Eksport towarów – dokumenty uprawniające do zastosowania zerowej stawki VAT

Ustawa o podatku od towarów i usług zawiera zamknięty katalog czynności podlegających opodatkowaniu tym podatkiem. Tym samym lista przedmiotów opodatkowania ma charakter zamknięty i wszelkie zjawiska lub aktywność nie wymieniona na tej liście nie podlega opodatkowaniu. Jedną z czynności generujących obowiązek zapłaty podatku VAT jest eksport towarów, którego definicja legalna zawarta jest w art. 2 pkt 8 ustawy o podatku od towarów i usług. Na jej podstawie należy wyróżnić tzw. eksport bezpośredni oraz eksport pośredni.

Eksport towarów

Eksport bezpośredni ma miejsce w sytuacji dostawy towarów wysyłanych lub transportowanych z terytorium Polski poza terytorium Unii Europejskiej przez dostawcę lub na jego rzecz. Z kolei eksport pośredni związany jest z sytuacją, w której dostawa z terytorium Polski poza granice Unii Europejskiej jest dokonywana przez nabywcę mającego siedzibę poza terytorium kraju lub na jego rzecz. Dodać należy, że eksport pośredni nie wystąpi w przypadku towarów wywożonych przez samego nabywcę do celów wyposażenia lub zaopatrzenia statków rekreacyjnych oraz turystycznych statków powietrznych lub innych środków transportu służących do celów prywatnych. Oba rodzaje eksportu dla swojego zaistnienia na gruncie ustawy VAT powinny zostać potwierdzone przez właściwy organ celny określony w przepisach celnych.

Uprawnienie do zastosowania zerowej stawki

Zgodnie z ogólną zasadą eksport towarów jest opodatkowany zerową stawką VAT. Dotyczy to zarówno eksportu bezpośredniego, jak i eksportu pośredniego. Uwypuklić jednak trzeba, że warunkiem zastosowania zerowej stawki jest posiadanie odpowiednich dokumentów. Katalog tych dokumentów unormowany przez ustawodawcę różni się w pewien sposób w zależności od rodzaju eksportu. W przypadku eksportu bezpośredniego będzie to dokument potwierdzający wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej.

Poniżej zostały wymienione przykładowe dokumenty:

  • dokument w formie elektronicznej otrzymany z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych albo potwierdzony przez właściwy organ celny wydruk tego dokumentu;
  • dokument w formie elektronicznej pochodzący z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych, otrzymany poza tym systemem, jeżeli zapewniona jest jego autentyczność;
  • zgłoszenie wywozowe w formie papierowej złożone poza systemem teleinformatycznym służącym do obsługi zgłoszeń wywozowych albo jego kopia potwierdzona przez właściwy organ celny.

W przypadku eksportu pośredniego podatnicy mogą wykorzystać dokumenty, o których mowa powyżej, z tym że musi z nich wynikać tożsamość towaru będącego przedmiotem dostawy i wywozu. Zasygnalizować należy, że niezależnie od rodzaju eksportu w przypadku braku posiadania omawianej dokumentacji podatnik nie jest uprawniony do zastosowania zerowej stawki VAT.

Najczęściej wykorzystywanym w praktyce gospodarczej dokumentem mającym potwierdzać prawo do zastosowania zerowej stawki jest komunikat IE 599. Komunikat ten jest tworzony w systemie ECS (ang. Export Control System) przez urząd celny, w którym towary zostały zgłoszone do procedury wywozu. Po wygenerowaniu komunikat (który ma formę pliku XML) jest przesyłany przez urząd celny do zgłaszającego lub eksportera pocztą elektroniczną.

Charakter dokumentacji eksportowej

Nie ulega wątpliwości, że nazewnictwo dokumentów uprawniających do zastosowania preferencyjnej stawki VAT może sprawiać pewne trudności w prawidłowej identyfikacji takiego dokumentu. Wątpliwości może potęgować fakt przekazywania dokumentów przez różne podmioty (jak np. agencja celna, urząd celny, przewoźnik). Trudność w weryfikacji może wystąpić w szczególności pośród podatników, którzy sporadycznie dokonują sprzedaży towarów do kontrahentów mających siedzibę poza granicami Polski. W takim przypadku, aby nie utracić prawa do zastosowania zerowej stawki VAT, należy kierować się określonymi zasadami.

Po pierwsze prawodawca, tworząc katalog dokumentów uprawniających do preferencyjnego opodatkowania, posłużył się zwrotem „w szczególności”, co oznacza, że podatnik dla wykazania eksportu może posłużyć się każdym dokumentem.

Po drugie dokument ten powinien jednoznacznie i w sposób nie budzący wątpliwości potwierdzać wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej.

Jeśli zatem posiadane przez podatnika dowody spełniają ww. kryteria, to nie powstanie obowiązek podatkowy związany z eksportem towarów.

Zagraniczne dokumenty

Znaczną swobodę w gromadzeniu odpowiednich dokumentów potwierdzają również organy podatkowe. W jednej z ostatnich interpretacji podatkowych traktującej o przedmiotowym zagadnieniu zapytano, czy za dokument potwierdzający wywóz sprzedawanych towarów poza terytorium UE może zostać uznany tzw. Exit EU Report, dokument wydawany przez ogólnokrajowy Urząd pocztowy z siedzibą w Holandii. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej udzielił pozytywnej odpowiedzi, potwierdzając tym samym prawo do zastosowania stawki podatku w wysokości 0% dla sprzedawanych przez podatnika towarów.

Podsumowanie

Podatnik nie zawsze będzie potrzebował dokumentów celnych, aby zastosować zerową stawkę VAT. Co więcej, mając na uwadze otwarty katalog tych dokumentów, nie ma przeszkód, aby podatnik posłużył się również pismem sporządzonym poza granicami naszego kraju.

Podatnicy powinni jednak mieć świadomość tego, iż w każdy eksport towarów powinien być zaangażowany właściwy organ celny. Równie ważne jest, aby każdy dokument poddany został wszechstronnej ocenie w świetle potwierdzania przez niego rzeczywistego wywozu towaru poza granice Unii Europejskiej. Tylko wówczas eksport towarów będzie neutralny na gruncie podatku VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Marcin Bodziak wzmocni Dział Analityków PAYBACK Polska

Marcin Bodziak, PAYBACK Polska
Marcin Bodziak, PAYBACK Polska

1 kwietnia 2019 roku do Działu Analityków PAYBACK Polska dołączył Marcin Bodziak, który objął stanowisko Advanced Analytics Principal. Będzie on odpowiedzialny za wszystkie usługi z zakresu Advanced Analytics, AI, Natural Language Processing oraz Data Mining, świadczone przez Program dla jego partnerów. To bardzo duże wzmocnienie dla zespołu, który odpowiada za personalizację oferty dla uczestników PAYBACK, tak ważną przy pogłębianiu relacji partnerów z ich klientami.

Nasi analitycy to jeden z najważniejszych zespołów w PAYBACK. To właśnie oni, w oparciu o nowoczesne narzędzia analizy Big oraz Smart Data, przygotowują szczegółowe raporty, które pozwalają partnerom Programu lepiej poznawać zachowania zakupowe polskich konsumentów. Na tej podstawie definiujemy grupy docelowe, przygotowujemy też zindywidualizowane oferty oraz komunikację, co ma kluczowy wpływ na budowanie oraz wzmacnianie relacji partnerów PAYBACK z ich klientami. Marcin posiada ogromne doświadczenie w zakresie analityki danych i wyciągania z nich odpowiednich wniosków dla prowadzenia biznesu. Jestem przekonany, że będzie stanowił ogromne wsparcie, zarówno dla naszego zespołu, jak i dla partnerów – mówi Marcin Pilarski, dyrektor zarządzający PAYBACK Polska.

– Rola analityki w programach lojalnościowych jest dziś nie do przecenienia, jeśli chcemy odpowiadać na potrzeby współczesnych konsumentów i prowadzić efektywne działania wspierające rozwój biznesu. W przypadku programu multipartnerskiego, o tak dużej skali działania i z tak długim stażem na rynku jak PAYBACK, mamy do czynienia z ogromną ilością danych, których przybywa z każdym dniem. Dzięki tym danym i metodom sztucznej inteligencji możemy odkrywać coraz nowsze szczegóły zwyczajów konsumentów i ich ścieżek zakupowych. Aby je skutecznie analizować, potrzeba nie tylko zaawansowanych narzędzi, ale także zespołu doświadczonych ekspertów, z którymi się tu spotkałem. Sądzę więc, że praca w zespole PAYBACK przyniesie mi nowe wyzwania, a jednocześnie wiele satysfakcji – mówi Marcin Bodziak.

Marcin Bodziak ma 25-letnie doświadczenie w zakresie analityki biznesowej. Pracował między innymi w Teradata, Ernst & Young Business Advisory oraz SAS Institute na stanowiskach managerskich, a także w banku PKO BP, gdzie pełnił funkcję dyrektora w departamencie informacji zarządczej (rozwój hurtowni danych i raportowanie zarządcze). W wolnym czasie śledzi na bieżąco nowości w świecie data science, biega i słucha muzyki poważnej.

Ponad 5 mln mkw. powierzchni biurowych na głównych rynkach regionalnych

Całkowite zasoby biurowe na głównych rynkach regionalnych w kraju, poza Warszawą przekroczyły 5 mln mkw. powierzchni

Z danych Walter Herz wynika, że największe ośrodki regionalne w Polsce – Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Lublin i Szczecin – dysponują już łącznie ponad 5 mln mkw. powierzchni biurowych, dzięki oddaniu do użytkowania w ostatnich tygodniach kilku nowych obiektów.

Na koniec 2018 roku całkowite zasoby biurowe w regionach sięgały 4,95 mln mkw. powierzchni. Pułap 5 mln mkw. powierzchni został przekroczony po ukończeniu m.in. takich inwestycji jak krakowskie kompleksy V. Offices i Mogilska 43 Office, biurowiec City One we Wrocławiu, Heweliusza 18 w Gdańsku, czy budynku Lavender Iris w Zenit Blossom Center i Teal Office w Łodzi.

W regionach powstaje 930 tys. mkw. biur

Analitycy Walter Herz prognozują, że największe ośrodki biurowe w Polsce będą nadal pozostawały w cyklu dynamicznego rozwoju. W wiodących miastach regionalnych w kraju w budowie pozostaje łącznie około 930 tys. mkw. powierzchni biurowych. Najwięcej nowych inwestycji powstaje w Krakowie, Trójmieście i we Wrocławiu.

Do realizacji kolejnych projektów motywuje inwestorów utrzymujący się na rekordowym poziomie popyt na biura, którego konsekwencją jest bardzo niski współczynnik pustostanów notowany we wszystkich regionach. W 2018 roku w największych miastach, poza Warszawą do najemców trafiło łącznie blisko 650 tys. mkw. biur, z czego większość przypadła na Kraków i Wrocław.

Kraków i Wrocław idą łeb w łeb

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– W 2018 roku w parze z rekordową nową podażą szedł najwyższy w historii poziom absorpcji. Kraków i Wrocław to miasta, których zasoby przekroczyły próg 1 mln mkw. powierzchni i dysponują łącznie prawie połową biur, jakie oferują rynki regionalne w Polsce. Wrocław pod względem podaży powoli dogania Kraków, drugi po Warszawie ośrodek biznesowy w kraju. W ubiegłym roku w Krakowie i we Wrocławiu oddana została podobna ilość powierzchni biurowych – po około 150 tys. mkw. Dziś w trakcie realizacji we Wrocławiu jest ponad 220 tys. mkw. biur, z których około 100 tys. mkw. ma zostać oddane do końca bieżącego roku. Stolica Dolnego Śląska ma teraz swój czas. Potencjał wrocławskiego rynku dostrzegły największe firmy inwestujące w Polsce, m.in. Skanska, Vastint, czy Echo Investment  – komentuje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

– Jedyną przeszkodą dla rozwoju segmentu biurowego zarówno we Wrocławiu, jak i w Krakowie są coraz większe trudności w pozyskaniu wykwalifikowanych pracowników, co z kolei stanowi szansę dla mniejszych rynków, jak Katowice, czy takich ośrodków jak Lublin, Szczecin i Bydgoszcz – dodaje Mateusz Strzelecki.

Boom w Trójmieście

Ekspert Walter Herz zwraca również uwagę na rynek Trójmiejski. – Podobnie, jak Wrocławiem, wielu największych deweloperów, operujących w naszym kraju interesuje się dziś także Trójmiastem. Z inwestycjami w tym regionie rusza m.in. Skanska, Echo Investment, czy Cavatina, która prężnie działa także w Katowicach. Nowe inwestycje inicjowane na rynkach regionalnych przyciągają jednocześnie uwagę funduszy inwestycyjnych, które uważnie przyglądają się teraz rynkom poza Warszawą – przyznaje Mateusz Strzelecki.

Wrocław

Zasoby biurowe Wrocławia sięgają aktualnie prawie 1,1 mln mkw. powierzchni. Przez ostatnie 5 lat segment biurowy podwoił na tym rynku swój potencjał. Duża część nowych biur realizowana jest w południowej części miasta, gdzie w budowie pozostaje około 100 tys. mkw. powierzchni. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych 3 lat aglomeracja zwiększy zasoby o jedną trzecią. W ubiegłym roku deweloperzy oddali we Wrocławiu rekordową ilość powierzchni biurowych, prawie trzy razy więcej niż w roku poprzednim. Do największych ukończonych inwestycji należały m.in. Sagittarius Business House, Retro Office House, West Link, Cu Office A i biurowiec BZ WBK, obecnie Santander Banku. W 2018 roku zapotrzebowanie na wrocławskie biura wyniosło 165 tys. mkw. Był to wynik zbliżony do rekordowego pod względem popytu roku 2017.

Kraków

W Krakowie całkowita powierzchnia biurowa liczy 1,28 mln mkw. Do największych projektów oddanych do użytku w ubiegłym roku należały Equal Business Park C, O3 Business Campus i Podium Park I. W stolicy Małopolski w budowie pozostaje ponad 270 tys. mkw. powierzchni. W tym roku w kilkunastu inwestycjach deweloperzy planują oddać jeszcze więcej biur niż w 2018 roku, około 190 tys. mkw.  Zeszłoroczna absorpcja na tym rynku osiągnęła poziom 220 tys. mkw., co potwierdza szerokie możliwości krakowskiego rynku. Zarejestrowana wartość obejmowała jedną trzecią łącznego popytu odnotowanego w regionach.

Trójmiasto

Trójmiasto oferuje dziś około 780 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej i plasuje się na czwartej pozycji wśród biurowych rynków regionalnych w Polsce. W minionym roku ukończone zostały m.in. budynki Olivia Prime A i Olivia Star wchodzące w skład Olivia Business Center, największego kompleksu biurowego w Trójmieście. W 2018 roku zasoby powierzchni biurowej w aglomeracji zwiększyły się o ponad 77 tys. mkw. W perspektywie kliku najbliższych lat w Gdańsku powstanie nowy hub biurowy, mieszczący się na terenach postoczniowych Młodego Miasta. W Trójmieście w budowie jest teraz około 150 tys. mkw. biur, z czego trzy czwarte w Gdańsku. Wśród realizowanych inwestycji znajduje się m.in. budynek Neon w kompleksie biurowym Alchemia, Olivia Prime B w inwestycji Olivia Business Centre, biurowiec GATO w kompleksie Garnizon i budynek A w projekcie WAVE.  W 2018 roku popyt w tym regionie sięgnął 87 tys. mkw. powierzchni.

Szczecin

Rynek biurowy w Szczecinie oferuje około 160 tys. mkw. powierzchni biurowych, ale zapotrzebowanie na biura zgłaszane przez najemców w ciągu dwóch ostatnich lat jest bardzo wysokie, kilkukrotnie przewyższające nową podaż. W regionie zostanie oddane wkrótce około 50 tys. mkw. powierzchni. Na rynek ma wejść m.in. biurowo-handlowo-usługowy Posejdon, Cukrowa Office, Stettiner Business Center, czy Kamienica Dohrma.

Łódź

W Łodzi zasoby biurowe przekroczą wkrótce 500 tys. mkw. powierzchni. W minionym roku oferta wzbogaciła się o około 35 tys. mkw. powierzchni, m.in. dzięki oddaniu projektu Ogrodowa Office i biurowca TME. W budowie na łódzkim rynku pozostaje około 100 tys. mkw. powierzchni, z czego 70 proc. ma zostać oddane do końca bieżącego roku. W okolicy tzw. skrzyżowania marszałków, na terenie dawnych zakładów Monopolu Wódczanego realizowany jest kompleks Monopolis, a w jego sąsiedztwie trwają prace związane z budową biurowca Imagine. W Nowe Centrum Łodzi, tworzącym się właśnie nowoczesnym zagłębiu biznesowym w rejonie dworca Łódź Fabryczna powstaje zaś m.in. Brama Miasta. Na starcie budowy są takie projekty jak: React i inwestycja przy ulicy Tymienieckiego firmy Echo Investment, czy projekt HB Reavis na terenie Nowego Centrum Łodzi.
W tym roku w Łodzi do użytkowania ma zostać oddanych kilka projektów o łącznej powierzchni ponad 77 tys. mkw., m.in.: pierwsza faza kompleksu Brama Miasta, biurowiec Imagine, czy pierwszy budynek w kompleksie Monopolis. Ubiegłoroczny popyt wyniósł w Łodzi 57 tys. mkw. powierzchni.

Katowice

Rynek biurowy w Katowicach oferuje już ponad pół miliona mkw. powierzchni, miasto oferuje 530 tys. mkw. biur. W 2018 roku do użytkowania oddane zostało 55 tys. mkw. powierzchni, m.in. w takich projektach jak .KTW i Silesia Business Park. W aglomeracji katowickiej w budowie jest obecnie 80 tys. mkw. biur, ale planowane przez deweloperów inwestycje mają przynieść w najbliższych latach dwukrotnie więcej powierzchni. W regionie działają najwięksi rynkowi gracze, jak GTC, Echo Investments, Vastint Poland, Trigranit Development Polska i TDJ Estate. W 2018 roku do najemców trafiło na tym rynku prawie 40 tys. mkw. powierzchni.

Poznań

Poznań oferuje 480 tys. mkw. powierzchni biurowych. W 2018 roku w aglomeracji oddane zostało zaledwie 21 tys. mkw. biur, ale w najbliższym czasie inwestorzy zapowiadają ukończenie ponad 100 tys. mkw. powierzchni. Dwie największe realizowane w mieście inwestycje biurowe to Nowy Rynek i Business Garden II. Pozostałe projekty planowane do oddania w nadchodzącym czasie to Giant Office, Mercator, czy Zajezdnia Poznań. W minionym roku zapotrzebowanie na poznańskie biura przekroczyło 70 tys. mkw. powierzchni.

Czas na inteligentne tachografy, czyli tarczki do lamusa

Wygląda tak samo jak cyfrowy. Działa podobnie. Ma kilka nowości, ale nie rewolucyjnych. Dlaczego nazywamy go smart i budzi takie emocje wśród kierowców i przewoźników? Mowa o tak zwanym inteligentnym tachografie, który już niebawem będzie jedynym urządzeniem rejestrującym czas pracy w nowych pojazdach. To kolejna, trzecia już modyfikacja tacho cyfrowego w ostatnich latach. Po co te zmiany i czy wszyscy są na nie gotowi?

To nie koniec zmian

Niecałe dwa miesiące dzielą nas od daty wprowadzenia na rynek tachografów 4.0. Czym nowe urządzenia różnią się od poprzednich generacji i jakie kryją w sobie funkcjonalności? Przypomnijmy, że od maja 2006 roku przewoźnicy zobowiązani są do montowania w nowych pojazdach ciężarowych cyfrowych urządzeń rejestrujących czas pracy kierowców, które na przestrzeni tego czasu podlegały zmianom:

  • od 2006 r. I generacja tachografów cyfrowych;
  • od 01.10.2011 Zmiany w I generacji tachografów cyfrowych (m.in. reguła 1 minuty);
  • od 01.10.2012 Zmiany w I generacji tachografów cyfrowych (m.in. drugi obowiązkowy sygnał ruchu);
  • od 15.06.2019 II generacja tachografów cyfrowych, tzw. tachografów inteligentnych.

Ostatnie z wymienionych urządzeń zachowuje wszystkie dotychczasowe funkcjonalności, a ponadto zostanie wzbogacony o dodatkowe ułatwienia i rozszerzenia, m.in.:

  • zapisywanie położenia pojazdu (GNSS);
  • umożliwienie zdalnego wykrywania manipulacji lub niewłaściwego użytkowania (DSRC);
  • interfejs dostosowany do inteligentnych systemów transportowych;
  • nowe mechanizmy zabezpieczające.

Pytania przedsiębiorców

Przewoźnicy często pytają o to, jak mają rozumieć określenie „nowe pojazdy”, w których zgodnie z rozporządzeniem UE nr 165/2014 mają być montowane tak zwane inteligentne tachografy. Otóż przez nowe ciężarówki rozumie się te, które po raz pierwszy zarejestrowane będą po 15 czerwca br. Data ta jest wskazana w dowodzie rejestracyjnym pojazdu w polu B. Takie samochody mogą wyjechać na drogę wyłącznie ze smart tachografem na pokładzie – zauważa Mateusz Włoch i radzi, by kupujący nowy pojazd zwrócili uwagę na datę pierwszej rejestracji.dowód rejestracyjny

Zgodnie z przepisami w samochodach, których data pierwszej rejestracji jest sprzed wskazanego przez UE terminu będzie trzeba zainstalować inteligentny tachograf, ale do 2034 roku. Przewoźnik, w dodatku tylko ten, który realizuje przewozy międzynarodowe, ma na to aż 15 lat – uspokaja ekspert. – Natomiast w przewozach krajowych data obowiązkowej wymiany tachografu nie została wskazana. Jeśli nie pojawią się nowe regulacje, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dopóki pojazdy z rejestratorami analogowymi będą sprawne technicznie, dopóty będziemy spotykać się z poczciwymi wykresówkami i cyfrowymi tacho pierwszej generacji – dodaje Mateusz Włoch.

Warto zauważyć, że w nowe urządzenia obowiązkowo będą wyposażone pojazdy krajów UE , zaś dla pojazdów spoza Wspólnoty – wykonujących przewozy w ramach umowy AETR, inteligentne tachografy nie będą stanowiły wg. obecnych regulacji obligatoryjnego wyposażenia. Ta kwestia rodzi wiele dyskusji, gdyż przejazdy takie są znacznie bardziej narażone na manipulacje.. A to zagraża bezpieczeństwu na drodze i prowadzi do nieuczciwej konkurencji wśród przewoźników.

Karty rozdane

Wdrażanie inteligentnych tachografów niesie ze sobą także konieczność posiadania nowych rodzajów kart – warsztatowych, kierowców, przedsiębiorstwa i kontrolnych, co budzi obawy kierowców i przewoźników. Dla wszystkich zainteresowanych – właścicieli firm, kierowców oraz inspektorów mamy dobrą wiadomość – ich karty, wydane do poprzednich wersji tachografów cyfrowych, zostały zaprojektowane tak, by były w pełni kompatybilne z inteligentnymi urządzeniami nowej generacji. Zatem ich wymiana nie jest konieczna. Co więcej – nowe karty także będą współpracowały ze starszymi wersjami tacho. Pozwoli to kierowcom na zachowanie jednej karty pasującej do obu systemów, a ich wymiana nastąpi w ciągu pięciu lat, zgodnie z okresem ważności. Jedynie w przypadku kart warsztatowych niezbędne będzie korzystanie z dedykowanej inteligentnemu tachografowi. Kalibracji urządzenia II generacji będą mogły dokonać jedynie te warsztaty, które będą posiadały nowe karty – zauważa ekspert Inelo.

To właśnie w tym zakresie przewiduje się największe problemy. – Według ostrożnych szacunków jednego z producentów inteligentnych tachografów – do czerwca ok. 50% warsztatów w Niemczech będzie posiadało odpowiednie urządzenia potrzebne do kalibracji rejestratorów nowego typu. Jednak nie wiadomo, czy będą one wyposażone w karty, które są niezbędne, by warsztat mógł funkcjonować. Może to spowodować opóźnienia w wykonywaniu przewozów nowymi pojazdami  – dodaje Włoch.techografy

1)      Bez obsługi zdalnego pobierania danych z inteligentnych tachografów

2)      Po włożeniu do inteligentnego tachografu karta zostanie zablokowana

Czy inteligentne tachografy spełnią swoją rolę? Czy nowe funkcjonalności faktycznie ułatwią pracę kierowców oraz przede wszystkim skutecznie będą zapobiegać manipulacjom? Jedno jest pewne, warto wdrażać zmianę, która poprawi bezpieczeństwo w ruchu drogowym, a kolejne miesiące pokażą, jak będzie przebiegać implementacja urządzeń smart.

Produkcja budowlano-montażowa rośnie w umiarkowanym tempie

Początek roku w budownictwie nie jest zachwycający. Choć trudno oczekiwać tak dużej dynamiki, jak przed rokiem, to jednak produkcja budowlana rośnie w umiarkowanym tempie.

