2020 przewidujemy wzrost wpływów ze scentralizowanych praw marketingowych, w szczególności z podpisanych umów sponsorskich z PKO Bank Polski Totalizatorem Sportowym – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.
To właśnie dzięki nowym kontraktom mediowym i środkom z umów sponsorskich wypracowywanym przez Ekstraklasę w kolejnych latach istotnie wzrosną sumy przekazywane klubom przez ligową spółkę.
W następnych dwóch sezonach będziemy wypłacać klubom co najmniej 70 mln zł więcej, co oznacza kwotę minimum 225 mln zł rocznie. Warto podkreślić, że zwiększymy również środki przekazywane na rozwój młodych piłkarskich talentów. W minionym sezonie kluby otrzymały od nas na ten cel łącznie 12 mln zł, a dodatkowo 2 mln zł dołożyliśmy do organizowanego przez PZPN programu Pro Junior System. Od kolejnego sezonu kwota ta wzrośnie do 5,6 mln zł. – mówi Marcin Animucki, Prezes Zarządu Ekstraklasy S.A. –
Jestem przekonany, że zarówno sumaryczny wzrost wpływów z Ekstraklasy, jak i wyższe środki przekazywane na szkolenie młodzieży pozwolą na rozwój sportowy klubów, co może przełożyć się na lepsze wyniki na europejskich stadionach– dodaje.
W minionym roku do budżetów klubów Ekstraklasy nie wpłynęły niemal żadne środki z tytułu udziału polskich drużyn w fazie grupowej europejskich pucharów, podczas gdy jeszcze w 2017 roku wpływy za udział Legii w Lidze Mistrzów UEFA wynosiły 25 mln zł. W rezultacie, sumaryczne wpływy klubowe zmniejszyły się rok do roku właśnie o tę kwotę. Przychody krajowe wszystkich zespołów grających w Ekstraklasie w 2018 roku utrzymały się jednak na podobnym poziomie co w roku 2017 (wzrost o 0,5 proc. r/r). –
W kolejnych latach uzupełnieniem coraz lepszej ogólnej kondycji finansowej klubów i budowy dochodowej polityki transferowej powinien być udział polskich drużyn w europejskich rozgrywkach. Bez sukcesów na boiskach Europy o dalszy rozwój będzie niezwykle trudno – mówi Przemysław Zawadzki. W nadchodzącym sezonie w pucharach reprezentować nas będą Piast Gliwice, Legia Warszawa, Lechia Gdańsk oraz Cracovia.
W przychodach Ekstraklasy rośnie udział przychodów komercyjnych. W 2018 roku wynosiły one 52 proc., podczas gdy rok wcześniej było to 49 proc. Ich wartość wyniosła 278,3 mln zł i było to więcej o 3 proc. w porównaniu rok do roku. Z kolei przychody z tytułu praw do transmisji i scentralizowanych praw marketingowych wyniosły 166,5 mln zł (spadek o 10 proc.), a przychody z dnia meczu 83,1 mln zł (spadek o 13 proc.).
Drugi rok z rzędu raport Deloitte poddaje analizie także informacje na temat przychodów z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 96,8 mln zł, z czego wygenerowane 87,4 mln zł było efektem transferów zawodników do klubów zagranicznych. –
W roku 2018 najwyższe przychody z tytułu sprzedaży zawodników zanotowało KGHM Zagłębie Lubin, które osiągnęło aż 17,3 mln zł. Na drugim miejscu znalazła się Cracovia z wpływami na poziomie 17,1 mln zł. Klubowi z Krakowa udało dokonać się najgłośniejszego transferu zeszłego sezonu, czyli przejścia Krzysztofa Piątka do ligi włoskiej. Trzecia w kolejności Wisła Płock może się pochwalić kwotą 15,9 mln zł z tytułu prowadzonej przez siebie polityki transferowej – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert Sport Business Group, Deloitte.
Podium bez zmian
Legia Warszawa pod względem finansowym dominuje w Ekstraklasie od 2011 roku. Tym razem klub osiągnął w 2018 roku łączne przychody na poziomie 100,2 mln zł. Rok wcześniej było to 138,3 mln złotych. Spadek wynika przede wszystkim z braku awansu do fazy grupowej rozgrywek UEFA. Drugie miejsce pod względem przychodów zajął ponownie Lech Poznań. Klub ten odnotował w 2018 r. spadek wpływów do 57,1 mln zł, czyli o 13 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Przyczyną są niższe o 5 mln zł przychody z dnia meczowego, które mogą być efektem postawy sportowej oraz zamknięcia stadionu na początku sezonu. Trzecie miejsce, z wynikiem 48,3 mln zł (wzrost o 21 proc.), w rankingu przychodów klubów Ekstraklasy należy w tej edycji raportu do Lechii Gdańsk. Lechia nie tylko zmniejszyła finansowy dystans do Lecha, ale także zwiększyła różnicę do klubu znajdującego się na kolejnym miejscu rankingu. W ubiegłym roku sześć z szesnastu klubów poprawiło swoje wyniki finansowe. Największe wzrosty zanotowały Zagłębie Sosnowiec (179 proc.), Górnik Zabrze (99 proc.) oraz Miedź Legnica (30 proc.), co w głównej mierze spowodowane było awansem tych klubów do Ekstraklasy.
W tegorocznej edycji rankingu po raz pierwszy obliczono współczynnik miejsca w rankingu do miejsca w lidze. Gdyby budżety klubów w stu procentach odpowiadały miejscu, jakie dany klub zajmuje w Ekstraklasie, wskaźnik byłby zawsze równy 1. Wynik lepszy oznacza, że klub spisał się powyżej oczekiwań, natomiast gorszy – poniżej. W tym zestawieniu najbardziej pozytywnie wyróżnia się tegoroczny zwycięzca LOTTO Ekstraklasy. Wynik sportowy Piasta Gliwice znacząco przewyższył wynik finansowy. Wyższe miejsce w tabeli sportowej niż w rankingu Deloitte zanotowały również Korona Kielce, Pogoń Szczecin oraz Cracovia. Największą różnicę in minus zanotował Lech Poznań, który przy przychodach drugich co do wielkości, zajął 8. miejsce w lidze.
Trójmiasto to niezmiennie kluczowy ośrodek gospodarczy w północnej Polsce, który w regionie nie ma sobie równych. Miasta wchodzące w skład aglomeracji wyprzedzają konkurencję w obszarze nie tylko ze względu na ich skalę, ale także na już wyrobioną markę, infrastrukturę oraz połączenia komunikacyjne. Poza lokalizacją w pobliżu morza oraz sąsiedztwem Skandynawii, Trójmiasto wyróżnia się na tle regionu wysoką liczbą planowanych projektów biurowych oraz stabilnym poziomem czynszów – wynika z analiz ekspertów CBRE. Jednak firmy skandynawskie coraz częściej w swoich planach inwestycyjnych biorą pod uwagę również drugie polskie miasto – Szczecin, doceniany m.in. za bliskość geograficzną z Danią.
Trójmiasto i Szczecin określane są jako polskie miasta najczęściej wybierane przez firmy skandynawskie, przy czym głównym atutem Gdańska są połączenia lotnicze z tą częścią Europy, a w Szczecinie największą rolę odgrywa bliskość Danii. Wspólnym wyróżnikiem jest także dostępność wykwalifikowanych pracowników ze znajomością języków skandynawskich lub języka niemieckiego. Jednak eksperci CBRE wskazują, że nie możemy na ten moment porównywać tych dwóch obszarów ze względu na ponad dwukrotną przewagę Trójmiasta pod kątem liczby mieszkańców oraz jego wiodącą i mocno ugruntowaną pozycję na północnym rynku biurowym. Do tej pory trójmiejski rynek przyciągnął takie marki jak m.in. Bayer, Intel, Amazon, Lufthansa Systems, Nordea czy Boeing.
Trójmiasto ma obecnie w swojej ofercie ponad 790 tys. mkw. istniejącej powierzchni biurowej, a kolejne 86 500 mkw. ma zostać oddane do końca 2019 r. Aktualnie aglomeracja trójmiejska wyróżnia się również najniższym wskaźnikiem powierzchni niewynajętej w skali całego kraju. Nowoczesne biura w Trójmieście zlokalizowane są przede wszystkim wzdłuż głównego ciągu komunikacyjnego łączącego Gdańsk, Sopot i Gdynię. Pozostałe skupiska budynków biurowych mieszczą się w centrum Gdańska, w okolicach gdańskiego lotniska, w gdyńskim Redłowie oraz w centrum Gdyni. Blisko 76% nowoczesnej powierzchni biurowej w Trójmieście znajduje się w Gdańsku, a dla drugiej w kolejności Gdyni ten wskaźnik to 19%.
– Mimo że nie możemy dyskutować z faktem, że skala rynku biurowego Szczecina jest wciąż na etapie Gdańska sprzed 10 lat to oba te miasta przyciągają uwagę zarówno zagranicznych, jak i rodzimych inwestorów. Deweloperzy i najemcy decydują się na wybór Gdańska, ponieważ ten wyróżnia się jakością życia, bardzo dobrą lokalizacją oraz dużą skalą biznesu. Trójmiasto to też miejsce, gdzie „chce się mieszkać”, nie ma więc problemu z pozyskaniem odpowiedniej kadry z innych części Polski. To jasne, że Gdańsk jest już na bardzo wysokim poziomie jeśli chodzi o promocję lokalizacji, jednak od lat rośnie popularność Szczecina wśród najemców z sektora usług wspólnych. Niestety oferta biurowa Szczecina jest wciąż niewystarczająca pod kątem liczby nowych obiektów, co może spowolnić wzrost zatrudnienia wśród istniejących tam centrów usług oraz pozyskiwanie kolejnych projektów. Warto zaznaczyć jednak, że Szczecin posiada swoje własne lokalne marki jak HOME.pl czy IAI, które doceniane są na arenie międzynarodowej. Natomiast wśród rozpoznawalnych marek międzynarodowych, które posiadają tam swoje centra usług wspólnych warto wymienić Vestas, Inicredit czy Netto – podsumowuje Mariusz Wiśniewski, Dyrektor w Dziale Powierzchni Biurowych CBRE oraz szef oddziału CBRE w Trójmieście, który jest odpowiedzialny za cały region północnej Polski.
W porównaniu do innych miast, szczeciński rynek nowoczesnej powierzchni biurowej znajduje się we wstępnej fazie rozwoju. Eksperci CBRE podkreślają jednak, że powoli liczba biurowców wysokiej klasy się powiększa, a utrzymanie tej tendencji przyniesie wzrost atrakcyjności miasta dla najemców z sektora usług BPO i SSC. Jako jedną z największych zalet Szczecina wymienia się przede wszystkim dobre połączenie drogowe z Berlinem oraz dostęp do międzynarodowego lotniska.
Największy zasób powierzchni biurowych znajduje się w centrum miasta oraz w części centralno-południowej, wzdłuż obu brzegów Odry Zachodniej. Całkowite zasoby biurowe Szczecina w I kwartale 2019 r. wyniosły ponad 161 tys. mkw., a kolejne 48 tys. znajduje się budowie, z czego aż 33 300 mkw. zostanie ukończone do końca tego roku. Jest to znaczący wzrost w porównaniu do 1 500 mkw. oddanych do użytku w I kwartale 2019 r. Wciąż jednak nie są to wartości na tyle spektakularne, aby zaspokoić nawet wewnętrzne potrzeby szczecińskich najemców. W odróżnieniu od Trójmiasta, nie widać tu również dużej aktywności ze strony krajowych i międzynarodowych deweloperów.
Zawody specjalistyczne są najczęściej poszukiwanymi profesjami w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Spawacz i opiekunka ze znajomością języka znajdą tam pracę szybko i za dobre pieniądze.
Na emigracji przebywa około 2,5 mln Polaków i liczba ta stale rośnie. 90 proc. emigrantów pracuje w Europie, a od chwili decyzji Wielkiej Brytanii o brexicie, większość szuka pracy w Niemczech i Holandii. Praca na Zachodzie wciąż jest atrakcyjna dla Polaków, bo mogą tam zarobić kilkakrotnie więcej niż w Polsce za tę samą pracę. Szczególnie widoczne jest to w branży ogólnobudowlanej i w zawodach związanych z opieką domową.
Zarobki spawaczy za granicą zaczynają się od minimalnej krajowej a kończą na dwudziestu-kilku euro na rękę na godzinę, czyli nawet 4.000 euro miesięcznie. W Polsce wykwalifikowany spawacz zarobi podobną kwotę – tyle, że w złotówkach. Spawalnictwo to praca ciężka, wymagająca skupienia, a doświadczenie zdobywa się pracując w zawodzie. Im więcej jednak godzin spędzonych na spawaniu, tym większa szansa na lepsze zarobki.
– Spawacz, który skończy kurs i z zaangażowaniem przepracuje dwa, trzy lata, po tym czasie może już bardzo dobrze zarabiać. Jak na ścieżkę rozwoju zawodowego to nie jest długo – mówi Maciej Kopaczyński, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce oraz prezes LAXO Group, firmy zajmującej się delegowaniem personelu technicznego oraz usługami opieki nad starszymi osobami w Niemczech. – Dobrego spawacza można porównać do rozchwytywanego informatyka. Ma wielki wachlarz uprawnień, doświadczenie, orientuje się w nowościach i dlatego świetnie zarabia i jest poszukiwany przez największe firmy.
Dla porównania, monterzy i tokarze, którzy również są poszukiwanymi pracownikami, zrobią odpowiednio około 1900 euro i 2.400 euro miesięcznie, w zależności od tego, co robią. Z kolei opiekunka osób starszych zarobi od 1.000 do 1.900 euro, w zależności od kontraktu. Praca opiekunki nie jest lekka, ale spokojna i zazwyczaj nie wymaga specjalistycznych kursów. Ponadto dobre agencje zazwyczaj zapewniają kandydatkom odpowiednie kursy (np. językowe) w ramach usługi pośrednictwa. Stawka zależy od sposobu zaangażowania, które wynika ze stanu podopiecznego oraz zakresu obowiązków.
– W ankiecie, którą przeprowadziliśmy wśród klientów i pośredników niemieckich, wyszło, że pierwszym kryterium pożądania opiekunki jest znajomość języka, a dopiero później umiejętności, doświadczenie zawodowe i podejście do podopiecznego – mówi Krzysztof Jakubowski, wiceszef Sekcji Agencji Opieki SAZ i wiceprezes spółki InterKadra. – To zaskakujące wyniki, ale pokazują, że niemal każdy kto ma predyspozycje i zna język kraju, do którego chce wyjechać, może starać się o tę pracę.
W Polsce zarobki opiekunki osób starszych dochodzą do 3 tys. zł.
Skąd ten popyt
Zachodnie społeczeństwa starzeją się, dlatego opiekunki są i wciąż będą poszukiwane. Wśród wiodących krajów, które nie mają wystarczającej liczby personelu do opieki nad starszymi ludźmi są Niemcy i Wielka Brytania. To tam jeździ najwięcej polskich opiekunek, które stały się żywym symbolem Polski, jak niegdyś słynny Polski Hydraulik we Francji. Zyskały w tych krajach renomę, która wyróżnia je na tle opiekunek z innych krajów.
Popyt na spawaczy związany jest natomiast z rozwojem przemysłu. Zatrudniani są głównie przy montażu gazociągów i ropociągów, budowie okrętów, elektrowniach, elektrociepłowniach i fabrykach samochodów.
Choć ofert pracy w tych zawodach jest wiele i pracę w nich można znaleźć szybko, to specjaliści w branży zatrudnienia przestrzegają przed pochopnym decydowaniem się na wyjazd zarobkowy. Zalecają rozważenie potencjalnych trudności jakie mogą się zdarzyć w miejscu pracy i odpowiednim przygotowaniu na nie.
– Może się na przykład zdarzyć, że z powodu sytuacji losowych czy niezrozumienia zasad czy prawa obowiązującego na Zachodzie wejdziemy w konflikt z tamtejszym pracodawcą. Jeśli w wyniku tego czeka nas przeprawa sądowa, to koszty zatrudnienia prawnika na Zachodzie, a nieraz i tłumacza, sprawią, że z zarobkowego wyjazdu możemy wrócić z długami – mówi Karina Knyż-Grzywa, dyrektor biura Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. – Najprostszym i najlepszym sposobem jest korzystanie ze sprawdzonych agencji pracy, które oferują legalne zatrudnieniei pomoc w sytuacjach trudnych.
Warto sprawdzić, czy agencja, z której usług korzystamy należy do organizacji branżowej. Przynależność taka wiąże się z koniecznością spełniania szeregu wymogów i transparentnego działania.
Korzystając z pośrednictwa pracy można udać się do agencji w kraju docelowego wyjazdu. Takie rozwiązanie ma jednak kilka minusów – wszelkie dokumenty do podpisania będą w języku obcym, więc bez biegłej znajomości języka istnieje ryzyko niedokładnej znajomości swoich praw w nowym miejscu pracy. Ponadto, w razie jakiejkolwiek sytuacji, która wymaga pomocy prawnej, taka agencja zatrudni prawnika ze swojego kraju. Rozwiązanie jakiegokolwiek problemu będzie więc dużo droższe.
Fach w ręku znów się liczy
Czy popularność zawodów specjalistycznych sprawi, że popularne staną się techniczne kierunki nauczania? Maciej Kopaczyński twierdzi, że już się to dzieje.
– Od roku, dwóch, obserwuję trend powrotu do zawodów ciężkich i wzrost popularności technicznych kierunków nauczania. Ludzie się przekonali, że mając fach w ręku można zarabiać nawet większe pieniądze niż mając tytuł magistra. Zawody techniczne przestały być postrzegane jako te gorsze – mówi Kopaczyński.
W latach 90-tych, kiedy Polska otworzyła się na świat, każdy chciał być magistrem, pracować w biurze, a wartość zawodów technicznych została mocno zaniżona. Ta tendencja powoli się odwraca, bo brakuje fachowców. Strukturę zawodów w Polsce wciąż mamy zachwianą, bo za mało jest specjalistów technicznych, m.in. spawaczy. Zmiana tego zajmie przynajmniej dekadę.
18-go czerwca 2019 r. rozpoczyna się oficjalna kampania wyborcza Donalda Trumpa. Dowiemy się czy zaryzykuje i wywoła recesję nie tylko w amerykańskiej gospodarce.
– Otwarcie wojny handlowej z Meksykiem jest komunikatem Donalda Trumpa, skierowanym do jego twardego elektoratu, że nie zapomniał swoich obietnicach dotyczących zwalczania emigracji, choć niewiele udało mu się zrobić, bo od Kongresu nie dostał środków na budowę muru granicznego – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Ta kampania może być gorętsza od poprzedniej. Rynki finansowe obawiają się tego. Dlatego tak nerwowa była ich reakcja, gdy przed miesiącem wprowadził cła na import z Meksyku. Inwestorzy mieli wcześniej nadzieję, że w prowadzeniu wojen handlowych Donald Trump ograniczy się do Chin, właśnie ze względu na obawy o gospodarczą recesję.
– Połączenie tych dwóch konfliktów, jak ocenia bank inwestycyjny Morgan Stanley, może spowodować, że już z początkiem roku amerykańska gospodarka znajdzie się w recesji – wyjaśnia ekspert XTB.
Jak dotąd dane napływające z amerykańskiej gospodarki były na tyle dobre, że D. Trump mógłby zdecydować się na bardziej ryzykowny scenariusz działań. Jednak w piątek okazało się, że Donald Trump bezterminowo zawiesił nałożenie ceł na Meksyk.
Warta, jedna z wiodących firm ubezpieczeniowych na polskim rynku, została strategicznym najemcą biurowca Warsaw UNIT. Firma zajmie niemal 20 tys. mkw. powierzchni biurowej. To jedna z największych umów najmu podpisanych w ostatnich latach na stołecznym rynku biurowym.
Od lewej -Jarosław Parkot (Warta), Grzegorz Bielec (Warta), Jeroen van der Toolen (Ghelamco)
Warsaw UNIT to najnowszy projekt Ghelamco w biznesowym centrum Warszawy. Ponad 200-metrowy wieżowiec położony przy rondzie Daszyńskiego 1 zapewni najemcom około 57 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej na 45 piętrach. Inwestycja pozyskała właśnie strategicznego najemcę. Firma ubezpieczeniowa Warta wynajęła niemal 20 tys. mkw. na 11 najwyższych biurowych piętrach budynku. Umowę podpisano na 10 lat. Podczas negocjacji Ghelamco wspierała firma JLL.
