Indeks Sprawności Ochrony Zdrowia 2018

Województwa pomorskie, śląskie i wielkopolskie znalazły się na podium Indeksu Sprawności Ochrony Zdrowia 2018 przygotowanego już po raz 4. przez PwC oraz zespół Dane-i-Analizy.pl. Pod uwagę były brane szczegółowe wskaźniki w trzech obszarach: poprawa stanu zdrowia mieszkańców, efektywna gospodarka finansowa oraz jakość konsumencka opieki zdrowotnej.

Indeks Sprawności Ochrony Zdrowia 2018”, przygotowany przez PwC oraz dane-i-analizy.pl, jest kompleksową analizą funkcjonowania systemu ochrony zdrowia w poszczególnych województwach w Polsce. Ocena opiera się na 41 wskaźnikach ujętych w 3 kluczowe obszary: poprawa stanu zdrowia mieszkańców (50% wagi oceny), efektywna gospodarka finansowa oraz jakość konsumencka opieki zdrowotnej (po 25% wagi).

W ocenie  sumarycznej, która uwzględnia  wszystkie 3 obszary i przypisane do nich wagi, pierwsze trzy miejsca zestawienia zajmują województwa pomorskie, śląskie i wielkopolskie. Najgorzej w tym ujęciu radzą sobie z kolei województwa opolskie, łódzkie i podkarpackie.

W obszarze efektywności ekonomicznej zaobserwowaliśmy stabilizację, a nawet wyhamowanie pogarszania się sytuacji publicznych zakładów opieki zdrowotnej, ale jednocześnie został zatrzymany pozytywny trend spadku liczby łóżek szpitalnych. Z kolei w obszarze jakości konsumenckiej zwraca uwagę poprawiająca się ocena pacjentów w zakresie dostępności do lekarzy i badań diagnostycznych, jak również niewielki spadek liczby osób zarejestrowanych na listach oczekujących do lekarzy specjalistów. – Mariusz Ignatowicz, partner PwC, lider zespołu ds. ochrony zdrowia

Autorzy raportu zwracają dodatkowo uwagę na niepokojące zmiany w obszarze „Poprawa stanu zdrowia mieszkańców”, będącym nadrzędnym  celem każdego systemu ochrony zdrowia.

Obserwując szczegółowe wskaźniki można dostrzec negatywne zjawiska dotyczące profilaktyki chorób, takie jak np. spadek uczestnictwa pacjentek w profilaktycznych programach zdrowotnych realizowanych w ramach wczesnego wykrywania raka piersi i raka szyjki macicy, oraz spadek poziomu zaszczepienia dzieci. – Bernard Waśko, dyrektor medyczny w zespole ds. rynku ochrony zdrowia w PwC

Poniżej prezentujemy szczegółowe wyniki dotyczące wyników poszczególnych województw osobno w każdym analizowanym obszarze.

Obszar: Poprawa stanu zdrowia mieszkańców

Poprawa stanu zdrowia to niekwestionowany priorytet  działania systemu. Istotą tego celu jest zdefiniowanie, które mierniki stanu zdrowia populacji uznajemy za szczególnie istotne, oraz w jakim stopniu organizacja i funkcjonowanie sytemu ochrony zdrowia może na nie oddziaływać. Grupy wskaźników szczegółowych w tym obszarze obejmują: prewencję chorób, zapobieganie niepełnosprawności, zapobieganie zaostrzeniom i zapobieganie zgonom.

Najlepszy wynik według podsumowania punktacji wskaźników w tym obszarze osiągnięto w województwach pomorskim, wielkopolskim i śląskim. Na końcu listy znalazły się województwa opolskie, łódzkie i lubuskie.

Obszar: Efektywna gospodarka finansowa

Efektywna gospodarka finansowa systemu ochrony zdrowia jest ujęta w analizie PwC w czterech wymiarach: efektywność alokacyjna, efektywność ekonomiczna terapii, stan finansów placówek medycznych oraz zarządzanie infrastrukturą.

W obszarze efektywnej gospodarki finansowej na czele uplasowały się województwa pomorskie, kujawsko-pomorskie i łódzkie.  Na końcu zestawienia znalazły się województwa opolskie, podkarpackie i lubelskie.

Obszar: jakość konsumencka opieki zdrowotnej

Ocena jakości konsumenckiej opieki zdrowotnej  została dokonana w oparciu o następujące wskaźniki: ochrona finansowa pacjentów, czas oczekiwania na świadczenia, dostępność geograficzna, satysfakcja pacjenta i system jakości.

W tym obszarze na szczycie zestawienia znalazły się województwa podkarpackie, warmińsko-mazurskie oraz lubelskie.  Z kolei na ostatnich miejscach rankingu uplasowały się podlaskie, opolskie i łódzkie.

Dobre warunki do wzrostu indeksów, ale też ropy naftowej

Rynki podtrzymują pozytywny nastrój, o co nie jest zbyt trudno, biorąc pod uwagę stały przepływ pozytywnych danych. Kolejny mocny PMI z Chin oraz pokrzepiające doniesienia dotyczące rozmów handlowych USA-Chiny. Przed nami spora dawka danych oraz decyzja RPP.

Wygląda na to, że w inwestorach tkwiła potrzeba świeżego startu w nowy kwartał i teraz skrzętnie wykorzystują okazję. W nocy otrzymaliśmy kolejny mocny odczyt indeksu PMI z Chin – tym razem z usług (54,4) – w oparciu o który wzrasta przeświadczenie, że chińska gospodarka wyciąga się z dołka. Poprawa we wskaźnikach faktycznie ma miejsce, choć eksperci podkreślają, że to dopiero początek i nadal są obszary, gdzie alarm ostrzegawczy nie może zostać wyłączony. Mimo to handlowi w tym tygodniu przyświeca zasada, że jeśli nie słychać złych informacji, to należy wycisnąć jak najwięcej z tych dobrych. Zatem też nie dziwi, że sentyment wzmocniły doniesienia o postępach w rozmowach handlowych USA-Chiny. Nawet jeśli raportujący Financial Times w zasadzie powtórzył to, co już od dawna wiadomo – rozmowy idą do przodu, ale nadal są pewne sporne kwestie i dopiero ich rozwiązane da szanse na podpis porozumienia.

Są to dobre warunki do wzrostu indeksów, ale też ropy naftowej, gdyż lepsze perspektywy wzrostu oznaczają silniejszy popyt. Rynek odchodzi od obligacji na bezpiecznych rynkach, co dla FX sprzyja deprecjacji JPY i CHF. Lepsze wieści wokół Chin to przede wszystkim plus dla AUD, a pośrednio dla NZD. EUR/USD jest pochodną postrzegania USD. Poza dobrymi danymi z Chin ten tydzień przynosi solidne odczyty z USA, jednak ich efekt na dolara jest osobliwy. Lepsze dane nie pomogą dolarowi, jeśli nie będą miały przełożenia na politykę Fed, a ten zamknął sobie drogę do podwyżek w tym roku. Zatem poprawa wskaźników makro pomaga w załagodzeniu obaw o stan globalnej gospodarki. Przy malejącej awersji do ryzyka maleje też potrzeba parkowania kapitału w bezpiecznym dolarze, W rezultacie dziś silny raport ADP czy ISM dla usług wcale nie muszą sprzyjać dolarowi.

Niewiele z generalnej poprawy klimatu inwestycyjnego przekłada się na umocnienie złotego i EUR/PLN koczuje pod 4,30. Problemem jest bliska relacja ze strefa euro, a tutaj wskaźniki PMI nie dają tyle powodu zadowolenia, co chińskie. Złoty nie będzie opierał się wiecznie apetytowi a ryzyko i trwałość poprawy sentymentu będzie oznaczać, że w końcu EUR/PLN zejdzie do 4,28. Planom tym przeszkadza Rada Polityki Pieniężnej, która kończy dziś dwudniowe posiedzenie i utrzyma stopy procentowe bez zmian. Niezmieniony zostanie też główny przekaz RPP stanowiący, że obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną. Teraz i przynajmniej do końca 2019 r. Dla dalszego okresu zdania członków Rady są już różne, ale póki od prezesa Glapińskiego nie usłyszymy o otwartości do podwyżek, rynek będzie traktował polską politykę pieniężną jako neutralny faktor.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Warszawskie ulice handlowe wracają do łask?

Nasycenie powierzchnią w ramach centrów handlowych w Warszawie rośnie, co stwarza możliwości rozwoju dla stołecznych ulic handlowych.

Ulubiona destynacja zakupowa mieszkańców stolicy? Centra handlowe. W tej kwestii warszawiacy zdecydowanie różnią się od mieszkańców Madrytu, Paryża czy Berlina, którzy chętniej odwiedzają sklepy zlokalizowane przy ulicach handlowych. Jednak jak wynika z raportu JLL Shop in or Shop out?, w miarę jak rynek centrów handlowych dojrzewa, rośnie popularność ulic handlowych. Mają one szansę wrócić do łask jako alternatywne lokalizacje, które dywersyfikują strategie ekspansji najemców.

Obecnie w Warszawie brakuje reprezentacyjnej ulicy handlowej na wzór wiedeńskiej Kärntner Straße, Kurfürstendamm w Berlinie, Gran Via w Madrycie czy Pól Elizejskich w Paryżu. Ulice handlowe ustępują miejsca centrom handlowym, które przyciągają klientów zróżnicowaną ofertą zakupowo – rozrywkową, trafiając w samo sedno nawyków Polaków, przyzwyczajonych do robienia zakupów i spędzania wolnego czasu w jednym miejscu.

 

Za wyjątkiem destynacji premium i luksusowych, w przypadku ulic handlowych mamy do czynienia z bardziej przypadkową grupą klientów, składającą się z osób pokonujących codziennie te same trasy w drodze do pracy czy szkoły, turystów, a także spacerowiczów. Tacy konsumenci z natury są bardziej spontaniczni i muszą być kuszeni ciekawie zaprojektowaną witryną sklepu, elementem nowości, zaskoczenia. Należy im zapewnić poczucie, że dane miejsce jest modne i warto je odwiedzić, co zaś wymaga od najemców przyjęcia innych strategii marketingowych.

Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Gastronomia vs moda

Gastronomia od wielu lat zajmuje pierwsze miejsce wśród najpopularniejszych kategorii najemców lokali przy ulicach handlowych.

Restauracje, bary i kawiarnie stanowią prawie jedną trzecią lokali dostępnych przy ulicach handlowych Warszawy, natomiast w polskich centrach handlowych lokale gastronomiczne stanowią maksymalnie 15%. Dobra kondycja sektora gastronomicznego jest w dużej mierze wspierana przez rosnącą zamożność polskich klientów, którzy wydają o ok. 40% więcej na jedzenie poza domem niż 10 lat temu.

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk, JLL

Miejsca, w których gastronomia najbardziej dominuje to Nowy Świat (gdzie blisko 50% lokali zajmują kawiarnie czy restauracje), ul. Świętokrzyska (44%), Krakowskie Przedmieście (42%), a następnie ul. Chmielna (40%) i ul. Poznańska (37%).

 

Z kolei najpopularniejsza kategoria zakupowa w galeriach handlowych, czyli moda, przypada na zaledwie 13% sklepów obecnych przy głównych ulicach handlowych stolicy. Najwięcej butików znajdziemy przy ul. Mokotowskiej, gdzie marki modowe zajmują blisko 30% wszystkich sklepów. Z kolei okolice Placu Trzech Krzyży i Placu Teatralnego to główne warszawskie lokalizacje dla marek luksusowych i premium.

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk, JLL

Usługi i sektor spożywczy mają się dobrze

Z danych JLL wynika, że bardzo dobrze na warszawskich ulicach handlowych radzą sobie firmy usługowe. W ciągu ostatnich 3 lat ich udział wzrósł o 4 p.p. i obecnie stanowią one 13% wszystkich sklepów w analizowanym przez raport obszarze. Najwięcej punktów oferujących usługi znajdziemy w okolicach ul. Poznańskiej (26%), a następnie ul. Mokotowskiej i ul. Marszałkowskiej (odpowiednio 19% i 16%). W przypadku dwóch pierwszych ulic, są to najczęściej gabinety kosmetyczne, natomiast w przypadku ul. Marszałkowskiej, zakres usług jest szerszy i obejmuje również biura podróży, szkoły językowe czy kantory wymiany walut.

Sektor spożywczy jest dość dobrze reprezentowany na warszawskich ulicach handlowych, stanowiąc 6% zlokalizowanych tam sklepów, co jest wynikiem zbliżonym do rezultatów badań JLL przeprowadzonych w Warszawie trzy lata temu. Najwięcej sklepów spożywczych (14) znajduje się w centralnej części ul. Marszałkowskiej. Są to głównie lokale franczyzowe dużych sieci, np. Carrefour Express lub Żabka.

Joanna Tomczyk, Analityk Rynku, JLL
Joanna Tomczyk, Analityk Rynku, JLL

Co ciekawe, udział sklepów specjalistycznych, takich jak piekarnie czy sklepy mięsne, jest stosunkowo niewielki. Jednak już wkrótce rozwój tego segmentu powinien przyspieszyć. W Warszawie dobiegają końca realizacje takich projektów wielofunkcyjnych, jak Elektrownia Powiśle, a to lokalizacje wręcz idealne dla kameralnych piekarni, czy sklepów ze zdrową żywnością.

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk, JLL

Czynsze i pustostany

Atrakcyjność ulic handlowych różni się znacznie między poszczególnymi ulicami, a czasem nawet odcinkami tej samej ulicy. Te różnice odzwierciedla wysokość czynszów, które zaczynają się od 20 euro / mkw. / miesiąc (wzdłuż Al. Jerozolimskich między Dworcem Centralnym a Rondem Dmowskiego), osiągając aż 80-90 euro / mkw. / miesiąc w najlepszych lokalizacjach przy ul. Nowy Świat. Jednak w porównaniu z krajami zachodnioeuropejskimi warszawskie stawki czynszowe są zdecydowanie niższe. Co więcej, Warszawa jest również tańsza niż stolice Europy Środkowo-Wschodniej, np. Budapeszt (100 euro / mkw. / miesiąc) i Praga (220 euro / mkw. / miesiąc), wyprzedzając jedynie Bukareszt (60 euro / mkw. / miesiąc).

Wyzwania i rozwiązania

Niewątpliwym wyzwaniem, przed którym stoją stołeczne ulice handlowe, jest poziom pustostanów, który obecnie wynosi 13% i jest o 5 p.p. wyższy niż trzy lata temu. Dla porównania – wskaźnik powierzchni niewynajętej w 42 centrach handlowych w Aglomeracji Warszawy to zaledwie 2,8%.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Odpowiedź na stojące przed ulicami handlowymi wyzwania sprowadza się do dwóch elementów – przyciągnięcia klientów oraz najemców, a także zwiększania wydatków między innymi w obszarze strategii handlu śródmiejskiego w Warszawie. Widzimy na tym polu pozytywne zmiany, obserwując znaczące inwestycje w projekty wielofunkcyjne i obiekty handlowe w centralnych lokalizacjach, takie jak CEDET, Hala Koszyki, Elektrownia Powiśle i Browary Warszawskie. Projekty te są nie tylko atrakcyjne dla mieszkańców, klientów, czy samych najemców, ale także generują dodatkowy ruch na sąsiednich ulicach handlowych. Dodatkowym działaniem, które miałoby pozytywny wpływ na sprowadzenie wydatków klientów z powrotem na ulice handlowe, byłoby naszym zdaniem zniesienie ograniczenia niedzielnego handlu w tych lokalizacjach, tak jak to ma miejsce w wielu innych stolicach europejskich.

Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Jak podkreśla raport JLL, kluczem do zwiększenia potencjału handlu śródmiejskiego w Warszawie jest bliska współpraca wszystkich uczestników rynku: biznesu, władz miasta, mieszkańców i stowarzyszeń. Takie działania będą sprzyjać tworzeniu nowych miejsc, które będą zachęcały do robienia zakupów i spędzania wolnego czasu. Władze Warszawy już wdrażają w tym celu programy naprawcze, m.in. realizując pilotażową strategię przygotowaną przez JLL, która ma na celu wykreowanie nowych lokalizacji zakupowych w obrębie stołecznego śródmieścia.

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL
Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

Potrzeby zakupowe Polaków ewoluują i są coraz bardziej nastawione na doświadczenia, a za tymi zmianami powinny podążać stołeczne ulice handlowe. Jak? Wprowadzając strategie zarządzania, które są bardzo dobrze znane na rynku centrów handlowych. Równocześnie konieczne jest zadbanie o właściwy poziom estetyki i atrakcyjności przestrzeni miejskich. Taki proces z pewnością wymaga czasu. Warszawa stoi jednak przed szansą dywersyfikacji lokalnego rynku handlowego i stworzenia nowych wizytówek na mapie miasta.

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

Zetka, Baby boomers i Millenials w jednej firmie, czyli jak zapobiec wojnie światów?

Od wielu lat pracodawcy próbują zrozumieć młode pokolenia. Powstały setki książek, które szukały sposobu na sprawne wykorzystanie generacji Y i Z w biznesie. Działy HR nieustannie zastanawiają się jak przyciągnąć najmłodszych do pracy, jakie warunki im zaoferować, jak nimi zarządzać, by nie zniechęcić do firmy. Pora z tym jednak skończyć. Współczesny rynek pracy to nie tylko 20-, 30-latkowie. Na coraz większej ilości rynków prym wiodą perennialsi, czyli osoby 55+. Firmy muszą więc stworzyć kulturę pracy, która połączy te grupy, a nie je rozdzieli.

Perennialsi, czyli pracownicy powyżej 55. roku życia, stanowią najszybciej rosnącą grupę zawodową w najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajach UE. W najbliższych latach najwięcej przybędzie ich w Hiszpanii, Irlandii, Portugalii oraz we Włoszech. W Wlk. Brytanii pracownicy powyżej 50. roku życia już stanowią prawie jedną trzecią całkowitej siły roboczej. W 1990 r. wskaźnik ten wynosił jeszcze niecałe 20 proc. W Stanach Zjednoczonych perennialsi w 1994 r. roku byli najmniejszą grupą pracowników na tle całego społeczeństwa. Według prognoz, w 2024 roku będą już dominować na rynku pracy.

Powód takiego stanu rzeczy jest bardzo prosty. Ludzie żyją dziś i zachowują dobrą kondycję zdrowotną dłużej niż kiedyś. Wiek przestał być w wielu krajach ograniczeniem prawnym dla aktywności zawodowej, a sam rodzaj prac, które dziś wykonujemy, nie jest tak męczący fizycznie jak kiedyś – tłumaczy Spencer Pitts, dyrektor ds. rozwoju cyfrowego miejsca pracy w VMware EMEA. Oznacza to jedno: niebawem środowiska pracy tworzyć będą nie tylko ludzie młodzi lub dojrzali, a prawdziwa mieszanka pokoleniowa obejmująca ludzi w wieku 20, 30, 40, czy nawet 60 i 70 lat. Firmy muszą więc znaleźć sposób na taką organizację miejsca pracy, by wszyscy byli zadowoleni i jednocześnie zaangażowani oraz produktywni – dodaje.

“Uberyzacja” narzędzi pracy

Wyzwanie jest spore, szczególnie że zmienia się nie tylko wiek pracowników. Ewolucji podlegają także ich nawyki, napędzane przez rozwój nowych technologii. Według raportu Pew Research Center w ciągu ostatnich trzech lat liczba Polaków w wieku powyżej 50 lat posiadających smartfona wzrosła z 13 do 35 proc. Coraz więcej z nich pobiera aplikacje biznesowe i chce jednocześnie pracować w oparciu o własne urządzenia (BYOD – bring your own device).

Dzisiaj, gdy ludzie czegoś chcą, wystarczą jedno-dwa kliknięcia, by zrealizować swoją zachciankę. To sprawia, że także w pracy następuje pewnego rodzaju „uberyzacja” usług dla pracownika. Ludzie chcą mieć bowiem te same możliwości pobierania treści, aplikacji, danych jak w domu, na wakacjach, w sklepie czy w szkole. To wyzwanie dla firm, w których dominuje tradycyjny model wykorzystania firmowego IT, gdzie każdy ma takie same narzędzia, możliwości dostępowe i ma pracować w ten sam, z góry określony, sposób. Takie podejście niestety już nie działa i nie jest dobre ani dla pracowników, ani dla pracodawców – komentuje Spencer Pitts.

Według badań VMware przeprowadzonych w Polsce, firmy które wdrożyły albo wdrażają cyfrowe środowisko pracy wskazują na szereg korzyści z tego tytułu. Za najważniejsze uznano lepszą współpracę między różnymi zespołami (83%), zmniejszenie czasu realizacji zadań (82%), lepszą obsługę klientów (76%) czy przyspieszenie procesu decyzyjnego (68%). Cyfryzacja miejsc pracy to przede wszystkim jednak okazja, by zbudować środowisko, które odpowiadać może na potrzeby rożnych grup wiekowych, a jednocześnie gwarantuje biznesowi taki sam poziom kontroli, bezpieczeństwa i efektywności.

W takim środowisku pracy nie ma znaczenia czy firma zatrudnia Millenialsów, Baby Boomersów czy Zetki. Dostęp do technologii podnosi znaczenie każdego pracownika bez względu na wiek czy to to, że pracuje za biurkiem, w terenie lub na hali. Jednego dnia perennials siedzi w biurze, a Millenials pomaga klientowi z pomocą tableta. I na odwrót. W każdym przypadku technologie podnoszą ich produktywność, a efekt końcowy to satysfakcja klientów – twierdzi Pitts.

Pracownik – najlepszy przyjaciel Twojego klienta

Eksperci przekonują, że dając pracownikom innowacyjne narzędzia firma zwiększa szansę na podniesienie satysfakcji swoich klientów. A jest o co walczyć. Według badania „Walker’s Customers 2020”, 86 proc. kupujących w sieciach detalicznych jest dzisiaj skłonnych zapłacić więcej za produkt, o ile doświadczenie zakupowe będzie lepsze niż u konkurencji.

Nowe technologie to nie tylko okazja do zbudowania elastycznego środowiska pracy, ale także narzędzia, które pozwalają pracownikom lepiej obsługiwać konsumentów. I nie chodzi tylko o nowoczesne biurko z dostępem do Internetu. Mówimy o technologiach stosowanych choćby na sali sprzedaży, o technologiach które pozwalają pracownikom odszukać klienta, a nie na odwrót. Dając pracownikowi do ręki urządzenia mobilne, wspierane np. chatbotami, jest on w stanie szybko pomóc klientowi odnaleźć dany produkt czy wykupić pożądaną usługę – mówi Pitts.

Innowacyjne środowisko pracy poprawia jednak nie tylko jakość obsługi klienta, ale może stać się istotnym wyróżnikiem pracodawcy. Przykładowo, sieć detaliczna wspierana nowymi technologiami, nagle przestaje być tylko miejscem pracy dla słabo wykwalifikowanej siły roboczej. Innowacyjność nie zamyka pracownika za kasą, ale daję mu okazję do aktywnej pracy na hali sprzedaży, gdzie jego umiejętności w parze z technologiami czynią go najlepszym przyjacielem konsumenta  – mówi Pitts.

ABS Investment S.A. z udanym początkiem 2019 roku

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną, dobrze rozpoczęła 2019 r. od wzrostów kursów większości spółek portfelowych w pierwszym kwartale br. Emitent liczy także w tym roku na wysokie przychody z tytułu otrzymanych dywidend.

Pierwszy kwartał 2019 r. zakończył się wyraźnym wzrostem kursów akcji większości spółek wchodzących w skład portfela inwestycyjnego ABS Investment S.A. Jest to bardzo dobry prognostyk w kontekście możliwości realizacji prognoz finansowych Emitenta na ten rok. Spółki portfelowe zanotowały udany kwartał pod względem wzrostów wycen, które mają uzasadnienie przede wszystkim w silnych fundamentach biznesowych i finansowych. ABS Investment S.A. w portfelu TOP15 posiada akcje podmiotów działających w bardzo różnorodnych branżach i będących często czołowymi graczami w swojej branży. Zarząd Spółki dąży do zacieśniania współpracy pomiędzy spółkami portfelowymi licząc na osiągnięcie efektów synergii.

„Kursy akcji spółek z portfela ABS zachowały się w pierwszym w kwartale zdecydowanie lepiej niż rynek. Z TOP15 wzrosły kursy akcji 10 spółek, w tym wzrost 3 z nich przekroczył 100%. A rekordzista urósł prawie 3-krotnie. Głównym powodem wzrostów były dobre wyniki finansowe za 2018 rok oraz istotne wydarzenia, które miały miejsce w poszczególnych firmach. Dla przykładu w SSK S.A. pomyślnie zakończony został proces restrukturyzacji i uruchomienia nowej linii biznesowej cyberbezpieczeństwa. Mode S.A i Sferanet S.A. realizują z kolei z powodzeniem projekty dotacyjne. Nie bez znaczenia dla poziomu wycen spółek portfelowych była również lekka poprawa koniunktury na rynku kapitałowym po fatalnym dla niego roku 2018. Kurs ABS wzrósł w pierwszym kwartale o 32%.” – ocenia Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Część spółek portfelowych opublikowała już raporty roczne za poprzedni rok obrotowy. Orion Investment S.A. notowana na GPW w Warszawie zakończyła 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 8,2 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie 28,5 mln zł. Z kolei POLMAN S.A. wypracował w poprzednim roku 1,9 mln zł zysku netto, a jego przychody netto ze sprzedaży wyniosły 16,5 mln zł. Z kolei Robinson Europe S.A. osiągnęła w roku obrotowym 2017/2018 zysk netto na poziomie 1,3 mln zł zł przy przychodach netto ze sprzedaży o wartości 15,2 mln zł. Inna ze spółek portfelowych – Outdoorzy S.A., zanotowała w roku obrotowym 2017/2018 zysk netto w wysokości 0,15 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 7,2 mln zł. Podczas ZWZA powyższych spółek ich Akcjonariusze zadecydują o możliwej wypłacie dywidendy.