Według danych GUS, produkcja budowlano-montażowa była w marcu o 10,8 proc. wyższa niż przed rokiem. To dynamika słabsza niż osiągnięte w lutym 15,1 proc., ale znacznie lepsza niż w styczniu, gdy wzrost wyniósł zaledwie 3,2 proc. W sumie w całym pierwszym kwartale produkcja w budownictwie zwiększyła się o 9,4 proc., podczas gdy przed rokiem w tym samym czasie rosła aż o 26,1 proc. Między innymi ta wysoka dynamika z 2018 r. powoduje, że tegoroczne wyniki wyglądają słabiej. Nadal najlepiej radzi sobie budownictwo infrastrukturalne (obiekty inżynierii lądowej i wodnej), gdzie w marcu zanotowano wzrost produkcji o 27,1 proc. Można więc powiedzieć, że projekty realizowane są pełną parą. W ciągu pierwszych trzech miesięcy zwyżka sięga 19 proc. Nieco mniejsze niż w ubiegłym roku jest tempo wzrostu robót inwestycyjnych. W marcu wyniosło ono 13 proc., podczas gdy rok wcześniej zwyżka sięgała 17,7 proc. Wyraźną zadyszkę widać z kolei w radzącym sobie do niedawna bardzo dobrze budownictwie mieszkaniowym. W marcu produkcja w tym segmencie była o 2,6 proc. niższa niż przed rokiem, a w okresie całego pierwszego kwartału zwiększyła się jedynie o 3,9 proc. Na razie nie ma to wpływu na sytuację na rynku nieruchomości. W pierwszym kwartale deweloperzy oddali do użytkowania o 11,5 proc. więcej mieszkań niż rok wcześniej. W pierwszych miesiącach 2018 r. wzrost sięgał 16 proc., a więc spowolnienie jest w tym przypadku niewielkie.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Czy europejski rynek cyfrowy jest jednolity?

Współczesna Europa zawdzięcza swoją pozycję w dużym stopniu synergii jaką przyniosło połączenie zaawansowanego przemysłu z modelem politycznym opartym na współpracy między jej krajami. Obecnie czas tradycyjnej gospodarki się kończy, a my weszliśmy w okres czwartej rewolucji przemysłowej. Świadomi tego europejscy politycy starają się wdrażać strategię, by mieszkańcy starego kontynentu mogli stać się jej beneficjentami. Czy im się to udaje?

Marcin Zmaczyński – dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

Podzielona i wyniszczona wojną Europa na początku drugiej połowy XX wieku szukała sposobu na odbudowę gospodarki i utrzymanie swojego globalnego znaczenia w podzielonym pomiędzy dwa mocarstwa świecie. 6 państw starego kontynentu postanowiło powołać wspólny rynek węgla i stali, co stanowiło jeden z kluczowych impulsów pozwalających wrócić Europie na ścieżkę rozwoju. 65 lat później rozwój gospodarki nie opiera się na wydobyciu rudy, ale na danych. Mechanizm współpracy i płynących z niego korzyści nadal jednak jest skuteczną metodą budowania gospodarczej przewagi. W epoce Industry 4.0 Unia Europejska nadal stara się jak najszerzej trzymać się zasady kooperacji i znoszenia barier, dlatego  w 2015 r. opublikowano Strategię na rzecz Jednolitego Rynku Cyfrowego.

Strategia ta miała na celu realizację trzech głównych priorytetów. Po pierwsze, co dość oczywiste, dalszą integrację rynku europejskiego. By do tego doprowadzić trzeba było nie tylko dostosować przepisy, ale także nakłonić firmy do zniesienia sztucznych barier, jak miało to miejsce, chociażby przy zniesieniu dodatkowych opłat za roaming. Po drugie strategia jest odpowiedzią na nowe zagrożenia cyfrowego świata. Cyberbezpieczeństwo, ochrona danych osobowych czy chronienie najmłodszych przed nieodpowiednimi teściami to zadania, których skuteczna realizacja wymaga kooperacji na ponadnarodowym szczeblu. Wreszcie po trzecie Jednolity Rynek Cyfrowy (w skrócie DSM) ma być impulsem dla gospodarki opartej na danych. Europejskie firmy by skutecznie konkurować globalnymi liderami potrzebują odpowiedniego środowiska do wzrostu, a także wsparcia kapitału zarówno finansowego, ludzkiego, jak i intelektualnego. Według Komisji Europejskiej, gdyby jednolity rynek cyfrowy działał w pełni, to gospodarka UE zyskałaby 415 mld euro rocznie. Jak były realizowane te cele przez ostatnie lata?

Równe prawa dla wszystkich europejczyków

Mijająca kadencja Parlamentu Europejskiego obfitowała w wydarzenia o dużym znaczeniu dla technologicznego świata. Unia pokazała, że chce aspirować do roli organizacji ustanawiającej globalne standardy zarządzania cyfrową gospodarką. Przykładem takiego działania było chociażby rozporządzenie RODO.  To pierwszy przykład w globalnej historii zakrojonej na tak szeroką skalę kwestii regulacji danych osobowych. O ile przed rozporządzeniem krajowi regulatorzy nie mieli większego wpływu na globalnych graczy, którzy mieli ogromną swobodę operowania naszymi danymi, o tyle jego przyjęcie zmieniło kompletnie paradygmat w tej kwestii. Podobnie istotną rolę odegrały działania w obszarze uspójnienia rynku poprzez nakłonienie firm do równego traktowania wszystkich obywateli UE, jak to miało miejsce w przypadku wspomnianego już ograniczenia geoblokowania. Sklepy internetowe nie mogą odmówić nam sprzedaży produktu tylko dlatego, że mieszkamy w kraju innym niż jego siedziba. Podobnie sytuacja wygląda z platformami streamingowymi. Kolejnym krokiem w otwieraniu rynku cyfrowego w Europie będzie wchodzące 29 maja rozporządzenie o swobodnym przepływie danych nieosobowych. Unia w ten sposób daje zielone światło dla rozwoju rynku np. Big Data, IoT czy sztucznej inteligencji. Komisja zobowiązała się wspierać dostawców IT przy tworzeniu kodeksów postępowania branżowego. Podobny kodeks opracowała już w 2016 CISPE, organizacja zrzeszająca dostawców usług chmurowych, do której należy m.in. Aruba Cloud. Kodeksy obejmować powinny w szczególności informacje o miejscu przechowywania lub przetwarzania danych oraz kwestiach technicznych dotyczących przetwarzanych informacji.

Koniec z ograniczeniami w streamingu

Obecnie niezależnie od kraju, w jakim się znajdujemy możemy korzystać np. z usług VOD jakbyśmy nie ruszali się z domu By mówić o jednolitym rynku w tym obszarze jeszcze jednak daleka droga, problem własności praw jeszcze długo nie umożliwi pełnej unifikacji dostępu do dzieł kultury. Jednak decydenci odpowiadający za DSM planują dalszą interwencję w politykę platform streamingowych. Jednym z pomysłów jest dyrektywa zapewnianiająca co najmniej 30 proc. udziału utworów europejskich w bibliotekach serwisów. Dodatkowo projekt pozwoli krajom członkowskim nakładać na serwisy VOD obowiązek wnoszenia wkładu finansowego w rodzimą produkcję..

Walka z gigantami

Głośnym echem odbił się też konflikt Komisji Europejskiej z globalnymi graczami takimi jak Google  i Facebook. Pierwszy z nich został obciążony gigantycznymi karami za nadużywanie swojej monopolistycznej pozycji, przekraczającymi miliardy euro. Drugi uniknął co prawda tak poważnych konsekwencji finansowych, jednak musiał gęsto się tłumaczyć z afery Cambridge Analityca. Ostatnim wydarzeniem, które mocno wpłynęło na cyfrową gospodarkę było przyjęcie nowej dyrektywy o prawach autorskich. Jakkolwiek oceniać jej zapisy, istnieje szansa, że jej implementacja może istotnie wpłynąć na to jakie i w jaki sposób będziemy konsumować treści w Internecie. Patrząc na wyzwania cyfrowej gospodarki to dopiero rozgrzewka przed wyzwaniami jakie czekają Unię jeśli chce, by jej obywatele byli bezpieczni w sieci, a lokalne firmy konkurencyjne wobec globalnych graczy. Trudno sprzeciwić się tezie, że obecnie tylko Unia Europejska jest siłą polityczną, która realnie może wpłynąć na działanie największych firm technologicznych. Jednak o ile wola ich uregulowania jest powszechna, to brak zgody co do modelu. Jednym z pomysłów jest wprowadzenie europejskiego podatku od dochodów z działalności platform cyfrowych. Inny pomysł, lansowany przez jednego z faworytów na stanowisko szefa Komisji Europejskiej Guya Verhofstadta, zakłada utworzenie paneuropejskiej instytucji regulującej działania technologicznych gigantów.

Europejskie repozytorium wiedzy

Kolejnym krokiem do ujednolicenia rynku cyfrowego jest ułatwienie swobodnego przepływu informacji pomiędzy instytucjami zajmującymi się nauką i edukacją. Wartym przybliżenia działaniem w tym obszarze jest powołanie inicjatywy Europejskiej Chmury Naukowej. Dzięki 6,7 mld euro z inwestycji publicznych i prywatnych do 2020 r. zaoferuje ona zaoferuje 1,7 mln naukowcom w Europie i 70 mln specjalistom w dziedzinie nauki środowisko wirtualne do przechowywania, udostępniania i ponownego wykorzystywania danych w różnych dziedzinach i granicach. Jest to pierwszy krok we wdrażaniu szerszej strategii Open Science, która zakłada m.in. wprowadzenie do wniosków grantowych udostępnienia w domenie publicznej artykułów naukowych, a także danych wykorzystanych w badaniu do ponownego przetworzenia przez naukowców z innych ośrodków.

Obroty przemysłu lotniczego i wojskowego szybują w górę

Rosnąca produkcja samolotów komercyjnych i duże wydatki na cele obronne w 2018 roku sprawiły, że światowy przemysł lotniczy i obronny (Aerospace & Defense) nie tylko odrobił straty, ale także osiągnął spore wzrosty. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „2019 global aerospace and defense industry outlook. Aerospace and defense industry trends” prognozują, że w 2019 roku przemysł ten nadal będzie na ścieżce wzrostu, a w ciągu najbliższych 20 lat na całym świecie wyprodukowanych zostanie około 38 tys. samolotów.

Wzrost cen ropy naftowej zwiększył popyt na paliwooszczędne samoloty nowej generacji. Zamówienia w komercyjnym sektorze lotniczym utrzymują się na rekordowo wysokim poziomie i wciąż rosną. W ubiegłym roku na świecie dostarczonych zostało ponad 1600 samolotów. Eksperci Deloitte przewidują, że na koniec 2019 roku ta liczba powiększy się o 100 kolejnych sztuk, a producenci będą zwiększać tempo produkcji, aby nadążyć za rosnącymi zaległościami. Nowym trendem na rynku jest osłabiony popyt na samoloty szerokokadłubowe. Linie lotnicze czekają na efektywniejsze szerokokadłubowe samoloty nowej generacji, ponadto wraz z wprowadzeniem Boeinga 737-8 i Airbusa A321neo zwiększyły się możliwości samolotów wąskokadłubowych.

Wyścig potęg

Eksperci Deloitte przewidują, że w ciągu najbliższych 20 lat Chiny mogą potrzebować nawet 7 690 nowych samolotów komercyjnych o wartości 1,2 biliona dolarów. – Na potęgę wyrastają również Indie. Do 2025 roku mogą stać się trzecim co do wielkości po Stanach i Chinach rynkiem lotniczym. W ciągu najbliższych dwóch dekad w tym kraju może pojawić się popyt na ponad 2000 nowych samolotów, głównie jednokadłubowych. Na Bliskim Wschodzie natomiast przez najbliższe 20 lat samoloty szerokokadłubowe będą stanowiły ponad 40 proc. ogólnego zapotrzebowania na samoloty. To dlatego, że region ten odpowiada przede wszystkim za loty wielkogabarytowe na bardzo długich dystansach – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance w Deloitte, Lider sektora Aerospace & Defense. Do 2037 roku ruch pasażerski na Bliskim Wschodzie wzrośnie o 5,2 proc., tworząc popyt na 2 990 nowych samolotów o wartości 660 mld dolarów.

Eksperci zauważają w raporcie, że przez zbliżający się Brexit niepewna jest przyszłość brytyjskiego przemysłu A&D. Z uwagi na to, że po opuszczeniu Unii Europejskiej kraj ten renegocjowałby umowy handlowe z krajami członkowskimi oraz innymi państwami, należy się spodziewać zakłóceń w łańcuchach dostaw i barier handlowych.
Eksperci nie spodziewają się natomiast szybkiego wzrostu ruchu pasażerskiego w Japonii. W ciągu najbliższych 20 lat wyniesie około 3,2 proc., czyli znacznie poniżej wzrostu liczby pasażerów w rejonie Azji i Pacyfiku wynoszącego 5,3 proc.

Zagrożenie z kosmosu

Napięcia geopolityczne rosną i napędzają wydatki na obronność na całym świecie. – W sektorze obronnym wzrost wydatków spowodował także ożywienie budżetu obronnego światowych potęg. Stany Zjednoczone zwiększają środki na obronę od początku prezydentury Donalda Trumpa. Krajem, który po Stanach Zjednoczonych wydaje najwięcej na obronę są Chiny. Budżet Państwa Środka na ten cel wzrósł o 8,1 proc. w ciągu roku, czyli do 175 mld USD. To zdecydowanie największy wzrost w ciągu ostatnich trzech lat – mówi Piotr Świętochowski z Deloitte. W najbliższych latach wydatki obronne Chin wzrosną nawet o kolejne 10 proc. Również kraje NATO koncentrują się na obronności w obawie przed potencjalnym zagrożeniem ze strony Rosji i Bliskiego Wschodu. Francja planuje zwiększyć swoje wydatki obronne o 40 proc. w ciągu najbliższych sześciu lat, ponieważ do 2025 r. musi osiągnąć cel NATO, jakim jest przeznaczanie na obronę 2 proc. PKB. Więcej wydają również Indie, Chiny i Japonia. Ponadto zwiększone napięcia geopolityczne na Bliskim Wschodzie i w Korei Północnej tworzą silny popyt na sprzęt wojskowy, który ma być jednym z kluczowych czynników wzrostu sektora obronnego w najbliższej przyszłości.

Postęp technologiczny sprawił, że wśród zagrożeń pojawiły się także te związane z cyberprzestępczością, które w niedalekiej przyszłości mogą stać się jednym z głównych niebezpieczeństw. Ważną częścią ekosystemu obronnego staje się także przestrzeń kosmiczna. Wzmagające się napięcia na świecie mogą stanowić zagrożenie dla zasobów takich jak satelity, na których często polega się w operacjach wojskowych i które ułatwiają nadzór czy komunikację. Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja już rozpoczęły wyścig o dominację w przestrzeni kosmicznej, a inne kraje, takie jak Korea Północna i Indie, powoli idą ich śladem.

Wolny handel najważniejszy

Eksport samolotów i broni napędza wzrost przychodów, dlatego wolny handel jest istotny dla branży A&D. To wiodący przemysł pod względem eksportu w Stanach Zjednoczonych. W 2017 roku jego wartość w Stanach wyniosła 143 miliardów USD , co oznacza wzrost o 26 proc. w ciągu ostatnich 5 lat z poziomu 113 miliardów USD w 2012 roku.

– Najprawdopodobniej cła nakładane w wyniku napięć w handlu transatlantyckim na aluminium i inne surowce, które importują producenci A&D, zwiększą koszty produkcji i wpłyną na rentowność firm obronnych, głownie tych, które sprzedają swoje produkty rządom zagranicznym. Na pewno jednym ze sposobów na poradzenie sobie z obciążeniem, jakie niosą taryfy odwetowe, jest przeniesienie produkcji. To jednak może zakłócić łańcuchy dostaw i opóźnić dostawy – mówi Piotr Świętochowski.

Podczas, gdy Indie i Chiny będą prawdopodobnie motorem wzrostu zarówno w komercyjnym sektorze lotniczym, jak i obronnym, kluczowym rynkiem przede wszystkim dla sektora obronnego będzie Japonia. Budżet obronny tego kraju na lata 2018-19 wzrósł o 2,1 proc. do 47,6 mld dolarów, co oznacza najwyższy wzrost w historii i siódmy z rzędu wzrost roczny.

Oczekuje się, że na Bliskim Wschodzie wydatki na cele obronne powrócą do normy, ponieważ ceny ropy naftowej ustabilizują się na znacznie wyższym poziomie w porównaniu z okresem 2015-17. – Znak zapytania dotyczy Wielkiej Brytanii. Nie wiadomo jaki wpływ na krajowy przemysł A&D będzie miał Brexit. Istnieje jednak obawa, że może skłonić firmy do rewizji dotychczasowych strategii przemysłowych – dodaje Piotr Świętochowski.

Przemysł lotniczy a nadużycia i ryzyko reputacyjne

Wyścig w kierunku rozwoju i wzrostu zysków może tworzyć presję na firmy do produkowania i sprzedawania większej ilości przy mniejszej bazie kosztowej. W związku z tym firmy coraz częściej korzystają z usług firm trzecich, tj. zewnętrznych dostawców i podwykonawców. Kwestia zarządzania ryzykiem w łańcuch dostaw staje się podstawową kwestią dla przemysłu lotniczego i obronnego. Skomplikowane łańcuchy dostaw mogą stwarzać szerokie spektrum ryzyk, nie tylko finansowych i prawnych, ale także związanych z embargami, nadużyciami czy niewłaściwymi praktykami, takimi jak na przykład korupcja. Wystąpienie któregokolwiek z tych ryzyk oznaczać może duży kryzys reputacyjny dla firmy.

Wnikliwa analiza relacji z dostawcami i podwykonawcami staje się szczególnie istotna w obliczu rosnącego zainteresowania regulatorów, jak i opinii publicznej kwestiami nadużyć. Brak efektywnego zarządzania ryzykiem w zakresie nadużyć i oszustw może skutkować postępowaniami regulacyjnymi, pozwami sądowymi i utratą reputacji, a w konsekwencji ogromnymi stratami finansowymi dla firmy.

– Praktyczne rozumienie i zarządzanie ryzykami związanymi z własnym łańcuchem dostaw wymaga zorganizowanego oraz systematycznego podejścia do zapobiegania nadużyciom finansowym. Firma, która dąży do tego, by skutecznie zarządzać takim ryzykiem, powinna opracować i wdrożyć dedykowany system służący zarówno zapobieganiu, jak i monitorowaniu oraz sprawnemu reagowaniu na zidentyfikowane nadużycia finansowe. Właściwe podejście to takie, które zapewnia z jednej strony zgodność z wymogami regulacyjnymi, a z drugiej strony dba o długofalowe skutki swoich działań, czyli wpływ na bezpośrednich odbiorców usług oraz społeczeństwo – mówi Monika Wolska-Hertman, Manager w Zespole Forensic, Deloitte .

Wdrożenie efektywnego systemu zarządzania ryzykiem nadużyć pomoże firmom ochronić ich markę, aktywa czy reputację oraz odpowiednio i szybko zareagować w przypadku wystąpienia zdarzenia w celu minimalizacji strat.

Spadek tempa wzrostu sektora handlowego w Polsce

Pierwszy kwartał br. nie przyniósł ożywienia na rynku nowoczesnych obiektów handlowych. Jak wynika z raportu BNP Paribas Real Estate Poland, w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku oddano do użytku jedynie ok. 50 000 m kw. nowej powierzchni najmu. Potwierdza to utrzymujący się od dłuższego czasu spadek tempa wzrostu sektora handlowego w Polsce. Systematycznie rośnie natomiast znaczenie małych miast o wielkości populacji poniżej 100 tys. mieszkańców, w których obecnie realizowane jest ok. 40% nowej podaży.

Na koniec marca 2019 roku zasoby nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wyniosły 14,68 miliona m kw. Blisko ¾ tej powierzchni przypada na 435 obiektów działających w formacie tradycyjnych centrów handlowych. Największym z otwartych w I kwartale tego roku obiektów jest gliwickie centrum wyprzedażowe Silesia Outlet, będące szesnastym tego typu obiektem w Polsce. Po zrealizowaniu drugiej fazy projektu i oddaniu do użytku dalszych 8 000 m kw., stanie się on największym centrum wyprzedażowym w konurbacji górnośląskiej. Innym ważnym wydarzeniem na rynku było uruchomienie w warszawskim centrum handlowym Blue City nowoczesnego kina Helios, składającego się z ośmiu sal kinowych, w tym trzech o podwyższonym standardzie.

Patrycja Dzikowska
Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa, z BNP Paribas Real Estate Poland

Oddanie do użytku kina Helios w Warszawie wpisuje się w trend poszerzania oferty rozrywkowej w obiektach handlowych. Nabiera on szczególnego znaczenia w kontekście ograniczenia handlu w niedziele oraz stanowi odpowiedź na zmieniające się potrzeby i oczekiwania klientów. W niedziele, w które handel jest ograniczony, urozmaicona oferta rozrywkowa i gastronomiczna mają na celu przyciągnąć odwiedzających, a w pozostałe dni tygodnia wydłużyć czas ich wizyty w obiekcie. Zauważmy, że nawet obiekty o dominującej pozycji rynkowej, starają się wykreować nowe atrakcje dla całych rodzin. Świetnym przykładem jest zapełniony dziećmi nowoczesny plac zabaw przed warszawską Arkadią
-Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Duże zainteresowanie małymi miastami

Rozwój rynku nowoczesnego handlu widoczny jest najwyraźniej w segmencie małych miast do 100 000 mieszkańców, gdzie największą popularnością cieszą się małe parki i centra handlowe (o wielkości od 5000 do 10 000 m kw.). Potwierdzeniem tego trendu są otwarte w I kw. br. HopStop w Siedlcach i Galeria Hosso w Drawsku Pomorskim, a także kolejny sklep w ramach ogólnokrajowej sieci Agata Meble (10 000 m kw.) w wolnostojącym budynku w Opolu.

O znaczeniu rynkowym małych miast świadczy wysoki poziom realizowanej tam obecnie nowej podaży. Z powierzchni będącej obecnie na etapie budowy ok. 40% przypada właśnie na małe rynki. Wg ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland jeszcze dekadę temu zasoby usytuowane w miastach o liczbie mieszkańców do 100 tysięcy stanowiły tylko ok. 9% całego rynku. Obecnie ich udział został podwojony i nadal będzie rósł m.in. dzięki aktualnie powstającym tam projektom, jak np. Color Park w Nowym Targu z pierwszym i jedynym w regionie czterosalowym kinem pod szyldem Cinema 3D, Galeria Chełm w Chełmie czy usytuowana w centrum Nysy Galeria Dekada.

Dalsze ograniczanie nowej podaży

Od dłuższego czasu na rynku handlowym mamy do czynienia z ograniczeniem podaży nowej powierzchni handlowej. W dwóch poprzednich latach (2017 i 2018) przyrost zasobów w skali roku wynosił ok. 450 000 m kw., co stanowi wyraźne wyhamowanie w porównaniu z tempem wzrostu sektora nowoczesnej powierzchni handlowej w latach 2007 – 2016, kiedy to przybywało średnio po 700 000 m kw. nowych zasobów rocznie. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland uważają, że trend ten utrzyma się również w kolejnych latach. Na koniec marca br. w trakcie budowy było ok. 440 000 m kw. powierzchni najmu, z czego ok. 334 000 m kw. przewidziane jest do otwarcia w kolejnych trzech kwartałach 2019 roku. Oznacza to, że wolumen nowej powierzchni najmu oddanej do użytku w całym 2019 r. nie przekroczy poziomu 400 000 m kw. Spadek tempa wzrostu podaży nowej powierzchni handlowej wynika w dużej mierze z braku dużych projektów handlowych.

Polski rynek atrakcyjny dla zagranicznych marek

Pomimo wyraźnego ograniczenia tempa wzrostu zasobów, Polska jest wciąż atrakcyjnym rynkiem dla nowych marek, zarówno polskich jak i zagranicznych. Funkcjonujące od zeszłego roku ograniczenie handlu w niedziele w dużym stopniu jest rekompensowane przez stały wzrost sprzedaży detalicznej, rosnącą siłę nabywczą konsumentów oraz generalnie dobrą kondycję sektora nowoczesnego handlu. Z zagranicznych premier w I kw. br. warto odnotować debiut niemieckiej sieci MyShoes, wchodzącej w skład Grupy Deichmann. Na miejsce swojego debiutu wybrała ona dominujące centra handlowe na głównych rynkach. Z kolei rosnąca popularność produktów typu „eco” skłoniła markę Carrefour do otwierania nowych placówek o nazwie „Carrefour Bio” o powierzchni sprzedaży nie przekraczającej 200 m kw.

Stawki czynszu stabilne w obiektach wiodących. Silna presja w obiektach gorszej klasy.

Stawki czynszu typu “prime” w najwyższej klasy centrach handlowych działających na głównych rynkach są stabilne i utrzymują się w przedziale 110€ – 130€ / m kw. / m-c w Warszawie i pomiędzy 45€ a 60€ m kw. / m-c w pozostałych dużych miastach. Właściciele obiektów o gorszej kondycji rynkowej borykają się z rosnącą presją najemców na obniżanie stawek czynszu i podnoszenie kwoty przeznaczanej na wyposażenie lokali do wymagań najemców, co zazwyczaj argumentowane jest zakazem handlu w niedziele, mającym wpływ na spadek obrotów. Obecna sytuacja sprzyja pogłębianiu się różnic w poziomie pustostanów pomiędzy obiektami handlowymi o ugruntowanej pozycji rynkowej, a tymi gorszej klasy. Jak twierdzą eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, rosnący poziom konkurencji może jeszcze nasilić presję najemców na stawki czynszu oraz inne komponenty finansowe umowy najmu.

Eesti Energia z pilotażowym projektem inteligentniejszego ładowania autobusów elektrycznych

Grupa Eesti Energia nawiązała współpracę z przedsiębiorstwem transportu miejskiego w Tallinie, dla którego opracuje inteligentne rozwiązanie z zakresu elektromobilności. System zarządzania flotą będzie pozwalał na nadzór nad procesem ładowania w zależności od aktualnych cen SPOT energii elektrycznej na rynku i ograniczeń związanych z obciążeniami sieci.