– Biuro wWarsaw UNIT to znakomita wizytówka nowoczesnej, dynamicznie rozwijającej się firmy, która dba o swój wizerunek i najwyższe standardy miejsca pracy. Cieszymy się, że tak rozpoznawalna firma ubezpieczeniowa z długimi tradycjami, jaką jest Warta, wybrała na swoją siedzibę nasz najnowszy projekt na warszawskiej Woli. To właśnie w tej lokalizacji bije dziś biznesowe serce stolicy – mówi Jeroen van der Toolen, dyrektor zarządzający Ghelamco Poland na Europę Środkowo-Wschodnią.
– Nowa siedziba Warty została wybrana w oparciu o wartości, na których jest budowana pozycja i siła naszej firmy: nowoczesne, innowacyjne rozwiązania mają dawać praktyczne i wymierne korzyści, podnoszące komfort naszych klientów. W tym kontekście poszukiwaliśmy budynku oferującego najwyższy standard biurowy w Warszawie, zapewniającego wyjątkowe rozwiązania i jak najlepsze warunki pracy naszego zespołu, dobrze skomunikowanego nie tylko z innymi punktami Warszawy, ale także innymi miastami Polski. Takim miejscem i nowym domem Warty od 2021 r. będzie biurowiec Warsaw UNIT – mówi Jarosław Parkot, prezes zarządu Warty, i dodaje: – W nowej siedzibie skupimy zespół Warty pracujący obecnie w trzech różnych miejscach Warszawy. To ważna zmiana dla działalności naszej firmy, która wraz z optymalnym układem funkcjonalnym budynku pozwoli nam na istotną modyfikację kultury organizacyjnej i efektywniejsze wykorzystanie potencjału naszych znakomitych specjalistów. Wierzę, że zaowocuje to dynamicznym rozwojem Warty w kolejnych latach.
– Wejście Warty do Warsaw UNIT potwierdza, że warszawska Wola staje się nowym hubem dla firm z branży BIFS w Polsce i regionie CEE. Na ogromną popularność tej części Warszawy wpływa znakomita lokalizacja z dostępem do komunikacji miejskiej i oczywiście nowoczesnych powierzchni biurowych. Warto również zwrócić uwagę na skalę realizowanych tutaj projektów, które umożliwiają dużym graczom konsolidację ich biznesu w jednym miejscu. Cieszę się, że współpracując z Ghelamco, firma JLL ma wpływ na dynamiczny rozwój tego wyjątkowego w skali regionu centrum biurowego – mówi Tomasz Czuba, dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL.
W projekcie zmiany siedziby Warta wspierana jest przez firmę doradczą CBRE oraz kancelarię Hogan Lovells.
– Wybranie Warsaw UNIT przez Wartę wpisuje się w najnowsze trendy na rynku biurowym, na którym coraz częściej to jakość odgrywa kluczową rolę w poszukiwaniu odpowiedniej siedziby dla firmy. Nowoczesne rozwiązania zastosowane w budynku, centralna lokalizacja oraz świetnie skomunikowana okolica z pewnością podniosą komfort pracy zespołu – mówi Mikołaj Sznajder, dyrektor Działu Powierzchni Biurowych CBRE.
Warsaw UNIT powstaje w najdynamiczniej rozwijającej się części Warszawy, przy rondzie Daszyńskiego na Woli. W jego bezpośrednim sąsiedztwie krzyżują się najważniejsze arterie komunikacyjne i węzły przesiadkowe w mieście. Obok znajdują się wejścia na stację II linii metra (Rondo Daszyńskiego) oraz przystanki tramwajowe i autobusowe. W pobliżu jest również stacja kolei miejskiej i podmiejskiej.
O wyjątkowości projektu będzie stanowić jego architektura, odwołująca się do modernistycznego dziedzictwa wzbogaconego nowatorskimi rozwiązaniami, takimi jak kinetyczna fasada typu Dragon Skin. Będzie ona w widoczny sposób reagować na każdy, nawet najdelikatniejszy powiew wiatru, tworząc na swojej powierzchni niepowtarzalne obrazy modelowane siłami natury.
W parterze wieżowca przewidziano miejsce na lokale usługowe i gastronomiczne dostępne z poziomu ulicy. W holu głównym zostanie zlokalizowana wyodrębniona recepcja Warty, a na szczycie budynku znajdzie się logotyp firmy. W obiekcie zaplanowano wielopoziomowy garaż mieszczący ponad 450 samochodów, a także infrastrukturę dla rowerzystów: parking rowerowy, szatnie i natryski. Tak jak wszystkie projekty Ghelamco, Warsaw UNIT zostanie wyposażony w ekologiczne rozwiązania i będzie certyfikowany w systemie BREEAM. Planowane ukończenie inwestycji to początek 2021 roku.
Firma Veeam® Software poinformowała, że jej roczna wartość zamówień przekroczyła 1 mld USD. Tym samym Veeam dołączył do elitarnego grona dostawców oprogramowania, którzy osiągnęli ten próg. Na drodze do tego kamienia milowego liczba klientów firmy przekroczyła 350 tysięcy – przedsiębiorstwo zdobywa 4000 nowych nabywców miesięcznie, co uwidacznia sukces pierwszej fazy rozwoju. Na konferencji VeeamON 2019 w Miami firma Veeam pokazała, jak zamierza umacniać się na pozycji lidera w dziedzinie zarządzania danymi w chmurze i rozpocząć następny etap biznesowych sukcesów.
Ratmir Timashev, współzałożyciel i wiceprezes Veeam ds. sprzedaży i marketingu
„Veeam stworzył rynek kopii zapasowych w środowisku VMware i od dziesięciu lat dominuje na nim jako lider. Był to niejako ‘pierwszy akt’ w rozwoju firmy i bardzo cieszy fakt, że wartość zamówień przekroczyła 1 mld USD. W 2013 r. przewidywano, że ten próg zostanie osiągnięty w ciągu niecałych sześciu lat. Tak też się stało. Obecnie rynek się zmienia. Kopie zapasowe w dalszym ciągu mają kluczowe znaczenie, lecz klienci budują dziś chmury hybrydowe przy użyciu rozwiązań AWS, Azure, IBM i Google, potrzebują więc czegoś więcej niż tylko tworzenia kopii zapasowych. Aby odnieść sukces w tym zmieniającym się środowisku, Veeam musi się do niego dostosować. Za sprawą ponad 60 000 partnerów handlowych i usługowych oraz największą siecią partnerów technologicznych, takich jak Cisco, HPE, NetApp, Nutanix i Pure Storage, firma jest znakomicie przygotowana na dominację nowego rynku zarządzania danymi w chmurze. Wizja i strategia dla chmury hybrydowej pozwoli na osiągnięcie sukcesu, o jakim inne firmy mogą tylko pomarzyć” — powiedział Ratmir Timashev, współzałożyciel firmy Veeam i wiceprezes działu sprzedaży i marketingu.
Veeam od ponad dziesięciu lat jest czołowym dostawcą rozwiązań do tworzenia kopii zapasowych, odtwarzania danych i replikacji. Przedsiębiorstwo początkowo koncentrowało się na wirtualizacji serwerów dla środowisk VMware, lecz w ostatnich latach rozszerzyło swoją ofertę podstawową i udostępniło narzędzia zintegrowane z wieloma hiperwizorami, serwerami fizycznymi i punktami końcowymi, a także z obciążeniami w chmurach publicznych i opartymi na technologii SaaS. Współpracuje przy tym z czołowymi dostawcami technologii chmurowych, pamięci masowej, serwerów, infrastruktury hiperkonwergentnej i aplikacji, dzięki czemu oferuje najwszechstronniejszą na rynku platformę do zarządzania danymi w chmurze.
Skoncentrowana na partnerach strategia Veeam i umiejętność firmy w dostosowywaniu się do wymogów rynku jest kluczem do sukcesu oraz fundamentem dla drugiego etapu rozwoju. W styczniu firma wprowadziła pakiet Veeam Availability Suite™ 9.5 Update 4, w którym oferuje nowe, ważne funkcje udostępniające łatwą migrację do chmury i mobilność w chmurze, chmurowe kopie zapasowe, ekonomiczne przechowywanie danych i przenoszenie licencji stworzonych z myślą o chmurze, większe bezpieczeństwo i lepszy nadzór nad danymi. Zaoferowano też rozwiązania ułatwiające usługodawcom wprowadzanie na rynek usług opartych na technologii Veeam. Niedawno firma zaprezentowała nowy program with VeeamTM (patrz: osobna informacja prasowa), w ramach którego Veeam będzie współpracować z czołowymi producentami pamięci masowej i infrastruktur hiperkonwergentnych klasy korporacyjnej, aby zapewnić klientom kompleksowe rozwiązania dodatkowej pamięci masowej, łączące oprogramowanie Veeam z najlepszymi w branży urządzeniami pamięci masowej i infrastruktury hiperkonwergentnej oraz narzędziami do zarządzania. Zapowiedziano już wspólną pracę nad rozwiązaniami z firmami ExaGrid i Nutanix.
„Od samego początku Veeam stawia na współpracę z kanałem partnerskim z myślą o korzyściach dla klientów. Dzięki połączeniu sił z partnerami w obszarze pamięci masowych i chmury, oferujemy swobodę wyboru, elastyczność i wartość dla klientów niezależnie od wielkości ich przedsiębiorstw. Nowy program with Veeam jest odzwierciedleniem takiego podejścia, a obrana strategia pomoże jeszcze bardziej umocnić się firmie na czołowej pozycji” — dodał Ratmir Timashev.
Veeam nieustannie zmienia się i dostosowuje do rynku, rozumie swoich użytkowników, dynamicznie tworzy innowacje i analizuje, jak punkty zwrotne w branży wpływają na klientów. Dzięki temu firma stała się niekwestionowanym liderem rynku zarządzania danymi w chmurze, którego wartość ma w 2020 r. przekroczyć 15 mld USD[i].
[i] Źródło: Gartner, IDC i wewnętrzne szacunki firmy Veeam
Sytuacje stresowe, działania pod presją czasu, czy naciski z zewnątrz to tylko niektóre przykłady czynników wywołujących tzw. „wykolejacze kariery”. Takie zachowania mogą osłabić naszą wydajność i bezpośrednio wpływać na to jak pracujemy, a nawet jak potoczy się nasza cała kariera zawodowa. Czy da się je zdiagnozować?
– Każdy z nas posiada obszary dysfunkcyjne i czynniki, które mogą ujawniać się
w sytuacjach stresowych. Takie zachowania wpływają na efektywność naszej pracy i styl zarządzania. Mogą też nam utrudniać wspinaczkę po kolejnych szczeblach kariery,
czy budować i utrzymywać relacje interpersonalne. „Uruchomienie” wykolejaczy kariery bezpośrednio przekłada się na wyniki firmy oraz na poziom zadowolenia z życia. Wczesne rozpoznanie behawioralnych czynników pozwala na ograniczenie ich wpływu poprzez odpowiedni coaching i szkolenia zawodowe. – mówi Magdalena Nowacka, Senior Consultant, Assessment Systems Polska.
W neutralnych warunkach, podwyższone czynniki przy niektórych cechach osobowości mogą stanowić o jej mocnych stronach. Jednak, kiedy osoba jest zmęczona, zestresowana, zostaje awansowana na wyższe bardziej odpowiedzialne stanowisko, wówczas te czynniki ryzyka mogą ograniczać efektywność i stawać na drodze
do osiągania sukcesu w karierze, relacjach, edukacji i życiu osobistym.
Wykolejacze kariery
Dr Robert Hogan, wybitny, amerykański psycholog zdefiniował i opisał najistotniejsze zachowania, które mogą utrudnić osiągnięcie sukcesu. Oto one:
Labilność emocjonalna: u osób z tym czynnikiem widzimy że szybko się denerwują, często ulegają nastrojom, trudno je zadowolić i są zmienne emocjonalnie.
Podejrzliwość: inaczej nieufność, cynizm, wrażliwość na krytykę i koncentracja na tym,
co negatywne.
Zachowawczość: ktoś, kto nie jest asertywny, unika ryzyka, wolno podejmuje decyzje i jest oporny na zmiany.
Zamknięcie w sobie: osoby często trzymają się na uboczu, są obojętna na uczucia innych
i małomówne.
Nieelastyczność: poznamy po tym, iż osoby wydają się być chętne do współpracy,
ale w sytuacjach stresowych są irytujące, uparte i trudne do współpracy.
Arogancja: zbyt duża pewność siebie, wyniosłość, zawyżone poczucie własnej wartości.
Manipulowanie: osoba z tym czynnikiem często wzbudza podziw, lubi podejmować ryzyko, testuje granice i poszukuje ekscytacji.
Teatralność: poszukuje uwagi, przeszkadza, ma słabą umiejętność słuchania.
Fantazjowanie: twórczy i kreatywny, myśli i działa w nietypowy lub w ekscentryczny sposób.
Drobiazgowość: skrupulatny, precyzyjny, trudny go zadowolić, w sytuacjach stresowych skupia się na najmniej istotnych szczegółach zamiast szukać rozwiązania.
Oportunizm: lubi zadowalać innych, nie jest chętny do samodzielnego działania lub wyrażaniu opinii.
Jak zdiagnozować „ciemną stronę” osobowości?
Skuteczną metodą do poznania osobowości jest Badanie Rozwojowe Hogana (HDS) określające obszary, które mogą stać się przeszkodą dla dalszego rozwoju kariery.
HDS dostarcza szczegółowych informacji na temat czynników ryzyka, które utrudniają osobie funkcjonowanie w relacjach z innymi i mogą zablokować dalszy jej rozwój zawodowy. Na podstawie kwestionariusza rekruterzy są w stanie stwierdzić, czy czynniki osobowości są na poziomie, który pozwoli odnieść sukces na stanowisku, na które kandydat aplikuje. Przedstawicielem Metody Hogana w Europie Środkowo-Wschodniej jest firma Assessment Systems Polska.
Podobnie jak w przypadku każdej innej branży, kierunek, w jakim zmierza rynek alkoholi mocnych jest wyznaczany przede wszystkim przez upodobania konsumentów. To właśnie oni mają wpływ na postępującą premiumizację tej kategorii alkoholi, a także na potrzebę wprowadzania innowacji w postaci nowych smaków i wariantów. Niszowym, choć zyskującym na znaczeniu zjawiskiem, jest sięganie do tradycji i kraftowej produkcji.
O najważniejszych trendach i zjawiskach obecnych na rynku alkoholi mocnych, a także wyzwaniach związanych z wyrobem alkoholi kraftowych mówi Jakub Gromek, główny akcjonariusz i założyciel Mazurskiej Manufaktury Alkoholi, realizującej crowdfundingową zbiórkę na rozwój kraftowej produkcji wódek i nalewek.
Świadomy jak współczesny konsument
Zgodnie z szacunkami agencji badawczej Nielsen, udział alkoholi mocnych w ogólnej sprzedaży napojów alkoholowych wyniósł w 2017 roku niemal 42 proc. To kategoria dość stabilna i nasycona, choć podążająca za panującymi na rynku trendami. Głównym zjawiskiem obecnym w tej kategorii jest przede wszystkim wzrost znaczenia alkoholi premium, stanowiących aktualnie drugi największy segment pod względem udziałów w koszyku. Dodatkowo jest to najszybciej rozwijający się segment. Potwierdzają to badania Nielsena, zgodnie z którymi udział segmentu alkoholi premium w całej kategorii wzrósł w 2017 roku aż o 9,4 proc. w porównaniu do roku 2016. Jednocześnie, udział trunków mainstreamowych stanowiących największy segment, wzrósł jedynie o 1 proc. To przede wszystkim efekt zmieniających się trendów i świadomości konsumenckiej. Zgodnie z wynikami badania zrealizowanego w 2019 roku przez agencję badawczą Puzzle Research, co piąty pijący respondent zmienił w ciągu ostatnich dwóch lat swoje zwyczaje dotyczące spożycia alkoholu. Polacy są coraz bardziej zamożni, więcej podróżują, próbują nowych smaków i tym samym, doceniają jakość alkoholu. Pijemy dla przyjemności, koncentrując się na celebracji smaku, dlatego też coraz chętniej sięgamy po alkohol z wyższej półki cenowej. Stąd postępująca premiumizacja na rynku alkoholi, nie tylko tych mocnych.
Wódki smakowe zyskują na znaczeniu
Największą popularnością wśród alkoholi mocnych wciąż cieszy się wódka. Według danych Nielsena sprzedaż kategorii wódki wzrosła o 1,9 proc. w 2017 roku, osiągając wartość 11,3 miliardów złotych. Z jednej strony to kategoria dość stabilna, zdominowana przez pięć największych koncernów międzynarodowych, odpowiadających za ponad 90 proc. sprzedaży (CEDC, Stock, Marie Bizard, Pernod Ricard, Brown Forman). Z drugiej strony i tutaj dociera trend premiumizacji, ale i potrzeba innowacji. Świadczy o tym powolny odwrót do tzw. produktów economy, a także rosnąca popularność tzw. wódek smakowych, których sprzedaż w 2017 osiągnęła aż 3,1 mld zł. Odzwierciedleniem tego trendu jest też wciąż powiększające się portfolio „wódek” smakowych. Co ciekawe, wśród ulubionych smaków dominują te postrzegane jako tradycyjne, czyli wiśnia, pigwa czy malina. Zwiększające się portfolio wariantów smakowych można dostrzec także w dynamicznie rozwijającej się kategorii whisky, której sprzedaż od kilkunastu lat rośnie w dwucyfrowym tempie.
Kraft, czyli nowe (lepsze) życie wódki
Coraz większa orientacja na polskie, lokalne wyroby jest kolejnym zjawiskiem obecnym na rynku alkoholi mocnych. Świetnym przykładem jest tutaj rynek piwa i trwająca od kilku lat rewolucja, w której mali producenci szturmem podbijają rynek i podniebienia konsumentów oferując dobre jakościowo, różnorodne, rzemieślnicze wyroby. Kraftowa produkcja w konkurencyjnej kategorii alkoholi mocnych to wciąż nisza, choć myślę że i tutaj jest szansa na powtórzenie sukcesu producentów piw rzemieślniczych. Zwłaszcza, że np. wódka to tradycyjny polski wyrób – tak naprawdę jedyna polska marka globalna, rozpoznawalna na całym świecie oraz wpisana na listę chronionych oznaczeń geograficznych. Nie mówiąc już o wiśniówkach czy pigwówkach, które kojarzą nam się z domową produkcją opartą na tradycyjnych, babcinych recepturach. W związku z tym, powrót do tradycyjnej, rzemieślniczej produkcji alkoholi mocnych i odczarowanie negatywnego wizerunku wódki może być kluczem do pozyskania nowej grupy konsumentów, tak jak to miało i nadal ma miejsce w kategorii piwa. O tym, że sięganie do tradycji w kontekście alkoholi mocnych ma wzięcie mogą świadczyć np. pojawiające się w dużych miastach restauracje, w których oferowana jest np. jedynie wiśniówka własnego wyrobu.
Problemy rzemieślniczej produkcji
Z drugiej strony kraftowa produkcja, oparta na jakościowych składnikach i mniejszych, kontrolowanych partiach wiąże się ze sporymi kosztami, zwłaszcza dla lokalnych producentów. Przykładem są tutaj chociażby koszty akcyzy, która pochłania ok. 60-70 proc. wartości sprzedaży. I tu pojawia się kolejny problem. Niezależnie od terminu płatności ustalonego z Klientem, wartość akcyzy musi wpłynąć na konto Urzędu Skarbowego po dokładnie 25 dniach od wysłania towaru ze składu podatkowego. Oznacza to, że mniejsi producenci, aby utrzymać płynność finansową, muszą dysponować odpowiednią ilością kapitału obrotowego. Nie jest więc przypadkiem, że mali producenci korzystają z alternatywnych źródeł finansowania, np. z crowdfundingu. Z tej formy pozyskiwania kapitału skorzystało ostatnio kilka browarów rzemieślniczych, a także nasza Mazurska Manufaktura Alkoholi. Emisja akcji ma z naszej perspektywy, poza korzyściami finansowymi, wartość dodaną w postaci pozyskania i budowania wokół naszej marki sieci ambasadorów i miłośników jakościowych, kraftowych alkoholi.
Australia, Nepal, Wyspy Salomona, to tylko niektóre destynacje, które odwiedzą latem polscy milenialsi
28% polskich użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat spędzi wakacje w Polsce, a 70% ruszy za granicę
56% milenialsów korzystających z Revolut w Polsce oszczędza na wakacje, w Wielkiej Brytanii tylko 30%
Polskim milenialsom Revolut przydaje się głównie do zakupów w Internecie – 69% i na wakacjach – 89%
Revolut przeprowadził badanie wśród użytkowników w wieku 18-38 lat. Milenialsi stanowią w Polsce potężną, liczącą ponad 300 tysięcy osób grupę klientów firmy. To blisko 3/4 społeczności Revolut nad Wisłą. Odpowiedzi 2 tysięcy respondentów wskazują, że polscy milenialsi systematycznie oszczędzają na wakacje (56%) i tego lata planują odwiedzić łącznie około 100 krajów. Lista obejmuje tak egzotyczne destynacje jak Seszele, Nepal czy Wyspy Salomona, ale popularnością biją je Hiszpania (9%), Włochy (11%) i Polska (28%).