„Tylko 4 wymienione powyżej spółki portfelowe wypracowały w 2018 r. zysk netto na poziomie 11,55 mln zł. Przynajmniej trzy z nich powinny wypłacić dywidendę z zysku dla Akcjonariuszy. Robinson Europe S.A. i Outdoorzy S.A zwołały już Zwyczajne Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy z propozycją uchwał o wypłacie dywidendy. Dla Robinsona to już trzeci rok z rzędu, kiedy zamierza wypłacić dywidendę. Outdoorzy zaczynają swoją przygodę jako spółka dywidendowa. Zgodnie z przyjętą polityką wysoką dywidendę powinien wypłacić również Orion Investment. Jak co roku liczę na przyzwoite dywidendy z UHY ECA oraz Unimy 2000. Potencjał do wypłaty dywidendy ma jeszcze kilka spółek. Mam nadzieję, że liczba spółek, które wypłacają dywidendę zrówna się niebawem z tymi, które stawiają na rozwój. Przy obecnym poziomie kosztów stałych otrzymany strumień dywidend powinien być znaczący dla ABS, a w przypadku BBI, z którą ABS zamierza się połączyć, dywidendy powinny przekroczyć poziom rocznych kosztów funkcjonowania. W tym roku koncentrujemy się na rozwoju spółek portfelowych, na które mamy istotny wpływ z racji wielkości posiadanych pakietów akcji. Możliwość podejmowania samodzielnie kluczowych decyzji daje duży komfort i przejrzystość. Spodziewam się również debiutu na rynku jednej lub dwóch firm z portfela.” – dodaje Prezes Jarosz.

ABS Investment S.A. przedstawiła na początku br. prognozę finansową, która zakłada osiągnięcie przez Spółkę na koniec 2019 r. zysku brutto na 1 akcję w przedziale 0,50 zł – 0,55 zł. Powyższa prognoza finansowa została sporządzona w oparciu o zakładane przez Zarząd wyniki z działalności inwestycyjnej i będzie ona podlegała bieżącej ocenie pod kątem możliwości jej realizacji. W poprzednich latach, gdy ABS Investment S.A. publikowała prognozy finansowe, to Spółce udawało się je realizować.

W akcjonariacie ABS Investment S.A. pojawił się tym roku nowy znaczący akcjonariusz – Pan Daniel Tworek, który przekroczył próg 5% w ogólnej liczbie głosów Spółki. Nowy inwestor posiada 400.088 szt. akcji Emitenta, stanowiących 5,00% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA ABS Investment S.A.

Pracodawcy mają problem z RODO

50 milionów euro kary nałożono na Google we Francji za nieprzejrzystość procedur amerykańskiego giganta. Prawie milion złotych grzywny otrzymała polska firma, administrująca danymi osobowymi z ogólnodostępnych rejestrów CEIDG oraz KRS, za nierealizowanie obowiązku informacyjnego, wynikającego z rozporządzenia RODO. Jakie wnioski płyną z pierwszych kontroli w Polsce? Czego przedsiębiorcy obawiają się najbardziej?

W maju 2018 roku rozporządzenie o ochronie danych osobowych szturmem wdarło się
w świadomość zbiorową Polaków. Pomimo obowiązywania od 1997 roku takiej ustawy dopiero w ubiegłym roku do większości polskich przedsiębiorców dotarła informacja, że posiadają dobro chronione prawem, jakim są dane osobowe –
mówi Mateusz Górny, prawnik, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. W firmach, których działalność oparta jest na relacjach B2B, czyli biznes dla biznesu, nie ma większego problemu z zewnętrznym stosowaniem regulacji. Ustawodawca europejski wykluczył osoby prawne z zakresu obowiązywania rozporządzenia.

Jednak polska specyfika gospodarcza starła się z unijnymi przepisami, bowiem u nas oprócz osób prawnych, w obrocie gospodarczym są również osoby fizyczne, prowadzące działalność. Wywołało to spory rozdźwięk w doktrynie, gdyż część prawników twierdzi, że są to osoby fizyczne, posiadające dane osobowe. Inni zaś stoją na stanowisku, że przyjęcie, iż podmiot gospodarczy dysponuje danymi osobowymi wykorzystywanymi w kontaktach na zewnątrz, powoduje podważenie pewności obrotu gospodarczego, bowiem tego typu dane podlegają innym regulacjom niż dane spółekwyjaśnia ekspert OCRK. – Obecnie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jakie rozwiązanie przyjąć i prawdopodobnie oznacza to dla pracodawców oczekiwanie na pojawienie się – nie tyle wytycznych – co orzecznictwa europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Kara nałożona przez Urząd wskazuje na właściwość pierwszej interpretacji.

Oko wielkiego brata

Często niejasna jest realizacja obowiązku informacji o monitoringu stosowanym w przedsiębiorstwie. O ile ustawodawca uregulował tę kwestię w kodeksie pracy, wskazując, gdzie nie można stosować monitoringu i jaka jest podstawa do jego stosowania, to część pracodawców nadal ma problem z uporządkowaniem tych kwestii w dokumentacji wewnątrzzakładowej. – Powszechnie brakuje ikonografii, oznaczającej teren monitorowany oraz informacji o administrowaniu danymi. Jest to o tyle dziwne, że większość pracodawców posiada już klauzule informacyjne dla klientów indywidualnych. Te są przedstawiane przy zawieraniu umów lub świadczeniu usług. Natomiast brakuje takiej wiadomości przy wejściu do przedsiębiorstwa lub w recepcji mówi Mateusz Górny.

Skrupulatność czy nadgorliwość?

Niepewność pracodawcy co do przepisów i poprawności funkcjonowania firmy po wejściu ustawy o RODO powoduje szereg niepotrzebnych praktyk. Okazuje się na przykład, że nie jest konieczne zbieranie zgód na przetwarzanie podstawowych danych pracowników takich jak imię, nazwisko i adres korespondencyjny. Co więcej, często obejmują one też okresy zatrudnienia niezbędne do wyliczenia urlopu wypoczynkowego czy stażu pracy. Zastosowanie tego typu dokumentów powoduje, że pracownik, który nie wyrazi zgody na dysponowanie danymi, zostanie potraktowany niezgodnie z przepisami kodeksu, a to może skutkować pozwem przed sąd pracy.

Część firm wdrożyła również programy oparte na modelu informacji niejawnych. Zastosowanie wzorców zachowania przewidzianych dla danych dużo bardziej wrażliwych niż te, które obejmuje RODO, bywa zwyczajnie kłopotliwe dla funkcjonowania przedsiębiorstwa. Dla przykładu – potwierdzenie pobrania i zdania teczki osobowej pracownika własnoręcznym podpisem kadrowej jest, co do zasady, procedurą wdrożoną na wyrost. Nie można bagatelizować zasad właściwego postępowania z danymi, jakimi dysponuje firma, ale należy rozróżnić RODO od tajemnicy państwowej – zauważa ekspert prawa OCRK.

Kto i za co odpowiada?

Widoczny jest konflikt na linii Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO), a Ministerstwo Cyfryzacji. Dlaczego obie instytucje wchodzą sobie w kompetencje? – Trudno ocenić, kto właściwie ma rację. Inicjatywy UODO nie dostarczają odpowiedzi na wszystkie pojawiające się wciąż pytania. Ministerstwo Cyfryzacji próbuje wyjaśniać część wątpliwości. Jednak wyraźny jest brak porozumienia między tymi dwoma organami komentuje Górny. Ochronę danych osobowych w praktyce sprawdza UODO,
a w zakresie zatrudnienia Państwowa Inspekcja Pracy (PIP).

Nałożona przez Prezes UODO kara wysokości blisko miliona złotych jest pierwszą karą za nieprzestrzeganie rozporządzenia w Polsce. Szczególną uwagę należy zwrócić na fakt, za co przyznano grzywnę. Postepowanie Urzędu nie dotyczyło naruszenia zasad ochrony danych
w zakresie ich integralności, poufności czy dostępności, a realizacji obowiązku informacyjnego w związku z przetwarzaniem danych osobowych.

Największe emocje wzbudził ustęp 5 artykuł 14 rozporządzenia, będący kanwą całej sprawy. Przedsiębiorca bronił się, że wykonanie obowiązku informacyjnego będzie zgodnie z ustępem 5 niewspółmierne, przedstawiając wyliczenie kosztu listów poleconych do osób, których dane dotyczą. Urząd nie wskazał właściwej formy informowania osób, natomiast uznał, że forma listu poleconego nie jest wymagana mówi Mateusz Górny z OCRK. – Decyzja Prezes UODO wywołała niemałą burzę wśród przedstawicieli doktryny. Stanowisko Prezes podważa bowiem przyjmowaną do tej pory analogię do przepisów krajowych. Duża ilość komentarzy dotyczy też milczenia Urzędu w zakresie, w jakim informacja miała by być przedstawiona. Ukarana spółka odwołała się od decyzji i można spodziewać się pierwszych rozstrzygnięć w sądach administracyjnych, możliwe jest również skierowanie sprawy w ramach zapytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiejdodaje ekspert.

Czy są dobre strony?

Zgodnie z nowymi przepisami CV przesyłane podczas procesu rekrutacji nie muszą zawierać klauzul tak, jak to było stosowane przed RODO. Aplikacja nadesłana w odpowiedzi na ogłoszenie może być przetwarzana, a odnotowanie przez kandydata w wiadomości lub na samym dokumencie zgody na wykorzystanie danych w kolejnych rekrutacjach, pozwoli stworzyć bazę kontaktów. Jednak warto zauważyć, że często i niepotrzebnie dokumenty aplikacyjne gromadzone są na zapas. UODO zaś w wytycznych i wskazówkach wyraźnie dąży do ograniczenia przechowywania danych osobowych.

– Nie chodzi tutaj o całość dokumentacji związanej z pracownikiem od momentu zatrudnienia do ustania stosunku pracy i dalszej realizacji obowiązku archiwizacyjnego. Istotne jest tutaj rozdzielenie informacji w ten sposób, by systematycznie po okresie, w którym firma jest zobowiązana do ich przechowywania, poszczególne dokumenty po prostu usuwać – podsumowuje ekspert OCRK.

Toyota udostępnia 24 000 patentów na technologie zelektryfikowanych napędów

Toyota Motor Corporation, chcąc przyspieszyć popularyzację zelektryfikowanych samochodów, udostępni do publicznego użytku bez opłat licencyjnych prawie 24 000 patentów, wypracowanych przez koncern w ciągu ponad 20 lat doświadczeń w tworzeniu niskoemisyjnych samochodów. Co więcej, Toyota udzieli za darmo wsparcia technicznego producentom, którzy zaczną opracowywać i sprzedawać zelektryfikowane samochody, oparte na technologiach Toyoty.

Toyota dostrzega potrzebę przestawienia motoryzacji na niskoemisyjne samochody, dlatego rozumiejąc, jak dużo czasu, nakładów i zasobów wymaga opracowanie technologii zelektryfikowanych napędów, postanowiła przyspieszyć rozwój zrównoważonego transportu, szeroko udostępniając swoją technologię. Producenci samochodów będą mogli korzystać z silników, baterii, jednostek sterujących, przekładni i innych elementów samochodów hybrydowych i wodorowych Toyoty. W ten sposób Toyota chce pomóc branży motoryzacyjnej, a także rządom, przedsiębiorstwom i społecznościom, osiągnąć cele klimatyczne, które pozwolą uniknąć najgorszych skutków zmian klimatu.

Shigeki Terashi
Shigeki Terashi

„Spotykamy się z dużym zainteresowaniem naszymi technologiami elektryfikacji samochodów ze strony innych firm, które widzą potrzebę popularyzacji hybryd i pozostałym niskoemisyjnych technologii. Dlatego uważamy, że to najlepszy moment na podjęcie współpracy” – powiedział Shigeki Terashi, wiceprezydent Toyota Motor Corporation. – „Jeśli w ciągu najbliższych 10 lat sprzedaż zelektryfikowanych samochodów znacząco wzrośnie, staną się one obowiązującym standardem. Chcemy, aby Toyota odegrała znaczącą rolę w tym procesie”.

Udostępnione przez Toyotę patenty to zaawansowane technologie wykorzystywane w zelektryfikowanych samochodach, w szczególności w hybrydach, które pomogły Toyocie poprawić osiągi, ograniczyć rozmiar i masę komponentów oraz koszty produkcji. Dotyczą one m.in. silników elektrycznych, jednostek sterujących czy systemów kontroli – kluczowych technologii, stosowanych w hybrydach (HEV), hybrydach plug-in (PHEV) czy samochodach elektrycznych na ogniwa paliwowe (FCEV). Toyota umożliwiła darmowe korzystanie z 23 740 patentów do 2030 roku. Dotyczy to również najnowszych innowacji, które wciąż czekają na zatwierdzenie w urzędach patentowych.

Nie jest to pierwsza decyzja Toyoty tego rodzaju. W styczniu 2015 roku Toyota umożliwiła darmowe korzystanie z 5680 patentów związanych z samochodami elektrycznymi na ogniwa paliwowe (FCEV), zasilanymi wodorem. Miało to miejsce tuż po rynkowej premierze sedana Mirai, pierwszego samochodu na wodór Toyoty. Obecnie do publicznie dostępnych technologii wodorowych Toyota dołącza 2590 patentów związanych z silnikami elektrycznymi, 2020 patentów dotyczących jednostek sterujących PCU, 7550 patentów obejmujących innowacje systemów kontroli, 1320 patentów związanych z przekładniami do napędów hybrydowych oraz 2200 patentów obejmujących systemy ładowania baterii. Co więcej, liczba ogólnodostępnych patentów Toyoty związanych z ogniwami paliwowymi wzrośnie o 2380 do liczby 8060 patentów.

W ramach wsparcia technicznego Toyota udostępni opisy zelektryfikowanych napędów, instrukcje do kontroli oraz szczegółowe instruktaże dotyczące dopracowywania tego rodzaju samochodów. Toyota pomoże innym producentom w osiągnięciu wysokiej jakości produktów, w tym niskiego zużycia energii, dużej mocy i osiągów czy cichej pracy napędów. Wsparcie to będzie oferowane na podstawie zawieranych indywidualnie umów.

Zdaniem Toyoty wprowadzenie niskoemisyjnych, zelektryfikowanych samochodów na wszystkie rynki na świecie to najważniejsze zadanie stojące przed motoryzacją. To sposób na redukcję emisji CO2 i walkę ze zmianami klimatu. W 2015 roku Toyota opublikowała długofalową strategię Toyota Environmental Challenge 2050, obejmującą 6 podstawowych celów firmy na lata 2015-2050, do których należy eliminacja emisji CO2 z całego cyklu życia nowych samochodów Toyoty, a także z jej zakładów produkcyjnych. W 2017 roku Toyota ogłosiła także plan dotyczący elektryfikacji swoich modeli do 2030 roku.

Przez zakaz handlu w niedziele sklepy wydają dużo więcej gazetek niż rok wcześniej

W ub. roku liczba stron w publikacjach czterech najważniejszych formatów handlowych wzrosła średnio o 18%, powierzchnia – o 14%, a liczba gazetek – o 11%. Drugi parametr w największym stopniu zwiększyły dyskonty, bo aż o 19%. Z kolei hipermarkety najbardziej podniosły liczbę stron i samych publikacji – o 21% i 14%. Co ciekawe, supermarkety i sieci convenience odnotowały podobne wzrosty nakładu – 10% vs 11%, liczby stron – 13% vs 10%, jak również powierzchni promocyjnej – 9% vs 8%. Tak wykazało badanie publikacji z lat 2017-2018. Zespół Programu AdRetail Inspirio przeanalizował blisko 8 tys. publikacji, tj. ponad 133 tys. stron, a także 80 mln cm kw. powierzchni. Według ekspertów, wyraźny wzrost aktywności sieci handlowych był reakcją na wprowadzenie zakazu handlu w niedziele. Wysyp promocji miał przyciągnąć do sklepów więcej klientów w pozostałe dni. Jednocześnie zaostrzyła się rywalizacja o konsumenta.

Zakaz handlu w tle

Badane cztery najważniejsze formaty w handlu zwiększyły w ub. roku ilość wydawanych gazetek o 11%. Na rynku pojawiło się blisko 400 publikacji więcej niż rok wcześniej. Zdaniem Andrzeja Wojciechowicza, członka kapituły Programu AdRetail Inspirio (AdRI), wzrost aktywności promocyjnej hipermarketów, supermarketów i dyskontów związany był z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele w marcu ub. roku. To był sposób na choćby częściową rekompensatę utraconych obrotów. Sieci convenience, reagując na wzrost aktywności handlowej sklepów na stacjach paliw i nie chcąc pozostać w tyle, zachęcały klientów do niedzielnych zakupów, choć nie wszystkie włączyły się do tej gry.

– Rok 2018 był czasem dużych zmian w handlu. Nikt do końca nie był w stanie przewidzieć długofalowych efektów ograniczenia sprzedaży, więc naturalnym odruchem wydawało się zabezpieczenie interesów sieci w postaci zwiększenia ilości promowanych produktów. Gazetki pełnią kluczową rolę w informowaniu konsumentów o rabatach i przyciąganiu ich do sklepów. I dlatego liczba publikacji wyraźnie wzrosła – z prawie 3800 do blisko 4200 – tłumaczy Yves Frerot z kapituły AdRI.

Co ciekawe, powierzchnia gazetek zwiększyła się o 14%, tj. o ponad 5 mln cm kw. Jak informuje Karol Kamiński, Przewodniczący Programu AdRetail Inspirio, ten wzrost wiąże się z większą liczbą stron. I oznacza, że promowany jest szerszy asortyment. To jest przejawem walki o konsumentów w sytuacji ograniczenia handlu. Natomiast Andrzej Wojciechowicz zwraca uwagę na to, że zmienia się forma graficzna prezentacji produktów. Pojawia się więcej zdjęć wspierających pozytywne postrzeganie towaru poprzez emocjonalne skojarzenia, a to wymaga coraz większej powierzchni. Niemniej różnica wyrażona w procentach nie jest jeszcze spektakularna. Należy spodziewać się kolejnych wzrostów.

– Liczba stron w gazetkach zwiększyła się średnio o 18% – z ponad 61,5 tys. do niespełna 72,5 tys. Patrząc na wyniki procentowe, to więcej niż wyniósł wzrost powierzchni promocyjnej i stanu liczbowego gazetek. Bardziej obszerne publikacje zapewniły sieciom możliwość przedstawienia większej liczby produktów i kategorii, bez znaczącego wpływu na koszty dystrybucji. Z kolei fakt, że powierzchnia promocyjna nie wzrosła tak bardzo, jak liczba stron, może świadczyć o tym, że poza promocjami zamieszczane były dodatkowe treści, np. przepisy kulinarne – analizuje dr Paweł Jurowczyk, inny członek kapituły.

Różnice między formatami

Analiza wyników poszczególnych segmentów wykazała, że sieci convenience zwiększyły liczbę gazetek średnio o 11%, powierzchnię promocyjną – o 8%, a liczebność stron – o 10%.  Dr Maria Andrzej Faliński, członek kapituły AdRetail Inspirio, uważa, że pierwszy z ww. wzrostów wskazuje na sukces formatu. Potwierdza skłonność konsumenta do bywania w pobliskich, niewielkich placówkach, dających szansę na szybkie zakupy. Przeciętny klient tego typu sklepów nie ma czasu na przeglądanie obszernych publikacji, dlatego powierzchnia promocyjna odnotowała mniejszy skok, ale też znaczący – z ponad 1,2 mln cm kw. do przeszło 1,3 mln cm kw. Ponadto przybyło w sumie 315 stron.

– Natomiast dyskonty zwiększyły liczbę gazetek tylko o 5%. Ale przybyło ich blisko 3 tysiące, tj. 20%. Z kolei powierzchnia promocyjna urosła z ponad 8 mln cm kw. do przeszło 10 mln. To też duża różnica, bo na poziomie 19%. Trzeba przyznać, że w tym formacie obserwujemy ciągłe zmiany. Szczególnie widoczne jest poszerzanie asortymentu w sklepach tak, aby w pełni zaspokajać potrzeby konsumentów i odciągać ich od innych kanałów. Większa ilość różnorodnych produktów zmusza sieci do zwiększenia ilości stron i powierzchni promocyjnych w wydawanych gazetkach – zauważa Yves Frerot.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku supermarketów, które najbardziej ze wszystkich parametrów zwiększyły liczbę stron, tj. z ponad 19 tys. do blisko 22 tys. To istotna różnica, wynosząca 13%. Liczba gazetek wzrosła o 10%, a powierzchnia promocyjna została poszerzona o 9%. W opinii Karola Kamińskiego, tego typu sieci zwiększają natarcie informacyjne i perswazyjne na klienta, bo ostro rywalizują z odnoszącymi sukcesy dyskontami. A od czasu wprowadzenia zakazu handlu walka o klienta jest jeszcze bardziej zacięta.

– W hipermarketach największy skok nastąpił w liczbie stron – bo aż o 21%. To jest wzrost z ponad 24 do prawie 30 tys. Ponadto o 15% zwiększyła się powierzchnia gazetek i 14% ich ilość. Tak znaczące zmiany mają związek z tym, że sieci walczą o powrót klienta do zakupów wymagających dużej inwestycji czasu. Muszą stawić czoła ofercie dyskontowej – mniej obfitej, ale złożonej z najszybciej rotujących towarów, czyli najpotrzebniejszych i kupowanych niejako rutynowo. Hipermarkety ostro konkurują też z supermarketami, które pozwalają konsumentowi szybciej kupić podobne artykuły o nieco wyższych cenach – podkreśla dr Faliński.

Jak podsumowuje dr Paweł Jurowczyk, dyskonty i hipermarkety w istotnym stopniu zwiększyły powierzchnie promocyjne i liczby stron w gazetkach. Dzięki temu, nie podnosząc znacząco kosztów dystrybucji, były w stanie pokazać więcej promocji w przeliczeniu na 1 publikację, a tym samym zainteresować potencjalnie więcej klientów. Pojawia się tylko pytanie, w którym momencie konsument poczuje przesyt. Ściganie się w zwiększaniu treści może doprowadzić do ślepoty reklamowej wewnątrz gazetki. Odbiorca nie będzie w stanie dobrze zapoznać się z ofertą interesujących go sklepów.

Analiza porównawcza objęła pełne 2 lata. Przeanalizowano niespełna 4 tys. publikacji z całego 2017 roku i ponad 4 tys. gazetek wydanych w 2018 roku. Łącznie to było ponad 133 tys. stron i 80 mln cm kw. powierzchni. Brano pod uwagę wydania dyskontów, hipermarketów, supermarketów i sieci convenience. Porównanie zostało przeprowadzone na materiałach pochodzących z zasobów firmy Hiper-Com Poland.

Grupa Impel podsumowała 2018 r.

Grupa Impel osiągnęła w 2018 roku przychody ze sprzedaży na poziomie 2,14 mld złotych. Zmniejszenie wartości przychodów o 3,3% od wartości uzyskanych w 2017 roku jest wynikiem realizacji przyjętej strategii działań, zmierzającej do obniżania zaangażowania kapitału i poprawy marży operacyjnej w wyniku wymiany kontraktów na bardziej rentowne. Wypracowany zysk operacyjny w wysokości 44,3 mln złotych jest o ponad 21% większy od wyników Grupy w poprzednim roku obrotowym.

W 2018 roku Grupa kontynuowała strategię zwiększania rentowności portfela zamówień poprzez renegocjację nieefektywnych ekonomicznie kontraktów. Dzięki konsekwentnie realizowanym działaniom udało się poprawić kluczowe wskaźniki ekonomiczne Grupy. Szczególnie jest to widoczne w przypadku wzrostu zysku operacyjnego, wzrostu rentowności we wszystkich segmentach naszej działalności oraz poprawy płynności finansowej – mówi Grzegorz Dzik, prezes Zarządu Impel S.A.

Grupa konsekwentnie poszukuje nowych kierunków rozwoju, które włącza do portfela usług. Została powołana nowa Grupa Produktowa – Cyberbezpieczeństwo. W tym roku weszła w życie Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która zobowiązała m.in. instytucje administracji rządowej i samorządowej oraz przedsiębiorców z kluczowych sektorów gospodarki, takich jak: energetyka, transport, bankowość i finanse oraz służba zdrowia i farmacja do stworzenia systemu pozwalającego na podejmowanie skutecznych działań prewencyjnych i awaryjnych z obszaru cyberbezpieczeństwa – podkreśla Wojciech Rembikowski, wiceprezes zarządu Impel S.A. Nasze dotychczasowe doświadczenie uzupełnimy o zadania i obowiązki nałożone przez regulacje. Chcemy oferować konkretne rozwiązania i jednocześnie wzmocnić i rozszerzyć możliwość współpracy z kluczowymi klientami Grupy.

Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.
Grzegorz Dzik, prezes Impel S.A.

W sposób ciągły, od wielu lat Grupa przykłada dużą wagę do procesu transformacji organizacji. Naszym zadaniem jest zwiększenie jakości obsługi klienta i zdolności do zarządzania portfelem zamówień w środowisku cyfrowym. Celem transformacji jest zintegrowanie procesów zarządczych, bezpośrednio i pośrednio zwiększających jakość pracy zarówno dla klienta, jak i pracownika oraz poprawa efektywności całej organizacji. Wykorzystanie procesowości, szeroko pojętej digitalizacji i robotyzacji pozwoli przenieść większość kluczowych procesów do środowiska cyfrowego. W Programie Zintegrowanego Zarządzania Procesowego chcemy między innymi wykorzystać doświadczenia naszej spółki Impel Business Solutions, która z sukcesem wdrożyła system efektywnej reakcji na potrzeby klientów w sektorze BPO – podkreśla Grzegorz Dzik, prezes zarządu Impel S.A.

[FM] Obszar Facility Management

W 2018 roku segment Facility Management (FM) zwiększył rentowność i wypracował zysk 18,1 milionów złotych. Przychody osiągnęły poziom 1 457 milionów złotych i były niższe o 126 mln zł w porównaniu do roku ubiegłego. Wypowiedzenia nierentownych kontraktów pozwoliły na znaczącą poprawę wskaźników ekonomicznych segmentu, czego dobrym przykładem są wyniki w Grupie Produktowej Catering, gdzie konsekwentne negocjacje umów pozwoliły osiągnąć stabilne i pozytywne wyniki ekonomiczne oraz zwiększyć jakość świadczonych usług.

W segmencie FM Grupa pozyskała nowe przychody w sektorach: drogownictwa, przemysłu, handlu detalicznego i komunikacji. Zwiększono również portfel kontraktów w obszarze obsługi biurowców klasy A+. Warto podkreślić, że klienci z segmentu security coraz bardziej zwiększają udział technicznych systemów zabezpieczeń w realizacji usługi.

Od wielu lat Grupa pozyskuje kontrakty na ochronę dużych i prestiżowych wydarzeń odbywających się w Polsce. W tym roku największym tego typu wydarzeniem był Szczyt Klimatyczny ONZ (COP24) organizowany na przełomie listopada i grudnia w Katowicach. Grupa Impel była odpowiedzialna za usługi związane z bezpieczeństwem (m.in. ochrona mienia, kontrola dostępu, obsługa urządzeń skanujących) i za zapewnienie czystości na terenach konferencyjnych. Działania były realizowane na zlecenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, które były operatorem logistycznym konferencji. Grupa Impel specjalizuje się w ochronie dużych i prestiżowych wydarzeń. Do takich na pewno trzeba zaliczyć Szczyt Klimatyczny w Katowicach (COP24) – najważniejsze globalne forum poświęcone światowej polityce klimatycznej. Posiadamy ogromnie doświadczenie i potencjał, które pozwalają angażować się w tego typu wydarzenia – podsumowuje Jakub Dzik, wiceprezes Impel S.A. Z powodzeniem kontynuowaliśmy współpracę z organizatorami kluczowych imprez sportowych, takich jak Tour the Pologne, Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem oraz z kilkoma klubami piłkarskiej ekstraklasy i żużlowej ekstraligi.

[IS] Obszar Industrial Services

Obszar biznesowy Industrial Services, oferujący usługi wyspecjalizowane dla przemysłu, w 2018 roku zanotował ponad 18% wzrost przychodów, które wyniosły 301,2 milionów złotych. Zwiększyła się znacząco rentowność i poziom zysku operacyjnego, który osiągnął 7,3 milionów złotych.

Spółka Climbex S.A. wchodząca w skład obszaru Industrial Services, w 2018 roku otrzymała dofinansowanie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na realizację innowacyjnej usługi, związanej z opracowaniem technologii ograniczającej ilości emitowanych szkodliwych gazów w procesie automatycznego czyszczenia zbiorników naftowych. Projekt pt. „Opracowanie i weryfikacja w warunkach przemysłowych technologii dekontaminacji urządzeń i zbiorników produktów ropopochodnych w procesie ich automatycznego czyszczenia” jest realizowany we współpracy z Instytutem Nafty i Gazu – Państwowym Instytutem Badawczym  z Krakowa. Całkowita kwota dofinansowania wynosi 44% kosztów całego przedsięwzięcia, tj. 8,3 milionów zł.

 

[Digital Services & BPO] Obszar cyfryzacji i wsparcie procesów biznesowych

Jakub Dzik, Wiceprezes Impel S.A.
Jakub Dzik, Wiceprezes Impel S.A.

Segment Digital Services & BPO osiągnął przychody na poziomie 382,2 milionów złotych i wypracował zysk operacyjny w wysokości 5,5 mln zł. Impel Business Solutions, kluczowa spółka z segmentu, w 2018 roku zaktualizowała strategię działania poprzez zwiększenie koncentracji na sprzedaży dla klienta zewnętrznego (dotychczas koncentrowała się na obsłudze podmiotów wewnątrz Grupy). Zmiana ta spowodowała nowe podejście do oferowanych produktów i usług dla wszystkich klientów spółki. Wizją, która nam przyświeca jest przekształcenie Impel Business Solutions w zrobotyzowane Centrum Usług Procesowych. Realizujemy nasze działania w oparciu o zasadę 3xE – chcemy być Ekspertem, Edukatorem procesowym oraz Edukatorem robotyzacji i digitalizacji procesów. W tym celu ściśle współpracujemy ze spółkami eksperckimi wdrażającymi innowacyjne rozwiązania biznesowe w zakresie robotyzacji, programowania i wdrażania narzędzi RPA w systemie UiPath oraz optymalizacji procesowej w filozofii Lean Management – podsumowuje Jakub Dzik, wiceprezes zarządu Impel S.A.

Spółka SI-Consulting, Złoty Partner SAP, realizuje pełen zakres usług związanych z wdrażaniem oraz utrzymaniem systemów SAP na terenie Polski i Europy. W ramach bieżącej oferty posiada szeroki prospekt autorskich produktów i aplikacji, profesjonalne doradztwo, a także outsourcing informatyczny. Pozostając konkurencyjnym, a jednocześnie wpisując się w aktualne trendy rynkowe, SI-Consulting podlega ciągłej transformacji i inwestuje w rozwój profesjonalnego zaplecza. Obecnie trwają prace nad „szytymi na miarę” rozwiązaniami opartymi o Customer Experience, które poszerzą wachlarz zintegrowanej oferty spółki dla poszczególnych branż oraz sektorów.

Twardy albo miękki, czyli dalsze losy Brexitu

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zbliża się wielkimi krokami. To, na jakich zasadach odbędzie się Brexit, zależeć będzie od rozmów w parlamencie Zjednoczonego Królestwa. Jeśli przedstawiciele narodu brytyjskiego zgodzą się z wymaganiami Unii, zostanie wyznaczona majowa data Brexitu. Jeśli im się to nie uda, odłączenie od Unii nastąpi 12 kwietnia. Oznaczałoby to tak zwane „twarde wyjście”, czyli zerwanie stosunków handlowych i politycznych z Unią, bez zawarcia dodatkowych umów. Największym zagrożeniem dla Wysp Brytyjskich, wynikającym z twardego Brexitu, jest sytuacja na granicy z Irlandią – która bez wynegocjowania stosownej umowy z Unią stanie się granicą zamkniętą.

– Musimy po prostu poczekać i zobaczyć, jaki będzie wynik rozmów w parlamencie – powiedział serwisowi eNewsroom Declan Daly, dyrektor Coface w Centralnej i Środkowej Europie – Brexit nie oznacza tylko kłopotów dla Wielkiej Brytanii i Europarlamentu. Dotknie on bezpośrednio Polskę, dla której Wyspy Brytyjskie są trzecim co do wielkości rynkiem eksportowym. Polska gospodarka ucierpi także z powodu mniejszych dotacji europejskich, przeznaczanych na rozwój państw członkowskich. Środki oddane do dystrybucji po 2021 będą okrojone o kwotę, którą do tej pory dokładała do wspólnego budżetu Wielka Brytania. Losy Brexitu nie są jednak przesądzone. Mimo, że od decyzji o wyjściu minęły już dwa lata, Wielka Brytania wciąż pozostaje we mgle – ocenił Daly.

MŚP stawia na motywacje finansową. Świadczenia pozapłacowe daleko w tyle

Niemal 70 proc. przedstawicieli mikro, małych i średnich firm deklaruje, że w ich organizacjach stosuje się narzędzia mające na celu zwiększenie motywacji pracowników – wynika z badania zrealizowanego w 4. kwartale 2018 roku przez Instytut Keralla Research na zlecenie VanityStyle. Zebrane dane nie pozostawiają jednak złudzeń – motywacja w sektorze MŚP to przede wszystkim pieniądze, czyli jeden z najmniej efektywnych sposobów budowania zaangażowania pracowników.

Według danych zebranych na zlecenie VanityStyle pracownicy najczęściej motywowani są w najmniejszych firmach, które zatrudniają do 9 pracowników. Aż 78 proc. przedstawicieli tego typu podmiotów zadeklarowało, że stosuje narzędzia motywujące. W małych i średnich firmach jest to odpowiednio 65,9 oraz 66 proc.

MŚP stawia na motywacje finansową

Jak wynika z badania, najczęściej stosowanym motywatorem w firmach z sektora MŚP są dodatkowe premie i prowizje, które przyznawane są w 83 proc. przedsiębiorstw deklarujących, iż podejmują jakiekolwiek działania w zakresie motywowania pracowników. Daleko w tyle za nimi pozostają takie świadczenia jak dodatkowa opieka medyczna (12,3 proc.), paczki i bony okolicznościowe (11,7 proc.), nieobowiązkowe kursy i szkolenia (10,8 proc.), atrakcyjne wynagrodzenie zasadnicze (7,1 proc.), samochód służbowy (6,8 proc.), karty sportowo-rekreacyjne (4,9 proc.), wyjazdy i imprezy integracyjne (4,9 proc.) czy bilety do kin i teatrów (3,4 proc). Marginalną rolę odgrywają zaś zwrot kosztów kształcenia, dofinansowanie wczasów, zwrot kosztów dojazdów do pracy czy ubezpieczenie grupowe.

Pracodawcy stale poszukują sposobów na efektywne angażowanie kadr. Wielu menedżerów jako podstawę motywacji „wyższego rzędu” wskazuje odpowiednią płacę zasadniczą, która zapewnia pracownikowi poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Następnie wprowadzają oni dodatkowe narzędzia, np. w postaci premii czy prowizji. Od lat jednak wiadomo, co potwierdza wiele badań przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich dekad, że samo wynagrodzenie i dodatki finansowe motywują tylko niektórych pracowników, a na dodatek jest to motywacja krótkotrwała – tłumaczy Joanna Skoczeń, prezes zarządu VanityStyle. – Odpowiedzią na problem skutecznego i długotrwałego motywowania jest zaspokojenie tych indywidualnych potrzeb pracowników, które niekoniecznie natychmiast i wprost przekładają się na ich sytuację materialną, ale dzięki panującej w pracy kulturze sprzyjającej samorozwojowi, niezależności, możliwości budowania relacji, zwiększają  szansę na korzyści (również finansowe) w przyszłości.  Gdy do tego dołożymy możliwości znalezienia satysfakcji i zadowolenia z wykonywanej pracy samej w sobie, tj.  dla realizowania własnego „ja”, mamy szansę na zaspokojenie najważniejszych ludzkich pragnień – dodaje.

Pozapłacowe benefity popularniejsze w większych firmach

O ile, jak wynika z badania, niezaprzeczalnie najpopularniejszym narzędziem motywacyjnym w sektorze MŚP są premie i prowizje finansowe, o tyle bardziej szczegółowa analiza uwzględniająca podział firm ze względu na ich wielkość oraz branże ujawnia ciekawe różnice w kontekście stosowanych motywatorów. Poza pieniędzmi, reprezentanci małych przedsiębiorstw (10-49 pracowników) decydują się przede wszystkim na bony okolicznościowe oraz nieobowiązkowe kursy dokształcające, co deklaruje odpowiednio 15,2 proc. oraz 16,6 proc. ich przedstawicieli. Świadczenia te są szczególnie popularne w firmach produkcyjnych i handlowych. Samochód służbowy i karty sportowo-rekreacyjne z kolei istotnie częściej wybierane w największych podmiotach, zatrudniających od 50 do 249 pracowników – odpowiednio 10,6 oraz 13,6 proc. wskazań. Świadczenia motywacyjne w postaci dodatkowej opieki medycznej częściej oferują natomiast firmy handlowe oraz średnie przedsiębiorstwa.

– Wciąż rozwijający się rynek świadczeń pozapłacowych, które są znacznie tańsze niż podnoszenie pensji, umożliwia pracodawcom świadome dbanie o dobrostan członków zespołu, co wprost przekłada się na wzrost zaangażowania pracowników. Niskie zaangażowanie pracowników lub jego całkowity brak, wyrażany m.in. przez brak satysfakcji czy wręcz niezadowolenie ze świadczenia pracy dla danego pracodawcy, prowadzi do negatywnych konsekwencji biznesowych dla firmy. Pogorszenie marki pracodawcy, zła reputacja na rynku pracy, rotacja wśród pracowników czy trudność w pozyskaniu talentów to tylko niektóre konsekwencje tego zjawiska – wyjaśnia Joanna Skoczeń.

Sektor MŚP otwiera się na motywację pozapłacową

Jak twierdzi Joanna Skoczeń,  świadczenia pozapłacowe wspomagające osiąganie poczucia satysfakcji i sensu z wykonywanej pracy, które w sposób przemyślany i świadomy  są stosowane przez pracodawców, stają się skutecznym narzędziem do motywacji pracowników mającym wpływ na wzrost ich zaangażowania.

– Jeszcze dziesięć lat temu benefity były rzadkością i pełniły przede wszystkim rolę bonusu. Z naszych obserwacji wynika, że pracodawcy coraz częściej opracowują całe systemy motywowania i budowania zaangażowania zespołów oparte na świadczeniach pozapłacowych. Robią to po to, aby  przyciągnąć talenty oraz zatrzymać najlepszych specjalistów. Maksymalizują w ten sposób korzyści z podjęcia pracy właśnie u nich, wzmacniając jednocześnie wizerunek firmy na rynku pracy. A te działania przekładają się na wyniki biznesowe organizacji, czyli mówiąc krótko: na wzrost zysku – przekonuje.

Prefabrykaty przyspieszą budowę lokali w ramach programu Mieszkanie Plus. Pierwsze takie osiedle powstanie pod Warszawą

Prefabrykaty przyspieszą budowę lokali w ramach programu Mieszkanie Plus. Pierwsze takie osiedle powstanie pod Warszawą 1

Blisko 500 mieszkań oddanych do użytkowania, ponad tysiąc w budowie i kolejnych 14 tys. w projektowaniu – tak w skrócie można podsumować rządowy program Mieszkanie Plus. Spółka PFR Nieruchomości dysponuje bankiem ziemi pozwalającym na budowę ponad 55 tysięcy mieszkań. Z kolei w zasobie KZN znajduje się już ponad tysiąc hektarów gruntów, na których może powstać ponad 60 tysięcy mieszkań. Żeby przyspieszyć inwestycje, PFR Nieruchomości stawia na technologię prefabrykatów, czyli budowania z gotowych elementów. 

– Zorganizowaliśmy w zeszłym roku konkurs, dzięki któremu powstał pierwszy polski system prefabrykacji. Spodziewamy się, że dzięki uzyskaniu odpowiedniego efektu skali docelowo zastosowanie metod prefabrykacji w budownictwie mieszkaniowym pozwoli na naprawdę istotne ograniczenie kosztów. W tej chwili mamy pierwszą lokalizację pod Warszawą, gdzie będziemy prawdopodobnie w tej technologii budować w najbliższych latach kilka tysięcy mieszkań – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Barszcz, prezes zarządu PFR Nieruchomości.

PFR Nieruchomości, podobnie jak cała branża, musi radzić sobie z rosnącymi cenami materiałów i brakiem rąk do pracy. Gotowe elementy mogą być odpowiedzią na  ten problemy. Takie rozwiązania z powodzeniem funkcjonują na rynkach Europy Zachodniej i w Skandynawii. Przykładem może być Dania, gdzie zdecydowana większość budynków powstała z prefabrykatów. W Polsce w 2018 roku – według GUS – w tej technologii powstało zaledwie 156 budynków.

 W ramach komercyjnego filaru programu Mieszkanie Plus mamy w tej chwili 480 mieszkań oddanych do użytkowania, ponad tysiąc mieszkań w budowie, kolejnych 14 tys. w projektowaniu i prawie tyle samo czekających na ostateczną decyzję inwestycyjną. Możemy mówić o ponad 30 tys. mieszkań już w realizacji lub zaraz wchodzących do realizacji – podkreśla Mirosław Barszcz.

Do końca 2019 roku na różnym etapie przygotowania i realizacji ma być 100 tys. mieszkań.

 W pierwszym półroczu 2019 roku najemcy wprowadzą się do 172 mieszkań w Gdyni. Trwa także budowa ponad 650 mieszkań w Katowicach, Jarocinie i Kępicach. Pod względem realizacji programu w czołówce jest Dolny Śląsk. We Wrocławiu rozstrzygnięto trzy konkursy architektoniczne dla działek, na których łącznie może powstać ponad 1,5 tys. mieszkań, w Wałbrzychu został przeprowadzony nabór na 192 lokale – mówi Mirosław Barszcz.

Na początku lutego PFR Nieruchomości zawarł umowę na opracowanie dokumentacji projektowej dla inwestycji w Zgorzelcu, gdzie powstanie ok. 220 mieszkań, a prace ruszą na przełomie 2019/2020 roku. Niedawno wydano także pozytywną decyzję o budowie 144 mieszkań w Oławie.

 To budujące, jak bardzo samorządowcy angażują się w te projekty, padają wręcz stwierdzenia, że są to projekty cywilizacyjne. W Wałbrzychu za chwilę będziemy oddawać mieszkania do użytkowania. Deweloperzy zupełnie zapomnieli o tym rynku. Śladem Wałbrzycha idą kolejne okoliczne gminy, jak np. Jedlina – przekonuje prezes PFR Nieruchomości.

W ramach Krajowego Zasobu Nieruchomości przeanalizowano nawet pół miliona działek. Do zabudowania nadaje się co setna.

– Mamy w tej chwili zapewnione około 55 tys. mieszkań w ramach inwestycji PFR Nieruchomości. To jest dostępny w tej chwili bank ziemi, który analizujemy pod kątem przydatności inwestycyjnej. Jesteśmy również w bliskiej współpracy z Krajowym Zasobem Nieruchomości, który już w tej chwili ma zidentyfikowanych ponad tysiąc hektarów w całej Polsce – wylicza Mirosław Barszcz.

Program Mieszkanie Plus ma zwiększyć liczbę mieszkań na wynajem dla osób o zbyt niskich dochodach, by móc zaciągnąć kredyt mieszkaniowy na rynkowych zasadach, ale z drugiej strony zbyt wysokich, żeby ubiegać się o mieszkanie komunalne. Resort inwestycji i rozwoju szacuje, że w takiej sytuacji może być nawet 40 proc. Polaków.

– Zainteresowanie najemców na dotychczas realizowanych inwestycjach jest ogromne. W Białej Podlaskiej mieliśmy statystycznie siedem rodzin chętnych na jedno mieszkanie, w Gdyni to już było trzynaście chętnych. W przypadku innych inwestycji jesteśmy dopiero w trakcie naboru najemców – mówi prezes PFR Nieruchomości.

Coraz silniejsza konkurencja w regionie o pracowników z Ukrainy. Bez zmian w prawie polscy pracodawcy przegrają z czeskimi i niemieckimi

Coraz silniejsza konkurencja w regionie o pracowników z Ukrainy. Bez zmian w prawie polscy pracodawcy przegrają z czeskimi i niemieckimi 2

Do 2025 roku polski rynek pracy będzie potrzebować nawet 1,5 mln dodatkowych pracowników – wynika z szacunków PwC. Pracodawcy podkreślają, że potrzebne są działania, dzięki którym polski rynek pracy stanie się atrakcyjniejszy dla cudzoziemców. To konieczne, tym bardziej że po otwarciu swojego rynku w 2020 roku Niemcy mogą przyciągnąć nawet 1 mln Ukraińców. Niższe wynagrodzenia i skomplikowane procedury administracyjne powodują, że polscy pracodawcy będą na przegranej pozycji.

W Polsce brakuje dzisiaj około 140 tys. pracowników. W ciągu najbliższych kilku lat będzie to już nawet 1,5 mln. Cudzoziemcy pojadą tam, gdzie będą lepsze zarobki i gdzie łatwiej będzie im dostać pracę. Wobec tego, jeżeli nie wprowadzimy dla nich ułatwień, po prostu przejmą ich nasi sąsiedzi, a my będziemy mieć poważny kłopot z zapewnieniem ciągłości biznesu w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes zarządu Trenkwalder Polska, wiceprezes Polskiego Forum HR.

Jak wynika ze styczniowego raportu firmy doradczej PwC („Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?”), do 2025 roku na polskim rynku pracy będzie potrzebne dodatkowe 1,5 mln pracowników, żeby możliwe było utrzymanie zaplanowanego wzrostu gospodarczego. To oznacza lukę rzędu od 150 do nawet 300 tys. pracowników rocznie. Według ekspertów niezbędne są m.in. ulgi i zachęty do szybkiego wchodzenia na rynek pracy i pozostawania na nim po ukończeniu wieku emerytalnego czy ulga inwestycyjna na automatyzację przedsiębiorstw. Te rozwiązania mogą jednak nie zaspokoić potrzeb polskiego rynku pracy. Dlatego priorytetem powinny być zachęty dotyczące zatrudniania cudzoziemców, m.in. usprawnienie procedur administracyjnych i stworzenie strategii imigracyjnej, która przyciągnie do Polski pracowników z zagranicy.

Tego zdania jest też Konfederacja Lewiatan, która wystosowała w tej sprawie list do wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisława Szweda. Wzywa w nim ministerstwo do podjęciach działań, dzięki którym polski rynek pracy stanie się atrakcyjniejszy dla cudzoziemców.

Polska konkuruje na rynku pracy ze wszystkimi krajami Europy, w szczególności z naszymi sąsiadami. W Czechach, które mają o wiele mniejszą gospodarkę, brakuje ok. 290 tys. pracowników, w Niemczech – ponad miliona. Nasi sąsiedzi już wprowadzają udogodnienia dla Ukraińców. Jeżeli nie podejmiemy podobnych działań, będzie nam dużo trudniej ich pozyskać, zwłaszcza biorąc pod uwagę różnice płacowe. Czesi płacą trochę więcej od nas, ale Niemcy to już jest duża bariera płacowa. Pracownik z Ukrainy może tam zarobić 5–6-krotnie więcej niż u siebie i trzykrotnie więcej niż w Polsce –mówi Wojciech Ratajczyk.

Od 1 stycznia 2020 roku Niemcy wprowadzą ułatwienia dla pracowników spoza UE, w tym dla Ukraińców, którzy będą chcieli podjąć zatrudnienie na tamtejszym rynku pracy. Oprócz zachodnich sąsiadów Polska konkuruje też o pracowników z Czechami, Węgrami i Słowacją. W Czechach pracownicy mogą się ubiegać o tzw. employee card, która upoważnia do pracy i pobytu przez okres dłuższy niż 2 lata, a samo rozpatrywanie wniosków ma trwać maksymalnie 60 dni.

W liście do resortu pracy Konfederacja Lewiatan wskazuje cztery kluczowe obszary, w których konieczna jest zmiana obowiązujących procedur dotyczących zatrudniania cudzoziemców. Główny postulat to wydłużenie okresu, na które rejestrowane jest oświadczenie o powierzeniu wykonania pracy z 6 do 18 miesięcy. To znacznie odciążyłoby nie tylko rejestrujące oświadczenia powiatowe urzędy pracy, lecz także urzędy wojewódzkie rozpatrujące wnioski.

– Chodzi także o szybkość reakcji urzędów i spójność, czyli żeby w każdym urzędzie w Polsce wymagane były te same dokumenty. Chodzi też o rozsądek, żeby np. pracownik ukraiński, który zmienia stanowisko pracy w ramach tego samego zakładu, nie musiał od nowa wyrabiać sobie wszystkich oficjalnych dokumentów – mówi Wojciech Ratajczyk.

Ostatni postulat to skrócenie czasu na otrzymanie stempla – pracodawcy chcą wprowadzenia okresu 7 dni na umieszczenie w dokumencie podróży odcisku stempla, a także możliwość składania odpowiednich dokumentów drogą elektroniczną.

– Możemy przyjąć, że w tej chwili około 1 mln Ukraińców legalnie pracuje w Polsce. Tendencja jest wzrostowa, obserwujemy to od 2–3 lat, co wiąże się z brakiem polskich pracowników na rynku. Trudnością jest po pierwsze pozyskanie pracowników, a drugą – bariery administracyjne, szczególnie w tym roku. Zamiast ułatwień, niestety stawiane są coraz wyższe bariery. Przykładowo, druk oświadczenia o powierzeniu pracy kiedyś miał jedną stronę, dzisiaj ma ich cztery – mówi prezes zarządu Trenkwalder Polska, wiceprezes Polskiego Forum HR.