W ramach poszukiwania innowacji i rozwijania alternatywnych źródeł energii oraz ekologicznych środków transportu, Eesti Energia, do której należy działający w Polsce Enefit, i Tallinna Linnatranspordi AS, przedsiębiorstwo transportu miejskiego z Tallina, podpisały w styczniu umowę na opracowanie inteligentnego sposobu ładowania autobusów elektrycznych. W tym celu testy będą prowadzone na dwóch liniach autobusowych w Tallinie. Podczas projektu pilotażowego Eesti Energia opracuje inteligentne rozwiązanie, które będzie w stanie zarządzać procesem ładowania, uwzględniając aktualne ceny SPOT energii elektrycznej na rynku i ograniczenia związane z obciążeniami sieci. Dla wybranych tras autobusowych planowany jest zakup 10 autobusów elektrycznych, a cały projekt ma być przygotowaniem do większego wdrożenia transportu opartego na energii elektrycznej w Tallinie.

Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska
Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska

Często podnoszonym czynnikiem ograniczającym rozwój transportu elektrycznego w miastach jest zbyt duże obciążenie sieci przy rosnącej liczbie pojazdów elektrycznych. Z naszego punktu widzenia takie obciążenie nie powinno jednak stać się problemem, ponieważ pojazdy elektryczne można również uznać za urządzenia do magazynowania energiimówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w Enefit. – Program pilotażowy naszej spółki w Estonii opiera się na zastosowaniu idei wykorzystania technologii pamięci masowej w sektorze energetycznym. Polega to na magazynowaniu energii, gdy cena jest tańsza i używania jej, gdy jest droższa. Zmagazynowana energia może być również wprowadzana do sieci, aby pomóc w redukcji obciążenia sieci elektrycznej, zwiększyć wykorzystanie energii odnawialnej i zapewnić stabilność pracy siecidodaje Maciej Kowalski.

W 2017 roku liczba autobusów w transporcie miejskim na świecie wynosiła 3 miliony, z czego 13% stanowiły pojazdy napędzane energią elektryczną. W polskich miastach funkcjonowało 12 119 autobusów, z czego 98 to pojazdy w pełni zelektryfikowane, a 50 – hybrydy typu plug-in. W sierpniu 2018 r. liczba autobusów całkowicie elektrycznych w Polsce wzrosła do 109 sztuk. Najwięcej z nich jeździ po drogach Warszawy (31), Krakowa (26) i Jaworzna (24).[1]

Wprowadzenie do obiegu pojazdów elektrycznych stale rośnie zarówno na świecie jak i w Polsce. Szacunki ekspertów Bloomberg NEF pokazują, że do 2040 r. 55% nowych samochodów sprzedawanych na całym świecie będą to pojazdy elektryczne[2]. Dlatego celem Eesti Energia jest odpowiednie przygotowanie się do ogólnego prognozowanego wzrostu zapotrzebowania na pojazdy elektryczne – zarówno do celów prywatnych, jak i transportu publicznego.

[1] Elektromobilność w transporcie publicznym. Praktyczne aspekty wdrażania, wyd. Polski Fundusz Rozwoju, oprac. Polski Fundusz Rozwoju, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych, Warszawa 2018.

[2] Raport Electric Vehicle Outlook 2018, Bloomberg New Energy Finance.

Elektryczne hulajnogi CityBee dostępne w Warszawie

CityBee rozszerza swoją działalność w Polsce. W Warszawie, oprócz wynajmu samochodów dostawczych na minuty, dostępne będzie 800 elektrycznych hulajnóg. Z usługi można skorzystać poprzez tę samą aplikację, za pomocą której można wypożyczać dostawczaki. To kolejny krok firmy w kierunku zaoferowania kompleksowej usługi shared mobility w największych polskich miastach.elektryczne hulajnogi CityBee w Warszawie

CityBee zadebiutowało w Polsce pół roku temu z usługą wynajmu aut dostawczych na minuty za pomocą aplikacji w telefonie. Flota 150 pojemnych fiatów Ducato i volkswagenów Crafter jest dostępna na terenie 10 aglomeracji. Po dobrym przyjęciu BIG Carsharingu operator wprowadza do Polski kolejny współdzielony miejski środek transportu. Na ulicach Warszawy pojawiło się już 400 elektrycznych hulajnóg w charakterystycznym dla marki pomarańczowym kolorze. Kolejne 400 pojazdów zostanie udostępnione w najbliższych dniach.

‒ Ideą CityBee jest ułatwienie mieszkańcom przemieszczania się w mieście i poprawa komfortu ich życia. Wierzymy, że przemyślany system komunikacji publicznej w połączeniu z różnego rodzaju pojazdami współdzielonej mobilności pozwolą na ograniczenie ruchu samochodowego, a co za tym idzie zmniejszenie korków i emisji szkodliwych substancji. Udostępniamy wygodne i przyjazne środowisku elektryczne hulajnogi, które ułatwią przejazd na ostatnim odcinku podróży na uczelnię, do biura czy domu. ‒ mówi Bogdan Marszałek, Country Manager CityBee Polska.

Hulajnogi CityBee to model Segway Ninebot ES4, który może rozwinąć maksymalną prędkość 25 km/h. Pojazdy można wypożyczyć za pomocą tej samej intuicyjnej aplikacji, w której dostępne są samochody dostawcze operatora. Przedpłata nie jest wymagana, a za przejazdy płaci się kartą podpiętą do aplikacji w trakcie rejestracji. Minuta jazdy kosztuje 0,45 zł, a opłata startowa 2,50 zł, czyli mniej niż u globalnych gigantów usług microsharingu. Na początku pomarańczowe pojazdy będą dostępne do wypożyczenie w strefie obejmującej Śródmieście, Wolę, Ochotę i Mokotów.

Warszawa nie jest pierwszym miastem, w którym pojawiły się pomarańczowe hulajnogi CityBee. Od początku kwietnia w Wilnie dostępnych do wypożyczenia jest 500 elektrycznych jednośladów, a w Madrycie 250

‒W Wilnie pojawiliśmy się z hulajnogami jako pierwsi. W Madrycie natomiast jesteśmy już jedną z kilkunastu firm, które otrzymały licencję na tego typu usługi. Podobnie jest w Warszawie ‒ udostępniamy pojazdy jako czwarty operator, ale w naszej opinii rynek mikromobilności w stolicy jest o wiele bardziej pojemny. ‒ wyjaśnia Bogdan Marszałek i dodaje ‒ Dostrzegamy jednocześnie wyzwania związane ze współdzieleniem mikropojazdów. Dlatego dołączyliśmy do Mobilnego Miasta, by wspólnie z innymi firmami i władzami lokalnymi przygotować polskie miasta na rozwiązania przyszłości z obszaru shared mobility. Edukujemy również naszych użytkowników jak korzystać z hulajnóg bezpiecznie i z poszanowaniem pieszych, rowerzystów i kierowców.

Intuicyjna aplikacja CityBee jest dostępna w sklepach Google Play (Android) i App Store (iOS), a proces wynajmu hulajnóg jest prosty i podobny do innych usług współdzielonej mobilności. Po szybkiej rejestracji na mapie pojawią się dostępne pojazdy. Odblokowanie wybranej hulajnogi odbywa się przez zeskanowanie kodu QR lub wpisanie jej numeru. Po zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu, wypożyczenie kończymy postępując zgodnie z instrukcjami w aplikacji, a płatność następuje automatycznie po zakończeniu wynajmu.

Operator uruchomił całodobową infolinię, na którą użytkownicy, ale również mieszkańcy Warszawy, mogą zgłaszać potencjalne niedogodności związane z hulajnogami. O sprawne funkcjonowanie systemu wypożyczeń dba pracujący w centrum stolicy lokalny zespół CityBee. Oprócz działających w nocy pracowników odpowiedzialnych za doładowanie pojazdów, na ulicach pojawiły się również ekipy dbające w trakcie dnia o porządek oraz parkowanie hulajnóg w dozwolonych i bezpiecznych miejscach.

Efekty uboczne pomyślności

Inwestorzy powoli wracają po świątecznej przerwie, a wczoraj przy pozbawionym intersujących wydarzeń kalendarzu było więcej miejsca dla szarpanego i nieskorelowanego z niczym handlu. Dziś jest już na czym skupić uwagę, choć w szerszym ujęciu rynki pozostają trochę pozbawione kierunku, co przykłada się ku nerwowej zmienności.

W ostatnich kilkudziesięciu godzinach nie jest już tak łatwo pchać rynek z nurtem, jak przez poprzednie dwa tygodnie. Rynki zostały pozbawione pozytywnego katalizatora w postaci tematu, którym żyły w poprzednich dniach – Chiny. Kalendarz publikacji z Państwa Środka jest w tym tygodniu pusty. Kolejna runda rozmów handlowych USA-Chiny nie ruszy przed 30 kwietnia, co oznacza posuchę we wszelkich przeciekach o poczynionych postępach. Ponadto media donoszą, że Ludowy Bank Chin zamierza przystopować luzowanie polityki pieniężnej ukontentowany lepszą od oczekiwań postawa gospodarki w pierwszym kwartale. Podobnie biuro polityczne Pekin przesuwa uwagę ku reformom niż bezpośredniemu podsycaniu wzrostu gospodarczego, aby m.in. uchronić się przed utworzeniem kolejnej bańki na rynku nieruchomości. Mamy do czynienia z efektem ubocznym mentalności „zła wiadomość do dobra wiadomość”. Kiedy dane z Chin są złe, można się „cieszyć”, że Pekin zareaguje i naprostuje gospodarkę. Jednak gdy dane w końcu są dobre, potencjał to pozytywnych zaskoczeń zaczyna się kurczyć.

Potrzeba świeżego paliwa, by podtrzymać pozytywny klimat, w przeciwnym wypadku w handel wkrada się nerwowość i presja na redukcję ryzyka. Górę biorąc też czynniki szczególne, jak np. nowe rekordy S&P500 na fali lepszych od oczekiwań wyników finansowych spółek z Wall Street (prawie 80 proc. z nich podało wyższy zysk na akcję). Gdy globalna polityka monetarna skręca w gołębią stronę, łatwiej jest windować indeksy. Ale dla rynku walutowego to czas szarpanej zmienności, gdyż jeśli wszyscy luzują lub chcą luzować, każdy jest przegranym. Ostatnią ofiarą obecnego klimatu jest AUD. Nie dość, że został pozbawiony wsparcia od strony „czynnika chińskiego”, to w nocy fatalne dane o inflacji z Australii podsycają oczekiwania, że w maju RBA dokona obniżki stopy procentowej. W pierwszym kwartale inflacja CPI nie zmieniła się k/k, co jest sporym rozczarowaniem wobec prognozy 0,2 proc. To najgorszy odczyt od trzech lat i ściągnął inflację roczną do 1,3 proc. z 1,8 proc. Inflacja bazowa na 1,6 proc. oddala się od celu RBA 2-3 proc. i bankowi centralnemu nie pozostało wiele wyboru, jak wykorzystać posiadany arsenał, by wesprzeć gospodarkę. Dyskusja rynkowa przesuwa się na kwestię, czy jedno cięcie wystarczy? Brak konsensusu może krótkoterminowo ratować AUD, gdyż przez to handel nie będzie jednokierunkowy (szczególnie póki AUD/USD pozostaje ponad 0,70), ale bilans ryzyk wyraźnie przesunął się na niekorzyść Aussie.

Pozostając w temacie, który bank centralny co zrobi w najbliższym czasie, środa przynosi decyzję Banku Kanady. Zakładamy pozostawienie stopy overnight na 1,75 proc. Odbicie lutowej sprzedaży detalicznej i powrót miar inflacji bazowej do celu 2 proc. w marcu daje pole manewru decydentom z BoC. Bank jest już po dwóch turach łagodzenia nastawienia (w styczniu i marcu) i teraz nie ma silnego powodu, by wyzbywać się ostatnich skrawków komunikatu sugerujących chęć powrotu do cyklu podwyżek. Z drugiej strony jest za wcześnie, by od razu ogłaszać sukces. Wciąż jest wiele niepewności wokół wydatków gospodarstw domowych, rynku ropy naftowej i globalnej polityki handlowej. Spodziewamy się w większości neutralnego tonu komunikatu i uznania ostatniej słabości za przemijającą, ale bez wskazówek, aby termin podwyżki się przybliżył. Wątpimy, aby w decyzji BoC CAD znalazł impuls do aprecjacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Konsekwencje wojen handlowych USA dla polskich przedsiębiorców

Polscy przedsiębiorcy są obojętni wobec decyzji Donalda Trumpa. Będą jednak ponosić ich konsekwencje.

Stany Zjednoczone nie łagodzą kursu w zagranicznej polityce ekonomicznej i zapowiadają kolejne cła. Tym razem wobec Unii Europejskiej. Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw” polscy przedsiębiorcy w większości nie analizowali wpływu potencjalnego zaostrzenia gospodarczego konfliktu USA vs. Europa na swoją działalność. Tylko niespełna jedna czwarta największych firm w Polsce obawia się skutków tej polityki, która może mieć wpływ na ich biznes. Szczególnie narażona jest branża motoryzacyjna.

Obecne relacje handlowe USA-Chiny są dowodem, że protekcjonizm ma negatywny wpływ na poziom wymiany handlowej. Zgodnie z opinią ekspertów DNB Bank Polska i PwC, tylko w okresie styczeń-październik 2018 roku deficyt handlowy USA wyniósł 729 mld USD. Jak w tym kontekście rozumieć najnowsze deklaracje USA o wprowadzeniu ograniczeń w handlu z Unią Europejską? Pretekstem dla administracji Donalda Trumpa są dotacje, które otrzymywał francuski Airbus, największy rywal Boeinga – amerykańskiego producenta samolotów. Zgodnie ze Światową Organizacją Handlu dofinansowanie było niezgodne z prawem. Warto jednak pamiętać, że jest to sprawa tocząca się od 14 lat, mająca swój początek jeszcze za kadencji Georga W. Busha.

Wymiana handlowa to system naczyń połączonych

Ekonomiczna wieź łącząca dwie strony Atlantyku jest silna. Jednym z top 5 partnerów handlowych Stanów Zjednoczonych są Niemcy. Wśród kolejnych 10 państw pięć jest członkami Unii Europejskiej (w tym Wielka Brytania). Mimo to dzisiejsi partnerzy są gotowi ochłodzić relacje. USA zadeklarowało ostatnio możliwość oclenia europejskich produktów o wartości 11 mld USD. W odpowiedzi Komisja Europejska przygotowała listę produktów, których oclenie może kosztować Amerykę utratę potencjalnego zysku z eksportu o wartości 22,6 mld USD. Ewentualne straty są więc po obu stronach wysokie.

Co ciekawe, badanie DNB Bank Polska i PwC wykazało, że większość przedsiębiorców w Polsce (67,4 proc.) nie analizowało konsekwencji protekcjonistycznej polityki handlowej USA z perspektywy swojej działalności. Jedynie 23,9 proc. jest zdania, że decyzje podejmowane przez administrację Donalda Trumpa mogą negatywnie wpłynąć na ich biznes. Nie oznacza to jednak, że Polska uniknie konsekwencji potencjalnego konfliktu. Jednymi z najbardziej dotkliwych mogą być dla Europy sankcje wobec rynku motoryzacyjnego. Eksport aut do USA stanowi 29 proc. wymiany handlowej branży. Ucierpi na tym także Polska. Jak bardzo? Eksperci wskazują, że tylko ze względu na powiązanie polskich producentów z niemieckim przemysłem motoryzacyjnym, spadek eksportu polskich produktów może wynieść 1,87 proc.

Produkcja samochodów osobowych w Polsce w roku 2018 była na poziomie 450 tys. sztuk. To mniej niż w poprzednim roku aż o 63 tys. sztuk. Oznacza to, że obecna koniunktura się zmienia. Dane DNB Bank Polska i PwC wskazują, że możliwość wprowadzenia ceł ze strony Stanów Zjednoczonych na europejskie auta może dodatkowo przyczynić się do pogorszenia sytuacji branżymówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Polska może odczuć skutki wojny celnej, jako dostawca półproduktów dla producentów samochodów w Niemczech. Mogłoby to oznaczać konieczność poszukiwania alternatywnych rynków zbytu lub dywersyfikacji oferty produktowej. Zarówno jedno, jak i drugie rozwiązanie wiązałoby się z koniecznością poniesienia dużych tymczasowych kosztów dostosowawczych. – dodaje.

Jak wskazuje European Automobile Manufacturers Association producenci aut funkcjonują w globalnym modelu łańcucha dostaw. Bariery w wymianie handlowej zakłócające swobodny przepływ części, komponentów i gotowych produktów uderzają we wszystkich. Ograniczenia mogą okazać się szczególnie dotkliwe w dzisiejszej dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, w której jesteśmy świadkami rozwoju elektromobilności i aut autonomicznych, zaostrzenia norm dotyczących spalin (WLTP) czy ograniczania wykorzystywania diesla. Jest wiele argumentów, by utrzymać otwartość gospodarczą, jednym z nich jest rozwój branży motoryzacyjnej.

Które ze stwierdzeń w Państwa ocenie najlepiej opisuje nową, protekcjonistyczną politykę handlową Stanów Zjednoczonych wprowadzoną przez administrację Donalda Trumpa
Źródło: DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw”

Inwestycje na rynku nieruchomości w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

Polska cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów z Azji. W Czechach rynek inwestycyjny jest zdominowany przez rodzimych kupców, a Rumunii wolumen transakcji inwestycyjnych osiągnął w zeszłym roku poziom blisko 1 mld euro. Pomimo pewnych przeszkód stojących na drodze rozwoju prognozy dla wszystkich trzech rynków są niezwykle obiecujące.

Polska – rekordowy rok w sektorze inwestycyjnym na rynku nieruchomości

Całkowity wolumen transakcji zawartych na polskim rynku nieruchomości wyniósł w roku 2018 blisko 7.3 mld euro, w ten sposób bijąc o 43% rekordowy wynik osiągnięty w roku poprzednim. Stopniowo zwiększający się poziom zainteresowania polskim rynkiem po stronie inwestorów azjatyckich z krajów takich jak Malezja, Chiny, Singapur i Korea Południowa obserwowany jest już od trzech lat.

W roku 2018 polski sektor powierzchni biurowych nadal wykazywał silne tempo wzrostu zarówno na terenie Warszawy, jak i na mniejszych rynkach regionalnych. Popyt ze strony najemców – napędzany wzrostem poziomu zatrudnienia, ekspansjami dotychczas zajmowanych powierzchni i przeprowadzkami do obiektów o wyższym standardzie – pozostał niesłabnący. Całkowity poziom najmu na rynku polskim przekroczył 1,5 mln m kw., z czego najem netto stanowił ok. 73%. W Warszawie poziom najmu brutto osiągnął 858 000 m kw., co stanowiło wzrost o 30% w porównaniu ze średnim wynikiem z ostatnich 10 lat. Było to równocześnie najlepszym wynikiem w historii odnotowanym na warszawskim rynku. Na koniec roku 2018 polski rynek powierzchni biurowych osiągnął wielkość blisko 10,4 mln m kw., z czego 53% zlokalizowanych jest w Warszawie.

Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Na przestrzeni 2018 roku, ze względu na zwiększający się poziom powierzchni wynajętych, nadal mogliśmy obserwować zmniejszanie się różnicy pomiędzy czynszem bazowym i efektywnym, gdzie kolejnym czynnikiem był też znaczny wzrost kosztów budowy i wykończenia powierzchni odnotowany w okresie ostatnich dwóch lat – Marcin Klammer, Prezes Zarządu, CEO CEE, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Sektor nowoczesnych powierzchni handlowych, którego wielkość powierzchni najmu brutto przekracza 14,6 mln m kw. wszystkich typów powierzchni, oferuje szeroką gamę możliwości zróżnicowanym markom o różnych profilach i pozycji rynkowej. Na rynku dostępny jest szereg formatów centrów handlowych, poczynając od najnowocześniejszych galerii handlowych z dominującą funkcją rekreacyjną w dużych aglomeracjach, a kończąc na małych centrach w miastach liczących ok. 15 000 – 20 000 mieszkańców. Polski rynek powierzchni handlowych osiągnął fazę dojrzałości, dlatego też tempo jego wzrostu znacząco spadło. Niższy poziom nowej podaży w latach 2017-2018 i ograniczona ilość planowanych projektów oznaczają, że tradycyjne formaty handlowe czeka nieunikniona rewolucja. Przebudowy i modernizacje starszych obiektów, zazwyczaj mające na celu włączenie nowych konceptów handlowych, a także funkcji gastronomicznych i rekreacyjnych, są obecnie jednym z głównych czynników napędzających rozwój rynku.

Z kolei polski rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych przeszedł na przestrzeni ostatnich trzech lat prawdziwy boom, w efekcie czego apetyt inwestorów na produkty w tym segmencie utrzymał się w roku 2018 na niezwykle wysokim poziomie. Wolumen zawartych transakcji wyniósł ponad 1,9 mld euro, co oznacza nowy rekord dla tego sektora i wzrost o ponad 60% w porównaniu z rokiem 2017. Całkowite zasoby powierzchni magazynowych wzrosły w przeciągu zaledwie dwóch lat o 40% i osiągnęły poziom 15,7 mln m kw. Równocześnie wskaźnik powierzchni niewynajętych utrzymał się na niezwykle niskim poziomie i na koniec roku 2018 wyniósł zaledwie 5,1%. Tak niska dostępność powierzchni magazynowych wynika z bardzo wysokiego poziomu zainteresowania ze strony najemców. Całkowity poziom najmu netto na polskim rynku osiągnął w roku 2018 rekordowy wynik 3,1 mln m kw. Jest to czwarty najlepszy wynik osiągnięty w Unii Europejskiej, gdzie lepszymi okazały się jedynie jej największe gospodarki, czyli Niemcy, Francja i Wielka Brytania.

Czechy – stabilny i dojrzały rynek charakteryzujący się niewielkim ryzykiem inwestycyjnym

Czeski rynek inwestycyjny jest rynkiem dojrzałym, na którym aktywna jest duża i silna grupa krajowych inwestorów. W ubiegłym roku inwestorzy czescy stali za ponad 60% całkowitego wolumenu inwestycyjnego, który wyniósł 2,6 mld euro. Dodatkowo wysoki poziom aktywności czeskich inwestorów oznacza płynność i daje możliwość wyjścia z rynku inwestorom zagranicznym. W roku 2018 najczęściej transakcje zawierane były w odniesieniu do aktywów biurowych (44%), a następnie handlowych (29%) i przemysłowych (22%).

Czeski rynek powierzchni biurowych zdominowanych jest przez nieruchomości zlokalizowane w stolicy. W ostatnich latach – w efekcie silnego popytu ze strony najemców i niewielkiej podaży – w Pradze odnotowywano stopniowy spadek wskaźnika powierzchni niewynajętych, który teraz osiągnął rekordowo niski poziom. W roku 2018 oddano do użytku ok. 131 000 m kw. powierzchni biurowej, a w roku 2019 na rynek dostarczonych zostanie kolejne 200 000 m kw., jednakże duża część tej powierzchni już została wynajęta, a pozostała powierzchnia zostanie szybko wchłonięta przez rynek zaraz po jej oddaniu do użytku

Czeski rynek powierzchni handlowych czerpie znaczne korzyści z dynamicznie wzrastającego poziomu konsumpcji i sprzedaży detalicznej. W roku 2018 czynsze w najatrakcyjniejszych obiektach nadal wzrastały i istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w roku 2019 nadal będą one wzrastać. Nowa podaż osiągnie w roku 2019 rekordowo niski poziom, a ograniczona ilość nowych projektów w budowie oznaczać będzie, że dominującymi trendami na rynku będą przebudowy, modernizacje i rozbudowy istniejących aktywów.

Erik Drukker
Erik Drukker – BNP Paribas Real Estate

Najatrakcyjniejsze praskie ulice handlowe zajmują wyjątkową pozycję w hierarchii powierzchni handlowych. W ostatnich latach doświadczyły one stopniowego wzrostu czynszów, przy czym prognozy nadal mówią o tendencjach wzrostowych. Rynek powierzchni przemysłowych i logistycznych napędzany jest przez dynamicznie rozwijający się sektor handlu e-commerce, a popyt ze strony najemców powinien w tym roku utrzymać się na wysokim poziomie – Erik Drukker, Dyrektor Zarządzający w Działach Wynajmu i Wycen, Europa Środkowo-Wschodnia oraz Country Head na Czechy, BNP Paribas Real Estate

Niska dostępność siły roboczej i gruntów inwestycyjnych, a także rosnące koszty budowy i pracy nadal stanowią główne ograniczenia dla dynamicznego rozwoju tego sektora. Aktywność najemców skoncentrowana jest na aglomeracji praskiej, w której tradycyjnie już odnotowywany jest najwyższy poziom stawek najmu. Równocześnie północne i zachodnie regiony kraju czerpią duże korzyści z bliskiego sąsiedztwa rynku niemieckiego i pozostałych rynków zachodnich.

Rumunia – nie tylko Bukareszt

Silny popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe w najważniejszych miastach regionalnych napędza aktywność deweloperów, w efekcie czego w roku 2018 doszło do oddania do użytku dużej ilości powierzchni biurowej, a na rok 2019 planowana jest realizacja kolejnych znacznych projektów. Poziom najmu w stolicy pozostaje wysoki, gdzie na koniec roku 2018 został osiągnięty wynik 290 000 m kw., przy czym w odniesieniu do 45% wynajętej powierzchni zawarto umowy przednajmu. W największych miastach regionalnych, takich jak Cluj-Napoca, Timisoara, Iasi oraz Brasov, prócz nowych najemców zaczynają pojawiać się przedłużenia umów i relokacje.