“Tego lata kilkaset tysięcy Polaków wyruszy w podróż z Revolut po najpiękniejszych zakątkach świata. W tym sezonie rozszerzyliśmy ofertę do 29 walut, które można kupić i trzymać w aplikacji. Mamy więc, zarówno standardowe waluty jak węgierski forint czy korona czeska, jak i waluty bardzo popularnych wśród Polaków destynacji turystycznych, jak tajski bat, chorwacka kuna, turecka lira i bułgarski lew. Wielu użytkowników prosiło nas o te waluty, cieszymy się, że możemy już je udostępnić” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Topowe destynacje
Milenialsi korzystający z Revolut są otwarci na świat i podróże. 28% planuje wakacje w Polsce, ale zdecydowana większość chce wyruszyć na urlop za granicę (70%). Na podium preferowanych destynacji zagranicznych znalazły się Włochy (11%), Hiszpania (9%) i Chorwacja (8%). Nieco mniej respondentów wskazało na Grecję (7%), Portugalię (5%) i USA (3%). Dwa procent badanych planuje wyjazd do Turcji, taki sam odsetek myśli o Tajlandii. Około 1% respondentów wskazało na Bułgarię, Egipt, Ukrainę, Francję, Wielką Brytanię, Japonię i Wietnam. Tyle samo nie wie jeszcze gdzie spędzi urlop, a 1% w tym roku wcale go nie planuje. Podium preferowanych destynacji jest więc inne niż w badaniach Polskiej Izby Turystyki (2018) czy Neckermann (2019), gdzie prym wiodły Grecja, Turcja i Bułgaria. Klienci Revolut częściej wybierają nieco droższe Włochy, Hiszpanię i Chorwację.
“Revolut to społeczność osób kochających podróże. To grupa niezwykle cenna z punktu widzenia usługodawców branży turystycznej. Sądzę, że w interesie operatorów wycieczek, linii lotniczych oraz sieci hoteli jest zabieganie o względy użytkowników Revolut, na przykład poprzez oferowanie im atrakcyjnych zniżek. Potencjał naszej grupy użytkowników dostrzegły już takie marki jak airbnb, itaka i booking.com” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Auto czy samolot?
O ile do Chorwacji można wybrać się autem, a na Ukrainę pociągiem, to przy wyprawie do Wietnamu lub Japonii jedyną optymalną opcją jest samolot. 60% użytkowników Revolut, którzy zgodzili się wziąć udział w ankiecie, by dotrzeć na upragnione wakacje wybierze transport lotniczy. 29% pojedzie samochodem. Mijając autem wiele granic i tankując po drodze dobrze jest nie martwić się o wymianę walut. Na pociąg decyduje się 2%, a na autokar tyle samo co na autostop, czyli zaledwie 1% podróżujących. Polscy milenialsi ewidentnie preferują samolot lub własne auto. Podobne wnioski wysnuć można z badania Mondial Assistance, gdzie na auto wskazało 25%, a na samolot 63% respondentów (2019).
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
“W tegorocznym sezonie, aby dodatkowo ułatwić zarządzanie finansami za granicą, oddaliśmy w ręce użytkowników dwie nowe funkcjonalności. Po pierwsze, są to długo oczekiwane płatności Apple Pay. Po drugie, możliwość organizacji wakacyjnych zrzutek, za pomocą wspólnych Sejfów Group Vaults. Ta funkcja pomoże szybciej składać się i rozliczać za wspólne jedzenie lub transport. Zapraszamy do testowania obu nowych usług podczas tegorocznych letnich wojaży” – mówi Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.
Płatności za granicą
Polscy milenialsi, którzy wzięli udział w badaniu, płacą na wakacjach na wiele sposobów. 89% korzysta z Revolut, ale wiele osób wspiera się także kartą tradycyjnego banku (40%) i wypłaca gotówkę. Przeszło 32% wypłaca obce waluty z bankomatów, a co czwarta osoba korzysta również z kantoru. Spośród nich większość wybiera kantor w Polsce (26%), ale są też osoby korzystające z kantoru za granicą (8%). Bardzo niewielka grupa wyrusza na urlop zabierając ze sobą kryptowaluty (1%). Tak zróżnicowane podejście daje dodatkowe bezpieczeństwo, bo zawsze warto mieć “plan B”, a nawet “plan C” i oprócz Revolut, mieć też kartę banku i trochę gotówki (np. dolary).
Wakacyjny budżet
Na koniec ankiety padło pytanie o planowany w tym roku budżet wakacyjny na jedną osobę. Odpowiedzi ułożyły się podobnie we wszystkich przedziałach. Poniżej 1000 zł na osobę wyda 19% respondentów, pomiędzy 1 i 2 tys./os. około 22%, a między 2 i 3 tys./os. 20%. Mniej reprezentowana jest grupa, która planuje wydać między 3 i 4 tys. zł/os. (10%). Następnie, ponad 4 tys. zł/os. wyda co piąty badany (20%). 8% polskich użytkowników Revolut w wieku 18-38 lat, nie zdecydowało jeszcze jaką kwotę przeznaczy na tegoroczne wakacje.
„To niesamowite jak wiele egzotycznych destynacji odwiedzają w wakacje nasi użytkownicy. Urugwaj, Namibia, Laos, Madagaskar, Nepal, Peru, Uzbekistan, Wyspy Zielonego Przylądka, w zasadzie trudno znaleźć kierunek gdzie nie dotrą w te wakacje Polacy. Mamy nadzieję, że Revolut będzie pomocny podczas tych wspaniałych podróży” – dodaje Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.O Revolut Money Report Revolut Money Report to badanie przeprowadzone metodą ankietową online wśród użytkowników Revolut w Europie. Polska edycja badania zrealizowana została w dniach 7-8 maja 2019. Do udziału w ankiecie zaproszono mailowo 27469 polskojęzycznych użytkowników w Polsce, urodzonych w latach 1981-2001 (wiek 18-38 lat). W ankiecie udział wzięło 1969 respondentów. Najmniejsza liczba odpowiedzi udzielonych na pojedyncze pytanie: 1623. Język ankiety: polski. Liczba pytań: 21. Typ pytań: jednokrotnego wyboru i wielokrotnego wyboru, pytania w większości zamknięte. Średni czas wypełnienia ankiety: 3 minuty.
W I kw. 2019 r. Polacy otrzymali 10,2 mld zł odszkodowań i świadczeń z tytułu ubezpieczenia. Każda godzina pracy ubezpieczyciela oznaczała 5 mln zł pomocy dla poszkodowanych. Co pół minuty naprawiana jest w Polsce jedna szkoda z OC komunikacyjnego.
Najważniejsze dane o rynku ubezpieczeń po I kw. 2019 r.
10,2 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
o 5,1 mld zł z ubezpieczeń na życie
o 3,7 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych
o 1,4 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
74,6 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
16,8 mld zł aktywów ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
343 mln zł podatku dochodowego ubezpieczyciele odprowadzą do budżetu państwa
– Tylko w pierwszym kwartale tego roku ubezpieczyciele zlikwidowali ponad 300 tys. szkód z OC komunikacyjnego. Poszkodowani otrzymali ponad 2,3 mld zł odszkodowań i świadczeń, czyli o ponad 2,5 proc. więcej niż rok wcześniej – mówi J. Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Na ochronę swoich pojazdów Polacy wydali w I kw. 2019 r. prawie 6 mld zł, z czego ok. 3,7 mld zł stanowiły składki na OC, a ok. 2,2 mld zł – składki na autocasco. Z kolei za ponad 1 mld zł kupiliśmy ubezpieczenia chroniące przed skutkami żywiołów. – Wyniki za I kwartał nie obejmują kosztów podtopień i wichur, które miały miejsce w maju tego roku. Wiadomo jednak, że zakłady ubezpieczeń są przygotowane na wszelkie zjawiska pogodowe, zarówno pod kątem organizacyjnym jak i finansowym.
Najprostsze szkody są likwidowane już w jeden dzień, a ubezpieczyciele powszechnie stosują uproszczone procedury likwidacyjne – wyjaśnia Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.
Na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I kw. 2019 r. ponad 5,2 mld zł, o 7,7 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub.r.. Otrzymali z tego tytułu prawie 5,1 mld zł świadczeń. – Upowszechnienie indywidualnej ochrony życia i zdrowia jest jednym z największych wyzwań na rynku ubezpieczeń. Żyjemy coraz dłużej, na coraz wyższym poziomie, często ze zobowiązaniami kredytowymi na kilkadziesiąt lat. Właściwe ubezpieczenie na życie powinno być standardem jeśli chodzi o ochronę najbliższych nam osób – podkreśla J. Grzegorz Prądzyński.
Polscy ubezpieczyciele wypracowali w I kw. 2019 r. ponad 1,1 mld zł zysku netto – o 8,6 proc. więcej niż rok wcześniej. To oznacza zasilenie budżetu państwa w 343 mln zł podatku dochodowego. Dodatkowo, firmy ubezpieczeniowe odprowadziły też ok. 120-130 mln zł tzw. podatku od aktywów.
Handel w środę sprowadza się do obserwacji odczytu inflacji z USA. Kolejny słaby odczyt ugruntuje przekonanie, że presja inflacyjna prawie nie istnieje i Fed ma wszystkie powody, by nie zwlekać zbytnio z obniżką stóp procentowych. Z drugiej strony silny odczyt zatrzęsie krótkimi pozycjami w USD, które nagromadziły się w ostatnim czasie. Ale inflacja to nie wszystko, co ma znaczenie dla Fed.
Ponieważ głównym tematem (obok wojen handlowych) dla inwestorów jest przyszłość polityki Fed, poziom skupienia na kluczowych danych z USA jest wyjątkowa. Inflacja ma szczególne miejsce, w końcu dbanie o stabilność cen leży w mandacie Fed. Po trzech miesiącach rozczarowujących odczytów inflacji bazowej na poziomie 0,1 proc. m/m kolejny słaby wynik bez wątpienia będzie złym sygnałem i zaproszeniem do łagodzenia polityki pieniężnej. Jeśli do tego wskaźnik roczny znajdzie się poniżej 2 proc. (prog. 2,1 proc.), tj. celu inflacyjnego, rynek zacznie wierzyć, że gołębie w Fed będą się palić do zasygnalizowania gotowości do prędkiego zwrotu w polityce, a nawet już za tydzień wystąpią z pierwszymi wnioskami o obniżkę. Jakkolwiek wątpliwe jest, aby rynek zdecydował się dyskontować więcej niż trzy obniżki do końca roku (co już jest w cenach), tak spokojnie może przesuwać oczekiwania co do pierwszego ruchu z lipca (80 proc.) na czerwiec (12 proc.). Zatrzymanie rynku USD w ostatnich dniach (w odróżnieniu od wyraźnej korekty) po przecenie wywołanej słabym NFP w ostatni piątek sugeruje, że rynek tylko czeka na nowy impuls.
Naturalnie w naturze danych leży to, że mogą zaskakiwać i inflacja w maju może w końcu nadrobić słabość z poprzednich miesięcy. Czy to może całkowicie odmienić nastawie Fed? Nie, ponieważ oprócz inflacji Fed (i rynki) śledzą perspektywy wzrostu gospodarczego (USA i świata), szczególnie w kontekście pogarszającej się sytuacji w globalnej wymianie handlowej. To przede wszystkim było pierwotnym uzasadnieniem dla dyskontowania obniżek stóp procentowych Fed, a słabość inflacji jest dodatkiem. Mimo to dane będą miały znaczenie dla krótkoterminowych uczestników rynku, gdyż będą stanowić atrakcyjny pretekst, by zachwiać pewnością siebie tych, którzy jako ostatni wskoczyli na karuzelę masowej sprzedaży USD. Ale w szerszym ujęciu nawet przy silniejszym CPI pozostaniemy z wątpliwościami o rynek pracy, ożywienie i politykę handlową Trumpa. Stąd jakikolwiek przejaw siły dolara może okazać się krótkotrwały.
W nocy w Australii na pierwszym planie będzie raport z rynku pracy. Dane są interesujące szczególnie po tym, jak RBA zaczął przywiązywać dużą istotność do sytuacji na rynku pracy w przełożeniu na inflację. Majowe dane mogą być jednak trudne do zinterpretowania, gdyż wybory parlamentarne podbiły tymczasowe zatrudnienie. Na płytkim rynku w trakcie azjatyckiej części sesji łatwo będzie o chaos i przesadną reakcję rynku na mocne dane. Jednak przejawiająco się w ostatnich dniach niemoc AUD (pomimo poprawy rynkowej sentymentu i presji na USD) jest dla mnie alarmującym sygnałem, by nie oczekiwać trwałości ewentualnych wzrostów.
Jak wskazuje najnowsze badanie JLL, skala inwestycji w sektorze mieszkaniowym w Europie może wzrosnąć w tym roku nawet o 30%. Trend wzrostowy widoczny jest również w Polsce.
Sektor mieszkaniowy w Europie przyciąga coraz większe pieniądze. W 2018 roku łączna wartość inwestycji w projekty związane z szeroko rozumianym „zamieszkaniem” wyniosła 69 mld EUR. Inwestorzy najchętniej wybierali Wielką Brytanię. Na rynki CEE trafiło 16% zainwestowanego kapitału.
Według najnowszego badania JLL European Living Survey, przeprowadzonego na zlecenie JLL przez Aberdeen Standard Investments, aktywa z kategorii Living – obejmującej mieszkania na wynajem, mieszkania studenckie, nieruchomości typu coliving, oraz obiekty dedykowane seniorom – są brane pod uwagę przez 8 z 10 inwestorów, którzy chcą rozszerzyć działalność na nowe rynki europejskie. 41% tych, którzy już posiadają aktywa w sektorze mieszkaniowym, zamierza zwiększyć swoje zaangażowanie, a 45% tych, którzy w mieszkaniówkę jeszcze nie inwestowali poszukuje takiej możliwości. Oznacza to, że do sektora, w którym w 2018 r. zainwestowano 69 mld euro ma szansę trafić kolejne 40 mld. Produkty z segmentu Living kuszą inwestorów m.in. perspektywą stabilnego, długoterminowego zysku.
Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL
Czynnikiem najczęściej branym pod uwagę przez firmy rozważające inwestycje w nowe klasy aktywów jest przede wszystkim skala popytu, a ta, przy zmieniających się dynamicznie czynnikach demograficznych jest, w większości krajów Europy, wciąż wyższa niż podaż. To zapewnia stabilny strumień dochodów. – Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL
Demografia motorem zmian
Urbanizacja, starzenie się społeczeństwa, wzrost liczby studentów generują w regionie popyt na nową kategorię produktów inwestycyjnych, jakimi są aktywa z obszaru Living. Postępujące zmiany społeczne i demograficzne znajdują odbicie w sposobie alokacji środków. Dotychczas inwestorzy najchętniej wybierali mieszkania na wynajem. Ponad 3/4 podmiotów biorących udział w ankiecie zadeklarowało, że posiada aktywa tego typu, a ¼ ogranicza się niemal wyłącznie do nich (ponad 90% zainwestowanych środków). Kolejnym pod względem popularności był segment mieszkań studenckich, w który zainwestowała ponad połowa uczestników badania. Jednocześnie 75% inwestorów przyznało, że ich zdaniem w najbliższych latach najszybciej mają szansę rosnąć inwestycje w projekty colivingowe.
Zdaniem Maximiliana Mendla również w Polsce obserwujemy rosnącą rolę tych czynników w kształtowaniu rynku mieszkaniowego. „Zmiany na rynku pracy i odejście młodego pokolenia od własności na rzecz szeroko rozumianej elastyczności wyboru (pracy, miejsca i standardu zamieszkania), to jeden z głównych czynników zwiększających zainteresowanie mieszkaniami na wynajem. Młodzi Polacy żyją inaczej niż ich rodzice – nie chcą przywiązywać się do miejsca ani obciążać budżetu wieloletnim kredytem, znacznie później zakładają rodziny lub decydują się na życie w otwartych związkach, a to istotnie zmienia ich wymagania dotyczące formy zamieszkania. Postępująca nomadyzacja życia i rosnąca popularność rozwiązań opartych na ekonomii współdzielenia skłania do poszukiwania ich również w sferze dotyczącej zamieszkania.”
Nowe kierunki rozwoju
W oparciu o bieżące i planowane inwestycje, najbardziej atrakcyjnym rynkiem dla ankietowanych inwestorów pozostaje Wielka Brytania, gdzie 68% z nich działa aktywnie lub zamierza ulokować kapitał w najbliższych latach. Przy tym dominującym segmentem są tu mieszkania studenckie. Na drugim miejscu pod względem dotychczasowej alokacji środków znajdują się Niemcy. Tu z kolei kluczową rolę odgrywają inwestycje w segmencie mieszkań na wynajem. Na największy wzrost zaangażowania inwestorów w najbliższych latach mogą liczyć Francja, Holandia i Szwecja, a tuż po nich – zgodnie z deklaracjami złożonymi na potrzeby JLL European Living Survey – Hiszpania i Irlandia. Rynki Europy Środkowej i Wschodniej, na których znajduje się obecnie 16% kapitału zainwestowanego w sektorze mieszkaniowym w Europie, jako nowy cel inwestycyjny wskazane zostały przez 18% respondentów.
Wskazuje to na rosnące zainteresowanie regionem, w którym jeszcze 5 lat ten segment rynku nie istniał w ogóle. Ostrożne jeszcze plany inwestycyjne w tej części Europy wynikają m.in. z braku gotowych produktów o określonej wielkości. Gdybyśmy mieli w Polsce i innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej ustabilizowane portfele odpowiedniej skali, przyciągnęlibyśmy również tych inwestorów, których strategia inwestycyjna wyklucza transakcje typu forward purchase czy forward funding. – Maximilian Mendel, kierujący Działem Inwestycji Mieszkaniowych JLL
W ciągu pierwszych trzech miesięcy tego roku zaległości kredytowe i pozakredytowe Polaków wzrosły o ponad 2 mld zł, a liczba niesolidnych dłużników zwiększyła się o 21,5 tys. do blisko 2,8 mln osób. Niesolidni dłużnicy za swoje zaległości mogliby kupić siedem giełdowych spółek klasyfikowanych w najważniejszym indeksie GPW. Wystarczyłoby im na firmę odzieżową LPP i obuwniczą CCC, telekomy Play i Orange, paliwowy Lotos, producenta gier CD Projekt oraz Alior Bank. To dużo, bo znaczące są też przeterminowane płatności Polaków widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazie Biura Informacji Kredytowej. Na koniec I kwartału tego roku przekroczyły 76 mld zł.
Tym razem zaległości jak i nierzetelnych dłużników przybyło najwięcej na Pomorzu. Z kolei woj. lubuskie jest liderem pod względem odsetka niesolidnych dłużników. Problem dotyczy tam – już 116 na 1000 dorosłych mieszkańców. W rankingu najbardziej zadłużonych regionów nadal prowadzi Mazowsze, a najwięcej dłużników ma Śląsk. Do geograficznej układanki, na mapie nierzetelnych dłużników, swoje dorzuca też solidna płatniczo wschodnia części Polski. Jeden z mieszkańców woj. lubelskiego to 62-letni rekordzista z zaległościami na ponad 70 mln zł.
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Wzrost liczby niesolidnych dłużników sprawił, że w I kwartale podwyższył się Indeks Zaległych Płatności Polaków. Wskaźnik, który pokazuje ile osób z problemami finansowymi przypada na 1000 dorosłych mieszkańców kraju, wzrósł o 0,7 pkt. i wynosi obecnie 88,8 pkt. O ile w BIK niesolidnych dłużników jest obecnie mniej niż rok temu i pod koniec ub.r., to w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor w trzy miesiące przybyło 33,5 tys. osób i jest już ich ponad 2,2 mln. Do BIG trafiają niepłacący, m.in. rachunków za czynsz, telefon i internet, opłat sądowych, alimentów, kar za jazdę bez biletu, rat pożyczkowych czy wierzytelności windykowanych. – Lista nabiera rozmiarów nie tylko z powodu rosnącego problemu z wypłacalnością Polaków, ale również dlatego, że wierzyciele częściej sięgają po tego typu formę nacisku. Choć niepłacącym może się wydawać, że kwoty do zwrotu są niewysokie, to skala problemu sprawia, że łącznie na minusie pokazują się miliardy złotych, za które można byłoby już kupić jedną trzecią giełdowych spółek z prestiżowego indeksu WIG20 – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Firmy nie tylko wpisują, ale również coraz chętniej sprawdzają potencjalnych klientów w BIG, zanim zaoferują im usługi czy towar z odroczonym terminem płatności. – Obecnie już co dziesiąte zapytanie weryfikujące wiarygodność potencjalnego klienta w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor w odpowiedzi otrzymuje informację o długu sprawdzanej osoby. Najwięcej niesolidnych dłużników wychwytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne, co pokazuje, że do nich osoby z problemami finansowymi przychodzą najczęściej – mówi Sławomir Grzelczak.