Według danych MRPiPS stopa bezrobocia w lutym wyniosła 6,1 proc, co oznacza, że utrzymała się na poziomie styczniowym. Polska jest obecnie jednym z państw z najniższym bezrobociem w całej UE, ale trudności z pozyskiwaniem pracowników to bolączka przedsiębiorstw, które muszą się wstrzymywać z inwestycjami. Z Licznika rynku InfoPraca.pl wynika, że w ostatnim kwartale ubiegłego roku liczba ofert pracy rok do roku wzrosła o 9 proc. (do 36,2 tys.), przy czym największe zapotrzebowanie zgłosili przedsiębiorcy na Mazowszu.

ZPP: W Polsce jest za mało inwestycji małych i średnich firm. Brakuje też nakładów na innowacje

0

ZPP: W Polsce jest za mało inwestycji małych i średnich firm. Brakuje też nakładów na innowacje 3

Polski PKB pędzi, konsumpcja ma się dobrze, a inwestycje zaczęły wreszcie rosnąć. Zapowiedzi kolejnych programów socjalnych jeszcze zwiększą popyt, choć część nadwyżki będzie zapewne odkładana na oszczędności. Zdaniem przedsiębiorców jednak spożycie to niepewna siła napędowa gospodarki, a inwestycje wciąż mają niewłaściwą strukturę. Przy problemach na rynku pracy i nieprzewidywalnym sposobie uchwalania prawa trudno będzie to zmienić.

– Już od wielu lat mamy ten problem, że w strukturze wzrostu naszego PKB inwestycje grają niewielką rolę. Szczególnie dotkliwy był tutaj 2016 rok, w którym mieliśmy do czynienia z istotnym spadkiem nakładów inwestycyjnych w gospodarce – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bińkowski, analityk i sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – W 2018 roku, zwłaszcza w III kwartale, mieliśmy do czynienia z dużo lepszymi wynikami, jeśli chodzi o nakłady inwestycyjne.

Nakłady brutto na środki trwałe w III kwartale 2018 roku wzrosły o 9,9 proc. rok do roku i było to tempo najszybsze od trzech i pół roku. W IV kwartale wzrost wyniósł 6,7 proc., ale w obydwu tych okresach inwestycje dołożyły do wzrostu PKB 1,7 proc. Problem polega jednak na tym, że przyspieszenie inwestycyjne dotyczy przede wszystkim sektora publicznego – samorządów i dużych przedsiębiorstw publicznych. W firmach zatrudniających ponad 49 pracowników tempo nakładów inwestycyjnych jest wysokie, natomiast mniejsze podmioty inwestują znacznie ostrożniej – w pierwszej połowie 2018 roku firmy zatrudniające od 10 do 49 osób poniosły tylko 7,4 proc. wszystkich nakładów na inwestycje. Ostatnie dane GUS wskazują jednak na przyspieszenie inwestycji w sektorze przedsiębiorstw niefinansowych. W ubiegłym roku wzrosły one o 12,2 proc. rdr.

Dlatego zdaniem ZPP mimo zwiększenia wydatków podstawowe przyczyny niedostatecznych inwestycji nie zostały zlikwidowane.

– To jest, po pierwsze, niestabilność przepisów, która powoduje, że przedsiębiorcy są mniej skłonni do inwestowania – podkreśla Jakub Bińkowski. – Po drugie, problemy na rynku pracy związane z rosnącymi kosztami pracowników, co z kolei jest efektem niedostatecznej podaży pracy na rynku. Cały czas nie dokonano istotnych zmian, które wpłynęłyby na poprawę tych parametrów. Apelujemy o przeprowadzenie pewnych działań: zadbanie o pewną stałość regulacji i poczucie bezpieczeństwa prawnego polskich przedsiębiorców oraz o kształcenie zawodowe i rozsądną politykę imigracyjną, która służyłaby uzupełnieniu tych niedoborów na rynku pracy.

Wydatki na środki trwałe skutkują możliwością korzystania za kilka miesięcy lub lat z nowszych technologii lub urządzeń, a w konsekwencji bardziej efektywnej produkcji towarów lub świadczenia usług. Niedostatek tych inwestycji oznacza więc zahamowanie rozwoju technicznego i technologicznego, a więc utratę przyszłych korzyści polegających np. na zastąpieniu brakujących pracowników przez automaty.

Analityk ZPP dodaje także, że Polska bardzo niewiele inwestuje w innowacje. Nakłady na wartości niematerialne i prawne wyniosły w pierwszym półroczu 2018 roku 3,2 mld zł i były aż o 51,1 proc. niższe niż w I półroczu 2017 roku. Udział w tych nakładach podmiotów dużych wyniósł 73,7 proc., średnich – 19,3 proc., a małych – 7 proc.

– Jeśli chodzi o atrakcyjność inwestycyjną Polski, to z pewnością położenie, geografia to punkt pierwszy. Punkt drugi, dostęp do wysokiej jakości kadry. Mimo problemów z podażą pracy na rynku, to wciąż jest czynnik zachęcający do inwestowania – mówi Jakub Bińkowski, pytany o inwestycje zagranicznych podmiotów. – Stabilny wzrost gospodarczy, dobra koniunktura, wysoki popyt wewnętrzny świadczą też o tym, że polska gospodarka ma się dobrze. Trudno jest wyrokować, na ile jest to efekt polityki gospodarczej prowadzonej przez nas, a na ile jest to rezultat znakomitej koniunktury na świecie.

W 2017 roku napływ do Polski kapitału netto z tytułu zagranicznych inwestycji bezpośrednich wyniósł 34,7 mld zł i był najniższy od czterech lat. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii szacuje, że w ubiegłym roku spadł do 33,4 mld zł.

– Wydaje się, że 2019 rok będzie pod tym względem umiarkowanie udany, ponieważ nawet jeśli grozi nam widmo spowolnienia gospodarczego w skali globu, a przynajmniej Europy, to cały czas jesteśmy jeszcze na górce – uważa Jakub Bińkowski. – Może ona już trochę zaczyna opadać, natomiast cały czas nie ma znaków świadczących o tym, że czeka nas w ciągu najbliższych miesięcy jakieś gwałtowne załamanie.

Fake newsy i sexting w sieci. Młodzież coraz bardziej uzależniona od smartfonów i zagubiona w cyfrowym świecie

Fake newsy i sexting w sieci. Młodzież coraz bardziej uzależniona od smartfonów i zagubiona w cyfrowym świecie 4

Korzystanie z mediów cyfrowych i internetu daje szerokie możliwości, ale stwarza też zagrożenia, szczególnie dla młodych ludzi. Co drugi nastolatek zetknął się z hejtem w sieci, a co dziesiąty uprawia sexting, czyli zamieszcza intymne materiały w internecie. Coraz więcej młodych ludzi ma problem z uzależnieniem od smartfona. Szkody spowodowane nadużywaniem mediów cyfrowych zagrażają zdrowiu psychicznemu, somatycznemu oraz relacjom międzyludzkim. Trwa właśnie projekt badawczy firmy Librus oraz Fundacji Dbam o Mój Z@sięg, który ma zbadać wpływ nowych technologii na dzieci i młodzież.

– Jest wiele zagrożeń związanych z nieodpowiedzialnym, niebezpiecznym czy niehigienicznym używaniem internetu. Coraz częstszym jest brak umiejętności ochrony swojego wizerunku w sieci i sexting, czyli publikowanie materiałów o charakterze intymnym. Część nastolatków nie wie i nie potrafi chronić swojej prywatności, a są i tacy, którzy nie chcą tego robić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Maciej Dębski z Uniwersytetu Gdańskiego, prezes Fundacji Dbam o Mój Z@sięg.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez fundację, prawie 12 proc. nastolatków między 12 a 18 rokiem życia przynajmniej raz w życiu zrobiło sobie nagie zdjęcie i wrzuciło je do sieci. To oznacza, że średnio co dziesiąty nastolatek uprawia sexting. Natomiast co czwarty deklaruje, że chociaż sam nie wrzuca do sieci takich materiałów, to po otrzymaniu np. nagiego zdjęcia rozpowszechnia je dalej, przy czym częściej robią to chłopcy niż dziewczynki. Przesyłanie intymnych materiałów może mieć poważne konsekwencje, m.in. szantaż emocjonalny czy wyłudzanie pieniędzy.

Kolejnym zagadnieniem są fake newsy i to, czy młodzież jest na nie wyczulona.

– Pokolenie dzisiejszych rodziców i nauczycieli to cyfrowi imigranci. Znamy świat bez internetu, mamy też doświadczenie życiowe, które teoretycznie pozwala nam krytycznie oceniać informacje, które do nas docierają. A i tak nie zawsze nam, dorosłym, się to udaje. Nic więc dziwnego, że dzieci i młodzież, cyfrowi tubylcy, najczęściej przyjmują newsy w sieci a priori. Ciąży na nas odpowiedzialność, aby wykształcić w młodym pokoleniu odpowiednie mechanizmy obronne – mówi Marcin Kempka z Librusa.

Sexting i fake newsy to nie są jedyne zagrożenia, jakie wiążą się z nieodpowiedzialnym korzystaniem z internetu. Nastolatki w sieci mogą stać się ofiarami cyberprzemocy, podszywania albo kradzieży tożsamości, zetknąć się z hejtem czy treściami pornograficznymi. Z badań fundacji wynika, że na tego rodzaju materiały o charakterze erotycznym trafiło w internecie co drugie dziecko przed 10 rokiem życia.

– Odrębnym problemem jest kwestia niehigienicznego używania smartfona czy internetu. Bardzo często telefon towarzyszy nam od wstania do zaśnięcia. Bierzemy go ze sobą do łóżka, idziemy z nim do toalety, jesteśmy ciągle w gotowości do podjęcia kontaktu. Kiedy nie mamy przy sobie telefonu, włącza nam się syndrom FOMO, czyli strach przed byciem odciętym od sieci – mówi dr Maciej Dębski. – Problemem bardzo niedocenianym przez rodziców i środowisko szkolne jest także kwestia cyberlęków i cyberstresów. Przemęczenie, przeładowanie informacyjne, obniżony nastrój czy nawet stany depresyjne są powodowane nie przez media cyfrowe, lecz przez ich nadużywanie.

Z ostatniej edycji badania EU Kids Online 2018, przeprowadzonego na grupie blisko 1,3 tys. uczniów w wieku 9–17 lat, wynika, że 82,5 proc. z nich codziennie łączy się z siecią przez telefon komórkowy. Codziennie lub prawie codziennie korzysta z niego 9 na 10 badanych, a 15 proc. uczniów spędza w dzień powszedni ponad 5 godzin online. Prawie 73 proc. nastolatków ma swój profil w mediach społecznościowych albo na stronie z grami, w młodszej grupie wiekowej (9–10 lat) ten odsetek sięga blisko 50 proc.

 Młodszym dzieciom smartfon czy tablet służą przede wszystkim do gry, rozrywki i zabawy, z kolei zupełnie inaczej używają mediów cyfrowych nastolatkowie w liceum. Widzimy też taką tendencję, że chłopcy o wiele częściej grają w gry, a dziewczyny o wiele częściej używają portali społecznościowych, takich jak Snapchat czy Instagram. Niepokojące jest natomiast to, że część młodych osób nadużywa mediów cyfrowych i wtedy pojawia się problem – mówi dr Maciej Dębski

Prezes Fundacji Dbam o Mój Z@sięg podkreśla, że szkody spowodowane nadużywaniem mediów cyfrowych i internetu można podzielić na zagrażające zdrowiu psychicznemu, zdrowiu somatycznemu oraz relacjom międzyludzkim.

– Wstępne wyniki naszych badań pokazują, że 3 proc. młodzieży jest bardzo patologicznie związana ze swoimi smartfonami. To są osoby, które doprowadziły siebie i swoje życie do takiego stanu, że jeśli zapomną telefonu i nie są podłączone do sieci, to potrafią wpaść w agresję, szał. To są osoby, które tak naprawdę nadają się na leczenie – mówi dr Maciej Dębski. – Najlepiej, gdyby na psychoterapię poszli z rodzicami. Niestety, w części przypadków pewnie się okaże, że to nie media cyfrowe niszczą więzi, ale jest problem z tym, że rodzice oddalili się od swoich pociech.

 Zmianę w relacjach międzyludzkich obserwujemy także na co dzień. Od ponad dekady nasze technologie łączą w komunikacji rodziców, uczniów i nauczycieli. Co ciekawe, dorośli, kontaktując się z nami, używają sformułowań zaczerpniętych z komunikacji między ludźmi: witają się, używają form grzecznościowych. Dzieci i młodzież „odpytują bota”, wydają komendy, często zresztą pytają, czy po drugiej stronie e-maila czy komunikatora jest bot czy człowiek – mówi Marcin Kempka.

Fundacja Dbam o Mój Z@sięg wraz z Librus i PCG Edukacja prowadzą szeroko zakrojony projekt badawczy „Młodzi Cyfrowi”, który ma odpowiedzieć m.in. na pytania, w jaki sposób młodzież korzysta z mediów cyfrowych, na jakie cyberzagrożenia jest narażona i w jakim stopniu oraz jak można przeciwdziałać w szkole e-uzależnieniom.

Projektem objęci są uczniowie klas 7–8 szkół podstawowych oraz młodzież szkół ponadpodstawowych. Badania rozpoczęły się we wrześniu ubiegłego roku i dotychczas objęły zasięgiem blisko 40 tys. uczniów z ponad 1400 szkół na terenie całego kraju. Projekt potrwa do 30 czerwca br., a organizatorzy zapraszają wszystkie szkoły do uczestnictwa w bezpłatnych badaniach. Można to zrobić m.in. poprzez formularz zgłoszeniowy na stronie Librus. Po wyrażeniu zgody przez rodziców, uczniowie wypełniają na lekcji specjalną ankietę, co trwa ok. 30 minut.

Każda szkoła, która przystąpi do projektu badawczego, otrzyma m.in. certyfikat, kompletny raport z badań oraz wyniki ze swojej placówki w postaci raportu tabelarycznego. Takie dane pomogą w przygotowaniu zaleceń i rekomendacji dotyczących sposobów korzystania z mediów cyfrowych przez uczniów danej szkoły.

– Od kwietnia ruszamy również z komponentem rodzicielskim, czyli badamy nie tylko to, jak młodzież używa mediów cyfrowych, lecz także to, w jaki sposób robią to ich rodzice. W lipcu, sierpniu będziemy wiedzieć więcej na temat skali zjawiska fonoholizmu, uzależnienia od smartfona. W tych badaniach poruszamy też dwa bardzo ważne wątki: jak nadużywanie mediów cyfrowych wpływa na dobrostan psychiczny i na relacje – mówi prezes Fundacji Dbam o Mój Z@sięg.

Technologia naśladowania ludzkiej mowy przez maszyny coraz bardziej doskonała. Wkrótce dzwoniąc na call center, nie rozpoznamy, czy rozmawiamy z człowiekiem

Technologia naśladowania ludzkiej mowy przez maszyny coraz bardziej doskonała. Wkrótce dzwoniąc na call center, nie rozpoznamy, czy rozmawiamy z człowiekiem 5

Automatyzacja obsługi z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i generatorów mowy może zrewolucjonizować systemy telefonicznej obsługi klienta. Choć roboty idealnie naśladują już ludzki głos i skutecznie analizują ludzką mowę, to coraz częściej podnoszone są kwestie etyczne. Voice-boty nie powinny naśladować ludzi, by nie wprowadzać w błąd klientów – twierdzą eksperci branży.

– Ludzie, gdy dzwoni telefon, spodziewają się, że dzwoni człowiek, więc jeżeli jest to coś zbliżonego do człowieka, to zakładają, że jest człowiek. Tymczasem voice-boty stają się coraz bardziej naturalne. Mają coraz bardziej ludzki głos i rozmawiają już jak człowiek. Możemy teraz zauważyć trend, że automaty nie są zbyt regularne, że one np. czasami się pomylą, coś powtórzą albo zrobią jakąś przerwę – wszystko po to, by skuteczniej przypominać człowieka – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Ziółko z Techmo.

Technologia voice-botów jest coraz bardziej zaawansowana. Maszyny już w bardzo dużym stopniu potrafią naśladować ludzi, włącznie z poprawnym akcentowaniem sylab. Z dostarczanego przez Silicon Intelligence voice-bota Guiyu korzystają głównie firmy zajmujące się handlem. Służy on do kontaktów z klientami, z którymi może się porozumiewać w języku mandaryńskim, angielskim i japońskim. Guiyu rozpoznaje, co mówi klient, i zapisuje to jako tekst. Następnie bot analizuje tekst w oparciu o obszerną bazę fraz i zdań, by stworzyć odpowiedź. Wreszcie Guiyu przekształca swoją pisemną odpowiedź w głosową wypowiedź.

– W tej chwili jest bardzo duże zainteresowanie w uruchamianiu tzw. voice-botów, czyli automatycznej obsługi klienta przez telefon, dzięki którym klienci mogą rozwiązać swoje podstawowe problemy. One są zazwyczaj powtarzalne, dlatego można skupić pracę ludzi na zadaniach trudniejszych, nieszablonowych, a większość spraw zleconych do call center można rozwiązywać automatycznie. Jest również zastosowanie w reklamach przez telefon albo miękkiej windykacji – przekonuje Bartosz Ziółko.

Choć współczesna technologia pozwala na generowanie głosu do złudzenia przypominającego ludzką mowę, to coraz częściej podnoszona jest etyczna strona tej technologii.

– My rekomendujemy klientom, żeby niekoniecznie stosować taki bardzo naturalny głos, bo to wywołuje u odbiorców efekt zbliżony do uncanny valley, czyli że ludzie tracą poczucie, co się dzieje. To jest rzecz do przemyślenia, czy te automaty nie powinny tonem głosu oświadczać: rozmawiasz z automatem, mów jak do automatu – twierdzi ekspert.

Technologia związana z generowaniem i rozpoznawaniem mowy wykorzystywana jest jednak również w drugą stronę – nie do prezentacji usług, lecz do identyfikacji rozmówcy.

– Biometria głosowa to sposób na weryfikację klienta lub w ogóle dzwoniącego poprzez ocenę próbki jego głosu, które wcześniej zostały zdeponowane w odpowiedniej instytucji. To akurat jest zjawisko, które trochę wolniej się rozwija. Myślę, że tutaj jest kwestia pewnych obaw o bezpieczeństwo takich rozwiązań. Biometrii większość osób nie rozumie, więc obawia się jakichś problemów. Z drugiej strony wchodzą regulacje, które nakazują mieć różne metody weryfikacji klientów, żeby nie bazować właśnie tylko na haśle – wskazuje Bartosz Ziółko.

Tymczasem identyfikacja na podstawie danych biometrycznych połączonych z hasłem może być dużo skuteczniejsza, a zarazem praktycznie niemożliwa do zhakowania. Polska firma Unima2000 oferuje systemy biometrii głosowej skierowane do odbiorców usług finansowych, telekomunikacyjnych czy ochrony zdrowia. Zdaniem przedstawicieli firmy biometria głosowa zapewnia wyższy poziom bezpieczeństwa niż tradycyjne rozwiązania. Współczesne systemy biometrii głosowej są coraz dokładniejsze.

Liderem w rozwoju technologii syntezy mowy są Chiny. Według analityków z Zion Market Research, gdy światowy rynek inteligentnych rozwiązań głosowych rósł w tempie 30 proc. w latach 2016–2017, w Chinach wskaźnik ten wynosił około 70 proc. W ubiegłym roku chiński rynek inteligentnego głosu był wart około 2,3 mld dol.

Opracowano łąkę antysmogową, pozwalającą zredukować zanieczyszczenia w powietrzu. Metr ziemi obsadzony specjalną mieszanką roślin oczyszcza je tak samo jak 5-letnie drzewo

Opracowano łąkę antysmogową, pozwalającą zredukować zanieczyszczenia w powietrzu. Metr ziemi obsadzony specjalną mieszanką roślin oczyszcza je tak samo jak 5-letnie drzewo 6

Miasta odpowiadają za 75 proc. emisji dwutlenku węgla, zaś transport za 20–25 proc. światowej emisji. Zieleń tworzy enklawy czystego powietrza, dlatego największe metropolie sadzą drzewa, budują antysmogowe budynki i chodniki. Tyle samo pyłów, co pięcioletnie drzewo, jest w stanie wyłapać metr kwadratowy łąki antysmogowej, którą opracowano w Polsce. Specjalnie dobrane rośliny są tańsze w utrzymaniu i znacznie bardziej ekologiczne niż trawniki.

– Łąka antysmogowa to specjalna mieszanka roślin do stosowania w pasach drogowych, które się znajdują zarówno pośrodku jezdni, jak i po bokach, dostosowana do tego, żeby jak najlepiej wyłapywać spaliny i pył pochodzący z transportu. Czy to spaliny, które wydostają się z rur wydechowych, czy inne odpadki, które pochodzą ze ścierania się opon i klocków hamulcowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Podyma z Fundacji „Łąka”.

Z danych ONZ wynika, że do 2050 roku 6 na 10 osób będzie mieszkańcami miast. Te zaś odpowiadają za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i nawet 75 proc. emisji dwutlenku węgla. Choć za większość zanieczyszczeń odpowiadają domowe piece, to w największych miastach winowajcą jest transport – np. raport NIK wskazywał, że w Warszawie samochody odpowiadały za 63 proc. stężenia PM10.

Enklawę czystego powietrza tworzy zieleń, dlatego największe miasta inwestują w parki i sadzą drzewa. W Nowym Jorku jedno drzewo ma przypadać na czterech mieszkańców, w Niemczech autostrady są chronione poczwórnymi pasami drzewostanów. Równie skuteczne co drzewa mogą się okazać łąki.

– Nasze łąki można zastosować przy drogach, przede wszystkim przy drogach, autostradach. Mamy około 250 tys. ha poboczy dróg w całym kraju, czy to drogi gminne, powiatowe czy zjazdy, więc możliwości jest mnóstwo. Jadąc autostradą, widać, ile jest trawników, my chcielibyśmy je zamienić na filtry, które wyłapują pyły – przekonuje Maciej Podyma.

Z danych Fundacji wynika, że obecnie w parkach miejskich w Polsce jest  90 proc. trawników i tylko 10 proc. drzew i krzewów. Tymczasem trawniki nie do końca spełniają w naszym kraju swoja rolę – w Wielkiej Brytanii, skąd przyszła na nie moda, panuje inny klimat, jest duża wilgotność i mniejsze nasłonecznienie. Tam trawniki nie wymagają tyle nakładów pracy. Jednocześnie na koszenie trawy wokół dróg i autostrad wydajemy rocznie około 1,5 mld zł,  a koszenie trawników we wszystkich miastach pochłania 3,5 mld zł. Godzinna praca kosiarki to tyle spalin, co 11 samochodów i hałas o natężeniu 90 dB.

Rośliny łąkowe mają nawet 25 razy głębsze systemy korzeniowe niż trawa i wymagają podlewania jedynie w okresach skrajnej suszy, wystarczy też dwa razy w roku użyć kosy. Do tego świetnie oczyszczają powietrze i stanowią schronienie dla mnóstwa zwierząt i owadów.

– Nasze wstępne badania pokazują, że jesteśmy w stanie wyłapać 12 gramów pyłów PM 2,5 na 1 mkw. takiej łąki, to jest mniej więcej porównywalne z 5-letnim drzewem, a wiadomo, że 5-letniego drzewa nie można posadzić wszędzie. Wyłapujemy więc pyły, a łąki wymagają tylko dwukrotnego koszenia w ciągu roku, więc ich utrzymanie w porównaniu do trawnika jest znacznie mniej szkodzące środowisku – tłumaczy ekspert.

Łąki istnieją już w Krakowie i Białymstoku. W Krakowie posadzono już 10 ha łąk kwietnych w 20 lokalizacjach na terenie całego miasta. Teraz nadszedł czas na Warszawę, która po chodniku antysmogowym, inwestuje w kolejne ekologiczne rozwiązania.

Jak wskazuje przedstawiciel Fundacji, obecnie opracowywana jest nowa forma otoczki nasion, która pozwoli wytworzyć rośliny bardziej odporne na warunki.

– Środowisko przy drogach jest suche, często znajduje się przy nim sól, jest po prostu takim miejscem, gdzie trzeba trochę pomóc roślinom. Otoczka ma im pomóc w kiełkowaniu. Dobraliśmy mieszankę według klucza, żeby te rośliny były jak najbardziej szorstkie, jak najbardziej lepkie, działały na zasadzie lepu, który łapie po prostu te zanieczyszczenia, a następnie kosimy łąkę i kompostujemy to, co zostało zebrane – mówi Maciej Podyma.

Chorzy na schizofrenię mogą normalnie żyć i pracować. Pod warunkiem że będą odpowiednio leczeni

Chorzy na schizofrenię mogą normalnie żyć i pracować. Pod warunkiem że będą odpowiednio leczeni 7

Schizofrenia, na którą choruje nawet 50 mln osób na świecie, dotyka przede wszystkim ludzi młodych, średni wiek w momencie diagnozy wynosi 27 lat. Z pomocą chorym przychodzi współczesna medycyna i leki o przedłużonym działaniu podawane raz na jakiś czas w formie zastrzyku. Dzięki nim niwelowane jest ryzyko, że pacjent nie przyjmie codziennej dawki leku, co może skutkować nawrotem choroby. W Polsce dostępne są leki przyjmowane raz na miesiąc, na świecie powszechnie stosuje się już takie podawane raz na trzy miesiące. Upowszechnienie takich terapii może zmniejszyć świadczenia wypłacane w związku z niezdolnością do pracy z powodu schizofrenii, które wynoszą ok. 1,2 mld zł i są dwukrotnie wyższe niż koszty leczenia.