Pomimo faktu, iż rozwój gospodarczy w ostatnich latach napędzany był wzrostem konsumpcji, do użytku oddano niewiele nowych obiektów handlowych. Kilku deweloperów z sektora handlowego koncentruje się na mniejszych miastach, w których budowane są parki handlowe ze strategicznymi najemcami w postaci operatorów sieci spożywczych, a także centra handlowe oferujące atrakcyjną strukturę najemców obejmujących zarówno marki krajowe, jak i międzynarodowe – Olga Melihov, Country Head, BNP Paribas Real Estate Romania

Wysoki poziom popytu na nowoczesne powierzchnie przemysłowe przełożył się na roczny poziom najmu wielkości 570 000 m kw. Aktywność najemców w roku 2018 napędzana była przez zarówno tradycyjnych najemców, jak i operatorów spożywczych, i tych wywodzących się z sektora e-commerce. Odrodzenie rynku powierzchni przemysłowych doprowadziło do zmiany podejścia deweloperów, którzy obecnie gotowi są prowadzić inwestycje spekulacyjne, a także realizować projekty typu build-to-suit i te wynajmowane na podstawie umów przednajmu. Aktywni deweloperzy będą nadal umacniać swoją pozycję na rynku krajowym dzięki budowie nowych obiektów lub pozyskiwaniu istniejących obiektów przemysłowych o dobrej pozycji i wynajętych atrakcyjnym najemcom. Liczba planowanych projektów, które potencjalnie mogą oznaczać zwiększenie całkowitych zasobów nowoczesnej powierzchni przemysłowej na rumuńskim rynku do 4 mln m kw. nie wywrze dalszej presji na czynszach, które zgodnie z prognozami powinny utrzymać się na stałym poziomie przez dłużej niż kolejne 12 miesięcy.

Na rynku kolejowym zaczyna robić się coraz ciaśniej

PKP Intercity jest niemal monopolistą na rynku najważniejszych połączeń kolejowych w kraju. Wprowadzenie firm konkurencyjnych mogłoby spowodować spadek cen i podniesienie jakości. Tak było w Czechach. Tam krajowe spółki doprowadziły do zmniejszenia opłat i poprawienia poziomu usług. W Polsce to właściwie niemożliwe. Na nasz rynek wraca firma Leo Express z połączeniami z Krakowa i Katowic do Pragi. Choć PKP Intercity zarzeka się, że oferty promocyjne obu spółek są podobne, to Czesi poza promocją oferują bilety za ok. 130-140 zł, a rodzimy przewoźnik – za ok. 230 zł. Czasy przejazdów są podobne. Różnica polega na tym, że na razie czeska oferta obejmuje tylko weekendy. Generalnie bilety w Europie Środkowo-Wschodniej są średnio tańsze niż w samej Polsce. Także jakość usług jest wyższa u naszych sąsiadów.

Na krajowy rynek kolejowy nieśmiało usiłuje wejść zagraniczna konkurencja. Na razie wróciła czeska spółka Leo Express oferująca weekendowe połączenia z Krakowa i Katowic do czeskiej Pragi. Zdaniem Agnieszki Serbeńskiej, rzeczniczki prasowej PKP Intercity, to nie jest rywal dla krajowego monopolisty. Polski przewoźnik oferuje dwa takie połączenia na dobę, a w promocyjnej ofercie bilety można kupić już od 19 euro, czyli ok. 80 zł. Ponadto porównując kompleksową ofertę promocyjną polskiego i czeskiego przewoźnika, mamy do czynienia z podobnym poziomem cen. Jeśli jednak spojrzeć na zwykłe opłaty, Czesi oferują podróż w cenie nieco ponad 130 zł, a krajowy operator – 230 zł. Różnica jest oczywista.

– Ceny oczywiście zależą od wielu czynników, m.in. od tego jak często jeżdżą składy i do jakiego poziomu są zapełnione. Pociągi czeskiej spółki Leo Express przejeżdżają ok. 2 tys. km na dobę. To nieosiągalne w Polsce nawet dla najszybszych pociągów Pendolino. Ten wynik pokazuje efekt pewnej kalkulacji dot. tego, czy bardziej się opłaca, żeby tabor stał bądź nieustannie jeździł. Natomiast drugi czeski prywatny przewoźnik – RegioJet chwali się dobrym wypełnieniem pociągów, nawet w środku dnia – mówi Jakub Madrjas, zastępca dyrektora specjalistycznego wydawnictwa TOR.

Z kolei dr Michał Beim, były członek zarządu PKP i ekspert do spraw transportu z Instytutu Sobieskiego, podkreśla, że prywatni operatorzy dzięki ciekawszej ofercie mają wyższe napełnienie pociągów. Paradoksem jest to, że liczba pasażerów PKP Intercity rośnie, a jednocześnie coraz więcej Polaków wybiera samochód, ponieważ przejazd już dwóch osób autem jest tańszy niż bilety kolejowe. Rola kolei przy rosnącej ruchliwości Polaków maleje. Szczególnie dot. to popularnych tras dalekobieżnych, jak połączenie Krakowa, Katowic czy Gdańska z Warszawą. Zagraniczni przewoźnicy dynamicznie zarządzając cenami, osiągają większe wypełnienie. Przykładowo czeski FlixTrain prowadzi składy złożone nawet z ośmiu wagonów, osiągając ponad 70% zajętych miejsc. A w krajowych kolejach to maksimum 50%.

– Na ceny biletów w dużej mierze wpływa konkurencja. Dobrym przykładem jest rynek czeski. Na głównej magistrali Praga-Ostrawa działa trzech przewoźników – jeden państwowy i dwóch prywatnych. W efekcie spadły opłaty za przewozy pasażerskie, ale państwowe České dráhy nie straciły z tego powodu wielu pasażerów. Po prostu znacząco wzrosła liczba podróżujących, dzięki połączeniom świadczonym przez konkurencję – stwierdza Jakub Madrjas.

Natomiast ekspert z Instytutu Sobieskiego wskazuje, że polski rynek jest przeregulowany, a w związku z tym pasażer traci potrójnie. Po pierwsze ma drogie połączenia, po drugie rocznie każdy obywatel z podatków płaci blisko 20 zł na pociągi w służbie publicznej uruchamiane przez PKP Intercity, a po trzecie nie ma firm prywatnych z rodzimym kapitałem, które mogłyby wejść na krajowe tory i – za przykładem Czech – rozwijać działalność zagraniczną. Tymczasem konkurencja u naszych południowych sąsiadów doprowadziła do podniesienia jakości usług przy niższych cenach biletów. Umożliwiła także ekspansję w krajach ościennych.

– Trzeba też zauważyć, że są jednak połączenia wymagające dotacji na mniej popularnych trasach w Polsce. Kilka lat temu mogły się o nie ubiegać również firmy prywatne. Przykładowo w liniach regionalnych Arriva, tj. dziś należąca do Deutsche Bahn, oferowała ona w przetargu w województwie kujawsko-pomorskim niższe opłaty za bilety niż Przewozy Regionalne. Właśnie tu widać nacisk na podnoszenie efektywności i obniżanie kosztów umożliwiających wprowadzanie tańszych biletów – komentuje Jakub Madrjas.

Rywalizacja może zdziałać cuda, ale narodowy przewoźnik jest pełen optymizmu. Według Agnieszki Serbeńskiej, siatka połączeń PKP Intercity jest niewspółmierna do zakresu, w jakim operuje przewoźnik z Czech, a połączenie kolejowe Kraków-Praga jest jedynym przez niego obsługiwanym w naszym kraju i dostępnym wyłącznie w weekendy. Natomiast państwowa firma dziennie uruchamia średnio 383 pociągi, w tym na połączeniach zagranicznych m.in. w stronę Czech, Niemiec, Austrii, Słowacji, Węgier, Ukrainy czy nawet Białorusi i Rosji.

– O wejściu konkurencji na poszczególne trasy decyduje Urząd Transportu Kolejowego. Ale wystarczy, że na danej trasie, obok komercyjnych EIC i EIP, jeżdżą pociągi w służbie publicznej – dotowane z budżetu państwa jak TLK lub IC, by uznać, że prywatny operator zaburzy ich działalność. I to wszystko odbywa się zgodnie z obowiązującym prawem. W praktyce niestety wystarczy kilka nieatrakcyjnych połączeń na oblężonych trasach, by nie dopuścić innych operatorów do ruchu. W Czechach też są linie dalekobieżne z dofinansowaniem rządu, głównie na mniej popularnych trasach, ale to właśnie na najważniejszych szlakach dopuszczono innych operatorów – wyjaśnia Beim.

Sukcesy, czyli jakość i niższe ceny biletów nad Wełtawą, osiągnięto m.in. dlatego, że fundusze unijne służyły głównie rozwojowi infrastruktury, a tabor musiały kupować firmy na własny koszt. Dlatego, jak wzmiankuje Jakub Madrjas, RegioJet kupiło w Rumunii tanie wagony (poniżej miliona euro za sztukę), przystosowane do jazdy z prędkością do 200 km/h i wyposażone w multimedialny system rozrywkowy dla pasażerów. Zespoły trakcyjne, nabywane przez PKP Intercity, są droższe i daleko im do takich standardów, zarówno cenowych, jak i usługowych.

FPP chce ujednolicenia systemu ubezpieczeń społecznych

Obowiązujący system ubezpieczeń społecznych zakłada, że przedsiębiorcy opłacają składki w sposób ryczałtowy. Chociaż w wielu przypadkach takie rozwiązanie jest atrakcyjne, przedsiębiorcy uzyskujący małe przychody mogą być podatkiem nadmiernie obciążeni. To prowadzi do zamykania działalności lub prowadzenia transakcji nielegalnie, w tak zwanej szarej strefie. Z drugiej strony przedsiębiorcy uzyskujący duży przychód płacą stosunkowo małe składki. W ten sposób dochodzi do przypadków nieuzasadnionego samozatrudnienia, co odbywa się ze stratą dla budżetu państwa. Usprawnieniem systemu ubezpieczeń społecznych chce zająć się Federacja Przedsiębiorców Polskich.

– Zasady opłacania składek do ZUS powinny mieć jednolite zasady, niezależnie od formy prowadzenia aktywności zarobkowej czy ekonomicznej – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Proponujemy, by przedsiębiorcy płacili składki na ubezpieczenie społeczne w proporcji do uzyskiwanego przez nich dochodu, przy czym podstawą do obliczeń byłaby jego połowa. W ten sposób osoby prowadzące działalność gospodarczą o niskich dochodach płaciliby mniejsze składki niż obecnie, a osoby wysoko zarabiające – odpowiednio wyższe. To pewnego rodzaju premia za ryzyko, jakie przedsiębiorcy ponoszą w związku z prowadzeniem biznesu. Dzięki temu poziom obciążeń będzie możliwy do udźwignięcia przez przedsiębiorców, a tym samym firmy będą znacznie dłużej utrzymywały swoją działalność na rynku – uważa Kozłowski.

Czynności komornicze nie podlegają VAT. Jest interpretacja resortu finansów

Czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym nie podlegają VAT. To główna teza interpretacji, która przed końcem 2018 roku została zapowiedziana w komunikacie Ministerstwa Finansów. Jednak na jej publikację trzeba było czekać aż do 15 kwietnia, a nowe przepisy dot. komorników obowiązują od początku br. Znawcy tematu nie są zgodni, czy w ostatnim czasie dochodziło do podwyższania opłaty egzekucyjnej o wspomniany podatek, bo nikt nie prowadzi takich statystyk. Spośród kilkudziesięciu losowo wybranych kancelarii komorniczych zdecydowana większość nie udzieliła odpowiedzi na pytanie w tym zakresie. Dlatego w opinii ekspertów, dłużnicy powinni sami zwracać uwagę na koszty i szybko reagować na ewentualne nieprawidłowości. Komornik, który popełnił błąd, nie ma bowiem żadnego obowiązku, w tym prawnego, inicjowania kontaktu w tej sprawie.

Będzie bez VAT-u

1 stycznia 2019 roku zmienił się status prawny komorników sądowych. Jak podkreśla Monika Janus, rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej, stali się oni organem władzy publicznej (tj. pomocniczym organem wymiaru sprawiedliwości), który stricte realizuje zadania państwa. Czynności egzekucyjne nie mieszczą się w pojęciu działalności gospodarczej w rozumieniu ustawy o VAT. Zgodnie z nią, za podatnika nie uznaje się m.in. organów władzy.

– Ministerstwo Finansów już kilka miesięcy temu w specjalnym komunikacie zapowiedziało wydanie interpretacji ogólnej. Została ona opublikowana 15 kwietnia br. w Dzienniku Urzędowym Ministra Finansów. Zgodnie z zapowiedziami potwierdza, że w aktualnym stanie prawnym wykonywane przez komorników sądowych czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym nie podlegają opodatkowaniu podatkiem VAT. Problem błędnie naliczanej daniny powinien zatem zniknąć – mówi Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak informuje Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministerstwa Finansów, interpretacja ogólna z 15 kwietnia 2019 roku przesądza o tym, że komornicy sądowi nie są uznawani za podatników VAT. Dotyczy to wykonywania czynności w postępowaniu egzekucyjnym i zabezpieczającym po wejściu w życie ustawy z dnia 22 marca 2018 roku o komornikach sądowych oraz ustawy z dnia 28 lutego 2018 roku o kosztach komorniczych.

Utrwalone w orzecznictwie

– Do tej pory nie odnotowaliśmy przypadków, aby w obecnym stanie prawnym komornicy doliczali VAT do opłaty. Takie przypadki miały miejsce do 27 lipca 2017 roku, kiedy to Sąd Najwyższy podjął uchwałę. Wynika z niej, że komornik sądowy nie może podwyższyć opłaty egzekucyjnej, pobieranej na podstawie ustawy o komornikach sądowych i egzekucji, o podatek od towarów i usług – komentuje Monika Janus.

Z kolei Marek Niczyporuk podkreśla, że Sąd Najwyższy już kilkukrotnie wydawał w tej kwestii rozstrzygnięcia. Uchwały, np. z 7 lipca 2016 i 27 lipca 2017 roku, jednoznacznie wskazywały, że świadczenie ma charakter brutto. Zatem stanowisko to należy uznać za utrwalone w orzecznictwie, na co zwrócił uwagę SN w postanowieniu z 10 sierpnia 2018 roku. Według eksperta, wciąż nierzadko zdarza się, że komornicy po obliczeniu należnej opłaty egzekucyjnej, według zasad ustawowych, doliczają również podatek VAT. Wydana interpretacja ogólna rozwiewa wątpliwości w tym zakresie.

– Po wydaniu uchwały Sądu Najwyższego z 27 lipca 2017 roku przypadki doliczania VAT w opłacie były marginalne. W zasadzie wszyscy komornicy respektowali wskazane orzeczenie. Osobiście kojarzę incydentalne przypadki występowania na drogę sądową przeciwko komornikom powiększającym należność o ten podatek. Jednak w ostatnich miesiącach nie odnotowaliśmy takich skarg – dodaje rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Bez zwrotów

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews skontaktowali się z trzydziestoma losowo wybranymi kancelariami komorniczymi z różnych miast. Celem było uzyskanie odpowiedzi, czy dłużnicy często zgłaszają się po zwrot podatku VAT. Zareagowały jedynie 3 podmioty, z czego dwa udzieliły krótkich wyjaśnień.

– U mnie dłużnicy w ogóle nie składają wniosku o zwrot VAT-u. Był czas, kiedy doliczaliśmy go, ale tylko do momentu wydania wyroku przez Sąd Najwyższy. Później ten podatek był w opłacie, czyli nie dodawaliśmy go do naszych czynności, a odsyłaliśmy do urzędów skarbowych. Sąd Okręgowy w Katowicach stoi na stanowisku, że wtedy dobrze robiliśmy – podkreśla Bernadeta Brzóska, komornik sądowy przy Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach.

Natomiast, jak podaje Jan Forystek, komornik sądowy przy Sądzie Rejonowym w Rzeszowie, w jego kancelarii nikt nie zgłosił się w sprawie VAT-u. Komornik również stwierdza, że problem ewentualnego zwrotu podatku od towaru i usług przez komorników jest prawnie złożony. Często rozliczenie następowało na podstawie faktur, a podatek został zapłacony do urzędu skarbowego i złożono stosowne deklaracje.

– Postępowania, w toku których naliczono VAT, zostały zakończone odpowiednimi postanowieniami. W ich ramach ustalono i rozliczono koszty. To prawomocne rozstrzygnięcia, które wiążą nie tylko strony tej sprawy. Dotyczą również komornika, który je wydał, oraz wszystkie inne sądy, instytucje państwowe i organy administracji publicznej. On zatem, nawet gdyby chciał, nie może w dowolnym momencie weryfikować, korygować czy zmieniać zapadłego rozstrzygnięcia. Uchwała SN z 10 lutego 1995 roku wskazuje, że koszty są definitywnie rozliczane w tym postępowaniu, w którym powstały, a jakiekolwiek korygowanie prawomocnych sum jest niedopuszczalne – zaznacza Monika Janus.

Analiza kosztów

Radca prawny Marek Niczyporuk podpowiada, że w toku postępowania egzekucyjnego warto przeanalizować wysokość opłaty egzekucyjnej. Jeśli dłużnik uzna, że jest ona zbyt wysoka, to przysługuje mu prawo do złożenia do sądu skargi na czynności komornika. Jednak trzeba ją wnieść w terminie 7 dni od dnia naliczenia ww. opłaty. Jeżeli upłynął dłuższy okres, a nawet zakończyła się egzekucja, to dłużnik nie stoi na straconej pozycji. Powinien wezwać do zwrotu różnicy pomiędzy kwotą należną, według przepisów prawa powszechnie obowiązującego, a stawką zawyżoną przez komornika. Ekspert sugeruje też, aby wyznaczyć rozsądny termin uregulowania należności. Żadna regulacja z góry go nie przewiduje.

– Stronom, które ewentualnie kwestionowałyby zasadność naliczenia kosztów, przysługują środki zaskarżenia, o czym zostały prawidłowo pouczone. Tryb zaskarżania postanowień komornika reguluje w szczególności art. 767 k.p.c. i nie może być zastępowany innymi działaniami. Nie jest dopuszczalne jakiekolwiek wywodzenie żądań korekty prawomocnych sum na podstawie broszury Ministra Finansów. Dotyczy to również późniejszych uchwał Sądu Najwyższego, które w chwili ustalania przez komorników kosztów w ogóle jeszcze nie istniały – twierdzi rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej.

Mecenas Niczyporuk wskazuje drogę w przypadku braku dokonania zwrotu nienależnie pobranego VAT-u. Dłużnik może wytoczyć przeciwko komornikowi powództwo w trybie przewidzianym w przepisie art. 23 nieobowiązującej już ustawy o komornikach sądowych i egzekucji lub art. 36 nowej ustawy o komornikach sądowych. W takim przypadku również Skarb Państwa jest solidarnie odpowiedzialny wraz z pozwanym za naprawienie powstałej szkody majątkowej. Na taki tryb postępowania wskazuje również postanowienie Sądu Najwyższego z 10 sierpnia 2018 roku.

– Przepisy ustawy o podatku od towarów i usług nie regulują wprost sposobu poboru VAT-u od opłaty stosunkowej. Konsekwencje nieprawidłowego naliczenia są wskazane w przepisach dotyczących wykonywania funkcji komornika sądowego. W tym zakresie właściwe do udzielenia odpowiedzi jest Ministerstwo Sprawiedliwości – podkreśla Paweł Jurek.

Jak podsumowuje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI, nie należy spodziewać się, że komornicy sami będą zwracali błędnie naliczony podatek VAT. Żaden przepis prawny nie nakłada na nich obowiązku inicjowania kontaktu z poszkodowanymi dłużnikami. Taki przegląd spraw przez kancelarie byłby z resztą bardzo czasochłonny, a co za tym idzie – również i kosztowny. Trudno wymagać od komorników, by z własnej inicjatywy angażowali czas oraz środki na dokonanie takich analiz i kontakt ze wszystkimi dłużnikami.

PMI nie pokazują odbicia europejskiej gospodarki

Tydzień przedświąteczny pełen był istotnych danych makroekonomicznych. Najważniejszymi były czwartkowe odczyty indeksów PMI z Europy, gdzie inwestorzy oczekiwali poprawy ostatnich bardzo słabych danych z przemysłu. Wstępne kwietniowe odczyty pokazały mniejsze odbicie niż oczekiwania rynkowe, co przełożyło się na sentyment inwestorów – rentowności obligacji mocno spadły, a euro straciło na wartości. Pomimo negatywnego zaskoczenia danymi indeksy europejskie zakończyły tydzień solidnymi wzrostami. Niemiecki DAX zyskał w skali całego tygodnia 1,85%, francuski CAC40 1,41%, a brytyjski FTSE100 wzrósł o 0,31%. Pomocne mogły tu być dane z Chin, gdzie dane makroekonomiczne ( PKB, sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa) zaskoczyły pozytywnie, wzmagając apetyt na ryzykowne aktywa.

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie nie podążała za rynkami zachodnimi i cały tydzień zakończyła na niewielkich minusach. Indeks szerokiego rynku WIG stracił w skali całego tygodnia -0,10%, w tym największe spółki spadły o -0,06%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -0,53% oraz -0,27%. W tym tygodniu czeka nas spokojny tydzień jeśli chodzi o polską gospodarkę, a jedynym odczytem wartym uwagi będzie stopa bezrobocia w środę. Na rynkach globalnych zdecydowanie najważniejszą publikacją tego tygodnia będzie piątkowy odczyt PKB w Stanach Zjednoczonych za pierwszy kwartał 2019 roku. Warto również przyjrzeć się odczytowi indeksu Ifo z gospodarki niemieckiej, który może potwierdzić, bądź zaprzeczyć obawom powstałym po odczytach wskaźników PMI.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polski rynek pracy czeka dalszy odpływ pracowników. Firmy już zabezpieczają sobie kadrę poprzez współpracę ze szkołami zawodowymi

Polski rynek pracy czeka dalszy odpływ pracowników. Firmy już zabezpieczają sobie kadrę poprzez współpracę ze szkołami zawodowymi 1

Ponad połowa pracodawców w Polsce zgłasza problemy ze znalezieniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach – wynika z badania Manpower. Problem będzie się pogłębiał m.in. przez niż demograficzny, otwarcie niemieckiego rynku na pracowników ze Wschodu i rozwój Przemysłu 4.0, który powoduje, że powstają stanowiska wymagające nowych umiejętności. W tej sytuacji firmy muszą się angażować w pozyskanie pracowników już na etapie ich edukacji. Współpraca ze szkołami zawodowymi zapewnia stały dopływ wykwalifikowanej kadry i zabezpiecza przyszły rozwój, a absolwentom pozwala wejść na rynek pracy z konkretną branżową wiedzą i doświadczeniem.

Jak wynika z badania Manpower („Niedobór pracowników 2018”), 51 proc. pracodawców w Polsce zgłasza problemy ze znalezieniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Niedobór talentów będzie coraz większy. Tym bardziej że w erze Przemysłu 4.0, stale zmieniających się technologii i wyposażaniu produkcji znacząco zmienia się również rynek pracy. Powstają stanowiska, które wymagają nowych umiejętności.

 Branże, które szczególnie mocno cierpią na brak pracowników, to budownictwo i IT, gdzie już w tej chwili mówimy o braku ok. 50 tys. pracowników, a w perspektywie kolejnych 5 lat luka kompetencyjna może się podwoić. Brak rąk do pracy to problem polskiego rynku pracy, z którym muszą się zmierzyć zarówno pracodawcy, jak i system oświaty – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Gontarek, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Ekspert Konfederacji Lewiatan prognozuje, że w ciągu nadchodzących kilku lat polski rynek pracy czeka jeszcze większy odpływ pracowników związany m.in. z niżem demograficznym i otwarciem niemieckiego rynku na pracowników ze Wschodu, co pogłębi obecne problemy pracodawców i może osłabić konkurencyjność całej gospodarki.

W tej sytuacji firmy muszą dbać o kształcenie przyszłych kadr, angażując się w edukację młodych. Mogą to robić poprzez wsparcie w procesie kształcenia, zaprezentowanie swojej kultury organizacyjnej, zachęcenie do wyboru ścieżki rozwoju zawodowego w swojej branży.

 Firmy mogą się angażować w rozwój szkolnictwa zawodowego na wiele sposobów. Mogą otworzyć klasy patronackie, tworzyć programy nauczania i realizować je w swoich zakładach pracy, szkolić nauczycieli z praktycznej nauki zawodu, mogą też egzaminować. Firmy muszą tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób chcą się zaangażować i jakimi zasobami dysponują, ponieważ tych możliwości jest bardzo wiele. Wszystko zależy od regionalnej i branżowej specyfiki współpracy – mówi Jakub Gontarek.

Już w tej chwili coraz więcej firm wychodzi naprzeciw bolączkom rynku pracy i nawiązuje współpracę ze szkołami w zakresie edukacji zawodowej. Przykładem jest utworzenie klasy patronackiej VELUX w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Gnieźnie. W ramach nauki uczniowie mają szansę na rozwój odpowiednich kompetencji, poznanie pracy w nowoczesnym zakładzie produkcyjnym i zdobycie zawodu automatyka, cenionego nie tylko na lokalnym rynku pracy.

 Jesteśmy firmą z branży produkcyjnej i technicznej, dlatego szukamy pracowników, którzy mają specjalizacje techniczne. Automatycy, mechanicy czy elektromechanicy oraz pracownicy logistyki są dla nas najbardziej łakomym kąskiem – mówi Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie. – Ciągle radzimy sobie z rekrutacją, jesteśmy dużym pracodawcą w regionie, chętnie wybieranym przez osoby poszukujące pracy. Natomiast musimy się przygotować na zmieniające się środowisko, większą konkurencję i nasz własny rozwój. Dlatego chcemy sobie przygotować kadrę niejako na przyszłość.

Do klasy objętej patronatem VELUX wystartował niedawno nabór na rok szkolny 2019/2020. Oferta jest zaadresowana zarówno do absolwentów gimnazjów, jak i szkół podstawowych

 Kontakt z biznesem powoduje, że rośnie świadomość. Uczniowie dowiadują się, jakie są potrzeby tego biznesu, przygotowują się do spełnienia tych potrzeb. Z kolei dla nas zatrudnienie absolwenta szkoły, która wysyłała uczniów na praktyki, powoduje, że mamy już przygotowanych pracowników – mówi Robert Purol.