Ważne liczby
Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków wyniosła na koniec marca 2019 – 76 011 780 554 zł. Zadłużenie mieszkańców Polski w ciągu pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku, rosło w mniejszym stopniu niż to miało miejsce w ostatnim kwartale 2018 r. (o 2,4 mld zł), ale bardziej niż na początku zeszłego roku, gdy było to 1,24 mld zł. Wartość długów z tytułu niespłacanych rachunków wzrosła o 1 015 185 678 zł (2,5 proc.) do 40,94 mld zł, zaś nieregulowanych w terminie kredytów o 1 030 742 511 zł (3 proc.) do 35,07 mld zł. Jeśli chodzi o liczbę dłużników, to wyróżnia się Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor, w którym w ciągu pierwszego kwartału 2019 r. przybyło 33 499 nowych dłużników i jest ich aktualnie 2,21 mln. W tym czasie w Biurze Informacji Kredytowej liczba osób opóźniających spłatę kredytów o 30 dni zmalała o 14 486 osób do 1,17 mln. Łączna liczba osób posiadających zaległości w BIG InfoMonitor i BIK wynosi 2 798 862 i jest niższa niż suma dłużników obu baz, ponieważ 21 proc. z nich ma zaległości jednocześnie w obu bazach.
Średnio jeden dłużnik ma 27 158 zł przeterminowane płatności, to o 2 proc. więcej niż na koniec grudnia 2018 r. Przy czym średnia zaległość kredytowa wynosi 29 799 zł na osobę, a pozakredytowa 18 518 zł. W porównaniu z poprzednim kwartałem odnotowano wzrosty w obu przypadkach, odpowiednio o 4,3 proc. oraz 1 proc.
599 897 z nich (21,0 proc.) ma jednocześnie zaległości kredytowe i pozakredytowe.
Ujęcie geograficzne
Średnia wartość zaległego zobowiązania przypadająca na osobę wciąż ma najwyższy poziom na Mazowszu, gdzie wynosi 36 318 zł, następnie w Małopolsce – 28 705 zł oraz w województwie zachodniopomorskim – 28 442 zł. Średnia wzrosła we wszystkich województwach. Najbardziej na Pomorzu – o 3,2 proc. oraz na Mazowszu i w Wielkopolsce – po 2,5 proc.
Jeśli chodzi o liczbę osób z zaległymi zobowiązaniami na 1000 dorosłych mieszkańców, to w sześciu województwach utrzymuje się na tym samym poziomie, co w ostatnim kwartale 2018 roku, tj.: dolnośląskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, wielkopolskim i zachodniopomorskim. Najwięcej dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców można spotkać w Lubuskiem – 116 osób, Zachodniopomorskiem – 115 osób oraz na Dolnym Śląsku – 114 osób. Najmniej na Podkarpaciu – 49 osób, Małopolsce – 59 osób i na Podlasiu – 62 osoby. O jedną osobę, w porównaniu z poprzednim kwartałem, wzrosła ta statystyka dla Polski i wyniosła na koniec marca – 89 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych osób.
Przeciętna zaległość w różnych grupach wiekowych
Przeciętna zaległość zwiększyła się we wszystkich grupach wiekowych. Od dwóch kwartałów największe wzrosty dotyczą osób po 65 roku życia. Na koniec marca br. w tej grupie wiekowej przeciętna zaległość wzrosła o 1 244 zł do 23 610 zł. Jednak wciąż najpoważniejsze problemy finansowe mają osoby między 45 a 54 rokiem życia, bo przeciętna zaległość wynosi tu 37 257 zł. Jej wartość urosła w ciągu trzech miesięcy o 828 zł. O 651 zł do 6 965 zł wzrosła natomiast przeciętna zaległość osób między 18 a 24 rokiem życia.
Podział zaległości na kredytowe i pozakredytowe pokazuje, że to te pierwsze ze względu na wyższe wartości, generują większe problemy i to w każdej grupie wiekowej.
W pierwszym kwartale wzrosły przeciętne zaległości z tytułu większości zobowiązań. Najbardziej wzrosły przeciętne kwoty nieopłacanych w terminie kredytów mieszkaniowych o 6 287 zł do niemal 180 000 zł, z kolei konsumpcyjnych – o 1 645 zł do 23 372 zł. Wzrosła też średnia wartość niespłacanych alimentów – o 953 zł do 39 134 zł oraz rachunków telefonicznych – o 223 zł. Jedyny minimalny spadek w przypadku zaległych zobowiązań pozakredytowych miał miejsce w zaległościach z tytułu kary za jazdę bez ważnego biletu – o 31 zł. Drobny spadek odnotowano też w przypadku zaległości na kartach kredytowych – o 37 zł.
Rekordziści Polski
Na liście 10. rekordzistów pozostała tylko jedna kobieta, choć wśród ogółu niesolidnych dłużników panie mają 37 proc. udział. Jedyna reprezentantka płci pięknej w niechlubnym rankingu zajmuje w tym momencie 5. miejsce i ma do oddania prawie 40 mln zł. Jest też jedną z najmłodszych osób na liście z tak ogromnymi zaległościami. Drugą rekordzistkę z Mazowsza z długiem na 26 mln zł, znajdującą się na koniec 2018 r. na 10. pozycji, zastąpił mężczyzna z woj. dolnośląskiego z 27,4 mln zł zaległości. Liderem pozostaje mieszkaniec województwa lubelskiego, który ma nieuregulowane ponad 70 mln zł. Suma przeterminowanych zobowiązań 10 rekordzistów wynosi już niemal 400 mln zł. Przez kwartał wzrosła o ponad 7 proc., obniżył się natomiast średni wiek dłużników rekordzistów z 54 do 51 lat.
Najwięcej rekordzistów, bo aż czterech pochodzi z Mazowsza, co nie pozostaje bez wpływu na najwyższy poziom zaległości tego regionu wśród 16 województw.
Rekordziści w województwach
W wojewódzkim rankingu rekordzistów znajdują się wyłącznie mężczyźni. Jedyną kobietę, która wcześniej stała na czele województwa lubuskiego, zastąpił 63-letni mężczyzna z zaległością przekraczającą 8,5 mln zł. Listę otwiera tak jak w przypadku zestawienia top 10, mężczyzna z Lubelszczyzny i zamyka jak kwartał temu mężczyzna z województwa świętokrzyskiego. Nadal najmłodszym reprezentantem wśród wojewódzkich rekordzistów jest 37-latek z Opolszczyzny, natomiast najstarszym – mieszkaniec woj. warmińsko-mazurskiego, który ma 66 lat. Średnia wieku wojewódzkich rekordzistów obniżyła się przez kwartał z ponad 53 do 52,5 roku.
Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach
Z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK wynika, że na prowadzeniu, jeśli chodzi o najwyższe zaległe zobowiązania Polaków, pozostaje Mazowsze, za nim są Górny i Dolny Śląsk. Zmienił się natomiast region, w którym przeterminowane długi mają najniższą wartość – Opolszczyznę zastąpiło Podlasie. Wraz z Ziemią Świętokrzyską są to regiony prezentujące się najlepiej, jeśli chodzi o kwotę zaległości i liczbę niesolidnych dłużników. Znajdują się też wśród regionów z najniższym odsetkiem osób z problemami finansowymi, choć w tym względzie akurat rekordzistami są Podkarpacie i Małopolska, które mają odpowiednio po 49 i 59 niesolidnych dłużników na 1000 dorosłych mieszkańców.
W stosunku do ostatniego kwartału 2018 r. w pierwszych miesiącach tego roku zaległości najbardziej przyrastały na Pomorzu – o 4,1 proc., na Mazowszu i w Wielkopolsce – po 3,3 proc., a także na Warmii i Mazurach – o 3,1 proc. Największą dynamikę przyrostu liczby dłużników zaobserwowaliśmy na północy Polski – w województwach: pomorskim, warmińsko-mazurskim oraz kujawsko-pomorskim.
Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, wcześniejsze publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2019 r.
R22 kontynuuje międzynarodową ekspansję i budowę pozycji lidera rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Grupa R22 podsiała umowę zakupu chorwackiej spółki Avalon, dzięki czemu zostanie wiceliderem chorwackiego rynku hostingu i domen z ponad 17 proc. udziałem. Finalizacja transakcji o wartości 1,8 mln euro planowana jest do końca lipca.
Avalon jest wiceliderem chorwackiego rynku hostingu i domen. Firma osiąga ponad 800 tys. euro przychodów, co daje jej ponad 17 proc. udziału w rynku i mocną pozycję gracza numer dwa. Spółka obsługuje ponad 9 tys. klientów. R22 planuje sfinansować transakcję środkami dłużnymi, przy wsparciu Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZAN, zarządzanego przez PFR TFI S.A.
Jakub Dwernicki, prezes R22
– Wejście na rynek chorwacki to kolejny istotny krok w rozwoju R22 na arenie międzynarodowej i budowie pozycji regionalnego lidera. W tym i następnych latach chcemy wchodzić do kolejnych krajów. Celujemy w działalność na rynkach zamieszkałych przez 100 mln osób. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.
Avalon oferuje usługi hostingowe, sprzedaż i utrzymanie domen, serwery dedykowane, certyfikaty SSL oraz inne usługi dodatkowe. Spółka jest w dobrej kondycji finansowej, w 2018 r. wypracowała ponad 800 tys. euro przychodów, osiągając około 25 proc. marży EBITDA i 15 proc. marży netto.
– Avalon ma silną pozycje na chorwackim rynku i zdywersyfikowaną bazę klientów. W oparciu o przejęte zasoby oraz nasze doświadczenie chcemy przeprowadzić proces konsolidacji chorwackiego rynku. Realizacja kolejnych transakcji możliwa jest w ciągu kilku kwartałów. – dodaje Jakub Dwernicki.
Projekt konsolidacji rynków w krajach Europy Środkowo-Wschodniej stanowi powtórzenie działań i dokonań Grupy na polskim rynku hostingu i domen, gdzie silna pozycja w TOP3 największych graczy została zdobyta dzięki akwizycji i połączeniu w jeden organizm kilku mniejszych podmiotów. R22 posiada zespół dedykowany akwizycjom oraz integracji przejmowanych podmiotów. Pomyślność realizowanych przejęć wynika z odpowiedniego podejścia do ludzi, czerpania wiedzy z ich doświadczenia i dobrego zarządzania zespołami i kapitałem.
R22 to technologiczna grupa świadcząca kompleksowe usługi w zakresie obecności firm w Internecie oraz automatyzacji procesów biznesowych, w szczególności komunikacji, marketingu i sprzedaży. W III kwartale 2018/2019 roku finansowego (okres trzech miesięcy zakończony 31 marca 2019 r.) Grupa osiągnęła 37,3 mln zł przychodów i 10,0 mln zł znormalizowanej EBITDA – wzrost o odpowiednio 28 proc. r/r i 51 proc. r/r. Zysk netto wzrósł o 90 proc. i wyniósł 4,9 mln zł.
Pomimo wprowadzonej od początku roku znaczącej zmiany przepisów podatkowych w zakresie leasingu i wynajmu pojazdów, branża wynajmu długoterminowego aut rozpoczęła 2019 rok w bardzo dobrej kondycji, utrzymując dotychczasowe wysokie tempo wzrostu. Zgodnie z opublikowanymi przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) danymi, tempo wzrostu rynku wynajmu długoterminowego wyniosło po I kwartale 2019 roku 14% r/r, co oznacza, że było zbliżone do wartości odnotowywanych w analogicznym okresie w ostatnich dwóch latach, które należały do najlepszych pod tym względem w historii branży. Obserwowana w I kwartale stagnacja na rynku nowych aut kupowanych przez firmy, nie dotyczyła wynajmu długoterminowego, w przypadku którego odnotowany został wzrost. W przeciwieństwie do konkurencyjnych form finansowania aut służbowych, czyli zakupu, kredytu, czy klasycznego leasingu finansowego łącznie, gdzie liczba nowych rejestrowanych aut była nieznacznie, ale mniejsza, niż przed rokiem. Pierwszy kwartał bieżącego roku to również czas dobrych wyników w branży Rent a Car (wypożyczalnie samochodów), która odnotowała wzrost na poziomie 11,6% r/r.
Całkowita sprzedaż nowych samochodów nie rośnie, ale branża wynajmu długoterminowego zakupiła więcej aut niż przed rokiem.
Po ubiegłorocznym rekordzie sprzedaży nowych samochodów w Polsce, kiedy z salonów wyjechało ponad 530 tys. aut osobowych, a rynek odnotował blisko 9,5% wzrost sprzedaży, wygenerowany całkowicie przez zwiększone zakupy pojazdów dokonywane przez firmy, rok 2019 zaczął się od wyhamowania imponujących do tej pory wzrostów. Zarówno jeśli chodzi o sprzedaż nowych aut ogółem (do osób prywatnych i klientów instytucjonalnych), jak i firm, mamy do czynienia ze stagnacją. Warto jednak zaznaczyć, że pomimo, iż wolumen sprzedaży się nie zwiększa, to jest on na wysokim poziomie. Zgodnie z danymi IBRM Samar, z salonów wyjechało w pierwszych trzech miesiącach roku łącznie prawie 140 tys. nowych aut osobowych, z czego blisko 2/3 (91,5 tys.) nabyły firmy. Stagnacja widoczna w pierwszym kwartale nie dotknęła jednak wynajmu długoterminowego samochodów. Zgodnie z danymi PZWLP, branża nabyła w tym czasie o 3,7% nowych aut osobowych więcej niż przed rokiem, łącznie 19,4 tys. W przypadku pozostałych form finansowania liczonych łącznie, odnotowany został pod tym względem wynik nieznacznie ujemny, na poziomie -0,8% r/r.
Sprzedaż nowych aut hamuje, w wynajmie długoterminowym nadal nabywanych jest więcej aut niż przed rokiem
W wynajmie długoterminowym znalazło się więcej niż co piąte nowe auto osobowe nabywane przez firmy i przedsiębiorców w pierwszym kwartale roku. Łączny udział tej formy finansowania samochodów służbowych w całkowitej sprzedaży aut do firm wyniósł 21,2% i zwiększył się o 0,7% w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej.
Wyhamowanie tempa wzrostu sprzedaży nowych aut w Polsce w I kwartale 2019 roku, do tej pory napędzanego w znakomitej większości przez firmy, nie jest zaskoczeniem i złożyło się na ten fakt kilka czynników – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska.
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska
– W 2018 roku mieliśmy do czynienia z rekordami w polskich salonach, dzięki czemu ustanowiony został bardzo wysoki jak na nasz rynek poziom sprzedaży. W związku z tym, obecnie porównujemy się do tzw. wysokiej bazy i wolumen sprzedaży osiągnięty w zeszłym roku może być ciężko znacząco przekroczyć, niezależnie od tego jak dobra będzie ogólna koniunktura. Jednocześnie wiele zakupów zostało przyśpieszonych – ze względu na wchodzące od 1 stycznia zmiany podatkowe. Zostały przesunięte z pierwszego kwartału 2019 na ostatni kwartał 2018. W przypadku wynajmu długoterminowego wciąż odnotowany został jednak wzrost nowych kupowanych samochodów, co po raz kolejny udowadnia, że rozwija się on szybciej od konkurencyjnych form finansowania oraz jest wybierany przez klientów ze względu na wygodę i zapewnienie kontroli nad kosztami, a nie ze względu na korzyści podatkowe. Polski rynek wynajmu długoterminowego znajduje się bowiem wciąż w fazie nasycania i szybkiego wzrostu, a usługa ta jest coraz częściej wybierana przez duży w naszym kraju sektor MŚP, który często zastępuje wynajmem dotychczas wykorzystywany klasyczny leasing finansowy samochodów. Główny wskaźnik tempa rozwoju branży wynajmu długoterminowego, czyli wzrost łącznej floty pojazdów znajdujących się w tej usłudze na rynku, to po pierwszym kwartale 14% r/r, czyli wartość podobna do tych, jakie były notowane w dwóch poprzednich, rekordowych dla branży latach.
Rynek wynajmu długoterminowego kontynuuje wysokie tempo wzrostu
Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego wskaźnik, a więc łączną liczbę aut w usłudze Full Serwis Leasing, tempo wzrostu branży w pierwszym kwartale 2019 roku zachowało swój dotychczasowy wysoki poziom i na koniec marca wyniosło 14% r/r. W porównaniu do poprzednich lat, wynik ten plasuje dynamikę rozwoju branży na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu w roku 2018, kiedy było to 15,1% r/r i roku 2017 (wzrost w I kw. 13,2%) oraz ponad pięć procent wyższym niż 3 lata temu (8,9%). Wiele wskazuje na to, że bieżący rok będzie kolejnym, w którym rynek wynajmu długoterminowego w Polce będzie rósł w bardzo szybkim, dwucyfrowym tempie.
Na koniec marca 2019 r. w łącznej flocie firm wynajmu długoterminowego należących do PZWLP znajdowało się łącznie blisko 153 tys. samochodów* (152.842). Absolutna większość z nich, bo aż 94,5% pozostawała w usłudze Full Serwis Leasingu, gwarantującej przedsiębiorcy poza finansowaniem auta służbowego, pełen zakres czynności administracyjnych i serwisowych związanych z eksploatacją pojazdu. Pozostała część pojazdów (5,5%) znajdowała się w usłudze Leasingu z Serwisem, podobnie jak Full Serwis Leasing zapewniającej firmie finansowanie i obsługę aut, jednakże w ograniczonym zakresie (serwis mechaniczny i jedna z wybranych usług dodatkowych np. opony wraz z ich pełnym serwisem). Do najpopularniejszych modeli i marek samochodów
w wynajmie długoterminowym na koniec I kwartału należały: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Ford Focus i Skoda Fabia.
Diesli nadal ubywa, przyśpiesza wzrost liczby samochodów elektrycznych – ponad 400 elektryków we flotach firm PZWLP
Dane PZWLP na koniec pierwszego kwartału wskazują, że widoczny już od kilkunastu miesięcy trend zmniejszającego się udziału aut z silnikami dieslowskimi we flotach w wynajmie długoterminowym jest nadal kontynuowany. Auta z silnikami wysokoprężnymi na koniec marca 2019 r. stanowiły 62,4% łącznej floty, o 2,5% mniej niż rok wcześniej. Samochody napędzane silnikami benzynowymi reprezentowały 35,1% całego parku pojazdów w wynajmie długoterminowym, a ich udział zwiększył się w ciągu ostatniego roku o 1,2%.
Samochody wyposażone w napędy ekologiczne, a więc hybrydowe i elektryczne, jeszcze do niedawna stanowiły marginalny wręcz udział. Dane po pierwszym kwartale bieżącego roku wskazują jednak, że sytuacja w tym zakresie zaczyna się w coraz szybszym tempie zmieniać. Pomimo, że ekologicznych pojazdów jest wciąż relatywnie mało, to ich udział wzrósł w ciągu ostatniego roku o 1,3% i wynosi obecnie 2,5%. Co ciekawe, znacząco urosła nie tylko liczba samochodów hybrydowych (z 1974 do 3137), ale i elektryków. W przypadku tych ostatnich, wzrost w ciągu 12 miesięcy (w stosunku do końca marca 2018) był na koniec pierwszego kwartału bieżącego roku aż szesnastokrotny – z poziomu 26 do 424 aut. Należy jednak przy tym zaznaczyć, że liczba aut elektrycznych urosła tak znacząco niemalże całkowicie za sprawą jednego kontraktu – dostarczenia samochodów zeroemisyjnych na potrzeby usług car sharingu innogy go! w Warszawie.
Rogier Klop – Czlonek Zarzadu PZWLP
Pozytywnym trendem na polskim rynku jest dalsze zastępowanie pojazdów z silnikiem wysokoprężnym bardziej przyjaznymi środowisku napędami, zgodnie z ogólną tendencją w tym zakresie w większości krajów europejskich – mówi Rogier Klop, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający LeasePlan Polska. – Świadomość ekologiczna firm rośnie. Samochody wyposażone w silniki wysokoprężne stopniowo tracą swoją dominującą pozycję na rzecz samochodów benzynowych oraz rosnącej liczby samochodów o niskiej i zerowej emisji zanieczyszczeń.