– W ciągu 2–3 ostatnich dekad doszło do dużej zmiany w farmakoterapii dla pacjentów cierpiących na schizofrenię. Wprowadzono atypowe leki przeciwpsychotyczne, które w odróżnieniu od leków stosowanych wcześniej powodują zwiększenie stężenia dopaminy w jednym rejonie mózgu, a jego zmniejszenie w innym – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Piotr Gałecki, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii. – Kolejnym przełomem było zastosowanie tych leków atypowych – nowoczesnych leków w iniekcjach długodziałających.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że choroby psychiczne w ciągu kilkunastu lat staną się jednym z głównych problemów zdrowotnych. Obecnie cierpi na nie co piąta osoba na świecie. Schizofrenia dotyczy ok. 50 mln osób. W Polsce choruje 350–400 tys. osób. Dzięki terapiom o przedłużonym działaniu sposób leczenia uległ zmianie, a pacjenci mogą prowadzić aktywne życie zawodowe i społeczne.

Kluczowym problemem w przypadku pacjentów cierpiących na schizofrenię jest częste przerywanie terapii. Pacjenci zapominają o codziennym braniu tabletek lub wręcz unikają ich przyjmowania, a widząc u siebie poprawę, przerywają terapię. To z kolei może powodować nawrót choroby. Tymczasem przestrzeganie zaleceń lekarza (ang. compliance) jest najbardziej istotną kwestią w terapii schizofrenii i podstawowym warunkiem osiągnięcia korzyści z leczenia.

– Schizofrenia dlatego jest tak trudną jednostką chorobową, że z definicji pacjent jest częściowo bezkrytyczny co do objawów swojej choroby, m.in. urojeń. Nawet jeśli zacznie przyjmować leki, po pewnym czasie nadchodzi kryzys i je odstawia – mówi prof. Piotr Gałecki.

W efekcie choroba nawraca, a jej skutki utrzymują się przez długi czas.

– Największym problemem był właśnie brak współpracy, który nie wynikał z niechęci samego pacjenta, tylko z jego objawów choroby – ocenia prof. Piotr Gałecki. – Włączenie leku długodziałającego, podawanego w formie iniekcji raz na miesiąc czy trzy miesiące, zapewnia nam stuprocentową współpracę pacjenta.

Długodziałające leki przeciwpsychotyczne, leki drugiej generacji o przedłużonym uwalnianiu, w Polsce można podawać raz na dwa tygodnie bądź raz na miesiąc. To zaś zwiększa prawdopodobieństwo, że lek na pewno zostanie przyjęty, a dawka nie zostanie pominięta. Na świecie, również w Europie, powszechnie stosowane są już leki, które można podawać nawet raz na trzy miesiące.

– Preparat, który możemy stosować w iniekcji raz na trzy miesiące, co by tak naprawdę oznaczało przyjęcie przez pacjenta leku 4 razy w roku, ciągle w Polsce nie jest dostępny. I to jest ta różnica między krajami Unii Europejskiej a Polską – zaznacza prof. Piotr Gałecki.

Schizofrenia najczęściej dotyka ludzi młodych, między 25 a 35 rokiem życia. Jej początek przypada zwykle na późny okres dojrzewania. Choroba skraca zaś życie nawet o 10–20 lat, a chorzy są narażeni na cukrzycę, nadwagę czy różnego typu uzależnienia. Nie oznacza to jednak, że pacjenci muszą być skazani na wykluczenie z rynku pracy.

 W obecnym modelu opieki nie zastanawiamy się, że poprzez nie do końca kompleksowe leczenie schizofrenii, a więc brak dostępu do skutecznych leków oraz kompleksowych zaleceń terapii, „produkujemy” osoby, które mają orzeczoną rentę – ocenia dr n. med. Jakub Gierczyński z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego.

Choroby psychiczne są w Polsce pierwszą przyczyną niezdolności do pracy, a osoby ze schizofrenią stanowią blisko 10 proc. wszystkich rencistów. Tylko w 2017 roku wydatki ZUS z powodu absencji i niezdolności do pracy osób z tą chorobą wyniosły 1,2 mld zł. Dla porównania NFZ na leczenie schizofrenii przeznaczył 600 mln zł.

 Model opieki nad chorym na schizofrenię w Polsce powinien być oparty na dwóch filarach. Pierwszy to optymalny model opieki systemowej, żeby chory nie przebywał pół roku w szpitalu, tylko był leczony na bazie ambulatorium i opieki środowiskowej jak najbliżej swojego domu. Drugi filar to dostęp do nowoczesnych technologii lekowych zawartych w standardach terapeutycznych – tłumaczy dr Jakub Gierczyński.

Zdaniem eksperta obecne metody leczenia wykluczają z normalnego życia osoby ze schizofrenią. Tymczasem zastosowanie nowoczesnych terapii mogłoby całkowicie zmienić podejście do choroby.

Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego jest nastawiony na odejście od XIX-wiecznej formy psychiatrii, leczenia w dużych szpitalach psychiatrycznych i przejście do psychiatrii środowiskowej. W 2018 roku ruszył pilotaż w 27 ośrodkach w kraju.

Rynek nieruchomości w Łodzi

Miniony rok zakończył się dla biznesowej Łodzi bardzo optymistycznie, o czym świadczą bardzo dobre rezultaty zanotowane zarówno na rynku mieszkaniowym jak i biurowym. Liczba sprzedanych mieszkań względem 2015 roku podwoiła się, a zasoby całkowitej powierzchni biurowej już za chwilę przekroczą 500 000 mkw.

Mieszkaniówka w Łodzi ostro przyspiesza

Sektor mieszkaniowy w Łodzi, po latach stagnacji, przeżywa boom – liczba sprzedanych w minionym roku mieszkań wyniosła 4 200 i była o 30% większa niż w 2017, kiedy nabywców znalazło 3 300 mieszkań. Rekordowy popyt idzie w parze z rekordową podażą. W 2018 roku na rynek trafiło 4 600 mieszkań, czyli o 15% więcej niż 2017 i 2,5 raza więcej niż 2015 roku, kiedy deweloperzy wybudowali ich zaledwie 1 800.

Przestrzeń do dalszego rozwoju mieszkaniówki w Łodzi jest również bardzo obiecująca. W minionym roku na 1 000 mieszkańców miasta przypadało niespełna 6 lokali sprzedanych na rynku pierwotnym – dla porównania we Wrocławiu czy Trójmieście było to 17 mieszkań. Ceny na pierwotnym rynku mieszkaniowym w tym mieście również rosną wolniej niż w innych polskich aglomeracjach.

Na koniec 2018 roku średnia cena lokali oferowanych przez deweloperów w Łodzi była o zaledwie 8% wyższa niż przed rokiem, a od końca 2016 roku wzrosła zaledwie o 17%, co stanowiło jeden z najniższych wyników odnotowanych w głównych miastach w Polsce. Wraz z dynamicznym rozwojem oferty biurowej sprawiło to, że rynek ten stał się interesujący dla osób chcących zainwestować w nieruchomości mieszkaniowe z myślą o ich wynajmowaniu.

Katarzyna Kuniewicz, Dyrektor Działu Badań Rynku Mieszkaniowego, JLL

Pół miliona mkw. biur w Łodzi

Sytuacja na rynku nieruchomości biurowych jest również optymistyczna. Obecna całkowita podaż w tym segmencie to około 470 000 mkw., a w budowie pozostaje kolejne 100 000 mkw.

Jeszcze w tym roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Łodzi przekroczą 500 000 mkw., dzięki czemu miasto umocni swoją pozycję jako jednego z największych centrów biznesowych w Polsce. Mocny przyrost nowej powierzchni przez ostatnich 5 lat nie miał większego wpływu na poziom wakatów, które utrzymują się poniżej 10%. Jednym z powodów jest wysoka aktywność firm z sektora usług dla biznesu, które w ubiegłym roku odpowiadały za blisko 50% popytu na powierzchnię biurową.

Łukasz Dobrzański
Łukasz Dobrzański

Łukasz Dobrzański, kierujący łódzkim oddziałem JLL

W Łodzi branża BPO/SSC ma się dobrze. Według danych ABSL, w firmach z sektora zlokalizowanych w Łodzi pracuje ponad 20 000 osób. Średnio centra usług zatrudniają 270 pracowników, co przekłada się na wysokie zapotrzebowanie na nową powierzchnię biurową i tym samym wysoki udział sektora w popycie. Przykładem może być tutaj firma Clariant, która wynajęła w zeszłym roku niemal 5 000 mkw. w kompleksie Monopolis.

Rozwój sektora odbywa się głównie w docenianych przez rynek lokalizacjach biurowych i wyraźne kształtujących się dwóch głównych hubach biurowych. Jednym z nich jest lokalizacja przy Centralnej Osi Łodzi, w szczególności w okolicach tzw. skrzyżowania marszałków. To tutaj powstaje wspomniany wcześniej kompleks Monopolis, który budowany jest na terenie dawnych zakładów Monopolu Wódczanego. W jego sąsiedztwie trwają prace nad biurowcem Imagine. Wśród istniejących już projektów biurowych w tej lokalizacji należy wymienić m.in. Symetris Business Park, Forum 76, Łódź 1, Łódzkie Centrum Biznesu. Wzdłuż al. Piłsudskiego realizowane i planowane są również kolejne inwestycje biurowe utwierdzające znaczenie tej lokalizacji w Łodzi.

Kształtujące się huby biurowe w Łodzi tworzą zupełnie nową tkankę miejską. Przy realizacji naszych projektów pamiętamy w równej mierze o wygodzie i komforcie pracy naszych najemców biurowych, jak również o potrzebach mieszkańców miasta. W Monopolis łodzianie znajdą miejsce przyjemne do spędzania czasu wolnego z restauracjami, piekarnią, kawiarnią. Będzie też teatr, galeria oraz klub dla dzieci. Wieżę, że łodzianie polubią to tętniące życiem, również wieczorami i w weekendy, wyjątkowe miejsce.

Krzysztof Witkowski, Prezes Virako

Nowym, tworzącym się zagłębiem biurowym jest Nowe Centrum Łodzi w rejonie dworca Łódź Fabryczna, gdzie powstaje m.in. Brama Miasta. W tym samym rejonie funkcjonuje już biurowiec Nowa Fabryczna oraz Przystanek mBank. Atutem obu lokalizacji jest świetny dostęp do środków komunikacji miejskiej.

Dynamiczny rozwój łódzkiego rynku biurowego jest w dużej mierze zasługą władz lokalnych i ich programów rewitalizacyjnych, rozwoju infrastruktury i intensywnej promocji miasta. Łódź nie wygląda już tak samo jak 10 lat temu, co doceniają zarówno mieszkańcy, turyści, jak przedstawiciele biznesu. Warto również zaznaczyć, że silny rozwój rynku mieszkaniowego i magazynowego w regionie także ma pozytywny wpływ na rozwój projektów biurowych. Dodatkowo centralne położenie miasta i dobre połączenia drogowe są kolejnymi atutami wspierającymi boom nieruchomościowy w mieście.

Łukasz Dobrzański, kierujący łódzkim oddziałem JLL

Nagle BUCH! Bitcoin w ruch. Ceny kryptowalut wystrzeliły

Tak dużej aktywności w notowaniach kryptowalut nie obserwowaliśmy od miesięcy. Bitcoin wzrastał nawet o ponad 20 proc., we wtorek przekraczając 5 tys. dolarów pierwszy raz od listopada ub.r. Czy po trzech miesiącach względnego spokoju rynek kryptowalut odżywa? – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

2 kwietnia mocno rosły ceny większość z nich. Bitcoin, największa kryptowaluta pod względem kapitalizacji, zyskał w szczytowym momencie nawet ok. 23 proc. w relacji do poprzedniego dnia. Od razu zaczęły się poszukiwania czynnika, który wywołał ten nagły skok.

Trop koreański i trop żartobliwy

Jedną z przyczyn mogło być odbywające się w tym tygodniu w Seulu forum „Deconomy”, zaliczające się do najważniejszych wydarzeń z tematyki zdecentralizowanej gospodarki (stąd nazwa Deconomy – decentralized economy). W ub.r. także zwiększyły się wahania cen kryptowalut, gdy odbywało się to wydarzenie. Wtedy jednak notowania zarówno bitcoina, jak i innych kryptowalut ogólnie poddawały się większym wahaniom. Jest zatem mało prawdopodobne, żeby sprawcą bieżącego wzrostu był akurat forum, które nawet jeszcze się nie rozpoczęło (4-5 kwietnia).

Istnieje jeszcze jeden możliwy trop, choć trochę daleko idący. W pierwszy dzień kwietnia serwis Finance Magnates opublikował artykuł, w którym napisał, że SEC (amerykański odpowiednik polskiego KNF) zatwierdził fundusze ETF oparte o bitcoina po nadzwyczajnym spotkaniu w sobotę. Wcześniej SEC już kilkunastokrotnie odrzucał wnioski o wprowadzenie do obrotu tego typu funduszy, co było jednym z czynników powodujących presję podażową na kryptowaluty w poprzednich miesiącach. Artykuł okazał się jednak primaaprilisowym żartem, oczywistym dla wszystkich z branży. Wątpliwe więc, aby publikacja w realny sposób wpłynęła na ceny.

Ruchy znane z rynku walut

Choć rynek tradycyjnych walut jest nieporównywalnie większy do kryptowalutowego, również na nim zdarzają się duże zmiany, które ciężko wytłumaczyć jednym czynnikiem (czy w ogóle jakimikolwiek). Zazwyczaj są to „flash crashe”, czyli gwałtowne, kilkuprocentowe spadki lub wzrosty cenowe danej waluty, wzmagane przez realizację „stop lossów” (zleceń chroniących przed stratami). Przykładów nie trzeba szukać daleko: japońska waluta zanotowała takie wydarzenie w styczniu tego roku. Z kolei funt doświadczył czegoś takiego w październiku 2016 r.

„Flash crashe” może dotykać także kryptowaluty, których dużo bardziej spekulacyjny charakter notowań powoduje, że to okresy względnego spokoju wydają się bardziej nienaturalne. Bez względu na czynniki, które obserwowane wzrosty mogły wywołać, były one znaczne, nawet jak na kryptowaluty. Cena bitcoina osiągnęła dzisiaj niemalże 5,1 tys. dolarów i bardzo niewiele zabrakło do przekroczenia 200-dniowej średniej ruchomej (obecnie ok. 5,2 tys. dol.). Ostatni raz wartość bitcoina znajdowała się powyżej tej średniej w pierwszej połowie maja ub.r.

Droga do nowych rekordów? Już nie

Bitcoin zaliczał już oczywiście większe wzrosty centowe niż ten obecny, ale nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami największej aktywności cenowej od kilku miesięcy. Dzienna zmiana cenowa przekroczyła dzisiaj trzy odchylenia standardowe, czyli coś, co ostatnio miało miejsce w listopadzie minionego roku i wydarzyło się przy okazji spadków. Poprzedni wzrost powyżej trzech odchyleń standardowych miał miejsce w grudniu 2017 r., w okresie, w którym bitcoin notował ceny zbliżone do 20 tys. dolarów.

Nie należy jednak odbierać tego jako sygnał, że ceny z pewnością wzrosną do tego poziomu, ani nawet tak, że będą nadal rosły. Rynek kryptowalut od tego czasu zdążył już nieco dojrzeć, rok spadków pozbawił także złudzeń o szybkim osiągnięciu kolejnych rekordów cenowych. Obecny wzrost aktywności może jednak wyrwać kryptowaluty z letargu i zapowiadać większą zmienność cenową w kolejnych miesiącach.

Zwycięzca konkursu Mikroprzedsiębiorca Roku 2018

Poznaliśmy zdobywcę tytułu Mikroprzedsiębiorca Roku 2018. Wyniki 14. edycji Konkursu ogłoszono 28 marca podczas uroczystej Gali Finałowej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Nagrodę główną – tytuł „Mikroprzedsiębiorca Roku 2018” oraz 40 tys. złotych zdobyła spółka PLANTALUX – firma rodzinna z Lubelszczyzny zajmująca się zaawansowaną technologią wspomagania wzrostu roślin w uprawach szklarniowych. Konkurs realizowano pod patronatem honorowym Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

Kontynuując wieloletnią tradycję Kapituła Konkursu, wybrała najbardziej wyróżniające się mikrofirmy minionego roku. Zgłoszenia do Konkursu zbierano w listopadzie i grudniu 2018 roku, w tym czasie do udziału zgłosiło się 241 przedsiębiorców z całego kraju. Wybór zwycięzców nie był łatwy, gdyż zgłosiły się naprawdę wyjątkowe firmy reprezentujące różne branże. Wspólnym mianownikiem wszystkich zgłoszonych była liczba zatrudnionych pracowników (max. 10 osób) oraz obrót roczny nieprzekraczający 2 mln euro.

Sławomir S. Sikora, Prezes Zarządu Citi Handlowy
Sławomir S. Sikora, Prezes Zarządu Citi Handlowy

O mocy Konkursu Mikroprzedsiębiorca Roku świadczą po pierwsze, firmy jakie nagradzamy oraz ich osiągniecia, a po drugie, liczba i wysoka jakość działalności firm, które do Konkursu się zgłaszają. W tym roku była to rekordowa liczba: aż 241 przedsiębiorców. Warto podkreślić fakt, że każdy ze zgłaszających się wykazywał się wysoką kreatywnością i przedsiębiorczością. Cieszy mnie fakt, że w gronie nagrodzonych firm są tak różnorodne pomysły na biznes – powiedział Sławomir S. Sikora, Prezes Zarządu Citi Handlowy.

Poza prestiżową nagrodą główną Kapituła Konkursu wybrała laureatów w 4 kategoriach (Start, Progres, Młody Biznes i Senior), z których każdy otrzymał nagrodę finansową w wysokości 10 tys. złotych. Dodatkowo przyznano 12 specjalnych wyróżnień dla najprężniej rozwijających się mikrofirm z całego kraju. Nagrodą wyróżnionych firm były dedykowane warsztaty pt. „Kiedy potrzebujemy przywództwa?”, podczas których omówiono kluczowe wyzwania firm na etapie wchodzenia w fazę ekspansji biznesowej. Jak powiedziała Ewa Sobkiewicz, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych – Celem naszego Konkursu jest nie tylko wyróżnienie najlepszych mikrofirm, ale także docenienie lokalnych liderów, którzy stoją za rozwojem polskiej przedsiębiorczości. Wiemy jak ważnym jest wsparcie i zachęcanie na starcie każdego przedsięwzięcia. Dlatego dbamy o edukację i integrację polskich przedsiębiorców, zwłaszcza tych mikro.

Laureaci w 4 kategoriach: START – BACTrem Sp. z o.o., PROGRES – Fundacja Łąka, SENIOR – Pracownia Cukiernicza „Zagoździński”, MŁODY BIZNES– Solace Sp. z o.o.

Natomiast wyróżnienia specjalne trafiły do: 1000 realities Sp. z o.o., Al Force1 Sp. z o.o., Correscopy, Deko Eko Sp. z o.o., Escape Room Supplier, Experteam Sp. z o.o., Fundacja Leżę i Pracuję, Pakomatic Sp. z o.o., Truesense Sp. z o.o., WoshWosh oraz XOXO WiFi.

Konkurs Mikroprzedsiębiorca Roku jest organizowany cyklicznie od 2005 roku, a drugi rok z rzędu jego operatorem jest Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych. Konkurs realizowany jest w partnerstwie z Citi Handlowy (partner strategiczny), Fundacją Kronenberga przy Citi Handlowy (partner merytoryczny) oraz finansowany ze środków Citi Foundation. Konkurs wspiera także Koalicja na rzecz mikroprzedsiębiorczości w skład której wchodzą renomowane instytucje i organizacje biznesowe. W celu wyłonienia zwycięzców

Jacek Levernes dołącza do Rady Dyrektorów Globalworth Holding B.V.

Jacek Levernes zostaje niewykonawczym Członkiem Rady Dyrektorów Globalworth Holding B.V. –  podmiotu Globalworth, który nadzoruje i jest kontrolującym akcjonariuszem Globalworth Poland, największego instytucjonalnego inwestora oraz właściciela nieruchomości biurowych w Polsce. Kompetencje i doradztwo Jacka Levernesa odegrają ważną rolę w realizacji celu biznesowego firmy, którym jest rozwój technologii dla budynków z jej portfela. Globalworth chce tym samym ustanowić nowe standardy rozwiązań PropTech dla branży nieruchomości.

Jacek Levernes
Jacek Levernes, niewykonawczy Członek Rady Dyrektorów Globalworth Holding H.V.

Cieszymy się, że do naszej firmy dołączył Jacek Levernes, jeden z mentorów i liderów niezwykłej ekspansji sektorów usług biznesowych oraz technologii w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Rozwój usług biznesowych był jednym z głównych czynników wzrostu gospodarczego w Polsce i regionie, co z kolei spowodowało, że działalność firm z tego sektora stała się głównym źródłem popytu na powierzchnie biurowe. Jednocześnie technologie stały się kluczową częścią wszystkich aspektów prowadzenia biznesu. Rynek nieruchomości nie może być tu wyjątkiem. Nowoczesne technologie i możliwość ich integracji w codziennym użytkowaniu budynków stanowią zarówno przewagę konkurencyjną w przyciąganiu najemców, jak i w zwiększaniu wartości nieruchomości. Wieloletnie doświadczenie Jacka w branży usług biznesowych i sektorze technologicznym zapewni nam bezcenną wiedzę o tych branżach i pomoże w realizacji naszego strategicznego celu, jakim jest pozycja właściciela biur pierwszego wyboru na rynkach, na których działamy.

Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth, oraz Dyrektor Generalny Globalworth Poland

Polska jest regionalnym liderem w dwóch branżach – nieruchomości komercyjnych i nowoczesnych usług dla biznesu, w tym inwestycji z obszaru R&D i IT. W ubiegłym roku aktywność inwestorów na polskim rynku nieruchomości zamknęła się rekordowym wynikiem 7,2 mld euro, co stanowiło ponad połowę wartości transakcji dokonanych w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska jest też największym europejskim pracodawcą w sektorze usług z ponad 300 000 miejsc pracy, co stanowi prawie 50% zatrudnienia w branży w całym regionie. Usługi biznesowe i nieruchomości biurowe to dwa nierozłączne obszary. Wszystko wskazuje więc na to, że jest duży potencjał, żeby zintegrować te osiągnięcia, a tym samym nadal wzmacniać naszą wiodącą pozycję w usługach, technologiach i branży nieruchomości. Wierzę, że w ciągu kilku lat Polska może stać się jednym z wiodących europejskich hubów specjalizujących się w rozwiązaniach technologicznych dla budynków.

Relacja z II edycji National Sales Congress

W ubiegły czwartek odbyła się II już edycja National Sales Congress, wydarzenia dedykowanego managerom sprzedaży oraz wszystkim, którzy na co dzień mierzą się w pracy z klientem. Organizatorem Kongresu NSC jest International Center of Events – prężnie rozwijająca się agencja eventowa, która od lata działa w branży targowo – konferencyjnej.

National Sales Congress (2)„Widzimy wiele zależności pomiędzy sukcesem w biznesie, a dążeniem do mistrzostwa w sporcie…” – tymi słowami Organizator rozpoczął II edycję wydarzenia, które na stałe powinno wpisać się w harmonogram wszystkich zajmujących się sprzedażą. NSC to niesamowita dawka motywacji, mnóstwo praktycznych wskazówek z zakresu nowoczesnej sprzedaży, nawiązywania relacji z klientem, a także zarządzania zespołem handlowym oraz polityką cenową. Innowacyjne podejście Organizatorów, łączące cechy mistrzów ze świata sportu i świata biznesu, po raz kolejny sprawiło, że w Galerii PGE Narodowego zagościły tłumy.

National Sales Congress (1)Ponad 700 uczestników – managerów i dyrektorów sprzedaży, trzy sale i networking biznesowy. Wszystko to jednego dnia w bardzo sportowej i prestiżowej lokalizacji.

W sukces drugiej edycji nie wątpili także Partnerzy Merytoryczni, którzy towarzyszyli projektowi od samego początku: Kirov Strategic Negotiators – wiodącą na polskim rynku firma szkoleniowo-konsultingowa specjalizująca się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych oraz Koźmiński Executive Business School – lider programów MBA w Polsce.

International Center of Events od lat współpracuje z Akademią Rekomendacji Grzegorza Turniaka – która podczas NSC zadbała o sprawne nawiązywanie relacji biznesowych.

Podobnie jak ostatnio, uczestnicy mogli wziąć udział w dwóch ścieżkach wydarzenia: Kongresie sprzedażowym oraz Kongresie Managerów. Pierwsza z nich dedykowana jest osobom bezpośrednio pracującym w sprzedaży, podejmująca m.in. tematy social sellingu, personal brandigu czy technik zamykania sprzedaży. Po raz kolejny furorę na scenie zrobił Nikolay Kirov z tematem Spiral Dynamics. Wielkie brawa otrzymała także Dagmara Pakulska prezentując skuteczne sposoby sprzedaży na LinkedIn.