Jak podkreśla, od pierwszego dnia w VELUX młodzi pracownicy mogą liczyć na pełen pakiet benefitów, jaki przysługuje pełnoprawnym etatowcom. Po zakończeniu szkoły wielu z nich zostanie prawdopodobnie docelowo zatrudnionych w firmie.

– Dla tego młodego pracownika, który jeszcze się uczy, ale już zdobywa praktyczną wiedzę w firmie, istotne jest to, że bardzo szybko wchodzi na rynek pracy. Zderza się z rzeczywistością gospodarczą, wie, czego firmy potrzebują, jaki jest proces produkcji, z jakich elementów on się składa. Ponadto, jest też w stanie zaplanować, w jaki sposób chce się dalej rozwijać, sprawdzić, jakich kompetencji mu brakuje albo czy dana branża mu się podoba – mówi Jakub Gontarek.

Także rodzice powinni zachęcać swoje dzieci do wybierania praktycznej ścieżki rozwoju zawodowego.

– Ona niekoniecznie musi się kończyć egzaminem zawodowym i pójściem do pracy. Wręcz przeciwnie, powinna kończyć się pójściem na studia, ale specjalistyczne, mając już przy tym wiedzę branżową i kontakt z rynkiem. Dzięki temu wiedza zdobywana na studiach będzie bardziej praktyczna i lepiej wykorzystywana przez pracodawcę, co przyczyni się do wyższych zarobków – mówi Jakub Gontarek.

Według danych GUS w roku szkolnym 2017/2018 działało w Polsce 1 890 techników, w których kształciło się ponad 503 tys. uczniów, oraz 1 504 branżowych szkół I stopnia (przygotowujących młodzież do określonego zawodu), gdzie uczęszczało ponad 155 tys. uczniów. Od kilku lat widoczny jest wzrost zainteresowania szkolnictwem zawodowym, które powoli zaczyna odbudowywać swój wizerunek, co wynika właśnie z sytuacji na rynku pracy.

Krajowe firmy farmaceutyczne mogą być silnym graczem w Europie. Potrzebny im jednak specjalny program rozwoju i stabilne prawo

Krajowe firmy farmaceutyczne mogą być silnym graczem w Europie. Potrzebny im jednak specjalny program rozwoju i stabilne prawo 2

Polski przemysł farmaceutyczny potrzebuje wieloletniego, stabilnego programu wsparcia, żeby osiągnąć taką wartość eksportu leków, jaką notują obecnie Francja, Niemcy czy Szwajcaria. Potwierdza to przykład Hiszpanii – od momentu uruchomienia takiego programu podwoiła się wysokość wydatków firm farmaceutycznych na badania i rozwój, a dynamika przyrostu eksportu leków zrównała się z unijną średnią – wynika z raportu IQVIA „Refundacyjny Tryb Rozwojowy. Rozwiązania europejskie i perspektywy dla Polski”.

Polscy producenci specjalizują się w produkcji leków generycznych, ale te leki bardzo różnią się między sobą. Produkujemy zarówno proste generyki, jak i trudniejsze do wytworzenia leki długodziałające, dożylne, leki okulistyczne oraz z wartością dodaną. Polscy naukowcy są też bardzo ambitni i ciągle udoskonalają leki, które są już długo na rynku. Opracowują ich nowe postacie i wdrażają na rynek. Właśnie w tego typu produkcji, czyli w generykach trudnych do wytworzenia oraz lekach z wartością dodaną, może się specjalizować Polska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Misiewicz-Jagielak, wiceprezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Jak podkreśla, w Polsce jest kilku bardzo prężnie działających producentów leków, dzięki czemu jako kraj mamy się szansę stać dużym, silnym graczem na europejskim rynku farmaceutycznym. Z drugiej strony coraz częściej to zagraniczni producenci decydują się inwestować w Polsce, lokować tutaj swoje fabryki i laboratoria badawczo-rozwojowe. Przy odpowiednim wsparciu rządu i strategii rozwoju przemysłu farmaceutycznego ta gałąź przemysłu będzie mogła rozwijać produkcję, inwestować i zacząć ekspansję międzynarodową.

– Krajowi producenci leków potrzebują stabilizacji prawa. Musimy wiedzieć, że aktualnie obowiązujące przepisy, na podstawie których budujemy swoje plany biznesowe, będą obowiązywały też za kilkanaście lat, bo tyle trwa opracowanie i rozwój nowych leków. Potrzebujemy bardzo silnej kadry urzędniczej, która zna tę branżę, dobrej współpracy z Ministerstwem Zdrowia, Spraw Zagranicznych oraz Przedsiębiorczości i Technologii ze względu na to, że przemysł farmaceutyczny jest bardzo silnie regulowany. Nie wymagamy dodatkowych funduszy, oczekujemy tylko, że rząd zrealizuje Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i politykę lekową państwa – podkreśla Barbara Misiewicz-Jagielak.

Mądra polityka spowoduje wzmocnienie tego sektora w Polsce i zwiększenie produkcji farmaceutycznej. To z kolei oznacza korzyści dla gospodarki – jedna złotówka wydana na leki produkcji krajowej daje wzrost PKB o 78 groszy, większą innowacyjność i większe bezpieczeństwo lekowe polskich pacjentów.

Poprzez produkcję leków w Polsce uniezależnimy się od odstaw leków z zagranicy. Mamy w tej chwili ujemny bilans handlu lekami, ale to się może zmienić. Im więcej leków będzie produkowanych w Polsce, tym mniej ich będziemy sprowadzać z zagranicy – mówi Barbara Misiewicz-Jagielak. – Przemysł farmaceutyczny jest jednym z najbardziej innowacyjnych, wymaga ogromnych inwestycji. Rozwój leków, medycyny i farmakologii następuje bardzo szybko, w związku z czym, żeby nadążyć za trendami i wiedzą, trzeba bardzo dużo inwestować. A polskiej gospodarce potrzebne są inwestycje.

Autorzy raportu IQVIA „Refundacyjny Tryb Rozwojowy. Rozwiązania europejskie i perspektywy dla Polski” wskazują, że polski przemysł farmaceutyczny potrzebuje wieloletniego, stabilnego programu wsparcia. Dzięki niemu mógłby osiągnąć taką wartość eksportu leków, jaką notują w tej chwili Francja, Niemcy czy Szwajcaria. Potwierdza to przykład Hiszpanii, gdzie od momentu uruchomienia takiego programu dynamika przyrostu eksportu leków zrównała się z unijną średnią, a także podwoiła się wysokość wydatków na B+R firm farmaceutycznych.

W raporcie są pewne rekomendacje dla zespołu pracującego teraz nad specyfiką polskiego programu. Trzeba ustalić m.in. korzyści dla producentów. W większości krajów, które analizowaliśmy, ta korzyść ma charakter finansowy i przybiera formę zwolnienia z określonych danin lub podatków – mówi Szymon Komorowski z IQVIA.

W najbliższym czasie zwołamy specjalny zespół parlamentarny, na który zaprosimy podmioty gospodarcze zajmujące się produkcją leków i przedstawicieli ministerstw, które mogą wesprzeć ten przemysł, żeby skoordynować działania i porozmawiać o bolączkach tej branży. Mam nadzieję, że uda nam się stworzyć takie warunki, żeby polski przemysł farmaceutyczny był zadowolony z prac polskiego rządu – mówi poseł Marcin Duszek.

Jak podkreśla, przemysł farmaceutyczny generuje duże wpływy do budżetu państwa i z tego względu ma strategiczne znaczenie dla gospodarki.

– Chcemy stworzyć odpowiednie przepisy prawa, które spowodują wzmocnienie tego sektora. Chcemy również przystosować kadrę urzędniczą różnych resortów i instytucji, które wspierają polski biznes, do tego, żeby ten sektor realnie wspierać – mówi Marcin Duszek.

Prezes NIK: Brak dialogu i nadmierna hierarchizacja problemami administracji publicznej

Prezes NIK: Brak dialogu i nadmierna hierarchizacja problemami administracji publicznej 3

Polska administracja publiczna jeszcze w dużej części jest silnie zhierarchizowana i czasami mało otwarta na dialog – podkreśla prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski. W sytuacji, kiedy urzędy i instytucje państwowe nie mogą konkurować z sektorem prywatnym atrakcyjnymi zarobkami, kluczowe jest budowanie przyjaznego miejsca pracy z odpowiednią komunikacją między zatrudnionymi a pracodawcami. Dziś nie tylko w urzędach pracownicy narzekają na złe relacje w miejscu pracy i duży stres z tym związany. Widać to także ze statystyk Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, do którego trafia coraz więcej spraw o mobbing.

Ciekawostką jest, że bardziej partnerska jest administracja samorządowa. Tam w wielu urzędach struktura jest już bardziej spłaszczona, istnieje dialog między pracodawcą a pracownikiem, częściej wdrażane są nowoczesne metody zarządzania projektowego, w którym dochodzi do bieżącej wymiany informacji między szefem a pracownikami. W instytucjach centralnych, niestety, z tym bywa gorzej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.

Choć pod pewnymi względami polska administracja publiczna zmienia się na lepsze, problemem są relacje między przełożonymi a pracownikami oraz atmosfera w pracy. W części urzędów struktura od lat nie jest zmieniana. Dodatkowym problemem jest niedostateczna wymiana informacji i słaba komunikacja.

W instytucjach, gdzie szefowie są wyłonieni na jakąś kadencję, silniej są obecne nowe trend, lepsze i ciekawsze z punktu widzenia pracownika, dające mu większą satysfakcję w pracy. W instytucjach o charakterze bardziej politycznym ciągle jeszcze widać silniejsze zhierarchizowanie i mniejszą otwartość na kulturę wspólnej pracy z pracownikiem – podkreśla Krzysztof Kwiatkowski.

Absolutną podstawą stworzenia przyjaznego miejsca pracy jest odpowiednia interakcja na linii pracodawca – pracownik, a tego w Polsce wciąż brakuje.

Administracja publiczna nie jest konkurencyjna finansowo wobec sektora prywatnego. Przykładowo w korporacjach czy kancelariach dobry prawnik zarobi zdecydowanie więcej niż w Biurze RPO. Dlatego w administracji istotne jest tworzenie bezpiecznego, przyjaznego miejsca pracy, interakcji z pracownikami. Równie ważne jest zwracanie uwagi na umiejętność zarządzania swoim czasem pracy w taki sposób, żeby osiągnąć równowagę pomiędzy tym, ile czasu spędzam w biurze a ile w domu. To jest coś, co administracja publiczna zdecydowanie powinna promować – mówi Katarzyna Jakimowicz, dyrektor generalny Biura Rzecznika Praw Obywatelskich.

Administracja publiczna nie jest pod tym względem wyjątkiem. Raport „Między feudalizmem a personalizmem. Medialny obraz relacji pracowniczych w Polsce” przygotowany na zlecenie Komitetu Dialogu Społecznego KIG, wskazuje, że w blisko 80 proc. analizowanych komentarzy stosunki pracy oceniane są jako złe lub bardzo złe. Dotyczy to wszystkich pracowników, bez względu na branżę czy stanowisko.

Z badania „House of Skills” z 2017 roku wynika, że 95 proc. przedsiębiorstw ma obawy związane z deficytem kapitału społecznego, wskazują m.in. na brak przepływu informacji, rozbudowane procedury, deficyt współpracy, niedocenianie pracowników i złą atmosferę.

– Obserwujemy wzrost spraw związanych z mobbingiem, a także skarg związanych z funkcjonującymi na rynku umowami cywilno-prawnymi, które w jakiś sposób niedoskonały zupełnie zastępują stosunek pracy – wskazuje Katarzyna Jakimowicz.

Badanie „The Workforce View in Europe 2017” wskazało, że ponad połowa pracowników w Polsce odczuwa stres przy wykonywaniu obowiązków służbowych. To czyni nas jednym z najbardziej zestresowanych krajów w Europie. Jesteśmy też niechlubnym liderem rotacji zawodowej pracowników, co stanowi jeden z większych problemów dla przedsiębiorców. Co ciekawe, jednocześnie – według pracowników badanych przez ADP („Okiem europejskich pracowników 2018”) – pracodawcy nie są zainteresowani dobrym samopoczuciem psychicznym swoich pracowników.

Bardzo istotne również jest komunikowanie zadań instytucji, biura, firmy w taki sposób, aby pracownik czuł się zaangażowany. To jest niezwykle istotne, żeby nie powodować bierności pracownika w środowisku pracy – ocenia Jakimowicz.

Na choroby rzadkie w Polsce cierpi 3 mln osób. Ich największym problemem jest brak dostępu do nowoczesnych terapii

Na choroby rzadkie w Polsce cierpi 3 mln osób. Ich największym problemem jest brak dostępu do nowoczesnych terapii 4

W Polsce z chorobami rzadkimi lub ultrarzadkimi boryka się od 2,3 mln do nawet 3 mln osób. Podstawową potrzebą pacjentów jest dostęp do leczenia, ale możliwość włączenia skutecznej terapii istnieje tylko w 3–5 proc. wszystkich tego typu schorzeń. Na dodatek wiele z nich w Polsce nie podlega refundacji. Tymczasem szybkie wdrożenie leczenia zwiększa szansę chorego na relatywnie normalne funkcjonowanie i utrzymanie aktywności zawodowej, co zmniejsza obciążenia dla budżetu państwa. Dlatego pilnie potrzebne są zmiany w zakresie finansowania innowacyjnych terapii.

Szacuje się, że obecnie w Unii Europejskiej od 5 do 8 tys. chorób rzadkich dotyka 6–8 proc. ludności, czyli około 27–36 mln osób. Według unijnej definicji za rzadką uznawana jest choroba, która występuje nie częściej niż u pięciu osób na każde 10 tys. Jednak większość pacjentów cierpi na choroby, które występują jeszcze rzadziej, tj. jeden przypadek na 100 tys. osób.

– Na świecie jest około 8 tys. chorób rzadkich, lecz tylko na 5 proc. z nich jest dostępne skuteczne leczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Nadolski ze Stowarzyszenia Rodzin z Chorobą Fabry’ego w Polsce.

Jak wynika z danych Uczelni Łazarskiego („Choroby rzadkie w Polsce – stan obecny i perspektywy”) w Polsce z chorobami rzadkimi lub ultrarzadkimi boryka się ok 2,3 do nawet 3 mln osób. Opieka systemowa nad takimi pacjentami kuleje – brakuje ośrodków referencyjnych dedykowanych leczeniu chorób rzadkich, w ramach NFZ nie przewidziano też specjalnego budżetu na finansowanie leków sierocych stosowanych w leczeniu takich schorzeń.

Jest to jedno z największych wyzwań dla systemu służby zdrowia. Ze względu na ich specyfikę i sporadyczne występowanie, profilaktyka praktycznie nie istnieje, a diagnostyka jest utrudniona.

– To są choroby, w których niełatwo postawić diagnozę. Wymagają wiedzy eksperckiej i dobrego dostępu do ośrodków, które taką wiedzą dysponują. W przypadku chorób rzadkich potrzebna jest również gama działań, które pozwolą pacjentom korzystać z wielodyscyplinarnej opieki, lecz także szersze spojrzenie – lepszy dostęp do edukacji dla osób niepełnosprawnych, wsparcie dla opiekunów chorych. Mamy nadzieję, że te wszystkie działania zostaną wymienione i zaadresowane w Narodowym Planie dla Chorób Rzadkich – mówi prof. Anna Kostera-Pruszczyk z Katedry i Kliniki Neurologii WUM.

W Polsce nie funkcjonuje specjalistyczna opieka społeczna dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Ciężar tej opieki w większości przejmuje rodzina i bliscy, a – jak wynika z danych Uczelni Łazarskiego – prawie 80 proc. rodzin, w których występuje choroba rzadka, ubożeje.

Podstawowym problemem pacjentów jest jednak dostęp do leczenia. Możliwość włączenia skutecznej terapii istnieje tylko w 3–5 proc. wszystkich tego typu schorzeń. Na dodatek wiele z nich w Polsce nie podlega refundacji.

– Choroba Fabry’ego jest świetnym przykładem na to, jak działają wszystkie inne choroby rzadkie na świecie – potrzebny jest lek, który szybko powstrzyma jej rozwój – podkreśla Wojciech Nadolski. – Chorym towarzyszy nieznośny ból stóp, dłoni oraz postępujące wyniszczenie całego organizmu, zaczynając od serca, po uszkodzenie nerek i ośrodkowego układu nerwowego. Chorym brakuje enzymu, który rozkłada lipidy. Te odkładają się w każdej komórce ciała i niszczą powoli, dlatego tak ważne jest, żeby podać leki jak najszybciej. Chorzy oczekują dostarczenia im leczenia, zanim choroba się rozwinie, doprowadzi do ich niepełnosprawności, przejścia na rentę i uzależnienia od pomocy innych osób. 

Jak podkreśla, w Polsce są dostępne dwie enzymatyczne terapie zastępcze, jednak nie podlegają refundacji – w przeciwieństwie do większości krajów Unii Europejskiej.

Więcej szczęścia mają pacjenci z rdzeniowym zanikiem mięśni – lek na to rzadkie schorzenie został objęty finansowaniem ze środków publicznych w końcówce ubiegłego roku.

– Decyzja o refundacji leczenia w rdzeniowym zaniku mięśni była rzeczywiście decyzją przełomową, ono staje się w tej chwili dostępne dla ogromnej grupy. Natomiast lista chorób rzadkich jest znacznie dłuższa, a liczba tych chorób, w których dostępna jest farmakoterapia, cały czas jest bardzo skromna. Wielu pacjentów nadal czeka na tę szansę na dostęp do farmakoterapii – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

– Nowoczesne terapie to oczywiście postęp w medycynie, to możliwość skuteczniejszego, lepszego, bardziej efektywnego leczenia. Oczywiście za tym idą również rosnące koszty dla systemu, ale dla ratowania zdrowia i życia warto te dodatkowe pieniądze znajdować – dodaje Tomasz Latos, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Zdrowia.

Eksperci podkreślają, że szybkie wdrożenie odpowiedniej terapii i leczenia farmakologicznego znacząco zwiększa szansę chorego na relatywnie normalne funkcjonowanie i utrzymanie aktywności zawodowej, co w efekcie zmniejsza obciążenia dla budżetu państwa. Dlatego pilnie potrzebne są zmiany w zakresie finansowania innowacyjnych terapii.

Obozy dla uchodźców naszpikowane nowymi technologiami. Blockchain i systemy biometryczne wyeliminują problem z wyłudzeniami przez nich pieniędzy

Obozy dla uchodźców naszpikowane nowymi technologiami. Blockchain i systemy biometryczne wyeliminują problem z wyłudzeniami przez nich pieniędzy 5

Nowe technologie, jak blockchain czy biometria, są wykorzystywane nie tylko w najbardziej rozwiniętych krajach. Mogą też pomóc uchodźcom. Dzięki specjalnym skanerom, po zeskanowaniu tęczówki oka, system automatycznie łączy się z bazą i po potwierdzeniu tożsamości pieniądze są pobierane z konta klienta – bez karty płatniczej, czy bonów. System EyePay jest już używany w kilku obozach dla uchodźców i przetwarza transakcje, pomagając blisko 200 tys. uchodźców. Jednocześnie eliminuje też przypadki wyłudzenia pieniędzy.

– Współpracujemy z Wysokim Komisarzem Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców oraz Światowym Programem Żywnościowym, aby upewnić się, że pomoc przeznaczona dla uchodźców trafia do uchodźców. Pracujemy nad technologią opartą na łańcuchu bloków Ethereum. Wyeliminowaliśmy oszustwa finansowe oraz ryzyko wielokrotnej rejestracji. Już teraz Światowy Program Żywnościowy oszczędza dzięki naszemu systemowi skanowania tęczówki przeszło 20 proc. – mówi agencji Newseria Innowacje John Ross z IrisGuard.

IrisGuard udowodnił, że innowacyjne rozwiązania, takie jak technologie biometryczne, mogą wykorzystywać blockchain, aby zapewnić bezproblemowe działanie w wyjątkowych przypadkach, takich jak śledzenie tożsamości i żywności. Rozwiązanie sprawdza się w obozach dla uchodźców. Dla przesiedlonych rodzin uciekających przed konfliktem niezbędne jest poczucie bezpieczeństwa, np. przy płatności za zakwaterowanie i wyżywienie, a technologie IrisGuard odgrywają istotną rolę w ułatwianiu dostępu do gotówki. Wystarczy skan tęczówki, by uchodźca mógł zrobić zakupy.

Zamiast karty wystarczy zeskanować tęczówkę. System automatycznie łączy się wówczas z bazą Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców, a po potwierdzeniu tożsamości pieniądze automatycznie są pobierane z konta. Technologia została już wcześniej przetestowana przez Światowy Program Żywnościowy (WFP) Organizacji Narodów Zjednoczonych w Pakistanie. Sam skaner został zaś po raz pierwszy przetestowany w supermarkecie w Jordanii, gdzie wcześniej uchodźcy posługiwali się kartami przedpłaconymi. WFP ma nadzieję pomóc blisko pół milionom osób.

Nowe rozwiązanie umożliwia też zastąpienie pośrednika przy przekazywaniu pieniędzy przez organizacje charytatywne przez technologię blockchain. W momencie zakupów supermarket wysyła prośbę o autoryzację kodu do blockchain zamiast do banku.

– Nasze systemy umożliwiają teraz uchodźcom zakupy w supermarketach zlokalizowanych w obozie bez konieczności stosowania karty lub bonów. Osoba wchodzi od sklepu, a system skanuje jej tęczówkę, dzięki czemu potwierdzona jest jej tożsamość i może kupić artykuły spożywcze, żywność – wszystko to, czego potrzebuje – tłumaczy John Ross.

Ponad 68 mln osób na świecie musiało opuścić swoje domy, by uciec przed wojną i prześladowaniami – wynika z raportu Urzędu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR). Część z nich trafia do obozów dla uchodźców. W jednym z największych, w Kenii, część z nich doczekała się już dzieci i wnuków. Problemem w obozach jest przede wszystkim dostęp do żywności. Bardzo często pomoc humanitarna zamiast do uchodźców trafia na czarny rynek, w efekcie nie tylko brakuje pożywienia, lecz także trudniej zdobyć to, co faktycznie trafia do obozów. Problemem jest też dostęp do gotówki. Technologia oparta na biometrii i blockchain pomaga to zmienić.

– Zebraliśmy dane ponad 2,5 miliona uchodźców z kilku obozów, w tym z największego ośrodka Zaatari w Jordanii. Uchodźcy mogą korzystać z systemu bankowości, wypłacać gotówkę w bankomatach i robić zakupy w sklepach – mówi John Ross.

Pierwsze zdjęcie czarnej dziury potwierdza teorie Einsteina. Planowane są już publikacje kolejnych fotografii

Pierwsze zdjęcie czarnej dziury potwierdza teorie Einsteina. Planowane są już publikacje kolejnych fotografii 6

Niedawno opublikowane zdjęcie czarnej dziury może się okazać przełomowym dla ludzkości, gdyż potwierdza dotychczasowe teorie, m.in. Einsteina. To jednak pierwszy krok, a naukowcy już planują publikację kolejnych zdjęć supermasywanych czarnych dziur, w tym tej znajdującej się w centrum naszej galaktyki. Choć powszechnie mówi się, że sfotografowano czarną dziurę, ekspert Centrum Nauki Kopernika w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje wyjaśnia, że na zdjęciu widać tak naprawdę cień czarnej dziury. Tłumaczy także, dlaczego zdjęcie jest „rozmazane”.

– Ostatnio sfotografowana, słynna czarna dziura to supermasywna czarna dziura z galaktyki M87. Nie jest to najbliższa nam czarna dziura, ale jedna z najbliższych tak ogromnych w centrum galaktyki. To, co zobaczyliśmy na słynnym zdjęciu, to tak naprawdę cień czarnej dziury, bo samej czarnej dziury nie jesteśmy w stanie dostrzec, ona pochłania światło. Chociaż ta materia, która wokół niej krąży, a krąży przecież wokół masywnego obiektu, nagrzewa się do ogromnych temperatur, więc taki dysk materii, która opada na czarną dziurę, jesteśmy w stanie dostrzec – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.

W pierwszej połowie kwietnia 2019 roku zespół 200 naukowców z Event Horizon Telescope (EHT) ujawnił podczas symultanicznych konferencji prasowych w sześciu krajach, że w swoim niemal 20-letnim dążeniu do wyobrażenia cienia czarnej dziury, udało się po raz pierwszy go udokumentować. Czarna dziura z centrum galaktyki Messier 87 jest ogromna, a jej horyzont zdarzeń – punkt, poza którym nawet światło nie może wrócić – zatacza kulę tak szeroko, jak cały nasz układ słoneczny.

– Teleskopy optyczne nie są w stanie dokładnie sfotografować czarnej dziury, bo nie mają takiej rozdzielczości. Są też radioteleskopy, które obserwują w zakresie radiowym, czyli w świetle, którego my nie postrzegamy, przynajmniej naszymi oczami, ale mamy od tego właśnie urządzenia. Radioteleskop bardzo dokładnie potrafi zbadać niewielki obszar nieba, ale to nie wystarczy, żeby zbadać czarną dziurę – mówi Mateusz Borkowicz.

Na zdjęciu widać nie tyle czarną dziurę, ile jej cień. Kiedy materia zbliża się do horyzontu zdarzeń czarnej dziury, tworzy dysk orbitujący. Materia na tym dysku zamienia część swojej energii na tarcie, gdy ociera się o inne cząstki materii. Nagrzewa to dysk, a im bliżej, tym większe tarcie. Materia bliżej horyzontu zdarzeń świeci jaskrawo jasno, z ciepłem porównywalnym do setek słońc. To właśnie światło wykryło EHT wraz z cieniem czarnej dziury.