Średnia emisja dwutlenku węgla w przypadku kupowanych przez firmy PZWLP w pierwszym kwartale 2019 r. na potrzeby wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych była niższa (o 25,2% i 41,7 g/km), w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej i wyniosła 124 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 133,4 g/km i w związku z tym była niższa o 12,8% (19,6 g/km) w stosunku do stanu sprzed roku.
11,6% wzrostu rynku Rent a Car
Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała w pierwszym kwartale 2019 r. wzrost na poziomie
11,6% r/r. Na koniec marca łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła 18,5 tys. aut (18.507).
Rozwój branży elektromobilnej w Polsce jest coraz szybszy. Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, przy współpracy z PZPM obliczyło, że pod koniec kwietnia tego roku na polskich drogach poruszało się ponad 5600 samochodów z napędem zero- lub niskoemisyjnym. Obliczenia te są możliwe dzięki licznikowi elektromobilności, który obie organizacje co miesiąc aktualizują na swoich stronach internetowych. Licznik pokazuje, że liczba samochodów elektrycznych w Polsce gwałtownie wzrasta, a jeszcze szybciej rozwija się infrastruktura potrzebna do ich funkcjonowania.
– Pod koniec kwietnia było już 668 ogólnodostępnych stacji ładowania, z czego ponad 200 to stacje prądu stałego – gdzie samochód możemy naładować odpowiednio szybko – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Początek roku to liczne rejestracje – choćby związane z projektami carsharingowymi, które mają w swojej ofercie wiele pojazdów elektrycznych. Gdy porównujemy obecny stan rynku z tym, jak wyglądał w zeszłym roku czy dwa lata temu – to widzimy bardzo dynamiczne, dwucyfrowe wzrosty. Musimy jednak zrobić dużo więcej, żeby zacząć gonić kraje zachodnie. Świat, jeśli chodzi o elektromobilność, jest bardzo rozpędzony – podsumowuje Mazur.
W III kwartale do dystrybucji na platformach mobilnych iOS i Android trafi Gravity Rider Zero –kontynuacja marki wyścigowej. Nowy tytuł cechowała będzie dynamiczna rozgrywka oraz znacznie wzbogacona zawartość w porównaniu z poprzednikiem.
W drugiej odsłonie marki Gravity Rider znajdzie się co najmniej 20 pojazdów, ponad 100 tras oraz unikalne spersonalizowane kolekcje. Monetyzacja Gravity Rider Zero oparta będzie na formatach reklamowych, subscrybcji oraz możliwości bezpośredniego zakupu pojedynczych pojazdów.
Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games
– Wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom graczy i podążamy za trendami rynkowymi. Największym atutem marki jest oparty na fizyce, dopracowany w najmniejszych szczegółach gameplay prezentujący wyścigi motocyklowe. Gravity Rider Zero skupia się przede wszystkim na rozgrywce, upraszczając progresję gracza i strukturę meta-gry – informuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games. Z nowym tytułem mamy nadzieję dotrzeć do większej liczby graczy, jak również w jeszcze większym stopniu oprzeć się na dobrze performującej monetyzacji reklamowej, którą dodatkowo wesprzemy ofertą subskrybcji – kontynuuje Kościelny.
Opublikowany w III kwartale 2018 roku, wyprodukowany przez krakowskie studio Fontes Sp. z o.o. Gravity Rider trafił do tej pory do blisko 6 mln graczy na całym świecie. Gra dostępna jest w sklepach Apple App Store, Google Play oraz w alternatywnych kanałach dystrybucji. Gravity Rider Zero podobnie jak pierwsza część zostanie wydany w ramach programu wydawniczego.
Potencjał i możliwości rozwoju tej marki są duże, dlatego planujemy jej dalszy rozwój, zarówno w zakresie nowych wersji tematycznych, jak również w miarę możliwości nowych platform sprzętowych. – kontynuuje Kościelny.
Jak zaplanować rynek lotniczy w Polsce, uwzględniając budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego? W sprawie rządowej polityki w zakresie rozwoju sieci lotnisk spotkali się dziś w Warszawie przedstawiciele m.in. lotnisk regionalnych, Lotniska Chopina, PAŻP, ULC, Departamentu Lotnictwa Ministerstwa Infrastruktury i CPK. Nowy dokument powinien zostać opracowany do 2020 r.
Dynamiczny rozwój ruchu lotniczego w Polsce i planowana budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego niosą ze sobą konieczność wypracowania nowych założeń oraz podejścia do polityki lotniczej, w tym w zakresie dotyczącym sieci lotnisk. Ostatni rządowy dokument dotyczący tego obszaru, czyli Program rozwoju sieci lotnisk i urządzeń naziemnych, został przyjęty uchwałą RadyMinistrów 8 maja 2007 r. i przez tych 12 lat został częściowo zrealizowany, a w pozostałym zakresie zdążył się zdezaktualizować.
– Decyzja o budowie CPK została jużpodjęta, jest realizowana i określa ramy polityki lotniczej. Z tego powodu istniejący Program rozwoju sieci lotnisk i lotniczych urządzeń naziemnych wymaga zastąpienia nowym dokumentem.To od przedstawicieli środowiska zależy przedstawienie wspólnego stanowiska co do zakresu, roli i metodologii, którą powinniśmy się kierować w pracach nad tymi fragmentami polityki lotniczej, które będą dotyczyć rozwoju sieci lotnisk – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. CPK.
Jak zauważa wiceminister infrastruktury, w perspektywie kilkunastu lat na polskim rynku można spodziewać się dużego wzrostu ruchu, związanego m.in. z dodaniem dodatkowej przepustowościw postaci CPK. – Budowa dużego portu przesiadkowego w danym kraju nie musi wcale wiązać się ze zmianą proporcji udziału w ruchu lotniczym. W tym kontekście budowa CPK może być dla lotnisk regionalnych szansą, a nie zagrożeniem – podkreśla Mikołaj Wild.
Inicjatorami spotkania byli przedstawiciele środowiska lotniczego, w tym Związek Regionalnych Portów Lotniczych zrzeszający lotniska odpowiadające dziś za 60 proc. ruchu lotniczego w Polsce. Spółka CPK podjęła się organizacji pierwszego z serii warsztatów. Uczestnicy rozmawiali o aspektach tworzenia polityki lotnictwa, jej zakresie, horyzoncie czasowym i metodyce, ale też m.in. oniedostatkach infrastruktury lotniczej w centralnej Polsce, niskiej przepustowości infrastruktury i ograniczeniach środowiskowych.
– Podjęliśmy się organizacji warsztatów jako równoprawny członek środowiska lotniczego. Jako cała branża widzimy potrzebę i konieczność wypracowania wspólnego stanowiska wobec wyzwań, jakie niesie rosnący ruch lotniczy. CPK jest projektem komplementarnym wobec istniejącej sieci lotnisk, który ma zwiększyć synergię całego systemu, dlatego dzisiaj na sali mamy wszystkich zarządzających infrastrukturą lotniskową – mówi Dariusz Sawicki, członek zarządu CPK ds. części lotniskowej.
Według Mariusza Szpikowskiego, prezesa Państwowego Przedsiębiorstwa Porty Lotnicze i dyrektora Lotniska Chopina w Warszawie, rozwój portów regionalnych w ostatnich latach może cieszyć, niemniej nie zawsze szedł on w parze z ich dodatnimi wynikami finansowymi, a czasami wiązał się z kanibalizacją rynku. – Opracowanie strategii jest zatem konieczne, aby umożliwić zdrowy rozwój portów regionalnych realizujących zarówno interesy regionów, jak też państwa polskiego – podkreśla Mariusz Szpikowski.
– Projekt CPK jest szansą także dla lotnisk regionalnych. Wierzymy, że w związku z jego realizacją, w polskim prawie dojdzie do niezbędnych zmian, dzięki którym szybciej i łatwiej będzie można prowadzić procesy inwestycyjne na lotniskach. Mamy nadzieję, że zlikwidowane zostaną prawne bariery uniemożliwiające zrównoważony rozwój krajowej sieci lotnisk. Mowa tutaj m.in. o budzących wiele kontrowersji przepisach dotyczących obszarów ograniczonego użytkowania – mówi Artur Tomasik, prezes Zarządu Związku Regionalnych Portów i Katowice Airport.
– Z satysfakcją przyjęliśmy zaproszenie do udziału w warsztacie strategicznym na temat rozwoju lotnictwa w Polsce. To doskonała okazja do rozmowy na temat roli regionalnych portów lotniczych, w tymKraków Airport, w kontekście planów budowy CPK. Patrząc na prognozy ruchu lotniczego, widać, że pilnie potrzebujemy zarówno nowego, dużego lotniska przesiadkowego, jak i nowoczesnych, dynamicznie rozwijających się portów regionalnych – komentuje Radosław Włoszek, wiceprezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych i prezes Kraków Airport.
Wśród uczestników spotkania znaleźli się jeszcze m.in. Beata Mieleszkiewicz – dyrektor Departamentu Lotnictwa w MI, Piotr Samson – prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego, Janusz Janiszewski – prezes Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, a także przedstawiciele portów regionalnych: z Bydgoszczy, Gdańska, Lublina, Łodzi, Modlina, Olsztyna, Poznania, Rzeszowa i Wrocławia. Jako moderatorzy pojawili się specjaliści z firm konsultingowych: Boston Consulting Group i ARUP. Warsztaty, oprócz odpowiedzi na pytania, jak powinna wyglądać przyszła polityka lotnictwa w zakresie rozwoju sieci lotnisk, stworzyły także platformę do przyszłej współpracy.
W 2018 r. polskie lotniska odprawiły ponad 46 mln pasażerów, czyli o 15 proc. więcej niż w 2017 r. i prawie pięć razy tyle co w r. 2005. Według prognoz PwC, w tym roku polskie porty obsłużą ponad 50 mln pasażerów. Liczba podróżujących tym środkiem transportu dynamicznie rośnie, a według ULC ten trend się utrzyma: w 2035 r. liczba pasażerów na polskich lotniskach może przekroczyć 90 mln. Według raportu Baker McKenzie i Polityki Insight, w Europie w 2040 r. 160 mln podróżnych nie będzie mogło skorzystać z transportu lotniczego z uwagi na niewystarczającą przepustowość infrastruktury.
Spółka CPK już w połowie kwietnia rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi. W inauguracyjnym spotkaniu wzięło udział ponad 60 przedstawicieli firm, które będą z lotniska korzystać albo świadczyć dla niego usługi. W efekcie tych konsultacji spółka otrzymała ponad 400 uwag i propozycji dotyczących infrastruktury planowanego lotniska. W lipcu rozpocznie się drugi etap konsultacji strategicznych CPK, w którym weźmie udział jeszcze więcej podmiotów.
Jednocześnie współpracę z CPK rozpoczęło Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA). Powstał Komitet Konsultacyjny (ACC), który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbędzie się 18 lipca w Warszawie. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników (także niezrzeszonych w tej organizacji). Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina oraz innych sieciowych przewoźników, będą to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.
W tym roku spółka CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Także w tym roku CPK zleci plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. masterplan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury i wstępny plan jej ulokowania, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy nowego portu lotniczego.
Polska firma specjalizująca się w budowie rozwiązań programowych sztucznej inteligencji i HPC, stworzyła zestaw wysoce zoptymalizowanych kerneli CFD (ang. Computational Fluid Dynamics) dla kart ALVEO firmy Xilinx, Inc. Kernele CFD to kluczowe elementy wykorzystywane do budowania symulacji dynamiki płynów. Rozwiązanie to umożliwi stworzenie wysokowydajnej platformy do szybkiej i kompleksowej analizy inżynieryjnej.
Szereg branż, takich jak przemysł motoryzacyjny, chemiczny, lotniczy, biomedyczny, energetyczny i budowlany, opiera się na szybkich analizach CFD. Są one kluczowym elementem procesu projektowania w celu zrozumienia przepływów cieczy i gazu oraz ich oddziaływania na powierzchnie.
Wysoka złożoność algorytmiczna analiz CFD naturalnie współgra z rekonfigurowaną platformą ALVEO, która została zaprojektowana do wspierania obliczeń zarówno w chmurze jak i lokalnych centrach danych. Adaptowalność kart ALVEO, zbudowanych na bazie Xilinx UltraScale + FPGAs, jest również idealną platformą dla byteLAKE, która umożliwia wykorzystanie ich głębokiej wiedzy algorytmicznej do rozwiązywania krytycznych problemów w przemyśle.
„Przejście z architektury obliczeniowej opartej na procesorach CPU do konfiguracji heterogenicznych jest niezbędne, aby sprostać stale rosnącemu zapotrzebowaniu na dokładność i możliwości obliczeń HPC, nie tylko zapewniając szybsze generowanie wyników, ale także biorąc pod uwagę budżet energetyczny ” powiedział Marcin Rojek, współzałożyciel firmy byteLAKE. „Akceleratory oparte na FPGA, takie jak ALVEO U250, oferują doskonałe połączenie wydajności i efektywności energetycznej. Udało nam się osiągnąć niemal czterokrotnie szybsze wykonanie algorytmów Adwekcji i nawet sześciokrotnie lepszą wydajność na Wat, ostatecznie obniżając zużycie energii o ponad 80% (*).
„byteLAKE dostrzegł potencjał, aby umożliwić wykonywanie analiz CFD jeszcze szybciej i aby były one bardziej dostępne wykorzystując elastyczność i doskonałą równoległość karty akcelerator ALVEO” , powiedział Viraj Paropkari, starszy kierownik, Data Center Marketing, firmy Xilinx. „Nasze zespoły pracowały razem, tworząc precyzyjnie dostrojone kernele CFD dla akceleratorów ALVEO, które są gotowe do wdrożenia lokalnie lub w chmurze.”
Obie firmy wspólnie zademonstrują kernele CFD działające na akceleratorach ALVEO podczas nadchodzącej konferencji ISC High Performance we Frankfurcie, Niemcy, stoisko D-1055, Czerwiec 17-20, 2019.
Sfinks Polska – spółka zarządzająca sieciami Sphinx, Chłopskie Jadło, Piwiarnia Warki, Fabryka Pizzy i WOOK – dokonała aktualizacji strategii rozwoju na lata 2017-2022. Zamierza w tym okresie nie tylko zarządzać siecią liczącą co najmniej 400 lokali, ale także nawiązać współpracę z nie mniej niż 1000 punktów gastronomicznych w programie afiliacyjnym. Według nowych założeń strategii, Sfinks zamierza obok dokonywania akwizycji zapewniających przejęcie pakietów kontrolnych, realizować inwestycje w pakiety mniejszościowe w przypadku konceptów o dużym potencjale wzrostu i z kompetentną kadrą zarządczą. Planuje też przeniesienie do spółek zależnych marek Sphinx, Chłopskie Jadło i Piwiarnia.
Sylwester Cacek
– Analizujemy stale rynek i poszukujemy opcji, które pozwolą jak najlepiej wykorzystać szanse, by budować wartość dla akcjonariuszy. To jest nadrzędnym celem wszystkich naszych działań. Dokonaliśmy już przeglądu dużej części rynku pod względem akwizycji i widzimy wiele szans związanych z wspieraniem rokujących konceptów, które w przyszłości mogą tworzyć istotną wartość na rynku. Nasze zaangażowanie bazowałoby wówczas nie tylko na pieniądzach, ale także dostępie do know-how czy objęciu takich konceptów korzyściami wynikającymi z naszych umów centralnych. Na tych atutach chcemy także budować sieć afiliacyjną – komentuje Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.
Strategia Sfinksa dopuszcza inwestycje w pakiety mniejszościowe niezapewniające kontroli wyłącznie pod warunkiem zagwarantowania opcji odkupu całości po ustalonym okresie i na z góry ustalonych zasadach.
Obok akwizycji, ważnym elementem rozwoju Grupy Sfinks Polska pozostaje wzrost organiczny. W dalszym ciągu rozbudowywane będzie komplementarne portfolio marek, odpowiadające różnym potrzebom klientów wynikającym z pory dnia czy okazji. Koncepty restauracyjne będą rozwijane w ramach Grupy Sfinks Polska poprzez spółki zależne lub powiązane, przy zapewnieniu zachowania nad nimi kontroli w rozumieniu Międzynarodowych Standardów Sprawozdawczości Finansowej. Spółka nie wyklucza jednak możliwości oddania kontroli nad wybranymi sieciami w przypadku uzasadniającym wsparcie wzrostu wartości Sfinks Polska oraz pod warunkiem pozostawania ich przez określony czas w ścisłej współpracy ze spółką.
– Chcemy przenieść nasze trzy największe sieci, Sphinx, Piwiarnię i Chłopskie Jadło, do odrębnych spółek jako zorganizowane części przedsiębiorstwa i konsekwentnie przekształcać je do modelu franczyzowego. W naszym przekonaniu to ułatwi pozyskanie środków na rozwój tych sieci, a w efekcie przyczyni się do wzrostu wartości całej grupy. Może nam to również umożliwić wcześniejszą spłatę części lub całości kredytu – wyjaśnia Sylwester Cacek.
Grupa Sfinks Polska w dalszym ciągu zamierza rozwijać sieci zarówno w modelu restauracji własnych, jak i franczyzowych, przy zwiększaniu udziału tych drugich do poziomu 70-90% w zależności od rodzaju sieci. Dodatkowym źródłem przychodów i przewag konkurencyjnych grupy ma być także rozwój sprzedaży w systemie dostaw do klienta. Będą one rozwijane w oparciu o współpracę z głównymi graczami (integratorami) na rynku delivery, jak też o własną markę Smacznieiszybko.pl. Sfinks podtrzymuje też zamiar, by w okresie objętym strategią wdrożyć koncepcję masterfranczyzy i uruchomić sieci restauracji w minimum 3 krajach.
W dalszym ciągu Grupa Sfinks Polska będzie dążyć do osiągnięcia wysokiej efektywności operacyjnej oraz finansowej. Pomocą w realizacji tych celów mają być m.in. wdrożone i konsekwentnie rozwijane nowe narzędzia IT.
Realizacja strategii rozwoju na lata 2017-2022 ma być finansowana między innymi z wypracowanej wolnej gotówki z działalności podstawowej, generowanej z przychodów jednorazowych, w tym z przekształcenia posiadanych restauracji do modelu franczyzowego oraz dokapitalizowania lub/i sprzedaży części udziałów spółek zależnych.
Walne zgromadzenie akcjonariuszy Ronson Developement zdecydowało o wypłacie dywidendy w wysokości 6 gr na akcję, czyli łącznie 9,8 mln zł, z zysku netto za 2018 r.
Uchwała przyjęta przez Walne Zgromadzenie jest zgodna z polityką dywidendową Spółki ogłoszoną w lipcu 2018 r., a także z rekomendacją Zarządu w sprawie podziału zysku za ubiegły rok, która została następnie pozytywnie zaopiniowana przez Radę Nadzorczą Ronson Development. Dzień ustalenia prawa do dywidendy został ustalony na 18 czerwca, a dniem wypłaty dywidendy będzie 25 czerwca 2019 r.
Biorąc pod uwagę bieżący kurs akcji Spółki (0,91 zł na zamknięciu sesji w dniu 11 czerwca 2019 r.), oczekiwana stopa dywidendy wynosi 6,6%. Dywidenda w wysokości 6 gr na akcję, czyli łącznie 9,8 mln zł, odpowiada 73% zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej za 2018 rok, który wyniósł 13,5 mln zł.
Cyfryzacja służby zdrowia to proces nieunikniony. Tylko do 2020 roku Unia Europejska przekaże Polsce na ten cel blisko 13 mld zł. Z badań LekSeek Polska „E-zdrowie oczami Polaków” wynika, że cyfrowych rozwiązań z zakresu e-zdrowia oczekują zarówno lekarze, jak i sami pacjenci. To szansa na optymalizację polityki lekowej państwa, spadek liczby błędów w farmakoterapii, optymalizację kosztów i podniesienie jakości świadczeń zdrowotnych oraz złagodzenie problemu, jakim jest niedobór lekarzy. Eksperci podkreślają, że niezbędna jest jednak ścisła współpraca Ministerstwa Zdrowia z sektorem prywatnym, a w centrum e-zdrowia powinien być pacjent.
– Obecnie priorytetem Ministerstwa Zdrowia jest zakończenie wdrażania platformy e-zdrowia. Będzie ona oferować podstawowe e-usługi, czyli przede wszystkim e-receptę, e-skierowanie oraz możliwość wymiany elektronicznej dokumentacji medycznej. Każdy będzie mieć do nich dostęp za pośrednictwem portalu Pacjent.gov.pl. Wprowadzone zmiany znacznie ułatwią pracę lekarzom i pozwolą im się skupić na potrzebach pacjenta. Patrząc na inne kraje w Europie i tempo wdrażania rozwiązań z zakresu e-zdrowia, Polska ma się szansę stać jednym z liderów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.