Druga ścieżka przeznaczona jest dla managerów wyższego szczebla, dyrektorów oraz właścicieli firm. Podczas czwartkowego spotkania uczestnicy mogli wysłuchać m.in. wystąpień na temat zatrudniania utalentowanych pracowników działów sprzedaży oraz ich skutecznego wdrażania do pracy czy zarządzania polityką cenową produktów. Bardzo wysokie oceny za wystąpienie otrzymali: Bogdan Sosnowski, który 11 lat zarządzał kanałem zewnętrznych doradców biznesowych firmy PLAY oraz Andrzej Falkowski – profesor zwyczajny na Uniwersytecie SWPS, autor i współautor kilkudziesięciu artykułów z zakresu psychologii poznawczej i psychologii stosowanej w dziedzinie zachowań konsumenckich, rynkowych i wyborczych.

Nowością podczas II edycji był blok warsztatowy „Trening pokonywania obiekcji”, prowadzony przez Sebastiana Goszcza.

W bloku motywacji uczestnicy mogli wysłuchać wystąpień Jakuba B. Bączka – trenera mentalnego, który wraz z polską kadrą siatkarzy zdobył złoto na Mistrzostwach Świata i Jerzego Górskiego –  Mistrza Świata Double Ironman, którego historię znamy z filmu “Najlepszy z Jakubem Gierszałem w roli głównej.

Podczas całego Kongresu uczestnicy mogli na żywo oglądać powstającą mapę myśli – tworzoną na innowacyjnym interaktywnym Flipie od Partnera Technologicznego Kongresu– firmy Samsung.

Partnerami marcowej edycji byli także: firma szkoleniowo-konsultingowa Froniu oraz Mu Interactive – multi-dyscyplinarna grupa kreatywna, która ma jeden cel: tworzyć niebanalne i skuteczne kreacje digitalowe.

Kiedy następna edycja?

Nie mogliście wziąć udział w marcowej edycji? Tylko do 14 kwietnia trwa przedsprzedaż na jesienną edycję wydarzenia, która odbędzie się już 26 września, również na PGE Narodowym. Szczegóły programu będą dostępne wkrótce, ale my już wiemy jedno – to wydarzenie na które zdecydowanie „warto się wybrać, oraz się opłaca”.

Więcej informacji na www.nationalsales.pl

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – marzec 2019 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 12,6% rdr do 16,1 mld zł w marcu 2019 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 39,9% rdr do poziomu 617,0 tys. szt. w marcu 2019 r.
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 28,5% rdr do poziomu 134,2 mln zł
  • Wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 6,9% rdr do 70,8 mln zł w marcu 2019 r.
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem na rynku terminowym o 98,4% rdr
    do poziomu 10,2 TWh w marcu 2019 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,3 mld zł w marcu 2019 r., czyli o 14,0% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w marcu 2019 r. o 12,6% rdr do poziomu 16,1 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w marcu 2019 r. 764,5 mln zł, o 12,6% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec marca 2019 r. wyniosła 59 668,03 pkt i była o 2,2% wyższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w marcu 2019 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 14,4% rdr do poziomu 135,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w marcu wzrosła o 28,5% rdr i wyniosła 134,2 mln zł.

W marcu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 617,0 tys. szt., czyli o 39,9% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy spadł o 35,7% rdr do poziomu 390,3 tys. szt.

W marcu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 6,9% rdr do poziomu 70,8 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 87,1 mld zł na koniec marca 2019 r. wobec 75,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła w marcu 2019 r. o 29,2% rdr do poziomu 213,5 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w marcu 2019 r. 29,9 mld zł i była o 40,2% niższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w marcu 2019 r. wyniósł 19,2 TWh, co oznacza spadek o 6,3% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 15,1% rdr do poziomu 3,0 TWh. Na rynku forward spadł o 9,4% rdr do poziomu 16,2 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł w marcu o 30,9% rdr do 12,3 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 49,6% do poziomu 2,2 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 98,4% do poziomu 10,2 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w marcu 2019 r. 5,5 TWh, co oznacza spadek o 21,3% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 17,4% rdr osiągając w marcu 2019 r. poziom 21,6 ktoe[3].

W marcu 2019 r. na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, to tyle samo co rok wcześniej.

Kapitalizacja 410 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec marca 2019 r. 636,45 mld zł (147,97 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 461 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec marca 2019 roku 1 228,4 mld zł (285,6 mld EUR).

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Wynajem długoterminowy. Zalety długoterminowego wynajmu samochodów

Obecnie przedsiębiorcy mają do wyboru wiele możliwości na pozyskanie samochodu do firmy, ale w dalszym ciągu największą popularnością wśród nich cieszy się leasing. Jednak od jakiegoś czasu pojawił się na rynku poważny konkurent – czyli wynajem długoterminowy i  zyskuje on coraz więcej zwolenników. Z tego rozwiązania jeszcze do niedawna mogły korzystać jedynie większe firmy, których flota samochodowa obejmowała ponad 20 samochodów, ale dziś na polskim rynku możliwe staje się długoterminowe wynajęcie samochodu również przez mniejsze przedsiębiorstwa, a nawet firmy jednoosobowe, prowadzące działalność gospodarczą.

Wynajem długoterminowy zyskuje popularność

Wynajem długoterminowy cieszy się coraz większą popularnością wśród przedsiębiorców w Polsce. Na podstawie danych z Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) wynika, że  wysokie do tej pory tempo wzrostu rynku wynajmu długoterminowego, w II kwartale 2018 r. jeszcze się zwiększyło i osiągnęło nie notowaną od wielu lat wartość 15,5% r/r. W I półroczu 2018 r. sektor long term rental car rozwinął się aż 2,5-krotnie, szybciej od pozostałych dostępnych form finansowania aut firmowych, pozyskując na potrzeby oferowanych usług o 25,4% więcej nowych samochodów osobowych, niż w pierwszych sześciu miesiącach roku ubiegłego. W wyniku tak dużej  popularności i wysokiej dynamiki wzrostu, udział wynajmu długoterminowego samochodów w łącznej sprzedaży nowych aut osobowych do firm zwiększył się w pierwszej połowie ubiegłego roku o 2 punkty procentowe – czyli osiągnął poziom 20,6% – w stosunku do porównywalnego okresu w roku 2017.  Wynajem długoterminowy aut rośnie dużo szybciej od finansowania samochodów kredytem, ze środków własnych, czy w leasingu finansowym.  W tej formule zakupiono aż o 25,% więcej nowych aut osobowych niż w pierwszym półroczu 2017 r.

Iwo Rybacki  – Członek Zarządu w Assay Group
Iwo Rybacki  – Członek Zarządu w Assay Group

Sukces rynkowy i biznesowy wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce potwierdza, że jest to coraz bardziej popularna wśród przedsiębiorców z sektora MŚP forma zakupu służbowych aut – mówi Iwo Rybacki  – Członek Zarządu w Assay Group.

Długoterminowy wynajem a leasing – znajdź różnice.

CFM (ang. Car Fleet Management), czyli wynajem długoterminowy samochodów ma bardzo podobne założenia co leasing. Firma nie staje się właścicielem pojazdu, a płaci przedsiębiorstwu wynajmującemu jedynie za jego użytkowanie na wyraźnie określonych zasadach. Uzgodniona w umowie miesięczna opłata za taką usługę obejmuje zarówno wynajem pojazdu, jak i jego kompleksową obsługę przez wyspecjalizowaną firmę zewnętrzną. W związku z tym właściciel firmy nie musi martwić się o kwestie związane z bieżącą eksploatacją samochodu, jego serwisowaniem, czy ubezpieczaniem. Jedną z kluczowych korzyści z wynajmu długoterminowego jest to, że firma nie jest związana zobowiązaniem na czas określony. Dzięki łatwym w zarządzaniu miesięcznym ratom płatności można zaplanować budżet i koszty. Jeśli  potrzeby ulegną zmianie, na przykład zmniejszy się ilość pracowników w firmie  – można rozwiązać umowę bez konieczności  ponoszenia wysokich kar.

Polski rynek wynajmu długoterminowego to novum i wciąż jest w fazie szybkiego wzrostu. Dotychczas większość aut kupowano w formie leasingu. Naturalnym następstwem jest sięgnięcie po bardziej zaawansowaną formą zakupu aut, czyli wynajmem długoterminowy, który już od jakiegoś czasu jest bardzo popularny w krajach zachodnioeuropejskich. Aktualnie w Polsce wchodzimy właśnie w ten etap rozwoju rynku. Coraz więcej firm z sektora MŚP zastępuje leasing finansowy, gwarantujący tylko sfinansowanie auta służbowego, wynajmem długoterminowym, który dodatkowo oferuje przedsiębiorcom obsługę aut firmowych, pełen serwis, ubezpieczenie, opony, likwidację szkód oraz szereg innych usług dodatkowych. A wszystko to jest oferowane w miesięcznej racie o stałej wysokości, co ułatwia planowanie budżetu. Kolejną, niebywale istotną korzyścią wynajmu długoterminowego jest ostateczna cena. Biorąc pod uwagę całkowity koszt posiadania auta, czyli m.in. utratę jego wartości, ubezpieczenie, naprawy etc., long term rental car jest rozwiązaniem tańszym w porównaniu np. z leasingiem finansowym. – podkreśla Iwo Rybacki.

Jak widać korzyści z długoterminowego najmu są duże – po pierwsze, podobnie jak przy leasingu, przedsiębiorca ma prawo do zaliczenia rat do kosztów uzyskania przychodu. Po drugie, pod względem logistycznym nie musi martwić się o kwestie związane z użytkowaniem samochodu. W przypadku awarii samochodu przedsiębiorca otrzymuje pojazd zastępczy. Co więcej, właściciel firmy nie zostanie zaskoczony kosztami utrzymania samochodu – dzięki temu, iż płatności dokonywane  są w formie comiesięcznych rat regulowanych umową. Przy takim rozwiązaniu nie zmienia się również zdolność kredytowa przedsiębiorcy. W przeciwieństwie do leasingu, przy wynajmie długoterminowym przedsiębiorca może, ale nie musi dokonywać opłaty wstępnej. Oznacza to, iż aby skorzystać z oferty nie musi on posiadać żadnego wkładu własnego. Kolejną korzyścią jest brak kosztów amortyzacji.

Chyba najbardziej istotną  różnicą między wynajem długoterminowym a leasingiem jest brak możliwości wykupienia auta po zakończeniu umowy, gdyż w tym przypadku samochód jest cały czas własnością firmy wypożyczającej i po zakończeniu umowy jest zwracany właścicielowi.

Jakie warunki należy spełnić

W Polsce Usługi CFM do niedawna były kierowane raczej do dużych przedsiębiorstw, np. firm transportowych, czy też zatrudniających wielu przedstawicieli handlowych. Na Zachodzie od dawna z długoterminowego wynajmu korzystają również małe firmy. W Polsce jest to możliwe dopiero od kilku lat. Decydując się na skorzystanie z oferty, przedsiębiorca powinien pamiętać o tym, iż jego firma może zostać sprawdzona pod względem zdolności terminowego płacenia rachunków. Służy do tego specjalny proces weryfikacyjny. Oznacza to, że rozwiązanie to, podobnie jak kredyt, czy leasing nie będzie dostępny dla wszystkich małych firm.

Wsparcie, wskazówki i uczciwość

Po zawarciu umowy z uznaną firmą zajmującą się wynajmem flot, przedsiębiorcy mają  pewność, że od początku do końca otrzymają wsparcie przez cały okres obowiązywania umowy. Niezależnie od tego, czy samochód uległ wypadkowi i potrzebne jest auto zastępcze, czy w przypadku kwestii dotyczących przebiegu, zmiany opon, awarii etc. – długoterminowa umowa oznacza długoterminowe wsparcie i support często prze 24 godziny na dobę.

 Samochód marzeń na wyciągnięcie ręki

Przy wyborze nowego samochodu, często poważnym ograniczeniem jest budżet. Tego problemu nie mają przedsiębiorcy, którzy decydują się na długoterminową umowę najmu. Firmy oferujące taką usługę dysponują szeroką gamę pojazdów do wyboru. Od pojazdów chłodniczych, po minibusy aż do samochodów miejskich i modeli prestiżowych i topowych marek.

Długoterminowy wynajem samochodów bez kaucji to z pewnością wygodne rozwiązanie. Przez wzgląd na dodatkowe usługi świadczone w ramach zawartej umowy oraz stosunkowo niską wysokość miesięcznej raty, może stać się silną konkurencją dla tradycyjnych form finansowania zakupu floty w firmach w sektorze MŚP.

Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019

W jakim stopniu Polacy wspierają się technologiami cyfrowymi w trakcie podejmowania decyzji zakupowych? Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte podczas sześciu na dziesięć wizyt w sklepie stacjonarnym klienci wykorzystują urządzenia elektroniczne. Jest to tzw. wskaźnik wpływu cyfrowego, który w Polsce kształtuje się na poziomie 60 proc. To jeden z głównych wniosków przeprowadzonego przez Deloitte badania dotyczącego przenikania się świata fizycznego oraz cyfrowego w obszarze konsumenckim. Wnioski z raportu „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” zostaną zaprezentowane podczas XI Poland & CEE Retail Summit, który odbędzie się 3-4 kwietnia w Warszawie. Deloitte jest Partnerem tego wydarzenia.

Narzędzia cyfrowe na trwałe zmieniły codzienne życie, również sposób podejmowania decyzji przez konsumentów, stając się jednym z podstawowych punktów styku na ścieżce zakupowej. – Rozdzielanie sfery cyfrowej od fizycznej przestaje dzisiaj mieć sens i może przynieść gorsze wyniki firmom. Postanowiliśmy zmierzyć jak silnie przenikają się te dwa światy dla polskiego konsumenta. Nasze badanie pokazało, że urządzenia cyfrowe towarzyszą konsumentom w 6 na 10 wizyt zakupowych, co mierzy stworzony przez Deloitte wskaźnik wpływu cyfrowego – tzw. Digital Influence Factor, który w Polsce wynosi 60 proc. – mówi Michał Pieprzny, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Główne wnioski z badania polskich konsumentów zostaną zaprezentowane podczas XI Poland & CEE Retail Summit. Jest to najważniejsze i najbardziej reprezentatywne spotkanie polskiej branży handlu i FMCG. Każdego roku gromadzi ponad tysiąc uczestników największych firm działających na polskim rynku. – Forum stało się miejscem integrującym wszystkich najważniejszych graczy z tego sektora. Uznaliśmy, że wyniki naszego badania będą interesujące dla właśnie tego gremium odbiorców, których sukces komercyjny zależy coraz bardziej od sprawnego wykorzystywania technologii i urządzeń cyfrowych w kontakcie z klientem – mówi Michał Pieprzny.

Panele z udziałem Deloitte podczas Poland & CEE Retail Summit

3 kwietnia, godz. 9:30 – 9:50, Michał Pieprzny, Partner Deloitte, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich – „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019”.

4 kwietnia, godz. 10:35 – 11:15, Irena Pichola, Partner Deloitte, dyskusja: Zrównoważony rozwój w nowoczesnym biznesie.

Biuro Inwestycji Kapitałowych poszerza współpracę z Dachser

Operator logistyczny zamówił ponad 15.500 m2 nowoczesnej powierzchni w nowym centrum logistycznym BIK Park Wrocław I. Biuro Inwestycji Kapitałowych zamierza ruszyć z realizacją inwestycji w Kątach Wrocławskich w czerwcu br. Przekazanie gotowego obiektu firmie Dachser planowane jest na początku przyszłego roku.

Globalna firma logistyczna Dachser podpisała z Biurem Inwestycji Kapitałowych umowę dotyczącą najmu ponad 15.500 m2 powierzchni w ramach nowego centrum logistycznego BIK Park Wrocław I zlokalizowanego w Kątach Wrocławskich. Z tego hala magazynowa zajmie około 9.200 m2. Kolejne 5.300 m2 przeznaczone będzie na cele cross-dockingowe, a ponad 1.000 m2 stanowić będzie powierzchnia biurowa i socjalna. Umowa została zawarta na okres siedmiu lat.

„Jesteśmy bardzo zadowoleni z rozszerzenia współpracy z firmą Dachser, z którą współpracujemy od ponad 10 lat. W zeszłym roku operatorowi logistycznemu przekazaliśmy do użytkowania nowoczesną powierzchnię w naszym Centrum Logistycznym w Sosnowcu. Zawarta teraz umowa potwierdza, że nasza oferta jest dopasowana do potrzeb i wymagań najemcy” – podkreślił Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Biuro Inwestycji Kapitałowych zamierza rozpocząć realizację projektu w czerwcu br. Oddanie pierwszej fazy inwestycji przeznaczonej dla firmy Dachser planowane jest natomiast w styczniu 2020 r.

W budynku wprowadzone będą innowacyjne rozwiązania zwiększające bezpieczeństwo użytkowania. Zastosowany zostanie m.in. system monitoringu służący do ciągłej kontroli dachów płaskich oraz zapobiegania ich przeciążeniom. Obiekt będzie również dostosowany do możliwości zainstalowania stacji do ładowania samochodów elektrycznych. Uwzględnione będzie także rezerwowe źródło zasilania w postaci agregatu prądotwórczego. Obiekt będzie przystosowany także do indywidualnych potrzeb najemcy. W ramach projektu powstaną m.in. regulowane odbojnice przy dokach oraz wzmocnione stanowiska na nadwozia wymienne stosowane przez klienta. Budynek zostanie dostosowany również do wymaganej przez najemcę indywidualnej infrastruktury IT. Inwestor zamierza uzyskać jednocześnie certyfikat Breeam będący obecnie jedną z najczęściej stosowanych metod oceny budynków pod kątem ich ekologiczności. Potwierdzi to spełnienie przez obiekt najwyższych standardów w zakresie ochrony środowiska, komfortu użytkowania oraz wydajności.

Dachser jest kluczowym i wieloletnim klientem Biura Inwestycji Kapitałowych. Współpraca rozpoczęła się w październiku 2008 r. Obecnie firma korzysta z 8.520 m2 powierzchni w Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu. Dachser jest jednym ze światowych liderów branży logistycznej. Model biznesowy firmy opiera się na usługach logistyki transportowej i magazynowej.

BIK Park Wrocław I powstanie w Nowej Wsi Wrocławskiej, gmina Katy Wrocławskie, w sąsiedztwie zjazdu z autostrady A4 Pietrzykowice. Nieruchomość zlokalizowana będzie na gruncie o powierzchni 11,7 ha, o przeznaczeniu w Miejscowym Planie Zagospodarowania Przestrzennego pod produkcję, magazynowanie i usługi. O dużej atrakcyjności lokalizacji stanowi usytuowanie centrum logistycznego w pobliżu autostrady A4 w bezpośrednim sąsiedztwie węzła Wrocław Południe oraz węzła Pietrzykowice. Powierzchnia magazynowa oraz biurowa planowanej inwestycji wyniesie docelowo około 47.000 m2.

Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej zaprasza na dzień otwarty MBA Digital Transformation and MBA Finance & Technology

Jak wyglądają studia MBA, jaki rodzaj  wybrać oraz jakie korzyści w rozwoju kariery zawodowej nam dają? Na te i wiele innych pytań będzie można uzyskać odpowiedź podczas dnia otwartego Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, które odbędzie się 3 kwietnia br.

Programy MBA Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej: MBA Digital Transformation  oraz MBA Finance & Technology, to studia będące odpowiedzią na poszukiwanie najwyższej jakości wiedzy o aktualnych trendach. Mają one związek z trwającą obecnie – bardzo dynamiczną, globalną, cyfrową transformacją biznesu i międzynarodowych gospodarek. Uczestnicy studiów będą mieli szansę poszerzyć wiedzę, którą uzyskają od wybitnych specjalistów, nie tylko na polu naukowym, ale i praktycznym. Obydwa kierunki prowadzone są języku polskim, a zajęcia odbywają się w weekendy, dwa razy w miesiącu. Rozpoczęcie zajęć zaplanowane jest na październik 2019 r. Obydwa programy są intensywne i trwają rok (accelerated MBA).

Czas na pytania, czas na rozwój

Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej poprzez organizację spotkania informacyjnego, chce ułatwić zainteresowanym studiami MBA zapoznanie się z ofertą programową oraz umożliwić doprecyzowanie zebranych informacji pod kątem osobistych preferencji. Oprócz szczegółowej prezentacji programów MBA Digital Transformation and MBA Finance & Technology, osoby zainteresowane studiami MBA będą mogły poznać wykładowców oraz porozmawiać z osobami, które już uczestniczą w zjazdach obu kierunków.

Dzień otwarty MBA Digital Transformation i MBA Finance & Technology odbędzie się w środę, 3 kwietnia, o godzinie 18.00 w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, przy ul. Koszykowej 79 w Warszawie.

  • Organizatorzy spotkania zachęcają do zgłoszenia chęci uczestnictwa: http://bit.ly/MBADigitalDzieńOtwartyZapisy

MBA, które odpowiadają na rynkowe trendy

Kierunek MBA Digital Transformation poświęcony jest praktycznym umiejętnościom, umożliwiającym udoskonalanie biznesu w oparciu o najnowocześniejsze trendy z obszaru technologii informatycznych. Studia pozwalają na poszerzenie wiedzy, która zmienia ekonomię i decyduje o drogach globalnej rynkowości. Wnioski, których dostarcza umiejętna analiza danych, obszar Data Science, machine learning, sztuczna inteligencja, blockchain – to technologie, których znajomość funkcjonowania pozwala podejmować trafne decyzje biznesowe oraz zdobywać przewagę biznesową. Menedżerowie, którzy podejmują decyzje strategiczne muszą stale pogłębiać swoją wiedzę, która zorientowana jest na użycie narzędzi Data Science w codziennej pracy. Ważne, aby jakość edukacji, której poświęcają swój czas była na najwyższym poziomie.

Studia MBA Finance & Technology poszerzają kompetencje menadżerów strategicznie zarządzających finansami o umiejętność wprowadzania, posługiwania się i nadzorowania technologii finansowych (fintech). To wiedza, która obecnie decyduje o rozwoju i nowoczesności wielu współczesnych firm, kierujących się drogą optymalizacji i informatycznego wspomagania decyzji finansowych. Program obejmuje zarazem praktyczne wzbogacanie umiejętności posługiwania się najnowocześniejszymi narzędziami technologicznymi, ale i wiedzę z zakresu udoskonalania kompetencji miękkich, które z kolei pomagają skutecznie zarządzać zasobami ludzkimi w oparciu o rozwój
i przywództwo.

Co piąta rodzina ma problem ze spłatą bieżących zobowiązań. Czy rozszerzenie programu 500+ zmieni tę sytuację?

Co piątej rodzinie, w której jest dziecko brakuje pieniędzy na pokrycie bieżących zobowiązań, a duże zakupowe decyzje wiążą się z nadmiernym obciążeniem budżetu dla 45 proc. gospodarstw domowych. Skala problemów finansowych rodziców jest porównywalna do tej, jaką mają osoby bezdzietne, ale to rodzice lepiej radzą sobie z planowaniem budżetu, rzadziej są rozrzutni i rzadziej mają problem z brakiem pracy – wynika z badania Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Mija właśnie trzecia rocznica wprowadzenia Programu 500+. Od lipca ma on być rozszerzony również o wypłatę na każde pierwsze dziecko. Jego trzy podstawowe cele to wpływ na liczbę urodzeń, inwestycja w rodzinę i przede wszystkim ograniczenie ubóstwa. Sprawdziliśmy jak z opłacaniem bieżących rachunków radzą sobie osoby, które mają dzieci i te, które ich nie posiadają. Prawie co trzecia osoba wychowująca potomstwo nie ma problemów z opłaceniem bieżącym wydatków. Prawie połowie trudno jest opłacić zobowiązania raz na kilka miesięcy. Istnieje jednak spory odsetek osób, które częściej głowią się jak „dotrwać do pierwszego”.

pokrycie zobowiązań

Źródło: Quality Watch, badanie dla BIG InfoMonitor

Problem z codziennymi płatnościami ma przynajmniej raz w miesiącu 21 proc. rodziców. Podobnie sytuacja wygląda w gospodarstwach domowych, w których dzieci nie ma – 20 proc. W domach bez dzieci częściej powodem braku pieniędzy na opłacenie bieżących rachunków jest rozrzutność, brak pracy, nieumiejętność planowania budżetu, a także nałogi czy zakupoholizm. Natomiast osoby wychowujące dzieci częściej wymieniają obciążenie kredytami i pożyczkami oraz nadmierne wydatki wymuszone przez potomstwo.

rachunki

Źródło: Quality Watch, badanie dla BIG InfoMonitor

Problemy finansowe to nie tylko brak pieniędzy na bieżące zobowiązania, ale także na duże jednorazowe wydatki. Blisko połowa rodzin dokonała kiedyś zakupu, który wykraczał poza ich możliwości finansowe.