Zdjęcie wyszło trochę rozmyte, rozmazane, dlatego że materia, która krąży wokół czarnej dziury, jest właśnie rozmyta. Podobnie jak byśmy chcieli sfotografować chmury, one nie wyjdą nam ostre, tylko rozmyte. I ta materia wygląda podobnie, jest rozłożona w naprawdę dużej objętości. To nie tylko gazy, znajdziemy tam również pyły, jakieś szczątki, np. dawnej gwiazdy, która została przez grawitację czarnej dziury rozerwana – tłumaczy ekspert.

Aby sfotografować tak oddaloną przestrzeń, zespół potrzebował teleskopu tak dużego jak Ziemia. Wobec braku takiej gigantycznej maszyny zespół EHT połączył teleskopy z całej planety oraz ich dane. Odczyty teleskopów były niemal całkowicie zsynchronizowane.

– Trzeba było systemu 8 radioteleskopów, które były rozmieszczone na całej Ziemi i stworzyły interferometr. W tym samym czasie prowadziły obserwację tego samego obiektu, czyli supermasywnej czarnej dziury w M87, w tym samym czasie zbierały dane i tworzyły wirtualny radioteleskop o średnicy porównywalnej do wielkości naszej planety. Mimo że zbierane dane i czułość takiego radioteleskopu nie była aż tak duża jak radioteleskop wielkości naszej planety, to jednak rozdzielczość obserwacji była ogromna. To tak, jakby z Warszawy czytać gazetę, która jest w Paryżu – tłumaczy ekspert Centrum Nauki Kopernik.

Jak podkreśla Mateusz Borkowicz, zdjęcie cienia czarnej dziury przede wszystkim potwierdzają teorię Alberta Einsteina, która wskazywała, że pomiary prędkości materii wokół środka czarnej dziury są zgodne z prędkością bliską prędkości światła.

– To zdjęcie jest przełomowe, pokazuje, że teoria jest dobra, udowadnia, że tak jak przewidywali teoretycy, tak jest w rzeczywistości. To jest pierwsze zdjęcie tak bliskiego sąsiedztwa czarnej dziury i horyzontu zdarzeń, czyli tej granicy, którą można przekroczyć, ale gdy już ją przekroczymy, to nie ma odwrotu, więc nawet światło, wpadając do czarnej dziury, już się z niej nie wydostanie – ocenia Mateusz Borkowicz.

Pokazanie pierwszego zdjęcia czarnej dziury to jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Czarna dziura M87 nie jest jedyną supermasywną czarną dziurą obserwowaną przez EHT. Zespół obserwuje również Strzelca A, supermasywną czarną dziurę w centrum naszej galaktyki, i planuje wkrótce opublikować pierwszy obraz tego obiektu.

– W centrum naszej Drogi Mlecznej też jest supermasywna czarna dziura, ale jej masa jest mierzona w milionach mas słońca, czyli jest niewielka w przeciwieństwie do tej z galaktyki M87, Panny A. Ta galaktyka jest naprawdę duża i ma potężną czarną dziurę, której masa jest mierzona w miliardach mas słońca, około 6,5 mld mas słońca – mówi Mateusz Borkowicz.

Czarna dziura Drogi Mlecznej ma masę 4,1 miliona słońc i średnicę 60 mln km. To w przybliżeniu tyle, co podróż z Londynu do Nowego Jorku 45 bln razy. EHT porównuje to z pobytem w Nowym Jorku i próbą policzenia dołków na polu golfowym w Los Angeles lub obrazowanie pomarańczy na Księżycu.

Czy kupno mieszkania na wynajem ma jeszcze sens?

Inwestorzy coraz rzadziej kupują mieszkania pod inwestycje m.in. przez rosnące ceny. Dane pokazują, że sprzedaż mieszkań na rynku pierwotnym spadła w pierwszym kwartale 2019 r. Czy inwestowanie w mieszkania staje się nieopłacalne?

– Zmniejsza się liczba nowych inwestycji. Problem jest taki, że jest coraz mniej chętnych do wyłożenia pieniędzy na zakup mieszkania na wynajem, ponieważ ceny na rynku nieruchomości rosną – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

– Mieszkania drożeją nawet w Białymstoku, więc te mniejsze rynki zaczynają dobijać do tych największych miast w Polsce jeśli chodzi o cenę – mówi Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Możemy zauważyć , że Inwestorzy zaczynają podwyższać zyski z najmu poprzez częściowe wynajmowanie mieszkań, zwłaszcza w okresie letnim, turystom na dni, tygodnie, a w pozostałą część roku wynajmują mieszkanie długoterminowo. Wtedy rentowność takiego mieszkania może być bardzo wysoka.

– Cenowa dostępność mieszkań w Polsce nadal jest bardzo słaba. Wynajem 2-pokojowego mieszkania na Woli kosztuje w Warszawie 2500 zł. Właściciel takiego mieszkania może na nim zarobić 4-5% netto, dlatego obniżenie cen nie wchodzi w grę, ponieważ to było by w ogóle nie opłacalne – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Digitalizacja i outsourcing szansą dla transportu i logistyki

Deficyt pracowników oraz wzrost kosztów inwestycji i transportu to czynniki, które w ostatnich latach najbardziej dają się odczuć w polskiej branży TSL. Jak podaje raport PwC „CEE Transport & Logistics TrendBook 2019”, w ciągu najbliższych pięciu lat branżę czekają gruntowne przeobrażenia. Jednym z najważniejszych trendów będzie digitalizacja procesów operacyjnych i kontraktowych. Szansą dla firm transportowych może być outsourcing działań takich jak negocjacje zakupowe. 

Jak podaje raport PwC – 68 proc. prezesów spółek z branży transportu i logistyki na świecie spodziewa się zmian w podstawowych technologiach świadczenia usług, zaś 65 proc. oczekuje zmian w kanałach dystrybucji. Najistotniejszymi czynnikami wpływającymi na branżę mają być w najbliższej przyszłości: digitalizacja, przesunięcia w handlu międzynarodowym, nowe rozwiązania software, zmiany wewnętrzne w handlu oraz rozwój rozwiązań w obszarze maszyn i urządzeń.

Digitalizacja receptą na obniżenie kosztów i zwiększenie przychodów 

Eksperci PwC zauważają, że czynnikiem, który najbardziej wpłynie na funkcjonowanie branży transportowej w Polsce będą nowe rozwiązania cyfrowe, ale też zmiany zachowań konsumenckich. Chodzi przede wszystkim o rosnące znaczenie zakupów w sieci oraz sposób, w jaki konsumenci wchodzą w relację z firmami np. zamawiając usługi przez Internet. Zmiany te dotyczą zarówno klienta indywidualnego poszukującego taksówki, jak i firmy transportowej robiącej zamówienie pojazdów.

– W obszarze B2B problematyczne są wieloletnie nawyki i przyzwyczajenia. Właściciele firm transportowych wymieniając flotę polegali dotychczas, przede wszystkim na kontakcie osobistym oraz znajomościom w branży. Nowoczesne rozwiązania cyfrowe zaczynają jednak przełamywać utarte schematy – mówi Marcin Kołaszewski, współzałożyciel platformy zakupów Exabid, z wykształcenia matematyk i informatyk. – Stworzone przez nas rozwiązanie łączy mechanizmy znane z e-commerce z rzeczywistym systemem zakupów w grupie przez co upraszcza i automatyzuje proces zakupowy oraz sprawia, że jest on znacznie tańszy – dodaje Kołaszewski.

Outsourcing upraszcza procesy i niweluje skutki odpływu pracowników 

Najpoważniejszym wyzwaniem dla polskiej branży transportowej są niedobory kadrowe. Problem dotyczy przede wszystkim kierowców, których braki ocenia się nawet na kilkadziesiąt tysięcy. Niedobory widać też w przypadku zatrudnianych w logistyce magazynowej oraz spedycji. Popyt na pracowników transportowych wywołuje presję płacową, a co za tym idzie wzrost kosztów działalności przedsiębiorstw. Koszty podnoszą dodatkowo, rosnące ceny inwestycji oraz transportu związane np. z nowymi regulacjami w zakresie prawa pracy czy zmianami umów i relacji na arenie handlu międzynarodowego.

– Dzięki rozwojowi wyspecjalizowanych usług B2B w sektorze transportowym, firmy mogą dziś jednak zaoszczędzić sporo czasu i pieniędzy. Dobrym pomysłem jest przeniesienie na zewnątrz części procesu zakupowego dotyczącej negocjacji zamówienia – tłumaczy Marcin Kołaszewski z platformy Exabid. – Dodatkowym źródłem oszczędności dla przedsiębiorstw transportowych jest dostęp do korzyści płynących z ekonomii skali. Stosowany przez nas model zakupów grupowych w ich najczystszej postaci umożliwia małym i średnim firmom zyskanie rabatów, na jakie dotychczas mogli liczyć jedynie najwięksi. – dodaje Kołaszewski.

Wymieniane w raporcie PwC trendy już teraz daje się zauważyć na polskim rynku, poczynając od modernizacji szlaków transportowych, poprzez upowszechnianie narzędzi technologicznych, na nowoczesnych rozwiązaniach zakupowych kończąc. Eksperci zauważają, że umiejętnie wykorzystana digitalizacja może przyczynić się nie tylko do uproszenia procesów czy zmiany modeli biznesowych, ale też redukować negatywne skutki braków kadrowych oraz zwiększać przychody.

Osoby w wieku od 30 do 40 lat mogą liczyć na najkorzystniejsze oferty w bankach

  • O kredyt hipoteczny teoretycznie może starać się osoba, która osiągnęła pełnoletność, w praktyce jednak 18-latek ma niewielkie szanse na otrzymanie kredytu.
  • W większości banków graniczny próg dla spłaty ostatniej raty kredytu hipotecznego przypada na wiek najwyżej 70 lat.
  • Z perspektywy banku to 30-latkowie są więc najbardziej wiarygodnymi klientami – biorą kredyt na początku swojej drogi finansowej, a kończą spłacać jeszcze w okresie zawodowej aktywności.
  • Osoby w wieku od 30 do 40 lat mogą liczyć na najkorzystniejsze oferty w bankach, jednak odpowiedni wiek to tylko jeden z czynników branych pod uwagę w procesie kredytowym.

Kredyt hipoteczny teoretycznie może otrzymać osoba w każdym wieku – pod warunkiem, że osiągnie dojrzałość prawną. Jednak z punktu widzenia banków młodzi buntownicy i srebrna generacja z różnych powodów nie powinni zaciągać długoterminowych zobowiązań. Młody wiek klientek i klientów ma w bankach ten przywilej, że kredyt możemy otrzymać na długi okres. Problemem może być jednak brak doświadczenia zawodowego i życiowej stabilności. Natomiast gdy osiągamy życiową pozycję, wkraczamy w wiek, na który banki zaczynają patrzeć mniej przychylnie. W jakim wieku jesteśmy zatem najlepszym klientem dla banku?

Kiedy wiek pozwala, a doświadczenie jeszcze nie

Do czasu osiągnięcia pełnoletniości nie posiadamy pełnej zdolności do czynności prawnych – nie możemy m.in. zawierać w swoim imieniu żadnych umów. Do zaciągnięcia kredytu konieczne jest podpisanie umowy, dlatego minimalny wiek kredytobiorcy to 18 lat.

Poza nielicznymi przypadkami taki właśnie warunek stawiają banki. Jednak żaden 18-latek nie dostanie w baku kredytu od razu, a zwłaszcza tak dużego, jaki konieczny jest do zakupu nieruchomości. Wyjątkiem będą sytuacje, w których młody człowiek jest współkredytobiorcą i kredyt uzyskuje np. razem z rodzicami. Odpowiedni wiek to bowiem tylko jeden z wielu czynników koniecznych do uznania przez bank, że jesteśmy godnym zaufania kredytobiorcą. Bardzo ważne są przede wszystkim odpowiednie dochody. Nie licząc prac dorywczych pierwsze dochody zaczynamy uzyskiwać dopiero po skończeniu szkoły, a często studiów, czyli mając 20 i więcej lat. Istotna jest także stabilność dochodów – im klient jest młodszy, tym potrzebuje dłuższego stażu pracy, aby analityk bankowy uznał, że może przyznać mu kredyt – mówi Krzysztof Iwan, ekspert ANG Spółdzielni z Łodzi.

Dla banku bardzo ważna jest także wiarygodność klienta, czyli scoring. Na scoring wpływa wiele czynników – m.in. wiek, rodzaj pracy, staż rodzinny czy wykształcenie. Dopiero połączenie tych wszystkich cząstkowych ocen daje wynik w postaci zielonego światła dla banku – akceptacji kredytobiorców.

Kiedy doświadczenie pozwala, ale wiek już nie

O osobach z trójką na początku przeżytych lat mówimy „ludzie z doświadczeniem”. Na tych z czwórką patrzymy, jak na osoby, które już do czegoś doszły, a na tych z piątką?

Wkraczając w późną dojrzałość, mamy wiele niezaprzeczalnych atutów. Doświadczenie zawodowe i to bez względu na branżę, w jakiej pracujemy, znajduje się na poziomie, na który młodzi ludzie jeszcze długo będą się wspinać. Nasze dochody nie dość, że są pokaźne, to jeszcze stabilne i prawdopodobnie będzie tak jeszcze przez dłuższy czas. Jednak dla banku tylko na pierwszy rzut oka to idealna sytuacja.

Standardowy kredyt hipoteczny na zakup lub budowę nieruchomości udzielany jest na 30 lat; przy takim okresie zarówno rata, jak i koszty kredytu są relatywnie optymalne. Niestety, tylko nieliczne banki wykraczają poza graniczny górny wiek 75 lat, gdy będziemy spłacać ostatnią ratę. Ma to oczywiście związek z zakończeniem aktywności zawodowej i przejściem na emeryturę, oraz potencjalnymi zwiększonymi wydatkami na zdrowie. To w oczywisty sposób redukuje możliwości zaciągnięcia znaczącego zobowiązania z niską ratą – tłumaczy Krzysztof Iwan z ANG Spółdzielni.

30 – latkowie mogą przebierać w ofertach

Z punktu widzenia analiz bankowych idealny wiek do zaciągnięcia kredytu to zatem 30-40 lat. Wtedy ludzie stają się dojrzali zarówno życiowo jak i zawodowo – sytuacja zawodowa staje się ustabilizowana, dochody są na odpowiednim poziomie. Często w historii kredytowej można zobaczyć także wcześniej brane i spłacane bez problemów zobowiązania.

W takiej sytuacji każdy bank chętnie przyjmie nas do grona swoich klientów. Także i przy kredytach na zakup nieruchomości, które udzielane są z reguły na 30 lat analitycy będą patrzeć na nas przychylnym okiem. Tzn. wtedy kredyt bierzemy w rozkwicie swoich możliwości życiowych, zawodowych, finansowych, a spłacimy go jeszcze w okresie swojej zawodowej aktywności. I jak się można spodziewać, będąc w tej sytuacji, możemy wybierać i przebierać w ofertach. Jednak pamiętajmy, że ten wspaniały stan nie trwa wiecznie – dodaje Krzysztof Iwan.

Źródło: ANG Spółdzielnia

Ponad połowa Polaków woli jednorazową podwyżkę niż wsparcie pracodawcy w oszczędzaniu na emeryturę

Wdrożenie PPK będzie dużym wyzwaniem komunikacyjnym dla firm prowadzących działalność w Polsce. Wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie On Board Think Kong pokazują, że 53% pracujących Polaków wolałoby otrzymać jednorazową podwyżkę niż opłacanie przez pracodawcę składki emerytalnej. 11% respondentów nie ma zdania na ten temat. Wyzwaniem będzie nie tylko wdrożenie PPK i komunikacja wewnętrzna w firmach, ale również przekonanie pracowników, że warto gromadzić długoterminowe oszczędności, a pracodawca może być w tym procesie ważnym partnerem.

Za nieco ponad 2 miesiące zaczną obowiązywać Pracownicze Plany Kapitałowe – powszechny, dobrowolny program oszczędzania na emeryturę. Pracodawcy we współpracy z wybraną instytucją finansową otworzą dla każdego pracownika indywidualny rachunek PPK. Będzie on zasilany przez comiesięczne wpłaty pracownika, pracodawcy oraz Państwa.

Wyniki badania zrealizowanego na zlecenie On Board Think Kong, agencji specjalizującej się w komunikacji wewnętrznej, wskazują, że ponad połowa Polaków wolałaby otrzymać jednorazową podwyżkę niż opłacanie przez pracodawcę części składki na emeryturę. Te wyniki pokazują, że pracodawca postrzegany jest przede wszystkim jako podmiot, który wypłaca pensję za wykonaną pracę, a nie potencjalny partner w gromadzeniu zabezpieczenia na przyszłość.

– Planując kampanię informacyjną do pracowników czy włączając PPK w działania employer brandingowe, kluczowy będzie przekaz, iż pracodawca nie tylko wypłaca pensję, ale także wspiera oszczędzanie i do niego dokłada. Szczególnie, że wielu Polaków nadal nie potrafi oszczędzać, a jeśli już oszczędzamy to raczej na krótkoterminowy cel niż długofalowe bezpieczeństwo – komentuje Katarzyna Reck, lider praktyki, komunikacja wewnętrzna w On Board Think Kong.

– Patrząc na doświadczenia krajów Europy Zachodniej, widać, że składki opłacane przez firmę na emeryturę pracowników stały się ważnym elementem oceny atrakcyjności pracodawcy. Kandydaci porównują wysokość wpłat na fundusz emerytalny oferowanych przez poszczególne firmy i chętniej wybierają te, które oferują lepsze warunki. To naturalny kierunek, przed którym nie uciekniemy,  niezależnie od tego, jak oceniamy różne aspekty związane z wdrożeniem PPK – mówi Katarzyna Reck, lider praktyki, komunikacja wewnętrzna w On Board Think Kong. Firmy, które dobrze wykorzystają to w komunikacji do obecnych i potencjalnych pracowników, mogą wiele zyskać w kontekście employer brandingu i postrzegania, jako atrakcyjnego miejsca pracy. Szczególnie, że 1/3 respondentów wskazała, że zamiast jednorazowej podwyżki wybrałaby właśnie składkę emerytalną – dodaje Katarzyna Reck.

Z założenia w ramach PPK pracownik będzie odkładał 2 proc. pensji, przy czym jest możliwość odkładania do 4 proc. wynagrodzenia. Do tego dochodzi 1,5 proc. wynagrodzenia, które dokładać będzie pracodawca. Pracodawca także może zwiększyć stawkę do 4 proc. Państwo wpłaca jednorazowo 250 zł dopłaty powitalnej i kolejne 240 zł co roku. Zarówno pracownik, jak i pracodawca mogą w każdym czasie podjąć decyzję o zwiększeniu lub zmniejszeniu wysokości wpłat dodatkowych do PPK.

Wielkanocne promocje 2018 vs 2019

Badacze porównali ze sobą ceny 20 popularnych produktów, promowanych w gazetkach sieci handlowych przed Wielkanocą 2019 r.. I stwierdzili, że 11 z nich zdrożało, a 9 potaniało. Najmocniej podrożała kiełbasa biała – o blisko 17%. Najbardziej obniżył się koszt zakupu margaryny – o przeszło 27%. Ten ostatni artykuł odnotował też największą rozbieżność cenową w tym roku. Jego maksymalna cena jest 4-krotnie większa od minimalnej. W ub. roku różnica pomiędzy najdroższą i najtańszą margaryną była aż ponad 10-krotna. Inne wykazane odchylenia też były bardziej wyraźne w 2018 roku niż w br. W przypadku mąki rozpiętość była lekko ponad 7-krotna. Piwo i wódka miały tę samą różnicę, tj. ponad 5-krotną. Tak wykazała analiza Hiper-Com Poland i Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Promocje 2018 vs 2019

Jak wyjaśnia dr Paweł Jurowczyk, ekspert Instytutu Badawczego ABR SESTA, różnice w cenach promocyjnych przed Wielkanocą 2018 i 2019 zależą m.in. od tego, czy oferowane w gazetkach artykuły są marek narodowych bądź własnych. Te drugie są z reguły o kilka procent tańsze niż tzw. markowe. Wybór promowanego w gazetkach asortymentu jest powiązany ze strategią sieci. Niektóre sklepy przyciągają klientów najniższymi cenami, a inne – np. kultowymi artykułami.

– W stosunku do zeszłego roku spośród 20 wybranych produktów promowanych w gazetkach średnio najbardziej potaniała margaryna – o ponad 27%. Jest to typowy artykuł świąteczny, potrzebny do pieczenia ciasta, którego sprzedaż rośnie przed samymi świętami. Ale każdego roku jego popularność spada z powodu mody na zdrowy styl życia. Dlatego na przestrzeni lat może stawać się coraz tańszy – zwraca uwagę Karina Gręda, Country Manager z Hiper-Com Poland.

Natomiast dr Jurowczyk informuje, że ceny promocyjne margaryny (200-250g) w 2018 roku były w przedziale już od niespełna złotówki do 8,99 złotych za sztukę. Przed Wielkanocą 2019 najwyższa wartość widoczna w gazetkach to 3,99 złotych (do 15. tygodnia). Z analizy cenowej można również wnioskować, że w tym roku sieci postawiły bardziej na marki własne niż narodowe w tej kategorii produktowej. Tym samym walczą o klientów kierujących się niską ceną przy wyborze sklepu i samego zakupu.

– Z zestawienia wynika, że po margarynie jest sok jabłkowy. Różnica średniej ceny promocyjnej z ub. roku i br. wynosi blisko 23%. Pomimo dużego zainteresowania surowcem, jabłka są obecnie relatywnie tanie. Sporo owoców z ostatnich, bogatych zbiorów nadal zalega w chłodniach w całej Polsce. I to mogło wpłynąć na niższą cenę popularnego soku – tłumaczy Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Zdaniem eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, klienci, kupujący margarynę do pieczenia ciast czy sok jabłkowy do postawienia w dzbanku na stole świątecznym, częściej kierują się ponoszonym kosztem niż marką. Dlatego właśnie sieci bardziej akcentują ceny w tych kategoriach. Marki tych artykułów schodzą na dalszy plan w procesie zakupowym.

– W przypadku pomidorów różnica wyniosła nieco ponad 12%. Wcześniejsze wysokie ceny tych warzyw miały znaczący wpływ na aktywność konsumentów. Przez to dostawcy byli zmuszeni do obniżek. Ten trend prawdopodobnie się utrzyma, aby zachęcić klientów do większych zakupów – przewiduje ekspert z Hiper-Com Poland.

Z kolei w stosunku do zeszłego roku w gazetkach reklamowych sieci handlowych średnio najbardziej podrożała kiełbasa biała – o blisko 17%. A ten produkt przecież nieodzownie kojarzy się z Wielkanocą. Jak wyjaśnia dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, powodem ww. wzrostu są sanitarne obostrzenia hodowlane i logistyczne w związku z ASF. Eksport, korzystny dla producentów i handlu, wspiera proces utrzymywania się wysokich cen, szczególnie w okresach spiętrzenia sprzedaży.

– Należy też dodać, że średnia promocyjna cena cukru wzrosła o niecałe 13%. I to akurat nie jest żadnym zaskoczeniem. Zgonie z wcześniejszymi przewidywaniami analityków, wpływ na to miała sytuacja na światowych rynkach, czyli rosnące od października ubiegłego roku ceny cukru, osłabienie złotówki w stosunku do dolara i susza w Europie w zeszłym sezonie letnim – tłumaczy dr Paweł Jurowczyk.

Mandarynki odnotowały ponad 10% różnicy. Karina Gręda uważa, że wyższe ceny owoców cytrusowych w pierwszej połowie roku spowodowane są niższą podażą tych produktów w Europie. Przyczyną tego był nieurodzaj. Z kolei wzrost średnich promocyjnych cen wódki o ponad 9% ekspert łączy z podwyżkami na rynkach zagranicznych.

Ceny maksymalne i minimalne

– W tym roku największe rozbieżności pomiędzy maksymalnymi i minimalnymi cenami widać na takich produktach, jak – margaryna – ponad 4-krotna różnica, a także chipsy – przeszło 3-krotna. Oba artykuły mają wspólny mianownik jakościowy, wynikający z rodzaju zastosowanego tłuszczu. Niektóre składniki znalazły się na cenzurowanym, a inne są uważane za zdrowe. Ich wybór przekłada się na koszt konkretnego zakupu, gdyż wątpliwe produkty naturalnie potaniały, pozostałe zaś musiały podrożeć – zaznacza dr Faliński.

W br. kiełbasa biała odnotowała 3-krotną różnicę, podobnie jak wódka – prawie 3-krotną. Zdaniem Marcina Lenkiewicza, w przypadku tych produktów aspekt jakościowy ma szczególne znaczenie. Zwłaszcza w święta Polacy chcą spożywać dobre gatunkowo mięso czy wędliny i alkohol z wyższej półki. Spełnienie tych potrzeb ułatwiają liczne promocje. W opinii eksperta, marki własne tego typu wyrobów raczej powinny mieć mniejszą siłę przebicia.

– Od czasu wprowadzenia zakazu handlu rynek stał się jeszcze bardziej konkurencyjny niż wcześniej. Techniki wsparcia sprzedaży są rozpostarte pomiędzy cenami maksymalnymi a minimalnymi, by wszystkie instrumenty cenowe, perswazyjne, estetyczne, emocjonalne i prestiżowe mogły zadziałać na klientów. Moim zdaniem, będą one coraz bardziej widoczne, wobec zróżnicowania preferencji konsumentów – przewiduje dr Faliński, były dyrektor generalny POHID-u.

Wykazane w 2018 roku różnice były sporo większe. Największa rozbieżność w cenie promowanej była aż ponad 10-krotna. I dotyczyła margaryny. W br. to tylko 4-krotność. Według eksperta z Instytutu Badawczego ABR SETA, wyjaśnieniem może być zmiana strategii promocji sieci handlowych. W tym roku sklepy bardziej akcentują cenę niż markę produktów. Oferta w gazetkach też może być węższa niż w ubiegłym roku. Niemniej nie można tego stwierdzić na pewno, bo w badanym okresie wszystkie świąteczne promocje nie były jeszcze dostępne w większości sieci.