Cyfryzacja służby zdrowia to proces nieunikniony – na ten aspekt stawia Unia Europejska, która tylko do 2020 roku przekaże Polsce w sumie blisko 13 mld zł na cele związane ze zdrowiem, w tym rozbudowę infrastruktury medycznej i telemedycynę. Cyfryzację wymuszają także m.in. starzejące się społeczeństwo, które pociąga za sobą większe obciążenie dla systemu ochrony zdrowia, oczekiwania pacjentów i niedobór kadry lekarskiej. Jak wynika z raportu „Health at a Glance 2018”, nasz kraj zajmuje ostatnie miejsce w Unii Europejskiej pod względem liczby lekarzy, plasując się nawet za Rumunią. Na 1 tys. mieszkańców w Polsce przypada średnio 2,4 lekarza, podczas gdy europejska średnia wynosi 3,8.
Informatyzacja ma zwiększyć efektywność systemu opieki i poprawić jakość świadczeń. Model opieki oparty na nowoczesnych rozwiązaniach IT od lat sprawdza się w innych krajach, a za przykład mogą posłużyć m.in. Dania, Islandia, Szwecja, Holandia czy Estonia, która już w 2010 roku wprowadziła e-recepty. Jednak – jak zaznacza rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce dr Michał Sutkowski – w centrum cyfryzacji służby zdrowia musi znaleźć się pacjent.
– E-rozwiązania, które są i będą wdrażane w systemie ochrony zdrowia, muszą być dostosowane do pacjentów i tych wszystkich, którzy będą wokół nich pracować, czyli lekarzy, personelu medycznego. Trzeba tę papierową polską służbę zdrowia zinformatyzować, jednak to pacjenci powinni być w centrum zachodzących zmian. To oni powinni być najważniejszym beneficjentem tych 13 mld zł, które w najbliższych latach zostaną przekazane na cyfryzację przez Unię Europejską – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.
Jak podkreśla, cyfryzacja służby zdrowia jest szansą na optymalizację polityki lekowej państwa oraz spadek liczby błędów w farmakoterapii, które mogą prowadzić do obniżenia skuteczności terapii, a nawet ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pacjenta.
– Digitalizacja może rozwiązać wiele problemów w obszarze polityki lekowej państwa. Pozwoli na informowanie płatnika publicznego jakie leki, w jakim obszarze są przepisywane i te analizy będą dużo bardziej szczegółowe niż dzisiejsze. Z punktu widzenia lekarza rodzinnego, a przede wszystkim jego pacjenta – najważniejsze jest dobre leczenie i uniknięcie zjawiska polipragmazji, które dotyczy głównie seniorów. Często starsi pacjenci chodzą do kilku specjalistów, biorą 3 beta-blokery albo 2 inhibitory pompy protonowej, nie zdając sobie sprawy z tego, że wpływa to niekorzystnie na ich zdrowie. W zdigitalizowanym systemie na ekranie wyświetli się lekarzowi informacja, że pacjent ma wdrożone określone leczenie, co pozwoli na racjonalny dobór leków – mówi dr Michał Sutkowski.
Eksperci podkreślają, że cyfryzacja stwarza szansę na optymalizację kosztów i podniesienie jakości świadczeń zdrowotnych. Są na nią gotowi zarówno pacjenci, jak i lekarze: 67,4 proc. pacjentów biorących udział w badaniu LekSeek Polska „E-zdrowie oczami Polaków” jest przekonanych, że rozwój telemedycyny w Polsce będzie mieć pozytywne skutki. Tego samego zdania jest 58 proc. lekarzy.
– Każde ułatwienie dla lekarza wpłynie również pozytywnie na leczenie pacjenta. Jeżeli lekarz będzie mógł zoptymalizować swoją pracę, wykonywać ją szybciej i sprawniej dzięki cyfrowym narzędziom, pacjent będzie miał z tego same korzyści. Największym problemem lekarza i pacjenta podczas wizyty jest zbyt dużo czasu poświęcanego na sprawy administracyjne. Dzięki narzędziom cyfrowym potrafimy zredukować ten czas o 30 proc. Z uwagi na to, że w naszym kraju lekarzy jest coraz mniej, chcemy przenieść pewne aspekty relacji pacjent – lekarz na sferę cyfrową. Lekarze będą mieli szereg narzędzi umożliwiających m.in. diagnozowanie pacjenta, przedłużenie terapii czy wysłanie informacji kolejnym specjalistom, dzięki czemu leczenie będzie bardziej skuteczne – mówi Dominik Kieda, dyrektor EDM w LekSeek Polska.
– Zarówno lekarze, jak i pacjenci kierują się wygodą. Chcąc zwiększyć ich zainteresowanie nowymi możliwościami, powinniśmy pracować nad jakością usług i rzetelnie prezentować korzyści. W takiej atmosferze dialogu jesteśmy w stanie osiągnąć sukcesy, czego przykładem jest ubiegłoroczne wdrożenie e-zwolnień. Dzisiaj już 99,7 proc. zwolnień elektronicznych jest właśnie w tej postaci – dodaje Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.
Jak ocenia, wyzwaniem przy wdrażaniu rozwiązań e-zdrowia okazała się gotowość podmiotów prywatnych do współpracy z Ministerstwem Zdrowia.
– Obserwujemy zwiększone zaangażowanie firm IT z polskim kapitałem w wytwarzaniu takich rozwiązań. Chcemy, żeby ochrona zdrowia była nie tylko istotną częścią życia społecznego, lecz także polskiej gospodarki w sektorze najnowocześniejszych technologii – podkreśla wiceminister Janusz Cieszyński.
LekSeek wystartował właśnie z kampanią edukacyjno-informacyjną „Niewykluczeni z cyfryzacji”, w ramach której powołano Gabinet Ekspertów, składający się głównie z lekarzy różnych specjalizacji. Ich zadaniem jest m.in. wsparcie merytoryczne przy programie Gabinet drWidget – jedyny na rynku bezpłatny program do kontroli procesu leczenia (zawiera m.in. dane medyczne pacjenta dotyczące historii choroby i stosowanych terapii), optymalizujący czas lekarza i pacjenta w trakcie wizyty. Program ma pełną funkcjonalność Elektronicznej Dokumentacji Medycznej i cały czas jest udoskonalany w porozumieniu z lekarzami oraz prawnikami.
– Nasza firma od ponad 15 lat świadczy usługi IT w medycynie, więc jest to naturalną wypadkową. Pomysł darmowej aplikacji służy temu, aby pacjent miał pełen dostęp do swojej dokumentacji w formie cyfrowej, co zoptymalizuje proces jego terapii, poprawi bezpieczeństwo lekowe. Lekarze także powinni mieć ogólnodostępne narzędzie, dzięki któremu będą mogli leczyć pacjentów i wykonywać swoją pracę sprawniej – podkreśla Dominik Kieda, dyrektor EDM w LekSeek Polska.
– Świat będzie potrzebował więcej czystszej energii, również w transporcie, więc inwestowanie w paliwa alternatywne jest koniecznością tu i teraz – przekonuje Rafał Molenda, dyrektor działu stacji paliw i rozwoju sieci Shell Polska. Benzynę i diesla już stopniowo wypierają biopaliwa, gaz, energia elektryczna oraz wodór. W przybliżaniu nowej ery zasilania w transporcie mają pomagać takie inicjatywy jak Shell Eco-marathon. W tegorocznej edycji konkursu na opracowanie pojazdu najbardziej wydajnego energetycznie weźmie udział sześć drużyn z Polski.
Konkurs wspiera młodych inżynierów w ich odkryciach w zakresie technologii i motoryzacji, a zadaniem uczestników jest opracowanie pojazdu jak najbardziej wydajnego energetycznie. Zwycięża drużyna, której bolid pokona jak najdłuższy dystans na ekwiwalencie jednego litra dowolnego paliwa, jednego m3 lub jednej kWH. W tegorocznej edycji konkursu, która odbędzie się 2–5 lipca w Londynie, weźmie udział sześć drużyn z Polski.
– W 1939 roku pracownicy Shell w Stanach Zjednoczonych zawarli przyjacielski zakład, postanowili się przekonać, kto z nich przejedzie najdalej na jednym litrze paliwa. Wygrała osoba, która w tamtym czasie przejechała 6 kilometrów. 71 lat później, w 2010 roku, francuski zespół studentów przejechał na jednym litrze 3 771 kilometrów. To jest odległość jak stąd do Rzymu i z powrotem. Tym właśnie jest Shell Eco-marathon. To dążenie do jak najwyższej efektywności energetycznej, to studenci i uczniowie szkół średnich, którzy tworzą nowe, ekologiczne i efektywne rozwiązania dla motoryzacji – tłumaczy Rafał Molenda.
– Szacuje się, że zapotrzebowanie na energię do 2040 roku wzrośnie o 30 proc., już w tej chwili transport stanowi prawie 1/3 zużycia energii światowej. Świat będzie potrzebował więcej i czystszej energii, również w transporcie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Molenda, dyrektor działu stacji paliw i rozwoju sieci Shell Polska.
Z danych United Nations wynika, że liczba ludności w 2030 roku wzrośnie z obecnych 7,6 mld do 8,6 mld. W 2050 roku na świecie będzie żyło już 9,8 mld ludzi, a w 2100 aż 11,2 mld. Spowoduje to zwiększenie zapotrzebowania na paliwa i energię. Szacuje się, że globalne zapotrzebowanie na energię w 2050 roku może się podwoić w porównaniu do poziomu z 2000 roku. Nawet za jedną trzecią tego zapotrzebowania odpowiada transport.
– W tej chwili dominują dwa paliwa: benzyna i diesel, niemniej jednak już teraz widzimy wzrost różnorodności napędów, napędów na gaz takich jak wodór, skroplony gaz ziemny – LNG, sprężony gaz ziemny, elektromobilności, więc aut elektrycznych, a także hybrydowych, a dodatkowo aut napędzanych na LPG czy biopaliwa. Świat stoi przed ogromnymi wyzwaniami, wśród nich są przede wszystkim zmniejszenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, poprawa jakości powietrza. Te wszystkie przyczyny powodują, że inwestowanie w paliwa alternatywne jest koniecznością tu i teraz – podkreśla Rafał Molenda.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) w opracowaniu „Global Energy & CO2 Status Report” podaje, że tylko w 2018 roku zapotrzebowanie na energię ogółem na całym świecie wzrosło o 2,3 proc., niemal dwukrotnie więcej (o 4 proc) na energię elektryczną. Paliwem, które najbardziej zyskało na światowym rynku energii, był gaz ziemny, który zaspokoił 45 proc. dodatkowego popytu. Łącznie w 2018 roku wykorzystanie gazu wzrosło o 170 mld m3.
– Szacuje się, że dominacja benzyny i diesla utrzyma się jeszcze przez jakieś 20 lat, ale już teraz widzimy wzrost różnorodności napędów. Świat dąży do mniejszej emisyjności, trudno powiedzieć, jakie paliwo będzie dominujące za 5, 10, 15, czy 20 lat. W Shell wierzymy, że inwestowanie w paliwa alternatywne pomoże w zmniejszeniu emisji dwutlenku węgla do atmosfery, a także wpłynie na poprawę jakości powietrza, dlatego inwestujemy w wiele paliw alternatywnych równocześnie – wskazuje Molenda.
Shell zapowiada, że do 2025 roku 20 proc. przychodów z biznesu paliwowego firmy na świecie będzie pochodziło z paliw niskoemisyjnych, jak gaz, biopaliwa, energia elektryczna czy wodór. Globalne inwestycje Shell w biznes nowych energii cel to 1–2 mld dol. rocznie. Gaz ziemny – najczystszy w spalaniu węglowodór – już teraz stanowi ponad połowę produkcji Shell.
– Transport już teraz stanowi prawie 1/3 zużycia energii globalnej. W Polsce inwestujemy zarówno w elektromobilność, jak i w rozwiązania związane z skroplonym gazem ziemnym. Bierzemy udział w projekcie europejskim, w którym w Polsce planujemy w najbliższych latach otworzyć 10 stacji oferujących skroplony gaz ziemny, paliwo przeznaczone przede wszystkim do samochodów ciężkich, ciężarówek i transportu – zaznacza przedstawiciel Shell Polska.
Internet i nowe technologie w edukacji są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny. Zdaniem 81 proc. uczniów w Polsce nauczyciele wykorzystują dostęp do sieci głównie po to, żeby odtwarzać filmy – wynika z badań NASK. Przełomem w systemie nauczania ma być realizowany już program Ministerstwa Cyfryzacji – Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, która do 2021 r. zapewnić dostęp do szybkiego i bezpiecznego internetu ponad 26 tys. placówek edukacyjnych w Polsce. OSE ma towarzyszyć cały ekosystem, m.in. umożliwiający wymianę treści, prowadzenie wspólnych projektów między placówkami, bezpłatne szkolenia i e-materiały dla nauczycieli, a także kreatywne scenariusze lekcji z wykorzystaniem technologii.
– Nie można powiedzieć, że cyfryzacji nie ma w szkołach, że nauczyciele nie używają technologii. Jest wielu kreatywnych, zaangażowanych nauczycieli, którzy korzystają z technologii, bo czują, że uczniowie tego wymagają i jest im to potrzebne. My natomiast chcemy działać systemowo, wyrównać szanse edukacyjne w całej Polsce – żeby internet i technologie w szkołach, wykorzystywane w nowoczesny sposób, dotarły do każdej, nawet w najmniejszej miejscowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Łukawski, dyrektor ds. ekosystemu OSE w NASK.
Jak wynika z ogólnopolskiego badania młodzieży „Nastolatki 3.0”, przeprowadzonego przez NASK, w polskim systemie edukacji internet i nowe technologie są na razie wykorzystywane głównie w sposób bierny, nastawiony na odtwórcze przyswajanie wiedzy. 81,2 proc. uczniów stwierdziło, że jeżeli nauczyciele wykorzystują internet na zajęciach, to najczęściej po to, aby odtwarzać filmy, wyświetlać prezentacje (77,6 proc.). Nieco rzadziej nauczyciele korzystają w trakcie zajęć z programów edukacyjnych (60,6 proc.) lub pokazują zdjęcia (48,1 proc.).
Z kolei w domu uczniowie szukają pomocy głównie na Wikipedii (76,3 proc.) albo korzystają z wyszukiwarki (62,6 proc.), żeby znaleźć potrzebne informacje. Popularnym źródłem szkolnej wiedzy są też serwisy z gotowymi odpowiedziami, np. Ściąga, Odrabiamy, Zapytaj, Bryk. Każdy z nich jest wskazywany jako często używane źródło przez ponad 20 proc. nastolatków, a niektóre odwiedza regularnie nawet połowa uczniów.
NASK wystartował tydzień temu z projektem OSEhero.pl, promuje i nagradza aktywnych nauczycieli, którzy prowadzą zajęcia kreatywnie, z wykorzystaniem internetu i nowych technologii, motywując uczniów do większego zaangażowania.
– Prezentujemy sylwetki najbardziej zaangażowanych nauczycieli, na tej stronie będziemy również wskazywać szkoły, które z czasem w systemie kaskadowym staną się centrami kompetencyjnymi w regionach – zapowiada Tomasz Łukawski z NASK.
Prawdziwym przełomem w systemie nauczania ma być jednak start Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, czyli rządowego programu dla szkół. OSE do 2021 roku podłączy do szybkiego internetu światłowodowego wszystkie szkoły i placówki edukacyjne w Polsce.
– Naszym docelowym targetem jest K12, tzn. szkoły podstawowe i licea z wyłączeniem szkół dla dorosłych. To znaczy, że do końca 2021 roku do internetu będzie podłączonych 26 tys. szkół – mówi Tomasz Łukawski – To szansa na zmianę cywilizacyjną, a przede wszystkim – pokrycie białych plam w miejscach, gdzie szkoły mają problemy z internetem, mają dostęp do sieci o bardzo niskiej przepustowości. OSE zagwarantuje internet szerokopasmowy o prędkości 100 Mb/s w obie strony, zarówno download, jak i upload.
– Wiele się zmieni, bo dzięki dostępowi do sieci będzie możliwe dzielenie się własnymi materiałami, pobieranie treści od innych szkół i nauczycieli czy przykładowo przeprowadzanie wspólnie eksperymentów w tym świecie wirtualnym. To będzie przełomowy moment dla zapewnienia edukacji nowego, bardziej nowoczesnego oblicza – mówi Rafał Lew-Starowicz z Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Jak podkreśla, program OSE jest kluczowym komponentem całego programu cyfryzacji nauczania w Polsce.
– OSE to infrastruktura, to doprowadzenie internetu do wszystkich szkół w Polsce, zapewnienie możliwości korzystania z sieci w salach lekcyjnych. Jednak przede wszystkim w ramach OSE będzie można korzystać z bezpłatnych e-materiałów dla nauczycieli i szkoleń pokazujących, co można zrobić z uczniami, mając już ten dostęp do sieci – mówi Rafał Lew-Starowicz – OSE zakłada towarzyszenie nauczycielom w ich pracy, ale także zapewnienie bardzo ważnego elementu, jakim jest bezpieczeństwo dostępu do internetu.
Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to program Ministerstwa Cyfryzacji. Operatorem OSE jest Państwowy Instytut Badawczy NASK, działający na rzecz rozwoju społeczeństwa informacyjnego, cyfryzacji i bezpieczeństwa sieci teleinformatycznych. NASK będzie czuwać nad cyberbezpieczeństwem i utrzymaniem sieci oraz zapewni usługi towarzyszące, m.in. w zakresie edukacji dotyczącej bezpiecznego korzystania z internetu, szkoleń dla nauczycieli i gotowych materiałów – scenariuszy do wykorzystania w trakcie lekcji z uczniami.
– W zakładce „OSE inspiracje” na OSE.gov.pl będą nowatorskie projekty, które nauczyciele realizują ze swoimi uczniami, które odbywają się nie w systemie 45-minutowych lekcji, ale w parku, w lesie, wszędzie, gdzie można kreatywnie używać technologii. Szykujemy gry miejskie z rozszerzoną rzeczywistością oparte na QR kodach, z których będą mogły korzystać szkoły nawet słabo wyposażone w tablety czy laptopy, bo kody QR są powszechne już chyba w każdym telefonie. Dzięki temu można będzie przeprowadzić wspaniale zaaranżowaną grę terenową na przykład o jakimś artyście, który się w danej miejscowości urodził, albo historycznym wydarzeniu, które miało miejsce w regionie – mówi Tomasz Łukawski, dyrektor ds. ekosystemu OSE w NASK.
Jak podkreśla, wykorzystanie internetu i technologii w szkołach to warunek konieczny, bo dzisiejsze nastolatki są pokoleniem wychowanym w sieci. Internet jest dla nich centrum rozrywki, życia społecznego i zdobywania informacji o świecie. Jak wynika z badań NASK, średni czas korzystania z internetu przez polskich nastolatków wynosi 4 godzin i 12 minut na dobę, a blisko co trzeci (27 proc.) spędza online 2–4 godzin dziennie. 12 proc. szacuje, że ten czas przekracza 8 godzin dziennie.
– Szykujemy w tej chwili potężny kontent edukacyjny dla polskich szkół. Innowacyjne rozwiązania pokazujące, jak stosować technologię w mądry, przemyślany sposób, żeby nauczyciele potrafili się nią posłużyć w tworzeniu projektów edukacyjnych – mówi Tomasz Łukawski – Chcemy promować paradygmat edukacji oparty na szkole, która jest postrzegana jako miejsce budowania wiedzy. Wiedza nie jest czymś, co można włożyć uczniom do głów – oni sami muszą ją zdobyć z pomocą nauczyciela, który powinien rozbudzać ciekawość świata, pomóc w jego zrozumieniu. To jest możliwe dzięki zaangażowaniu uczniów, a uczniowie chcą korzystać z internetu, chcą korzystać z urządzeń mobilnych, ponieważ to jest ich świat codzienny.
– Internet dla młodych ludzi jest dziś trochę jak samochody, do których jest przyzwyczajone to nasze, starsze pokolenie i nie wyobrażamy sobie już funkcjonowania bez tego. Oni tym żyją, natomiast muszą znać zasady, które pozwolą im wykorzystywać technologię z pożytkiem dla siebie. Sieć daje niesamowite możliwości np. autoekspresji, pokazywania swojej twórczości, rozwijania swoich zainteresowań i pasji. Natomiast musimy wprowadzać to mądrze – dodaje Anna Rywczyńska, kierownik Zespołu Projektów Społecznych NASK.