 – Polskie rodziny starają się, by ich domowy budżet nie był zbytnio obciążany. Dlatego większość wykazuje się dyscypliną finansową i ogranicza wydatki. Jednak posiadanie dzieci jest związane z nakładami, których trudno uniknąć. Jak choćby inwestycja w większe mieszkanie i jego wyposażenie czy też wyjazdy – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor.

zarobki

Źródło: Quality Watch, badanie dla BIG InfoMonitor

Największe wyzwania dla rodzin z dziećmi

Wśród największych wyzwań dla rodzin z dziećmi znalazł się zakup mieszkania lub samochodu (po 31 proc.) oraz wyposażenie domu w niezbędny sprzęt RTV i AGD (26 proc.). Również wyjazdy wakacyjne to dla jednej piątej respondentów obciążenie wykraczające poza budżet. Kolejnymi dużymi wydatkami są urządzenia elektroniczne i sprzęt komputerowy. Wydatki z tych kategorii zakupów są związane z potrzebami potomstwa i pokazują wysiłek, jaki czynią polskie rodziny. Co ciekawe jedynie ułamek rodziców, w swojej ocenie, przeznacza zbyt duże kwoty na edukację i zajęcia dodatkowe dla dzieci. Można to interpretować na dwa sposoby. Albo program 500+ służy właśnie na pokrycie tych zobowiązań i rodzice nie muszą wygospodarowywać dodatkowych pieniędzy, albo w zbyt małym stopniu przywiązują oni wagę do rozwoju swoich pociech ze względu na wydatki w innych obszarach.

zakupy 2

Źródło: Quality Watch, badanie dla BIG InfoMonitor

W obecnej formule środki z programu 500+ są przekazywane na drugie i każde kolejne dziecko lub na pierwsze w przypadku, gdy dochód na jedną osobę nie przekracza 800 zł. Oznacza to, że z programu korzysta ok. 2,45 mln rodzin, do których trafia rocznie ponad 20 mld zł. Program pokazał poziom ubóstwa polskich rodzin, bo aż 54,5 proc. wszystkich przyznanych świadczeń ze względu na kryterium dochodowe dotyczyło już pierwszego dziecka. Od lipca tego roku, 500 zł miesięcznie będzie wypłacane na każde dziecko bez względu na sytuację materialną rodziców.

*Badanie zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, techniką wywiadów internetowych (CAWI) wspomaganych komputerowo na reprezentatywnej próbie 1296 dorosłych mieszkańców Polski, listopad 2018 r.

Rynek nieruchomości komercyjnych będzie dalej dojrzewał i zbliżał się do rynków zachodnioeuropejskich

Polski rynek nieruchomości komercyjnych będzie dalej dojrzewał i zbliżał się do rynków zachodnioeuropejskich, w szczególności w zakresie yieldów oraz wolumenu i liczby transakcji – wynika z raportu „Real Estate Investor Survey” przygotowanego przez PwC.

Z danych zebranych w raporcie PwC „Real Estate Investor Survey” wynika, że najniższa stopa zwrotu z inwestycji najbardziej atrakcyjnych biurowców w Warszawie osiąga poziom 4,5%, w Krakowie 5,7%, a we Wrocławiu 5,9%. Z kolei w logistyce stopy zwrotu kształtują się na poziomie od 5% do 8,5%. Respondenci są zgodni co do tego, że w najbliższym roku stopy procentowe pozostaną stabilne, dopiero w dłuższej perspektywie mogą wzrosnąć.

W ciągu ostatnich kilku lat rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce przeżywa rozkwit. W 2018 roku, wolumen transakcji na tym rynku przekroczył 7 miliardów euro, co stanowiło absolutny rekord w historii. Dobra koniunktura gospodarcza, połączona z faktem, iż Polska dołączyła do krajów rozwiniętych według FTSE Russell, spowoduje, że jeszcze więcej inwestorów zagranicznych będzie zainteresowana polskim rynkiem nieruchomości komercyjnych, co może się przełożyć na kolejny rekordowy rok. – Kinga Barchoń, partner w PwC, lider zespołu usług doradczych dla sektora nieruchomości w PwC

Warszawa i miasta regionalne

Autorzy raportu podkreślają, że Warszawa odczuwa obecnie niewystarczającą podaż nowoczesnej powierzchni biurowej i ta sytuacja nie zmieni się w ciągu najbliższego roku, gdy duże, trwające obecnie projekty zostaną oddane do użytku. Dodatkowo, eksperci przewidują, że niedostatek atrakcyjnych gruntów w samym centrum miasta spowoduje proces zastępowania starszych obiektów nowymi, nowoczesnymi budynkami.

Regionalny rynek nieruchomości zyskuje dzięki ciągle rosnącej branży BPO/SSC oraz firmom informatycznym. Z perspektywy 2030 roku, miastem, które może zyskać najwięcej, jest Łódź – dzięki bliskiej odległości do stolicy oraz znacząco niższym kosztom życia, a relatywnie wysokim standardem życia stanie się atrakcyjną alternatywą do Warszawy.

Widocznym trendem na rynku biurowym w Polsce jest dynamiczna ekspansja operatorów co-workowych oraz biur serwisowanych. Popularność tego typu rozwiązań (będąca odzwierciedleniem trendów globalnych) w znacznej mierze wynika z możliwości zapewnienia elastycznej formy i okresu najmu. Model najmu biur serwisowanych ułatwia firmom szybkie zapewnienie przestrzeni w przypadku ekspansji lub konieczności tworzenia dedykowanego miejsca pracy dla grup projektowych zawiązywanych na określony czas. -Grzegorz Kmieciński, menedżer w zespole usług doradczych dla sektora nieruchomości w PwC

W logistyce, w porównaniu do sektora biurowego, stosunkowo mniej najemców przedłuża obecne umowy. Wynika to z faktu, iż najemcy rozwijają się w tak szybkim tempie, że potrzebują większej powierzchni, której często nie są w stanie wynająć w swoich obecnych, mniejszych magazynach.

W sektorze logistycznym coraz większą rolę zaczyna odgrywać technologia, a także procesy automatyzacji, które powodują, że coraz więcej czynności ludzkich może być zastępowanych przez maszyny, np. dostęp do powierzchni magazynowych, czy data centers. Rozwój infrastruktury drogowej oraz planowana budowa CPK wspomoże dalszy rozwój sektora logistyki, a także stworzy szansę dla mniejszych ośrodków, takich jak Białystok czy Rzeszów. – Krzysztof Stempień, starszy konsultant w zespole usług doradczych dla sektora nieruchomości w PwC

Eksperci PwC zwracają także uwagę, że coraz większym zainteresowaniem cieszą się projekty joint venture, w których zagraniczny inwestor poszukuje lokalnego partnera ze znajomością rynku oraz know-how. W takim partnerstwie, zagraniczny inwestor zapewnia finansowanie danego projektu, a lokalny partner jest w stanie zaoferować doskonałe zrozumienie lokalnych uwarunkowań oraz posiada niezbędne umiejętności pomagające zrealizować przedsięwzięcie od strony formalno-organizacyjnej.

O badaniu PwC Real Estate Investor Survey

Badanie PwC Investor Survey jest analizą obecnej sytuacji na rynku biurowym i magazynowym, obejmującą również prognozy rozwoju tej branży. W polskiej części badania przeanalizowane zostały trzy miasta w sektorze biurowym (Warszawa, Kraków, Wrocław – miasta, które mają ponad 1m m2 powierzchni biurowej) oraz pięć głównych regionów logistycznych: Warszawa, Polska Centralna, Poznań, Dolny Śląsk, Katowice. Wśród podmiotów, które wzięły udział w badaniu 57% stanowili inwestorzy, a 43% deweloperzy. 43% badanych działa w sektorze logistyki, 29% w sektorze biurowym, a 29% w kilku sektorach jednocześnie.

Program Energia Plus – zwolnienie z akcyzy, ujednolicony VAT, ulgi w podatku od nieruchomości

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ma już konkretne propozycje dotyczące programu Energia Plus. Zmiany dotyczą ułatwień w rozwijaniu energetyki prosumenckiej na dużo większą skalę niż dotychczas.

Prosument, zgodnie z aktualną definicją ustawową, wytwarza w mikroinstalacji OZE energię elektryczną w celu jej zużycia na potrzeby własne, niezwiązane z wykonywaną działalnością̨ gospodarczą. Ewentualna sprzedaż dotyczy wyłącznie wygenerowanych nadwyżek tej energii ponad konsumowaną ilość.

Przygotowane rozwiązania umożliwiają rozszerzenie tej definicji na wszystkie kategorie odbiorców końcowych. Skorzysta nie tylko sektor mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, ale również gospodarstwa domowe, samorządy, instytucje publiczne – szkoły, szpitale, urzędy itp. Prosument OZE, choć może być np. przedsiębiorcą, to nie powinien jednak zawodowo zajmować się wytwarzaniem energii eklektycznej w celu jej dalszej odsprzedaży.

Kluczowym założeniem jest minimalizacja środków publicznych przekazywanych na poczet wspierania działalności prosumenckiej. Chodziło o to, aby zachęcić odbiorców końcowych do wytwarzania energii elektrycznej na własne potrzeby w inny sposób. Ma to się stać poprzez maksymalne uproszczenie procesu inwestycyjno-budowlanego, związanego z postawieniem mikro i małych instalacji OZE. Jednocześnie powinno się odchodzić od pomocy o charakterze operacyjnym w postaci różnego rodzaju dopłat czy subsydiów, które zachęcają do maksymalnej autokonsumpcji wytworzonej energii elektrycznej. Rozwiązania w dużej mierze prowadzą do coraz większego urynkowienia prosumenckich instalacji wykorzystujących OZE, co uwidaczniają też zachodnioeuropejskie trendy.

Zasadnicza część proponowanych rozwiązań, choć dotyczy małych i mikroinstalacji niezależnie od rodzaju OZE, w zasadzie dedykowana jest fotowoltaice. Ta kategoria OZE jest najmniej społecznie kontrowersyjna. Jest też najprostsza do zintegrowanego wykorzystania w różnych obiektach, niezależnie od odbiorców końcowych.

Program Energia Plus zakłada eliminację części kosztów dystrybucyjnych doliczanych do rachunków za energię elektryczną po stronie prosumenta. Do ustawy o OZE wprowadzony będzie, wymaganego Dyrektywą RED II, alternatywny instrument sprzedaży nadwyżek energii do dowolnego podmiotu koncesjonowanego, niekoniecznie do sprzedawcy zobowiązanego, po cenie wolnorynkowej. W tym zakresie utrzymano również obowiązek sprzedawcy zobowiązanego, gdyby nie udało się sprzedać energii na zasadach wolnorynkowych.

– Istotną zachętą dla firm będzie przyspieszona amortyzacja, zwolnienie z akcyzy sprzedanej energii i ujednolicenie stawki VAT do 8 proc na panele fotowoltaiczne. Teraz wyższy VAT płaci się przy instalacjach innych niż na dachach domów. Planowana jest też ulga w podatku od nieruchomości. Od podstawy opodatkowania byłaby odliczana część wartości instalacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska z WysokieNapiecie.pl.

Branża spodziewa się, że program Energia Plus wejdzie w życie przed wakacjami.

Rozbudowa Okęcia czy CPK: czy warto inwestować w oba lotniska?

Planowana budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma powstać między Warszawą i Łodzią, kładła się cieniem na niezbędnych renowacjach Lotniska im. Fryderyka Chopina na warszawskim Okęciu. Rozbudowa lotniska jednak ruszyła. Ministerstwo Obrony Narodowej przekazało 8500 metrów kwadratowych działki, która posłuży do rozbudowania płyty odpraw lotów poza strefę Schengen – na przykład do Stanów Zjednoczonych lub Azji. To właśnie one są aktualnie główną przyczyną opóźnień i kolejek na lotnisku, gdyż obsługują je duże samoloty, a pasażerowie wymagają dokładnej kontroli. Oprócz tego zmodernizowane zostaną płyty postojowe i płyty kołowania, a odprawa pasażerów zostanie wyposażona w biometryczne bramki. Skrócą one czas odprawy z kilku minut do 15 sekund. Te innowacje kosztują. Dzisiaj widzimy, że koszt wybranych w przetargu ofert sięga około pół miliarda. Jednak są niezbędne – a nawet, według ekspertów, spóźnione.

– Bardzo się cieszę, że ruszyła rozbudowa Okęcia, choć tak naprawdę powinniśmy już kończyć tę rozbudowę. Niestety zmarnowaliśmy ponad trzy lata na biadolenie, że Okęcie się zapycha, mimo że istnieje możliwość rozbudowy – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR – To, czy CPK powstanie, czy nie, nie zmienia faktu, że Okęcie musi być rozbudowane. Za chwilę straciłoby możliwość zdrowego funkcjonowania. Odpowiednio rozbudowane lotnisko na Okęciu – połączone szybką linią kolejową z lotniskiem w Modlinie, może konkurować z CPK przepustowością. Proponuję, by rząd policzył, czy nie jest to korzystniejsze rozwiązanie. Szczególnie, że przyszłość finansowa planowanego Centralnego Portu Komunikacyjnego nie jest pewna. Po co w nowym miejscu budować taki gigantyczny port, który może mieć problemy, by była tam odpowiednia liczba pasażerów – a w związku z tym odpowiednie przychody? – wskazuje Furgalski.

Inflacja w Polsce przyśpieszyła

W minionym tygodniu nie odnotowano zbyt wielu znaczących publikacji danych w polskiej gospodarce. Za najważniejszą informację można uznać wynik inflacji za marzec wg indeksu CPI. Międzyroczny jej wzrost przyśpieszył w porównaniu z lutym – z 1,2% na 1,7%. Chociaż jest to stosunkowo duże przyśpieszenie, wzrost poziomu cen utrzymuje się jest znacznie poniżej celu NBP. Złoty po opublikowaniu tych danych zaczął się szybko osłabiać, jednak fundamentalna sytuacja złotówki znacząco się przez to nie zmieniła. Zmiany postrzegania polskiej waluty nie przyniósł też wynik indeksu IFO w Niemczech, który, choć w marcu wykazał wzrost na 99,6 pkt., to nadal utrzymuje się poniżej granicy 100 pkt. Gospodarka niemiecka nie osiągnęła więc jeszcze satysfakcjonującej kondycji. Na jej rozwój będzie miał wpływ oczywiście handel z Wielką Brytanią. Jego warunku po Brexicie nadal nie są wiadome. Negocjacje w tej sprawie wciąż trwają. W czwartek odbyło się głosowanie, podczas którego brytyjscy posłowie odrzucili wszystkie osiem propozycji formy Brexitu i warunków współpracy między Wielką Brytanią i UE. Chaos wydaje się nie mieć końca, a sytuacja zaczyna się robić krytyczna.

Kurs złotego w ubiegłym tygodniu nie uległ większym zmianom i w piątek był na poziomie 4,30 EUR/PLN. Eurodolar na koniec zeszłego tygodnia notował poziom 1,122 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY, instytucji płatniczej rozliczającej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów z Europy Środkowej.

Upadek przewoźnika pogrąży cały kraj? Islandia uzależniona od przylatujących turystów

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Trzyprocentowa recesja, drastyczny spadek przychodów z turystyki i olbrzymi wzrost bezrobocia. Czy taki scenariusz czeka Islandię po tym, jak WOW Air nagle zakończył działalność w ubiegłym tygodniu? pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Bankructwo linii lotniczej nie jest szczególnie zaskakującą informacją w obecnych czasach. Rynek lotniczych przewozów pasażerskich jest niezwykle konkurencyjny, a gwałtownie zmieniające się koszty paliwa czy wojny cenowe powodują wysokie ryzyko prowadzenia takiej działalności.

Stosunkowo często można więc usłyszeć, że tysiące pasażerów zostały pozostawione na lodzie, gdy ten czy inny przewoźnik ogłosił upadłość. Do wyjątków można natomiast zaliczyć scenariusz, kiedy bankructwo linii lotniczej staje się wyzwaniem dla całego kraju. W przypadku Islandii mamy niestety do czynienia z tym drugim przypadkiem. Dlaczego koniec lotów WOW Air może popchnąć ten kraj nawet w recesję?Wow Air 2

Turystyczny sukces Islandii

Jeszcze w 2010 r. Islandię odwiedzało rocznie blisko 500 tys. turystów. To i tak był dobry wynik, biorąc pod uwagę, że na wyspie mieszka niespełna 350 tys. osób. Po siedmiu latach liczba turystów zwiększyła się prawie pięciokrotnie – według danych Islandzkiej Rady Turystyki (ITB) i wynosiła ok. 2,3 mln.

ITB szacuje także, że w 2017 r. 42 proc. przychodów islandzkiego eksportu dóbr i usług pochodziło właśnie od turystów. Stanowiło to ok. 500 mld koron islandzkich. czyli ok. 4,2 mld dolarów. Ponieważ prawie wszyscy odwiedzający wyspę korzystają z usług przewoźników lotniczych, boom turystyczny stanowił dla nich łakomy kąsek.

Problemy linii były znane od miesięcy

Islandzki Wow Air na dobre rozpoczął działalność w 2012 r. Wtedy przewiózł ok. 100 tys. pasażerów, jak wynika z raportu firmy dla inwestorów z 2018 r. Rok temu miał przewieźć już 3,6 mln pasażerów (część z nich leciała przez kraj tylko transferem).

Według danych przewoźnika odpowiadał on za 37 proc. ruchu lotniczego na stołecznym lotnisku. Mimo olbrzymiego sukcesu linii lotniczej w kontekście udziału w rynku firma borykała się z problemami finansowymi już od połowy ubiegłego roku. Przyczyniły się do tego m.in. wojna cenowa. MFW w analizie dotyczącej Islandii (Article IV Consultation) zwracał uwagę, że ceny biletów lotniczych na Islandii spadły o 25 proc. w porównaniu do 2015 r., a ropa podrożała w tym czasie o 50 proc.

WOW Air miał się także połączyć z innych przewoźnikiem z Islandii, ale do transakcji nie doszło. Jesienią ub.r., według doniesień lokalnych mediów, ministerstwo finansów oraz bank centralny przeprowadzili symulację, że upadek WOW Air mógłby spowodować znaczne turbulencje gospodarcze. Lokalny tygodnik gospodarczy „Rynek” („Markaðurinn”) informował, że według analiz ekspertów zakończenie działalności linii lotniczej spowodowałoby recesję w przedziale 2-3 proc.,13-procentowe osłabienie się korony islandzkiej w 2019 r oraz poważny wzrost bezrobocia.

Sam raport banku centralnego oraz ministerstwa nie został opublikowany, ale w innych publikacjach władze monetarne odnosiły się do analiz bankructwa linii lotniczej. Istnieje jednak szansa, że do tak dramatycznego załamania gospodarczego, jak sądzono jesienią, na szczęście nie dojdzie.

Będzie źle, ale nie tragicznie

W grudniu S&P Global Ratings opublikował cykliczny przegląd dotyczący wiarygodności kredytowej Islandii. Rating został utrzymany na poziomie „A” z perspektywą stabilną, a agencja sporo miejsca poświęciła kwestii WOW Air, przyjmując raczej spokojny ton.

Przede wszystkim S&P zwracał uwagę, że znaczna część kierunków (tych, które dowożą turystów, a nie tranzytowych) jest pokrywana również przez Icelandair, więc ten ruch może być przejęty przez konkurenta. Zmniejszyłoby to negatywne skutki ubytku turystów dla całego kraju. Również, jeśli upadek WOW Air nastąpi poza sezonem (co zresztą się stało), to będzie czas, by wypełnić lukę po WOW Air, gdy nadejdzie szczyt ruchu, czyli okres letni informował S&P.

Do upadku linii Wow Air odniósł się również sam prezes banku centralnego podczas corocznego wystąpienia. Már Gudmundsson 28 marca wspominał o jesiennej analizie dotyczącej scenariuszy dla Islandii po upadku WOW Air, ale zwracał uwagę, że bazowała ona na informacjach z 2017 r. W minionych miesiącach liczba przelotów taniego przewoźnika była o połowę mniejsza od szacunków, stąd i wpływ także powinien być mniejszy.

Gudmundsson podkreślał, że „upadek WOW będzie miał negatywny wpływ na wzrost PKB w 2019 r. Jest jednak mało prawdopodobne, by samo to wydarzenie popchnęło Islandię w recesję”.

Dopiero, jak zaakcentował szef banku centralnego, nałożenie się na bankructwo WOW Air chaotycznego brexitu oraz zbyt wysokich żądań płacowych pracowników przełożyłoby się na ryzyko wystąpienia przejściowej recesji.

Dobre zakończenie doskonałego kwartału na rynkach akcyjnych

Ubiegły tydzień był dobrym zakończeniem doskonałego kwartału na rynkach akcyjnych. Najważniejsze indeksy mają za sobą trzy miesiące wzrostów, które w większości przypadków wyniosły kilkanaście procent. Dla przykładu, dla najważniejszego amerykańskiego indeksu był to najlepszy kwartał od 2009 roku – indeks S&P zyskał 13,07%. Ostatni tydzień był tylko przysłowiową „kropką nad i”. W skali tygodnia za oceanem S&P 500 zyskał 1,20%, DJIA 1,67%, a indeks giełdy Nasdaq 1,13%. Również w Europie rynki zakończyły tydzień w kolorze zielonym. Niemiecki DAX wzrósł o 1,42%, francuski CAC40 o 1,53%, a brytyjski FTSE 100 o 0,99%. W tym przypadku cały kwartał był również wyjątkowo udany.

Kwestią, która od dłuższego czasu nie schodzi z zainteresowania inwestorów jest Brexit. Izba Gmin po raz trzeci odrzuciła proponowaną umowę z Unią Europejską, a także wszystkie pozostałe rozwiązania zaproponowane w brytyjskim parlamencie. Jeśli do 12 kwietnia Brytyjczycy nie zdecydują się na któreś z rozwiązań rynki czeka wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy.

W porównaniu z rynkami zachodnimi polski parkiet wypadł dość blado. W skali całego kwartału indeks WIG wzrósł o 3,43%. Dużo lepiej poradziły sobie małe spółki, które zyskały w przeciągu pierwszego kwartału 12,55%. Wyniki pogorszył nieznacznie ostatni tydzień, w którym dominował kolor czerwony na wszystkich indeksach. Warto również wspomnieć o podtrzymaniu ratingu Polski przez agencję Fitch na poziomie A- z perspektywą stabilną, a także o wyższym od prognoz odczycie inflacji CPI, który pokazał wzrost do 1,7% rdr. przy 1,2% rdr. w lutym.

W tym tygodniu w Polsce odbędzie się posiedzenie RPP, które nie powinno przynieść zmian zarówno w wysokości stóp procentowych, jak i retoryki Rady. Na rynkach globalnych istotne będą odczyty indeksów PMI w usługach z Europy oraz USA, a także piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Branża motoryzacyjna musi nadgonić z cyfryzacją. Metody sprzedaży i kontaktu z klientem są przestarzałe

Branża motoryzacyjna musi nadgonić z cyfryzacją. Metody sprzedaży i kontaktu z klientem są przestarzałe 8

Wymogi środowiskowe i pojazdy autonomiczne to nie są jedyne wyzwanie, przez jakim stoi branża motoryzacyjna. Według badań KPMG 80 proc. menadżerów uważa, że cyfrowa rewolucja spowoduje zmianę modelu biznesowego tego sektora. Dziś jest to wciąż tradycyjna gałąź przemysłu, a kanały sprzedaży i kontaktu z klientem są przestarzałe, oparte na sieci punktów stacjonarnych. – Te procesy muszą zostać poddane cyfryzacji, bo klienci przyzwyczaili się do kanałów internetowych i mobilnych – podkreśla Szymon Włochowicz z firmy Hicron. Jeżeli przemysł motoryzacyjny nie pójdzie w tym kierunku, zostanie w tyle.

W świecie technologii informacyjnej przewidujemy w tym roku kontynuację najważniejszych trendów z lat poprzednich. Oczekujemy, że wszystkie procesy, które nie zostały jeszcze dotknięte cyfryzacją, w tym roku znajdą się pod jej wpływem. To oznacza, że technologia i systemy informacyjne przyniosą zmiany w nawet najbardziej tradycyjnych przedsiębiorstwach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Szymon Włochowicz, dyrektor działu realizacji usług, członek zarządu Hicron

Jak ocenia, dobrym tego przykładem jest branża motoryzacyjna, bardzo tradycyjny przemysł, ukierunkowany na produkcję samochodów i maszyn, oparty głównie na ogromnych ilościach stali i licznej kadrze.

Obecnie cała ta branża przechodzi cyfrową rewolucję, a w tym roku będzie to bardzo wyraźne – mówi Szymon Włochowicz.

Przemysł motoryzacyjny ma głównie braki w zakresie sprzedaży i dystrybucji. Metody kontaktu z klientem są przestarzałe i opierają się na sieci stacjonarnych punktów sprzedaży, do których trzeba się udać, żeby kupić samochód. Wiele marek motoryzacyjnych w dalszym ciągu inwestuje znaczne sumy w ten kanał sprzedaży, tymczasem rynek i potrzeby klientów rozwijają się już w zupełnie innym kierunku.

– Uruchamiane są cyfrowe kanały sprzedaży, obejmujące internet i urządzenia mobilne. Technologie cyfrowe wpłyną na sposób wprowadzania samochodów na rynek, ich sprzedaży, dystrybucji, a także serwisowania. Szeroki zakres procesów biznesowych – obejmujących kontakt firm przemysłu motoryzacyjnego z klientami – musi zostać poddany cyfryzacji. Klienci przywykli już do korzystania z cyfrowych technologii. Internet i urządzenia mobilne są obecnie w powszechnym użyciu, więc jeżeli przemysł motoryzacyjny nie pójdzie w tym kierunku, zostanie w tyle – podkreśla Szymon Włochowicz.