– W ub. roku w przypadku mąki różnica była lekko ponad 7-krotna. Miało to związek z nieurodzajem zbóż. Tańsze gatunki pojawiły się miejscu droższych i stąd głównie wynikały rozbieżności w cenach. Dodatkowo import dyktował niższe lub wyższe wartości cenowe. Warto też wskazać, że w zeszłym roku maksymalne i minimalne ceny piwa i wódki odnotowały różnice na poziomie ponad 5-krotnym. To z kolei wynikało z tego, że na rynku pojawiły się nowe produkty obu kategorii, zarówno te najtańsze, m.in. w marce własnej, jak i te z najwyższej półki jakościowo-cenowej – przypomina dr Faliński.

Analiza danych objęła produkty z gazetek promocyjnych z hipermarketów, dyskontów, supermarketów i convenience w okresie przed Wielkanocą 2018 (tygodnie 11-13) oraz 2019 roku (odpowiednio tygodnie 14-15, ze względu na późniejszy okres świąteczny). Łącznie przeanalizowano publikacje 22 sieci handlowych.

Trendy w marketingu wystawienniczym

Architektura stoiska, digitalizacja, doświadczanie marki i kreatywność rozwiązań promocyjnych to cztery obszary, których dotyczą trendy w marketingu wystawienniczym. Podczas projektowania stoiska ważne jest wybranie wiodących rozwiązań z zakresu architektury i aranżacji stoiska, ale także zastosowanie odpowiedniego Koloru. Obecnie prym wiodą najmodniejsze odcienie 2019 roku: barwy ziemi, pastele, color blocking, monokolor.

Postaw na design

Aż 70 proc. osób, które postanawiają zatrzymać się przy konkretnym wystawcy, podejmuje decyzję na podstawie wyróżniającego się designu stoiska. Jego planowanie powinno być oparte o cztery filary marketingu wystawienniczego, wokół których skupiają się najważniejsze trendy i praktyki w branży.

  • Architektura stoiska – to nie tylko konstrukcja, ale przede wszystkim trendy dotyczące oświetlenia i koloru. Gra masywności z lekkością, pozorna niedostępność i tajemniczość albo maksymalna przestronność stoiska zdecydowanie wpływają na percepcję odwiedzających. Podobnie jak kolor, który pobudza emocje, energetyzuje i potrafi nadać charakteru całej aranżacji.
  • Kreatywność rozwiązań marketingowych – tu rozpoczyna się proces projektowania stoiska. Storytelling czyli pomysł na dobrą historię i przełożenie silnych stron marki na stoisko targowe, przez ubiór personelu i detale związane z jego prezencją to podstawa.
  • Digitalizacja – jeden z najbardziej widocznych trendów w branży. Użycie mediów i technologii na stoisku to nie tylko zabieg kosmetyczny, ale przede wszystkim narzędzie do mierzenia nawiązywanych relacji, jak m.in. liczba odwiedzin, oględzin produktu, zbieranie leadów. Topowe rozwiązania digital na targach to obecnie: content video, aktywności sensoryczne, VR, duże ekrany diodowe, mapingi, projekcje.
  • Doświadczanie marki – dobry design zabudowy to wstęp do wejścia odwiedzającego w świat (na stoisko) marki. W tym momencie czas na głębsze poznanie, które – zgodnie z globalnymi trendami – powinno być sensualne, np. poprzez zapach kwiatów czy drewna, nastrojowe oświetlenie, muzykę. Wszystko to, co klient może dotknąć, poczuć czy przeżyć zdecydowanie bardziej zapadnie w jego pamięć, wznosząc markę na wyższy poziom.

Kolor to trend nr 1, na którego analizę postawili autorzy TREND.expo – publikacji dla branży wystawienniczej. – Kolorystyka i oświetlenie stoiska to pierwszy krok do oceny wystawcy przez odwiedzającego. Elementy te nie tylko błyskawicznie wywołują konkretne skojarzenia co do marki, ale pozwalają ocenić ją w oczach klienta – mamy przed sobą stoisko luksusowe albo uniwersalne, a więc mało interesujące mówi Katarzyna Rzadkiewicz, Sales & Marketing Director w Smart Design Expo, projektującej i realizującej stoiska targowe.

“Kolor” to temat pierwszego numeru TREND.expo, jednego z czterech zaplanowanych na 2019 rok. Dzielimy się w nim efektem wielomiesięcznych analiz, obserwacji i rozmów z wystawcami oraz partnerami branżowymi z całego świata. Publikację kierujemy do wszystkich osób, które planują stoiska targowe w swoich firmach, ale też i do tych, którzy śledzą lub wyznaczają kierunki w wystawiennictwie targowym – dodaje Łukasz Jerzmanowski, owner Smart Design Expo

Do współtworzenia TREND.expo, jego autorzy zaprosili ekspertów z dziedziny designu, architektury, marketingu wystawienniczego. Na łamach publikacji wypowiadają się dr hab. Maciej Przybylski – prof. nadzw. Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, studio Pawlak & Stawarski oraz Jerzy Osika – prezes Promedia, organizator targów, kongresów i konferencji.

Trendy w kolorze 2019

Kolory, które wiodą prym w marketingu wystawienniczym w 2019 roku to:

  • Pastele – doskonałe gdy chcemy uzyskać wysublimowany efekt, podkreślić delikatność i eteryczność. Potrafią nadać stoisku targowemu lekkości, wyrafinowania i świetlistości.
  • Color blocking – zestawienia mocnych, wyrazistych kolorów czyli zupełne przeciwieństwo dla pasteli. W połączeniu z geometrycznymi formami tworzy odważne, soczyste i energetyczne wnętrza.
  • Monokolor – stawia na jeden kolor bądź dopełnia go jego różnymi tonacjami. Daje intrygujący efekt i zaskakuje. Jeśli na pierwszy rzut oka go nie widać, to znaczy że „działa”.
  • Kolory ziemi – sprawdzą się zarówno do aranżacji przestrzeni w stylu klasycznym, jak i nowoczesnym. Neutralne barwy dają poczucie ciepła i bezpieczeństwa, stwarzają atmosferę komfortu.

Frankowicze poczują ulgę?

Raty kredytów we frankach szwajcarskich są dużo wyższe niż w złotych. Siedemset tysięcy rodzin nadal jest w ciężkiej sytuacji. Czy mogą oni liczyć na ulgi i czy rządzący pomogą im w spłatach kredytów?

– Ostatnio dużo się mówi o frankowiczach przede wszystkim w związku z ustawą, która miała im pomóc. Jak na razie takiej ustawy nie ma, jest natomiast wcześniejsza, która ma być znowelizowana i nieść pomoc osobom, które popadły w tarapaty – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Expander przeprowadził badania dot. sytuacji osób, które zaciągnęły kredyty we frankach od 2007 roku i porównał je z kredytami w złotówkach. Okazało się, że prawie pół na pół dzielą się osoby, które na tych kredytach skorzystały, i które na nich straciły. Największe straty wynoszą ponad 30 tys. zł, największe korzyści ponad 20 tys. zł. We wszystkich badanych przypadkach obecna rata kredytu frankowego jest wyższa. Dodatkowo ciągle przybywa osób, które na tym kredycie straciły.

– Cały czas rodzą się kolejne pomysły przewalutowania kredytów we frankach, ale musimy pamiętać, że ktoś będzie musiał za to zapłacić, jeżeli zostanie to przerzucone na banki to wszyscy za to zapłacimy – wyjaśnia Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

– Nie martwmy się o banki, martwmy się o młodych ludzi, którzy chcą normalnie żyć w Polsce – podsumowuje Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Jak długo będą rosnąć ceny nieruchomości?

Ceny mieszkań nieustannie rosną od 2013 roku. Tylko w ubiegłym roku nieruchomości zdrożały o 10 proc. Jak długo potrwają wzrosty i czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się spadków?  

Klaudia Sapała, General Manager Rent like home
Klaudia Sapała, General Manager Rent like home

Dane Głównego Urzędu Statystycznego za okres styczeń-luty 2019 pokazują, że deweloperzy przekazali do użytkowania 19,9 tys. mieszkań. To aż o 16,7 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W tym samym czasie deweloperzy rozpoczęli budowę 20,2 tys. mieszkań, czyli o 5,4 proc. więcej niż w 2018. Od kilku lat systematycznie rosła sprzedaż nieruchomości. Zyski deweloperów również. Jednak gospodarka to system naczyń połączonych i w odpowiedzi na taką sytuację – wzrosły ceny gruntów. Należy pamiętać, że  jest to jeden z podstawowych kosztów w procesie realizacji każdej inwestycji. Przy okazji pojawiło się wyzwanie związane z pracownikami. Presja na podnoszenie pensji czy kłopot z wykwalifikowaną siłą roboczą zaczęły dość mocno odbijać się na rentowności. Ponadto,  wzrosły ceny materiałów budowlanych. Szereg wspomnianych czynników powoduje, że od dłuższego czasu ceny mieszkań stale wzrastają. Gdy weźmiemy pod uwagę utrzymujące się niskie stopy procentowe, które sprawiają, że klientów stać na kredyt hipoteczny, można pokusić się o prognozę, że zainteresowanie mieszkaniami wciąż będzie spore.

Przyczyny wzrostu cen

Na rynku widać jednak zachodzące zmiany. Deweloperzy obecni na GPW zanotowali niższą sprzedaż. Spada też liczba udzielanych kredytów. Warto jednak zauważyć, że znacznie więcej jest kredytów, których wartość przekracza 250 tys. złotych. Według danych BIK, wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła rok do roku o prawie 12 proc. Pokazuje to wyraźnie, że mieszkań kupujemy mniej, ale są one znacznie droższe. Dlaczego mieszkania są takie drogie? Oprócz czynników wspominanych na początku, warto zdać sobie sprawę, że cały czas nieruchomości są bardzo dobrym sposobem inwestycji. Niskie stopy procentowe, niezbyt duży ruch na rynku akcji powodują, że Polacy, którzy mają nadwyżki finansowe, kupują nieruchomości. Chętnych nie brakuje, co w konsekwencji przekłada się na wzrost cen. Mieszkania z rynku wtórnego wciąż w dużej mierze są kupowane za gotówkę. Na rynku pierwotnym zdecydowanie więcej jest tych, którzy kupują mieszkania na kredyt. W efekcie na ceny nieruchomości spory wpływ może mieć również polityka banków. Jeśli te będą ograniczać dostępność kredytów, ceny nieruchomości będą musiały spaść. Na razie jednak –  przynajmniej jeśli chodzi o Radę Polityki Pieniężnej – możemy być spokojni. Jak zapowiadają jej członkowie, podwyżki stóp w najbliższym czasie nie wchodzą w grę.

Obserwując rynek nieruchomości, warto też śledzić informacje o planach wprowadzenia podatku katastralnego, czyli od wartości nieruchomości. Mimo że mówi się o nim od kilku lat, na razie brakuje konkretów, kiedy mógłby zostać wprowadzony. Rosnące ceny nieruchomości dla inwestujących na tym rynku mogą być dobrym prognostykiem. Może to bowiem zwiększać atrakcyjność wynajmu mieszkań. Osoby, których nie stać na zakup, będą mieszkania wynajmować. Jest to z kolei potencjał dla wyższych zysków dla tych, którzy już są właścicielami apartamentów.

Czy mamy szansę na spadki cen nieruchomości? Patrząc na rynek pierwotny, na razie nic nie wskazuje na to, żeby zmalały ceny materiałów budowlanych czy koszty pracy. Ceny mogą się  stabilizować, jednak na duże spadki w najbliższym czasie nie ma co liczyć.

Klaudia Sapała, General Manager Rent like home Zachodniopomorskie Lloyd Group

Sfinks ponowi emisję akcji serii P

Sfinks Polska planuje rozpoczęcie nowego procesu emisji akcji serii P. Uchwałę w tej sprawie zarząd podejmie 29 kwietnia br., zaś zakończenie subskrypcji ma nastąpić 30 czerwca br. Wcześniejsza emisja musiała zostać uznana za zakończoną z powodów formalnych.

Zamierzamy dokapitalizować Sfinksa ze względu na zapisy umowy kredytowej i – co równie ważne – potrzeby wynikające z realizowanej strategii rozwoju. Dlatego po ogłoszeniu wyników okresowych ponownie rozpoczniemy proces związany z emisją akcji serii P. Chcemy tak zaplanować harmonogram, by w ramach tej emisji była możliwość objęcia akcji także poza okresami zamkniętymi i by mógł wziąć w niej udział pan Sylwester Cacek, który podtrzymuje gotowość objęcia akcji serii P – komentuje Dariusz Strojewski, wiceprezes zarządu Sfinks Polska SA.

Zmiany w zarządzie PMPG Polskie Media S.A.

Rada Nadzorcza PMPG Polskie Media S.A. na posiedzeniu 23 kwietnia 2019 roku powołała do zarządu spółki troje kluczowych menedżerów spółki o długoletnim stażu: Ewę Rykaczewską, Piotra Piaszczyka i Roberta Pstrokońskiego.  Objęcie funkcji przez nowych członków zarządu nastąpi 1 maja 2019r.  Jednocześnie Rada Nadzorcza przyjęła rezygnację Michała M. Lisieckiego z funkcji Prezesa Zarządu z dniem 30 kwietnia. Wcześniej, 18 kwietnia Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy powołało Michała Lisieckiego do Rady Nadzorczej PMPG.

„Kierując się dobrem spółki oraz chęcią utrzymania pełnej przejrzystości działań wobec akcjonariuszy, postanowiłem odsunąć się od działań operacyjnych. Będąc w radzie nadzorczej, pozostaję blisko spółki, ale więcej czasu będę mógł poświęcić na wyjaśnienie pomówień, które mnie spotkały.  Będę również kontynuował działania na rzecz długofalowego rozwoju spółki i jej dokapitalizowania.”– wyjaśnia Michał Lisiecki.  „Nowy, kilkuosobowy zarząd  złożony z kompetentnych, o długim stażu pracowników spółki zapewni jej sprawne kierownictwo i stabilny rozwój.  Myślę, że to dobre i zdrowe dla spółki, żeby ludzie, którzy znają firmę „od podszewki” i poświęcają jej dużo czasu przejęli stery”– dodaje.

Nowy zarząd spółki przedstawił Radzie Nadzorczej priorytety na najbliższy okres.  Do głównych zadań zaliczył zdynamizowanie działań związanych z wdrażaną strategią transformacji wydawnictwa, przede wszystkim rozwojem produktów cyfrowych oraz ich monetyzacją, reorganizację struktur i zwiększenie efektywności procesów związanych z wytwarzaniem i dystrybucją treści premium oraz podniesienie przychodów i zyskowności spółki.

Ewa Rykaczewska – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.
Ewa Rykaczewska – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.

Ewa Rykaczewska – Członek Zarządu, odpowiedzialna za piony sprzedaży i administracji. Absolwentka Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych na wydziale Ekonomii, Zarządzania i Finansów.  Związana ze Spółką od 2009r. Swoją karierę w spółce rozpoczęła w dziale personalnym. Obecnie odpowiada za obszar HR oraz administracji (od 2010 r.). Od roku pełni funkcję Dyrektora Wykonawczego. Odpowiedzialna również za pozyskiwanie finansowania projektów ze środków publicznych oraz ich koordynację i rozliczenie.  Swoją karierę zawodową rozpoczęła w firmach doradztwa personalnego.

Piotr Piaszczyk – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.
Piotr Piaszczyk – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.

Piotr Piaszczyk –  Członek Zarządu, odpowiedzialny za piony prawny i finansowy.  Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Radca prawny.  W działalności prawniczej specjalizuje się w prawie spółek, prawie rynku kapitałowego oraz prawie gospodarczym.  Posiada wieloletnie doświadczenie w pełnieniu funkcji członka zarządu, likwidatora oraz członka rady nadzorczej spółek.  Ze spółką PMPG Polskie Media S.A. jest związany od roku 2008. Zajmował stanowiska Prawnika (do roku 2014), Radcy Prawnego (od roku 2014 do dziś) oraz Dyrektora do spraw korporacyjnych i relacji z inwestorami (od 2018 roku do dziś).

Robert Pstrokoński – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.
Robert Pstrokoński – Członek Zarządu PMPG Polskie Media S.A.

Robert Pstrokoński – Członek Zarządu, odpowiedzialny za pion wydawniczy mediów tradycyjnych (prasowych) i mediów cyfrowych (portale internetowe) oraz ich rozwój, strategię kontentową oraz  produkcję i dystrybucję. Członek Rady Nadzorczej AWR WPROST Sp. z o.o.  W latach 2013 – 2017 Prezes Zarządu spółki Orle Pióro, wydawcy tygodnika „Do Rzeczy”.  Absolwent  Wydziału Zarządzania Biznesem Wyższej Szkoły Zarządzania w Warszawie (Thames Valley University).

Robert Pstrokoński z rynkiem mediów jest związany od 1995 roku. Od 2002 roku pracuje w PMPG, początkowo jako Dyrektor ds. Dystrybucji, potem Dyrektor Zarządzający ds. Wydawnictw i Dystrybucji. Wcześniej pracował m.in. w firmach: INTERNEWS, Wydawnictwie Naukowym PWN oraz EGMONT POLSKA.

Potrącenie wierzytelności dłużnika i wierzyciela

Z chwilą ogłoszenia upadłości majątek upadłego staje się masą upadłości i służy zaspokojeniu wszystkich jego wierzycieli. Jeśli jednak któryś z wierzycieli sam był dłużnikiem upadłego przed jej ogłoszeniem, może pod pewnymi warunkami dokonać tzw. potrącenia, które zmniejszy lub całkowicie zdejmie z niego brzemię dłużnika. W lutym 2018 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia orzekł, że skorzystanie z tego uprawnienia przez bank nie jest możliwe w odniesieniu do środków upadłego zgromadzonych na rachunku bankowym. Rok później sąd odwoławczy uchylił to orzeczenie, stanowiąc, że zanim doszło do ogłoszenia upadłości, upadłemu przysługiwała względem banku wierzytelność o wypłatę środków zgromadzonych na koncie, dlatego też potrącenie z wierzytelnością z rachunku bankowego nie sprzeciwia się istocie postępowania upadłościowego (wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy z 6 lutego 2019 r., sygn. akt XIII Ga 709/18).

Kodeks cywilny w art. 498 §1 stwierdza, że „Gdy dwie osoby są jednocześnie względem siebie dłużnikami i wierzycielami, każda z nich może potrącić swoją wierzytelność z wierzytelności drugiej strony, jeżeli przedmiotem obu wierzytelności są pieniądze lub rzeczy tej samej jakości oznaczone tylko co do gatunku, a obie wierzytelności są wymagalne i mogą być dochodzone przed sądem lub przed innym organem państwowym” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93, ze zm.). Z kolei zgodnie z art. 93 ust. 1 ustawy – Prawo upadłościowe (dalej: u.p.u.): „Potrącenie wierzytelności upadłego z wierzytelnością wierzyciela jest dopuszczalne, jeżeli obie wierzytelności istniały w dniu ogłoszenia upadłości, chociażby termin wymagalności jednej z nich jeszcze nie nastąpił” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).

Potrącenie należności z rachunku upadłej spółki

W 2010 r. jedna ze spółek z o.o. zawarła z bankiem umowę o prowadzenie rachunku, a dwa lata później zaciągnęła w tym banku kredyt odnawialny na kwotę ponad 8,5 mln zł. W kwietniu 2016 r. bank wypowiedział spółce umowę, wzywając do spłaty przekraczającego 6 mln zł zadłużenia. W sierpniu tego samego roku Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia w Łodzi XIV Wydział Gospodarczy dla spraw Upadłościowych i Restrukturyzacyjnych ogłosił upadłość spółki. Bank powiadomił syndyka, powołując się na art. 93 u.p.u., o potrąceniu kwoty blisko 58 tys. zł znajdujących się na rachunku spółki, celem zaspokojenia należnego mu roszczenia z tytułu udzielonego spółce kredytu. Bank zgłosił również swoją wierzytelność do sędziego-komisarza.

Syndyk to nie upadły

31 października 2016 r. syndyk masy upadłości spółki wezwał bank do zwrotu 58 tys. zł, jako świadczenia nienależnego, pobranego wbrew przepisom prawa upadłościowego. Sąd rejonowy przychylił się do powództwa syndyka. Jego zdaniem środki pieniężne zgromadzone na rachunku bankowym są wierzytelnością jego posiadacza względem banku o wypłatę zgromadzonych tam środków. Z treści art. 112 u.p.u. sąd wywiódł, że umowa rachunku bankowego zawarta przez upadłego wiąże strony także po ogłoszeniu upadłości, stąd wierzytelność upadłego o wypłatę środków z tego rachunku stanowi masę upadłościową służącą zgodnie z art. 61 u.p.u. zaspokojeniu wszystkich wierzycieli upadłego. Jak wskazał sąd: „Możliwość potrącenia w upadłości dotyczy tylko sytuacji gdy nie następuje uszczuplenie masy upadłości o faktyczny majątek jaki przejął syndyk od upadłego (…) potrącenie z art. 93 prawa upadłościowego nie ma zastosowania do każdej wierzytelności po dniu ogłoszenia upadłości, ale tylko takiej która nie spowoduje zmniejszenia masy upadłości w zakresie czynnego majątku dłużnika, a który posłuży zaspokajaniu wszystkich wierzycieli upadłego według zasad prawa upadłościowego” (sygn. akt XIII Ga 709/18).

Sąd rejonowy odrzucił również całkowicie możliwość powołania się przez bank na instytucję potrącenia i zastosowania przepisu art. 93 u.p.u. Zdaniem sądu bank stał się dłużnikiem masy upadłości, a więc syndyka, który przejął posiadanie nad rachunkiem, dopiero po ogłoszeniu upadłości. A zgodnie z art. 95 u.p.u.: „Potrącenie nie jest dopuszczalne, jeżeli wierzyciel stał się dłużnikiem upadłego po dniu ogłoszenia upadłości” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).

Trzecią z najważniejszych podstaw uznania przez sąd dokonanego przez bank potrącenia za świadczenie nienależne stanowił art. 13 ust. 1 u.p.u.: „Sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania lub wystarcza jedynie na zaspokojenie tych kosztów” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.). Jak stwierdził sąd orzekający w tej sprawie, dopuszczenie do potrącenia przez bank swojej wierzytelności z masy upadłościowej po ogłoszeniu upadłości mogłoby pociągnąć za sobą konieczność umorzenia postępowania upadłościowego. To z kolei uniemożliwiłoby zaspokojenie się w tym postępowaniu pozostałych wierzycieli upadłego. To z kolei stałoby w sprzeczności z zasadą prawa upadłościowego, jaką jest zaspokojenie wszystkich wierzycieli.

Ustawodawca dał wierzycielowi instytucję potrącenia, więc ma prawo z niej skorzystać

Bank wniósł od tego wyroku apelację, do której przychylił się Sąd Okręgowy w Łodzi. Uznał za słuszne stanowisko banku, który nie zgodził się z możliwością zastosowania regulacji art. 95 u.p.u. Zgodnie bowiem z art. 725 Kodeksu cywilnego: „Przez umowę rachunku bankowego bank zobowiązuje się względem posiadacza rachunku (…) do przechowywania jego środków pieniężnych oraz (…) do przeprowadzania na jego zlecenie rozliczeń pieniężnych” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93, ze zm.). Przechowanie to zdaniem sądu odwoławczego przejawia się stanem, w którym posiadaczowi rachunku, choć nie realizuje on w danej chwili swojej wierzytelności, to przysługuje mu ona już z chwilą zdeponowania tych środków na koncie. Wierzytelność o wypłatę wszystkich zgromadzonych na rachunku środków przysługiwała więc spółce, zanim doszło do ogłoszenia upadłości.

Sąd Okręgowy w Łodzi nie zgodził się również, by potrącenie z wierzytelnością z rachunku bankowego sprzeciwiało się istocie postępowania upadłościowego. Nie istnieje bowiem poza masą upadłościową żaden inny majątek upadłego, wobec którego wierzyciel mógłby zrealizować przysługujące mu prawo potrącenia, przewidziane w art. 93-96 u.p.u. Z prawa tego mogą też korzystać wszyscy pozostali wierzyciele.

„Sam ustawodawca uznał, że nie jest zasadne oczekiwanie, by wierzyciel musiał zapłacić w całości swój dług i jednocześnie zaspokajać własną wierzytelność ze środków uzyskanych w wyniku podziału funduszów masy upadłości w sytuacji, gdy swoją wierzytelność przed ogłoszeniem upadłości mógł potrącić (…) Zakładałoby to bowiem całkowitą nieracjonalność ustawodawcy, który wprowadziłby do ustawy przepis nie mogący znaleźć zastosowania z uwagi na sprzeczność z założonymi jej celami” (sygn. akt XIII Ga 709/18).

Sąd odwoławczy obalił także trzecie z podniesionych przez sąd rejonowy ustaleń co do uzależnienia ogłoszenia upadłości od minimalnego stanu majątku potencjalnego upadłego. Jak stwierdził, nie może to stanowić przeszkody dla realizacji przez wierzyciela przysługującego mu prawa do dokonania potrącenia. Jeśli w wyniku potrącenia okaże się, że pozostały majątek nie wystarcza na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego, to stworzy to wówczas podstawę do jego umorzenia.