Presja na obniżanie kosztów to dziś jeden z głównych powodów, który skłania firmy do wdrażania nowych rozwiązań technologicznych. Przykładem jest chmura, która zapewnia większą elastyczność i skalowalność rozwiązań – a przy tym oszczędności przy kosztach infrastruktury IT. Prezes Fujitsu Dariusz Kwieciński podkreśla jednak, że usługi i rozwiązania IT muszą być indywidualnie dopasowane do profilu, wielkości oraz potrzeb firmy. W podobny sposób można też zaprojektować środowisko pracy, żeby zapewnić pracownikom nowoczesną przestrzeń z nieograniczonym dostępem do danych i wsparcia technicznego z każdego miejsca na świecie.
– Ważnym aspektem jest nastawienie potencjalnych klientów do innowacji i zmian. Bardzo często obserwujemy jednak dość konserwatywne podejście. Wielu szefów IT wcale nie jest otwartych na to, żeby podejść do wyzwań w sposób innowacyjny i zaadresować je z pomocą nowych technologii. Potrzeba otwartości jest jedną z kluczowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Kwieciński, prezes Fujitsu Polska.
Niezależnie od branży i wielkości firmy, cyfrowa transformacja jest już dla biznesu priorytetem i koniecznością. Umożliwia tworzenie nowych modeli biznesowych, zwiększa konkurencyjność i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Coraz częściej eksperci podkreślają, że przedsiębiorstwa, które nie dostosują się do jej wymogów, skazują się na rynkowy niebyt.
Presja kosztowa to jeden z głównych czynników, który skłania firmy do wdrażania nowych rozwiązań technologicznych. Przykładem jest chmura, która zapewnia przedsiębiorstwom większą elastyczność i skalowalność rozwiązań – a przy tym oszczędności przy kosztach infrastruktury IT. Migracja do chmury to jeden z filarów cyfrowej transformacji biznesu, a także jeden z najgorętszych trendów w IT, prognozy Gartnera zakładają, że w 2019 roku rynek usług chmury publicznej wzrośnie o 17,3 proc., osiągając już wartość 206,2 mld dol. (w porównaniu z 175,8 mld dol. i 21-proc. wzrostem w 2018 roku). W Polsce wciąż jest ogromny potencjał rozwoju, bo – jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego – rozwiązania chmurowe wykorzystuje na razie raptem 11,5 proc. polskich przedsiębiorstw.
Prezes Fujitsu podkreśla jednak, że rozwiązania IT – zarówno chmura, jak i inne usługi – muszą być odpowiednio dopasowane do firmy – jej profilu, branży, wielkości i potrzeb.
– Trudno jest podać jedną formułę uniwersalną dla wszystkich, bo firmy różnej wielkości potrzebują różnych usług. Dlatego zawsze staramy się razem z klientem dobrać odpowiedni zakres usług. W ramach przykładu możemy założyć, że mała firma, która dopiero zaczyna swoją przygodę w biznesie, nie potrzebuje typowego IT i chętnie skorzysta z rozwiązania chmurowego. Natomiast duża, która ma już usankcjonowany zespół IT z wieloma specjalistami, pewnie chętniej odda wsparcie użytkownika końcowego do firmy zewnętrznej, a sama skoncentruje się na strategicznych zadaniach – mówi Dariusz Kwieciński.
Mimo że coraz więcej firm rozumie, jakie znaczenie dla ich przyszłości ma transformacja cyfrowa, nadal istnieje szereg barier związanych z wdrożeniem procesów digitalizacji biznesu. Jak ocenia prezes Fujitsu, jednym z kluczowych wyzwań dla firm i działów IT, które są na etapie transformacji cyfrowej, jest dziś dostępność kadr z obszaru IT i nowych technologii. Dla przykładu, szacuje się, że na polskim rynku niezmiennie brakuje ok. 50 tys. informatyków, z kolei Ministerstwo Cyfryzacji szacuje, że do 2025 roku w kraju potrzebnych będzie już ok. 200 tys. specjalistów z zakresu aktywnie pracujących przy budowie i wdrożeniach sztucznej inteligencji.
– Nie wolno zbagatelizować obecnego problemu z dostępnością kadry IT. Coraz częściej obserwujemy braki i działy IT zaczynają się z tym borykać. To jest czynnik typowo ludzki, natomiast jeśli chodzi o wyzwania technologiczne – presja na obniżanie kosztów wymusza dzisiaj stosowanie nowych, innowacyjnych technologii. Na polskim rynku obserwujemy, że coraz więcej firm interesuje się nowoczesnymi rozwiązaniami z zakresu hiperkonwergencji albo rozważa wykorzystanie chmury hybrydowej bądź prywatnej dla osiągnięcia odpowiedniej elastyczności, której wymaga biznes – mówi Dariusz Kwieciński.
Firma podkreśla, że – podobnie jak usługi IT – także nowoczesne środowisko pracy powinno być dopasowane do indywidualnego profilu firmy, żeby zapewnić pracownikom zaawansowaną technologicznie przestrzeń, z nieograniczonym dostępem do danych, mediów społecznościowych czy wsparcia technicznego z każdego miejsca na świecie. To pozwoli częściowo odpowiedzieć na wyzwania związane z brakiem kadr, ponieważ zwiększy szanse na utrzymanie w strukturach firm obecnych pracowników oraz stanie się narzędziem w przyciąganiu nowych.
– Mówiąc o cyfrowym miejscu pracy – istotne jest tzw. IT connect bar. To miejsce w biurze, gdzie dyżur pełni specjalista IT, który może na bieżąco pomóc rozwiązać wszystkie problemy w tym obszarze. Użytkownik może do niego podejść i np. naprawić telefon, dokonać drobnych, szybkich napraw komputera czy uzyskać pomoc w obsłudze jakiejś aplikacji. Dodatkowo IT connect bar pozwala też na zamawianie nowego sprzętu – pracownik może na miejscu złożyć zamówienie, umówić się na dostawę tego sprzętu, a następnie to zamówienie zostanie przeprocesowane i dostarczone użytkownikowi w określonym czasie – mówi Michał Grzegorzewski, dyrektor działu usług Fujitsu.
Jak podkreśla, nowoczesne miejsce pracy to rynkowy trend, który wymuszają oczekiwania pokolenia millenialsów i młodszych pokoleń pracowników, które wkraczają na rynek pracy, a niedługo będą stanowić na nim większość.
– Widzimy m.in. coraz większą niechęć do tego, żeby użytkownicy dzwonili i korzystali z klasycznego service desku. Oni starają się raczej wykorzystywać do tego portale, najlepiej przypominające typowe social media, gdzie mogą znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, a także rozwiązać wszystkie problemy IT, które w danej chwili występują. Przykładem takiego rozwiązania, jest self-service portal Fujitsu, czyli portal, gdzie użytkownik może zadać pytanie, a prawidłowa odpowiedź jest wyszukiwana z pomocą sztucznej inteligencji, która sugeruje odpowiednie rozwiązanie i użytkownik może sam je wypróbować. Jeśli mu się nie uda, zawsze istnieje możliwość porozmawiania z konsultantem. Dzięki zastosowaniu takiego samoobsługowego portalu można zredukować do 50 proc. kontaktów telefonicznych – mówi Michał Grzegorzewski.
Pełne wykorzystanie możliwości, jakie stwarza cyfrowa transformacja, kwestie ochrony danych, automatyzacja procesów i procedur zabezpieczenia danych, optymalizacja kosztów, dostępność danych oraz metody ich przechowywania były jednymi z głównych zagadnień poruszanych w trakcie tegorocznej konferencji Fujitsu World Tour „Human Centric Innovation: Driving a Trusted Future”, która 6 czerwca gościła na PGE Narodowym w Warszawie. To jedno z największych corocznych roadshow ICT z tysiącami odwiedzających w kilku lokalizacjach na całym świecie. Podczas wydarzenia Fujitsu, wiodący japoński producent technologii informacyjnych i komunikacyjnych, prezentował, w jaki sposób zaawansowane technologie i rozwiązania mogą napędzać rozwój biznesu i kształtować sukces w przyszłości.
W Polsce rośnie zarówno liczba rodzin pszczelich, jak i cena oraz spożycie miodu. Na przestrzeni ostatnich 15 lat spożycie wzrosło blisko dwukrotnie. Przybywa również pszczelarzy amatorów, dla których hodowla jest ciekawym, ale mało opłacalnym hobby, a nawet uli w miastach, zlokalizowanych na dachach budynków. Branża potrzebuje wsparcia konsumentów, którzy w tym celu powinni wybierać krajowe produkty.
– Hodowców pszczół mamy dzisiaj w Polsce dużo więcej niż jeszcze 5 czy 10 lat temu. Jest to związane przede wszystkim z dwoma aspektami. Po pierwsze, pszczołami zajmuje się coraz więcej osób i koniunktura w branży w tym momencie rośnie. Druga sprawa to fakt, że zakup materiału hodowlanego jest w pewien sposób dofinansowywany i to w rezultacie spowodowało wzrost pasiek prowadzących linie hodowlane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mrówka, główny specjalista ds. hodowli pszczół Krajowego Centrum Hodowli Zwierząt w Warszawie.
Według danych z Inspekcji Weterynaryjnej w 2018 roku w Polsce było około 1,63 mln rodzin pszczelich. Ich liczba zwiększyła się o ok. 5,2 proc. względem poprzedniego roku. Najwięcej, bo ok. 12 proc. ogółu rodzin pszczelich, znajduje się na terenie województwa lubelskiego. Według danych KOWR blisko 1,35 mln pni pszczelich jest w posiadaniu pszczelarzy należących do organizacji pszczelarskich. W sumie należy do nich obecnie 47,25 tys. producentów (raport „Sektor pszczelarski w Polsce w 2018 roku” Instytutu Ogrodnictwa).
– Zgodnie z danymi statystycznymi w tej chwili populacja rodzin pszczelich w Polsce rośnie. W latach 70. czy 80., kiedy mieliśmy cukier na kartki, ewidencja wykazywała ok. 3 mln rodzin pszczelich w Polsce. Od tego momentu populacja ewidencjonowana spadała. Około 5 lat temu mówiliśmy już o 700–800 tys. rodzin pszczelich, natomiast teraz – zgodnie z danymi ministerstwa rolnictwa – mamy ok. 1,5 mln zewidencjonowanych rodzin pszczelich. Wiąże się to z jednej strony z modą, a z drugiej strony – z dotacjami, zarówno unijnymi, jak i lokalnymi, które wspierają pszczoły i pszczelarstwo – mówi Piotr Mrówka.
Co istotne, w ostatnich latach rośnie również cena i spożycie miodu, natomiast wciąż w Polsce jest ono stosunkowo niewielkie i – według danych GUS – wynosi ok. 0,03 kg na osobę rocznie.
– Dzięki różnym działaniom w ciągu ostatnich 15 lat spożycie miodu w Polsce wzrosło prawie dwukrotnie. Były kampanie takie jak „Życie miodem słodzone”, które miały uzmysłowić konsumentom, że miód jest zdrowym produktem dietetycznym. Te i inne działania doprowadziły do tego, że zainteresowanie miodem wzrosło, co wpłynęło korzystnie na pszczelarzy, którzy z tego miodu, pyłku czy innych produktów żyją – mówi Piotr Mrówka. – Apelowałbym do konsumentów o to, żeby zwracać uwagę na etykiety i wybierać produkty krajowe. W ten sposób wspieramy polskich pszczelarzy.
Ekspert Krajowego Centrum Hodowli Zwierząt ocenia, że na przestrzeni ostatnich lat pszczelarstwo stało się modnym hobby, a ule coraz częściej pojawiają się w miastach. Szacuje się, że w samej Warszawie na dachach budynków znajduje się ich już kilkaset. Zdaniem części hodowców miejski miód może być nawet zdrowszy, ponieważ największym wrogiem pszczół są środki ochrony roślin, dość powszechnie stosowane na wsiach.
– Wielu pszczelarzy, którzy trzymają pszczoły w miastach, twierdzi, że mają mniej problemów z chorobami, a wydajności miodowe z rodziny pszczelej mogą być nawet wyższe niż poza miastem. Być może jest to związane z czystszym środowiskiem na terenie miast, gdzie nie ma stosowania neonikotynoidów, gdzie nie stosuje się zabiegów chemicznych w takim stopniu, jak na uprawach w monokulturach, a zagrożeniem są tylko zanieczyszczenia miejskie – mówi Piotr Mrówka.
Produkcja na małą skalę nie jest jednak dla pszczelarzy źródłem dużych zarobków. Aby była opłacalna, pasieka musi liczyć od 50 rodzin pszczelich wzwyż.
– Zajmowanie się jedną rodziną pszczelą raczej nie dostarczy nam dużego dochodu, ale da nam przyjemność z obcowania z tak skomplikowanymi i ciekawymi zwierzętami. Natomiast posiadając pasiekę większą, liczącą ponad 50 czy 100 rodzin, może być to znaczący procent dochodu w budżecie domowym, który nawet utrzyma rodzinę – mówi Piotr Mrówka.
Ze statystyk wynika, że dużych pasiek – liczących powyżej 80 rodzin pszczelich – jest w Polsce relatywnie niewiele. Odpowiadają raptem za 2,1 proc. ogółu i 12,3 proc. wszystkich rodzin pszczelich. Natomiast przeciętna obsada pasieki to 22 rodziny pszczele. Największe gospodarstwa zlokalizowane są na Warmii i Mazurach (około 39 rodzin), a najmniejsze (poniżej 13 rodzin) położone są na Śląsku. Najbardziej liczne są pasieki liczące od 21 do 50 rodzin – te stanowią 38,1 proc.
Polscy saperzy co roku interweniują kilka tysięcy razy. Zdecydowana większość niewybuchów i pocisków pochodzi z czasów II wojny światowej i dekady po niej. W dużej mierze znajdywane są przez przypadkowe osoby, co zwiększa ryzyko wybuchu. Już niedługo powojenne niewypały odnajdą drony. Dzięki wykorzystaniu cewki magnetycznej umieszczonej na dronie można wyszukać tzw. anomalie magnetyczne pod ziemią. Drony mają znaleźć ładunki kilka metrów w głąb ziemi.
– Wykorzystanie dronów w akcjach poszukiwania niebezpiecznych ładunków, anomalii zgromadzonych pod ziemią jest już rzeczywistością wykonywaną przez firmy. W tej chwili testujemy rozwiązanie wykorzystujące pole magnetyczne, czyli cewkę magnetyczną umieszczoną na dronie, który porusza się nad ziemią i wyszukuje anomalie magnetyczne pod ziemią – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Krzysztof Śmierciak, prezes zarządu spółki UAVS Poland.
Co roku liczbę interwencji saperów ocenia się na 7–8 tys. Tylko w 2017 roku wykryto i zlikwidowano ponad 1,8 tys. bomb lotniczych, 4,7 tys. granatów moździerzowych, prawie 1,5 tys. granatów ręcznych, 800 min, ponad 16 tys. pocisków artyleryjskich, niemal 800 pocisków do granatnika, ponad 250 pocisków rakietowych oraz dwie torpedy. W sumie 39 patroli rozminowania i 2 grupy nurków-minerów usunęły ponad 26 tys. przedmiotów wybuchowych i niebezpiecznych pochodzenia wojskowego, w tym te z czasów II wojny światowej i z okresu tuż po. Dzięki najnowszej technologii będzie znacznie łatwej je zlokalizować.
– Drony będą się poruszać w sposób automatyczny nad ziemią i wyszukiwać ładunki i anomalie magnetyczne znajdujące się kilka metrów pod ziemią. Tyle mogę na razie zdradzić – zapowiada Krzysztof Śmierciak.
Dron, nad którym pracuje polska firma, może być wybawieniem dla firm budowlanych, które notują olbrzymie straty, jeśli na terenie budowy zostanie odnaleziony niewypał czy pocisk. Dzięki monitorowaniu ziemi na kilka metrów w głąb okażą się też przydatne w ocenie terenu pod zabudowę.
– Mówimy o poszukiwaniu już nie tylko niebezpiecznych ładunków. Mówimy o rozwiązaniach, które są też kierowane do inwentaryzacji terenów budowlanych, gdzie możemy w sposób szybki i prosty przeprowadzić tę inwentaryzację przed wejściem maszyn budowlanych. I to jest rozwiązanie, które będzie najszybciej stosowane na rynku cywilnym – ocenia ekspert.
Drony już dawno przestały być tylko gadżetami. Potrafią znajdować zaginionych, wykorzystują własne obliczenia, nie muszą więc polegać na wskazaniach systemu GPS, potrafią rozpoznać niemal każdy teren i stworzą jego wielowymiarowy obraz. Drony patrolują już drogi, pilnują stad, są wykorzystywane przy transporcie leków.
Dowództwo Sił Powietrznych USA ogłosiło zaś niedawno przetarg na opracowanie dronów, które mogłyby ratować zestrzelonych pilotów i szybko ich ewakuować. Już niedługo drony będzie można też sterować umysłem, dzięki wykorzystaniu pola magnetycznego i fal ultradźwiękowych. Wraz z rozwojem technologii możliwości będzie przybywać. Część z nich może się okazać realna już wkrótce.
– Nasze rozwiązanie będziemy oferowali już w ciągu 3 miesięcy dla klienta końcowego – zaznacza Krzysztof Śmierciak.
Obecnie technologią suszenia żywności ujemną temperaturą interesuje się przede wszystkim przemysł spożywczy – rośnie udział w rynku liofilizowanych owoców, warzyw czy wędlin. Dzięki tej technologii żołnierze i astronauci mają dostęp do kompletnych dań, przy tym bardzo lekkich, bo pozbawionych wody. Także farmaceutyka wykorzystuje liofilizację. Światowe firmy farmaceutyczne szacują, że do 2020 roku liofilizowane leki będą stanowić 30–40 proc. ich produkcji.
– Liofilizator Frostx to urządzenie, które ma za zadanie usuwać wilgoć przede wszystkim z żywności, głównie z warzyw i z owoców, ale również np. z mięs i wędlin. Odbywa się to poprzez proces sublimacji, czyli następuje bezpośrednie parowanie lodu pod wpływem głębokiej próżni na poziomie 20 Pa. Żywność liofilizuje się po to, żeby zabezpieczyć ją i móc przechowywać przez wiele lat w sposób bezpieczny, bez utraty walorów smakowych i odżywczych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Milejski ze startupu Frostx z Gliwic.
Pierwsze eksperymenty z suszeniem zamrożonej żywności rozpoczęły się już w XIX wieku, jednak dopiero niedawno liofilizacja jest powszechnie stosowana w przemyśle spożywczym. Określa się ją jako suszenie lodem, a istotną kwestią jest szybkie zamrożenie produktu, w bardzo niskiej temperaturze i w takim czasie, by nie wytworzyły się ogromne bryły lodu. Obniżanie warunków próżniowych wokół produktu w połączeniu z falą ciepła pozwala się pozbyć nawet 95 proc. wody. Suszenie wtórne usuwa pozostałe zamrożone cząsteczki wody. W efekcie w danym produkcie pozostaje kilka procent oryginalnej wilgoci.
Tak pozyskana żywność jest nie tylko bardzo lekka, lecz także ma zachowane wszystkie walory smakowe i odżywcze.
– W smaku nie odczuwamy w zasadzie żadnych różnic w porównaniu ze świeżą żywnością. Co więcej, smak żywności liofilizowanej jest uwydatniony – podkreśla Adam Milejski. – Żywność suszona w tradycyjny sposób, czyli pod wpływem temperatury, jest żywnością często zdegradowaną, nie zachowuje pierwotnej formy, pierwotnego kształtu i nie zawiera wszystkich wartości odżywczych. A w przypadku żywności liofilizowanej jest dokładnie na odwrót – dodaje.
Żywność liofilizowana jest np. rozwiązaniem dla żołnierzy, astronautów czy himalaistów. Składniki odżywcze są redukowane tylko przez proces sublimacji, gdy niektóre z nich są tracone wraz z parującą wodą. Niemniej, aż 98 proc. wszystkich składników odżywczych jest utrzymywanych. Metoda jest tak dobra, że nie trzeba dodawać żadnych sztucznych dodatków do produktu jako konserwantów, barwników, wzmacniaczy smaku czy syntetycznych witamin.
– Aktualnie żywność liofilizowaną najczęściej można kupić w internecie. Niestety, ponieważ póki cna razie jest stosunkowo rzadko jeszcze kupowana, to jest też bardzo droga. Przykładowo, kilogram bananów liofilizowanych to cena na poziomie 200–300 zł – wskazuje ekspert.