Jak podkreśla, decyzje zakupowe bez względu na branżę podejmowane są zazwyczaj w świecie wirtualnym. Klienci mają online dostęp do wielu informacji i opinii na temat produktów i usług, które są zamieszczane przez innych użytkowników. Dlatego często decyzje zapadają jeszcze przed wizytą w sklepie.

W branży motoryzacyjnej sprzedaż w dużym stopniu opiera się na jazdach próbnych, które są podstawą decyzji o zakupie samochodu. Obserwujemy, że ludzie coraz bardziej polegają na jazdach próbnych przeprowadzanych przez internetowych influencerów. Przemysł motoryzacyjny musi w jakiś sposób dostosować się do tego trendu, bo może się okazać tak ważny jak jazdy próbne w punktach sprzedaży – mówi Szymon Włochowicz.

Kolejnym trendem jest to, że coraz więcej konsumentów wybiera model biznesowy oparty na gospodarce współdzielenia (ang. sharing economy), decydując się na wynajem samochodów, zarówno krótko-, jak i długoterminowy albo carsharing. Decyzje o długoterminowym najmie pojazdu podejmowane są często wyłącznie na podstawie informacji zamieszczonych w internecie.

Przedsiębiorstwa motoryzacyjne i dystrybutorzy będą musieli zmienić swój model biznesowy w odpowiedzi na rewolucję cyfrową i fakt, że konsumenci mogą zamówić online samochód z dostawą do domu, wykonując zaledwie kilka kliknięć. Kilka lat temu nie było to możliwe. Cyfryzacja dotrze do wszystkich branż, nawet te najbardziej tradycyjne będą musiały podążyć za tym trendem i wprowadzić zmiany, bo w innym wypadku start-upy wypełnią tę niszę – mówi Szymon Włochowicz.

Im więcej działań marki podejmują online, tym bardziej zwiększają swoją szansę na faktyczną sprzedaż. Dotyczy to także samochodów. Firmy motoryzacyjne muszą się ukierunkować na sprzedaż w sieci, ale równie ważne są procesy obejmujące obsługę posprzedażową, bo w branży motoryzacyjnej znaczna część kontaktu z klientem odbywa się już po zakupie.

Auto trzeba regularnie serwisować, następnie przychodzi moment jego wymiany na nowsze. Należy obserwować uważnie rozwój sytuacji w kontekście tych procesów i przedsiębiorstw prowadzących działalność online. Dlaczego? Ponieważ klienci mają możliwość porównywania cen i łatwy dostęp do opinii zamieszczanych w sieci. Jest zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu, kiedy klient zawsze udawał się do konkretnego warsztatu, ponieważ był zadowolony z usług mechanika – mówi Szymon Włochowicz.

W efekcie firmy muszą się skoncentrować na konkurowaniu w sieci, a jest to bardzo trudne, ponieważ konkurują nie tylko między sobą, lecz także z niezależnymi warsztatami i punktami sprzedaży.

– Brak wysiłków podejmowanych w celu odpowiedniej ekspozycji punktu sprzedaży w internecie, wyeksponowania zalet danej firmy motoryzacyjnej i sieci autoryzowanych punktów sprzedaży, sprawi, że niezależne punkty sprzedaży i warsztaty z łatwością wygrają tę bitwę – mówi dyrektor operacyjny Hicron.

Jak podkreśla, firmy i branże, które nie korzystają z nowych technologii, mogą wkrótce zniknąć z rynku. Przestaną się liczyć zwłaszcza dla młodego pokolenia konsumentów, przyzwyczajonych do cyfryzacji, którzy nie będą wkrótce zainteresowani usługami firm dostępnych tylko offline.

– Google, Amazon czy Facebook zmieniają zachowania ludzi, ucząc ich korzystania z cyfrowych urządzeń i kanałów komunikacji. Dlatego firmy należące do „starej gospodarki” nie mają wyboru. Muszą podążać tą drogą albo zastąpią je nowe podmioty. Amazon uruchomił już sprzedaż samochodów i jeżeli koncerny motoryzacyjne nie zareagują, stracą swoją część rynku na rzecz Amazona. Muszą podjąć działania i nie jest to kwestia upodobań, tylko przetrwania w realiach nowej gospodarki – mówi Szymon Włochowicz.

Jak wynika z badania „Global Executive Survey 2017” przeprowadzonego przez KPMG International, ponad 80 proc. menadżerów z firm motoryzacyjnych uważa, że w niedalekiej przyszłości nastąpi znacząca zmiana modelu biznesowego tego sektora. Cyfrowa rewolucja spowoduje, że do 2025 roku 50 proc. indywidualnych właścicieli samochodów nie będzie chciało korzystać z auta jako właściciel. Natomiast 85 proc. menadżerów jest przekonanych, że w przyszłości większy zysk będzie można uzyskać z rozwijania cyfrowych ekosystemów.

Scenariusz bezumownego brexitu coraz bardziej prawdopodobny. Rząd deklaruje pomoc dla eksporterów

Scenariusz bezumownego brexitu coraz bardziej prawdopodobny. Rząd deklaruje pomoc dla eksporterów 9

Po kolejnym odrzuceniu porozumienia z UE przez brytyjski parlament, coraz bardziej prawdopodobny staje się twardy brexit. Wyjście Wielkiej Brytanii bez żadnej umowy może oznaczać duży chaos, który może być odczuwalny m.in. dla polskich eksporterów. Dziś na wyspy trafia 6,6 proc. ogółu wysyłanych tam produktów. Euler Hermes szacuje, że od 2016 roku niepewność związana z brexitem już kosztowała polski eksport 3,2 mld euro. Rząd deklaruje, że przedsiębiorcy mogą liczyć na wsparcie państwa, gdyby czarny scenariusz się ziścił.

W piątek 29 marca Izba Gmin po raz kolejny odrzuciła wynegocjowane przez rząd Theresy May warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Na 10 kwietnia zaplanowano specjalny szczyt Rady Unii Europejskiej, na którym zapadną decyzję o twardym brexicie jeszcze w kwietniu bądź odroczeniu jego terminu. Bezumowny brexit mógłby spowodować problemy polskich eksporterów.

Ponad 6 proc. naszego eksportu trafia do Wielkiej Brytanii. Nie są to tylko produkty, które są częścią łańcucha dostaw dużych korporacji międzynarodowych, lecz także w 50 proc. dotyczy to małych i średnich krajowych firm, które eksportują bezpośrednio produkty konsumpcyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Porażyński, dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii. – Szczególnie mówimy o kwestii żywności. Bezumowny brexit oznacza nie tylko cła, lecz także problemy fitosanitarne, czyli jest kwestia tego, w jaki sposób dostarczyć szybko dobra, które mogą się zepsuć.

Wielka Brytania jest ważnym odbiorcą polskich produktów, już chociażby ze względu na dużą liczbę mieszkających na Wyspach Polaków. W styczniu 2019 roku była drugim po Niemczech krajem eksportowym dla Polski. Trafiły tam towary za 5,1 mld zł, co oznacza wzrost o 8,4 proc. rok do roku. To 6,6 proc. całego polskiego eksportu.

– Staramy się firmom pomóc w razie, gdyby wystąpił taki problem tymczasowy, bo uznajemy, że on będzie tymczasowy. On w końcu zostanie rozwiązany, bo Wielka Brytania nie pozwoli sobie na taką sytuację, że nie będzie miała żywności – przekonuje Łukasz Porażyński. – Natomiast przez ten okres przejściowy na pewno będziemy mediować z Wielką Brytanią, żeby wprowadziła tzw. okresy przejściowe czy żeby łagodniej traktowała naszych przedsiębiorców.

Jak szacuje Euler Hermes, tylko w latach 2016–2018 niepewność towarzysząca brexitowi i związane z tym czynniki wpłynęły na zmniejszenie polskiego eksportu o 3,2 mld euro. To ponad 4,5 raza więcej niż zakładano zaraz po referendum w czerwcu 2016 roku, gdy sądzono, że obniży się tylko o 700 mln euro. W ciągu tych niespełna trzech lat polski eksport na Wyspy wprawdzie wzrósł, ale tylko o 0,9 mld euro. Branże, które odczuły spowolnienie wzrostu wymiany handlowej z Wielką Brytanią, to m.in. sektor spożywczy i motoryzacyjny. Niepewność sprzyja wzrostowi liczby wyłudzeń oraz przekłada się na większą skalę problemów brytyjskich firm. Eksperci Euler Hermes podkreślają, że liczba ich niewypłacalności tylko w 2018 roku zwiększyła się o 10 proc., a w 2019 roku ma wzrosnąć o kolejne 9 proc. Gdyby doszło do brexitu bez umowy poziom ten uległby pogorszeniu do 20 proc.

– Z drugiej strony pomagamy też firmom. Jeżeli nie da się wprowadzić ich produktów do Wielkiej Brytanii z powodów taryfowych czy pozataryfowych, będziemy starali się szukać dla nich innych rynków zbytu – podkreśla Łukasz Porażyński.

To stopniowo staje się coraz łatwiejsze, bo rośnie rozpoznawalność polskich produktów i są one postrzegane jako wysokojakościowe.

Coraz bardziej na rynku międzynarodowym widać, że polskie produkty są wysoko konkurencyjne, mają coraz większy wkład innowacyjności. Przede wszystkim są utożsamiane z produktami z Unii Europejskiej – przekonuje Łukasz Porażyński. – Szczególnie na rynkach dalekich, takich jak Azja, Afryka czy Ameryka Południowa, gdzie dotychczas naszych produktów nie było. Czyli „made in Poland” nie stanowiło dla nich żadnej wartości, a dzisiaj, kiedy jesteśmy częścią Unii, jesteśmy coraz bardziej rozpoznawalni i stanowi to wartość dodaną.

Tymczasem na razie, mimo prowadzonych i przez poprzedni, i przez obecny rząd działań promujących nowe kierunki eksportu, wśród dziesięciu najważniejszych krajów odbiorców są tylko dwa państwa spoza Unii Europejskiej – Stany Zjednoczone na miejscu ósmym i Rosja na dziesiątym – oba z niespełna 3-proc. udziałem. Poszukiwanie nowych rynków zbytu wydaje się więc koniecznością, wiąże się jednak z trudem poznania nowych kultur, nawiązania relacji biznesowych i ubezpieczeniem eksportu.

Nasi przedsiębiorcy dotychczas koncentrowali się głównie na rynku polskim, natomiast dzisiaj jest on dla nich po pierwsze za mały, po drugie pojawia się na nim coraz większa konkurencja ze świata. Po trzecie, firmy mają kapitał na to, żeby inwestować na rynkach poza Polską, nawet pozaunijne – mówi przedstawiciel Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. – Jesteśmy bardzo mocno rozpoznawalni w IT, ICT, przede wszystkim w branży gier i oprogramowania. Jesteśmy też bardzo mocno widoczni jako poddostawcy komponentów w przemyśle automotive, w przemyśle elektromaszynowym, wydobywczym. To są nasze perełki. Historycznie jesteśmy mocni w segmencie żywnościowym.

Ostatni miesiąc na rozliczenie z fiskusem. Podatnicy mogą się posłużyć PIT-em wypełnionym przez urząd, ale powinni sprawdzić ulgi i 1 proc.

Ostatni miesiąc na rozliczenie z fiskusem. Podatnicy mogą się posłużyć PIT-em wypełnionym przez urząd, ale powinni sprawdzić ulgi i 1 proc. 10

W tym roku po raz pierwszy podatnicy nie muszą składać zeznania podatkowego. Urząd skarbowy przygotował je samodzielnie, uwzględniając formularze PIT-11 otrzymane od pracodawców. Jeśli do końca kwietnia podatnik nie wprowadzi w nich zmian, fiskus uzna zeznanie za prawidłowe. Warto jednak sprawdzić, czy urzędnicy wzięli pod uwagę wszystkie źródła przychodów, uwzględnili przysługujące im ulgi i przekazali 1 proc. podatku na cel, jaki podatnik wybrał.

– Musimy zwrócić uwagę na to, czy zeznanie uwzględnia wszystkie dochody, które mogliśmy osiągnąć w trakcie roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Turzyński, doradca podatkowy, partner w kancelarii KNDP. – Przygotowane przez urząd rozliczenie uwzględnia tylko te dochody, co do których wiedzę ma fiskus, czyli głównie dochody z pracy czy zlecenia. Fiskus nie będzie wiedział o dochodach z tytułu sprzedaży samochodu czy o dochodach osiągniętych za granicą. Musimy mu taką wiedzę przekazać. Inaczej nasze zeznanie będzie niekompletne i będziemy mieli nadal zaległość podatkową, mimo że zeznanie zostanie uznane za złożone.

Jeśli liczba dzieci w rodzinie nie zmieniła się w ubiegłym roku, skarbówka powinna uwzględnić ulgę na dzieci według danych za 2017 rok. Jeśli jednak któreś z dzieci dorosło bądź się urodziło, podatnik musi już deklarację zmodyfikować. Podobnie rzecz ma się z innymi ulgami: na internet, którą można odpisać tylko za pierwszym razem, więc fiskus o niej wiedzieć nie może; za oddaną krew, darowizny na cele kultu religijnego czy wpłaty na indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego. Z tytułu tej ostatniej odliczyć można było za ubiegły rok maksymalnie 5 331,60 zł.

To samo dotyczy przekazania 1 proc. podatku – jeśli chcemy zmienić obdarowywaną organizację pożytku publicznego, musimy to zrobić za pośrednictwem portalu.

– W tym wstępnie wypełnionym zeznaniu przygotowanym przez organy podatkowe 1 proc. podatku powinien być uwzględniony na podstawie naszego zeszłorocznego zeznania. Niemniej, jeśli byśmy chcieli złożyć PIT z wykazaniem 1 proc. dla innej organizacji, to musimy to samodzielnie wypełnić – mówi Konrad Turzyński. – Przestrzegałbym przed pokładaniem nadmiernej wiary w fiskusa, bowiem zdarzają się i zdarzały się błędy w tych wstępnie wypełnionych zeznaniach. Lepiej zajrzeć na portal podatkowy, zweryfikować, czy one zostały prawidłowo wypełnione i zaakceptować wtedy to złożone zeznanie.

Także osoby, które chciałyby się rozliczyć razem z małżonkiem, mogą dokonać zmian poprzez portal. Wówczas deklarację wysyła tylko jedno z małżonków, wpisując dane drugiej osoby. Daje to realną oszczędność w sytuacji, gdy jedno z małżonków nie pracuje zawodowo lub zarabia wyraźnie mniej od partnera, a drugie przekroczyło próg podatkowy.

– Jeśli nie mamy innych dochodów niż te, o których fiskus wie i które są wykazywane w PIT-11 czy w PIT-8c, to fiskus nasz PIT potraktuje automatycznie jako złożony, mimo że nie podjęliśmy absolutnie żadnych działań, nie odrzuciliśmy, nie zaakceptowaliśmy tej deklaracji, nawet się z nią nie zapoznaliśmy –mówi doradca podatkowy w kancelarii KNDP. – W przypadku, kiedy mamy inne dochody, tak czy owak, musimy sami przedsięwziąć kroki i albo skorygować tę deklarację wstępnie wypełnioną przez fiskusa, albo złożyć ją samodzielnie od zera.

Kobiet w polskiej polityce przybywa powoli. Pomóc może mechanizm suwaka i zwiększenie liczby pań w zarządach partii

0

Kobiet w polskiej polityce przybywa powoli. Pomóc może mechanizm suwaka i zwiększenie liczby pań w zarządach partii 11

Jeśli kobiet kandydatek będzie przybywać w takim tempie jak dotychczas, to prawdziwą równość płci w wyborach na prezydentów miast osiągniemy w 2081 roku – wynika z raportu Instytutu Spraw Publicznych „Kobiety w polityce lokalnej”. Dzięki kwotom płci zwiększył się odsetek kandydatek na listach. W ostatnich wyborach samorządowych w 2018 roku wszystkie partie zarezerwowały dla pań ok. 45 proc. miejsc. Żeby kobiet w polityce było więcej, trzeba uzupełnić regulację kwotową metodą suwakową i zwiększyć udział pań w zarządach partii – przekonuje Małgorzata Druciarek z ISP.

 Wybory samorządowe w 2018 roku były szczególne, ponieważ zbiegły się ze 100-leciem praw wyborczych kobiet. Było oczekiwanie, że przełoży się to na kampanie wyborcze i udział kobiet na listach wyborczych. Stało się to w pewnym stopniu – jedna partia i koalicja uwzględniły temat kobiet jako element swojej kampanii wyborczej, czyli PSL i Koalicja Obywatelska. Niemniej, jeśli chodzi o listy i odsetek kandydatek na listach i wybranych kobiet, to ta zmiana nie jest tak spektakularna, jak można by było oczekiwać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Druciarek, kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w Instytucie Spraw Publicznych.

Z raportu „Kobiety w polityce lokalnej – strategie partii politycznych w wyborach samorządowych w 2018 roku” Instytutu Spraw Publicznych wynika, że od 2011 roku, kiedy wprowadzono kwoty płci (przynajmniej 35 proc. udział kobiet i mężczyzn), czynny udział kobiet w wyborach jest coraz większy. W ostatnich wyborach na listach do rad powiatu i miast na prawach powiatu odsetek kobiet wynosił ok. 46 proc. Dla porównania w 2010 roku, kiedy kwoty jeszcze nie obowiązywały, było to 30 proc. Choć udział kobiet we władzach lokalnych nieco się zwiększa, to nadal nie został osiągnięty poziom 30 proc. Wyliczenia są bezlitosne – jeśli kandydatek będzie przybywać w takim tempie jak obecnie, to parytet w wyborach na burmistrzów zostanie osiągnięty w 2070 roku, na wójtów – w 2076 roku i na prezydentów – w 2081 roku.

 Dzięki kwotom płci rozpoczęła się debata publiczną na temat obecności kobiet w polityce. Ewidentnie widać po tych 8 latach ogromny skok, jeśli chodzi o poparcie tej regulacji. Większość naszych respondentek polityczek tak partii liberalnych, jak i konserwatywnych mówiło, że to rozwiązanie było i jest potrzebne i że wiele z nich na tych listach się znalazło właśnie dzięki tej regulacji – ocenia Małgorzata Druciarek.

W ostatnich wyborach samorządowych odsetek kobiet na listach wyborczych sięgał od 43 proc. (listy Prawa i Sprawiedliwości) do blisko połowy (na listach Partii Zielonych i Partii Razem, które zastosowały na swoich listach parytet). Dla porównania w 1998 roku co piąta osoba startująca w wyborach była kobietą, w 2002 roku – blisko 25 proc., 2006 roku – 29 proc., w 2010 roku było to już blisko 30 proc., a w 2016 – 38 proc.

 Widać duży postęp w PSL. Partia zainwestowała w kandydatki, zarezerwowała im dość dobre miejsca na listach, bo to nie same kwoty rozwiązują problem, tylko również miejsce na liście, czyli ważne jest to, ile kobiet było na jedynkach albo na pierwszych trzech miejscach – przekonuje kierowniczka Obserwatorium Równości Płci w ISP.

W 2018 roku spośród wszystkich osób startujących w wyborach na szczeblu wojewódzkim, które dostały miejsca od pierwszego do trzeciego, kobiety stanowiły 36,3 proc. (w 2010 roku – 28,6 proc., w 2014 roku – 33,8 proc.). Jeśli wziąć pod uwagę jedynie pierwsze miejsce na liście, to statystyki są jeszcze gorsze – 26,3 proc. w ostatnich wyborach samorządowych (w 2010 roku – ok. 21 proc. i w 2014 – 20,3 proc.). Tam, gdzie kobiet na pierwszej pozycji na liście jest najwięcej, tam też panie zdobywają najwięcej głosów. Przykładem może być województwo wielkopolskie – w ostatnich wyborach kobiety stanowiły 50 proc. osób na liście, w 34 proc. przypadków otwierały listę, więc w efekcie odsetek kobiet wśród wybranych radnych wyniósł 38 proc.

Choć sytuacja stopniowo się poprawia, wciąż widać wyraźnie, że w wyborach kobiety rzadziej trafiają na najlepsze miejsca. Dlatego, jak przekonuje ekspertka ISP, regulację kwotową należałoby uzupełnić suwakiem, czyli naprzemiennym plasowaniem kobiet i mężczyzn na listach.

Partie polityczne są bardzo sprawne w omijaniu regulacji kwotowych i takim plasowaniu kobiet, żeby one w wielu okręgach nie zostały wybrane. Suwak jest podstawową rekomendacją. Druga rekomendacja to zwiększenie udziału kobiet w zarządach partii, bo od tych organów zależy cała polityka partii, wszystkie decyzje, również to, jak wyglądają listy wyborcze – podkreśla Małgorzata Druciarek.

Wielkanoc w tropikach. Coraz więcej osób spędzi święta za granicą

0

Wielkanoc w tropikach. Coraz więcej osób spędzi święta za granicą 12

Chociaż Polacy lubią spędzać Wielkanoc w gronie rodzinnym, to rośnie liczba osób decydujących się na świąteczny wyjazd. W tym roku najwięcej turystów poleci na wypoczynek do Egiptu i Hiszpanii. Nieco mniej wybierze Grecję – wynika z danych Biura Podróży Itaka. Hitem tegorocznego lata może się okazać Turcja, a także Tunezja i Egipt. Zdecydowanym faworytem, jeśli chodzi o rodzaj wypoczynku, są tzw. pakiety, czyli w pełni zorganizowane wyjazdy z przelotem, zakwaterowaniem w wybranym hotelu, najczęściej z pełną opcją wyżywienia.

– Podczas tegorocznej Wielkanocy największa liczba naszych klientów będzie korzystała z wyjazdu typu wypoczynek. Najwięcej osób poleci z nami do Egiptu, do takich kurortów nadmorskich, jak Taba, Marsa Alam czy Hurghada. Kolejnym krajem, w którym będą wypoczywali Polacy, jest Hiszpania. Zainteresowanie skupia się na Wyspach Kanaryjskich: Teneryfie, Lanzarote, Gran Canarii czy Fuerteventurze. Trochę mniejsza liczba klientów będzie korzystała z wypoczynku w części kontynentalnej Hiszpanii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Milena Liu-Panfil, kierownik regionalny wewnętrznej sieci sprzedaży w biurze podróży Itaka.

Ubiegłoroczny Barometr Providenta wskazywał, że większość Polaków chce spędzić Wielkanoc w tradycyjny sposób – w domu z najbliższymi lub odwiedzić rodzinę i znajomych. Tylko 2 proc. planuje w tym czasie wyjazd wypoczynkowy. Liczba tych, którzy podczas Wielkanocy decydują się na wakacje, jest jednak z roku na rok coraz większa, dlatego biura turystyczne poszerzają ofertę wyjazdów wiosennych. Z danych Travelplanet wynika, że w 2018 roku biura podróży zanotowały ok. 50-proc. wzrost zainteresowania wyjazdami w tym okresie.

– Silnym i dominującym trendem w tym sezonie wakacyjnym jest powrót naszych klientów do krajów muzułmańskich. Myślę tutaj o takich krajach, jak Turcja, Egipt czy Tunezja – wymienia Milena Liu-Panfil.  

Raport Travelplanet „Zagraniczne wakacje Polaków” wskazuje, że w Turcji korzystne cenowo oferty hoteli 4- i 5-gwiazdkowych po słabszych latach 2016–2017 znów zyskiwały na popularności. W 2018 roku dynamika wzrostu sięgnęła 168 proc. Zdecydowanie najbardziej wzrosła jednak liczba turystów wybierających Tunezję – wzrost o blisko 500 proc. Egipt z 76 proc. wzrostem przegrywał choćby z Albanią i Cyprem, ale notuje już blisko 8 proc. udział w rynku.

– Zdecydowanym faworytem, jeśli chodzi o rodzaj wypoczynku, są pakiety, czyli w pełni zorganizowane wyjazdy z przelotem, zakwaterowaniem w wybranym hotelu, najczęściej z pełną opcją wyżywienia, czyli all inclusive – wymienia przedstawicielka Itaki. – Wśród kierunków w sezonie letnim dominuje basen Morza Śródziemnego. Tutaj znowu pojawia się jako numer jeden Turcja, i to zarówno wybrzeże Riwiery Tureckiej, jak i Riwiery Egejskiej. Drugim co do popularności kierunkiem jest Grecja.

Raport Travelplanet wskazuje, że częściej decydujemy się na wakacje w pełnym komforcie. W 2018 roku blisko połowa turystów wybierała hotele 4-gwiazdkowe, a blisko 77 proc. – opcję all inclusive.

– Wszystko wskazuje na to, że hitem tegorocznych wakacji będzie Turcja, która oferuje najlepszy stosunek jakości do ceny, jeśli chodzi o wyjazdy pakietowe rodzinne. Mamy szeroki wybór bardzo ekskluzywnych hoteli, które dają mnóstwo możliwości spędzania czasu na swoim terenie, które oferują szereg atrakcji, zarówno dla osób dorosłych, jak i dzieci w bardzo przystępnej cenie – ocenia Milena Liu-Panfil.

Polacy coraz częściej odchodzą od tradycyjnie popularnych kierunków i decydują się na dalsze, egzotyczne podróże. Biura podróży rozszerzają ofertę o wyjazdy nie tylko zimą, lecz także polską wiosną i latem.

– Hitem w biurze podróży Itaka będą w tym roku Malediwy – zapowiada Milena Liu-Panfil.