Gdy syndyk zabierze rękę, odda ci paznokieć

W sytuacji, gdy pojawiają się problemy z płynnością finansową kontrahenta, nie wolno zwlekać. Jak pokazuje przykład niniejszej sprawy, szybka reakcja – nawet mimo ogłoszenia upadłości dłużnika – może „uratować” przynajmniej część należnych od niego środków. To z kolei może decydować o być albo nie być dla będących jego wierzycielami spółek, firm i samych przedsiębiorców. Zbyt długa zwłoka, powodująca choćby uchybienie zakreślonemu w art. 96 ustawy – Prawo upadłościowe terminowi do złożenia oświadczenia o chęci skorzystania z prawa potrącenia, sprawi, że wierzyciel ewentualnego zaspokojenia swoich roszczeń dozna tylko w takiej wysokości, w jakiej przydzieli mu syndyk, i dopiero po uwzględnieniu roszczeń innych wierzycieli.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Innowacje w polskim eksporcie: nowe technologie, stare bariery

Choć autobusy elektryczne, druk 3D i biotechnologia to nowe polskie specjalności eksportowe, liderzy rewolucji technologicznej wskazują te same problemy, co wszyscy eksporterzy od lat – wynika z raportuLiderzy rewolucji technologicznej w polskim eksporcie”. Ponad ¾ z nich wskazało własne działania za główne źródło sukcesu. Jak wynika z badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego, hamuje nas przede wszystkim biurokracja i brak świadomości, że istnieje możliwości wsparcia.

Polska odgrywa coraz większe znaczenie na arenie europejskiej jako producent autobusów elektrycznych. Co drugi pojazd tego typu produkcji unijnej sprzedany na rynku wewnętrznym UE i co trzeci wyeksportowany poza UE pochodzi z Polski. Polskie firmy opanowały też już ok. 10 proc. światowego rynku drukarek 3D, a polski eksport biotechnologiczny jest wart prawie miliard zł rocznie. Potencjał do rozwoju jest wciąż duży.

Polska poprawiła ocenę o 12,5% w Europejskim Rankingu Innowacyjności między rokiem 2014 a 2017. Zajęła też 41. miejsce na 140 krajów przebadanych przez Światowe Forum Ekonomiczne pod względem innowacyjności. Co prawda nie czyni to z nas jeszcze czołówki światowych innowatorów, ale też nie lądujemy w grupie outsiderów – komentuje Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. W badaniach Światowego Forum Ekonomicznego polski sektor badań i rozwoju uzyskał 17 pkt. powyżej średniej dla świata, a komercjalizacja oraz wymogi administracyjne, odpowiednio, o 10 i 9 pkt.

Jak wykazały badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego, ogólna ocena potencjału eksportowego firm – liderów rewolucji technologicznej w Polsce wypada bardzo korzystnie. We wszystkich grupach syntetyczny wskaźnik potencjału okazuje się wyższy niż w przypadku eksporterów ogółem. Szczególnie wyróżniają się firmy wdrażające nowe technologie, ale wysokim wskaźnikiem mogą się pochwalić także firmy kwalifikacjochłonne, innowacyjne i zaawansowane technologicznie.nowe technologie, stare bariery

Do atutów Polski najczęściej zaliczane są zadowalający stopień zaspokojenia potrzeb inwestycyjnych w zakresie środków trwałych i relatywnie wysoki odsetek inwestujących za granicą. Naszą piętą achillesową pozostaje zbyt niski udział firm dużych oraz zbyt rzadkie stosowanie konkurencji pozacenowej jako podstawowego sposobu konkurowania na rynkach zagranicznych – dodaje Janusz Chojna, Kierownik Zespołu Handlu Zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przepis na sukces polskiego eksportu

Pośród przebadanych eksporterów, którzy w 2017 r. odnotowali wzrost eksportu, aż 78 proc. wskazało własne działania za główne źródło sukcesu. Ważnym narzędziem rozwoju stały się też fundusze europejskie: w latach 2007-2017 korzystało z nich 35,2 proc. badanych przedsiębiorstw eksportujących z sekcji przetwórstwa przemysłowego. Prawie połowa eksporterów korzysta ze wsparcia eksportu, m.in. o charakterze finansowym i promocyjnym.

Główną barierą korzystania przez przedsiębiorstwa z instrumentów wspierania eksportu jest rozmijanie się oferty w tym zakresie z ich potrzebami, a także brak informacji – przyznaje Janusz Chojna. Z naszych analiz wynika, że publiczne instrumenty wspierania eksportu mogłyby być znacznie popularniejsze, gdyby szerzej o nich informowano i podejmowano walkę z barierą biurokratyczną.

Silver tsunami szansą dla rynku pracy

Zmiany na rynku pracy spowodowane starzeniem się społeczeństwa i rozwojem technologii będą widoczne już w ciągu najbliższej dekady. Wzrośnie poziom zatrudnienia osób starszych, a pracodawcy będą musieli dostosować warunki pracy do ich potrzeb. Według autorów raportu firmy doradczej Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” czynnikami motywującymi Europejczyków do pracy są wyższe wynagrodzenie, elastyczne i alternatywne formy zatrudnienia, a także jasno określone cele rozwojowe i zaufanie współpracowników. Najbardziej cenią oni bezpieczeństwo i stabilność zatrudnienia. Z kolei dla pracowników w Polsce ważniejsze są czynniki finansowe.

Starsi pracownicy szansą dla rynku pracySytuacja na polskim rynku pracy jest najlepsza od początku transformacji ustrojowej. Według Eurostatu stopa bezrobocia w lutym tego roku wyniosła jedynie 3,5 proc. Dla porównania średnia w Unii Europejskiej jest prawie dwa razy wyższa (6,5 proc.). – Skutki zmian demograficznych i technologicznych prędzej czy później ujawnią się w Polsce z całą mocą. Warto wykorzystać dobrą koniunkturę do przeprowadzenia koniecznych reform w modelach biznesowych oraz politykach publicznych. Do głównych wyzwań będą należały: wzrost aktywności zawodowej osób w wieku 50+ i innych grup dziś nieaktywnych zawodowo, efektywniejsze wykorzystywanie elastycznych form zatrudnienia oraz wspieranie kształcenia przez całe życie – mówi Damian Olko, Ekspert w zespole analiz ekonomicznych Deloitte.

Zatrudnienie osób po 50 roku życia będzie rosło

W Unii Europejskiej od 2017 roku liczba osób aktywnych zawodowo powyżej 50 roku życia jest wyższa niż osób aktywnych poniżej 35 roku życia. W Polsce osoby starsze wciąż stanowią istotny, ale niewykorzystany zasób siły roboczej. Z badania Deloitte wynika, że 77 proc. pracowników w wieku do 50 lat planuje aktywność zawodową przynajmniej do 65 roku życia, czyli średnio o 11 p.p. więcej niż w dziesięciu analizowanych krajach Europy. Wiele osób, które co prawda osiągnęły już wiek emerytalny, ale cieszą się dobrym zdrowiem i samopoczuciem, odczuwa potrzebę pozostania w pracy ze względów finansowych, społecznych czy emocjonalnych.

Wydłużenie kariery zawodowej będzie wiązało się z koniecznością dostosowania warunków pracy do potrzeb osób starszych. Choć firmy coraz częściej prowadzą włączającą kulturę organizacyjną, to jednak regulacje ze strony państwa wydają się być niezbędne. Wciąż bowiem pracownicy zbliżający się do wieku emerytalnego otrzymują z otoczenia sygnały sugerujące im zakończenie aktywności zawodowej. Potencjał doświadczonych pracowników nie jest odpowiednio wykorzystywany, mimo, iż wyróżniają się oni wysokim poziomem kompetencji oraz motywacji, a ich oczekiwania dotyczące wynagrodzenia i czasu pracy są bardziej elastyczne niż młodszych osób.

W stronę większej elastyczności pracy

Aktywizacji zawodowej osób starszych mogą sprzyjać elastyczne i alternatywne modele zatrudnienia. W Polsce praca na pełen etat pozostaje najpopularniejszą formą współpracy – preferuje ją 72 proc. ankietowanych pracowników, czyli średnio o 11 p.p. więcej niż w analizowanych krajach europejskich. Pracę w niepełnym wymiarze godzin deklaruje średnio 16 proc. ankietowanych w Europie i jedynie 4 proc. w Polsce.

Alternatywne formy zatrudnienia, takie jak na przykład praca bez etatu, w większym stopniu dotyczą osób starszych niż młodych. W Polsce pracownicy poniżej 35 roku życia są w podobnym stopniu zainteresowani pracą na etacie, jak ich rówieśnicy w innych badanych krajach. W pozostałych grupach wiekowych preferencje odnośnie elastycznego zatrudnienia są niższe średnio o 15 p.p. w Polsce w niż we wszystkich analizowanych krajach. – Aby polscy pracodawcy i pracownicy mogli czerpać większe korzyści z elastycznych i alternatywnych form zatrudnienia, warto rozważyć zmiany związane z ograniczeniem nierówności w ich opodatkowaniu. Reforma w tym zakresie powinna być całościowa i dotyczyć zarówno kwestii niezbędnego poziomu elastyczności na rynku pracy jak i dobrze dopasowanych zabezpieczeń społecznych, zgodnie z tzw. skandynawskim modelem flexicurity – mówi Peter Szewczyk, Konsultant w zespole analiz ekonomicznych Deloitte.

Well-being w miejscu pracy

Wśród czynników zachęcających pracowników do kontynuowania aktywności zawodowej są coraz częściej niefinansowe warunki pracy. Co prawda w Polsce największym motywatorem do pracy jest wciąż wynagrodzenie (89 proc. ankietowanych), jednak w Europie na pierwszy plan wysuwa się bezpieczeństwo i stabilność zatrudnienia (87 proc.) Dla pracowników zarówno w Polsce, jak i w Europie, ważne są również dobrze określone cele rozwojowe, zaufanie współpracowników oraz wyraźnie określony zakres odpowiedzialności. Firmy, które opierają kulturę organizacyjną na zaufaniu i szacunku, kompetentnym przywództwie oraz zróżnicowanym zakresie zadań, zwiększają swoje szanse na lojalność pracowników, a w przyszłości na szybsze zapełnienie wolnych miejsc pracy.

Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” zostało przeprowadzone na próbie 15 tys. pracowników z 10 krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Rumunii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii oraz Polski. Struktura demograficzna próby odzwierciedlała strukturę siły roboczej w danym kraju.

Rynki „budzą się” po okresie świątecznym

Czas poprzedzający Wielkanoc oznacza zazwyczaj jedne z najmniej aktywnych sesji na rynku walutowym. Pod tym względem ubiegły tydzień nie stanowił wyjątku. Większość walut G10 utrzymało się w stabilnym korytarzu wahań plus minus 0,5%.

W minionym tygodniu wśród walut G10 wyraźnie wyłamał się dolar nowozelandzki. Uległ on deprecjacji ze względu na niższe od oczekiwanych kwartalne wskaźniki inflacji, jak i z powodu rosnących oczekiwań rynku, że bank centralny Nowej Zelandii może być skłonny do obniżenia stóp procentowych. Waluty gospodarek wschodzących mają za sobą nieco gorszy tydzień, aczkolwiek raczej nie należy doszukiwać się tutaj istotnych zmian w sentymencie rynku.

W najbliższym tygodniu rynki będą „budziły się” po okresie świątecznym, w związku z tym w kalendarzu ekonomicznym znajdziemy zaledwie kilka kluczowych publikacji. Dla rynku walutowego najważniejszy będzie odczyt danych o dynamice PKB w Stanach Zjednoczonych w pierwszym kwartale, który poznamy w najbliższy piątek. Rynek walutowy może również reagować na jakiekolwiek informacje związane z Brexitem – w tym tygodniu do pracy wraca również brytyjski parlament.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień osłabieniem w relacji do dwóch głównych walut. Złoty przez większość tygodnia radził sobie dobrze, jednak doświadczył istotnej wyprzedaży w końcówce tygodnia, w następstwie publikacji rozczarowujących danych PMI ze strefy euro.

W kontekście informacji z Polski z minionego tygodnia warto zwrócić uwagę szczególnie na informacje o dynamice cen. Inflacja bazowa w marcu wzrosła powyżej oczekiwań i znalazła się na najwyższym poziomie od 2013 r. W kolejnych miesiącach istotne będzie to jak na rosnącą presję cenową będzie zapatrywać się Rada Polityki Pieniężnej. Pozostałe dane z Polski w minionym tygodniu składały się na dobry obraz sytuacji w polskiej gospodarce w końcówce pierwszego kwartału br. Agencja Moody’s z kolei zgodnie z oczekiwaniami konsensusu utrzymała ocenę wiarygodności kredytowej i rating Polski na niezmienionym poziomie.

Obecny tydzień przyniesie kilka odczytów makroekonomicznych z Polski. We wtorek poznamy dane o sprzedaży detalicznej w marcu, w środę z kolei stopę bezrobocia w tym samym okresie. Dane powinny pokazać istotną poprawę w stosunku do poprzednich odczytów.

GBP

Odłożenie kwestii Brexitu w przyszłość pozwala nam ponownie skupić się na fundamentach makroekonomicznych Wielkiej Brytanii. Dane z zeszłego tygodnia potwierdziły, że sytuacja gospodarcza Zjednoczonego Królestwa nie odbiega znacząco od pozostałych krajów rozwiniętych. Brytyjski rynek pracy cechuje się wysokim wskaźnikiem kreacji nowych stanowisk oraz dobrym tempem wzrostu wynagrodzeń. Dobra sytuacja nie zdążyła jednak dotychczas przełożyć się na znaczący wzrost presji inflacyjnej. Bazowe wskaźniki dynamiki cen w Wielkiej Brytanii pozostają na poziomie zbliżonym albo niższym niż cel inflacyjny banku centralnego. Ograniczona inflacja w połączeniu z utrzymującą się niepewnością związaną z Brexitem powinny skłonić Bank Anglii do utrzymania dotychczasowej polityki monetarnej w ciągu najbliższych kilku miesięcy, w celu „przeczekania” okresu podwyższonej niepewności. Zgodnie z większością wskazań, funt pozostaje jednak dość tani. Nadal uważamy, że najbliższe kwartały powinny rysować się optymistycznie dla brytyjskiej waluty.

EUR

Wskaźniki aktywności biznesowej PMI w strefie euro z zeszłego tygodnia były nieco rozczarowujące. Zbiorczy indeks PMI co prawda pozostał na poziomach, oznaczających ekspansję, niemniej część wybranych wskaźników dla poszczególnych krajów odnotowała spadek. Ożywienie aktywności w chińskich fabrykach nie przełożyło się na poprawę sentymentu w europejskim przemyśle. Wspólna europejska waluta zniosła jednak ten cios i na koniec przedświątecznego tygodnia kurs euro w relacji do ważonego koszyka walut znalazło się na poziomie zbliżonym do tego z jego początku.

USD

Publikacje makroekonomiczne z zeszłego tygodnia w Stanach Zjednoczonych słały mieszane sygnały. Dane dotyczące sprzedaży detalicznej w marcu przekroczyły oczekiwania konsensusu, z kolei dane z rynku nieruchomości rozczarowały. Niemniej, niedawne wycofanie się rynku z oczekiwania podwyżek stóp procentowych po tym, jak Fed ogłosił wstrzymanie podwyżek stóp procentowych powinno wspierać rynek nieruchomości w średnim terminie; sytuacja obecnie nie budzi u nas większych obaw. Piątkowy, szczegółowy raport o sytuacji gospodarczej w USA w pierwszym kwartale będzie testem dla naszej umiarkowanie optymistycznej oceny.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Ukraina wybrała zmianę. Sankcje na Iran

Wołodymyr Zełenski został nowym prezydentem Ukrainy. Polska sprzedaż detaliczna z niższym wzrostem niż przewidywano, w tle efekt Świąt Wielkanocnych. Ropa naftowa idzie w górę po potwierdzeniu sankcji nałożonych na Iran.

Ukraina wybrała zmianę

Dotychczasowy prezydent Petro Poroszenko wyraźnie przegrał drugą turę wyborów u naszych wschodnich sąsiadów. Nowym prezydentem będzie Wołodymyr Zełenski. Kim jest ten człowiek? Media akcentują głównie jego przeszłość w zawodzie komika. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest także profesorem cybernetyki. Ma za sobą również prawo na Kijowskim Narodowym Uniwersytecie Ekonomicznym, ale nigdy nie pracował jako prawnik. Oprócz omawianego wszędzie programu satyrycznego (w którym grał postać prezydenta) był też członkiem zarządu telewizji Inter. Jest to stacja osiągająca na Ukrainie wyniki oglądalności w okolicach 20%. Rynki przyjęły wynik wyborów w miarę neutralnie. Poglądy prezydenta wcale nie różnią się znacząco od poprzedników. Główna różnica to powiew świeżości spowodowany zarówno relatywnie młodym wiekiem (41 lat), jak i również brakiem wcześniejszych powiązań z polityką. Najbliższe miesiące pokażą, czy faktycznie będziemy mieć dużą zmianę stylu władzy, czy może kolejny prezydent zawiedzie nadzieje narodu.

Wzrost sprzedaży detalicznej

Wielkanoc powoduje, że pewne dane interpretuje się trudniej. Jedną z nich jest właśnie sprzedaż detaliczna. Zanim realnie będziemy mogli ocenić, co się dzieje w gospodarce, najprawdopodobniej przyjdzie nam poczekać na dane za maj. Marzec w zeszłym roku był znacznie lepszy ze względu na ułożenie świąt. W tym roku zakupy świąteczne odbywała się już w kwietniu, gdyż Wielkanoc wypadła późno. Nie zmienia to faktu, że odczyty i tak okazały się słabsze o 0,8% od oczekiwań analityków. Niewykluczone jednak, iż uwzględnili oni zbyt słabą korektę związaną ze świętami. Rynki walutowe przyjęły tę informację stosunkowo neutralnie.

Sankcje na Iran przestają być farsą

W zeszłym roku Amerykanie nałożyli sankcje na import ropy z Iranu. Miały one jedną ważną lukę: 8 dużych importerów dostało półroczne zwolnienie. To między innymi ten dodatkowy surowiec na rynku spowodował, że ceny czarnego złota załamały się pod koniec zeszłego roku. W cenach był już uwzględniony brak eksportu, a na rynek wciąż trafiał towar. Wielu specjalistów oczekiwało dalszej taryfy ulgowej. Amerykanie jednak stawiają sprawę jasno – nie będzie wyłączeń spod sankcji. W rezultacie ropa naftowa wyraźnie zyskuje na wartości. Od dołka z grudnia podrożała już niemal o 50%. W górę idą również waluty państw producenckich. Dobrym przykładem jest rubel, który od grudnia podskoczył z 5,4 grosza powyżej 5,9 grosza.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przejściowe załamanie wzrostu sprzedaży detalicznej

Dane GUS, sygnalizujące wzrost sprzedaży detalicznej w marcu o zaledwie 3,1 proc., na pierwszy rzut oka wydają się mocno rozczarowujące. Choć faktycznie mocne nie są, nie powinny jednak stanowić powodu do niepokoju, bowiem w dużej mierze wynikają z czynników sezonowych.

Według najnowszych danych GUS, w marcu sprzedaż detaliczna była o zaledwie 3,1 proc. wyższa niż rok wcześniej, a licząc w cenach stałych, czyli po wyeliminowaniu wpływu inflacji, wzrost wyniósł jedynie 1,8 proc. Ekonomiści spodziewali się mniejszej dynamiki, ale ich zdaniem powinna ona wynieść 3,9 proc. Jeśli spojrzeć na „suche” liczby, to dane najgorsze od marca 2016 r., czyli od trzech lat. Marcowe dane nie powinny być jednak traktowane jako w pełni miarodajny sygnał ostrzegający przed pogorszeniem się sytuacji. Należy patrzeć na nie z perspektywy wahań sezonowych, związanych głównie z ruchomą datą Wielkiej Nocy. To święto tradycyjnie pobudza Polaków do zdecydowanie zwiększonych wydatków. W ubiegłym roku przypadało ono 1 kwietnia, a więc zakupy koncentrowały się w marcu i wrosły one wówczas aż o 7,9 proc., a licząc w cenach stałych o 8,8 proc. Statystyczna baza odniesienia do tegorocznych danych marcowych była więc bardzo mocno wyśrubowana. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że marcowe wydatki konsumentów były aż o 13,5 proc. wyższe niż w lutym. Te obserwacje sugerują, że dane za kwiecień pokażą ponownie spory wzrost sprzedaży detalicznej i uspokoją obawy przed większą wstrzemięźliwością polskich konsumentów.

W związku ze wspomnianym przesunięciem świątecznych zakupów, w marcu obniżyła się aż o 10,4 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem sprzedaż żywności i napojów. O 11,3 proc. wzrosła liczona w cenach stałych sprzedaż samochodów i motocykli oraz części do nich, a aż o 20,5 proc. więcej konsumenci wydali na artykuły z kategorii meble oraz sprzęt RTV, AGD. Tendencja silnego wzrostu zakupów towarów trwałego użytku utrzymuje się już od kilku miesięcy, a w marcu uległa wyraźnemu przyspieszeniu.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Nierzetelny i nieterminowy? Obraz polskiego handlowca

Klienci nie mają wątpliwości – najważniejszą cechą dostawcy produktów i usług jest rzetelność oraz dotrzymywanie terminów. Niestety zdaniem aż 61% nabywców obszar ten wymaga poprawy. Co ważne problem z rzetelnością dostrzega zaledwie co piąta firma, przypisując mu znacznie niższy priorytet, niż robią to klienci – wynika z raportu „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”. Jak podkreślają eksperci ta rozbieżność jest efektem opierania swoich działań na intuicji zamiast na obiektywnych danych. Aby firma mogła w pełni wykorzystać swój potencjał, niezbędne jest odważne postawienie na cyfryzację procesów sprzedażowych. Tymczasem z CRM korzysta zaledwie 54% przedsiębiorstw w Polsce.

W prawie każdej firmie dział sprzedaży jest tym najbardziej newralgicznym, ponieważ to tutaj pomysł na biznes styka się z rzeczywistością – klientem i jego potrzebami. A te są proste i do bólu konkretne – 100% nabywców oczekuje rzetelności i dotrzymywania terminów. Problem pojawia się, gdy przedstawiciel firmy okazuje się niesłowny.

Nierzetelny jak handlowiec

Z naszego badania wynika, że nierzetelny handlowiec to taki, który niezależnie od klienta, z którym się spotyka, pracuje na jednej wersji oferty, a poza tym nie sprawdza, czy konsument na pewno kupuje to, co chce. Sprzedawcy niestety często pracują schematycznie – nie robią researchu przed spotkaniem z kolejnym klientem, więc nie wiedzą, jakie są jego dokładne potrzeby, wynikające np. ze specyfiki danej branży. Idą na spotkanie ze standardową prezentacją i umową, nie wyjaśniają nabywcy, co dane pojęcie oznacza lub jak w praktyce dany produkt czy usługa będzie działać. Stąd biorą się rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami a stanem faktycznym, co prowadzi do niezadowolenia konsumentów – mówi Anna Przybył, redaktor naczelna czasopisma „Szef Sprzedaży” (Wydawnictwo Explanator).

Wśród umiejętności i kompetencji handlowców znajduje się wiele obszarów wymagających zmiany na lepsze. Jeśli dostawcy naprawdę chcą się wyróżnić poprzez podejście do sprzedaży, to muszą położyć większy nacisk na 4 kluczowe aspekty: poprawę rzetelności i dotrzymywanie obietnic (61% nabywców tak uważa), dbałość o lepszą znajomość potrzeb (56%) i biznesu klienta (52%), spójność w tym, co się obiecuje (25%). Również w samej ofercie prezentowanej potencjalnemu nabywcy mają co poprawiać. Mowa tu zwłaszcza o liczbowym przedstawieniu korzyści (zdaniem 52% klientów), przejrzystym opisie rozwiązania i ceny (51%) oraz ograniczeniu treści ogólnych (49%).

Sprzedaży nie da się nauczyć?

Proces sprzedaży jest zdefiniowany i opisany w zaledwie 54% firm działających w Polsce. Według 61% dostawców brak systemu CRM powoduje bałagan w informacjach o klientach, a sprzedawcom umykają niektóre terminy (24% wskazań). Dodatkowo brak obiektywnych informacji do analizy utrudnia wyciąganie konstruktywnych wniosków i uniemożliwia indywidualne doszkalanie handlowców, ponieważ nie wiadomo, jakie błędy popełniają. Przez nieświadomość tylko 19% firm dostrzega potrzebę poprawy swojej rzetelności i terminowości.

Pokutuje przeświadczenie, że sprzedaży nie da się nauczyć, bo to talent, z którym trzeba się urodzić. Przy zatrudnianiu handlowców bazujemy na stereotypach, sądząc, że musi to być osoba bardzo komunikatywna z już wyrobionymi kontaktami i to wystarczy. Dodatkowo nadal w wielu przedsiębiorstwach procesy sprzedaży nie są usystematyzowane i mierzalne. Wówczas każdy działa po swojemu, a my nie wiemy, które działania w danym przypadku są skuteczne, a które nie. Opieramy się na intuicji i wierze we własne umiejętności, lecz takie podejście nie zdaje egzaminu. Do pełnego rozwoju biznesu i optymalizacji sprzedaży potrzeba systematycznego zbierania i analizy danych. Transformacja cyfrowa jest przyszłością sprzedaży. Bez korzystania z rozwiązań technologicznych handlowcy po prostu nie będą w stanie w pełni sprostać oczekiwaniom klientów – podsumowuje Michał Skurowski, Prezes Zarządu Livespace.

***

Metodologia – badanie „Co się naprawdę liczy w sprzedaży B2B”,  zostało przeprowadzone na grupie 308 firm, z czego 184 stanowiły firmy dostawców, a 124 – nabywców. W grupie dostawców dominowali mężczyźni (67%). Przedstawiciele tej płci przeważali także wśród nabywców (55%). Wiek badanych wyniósł od 25 do 55 lat. W badaniu uczestniczyły firmy różnej wielkości – od 50 do ponad 1000 osób, zarówno po stronie nabywców, jak i dostawców. Badanie zleciła grupa firm sprzedażowych – Infoteam Sales Process Consulting AG, we współpracy z Livespace, Wydawnictwem Explanator oraz Grupą IQS.