Liofilizowana żywność może też skutecznie chronić przed chorobami. Badania pokazują, że fitochemikalia przeciwutleniające występujące w świeżych owocach są utrzymywane na poziomie prawie tak wysokim po liofilizacji. Dr Gary Stoner od lat 80. prowadzi badania nad tym, jak fitochemikalia w liofilizowanych owocach mogą chronić przed różnymi rodzajami raka.
Z kolei laboratorium Medical College z Wisconsin opracowało metodę zapobiegania nowotworom przełyku i jelita grubego u zwierząt i ludzi. Większość badań przeprowadzono z użyciem liofilizowanych czarnych malin, ze względu na ich wysoki potencjał antyoksydacyjny, wysoką zawartość antocyjanów i błonnika. Obecnie z urządzeń do liofilizacji korzysta przemysł spożywczy, ale już wkrótce do sprzedaży mogą trafić urządzenia do domowej liofilizacji.
– Na razie jesteśmy w stanie wytworzyć urządzenia dla odbiorcy trochę większego, głównie sadowników, mniejszych rolników, restauracji czy kawiarni. Natomiast w planach jest produkowanie urządzeń również dla użytkownika domowego – zapowiada przedstawiciel firmy Frostx.
Suszenie mrozem to nie tylko domena branży spożywczej, coraz częściej stosuje je też rynek farmaceutyczny. Szybko rośnie udział zatwierdzonych leków liofilizowanych do wstrzykiwania i infuzji. Główne typy produktów obejmują terapie oparte na komórkach, leki małocząsteczkowe, diagnostykę i leki biologiczne, w tym peptydy, białka rekombinowane i szczepionki. Światowe firmy farmaceutyczne szacują, że do 2020 roku liofilizowane leki będą stanowić nawet 30–40 proc. ich produkcji.
– Liofilizować można różne rzeczy, najbardziej popularna pod tym względem jest generalnie żywność, w tym w szczególności warzywa i owoce. Ale można również liofilizować mięsa, wędliny, zioła czy np. grzyby. Zainteresowanie liofilizatory znajdują również w bibliotekach, gdzie liofilizuje się stare książki w celu usunięcia wilgoci – wymienia Adam Milejski.
Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku. Tutaj zakres kwot jakie można pożyczyć to przedział od 500 złotych do maksymalnie 4 000 złotych. okres kredytowania tutaj wynosi od 3 do 60 miesięcy włącznie. Kredyt oprocentowany jest na 9,99% w skali roku, prowizja dla banku wynosi 11,60% pożyczonej nam kwoty, a RRSO ma wartość 36,16% w skali roku.
Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku.
Pożyczka przez Internet jest propozycją Eurobanku. Tutaj zakres kwot jakie można pożyczyć to przedział od 500 złotych do maksymalnie 4 000 złotych. okres kredytowania tutaj wynosi od 3 do 60 miesięcy włącznie. Kredyt oprocentowany jest na 9,99% w skali roku, prowizja dla banku wynosi 11,60% pożyczonej nam kwoty, a RRSO ma wartość 36,16% w skali roku. Raty miesięczne będą po 196,22 złotych każda, a kredyt wygeneruje nam koszt całkowity w wysokości 354,61 złotych. Kredyt gotówkowy w Banku BNP Paribas (nr 1 w rankingu na https://www.17bankow.com/ranking-kredytow-gotowkowych) pozwala na zobowiązanie na kwotę od 1 000 złotych do maksymalnie 200 000 złotych. tutaj okres kredytowania wynosi od 6 do 120 miesięcy. Oprocentowanie nominalne kredytu jest równe 9,99% w skali roku. Dla banku trzeba będzie zapłacić prowizję, która wynosi 12,90% kwoty kredytu. Co do wysokości wskaźnika RRSO jest on dosyć duży i równy 42,67% w skali roku. Kredytobiorca będzie wpłacał do banku raty miesięczne po 175,82 złotych każda, co da nam całkowity koszt kredytu w wysokości 367,87 złotych. W tym banku będzie wymagana zgoda współmałżonka oraz oświadczenie o zarobkach. Możemy zobowiązanie spłacić wcześniej jak również mamy możliwość negocjowania z bankiem wysokości oprocentowania.
Pożyczka mini ratka w PKO
Dla kredytu gotówkowego na kwotę 2 000 złotych z okresem kredytowania wynoszącym 12 miesięcy sprawdzimy trzy ciekawe oferty. Będą nimi mini ratka na dowolny cel w Banku PKO, pożyczka przez internet w Eurobanku oraz kredyt gotówkowy oferowany przez Bank BNP Paribas. Mini ratka na dowolny cel jaka oferuje Bank PKO jest zobowiązaniem jakie pozwala na zaciągnięcie kredytu do 200 000 złotych z okresem spłaty do 96 miesięcy. Oprocentowanie nominalne w tym przypadku będzie w wysokości 9,99% w skali roku. Tytułem prowizji dla banku za udzielenie nam zobowiązania zapłacimy 4,99% pożyczonej kwoty. RRSO ma tutaj wartość 21,48% w skali roku. Będziemy wpłacać do banku raty miesięczne po 175,82 złotych każda, a całkowity koszt kredytu będzie wynosił 209,67 złotych. Bank daje możliwość spłaty kredytu przed czasem jak również jest otwarty na ewentualne negocjacje wysokości jego oprocentowania.
Rynki globalne podtrzymują umiarkowany optymizm po decyzji Trumpa o wycofaniu się z ceł na towary z Meksyku, ale to tylko oznacza, że prezydent USA może teraz skupić się na sporze z Chinami. Oczekujemy, że nerwowość powróci na rynki i utrzyma się przynajmniej do zaplanowanego na koniec miesiąca szczytu G20.
Wczoraj w kontrze do euforii wywołanej odwołaniem wojny celnej USA z Meksykiem pisaliśmy, że najważniejsza wojna handlowa z Chinami nie jest ani krok bliżej do zakończenia. Dla prezydenta Trumpa Chiny są najważniejszym frontem powadzonych działań. Wczoraj Trump powiedział, że jest gotów objąć cłami pozostały import z Chin warty 300 mld USD, jeśli podczas szczytu G20 (28-29 czerwca) nie uda mu się dojść do porozumienia z prezydentem Chin Xi. Wysokość ceł ma być ekstremalna: 25 proc. lub „dużo więcej niż 25 proc.”. Jednocześnie Trump jest przekonany, że ma dobre relacje z prezydentem Xi i na pewno uda się im spotkać, choć ze strony Pekinu wciąż brak potwierdzenia. A Chiny mogą nie widzieć sensu w spotkaniu, które jak na razie ma tylko pokazać, że Chiny robią to, co chce Trump. Od czasu zaognienia sporu na początku maja, kolejne tury rozmów grup roboczych nie przyniosły widocznych postępów, zatem spotkanie liderów może niewiele zmienić. Ryzyka dla globalnej wymiany handlowej pozostają podwyższone i niech pokój na linii USA-Meksyk nikogo nie zwiedzie. Dalej widzimy przestrzeń do umocnienia dla walut defensywnych, jak JPY, CHF i w pewnym stopniu EUR.
USD jest na rozdrożu. Z jednej strony słabe dane (jak ostatni NFP) podsycają spekulacje o dwóch, a nawet o trzech obniżkach o 25 pb, jakie do końca roku może przeprowadzić Fed. Bank centralny jest też pod presją polityczną, gdyż wczoraj prezydent Trump powtórzył, że polityka Fed jest błędem, a jego działania są szkodliwe. Z drugiej strony rynek już dość wysoko zdyskontował łagodzenie polityki pieniężnej – wycena ruchu na posiedzeniu za tydzień wynosi 16 proc., ale na następnym w lipcu już 88 proc. Stonowany przekaz FOMC może ostudzić oczekiwania, na czym USD może odbijać. Niewykluczone jednak, że choć cięcie w przyszłym tygodniu byłoby wielkim szokiem dla rynków, tak Fed może nie być skory, by łagodzić rynkowe oczekiwania (wypychając dyskonto na kolejne posiedzenie we wrześniu) i na nie przystanie. Wiele będzie zależeć od najbliższych danych, jeśli te potwierdzą, że gospodarka wytraca tempo. W tym tygodniu dostaniemy ważne odczyty sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i inflacji CPI. Wcześniej, bo jeszcze dziś, przedstawiony zostanie indeks nastrojów małych przedsiębiorstw, który może dostarczyć ważnych wskazówek, jak na napięcia handlowe reaguje serce amerykańskiej gospodarki (45 proc. PKB).
Coraz cieplejsza pogoda i słońce za oknem, ale polskiego użytkownika sieci to nie powstrzymuje przed surfowaniem po cyberświecie. W maju z Internetu regularnie korzystało 28,3 mln Polaków. Według analizy PBI Gemius łącznie wykonaliśmy ponad 57 mld odsłon.
Zwraca uwagę, że coraz mniej użytkowników sieci łączy się z Internetem wyłącznie za pomocą komputerów stacjonarnych i laptopów. W poprzednim miesiącu tylko 17 proc. internautów w ten sposób buszowało po sieci. Czyżby nadchodził zmierzch takich urządzeń? Stajemy się coraz bardziej mobilnym społeczeństwem więc nie dziwi, że smartfon lub tablet w ręku to teraz priorytet. Poszukujemy szybkiego dostępu do informacji, portali społecznościowych oraz bankowości elektronicznej. Kto będzie czekać aż dojedzie do domu czy biura żeby odpalić Internet? Studiuję dane PBI i widzę, że użytkownicy, którzy wykorzystują w tym celu wyłącznie urządzenia mobilne, stanowili w maju najliczniejszą grupę – 44% ogółu. Mnie to nie dziwi – komentuje Bartosz Gadzimski, CEO częstochowskiej firmy hostingowej Zenbox.
A co było przede wszystkim na tapecie (nie ekranowej)? Wiosenna, a nawet czasami letnia aura zrobiła swoje. Internauci zaczęli coraz chętniej przeglądać strony związane z dietami, odchudzaniem i fitnessem. Wygląda na to, że masowo zaczęliśmy pracować nad formą przed wakacjami. W ostatnim tygodniu maja średnia czasu spędzanego na tego rodzaju witrynach wyniosła 4,7 minuty na użytkownika, czyli ponad 2,5 razy dłużej, niż wynosi średnia dla tygodni poprzedzających omawiany okres. Pora roku i Internet to dwie składowe, które często ze sobą się łączą. Na wiosnę szukamy aktywności fizycznych, latem ofert wyjazdów, jesienią internauci przeglądają masowo strony związane z modą. Dodatkowo dochodzi do tego zainteresowanie bieżącymi wydarzeniami. Kibice skupiają się na poszczególnych wydarzeniach sportowych, a wielu z nas także na tych politycznych – podsumowuje Gadzimski. Jego opinię potwierdzają dane PBI. Końcówka miesiąca to przecież wybory do Europarlamentu. Dzień po głosowaniu zainteresowanie witrynami z tej kategorii wzrosło we wszystkich grupach wiekowych. W przypadku internautów 60+ zasięg witryn z publicystyką wyniósł 48,3%, podczas gdy w najmłodszej grupie uprawnionych do głosowania (18-29 lat) jedynie 23,8%.
Najbardziej cyber-aktywnym dniem poprzedniego miesiąca był 15 maja. Prawie 25 mln Polaków połączyło się wtedy z cyfrowym światem.
Plaża, woda, słońce i… własny biznes? To marzenie wielu osób, które można zrealizować dzięki leasingowi. Korzysta z niego już co druga mikro-, mała lub średnia firma, przede wszystkim do sfinansowania samochodów i maszyn. Jednak lista przedmiotów, które można wyleasingować, jest zdecydowanie dłuższa. Eksperci EFL pokazują, że znajdują się na niej również rzeczy, dzięki którym można prowadzić wakacyjny biznes na plaży.
– W tym momencie można wyleasingować wszystko, co stanowi majątek ruchomy lub nieruchomość i jest przydatne do prowadzenia biznesu. To nie tylko samochody osobowe i użytkowe, samoloty, maszyny rolnicze i budowlane czy sprzęt IT. Ta lista jest znacznie dłuższa. Przy okazji zbliżających się wakacji warto podpowiedzieć przedsiębiorczym Polakom, że dzięki leasingowi można też rozkręcić biznes wakacyjny. I to ten najprzyjemniejszy, bo na plaży. Wypożyczalnia sprzętu wodnego, place zabaw dla dzieci czy lodziarnia? Nie ma problemu! Wystarczy, że przedsiębiorca przedstawi nam swoje potrzeby, a my wspólnie z jego lub naszymi dostawcami sprzętu, zadbamy o sfinansowanie inwestycji – mówi Marcin Stasiak, Kierownik ds.Rozwoju Produktów i Rozwoju Rynków w EFL.
EFL przygotował listę 5 rzeczy, które można wziąć w leasing z myślą o biznesie na plaży
TOP 1: skuter wodny
Skutery, i to nie tylko te na dwóch kółkach, zdobywają serca Polaków. Nad polskim morzem co kilkaset metrów znajdują się wypożyczalnie oferujące tego typu atrakcje, z których plażowicze bardzo chętnie korzystają. Warto więc pomyśleć o takim biznesie. Koszt jednego skutera nie należy do najniższych, ale dzięki leasingowi nie odczujemy go, a w perspektywie długoterminowej inwestycja szybko się zwróci. Co więcej, wyleasingować możemy również łodzie motorowe i pontony typu banan wodny, które z pewnością uatrakcyjnią prowadzony biznes.
TOP2: maszyna do lodów
Jeśli wakacje, plaża i słońce, to oczywiście lody. Włoskie, gałkowe czy naturalne, które od kilku lat w naszym kraju robią furorę. Niezależnie od rodzaju, do przygotowania każdego z nich konieczny jest odpowiedni sprzęt. Nie obejdzie też się bez specjalnej lodówki czy zamrażarki, w której będą przechowywane desery. Każdą z tych rzeczy można nabyć w leasingu, którego koszty po gorącym sezonie mogą się zwrócić.
TOP3: plac zabaw dla dzieci i dmuchane zjeżdżalnie
Wesołe miasteczko na plaży już nikogo nie dziwi, a najmłodszych bardzo cieszy? Dmuchane zamki i zjeżdżalnie czy trampoliny okazują się najczęściej sporym jednorazowym kosztem. Nie każdy może pozwolić sobie na sfinansowanie takiej inwestycji gotówką. Warto wiedzieć, że takie atrakcje można śmiało wyleasingować. Dzięki temu będą one zarabiały w czasie sezonu same na siebie.
TOP4: leżaki i kosze plażowe
Typowy biznes nadmorski to wypożyczalnia leżaków, koszy plażowych i parasoli. Porządne i w większej liczbie okazują się jednak sporym wydatkiem, który z własnej kieszeni ciężko pokryć. W takiej sytuacji warto pomyśleć o leasingu.
TOP5: rower klasyczny lub elektryczny
Nad polskim morzem, wzdłuż plaż i w miastach, mamy do czynienia z coraz lepszą infrastrukturą rowerową. To powoduje, że zarówno mieszkańcy jak i turyści coraz chętniej przesiadają się z samochodu czy autobusu na rower. Może warto więc otworzyć ich wypożyczalnię. Niezależnie od tego, czy myślimy o klasycznych czy tych elektrycznych, każdy możesz wyleasingować. Również ten, którym jako przedsiębiorca, będziesz codziennie dojeżdżać na plażę do swojej firmy.
Mimo szumnie ogłaszanego wzrostu gospodarczego przeciętny Polak najchętniej kupuje mieszkania dwupokojowe. Szczytem marzeń są nieduże trzy pokoje. Opracowanie dotyczące popytu na określone segmenty mieszkań przygotowała sieciowa agencja Metrohouse oraz portal RynekPierwotny.pl.
Na rynku wtórnym górą mieszkania dwupokojowe
Metrohouse przeanalizowało swoje transakcje z I kw. br. w sześciu największych miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź, Poznań i Gdańsk). Prawie połowa (47 proc.) transakcji mieszkaniowych na rynku wtórnym dotyczyła mieszkań o metrażu 35-50 mkw. Taka powierzchnia z reguły obejmuje mieszkania dwupokojowe oraz nieduże lokale trzypokojowe.
Następne 30 proc. transakcji jest zawieranych na mieszkaniach o metrażu pomiędzy 50 a 65 mkw. Tylko 6 proc. klientów wybiera lokale większe niż 80 mkw. Znamienne jest też niewielkie zainteresowanie mieszkaniami jednopokojowymi, które wybrał w tym czasie co 10-ty kupujący.
– Nie jest zaskoczeniem nikłe zainteresowanie mieszkaniami większymi niż 80 m kw. Klienci, zwłaszcza z największych miast, obserwując całościową cenę za takie lokale zaczynają się interesować innymi możliwościami zaspokojenia popytu na większą powierzchnię mieszkalną. Stąd jak grzyby po deszczu w rejonach podmiejskich powstają skupiska segmentów, które stanowią tańszą alternatywę dla dużych mieszkań, będąc przy okazji substytutem domu. Podaż największych lokali jest duża i wynosi 33 proc. wszystkich mieszkań na sprzedaż w Metrohouse. W połączeniu z ograniczonym popytem można spodziewać się, że w najbliższym czasie właściciele tego typu mieszkań będą mieć największe problemy ze sprzedażą, komentuje Marcin Jańczuk z Metrohouse.
Niewiele osób kupując mieszkanie interesuje się najmniejszymi kawalerkami. Jest to poniekąd następstwo dość niskiej podaży takich mieszkań, ale i wysokich stawek ofertowych, które towarzyszą mieszkaniom o małych metrażach. Czasem okazuje się, że dopłacając niewielkie kwoty możemy kupić mieszkanie dwupokojowe, które pozwoli zamieszkać w lokalu o znacznie lepszym komforcie. Jak wyliczają eksperci kredytowi Gold Finance różnica w racie kredytu pomiędzy kawalerką a niewielkimi dwoma pokojami może być naprawdę nieduża i wynosi 150-200 zł.
– Przy aktualnym rozkładzie popytu i podaży z pewnością pojawienie się na rynku dobrze wycenionej oferty o metrażu 40-50 mkw. będzie skutkować dużym zainteresowaniem potencjalnych nabywców, dodaje Marcin Jańczuk i zwraca uwagę, że w dalszym ciągu sprzedający zakładają zbyt duży margines na negocjacje, co ma wpływ na późniejszy czas sprzedaży.
Deficyt małych mieszkań widoczny na rynku deweloperskim
Obserwacje na rynku wtórnym znajdują swoje odbicie w badaniach inwestycji deweloperskich. Wyniki analiz przeprowadzanych przez Narodowy Bank Polski wskazują, że na rynku pierwotnym mamy do czynienia z niedoborem najmniejszych mieszkań. Chodzi o nowe lokale o powierzchni do 45 mkw. – 50 mkw. Wspomniane mieszkania na ogół cechują się wyższą ceną 1 mkw. niż większe „M” o podobnym standardzie oraz zbliżonej lokalizacji. Wynika to z rozłożenia stałych kosztów dewelopera na mniejszą powierzchnię lokalu. Pomimo swoistej premii, którą trzeba zapłacić za małe mieszkanie, nie brakuje chętnych do zakupu takich lokali. Wzbudzają one zainteresowanie głównie wśród młodych nabywców z mocno ograniczonym budżetem oraz inwestorów planujących wynajem.
– Aktualne dane portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że podobnie jak na rynku wtórnym, osoby szukające najmniejszych mieszkań (do 35 mkw.) mają stosunkowo mały wybór. Takie lokale stanowią bowiem równe 10% oferty deweloperów z sześciu największych miast Polski – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
Udział rynkowy mieszkań z kolejnych grup metrażowych przedstawia się następująco:
od 35,01 mkw. do 50,00 mkw. – 33,06% oferty deweloperów z sześciu metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk)
od 50,01 mkw. do 65,00 mkw. – 31,38%
od 65,01 mkw. do 80,00 mkw. – 16,65%
od 80,01 mkw. do 100,00 mkw. – 6,08%
od 100,01 mkw. do 120,00 mkw. – 1,79%
od 120,01 mkw. – 1,04%
– Jak nietrudno zauważyć, największy jest udział rynkowy nowych lokali o powierzchni 35,01 mkw. – 50,00 mkw. Dane popytowe sugerują jednak, że to właśnie deficyt mieszkań liczących sobie 35 mkw. – 50 mkw. bywa szczególnie dotkliwy dla kupujących. Takie poszukiwane mieszkania najszybciej wyprzedają się w inwestycjach wprowadzanych na rynek pierwotny – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Zupełnie inna sytuacja dotyczy dużych lokali (powyżej 65 mkw.), które cechują się wyraźną rynkową nadpodażą.